Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

FILM - lata 80-e

 

IRENEUSZ DEMBOWSKI

WIELKI OBYWATEL

Orson Welles

 

Welles był zapewne najsławniejszym reżyserem filmowym. Nie tylko reżyserem, także wielką osobowością, uznaną za fenomen, za niezrozumiały wybryk natury. Ale też wszystko w jego życiu było niezwykłe i ponad normalną miarę, poczynając od postury. Już w college'u przewyższał o głowę kolegów. Miał 190 centymetrów wzrostu, a gdy zmarł ważył 202 kilogramy.

Niewielu było artystów, do których tak bardzo pasowałoby określenie Jeana Cocteau "monstre sacre" (święty potwór). Cocteau użył go myśląc o wielkich aktorach, o niezapomnianych twarzach w rodzaju twarzy Michela Simon, Jeana Gabin, Raimu itp. A Welles był również aktorem, nawet przede wszystkim aktorem - w sztuce i w życiu.

"Obywatela Kane" stworzył w 26 roku życia, w 1941 roku, jeszcze przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny. Prawdziwie sławny film stał się dopiero po wojnie. Uznany za arcydzieło, jedno z największych w dziejach kina, do dziś, blisko pół wieku od czasu realizacji, znajduje się w czołówce najlepszych filmów świata.

Dzieło debiutanckie, chociaż w ścisłym sensie nie jest to prawda. Przed "Obywatelem Kane" zrealizował dwa albo trzy filmy krótkie, które zaginęły. Nie wspominał o nich nigdy, opisali je liczni biografowie Wellesa. Musimy im uwierzyć na słowo, że z kinematograficznego punktu widzenia były bez znaczenia

"Obywatel Kane" był pełnometrażowym debiutem fabularnym, od razu uznanym za dzieło przełomowe i rewolucyjne, rewolucyjne z punktu widzenia języka i sposobu filmowej narracji. Dziś wiemy, że rewolucyjnym dziełem nie był, ale rzadko rewolucyjne dzieła bywają wielkimi dziełami sztuki. Sławna głębia ostrości, montaż wewnątrzkadrowy, plany-sekwencje nie byty wynalazkiem Wellesa, były znane i praktykowane od dawna, jeszcze w epoce kina niemego, od Meliesa, od Griffitha, lecz Welles wykorzystał je w sposób najbardziej twórczy i konsekwentny.

Był postacią ekscentryczną, cudownym dzieckiem, którym pozostał przez całe życie. Czy był również wielkim filmowcem? Jest to pytanie, które dziś można postawić. Imał się wszystkiego, do wszystkiego czuł się zdolny, uwierzył w swój geniusz, jak geniusz "się nosił". Znana jest anegdota (życie Wellesa składa się z samych anegdot), według której przybywszy na spotkanie autorskie, zaskoczony niewielką frekwencją, odezwał się w te słowa: "Panie i Panowie! Jestem dyrektorem teatru na Broadwayu, a także reżyserem teatralnym. Jestem aktorem sztuk dramatycznych. Piszę scenariusze i reżyseruję filmy, jestem także aktorem filmowym, piszę słuchowiska radiowe i sam je reżyseruję. Jestem aktorem, spikerem i prezenterem radiowym. Jestem także muzykiem - gram na skrzypcach i na fortepianie. Jestem również niezłym malarzem i rysownikiem. Piszę wiersze i powieści, jestem wydawcą, jestem także prestidigitatorem i magikiem. Czyż nie jest dziwne, że jest tu tak wiele mnie a tak mało was?"

Megaloman. W tej dziedzinie mało kto mu dorównał, może jeden Sternberg, który wygłosił kiedyś podobne, acz dwa razy dłuższe curriculum vitae swoich talentów i podobnie jak Welles uważał się za geniusza i homo universalis.

"Obywatel Kane" odniósł ogromny sukces u krytyki, ale w kinach szedł słabo, producentowi przyniósł straty. Zrobienie następnego filmu nie przyszło łatwo, zresztą żaden film w jego niezbyt bogatej filmografii nie powstał bez bólu. Zrealizował (w ciągu blisko 50 lat filmowej kariery) ledwie 12 filmów pełnometrażowych. Więcej było filmów zaczętych i nie ukończonych, jak choćby sławny "Don Kichot" - najdłużej realizowany film świata, którego nie zdołał ukończyć. Napisał wiele scenariuszy, niektóre z nich zrealizowali inni, między innymi Chaplin ("Monsieur Verdoux").

Trudno się dziwić producentom, że nie darzyli go pełnym zaufaniem. Był postacią kapryśną i nieobliczalną, despotą, nie liczącym się z niczyim zdaniem, osobą niezrównoważoną, po której wszystkiego można się było spodziewać. Był ucieleśnieniem niezliczonych sprzeczności, a jednak był również indywidualnością niezwykle pociągającą i urokliwą. Miał ogromne powodzenie u kobiet, choć nie krył swojego mizoginizmu. Nie cierpię kobiet w sposób generalny, nieco abstrakcyjny. Nie cierpię, ponieważ nigdy nie potrafią się oddać bez reszty. Nie cierpię, ponieważ są nieobliczalne i nieprzeniknione. To jedna z jego złotych myśli. Nie cierpiał kobiet, ponieważ sam miał kobiecą duszę, spragnioną poklasku, podziwu i uwielbienia.

Po raz pierwszy ożenił się mając 19 lat (z aktorką Virginią Nicholson). Drugą żoną Wellesa była Rita Hayworth - ówczesna gwiazda numer jeden Ameryki. Związek geniusza z uosobieniem kobiecego piękna. Idylla nie mogła trwać długo, tym bardziej, że Rita Hayworth była nie tylko piękna, lecz również ambitna, a Welles był typem tyrana, potrzebował nie żony-partnerki lecz uległej, pokornej i uwielbiającej go żony-niewolnicy. Warunki te w jakiś sposób spełniała delikatna Paola Mori - trzecia żona artysty, która wytrzymała z geniuszem najdłużej. Na pytanie dziennikarza czy ożeni się z hrabiną Mori, Welles miał odpowiedzieć: Ona nie mówi słowa po angielsku, ja nie mówię słowa po włosku, lecz rozumiemy się doskonale.

I jeszcze o kobietach (w jego życiu i twórczości odegrały one ogromną rolę): Kobiety mają zmysł praktyczny, są bardzo rozsądne i bardzo realistyczne, ale nie potrafią kochać naprawdę, brak im poczucia humoru. Nigdy nie są idealistkami. Miłość kobiety czasami jest dojrzalsza niż miłość mężczyzny, nigdy nie jest intensywniejsza.

Piękny portret Wellesa nakreślił Jean Cocteau: "To gigant o naturze i spojrzeniu dziecka, rodzaj lenia o niespożytych siłach i aktywności, szalony mędrzec, samotnik otoczony tłumem, uczeń, który zasypia na lekcjach, strateg, który udaje pijanego kiedy chce by mu dano święty spokój, pragnie być lwem, lecz nikt tak jak on nie przypominał mi sennego niedźwiedzia".

W pogrążonym w marazmie i senności Hollywoodzie pojawił się jak meteor po zrealizowaniu zapewne najsławniejszego w historii słuchowiska radiowego, adaptacji "Wojny światów" Wellsa, która w przededniu wojny wywołała w Ameryce panikę. Amerykanie uwierzyli w inwazję Marsjan, były podobno ofiary śmiertelne. Autor tego gigantycznego zamieszania (coś takiego mogło się zdarzyć tylko Amerykanom) stał się sławny.

Był znany wcześniej w teatrze awangardowym jako aktor i jako reżyser. Nie tylko w Ameryce. Dzięki włóczęgowskiej żyłce jego ojca jeszcze w dzieciństwie objechał świat.

Na profesjonalnej scenie zadebiutował w Dublinie, podając się (17-letni młodzian) za sławnego aktora amerykańskiego występującego na Broadwayu. Jego dynamiczny temperament, nieprawdopodobny tupet i talent (aktorski) wszędzie, gdzie tylko się pojawił, robił ogromne wrażenie.

Po szoku spowodowanym "Wojną światów" RKO podpisała z nim kontrakt dając do dyspozycji praktycznie nieograniczone środki i całkowitą swobodę w wyborze tematu i sposobu realizacji kilku filmów.

"Obywatel Kane" - jak większość filmów Wellesa - ma w sobie wiele cech autobiograficznych: film jest urzekającym portretem artysty, lecz także portretem miliardera, wielkiego magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta. Hearst usiłował nie dopuścić do premiery filmu - zrobił mu tylko wspaniałą reklamę.

Dyskusje wokół "Obywatela Kane", jego roli i znaczenia w dziejach kina, nawet dyskusje wokół problemu autorstwa trwają do dziś. Na dobrą sprawę największe, najbardziej spektakularne wartości tego filmu nie są dziełem Wellesa. Pomysł i autorstwo scenariusza (Welles był tylko współscenarzystą filmu) są dziełem Hermanna J. Mankiewicza.

Znakomite zdjęcia, owe plany-sekwencje, montaż wewnątrzujęciowy, a więc najbardziej rzucające się w oczy formalne walory filmu zapewne nie byłyby takie, jakie są, bez udziału znakomitego operatora Gregga Tolanda, aczkolwiek musi zastanawiać fakt, że choć przy "Wspaniałości Ambersonów" operatorem był ktoś inny (Stanley Cortez), mniej doświadczony, to jednak efekt wizualny i zastosowane środki operatorskie w niczym nie ustępują pracy Tolanda, co więcej wykazują zdumiewającą jednorodność, jakby tę samą rękę, czego nie sposób nazwać inaczej jak Touch of Welles.

Montaż - Welles uchodził (i słusznie) za arcymistrza montażu, przywiązywał doń ogromne znaczenie. Na temat tygodni i miesięcy spędzonych przez niego przy stole montażowym krążą legendy. A jednak montażystami "Obywatela Kane" i "Wspaniałości Ambersonów" - dwóch najlepszych filmów Wellesa - byli Robert Wise i Mark Robson. Ich późniejsza kariera reżyserska wskazuje, że nie byli to zwyczajni pracownicy ekipy technicznej, pokorni wykonawcy poleceń szefa.

Dyskusje na temat autorstwa filmów Wellesa są zapewne jałowe, jest bowiem sprawą oczywistą, że bez niego, bez jego zgody i woli nie powstałby ani jeden kadr "Obywatela Kane".

Od "Wspaniałości Ambersonów" Welles się odżegnał, odebrano mu bowiem prawo kontroli nad końcowym montażem filmu. Film był finansową klapą. RKO zerwała z Wellesem kontrakt. Do końca wojny nie zrealizował już ani jednego filmu, zajmował się teatrem, działalnością pacyfistyczną, pisał sztuki teatralne i słuchowiska, scenariusze i powieści, był aktorem.

Niektórzy uważają, że był większym aktorem niż reżyserem. Rzecz do dyskusji. W każdym razie aktorem był wziętym, zawsze chętnie angażowanym. Jego dorobek aktorski, tylko w dziedzinie filmu jest imponujący - blisko 80 tytułów.

Miał w sobie coś z dziecka, które nigdy nie stało się dorosłe, zawsze skłonny do kawałów, nieodpowiedzialnych żartów. Był dzieckiem w reakcjach, w sposobie bycia, w kaprysach, także w wyglądzie.

Jego nos dziecka, nieproporcjonalnie mały w stosunku do twarzy, byt jego wieczną troską, strapieniem, kompleksem. Czuł się jak Cyrano de Bergerac a rebours. Raz tylko wystąpił nie ucharakteryzowany, z własną twarzą. W sławnym obrazie Carola Reeda "Trzeci człowiek". Na ekranie byt niespełna 10 minut, a jednak wycisnął na tym filmie tak silne piętno, że niejednokrotnie przypisywano mu autorstwo. Uwielbiał charakteryzację, lubił się przebierać. Grał we wszystkich swoich filmach (z wyjątkiem "Wspaniałości Ambersonów") i pod tym względem (pomijając filmy wielkich komików) jest to przypadek w dziejach kina wyjątkowy. Welles jest reżyserem o najbardziej znanej twarzy.

Jedną z największych i najtrwalszych pasji Wellesa był Szekspir. Sztuki Szekspira adaptował, wystawiał, reżyserował i grał w nich od najmłodszych lat. Szekspirowskich tekstów nie traktował z pokorą, były dla niego najczęściej punktem wyjścia do bardzo osobistych i indywidualnych wizji szekspirowskiego świata. Szokował szekspirologów, zdumiewał widzów.

W Hollywoodzie zrealizował "Makbeta" - może najlepszą ze wszystkich ekranizacji tej sztuki. Nie była filmowym szlagierem.

W poszukiwaniu nowych możliwości ekranizacji Szekspira przeniósł się do Europy, gdzie pokonując ogromne trudności zrealizował w ciągu 4 lat "Otella", który znowu, chociaż irytował znawców Szekspira, okazał się jedną z najbardziej dynamicznych i sugestywnych ekranizacji nieśmiertelnego dramatu.

W roku 1965 wszedł na ekrany kolejny film szekspirowski "Falstaff" oparty na motywach czterech sztuk mistrza ze Stratfordu: "Ryszarda II", "Henryka IV", "Henryka V" i "Wesołych kumoszek z Windsoru". Welles uważał go za ukoronowanie swojej przygody z Szekspirem, w każdym razie stworzył w nim jedną z najlepszych kreacji aktorskich.

Na miarę swojego temperamentu i władczej natury lubił się wcielać w postaci potężne, królów i władców, wielkich zbrodniarzy, trzy razy grał boga.

Film traktował nie tyle jako środek wypowiedzi, jako medium artystycznego wyrazu (chociaż to także), lecz jako magię, sztukę tajemną.

Magia to druga jego namiętność. Byt zdolnym prestidigitatorem, jako taki występował z powodzeniem na scenie. Z Marleną Dietrich odbył sławne tournee po Stanach Zjednoczonych. Film byt dla niego najpiękniejszą ze wszystkich sztuk magicznych. Zamiłowanie do magii, do oszustwa, do bluffu, do sztuczek i czarów ekranu widoczne jest we wszystkich jego filmach, w których ogromnie ważną rolę odgrywa scenografia. Wielokrotnie był scenografem własnych filmów, z reguły był autorem własnych kostiumów i charakteryzacji.

Ukoronowaniem jego zamiłowania do magii, do bluffu, do sztuki jako fałszerstwa był jeden z ostatnich jego filmów "F jak fałszerstwo" - opowiadający historię wielkiego fałszerza obrazów Elmyra de Hory, twórcy fałszywych Vermeerów. To medytacja na temat kłamstwa i prawdy, ambiwalentnego charakteru sztuki, na temat autentyczności i fałszu. To także film, który ujawnia najgłębszą tajemnicę Wellesa artysty, film będący autobiografią jego duszy.

W 1962 roku wszedł na ekrany najgłośniejszy od czasów "Obywatela Kane" film Wellesa - ekranizacja "niemożliwej do sfilmowania powieści" - "Procesu" Franza Kafki. To jedyny film w jego dorobku, z którego był naprawdę zadowolony, jedyny, który poza debiutem - zrealizował w sposób całkowicie nieskrępowany i wolny.

Przyjęcie filmu dalekie było od jednomyślności. Wierność w stosunku do Kafki jest względna, interpretacja Anthony Perkinsa dyskusyjna, finałowa sekwencja (wykonanie wyroku na Józefie K.) z grzybem atomowym w tle nazbyt natrętna i dydaktyczna. Jednak jest w tym filmie wiele piękna, wiele wspaniałych pomysłów scenograficznych, które chociaż często nie mają nic wspólnego z Kafką, pozostają w pamięci. Ekspresjonistyczna scenografia jest w "Procesie" bardziej żywa i sugestywna niż ludzie, niż aktorzy, zagubieni w tym przedsionku piekła jak bezwolne marionetki.

Welles był mistrzem reklamy, z ogromnym, talentem i skutecznością podtrzymywał opinię o swojej genialności. Czy rzeczywiście był genialny? Na to pytanie odpowiedzieć może jedyny sprawiedliwy sędzia w sprawach sztuki - czas. Zainteresowanie Wellesem wciąż jest ogromne, rokrocznie ukazuje się o nim wiele książek, monografii, analiz, antologii złotych myśli. Większość autorów czerpie z jego życia jak z niewyczerpanej skarbnicy anegdot i legend. Trudno jest w życiu Wellesa oddzielić legendę od prawdy, złudzenie od rzeczywistości.

Jeszcze za wcześnie, aby sformułować sąd ostateczny o tym gigancie kina, by zgłębić jego tajemnicę, tym bardziej, że sam Welles z ogromną zręcznością zaciera właściwe tropy.

Zrealizowany w roku 1955 "Mr Arkadin" rozpoczyna się mottem: "Potężny i bogaty władca zapytał biednego poetę: »Cóż mógłbym ci ofiarować?« Poeta pomyślał i odpowiedział: »Co tylko chcesz panie, z wyjątkiem własnej tajemnicy«".

I jeszcze jedna myśl Wellesowska: Uważam za rzecz prymitywną, a nawet wulgarną, zarówno, pracę dla pieniędzy jak i dla potomności. Jak większość jego myśli jest ona tyleż piękna co dyskusyjna. Co stanie się z jego filmami, z jego dziełem z chwilą kiedy zabrakło najlepszego ich menażera - samego Wellesa?





F I L M