Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Archiwum  

Życie z dnia 2000-11-23

 

Prawdziwy "kaskader literatury"

 

Zbigniew Herbert zasługuje na to miano bardziej niż obdarzani nim w PRL-u Stachura czy Bruno-Milczewski



Kiedy Polska odzyskiwała niepodległość Zbigniewa Herberta w niej nie było. Od 1986 żył w Paryżu, w mieszkaniu socjalnym przyznanym mu przez mera tego miasta Jacques'a Chiraca. Nie był popularny we Francji (tak jak np. w Niemczech, gdzie jego tomiki osiągały zawrotne, stutysięczne, nakłady): w połowie lat 80. "Gallimard" odrzucił jego wybór wierszy - książka ukazała się dopiero w kilka lat później w mniej renomowanym wydawnictwie.

Nie były to dobre lata. Jak opowiadała - w zatrzymanym przez TVP S.A. filmie Jerzego Zalewskiego "Obywatel poeta" - Olga Scherer: "On tutaj bardzo cierpiał w latach osiemdziesiątych. Miał złych dni dużo więcej niż lepszych". Stan wojenny wpędził Herberta w przygnębienie ("Polacy Polakom zgotowali ten los. Było to tak absurdalne, że już tragiczne, tragiczne do potęgi"), z którego nie uleczył go rok 1989 i odrodzenie Polski. Spodziewał się po sobie samym euforii, tymczasem na nowy stan rzeczy odpowiedział rozczarowaniem: "Zawsze wyobrażałem sobie, że kiedy dowiem się, że Polska jest nareszcie rzeczywiście niepodległa, to (...) wybiegnę i będę głośno krzyczał 'Vive la Pologne' - jeżeli to będzie w Paryżu, oraz całował różne napotkane osoby. Czyli będę się zachowywał sposób nieodpowiedzialny. Aliści ogarnął mnie jakiś smutek, melancholia - ponieważ ja lubię i w pisaniu, i w działalności rzeczy, które mają swój początek, środek i koniec. Otóż ja nie wiem, jaki był (...) początek nowej Polski".

W pierwszych latach III RP zdobędzie się jeszcze czasem na umiarkowany optymizm. W wywiadzie dla "Tygodnika Solidarność" mówi Andrzejowi Tadeuszowi Kijowskiemu: "Normalniejemy - tak mi się zdaje. I może za 5, 10 lat zaczniemy (nie wszyscy) obrastać w tłuszcz, a wtedy pojawią się nowe problemy. Wybuduję domek nad Jeziorem Augustowskim". Z kolei w rozmowie z dziennikarzem "Newsweeka" żartował, że chciałby zamieszkać w przyszłości z Josifem Brodskim: "może kiedyś będę z nim dzielił dom nad morzem, może w Albanii, gdy będzie w końcu wolna". Ogłaszał również, że sprawy publiczne przestały go interesować: "Czas (...) skończyć te igraszki. Nie jestem literatem politycznym" (potem jednak nie był zanadto wierny swym obietnicom: zaczął pisać o polityce w sposób otwarty, jak nigdy przedtem. Czasem bardzo przenikliwy. Czasem bardzo złośliwy).

Nie ulega wątpliwości, że to właśnie Herbert był w stanie wojennym poetą najważniejszym. Mimo że jak sam zauważył potem: "Jeśli dobrze pamiętam, nie napisałem niczego o generale, bo to nie mój genre". Jednak podstawowy zarzut wobec Herberta pod koniec lat 80. brzmiał: autor "Raportu z oblężonego miasta" to poeta nieznośnej patriotycznej pozy. Krytyk literacki Tadeusz Komendant, promujący z ogromną zawziętością pseudoawangardowych prozaików związanych z miesięcznikiem "Twórczość", powołał w roku 1988 "Ligę Obrony Poezji Polskiej przed Herbertem". Inicjatywa ta spodobała się redaktorom pisma "brulion", podziemnego pisma pokolenia dwudziestoparolatków. Zaprosili Komendanta na dyskusję o Herbercie ("Kamienny posąg komandora", "brulion" nr 10, wiosna 1989). Komendant oświadczał, że Herbert jest odpowiedzialny za konformizm poezji polskiej lat 60. (nie sposób powiedzieć, na czym, poza własną niechęcią do Herberta, opierał to przekonanie), z kolei reprezentanci "brulionu", przybrani w pseudonimy X i Y twierdzili, że Herbert to rzetelny poeta środka, choć często "ociera się o grafomanię". Y-grekowi najbardziej nie podobał się "Raport z oblężonego miasta": "To jest próba przekształcenia gówna w marmur" (kiedy Herbert wyda "Elegię na odejście" jeden z "brulionowych" poetów napisze: "Obojętne, z jakiego punktu zadawałoby się tej książce pytania, odpowiedzi będą tak samo mało interesujące i - ostatecznie zbliżone do banału").

Dlaczego "brulionowcy" widzieli w Herbercie swojego najgroźniejszego wroga? Nie tylko dlatego, że uosabiał w ich oczach patriotyczne gadulstwo. I nie tylko dlatego, że byli przeciwni wszelkim wcześniej ustalonym hierarchiom - w których Herbert zajmował najwyższe pozycje - podczas gdy to właśnie oni chcieli te hierarchie tworzyć. Było coś jeszcze: "brulionowcy" byli do szpiku kości nastawieni antyinteligencko, a w Herbercie widzieli zarozumiałego inteligenta, który swoją wysoką pozycję zawdzięczał wsparciu innego zarozumiałego inteligenta - Adama Michnika (który właśnie dokonał apoteozy Herberta w "Dziejach honoru w Polsce"). Nie dostrzegali, że biografie tych dwóch ludzi znacznie więcej dzieli, niż łączy (co było wtedy złudzeniem raczej powszechnym). Nie wiedzieli także, iż wywiad udzielony Jackowi Trznadlowi w roku 1985 i opublikowany na łamach "Kultury Niezależnej" - a potem w "Hańbie domowej" - gdzie Herbert bezlitośnie, a przede wszystkim używając nazwisk, podsumował stalinowskie i poststalinowskie zaangażowanie polskich literatów, ten sojusz przekreślił.

Herbert tak oto komentował swoją wypowiedź dla Jacka Trznadla: "Powiedziałem wszystko to, czego wcześniej nie mówiłem. Dlaczego nie mówiłem? Z pewnej taktyki życiowej. (...) Może lepiej było napisać, że w pewnym okresie, pewna grupa polskiej pisarzy, wydała szereg utworów, nie zawsze zgadzających się może - z ich sumieniem. Ale (...) potem zmienili poglądy. Tylko zmienili poglądy najczęściej, kiedy nie można było trwać w tych poglądach stalinowsko-totalitarnych. I to był mój zarzut (...) Miałem małą nadzieję, żeby pobudzić jakąś dyskusję. No nie udało mi się".

Choć tak naprawdę dyskusję wywołał - tyle że wcale nie atakowano w niej socrealizmu i jego koryfeuszy - lecz samego Zbigniewa Herberta. Zarzucono mu kłamstwo. W opublikowanej w roku 1988 w Londynie książce zatytułowanej "Jak współżyć z socrealizmem" Zbigniew Łapiński przypominał, że Herbert w roku w 1954, w PAX-owskiej antologii "Wołam z głębokości" opublikował wiersz "Pacyfik III", noszący podtytuł "Na Kongres Pokoju" - co zdaniem Łapińskiego wykazywało, że poeta nie był tak oddalony od socrealizmu, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Autor "Trenu Fortynbrasa" tłumaczył, że w tej antologii zamieścił tylko trzy wiersze - co zresztą było nieprawdą - zamieścił ich 20. Choć - to chyba najważniejsze - z socrealizmem nie miały wiele wspólnego, zdecydowana większość z nich ukazała się potem po 1956 roku w "Strunie światła", tomiku, w którym piętna socrealizmu dostrzec po prostu nie sposób. No i była także biografia poety: jak można było pomawiać o sprzedajność człowieka, który wydalony z Warszawy nakazem administracyjnym pomieszkiwał w przybudówce do szopy? Który nierzadko głodował?

Katarzyna Herbert opowiadała: "Po ukazaniu się 'Hańby domowej' (...) w środowisku zapanowało oburzenie. Wypowiedź Zbyszka uznana została za niedopuszczalną, skrytykował ją również Adam Michnik. (...) I o datę też były pretensje. Zdaniem krytyków, książka ukazała się w najmniej stosownym momencie". Podobnie wspomina ten czas Jacek Trznadel: "Do Herberta zaczęły dochodzić pewne pomruki niezadowolenia z powodu (...) tego wywiadu. I napisał do mnie w takim liściku z Biarritz z 1986 roku: 'Jednak się nie wycofamy. Tutaj jeden biały emigrant strzelił sobie w łeb. Dziwne, że czynią to biali, a nigdy czerwoni' . Podsumowując: młodzi oskarżali Herberta o napuszenie i posągowość, "środowisko" o zbyt drastyczny, niepomny na względy taktyczne, sposób formułowania sądów.

Przyczyny, dla których wypowiedź Herberta tak bardzo oburzała "środowisko", starał się doprecyzować w roku 1990 na łamach "Gazety Wyborczej" Antoni Pawlak: "Ostrość, z jaką Herbert zaatakował byłych socrealistów w ćwierć wieku po socrealizmie, zbulwersowała środowiska intelektualne w kraju, jak i na emigracji. Myślę, że stało się tak przede wszystkim dlatego, że wielu tych właśnie twórców stanowiło wówczas, w drugiej połowie lat 80., trzon środowisk niezależnego życia kulturalnego. Do tej pory stalinowską przeszłość wytykała im oficjalna prasa, z ' Żołnierzem Wolności' i 'Rzeczywistością' na czele, i nic nie znaczące, podziemne pisemka endeckie". Odtąd niemal wszystkie wystąpienia Herberta dotyczące środowiska literackiego czy świata polityki będą na przemian przedstawiane jako wyraz fascynacji komunizmem w najtwardszej, często stalinowskiej postaci, bądź też ciągotami skrajnie prawicowymi. Zaś o tym, że zarzut podnoszenia sprawy socrealizmu po 25 latach - czyli zbyt późno - nie był aż tak oczywisty, jak to przypuszczał Antoni Pawlak, świadczy choćby reakcja samych zainteresowanych. Przytoczmy wypowiedź Kazimierza Brandysa na temat "Hańby domowej", zamieszczoną w "Miesiącach": "Hańba, haniebny należą do słów o magicznej, totalitarnej sile. Za pomocą takich słów można pchnąć tłum przeciwko ludziom, których chce się zniszczyć. W swoim czasie londyńska prasa emigracyjna miotała podobne słowa na Pruszyńskiego, Tuwima, Słonimskiego, na ludzi powracających do kraju lub drukujących w kraju (...) Totalitaryzmy często posługiwały się i posługują takimi słowami". Krótko mówiąc "w ćwierć wieku po socrealizmie" Brandys za wzorzec totalitaryzmu i totalitarnej propagandy uważał londyńską prasę emigracyjną.

"Żyłem w ubóstwie, wokół śmieci historii. Myśleliśmy, że tak będzie zawsze. Byliśmy w ciągłej opozycji do państwa, i trzymanie się z daleka od takich opiekunów sprawiało nam przyjemność. Traktowano nas nie jako opozycję, lecz jako wieśniaków, którzy nie potrafią zrozumieć marksizmu. Powietrze się zmienia, gdy nadchodzą Sowieci. Rozchodzi się zapach węgla, złych perfum, odchodów i strachu. Mam bardzo czuły nos, mógłbym być pomocny przy szukaniu trufli" - tak w wywiadzie dla "Newsweeka" w roku 1991 mówił Herbert o własnej pozycji w PRL-u oraz o przyczynach swojej odmowy. Wszyscy w miarę pilni obserwatorzy życia intelektualnego w PRL-u wiedzieli, że mówił prawdę. Wiedzieli o tym jeszcze lepiej wszyscy ci, którzy go znali.

A jednak wkrótce zaczęto głosić, że Herbert nie był aż tak bardzo przeciwny PRL-owi, jak się na pierwszy rzut oka wydawało. "Poeta nie bardzo nadaje się na bohatera" - pisała w roku 1995 w "Polityce" Anna Nasiłowska, historyk literatury, przedstawiając Herberta jako łagodnego, zamaskowanego oportunistę - "Życiorys owszem w porządku, ale pozbawiony wielkich czynów. Urodził się we Lwowie (ale czyja to zasługa?), być może otarł się o wojenną konspirację, ale był za młody (po pierwsze miał w chwili zakończenia wojny 21 lat - a jak wiadomo walczyli ludzie znacznie młodsi, po drugie nikt nigdy nie podważał relacji Herberta o czynnym udziale w konspiracji - komentarz mój), nie wspierał reżimu w latach stalinowskich, ale był wtedy zupełnie nieznanym młodym człowiekiem" (tylko czy ten 30-letni "młody człowiek" nie był nieznany właśnie dlatego, że odmówił, że nie skusił się na publikację socrealistycznych lojalek w wielotysięcznych nakładach - komentarz mój). Opozycyjności Herberta zdawała się także zaprzeczać sama jego poezja: "Wystarczy uważnie i bez uprzedzeń przeczytać tom 'Pan Cogito' . Bohater zbioru to indywidualista, nieuleczalny indywidualista, nie nadający się na konspiratora". Publikacje, w których bądź przeciwstawiano wybitną poezję Herberta jego "wątpliwej" postawie życiowej, bądź przekreślano jedno i drugie, były coraz częstsze. W jednej z najbardziej kuriozalnych z nich, zatytułowanej "Pan Vomito" ("Dziś"), autor zaczynał od przywołania patronów Herberta ("Ezra Pound sympatyzował z Hitlerem do samego końca, ale uznano go za wariata"), potem przeciwstawiał Herberta - czyli brak godności - Wojciechowi Jaruzelskiemu - czyli człowiekowi honoru, sugerując jednocześnie, że to właśnie Herbert był inspiratorem zamachu na generała, dokonanego przez Stanisława Helskiego. W końcu uciekał się do ironii: "Ciekawe, czy też Pan Cogito napisze teraz jakieś poema... och, nie chodzi o ciężkie okaleczenie Jaruzelskiego; tak daleko wrażliwość moralna Zbigniewa Herberta nie sięga".

Wszystko to w żaden sposób nie przeszkodziło wielkiemu wydawniczemu sukcesowi Herberta w latach 90. - każda z jego nowych lub wznawianych książek wędrowała na szczyty listy bestsellerów. Oszczercy, krytycy i zbuntowani młodzi poeci mogli oskarżać autora "Raportu z oblężonego miasta" o co tylko chcieli. Zaś czytelnicy chcieli go po prostu w końcu przeczytać.

Kiedy w roku 1992 Herbert wracał do kraju, wydarzeniu temu towarzyszyła w mediach całkowita obojętność. "Jego powrót w tych miesiącach do Warszawy, po latach spędzonych na emigracji, nie przypominał wcale wspaniałych powrotów większych i mniejszych polskich pisarzy, artystów i polityków (...). Przyjazdowi Herberta z Paryża nie towarzyszyły ani fanfary, ani łuki triumfalne" - zauważał Janusz Drzewucki na łamach "Nowej Europy", w jedynej chyba na łamach polskiej prasy notatce poświęconej temu faktowi (jeszcze w dwa lata później - w roku 1994, z okazji 70-tych urodzin poety - znakomicie zazwyczaj poinformowany "Super Express" pisał, że Zbigniew Herbert nadal przebywa w Paryżu). Tak to potem podsumował Antoni Libera: "Został bardzo nieprzyjemnie potraktowany przez wielu swoich dawnych przyjaciół. Ja się nawet nie spodziewałem, że to tak daleko pójdzie - w sensie tego odium, które na niego spadło. To było zawsze robione w rękawiczkach - bo liczono się z nim. Ale zauważałem wyraźne unikanie jego nazwiska, jego twórczości, wyciszanie (...) Pod pozorem, że on jest teraz już nietwórczy, że jego gwiazda minęła (...). Nie mówiąc o wiele silniejszych sformułowaniach, które (...) były wypowiadane prywatnie - np. że on zwariował".

Na rok przed swoim powrotem do Polski Herbert wypełnił "kwestionariusz psychologiczny" dziennika "Die Zeit" ("Kim albo czym chciałby pan być" - "Lampartem", "Co jest dla pana największym nieszczęściem" - "Kiedy jestem zmuszony kłamać", "Ulubiony kwiat" - "Wszystkie dziko rosnące kwiaty"). Jego odpowiedź na pytanie: "Jak chciałby Pan umrzeć" brzmiała: "Stojąc samotnie, w jakimś czystym hotelu".


* W tekście, oprócz cytatów prasowych, wykorzystałem wypowiedzi Herberta i o Herbercie pochodzące z filmów: "Herbert o sobie" Andrzeja Wolskiego, "Powiedzieć prawdę w oczy" Lecha Antonowicza, "Obywatel poeta" Jerzego Zalewskiego.



Maciej Nowicki





HERBERT