Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Roman Kaleta

O Ksawerze Deybel

 

 

Postać Ksawery Deybel jest dobrze znana badaczom i miłośnikom twórczości i życia Adama Mickiewicza od czasu sensacyjnych artykułów Boya na jej temat, ogłoszonych przed pięćdziesięciu kilku laty. W toku przeprowadzonych przez znakomitego "brązoburcę" studiów wyszło na jaw, że Ksawera była jedną z najaktywniejszych działaczek Koła Towiańczyków, wieloletnią pozamałżeńską miłością Mickiewicza i wreszcie matką poczętego z nim dziecka, które przyszło na świat w r. 1847.

Rychło po ujawnieniu przez Boya tych szczegółów ukazał się w "Kurierze Wileńskim" (1929, nr 149) artykuł Pawła Kona pt. Kim była Ksawera Deybel? Na podstawie informacji ustnej, otrzymanej od niejakiej Wikszewskiej, której teściowa, Maria Deybel, była rodzoną siostrą Ksawery, Kon ustalił, że kobieta, która tak bardzo zaważyła na życiu wieszcza, była córką nauczyciela tańca i właściciela pensjonatu w Wilnie. "Otóż - jak powiada p. Wikszewska (Kon cytuje jej wypowiedź na żywo) - teściowa miała cztery siostry: Anielę, Annę, Zofię, imienia czwartej nie pamięta. Ta jedna z najmłodszych sióstr wyjechała do Paryża jako młoda panna i tam była nauczycielką, później wyszła za mąż za Francuza Mainarda".

Informacja Wikszewskiej o Ksawerze jako jednej z najmłodszych sióstr" teściowej była powodem fałszywej hipotezy Kona, jakoby Mainardowa prawdopodobnie była nie wymienioną przez rozmówczynę Ksawerą Deybel, urodzoną w Wilnie, "ale nie przed rokiem 1829".

Boy odrzucił ten domysł z miejsca jako niedorzeczny, wiadomo bowiem było (z książki Władysława Mickiewicza Moja Matka i z przytoczonych w niej listów), że Ksawera została zatrudniona w domu poety w charakterze nauczycielki już w r. 1841; zatem nie mogła urodzić się po roku 1829. "Świadectwo pani Wikszewskiej - konkluduje Boy - z jednej strony zdaje się świadczyć, że jesteśmy na tropie, z drugiej samo siebie zbija; w każdym razie nie ustala ono tożsamości Ksawery Deybel z jedną z córek nauczyciela tańców. Kwestia zostaje nadal otwarta".

Kilka istotnych szczegółów do życiorysu tajemniczej kobiety Mickiewicza przysporzył następnie S. Pigoń w artykule Jeszcze o Ksawerze Deybel ("Kurier Warszawski", 1930, nr 230). Udowodnił on, że młodziutką dziewczynę zabrała z domu rodzicielskiego śpiewaczka niemiecka, Sabina Heinefetter, jako posiadającą obiecujący talent wokalny. W sierpniu 1841 r. obydwie panie przybyły do Baden. Po występach w tym mieście Sabina Heinefetter odjechała do Petersburga, Ksawera zaś udała się do Paryża pod opieką jej siostry, Katarzyny Heinefetter.

Żaden z badaczy zajmujących się po Boyu, Konie i Pigoniu "sprawą Ksawery" nie zwrócił dotychczas - o ile mi wiadomo - uwagi na informację z r. 1843 pióra Jana ze Śliwna (Adam Honory Kirkor), umieszczoną w Pamiętnikach umysłowych (Wilno 1845, t. II, s. 10), w artykule poświęconym Izabeli Górskiej, aktorce. Czytamy tu m.in.: "W jesieni 1803 roku przybyła do Wilna kompania baletników złożona z pana Monaretti (Włocha), żony jego i pana Deybel. To nieliczne towarzystwo przybyło z Warszawy w celu bawienia wileńskiej publiczności baletami prawie tu nie znanymi".

Do interesującego nas nazwiska autor dołączył przypis, z którego wynika, że wyjazd Ksawery za granicę był wydarzeniem w mieście rodzinnym i że ziomkowie wiązali z wojażem panny Deybel nadzieję na jej karierę i rozgłos międzynarodowy. Słowa Kirkora przytaczamy w całości: "Pan Deybel od tego czasu nie opuścił Wilna. W kilka lat potem założył pensję panien, którą utrzymywał przez wiele lat w Wilnie, a później w Wiłkomierzu, gdzie umarł przed dwoma laty (tj. 29 XI 1841 r.). Córka jego, panna Anna Ksawera Deybel, znaną jest jako niepospolita śpiewaczka i bawi teraz w Paryżu".

Ojciec "niepospolitej śpiewaczki" miał na imię Ksawery i w Wilnie był z pewnością człowiekiem poważanym, pensję żeńską starał się utrzymywać na poziomie nie odbiegającym od podobnych szkół w Europie zachodniej. Świadczą o tym jego listy z podróży zagranicznej pisane świetną polszczyzną do Joachima Lelewela, zachowane w Bibliotece Uniwersytetu Wileńskiego (Fond 12-207): z Berlina - 27 VI, 16 VII, 11 IX 1825; z Paryża - 15 XII, 18 XII 1825, oraz z Wilna - 7 VII 1830. Świadczy i artykuł pt. Wiadomość o składzie i urządzeniu instytutu żeńskiego Deybelów w Wilnie..., zamieszczony współcześnie w "Dzienniku Wileńskim" (1830, T. IX, s. 312-314). W okresie panowania cara Aleksandra I i jeszcze przez kilka lat po jego zgonie - do czasu wybuchu powstania listopadowego - istniało w stolicy byłego wielowiekowego Wielkiego Księstwa Litewskiego około dziesięciu pensji dla dziewcząt. Z badań przeprowadzonych przez Irenę Zaleską-Stankiewiczową wiadomo, że dwuklasowa szkoła Ksawerego i Albiny Deybelów zajmowała wśród nich miejsce pierwszorzędne. (Zob. książkę tejże autorki pt. Pensje żeńskie w Wilnie, 1795-1830, Wilno 1935, s. 11, 12, 16, 26 i in.).

Młoda artystka wystąpiła po raz pierwszy na wielkiej scenie w operze V. Belliniego pt. Norma w Moskwie, dokąd przybyła - jak poinformował rodaków Romuald Podbereski w recenzji ogłoszonej w "Tygodniku Petersburskim" (nr 25 z 4/16 IV 1841) - "spod pieczołowitego oka rodzicielskiego, z zaciszy zagrody domowej, w której, obyczajem dziewic litewskich, pielęgnowała dotąd mak polny i ruciany wianek.

Jest p. Deybel - pisze dalej Podbereski - córką czcigodnych rodziców, dobrze znanych w naszych stronach z rzeczywistych zasług położonych w wychowaniu młodzieży płci żeńskiej, o których czuła pamięć chroni się we wdzięcznych sercach tylu znacznych rodzin."

"Czysty i bardzo miły mezzosopran" Anny Ksawery spodobał się moskwiczanom, zwłaszcza gdy harmonijnie zaczął zlewać się w prześlicznym duo Adalgiry z głosem Sabiny Heinefetter, jej "protektorki, nauczycielki i przyjaciółki, w której bezinteresownej życzliwości - jak wyznaje sama p. Deybel - jak by drugą matkę znalazła". Publiczność nagrodziła ją hucznymi oklaskami. "Obie śpiewaczki zostały wywołane i długo bravo nie ustawały".

W przypisie do recenzji zamieścił Podbereski informację, że "w pierwszych dniach maja p. Heinefetter będzie w Petersburgu i zaraz stamtąd pojedzie do Królewca i Berlina, gdzie zabawiwszy nieco, w sierpniu spotka się na wodach badeńskich z siostrą Katarzyną, z którą p. Deybel rusza do Paryża, a p. Sabina wróci do Petersburga".

S. Szpotański w książce Andrzej Towiański, jego życie i nauka (Warszawa 1938, s. 248) pisze, iż bohaterka naszego opowiadania nosiła imiona Anna, Józefa, Maria, a imię Ksawera przybrała od imienia swego ojca, i to jeszcze przed wyjazdem do Paryża, gdyż już w Moskwie występowała na koncertach jako Anna Ksawera.

A oto dalsze wiadomości o niej uzbierane przez Szpotańskiego: Urodziła się w 1818 r. (s. 245), 28 IV 1855 r. poślubiła Edmunda Mainarda, komisarza policji, o dziesięć lat od siebie młodszego... Po ojcu była pochodzenia niemieckiego, matka była z domu Reszke. Nieporozumienie, jakoby była Żydówką, powstało ze słów Towiańskiego o niej: "Księżniczka Izraelska" (s. 248).

Świetna polszczyzna Ksawerego Deybela - na co już zwróciłem wyżej uwagę - wskazuje, że nasz kraj nie był mu obczyzną i że pochodził on najprawdopodobniej z rodziny niemieckiej osiadłej w Rzeczypospolitej od czasu panowania Wettynów. W książce Oświeceni i sentymentalni (Wrocław 1971) ogłosiłem kilka listów pisanych (po polsku!) w 1766 r. przez Krystiana Godfryda de Hammeran Deybela, kapitana artylerii, adiutanta gen. Eustachego Potockiego. Podejrzewam, iż był on dziadkiem lub pradziadkiem Ksawery, jakże już spolonizowanym!

Niewątpliwie talent wokalny był jednym z tych wdzięków, przy pomocy których pannie Deybel udało się rozkochać w sobie muzykalnego wieszcza. Z Dziennika Zofii Komierowskiej ("Bluszcz", 1888, nr 2) wiemy, że w dniu 8 lutego 1853 r. Ksawera śpiewała u Mickiewiczów piosenkę Słowiczku mój na melodię skomponowaną przez gospodarza. O identycznym jej występie w innym czasie, mianowicie w jesieni 1847 r., opowiedział także Kornel Ujejski w liście do Karolowej Młodnickiej 15 października 1885 r. Z pewnością popisy panny Deybel jako śpiewaczki w domu poety należały do zwyczajnego repertuaru w czasie przyjęcia gości.

Według relacji autora Chorału, zapamiętanej przez Marylę Wolską i ogłoszonej po latach w "Myśli Narodowej" (1930, nr 3), Ksawera "była chuda, niepokaźna, o smagłej, niby cygańskiej urodzie, ze wspaniałymi oczyma, cokolwiek mal faite, jakby lekko ułomna i tak niska, że siadając do fortepianu kładła na krześle stos nut, aby sięgnąć wygodnie klawiszy".

"Wywierała ona urok niebezpieczny swym wdziękiem, a zwłaszcza swym wzrokiem" - pisze J. Kallenbach w książce Towianizm na tle historycznym (Kraków 1926, s. 157) prawdopodobnie opierając się na notatkach Eustachego Januszkiewicza, który o Ksawerze utrwalił ciekawą charakterystykę samego Mistrza. Towiański w obawie przed "magnetyzmem" spojrzenia panny Deybel (którym "kusi, podbija") dopuścił ją pewnego razu do rozmowy z sobą z zakrytymi oczyma. Ferdynand Gut, szwagier Towiańskiego i jeden z pierwszych apostołów jego nauki, "arkuszowe listy pisywał o blasku oczu Ksawery", tak iż jego własna żona i szwagierka "po odczytaniu listów tych dostawały cielesnych boleści".

Słowacki w wierszu pt. Chór duchów izraelskich napastującym towiańczyków, odczytanym przez specjalistów po wieloletniej mordędze ze starannie zamazanego autografu (zob. J. K. Dębowski, "Ciąż" (!!!), czyli łamigłówka filologiczna, "Ruch Literacki", 1961, nr 3, s. 158-161), tak sobie zakpił z "Księżniczki Izraelskiej" i z jej romansu z "Adamem":

Nu a niewielka

Pani Dejbelka

Ta chodzi

I uwodzi

Bez węża

Gdy Pan Bóg spuści

Męża.

W Polonii paryskiej czasów Wielkiej Emigracji roiło się z pewnością od plotek i prawd o konkubinacie Mickiewicza z Ksawerą.

W związku z patriotyczną kanonizacją wielkiego poety świadkowie tego związku przekazywali ową sensację już tylko wybranym reprezentantom następnego pokolenia. W intencji mickiewiczologów okresu pozytywizmu i Młodej Polski, dopuszczonych do głęboko już tajemnej wiedzy o intymnych amorach wieszcza z Ksawerą, ten istotny szczegół życia wielkiego Adama powinien być ukryty przed narodem, a nawet - zdaniem niektórych - utopiony w morzu niepamięci.

Szczególną gorliwość w zaciemnianiu wspomnień o wieloletniej pozamałżeńskiej miłości Mickiewicza i w niszczeniu dokumentów, które by wieść o tym "skandalu" utrzymującą się jeszcze mocą tradycji mogły wesprzeć dowodnie, okazały dzieci poety, mianowicie syn Władysław i córka Maria Górecka. W toku śledztwa przeprowadzonego przez Boya Żeleńskiego wyszło na jaw, że pierwszy zaprzepaścił część pamiętników Zofii Szymanowskiej, przyrodniej siostry żony wieszcza, zawierających m.in. opisanie romansu Mickiewicza z Ksawerą. Posiadaczem tego ważkiego manuskryptu był Artur Wołyński, zamieszkały we Florencji działacz polonijny. Od tegoż właśnie rodaka po długich i nieustępliwych molestacjach udało się Mickiewiczowi w lecie 1890 r. dokument ów wypożyczyć na wieczne - jak się wkrótce okazało - nieoddanie. Trzeba nadmienić, że Szymanowska przez kilka lat mieszkała u Mickiewiczów i wielu opisanych szczegółów z życia wieszcza była obserwatorką bystrą, bliską i bezustanną.

Jeszcze większą pilność w unicestwieniu pisanych pamiątek po ojcu i o ojcu, które mogłyby rzucić bodaj cień na jego świetną, sztucznie mistyfikowaną postać, okazała Górecka. To ona spaliła listy Ksawery adresowane do wieszcza, wypożyczone na jedną noc od Władysława Bełzy w Krakowie w lipcu 1890 r., łamiąc uroczyste przyrzecznie zwrotu tych dokumentów po przeczytaniu.

"Pamiętam wzburzenie Bełzy - wspomina Maryla Wolska - gdy przyszedł do nas (rodzice Wolskiej mieszkali we Lwowie przy ul. Zimorowicza w tej samej kamienicy, co znakomity mickiewiczolog) wtedy na świeżo po powrocie z Krakowa z wieścią, że listów na powrót nie otrzymał i że pani Górecka wręcz wyznała, że spaliła je sama, uważając to za swój obowiązek".

Jest rzeczą znamienną, że autor Kroniki potocznej i anegdotycznej z życia Adama Mickiewicza na podstawie opisu wiarogodnych świadków (1884), kilku rozpraw o osobistym losie i twórczości poety, publikowanych z ciągu parudziesięciu lat, z czasem wydanych zbiorowo w tomie pt. Z epoki Mickiewicza (Lwów 1911), oraz redaktor Albumu pamiątkowego Adama Mickiewicza (Lwów 1889) nie wspomniał w tych swoich drukach ani słowem o intymnych związkach wielkiego Polaka z Deybelówną.

Dzieje romansu poety nie dawały mu jednak spokoju, czego dowodem jest brulion artykułu o Ksawerze Deybel, sporządzony - jak wynika z treści - jeszcze za życia J. I. Kraszewskiego, a więc przed dniem 19 marca 1887 r.

Powodem do publicznego, w pierwotnym zamiarze Bełzy, wyjawienia tej tajemniczej historii miłosnej była obawa przed uwłaczającym Mickiewiczowi sądem potomności, w wypadku gdyby po śmierci J. I. Kraszewskiego i A. Wołyńskiego, ówczesnych właścicieli pamiętnika Zofii Szymanowskiej, wspomnienia te za pośrednictwem niepowołanych rąk przedostały się do wiadomości ogółu. Nie wątpić, że Bełza postanowił zająć w tej sprawie określoną pozycję merytoryczną także z poczucia naukowej rzetelności. Troska o wieczną sławę wieszcza została przez niego wyakcentowana głównie dla osłony przed gromami, które by się z pewnością posypały na jego głowę, gdyby rzecz ukazała się drukiem z pobudek czysto poznawczych. Mimo tej zapobiegliwej asekuracji i mimo obrony Mickiewicza, utrzymanej w poetyce niemalże hagiograficznej (święty uwiedziony przez kobietę-szatana), Bełza wygotowany przez siebie tekst artykułu schował do szuflady - widocznie rozmyślił się z oddaniem go do składania zecerowi albo wyperswadowali mu ten zamiar czciciele wieszcza.

Od publikacji mógł Bełzę odwieść także wzgląd na bohaterkę romansu. Aleksander Walicki, uciekinier polityczny z Litwy, od 1863 r. zamieszkały w Krakowie, gdzie zarabiał na utrzymanie jako korektor Drukarni Anczyca i Ski, do którego Bełza zwrócił się z prośbą o zapytanie bawiącej wówczas w tym mieście Marii Góreckiej (stosunki miedzy lwowskim mickiewiczologiem a córką wielkiego poety były lodowate) o pieśni skomponowane przez wieszcza, tak mu odpowiedział w liście z 12 V 1888 r. (cytuję z autografu, rkps Ossolineum 12662 II, s. 108): "Żadnej melodii ojcowskiej pani G. nie pamięta. Niektóre z nich są spisane i znajdują się u dawniejszej panny Ksawery Dejblówny, obecnie zamężnej za Francuzem w Paryżu. Może Pan do niej trafić będziesz umiał".

Jeśli nawet żyjąca jeszcze w 1888 r. - jak wynika z listu Walickiego - Mainardowa, sędziwa już matrona, nie była przyczyną główną, to z pewnością niebagatelną, dla której Bełza nie sfinalizował drukiem artykułu napisanego o jej namiętnej aktywności nie tylko w kole towiańczyków, ale i w życiu wieszcza. Ksawera mogła przecież pozwać go do sądu o zniesławienie i, co gorsza, publicznie powtórzyć, a może i udowodnić to, o czym szeptano jeszcze za życia wieszcza - jak świadczy następująca pamiętnikarska notatka Seweryna Goszczyńskiego z dnia 21 VII 1858 r. (cytuję za Szpotańskim): "Wczoraj słyszałem od Łąckiego, że Ksawera (Deybel, a dziś Mainardowa) pisała do Władysława Mickiewicza w tej treści: »Mąż mój jest bez miejsca, jesteśmy w niedostatku, mamy troje dzieci, żądam od ciebie 2000 fr. na wychowanie dziecka twojego ojca«. Miała ona to dziecię w r. 1847 i rozpuszczono, że ojcem był Mickiewicz; to pewna, że jakiś czas chowało się w domu Mickiewicza"...

Do enuncjacji Goszczyńskiego odniósł się ostatnio z zaufaniem badacz tej miary, co Wiktor Weintraub, podkreślając właśnie na marginesie co tylko przytoczonego tekstu, że "jego zapiski pamiętnikarskie odznaczają się dużym stopniem wiarygodności" (Boy, Mickiewicz i poloniści, [w:] Od Reja do Boya, Warszawa 1977, s. 402).

Nowinkę zanotowaną przez autora Zamku kaniowskiego możemy utwierdzić relacją jeszcze bardziej autorytatywną. Wyszła ona spod pióra Teofila Lenartowicza, który o interesującej nas sprawie tak pisał do J. I. Kraszewskiego w liście datowanym we Florencji 8 sierpnia 1870 r., miesiąc po śmierci swojej połowicy (Zofia Szymanowska zmarła na zapalenie płuc w Miłosławiu 7 VII tegoż roku): "W Pamiętnikach żony mojej, które odczytuję, znajdują się rzeczy (o domu Mickiewiczów) skandaliczne - brudy i paskudztwa łajdakerii towiańczyków, dowody bezrządu, paskudzenia się z nierządnicą Deybel, długa i haniebna historia, która by więcej szkodzić mogła pamięci Adama niż co bądź innego. Moja najukochańsza Zofia widziała tę podłą towianicę i jej z Adamem spłodzone dziecko, widziała traktowanie niegodne siostry itd. itd. i czyste wariactwa Wielkiego Człowieka, i to opisuje..." I jeszcze w liście do tegoż samego adresata z dnia 21 XI 1880 r.: "Pamiętniki Zofii mojej przejrzałem i zobaczyłem, że wyjątki można drukować, ale nie wszystko, a naprzód, że o rodzinie Adama to, co mówi, odnosi się do żyjących Władysława i Maryni Góreckiej oraz do owych domowych brudów, od których Wielki Adam nie był wolny, do  d z i e c i   z   n i e p r a w e g o   ł o ż a   z   j a k ą ś   b e s t i ą  towianicą Dajbel itd., które to rzeczy wywłóczyć byłoby niegodnym; a po wtóre, że są tam rozmowy, dialogi z ową Dajbel, które w miejsce zniechęcenia, prozelitek by narobiły". (J. I. Kraszewski - T. Lenartowicz, Korespondencje. Opr. W. Danek. Wrocław 1963, s. 183 i 186).

Autograf części pamiętników Zofii Szymanowskiej będący swego czasu w posiadaniu Lenartowicza, a następnie Wołyńskiego, pozyskał dla swoich zbiorów - jak wiemy Władysław Mickiewicz. W archiwum tego ostatniego odszukał ów fragment wspomnień szwagierki wieszcza Henryk Biegeleisen i ogłosił drukiem w książce pt. Żona poety (Warszawa, b.r. [1932], s. 121-150). W opublikowanym wreszcie tekście nie dostawało, niestety, wspomnianego przez Lenartowicza arkusza zawierającego "dowody bezrządu, paskudzenia się [wielkiego Mickiewicza] z nierządnicą Deybel". Łatwo się domyślić, że ów fragment wspomnień Szymanowskiej został wyjęty z całości przez siostrzeńca autorki i zniszczony, jako szkodzący pośmiertnej sławie jego ojca.

Wracajmy do Bełzy. Nie ulega wątpliwości, że gdyby ów czołowy w swoim czasie mickiewiczolog nie wycofał się z akcji przedsięwziętej, rewelacje Boya po upływie czterdziestu kilku lat nie miałyby tej siły zaskoczenia opinii publicznej i posmaku polonistycznego skandalu.

Nawiązując do artykułu Władysława Bełzy, zgodnie z przyjętą w tej książce konwencją, informuję, że przedrukowujemy go jako nie lada ciekawostkę z autografu zachowanego w papierach jego syna Witolda w Ossolineum (rkps 13222 II):

 

W roku 1841, w jednym z zimowych miesięcy pojawiła się na bruku paryskim osoba młoda, lat może około dwudziestu, nie ładna ani brzydka, ale pociągająca tą białością i świeżością oblicza, jakimi tylko młodość krasić umie, i bez żadnych poprzednich rekomendacji zapukała śmiało do mieszkania Adama Mickiewicza w Paryżu przy rue d'Amsterdam.

Osobą tą, którą tak mało obchodziły ceremonie i konwenanse światowe, była panna Ksawera Deybel, której dalsze koleje życia splotły się dość silnie z życiem poety i niemało wpłynęły na stosunki jego domowe.

Może byśmy nie zgłębiali tych tajemnic prywatnego życia poety, gdyby nie współczesny pamiętnik spisany przez naocznego, a bystrymi, bo kobiecymi oczyma patrzącego świadka, który gdyby kiedykolwiek wyszedł na widok publiczny, mógłby snadno być tłumaczonym jednostronnie i niekorzystnie dla sławy poety.

Że pamiętnik ten istnieje, wiemy na pewno. Połówka jego znajduje się w rękach Kraszewskiego, część druga w ręku p. Artura Wołyńskiego. Jakkolwiek nie mieliśmy w ręku owego pamiętnika, treść jego wszakże nie jest nam zupełnie obcą. Znamy ją po części z listów i osobistego skomunikowania się z dzisiejszymi ich posiadaczami, którzy chwalebnymi powodowani skrupułami, zapiski owe dotąd przechowują w ukryciu. Ale co będzie, jeśli papiery koleją losu przejdą w inne, mniej dyskretne ręce? Co będzie, jeśli amatorowie polujący na wszelkie skandaliczne nowinki na podstawie tych notat, ręką jednej z najbliżej Mickiewicza stojących osób poczynionych, zaczną szarpać sławę poety? Kto wówczas stanie na świadectwo prawdzie, skoro naoczni świadkowie zejdą ze świata? Póki czas starajmy się wyświecić tę sprawę, powołajmy się na świadectwo innych, niemniej blisko Mickiewicza stojących osobistości, zwłaszcza że nie wahamy się twierdzić stanowczo na mocy będących w naszym posiadaniu dokumentów, że ręką, która pamiętnik pisała, kierowała osobista niechęć do poety - wskutek zawodu, jakiego doznała po śmierci żony Mickiewicza,

Jedynym żyjącym świadkiem dokładnie z domowymi stosunkami poety obeznanym, którego powołać możemy na potwierdzenie przytoczonych poniżej faktów, jest p. A. L. Niew[iarowicz], autor zajmujących Wspomnień o Adamie Mickiewiczu, który zaszczycając nas swoją życzliwością, raczył niejeden szczegół w tej sprawie wyświecić i niejeden rys charakterystyczny do stosunku Adama z Ksawerą dorzucić.

Nie taimy, że stosunek ten zawisł jak czarna chmura nad cichym i spokojnym dotąd życiem rodzinnym poety. Wypadł z niej piorun, który ugodził w serce żony Adama, zakrwawił je boleśnie i wyorał przepaść pomiędzy sercami małżonków.

Mickiewicz lubił wszelką oryginalność i to wpłynęło może, że panna Ksawerą doznała od razu gościnnego w domu jego przyjęcia. Umiała ona zainteresować nie tylko samego poetę, ale jego żonę, przyrodnią siostrę i otoczenie całe, któremu imponowała odwaga jej i determinacja, z jaką nie wahała się przybyć do Paryża. Nadto panna Ksawerą była Litwinką, a słabość poety do Litwinów znaną jest powszechnie. Nie było dla niego nic nad kołduny litewskie, nad mowę.

W owym czasie Mickiewicz znajdował się również w dziwnie egzaltowanym usposobieniu. Zjawienie się Mistrza, którego on zdawał się być Janem Chrzcicielem, absorbowało go w zupełności. Torował mu ścieżki, jednał stronników, gromadził uczniów, a jednego z najgorliwszych, i to o wymownych oczach, znalazł zaraz w pannie Ksawerze, która dziwnie szybko przylgnęła do tych  n o w i n e k  p a r y s k i c h  i głośno je zaczęła apostołować.

W roku 1842 znajdujemy już jej nazwisko na proteście podpisanym przez 46 zwolenników Towiańskiego, wniesionym przeciw jego wydaleniu z Paryża na ręce ministra sekretarza stanu w Wydziale Spraw Wewnętrznych Francji.

Ten ośm miesięcy pobytu p. Ksawery Deybel w domu poety, od listopada 1841 do czerwca 1842 r., dziwnie ich zbliżyło i spoufaliło do siebie. Pani Celina - zrazu tak życzliwie usposobiona dla nowej swojej lokatorki - zaczęła podejrzliwym okiem spoglądać na jej stosunek do męża. Nie podobało jej się - i słusznie - to ciągłe a parte w gabinecie p. Adama, wspólne wycieczki ich na miasto. Płakała z początku biedna kobieta, później przeszła do wymówek, do kilku scen przykrych domowych, w których poeta jeżem stawał, aż w końcu suchymi już tylko oczyma patrzyła na tę dziwną istotę, która z taką czelnością wydzierała jej męża i coraz bardziej odsuwała go od niej.

Jak była zręczną, dosyć powiedzieć, że w pierwszych chwilach umiała sobie nawet zjednać zaufanie pani Celiny; jak była obrotną, niech świadczy to, że po kilkudniowym pobycie w domu poety była ze wszystkimi na stopie poufałej - z Celiną jak z siostrą, z dziećmi jak ciotka, z Adamem...

Ale o tym potem.

Panna Ksawera ładną nie była. Niska, ciemna szatynka o piwnych oczach, miała w całej postaci swojej coś egzaltowanego, coś, co ją oryginalniejszą czyniło w oczach poety od wszystkich spotkanych przez niego kobiet.

O jej przeszłości niewiele wiemy. To pewne, że bez wiedzy i zezwolenia rodziców wyrwała się z domu i przybyła do Paryża, przywabiona sławą poety, dla którego poznania rzuciła wszystko, co było drogim jej sercu: rodzinę, ojczyznę, byt dostatni, aby go tylko poznać i hołd mu swój wyrazić.

Była to wędka na Adama czy istotna cześć dla niego - trudno rozsądzić. Poeta uwierzył w szczerość intencji, rozczulił go los młodej dziewicy, przygarnął ją do swego domu i zaopiekował się nią gorąco. Mamy list Celiny z tych czasów pisany do przyjaciela: "Adam - pisze w nim - mówi, że nie poświeci głowy świętego Jana i Ksawery dla mnie nie potępi". List ten dziwnie bolesne wywrzeć musi na każdym wrażenie.

Kiedy Adam wychodził z domu - a wiem to od naocznego świadka - panna Ksawera zarzucała również szal na siebie, brała go w oczach żony pod ramię i wychodzili razem.

Mówiono - czemu jednak p. N[iewiarowicz] przeczy stanowczo, pamiętnik wszakże pisze o tym - że stosunek ten poety do jego kusicielki nie był bez owoców... Nie dociekałem tego, bo i na cóż wreszcie wiadomość taka...

 

 

Ksawera Deybel

 

Celina z Szymanowskich Mickiewiczowa (żona)

 

 

Roman Kaleta "Sensacje z dawnych lat" 1986





MICKIEWICZ