Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

TADEUSZ KLIMOWICZ

Pożar serca

16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach

2005

 

(...)

 

Hallo!

Kto mówi?

Mama?

Mamo!

Twój syn chory przepięknie, ostro -

mamo! -

na pożar serca.

(Władimir Majakowski, Obłok w spodniach, tłum. Anatol Stern)

 

Hallo!

Kto mówi?

Mamo!

Mama?

Twój syn jest cudownie chory!

Mamo!

Chory na pożar serca.

(Władimir Majakowski, Obłok w spodniach, tłum. Mieczysław Jastrun)

 

Hallo!

Kto mówi?

Mama?

Mamo!

Twój syn jest cudownie chory!

Mamo!

To serca pożar.

(Władimir Majakowski, Obłok w spodniach, tłum. Wiktor Woroszylski)

 

 

Wstęp. From Russia with Love

Wszystkiemu winien jest sentymentalizm.

To sentymentalizm - odrzucając w poszukiwaniach nowego porządku świata klasycystyczne tabu - uczył wsłuchiwania się w głos serca, uczył trudnej sztuki werbalizowania uczuć i zachęcał do udziału w zbiorowym seansie psychoanalizy na łonie przyrody (dopiero Freud zaproponuje przesycone zapachem eteru ciasne gabinety z kozetką); to sentymentalizm sprawił, że uznano "[...] wewnętrzne przeżycia człowieka za źródło twórczości literackiej" i to sentymentalizm zrodził na przełomie XVIII i XIX wieku powszechną potrzebę prowadzenia dziennika intymnego.

Wkrótce też - już w kręgu kultury romantycznej, która wykreowała mit artysty geniusza i buntownika o niezwykłej osobowości - odkryto banalną prawdę, iż czynnością może jeszcze bardziej fascynującą, a przy tym o niepodważalnych właściwościach terapeutycznych, jest wkraczanie w sferę prywatności kogoś wszystkim dobrze znanego, czyje życie jest własnością publiczną. Zapewne cała Europa z wypiekami na twarzy zaglądała do dzienników znanego ze skandali George'a Byrona, by śledzić dzień po dniu misterium bycia Poetą (nie: poetą): "Czytałem - jeździłem konno - strzelałem z pistoletu - wróciłem - jadłem obiad - pisałem - składałem wizytę -mówiłem głupstwa i wróciłem do domu. Napisałem część tragedii. [...]. Kupiłem kołdrę. Pogoda wciąż jeszcze wilgotna [...]". Być może tym trywialnym, pospolitym czynnościom - i jeździe konnej, i strzelaniu, i jedzeniu, i składaniu wizyt, i kupowaniu kołdry - ktoś mógł przypisać wartości transcendentne lub estetyczne (albowiem, zdaniem Michała Głowińskiego: "[...] w wielu wypadkach odbiór czytelniczy dziennika intymnego określony jest przez zwyczaje wyniesione z lektur powieściowych"), ale znacznie częściej interpretowano pojawienie się publikacji jako zaproszenie do demitołogizacji obowiązującego systemu kultury. Bodaj najbardziej przenikliwą uwagę -odczytując relacje zachodzące między autorem dzienników a czytelnikami jako jeszcze jeden wariant programowej opozycji poeta-tłum - poczynił przy tej okazji Aleksandr Puszkin w liście do Piotra Wiaziemskiego (listopad 1825): "Pospólstwo chciwie czyta spowiedzi, wspomnienia etc, ponieważ w niskości swojej cieszy się z poniżenia wzniosłego, ze słabości potężnego. Wpada w zachwyt przy ujawnieniu wszelkiej niegodziwości. On jest mały jak my, on jest niegodziwy jak my. Łżecie, podli: on jest mały i niegodziwy - nie tak jak wy - inaczej".

Artysta - czego twórca Eugeniusza Oniegina jeszcze nie do końca był świadom - miał odtąd płacić coraz wyższą cenę za przemiany obyczajów, za utratę anonimowości, za funkcjonowanie w społeczeństwie zmierzającym od kultury elitarnej ku masowej. "[...] Pewnego razu - pisała we Wspomnieniach Awdotia Panajewa - siedząc w loży teatru wraz z rodzeństwem oraz jedną z ciotek, zauważyłam, że do sąsiedniej loży, w której siedziały dwie damy w towarzystwie staruszka, wszedł kędzierzawy, blady i szczupły mężczyzna. Natychmiast dostrzegłam na jego palcu coś w rodzaju złotego naparstka. Bardzo mnie to zainteresowało. Miałam wrażenie, że twarz tego człowieka jest mi skądś znana. Kędzierzawy pan ziewał, przeciągał się i wcale nie patrzył na scenę, obserwując raczej loże, a kiedy damy wszczynały rozmowę po francusku, odpowiadał im jakby od niechcenia. Nagle przypomniałam sobie, skąd go znam i pociągnęłam ciotkę za rękaw szepcząc: «Z tyłu za nami siedzi Puszkin!»". Już kilkanaście lat później - za sprawą dagerotypów i fotografii - nie byłby jeszcze jedną bezimienną twarzą w teatrze i zostałby natychmiast rozpoznany przez obecnych, jak Turgieniew, Dostojewski czy Tołstoj. A w dwudziestym stuleciu posiadłby trudną sztukę swobodnego poruszania się w przestrzeni wykreowanej przez mass media, jak inni mieszkańcy masowej wyobraźni obdarzeni charyzmą medialną. "Diana, Księżna Walii - czytamy w eseju Salmana Rushdiego - rozwinęła z czasem umiejętność takiego projektowania swych wizerunków, które pokazywałyby ją tak, jak chciała, by ją ludzie widzieli. Pamiętam, jak kierownik działu w pewnej angielskiej gazecie opowiadał mi, jak to Diana inscenizowała słynne zdjęcie pokazujące ją samą, chorą z miłości, przed Tadż Mahal w indyjskiej Agrze, największym na świecie pomnikiem miłości. Mówił, że dokładnie wiedziała, jak opinia publiczna będzie to zdjęcie «czytać». Przyniosłoby to jej wielkie współczucie i spowodowało, że ludzie lubiliby Księcia Walii mniej niż przedtem. Diana nie używała takich słów jak «semiotyka», ale sama była semiotykiem par excellence. Z rosnącą pewnością siebie dawała nam znaki, poprzez które my mieliśmy ją widzieć taką, jaką chciała być znana".

W drugiej połowie XIX wieku już tylko nieliczni pisarze rosyjscy wierzyli jeszcze w to (i było w tym, jak się zdaje, wiele wiktoriańskiej pruderii), że ich dzienniki umrą wraz z nimi. "Pewnego razu Iwan Siergiejewicz - czytamy we wspomnieniach jednego z przyjaciół Turgieniewa - powiedział mi w rozmowie: «- Zawsze prowadzę dziennik, w którym zapisuję wszystko, co mnie interesuje. W dzienniku jestem u siebie w domu, sądzę i obgaduję wszystkich i wszystko». «- Zamierza go pan wydrukować?» «- Nigdy! - szorstko odpowiedział mi Iwan Siergiejewicz - Zaleciłem pani Viardot, żeby po mojej śmierci został natychmiast zniszczony. Uczyni zadość memu życzeniu». Nie wiadomo mi, czy Viardot spełniła to stanowcze życzenie, ale mam pewne podstawy, by sądzić, że nie zrobiła tego". Przyjaciółka autora Szlacheckiego gniazda - nie niszcząc rękopisu i wyrażając zgodę na jego publikację po upływie dziesięciu lat od swojej śmierci (a zmarła w 1910) - antycypowała zachowania wydawców dzienników Franza Kafki czy Emile'a Ciorana (1911-1995). Zeszyty tego ostatniego, jak pisze Adam Zagajewski, pojawiły się "[...] wbrew życzeniu autora, który nie życzył sobie publikacji swoich zapisków (ale ich nie spalił!) [...]". Powszechnie więc przez ostatnie sto lat stosuje się zasadę, że nawet najbardziej intymne rękopisy niezniszczone przed śmiercią przez samego pisarza ("ale ich nie spalił") wcześniej (częściej) czy później (coraz rzadziej) można opublikować.

Inni pisarze rosyjscy nie ukrywali, że ich dzienniki będą lub, jak w przypadku Tołstoja, już są czytane: w 1895 roku żona wymogła na nim zamazanie 45 fragmentów; w latach trzydziestych już następnego stulecia Korniej Czukowski, przerażony narastającą falą terroru, coraz częściej uciekał się do autocenzury - wyrywał wcześniej zapisane kartki (tak zniknął rok 1938), wycinał niektóre zdania, nie pisał o represjonowaniu najbliższych lub formułował opinie, których się później wstydził; a pod koniec XX wieku Jurij Nagibin już sam je przygotował do druku i tylko lepiej wychowany od pisarza los zadecydował, iż ukazały się parę miesięcy po nagłej śmierci autora.

Ten ostatni przypadek był wyjątkowy, jako że najczęściej ostateczny kształt dziennikom nadają najbliżsi nieżyjącego autora lub wydawcy. Pauline Viardot wprawdzie przechowała rękopis Turgieniewa, ale prawdopodobnie usunęła trzy kartki; redaktorzy wydania jubileuszowego dzieł Lwa Tołstoja odtworzyli niemal wszystkie wykreślone przez niego opinie o żonie *[O 90-tomowym ("pełnym", 1928-1958) wydaniu spuścizny Lwa Tołstoja pisze Lew Osterman w książce Srażenije za Tołstogo (Moskwa 2002).]; w wydanych w 1927 roku dziennikach Walerija Briusowa pominięto fragmenty, w których mowa jest o cyklicznie powracających chorobach wenerycznych (w roli cenzora - co warto podkreślić - wystąpili tu edytorzy, a nie wdowa).

Znacznie mniej kontrowersji wywołują - wydawane najczęściej w wersji ocenzurowanej już po śmierci autorek - dzienniki kobiet obecnych w życiu uczuciowym twórców rosyjskich (m. in. Sofii Tołstojowej, Apolinarii Susłowej, Galiny Bienisławskiej, Sofii Tołstojówny - wnuczki Lwa Tołstoja, Jeleny Bułhakowej). Żona Tołstoja i żony Bułhakowa - jak wiele na to wskazuje - prowadziły swoje zapiski z myślą o potencjalnym odbiorcy. To nie znaczy, że nie były szczere, ale była to, powiedzmy, otwartość starannie wyważona (np. nienaturalne dla tego typu wypowiedzi unikanie poruszania spraw intymnych przez Helenę Siergiejewną) czy też potraktowana instrumentalnie (tekst Tołstojowej należy odczytywać jako polemikę z czytanym przez nią na bieżąco dziennikiem męża). Jednak znacznie bardziej wyrafinowaną grę komunikacyjną zaproponowała potencjalnemu odbiorcy pozostająca w sadomasochistycznym związku dusz i ciał z Fiodorem Dostojewskim Apolinaria Susłowa, która wprowadzała go w równie narkotyczny trans jak ruletka i która trafi później do jego powieści jako kobieta fatalna.

Inne autorki dzienników nie miały literackich ambicji, nie zastanawiały się nad konsekwencjami głoszonych sądów, nie uciekały się do autocenzury, nie oczekiwały, iż ich intymne zapiski zostaną kiedykolwiek opublikowane. Mogły więc być spontaniczne i szczere aż do bólu, jak te związane z Siergiejem Jesieninem - Bienisławska i Tołstojówna, które zapłaciły wysoką cenę za możliwość poznania wszystkich odcieni miłości i nienawiści, za naukę sztuki oczekiwania, wybaczania i zapominania.

Losy dziennika intymnego pisarza dzieliły najczęściej jego listy. "Z pedanterią, - pisze Natalia Modzelewska - która w życiu domowym stanowiła jej nieocenioną zaletę, Anna Dostojewska atramentową krechą zamazywała wszystko, co w jej pojęciu mogłoby rzucić cień na dobre imię małżonka. Nie szczędziła nawet jego licznych w listach do niej zwrotów miłosnych, które wydawały się jej nazbyt zmysłowe" *[N. Modzelewska, Pisarz i miłość. Dostojewski, Czechow, Warszawa 1975, s. 10. Inny znany pisarz, Iwan Gonczarow, trzy lata przed śmiercią pisał: "Niech listy moje pozostaną własnością tych, do kogo były pisane i nie przechodzą w obce ręce, a po śmierci zostaną zniszczone". Cyt. wg: N. Iwanowa-Gładilszczikowa, Naruszenije woli, "Litieraturnaja gazieta" 1997, nr 49, s. 12.]. Czynność zamazywania można by uznać za akt obłudy, ale "hipokryzja - jak zauważył pewien semiotyk ze szkoły tartuskiej - jest przywilejem społeczności ludzkiej i im bardziej kultura danego społeczeństwa jest tradycjonalistyczna, tym więcej możliwości dla «rozkwitu» hipokryzji (zresztą hipokryzja w umiarkowanych dawkach jest konieczną właściwością wszelkiej kultury: normy etyczne, etykieta, ubiór itd. - zawierają zawsze elementy hipokryzji: bez takiej «umiarkowanej» hipokryzji niemożliwe byłyby stosunki oficjalne, w ogóle społeczeństwo nie mogłoby istnieć, rozpadłoby się pod naporem chwilowych namiętności i nastrojów jednostek)". Poczynania Dostojewskiej wpisywały się zatem w "zachowanie epistolarne" - i szerzej tekst zachowania - powszechnie akceptowane w mieszczańskiej Europie drugiej połowy XIX wieku.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że takie same listy pisane na przełomie wieków pozostałyby zapewne już bez skreśleń, ale ich wydanie - co też warto sobie uświadomić - byłoby możliwe po następnych kilkudziesięciu latach. Na przykład, skądinąd niewinna, korespondencja pary kochanków z początku dwudziestego stulecia (księcia Jewgienija Trubieckiego i Margarity Morozowej) ujrzała światło dzienne dopiero w 1993 roku i to wsparta komentarzem-usprawiedliwieniem Aleksandra Nosowa: "[...] Wszystkie listy są opublikowane w całości, ponieważ kupiury w intymnej korespondencji wywołują jedynie zbędną pracę wyobraźni [...]".

Tradycja cenzurowania przez adresatki otrzymywanej korespondencji pozostała jednak żywa - choć nie zawsze już ze względów natury obyczajowej - w dwudziestowiecznej Rosji. Tak postępowała m.in. żona Michaiła Bułhakowa, Jelena. Jeszcze inaczej zachowała się Lubow Biełoziorska, też żona twórcy Mistrza i Małgorzaty, która po rozwodzie zniszczyła wszystkie otrzymane od niego listy.

Pozornie najbardziej pieczołowicie potraktowała otrzymywane od męża listy Sofia Tołstojowa. Już w roku 1913 ukazały się one w wydaniu książkowym poprzedzone wstępem nieutulonej w żalu wdowy: "Nim odejdę z życia, aby połączyć się z ukochanym człowiekiem w tamtej strefie ducha, dokąd on odszedł, chciałabym się podzielić z ludźmi kochającymi i otaczającymi czcią pamięć Lwa Nikołajewicza tym, co jest mi tak drogie - jego listami do mnie, a z nich informacjami o naszym wspólnym, 48-letnim, niemal do końca szczęśliwym życiu małżeńskim. Listy drukuję wszystkie, oprócz trzech dotyczących żyjących osób i sześciu ostatnich, których czas jeszcze nie nastąpił. [...]. Do opublikowania tych listów skłoniło mnie także to, że po mojej śmierci, która zapewne jest bliska, będzie się utartym zwyczajem fałszywie sądzić i opisywać mój stosunek do męża i jego do mnie. A więc niech już się interesują i osądzają w oparciu o żywe i prawdziwe źródła, a nie - domysły, plotki i kłamstwa. I niechaj ludzie pobłażliwie potraktują tę, dla której, być może, było ponad siły dźwiganie od młodzieńczych lat na słabych ramionach doniosłego powołania - bycia żoną geniusza i wielkiego człowieka". Aleksiej Gruziński w notce Od redaktora lojalnie uprzedził: "Do oryginałów listów L.N. nie miałem wglądu; są obecnie przechowywane w Muzeum Historycznym i dostęp do nich jest niemożliwy. Ale hrabina Sofia Andriejewna dawno już osobiście sporządziła kopie [...]".

Jestem daleki od posądzenia jej o mistyfikację, ale na wszelki wypadek warto przypomnieć, co miał do powiedzenia Artur Wołyński Władysławowi Mickiewiczowi (synowi Adama): "Nikomu bym nie powierzył rękopisu, nawet kochanemu Panu, bo cię ludzie obwiniają, że dokumenta fałszujesz przez obcinanie i przerabianie wstępów, które ci się nie podobają, że dokumenty pożyczone do odpisania zatrzymujesz, a właścicielom oddajesz udane facsimilia z nadwerężonym tekstem, że w swoich publikacjach naciągasz jedne fakta, inne zupełnie pomijasz milczeniem...". Warto też przypomnieć dzieje pewnego pomysłu edytorskiego.

Po śmierci Goethego Bettina (z domu Brentano, żona poety Achima Ludwiga von Arnim) - przypisująca sobie rolę muzy zmarłego twórcy - zwróciła się z prośbą do wykonawcy testamentu kanclerza Mullera "[...] o dostarczenie jej wszystkich listów, które wysłała do Goethego. Odczytując je - pisze Milan Kundera - przeżyła rozczarowanie: cała historia zdawała się ledwo szkicem, owszem, arcydzieła, lecz tylko szkicem i, co więcej, niedoskonałym. Trzeba było zasiąść do pracy. Trwała trzy lata: Bettina poprawiała, pisała od nowa, uzupełniała. Nie była zadowolona z własnych listów, ale jeszcze większe rozczarowanie przyniosły jej listy Goethego. Kiedy je odczytywała, czuła się dotknięta ich zwięzłością, ich rezerwą, a nawet impertynencją. Tak jakby biorąc ją naprawdę za dziecko, nadawał swym listom postać miłych lekcji adresowanych do uczennicy. Musiała zatem zmienić ich ton: «moja droga przyjaciółko» stało się «moim drogim sercem» ; pouczenia, których jej udzielał, zostały złagodzone przez pochlebne dopiski, a inne dopiski dawały do zrozumienia, jaką to rolę natchnienia i muzy urzeczonego poety odegrała Bettina.

Jeszcze bardziej stanowczo potraktowała własne listy. Nie, nie zmieniła ich tonu, ton był właściwy. Ale na przykład zmieniła daty (aby poznikały długie przerwy w korespondencji, które zadałyby kłam stałości ich uczucia), usunęła wiele fragmentów nieodpowiednich (na przykład ten, w którym błaga Goethego, by nie pokazywał jej listów nikomu), inne rozwinęła, opisywanym zdarzeniom przydała więcej dramatyzmu, dodała głębi swoim opiniom o polityce i sztuce, zwłaszcza gdy mowa była o muzyce Beethovena.

Ukończyła książkę w 1835 roku i wydała ją pod tytułem Goethes Briefwechsel mit einem Kinde (Korespondencja Goethego z dzieckiem). Nikt nie podawał w wątpliwość autentyczności listów aż do roku 1929, w którym odkryto i wydano korespondencję oryginalną.

Ach, dlaczego jej w porę nie spaliła?

Proszę postawić się na jej miejscu: niełatwo jest spalić intymne, drogie nam papiery; to tak jakby przyznać, że wasz czas się skończył, że jutro umrzecie; toteż akt zniszczenia odkładacie wciąż do jutra, i pewnego dnia jest już za późno.

Człowiek liczy na nieśmiertelność, a zapomina liczyć się ze śmiercią" *[M. Kundera, Nieśmiertelność, tłum. z francuskiego M. Bieńczyk, Warszawa 1995, s. 88-89.].

I właśnie z tego powodu zapewne nigdy nie przeczytamy półtora tysiąca listów Mariny Vlady ("zapewne grzeszyły zbyt wielkim uniesieniem miłosnym" *[M. Vlady, Wysocki, czyli przerwany lot, tłum. K. Szymanowska, Warszawa 1990, s. 76.]) do Wysockiego, które znikły w tajemniczych okolicznościach tuż po jego śmierci.

Właśnie w chwili zgonu pisarza jego najbliżsi (żona, matka, kochanka, dzieci, krewni, przyjaciele) dokonywali wyboru, świadomie lub podświadomie, nowych "scenariuszy zachowań". Za sprawą Anny Dostojewskiej w Rosji najwcześniej ukształtował się "repertuar ról" przypisanych Wdowie - kapłance chroniącej przed zapomnieniem imię i dorobek zmarłego. Na miano "wzorowej wdowy" (tak Anna Achmatowa określiła Jelenę Bułhakową) zasłużyły w oczach współczesnych i potomnych Nadieżda Mandelsztam, Maria Płatonowa, Tatiana Paustowska. To im wiele ciepłych słów poświęcili Josif Brodski ("Na osiemdziesiąt jeden lat swojego życia Nadieżda Mandelsztamowa dziewiętnaście lat przeżyła jako żona największego rosyjskiego poety tego stulecia, Osipa Mandelsztama, a czterdzieści dwa - jako wdowa po nim. Na resztę złożyły się dzieciństwo i młodość. Wśród ludzi wykształconych, zwłaszcza literatów, wystarczy być wdową po wielkim człowieku, by zdobyć sobie pewną pozycję. Jest tak szczególnie w Rosji, gdzie przez lata trzydzieste i czterdzieste reżim naprodukował takie ilości wdów po pisarzach, że w połowie lat sześćdziesiątych wystarczyłoby ich na utworzenie własnego związku zawodowego") i Andrzej Drawicz ("Strach pomyśleć, co byłoby bez nich, wdów po pisarzach. Nie byłoby całych rozdziałów i tak pokiereszowanej historii literatury. [...]. Towarzyszą swoim wybrańcom przez dłuższe czy krótsze lata ich biografii i powołań, ucząc się znosić zmienne koleje losu: alkoholowe upojenia, kaprysy, depresje, zdrady. [...]. Trzeba męstwa, charakteru, opanowania, kiedy przychodzą groźby i szantaże. Trzeba z jasną twarzą pomagać znosić oszczerstwa, donosy, pogromowe artykuły").

Sądzę, że dla wielu wdów "życie po" miało być formą kompensacji za lata nienajszczęśliwszego - z różnych zresztą powodów - małżeństwa. Wybierały różne drogi, korzystały z bogatego "repertuaru chwytów strategicznych". Wybór nieodpowiedniego sprawił, że na przykład Sofii Tołstojowej nie udało się wykreować wiarygodnego mitu rodzinnej arkadii, hipnotyzującej legendy, w którą mogłaby się wpisać. Popełniała za dużo błędów, które nigdy nie przydarzyłyby się - doskonale wyczuwającej wszelkie niuanse public relations - Annie Dostojewskiej. Żona Fiodora Michajłowicza kierowała się w życiu budzącą powszechną sympatię dewizą "mój biedny Fiedia" i umiejętnie usuwała się na dobrze oświetlony drugi plan, a żona Lwa mówiła wciąż o własnych cierpieniach i wspomnienia o mężu zatytułowałaby zapewne Ja, biedna Sonia.

Kolejne generacje żon (wdów) nauki pobierały częściej u Dostojewskiej - Jelena Siergiejewna "[...] szybko stała się częścią legendy o Bułhakowie"; Nadieżda Jakowlewna trafiła do podręczników i leksykonów (np. do Słownika pisarzy rosyjskich *[A. D[rawicz], Mandelsztam Nadieżda Jakowlewna, [w:] Słownik pisarzy rosyjskich, pod red. F. Nieuważnego, Warszawa 1994, s. 245.] pod redakcją Floriana Nieuważnego), a w adresowanej do młodego odbiorcy Literaturze powszechnej Jana Tomkowskiego została wręcz potraktowana na równi z mężem (hasło Mandelsztamowie).

To one, ale też siostra i córka Mariny Cwietajewej czy matka i siostra Antona Czechowa, tworzyły kanoniczny image zmarłego twórcy. Pełniły rolę anioła stróża prowadzącego bezradnego jak dziecko uczonego po bezdrożach biografii męża, matki, brata, siostry, syna. Tylko przed nimi twórczość Wielkiego Nieobecnego nie kryła żadnych tajemnic i tylko dzięki nim na badacza mogła spłynąć iluminacja. Spotkaniom z córką Mariny Cwietajewej, Ariadną Efron [nb. zgodnie z jej życzeniem archiwum poetki zostało udostępnione dopiero w roku 2000), wiele miejsca poświęciła Wieronika Łosska: "[...] Ariadna Siergiejewna [...] powiedziała: «A więc zamierza Pani pracować nad Mariną Cwietajewą? A czy może mi Pani powiedzieć, że rozumie ją Pani do końca?» -...??- «A więc co zamierza właściwie Pani badać? Po to, żeby badać trzeba ją całą rozumieć, do końca, a jeśli Pani nie rozumie!.. Tylko ja rozumiem i znam ją do końca. Jestem jej pierwszym i jedynym, wiernym i wnikliwym czytelnikiem!»" *[W Łosskaja, Marina Cwietajewa w żyzni, Moskwa 1992, s. 10.]. Magicznym zaklęciem, które miało zapewne sparaliżować recenzentów, posłużył się Nikita Struve we wstępie do swojej monografii Osip Mandelsztam: "Nasze tezy [...] zyskały aprobatę Nadieżdy Jakowlewny Mandelsztam, która do samej śmierci nie przestawała dzielić się z nami danymi archiwalnymi i radami" *[N. Struwe, Osip Mandielsztam, London 1990, s. 5.].

Wielu innym wdowom, zwłaszcza w dziewiętnastym stuleciu, było obce rozumienie swego życia jako misji i pragnienie złożenia go w ofierze na ołtarzu pamięci. Ich patronką jest zapewne Natalia Puszkin, której udało się zachować całkowitą obojętność dla twórczości Aleksandra Siergiejewicza i późniejszego rodzenia się jego legendy.

Młodsze siostry w nieszczęściu Gonczarowej z reguły już wiedziały, że nawet zmarły mąż najczęściej nie traci na wartości - pozostają po nim prawa autorskie, honoraria, rękopisy (zajmują wprawdzie zbyt dużo miejsca, ale na szczęście można je przecież sprzedać lub rozpalić nimi w piecu) i wierni czytelnicy, którym można zaproponować wspomnienia (napisały je m.in. Anna Dostojewska, Nadieżda Mandelsztam, Tatiana Łappa-Kiselhof i Lubow Biełoziorska *[L. Biełoziorskaja-Bułgakowa, Wospominanija, Moskwa 1989, s. 90. Książka ta składa się z trzech części, które umownie można by nazwać: przedbułhakowowską, bułhakowowską i postbułhakowowską. Ta środkowa nosi tytuł O, miod wospominanij i została spisana w latach 1968-1969.] - żony Bułhakowa, Zinaida Pasternak czy Iza Wysocka i Marina Vlady - żony Wysockiego).

Początkowo przywilej ten był zarezerwowany wyłącznie dla wdów *[Jedynie Natalia Rieszetowska (pierwsza żona Aleksandra Sołżenicyna), łamiąc dobre obyczaje, nie czekała z publikacją na śmierć eks-męża. Książka - co do tego nie ma żadnych wątpliwości - powstała na zamówienie (jak na dobrego mecenasa przystało) KGB, była utrzymana w tonacji paszkwilu, ale mimo to rozpowszechniano ją wyłącznie za granicą, ponieważ odbiorca rosyjski nie miał prawa nawet za pośrednictwem takiego tekstu dotrzeć do cytatów z dzieł pisarza wydalonego z kraju. Zob. N. Rieszetowska, Sołżenicyn - realia i mistyfikacje, tłum. S. Marych, Warszawa 1977.], które swój status miały potwierdzony w cerkwi lub w zagsie (urzędzie stanu cywilnego). Do nich dołączyły osierocone dzieci (pięcioro Lwa Tołstoja, Lubow Dostojewska, Ariadna Efron), rodzice (Nina Wysocka), rodzeństwo (Andriej Dostojewski, Anastasija Cwietajewa), krewni (siostrzeniec jednej z żon Bułhakowa, siostra Sofii Tołstojowej Tatiana Kuźmińska), przyjaciele (Ałła Diemidowa, aktorka występująca z Wysockim w Teatrze na Tagance), znajomi (córka Olgi Iwińskiej Irina Jemielianowa) i - najpóźniej - te, które dla pisarzy znaczyły najwięcej (Lidia Awiłowa, Lila Brik, Wieronika Połonska, Natalia Sztempiel, Olga Iwińska, Ludmiła Dierbina). We wspomnieniach Tołstojów Jasna Polana przeobraziła się w krainę wiecznej szczęśliwości ("Teraz, kiedy mam ponad sześćdziesiąt lat, wspominając mamę, często myślę, jaka to była niezwykle dobra kobieta, niezwykła matka i niezwykła żona", "Co wieczór przed snem mama z miłością obmyślała, kogo czym karmić. To była jej radość i duma"); w książce O Marinie Cwietajewej córka wykreowała świat rodzinnej idylli - bez nieporozumień, kłótni i kolejnych romansów matki; Anastasija Cwietajewa stworzyła mit o bliźniaczo uzdolnionych, bliźniaczo genialnych siostrach, niejednakowo jednak potraktowanych przez los, który wyraźnie sprzyjał Marinie; a panie muzy pisały głównie o tym, co ma im do zawdzięczenia literatura rosyjska. Tylko nieliczni oparli się pokusie przejścia do historii (m.in. Nikita Wysocki, syn Władimira z drugiego małżeństwa, który wspomniał w jednym z wywiadów: "Proponowano mi udział w jakichś imprezach związanych z ojcem, pisanie memuarów - odmawiałem").

Zawartość większości publikacji nie pozostawia najmniejszych wątpliwości - dyskrecja już dawno przestała być modna, jest passe. Czytelnik już nie musi zaglądać do sypialni literata przez dziurkę od klucza, ponieważ drzwi do niej prowadzące zostały szeroko otwarte. Na początku dwudziestego wieku Anna Dostojewska, rumieniąc się zapewne, wyznawała szeptem tajemnice alkowy małżeńskiej. Autorki wspomnień pisanych kilkadziesiąt lat później (Nadieżda Mandelsztam, Olga Iwińska, Marina Vlady) współuczestniczyły, może nie zawsze świadomie, w jeszcze jednej rewolucji - obyczajowej (światowej, wymarzonej przez Lwa Trockiego). O okolicznościach śmierci Nikołaja Rubcowa, jednego z bardziej znanych współczesnych poetów rosyjskich, nie musimy się dowiadywać z kawiarnianych plotek, pogawędek w maglu czy z ociekających krwią artykułów w bulwarowej prasie, lecz ze wspomnień jego towarzyszki życia (Ludmiły Dierbiny), które cieszyły się znacznym rozgłosem w samizdacie, a następnie opublikowano je w czasopiśmie "Diadia Wania". Niestety. Quentin Tarantino nigdy ich jednak nie przeczyta i nigdy nie powstanie Russian Pulp Fiction, i nigdy w nim nie zagra Marina Vlady.

Doświadczenia minionego stulecia świadczą również o tym, iż pisarz - za cenę funkcjonowania w mediach - ma coraz mniej do ukrycia (coraz niechętniej "świadomie «zamraża» intymność [...]") i do ról tradycyjnie mu przypisanych, gotów jest dodać nową: ekshibicjonisty. A jego najbliżsi do wspomnień dołączą wkrótce filmy video nakręcone ustawioną w sypialni kamerą. Obserwacje poczynione, nie tak znów dawno, przez Klausa Thiele-Dohrmanna już nie dotyczą artysty współczesnego. "W literaturze, jak w życiu codziennym - pisał ten niemiecki popularyzator socjologii i psychologii - sprawy seksualne są ulubionym przedmiotem plotki. [...]. Seks jest dziedziną, w której wielu ludzi odczuwa zahamowania i w której wychowanie i otoczenie wpływa na ścisłe związanie strachu z agresją. Równocześnie seks jest dziedziną wymykającą się kontroli społecznej, ponieważ uprawia się go w ukryciu; jest to teren, na którym kompensować można swe codzienne lęki. Własną intymną sferę chciałoby się najdokładniej zasłonić przed oczyma innych, a równocześnie człowiek jest bardzo ciekaw intymnego życia innych ludzi. Lękliwe moralizatorstwo i ukryta zazdrość, że inni zdobywają się na swobodę, prowadzi [...] do potępienia tych, którzy odbiegają od normy".

I tylko historyk literatury czy krytyk literacki ma od lat wciąż te same wątpliwości, przeżywa wciąż te same rozterki, zadaje wciąż te same pytania o granice prywatności, których biograf nie powinien przekroczyć. Jak się wydaje, funkcjonuje wciąż dobrze sprawdzona zasada postępowania (być może tu i ówdzie traktowana jako anachronizm), którą nazwałbym zasadą stref czasowych. Pierwsza - chroni prawo do intymności żyjących twórców (niekiedy jednak, o czym już była mowa, sami z niego rezygnują). Tomasz Jastrun, pisząc o książce Anny Bikont i Joanny Szczęsnej Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej, pochwalił autorki za to, że "książka jest taktowna. Wiele o Szymborskiej mówi, ale nie wkracza w te rejony jej sfery prywatnej, gdzie zaczyna się niedyskrecja. Dwaj mężczyźni jej życia pojawiają się i znikają, jak znikają delikatne duchy".

Po śmierci artysty biograf - co oczywiste - zyskuje możliwość poszerzenia z każdym rokiem kręgu spraw, o których wolno już publicznie się wypowiadać. Musi się jednak liczyć z tym, iż nawet po pięćdziesięciu latach hipotezy nazbyt śmiałe wywołają emocje. "Nowoje litieraturnoje obozrienije" opublikowało list podpisany przez Irinę Karum, Warwarę Swietłajewą i Jelenę Ziemską (przedstawiające się jako kuzynki Michaiła Bułhakowa i jego najbliższych). Protestują one przeciwko niektórym informacjom zawartym w leksykonie Borisa Sokołowa *[B. Sokołow, Bułgakowskaja encykłopiedija, Moskwa 1996]. List kończy się ostrzeżeniem: "Wzywamy B.W Sokołowa i wydawnictwo «Łokid-Mif» do wstrzymania prac nad drugim wydaniem Encyklopedii Bułhakowowskiej i oczekujemy stosownych przeprosin w środkach masowej informacji. Informujemy wytwórców podobnej produkcji ukazującej się drukiem, iż zamierzamy bronić dobrego imienia naszych nieżyjących rodziców i krewnych w sądzie". Pisaniu o twórcach jeszcze wcześniejszych, z początku XX stulecia lub dziewiętnastowiecznych, nie towarzyszy zbyt wiele zakazów, nie ma tematów tabu (potomkowie Natalii Gonczarowej czy Apolinarii Susłowej nie wytoczą procesu), ale wciąż - jak sądzę - powinno obowiązywać przynajmniej jedno kryterium, wysoko cenione przez Josifa Brodskiego: dobrego smaku *[Julian Krzyżanowski ubolewał w swoim czasie: "Brak taktu naukowego [...] występuje w krytyce literackiej, nastawionej na robienie sensacyj, w pierwszym rzędzie biograficznych. [...]. Samo robienie sensacji nie wystarczyło jej twórcom; by efekt jej spotęgować, gradem pocisków zasypano «naukę profesorską» jako ukrywającą w mrokach te rzekomo niezwykle doniosłe fakty, jak gdyby zadaniem nauki było pisanie kroniki skandalicznej przeznaczonej dla czytelników rozmiłowanych w romansie brukowym. Każda kultura społeczna ma mało wonne zakamarki, nic więc dziwnego, że ma je również życie literackie". J. Krzyżanowski, Nauka o literaturze, Wrocław-Warszawa-Kraków 1969, s. 413.].

Nasuwa się pytanie: jaka jest granica skromności - pisał w swoim czasie Dmitrij Fiłosofow - zabraniającej naruszać tajemnicę prywatnego życia pisarza? Jak zachować umiar? Czy w ogóle mogłoby cokolwiek splamić honor Turgieniewa, rzucić cień na jego uczucie do Viardot? Co więcej, jeżeli nazwisko samej pani Viardot przejdzie nawet do historii, to raczej jako przyjaciółki Turgieniewa niż jako śpiewaczki. Można tak czy inaczej wyodrębnić pojęcia pisarza i człowieka, ale będzie to podejście czysto formalistyczne, zwłaszcza w Rosji, gdzie pisarza lubi się i ceni właśnie jako człowieka. Myślę, że nie ma tu zamachu na życie prywatne, ani niezdrowej ciekawości do intymnego życia, lecz chęć umiłowania całego człowieka, objęcia tą miłością nie tylko jego wielkości, ale również słabości, pragnienie, by zrozumieć go do głębi, przejąć do własnego serca jego cierpienie i ból, jego szczęście.

A wszystkiemu winien jest, przypominam, sentymentalizm.

 

Los mój postanowiony. Żenię się...

ALEKSANDR PUSZKIN

 

OSOBY

Aleksandr Puszkin (1799-1837) - romantyk, przez wielu uważany za najwybitniejszego poetę rosyjskiego; mąż (1831-1837) Natalii Gonczarowej.

Natalia Nikołajewna Puszkin, z domu Gonczarowa (1812-1863) - żona (1831-1837) Aleksandra Puszkina, a następnie (1844-1863) Piotra Łanskiego.

Georges-Charles d'Anthes-Heeckeren (1812-1895) - oficer francuski w służbie Mikołaja I.

Piotr Łanskoj (1799-1877) - adiutant cara Mikołaja I, ożenił się (1844) z wdową po Aleksandrze Puszkinie Natalią.

Natalia Iwanowna Gonczarowa (1785-1848) - matka: Dmitrija (1808-1860), Jekatieriny (1809-1843), Iwana (1810-1881), Aleksandry (1811-1891), Natalii (1812-1863), Siergieja (1815-1865), teściowa Aleksandra Puszkina. Zgodę na ślub Natalii uzależniła m.in. od uzyskania przez poetę pisemnego potwierdzenia politycznej lojalności.

Maria (1832-1919), Aleksandr (1833-1914), Grigorij (1835-1905), Natalia (1836-1913) Puszkinowie - dzieci ze związku Natalii Gonczarowej i Aleksandra Puszkina.

Aleksandra (1845-1919), Sofia (1846-?), Jelizawieta (1848-?) Łanskie - dzieci ze związku Natalii Gonczarowej i Piotra Łanskiego. O najstarszej (zaistniała w literaturze rosyjskiej jako Arapowa) mówiono, że jej ojcem nie tylko chrzestnym jest Mikołaj I.

Olga Pawliszczewa, z domu Puszkin (1797-1868) - siostra poety; wyszła za mąż (1828) za urzędnika Ministerstwa Oświaty Nikołaja Pawliszczewa.

Mikołaj I (1796-1855) - car Rosji (1825-1855).

Aleksandr Benckendorf (1783-1844) - od 1826 r. szef żandarmerii i III Oddziału Własnej Jego Cesarskiej Mości Kancelarii.

Ludwik van Heeckeren de Bewerwaard, vel Jacob Derk Anne Borchard van Heeckeren-Beverweerd (1791-1884) - w latach 1826-1837 ambasador Królestwa Niderlandów na dworze Mikołaja I.

Anna Kern, z domu Połtoracka, secundo voto Markowa-Winogradska (1800-1879) - wielka miłość Aleksandra Puszkina; to jej poświęcił wiersz Do... (Pamiętam nagłe zachwycenie...).

Amalia Riznicz, z domu Ripp (1803-1825) - ukochana Aleksandra Puszkina, zmarła jak na romantyczkę przystało na gruźlicę; jej postać przywoływał później poeta w elegiach.

Fiodor Tołstoj, zwany Amerykaninem (1782-1846) - Hrabia "[...] znany z szaleńczej odwagi i awanturniczego trybu życia, karciarz i szuler, uczestniczył w misji rosyjskiej do Japonii, skąd został wydalony za czyny niemoralne, dwukrotnie zdegradowany do stopnia szeregowca za udział w pojedynkach [...]. Puszkin starał się za pośrednictwem Tołstoja o rękę swojej przyszłej żony Natalii Gonczarowej". Jedna z barwniejszych postaci przewijających się przez salony Petersburga i Moskwy.

Jelizawieta Chitrowo (1783-1839) - córka feldmarszałka Michaiła Kutuzowa ; matka Darii Fiquelmont.

Daria (Dolly) Fiquelmont (1804-1863) - córka Jelizawiety Chitrowo; żona ambasadora Austrii w Rosji.

Idalia Poletika (1807-1890) - córka z nieprawego łoża hrabiego Grigorija Straganowa. Jej sympatia do Natalii Gonczarowej była równa jej antypatii do Aleksandra Puszkina.

Karolina Sobańska, z domu Rzewuska, secundo voto Czyrkowicz (1794-1885) - siostra Eweliny Hańskiej; femme fatale, "piękna awanturnica", "demoniczna piękność" (J. Łotman); zwerbowana przez generała-porucznika Iwana Witta, pozostawała na usługach tajnych służb.

Jekatierina Andriejewna Karamzin (1780-1851) - córka z nieprawego łoża księcia Andrieja Wiaziemskiego (ojca znanego poety Piotra Wiaziemskiego); druga żona (od 1804) pisarza i historyka Nikołaja Karamzina.

Sofia (Sophie) Karamzin (1802-1856) - córka pisarza i historyka Nikołaja Karamzina z pierwszego małżeństwa; dama znana w salonach Petersburga z ekstrawagancji (paliła papierosy).

Jekatierina Nikołajewna Mieszczerska, z domu Karamzin (1806-1867) - córka pisarza i historyka Nikołaja Karamzina z drugiego małżeństwa.

 

W latach trzydziestych dziewiętnastego stulecia listy w Petersburgu roznoszono kilka razy dziennie. Po raz pierwszy o godzinie ósmej. Mieszkanie Puszkinów na Mojce było niedaleko poczty i już zapewne około dziewiątej 4 listopada 1836 roku pocztonosiec wręczył poecie kopertę zawierającą dyplom: "Wielcy Kawalerowie, Komandorzy i Rycerze prześwietnego Zakonu Rogaczy zebrani pod przewodnictwem Wielkiego Mistrza Zakonu, Jego Ekscelencji D.I. Naryszkina, mianują zgodnie Aleksandra Puszkina koadiutorem Wielkiego Mistrza Zakonu Rogaczy oraz historiografem tegoż Zakonu" *[W. Wieriesajew, Puszkin żywy. Wybór autentycznych relacji, tłum. A. Sarachanowa, wybór, wstęp i przypisy R. Łużny, Kraków 1978, s. 305. Żona Dmitrija Naryszkina była kochanką cara Aleksanda I. W Rosji anonim opublikowano po raz pierwszy już w 1880 roku, ale dopiero pół wieku później zwrócono uwagę na to, że jego treścią mogły się poczuć urażone trzy osoby: Puszkin, jego żona i Mikołaj I (obraza majestatu - półbogu przypisano ludzkie słabostki).]. Ten sam dyplom dotarł z poranną pocztą jeszcze do kilku innych osób. W kopercie adresowanej do nich umieszczona była następna - z nazwiskiem Puszkina. Zachowania odbiorców były różne: Jelizawieta Chitrowo sądząc, że koperta adresowana do poety trafiła do niej przypadkowo - odesłała ją nad Mojkę; Władimir Sołłogub zachował się podobnie - osobiście odniósł do właściwego adresata (wtedy wyjaśniło się, "[...] że nie wszystkie były pisane tym samym charakterem pisma"); Wiaziemscy, Karamzinowie, Josif Wijelgorski, Rossetowie - po zapoznaniu się z treścią anonimu, postanowili zachować milczenie. Jeszcze tego samego dnia wieczorem Aleksandr Puszkin wyzwał Georgesa d'Anthesa na pojedynek.

Przez całe swoje życie autor Eugeniusza Oniegina pozostawał wierny dwóm, w znacznej mierze w owym czasie tożsamym, modelom zachowań: dworianina (szlachcica) i romantyka.

"Ten sam człowiek - pisze Jurij Łotman - zachował się w Petersburgu inaczej niż w Moskwie, w pułku inaczej niż w majątku, w damskim towarzystwie inaczej niż w męskim, podczas wyprawy wojennej inaczej niż w koszarach, a na balu inaczej niż «podczas kawalerskiej bibki». [...] Szlachecki sposób życia zakładał stałą możliwość wyboru typu zachowania. [...] «Zachowanie szlacheckie» jako system nie tylko dopuszczało, ale wręcz zakładało określone odchylenia od normy, które były strukturalnie izomorficzne w stosunku do antraktów w spektaklu. Pragnienie szlachcica włączenia się na krótki czas do innego życia - życia kulis, taboru cygańskiego, zabawy ludowej [...] - tworzyło przerwy w unormowanym zachowaniu i jego zmianę na zachowanie realizujące funkcje zachowania społecznie nie normowanego. Jednakże takie nieunormowanie było funkcjonalne jedynie w ramach danego systemu. Poza nim to samo zachowanie jawiło się jako wysoko unormowane, co widać choćby z faktu, że typy takiego naruszenia były ściśle klasyfikowane według wieku człowieka i jego pozycji w hierarchii społecznej. Społeczeństwo wyraźnie rozróżniało «prawidłowe» (dopuszczalne) i «nieprawidłowe» (niedopuszczalne) odchylenia od normy". Życie młodego Puszkina - podobnie, jak życie wielu innych młodych Rosjan o podobnym statusie społecznym - toczyło się (zwłaszcza po ukończeniu carkosielskiego liceum w 1817 roku) w pospiesznym rytmie przyjacielskich biesiad, na których wypijano morze alkoholu, zawierano znajomości z paniami, które nigdy nie mówiły "nie" i których uwiedzenie nie wymagało siły perswazji don Juana czy Casanovy. Wprawdzie po winie pozostawał ból głowy, a po damie najczęściej choroba weneryczna (bo wtedy zapadano na miłość) z perspektywą bolesnej i nie zawsze skutecznej kuracji, to jednak w niczym nie zmieniało sympatii poety ani do Bachusa, ani do Wenery. Wznoszono wciąż nowe toasty, a "młode kurtyzany, wspólne dla wszystkich jak krążące puchary, przenosiły chorobę miłości, jak ptaki przenoszą listy podczas wojny" *[J. Tynianow, Puszkin, tłum. C. Jastrzębiec-Kozłowski, K. Latoniowa, Warszawa 1961, s. 608. Sam Puszkin w liście do Pawła Mansurowa (27 października 1819) pisał: "Każdego ranka skrzydlata dziewoja leci na próbę koło okien naszego Nikity i jak dawniej podnoszą się na jej widok wszystkie teleskopy --- [...]. Wszystko po staremu; szampana, chwała Bogu w bród - aktorek także - więc to pierwsze się pije, a te drugie ------- amen, amen. Tak też być powinno. Juriew ma, chwała Bogu, porządnego -------- mnie się zaczyna malutki, dobre i to. [...]. Tolstoy chory - nie powiem na co - już i tak dosyć ------ w moim liście". A. Puszkin, op. cit., s. 16. Dalej w tekście zasadniczym: L. Cytowany tu list (oraz wiele innych) został w druku okaleczony przez redaktorów wydania rosyjskiego (czy raczej: radzieckiego) i w ślad za nimi polskiego - usunięto leksykę obsceniczną, którą poeta (zwłaszcza relacjonując swoje życie erotyczne) tak chętnie się posługiwał. Wszystkie ingerencje w tekst Puszkina zaznaczyłem tak, jak to uczyniono w publikacji firmowanej przez Akademię Nauk ZSRR: A. Puszkin, Pis'ma [w:] idem, Połnoje sobranije soczinienij w diesiati tomach, t. 10, izd. "Nauka", Moskwa 1966. Na marginesie warto zauważyć, że w dziewiętnastowiecznym Petersburgu mieszkało znacznie więcej mężczyzn niż kobiet (np. w 1837 roku, roku śmierci Puszkina, stanowiły one zaledwie trzecią część mieszkańców stolicy) i tylko co piąty z nich był żonaty. Taka sytuacja sprzyjała oczywiście szerzeniu się prostytucji i innych zjawisk, które umownie można by nazwać paraprostytucją.]. Pruderyjni współcześni donosili ze smutkiem: "Poza murami Liceum Puszkin znalazł przyjaciół wśród dziarskich huzarów stacjonujących w Carskim Siole [...] Przejawiał przy tym całą pobudliwość i lubieżność właściwą jego afrykańskiej naturze" (Siergiej Komowski), "Trzy lata spędzone w Petersburgu po ukończeniu Liceum Puszkin poświęcił uciechom wielkiego świata i jego pokusom" (Piotr Pletniow), "Wenera przykuła Puszkina do łóżka i poematu" (z listu Aleksandra Turgieniewa do Piotra Wiaziemskiego, 18 czerwca 1819), "W wielkim świecie Puszkin oddał się wszelkim rodzajom rozpusty, spędzając dni i noce na nieprzerwanym łańcuchu bachanaliów i orgii. Dziwić się należy, jakim cudem zdrowie jego i talent wytrzymały takie życie, z którym łączyły się, rzecz jasna, częste brzydkie choroby sprowadzające go dosłownie na skraj mogiły" (hrabia Modest Korf), "W burzliwym gwarze miejskiego życia Puszkin czuł się jak w swoim żywiole" (Pawieł Annienkow).

Obrońcy moralności, pochłonięci liczeniem wypitych butelek i zatrwożeni niskim stanem oświaty biesiadników na temat chorób zakaźnych przenoszonych drogą płciową, nie zauważali, że Puszkin grzeszył najczęściej w bardzo interesującym towarzystwie, a nocne rozmowy prowadził w kręgu bliskich sobie ludzi, wśród poszukiwaczy nowych dróg w sztuce spod znaku Arzamasu czy "Zielonej Lampy", podważających z jednakowym entuzjazmem zastany porządek estetyczny i obyczajowy. Wraz z nim do stołu zasiadali zarówno głoszący pochwałę dolce vita *[włoskie słodkie życie] czy dolce far niente *[słodka bezczynność, miłe próżnowanie.], jak i nieśmiało kontestujący monarchię absolutną niedawni pogromcy Napoleona (którzy w Paryżu mogli jeszcze usłyszeć Liberte, Egalite, Fraternite) oraz przyszli spiskowcy-dekabryści *[Motywy biesiadne pojawiają się w dedykowanych im listach poetyckich.]. Pierwsi nauczyli go radości życia, drudzy - buntu. Wszyscy - bycia romantykiem, co zauważył wtedy bodaj tylko Aleksandr Turgieniew, pisząc o skłonności poety do "wulgarnych miłostek i wolnomyślicielstwa".

Jednak Puszkin - który był pojętnym uczniem, bo też romantyzm miał we krwi - wcześniej od innych swoich współczesnych docenił mitotwórczą funkcję nieszczęśliwej (nieodwzajemnionej, niespełnionej...) miłości w tworzeniu biografii artysty z generacji Wertera. "Strach pomyśleć - ironizował Stanisław Wasylewski - co by się stało z poezją romantyczną, gdyby wszyscy, grążący się w czarnej rozpaczy, kochankowie znaleźli nagle utęsknioną wzajemność i poszli za dziewicami romantycznymi przed ołtarze!". Swoją inicjację romantyczną zawdzięczał początkujący poeta starszej o cztery lata Jekatierinie Bakunin (1795-1869), siostrze Aleksandra, kolegi z liceum. Ignorowany i odrzucony szesnastolatek odkrył - nie do końca sobie nawet uświadamiając wszystkie mechanizmy tego zjawiska - że między "szczęściem" a "nieszczęściem", "radością" a "smutkiem" nie ma wyraźnych granic i że "bycie nieszczęśliwie zakochanym" dostarcza nieoczekiwanych podniet *[30 października 1816 roku Zofia Matusiewiczówna, nieszczęśliwie zakochana w księciu Adamie Jerzym Czartoryskim, zapisała w dzienniku: "Lubię Warszawę bo tam najwięcej cierpiałam...". Opowieści dziewczęce. Ustępy z pamiętników młodych panien (1776-1866), oprać. S. Wasylewski, Kraków 1957.]. "Byłem szczęśliwy!.. - pisał 29 listopada 1815 roku w dzienniku, gdzie sentymentalna retoryka wyraźnie nie nadążała za romantyczną wyobraźnią - nie, wczoraj nie byłem szczęśliwy; rankiem zadręczałem się czekając na nią, z nieopisanym wzruszeniem, stojąc pod okienkiem, spoglądałem na zaśnieżoną drogę - ale nie było jej widać! I kiedy już straciłem nadzieję, nagle przypadkiem spotykam się z nią na schodach - słodka chwilo!.. Jakaż ona jest miła! jakże czarna suknia pasowała kochanej Bakuninie! Ale nie widziałem jej 18 godzin - ach! jaka sytuacja, jakie cierpienie!.. Ale byłem szczęśliwy 5 minut!..". Była też inna licealna miłość - Natalia Koczubej (1800-1854) i było sztubackie zadurzenie w żonie Aleksandra I, cesarzowej Jelizawiecie Aleksiejewnie (1779-1826) i Jekatierinie Andriejewnie Karamzin. W 1817 roku - poznając jeszcze jeden odcień miłości - "śmiertelnie się zakochał" (według słów Nikołaja Karamzina) w starszej o osiemnaście lat Jewdokii Golicyn, zwanej też Pytią albo Princesse Nokturne, która w swoim salonie podejmowała gości nocą, ponieważ onegdaj Cyganka wywróżyła jej, że śmierć nadejdzie o tej właśnie porze. Sypiała więc w dzień, a nocami wypatrywała i płoszyła nieproszonego gościa. Zmarła 15 stycznia 1850 roku. Niestety nie wiem, o której godzinie. Ale najważniejsze jest to, że kilkadziesiąt lat wcześniej, także dzięki niej, pewien utalentowany dwudziestolatek przeszedł intensywny kurs edukacji romantycznej, w której masochistyczny kult cierpienia był wartością szczególnie cenioną (ukochana odpowiadała na miłość artysty romantycznego poniżającym milczeniem, lekceważącą pogardą, wiarołomną zdradą, wyrachowanym zamążpójściem lub nagłym wyjazdem i tylko jedna na tysiąc zdobywała się na tak oczekiwany i pożądany gest - długiego umierania na gruźlicę w wieku osiemnastu lat), a happy end był zabójcą prawdziwej miłości i prawdziwej sztuki.

Tymczasem pod koniec lat dziesiątych rękopisy obracającego się w nieodpowiednim towarzystwie Puszkina były coraz częściej czytane przez panów - na tym między innymi polega urok funkcjonowania artysty w państwie policyjnym - dla których czynność ta wchodziła w zakres ich obowiązków służbowych. Tak więc po napisaniu kilku nieprawomyślnych wierszy politycznych jego los zdawał się przesądzony. I gdy do rozstrzygnięcia pozostawało już tylko miejsce zesłania (Wyspy Sołowieckie lub Syberia), to wpływowi przyjaciele lekkomyślnego twórcy (m.in. znany poeta Wasilij Żukowski, ale co ważniejsze wychowawca carskich dzieci oraz Nikołaj Karamzin proszący o pomoc cesarzową) sprawili, iż wysłano go do Kiszyniowa, do dyspozycji generała-gubernatora Iwana Inzowa "w charakterze urzędnika komitetu opieki nad kolonistami ziem południowych". Mało tego. Na pokrycie kosztów związanych z podróżą (dzisiaj powiedzielibyśmy: delegacją) - do zaanektowanej przez Rosję w 1812 roku, po wojnie z Turcją, Besarabii - otrzymał 1000 rubli.

Rok 1820 był zatem dla Aleksandra Puszkina rokiem pożegnań - na sześć lat ze stolicą i bezpowrotnie z młodością. Po drodze, w Jekaterynosławiu, spotkał (i była to scena godna Czechowa) trzy siostry Rajewskie: Katarzynę (Jekatierinę, 1797-1885), Helenę (Jelenę, 1804-1852) i Marię (1805/1807-1863; kochał się w niej hrabia Gustaw Olizar; w 1825 wyszła za mąż za działającego w nielegalnym Towarzystwie Południowym Siergieja Wołkonskiego i po zdławieniu powstania dekabrystów podążyła za nim na dwudziestoletnią katorgę). Przypadły im w udziale role muz i sióstr miłosierdzia, kurujących przez trzy miesiące chorego na cholerę poetę.

W Kiszyniowie (gdzie nb. został wolnomularzem: 4 maja 1821 r. przyjęto go do loży masońskiej "Owidiusz"), a następnie w Odessie - dokąd przeniesiono go w lipcu 1823 roku - wiódł Puszkin żywot artysty romantycznego. Dużo pisał, często romansował, zachłannie uwodził i namiętnie się strzelał. W swoich najbardziej znanych tekstach z tego okresu, także tym zwanym "życie", przeciwstawił "poetę" (demona, proroka, wybrańca, geniusza) "czerni" i sam tę "czerń" - często wywołując skandale - prowokował ostentacyjnym nieprzestrzeganiem powszechnie przyjętych norm obyczajowych (w Jekaterynosławiu długo pamiętano obiad u gubernatora: "Przyszli goście, zjawił się też Puszkin i od chwili swego pojawienia się w towarzystwie wprawił obecnych w nadzwyczajne zakłopotanie skrajną ekscentrycznością ubioru: miał bowiem na sobie przeźroczyste muślinowe pantalony, bez żadnej bielizny pod spodem"). Jego gęsta od wydarzeń "kronika wypadków miłosnych" w niczym nie ustępuje dziennikom Casanovy, co ortodoksyjni wyznawcy romantyzmu mieli mu zapewne za złe (przywołajmy list Fryderyka Chopina do przyjaciela napisany po zamążpójściu panny Konstancji Gładkowskiej: "Już jestem kobiet nieciekawy, bo raz tylko w życiu można kochać prawdziwie!"). We wrześniu 1820 roku silno uwlekajetsia Jeleną Sołowkin. W listopadzie tego samego roku zabiega o względy (uchażywajet) trzydziestotrzyletniej Agłai Dawydowej i jej dziesięcioletniej córki Adel, które pod koniec lat dwudziestych wyjechały do Paryża, gdzie Adela przeszła na katolicyzm i wstąpiła do klasztoru. W sierpniu 1823 roku wybucha nowe uczucie - z pogranicza zauroczenia (uwleczenije) i miłości - do Amalii Riznicz. Tak silne, że powodowany zazdrością o nią - pisze we wspomnieniach młodszy brat poety Lew - przebiegł onegdaj "pięć wiorst z obnażoną głową, pod palącym słońcem". A ona dla dobra rosyjskiej literatury romantycznej, zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki, opuściła go i w połowie maja 1824 roku wyjechała z urodzonym parę tygodni wcześniej Aleksandrem z Odessy przez Austrię do Szwajcarii. Można by ją uznać za pionierkę ruchu sufrażystek, które trzydzieści lat później na łamach swoich pism "[...] głosiły apologię podróży, także jako formy kobiecej wolności". We wrześniu 1823 roku Puszkin zawiera znajomość z Elizą (Jelizawietą) Woroncową, z domu Branicką (1792-1880), będącą od czterech lat żoną gubernatora hrabiego Michaiła Woroncową, odeskiego przełożonego kochliwego poety. "Miała już trzydziestkę - pisał znajomy autora Eugeniusza Oniegina - lecz mogła śmiało uchodzić za młodziutką. [...]. Z przyrodzoną polską płochliwością i zalotnością chciała się podobać i nikt nie mógł jej w tym dorównać. Była dziewczęca i nie tylko z usposobienia, ale i z wyglądu. Nie posiadała tego, co pospolicie nazywają pięknością, ale bystre i zarazem czułe spojrzenie jej uroczych niewielkich oczu przenikało na wskroś; jej usta w uśmiechu, któremu podobnego nie widziałem w życiu, zdawały się domagać pocałunków".

Hrabiemu Woroncowowi i innym mężom niegdysiejszych kochanek autora Borysa Godunowa zawsze pozostawało rozwiązanie zaproponowane przez markiza de Boissy, który nie bez dumy dokonywał prezentacji: "Moja żona - poprzednio kochanka lorda Byrona".

W tym czasie (a w zasadzie, jak zawsze) w życiu Puszkina były też obecne kobiety, o których względy nie musiał zabiegać, do których nie pisał listów-wyznań, które nie oczekiwały zapewnień o wielkiej miłości (a jeśli je słyszały, to nie traktowały nazbyt serio), których imion nie pamiętał już nad ranem i które - pozostając bezimienne, anonimowe - nie weszły do historii literatury rosyjskiej. Znudzone leniwym rytmem zawsze spóźniających się prowincjonalnych zegarów, spragnione wrażeń znanych z wciąż powracających lektur. Niespełnione odaliski, kiszyniowskie i odeskie panie Bovary. A on, jak jego mistrz Casanova, dawał im wszystko, "wszystko, z wyjątkiem serca: to, które posiadał, wystarczało zaledwie dla niego" i, jak Casanova "[...] załatwiał swoje sprawy miłosne z przezornością człowieka interesów, skrupulatnością doświadczonego urzędnika, precyzją i wprawą. Miłość, rozstanie - na wszystko miał swoje określone metody, oczywiście z indywidualnymi wariantami. Każdy przypadek traktowany był oddzielnie, z największą uwagą i ku pełnemu zadowoleniu klientek. Żadna z kobiet, które kochał lub twierdził, że kocha, a potem rzucił, nie czuła do niego żalu". Do generała Inzowa nieustannie napływały więc skargi od mężów i ojców uwodzonych przez Puszkina Mołdawianek, a wyrozumiały przełożony za każdym razem skazywał poetę na areszt domowy, dla pewności pozbawiając butów.

Łatwe podboje spowszedniały, metafizyka walki płci sprowadzona do wymiaru trywialnego uwodzenia miejscowych piękności wywoływała znużenie i Puszkin poszukiwał mocniejszych wrażeń, innego rodzaju podniet oraz przeciwnika, którego trudniej przechytrzyć niż zdradzanego męża. Już przed kilku laty - kiedy wyzwał na pojedynek Modesta Korfa (1818) - odkrył rozkosz płynącą z kuszenia losu. Wtedy został zignorowany przez rywala, ale we wrześniu następnego roku zrobił wszystko, aby dać satysfakcję koledze z czasów licealnych Wilhelmowi Kuchelbeckerowi i przekonać się, komu sprzyja kapryśna fortuna. Jedynym poszkodowanym w tej walce był sekundant (również absolwent liceum w Carskim Siole, poeta Anton Delwig), któremu kula wystrzelona przez poirytowanego późniejszego dekabrystę - Kuchla był nieustannie prowokowany przez przeciwnika - przedziurawiła czapkę. Rozbawiony Puszkin odrzucił swój pistolet i na tym pojedynek się zakończył. Teraz, na południu, z jeszcze większą pasją oddał się swojej wielkiej grze. Pod koniec stycznia 1822 roku podczas obiadu u Inzowa obecny tam Iwan Łanow nazwał Puszkina mołokososem (młokosem), ten w odpowiedzi swego adwersarza - winososem i wyzwał go na pojedynek, do którego jednak nie doszło. W maju albo w czerwcu 1823 roku grając w karty, sprowokował kłótnię z oficerem sztabu generalnego Kiriłłem Zubowem i zgodnie z oczekiwaniami został przez niego poproszony o danie mu satysfakcji. Na miejsce pojedynku autor Wystrzału (jak późniejszy bohater jego noweli) przyniósł czereśnie, które spokojnie jadł, kiedy wzburzony oficer do niego mierzył. Zubow chybił, Puszkin na pozór wspaniałomyślnie - bo gestem tym przeciwnika obraził i poniżył - zrezygnował ze swego strzału. Później jeszcze strzelał się z innym oficerem, podpułkownikiem Siemionem Starowem. Zła pogoda (zamieć, silny wiatr) sprawiła, że przeciwnicy oddali po dwa niecelne strzały i postanowili odłożyć pojedynek, ale już po paru godzinach restauracyjne trunki roztopiły dzielące ich lody. W kwietniu roku 1824 ostatecznie nie doszło do pojedynku z nieznanym z nazwiska przeciwnikiem, który w ostatniej chwili zrezygnował ze strzału.

Nie wszyscy wielcy artyści romantyczni pojedynkowali się (m.in. podobno Byron i Mickiewicz), ale w biografii każdego z nich odnajdziemy zachowania autodestrukcyjne i ekstatyczny pęd ku śmierci (udział w powstaniu w Grecji czy tworzenie legionu w Turcji), którym zabijali kompleksy i dopisywali ostatni rozdział do swojej nie dość heroicznej biografii. Tak więc dla twórcy Eugeniusza Oniegina już od początku lat dwudziestych znamienne było rozumienie egzystencji ludzkiej jako ekscytującej ruletki, w której Los decyduje, gdzie zatrzyma się kula (także ta wystrzelona z pistoletu): na czerwonym polu życia czy na czarnym śmierci.

W połowie lipca 1824 roku nadeszła z Petersburga decyzja, iż Puszkin przestaje być urzędnikiem, musi opuścić Odessę i udać się do rodzinnego majątku Michajłowskoje, gdzie kuratelę nad nim powierzono ojcu. Na wsi czas spędza na pisaniu (już wcześniej, 8 marca 1824 r., w liście do Piotra Wiaziemskiego jako pierwszy pisarz rosyjski miał odwagę wyznać: "Piszę dla siebie, drukuję dla pieniędzy"), długich spacerach, przejażdżkach konnych, flirtach z okolicznymi szlachciankami, bezkarnym molestowaniu i uwodzeniu chłopskich córek oraz żon (na początku maja 1826 roku pisał do Wiaziemskiego: "List niniejszy doręczy Ci bardzo miłe i dobre dziewczę [Olga Kałasznikowa]. Wskutek nieostrożności jednego z Twoich przyjaciół [oczywiście samego Puszkina - T K.] zaszła w ciążę". L., 198; w tekście rosyjskim tę dziewczynę ktoś obriuchatił). Ćwiczy też strzelanie do celu (niemal każdego ranka oddaje sto strzałów) i samotnie dużo gra w bilard. We wrześniu 1824 roku do rutyny codziennych gestów i słów wkrada się już niemal zapomniane uwleczenije - poznaną już znacznie wcześniej, w 1817 roku - Anną Wulf (1799-1857) i Aleksandrą Biekleszową (primo voto Osipową, 1808-1864). Jednak najbardziej znany Puszkinowski erotyk miał powstać za sprawą kogoś innego.

Anna Kern. Lata 40.

Portret Akima Ariefowa-Bagajewa

 

W czerwcu 1825 roku przyjechała do Trigorskoje Anna Kern. Zostali sobie przedstawieni już przed sześciu laty. Mieli za sobą konwencjonalny flirt i w zasadzie to poeta został przez nią zignorowany (innym przychodziło znacznie łatwiej zdobywanie jej względów), ale tym razem nastąpił wybuch, erupcja gwałtownego uczucia. Jednak już 19 lipca Anna wyjechała do Rygi, by przeżyć tam namiętny romans z dandy *[(ang) dandys - mężczyzna przesadnie dbający o swój strój i przestrzeganie form towarzyskich; elegant, modniś, goguś] w pięknym mundurze, Aleksiejem Wulfem (1805-1881), który jakiś czas później (5 stycznia 1829) zapisał w dzienniku: "Sprawiłoby mi wielką przyjemność spodobanie się jej, ale za nic nie chciałbym zrodzić w niej namiętności: to takie nudne. Pragnę się jedynie podobać, bawić kobiety i nic poza tym: namiętność pochłania tylko czas [...]". A puls serca porzuconego poety powrócił do normy jakoś tak między 25 lipca ("Znów chwytam za pióro, bo umieram z tęsknoty i nie mogę myśleć o niczym prócz Pani. Spodziewam się, że odczyta Pani ten list potajemnie - czy ukryje go Pani na swej piersi? Czy odpowie mi długim listem" - L., 152), a połową sierpnia ("Pisze Pani, że nie znam jej charakteru. Co mnie obchodzi Pani charakter! Drwię sobie z niego. Czy pięknym kobietom potrzebny jest charakter? Najważniejsze są oczy, zęby, rączki i nóżki [...]. Zachowywałem się wobec Pani jak czternastoletni smarkacz - to niegodne. Ale odkąd straciłem Panią z oczu, powoli odzyskuję utraconą równowagę [...]"- L., 157). Pewnie należy się zgodzić z komentatorami polskiego wydania listów autora Eugeniusza Oniegina piszącymi, iż "w stosunkach z kobietami przyjmował on pozę cynika i lekkoducha". We wspomnieniach Kern napisała: "Nigdy niemal nie okazywał swych uczuć, jak gdyby się ich wstydził, w tym sensie był prawdziwym dziecięciem swej epoki". Podobno dopiero w 1827 czy w 1828 roku, już w Petersburgu, Puszkin zdobył Annę. Odrzucany wcześniej, teraz mało elegancko nazwał ją "babilońską nierządnicą" i w liście do Siergieja Sobolewskiego (druga połowa lutego, 1828) z właściwym sobie wdziękiem zauważył: "[...] Piszesz mi o M-me Kern, którą w tych dniach z pomocą Bożą ----" *[A. Puszkin, Pis'ma, s. 242. Na przytoczenie tego słowa [ujob] zdecydował się m.in. Josif Raskin w książce Encykłopiedija chuliganstwujuszczego ortodoksa (Moskwa 2003, s. 175). ].

31 sierpnia 1826 roku wysłano do gubernatora pskowskiego Borisa Aderkasa sekretne pismo zawierające instrukcję dotyczącą powrotu Puszkina do stolicy. Była w nim mowa o tym, że podróż poeta może odbyć nie jako aresztant, lecz człowiek wolny, ale w towarzystwie kuriera (feldjegra), który ten list dostarczył.

Autor obrazoburczych wierszy - przerażony represjami skierowanymi przeciwko przyjaciołom uczestniczącym w powstaniu dekabrystów - już nie zagrażał imperium. Głosił teraz poglądy lojalistyczne i podzielał iluzje wielu współczesnych, że nowy władca zmieni Rosję. W latach 1826-1827 panował powszechny entuzjazm dla cara Mikołaja I. Magnus von Fock (dla Rosjan: Maksim Jakowlewicz Fok), najbliższy współpracownik Benckendorfa, z radością relacjonował przebieg wieczoru literackiego (31 sierpnia 1827) u Oresta Somowa: "Zupełna otwartość przewodziła tej biesiadzie; mówiono o dawnym życiu literackim, wspominano o literatach, którzy zginęli z powodu braku rozsądku... Podczas kolacji, przy kieliszku wina wybuchła wesołość, śpiewano kuplety, czytano wiersze Puszkina, dopuszczone przez cesarza do ogłoszenia w druku. Baron Delwig dobrał muzykę do stanców Puszkina, w których cesarz został porównany z Piotrem. Zaczęto mówić o nienawiści cesarza do nadużyć i do łapowników, o otwartości jego usposobienia, o pragnieniu by dać Rosji prawa i, wreszcie, literaci do takiego stopnia się rozgorączkowali, że jakby jakimś porywem pchnięci, zerwali się z krzeseł z kieliszkami szampana i wypili za zdrowie cesarza".

Po powrocie z przymusowego pobytu na wsi Puszkin brylował w moskiewskim salonie księżnej Zinaidy Wołkonskiej (1792-1862), pochodzącej ze znanego rodu Biełosielskich-Biełoziorskich. (Sto lat później inna jego przedstawicielka roznieci pożar w sercu Michaiła Bułhakowa). Wrzesień-październik 1826 roku to w życiu poety czas Sofii Puszkin (1806-1862), którą nie tylko adorował, ale też poprosił o rękę. "Widzę ją po raz pierwszy w loży - pisał 1 grudnia 1829 roku do Wasilija Zubkowa - po raz drugi na balu, a za trzecim się swatam". Zaskoczona panna na wszelki wypadek odmówiła, niedoszły pan młody szukał pociechy w ramionach mu bardziej współczujących, potem prawdopodobnie się oświadczył Aleksandrze Rimskiej-Korsakowej, dostał kolejnego kosza i wreszcie wyruszył do Petersburga, dokąd dotarł 25 maja 1827 roku.

Kilkanaście miesięcy później, wiosną 1828 roku, już wierzy, iż jego żoną zostanie wkrótce Anna Olenin (1808-1888), już na marginesach rękopisów pisze słodkie: Annette Pouchkine. Jej rodzice nie wyrazili jednak zgody na małżeństwo z nienajlepiej sytuowanym, dalekim od obyczajowej i każdej innej poprawności poetą. Nie ma co ukrywać, że także sama Annette nie była nim zachwycona, uważając, że nie jest odpowiednią dla niej partią. Nie ceniła zresztą zbyt wysoko mężczyzn i samej instytucji małżeństwa ("rzecz prozaiczna, pozbawiona jakiegokolwiek idealizmu"). Rozgoryczony Aleksandr Siergiejewicz zapomnienia szukał i nie znalazł na dnie oczu swojej rówieśniczki, ostentacyjnie odrzucającej obowiązujące konwenanse Agrafieny Zakriewskiej z domu Tołstoj (1799-1879). Była typem kobiety fatalnej, hipnotyzującej i uzależniającej od siebie mężczyzn. Kobiety, która "w emaliowanym neseserze swej duszy nosiła [...] wszystkie schyłkowe nakazy romantyzmu. Że walka z namiętnością jest grzechem, że nie wolno przeszkadzać naturze, że wielkim prawdziwie jest ten, kto się nie umie poskramiać, że pozbycie się przesądów w miłości jest spełnionym celem życia". Wśród jej adoratorów - czy może raczej ofiar - znaleźli się Jewgienij Baratynski (który uznał, że imię Agrafiena jest mało poetyckie i nazywał ją Alsina), Piotr Wiaziemski i od maja do września 1828 roku także Puszkin. Był w nią zapatrzony, był nią zafascynowany, był w niej zadurzony, był nią zainteresowany, był na nią chory. Ale chyba nie zakochany i chyba jej się nie oświadczył. Dla obojga był to epizod. Wyleczony z Agrafieny - po roku już jej zapewne nie pamiętał - pisał Kochałem panią.... (1829) i na nowo przeżywał "nie" Anny Olenin.

Wkrótce usłyszał je po raz kolejny. Zimowe bale z przełomu lat 1828-1829 upłynęły pod znakiem debiutu w wielkim świecie dwóch najpiękniejszych kobiet Rosji: Natalii Gonczarowej i jej rówieśniczki Aleksandry Alabiewej (1812-1891). Puszkin - bo los tak chciał, bo taka była jego karma - wybrał tę pierwszą i to jej rodziców prosił za pośrednictwem Fiodora Tołstoja o rękę córki. Matka, co prawda nie wyraziła zgody, ale posłużyła się argumentami ("za młoda", najpierw powinny wyjść za mąż starsze siostry *[Książę Aleksandr Trubieckoj, przyjaciel i towarzysz broni d'Anthesa, pisał we wspomnieniach (1887): "Rzecz w tym, że były trzy siostry Gonczarowe: Natalia, która wyszła za Puszkina, nadzwyczaj piękna, ale też nadzwyczaj głupia; Jekatierina, z którą się ożenił d'Anthes i Aleksandra, bardzo brzydka, ale bardzo mądra dziewczyna". Cyt. wg: P. Szczegolew, Duel i smiert' Puszkina, Moskwa-Leningrad 1928, s. 424.]), które nie przekreślały możliwości bardziej pomyślnego rozstrzygnięcia w przyszłości. "Na kolanach, - pisał 1 maja 1829 r. wzruszony poeta do Natalii Gonczarowej (matki) - ze łzami wdzięczności - oto jak powinienem pisać do Pani, właśnie teraz, gdy hrabia Tołstoj przywiózł mi Pani odpowiedź: ta odpowiedź nie jest odmową, pozwala mi Pani mieć nadzieję" (L., 241).

Początkowo wszystko zdawało się wskazywać na to, że dla Puszkina nadszedł czas pożegnania z burzliwą przeszłością - w 1829 roku do albumu Jelizawiety Uszakowej (1810-1872) wpisuje trzydzieści siedem imion kobiet (wśród nich pojawia się na przykład Jewdokia Golicyn), które w zamian za nieśmiertelność na kilka godzin, na kilka nocy, na kilka tygodni stawały się jego muzami. Fala nostalgii wywołana sporządzeniem "spisu don Juana" - tak zaczęto nazywać wyznania utrwalone w pamiętniku Uszakowej - rozbudziła w poecie potrzebę odbycia paru sentymentalnych podróży.

Pierwszą na południe, gdzie kiedyś poznał cztery piękne i niebanalne Polki, siostry Rzewuskie: Karolinę - zwaną "odeską Kleopatrą", cieszącą się zasłużoną opinią femme fatale, Paulinę - która została żoną Riznicza, Alinę - która wyszła za mąż za Moniuszkę, brata znanego kompozytora i Ewelinę - która już jako Hańska rozsławiła pocztę w Berdyczowie i zapisała ważny rozdział w dziejach literatury francuskiej. Zapomniany - jak mu się wydawało - przez Gonczarowów, pisze Aleksandr Puszkin do najpiękniejszej z nich, Karoliny Sobańskiej (2 lutego 1830): "Dziś właśnie dziewiąta rocznica dnia, w którym zobaczyłem Panią po raz pierwszy. Ten dzień zadecydował o moim życiu. Im więcej nad tym rozmyślam, tym bardziej jestem przekonany, że los mój jest nierozłącznie związany z losem Pani. Urodziłem się, aby Cię kochać i iść Twoim śladem. Wszystkie inne zabiegi są z mojej strony pomyłką lub szaleństwem" (L., 252). To nieistotne, że zawodzi go pamięć (tak naprawdę zobaczył Karolinę po raz pierwszy w drodze do Kiszyniowa, w maju 1820 roku), znacznie ważniejsza jest bowiem pamięć serca. A ta jest mu posłuszna i dlatego w brulionie innego listu (napisanego tego samego dnia) czytamy: "Pani igrasz z moją niecierpliwością, Panią zdaje się bawić sprawianie mi rozczarowań [...]. Jest w Pani jakaś ironia, jakaś złośliwość, które rozgoryczają i odbierają odwagę. [...]. Jesteś Pani demonem [...]" (L., 254-255). Na szczęście dla siebie nie wiedział, że Sobańska od pewnego czasu współpracuje z ludźmi Benckendorfa (była kochanką generała-porucznika Iwana Witta) i na ich polecenie uwiodła między innymi Adama Mickiewicza.

Przed odbyciem kolejnych podróży sentymentalnych Puszkin ponownie się oświadczył. 5 kwietnia 1830 roku zwierzał się Natalii Gonczarowej (starszej), swojej przyszłej teściowej: "Gdy ją zobaczyłem po raz pierwszy, świat zaledwie dostrzegał jej urodę; kochałem ją, zakręciło mi się w głowie, poprosiłem o jej rękę" (L., 263). Tym razem usłyszał upragnione "tak". "Los mój postanowiony... - pisał w prozie autobiograficznej (maj 1830) - Los mój postanowiony. Żenię się... Ta, którą kochałem przez całe dwa lata, którą oczy moje wszędzie dostrzegały pierwszą, z którą spotkanie wydawało mi się rajem - mój Boże... jest prawie moja. Oczekiwanie na ostateczną decyzję było najboleśniejszym uczuciem mojego życia. Wyczekiwanie ostatniej rzuconej karty, wyrzuty sumienia, sny przed pojedynkiem - wszystko to wobec niego wydaje się niczym" (L., 628). A w innym miejscu dodał: "Ja żenię się, tzn. rezygnuję z niezależności, mojej beztroskiej i kapryśnej wolności, z moich luksusowych przyzwyczajeń, włóczęgi bez celu, samotności. Jestem gotów podwoić życie, które i tak jest niepełne. Nigdy nie zabiegałem o szczęście, mogłem obejść się bez niego. Teraz potrzebuję go na dwie osoby, a skąd mam je wziąć?" (L., 628).

6 maja 1830 roku odbyły się zaręczyny. Wybrał tę, która chyba go nie kochała - młodszą o trzynaście lat Natalię Gonczarową. Odrzucił tę (najlepsze melodramaty pisze przecież życie), która na pewno go kochała - starszą o szesnaście lat Jelizawietę Chitrowo. Powszechnie dworowano z jej uczuć; wyrażano zdumienie, że czterdziestoparoletnia kobieta tak otwarcie je okazuje, powtarzano, że naraża się na śmieszność, ale córka feldmarszałka Kutuzowa niezmiennie darzyła Puszkina wielką miłością. W marcu - a więc między wyznaniem miłości Sobańskiej, a oświadczeniem się Gonczarowej - wyraźnie zniecierpliwiony wieloletnią adoracją, dał jej do zrozumienia, że nie ma mowy o odwzajemnieniu tych uczuć. 9 maja 1830 roku, kiedy dotarła do Chitrowo wiadomość o zaręczynach poety, napisała do niego: "Nic dla Pana nie znaczę". I już później, przy innej okazji, zauważyła przenikliwie (mniejsza tu o intencje, które nią powodowały): "Boję się o Pana: przeraża mnie prozaiczna strona małżeństwa! Oprócz tego zawsze uważałam, że geniuszowi dodaje sił jedynie pełna niezależność, a jego rozwojowi sprzyja ciąg nieszczęść, że pełnia szczęścia, trwałego, długotrwałego, zabija talent, prowadzi do obrośnięcia w sadło i zamienia raczej w człowieka przeciętnego niźli w wielkiego poetę!" *[To właśnie wtedy ukształtował się pogląd - aktualny dla wielu do dziś - że artysta nie powinien się żenić. Coraz więcej wątpliwości zaczynała zresztą budzić sama instytucja małżeństwa. Por. Georges Sand: "Z małżeństwem szczęście kobiety kończy się, a nie zaczyna"; Stanisław Wasylewski: "Miłość romantyczna nienawidzi małżeństwa"; Georges Bataille: "[...] Małżeństwo i erotyzm najczęściej stoją w opozycji do siebie" (G. Bataille, Historia erotyzmu, tłum. I. Kania, Kraków 1992, s. 38); Czesław Miłosz: "Potem uważałem, że z [Teodorem] Bujnickim dzieją się złe rzeczy. Ożenił się, miał dzieci, prowadził żywot mieszczański" ("Wstawać rano, pisać, a potem na jagody...". Z Czesławem Miłoszem rozmawia A. Michnik, "Gazeta Wyborcza" 8-9 czerwca 1991, s. 9); Jacek Woźniakowski: "[...] okazuje się, że artyści nie powinni się nigdy wiązać na dłużej, cóż dopiero żenić [...], nie powinni, bo żony są zachłanne uczuciowo, a w dodatku ciągle potrzebują pieniędzy i nie znają się na sztuce" (J. Woźniakowski, Czy artyście wolno się żenić?, Warszawa 1978, s. 143).]. Złożyła też piękną - to nic, że egzaltowaną - deklarację, o której pamiętała do śmierci poety: "Gdy już utopię we łzach moją miłość do Pana, wciąż pozostanę tą samą namiętnie kochającą, łagodną, nieszkodliwą istotą, która jest gotowa pójść za Panem w ogień i w wodę, ponieważ tak kocham nawet tych, których kocham mało!".

Po zaręczynach Puszkin nie ma czasu dla Chitrowo i jej listów - jest pochłonięty spełnianiem obietnic złożonych Gonczarowej-starszej: zdobywa świadectwo moralności wystawione przez tajną policję Benckendorfa i pieniądze na posag dla panny młodej (w lutym 1831 roku pisał do Piotra Pletniowa: "Za kilka dni żenię się - oto masz moje rozliczenie: zastawiłem swoje 200 dusz, wziąłem 38 000 i oto na co je przeznaczam: 11 000 dla teściowej, która uparła się, aby córka była z posagiem - te piszę na straty" - L., 336).

 

Natalia Gonczarowa.

Portret Aleksandra Briułłowa

 

18 lutego 1831 roku zamknięty został romantyczny rozdział w życiu poety - w cerkwi Wozniesienskiej (Starogo Wozniesienija) odbył się ślub. Kilka dni wcześniej (10 lutego) wyjaśniał w liście do Nikołaja Kriwcowa: "Przekroczyłem trzydziestkę; w tym wieku ludzie zwykli się żenić - postępuję zatem jak wszyscy i prawdopodobnie tego nie pożałuję. W dodatku żenię się bez zapału, bez dziecięcej ułudy". A w Urywkach z podróży Oniegina z naiwnością dziecka lub neofity deklarował:

Gosposia - moim ideałem,

Marzeniem - nie młodzieńczy żar,

Lecz spokój, co mi wiernie służy,

I garnek barszczu, aby duży.

(tłum. A. Ważyk)

W czasie ceremonii spadły Ewangelia i krzyż, a chwilę później znalazła się na podłodze jedna z obrączek, co wszyscy obecni uznali za zły znak. W noc poślubną Aleksandr wyszeptał Natalii, że jest jego sto trzynastą kobietą. Oboje byli przekonani, że ostatnią. Mylili się. Mieli przed sobą sześć lat nieudanego, zakończonego tragicznym finałem małżeństwa.

Nie mogło być inaczej - zgodnie powtarzają puszkinolodzy - zbyt wiele ich dzieliło. Widujący Puszkinów lekarz Stanisław Morawski zapisał w pamiętniku: "Abnegacja jego ubioru, rozczochrane, a był nieco łysawy, włosy i bakenbardy, wykrzywione w przeciwne strony najzupełniej i tyłkach buty okazywały więcej trochę niż zaniedbanie, bo kapcaństwo... Nie widziałem go nigdy prócz jednego razu na balu w niewykrzywionych butach. Maniery nie miał żadnej... dobroduszności w obejściu się dużo. Był niskiego wzrostu [160 cm. - T. K.], a idąc wlókł nogi za sobą niezgrabnie i chód miał nieco koszlawy. [...]. Pani Puszkin była jedną z najpiękniejszych kobiet Petersburga. Twarz, świeżość, młodość, talia - wszystko za nią mówiło, wszystko warte ruskiego wieszcza". Ona była obiektem męskich westchnień ("[...] Zakochałem się w niej bez pamięci - wyznał Władimir Sołłogub - od pierwszego wejrzenia; wypada powiedzieć, że nie było podówczas w Petersburgu młodzieńca, który by nie wzdychał do niej potajemnie [...]"), przed nim w wielu domach ukrywano panny na wydaniu. Byli więc jeszcze jednym wcieleniem archetypowej pary, Pięknej i Bestii.

Nie było jednak niczego nadzwyczajnego w tym - należałoby raczej mówić o pospolitości czy wręcz trywialności takich zachowań - że mężczyzna pokochał i ożenił się ze znacznie młodszą od siebie partnerką, że on do związku wniósł talent i inteligencję, a ona - urodę. "Ostatecznie, dlaczego inteligentny mężczyzna - przytomnie zauważył Jose Ortega y Gasset - miałby obdarzyć uczuciem inteligentną kobietę? Jeżeli podejmuje się próbę założenia przedsiębiorstwa, ugrupowania politycznego albo instytutu naukowego, to jest rzeczą zrozumiałą, że bystry umysł będzie się starał połączyć z drugim bystrym umysłem. Ale potrzeba miłości, nawet pomijając jej seksualny wymiar, nie ma z tym nic wspólnego; to akurat zaprzeczenie wszelkich racjonalnych przesądów. [...]. Mężczyźni kochają się w łani" *[J. Ortega y Gasset, Pejzaż z łanią w tle, [w:] idem, Szkice o miłości, tłum. K. Kamyszew, Warszawa 1989, s. 146. W innym miejscu dodał jednak: "Jedynie głupcy i subiekci z drogerii kochają się w «uznanych pięknościach". Przedstawiają się one jak pomniki publiczne, jak unikalne okazy, na które patrzy się przez chwilę i z odpowiedniej odległości. W ich obecności człowiek czuje się niczym turysta, a nie jak kochanek" (s. 141).].

Moim zdaniem, najbliższa zrozumienia całej metafizyki tego związku była Marina Cwietajewa, która w jednym ze swych esejów pisząc o "[...] pociągu geniusza - nadmiaru - do pustego miejsca. [...] (Wiedział, co brał.). Chciał zero, bo sam był wszystkim", nazwała "niewinną" i "milczącą" Natalię Heleną, lalką (dziś dodałaby: Barbie), narzędziem losu i - co istotne - spróbowała odpowiedzieć na najtrudniejsze pytanie: dlaczego Gonczarowa wyszła za Puszkina, który był znacznie od niej starszy, którego twórczości nie znała i nie ceniła, "dlaczego [...] Gonczarowa wyszła za Puszkina, który był i nieładny, i niebogaty, i nieświatowy, i nieprawomyślny? Za niekochanego? Zrujnowana rodzina? Bzdury! Tak piękne kobiety są stworzone po to, aby rujnować. Gdyby Gonczarowa tylko zechciała, w każdej chwili mogłaby wyjść za najbardziej świetnego, najbogatszego, najbardziej prawomyślnego - same przeciwieństwa Puszkina. Jego sława? Ale Gonczarowa, jako piękna kobieta, po prostu piękna, tylko piękna, nie była próżna, jeśli zaś idzie o sławę Puszkina w jej środowisku - znamy ją. [...]. Dlaczego więc? Po co? Strach przed namiętnością. [...]. Nie wyjdę, to... i tak będę musiała. Lepiej wyjdę". Może to było właśnie tak.

Po ślubie Puszkin odkrywa w sobie powołanie moralisty. Żonę - teraz pisze do niej po rosyjsku, a nie jak wcześniej po francusku - i znajomych zapewnia w kolejnych listach, że jest wiernym (19 września 1833: "A jak się dobrze prowadzę! Jaka byłabyś ze mnie zadowolona! Do panien się nie umizgam, żon zawiadowców stacji nie podszczypuję, z Kałmuczkami nie romansuję - a w tych dniach odmówiłem sobie Baszkiria, nie bacząc na ciekawość tak naturalną dla podróżnika" (L., 402-403), oddanym i kochającym mężem (21 sierpnia 1833: "Czyś się przyglądała w zwierciadle i czyś się upewniła, że Twej twarzy nie można porównać z niczym na świecie - a duszę Twoją kocham bardziej jeszcze od twarzy. Żegnaj, mój aniele, mocno Cię całuję" - L., 396), którego religią stała się monogamia (15 stycznia 1832 do Michaiła Sudijenki: "Muszę Ci wyznać, że od roku jestem żonaty i że wskutek tego zmienił się całkowicie mój tryb życia ku nieopisanemu zmartwieniu Zofii Astafiewny [...]" - L., 372; pani Zofia była właścicielką domu publicznego w Petersburgu).

Puszkinowskim zapewnieniom o miłości (niewątpliwej) i wierności (wątpliwej) towarzyszą niemal zawsze sceny zazdrości. Przywoływanie i drobiazgowe roztrząsanie tego uczucia należało oczywiście do podstawowych kanonów epistolografii romantycznej (np. sprawnie się nimi posługiwała Natalia w listach do męża), ale autor Eugeniusza Oniegina nigdy tego nie traktował w kategoriach modnej konwencji czy powszechnie obowiązującej licentia poetica. Rozdrapując niemal w każdym liście rzeczywiste i urojone rany (i jedne, i drugie bolały równie mocno), nie grał Otella - on nim był: z bohaterem Shakespeare'a połączyły ich afrykańskie korzenie, ten sam zżerający ich wirus i te same budzące ich nocami upiory. Listy Aleksandra Puszkina tworzą przejmujące studium psychologiczne. Studium zazdrości - niechaj mi Arthur Conan Doyle wybaczy - w szkarłacie: "Żonę zastałem w dobrym zdrowiu [wcześniejszy niepokój związany był z ciążą Natalii - T. K.], nie bacząc na jej dziewczęcą nieostrożność: tańczy na balach, flirtuje z cesarzem, z ganku zeskakuje. Trzeba będzie wziąć babę krótko" (8-10 stycznia 1832 do Pawła Naszczokina; L., 371), "Nie czekaj mnie w tym miesiącu, tylko w końcu listopada. Nie przeszkadzaj mi, nie napędzaj strachu, bądź zdrowa, pilnuj dzieci, nie flirtuj z cesarzem ani z narzeczonym księżniczki Luby" (11 października 1833 do żony; L., 407), "Kokietować Ci nie bronię, ale żądam od Ciebie oziębłości, przyzwoitości, powagi - nie mówiąc już o cnotliwym sprawowaniu, które należy nie do tonu, lecz do czegoś znacznie ważniejszego" (21 października 1833 do żony; L., 408), "Wczoraj przyszły od Ciebie, moja kochana, dwa listy naraz. Dziękuję, ale muszę Cię trochę wyłajać. Zdaje się, żeś się zanadto rozflirtowała. Zauważ jednak: nie bez racji kokietowanie wyszło z mody i uważa się je za oznakę złego tonu. W kokieterii nie ma nic dobrego. Cieszysz się, że za Tobą jak za suczką biegają psy, podnosząc zawinięte w trąbkę ogony i obwąchując Ci ... *[Ten wielokropek pochodzi od wydawców. Puszkin użył słowa "zadnica", którego nie wiem, dlaczego nie znajdziemy w Wielkim słowniku rosyjsko-polskim (pod red. J. Wawrzyńczyka, PWN, Warszawa 2004), a które oznacza - jak tłumaczą słowniki języka rosyjskiego - "część tułowia człowieka poniżej pleców". Stylistycznie zadnica jest zawarta między literackimi jagodicami (pośladkami) a wulgarną żopą (dupą). Najwłaściwsze polskie określenia to zapewne: tyłek, zadek.] Jest się z czego cieszyć! [...]. Po co podejmujesz mężczyzn, którzy się do Ciebie zalecają?" (30 października 1833 do żony; L., 409-410).

W Bołdino, z którego pochodzą listy pisane jesienią 1833 roku, Puszkin szukał natchnienia i znalazł je, uciekał przed kłopotami smutnej rzeczywistości, zapominał o rosnących wciąż długach (1 stycznia 1836 r. był winien osobom prywatnym 28 726 rubli 72 kopiejki, a skarbowi państwa 48 333 rubli 33 1/2 kopiejki) i zamartwiał się obsesyjnie powracającymi myślami o nie dość wiernej Natalii, która nad krosna Odyseuszowej Penelopy przedkładała życie towarzyskie. "Moja bratowa - pisała nie bez dumy już znacznie wcześniej (17 listopada 1831 roku) siostra poety, Olga Pawliszczewa, do męża - jest najmodniejszą tu kobietą. Bywa w sferach najwyższych [...]".

 

Car Mikołaj I

 

Car Mikołaj I - bo "sfery najwyższe" to on - cieszył się zasłużoną opinią kobieciarza. Był prusko przystojny, znakomicie prezentował się w obcisłym mundurze, gardził neurotycznymi artystami i miał nieograniczoną władzę. Taka mieszanka działa zawsze zniewalająco na kobiety. W wydanej w Paryżu w 1855 roku książce Le tzar Nikolas et la sainte Russie możemy przeczytać: "Car jest władcą absolutnym zarówno w miłości, jak w całym postępowaniu. Gdy na przechadzce, w teatrze lub w towarzystwie spodoba mu się jakaś kobieta, wystarczy mu szepnąć słówko dyżurnemu adiutantowi. Osoba, która wpadła w oko bożyszczu, staje się przedmiotem obserwacji. Uprzedzają męża, jeśli jest mężatką, rodziców, jeśli panną - o zaszczycie, jaki przypadł im w udziale. Nie ma wypadku, aby wyróżnienie zostało przyjęte inaczej niż z pokorną wdzięcznością. Nie zdarzyło się również, aby spostponowani mężowie lub ojcowie nie wyciągnęli korzyści ze swej osławy". Wykreowany na potrzeby spragnionego egzotyki czytelnika francuskiego obraz Rosji-haremu jest nawet dość prawdopodobny, ale nieuwzględniający zachowań innych niż te pożądane i oczekiwane przez cara. "Istnieją przekonywające dowody - pisał Pawieł Szczegolew - że pewnego roku na balu dworskim [Lawinia] Żadimirowska zwróciła na siebie uwagę cesarza, a następnie została powiadomiona o łasce, jaka na nią spłynęła. Nie odpowiedziała jednak radośnie na wezwanie panującego, a nawet ośmieliła się ostro zareagować na ową propozycję. Cesarz miał się podobno skrzywić, pozostawiając sprawę bez komentarza, ale gdy został powiadomiony o porwaniu Żadimirowskiej przez [Siergieja] Trubieckiego, wziął sobie do serca fakt, że jego wybranka wolała innego i dał wyraz swemu oburzeniu. Stąd właśnie bierze się surowa rozprawa z księciem konkurentem. Cesarz Mikołaj Pawłowicz nie był więc wcale strażnikiem moralności swoich poddanych, za jakiego chętnie podaje go historia, lecz powodowały nim uczucia, jakie zazwyczaj nawiedzają odepchniętego mężczyznę. Mimo woli cesarz zachował się jak zwykły śmiertelnik". Nie wiem, jakie uczucia rozpaliła w nim Natalia, ale najwyraźniej warta była tej gry, którą rozpoczął, mianując 31 grudnia 1833 roku niemłodego już przecież Puszkina kamerjunkrem. Teraz mógł częściej widywać jego żonę. Wszystko jednak wskazuje na to, że wówczas Mikołaja I i Gonczarową łączył jedynie niewinny, banalny flirt. Dla poety - aż flirt.

I nie chciał zrozumieć, że "[...] podobanie się ma wielki w sobie urok" (Izabella Czartoryska w 1781 roku), że Natalię utrzymują przy życiu usłyszane na balu komplementy, dotyk dłoni tańczących z nią mężczyzn, i ich bliskość, i pożądanie w ich oczach. Późną nocą wracała do domu, znów była żoną i pokornie rodziła dzieci - w ciągu sześciu lat małżeństwa czworo - niekochanemu geniuszowi. Jej wrażliwości obca była wówczas egzaltacja obecna w listach pisanych przez panie na przełomie XVIII i XIX wieku: "Kochałam Ciebie i kocham, ale mi tak nigdy nie było przykro jak teraz. Ach! co mówię na Ciebie! o mój Boże, i listami mnie zbywasz, nie wolisz prawdę mi powiedzieć? Może tam masz insze? Napisz! powiedz mi, a niech będę uspokojona, a niech tego czyśćca nie cierpię! ach przyjeżdżaj [...]. O mój Boże! jakie masz dla mnie serce twarde. Ja bym życia połowę umniejszyła, ażebym tam była, gdzie Ty jesteś, a Ty nie dbasz. Nieszczęśliwa ja jestem, doznaję umartwienia, dziwię się sama sobie... Pamiętaj, co czynisz, pamiętaj!! Przyjeżdżaj, proszę; ostatni list piszę!!... niewdzięczny jesteś mego afektu, wiem, że o to nie dbasz. Kocham Cię zarówno z życiem moim, duszo moja, jeżeli nie przyjedziesz, więcej mej litery nie zobaczysz" (wojewodzianka Honorata Stempkowska do księcia Marcina Lubomirskiego), "[...] Nie żądaj, żebym Ciebie oprowadzała po zakątkach serca. To labirynt i sama często w nim się gubię" (Maria Protasowa do siostry). Gonczarową była romantyczna - inaczej, później i nie z tym mężczyzną.

Teraz pochłaniają ją plany matrymonialne brata i sióstr, a swoje uczucia lokuje w przedmiotach. "Jeszcze jedna prośba - pisze 11 marca 1833 roku do Dmitrija Gonczarową - Mamusia przekazała mi przez Wanię [Iwan Gonczarow, brat - T K.], że znacznie lepiej mieć czteroosobowe lando zamiast powozu, a ponieważ zgodziłam się na to bez najmniejszych wahań, to natychmiast jej o tym napisałam, a Tobie mówię teraz o tym po to, żeby jakoś załatwić tę sprawę i, jeśli to będzie możliwe, przysłać mi je przed Wielkanocą. I proszę postaraj się na Boga, żeby lando było nowomodne i piękne, a ja ze swej strony postaram się wyswatać Ciebie za Ch...".

Kilkanaście miesięcy później zawali się jej świat. I świat jej męża. I nic już nie będzie tak, jak wcześniej. I rozpocznie się gra obłędu, gra w szaleństwo - scherzo di follia. I banalny zapis z 26 stycznia 1834 roku w dzienniku Puszkina ("Baron d'Anthes i markiz de Pina, dwaj szuani, zostaną przyjęci do gwardii od razu jako oficerowie. Gwardziści są oburzeni" - L., 568) po trzech latach trafi do kategorii tekstów eschatologicznych *[Eschatologia - w teologii nauka o rzeczach ostatecznych (zwł. końcu świata i losach pośmiertnych człowieka).], a d'Anthes zostanie umieszczony wśród jeźdźców Apokalipsy.

 

Georges-Charles d'Anthes. Lata 30.

Portret nieznanego malarza

 

Do dziewiętnastowiecznego Petersburga przybył jednak nie z kart Biblii, ale z Niemiec, gdzie miał wielu krewnych i gdzie chciał zaciągnąć się do wojska. Gdy okazało się, że może zostać, co najwyżej podoficerem, to - już jako protegowany księcia Wilhelma Pruskiego - wyruszył w październiku 1833 roku w poszukiwaniu swego kondotierskiego szczęścia na wschód, do kraju Mikołaja I. Po drodze Georges-Charles d'Anthes poważnie się przeziębił i postanowił się zatrzymać w najbliższym zajeździe. Przez to niemieckie miasteczko przejeżdżał w tym czasie ambasador Królestwa Niderlandów w Rosji i właśnie wtedy okazało się, że jego powóz wymaga naprawy. Więc Jego Ekscelencja baron Ludwik van Heeckeren de Bewerwaard postanowił się zatrzymać w najbliższym zajeździe. Właściciel opowiedział mu o ciężko chorym podróżniku i dyplomata-Samarytanin postanowił go odwiedzić. Oczarowany urodą młodego Francuza został na dłużej w tym hoteliku złamanych serc. Po paru dniach zostali kochankami i już razem wyruszyli w dalszą podróż. 27 stycznia 1834 roku d'Anthes, zaledwie po kilkumiesięcznym pobycie w Rosji, został dopuszczony w Akademii Wojskowej do egzaminu oficerskiego i 8 lutego trafił do elitarnej jednostki. "Był to młody chłopiec - czytamy w pamiętniku, nieocenionego w takich przypadkach, Stanisława Morawskiego - ni brzydki, ni piękny, dość wysoki, w ruchach niezgrabny, blondyn z białymi umiarkowanych rozmiarów wąsami. Jeszcze w wicemundurze było mu jakkolwiek, ale przy ruskich oficerach jak się w paradny mundur ustroił i wlazł do botfortów, mało kto miny jemu zazdrościł. Zresztą, bon enfant, jak mówią, lepki, wyborny chłopak, wesoły, lubiący karty". Był wprawdzie nienajlepszym, mało zdyscyplinowanym żołnierzem (w ciągu trzech lat służby otrzymał czterdzieści cztery upomnienia), ale był powszechnie lubiany i jak zanotował Wasilij (a właściwie: Wilhelm) Lentz: "odniósł [...] niebywały sukces towarzyski; damy dosłownie wyrywały go sobie z rąk". Pociągał je zapewne towarzyszący mu klimat deprawacji, otaczająca go atmosfera seksualnej dwuznaczności. Miał w sobie coś z żigolo i androgyna *[androginia - biol. upodobnienie zewnętrznych cech płciowych mężczyzny do cech kobiecych, u zwierząt cech samca do cech samicy; obojnactwo rzekome męskie.], biseksualizm czynił go atrakcyjnym i pozwalał homoseksualizm zamknąć w getcie anegdoty obyczajowej (książę Aleksandr Trubieckoj przywołał ją we wspomnieniach: "Nie wiem, jak to powiedzieć, czy on żył z Heeckerenem, czy też Heeckeren żył z nim..."). Dla petersburskich dam był wysłannikiem nieznanego, tajemnicą, zmysłową alternatywą dla koszarowych zalotów macho w cesarskim mundurze. Z czasem o tolerancję było zresztą jeszcze łatwiej - 5 maja 1836 roku zakończono formalności związane z procesem adopcji d'Anthesa przez Heeckerena *[Znamienny zapis pojawił się w dzienniku Puszkina: "O tym, że d'Anthes oddaje się grzechowi sodomskiemu dowiedziałem się w świecie pierwszy i z radością uczyniłem tę nowinę własnością towarzystwa. Dowiedziałem się o tym od dziewek z burdelu, w którym bywał".].

Przybysz z Francji był tym mężczyzną, na którego Natalia czekała i który zajmował ją bardziej niż mąż - byli rówieśnikami, odczuwali pokrewieństwo dusz, intelektów i być może ciał. "Drogi mój przyjacielu - zwierzał się d'Anthes w liście do Heeckerena (20 stycznia 1836) - Rzeczywiście winien jestem, że nie odpowiedziałem od razu na dwa pełne dobroci i zabawne listy, które napisałeś do mnie, ale rozumiesz sam, w nocy tańce, ranek w ujeżdżalni, w dzień śpię, oto moje życie przez ostatnie dwa tygodnie, a przede mną jeszcze tyle samo, najgorsze jednak, że jestem nieprzytomnie zakochany! Tak, nieprzytomnie, bo nie wiem, co mam robić: nie podam Ci jej imienia, bo list może zaginąć, ale przypomnij sobie najbardziej uroczą istotę w Petersburgu i będziesz wiedział, jak się nazywa. Ale najokropniejsze w mojej sytuacji jest to, że ona mnie też kocha, a nie możemy się dotychczas widywać, bo męża ma wściekle zazdrosnego; zwierzam Ci się z tego, mój drogi, jako najlepszemu przyjacielowi i dlatego, że wiem, jak będziesz współczuł mojej zgryzocie, ale na Boga, ani słowa nikomu, żadnych prób dowiedzenia się do kogo się zalecam, zgubisz ją niechcący, a ja będę niepocieszony. Dlatego że, rozumiesz, zrobiłbym dla niej wszystko na świecie, byle sprawić jej przyjemność, ponieważ życie, jakie prowadzę ostatnio, to nieustająca tortura. Kochać i być kochanym, i móc o tym mówić jedynie pomiędzy dwiema figurami kadryla - to okropne, może niepotrzebnie zwierzam Ci się z tego wszystkiego i uznasz to za głupstwa, ale serce mam tak nabrzmiałe i wypełnione uczuciem, że odczuwam konieczność wywnętrzenia się choć trochę. [...]. Do widzenia, mój drogi, bądź pobłażliwy dla mojej nowej namiętności, bo Ciebie także kocham z całego serca". W liście napisanym kilka tygodni później (14 lutego 1836) dodał: "Gdybyś wiedział, jak ona mnie pocieszała widząc, że się duszę i że moja sytuacja jest przerażająca; a kiedy powiedziała mi: Kocham pana tak, jak nigdy nikogo nie kochałam, ale proszę nigdy nie prosić mnie o więcej niż moje serce, bo cała reszta nie należy do mnie i nie mogę być szczęśliwą inaczej niż szanując swój obowiązek, proszę mnie pożałować i kochać zawsze tak jak teraz, moja miłość będzie panu nagrodą [...]".

Dyskrecja d'Anthesa zasługuje na uznanie, ale o jego związku z Natalią mówił już cały Petersburg. W komentarzach odnajdziemy słowa zachwytu, wyrazy potępienia i rzadkie próby zrozumienia fatalistycznej nieuchronności następujących po sobie zdarzeń: "[...] Są do szaleństwa w sobie zakochani! [...] Baron tańczył mazura z panią Puszkin - jakże szczęśliwi wydawali się w tej chwili!.." *[Zdaniem Anny Achmatowej: "Ani Żukowski [...], ani Wiaziemski [...], ani [...] sam Puszkin [...] nie wierzyli w miłość d'Anthesa. Wierzyła w nią tylko Natalia Nikołajewna i damy z wyższego towarzystwa [...]".] (zapis z 5 lutego 1836 roku w dzienniku frejliny Marii Merder), "Ale jakaż kobieta ośmieliłaby się osądzić panią Puszkin? Ani jedna, ponieważ wszystkie znajdujemy zadowolenie w tym, gdy się nami zachwycają i nas kochają - wszystkie nazbyt często bywamy nieostrożne i igramy z uczuciami w tę straszną i prowadzoną bez wyrachowania grę!" (z dziennika Darii Fiquelmont), "Nathalie [...] jak kompletny głupiec nie umiała przerwać swych niewinnych spotkań z d'Anthesem. Być może schlebiało jej, że wspaniały kawalergard jest zawsze u jej stóp. Kiedy zaczynała mówić d'Anthesowi o niezadowoleniu męża, d'Anthes jak wisus chciał słyszeć w tym zachętę do swych zalotów. Gdyby Nathalie nie była tak bezgranicznie głupia, gdyby d'Anthes nie był tak zepsuty, wszystko skończyłoby się niczym, jako że w tym czasie przynajmniej, do niczego właściwie nie doszło - uścisk ręki, objęcie, pocałunki, lecz nie więcej, to w naszych czasach były sprawy powszednie" (Aleksandr Trubieckoj) *[Podobno już po śmierci męża Natalia wyznała "[...] klęcząc przed świętymi obrazami, że przyjmowała jego [d'Anthesa - T. K.] adorację w tej mierze, w jakiej tolerowały tego rodzaju flirty ówczesne salonowe obyczaje, choć znając podejrzliwość męża, powinna była zachować większą ostrożność".], "Natarczywie zalecał się do wszystkich, ale przede wszystkim zaczął nadskakiwać żonie Puszkina. Jej wina polegała na tym, że traktowała zbyt lękliwie i delikatnie tego impertynenta! Powinna działać odważniej i jak najmniej z nim się certolić; jej nieśmiałość uznał za zachętę i dlatego pozwalał sobie z nią na coraz więcej i więcej" (Pawieł Miller czy może raczej: Muller, osobisty sekretarz Benckendorfa).

Powszechne, no prawie powszechne, współczucie budził Puszkin. Nic to, że w tym czasie wzdychał do pięknej Amalii Krudener (1810-1887), którą kochał świetnie zapowiadający się poeta Fiodor Tiutczew; że uwiódł siostrę żony Aleksandrę, jedyną z rodziny Gonczarowów, która interesowała się jego twórczością i że w latach 1832-1836 przeżywał swoją ostatnią wielką miłość - do Nadieżdy Sołłogub (1815-1903). A więc nieodłącznym elementem ówczesnego pejzażu życia towarzyskiego stał się "wbity w kąt", naznaczony piętnem melancholii, anioł śmierci: "[...] Zrobił się prawdziwy bal i to bardzo wesoły sądząc po twarzach gości, wszystkich, z wyjątkiem Aleksandra Puszkina, który cały czas jest smutny, zamyślony i czymś zmartwiony. Swoim smutkiem wywołuje we mnie smutek. Jego błądzący, dziki, roztargniony wzrok z budzącą trwogę uwagą zatrzymuje się jedynie na żonie i d'Anthesie, który powtarza wciąż te same żarty - nie odchodząc ani na krok od Jekatieriny Gonczarowej, z dala rzuca czułe spojrzenia na Nathalie, z którą ostatecznie tańczył jednak mazura. Żal było patrzeć na [...] Puszkina, który stał naprzeciw nas, w drzwiach, milczący, blady i groźny. Mój Boże, jakie to wszystko jest głupie!" (list Sofii Karamzin do przyrodniego brata, 19-20 września 1836), "Biedny, biedny Puszkin, ofiara lekkomyślności, nieostrożności, nieoględnego zachowania swojej młodej ślicznej żony, która, sama tego nie podejrzewając, postawiła na jedną kartę jego życie za parę godzin kokieterii" (z listu Jekatieriny Andriejewny Karamzin, 3 marca 1837). Jedyny bodaj Nikołaj Smirnow zdobył się w swoich wspomnieniach na słowa współczucia także dla niej: "Biedna Natalia Nikołajewna, być może nieco wzruszona tą nową adoracją [...], przyjmowała zaloty d'Anthesa z przyjemnością. Mąż to zauważył, były domowe usprawiedliwienia; ale damy łatwo zapominają na balach obietnice dane mężom i Natalia Nikołajewna znów przyjmowała zaproszenia d'Anthesa do długich tańców, co wywoływało marszczenie brwi męża".

On marszczy brwi i to zostanie zapamiętane i zapisane, każde jego słowo i każdy gest trafią do historii - ona się uśmiecha i kokietuje; on ma bogate życie wewnętrzne i często o tym mówi - ona się uśmiecha i milczy. Czasami pisze do brata Dmitrija i już nie prosi o lando: "Wiesz, że dopóki mogłam się obejść bez pomocy z domu, to robiłam to, ale teraz moja sytuacja jest taka, iż uważam za swój obowiązek pomóc mojemu mężowi w tej kłopotliwej sytuacji w jakiej się znajduje; to niesprawiedliwe, żeby cały ciężar utrzymania mojej dużej rodziny spadł wyłącznie na niego [...]. Otwarcie ci wyznaję, że cierpimy taką biedę, iż zdarzają się dni, kiedy nie wiem jak mam prowadzić dom, w głowie mi się mąci. Bardzo nie chciałabym niepokoić męża wszystkimi swoimi drobnymi domowymi kłopotami i bez tego widzę, jaki jest smutny, przybity, nie może spać po nocach i oczywiście w takim nastroju nie jest w stanie pracować, aby zdobyć środki do życia: po to, żeby tworzyć, jego głowa powinna być wolna od trosk" (lipiec 1836).

Nie była. Nie mogła być. Reakcje poety stawały się coraz bardziej nerwowe: w niewinnym liście z prowincji doszukał się zabarwionego ironią podtekstu (18 stycznia 1836 roku Praskowia Osipowa pisała do Puszkina: "Pewien znajomy pisze do mnie z Petersburga, że Natalia Nikołajewna pozostaje wciąż pierwszą pięknością wśród piękności na wszystkich balach. Gratuluję jej tego i życzę, żeby można było powiedzieć o niej, iż jest najszczęśliwsza wśród szczęśliwych"), a kilka nie w porę wypowiedzianych słów skwitował wyzwaniem na pojedynek.

Było to tak. Na początku 1836 roku, w domu Karamzinów, Władimir Sołłogub miał nieostrożność i nieszczęście zapytać Natalię: "Jak długo Pani jest mężatką?". Towarzyszyła temu podobno niestosowna intonacja, którą nieobecny przy rozmowie autor Borysa Godunowa (znał ją jedynie z relacji żony) uznał za nieprzyzwoitą i obraźliwą. Temperaturę wydarzeń doprowadził więc natychmiast do stanu wrzenia, żądając w liście wysłanym do autora niefortunnego pytania satysfakcji. W marcu zaskoczony i jednak przerażony Sołłogub początkowo próbował ograniczyć się do wyjaśnienia nieporozumienia ("[...] Nie mogę pojąć, jak Pańską małżonkę mogło obrazić tak banalne pytanie [...]"), ale następnie - pod wyraźnym naciskiem zdesperowanego męża - złożył uroczyste przeprosiny na ręce Gonczarowej ("Wpadłem w rozpacz, kiedy się dowiedziałem, że tym słowom nadano sens niegodny człowieka honoru"). Zostały przyjęte i do pojedynku nie doszło. Zapewne nikt wówczas nie przypuszczał, że była to jedynie próba generalna przed tragedią, której pierwszy akt rozegra się na początku listopada i wtedy Puszkin już nie będzie musiał kusić losu, to Los - zapraszając do tańca śmierci - rozpocznie z nim swoją grę. W ciągu kilkudziesięciu godzin cichy, "klasycystyczny flirt" zamieni się nieoczekiwanie w głośny, "romantyczny skandal", bo "flirt - jak zauważył Zdzisław Łapiński - jest klasycyzmem życia towarzyskiego, skandal - jego romantyzmem".

2 listopada 1836 roku (a nie, jak dotąd sądzono, w styczniu 1837) w mieszkaniu Idalii Poletiki doszło do spotkania Natalii i Georgesa. "[...] Madame [Poletika - T. K.] na usilną prośbę Heeckerena [d'Anthesa - T K.] - cytuję tu relację Wiery Wiaziemskiej spisaną przez Piotra Bartieniewa - zaprosiła panią Puszkin do siebie, a sama wyjechała z domu. Pani Puszkin opowiadała księżnej Wiaziemskiej i mężowi, że kiedy została sam na sam z Heeckerenem, ten wyjął pistolet i groził, że się zastrzeli, jeśli mu się nie odda. Pani Puszkin nie wiedziała, gdzie się ma podziać wobec jego nalegań; załamywała ręce i zaczęła mówić możliwie najgłośniej. Na szczęście, niczego nie podejrzewająca córka gospodyni pojawiła się w pokoju i pani Puszkin rzuciła się do niej". Scenariusz tej intrygi wymierzonej w dobre imię szaleńczo zazdrosnego męża został obmyślony i niezbyt starannie zrealizowany przez Poletikę, występującą tu w roli powierniczki nieszczęśliwie zakochanych.

Idalia, uważana przez niektórych za największą konkurentkę Natalii w walce o miano najpiękniejszej kobiety Petersburga, była córką z nieprawego łoża hrabiego Straganowa, który podczas swego pobytu w Hiszpanii (był tam ambasadorem Rosji) uwiódł żonę szambelana królowej. Przez całe życie chciała uchodzić za kobietę fatalną, ale za wiele w niej było małości i wyrachowania, a za mało szaleństwa. W tej pół-Rosjance, pół-Portugalce podkochiwali się wszyscy kawalergardowie stacjonujący w stolicy (oczywiście byli w niej zadurzeni d'Anthes i Łanskoj, przyszły mąż Natalii Gonczarowej), wielu ją kochało, niektórzy (np. Puszkin) zostawali jej kochankami. Jej skali uczuć znane były jedynie dwa stany emocjonalne - miłości i nienawiści, z wyraźnym preferowaniem tej ostatniej. Autora Eugeniusza Oniegina pokochała na chwilę za jego poezję, znienawidziła na resztę życia za tekst, który wpisał do jej sztambucha. Wiersz opiewał jej urodę, jej mądrość i Poletika z dumą pokazywała go wszystkim znajomym, dopóki ktoś nie zwrócił uwagi na datę umieszczoną przez poetę - 1 kwietnia. Idalia zaprzysięgła zemstę i słowa dotrzymała. Już wiele lat po śmierci Puszkina, gdy usłyszała o pomyśle wystawienia mu pomnika w Odessie, miała powiedzieć, że pojedzie tam tylko po to, żeby plunąć na zastygłego w kamieniu śmiertelnego wroga.

Dwa dni po dramatycznym spotkaniu żony z d'Anthesem w domu Poletiki los wymierzył poecie kolejny cios. Rozesłano dyplomy mianujące go "koadiutorem Wielkiego Mistrza Zakonu Rogaczy oraz historiografem tegoż Zakonu". Wśród podejrzanych o napisanie tego anonimu wymienia się najczęściej Ludwika van Heeckerena de Bewerwaarda, księcia Piotra Dołgorukowa (1816-1868), księcia Iwana Gagarina (1814-1882) oraz "złego geniusza" Aleksandra Rajewskiego (brata Katarzyny, Heleny i Marii). Inni jeszcze są przekonani, że to odrzucony przez Natalię d'Anthes zaplanował zemstę. W porozumieniu z przybranym ojcem i kimś nieznanym (kto wystąpił w roli skryby) wysyłał listy w nadziei, iż wywołają gniew Puszkina skierowany przeciwko żonie, a nie domniemanemu kochankowi. Rachuby te oczywiście zawiodły. Z najnowszych ustaleń jednak wynika, że dyplomy zostały wypisane ręką hr. Fil. Brunowa pod dyktando zaprzyjaźnionej z holenderskim ambasadorem Marii Nesselrode *[J. Litwin, Czerwonnyj walet, "Ogoniok" 2000, nr 5. Hrabia Brunów (alias Brunnow), syn niemieckiego pastora, w latach 1823-1826 był urzędnikiem do specjalnych poruczeń M. Woroncowa i wtedy poznał Puszkina. Zwieńczeniem jego kariery było stanowisko ambasadora rosyjskiego w Anglii. Znany był z programowego cynizmu, wysoko ceniono jego perfekcyjną znajomość języka francuskiego i umiejętności kaligraficzne.].

Sam adresat, jak wiemy, niesłusznie obarczył całą winą Heeckerena (d'Anthesowi została przypisana rola bezwolnej marionetki w jego rękach), widząc w nim sprawcę wszystkich swoich nieszczęść. Osaczony Puszkin nie chciał dostrzec, że dyplomata - sam uczuciowo zaangażowany - nie pochwala oczywiście niebezpiecznych związków łączących Natalię i Georges'a, ale też nie uczyni niczego, co mogłoby doprowadzić do wywołania skandalu obyczajowego zagrażającego własnej karierze zawodowej.

23 listopada poeta został przyjęty przez cara, który zapewnił go, że honor Natalii w niczym nie ucierpiał i całą sprawę należy uznać za zakończoną. Upokorzony, bo przecież nie przekonany, Puszkin prawdopodobnie dał słowo, że nie będzie dążył do pojedynku. "Była to [...] tragedia - pisał Karol Wiktor Zawodziński - nie tyle poety, co kamerjunkra Puszkina, który prócz tego był genialnym pisarzem. Nie była to [...] tragedia miłosna, choć bierność żony w miłości mogła, obok rozkoszy wyrażonej w kilku najwspanialszych wierszach, być źródłem mąk wewnętrznego nienasycenia, ani tragedia zazdrości, choć kokieteria żony mogła drażnić, a niekiedy nawet niepokoić (mimo że sam Puszkin, natura w wysokim stopniu poligamiczna, daleki był od wierności w pożyciu). Była to właśnie tragedia kamerjunkra, ubogiego arystokraty, gwałtownego, mściwego, ambitnego człowieka, drażnionego dlatego naumyślnie przez otoczenie gardzących nim, pustych i płaskich wielmożów, korzystających z sytuacji brzydkiego męża zbyt pięknej żony, by go drażnić tytułem rogacza, i wyzyskującymi stosunek protekcji cesarskiej, by rzucać nań insynuacje pobłażliwego dla miłostek monarchy męża. Tego znieść nie mógł człowiek honoru [...]".

Za sprawą Heeckerenów poczuł się też ośmieszony - d'Anthes poprosił o rękę najstarszą córkę Gonczarowów.

"Nie ma nic smutniejszego - pisała w 1849 roku Natalia Gonczarowa do Łanskiego o innej swojej siostrze, Aleksandrze, która zresztą wyjdzie później za mąż za dyplomatę austriackiego barona Gustava Friesenhoffa - niż życie starej panny, która skazana jest na to, by kochać obce dzieci zamiast własnych i wymyślać sobie inne obowiązki niż te, które nakazuje sama natura. Wymieniasz mi wiele starych panien. Czyś jednak zaglądał w głąb ich serc, czy wiesz, ileż musiały przeżyć gorzkich rozczarowań...". Po wyjściu za mąż Natalii obie jej starsze siostry, Jekatierina (dla najbliższych: Koko) i Aleksandra, czuły się skazane na staropanieństwo. Nadzieja na znalezienie męża gościła w ich sercach i listach do brata Dmitrija rzadko (22 lipca 1834, Jekatierina: "Mam mnóstwo starających się o rękę, dzień w dzień się oświadczają, ale jestem jeszcze tak młoda, że zdecydowanie nie widzę potrzeby, żeby się spieszyć, mogę jeszcze poczekać, nieprawdaż? [...] Będę miała na to czas i za dziesięć lat"), ustępując z każdym miesiącem miejsca beznadziei (koniec października 1835, Aleksandra: "Bardzo przyjemnie spędzamy czas, to u Karamzinów, to u Wiaziemskich, nie ma dnia, żebyśmy tam nie chodziły. I towarzystwo jest rzeczywiście czarujące; jedno martwi: wielu mężczyzn, ale sami młodzieńcy, nie ma odpowiedniej partii i wygląda na to, że przelewamy z pustego w próżne, nic poza tym"). Jeszcze 9 listopada 1836 roku Jekatierina pisała: "[...] Co zaś się mnie tyczy, to moje szczęście jest już bezpowrotnie utracone, wiem aż nadto dobrze, że ono i ja nigdy się nie spotkamy na tej pełnej cierpień ziemi i proszę Boga jedynie o to, by położył kres życiu tak mało pożytecznemu, żeby nie powiedzieć więcej, jak moje. Szczęścia dla mojej rodziny i śmierci dla mnie - oto, co jest mi potrzebne, o co nieustannie błagam Najwyższego".

A jednak szczęście nadeszło i miało na imię Georges. Wniebowzięta Natalia Gonczarowa-starsza z wyraźnym westchnieniem ulgi powiadamia d'Anthesa (7 grudnia 1836): "Baronie, miałam przyjemność otrzymać Pański list, w którym prosi Pan o rękę mojej najstarszej córki; ona również informuje mnie o swoim zamiarze złączenia swojego losu z Pańskim. Życząc jej szczęścia, śpieszę z uczuciami, właściwymi matce, wyrazić moją zgodę na Pańską prośbę, będąc przekonana, że zapewni Pan szczęście tej, którą wybrał na towarzyszkę życia; postarajcie się dać sobie szczęście - to moje najszczersze życzenie". Koko poczuła się Kopciuszkiem, który wreszcie został dostrzeżony przez wyśnionego księcia i uwierzyła w jego opowieść o nieśmiałym, zakochanym żołnierzu, dla którego flirt z Natalią był pretekstem do spotkań z jej siostrą. Odtąd do Heeckerena, swego przyszłego teścia, zwraca się "Cher Papa". Nawet Puszkin w liście do ojca (grudzień 1836) odegrał epizodyczną rolę w teatrze obłudy: "My mamy tu wesele. Moja szwagierka Jekatierina wychodzi za mąż za barona Heeckerena, siostrzeńca i przybranego syna ambasadora holenderskiego. To wielce urodziwy i dziarski chłopak, faworyt towarzystwa, bogaty, o cztery lata młodszy od swej narzeczonej. Przygotowanie wyprawy wielce zajmuje i bawi moją żonę i jej siostry, a mnie doprowadza do wściekłości, jako że dom mój przypomina pracownię bieliźniarską i krawiecką" (L., 533). Pod koniec grudnia dopisał jeszcze parę słów, w które już sam nie wierzył: "Nadchodzi nowy rok - daj Boże, żeby był dla nas szczęśliwszy od tego, który upływa".

Ślub d'Anthesa z Jekatierina Gonczarową - w obrządku prawosławnym (w soborze Isaakijewskim) i katolickim - odbył się 10 stycznia 1837 roku. W towarzystwie bardzo wysoko oceniono zachowanie Francuza, widząc w tym szlachetność rycerza, który w obronie honoru swojej damy zdolny jest do największych poświęceń. Powtarzano, iż postąpił "wielkodusznie".

Miodowy miesiąc młodożeńców upływał w idyllicznej atmosferze - Jekatierina miała przystojnego męża, Georges mógł oficjalnie się widywać z piękną szwagierka. "[...] O jedno tylko - pisała 19 stycznia 1837 r. do powiernika wszystkich sióstr Dmitrija - mogę prosić niebiosa - być zawsze taką szczęśliwą jak teraz. Wyznaję szczerze, że boję się mego szczęścia, ono nie może trwać długo, czuję to, jest zbyt ogromne dla mnie, która znała je tylko ze słyszenia [...] Mój mąż - to anioł, i Heeckeren jest taki dla mnie dobry, że nie wiem, jak mam odpłacić za tę całą miłość i czułość, którą obaj mi okazują [...]".

I tylko Puszkin nie potrafił się odnaleźć w tej krainie powszechnej szczęśliwości. Miał wówczas trzydzieści siedem lat, najlepsze utwory za sobą, był uwikłany w nieudane małżeństwo, obawiał się ról życiowych narzucanych przez dwór i mógłby powtórzyć za tak jak on wypalonym Byronem: "Chociaż mam tylko trzydzieści sześć lat, czuję się, jakbym miał sześćdziesiąt". No i przede wszystkim widział triumfującego d'Anthesa, który mógł teraz bezkarnie pojawiać się na balach w towarzystwie Natalii - w sobotę widziano ich u Woroncowów, w niedzielę u Mieszczerskich, w poniedziałek u Wiaziemskich. On - nie krył satysfakcji, ona - "gawędziła, śmiała się i walcowała". Jej mąż 26 stycznia 1837 roku pisze więc obraźliwy list do Ludwika Heeckerena, na który mogła być tylko jedna odpowiedź - żądanie satysfakcji: "Muszę stwierdzić, Panie Baronie, że Pańska rola nie była zbyt przyzwoita. Pan, przedstawiciel głowy koronowanej, odegrał po ojcowsku rolę rajfura Pańskiego syna. Jak się zdaje, to Pan kierował całym jego postępowaniem [...]. To Pan prawdopodobnie dyktował mu te nędzne banały, które on głosił, oraz brednie, które ośmielał się pisać. Jak bezwstydna starucha czatował Pan na moją żonę po kątach, aby mówić jej o miłości Pańskiego bękarta, czy rzekomo takiego; a gdy on chory na syfilis pozostawał w domu, mówił Pan jej, że on umiera z miłości dla niej; skamlał Pan: «Niech pani zwróci mi mego syna»" (L., 536-537).

Na pojedynek wzywa Puszkina jednak d'Anthes. Ich sekundanci Konstantin Danzas i d'Archiac, po nieudanych próbach załagodzenia sporu, następnego dnia o drugiej trzydzieści po południu sporządzają składające się z sześciu punktów Conditions du duel entre Monsieur le Baron Georges de Heeckeren et Monsieur de Pouchkine. Pięć pierwszych precyzuje wszystkie kwestie techniczne (np.: "1. Przeciwnicy zajmują miejsca w odległości dwudziestu kroków od siebie, na pięć kroków przed barierami, między którymi odległość wyniesie 10 kroków"), natomiast ostatni jest rytualnym zaklęciem: "Niżej podpisani sekundanci, mając wszelkie ku temu pełnomocnictwa, ręczą własnym honorem za bezwzględne przestrzeganie wymienionych warunków".

Do pojedynku doszło jeszcze tego samego dnia, czyli 27 stycznia 1837 roku, o piątej po południu w okolicach Czarnej Rzeczki. Tego dnia utrzymywała się przez dłuższy czas bardzo ładna pogoda (było słonecznie, tylko trzy stopnie mrozu), ale pod wieczór zerwał się wiatr, spadła temperatura. Podobno - tak wynika ze wspomnień Danzasa spisanych przez A. Ammosowa - po drodze, na Dworcowej Nabierieżnej, sanie Puszkina minęły się z powozem Natalii. Jednak poeta patrzył w drugą stronę, a żona była krótkowidzem i nie doszło do rozmowy, która, zdaniem sekundanta, mogła jeszcze zmienić bieg zdarzeń. Ja w to nie wierzę. Zatrzymane tamtego dnia konie - ruszyłyby jutro, pojutrze, za tydzień. Charon już był opłacony, a Styks nigdy nie zamarza.

W szybko zapadającym zmroku - dobrze znam petersburskie styczniowe zmierzchy - pierwszy wystrzelił d'Anthes i trafił. "Kula ugodziła Puszkina w prawą stronę brzucha i zmiażdżywszy kość górnej części uda łączącą się z miednicą weszła głęboko w brzuch, by zatrzymać się w trzewiach". Poeta upadł i już leżąc zdołał oddać celny strzał ("Kula przebiła mu [d'Anthesowi] rękę i uderzyła w metalowy guzik munduru uszkodziwszy mimo to dwa żebra").

Ciężko rannego Puszkina przewieziono do domu. Rozpoczęła się dwudniowa agonia. Początkowo był przytomny, rozmawiał z najbliższymi, jednak narastający ból sprawił, że próbował popełnić samobójstwo, ale Danzasowi udało się odebrać pistolety. Umierającemu przekazano list od cara. "Drogi przyjacielu Aleksandrze Siergiejewiczu - pisał Mikołaj I - jeśli nie sądzone jest nam zobaczyć się na tym świecie, przyjmij moją ostatnią radę: postaraj się umrzeć jak chrześcijanin. O żonę i dzieci nie martw się, biorę ich pod swoja opiekę" (list się nie zachował, jego treść odtworzył we wspomnieniach Konstantin Danzas). W ostatnich godzinach podawano mu opium. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Ciężko oddychać". Wedle rozpowszechnionej przez Danzasa legendy, "pani Puszkin powróciła do gabinetu w momencie jego śmierci... Natalia Nikołajewna Puszkin była pięknością. Ujrzawszy umierającego męża, rzuciła się do niego i upadła przed nim na kolana: gęste, ciemnoblond pukle rozsypały się na jej ramionach. W straszliwej rozpaczy wyciągnęła ręce do Puszkina, szturchała go i, szlochając, wołała: «Puszkinie, Puszkinie, żyjesz?!». Pod wpływem tej sceny serce się krajało...". Sankt-Petersburg uwierzył jej łzom. To Moskwa im nie wierzy.

Puszkin zmarł 29 stycznia 1837 roku za piętnaście trzecia w dzień. Nawet po śmierci nie zaznał pokoju. Uroczystości żałobne miały się odbyć w soborze Isaakijewskim ("Natalia Nikołajewna Puszkin, z wielkim żalem informując o zgonie męża jej Dworu J. C. M. kamerjunkra Aleksandra Siergiejewicza Puszkina, który nastąpił 29-go dnia tego stycznia, uniżenie prosi o przybycie na nabożeństwo żałobne do soboru Isaakijewskiego [...] 1 lutego o 11 przedpołudniem"), ale na polecenie władz przeniesiono je do cerkwi Koniuszennej. Następnie ciało zmarłego poety przewieziono - trwało to trzy dni - potajemnie do klasztoru Swiatogorskiego w guberni pskowskiej i tam pochowano. Przybita żalem wdowa nie uczestniczyła w pogrzebie.

Zrobiono wszystko, aby zmarł jako wierny syn Cerkwi, lojalny obywatel i kochający mąż. Uznano, że tak będzie najlepiej. Chyba było. Na mocy dekretu cara wdowa miała otrzymywać 5000 rubli rocznej renty i 1500 rubli rocznie na każde z czworga dzieci. Łącznie 11 000 rubli. Jednorazowo Gonczarowa otrzymała 10 000 rubli na pokrycie kosztów związanych z pogrzebem. Obiecano wykupienie zastawionego majątku, spłacenie wszystkich długów prywatnych i wydanie na koszt skarbu utworów zebranych zmarłego twórcy.

Tak niewielu zrozumiało istotę tragedii zmarłego poety (np. Jewgienij Baratynski pisał 5 lutego 1837 r. do Piotra Wiaziemskiego: "Dlaczego to było tak, a nie inaczej? Czyż jest to naturalne, żeby wielki człowiek, mający już swoje lata, zginął na pojedynku, jak nieostrożny chłopiec?"), tak wielu współczuło przebywającemu w areszcie jego przeciwnikowi, któremu groziła kara śmierci przez powieszenie lub w przypadku ułaskawienia - degradacja i zesłanie na Kaukaz (Idalia Poletika do d'Anthesa: "Wydaje mi się, że to wszystko co się wydarzyło - to jest sen, ale zły sen, żeby nie powiedzieć koszmar... Źle się czuję i będzie się Pan śmiać, gdy Panu powiem, że jestem chora ze strachu").

Jednak znany z gołębiego serca Mikołaj I ostatecznie postanowił: "[...] Heeckerena [d'Anthesa - T. K.] za wyzwanie na pojedynek i zabójstwo kamerjunkra Puszkina pozbawić rangi i nabytego tytułu rosyjskiego szlachcica oraz zdegradować do stopnia szeregowca [...]" (nakazano też jego deportację z Rosji *[W ślad za nim wyruszyła wierna żona. We Francji Jekatierina przeszła na katolicyzm, urodziła czworo dzieci. Przyczyną śmierci (15 października 1843 r.) była tzw. gorączka połogowa.]), Danzasa za wyrażenie zgody na pełnienie roli sekundanta skazać na dwa miesiące twierdzy, "karygodny zaś czyn kamerjunkra Puszkina, podlegającego karze na równi z oskarżonym Heeckerenem, z uwagi na jego zgon puścić w niepamięć". Po wymianie listów między carem a księciem Wilhelmem Orańskim Heeckeren-starszy w niełasce, bez pożegnalnej audiencji, opuścił w marcu Petersburg i udał się do Hagi *[Książę Wilhelm Orański (nb. szwagier cara) był w tym czasie regentem sprawującym rządy w imieniu chorego ojca, króla Wilhelma I. Jako Wilhelm II wstąpił na tron w roku 1840 i panował dziewięć lat. Kilka dni po śmierci Puszkina Mikołaj I pisał do Anny Pawłowny swojej siostry: "Powiedz, proszę, Wilhelmowi, że obejmuję go i że w tych dniach napiszę do niego, muszę go poinformować o pewnym tragicznym wydarzeniu, które położyło kres życiu osławionego Puszkina, poety; ale to nie znosi ciekawości poczty".].

Puszkin umarł, ale inni żyli długo i szczęśliwie.

Po kilku latach w rodowej posiadłości męża Aleksandry Gonczarowej doszło do melancholijnego spotkania może jeszcze wciąż w sobie zakochanych i, jak pisze Anna Achmatowa, "[...] wdowa po Puszkinie długo spacerowała po parku z zabójcą swego męża [...]" *[A. Achmatowa, op. cit., s. 114. Poetka przypomina również, iż mali synowie Puszkina odwiedzali "wujka Georges'a" ; tego, który "zabił tatusia" (Oncle Georges a tue papa). W tym też zamku, znajdującym się na terenie dzisiejszych Węgier, Aleksandra Gonczarowa-Friesenhoff zmarła w 1891 roku.]. Sądzę jednak, że wtedy dla Natalii znacznie ważniejsze było to, iż cieszyła się względami dworu (czy mówiąc dokładniej: cara). W 1843 roku pisała do brata: "Tej zimy rodzina cesarska okazuje mi szacunek i często przypomina sobie o mnie, dlatego zaczęłam więcej bywać. Uwaga, którą raczono mnie obdarzyć, wywołała we mnie uczucie żywej wdzięczności. Cesarzowa nawet okazała mi szacunek i poprosiła o mój portret do swego albumu". Zimą 1844 roku Gonczarowa zwróciła się do cara z prośbą o pomoc i otrzymała 25 tysięcy rubli na pokrycie długów.

Siedem lat po śmierci Aleksandra Puszkina już utulona w żalu wdowa wyszła za mąż za generała Łanskiego (16 lipca 1844 r.; wśród wielu ubiegających się o jej względy był także książę Piotr Wiaziemski, który pisał: "Jesteś Pani moim słońcem, moim powietrzem, moją muzyką, moją poezją"). W przeddzień ślubu wysłała list do d'Anthesa: "Jestem przekonana, że z Pana uczciwy człowiek, Georges, nie waham się więc ani chwili, by poprosić go o poświęcenie. Wychodzę za mąż, pragnę być dobrą i wierną żoną; mężczyzna, którego poślubiam, zasługuje na to, by być szczęśliwy - błagam, niech Pan spali wszystkie listy, jakie Pan ode mnie otrzymał, niech Pan zniszczy mój portret. Niech Pan uczyni to poświęcenie dla mojego bezpieczeństwa, w imię mojej przyszłości. Proszę Pana o to przez pamięć o tych kilku szczęśliwych dniach, które mu ofiarowałam. Skłonił mnie Pan do zastanowienia nad własnym życiem, nad prawdziwym przeznaczeniem kobiety. Chyba nie chce Pan zniszczyć swego dzieła, uniemożliwiając mi powrót na właściwą drogę - proszę do mnie nie pisać, nie mogę otrzymać ani jednej linijki, która nie nadawałaby się do przeczytania przez mojego męża. Niech Pan będzie szczęśliwy tak bardzo, jak tego pragnę, niech Pan zazna całego szczęścia, o jakim dla Pana marzyłam i jakiego zrządzeniem losu nie mogłam Panu dać. Rozstaliśmy się na zawsze, może Pan być pewien, iż nigdy nie zapomnę, że dzięki Panu stałam się lepsza, że właśnie Panu zawdzięczam wszystkie dobre uczucia i rozsądne myśli, które pojawiły się dopiero wraz z poznaniem Pana... Jeszcze raz żegnaj, Georges". I podpis: Marie.

Złe języki twierdziły, iż podczas schadzek Mikołaja I z Natalią (już po śmierci autora Eugeniusza Oniegina), to Łanskoj czuwał nad bezpieczeństwem kochanków. We wspomnieniach Aleksandry Arapowej czytamy: "Ojciec mój poznał matkę na początku zimy 1840 r. W ciągu zimy jego wizyty stawały się coraz częstsze... [...] Oczekiwał wkrótce nominacji - miał zostać dowódcą pułku gdzieś na prowincji, co mogło w znacznym stopniu utrudnić wychowanie dzieci Puszkina. Nagle wypadło mu nieoczekiwane i rzec można niebywałe szczęście. Na znak wyjątkowej cesarskiej łaski przeniesiono go ze świty do lejbgwardyjskiego pułku kawalerii jako dowódcę. Szefem pułku był sam cesarz. Nowe przestronne mieszkanie i zapowiedź świetnej kariery poszerzyły możliwości Łanskiego - toteż nie odkładając sprawy, oświadczył się mojej mamie". Do czworga dzieci z poprzedniego małżeństwa *[Maria (ur. 19 maja 1832) w 1860 roku wyszła za mąż za oficera gwardii konnej Leonida Gartunga (1832-1877), jej mąż (niewinnie oskarżony o defraudację) popełnił samobójstwo, nie miała dzieci, zm. 7 marca 1919 roku w Moskwie; Aleksandr (ur. 6 czerwca 1833) był oficerem (początkowo w pułku dowodzonym przez ojczyma), do rezerwy przeszedł jako generał-lejtnant w 1891 roku, ożenił się w 1856 roku z kuzynką ojczyma Sofią Łanską (1838-1875, mieli jedenaścioro dzieci), po śmierci Sofii powtórnie się ożenił (1883) - z Marią Pawłowa (1852-1919, mieli dwoje dzieci), zm. 19 lipca 1914 roku; Grigorij (ur. 14 maja 1835) podobnie jak brat trafił do pułku ojczyma, podał się do dymisji w 1865 roku, osiadł w Michajłowskoje, był zafascynowany sadownictwem, w 1883 roku ożenił się z Warwarą Mielnikową (1855-1935, nie mieli dzieci), w 1899 sprzedał rodową posiadłość skarbowi państwa (powszechnie nalegano na założenie w rodzinnym domu muzeum), zm. 15 sierpnia 1905 roku; Natalia (ur. 23 maja 1836), w 1853 roku wyszła za mąż za pułkownika Michaiła Dubelta (1822-1900), w 1862 opuściła męża i wyjechała do ciotki na Węgry (rozwód 1868), zawarła małżeństwo morganatyczne z księciem Nikolausem Wilhelmem von Nassau (1832-1905), została hrabiną von Merenberg, z nowym mężem miała troje dzieci, zmarła 10 marca 1913 roku w Cannes w domu swojej córki.] dołączyły trzy córki: Aleksandra, Sofia, Jelizawieta. Liczna rodzina i związane z tym rozliczne kłopoty (chociażby materialne) sprawiły, że Natalia zapadła na zdrowiu (nerwica, zaczęła palić) i udała się na leczenie do Niemiec. Z Bonn pisała (8/20 lipca 1851) do mężczyzny, którego kochała - do męża: "Dzień dobry, mój wspaniały mężu. [...]. Bądź spokojny, twój skarb będzie u Ciebie 15 [lipca - T.K.], jestem kobietą, która dochowuje słowa". Na początku lat sześćdziesiątych wszystkie listy, jakie otrzymała od Puszkina (12 - jako narzeczona, 63 - jako żona) przekazała najmłodszej córce, Natalii. Zostały one ogłoszone przez Iwana Turgieniewa w 1878 roku w miesięczniku "Wiestnik Jewropy". Publikacja wywołała ogromną polemikę. Jak zauważył jeden z badaczy, w korespondencji Gonczarowów po śmierci poety nazwisko Puszkina i sam pojedynek nigdy nie są przywoływane. Najważniejsza była dla nich pomyślność rodziny, a ta w rezultacie tragicznych wydarzeń (rozpętanych - ich zdaniem - przez zmarłego) została zniszczona. Krewni Natalii nigdy mu tego nie wybaczyli.

W 1836 roku Anna Kern zwróciła się do cara z prośbą o materialne wsparcie i otrzymała 2000 rubli, a mąż został zobowiązany do jej utrzymywania. A ona - może po raz pierwszy w życiu - naprawdę się zakochała. W młodszym o dwadzieścia lat artylerzyście. Jej wybrankiem został daleki kuzyn, kadet Aleksandr Markow-Winogradski, któremu trzydziestodziewięcioletnia Anna urodziła syna. Zmarł generał i wdowa w 1842 roku zalegalizowała swój związek z młodym kochankiem. To była wielka miłość - wychodząc za podporucznika utraciła prawo do dożywotniej emerytury po generale. Nie powodziło im się najlepiej. On zrezygnował z kariery wojskowej i został nauczycielem, ona nadal była ciekawa ludzi. Spotykała się z Fiodorem Tiutczewem, Pawłem Annienkowem, Iwanem Turgieniewem. Ten ostatni pisał: "Wieczór spędziłem u niejakiej m-me Winogradskiej, w której był kiedyś zakochany Puszkin. [...]. W młodości musiała być bardzo ładna i teraz jeszcze, przy całej swojej poczciwości (mądra nie jest), zachowała zwyczaje kobiety przyzwyczajonej się podobać. Listy, które pisał do niej Puszkin strzeże jak świętość [...]. Będąc na miejscu Puszkina, nie pisałbym do niej wierszy". W styczniu 1879 roku, w wieku 59 lat, zmarł Aleksandr Markow-Winogradski. Cztery miesiące później, mając 79 lat, zmarła Anna (zgodnie ze złośliwą regułą Stanisława Wasylewskiego: "Ukochani przez bogów umierają młodo, ale ukochane przez poetów żyją zazwyczaj długo"). W ostatnich latach utrzymywała rodzinę, sprzedając listy Puszkina. Po 5 rubli za sztukę.

D'Anthes za panowania Ludwika Filipa I został mianowany przez niego senatorem, podejmowano go również na dworze Napoleona III. Założył Paryskie Towarzystwo Gazownicze, którego dyrektorem pozostał do śmierci. Był kawalerem, a następnie komandorem Legii Honorowej. Pozostawił po sobie znaczny majątek. Umierając, nie wiedział, że jego nazwisko za sprawą zabitego zazdrosnego męża w dalekiej Rosji wejdzie na trwałe do historii literatury.

W 1844 roku (wedle innych źródeł dwa lata wcześniej) król Wilhelm II mianował Ludwika van Heeckerena ambasadorem Królestwa Niderlandów w Wiedniu. Austriacy mogli podziwiać jego błyskotliwy umysł przez trzydzieści lat. O ile wiem, baron tym razem nikogo nie adoptował. A po powrocie do Paryża (1875) zamieszkał u swego ukochanego syna.

A postromantyczna Rosja żyła kolejnym apokryfem. Po Słowie o wyprawie Igora i Pieśniach Osjana wybrańcy czytali i kopiowali z myślą o przyjaciołach rękopis, którego autorstwo przypisywano Danzasowi: "Jestem przesądny, ale tym razem dlaczegoś nie miałem wątpliwości, co do finału pojedynku. A.[leksandr] S.[iergiejewicz] był mi znany jako wyborny strzelec. Była poza tym jeszcze jedna okoliczność rodząca moją pewność: w ostatnim czasie zaczął on cierpieć na wyjątkowo dużą dalekowzroczność, tak, że czytając i pisząc, zmuszony był do korzystania z okularów, których się wstydził i nawet w swoim gabinecie chował je przed wzrokiem ciekawskich gości. Jednym słowem byłem pewien, że jeśli będzie mu sądzone strzelać do znienawidzonego przeciwnika, to nie chybi. Zaczęli się zbierać. Zauważone przeze mnie drżenie rąk i nabrzmiała twarz pana d'Anthesa wyraźnie wskazywały na burzliwie spędzony ostatni wieczór, a może też noc. To nie był najlepszy atut w pojedynku! D'Anthes wystrzelił; otóż właśnie, kula przeleciała niemal o arszyn od głowy A. S. i z sykiem zaryła się w śniegu. A. S. złośliwie się uśmiechnął, potem jego blada twarz stężała, strzelił... d'Anthes upadł na wznak, ale natychmiast podniósł się na nogi. Los chciał, by guzik, jeden z niezliczonych, zdobiących jego mundur kawalergarda, uratował to bezsensowne życie. Z uśmiechem fircyka d'Anthes wyciągnął rękę do Puszkina. Ale on z przekleństwem rzucił pistolet na ziemię i pobiegł do swego powozu *[W oryginale wozok, czyli rodzaj krytego powozu na płozach.]. Ruszyliśmy w drogę powrotną, jechałem za powozem A. S. Kiedy minęliśmy rogatkę, wydało mi się, że w powozie Puszkina rozległ się wystrzał. Pomyślałem, że to podrzuciło ekwipaż na kępie. Zatrzymaliśmy się przed domem A. S. On zwlekał z wyjściem z powozu. Podszedłem, chcąc mu pomóc. Twarz Puszkina była bledsza od marmuru, ręka, przyciśnięta do brzucha, była w krwi, pod nogami walał się kieszonkowy pistolet angielskiej roboty. «Powiedz, że to d'Anthes» - cicho wyszeptał. Tak też zrobiłem".

 

 

Całuję Twoje rączki, ramiona, nóżki

FIODOR DOSTOJEWSKI

 

OSOBY

Fiodor Dostojewski (1821-1881) - pisarz.

Maria Isajewa, z domu Constant (1825-1864) - pierwsza żona (1857-1864) Fiodora Dostojewskiego.

Anna Dostojewska, z domu Snitkina (1846-1918) - druga żona (1867-1881) Fiodora Dostojewskiego.

Sofia (22 lutego 1868-12 maja 1868), Lubow (1869-1926), Fiodor (1871-1921), Aleksiej (1875-1878) Dostojewscy - dzieci Anny i Fiodora Dostojewskich.

Awdotia Panajewa, z domu Brianska (1820-1893) - pisarka; córka znanego aktora, żona popularnego wydawcy Iwana Panajewa (1812-1862), kochanka wybitnego poety Nikołaja Niekrasowa (1821-1877).

Apolinaria Susłowa (1839-1918) - femme fatale, emancypantka, pisarka; w latach 1861-1866 blisko związana z Fiodorem Dostojewskim, w latach 1880-1886 żona Wasilija Rozanowa.

Anna Korwin-Krukowska (1843-1887) - wielka, nieodwzajemniona miłość Fiodora Dostojewskiego.

 

Przez wiele lat cierpiał na bezsenność wywołaną lękiem przed zapadnięciem w letarg. A gdy już zasypiał i przestawała działać "cenzura podświadomości" (sen bowiem "obnaża człowieka"), to nękały go "nocne majaki i koszmary". Zlany potem, wciąż na nowo przeżywał śmierć ojca (1839) zamordowanego przez zdesperowanych chłopów; na nowo przeżywał inicjację seksualną z jakąś tanią petersburską prostytutką; na nowo tracił przytomność w kolejnym ataku epilepsji, na nowo oczekiwał na założenie kaptura na głowę i salwę plutonu egzekucyjnego; na nowo czuł ciężar kajdan założonych przed wyruszeniem na katorgę; na nowo gwałcił małą dziewczynkę; na nowo przegrywał ostatnie pieniądze w ruletkę; na nowo przeżywał śmierć swoich dzieci; na nowo... I raz jeszcze szedł z pierwszą wizytą do Awdotii Panajewej.

Do Petersburga Fiodor Dostojewski trafił w 1837 roku. Początkowo, inaczej niż bohaterowie Balzaka, Stendhala czy Dickensa, nie marzył o podboju stolicy czy chociażby jej mieszkanek (gdy na początku czterdziestego roku został przedstawiony znanej z urody pani Sieniawinie, to natychmiast przydarzyła mu się utrata przytomności). Rozgłos przyszedł nieoczekiwanie dopiero po paru latach, kiedy - odurzony białymi nocami - nikomu nieznany absolwent wojskowej szkoły inżynieryjnej napisał powieść epistolarną Biedni ludzie. Rękopis stał się sensacją literacką, a autor - pożądanym gościem na pewno w wielu salonach i być może w niektórych buduarach. Jak na oszołomionego powodzeniem debiutanta przystało, był przekonany, że ma u stóp cały świat, ale na szczęście został przedstawiony młodej, pięknej, mądrej i ekscentrycznej Eudoxie. "Wczoraj - pisał do brata 16 listopada 1845 roku - pierwszy raz byłem u Panajewa i chyba zakochałem się w jego żonie".

Pochodząca z aktorskiej rodziny Awdotia Jakowlewna Brianska była utalentowaną baletnicą, ale ze względów zdrowotnych musiała zrezygnować z występów. Wtedy postanowiła zostać światową damą (z dużym powodzeniem), literatką (drugorzędną, niechętnie ujawniającą swoją wiedzę o zasadach obowiązujących w ortografii rosyjskiej) i pożeraczką męskich serc (do czasu). Dobrze zapowiadający się pisarz wywarł fatalne wrażenie, wyraźnie ją rozczarował - nie był Aleksandrem Puszkinem, nie był Ernestem Hemingwayem, nie był Markiem Hłaską czy Januszem Głowackim i nie był nawet Iwanem Panajewem, którego zdradzanie tak łatwo przychodziło (i który zdrady równie łatwo wybaczał). Był już "[...] na pierwszy rzut oka [...] młodzieńcem niezwykle wrażliwym i nerwowym. Był szczuplutkim, niewysokim blondynem o niezdrowej cerze; jego małe szare oczy niespokojnie przebiegały z jednego przedmiotu na drugi, blade wargi wykrzywiał nerwowy grymas". Był źle ubranym, bezbarwnym i zakompleksionym prowincjuszem, człowiekiem bez poloru (nie to, co mąż: "[...] Objąłem niepłatną posadę w Departamencie Skarbu Państwa dzięki protekcji dyrektora owego departamentu, Dymitra Maksymowicza Kniaziewicza, który kolegował z moim ojcem na uniwersytecie w Kazaniu. Kazali mi przepisywać jakieś papiery i opracowywać jakieś pisma. Bardzo mi się te zajęcia nie podobały. Przychodziłem do departamentu późno i nigdy nie siedziałem do końca urzędowania. [...]. Przyszedłem kiedyś do departamentu w mundurze bez galonów i w długich, szerokich spodniach w kolorową kratkę - była to ostatnia nowość w Petersburgu. Jeden z pierwszych włożyłem takie pantalony i chciałem nimi zadać szyku w departamencie. Istotnie, wywołałem nadspodziewany efekt"), którego należało brutalnie sprowadzić na ziemię. Dla jego dobra. "Byłem zakochany nie na żarty w Panajewej - raz jeszcze zwierzał się Fiodor swemu starszemu bratu, Michaiłowi (1 lutego 1846 roku) - już mi ta miłość przechodzi, choć nie jestem jeszcze tego pewien. Zdrowie moje jest straszliwie nadszarpnięte. Mam chore nerwy i boję się gorączki lub febry na tle nerwowym" *[F. Dostojewski, Listy, tłum. Z. Podgórzec, R. Przybylski, Warszawa 1979, s. 49. Dalej w tekście zasadniczym: L.]. Kuracja nie należała więc może do najprzyjemniejszych (pacjent cierpiał), ale zakończyła się pełnym sukcesem (pacjent mógł liczyć na współczucie ze strony innych dam).

 

Awdotia Panajewa

 

Spotkanie z "blondynem o niezdrowej cerze" było nic nie znaczącym, natychmiast zapomnianym epizodem w życiu pochłoniętej chwytaniem dni Panajewej (w nieco późniejszym - z 1848 roku - liście pisała do Marii Ogariowej: "[...] Gwiżdżę na wszystko i powtarzam sobie: mam dwadzieścia osiem lat, starzeję się, żyć, żyć za wszelką cenę! A niech mi się wszystko wali na głowę, bylem była zdrowa, ze wzgardą spojrzę na przemiany losu i tylko będę wciąż powtarzać «Żyć, chcę żyć», mam dwadzieścia osiem lat"). On natomiast zapomnienia szukał w snuciu utopijnych wizji społecznych pod okiem fourierysty Michaiła Pietraszewskiego i może dlatego nie potrafił jeszcze wówczas należycie ocenić nieznanych wcześniej objawów towarzyszących "chorym nerwom", "gorączce" i "febrze" - radości płynącej ze znalezienia się w sytuacji niezrozumianego i wzgardzonego, satysfakcji czerpanej z bycia zdradzanym i poniżanym, rozkoszy odczuwanej przez porzuconego. Masochistycznego rejestru stanów bezbronnej, zaszczutej ofiary pięknej kobiety.

W 1849 roku Dostojewski znalazł się w gronie aresztowanych i skazanych na karę śmierci "spiskowców". W roli scenarzysty i reżysera publicznej egzekucji wystąpił Mikołaj I. Pierwszą trójkę więźniów (autor Biednych ludzi znalazł się w drugiej) przywiązano już do słupów, włożono już im na głowę kaptury, szesnastu żołnierzy wycelowało już w nich karabiny i... I nagle na spienionym koniu, z trudem przeciskającym się przez tłum gapiów, przybył fligeladiutant z aktem łaski. Rozczarowana Pani z Kosą opuściła plac, a zakuty w kajdany szeregowiec (zdegradowany podporucznik) Fiodor Michajłowicz jeszcze tej samej nocy znalazł się w drodze na czteroletnią syberyjską katorgę.

Pobyt w Omsku - naznaczony początkowo radością (pewnie nie znał, więc pewnie nie parafrazował: "do życia powróciłeś cudem"), a potem jakiś czas rozpaczą - sprzyjał wyciszeniu, refleksji, medytacji i metafizyce. Dla Erosa był to raczej czas hibernacji, tak dobrze znany innemu zesłańcowi politycznemu:

Wołkow: A życie seksualne?

Brodski: Żadnego.

Wołkow: I całe półtora roku tkwiłeś w celibacie?

Brodski: Coś jakby. No, rękę, rzecz jasna, puszczałem w ruch. Lecz generalnie, zasadniczo, celibat *[S. Wołkow, Świat poety. Rozmowy z Iosifem Brodskim, tłum. J. Gondowicz, Warszawa 2001, s. 82.].

Namiętności, tłumione i spychane przez Dostojewskiego w ciągu tych czterech lat do podświadomości, powracały w snach, nadały nowy wymiar wszystkim jego kolejnym romansom, ukształtowały późniejsze powieści.

Po odbyciu kary katorgi (23 stycznia 1854 roku), autor Sobowtóra trafił na zesłanie do położonego w Kazachstanie Semipałatyńska. Ten powrót do normalności (umownej - na miarę półwięźnia w azjatyckiej mieścinie) oznaczał dla niego przede wszystkim możliwość odnalezienia kobiety z omskich snów. Wkrótce poznał rodzinę Isajewów (jako Marmieładowowie trafią do Zbrodni i kary) i natychmiast zakochał się w pani Marii. Niektórzy tę nagłą, burzliwą erupcję miłości odczytywali wyłącznie jako pospieszną próbę zaspokojenia posyberyjskiego głodu uczuć, co oczywiście sugerowało ruletkową przypadkowość w wyborze obiektu westchnień i wyznań: jakaś Isajewa, jakaś Iwanowa, jakaś Pietrowa, jakaś Turgieniewa, jakaś Tołstaja. Było zupełnie inaczej. Dostojewski - to było bezwiedne, podświadome, od niego silniejsze - nie mógł postąpić inaczej: obstawił cyfrę, na której nigdy nie zatrzymywała się wirująca kula; wybrał kolor przegranych, outsiderów o złamanych sercach i loserów, od których zawsze się roi w kasynie życia. "Mężczyzna po przejściach" wybrał "kobietę z przeszłością" (lecz bez przyszłości) i zakochał się - jak tego podskórnie pragnął - nieszczęśliwie. We współczującej mu (ale tylko tyle), chorej na gruźlicę żonie alkoholika. "[...] Maria Dmitriewna - pisał we wspomnieniach niezwykle życzliwy dla autora Białych nocy, miejscowy prokurator Aleksandr Wrangel - wiecznie chorowała, kaprysiła i była zazdrosna". Na początku 1855 roku prawdopodobnie została kochanką Dostojewskiego, ale kilka miesięcy później, w maju, Isajew został służbowo przeniesiony do oddalonego o 500 czy 600 wiorst *[wiorsta - dawna rosyjska jednostka długości równa 1,0668 km] Kuzniecka. Rozstanie z ukochaną jedynie spotęgowało cierpienia nie najmłodszego już Wertera. "Bardzo się do Pani przywiązałem - pisał do niej 4 czerwca 1855 roku - Na naszą znajomość nigdy nie patrzyłem, jak na coś zwyczajnego, a teraz, gdy straciłem Panią, wiele rzeczy odgadłem intuicyjnie. Pięć lat żyłem bez ludzi, nie mając absolutnie nikogo, przed kim mógłbym otworzyć swoje serce. Pani potraktowała mnie jak kogoś bliskiego. Przypominam sobie, że czułem się u Pani jak w domu rodzinnym. Aleksander Iwanowicz o rodzonego brata nie troszczyłby się tak, jak o mnie. Ileż przykrości sprawiałem Państwu swoim ciężkim charakterem, a Państwo oboje jednak kochaliście mnie. Rozumiem to i czuję, nie jestem przecież bez serca. Pani jest zadziwiającą kobietą, serce ma Pani cudownej, anielskiej dobroci, była Pani dla mnie niczym rodzona siostra. Już to tylko, że kobieta wyciągnęła do mnie rękę, stało się epokowym wydarzeniem w moim życiu. [...]. Żegnam Panią, niezapomniana Mario Dmitriewna! Żegnam! Chyba zobaczymy się jeszcze, prawda? Niech Pani pisze do mnie częściej i jak najwięcej. [...]. Niech Pani bywa zdrowa! Czyż nigdy już się nie zobaczymy? Pani Dostojewski" (L., 118-123). Tych kilkaset słów wyznaczyło pewien kanon zachowań epistolarnych i określiło model ról życiowych nadawcy.

 

Maria Isajewa

 

Wszystkie swoje listy (nawet te adresowane do najbliższych; nawet te najbardziej intymne, wysyłane do kobiet, które kochał i pożądał) będzie podpisywał: "Dostojewski", "Fiodor Dostojewski", "F. Dostojewski". Dla nikogo i nigdy nie będzie "Fiodorem" czy "Fiedią" i tylko niekiedy - dla swojej drugiej żony - "Mężem". Może dlatego, że każdy swój rękopis (nie czyniąc rozróżnienia między listem a powieścią) potraktuje jako element jednego megatekstu zaopatrzonego zawsze w tę samą sygnaturę; może po prostu nie zechce się narażać na śmieszność (wyrafinowane poczucie humoru *["Podczas naszego pobytu w Starej Russie - pisze Anna Dostojewska w panegiryku ku czci męża - Fiodor Michajłowicz był zawsze w dobrym humorze i wesoły, o czym świadczy na przykład figiel, jaki mi spłatał. Kiedyś na wiosnę 1875 roku Fiodor Michajłowicz wyszedł rano ze swej sypialni bardzo zachmurzony. Zaniepokoiłam się i zapytałam, jak się czuje. - Jestem zupełnie zdrowy - odpowiedział Fiodor Michajłowicz - lecz wydarzyła mi się przykra historia. W łóżku była myszka. [...]. Należy przeszukać pościel. - Tak, koniecznie - odpowiedziałam" (W., s. 312-313). Myszy oczywiście nie znaleziono, bo to był taki wyszukany żart Dostojewskiego.] czy autoironia były mu obce); a ktoś z Wiednia wspomniałby jeszcze może o kompleksach. Ta czwartoczerwcowa autokreacja zasługuje zresztą (czy może: przede wszystkim) na uwagę z innego jeszcze powodu - po raz pierwszy tak wyraźnie wyartykułowanej potrzeby bycia "sentymentalnym masochistą, rozrzewnionym samodręczycielem". Autor listu spala się w miłości do Marii - ale nazywa ją "rodzoną siostrą"; przeżywa męki zazdrości - ale jest wdzięczny rywalowi za braterską troskę.

Nawet dość nieoczekiwana śmierć Aleksandra Isajewa (4 sierpnia 1855 roku) niczego początkowo nie zmieniła. Dostojewski natychmiast wyruszył do damy swego serca, by się przekonać na miejscu, że wdowie łzy ocierał inny ktoś. Emablował ją młody, przystojny, dwudziestoczteroletni nauczyciel Nikołaj Wiergunow. Maria się waha, prosi o czas do namysłu. Zrozpaczony Fiodor Michajłowicz powraca do Semipałatyńska, przez wiele miesięcy starannie pielęgnuje nowo zadane rany, cierpi na bezsenność, prowadzi korespondencję z parą kochanków (jej życzy dużo szczęścia w życiu; jemu oznajmia, że pokochał go, jak "rodzonego brata") i błaga wszystkich znajomych o wstawienie się za nim u wiarołomnej Isajewej. Stara się też o zmianę statusu społecznego i dzięki staraniom Wrangla 30 października 1856 roku odzyskuje swój dawny stopień oficerski (szlachectwo zwrócono mu kilka miesięcy później, w maju) i już jako podporucznik 24 listopada prosi Marię o rękę. Oświadczyny zostały przyjęte (cywil-nauczyciel nie miał żadnych szans, ale to z nim spędzi przedślubną noc wdowa-narzeczona). Ślub odbył się 6 lutego 1857 roku. Oboje, Dostojewski i Isajewa, osiągnęli swoje cele. Wieczorem, gdy już zostali sami, panem młodym zaczęły wstrząsać silne konwulsje, które doprowadziły go do utraty przytomności. Przerażona panna młoda usłyszała od lekarza, że to epilepsja. To zaważyło na ich późniejszym nieudanym życiu erotycznym - nazajutrz nie mieli już sobie nic do powiedzenia *[Interesującą koncepcję sformułował w swoim czasie Iwan Jermakow (1875-1942), pionier badań psychoanalitycznych w Rosji. W nieopublikowanym za życia studium o Dostojewskim stwierdził, że pierwsza żona pisarza była przez niego podświadomie traktowana jako matka. Stąd też brak dzieci, stąd też jego częściowa (lub może nawet całkowita) impotencja. Lęk przed incestem [incest - obcowanie płciowe z osobą blisko spokrewnioną; kazirodztwo] sprawił, że z żoną-matką łączyła go jedynie "nieżnost" - czułość, tkliwość (jako uczucie infantylne), a nie tabuistyczna "namiętność" (tu rozumiana, jako życie seksualne). W opinii uczonego był to klasyczny kompleks matki. Zob. I. Jermakow, Psichoanaliz litieratury. Puszkin. Gogol. Dostojewskij, Moskwa 1999.]. No, prawie nic. Ona oznajmiła, że wciąż kocha Wiergunowa. I nikogo poza tym.

We wrześniu pięćdziesiątego dziewiątego roku roku Fiodor Dostojewski, tłumacząc się złym stanem zdrowia, prosi Aleksandra II o wyrażenie zgody na powrót do stolicy:

Wasza Cesarska Mość!

Ja, były przestępca polityczny, ośmielam się złożyć u stóp tronu Waszej Cesarskiej Mości moją pokorną prośbę. Wiem, że nie jestem godzien łaski Waszej Cesarskiej Mości i jestem ostatnim z tych, którzy mogą mieć na tę łaskę nadzieję. Jestem jednak nieszczęśliwy, a Wasza Cesarska Mość bezgranicznie miłosierny. [...]. Jesteś Najjaśniejszy Panie jak słońce, które świeci zarówno dla świętych, jak i grzeszników. Uszczęśliwiłeś już miliony swoich poddanych. Proszę więc, niech Wasza Cesarska Mość uszczęśliwi jeszcze jednego biednego sierotę, jego matkę i nieszczęsnego, chorego człowieka, który wciąż jeszcze jest wyrzutkiem społeczeństwa. Człowieka, który gotów jest natychmiast poświęcić swe życie dla Monarchy obsypującego dobrodziejstwami swych poddanych! (L., 159-161).

To był jeden z najpiękniejszych listów miłosnych napisanych przez autora Biednych ludzi i, oczywiście, jego prośba została wysłuchana - w grudniu 1859 roku wraz z żoną i pasierbem przybył do Petersburga. Najbliższe lata upłyną mu na pisaniu i równie gorączkowym poszukiwaniu nowej kandydatki na żonę (obecna jest niewierna i chora na gruźlicę - więc na pewno wkrótce umrze).

Na początku roku sześćdziesiątego pisarz poznał młodą, ładną, utalentowaną aktorkę Aleksandrę Schubert (1827-1909). W marcu rozstała się wprawdzie ze swoim drugim mężem - lekarzem Stiepanem Janowskim (Aleksandra posługiwała się nazwiskiem poprzedniego męża), który jeszcze w latach czterdziestych leczył zaprzyjaźnionego z nim Dostojewskiego - ale zamiast związku z czterdziestoletnim, żonatym adoratorem (co to żona go nie rozumie) wybrała, za jego zresztą namową, karierę sceniczną w Moskwie. Nie pojechał za nią (jeszcze nie teraz i nie za tą), nie zdobył się na odbycie Nowej podróży z Petersburga do Moskwy, ograniczył się do paru tanich, konwencjonalnych zapewnień:

"Czy ujrzę Panią, moja kochana? [...]. Otwarcie Pani mówię: kocham Panią bardzo i gorąco [...]". Blitzliebschaft zmarł śmiercią naturalną i nie pociągnął za sobą żadnych ofiar. Sentymentalna aktorka przechowywała do końca życia trzy listy od petersburskiego wielbiciela. Dla niego ten romans okazał się zaledwie próbą generalną przed przyszłoroczną premierą, w której miał do zagrania najważniejszą rolę w całym swoim życiu.

W sierpniu 1861 roku na jego odczycie pojawiła się Apolinaria Susłowa - emancypantka o literackich ambicjach *[Warto dodać, że jej siostra Nadieżda (absolwentka medycyny w Zurychu) była pierwszą w Rosji lekarką. ]. Poszukiwała swego guru. Mistrza - w życiu i w sztuce, dla którego gotowa była zostać Małgorzatą. Wcześniej uczestniczyła w podobnych spotkaniach między innymi z Czernyszewskim, Niekrasowem, Pisiemskim, Szewczenką, ale dopiero Dostojewski zafascynował ją - jak zauważył Leonid Grossman - swoją traumatyczną, męczeńską przeszłością. Ujęła go listem, w którym wyznała miłość; on dał wyraz swemu uczuciu, drukując w wydawanym przez brata piśmie "Wriemia" jej marne opowiadanie Dopóty. Ich związek przetrwał od 1861 do 1866 roku. Córka pisarza, Lubow, pozostawiła krzywdzący portret kochanki ojca: "Regularnie każdej jesieni zapisywała się na uniwersytet, jako studentka [miała status wolnego słuchacza - T. K.], ale nigdy nie uczęszczała na zajęcia i nie zdawała egzaminów. [...]. Wtedy zapanowała moda na wolną miłość. Młoda i piękna Polina [...] przechodziła, służąc Wenus, od jednego studenta do drugiego, wierząc, że w ten sposób służy cywilizacji europejskiej". Nieprawda: Dostojewski był jej pierwszą wielką miłością, Dostojewski był prawdopodobnie jej pierwszym kochankiem i to Dostojewski uczył ją (a była pojętną uczennicą) seksualnych praktyk sadomasochistycznych.

Z nią mógł realizować wszystkie swoje fantazje erotyczne, mógł - jak to elegancko określano w wyciskaczach łez - oddawać się rozpuście, mógł poczuć się do szpiku kości zepsutym (i tego samego wymagał od partnerki), mógł robić wszystko to, czego nie mógł (i być może nie chciał, bo ówczesnego "[...] mężczyznę przepełniało poczucie winy, ilekroć zbrukał swojego domowego «anioła»" *[D. Ackerman, Historia naturalna miłości, tłum. D. Gostyńska, Warszawa 1997, s. 278.]) w związku z Marią Isajewą. Z czasem, jak powiada Alfried Bem, Dostojewski się rozdwoił (jak Goladkin w Sobowtórze): Starszy - zgryźliwy bigot, antypatyczny ksenofob i nacjonalista - żenił się, pisał epilog Zbrodni i kary, prowadził Dziennik pisarza, moralizował, korespondował z rodziną carską; Młodszy - żyjący z dnia na dzień wieczny dłużnik, hazardzista opętany wizją wielkiej wygranej - kochał się w Susłowej, zapominał o ciężko chorej żonie, grał w ruletkę, miał za nic tabu obowiązujące w społeczeństwie wiktoriańskim. Już dawniej uważał, iż "[...] cnoty nie poznamy bez występku" (L., 69) i teraz epilepsję ("chorobę zawodową mistyków") potraktował jako rodzaj mistycznego wehikułu dla hierofantów *[hierofant - osoba wtajemniczająca, wprowadzająca w tajniki czegoś] odbywających podróże między dwoma stanami świadomości (dobra i zła), dwoma wcieleniami (Jekylla i Hyde'a), dwoma światami ("cnoty" i "występku").

W 1863 roku zniecierpliwiona Susłowa przejmuje inicjatywę i zmienia narzucone jej reguły gry: wyjeżdża za granicę, kochanka informuje listownie o zerwaniu ("Prosisz, żeby nie pisać, że rumienię się za swoją miłość do Ciebie. Nie tylko nie będę tego pisać, ale mogę zapewnić Cię, że nigdy nie pisałam i nie myślałam o pisaniu... Mogłam do Ciebie napisać, że rumienię się za nasz wcześniejszy związek, ale to nie powinno być dla Ciebie niczym nowym, ponieważ nigdy tego nie ukrywałam i ileż to razy chciałam go przerwać przed moim wyjazdem za granicę". "Ten związek był dla Ciebie niezły. Zachowywałeś się jak człowiek poważny, zapracowany, który nie zapomina wszakże o doznawaniu rozkoszy, ponieważ jakiś wielki lekarz albo filozof zapewniał, iż należy się upić raz na miesiąc. Nie powinieneś się gniewać, że tak lekko to traktuję, ale ja przecież jestem na bakier z formami i konwenansami") i czeka na jego reakcję. Podrażniony Dostojewski wyruszył natychmiast za nią w poszukiwaniu nowych doznań. Nie wiem, czy opuszczając Rosję, już wiedział, że nie będzie miał możliwości wyboru - do obsadzenia pozostała jedynie rola Ofiary.

Po latach Wasilij Rozanow przytoczył w liście do Wołżskiego swoją rozmowę z Apolinarią Susłową:

Dlaczego rozstaliście się, A[polinario] P[rokofiewno] - (ma się rozumieć z Dostojewskim)?

- Dlatego, że nie chciał się rozwieść z żoną, suchotnicą, «bo umiera».

- Ale przecież umierała?

- Tak. Umierała. Za pół roku umarła. Ale już przestałam go kochać.

- Dlaczego przestała pani kochać?

- Dlatego, że nie chciał się rozwieść.

Milczę.

- Oddałam mu się przecież z miłości, nie pytając, bez wyrachowania. I on powinien postąpić tak samo. Nie zrobił tego i rzuciłam go... .

W Paryżu Susłowa poznała młodego Salvadora, który wkrótce został jej kochankiem (zapewne miał być remedium - dla niej i trucizną - dla Fiodora). "Byłam u Salvadora - zanotowała 19 sierpnia 1863 roku. - Zaczął mnie wypytywać, co robiłam, czy myślałam o nim" *[Dalej w tekście zasadniczym: S.].

Jednak to nie on jest głównym bohaterem (jest ledwie statystą) paryskiego dziennika Apolinarii, lecz wciąż kochany i znienawidzony przybysz z Petersburga: "Teraz otrzymałam list od F[iodora] M[ichajłowicza] już pocztą miej[ską]. Jakże się on cieszy, że wkrótce mnie ujrzy. Wysłałam do niego bardzo krótki list, który wcześniej przygotowałam. Żal mi go bardzo" (27 sierpnia 1863; S., 50);

- Myślałam, że nie przyjedziesz - powiedziałam - dlatego, że napisałam do Ciebie list.

- Jaki list?

- Żebyś nie przyjeżdżał.

- Dlaczego?

- Dlatego, że jest za późno.

Opuścił głowę.

- Powinienem wszystko wiedzieć, chodźmy gdzieś i powiedz mi, albo umrę (27 sierpnia 1863; S., 50).

Nieco później Apolinaria Susłowa napisała opowiadanie Obca i swój, którego bohaterowie (Łosnicki, Anna Pawłowna) powtarzają scenę z jej dziennika:

- Po co przyjechałeś? - powiedziała ze smutkiem.

- Jak to po co! Co ty mówisz?

[...]

- Czyżbyś nie otrzymał mego listu, tego, gdzie pisałam, żebyś nie przyjeżdżał? [...].

- Nie przyjeżdżał?.. Dlaczego?

- Dlatego, że jest za późno [...] (S., 135-136).

To paryskie, sierpniowe spotkanie niedawnych kochanków przebiegało według oczekiwanego przez nich scenariusza - w atmosferze wzajemnego zrozumienia (dla dorobku markiza de Sade'a): "Kiedy weszliśmy do jego pokoju, upadł do moich stóp i ściskając, obejmując ze szlochem moje kolana, głośno załkał: "Straciłem Ciebie, wiedziałem to!»" (S., 51); "Powiedział mi, że jest szczęśliwy, iż poznał na świecie taką istotę jak ja. Prosił, by pozostawać z nim w przyjaźni [...]. Potem zaproponował wyjazd do Włoch, byłby dla mnie bratem" (S., 52).

Kilka dni później Susłowa dowiaduje się, że Salvador ją zdradza. Czuje się upokorzona i waha się między zbrodnią w afekcie a samobójstwem. Idzie więc do Dostojewskiego, któremu "po paru nieistotnych pytaniach, zaczęłam [...] opowiadać całą historię mojej miłości [...]" (1 września 1863; S., 55).

Po paru dniach oboje, już razem, opuścili Paryż.

"Podróż nasza z F[iodorem] M[ichajłowiczem] - zapisała Apolinaria Susłowa 6 września 1863 roku w Baden-Baden - jest dość zabawna [...]" (S., 58). A to dlatego, że Dostojewski zdążył już przegrać trzy tysiące franków (ale przysłano na szczęście sto rubli z Rosji i można było wyruszyć do Genewy), a ona nieustannie go zadręczała i prowokowała: "[...] byłam tego dnia zmęczona, położyłam się na łóżku i poprosiłam Fiodora] M[ichajłowcza], żeby przysiadł się do mnie bliżej. Było mi dobrze. Wzięłam jego dłoń i długo trzymałam w swojej. Powiedział, że mu się tak bardzo dobrze siedzi. [...].

- Co się dzieje? - spojrzałam na jego twarz, i zauważyłam poruszenie.

- Teraz chciałem pocałować twoją nogę.

- Ach, po co to? - powiedziałam mocno speszona, podciągając nogi" (6 września 1863; S., 58).

Scena ta pojawiła się oczywiście we wspomnianym już autobiograficznym opowiadaniu Susłowej:

- Nie wiesz, co teraz ze mną się działo - zaczął po chwili ze wzruszeniem.

- Co? - spytała z niepokojem [...].

- Nie będziesz się gniewać?

- Co się stało?

- Ja tylko chciałem podejść i pocałować twoją nogę [...].

Rumieniec wstydu pojawił się na szlachetnym, niewinnym czole Anny i nadał jej twarzy prawdziwie dziewczęcy wyraz (S., 149).

Na marginesie warto dodać, że bohaterka opowiadania zrealizowała marzenia autorki i popełniła samobójstwo. Ostatni raz Annę Pawłowną widziano, kiedy "[...] pytała, gdzie jest przejście przez rzeczkę i jak głęboka jest woda" (S., 157). Po odnalezieniu jej ciała: "Przypuszczano, że wpadła do wody przechodząc po wąskim mostku, ponieważ trupa odnaleziono obok tego mostu i na samym środku, gdzie woda płynie szybciej. Zapewne zakręciło jej się w głowie, kiedy spojrzała na prędko płynącą wodę, ale Bóg, który widzi zamiary i uczynki ludzi, wie lepiej" (S., 158).

Tymczasem para romantycznych eks-kochanków dotarła do Genewy, gdzie on oczywiście przegrał ostatnie - który to już raz? (i to jest pocieszająca obserwacja, bo, jak się okazuje, po "ostatnich" są zawsze jakieś następne) - 250 franków i pieniądze na dalszą drogę otrzymali w lombardzie (zegarek Dostojewskiego, pierścionek Susłowej). 17 września w Turynie Apolinarię Susłową ogarnęła "[...] znów czułość do F[iodora] M[ichajłowicza]" (S., 60) i za tę chwilę słabości zapłaciła kilkanaście dni później w Rzymie: "Wczoraj F. M. znów się do mnie umizgał" (29 września 1863; S., 62). Pewnie znów został sprowokowany (a "panie z dziewiętnastowiecza były doświadczeńsze niż współczesne. Ubierały się obficiej i szczelniej, a ta większa ilość przeszkód nasilała, nabarwiała, nalewała więcej krwi do poszukiwań, odkryć, coraz a coraz słodszych i lubieżniej szych wędrówek wśród wełny, jedwabi, batystów, potęgując trzęsienie się rąk i warg, wzmacniając wrażenie" *[S. Cat-Mackiewicz, Dostojewski., s. 108.]) i pewnie znów - w stanie zapowiadającym atak epilepsji - usłyszał: "Basta!". Z Rzymu wyjechali razem do Berlina i tam się pożegnali: Dostojewski wyruszył do Homburga - na ruletkę, Susłowa do Paryża - zapomnieć.

To nie było rozstanie "na zawsze" - w przyszłości jeszcze do siebie pisali (już zresztą po paru dniach nadszedł od niego list z prośbą o pomoc; pożyczyła od znajomych i wysłała mu 300 franków) i jeszcze się widywali. Susłowa będzie też stale obecna w jego powieściach jako kobieta "infernalna" - Polina w Graczu, Nastasja Filipowna w Idiocie, Achmakowa w Młodziku i Gruszeńka w Braciach Karamazow.

15 kwietnia 1864 roku zmarła zapomniana przez wszystkich żona Dostojewskiego (wilgotny petersburski klimat przyspieszył rozwój gruźlicy, dla poratowania zdrowia wyjeżdżano wówczas na południe Włoch). Dwa dni, także w dzień pogrzebu ("Masza leży na stole..."), Fiodor Michajłowicz był zajęty pisaniem (niezachowanego) listu do Apolinarii.

Jesienią i zimą sześćdziesiątego czwartego roku widują się w Petersburgu, prowadzą bardzo poważne rozmowy i nie znajdują wspólnego języka: "Mówią mi o F[iodorze] M[ichajłowiczu]. Ja go po prostu nienawidzę. Tak wiele kazał mi cierpieć, kiedy można się było obejść bez cierpienia" (24 września 1864; S., 92), "Dzisiaj był F[iodor] M[ichajłowicz] i wciąż kłóciliśmy się [...]. Już dawno proponuje mi rękę i serce i tylko mnie tym irytuje" (2 listopada; S., 129), "Kiedy sobie przypominam, kim byłam przed dwoma laty, zaczynam nienawidzić D[ostojewskiego], pierwszy zabił we mnie wiarę" (14 grudnia; S., 110).

Odmową Susłowej utulony w żalu wdowiec zbytnio się nie przejął - jesienią 1864 roku poznał Marfę Braun, która próbowała (jak wcześniej Apolinaria) nawiązać współpracę z kolejnym pismem Michaiła Dostojewskiego ("Epocha"). Fiodora Michajłowicza poraziła jej niebanalna przeszłość (każdego by poraziła) - na miarę Angeliki, bohaterki francuskich filmów przygodowych sprzed kilkudziesięciu lat. W końcu lat pięćdziesiątych Marfa podróżowała w podejrzanym towarzystwie w poszukiwaniu przygód. Ostatecznie wylądowała w Anglii, skąd przeniosła się do Austrii. Wkrótce musiała ją opuścić i szukać schronienia w Turcji. O swoim ówczesnym życiu pisała: "Przez Austrię i Prusy przemknęłam jak wicher z jakimś Węgrem, potem przez 7 miesięcy z jakimiś Anglikami, poszukiwaczami przygód, od rana do wieczora, niekiedy pieszo, niekiedy konno, zmuszona byłam objeździć całą Szwajcarię, całe Włochy, Hiszpanię i, wreszcie, południową Francję. W Marsylii rozstałam się z nimi, znalazłam się w Gibraltarze, ale jakiś próżny, spragniony sławy Francuz, za wiadomą opłatę, prosto z balu maskowego pojechał razem ze mną do Belgii, a stamtąd do Holandii. Z pierwszego kraju nas wydalono, z drugiego po prostu wyrzucono i ja bezpośrednio z aresztu wojskowego w Rotterdamie znalazłam się w Anglii bez środków do życia, bez znajomości języka. Dwa dni spędziłam na policji za próbę samobójstwa, potem dwa tygodnie z londyńskimi włóczęgami pod mostami, wodociągami Tamizy; następnie, sama o tym nie wiedząc, poszłam na służbę do [...] wspólnika fałszerzy monet; nie znając dobrze języka, przyciągnęłam uwagę rozmaitych misjonarzy [...], którzy jeden przez drugiego, ale w sposób tak bardzo urozmaicony i tak gorliwie przekazywali mi swe pasterskie wskazówki, że w ciągu dwóch miesięcy nie tylko nauczyłam się języka angielskiego, ale też poznałam wszystkie możliwe sekty angielskie [...]". A jeszcze później z pastorem kościoła metodystów udała się na pewną wyspę, tam też poślubiła jakiegoś marynarza i wreszcie via Brighton przyjechała do Londynu. Do kraju powróciła w 1862 roku. Pozbawiona rodziny, przyjaciół (i kolejnych kochanków) odnalazła azyl w środowisku bohemy artystycznej, zaczęła pisać, trafiła do "Epochi" i została utrzymanką Dostojewskiego (niepokoiła się: "[...] czy uda mi się [...] zaspokoić Pana fizycznie [...]"). Ich znajomość nie trwała długo. Z drugiej połowy stycznia 1865 roku pochodzi ostatni list napisany przez Marfę do Fiodora Michajłowicza. Dziękuje w nim za pomoc i życzliwość, za to, iż "[...] nie wzgardził Pan upadłą stroną mojej osobowości [...]". Nie wiedziała (raczej), nie domyślała się (chyba), że to jedynie "upadłej stronie" zawdzięcza swoje miejsce w biografii tego pisarza.

Odmową Susłowej utulony w żalu wdowiec zbytnio się nie przejął jeszcze z innego powodu - w 1864 roku do redakcji "Epochi" nadeszły dwa rękopisy podpisane przez Jurija Orbiełowa. W 1865 roku Dostojewski poznał autora - zielonooką Annę Korwin-Krukowską (starszą siostrę znanej matematyczki Sofii Kowalewskiej), która jako Agłaja pojawi się w Idiocie. "[...] Jak nazwisko wskazuje - pisze Cat-Mackiewicz - była z pochodzenia Polką [...]. Ale już w ojcu Aniuty nie było śladu polskości. [...]. Aniuta dużo czytała w dzieciństwie i jako podlotek chciała być zakonnicą i pustelniczką [...]. Potem znów chciała zostać nihilistką. Zaczęła pisać nowelki". Ojciec Anny - emerytowany generał-porucznik, bogaty właściciel ziemski z okolic Witebska - obecność w życiu córki cieszącego się już pewnym rozgłosem twórcy skwitował przytomnie: "Pamiętajcie tylko, że Dostojewski nie jest człowiekiem z naszego towarzystwa. Cóż my o nim wiemy, że jest byłym katorżnikiem i dziennikarzem. Trzeba z nim być bardzo a bardzo ostrożnie". Niezrażony Fiodor Michajłowicz w końcu kwietnia 1865 roku prosi Korwin-Krukowską o rękę i słyszy: "Nie" (Na przytoczenie zasługuje jej późniejszy komentarz: "Szanuję go bardzo, kocham jego geniusz. Ale on potrzebuje kobiety, która by żyła tylko jego osobą, która poza nim nie miałaby innego życia. On jest taki nerwowy, drapieżny, on chce wessać mnie w siebie"). Usłyszał, ale natychmiast zapomniał i za jakiś czas opowiadał swojej następnej żonie "[...] jak oświadczył się Annie Wasiliewnie Korwin-Krukowskiej, jak uradowany był uzyskawszy zgodę tej rozumnej, zdolnej panny i z jaką przykrością zwracał dane jej słowo, przekonawszy się, że przy krańcowo sprzecznych poglądach ich wzajemne szczęście jest niemożliwe" (W., 37-38; Anna Dostojewska niemal dosłownie powtarza opinię swojej imienniczki: "[...] słuszne było jego przekonanie o tym, iż nie byliby razem szczęśliwi. Anna Wasiliewna nie posiadała owej tak ważnej ustępliwości, która nieodzowna jest w każdym dobrym małżeństwie, a zwłaszcza w pożyciu z tak drażliwym człowiekiem, jakim w następstwie swej choroby był Fiodor Michajłowicz" W, 70).

Odmową Susłowej utulony w żalu wdowiec zbytnio się nie przejął także dlatego (to już trzeci powód), że w tym czasie rodzina opracowała plan małżeństwa z bratową męża siostry pisarza, Wiery. Konstantin Iwanow był poważnie chory i uznano, że po jego śmierci lubiana przez wszystkich Jelena Iwanowa może uszczęśliwić Fiodora Michajłowicza. To mogła być rzeczywiście idealna żona, stabilna przystań życiowa dla starzejącego się mężczyzny. Przy pierwszej nadarzającej się okazji zadał jej oczywiście swoje ulubione pytanie - czy wyjdzie za niego, kiedy już będzie wolna. Nie powiedziała: "Tak", ale dała do zrozumienia, że może on liczyć na taką właśnie odpowiedź po zejściu męża. Konstantin, niestety (przepraszam), z jakichś powodów zmarł później niż powszechnie oczekiwano (dopiero w 1869 roku), o wiele za późno dla zniecierpliwionego przedłużającym się wdowieństwem Dostojewskiego.

Przerwy między kolejnymi oświadczynami spędzał najczęściej w towarzystwie nieocenionej Apolinarii Susłowej. "[...] Moja sytuacja - pisał do niej 10/22 sierpnia 1865 roku z Wiesbaden - pogorszyła się wręcz nieprawdopodobnie. Gdy tylko wyjechałaś, na drugi dzień, wcześnie rano, zakomunikowano mi w hotelu, że nie będę dostawać ani obiadu, ani herbaty, ani kawy. [...]. W ten sposób od wczoraj nic nie jem i żyję o samej tylko herbacie. Zresztą jest ona ohydna, parzona nie w samowarze. Ubrania i butów też mi nie czyszczą, na moje wezwanie nie reagują [...]. Nie ma dla Niemca większego przestępstwa jak nie mieć pieniędzy i nie zapłacić w terminie. [...]. Mogą mi nawet zabrać rzeczy, a mnie wyrzucić z hotelu albo zrobić jeszcze coś gorszego. Ohyda. Jeśli dojechałaś szczęśliwie do Paryża i w jakiś sposób będziesz w stanie pożyczyć trochę pieniędzy od swoich przyjaciół i znajomych, to przyślij mi [...]. Gdybym otrzymał 150 guldenów, to rozliczyłbym się z tymi świniami i przeniósł do innego hotelu. [...]. Do zobaczenia, kochana, nie mogę uwierzyć w to, że nie zobaczę Cię w Paryżu, gdyż wyjedziesz zanim ja przyjadę. O sobie nawet myśleć mi się nie chce. Siedzę i czytam, aby zbędnymi ruchami nie wzbudzać w sobie apetytu. Ściskam Cię mocno" (L., 187-188).

Gdy już szczęśliwie powrócił do Rosji, to 26 marca 1866 roku - chyba jedynie po to, żeby nie wyjść z wprawy - Dostojewski oświadczył się Marii Iwanczinie-Pisariewej. To nie był dobry pomysł. Konkurent podobno rozbawił damę do łez.

Na szczęście w takich trudnych dla siebie chwilach Dostojewski zawsze mógł szukać zrozumienia u panny Sofii (zdrobniale: Sonia, 1846-1907), przez wiele lat najpilniejszej swojej korespondentki. Fiodor Michajłowicz - wyraźnie idealizując młodszą od siebie o ćwierć wieku siostrzenicę (tak nawiasem mówiąc, pisarz w listach do pań z reguły ujmował sobie lat) i przeceniając jej walory intelektualne - uczynił ją swoją powiernicą. Ze zrozumiałych powodów, tabu obyczajowego i kulturowego, tym razem poprzestał na konwencjonalnym związku platonicznym, ale wciąż mu się marzyła rola Pigmaliona kształtującego Sofię-Galateę. "Moja droga, nieoceniona przyjaciółko Sonieczko [znacznie lepiej zabrzmiałoby: My Fair Lady - T. K.] - pisał do niej z Genewy 1/13 stycznia 1868 roku - mimo Twojej usilnej prośby, abym do Ciebie pisał - milczałem. [...]. Powinnaś przecież wiedzieć, Soniu, jak bardzo Cię cenię i poważani i jak droga jest mi Twoja przyjaźń. Niewiele spotkałem w życiu ludzi takich jak Ty" (L., 227) i dalej o swoim najnowszym dziele: "Powieść nazywa się Idiota i dedykowana jest Tobie, czyli Zofii Aleksandrownie Iwanowej. Droga przyjaciółko, bardzo pragnąłbym, aby powieść była godna tej, której jest dedykowana" (L., 231). W jednym z ostatnich listów (1873) możemy przeczytać: "Kocham Cię, mój miły mnichu, Soniu, jak własne dzieci, a może nawet trochę więcej" (L., 335). Z winy ciotki Dostojewskiego, Aleksandry Kumaniny, było to bowiem pożegnalne wyznanie. Otóż zmarła w 1871 roku krewna pozostawiła po sobie pokaźny spadek, którego podział rodził coraz to nowe konflikty. Ostatecznie pieniądze poróżniły rodzeństwo (zostały zerwane wszelkie kontakty Fiodora z Wierą), a Sonia - co zrozumiałe - opowiedziała się w tym sporze po stronie matki i przestała odpowiadać na listy wuja. Odezwała się do niego w 1876 roku, by poinformować (wiedziała - zaboli), że wychodzi za mąż ("Kocham go całym sercem [...]"). To wszystko jednak dopiero się wydarzy. Teraz jest rok sześćdziesiąty szósty - Fiodor Michajłowicz dostał następnego kosza i wrócił do pisania kolejnej powieści (o objętości, co najmniej dziesięciu arkuszy), którą zgodnie z umową miał dostarczyć wydawcy do 1 listopada. Czasu było coraz mniej i wtedy ktoś mu poradził, by skorzystał z usług stenografki. 4 października pojawiła się w jego mieszkaniu dwudziestoletnia Anna Snitkina, najpilniejsza uczestniczka kursów prowadzonych przez Aleksandra Olchina.

"Prowadzi życie cygańskiego intelektualisty - pisał w raporcie zniesmaczony agent policji pruskiej o warunkach, w jakich żyje rodzina Karla Marksa. - Rzadko się myje, czyści ubranie i zmienia bieliznę, często jest pijany. Chociaż niejednokrotnie nic nie robi całymi dniami, to w końcu pracuje dniami i nocami z niezmordowaną wytrzymałością, gdyż ma wiele pracy do wykonania. Nie chodzi spać ani nie wstaje o stałej porze. Często nie idzie spać przez całą noc, a później w południe kładzie się w ubraniu na sofie i śpi do wieczora, i nie przeszkadza mu ruch kręcących się po pokoju [...]. Nie ma ani jednego czystego i solidnego mebla. Wszystko jest połamane, w strzępach i porozrywane, pokryte kurzem na pół cala. W środku [salonu] stoi szeroki staromodny stół przykryty ceratą, na której leżą rękopisy, książki i gazety razem z ubraniami dzieci, kawałkami płótna i szmatami z koszyka do szycia jego żony, kilka wyszczerbionych filiżanek, noże, widelce, lampy, kałamarz, chińskie figurki, holenderskie gliniane fajki, tytoń, popiół [...]. Właściciel sklepu ze starzyzną byłby zawstydzony, gdyby musiał rozdać tak osobliwą kolekcję bez ładu i składu. Gdy się wchodzi do pokoju Marksa, dym i zapach tytoniu wyciska z oczu łzy [...]. Wszystko jest brudne i pokryte kurzem, tak że usiąść nie można bez ryzyka. Jedno z krzeseł ma tylko trzy nogi, na drugim dzieci bawią się w gotowanie. To drugie ma, jak się zdaje, cztery nogi, więc podstawia się je gościowi, ale po gotowaniu dzieci nie sprzątnięto, i jeśli się usiądzie, ryzykuje się czystość spodni". Mieszkanie Fiodora Michajłowicza ("Zaułek Stolarny, róg Małej Mieszczańskiej, dom Alonkina, mieszkanie numer 13, pytać o Dostojewskiego" W, 20) prezentowało się znacznie lepiej, ale też lokatorowi daleko było do miana intelektualisty. Zresztą całą uwagę Anny pochłonął wkrótce ulubiony pisarz jej ojca (sama podobno płakała podczas lektury Wspomnień z domu umarłych): "Na pierwszy rzut oka Dostojewski wydał mi się dość stary. Lecz gdy tylko zaczął mówić, natychmiast jakby młodniał, pomyślałam więc, że nie może mieć więcej niż jakieś trzydzieści pięć, najwyżej trzydzieści siedem lat. Był średniego wzrostu i trzymał się bardzo prosto. Jasnokasztanowe włosy, z lekka nawet rudawe, miał silnie napomadowane i starannie przyczesane. Uderzyły mnie jego oczy, jedno było piwne, w drugim zaś źrenica rozszerzona do tego stopnia, że tęczówka była niewidoczna. Ta różnica przydawała spojrzeniu Dostojewskiego jakiś zagadkowy wyraz. Twarz Dostojewskiego była blada i schorowana, wydawała mi się jakaś bardzo znajoma, zapewne dlatego, że przedtem widywałam jego portrety. Ubrany był w dość zniszczony sukienny granatowy żakiet, spod którego widać było śnieżnobiały kołnierz koszuli i takież mankiety" (W., 24). Po wymianie grzeczności, po sprawdzeniu umiejętności gościa, padły pierwsze zdania Gracza.

 

Anna Snitkina

 

Zdążył. Nowa powieść trafiła w ustalonym terminie do Fiodora Stełłowskiego. Tydzień później szczęśliwy autor poprosił sekretarkę o rękę. "Pod koniec pracy spostrzegłem - pisał do Susłowej 23 kwietnia (5 maja) 1867 roku - że moja stenografka jest szczerze we mnie zakochana, choć nigdy nie powiedziała na ten temat jednego słowa, mnie zaś coraz bardziej i bardziej się podobała. Ponieważ po śmierci brata życie moje było straszliwie monotonne i ciężkie, zaproponowałem jej małżeństwo" (L., 195). Nie dodał - jak wcześniej Tobie, jak Annie Korwin-Krukowskiej, jak Marii Iwanczinie-Pisariewej.

Biedna Snitkina! Nie domyślała się, że padło rutynowe pytanie i że udzieliła nie rutynowej odpowiedzi. "Szczęście przepełniało moją duszę - komentowała we Wspomnieniach wydarzenia z ósmego listopada - gdy wracałam od Fiodora Michajłowicza. Pamiętam, że przez całą drogę prawie głośno wykrzykiwałam zapominając o przechodniach:

- Mój Boże, jakie szczęście! Czyżby to była prawda? Czy to nie jest sen? Czy naprawdę on będzie moim mężem?!" (W., 58).

Dlaczego powiedziała: "Tak", skoro był znacznie od niej starszy, nie miał urody amanta (Wsiewołod Sołowiow odnalazł w jego twarzy podobieństwo z odbywającymi wieloletnie wyroki " fanatykami-sekciarzami", Nikołaj Strachow pisał o "żołnierskim wyglądzie" i o "pospolitych rysach twarzy", inni zapamiętali jego "piskliwy głos") i nie był bogaty. Może dla jego przeszłości, może dla jego sławy (chociaż fala największej popularności była dopiero przed nim), może za krótko go znała, może była zbyt dobrze wychowana, może nie była asertywna i nie posiadła jeszcze sztuki (inaczej niż wszystkie jej poprzedniczki) mówienia prosto w oczy: "Nie", może ją zahipnotyzował, może przestraszyła się, że nikt w przyszłości nie złoży już takiej propozycji. A może po prostu była zakochana, po prostu to był jej książę z jej bajki, po prostu los tak chciał. Po prostu kobiecie był potrzebny mężczyzna, ofierze - sadysta, potulnej - tyran, gejszy - gwałciciel, hurysie - czarczaf, księgowej - utracjusz, mieszczce - artysta, cnocie - perwersja, porządkowi - chaos.

Czas między oświadczynami a ślubem wspominała Anna Snitkina z rozrzewnieniem - codzienne spotkania, wspólne wieczorne posiłki (w jej mieszkaniu) i wieczorny rytuał: "Po kolacji siadaliśmy wygodnie w naszych starych fotelach, a na stojącym między nami stoliku pojawiały się najrozmaitsze łakocie. Fiodor Michajłowicz co wieczór przynosił cukierki od Ballets (jego ulubiona cukiernia). Znając jego ciężką sytuację materialną prosiłam Fiodora Michajłowicza, aby nie kupował słodyczy, on jednak uważał, że prezenty od narzeczonego dla narzeczonej to starodawny, dobry zwyczaj i nie należy go zmieniać. Ze swojej strony przygotowywałam dla Fiodora Michajłowicza jego ulubione gruszki, rodzynki, daktyle, brzoskwinie i powidła, wszystko w niewielkiej ilości, zawsze jednak świeże i smaczne" (W., 66). W tym wiktoriańskim raju w trosce o "dziewiczą skromność" (W., 82) nie poruszano "tematów wstydliwych czy nieprzyzwoitych" (W., 82), ale chętnie rozmawiano o "ciężkiej sytuacji materialnej" narzeczonego i Anna uwierzyła w mit artysty cierpiącego nędzę. Tymczasem kreujący syndrom Hioba Dostojewski - w opinii między innymi Janowskiego (męża Aleksandry Schubert) - wyolbrzymiał swoje ubóstwo: nigdy przecież (pomijając katorgę) nie głodował, nigdy nie cierpiał na brak herbaty i zawsze miał buty.

Fiodor i Anna konsumowali tak swoje narzeczeństwo trzy miesiące. 13 lutego 1867 roku autor Gracza poinformował swych najbliższych przyjaciół: "Po wciąż podejmowanych staraniach, mimo wielu przeciwności (nawet choroba) los chciał, że mój ślub odbędzie się w środę, 15 lutego w Troickim Soborze Izmajłowskim o godzinie ósmej po południu. I jak się wydaje na pewno. Przypominam Państwu o Państwa miłej obietnicy odwiedzenia mnie w tym czasie... Odczuwam szczególne zadowolenie na myśl, iż zechcą Państwo być świadkami pierwszych chwil mojego nowego życia..."

Panna młoda pojawiła się w soborze w białej sukni z długim trenem ("Zarówno fryzura, jak i suknia były bardzo twarzowe, z czego byłam niezwykle zadowolona" W., 107), o stroju pana młodego nic mi nie wiadomo, goście weselni rozjechali się już około północy, a nowożeńcy przez kilka godzin przypominali sobie "wszystkie szczegóły tego przepięknego dnia" (W., 109). Noc poślubną spędzili w towarzystwie Pruderii, przed Namiętnością zamknęli drzwi. "W istocie bezgranicznie kochałam Fiodora Michajłowicza - zdradziła (i była to jedyna zdrada w jej życiu) tajemnice alkowy Anna - nie była to jednak miłość fizyczna, namiętność, która mogłaby pojawić się u kobiety równej mu wiekiem. Moja miłość była czysto duchowa, idealna. Było to raczej uwielbienie dla człowieka, tak bardzo utalentowanego i posiadającego tak wielkie wartości moralne" (W., 124).

Dostojewska - obłudna (cenzurująca innych i siebie), wścibska (otwierająca cudzą korespondencję), nietolerancyjna (potępiająca każdą inność), z zakodowanym "lękiem przed erosem" - była idealnym wytworem dziewiętnastowiecznej obyczajowości, gdzie "jednostka jest już od najwcześniejszej młodości przyuczana do [...] ustawicznej powściągliwości i dalekowzroczności, jakich wymagają od niej funkcje spełniane przez dorosłych; jest ona od dzieciństwa tak przyuczana do [...] ustawicznego panowania nad sobą, do regulacji swego zachowania i swoich popędów, że staje się to dla niej nawykiem, że wytwarza się w niej jakby swego rodzaju stacja przekaźnikowa norm społecznych, automatyczna samokontrola popędów, przestrzegająca schematów i wzorców narzucanych przez społeczeństwo, swego rodzaju «rozum», bardziej zróżnicowane i stabilne «superego», i że część stłumionych impulsów popędowych i skłonności w ogóle już nie dociera bezpośrednio do jej świadomości" *[N. Elias, Przemiany obyczajów w cywilizacji Zachodu, tłum. T. Zabłudowski, Warszawa 1980, s. 382-383.]. Fiodor Michajłowicz (jako Dostojewski-starszy, "posiadający tak wielkie wartości moralne") łatwo dostosował się do systemu wartości wyznawanych przez żonę i z powodzeniem zagrał rolę strażnika moralności. Decydował o tym, jak okazywać uczucia (29 kwietnia/l1 maja 1867: "Muszę zaznaczyć, że kładę się dość wcześnie, Fiedia natomiast siedzi do drugiej, a nawet później. Idąc spać, budzi mnie, aby się pożegnać. Wówczas zaczynają się długie rozmowy, pieszczotliwe słowa, śmiech, pocałunki, i te pół godziny, ta godzina, to najbardziej serdeczny i szczęśliwy czas naszego dnia. Opowiadam mu sny, on dzieli się swoimi wrażeniami z całego dnia i jesteśmy bardzo szczęśliwi" *[A. Dostojewska, Mój..., s. 52-53. Dalej w tekście zasadniczym: M.]; 30 kwietnia/12 maja 1867: "Wieczorem Fiedia był niezwykle miły: mówił, że jestem ładna, że dziś cały czas mnie podziwiał. Wszystkie takie słowa są mi bardzo drogie i zapisuję je z największym zadowoleniem" - M. 54; 2/14 czerwca 1867: "Dzisiaj, po raz pierwszy za granicą, a - jak mi się zdaje - drugi raz w życiu, szłam z Fiedią pod rękę. Fiedia zaproponował, a ja oczywiście zgodziłam się z radością" - M. 147; 5/17 sierpnia 1867: "Byłam bardzo szczęśliwa, ponieważ mówił, że mnie bardzo kocha" - M. 363), czego nie czytać ("frywolnych powieści", ale też "[...] wyjaśniał, na czym polega wartość przeczytanych przeze mnie utworów" - W., 83, 176), czego nie oglądać (operetki), ale też, jakie nosić halki, suknie i kapelusze (oczywiście: "proste i gustowne" - W., 156). Jak zauważył Igor Wołgin, Lew Tołstoj - apologeta życia rodzinnego w swojej twórczości - miał mentalność kawalera ("umierając, nie należy do rodziny, lecz do świata"), a Dostojewski - opisujący rozpad więzi rodzinnych - czuł się najlepiej wśród najbliższych, z żoną i z dziećmi.

Znacznie gorzej znosił małżeństwo Dostojewski-młodszy. Z trudem podporządkowywał się nowym, nieznanym z poprzedniego związku (z Marią Isajewą) rygorom - monogamii i erotycznej poprawności. Największe romanse miał już wprawdzie za sobą (obawy Anny - wywołane paroma listami od Susłowej - były więc bezpodstawne: "Przeczytawszy list zdenerwowałam się tak bardzo, że po prostu nie wiedziałam, co robić. Zrobiło mi się zimno, drżałam i nawet płakałam. Bałam się, że odnowi się stare przywiązanie i że jego miłość do mnie wygaśnie. Boże, nie karz mnie takim nieszczęściem! Byłam w okropnej rozpaczy! Jak tylko o tym pomyślę, serce moje zalewa się krwią! Boże, wszystko, tylko nie to. To zbyt straszne utracić jego miłość!" - M. 44-45), ale nie mógł się uwolnić od obsesyjnie powracającego obrazu dojrzewającej dziewczyny - już nie dziecka i jeszcze nie kobiety. Przed ślubem spotykał się z nią i jej koleżankami w baniach (łaźniach), teraz prawo do lubieżnych iluminacji mieli jedynie bohaterowie jego powieści: "Miał przed sobą twarz młodziutką, twarz dziewczyny szesnasto- lub może dopiero piętnastoletniej - drobną, okoloną włosami blond, ładniutką, lecz rozpaloną i jak gdyby obrzmiałą" (Zbrodnia i kara, tłum. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski); "A czy pan wie: ma twarzyczkę niby Madonna Rafaela. Wszak Sykstyńska Madonna ma twarz fantastyczną, twarz pomylonej cierpiętnicy, to się panu nie rzucało w oczy? [...]. Posadziłem ją sobie na kolanach, ale widocznie jakoś bardzo obcesowo: zarumieniła się, polały się łezki, nie chce się zdradzić, ale cała jak w ogniu. Wszyscy na chwilę odeszli, zostajemy z nią sam na sam... wtem rzuca mi się na szyję (pierwszy raz sama), obejmuje obydwiema rączkami, całuje i przysięga, że mi będzie posłuszna [...]" (Zbrodnia i kara); "Ostrożnie uchylił kołdry [kołdrę? - T K.]. Dziewczynka spała snem smacznym i błogim. Zagrzała się pod kołdrą i na jej bladych policzkach ukazały się kolorki. Dziwna jednak rzecz: kolorki te zdawały się jaskrawsze i ciemniejsze niż zwykły dziewczęcy rumieniec. [...]. Wydało mu się raptem, że długie czarne rzęsy drgnęły i migają, podnoszą się, a spod nich wygląda chytre, ostre, nie po dziecięcemu mrugające oczko; rzekłbyś, że dziewczynka nie śpi, tylko udaje. Otóż to: usteczka rozchylają się w uśmiechu, kąciki ust drżą, z trudem powściągane. Ale oto zupełnie już przestała się powstrzymywać, jest to już śmiech, jawny śmiech. Coś bezczelnego, wyzywającego lśni w tej wcale niedziecięcej twarzy: to wyuzdanie, to twarz damy kameliowej, rozpasana twarz sprzedajnej Francuzicy" (Zbrodnia i kara).

A imię tej Francuzicy Lolita, ale o tym wszystkim Fiodor Michajłowicz nie wiedział, bo nie czytał Nabokova (uważał zresztą, że życie należy poznawać z pierwszej ręki, a w procesie komunikacji literackiej - jak w pewnej anegdocie - to czytelnik jest od czytania, a pisarz od pisania). Nie znał również prac Freuda *[Ten był oczywiście zafascynowany życiem i twórczością pisarza rosyjskiego. Poświęcił mu m.in. artykuł Dostojewski i ojcobójstwo.], ale - jak widzieliśmy - stany napięcia seksualnego i towarzyszącej im frustracji próbował złagodzić, stosując terapię zwaną w teorii ojca psychoanalizy sublimacją (pochodną przemieszczenia). To była bolesna kuracja, której ofiarą padała najczęściej bezgrzesznie nudna i poczciwa żona-filatelistka (przez ponad pół wieku zbierała znaczki pocztowe): "Fiedia wstał lewą nogą i skrzyczał mnie" (29 kwietnia/11 maja 1867; M. 49), "Kiedy przyszłam, przyniesiono już bieliznę, a Fiedia spakował swoją walizkę. Skrzyczał mnie za tak długą nieobecność. [...]. Jak często zmuszona jestem ukrywać moje czyny i nawet kłamać, byle tylko Fiedia się nie złościł i niepotrzebnie nie rozdrażniał" (21 czerwca/3 lipca 1867; M. 200), "Wstałam dość wcześnie. Znów zwymiotowałam żółcią, ale tym razem długo. [...] Fiedia powiedział, że wczoraj nie byłam delikatna. [...]. Chodzę w porwanej sukience, chodzę w czarnym kolorze, jestem źle ubrana, ale mu przecież nie mówię, że bardzo bym chciała ubierać się porządnie. A może się w końcu domyśli [...]. Przecież o siebie potrafi się troszczyć. Kupił sobie coś w Berlinie, w Dreźnie zamówił garnitur. A o mnie już nie pamiętał" (6/18 sierpnia 1867, M. 363-364; nie muszę dodawać, że Dostojewski-starszy traktował żonę w ciąży nienagannie - "Z uczuciem największej wdzięczności wspominam, jak delikatnie i ostrożnie obchodził się ze mną Fiodor Michajłowicz, gdy byłam w ciąży, jak otaczał mnie opieką i troszczył się o mnie, jak na każdym kroku dbał o to, abym nie zrobiła jakiegoś zbyt szybkiego ruchu, do czego ja w niedoświadczeniu nie przywiązywałam znaczenia. Najbardziej kochająca matka nie troszczyłaby się o mnie tak, jak troszczył się mój mąż" - i kupił jej trzy prezenty: "wspaniały [...] wachlarz z kości słoniowej, wykonany z wielkim artyzmem", "prześliczną lornetkę w oprawce z niebieskiej emalii" i "bursztynowy komplet" W., 180-181, 333), "- Jesteś na mnie zły, Fiedia? - nieśmiało zapytałam. - O co?

Na pytanie to Fiodor Michajłowicz zareagował wybuchem gniewu i stekiem obraźliwych słów. Jego zdaniem byłam bezduszną kokietką i przez cały wieczór uwodziłam mego sąsiada, aby przysporzyć mężowi cierpień. Zaczęłam się usprawiedliwiać, lecz tylko dolałam oliwy do ognia. Fiodor Michajłowicz przestał panować nad sobą i zapominając, że jesteśmy w hotelu, zaczął krzyczeć na cały głos" (W., 135-136; po tym sadystycznym prologu nastąpił masochistyczny epilog - płacz Anny - z bardzo dostojewską pointą: "Mąż natychmiast się opamiętał, zaczął mnie uspokajać, pocieszać i przepraszać. Całował mnie po rękach, płakał, przeklinał sam siebie za scenę, którą mi urządził. [...]. Fiodor Michajłowicz kajał się, błagał, abym zapomniała krzywdę, jaką mi wyrządził i przysięgał mi, że więcej nigdy nie będzie zazdrosny. Na jego twarzy malowało się najgłębsze cierpienie. Było mi szczerze żal mego biednego męża" - W., 136 *[Na przypomnienie zasługuje jeszcze inna scena zazdrości - o zawartość medalionu noszonego przez żonę.]).

Ani ucieczka w twórczość, ani w niezbyt starannie wyreżyserowany małżeński suspense nie przyniosły zapomnienia o kobietach, które go fascynowały i które - żeniąc się ze Snitkiną - bezpowrotnie utracił. Pozostała już tylko ruletka - ostatnia kochanka Dostojewskiego-młodszego, jak wszystkie pozostałe tajemnicza (prowokująca wręcz do rozważań o idei transcendentnego absolutu), niewierna, zaborcza, okrutna i podniecająca. Tego wszystkiego już się domyślał, po kilku dniach spędzonych w kasynach w towarzystwie Susłowej, teraz - niespełniony erotycznie u boku żony - miał się o tym przekonać ostatecznie *[W jednej z prac (F. Dostojewskij - intimnaja żyzn' gienija, awtor-sostawitiel T. Jenko, Moskwa 1997) wyrażono opinię, że życie intymne Dostojewskich było wyjątkowo udane, ponieważ: 1. niedoświadczona, nieuświadomiona i naiwna Snitkina realizowała wszystkie fantazje erotyczne męża, sądząc, że właśnie tak "to" się robi (że to jest norma), 2. jeśli nawet coś wywoływało jej instynktowną reakcję obronną, to wiedziała, że mężowi się nie odmawia, 3. w mroku nocy chętnie akceptowała niektóre pomysły swego pierwszego i jedynego mężczyzny w życiu. Zaspokojony więc seksualnie przez żonę - pisze Jenko - nie musiał Fiodor Michajłowicz szukać zastępczych podniet (ruletka). Nie sądzę, by spolegliwa bierność Anny była wystarczającym wyzwaniem dla sadomasochistycznej wyobraźni Fiodora (to opór wzmagał jego podniecenie), którą tak intensywnie rozwijał w związku z Susłowa.].

14 kwietnia 1867 roku Dostojewscy wyjechali za granicę - na trzy miesiące, wrócili po czterech latach (w lipcu 1871 roku). Na obczyźnie (Niemcy, Szwajcaria, Włochy), z dala od natarczywych wierzycieli, Fiodor Michajłowicz-starszy tropił oznaki upadku cywilizacji zachodniej (katolicko-protestanckiego kręgu kulturowego), starannie pielęgnował wszystkie swoje fobie, pisał Idiotę i Biesy, płodził dzieci (Sofię, Lubow, Fiodora); a Fiodor Michajłowicz-młodszy w poszukiwaniu nowych doznań zdradzał Annę. Wiedziała o tym, akceptowała to (kochała go przecież równie mocno, jak Starszego) i na ile to było możliwe, wspierała finansowo jego obsesyjne namiętności: "Mieliśmy 12 złotych talarów. Fiedia wziął pięć i poszedł na ruletkę. [...]. Zaczęłam strasznie płakać. Mój lęk był usprawiedliwiony. Fiedia wrócił do domu w okropnej rozpaczy. Powiedział, że przegrał wszystko, i zaczął mnie prosić, abym mu dała jeszcze dwa złote talary. [...]. Ukląkł przede mną i błagał, abym mu dała jeszcze te dwa złote talary. Widząc go w takiej rozpaczy, naturalnie musiałam się zgodzić. [...]. Minęło dość dużo czasu. [...]. Wtedy wrócił Fiedia i powiedział, że oddał w zastaw obrączkę i że przegrał wszystko, co miał. Poprosił mnie, abym mu dała trzy złote talary na wykupienie obrączki. [...]. Nie można przecież stracić obrączki!" (27 czerwca/9 lipca 1867; M. 221-222), "Dziś rano zostało nam 20 złotych talarów. [...]. Fiedia wyszedł, ja zostałam w domu. Wrócił bardzo szybko i powiedział, że przegrał 5 talarów. Poprosił o następne 5. Zostało nam 10. Poszedł i przegrał te 5 talarów. Wziął znów 5, wrócił i powiedział, że i te przegrał również. Poprosił o jednego złotego talara. Zostały nam 4 talary. Fiedia wrócił po kwadransie. [...]. Po obiedzie poszłam na pocztę. Fiedia wziął 3 talary. Pozostał nam tylko jeden talar. Długo chodziłam po alei, oczekując na jego powrót, ale ciągle go nie było. W końcu przyszedł i powiedział, że przegrał. Poprosił, abym mu dała jakieś rzeczy na zastaw. Wyjęłam broszkę i kolczyki i długo, długo je oglądałam" (6/18 lipca 1867; M. 255-256).

Dla Dostojewskiego, jak sądzę, najważniejsze, najbardziej ekscytujące stały się z czasem powroty do żony. Już przecież był pewien, że stenografka cierpliwie czeka; już wiedział, że łagodna wszystko wybaczy, ale za każdym razem na nowo uciekał się do tych samych teatralno-operetkowych gestów i słów ("Aniu, kochana, jestem skończone bydlę! [...]. Wszystko! Wszystko przegrałem!", 6 października 1867 roku, Saxon les Bains), którym nadano wymiar doświadczeń egzystencjalnych wyrastających z tradycji wschodniego chrześcijaństwa (katharsis poprzez cierpienie, samoudręczenie, pogrążenie w "otchłani życiowego piekła" i ekspiację). "Odczuwałam głęboki ból - pisała Anna - widząc, jak cierpiał sam Fiodor Michajłowicz. Wracał z ruletki [...] blady, wyczerpany, ledwo trzymając się na nogach, prosił mnie o pieniądze (wszystkie pieniądze zawsze oddawał mnie), wychodził i po upływie pół godziny wracał znów po pieniądze jeszcze bardziej roztrzęsiony i tak było aż do momentu, dopóki nie przegrał wszystkiego, co posiadaliśmy. Gdy nie miał z czym iść na ruletkę, a znikąd nie można było zdobyć pieniędzy, bywał tak udręczony, że zaczynał szlochać, klękał przede mną, błagał mnie o wybaczenie mu tego, że tak męczy mnie swoim postępowaniem, popadał w skrajną rozpacz" (W., 173).

I tak dzień po dniu. Tydzień albo dwa. Potem następowała zwykle dłuższa przerwa (bo wyrzuty sumienia, bo przeprowadzka, bo nie dotarły pieniądze z Rosji) i ruletkowo-zmysłowo-ekstatyczny trans (opracowanie taktyki gry - wyjście do kasyna - gra - niepowodzenie - powrót do żony - wyjście do kasyna - gra - niepowodzenie - powrót do żony...) zaczynał się ab initio: Homburg, Baden-Baden, Wiesbaden, Saxon les Bains, talary grajcary, franki, ruble, kopiejki, imperiały, guldeny, biżuteria, zegarek, suknie (z listu do Apołłona Majkowa: "Anna Grigoriewna zastawiła wszystkie swoje suknie. Cóż to za anioł!" 16/28 sierpnia 1867, Baden-Baden; L., 205), lombard (tu bywał częściej niż w muzeach). Dnie, tygodnie, lata. Wieczność.

28 kwietnia 1871 roku Fiodor Michajłowicz-młodszy napisał w Wiesbaden list, który na pozór niczym się nie różnił od wcześniejszych: "Aniu, ratuj mnie ostatni raz, przyślij mi 30 (trzydzieści) talarów. Zrobię tak, że wystarczy, będę oszczędzać. [...]. Aniu, padam do nóg Twoich i całuję je, i wiem, że masz pełne prawo pogardzać mną [...]". Ale tym razem obietnica została dotrzymana - wtedy właśnie przestał grać i gdzieś zniknął. Tak dobiegł kresu czas metafizycznej poliandrii *[poliandria - wielomęstwo, małżeństwo między jedną kobietą i więcej niż jednym mężczyzną] w życiu Dostojewskiej. Do kraju powróciła już z jednym mężem. Kochającym, wiernym, opiekuńczym, statecznym, nudnym, pięćdziesięcioletnim starszym panem.

Od przyjaciółek usłyszała, że "okropnie zestarzała się", że "nie przywiązuję wagi do swego wyglądu", że "nie ubiera się i nie czesze zgodnie ze wskazaniami mody", ale nie wywarło to na niej większego wrażenia. Miała przecież pewność (jaka jest udziałem niewielu żon), iż jest kochana "za dobre cechy [...] umysłu i charakteru", a "staromodny wygląd" (W., 217) jest jeszcze jedną jej zaletą - zabija wirusa zazdrości. Poza tym była zbyt pochłonięta naprawą sytuacji finansowej rodu Dostojewskich.

Na początku lat siedemdziesiątych Fiodor Michajłowicz był zadłużony na 25 000 rubli, ale na szczęście miał żonę, która zrozumiała (prawdę dziś banalną), że popularność artysty można przełożyć na sukcesy komercyjne. On nocami tworzył (a popołudniami jej dyktował) Biesy, Młodzika, Braci Karamazow, artykuły do "Dziennika Pisarza" - ona została jego agentem literackim. "Gdy dowiedziała się od znajomych - pisała o swoim spotkaniu w 1885 roku z Sofią Tołstojową - że z powodzeniem wydaję dzieła mojego męża, postanowiła spróbować sama wydawać utwory Lwa Nikołajewicza i przyszła dowiedzieć się ode mnie, na jakie kłopoty i trudności napotykam prowadząc działalność wydawniczą. Hrabina wywarła na mnie miłe wrażenie i z prawdziwą przyjemnością wprowadziłam ją we wszystkie «tajniki» mojego wydawnictwa, pokazałam, jak należy prowadzić księgi buchalteryjne, dałam wzory prospektów, które rozsyłałam, przestrzegałam ją przed niektórymi błędami, jakie popełniłam itd." (W., 441). Ta nowa polityka ekonomiczna Anny pozwoliła na spłacenie długów na rok przed śmiercią męża. Wolny od uciążliwych kontaktów z codziennością Dostojewski zachwycał rodzinę kreacjami w rolach czułego ojca ("Szczególnie pieczołowicie przygotowywał choinkę na święta" - W., 265) i ognistego kochanka o mentalności drobnego urzędnika z Biednych ludzi czy Sobowtóra. Wprawdzie w maju 1874 roku zwierzał się żonie, że kuracja w Ems zabiła w nim pożądanie, ale wszystkie późniejsze listy koiły (niepokoiły?) adresatkę - libido działało już bez zarzutu: "Całuję Cię gorąco, w rączki i w nóżki i całą. Kocham Cię i bardzo chciałbym Cię już zobaczyć" (12 lutego 1875; L., 410), "Nie mylisz się. Mam obrzydliwe sny" (2-3 czerwca 1880; L., 589), "O miłości pisać nie chcę, bo miłość nie na słowach polega. Kiedy dojdzie do czynów? Już dawno czas" (5 czerwca 1880; L., 595).

Snitkina - która najczęściej nie reagowała na starczo-lubieżną pisaninę męża (nazywała go teraz "tatuśkiem" - papoczka), która unikała zazwyczaj w korespondencji intymnych zwierzeń (i słusznie: aż do roku 1880 utrzymywany był nadzór policji nad Fiodorem Dostojewskim, m.in. kontrolowano nadchodzącą do niego pocztę), która pisała zwykle o dzieciach, o sprawach wydawniczych i o drobiazgach życia codziennego - w liście z 27 lipca 1879 roku popełniła starannie zaplanowaną nieostrożność - uległa emocjom. Słowa "widzę same nieskromne [sobłaznitielnyje] sny, a w nich pewnego bardzo, bardzo kochanego i drogiego człowieka [...]" wywołały u adresata stan euforii, która została natychmiast (1/13 sierpnia 1879) przelana na papier: "Teraz o bardzo intymnych sprawach. Pisze moja królowa i mędrczyni, że widzi same nieskromne sny. * To wprawiło mnie w zachwyt i uniesienie, ponieważ ja sam nie tylko nocami, lecz również w ciągu dnia o mojej królowej i pani myślę tutaj bez przerwy, aż do szaleństwa. Nie myśl, że tylko o tych sprawach, a nie, nie! Ale szczerze przyznaję się, że myśl o tym wywołuje we mnie gorączkę. Na ogół piszesz listy dość suche i nagle wyskoczyła ta sprawa, * której by natychmiast nie chwyciła, pozostając wspaniałą mędrczynią i aniołem, a wobec tego wszystko działo się jedynie ku radości i zachwytowi jej mężusia, ponieważ mężuś bardzo lubi, kiedy ona jest całkowicie szczera. To właśnie w niej ceni i jest tym oczarowany.

I nagle ta fraza: same nieskromne sny * Pani pozwoli * w tym momencie całuję Cię szalenie. Ale, aby wypowiedzieć się o śnie * to, że serduszko mojej ubóstwianej żoneczki * Anka, te sprawy powinny Ci powiedzieć, co się ze mną dzieje. Wydaje mi się, że majaczę. Boję się ataku. Całuję Twoje rączki, ramiona, nóżki, po prostu od stop do głów" (L., 541). Anna Grigoriewna list zachowała (miała przecież poczucie misji), ale starannie ocenzurowany (miała przecież poczucie wstydu), czy może raczej oatramentowany (te fragmenty zaznaczyłem gwiazdką). Marksa nie czytała, ale rozumiała, że hasło "Mieszczki wszystkich krajów, łączcie się" będzie wiecznie żywe.

Jednak najczęściej listy Fiodora Michajłowicza z końca lat siedemdziesiątych są już pozbawione dramatyzmu tych pisanych z kasyn czy komizmu tych odwołujących się do seksu. Chuć, jak wiemy od Przybyszewskiego, jest zawsze na początku. Na końcu, jak wiemy od Dostojewskiego, są zawsze skarpety i grzebień: "W Gostinym kupiłem też 3 pary skarpetek po rublu i 3 pary po 65 kop. [...]. Kupiłem grzebień 80 kop. (mój zostawiłem w domu)" *[Gostinyj Dwór - znany petersburski sklep (dom towarowy) na Newskim Prospekcie.].

A tak poza tym, to to stare, dobre małżeństwo dopadła mała stabilizacja. Pisarz budził się około pierwszej po południu (przypominam: nocami pracował), o czwartej spacerował, o piątej jadł obiad i niekiedy kłócił się z żoną. Jak wynika ze słów służącego Piotra Kuzniecowa Anna Dostojewska była niezwykle skąpa i nie pozwalała mężowi na częstszą realizację jego marzeń kulinarnych (jarząbki i temu podobne dzikie ptactwo). On w takich razach, w przypływie gniewu, miał zwyczaj tupać nogami i wykrzykiwać: "Wciąż tobie mało, wciąż robisz z siebie nędzarkę".

Pod koniec życia autorowi Zbrodni i kary dane było przeżyć chwile nieoczekiwanego triumfu. W czerwcu osiemdziesiątego roku odbyły się w Moskwie uroczystości związane z odsłonięciem pomnika Puszkina. Jednym z mówców był Dostojewski, który zahipnotyzował słuchaczy i przez kilka dni sprawował rządy dusz ludzkich. Był też najważniejszym gościem (a nie znienawidzony przez niego Turgieniew) na obiedzie wydanym przy tej okazji przez Moskiewską Dumę Miejską. (Nawiasem mówiąc, agent tajnej policji donosił w swoim raporcie, że kiedy Saburow wzniósł pierwszy toast - oczywiście za zdrowie panującego - to zebrani zareagowali "serdecznie, ale bez entuzjazmu").

Moskiewskie wystąpienie było łabędzim śpiewem męża Anny Snitkinej. W drugiej połowie roku miał się coraz gorzej, najbliżsi z niepokojem obserwowali błyskawicznie postępujący proces starzenia się. 26 stycznia 1881 roku doszło do spotkania z siostrą. Podczas obiadu Fiodor i Wiera wszczęli na nowo kłótnię o spadek po ciotce. Zdenerwowany gospodarz wyszedł do gabinetu - tam miał krwotok. Pod wieczór przyjechał lekarz. W trakcie badania doszło do ponownego ataku i tym razem Dostojewski stracił przytomność. Na szczęście wkrótce nastąpiła poprawa. Noc i kolejny dzień minęły spokojnie, ale 28 stycznia o godzinie jedenastej po raz kolejny pojawiła się krew. Chory poczuł się bardzo źle. Na jego prośbę przyprowadzono dzieci, a żona odczytała przypowieść ewangeliczną o synu marnotrawnym. Po kolejnym ataku (o siódmej wieczorem) pisarz nie odzyskał już przytomności. Zmarł o ósmej trzydzieści osiem w obecności rodziny i przyjaciół.

We wspomnieniach Dostojewskiej czytamy, że z biurka spadła obsadka pióra i potoczyła się pod meble. Pisarz się schylił, by ją wydostać i wtedy z ust popłynęła krew. Anna uznała, że kłótnia z siostrą niszczy wizerunek zmarłego (na swój sposób trywializuje), a wyciąganie pióra spod mebli, co było związane z ich przesuwaniem (w kolejnych wersjach autorka pisała najpierw o ciężkim krześle, a następnie o jeszcze cięższej etażerce) - nadaje zdarzeniu wymiar symboliczny (pisarz - pióro).

Pogrzeb odbył się 1 lutego. "Idąc za trumną Fiodora Michajłowicza - pisała Snitkina - przysięgłam sobie żyć dla naszych dzieci, przyrzekłam, że resztę mojego życia i wszystkie moje siły poświęcę na rozsławianie pamięci mojego niezapomnianego męża oraz rozpowszechnianie jego szlachetnych idei" (W., 438). Trzydziestopięcioletnia wdowa słowa dotrzymała.

Natychmiast po zapłaceniu dwustu rubli za pochówek (w tym: trumna - 50, gałązki świerkowe po 2) rozpoczęła tworzenie mitologii zmarłego. Nie wiedziała nic o funkcjonowaniu reklamy i mediów, nie uczęszczała na kursy marketingu, ale z genialną intuicją posługiwała się mechanizmami promocji i sprzedaży towaru. W rozmowach (tu podczas jedynej, "w uniesieniu", z Lwem Tołstojem), w listach i we wspomnieniach (spisanych w latach 1911-1916) powtarzała swoje mantry: "- Mój ukochany mąż [...] był ideałem człowieka! Wszystkie najwspanialsze moralne i duchowe wartości, które czynią człowieka piękniejszym, posiadał w najwyższym stopniu. Był dobry, wspaniałomyślny, miłosierny, sprawiedliwy, bezinteresowny, delikatny, współczujący jak nikt na świecie!" (W., 444). I ten święty, ten półbóg kochał ją, wielbił i szanował; ją - niczym niewyróżniającą się kobietę z przeciętną urodą i średnim wykształceniem (zawsze dodawała: "gimnazjalnym") i to ją zapewniał: "Jesteś jedyną kobietą, która mnie zrozumiała!" (W., 461). I jedyną - dodajmy nieelegancko od siebie - która nie trafiła do jego powieści. To zresztą nieistotne. Najważniejsze było dobro firmy "Dostojewska i Dzieci", a ta działała bez zarzutu aż do 1917 roku.

Po przejęciu władzy przez bolszewików starsza pani często cierpiała głód i pewnego razu, jak głosi legenda, "ktoś dowiedział się, że to wdowa po Dostojewskim, i ofiarował jej dwa funty świeżego chleba. Zgłodniała Ania zjadła ten chleb od razu i umarła" *[S. Cat-Mackiewicz, op. cit, s. 123-124. Tak naprawdę A. Dostojewska zmarła po długiej, wyniszczającej chorobie w jałtańskim hotelu "Francja". W warunkach wojny domowej trudno było o leki, które powstrzymałyby rozwój malarii.].

Jestem daleki od kanonizowania jej jako żony (jak uczynił to np. Cat-Mackiewicz: "Gdyby nie Ania, nazwisko Dostojewski nie figurowałoby w encyklopediach świata") - w samym Sankt Petersburgu znalazłoby się wówczas, co najmniej sto podobnie wyglądających i podobnie myślących panien urodzonych w 1846 roku - ale wysoko oceniam jej sprawne poruszanie się w przestrzeni kapitalistycznego rynku wydawniczego. Tu była prekursorką.

Gorzej poradziła sobie z wychowaniem córki. Chorowita Lubow wiele czasu spędzała w sanatoriach, kurortach i po śmierci ojca traciła z każdym rokiem kontakt z matką (ta widząc podobno kiedyś trumnę z ciałem młodej dziewczyny, wyraziła żal, że nie jest to pogrzeb jej dziecka). Panna Dostojewska była typową ofiarą syndromu sławnego ojca - nie znalazła własnej drogi w życiu i nie oparła się pokusie zostania pisarką. W latach dziesiątych opublikowała kilka utworów poruszających problematykę obciążenia dziedzicznego (powieści: Emigrantka, 1912 i Adwokatka, 1913; tom opowiadań: Chore dziewczyny, 1911). W roku 1913 Lubow kolejny raz wyjechała na zagraniczną kurację, by już nigdy nie wrócić do kraju. Na emigracji wydała książkę Dostojewski, geschildert von seiner Tochter (Monachium 1920). Nie wyszła za mąż (a szkoda - kilku synów miał Lew Tołstoj). Zmarła na białaczkę. Natomiast Fiodor-junior, absolwent dwóch wydziałów uniwersytetu tartuskiego (wówczas: Derpt) - prawa i przyrody, był przez pewien czas właścicielem dużej stajni koni wyścigowych w Petersburgu. Uważano go powszechnie za jednego z najlepszych specjalistów rosyjskich w dziedzinie hodowli tych zwierząt.

Znacznie bardziej interesujące były koleje losu kobiet, o których względy ubiegał się Dostojewski. Z nimi na pewno przeżyłby kilka czy kilkanaście niebanalnych wiosen i zim. Awdotia Panajewa, która wcześniej tak chłodno potraktowała pryszczatego debiutanta, została pod koniec lat czterdziestych grażdanskoj żenoj (dosł. cywilną żoną, czyli konkubiną) Nikołaja Niekrasowa - wziętego poety, cynika o magnetycznej osobowości, zawsze wygrywającego szulera. Ze związku dwojga chłodnych, awanturniczych serc urodziło się dwóch synów (którzy jednak zmarli tuż po urodzeniu) i dwie powieści (wspólnie napisali: Trzy krańce świata 1848-1849 i Martwe jezioro 1850-1851). To ona (podobno) wciągnęła go w głośną aferę związaną z nielegalnym przejęciem spadku po pierwszej żonie przebywającego na emigracji Nikołaja Ogariowa i mimo że to na niego spadło całe odium środowiska, że to on został poddany ostracyzmowi towarzyskiemu, że to jemu wytoczono proces sądowy - to on zachował się tym razem (podobno) bardzo przyzwoicie. "Wystarczy już to - pisał do niej we wrześniu 1857 roku - że do tej pory chronię Ciebie w okropnej sprawie sprzedaży majątku Ogariowa. Bądź spokojna: ten grzech wziąłem na zawsze na siebie [...]. Twój honor był mi droższy od swego. Z tym piętnem umrę..." Być może tym szlachetnym gestem (w niehonorowej sprawie) pragnął złagodzić ból rozłąki. Już bowiem rok wcześniej, w 1856, postanowił z nią zerwać, ale nie znalazł wtedy w sobie dość odwagi (nawet on!), by wypowiedzieć tych kilka słów z "piosenki o dniu pożegnania". Nie zdobył się jednak na ten krok ani teraz, w 1857, ani też przez kilka następnych lat. Poirytowany swoją niemocą, wściekły na siebie, w listach do przyjaciół prowadził kronikę zapowiadanego wciąż rozstania: "[...] Zdaje się, popełniłem głupotę, wracając do ..." i dalej: "[...] Gdybyś widział, jak zmartwychwstała biedna kobieta - już samo to wystarczy, żeby być zadowolonym, ale jakiekolwiek chroniczne poświęcenie nie leży w moim charakterze. Zresztą wstyd powiedzieć, aby to była ofiara z mojej strony - nie, ona jest mi tyleż potrzebna, ile... zbędna..." (do Wasilija Botkina, 7/19 października 1856), "Bardzo ucieszyłem A. J., która, jak sądzę, domyślała się, że myślałem o odejściu od niej" (do Iwana Turgieniewa, 17 lutego 1857), "[...] Muszę Panu powiedzieć, że krótko, ale wprost napisałem do niej o swoich nowych związkach. [...]. Już czwarty rok wciąż podejmuję decyzję [...], że nie powinniśmy razem mieszkać, gdy ciągnie mnie do innych kobiet [...]. Nie chciałbym jednak i zresztą nie mogę stać się jej zupełnie obcym. Dziwna rzecz! Bez wątpienia najwięcej zła wyrządziła mi ta kobieta, a ja tylko chwilami jestem w stanie złościć się na nią. Nie ma poważnego gniewu, nie ma nawet spokojnej pogardy. Czyżby to była miłość. Niech ją diabli wezmą! Kiedyż ona umrze! Zaczynam się złościć. Ileż było we mnie duszy, namiętności, charakteru i siły moralnej - wszystko tej kobiecie oddałem, wszystko wzięła [,..]" (do Nikołaja Dobrolubowa, 18 lipca 1860). Tymczasem Panajewa świadoma tych wszystkich emocji, jakie budzi w Niekrasowie, prowadziła światowe życie (np. w 1858 roku na letnisku w pobliżu Oranienbaumu podejmowała znanych gości: "Francuzi rzeczywiście byli głodni i jedli z wielkim apetytem. Dumas zjadł nawet pełną miskę kwaśnego mleka, zachwycając się tym daniem. Zachwycał się zresztą wszystkim - i willą, i przyrządzeniem śniadania, i tym, że śniadanie podano w ogrodzie. [...]. Rozczulił się, gdy pod pretekstem dopilnowania obiadu odmówiłam udziału w spacerze. Zapewniał mnie, że po raz pierwszy widzi pisarkę, w której nie ma ani odrobiny sawantki. Bez wątpienia największą przyjemność sprawiała mu świadomość, że czeka go dobry obiad"). Od kochanka zdecydowała się odejść dopiero pod koniec 1863 roku, gdy już trawiąca poetę od dziesięciu lat choroba weneryczna (Awdotia chętnie mu o tym przypominała, np. 30 czerwca 1855: "Pańska choroba pozbawia mnie całej energii"), nie pozwalała na beztroskie przeżywanie rozstania. Rok później Panajewa wyszła za mąż za sekretarza redakcji pisma "Sowriemiennik" Apołłona Gołowaczowa i w roku 1866 urodziła córkę Jewdokię (zm. 1930), która pod nazwiskiem Nagrodska cieszyła się umiarkowaną popularnością jako pisarka poruszająca problematykę emancypacji kobiet (powieść Gniew Dionizosa 1910, tomik Wiersze 1911). Gołowaczow zmarł w 1877 roku, kilka miesięcy przed Niekrasowem (wg kalendarza juliańskiego - 1877, wg gregoriańskiego - 1878).

Do pogrążonej w podwójnym wdowieństwie - po śmierci męża i kochanka - Awdotii Panajewej-Niekrasowej-Gołowaczowej dotarła zapewne wiadomość o ślubie (listopad 1880) czterdziestojednoletniej Apolinarii Susłowej i dwudziestoczteroletniego Wasilija Rozanowa (1856-1919), znanego w przyszłości myśliciela, pisarza, publicysty. Młody człowiek pokochał ją cztery lata wcześniej za jej niezwykłość (pisał w dzienniku: "Znajomość z Apolinarią Prokofiewną Susłową. Miłość do niej. Czytanie. Myśli różne przychodzą do głowy. Susłowa mnie kocha i ja ją bardzo kocham. To najwspanialsza ze spotkanych przeze mnie kobiet") i za jej przeszłość - za tych kilka tygodni czy miesięcy spędzonych wspólnie z wielbionym przez niego Dostojewskim. Rozanow może miał nadzieję, że którejś nocy przeżyje iluminację zbliżenia z twórcą, który ukształtował jego światopogląd. Po sześciu latach rola medium znudziła się Susłowej i odeszła od androgynicznego *[Sam Rozanow przytoczył znamienną rozmowę. Podobno zapytał kiedyś Ninę Rudniewą, swoją siedemnastoletnią kuzynkę, o to, co dostrzega w nim męskiego, mocnego, mężnego i w odpowiedzi usłyszał: "W panu męskie są tylko... spodnie...". Skomentował więc: "[...] oprócz odzieży - czyżby wszystko kobiece! [...] Nigdy nie podobałem się kobietom".] męża gnana "ostatnią miłością" do jego ucznia, Goldowskiego (Rozanow zwykł precyzować: "zakochała się w młodym Żydzie" *[Gdy Goldowski zakochał się w innej (A. Popowej), to Susłowa doniosła na niego do żandarmerii. Wykorzystała jeden z jego listów do niej, gdzie krytycznie wypowiedział się o Aleksandrze III. Nie dość, że niewierny, to i niepoprawny politycznie kochanek został natychmiast aresztowany.]). Porzucony Wasilij "[...] miał później żonę i dzieci, lecz nie mógł dać im swego nazwiska, bo Susłowa przez zamiłowanie do męczenia ludzi nie chciała mu dać rozwodu"; porzucony, żył nienawiścią do niej i po jakimś czasie odnalazł osobę ("siostrę" i "matkę" zarazem), która dzieliła z nim to uczucie. Annę Dostojewską. W listach z lat dziewięćdziesiątych natychmiast znaleźli wspólny język i wspólnego wroga - kobietę, która nie potrafi uszanować "tajemnicy małżeństwa". A mimo to, wciąż nią przecież zafascynowany, przy innej okazji i innej osobie wyznał: "Była wcieleniem Diabła, ale była nieodparcie czarująca". W jego pamięci, w jego wspomnieniach i w jego snach pozostała na zawsze. Apolinaria - "kobieta infernalna".

Po daniu kosza Fiodorowi Michajłowiczowi, mężczyznę swego życia poznała Anna Korwin-Krukowska. "Zakochała się i wyszła za mąż - pisze Stanisław Cat-Mackiewicz - za komunarda Jaclarda, który po komunie francuskiej 1871 r. został skazany na śmierć. Poczciwy papa reakcjonista wytelegrafowany z Petersburga przyjechał w ostatniej chwili i uratował go przez ambasadę rosyjską. Dalsza opowieść jej życia wskazuje, że mąż jej był człowiekiem antypatycznym i brutalnym, zwłaszcza obrzydliwe było jego postępowanie w stosunku do ich jedynego syna". Po upadku Komuny Paryskiej Anna wyjechała z mężem do Szwajcarii, a stamtąd (1874) do Rosji. W Petersburgu znów widywała Dostojewskiego. Zmarła w Paryżu.

Wszystkie te kobiety (Awdotię, Marię I, Aleksandrę, Apolinarię, Marfę, Annę I, Jelenę, Marię II, Sofię, Annę II i te bezimienne) - które tak wiele dla autora Idioty znaczyły, które prosił o rękę i z którymi się żenił - połączyło jedno wspólne wielkie uczucie - współczucia dla człowieka dotkniętego epilepsją. Nie pamiętały, że ta "święta choroba" jest rodzajem stygmatu, którym naznaczone są osoby wybrane i niepospolite. Fiodor Dostojewski - który tego wszystkiego był świadom (przyjrzyjmy się jego uwagom o Mahomecie) - miał prawo być przekonanym o swojej wyjątkowości i czuć się wybrańcem bogów. W listach pisał o tym rzadko, częściej (m.in. do Michaiła Dostojewskiego, cara Aleksandra II, Iwana Turgieniewa, Apolinarii Susłowej) - o cenie, jaką musi płacić za wciąż powtarzające się ataki.

Ta tajemnicza, budząca lęk choroba stała się oczywiście ważnym elementem mitologii pisarza. Dziś trudno sobie wyobrazić poważną pracę naukową o życiu i twórczości autora Biesów bez próby rozważań o epilepsji. Przypadek pacjenta Dostojewskiego trafił też wreszcie do rąk współczesnych lekarzy, którzy swoją diagnozę oparli na relacjach samego zainteresowanego i świadectwach jego najbliższych (zwłaszcza żony i Nikołaja Strachowa). Obliczono więc, że w latach 1853-1880 miał on około 400 ataków (przeciętnie jeden na trzy tygodnie), ale - niestety - nigdy (może poza jakimś jednym czy dwoma wyjątkami) w obecności medyka. Dziś nawet początkujący epileptolog wie, że musiałoby to nieuchronnie oznaczać także degradację intelektualną, znaczne upośledzenie umysłowe i nie byłoby mowy o pisaniu pod koniec życia Braci Karamazow. W tej sytuacji w 1990 roku dwaj psychiatrzy rosyjscy O. Kuzniecow (Sankt Petersburg) i W Lebiediew (Moskwa), "świętą chorobę" Fiodora Michajłowicza potraktowali jako ważny element autokreacji. Wszystko też wskazuje na to, iż syn pisarza Alosza zmarł w wieku niespełna trzech lat nie w wyniku ataku epilepsji (jedynego w swoim życiu), lecz z powodu błyskawicznego zapalenia opon mózgowych (diagnoza współczesnego autorytetu w dziedzinie pediatrii A. Klorina), któremu rzeczywiście mogły towarzyszyć konwulsje (pojawiające się często u dzieci przy okazji różnych chorób). Okazało się również, iż na 230 przedstawicieli rodu Dostojewskich odkryto tylko jeden niewątpliwy przypadek padaczki i drugi budzący już pewne zastrzeżenia, co daje średnią 0,9% (przy normie dla całej populacji 0,5-1% epileptyków). N. Moisiejewa i L. Nikitina (neuropatolog), których poglądy tu referuję, uważają, że autor Idioty cierpiał na zespół różnego rodzaju schorzeń (m.in. rozedmę płuc - sam pisarz wspominał w jednym z listów o "katarze dróg oddechowych" -miażdżycę, krwotoki z jelit, hemoroidy, skazę krwotoczną i intensywne, migrenowe bóle głowy), które mogły wywoływać quasi-epileptyczne ataki i stały się bezpośrednią przyczyną śmierci *[Wcześniej podobną tezę wysunął Iwan Jermakow. Jego zdaniem, pisarz nie cierpiał na epilepsję, lecz histerię.].

Nie sadzę jednak, by diagnozy lekarzy wywarły wpływ na funkcjonowanie mitu, przecież wszyscy od ponad stu lat dobrze wiedzą, że Dostojewski był genialny i cierpiał na epilepsję. I nic tego już nie zmieni.

 

 

La maladie venerienne est detruite...*

*[(fr). Choroba weneryczna jest już opanowana...]

LEW TOŁSTOJ

 

OSOBY

Lew Tołstoj (1828-1910) - prozaik, dramaturg.

Sofia Tołstojowa, z domu Behrs (1844-1919) - żona Lwa Tołstoja (1862-1910).

Siergiej (1863-1947), Tatiana (1864/5-1950), Ilia (1866-1933), Lew (1869-1945), Maria (1871-1906), Piotr (1872-1873), Nikołaj (1874-1875), Warwara (1875-1875), Andriej (1877-1916), Michaił (1879-1944), Aleksiej (1881-1886), Aleksandra (1884-1979), Iwan (1888-1895) Tołstojowie - dzieci Sofii i Lwa Tołstojów.

Nikołaj (1823-1860), Siergiej (1826-1904), Dmitrij (1827-1856), Maria (1830-1912) Tołstojowie - rodzeństwo Lwa Tołstoja. Nikołaj ukończył Uniwersytet Kazański, przez kilkanaście lat był artylerzystą i dosłużył się stopnia sztabskapitana, zmarł na gruźlicę na południu Francji. Siergiej ukończył matematykę na Uniwersytecie Kazańskim, żył w swoim majątku Pirogowo (gubernia tulska), w latach 1855-1856 był w wojsku, od 1850 pozostawał w związku z Cyganką Marią Szyszkiną (ślub w 1867, jedenaścioro dzieci). Dmitrij również ukończył Uniwersytet Kazański, on pierwszy spośród rodzeństwa odnalazł sens życia w religii. Maria wyszła za mąż (1847) za dalekiego kuzyna - Waleriana Tołstoja (1813-1865), miała czworo dzieci; podkochiwał się w niej Iwan Turgieniew; w 1857 opuściła męża, który pozostawał już od dawna w związku z jedną ze swoich pańszczyźnianych chłopek (a w zasadzie to miał cały harem). Podczas kuracji w Aix les Bains (typowe dla Tołstojów kłopoty z płucami) poznała arystokratę szwedzkiego, została jego "cywilną żoną" (konkubiną) i urodziła córkę, w 1889 r. została mniszką w klasztorze Szamardinskim (nieopodal Optinej Pustyni).

Jelizawieta (Pawlenkowa, 1843-1919), Aleksandr (1845-1918), Tatiana (Kuźmińska, 1846-1925), Piotr (1849-1910), Władimir (1853-1874), Stiepan (1855-1910), Wiaczesław (1861-1907) Behrsowie - rodzeństwo Sofii Behrs-Tołstojowej.

Aksinia Bazykina, z domu Sacharowa (1836-1919) - kochanka Lwa Tołstoja, urodziła mu syna Timofieja (1861-1934).

Władimir Czertkow (1854-1936) - wydawca, propagator tołstoizmu.

Aleksandr Goldenweiser (1875-1961) - pianista zaprzyjaźniony z Lwem Tołstojem.

 

Dziewiętnasty wiek miał dla mieszkańców Europy dwie wiadomości. Oczywiście dobrą i oczywiście złą. Ta pierwsza zawierała informację, że żyje się dłużej i jednocześnie generowała tę bad news - każda kolejna generacja otrzymywała spadek po przodkach coraz później. A ponieważ to na mężczyźnie spoczywał obowiązek zapewnienia odpowiedniego statusu materialnego przyszłej rodzinie, to w Anglii, Francji i Rosji gwałtownie wzrastała liczba sfrustrowanych panów przeżywających - jak to określają uczeni zajmujący się historią życia prywatnego - "[...] intensywne przedmałżeńskie zapotrzebowanie seksualne". Życie podsuwało kilka rozwiązań tego palącego problemu - najpopularniejsze nazywało się "domy publiczne" (Francuzi nazywali je "domami schadzek"). Bywali tam nie tylko kawalerowie oczekujący na śmierć bogatych krewnych, ale też młodzieńcy, którzy już dojrzeli do inicjacji seksualnej oraz poszukujący nowych wrażeń dojrzali mężczyźni, którzy - jak na czasy wiktoriańskie przystało - realizowali z dala od żon swoje fantazje erotyczne (jak chociażby Fiodor Dostojewski). Tak to już tamten świat był urządzony, iż "seks, jako brudny i brutalny, mężczyźni uprawiali wyłącznie z kochankami czy też dziwkami. Żony natomiast służyły do seryjnego rodzenia dzieci". Dlatego też panie zatrudnione w domu publicznym (tej "świątyni seksualności użytkowej") miały - i na tym polegała ich misja - "[...] nie tylko zaspokoić partnera, ale zwrócić go w stanie nietkniętym rodzinie i społeczeństwu".

To jedna z takich misjonarek zapisała pierwszy rozdział w biografii erotycznej Lwa Tołstoja. Spotkanie doświadczonej prostytutki i czternastoletniego debiutanta przebiegało, jak sądzę rutynowo, ale miało nieoczekiwane (także dla niej) zakończenie. "Kiedy bracia przyprowadzili mnie pierwszy raz do domu publicznego - wspominał - i dokonałem tego aktu, potem stałem przy łóżku tej kobiety i płakałem". Scena inicjacji pojawi się później w kilku jego utworach autobiograficznych i zawsze będzie naznaczona podobnie traumatycznym doświadczeniem. W napisanych w połowie lat osiemdziesiątych (1884-1886), ale opublikowanych dopiero pośmiertnie (1912), Zapiskach wariata znalazł się komentarz do tamtego wydarzenia sprzed czterdziestu lat: "I znów mnie napadło: szlochałem, szlochałem, a potem zacząłem tłuc głową o ścianę. Tak więc miewałem takie napady w dzieciństwie. Ale od czternastego roku życia, od chwili kiedy obudziła się we mnie żądza płciowa i uległem grzechowi, wszystko to przeszło i byłem chłopcem takim, jak wszyscy chłopcy, tak jak my wszyscy, wychowani na tłustym, zbyt obfitym pożywieniu, rozpieszczeni, bez pracy fizycznej i ze wszystkimi pokusami rozpalającymi zmysłowość, i w otoczeniu takich samych zepsutych dzieci - chłopcy w moim wieku nauczyli mnie grzechu i uległem grzechowi. Potem grzech ów zastąpił grzech inny. Poznałem kobiety i tak, szukając rozkoszy i znajdując ją, żyłem do lat trzydziestu pięciu" (tłum. J. Dmochowska).

Na pozór życie erotyczne młodego Tołstoja nie różniło się niczym od tego prowadzonego (a może lepiej: uprawianego) przez młodego Puszkina i tysięcy ich rówieśników pochodzących z dobrych rodzin szlacheckich w Rosji i w Europie Zachodniej. Było w nim miejsce na zakochania, uczucia bezcielesne i platoniczne oraz na chuć, szał zmysłów i pożądanie fizyczne.

Przez kilkadziesiąt lat Lew Nikołajewicz - jak wszyscy panicze z wyższych sfer - szukał w oczach panienek wzajemności uczuć, pisywał do nich liściki, ubiegał się o ich względy, wyznawał im miłość i niewymownie cierpiał, gdy one unikały z nim spotkań sam na sam, nie odpowiadały na jego bileciki, nie opuszczały emocjonalnej przestrzeni flirtu, ich serca płonęły nie dla niego i wychodziły za mąż za innych. Wśród jego dziecięco-młodzieńczych fascynacji (miłości?) wymienia się Sofię Kołoszyną (1828-1911?) - która w Dzieciństwie pojawia się, jako Sonieczka Wałachina, Zinaidę Mołostwową (1828-1897), Aleksandrę Diakową (1831-1890, po mężu Obolenską) *[24 listopada 1903 roku Tołstoj w liście do Pawła Biriukowa napisał m.in.: "O moich miłościach: pierwsza, najsilniejsza, była dziecięca do Sonieczki Kałaszynej. Potem, chyba, Zinaida Mołostwowa. Miłość ta istniała w mojej wyobraźni. Wątpliwe czy ona coś o tym wiedziała. Potem Kozaczka w stanicy - to jest opisane w Kozakach. Następnie światowe zauroczenie Szczerbatową-Norową. Też chyba nic o tym nie wiedziała. Potem, najważniejsze, najbardziej poważne - to była Arsieniewa Waleria. Byłem prawie narzeczonym (Szczęście rodzinne) i są całe paczki listów do niej". N. Apostołow, Żywoj Tołstoj: Żyzn' Lwa Nikołajewicza Tołstogo w wospominanijach i pieriepiskie, Moskwa 2001 (wyd. I - 1928), s. 122. Alternatywną wersję (raczej hard) swojej biografii seksualnej przedstawił w Tajnym dzienniku 1908 roku: "Wszyscy piszą mój życiorys - zresztą życiorysy wszystkie - o moim stosunku do siódmego przykazania nic tam nie będzie. Nie będzie całej brudnej ohydy onanizmu i gorzej jeszcze, od 13, 14 roku życia aż do 15, 16 (nie pamiętam, kiedy się zaczęła rozpusta w domach publicznych). I tak aż do stosunku z chłopką Aksinią - ona żyje. Potem małżeństwo, w którym znów, choć ani razu nie zdradziłem żony, chuć w stosunku do niej brzydka, występna. Nic z tego nie będzie i nie bywa w życiorysach". L. Tołstoj, Dzienniki, tłum. M. Leśniewska, t. II, Kraków 1973, s. 282-283. Dalej w tekście zasadniczym: Dz. Niekiedy odwołuję się do wydania rosyjskiego: L. Tołstoj, Połnoje sobranije soczinienij, Moskwa 1992 (dalej w tekście zasadniczym: Dn.). Natomiast listy pisarza cytuję na podstawie następujących edycji: L. Tołstoj, Połnoje sobranije soczinienij, Moskwa 1992 (dalej w tekście zasadniczym: P.) ; L. Tołstoj, Listy, tłum. M. Leśniewska, Kraków 1968 (dalej w tekście zasadniczym: L.). Wydanie rosyjskie jest reprintem powszechnie znanego "jubileuszowego" z lat 1928-1958.].

W połowie lat pięćdziesiątych Tołstoj zaczyna coraz częściej myśleć o małżeństwie i stopniowo wypracowuje swój wzorzec żony idealnej. Następnych kilka lat upłynie na jej poszukiwaniu. Pierwszą poważniejszą kandydatką była Waleria Arsieniewa (1836-1909), która mieszkała z dwiema siostrami w posiadłości położonej tylko o siedem wiorst od Jasnej Polany. To ona zostaje na cztery miesiące - od połowy czerwca do końca października 1856 roku - główną bohaterką jego dziennika. Wszyscy są przekonani, że pisarz wkrótce się oświadczy, ale on ma coraz więcej wątpliwości i 14 stycznia 1857 roku pisze do niej list pożegnalny: "[...] Nigdy nie przestanę kochać Pani tak, jak kochałem, a więc miłością-przyjaźnią [...]" [P., 60, 151).

Nieco później duże wrażenie wywarły na Tołstoju niejaka pani Malcewa (1820-1894) i niejaka pani Aleksandra Tołstoj (1817-1904). Obie miały urodę, wiele zalet i ten sam feler, który dyskwalifikował je jako kandydatki na żonę - obie urodziły się przed pisarzem. Panią M. zachwycił się 12 maja 1856 roku, ale już następnego dnia oczarowanie minęło. Rozczarowany (może policzył jej zmarszczki albo siwiejące włosy), napisał w dzienniku, że ma ona chyba trzydzieści pięć lat (nie mylił się) i nazwał ją - bez cienia złośliwości czy uszczypliwości, zupełnie serio, bo poczucie humoru nie było mu dane - "staruszką" (13 maja 1856, Dz., I, 154). Panią Tołstoj Lew Nikołajewicz poznał rok później, podczas swojej pierwszej podróży zagranicznej (drugą odbył w latach 1860-1861). W Genewie odwiedził jakieś kuzynki i wyszedł porażony urodą Aleksandry. Jednak po kilku godzinach ochłonął, serce na powrót zaczęło bić w niemiłosnym rytmie na siedemdziesiąt dwa pas, a niedrżąca już ręka przelała na papier westchnienie: "Gdyby Alexandrine była o 10 lat młodsza" (29 kwietnia / 11 maja 1857; Dn., 47, 127). Pozostało tylko się spakować, wsiąść do pociągu ("byle jakiego", oczywiście) i zapomnieć o pełnej sexapilu czterdziestolatce.

Na początku 1858 roku trzydziestoletni autor Opowiadań sewastopolskich uznał, że nadszedł czas pierwszych życiowych podsumowań i 25 stycznia przeprowadził inwentaryzację stanu swych dotychczasowych uczuć, czyli wymienił kobiety, w których był zakochany. Była to lista krótsza od tej słynnej Aleksandra Siergiejewicza i pozbawiona właściwej tamtej wcześniejszej dwuznaczności (Puszkinowską odczytywano jako spis podbojów don Juana), ale też, jak wszystko na to wskazuje, niekompletna. Tołstoj przywołał nazwiska zaledwie sześciu pań: Jekatieriny Tiutczewej (1835-1882, córki znanego poety), Jekatieriny Swierbiejewej, Praskowii Szczerbatowej (1840-1924, od roku 1859 żony samego Aleksieja Uwarowa), Aleksandry Cziczeriny (1839-1919), Marii Ołsufiewej i Rebinderowej. Z sobie tylko znanych powodów nie wymienił Jelizawiety Mengden (1822-1902, z domu Bibikowej, po pierwszym mężu Obolenskiej) i sióstr Lwowych - Jekatieriny i Aleksandry. O pominięciu tej ostatniej (1835-1915), kto wie, czy nie zadecydowały przeczucia - za rok dostanie od niej kosza.

Ten szósty zmysł całkowicie jednak zawiódł Tołstoja 17 września 1858 roku, gdy był na proszonym obiedzie u pewnego średnio sytuowanego lekarza (ośmioro dzieci, dziesięcioro służby), który miał prawo do posługiwania się tytułem "nadworny". Gdy więc wieczorem, bo robił to zapewne pod koniec dnia, Lew Nikołajewicz siadł do dziennika, to swojej wizycie poświęcił zaledwie kilka słów: "Obiad zjadłem u Behrsa. Milutkie dziewczynki" (Dz., I, 242). A przecież jedną z tych "milutkich" była niemal już czternastoletnia Sofia, z którą za cztery lata się ożeni. Tego wszystkiego on jeszcze nie wie i nie wie też, że nie znajdzie z nią wspólnego języka i że będą nieszczęśliwi w tym trwającym czterdzieści osiem lat związku. Pewnie do końca życia żałował, iż tamtego wieczoru nie napisał: "Obiad zjadłem u Behrsa. Okropne dziewczyny. Już nigdy tam nie pójdę". Ale jedzenie było smaczne, dziewczęta dobrze wychowane i tego wszystkiego nie napisał. I bywał, bo głęboko wówczas wierzył, że małżeństwo oczyści jego ciało i duszę.

Grzeszne i zbrukane za sprawą znacznie wyższego od średniej "przedmałżeńskiego zapotrzebowania seksualnego", które starał się zaspokoić w ramionach kobiet lekkich obyczajów, służących, chłopek pańszczyźnianych. Z przerwami na leczenie chorób wenerycznych i wyrzuty sumienia. Już w jednym z pierwszych zdań właśnie rozpoczętego dziennika (17 marca 1847) Tołstoj wspomina o tym, że od sześciu dni przebywa w klinice i jest leczony na rzeżączkę, którą "złapałem [...] ma się rozumieć, tak, jak zazwyczaj się ją łapie [...]" *[W tym przypadku (i niestety w wielu innych) pruderyjni polscy wydawcy Dzienników uznali, że wybitny pisarz nie ma prawa do rzeżączki i innych chorób wenerycznych. 17 marca 1847 roku przebywa więc w jakiejś klinice i jest zajęty porządkowaniem swojego wcześniej "chaotycznego życia". W takich sytuacjach będę przywoływał tekst rosyjski. Znacznie wcześniej o dobre imię pisarza próbował zadbać jego osobisty biograf. Uwiedziony przez tołstoizm Pawieł Biriukow, nie przypuszczał, że takie zapiski jego guru zostaną kiedykolwiek opublikowane, więc posługiwał się w swojej pracy elegancko brzmiącymi półprawdami: "W marcu 1847 roku Lew Nikołajewicz leżał w kazańskiej klinice z powodu jakiejś niedyspozycji [po kakomuto niez'dorow'ju]". R Biriukow, Biografija L.N. Tołstogo, kn. 1, Moskwa 2000, s. 84. Pawieł Biriukow (1860-1931) przyjaźnił się z Tołstojem i obszerne fragmenty tej biografii były znane pisarzowi. Po raz pierwszy ta monografia w obecnym swoim kształcie ukazała się w 1923 roku. Dość niesprawiedliwie, moim zdaniem, zapiski autora Wojny i pokoju potraktował z innego już powodu Gustaw Herling-Grudziński, który w swoim dzienniku (zabawny paradoks) zauważył: "Trudno o jaskrawsze świadectwo próżności niż ogromny dziennik Tołstoja (trzynaście tomów na dziewięćdziesiąt pełnego wydania pism). Nawet przysięgli «tołstojowscy» przebąkują tu o «narcyzmie», a są wśród nich i tacy, którzy niestrudzone czernienie przez Mistrza zapisnych kniżok i dniewnikow tłumaczą bliskim niekiedy sąsiadowaniem geniuszu pisarskiego z "Organiczną grafomanią»" (G. Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą. 1980-1983, Warszawa 1996, s. 84). Autor Dziennika pisanego nocą nie chciał pamiętać, iż zamieszkali w XIX stuleciu wciąż jeszcze odczuwali głęboką potrzebę mówienia o sobie. Jakiś wewnętrzny imperatyw nakazywał wielu kobietom i mężczyznom spędzać niekiedy po kilka godzin dziennie na pisaniu listów i dzienników. Robił to nie tylko powszechnie znany pisarz Lew Tołstoj, ale też zapewne większość jego zapomnianych dziś sąsiadów-ziemian. Jeśli więc to była choroba (jakaś mutacja narcyzmu), to z całą pewnością - zakaźna.] (Dn., 46, 3). A cztery lata później (10 grudnia 1851) wypłakuje się w liście do Nikołaja, swego najstarszego brata: "Niestety, źle się czuję: - La maladie venerienne est detruite: mais ce sont les suites du Mercure, qui me font souffrir l'impossible. Możesz sobie wyobrazić, że mam całe usta i język w rankach, które nie pozwalają mi ani jeść, ani spać" *["Choroba weneryczna jest już opanowana; ale niesłychanych cierpień przysparzają mi następstwa leczenia rtęcią". W ówczesnej Europie rtęć była najpopularniejszym i najbardziej skutecznym środkiem stosowanym w leczeniu rzeżączki i kiły. Zob. R. Tannahill, Historia seksu, tłum. G. Woźniak, Warszawa 2001. Rodziców (najpierw matkę, a nieco później ojca) Lew stracił jeszcze w dzieciństwie. To dlatego Nikołaj wprowadził młodszego brata w dorosłe życie i przez wiele lat jest jego powiernikiem.] (P., 59, 120-121). Nie wiem, dlaczego o samej chorobie napisał po francusku. Może dlatego, że choroba zwana była francuską; może dlatego, że o życiu erotycznym (i wszystkich jego konsekwencjach) Rosjanie najchętniej rozmawiali po francusku. A może dlatego, że nie za bardzo wierzył w tajemnicę korespondencji (ale wtedy niemal wszyscy piśmienni znali język francuski). Na szczęście choroba wcześniej czy później ustępowała i Lew Nikołajewicz powracał do dawnego trybu życia, w którym miejsce najważniejsze zajmował seks. Dostojewski przez wiele lat był hazardzistą, Briusow - narkomanem, Jesienin - alkoholikiem, Wysocki - alkoholikiem i narkomanem, a Tołstoj - seksoholikiem (ale z zasadami), nieradzącym sobie ze swym libido. Zapiski w dzienniku z lat pięćdziesiątych są bliźniaczo do siebie podobne i są historią (przejmującą/irytującą - wybór należy do nas) człowieka uzależnionego *[Tołstoj usiłował początkowo zrobić karierę w wojsku, ale wojna krymska wywołała w nim niechęć do munduru. 28 listopada 1856 roku przełożeni przychylili się wreszcie ku jego prośbie - tego dnia został na powrót cywilem. Warto zwrócić uwagę na to, iż życie intymne pisarza w obu tych wcieleniach (modelach zachowań, jakby powiedział Jurij Łotman) niczym istotnym się nie różniło.]: "Nie mogłem się powstrzymać, dałem znak czemuś różowemu, które z oddali wydawało się mi bardzo piękne i otworzyłem z tyłu drzwi. Przyszła. Nie mogę na nią patrzeć, odpycha mnie, czuję wstręt, nawet nienawidzę, że z jej powodu łamię zasady" (18 kwietnia 1851, Dn., 46, 59); "Muszę mieć kobietę. Zmysłowość nie daje mi ani chwili spokoju" (7 maja 1853, Dn., 46, 160); "Dziewki przeszkadzają" (26 czerwca 1853, Dn., 46, 164); "Byłem odrażający, po obiedzie zjedzonym z Niekrasowem, włóczyłem się po Newskim i wpadłem do łaźni. To okropne! Ale chyba ostatni raz. To już nie temperament, a nawyk rozpusty" *[Z winy Mikołaja I literatura rosyjska poniosła kolejną stratę. Gdyby Dostojewskiego nie skazano na katorgę i zesłanie, to Fiodor Michajłowicz w kwietniu 1856 roku siedziałby nie w Semipałatyńsku, ale w bani na Newskim Prospekcie. Mogłoby wtedy dojść do historycznego spotkania dwóch najwybitniejszych pisarzy rosyjskich w scenerii łaźniowo-intymnej. A tak, niestety, nigdy się nie spotkali - carat po raz kolejny ujawnił swoje prawdziwe oblicze.] (21 kwietnia 1856, Dn., 47, 68-69); "Obrzydliwe. Dziewki, głupia muzyka, dziewki, sztuczny słowik, dziewki, upał, dym z papierosów, dziewki, wódka, ser, dziewki, dziewki, dziewki" (14 maja 1856, Dn., 47, 71-72); "Wstąpiłem do Wieroczki. Dzięki Bogu nie dała mi" (23 maja 1856, Dz., I, 157); "[...] Wałęsałem się w ogrodzie z mglistą lubieżną nadzieją złapania kogoś w krzakach. Nic mi tak nie przeszkadza pracować, więc postanowiłem za wszelką cenę wyszukać gdzieś i wziąć sobie na te dwa miesiące kochankę" (5 czerwca 1856, Dz., I, 161); "Wałęsałem się po ogrodzie. Bardzo ładna wieśniaczka, o bardzo przyjemnej urodzie. Jestem nieopisanie ohydny przez ten bezsilny pociąg do występku" (8 czerwca 1856, Dz., I, 161-162); "Widziałem przelotnie Aksinię. [...] Bardzo ładna. Ostatnio czekałem na próżno kilka dni. Dziś w starym borze - była [...], jestem dureń. Bydlę. Czerwona opalenizna szyi. [...]. Zakochany jestem jak nigdy w życiu. Nie ma we mnie innej myśli. Męczę się" *[Aksinia Bazykina zajmie na kilka lat ważne miejsce w życiu Tołstoja i - oczywiście - w jego dziennikach, z których zniknie w roku 1860.] (10-13 maja 1858, Dz., I, 240).

Ktoś mógłby powiedzieć, że pisarz cierpiał na nie tak znów rzadką odmianę bulimii - bulimię erotyczną, która przebiega w identyczny sposób, jak ta pierwotna: głód - konsumpcja - wydalanie (wyrzuty sumienia). Natomiast sam Tołstoj - jeśli wierzyć jego dziennikom - rozpatrywał swoje zachowanie w kategoriach etyczno-religijnych ("rozpusta", "lubieżność", "występek"), z całą pewnością uważał je za "grzeszne", a siebie postrzegał jako syna marnotrawnego, który wciąż błądzi. Klimat tych zapisków - z natrętnie powracającym motywem histerycznego miotania się między orgazmem a biczowaniem - sprawia, że zaczynamy je rzeczywiście odbierać jako zwierzenia może jeszcze nie skopca (głoszącego pochwałę kastracji jako najbardziej skutecznego środka w walce ze złem), ale raczej chłysta *[w niektórych odłamach sekty chłystów praktykowano orgie seksualne; przypisywano dużą rolę tańcom ekstatycznym, prorokowaniu i glosolalii.] z jego wyobrażeniami o czystości *[Gdyby Tołstoj swoją odrazę do seksu zaczął manifestować w okresie późnej starości, to byłby tylko jeszcze jednym marnym, banalnym imitatorem Casanovy: "Giacomo pisze do niej [Cecylii]: "Prawdziwa jest ta miłość, której obca jest rozkosz fizyczna». Zwolennikiem takiej miłości, platonicznej i aseksualnej, stał się dopiero wtedy, gdy z wiekiem jego zmysły nieodwołalnie zgasły". R. Gervaso, Casanova, tłum. H. Kralowa, Warszawa 1990, s. 205.]. Lew Nikołajewicz wie też - pisze o tym każdego dnia i te słowa przychodzą mu z zaskakującą łatwością - że nie stoczyłby się, gdyby nie był kuszony. "Wiedział - pisze Paul Johnson - że źle postępuje odwiedzając prostytutki i uwodząc chłopki, i obwiniał siebie o to. Ale skłonny był obwiniać jeszcze bardziej kobiety. Każda z nich była dla niego Ewą-kusicielką. Oczywiście nie trzeba mówić, że choć potrzebował kobiet fizycznie i wykorzystywał je - a być może właśnie dlatego - nie dowierzał im, nie lubił i nawet ich nienawidził. Pod pewnymi względami uważał okazywanie przez nie cech swej płci za odpychające. Pod koniec życia mówił: «Zawsze miałem poczucie wstydu i na przykład widok kobiety z obnażoną piersią był dla mnie wstrętny, nawet w młodości...». Tołstoj z natury był skory do przybierania tonu mentorskiego, a nawet purytańskiego. Jeśli niepokoiła go własna zmysłowość, jej objawy u innych wywoływały jego ostrą dezaprobatę. W Paryżu w roku 1857, gdy sam romansował zawzięcie, zanotował: «W hotelu, gdzie się zatrzymałem, mieszkało trzydzieści sześć par, w tym dziewiętnaście bez ślubu. Napełniło to mnie ogromnym obrzydzeniem. Grzech zmysłowości był złem i kobiety były jego źródłem»".

Nie sądzę, by ten ostentacyjny, nieskrywany mizoginizm świadczył o skrzętnie skrywanym homo- czy biseksualizmie. Można tu co najwyżej mówić o otwartości twórcy Anny Kareniny, na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, na męskie fluidy, o jego młodzieńczych fascynacjach pięknymi mężczyznami i o platonicznych (raczej) miłościach. "Nigdy nie byłem zakochany w kobiecie. [...] - zanotował 29 listopada 1851 roku - Często kochałem się w mężczyznach. [...]. Kochałem się w mężczyznach, zanim dowiedziałem się o istnieniu pederastii, ale nawet gdy się o tym dowiedziałem, myśl o możliwości spółkowania nigdy nie przyszła mi do głowy. Dziwny przykład niczym nieuzasadnionej sympatii to Gauthier. [...]. Robiło mi się gorąco, kiedy wchodził do pokoju. Miłość do Isławina zepsuła mi całe osiem miesięcy życia w Petersburgu. [...]. Uroda zawsze miała duży wpływ na mój wybór, no chociażby przykład Diakowa, ale nigdy nie zapomnę nocy, kiedy obaj jechaliśmy z Pirogowa i miałem ochotę, zwinąwszy się pod derą, całować go i płakać. Było w tym uczucie i zmysłowość [...]" (Dn., 46, 237-238).

No więc nie był gejem, ale - jak, niestety, wiele na to wskazuje - raczej zwyczajnym heteroseksualnym hipokrytą, nieodrodnym dziecięciem wieku. Artystą, który urodził się we właściwym czasie i wiele lat żył w zgodzie z epoką. Należał do tych pisarzy, o których Milan Kundera napisał, że "[...] chętnie kończyli swe powieści ślubem nie dlatego, że pragnęli ustrzec swe miłosne historie przed małżeńską nudą. Nie, pragnęli ustrzec je przed kopulacją.

Wielkie europejskie historie miłosne toczą się w przestrzeni pozakopulacyjnej [...]. Miłość Anny Kareniny i Wrońskiego dobiegła końca w chwili ich pierwszego seksualnego zbliżenia, i później stała się już własnym rozpadem, a my nie wiemy dlaczego: czy byli tak beznadziejni w łóżku? czy, przeciwnie kochali się z taką wprawą, że siła rozkoszy zrodziła w nich poczucie grzechu? Jakkolwiek brzmiałaby odpowiedź, po miłości przedkopulacyjnej nie było już wielkiej miłości i być jej nie mogło.

W żadnym razie nie znaczy to, że miłość bez kopulacji była niewinna, anielska, dziecięca, czysta: przeciwnie, kryła całe piekło, jakie można sobie na tym padole wyobrazić. [...]" *[M. Kundera, Nieśmiertelność, tłum. z francuskiego M. Bieńczyk, Warszawa 1995, s. 224-226.].

Trzy siostry Behrs nic o tym nie wiedziały, bo wpadający do nich na obiady bezzębny pan w średnim wieku (młodszy tylko o 2 lata od ich matki) miał dopiero zostać wielkim pisarzem rosyjskim, jeszcze nie opublikował Wojny i pokoju, nie napisał Anny Kareniny i nie myślał o Zmartwychwstaniu. Nie mieli też o tym pojęcia pan doktor z panią doktorową, ale oni tak bardzo chcieli wydać najstarszą córkę za mąż, że nie przejmowali się notowaniami potencjalnego adoratora na giełdzie literackiej (tak między nami mówiąc, to bardziej liczyli na dochody Lwa Nikołajewicza z majątku w Jasnej Polanie niż z honorariów). A Tołstoj tak bardzo chciał skończyć ze swoim grzesznym kawalerskim życiem i tak nisko oceniał swoją pozycję na giełdzie narzeczeńskiej, iż nie opierał się przed zagraniem roli adoratora Jelizawiety. Małżeństwo pragnął najwyraźniej potraktować w kategoriach ekspiacji; małżeństwo miało być karą sobie wymierzoną i dlatego gotów był przystać na ślub z panną bardzo niezbyt urodziwą i bardzo średnio majętną. Jakoś przeoczył, że będzie to pokuta dla dwojga i zadowolony z podjętej decyzji wyjechał na modne wówczas leczenia kumysem. Po kuracji miał się oświadczyć.

Po powrocie udał się z wiadomą wizytą i wtedy - albo los tak chciał, albo kobyle mleko to sprawiło - ze zdumieniem dojrzał młodszą siostrę Jelizawiety, Sofię. Był wstrząśnięty i chyba nawet zmieszany. Z tego zmieszania może się nawet jej przedstawił. Może nawet powiedział: "Tołstoj. Lew Tołstoj. Lew Nikołajewicz Tołstoj". W domu to wszystko opisał w dzienniku - jak bardzo był wstrząśnięty i jeszcze bardziej zmieszany. Dodał też, że spotkał kobietę swego życia i że się zakochał. Było to pod koniec sierpnia 1862 roku. Nie wiem, czym Moskwa wtedy pachniała (Warszawa, na przykład - przygotowaniami do powstania styczniowego), ale w powietrzu czuło się wielką miłość. "Ja, stary bezzębny głupiec - pisał 7 września do Aleksandry (Alexandrine) Tołstoj - zakochałem się" [P., 60, 444), a trzy tygodnie później dodał: "Dożyłem do 34 lat i nie wiedziałem, że można tak kochać i być tak szczęśliwym" [P., 60, 448). Sofia raczej nie była ładniejsza od Jelizawiety, i ze swoimi stu pięćdziesięcioma centymetrami nie była chyba wyższa, i z całą pewnością nie była majętniejsza. Ale to ona była kochana. Wiadomo - chemia. Ta prawda dotarła po kilku dniach do tej niekochanej. Rozpaczała, jak rozpaczały starsze siostry Natalii Gonczarowej po jej zaręczynach z Puszkinem, jak rozpaczały wszystkie inne panny, kiedy młodsze od nich siostry wychodziły za mąż. Rozpaczała, ponieważ wypadała z obiegu matrymonialnego i natychmiast była naznaczona piętnem staropanieństwa. Był tego świadom sprawca jej nieszczęścia, który z tej okazji powtórzy kilkakrotnie dwa najważniejsze słowa sentymentalizmu rosyjskiego: "Biedna Liza!" (np. 2 września 1862 roku). Czternastego września znany z nieśmiałości kawaler zadał na piśmie sakramentalne pytanie swojej wybrance: "Proszę powiedzieć uczciwie, czy chce być Pani moją żoną?" (L., I, 175) i otrzymał na nie sakramentalną odpowiedź. Chciała. Oczywiście, że chciała. Więc - gnani miłością (czystą miłością) - szesnastego września już się zaręczyli, a dwudziestego trzeciego - już pobrali. Ślub był zaplanowany na siódmą wieczorem, ale narzeczony z powodu kłopotów z garderobą spóźnił się prawie dwie godziny. Ona cierpliwie czekała, potem odpowiedziała twierdząco na pytania duchownego i dla Tołstoja nastąpił czas półtorametrowej monogamii.

Parę dni wcześniej Sofia i Lew wykreowali najbardziej romantyczną scenę w całym ich życiu (później były wyłącznie prokreacyjne), której mimowolnym świadkiem była ukryta pod fortepianem najmłodsza z sióstr, Tatiana. O tej rozmowie przy stoliku do kart dowie się za kilkanaście lat cały świat:

 

Nastało milczenie. Kitty wciąż rysowała kredą przy stole; oczy jej jaśniały łagodnym blaskiem. Poddając się jej nastrojowi, czuł w całym swym jestestwie rosnący napór szczęścia.

- Ach! zarysowałam cały stół! - powiedziała i położywszy kredę, uczyniła ruch, jakby chciała wstać.

"Jakże będę mógł pozostać sam bez niej?" - pomyślał ze zgrozą i chwycił kredę. - Niech pani zaczeka - powiedział siadając przy stole. - Już dawno chciałem panią o coś zapytać.

Patrzył jej prosto w przyjazne, lecz zalęknione oczy.

- Proszę, niech pan pyta.

- A więc - i napisał początkowe litery: k, p, m, o, t, b, n, m, c, t, z, n, c, w? Litery owe miały znaczyć: "Kiedy pani mi odpowiedziała, to być nie może, czy to znaczyło - nigdy, czy wtedy?". Nie było żadnego prawdopodobieństwa, by Kitty mogła odgadnąć to skomplikowane zdanie; Lewin wszakże spojrzał na nią tak, jakby życie jego zależało od tego, czy ona te słowa zrozumie. [...].

- Zrozumiałam - rzekła wreszcie zarumieniona.

- Co to za słowo? - spytał wskazując na «n», które oznaczało słowo nigdy.

- To słowo oznacza nigdy - odrzekła - ale to nieprawda.

Szybko starł to, co było napisane, podał jej kredę i wstał. Napisała: w, j, n, m, i, o (Anna Karenina, tłum. K. Iłłakowiczówna).

 

I tak sobie rozmawiali. Po raz pierwszy i ostatni rozumieli się bez słów.

Po ślubie wyruszyli do Jasnej Polany.

Noc poślubną skomentował Tołstoj w krótkich żołnierskich słowach: "Uroczysta ceremonia. Ona zapłakana. W karecie. Ona wie wszystko, i tak po prostu. W Birulowie. Jej lęk. Coś chorobliwego" (20-24 września 1862, Dz., I, 268). Ona swoimi wrażeniami podzieliła się jakieś dwa tygodnie później. Niestety, nie z mężem, i nie z psychoanalitykiem, i nie z seksuologiem, i nie z kącikiem porad jakiegoś kolorowego pisma dla panienek i pań, ale wyłącznie z prowadzonym od jakiegoś czasu pamiętnikiem: "Wstrętne są te wszystkie sprawy fizyczne" *[Z. Tołstojowa, Pamiętniki, tłum. M. Leśniewska, Kraków 1968, s. 18. Dalej w tekście zasadniczym: Pam.] (9 października 1862). Pół roku później powtórzyła to wyznanie: "Dla niego fizyczna strona miłości odgrywa wielką rolę. To straszne - dla mnie żadnej" (29 kwietnia 1863, Pam., 28). I tak jedyny mężczyzna w jej życiu nie został mężczyzną jej życia.

Pewien wpływ na jej odczucia, doznania musiały wywrzeć przedślubne dzienniki męża, które podsunął jej do czytania, ponieważ podobno nie chciał mieć przed osobą sobie najbliższą żadnych tajemnic. Nie była zaskoczona tym, że nie jest pierwszą kobietą w życiu Lowy (jak go nazywała) - od ubiegającego się o rękę wychowanej w "kulcie dziewictwa" (określenie Alaina Corbaina) panienki wręcz oczekiwano określonej sumy doświadczeń erotycznych - ale poczuła się zniesmaczona liczbą i jakością ofiar jego chuci. Zmuszenie Sofii do lektury okazało się więc fatalnym pomysłem i marnie działającym afrodyzjakiem też.

Tych poślubnych rozczarowań przeżyła młoda mężatka znacznie więcej. W październiku usłyszała przerażona, iż ubóstwiany przez nią Lew Nikołajewicz powątpiewa w jej miłość i wtedy po raz pierwszy zawalił się świat osiemnastolatki wyrwanej z rodzinnego domu. "Bawi go - zapisała 8 października 1862 - kiedy mnie dręczy, kiedy widzi, że płaczę, a to dlatego, że mi nie wierzy" (z kasandryczną pointą: "Co on ze mną wyprawia; stopniowo zamknę się w sobie i z kolei ja zacznę mu życie zatruwać" Pam., 17). W listopadzie wiedziała już prawie wszystko o obsesyjnej miłości męża do ludu i była zdruzgotana, bo tak bardzo pragnęła być jego jedyną namiętnością: "On budzi we mnie wstręt tym swoim ludem. Czuję, że albo ja, to jest ja, tymczasem przedstawicielka rodziny, albo lud i gorąca miłość L. do niego. To egoizm, ale trudno. Żyję dla niego i nim, chcę tego samego, bo inaczej mi tu ciasno i duszno" (23 listopada 1862, Pam., 20). W grudniu miała już pewność, że trafiła do niewłaściwej powieści. Nie ten autor, nie ta fabuła i żadnych szans na "żyli długo i szczęśliwie". W styczniu jeszcze wszystko mogło się zmienić, ale w nim chłodny pisarz wziął górę nad czułym kochankiem - cudowne słowa wyznania jej wyszeptane może odmieniłyby losy ich małżeństwa, ale przeminęłyby z wiatrem; zapis w dzienniku pozbawiał je magii intymności, ale pozwalał mieć nadzieję, że dotrą do potomnych: "Kocham ją, kiedy budzę się w nocy lub rano i widzę, że ona patrzy na mnie i kocha. I nikt - a przede wszystkim ja - nie przeszkadza jej kochać tak, jak potrafi - po swojemu. Kocham, kiedy siedzi blisko mnie i wiemy, że się kochamy nawzajem jak umiemy [...]. Kocham, kiedy pogniewa się na mnie [...]. Kocham, kiedy mnie nie widzi i nie wie o tym, że kocham ją po swojemu. Kocham, kiedy jest dziewczynką w żółtej sukni i wysuwa dolną szczęką i język; kocham, gdy widzę jej głowę odrzuconą w tył i twarz poważną, przestraszoną, dziecinną i namiętną; kocham, kiedy..." (5 stycznia 1863, Dz., I, 270).

Egocentryk Tołstoj miał mniej szczęścia od egocentryka Dostojewskiego. Fiodor Michajłowicz wygrał na ruletce życia żonę, która musiała zainspirować Nietzschego do sformułowania jednej z maksym Zaratustry: "Szczęście mężczyzny brzmi: ja chcę. Szczęście kobiety: on chce"; Lwu Nikołajewiczowi przypadła w udziale niepokorna, zdesperowana do granic sufrażystowości nastolatka z głową pełną nieprzyzwoitych myśli nie na czasie, która miała dość odwagi, by przelewać je na papier, ale za mało, żeby wykrzyczeć mu je prosto w twarz: "A jeśli go nie pochłaniam, jeżeli jestem lalką, jeżeli jestem tylko żoną, a nie człowiekiem, to tak żyć nie mogę i nie chcę" (23 listopada 1862, Pam., 20); "Lowa jest albo stary, albo nieszczęśliwy. Czy możliwe, żeby prócz interesów pieniężnych, gospodarskich i gorzelnianych nikt i nic go nie zajmowało? Jeśli nie je, nie śpi i nie milczy, to biega jak oparzony, chodzi, chodzi - wciąż sam. A mnie jest nudno, jestem sama, zupełnie sama. Jego miłość wyraża się tylko w machinalnym całowaniu rąk i w tym, że jest dla mnie dobry, nie zły" (24 kwietnia 1863, Pam., 28).

To chyba wtedy zaczęła się ich zimna wojna na dzienniki. Już nie prowadzili ich tylko dla siebie, ale on z myślą o niej i ona pamiętając o nim. Podczytywali je sobie nawzajem po kryjomu, więc pisali tak, żeby zabolało nieproszonego czytelnika. Mogło się to zdarzyć, na przykład, 18 czerwca 1863 roku i to mogły być jego zapiski: "Myśl, że ona jest tutaj i czyta mi przez ramię - pomniejsza i psuje moją prawdę"; "Jej charakter psuje się z każdym dniem [...]"; "Przejrzałem jej dziennik - spod słów czułości zieje ukryta złość na mnie" (Dz., I, 274-276). Tak mogło też być, na przykład, 27 czerwca i to mogły być jej zapiski. Nie, wtedy nie. Wcześniej i później tak, ale nie dwudziestego siódmego. Tego dnia minęło dziewięć miesięcy i cztery dni od ich ślubu i tego dnia urodziła ich pierworodnego, któremu dano na imię Siergiej. Pojawienie się dziecka nie wywołało jakiejś nadzwyczajnej euforii w Jasnej Polanie i już po kilku miesiącach Sofia nadrobiła czerwcowe zaległości: "Porzucono mnie. Ani dnia, ani wieczoru, ani nocy. Jestem zaspokojeniem, jestem niańką, zwykłym sprzętem, jestem - kobietą. Staram się stłumić w sobie wszelkie ludzkie uczucia" *[Biedny Tołstoj (oczywiście biedny inaczej niż biedna Liza). Wkrótce się okazało, że jako dziedzic również się nie sprawdza. "Twój posłaniec - informował swego zięcia Andriej Behrs w liście z 25 listopada 1863 - na pewno już Ci powiedział o swym niefortunnym występie na rynku Smoleńskim i później na Ochotnym... Towar miał braki, dawano zań śmiesznie niską cenę, o czym sam się przekonałem, spędziwszy chyba godzinę na targu. Wszyscy znajomi i nieznajomi kupujący twierdzili, że prosięta są niedobrze oporządzone, czerwone i wymiętoszone. Masło zaś jest gorzkie. Na brzegach beczułki było pełno zielonej pleśni, w środku masło też okazało się zepsute, tak że wszyscy reflektanci, którzy byli u nas poprzedniego dnia, zrezygnowali z kupna". Cyt. wg: T. Kuźmińska, Mój dom i Jasna Polana, tłum. Z. i S. Głowiakowie, Warszawa 1966, s. 190-191. Przy innej okazji Tatiana Behrs (po mężu Kuźmińska) napisała we wspomnieniach, że Tołstoj "[...] nie lubił wszelkich innowacji" i "był przeciwnikiem wyższego wykształcenia kobiet - kobiecych kursów, uniwersytetów itp. W jego pojęciu, jak mawiał, prawdziwa kobieta - to żona i matka" (s. 253).] (13 listopada 1863, Pam., 36).

W grudniu sześćdziesiątego czwartego roku on wyłamuje się z tej konwencji i pisze do niej - za późno, o lata świetlne za późno - list z dawno zapomnianymi słowami: "Tak namiętnie pragnę Ciebie ujrzeć... Widzę Twoją twarz..." (8 grudnia 1864, Pis'ma, 38), a ona w dowód rutynowej wdzięczności kilka tygodni później wydaje na świat Tatianę.

Rok sześćdziesiąty szósty niczego nie zmienił. Kolejne dziecko (Ilia), narastająca niechęć (zauważana już przez najbliższych: "Coś się między nimi popsuło"), jej pełen rozpaczy list do siostry i jego skarga na zły los: "Nie ma gorszej sytuacji dla zdrowego mężczyzny niż mieć chorą żonę".

Kolejne lata były bliźniakami sześćdziesiątego szóstego. Tołstojowie byli sobie coraz bardziej obcy, płodzili kolejne dzieci i tylko zmieniające się imiona noworodków świadczyły o upływającym czasie. Rok sześćdziesiąty dziewiąty upłynął pod znakiem Lwa-juniora, rok siedemdziesiąty pierwszy należał do Marii i nie różniłby się niczym od poprzednich (jeszcze jedna kłótnia, jeszcze jeden potomek), gdyby nie komplikacje związane z porodem. Tym razem Sofia zapadła na gorączkę połogową, była o krok od śmierci i przerażona - miała zaledwie dwadzieścia siedem lat - próbowała przekonać męża, że to powinno być ich ostatnie dziecko. To oczywiste, iż wielki humanista - planujący akurat napisanie powieści o pięknej kobiecie, która marnie skończy, ponieważ uchyla się od wypełniania obowiązków małżeńskich i na dodatek wdaje się w romans - nie mógł serio potraktować podważającej ład moralny prośby swojej żony. Okazało się zresztą, że Sofia swoim zwyczajem histeryzowała, bo przecież wkrótce urodziła Piotra (1872), Nikołaja (1874), Warwarę (1875), Andrieja (1877), Michaiła (1879), Aleksieja (1881), Aleksandrę (1884), Iwana (1888), parokrotnie poroniła i wciąż miała się dobrze.

Pod koniec lat siedemdziesiątych Tołstoj osiąga najwyższy stopień wtajemniczenia - już wie, jak żyć. W przekładzie na prozę codzienności oznaczało to, iż "stał się nietowarzyski, ponury, drażliwy, często wszczynał z mamą spory o zupełne głupstwa; dawniej wesoły, pełen życia przewodnik i przyjaciel zmienił się w naszych oczach w surowego kaznodzieję i oskarżyciela". Wszystkie opisane przez syna objawy wskazują oczywiście na syndrom misjonarza, na który zapadają najczęściej twórcy (Dostojewski, Sołżenicyn) ogarnięci obsesją zbawienia ludzkości. Ich słowa i gesty ociekają patosem, nie mogą się zdobyć na spojrzenie z dystansu na świat i samych siebie, nie potrafią się uwolnić od - jak to powiedział Josif Brodski -"[...] konieczności traktowania serio otaczającej rzeczywistości [...]", obca im jest sztuka ironii i zwłaszcza jej siostry - autoironii.

Ten nowy, pokryzysowy Lew Nikołaj ewicz postanowił zostać grzesznikiem nawróconym, dobrym i współczujący bliźnim człowiekiem - żony nie wyłączając, chociaż miewa ona teraz "ataki" (histerii oczywiście, na przykład 11 lipca 1881). Został protekcjonalnym pokutnikiem (2 sierpnia 1881 pisał do żony: "Teraz inaczej to widzę. Wciąż tak samo myślę i czuję, ale wyleczyłem się z błędnego przekonania, że inni ludzie powinni spoglądać na wszystko jak ja. Wielekroć zawiniłem wobec Ciebie, duszko; nieświadomie, mimowolnie zawiniłem, Ty o tym wiesz, ale zawiniłem" - Pis'ma, 143) nastawionym na pozytywne myślenie ("[...] Stałaś się mi szczególnie droga i pociągająca, i droga pod każdym względem. Mam wrażenie, że między nami zrodził się nowy związek" - 29 września 1883, Pis'ma, 201; "Nigdy nie myślałem o Tobie tak jak teraz - tak często, dobrze i zupełnie czysto" - 30 września 1883, L., I., 369).

Sielanka nie trwała długo. Kolejne tsunami nieporozumień i kłótni wtargnęło do Jasnej Polany pod koniec 1883 roku. Tym razem Lew Nikołajewicz zapowiedział opuszczenie rodziny, a Sofia Andriejewna odkryła tym razem, że jest jak zawsze w ciąży. "Ot co - opowiadała, nie wiem po co, Aleksandrze Tołstojównie Anna Sukolenkowa, jej niania - nie chciała Ciebie hrabina rodzić, no i już. [...]. W tym czasie, pamiętam, miedzy hrabiną a hrabią wielkie niesnaski były. [...]. Potem dowiedziała się hrabina, że jest przy nadziei. [...]. Potem pojechali Sofia Andriejewna do Tuły do akuszerki wywołać poronienie. A akuszerka mówi: «Nie, hrabino, komuś innemu zrobiłabym z przyjemnością, ale Pani, choćby miała mnie Pani ozłocić, nie zrobię. Coś się wydarzy - nieszczęście!" Pojeździli, pojeździli hrabina do Tuły i nic z tego nie wyszło. A już czego nie robili: i nogi do wrzątku wkładali, i kąpiel brali taką gorącą, że nie można było wytrzymać. To na komodę włazili i jak nie zacznie skakać aż skóra cierpnie! «Co wy, mówię, Sofio Andriejewno, robicie, czy tak można, przecież tak możecie swoje życie złamać». «Nie chcę - mówi - nianiu rodzić, hrabia mnie więcej nie kocha, porzucić nas, odejść chce!» A sama ciągle skaczą. Ale nie pomogło nic - urodzili".

Przyjście na świat Aleksandry poprzedziły burzliwe wydarzenia. W nocy z 17 na 18 czerwca 1884 roku Tołstoj wyruszył samotnie w kierunku Tuły, ale po przejściu kilku wiorst jednak zawrócił. Chciałbym wierzyć, że zrobił to dla rodzącej żony, która właśnie 18 czerwca powiła ostatnią już córkę. Wszystko jednak, niestety, wskazuje na to, że musiały być jakieś inne powody, bo przecież nie napisałby 7 lipca tych kilku zdań w dzienniku: "Ona zaczyna mnie kusić cieleśnie. Chciałbym się powstrzymać, ale czuję, że się w obecnych warunkach nie powstrzymam. A współżycie z obcą duchowo kobietą - to jest z nią - to ohyda" [Dz., I, 348). Może więc wrócił nie do niej i nie dla niej, a do swoich wyidealizowanych chłopów, którym w akcie ekspiacji za swoją ziemiańskość szył buty.

Teraz oboje niecierpliwie wyczekiwali na zimę, bo ta oznaczała upragnioną dla obojga rozłąkę. Kiedyś wspólnie spędzali je w Moskwie, ale od pewnego czasu pisarza duże miasto męczy, więc przyjeżdża zwykle na krótko i wraca sam do Jasnej Polany. Sofia mądrzejsza o 22 lata małżeństwa już dawno nie stawia męża przed wyborem: "Albo ja, albo lud", bo dobrze zna odpowiedź, ale wciąż wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, by zademonstrować swoją inność. Tej zimy, 9 grudnia 1884 roku, napisała do niego: "[...] Ty lubisz wieś, lud, kochasz dzieci chłopskie [...]. Ja jestem miastowa [...]. Nie rozumiem i nie zrozumiem ludzi ze wsi. Lubię tylko przyrodę".

A jednak to w latach osiemdziesiątych pojawiła się ostatnia szansa na zawieszenie broni i otwarcie się na racje drugiej strony. W Jasnej Polanie pojawiła się "skrzynka pocztowa", do której domownicy mogli wrzucać zarówno podpisane, jak i anonimowe - umownie to nazwijmy - listy adresowane do całej rodziny lub do poszczególnych jej członków. Dwa żartobliwe teksty Tołstoja (Czym kto żyje w Jasnej Polanie, lista chorych zakładu psychiatrycznego w Jasnej Polanie) - pozbawione właściwego mu wówczas moralizatorstwa - mogły być odebrane przez Sofię jako zaproszenie do odbycia poważnej rozmowy. Nadawca kpi tam wprawdzie z żony, ale siebie też nie oszczędza: "Lew Tołstoj żyje tym, że rozwiązał jakoby zagadkę bytu [...]. Hrabina Tołstoj żyje tym, że jest żoną człowieka znakomitego i że są na świecie takie drobnostki, jak na przykład poziomki, na które można zużyć całą swoją energię"; "Nr 1 [Lew Tołstoj]. Natury sangwinicznej. Przebywa na oddziale spokojnych. Chory cierpi na manię określaną przez psychiatrów niemieckich terminem Weltverbesserungswahn - naprawiania świata. Istota choroby polega na tym, że pacjent uważa za rzecz możliwą, by zmienić życie innych ludzi za pomocą słów. Objawy ogólne: niezadowolenie z całego istniejącego porządku rzeczy, potępianie wszystkich prócz siebie, podniecona wielomówność połączona z brakiem uwagi na reakcje słuchaczy, raptowne przejścia od wybuchów gniewu i rozdrażnienia do nienaturalnej, łzawej czułostkowości. Objawy szczególne: wykonywanie zbędnych i nieleżących w zawodzie chorego robót, jak czyszczenie i szycie butów, koszenie trawy itd.

Nr 2 [Sofia Tołstojowa]. Przebywa na oddziale spokojnych, ale okresami musi być izolowana. Chora cierpi na manię petulanta gorlivis maxima. Istota choroby polega na obsesji, że wszyscy wciąż od pacjentki czegoś żądają i chora nie może nadążyć z zaspokojeniem tych żądań. Objawy: rozwiązywanie żądań wcale niestawianych pacjentce; odpowiadanie na pytania, nim pytania zostały postawione; usprawiedliwianie się z zarzutów, których nikt nie wysuwał, i spełnianie życzeń, których nikt nie wyrażał".

Adresatka zignorowała listy - po raz kolejny zrozumiała, że w oczach męża pozostanie na zawsze zatroskaną gospodynią domową, a chciała (i zasługiwała na to), by nie trywializowano jej świata wartości. Poza tym była zbyt zajęta walką z nowym zagrożeniem dla Tołstojów - tołstoizmem *[Hasłami tołstoizmu poczuła się zagrożona również Cerkiew i na początku stulecia Święty Synod ekskomunikował pisarza. Stosowny dokument nosił tytuł: Orzeczenie Świętego Synodu z 20-23 lutego 1901 roku nr 557 z orędziem do wiernych dzieci Greko-Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej o hrabi Lwie Tołstoju.]. Świat ogarnęła tołstomania, Jasna Polana stała się przestrzenią sakralną, a Lew Nikołajewicz - ze swoją chłopomanią, swoim wegetarianizmem i pacyfizmem - został guru dla tysięcy wyznawców *[Przybywali do Jasnej Polany w poszukiwaniu iluminacji i przy okazji wspierali swego Mistrza w jego walce ze Złem (a imię jego Sofia). Charakterystyczne wspomnienia spisał Victor Lebrun, który pojawił się w Jasnej Polanie w 1899 roku: "Przy długim stole w jadalni Lew Nikołajewicz wskazał na miejsce przy stole. Głośno szeleszcząc jedwabną spódnicą i nerwowo poruszając łokciami, weszła do jadalni Zofia Andriejewna. Z uśmiechem spojrzała władczo po obecnych".]. Sofia Andriejewna doceniała rzecz jasna walory marketingowe niezwykłego szumu medialnego (artykuły, zdjęcia i - to już później - kadry kroniki filmowej), ale jeszcze bardziej obawiała się tego, że mąż zostanie zakładnikiem własnych idei, co oznaczałoby dla niej nowe kłopoty. Jak zwykle miała rację. Jak zawsze problem miał na pierwsze imię Seks, a na drugie - Rubel.

Sześćdziesięcioletni autor Wojny i pokoju, przerażony własną słabością ("Zły mnie napadł. [...]. Nazajutrz, rankiem trzydziestego, spałem źle. To było takie wstrętne, jak po zbrodni"; "Wciąż jeszcze mocniej opętany, upadłem") zrozumiał, że głosząc dotąd pochwałę małżeństwa, błądził. Ono bowiem nie zbliża, ale oddala od Boga i kończy się zawsze upadkiem moralnym. W napisanej w 1889 roku Sonacie Kreutzerowskiej ogłosił manifest sanacji ostatecznej, totalnej: "Żądza płciowa, choćby najbardziej zawoalowana, jest złem, strasznym złem, z którym należy walczyć, a nie popierać je, jak to się czyni u nas. Słowa Ewangelii, że kto patrzy na kobietę z pożądaniem, już z nią cudzołożył, dotyczą nie tylko cudzych żon, lecz właśnie - i przede wszystkim - własnej żony" (tłum. M. Leśniewska). Te słowa na pewno wzruszyły chłystów od dawna głoszących doktrynę o grzeszności małżeństwa, ale nie wywołały entuzjazmu u osoby najbardziej zainteresowanej. Polemizowała z nimi, jego argumentom przeciwstawiła własne, na jego tekst - bo to krnąbrna kobieta była, a nie dziewczynka z poziomkami - odpowiedziała swoim: Czyja wina? W związku z Sonatą Kreutzerowską. Napisane przez żonę Lwa Tołstoja (publikacja 1994) *[Po 10 latach Sofia przeczyta (na pewno przeczyta!) w jego dzienniku: "Główną przyczyną rodzinnych nieszczęść jest wyrabianie w ludziach przekonania, że małżeństwo daje szczęście. Do małżeństwa ciągnie popęd seksualny, który przybiera postać obietnicy, nadziei szczęścia, podtrzymywanej przez społeczeństwo i literaturę, ale małżeństwo nie tylko nie jest szczęściem, lecz zawsze cierpieniem, którym człowiek stale płaci za zaspokojenie pragnienia seksualnego - cierpieniem w postaci niewoli, niewolnictwa, przesytu, odrazy, wszelkiego rodzaju duchowych i fizycznych wad współmałżonka, które trzeba znosić; takich jak - złość, głupota, kłamliwość, próżność, lenistwo, skąpstwo, chciwość, rozpusta - wszystkie wady, które znosić szczególnie trudno nie u siebie, lecz u drugiego [...]" (13 października 1899, Dz., II, 106-107).].

Była buntowniczką, ale w wiktoriańskim gorsecie. Sonatę... kontestowała nie z żalu za utraconym seksem, bo ten budził jej wstręt *[Tu akurat podzielała poglądy męża, który pod koniec życia pisał: "Rozmnażają się zaś te istoty tak plugawym, odrażającym i szpetnym sposobem, że same się go wstydzą i nie tylko nie robią tego przy innych, lecz zawsze potajemnie" (noc z 28 na 29 lipca 1909, Dz., II, 325).] i kojarzył się z niechcianymi ciążami, lecz w obronie utraconej czci, reputacji żony niedzielącej małżeńskiego łoża z mężem. Perspektywa dwóch sypialni była dla niej - jako kobiety, matki, pani domu - na tyle upokarzająca, że gotowa była podejmować decyzje nawet te najbardziej brzemienne dla siebie w skutki. W świecie znaków kultury mieszczańskiej - a Sofia był jej wytworem - w najwyższej cenie były bowiem rytualne gry (wspólne życie), gesty (wspólne zdjęcia) i słowa (wspólne kłamstwa). Następstwa Bedgate w wydaniu jasnopolańskim były łatwe do przewidzenia: w 1889 roku Lew Nikołajewicz zaapelował o zachowanie wstrzemięźliwości płciowej - w marcu 1890 roku Sofia Andriejewna z ulgą przyjęła wiadomość, że nie jest w stanie błogosławionym; 20 lipca 1890 roku Lew Nikołajewicz kolejny raz zasugerował konieczność zmiany umeblowania - 25 grudnia 1890 roku Sofia Andriejewna zapisała w dzienniku: "Boję się zajść w ciążę, wszyscy się dowiedzą - co za wstyd - będą powtarzać ze złośliwą satysfakcją modny teraz w moskiewskim świecie żart: «Voila le veritable Posłowie de la Sonate de Kreutzem»" (Pam., 85). I tak państwo Tołstojowie przekomarzali się czas jakiś. Jeszcze w 1898 roku pan Lew zwierzył się Aylmerowi Maude'owi: "Byłem mężem wczoraj wieczorem, ale to nie powód, by poniechać walki. Bóg może mi zezwoli, by nie zdarzyło się to ponownie".

Równie alergicznie reagowała Sofia na pomysły męża-utopisty dotyczące ich życia dziennego. Uznał on, że celibatowi do twarzy jest w ubóstwie i zapragnął czystość sypialni połączyć z czystym kontem. Zaapelował więc do ludzkości, by posiadający dzielili się swoim bogactwem z nieposiadającymi i dla przykładu zapowiedział m.in. rezygnację z wszystkich swoich praw autorskich. Po wściekłych protestach kobiety, która była jego żoną, zgodził się, by honoraria za utwory napisane do roku 1881 (w tym oczywiście za Wojnę i pokój, w tym oczywiście za Annę Kareninę) nadal trafiały do rodziny. Jedenaście lat później ta pani odniosła jeszcze jeden sukces - podpisano akt o zrzeczeniu się przez patriarchę praw do "majątku nieruchomego" na rzecz szanownej małżonki i dzieci (podpisu pod dokumentem nie złożyła jedynie Maria). Jasna Polana przypadła czteroletniemu Iwanowi, a do czasu osiągnięcia przez niego pełnoletniości posiadłością miała zarządzać Sofia.

Te dwa pyrrusowe zwycięstwa materii nad duchem (egoizmu nad altruizmem, zdrowego rozsądku nad szaleństwem, antyutopii nad utopią, dobra rodziny nad szczęściem ludzkości) sprawiły, że Tołstoj bezgranicznie zaufa swemu najbliższemu wyznawcy i uczniowi - Władimirowi Czertkowowi (1854-1936), który jako ten trzeci ostatecznie zatopi jasnopolański "Titanic".

 

Lew Tołstoj. 1886. Jasna Polana.

Fot. Pawła Biriukowa

 

Po trzydziestu toksycznych latach drogi małżonków ostatecznie się rozeszły. On - nie licząc się z konsekwencjami - wciąż coś majstrował przy swoim życiu, ona - niewolnica królowej Wiktorii, zaplątana w sieci rozwieszonej między odpowiedzialnością a konwenansami - rozumiała, że prawo do zmian utraciła 23 września 1862 roku. A ponieważ nie była bezkrytyczną, infantylną masochistką (jak młodsza od niej o cztery żona innego znanego pisarza), więc za pamięć o tamtym dniu płaciła wysoką cenę, o której najwięcej wiedział jej nasączony bólem i frustracją pamiętnik: "Dawniej przepisywałam to, co pisał, i to mnie cieszyło. Teraz daje wszystko córkom, a przede mną starannie ukrywa. Bardzo systematycznie zabija mnie i usuwa ze swego życia osobistego, co mnie okropnie boli. Nieraz ogarnia mnie wściekła rozpacz. Chciałabym zabić się, uciec gdzieś, pokochać kogoś - wszystko, byle nie żyć z człowiekiem, którego mimo wszystko całe życie za coś kochałam, choć teraz widzę, jak bardzo go idealizowałam, jak długo nie chciałam zrozumieć, że była w nim tylko zmysłowość. [...]. A teraz oczy mi się otworzyły, widzę, że moje życie jest przegrane" (20 listopada 1890, Pam., 78); "Jeżeli zbawienie człowieka, jego zbawienie duchowe, polega na zabijaniu życia bliźniego - to Lowoczka jest zbawiony" (11 grudnia 1890, Pam., 81); "Wszystkie jego pamiętniki są przesycone [...] samoubóstwieniem" (16 grudnia 1890, Pam., 83) *[Wśród tych zdań znalazłem rozbrajająco szczere i ezoteryczne zarazem trzy słowa: "[...] Sny miewam grzeszne [...]" (8 grudnia 1890, Pam., 79). Przypomnę, iż Anna Dostojewska też je miewała, ale natychmiast opowiadała o nich "mężusiowi".].

Czarowi papy Lwa uległy - mama Sofia miała rację - córki. Były mu bezgranicznie oddane, wierne i bezkrytycznie wierzące w jego ideały ("[...] My, dzieci [czytaj: córki], za zgodą ojca osiągnęliśmy maleńkie zwycięstwo nad matką. Pozwoliła nam pracować w lecie razem z chłopami na polu"). Był nie tylko ich ojcem, ale przede wszystkim Wielkim Bratem kontrolującym każdy ich krok, a one nie miały przed nim żadnych tajemnic. Był nawiedzonym hipnotyzerem, który podczas codziennych seansów zarażał je swoją nienawiścią do "obrzydliwej cielesności", a one chętnie spowiadały się z każdej, najbardziej niewinnej myśli damsko-męskiej. Któregoś styczniowego dnia 1894 roku, pisała we wspomnieniach Tatiana, "[...] zaczęliśmy czemuś mówić o moich romansach i papa liczył moich konkurentów - doliczyliśmy się dziesięciu. Papa cieszył się, że tak pomyślnie przeszłam obok nich wszystkich i życzył mi, żeby i nadal tak było". Mój Boże, romanse! To była niewinna wymiana spotkań na tulskiej czy moskiewskiej ulicy, taniec nienajmłodszej już panny na jakimś balu pod czujnym okiem mam i cioć, grzecznościowa konwersacja przy obiedzie czy pensjonarskie kokietowanie Czechowa. Aż wreszcie wydarzyło się najgorsze - zakochała się w Żeni, czyli w Jewgieniju Popowie, czyli w mężczyźnie żonatym (ale - co za ulga - pozostającym w separacji z żoną). Piszą do siebie, analizują swoje uczucia w dziennikach i gdy orkiestra gra wolniej tańczą tylko ze sobą. Jednak wieloletnia tresura wzięła górę i trzydziestoletnia córka z własnej inicjatywy daje do przeczytania zaniepokojonemu ojcu listy, dziennik, uzyskuje też zgodę Popowa na pokazanie jego listów i wypożycza jego dziennik. Wszystko po to, by zademonstrować Wielkiemu Bratu, że nie ma w nich niczego niewłaściwego. Wielki Inkwizytor czytał je całą noc i rano wydał wyrok: korespondencja - nie, dziennik - nie, Jewgienij - nie. W Tani pogłębiło się poczucie winy - ojciec ją tak kocha, a ona nie spełniła jego oczekiwań i sprawiła taki zawód (miłosny). W 1895 roku życie raz jeszcze zadrwiło z tołstoizmu, z Tołstoja i z jego córki, która okazała się recydywistką. Otóż po okolicy kręcił się od jakiegoś czasu pewien mężczyzna. Suchotin zresztą. Tatiana i Michaił spotykali się przy różnych okazjach. I nic. Jej oczy go przeoczyły, serce nie zabiło mocniej, hormony nie zafalowały. Aż do dnia, w którym jej zmysły eksplodowały. Powtórnie zakochana znów ma wyrzuty sumienia, znów pisze, że "zepsuła" sobie życie i ma żal do siebie, że dobrze się czuje w towarzystwie pana Suchotina. Niestety, mężczyzny żonatego. Tym razem - a jednak - ukrywa swoje uczucie przed ojcem i pogodzona ze staropanieństwem wzdycha po nocach do ukochanego. Na szczęście - to źle zabrzmi, ale z prawdami tak już jest - wkrótce wylogowała się z życia pani Suchotinowa, która stała na drodze do szczęścia mającym się ku sobie. W 1899 roku trzydziestopięcioletnia panna młoda poślubiła świeżo upieczonego czterdziestodziewięcioletniego wdowca (1850-1914) z sześciorgiem dzieci. Owocem ich miłości była córka, której też dano na imię Tania.

 

Lew Tołstoj, Sofia Tołstojowa. 28 sierpnia 1908 (80. urodziny pisarza).

Jasna Polana

 

Zamążpójście najstarszej córki Tołstoj potraktował jako zdradę i wszystkie swoje uczucia przelał na młodsze siostry Tatiany. Wegetarianka Maria całe swoje życie poświęciła ojcu, służyła pomocą okolicznym chłopom (pracowała z nimi na roli, doiła krowy, naprawiała dachy, uczyła dzieci) i cierpiała na chorobę, która w znacznej mierze tłumaczy jej brak asertywności. Współcześni - jak pisze Siergiej Michajłowicz Tołstoj (wnuk Lwa) - nazywali tę niemoc mania anglicana albo as you like it i objaśniali, iż cierpiący na nią zrobi wszystko, aby zyskać akceptację otoczenia. Diagnoza okazała się na szczęście mylna, ponieważ gdy tylko w zasięgu wzroku Marii pojawił się książę Nikołaj Obolenski (1872-1934), to natychmiast zapomniała o Sonacie Kreutzerowskiej, o ojcowskich przestrogach i 2 czerwca 1897 roku wyszła za mąż. Nie doczekała się, niestety, potomstwa (kilkakrotnie poroniła) i dość młodo - w wieku trzydziestu pięciu lat - zmarła na zapalenie płuc. Obecny przy jej śmierci Lew Nikołajewicz - już dawno wszystko wybaczył - zanotował w dzienniku: "Przed chwilą, o pierwszej w nocy zmarła Masza. Dziwna rzecz. Nie doznawałem ani przerażenia, ani strachu, ani świadomości, że dzieje się coś wyjątkowego, ani nawet żalu czy rozpaczy. Uważałem, że koniecznie należy wywołać w sobie szczególne uczucie rozczulenia i smutku, więc wzbudzałem je, ale w głębi duszy byłem bardziej spokojny niż wobec cudzego niedobrego uczynku, nie mówiąc już o swoim. Tak, to jest wydarzenie w dziedzinie fizycznej, więc dlatego obojętne. Patrzyłem cały czas na nią, jak umierała: zdumiewająco spokojnie" (27 listopada 1906, Dz., II, 232).

Każdy ma coś: miał prawo do szlochu Jan Kochanowski i miał prawo do nirwany Lew Tołstoj. Można, jak on, emocjonować się jazdą na rowerze, grą w tenisa czy w gorodki, instrukcją obsługi fonografu otrzymanego w prezencie od Edisona czy wyścigiem automobilowym Moskwa- Orioł *[Wyścig odbył się 1 maja 1910 roku. Uczestnicy pozdrawiali pisarza. Jeden z samochodów się zatrzymał i Tołstoj chwilę porozmawiał z kierowcą. Na rowerze nauczył się jeździć w 1895 roku. 24 i 25 grudnia 1908 roku odbyła się w Jasnej Polanie sesja nagraniowa. Pisarz mówił po rosyjsku, francusku i angielsku.], ale być poruszonym śmiercią dzieci (podobnie zareagował na zgon siedmioletniego Iwana) już niekoniecznie. Wiem, że obowiązywały inne standardy wrażliwości; że wtedy umierano łatwiej i częściej; że na co dzień obcowano z zasypianiem wiecznym; że płodzono kilkanaścioro dzieci z myślą o chorobach, których nie przeżyją; że autor Śmierci Iwana Iljicza chciał, by ludzie odchodzili bez skamlenia, świadomi i pogodzeni z nieuniknionym; że mając prawie osiemdziesiąt lat, sam każdego dnia wypatrywał damy z kosą i był z nią prawie zaprzyjaźniony. O tym wszystkim pamiętam, ale współczuję mu, iż tamtej nocy nie zdobył się na banalną ludzką rozpacz.

Do mocnych wzruszeń i teatralnych gestów był natomiast zawsze gotów na samą myśl o Sofii Andriejewnie (ale też: i na wieść, i na widok, i na dźwięk jej imienia, i na dźwięk jej głosu, i na kilka innych na) i ich relacje interpersonalne starał się wpisywać w przygotowane przez siebie scenariusze okolicznościowe. Do jego ulubionych należał ten zatytułowany Odejście. W 1897 roku kolejny raz był przygotowany do opuszczenia Jasnej Polany i kolejny raz (8 lipca) napisał dyżurny list pożegnalny: "Droga Soniu! Już od dawna męczy mnie niezgodność mojego życia z moimi przekonaniami. [...]. Fakt, że odszedłem od Ciebie, nie dowodzi, żebym był z Ciebie niezadowolony. Wiem, że nie mogłaś, dosłownie nie mogłaś i nie możesz patrzeć i odczuwać jak ja, i dlatego nie mogłaś i nie możesz zmienić swego życia i składać ofiary w imię tego, czego nie czujesz. I dlatego nie potępiam Cię [...]" *[W komentarzu do tego listu czytamy: "Tołstoj nie dał tego listu żonie, lecz schował go pod obicie jednego z foteli w swoim gabinecie. Będąc ciężko chory w latach 1901-1902 poprosił córkę Marię, aby wyjęła list i napisała na kopercie: «Otworzyć w pięćdziesiąt łat po mojej śmierci, jeżeli kogoś interesuje epizod z mojej biografii". Potem wyzdrowiał i jego polecenie nie zostało wykonane. W maju 1907 roku Tołstoj wydobył ten list, własnoręcznie napisał na nim: "Jeżeli nie podejmę w sprawie tego listu innej decyzji, to należy przekazać go po mojej śmierci Zofii Andriejewnie» i dał go Mikołajowi Oboleńskiemu, który spełnił tę prośbę" (L., II, s. 155).] (L., II, 154). Jeszcze nie odszedł i przez następnych dziesięć lat wciąż ciepło o niej myślał, za coś przepraszał i coś wybaczał (np. 1 grudnia 1898 roku napisał do niej: "[...] Pragnę odczuwać skruchę i odczuwam skruchę za to, iż nie potrafiłem postępować tak, aby Cię nie zasmucać" Pis'ma, 562). A gdy w roku 1906 poważnie zachorowała (guz macicy), to dla jej dobra - wbrew opiniom lekarzy - nie zgadzał się na operację, ponieważ zabieg burzył "powagę i majestatyczność wielkiego aktu śmierci". Niestety, nie wsłuchano się należycie w jego zatroskany głos i z niezrozumiałych powodów zignorowano jego pozbawioną populistycznej empatii opinię. Sofię operowano w domu. Przeżyła, pozbawiając męża możliwości asystowania przy konaniu jeszcze jednego członka rodziny. Niewdzięczność ludzka nie zna granic. Mógłby napisać wstrząsające arcydzieło o godnym umieraniu, a musiał się ograniczyć do jednego zdania: "Nie mogę pozbyć się niechęci na jej widok" (Tajny dziennik 1908 roku, Dz., II, 282). A gdy w 1908 roku sam poważnie zachorował, to zwierzył się Aleksandrze: "Moja choroba to Sofia Andriejewna".

Lata 1909-1910 upływają w sielankowej Jasnej Polanie pod znakiem nieustannych utarczek małżeńskich na dwa dzienniki i dwa dawno wypalone serca. Z krótkimi przerwami na sen, posiłki i gorączkowe wymyślanie nowych pretekstów. Dwoje mądrych ludzi, skazanych kiedyś na dożywocie, recytuje do znudzenia swoje starcze mantry - mężczyzna z poczuciem misji i kobieta z klimakterium. Trwa niekończące się ponure misterium z wyraźnie zaznaczonymi elementami tragikomicznego reality show. Dzień po dniu, noc po nocy, odcinek po odcinku:

Odcinek 479. Jasna Polana, 26 lipca 1909 roku. On zapowiada swój wyjazd na Kongres Pokoju do Szwecji. Ona jest przekonana, że Lew zamierza ją porzucić. Znika i po chwili pojawia się z morfiną, którą zamierza się otruć na oczach męża. Przez dłuższą chwilę osiemdziesięciojednoletni gentleman i sześćdziesięciopięcioletnia lady szamocą się. Krzepki starszy pan wyrywa z rąk małżonki śmiercionośny płyn i po kilku godzinach zapowiada rezygnację z wyjazdu. Nb. Kongres w ogóle się nie odbył.

Odcinek 534. Jasna Polana, lipiec 1910 roku. Na noc została niczego nieświadoma znajoma: "Około jedenastej wszyscy się rozeszli. Wychodzę na korytarz i słyszę histeryczny krzyk Zofii Andriejewny, męskie głosy i wciąż powtarzane nazwisko Czertkowa. Okazuje się, że wieczorem Zofia Andriejewna wyszła na balkon Lwa Nikołajewicza i tam wciąż chodziła. Lew Nikołajewicz poprosił ją, by odeszła, że przeszkadza mu spać. Wtedy ona się położyła na deskach i zaczęła jęczeć. Lew Nikołajewicz znów prosił ją, by odeszła, dała mu spokój i pozwoliła mu zasnąć. Ach, wypędzasz mnie! - krzyknęła Zofia Andriejewna - zabiję Czertkowa, i mówiąc to, wyszła do ogrodu. Wtedy Lew Nikołajewicz obudził Lwa Lwowicza, Gaya i Duszana Pietrowicza [Makowickiego, lekarza - T. K.] i wszyscy poszli jej szukać. Nie wiedzieli, dokąd iść, było ciemno. Wtedy pies Saszy wskazał im drogę i przyprowadził Duszana Pietrewicza do Zofii Andriejewny. Na prośbę, by wróciła do domu, Zofia Andriejewna nie ruszała się z miejsca i tylko mówiła, że wróci, kiedy po nią przyjdzie Lew Nikołajewicz, w przeciwnym razie zabije się". Przyszedł. Nie zabiła się.

Odcinek 535. Jasna Polana, 14 lipca 1910 roku. Lew Nikołajewicz pisze list do Sofii Andriejewny, w którym składa trzy obietnice: "1. Obecnego pamiętnika nikomu nie oddam, będę trzymać u siebie. - 2. Stare pamiętniki zabiorę od Czertkowa i będę przechowywał sam, przypuszczalnie w banku. - 3. Jeżeli cię niepokoi myśl, że z moich pamiętników, to jest z tych miejsc, w których piszę pod wrażeniem chwili o naszych starciach i różnicy zdań - że z tych miejsc mogą skorzystać nieprzychylni ci biografowie - to nie mówiąc już o tym, że takie wyrazy przelotnych uczuć zarówno w moich, jak i w twoich pamiętnikach nie mogą absolutnie dać wiernego pojęcia o naszych prawdziwych stosunkach - jeżeli się tego boisz - to się cieszę z możności wyrażenia w pamiętniku, czy też po prostu jak gdyby w liście, mojego stosunku do ciebie i mojej oceny twojego życia".

Odcinek 536. Jasna Polana, 15 lipca 1910 roku. Tołstojowa żąda od Tołstoja wydania klucza od schowka, w którym są przechowywane jego dzienniki. Spotyka się z odmową, której być może towarzyszy jakiś gest lub krótki, niekoniecznie merytoryczny komentarz.

Odcinek 539. Jasna Polana, 18 lipca 1910 roku. Sofia wysuwa przypuszczenie, że Lew ją zdradził i dlatego ukrywa przed nią dziennik, w którym ze szczegółami opisał scenę cudzołóstwa. Opinie psychiatrów były podzielone. Jedni twierdzili, że jest to "paranoja"; inni jej stan tłumaczyli "przemijającym rozstrojem psychicznym".

Odcinek 543. Jasna Polana i okolice, 22 lipca 1910 roku. Tołstoj tego dnia zanotował w dzienniku: "Pisałem w lesie" (Dz., II, 395). Doszło tam do konspiracyjnego spotkania, na którym autor Zmartwychwstania sporządził w obecności trzech świadków nową wersję testamentu.

Odcinek 550. Jasna Polana, 29 lipca 1910 roku. Lew Nikołajewicz, w rozpaczliwym geście obrony swojej prywatności zaczyna prowadzić Dziennik tylko dla siebie, z którym nigdy się nie rozstaje (nosi go "pod koszulą lub za cholewą buta"). Pierwsze zdania nienajlepiej świadczą o kondycji psychicznej piszącego i o jego postępującym uzależnieniu od Czertkowa: "Zaczynam nowy dziennik, prawdziwy dziennik tylko dla siebie. Dziś trzeba zapisać jedno: że jeżeli podejrzenia niektórych z moich przyjaciół są słuszne, to teraz zaczęła się próba osiągnięcia celu czułością. Już od paru dni całuje mnie w rękę, czego przedtem nigdy nie było, poza tym nie ma scen i rozpaczy" (Dz., II, 419).

Odcinek 554. Jasna Polana, 2 sierpnia 1910 roku. Sofia Andriejewna rozpoczyna operację, która pozwoli ustalić, w jaki sposób mąż i Czertkow przekazują sobie listy.

Odcinek 571. Jasna Polana, 19 sierpnia 1910 roku. Tołstojowa prosi (grzecznie, oczywiście) Lwa, aby nie pozował do zdjęć z C.

Odcinek 593. Jasna Polana, 10 września 1910 roku. Starsza pani na znak protestu prowadzi głodówkę. Dzień drugi i ostatni.

Odcinek 606. Jasna Polana, 23 września 1910 roku. "Jesienny smutny pan" oznajmia całemu światu, że zgubił "mały notesik" (Dz., II, 405), czyli Dziennik tylko dla siebie. Martwi się niepotrzebnie - zapiski odnalazła w mężowskim bucie nieoceniona Sofia i potraktowała je jako prezent na rocznicę ślubu. Wzruszona, namówiła małżonka na wspólną fotografię, która - jak się później okazało - jakościowo nie odbiegała od prawie pięćdziesięciu lat spędzonych razem.

Odcinek 607. Jasna Polana, 24 września 1910 roku. Lew Tołstoj uskarża się w - optymista - Dzienniku tylko dla siebie (pewnie wziął nowy notesik i dla zmylenia tropów nosi go w innym bucie niż poprzednio), że żona czyniła mu wyrzuty po obiedzie, a Czertkow w liście. "Oni mnie rozszarpują na strzępy - pisze - Czasem myślę sobie: odejść od wszystkich" (Dz., II, 427).

Odcinek 609. Jasna Polana, 26 września 1910 roku. Akcja nabiera wyraźnego przyspieszenia. Pani Tołstojowa odkrywa, że w gabinecie męża znów wisi portret Czertkowa. "Zdjęłam portret - oznajmia z radością - podarłam na strzępy i wrzuciłam do klozetu" (Pam., 393; nawiasem mówiąc, pisarz wstydził się przed chłopami swojego WC). Aby czymś zająć rozgniewanego męża, popełnia samobójstwo, próbując oddać strzał z pistoletu-straszaka. Po jakimś czasie wystrzeliła dla pewności jeszcze raz, ale i tym razem nikt nie usłyszał huku.

Odcinek 620. Jasna Polaną, 7 października 1910 roku. Sofia prosi męża, żeby nie całował się z Czertkowem i - to już odcinek 624 (sceneria niezmieniona) - nie chodził z nim na "potajemne schadzki" (Dz., II, 410).

Odcinki 625, 626 i 627 (Jasna Polana, 12, 13 i 14 października 1910 roku) upływają na "nieznośnym gadaniu" (Dz., II, 411) Sofii Andriejewnej. On zwyczajem wszystkich mężów milczy. Więc ona dla pewności pisze do niego list (odc. 627): "Codziennie [...] zadajesz mi nowe ciosy, od których ściska mi się serce, które skracają mi życie, niewymownie mnie męczą i nie mogą skrócić moich cierpień. Ten nowy cios, to zły postępek dotyczący pozbawienia twego licznego potomstwa praw autorskich. [...]. Ogarnia mnie przerażenie, że jeżeli Cię przeżyję, wiele zła może powstać wokół twej mogiły i w pamięci dzieci i wnuków! Wypleń je, Lowoczka, za życia! Zbudź i zmiękcz swoje serce, zbudź w nim Boga i miłość, o której tak głosisz ludziom" (Pam., 400-401).

Odcinek 632. Jasna Polana, 19 października 1910 roku. Nocą Tołstojowa sprawdza, czy chowany przed nią dziennik jest tam, gdzie być powinien. Z przerażeniem stwierdza, że nie ma. Budzi męża i oskarża go o przekazanie notatek Czertkowowi. Okazuje się jednak, że ma je Maria. Też niedobrze. To były okropne idy październikowe. Dla Jasnej Polany czas pożegnań. Każdy, najdłuższy nawet serial kiedyś się kończy.

W nocy z 27 na 28 października Tołstoja obudziło światło sączące się z gabinetu. Usłyszał szelest sukni. To żona przeglądała jego papiery. Wstał. Zapalił świecę. Po chwili zajrzała do pokoju Sofia i zapytała, jak się czuje. Wyszła. Zmierzył puls. 97. Objawy duszności. Zaczyna się pakować. Pisze list pożegnalny. Nie pierwszy, ale ostatni: "Mój odjazd zmartwi Cię. Boleję nad tym, ale zrozum i wierz, że nie mogłem inaczej postąpić. Moja sytuacja w domu staje się i stała się nie do zniesienia. Pomijając wszystko inne, nie mogę dalej żyć w warunkach zbytku, w których żyłem, i czynię to, co zwykle czynią starcy w moim wieku: odchodzę z życia światowego, by przeżyć w samotności i ciszy ostatnie dni swego życia. Proszę Cię, zrozum i nie jedź za mną, jeżeli się dowiesz, gdzie jestem. Taki Twój przyjazd tylko pogorszy moje i Twoje położenie, lecz nie zmieni mego postanowienia. Dziękuję Ci za Twoje 48-letnie uczciwe życie ze mną i proszę, byś mi przebaczyła wszystko, czym zawiniłem przed Tobą, tak jak ja z całego serca przebaczam Ci wszystko, w czym mogłaś zawinić wobec mnie. Radzę Ci pogodzić się z tą nową sytuacją, w której Cię stawia mój odjazd, i nie mieć do mnie urazy" (28 października 1910, L., II, 334). Po napisaniu niepostrzeżenie opuścił dom, by nigdy już tu nie wrócić. Na początek wyruszył do klasztoru Szamardinskiego, w którym mniszką była jego siostra Maria.

Tołstojowa, po przeczytaniu listu, pobiegła w stronę stawu, żeby się utopić. Poślizgnęła się na pomoście służącym do robienia prania, upadła na plecy, doczołgała się do krawędzi i osunęła się do wody w miejscu, gdzie nie było głęboko. Po chwili niedoszłą samobójczynię córka Aleksandra i sekretarz pisarza, Walentin Bułgakow wyciągnęli na brzeg. Po tym ostentacyjnym wybuchu rozpaczy, natychmiast wysłała telegram do męża: "Wróć natychmiast - Sasza". Oburzona córka (Sasza to zdrobnienie od imienia Aleksandra) napisała kolejną depeszę: "Nie martw się, ważne są tylko telegramy podpisane Aleksandra". Ani pierwszy, ani drugi nie dotarły do adresata, który w tym czasie jechał już innym pociągiem.

Następnie niemal cała rodzina (wyłamał się Michaił) zasiadła do listów. We wszystkich (z wyjątkiem napisanego przez Siergieja *["Kochany tato, piszę, bo Sasza mówi, że tobie by przyjemnie było znać nasze (dzieci) zdanie. Sądzę, że mama jest nerwowo chora i pod wieloma względami niepoczytalna, że powinni byliście się rozstać już od dawna, jakkolwiek ciężkie jest to dla was obojga. Sądzę, że nawet jeśli się z mamą coś stanie, czego się nie spodziewam, nie powinieneś sobie niczego wyrzucać. Sytuacja była bez wyjścia i sądzę, że wybrałeś najlepsze wyjście. Wybacz, że tak szczerze piszę".]) powtarzała się prośba o powrót uciekiniera. "Lowoczka, gołąbeczku - gruchała podeschnięta już topielica - wróć do domu, kochany, uratuj mnie przed powtórnym samobójstwem. Lowoczka, towarzyszu całego mego życia, wszystko, wszystko zrobię, co zechcesz, przestanę otaczać się zbytkiem; z przyjaciółmi Twoimi będziemy się przyjaźnić, będę się leczyć, będę łagodna [jak u Dostojewskiego - krotkaja]". Rolę kuriera powierzono oczywiście Aleksandrze. Lew Nikołajewicz odpowiedział żonie. To był ich ostatni korespondencyjny walc. "Nasze spotkanie - pisał - a tym bardziej mój powrót są teraz zupełnie niemożliwe. Dla Ciebie byłoby to, jak wszyscy mówią, w najwyższym stopniu szkodliwe, a dla mnie okropne, gdyż obecnie moja sytuacja byłaby wskutek Twego podniecenia, zdenerwowania, chorobliwego stanu - jeżeli to w ogóle możliwe - jeszcze gorsza. Radzę Ci pogodzić się z tym, co się stało, urządzić się w nowej dla siebie tymczasem sytuacji i, co najważniejsze - leczyć się. [...]. Żegnaj, droga Soniu, niech Ci Bóg dopomoże" (30-31 października 1910, L., II, 337-338).

W klasztorze - żeńskim bądź co bądź - już nie mógł dłużej pozostawać. Wyruszył więc w dalszą drogę, ale tym razem w towarzystwie kilku osób (m. in. Aleksandry). Jak na dwudziestowiecznego artystę przystało, nie mógł liczyć na anonimowość - w pociągu natychmiast go rozpoznano i na kilka godzin stał się atrakcją dla znudzonych pasażerów. O jego ucieczce pisano w gazetach, więc teraz całe rodziny przychodziły obejrzeć ekskomunikowanego pisarza, który na domiar złego porzucił żonę i dzieci. Do fatalnego nastroju psychicznego dołączyło przeziębienie. Postanowiono przy najbliższej okazji wysiąść. Okazało się, że to bezhotelowe Astapowo w guberni riazańskiej. Zawiadowca, oszołomiony przybyszem z innego wymiaru, oddał do dyspozycji wędrowców swoje mieszkanie. Za kilkadziesiąt godzin zostanie najsłynniejszym kolejarzem Imperium Rosyjskiego.

Chory czuł się coraz gorzej, gorączkował i lekarska diagnoza zabrzmiała jak wyrok: "Zapalenie płuc". Astapowo przeżywa swoje pięć minut - na stacji koczują wysłannicy stołecznych gazet, a 2 listopada przyjechała wynajętym pociągiem Sofia Andriejewna z najbliższymi. Rodzina zabroniła jej jednak odwiedzać męża i dopiero, gdy stracił przytomność, pozwolono jej podejść do konającego. Podobno powiedziała: "«Przebacz mi» i jeszcze coś, czego obecni nie słyszeli. Przed samą śmiercią, około szóstej, znów podeszła do niego, uklękła i coś mówiła półgłosem. Tołstoj zmarł 7 XI 1910 r. o godz. 6 min. 5 rano".

Później, w obecności Goldenweisera, stwierdziła ponoć: "To ja go zabiłam!" Być może, ale ważniejsze od rozdrapywania ran było teraz dla niej stworzenie legendy o wielkiej miłości Mistrza i jego Sofii. To dlatego trzydzieści lat wcześniej toczyła wojnę o wspólną sypialnię i wspólne zdjęcia, to dlatego tak chętnie manipulowała faktami, ponieważ wierzyła, że symbole mają taką samą wartość, jak prawdziwe uczucia. Dziennikowy proces zakłamywania rzeczywistości rozpoczęła na początku stulecia. "Geniuszowi - pisała 13 marca 1902 roku - trzeba stworzyć warunki spokojne, wesołe i wygodne; geniusza trzeba nakarmić, umyć, ubrać, trzeba niezliczoną ilość razy przepisywać jego utwory, trzeba go kochać, nie dawać mu powodów do zazdrości, żeby miał spokój, trzeba wykarmić i wychować niezliczoną ilość dzieci, które geniusz płodzi, ale którymi nie ma czasu i nie lubi się zajmować, gdyż musi obcować z Epiktetami, Sokratesami, Buddami itp., i musi dążyć do tego, by stać się takim jak oni. [...]. Służyłam i ja blisko czterdzieści lat geniuszowi i wiem, że setki razy burzyło się we mnie życie duchowe, wszelkie pragnienia, energia, dążenie do rozwoju, miłość do sztuki i muzyki... Ale wszystkie te porywy dławiłam i dławię - i znów, na nowo, teraz i do końca życia będę tak czy inaczej służyła swemu geniuszowi. [...]. Gdy między żoną geniusza a nim samym jest prawdziwa miłość, jak to było między mną a Lwem Nikołajewiczem, wówczas żonie nie jest potrzebny wielki umysł dla rozumienia, potrzebny jest instynkt serca, intuicja miłości - wtedy żona wszystko zrozumie i oboje będą szczęśliwi, jak my przedtem" (Pam., 321-322).

Po śmierci męża miała ułatwione zadanie - nie zaprotestuje, nie opublikuje, nie odejdzie. Mogła więc w 1913 roku we Wstępie do wydanych przez siebie Listów hrabiego L. N. Tołstoja do żony posłużyć się kłamstwem. A może nie kłamstwem, ale półprawdą. A może nawet nie półprawdą, ale jej prawdą. A może rzeczywiście nie było żadnej pięćdziesięcioletniej wojny domowej i to jacyś ich sąsiedzi swoje życie zamienili w piekło. No więc, jak się okazuje, we Wstępie do wydanych przez siebie Listów hrabiego L. N. Tołstoja do żony Sofia napisała całą prawdę i tylko prawdę: "Nim odejdę z życia, aby połączyć się z ukochanym człowiekiem w tamtej strefie ducha dokąd on odszedł, chciałabym się podzielić z ludźmi kochającymi i otaczającymi czcią pamięć Lwa Nikołajewicza tym, co jest mi tak drogie - jego listami do mnie, a z nich informacjami o naszym wspólnym, 48-letnim, niemal do końca szczęśliwym życiu małżeńskim. [...]. Do opublikowania tych listów skłoniło mnie także to, że po mojej śmierci, która zapewne jest bliska, będzie się utartym zwyczajem fałszywie sądzić i opisywać mój stosunek do męża i jego do mnie. A więc niech już się interesują i osądzają w oparciu o żywe i prawdziwe źródła, a nie - domysły, plotki i kłamstwa. I niechaj ludzie pobłażliwie potraktują tę, której, być może, było ponad siły dźwigać od młodzieńczych lat na słabych barkach doniosłe powołanie - bycia żoną geniusza i wielkiego człowieka".

Jedno jest pewne, po śmierci męża wyciszyła się, złagodniała, została wegetarianką (a czasy nadchodziły niewegetariańskie), ale "zachowała - jak zauważyła córka Tatiana - jedną tylko słabostkę: niepokoiła się, co o niej będą pisać i mówić, kiedy jej nie stanie, bała się o swoją reputację".

Po przejęciu władzy przez bolszewików pozostała z Tatianą w Jasnej Polanie. W 1918 roku Rada Komisarzy Ludowych potraktowała ją wyjątkowo - nie przeprowadzono rekwizycji i nawet zaczęto wypłacać rentę. Jednak obie kobiety (otoczone wianuszkiem pieczeniarzy) z trudem radziły sobie w nowej rzeczywistości, toteż "[...] majątek stopniowo popadał w ruinę; park zarastał chwastami, zmarniały drzewa w sadzie, niszczały zabudowania. Butwiały meble we dworze, znikały książki z biblioteki. [...]. Ratował ich warzywnik - nawet na klombach rosły warzywa. Zadłużyli się. Sprzedali krowę i część odzieży. Prowadząca gospodarstwo Tatiana Lwowna robiła na drutach puchowe chustki i szale, wiozła je do Tuły - córka Tołstoja stała na bazarze, oferując swoje wyroby [,..]".

Sofia Andriejewna odeszła w roku 1919. Zaziębiła się podczas mycia okien i ją też być może zabiło zapalenie płuc. Umierając, pewnie wierzyła, że przeżyła pięćdziesiąt cudownych lat u boku wspaniałego, kochającego męża; że byli nowym wcieleniem Romea i Julii (w wersji "dla starszych i zaawansowanych"). A może po prostu sporządziła bilans swego życia i starała się uczciwie je rozpisać na "ma" i "winien". Mam nadzieję, że w tej pierwszej rubryce nie pominęła żadnej pozycji. Szkoda, iż nie miała pod ręką wspomnień jednego z synów: "Z trzynaściorga dzieci, jakie wydała na świat, matka własną piersią wykarmiła jedenaścioro. W ciągu pierwszych trzydziestu lat małżeństwa była w ciąży sto siedemnaście miesięcy, czyli dziesięć lat, a karmiła piersią ponad trzynaście lat. Równocześnie potrafiła prowadzić całe skomplikowane gospodarstwo dużej rodziny i sama przepisywała Wojnę i pokój, Annę Kareninę i inne utwory po osiem, dziesięć, a czasem nawet dwadzieścia razy każdy" *[Gwoli ścisłości: Wojnę i pokój przepisywała siedmiokrotnie.].

Po śmierci Tołstojowej podjęto nowe decyzje w sprawie statusu Jasnej Polany - dom stał się teraz "domem-muzeum", którego pierwszym "komisarzem pełnomocnym" została mianowana Aleksandra Tołstojówna. Nie wiem, czy Łunaczarski, podejmując tę decyzję, był świadom, że w czasie wojny jego komisarz była na froncie siostrą miłosierdzia, że była ranna, trzykrotnie odznaczona i dosłużyła się stopnia pułkownika. On zapewne nie, ale inni tak, ponieważ 28 marca 1920 roku została aresztowana i umieszczona w więzieniu na Łubiance. Przesłuchiwał ją znany czekistowski specjalista od literatury Jakow Agranow. Wprawdzie 21 maja pannę Saszę zwolniono, ale 17 sierpnia rozpoczął się proces, w którym została oskarżona "o udział w organizacji Centrum Taktycznego" i skazana na trzy lata pobytu w Nowospasskim Obozie Koncentracyjnym w Moskwie. Dzięki amnestii wyszła na wolność już po kilku czy kilkunastu miesiącach. W roku 1929 wyjechała z cyklem wykładów o ojcu do Japonii, skąd już oczywiście nie wróciła. Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tym samym czasie pojawiła się poufna instrukcja władz bezpieczeństwa O uregulowaniu sprawy bicia w dzwony, gdzie czytamy: "W interesie szerokich rzesz pracujących [...]: 1. Zabronić tak zwanego głośnego bicia lub bicia we wszystkie dzwony. 2. Pozwolić [...] bić w małe dzwony, określonej wagi, w ściśle określonym czasie [...]". A zatem już wiadomo, komu bił dzwon. Ostatni w Rosji Radzieckiej - córce Lwa Nikołajewicza. Aleksandra zamieszkała w USA, gdzie założyła Fundację im. Lwa Tołstoja, służącą pomocą imigrantom z Europy Wschodniej.

Równie barwne biografie (wiadomo - niebanalny XX wiek) los podarował jej rodzeństwu.

Siergiej był niezłym kompozytorem; ożenił się w 1895 roku z Marią Raczyńską (1865-1900), która po jakimś czasie odeszła od niego (mieli syna); w 1906 roku jego żoną została Maria Zubowa (1868-1939); po rewolucji pozostał w Rosji.

Tatiana była zdolną malarką i rzeźbiarką; wyemigrowała w 1925 roku, w Rzymie "[...] zarabiała na życie portretami, sprzedawała lalki w rosyjskich strojach, które sama szyła"; w Paryżu prowadziła pensjonat, który splajtował; "kłopoty materialne zakończyły się w roku 1930, po ślubie jej jedynej córki z włoskim prawnikiem Leonardo Albertinim, synem właściciela «Corriere delia Sera»"; zmarła w Rzymie.

Ilia w 1888 roku ożenił się z Sofią Fiłosofową (1867-1934); w 1916 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych; po rewolucji lutowej wrócił na chwilę do Rosji, by ostatecznie opuścić kraj jeszcze w 1917 roku; w emigracyjnym pośpiechu zapomniał - to się zdarza - o żonie i ośmiorgu dzieciach; w 1920 roku został mężem znanej teozofki Nadieżdy Katulskiej (po pierwszym mężu: Parszyna); próbował zrobić karierę w Hollywood, gdzie na początek zaproponowano mu napisanie scenariusza na podstawie Anny Kareniny; postawiono tylko jeden warunek: w filmie Miłość główna bohaterka nie popełni samobójstwa, ale wyjdzie za mąż za Wrońskiego (Ilia podobno zaprotestował); nie zrobił też większej kariery jako aktor (zagrał w Zmartwychwstaniu); "[...] zmarł - jak pisze Anna Żebrowska - na białaczkę w tanim szpitalu amerykańskim".

Lew - pisarz i rzeźbiarz, ożenił się w 1896 roku z Dorą (1878-1933), córką "wziętego psychiatry szwedzkiego" Ernsta Westerlunda (u którego nb. jako neurastenik się leczył); po rewolucji ona z dziećmi (mieli dziewięcioro) powróciła do Szwecji; jego drugą żoną została Marianna Solska; wyjechał do Francji; starość spędził w Szwecji, prowadził bardzo burzliwe i pełne romansów życie (w przeciwieństwie do ojca nie cierpiał na bulimię erotyczną).

Największą namiętnością Andrieja były kobiety; wprawdzie 8 stycznia 1899 roku ożenił się z Olgą Diterichs (1872-1951, mieli dwoje dzieci), ale małżeństwo nie miało żadnego wpływu na jego styl życia; żonę porzucił dla Anny Tołmaczewej; w 1907 roku rozwiódł się i ożenił z uwiedzioną wcześniej żoną gubernatora Tuły Jekatieriną Arcimowicz (z domu Goriainowa, 1876-1959, matką sześciorga dzieci); z tego związku urodziła się córka Maria; "[...] zmarł podczas I wojny światowej na zakażenie krwi".

Michaił był kompozytorem popularnych romansów; 31 stycznia 1901 roku wziął ślub z Aleksandrą (Liną) Glebową (1880-1967), z którą miał ośmioro dzieci; w wojnie domowej walczył po stronie białych i znalazł się na emigracji, w 1936 roku ostatecznie osiadł we francuskim wówczas Maroku, gdzie zajął się hodowlą (kozie mleko pochodzące z jego farmy sprzedawano w Rabacie).

Szkoda, że Lew Nikołajewicz nie żyje - napisałby wielotomową sagę rodzinną o swoich dzieciach, i o ich dzieciach, i o dzieciach tamtych dzieci, i - chyba musiałby na tym poprzestać. Jak jego skrupulatni biografowie, którzy doliczyli się 32 wnuków, 56 prawnuków, 117 praprawnuków i wpadli w rozpacz na poziomie prapraprawnuków, bo oni wciąż się rozmnażają za nic mając Sonatę Kreutzerowską, kilkadziesiąt tomów dzienników, kilkanaście tomów listów i wiele kilogramów broszur swego wielkiego praszczura. Wiadomo jedynie, że płodni potomkowie tego płodnego pisarza mieszkają w Czechach, Francji, Izraelu, Kanadzie, Niemczech, Rosji, Szwajcarii, Szwecji, USA, Wielkiej Brytanii, Włoszech. Nie sądzę, by ci najmłodsi zasługiwali na osobną Tołstojowską opowieść - najczęściej pozują na arystokratów i prowadzą nudne, dostatnie mieszczańskie życie. Takie na miarę talentu Danielle Steel. Ale Sofia Andriejewna byłaby z nich dumna.

 

 

Zdrowie też przegapiłem, jak Panią

ANTON CZECHOW

 

OSOBY

Anton Czechow (1860-1904) - prozaik, dramaturg.

Aleksandr (1855-1913), Nikołaj (1858-1889), Iwan (1861-1922), Maria (1863-1957), Michaił (1865-1936) Czechowowie - Aleksandr - pisarz i dziennikarz, pozostawił wspomnienia o młodości Antona; Nikołaj - malarz, zmarł na gruźlicę; Iwan - nauczyciel; Maria - nauczycielka; opiekowała się swoim słynnym bratem w Moskwie, Mielichowie i Jałcie; po jego śmierci wydała utwory zebrane (w tym m.in. listy); Michaił - prawnik, literat; autor wspomnień o Antonie.

Olga Knipper (1868-1959) - żona (1901-1904) Antona Czechowa, aktorka Moskiewskiego Teatru Artystycznego, artystka ludowa ZSRR; opublikowała wspomnienia o mężu.

Lidia Mizinowa (1870-1937) - nauczycielka (ale próbowała też swoich sił jako śpiewaczka, aktorka, tłumaczka, modystka); wielka miłość Antona Czechowa.

Isaak Lewitan (1860-1900) - malarz. Ignatij Potapienko (1856-1929) - pisarz.

Lidia Awiłowa (1865-1943) - pisarka, w jej życiu podobno zaistniał Anton Czechow.

Aleksandr Wiszniewski (1863-1943) - aktor Moskiewskiego Teatru Artystycznego.

 

Odczuwamy egzystencjalny, paniczny lęk, "pralęk" (Gerardus van der Leeuw) przed Nieznanym, ale stan paraliżującego, traumatycznego strachu może nam towarzyszyć w oczekiwaniu na Znane. Obawiamy się wówczas symptomów zapowiadających nadejście choroby, ale też narażenia się na śmieszność oraz poglądów i zachowań skazujących na anonimowość uniformizacji. Jedni pozostają przez całe życie dziećmi uczącymi się wciąż świata na nowo; inni mądrymi, zgorzkniałymi starcami, obarczonymi bagażem doświadczeń pokoleń. Tych pierwszych utrzymuje przy życiu amnezja serca i granicząca z szaleństwem spontaniczność reakcji, tych drugich zabija nadwrażliwość czy może raczej nadczynność pamięci i chłód ironii (oraz jej częstej towarzyszki - autoironii). Dlatego Casanova mógł każdej nocy wyznawać wielką miłość kolejnym kochankom, a Czechow starannie ją ukrywał przed najważniejszą kobietą w swoim życiu. Obaj wierzyli - przynajmniej do pewnego czasu - w słuszność dokonanych wyborów. Obaj byli świadomi wagi i wartości słów określających stan uczuć - dlatego Giacomo wypowiadał je niczym mantry, by swoje wybranki wprowadzić w stan hipnozy i uwieść, a Anton ukrywał się w kokonie milczenia, by nie być posądzonym o sentymentalny patos, o uprawianie taniego, trywialnego, semantycznego ekshibicjonizmu i, jak zauważyła Natalia Modzelewska, "trudno wskazać wśród artystów świata człowieka bardziej dyskretnego i hermetycznego niż Czechow. Udostępnienie obcemu spojrzeniu własnych przeżyć było dla niego czymś równie krępującym, jak ukazywanie się choćby przed domownikami w samej bieliźnie" *[N. Modzelewska, Pisarz i miłość. Dostojewski, Czechow, Warszawa 1975, s. 153. W liście do G. Rossolimo (11 października 1899) zauważył: "Autobiografia? Mam patologiczny wstręt do autobiografii. Czytać jakieś dane o sobie, a tym bardziej pisać o sobie dla publikacji - to dla mnie prawdziwa udręka". A. Czechow, Listy, tłum. N. Gałczyńska, A. Sarachanowa, t. II, Kraków 1988, s. 251. Dalej w tekście zasadniczym: L.].

Przez większość swego życia autor Trzech sióstr szczęśliwie unikał pułapek zastawianych przez życie, obawiał się i przezornie unikał sytuacji, którą po latach opisał Erich Fromm: "[...] Nawet uświadomienie sobie rzeczywistych motywacji leżących u podstaw naszych działań oraz uświadomienie sobie ich konsekwencji nie wystarcza do zwiększenia inklinacji w kierunku dobrego wyboru; ważne jest również, aby jednostka zdawała sobie sprawę z właściwego momentu, w którym dokonywany jest dobry wybór, oraz żeby miała realne możliwości wyboru różnych wariantów. Przypuśćmy, że człowiek [...] jest świadom wszystkich swoich motywacji oraz rzeczywistych konsekwencji swoich czynów; przypuśćmy, iż "zdecydował się» on nie pójść z [...] kobietą do łóżka. Zaprasza ją wszakże na jakiś spektakl i zanim ją odprowadzi do domu, proponuje jej «wypicie wspólnego drinka». Na pierwszy rzut oka wygląda to całkiem niewinnie. Nie wydaje się, aby we wspólnym wypiciu drinka było coś zdrożnego. I rzeczywiście, nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby równowaga sił, które w nim toczą walkę nie była tak delikatna. Gdyby w tym momencie potrafił on uświadomić sobie, do czego prowadzi «wspólne wypicie drinka», mógłby jej tego nie proponować. Mógłby przewidzieć, że atmosfera będzie romantyczna, że alkohol osłabi siłę jego woli, że nie będzie w stanie oprzeć się chęci uczynienia następnego kroku i wstąpienia do jej mieszkania na jeszcze jednego drinka, w następstwie czego z całą pewnością będzie się z nią kochał. Gdyby miał pełną świadomość tego wszystkiego, mógłby przewidzieć niemalże nieuchronną sekwencję tych zdarzeń, a gdyby mógł ją przewidzieć, powstrzymałby się przed «wypiciem wspólnego drinka». Ale ponieważ jego pragnienie czyni go ślepym i nie pozwala dostrzec koniecznej sekwencji wydarzeń, nie dokonuje on właściwego wyboru w momencie, w którym ma jeszcze taką możliwość. Innymi słowy, rzeczywisty wybór dokonuje się tutaj już wtedy, gdy zaprasza on kobietę na drinka (albo być może już w momencie, gdy zaprasza ją na spektakl), a nie wtedy, gdy zaczyna się z nią kochać. W ostatnim ogniwie łańcucha podejmowanych decyzji nie jest on już wolny; w momencie wcześniejszym mógłby być wolny, gdyby był świadom tego, kiedy należało podjąć odpowiednią decyzję. [...]. Generalizując [...], moglibyśmy powiedzieć, że jednym z powodów, dla których tak wielu ludziom nie udaje się w życiu, jest to, że nie dostrzegają oni świadomie momentu, kiedy są jeszcze wolni do działania zgodnego z rozumem, i że uświadamiają sobie sytuację wyboru, gdy już jest za późno na podjęcie decyzji".

Wprawdzie jako czternastolatek zadurzył się Czechow w Iraidzie Sawicz, później poczuł coś do Aleksandry Sieliwanowej, której udzielał korepetycji (po latach jeszcze parokrotnie - 1887, 1895 - platonicznie się spotkali), ale w wypracowanej przez niego w latach osiemdziesiątych strategii życiowej już nie ma miejsca na uczucia. Prowadzi wprawdzie bardzo intensywne życie towarzyskie, otacza się kobietami, chętnie z nimi flirtuje i rozkochuje w sobie, z niektórymi może nawet romansuje, lecz nigdy się nie angażuje i chętnie pasie się zielonością i naiwnością całych zastępów kursistek (koleżanek siostry). Wysyła do nich anonimowe listy z wyznaniami miłosnymi (np. do Jelizawiety i Nelli Markowych) i - wcielając się w epigona romantyzmu - kiczowatymi wierszami. Do Kati Junoszewej wysłał 2 listopada 1883 roku utrzymany w konwencji pastiszu romans, który później umieścił w opowiadaniu O, kobiety, kobiety!...:

 

W dymie cygara rozmarzonym

Płynęłaś w moich marzeń pustce -

Miłością byłem porażony,

A na twych ustach płonął uśmiech...

(A. Czechow, W dymie cygara rozmarzonym..., tłum. P. Fast)

 

Zdegustowana panna odesłała wiersz z komentarzem ("I nie wstyd Panu, Antoszo, pleść takie bzdury"), który zdawał się nienajlepiej świadczyć o jej poczuciu humoru i wskazywał na całkowitą niechęć do uczestniczenia w grze literackiej zaproponowanej przez nadawcę. Dopiero po wielu latach okazało się, że ona po prostu kochała Mężczyznę, Który Obraca Wszystko w Żart i oczekiwała na konwencjonalne wyznanie miłości prozą. W 1898 roku spotkali się przypadkiem w Nicei. W liście do siostry Czechow napisał, że rozmawiał z jej dawną przyjaciółką, że jest to teraz dama korpulentna, spokojna i rozważna. Jak zwykle nic nie zrozumiał. Nie chciał zrozumieć.

Po kursistkach przyszedł czas na artystki. Przez życie wziętego humorysty przewinęły się: Warwara Eberle - śpiewaczka operowa, Daria (Dolly) Musina-Puszkina - aktorka, Głafira Panowa - aktorka, Ludmiła Ozierowa - aktorka, Aleksandra Pochlobkina - pianistka. No i Kleopatra Karatygina. Zakochana - ona też chciała wsiąść z Czechowem do tramwaju zwanego Pożądaniem - wysłała do niego bardzo intymny wiersz. A on - wyraźnie rozbawiony - wykpił się żartami o Antoniuszu i Kleopatrze oraz rozważaniami na temat wartości artystycznych nadesłanego tekstu. Upokorzona - rozpaczliwie poszukiwała jakiegoś wyjścia, odarta ze złudzeń - zrozumiała, że wsiadła do tramwaju z niewłaściwym mężczyzną: "Czyż można tak rozmawiać z kobietą? Przecież dla kobiety nie ma nic okropniejszego niż znaleźć się w głupiej sytuacji, na dodatek z własnej winy. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że pisałam swoją apoplektyczną alegorię nie dla druku... Pocieszam się tym, że także wielcy ludzie pisali głupstwa. [...]. Do oddania Panu zeszyciku pociągnął mnie za rękę diabeł (na niego można wszystko zwalić). Przecież ja za Panem, przewidując finał, wysłałam pogoń, by odebrać, ale biada mi! Nie dogoniono Pana i stałam się pośmiewiskiem. Jeszcze pół biedy, jeśli Pan kpił ze mnie w samotności. Jeśli zaś w towarzystwie, to nie wybaczę Panu. [...]. Dziękuję, nawiasem mówiąc, za posłodzoną pigułkę - «napisane wspaniale», i nigdy, słyszy Pan, nigdy proszę nie nazywać mnie «znakomitą». Niech się Pan nie waży". Potem jeszcze pisywali do siebie. Jej ostatni list (z 19 maja 1904) zawiera wstrząsającą prośbę o pomoc. "Może mi Pan przyśle 500 rubli. A gdyby to było niemożliwe - to może 300. A jeśli Pan tyle nie ma - to chociaż 100. I proszę nic nie mówić o tym żonie."

W połowie lat osiemdziesiątych pół Moskwy i cały rodzinny Taganrog były zajęte swataniem Czechowa. Tymczasem on z wdziękiem i dezynwolturą Woody'ego Allena tradycyjne misterium matrymonialne (z właściwym mu modelem zachowań, z rytualną powtarzalnością gestów i słów) traktował jedynie jako anegdotę, jako fabułę kolejnej humoreski, w której on sam występował w roli bohatera i narratora: "Przyjadę do Taganrogu pod koniec czerwca, mając niepłonną nadzieję, że czeka już na mnie przyobiecana przez Panią narzeczona. Moje warunki: uroda, wdzięk i... niestety! - przynajmniej ze 20 tysiączków. Dzisiejsza młodzież jest okropnie merkantylna!" (do Jewgienii Sawieliewej, 24 lutego 1884; L., I, 38), "Mój ożenek prawdopodobnie nie dojdzie do skutku: cenzura nie pozwala. Moja ona jest Izraelitką *[Czechow pisze tu o Jewdokii Efros (1861-1943), którą w 1886 roku nieoczekiwanie (zapewne nawet dla samego siebie) poprosił o rękę. Rodzice obojga solidarnie nie dopuścili do zawarcia małżeństwa. Jego - ponieważ wybranka syna była Żydówką, jej - ponieważ wybranek córki był gojem. Niedoszła pani Czechow ostatecznie wyszła za mąż za adwokata i wydawcę Jefima Konowitzera.]. Jeżeli bogatej Żydóweczce starczy odwagi, żeby przejść na prawosławie, to pięknie, jeżeli nie - mówi się trudno... Zresztą zdążyliśmy już się pokłócić. Jutro się pogodzimy, po tygodniu znów pokłócimy. Panienka złości się na religię, która krzyżuje jej zamiary, a z tego powodu łamie na moim biurku ołówki i ramki do fotografii - szczegół wymowny... Charakterek! Że się z nią rozwiodę za rok czy dwa, to rzecz pewna..." (do Wiktora Bilibina, 1 lutego 1886; L., I, 58), "Jeszczem nie żonaty. Z narzeczoną rozstałem się ostatecznie. To znaczy ona ze mną się rozstała. Ale rewolweru jeszcze nie kupiłem i dziennika nie prowadzę" (do Wiktora Bilibina, 28 lutego 1886 *[Dalej w tekście zasadniczym: P. Wydawcy rosyjscy w trosce o dobre imię pisarza pomijają z reguły wszystkie wulgaryzmy, którymi tak chętnie posiłkował się opisując fizjologię życia seksualnego. Tak więc w uwagach dotyczących pożytków płynących z posiadania francuskiej bony skróty pochodzą od pruderyjnej (resp:. dbającej o czystość obyczajów) redakcji.]), "Pytała Pani moją siostrę, czy się ożeniłem. Odpowiadam: nie, i jestem z tego dumny. Lekceważę sprawy matrymonialne! Wdowa Chłudowa (ta, co przy liczeniu pieniędzy ślini palce) przyjechała do Moskwy. Ratujcie, serafiny niebieskie!" (do Marii Kisielowej, 21 września 1886; L., I, 81), "Panienki, co prawda niebrzydkie, ale trzeba się do nich przyzwyczaić. Mają gwałtowne ruchy, lekkomyślny stosunek do mężczyzn, uciekają od rodziców z aktorami, wybuchają głośnym śmiechem, są kochliwe, przywołują psa gwizdem, piją wino itp." (do rodziny, 14-19 kwietnia 1887; L., I, 106).

W tym czasie Czechow - jak przystało na lekarza zafascynowanego modną wówczas fizjologią (medycynę ukończył w roku 1884) - znalazł się wśród entuzjastów kuracji, która w powszechnej opinii pozwalała na dokonywanie zawsze "właściwego wyboru" i prowadziła "do działania zgodnego z rozumem". Łatwość jej stosowania i nieskomplikowane procedury jej towarzyszące sprawiały, że uznawano ją za skuteczną metodę leczenia, której podstawowe zasady można by ująć w porażającą prostotą formułę: "Jedynie mężczyzna zaspokojony seksualnie podejmuje racjonalne decyzje". Pisarz tej kuracji cierpliwie sam się poddawał (14 lutego 1886 roku pisze do Wiktora Bilibina: "Poznałem parę dni temu bardzo efektowną Francuzkę, córkę ubogich, lecz zacnych mieszczan..." L., I, 60) i polecał (czy może raczej: zalecał, ordynował) ją w listach-receptach do przyjaciół: "Proszę sobie wynająć bonę Francuzeczkę dwudziestopięcio-dwudziestosześcioletnią [...] To dobrze robi na zdrowie" (do Nikołaja Lejkina, 11 maja 1888; P, 1, 190). Przy innej okazji wyznał zresztą, że "tajemnice miłości" posiadł będąc trzynastolatkiem i że w swoim czasie uchodził za eksperta w "dziedzinie dziwek". Noce - z czym się specjalnie nie krył - najchętniej spędzał w towarzystwie Cyganek z chórków restauracyjnych, cyrkówek, podrzędnych aktorek i baletnic; a więc kobiet, do których się nie pisało listów, które nie miały o nic żalu i nie robiły scen i o których w listach do Suworina można było napisać bladi. Wysoki (186 cm) i przystojny mógł zapewne zawsze liczyć na względy dam, ale przedkładał nad nie towarzystwo prostytutek. Poznawanie nowego miasta - w Rosji i za granicą - rozpoczynał od świątyni, cmentarza i domu publicznego.

W tym czasie bodaj tylko raz (w marcu 1886 roku, w liście do brata Nikołaja), pisząc o "ludziach dobrze wychowanych", Czechow zmienił tonację: "Starają się w miarę możliwości opanować i wysublimować swój instynkt seksualny. [...]. Ludzie dobrze wychowani i pod tym względem nie są ordynarni. Wymagają od kobiety nie tylko łóżka [...], nie sprytu wyrażającego się w nabieraniu mężczyzny na rzekomą ciążę czy w bezustannych kłamstwach... Ich, zwłaszcza artystów, pociąga w kobiecie świeżość, dobry smak, ludzkie serce, zdolność do tego, żeby być nie [...], lecz matką. Oni nie chleją wódki o każdej porze, nie myszkują po szafach, ponieważ pamiętają, że nie są świniami. Piją tylko wtedy, gdy mają wolny czas, przy okazji..." (L., I, 69). W tym opisie obok ledwie wyczuwalnej ironii pojawia się równie subtelnie zaznaczona - a dotąd wstydliwie ukrywana - tęsknota za kobietą, jakiej dotychczas nie poznał. Przeniesioną z utworów wykpiwanego Turgieniewa, a nie z powieści cenionego Zoli. Trzy lata później, w 1889 roku, pojawiła się w życiu Antona Czechowa. Może jedna, a może od razu trzy.

Tę pierwszą - początkującą pisarkę Lidię Awiłową, siostrę znanego publicysty-tołstojowca Fiodora Strachowa (1861-1923) - poznał w styczniowym Petersburgu na premierze Iwanowa. W zasadzie to spotkały się tylko ich spojrzenia. I nic między nimi nie zaiskrzyło. Po jakimś czasie (dla niego trzy lata, dla niej troje dzieci) spotkali się powtórnie. Na jakimś jubileuszu. Chwilę rozmawiali. I nic między nimi nie zaiskrzyło. I wtedy zaczęli do siebie pisywać *[Maria Czechow po śmierci brata zwróciła Awiłowej większość jej listów.]. Początkowo wyłącznie o literaturze - ona przysyłała mu do oceny swoje utwory (między nami mówiąc: marne), on z właściwą sobie delikatnością je oceniał (np. 21 lutego 1892: "Opowiadanie dobre, nawet bardzo dobre, ale gdybym był jego autorem lub redaktorem, poświęciłbym mu koniecznie jeszcze parę dni na dopracowanie" i dalej zaczyna się wyliczanie: po pierwsze..., po drugie..., po trzecie..., po czwarte...; L., II, 62). Minęły trzy lata i znów się spotkali. Tym razem pod nieobecność męża. W jej domu zjedli razem kolację. I coś między nimi zaiskrzyło. Do ich korespondencji, którą przerwała dopiero śmierć Czechowa, wkradły się wątki osobiste (ale nigdy intymne, nigdy nie wykraczające poza relację uczeń - mistrz) - ona kupiła majątek ziemski w guberni tulskiej (gdzieś nieopodal Jasnej Polany), on miał kolejny krwotok. Czasami się spotykali i wtedy Lidia Awiłowa wręczała mu kwiaty albo wyznawała miłość (zmieniając głos, na balu maskowym), a raz - w 1895 roku - podarowała brelok w kształcie książki z wygrawerowanymi napisami "Nowele i opowiadania A. Czechowa", "stronica 267, wiersz 6 i 7", które przywoływały kwestię wypowiedzianą przez bohatera Sąsiadów: "Jeśli kiedyś będzie ci potrzebne moje życie, to przyjdź i weź je" (tłum. M. Mongirdowa). Ten pretensjonalny pomysł został natychmiast wykorzystany w Mewie, gdzie Nina Zarieczna wręcza Trigorinowi medalion zaopatrzony w tekst: "Dni i noce, strona 121, wiersz 11 i 12", odsyłający do dobrze już znanego zdania ("Gdyby ci kiedykolwiek było potrzebne moje życie, przyjdź i weź je", tłum. N. Gałczyńska). A Czechow swój brelok - nawiązując do zaproponowanej przez Awiłową konwencji - ofiarował przed premierą sztuki Wierze Komissarżewskiej grającej rolę Niny. To byłaby jeszcze jedna banalna znajomość i jeszcze bardziej banalna korespondencja, gdyby zupełnie nieoczekiwanie we wspomnieniach A. P. Czechow w moim życiu (pochodzących z lat 1938-1940) Awiłowa nie ujawniła, że łączył ją z autorem Wujaszka Wani romans, o "[...] którym nigdy nikt nie wiedział, chociaż trwał on pełnych dziesięć lat" i który trafił do opowiadania O miłości. Podobno Czechow kiedyś jej wyznał: "Pamięta pani nasze pierwsze spotkanie. I czy wie pani? Wie pani, że byłem bardzo poważnie w pani zakochany. To było poważne. Kochałem panią. Wydawało mi się, że nie ma drugiej kobiety na świecie, którą mógłbym tak kochać". Nigdy nie dowiemy się, czy te słowa padły, czy też są elementem legendy wykreowanej przez mitomankę, ale warto pamiętać, że "[...] ujawniając tak ważny rozdział w życiu uczuciowym pisarza, miała przeciwko sobie całą czechowologię oficjalną, która nie lubi łamania poszufladkowanych koncepcji i żąda w takich wypadkach skrupulatnej dokumentacji. Narażała się też wdowie i siostrze Czechowa, które - każda z innych powodów - czuwały nad kanoniczną wersją jego biografii".

Ta druga - poznana w Jałcie latem 1889 roku Jelena Szawrowa - była piętnastoletnim podlotkiem, którego za kilka lat wprowadzi Czechow do literatury (pod męskim pseudonimem: J. Szastunow), którego zachęci do występów na scenie i z którym wiele lat będzie korespondował, ale którego w życie wprowadzi "inny ktoś" (nijaki pan Just). Jej pozostanie pisanie listów: "Drogi Maitre, ja tak gorąco Pana kocham i przyznaję się do tego dlatego, że jest to tak naturalne, jak gdybym powiedziała, że kocham słońce i dlatego, proszę mi wierzyć, bardzo teraz cierpię, bo widzę, że Pan całkiem o mnie zapomniał, albo jest niezadowolony ze mnie, albo nie wiem co... Co ja takiego zrobiłam, w czym przewiniłam? Mnie to tak męczy, gdyby Pan wiedział!" (październik 1897).

I wreszcie ta trzecia kobieta, która mogła zmienić życie dramaturga, miała, jak Awiłowa, na imię Lidia, była nauczycielką języka rosyjskiego w gimnazjum żeńskim i uchodziła za kobietę wyzwoloną - paliła papierosy. "We wrześniu 1889 roku - relacjonuje Leonid Grossman - Lidia Stachijewna Mizinowa przystępuje tam do pracy. W klasie sąsiadującej z tą, w której prowadziła swoje pierwsze lekcje, uczyła historii i geografii inna młoda nauczycielka, Maria Pawłowna Czechowa, siostra znanego pisarza [...]. Dziewczęta zaprzyjaźniły się ze sobą. Jesienią tego samego 1889 roku Mizinowa zaczyna bywać w domu nowej przyjaciółki, a kiedy Czechow kupił Mielichowo, jest tam stałym gościem [...]".

 

Lidia Mizinowa, Anton Czechow. 1897. Mielichowo. Fot. P. Sieriegina

 

Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, Buninowskie "porażenie słoneczne" i nic początkowo nie zapowiadało wielkiego uczucia. Autor Wujaszka Wani zdaje się nie dostrzegać obecności koleżanki siostry. "Influenca - pisał do Aleksieja Suworina (7 grudnia 1889) - wyprawia u nas Bóg wie co. [...]. Ja także jestem chory, co nie przeszkodziło mi wczoraj uczestniczyć w wieczorku kawalerskim u pewnego lekarza, który żeni się z baletnicą. Jestem drużbą owej baletnicy. Nic mi po jej urodzie, bo zupełnie nie znam się na balecie i wiem tylko, że w przerwach baletnice zalatują potem jak konie. Będąc studentem drugiego roku, zakochałem się w tancerce i chodziłem na balety. Później miałem znajome aktorki dramatyczne, co przeszły z baletu do teatru" (L., I, 260). To Mizinowa pierwsza, po kilku miesiącach znajomości, zarejestrowała narodziny uczucia. Na odwrocie fotografii wysłanej do Czechowa w 1898 roku z Paryża umieściła fragment popularnego romansu Apuchtina (do którego muzykę skomponował Czajkowski)

 

Będzie w mym życiu blask słońca czy cienie,

Lata popłyną lub zgasną jak skra,

Do ostatniego na ziemi tej tchnienia

Myśli, uczucia me, pieśni, natchnienia

Nieść chcę ci ja

 

z krótkim komentarzem: "Mogłam to napisać osiem lat temu, a piszę teraz i napiszę po dziesięciu latach". To Mizinowa, jak bohaterki Turgieniewa, pierwsza też wyznała miłość i pierwsza rozpoczęła grę w zdobywanie partnera wiosną 1890 roku. Jej zapis znalazł się w dzienniku Sofii Johanson, siostry babci Liki: "5 marca. Poniedziałek. Lidiusza [...] wieczorem o 8 godzinie poszła do Czechowów, wróciła o 3 rano, bardzo zadowolona", "9 marca. Piątek. Lidiusza poszła do Czechowej. Wróciła o 3 rano, na próbie nie była", "14 marca. Środa. Lidiusza znów przepadła, poszła na lekcję języka francuskiego, a już jest północ, jej wciąż nie ma, przecież nie pobiera tych lekcji nocą", "29 marca. Czwartek. Lidiusza poszła na nabożeństwo wieczorne do jakiegoś klasztoru z koleżankami. Oszukała! Poszła z Czechowami i późno nocą wróciła do domu", "5 kwietnia. Czwartek. Lidiusza poszła do Czechowów. Będą razem pozować do zdjęcia, oto jak dobrze z nim się poznała. Coś dalej będzie".

Nie było. Młodego pisarza pochłonęła - nazwijmy to - etnologia i, jak wcześniej Puszkin, chętnie zaspokajał swoją ciekawość podróżnika. "Pokój Japonki - dzielił się obserwacjami z Błagowieszczenska w liście do Suworina (27 czerwca 1890) - jest schludny, urządzony z azjatycką sentymentalnością, zastawiony drobnymi rzeczami [...]. Wstyd Japonka rozumie po swojemu. Światła nie gasi, a na pytanie, jak po japońsku nazywa się to czy tamto, odpowiada wprost [...]. W robocie wykazuje się kunsztem zadziwiającym, tak, iż się Panu wydaje, że Pan nie używa, lecz uczestniczy w wyższej szkole jazdy konnej". Z Cejlonu zaś donosił (temu samemu adresatowi, 9 grudnia 1890): "Kiedy będę miał dzieci, to nie bez dumy powiem im: «Sukindzieci, w moim życiu miałem stosunek z czarnooką Hinduską [...] i to gdzie? W kokosowym lesie, w księżycową noc»".

Zakochana Lidia na szczęście (dla siebie?) nie znała tych wszystkich szczegółów oddawania się przez Antona pasji eksploracyjnej i w to babcine "coś" nadal wierzyła, nadal próbowała zdobyć jego serce. "Wróciłam właśnie z Pańskiego domu - pisała do Czechowa 13 stycznia 1891 roku. - Odprowadził mnie Lewitan...", a on zamiast urządzenia tak oczekiwanej i pożądanej przez nią sceny zazdrości o wziętego malarza albo milczy, albo też z właściwym sobie wdziękiem ostentacyjnie banalizuje uczucie: "Przekaż Lice papier pocztowy, bo spleśnieje (papier oczywiście)" (do Marii Czechow, 16 marca 1891; L., II, 26), "W Paryżu widziałem nagie kobiety" (do Aleksandra Urusowa, 3 maja 1891; P., 2, 408). Jego listy do Mizinowej czyta się jak teksty zgłaszane do konkursu na najlepszą humoreskę roku: "Ach, piękna Liko! Kiedy Pani łkając skrapiała nasze ramię łzami (wywabiłem plamy benzyną), gdy pałaszowała kęs za kęsem nasz chleb i naszą wołowinę, pożeraliśmy chciwym spojrzeniem Pani twarz oraz karczek. Ach, Liko, Liko, piękności szatańska!" (17 maja 1891; L., II, 35).

Ta narzucona przez Czechowa konwencja, te ciągłe, nienajwyższego zresztą lotu, żarty - przyjęte (bo nie miała wyboru) przez Mizinowa - źle wróżyły miłości i nawet, kiedy padają słowa mogące świadczyć o metamorfozie, cudownym przeobrażeniu Arlekina w Pierrota: "Liko, srogie mrozy na dworze i w moim sercu [...]. Niestety, jestem już starym młodym człowiekiem, moja miłość nie jest słońcem i nie czyni wiosny ani dla mnie, ani dla tego ptaka, którego kocham. Liko, nie Ciebie kocham żarem namiętności! Kocham w Tobie minione cierpienia i młodość moją utraconą" (28 marca 1892; P., 2, 291), to przywołanie wiersza Michaiła Lermontowa Me ciebie kocham żarem namiętności... (1841) sprawia, że list bardzo osobisty (intymny, niemal miłosny) staje się metatekstem, metalistem opowiadającym o metamiłości i Mizinowa - dobrze znając kod estetyczny nadawcy - mogła go odczytać jako pastisz.

Zraniona, ale nie zrażona latem 1892 roku zaprosiła Czechowa do odbycia wspólnej podróży na trasie Moskwa - Sewastopol - Batumi -Tyflis - Gruzińska Droga Wojenna - Władykaukaz - Mineralne Wody - Moskwa. Zarezerwowała bilety na początek sierpnia (w różnych przedziałach), krewnych poinformowała, że wybiera się na południe "z jedną panią" i tylko... Tylko on odmówił. Jak zawsze z ważnych powodów. "Wiecznie te wykręty! - pisała do niego Mizinowa 26 czerwca 1892 roku - nie było chyba wypadku, żeby coś Panu nie przeszkodziło w napisaniu do mnie przyzwoitego listu! Napisałam już, że bilety nie są więcej potrzebne, niech się Pan nie niepokoi..." W odpowiedzi mogła przeczytać: "Szlachetna, wielce przyzwoita Liko! Kiedy Pani raczyła napisać, że listy moje do niczego mnie nie zobowiązują, natychmiast odetchnąłem z ulgą i oto piszę długi list bez obawy, że jakaś ciotunia, zobaczywszy te kartki, ożeni mnie z takim potworem jak Pani. Ja ze swej strony również śpieszę Panią uspokoić, że listy Pani w oczach moich bliskich mają wartość li tylko pięknych kwiatów, nie zaś dokumentów; proszę powiadomić barona Stackelberga, kuzyna i oficerów dragońskich, że nie będę im wchodzić w paradę. My, Czechowowie, w przeciwieństwie do nich, nie krępujemy swobody młodych panienek. Taka jest nasza zasada. A więc, Pani jest wolna" (28 czerwca 1892; L., II, 74).

Wymieniane przez nich regularnie listy - które niczym rozbitkowie chętniej powierzają butelkom wrzucanym do Oceanu Entropii niż imperatorskiej poczcie - przypominają coraz bardziej późniejsze repliki skazanych na niezrozumienie, niesłyszących siebie, niezdolnych do nawiązania rozmowy, cierpiących na autyzm bohaterów Wujaszka Wani czy Trzech sióstr:

Ona (13 lipca 1892): "[...] Jeździłam do wujka na imieniny i występowałam w żywych obrazach, i nasz sąsiad (72 lata) poprosił mnie o rękę. A więc jestem narzeczoną! Długo walczyłam między miłością do Pana a rozsądkiem - ostatecznie zwyciężył ten ostatni. Po pierwsze ma gorzelnię, po drugie jest stary i gruby okropnie [...]" (P., 2, 297).

On (16 lipca 1892): "Liko, jest Pani czepialska. W każdej literce mojego listu dopatruje się Pani ironii lub złośliwości. Piękny charakterek, nie ma co. Niepotrzebnie obawia się Pani, że zostanie starą panną. Idę o zakład, że z czasem zrobi się z Pani wredna, krzykliwa, jazgotliwa baba, która będzie pożyczać pieniądze na procent i nacierać uszy chłopcom od sąsiadów. Nieszczęsny radca tytularny w wyrudziałym szlafroku, mający zaszczyt tytułowania Pani swą małżonką, będzie co chwila podkradał nalewkę, by zalać nią gorycz życia rodzinnego" (L., II, 77).

Ona (20 lipca 1892): "A więc jedzie Pan na Krym. Bardzo szlachetnie, nie ma co mówić! Mnie wyperswadował Pan tę podróż, a sam Pan jedzie... Warto żyć chwilą, a potem zapomnieć o tej chwili, żeby nie pozostawały wspomnienia i nie należy żądać od ludzi więcej, niż są w stanie dać... Pan właśnie postępuje tak, jak mówię!"

On, ale do Suworina (18 października 1892), swego wydawcy i powiernika: "Żenić się nie chcę i nie ma zresztą z kim. Bierz to licho. Znudziłoby mnie usługiwanie żonie. Ale zakochać się - owszem, nie zaszkodziłoby. Nudno człeku bez silnego uczucia".

Tak minął rok 1892.

Kolejne lato upływało Czechowowi na prawieniu komplementów śpiewającemu "bardzo przyjemnie" arie operowe Ignatijowi Potapience.

Był to wzięty - wówczas, a dziś słusznie zapomniany - pisarz, podobno bardzo przystojny, który nie tylko wabił kobiety syrenim głosem, ale też grał na skrzypcach. Miał w sobie z całą pewnością wiele magnetyzmu. I miał wiele innych zalet. I tylko jedną wadę. Żonę.

Wkrótce już - bo życie najczęściej naśladuje kiczowate melodramaty - Potapience zaczęła akompaniować na fortepianie Lidia, która raz jeszcze próbuje wzbudzić zazdrość w Antonie Pawłowiczu. Jak zawsze - bezskutecznie. Jej dwa jesienne, pachnące nostalgią i rozpaczą listy są przejmującym pożegnaniem z miłością niespełnioną: "Nie wie Pan naturalnie i nie może zrozumieć, co to znaczy strasznie czegoś pragnąć i nie móc - nie doznał Pan tego! A ja jestem obecnie w takim stanie. Tak bardzo chcę Pana zobaczyć, tak strasznie tego pragnę, tylko że wiem -pozostanie to pragnieniem niezaspokojonym. Może piszę głupstwa, może to nawet nieprzyzwoicie, ale wie Pan przecież, że jest właśnie tak, więc nie będzie mnie Pan potępiał. Muszę - rozumie Pan - muszę wiedzieć, czy i kiedy Pan przyjedzie. Wszystko jedno, byle wiedzieć. Przecież pozostały tylko trzy-cztery miesiące, kiedy mogę Pana widywać, a potem może już nigdy. Błagam, niech Pan skreśli kilka słów, bo nie przyjedzie Pan z pewnością. Proszę się nie gniewać" 29 (7 października 1893), "Moje najgorętsze życzenie - to wyleczyć się z tego okropnego stanu, w jakim się znajduję, ale tak mi trudno poradzić sobie z tym samej - błagam, niech mi Pan pomoże - niech mnie Pan nie zaprasza - nie stara się zobaczyć ze mną! Dla Pana niewiele to znaczy, a mnie może dopomoże Pana zapomnieć. Nie mogę wyjechać przed grudniem lub styczniem - wyjechałabym natychmiast! W Moskwie nie trudno się nie widywać, a do Mielichowa nie pojadę - nic mnie to nie obchodzi, co ludzie pomyślą, w końcu - myślą już od dawna. Przepraszam, że każę Panu czytać wszystkie te bzdury, ale rzeczywiście tak mi ciężko. Korzystam z chwili, w której zdobyłam się na siłę, żeby to wszystko napisać, bo mogę się znowu nie zdecydować. Nie będzie się Pan śmiał z tego listu? Nie? Byłoby to nie do wytrzymania! Niepotrzebne to wszystko! Niech Pan zrozumie, to nie frazesy - to prośba, jedyne wyjście i błagam, proszę ustosunkować się do niej poważnie. Niech mi Pan pomoże. Żegnam. L. Mizinowa" (2 listopada 1893).

Czechow, jak zwykle, nie miał czasu na niesienie pierwszej pomocy kobietom nieszczęśliwie w nim zakochanym. Tej jesieni poznał grywającą role amantek aktorkę Lidię Jaworską ("lubi i umie kokietować") i obiecał napisać dla niej sztukę. Przy okazji zawarł też znajomość z jej przyjaciółką, w przyszłości dość znaną pisarką i tłumaczką Tatianą Szczepkiną-Kupiernik (1874-1952). Obie panie uważały, że reprezentują nowy typ kobiety. "Umiałyśmy się bawić - z dumą relacjonowała pani Tatiana - wypić łyk szampana, zaśpiewać romans cygański, pokokietować; ale mogłyśmy też porozmawiać o Nietzschem, i o Dostojewskim, i o bogoiskatielstwie; umiałyśmy wygłosić referat [...], a swobodę obyczajów połączyłyśmy z tym, co oni zwykli dostrzegać w swoich matkach, żonach i siostrach: przyzwoitość, dobre maniery, czystość. Wiedzieli, że nas nie można «kupić», że żądamy takiego samego szacunku, jak żony, matki i siostry, a przy tym można z nami porozmawiać jak z towarzyszami, poważnie i rzeczowo, odczuwając jednak przy tym ten «aromat kobiecości», bez którego jest nudno". Gdy więc Czechow przyjeżdżał do Moskwy, to chętnie spotykał się i z Jaworską, i ze Szczepkiną, i z innymi jeszcze ich znajomymi, ale - jak przytomnie zauważyła późniejsza pisarka - zawsze był ukryty za pince-nez i łatwo się wyczuwało, że "jest nie z nami", że nie jest "aktywnym uczestnikiem", a jedynie widzem "udającym, że to go zajmuje - a jego... to nie interesuje". Lidia - jak wynika z relacji Tatiany - "podobała mu się bez wątpienia, zainteresowała go jako kobieta, ale działała mu czymś na nerwy..." Zapewne paraliżowała go jej gotowość do wygłaszania referatów "o Nietzschem, i o Dostojewskim, i o bogoiskatielstwie". Japonka na te tematy nie miała nic do powiedzenia i dlatego sympatycznej pannie Jaworskiej i oczytanej pannie Szczepkinej pozostały do zagrania jedynie epizodyczne role intelektualistek w życiu autora Mewy. W intelektualnym ma się rozumieć. W żadnym innym.

Tymczasem pogodzonej już z losem czy raczej próbującej zapomnieć Mizinowej pozostał mężczyzna, który ją dostrzegał, traktował poważnie, doceniał, chętnie słuchał i nie wstydził się mówić o uczuciach. Swoją radością dzieli się oczywiście - w nadziei na to, że zaboli - z tym, który ją zignorował: "[...] Jestem [...] zakochana w Potapience" (koniec 1893). Ten zapewne niczego nie świadom też pisze do Czechowa (początek 1894): "[...] Zakochany jestem w Lidii niemal po uszy".

5 marca 1894 roku Potapienko wyjechał do Paryża. Tydzień później podążyła za nim Lidia, ale we Francji okazało się, że pisarzowi towarzyszy rodzina. "Dwa dni temu - zwierzała się nieszczęśliwie zakochana Marii Czechow - napisałam do Ignatija list na poste restante, jak się umówiliśmy i dzisiaj był u mnie, ale literalnie pół godziny. Przyszedł o pół do jedenastej i odszedł o jedenastej. Wyglądał na bardzo przygnębionego - widocznie nie wolno mu wychodzić samemu z domu. Oddał mi nawet na przechowanie wszystkie moje i Twoje listy i moją fotografię - słowem, kiepsko biedakowi. Za jakieś pięć dni wyjadą wszyscy do Włoch na trzy miesiące. Powiedział, że jego żona jest bardzo chora, prawdopodobnie ma suchoty, ale mnie się zdaje, że to znowu udawanie!" Wszystko wskazuje na to, że Potapienkę zaniepokoił burzliwy rozwój romansu i gorączkowo szukał pretekstu do niekoniecznie eleganckiego rozstania z kochanką. "Wszyscy o mnie zapomnieli - tym razem Mizinową wypłakiwała się przed Czechowem (14 lipca 1894, Paryż) - Ostatni mój wielbiciel - Potapienko, też mnie perfidnie zdradził i uciekł do Rosji. Ale jaką s......jest jego żona, Pan sobie nawet tego nie wyobraża" (P., 2, 322). Tym razem nie podążyła za nim i jego suką (a może stierwą, bo zapewne autorka listu posłużyła się jednym z tych określeń) do Moskwy, lecz wyjechała do Szwajcarii na kurację płuc. I jeszcze przy okazji podleczyć złamane serce, i zapomnieć. Pisała stamtąd do mężczyzny swego życia: "Wionęło na mnie chłodem od Pańskiej kartki z Taganrogu! Widocznie tak mi już jest sądzone, że wszyscy ludzie, których kocham, zaczynają mną w końcu pogardzać. Ale mimo wszystko chcę dziś pogawędzić z Panem! Jestem bardzo, bardzo nieszczęśliwa. Proszę się nie śmiać. Po dawnej Lice nie ma śladu i - jak mi się zdaje - mimo wszystko muszę to powiedzieć - wszystkiemu winien jest Pan! Zresztą widać taki los. Powiem tylko, że przeżyłam chwile, jakich nie spodziewałam się kiedykolwiek przeżyć! Jestem sama. Nie ma przy mnie żywej duszy, której mogłabym się zwierzyć z tych wszystkich przeżyć! Nie daj Boże doświadczyć komukolwiek czegoś podobnego. Niejasne jest wszystko to, co piszę, ale myślę, że Pan wszystko zrozumie! Nic dziwnego, jest Pan psychologiem! Dlaczego piszę o tym wszystkim do Pana - nie wiem. Wiem tylko, że do nikogo więcej nie napiszę! [...]. Nie wiem, czy odczuje Pan ten mój stan! Jest Pan bowiem człowiekiem zrównoważonym, spokojnym, rozważnym. Składa Pan z całego życia ofiarę innym ludziom i życia osobistego ponoć nawet Pan nie pragnie!" (20 września 1894). A tydzień później dodała jeszcze: "Chcę widzieć tylko Pana - dlatego że Pan jest wyrozumiały i obojętny wobec ludzi i dlatego nie osądzi, jak inni!" (27 września 1894).

Nie osądził. Czechow wtedy, we wrześniu dziewięćdziesiątego czwartego roku, pierwszy i bodaj jedyny raz zapomniał o narzuconej sobie w korespondencji z Mizinową roli kpiarza. Może dlatego, że - oddalony od niej o kilka tysięcy kilometrów i o jeszcze jeden jej zawód miłosny -poczuł się wreszcie niezagrożony i bezpieczny. "Jestem trochę niezdrów - pisał w jednym z listów - Kaszlę niemal bez przerwy. Widocznie zdrowie też przegapiłem, jak Panią" (18 września 1894; L., II, 120).

Na początku listopada 1894 roku Lidia powróciła do Paryża i ósmego urodziła córkę Christinę, która umrze mając zaledwie dwa lata (14 listopada 1896).

Połowa lat dziewięćdziesiątych upływa autorowi Płatonowa pod znakiem małej stabilizacji, bez wzruszeń, bez wielkich uczuć i bez łez rozstań, bez romansów burzących porządek dnia i bez kobiet kochających do szaleństwa. Jest wdzięczny losowi za hormony działające adagio pianissimo, co dawniej uchroniło go przed cierpieniami młodego Wertera, a teraz nieco starszych panów. W powszechnej - za sprawą dekadentów - atmosferze kultu namiętności i histerycznego rozerotyzowania Czechow w listach do Suworina głosi pochwałę nirwaniczno kojącej wstrzemięźliwości: "Byłem w pracowni Lewitana *[W 1895 roku Lewitan - o którym lekarze powiadali, że cierpi na melancholię -próbował popełnić samobójstwo. Warto dodać, iż po jego śmierci odnaleziono w biurku kartkę z prośbą o spalenie wszystkich listów (malarz przezornie dodał: "Nie czytając"). Tak też uczyniono.]. To najlepszy rosyjski pejzażysta, ale niestety zaczyna mu brakować wigoru młodości. Jego płótna są nie młode, tylko brawurowe. Myślę, że zniszczyły go baby. Te urocze stworzenia dają nam miłość, odbierając w zamian niewiele: jedynie młodość" (19 stycznia 1895; L., II, 126), "Owszem, kobiety odbierają młodość, ale nie mnie. [...]. Niewiele miałem romansów [...]. Jedwabne koszulki nocne traktuję jedynie jako atrybut wygody, bo są miękkie i przyjemne dla dłoni. Lubię komfort, ale rozpusta mnie nie pociąga i nie umiałbym docenić wdzięków, na przykład, żony Potapienki" (21 stycznia 1895; L., II, 127).

O wszystkich niedogodnościach celibatu - pisarzowi była zawsze obca wszelka ortodoksja - pozwalały zapomnieć ramiona jeszcze jednej życzliwej Francuzki. "Do ćwiczeń w języku francuskim - donosił z rozbrajającym okrucieństwem Lidii 18 września 1897 roku - znalazłem sobie dziewiętnastoletnią Francuzkę, która ma na imię Margot. Proszę mi wybaczyć" (L., II, 175; w odpowiedzi z 4 października mógł przeczytać: "Niech rozrusza porządnie i rozbudzi w Panu te cechy, które znajdowały się w długiej śpiączce. A nuż wróci Pan do Rosji już nie jako ślamazara, lecz żywy człowiek - mężczyzna. Co to wtedy będzie!"). Czechow, subtelny penetrator ludzkich dusz, nie skąpił żadnych szczegółów swoim moskiewskim znajomym. To była przecież tylko jakaś Margot niezasługująca na dyskrecję gentlemana. "Teraz o romansiku, o który Pani pyta -puentował 10 listopada 1897 roku w liście do Anny Suworin historię tej znajomości - Miałem w Biarritz, do nauki francuskiego, dziewiętnastoletnią panienkę, Margot; obiecała przy pożegnaniu, że koniecznie przyjedzie do Nicei. Chyba jest już w Nicei, ale w żaden sposób nie mogę jej znaleźć i... i nadal nie umiem po francusku" (L., II, 181).

Mizinowa, o czym świadczą jej kolejne listy (1 listopada 1896: "Jak się Pan przestraszył mimo wszystko szczęścia!", 24 czerwca 1897: "Był Pan [w jej śnie - T K.] zimny i dobrze wychowany, jak zwykle"), jeszcze nie rozumiała, że szczęśliwi bywają nie tylko don Juani, ale również Obłomowowie. Gdy więc straciła wszelką nadzieję - bo Czechow zawiódł jej oczekiwania i ją odrzucił, a Potapienko uwiódł i porzucił - to w dumnej samotności pobierała przez rok (od kwietnia 1898 do kwietnia 1899 roku) w Paryżu lekcje śpiewu. Życzliwi znajomi opowiadali potem, że podobno miała duży talent, ale jeszcze większą tremę i dlatego nigdy nie wystąpiła na scenach operowych.

Nadziei na zdobycie Czechowa nie traciły tymczasem zastępy wciąż nowych pań.

Była wśród nich Natalia Lintawariewa.

Była Olga Kundasowa (1865-1943), która wyruszyła z nim na Sachalin (1890), ale nie dotarła do celu podróży.

Była Aleksandra Chotiaincewa (1865-1942, malarka, uczennica m.in. Ilii Riepina), która człowieka w pince-nez poznała w Mielichowie latem 1897 roku, dokąd przyjechała, by namalować jego portret. Kiedy wyjechał do Nicei, podążyła za nim. Tam właśnie zrobiła wszystko, żeby tete-a-tete pożegnać 1897 rok. "Teraz, o 10 godz. - pisała jeszcze tej samej nocy do Marii Czechow - złożyliśmy sobie życzenia z okazji Nowego Roku (w Rosji jest teraz 12 godz.) i rozeszliśmy się spać". I był jeszcze jeden romans, którego nie było. Był rok 1896. Maria Sawina zrezygnowała z roli Niny Zariecznej w Mewie. Zastąpiła ją Wiera Komissarżewska (1864-1910). Na jednej z prób poznała autora i chyba przypadli sobie do gustu. Po premierze nastąpiła wymiana listów (ona do niego - 23, on do niej - 10) i zdjęć. Spotkali się 3 sierpnia 1900 roku. "Rzadko się z nim spotykałam - pisze Komissarżewska - Pamiętam na Krymie... [...]. Powinien następnego dnia wyjechać, a ja prosiłam, żeby nie wyjeżdżał. Był wieczór. Milczał. Poprosił: «Proszę coś zadeklamować". Recytowałam do nocy. Pocałował mnie w rękę i powiedział: «Nie wyjadę jutro». Ale następnego dnia wyjechał".

Pogodzone z życiem zostawały same, jak ich patronka Lidia Mizinowa. Najczęściej - żeby zapomnieć - niemal natychmiast wychodziły za mąż. A on szczerze uszczęśliwiony - o jeszcze jedno zagrożenie mniej - wysyłał do nich telegramy gratulacyjne.

A tymczasem - bo los bywa mściwy, okrutny, ale przede wszystkim sprawiedliwie przewrotny - 9 września 1898 roku Anton Czechow na próbie Mewy w Teatrze Artystycznym poznał trzydziestoletnią Olgę Knipper i, jak zauważył Niemirowicz-Danczenko, "zakochał się błyskawicznie, ale nie tracąc głowy". Nieprawda. Stracił głowę. Niewinne "Knipper jest bardzo miła [...]" (z listu do Marii Czechow, 9 lutego 1899; L., II, 222) stanowiło zapowiedź zmiany całej jego dotychczasowej filozofii życiowej. Z Lidią jeszcze próbował początkowo grać ("Wiadomość o moim ożenku to też bajda puszczona w świat przez Panią. Pani dobrze wie, że nigdy się nie ożenię bez Jej pozwolenia [...]" - L., II, 198), ale już nie reagował na jej rozpaczliwe: "Nie, niech się Pan lepiej nigdy nie żeni!" (21 lutego 1899). Do ponownego spotkania dramaturga i aktorki (Arthur Miller i Marylin Monroe nie byli zatem kolumbami) doszło wiosną 1899 roku, a latem zaczęli do siebie pisać.

Czterysta trzydzieści Czechowowskich listów i telegramów (oczywiście zachowanych, bo napisał znacznie więcej) prowokuje niedyskretnego czytelnika do smutnej refleksji o miłości jako żywiole fatalnym i destrukcyjnym, który - oceniany na podstawie pozostawionego dorobku epistolarnego - wyniszcza czy nawet degraduje twórcę intelektualnie i artystycznie. Wszystko bowiem wskazuje na to, iż zakochany mężczyzna (zakochany Shakespeare i zakochany Smith, zakochany Puszkin i zakochany Iwanow, zakochany Czechow i zakochany Potapienko, zakochany Majakowski i zakochany Pietrow) jest całkowicie nieodporny na bakcyla jarmarcznej ckliwości i infantylizmu.

Czerwcowo-lipcowa wymiana listów jeszcze nie zapowiadała nieszczęścia: "Chciałem wtedy odprowadzić Panią na dworzec, ale na szczęście przeszkodził deszcz" (16 czerwca 1899; L., II, 237), "A już myślałam, że pisarz Czechow zapomniał o aktorce Knipper [,..]" *[Z podobnym wdziękiem mówił o sobie w trzeciej osobie trzydzieści lat później Josif Wissarionowicz. Do historii przeszło jego słynne telefoniczne: "Towariszcz Stalin was słuszajet..."] (16 czerwca 1899; P., 3, 144), "Tak, ma Pani rację: pisarz Czechow nie zapomniał o aktorce Knipper" (1 lipca 1899; L., II, 239). Do zapowiadanej katastrofy doszło zapewne jesienią, bo grudniowy list do Olgi napisał zupełnie inny pan: "Miła aktorko, urocza kobieto [...]. Mocno ściskam dłoń i padam do nóżek" (8 grudnia 1899; L., II, 261). "Padający do nóżek" autor jest postacią równie groteskową i karykaturalną, jak zahukani, drobni urzędnicy z jego lub Gogola opowiadań. Później mogło być już tylko gorzej: "Kochana Olu, radości moja, dzień dobry! [...]. Ciągle mam wrażenie, że za chwilę otworzą się drzwi i wejdziesz do pokoju. Ale Ty nie wejdziesz: jesteś teraz na próbie albo w zaułku Mierzlakowskim, tak daleko od Jałty i ode mnie. Żegnaj, niech mają Cię w swej opiece moce niebieskie, aniołowie stróże. Zegnaj, miła moja dziewczynko. Twój Antonio" (9 sierpnia 1900; L., II, 285; w innym jeszcze liście podpis: "Twój Antoine"), "Całuję Cię mocno, do omdlenia, do szału. Nie zapominaj o Twoim Ant." (15 września 1900; L., II, 290), "Jeżeli teraz nie jesteśmy razem, dzieje się to nie z mojej winy ani z Twojej, tylko tego diabła, który zaszczepił mi bakcyla, a Tobie - miłość do sztuki" (27 września 1900; L., II, 292-293), "Otrzymałem anonim, że w Pitrze w kimś się zadurzyłaś, zakochałaś po uszy" (7 marca 1901; P., 3, 210), "Zdrowie moje staje się, widać, zupełnie starcze, więc [...] dostaniesz nie tyle małżonka, co dziadziusia" (16 marca 1901; L., II, 314-315).

 

Anton Czechow, Olga Knipper. 1901. Aksionowo

 

Nawiasem mówiąc, w innej przestrzeni emocjonalnej i kulturowej został usytuowany list (jak się miało okazać ostatni, pożegnalny) do Lidii Mizinowej: "Liko, bardzo nudzę się w Jałcie. Życie moje nie płynie, nie toczy się, tylko wlecze. Proszę o mnie nie zapominać i pisać choćby z rzadka. W listach, tak samo jak w życiu, Pani jest bardzo interesującą kobietą" (29 stycznia 1900; L., II, 271).

Olga Knipper w listach do Czechowa (nb. zachowało się ich również ponad czterysta) powielała, jak sądzę, wybrany przez nich w okresie narzeczeńskim model zachowań, w którym jej przypadła do odegrania rola wkraczającej w dorosłe życie - pod okiem doświadczonego nauczyciela (mistrza) - czystej i grzesznej zarazem nastolatki. Jeszcze nie wiedziała (Nabokov ledwie przyszedł na świat), że wciela się w ponadczasowy obraz lolitki. "Pamiętasz - pisała 16 sierpnia 1900 roku - jak odprowadziłeś mnie do schodów, a schody tak zdradziecko skrzypiały? Okropnie to lubiłam. O Boże, piszę, jak pensjonarka!" (P., 3, 171). Musiała być dobrą aktorką, skoro przekonała przyszłego męża ("dziadziusia"), że dzielą ich lata świetlne, a była młodsza jedynie o osiem lat. Udało się też jej doprowadzić do sytuacji, o której tylko mogła marzyć Mizinowa - zgody Czechowa na zawarcie związku małżeńskiego. Obie go kochały (Lidia miłością pierwszą, szaloną i bezinteresowną; Olga - miłością którąś tam, chłodną i podszytą "snobizmem" oraz "próżnością"), ale moc była z Knipper.

"Jeżeli dasz mi słowo honoru - pisał do niej 26 kwietnia 1901 roku - że żywa dusza w Moskwie nie dowie się o naszym ślubie, póki się nie odbędzie - ożenię się z Tobą choćby tego samego dnia, kiedy przyjadę. Nie wiem czemu, ale okropnie lękam się ceremonii ślubnej i składania życzeń, i szampana, który należy trzymać w ręku z jakimś zgoła nieokreślonym uśmiechem" (L., II, 319). Miesiąc później, 25 maja, w obecności jedynie dwóch świadków doszło do zawarcia małżeństwa. Jeszcze jednego (którego to już w dziejach literatury rosyjskiej?) nieudanego i nie wiem, czy kiedykolwiek - jej niechęć i jego niemoc - skonsumowanego.

Wiadomość o ślubie przystojnego dramaturga doprowadziła do arytmii ze dwa tuziny serc. W imieniu wszystkich pogrążonych w rozpaczy napisała malarka Maria Drozdowa (1871-1960): "Drogi, kochany Antonie Pawłowiczu! Mój Boże, jakże zasmuciła mnie wiadomość o Pańskim małżeństwie, w tym czasie malowałam farbami i wszystkie pędzle i paleta poleciały do diabła. Przecież ja do ostatniej chwili nie traciłam nadziei, że wyjdę za Pana za mąż. Wciąż myślałam, takie żarciki to z innymi, a mnie za moją skromność Bóg szczęście pośle i oto kres moich marzeń. Jak ja teraz nienawidzę Olgi Leonardowny, zazdrość wywołała szał, teraz nie mogę Pana widywać, Pańskiej kochanej, drogiej twarzy, a ponieważ jej nienawidzę, a Pan jest razem z nią, zawsze i na zawsze i to jest okropne! Dla mnie drzwi Pańskiego domu są teraz zamknięte".

Wtedy, na przełomie maja i czerwca, Czechow nie zamierzał otwierać sanatorium dla złamanych serc. Tak naprawdę martwił się jedynie o dwa - siostry i matki. Obie panie musiał uspokoić, że ta trzecia niczego w ich życiu nie zmieni ("Kochana Maszo, wczoraj otrzymałem z Moskwy przesłany tu list, w którym radzisz mi, żebym się nie żenił. [...] Ten ożenek w niczym nie zmieni trybu życia mojego i tych, którzy byli i są ze mną związani. Wszystko, absolutnie wszystko zostanie, jak było, i w Jałcie będę nadal mieszkał sam" - L., II, 323), a 3 sierpnia lał miód na niezabliźnione jeszcze rany, pisząc o podjętych przez siebie kolejnych decyzjach: "Miła Maszo, zapisuję Ci w dożywotne posiadanie moją willę w Jałcie, pieniądze i dochody z utworów dramatycznych, zaś mojej żonie Oldze - willę w Gurzufie i 5 tysięcy rubli. Nieruchomości, jeśli zechcesz, możesz sprzedać. Bratu Aleksandrowi wypłać 3 tysiące, Iwanowi - 5 tysięcy, Michałowi - 3 tysiące [...]. Pomagaj biednym. Dbaj o Matkę. Żyjcie w zgodzie" *[Ten list Olga Knipper przekazała adresatce dopiero po śmierci męża.] (L., II, 326).

25 sierpnia 1901 roku rozpoczęły się egzaminy dla starających się o angaż w Teatrze Artystycznym. W komisji zasiadła między innymi Olga Knipper, która jeszcze tego samego dnia pisała do męża: "Zaraz się zdziwisz: wiesz, kto przystąpił do egzaminu? Zgadnij... Lika Mizinowa... Recytowała Jakie piękne, jakie świeże były róże Turgieniewa, potem Niemirowicz polecił jej, żeby odczytała monolog Jeleny z trzeciego aktu Wujaszka Wani i jeszcze scenę Iriny i Godunowa, jak widzisz, z mego repertuaru, nie bez złośliwości. Ale cała jej recytacja (między nami mówiąc) była pustym dźwiękiem i szczerze mówiąc, było mi jej żal. Komisja egzaminacyjna orzekła jednocześnie, że Mizinowa nie może być przyjęta. Sanin poradził jej, żeby otworzyła sobie salon mód, no oczywiście, nie jej w oczy... Opowiedz Maszy o Lice. Myślę, że wezmą ją do teatru na statystkę, przecież na naukę w szkole jest już za późno i zresztą nie potrafi się uczyć". Mizinowa rzeczywiście przyjęto do teatru i rzeczywiście głównie tam statystowała (przez pierwszy rok - zgodnie z obowiązującymi w Teatrze Artystycznym zasadami - nie otrzymywała gaży). Knipper triumfowała i wykorzystywała każdą okazję, by donieść mężowi o kolejnych upokorzeniach kobiety, o którą na swój sposób musiała być zazdrosna (tak na przykład skomentowała odmowę przejścia z Lidią na ty: "Nie lubię tego. To dla mnie zupełnie obca osoba, nie znam jej i nie mam szczególnego nabożeństwa do niej").

Ślub rzeczywiście niczego nie zmienił w życiu Czechowa. Jest nadal samotny, mieszka w Jałcie (jej klimat podobno sprzyjał chorym na gruźlicę) ze starą matką, Knipper nadal występuje w teatrze, siostra Maria nadal pracuje w moskiewskim gimnazjum. Kiedy na Boże Narodzenie zamiast oczekiwanej żony pojawił się telegram z życzeniami, to niemal natychmiast wysłał do niej jeden z najbardziej przejmujących swoich listów: "A jednak Twoja depesza bardzo się przydała - okropnie mi się wczoraj przykrzyło, padał deszcz, czas się wlókł, czułem się nienajlepiej, tęskniłem za żoną... No, bo jestem żonaty - wiesz, duszko?" (26 grudnia 1901; L., II, 340). Wtedy jeszcze wierzył, przez tę jedną chwilę, że może być inaczej.

Dla Olgi małżeństwo zamieniło się w pasmo udręk. Anton stał się taki natrętny, zadręczał ją długimi listami, wciąż składał jakieś śmieszne obietnice i oczekiwał podobnych od niej (30 października 1901: "Nie zdradzę Cię, duszko, bądź spokojna" - L., II, 333; 26 grudnia 1901: "Bądź zdrowa, szczęśliwa, wesoła, nie zdradzaj męża, jeśli łaska. Ja Cię nie zdradzam, a zresztą to niemożliwe, radości moja" - L., II, 340; 5 stycznia 1902: "Kocham Cię i będę kochał, choćbyś nawet zbiła mnie kijem. [...]. Ściskam, całuję, pieszczę moją żonę, moją przyjaciółkę. Nie zapominaj o mnie, nie zapominaj, postaraj się nie odzwyczaić" - L., II, 342-343), dzielił się niemożliwymi do zrealizowania marzeniami (2 listopada 1901: "Chciałbym teraz, żebyś urodziła mi małe Niemczątko, które bawiłoby Cię i wypełniało Twoje życie. Dobrze by było, moje serduszko! Co o tym myślisz?" - L., II, 333; 4 marca 1903: "Gdybyś zaszła w ciążę, to wtedy w lutym wziąłbym Ciebie ze sobą do Jałty. Chcesz, duszko?" - P., 3, 324), nieustannie o coś prosił, błagał (27 sierpnia 1902: "Od Twoich listów wieje chłodkiem, a ja mimo to narzucam się z czułościami i myślę o Tobie bez końca. Całuję Cię miliard razy i ściskam. [...]. Cokolwiek by było, jestem Twoim mężem. Nie rozwódź się ze mną tak prędko, pożyjemy razem jak należy, urodź mi chłopczyka albo dziewczynkę. A kiedy już urodzisz, rób, jak uważasz" - L., II, 358), ciągle z czegoś się tłumaczył (1 września 1902: "Miła moja, kochana, znowu otrzymałem od Ciebie dziwny list. Znowu stawiasz mi tyle dziwacznych zarzutów. Kto Ci mówił, że nie chcę powracać do Moskwy, że wyjechałem całkiem i że nie wrócę już tej jesieni? Przecież pisałem Ci wyraźnie, po rosyjsku, że przyjadę na pewno we wrześniu i zostanę z Tobą do grudnia. Czy nie pisałem? Zarzucasz mi nieszczerość, a sama zapominasz o wszystkim, co Ci mówię albo piszę. Zachodzę w głowę, co mam robić z moją małżonką, jak do niej pisać. Piszesz, że ciarki Cię przechodzą na widok moich listów, że czas się rozstać, że czegoś tam w tym wszystkim nie rozumiesz... Myślę, kochanie, że to nie ja jestem winien całego tego galimatiasu i nie Ty, ale ktoś trzeci, z kim rozmawiałaś o tych sprawach. Zasugerowano Ci nieufność do moich słów, do moich poczynań - wszystko wydaje Ci się podejrzane, nic na to nie poradzę, nie mogę i już. I przekonywać Cię też nie będę, bo nie ma sensu. Piszesz, że mogę żyć obok Ciebie i ciągle milczeć, że jesteś mi potrzebna wyłącznie jako atrakcyjna kobieta i że sama, jako człowiek, czujesz się przy mnie obco i samotnie..." - L., II, 359-360), zanudzał ją opisami swoich banalnych niedomagań i, co najgorsze, zapominając o zasadach dobrego wychowania, wprawiał w zakłopotanie scenami zazdrości (3 stycznia 1903: "Na letnisku będziemy mieszkać, oczywiście, bez Wiszniewskiego, inaczej się wyprowadzę" - L., II, 368).

A ona 4 grudnia 1901 roku złożyła siebie w ofierze - ważyła, dla niego przecież, 3 pudy i 20 funtów; a ona 29 grudnia 1902 roku miała w sobie tyle czułości i była gemutlich, jak stado krasnali w bawarskim ogródku -"Zacałowałabym Ciebie. Żyję marzeniem, że będziemy mieszkać w jakimś domku, na brzegu rzeki, w zieleni, w cieple, w słońcu, w miłości!" (P., 3, 295); a ona 18 stycznia 1903 roku miała tak mało czasu dla siebie - "Zasiedzieliśmy się do piątej. Spałam zaledwie trzy godziny" (P., 3, 300).

Na początku marca 1902 roku Czechow dowiedział się (od żony oczywiście), że w Lidii Mizinowej zakochał się Aleksandr Sanin i poprosił ją o rękę. Autor Mewy nie miał żadnych złudzeń. "Likę znam od dawna - pisał do Knipper 12 marca 1902 roku - i, co by nie mówić, dobra z niej dziewczyna, mądra i porządna. Niedobrze jej będzie z S[aninem], nie pokocha go, a co najważniejsze - nie dogada się z jego siostrą i zapewne za rok będzie już miała krzepkiego niemowlaka, a za półtora roku zacznie zdradzać swego małżonka. No cóż, tak chce los". Po dziesięciu miesiącach swojego nieudanego związku (ze zdradzającą i nie znajdującą wspólnego języka ze szwagierką żoną) Czechow nie wierzył w szczęście innych. Wcześniej Lidię "przegapił", teraz jej nie docenił. "Znalazłam człowieka - pisała Mizinowa do matki (23 kwietnia 1902) - który mnie bezgranicznie kocha i zgodziłam się zostać jego żoną... To nasz reżyser Sanin. Odszedł teraz z Teatru Artystycznego i zaangażował się do Cesarskiego w Petersburgu. [...]. Wiem, że kiedy go zobaczysz, pokochasz go jak mnie za całą jego bezgraniczną, dobrą i szlachetną miłość do mnie - miłość, która nie tylko wszystko przebacza - o tym nie ma nawet mowy, ale otacza szacunkiem wszystko, co było!.. 31 maja jedziemy na Krym na dwa miesiące, a stamtąd do Pitra, do pracy. Zresztą opowiemy Ci to wszystko osobiście, a na razie dodam, że jestem tak szczęśliwa, iż chwilami nie wierzę, by to wszystko mogło nie być snem!.." Ślub odbył się w maju 1902 roku i okazało się, że pesymista Czechow nie miał racji. Mizinowa i Sanin mieli przed sobą wiele dobrych chwil; on już tylko dwa, pełne upokorzeń, lata.

13 marca 1903 roku Knipper napisała do męża list, który on odczytał zapewne jako akt skruchy i zaproszenie do zbliżenia: "Czuję się okropnie. Traktuję Cię jak straszna świnia. Jakaż ze mnie żona dla Ciebie. Wstydzę się spojrzeć w oczy Twojej matce. [...]. Skoro wyszłam za mąż, należało zapomnieć o życiu osobistym i być jedynie Twoją żoną. [...]. Zachowałam się bardzo lekkomyślnie wobec Ciebie, wobec takiego człowieka, jak Ty. Skoro jestem na scenie, powinnam zostać sama i nikogo nie dręczyć" (P., 3, 327). Zimę z 1903 na 1904 rok Czechow postanowił więc spędzić - wbrew zaleceniom lekarzy - w Moskwie. Była to desperacka i, jak się miało okazać, nikomu niepotrzebna, nieudana próba ratowania związku z Knipper. "Codziennie przychodziłem wieczorem - wspominał po latach baczny obserwator Iwan Bunin, który w ich domu musiał się czuć jak na pokładzie tonącego "Titanica" - i zostawałem do trzeciej lub czwartej nad ranem, aż do powrotu pani Olgi. Zwykle wyjeżdżała do teatru lub na dobroczynny koncert. Wstępował po nią Niemirowicz - wyfraczony, przesiąknięty wonią drogich cygar i perfum. Pani Olga w stroju wieczorowym, pachnąca, przystojna i młoda, całowała męża, wyciągała dłoń do mnie -i wychodzili oboje. Wracała koło czwartej, nieraz o świcie. Pachniała perfumą i winem... Zegnałem się szybko". To z myślą o niej stworzył Anton Pawłowicz postać Raniewskiej w Wiśniowym sadzie, a ona "zagrała ją genialnie, bo zagrała siebie. Utrafiła w sedno obrazu: egocentryzm doskonały, bo nieuświadomiony i dla ludzi niedostrzegalny".

Na początku czerwca 1904 roku Czechow (wraz z żoną) w poszukiwaniu zdrowia znalazł się w niemieckim kurorcie Badenweiler, skąd zamierzał wyruszyć dalej na południe - do Włoch, ale dotkliwe upały zniechęciły do wyprawy nad Como. Skarżył się na nie 28 czerwca w liście do siostry, a następnej nocy (z 29 na 30) niebezpiecznie zwolniło rytm swojej pracy jego serce. Tlen i morfina jedynie przedłużyły agonię. Kilkadziesiąt godzin później objawy się powtórzyły, pisarz wypowiedział swoje słynne "Ich sterbe" *[(niem.) - umieram]. *[Tak naprawdę ostatnia replika została wygłoszona chwilę później po rosyjsku: "Dawno nie piłem szampana".], wypił kieliszek szampana, położył się na lewym boku i zmarł o trzeciej nad ranem 3 lipca. Następnego dnia dostarczono zamówiony nieco wcześniej przez Antona Pawłowicza biały garnitur. Pogrzeb odbył się w Moskwie 9 lipca.

"Tej przedwczesnej śmierci mogłoby nie być" - stwierdził Isaak Altschuller, przyjaciel i lekarz zmarłego, sugerując, że gdyby Knipper właściwie opiekowała się mężem, to mógłby on przeżyć jeszcze wiele lat. Powinna była zachować się tak - dodali inni - jak Maria Andriejewa (również znana aktorka Moskiewskiego Teatru Artystycznego), która dla ratowania chorego na gruźlicę Gorkiego zrezygnowała z własnej kariery. Tymczasem Olga, wedle powracającej od czasu do czasu opinii, wręcz przyspieszyła śmierć dramaturga. "Jego listy do Knipper - pisał zmarły kilka lat temu Jurij Nagibin - są nie do zniesienia fałszywe. Nienawidził jej za zdrady, dobrze wiedział o jej nieczystym związku z głupcem Wiszniewskim, z Niemirowiczem-Danczenką i in., ale nie zaprzestawał grać swojej jasnej, szlachetnej roli. A przecież o żonie, która zdradziła, że jest podobna do wielkiego, zimnego kotleta, to o Knipper wymyślił. [...] O, tu był szczery". To podobno ona pojawiła się w prozie Andrieja Biełego jako pani Jawohl, a na dodatek przeżyła męża o pięćdziesiąt pięć lat i cynicznie grzała się w blasku jego sławy, publikując o nim wspomnienia.

Tego rodzaju zarzuty wobec sławnej aktorki można by zapewne mnożyć i umieścić ją - obok na przykład Natalii Gonczarowej - w kręgu pań, które nie dorosły do roli żony geniusza, ale można powiedzieć za Natalią Modzelewską: "Nie żądajmy jednak od Olgi Knipper więcej, niż żądał Czechow" i można też z niej - kobiety, która swoje miejsce w sztuce ceniła wyżej od anonimowej obecności przy boku męża - uczynić patronkę ruchu feministycznego w Rosji.

A Mizinowa i Sanin wyjechali z Rosji w 1922 roku. Po latach sukcesów (Hiszpania, Włochy - m.in. wystawił w La Scali Borisa Godunowa) reżysera dopadła choroba psychiczna. Powrócił do zdrowia (500 dolarów na koszty kuracji przekazał, dzięki staraniom Łunaczarskiego, rząd radziecki), ale do szpitala trafiła z kolei żona (kłopoty z układem krążenia). "W 1937 roku - czytamy w eseju Borisa Zajcewa, znanego pisarza emigracyjnego - odwiedziłem pewnego razu swoją znajomą w szpitalu na rue Didot. Leżała w małym, przeszklonym pokoiku, odgrodzona od sali ogólnej. Po drugiej stronie, niedaleko od nas, był podobny pokoik, też szklany. Leżała tam w łóżku jakaś kobieta.

- Wie pan, kto to jest? - zapytała moja znajoma.

- Nie.

- To Czechowowska Mewa, obecna żona reżysera Sanina. Poznałyśmy się tutaj. Jest poważnie chora.

W tym samym 1937 roku Lidia Stachijewna zmarła".

Po jej śmierci mąż rozpoczął starania o powrót do kraju, ale Mołotow nie zareagował na jego prośbę. Aleksandr Sanin zmarł w Rzymie w 1956 roku, mając 88 lat.








Tadeusz Klimowicz - Pożar serca - 2