Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 16/10/1998

 

 

 

 

Paweł Goźliński

Rzym koło Nowogródka

Z Tomaszem Łubieńskim rozmawia

 

 

 

 

Mickiewicz nigdy się nie odciął od tej swojej małej, nowogródzkiej ojczyzny. Mówił, że jego szczególną ojczyzną jest Litwa, a ogólną - Polska.

 

PAWEŁ GOŹLIŃSKI: Dlaczego nie napisał Pan na przykład powieści o Mickiewiczu, ale klasyczną biografię? Przecież jego życie to materiał na kilka jeszcze nie napisanych powieści, tymczasem biografii jest już mnóstwo. A do tego każdy jakoś ten życiorys zna ze szkoły.

TOMASZ ŁUBIEŃSKI: Taka powieść nie miałaby sensu. Życie Mickiewicza samo jest rewelacyjną, zamkniętą fabułą, więc co tu jeszcze fabularyzować? Są w niej ważne, gotowe rozdziały-całości. Filomaci, Odessa, "Dziady" czy Konstantynopol. Ale kiedy zacznie się na Mickiewicza patrzeć z perspektywy któregokolwiek z etapów jego życia, gubi się sens ogólny. Bo co ma na przykład wspólnego moskiewski lampart z abnegatem, którego widzimy w Paryżu kilkanaście lat później? Tę biografię trzeba opowiedzieć do końca, żeby naprawdę przemówiła.

Poza tym, pisząc jakąś biograficzną powieść, naraziłbym się na śmieszność. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł pisać zmyślone dialogi, wkładać Mickiewiczowi w usta jakieś moje słowa. Wszystko, co wyszło spod jego pióra, nie mówię tylko o poezji, ale choćby o listach i tekstach dziennikarskich, jest znakomite, nie do przebicia. I ja miałbym mu teraz coś dopisywać? Śmieszne.

Jestem nieukończonym historykiem, a przez wiele lat byłem też dziennikarzem i starałem się tutaj być jak najbliżej faktów. Mój bohater ma prawdziwe, w tym wypadku wspaniałe, nazwisko i adres, to znaczy wiele adresów.

Ale dramat o Mickiewiczu Pan napisał?

Tak, nosił tytuł "Koczowisko" i opowiadał o ostatnich dniach jego życia, o pobycie w obozie wojskowym Sadyka Paszy pod Konstantynopolem. Ale choć wtedy byłem o 25 lat młodszy i odważniejszy, starałem się, żeby mój Mickiewicz milczał jak najwięcej, żeby inni mówili wokół niego, przy nim, do niego.

Ale coś z tego swoiście teatralnego patrzenia na życie Mickiewicza zostało. Kiedy zaczyna się czytać tę biografię zatytułowaną przez Pana "M jak Mickiewicz", to jakby patrzyło się z wysokości paradyzu na ogromną scenę. To Wielki Teatr Świata, a właściwie Europy.

Co wtedy niemal na jedno wychodzi.

Rewolucja francuska, dramat wojen napoleońskich - to są pierwszoplanowe zdarzenia. Nic nie wskazuje na to, że nasz bohater, który dorasta gdzieś w okolicach kulis, będzie miał szansę uczestniczyć w tym przedstawieniu jako protagonista.

To prawda, miejsce i czas jego pojawienia się na scenie przeznaczyły mu raczej miejsce pośród halabardników historii. Ale właśnie taka perspektywa wydała mi się prawdziwa i właściwa. Odkrywamy tego chłopca gdzieś dwieście lat temu w Nowogródku. Dookoła dzieją się wielkie rzeczy, ale my stawiamy na Adama Mickiewicza, urodzonego 24 grudnia 1798 r., roku egipskiej ekspedycji Napoleona. A potem obserwujemy, jak nam ciągle rośnie i jak nabiera wielkości. Jedną z największych zagadek życia Mickiewicza jest, to, że mu się tak nieprawdopodobnie udało zostać MICKIEWICZEM.

Ale sam Mickiewicz rzadko kiedy bywał szczęśliwy i z siebie zadowolony. Można powiedzieć, że przez całe swoje życie nie miał poczucia sukcesu.

Kiedy w marcu 1848 roku ksiądz Aleksander Jełowicki komponował delegację na spotkanie z papieżem, wymieniał, kto jest kim, jakie ma tytuły czy sprawuje urzędy. Przy Mickiewiczu napisał tylko: "Mickiewicz jako Mickiewicz". Nawet nie wielki poeta, ale po prostu Mickiewicz. A potem ten człowiek bez tytułu i urzędów szarpie Piusa IX za rękaw i krzyczy: "Wiedz, że Duch Boży jest w bluzach paryskich robotników!". Chłopak z Nowogródka. To dopiero Zygmunt Krasiński mógł napisać po jego śmierci: "On był dla ludzi mego pokolenia i miodem, i mlekiem, i żółcią, i krwią duchową. My z niego wszyscy".

Sam Mickiewicz nigdy się nie odciął od tej swojej małej, nowogródzkiej ojczyzny. Mówił, że jego szczególną ojczyzną jest Litwa, a ogólną - Polska.

Zrezygnujmy na razie z szerokiej perspektywy i przyjrzyjmy się rodzinie Mickiewicza z bliska. Okaże się, że urodził się w świecie jak z komedii obyczajowej, a może nawet farsy. Zacznijmy od tego: rodzina Mickiewiczów była piśmienna dopiero w drugim pokoleniu, to znaczy, że dziadek arcymistrza polskiej poezji być może wcale nie umiał pisać.

Wiadomo tylko, że umiał się podpisać.

Po drugie Mickiewiczowie są jakby wyjęci z kontuszowej komedii Franciszka Bohomolca, dziedziczą wszystkie wady związane z obrazem sarmatczyzny. Stryjeczni dziadowie Adama giną w jakichś burdach, młodszy z nich trudnił się nawet lichwą. Ojciec poety, rejent z Nowogródka, potrafił wytarmosić za włosy swojego kolegę z palestry. Co zresztą nie przeszkadzało mu recytować z pamięci "Jerozolimy wyzwolonej" Tassa w polskim przekładzie Piotra Kochanowskiego.

Pewniejsze jest to, że wytargał za włosy, niż że recytował Tassa. Jedno zresztą rzeczywiście nie wyklucza drugiego. Według tradycji rodzinnej Mickiewiczowie brali udział w insurekcji kościuszkowskiej, a wcześniej w konfederacji barskiej. W każdym razie Mikołaj Mickiewicz bardzo głęboko miał zakorzenione przekonanie, że dzieci trzeba kształcić. Awans społeczny rodziny był celem jego życia.

Czyżby można było budować jakieś paralele pomiędzy biografią Mickiewicza a, chociażby, etosem powojennej polskiej inteligencji z awansu?

Wiadomo, że powojenny awans dokonywał się na skutek przewrotu dziejowego, wywrócenia hierarchii społecznych, po wymordowaniu części elit. Jakkolwiek by o tym okresie mówić, sytuacja polityczna i społeczna sprzyjała awansowi. Na Litwie początków XIX wieku było trudniej. Nie istniała już rozpaczliwie się modernizująca Rzeczpospolita, Litwa to wówczas kresy Rosji - dynamicznie potężniejącego państwa. Szlachta, zapatrzona we własną prowincjonalność, opornie przystosowywała się do nowej rzeczywistości. A jednak Mikołaj Mickiewicz kształci swoich synów. Znajduje na to pieniądze, czasami dzięki jakimś adwokackim szalbierstwom.

Czy nie za dużo tu jednak jakichś społecznych determinant? Może lepiej po prostu powiedzieć, że Mickiewicz genialnym poetą był i gdziekolwiek by się urodził, i tak wspiąłby się na szczyt?

Trochę to byłoby za łatwe. Zresztą sprawę poetyckiego geniuszu Mickiewicza celowo zostawiam na boku. Ważne jest dla mnie to, co podpiera tę piramidę geniuszu. Geniusz, wiadomo, nie podlega weryfikacji. Josif Brodski pisał, że to coś od Boga, Mickiewicz skromniej i prozaiczniej mówił, że wszystko zależy od intensywności natchnienia. Z większą odpowiedzialnością możemy badać to, co geniuszowi towarzyszyło. Między innymi społeczny awans Mickiewicza.

Szukając jakichś uzasadnień dla owego poetyckiego geniuszu Mickiewicza, biografowie zwracają się często w kierunku jego matki. Wokół Barbary z Majewskich Mickiewiczowej powstało mnóstwo hipotez i legend. Na przykład o jej żydowskim pochodzeniu. Jej przodkowie mieli być wyznawcami podającego się za mesjasza Jakuba Lejbowicza Franka, którzy odrzuceni przez swoich współbraci znaleźli patronat polskiego duchowieństwa i arystokracji. Frankiści przechodzili na katolicyzm i zmieniali nazwiska. Frank na przykład został Józefem Dobruckim. Pan jednak dość jednoznacznie odrzuca tę popularną dzisiaj tezę.

Jedna z uczestniczek moich zajęć na Uniwersytecie Warszawskim napisała przekonującą pracę na temat motywów kabalistycznych w "Dziadach". Ale do zrobienia takiej interpretacji matka Mickiewicza nie jest w ogóle potrzebna. Jeżeli jej przodkowie byli frankistami, to co z tego ma wynikać? Barbara Mickiewiczowa była katoliczką, bardzo głęboko wierzącą. Zresztą i tak nie ma i nie będzie bezpośrednich dowodów na jej frankistowskie pochodzenie. Owszem, żyli na Litwie Majewscy - frankiści, ale nie wiadomo, czy oni w ogóle byli krewnymi Barbary. Mnie się wydaje, że nie. Matka Mickiewicza była po prostu córką ekonoma, zaś frankiści to byli jednak zwykle ludzie wykształceni, materialnie dobrze sytuowani.

Ale przecież interpretatorzy podają jako argument te słynne słowa z Widzenia księdza Piotra w III części "Dziadów": "z matki obcej" albo opowieść Ksawerego Branickiego, że Mickiewicz wyjawił mu: "Mój ojciec był z Mazurów, a matka z wychrztów".

Ale wcale nie wiemy, czy pisząc dalej w Widzeniu "a imię jego czterdzieści i cztery", Mickiewicz myślał o sobie, a już jego ojciec w żadnym razie nie był Mazurem. Dlaczego mielibyśmy więc brać poważnie to wyznanie znane nam z drugiej ręki? Branicki, prawdziwy czerwony hrabia, drażnił się z arystokratami, dowodząc, że jakaś czysta polska krew to mit, że wszyscy mają domieszkę krwi żydowskiej i on sam też nie ręczy za siebie.

Znacznie więcej wynika z tego, że Mickiewicz w Tuhanowiczach spotykał się z rabinem, z tego, że stworzył postać Jankiela, nawet z jego okresów ostrego antysemityzmu, więcej wynika z tego, że jako towiańczyk przemawiał w bożnicy, a przede wszystkim, że w "Składzie zasad" napisał, iż starszemu bratu Izraelowi należy się szacunek, a wreszcie, że chciał stworzyć w Turcji legion żydowski. Do tego jednak naprawdę jego matka nie musiała być koniecznie frankistką.

Oczywiście przez dawnych interpretatorów Mickiewicza ten problem był trochę przemilczany. Nie sądzę, żeby to była jakaś zła wola.

W swojej ogromnej Mickiewiczowskiej monografii profesor Juliusz Kleiner zrobił na ten temat tylko obszerny przypis.

Mam wrażenie, że ta niezwykle dziś modna teza wówczas starym profesorom wydawała się raczej mało płodna. Idę ich śladem. Dla mnie najważniejsze jest, że Barbara z Majewskich urodziła Adama Mickiewicza.

Ale powiedział Pan o antysemityzmie swojego bohatera. Chyba dosyć skutecznie wyparliśmy z naszej zbiorowej świadomości ten rys osobowości Mickiewicza.

Co jednak nie znaczy, że ktoś, przy odpowiednio dużej dawce złej woli, nie mógłby zrobić z Mickiewicza patrona polskiego antysemityzmu. Wystarczy odpowiednio dobrać cytaty. Nie mówię o różnych fraszkach, jak "Pchła i rabin", ale przede wszystkim o "Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego", napisanych tuż po III części "Dziadów", na jesieni 1832 roku. Całe szczęście, nikt jak dotąd na to nie wpadł.

Co mógł mieć wtedy Mickiewicz przeciwko Żydom?

Chodziło mu o stworzenie pewnej historiozoficznej figury, przeciwstawienie słowiańskiego otwarcia i szczerości - karczemnej, żydowskiej interesowności - chodziło o podkreślenie niemożności pogodzenia tych żywiołów. "Żydowskość" z "Ksiąg narodu..." to materializm, kosmopolityzm, niedostateczne związanie się ze sprawą polską. Zresztą te same zarzuty formułował nieraz wobec całego współczesnego sobie Zachodu. Musimy sobie bowiem otwarcie powiedzieć, że Mickiewicz miał ostre, antyeuropejskie fobie. Myślę, że w znacznej mierze pod wpływem spotkania z Towiańskim wyleczył się z tych emocji. W napisanym dla stworzonego przez siebie legionu "Składzie zasad", który można czytać jako zarys konstytucji wymarzonej przez Mickiewicza wolnej Polski, jest mowa o równości dla wszystkich mieszkańców przyszłej ojczyzny. Mickiewicz podkreślał wielokrotnie łączność losów Polaków i Żydów. To przecież dwa wybrane narody, które miały ze sobą współpracować, żeby wypełniły się dzieje.

Równie ambiwalentny stosunek jak do Żydów miał Mickiewicz choćby do Francuzów czy Rosjan.

Rzeczywiście, najbardziej interesowały go trzy narody, nie licząc oczywiście Polaków: Francuzi, z których wciąż był niezadowolony, Rosjanie i Żydzi. Jego niektóre antyfrancuskie wypowiedzi są wręcz głupie. A największą obelgą w jego ustach było stwierdzenie "mędrkowie francuscy". To oczywiście ma związek ze "szkiełkiem i okiem", chodzi o krytykę prymitywnego, ciasnego oświeceniowego racjonalizmu. Ale w ten sposób Mickiewicz zaczął kwitować właściwie całą francuską kulturę. Jeszcze później, wykładając w College de France mówił o szczególnej jednak roli dziejowej Francuzów. Z Napoleonem w tle.

Co do Rosjan, to przy wypowiedziach wprost nienawistnych o samej Rosji i sentymentalnych wobec prostego, rosyjskiego człowieka, mamy rosyjskie przyjaźnie Mickiewicza. Do końca życia pamiętał, aby w Paryżu Wierze Chlustin wysłać życzenia na prawosławną Wielkanoc.

A Polacy? To też nie był jakiś prosty stosunek, jakaś absolutna aprobata. Przecież cała towiańszczyzna była wielką krytyką polskiego ducha, który zszedł na manowce i nie realizuje swojej dziejowej misji.

Nawet "Pan Tadeusz" przez pierwszych krytyków był atakowany. Za wybielanie obrazu przeszłości i brak krytycyzmu albo przeciwnie, za ośmieszanie przeszłości, tradycji, wręcz antypolskość. Widocznie tak mógł być wtedy rozumiany. Zresztą "Pan Tadeusz", który dziś, na 200-lecie urodzin autora, doczekał się nawet filmu, nie był przez długi czas czytelniczym sukcesem. Prawie dziesięć lat sprzedawał się jego pierwszy, dziesięciotysięczny nakład.

Ale żeby powiedzieć, że jest antypolski? Jak to możliwe?

Ludzie chcieli - to znaczy tak w ich imieniu mówili krytycy "Pana Tadeusza" - buntowniczej bajroniczności, a tu Mickiewicz proponował uklasycznioną w formie, rozbuchaną do epopei sielankę. Wbrew doraźnej patriotycznej potrzebie. To dlaczego nie uznać, że działał wbrew interesowi narodowemu? Poza tym jest przecież w "Panu Tadeuszu" sporo dowcipu, dystansu i prawdy psychologicznej, co wcale nie musiało się podobać. To wszystko drażniło obolałych emigrantów, podobnie ludzi w kraju, którzy pragnęli przez moment poczuć się bohaterami, a codzienność wydawała się im błaha. Od autora "Dziadów" oczekiwano raczej bohaterskich wzlotów niż kojącej wizji. Dopiero stopniowo okazało się, jaka siła podtrzymywania i wzmacniania narodowej tożsamości tkwi w "Panu Tadeuszu".

Całą sprawę wyczerpująco przedstawił profesor Stanisław Pigoń. O dusze Polaków walczyły "Dziady" z "Panem Tadeuszem". W zależności od epoki, od sytuacji Polski albo jeden, albo drugi utwór wyrażał ducha narodowego. Krótko mówiąc, nawet "Pan Tadeusz", który nam wydaje się tak piękny i niewinny, był traktowany jako argument w dyskusji na temat narodowej świadomości Polaków. Zresztą cały czas Mickiewicz był czytany i słuchany z takiego punktu widzenia. Na jego wykłady w College de France chodzono nie tyle po to, aby poznać historycznoliterackie interpretacje, ale żeby doczytać się gustów politycznych Mickiewicza.

Jednym z najciekawszych rysów pańskiej biografii Mickiewicza jest podkreślanie roli Napoleona w kształtowaniu jego poglądów, tych, które później będzie głosił w College de France.

Rok 1812 i wkroczenie Wielkiej Armii do Nowogródka to był pierwszy moment, kiedy wielka historia skrzyżowała się z losami Mickiewicza. Krótkie pojawienie się Napoleona na tych prowincjonalnych kresach spowodowało, że zostały one niejako włączone w obręb historii europejskiej. Wywołało też krótki rozbłysk liberalizmu, który trwał jeszcze przez kilkanaście lat. To wystarczyło, żeby Mickiewicz skończył szkołę, studia, wydał pierwsze dwa tomy poezji.

Z drugiej strony - a rzadko to podkreślano - spotkanie z Wielką Armią, którą jako 14-latek oglądał w momencie największego triumfu, jak i katastrofy, odcisnęło w jego świadomości piętno na całe życie. On naprawdę żył legendą napoleońską, jakby wywiedzioną z dziecięcego wspomnienia, do końca. Jeszcze z obozu Sadyka Paszy pisał z ukontentowaniem, że tam dobrze mówią o napoleonidach. Kiedy w roku 1848 Ludwik Napoleon, przyszły Napoleon III, został prezydentem Republiki Francuskiej, w Mickiewiczu odżyła wiara w europejską misję potomków Bonapartego. Myślał, że to oni staną się tą siłą, która nieść będzie wolność Europie tyranów. Pisał o tym w "Trybunie Ludów", przypominał Ludwikowi Napoleonowi w memorandach, które zresztą najpewniej lądowały w koszu. Podobnie jak rady, które formułował w czasie wojny krymskiej.

To była trochę naiwna wiara, coś jak stosunek Cycerona do młodego Oktawiana Augusta.

Mickiewicz do końca Napoleona III otwarcie nie krytykował. Nawet wtedy, kiedy jego armia, pod wodzą jeszcze starych oficerów Wielkiego Napoleona, pacyfikowała w czasie Wiosny Ludów zrewoltowane Państwo Watykańskie. Pamiętajmy, że po stronie rewolucji walczył tam legion Mickiewicza.

Mickiewicz musiał się czuć ogromnie zawiedziony, zresztą jak cała rewolucyjna Europa. Liczono, że nowy Napoleon wspomoże walkę o wolność ludów. Tymczasem on zachował się identycznie jak car Mikołaj I, który zdusił rewolucję na Węgrzech: kiedy pod koniec 1848 roku w Państwie Watykańskim doszło do republikańskiego przewrotu, a Pius IX uciekł z Watykanu, francuska armia obległa Rzym.

Wcześniej w redakcji "Trybuny Ludów" Mickiewicz wywiesił ogłoszenie, że tu się nie krytykuje głowy państwa. Myślę, że klęska tej swoistej politycznej religii Mickiewicza była jednym z największych jego rozczarowań.

Dla mnie ta jego napoleońska wiara jest ważna także dlatego, że i w mojej rodzinie była ona na swój sposób kultywowana. Moi przodkowie brali zresztą udział w kampaniach napoleońskich. Jedną z nielicznych pamiątek rodzinnych, które przetrwały obydwie wojny, jest pięknie wydana w 1912 roku książka Mariana Kukiela "Wojsko polskie w okresie napoleońskim". Często ją przeglądam i wydaje mi się, że trochę rozumiem, na czym polegało to, że Mickiewicz nie mógł się uwolnić od wizji armii Bonapartego wkraczającej do Nowogródka. Te piękne konie, mundury, wojskowa muzyka...

Warto przypomnieć, że po kilkudziesięciu latach Mickiewicz zaprzyjaźnił się z Hieronimem Bonaparte, bratem cesarza i królem Westfalii z jego nadania, tym, który w roku 1812 dowodził oddziałami zajmującymi Nowogródek.

Jedną z wymiernych zdobyczy postnapoleońskiego liberalizmu na Wileńszczyźnie było stworzenie tam przez Adama Czartoryskiego okręgu szkolnego z Uniwersytetem w Wilnie na czele. Mickiewicz trafił rzeczywiście na jego najlepsze lata. Ale kształcił się tam po prostu na nauczyciela, bo nie było miejsc na medycynie. To znaczy, że posada nauczyciela w Kownie nie była żadnym przekleństwem, ale w gruncie rzeczy jego przeznaczeniem.

Rzeczywiście, Mickiewicz studiował jakby na seminarium nauczycielskim wyższej szkoły pedagogicznej. Na początku uczył się przeróżnych przedmiotów, również takich jak chemia, fizyka, matematyka, z których uzyskiwał zresztą bardzo dobre oceny. Mam wrażenie, że ten system edukacji był bardzo nowoczesny. Mickiewicz miał do wyboru szereg zajęć fakultatywnych, czyli w zasadzie indywidualny tok studiów.

Wyjazd do Kowna był po prostu sposobem odpracowania rządowego stypendium, które pozwoliło mu spokojnie studiować. Janek Czeczot, który razem z nim wyruszył z Nowogródka na uniwersytet, musiał od razu na siebie zarabiać - został kancelistą.

Stypendium Mickiewicz dostał ponoć po protekcji. Wypominał mu to Zan, który też o nie się starał. Rywalizację wygrał Mickiewicz, bo inny Mickiewicz, duchowny, pewnie jego kuzyn, był kimś w rodzaju dziekana tego wydziału.

Ale w niczym to nie przeszkodziło przyjaźni Mickiewicza i Zana. Ważniejsze było jednak, że na drodze młodego Mickiewicza akurat w tym czasie znaleźli się rzeczywiście najwybitniejsi profesorowie wileńskiego uniwersytetu: Joachim Lelewel, Ernest Groddeck i Leon Borowski. Co dzisiaj oczywiste, żaden z nich nie został mistrzem Mickiewicza. Na tym tle dochodziło zresztą do konfliktów, chociażby z Groddeckiem. Chciał on na przykład z Mickiewicza zrobić specjalistę od mało znanego rzymskiego panegirysty Eumonidesa. Pierwszorzędne wykształcenie klasyczne bardzo mu się przydało niemal ćwierć wieku później, kiedy wykładał w Lozannie. To, że Mickiewicz góruje nad innymi, zwłaszcza wczesnymi romantykami logiką, precyzją słowa, jest też zasługą jego nauczycieli z Wilna.

Niespełna dwudziestoletni Adam wymykał się jednak swoim nauczycielom, biorąc od nich tylko to, co najlepsze. Na przykład od Lelewela wziął na całe życie smak do historiozofii i do pisania o historii jak o literaturze, ale przecież w pismach Mickiewicza nie ma śladu Lelewelowego stylistycznego pogmatwania.

Ale Borowskiemu udało się namówić Mickiewicza na poszukiwanie "starożytności słowiańskich", potem nawet recenzował i redagował "Dziady".

Co najmniej równie ważnym jak profesorowie autorytetem byli dla Mickiewicza jego koledzy - filomaci. Natomiast od wczesnych lat miał dystans wobec tak zwanego życia literackiego. Po wydaniu "Ballad i romansów" wszedł wprawdzie w konflikt z warszawskimi salonowymi literatami, ale świetnie wytrzymywał ich krytyczne ciosy. Nie zależało mu specjalnie na recenzjach. "Nigdy nie czytam, co o mnie piszą" - powiedział kiedyś w Paryżu.

Wileńscy przyjaciele pozostali dla niego ważni do końca. To, że obchodzili (pewnie wiedział o tym) jego urodziny, pamiętali, dawało mu oparcie. Nie było tak, że kiedy w Paryżu rozmawiał z Wiktorem Hugo czy Balzakiem - zresztą z tych rozmów niewiele wynikało - przestawali być ważni Czeczot czy Zan. Przeciwnie. Ta wierność przyjaźniom, mimo zmiennych kolei losu, mimo że bardzo wcześnie otwarcie napisał w wierszu "Żeglarz" "ja płynę dalej, wy idźcie do domu", jest pięknym rysem jego życia.

Ale właściwie dlaczego Mickiewicz związał się z filomatami? Przecież mógł powtórzyć się wcześniejszy o kilka dziesięcioleci przypadek Wojciecha Bogusławskiego, też pochodzącego z drobnej szlachty. Kiedy studiował w Warszawie w korpusie kadetów, został niejako namaszczony na twórcę narodowego teatru. Dostrzegły go ówczesne elity, potem wprowadziły do loży masońskiej, do której należał nawet Stanisław August. Za pośrednictwem masońskich kontaktów został dyrektorem publicznego teatru. Profesorowie Mickiewicza również byli masonami, poznali się na nim, więc mogli mu znaleźć jakąś ważniejszą posadę niż nauczyciela w Kownie.

No tak, ale pewnie te wileńskie czy warszawskie elity, jak to elity, nie były szczególnie przewidujące, nie zależało im tak bardzo na wyławianiu talentów. Pomagał mu właściwie przez całe życie książę Adam Czartoryski, czasem w specyficzny sposób. Jeszcze zanim Nowosilcow zaczął węszyć w Wilnie, nakazał zrobić u Mickiewicza rewizję. Być może po to, żeby go uchronić przed ewentualnymi represjami, gdyby rewizję zrobili prawdziwi profesjonaliści.

Mickiewicz gdzieś tam funkcjonował na obrzeżach wileńskich salonów, ale nigdy do nich nie wszedł. Chyba go to rzeczywiście nie interesowało. Pamiętajmy, że był bardzo ubogim, trochę dzikim chłopcem z prowincji. Ale w Rosji dostał się bez większego problemu na towarzyskie szczyty i pokazał swoją salonową klasę. W Wilnie jakby wiedział, że jego miejsce jest wśród filomatów, chłopaków takich jak on. Można wręcz powiedzieć, że oni te swoje towarzystwa zakładali z myślą o swoistej alternatywie wobec tamtego arystokratycznego, urzędniczego, często zrzeszonego w lożach środowiska.

Ale na filomackich zebraniach raczej przynudzał. Czytał jakieś swoje filologiczne rozprawki, krytykował teksty kolegów.

Tak, ale oni wszyscy się tak wzajemnie zanudzali z wielkim zapałem i radością. A wszystko - jak tłumaczył później policjantom z rozbrajającą naiwnością jeden z nich - z biedy. Spodziewali się, że od tego, ile się nauczą, zależy ich późniejsza pozycja. Podejrzewam, że nie mieliby się nawet w co ubrać, żeby pójść na jakiś wytworny bal. Jak sądzę, nie chodzili też zbyt często do teatru. Nie mieli po prostu pieniędzy. Spędzali więc czas w swoim towarzystwie, niejako na siebie skazani. Ale wolni wobec siebie od kompleksów i - co podkreślali wielokrotnie - absolutnie równi.

Kiedy jednak Mickiewicz wyjechał z Kowna i zaczął im przesyłać swoje nowe wiersze, których częściowo nie rozumieli, zaczęła się ujawniać jego ogromna przewaga nad całym tym środowiskiem. Naturalna, wzajemnie akceptowana. Przyjaciele-filomaci kochali go, wiedzieli, że jest najlepszym spośród nich. Mogli niejako uczestniczyć w jego sukcesach. Zdaje się, że nie doszło między nimi do żadnych istotnych konfliktów ambicjonalnych - to przecież niezwykłe.

No więc mielibyśmy nauczyciela-poetę. To już jest banalne stwierdzenie, że gdyby nie Nowosilcow...

Tak to się jakoś układało, że ci, którzy szkodzili, w istocie najbardziej pomogli Mickiewiczowi. Nowosilcow wyrwał go z Wilna, w którym Mickiewicz nie miał właściwie już czego szukać. Potem rosyjscy urzędnicy uniemożliwili mu pełną adaptację oraz karierę w carskiej dyplomacji. Najpierw nie przystali na pomysł Mickiewicza wydawania pisma "Iris", poświęconego, można by rzec, wzajemnemu zrozumieniu i propagowaniu literackiej przyjaźni polsko-rosyjskiej. To przedsięwzięcie z pewnością tak czy inaczej fatalnie by się skończyło w momencie wybuchu powstania listopadowego, jeśli nie wcześniej. Potem pomogli mu ci, którzy nie przyjęli go do rosyjskiej dyplomacji, o co się starał. To dobrze, całe szczęście, że nie mieli do niego zaufania. Proszę sobie wyobrazić Mickiewicza w listopadzie 1830 roku jako rosyjskiego posła w Rzymie.

Pewnie by po prostu odszedł ze służby. Przecież "łudził despotę".

A jeśli nie?

Podobno we Francji skąpiono mu zaszczytów i utrudniano życie. Ale przecież diabli by wzięli legendę pielgrzyma i tułacza, gdyby Mickiewicz został na przykład jakimś pełnomocnikiem do spraw polskich w rządzie Napoleona III. Zaoferowano mu jednak tylko taką sobie posadkę bibliotekarza w Arsenale, choć protegował go na przykład stryj panującego cesarza. I bardzo dobrze, że policja francuska, która Mickiewicza nie lubiła, okazała się silniejsza. Nie pozwolili mu nawet zostać zwyczajnym Francuzem - francuskiego paszportu nigdy nie dostał.

Swoją drogą trzeba powiedzieć, że Mickiewicz miał też biurokratyczne skłonności. Zaczęło się już w okresie filomackim, kiedy układał regulaminy dla towarzystwa. Potem, kiedy po deportacji Towiańskiego przewodził Kołu Sprawy Bożej w Paryżu, był represyjny. "Adam straszny jest" - zanotował Seweryn Goszczyński w "Dzienniku sprawy Bożej". Władza nad ludźmi, "rząd dusz" - to była być może najmocniejsza z nawiedzających go pokus. Obecna jest w jego twórczości. Wystarczy przytoczyć Wielką Improwizację.

Ale pycha Mickiewicza została w "Dziadach" niejako wyegzorcyzmowana przez księdza Piotra. Ale skąd się właściwie wzięły te swoiście totalitarne pokusy?

Improwizacja improwizacją, ale jego na serio interesowała przemiana człowieka i przebudowa świata. Poświęcił temu całe życie, najpierw jako poeta, a potem, kiedy poezja okazała się niedostatecznie skuteczna, jako prorok czy może raczej asystent proroka Towiańskiego, a wreszcie polityk. Miał rzeczywiście rewolucyjny temperament. Ten temperament pchał go w przeróżnych kierunkach: ku wytężaniu ducha w Kole Sprawy Bożej albo ku "akcji bezpośredniej", kiedy w Rzymie zakładał legion. Może i lepiej, że jego realny (nie mówimy tu o działaniu poezji) wpływ na innych ograniczał się do wąskich kręgów filomatów, towiańczyków i legionistów. Policje rosyjska i francuska nie pozwoliły mu zaznać prawdziwej władzy. I chwała im za to. Zresztą od razu było widać, że tego człowieka nie da się tak łatwo wkomponować i wykorzystać w strukturach państwa.

Ale kiedy po procesie filomatów znalazł się w Rosji, nie miał specjalnych kłopotów z policją. To wręcz zaskakujące, że jako właściwie półwięzień tak bezkonfliktowo funkcjonował w różnych kręgach: arystokracja, dekabryści, policja.

Miał niesamowity dar zjednywania sobie ludzi, kobiet przede wszystkim. W salonach genialnie improwizował, znakomicie wykorzystywał swoją erudycję. Świadkowie zapamiętali, że kiedy ktoś rzucał cytat z "Odysei", Mickiewicz ciągnął. Trochę go znacznie później przejrzał emigrant Nakwaski w Szwajcarii: zauważył, że Mickiewicz z każdym rozmawia inaczej. Inaczej z Polakami, inaczej z cudzoziemcami, słyszy, co chce, a niedosłyszy, kiedy mu jest wygodnie. W Rosji był miły, otwarty, budził sympatię, chciało mu się pomóc.

A więc Mickiewicz był zwykłym konformistą?

Zwykłym na pewno nie był. Gdyby nie miał niesłychanej zdolności adaptacji, to by nie przeżył, a już na pewno nie zostałby Mickiewiczem, jakiego znamy. Zgniłby w jakichś kazamatach i tyle byśmy z niego mieli. Naturalnie, że to było konformizmem. Ale dzięki temu, że dostał się na salony, udało mu się uwiarygodnić wobec władz, bawiąc się, a więc stosunkowo najmniejszym kosztem. Zresztą przecież nie wbrew własnej naturze. Dandyzm to niezły sposób, żeby przetrwać koszmar. Byli przecież tacy, co nie najgorzej przeżyli cały stalinizm, siedząc w knajpach, pijąc wódkę, zajmując się dziewczynami.

W swojej książce nazwał pan to jego lawirowanie "soft wallenrodyzmem". Ale czy Mickiewicz jednak nie przesadził? Wycieczkę na Krym odbył przecież w towarzystwie carskich agentów specjalizujących się w rozpracowywaniu przeróżnych spisków: generała Witta i jego żony Karoliny Sobańskiej (notabene siostry Eweliny Hańskiej, żony Balzaka). Dla nich nie było to zresztą żadne krajoznawstwo, tylko inspekcja przed wizytą cara na tych ziemiach. A do tego Mickiewicz zadedykował im "Sonety krymskie".

Do Sobańskiej miał po prostu słabość. Pamiętajmy, że Sobańska była, w odróżnieniu od chociażby Maryli Wereszczakówny czy doktorowej Kowalskiej, z którą miał romans w Kownie, rzeczywiście piękną i światową kobietą. Nic dziwnego, że była dla Mickiewicza erotyczną rewelacją. Ale nie chciałbym "erotyzować" Mickiewicza. To się nieustannie robi, z przekonaniem, że oto odkrywa się jakąś tajemnicę. Otóż nie ma żadnej tajemnicy. Mickiewicz sam przyznawał, że kobiety robiły na nim zbyt wielkie wrażenie.

Wracając do Sobańskiej, nie wiem, co byśmy mieli za pożytek i satysfakcję, gdyby Mickiewicz nawyzywał ją od agentek. Mógł być też wdzięczny ustosunkowanej kochance, że zapewniała mu bezpieczeństwo.

Ale po co spotykał się z nią w Dreźnie - być może nawet wtedy, kiedy pisał "Dziady" - albo w Paryżu? Powinien ją zdemaskować. Tymczasem uczynił z niej nawet bohaterkę swoich "Konfederatów barskich" i przedstawił jako postać moralnie wielowymiarową. Tej wielowymiarowości pewnie wcale w niej nie było.

Mickiewicz z natury i filomackiego wychowania był wobec przyjaciół lojalny. Na przykład z Puszkinem być może nawet się nie przyjaźnił. Wcale nie jest pewne, czy spacerowali okryci jednym płaszczem. Wystarczyło, że darzyli się sympatią i szacunkiem. W zręczny sposób nie dał się Mickiewicz wrobić w rolę antagonisty Puszkina. A potem, kiedy autor "Oniegina" napisał słynny wiersz "Oszczercom Rosji" na wzięcie powstańczej Warszawy, Mickiewicz nie dał mu żadnej odprawy. I cóż by to mu szkodziło? Przecież był już wolnym emigrantem. Za to pożegnał Puszkina pięknym nekrologiem, jak poeta poetę, a potem, w "Trybunie Ludów", szkodził, jak mógł, jego zabójcy, Dantesowi.

Sobańskiej Mickiewicz chyba źle nie wspominał. Może sądził, że nie wypada mu jej atakować i demaskować.

Ale dlaczego znajomość z nią nie okazała się dla Mickiewicza kompromitacją?

Przecież swoista towarzyskość, nawet pewne spoufalenie opozycji z funkcjonariuszami władzy nie było w PRL-u czymś wyjątkowym, zwłaszcza w tzw. wyższych sferach władzy i opozycji. Tym bardziej dziś zagorzali niegdyś przeciwnicy spotykają się, popijają wódeczkę. Tak mogło być i w epoce Mickiewicza. Trudno izolować się na emigracji. Towarzyski obieg był w miarę otwarty. Zresztą kim byłby Czartoryski bez demokratów, a demokraci bez Czartoryskiego? Oni sobie wzajemnie wobec siebie budowali tożsamość i mimo wszystko, mimo woli wszyscy się jakoś wspierali.

Mickiewicz, oprócz przyjaźni z agentami, wykonywał dość nieprzyjemne z naszego punktu widzenia gesty. Wycofał dedykację dla swoich politycznie źle widzianych przyjaciół-filomatów z petersburskiego wydania drugiego tomu swoich poezji, "Konrada Wallenroda" za to czołobitnie zadedykował je carowi.

To prawda. Była to wiernopoddańcza dedykacja. Ale pamiętajmy, że taki był język epoki. Nie sposób było dedykować carowi dzieła tylko "z należnym szacunkiem".

Jak daleko mogłyby się posunąć te jego konformistyczne gesty?

Jeżeli zakładamy, że jego celem było wyjechać z Rosji, to myślę, że Mickiewicz zrobiłby naprawdę prawie wszystko, żeby tego dopiąć. Przecież już mówiliśmy, że gotów był zostać rosyjskim dyplomatą. Ale on przede wszystkim dbał o to, żeby te ustępstwa, ten jego - jak pozwoliłem sobie go nazwać - "soft wallenrodyzm", nie odcisnęły zbyt silnych śladów w nim samym. Co jednak nie zawsze się udawało.

Ale czy te gesty w ogóle były konieczne?

Trudno osądzić. W każdym razie wbrew temu, co pisano, chyba wcale nie przyspieszał wyjazdu z Rosji dlatego, że w ostatniej chwili chciano mu odebrać paszport. Sprawa była załatwiona, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, na najwyższym szczeblu.

Mickiewicz miał zresztą szczęście, bo policja w czasie jego pobytu w Rosji miała pełne ręce roboty. Gdyby się nudziła, pewnie coś by zmajstrowała przeciwko niemu. Ale to sami Rosjanie, dekabryści byli największym problemem caratu. Mikołaj I miał problem, jak to możliwe, że przedstawiciele najznakomitszych rodzin, którym nic nie brakowało (prócz wolności), chcą zabić cara? Ci, co nudzili władzę donosami na Mickiewicza, musieli budzić lekkie zniecierpliwienie.

Na przykład stary gończy pies Nowosilcow.

Nowosilcow to człowiek z innej epoki. A Mikołaj był rówieśnikiem Mickiewicza. Z młodym carem do kancelarii weszła nowa fala biurokratów, różnych narodowości, bardzo wielu Niemców, niemało Polaków, legalistów, patriotów imperium. Byli skuteczni i sprawni, a przy tym do pewnego momentu dosyć elastyczni. Z Mickiewiczem było im na pewno pokoleniowo łatwiej się dogadać niż z Nowosilcowem, który się poznał na Mickiewiczu i cały czas starał się mu szkodzić. Poza tym Mickiewicz był już namierzony i skarcony, więc nikt mu nie chciał dalej robić jakiejś szczególnej krzywdy. Chyba żeby coś przeskrobał, ale on nie przeskrobał.

Rzeczywiście, był ostrożny. Nawet nie wzniósł antycarskiego toastu na przyjęciu z dekabrystami.

Zresztą nawet gdyby coś zbroił, udałoby się to jakoś zatuszować. Mamy przecież klasyczną zagadkę z "Konradem Wallenrodem". Nowosilcow zamówił u literaturoznawcy, profesora Szydłowskiego, analizę tego dzieła. I ten je prawidłowo zinterpretował jako utwór głęboko antycarski. Tymczasem przyjaźni Mickiewiczowi policyjni biurokraci twierdzili, że nic podobnego i że gdyby w "Konradzie..." było coś antypaństwowego, antyrosyjskiego, nie doczekałby się rosyjskiego uznania.

A więc toczyła się wokół Mickiewicza swoista literacko-policyjna gra, w której policja - co paradoksalne - była po stronie poety. Ale policja też musiała mieć w tym jakiś interes.

Powiedziałbym: policja i administracja. Wszystko zdawało się przebiegać wedle skutecznych metod resocjalizacji. Tylko silnej samoświadomości poety należy przypisać, że nie zrobiono z Mickiewicza wiernego poddanego Mikołaja. Ale mało brakowało. W Rosji od razu miał dostać dobrą posadę. Władze wycofały się z tego, ale pozostawiły mu względną swobodę. Napodróżował się po Rosji. A książę Golicyn, gubernator Moskwy, wziął go na fikcyjny właściwie etat w swojej kancelarii. Miał więc Mickiewicz czas, żeby pisać i się bawić. Sam Mickiewicz dokonał rachunku sumienia. Już opuszczając Odessę, napisał: "Lećmy, i odtąd nigdy nie zniżajmy lotu". Miał więc świadomość, że lot obniżył. Ale przecież nie jako poeta. Wystarczy położyć na szali "Sonety krymskie".

A Janek Czeczot, którego zesłano w głąb Rosji, miał pretensje. Do końca życia wypominano Mickiewiczowi ten okres.

Kilka zdań w liście Czeczota naprawdę psuło Mickiewiczowi samopoczucie, bo głównym życiowym problemem Mickiewicza i Franciszka Malewskiego, jego towarzysza wygnania w Moskwie (sami to przyznali), było to, na który obiad przyjąć zaproszenie. Tu znów wracamy do wierności Mickiewicza młodzieńczym przyjaźniom. Jego nie tyle obchodziły oskarżenia z różnych stron o rusofilstwo czy o konformizm. Jego bolały oskarżenia Janka Czeczota, który zesłany pod Orenburg miał mało tolerancji dla wystawnego Adamowego życia niby na zesłaniu. Mickiewicz nie tworzył jednak żadnych intelektualnych konstrukcji, żeby usprawiedliwić swoje światowe życie rosyjskie.

Ale wreszcie po niemal pięciu latach Mickiewicz wyjechał z Rosji i po długiej europejskiej podróży trafił do Rzymu. Pan pisze, że tak naprawdę to był jego cel, tylko historia zwiała go z drogi nieco na wschód.

Mickiewicz pisał, że już w Nowogródku marzył o Rzymie, ale wydawało mu się, że dotrzeć tam jest równie niemożliwe, jak wyprawić się na księżyc.

A co dla niego znaczył ten Rzym? Dlaczego był tak ważny?

Myślę, że znaczył to samo, co dla jego rówieśników z całej Europy. Rzym był duchowym punktem ciężkości, centrum chrześcijańskiego świata. Z Rzymem utożsamiano duchowe europejskie dziedzictwo, do którego przyznawano się powszechnie. Odblask Rzymu padał też na Nowogródek. Tu znów wmieszał się Napoleon. On sam oczywiście mało był zainteresowany podnoszeniem świadomości europejskiej na tych kresach kontynentu, ale jego wstrząsowa epoka rzeczywiście takie podniesienie przyniosła.

Pamiętajmy, że na Litwie nikt romantyzmu nie uczył. Mickiewicz miał pierwszorzędne klasyczne wykształcenie. Dzięki temu Rzym był nie tylko mitem, ale też miejscem z góry dobrze znanym, niemal rodzinnym.

Chyba tam zresztą poczuł się rzeczywiście dobrze. Wyrwał się z policyjnego państwa, spełnił swoje marzenie. Ale przecież także w Rzymie wiódł schizofreniczny z naszego punktu widzenia żywot. Z jednej strony obracał się wśród Polaków, z drugiej bywał na znacznie atrakcyjniejszych towarzysko salonach rosyjskiej arystokratycznej kolonii w Wiecznym Mieście.

Dla niego jednak było to jakoś naturalne. Chyba nie czuł żadnego rozdwojenia i nikt od niego nie wymagał jakichś deklaracji.

Aż do wybuchu powstania listopadowego.

Powstaniem Mickiewicz bardzo się przejął. Akurat wiódł swoją egzystencję bardziej niż znośnie, a tu nagle mu znów historia miesza szyki i do tego żąda, żeby rzucił wszystko i wziął udział. Drażni go, że coś powinien, że coś musi. Że to nie on wybiera sobie rolę do odegrania. Wszyscy uważają go bowiem za współodpowiedzialnego za ten wybuch, jest przecież idolem młodych poetów. Pamiętajmy, że kilku z nich było wśród podchorążych szturmujących Belweder. A tymczasem Mickiewicz jest już trochę zepsuty światem. Poza tym za dużo w tym powstaniu jest przypadku - przypadkowy moment wybuchu i przypadkiem tylko od razu wszystkiego nie stłumiono.

Ten pesymizm Mickiewicza wobec szans powstania wydaje mi się trochę projekcją pańskich poglądów wyłożonych w głośnej książce "Bić się czy nie bić".

Oczywiście, to nieuchronne, że autor biografii zbliża swojego bohatera do własnych poglądów. Moim zdaniem stosunek Mickiewicza do powstania najwięcej wspólnego miał z poglądami naszych starych, napoleońskich, potem królewskokongresowych generałów, którzy przeżyli klęskę wyprawy moskiewskiej w roku 1812 i byli pewni, że z Rosją wygrać się nie da. Mickiewicz też widział tamten tragiczny odwrót. Prawdopodobnie był przekonany, że powstanie musi skończyć się jakąś wielką masakrą. Te najczarniejsze wizje się nie spełniły, ale nadzieje Polaków na niepodległość zostały przekreślone, jak się wydawało, na dobre. Mickiewicz pewnie wolałby nie mieć racji i musiał się bać, że spełnią się jego przeczucia.

W nastawieniu Mickiewicza wobec powstania pojawia się pewien motyw kłopotliwego powrotu Polaków do kraju w trudnych sytuacjach. Bo jeżeli wszystko idzie dobrze, to po co tam jeszcze ja. A jeżeli idzie źle, to już i tak w niczym nie pomogę. Pamiętamy podobne dylematy ludzkie - toutes proportions gardees - ze stanu wojennego czy po roku 1989.

Rzeczywiście, Mickiewicz zwleka. Kilka miesięcy zajęła mu podróż z Rzymu do Wielkopolski, skąd miał się dostać na tereny objęte walkami. Co ciekawe, jechał tam drogą okrężną, przez Paryż. Ale wreszcie Mickiewicz prawie zabrał się do powstania z transportem broni, który miał dotrzeć na Litwę.

Gruźlik Garczyński się nie wahał, garbaty brat Mickiewicza też się nie wahał, a on, litewski łoś (to określenie Mariana Hemara z zabawnej kabaretowej piosenki o Mickiewiczu), wahał się, piętrzył przed sobą przeszkody. Zresztą pomagali mu w tych wahaniach ludzie, którzy otoczyli go, gdy wreszcie dotarł do Wielkopolski, fetowali, odbierali sens ryzyka: wciąż było za wcześnie albo za późno. A poza tym pojawiła się kobieta.

Konstancja Łubieńska. Pańska krewna?

Łubieńska po pierwszym mężu. Tu niezupełnie a propos dodam, że jeden z najbliższych przyjaciół poety i jego wydawca to w prostej linii mój praprapradziadek Eustachy Januszkiewicz.

Wróćmy do Mickiewicza. W Wielkopolsce powraca znów do roli dandysa.

Był gwiazdą dworków. Nie mógł wyplątać się z tego - jak sam pisał - życia roślinnego i zwierzęcego. Od pewnej chwili rzeczywiście już nie było po co jechać do Warszawy czy na Litwę na schyłek powstania.

Usprawiedliwia go Pan?

Jeszcze tego by brakowało, żebym próbował go sądzić. Staram się zrozumieć, dlaczego w gruncie rzeczy nie było to jego powstanie. Bo on już swoją "powstańczą" rolę odegrał, w Wilnie, podczas procesu filomatów. To nowe, prawdziwe powstanie musiało go drażnić także dlatego, że przesłaniało i przekreślało tamte wileńskie wydarzenia. Gdyby Mickiewicz pojechał do powstania, pewnie nie byłoby "Dziadów" drezdeńskich. Bo przecież gdyby spełnił ten swój patriotyczny obowiązek, nie miałby powodu, żeby poezją jakby dowodzić sobie i innym, że to jednak wileński proces był równy wszystkim bitwom powstania.

Ale "Dziady" nie wystarczyły, żeby uleczyć sumienie. Do końca życia usiłował Mickiewicz jakoś sobie poradzić z nabytym wtedy kompleksem nieuczestnictwa. Charakterystyczne, że kiedy zdarzały mu się momenty życiowej euforii, jak w Poznańskiem, niemal natychmiast je potępiał, zadręczał się nimi.

Podobny mechanizm psychologiczny dotyczy także salonowego życia Mickiewicza w Rosji.

Czyżby jakieś problemy z osobowością?

Mickiewicz cierpiał, miał momenty załamania, ale nigdy jakiegoś głębokiego kryzysu tożsamości. Już na całego psychologizując, trzeba powiedzieć, że w Mickiewiczu działały zdrowe mechanizmy wyparcia i przeniesienia. Na przykład jego pesymizm co do powodzenia powstania nie przeszkadzał mu oskarżać Francuzów, że bezczynnie patrzą, jak morduje się Polskę. Jakby kierował w inną stronę zarzuty, które sam sobie stawiał. I które stawiali mu inni. Jeden z jego rosyjskich przyjaciół Szymon Chlustin pisał, że idąc do powstania, Mickiewicz wybrałby godną swego życia śmierć.

Ale te oskarżenia wobec Francji były, jak się zdaje, elementem ostrych, antyzachodnich nastrojów, które opanowały Mickiewicza w czasie pierwszego okresu jego paryskiego życia.

Po powstaniu jego antyzachodnie fobie rzeczywiście się nasiliły. Myślę, że miało tu znaczenie przejęcie się przez Mickiewicza rolą, która wcale nie była mu pisana. Mimo że nie wziął udziału w powstaniu, znalazł się wśród tysięcy emigrantów. Znów jest jednym z wielu, to znaczy nikim. Chyba silnie utożsamia się z rolą kogoś rzuconego w obcy świat, nie znającego języków (Mickiewicz w rzeczywistości znał ich sześć, chociaż podobno każdy z fatalnym akcentem). Zagubiony, pełen zahamowań, bardzo dramatycznie odczuwający każdy nieprzyjazny gest. A przecież w rzeczywistości jest już uznaną wielkością, w Dreźnie spotyka się z emigracyjną elitą. A jednak bierze do siebie zwykłe emigracyjne nastroje.

Czy to kolejna maska?

Chyba jednak coś więcej niż maska. W tym momencie on jakby znika ze sceny. Przez całe życie myśli o ideale prostego człowieka, chwilami usiłuje się z nim utożsamić. Bezskutecznie. Za główny swój grzech uważa pychę. Ale nie jest to pycha literacka - od tej był wolny. Chodzi raczej o jego chęć wpływania na ludzi, na losy świata, także za cenę wchodzenia w konflikt z Bogiem - te wszystkie płaszczyzny się wzajemnie przenikają. Może z tej sprzeczności pomiędzy pychą a poczuciem misji wziął się później sukces Towiańskiego w zdobywaniu duszy brata Adama. Tylko w kogoś takiego Mickiewicz mógł uwierzyć. Czytał wielkich mistyków europejskich, Saint-Martina, Boehmego, Anioła Ślązaka. Znał dzieła wybitnych filozofów, ale Towiański, "człowiek nieksiążkowy", był przeciwieństwem "francuskich mędrków" i to musiało podbić Mickiewicza. Zresztą sam Towiański poczuł się bohaterem Mickiewicza, owym "czterdzieści cztery" z "Dziadów". Autor mu to potwierdził.

Mimo to trudno zrozumieć, w jaki sposób, mając taki polityczny temperament i świetne rozeznanie w sytuacji europejskiej, Mickiewicz poszedł za Towiańskim, który proponował jakąś mętną wizję duchowej przebudowy świata. To przecież jakiś zaściankowy mistycyzm.

Mickiewicz nie oczekiwał, nie potrzebował wcale jakiegoś logicznego systemu. Poza tym można towianizm uznać za kierunek całkiem realistyczny. Oczywiście jest to realizm szaleństwa w sytuacji beznadziejnej. Równie naiwne, jak wizje Towiańskiego, były rachuby oficerów-emigrantów, którzy wydawali podręczniki wojny partyzanckiej; demokratów, którzy uważali, że jak się uwłaszczy chłopów, to natychmiast powstanie z nich 300-tysięczna armia gotowa walczyć za wolną Polskę; księcia Czartoryskiego, który krążył po europejskich dworach, wierząc, że coś wskóra dyplomatycznymi zabiegami. To była logika rozpaczy. Emigranci byli jak chory na raka, który jest gotów uwierzyć w skuteczność każdej terapii.

Pewnie miało też znaczenie, że i Mickiewicz, i Towiański pochodzili z Litwy. Bez wątpienia wspierali się wzajemnie w przekonaniu, że ich matecznik, skoro wydaje takich proroków, nie jest wcale jakąś prowincją, a oni nie są pariasami, ale nadzieją ludzkości. Takie przekonanie załatwiało Mickiewiczowi problem poczucia przegranego życia, który wyszedł przecież z całą ostrością w "Lirykach lozańskich". Mickiewicz pisał wprost, że bez Towiańskiego umarłby. Więc Towiański dał Mickiewiczowi kilkanaście lat intensywnego życia.

Ale przecież ich drogi w końcu się rozeszły, Mickiewicz założył własne koło, a wreszcie sprzeniewierzył się Towiańskiemu, który propagował drogę wewnętrznego doskonalenia, i założył legion, który przynajmniej w założeniu miał wziąć udział w kształtowaniu europejskiej historii.

Kiedy spotkali się po raz pierwszy w roku 1841, mocowali się ze sobą przez parę dni. Obydwaj mieli jakąś niesamowitą moc charakteru. Umieli nieprawdopodobnie wpływać na ludzi. Amerykańska dziennikarka i pisarka Margaret Fuller, kiedy zobaczyła Mickiewicza po raz pierwszy, zemdlała. Ale choć później wydzierali sobie wzajemnie Koło Sprawy Bożej, Mickiewicz wciąż pisał do Towiańskiego "mój Panie i Mistrzu".

A jak można by określić ten ich związek? Jaką rolę odgrywał Mickiewicz przy Towiańskim?

Wiadomo - chociaż takie słowa nie padały w Kole wprost - że w dziejach ludzkości układała się linia Chrystus-Napoleon-Towiański. Napoleon sprzeniewierzył się swojej misji, Mistrz miał naprawić sytuację. Można więc powiedzieć, że Mickiewicz stał się prorokiem towiańszczyzny.

A może Janem Chrzcicielem, który "prostuje drogi", albo świętym Piotrem, "opoką" nowego Kościoła?

Ale towiańszczyzna, jak każdy fenomen religijny, nie daje się objaśnić przykładami.

Spróbujmy więc przynajmniej wytłumaczyć, czym była towiańszczyzna jako propozycja polityczna.

W gruncie rzeczy nigdy nią nie była. Towiański nie znał się chyba na polityce i wcale jej nie czuł. Polityka pojawiała się już w sferze interpretacji słów Mistrza. Jemu samemu chodziło raczej o duchową, nawet nie rewolucję, a ewolucję. O jakiś nowy, chrześcijański ponadnarodowy ład.

Mickiewicz, można by rzec, myśl Mistrza rewolucjonizował. To jego konkretnie interesowała Europa, Polska. To on przekładał towiańszczyznę na język historii i polityki w swoich prelekcjach paryskich. Wspólnie, w imieniu Koła Sprawy Bożej, zredagowali list do cara, ofiarując mu poddanie się i braterstwo. Potem Mickiewicz, niepoprawny zwolennik idei napoleońskiej, polecał Towiańskiego Napoleonowi III do pomocy. I to było już jakieś aberracyjne myślenie, bo kto tu miał komu pomóc? Przecież gdyby nie starania Celiny Mickiewiczowej, Towiański zostałby w roku 1848 deportowany z Francji do Gujany.

A jednak w tych jego duchowych poszukiwaniach jest towiańszczyzna dziwnym skrętem. Wcześniej pomagał przecież wyciągać od Adama Czartoryskiego pieniądze dla Bohdana Jańskiego na dom, w którym z innymi emigrantami mógłby założyć coś w rodzaju świeckiego zakonu. Później wyrósł z tej inicjatywy zakon zmartwychwstańców. Gdyby nie rodzina, kto wie, może Mickiewicz znalazłby się wśród nich i pozostał w kręgu jak najbliższym katolickiej ortodoksji? A jednak skręcił ku sekciarstwu, dał się uwieść Towiańskiemu.

Ale Koło Sprawy Bożej w założeniu nie było żadną sektą, a Towiański nie był i nie czuł się heretykiem. Bardzo się pilnował, żeby nie wyjść z ram Kościoła. Towiańszczyzna została zrozumiana jako wroga Kościołowi w znacznej mierze za sprawą Mickiewicza. Mickiewicz był żarliwym katolikiem, ale chyba wydawało mu się (może i nie bez jakiejś podstawy), że przynajmniej kilka razy w życiu bezpośrednio skontaktował się z Bogiem i nie potrzebuje w związku z tym pośrednictwa Kościoła. Krótko mówiąc, miał typową heretycką umysłowość. A z drugiej strony te jego biurokratyczno-organizacyjne skłonności sprawiły, że kiedy przewodził Kołu, zaczął zakładać jakiś nowy Kościół, odprawiać obrzędy, sakramenty. Nieprzypadkowo na kościelnym indeksie znalazły się najpierw prelekcje paryskie Mickiewicza, a "Biesiada" Towiańskiego znacznie później, kiedy jego wyznawcy i on sam nie mieli już większego znaczenia.

A kiedy zaczął w Mickiewicza wstępować duch historii, który w końcu doprowadził do utworzenia w roku 1848 legionu w Rzymie?

Towiański niezmiennie mówił o duchowym doskonaleniu, tymczasem Mickiewicza zawsze poruszała historia. Kiedy po rozstaniu z Towiańskim założył własne koło, należący do niego bracia odzyskali prawo do milczenia, do prywatności. Nie wystarczyło wytężać ducha, kiedy koło historii zaczęło się szybciej obracać.

Ale w lutym 1848 roku do Rzymu pojechał jeszcze jako towiańczyk, właściwie po to, żeby nawracać papieża.

To była ostatnia próba, żeby włączyć Towiańskiego w grę tego świata. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Przedziwna podróż. Mickiewicz jedzie do papieża jako towiańczyk, ale wie, że się z nim nie spotka bez pomocy zmartwychwstańców. Ci z kolei szykują wielką batalię o jego duszę, w której weźmie udział słynna matka Makryna Mieczysławska, dla jednych święta męczennica, dla innych oszustka.

Mickiewicz umiał wykorzystać determinację zmartwychwstańców i do audiencji doszło.

Myślę, że owszem, był przebiegły, ale ze zmartwychwstańcami dyskutował szczerze. Nigdy się Towiańskiego nie zaparł, chociaż przyrzekł Makrynie Mieczysławskiej na kolanach, że się poprawi. Ale zmartwychwstańcy czuli, że on im się ciągle wymyka z rąk. Oni też byli przez niego szachowani, bo wiedzieli, że jak mu nie załatwią audiencji, to go stracą na dobre.

Rozmawiali jak wielki heretyk z przedstawicielami ortodoksji. A takie dyskusje często kończyły się stosem. Ale Mickiewicz wykonał niespodziewaną woltę i założył legion.

Zmartwychwstańcy przekonywali, że to legion towiański, a Towiański był czynnym przeciwnikiem legionu. Nawet zabronił własnemu synowi wyjechać do Mickiewicza. Ale rzeczywiście w napisanym dla legionu przez Mickiewicza "Składzie zasad" duch towiański jest obecny.

O tym króciutkim pisemku pisze pan właściwie jako o ostatnim arcydziele Mickiewicza.

Bo to jest arcydzieło. To fantastycznie skondensowana konstytucja o niebywałej klasie moralnej przesłania. Jakby dekalog demokracji. Myślę, że do dziś nic piękniejszego nie wymyślono.

Swój udział w "Składzie zasad" mają filomaci. To ci młodzi chłopcy tak naprawdę wypracowali zwłaszcza naczelną dla tego tekstu ideę równości. Pamiętamy, że tworzyli swoje środowisko w opozycji wobec hierarchii społecznych czy literackich. Nie mogę oprzeć się pokusie, żeby jakoś to klasowo rozumieć. Bo przecież Mickiewicz i jego koledzy, z wyjątkiem Franciszka Malewskiego, syna rektora, byli społecznie upośledzeni. Pragnęli więc równości, bo ona dawała możliwość równego startu i awansu.

Mickiewicz wierzył w harmonię rewolucyjnej triady: wolność, równość, braterstwo. I chyba nie podejrzewał, że kiedyś równość zostanie przeciwstawiona wolności. Usiłował też jakoś pogodzić rewolucję z chrześcijaństwem, zupełnie przechodząc nad pognębieniem religii w owym czasie. Mówił wręcz, co dziś trudno pojąć, że rewolucja francuska była rewolucją w imię Chrystusa.

I do takiej chrystusowej rewolucji Mickiewicz przygotowywał swój legion?

"Skład zasad" to jakby program "o co walczymy". Zresztą ten legion był jakimś niebywałym zjawiskiem. Trzynastu ludzi, w tym ośmiu malarzy, z poetą na czele, przemierza rewolucyjne Włochy. To wyglądało raczej jak jakaś kampania agitacyjna niż akcja wojskowa. W każdym mieście do mieszkańców przemawia poeta, a właściwie prorok, i głosi wolność ludów. I podbija tłumy. A przecież Włosi są raczej mało podatni na słowa obcych, tym bardziej na ich proroctwa. Młodzi artyści z białymi krzyżami na piersiach (które znakomicie mogły ułatwiać przeciwnikowi celowanie), między nimi najstarszy, legionista Siodełkiewicz, dawny oficer napoleoński w mundurze z tamtych batalii, no i prorok po cywilnemu. Świetny spektakl politycznego teatru.

Skąd u Mickiewicza ten dar teatru? Przecież jego doświadczenia teatralne były niewielkie. Pisał dramaty, ale nikt ich nie wystawiał.

Musiał mieć aktorski talent, a przynajmniej instynkt. Był aktorem w gimnazjum ojców Dominikanów, jeszcze w Nowogródku. Wykorzystywał swoje aktorstwo w salonowych i towarzyskich grach.

Spotkanie z Towiańskim rozwinęło w nim teatralne zdolności. W Kole Sprawy Bożej uprawiano jakby psychodramę. W legionie musiał wspaniale panować nad gestem i głosem.

Wcześniej tego teatralnego instynktu nie umiał jednak wykorzystać. Na przykład w roku 1836, kiedy postanowił wejść jako autor na sceny Paryża. Nikt mu nie chciał wystawić ani "Konfederatów barskich", ani "Jakuba Jasińskiego".

Kiedy czyta się te pisane po francusku dramaty, to czuje się, że trochę mu się jednak ręka popsuła. To pewnie też sprawa pisania w obcym języku, ale w sumie trudno uwierzyć, żeby pisał to autor "Dziadów". Cokolwiek by mówić o zamilknięciu Mickiewicza jako poety, to na pewno mówił prawdę, że go poezja opuściła.

A może on już tego nie traktował jako dzieła ze świata poezji, może to były zwyczajne chałtury przeznaczone na francuską scenę, której zresztą nie znał, bo w Paryżu, w odróżnieniu od Słowackiego, do teatrów nie chodził. Może zwyczajnie szukał jakiegoś w miarę sympatycznego sposobu zarabiania pieniędzy?

Ale literatura francuska, nie tylko teatralna, była już wtedy na innej fali. Zaczynała się epoka Balzaka, z którym zresztą Mickiewicz się zetknął. On z tą swoją historiozofią, mało zrozumiałą dla Francuzów, był człowiekiem z innej epoki i innego świata. Nawet wprowadzając trochę na siłę do dramatów francuskie motywy, nie był w stanie zainteresować publiczności. Ani francuskich kolegów-literatów. To nie znaczy, że był nieobecny w Paryżu. Wszystkich właściwie znał, bo wszyscy chcieli go poznać. Funkcjonował jako głośny i dziwny, egzotyczny poeta. W słynnym paryskim panteonie z roku 1854, narysowanym przez popularnego karykaturzystę Nadara, na którym są znaczące postacie Paryża, "tout Paris", jedynym Polakiem jest Mickiewicz.

Można powiedzieć, że miał taką pozycję jak Brecht w Hollywood. Był nawet modny, ale nikt nie chciał realizować jego scenariuszy.

A może chwała Bogu, że Amerykanie nie poznali się na Brechcie, a Francuzi na Mickiewiczu. Gdyby się okazało, że jednak coś po przeróbkach by poszło w teatrach paryskich, architektura życia Mickiewicza niebezpiecznie by się nam rozchwiała. Dzięki temu, że mu się nie udało, otrzymujemy kolejne, fascynujące rozdziały jego biografii, chociażby wyjazd za chlebem na uniwersytet w Lozannie, potem posadę profesorską w College de France, towiańszczyznę, legion, "Trybunę Ludów". Te długie lata, kiedy żyje aktywnie, staje się człowiekiem publicznym już nie jako poeta, ale jako wykładowca, publicysta, polityk.

I śmierć Mickiewicza w 1855 roku do tej architektury pasuje.

Bo była ona, niezależnie od swojej biologicznej nagłości i gwałtowności, jakby logicznym podsumowaniem sytuacji, w jakiej się znalazł. Mickiewicz widział beznadziejność politycznej sytuacji w Europie. Kilka miesięcy wcześniej zmarła jego żona, poumierali przyjaciele. Wiadomo już było, że wojna krymska nie przyniesie spodziewanego przełomu dla Polski, duch historii został wyciszony. Zaczynała się nowa epoka, w której nie było już dla Mickiewicza roli. Bo zagrał już wszystkie: poety, profesora, rewolucjonisty, dandysa, proroka, polityka. Nie tylko zagrał. Był każdym z nich.

Wyobrażam sobie, że wyjeżdżając do Konstantynopola, miał świadomość, może przeczucie, że to jego ostatnia podróż. Był już bardzo zmęczonym, starym człowiekiem. Przeżył wiele rozczarowań i porażek. W tym rozczarowanie Napoleonem III, który Mickiewicza kompletnie zignorował.

Czyżby wyreżyserował własną śmierć?

Był to, jeżeli w ogóle można tak myśleć, dobry moment na śmierć. Tym bardziej że tuż przed śmiercią był przez chwilę szczęśliwy. Obóz wojskowy Sadyka Paszy był rodzajem miejsca, za którym tęsknił przez całe życie. Znalazł się wśród ludzi bardzo rozmaitych, ale którzy walczyli za wolność. W jego guście była ta wielonarodowościowa zbieranina Polaków, Żydów, Bułgarów, Chorwatów. Przeszkadzały mu tylko narastające konflikty z emigracyjnymi politykami. Ta śmierć Mickiewicza jest patetyczna. Bo oto jako zwyczajny wygnaniec schodzi ze sceny ktoś wielki.

A może przynajmniej mógłby przeżyć parę spokojnych lat jako żywy pomnik, kamienny autorytet?

Moim zdaniem na żywy pomnik Mickiewicz się nie nadawał. Dopiero po śmierci, odpowiednio preparując i przykrawając jego biografię, dawało się go jakoś wykuć w marmurze. Wcześniej za wiele było w nim życia. Ale, mówię to też na własny użytek, trochę przeciw sobie, zamiast sycić się życiorysowymi paradoksami wieszcza, czytajmy przede wszystkim, co napisał.

 

 

TOMASZ ŁUBIEŃSKI

Urodził się w Warszawie, w 1938 roku a więc w roku śmierci Józefa, najmłodszego syna Adama Mickiewicza. Ukończył polonistykę.

Przez wiele lat był dziennikarzem i redaktorem, m.in. w "Kulturze", "Res Publice", "Tygodniku Solidarność", "Teatrze". Obecnie jest redaktorem naczelnym miesięcznika "Nowe Ksiąźki".

Zaczynał jako poeta, ale debiutował tomem opowiadań "Ćwiczenia" wydanym w 1962 roku. Jest autorem kilku dramatów. Pierwszy zatytułował "Zegary". Jego bohaterem był generał Aleksander Różycki, najpierw legionista, potem rosyjski policmajster. Napisał "Koczowisko", którego akcja toczy się w Turcji tuż przed śmiercią Adama Mickiewicza w 1855 roku.

Na warszawskich Konfrontacjach w grudniu 1979 r. grano "Dziady", "Nieboską komedię" i, w reż. Tadeusza Minca, "Koczowisko". (Co z tamtego "Koczowiska" zostało? Fakt, że Andrzej Wajda poszedł do garderoby poznać Bogusława Lindę).

Jest autorem głośnych tomów esejów, przede wszystkim "Bić się czy nie bić?" (1987) o sensie polskich powstań narodowych.

Na pograniczu eseju i powieści są "Czerwono-biały" (1983) o generale Mierosławskim i "Norwid wraca do Paryża" (1989).

Tomasz Łubieński zajmował się także przekładami. Przetłumaczył m.in. kilka ksiąg "Boskiej komedii" Dantego.

Właśnie ukazuje się jego najnowsza książka "M jak Mickiewicz", której wydawcą jest Świat Książki.





MICKIEWICZ