Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

TADEUSZ KLIMOWICZ

Pożar serca

16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach

2005

 

(...)

 

Hallo!

Kto mówi?

Mama?

Mamo!

Twój syn chory przepięknie, ostro -

mamo! -

na pożar serca.

(Władimir Majakowski, Obłok w spodniach, tłum. Anatol Stern)

 

Hallo!

Kto mówi?

Mamo!

Mama?

Twój syn jest cudownie chory!

Mamo!

Chory na pożar serca.

(Władimir Majakowski, Obłok w spodniach, tłum. Mieczysław Jastrun)

 

Hallo!

Kto mówi?

Mama?

Mamo!

Twój syn jest cudownie chory!

Mamo!

To serca pożar.

(Władimir Majakowski, Obłok w spodniach, tłum. Wiktor Woroszylski)

 

 

Wstęp. From Russia with Love

Wszystkiemu winien jest sentymentalizm.

To sentymentalizm - odrzucając w poszukiwaniach nowego porządku świata klasycystyczne tabu - uczył wsłuchiwania się w głos serca, uczył trudnej sztuki werbalizowania uczuć i zachęcał do udziału w zbiorowym seansie psychoanalizy na łonie przyrody (dopiero Freud zaproponuje przesycone zapachem eteru ciasne gabinety z kozetką); to sentymentalizm sprawił, że uznano "[...] wewnętrzne przeżycia człowieka za źródło twórczości literackiej" i to sentymentalizm zrodził na przełomie XVIII i XIX wieku powszechną potrzebę prowadzenia dziennika intymnego.

Wkrótce też - już w kręgu kultury romantycznej, która wykreowała mit artysty geniusza i buntownika o niezwykłej osobowości - odkryto banalną prawdę, iż czynnością może jeszcze bardziej fascynującą, a przy tym o niepodważalnych właściwościach terapeutycznych, jest wkraczanie w sferę prywatności kogoś wszystkim dobrze znanego, czyje życie jest własnością publiczną. Zapewne cała Europa z wypiekami na twarzy zaglądała do dzienników znanego ze skandali George'a Byrona, by śledzić dzień po dniu misterium bycia Poetą (nie: poetą): "Czytałem - jeździłem konno - strzelałem z pistoletu - wróciłem - jadłem obiad - pisałem - składałem wizytę -mówiłem głupstwa i wróciłem do domu. Napisałem część tragedii. [...]. Kupiłem kołdrę. Pogoda wciąż jeszcze wilgotna [...]". Być może tym trywialnym, pospolitym czynnościom - i jeździe konnej, i strzelaniu, i jedzeniu, i składaniu wizyt, i kupowaniu kołdry - ktoś mógł przypisać wartości transcendentne lub estetyczne (albowiem, zdaniem Michała Głowińskiego: "[...] w wielu wypadkach odbiór czytelniczy dziennika intymnego określony jest przez zwyczaje wyniesione z lektur powieściowych"), ale znacznie częściej interpretowano pojawienie się publikacji jako zaproszenie do demitołogizacji obowiązującego systemu kultury. Bodaj najbardziej przenikliwą uwagę -odczytując relacje zachodzące między autorem dzienników a czytelnikami jako jeszcze jeden wariant programowej opozycji poeta-tłum - poczynił przy tej okazji Aleksandr Puszkin w liście do Piotra Wiaziemskiego (listopad 1825): "Pospólstwo chciwie czyta spowiedzi, wspomnienia etc, ponieważ w niskości swojej cieszy się z poniżenia wzniosłego, ze słabości potężnego. Wpada w zachwyt przy ujawnieniu wszelkiej niegodziwości. On jest mały jak my, on jest niegodziwy jak my. Łżecie, podli: on jest mały i niegodziwy - nie tak jak wy - inaczej".

Artysta - czego twórca Eugeniusza Oniegina jeszcze nie do końca był świadom - miał odtąd płacić coraz wyższą cenę za przemiany obyczajów, za utratę anonimowości, za funkcjonowanie w społeczeństwie zmierzającym od kultury elitarnej ku masowej. "[...] Pewnego razu - pisała we Wspomnieniach Awdotia Panajewa - siedząc w loży teatru wraz z rodzeństwem oraz jedną z ciotek, zauważyłam, że do sąsiedniej loży, w której siedziały dwie damy w towarzystwie staruszka, wszedł kędzierzawy, blady i szczupły mężczyzna. Natychmiast dostrzegłam na jego palcu coś w rodzaju złotego naparstka. Bardzo mnie to zainteresowało. Miałam wrażenie, że twarz tego człowieka jest mi skądś znana. Kędzierzawy pan ziewał, przeciągał się i wcale nie patrzył na scenę, obserwując raczej loże, a kiedy damy wszczynały rozmowę po francusku, odpowiadał im jakby od niechcenia. Nagle przypomniałam sobie, skąd go znam i pociągnęłam ciotkę za rękaw szepcząc: «Z tyłu za nami siedzi Puszkin!»". Już kilkanaście lat później - za sprawą dagerotypów i fotografii - nie byłby jeszcze jedną bezimienną twarzą w teatrze i zostałby natychmiast rozpoznany przez obecnych, jak Turgieniew, Dostojewski czy Tołstoj. A w dwudziestym stuleciu posiadłby trudną sztukę swobodnego poruszania się w przestrzeni wykreowanej przez mass media, jak inni mieszkańcy masowej wyobraźni obdarzeni charyzmą medialną. "Diana, Księżna Walii - czytamy w eseju Salmana Rushdiego - rozwinęła z czasem umiejętność takiego projektowania swych wizerunków, które pokazywałyby ją tak, jak chciała, by ją ludzie widzieli. Pamiętam, jak kierownik działu w pewnej angielskiej gazecie opowiadał mi, jak to Diana inscenizowała słynne zdjęcie pokazujące ją samą, chorą z miłości, przed Tadż Mahal w indyjskiej Agrze, największym na świecie pomnikiem miłości. Mówił, że dokładnie wiedziała, jak opinia publiczna będzie to zdjęcie «czytać». Przyniosłoby to jej wielkie współczucie i spowodowało, że ludzie lubiliby Księcia Walii mniej niż przedtem. Diana nie używała takich słów jak «semiotyka», ale sama była semiotykiem par excellence. Z rosnącą pewnością siebie dawała nam znaki, poprzez które my mieliśmy ją widzieć taką, jaką chciała być znana".

W drugiej połowie XIX wieku już tylko nieliczni pisarze rosyjscy wierzyli jeszcze w to (i było w tym, jak się zdaje, wiele wiktoriańskiej pruderii), że ich dzienniki umrą wraz z nimi. "Pewnego razu Iwan Siergiejewicz - czytamy we wspomnieniach jednego z przyjaciół Turgieniewa - powiedział mi w rozmowie: «- Zawsze prowadzę dziennik, w którym zapisuję wszystko, co mnie interesuje. W dzienniku jestem u siebie w domu, sądzę i obgaduję wszystkich i wszystko». «- Zamierza go pan wydrukować?» «- Nigdy! - szorstko odpowiedział mi Iwan Siergiejewicz - Zaleciłem pani Viardot, żeby po mojej śmierci został natychmiast zniszczony. Uczyni zadość memu życzeniu». Nie wiadomo mi, czy Viardot spełniła to stanowcze życzenie, ale mam pewne podstawy, by sądzić, że nie zrobiła tego". Przyjaciółka autora Szlacheckiego gniazda - nie niszcząc rękopisu i wyrażając zgodę na jego publikację po upływie dziesięciu lat od swojej śmierci (a zmarła w 1910) - antycypowała zachowania wydawców dzienników Franza Kafki czy Emile'a Ciorana (1911-1995). Zeszyty tego ostatniego, jak pisze Adam Zagajewski, pojawiły się "[...] wbrew życzeniu autora, który nie życzył sobie publikacji swoich zapisków (ale ich nie spalił!) [...]". Powszechnie więc przez ostatnie sto lat stosuje się zasadę, że nawet najbardziej intymne rękopisy niezniszczone przed śmiercią przez samego pisarza ("ale ich nie spalił") wcześniej (częściej) czy później (coraz rzadziej) można opublikować.

Inni pisarze rosyjscy nie ukrywali, że ich dzienniki będą lub, jak w przypadku Tołstoja, już są czytane: w 1895 roku żona wymogła na nim zamazanie 45 fragmentów; w latach trzydziestych już następnego stulecia Korniej Czukowski, przerażony narastającą falą terroru, coraz częściej uciekał się do autocenzury - wyrywał wcześniej zapisane kartki (tak zniknął rok 1938), wycinał niektóre zdania, nie pisał o represjonowaniu najbliższych lub formułował opinie, których się później wstydził; a pod koniec XX wieku Jurij Nagibin już sam je przygotował do druku i tylko lepiej wychowany od pisarza los zadecydował, iż ukazały się parę miesięcy po nagłej śmierci autora.

Ten ostatni przypadek był wyjątkowy, jako że najczęściej ostateczny kształt dziennikom nadają najbliżsi nieżyjącego autora lub wydawcy. Pauline Viardot wprawdzie przechowała rękopis Turgieniewa, ale prawdopodobnie usunęła trzy kartki; redaktorzy wydania jubileuszowego dzieł Lwa Tołstoja odtworzyli niemal wszystkie wykreślone przez niego opinie o żonie *[O 90-tomowym ("pełnym", 1928-1958) wydaniu spuścizny Lwa Tołstoja pisze Lew Osterman w książce Srażenije za Tołstogo (Moskwa 2002).]; w wydanych w 1927 roku dziennikach Walerija Briusowa pominięto fragmenty, w których mowa jest o cyklicznie powracających chorobach wenerycznych (w roli cenzora - co warto podkreślić - wystąpili tu edytorzy, a nie wdowa).

Znacznie mniej kontrowersji wywołują - wydawane najczęściej w wersji ocenzurowanej już po śmierci autorek - dzienniki kobiet obecnych w życiu uczuciowym twórców rosyjskich (m. in. Sofii Tołstojowej, Apolinarii Susłowej, Galiny Bienisławskiej, Sofii Tołstojówny - wnuczki Lwa Tołstoja, Jeleny Bułhakowej). Żona Tołstoja i żony Bułhakowa - jak wiele na to wskazuje - prowadziły swoje zapiski z myślą o potencjalnym odbiorcy. To nie znaczy, że nie były szczere, ale była to, powiedzmy, otwartość starannie wyważona (np. nienaturalne dla tego typu wypowiedzi unikanie poruszania spraw intymnych przez Helenę Siergiejewną) czy też potraktowana instrumentalnie (tekst Tołstojowej należy odczytywać jako polemikę z czytanym przez nią na bieżąco dziennikiem męża). Jednak znacznie bardziej wyrafinowaną grę komunikacyjną zaproponowała potencjalnemu odbiorcy pozostająca w sadomasochistycznym związku dusz i ciał z Fiodorem Dostojewskim Apolinaria Susłowa, która wprowadzała go w równie narkotyczny trans jak ruletka i która trafi później do jego powieści jako kobieta fatalna.

Inne autorki dzienników nie miały literackich ambicji, nie zastanawiały się nad konsekwencjami głoszonych sądów, nie uciekały się do autocenzury, nie oczekiwały, iż ich intymne zapiski zostaną kiedykolwiek opublikowane. Mogły więc być spontaniczne i szczere aż do bólu, jak te związane z Siergiejem Jesieninem - Bienisławska i Tołstojówna, które zapłaciły wysoką cenę za możliwość poznania wszystkich odcieni miłości i nienawiści, za naukę sztuki oczekiwania, wybaczania i zapominania.

Losy dziennika intymnego pisarza dzieliły najczęściej jego listy. "Z pedanterią, - pisze Natalia Modzelewska - która w życiu domowym stanowiła jej nieocenioną zaletę, Anna Dostojewska atramentową krechą zamazywała wszystko, co w jej pojęciu mogłoby rzucić cień na dobre imię małżonka. Nie szczędziła nawet jego licznych w listach do niej zwrotów miłosnych, które wydawały się jej nazbyt zmysłowe" *[N. Modzelewska, Pisarz i miłość. Dostojewski, Czechow, Warszawa 1975, s. 10. Inny znany pisarz, Iwan Gonczarow, trzy lata przed śmiercią pisał: "Niech listy moje pozostaną własnością tych, do kogo były pisane i nie przechodzą w obce ręce, a po śmierci zostaną zniszczone". Cyt. wg: N. Iwanowa-Gładilszczikowa, Naruszenije woli, "Litieraturnaja gazieta" 1997, nr 49, s. 12.]. Czynność zamazywania można by uznać za akt obłudy, ale "hipokryzja - jak zauważył pewien semiotyk ze szkoły tartuskiej - jest przywilejem społeczności ludzkiej i im bardziej kultura danego społeczeństwa jest tradycjonalistyczna, tym więcej możliwości dla «rozkwitu» hipokryzji (zresztą hipokryzja w umiarkowanych dawkach jest konieczną właściwością wszelkiej kultury: normy etyczne, etykieta, ubiór itd. - zawierają zawsze elementy hipokryzji: bez takiej «umiarkowanej» hipokryzji niemożliwe byłyby stosunki oficjalne, w ogóle społeczeństwo nie mogłoby istnieć, rozpadłoby się pod naporem chwilowych namiętności i nastrojów jednostek)". Poczynania Dostojewskiej wpisywały się zatem w "zachowanie epistolarne" - i szerzej tekst zachowania - powszechnie akceptowane w mieszczańskiej Europie drugiej połowy XIX wieku.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że takie same listy pisane na przełomie wieków pozostałyby zapewne już bez skreśleń, ale ich wydanie - co też warto sobie uświadomić - byłoby możliwe po następnych kilkudziesięciu latach. Na przykład, skądinąd niewinna, korespondencja pary kochanków z początku dwudziestego stulecia (księcia Jewgienija Trubieckiego i Margarity Morozowej) ujrzała światło dzienne dopiero w 1993 roku i to wsparta komentarzem-usprawiedliwieniem Aleksandra Nosowa: "[...] Wszystkie listy są opublikowane w całości, ponieważ kupiury w intymnej korespondencji wywołują jedynie zbędną pracę wyobraźni [...]".

Tradycja cenzurowania przez adresatki otrzymywanej korespondencji pozostała jednak żywa - choć nie zawsze już ze względów natury obyczajowej - w dwudziestowiecznej Rosji. Tak postępowała m.in. żona Michaiła Bułhakowa, Jelena. Jeszcze inaczej zachowała się Lubow Biełoziorska, też żona twórcy Mistrza i Małgorzaty, która po rozwodzie zniszczyła wszystkie otrzymane od niego listy.

Pozornie najbardziej pieczołowicie potraktowała otrzymywane od męża listy Sofia Tołstojowa. Już w roku 1913 ukazały się one w wydaniu książkowym poprzedzone wstępem nieutulonej w żalu wdowy: "Nim odejdę z życia, aby połączyć się z ukochanym człowiekiem w tamtej strefie ducha, dokąd on odszedł, chciałabym się podzielić z ludźmi kochającymi i otaczającymi czcią pamięć Lwa Nikołajewicza tym, co jest mi tak drogie - jego listami do mnie, a z nich informacjami o naszym wspólnym, 48-letnim, niemal do końca szczęśliwym życiu małżeńskim. Listy drukuję wszystkie, oprócz trzech dotyczących żyjących osób i sześciu ostatnich, których czas jeszcze nie nastąpił. [...]. Do opublikowania tych listów skłoniło mnie także to, że po mojej śmierci, która zapewne jest bliska, będzie się utartym zwyczajem fałszywie sądzić i opisywać mój stosunek do męża i jego do mnie. A więc niech już się interesują i osądzają w oparciu o żywe i prawdziwe źródła, a nie - domysły, plotki i kłamstwa. I niechaj ludzie pobłażliwie potraktują tę, dla której, być może, było ponad siły dźwiganie od młodzieńczych lat na słabych ramionach doniosłego powołania - bycia żoną geniusza i wielkiego człowieka". Aleksiej Gruziński w notce Od redaktora lojalnie uprzedził: "Do oryginałów listów L.N. nie miałem wglądu; są obecnie przechowywane w Muzeum Historycznym i dostęp do nich jest niemożliwy. Ale hrabina Sofia Andriejewna dawno już osobiście sporządziła kopie [...]".

Jestem daleki od posądzenia jej o mistyfikację, ale na wszelki wypadek warto przypomnieć, co miał do powiedzenia Artur Wołyński Władysławowi Mickiewiczowi (synowi Adama): "Nikomu bym nie powierzył rękopisu, nawet kochanemu Panu, bo cię ludzie obwiniają, że dokumenta fałszujesz przez obcinanie i przerabianie wstępów, które ci się nie podobają, że dokumenty pożyczone do odpisania zatrzymujesz, a właścicielom oddajesz udane facsimilia z nadwerężonym tekstem, że w swoich publikacjach naciągasz jedne fakta, inne zupełnie pomijasz milczeniem...". Warto też przypomnieć dzieje pewnego pomysłu edytorskiego.

Po śmierci Goethego Bettina (z domu Brentano, żona poety Achima Ludwiga von Arnim) - przypisująca sobie rolę muzy zmarłego twórcy - zwróciła się z prośbą do wykonawcy testamentu kanclerza Mullera "[...] o dostarczenie jej wszystkich listów, które wysłała do Goethego. Odczytując je - pisze Milan Kundera - przeżyła rozczarowanie: cała historia zdawała się ledwo szkicem, owszem, arcydzieła, lecz tylko szkicem i, co więcej, niedoskonałym. Trzeba było zasiąść do pracy. Trwała trzy lata: Bettina poprawiała, pisała od nowa, uzupełniała. Nie była zadowolona z własnych listów, ale jeszcze większe rozczarowanie przyniosły jej listy Goethego. Kiedy je odczytywała, czuła się dotknięta ich zwięzłością, ich rezerwą, a nawet impertynencją. Tak jakby biorąc ją naprawdę za dziecko, nadawał swym listom postać miłych lekcji adresowanych do uczennicy. Musiała zatem zmienić ich ton: «moja droga przyjaciółko» stało się «moim drogim sercem» ; pouczenia, których jej udzielał, zostały złagodzone przez pochlebne dopiski, a inne dopiski dawały do zrozumienia, jaką to rolę natchnienia i muzy urzeczonego poety odegrała Bettina.

Jeszcze bardziej stanowczo potraktowała własne listy. Nie, nie zmieniła ich tonu, ton był właściwy. Ale na przykład zmieniła daty (aby poznikały długie przerwy w korespondencji, które zadałyby kłam stałości ich uczucia), usunęła wiele fragmentów nieodpowiednich (na przykład ten, w którym błaga Goethego, by nie pokazywał jej listów nikomu), inne rozwinęła, opisywanym zdarzeniom przydała więcej dramatyzmu, dodała głębi swoim opiniom o polityce i sztuce, zwłaszcza gdy mowa była o muzyce Beethovena.

Ukończyła książkę w 1835 roku i wydała ją pod tytułem Goethes Briefwechsel mit einem Kinde (Korespondencja Goethego z dzieckiem). Nikt nie podawał w wątpliwość autentyczności listów aż do roku 1929, w którym odkryto i wydano korespondencję oryginalną.

Ach, dlaczego jej w porę nie spaliła?

Proszę postawić się na jej miejscu: niełatwo jest spalić intymne, drogie nam papiery; to tak jakby przyznać, że wasz czas się skończył, że jutro umrzecie; toteż akt zniszczenia odkładacie wciąż do jutra, i pewnego dnia jest już za późno.

Człowiek liczy na nieśmiertelność, a zapomina liczyć się ze śmiercią" *[M. Kundera, Nieśmiertelność, tłum. z francuskiego M. Bieńczyk, Warszawa 1995, s. 88-89.].

I właśnie z tego powodu zapewne nigdy nie przeczytamy półtora tysiąca listów Mariny Vlady ("zapewne grzeszyły zbyt wielkim uniesieniem miłosnym" *[M. Vlady, Wysocki, czyli przerwany lot, tłum. K. Szymanowska, Warszawa 1990, s. 76.]) do Wysockiego, które znikły w tajemniczych okolicznościach tuż po jego śmierci.

Właśnie w chwili zgonu pisarza jego najbliżsi (żona, matka, kochanka, dzieci, krewni, przyjaciele) dokonywali wyboru, świadomie lub podświadomie, nowych "scenariuszy zachowań". Za sprawą Anny Dostojewskiej w Rosji najwcześniej ukształtował się "repertuar ról" przypisanych Wdowie - kapłance chroniącej przed zapomnieniem imię i dorobek zmarłego. Na miano "wzorowej wdowy" (tak Anna Achmatowa określiła Jelenę Bułhakową) zasłużyły w oczach współczesnych i potomnych Nadieżda Mandelsztam, Maria Płatonowa, Tatiana Paustowska. To im wiele ciepłych słów poświęcili Josif Brodski ("Na osiemdziesiąt jeden lat swojego życia Nadieżda Mandelsztamowa dziewiętnaście lat przeżyła jako żona największego rosyjskiego poety tego stulecia, Osipa Mandelsztama, a czterdzieści dwa - jako wdowa po nim. Na resztę złożyły się dzieciństwo i młodość. Wśród ludzi wykształconych, zwłaszcza literatów, wystarczy być wdową po wielkim człowieku, by zdobyć sobie pewną pozycję. Jest tak szczególnie w Rosji, gdzie przez lata trzydzieste i czterdzieste reżim naprodukował takie ilości wdów po pisarzach, że w połowie lat sześćdziesiątych wystarczyłoby ich na utworzenie własnego związku zawodowego") i Andrzej Drawicz ("Strach pomyśleć, co byłoby bez nich, wdów po pisarzach. Nie byłoby całych rozdziałów i tak pokiereszowanej historii literatury. [...]. Towarzyszą swoim wybrańcom przez dłuższe czy krótsze lata ich biografii i powołań, ucząc się znosić zmienne koleje losu: alkoholowe upojenia, kaprysy, depresje, zdrady. [...]. Trzeba męstwa, charakteru, opanowania, kiedy przychodzą groźby i szantaże. Trzeba z jasną twarzą pomagać znosić oszczerstwa, donosy, pogromowe artykuły").

Sądzę, że dla wielu wdów "życie po" miało być formą kompensacji za lata nienajszczęśliwszego - z różnych zresztą powodów - małżeństwa. Wybierały różne drogi, korzystały z bogatego "repertuaru chwytów strategicznych". Wybór nieodpowiedniego sprawił, że na przykład Sofii Tołstojowej nie udało się wykreować wiarygodnego mitu rodzinnej arkadii, hipnotyzującej legendy, w którą mogłaby się wpisać. Popełniała za dużo błędów, które nigdy nie przydarzyłyby się - doskonale wyczuwającej wszelkie niuanse public relations - Annie Dostojewskiej. Żona Fiodora Michajłowicza kierowała się w życiu budzącą powszechną sympatię dewizą "mój biedny Fiedia" i umiejętnie usuwała się na dobrze oświetlony drugi plan, a żona Lwa mówiła wciąż o własnych cierpieniach i wspomnienia o mężu zatytułowałaby zapewne Ja, biedna Sonia.

Kolejne generacje żon (wdów) nauki pobierały częściej u Dostojewskiej - Jelena Siergiejewna "[...] szybko stała się częścią legendy o Bułhakowie"; Nadieżda Jakowlewna trafiła do podręczników i leksykonów (np. do Słownika pisarzy rosyjskich *[A. D[rawicz], Mandelsztam Nadieżda Jakowlewna, [w:] Słownik pisarzy rosyjskich, pod red. F. Nieuważnego, Warszawa 1994, s. 245.] pod redakcją Floriana Nieuważnego), a w adresowanej do młodego odbiorcy Literaturze powszechnej Jana Tomkowskiego została wręcz potraktowana na równi z mężem (hasło Mandelsztamowie).

To one, ale też siostra i córka Mariny Cwietajewej czy matka i siostra Antona Czechowa, tworzyły kanoniczny image zmarłego twórcy. Pełniły rolę anioła stróża prowadzącego bezradnego jak dziecko uczonego po bezdrożach biografii męża, matki, brata, siostry, syna. Tylko przed nimi twórczość Wielkiego Nieobecnego nie kryła żadnych tajemnic i tylko dzięki nim na badacza mogła spłynąć iluminacja. Spotkaniom z córką Mariny Cwietajewej, Ariadną Efron [nb. zgodnie z jej życzeniem archiwum poetki zostało udostępnione dopiero w roku 2000), wiele miejsca poświęciła Wieronika Łosska: "[...] Ariadna Siergiejewna [...] powiedziała: «A więc zamierza Pani pracować nad Mariną Cwietajewą? A czy może mi Pani powiedzieć, że rozumie ją Pani do końca?» -...??- «A więc co zamierza właściwie Pani badać? Po to, żeby badać trzeba ją całą rozumieć, do końca, a jeśli Pani nie rozumie!.. Tylko ja rozumiem i znam ją do końca. Jestem jej pierwszym i jedynym, wiernym i wnikliwym czytelnikiem!»" *[W Łosskaja, Marina Cwietajewa w żyzni, Moskwa 1992, s. 10.]. Magicznym zaklęciem, które miało zapewne sparaliżować recenzentów, posłużył się Nikita Struve we wstępie do swojej monografii Osip Mandelsztam: "Nasze tezy [...] zyskały aprobatę Nadieżdy Jakowlewny Mandelsztam, która do samej śmierci nie przestawała dzielić się z nami danymi archiwalnymi i radami" *[N. Struwe, Osip Mandielsztam, London 1990, s. 5.].

Wielu innym wdowom, zwłaszcza w dziewiętnastym stuleciu, było obce rozumienie swego życia jako misji i pragnienie złożenia go w ofierze na ołtarzu pamięci. Ich patronką jest zapewne Natalia Puszkin, której udało się zachować całkowitą obojętność dla twórczości Aleksandra Siergiejewicza i późniejszego rodzenia się jego legendy.

Młodsze siostry w nieszczęściu Gonczarowej z reguły już wiedziały, że nawet zmarły mąż najczęściej nie traci na wartości - pozostają po nim prawa autorskie, honoraria, rękopisy (zajmują wprawdzie zbyt dużo miejsca, ale na szczęście można je przecież sprzedać lub rozpalić nimi w piecu) i wierni czytelnicy, którym można zaproponować wspomnienia (napisały je m.in. Anna Dostojewska, Nadieżda Mandelsztam, Tatiana Łappa-Kiselhof i Lubow Biełoziorska *[L. Biełoziorskaja-Bułgakowa, Wospominanija, Moskwa 1989, s. 90. Książka ta składa się z trzech części, które umownie można by nazwać: przedbułhakowowską, bułhakowowską i postbułhakowowską. Ta środkowa nosi tytuł O, miod wospominanij i została spisana w latach 1968-1969.] - żony Bułhakowa, Zinaida Pasternak czy Iza Wysocka i Marina Vlady - żony Wysockiego).

Początkowo przywilej ten był zarezerwowany wyłącznie dla wdów *[Jedynie Natalia Rieszetowska (pierwsza żona Aleksandra Sołżenicyna), łamiąc dobre obyczaje, nie czekała z publikacją na śmierć eks-męża. Książka - co do tego nie ma żadnych wątpliwości - powstała na zamówienie (jak na dobrego mecenasa przystało) KGB, była utrzymana w tonacji paszkwilu, ale mimo to rozpowszechniano ją wyłącznie za granicą, ponieważ odbiorca rosyjski nie miał prawa nawet za pośrednictwem takiego tekstu dotrzeć do cytatów z dzieł pisarza wydalonego z kraju. Zob. N. Rieszetowska, Sołżenicyn - realia i mistyfikacje, tłum. S. Marych, Warszawa 1977.], które swój status miały potwierdzony w cerkwi lub w zagsie (urzędzie stanu cywilnego). Do nich dołączyły osierocone dzieci (pięcioro Lwa Tołstoja, Lubow Dostojewska, Ariadna Efron), rodzice (Nina Wysocka), rodzeństwo (Andriej Dostojewski, Anastasija Cwietajewa), krewni (siostrzeniec jednej z żon Bułhakowa, siostra Sofii Tołstojowej Tatiana Kuźmińska), przyjaciele (Ałła Diemidowa, aktorka występująca z Wysockim w Teatrze na Tagance), znajomi (córka Olgi Iwińskiej Irina Jemielianowa) i - najpóźniej - te, które dla pisarzy znaczyły najwięcej (Lidia Awiłowa, Lila Brik, Wieronika Połonska, Natalia Sztempiel, Olga Iwińska, Ludmiła Dierbina). We wspomnieniach Tołstojów Jasna Polana przeobraziła się w krainę wiecznej szczęśliwości ("Teraz, kiedy mam ponad sześćdziesiąt lat, wspominając mamę, często myślę, jaka to była niezwykle dobra kobieta, niezwykła matka i niezwykła żona", "Co wieczór przed snem mama z miłością obmyślała, kogo czym karmić. To była jej radość i duma"); w książce O Marinie Cwietajewej córka wykreowała świat rodzinnej idylli - bez nieporozumień, kłótni i kolejnych romansów matki; Anastasija Cwietajewa stworzyła mit o bliźniaczo uzdolnionych, bliźniaczo genialnych siostrach, niejednakowo jednak potraktowanych przez los, który wyraźnie sprzyjał Marinie; a panie muzy pisały głównie o tym, co ma im do zawdzięczenia literatura rosyjska. Tylko nieliczni oparli się pokusie przejścia do historii (m.in. Nikita Wysocki, syn Władimira z drugiego małżeństwa, który wspomniał w jednym z wywiadów: "Proponowano mi udział w jakichś imprezach związanych z ojcem, pisanie memuarów - odmawiałem").

Zawartość większości publikacji nie pozostawia najmniejszych wątpliwości - dyskrecja już dawno przestała być modna, jest passe. Czytelnik już nie musi zaglądać do sypialni literata przez dziurkę od klucza, ponieważ drzwi do niej prowadzące zostały szeroko otwarte. Na początku dwudziestego wieku Anna Dostojewska, rumieniąc się zapewne, wyznawała szeptem tajemnice alkowy małżeńskiej. Autorki wspomnień pisanych kilkadziesiąt lat później (Nadieżda Mandelsztam, Olga Iwińska, Marina Vlady) współuczestniczyły, może nie zawsze świadomie, w jeszcze jednej rewolucji - obyczajowej (światowej, wymarzonej przez Lwa Trockiego). O okolicznościach śmierci Nikołaja Rubcowa, jednego z bardziej znanych współczesnych poetów rosyjskich, nie musimy się dowiadywać z kawiarnianych plotek, pogawędek w maglu czy z ociekających krwią artykułów w bulwarowej prasie, lecz ze wspomnień jego towarzyszki życia (Ludmiły Dierbiny), które cieszyły się znacznym rozgłosem w samizdacie, a następnie opublikowano je w czasopiśmie "Diadia Wania". Niestety. Quentin Tarantino nigdy ich jednak nie przeczyta i nigdy nie powstanie Russian Pulp Fiction, i nigdy w nim nie zagra Marina Vlady.

Doświadczenia minionego stulecia świadczą również o tym, iż pisarz - za cenę funkcjonowania w mediach - ma coraz mniej do ukrycia (coraz niechętniej "świadomie «zamraża» intymność [...]") i do ról tradycyjnie mu przypisanych, gotów jest dodać nową: ekshibicjonisty. A jego najbliżsi do wspomnień dołączą wkrótce filmy video nakręcone ustawioną w sypialni kamerą. Obserwacje poczynione, nie tak znów dawno, przez Klausa Thiele-Dohrmanna już nie dotyczą artysty współczesnego. "W literaturze, jak w życiu codziennym - pisał ten niemiecki popularyzator socjologii i psychologii - sprawy seksualne są ulubionym przedmiotem plotki. [...]. Seks jest dziedziną, w której wielu ludzi odczuwa zahamowania i w której wychowanie i otoczenie wpływa na ścisłe związanie strachu z agresją. Równocześnie seks jest dziedziną wymykającą się kontroli społecznej, ponieważ uprawia się go w ukryciu; jest to teren, na którym kompensować można swe codzienne lęki. Własną intymną sferę chciałoby się najdokładniej zasłonić przed oczyma innych, a równocześnie człowiek jest bardzo ciekaw intymnego życia innych ludzi. Lękliwe moralizatorstwo i ukryta zazdrość, że inni zdobywają się na swobodę, prowadzi [...] do potępienia tych, którzy odbiegają od normy".

I tylko historyk literatury czy krytyk literacki ma od lat wciąż te same wątpliwości, przeżywa wciąż te same rozterki, zadaje wciąż te same pytania o granice prywatności, których biograf nie powinien przekroczyć. Jak się wydaje, funkcjonuje wciąż dobrze sprawdzona zasada postępowania (być może tu i ówdzie traktowana jako anachronizm), którą nazwałbym zasadą stref czasowych. Pierwsza - chroni prawo do intymności żyjących twórców (niekiedy jednak, o czym już była mowa, sami z niego rezygnują). Tomasz Jastrun, pisząc o książce Anny Bikont i Joanny Szczęsnej Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej, pochwalił autorki za to, że "książka jest taktowna. Wiele o Szymborskiej mówi, ale nie wkracza w te rejony jej sfery prywatnej, gdzie zaczyna się niedyskrecja. Dwaj mężczyźni jej życia pojawiają się i znikają, jak znikają delikatne duchy".

Po śmierci artysty biograf - co oczywiste - zyskuje możliwość poszerzenia z każdym rokiem kręgu spraw, o których wolno już publicznie się wypowiadać. Musi się jednak liczyć z tym, iż nawet po pięćdziesięciu latach hipotezy nazbyt śmiałe wywołają emocje. "Nowoje litieraturnoje obozrienije" opublikowało list podpisany przez Irinę Karum, Warwarę Swietłajewą i Jelenę Ziemską (przedstawiające się jako kuzynki Michaiła Bułhakowa i jego najbliższych). Protestują one przeciwko niektórym informacjom zawartym w leksykonie Borisa Sokołowa *[B. Sokołow, Bułgakowskaja encykłopiedija, Moskwa 1996]. List kończy się ostrzeżeniem: "Wzywamy B.W Sokołowa i wydawnictwo «Łokid-Mif» do wstrzymania prac nad drugim wydaniem Encyklopedii Bułhakowowskiej i oczekujemy stosownych przeprosin w środkach masowej informacji. Informujemy wytwórców podobnej produkcji ukazującej się drukiem, iż zamierzamy bronić dobrego imienia naszych nieżyjących rodziców i krewnych w sądzie". Pisaniu o twórcach jeszcze wcześniejszych, z początku XX stulecia lub dziewiętnastowiecznych, nie towarzyszy zbyt wiele zakazów, nie ma tematów tabu (potomkowie Natalii Gonczarowej czy Apolinarii Susłowej nie wytoczą procesu), ale wciąż - jak sądzę - powinno obowiązywać przynajmniej jedno kryterium, wysoko cenione przez Josifa Brodskiego: dobrego smaku *[Julian Krzyżanowski ubolewał w swoim czasie: "Brak taktu naukowego [...] występuje w krytyce literackiej, nastawionej na robienie sensacyj, w pierwszym rzędzie biograficznych. [...]. Samo robienie sensacji nie wystarczyło jej twórcom; by efekt jej spotęgować, gradem pocisków zasypano «naukę profesorską» jako ukrywającą w mrokach te rzekomo niezwykle doniosłe fakty, jak gdyby zadaniem nauki było pisanie kroniki skandalicznej przeznaczonej dla czytelników rozmiłowanych w romansie brukowym. Każda kultura społeczna ma mało wonne zakamarki, nic więc dziwnego, że ma je również życie literackie". J. Krzyżanowski, Nauka o literaturze, Wrocław-Warszawa-Kraków 1969, s. 413.].

Nasuwa się pytanie: jaka jest granica skromności - pisał w swoim czasie Dmitrij Fiłosofow - zabraniającej naruszać tajemnicę prywatnego życia pisarza? Jak zachować umiar? Czy w ogóle mogłoby cokolwiek splamić honor Turgieniewa, rzucić cień na jego uczucie do Viardot? Co więcej, jeżeli nazwisko samej pani Viardot przejdzie nawet do historii, to raczej jako przyjaciółki Turgieniewa niż jako śpiewaczki. Można tak czy inaczej wyodrębnić pojęcia pisarza i człowieka, ale będzie to podejście czysto formalistyczne, zwłaszcza w Rosji, gdzie pisarza lubi się i ceni właśnie jako człowieka. Myślę, że nie ma tu zamachu na życie prywatne, ani niezdrowej ciekawości do intymnego życia, lecz chęć umiłowania całego człowieka, objęcia tą miłością nie tylko jego wielkości, ale również słabości, pragnienie, by zrozumieć go do głębi, przejąć do własnego serca jego cierpienie i ból, jego szczęście.

A wszystkiemu winien jest, przypominam, sentymentalizm.

 

Los mój postanowiony. Żenię się...

ALEKSANDR PUSZKIN

 

OSOBY

Aleksandr Puszkin (1799-1837) - romantyk, przez wielu uważany za najwybitniejszego poetę rosyjskiego; mąż (1831-1837) Natalii Gonczarowej.

Natalia Nikołajewna Puszkin, z domu Gonczarowa (1812-1863) - żona (1831-1837) Aleksandra Puszkina, a następnie (1844-1863) Piotra Łanskiego.

Georges-Charles d'Anthes-Heeckeren (1812-1895) - oficer francuski w służbie Mikołaja I.

Piotr Łanskoj (1799-1877) - adiutant cara Mikołaja I, ożenił się (1844) z wdową po Aleksandrze Puszkinie Natalią.

Natalia Iwanowna Gonczarowa (1785-1848) - matka: Dmitrija (1808-1860), Jekatieriny (1809-1843), Iwana (1810-1881), Aleksandry (1811-1891), Natalii (1812-1863), Siergieja (1815-1865), teściowa Aleksandra Puszkina. Zgodę na ślub Natalii uzależniła m.in. od uzyskania przez poetę pisemnego potwierdzenia politycznej lojalności.

Maria (1832-1919), Aleksandr (1833-1914), Grigorij (1835-1905), Natalia (1836-1913) Puszkinowie - dzieci ze związku Natalii Gonczarowej i Aleksandra Puszkina.

Aleksandra (1845-1919), Sofia (1846-?), Jelizawieta (1848-?) Łanskie - dzieci ze związku Natalii Gonczarowej i Piotra Łanskiego. O najstarszej (zaistniała w literaturze rosyjskiej jako Arapowa) mówiono, że jej ojcem nie tylko chrzestnym jest Mikołaj I.

Olga Pawliszczewa, z domu Puszkin (1797-1868) - siostra poety; wyszła za mąż (1828) za urzędnika Ministerstwa Oświaty Nikołaja Pawliszczewa.

Mikołaj I (1796-1855) - car Rosji (1825-1855).

Aleksandr Benckendorf (1783-1844) - od 1826 r. szef żandarmerii i III Oddziału Własnej Jego Cesarskiej Mości Kancelarii.

Ludwik van Heeckeren de Bewerwaard, vel Jacob Derk Anne Borchard van Heeckeren-Beverweerd (1791-1884) - w latach 1826-1837 ambasador Królestwa Niderlandów na dworze Mikołaja I.

Anna Kern, z domu Połtoracka, secundo voto Markowa-Winogradska (1800-1879) - wielka miłość Aleksandra Puszkina; to jej poświęcił wiersz Do... (Pamiętam nagłe zachwycenie...).

Amalia Riznicz, z domu Ripp (1803-1825) - ukochana Aleksandra Puszkina, zmarła jak na romantyczkę przystało na gruźlicę; jej postać przywoływał później poeta w elegiach.

Fiodor Tołstoj, zwany Amerykaninem (1782-1846) - Hrabia "[...] znany z szaleńczej odwagi i awanturniczego trybu życia, karciarz i szuler, uczestniczył w misji rosyjskiej do Japonii, skąd został wydalony za czyny niemoralne, dwukrotnie zdegradowany do stopnia szeregowca za udział w pojedynkach [...]. Puszkin starał się za pośrednictwem Tołstoja o rękę swojej przyszłej żony Natalii Gonczarowej". Jedna z barwniejszych postaci przewijających się przez salony Petersburga i Moskwy.

Jelizawieta Chitrowo (1783-1839) - córka feldmarszałka Michaiła Kutuzowa ; matka Darii Fiquelmont.

Daria (Dolly) Fiquelmont (1804-1863) - córka Jelizawiety Chitrowo; żona ambasadora Austrii w Rosji.

Idalia Poletika (1807-1890) - córka z nieprawego łoża hrabiego Grigorija Straganowa. Jej sympatia do Natalii Gonczarowej była równa jej antypatii do Aleksandra Puszkina.

Karolina Sobańska, z domu Rzewuska, secundo voto Czyrkowicz (1794-1885) - siostra Eweliny Hańskiej; femme fatale, "piękna awanturnica", "demoniczna piękność" (J. Łotman); zwerbowana przez generała-porucznika Iwana Witta, pozostawała na usługach tajnych służb.

Jekatierina Andriejewna Karamzin (1780-1851) - córka z nieprawego łoża księcia Andrieja Wiaziemskiego (ojca znanego poety Piotra Wiaziemskiego); druga żona (od 1804) pisarza i historyka Nikołaja Karamzina.

Sofia (Sophie) Karamzin (1802-1856) - córka pisarza i historyka Nikołaja Karamzina z pierwszego małżeństwa; dama znana w salonach Petersburga z ekstrawagancji (paliła papierosy).

Jekatierina Nikołajewna Mieszczerska, z domu Karamzin (1806-1867) - córka pisarza i historyka Nikołaja Karamzina z drugiego małżeństwa.

 

W latach trzydziestych dziewiętnastego stulecia listy w Petersburgu roznoszono kilka razy dziennie. Po raz pierwszy o godzinie ósmej. Mieszkanie Puszkinów na Mojce było niedaleko poczty i już zapewne około dziewiątej 4 listopada 1836 roku pocztonosiec wręczył poecie kopertę zawierającą dyplom: "Wielcy Kawalerowie, Komandorzy i Rycerze prześwietnego Zakonu Rogaczy zebrani pod przewodnictwem Wielkiego Mistrza Zakonu, Jego Ekscelencji D.I. Naryszkina, mianują zgodnie Aleksandra Puszkina koadiutorem Wielkiego Mistrza Zakonu Rogaczy oraz historiografem tegoż Zakonu" *[W. Wieriesajew, Puszkin żywy. Wybór autentycznych relacji, tłum. A. Sarachanowa, wybór, wstęp i przypisy R. Łużny, Kraków 1978, s. 305. Żona Dmitrija Naryszkina była kochanką cara Aleksanda I. W Rosji anonim opublikowano po raz pierwszy już w 1880 roku, ale dopiero pół wieku później zwrócono uwagę na to, że jego treścią mogły się poczuć urażone trzy osoby: Puszkin, jego żona i Mikołaj I (obraza majestatu - półbogu przypisano ludzkie słabostki).]. Ten sam dyplom dotarł z poranną pocztą jeszcze do kilku innych osób. W kopercie adresowanej do nich umieszczona była następna - z nazwiskiem Puszkina. Zachowania odbiorców były różne: Jelizawieta Chitrowo sądząc, że koperta adresowana do poety trafiła do niej przypadkowo - odesłała ją nad Mojkę; Władimir Sołłogub zachował się podobnie - osobiście odniósł do właściwego adresata (wtedy wyjaśniło się, "[...] że nie wszystkie były pisane tym samym charakterem pisma"); Wiaziemscy, Karamzinowie, Josif Wijelgorski, Rossetowie - po zapoznaniu się z treścią anonimu, postanowili zachować milczenie. Jeszcze tego samego dnia wieczorem Aleksandr Puszkin wyzwał Georgesa d'Anthesa na pojedynek.

Przez całe swoje życie autor Eugeniusza Oniegina pozostawał wierny dwóm, w znacznej mierze w owym czasie tożsamym, modelom zachowań: dworianina (szlachcica) i romantyka.

"Ten sam człowiek - pisze Jurij Łotman - zachował się w Petersburgu inaczej niż w Moskwie, w pułku inaczej niż w majątku, w damskim towarzystwie inaczej niż w męskim, podczas wyprawy wojennej inaczej niż w koszarach, a na balu inaczej niż «podczas kawalerskiej bibki». [...] Szlachecki sposób życia zakładał stałą możliwość wyboru typu zachowania. [...] «Zachowanie szlacheckie» jako system nie tylko dopuszczało, ale wręcz zakładało określone odchylenia od normy, które były strukturalnie izomorficzne w stosunku do antraktów w spektaklu. Pragnienie szlachcica włączenia się na krótki czas do innego życia - życia kulis, taboru cygańskiego, zabawy ludowej [...] - tworzyło przerwy w unormowanym zachowaniu i jego zmianę na zachowanie realizujące funkcje zachowania społecznie nie normowanego. Jednakże takie nieunormowanie było funkcjonalne jedynie w ramach danego systemu. Poza nim to samo zachowanie jawiło się jako wysoko unormowane, co widać choćby z faktu, że typy takiego naruszenia były ściśle klasyfikowane według wieku człowieka i jego pozycji w hierarchii społecznej. Społeczeństwo wyraźnie rozróżniało «prawidłowe» (dopuszczalne) i «nieprawidłowe» (niedopuszczalne) odchylenia od normy". Życie młodego Puszkina - podobnie, jak życie wielu innych młodych Rosjan o podobnym statusie społecznym - toczyło się (zwłaszcza po ukończeniu carkosielskiego liceum w 1817 roku) w pospiesznym rytmie przyjacielskich biesiad, na których wypijano morze alkoholu, zawierano znajomości z paniami, które nigdy nie mówiły "nie" i których uwiedzenie nie wymagało siły perswazji don Juana czy Casanovy. Wprawdzie po winie pozostawał ból głowy, a po damie najczęściej choroba weneryczna (bo wtedy zapadano na miłość) z perspektywą bolesnej i nie zawsze skutecznej kuracji, to jednak w niczym nie zmieniało sympatii poety ani do Bachusa, ani do Wenery. Wznoszono wciąż nowe toasty, a "młode kurtyzany, wspólne dla wszystkich jak krążące puchary, przenosiły chorobę miłości, jak ptaki przenoszą listy podczas wojny" *[J. Tynianow, Puszkin, tłum. C. Jastrzębiec-Kozłowski, K. Latoniowa, Warszawa 1961, s. 608. Sam Puszkin w liście do Pawła Mansurowa (27 października 1819) pisał: "Każdego ranka skrzydlata dziewoja leci na próbę koło okien naszego Nikity i jak dawniej podnoszą się na jej widok wszystkie teleskopy --- [...]. Wszystko po staremu; szampana, chwała Bogu w bród - aktorek także - więc to pierwsze się pije, a te drugie ------- amen, amen. Tak też być powinno. Juriew ma, chwała Bogu, porządnego -------- mnie się zaczyna malutki, dobre i to. [...]. Tolstoy chory - nie powiem na co - już i tak dosyć ------ w moim liście". A. Puszkin, op. cit., s. 16. Dalej w tekście zasadniczym: L. Cytowany tu list (oraz wiele innych) został w druku okaleczony przez redaktorów wydania rosyjskiego (czy raczej: radzieckiego) i w ślad za nimi polskiego - usunięto leksykę obsceniczną, którą poeta (zwłaszcza relacjonując swoje życie erotyczne) tak chętnie się posługiwał. Wszystkie ingerencje w tekst Puszkina zaznaczyłem tak, jak to uczyniono w publikacji firmowanej przez Akademię Nauk ZSRR: A. Puszkin, Pis'ma [w:] idem, Połnoje sobranije soczinienij w diesiati tomach, t. 10, izd. "Nauka", Moskwa 1966. Na marginesie warto zauważyć, że w dziewiętnastowiecznym Petersburgu mieszkało znacznie więcej mężczyzn niż kobiet (np. w 1837 roku, roku śmierci Puszkina, stanowiły one zaledwie trzecią część mieszkańców stolicy) i tylko co piąty z nich był żonaty. Taka sytuacja sprzyjała oczywiście szerzeniu się prostytucji i innych zjawisk, które umownie można by nazwać paraprostytucją.]. Pruderyjni współcześni donosili ze smutkiem: "Poza murami Liceum Puszkin znalazł przyjaciół wśród dziarskich huzarów stacjonujących w Carskim Siole [...] Przejawiał przy tym całą pobudliwość i lubieżność właściwą jego afrykańskiej naturze" (Siergiej Komowski), "Trzy lata spędzone w Petersburgu po ukończeniu Liceum Puszkin poświęcił uciechom wielkiego świata i jego pokusom" (Piotr Pletniow), "Wenera przykuła Puszkina do łóżka i poematu" (z listu Aleksandra Turgieniewa do Piotra Wiaziemskiego, 18 czerwca 1819), "W wielkim świecie Puszkin oddał się wszelkim rodzajom rozpusty, spędzając dni i noce na nieprzerwanym łańcuchu bachanaliów i orgii. Dziwić się należy, jakim cudem zdrowie jego i talent wytrzymały takie życie, z którym łączyły się, rzecz jasna, częste brzydkie choroby sprowadzające go dosłownie na skraj mogiły" (hrabia Modest Korf), "W burzliwym gwarze miejskiego życia Puszkin czuł się jak w swoim żywiole" (Pawieł Annienkow).

Obrońcy moralności, pochłonięci liczeniem wypitych butelek i zatrwożeni niskim stanem oświaty biesiadników na temat chorób zakaźnych przenoszonych drogą płciową, nie zauważali, że Puszkin grzeszył najczęściej w bardzo interesującym towarzystwie, a nocne rozmowy prowadził w kręgu bliskich sobie ludzi, wśród poszukiwaczy nowych dróg w sztuce spod znaku Arzamasu czy "Zielonej Lampy", podważających z jednakowym entuzjazmem zastany porządek estetyczny i obyczajowy. Wraz z nim do stołu zasiadali zarówno głoszący pochwałę dolce vita *[włoskie słodkie życie] czy dolce far niente *[słodka bezczynność, miłe próżnowanie.], jak i nieśmiało kontestujący monarchię absolutną niedawni pogromcy Napoleona (którzy w Paryżu mogli jeszcze usłyszeć Liberte, Egalite, Fraternite) oraz przyszli spiskowcy-dekabryści *[Motywy biesiadne pojawiają się w dedykowanych im listach poetyckich.]. Pierwsi nauczyli go radości życia, drudzy - buntu. Wszyscy - bycia romantykiem, co zauważył wtedy bodaj tylko Aleksandr Turgieniew, pisząc o skłonności poety do "wulgarnych miłostek i wolnomyślicielstwa".

Jednak Puszkin - który był pojętnym uczniem, bo też romantyzm miał we krwi - wcześniej od innych swoich współczesnych docenił mitotwórczą funkcję nieszczęśliwej (nieodwzajemnionej, niespełnionej...) miłości w tworzeniu biografii artysty z generacji Wertera. "Strach pomyśleć - ironizował Stanisław Wasylewski - co by się stało z poezją romantyczną, gdyby wszyscy, grążący się w czarnej rozpaczy, kochankowie znaleźli nagle utęsknioną wzajemność i poszli za dziewicami romantycznymi przed ołtarze!". Swoją inicjację romantyczną zawdzięczał początkujący poeta starszej o cztery lata Jekatierinie Bakunin (1795-1869), siostrze Aleksandra, kolegi z liceum. Ignorowany i odrzucony szesnastolatek odkrył - nie do końca sobie nawet uświadamiając wszystkie mechanizmy tego zjawiska - że między "szczęściem" a "nieszczęściem", "radością" a "smutkiem" nie ma wyraźnych granic i że "bycie nieszczęśliwie zakochanym" dostarcza nieoczekiwanych podniet *[30 października 1816 roku Zofia Matusiewiczówna, nieszczęśliwie zakochana w księciu Adamie Jerzym Czartoryskim, zapisała w dzienniku: "Lubię Warszawę bo tam najwięcej cierpiałam...". Opowieści dziewczęce. Ustępy z pamiętników młodych panien (1776-1866), oprać. S. Wasylewski, Kraków 1957.]. "Byłem szczęśliwy!.. - pisał 29 listopada 1815 roku w dzienniku, gdzie sentymentalna retoryka wyraźnie nie nadążała za romantyczną wyobraźnią - nie, wczoraj nie byłem szczęśliwy; rankiem zadręczałem się czekając na nią, z nieopisanym wzruszeniem, stojąc pod okienkiem, spoglądałem na zaśnieżoną drogę - ale nie było jej widać! I kiedy już straciłem nadzieję, nagle przypadkiem spotykam się z nią na schodach - słodka chwilo!.. Jakaż ona jest miła! jakże czarna suknia pasowała kochanej Bakuninie! Ale nie widziałem jej 18 godzin - ach! jaka sytuacja, jakie cierpienie!.. Ale byłem szczęśliwy 5 minut!..". Była też inna licealna miłość - Natalia Koczubej (1800-1854) i było sztubackie zadurzenie w żonie Aleksandra I, cesarzowej Jelizawiecie Aleksiejewnie (1779-1826) i Jekatierinie Andriejewnie Karamzin. W 1817 roku - poznając jeszcze jeden odcień miłości - "śmiertelnie się zakochał" (według słów Nikołaja Karamzina) w starszej o osiemnaście lat Jewdokii Golicyn, zwanej też Pytią albo Princesse Nokturne, która w swoim salonie podejmowała gości nocą, ponieważ onegdaj Cyganka wywróżyła jej, że śmierć nadejdzie o tej właśnie porze. Sypiała więc w dzień, a nocami wypatrywała i płoszyła nieproszonego gościa. Zmarła 15 stycznia 1850 roku. Niestety nie wiem, o której godzinie. Ale najważniejsze jest to, że kilkadziesiąt lat wcześniej, także dzięki niej, pewien utalentowany dwudziestolatek przeszedł intensywny kurs edukacji romantycznej, w której masochistyczny kult cierpienia był wartością szczególnie cenioną (ukochana odpowiadała na miłość artysty romantycznego poniżającym milczeniem, lekceważącą pogardą, wiarołomną zdradą, wyrachowanym zamążpójściem lub nagłym wyjazdem i tylko jedna na tysiąc zdobywała się na tak oczekiwany i pożądany gest - długiego umierania na gruźlicę w wieku osiemnastu lat), a happy end był zabójcą prawdziwej miłości i prawdziwej sztuki.

Tymczasem pod koniec lat dziesiątych rękopisy obracającego się w nieodpowiednim towarzystwie Puszkina były coraz częściej czytane przez panów - na tym między innymi polega urok funkcjonowania artysty w państwie policyjnym - dla których czynność ta wchodziła w zakres ich obowiązków służbowych. Tak więc po napisaniu kilku nieprawomyślnych wierszy politycznych jego los zdawał się przesądzony. I gdy do rozstrzygnięcia pozostawało już tylko miejsce zesłania (Wyspy Sołowieckie lub Syberia), to wpływowi przyjaciele lekkomyślnego twórcy (m.in. znany poeta Wasilij Żukowski, ale co ważniejsze wychowawca carskich dzieci oraz Nikołaj Karamzin proszący o pomoc cesarzową) sprawili, iż wysłano go do Kiszyniowa, do dyspozycji generała-gubernatora Iwana Inzowa "w charakterze urzędnika komitetu opieki nad kolonistami ziem południowych". Mało tego. Na pokrycie kosztów związanych z podróżą (dzisiaj powiedzielibyśmy: delegacją) - do zaanektowanej przez Rosję w 1812 roku, po wojnie z Turcją, Besarabii - otrzymał 1000 rubli.

Rok 1820 był zatem dla Aleksandra Puszkina rokiem pożegnań - na sześć lat ze stolicą i bezpowrotnie z młodością. Po drodze, w Jekaterynosławiu, spotkał (i była to scena godna Czechowa) trzy siostry Rajewskie: Katarzynę (Jekatierinę, 1797-1885), Helenę (Jelenę, 1804-1852) i Marię (1805/1807-1863; kochał się w niej hrabia Gustaw Olizar; w 1825 wyszła za mąż za działającego w nielegalnym Towarzystwie Południowym Siergieja Wołkonskiego i po zdławieniu powstania dekabrystów podążyła za nim na dwudziestoletnią katorgę). Przypadły im w udziale role muz i sióstr miłosierdzia, kurujących przez trzy miesiące chorego na cholerę poetę.

W Kiszyniowie (gdzie nb. został wolnomularzem: 4 maja 1821 r. przyjęto go do loży masońskiej "Owidiusz"), a następnie w Odessie - dokąd przeniesiono go w lipcu 1823 roku - wiódł Puszkin żywot artysty romantycznego. Dużo pisał, często romansował, zachłannie uwodził i namiętnie się strzelał. W swoich najbardziej znanych tekstach z tego okresu, także tym zwanym "życie", przeciwstawił "poetę" (demona, proroka, wybrańca, geniusza) "czerni" i sam tę "czerń" - często wywołując skandale - prowokował ostentacyjnym nieprzestrzeganiem powszechnie przyjętych norm obyczajowych (w Jekaterynosławiu długo pamiętano obiad u gubernatora: "Przyszli goście, zjawił się też Puszkin i od chwili swego pojawienia się w towarzystwie wprawił obecnych w nadzwyczajne zakłopotanie skrajną ekscentrycznością ubioru: miał bowiem na sobie przeźroczyste muślinowe pantalony, bez żadnej bielizny pod spodem"). Jego gęsta od wydarzeń "kronika wypadków miłosnych" w niczym nie ustępuje dziennikom Casanovy, co ortodoksyjni wyznawcy romantyzmu mieli mu zapewne za złe (przywołajmy list Fryderyka Chopina do przyjaciela napisany po zamążpójściu panny Konstancji Gładkowskiej: "Już jestem kobiet nieciekawy, bo raz tylko w życiu można kochać prawdziwie!"). We wrześniu 1820 roku silno uwlekajetsia Jeleną Sołowkin. W listopadzie tego samego roku zabiega o względy (uchażywajet) trzydziestotrzyletniej Agłai Dawydowej i jej dziesięcioletniej córki Adel, które pod koniec lat dwudziestych wyjechały do Paryża, gdzie Adela przeszła na katolicyzm i wstąpiła do klasztoru. W sierpniu 1823 roku wybucha nowe uczucie - z pogranicza zauroczenia (uwleczenije) i miłości - do Amalii Riznicz. Tak silne, że powodowany zazdrością o nią - pisze we wspomnieniach młodszy brat poety Lew - przebiegł onegdaj "pięć wiorst z obnażoną głową, pod palącym słońcem". A ona dla dobra rosyjskiej literatury romantycznej, zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki, opuściła go i w połowie maja 1824 roku wyjechała z urodzonym parę tygodni wcześniej Aleksandrem z Odessy przez Austrię do Szwajcarii. Można by ją uznać za pionierkę ruchu sufrażystek, które trzydzieści lat później na łamach swoich pism "[...] głosiły apologię podróży, także jako formy kobiecej wolności". We wrześniu 1823 roku Puszkin zawiera znajomość z Elizą (Jelizawietą) Woroncową, z domu Branicką (1792-1880), będącą od czterech lat żoną gubernatora hrabiego Michaiła Woroncową, odeskiego przełożonego kochliwego poety. "Miała już trzydziestkę - pisał znajomy autora Eugeniusza Oniegina - lecz mogła śmiało uchodzić za młodziutką. [...]. Z przyrodzoną polską płochliwością i zalotnością chciała się podobać i nikt nie mógł jej w tym dorównać. Była dziewczęca i nie tylko z usposobienia, ale i z wyglądu. Nie posiadała tego, co pospolicie nazywają pięknością, ale bystre i zarazem czułe spojrzenie jej uroczych niewielkich oczu przenikało na wskroś; jej usta w uśmiechu, któremu podobnego nie widziałem w życiu, zdawały się domagać pocałunków".

Hrabiemu Woroncowowi i innym mężom niegdysiejszych kochanek autora Borysa Godunowa zawsze pozostawało rozwiązanie zaproponowane przez markiza de Boissy, który nie bez dumy dokonywał prezentacji: "Moja żona - poprzednio kochanka lorda Byrona".

W tym czasie (a w zasadzie, jak zawsze) w życiu Puszkina były też obecne kobiety, o których względy nie musiał zabiegać, do których nie pisał listów-wyznań, które nie oczekiwały zapewnień o wielkiej miłości (a jeśli je słyszały, to nie traktowały nazbyt serio), których imion nie pamiętał już nad ranem i które - pozostając bezimienne, anonimowe - nie weszły do historii literatury rosyjskiej. Znudzone leniwym rytmem zawsze spóźniających się prowincjonalnych zegarów, spragnione wrażeń znanych z wciąż powracających lektur. Niespełnione odaliski, kiszyniowskie i odeskie panie Bovary. A on, jak jego mistrz Casanova, dawał im wszystko, "wszystko, z wyjątkiem serca: to, które posiadał, wystarczało zaledwie dla niego" i, jak Casanova "[...] załatwiał swoje sprawy miłosne z przezornością człowieka interesów, skrupulatnością doświadczonego urzędnika, precyzją i wprawą. Miłość, rozstanie - na wszystko miał swoje określone metody, oczywiście z indywidualnymi wariantami. Każdy przypadek traktowany był oddzielnie, z największą uwagą i ku pełnemu zadowoleniu klientek. Żadna z kobiet, które kochał lub twierdził, że kocha, a potem rzucił, nie czuła do niego żalu". Do generała Inzowa nieustannie napływały więc skargi od mężów i ojców uwodzonych przez Puszkina Mołdawianek, a wyrozumiały przełożony za każdym razem skazywał poetę na areszt domowy, dla pewności pozbawiając butów.

Łatwe podboje spowszedniały, metafizyka walki płci sprowadzona do wymiaru trywialnego uwodzenia miejscowych piękności wywoływała znużenie i Puszkin poszukiwał mocniejszych wrażeń, innego rodzaju podniet oraz przeciwnika, którego trudniej przechytrzyć niż zdradzanego męża. Już przed kilku laty - kiedy wyzwał na pojedynek Modesta Korfa (1818) - odkrył rozkosz płynącą z kuszenia losu. Wtedy został zignorowany przez rywala, ale we wrześniu następnego roku zrobił wszystko, aby dać satysfakcję koledze z czasów licealnych Wilhelmowi Kuchelbeckerowi i przekonać się, komu sprzyja kapryśna fortuna. Jedynym poszkodowanym w tej walce był sekundant (również absolwent liceum w Carskim Siole, poeta Anton Delwig), któremu kula wystrzelona przez poirytowanego późniejszego dekabrystę - Kuchla był nieustannie prowokowany przez przeciwnika - przedziurawiła czapkę. Rozbawiony Puszkin odrzucił swój pistolet i na tym pojedynek się zakończył. Teraz, na południu, z jeszcze większą pasją oddał się swojej wielkiej grze. Pod koniec stycznia 1822 roku podczas obiadu u Inzowa obecny tam Iwan Łanow nazwał Puszkina mołokososem (młokosem), ten w odpowiedzi swego adwersarza - winososem i wyzwał go na pojedynek, do którego jednak nie doszło. W maju albo w czerwcu 1823 roku grając w karty, sprowokował kłótnię z oficerem sztabu generalnego Kiriłłem Zubowem i zgodnie z oczekiwaniami został przez niego poproszony o danie mu satysfakcji. Na miejsce pojedynku autor Wystrzału (jak późniejszy bohater jego noweli) przyniósł czereśnie, które spokojnie jadł, kiedy wzburzony oficer do niego mierzył. Zubow chybił, Puszkin na pozór wspaniałomyślnie - bo gestem tym przeciwnika obraził i poniżył - zrezygnował ze swego strzału. Później jeszcze strzelał się z innym oficerem, podpułkownikiem Siemionem Starowem. Zła pogoda (zamieć, silny wiatr) sprawiła, że przeciwnicy oddali po dwa niecelne strzały i postanowili odłożyć pojedynek, ale już po paru godzinach restauracyjne trunki roztopiły dzielące ich lody. W kwietniu roku 1824 ostatecznie nie doszło do pojedynku z nieznanym z nazwiska przeciwnikiem, który w ostatniej chwili zrezygnował ze strzału.

Nie wszyscy wielcy artyści romantyczni pojedynkowali się (m.in. podobno Byron i Mickiewicz), ale w biografii każdego z nich odnajdziemy zachowania autodestrukcyjne i ekstatyczny pęd ku śmierci (udział w powstaniu w Grecji czy tworzenie legionu w Turcji), którym zabijali kompleksy i dopisywali ostatni rozdział do swojej nie dość heroicznej biografii. Tak więc dla twórcy Eugeniusza Oniegina już od początku lat dwudziestych znamienne było rozumienie egzystencji ludzkiej jako ekscytującej ruletki, w której Los decyduje, gdzie zatrzyma się kula (także ta wystrzelona z pistoletu): na czerwonym polu życia czy na czarnym śmierci.

W połowie lipca 1824 roku nadeszła z Petersburga decyzja, iż Puszkin przestaje być urzędnikiem, musi opuścić Odessę i udać się do rodzinnego majątku Michajłowskoje, gdzie kuratelę nad nim powierzono ojcu. Na wsi czas spędza na pisaniu (już wcześniej, 8 marca 1824 r., w liście do Piotra Wiaziemskiego jako pierwszy pisarz rosyjski miał odwagę wyznać: "Piszę dla siebie, drukuję dla pieniędzy"), długich spacerach, przejażdżkach konnych, flirtach z okolicznymi szlachciankami, bezkarnym molestowaniu i uwodzeniu chłopskich córek oraz żon (na początku maja 1826 roku pisał do Wiaziemskiego: "List niniejszy doręczy Ci bardzo miłe i dobre dziewczę [Olga Kałasznikowa]. Wskutek nieostrożności jednego z Twoich przyjaciół [oczywiście samego Puszkina - T K.] zaszła w ciążę". L., 198; w tekście rosyjskim tę dziewczynę ktoś obriuchatił). Ćwiczy też strzelanie do celu (niemal każdego ranka oddaje sto strzałów) i samotnie dużo gra w bilard. We wrześniu 1824 roku do rutyny codziennych gestów i słów wkrada się już niemal zapomniane uwleczenije - poznaną już znacznie wcześniej, w 1817 roku - Anną Wulf (1799-1857) i Aleksandrą Biekleszową (primo voto Osipową, 1808-1864). Jednak najbardziej znany Puszkinowski erotyk miał powstać za sprawą kogoś innego.

Anna Kern. Lata 40.

Portret Akima Ariefowa-Bagajewa

 

W czerwcu 1825 roku przyjechała do Trigorskoje Anna Kern. Zostali sobie przedstawieni już przed sześciu laty. Mieli za sobą konwencjonalny flirt i w zasadzie to poeta został przez nią zignorowany (innym przychodziło znacznie łatwiej zdobywanie jej względów), ale tym razem nastąpił wybuch, erupcja gwałtownego uczucia. Jednak już 19 lipca Anna wyjechała do Rygi, by przeżyć tam namiętny romans z dandy *[(ang) dandys - mężczyzna przesadnie dbający o swój strój i przestrzeganie form towarzyskich; elegant, modniś, goguś] w pięknym mundurze, Aleksiejem Wulfem (1805-1881), który jakiś czas później (5 stycznia 1829) zapisał w dzienniku: "Sprawiłoby mi wielką przyjemność spodobanie się jej, ale za nic nie chciałbym zrodzić w niej namiętności: to takie nudne. Pragnę się jedynie podobać, bawić kobiety i nic poza tym: namiętność pochłania tylko czas [...]". A puls serca porzuconego poety powrócił do normy jakoś tak między 25 lipca ("Znów chwytam za pióro, bo umieram z tęsknoty i nie mogę myśleć o niczym prócz Pani. Spodziewam się, że odczyta Pani ten list potajemnie - czy ukryje go Pani na swej piersi? Czy odpowie mi długim listem" - L., 152), a połową sierpnia ("Pisze Pani, że nie znam jej charakteru. Co mnie obchodzi Pani charakter! Drwię sobie z niego. Czy pięknym kobietom potrzebny jest charakter? Najważniejsze są oczy, zęby, rączki i nóżki [...]. Zachowywałem się wobec Pani jak czternastoletni smarkacz - to niegodne. Ale odkąd straciłem Panią z oczu, powoli odzyskuję utraconą równowagę [...]"- L., 157). Pewnie należy się zgodzić z komentatorami polskiego wydania listów autora Eugeniusza Oniegina piszącymi, iż "w stosunkach z kobietami przyjmował on pozę cynika i lekkoducha". We wspomnieniach Kern napisała: "Nigdy niemal nie okazywał swych uczuć, jak gdyby się ich wstydził, w tym sensie był prawdziwym dziecięciem swej epoki". Podobno dopiero w 1827 czy w 1828 roku, już w Petersburgu, Puszkin zdobył Annę. Odrzucany wcześniej, teraz mało elegancko nazwał ją "babilońską nierządnicą" i w liście do Siergieja Sobolewskiego (druga połowa lutego, 1828) z właściwym sobie wdziękiem zauważył: "[...] Piszesz mi o M-me Kern, którą w tych dniach z pomocą Bożą ----" *[A. Puszkin, Pis'ma, s. 242. Na przytoczenie tego słowa [ujob] zdecydował się m.in. Josif Raskin w książce Encykłopiedija chuliganstwujuszczego ortodoksa (Moskwa 2003, s. 175). ].

31 sierpnia 1826 roku wysłano do gubernatora pskowskiego Borisa Aderkasa sekretne pismo zawierające instrukcję dotyczącą powrotu Puszkina do stolicy. Była w nim mowa o tym, że podróż poeta może odbyć nie jako aresztant, lecz człowiek wolny, ale w towarzystwie kuriera (feldjegra), który ten list dostarczył.

Autor obrazoburczych wierszy - przerażony represjami skierowanymi przeciwko przyjaciołom uczestniczącym w powstaniu dekabrystów - już nie zagrażał imperium. Głosił teraz poglądy lojalistyczne i podzielał iluzje wielu współczesnych, że nowy władca zmieni Rosję. W latach 1826-1827 panował powszechny entuzjazm dla cara Mikołaja I. Magnus von Fock (dla Rosjan: Maksim Jakowlewicz Fok), najbliższy współpracownik Benckendorfa, z radością relacjonował przebieg wieczoru literackiego (31 sierpnia 1827) u Oresta Somowa: "Zupełna otwartość przewodziła tej biesiadzie; mówiono o dawnym życiu literackim, wspominano o literatach, którzy zginęli z powodu braku rozsądku... Podczas kolacji, przy kieliszku wina wybuchła wesołość, śpiewano kuplety, czytano wiersze Puszkina, dopuszczone przez cesarza do ogłoszenia w druku. Baron Delwig dobrał muzykę do stanców Puszkina, w których cesarz został porównany z Piotrem. Zaczęto mówić o nienawiści cesarza do nadużyć i do łapowników, o otwartości jego usposobienia, o pragnieniu by dać Rosji prawa i, wreszcie, literaci do takiego stopnia się rozgorączkowali, że jakby jakimś porywem pchnięci, zerwali się z krzeseł z kieliszkami szampana i wypili za zdrowie cesarza".

Po powrocie z przymusowego pobytu na wsi Puszkin brylował w moskiewskim salonie księżnej Zinaidy Wołkonskiej (1792-1862), pochodzącej ze znanego rodu Biełosielskich-Biełoziorskich. (Sto lat później inna jego przedstawicielka roznieci pożar w sercu Michaiła Bułhakowa). Wrzesień-październik 1826 roku to w życiu poety czas Sofii Puszkin (1806-1862), którą nie tylko adorował, ale też poprosił o rękę. "Widzę ją po raz pierwszy w loży - pisał 1 grudnia 1829 roku do Wasilija Zubkowa - po raz drugi na balu, a za trzecim się swatam". Zaskoczona panna na wszelki wypadek odmówiła, niedoszły pan młody szukał pociechy w ramionach mu bardziej współczujących, potem prawdopodobnie się oświadczył Aleksandrze Rimskiej-Korsakowej, dostał kolejnego kosza i wreszcie wyruszył do Petersburga, dokąd dotarł 25 maja 1827 roku.

Kilkanaście miesięcy później, wiosną 1828 roku, już wierzy, iż jego żoną zostanie wkrótce Anna Olenin (1808-1888), już na marginesach rękopisów pisze słodkie: Annette Pouchkine. Jej rodzice nie wyrazili jednak zgody na małżeństwo z nienajlepiej sytuowanym, dalekim od obyczajowej i każdej innej poprawności poetą. Nie ma co ukrywać, że także sama Annette nie była nim zachwycona, uważając, że nie jest odpowiednią dla niej partią. Nie ceniła zresztą zbyt wysoko mężczyzn i samej instytucji małżeństwa ("rzecz prozaiczna, pozbawiona jakiegokolwiek idealizmu"). Rozgoryczony Aleksandr Siergiejewicz zapomnienia szukał i nie znalazł na dnie oczu swojej rówieśniczki, ostentacyjnie odrzucającej obowiązujące konwenanse Agrafieny Zakriewskiej z domu Tołstoj (1799-1879). Była typem kobiety fatalnej, hipnotyzującej i uzależniającej od siebie mężczyzn. Kobiety, która "w emaliowanym neseserze swej duszy nosiła [...] wszystkie schyłkowe nakazy romantyzmu. Że walka z namiętnością jest grzechem, że nie wolno przeszkadzać naturze, że wielkim prawdziwie jest ten, kto się nie umie poskramiać, że pozbycie się przesądów w miłości jest spełnionym celem życia". Wśród jej adoratorów - czy może raczej ofiar - znaleźli się Jewgienij Baratynski (który uznał, że imię Agrafiena jest mało poetyckie i nazywał ją Alsina), Piotr Wiaziemski i od maja do września 1828 roku także Puszkin. Był w nią zapatrzony, był nią zafascynowany, był w niej zadurzony, był nią zainteresowany, był na nią chory. Ale chyba nie zakochany i chyba jej się nie oświadczył. Dla obojga był to epizod. Wyleczony z Agrafieny - po roku już jej zapewne nie pamiętał - pisał Kochałem panią.... (1829) i na nowo przeżywał "nie" Anny Olenin.

Wkrótce usłyszał je po raz kolejny. Zimowe bale z przełomu lat 1828-1829 upłynęły pod znakiem debiutu w wielkim świecie dwóch najpiękniejszych kobiet Rosji: Natalii Gonczarowej i jej rówieśniczki Aleksandry Alabiewej (1812-1891). Puszkin - bo los tak chciał, bo taka była jego karma - wybrał tę pierwszą i to jej rodziców prosił za pośrednictwem Fiodora Tołstoja o rękę córki. Matka, co prawda nie wyraziła zgody, ale posłużyła się argumentami ("za młoda", najpierw powinny wyjść za mąż starsze siostry *[Książę Aleksandr Trubieckoj, przyjaciel i towarzysz broni d'Anthesa, pisał we wspomnieniach (1887): "Rzecz w tym, że były trzy siostry Gonczarowe: Natalia, która wyszła za Puszkina, nadzwyczaj piękna, ale też nadzwyczaj głupia; Jekatierina, z którą się ożenił d'Anthes i Aleksandra, bardzo brzydka, ale bardzo mądra dziewczyna". Cyt. wg: P. Szczegolew, Duel i smiert' Puszkina, Moskwa-Leningrad 1928, s. 424.]), które nie przekreślały możliwości bardziej pomyślnego rozstrzygnięcia w przyszłości. "Na kolanach, - pisał 1 maja 1829 r. wzruszony poeta do Natalii Gonczarowej (matki) - ze łzami wdzięczności - oto jak powinienem pisać do Pani, właśnie teraz, gdy hrabia Tołstoj przywiózł mi Pani odpowiedź: ta odpowiedź nie jest odmową, pozwala mi Pani mieć nadzieję" (L., 241).

Początkowo wszystko zdawało się wskazywać na to, że dla Puszkina nadszedł czas pożegnania z burzliwą przeszłością - w 1829 roku do albumu Jelizawiety Uszakowej (1810-1872) wpisuje trzydzieści siedem imion kobiet (wśród nich pojawia się na przykład Jewdokia Golicyn), które w zamian za nieśmiertelność na kilka godzin, na kilka nocy, na kilka tygodni stawały się jego muzami. Fala nostalgii wywołana sporządzeniem "spisu don Juana" - tak zaczęto nazywać wyznania utrwalone w pamiętniku Uszakowej - rozbudziła w poecie potrzebę odbycia paru sentymentalnych podróży.

Pierwszą na południe, gdzie kiedyś poznał cztery piękne i niebanalne Polki, siostry Rzewuskie: Karolinę - zwaną "odeską Kleopatrą", cieszącą się zasłużoną opinią femme fatale, Paulinę - która została żoną Riznicza, Alinę - która wyszła za mąż za Moniuszkę, brata znanego kompozytora i Ewelinę - która już jako Hańska rozsławiła pocztę w Berdyczowie i zapisała ważny rozdział w dziejach literatury francuskiej. Zapomniany - jak mu się wydawało - przez Gonczarowów, pisze Aleksandr Puszkin do najpiękniejszej z nich, Karoliny Sobańskiej (2 lutego 1830): "Dziś właśnie dziewiąta rocznica dnia, w którym zobaczyłem Panią po raz pierwszy. Ten dzień zadecydował o moim życiu. Im więcej nad tym rozmyślam, tym bardziej jestem przekonany, że los mój jest nierozłącznie związany z losem Pani. Urodziłem się, aby Cię kochać i iść Twoim śladem. Wszystkie inne zabiegi są z mojej strony pomyłką lub szaleństwem" (L., 252). To nieistotne, że zawodzi go pamięć (tak naprawdę zobaczył Karolinę po raz pierwszy w drodze do Kiszyniowa, w maju 1820 roku), znacznie ważniejsza jest bowiem pamięć serca. A ta jest mu posłuszna i dlatego w brulionie innego listu (napisanego tego samego dnia) czytamy: "Pani igrasz z moją niecierpliwością, Panią zdaje się bawić sprawianie mi rozczarowań [...]. Jest w Pani jakaś ironia, jakaś złośliwość, które rozgoryczają i odbierają odwagę. [...]. Jesteś Pani demonem [...]" (L., 254-255). Na szczęście dla siebie nie wiedział, że Sobańska od pewnego czasu współpracuje z ludźmi Benckendorfa (była kochanką generała-porucznika Iwana Witta) i na ich polecenie uwiodła między innymi Adama Mickiewicza.

Przed odbyciem kolejnych podróży sentymentalnych Puszkin ponownie się oświadczył. 5 kwietnia 1830 roku zwierzał się Natalii Gonczarowej (starszej), swojej przyszłej teściowej: "Gdy ją zobaczyłem po raz pierwszy, świat zaledwie dostrzegał jej urodę; kochałem ją, zakręciło mi się w głowie, poprosiłem o jej rękę" (L., 263). Tym razem usłyszał upragnione "tak". "Los mój postanowiony... - pisał w prozie autobiograficznej (maj 1830) - Los mój postanowiony. Żenię się... Ta, którą kochałem przez całe dwa lata, którą oczy moje wszędzie dostrzegały pierwszą, z którą spotkanie wydawało mi się rajem - mój Boże... jest prawie moja. Oczekiwanie na ostateczną decyzję było najboleśniejszym uczuciem mojego życia. Wyczekiwanie ostatniej rzuconej karty, wyrzuty sumienia, sny przed pojedynkiem - wszystko to wobec niego wydaje się niczym" (L., 628). A w innym miejscu dodał: "Ja żenię się, tzn. rezygnuję z niezależności, mojej beztroskiej i kapryśnej wolności, z moich luksusowych przyzwyczajeń, włóczęgi bez celu, samotności. Jestem gotów podwoić życie, które i tak jest niepełne. Nigdy nie zabiegałem o szczęście, mogłem obejść się bez niego. Teraz potrzebuję go na dwie osoby, a skąd mam je wziąć?" (L., 628).

6 maja 1830 roku odbyły się zaręczyny. Wybrał tę, która chyba go nie kochała - młodszą o trzynaście lat Natalię Gonczarową. Odrzucił tę (najlepsze melodramaty pisze przecież życie), która na pewno go kochała - starszą o szesnaście lat Jelizawietę Chitrowo. Powszechnie dworowano z jej uczuć; wyrażano zdumienie, że czterdziestoparoletnia kobieta tak otwarcie je okazuje, powtarzano, że naraża się na śmieszność, ale córka feldmarszałka Kutuzowa niezmiennie darzyła Puszkina wielką miłością. W marcu - a więc między wyznaniem miłości Sobańskiej, a oświadczeniem się Gonczarowej - wyraźnie zniecierpliwiony wieloletnią adoracją, dał jej do zrozumienia, że nie ma mowy o odwzajemnieniu tych uczuć. 9 maja 1830 roku, kiedy dotarła do Chitrowo wiadomość o zaręczynach poety, napisała do niego: "Nic dla Pana nie znaczę". I już później, przy innej okazji, zauważyła przenikliwie (mniejsza tu o intencje, które nią powodowały): "Boję się o Pana: przeraża mnie prozaiczna strona małżeństwa! Oprócz tego zawsze uważałam, że geniuszowi dodaje sił jedynie pełna niezależność, a jego rozwojowi sprzyja ciąg nieszczęść, że pełnia szczęścia, trwałego, długotrwałego, zabija talent, prowadzi do obrośnięcia w sadło i zamienia raczej w człowieka przeciętnego niźli w wielkiego poetę!" *[To właśnie wtedy ukształtował się pogląd - aktualny dla wielu do dziś - że artysta nie powinien się żenić. Coraz więcej wątpliwości zaczynała zresztą budzić sama instytucja małżeństwa. Por. Georges Sand: "Z małżeństwem szczęście kobiety kończy się, a nie zaczyna"; Stanisław Wasylewski: "Miłość romantyczna nienawidzi małżeństwa"; Georges Bataille: "[...] Małżeństwo i erotyzm najczęściej stoją w opozycji do siebie" (G. Bataille, Historia erotyzmu, tłum. I. Kania, Kraków 1992, s. 38); Czesław Miłosz: "Potem uważałem, że z [Teodorem] Bujnickim dzieją się złe rzeczy. Ożenił się, miał dzieci, prowadził żywot mieszczański" ("Wstawać rano, pisać, a potem na jagody...". Z Czesławem Miłoszem rozmawia A. Michnik, "Gazeta Wyborcza" 8-9 czerwca 1991, s. 9); Jacek Woźniakowski: "[...] okazuje się, że artyści nie powinni się nigdy wiązać na dłużej, cóż dopiero żenić [...], nie powinni, bo żony są zachłanne uczuciowo, a w dodatku ciągle potrzebują pieniędzy i nie znają się na sztuce" (J. Woźniakowski, Czy artyście wolno się żenić?, Warszawa 1978, s. 143).]. Złożyła też piękną - to nic, że egzaltowaną - deklarację, o której pamiętała do śmierci poety: "Gdy już utopię we łzach moją miłość do Pana, wciąż pozostanę tą samą namiętnie kochającą, łagodną, nieszkodliwą istotą, która jest gotowa pójść za Panem w ogień i w wodę, ponieważ tak kocham nawet tych, których kocham mało!".

Po zaręczynach Puszkin nie ma czasu dla Chitrowo i jej listów - jest pochłonięty spełnianiem obietnic złożonych Gonczarowej-starszej: zdobywa świadectwo moralności wystawione przez tajną policję Benckendorfa i pieniądze na posag dla panny młodej (w lutym 1831 roku pisał do Piotra Pletniowa: "Za kilka dni żenię się - oto masz moje rozliczenie: zastawiłem swoje 200 dusz, wziąłem 38 000 i oto na co je przeznaczam: 11 000 dla teściowej, która uparła się, aby córka była z posagiem - te piszę na straty" - L., 336).

 

Natalia Gonczarowa.

Portret Aleksandra Briułłowa

 

18 lutego 1831 roku zamknięty został romantyczny rozdział w życiu poety - w cerkwi Wozniesienskiej (Starogo Wozniesienija) odbył się ślub. Kilka dni wcześniej (10 lutego) wyjaśniał w liście do Nikołaja Kriwcowa: "Przekroczyłem trzydziestkę; w tym wieku ludzie zwykli się żenić - postępuję zatem jak wszyscy i prawdopodobnie tego nie pożałuję. W dodatku żenię się bez zapału, bez dziecięcej ułudy". A w Urywkach z podróży Oniegina z naiwnością dziecka lub neofity deklarował:

Gosposia - moim ideałem,

Marzeniem - nie młodzieńczy żar,

Lecz spokój, co mi wiernie służy,

I garnek barszczu, aby duży.

(tłum. A. Ważyk)

W czasie ceremonii spadły Ewangelia i krzyż, a chwilę później znalazła się na podłodze jedna z obrączek, co wszyscy obecni uznali za zły znak. W noc poślubną Aleksandr wyszeptał Natalii, że jest jego sto trzynastą kobietą. Oboje byli przekonani, że ostatnią. Mylili się. Mieli przed sobą sześć lat nieudanego, zakończonego tragicznym finałem małżeństwa.

Nie mogło być inaczej - zgodnie powtarzają puszkinolodzy - zbyt wiele ich dzieliło. Widujący Puszkinów lekarz Stanisław Morawski zapisał w pamiętniku: "Abnegacja jego ubioru, rozczochrane, a był nieco łysawy, włosy i bakenbardy, wykrzywione w przeciwne strony najzupełniej i tyłkach buty okazywały więcej trochę niż zaniedbanie, bo kapcaństwo... Nie widziałem go nigdy prócz jednego razu na balu w niewykrzywionych butach. Maniery nie miał żadnej... dobroduszności w obejściu się dużo. Był niskiego wzrostu [160 cm. - T. K.], a idąc wlókł nogi za sobą niezgrabnie i chód miał nieco koszlawy. [...]. Pani Puszkin była jedną z najpiękniejszych kobiet Petersburga. Twarz, świeżość, młodość, talia - wszystko za nią mówiło, wszystko warte ruskiego wieszcza". Ona była obiektem męskich westchnień ("[...] Zakochałem się w niej bez pamięci - wyznał Władimir Sołłogub - od pierwszego wejrzenia; wypada powiedzieć, że nie było podówczas w Petersburgu młodzieńca, który by nie wzdychał do niej potajemnie [...]"), przed nim w wielu domach ukrywano panny na wydaniu. Byli więc jeszcze jednym wcieleniem archetypowej pary, Pięknej i Bestii.

Nie było jednak niczego nadzwyczajnego w tym - należałoby raczej mówić o pospolitości czy wręcz trywialności takich zachowań - że mężczyzna pokochał i ożenił się ze znacznie młodszą od siebie partnerką, że on do związku wniósł talent i inteligencję, a ona - urodę. "Ostatecznie, dlaczego inteligentny mężczyzna - przytomnie zauważył Jose Ortega y Gasset - miałby obdarzyć uczuciem inteligentną kobietę? Jeżeli podejmuje się próbę założenia przedsiębiorstwa, ugrupowania politycznego albo instytutu naukowego, to jest rzeczą zrozumiałą, że bystry umysł będzie się starał połączyć z drugim bystrym umysłem. Ale potrzeba miłości, nawet pomijając jej seksualny wymiar, nie ma z tym nic wspólnego; to akurat zaprzeczenie wszelkich racjonalnych przesądów. [...]. Mężczyźni kochają się w łani" *[J. Ortega y Gasset, Pejzaż z łanią w tle, [w:] idem, Szkice o miłości, tłum. K. Kamyszew, Warszawa 1989, s. 146. W innym miejscu dodał jednak: "Jedynie głupcy i subiekci z drogerii kochają się w «uznanych pięknościach". Przedstawiają się one jak pomniki publiczne, jak unikalne okazy, na które patrzy się przez chwilę i z odpowiedniej odległości. W ich obecności człowiek czuje się niczym turysta, a nie jak kochanek" (s. 141).].

Moim zdaniem, najbliższa zrozumienia całej metafizyki tego związku była Marina Cwietajewa, która w jednym ze swych esejów pisząc o "[...] pociągu geniusza - nadmiaru - do pustego miejsca. [...] (Wiedział, co brał.). Chciał zero, bo sam był wszystkim", nazwała "niewinną" i "milczącą" Natalię Heleną, lalką (dziś dodałaby: Barbie), narzędziem losu i - co istotne - spróbowała odpowiedzieć na najtrudniejsze pytanie: dlaczego Gonczarowa wyszła za Puszkina, który był znacznie od niej starszy, którego twórczości nie znała i nie ceniła, "dlaczego [...] Gonczarowa wyszła za Puszkina, który był i nieładny, i niebogaty, i nieświatowy, i nieprawomyślny? Za niekochanego? Zrujnowana rodzina? Bzdury! Tak piękne kobiety są stworzone po to, aby rujnować. Gdyby Gonczarowa tylko zechciała, w każdej chwili mogłaby wyjść za najbardziej świetnego, najbogatszego, najbardziej prawomyślnego - same przeciwieństwa Puszkina. Jego sława? Ale Gonczarowa, jako piękna kobieta, po prostu piękna, tylko piękna, nie była próżna, jeśli zaś idzie o sławę Puszkina w jej środowisku - znamy ją. [...]. Dlaczego więc? Po co? Strach przed namiętnością. [...]. Nie wyjdę, to... i tak będę musiała. Lepiej wyjdę". Może to było właśnie tak.

Po ślubie Puszkin odkrywa w sobie powołanie moralisty. Żonę - teraz pisze do niej po rosyjsku, a nie jak wcześniej po francusku - i znajomych zapewnia w kolejnych listach, że jest wiernym (19 września 1833: "A jak się dobrze prowadzę! Jaka byłabyś ze mnie zadowolona! Do panien się nie umizgam, żon zawiadowców stacji nie podszczypuję, z Kałmuczkami nie romansuję - a w tych dniach odmówiłem sobie Baszkiria, nie bacząc na ciekawość tak naturalną dla podróżnika" (L., 402-403), oddanym i kochającym mężem (21 sierpnia 1833: "Czyś się przyglądała w zwierciadle i czyś się upewniła, że Twej twarzy nie można porównać z niczym na świecie - a duszę Twoją kocham bardziej jeszcze od twarzy. Żegnaj, mój aniele, mocno Cię całuję" - L., 396), którego religią stała się monogamia (15 stycznia 1832 do Michaiła Sudijenki: "Muszę Ci wyznać, że od roku jestem żonaty i że wskutek tego zmienił się całkowicie mój tryb życia ku nieopisanemu zmartwieniu Zofii Astafiewny [...]" - L., 372; pani Zofia była właścicielką domu publicznego w Petersburgu).

Puszkinowskim zapewnieniom o miłości (niewątpliwej) i wierności (wątpliwej) towarzyszą niemal zawsze sceny zazdrości. Przywoływanie i drobiazgowe roztrząsanie tego uczucia należało oczywiście do podstawowych kanonów epistolografii romantycznej (np. sprawnie się nimi posługiwała Natalia w listach do męża), ale autor Eugeniusza Oniegina nigdy tego nie traktował w kategoriach modnej konwencji czy powszechnie obowiązującej licentia poetica. Rozdrapując niemal w każdym liście rzeczywiste i urojone rany (i jedne, i drugie bolały równie mocno), nie grał Otella - on nim był: z bohaterem Shakespeare'a połączyły ich afrykańskie korzenie, ten sam zżerający ich wirus i te same budzące ich nocami upiory. Listy Aleksandra Puszkina tworzą przejmujące studium psychologiczne. Studium zazdrości - niechaj mi Arthur Conan Doyle wybaczy - w szkarłacie: "Żonę zastałem w dobrym zdrowiu [wcześniejszy niepokój związany był z ciążą Natalii - T. K.], nie bacząc na jej dziewczęcą nieostrożność: tańczy na balach, flirtuje z cesarzem, z ganku zeskakuje. Trzeba będzie wziąć babę krótko" (8-10 stycznia 1832 do Pawła Naszczokina; L., 371), "Nie czekaj mnie w tym miesiącu, tylko w końcu listopada. Nie przeszkadzaj mi, nie napędzaj strachu, bądź zdrowa, pilnuj dzieci, nie flirtuj z cesarzem ani z narzeczonym księżniczki Luby" (11 października 1833 do żony; L., 407), "Kokietować Ci nie bronię, ale żądam od Ciebie oziębłości, przyzwoitości, powagi - nie mówiąc już o cnotliwym sprawowaniu, które należy nie do tonu, lecz do czegoś znacznie ważniejszego" (21 października 1833 do żony; L., 408), "Wczoraj przyszły od Ciebie, moja kochana, dwa listy naraz. Dziękuję, ale muszę Cię trochę wyłajać. Zdaje się, żeś się zanadto rozflirtowała. Zauważ jednak: nie bez racji kokietowanie wyszło z mody i uważa się je za oznakę złego tonu. W kokieterii nie ma nic dobrego. Cieszysz się, że za Tobą jak za suczką biegają psy, podnosząc zawinięte w trąbkę ogony i obwąchując Ci ... *[Ten wielokropek pochodzi od wydawców. Puszkin użył słowa "zadnica", którego nie wiem, dlaczego nie znajdziemy w Wielkim słowniku rosyjsko-polskim (pod red. J. Wawrzyńczyka, PWN, Warszawa 2004), a które oznacza - jak tłumaczą słowniki języka rosyjskiego - "część tułowia człowieka poniżej pleców". Stylistycznie zadnica jest zawarta między literackimi jagodicami (pośladkami) a wulgarną żopą (dupą). Najwłaściwsze polskie określenia to zapewne: tyłek, zadek.] Jest się z czego cieszyć! [...]. Po co podejmujesz mężczyzn, którzy się do Ciebie zalecają?" (30 października 1833 do żony; L., 409-410).

W Bołdino, z którego pochodzą listy pisane jesienią 1833 roku, Puszkin szukał natchnienia i znalazł je, uciekał przed kłopotami smutnej rzeczywistości, zapominał o rosnących wciąż długach (1 stycznia 1836 r. był winien osobom prywatnym 28 726 rubli 72 kopiejki, a skarbowi państwa 48 333 rubli 33 1/2 kopiejki) i zamartwiał się obsesyjnie powracającymi myślami o nie dość wiernej Natalii, która nad krosna Odyseuszowej Penelopy przedkładała życie towarzyskie. "Moja bratowa - pisała nie bez dumy już znacznie wcześniej (17 listopada 1831 roku) siostra poety, Olga Pawliszczewa, do męża - jest najmodniejszą tu kobietą. Bywa w sferach najwyższych [...]".

 

Car Mikołaj I

 

Car Mikołaj I - bo "sfery najwyższe" to on - cieszył się zasłużoną opinią kobieciarza. Był prusko przystojny, znakomicie prezentował się w obcisłym mundurze, gardził neurotycznymi artystami i miał nieograniczoną władzę. Taka mieszanka działa zawsze zniewalająco na kobiety. W wydanej w Paryżu w 1855 roku książce Le tzar Nikolas et la sainte Russie możemy przeczytać: "Car jest władcą absolutnym zarówno w miłości, jak w całym postępowaniu. Gdy na przechadzce, w teatrze lub w towarzystwie spodoba mu się jakaś kobieta, wystarczy mu szepnąć słówko dyżurnemu adiutantowi. Osoba, która wpadła w oko bożyszczu, staje się przedmiotem obserwacji. Uprzedzają męża, jeśli jest mężatką, rodziców, jeśli panną - o zaszczycie, jaki przypadł im w udziale. Nie ma wypadku, aby wyróżnienie zostało przyjęte inaczej niż z pokorną wdzięcznością. Nie zdarzyło się również, aby spostponowani mężowie lub ojcowie nie wyciągnęli korzyści ze swej osławy". Wykreowany na potrzeby spragnionego egzotyki czytelnika francuskiego obraz Rosji-haremu jest nawet dość prawdopodobny, ale nieuwzględniający zachowań innych niż te pożądane i oczekiwane przez cara. "Istnieją przekonywające dowody - pisał Pawieł Szczegolew - że pewnego roku na balu dworskim [Lawinia] Żadimirowska zwróciła na siebie uwagę cesarza, a następnie została powiadomiona o łasce, jaka na nią spłynęła. Nie odpowiedziała jednak radośnie na wezwanie panującego, a nawet ośmieliła się ostro zareagować na ową propozycję. Cesarz miał się podobno skrzywić, pozostawiając sprawę bez komentarza, ale gdy został powiadomiony o porwaniu Żadimirowskiej przez [Siergieja] Trubieckiego, wziął sobie do serca fakt, że jego wybranka wolała innego i dał wyraz swemu oburzeniu. Stąd właśnie bierze się surowa rozprawa z księciem konkurentem. Cesarz Mikołaj Pawłowicz nie był więc wcale strażnikiem moralności swoich poddanych, za jakiego chętnie podaje go historia, lecz powodowały nim uczucia, jakie zazwyczaj nawiedzają odepchniętego mężczyznę. Mimo woli cesarz zachował się jak zwykły śmiertelnik". Nie wiem, jakie uczucia rozpaliła w nim Natalia, ale najwyraźniej warta była tej gry, którą rozpoczął, mianując 31 grudnia 1833 roku niemłodego już przecież Puszkina kamerjunkrem. Teraz mógł częściej widywać jego żonę. Wszystko jednak wskazuje na to, że wówczas Mikołaja I i Gonczarową łączył jedynie niewinny, banalny flirt. Dla poety - aż flirt.

I nie chciał zrozumieć, że "[...] podobanie się ma wielki w sobie urok" (Izabella Czartoryska w 1781 roku), że Natalię utrzymują przy życiu usłyszane na balu komplementy, dotyk dłoni tańczących z nią mężczyzn, i ich bliskość, i pożądanie w ich oczach. Późną nocą wracała do domu, znów była żoną i pokornie rodziła dzieci - w ciągu sześciu lat małżeństwa czworo - niekochanemu geniuszowi. Jej wrażliwości obca była wówczas egzaltacja obecna w listach pisanych przez panie na przełomie XVIII i XIX wieku: "Kochałam Ciebie i kocham, ale mi tak nigdy nie było przykro jak teraz. Ach! co mówię na Ciebie! o mój Boże, i listami mnie zbywasz, nie wolisz prawdę mi powiedzieć? Może tam masz insze? Napisz! powiedz mi, a niech będę uspokojona, a niech tego czyśćca nie cierpię! ach przyjeżdżaj [...]. O mój Boże! jakie masz dla mnie serce twarde. Ja bym życia połowę umniejszyła, ażebym tam była, gdzie Ty jesteś, a Ty nie dbasz. Nieszczęśliwa ja jestem, doznaję umartwienia, dziwię się sama sobie... Pamiętaj, co czynisz, pamiętaj!! Przyjeżdżaj, proszę; ostatni list piszę!!... niewdzięczny jesteś mego afektu, wiem, że o to nie dbasz. Kocham Cię zarówno z życiem moim, duszo moja, jeżeli nie przyjedziesz, więcej mej litery nie zobaczysz" (wojewodzianka Honorata Stempkowska do księcia Marcina Lubomirskiego), "[...] Nie żądaj, żebym Ciebie oprowadzała po zakątkach serca. To labirynt i sama często w nim się gubię" (Maria Protasowa do siostry). Gonczarową była romantyczna - inaczej, później i nie z tym mężczyzną.

Teraz pochłaniają ją plany matrymonialne brata i sióstr, a swoje uczucia lokuje w przedmiotach. "Jeszcze jedna prośba - pisze 11 marca 1833 roku do Dmitrija Gonczarową - Mamusia przekazała mi przez Wanię [Iwan Gonczarow, brat - T K.], że znacznie lepiej mieć czteroosobowe lando zamiast powozu, a ponieważ zgodziłam się na to bez najmniejszych wahań, to natychmiast jej o tym napisałam, a Tobie mówię teraz o tym po to, żeby jakoś załatwić tę sprawę i, jeśli to będzie możliwe, przysłać mi je przed Wielkanocą. I proszę postaraj się na Boga, żeby lando było nowomodne i piękne, a ja ze swej strony postaram się wyswatać Ciebie za Ch...".

Kilkanaście miesięcy później zawali się jej świat. I świat jej męża. I nic już nie będzie tak, jak wcześniej. I rozpocznie się gra obłędu, gra w szaleństwo - scherzo di follia. I banalny zapis z 26 stycznia 1834 roku w dzienniku Puszkina ("Baron d'Anthes i markiz de Pina, dwaj szuani, zostaną przyjęci do gwardii od razu jako oficerowie. Gwardziści są oburzeni" - L., 568) po trzech latach trafi do kategorii tekstów eschatologicznych *[Eschatologia - w teologii nauka o rzeczach ostatecznych (zwł. końcu świata i losach pośmiertnych człowieka).], a d'Anthes zostanie umieszczony wśród jeźdźców Apokalipsy.

 

Georges-Charles d'Anthes. Lata 30.

Portret nieznanego malarza

 

Do dziewiętnastowiecznego Petersburga przybył jednak nie z kart Biblii, ale z Niemiec, gdzie miał wielu krewnych i gdzie chciał zaciągnąć się do wojska. Gdy okazało się, że może zostać, co najwyżej podoficerem, to - już jako protegowany księcia Wilhelma Pruskiego - wyruszył w październiku 1833 roku w poszukiwaniu swego kondotierskiego szczęścia na wschód, do kraju Mikołaja I. Po drodze Georges-Charles d'Anthes poważnie się przeziębił i postanowił się zatrzymać w najbliższym zajeździe. Przez to niemieckie miasteczko przejeżdżał w tym czasie ambasador Królestwa Niderlandów w Rosji i właśnie wtedy okazało się, że jego powóz wymaga naprawy. Więc Jego Ekscelencja baron Ludwik van Heeckeren de Bewerwaard postanowił się zatrzymać w najbliższym zajeździe. Właściciel opowiedział mu o ciężko chorym podróżniku i dyplomata-Samarytanin postanowił go odwiedzić. Oczarowany urodą młodego Francuza został na dłużej w tym hoteliku złamanych serc. Po paru dniach zostali kochankami i już razem wyruszyli w dalszą podróż. 27 stycznia 1834 roku d'Anthes, zaledwie po kilkumiesięcznym pobycie w Rosji, został dopuszczony w Akademii Wojskowej do egzaminu oficerskiego i 8 lutego trafił do elitarnej jednostki. "Był to młody chłopiec - czytamy w pamiętniku, nieocenionego w takich przypadkach, Stanisława Morawskiego - ni brzydki, ni piękny, dość wysoki, w ruchach niezgrabny, blondyn z białymi umiarkowanych rozmiarów wąsami. Jeszcze w wicemundurze było mu jakkolwiek, ale przy ruskich oficerach jak się w paradny mundur ustroił i wlazł do botfortów, mało kto miny jemu zazdrościł. Zresztą, bon enfant, jak mówią, lepki, wyborny chłopak, wesoły, lubiący karty". Był wprawdzie nienajlepszym, mało zdyscyplinowanym żołnierzem (w ciągu trzech lat służby otrzymał czterdzieści cztery upomnienia), ale był powszechnie lubiany i jak zanotował Wasilij (a właściwie: Wilhelm) Lentz: "odniósł [...] niebywały sukces towarzyski; damy dosłownie wyrywały go sobie z rąk". Pociągał je zapewne towarzyszący mu klimat deprawacji, otaczająca go atmosfera seksualnej dwuznaczności. Miał w sobie coś z żigolo i androgyna *[androginia - biol. upodobnienie zewnętrznych cech płciowych mężczyzny do cech kobiecych, u zwierząt cech samca do cech samicy; obojnactwo rzekome męskie.], biseksualizm czynił go atrakcyjnym i pozwalał homoseksualizm zamknąć w getcie anegdoty obyczajowej (książę Aleksandr Trubieckoj przywołał ją we wspomnieniach: "Nie wiem, jak to powiedzieć, czy on żył z Heeckerenem, czy też Heeckeren żył z nim..."). Dla petersburskich dam był wysłannikiem nieznanego, tajemnicą, zmysłową alternatywą dla koszarowych zalotów macho w cesarskim mundurze. Z czasem o tolerancję było zresztą jeszcze łatwiej - 5 maja 1836 roku zakończono formalności związane z procesem adopcji d'Anthesa przez Heeckerena *[Znamienny zapis pojawił się w dzienniku Puszkina: "O tym, że d'Anthes oddaje się grzechowi sodomskiemu dowiedziałem się w świecie pierwszy i z radością uczyniłem tę nowinę własnością towarzystwa. Dowiedziałem się o tym od dziewek z burdelu, w którym bywał".].

Przybysz z Francji był tym mężczyzną, na którego Natalia czekała i który zajmował ją bardziej niż mąż - byli rówieśnikami, odczuwali pokrewieństwo dusz, intelektów i być może ciał. "Drogi mój przyjacielu - zwierzał się d'Anthes w liście do Heeckerena (20 stycznia 1836) - Rzeczywiście winien jestem, że nie odpowiedziałem od razu na dwa pełne dobroci i zabawne listy, które napisałeś do mnie, ale rozumiesz sam, w nocy tańce, ranek w ujeżdżalni, w dzień śpię, oto moje życie przez ostatnie dwa tygodnie, a przede mną jeszcze tyle samo, najgorsze jednak, że jestem nieprzytomnie zakochany! Tak, nieprzytomnie, bo nie wiem, co mam robić: nie podam Ci jej imienia, bo list może zaginąć, ale przypomnij sobie najbardziej uroczą istotę w Petersburgu i będziesz wiedział, jak się nazywa. Ale najokropniejsze w mojej sytuacji jest to, że ona mnie też kocha, a nie możemy się dotychczas widywać, bo męża ma wściekle zazdrosnego; zwierzam Ci się z tego, mój drogi, jako najlepszemu przyjacielowi i dlatego, że wiem, jak będziesz współczuł mojej zgryzocie, ale na Boga, ani słowa nikomu, żadnych prób dowiedzenia się do kogo się zalecam, zgubisz ją niechcący, a ja będę niepocieszony. Dlatego że, rozumiesz, zrobiłbym dla niej wszystko na świecie, byle sprawić jej przyjemność, ponieważ życie, jakie prowadzę ostatnio, to nieustająca tortura. Kochać i być kochanym, i móc o tym mówić jedynie pomiędzy dwiema figurami kadryla - to okropne, może niepotrzebnie zwierzam Ci się z tego wszystkiego i uznasz to za głupstwa, ale serce mam tak nabrzmiałe i wypełnione uczuciem, że odczuwam konieczność wywnętrzenia się choć trochę. [...]. Do widzenia, mój drogi, bądź pobłażliwy dla mojej nowej namiętności, bo Ciebie także kocham z całego serca". W liście napisanym kilka tygodni później (14 lutego 1836) dodał: "Gdybyś wiedział, jak ona mnie pocieszała widząc, że się duszę i że moja sytuacja jest przerażająca; a kiedy powiedziała mi: Kocham pana tak, jak nigdy nikogo nie kochałam, ale proszę nigdy nie prosić mnie o więcej niż moje serce, bo cała reszta nie należy do mnie i nie mogę być szczęśliwą inaczej niż szanując swój obowiązek, proszę mnie pożałować i kochać zawsze tak jak teraz, moja miłość będzie panu nagrodą [...]".

Dyskrecja d'Anthesa zasługuje na uznanie, ale o jego związku z Natalią mówił już cały Petersburg. W komentarzach odnajdziemy słowa zachwytu, wyrazy potępienia i rzadkie próby zrozumienia fatalistycznej nieuchronności następujących po sobie zdarzeń: "[...] Są do szaleństwa w sobie zakochani! [...] Baron tańczył mazura z panią Puszkin - jakże szczęśliwi wydawali się w tej chwili!.." *[Zdaniem Anny Achmatowej: "Ani Żukowski [...], ani Wiaziemski [...], ani [...] sam Puszkin [...] nie wierzyli w miłość d'Anthesa. Wierzyła w nią tylko Natalia Nikołajewna i damy z wyższego towarzystwa [...]".] (zapis z 5 lutego 1836 roku w dzienniku frejliny Marii Merder), "Ale jakaż kobieta ośmieliłaby się osądzić panią Puszkin? Ani jedna, ponieważ wszystkie znajdujemy zadowolenie w tym, gdy się nami zachwycają i nas kochają - wszystkie nazbyt często bywamy nieostrożne i igramy z uczuciami w tę straszną i prowadzoną bez wyrachowania grę!" (z dziennika Darii Fiquelmont), "Nathalie [...] jak kompletny głupiec nie umiała przerwać swych niewinnych spotkań z d'Anthesem. Być może schlebiało jej, że wspaniały kawalergard jest zawsze u jej stóp. Kiedy zaczynała mówić d'Anthesowi o niezadowoleniu męża, d'Anthes jak wisus chciał słyszeć w tym zachętę do swych zalotów. Gdyby Nathalie nie była tak bezgranicznie głupia, gdyby d'Anthes nie był tak zepsuty, wszystko skończyłoby się niczym, jako że w tym czasie przynajmniej, do niczego właściwie nie doszło - uścisk ręki, objęcie, pocałunki, lecz nie więcej, to w naszych czasach były sprawy powszednie" (Aleksandr Trubieckoj) *[Podobno już po śmierci męża Natalia wyznała "[...] klęcząc przed świętymi obrazami, że przyjmowała jego [d'Anthesa - T. K.] adorację w tej mierze, w jakiej tolerowały tego rodzaju flirty ówczesne salonowe obyczaje, choć znając podejrzliwość męża, powinna była zachować większą ostrożność".], "Natarczywie zalecał się do wszystkich, ale przede wszystkim zaczął nadskakiwać żonie Puszkina. Jej wina polegała na tym, że traktowała zbyt lękliwie i delikatnie tego impertynenta! Powinna działać odważniej i jak najmniej z nim się certolić; jej nieśmiałość uznał za zachętę i dlatego pozwalał sobie z nią na coraz więcej i więcej" (Pawieł Miller czy może raczej: Muller, osobisty sekretarz Benckendorfa).

Powszechne, no prawie powszechne, współczucie budził Puszkin. Nic to, że w tym czasie wzdychał do pięknej Amalii Krudener (1810-1887), którą kochał świetnie zapowiadający się poeta Fiodor Tiutczew; że uwiódł siostrę żony Aleksandrę, jedyną z rodziny Gonczarowów, która interesowała się jego twórczością i że w latach 1832-1836 przeżywał swoją ostatnią wielką miłość - do Nadieżdy Sołłogub (1815-1903). A więc nieodłącznym elementem ówczesnego pejzażu życia towarzyskiego stał się "wbity w kąt", naznaczony piętnem melancholii, anioł śmierci: "[...] Zrobił się prawdziwy bal i to bardzo wesoły sądząc po twarzach gości, wszystkich, z wyjątkiem Aleksandra Puszkina, który cały czas jest smutny, zamyślony i czymś zmartwiony. Swoim smutkiem wywołuje we mnie smutek. Jego błądzący, dziki, roztargniony wzrok z budzącą trwogę uwagą zatrzymuje się jedynie na żonie i d'Anthesie, który powtarza wciąż te same żarty - nie odchodząc ani na krok od Jekatieriny Gonczarowej, z dala rzuca czułe spojrzenia na Nathalie, z którą ostatecznie tańczył jednak mazura. Żal było patrzeć na [...] Puszkina, który stał naprzeciw nas, w drzwiach, milczący, blady i groźny. Mój Boże, jakie to wszystko jest głupie!" (list Sofii Karamzin do przyrodniego brata, 19-20 września 1836), "Biedny, biedny Puszkin, ofiara lekkomyślności, nieostrożności, nieoględnego zachowania swojej młodej ślicznej żony, która, sama tego nie podejrzewając, postawiła na jedną kartę jego życie za parę godzin kokieterii" (z listu Jekatieriny Andriejewny Karamzin, 3 marca 1837). Jedyny bodaj Nikołaj Smirnow zdobył się w swoich wspomnieniach na słowa współczucia także dla niej: "Biedna Natalia Nikołajewna, być może nieco wzruszona tą nową adoracją [...], przyjmowała zaloty d'Anthesa z przyjemnością. Mąż to zauważył, były domowe usprawiedliwienia; ale damy łatwo zapominają na balach obietnice dane mężom i Natalia Nikołajewna znów przyjmowała zaproszenia d'Anthesa do długich tańców, co wywoływało marszczenie brwi męża".

On marszczy brwi i to zostanie zapamiętane i zapisane, każde jego słowo i każdy gest trafią do historii - ona się uśmiecha i kokietuje; on ma bogate życie wewnętrzne i często o tym mówi - ona się uśmiecha i milczy. Czasami pisze do brata Dmitrija i już nie prosi o lando: "Wiesz, że dopóki mogłam się obejść bez pomocy z domu, to robiłam to, ale teraz moja sytuacja jest taka, iż uważam za swój obowiązek pomóc mojemu mężowi w tej kłopotliwej sytuacji w jakiej się znajduje; to niesprawiedliwe, żeby cały ciężar utrzymania mojej dużej rodziny spadł wyłącznie na niego [...]. Otwarcie ci wyznaję, że cierpimy taką biedę, iż zdarzają się dni, kiedy nie wiem jak mam prowadzić dom, w głowie mi się mąci. Bardzo nie chciałabym niepokoić męża wszystkimi swoimi drobnymi domowymi kłopotami i bez tego widzę, jaki jest smutny, przybity, nie może spać po nocach i oczywiście w takim nastroju nie jest w stanie pracować, aby zdobyć środki do życia: po to, żeby tworzyć, jego głowa powinna być wolna od trosk" (lipiec 1836).

Nie była. Nie mogła być. Reakcje poety stawały się coraz bardziej nerwowe: w niewinnym liście z prowincji doszukał się zabarwionego ironią podtekstu (18 stycznia 1836 roku Praskowia Osipowa pisała do Puszkina: "Pewien znajomy pisze do mnie z Petersburga, że Natalia Nikołajewna pozostaje wciąż pierwszą pięknością wśród piękności na wszystkich balach. Gratuluję jej tego i życzę, żeby można było powiedzieć o niej, iż jest najszczęśliwsza wśród szczęśliwych"), a kilka nie w porę wypowiedzianych słów skwitował wyzwaniem na pojedynek.

Było to tak. Na początku 1836 roku, w domu Karamzinów, Władimir Sołłogub miał nieostrożność i nieszczęście zapytać Natalię: "Jak długo Pani jest mężatką?". Towarzyszyła temu podobno niestosowna intonacja, którą nieobecny przy rozmowie autor Borysa Godunowa (znał ją jedynie z relacji żony) uznał za nieprzyzwoitą i obraźliwą. Temperaturę wydarzeń doprowadził więc natychmiast do stanu wrzenia, żądając w liście wysłanym do autora niefortunnego pytania satysfakcji. W marcu zaskoczony i jednak przerażony Sołłogub początkowo próbował ograniczyć się do wyjaśnienia nieporozumienia ("[...] Nie mogę pojąć, jak Pańską małżonkę mogło obrazić tak banalne pytanie [...]"), ale następnie - pod wyraźnym naciskiem zdesperowanego męża - złożył uroczyste przeprosiny na ręce Gonczarowej ("Wpadłem w rozpacz, kiedy się dowiedziałem, że tym słowom nadano sens niegodny człowieka honoru"). Zostały przyjęte i do pojedynku nie doszło. Zapewne nikt wówczas nie przypuszczał, że była to jedynie próba generalna przed tragedią, której pierwszy akt rozegra się na początku listopada i wtedy Puszkin już nie będzie musiał kusić losu, to Los - zapraszając do tańca śmierci - rozpocznie z nim swoją grę. W ciągu kilkudziesięciu godzin cichy, "klasycystyczny flirt" zamieni się nieoczekiwanie w głośny, "romantyczny skandal", bo "flirt - jak zauważył Zdzisław Łapiński - jest klasycyzmem życia towarzyskiego, skandal - jego romantyzmem".

2 listopada 1836 roku (a nie, jak dotąd sądzono, w styczniu 1837) w mieszkaniu Idalii Poletiki doszło do spotkania Natalii i Georgesa. "[...] Madame [Poletika - T. K.] na usilną prośbę Heeckerena [d'Anthesa - T K.] - cytuję tu relację Wiery Wiaziemskiej spisaną przez Piotra Bartieniewa - zaprosiła panią Puszkin do siebie, a sama wyjechała z domu. Pani Puszkin opowiadała księżnej Wiaziemskiej i mężowi, że kiedy została sam na sam z Heeckerenem, ten wyjął pistolet i groził, że się zastrzeli, jeśli mu się nie odda. Pani Puszkin nie wiedziała, gdzie się ma podziać wobec jego nalegań; załamywała ręce i zaczęła mówić możliwie najgłośniej. Na szczęście, niczego nie podejrzewająca córka gospodyni pojawiła się w pokoju i pani Puszkin rzuciła się do niej". Scenariusz tej intrygi wymierzonej w dobre imię szaleńczo zazdrosnego męża został obmyślony i niezbyt starannie zrealizowany przez Poletikę, występującą tu w roli powierniczki nieszczęśliwie zakochanych.

Idalia, uważana przez niektórych za największą konkurentkę Natalii w walce o miano najpiękniejszej kobiety Petersburga, była córką z nieprawego łoża hrabiego Straganowa, który podczas swego pobytu w Hiszpanii (był tam ambasadorem Rosji) uwiódł żonę szambelana królowej. Przez całe życie chciała uchodzić za kobietę fatalną, ale za wiele w niej było małości i wyrachowania, a za mało szaleństwa. W tej pół-Rosjance, pół-Portugalce podkochiwali się wszyscy kawalergardowie stacjonujący w stolicy (oczywiście byli w niej zadurzeni d'Anthes i Łanskoj, przyszły mąż Natalii Gonczarowej), wielu ją kochało, niektórzy (np. Puszkin) zostawali jej kochankami. Jej skali uczuć znane były jedynie dwa stany emocjonalne - miłości i nienawiści, z wyraźnym preferowaniem tej ostatniej. Autora Eugeniusza Oniegina pokochała na chwilę za jego poezję, znienawidziła na resztę życia za tekst, który wpisał do jej sztambucha. Wiersz opiewał jej urodę, jej mądrość i Poletika z dumą pokazywała go wszystkim znajomym, dopóki ktoś nie zwrócił uwagi na datę umieszczoną przez poetę - 1 kwietnia. Idalia zaprzysięgła zemstę i słowa dotrzymała. Już wiele lat po śmierci Puszkina, gdy usłyszała o pomyśle wystawienia mu pomnika w Odessie, miała powiedzieć, że pojedzie tam tylko po to, żeby plunąć na zastygłego w kamieniu śmiertelnego wroga.

Dwa dni po dramatycznym spotkaniu żony z d'Anthesem w domu Poletiki los wymierzył poecie kolejny cios. Rozesłano dyplomy mianujące go "koadiutorem Wielkiego Mistrza Zakonu Rogaczy oraz historiografem tegoż Zakonu". Wśród podejrzanych o napisanie tego anonimu wymienia się najczęściej Ludwika van Heeckerena de Bewerwaarda, księcia Piotra Dołgorukowa (1816-1868), księcia Iwana Gagarina (1814-1882) oraz "złego geniusza" Aleksandra Rajewskiego (brata Katarzyny, Heleny i Marii). Inni jeszcze są przekonani, że to odrzucony przez Natalię d'Anthes zaplanował zemstę. W porozumieniu z przybranym ojcem i kimś nieznanym (kto wystąpił w roli skryby) wysyłał listy w nadziei, iż wywołają gniew Puszkina skierowany przeciwko żonie, a nie domniemanemu kochankowi. Rachuby te oczywiście zawiodły. Z najnowszych ustaleń jednak wynika, że dyplomy zostały wypisane ręką hr. Fil. Brunowa pod dyktando zaprzyjaźnionej z holenderskim ambasadorem Marii Nesselrode *[J. Litwin, Czerwonnyj walet, "Ogoniok" 2000, nr 5. Hrabia Brunów (alias Brunnow), syn niemieckiego pastora, w latach 1823-1826 był urzędnikiem do specjalnych poruczeń M. Woroncowa i wtedy poznał Puszkina. Zwieńczeniem jego kariery było stanowisko ambasadora rosyjskiego w Anglii. Znany był z programowego cynizmu, wysoko ceniono jego perfekcyjną znajomość języka francuskiego i umiejętności kaligraficzne.].

Sam adresat, jak wiemy, niesłusznie obarczył całą winą Heeckerena (d'Anthesowi została przypisana rola bezwolnej marionetki w jego rękach), widząc w nim sprawcę wszystkich swoich nieszczęść. Osaczony Puszkin nie chciał dostrzec, że dyplomata - sam uczuciowo zaangażowany - nie pochwala oczywiście niebezpiecznych związków łączących Natalię i Georges'a, ale też nie uczyni niczego, co mogłoby doprowadzić do wywołania skandalu obyczajowego zagrażającego własnej karierze zawodowej.

23 listopada poeta został przyjęty przez cara, który zapewnił go, że honor Natalii w niczym nie ucierpiał i całą sprawę należy uznać za zakończoną. Upokorzony, bo przecież nie przekonany, Puszkin prawdopodobnie dał słowo, że nie będzie dążył do pojedynku. "Była to [...] tragedia - pisał Karol Wiktor Zawodziński - nie tyle poety, co kamerjunkra Puszkina, który prócz tego był genialnym pisarzem. Nie była to [...] tragedia miłosna, choć bierność żony w miłości mogła, obok rozkoszy wyrażonej w kilku najwspanialszych wierszach, być źródłem mąk wewnętrznego nienasycenia, ani tragedia zazdrości, choć kokieteria żony mogła drażnić, a niekiedy nawet niepokoić (mimo że sam Puszkin, natura w wysokim stopniu poligamiczna, daleki był od wierności w pożyciu). Była to właśnie tragedia kamerjunkra, ubogiego arystokraty, gwałtownego, mściwego, ambitnego człowieka, drażnionego dlatego naumyślnie przez otoczenie gardzących nim, pustych i płaskich wielmożów, korzystających z sytuacji brzydkiego męża zbyt pięknej żony, by go drażnić tytułem rogacza, i wyzyskującymi stosunek protekcji cesarskiej, by rzucać nań insynuacje pobłażliwego dla miłostek monarchy męża. Tego znieść nie mógł człowiek honoru [...]".

Za sprawą Heeckerenów poczuł się też ośmieszony - d'Anthes poprosił o rękę najstarszą córkę Gonczarowów.

"Nie ma nic smutniejszego - pisała w 1849 roku Natalia Gonczarowa do Łanskiego o innej swojej siostrze, Aleksandrze, która zresztą wyjdzie później za mąż za dyplomatę austriackiego barona Gustava Friesenhoffa - niż życie starej panny, która skazana jest na to, by kochać obce dzieci zamiast własnych i wymyślać sobie inne obowiązki niż te, które nakazuje sama natura. Wymieniasz mi wiele starych panien. Czyś jednak zaglądał w głąb ich serc, czy wiesz, ileż musiały przeżyć gorzkich rozczarowań...". Po wyjściu za mąż Natalii obie jej starsze siostry, Jekatierina (dla najbliższych: Koko) i Aleksandra, czuły się skazane na staropanieństwo. Nadzieja na znalezienie męża gościła w ich sercach i listach do brata Dmitrija rzadko (22 lipca 1834, Jekatierina: "Mam mnóstwo starających się o rękę, dzień w dzień się oświadczają, ale jestem jeszcze tak młoda, że zdecydowanie nie widzę potrzeby, żeby się spieszyć, mogę jeszcze poczekać, nieprawdaż? [...] Będę miała na to czas i za dziesięć lat"), ustępując z każdym miesiącem miejsca beznadziei (koniec października 1835, Aleksandra: "Bardzo przyjemnie spędzamy czas, to u Karamzinów, to u Wiaziemskich, nie ma dnia, żebyśmy tam nie chodziły. I towarzystwo jest rzeczywiście czarujące; jedno martwi: wielu mężczyzn, ale sami młodzieńcy, nie ma odpowiedniej partii i wygląda na to, że przelewamy z pustego w próżne, nic poza tym"). Jeszcze 9 listopada 1836 roku Jekatierina pisała: "[...] Co zaś się mnie tyczy, to moje szczęście jest już bezpowrotnie utracone, wiem aż nadto dobrze, że ono i ja nigdy się nie spotkamy na tej pełnej cierpień ziemi i proszę Boga jedynie o to, by położył kres życiu tak mało pożytecznemu, żeby nie powiedzieć więcej, jak moje. Szczęścia dla mojej rodziny i śmierci dla mnie - oto, co jest mi potrzebne, o co nieustannie błagam Najwyższego".

A jednak szczęście nadeszło i miało na imię Georges. Wniebowzięta Natalia Gonczarowa-starsza z wyraźnym westchnieniem ulgi powiadamia d'Anthesa (7 grudnia 1836): "Baronie, miałam przyjemność otrzymać Pański list, w którym prosi Pan o rękę mojej najstarszej córki; ona również informuje mnie o swoim zamiarze złączenia swojego losu z Pańskim. Życząc jej szczęścia, śpieszę z uczuciami, właściwymi matce, wyrazić moją zgodę na Pańską prośbę, będąc przekonana, że zapewni Pan szczęście tej, którą wybrał na towarzyszkę życia; postarajcie się dać sobie szczęście - to moje najszczersze życzenie". Koko poczuła się Kopciuszkiem, który wreszcie został dostrzeżony przez wyśnionego księcia i uwierzyła w jego opowieść o nieśmiałym, zakochanym żołnierzu, dla którego flirt z Natalią był pretekstem do spotkań z jej siostrą. Odtąd do Heeckerena, swego przyszłego teścia, zwraca się "Cher Papa". Nawet Puszkin w liście do ojca (grudzień 1836) odegrał epizodyczną rolę w teatrze obłudy: "My mamy tu wesele. Moja szwagierka Jekatierina wychodzi za mąż za barona Heeckerena, siostrzeńca i przybranego syna ambasadora holenderskiego. To wielce urodziwy i dziarski chłopak, faworyt towarzystwa, bogaty, o cztery lata młodszy od swej narzeczonej. Przygotowanie wyprawy wielce zajmuje i bawi moją żonę i jej siostry, a mnie doprowadza do wściekłości, jako że dom mój przypomina pracownię bieliźniarską i krawiecką" (L., 533). Pod koniec grudnia dopisał jeszcze parę słów, w które już sam nie wierzył: "Nadchodzi nowy rok - daj Boże, żeby był dla nas szczęśliwszy od tego, który upływa".

Ślub d'Anthesa z Jekatierina Gonczarową - w obrządku prawosławnym (w soborze Isaakijewskim) i katolickim - odbył się 10 stycznia 1837 roku. W towarzystwie bardzo wysoko oceniono zachowanie Francuza, widząc w tym szlachetność rycerza, który w obronie honoru swojej damy zdolny jest do największych poświęceń. Powtarzano, iż postąpił "wielkodusznie".

Miodowy miesiąc młodożeńców upływał w idyllicznej atmosferze - Jekatierina miała przystojnego męża, Georges mógł oficjalnie się widywać z piękną szwagierka. "[...] O jedno tylko - pisała 19 stycznia 1837 r. do powiernika wszystkich sióstr Dmitrija - mogę prosić niebiosa - być zawsze taką szczęśliwą jak teraz. Wyznaję szczerze, że boję się mego szczęścia, ono nie może trwać długo, czuję to, jest zbyt ogromne dla mnie, która znała je tylko ze słyszenia [...] Mój mąż - to anioł, i Heeckeren jest taki dla mnie dobry, że nie wiem, jak mam odpłacić za tę całą miłość i czułość, którą obaj mi okazują [...]".

I tylko Puszkin nie potrafił się odnaleźć w tej krainie powszechnej szczęśliwości. Miał wówczas trzydzieści siedem lat, najlepsze utwory za sobą, był uwikłany w nieudane małżeństwo, obawiał się ról życiowych narzucanych przez dwór i mógłby powtórzyć za tak jak on wypalonym Byronem: "Chociaż mam tylko trzydzieści sześć lat, czuję się, jakbym miał sześćdziesiąt". No i przede wszystkim widział triumfującego d'Anthesa, który mógł teraz bezkarnie pojawiać się na balach w towarzystwie Natalii - w sobotę widziano ich u Woroncowów, w niedzielę u Mieszczerskich, w poniedziałek u Wiaziemskich. On - nie krył satysfakcji, ona - "gawędziła, śmiała się i walcowała". Jej mąż 26 stycznia 1837 roku pisze więc obraźliwy list do Ludwika Heeckerena, na który mogła być tylko jedna odpowiedź - żądanie satysfakcji: "Muszę stwierdzić, Panie Baronie, że Pańska rola nie była zbyt przyzwoita. Pan, przedstawiciel głowy koronowanej, odegrał po ojcowsku rolę rajfura Pańskiego syna. Jak się zdaje, to Pan kierował całym jego postępowaniem [...]. To Pan prawdopodobnie dyktował mu te nędzne banały, które on głosił, oraz brednie, które ośmielał się pisać. Jak bezwstydna starucha czatował Pan na moją żonę po kątach, aby mówić jej o miłości Pańskiego bękarta, czy rzekomo takiego; a gdy on chory na syfilis pozostawał w domu, mówił Pan jej, że on umiera z miłości dla niej; skamlał Pan: «Niech pani zwróci mi mego syna»" (L., 536-537).

Na pojedynek wzywa Puszkina jednak d'Anthes. Ich sekundanci Konstantin Danzas i d'Archiac, po nieudanych próbach załagodzenia sporu, następnego dnia o drugiej trzydzieści po południu sporządzają składające się z sześciu punktów Conditions du duel entre Monsieur le Baron Georges de Heeckeren et Monsieur de Pouchkine. Pięć pierwszych precyzuje wszystkie kwestie techniczne (np.: "1. Przeciwnicy zajmują miejsca w odległości dwudziestu kroków od siebie, na pięć kroków przed barierami, między którymi odległość wyniesie 10 kroków"), natomiast ostatni jest rytualnym zaklęciem: "Niżej podpisani sekundanci, mając wszelkie ku temu pełnomocnictwa, ręczą własnym honorem za bezwzględne przestrzeganie wymienionych warunków".

Do pojedynku doszło jeszcze tego samego dnia, czyli 27 stycznia 1837 roku, o piątej po południu w okolicach Czarnej Rzeczki. Tego dnia utrzymywała się przez dłuższy czas bardzo ładna pogoda (było słonecznie, tylko trzy stopnie mrozu), ale pod wieczór zerwał się wiatr, spadła temperatura. Podobno - tak wynika ze wspomnień Danzasa spisanych przez A. Ammosowa - po drodze, na Dworcowej Nabierieżnej, sanie Puszkina minęły się z powozem Natalii. Jednak poeta patrzył w drugą stronę, a żona była krótkowidzem i nie doszło do rozmowy, która, zdaniem sekundanta, mogła jeszcze zmienić bieg zdarzeń. Ja w to nie wierzę. Zatrzymane tamtego dnia konie - ruszyłyby jutro, pojutrze, za tydzień. Charon już był opłacony, a Styks nigdy nie zamarza.

W szybko zapadającym zmroku - dobrze znam petersburskie styczniowe zmierzchy - pierwszy wystrzelił d'Anthes i trafił. "Kula ugodziła Puszkina w prawą stronę brzucha i zmiażdżywszy kość górnej części uda łączącą się z miednicą weszła głęboko w brzuch, by zatrzymać się w trzewiach". Poeta upadł i już leżąc zdołał oddać celny strzał ("Kula przebiła mu [d'Anthesowi] rękę i uderzyła w metalowy guzik munduru uszkodziwszy mimo to dwa żebra").

Ciężko rannego Puszkina przewieziono do domu. Rozpoczęła się dwudniowa agonia. Początkowo był przytomny, rozmawiał z najbliższymi, jednak narastający ból sprawił, że próbował popełnić samobójstwo, ale Danzasowi udało się odebrać pistolety. Umierającemu przekazano list od cara. "Drogi przyjacielu Aleksandrze Siergiejewiczu - pisał Mikołaj I - jeśli nie sądzone jest nam zobaczyć się na tym świecie, przyjmij moją ostatnią radę: postaraj się umrzeć jak chrześcijanin. O żonę i dzieci nie martw się, biorę ich pod swoja opiekę" (list się nie zachował, jego treść odtworzył we wspomnieniach Konstantin Danzas). W ostatnich godzinach podawano mu opium. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Ciężko oddychać". Wedle rozpowszechnionej przez Danzasa legendy, "pani Puszkin powróciła do gabinetu w momencie jego śmierci... Natalia Nikołajewna Puszkin była pięknością. Ujrzawszy umierającego męża, rzuciła się do niego i upadła przed nim na kolana: gęste, ciemnoblond pukle rozsypały się na jej ramionach. W straszliwej rozpaczy wyciągnęła ręce do Puszkina, szturchała go i, szlochając, wołała: «Puszkinie, Puszkinie, żyjesz?!». Pod wpływem tej sceny serce się krajało...". Sankt-Petersburg uwierzył jej łzom. To Moskwa im nie wierzy.

Puszkin zmarł 29 stycznia 1837 roku za piętnaście trzecia w dzień. Nawet po śmierci nie zaznał pokoju. Uroczystości żałobne miały się odbyć w soborze Isaakijewskim ("Natalia Nikołajewna Puszkin, z wielkim żalem informując o zgonie męża jej Dworu J. C. M. kamerjunkra Aleksandra Siergiejewicza Puszkina, który nastąpił 29-go dnia tego stycznia, uniżenie prosi o przybycie na nabożeństwo żałobne do soboru Isaakijewskiego [...] 1 lutego o 11 przedpołudniem"), ale na polecenie władz przeniesiono je do cerkwi Koniuszennej. Następnie ciało zmarłego poety przewieziono - trwało to trzy dni - potajemnie do klasztoru Swiatogorskiego w guberni pskowskiej i tam pochowano. Przybita żalem wdowa nie uczestniczyła w pogrzebie.

Zrobiono wszystko, aby zmarł jako wierny syn Cerkwi, lojalny obywatel i kochający mąż. Uznano, że tak będzie najlepiej. Chyba było. Na mocy dekretu cara wdowa miała otrzymywać 5000 rubli rocznej renty i 1500 rubli rocznie na każde z czworga dzieci. Łącznie 11 000 rubli. Jednorazowo Gonczarowa otrzymała 10 000 rubli na pokrycie kosztów związanych z pogrzebem. Obiecano wykupienie zastawionego majątku, spłacenie wszystkich długów prywatnych i wydanie na koszt skarbu utworów zebranych zmarłego twórcy.

Tak niewielu zrozumiało istotę tragedii zmarłego poety (np. Jewgienij Baratynski pisał 5 lutego 1837 r. do Piotra Wiaziemskiego: "Dlaczego to było tak, a nie inaczej? Czyż jest to naturalne, żeby wielki człowiek, mający już swoje lata, zginął na pojedynku, jak nieostrożny chłopiec?"), tak wielu współczuło przebywającemu w areszcie jego przeciwnikowi, któremu groziła kara śmierci przez powieszenie lub w przypadku ułaskawienia - degradacja i zesłanie na Kaukaz (Idalia Poletika do d'Anthesa: "Wydaje mi się, że to wszystko co się wydarzyło - to jest sen, ale zły sen, żeby nie powiedzieć koszmar... Źle się czuję i będzie się Pan śmiać, gdy Panu powiem, że jestem chora ze strachu").

Jednak znany z gołębiego serca Mikołaj I ostatecznie postanowił: "[...] Heeckerena [d'Anthesa - T. K.] za wyzwanie na pojedynek i zabójstwo kamerjunkra Puszkina pozbawić rangi i nabytego tytułu rosyjskiego szlachcica oraz zdegradować do stopnia szeregowca [...]" (nakazano też jego deportację z Rosji *[W ślad za nim wyruszyła wierna żona. We Francji Jekatierina przeszła na katolicyzm, urodziła czworo dzieci. Przyczyną śmierci (15 października 1843 r.) była tzw. gorączka połogowa.]), Danzasa za wyrażenie zgody na pełnienie roli sekundanta skazać na dwa miesiące twierdzy, "karygodny zaś czyn kamerjunkra Puszkina, podlegającego karze na równi z oskarżonym Heeckerenem, z uwagi na jego zgon puścić w niepamięć". Po wymianie listów między carem a księciem Wilhelmem Orańskim Heeckeren-starszy w niełasce, bez pożegnalnej audiencji, opuścił w marcu Petersburg i udał się do Hagi *[Książę Wilhelm Orański (nb. szwagier cara) był w tym czasie regentem sprawującym rządy w imieniu chorego ojca, króla Wilhelma I. Jako Wilhelm II wstąpił na tron w roku 1840 i panował dziewięć lat. Kilka dni po śmierci Puszkina Mikołaj I pisał do Anny Pawłowny swojej siostry: "Powiedz, proszę, Wilhelmowi, że obejmuję go i że w tych dniach napiszę do niego, muszę go poinformować o pewnym tragicznym wydarzeniu, które położyło kres życiu osławionego Puszkina, poety; ale to nie znosi ciekawości poczty".].

Puszkin umarł, ale inni żyli długo i szczęśliwie.

Po kilku latach w rodowej posiadłości męża Aleksandry Gonczarowej doszło do melancholijnego spotkania może jeszcze wciąż w sobie zakochanych i, jak pisze Anna Achmatowa, "[...] wdowa po Puszkinie długo spacerowała po parku z zabójcą swego męża [...]" *[A. Achmatowa, op. cit., s. 114. Poetka przypomina również, iż mali synowie Puszkina odwiedzali "wujka Georges'a" ; tego, który "zabił tatusia" (Oncle Georges a tue papa). W tym też zamku, znajdującym się na terenie dzisiejszych Węgier, Aleksandra Gonczarowa-Friesenhoff zmarła w 1891 roku.]. Sądzę jednak, że wtedy dla Natalii znacznie ważniejsze było to, iż cieszyła się względami dworu (czy mówiąc dokładniej: cara). W 1843 roku pisała do brata: "Tej zimy rodzina cesarska okazuje mi szacunek i często przypomina sobie o mnie, dlatego zaczęłam więcej bywać. Uwaga, którą raczono mnie obdarzyć, wywołała we mnie uczucie żywej wdzięczności. Cesarzowa nawet okazała mi szacunek i poprosiła o mój portret do swego albumu". Zimą 1844 roku Gonczarowa zwróciła się do cara z prośbą o pomoc i otrzymała 25 tysięcy rubli na pokrycie długów.

Siedem lat po śmierci Aleksandra Puszkina już utulona w żalu wdowa wyszła za mąż za generała Łanskiego (16 lipca 1844 r.; wśród wielu ubiegających się o jej względy był także książę Piotr Wiaziemski, który pisał: "Jesteś Pani moim słońcem, moim powietrzem, moją muzyką, moją poezją"). W przeddzień ślubu wysłała list do d'Anthesa: "Jestem przekonana, że z Pana uczciwy człowiek, Georges, nie waham się więc ani chwili, by poprosić go o poświęcenie. Wychodzę za mąż, pragnę być dobrą i wierną żoną; mężczyzna, którego poślubiam, zasługuje na to, by być szczęśliwy - błagam, niech Pan spali wszystkie listy, jakie Pan ode mnie otrzymał, niech Pan zniszczy mój portret. Niech Pan uczyni to poświęcenie dla mojego bezpieczeństwa, w imię mojej przyszłości. Proszę Pana o to przez pamięć o tych kilku szczęśliwych dniach, które mu ofiarowałam. Skłonił mnie Pan do zastanowienia nad własnym życiem, nad prawdziwym przeznaczeniem kobiety. Chyba nie chce Pan zniszczyć swego dzieła, uniemożliwiając mi powrót na właściwą drogę - proszę do mnie nie pisać, nie mogę otrzymać ani jednej linijki, która nie nadawałaby się do przeczytania przez mojego męża. Niech Pan będzie szczęśliwy tak bardzo, jak tego pragnę, niech Pan zazna całego szczęścia, o jakim dla Pana marzyłam i jakiego zrządzeniem losu nie mogłam Panu dać. Rozstaliśmy się na zawsze, może Pan być pewien, iż nigdy nie zapomnę, że dzięki Panu stałam się lepsza, że właśnie Panu zawdzięczam wszystkie dobre uczucia i rozsądne myśli, które pojawiły się dopiero wraz z poznaniem Pana... Jeszcze raz żegnaj, Georges". I podpis: Marie.

Złe języki twierdziły, iż podczas schadzek Mikołaja I z Natalią (już po śmierci autora Eugeniusza Oniegina), to Łanskoj czuwał nad bezpieczeństwem kochanków. We wspomnieniach Aleksandry Arapowej czytamy: "Ojciec mój poznał matkę na początku zimy 1840 r. W ciągu zimy jego wizyty stawały się coraz częstsze... [...] Oczekiwał wkrótce nominacji - miał zostać dowódcą pułku gdzieś na prowincji, co mogło w znacznym stopniu utrudnić wychowanie dzieci Puszkina. Nagle wypadło mu nieoczekiwane i rzec można niebywałe szczęście. Na znak wyjątkowej cesarskiej łaski przeniesiono go ze świty do lejbgwardyjskiego pułku kawalerii jako dowódcę. Szefem pułku był sam cesarz. Nowe przestronne mieszkanie i zapowiedź świetnej kariery poszerzyły możliwości Łanskiego - toteż nie odkładając sprawy, oświadczył się mojej mamie". Do czworga dzieci z poprzedniego małżeństwa *[Maria (ur. 19 maja 1832) w 1860 roku wyszła za mąż za oficera gwardii konnej Leonida Gartunga (1832-1877), jej mąż (niewinnie oskarżony o defraudację) popełnił samobójstwo, nie miała dzieci, zm. 7 marca 1919 roku w Moskwie; Aleksandr (ur. 6 czerwca 1833) był oficerem (początkowo w pułku dowodzonym przez ojczyma), do rezerwy przeszedł jako generał-lejtnant w 1891 roku, ożenił się w 1856 roku z kuzynką ojczyma Sofią Łanską (1838-1875, mieli jedenaścioro dzieci), po śmierci Sofii powtórnie się ożenił (1883) - z Marią Pawłowa (1852-1919, mieli dwoje dzieci), zm. 19 lipca 1914 roku; Grigorij (ur. 14 maja 1835) podobnie jak brat trafił do pułku ojczyma, podał się do dymisji w 1865 roku, osiadł w Michajłowskoje, był zafascynowany sadownictwem, w 1883 roku ożenił się z Warwarą Mielnikową (1855-1935, nie mieli dzieci), w 1899 sprzedał rodową posiadłość skarbowi państwa (powszechnie nalegano na założenie w rodzinnym domu muzeum), zm. 15 sierpnia 1905 roku; Natalia (ur. 23 maja 1836), w 1853 roku wyszła za mąż za pułkownika Michaiła Dubelta (1822-1900), w 1862 opuściła męża i wyjechała do ciotki na Węgry (rozwód 1868), zawarła małżeństwo morganatyczne z księciem Nikolausem Wilhelmem von Nassau (1832-1905), została hrabiną von Merenberg, z nowym mężem miała troje dzieci, zmarła 10 marca 1913 roku w Cannes w domu swojej córki.] dołączyły trzy córki: Aleksandra, Sofia, Jelizawieta. Liczna rodzina i związane z tym rozliczne kłopoty (chociażby materialne) sprawiły, że Natalia zapadła na zdrowiu (nerwica, zaczęła palić) i udała się na leczenie do Niemiec. Z Bonn pisała (8/20 lipca 1851) do mężczyzny, którego kochała - do męża: "Dzień dobry, mój wspaniały mężu. [...]. Bądź spokojny, twój skarb będzie u Ciebie 15 [lipca - T.K.], jestem kobietą, która dochowuje słowa". Na początku lat sześćdziesiątych wszystkie listy, jakie otrzymała od Puszkina (12 - jako narzeczona, 63 - jako żona) przekazała najmłodszej córce, Natalii. Zostały one ogłoszone przez Iwana Turgieniewa w 1878 roku w miesięczniku "Wiestnik Jewropy". Publikacja wywołała ogromną polemikę. Jak zauważył jeden z badaczy, w korespondencji Gonczarowów po śmierci poety nazwisko Puszkina i sam pojedynek nigdy nie są przywoływane. Najważniejsza była dla nich pomyślność rodziny, a ta w rezultacie tragicznych wydarzeń (rozpętanych - ich zdaniem - przez zmarłego) została zniszczona. Krewni Natalii nigdy mu tego nie wybaczyli.

W 1836 roku Anna Kern zwróciła się do cara z prośbą o materialne wsparcie i otrzymała 2000 rubli, a mąż został zobowiązany do jej utrzymywania. A ona - może po raz pierwszy w życiu - naprawdę się zakochała. W młodszym o dwadzieścia lat artylerzyście. Jej wybrankiem został daleki kuzyn, kadet Aleksandr Markow-Winogradski, któremu trzydziestodziewięcioletnia Anna urodziła syna. Zmarł generał i wdowa w 1842 roku zalegalizowała swój związek z młodym kochankiem. To była wielka miłość - wychodząc za podporucznika utraciła prawo do dożywotniej emerytury po generale. Nie powodziło im się najlepiej. On zrezygnował z kariery wojskowej i został nauczycielem, ona nadal była ciekawa ludzi. Spotykała się z Fiodorem Tiutczewem, Pawłem Annienkowem, Iwanem Turgieniewem. Ten ostatni pisał: "Wieczór spędziłem u niejakiej m-me Winogradskiej, w której był kiedyś zakochany Puszkin. [...]. W młodości musiała być bardzo ładna i teraz jeszcze, przy całej swojej poczciwości (mądra nie jest), zachowała zwyczaje kobiety przyzwyczajonej się podobać. Listy, które pisał do niej Puszkin strzeże jak świętość [...]. Będąc na miejscu Puszkina, nie pisałbym do niej wierszy". W styczniu 1879 roku, w wieku 59 lat, zmarł Aleksandr Markow-Winogradski. Cztery miesiące później, mając 79 lat, zmarła Anna (zgodnie ze złośliwą regułą Stanisława Wasylewskiego: "Ukochani przez bogów umierają młodo, ale ukochane przez poetów żyją zazwyczaj długo"). W ostatnich latach utrzymywała rodzinę, sprzedając listy Puszkina. Po 5 rubli za sztukę.

D'Anthes za panowania Ludwika Filipa I został mianowany przez niego senatorem, podejmowano go również na dworze Napoleona III. Założył Paryskie Towarzystwo Gazownicze, którego dyrektorem pozostał do śmierci. Był kawalerem, a następnie komandorem Legii Honorowej. Pozostawił po sobie znaczny majątek. Umierając, nie wiedział, że jego nazwisko za sprawą zabitego zazdrosnego męża w dalekiej Rosji wejdzie na trwałe do historii literatury.

W 1844 roku (wedle innych źródeł dwa lata wcześniej) król Wilhelm II mianował Ludwika van Heeckerena ambasadorem Królestwa Niderlandów w Wiedniu. Austriacy mogli podziwiać jego błyskotliwy umysł przez trzydzieści lat. O ile wiem, baron tym razem nikogo nie adoptował. A po powrocie do Paryża (1875) zamieszkał u swego ukochanego syna.

A postromantyczna Rosja żyła kolejnym apokryfem. Po Słowie o wyprawie Igora i Pieśniach Osjana wybrańcy czytali i kopiowali z myślą o przyjaciołach rękopis, którego autorstwo przypisywano Danzasowi: "Jestem przesądny, ale tym razem dlaczegoś nie miałem wątpliwości, co do finału pojedynku. A.[leksandr] S.[iergiejewicz] był mi znany jako wyborny strzelec. Była poza tym jeszcze jedna okoliczność rodząca moją pewność: w ostatnim czasie zaczął on cierpieć na wyjątkowo dużą dalekowzroczność, tak, że czytając i pisząc, zmuszony był do korzystania z okularów, których się wstydził i nawet w swoim gabinecie chował je przed wzrokiem ciekawskich gości. Jednym słowem byłem pewien, że jeśli będzie mu sądzone strzelać do znienawidzonego przeciwnika, to nie chybi. Zaczęli się zbierać. Zauważone przeze mnie drżenie rąk i nabrzmiała twarz pana d'Anthesa wyraźnie wskazywały na burzliwie spędzony ostatni wieczór, a może też noc. To nie był najlepszy atut w pojedynku! D'Anthes wystrzelił; otóż właśnie, kula przeleciała niemal o arszyn od głowy A. S. i z sykiem zaryła się w śniegu. A. S. złośliwie się uśmiechnął, potem jego blada twarz stężała, strzelił... d'Anthes upadł na wznak, ale natychmiast podniósł się na nogi. Los chciał, by guzik, jeden z niezliczonych, zdobiących jego mundur kawalergarda, uratował to bezsensowne życie. Z uśmiechem fircyka d'Anthes wyciągnął rękę do Puszkina. Ale on z przekleństwem rzucił pistolet na ziemię i pobiegł do swego powozu *[W oryginale wozok, czyli rodzaj krytego powozu na płozach.]. Ruszyliśmy w drogę powrotną, jechałem za powozem A. S. Kiedy minęliśmy rogatkę, wydało mi się, że w powozie Puszkina rozległ się wystrzał. Pomyślałem, że to podrzuciło ekwipaż na kępie. Zatrzymaliśmy się przed domem A. S. On zwlekał z wyjściem z powozu. Podszedłem, chcąc mu pomóc. Twarz Puszkina była bledsza od marmuru, ręka, przyciśnięta do brzucha, była w krwi, pod nogami walał się kieszonkowy pistolet angielskiej roboty. «Powiedz, że to d'Anthes» - cicho wyszeptał. Tak też zrobiłem".

 

 

Całuję Twoje rączki, ramiona, nóżki

FIODOR DOSTOJEWSKI

 

OSOBY

Fiodor Dostojewski (1821-1881) - pisarz.

Maria Isajewa, z domu Constant (1825-1864) - pierwsza żona (1857-1864) Fiodora Dostojewskiego.

Anna Dostojewska, z domu Snitkina (1846-1918) - druga żona (1867-1881) Fiodora Dostojewskiego.

Sofia (22 lutego 1868-12 maja 1868), Lubow (1869-1926), Fiodor (1871-1921), Aleksiej (1875-1878) Dostojewscy - dzieci Anny i Fiodora Dostojewskich.

Awdotia Panajewa, z domu Brianska (1820-1893) - pisarka; córka znanego aktora, żona popularnego wydawcy Iwana Panajewa (1812-1862), kochanka wybitnego poety Nikołaja Niekrasowa (1821-1877).

Apolinaria Susłowa (1839-1918) - femme fatale, emancypantka, pisarka; w latach 1861-1866 blisko związana z Fiodorem Dostojewskim, w latach 1880-1886 żona Wasilija Rozanowa.

Anna Korwin-Krukowska (1843-1887) - wielka, nieodwzajemniona miłość Fiodora Dostojewskiego.

 

Przez wiele lat cierpiał na bezsenność wywołaną lękiem przed zapadnięciem w letarg. A gdy już zasypiał i przestawała działać "cenzura podświadomości" (sen bowiem "obnaża człowieka"), to nękały go "nocne majaki i koszmary". Zlany potem, wciąż na nowo przeżywał śmierć ojca (1839) zamordowanego przez zdesperowanych chłopów; na nowo przeżywał inicjację seksualną z jakąś tanią petersburską prostytutką; na nowo tracił przytomność w kolejnym ataku epilepsji, na nowo oczekiwał na założenie kaptura na głowę i salwę plutonu egzekucyjnego; na nowo czuł ciężar kajdan założonych przed wyruszeniem na katorgę; na nowo gwałcił małą dziewczynkę; na nowo przegrywał ostatnie pieniądze w ruletkę; na nowo przeżywał śmierć swoich dzieci; na nowo... I raz jeszcze szedł z pierwszą wizytą do Awdotii Panajewej.

Do Petersburga Fiodor Dostojewski trafił w 1837 roku. Początkowo, inaczej niż bohaterowie Balzaka, Stendhala czy Dickensa, nie marzył o podboju stolicy czy chociażby jej mieszkanek (gdy na początku czterdziestego roku został przedstawiony znanej z urody pani Sieniawinie, to natychmiast przydarzyła mu się utrata przytomności). Rozgłos przyszedł nieoczekiwanie dopiero po paru latach, kiedy - odurzony białymi nocami - nikomu nieznany absolwent wojskowej szkoły inżynieryjnej napisał powieść epistolarną Biedni ludzie. Rękopis stał się sensacją literacką, a autor - pożądanym gościem na pewno w wielu salonach i być może w niektórych buduarach. Jak na oszołomionego powodzeniem debiutanta przystało, był przekonany, że ma u stóp cały świat, ale na szczęście został przedstawiony młodej, pięknej, mądrej i ekscentrycznej Eudoxie. "Wczoraj - pisał do brata 16 listopada 1845 roku - pierwszy raz byłem u Panajewa i chyba zakochałem się w jego żonie".

Pochodząca z aktorskiej rodziny Awdotia Jakowlewna Brianska była utalentowaną baletnicą, ale ze względów zdrowotnych musiała zrezygnować z występów. Wtedy postanowiła zostać światową damą (z dużym powodzeniem), literatką (drugorzędną, niechętnie ujawniającą swoją wiedzę o zasadach obowiązujących w ortografii rosyjskiej) i pożeraczką męskich serc (do czasu). Dobrze zapowiadający się pisarz wywarł fatalne wrażenie, wyraźnie ją rozczarował - nie był Aleksandrem Puszkinem, nie był Ernestem Hemingwayem, nie był Markiem Hłaską czy Januszem Głowackim i nie był nawet Iwanem Panajewem, którego zdradzanie tak łatwo przychodziło (i który zdrady równie łatwo wybaczał). Był już "[...] na pierwszy rzut oka [...] młodzieńcem niezwykle wrażliwym i nerwowym. Był szczuplutkim, niewysokim blondynem o niezdrowej cerze; jego małe szare oczy niespokojnie przebiegały z jednego przedmiotu na drugi, blade wargi wykrzywiał nerwowy grymas". Był źle ubranym, bezbarwnym i zakompleksionym prowincjuszem, człowiekiem bez poloru (nie to, co mąż: "[...] Objąłem niepłatną posadę w Departamencie Skarbu Państwa dzięki protekcji dyrektora owego departamentu, Dymitra Maksymowicza Kniaziewicza, który kolegował z moim ojcem na uniwersytecie w Kazaniu. Kazali mi przepisywać jakieś papiery i opracowywać jakieś pisma. Bardzo mi się te zajęcia nie podobały. Przychodziłem do departamentu późno i nigdy nie siedziałem do końca urzędowania. [...]. Przyszedłem kiedyś do departamentu w mundurze bez galonów i w długich, szerokich spodniach w kolorową kratkę - była to ostatnia nowość w Petersburgu. Jeden z pierwszych włożyłem takie pantalony i chciałem nimi zadać szyku w departamencie. Istotnie, wywołałem nadspodziewany efekt"), którego należało brutalnie sprowadzić na ziemię. Dla jego dobra. "Byłem zakochany nie na żarty w Panajewej - raz jeszcze zwierzał się Fiodor swemu starszemu bratu, Michaiłowi (1 lutego 1846 roku) - już mi ta miłość przechodzi, choć nie jestem jeszcze tego pewien. Zdrowie moje jest straszliwie nadszarpnięte. Mam chore nerwy i boję się gorączki lub febry na tle nerwowym" *[F. Dostojewski, Listy, tłum. Z. Podgórzec, R. Przybylski, Warszawa 1979, s. 49. Dalej w tekście zasadniczym: L.]. Kuracja nie należała więc może do najprzyjemniejszych (pacjent cierpiał), ale zakończyła się pełnym sukcesem (pacjent mógł liczyć na współczucie ze strony innych dam).

 

Awdotia Panajewa

 

Spotkanie z "blondynem o niezdrowej cerze" było nic nie znaczącym, natychmiast zapomnianym epizodem w życiu pochłoniętej chwytaniem dni Panajewej (w nieco późniejszym - z 1848 roku - liście pisała do Marii Ogariowej: "[...] Gwiżdżę na wszystko i powtarzam sobie: mam dwadzieścia osiem lat, starzeję się, żyć, żyć za wszelką cenę! A niech mi się wszystko wali na głowę, bylem była zdrowa, ze wzgardą spojrzę na przemiany losu i tylko będę wciąż powtarzać «Żyć, chcę żyć», mam dwadzieścia osiem lat"). On natomiast zapomnienia szukał w snuciu utopijnych wizji społecznych pod okiem fourierysty Michaiła Pietraszewskiego i może dlatego nie potrafił jeszcze wówczas należycie ocenić nieznanych wcześniej objawów towarzyszących "chorym nerwom", "gorączce" i "febrze" - radości płynącej ze znalezienia się w sytuacji niezrozumianego i wzgardzonego, satysfakcji czerpanej z bycia zdradzanym i poniżanym, rozkoszy odczuwanej przez porzuconego. Masochistycznego rejestru stanów bezbronnej, zaszczutej ofiary pięknej kobiety.

W 1849 roku Dostojewski znalazł się w gronie aresztowanych i skazanych na karę śmierci "spiskowców". W roli scenarzysty i reżysera publicznej egzekucji wystąpił Mikołaj I. Pierwszą trójkę więźniów (autor Biednych ludzi znalazł się w drugiej) przywiązano już do słupów, włożono już im na głowę kaptury, szesnastu żołnierzy wycelowało już w nich karabiny i... I nagle na spienionym koniu, z trudem przeciskającym się przez tłum gapiów, przybył fligeladiutant z aktem łaski. Rozczarowana Pani z Kosą opuściła plac, a zakuty w kajdany szeregowiec (zdegradowany podporucznik) Fiodor Michajłowicz jeszcze tej samej nocy znalazł się w drodze na czteroletnią syberyjską katorgę.

Pobyt w Omsku - naznaczony początkowo radością (pewnie nie znał, więc pewnie nie parafrazował: "do życia powróciłeś cudem"), a potem jakiś czas rozpaczą - sprzyjał wyciszeniu, refleksji, medytacji i metafizyce. Dla Erosa był to raczej czas hibernacji, tak dobrze znany innemu zesłańcowi politycznemu:

Wołkow: A życie seksualne?

Brodski: Żadnego.

Wołkow: I całe półtora roku tkwiłeś w celibacie?

Brodski: Coś jakby. No, rękę, rzecz jasna, puszczałem w ruch. Lecz generalnie, zasadniczo, celibat *[S. Wołkow, Świat poety. Rozmowy z Iosifem Brodskim, tłum. J. Gondowicz, Warszawa 2001, s. 82.].

Namiętności, tłumione i spychane przez Dostojewskiego w ciągu tych czterech lat do podświadomości, powracały w snach, nadały nowy wymiar wszystkim jego kolejnym romansom, ukształtowały późniejsze powieści.

Po odbyciu kary katorgi (23 stycznia 1854 roku), autor Sobowtóra trafił na zesłanie do położonego w Kazachstanie Semipałatyńska. Ten powrót do normalności (umownej - na miarę półwięźnia w azjatyckiej mieścinie) oznaczał dla niego przede wszystkim możliwość odnalezienia kobiety z omskich snów. Wkrótce poznał rodzinę Isajewów (jako Marmieładowowie trafią do Zbrodni i kary) i natychmiast zakochał się w pani Marii. Niektórzy tę nagłą, burzliwą erupcję miłości odczytywali wyłącznie jako pospieszną próbę zaspokojenia posyberyjskiego głodu uczuć, co oczywiście sugerowało ruletkową przypadkowość w wyborze obiektu westchnień i wyznań: jakaś Isajewa, jakaś Iwanowa, jakaś Pietrowa, jakaś Turgieniewa, jakaś Tołstaja. Było zupełnie inaczej. Dostojewski - to było bezwiedne, podświadome, od niego silniejsze - nie mógł postąpić inaczej: obstawił cyfrę, na której nigdy nie zatrzymywała się wirująca kula; wybrał kolor przegranych, outsiderów o złamanych sercach i loserów, od których zawsze się roi w kasynie życia. "Mężczyzna po przejściach" wybrał "kobietę z przeszłością" (lecz bez przyszłości) i zakochał się - jak tego podskórnie pragnął - nieszczęśliwie. We współczującej mu (ale tylko tyle), chorej na gruźlicę żonie alkoholika. "[...] Maria Dmitriewna - pisał we wspomnieniach niezwykle życzliwy dla autora Białych nocy, miejscowy prokurator Aleksandr Wrangel - wiecznie chorowała, kaprysiła i była zazdrosna". Na początku 1855 roku prawdopodobnie została kochanką Dostojewskiego, ale kilka miesięcy później, w maju, Isajew został służbowo przeniesiony do oddalonego o 500 czy 600 wiorst *[wiorsta - dawna rosyjska jednostka długości równa 1,0668 km] Kuzniecka. Rozstanie z ukochaną jedynie spotęgowało cierpienia nie najmłodszego już Wertera. "Bardzo się do Pani przywiązałem - pisał do niej 4 czerwca 1855 roku - Na naszą znajomość nigdy nie patrzyłem, jak na coś zwyczajnego, a teraz, gdy straciłem Panią, wiele rzeczy odgadłem intuicyjnie. Pięć lat żyłem bez ludzi, nie mając absolutnie nikogo, przed kim mógłbym otworzyć swoje serce. Pani potraktowała mnie jak kogoś bliskiego. Przypominam sobie, że czułem się u Pani jak w domu rodzinnym. Aleksander Iwanowicz o rodzonego brata nie troszczyłby się tak, jak o mnie. Ileż przykrości sprawiałem Państwu swoim ciężkim charakterem, a Państwo oboje jednak kochaliście mnie. Rozumiem to i czuję, nie jestem przecież bez serca. Pani jest zadziwiającą kobietą, serce ma Pani cudownej, anielskiej dobroci, była Pani dla mnie niczym rodzona siostra. Już to tylko, że kobieta wyciągnęła do mnie rękę, stało się epokowym wydarzeniem w moim życiu. [...]. Żegnam Panią, niezapomniana Mario Dmitriewna! Żegnam! Chyba zobaczymy się jeszcze, prawda? Niech Pani pisze do mnie częściej i jak najwięcej. [...]. Niech Pani bywa zdrowa! Czyż nigdy już się nie zobaczymy? Pani Dostojewski" (L., 118-123). Tych kilkaset słów wyznaczyło pewien kanon zachowań epistolarnych i określiło model ról życiowych nadawcy.

 

Maria Isajewa

 

Wszystkie swoje listy (nawet te adresowane do najbliższych; nawet te najbardziej intymne, wysyłane do kobiet, które kochał i pożądał) będzie podpisywał: "Dostojewski", "Fiodor Dostojewski", "F. Dostojewski". Dla nikogo i nigdy nie będzie "Fiodorem" czy "Fiedią" i tylko niekiedy - dla swojej drugiej żony - "Mężem". Może dlatego, że każdy swój rękopis (nie czyniąc rozróżnienia między listem a powieścią) potraktuje jako element jednego megatekstu zaopatrzonego zawsze w tę samą sygnaturę; może po prostu nie zechce się narażać na śmieszność (wyrafinowane poczucie humoru *["Podczas naszego pobytu w Starej Russie - pisze Anna Dostojewska w panegiryku ku czci męża - Fiodor Michajłowicz był zawsze w dobrym humorze i wesoły, o czym świadczy na przykład figiel, jaki mi spłatał. Kiedyś na wiosnę 1875 roku Fiodor Michajłowicz wyszedł rano ze swej sypialni bardzo zachmurzony. Zaniepokoiłam się i zapytałam, jak się czuje. - Jestem zupełnie zdrowy - odpowiedział Fiodor Michajłowicz - lecz wydarzyła mi się przykra historia. W łóżku była myszka. [...]. Należy przeszukać pościel. - Tak, koniecznie - odpowiedziałam" (W., s. 312-313). Myszy oczywiście nie znaleziono, bo to był taki wyszukany żart Dostojewskiego.] czy autoironia były mu obce); a ktoś z Wiednia wspomniałby jeszcze może o kompleksach. Ta czwartoczerwcowa autokreacja zasługuje zresztą (czy może: przede wszystkim) na uwagę z innego jeszcze powodu - po raz pierwszy tak wyraźnie wyartykułowanej potrzeby bycia "sentymentalnym masochistą, rozrzewnionym samodręczycielem". Autor listu spala się w miłości do Marii - ale nazywa ją "rodzoną siostrą"; przeżywa męki zazdrości - ale jest wdzięczny rywalowi za braterską troskę.

Nawet dość nieoczekiwana śmierć Aleksandra Isajewa (4 sierpnia 1855 roku) niczego początkowo nie zmieniła. Dostojewski natychmiast wyruszył do damy swego serca, by się przekonać na miejscu, że wdowie łzy ocierał inny ktoś. Emablował ją młody, przystojny, dwudziestoczteroletni nauczyciel Nikołaj Wiergunow. Maria się waha, prosi o czas do namysłu. Zrozpaczony Fiodor Michajłowicz powraca do Semipałatyńska, przez wiele miesięcy starannie pielęgnuje nowo zadane rany, cierpi na bezsenność, prowadzi korespondencję z parą kochanków (jej życzy dużo szczęścia w życiu; jemu oznajmia, że pokochał go, jak "rodzonego brata") i błaga wszystkich znajomych o wstawienie się za nim u wiarołomnej Isajewej. Stara się też o zmianę statusu społecznego i dzięki staraniom Wrangla 30 października 1856 roku odzyskuje swój dawny stopień oficerski (szlachectwo zwrócono mu kilka miesięcy później, w maju) i już jako podporucznik 24 listopada prosi Marię o rękę. Oświadczyny zostały przyjęte (cywil-nauczyciel nie miał żadnych szans, ale to z nim spędzi przedślubną noc wdowa-narzeczona). Ślub odbył się 6 lutego 1857 roku. Oboje, Dostojewski i Isajewa, osiągnęli swoje cele. Wieczorem, gdy już zostali sami, panem młodym zaczęły wstrząsać silne konwulsje, które doprowadziły go do utraty przytomności. Przerażona panna młoda usłyszała od lekarza, że to epilepsja. To zaważyło na ich późniejszym nieudanym życiu erotycznym - nazajutrz nie mieli już sobie nic do powiedzenia *[Interesującą koncepcję sformułował w swoim czasie Iwan Jermakow (1875-1942), pionier badań psychoanalitycznych w Rosji. W nieopublikowanym za życia studium o Dostojewskim stwierdził, że pierwsza żona pisarza była przez niego podświadomie traktowana jako matka. Stąd też brak dzieci, stąd też jego częściowa (lub może nawet całkowita) impotencja. Lęk przed incestem [incest - obcowanie płciowe z osobą blisko spokrewnioną; kazirodztwo] sprawił, że z żoną-matką łączyła go jedynie "nieżnost" - czułość, tkliwość (jako uczucie infantylne), a nie tabuistyczna "namiętność" (tu rozumiana, jako życie seksualne). W opinii uczonego był to klasyczny kompleks matki. Zob. I. Jermakow, Psichoanaliz litieratury. Puszkin. Gogol. Dostojewskij, Moskwa 1999.]. No, prawie nic. Ona oznajmiła, że wciąż kocha Wiergunowa. I nikogo poza tym.

We wrześniu pięćdziesiątego dziewiątego roku roku Fiodor Dostojewski, tłumacząc się złym stanem zdrowia, prosi Aleksandra II o wyrażenie zgody na powrót do stolicy:

Wasza Cesarska Mość!

Ja, były przestępca polityczny, ośmielam się złożyć u stóp tronu Waszej Cesarskiej Mości moją pokorną prośbę. Wiem, że nie jestem godzien łaski Waszej Cesarskiej Mości i jestem ostatnim z tych, którzy mogą mieć na tę łaskę nadzieję. Jestem jednak nieszczęśliwy, a Wasza Cesarska Mość bezgranicznie miłosierny. [...]. Jesteś Najjaśniejszy Panie jak słońce, które świeci zarówno dla świętych, jak i grzeszników. Uszczęśliwiłeś już miliony swoich poddanych. Proszę więc, niech Wasza Cesarska Mość uszczęśliwi jeszcze jednego biednego sierotę, jego matkę i nieszczęsnego, chorego człowieka, który wciąż jeszcze jest wyrzutkiem społeczeństwa. Człowieka, który gotów jest natychmiast poświęcić swe życie dla Monarchy obsypującego dobrodziejstwami swych poddanych! (L., 159-161).

To był jeden z najpiękniejszych listów miłosnych napisanych przez autora Biednych ludzi i, oczywiście, jego prośba została wysłuchana - w grudniu 1859 roku wraz z żoną i pasierbem przybył do Petersburga. Najbliższe lata upłyną mu na pisaniu i równie gorączkowym poszukiwaniu nowej kandydatki na żonę (obecna jest niewierna i chora na gruźlicę - więc na pewno wkrótce umrze).

Na początku roku sześćdziesiątego pisarz poznał młodą, ładną, utalentowaną aktorkę Aleksandrę Schubert (1827-1909). W marcu rozstała się wprawdzie ze swoim drugim mężem - lekarzem Stiepanem Janowskim (Aleksandra posługiwała się nazwiskiem poprzedniego męża), który jeszcze w latach czterdziestych leczył zaprzyjaźnionego z nim Dostojewskiego - ale zamiast związku z czterdziestoletnim, żonatym adoratorem (co to żona go nie rozumie) wybrała, za jego zresztą namową, karierę sceniczną w Moskwie. Nie pojechał za nią (jeszcze nie teraz i nie za tą), nie zdobył się na odbycie Nowej podróży z Petersburga do Moskwy, ograniczył się do paru tanich, konwencjonalnych zapewnień:

"Czy ujrzę Panią, moja kochana? [...]. Otwarcie Pani mówię: kocham Panią bardzo i gorąco [...]". Blitzliebschaft zmarł śmiercią naturalną i nie pociągnął za sobą żadnych ofiar. Sentymentalna aktorka przechowywała do końca życia trzy listy od petersburskiego wielbiciela. Dla niego ten romans okazał się zaledwie próbą generalną przed przyszłoroczną premierą, w której miał do zagrania najważniejszą rolę w całym swoim życiu.

W sierpniu 1861 roku na jego odczycie pojawiła się Apolinaria Susłowa - emancypantka o literackich ambicjach *[Warto dodać, że jej siostra Nadieżda (absolwentka medycyny w Zurychu) była pierwszą w Rosji lekarką. ]. Poszukiwała swego guru. Mistrza - w życiu i w sztuce, dla którego gotowa była zostać Małgorzatą. Wcześniej uczestniczyła w podobnych spotkaniach między innymi z Czernyszewskim, Niekrasowem, Pisiemskim, Szewczenką, ale dopiero Dostojewski zafascynował ją - jak zauważył Leonid Grossman - swoją traumatyczną, męczeńską przeszłością. Ujęła go listem, w którym wyznała miłość; on dał wyraz swemu uczuciu, drukując w wydawanym przez brata piśmie "Wriemia" jej marne opowiadanie Dopóty. Ich związek przetrwał od 1861 do 1866 roku. Córka pisarza, Lubow, pozostawiła krzywdzący portret kochanki ojca: "Regularnie każdej jesieni zapisywała się na uniwersytet, jako studentka [miała status wolnego słuchacza - T. K.], ale nigdy nie uczęszczała na zajęcia i nie zdawała egzaminów. [...]. Wtedy zapanowała moda na wolną miłość. Młoda i piękna Polina [...] przechodziła, służąc Wenus, od jednego studenta do drugiego, wierząc, że w ten sposób służy cywilizacji europejskiej". Nieprawda: Dostojewski był jej pierwszą wielką miłością, Dostojewski był prawdopodobnie jej pierwszym kochankiem i to Dostojewski uczył ją (a była pojętną uczennicą) seksualnych praktyk sadomasochistycznych.

Z nią mógł realizować wszystkie swoje fantazje erotyczne, mógł - jak to elegancko określano w wyciskaczach łez - oddawać się rozpuście, mógł poczuć się do szpiku kości zepsutym (i tego samego wymagał od partnerki), mógł robić wszystko to, czego nie mógł (i być może nie chciał, bo ówczesnego "[...] mężczyznę przepełniało poczucie winy, ilekroć zbrukał swojego domowego «anioła»" *[D. Ackerman, Historia naturalna miłości, tłum. D. Gostyńska, Warszawa 1997, s. 278.]) w związku z Marią Isajewą. Z czasem, jak powiada Alfried Bem, Dostojewski się rozdwoił (jak Goladkin w Sobowtórze): Starszy - zgryźliwy bigot, antypatyczny ksenofob i nacjonalista - żenił się, pisał epilog Zbrodni i kary, prowadził Dziennik pisarza, moralizował, korespondował z rodziną carską; Młodszy - żyjący z dnia na dzień wieczny dłużnik, hazardzista opętany wizją wielkiej wygranej - kochał się w Susłowej, zapominał o ciężko chorej żonie, grał w ruletkę, miał za nic tabu obowiązujące w społeczeństwie wiktoriańskim. Już dawniej uważał, iż "[...] cnoty nie poznamy bez występku" (L., 69) i teraz epilepsję ("chorobę zawodową mistyków") potraktował jako rodzaj mistycznego wehikułu dla hierofantów *[hierofant - osoba wtajemniczająca, wprowadzająca w tajniki czegoś] odbywających podróże między dwoma stanami świadomości (dobra i zła), dwoma wcieleniami (Jekylla i Hyde'a), dwoma światami ("cnoty" i "występku").

W 1863 roku zniecierpliwiona Susłowa przejmuje inicjatywę i zmienia narzucone jej reguły gry: wyjeżdża za granicę, kochanka informuje listownie o zerwaniu ("Prosisz, żeby nie pisać, że rumienię się za swoją miłość do Ciebie. Nie tylko nie będę tego pisać, ale mogę zapewnić Cię, że nigdy nie pisałam i nie myślałam o pisaniu... Mogłam do Ciebie napisać, że rumienię się za nasz wcześniejszy związek, ale to nie powinno być dla Ciebie niczym nowym, ponieważ nigdy tego nie ukrywałam i ileż to razy chciałam go przerwać przed moim wyjazdem za granicę". "Ten związek był dla Ciebie niezły. Zachowywałeś się jak człowiek poważny, zapracowany, który nie zapomina wszakże o doznawaniu rozkoszy, ponieważ jakiś wielki lekarz albo filozof zapewniał, iż należy się upić raz na miesiąc. Nie powinieneś się gniewać, że tak lekko to traktuję, ale ja przecież jestem na bakier z formami i konwenansami") i czeka na jego reakcję. Podrażniony Dostojewski wyruszył natychmiast za nią w poszukiwaniu nowych doznań. Nie wiem, czy opuszczając Rosję, już wiedział, że nie będzie miał możliwości wyboru - do obsadzenia pozostała jedynie rola Ofiary.

Po latach Wasilij Rozanow przytoczył w liście do Wołżskiego swoją rozmowę z Apolinarią Susłową:

Dlaczego rozstaliście się, A[polinario] P[rokofiewno] - (ma się rozumieć z Dostojewskim)?

- Dlatego, że nie chciał się rozwieść z żoną, suchotnicą, «bo umiera».

- Ale przecież umierała?

- Tak. Umierała. Za pół roku umarła. Ale już przestałam go kochać.

- Dlaczego przestała pani kochać?

- Dlatego, że nie chciał się rozwieść.

Milczę.

- Oddałam mu się przecież z miłości, nie pytając, bez wyrachowania. I on powinien postąpić tak samo. Nie zrobił tego i rzuciłam go... .

W Paryżu Susłowa poznała młodego Salvadora, który wkrótce został jej kochankiem (zapewne miał być remedium - dla niej i trucizną - dla Fiodora). "Byłam u Salvadora - zanotowała 19 sierpnia 1863 roku. - Zaczął mnie wypytywać, co robiłam, czy myślałam o nim" *[Dalej w tekście zasadniczym: S.].

Jednak to nie on jest głównym bohaterem (jest ledwie statystą) paryskiego dziennika Apolinarii, lecz wciąż kochany i znienawidzony przybysz z Petersburga: "Teraz otrzymałam list od F[iodora] M[ichajłowicza] już pocztą miej[ską]. Jakże się on cieszy, że wkrótce mnie ujrzy. Wysłałam do niego bardzo krótki list, który wcześniej przygotowałam. Żal mi go bardzo" (27 sierpnia 1863; S., 50);

- Myślałam, że nie przyjedziesz - powiedziałam - dlatego, że napisałam do Ciebie list.

- Jaki list?

- Żebyś nie przyjeżdżał.

- Dlaczego?

- Dlatego, że jest za późno.

Opuścił głowę.

- Powinienem wszystko wiedzieć, chodźmy gdzieś i powiedz mi, albo umrę (27 sierpnia 1863; S., 50).

Nieco później Apolinaria Susłowa napisała opowiadanie Obca i swój, którego bohaterowie (Łosnicki, Anna Pawłowna) powtarzają scenę z jej dziennika:

- Po co przyjechałeś? - powiedziała ze smutkiem.

- Jak to po co! Co ty mówisz?

[...]

- Czyżbyś nie otrzymał mego listu, tego, gdzie pisałam, żebyś nie przyjeżdżał? [...].

- Nie przyjeżdżał?.. Dlaczego?

- Dlatego, że jest za późno [...] (S., 135-136).

To paryskie, sierpniowe spotkanie niedawnych kochanków przebiegało według oczekiwanego przez nich scenariusza - w atmosferze wzajemnego zrozumienia (dla dorobku markiza de Sade'a): "Kiedy weszliśmy do jego pokoju, upadł do moich stóp i ściskając, obejmując ze szlochem moje kolana, głośno załkał: "Straciłem Ciebie, wiedziałem to!»" (S., 51); "Powiedział mi, że jest szczęśliwy, iż poznał na świecie taką istotę jak ja. Prosił, by pozostawać z nim w przyjaźni [...]. Potem zaproponował wyjazd do Włoch, byłby dla mnie bratem" (S., 52).

Kilka dni później Susłowa dowiaduje się, że Salvador ją zdradza. Czuje się upokorzona i waha się między zbrodnią w afekcie a samobójstwem. Idzie więc do Dostojewskiego, któremu "po paru nieistotnych pytaniach, zaczęłam [...] opowiadać całą historię mojej miłości [...]" (1 września 1863; S., 55).

Po paru dniach oboje, już razem, opuścili Paryż.

"Podróż nasza z F[iodorem] M[ichajłowiczem] - zapisała Apolinaria Susłowa 6 września 1863 roku w Baden-Baden - jest dość zabawna [...]" (S., 58). A to dlatego, że Dostojewski zdążył już przegrać trzy tysiące franków (ale przysłano na szczęście sto rubli z Rosji i można było wyruszyć do Genewy), a ona nieustannie go zadręczała i prowokowała: "[...] byłam tego dnia zmęczona, położyłam się na łóżku i poprosiłam Fiodora] M[ichajłowcza], żeby przysiadł się do mnie bliżej. Było mi dobrze. Wzięłam jego dłoń i długo trzymałam w swojej. Powiedział, że mu się tak bardzo dobrze siedzi. [...].

- Co się dzieje? - spojrzałam na jego twarz, i zauważyłam poruszenie.

- Teraz chciałem pocałować twoją nogę.

- Ach, po co to? - powiedziałam mocno speszona, podciągając nogi" (6 września 1863; S., 58).

Scena ta pojawiła się oczywiście we wspomnianym już autobiograficznym opowiadaniu Susłowej:

- Nie wiesz, co teraz ze mną się działo - zaczął po chwili ze wzruszeniem.

- Co? - spytała z niepokojem [...].

- Nie będziesz się gniewać?

- Co się stało?

- Ja tylko chciałem podejść i pocałować twoją nogę [...].

Rumieniec wstydu pojawił się na szlachetnym, niewinnym czole Anny i nadał jej twarzy prawdziwie dziewczęcy wyraz (S., 149).

Na marginesie warto dodać, że bohaterka opowiadania zrealizowała marzenia autorki i popełniła samobójstwo. Ostatni raz Annę Pawłowną widziano, kiedy "[...] pytała, gdzie jest przejście przez rzeczkę i jak głęboka jest woda" (S., 157). Po odnalezieniu jej ciała: "Przypuszczano, że wpadła do wody przechodząc po wąskim mostku, ponieważ trupa odnaleziono obok tego mostu i na samym środku, gdzie woda płynie szybciej. Zapewne zakręciło jej się w głowie, kiedy spojrzała na prędko płynącą wodę, ale Bóg, który widzi zamiary i uczynki ludzi, wie lepiej" (S., 158).

Tymczasem para romantycznych eks-kochanków dotarła do Genewy, gdzie on oczywiście przegrał ostatnie - który to już raz? (i to jest pocieszająca obserwacja, bo, jak się okazuje, po "ostatnich" są zawsze jakieś następne) - 250 franków i pieniądze na dalszą drogę otrzymali w lombardzie (zegarek Dostojewskiego, pierścionek Susłowej). 17 września w Turynie Apolinarię Susłową ogarnęła "[...] znów czułość do F[iodora] M[ichajłowicza]" (S., 60) i za tę chwilę słabości zapłaciła kilkanaście dni później w Rzymie: "Wczoraj F. M. znów się do mnie umizgał" (29 września 1863; S., 62). Pewnie znów został sprowokowany (a "panie z dziewiętnastowiecza były doświadczeńsze niż współczesne. Ubierały się obficiej i szczelniej, a ta większa ilość przeszkód nasilała, nabarwiała, nalewała więcej krwi do poszukiwań, odkryć, coraz a coraz słodszych i lubieżniej szych wędrówek wśród wełny, jedwabi, batystów, potęgując trzęsienie się rąk i warg, wzmacniając wrażenie" *[S. Cat-Mackiewicz, Dostojewski., s. 108.]) i pewnie znów - w stanie zapowiadającym atak epilepsji - usłyszał: "Basta!". Z Rzymu wyjechali razem do Berlina i tam się pożegnali: Dostojewski wyruszył do Homburga - na ruletkę, Susłowa do Paryża - zapomnieć.

To nie było rozstanie "na zawsze" - w przyszłości jeszcze do siebie pisali (już zresztą po paru dniach nadszedł od niego list z prośbą o pomoc; pożyczyła od znajomych i wysłała mu 300 franków) i jeszcze się widywali. Susłowa będzie też stale obecna w jego powieściach jako kobieta "infernalna" - Polina w Graczu, Nastasja Filipowna w Idiocie, Achmakowa w Młodziku i Gruszeńka w Braciach Karamazow.

15 kwietnia 1864 roku zmarła zapomniana przez wszystkich żona Dostojewskiego (wilgotny petersburski klimat przyspieszył rozwój gruźlicy, dla poratowania zdrowia wyjeżdżano wówczas na południe Włoch). Dwa dni, także w dzień pogrzebu ("Masza leży na stole..."), Fiodor Michajłowicz był zajęty pisaniem (niezachowanego) listu do Apolinarii.

Jesienią i zimą sześćdziesiątego czwartego roku widują się w Petersburgu, prowadzą bardzo poważne rozmowy i nie znajdują wspólnego języka: "Mówią mi o F[iodorze] M[ichajłowiczu]. Ja go po prostu nienawidzę. Tak wiele kazał mi cierpieć, kiedy można się było obejść bez cierpienia" (24 września 1864; S., 92), "Dzisiaj był F[iodor] M[ichajłowicz] i wciąż kłóciliśmy się [...]. Już dawno proponuje mi rękę i serce i tylko mnie tym irytuje" (2 listopada; S., 129), "Kiedy sobie przypominam, kim byłam przed dwoma laty, zaczynam nienawidzić D[ostojewskiego], pierwszy zabił we mnie wiarę" (14 grudnia; S., 110).

Odmową Susłowej utulony w żalu wdowiec zbytnio się nie przejął - jesienią 1864 roku poznał Marfę Braun, która próbowała (jak wcześniej Apolinaria) nawiązać współpracę z kolejnym pismem Michaiła Dostojewskiego ("Epocha"). Fiodora Michajłowicza poraziła jej niebanalna przeszłość (każdego by poraziła) - na miarę Angeliki, bohaterki francuskich filmów przygodowych sprzed kilkudziesięciu lat. W końcu lat pięćdziesiątych Marfa podróżowała w podejrzanym towarzystwie w poszukiwaniu przygód. Ostatecznie wylądowała w Anglii, skąd przeniosła się do Austrii. Wkrótce musiała ją opuścić i szukać schronienia w Turcji. O swoim ówczesnym życiu pisała: "Przez Austrię i Prusy przemknęłam jak wicher z jakimś Węgrem, potem przez 7 miesięcy z jakimiś Anglikami, poszukiwaczami przygód, od rana do wieczora, niekiedy pieszo, niekiedy konno, zmuszona byłam objeździć całą Szwajcarię, całe Włochy, Hiszpanię i, wreszcie, południową Francję. W Marsylii rozstałam się z nimi, znalazłam się w Gibraltarze, ale jakiś próżny, spragniony sławy Francuz, za wiadomą opłatę, prosto z balu maskowego pojechał razem ze mną do Belgii, a stamtąd do Holandii. Z pierwszego kraju nas wydalono, z drugiego po prostu wyrzucono i ja bezpośrednio z aresztu wojskowego w Rotterdamie znalazłam się w Anglii bez środków do życia, bez znajomości języka. Dwa dni spędziłam na policji za próbę samobójstwa, potem dwa tygodnie z londyńskimi włóczęgami pod mostami, wodociągami Tamizy; następnie, sama o tym nie wiedząc, poszłam na służbę do [...] wspólnika fałszerzy monet; nie znając dobrze języka, przyciągnęłam uwagę rozmaitych misjonarzy [...], którzy jeden przez drugiego, ale w sposób tak bardzo urozmaicony i tak gorliwie przekazywali mi swe pasterskie wskazówki, że w ciągu dwóch miesięcy nie tylko nauczyłam się języka angielskiego, ale też poznałam wszystkie możliwe sekty angielskie [...]". A jeszcze później z pastorem kościoła metodystów udała się na pewną wyspę, tam też poślubiła jakiegoś marynarza i wreszcie via Brighton przyjechała do Londynu. Do kraju powróciła w 1862 roku. Pozbawiona rodziny, przyjaciół (i kolejnych kochanków) odnalazła azyl w środowisku bohemy artystycznej, zaczęła pisać, trafiła do "Epochi" i została utrzymanką Dostojewskiego (niepokoiła się: "[...] czy uda mi się [...] zaspokoić Pana fizycznie [...]"). Ich znajomość nie trwała długo. Z drugiej połowy stycznia 1865 roku pochodzi ostatni list napisany przez Marfę do Fiodora Michajłowicza. Dziękuje w nim za pomoc i życzliwość, za to, iż "[...] nie wzgardził Pan upadłą stroną mojej osobowości [...]". Nie wiedziała (raczej), nie domyślała się (chyba), że to jedynie "upadłej stronie" zawdzięcza swoje miejsce w biografii tego pisarza.

Odmową Susłowej utulony w żalu wdowiec zbytnio się nie przejął jeszcze z innego powodu - w 1864 roku do redakcji "Epochi" nadeszły dwa rękopisy podpisane przez Jurija Orbiełowa. W 1865 roku Dostojewski poznał autora - zielonooką Annę Korwin-Krukowską (starszą siostrę znanej matematyczki Sofii Kowalewskiej), która jako Agłaja pojawi się w Idiocie. "[...] Jak nazwisko wskazuje - pisze Cat-Mackiewicz - była z pochodzenia Polką [...]. Ale już w ojcu Aniuty nie było śladu polskości. [...]. Aniuta dużo czytała w dzieciństwie i jako podlotek chciała być zakonnicą i pustelniczką [...]. Potem znów chciała zostać nihilistką. Zaczęła pisać nowelki". Ojciec Anny - emerytowany generał-porucznik, bogaty właściciel ziemski z okolic Witebska - obecność w życiu córki cieszącego się już pewnym rozgłosem twórcy skwitował przytomnie: "Pamiętajcie tylko, że Dostojewski nie jest człowiekiem z naszego towarzystwa. Cóż my o nim wiemy, że jest byłym katorżnikiem i dziennikarzem. Trzeba z nim być bardzo a bardzo ostrożnie". Niezrażony Fiodor Michajłowicz w końcu kwietnia 1865 roku prosi Korwin-Krukowską o rękę i słyszy: "Nie" (Na przytoczenie zasługuje jej późniejszy komentarz: "Szanuję go bardzo, kocham jego geniusz. Ale on potrzebuje kobiety, która by żyła tylko jego osobą, która poza nim nie miałaby innego życia. On jest taki nerwowy, drapieżny, on chce wessać mnie w siebie"). Usłyszał, ale natychmiast zapomniał i za jakiś czas opowiadał swojej następnej żonie "[...] jak oświadczył się Annie Wasiliewnie Korwin-Krukowskiej, jak uradowany był uzyskawszy zgodę tej rozumnej, zdolnej panny i z jaką przykrością zwracał dane jej słowo, przekonawszy się, że przy krańcowo sprzecznych poglądach ich wzajemne szczęście jest niemożliwe" (W., 37-38; Anna Dostojewska niemal dosłownie powtarza opinię swojej imienniczki: "[...] słuszne było jego przekonanie o tym, iż nie byliby razem szczęśliwi. Anna Wasiliewna nie posiadała owej tak ważnej ustępliwości, która nieodzowna jest w każdym dobrym małżeństwie, a zwłaszcza w pożyciu z tak drażliwym człowiekiem, jakim w następstwie swej choroby był Fiodor Michajłowicz" W, 70).

Odmową Susłowej utulony w żalu wdowiec zbytnio się nie przejął także dlatego (to już trzeci powód), że w tym czasie rodzina opracowała plan małżeństwa z bratową męża siostry pisarza, Wiery. Konstantin Iwanow był poważnie chory i uznano, że po jego śmierci lubiana przez wszystkich Jelena Iwanowa może uszczęśliwić Fiodora Michajłowicza. To mogła być rzeczywiście idealna żona, stabilna przystań życiowa dla starzejącego się mężczyzny. Przy pierwszej nadarzającej się okazji zadał jej oczywiście swoje ulubione pytanie - czy wyjdzie za niego, kiedy już będzie wolna. Nie powiedziała: "Tak", ale dała do zrozumienia, że może on liczyć na taką właśnie odpowiedź po zejściu męża. Konstantin, niestety (przepraszam), z jakichś powodów zmarł później niż powszechnie oczekiwano (dopiero w 1869 roku), o wiele za późno dla zniecierpliwionego przedłużającym się wdowieństwem Dostojewskiego.

Przerwy między kolejnymi oświadczynami spędzał najczęściej w towarzystwie nieocenionej Apolinarii Susłowej. "[...] Moja sytuacja - pisał do niej 10/22 sierpnia 1865 roku z Wiesbaden - pogorszyła się wręcz nieprawdopodobnie. Gdy tylko wyjechałaś, na drugi dzień, wcześnie rano, zakomunikowano mi w hotelu, że nie będę dostawać ani obiadu, ani herbaty, ani kawy. [...]. W ten sposób od wczoraj nic nie jem i żyję o samej tylko herbacie. Zresztą jest ona ohydna, parzona nie w samowarze. Ubrania i butów też mi nie czyszczą, na moje wezwanie nie reagują [...]. Nie ma dla Niemca większego przestępstwa jak nie mieć pieniędzy i nie zapłacić w terminie. [...]. Mogą mi nawet zabrać rzeczy, a mnie wyrzucić z hotelu albo zrobić jeszcze coś gorszego. Ohyda. Jeśli dojechałaś szczęśliwie do Paryża i w jakiś sposób będziesz w stanie pożyczyć trochę pieniędzy od swoich przyjaciół i znajomych, to przyślij mi [...]. Gdybym otrzymał 150 guldenów, to rozliczyłbym się z tymi świniami i przeniósł do innego hotelu. [...]. Do zobaczenia, kochana, nie mogę uwierzyć w to, że nie zobaczę Cię w Paryżu, gdyż wyjedziesz zanim ja przyjadę. O sobie nawet myśleć mi się nie chce. Siedzę i czytam, aby zbędnymi ruchami nie wzbudzać w sobie apetytu. Ściskam Cię mocno" (L., 187-188).

Gdy już szczęśliwie powrócił do Rosji, to 26 marca 1866 roku - chyba jedynie po to, żeby nie wyjść z wprawy - Dostojewski oświadczył się Marii Iwanczinie-Pisariewej. To nie był dobry pomysł. Konkurent podobno rozbawił damę do łez.

Na szczęście w takich trudnych dla siebie chwilach Dostojewski zawsze mógł szukać zrozumienia u panny Sofii (zdrobniale: Sonia, 1846-1907), przez wiele lat najpilniejszej swojej korespondentki. Fiodor Michajłowicz - wyraźnie idealizując młodszą od siebie o ćwierć wieku siostrzenicę (tak nawiasem mówiąc, pisarz w listach do pań z reguły ujmował sobie lat) i przeceniając jej walory intelektualne - uczynił ją swoją powiernicą. Ze zrozumiałych powodów, tabu obyczajowego i kulturowego, tym razem poprzestał na konwencjonalnym związku platonicznym, ale wciąż mu się marzyła rola Pigmaliona kształtującego Sofię-Galateę. "Moja droga, nieoceniona przyjaciółko Sonieczko [znacznie lepiej zabrzmiałoby: My Fair Lady - T. K.] - pisał do niej z Genewy 1/13 stycznia 1868 roku - mimo Twojej usilnej prośby, abym do Ciebie pisał - milczałem. [...]. Powinnaś przecież wiedzieć, Soniu, jak bardzo Cię cenię i poważani i jak droga jest mi Twoja przyjaźń. Niewiele spotkałem w życiu ludzi takich jak Ty" (L., 227) i dalej o swoim najnowszym dziele: "Powieść nazywa się Idiota i dedykowana jest Tobie, czyli Zofii Aleksandrownie Iwanowej. Droga przyjaciółko, bardzo pragnąłbym, aby powieść była godna tej, której jest dedykowana" (L., 231). W jednym z ostatnich listów (1873) możemy przeczytać: "Kocham Cię, mój miły mnichu, Soniu, jak własne dzieci, a może nawet trochę więcej" (L., 335). Z winy ciotki Dostojewskiego, Aleksandry Kumaniny, było to bowiem pożegnalne wyznanie. Otóż zmarła w 1871 roku krewna pozostawiła po sobie pokaźny spadek, którego podział rodził coraz to nowe konflikty. Ostatecznie pieniądze poróżniły rodzeństwo (zostały zerwane wszelkie kontakty Fiodora z Wierą), a Sonia - co zrozumiałe - opowiedziała się w tym sporze po stronie matki i przestała odpowiadać na listy wuja. Odezwała się do niego w 1876 roku, by poinformować (wiedziała - zaboli), że wychodzi za mąż ("Kocham go całym sercem [...]"). To wszystko jednak dopiero się wydarzy. Teraz jest rok sześćdziesiąty szósty - Fiodor Michajłowicz dostał następnego kosza i wrócił do pisania kolejnej powieści (o objętości, co najmniej dziesięciu arkuszy), którą zgodnie z umową miał dostarczyć wydawcy do 1 listopada. Czasu było coraz mniej i wtedy ktoś mu poradził, by skorzystał z usług stenografki. 4 października pojawiła się w jego mieszkaniu dwudziestoletnia Anna Snitkina, najpilniejsza uczestniczka kursów prowadzonych przez Aleksandra Olchina.

"Prowadzi życie cygańskiego intelektualisty - pisał w raporcie zniesmaczony agent policji pruskiej o warunkach, w jakich żyje rodzina Karla Marksa. - Rzadko się myje, czyści ubranie i zmienia bieliznę, często jest pijany. Chociaż niejednokrotnie nic nie robi całymi dniami, to w końcu pracuje dniami i nocami z niezmordowaną wytrzymałością, gdyż ma wiele pracy do wykonania. Nie chodzi spać ani nie wstaje o stałej porze. Często nie idzie spać przez całą noc, a później w południe kładzie się w ubraniu na sofie i śpi do wieczora, i nie przeszkadza mu ruch kręcących się po pokoju [...]. Nie ma ani jednego czystego i solidnego mebla. Wszystko jest połamane, w strzępach i porozrywane, pokryte kurzem na pół cala. W środku [salonu] stoi szeroki staromodny stół przykryty ceratą, na której leżą rękopisy, książki i gazety razem z ubraniami dzieci, kawałkami płótna i szmatami z koszyka do szycia jego żony, kilka wyszczerbionych filiżanek, noże, widelce, lampy, kałamarz, chińskie figurki, holenderskie gliniane fajki, tytoń, popiół [...]. Właściciel sklepu ze starzyzną byłby zawstydzony, gdyby musiał rozdać tak osobliwą kolekcję bez ładu i składu. Gdy się wchodzi do pokoju Marksa, dym i zapach tytoniu wyciska z oczu łzy [...]. Wszystko jest brudne i pokryte kurzem, tak że usiąść nie można bez ryzyka. Jedno z krzeseł ma tylko trzy nogi, na drugim dzieci bawią się w gotowanie. To drugie ma, jak się zdaje, cztery nogi, więc podstawia się je gościowi, ale po gotowaniu dzieci nie sprzątnięto, i jeśli się usiądzie, ryzykuje się czystość spodni". Mieszkanie Fiodora Michajłowicza ("Zaułek Stolarny, róg Małej Mieszczańskiej, dom Alonkina, mieszkanie numer 13, pytać o Dostojewskiego" W, 20) prezentowało się znacznie lepiej, ale też lokatorowi daleko było do miana intelektualisty. Zresztą całą uwagę Anny pochłonął wkrótce ulubiony pisarz jej ojca (sama podobno płakała podczas lektury Wspomnień z domu umarłych): "Na pierwszy rzut oka Dostojewski wydał mi się dość stary. Lecz gdy tylko zaczął mówić, natychmiast jakby młodniał, pomyślałam więc, że nie może mieć więcej niż jakieś trzydzieści pięć, najwyżej trzydzieści siedem lat. Był średniego wzrostu i trzymał się bardzo prosto. Jasnokasztanowe włosy, z lekka nawet rudawe, miał silnie napomadowane i starannie przyczesane. Uderzyły mnie jego oczy, jedno było piwne, w drugim zaś źrenica rozszerzona do tego stopnia, że tęczówka była niewidoczna. Ta różnica przydawała spojrzeniu Dostojewskiego jakiś zagadkowy wyraz. Twarz Dostojewskiego była blada i schorowana, wydawała mi się jakaś bardzo znajoma, zapewne dlatego, że przedtem widywałam jego portrety. Ubrany był w dość zniszczony sukienny granatowy żakiet, spod którego widać było śnieżnobiały kołnierz koszuli i takież mankiety" (W., 24). Po wymianie grzeczności, po sprawdzeniu umiejętności gościa, padły pierwsze zdania Gracza.

 

Anna Snitkina

 

Zdążył. Nowa powieść trafiła w ustalonym terminie do Fiodora Stełłowskiego. Tydzień później szczęśliwy autor poprosił sekretarkę o rękę. "Pod koniec pracy spostrzegłem - pisał do Susłowej 23 kwietnia (5 maja) 1867 roku - że moja stenografka jest szczerze we mnie zakochana, choć nigdy nie powiedziała na ten temat jednego słowa, mnie zaś coraz bardziej i bardziej się podobała. Ponieważ po śmierci brata życie moje było straszliwie monotonne i ciężkie, zaproponowałem jej małżeństwo" (L., 195). Nie dodał - jak wcześniej Tobie, jak Annie Korwin-Krukowskiej, jak Marii Iwanczinie-Pisariewej.

Biedna Snitkina! Nie domyślała się, że padło rutynowe pytanie i że udzieliła nie rutynowej odpowiedzi. "Szczęście przepełniało moją duszę - komentowała we Wspomnieniach wydarzenia z ósmego listopada - gdy wracałam od Fiodora Michajłowicza. Pamiętam, że przez całą drogę prawie głośno wykrzykiwałam zapominając o przechodniach:

- Mój Boże, jakie szczęście! Czyżby to była prawda? Czy to nie jest sen? Czy naprawdę on będzie moim mężem?!" (W., 58).

Dlaczego powiedziała: "Tak", skoro był znacznie od niej starszy, nie miał urody amanta (Wsiewołod Sołowiow odnalazł w jego twarzy podobieństwo z odbywającymi wieloletnie wyroki " fanatykami-sekciarzami", Nikołaj Strachow pisał o "żołnierskim wyglądzie" i o "pospolitych rysach twarzy", inni zapamiętali jego "piskliwy głos") i nie był bogaty. Może dla jego przeszłości, może dla jego sławy (chociaż fala największej popularności była dopiero przed nim), może za krótko go znała, może była zbyt dobrze wychowana, może nie była asertywna i nie posiadła jeszcze sztuki (inaczej niż wszystkie jej poprzedniczki) mówienia prosto w oczy: "Nie", może ją zahipnotyzował, może przestraszyła się, że nikt w przyszłości nie złoży już takiej propozycji. A może po prostu była zakochana, po prostu to był jej książę z jej bajki, po prostu los tak chciał. Po prostu kobiecie był potrzebny mężczyzna, ofierze - sadysta, potulnej - tyran, gejszy - gwałciciel, hurysie - czarczaf, księgowej - utracjusz, mieszczce - artysta, cnocie - perwersja, porządkowi - chaos.

Czas między oświadczynami a ślubem wspominała Anna Snitkina z rozrzewnieniem - codzienne spotkania, wspólne wieczorne posiłki (w jej mieszkaniu) i wieczorny rytuał: "Po kolacji siadaliśmy wygodnie w naszych starych fotelach, a na stojącym między nami stoliku pojawiały się najrozmaitsze łakocie. Fiodor Michajłowicz co wieczór przynosił cukierki od Ballets (jego ulubiona cukiernia). Znając jego ciężką sytuację materialną prosiłam Fiodora Michajłowicza, aby nie kupował słodyczy, on jednak uważał, że prezenty od narzeczonego dla narzeczonej to starodawny, dobry zwyczaj i nie należy go zmieniać. Ze swojej strony przygotowywałam dla Fiodora Michajłowicza jego ulubione gruszki, rodzynki, daktyle, brzoskwinie i powidła, wszystko w niewielkiej ilości, zawsze jednak świeże i smaczne" (W., 66). W tym wiktoriańskim raju w trosce o "dziewiczą skromność" (W., 82) nie poruszano "tematów wstydliwych czy nieprzyzwoitych" (W., 82), ale chętnie rozmawiano o "ciężkiej sytuacji materialnej" narzeczonego i Anna uwierzyła w mit artysty cierpiącego nędzę. Tymczasem kreujący syndrom Hioba Dostojewski - w opinii między innymi Janowskiego (męża Aleksandry Schubert) - wyolbrzymiał swoje ubóstwo: nigdy przecież (pomijając katorgę) nie głodował, nigdy nie cierpiał na brak herbaty i zawsze miał buty.

Fiodor i Anna konsumowali tak swoje narzeczeństwo trzy miesiące. 13 lutego 1867 roku autor Gracza poinformował swych najbliższych przyjaciół: "Po wciąż podejmowanych staraniach, mimo wielu przeciwności (nawet choroba) los chciał, że mój ślub odbędzie się w środę, 15 lutego w Troickim Soborze Izmajłowskim o godzinie ósmej po południu. I jak się wydaje na pewno. Przypominam Państwu o Państwa miłej obietnicy odwiedzenia mnie w tym czasie... Odczuwam szczególne zadowolenie na myśl, iż zechcą Państwo być świadkami pierwszych chwil mojego nowego życia..."

Panna młoda pojawiła się w soborze w białej sukni z długim trenem ("Zarówno fryzura, jak i suknia były bardzo twarzowe, z czego byłam niezwykle zadowolona" W., 107), o stroju pana młodego nic mi nie wiadomo, goście weselni rozjechali się już około północy, a nowożeńcy przez kilka godzin przypominali sobie "wszystkie szczegóły tego przepięknego dnia" (W., 109). Noc poślubną spędzili w towarzystwie Pruderii, przed Namiętnością zamknęli drzwi. "W istocie bezgranicznie kochałam Fiodora Michajłowicza - zdradziła (i była to jedyna zdrada w jej życiu) tajemnice alkowy Anna - nie była to jednak miłość fizyczna, namiętność, która mogłaby pojawić się u kobiety równej mu wiekiem. Moja miłość była czysto duchowa, idealna. Było to raczej uwielbienie dla człowieka, tak bardzo utalentowanego i posiadającego tak wielkie wartości moralne" (W., 124).

Dostojewska - obłudna (cenzurująca innych i siebie), wścibska (otwierająca cudzą korespondencję), nietolerancyjna (potępiająca każdą inność), z zakodowanym "lękiem przed erosem" - była idealnym wytworem dziewiętnastowiecznej obyczajowości, gdzie "jednostka jest już od najwcześniejszej młodości przyuczana do [...] ustawicznej powściągliwości i dalekowzroczności, jakich wymagają od niej funkcje spełniane przez dorosłych; jest ona od dzieciństwa tak przyuczana do [...] ustawicznego panowania nad sobą, do regulacji swego zachowania i swoich popędów, że staje się to dla niej nawykiem, że wytwarza się w niej jakby swego rodzaju stacja przekaźnikowa norm społecznych, automatyczna samokontrola popędów, przestrzegająca schematów i wzorców narzucanych przez społeczeństwo, swego rodzaju «rozum», bardziej zróżnicowane i stabilne «superego», i że część stłumionych impulsów popędowych i skłonności w ogóle już nie dociera bezpośrednio do jej świadomości" *[N. Elias, Przemiany obyczajów w cywilizacji Zachodu, tłum. T. Zabłudowski, Warszawa 1980, s. 382-383.]. Fiodor Michajłowicz (jako Dostojewski-starszy, "posiadający tak wielkie wartości moralne") łatwo dostosował się do systemu wartości wyznawanych przez żonę i z powodzeniem zagrał rolę strażnika moralności. Decydował o tym, jak okazywać uczucia (29 kwietnia/l1 maja 1867: "Muszę zaznaczyć, że kładę się dość wcześnie, Fiedia natomiast siedzi do drugiej, a nawet później. Idąc spać, budzi mnie, aby się pożegnać. Wówczas zaczynają się długie rozmowy, pieszczotliwe słowa, śmiech, pocałunki, i te pół godziny, ta godzina, to najbardziej serdeczny i szczęśliwy czas naszego dnia. Opowiadam mu sny, on dzieli się swoimi wrażeniami z całego dnia i jesteśmy bardzo szczęśliwi" *[A. Dostojewska, Mój..., s. 52-53. Dalej w tekście zasadniczym: M.]; 30 kwietnia/12 maja 1867: "Wieczorem Fiedia był niezwykle miły: mówił, że jestem ładna, że dziś cały czas mnie podziwiał. Wszystkie takie słowa są mi bardzo drogie i zapisuję je z największym zadowoleniem" - M. 54; 2/14 czerwca 1867: "Dzisiaj, po raz pierwszy za granicą, a - jak mi się zdaje - drugi raz w życiu, szłam z Fiedią pod rękę. Fiedia zaproponował, a ja oczywiście zgodziłam się z radością" - M. 147; 5/17 sierpnia 1867: "Byłam bardzo szczęśliwa, ponieważ mówił, że mnie bardzo kocha" - M. 363), czego nie czytać ("frywolnych powieści", ale też "[...] wyjaśniał, na czym polega wartość przeczytanych przeze mnie utworów" - W., 83, 176), czego nie oglądać (operetki), ale też, jakie nosić halki, suknie i kapelusze (oczywiście: "proste i gustowne" - W., 156). Jak zauważył Igor Wołgin, Lew Tołstoj - apologeta życia rodzinnego w swojej twórczości - miał mentalność kawalera ("umierając, nie należy do rodziny, lecz do świata"), a Dostojewski - opisujący rozpad więzi rodzinnych - czuł się najlepiej wśród najbliższych, z żoną i z dziećmi.

Znacznie gorzej znosił małżeństwo Dostojewski-młodszy. Z trudem podporządkowywał się nowym, nieznanym z poprzedniego związku (z Marią Isajewą) rygorom - monogamii i erotycznej poprawności. Największe romanse miał już wprawdzie za sobą (obawy Anny - wywołane paroma listami od Susłowej - były więc bezpodstawne: "Przeczytawszy list zdenerwowałam się tak bardzo, że po prostu nie wiedziałam, co robić. Zrobiło mi się zimno, drżałam i nawet płakałam. Bałam się, że odnowi się stare przywiązanie i że jego miłość do mnie wygaśnie. Boże, nie karz mnie takim nieszczęściem! Byłam w okropnej rozpaczy! Jak tylko o tym pomyślę, serce moje zalewa się krwią! Boże, wszystko, tylko nie to. To zbyt straszne utracić jego miłość!" - M. 44-45), ale nie mógł się uwolnić od obsesyjnie powracającego obrazu dojrzewającej dziewczyny - już nie dziecka i jeszcze nie kobiety. Przed ślubem spotykał się z nią i jej koleżankami w baniach (łaźniach), teraz prawo do lubieżnych iluminacji mieli jedynie bohaterowie jego powieści: "Miał przed sobą twarz młodziutką, twarz dziewczyny szesnasto- lub może dopiero piętnastoletniej - drobną, okoloną włosami blond, ładniutką, lecz rozpaloną i jak gdyby obrzmiałą" (Zbrodnia i kara, tłum. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski); "A czy pan wie: ma twarzyczkę niby Madonna Rafaela. Wszak Sykstyńska Madonna ma twarz fantastyczną, twarz pomylonej cierpiętnicy, to się panu nie rzucało w oczy? [...]. Posadziłem ją sobie na kolanach, ale widocznie jakoś bardzo obcesowo: zarumieniła się, polały się łezki, nie chce się zdradzić, ale cała jak w ogniu. Wszyscy na chwilę odeszli, zostajemy z nią sam na sam... wtem rzuca mi się na szyję (pierwszy raz sama), obejmuje obydwiema rączkami, całuje i przysięga, że mi będzie posłuszna [...]" (Zbrodnia i kara); "Ostrożnie uchylił kołdry [kołdrę? - T K.]. Dziewczynka spała snem smacznym i błogim. Zagrzała się pod kołdrą i na jej bladych policzkach ukazały się kolorki. Dziwna jednak rzecz: kolorki te zdawały się jaskrawsze i ciemniejsze niż zwykły dziewczęcy rumieniec. [...]. Wydało mu się raptem, że długie czarne rzęsy drgnęły i migają, podnoszą się, a spod nich wygląda chytre, ostre, nie po dziecięcemu mrugające oczko; rzekłbyś, że dziewczynka nie śpi, tylko udaje. Otóż to: usteczka rozchylają się w uśmiechu, kąciki ust drżą, z trudem powściągane. Ale oto zupełnie już przestała się powstrzymywać, jest to już śmiech, jawny śmiech. Coś bezczelnego, wyzywającego lśni w tej wcale niedziecięcej twarzy: to wyuzdanie, to twarz damy kameliowej, rozpasana twarz sprzedajnej Francuzicy" (Zbrodnia i kara).

A imię tej Francuzicy Lolita, ale o tym wszystkim Fiodor Michajłowicz nie wiedział, bo nie czytał Nabokova (uważał zresztą, że życie należy poznawać z pierwszej ręki, a w procesie komunikacji literackiej - jak w pewnej anegdocie - to czytelnik jest od czytania, a pisarz od pisania). Nie znał również prac Freuda *[Ten był oczywiście zafascynowany życiem i twórczością pisarza rosyjskiego. Poświęcił mu m.in. artykuł Dostojewski i ojcobójstwo.], ale - jak widzieliśmy - stany napięcia seksualnego i towarzyszącej im frustracji próbował złagodzić, stosując terapię zwaną w teorii ojca psychoanalizy sublimacją (pochodną przemieszczenia). To była bolesna kuracja, której ofiarą padała najczęściej bezgrzesznie nudna i poczciwa żona-filatelistka (przez ponad pół wieku zbierała znaczki pocztowe): "Fiedia wstał lewą nogą i skrzyczał mnie" (29 kwietnia/11 maja 1867; M. 49), "Kiedy przyszłam, przyniesiono już bieliznę, a Fiedia spakował swoją walizkę. Skrzyczał mnie za tak długą nieobecność. [...]. Jak często zmuszona jestem ukrywać moje czyny i nawet kłamać, byle tylko Fiedia się nie złościł i niepotrzebnie nie rozdrażniał" (21 czerwca/3 lipca 1867; M. 200), "Wstałam dość wcześnie. Znów zwymiotowałam żółcią, ale tym razem długo. [...] Fiedia powiedział, że wczoraj nie byłam delikatna. [...]. Chodzę w porwanej sukience, chodzę w czarnym kolorze, jestem źle ubrana, ale mu przecież nie mówię, że bardzo bym chciała ubierać się porządnie. A może się w końcu domyśli [...]. Przecież o siebie potrafi się troszczyć. Kupił sobie coś w Berlinie, w Dreźnie zamówił garnitur. A o mnie już nie pamiętał" (6/18 sierpnia 1867, M. 363-364; nie muszę dodawać, że Dostojewski-starszy traktował żonę w ciąży nienagannie - "Z uczuciem największej wdzięczności wspominam, jak delikatnie i ostrożnie obchodził się ze mną Fiodor Michajłowicz, gdy byłam w ciąży, jak otaczał mnie opieką i troszczył się o mnie, jak na każdym kroku dbał o to, abym nie zrobiła jakiegoś zbyt szybkiego ruchu, do czego ja w niedoświadczeniu nie przywiązywałam znaczenia. Najbardziej kochająca matka nie troszczyłaby się o mnie tak, jak troszczył się mój mąż" - i kupił jej trzy prezenty: "wspaniały [...] wachlarz z kości słoniowej, wykonany z wielkim artyzmem", "prześliczną lornetkę w oprawce z niebieskiej emalii" i "bursztynowy komplet" W., 180-181, 333), "- Jesteś na mnie zły, Fiedia? - nieśmiało zapytałam. - O co?

Na pytanie to Fiodor Michajłowicz zareagował wybuchem gniewu i stekiem obraźliwych słów. Jego zdaniem byłam bezduszną kokietką i przez cały wieczór uwodziłam mego sąsiada, aby przysporzyć mężowi cierpień. Zaczęłam się usprawiedliwiać, lecz tylko dolałam oliwy do ognia. Fiodor Michajłowicz przestał panować nad sobą i zapominając, że jesteśmy w hotelu, zaczął krzyczeć na cały głos" (W., 135-136; po tym sadystycznym prologu nastąpił masochistyczny epilog - płacz Anny - z bardzo dostojewską pointą: "Mąż natychmiast się opamiętał, zaczął mnie uspokajać, pocieszać i przepraszać. Całował mnie po rękach, płakał, przeklinał sam siebie za scenę, którą mi urządził. [...]. Fiodor Michajłowicz kajał się, błagał, abym zapomniała krzywdę, jaką mi wyrządził i przysięgał mi, że więcej nigdy nie będzie zazdrosny. Na jego twarzy malowało się najgłębsze cierpienie. Było mi szczerze żal mego biednego męża" - W., 136 *[Na przypomnienie zasługuje jeszcze inna scena zazdrości - o zawartość medalionu noszonego przez żonę.]).

Ani ucieczka w twórczość, ani w niezbyt starannie wyreżyserowany małżeński suspense nie przyniosły zapomnienia o kobietach, które go fascynowały i które - żeniąc się ze Snitkiną - bezpowrotnie utracił. Pozostała już tylko ruletka - ostatnia kochanka Dostojewskiego-młodszego, jak wszystkie pozostałe tajemnicza (prowokująca wręcz do rozważań o idei transcendentnego absolutu), niewierna, zaborcza, okrutna i podniecająca. Tego wszystkiego już się domyślał, po kilku dniach spędzonych w kasynach w towarzystwie Susłowej, teraz - niespełniony erotycznie u boku żony - miał się o tym przekonać ostatecznie *[W jednej z prac (F. Dostojewskij - intimnaja żyzn' gienija, awtor-sostawitiel T. Jenko, Moskwa 1997) wyrażono opinię, że życie intymne Dostojewskich było wyjątkowo udane, ponieważ: 1. niedoświadczona, nieuświadomiona i naiwna Snitkina realizowała wszystkie fantazje erotyczne męża, sądząc, że właśnie tak "to" się robi (że to jest norma), 2. jeśli nawet coś wywoływało jej instynktowną reakcję obronną, to wiedziała, że mężowi się nie odmawia, 3. w mroku nocy chętnie akceptowała niektóre pomysły swego pierwszego i jedynego mężczyzny w życiu. Zaspokojony więc seksualnie przez żonę - pisze Jenko - nie musiał Fiodor Michajłowicz szukać zastępczych podniet (ruletka). Nie sądzę, by spolegliwa bierność Anny była wystarczającym wyzwaniem dla sadomasochistycznej wyobraźni Fiodora (to opór wzmagał jego podniecenie), którą tak intensywnie rozwijał w związku z Susłowa.].

14 kwietnia 1867 roku Dostojewscy wyjechali za granicę - na trzy miesiące, wrócili po czterech latach (w lipcu 1871 roku). Na obczyźnie (Niemcy, Szwajcaria, Włochy), z dala od natarczywych wierzycieli, Fiodor Michajłowicz-starszy tropił oznaki upadku cywilizacji zachodniej (katolicko-protestanckiego kręgu kulturowego), starannie pielęgnował wszystkie swoje fobie, pisał Idiotę i Biesy, płodził dzieci (Sofię, Lubow, Fiodora); a Fiodor Michajłowicz-młodszy w poszukiwaniu nowych doznań zdradzał Annę. Wiedziała o tym, akceptowała to (kochała go przecież równie mocno, jak Starszego) i na ile to było możliwe, wspierała finansowo jego obses