Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gustaw Herling-Grudziński

Dziennik pisany nocą

1971-1972

 

(...)

 

Maisons-Laffitte, wrzesień 1970

W setną rocznice śmierci Herzena ofiarowano nam fragment dziennika jego córki, Natalii, zdeponowanego w paryskiej Bibliotheque Nationale. Pierwodruk w oryginale i po francusku ukazał się w Cahiers du Monde Russe et Sovietique ze wstępem profesora Confino, przekład angielski w majowym numerze miesięcznika Encounter. Fragment obejmuje zapisy robione od 28 maja do 7 lipca 1870 roku, ale Natalia Herzen cofa się w nich do okresu nazajutrz po śmierci ojca, która nastąpiła 21 stycznia w Paryżu. W pierwszych dniach lutego przyjeżdża do Genewy, do osamotnionego Ogarewa. Tam spotyka Nieczajewa. Jest to więc dokładnie okres, o którym tak pisze Franco Venturi w Il populismo russo: "Nieczajewowi udało się na chwilę przynajmniej przeciągnąć na swoją stronę córkę Herzena i starego Ogarewa, wydusić od nich pieniądze i wziąć we własne ręce nowe wydanie Kołokoła. Pierwszy numer tego »organu rosyjskiego wyzwolenia, założonego przez A. I. Herzena« wyszedł 2 kwietnia 1870 roku, szósty i ostatni 9 maja". Z dat łatwo wywnioskować, że po definitywnym zamknięciu krótkiego rozdziału "Nieczajew" w życiu osieroconej rodziny Herzenów Natalia Aleksandrowna odczuła potrzebę jego rekapitulacji.

Czy Venturi ma rację mówiąc, że Nieczajewowi udało się "przeciągnąć na swoją stronę" córkę założyciela Kołokoła? Tekst dziennika nie upoważnia do takiego kategorycznego twierdzenia, nawet z zastrzeżeniem "przynajmniej na chwilę". Pod wpływem Ogarewa, który poza własnym trochę senilnym *[(łac.) senilis - starczy] entuzjazmem ulega z kolei wpływom Bakunina, Natalia odnosi się do Nieczajewa co prawda z nieufną ostrożnością, lecz wystrzegając się równocześnie powziętych z góry uprzedzeń. Daje mu szansę, jakby powiedzieli Anglicy. Jest gotowa w miarę możności pomóc Sprawie, jeśli Sprawa ma być odtąd ucieleśniona w osobie tego chłopaka "o wyglądzie rozbójnika oraz wyrazie energii, złośliwości i okrucieństwa w twarzy". Maksimum życzliwości w jej stosunku do Nieczajewa streszczają słowa: "Zabił szpiega i dobrze zrobił. Ileż w nim energii, to jest fanatyk. Widzi przed sobą istotnie tylko swój cel". Słychać w tych słowach nutę przymuszania się, warunkowej akceptacji "na przekór". Oczywiście na przekór zniecierpliwionemu i gniewnemu warknięciu ojca, który przed śmiercią wrzucał ówczesnego Ogarewa, Bakunina i Nieczajewa do wspólnego worka z napisem delirium tremens *[delirium tremens - majaczenie alkoholowe, ostra choroba psychiczna występująca u nałogowych alkoholików]. Na więcej Natalia nie potrafi się zdobyć. Cała reszta w jej dzienniku jest gwałtownym pojedynkiem z Nieczajewem.

Trzeba pamiętać, że jest to drugi pobyt Nieczajewa za granicą. Młodzieniec prezentuje się emigrantom jako pełnomocnik i przywódca rozgałęzionej organizacji podziemnej w Rosji. Jego stosunek do Bakunina, dawniej czołobitny i pełen rewerencji należnej Mistrzowi ze strony ucznia, nie jest teraz pozbawiony odcienia protekcjonalnej wyższości a bodaj i lekceważenia. Jego wersja zabójstwa studenta Iwanowa, przyjęta w nieświadomości rzeczy za dobrą monetę przez środowiska wygnańcze, opiera się na założeniu że chodziło o nieunikniony akt terroru rewolucyjnego dokonany na agencie prowokatorze. Nie dość tego: chwyta również jedno z arcydziełek wielkiego talentu mistyfikatorskiego czy mitomańskiego Nieczajewa, jego zapewnienie że wylądował szczęśliwie za granicą po karkołomnej ucieczce z Twierdzy Pietropawłowskiej. Nie ma powodu dziwić się zanadto bohaterskiej aureoli, jaką rozpięto nad jego głową. Blask tej aureoli oślepił do pewnego stopnia Natalię.

Nie nadmiernie jednak i nie na długo. Nieczajew rozpoczyna oblężenie - systematyczne, przemyślane, uporczywe; posuwa się wręcz (zjawisko niezwykłe u programowego ascety rewolucyjnego!) do czegoś w rodzaju konkurów a może i oświadczyn. Po zaczepionej nitce, kroczek za kroczkiem, zmierza do kłębka. Nitką jest wciąganie Natalii do "roboty organizacyjnej", namawianie jej by stała się jedną z "naszych" w imię buntu przeciw "życiu pasożytniczemu", przeciw jałowym i przebrzmiałym tradycjom w których wyrosła. Kłębkiem są naturalnie herzenowskie pieniądze i zgoda jego córki na firmowanie w roli nominalnej redaktorki, nowego Kołokoła redagowanego w rzeczywistości przez Niecząjewa.

Natalia szybko otrząsa się z niezdecydowania. Przecież Nieczajew "głosi najstraszniejszą hipokryzje, powtarzając bez przerwy że cel uświęca środki"! Przecież to "czysty jezuityzm"! Nieczajew spokojnie potwierdza: "Tak, jezuityzm. Jezuici to najbardziej inteligentni i pomysłowi ludzie. Nie było jeszcze nigdy takiego znakomitego stowarzyszenia. Należy po prostu kopiować ich metody od początku do końca, zmieniając rzecz jasna cel". Zaskoczona i przerażona jego deklaracją, córka Herzena zadaje sobie pytanie jak Ogarew może się utożsamiać z systemem zezwalającym na "podsłuchiwanie, otwieranie cudzych listów, kłamanie". Pyta o to wprost Ogarewa i dowiaduje się w odpowiedzi, że "bywają czasy kiedy kłamstwo jest koniecznością".

Nieczajew wtajemnicza ją w inne sekrety tych szczególnych czasów. Wszystko, dosłownie wszystko, musi być oceniane z punktu widzenia użyteczności dla Sprawy. Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. Przyjaciołom zaufanie, wrogom oszustwo i zniszczenie. Intryganctwo, szpiegowanie? Słowa, słowa, produkt sentymentalnych przesądów. Zwykłe ludzkie uczucia, lojalności rodzinne, zasady uczciwości i przyzwoitości? Konwencjonalne pęta, w sam raz na śmietnik. W Natalii dojrzewa przekonanie, że nie może mieć nic wspólnego z tymi "odrażającymi metodami": "Pokazano mi cudownie skonstruowaną maszynę, dano mi rączkę, poproszono mnie żebym pomogła kręcić, zapewniając że produkuje tani chleb dla ludu, ale po jakimś czasie zrozumiałam że mnie oszukano, że maszyna produkuje trującą papkę, przynoszącą cierpienie zarówno przyjaciołom i obojętnym jak wrogom".

Fragment dziennika nie wyjaśnia jednoznacznie czy córka Herzena zgodziła się chcąc nie chcąc na kontynuacje Kołokoła w nowej postaci ze starym nagłówkiem, czy też nie posiadała po prostu dostatecznych podstaw prawnych by założyć formalny sprzeciw. W każdym razie bez chwili wahania odrzuca propozycje firmowania Kołokoła. Dochodzi wreszcie do całkowitego zerwania. Natalia zamyka się w domu, odmawia spotkania z Nieczajewem, nie przyjmuje jego emisariuszy. Ogarew przybiega zaniepokojony na serio o jej los, wiedząc do czego zdolny jest Nieczajew w przystępie furii. Dostaje za pokwitowaniem resztkę funduszu pisma. "Biedny Ogarew!", wzdycha autorka dziennika. Po czym, w końcowych słowach ogłoszonego fragmentu, pada ostatnie pytanie dotyczące Nieczajewa: "Jest fanatykiem, czy łajdakiem bez skrupułów? Jest szczery gdy usiłuje przekonać ludzi o konieczności swego polsko-jezuickiego (sic!) systemu oszustwa i mistyfikacji , czy wszyscy oni są niegodziwymi narzędziami rządu rosyjskiego?".

W dwa lata później Natalia Herzen ostrzega w liście Maszę Reichel: "Bądź bardzo ostrożna ze wszystkimi tymi Rosjanami, którzy tu niedawno przyjechali... Formuje się wśród nich nowy typ człowieka a la Nieczajew, odmiana rewolucyjnego jezuity gotowego do wszelkiej nikczemności w interesie celu nadrzędnego, czyli rewolucji w Rosji".

Nieczajew tak skojarzył się w naszej wyobraźni z Piotrem Wierchowieńskim z Biesów, że poprzez postać powieściową trudno już zobaczyć realną i historyczną osobę. Sam Dostojewski pisał: "Nie znam ani Niecząjewa, ani Iwanowa, ani okoliczności tego morderstwa. Nawet gdybym znał, nie zrobiłbym z mojej znajomości użytku. Biorę tylko kompletny akt. Moja imaginacja może w najwyższym stopniu odbiegać od rzeczywistego zdarzenia, a mój Piotr Wierchowieński może nie przypominać w żadnej mierze Nieczajewa; a jednak wierzę że moja imaginacja stworzyła tę osobę, ten typ, który odpowiada zbrodni".

Wierchowieński jest skrzyżowaniem satanicznego szarlatana i małego plugawego intryganta, w gruncie rzeczy nie wyczuwa się w nim ani krzty tej choćby abstrakcyjnej i obsesyjno-patologicznej "ideowości", jaka zżera powiedzmy Szigalewa (znamienne że Szigalew w momencie działania wycofuje się z zasadzki zastawionej na Szatowa-Iwanowa). Pochłania go wyłącznie wielka demoniczna gra. Gdyby do niego przymierzyć pytanie Natalii Herzen, nie byłoby chyba wątpliwości że "energia, złośliwość i okrucieństwo" złożyły się na doskonałą inkarnację "łajdaka bez skrupułów". W każdym razie fanatyzm wlecze się tu za łajdactwem, a nie na odwrót. Widać to wyraźnie, kiedy po zebraniu "wśród naszych" Wierchowieński wykłada Stawroginowi filozofię "szigalewszczyzny". Stawrogin: "Pan nie jest socjalistą, lecz człowiekiem o olbrzymiej ambicji politycznej". Wierchowieński: "Jestem oszustem, a nie socjalistą. Jestem tylko łajdakiem".

Nieczajew był z pewnością pod wieloma względami inny. Nie ma powodu nie ufać świadectwom, które przytacza Venturi. Aleksandra Zasulicz, na przykład, uważała Biesy za "głupią karykaturę Niecząjewa i w ogóle nas wszystkich"; Niecząjewa wspominała jako "prostego chłopaka rosyjskiego, podobnego z wyglądu do robotnika, trochę niepewnego siebie w mieście, wcale nie zarozumiałego, lubiącego pośmiać się i pożartować". Co z tego? Chodzi nie o zewnętrzny profil wyniesiony w pamięci z mniej lub więcej przelotnych zetknięć, ale o typ: o "nowy typ człowieka a la Nieczajew" zaobserwowany przez Natalię Herzen, o nowy typ zbrodniarza stworzony przez Dostojewskiego w związku z zamordowaniem Iwanowa. Nikt nie zaprzeczy że w zachowaniu się historycznego Nieczajewa, od aresztowania i procesu w roku 1872 aż po śmierć w Twierdzy Pietropawłowskiej dziesięć lat później, było coś z posępnej godności fanatyka. Wolno więc co najwyżej uznać że u wolnego Nieczajewa, w przeciwieństwie do Wierchowieńskiego, łajdactwo wlokło się za fanatyzmem.

Zresztą zrozumiał to w końcu i Bakunin, współautor z Nieczajewem Katechizmu rewolucyjnego, w którym od wzorowego rewolucjonisty wymaga się aby zerwał z "etyką tego świata", aby w swoim postępowaniu kierował się jedynie zasadą że "wszystko co przybliża triumf rewolucji jest moralne a wszystko co go opóźnia jest niemoralne". Bakunin (powiada Venturi) długo widział w Nieczajewie cień własnych idej, zastygł jednak z przerażenia i wstrętu zobaczywszy naraz jak cień obrasta w mięso i kości. Gdy wyszła na jaw prawda o zabójstwie Iwanowa, gdy okazała się niemal w stu procentach wymysłem Nieczajewa sieć konspiracyjnych "piątek" w Rosji, Bakunin zdecydował się na częściową przynajmniej anatemę. Broniąc Nieczajewa jako "jednego z tych fanatyków którzy o niczym nie wątpią i niczego się nie lękają", nazwał go równocześnie "fanatykiem szalenie niebezpiecznym i popychanym przez swój fanatyzm do przekształcenia się w jezuitę integralnego". Oto dlaczego: "Stopniowo Nieczajew doszedł do przeświadczenia, że aby stworzyć poważne i niezniszczalne społeczeństwo, należy się oprzeć na polityce Machiavellego, stosując w pełni system jezuitów - ciału tylko gwałt, duszy tylko kłamstwo. Prawda, wzajemne zaufanie, autentyczna i trwała solidarność istnieją wyłącznie wśród dziesięciu osób stanowiących sancta sanctorum społeczeństwa. Wszyscy pozostali winni służyć jako ślepa broń, bezduszny materiał w rękach tej zgranej między sobą dziesiątki. Jest dozwolone, więcej - staje się obowiązkiem oszukiwać ich, kompromitować i w wypadkach konieczności likwidować". Tyle Bakunin o programie Nieczajewa. W Biesach, po wystąpieniu Szigalewa na herbatce "wśród naszych", mowa o propagowanej przez Wierchowieńskiego teoryjce "ścięcia stu milionów głów i przeskoczenia rowu". Natalia Herzen miała zatem trafną intuicje ostrzegając tak jak ostrzegała przed "nieczajewszczyzną", Dostojewski miał prawo twierdzić że nie siląc się w swoim powieściowym Wierchowieńskim na portret rzeczywistego Nieczajewa, przejrzał zabójcę Iwanowa do głębi. Camus poświęca Nieczajewowi kilka stroniczek w Człowieku zbuntowanym. Przypomina jego powiedzenie że odtąd polityka będzie religią a religia polityką, widzi w nim okrutnego mnicha rewolucji marzącego o założeniu zakonu morderców ku chwale i ostatecznemu triumfowi czczonego bóstwa. Ale najcelniejsze u Camusa są dwa spostrzeżenia. Dzięki Nieczajewowi rewolucja po raz pierwszy oddzieli się wyraźnie od miłości i przyjaźni, stanie się sama w sobie ważniejsza od tych których chce zbawić. Od Nieczajewa wywodzi się w prostej linii ród dzisiejszych wielmożów rewolucji.

Wkrótce po roku 1917 bolszewicy próbowali z niego zrobić swego prawdziwego poprzednika, potem zapanowało kłopotliwe milczenie jak po niepotrzebnym i przedwczesnym wyłożeniu kart na stół. Ileż tych więzów pokrewieństwa, ile bezpośredniego sięgania po spadek! Okrutny mnich rewolucji jako prekursor profesjonalnego rewolucjonisty przed rokiem 1917, a później: zakon morderców ku chwale rewolucji jako model elity partyjnej; wybrana i zgrana między sobą dziesiątka jako zalążek Politbiura; zabójstwo Iwanowa jako prototyp procesów moskiewskich; teoria ścięcia stu milionów głów i przeskoczenia rowu (w dopowiedzianej do kropki wersji Dostojewskiego) jako prefiguracja czystek i krwawej kolektywizacji. A gdy się czyta o rewolucji odseparowanej wyraźnie od miłości i przyjaźni, o rewolucji co sama w sobie staje się ważniejsza od tych których chce zbawić, przychodzi na myśl naiwna pozornie lecz w istocie prorocza i mądra refleksja Natalii Herzen o cudownie skonstruowanej maszynie, produkującej zamiast taniego chleba dla ludu trującą papkę dla wszystkich. Ta maszyna to obecna La Chose, system sowiecki według określenia Sartre'a.

Być może nie jest przesadą dostrzegać jakiś tajemniczy znak historii w tym, że rok śmierci Herzena i szczytu sukcesów Nieczajewa był rokiem urodzenia Lenina. Nowi rewolucjoniści rosyjscy stoją dziś wobec znacznie bardziej skomplikowanego i powikłanego rachunku sumienia i tradycji, niż się sądzi czy oni sami przypuszczają. Z pasowania Jezusa na "pierwszego agitatora rewolucyjnego" Nieczajew wyciągnął jeden pożytek, integralny jezuityzm rewolucyjny. Narodziła się i trwa dalej (nie tylko w Rosji) epoka, legitymująca się jawnie lub skrycie hasłem sformułowanym za nią przez Dostojewskiego: "Skoro Boga nie ma, wszystko wolno". Pod Boga, jeśli się w niego nie wierzy, można podstawić Prawo Moralne.

 

30 kwietnia 1971

W kwietniowym numerze Miesięcznika Literackiego wariacje na różne tematy Iwaszkiewicza, a w nich taki klejnocik:

"Znam twórczość Sołżenicyna, bardzo niejednakowo ją oceniam. Pierwsze jego utwory są na bardzo wysokim poziomie, takie jak Matrionin Dom (dla ścisłości Dwor - G.H.G.). Ostatnie utwory są o wiele słabsze, przede wszystkim są bardzo rozgadane i pisane z wyraźną manią prześladowczą. Zresztą nic dziwnego. Historia obozów jest jego manią. Ale taki Pierwyj Krug jest słaby. Daje niesłychanie ciekawy materiał faktograficzny o rzeczach nieznanych społeczeństwu naszemu (i społeczeństwu rosyjskiemu też), ale forma artystyczna jest wyraźnie słabsza. No cóż, a przyznanie mu nagrody Nobla jest demonstracją polityczną. Jest to fakt bardzo szkodliwy. Mamy jeszcze inny powód do zmartwienia, że dostał nagrodę Sołżenicyn, bo teraz trzeba będzie dać Fiedinowi albo komuś takiemu, tak jak dostał Szołochow po Pasternaku, i znów nas odetną od nagrody Nobla na dłuższy czas".

Wypada zacząć od końca, czyli od "jeszcze innego powodu do zmartwienia", skoro nawet głuchy dosłyszy stęknięcie osobiste Iwaszkiewicza w melancholijnej uwadze że "znów nas odetną od nagrody Nobla na dłuższy czas".

Nagroda Nobla jest od pewnego czasu (żeby użyć zwrotu Iwaszkiewicza o Solżenicynie) "wyraźną manią prześladowczą" pisarzy polskich. Zrozumiały to londyńskie Wiadomości, które z myślą o terapii szokowej (jak sądzę) rozpisały ostatnio tak sformułowaną ankietę: "Gdyby nagroda literacka Nobla miała obecnie przypaść pisarzowi polskiemu (krajowemu lub emigracyjnemu), kto powinien ją otrzymać?". Trudno naturalnie orzec z góry, czy ten chwalebny zabieg kuracyjny otrzeźwi choć odrobinę kandydatów, przebierających coraz niecierpliwiej nóżkami w wydłużającym się bez przerwy ogonku. Sytuacja realna natomiast wygląda tak, że mieliśmy tylko dwóch poważnych kandydatów do lauru Akademii Szwedzkiej: Dąbrowską, którą tuż przed metą wyprzedził Ivo Andrić; i Gombrowicza, który zostałby prawdopodobnie w końcu przez sztokholmskich jurorów uhonorowany, gdyby nie jego przedwczesna śmierć. Reszta jest tym co Włosi ślicznie nazywają la vendita delfumo, sprzedażą dymu. Tak czy owak, "dobrze poinformowani" w Sztokholmie wymieniają trzech "zapasowych" i "warunkowych" kandydatów polskich: nie ma między nimi Iwaszkiewicza. Przed przyznaniem zeszłorocznej nagrody Nobla Corriere delia Sera przeprowadził coś w rodzaju referendum wśród krytyków literackich największych dzienników w iluś tam krajach na wszystkich pięciu kontynentach: na pierwszym miejscu znalazł się Borges, na drugim Sołżenicyn; na Iwaszkiewicza padł jeden głos, oddała go jakaś pani z Trybuny Ludu.

Załatwiwszy wawrzynową "manię prześladowczą" Iwaszkiewicza, można by się zająć obozową "manią prześladowczą" Sołżenicyna. Ale po co, jeśli Iwaszkiewicza da się jeszcze jakoś wyleczyć, a Sołżenicyna już nie? Ach te "rzeczy nieznane społeczeństwu naszemu (i społeczeństwu rosyjskiemu też)"... Ach ten Iwaszkiewicz, Iwaszkiewicz...

Wiele lat temu w szkicu Klęska i bunt dworzanina zestawiłem go z Aleksiejem Tołstojem. Niedawno przybył nowy przyczynek do trafności tego porównania. Słyszę, że na jakimś uroczystym spędzie Iwaszkiewicz zwrócił się do Gierka per "Drogi Panie Edwardzie". W okresie miodowych miesięcy paktu Sikorski-Majskij córka Feliksa Kona, Helena Ujsijewicz opowiedziała W. W. o takim zdarzeniu, którego była świadkiem podczas jednego z bankietów kremlowskich. Aleksiej Tołstoj, zalany w sztok i podochocony tzw. serdeczną atmosferą, pomaszerował chwiejnie z kielichem w łapie na drugi koniec stołu i pijącemu spokojnie Stalinowi zaoferował bruderszaft. Stalin (niepozbawiony, jak twierdzą cudzoziemcy którzy z nim rozmawiali, cierpkiego poczucia humoru) odparł z uśmiechem: Wy konieczno szutitie, graf. Nie wiem, czy Gierek odpowiedział naszemu Aleksiejowi Tołstojowi: "Pan chyba żartuje, Panie Prezesie".

Jeszcze a propos autora Piotra Pierwszego. Pamiętnik Nadieżdy Mandelsztam zaczyna się od zdania: "Spoliczkowawszy Aleksieja Tołstoja, Osip Emiliewicz natychmiast wrócił do Moskwy". Sprawdzić, koniecznie sprawdzić u wszechwiedzącego M.H., za co Mandelsztam spoliczkował Tołstoja.

 

26 maja

Aktualizacja legendy o Wielkim Inkwizytorze, którą Iwan Karamazow skomponował i opowiedział Alioszy, wymaga przestawienia akcentów. Groźny starzec z Sewilli oznajmia milczącemu Chrystusowi, że w ciągu piętnastu stuleci Kościół "poprawił" Jego naukę. "Wszystko zleciłeś papieżowi, a więc wszystko jest teraz w mocy papieża, a Ty lepiej wcale nie przychodź, nie przeszkadzaj, przynajmniej do czasu". Ludzie są przeświadczeni o swojej wolności, a tymczasem oni sami ofiarowali tę swoją wolność kościołowi, potulnie złożyli ją u jego stóp. Człowiek urodził się buntownikiem, a czy buntownik może być szczęśliwy? Najbardziej zatem męczący i nieustanny frasunek człowieka jest taki: mając wolność, szukać czym prędzej kogoś, przed kim można się pokłonić, lecz pokłonić się chce człowiek przed niewątpliwym i razem ze wszystkimi innymi. I oto szuka tego, komu mógłby oddać dar wolności; bo z darem wolności się rodzi, nie wiedząc jednak co z nim robić. Zbyt wysokie, Chrystusie, miałeś mniemanie o człowieku: jest niewolnikiem, chociaż się buntuje. Przysięgam Ci, człowiek jest słabszy i nikczemniejszy, niż myślałeś! Wolność sumienia: cóż bardziej ponętnego i bardziej zarazem męczącego! "Istnieją trzy siły, tylko trzy siły na ziemi, które mogą na wieki zniewolić i zjednać sumienia tych słabych buntowników dla ich własnego szczęścia. Te siły - to cud, tajemnica i autorytet".

Przestawienie akcentów polega na tym: cud i tajemnica odchodzą na dalszy plan, ustępując pierwszeństwa autorytetowi. To jest ostatni szaniec obronny kościoła instytucjonalnego, jedynego jaki interesuje Wielkiego Inkwizytora. Niechęć do liberalizmu, do demokracji tout court *[(fr.) tout court - krótko; po prostu] tłumaczy "mieszane uczucia" kościoła wobec "wolnego świata". Tęskni do rozmówców (czy partnerów), którzy jak on cenią wysoko Autorytet. Zdaje się marzyć o przywróceniu zachwianej równowagi Autorytetu w nowym "konstantynizmie", zdolnym ująć w karby "niewolnika który się buntuje". W "konstantynizmie" dzielonym z kim?

Zdumiewającą, genialną cechą "poematu" Iwana Karamazowa jest jego obosieczność. Mowa niby o kościele, a jednocześnie w tyradzie starca z Sewilli słychać głos rewolucjonisty Szigalewa, protoplasty bolszewizmu, teoretyka "absolutnej niewoli wysnutej z założeń absolutnej wolności".

Jakaś przyszła, poprawiona wersja legendy Dostojewskiego mogłaby wyglądać i tak: przychodzi znów u na ziemię On, żeby "przeszkadzać"; purpurat-spadkobierca Wielkiego Inkwizytora nie każe Go już sam wtrącić do lochu, lecz zwraca się z prośbą o interwencję do Władcy; tym Władcą na straży Autorytetu będzie - czemu nie? - jeden z uczniów Szigalewa.

 

29 maja

Piszą mi z Ameryki, że ewangelią campusów uniwersyteckich stały się ostatnio Zapiski iz podpolja Dostojewskiego.

Zjawisko zasługuje na coś więcej, niż zniecierpliwione machnięcie ręką. Jeżeli się Notatki z podziemia czyta bez informacji o okolicznościach ich wydania, to z książki pozostaje tylko manifest "nihilistycznego rozwydrzenia", pochwała "kaprysu irracjonalnego" i acte graluit, wycie szakala przeciw Kryształowemu Pałacowi: czyli jak ulał pożywka dla rycerzy "kontestacji globalnej". Ale czy studenci amerykańscy wiedzą, że cenzor carski skreślił końcowy rozdział o nawróceniu "okropnego nihilisty", że - jak wyjaśnia Przybylski w Dostojewskim i przeklętych problemach - Notatki z podziemia "miały być utworem o czuwaniu łaski uświęcającej nad obmierzłym i wstrętnym człowieczkiem"? Zamierzona przez pisarza "demaskacja obrzydliwości tragicznej" człowieka z podziemia przeobraziła się, za sprawą cenzury, w afirmację jego obrzydliwości wyzywającej i triumfującej. Takie bywają losy książek: cenzorowi carskiemu zależało prawdopodobnie na poniżeniu aż do dna piekieł, bez widoków odkupienia, "rosyjskiej gnidy"; dziś amerykańscy młodzieńcy znajdują w tym poniżeniu smak zakazanego owocu z drzewa rajskiego.

Że niedocieczone zaiste bywają drogi literatury, powinien pamiętać każdy szanujący siebie i czytelników pisarz, zanim ugnie się przed "siłą wyższą" nożyc cenzorskich. Przeczytałem niedawno w manuskrypcie nową powieść A.[ndrzejewskiego], teraz słyszę że autor zgodził się na "oczyszczenie" swego opus magnum *["Miazga]. Nie wiem jak daleko pójdą te cięcia skróty i poprawki, ani nawet czy po ich przeprowadzeniu powieść ukaże się w końcu na upragnionych półkach księgarskich, nie jest jednał wykluczone że rzecz o kilku wymiarach dotrze do rąk czytelników w mdłym i jednowymiarowym spłaszczeniu.

 

Marina del Cantone, 5 lipca

Bardzo wcześnie obudził mnie lizaniem i poszczekiwaniem nasz piesek. Podrzucono go nam kilka tygodni temu na podwórko, maleńkiego jak kłębek wełny, zabiedzonego, zapchlonego, pokrytego wrzodami. Po tygodniu już uczepił się życia z całą zajadłością swej pół myśliwskiej rasy.

Dałem mu jeść i zabrałem go na skały. Wschodzące słońce podgrzewało przód skał, ułożył się więc wygodnie w jednym z załomów. Daleko w kierunku Capri łuszczyła się jeszcze poranna mgła, ale w zatoczce Cantone morze było gładkie i czyste jak arkusz cynfolii, cichym i równomiernym poślizgiem obmywało kamienistą plażę. Zapóźnieni rybacy nocni wyciągali z łodzi sieci, wytrząsając z nich więcej alg i krzewów niż ryb: od lat morze jest tu zatrute, a reszty dzieła zniszczenia rybostanu dokonuje kłusownictwo z użyciem petard i bomb chałupniczego wyrobu. Z małego klasztoru na szczycie San Costanzo wytrysnął storczyk dymu.

Zasnął przywarty na płask do skały, łeb wcisnąwszy między łapy, szybko jednak przewrócił się na grzbiet. Śniło mu się coś, przebierał w powietrzu łapami jakby w odruchu samoobrony, niekiedy wydawał dźwięk podobny ni to do kaszlu, ni do skowytu. Sny zwierząt były niegdyś dowodem koronnym że posiadają duszę, sprawa nie wydawała się bezsporna i prosta. Pod koniec zeszłego stulecia wybrał się do papieża Lord Russell (bodaj czy nie ojciec filozofa), by go skłonić do próby zmitygowania włoskiego okrucieństwa wobec zwierząt. "Zwierzęta nie mają duszy" - odparł jakoby papież, spadkobierca tradycji Świętego Franciszka. I właśnie wtedy padł argument o snach zwierząt, z jakim skutkiem niech osądzi każdy kto na włoskich szosach widział dziesiątki zabitych psów, lub słyszał o bestialskich (?) polowaniach na koty na Zatybrzu i o niewiarygodnej wprost masakrze ptactwa w dniu otwarcia sezonu łowieckiego we Włoszech. Dwie najświeższe wiadomości dla wątpiących o duszy zwierząt. Przebity strzałą jakiegoś dzikusa bocian w wiedeńskim Praterze, który przez szereg dni, ciężko bijąc osłabionymi skrzydłami, przyfruwał do gniazda z pokarmem dla swoich małych. W Marsa Matruh, dobrze znanym żołnierzom Brygady Karpackiej popełnił samobójstwo jedyny koń Beduina po śmierci swego pana: podczas choroby Beduina stróżował koło namiotu odmawiając żarcia, natychmiast po pochówku wbiegł na wierzchołek stromego wzgórza i skoczył w przepaść. Sny snami, ale samobójstwo!

W latach wojny, na pustyni irackiej, do rejonu zakwaterowania naszej baterii przyniesiono ledwo urodzonego szczeniaka, przypuszczalnie podrzutka z sąsiedniej osady arabskiej. Nie wiadomo było jak go karmić, aż wpadłem na pomysł przerobienia nakłutej prezerwatywy na smoczek, który napełnialiśmy rozcieńczonym słodkim mlekiem skondensowanym. Ja też, wprowadziwszy tym sposobem szczeniaka już od pieluszek na drogę życia świadomego, nadałem mu imię Żulik. Był uroczym pieskiem, rozpieszczaną przez wszystkich żołnierzy maskotą baterii. W Egipcie zabroniono nam go wziąć na statek idący do Włoch: jak oszalały kołował po oddalającym się nadbrzeżu portowym. W parę miesięcy później zjawił się w naszej baterii na przedpolach Monte Cassino. Po kampanii włoskiej odkomenderowano mnie do Rzymu; odtąd ojcował Żulikowi niepodzielnie plutonowy P., który zdaje się wyjechał z nim w końcu do Polski. Wyniosłem z wojny tylko dwie pamiątkowe fotografie: Żulika na masce "łazika" i Sosnkowskiego dekorującego mnie w Anconie. Obie straciłem w jakiejś karczemnej burdzie, piło się wtedy w Rzymie na umór.

 

23 października

Przeglądałem w księgarni album fotograficzny poświęcony głośnemu cudotwórcy i stygmatykowi Padre Pio z San Giovanni Rotondo w Apulii. Twarz surowa i gniewna, zwłaszcza oczy zimne i nieubłagane.

Przed laty A.[leksander] W.[at], przejazdem w Neapolu, wyciągnięty na hotelowym łóżku "w czterech ścianach swego bólu", postanowił wybrać się do Padre Pio. Ostatnia deska ratunku, nadzieja cudu, ucieczka od rozkładanych bezradnie rąk lekarzy do rąk pokrytych stygmatami, zdolnych może samym dotknięciem uśmierzyć przewlekłe męczarnie.

Wrócił z tej pielgrzymki rozbity. Cała jego żarliwa wiara uderzyła jak o skałę o chłopski, szorstki, prawie opryskliwy, wyzuty z wszelkich rafinacji katolicyzm stróża San Giovanni Rotondo. Nie mogło być inaczej. Nie pieta, nie miłosierdzie, lecz gromowładna sprawiedliwość i bezwzględność tkwią u źródła tęsknot religijnych wsi apulijskiej. To przecież w niewielkiej odległości od cudotwórczego feudum Padre Pio znajduje się San Nicandro, gdzie grupa chłopów porzuciła religię ojców i przeszła na judaizm. Ich inspirator i nauczyciel Donato Manduzio pokłócił się w końcu nawet z rabinem rzymskim, wytykając mu nadmierną letniość. Pisał do niego na krótko przed śmiercią: "Powinniście założyć szkołę proroków. W ten sposób ani wy, ani my nie będziemy błądzili po omacku. Bez Widzenia pasterz jest ślepy. Gdyż nasz Bóg nie jest Bogiem umarłych, ale Panem Zastępów. Jeśli gardzicie moimi słowami, nie mną gardzicie, lecz Bogiem Wizji, który wywołuje i zmienia wiatr jak mu się podoba. I nie ma nikogo, kto mógłby Go zapytać: co czynisz?". Pasterz wyposażony w dar Widzenia, na służbie Pana Zastępów wywołującego i zmieniającego wiatr jak Mu się podoba: tym zapewne chciał być dla wiernych owieczek Padre Pio, który codziennie wznosił nad ołtarzem ręce w bandażach przesiąkniętych krwią i ropą stygmatów.

 

13 grudnia

Latem byłem w Zürichu na wystawie arcydzieł Galerii Drezdeńskiej, przed obrazem Claude Lorraina Acis i Galatea nie mogłem sobie w żaden sposób przypomnieć przy jakiej okazji mowa o nim u Dostojewskiego. Bez przerwy indagowałem przyjaciół, nikt nie pamiętał. Przywidziało mi się, pokręciłem coś? Nie. Tyle że rozdziału U Tichona ze spowiedzią Stawrogina nic ma w większości wydań Biesów, odkąd Katkow uznał że Russkij Wiestnik musi się liczyć ze swoją bądź co bądź obyczajną publicznością. Dostałem ten rozdział bardzo dawno w osobnej książeczce, przegapiłem go po prostu kartkując tomy mojego Dostojewskiego. Stawroginowi, już po historii z małą dziewczynką, przyśnił się obraz Lorraina w obskurnym niemieckim hoteliku jako wizja Złotego Wieku ludzkości. I właśnie wtedy, przebudziwszy się z arkadyjskiego snu, niedoszły Iwan Carewicz zobaczył kroszecznuju toczku. Skojarzył ją natychmiast z "maleńkim czerwonym pajączkiem" na listku geranium w petersburskim pokoju, tego popołudnia gdy dłużyły mu się minuty o skok od komórki w której powiesiła się jedenastoletnia Matriosza. Złoty Wiek i czerwony pajączek, w stawianiu "przeklętych problemów" Dostojewski nie gardził symbolicznym skrótem. Ale oceniać go należy po ich upartym, okrutnym drążeniu. W tym był genialny.

Istnieje szereg interpretacji samobójstwa Stawrogina, wszystkie sprowadzają się w ostatecznym rozrachunku do jego absolutnej, nieodwołalnej samotności. Zamknięty całkowicie, samozatruwający się własną nienawiścią do świata i ludzi. "Nigdy nikogo nie kochałem i nie umiem kochać". Eksperymentuje z sobą i innymi, by się przekonać że nie ma wyjścia, a raczej że są jedynie wyjścia "głupie" i iluzoryczne. W spowiedzi danej do przeczytania Tichonowi jest wyznanie, które jątrzy każdego samobójcę: "Tak się nudziłem że mógłbym się powiesić, a jeśli się nie powiesiłem, to dlatego że ciągle jeszcze miałem nadzieję, jak przez całe życie". Nadzieję? Kierkegaard powiedziałby, że w takiej nadziei najchętniej uwija sobie gniazdo rozpacz. Śmiertelna choroba (czy diabeł, nazwy są bez znaczenia) polega na niemożności wybicia w murze otworów, z wyjątkiem jednego: pogardy i nienawiści. Kafka twierdził, że człowiek nie jest w stanie żyć bez ufności w coś niezniszczalnego w sobie samym: bywa jednak na ogół nieświadomy owego niezniszczalnego "jądra", i jedną z form tej nieświadomości jest wiara w Boga. A jeśli świadomie odrzuca się i niezniszczalne, "ja", i Boga? Pozostaje ostatnia karta samotności, duma. Zaśmiać się wyzywająco, na cały głos, żeby wszyscy usłyszeli. Tichon doskonale to rozumie, lecz popełnia błąd. Ostrzega Stawrogina, że odpowiedzią na śmiech ze świata może być śmiech świata. Stawrogin blednie, Tichon spostrzega się za późno jak ryzykownie zagrał, teraz wie na pewno że Stawrogin odbierze sobie życie by uniknąć ogłoszenia swej spowiedzi. "Przeklęty psycholog!"- wybucha Stawrogin i nie oglądając się za siebie wychodzi z klasztornej celi.

Męką Stawrogina jest to, co dla Simone Weil stanowi główny walor samotności: "szansa najwyższego stopnia uwagi". Stawrogin ukręcił z tej szansy pętlę na własną szyję bo, w przeciwieństwie do autorki Świadomości nadprzyrodzonej, nie znał i nie chciał znać innej świadomości poza przyrodzoną. Kiriłow poczuwał się do "obowiązku" złożenia swoim samobójstwem "świadectwa niewierze", umarł jako "pierwszy w historii świata człowiek odmawiający wymyślenia Boga", czyli w końcu kogoś lub coś tą śmiercią oskarżał. Stawrogin zrezygnował z publicznej spowiedzi i przed powieszeniem się nabazgrał na skrawku papieru: "Nie oskarżać nikogo, ja sam". Ja, czyli sam. Nie ma w twórczości Dostojewskiego postaci z równą konsekwencją, krok po kroku, doprowadzonej do punktu zerowego. Jeżeli egzystuje "ja", to jest wyłącznie nieustannym utwierdzaniem się w samotności; jeżeli jest tym wyłącznie, to cóż w nas niezniszczalnego? Stawrogin wyciągnął swoje wnioski. Dostojewskiemu były one potrzebne do zaczęcia od zera sporu o istnienie Boga.

 

17 grudnia

Z Warszawy od Herberta jego Wiersze zebrane. Nie znałem ostatniego tomiku Herberta Napis z pięknym Prologiem. Jest to rozmowa "Życia" z Wiernością, tak dla mnie przejmująca, że czytałem ją ze skurczem gardła. On: "Praliśmy potem długie lata / bandaże. Teraz nikt nie płacze / chrzęszczą w pudełku po zapałkach / guziki z żołnierskiego płaszcza". Chór: "Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia strumień wstąp. / Jest tylko ziemia. Jedna ziemia i pory roku nad nią są". On: "Płynę pod prąd a oni ze mną / nieubłaganie patrzą w oczy / uparcie szepczą słowa stare / jemy nasz gorzki chleb rozpaczy". "Nie ma tego miasta "- nalega Życie. "Świeci jeszcze "- broni się Wierność. "Jak próchno w lesie"- odpowiada Życie. "Puste miejsce / lecz wciąż ponad nim drży powietrze / po tamtych głosach" - upiera się Wierność. I przesłanie:

Rów w którym płynie mętna rzeka

nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:

na taką miłość nas skazali

taką przebodli nas ojczyzną.

Jak bardzo Prolog Herberta spokrewniony jest z wierszem Miłosza W Warszawie! "Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz płaczką żałobną". Ale "serce to kamień, w którym jak owad zamknięta jest ciemna miłość najnieszczęśliwszej ziemi". Także w Balladzie Miłosza, dedykowanej Andrzejewskiemu, słychać podobne tony.

Więc wciąż Wierność, "ciemna miłość", coś z Conrada. Trudno powiedzieć czy i jak długo choćby w szczątkach przetrwa; w każdym razie bystry Kott wiedział co robi (w poprzednim wcieleniu), atakując nazajutrz po wojnie "conradowską filozofię godności ludzkiej".

Wielkie pijaństwo przed laty u Lebensteina. Widzę, jakby to było wczoraj, Herberta skaczącego do oczu Andrzejewskiemu, gniewnego, zaciekłego, właśnie Wierność, która rzuca wyzwanie miazdze "Życia". Cokolwiek się stanie z powieścią Andrzejewskiego, jakkolwiek będzie przyjęta po wszystkich amputacjach Jej tytułowi nikt nie odmówi celności i przenikliwości.

 

22 grudnia

8 czerwca 1904 roku Czechow i Olga Knipper przyjechali, po krótkim postoju w Berlinie, do Badenweiler. Czechow poczuł się lepiej, pisał o tym w listach do siostry i znajomych, gorąco chwaląc swego nowego lekarza, doktora Schwoerera. Planował wojaż do Włoch. Niebawem opanował go niepokój, trzeba było na gwałt zmienić hotel. Chciał mieć balkon. Z balkonu obserwował godzinami krzątaninę przed urzędem pocztowym naprzeciwko. Żona zabierała go czasem na przejażdżki dorożką po okolicznych lasach. Pod koniec czerwca nadszedł ciężki, trzydniowy kryzys. Pierwszego lipca wieczorem nagła poprawa. Czechow obudził się po północy. Dusił się, zażądał lekarza (nigdy dotąd mu się to nie zdarzało). Gdy zjawił się Schwoerer, Czechow spojrzał na niego i wyszeptał: Tod? Położono mu lód na sercu, posłano po tlen. "Szkoda fatygi, umrę zanim przyniosą tlen". Poprosił o kieliszek szampana. Wypił kilka łyków, opadł na poduszki majacząc: "Poszedł marynarz?". Może do jego rozbieganych w agonii myśli wtargnęło dalekie echo wojny rosyjsko-japońskiej? Ocknął się, powiedział bardzo cicho: "Umieram", dodał jeszcze ciszej dla Schwoerera: Ich sterbe *[(niem.) - umieram]. Znowu opadł na poduszki. Umarł o świcie, przekaz głosi że w tym momencie duża ćma nocna krążyła z głośnym brzęczeniem dokoła żarówki.

Zwłoki w trumnie cynkowej przywieziono do Moskwy wagonem towarowym z napisem "Świeże ostrygi". W tym samym czasie na dworzec moskiewski wjechały innym pociągiem zwłoki generała Kellera, poległego na wojnie. Powstał zamęt, część przybyłych na pogrzeb Czechowa ruszyła za karawanem Kellera, dziwiąc się że pisarza odprowadza na cmentarz orkiestra wojskowa. Kiedy wyjaśniło się nieporozumienie, niepowściągano chichotów. Gorkij: "Za trumną Czechowa szło nie więcej niż sto osób. Pamiętam jeszcze dwóch adwokatów moskiewskich, obu w nowiusieńkich półbutach i kolorowych krawatach, rzekłbyś wybrali się na ślub. Jeden rozwodził się szeroko nad inteligencją psów, drugi wynosił pod niebiosa uroki swojej daczy. Dama w sukni koloru malwy, pod koronkową parasolką, powtarzała w kółko do idącego obok niej staruszka: »Był taki milutki, taki inteligentny!«. Staruszek pokaszliwał sceptycznie. Dzień był upalny, nasycony kurzem. Na czele konduktu tęgi oficer policji posuwał się majestatycznie na spasionym białym koniu. Wszystko to było straszliwie wulgarne, obrażało pamięć wielkiego i wrażliwego artysty".

Była to po prostu ostatnia nowela Czechowa Śmierć i pogrzeb artysty. Gorkiemu przypadła w niej rola przysięgłego entuzjasty, lecz kiepskiego i niezbyt pojętnego czytelnika Czechowa.

 

3 kwietnia 1972

W roku 1843 wyszło w Paryżu czterotomowe dzieło La Russie en 1839. Autorem był potomek starej arystokratycznej rodziny francuskiej, Astolphe Louis Lenor markiz De Custine. Urodzony w roku 1790, wnuk i syn dwóch De Custine'ów zgilotynowanych, rósł pod czułą opieką cudem ocalałej matki, pięknej Delphine, kochanki Chateaubrianda. I Chateaubrianda uważał po trosze za swego ojczyma. Podczas Restauracji próbowano z niego zrobić najpierw wojskowego, potem dyplomatę. Nie popisał się widocznie najlepiej jako attache u boku Talleyranda na Kongresie Wiedeńskim, bo kariera rozpoczęta pod tak świetnymi auspicjami nie miała dalszego ciągu. Młodzieniec czuł pociąg do pióra, ale i w roli dość płodnego, i wszechstronnego pisarza nie zaszedł wysoko; przeciwnie, po incydencie z roku 1824, który ku zgorszeniu salonów paryskich odsłonił upodobania homoseksualne świeżo owdowiałego markiza, można go było uznać za bankruta o wielkim nazwisku, za un demi-homme de lettres według etykietki przylepionej mu przez Heinego.

Pozostawała mu jedna karta: namiętność podróżowania, umiejętność "czytania" zwiedzanych krajów. Krytyka skwitowała stosunkowo przychylnie jego książkę o Hiszpanii. Balzac zachęcał go do kontynuowania tego gatunku, podsuwając mu wręcz trasę nowego wojażu: Rosję. Nie brak poszlak że szalę na stronę imperium Mikołaja I przeważył w końcu przykład, powszechnie wówczas i z podziwem dyskutowany, pierwszego tomu De la Democratie en Amerique Tocqueville'a; markiz, zapaliwszy się do myśli o współzawodnictwie, chciał na przeciwległym biegunie zwiedzić i opisać drugą "wysuniętą placówkę cywilizacji europejskiej". Taką przynajmniej hipotezę formułuje George Kennan w ciekawej książeczce The Marquis De Custine and His Russia in 1839, którą wydano niedawno staraniem Uniwersytetu w Princeton. Kennan też zauważa że obaj, analizując skrajnie odmienne modele demokracji amerykańskiej i despotyzmu carskiego, doszli do identycznych wniosków politycznych.

Książka zatem ukazała się w roku 1843 i miała oszałamiające powodzenie. Sześć nakładów we Francji, kilka pirackich wydań w Belgii, szereg tłumaczeń: w sumie dwieście tysięcy egzemplarzy w krótkim przeciągu czasu, cyfra na owe lata zawrotna. Wciągnięta natychmiast na indeks w Rosji, była tam przemycana przez podróżnych zagranicznych i rosyjskich: czytano ją to z cierpką aprobatą, to z gwałtownym oburzeniem. Herzen widział w niej najlepszą książkę o Rosji, napisaną przez cudzoziemca; dodając melancholijnie, że trzeba było niestety cudzoziemca by coś podobnego powstało, że na taką książkę nie śmiałby, albo nie potrafił, zdobyć się żaden Rosjanin. Mikołaj I wpadł po szybkim przekartkowaniu czterech tomów w gniew, słyszano go mruczącego pod nosem: "Moja wina, to ja ułatwiłem temu łajdakowi przyjazd do Rosji". (W roku 1836 "wariat" Czaadajew, w roku 1843 "łajdak" De Custine). Fama jednak głosi, że dał się później przemóc ciekawości i wyjątkowo nudne wieczory w pałacu wypełniał sobie i rodzinie czytaniem na głos wybranych rozdziałów. Dopiero po upływie siedemdziesięciu blisko lat, w roku 1910, cenzura carska zezwoliła na skrócone rosyjskie wydanie książki. Prawie jednobrzmiący skrót ujrzał światło dzienne nazajutrz po rewolucji, ale został błyskawicznie skonfiskowany, z powodów które są bardziej oczywiste dzisiaj niż mogły być wtedy. W latach trzydziestych i czterdziestych (opowiada Kennan) dyplomaci zachodni akredytowani w Moskwie polowali na fragmenty Rosji 1839 i czytali je zachłannie z "nieopisaną rozkoszą".

"Pojechałem do Rosji by znaleźć tam argumenty przeciw rządom reprezentacyjnym, wracam z niej jako zwolennik konstytucji". Książka De Custine'a była anatomią despotyzmu, bezlitosną, dokonaną ostrym lancetem, nieodpartą w swoim przewodzie obserwacyjnym i myślowym. "Tyrania jest chorobą urojoną narodów; tyran, przebrany za lekarza, przekonał je że zdrowie nie jest stanem naturalnym człowieka cywilizowanego, i że im większe niebezpieczeństwo, tym drastyczniejsze musi być lekarstwo: tak podsyca chorobę pod pretekstem jej leczenia. Ład społeczny kosztuje w Rosji zbyt drogo, bym mógł go podziwiać. A jeśli mi postawicie zarzut że mieszam despotyzm z tyranią, odpowiem że czynię to celowo. Te rzeczy są tak bliskimi krewnymi, że prawie zawsze łączą się w sekrecie na zgubę ludzi. Pod panowaniem despotyzmu tyrania może trwać, gdyż posiada maskę. Gdy Piotr Wielki wprowadził to co tu nazywa się czinem, gdy innymi słowy zaaplikował hierarchię wojskową do całej administracji imperium, zmienił swój naród na pułk niemych i sam ogłosił się pułkownikiem, z prawem przekazywania tego stopnia swoim następcom. Rząd rosyjski jest dyscypliną wojenną, która zastąpiła porządek miasta, stanem oblężenia uznanym za normalny stan społeczeństwa". Lapidarność i celność De Custine'a! Chciałoby go się bez ustanku cytować. "We Francji tyrania rewolucyjna jest przejściowym złem, w Rosji tyrania despotyzmu jest rewolucją permanentną". I jeszcze: "Gdybyście byli moimi towarzyszami w podróży do Rosji, odkrylibyście w sercach ludzi tego kraju nieuniknione spustoszenia - dzieło arbitralnej władzy, posuniętej do najdalszych krańców. Jest to przede wszystkim obojętność na świętość przyrzeczeń, na prawdę uczuć, na prawość postępków. Jest to również kłamstwo, triumfujące wszędzie i na każdym kroku... Życie społeczne w tym kraju jest ciągłą konspiracją przeciw prawdzie".

Krytycy rosyjscy markiza (bardziej poważni, gdyż broszurki zamawiane i opłacane przez rząd carski poprzestawały na oskarżeniu o "podłe oszczerstwo") wytykali mu rozliczne niekonsekwencje i nieścisłości, mieli mu za złe że nie chciał czy nie umiał sięgnąć głębiej, pod skorupę tępego reżymu mikołajowskiego. De Custine przewidział wymówki. "Moi rosyjscy czytelnicy powiedzą: Trois mois de voyage, il a mal vu; il est vrai, j'ai mais vu, mais j'ai bien devine. I rzeczywiście "przewidział" tak dobrze, że Kennan nie waha się dzisiaj twierdzić: "Nawet jeśli przyjmiemy że Rosja 1839 nie była książką zbyt dobrą o Rosji w roku 1839, pozostaje niepokojący fakt że była książką znakomitą, chyba najlepszą ze wszystkich jakie dotąd napisano, o Rosji Stalina, a także książką zupełnie niezłą o Rosji Breżniewa i Kosygina". Jak wytłumaczyć niezwykły walor profetyczny czterech tomów De Custine'a? Samym tylko darem "przewidywania" markiza, który w okresie trzymiesięcznej zaledwie podróży w roku 1839 nie zdołał uniknąć pułapek nadmiernego pośpiechu i błyskotliwej naskórkowości, a w sto lat później tajemniczym zrządzeniem losu okazuje się czymś w rodzaju czołowego "sowietologa" ante litteram ? Byłoby to wyjaśnienie, delikatnie mówiąc, naiwne. Miał słuszność Herzen. De Custine, skupiwszy całą uwagę na jednym aspekcie Rosji Mikołaja I, na jej reżymie despotycznym, nie widział źle; i nie musiał wcale wybiegać wzrokiem naprzód, by widzieć to co rzucało się w oczy każdemu inteligentnemu i obiektywnemu obserwatorowi. Ponieważ zaś despotyzm carski dostał się w spadku, jeszcze bardziej "spokrewniony z tyranią", carobójcom i ich obecnym dziedzicom, markiz wydaje się dziś dalekowzroczny tam gdzie był po prostu trzeźwy i bystry. Niechaj zresztą będzie: można mu ostatecznie wystawić i takie świadectwo, ostrzegając jednak wraz z Kennanem że jego dalekowzroczność w stosunku do "rządu opartego na dyscyplinie wojennej" szła w parze z krótkowzrocznością, chwilami nawet ze ślepotą, w obliczu sił i aspiracji wolnościowych w Rosji. Nie jest jasne z czyjej winy słabo układały się kontakty De Custine'a z liberałami rosyjskimi: prócz listów polecających otrzymanych w Niemczech od Aleksandra Turgieniewa i rozmów prowadzonych na pokładzie Mikołaja Pierwszego z księciem Piotrem Kozłowskim, w samej Rosji zachował się jedynie zagadkowy ślad pobytu markiza w liście Czaadajewa do księżnej Szczerbatowej; nowo kreowany przez cara "wariat" prosił w nim kuzynkę, by francuskiemu podróżnikowi powiedziała ce qu' il faut qu'il sache. Tak czy owak, kto zabiera się do czytania czterech tomów De Custine'a jako "najlepszej istniejącej książki o Związku Sowieckim", winien wciąż pamiętać o nieobecnej w nich "innej Rosji", nie mniej ważnej dzisiaj za czasów Stalina i jego sukcesorów, niż była wczoraj za czasów Mikołaja I.

 

20 maja

Msza za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego jest opowieścią z kluczem. To było oczywiste od pierwszej chwili: miasto nawiedzone w połowie XV stulecia klęską zarazy i głodu; wkrótce potem prześladowania Żydów, procesy o urojone herezje, wybuch łupiestwa i zbrodni; porządek przywraca rozumny biskup Utrechtu. Nawet najgłupsza spocona mysz z ulicy Mysiej nie mogła nie zauważyć aluzji do historii ostatnich lat PRL, na szczęście uspokoiło ją przypuszczalnie cudowne wyskoczenie deus ex machina, czyli piętnastowiecznego utrechtskiego praszczura współczesnego sekretarza śląskiego. Nie sądziłem jednak że opowieść Szczypiorskiego zostanie zinterpretowana aż tak budująco i czytankowo, jak to zrobił profesor Tadeusz Kotarbiński w recenzji pod tytułem Dwa programy. Program pierwszy: "Ogół podwładnych, masę ludzką, mocno trzymać w garści dla ich dobra, rozumianego zgodnie z hierarchią wartości w głowie władcy), urobiwszy na sztywno ich mentalność i zaprawiwszy ich do uległości ze strachu". Program drugi: "Zjednać akces zwykłego człowieka do wspólnej sprawy przez rzeczową opiekę nad nim, przez praktykowaną troskę o jego istotne potrzeby, przez perswazje trafiającą do głów otwartych i ukazywanie prawd trzeźwych, sprawdzalnych w obliczu faktów; nie tępić dysydentów, lecz skłaniać ich do uczestnictwa, okazując im życzliwość i zaufanie". Wiemy więc nareszcie jakie cele stawia sobie Gierek, toteż "książkę Szczypiorskiego odkłada się pod wrażeniem druzgocącej przewagi walorów tego drugiego programu". O anty-walorach programu poprzedników Gierka czytelnicy wiedzą dostatecznie dużo.

Kotarbiński wyrządza Mszy za miasto Arras krzywdę spłycenia, bardzo charakterystyczną dla warszawskich "liberałów" i ich nadmiernej chyba gotowości do udzielania kolejnym władcom "kredytu" in blanco. Szczypiorski sięga głębiej. Narrator jego opowieści, przyjaciel i zaufany paranoicznego rządcy Arras, przystaje w imię "jedności miasta" na wszystkie bezeceństwa, dopóki jemu samemu nic nie grozi. Konflikt rozgrywa się między "prawdą" i "wspólnotą". Ci co prawdę cenią w pełni dopiero wówczas, gdy i im do skóry dobiera się dogmat "wspólnoty" (eufemizm na oznaczenie absolutnej jednomyślności władzy), są prawdy manipulatorami a nie rzecznikami. Mimo błogosławionej interwencji biskupa Utrechtu, dostrzegam w Mszy za miasto Arras smutek, którego nie rozwieje żwawa łatwowierność mojego dawnego profesora z Uniwersytetu Warszawskiego. Opowieść Szczypiorskiego wydaje mi się bliższa doświadczeniom, streszczonym w jednym zdaniu Cyrografu Flaszena: "Można podpisywać cyrograf setkami codziennych czynności, wyprzedając duszę jakby na raty, i ani się spostrzec, że przestało się być właścicielem owej rzeczy o śmiesznie staroświeckiej nazwie".

 

13 sierpnia

Arcyzabawne są "scjentyficzno-modernizacyjne" kłopoty i ciągoty Kościoła. Wiekowa tradycja Neapolu przeżywa burzę, w ampułkach krwi Świętego Januarego. Niedawno zdegradowano go edyktem watykańskim do drugiej kategorii świętych, czyli czczonych na osobistą odpowiedzialność adorantów. Już wtedy zaszumiało w neapolitańskim ulu, ale prawdziwy "skandal" wybuchł dopiero teraz. Katolicka Nuova Enciclopedia delle Religioni oznajmiła urbi et orbi, że cud Świętego Januarego - upłynnianie się zakrzepłej krwi męczennika dwa razy do roku, w maju i we wrześniu - jest postacią chrześcijańskiego pogaństwa, kultem o posmaku barbarzyńskim. Arcybiskup Neapolu, kardynał Ursi, słusznie zawrzał świętym oburzeniem, zamiast jednak trzasnąć pięścią w pulpit ambony z okrzykiem: "Wypraszam sobie!", rzucił watykańskim bluźniercom i ikonoklastom wyzwanie: "Proszę o natychmiastową ekspertyzę naukową!". Zagnieżdżonym w Watykanie "scjentyficznym modernistom" w to graj, chwycili piłkę w locie: wkrótce ma się z udziałem wybitnych uczonych odbyć impreza, którą w zaułkach neapolitańskich ochrzczono mianem "wizyty lekarskiej u naszego świętego", a w prasie antyklerykalnej mianem check-up per San Gennaro. Co laboratoryjni mędrcy mogą ustalić? Że w ampułkach znajduje się krew ludzka? To jest sprawdzony ponad wszelkie wahania pewnik (w kraju, który nie zanadto obfituje w tego rodzaju pewniki, w którym nie wiadomo na przykład nigdy ze stuprocentową pewnością czy wino pochodzi z winogron a mleko od krowy). Ewentualne - mało prawdopodobne nawet przy dzisiejszym stanie nauki - wykrycie grupy krwi zda się psu na budę, skoro u progu czwartego wieku naszej ery, gdy po edykcie Dioklecjana dokonano w Pozzuoli dekaptiacji biskupa Benewentu imieniem Januarius, policja nie rozporządzała jeszcze kartotekami klinicznymi kandydatów na męczenników.

W gruncie rzeczy i watykańscy "scjentyficzni moderniści" i kardynał Ursi grzeszą letniością ducha, która nieświadomie ociera się o ateizm. Cudy są aktami wiary, "uwierzytelniać je naukowo" to tyle co odbierać im całkowicie sens, stawiać wóz przed koniem. Kto chce i potrafi, wierzy; kto nie chce i nie potrafi, nie wierzy. Z równym powodzeniem można by odtąd ostrzegać w Watykanie pielgrzymujących do Lourdes chromych i ślepych, że muszą poczekać aż odnajdzie się notarialnie potwierdzona fotografia Przenajświętszej Panienki w momencie ukazania się zachwyconym i wniebowziętym oczom Bernadettę Soubirous. Asystowałem raz przy wrześniowym cudzie Świętego Januarego w Neapolu. Jego przejmująca wymowa polegała nie na zagotowaniu się krwi zakrzepłej w ampułkach, lecz na zachowaniu się starych kobiet z zaułków neapolitańskich (tak zwane vedove di San Gennaro, już w określeniu ich przydomkiem "wdów" tkwi wskazówka godna zastanowienia). Nawoływały patrona miasta do spełnienia cudu to admonicjami i pokornymi suplikami, to wyzwiskami i przekleństwami. Wzbierająca pod kopułą katedry psalmodia była skrzyżowaniem chóru greckiego z eksplozją gniewnej desperacji: odwiecznym, niezniszczalnym rytuałem oczekiwania cudu.

 

28 sierpnia

Przed wieczorem, w drodze powrotnej ze spaceru, zaszedłem do winiarni w sąsiedniej wsi. Pije się w niej stojąc, na jedynym zydlu między beczką i szafką w murze siedzi karczmarz. Było tłoczno, ale zaraz po wejściu zauważyłem w kącie psa: leżał napięty i jakby gotów do skoku, z łbem dziwnie przekrzywionym do góry. Rej wodził stary chłop, gderliwy i zaczepny, któremu ze śmiechem i poklepywaniem po ramieniu wtykano do ręki napełnianą często szklankę. Ślepych, kiedy piją, poznaje się po otwieranych zawczasu ustach, z wyprzedzeniem do którego zmusza zakłócona koordynacja ruchów. Zanim zdążyłem sprawdzić moje spostrzeżenie, potwierdził je sam skrzeczącym głosem: "No i oślepłem po raz drugi". Po raz drugi? Ktoś obok mnie wskazał głową kąt: "Oślepł mu niedawno ze starości pies".

Widziałem później z progu pana i psa, idących ścieżką pod górę w stronę domu. Pies stąpał wolno przodem na łańcuchu, podnosił wysoko nogi i stawiał je ostrożnie na ziemi. Ilekroć zbaczał ze ścieżki, pan przyciągał go szarpnięciem do siebie, okładał kijem i puszczał się do przodu z krzykiem: Jesteś ślepy, ścierwo, śleeepy!", wlokąc skulonego i skowyczącego na łańcuchu jak dziecko zepsutą zabawkę. Potem role się zmieniały: pan gubił ścieżkę, pies wysforowywał się przed niego i wpadał na krótko w taneczny rytm swoich kroków. Znikli w końcu obaj za kępą drzew, lecz dość długo jeszcze słyszałem skowyt i okrzyk: Sei cieco, carogna, cieeeco!

 

1 września

Co jakiś czas, począwszy od roku 1956, przedrukowuje się na Zachodzie w oryginale rosyjskim Opowieść niezgaszonego księżyca Pilniaka. Świeży przedruk w Anglii jest fotokopią tekstu, ogłoszonego w maju 1926 roku na łamach Nowego Mira. W słowie do czytelnika Pilniak ostrzegał, że zmyślonej historii medycznego uśmiercenia komandarma Gawriłowa nie należy łączyć z rzeczywistą śmiercią nowego komisarza wojny, Frunzego, pod nożem operacyjnym 31 października 1925 roku. Nowelę zadedykował Woronskiemu, obrońcy pisarskich "poputczików" przed atakami RAPP. W następnym numerze miesięcznika Woronskij odmówił "z oburzeniem" przyjęcia dedykacji, wytykając noweli "złośliwe oszczerstwo pod adresem naszej partii", a redakcja przyznała się do "jaskrawego i ciężkiego błędu". W numerze ze stycznia 1927 roku sam autor uznał swój utwór za "szkodliwy" i "łatwy do wykorzystani przez kontrrewolucjonistów".

Nie wiadomo jak było naprawdę z Frunzem, Pilniak podchwycił po prostu krążącą w Moskwie uporczywie pogłoskę o operacji wrzodu żołądka na rozkaz Stalina, wbrew woli zainteresowanego i diagnozie lekarzy. Na zdrowy rozum Stalin nie miał powodu pozbywać się Frunzego właśnie w momencie, gdy za jego pośrednictwem udało mu się wydrzeć Trockiemu resztki kontroli nad wojskiem. Ale za "mordem chirurgicznym" przemawia jakoby fakt, że nowy komisarz wojny był związany z Zinowiewem i Kamieniewem. Pilniak wykręcił się chwilowo sianem. W okresie pisania głośnej Wołgi (pod bezpośrednim nadzorem Jeżowa) jęknął pewnego dnia w rozmowie z Victorem Serge: "Nie ma w tym kraju ani jednego dorosłego i myślącego człowieka, który by nie drżał ze strachu że mogą go ni stąd ni zowąd rozstrzelać". Rozstrzelano go dopiero w roku 1938 lub 39. Wcześniej od niego przepadł bez śladu Woronskij.

Bohater Opowieści niezgaszonego księżyca, na wiadomość, że partia tak gorliwie zadbała o jego drogocenne zdrowie, prosi o posłuchanie u Pierwszego (z triumwiratu) w nadziei zażegnania operacji. Pierwszy jest niewzruszony: "Towarzyszu komandarmie, pamiętasz jakeśmy się zastanawiali czy posłać cztery tysiące ludzi na murowaną śmierć? Wydałeś rozkaz posłania ich. I dobrze zrobiłeś. Za trzy tygodnie będziesz zdrów jak ryba. Daruj, wydałem już odpowiednie polecenia. Szkoda czasu na dyskusję, towarzyszu Gawriłow". Tuż przed operacją Gawriłow wspomina Tołstoja, który jak nikt inny umiał mądrze pisać "na temat krwi". Pilniakowski Tołstoj, w osiem lat po rewolucji, to moralista piętnujący nasz świat "oparty na zabijaniu". Z jego ducha powstała ta literacka wersja przedbiegów do Wielkiego Terroru.

 

4 września

Przyczynek do Historii podstawionej na miejsce Boga. Czytam - podziwiając, jak zawsze w takich wypadkach, Orwella - artykuł doskonałego dziennikarza wyspecjalizowanego w sprawach Dalekiego Wschodu: "W roku 1959 zadałem w Pekinie pytanie Kuo Mo-yo, absolutnemu przywódcy kultury w Chinach, dlaczego w chińskich podręcznikach szkolnych nie wspomina się wojny, w której Stany Zjednoczone rozbiły Japonię i zmusiły ją do wycofania się z Chin i ż Azji; co gorsza, dlaczego zapewnia się w tych podręcznikach że Chiny zostały wyzwolone przez bohaterskie wojska Związku Sowieckiego, który w rzeczywistości wypowiedział Japonii wojnę na kilka dni przed jej klęską. Kuo Mo-yo odparł spokojnie, że wojny prowadzone przez kapitalistów są antyhistoryczne i jako takie nie zasługują nawet na wzmiankę. Po roku 1959 również bohaterskie wojska sowieckie znikły z chińskich podręczników szkolnych: Chiny uwolniły od Japonii palu, żołnierze ósmej armii Mao. Wolno zapytać, czy po wizycie premiera Tanaka w Pekinie młodzież szkolna w Chinach dowie się w ogóle ze swych książek o wojnie chińsko-japońskiej".

Odwiedził nas F., opowiadał o szale okultyzmu w Mediolanie. Był bardzo przejęty: że w niedorozwiniętym Neapolu jest siedem tysięcy magów, chiromantów, astrologów, to zrozumiałe; jak jednak wytłumaczyć ten obłęd w zamerykanizowanym i supertechnologicznym Mediolanie, skąd taki popyt na senniki, horoskopy w gazetach, traktaty parapsychologiczne, czemu do wróżbitów, spirytystów, wyroczni producentów lubczyków i innych szarlatanów biegają nie jak dawniej służące i panienki sklepowe, lecz kapitanowie przemysłu, politycy, inżynierowie, wykwalifikowani robotnicy, adwokaci i urzędnicy, ba prałaci Świętego Kościoła Rzymskiego, co się u diabła (!) dzieje, czyżby magia miała zastąpić tradycyjną spowiedź i nowoczesny seans psychoanalityczny, czyżby mania dowierzania kartom i gwiazdom była następstwem utraty zaufania do religii i nauki?

Bez słowa, żeby pocieszyć F. (choć gorzka to dla niego pociecha), wstałem od stołu i przyniosłem z mojego archiwum czerwcowy numer amerykańskiego Time. Na okładce facet - albo facetka, bo widać tylko oczy - w czarnym kapturze w czerwone prążki, duży żółty tytuł The Occult Revival, mniejszy żółty podtytuł Satan Returns. Z szczegółowej ankiety w numerze wynika bezspornie, że w gorączce okultyzmu i demonologii Ameryka pozostawiła daleko w tyle zamerykanizowany Mediolan, że to nasz Neapol jest dzisiaj miastem prawdziwie rozwiniętym (a raczej, jak molierowski pan Jourdain, był nim od wieków sam o tym nie wiedząc). Skromna różnica: w Neapolu biegało się i biega do chiromanty lub astrologa, kiedy rzeczywiście brak lepszego wyjścia, a imienia Szatana nie wzywa się nadaremnie; w Ameryce, kraju ludzi łatwowiernych i prostolinijnych, widzi się w kartach, gwiazdach i zlotach czarownic jedyne wyjście, a imię Szatana otacza neonowa poświata glamour. Wolumin nazwany krótko i dobitnie The Exorcist przekroczył ostatnio w Stanach milion egzemplarzy. Niewykluczone, że Nixon i jego doktor diabelski, Kissinger, zasięgają w ważniejszych kwestiach rady u Egzorcysty (nazwiskiem Gallup! - wtrącił ubawiony F.). Tak oto wykładałem, ale F. kręcił sceptycznie głową. Pewną minimalną satysfakcję dała mu jedynie konkluzja ankiety w Time: że "odżycie okultyzmu" i "powrót Szatana" są dowodem równoczesnego kryzysu religii i racjonalistycznej wiary w naukę.

Mówiąc serio, całe zjawisko ma dwa aspekty. Jeden godny pochwały: w prymitywnej formie biegania do pokątnych "pośredników magicznych" parapsychologia Junga bierze zasłużony odwet na psychoanalizie Freuda. Drugi niepokojący: o ile dobrze pamiętam, Daniel Defoe pisał w Journal of the Plague Year że rozplenienie się szarlatanerii towarzyszy nieodłącznie początkowym stadiom dżumy. Jeśli przeważy aspekt drugi, ten zapis w moim dzienniku straci półżartobliwy charakter drobiazgu z Księgi Dziwów Natury Ludzkiej, a nabierze groźnego charakteru kartki z Dziennika Lat Dżumy.

 

Neapol, 14 września

Zasypiałem już w pustym mieszkaniu, okna zostawiłem otwarte. Wytrącił mnie z drzemki natarczywy chrobot. Na parapecie dwa ogromne szczury badały wejście do pokoju, trzeci - mniej wyraźny w świetle księżyca - przycupnął na murze z przeciwka. Wystarczyła nasza dłuższa nieobecność, by "podziemny Neapol" przypomniał o swoim istnieniu. W mieście spotyka się szczury jesienią, w dnie ulewne, gdy na promenadzie nadmorskiej wygrzebują się spomiędzy głazów wzdłuż brzegu i przez ulice przeskakują do Villa Comunale, ogrodu miejskiego. Jak wtedy nie myśleć o początku powieści Camusa?

Statystyki miejskie, nie wiem jakim sposobem robione, szacują zaszczurzenie "podziemnego Neapolu" na siedem do ośmiu milionów sztuk. Miasto rosło niepowstrzymanie z budulca czerpanego na miejscu. Mieszkamy na gigantycznej gąbce, pełnej ukrytych wykopów, grot, lochów, wyrąbanych w kamieniu chodników, zapadni. Nie posiadamy ich mapy topograficznej, pamiętamy jedynie że topo znaczy po włosku "szczur". Dokładnie naniesione na mapę są natomiast ścieki kanalizacyjne, wyborne (zdaniem znawców) dzieło Burbonów. Prócz właściwego celu, służą masowym szczurzym dyslokacjom i ludzkiej kontrabandzie z portu do śródmieścia. Od czasu do czasu rozlegają się tam chyba strzały konkurencyjnych band przemytniczych, a dudnienie ich echa miesza się z piskiem uciekających szczurów. Od czasu do czasu, po przewlekłych deszczach, pęka ulica w górnych kondygnacjach naszego pięknego panoramicznego miasta i pochłania przechodnia lub automobilistę. Poszukiwania zwłok są zazwyczaj bezowocne. Nad całością niewidzialnego spektaklu czuwa, albo i nie czuwa, Wulkan. To jest miasto, które turyści oglądają na widokówkach z podpisem: "Zobaczyć Neapol i umrzeć".

 

Rzym, 15 września

Tyle razy przyrzekałem sobie, że noga moja nie postanie w tak zwanym "rzymskim saloniku intelektualnym", a przecież dzisiaj dałem się naciągnąć. Obiad na osiem osób. Gospodarze wrócili właśnie z podróży do Ameryki, opaleni i rozszczebiotani. Pani domu, zbzikowana na punkcie psychoanalizy (jej mąż jest historykiem sztuki), zaprezentowała przy kawie główne trofeum: studium psychoanalityka bostońskiego Waltera Langera The Mind of Adolf Hitler .które dopiero za tydzień ukaże się na pólkach księgarskich. Książka, pokreślona i upstrzona na marginesach wykrzyknikami, wędrowała z rąk do rąk przy wtórze szczebiotu objaśniającego szczęśliwych posiadaczy. Ten jakiś Langer otrzymał wiosną 43 roku pilne zamówienie od szefa kontrwywiadu amerykańskiego, Donovana: prezydent Roosevelt życzy sobie poznać "umysł Adolfa Hitlera". Jesienią kopiasty manuskrypt był gotów. Langer spreparował go - czy to nie cud? - wyłącznie na podstawie pokątnych informacji, żmudnie przesiewanych plotek, szeptanych na ucho świadectw, wyławianych z kontekstu Mein Kampf aluzji, obserwacji na dystans. A wyszło tak, jak gdyby od wiosny do jesieni pacjent leżał u niego nagusieńki i skory do wyznań na łóżeczku psychoanalitycznym! Otóż prezydentowi Rooseveltowi przedłożono następujące rewelacje o umyśle wodza Trzeciej Rzeszy. W dzieciństwie prześladował Hitlera nadmierny lęk o własne genitalia: żeby się broń Boże we wstydliwym miejscu nie pokaleczyć. Jest wielce prawdopodobne, że jako dziecko też przyłapał rodziców na spełnianiu obowiązków małżeńskich: istnym szokiem była dlań uległość, z jaką młoda i słodka mama poddawała się dzikim żądzom starszego od niej i brutalnego taty. Już wtedy zapewne nabrał wstrętu do płci nadobnej (stąd podkreślanie przy byle okazji, że jego jedyną oblubienicą jest Trzecia Rzesza), i w ogólności do seksu (stąd nienawiść do Żydów, których miał za kwintesencję wszelkich płciowych obrzydliwości). Kto wie, czy i do tej kategorii nie wypada zaliczyć wegetariańskiej pogardy dla mięsa, skoro w pewien subtelny sposób mięso utożsamia się w naszej podświadomości z ciałem. Równocześnie jednak stosunek Hitlera do seksu układał się na ambiwalentnej płaszczyźnie Hass-Liebe. Ten psychopata o krok zaledwie od schizofrenii, cierpiąc na ostre i długie ataki wyczerpania płciowego, jeśli nie wręcz impotencji, kazał sobie zastrzykiwać tarte jądra bycze w roztworze cukru winogronowego. Nie miał ciągot homoseksualnych, jego perwersja była skrajną formą masochizmu: mężczyzna osiąga w niej orgazm, lub co najmniej zbliża się do niego, zmusiwszy kobietę do oddania moczu i kału na własne, rażone niemocą ciało. Wdzięcznym i odrobinę kokieteryjnym ruchem pani domu wyłożyła na stół kartę atutową, coś w rodzaju deseru dla zasłuchanych gości: posłowie do książki Langera, pióra historyka amerykańskiego Roberta Waite. Hipotezy psychoanalityka zostały w całej rozciągłości potwierdzone przez lekarzy sowieckich, którzy podczas sekcji zwłok Hitlera znaleźli w woreczku jądrowym tylko prawe jądro; lewego nie znaleziono ani w woreczku, ani przyczepionego do kanału spermatoidalnego, ani w strefie miednicowej. Czy to nie olśniewające? Jedna wszelako rzecz zasnuwała śliczne oczy pani domu mgiełką smutku i zawodu. Gdy po ukończeniu swego dzieła rozochocony Langer oświadczył Donovanowi, że czuje się na siłach opracować dla Roosevelta analogiczne studium pod tytułem The Mind of Joe Stalin, szef kontrwywiadu amerykańskiego skoczył jak oparzony: "Na Boga, niech pan o tym nawet nie wspomina, prezydent byłby przerażony!". Dlaczego, dlaczego? Dlatego - mruknął mój sąsiad przy stole, małomówny malarz rzymski - że kontrwywiad amerykański zaopatrzył już uprzednio Roosevelta w szczegółowy raport o dwóch zdrowych i solidnych jądrach w woreczku Stalina. Ale pani domu i jej mężowi nie trafił ten argument do przekonania, byli oboje niepocieszeni.

 

24 września

Nie będę się upierał że The Clockwork Orange jest dobrym filmem, do Dziesiątej Muzy odnoszę się lekko, do kina chodzę dla rozrywki. Co wyjaśniwszy, nie mogę zaprzeczyć że film Kubricka był dla mnie przeżyciem: oglądałem go ogłuszony, z lodowatą pustką w sercu, przymykając niekiedy oczy. Na pozór nie powinno tak być, ostatecznie dość codziennie słyszę odgłosów gwałtu bądź czytam o nich w gazetach, zdaję sobie sprawę że wśród koneserów sztuki nowoczesnej nie ma większego komplementu niż: C'est une chose tres violente, kilka dni temu wyciąłem z Corriere liścik do redakcji tej treści: "Jestem nauczycielem szkoły średniej, wczoraj zrobiłem straszne odkrycie. Daremnie usiłowałem zainteresować moich uczniów końcem Imperium Rzymskiego i jego przyczynami. Ich uwaga obudziła się dopiero wówczas, gdy zacząłem mówić o Atylli. Im plastyczniej opisywałem jego rzezie i łupiestwa, tym otwarciej ich pałający wzrok wyrażał admirację i ciekawość. Podejrzewam, że fascynacja potworami opanowuje dusze naszej młodzieży''.

Wiem zatem od dawna to co odkrył teraz poczciwy profesor gimnazjum mediolańskiego, lecz inna rzecz wiedzieć, a inna zobaczyć współczesną twarz gwałtu. Pokazał ją Kubrick, mniejsza w jakim sosie "filozoficznym". Twarz gwałtu abstrakcyjnego, bezinteresownego, czystego, gwałtu dla samego gwałtu, w oderwaniu od jakichkolwiek celów, chciałoby się powiedzieć: gwałtu uprawianego wyłącznie z ambicją jego "artystycznego" udoskonalenia. Takie zjawiska nie rodzą się z niczego, śmieszne jest uważać je za przelotną wysypkę czy modę. Więc kwestia korzeni. Niegdyś sądziłem, że okropności wojny (epoka pieców, absolutna deprecjacja życia ludzkiego) zatruły krew świata - nawet jego młodocianych mieszkańców, dla których wojna jest powiastką o żelaznym wilku - przykładem pogruchotanych i wdeptanych w ziemię Kamiennych Tablic. Podtrzymuję częściowo tę interpretację, myślę jednak że do krwi współczesnego świata przeniknęła ostatnio dodatkowa toksyna: przeczucie jego kruchości. Czterdziestoparoletni uczony włoski Roberto Vacca, specjalista w dziedzinie elektroniki, wydal przed rokiem książkę zatytułowaną Il Medioevo prossimo venturo. Wizja Średniowiecza jako "najbliższej przyszłości" ma w niej charakter scenariusza apokaliptycznego o niezwykłej wiarygodności. Rzecz dzieje się zimą w Ameryce jutra. Koincydencja korków samochodowych na drogach i paraliżu linii kolejowych uniemożliwia personelowi zamiennemu wielkiego lotniska dojechanie na czas do pracy. Pierwsze uszkodzone ogniwo powoduje reakcję łańcuchową, proces rozpruwania się sieci naprężonej dogranie wytrzymałości. Kontrolerzy z poprzedniej zmiany, zmęczeni i nerwowo wykończeni, prowokują zderzenie dwóch ogromnych samolotów. Samoloty spadają na linię wysokiego napięcia. Powstaje black out, tym razem radykalny i długi. Ponieważ pada śnieg i ulice są zablokowane, piętrzą się monstrualnie zatory samochodów. W biurach i domach ludzie rozpalają ogniska, wybuchają pożary, do których nie może dotrzeć straż ogniowa. Sieć telefoniczna "wysiada" pod ciężarem pięćdziesięciu milionów oszalałych abonentów. Rozpoczynają się marsze w śniegu, padają po drodze pierwsze trupy. Pozbawieni zapasów żywnościowych, błędni przechodnie wdzierają się hordami do supermarketów i magazynów, grabią co popadnie, chwytają za miliony sztuk dozwolonej w Ameryce broni palnej. Wkracza wojsko, ale pada natychmiast ofiarą powszechnego paraliżu. Rośnie z dnia na dzień liczba zmarłych z głodu i mrozu. Kiedy po miesiącu udaje się z trudem przywrócić względną normalność, setki tysięcy poniechanych w miastach i wsiach trupów stają się wylęgarnią epidemii, w niczym nie ustępujących czternastowiecznym plagom w Europie. Dalej Vacca snuje implikacje polityczne, które mogę sobie w moim dzienniku darować. I proponuje, w obliczu niewesołej perspektywy bliskiego Średniowiecza, zakładanie już obecnie małych wspólnot klasztornych, zdolnych przechować naszą kulturę i wiedzę do lepszych dni nowego Renesansu...

Fantazja fantazją, ironia ironią, istota jego książki tkwi w podtytule: Degradacja Systemów Kolosalnych. Trzeba się znać na technikaliach zagadnienia, żeby węszyć tę Degradację w powietrzu? Żeby czuć jak wokół nas puchnie świat kruchych Systemów Kolosalnych, nie na miarę ułomnego człowieka, pogłębiając otępienie moralne i popychając do kultywacji gwałtu abstrakcyjnego?

 

12 listopada

Kilometrowy list Bakunina do Nieczajewa z czerwca 1870, odkryty przez profesora Confino, może być czytany dwojako: dla historyków materiał do ważnych poprawek i uściśleń; dla reszty świadectwo dramatu rewolucyjnego w zarodku.

W ultimatum przed definitywnym zerwaniem Bakunin żądał od Nieczajewa porzucenia tendencji "komunistyczno-etatystycznych" oraz "nieczajewszczyzny", czyli "systemu policyjnego i jezuickiego" wobec wszystkich, a nie wyłącznie (co Bakunin dopuszczał) wobec wrogów rewolucji. Nieczajew głosił: nie ma moralności, każdy środek prowadzący do celu jest usprawiedliwiony i godziwy. Bakunin upierał się: moralność obowiązuje wśród nas rewolucjonistów, jeżeli ją zupełnie przekreślimy, świat nie będzie wart zbawienia. Było to więc pierwsze w dziejach ruchu rewolucyjnego zderzenie totalności z połowicznością, niczym nieograniczonej samowoli z cieniem praw. Nie znając jeszcze tego listu, Venturi trafnie wyczuł u Bakunina zgrozę na widok własnych idei popchniętych przez Niecząjewa do logicznej kropki. Echo zderzenia odezwało się w naszych czasach w osłupieniu komunistów, likwidowanych na rozkaz swoich towarzyszy partyjnych. Nie zdawali sobie sprawy, że to za grobem krzepki zwiastun jutra Nieczajew dorzynał dziewiętnastowiecznego, zramolalego Bakunina.

 

17 listopada

Podoba mi się bardzo komentarz (nie pozbawiony chyba złośliwości) do wczorajszego, nieoczekiwanego przemówienia papieża: "Jak grom z jasnego nieba spadło na świat renovatio diaboli Pawła VI". Tym jasnym niebem, podstępnym dziełem Księcia Ciemności, była stopniowa "demityzacja" diabła przez teologów "postępowych". Znikł z przepisów liturgicznych i formuły chrztu, ustępując miejsca ogólnikowemu pojęciu zła. Paweł VI, podobno nadzwyczaj podekscytowany, upomniał się o staroświeckiego diabla, którego na emeryturę lekkomyślnie posłały nowoczesne zabiegi demityzacyjne: "Istota żywa, zdeprawowany deprawator, straszliwie realny, tajemniczy i okropny, wróg numer jeden, dotykalny kusiciel, siewca błędów i nieszczęść, perfidny i chytry czarodziej". Łatwo sobie wyobrazić szyderczy, diaboliczny uśmieszek na ustach "postępowych" teologów.

Nie jest wykluczone, że papież zdecydował się na restaurację diabła w jego tradycyjnej postaci, śledząc z niepokojem rozkwit demonologii laickiej: diabeł wygnany z kościoła coraz częściej i powszechniej przechodzi pod batutę magów i egzorcystów bez wykształcenia teologicznego i święceń kapłańskich. Czym będą po jego eksmisji przybytki Boga? Kogo zwabią świątynie, w których nie masz przed nim ucieczki? Gdyby mój domysł był słuszny, nie pozostawałoby nic innego jak uznać, że Książę Ciemności zagrał zuchwale o wysoką stawkę.

Demonologia w XVI stuleciu oceniała Królestwo Arcydiabła na 6666 legionów, po 6666 diabłów w legionie. Sensowniej brzmiała hipoteza przeciwników wszelkich obliczeń, którzy twierdzili że diabłów jest tylu ilu ludzi, skoro nieodstępny kusiciel i deprawator uwija się koło każdego człowieka od kołyski do trumny. W nowszej epoce myśl tę wyraził, rzecz prosta z większą subtelnością, Iwan Karamazow w nocnej rozmowie z diabłem: "Czasem cię nie widzę, nawet nie słyszę twego głosu, ale zawsze rozumiem co pleciesz, ponieważ to ja, ja sam mówię, a nie ty... Tak, ty to ja, ja i nic więcej". Ale z cyframi czy bez, podstawą demonologii chrześcijańskiej była wiara w Antychrysta, nadrzędnego uwodziciela i truciciela ludzkości, wodza naczelnego zastępów szatańskich. Diabeł dowcipnie przyciął Iwanowi Karamazowowi: "Gniewasz się na mnie za to, że nie nawiedziłem cię w czerwonej aureoli, grzmiąc i błyskając, z osmalonymi skrzydłami, że zjawiłem się u ciebie w tak skromnym wcieleniu. Jak do tak wielkiego człowieka mógł przyjść taki pospolity diabeł?". Iwan Karamazow, czego nie wolno lekceważyć, był człowiekiem o rozległych horyzontach i orlim spojrzeniu, autorem Legendy o Wielkim Inkwizytorze...

Otóż podejrzewam że Paweł VI, przywróciwszy wiernym obraz pospolitego biesa prywatnego, przyczyni się może do zapełnienia kościołów i opróżnienia poczekalni w przychodniach świeckiej demonologii, zarazem jednak (ma się rozumieć, bezwiednie) zasłoni plecami Arcydiabła uniwersalnego. Tu dostrzegam lwi pazur Księcia Ciemności w jego zuchwałym posunięciu.

 

25 listopada

Ryszard Przybylski, tłumacz dziennika Anny Grigoriewny Dostojewskiej Mój biedny Fiedia, przesadza w przedmowie zalecając go jako "zachwycającą i urokliwą literaturę"; nie ma potrzeby stawiać Ani obok dwóch młodych i egzaltowanych "intelektualistek" z popularnego żarciku, które licytują się w ochach i achach na temat "słodkiego" Dostojewskiego.

Ta dwudziestoletnia dziewczyna, po uszy zakochana w dwukrotnie od siebie starszym pisarzu, prosta i mimo swej roztropności prawie dziecinna, przeszła w kilka miesięcy po ślubie przez piekło. Zastawiwszy w Petersburgu jej meble z posagu ruszają wiosną 1867 roku do Niemiec, Dostojewski nalega na dłuższy pobyt w Baden. Zaczyna się koszmarny kołowrót ruletkowo-epileptyczny. Z domu do kasyna gry, po przegranej (najczęściej) do domu po resztki pieniędzy, znowu do kasyna, gorączkowe szukanie pokątnych lombardów, w przerwach ataki padaczki. Ania wygrzebuje ze schowków guldeny, daje je bez szemrania, pociesza go, zapewnia że to nic takiego, pod jego nieobecność zapłakuje się lub udręczona włóczy się sama po mieście, gotowa wszystko znieść byle tylko nie utracić miłości "biednego kochanego Fiedi". Nie jest tej miłości zanadto pewna, w duchu posuwa się nawet do przenikliwego bluźnierstwa: "Wydaje mi się, że Fiedia nigdy jeszcze nie kochał; że tylko mu się wydawało, iż kochał; że prawdziwej miłości nic zaznał. Dlatego też myślę, że nie jest zdolny do miłości. Myśli o czym innym i zbyt jest zajęty ideami, aby mocno przywiązać się do czegoś ziemskiego". Dostojewski, nie licząc krótkich interludiów czułości i samooskarżania się o niegodziwość czy wręcz podłość, szarpie się i pieni jak gdyby był w kleszczach ciągłej epilepsji duchowej. Przybylski zbliża się do prawdy, kiedy świat utrwalony w zapiskach stenograficznych Ani nazywa mieszanką tragedii i farsy. Ba, nie brak w farsie elementów surrealistycznej groteski: "Fiedia wziął dziesięć złotych monet, poszedł i przegrał. Wrócił, wziął pięć złotych monet i przegrał. Przyszedł, wziął cztery złote monety i przegrał...". Tragedią była ciąża Ani, która przebiegała na obłędnej i morderczej huśtawce. Wyjechali do Genewy niemal bez grosza przy duszy, tam urodziło się dziecko i natychmiast zmarło. Dostojewski nie mógł nie rozumieć, że ta śmierć była spóźnionym epilogiem jego opętania wirującą ruletką w Baden.

Słowo "opętanie" nic jest tu figurą retoryczną. Skrupulatna aż do znudzenia stenografistka przyłapała na gorącym uczynku diabła, co daje właśnie niezamierzony przez nią efekt pomieszania (albo raczej skotłowania) tragedii, farsy i groteski. Dostojewski znajduje się w jego władzy tak wyraźnie, z tak namacalną oczywistością, że podczas lektury dziennika Anny Grigoriewny bywają chwile oczekiwania na jakąś otwartą sataniczną kulminację. Mówi się o wyobraźni Dostojewskiego, niechętni dodają: chorobliwej. Był stałym mieszkańcem wąskiego pasa nadgranicznego, o niesamowitym darze opisu realistycznego. "Najgorsze, że mam podłą i zbyt namiętną naturę. Zawsze i we wszystkim dochodzę do ostatecznej granicy, całe życie tę granicę przekraczałem". Nikt przed nim i po nim nie był równie za pan brat z własnym biesem, dlatego nie znam pisarza który by z podobną konwulsyjnością widział jedyne ocalenie w Bogu.

 

1 grudnia

Ewenementem wydawniczym są tu od jakiegoś czasu Listy do Felicji Bauer Kafki, widzę że także w Polsce przygotowuje je do druku Irena Krońska. Nie wydaje mi się by w tym tomisku, historii daremnego narzeczeństwa, odsłonił się czytelnikom "Kafka nieznany". Lektura jest monotonna i męcząca właśnie dlatego, że w epistolamym rozwodnieniu i zamąceniu natykamy się wciąż na motywy kafkowskich powieści .opowiadań , dziennika. Autonomicznym dziełem miały się dopiero po latach okazać listy do Mileny Jasieńskiej.

Pięcioletnia tortura narzeczeństwa z Felicją Bauer (zerwanego w pewnej chwili i później wznowionego) zdążyła już obrosnąć w kontrowersje interpretacyjne. Dla psychoanalityków podtekstem listów jest impotencja Kafki, ale topornością w odczytywaniu tekstów i podtekstów przewyższają psychoanalityków tylko sędziowie śledczy. Z przeciwnej strony słyszy się rozumniejszą uwagę, że Kafka był ofiarą i poetą podwójnej obsesji: tęsknoty do "normalnego" życia i lęku przed wszelkimi formami uzależnienia, władzy człowieka nad człowiekiem. W jednym z listów mówi o sobie jako o "mieszkańcu piwnicy", Felicja na próżno usiłowała wywabić go z niej na światło dzienne. Na dobrą sprawę nie warto przedzierać się przez ten ogromny tom, skoro wszystko co przynosi zawarte jest w kilku linijkach Bajeczki Kafki.

"Niestety - rzekła mysz - świat kurczy się z dnia na dzień. Na początku był tak wielki że aż się bałam, pędziłam przed siebie bez przerwy , i ucieszyłam się gdy z lewej i z prawej zobaczyłam ściany, ale długie ściany zwęziły się tak nagle, że jestem już oto w ostatnim pokoju, gdzie w rogu stoi pułapka do której muszę teraz wbiec". "Radzę ci zmienić kierunek biegu - powiedział do myszy kot i połknął ją".

W samowiedzy Kafki było coś z geniuszu gnomicznego.

 

5 grudnia

W roku 1859 Herzen wydal w Londynie rozprawę Szczerbatowa O zepsuciu obyczajów w Rosji łącznie z książką Radiszczewa Podróż z Petersburga do Moskwy, aby pokazać krytykę samowładztwa z prawicy i z lewicy. "Książę Szczerbatow i Aleksander Radiszczew - pisał - reprezentują dwa skrajne poglądy na Rosję czasów Katarzyny. Ponurzy wartownicy u dwojga różnych wrót patrzą oni, niczym Janus, w dwie przeciwne strony". Szczerbatow w przeszłość, Radiszczew w przyszłość. Podróż z Petersburga do Moskwy ukazała się w maju 1790 roku jako druk półprywatny w sześciuset egzemplarzach. Jednym z pierwszych czytelników była Katarzyna. Uznała książkę za "gorszą od rebelii Pugaczowa". Autor został aresztowany w czerwcu. Skazano go na śmierć w lipcu, miał być w kajdanych zesłany do Nerczińska i tam poprowadzony na szafot. W ostatniej chwili Katarzyna złagodziła wyrok: dziesięć lat Syberii. Po jej śmierci Paweł I pozwolił Radiszczewowi wrócić w roku 1797 do Rosji europejskiej, z zakazem osiedlenia się w stolicy. Aleksander I anulował ten zakaz. We wrześniu 1802 roku Radiszczew odebrał sobie życie.

Przysłano mi dziś włoską edycję Podróży. W znakomitym szkicu wstępnym Venturi nazywa Radiszczewa "pierwszym inteligentem i rewolucjonistą rosyjskim", a jego książkę "antenatem dziewiętnastowiecznego i współczesnego samizdatu ".

Radiszczew, któremu mistrzami byli Helvetius i Beccaria, opisał kraj bez praw. Z etapu na etap Podróży nabiera ostrości obraz despotyzmu: wszystko zależy od kaprysu, prawa są martwe, przemoc jest wszechwładna, jeśli wolność nie dojrzewa w doskonaleniu i poszanowaniu praw, narody pod rządami despotów bądź dopominają się o nią w rewolcie, bądź zapominają o niej w rezygnacji. Zapominają naprawdę, czy tylko czekają milcząc? Na galerze panuje porządek, przykuci galernicy wiosłują spokojnie, lecz spróbujcie zajrzeć do ich serc!

Dwieście blisko lat, znamy już przyszłość w którą patrzył Radiszczew. Następcy Herzena mogliby wydać łącznie Podróż z Petersburga do Moskwy, Radiszczewa i Niezamierzoną podróż na Syberią Amalrika. W świeżym numerze Observera pesymistyczny wywiad z Sacharowem i jego żoną. Warto więc walczyć, gdy dogorywa nadzieja? "Nasza walka jest moralna, a nie polityczna. Musimy być wierni sobie". Od dwustu lat to także jest składnik "niezmiennej" Rosji.








Gustaw Herling-Grudziński - Dziennik pisany nocą - 1973-1979