Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gustaw Herling-Grudziński

Dziennik pisany nocą

1973-1979

 

(...)

 

Neapol, 3 listopada 1973

Zezwoliwszy Szatanowi na doprowadzenie Hioba do stanu wdeptanego w ziemię robaka, na pozbawienie go wszystkiego prócz życia, Bóg wygłasza dwie mowy. W pierwszej sławi własną mądrość, której dowodem jest Dzieło Stworzenia. W drugiej wskazuje własną wszechmoc, o której świadczy panowanie nad siłami zła. Celem obu mów jest wdeptać robaka jeszcze głębiej w ziemię, zanim w nagrodę za pokorę i zgodę na swój los zostanie przywrócony ludzkiemu kształtowi. Sprawiedliwego męża z Us jątrzy szereg pytań. Czyż Stwórca musiał przemówić głosem chłosty niezasłużonej, udręk winnego bez winy? Trzebaż aż takich plag dla uprzytomnienia człowiekowi jego miejsca w obliczu Wszechmocnego? Nie zaciemnia się tej wszechmocy przez jej nadużywanie? Nie zamącą się obrazu dobra, karząc je, pastwiąc się nad nim Jakby było złem? Moc nie staje się wtedy przemocą, siła gwałtem, wyrok kaprysem, wieczyste prawo wieczną podejrzliwością? Na nic pytania! Hiob po pierwszej mowie Boga wyznaje "jam mały" i "rękę przykłada do ust". Po drugiej "we łzach się rozpływa, pokutuje w prochu, popiele". Z pochyloną nisko głową akceptuje religię strachu. Odtąd jego kondycję ludzką wyznaczać będzie jedno uczucie: bojaźni niezależnej od sumienia, lęku zagnieżdżonego nawet w czystości i prawości. Oto kogo ogląda na wysokościach: Władcę którego zaślepiła wszechmoc, który żąda by również w jego amoralności doszukiwano się sprawiedliwości, gdyż w swej wszechwiedzy Boga nie wie czym jest cierpienie człowieka. Może tak należy odczytywać aluzje Hioba: "Dotąd Cię znalem ze słuchu, obecnie ujrzałem Cię wzrokiem". Czyli: rozumiem teraz kim jesteś, ofiarowujesz nam jedyną zdolność drżenia przed Twoim obliczem o samo tylko życie.

Księga Hioba jest przypowieścią wiary totalnej, w której horror religiosus powoduje teologiczne zawieszenie moralności. W epilogu odbywa się - żeby użyć określenia współczesnego - "rehabilitacja" Hioba. Bóg potraktował Hioba jak winnego; uwalniając go od winy, i w dwójnasób obsypując darami za przebycie ciężkiej próby bez buntu, proklamuje zasadę niewinności zawsze problematycznej i zawsze warunkowej.

Istotne jest to: w swej wszechwiedzy Bóg nie wie czym jest cierpienie człowieka. Chrześcijaństwo powstało z tęsknoty ludzi do Boga cierpiącego. I z tęsknoty Boga do uczestnictwa w ludzkim cierpieniu. Hiob nie otrzymał zadowalającej odpowiedzi na samotność w mękach i obojętne milczenie Nieba. Jego następcy, dzięki Synowi Bożemu przybitemu do krzyża, wyszli z samotności na przekór obojętnemu milczeniu świata.

 

28 listopada

Więcej, odrobinę więcej, szczegółów o powrocie i samobójstwie Maryny Cwietajewoj. Jej mąż, Sergiej Jefron *[Agent NKWD w Paryżu, wmieszany w morderstwo Ignacego Reissa. Wiedziała o tym Maryna?], wrócił w roku 1937 przez Hiszpanię; w tym samym roku repatriowała się córka. Wydany pięć lat temu francuski tom wierszy Cwietajewoj zawiera krótką notę autobiograficzną, a w niej zdanie: "Wiosną 1937 odnowiłam moje obywatelstwo sowieckie". Prawdopodobnie po tym kroku odsunęła się od kolonii rosyjskiej, mimo że nie przestała drukować w pismach emigracyjnych. Jesienią 1938 z banlieue przeniosła się z synem do Paryża, do obskurnego hoteliku w okolicach dworca Montparnasse. Żyli w biedzie, jeśli nie w nędzy. Odkładała sama powrót, oczekując wiadomości z Rosji, czy robiono jej wstręty? Wreszcie w roku 1939 statkiem z Havru wyruszyli oboje do Polski; do Moskwy przyjechali pociągiem z Warszawy 12 czerwca. Jefron i córka byli jeszcze na wolności, aresztowano ich w sierpniu. Cwietajewa znalazła się w pustce, unikano jej, o drukowaniu wierszy nie było mowy, zarabiała na życie swoje i chłopca przekładając poetów gruzińskich i białorusko-żydowskich. Jak strasznie była samotna, wyklęta! Pisała do przyjaciela: "Żenia, najmilszy, dziękuje. Twój list jest pierwszy, jaki otrzymuje od czterech miesięcy; i od czterech miesięcy sama po raz pierwszy siadam do pisania listu". Równocześnie bała się, bez przerwy się bała. Zapis w "zeszyciku", wrzesień 1940: "Uważają mnie za dzielną. Nie znam człowieka bardziej bojaźliwego niż ja. Boję się wszystkiego... Nikt nie widzi, nie wie, że od roku (w przybliżeniu) szukam oczami haków, ale nie ma ich, wszędzie elektryczność". Opisano ją w dniu ewakuacji z Moskwy do Jełabugi: "Na dworcu Cwietajewa oglądała się cały czas trwożliwie, szukała syna, chociaż nie odstępował jej na krok; w jej wzroku malowało się zagubienie". Do Jełabugi dotarła 21 sierpnia 1941. Starczyło przestąpienia progu by spodobał jej się domek dwojga emerytów, może dlatego że spostrzegła w nim nareszcie upragniony hak. W dziesięć dni później, w niedzielę, domek wyludnił się od wczesnego rana: gospodyni i syn Cwietajewoj poszli na woskresnik, gospodarz i wnuczek na ryby. Powiesiła się przypuszczalnie zaraz po ich odejściu. Syn zaciągnął się do wojska, zginął wkrótce potem. Sergiej Jefron umarł w więzieniu, albo został rozstrzelany. Ocalała jedynie córka. Po latach nie można było w Jełabudze ustalić gdzie dokładnie znajduje się grób poetki, pod jedną z sosen wkopano więc mały metalowy krzyż z napisem: "W tej części cmentarza pochowana jest Maryna Iwanowna Cwietajewa 1892-1941".

W roku 1940 zorganizował ktoś potajemne spotkanie Cwietajewoj z Achmatowa, w moskiewskim mieszkaniu ich wspólnego znajomego. Po długiej rozmowie w cztery oczy wyszły z pokoju wzburzone; nigdy chyba nie będzie wiadome co sobie nawzajem opowiedziały. Cwietajewa postanowiła opuścić mieszkanie pierwsza, Achmatowa przeżegnała ją gdy się rozstawały. Spotkały się jeszcze raz przypadkowo na ulicy w Moskwie. Przed śmiercią Achmatowa wspominała w Paryżu: "Szli za nami krok w krok dwaj mężczyźni i ciągle myślałam kogo śledzą, mnie czy ją".

Drobne przypiski do wielkich książek Nadieżdy Mandelsztam.

 

Neapol, 7 lutego 1974

Wspomnienie w tonacji Sunset Boulevard, albo jak zatytułowano recenzję z tego filmu: Sic transit Gloria Swanson. W tonacji minorowej oczywiście, bo rzecz dzieje się nie w Hollywood lecz na ludowym rzymskim Zatybrzu.

Piękna Rosina L. była najsłynniejszą chyba gwiazdą włoskiego filmu niemego, ubóstwianą (żeby użyć słówka z języka kinematografii) przez widzów, kochaną przez mężczyzn i imitowaną przez kobiety, obsypywaną kwiatami przez oblężycieli i klejnotami przez co szczęśliwszych zdobywców, witaną oklaskami gdy wchodziła do teatru lub restauracji, ściganą na ulicach przez łowców autografów, uwiecznianą przez żurnalistów i fotografów. Jeszcze dzisiaj włoskie woluminy filmologiczne wysuwają ją na honorowe miejsce z towarzyszeniem całostronicowych podobizn, a włoscy bezzębni starcy wzdychają i drżącymi rękami dotykają serca na sam dźwięk jej nazwiska.

Zawarłem z nią znajomość pod koniec lat pięćdziesiątych. Mieszkała na Zatybrzu w ciasnym sublokatorskim pokoiku, tak ciasnym i zagraconym że z trudem się w nim poruszała. Była już starą i zniszczoną kobietą, chociaż w twarzy zachowała ślady dawnej urody. Pędziła życie na pograniczu nędzy, straszliwie przy tym smutne, samotne i monotonne. Któryś z jej amantów - kandydat na kolejnego męża z bardzo bogatej rodziny piemonckiej - w przeddzień ślubu popełnił samobójstwo, zapisawszy niedoszłej żonie w testamencie wypłacane miesięcznie dożywocie. Rodzina denata respektowała wciąż jego ostatnią wolę, ignorując całkowicie zmiany wartości lira: co niegdyś, w momencie zapisu, było dużą czy w każdym razie pokaźną sumą, stało się po latach mizerną pensyjką grubo poniżej lichej zapomogi emerytalnej. Cały nagromadzony majątek Rosiny przepadł (mniejsza o to jak) podczas wojny, musiała więc tę pensyjkę uważać ze jedyne oparcie aż do śmierci. Żywiła się torebkowymi zupkami, popijała je najtańszym sikaczem, ubolewała że przestano lira dzielić na centy, odmawiała sobie wszystkiego z wyjątkiem dwóch narkotyków: kina i magazynów ilustrowanych. Po wczesnym obiedzie wyciągała się "dla zdrowia" na łóżku otoczona swoimi rotocalchi, wertowała je pracowicie stronica za stronicą, ciekawsze artykuły i ilustracje wydzierała i wrzucała do tekturowego pudła obok wezgłowia. O zmierzchu zaczynała się przygotowywać do Wyjścia przed niewielkim lustrem w kącie pokoju. Przygotowania trwały tyle co normalny seans w kinie: niewykluczone że dlatego właśnie, aby "wyjściowy" mozół okazał się nieco bardziej uzasadniony, zdarzało jej się często przesiedzieć w kinie dwa seanse. Było jej zresztą wszystko jedno jakie filmy ogląda, nie studiowała repertuaru, po prostu ruchem zegarowym odwiedzała raz wybrane sale projekcyjne w nie zanadto od domu długim promieniu. Wracała na zatybrzańską Via del Tramonto rozanimowana, po drodze wstąpiwszy do podławego baru, gdzie (dzięki niej samej) wiedziano kim jest i nie żałowano jej udanych bądź szczerych (w zależności od wieku gości) oznak rewerencji dla osłody tradycyjnego amaro. W rok mniej więcej po naszym spotkaniu przeprowadziła się do innej dzielnicy Rzymu, ofiarowano jej bezpłatny pokój w zamian za godzinę codziennej konwersacji angielskiej z dziećmi gospodarzy. Straciłem ją wtedy z oczu, później dowiedziałem się przypadkiem że umarła. Wątpię, czy ma własny nagrobek z nazwiskiem na cmentarzu Verano.

Mimo że zamknięta i raczej nieufna, dosyć mnie polubiła, parokrotnie pozwoliła się nawet zaprosić na kolacje. Pewnego wieczoru z tajemniczą i uroczystą miną wręczyła mi mały pakiecik. Napisała pamiętnik, dla załatania dziur w budżecie postanowiła go przedłożyć redaktorom najpoczytniejszego wówczas magazynu ilustrowanego, najpierw jednak chciała o nim usłyszeć "fachową opinię człowieka pióra". Pamiętnik, napisany prawie bez interpunkcji (jakby była uczennicą Molly Bloom) zajmował sto stroniczek cienkiego zeszytu szkolnego i składał się z dziesięciu rozdziałów. W dziewięciu odmalowała energicznymi krechami i plamami amory z "mężczyznami swego życia", kładąc nacisk na obscoena. Dziesiąty powinien się był nazywać Schifo, dominowało w nim bowiem uczucie obrzydzenia: stanowił podsumowanie burzliwego i urozmaiconego curriculum seksualnego uwieńczone w epilogu snem na jawie autorki; oczami wyobraźni, nie ukrywając mściwej delektacji, widziała nagich "mężczyzn swego życia" wbitych rzędem w porządku chronologicznym na haki rzeźnickie (z przyrodzonej skromności nie dodaję jak wbitych czyli za co powieszonych, niech wystarczy informacja że dłońmi zamiatali ziemię).

Pamiętniczek nie był arcydziełkiem w stylu uroczej Fanny Hill Johna Clelanda, szkodziła mu nadmierna, śmiertelna wręcz powaga. Nie miał też, w ząbkujących dopiero latach pięćdziesiątych, żadnych szans przedarcia się przez zaporę cenzury obyczajowej do złotodajnego królestwa rotocalco. Miałby je przypuszczalnie teraz, jeśli sądzić po zalewie sprośnych filmów i publikacji w kinach i kioskach gazetowych. Kiedy mijam kolorowe plakaty filmowe i odczytuję na nich tytuły w rodzaju Zgwałcona siedem razy w obecności męża lub Gryź, szarp, ćwiartuj moje ciało, kiedy na ladach kiosków kartkuję świeże co tydzień tomiki ociekające Chucią, staje mi żywo w pamięci obraz jatki z pamiętniczka Rosiny. Arcydzieła - powiedzmy sobie szczerze - nie urodziła, nie wysiliła się również zbytnio w odsłonięciu publiczności pasma swych doświadczeń alkowianych, ale intuicyjnie bodaj zrozumiała jałowość pornografii jako samoniszczącej się maszynki do produkowania dreszczyków erotycznych. Chwała jej za to pośmiertna, gdyż od współczesnego pornograficznego obłędu autodestrukcyjnego myśl chyżej pomyka wstecz, ku dalszym i bliższym dziejom nieprzystojności.

 

10 lipca 1975

W przysłanym z kraju memoriale wciąż drąży mnie jeden fragment. Mowa o repatriacji Polaków z ZSSR w latach 1957-1958, na mocy umowy Gomułka-Chruszczow. Repatriacja ta, w przeciwieństwie do poprzedniej z lat 1945-1955, obejmowała także więźniów i zsylnych. Terenowe władze sowieckie sabotowały ją wyraźnie, toteż (piszą autorzy memoriału) "do Polski wróciło wtedy tylko parę procent Polaków, około 50 000 ludzi, licząc razem wolnych, więźniów i zsylnych; reszta została na zawsze, gdyż teraz tylko jednostki jakimś cudem mogą wrócić; przed pięciu laty wrócił z obozu..., aresztowany w roku 1939 jako dwudziestoletni młodzieniec: cień człowieka, kręgosłup ma zgięty w pół, usta zamknięte, milczące, jest schorowany, zdziwaczały, nie chce nikomu dać swego adresu; pozostały mu tylko piękne rysy twarzy".

Polski Sołżenicyn, gdybyśmy takiego mieli (oczywiście zaszytego w tłumie socmistyków), napisałby powieść o tym co "nie chce nikomu dać swego adresu".

 

26 stycznia 1976

Niezbyt ładna, niezbyt mądra, niezbyt miła, wpatrzona w męża z uczuciem bezgranicznej i bezkrytycznej adoracji, młodsza od niego na tyle że mogłaby być jego córką, Anna Dostojewska zasługuje na pomnik idealnej żony genialnego pisarza. I wcale nie ofiary, bo nie ma powodu nie wierzyć jej zapewnieniom, że spędziła z Dostojewskim czternaście najszczęśliwszych lat życia. On zaś, zaangażowawszy w roku 1866 stenografistkę Anię dla przyśpieszenia terminowej pracy nad Graczem, wygrał wielki los na loterii. Stanisław Mackiewicz nie przesadza: "To Ani zawdzięczamy Dostojewskiego, bez Ani nie byłoby Dostojewskiego... Ania poniosła takie poświęcenia, o jakich nie słyszałem, nie widziałem, nie przypuszczałem, aby je zdolna była ponieść inna jakaś żona dla innego jakiegoś pisarza". Z jedną poprawką: Ania, gdyby ją o to zapytano, gotowa byłaby przysiąc że to Dostojewski poświęcił się biorąc za żonę ją, uosobienie przeciętności, dziewczynę niezdatną do niczego poza czernieniem znaczkami stenograficznymi białych kartek papieru...

Dzięki umiejętnościom stenograficznym powstał jej Dziennik z pierwszego okresu po małżeństwie, przetłumaczony kilka lat temu przez Przybylskiego. Napomknąłem o nim w swoim czasie, nazywając go zapisem "piekła", portretem Dostojewskiego "opętanego" i "satanicznego". Teraz, gdy Podgórzec przełożył Wspomnienia Anny Dostojewskiej, pisane pod koniec życia przez starą kobietę, u wielu ich czytelników zrodzi się pokusa zawyrokowania: prawdę utrwaliła młodziutka stenografislka Ania, zakochana i zadręczona, na przemian smagana piekielnymi podmuchami i wniebowzięta, a nie dostojna jejmość Anna Grigoriewna, świadoma już swej roli, dumnie wobec otoczenia wyprostowana, bijąca niskie pokłony przed ikoną Fiodora Michajlowicza, kłótliwa ilekroć ktoś waży się dostrzec na niej plamę czy choćby plamkę, po olimpijsku przemykająca się nad śladami ran z własnego dziennika. Byłby to sąd niesprawiedliwy. Prawdę, zresztą na pewno nie całą, przedstawiają Wspomnienia i Dziennik razem; kiedy matrona Anna Grigoriewna oburza się na Strachowa za jego "oszczerczy" list o mężu do Tołstoja, dwudziestoletnia Ania odwraca przerażoną i zapłakaną twarz; obie przybliżają wspólnie Dostojewskiego do formatu postaci z Dostojewskiego. Podczas lektury Wspomnień należy ciągle podkładać pod nie Dziennik.

 

20 maja

"Odkryłem że cale nieszczęście ludzi pochodzi z jedynej rzeczy, która jest nieumiejętność spokojnego przebywania w pokoju". To motto z Pascala poprzedza książeczkę Gide'a La sequestree de Poitiers. Gide opisał bez komentarzy dochodzenia sądowe wszczęte w Poitiers w roku 1901, po wykryciu (dzięki anonimowemu donosowi) że pięćdziesięcioletnia córka zamożnej rodziny mieszczańskiej była dwadzieścia pięć lat wieziona w ciemnym pokoju przez owdowiałą matkę i brata. Policja znalazła ją na łóżku pokrytym skorupą ekskrementów i odpadkami jedzenia, tak wychudzoną że jej ciało ważyło prawie tyle samo co jej sięgające do kostek włosy. W pokoju roiło się od robactwa, ściany zabazgrane były nieczytelnymi napisami. Czytelny był tylko jeden: "Żadnej miłości i wolności, zawsze samotność, trzeba żyć i umierać w wiezieniu przez całe życie". Melanie Bastian, półobłąkana sequestree z Poitiers, powtarzała wciąż po uwolnieniu: "Róbcie ze mną co chcecie, ale nie zabierajcie mnie z mojej małej ukochanej groty". Przypinając myśl Pascala do tej historii, Gide nie zamierzał ich sprowadzić wzajemnie do absurdu. Zależało mu raczej, jak sądzę, na tym by z po mocą przypadku skrajnego wskazać że istnieje także nędza "szczęścia ludzi".

 

Maisons-Laffitte, 11 lutego 1977

Kiedy dwa lata temu przeczytałem w almanachu rosyjskim Ami krótką powieść (a raczej "poemat", jak ją określił sam autor z aluzją do Martwych dusz Gogola) Wieniedikta Jerofiejewa Moskwa-Pietuszki, byłem bardzo przejęty, nie zdając sobie jednak sprawy że z Rosji przyszło na Zachód małe arcydziełko. Widzę to teraz, po dzisiejszej dwu-krotnej lekturze wyśmienitego przekładu polskiego Niny Karsow i Szymona Szechtera.

O Jerofiejewie nie wiemy prawie nic, a to co wiemy jest niepewne. Podobno urodził się w roku 1939 i skończył filologię na Uniwersytecie Moskiewskim. Moskwa-Pietuszki jest debiutem i jak dotąd jedynym jego utworem, "Wieniczka Jerofiejczyk" woli wódkę od atramentu. Zarabia na życie jako robotnik-tramp, nie znosi stałego miejsca zamieszkania (albo nie znoszą go zbyt długo w stałym miejscu pracy). Jest dość prawdopodobne, że nie słyszał wcale o swoim sukcesie literackim na Zachodzie: o tłumaczeniu francuskim "poematu" (z przedmową Michała Hellera) powitanym świetnymi recenzjami, o wydaniu włoskim które natychmiast uplasowało się wysoko na liście bestsellerów. Sprowadzony do szkieletu fabularnego, "poemat" Jerofiejewa jest opowieścią o niecałej dobie w życiu narratora-pijusa. Wczesnym ranem, już w stanie lekkiego "zaprawienia", Wieniczka wyrusza na Dworzec Kurski w Moskwie, mrucząc pod nosem: "Wszyscy mówią Kreml, Kreml, a ja sam Kremla nigdy nie widziałem". Z Dworca Kurskiego odchodzi pociąg do Pietuszek, dwie godziny jazdy ze stolicy. W Pietuszkach mieszka ukochana moczymordy. W pociągu zaczyna się ochlaj zbiorowy, nawet bileter każe sobie płacić wódką a nie kopiejkami. Króciutkie rozdziały "poematu", odpowiadające etapom trasy, wypełnione są obłędnym monologiem narratora w pijanym widzie i równie obłędnym bełkotem pozostałych pasażerów. Zamiast wysiąść w Pietuszkach, król "koktajlów" wraca tym samym pociągiem do Moskwy. I zostaje zaatakowany nocą przez czterech ludzi pod murami tegoż Kremla, którego nigdy nie widział: jeden z napastników wbija mu szydło w gardło. Nieodparty komizm "poematu" należy zrównoważyć jego dedykacją: "Najmilszemu Wadimowi Tichonowowi te tragiczne strofy ofiarowuje autor".

Warstwa wierzchnia "poematu" jest zatem satyryczna, odsłania współczesną Rosję znaną dobrze każdemu, choćby przelotnemu podróżnikowi: Rosję pławiącą się w alkoholu, przemytą dziś wódką jak była wczoraj przemyta krwią w głośnej powieści rewolucyjnej Artioma Wiesołego. Pije się żeby zapomnieć, pije się z braku czegoś innego, pije się z rozpaczy, pije się żeby "nie upaść duchem", "rozjaśnić sobie w głowie" lub "spłukać brudną duszę", pije się dla nawiązania kontaktu z bliźnimi, pije się bo zimno, pije się bo gorąco. Lecz Jerofiejew, poprzez niezmiernie subtelną grę asonansów i ech historycznych i literackich, nadaje temu uniwersalnemu ochlajowi cechy wieczności, jakby chodziło o nieodwracalne przeznaczenie narodowe. I na zabiegu historyczno-literackim, "wiecznym", zaszczepia wyborny i prowokacyjny zabieg lingwistyczny, "współczesny": posługuje się szczodrze groteskowym gniotem urzędowego, bombastycznego żargonu sowieckiego i ulicznej gadki, sprośnego języka ludowego. Rezultat jest niezwykły: nie tyle oblicze co gogolowska morda rzeczywistości sowieckiej w pozłacanym zwierciadle propagandy komunistycznej.

Spod warstwy satyrycznej prześwituje, jak w palimpseście, warstwa tragiczna. A może, bardziej niż o palimpseście, wypadałoby tu mówić o mistrzowskim zestrojeniu w unisono śmiechu i płaczu. Przeciera się oczy i uszy ze zdumienia, nie wierzy im się, a przecież jest właśnie tak: każdemu wybuchowi śmiechu Jerofiejewa towarzyszy głęboki i wstrząsający szloch. I zaczyna się pojmować, także dzięki coraz liczniejszym zaczepieniom en passant o Ewangelię, czym jest w "poemacie" szmirusa-pijusa podróż Moskwa-Pietuszki i z powrotem. Czymś w rodzaju Drogi Krzyżowej umierającej duszy, z etapami trasy które są stacjami Męki, aż do Ukrzyżowania pod murami Kremla. "Bezwstydni! Ziemię moją zamienili w najbardziej plugawe piekło i łzy każą ukrywać przed ludźmi, a za to śmiech wystawiać na widok publiczny! Nikczemne szuje! Nie pozostawili ludziom nic, prócz rozpaczy i strachu! A na dobitkę śmiech u nich publiczny, a łzy zakazane! Och, móc powiedzieć teraz coś takiego... jednym słowem jak ogniem zniszczyć te kanalie! Powiedzieć coś takiego, co wtrąciłoby w panikę wszystkie ludy starożytnego świata!".

Wielodenność "poematu" nie kończy się na tym. W epilogu wyczuwa się u Jerofiejewa ledwie uchwytne pragnienie przerzucenia pomostu między Ewangelią i Kafką. "Wszyscy mówią Kreml, Kreml, a ja sam Kremla nigdy nie widziałem". To kafkowski Zamek. Widzi go wreszcie, zanim następuje Ukrzyżowanie szydłem wbitym w gardło. I przychodzą na myśl ostatnie słowa Procesu: "Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był najwyższy trybunał, do którego nigdy nie dotarł? Dokoła gardła K. zacisnęły się dłonie jednego z ludzi, gdy drugi wbił mu nóż w serce i po dwakroć go przekręcił".

Nie mam wątpliwości że w osobie Jerofiejewa pojawił się w Rosji, aby natychmiast zniknąć nie wiadomo na jak długo, pisarz dużego formatu. Rosyjskie podpolje bogatsze chyba jest, niż kiedykolwiek.

Prawda, odmienne niż za czasów Dostojewskiego; i zarazem dziwnie blisko spokrewnione z rewelacją roku 1864: w desperacko-zuchwałym monologu i w marzeniu ukrytym pod "zbrukanym zleżałym ściegiem".

 

22 lipca

Czasy zarazy podsycały zawsze przekonanie o istnieniu czynnika diabolicznego w dziejach świata. Kronikarze i historycy są zgodni, że z wygasaniem wielkich dżum unosił się nad ogromnym cmentarzyskiem w oczach ocalałych Diabeł: chwilowo uchodzący, gotów jutro wrócić. Szalała deprawacja, rozprzęgały się obyczaje, instynkt życia pchał ku zapomnieniu, lecz jak namuł po odpływie mętnej fali opadało na dno serc poczucie tragizmu losu ludzkiego.

W książce Nohla The Black Death, w rozdziale zatytułowanym The Diabolic Element in the Plague, czytam fragment kroniki z okresu Wojny Trzydziestoletniej.

Dżuma szła w parze z rosnącym głodem. We wsi Wollsin mieszkał z żoną i dwoma synami człowiek zacny, pobożny i powszechnie szanowany nazwiskiem Burghard. Gdy śmierć głodowa zajrzała im w oczy, Burghard kazał synom przygotować się do drogi. Żonie powiedział, że wyruszają do miasteczka Lippaen; jeśli znajdą tam środki do życia, zawezwą ją do siebie. Tak jednak byli osłabieni, że wieczorem dotarli zaledwie do sąsiedniej wsi Kleinbroeden, gdzie przed miesiącem zmarł na dżumę z całą rodziną brat Burgharda. Okazało się, że nie całą. Zastali w chacie młodą kobietę na barłogu, wycieńczoną, z urodzonym trzy dni temu niemowlęciem przy piersi. Była to siostrzenica Burgharda. Poprosili ją o coś do jedzenia. Odpowiedziała, że żywi się od tygodni gotowanym zielskiem; i że nawet zielska nie może koło chaty zebrać, odkąd zległa. Dała im klucz od spiżarni, na dowód że mówi prawdę. W tym miejscu kronikarz wtrąca uwagę o głodzie, który "ludzką naturę trzech mężczyzn przemienił w wilczą". Poszeptali w kącie, po czym "wznieśli diabelski krzyk podobny do wycia". Burghard zbliżył się do legowiska siostrzenicy i ozwał się do niej w te słowa: "Módl się do Boga, poleć Mu swoją duszę i błagaj Go o zmiłowanie. Musimy cię zabić, aby zaspokoić nasz głód". Odparła: "Zabijcie mnie, ulitujcie się przecież nad moim dzieckiem. Ja i tak umieram. Boże miłosierny, oddaję się w Twoje ręce". Rzucili się na nią z nożami. Nie broniła się i nie wydała jęku. Pierwszy głód zaspokoili płatami surowego mięsa, resztę odcięli od kości, zasolili i upchali w worku. Nazajutrz wrócili do domu. Burghard okłamał żonę, że udało mu się przy-dybać po drodze zdziczałą owcę. Ponieważ zabita kobieta była już zarażona dżumą, umarli wszyscy czworo wkrótce potem. Ostatni umarł młodszy syn, przyznawszy się do zbrodni i złożywszy w więzieniu w Lippaen dokładne zeznanie "o tym czego, będąc w mocy Diabła, dokonał wespół z ojcem i starszym bratem". Spisano je i przybito do wrót kościoła "ku wieczystej pamięci ludzi". W chacie w Kleinbroeden znaleziono martwe dziecko i razem z zawartością worka pochowano na cmentarzu.

 

23 lipca

W dwadzieścia lat później narodziły się dwie przeciwstawne legendy, o których wspominają inni autorzy. Wspólne w nich było to, że dziecko siostrzenicy Burgharda zabrał ktoś z chaty w Kleinbroeden i cudem uratował. Chłopcu nadano imię Wolfgang. Uciekł z domu w wieku piętnastu lat. Długo myślano, że przepadł bez śladu. Potem zaczęły krążyć, powtarzane to z trwogą to z przejęciem, owe dwie legendy.

Według pierwszej stanął na czele bandy młodocianych zbójców. Palili wsie, mordowali ludzi nie oszczędzając starców i dzieci, wpadali do kościołów i niszczyli ołtarze. W ich okrucieństwie, w zaciekłości z jaką wdeptywali w ziemię krucyfiksy i święte obrazy, było coś szaleńczego. Długowłosi, brudni, okryci łachmanami, nosili na piersiach medaliony z napisem "Wróg Boga, litości i miłosierdzia". Po każdym najeździe zwykli tańczyć dokoła ogniska i śpiewać ni to pieśni ni hymny. Podawali się za zwiastunów świata oczyszczonego krwią i ogniem, wolnego od grzechu i nareszcie sprawiedliwego. Łatwo w tej legendzie dostrzec wątki przechwycone z przeszłości. Po wielkiej dżumie w czternastym stuleciu, która wyludniła pół Europy, zjawili się na widowni Lucyferianie. Połączyli się z sektą Braci Wolnej Myśli, przyciągnęli sporo braciszków z zakonów żebraczych. W Niemczech grabili, łupili i urządzali rzezie pod wodzą Wernera z Urslingen. W innych krajach poznawano ich po tym, że wiernym w kościołach przerywali Ojcze Nasz okrzykiem: "Któryś jest w niebie dzięki przemocy i niesprawiedliwości!". Harmonie świata, utraconą z winy samozwańczego Boga, miał przywrócić sprawiedliwy Lucyfer.

Przeciwstawna legenda jest krótka, oparta na motywie Drugiego Przyjścia. Wolfgang występuje w niej jako wędrowny kaznodzieja, nawołujący do miłości. Ma twarz Chrystusa, mówi cicho i powoli, z oczu ciekną mu często łzy. Legenda nazywa go Der weinende Wolfgang.

 

28 lipca

Utarło się mówić w związku z dziełem Kafki o prefiguracji Państwa-Lewiatana, o człowieku który nie działa lecz jest działany przez anonimowe i wszechmocne siły. Słusznie. Ale ja, ilekroć myślę o Kafce, powtarzam sobie w duchu jego list do Oskara Pollaka z roku 1903: "Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my ludzie powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła".

Pisząc ten list, Kafka miał dwadzieścia lat. Całkowita wzajemna nieprzejrzystość ludzi; całkowite zamknięcie jednych przed drugim przy równoczesnej pewności że każdy z nas zamyka w sobie własne piekło; niezdolność języka do wyrażenia, czy choćby zakomunikowania indywidualnych bólów. Żadna z postaci występujących w przypowieściach i metaforach Kafki nie ma twarzy, żadna nie próbuje nawet odsłonić swego wnętrza. W jego utworach panuje szczególna atmosfera obrządków, których prawdziwy sens jest niezupełnie uchwytny dla samego autora. Kafka uważał swoje pisarstwo za "środek zbawienia" i "formę modlitwy". Od kogo lub czego spodziewał się zbawienia? Do kogo lub czego się modlił? Jego list każe pamiętać, że nie spodziewał się zbawienia od nikogo i niczego. A modlił się do impulsu modlitwy, jakby to ona była praźródłem języka ludzkiego.

 

Neapol, 23 lutego 1978

Jak opisywać piekło zagłady? Tak by słowa były tym cięższe, im jest ich mniej; by rozbrzmiewały tym donośniej, im spokojniej są wypowiadane; by zdaniom udzielał się zimny odblask pożogi w oczach opowiadającego; by w jego równym i niemal obojętnym głosie wyczuwało się napiętą do ostateczności strunę; by przewracane stronice były w rękach czytelnika niby płyty kamienne z wyrytymi napisami, odwalane na bezimiennych i zbiorowych grobach.

Heller wskazuje więź, łączącą oświęcimskie opowiadania Borowskiego z kołymskimi opowiadaniami Szałamowa. Przytacza dwa zdania. U Borowskiego bohater, pielęgniarz szpitala obozowego, gra w piłkę nożną w chwili gdy kolejny transport prowadzą do gazu: "Między jednym kornerem a drugim, za moimi plecami poszły do gazu trzy tysiące ludzi". U Szałamowa bohater, znalazłszy się w pobliżu człowieka który zjada trupy, zauważa: "Są niewątpliwie rzeczy straszniejsze, niż obiad z trupiego mięsa". Ale jedno różni Szałamowa od Borowskiego. Pierwszy jest wypalonym do cna kronikarzem kołymskiego piekła, jego mistrzostwo jest efektem okamienienia. Drugi opowiada o Oświęcimiu z nutką piekielnego i rozpaczliwego chichotu, w którym nihilizm (jak bardzo trafnie podkreśla Miłosz) "wynika z pasji etycznej, jest zawiedzioną miłością do świata i ludzi".

Piekło zagłady getta warszawskiego w relacji doktora Marka Edelmana, spisanej przez Hannę Krall, postawiłbym trochę bliżej Borowskiego niż Szałamowa. Przejmująca książka to Zdążyć przed Panem Bogiem. Zaledwie dziewięćdziesiąt stronic i o połowę za dużo. Za dużo o połowę, za dużo też (przykro powiedzieć) o interlokutorkę. Takie sprawy spisuje się samemu, wszystko co jest konwersacją, pytaniem uściślającym (Jakie to ma dzisiaj znaczenie", wzrusza wtedy ramionami Edelman), dygresyjnym przeskokiem w teraźniejszość i w ogóle posługiwaniem się chwytami "wywiadowczymi", obniża napięcie i zamąca surową grozę opowiadania. Pozostają nagie fragmenty relacjonującego Edelmana. "Na Krochmalnej 18 trzydziestoletnia kobieta, Rywka Urman, odgryzła kawałek swojego dziecka, Berka Urmana, lat dwanaście, zmarłego z głodu poprzedniego dnia. Ludzie otaczali ją na podwórku w ciszy, w całkowitym milczeniu. Miała szare, potargane włosy, szarą twarz i obłąkane oczy. Potem przyjechała policja i spisała protokół". Albo taki, który według mnie jest wielką opowieścią w niewielu zdaniach: "Ludzie czekali na załadowanie do wagonów w budynku szkolnym. Wyciągano ich stamtąd kolejno, piętrami, więc z parteru uciekali na pierwsze piętro, z pierwszego na drugie, ale były tylko trzy piętra, więc na trzecim kończyła się ich aktywność i energia, bo wyżej nie można było iść. Na trzecim piętrze była wielka sala gimnastyczna. Leżało tam na podłodze kilkaset osób. Nikt nie stał, nikt nie chodził, nikt się w ogóle nie ruszał, ludzie leżeli, apatyczni i milczący. W sali była wnęka. We wnęce kilku własowców sześciu, ośmiu może - gwałciło dziewczynę. Stali w kolejce i gwałcili ją, i kiedy kolejka się skończyła, dziewczyna wyszła z wnęki, przeszła przez całą salę, potykając się o leżących, biała, naga, zakrwawioną, i usiadła w kącie. Tłum wszystko widział i nikt nie powiedział słowa. Nikt się nie poruszył nawet, i nadal trwało milczenie".

 

Neapol, 10 listopada

Nietzsche przyjechał do Turynu 5 kwietnia 1888 roku za radą przyjaciela, który stolicę Piemontu zachwalał jako coś pośredniego między Niceą i Sils-Marią, dwiema ulubionymi miejscowościami filozofa. Wynajął pokój na szóstym piętrze kamienicy obok Piazza Carlo Alberto, u zamożnego właściciela kiosku z gazetami Davide Fino. I Turyn rzeczywiście przypadł mu do serca. "Oto miasto, w którym czuć jeszcze powiew dobrego XVIII wieku". Suche i czyste powietrze, ulice ocienione portykami, cukiernie i jakie wyborne w nich słodycze i lody, częste koncerty, spacery nad Padem i w ogromnym Parku Michelotti za rzeką, bogata księgarnia wielojęzyczna Loeschera. Spokój, spokój, znikły jak ręką odjął dolegliwości, ani jeden zmarnowany dzień, gorączka pracy. Zaprzyjaźnił się szybko z gospodarzem, miał w domu do dyspozycji fortepian, grywał na nim czasem na cztery ręce z miłą panną Fino. Rosły wciąż sterty zapisanych kartek. Poza światem, jak gdyby w ukryciu, w zaczajeniu, to czerniąc papier gwałtownymi uderzeniami pióra w pokoiku z widokiem na piękny plac, to zanurzając się w turyńskim życiu podobnym do wód leczniczych, łatwiej było przygotować dla świata wyrok. Kto z mijających go na ulicy przechodniów, z rzadkich spacerowiczów nad rzeką i w parku, z sąsiadów przy stolikach w obitych czerwonym pluszem kawiarniach, mógł podejrzewać że bliżej nieznany professore tedesco kończy już wkopywanie dynamitu i szykuje się do rozwinięcia lontu? Zdarzało się że myśl o tym wyrywała mu z gardła krótki charkotliwy śmiech, tak obcy że mimo woli oglądał się za siebie. Nie, nie - był sam i silny w swej samotności. Zapisał nagle w notatniku 12 maja: "Motyw obrazu. Woźnica. Krajobraz zimowy. Woźnica, z wyrazem wstrętnego cynizmu, odlewa się na własnego konia. Biedne stworzenie, z odparzoną i zdartą skórą, zwraca ku niemu łeb - wdzięczne, bardzo wdzięczne". Przyśnił mu się ten obraz? Czy pochodził z obserwacji? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że na kilka dni wtrącił go w stan rozdrażnienia i uniemożliwił mu skupienie się nad eksplozywnym dziełem. Bywały w ciągu tych kilku dni chwile, gdy z niepokojem patrzył na manuskrypt.

Niepokój przeszedł, nadeszło za to wczesne i duszne lato piemonckie. Znowu uderzał piórem w kartki papieru, podkreślał coraz gęściej poszczególne słowa, ale łapiąc z trudem oddech i ocierając pot z twarzy wielką chustką. Na początku czerwca, zapewniwszy gospodarza że we wrześniu wróci do Turynu, uciekł do Sils-Maria.

"Odkąd wyjechałem z Turynu, jestem na dnie. Wieczne bóle głowy, wieczne wymioty". W listach z Sils-Maria skarżył się bezustannie na "głębokie wyczerpanie nerwowe", na "wyciekanie siły witalnej". Walczył daremnie, nie tracąc "jasności w ocenie własnej sytuacji", z "najsmutniejszymi myślami". Był sam i slaby w swej samotności. Wspominał o obciążeniu dziedzicznym: "Mój ojciec umarł na całkowity zanik siły witalnej".

Wrócił do Turynu 20 września. I natychmiast: "Cudowna przejrzystość powietrza, kolory jesieni, rozkoszne poczucie błogości". Pisał w pośpiechu, prawie zadyszany, nie odrywał się od biurka na więcej niż pięć godzin snu. 30 września eksplozywne dzieło było gotowe. Zatytułował je Der Antichrist - Fluch auf das Christentum. Nie wystarczyło mu "przekleństwo chrześcijaństwa" w tytule, dołączył jeszcze Dekret przeciw chrześcijaństwu w siedmiu paragrafach podpisany Antychryst. "Dan pierwszego dnia zbawienia, pierwszego dnia Roku Pierwszego (30 września 1888 według fałszywej chronologii)". Siedem paragrafów poprzedził kwintesencją dekretu: "Wojna na śmierć i życie przeciw kalectwu, kalectwem jest chrześcijaństwo".

Turyńska "błogość" sprzyjała delektowaniu się skończonym manuskryptem. Kartkował go wielokrotnie, za każdym razem bardziej z siebie zadowolony. Przymykał oczy, widział w wyobraźni ognik pełznący błyskawicznie wzdłuż lontu. Jaki wybuch, jaki wybuch! Zdawało mu się, że słyszy już jego ogłuszający huk. Wpatrywał się długo w niektóre fragmenty dzieła. Na przykład w Dekrecie:

"Paragraf szósty. - Historia »sakralna« niech nazywana będzie imieniem, na które zasługuje: historia przeklęta; słowa »Bóg«, »zbawiciel«, »odkupiciel«, »święty« niech używane będą jako obelgi, jako piętna hańby".

Albo taki, w samym tekście:

"Chrześcijaństwo nie było »narodowe«, nie było uwarunkowane rasowo, zwracało się do wszelkiego rodzaju wydziedziczonych przez życie, znajdowało wszędzie swoich sojuszników. Chrześcijaństwo ma u swych podstaw rancune chorych, instynkt skierowany przeciw zdrowym, przeciw zdrowiu. Wszystko co jest dobrze zrobione, dumne, zuchwałe, przede wszystkim piękno, obraża chrześcijańskie oczy i uszy Raz jeszcze przypominam bezcenne powiedzenie Pawła: »Co dla świata jest słabe, co dla świata jest bezsensowne, co dla świata jest pospolite i godne pogardy, to wybrał Bóg«; taka była formuła, in hoc signo zwyciężyła decadence. - Bóg na krzyżu, nie rozumie się wciąż potwornego świata myśli ukrytego w tym symbolu? - Wszystko co cierpi, wszystko co wisi na krzyżu, jest boskie... Wszyscy wisimy na krzyżu, wszyscy więc jesteśmy boscy... Tylko my jesteśmy boscy... Chrześcijaństwo odniosło zwycięstwo, z jego przyczyny zginęła umysłowość bardziej szlachetna, chrześcijaństwo było do dnia dzisiejszego największym nieszczęściem ludzkości".

Znakomite, znakomite! Sam dziwił się energii i celności własnych ciosów. Wałęsał się teraz po Turynie w euforii, jak upity, ni stąd ni zowąd przystawał i głośno mówił: Antychryst, przedstawiał się nieświadomemu jeszcze tłumowi nowym imieniem, pokrywając je niekiedy charkotliwym śmiechem. Znowu ten śmiech brzmiał obco, zdawał się dobywać z cudzego gardła. Złudzenie trwało krótko, natychmiast mijało, ale pozostawiało na skórze zadraśnięcie lęku, jak gdy w ciemną i martwą noc człowiek pogrążony w zadumie wzdryga się na widok własnego cienia.

Piemoncka jesień, pogodna, łagodna: za dnia miasto pod szaro-złotawym kloszem; w aksamicie wieczorów rozjarzają się białe kule latarń gazowych. Gwarno pod portykami, suną powozy, dochodzą dźwięki orkiestr. Przestał w tym okresie regularnie pracować, powolnym krokiem przemierzał Turyn aż do granic drętwienia nóg, ustawicznie zmieniał kawiarnie i miejsca posiłków. Co dzień niemal wstępował do Loeschera. Ale kupowane książki przeglądał roztargniony i z niecierpliwością, lądowały na rosnącym stosie w kącie pokoju.

W połowie listopada otwarły się upusty niebieskie. Ulewa, szaruga, nawet mgła zakopcona, już wczesnym popołudniem zapada półmrok. Wychodził z domu tylko na posiłki do pobliskiej traktierni, w pokoju zamykał się na klucz, unikał gospodarza i jego rodziny. Euforię wyparła apatia, tak dotkliwa że przestraszył się możliwości nawrotów choroby. A jednak nie myślał o ucieczce z Turynu. W jakiś sposób, odkąd jego dzieło tu właśnie przybrało kształt ostateczny, odkąd tu właśnie w pierwszym dniu Roku Pierwszego dał sygnał zbawienia i zagładę chrześcijaństwa opieczętował podpisem Antychrysta, Turyn stał się dlań przyszłą stolicą przyszłego uniwersalnego królestwa. Lecz zanim zostanie ustanowione na gruzach wysadzonego w powietrze starego świata, należało pewne elementarne sprawy ustalić wobec nielicznych, the happy few, którzy zasługują na wtajemniczenie. Jednym z nich był Brandes. I do Brandesa naszkicował w brulionie list 10 grudnia:

"Drogi przyjacielu, uważam za konieczne powiadomić pana o paru rzeczach niebywałej wagi: niech pan da słowo honoru, że zostanie to między nami... Przygotowuję wydarzenie, które z krańcowym prawdopodobieństwem rozłupie historię na dwie połowy, do tego stopnia że będziemy świadkami narodzin nowej chronologii: począwszy od roku 1888 jako Roku Pierwszego. Wszystko co znajduje się dziś na grzbiecie fali, Trójprzymierze, kwestia społeczna, przejdzie całkowicie na pozycję antagonizmu między jednostkami: będziemy mieli wojny jakich się nie widuje, lecz nie między narodami, nie między klasami: wszystko rozwaliło się i rozprzęgło - ja jestem najniebezpieczniejszym dynamitem świata".

Przewidywał, jeśli idzie o przekłady Antychrysta, "milion egzemplarzy w każdym języku jako pierwszy nakład". I ciągnął dalej: "Ponieważ będzie to cios burzycielski przeciw chrześcijaństwu, jasne jest że jedyną potęgą międzynarodową zainteresowaną instynktownie w zniszczeniu chrześcijaństwa są Żydzi... Musimy zatem zapewnić sobie wpływ na wszystkie ośrodki decyzji, jakie rasa ta posiada w Europie i w Ameryce: nie mówiąc o okoliczności, że ruch taki potrzebuje wielkich kapitałów... W rezultacie dynamit rozerwie na strzępy każdą organizację wojska, każdą konstytucje: wrogowie, nie będąc w stanie nic temu przeciwstawić, okażą się nie przygotowani do wojny. Po naszej stronie staną oficerowie, wierni swoim instynktom: że jest rzeczą hańbiącą, nikczemną, brudną być chrześcijanami... Co do cesarza niemieckiego, wiem dobrze jak się obchodzić z idiotami tego pokroju... Moja książka jest jak wulkan, cała dotychczasowa literatura nie potrafi dać pojęcia o tym co w niej powiedziałem, ani o tym jakimi drogami najgłębsze sekrety natury ludzkiej przebiły się na jej stronicach z przerażającą jasnością. Jest coś po prostu nadludzkiego w głosie, jakim ogłaszam wyrok śmierci... Kiedy pan wreszcie przeczyta dekret przeciw chrześcijaństwu, który zamyka książkę i podpisany jest Antychryst, obawiam się że nawet panu zadrżą nogi".

List, mimo że nie przepisany na czysto i nie wysłany, wprawił go w nieco lepszy humor. Nie na długo. Popłynęły dnie prószącego i tającego na czarnych ulicach śniegu, pluchy, melancholii zimy-nie-zimy. Przed Bożym Narodzeniem mrozy ścisnęły szklistą obręczą miasto. Ostrzegł już dawniej gospodarzy, że nie chce być w święta pod żadnym pozorem niepokojony. Zamierzał w święta dobrać się wreszcie do stosu książek w kącie pokoju.

Znał Dostojewskiego, cenił go, czytał kiedyś Zbrodnią i karą, ale teraz lektura kupionej u Loeschera powieści była wstrząsem. Pochłonął ją najpierw jednym tchem. Potem zaś, leżąc na łóżku, cofnął się do początku i niezliczoną ilość razy odczytywał piąty rozdział. Jeszcze, jeszcze, jeszcze... "W stanach chorobliwych sny częstokroć odznaczają się niezwykłą plastyką, wyrazistością i nadzwyczajnym podobieństwem do rzeczywistości... Straszny sen przyśnił się Raskolnikowowi...". Siedmioletni Rodion jest świadkiem zatłuczenia przez chłopa nędznej chabety, która nie może pociągnąć przeładowanego wozu. "Z krzykiem przedziera się przez ciżbę do bułanej szkapy, zarzuca ramiona na jej martwy, skrwawiony łeb i całuje, całuje w oczy, w pysk...". Raskolnikow budzi się cały w potach, z mokrymi włosami, zziajany. "Boże! Czyż ja naprawdę, rzeczywiście wezmę siekierę, zacznę walić po głowie, zmiażdżę jej czaszkę?".

Budził się wtedy i on cały w potach, niepewny pory dnia i nocy, nie umiejąc w chwilę po przebudzeniu odtworzyć i utrwalić swoich snów. Nie wiedział czy były repliką snu Raskolnikowa, czy odpryskami własnych obrazów i majaków. Wiedział tylko że te same słowa - cierpienie, miłość, dobro, zło - mogą być, na przemian, żywym ciałem i pustym dźwiękiem. Słyszał nie upragniony huk wybuchu, lecz cichy i nudny szelest papieru. Czuł wzbierający, rzekłbyś: wsączany kroplomierzem przez mały otwór w skroni, ból głowy.

W tych dniach przestał niemal istnieć dla gospodarzy, o jego obecności w pokoju musieli się upewniać nasłuchując pod drzwiami. 3 stycznia 1889 spadł w Turynie gęsty śnieg. W pokoju sublokatora było cicho od samego rana. Po obiedzie Davide Fino wyszedł z domu. Zaraz za zakrętem ulicy zobaczył z daleka dwóch policjantów prowadzących kogoś pod ręce, a po bokach gromadkę gapiów. Coś go tknęło, przyśpieszył kroku. Tak, prowadzonym był Nietzsche. Znaleziono go na Via Po uczepionego końskiej szyi i ledwie od niej oderwano. Według relacji świadków podszedł do konia w zaprzęgu, zarzucił mu ramiona na szyję i przywarł twarzą do jego łba. Fino zdołał przekonać policjantów, by w jego ręce oddali zatrzymanego.

Przewieziono go do Bazylei 8 stycznia. Zanim do tego doszło, leżał w swoim turyńskim pokoju i pisywał nieczytelne karteczki. Sygnował je Cezar, Dionisos, Władca Świata. A także - Ukrzyżowany. W dniu wyjazdu stawiał opór, nie chciał rozstać się z "ukochanym" gospodarzem. Ubłagano go prezentem: szlafmycą pana Fino. I w tej szlafmycy jechał na turyński dworzec, jak błazen zbiegły z cyrku. W Bazylei, obawiając się publicznego skandalu na dworcu, wmówiono mu że jest podróżującym incognito księciem i musi przez tłum przejść w milczeniu z wagonu do karety.

W marcu umieszczono go w zakładzie dla chorych umysłowo w Jenie. Jego wypełniana codziennie karta kliniczna za okrągły rok, do marca 1890 roku, jest przejmująca w swej monotonii: zjadł własne ekskrementy, wypił własną urynę, wysmarował się własnymi ekskrementami, wybił szybę w oknie...

Z Jeny przewieziono go do rodzinnego Naumburga, gdzie siedem lat wegetował pod okiem matki. Po jej śmierci zabrała go do Weimaru siostra, Elisabelh Forster. Umarł tam w sierpniu 1900 roku, nigdy nie odzyskawszy przytomności, "w stanie kompletnego rozkładu fizycznego i umysłowego". Z wyjątkiem tej jedynej przedśmiertelnej chwili, gdy wobec dopuszczonego doń wyjątkowo gościa wskazał na siebie palcem i wymruczał pod obwisłymi wąsami po włosku: un povero cristo.

 

Ta mało filozoficzna powiastka o filozofie oparta jest na faktach i dokumentach (zapis Nietzschego w notatniku z maja i brulion jego listu do Brandesa z grudnia odcyfrowano niedawno). Napisałem ją po przeczytaniu książki germanisty włoskiego Anacleto Verrecchia Katastrofa Nietzschego w Turynie. Czy potrafiłbym wytłumaczyć, dlaczego uważam "katastrofę" za tak znaczącą? Bardzo wątpię, a zresztą cały sens powiastki polega na jej niedomówieniach, białych plamach, zawieszeniach głosu; na tym że nie stawia się w niej kropek nad i, nie ryzykuje komentarza, nie zaokrągla wewnętrznych asonansów.

Moje są, naturalnie, wiązania narracyjno-opisowe. Oraz dwa zmyślone elementy. Nie ma dowodów że przed ostatecznym atakiem obłędu Nietzsche przeczytał na nowo w Turynie Zbrodnią i karą, chociaż znane jest jego zafascynowanie Dostojewskim. Zmyśliłem też gasnącego Antychrysta, który mówi o sobie: un povero cristo. Żaden chyba, poza włoskim, język na świecie nie posiada takiego wyrażenia dla oddania ludzkiej prostracji. Chrystus pisany w nim jest z małej litery.

 

Neapol, 5 maja 1979

W roku 1774, w dwadzieścia lat od ucieczki z weneckiego więzienia Piombi, Giacomo Casanova dostał wreszcie zezwolenie na powrót do rodzinnego miasta. Zezwolenie warunkowe, w formie glejtu, za usługi oddane weneckim Inkwizytorom podczas długiego wyczekiwania w Trieście.

Miał pięćdziesiątkę. Amory wyczerpywały go raczej, niż pokrzepiały. Stał się łakomy i prawie żarłoczny. Groziła mu ociężałość. Z czego żyć? Na pierwszy ogień z obłudnej pokory wobec sygnatariuszy glejtu: "Nic mi nie dała fortuna, niewiele mogę się spodziewać po własnej przedsiębiorczości, zważywszy że w talenty wyposażony jestem skąpo, a wiek nie stoi w miejscu". Doraźną współpracę z policją zdołał tedy zamienić na stałą (w roli konfidenta), co załatwiało potrzeby skromnej egzystencji.

Nie o to mu jednak chodziło, mierzył oczywiście wyżej. Chciał po dawnemu brylować w salonach, czarować, być faworytem marnotrawnym przytulonym po powrocie czule, w odruchu przebaczenia i admiracji, do piersi ukochanej Wenecji. Ale Wenecja nie kwapiła się do tej oleodrukowo rozczulającej sceny. W salonach przyjmowano go z rezerwą. Opowiadane przezeń przygody z tysiąca i jednej nocy zdawały się, wśród dyskretnych poziewywań, usypiać słuchaczy. Ukradkowymi, ironicznymi uśmiechami kwitowano jego napuszone samochwalstwo. A damom weneckim ich niezawodne anteny erotyczne dyktowały powściągliwość, ledwie maskowaną obojętność na zaloty boskiego amanta. Na domiar złego, po kątach szeptano o jego koneksjach z policją. Czuł się pomniejszony naraz, zdyskredytowany. Pewnego dnia zdarzyło mu się nawet usłyszeć za plecami jadowity syk: lestofante, szalbierz.

Postanowił sięgnąć po ostatnią broń: pióro. Zawsze uważał się za pisarza w ogólnikowym tego słowa znaczeniu, natomiast w skrytości ducha aspirował do tytułów historyka i filozofa. Zaczął od przekładu Iliady w zeszytach dla abonentów. Impreza okazała się niewypałem. Dał upust swoim ukrytym aspiracjom, pisząc prawomyślny pamflet o Wolterze i wiernopoddańczą polemikę z jakąś krytyczną historią Wenecji. Też niewypał. Przerzucił się na periodyczne wydawane Opuscoli miscellanei. I w tej serii, bez osłonek już i jakby in extremis walcząc o swój wenecki honor przeciw miastu które krok po kroku pchało go ku wyobcowaniu, cisnął na stół atutową kartę "polską". Kartę atutową, bo dzieje opisanego pojedynku miały być w intencji autora nieodpartą "próbką życia" Wenecjanina godnego tego imienia. "Polską", bo głośny swego czasu pojedynek odbył się w Warszawie w roku 1766.

"Awanturnik z musu" (jego własne słowa) zjawia się w Warszawie i od razu na wstępie "ogłasza się hrabią" (o czym relacja milczy). Stanisław August wita przybysza życzliwie, podobnie większość magnatów polskich. Występują wtedy w Warszawie dwie włoskie tancerki, Anna i Katarzyna, dzieląc dworską i arystokratyczną widownię na dwa obozy. Katarzynę oklaskują król, Czartoryscy, Lubomirscy; obozowi Anny przewodzi Ksawery Branicki. Casanova skłania się ku Katarzynie, prawdopodobnie dlatego, że jej obóz jest znaczniejszy i możniejszy; pewnie i dlatego, że z Anną kuszował za dawnych lat, a nie gustuje zbytnio w odgrzewanych kochankach. Któregoś wieczoru pędzi po przedstawieniu do garderoby Katarzyny; po drodze zachciewa mu się nagle wstąpić na chwilkę do garderoby Anny. Zastaje tam Branickiego. Casanova gotów jest wycofać się natychmiast. "To lubię - powiada Branicki - lecz tchórz który się wycofuje powinien również..." (tu prowokacyjna ordynarność). Casanova kładzie dłoń na rękojeści szpady, mówi: c'en est trop i kieruje się ku drzwiom. Zatrzymują go słowa Branickiego: "Ten wenecki tchórz pośle wkrótce na tamten świat dzielnego Polaka" (powtórzona ordynarność). Na co Casanova od progu: "Wenecki tchórz pośle wkrótce na tamten świat dzielnego Polaka". Pojedynek nieunikniony. Casanova rani Branickiego dość ciężko w brzuch, sam wychodzi z opresji tanim kosztem postrzelonej ręki. Skandal udaje się zatuszować, następuje pojednanie rywali. Fetowany teraz w Warszawie, Casanova chwyta równocześnie doświadczonym uchem nadciąganie fali "oszczerstw". Pora zmienić na jakiś czas klimat. Wybiera się na Podole i Wołyń, noszą go tam w polskich pałacach i dworach na rękach. Po powrocie do Warszawy cierpnie mu aż skóra od lodowatej atmosfery. Wraz z królewskim nakazem wydalenia otrzymuje nabitą sakiewkę na drogę. Skąd to oziębienie, nie bardzo wiadomo. Albo pokumał się zanadto z przeciwnikami króla na trasie wschodniego wojażu, albo pękła "hrabiowska" mistyfikacja.

Casanova napisał i rozkolportował w Wenecji Pojedynek dla jednego właściwie zdania. Przytoczywszy swoją pogróżkę że "wenecki tchórz pośle wkrótce na tamten świat dzielnego Polaka", dodał mianowicie: "Gdyby Branicki do grubiańskiego określenia tchórz nie doczepił był przymiotnika wenecki, G.C. przełknąłby może zniewagę, ale epitetu zniesławiającego własny naród nie zniesie żaden człowiek". To zdanie miało mu zaskarbić miłość rodaków, miało zmiękczyć twarde serce Wenecji. Niestety! Patriotyczne runięcie do nóg było niewypałem definitywnym, przypieczętowało rozstanie. Wenecja ani drgnęła, zmarszczyła tylko lekko brwi. Czemu nie drgnęła, nie otworzyła szeroko ramion? Szkoda czasu na zgadywanie. Każdy argument był dobry, by wpuszczonemu tylnymi schodami banicie uniemożliwić dożycie starości i śmierć w murach nieubłaganego miasta. W roku 1783 autor Pojedynku uciekł z "niewdzięcznej ojczyzny". Tym razem bezpowrotnie.








Gustaw Herling-Grudziński - Dziennik pisany nocą - 1971-1972