Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Tygodnik Powszechny, nr 4/2000

 

JULIAN KORNHAUSER

Po festiwalu złudzeń

 

 

DYSKUSJA O LITERATURZE LAT 90.

 

 

Można, jak to zrobił w interesującym szkicu Marian Stala, opisać przygodę z poezją lat 90., obierając za punkt wyjścia dyskusję o przełomie oraz losy ówczesnych debiutantów. Bardziej jednak nęcąca dla tego opisu jest, jak się wydaje, perspektywa całościowa. Nie wiadomo wszakże, czy ostatnia dekada stanowi jakiś wykrystalizowany, zamknięty okres w dziejach najnowszej literatury.

 

W dodatku podsumowywanie twórczości zarówno spóźnionych debiutantów po ośmiu zaledwie latach od ich pierwszych książek, jak i 20-latków w momencie ich dojrzewania poetyckiego, rodzić może uzasadnione niebezpieczeństwo zbyt pospiesznych ocen czy wręcz fałszowania obrazu. Skoro jednak istnieje zapotrzebowanie na tego rodzaju omówienia - świadczy o tym nie tylko esej Stali, ale na przykład niezwykle udana synteza historycznoliteracka Czaplińskiego i Śliwińskiego "Literatura polska 1976-1998" - to znaczy, że wszystko, co stało się w ostatniej dekadzie, wywołuje odruch, znany doskonale z dawnych czasów, który może być nazwany syndromem podręcznikowania. Takim neologizmem określam działalność krytycznoliteracką, charakteryzującą się obiektywizacją zjawisk nie w pełni wyklutych, niedostatecznie przejrzystych, ale domagających się - w wyniku presji najczęściej instytucjonalnych, okołoliterackich - szybkich podsumowań i kategorycznych hierarchizacji. Widzę w tym przejaw dawnego myślenia w kategoriach od przełomu do przełomu (w domyśle politycznego). Sam zresztą ulegam jeszcze często temu złudzeniu, ale przecież należy on nieodwołalnie, miejmy nadzieję, do przeszłości.

Zapytajmy zatem, co tak naprawdę stało się w literaturze lat 90.?

KULT MŁODOŚCI

Wbrew panującym opiniom wcale nie literatura debiutujących wówczas autorów stanowi o charakterze minionego dziesięciolecia. Wielu chciałoby zobaczyć ów okres jako znaczącą zmianę, wysyp niepospolitych talentów, manifestację nowych wartości. Nic takiego nie nastąpiło. Początkowy entuzjazm, związany z oczekiwaniem na cud artystyczny (wraz z gospodarczym) i przedstawienie "nowego" świata, zamienił się, niestety, w zjawisko medialne, w jeden z reżyserowanych spektakli pod tytułem: macie nowych poetów! Jednak zamiast prawdziwych osobowości i wybitnych książek mieliśmy pokaźnych rozmiarów antologie, specjalne programy telewizyjne i niekończące się festiwale młodej literatury.

Wszechwładny kult młodości, tak zrozumiały pod koniec epoki realnego socjalizmu i na początku nowej drogi, stawał się glejtem do sławy. Nie koniec na tym. Wiatr w żagle poczuli także krytycy. Jak nigdy do tej pory, niemal zaraz po starcie zapowiadaczy nowego, zaczęły ukazywać się książki analizujące i interpretujące ich zbiory wierszy i powieści. Powstało ponad dwadzieścia takich minisyntez. Świadczyłoby to o przełomowym znaczeniu nowej literatury. Ale przecież tak nie jest. Daliśmy sobie wmówić, że to "przełomowcy" wyrażają udatnie okres, jak to nazywają politycy, transformacji. W większości jednak przypadków mamy do czynienia z literaturą niedzielną, naskórkową, podatną na szereg generacyjnych mód. Nadawano jej znaczenie, jak myślę, w ramach rekompensaty za poważny kryzys lat 80. Szukano i szuka się w niej nadal takich wartości, które mogłyby przeciwstawić się "etosowemu" obliczu literatury poprzedniej dekady. W żadnym jednak razie nie owa generacyjna twórczość, tak stadnie promowana i usuwająca w cień inne zjawiska literackie, lecz zupełnie coś innego określa w pełni charakter lat 90.

ZAMIAST LITERATURY

O jednym ważnym zjawisku już mówiłem. Chodzi o książki na temat nowej literatury, przedstawiające ją albo w szerszym kontekście poprzednich generacji, albo i bez tego kontekstu. Refleksja o literaturze, często bardzo ciekawa, w oryginalnym metodologicznym opakowaniu, okazała się znacznie bardziej intrygująca od samej literatury. W pewnym sensie nawet ją zastępuje. Czy to nie jest nowe zjawisko? Jest z całą pewnością. Z czego jednak wynika? Odpowiedzi może być wiele. Pierwsza, jaka się nasuwa, ma związek z niewystarczalnością twórczych języków. Bo tak jest w istocie. Chwalone na potęgę książki debiutantów-przełomowców niczego oryginalnego w stosunku do poprzedników nie wniosły. Epatowały dynamiką wypowiedzi i brutalnymi tematami, ale od strony artystycznej kontynuowały dobrze zadomowione już style i konwencje. Krytycznoliteracka refleksja dodawała tym utworom wagi, jednocześnie zamieniając się w dorównującą im wypowiedź artystyczną, w której przeważały - w odróżnieniu od literatury - śmiałe intelektualne koncepcje. Więc zamiast literatury rozmowa o literaturze.

Inna odpowiedź, jaka ciśnie się na usta, brzmi następująco: wolność słowa, jaką odzyskaliśmy po latach cenzuralnego zniewolenia, musiała przede wszystkim ujawnić się w dyskursie, a nie w zawoalowanej, artystycznej formie. Tu zresztą było co odrabiać. Nigdy w dawnej epoce nie pozwolono na swobodną wypowiedź na temat całości polskiej literatury. Stąd cząstkowość jej opisu, nieadekwatne do rzeczywistości koncepcje interpretacyjne, zachwiana, zaburzona ciągłość.

Ale i z trzeciej odpowiedzi byłbym zadowolony. W książkach o powstającej na naszych oczach literaturze istnieje jakiś unormowany porządek, panuje ład koncepcyjny. Opisywane zjawiska są tylko ilustracją pewnych tez, łatwo więc je przyswoić, a nawet polubić. W oderwaniu od tych interpretacji świat zaistniałych w generacyjnym tyglu utworów robi wrażenie kompletnego chaosu, nic nie znaczącej, miałkiej gadaniny. Jest to rzeczywistość w dużej mierze pozorowana, udawana, mająca na względzie nie tyle nawet rynek, ile własny, pokoleniowy odbiór, zamieniający literaturę w młodzieżową spartakiadę czy konkurs piękności.

POZYCJA MIŁOSZA

To nieprawdopodobne, ale dominująca pozycja polskiego Noblisty w latach 90., tak wydawałoby się zauważalna przez wszystkich, nie została właściwie do tej pory opisana. Nie dość, że powstało wtedy dwanaście nowych, wybitnych książek Miłosza (wśród nich eseje, wspomnienia, listy i wiersze), to jeszcze należałoby wspomnieć o żywych publicznych wystąpieniach zarówno na tematy ściśle literackie, ale także ogólne, ideowo-polityczne. Po prostu głos Miłosza był i ciągle jest słyszalny. To on ustawia najważniejsze dyskusje; to w jego nowym dorobku szukać należy najistotniejszych dylematów, związanych z odchodzącym wiekiem. A mimo to nie ma poważniejszej refleksji na temat jego nowych książek. Do wyjątków należy recepcja "Pieska przydrożnego", związana jednak wyłącznie z Nagrodą "Nike". Czy mamy świadomość, że obcujemy z najwybitniejszym polskim eseistą XX wieku? Że w jego ponad dwudziestu książkach eseistycznych, począwszy od "Zniewolonego umysłu" po "Wyprawę w Dwudziestolecie", zostały zawarte w sposób niezwykle przejmujący i oryginalny dramatyczne pytania o los współczesnego humanisty?

Wydaje się, że Miłosz ciągle jest nieodczytany. Jego dzieło wielowymiarowe, rozdzielone ważnymi wydarzeniami historycznymi, naznaczone doświadczeniem emigranta wymyka się dotychczasowym opisom, zresztą bardzo nielicznym. To on właśnie, przerastając ogromem swego dzieła i znaczeniem myśli wszystkich współczesnych pisarzy, będąc drogowskazem w latach ucisku dla wielu polskich intelektualistów, teraz nagle zostaje w pewnym sensie odsunięty na boczny tor. Zamiast dyskusji z Miłoszem, zamiast rzetelnego opisu jego wszechstronnego dzieła scenę literacką zdominowały, incydentalne wprawdzie, ale głośne polemiki i zaczepki natury politycznej. Także i jego poddano lustracji, tak jakby poglądy miały decydować o randze aktu literackiego. To niestety objaw zaściankowej, pełnej kompleksów świadomości dość licznej grupy krytyków, którzy znowu, tak jak to już bywało, wepchnęli literaturę do politycznego gorsetu. Na szczęście są też opracowania Błońskiego czy Fiuta.

Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że pozycja Miłosza ma już wymiar hieratyczny, nie poddaje się więc ocenie. Jeśli nie ocenie, to także interpretacjom. W pewnym sensie brak refleksji na temat Miłosza wiąże się z innym wobec jego dzieła stosunkiem. Traktuje się je jako coś nie tylko skończonego, obejmującego i syntetyzującego pewną całość "szkoły polskiej", ale również należącego do innej epoki. Nic jednak błędniejszego. Miłosz nawet swoimi wspomnieniami nie tyle zamyka świat dawnych wartości, ile, często przecież w zaczepnej, intelektualnie przewrotnej formie, otwiera niezmierzone pole do dyskusji.

SYNDROM LUSTRACYJNY

Cała ostatnia dekada stała pod znakiem politycznej hospitacji pisarzy, zwłaszcza tych z pierwszego szeregu. Prawdę mówiąc, nie wiadomo po co. Wyglądało to na odwet ze strony tych krytyków, którym nie w smak była nowa, zrobiona na użytek, jak mówiono, lewicy laickiej hierarchia pisarskich osobowości. Szarpano za rękaw Miłosza, nie zostawiono suchej nitki na Szymborskiej, wytykano partyjną przeszłość innych pisarzy. Aż dziw bierze, że pozostawiono niemal nietkniętego Różewicza, którego zarówno jedna jak i druga strona starały się wykorzystać do własnych celów. Zabawne jest to, że całkiem chyba świadomie nie wyciągnięto na światło dzienne pięciu ewidentnie socrealistycznych tomików poetyckich, opublikowanych przez autora "Czasu który idzie" w latach 1950-55, co nota bene jest swoistym rekordem w tamtych czasach. Jak z tego widać, lustracja wcale nie była spontaniczną reakcją, lecz starannie wyreżyserowanym spektaklem, swoistą selekcją i manipulacją.

Użyto w tym celu także Zbigniewa Herberta, zwłaszcza po jego ostrych wystąpieniach publicystycznych, w których bezkompromisowo rozprawił się z niektórymi kolegami po piórze. Hałas wokół Herberta, również po jego śmierci niemal całkowicie przesłonił znaczenie trzech nowych, wybitnych książek poetyckich i tomu esejów. Wprawdzie zauważono je, nagrodzono i zinterpretowano, to jednak, jak myślę, umieszczono w niewłaściwym najczęściej kontekście, odrywając od osobistego dramatu poety.

Doszło więc do dziwnego pomieszania wartości. Pisząc o młodych studia i książki krytycy całkowicie odchodzili od politycznego kontekstu, wyrzucali do kosza ideologie i sympatie, pochylając się nad każdym słowem, jakby ukryta w nim była jakaś niesłychana prawda. O najwybitniejszych pisano w wielu wypadkach inaczej, nie w perspektywie słowa poetyckiego, lecz stosując kategorie polityczne. O czym to świadczy? Nie tylko o wyraźnych podziałach wewnątrz środowiska pisarskiego czy o innych doświadczeniach historycznych, także o braku jednolitego kryterium, według którego można by oceniać dzieło artystyczne.

KTO Z TRADYCJI?

Młodzi wybrali Bohdana Zadurę i Piotra Sommera, poetów wiekiem zbliżonych do Nowej Fali, ale z jej programem i wczesnymi realizacjami niewiele mających wspólnego. Ale prawdziwym bohaterem lat 90. był Aleksander Wat. Opublikowano po raz pierwszy kilka, często znakomitych, monografii o tym erudycyjnym poecie, włączonym do kanonu liryki polskiej przez Czesława Miłosza. Ten stosunkowo świeżej daty emigrant po wielu latach zapomnienia stał się ważnym punktem odniesienia nie tyle może dla samych poetów, ile badaczy literatury. Jeśli można mówić w latach 90., a zwłaszcza w drugiej połowie dekady, o wyraźnym braku zainteresowania literaturą emigracyjną, poza nielicznymi wyjątkami, to na pewno nie wolno przymknąć oczu na nowe zjawisko. Polega ono na odszukiwaniu w przestrzeni emigracyjnej takich pisarzy, którzy z różnych powodów nie weszli wcześniej do podstawowego kanonu literatury na uchodźstwie. W takiej właśnie perspektywie należy zobaczyć Wata, a także prozaika Leo Lipskiego. Ten drugi, autor paru dość kontrowersyjnych, autobiograficznych książek, do niedawna zupełnie nieznany szerszej publiczności, nie tylko doczekał się już kilku monografii, ale także - ku mojemu zaskoczeniu - bardzo obszernego hasła w nowym przewodniku encyklopedycznym, "Literatura polska XX wieku", skutecznie swoją objętością przeważającego i nad omówieniami innych wybitnych pisarzy emigracyjnych, i - jak łatwo się domyślić - krajowych.

Jak z tego zestawu nazwisk widać, tradycją pozytywną dla pisarzy i piszących o literaturze w latach 90. stali się autorzy wcześniej albo pomijani w różnych opracowaniach, albo zupełnie nieznani. Do wyjątków należy Miron Białoszewski. Ten zmarły w latach 80. wybitny poeta doczekał się w ostatniej dekadzie nie tylko lepszej, bo bogatszej, wielostronnej recepcji, ale przede wszystkim pewnego rodzaju "rehabilitacji". Polegała ona na wymianie wizerunku. Z poety lingwistycznego stał się, całkiem zresztą słusznie, poetą egzystencjalistycznym, ucieleśnieniem całkowitej niezależności, choć niektórzy wypominali mu dydaktyczne wierszyki dla dzieci, drukowane w czasach stalinizmu. Białoszewski stanowił zawsze osobną planetę, jego głos przez bez mała trzydzieści lat brzmiał autentycznie, bez żadnej fałszywej nuty, nic też dziwnego, że dla tak wielu mógł być symbolem prawdziwego, pozbawionego jakiegokolwiek blichtru, nowatorstwa.

Z kolei wybór Zadury i Sommera na patronów młodej poezji, zwłaszcza tej pobrulionowej, miał ścisły związek z promowaną przez nich, a także być może najciekawszego debiutanta tamtych lat, nieco starszego od typowych przedstawicieli pokolenia '86, Andrzeja Sosnowskiego (tu chyba jestem bliski ocenie Mariana Stali), poezją amerykańską. Wszyscy trzej poeci, związani bezpośrednio z redakcją "Literatury na Świecie" przekładali wtedy nie tylko rzecz jasna Franka O'Harę i Johna Ashbery'ego, ale właśnie im, amerykańskim autorom z tego samego pokolenia, urodzonego około roku 1926, nasi debiutanci dali największy kredyt zaufania. Nie wiem, do jakiego stopnia sami wymienieni patroni młodych z "Literatury na Świecie" korzystali z tłumaczonych przez siebie nowojorczyków, ale z całą pewnością już wkrótce najpierw O'Hara, a następnie Ashbery stali się najwybitniejszymi poetami polskimi. Choć muszę przyznać, że kiedy jesienią 1981 roku wraz Bohdanem Zadurą właśnie i w towarzystwie znanego tłumacza Jarosława Andersa odwiedziłem Johna Ashbery'ego w jego nowojorskim mieszkaniu-pracowni, nie przeczuwałem, że już za dziesięć lat stanie się on, dla wielu brulionowców, zwłaszcza związanych z Sosnowskim, ale i samego Zadury (a może i Sommera) ważnym punktem odniesienia. Szkoła nowojorska, dzięki przekładom, ale także samej poezji Zadury i Sommera, stała się polską odmianą personizmu. Choć akurat Ashbery trafił do nas "podwójnie". Za sprawą Sommera i Zadury jako poeta dnia powszedniego, w przekładach Sosnowskiego jako nadrealista. Odpowiadałoby to z grubsza podziałowi wewnątrz "młodej" poezji.

Tego nie należy bagatelizować. Zrodziło się bowiem ważne, nowe zjawisko. O ile w latach 70. i 80., jak sądzę, odwołań, przynajmniej na taką skalę, do konkretnych poetów spoza strefy języka polskiego nie było - różnie można tłumaczyć ową "idiosynkrazję" - o tyle w ostatniej dekadzie, w momencie otwierania się na świat, przyjmowanie "obcego" gestu estetycznego stało się dla młodych momentem oczyszczenia. Chyba tylko dwa razy w dziejach powojennej literatury polskiej takie przyjmowanie wzorca z Zachodu było ważne i istotnie zmieniło generacyjne nastawienie do samej literatury, ale i rodzimej przestrzeni działania: tuż po wojnie i w następstwie przełomu odwilżowego w roku 1956 (widać to zresztą było zarówno w poezji, jak prozie i dramacie).

MASOWOŚĆ

W latach 90. obserwujemy nie tylko marsz dwu nowych generacji, połączonych ze sobą niewidzialnymi nićmi (to też ciekawe: trudno mówić o walce 30-latków z 20-latkami), ale i zjawisko masowego poezjowania. Wolny rynek spowodował niebywałą łatwość wydawania książek. Setki, a może nawet tysiące tytułów, całkowicie wymykających się jakiejkolwiek "kontroli" czytelniczej i krytycznoliterackiej, świadczą z jednej strony o rozśpiewaniu narodu polskiego, urzeczonego urodą słowa, ale zarazem o zbytniej ufności w moc przeobrażania świata za pomocą kilkunastu wierszy, zamkniętych dwiema okładkami. Można powiedzieć: trudno się dziwić, wszak zawsze, kiedy dochodziło do przewartościowań w kulturze, do głosu rwali się poeci, prawdziwi i domorośli, aby zamanifestować swoją obecność. Nie mieszajmy jednak naturalnej skłonności wypowiadania się na wolne tematy z działalnością artystyczną. Niestety, nie zawsze o tym krytycy pamiętali. Sam, zarzucany stosami tomików poetyckich, traciłem orientację w przedmiocie, nie potrafiłem rozeznać się w wartościach, już nie wiedziałem, kogo czytam i czy przypadkiem nie widziałem tych samych utworów miesiąc wcześniej. W dodatku byłem zewsząd atakowany nieprzejrzystymi recenzjami, z których niezbicie wynikało, że obcowałem z wysokiej próby poezją, a nie próbami poezji, jak mi się wydawało.

TRZEŹWE MILCZENIE I MIĘDZYEPOKA

Nic też dziwnego, że wielu znaczących poetów w tamtej dekadzie po prostu milczało. Dewaluacja słowa - to zjawisko nie wymaga analizy - odstręczała od włączania się do chóru. Także dyskusja wokół "przewrotu" i zmian politycznych. Przygoda Wisławy Szymborskiej z wierszem "Nienawiść", o czym przypomina Marian Stala, jest wielce symptomatyczna. Utwór ten wszedł do jedynego tomu naszej Noblistki w latach 90., pt. "Koniec i początek". W książce rzecz jasna nabiera innego sensu, innego wymiaru niż na łamach "Gazety Wyborczej" w czasie kryzysu państwa. Wtedy wydawało się, że jest to głos poetki "w sprawie", bo wiersz został wykorzystany jako komentarz polityczny. Czy zatem można się dziwić, że i ona, nawet po Nagrodzie Nobla, uporczywie trzymała się postawy nieingerencji. Uważnego świadka dręczącej epoki. Obserwatora z dystansu, nie lubiącego i nie odczuwającego potrzeby aktywnego wpływania na życie. O ile pozostali najwybitniejsi nasi poeci: Miłosz, Herbert, Różewicz zabierali co chwilę głos w ważnych sprawach współczesności, o tyle Szymborska, jak zwykle zresztą, wybrała strategię trzymania się z boku. Po Noblu wszyscy rzucili się na Poetkę, oczekując głosu stanowczego, profetycznego, wyraźnego opowiedzenia się po jakiejś stronie. Ale poza wykładem noblowskim, niczego nie usłyszeliśmy z ust Wisławy Szymborskiej. Widać w tym konsekwencję poetki, ale i symptom czegoś ogólniejszego. Słusznej chyba obawy przed reagowaniem na chaos.

Żartobliwie można powiedzieć, że to inni zabierali głos w imieniu poetki, nie ona sama. Po 1996 roku, w ciągu zaledwie kilku lat ukazało się na naszym rynku ponad dwadzieścia monografii o Szymborskiej. To był w naszych warunkach swoisty rekord. Żaden z polskich twórców nie może się poszczycić taką liczbą książek o własnej twórczości.

FILOZOFIA "ZAMIAST"

Poprzednio już mówiłem, że refleksja o literaturze była zamiast samej literatury. Rozważania, bardzo zresztą ciekawe, o prozie zamiast wybitnej prozy. Zamiast znaczących książek poetyckich festiwale młodoliterackie. Czy ta filozofia "zamiast" jest szkodliwa? Nie to chcę powiedzieć. Być może zresztą eseistyka lat 90. należy do najważniejszych osiągnięć polskiej literatury ostatniej doby. Nie poezja, nie proza, nie dramat wreszcie, ale właśnie eseistyka, zmieniająca w stosunku do "podziemnej" z lat 70./80. typ dyskursu. Z historyczno-humanistycznego na typowo literacki, wewnętrznie zdynamizowany i silnie w wielu przypadkach zorientowany ideowo. Nie chcę więc powiedzieć, że filozofia "zamiast" jest szkodliwa, świadczy jednak o tym, że polska literatura ciągle przygotowuje się do skoku. Rozbieg jest już widoczny, dobrze zanalizowany nawet, ale do skoku ciągle dojść nie może. Bo tkwimy nadal w międzyepoce. Bo oczyszczamy pole i mocujemy się z wartościami mało czasem przydatnymi w chwili obecnej. Rozgniatamy istniejące zjawiska literackie jak ciasto, ale nie wierząc tak naprawdę, że wyrośnie z nich coś wartościowego. Tej filozofii "zamiast" towarzyszą, jak się już rzekło, spektakularne zjawiska medialne. Do nich należą nagrody literackie, jakie ufundowano w tamtej dekadzie. Także i one są tak naprawdę zamiast literatury, to znaczy w tym przypadku: życia literackiego, wymiany poglądów, spokojnego konstruowania rozwiniętej kultury, wymoszczonej, jakby powiedział Zagajewski, wartościami.

POEZJA ŚRODKA

Z mojego wstępnego rozpoznania, idącego tropem Mariana Stali, wynikałoby, że to, co się wydarzyło w poezji czy w ogóle w literaturze, rozpościera się między debiutantami z dwóch przecież roczników a "mistrzami" (nie tylko zresztą wymienionymi tu z nazwiska). A przecież jest to fałszywa konstatacja. Dobra z punktu widzenia historyka literatury, ale nie uwzględniająca odśrodkowej dynamiki procesu. Debiutanci byli najgłośniejsi, mistrzowie, do których z pewnością wielu krytyków dorzuciłoby niektórych nadzwyczaj czynnych wówczas nowofalowców, zwłaszcza przebywających poza krajem, nie tylko kontynuowali swoją dawną twórczość, ale wyraźnie ją wzbogacali nowymi wątkami ("Płaskorzeźba", "Rovigo", "Dalsze okolice", "Koniec i początek").

Ale ważne miejsce zajmowali jednocześnie poeci z innych generacji, przypominając nowymi książkami swoją obecność, wnosząc do całości poezji okresu przejściowego wiele niespodziewanych wartości. W jakiejś mierze były one, nie chcę powiedzieć - reorientacją, ale mimo wszystko ciekawym dopełnieniem dotychczasowych wizerunków generacyjnych. Kogo i co mam na myśli? Julia Hartwig, Jerzy Ficowski i Jan Twardowski wnieśli swoimi, napisanymi i wydanymi wtedy wierszami, nowy kontekst do obrazu pokolenia wojennego. Urszula Kozioł, Andrzej Szmidt czy Ludmiła Marjańska inaczej kazali nam czytać poezję pokolenia '56. Pojawili się poeci w nowych kostiumach, "przeskakując" jakby generacyjne szufladki, jak Bohdan Zadura czy Janusz Szuber, wiekowo bliscy Nowej Fali. Nastąpiło znaczące przewartościowanie wewnątrz pokolenia '76: wielu autorów wcześniej stanowiących jego awangardę, teraz ucichło czy usunęło się w cień, ustępując miejsca innym, niekoniecznie debiutującym pod koniec lat 70.

To tylko kilka wybranych przykładów. Ale z całą pewnością doszło w tym czasie do przesunięcia akcentów, przewartościowań, powolnej zmiany generacyjnych zależności i wysuwania, także - nie ukrywam - dzięki "nowym dzikim" na czoło innych preferencji w stosunku do poprzednich dekad. Zderzyły się w nich dwie grupy wartości, wzajemnie wobec siebie opozycyjne, ale najoczywistsze w czytelniczym odbiorze: tęsknota za metafizyką z potrzebą dewaluacji. I co najciekawsze, ta opozycja wyszła poza generacyjne ograniczenia, co jak się wydaje - jest największą wartością lat 90.






DYSKUSJA O LITERATURZE LAT 90