Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Cat Mackiewicz

Dostojewski

 

 

II

DZIECIŃSTWO

 

Dostojewskiego dzieciństwo, młodość, a nawet wiek męski upłynęły w czasach, kiedy w Rosji chłop był niewolnikiem, rzeczą swego pana, przedmiotem kupna i sprzedaży, podobnie jak Murzyn w amerykańskich stanach południowych. Teodor Michajłowicz Dostojewski urodził się 30 października 1821 r., umarł 28 stycznia 1881 r., czyli w chwili dekretu Aleksandra II z 18 lutego 1861 r., uwalniającego włościan i nadającego im ziemię, miał już lat czterdzieści, przeżył dwie trzecie swego żywota. Chociażby na podstawie pamiętników i listów przyjaciół i literackich rówieśników Dostojewskiego możemy sobie wyobrazić, jak ta niewola wyglądała. Dopiero w 1833 r. wydany został ukaz Mikołaja I zabraniający sprzedawania chłopów pojedynczo, rozbijania rodzin. Przedtem możliwe były rzeczy następujące: Ciotka jednego ze znakomitych literatów rosyjskich wybiera się na karnawał do Moskwy, prosi męża o pieniądze. "Mój drogi - mówi mąż, właściciel dużego majątku ziemskiego, do swego oficjalisty - pani potrzebne są pieniądze, a widziałem nowy przypłodek na wsi." Oficjalista jedzie saniami na wieś, chwyta dziesięcioro schwytanych przed chatami dzieci do sanek i bez żadnych innych formalności czy pożegnań z rodzicami odwozi na sprzedaż. (Grigorowicz: Wspomnienia.) Cena zdrowej, wyrośniętej dziewczyny nie była wtedy większa aniżeli 50 rubli; kiedy ktoś zapłacił za dziewczynę, w której się zakochał, 700 rubli, sąsiedzi uważali go za wariata. Aby zważyć, jak mało warte było wtedy życie ludzkie, trzeba dodać, że dobry wierzchowiec kosztował kilkaset rubli, a obiad w eleganckiej restauracji stołecznej półtora rubla. Pewien ziemianin-esteta posiadający piękny park zamierzał ozdobić go posągami, ale zabrakło mu pieniędzy. Wobec tego poustawiał na piedestałach nagich młodych ludzi i nagie dziewczęta. Ludzie ci, z dębowymi żywymi liśćmi, na wzór posągowy stać musieli nieruchomo, w pozach starożytnych bogów i bogiń przez cały dzień, także w czasie deszczu. (Baron Wrangel: Wspomnienia) Tego rodzaju anegdoty nie były jakimiś wyjątkami; możność dowolnego rozporządzania się człowiekiem wpływała pobudzająco na dziwaczność wszelkiego rodzaju pomysłów. Kilkadziesiąt tysięcy małych Neronów i Neroników używało swej władzy nad chłopami w Rosji. Matka współczesnego Dostojewskiemu wielkiego pisarza rosyjskiego Iwana Siergiejewicza Turgieniewa była damą utalentowaną i oczytaną, należała do najlepszego towarzystwa. Jakże okrutnie traktowała swych chłopów. Oto dziewczyna, która za zerwanie tulipana w cieplarni zbita została prawie na śmierć. Oto chłop, który piechotą chodzi 70 kilometrów tylko dlatego, aby z jakiegoś odległego folwarku przynosić garnuszek kaszy gryczanej. Kasza gryczana w Rosji jest potrawą pospolitą i niewybredną, lecz pani Turgieniew ubzdurała sobie, że na tym właśnie folwarku kaszę gryczaną umieją lepiej przyrządzać niż gdzie indziej. Gdy do pani Turgieniew przychodził list z poczty, specjalny flecista grał przed drzwiami jej gabinetu na flecie; gdy list był z czarną żałobną pieczęcią łąkową, flecista grał marsza pogrzebowego. Tragizm losów nieszczęśliwych chłopów był tym większy, że niektórzy z nich zaznali słodyczy wykształcenia. Pani Turgieniew wysłała małego chłopca ze swej wsi na naukę do miasta, ponieważ ujawnił talent do rysunków. Z chłopca wyrósł rzetelny malarz, proszono go nawet o malowanie plafonu w moskiewskim Teatrze Wielkim. Pani Turgieniew odwołała go na wieś i kazała malować kwiaty. Turgieniew wspomina o tym: "Malował je tysiącami - ogrodowe i leśne - malował ze złością, z nienawiścią, ze łzami... kwiaty te obrzydły także i mnie. Biedak zgrzytał zębami, rozpił się i umarł."

Nie należy przypuszczać, aby zły stosunek do chłopów by i udziałem tylko bogatych panów, przeciwnie, im mniej bogaty był właściciel chłopów, tym los ich był cięższy. Najbardziej okrutnymi zaś byli ekonomowie i inni nadzorcy, sami będący chłopami pańszczyźnianymi. Dostojewski z czasów dzieciństwa zapamiętał sobie taki obrazek: Feldjegier, to znaczy żołnierz-goniec jadący z rozkazu samego cesarza, dla którego konie pocztowe zawsze musiały być przygotowane - wsiadłszy do sanek, ot tak sobie, bez powodu zaczyna bić furmana. Pochylony z bólu furman z całej siły bije konia. I w ten sposób jazda trwała od stacji do stacji: feldjegier bijący furmana, furman bijący konia. Ludzie bici a bezbronni wyżywali się w biciu istot bardziej bezbronnych od siebie. Bity chłop bił swą żonę, bita chłopska żona biła swe dziecko. Życie rodzinne w Rosji było okrutne, bolesne.

Zresztą za czasów dzieciństwa Dostojewskiego bito wszystkich od góry do dołu państwa. Bito chłopów, bito żołnierzy, bito dzieci, uczni, studentów, kadetów. Bito ze wściekłości, z gniewu, pod wpływem pijaństwa, bito tytułem wyrzeczonej przez sąd kary, wtedy nawet mordowano biciem okrutnie: 3000 pałek, 1000 rózeg; bito dyscyplinarnie, bito pedagogicznie, bito dla żartu. Wyżej cytowany baron Wrangel miał cztery lata za czasów wojny krymskiej. Ubrano malca w mundur żołnierza pospolitego ruszenia. Idąc w towarzystwie swej niańki po desce rzuconej na topniejący śnieg w Ogrodzie Letnim w Petersburgu spotkał nadspodziewanie Mikołaja I. Malec wlazł w mokry śnieg, wyprostował się i oddał zręcznie honory wojskowe.

Piękny jak Apollo cesarz był już wtedy stary, ale wciąż wysmukły, olbrzymi, w złocistym hełmie na głowie. 

- Pospolitak? - zapytał chłopca.

- Tak jest, Wasza Cesarska Mość - krzyknął ten służbiście.

- Kto twój ojciec? - zapytał cesarz, ubóstwiający musztrę wojskową i ubawiony żołnierską sprawnością malutkiego jegomościa.

Chłopczyk wymienił tytuły i stanowisko swego ojca.

- Aa... pamiętam... powiedz tatusiowi, żeby bił cię częściej... czik, czik, czik, to pożyteczne dla takich jak ty.

Dostojewski urodził się jako drugi syn sztab-lekarza, będącego ordynatorem wojskowego szpitala w Moskwie. Miał starszego o rok brata Michała, młodszą o rok siostrę Barbarę oraz czworo jeszcze młodszego rodzeństwa: Andrzeja, Wierę, Mikołaja i Aleksandrę. Cała ta liczna rodzina mieściła się w dwóch pokojach, w jednym za drewnianą przegrodą stało łoże małżeńskie lekarza i jego żony, w drugim za takąż przegrodą spała liczna dziatwa z częścią służby. Reszta służby mieściła się w kuchni, w stajni, wozowni i w składach. Służby tej było bardzo niewiele, zaledwie... siedem osób. W owych czasach była to nędza. Aleksander Herzen, później jeden z najwybitniejszych rewolucjonistów europejskich, był rówieśnikiem Dostojewskiego i także mieszkańcem Moskwy. W domu jego bogatego ojca usługiwało mu aż sześćdziesiąt osób służby: kamerdynerów, lokai, kredensarzy, panien służących, pokojówek, stangretów, forysiów, stajennych, kucharzy, kuchcików, pomywaczek. Nie było wodociągów, centralnego ogrzewania, tramwai, nawet dorożek. Nadmiar służby znajdował zajęcie. Lekarz Dostojewski musiał mieć konie, bo miał praktykę na mieście, ale Dostojewscy byli biedni, nie mieli nawet lokaja. Gdy pani Dostojewska składała wizyty żonom przełożonych swego męża, stróż pp. Dostojewskich myl jako tako gębę i ręce, na zmierzwiony łeb wkładał trójgraniasty kapelusz, a na śmierdzące ciało płaszcz ze świecącymi guzikami i szedł ze swą panią, względnie stawał z tyłu za karetą.

Dostojewski, już pod koniec swego życia, oświadczył w jakiejś notatce autobiograficznej: "Rodzina moja była rodziną rosyjską i bogobojną." W tychże czasach w rozmowie z bratem Andrzejem wspominał rodziców jako wzór ludzi przywiązanych do ogniska rodzinnego. Tenże brat Andrzej napisał pamiętniki, dość zresztą nudziarskie i głupawe, w których polemizuje ze słuchami o swoim ojcu. Według bowiem powszechnej opinii publicznej, ojciec Dostojewskich, lekarz Michał Andrzejewicz Dostojewski, był pijakiem, rozpustnikiem i tyranem.

Twierdzenia Dostojewskiego o "bogobojności" jego rodziny wypływały zapewne ze zrozumiałej i naturalnej niechęci do skarżenia się na swoje dzieciństwo, z idealizacji ojca i matki. Ale literacka twórczość Dostojewskiego obnaża nam prawdę o jego dzieciństwie. Obnaża nam mimo woli, nie rozumiejąc, że ją zrozumiemy. Oto przede wszystkim w całej tej twórczości, począwszy od nowel Dostojewskiego, pisarza początkującego, a skończywszy na arcydziełach powieściowych dojrzałego geniusza, zawsze i wszędzie słychać płacz upokarzanego dziecka, skrytego, dumnego, lecz nad wyraz nieszczęśliwego, krzywdzonego przez ojca lub dziadka, lub w ogóle osoby bliskie z rodziny. Płacz ten nie ucichł nigdy. Prawie w każdym utworze Dostojewskiego, zwłaszcza w młodszych latach, figuruje dziecko krzywdzone. Natomiast dzieci szczęśliwe zdarzają się rzadko, prawie nigdy. To coś chyba jeszcze znaczy.

Według twierdzeń wielu osób, plugawą postać starego Karamazowa z Braci Karamazow, wzorował Dostojewski na postaci własnego ojca. W pewnym liście prywatnym przyznaje się Dostojewski, że znany jest mu typ starca "lubieżnego i sentymentalnego". Właśnie Karamazow był taki lubieżny - i sentymentalny i czytał synom poezje Karamzina. Stary Dostojewski również czytał dzieciom poezje Karamzina. Starego Karamazowa morduje jego syn nieprawy we wsi Czeremosznia. Wieś tego imienia należała do ojca Dostojewskiego i on także w niej został zamordowany, jakkolwiek nie przez syna, lecz przez chłopów. Rzecz tak się miała: ojciec Dostojewskiego kupił dwie wioszczyny, bardzo zresztą mizerne, z domkiem o dwóch izbach, tak że wszystkie jego dzieci nie mogły jednocześnie przyjeżdżać na lato. Po śmierci żony zamieszkał na wsi stale, tylko z najmłodszymi dziećmi, i mimo skąpstwa i niedostatku założył sobie mały haremik. Jednocześnie pijany był od rana do nocy i okrutnie tyranizował chłopów. Ci ostatni wreszcie go zamordowali. Rzecz charakterystyczna: spadkobiercy Dostojewskiego, a raczej opieka, która zastępowała interesy jego nieletnich dzieci, nie wszczęła procesu o morderstwo, gdyż w razie ujawnienia morderstwa wszyscy mężczyźni z wioski Czeremosznia poszliby na Sybir, czyli byliby straceni jako własność i dochód. Wioski starego Dostojewskiego nazywały się Darowoje i Czeremosznia, wszystkiego tam było sto pięćdziesiąt dusz ludzkich, w tym robotników mężczyzn zaledwie trzydziestu, reszta kobiety, starcy i dzieci. Wartość tego wynosiła około 12000 rubli bez potrącenia długów.

Szkoła średnia. Dostojewski oddany był do pensjonatu dla chłopców, w którym spędził lat kilka. W powieściach jego figurują chłopcy upokarzani w szkole z powodu swego pochodzenia, biedy, aluzji do rodziców. Bohater powieści Wyrostek, tak bardzo nam przypominający młodego Dostojewskiego, wciąż słyszy od swoich pedagogów. "Jesteś podłego pochodzenia, prawie lokajskiego." Andrzej Dostojewski był oddany do podobnego pensjonatu, jeszcze bardziej wzorowego i bogobojnego, i wspomina, że w klasie wstępnej wszyscy nieletni chłopcy zmuszani byli do pederastii.

Niania-piastunka w rodzinie Dostojewskich nazywała się Alena. Imieniem tym nazwał Dostojewski potworną ropuchę-lichwiarkę, którą student Raskolnikow dość słusznie morduje, a która za życia znęca się nad swoją dobrą siostrą. Natomiast do innego swego wspomnienia z dzieciństwa nawraca Dostojewski dość często, aż wreszcie w 1876 r. szczegółowo je opisuje pt. Chłop Marej. Miał wówczas lat dziewięć i cierpiał na halucynacje. Był bardzo jasny, bardzo słoneczny, gorący, duszny, bezwietrzny dzień. Mały Dostojewski bawił się w zagajniku i wycinał sobie witkę z brzózki, gdy raptem usłyszał okrzyk: "Wilk biegnie!" Jak wariat, przestraszony i nieszczęśliwy, zaczął uciekać i wpadł na chłopa, który orał, a on uśmiechnął się do niego, pogładził go po twarzy, uspokoił.

Przy czytaniu tego opowiadania nasuwa się pytanie, czy wszyscy inni także głaskali i uspokajali to dziecko, gdy miało halucynacje?

Jeszcze jedno wspomnienie. Dostojewski pamięta, jak przystępował do komunii. W kościele prawosławnym do komunii przystępują dzieci nieletnie, nawet niemowlęta. Dostojewski pamięta, jak w chwili komunii w okno cerkwi wleciał gołąbek i innym oknem wyleciał.

Dalszymi wstępnymi Dostojewskiego byli jego dziad ojczysty, Andrzej Dostojewski, duchowny prawosławny w Bracławiu, mieście przed rozbiorami Rzeczypospolitej Polskiej należącym do Polski, oraz dziad ze strony matki, Teodor Nieczajew, kupiec moskiewski.

Do jakiego stanu należał Dostojewski? Ludność ówczesnej Rosji dzieliła się na stany: szlachtę, duchowieństwo, kupców, mieszczan, chłopów i kilka grup innych, pośrednich. Matka Dostojewskiego wyraźnie należała do stanu kupieckiego. Rodzina jej była dość zamożna i dość znana. Ale za czasów dzieciństwa Dostojewskiego kupcy jeszcze w ogóle do społeczeństwa nie należeli. Inteligencja rosyjska składała się ze szlachty i urzędników, względnie oficerów. Zresztą specjalnością rosyjskiego układu społecznego było, że w nim każdy szlachcic musiał być albo urzędnikiem, albo oficerem, a każdy oficer lub urzędnik był szlachcicem. Nie znaczy to jednak, aby nie było towarzyskich różnic pomiędzy tymi grupami. Od czasów Piotra Wielkiego każdy szlachcic musiał "służyć", tzn. być albo oficerem, albo urzędnikiem. Mógł zresztą "służyć" krótko, poprzestać na uzyskaniu rang najniższych, podać się do dymisji i resztę życia spędzić poza ambicjami państwowymi. Urzędnicy rosyjscy dzielili się na czternaście rang o nazwach dziwacznych o brzmieniu niemieckim. Najniższą rangą był koleżski registrator, najwyższą - rzeczywisty radca tajny. Urzędnik, względnie oficer nie-szlachcic, gdy otrzymywał rangę najniższą, zyskiwał jednocześnie szlachectwo osobiste, a po kilku rangach w górę otrzymywał szlachectwo dziedziczne dla siebie i dla potomstwa. W związku z systemem powyższym każdy szlachcic wpisywany był do gubernialnych ksiąg szlacheckich. Ksiąg takich było sześć. Do pierwszej i szóstej wpisywana była szlachta właściwa, przy czym księga szósta zwała się "aksamitną" i przeznaczona była dla rodzin starożytnych. Do księgi czwartej wpisywana była szlachta cudzoziemska, do piątej szlachta utytułowana: książęta, hrabiowie i baronowie, a do księgi drugiej i trzeciej właśnie ci oficerowie i urzędnicy, którzy swe szlachectwo nabyli przez nabycie odpowiedniej rangi urzędniczej czy oficerskiej, oraz ich potomstwo. Jak widzimy, różnica pomiędzy szlachcicem z pochodzenia a szlachcicem z urzędu zalegalizowana była w sposób dyskretny, ale tym niemniej stanowczy.

Córka wielkiego Dostojewskiego napisała wspomnienia o swoim ojcu, w których wspominając o szlachcie dziedzicznej rosyjskiej powiada, że z pisarzy rosyjskich należały do tej szlachty rodziny Turgieniewów i Dostojewskich.

Otóż Turgieniewów tak, ale Dostojewskich nie. Turgieniew, jak i wielu innych współczesnych Dostojewskiemu pisarzy rosyjskich, pochodził zarówno po mieczu, jak i po kądzieli ze szlachty rosyjskiej herbowej, uposażonej majętnościami. Natomiast Dostojewski tylko dlatego był szlachcicem, że jego ojciec, jako lekarz wojskowy, otrzymał odpowiednią rangę.

Należy tu jeszcze wyjaśnić, że niektórzy Rosjanie owych czasów powoływali się na swe pochodzenie ze starożytnego rodu nie przez snobizm, lecz pod wpływem... uczuć demokratycznych. Za czasów Mussoliniego za ochronę demokracji uchodził włoski senat, pomimo swego dość arystokratycznego charakteru, ponieważ była to jedyna w ówczesnym państwie włoskim instytucja, która nie uległa faszyzacji. Podobnie było z instytucją starej szlachty w dyktatorialno-biurokratycznym ustroju Rosji mikołajowskiej. Przecież była to jedyna legalnie uznana instytucja niezależna od cesarskiej nominacji. Przecież szlachectwo nabywało się przez urodzenie, a więc bez udziału biurokracji. Toteż w demokratycznych powieściach rosyjskich zdarzają się ludzie wydający okrzyk: "Jestem szlachcicem dziedzicznym", i demokratyczni czytelnicy czytali to bez uczucia potępienia, lecz z sympatią. Otóż Dostojewscy do tej szlachty dziedzicznej nie należeli.

Córka Dostojewskiego jest, co prawda, innego zdania. Całe jej pamiętniki - wyraźnie maniackie i bezsensowne (Dostojewski w grobie by się wywrócił, gdyby je czytał) - oparte są na założeniu, iż Dostojewski pochodził z litewsko-szlacheckiej rodziny Dostojewskich, i stąd Lubow Dostojewska swego ojca, tego ultra-Rosjanina, wciąż nazywa Litwinem i w każdym jego geście, nawet w kupowaniu cukierków dla dzieci, widzi atawistyczne cechy litewskich przodków.

Rodzina szlachecka Dostojewskich herbu Radwan istniała rzeczywiście w województwie poleskim Rzeczypospolitej Polskiej. Istnieje też po dziś dzień w Polsce wieś Dostojewo, która do tej rodziny należała. W herbarzach polskich czytamy o tych Dostojewskich noszących wybitnie polskie imiona chrzestne, jak Stanisław, Bogumił, Leon, Szczęsny, etc. Byli to katoliccy fundatorzy kościołów i klasztorów katolickich, piastowali oni różne urzędy ziemskie w Rzeczypospolitej. Skąd skromny duchowny prawosławny w Bracławiu miałby mieć coś z nimi wspólnego? Zbieg nazwisk nie mówi tu zbyt wiele. Jednodźwiękowość nazwisk zdarza się w Polsce bardzo często i wcale nie jest dowodem pokrewieństwa. Czasami nawet chłopi nosili nazwisko swego pana. Natomiast trzeba wiedzieć, że katolicyzm rzymski był w Polsce nie tylko wyznaniem panującym, lecz także religią wyższych klas społecznych. Porzucenie go oznaczało wtedy, w XVII i XVIII wieku, dobrowolną degradację społeczną i było mało prawdopodobne. Zresztą gdyby bracławski duchowny prawosławny istotnie był Dostojewskim herbu Radwan, to zważywszy, że Bracław za jego życia należał do Polski, miałby niewątpliwie zaznaczone to w papierach i ojciec Dostojewskiego nie byłby wpisany do trzeciej, lecz do pierwszej księgi szlacheckiej. Przykro mi, ale nie wierzę, aby szlachta litewska mogła się upominać o genialnego Rosjanina jako o jednego ze swoich.

Dostojewski zarówno w życiu, jak w swej twórczości ma kompleks człowieka upokarzanego, drażliwego, dbającego o podkreślanie, że jest równy innym, a jednak wciąż ujawniającego jakiś niepokój w tej sprawie. Jego bohaterzy wciąż są upokarzani i wciąż biorą przesadnie to do serca. Dane biograficzne, którymi dziś rozporządzamy, tłumaczą nam źródła tej drażliwości. Dostojewski miał smutne, nieprzyjemne dzieciństwo. W ówczesnej hierarchii społeczno-towarzyskiej miał lokatę również nieprzyjemną, niby legalnie był szlachcicem, ale wciąż się stykał ze szlachtą w lepszym gatunku. Zapytajcie Balzaca, fałszującego swe nazwisko na de Balzac, jaką rolę w tamtych czasach odgrywały owe cierpienia snobistyczne. Dostojewski ultra-Rosjanin, Dostojewski nienawidzący katolicyzmu i Polaków powołuje się na tych Dostojewskich herbu Radwan, aby choć trochę pozłocić sobie kołyskę.

Na zakończenie tego rozdziału zapytajmy się o seksualne pierwiosnki Dostojewskiego za czasów jego dzieciństwa. Wiemy, że ulega halucynacjom, słyszy urojone krzyki wśród zupełnej ciszy, że później stanie się epileptykiem, że w swych pierwszych utworach literackich widzi siebie w jakiejś umęczonej, masochistycznej roli. Poświęca się zawsze dla kobiety, która albo kocha kogoś innego, albo oddaje się komuś innemu. Mamy prawo przypuszczać, że pobudliwość seksualna ocknęła się w Dostojewskim dość wcześnie. Doszedł do nas opis jego i jego braci zabawy w koniki. W Rosji jeżdżono trójkami, zaprzęgano silnego konia pośrodku, dwa słabsze po bokach. Mali chłopcy Dostojewscy na wsi u swego ojca bawili się w trójki. Każdy z nich miał swoją trójkę, zaprzęgając jako środkowego konia małych chłopców, synów poddanych swego ojca (tych poddanych, którzy tego ojca później zabili), a po dwie małe dziewczynki jako kobyłki po bokach. Przy tym bawiono się także w kupno i sprzedaż tych koników, naśladując zachowanie się kupujących i ich gesty, zaobserwowane na końskim jarmarku. Oglądano małym kobyłkom zęby, ściskano muskuły na nogach, zadzierano nogi w górę, aby sprawdzić, czy kopyta nie pęknięte. Ludzie zrodzeni w Anglii nie znają tych podmuchów świeżego wiatru, które u nas wieją, gdy śniegi tają, i tego zapachu ziemi mokrej od świeżo stajanego śniegu. 

 

 

III

SŁAWA I KOPNIĘCIE

 

W lutym 1837 roku umiera matka Dostojewskiego. Wiosną tego roku Dostojewski zachorował na gardło i stracił głos. Choroba ta zostawiła ślad na zawsze, do końca życia będzie mówił gardłowym, cichym głosem. W maju Dostojewski wraz ze swym starszym bratem Michałem wyjeżdżają do Petersburga celem wstąpienia do szkoły inżynierów wojskowych. Na razie umieszczeni są w prywatnym zakładzie Kostomarowa, przygotowującym do tej szkoły. Od tego czasu Dostojewski staje się i pozostaje petersburszczaninem. Będzie później mieszkał po różnych kątach świata, w Syberii, w środkowej Azji, w niemieckim Dreźnie, nad Jeziorem Genewskim, we Florencji, ale genius loci Petersburga towarzyszyć mu będzie zawsze, będzie mu zapalał świece lub lampę naftową przy jego stole do pisania i będzie mu je gasił dopiero nad ranem, gdyż Dostojewski pracował nocami. Jedyny krajobraz, który będzie do Dostojewskiego przemawiał i będzie go wzruszał, to krajobraz prostych, szerokich ulic Petersburga, wiosenną i letnią nocą białych od białego, bezsennego nieba, jesienią i zimą mglistych, ciemnych, z ogniskami palącymi się w śniegu na rogach ulic. Ulice te mają swój specyficzny zapach, będący mieszaniną zapachu dziegciu, zgniłego błota i powrozów. Petersburg jak magnes pociąga ku sobie mózg Dostojewskiego, białe noce Petersburga wciąż są przedmiotem jego słodkich marzeń. Dostojewski to poeta, pisarz Petersburga.

Oto jest przykład stosunku Dostojewskiego do miasta, którego był synem adoptowanym:

"...uważam petersburski ranek, ten, zdawałoby się, najbardziej prozaiczny ranek na kuli ziemskiej, za nieomal najbardziej fantastyczny na całym świecie. To jest mój osobisty pogląd lub raczej - moje wrażenie, lecz obstaję przy nim. W taki to petersburski ranek, zgniły, wilgotny, mglisty, dziki pomysł jakiegoś Puszkinowskiego Hermana z Damy Pikowej powinien się jeszcze wzmóc. Ten Herman, cóż to za typ kolosalny, całkowicie i niesłychanie petersburski, z petersburskiego okresu. Do mnie ze sto razy podczas tej mgły powracało dziwaczne, lecz dokuczliwe i natrętne pytanie: No i cóż, jeśli rozejdzie się cała ta mgła i pójdzie do góry, czy nie pójdzie z nią razem to zgniłe i oślizłe miasto, czy nie rozejdzie się z mgłą i nie-zniknie jak dym, pozostawiając na swoim miejscu dawne fińskie błoto i tylko pośrodku, dla ozdoby, jeźdźca z brązu na gorąco dyszącym, zagnanym koniu? Jednym słowem, nie mogę wyrazić właściwie swoich wrażeń, wszystko to fantazje czy też poezje, to znaczy bzdurstwo, a jednak często zadawałem sobie i wciąż jeszcze zadaję bezmyślne pytanie: Oto wszyscy kręcą się, miotają się, a kto wie, może to wszystko sen i w ogóle nie ma żadnego człowieka prawdziwego, żadnego czynu rzeczywistego? Ktoś się obudzi, komu się to wszystko śni, i wszystko zniknie..."

Z zakładu Kostomarowa dostaje się Dostojewski w styczniu 1838 r. do szkoły inżynierów wojennych, mieszczącej się w Michajłowskim Zamku, w którym trzydzieści siedem lat przedtem zamordowany został cesarz Paweł I, gmachu posępnym, mrocznym, pełnym legend i wszędzie włóczących się duchów, których wypłoszyć nie potrafiły krzykliwe komendy wojskowe i gwar młodzieży. Wychowankowie szkoły nie nosili nazwy "junkra", jak wychowankowie innych szkół podobnych, lecz "konduktorów". Późnymi wieczorami siadywał Dostojewski w wykuszu okiennym, w rogowej sali, która "konduktorom" służyła za dortuar, i tu, stłoczony pomiędzy dwoma grubymi ścianami ogromnego zamczyska i oknem, za którym było albo biało, gdy to była wiosna, albo czarno i zimno, kilkanaście stopni poniżej zera, gdy to była zima, Dostojewski pracował. Sawieljew, oficer-dozorca, sądził, że przygotowuje lekcje. Ale on już rozpoczął swą pracę literacką.

Poza tym Dostojewski w tej szkole czuł się samotny, los go rozłączył z bratem Michałem, który studiował w Rewlu, był odosobniony od innych, milczący, zamyślony, karny i posłuszny. Jak w innych szkołach wojskowych w Rosji, istniał tu zwyczaj znęcania się starszych kolegów nad młodszymi. Według "tradycji" tych szkół starszy kolega ma nieograniczoną władzę nad młodszym. Jeszcze osiemdziesiąt lat później od czasów opisywanych, bo w 1914 r., mój znajomy, student uniwersytetu, z powodu wojny znajdujący się w szkole oficerów kawalerii, budzony był w nocy przez starszego kolegę, który kazał mu stawać na czworaki, brać papier klozetowy w zęby, siadał na niego konno i kazał się wieźć do wychodka. Przeciw tego rodzaju prostactwom zbuntował się raz kolega Dostojewskiego, "konduktor" Radecki, późniejszy bohater Szipki, jeden z najwybitniejszych generałów wojny rosyjsko-tureckiej w 1878 r. Wielu z kolegów Dostojewskiego zrobiło duże kariery w wojsku. Starszymi od niego byli: Totleben, obrońca Sewastopola, i Kaufman, zdobywca Azji Środkowej Na twórczość Dostojewskiego pobyt w tej szkole nie wywarł większego wpływu.

Zaprzyjaźnił się tylko z Szydłowskim, z którym mógł rozmawiać o literaturze, romantyzmie, Byronie; który sam pisywał piękne wiersze. Szydłowski to pierwsza postać z dostojewszczyzny w życiorysie Dostojewskiego. Utalentowany, rokujący jak największe pod każdym względem nadzieje, po skończeniu szkoły zerwał nie tylko ze służbą wojskową, ale także ze stolicą i z miastem, przeniósł się do swego majątku na wieś i zajmował się po kolei albo pijaństwem w towarzystwie oficerów stacjonującego niedaleko pułku dragonów, których ugaszczał i którym deklamował swoje utwory pornograficzne, albo, przeciwnie, nakładał szatę mnicha i szedł do klasztoru, w którym się modlił i wykonywał usługi poniżające. Bies rozpusty budził się w nim jednak niespodziewanie i nagle, toteż miejscowy biskup zabronił wpuszczać Szydłowskiego za bramę monasteru. W końcu Szydłowski rozpił się zupełnie i czytał chłopom Ewangelię przed drzwiami szynków.

W czerwcu 1839 r. ojciec Dostojewskiego zostaje zamordowany przez chłopów. Siostra jego Barbara w roku następnym wychodzi za mąż za pana Kariepina, który zostaje opiekunem majątku nieletniego rodzeństwa. W sierpniu 1840 Dostojewski zostaje polowym chorążym, a jesienią następnego inżynierem-podporucznikiem. Ma już własne mieszkanie, a raczej mieszkania, bo je ciągle zmienia. Cierpi biedę, głoduje. Przeglądając odpowiednie dokumenty i listy przekonujemy się, że przykre te okoliczności wynikają z własnej jego winy. Oto przykład charakterystyczny. Dnia 1 lutego 1847 otrzymuje Dostojewski 1000 rubli od Kariepina jako spieniężoną część spadku. Kwota ta wystarczała wówczas na utrzymanie całoroczne. Dostojewski wydaje ją w ciągu jednego wieczora na bilard, grę w domino i wystawną kolację w restauracji Dominika. Dostojewski rozpoczyna już swoje życie wypełnione pisaniem listów błagających o pożyczkę, ciągłego wyczekiwania pieniędzy i prędkiego ich marnotrawienia, gdy wreszcie nadejdą. Życie to uporządkuje i uzdrowi dopiero Ania. W październiku 1844 otrzymuje Dostojewski nareszcie upragnioną dymisję z wojska wraz z awansem z inżyniera-podporucznika na inżyniera-porucznika.

Pierwsza poważna praca Dostojewskiego nazywa się Biedni ludzie. Przedtem pisywał tylko tłumaczenia z francuskiego i wpółdziecinne jakieś dramaty historyczne. Biedni ludzie zrodzili się z noweli pt. Płaszcz wielkiego Gogola. Ten tytan literatury rosyjskiej, słowiańskiej, pomiędzy innymi rzeczami swego olśniewającego dorobku pozostawił i tę nowelę o małym urzędniczku, którego życie, los i ustrój społeczno-państwowy tak przycisnęły do ziemi, jak można sobie wyobrazić, że noga jakiegoś ciężkiego mebla, stołu jadalnego czy szafy, przycisnąć może do ziemi ćmę, pluskwę czy pająka. Współczucie dla urzędniczka zmiażdżonego, a przecież mającego jakieś tam ludzkie ambicje, stanowi treść noweli Płaszcz i z tej noweli wyszła cała twórczość Dostojewskiego, od Biednych ludzi, po raz pierwszy wydrukowanych w styczniu 1846, aż do Skrzywdzonych i poniżonych w 1861. W tym okresie Dostojewski jeszcze przeważnie wcale nie jest Dostojewskim, a tylko kontynuatorem Płaszcza, uczniem Płaszcza i kopiałem Płaszcza, i to tylko Płaszcza, a bynajmniej nie całego Gogola! Przez te kilkanaście lat Dostojewski tylko kilka razy rozwierał swe nietoperze skrzydła i próbował wzlecieć nie jako Płaszcz Gogola, lecz jako późniejszy Dostojewski, i to mu się jednak nie udaje, po kilku rozpaczliwych uderzeniach skrzydeł upada na ziemię. Ale i w płaszczowo-gogolowskim repertuarze Dostojewski Gogolowi nie dorównuje. Później, w ostatnich dziesiątkach lat XIX wieku, Antoni Czechów stanie się także kontynuatorem Płaszcza, ale ileż do tej kontynuacji wniesie własnego geniuszu.

Powyższe nie oznacza, by Dostojewski był naśladowcą. Nie! Po prostu Gogol w Płaszczu uderzył w klawisz, który w Dostojewskim wywołał niesłychanie silny rezonans, tak nawet silny, że przytłumił w nim zdolność do oryginalnej twórczości. Już poniekąd wiemy, dlaczego Dostojewski był tak czuły na wizję człowieka upokarzanego. To przewrażliwienie Dostojewskiego w tej dziedzinie, będące niewątpliwie skutkiem tego, że sam Dostojewski czuje się stale upokarzany przez wszystkich, odbija się ujemnie na jego twórczości. Nawet najlepsze z jego "płaszczowych" nowel, jak Biedni ludzie, Białe noce i Skrzywdzeni i poniżeni, są przesentymentalnione i jednocześnie przesłodzone męką ludzką. Używam wyrazu: przesłodzone, ponieważ rozpamiętywanie cierpień ludzkich ma wówczas dla Dostojewskiego wartość narkotyku.

Dostojewski czyta swoich Biednych ludzi Grigorowiczowi, także literatowi, swemu byłemu koledze ze szkoły inżynierów, z którym obecnie mieszka razem w jednym mieszkaniu. Teraz następują rozkosze pierwszego tryumfu. Grigorowicz jest zachwycony, biegnie do poety Niekrasowa i u Niekrasowa wobec kilku osób odczytuje rękopis Dostojewskiego. Wszyscy są zachwyceni, olśnieni. Grigorowicz przybiegł do Niekrasowa wieczorem, teraz jest już późna noc, koniec maja czy początek czerwca, czyli że noc jest biała, czytać w pokoju można nie zapalając światła. Grigorowicz powiada: "Dobrych uczynków nie należy odkładać, chodźmy zaraz powinszować Dostojewskiemu." Niekrasow Dostojewskiego nie zna, lecz wraz z Grigorowiczem idą do niego, budzą go, a gdy zmieszany, zdziwiony, zaskoczony siada na łóżku, winszują mu arcydzieła. Potem Niekrasow poszedł do domu, Grigorowicz do łóżka, ale Dostojewski za to wstał z łóżka i długo, długo, do samego ranka chodził po pokoju od ściany do ściany. Przeżywał chwilę powinszowań - od pierwszych słów swoich gości, od chwili, w której zrozumiał, o co chodzi, aż do wyjścia Niekrasowa z pokoju. Gdy kończył to sobie wspominać, to zaczynał od początku. Już dzwoniły na ulicach różne dzwonki, już hałasował ruch uliczny, darli się przekupnie, rozpoczynał się skwar, a Dostojewski wciąż chodził, nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia.

Niekrasow pobiegł do krytyka Bielińskiego z okrzykiem: "Nowy Gogol pojawił się!" - U pana Gogolowie jak grzyby rosną - sceptycznie odpowiedział Bieliński.

Ale już kilka dni później Bieliński ściskał rękę Dostojewskiego i wołał:

- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan napisał? Czy pan wie, że stworzył pan arcydzieło?

Teraz przedstawić musimy czytelnikowi to koło osób, w które wchodzi Dostojewski po sukcesie odczytania Biednych ludzi. Wymieńmy na razie tylko kilku, mianowicie Panajewa, Niekrasowa, Turgieniewa i Herzena.

Nazwisko Panajewa niewiele mówi czytelnikowi. Panajew był dziennikarzem, felietonistą, pisywał rzeczy dobre, lecz zbyt zaktualizowane, więc umarły one razem z nim. Pochodził z bogatej i arystokratycznej rodziny, która zawsze miała inklinację do literatury. Jego wujaszek, dyrektor kancelarii cesarskiej, pisywał idylliczne poezje o pasterkach, z których siostrzeniec się natrząsał. Jak już wspomniałem, każdy szlachcic musiał w Rosji służyć, ale Panajew tak zirytował swoich zwierzchników niesłychaną szerokością swoich pasiastych modnych spodni, że z łatwością otrzymał dymisję, zwłaszcza że do biura zjawiał się raz na pół roku. Panajew kochał literaturę i snobizował się do wybitnych literatów. Był to człowiek dobry, nienawidzony za zły język. Lubił zwracać na siebie uwagę, dlatego też ożenił się z córką aktora, jedną z najszykowniejszych kobiet w Petersburgu, miał wspaniały zaprzęg, ubierał się z przesadną elegancją, aklimatyzując w Petersburgu nowinki mody paryskiej. Był oczywiście radykałem społecznym, z góry się pisał na wszystko, co było najradykalniejsze, a nawet chłopów swoich uwalniał, jak tylko mógł, co zresztą dopomogło mu do marnotrawienia olbrzymiego majątku, czym się głównie zajmował. Kochał i ubóstwiał Bielińskiego, jak wszyscy zresztą, i aby Bieliński mógł pisywać we własnym piśmie, kupił dla niego miesięcznik "Sowriemiennik", założony niegdyś przez samego Puszkina, a od chwili jego śmierci niezdarnie redagowany przez Pletniewa. Stroną praktyczną wydawnictwa Panajew sam chciał się zająć, licząc na pomoc swego przyjaciela Niekrasowa i na jego zdolności handlowe. Niekrasow zamieszkał nawet u Panajewa. Tak się jednak w ciągu kilku lat złożyło, że mieszkanie Panajewa stało się mieszkaniem Niekrasowa, zaprzęg Panajewa stał się zaprzęgiem Niekrasowa, a nawet żona Panajewa, aczkolwiek wciąż oficjalnie pozostawała jego żoną, stała się niemniej oficjalną kochanką Niekrasowa. Panajew nadal był gorącym i wiernym przyjacielem Niekrasowa, mieszkał dalej w swym dawnym mieszkaniu, teraz już jako gość Niekrasowa, co zresztą znakomicie pewne rzeczy ułatwiało i upraszczało, wreszcie wciąż na okładce "Sowriemiennika" figurował jako redaktor, ale redaktorem ani wydawcą już nie był i zarabiał na życie pisywaniem artykułów, czasami doskonałych. Wszystkie powyższe przejścia odbiły się na jego humorze, ale umiał to maskować i wciąż był w siódmym niebie, gdy coś takiego usłyszał, o czym inni nie wiedzieli.

Mikołaj Aleksiejewicz Niekrasow, wybitny poeta rosyjski, poeta ludu, żalu i pomsty, jak go nazywano. Jest on rówieśnikiem Dostojewskiego i losy jego życia będą się wciąż krzyżować z drogami Dostojewskiego; zresztą absolutnie to samo można powiedzieć o wszystkich innych, których tu wymieniamy. Kto chce poznać i zrozumieć muzę Niekrasowa, ten nie powinien jego wierszy deklamować, lecz podkładać pod nie ludowe melodie rosyjskie i śpiewać je. Wspaniałe to odkrycie zawdzięczamy Korniejowi Czukowskiemu. Muza Niekrasowa była więc muzą śpiewną, ludową, jak szum wiatru zlewa się Niekrasow z szumem deszczu, tak zlewała się z niedolą ludu rosyjskiego. Jak świst wiatru mieści w sobie groźby, tak mieściła w sobie gniew i zapowiedź zemsty i kary. "Złości, złości więcej" - wołał Niekrasow jako redaktor do satyryka, który mu przyniósł opowiadania z życia kupców. Niekrasow był synem rosyjskiego szlachcica i polskiej szlachcianki, ojciec jego miał majątek ziemski w guberni jarosławskiej, ale syn pokłócił się z ojcem, który chciał kierować go na oficera, on zaś chciał wstąpić na uniwersytet. Pozostawiony skutkiem tej kłótni własnym siłom na petersburskim bruku, długo cierpiał nędzę. Zachorowawszy ciężko, słyszał, jak właściciele mieszkania, u których odnajmował pokój, rozmawiali przez ścianę żaląc się, że marne rzeczy lokatora, gdy się je sprzeda po jego śmierci, nie zwrócą im zaległego komornego. Gdy trochę ozdrowiał, ciż gospodarze namówili go, by poszedł do kolegi medyka o poradę. Było to zimą. Niekrasow powlókł się na piechotę na drugi brzeg Newy, kolegi nie zastał, gdy wrócił, było już ciemno, a gospodyni przez zamknięte drzwi oświadczyła mu, że rzeczy jego zatrzymuje na pokrycie komornego i że w pokoju jego śpi już nowy lokator. Niekrasow polazł z powrotem w kierunku Newy, usiadł na ławce wyrąbanej w granicie jej obramowania i postanowił zamarznąć, gdy raptem zjawił się jakiś litościwy żebrak, który go zaciągnął do legowiska żebraków na krańcu miasta. Na drugi dzień Niekrasow zaczął pisywać żebrakom podania do władz policyjnych, biorąc po 15 kopiejek od podania, co jak na żebraków nie było mało. Potem zjawił się jakiś Daneberg, który zaprosił go do swego mieszkania, a raczej do swej nory. Z tym Danebergiem miał Niekrasow wspólny płaszcz i wspólną parę butów. Kiedy jeden wychodził, drugi pozostawał w domu. Niekrasow potem pisywał libretta do wodewili, układał wierszowane ogłoszenia dla kupców. Wydał wreszcie swoje wiersze pt. Marzenia i dźwięki, ale nikt książeczki tej kupować nie chciał, a recenzje były drwiące i nieprzychylne. Warto zacytować kilka epizodów z okresu tej biedy Niekrasowa. Raz z kolegą wybrał się na maskaradę. Niekrasow wynalazł sobie w wypożyczalni kostiumów strój weneckiego doży, a jego kolega hiszpańskiego granda. Na maskaradzie wydali resztkę swych pieniędzy, nie mieli już za co wykupić swych ubrań zastawionych w kostiumerii. Powrócili do domu i nie mogli ani drew do pieca narąbać, ani wody ze studni przynieść, gdyż nie mogli się za dnia pokazać w idiotycznych trykotach. Z tej sytuacji uratował ich jakiś kolega. Inna anegdota ma odmienny charakter. Niekrasow poznał młodą guwernantkę, zamieszkał z nią razem, później jednak zatruł życie dziewczynie i rozstał się z nią. Spotkał ją po roku w luksusowych saniach, była nauczycielką domową w jakiejś rodzinie arystokratycznej. Niekrasow zaczął za nią łazić, wyciągnął ją do siebie z powrotem, potem znów wypędził. Spotkał ją w życiu po raz trzeci, ale była już prostytutką.

Pewnego dnia przed domem, w którym mieszkał Niekrasow, zatrzymały się konie w angielskich szorach i Panajew podreptał do jego sutereny, wyciągnął go z niej i wprowadził do towarzystwa literatów. Bieliński zachwycał się wierszami Niekrasowa i jego praktycznością. W Rosji mieszkańcy guberni jarosławskiej, skąd Niekrasow pochodził, mają opinię ludzi obrotnych, sprytnych, o zdolnościach kupieckich. Niekrasow redagował "Sowriemiennik" kupiony przez Panajewa dla Bielińskiego, przy tym tak sprawami pokierował, że nie tylko Panajew, ale także Bieliński musieli go słuchać. Niekrasow później zrobił duży majątek na swoich wierszach i na grze w karty. Jeden z jego współczesnych przekazał nam taki obrazek: w mieszkaniu Niekrasowa był nieład, talerze z niedojadkami, puste butelki. Kilka osób zajętych grą w karty z młodym ziemianinem, który świeżo odziedziczył dobra ziemskie i zastawił je w radzie opiekuńczej. Gra w karty z tym ziemianinem trwała już w mieszkaniu Niekrasowa kilka dni. Wywołany Niekrasow na pytanie: "Co się tu dzieje" - odpowiedział: "Ano nic, oświeżamy młodzieniaszka." - "Jak to oświeżacie" - "A to bardzo dobre wyrażenie, nauczyłem się go od mego kucharza, który gdy patroszy jarząbka, to powiada, że oświeża ptaka." W kilka tygodni później Niekrasowowi przypomniano zgranego ziemianina. "Ach - krzyknął - ten drań ukradł nam siedem tysięcy!" - "Jak to ukradł?" - "Pilnowaliśmy go dzień i noc, ale on potrafił się nam wyśliznąć i przegrał siedem tysięcy w innym miejscu."

Niekrasow w życiu czynił wszystko to, co potępiał w swoich poezjach. Jeden z jego pięknych wierszy wzywa: Nie wbijaj gwoździ za karetą, bo może się o nie pokaleczyć dziecko. Właśnie kareta Niekrasowa miała z tyłu gwoździe, aby dzieci z ulicy nie mogły się jej chwytać. Niekrasow piętnował w swych wierszach luksusowe polowania z nagonką opisując te właśnie polowania, w których sam brał udział, gdyż był zawołanym myśliwym; potępiał uczty obżartuchów opisując bankiety na których zasiadał jako smakosz pierwszorzędny. Do epizodu z odą na cześć Murawiewa wygłoszoną przez niego jeszcze powrócimy.

Wissarion Bieliński był filozofem, publicystą i krytykiem literackim. Poglądy swe zmieniał w miarę zdobywanej wiedzy i pod wpływem filozofii niemieckiej. W ostatnich latach życia, a umarł względnie młodo, bo w 1848 r., był niechętnie usposobiony do haseł słowianofilskich, był zwolennikiem cywilizacji europejskiej, tzw. "zachodowcem", przeciwnikiem Cerkwi, cara i całego ustroju rosyjskiego. Na razie interesuje nas nie Bieliński-teoretyk, lecz Bieliński-człowiek, a zwłaszcza te tajemnicze w nim siły, które sprawiały, że miał taki wpływ na ludzi, z którymi się stykał, tak olbrzymi wśród nich autorytet i budził tyle do siebie miłości. Pochodzenie Bielińskiego podobne jest do pochodzenia Dostojewskiego, tak samo był synem wojskowego lekarza, wnukiem biednego popa, dzieciństwo miał jeszcze cięższe od dzieciństwa Dostojewskiego. Dostał się do uniwersytetu moskiewskiego jako stypendysta, bo nikt nie mógł za niego płacić, ale prędko go stamtąd wypędzono z powodu "niedostatecznego rozgarnięcia", jak głosiło wyjaśnienie oficjalne. Bieliński dużo w życiu zniósł biedy i upokorzeń, był wciąż chory, ale to bynajmniej nie wyrobiło w nim jakiegoś kompleksu człowieka upokarzanego i skrzywdzonego, na który tak cierpiał Dostojewski. Bieliński był biedniejszy od Dostojewskiego, ale nikogo nigdy o pożyczkę nie prosił, bo ludzie sami narzucali się mu z pieniędzmi, z pomocą, z ułatwieniami. Bieliński miał zamiłowanie do porządku, w pokoiku jego zawsze stały kwiaty. W ogóle paralela z Dostojewskim jest tematem zbyt tentującym, aby jej nie spróbować, choćby w skrócie jak największym. Dostojewski był człowiekiem szlachetnym, o aspiracjach heroicznych, tęsknił do roli bohatera, ale ludzie tego nie widzieli, a w życiu codziennym musiał ich drażnić i zniechęcać. Dostojewski przystępował do ludzi z uśmiechem przepraszającym na ustach i z zatajoną, choć przyhamowaną złością upokorzenia w sercu. Bielińskiego otwarta, pedantyczna uczciwość w szorstki sposób ujawniała się na zewnątrz. Bieliński ludzi gromił, karcił, strofował, prawił im impertynencje. Raporty policji tajnej głosiły, że pisarz Bieliński używa prostackich i ostrych wyrażeń. Od tego człowieka promieniowało jego zrównoważenie moralne. Hołdy przyjmował jako należne i ludzi traktował raczej z góry. "Pewnego wtorku - opowiadał Panajew - o 9 wieczór zaszedłem do profesora Komarowa. Był to jego dzień przyjęć.

- Kto jest u was? - zapytałem lokaja.

- Tylko pan Bieliński.

Wszedłem do gabinetu gospodarza. Lampa paliła się na stole. Na kanapie leżał Bieliński i czytał "Revue Independante", gospodarz mieszkania siedział smutny i patrzył w okno, choć tam było ciemno i kompletnie nic nie można było zobaczyć. Była martwa cisza.

- Cóż to znaczy? - zapytałem. 

Usłyszawszy mój głos Bieliński się odwrócił.

Ach, nareszcie! Jesteście nieznośnymi ludźmi, zawsze się spóźniacie. Pan się pyta, dlaczego ja tak leżę. Na miłość Boską, on mnie tak zanudził (tu Bieliński palcem wskazał na Komarowa), że byłem zmuszony prosić go, by się uspokoił. Chciał mi głośno czytać "Revue Independante", choć ja czytać sam umiem, a gdy zacząłem czytać, siadł koło mnie i patrzył mi w oczy, czego nie znoszę. Musiałem go prosić, aby patrzył przez okno."

Nie tylko intelektualiści czy literaci ubóstwiali Bielińskiego. Znalazł się niejaki książę Kozłowski, człowiek umysłowo raczej ograniczony, fizycznie Herkules prawdziwy, łamiący podkowy, zginający ruble etc., który opiekował się Bielińskim jak niańka, zwoził mu przysmaki, prezenty, butelki dobrego wina itd.

Puszkin i Gogol liczyli się ze zdaniem Bielińskiego, ale dla innych zmienne jego poglądy były zawsze obowiązującym Roma locuta.  [Roma locuta, causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona, rozstrzygnięta (wypowiedź Kościoła jest wiążąca dla wiernych)]

Awdotja Jakowlewna Panajewa, córka znakomitej pary aktorskiej, dzieciństwo spędziła w szkole baletowej. Uchodziła za jedną z najładniejszych i najlepiej ubranych pań w Petersburgu. Literaci rosyjscy kochali się w niej całymi pokoleniami. Mąż jej prowadził na tyle frywolny tryb życia pod względem przyjemności seksualnych, że niektórzy współcześni historycy literatury rosyjskiej stają w jej obronie nawet w sprawie romansu z Niekrasowem. Kowalewski, który ją spotkał na targu kwiatów na usłonecznionych schodach piazza di Spagna w Rzymie, powiada o niej : "Efektowna brunetka o płomiennych oczach". Miała śliczne malutkie usteczka, pierś zgrabną i agresywną, a także pewny talent literacki, napisała kilka powieści, dziś jeszcze czytanych z przyjemnością. Wszyscy niezgrabni, źle urodzeni, nieśmiali, niewychowani literaci znajdowali w niej prawdziwą opiekunkę i protektorkę, ratowała ich towarzysko pierwej w salonie swego męża, potem w salonie Niekrasowa. Modlili się do niej jak do świętej wszyscy pijacy, samobójcy i tego rodzaju zagubione typy. Kto chce studiować literaturę rosyjską ze środka XIX wieku, musi sobie wciąż uprzytamniać obecność tej pary oczu fascynujących.

Wielki pisarz rosyjski i wielki Europejczyk Iwan Turgieniew był najbardziej wykształcony z całego tego towarzystwa, słuchał Hegla w Berlinie, posiadał wszystkie arkana filozofii ówczesnej, miał nawet przez pewien czas zamiar ubiegać się o katedrę, ale potem machnął na to ręką. Człowiek dobry, wesoły, dowcipny, troszkę lekkomyślny. Olbrzym o jasnych włosach, tylko brzmienie głosu miał brzydkie: piskliwe i ciche, raziło swoim kontrastem z jego wyjątkowo wysokim wzrostem. Syn bogatej ziemiańskiej rodziny, gdy miał lat osiemnaście i gdy okręt, na którym jechał na studia do Niemiec, zaczął się palić, podobno stchórzył. "Ratujcie mnie, jestem jedynym synem swej matki" - wołał głośno - "mourir si jeune!" ["umierać tak młodo!"] - "Il parait, que ta conduite etait ridicule" ["wydaje się, że zachowywałeś się dziwnie"], pisała do niego matka. Turgieniew tym pogłoskom zaprzeczył, ale w komedyjce amatorskiej z chęcią grał rolę jegomościa który podczas pożaru słomy w stodole woła: "Jestem jedynym synem swej matki" i "mourir si jeune". Należy tu wyjaśnić, że matka Turgieniewa miała trzech synów.

Pani Panajewa opowiada : "Wiedząc, że do następnego numeru "Sowriemiennika" nie ma nic z beletrystyki, Turgieniew wbiega do redakcji i opowiada, że wczoraj wieczorem wysłuchał czytania tak pięknej noweli, że on, Turgieniew, powinien złamać pióro i nie pisać już nic więcej. Radził Niekrasowowi jak najprędzej zakupić tę nowelę, zapewniając, że powiększy ona od razu ilość prenumeratorów "Sowriemiennika" o 500 najmniej osób. Niekrasow ucieszył się, prosił Turgieniewa o pośrednictwo i dał znać drukarni, żeby czekano na nowelę. Trzeba było jednak czekać półtora tygodnia, bo okazało się, że zachwycająca nowela nie jest jeszcze skończona. Wreszcie autor sam ją przywiózł do redakcji. Był to młody elegant, który zjawił się w karecie zaprzężonej czwórką koni, ponieważ mieszkał w Petersburgu u ciotki, która wyjeżdżała zawsze cugiem i z forysiem. Niekrasow nie czytając nawet noweli wysłał ją do drukarni, gdyż i tak oczekiwanie na nowelę opóźniło wyjście numeru. Kiedy przyniesiono korektę, Niekrasow wpadł w rozpacz. W noweli figurowały wyłącznie księżne, hrabiny, szambelanowie i baronowie, przy tym postacie te rozmawiały z sobą językiem tak pompatycznym, że można było dostać mdłości.

Kiedy Turgieniew przyszedł do niego na obiad, Niekrasow nie mówiąc mu, o jaką nowelę chodzi, przeczytał z niej kilka ustępów. Turgieniew ryczał i tarzał się ze śmiechu po ziemi, a potem literalnie ze łzami od śmiechu w oczach powiedział: "To pewno Panajew nie miał serca odmówić komuś ze swoich arystokracików i przyniósł to cudo." Kiedy Niekrasow wyjaśnił, że to nie Panajew, lecz on, Turgieniew, polecił tę nowelę, Turgieniew zerwał się na równe nogi i zawołał: "To, nieprawda!" Kiedy go przekonano, chwycił się za głowę i zaczął żałośnie piszczeć, a potem opowiedział, że słuchał czytania tej noweli w błogim stanie, że siedział koło prześlicznej kobiety, że pachnące włosy tej kobiety muskały go po policzku i ile razy odwracała się ona do niego, aby mu zakomunikować swój zachwyt, czuł, jak jej śliczne usteczka poruszają się niedaleko jego twarzy. Był on mistrzem w opowiadaniu tego rodzaju scen.

Niekrasow za karę zasadził Turgieniewa do przerabiania tego utworu. Turgieniew zabrał się do tego, wciąż jęcząc i powtarzając: "Trzeba mu dać rózgi, aby mu się odechciało literatury, a ja także zasłużyłem na baty."

Herzena poznał wówczas Dostojewski przelotnie na ulicy. Dostojewski i Herzen to w przyszłości dwa bieguny rosyjskiej myśli politycznej.

Tryumfy z powodu sukcesu Biednych ludzi przeżywał Dostojewski radośnie, zwłaszcza że słyszał słowa zachęty nie tylko od ludzi Bielińskiego, ale także od dawnych przyjaciół Puszkina, jak książę Wiaziemski lub książę Odojewski. Oto z jakim objawem niewyżytej radości, z jaką dziecinną dumą i dziecinnym samochwalstwem opowiada Dostojewski o swoich powodzeniach w liście do brata Michała, który mieszkał na prowincji:

"...nigdy, bracie, nie myślałem, że sława moja będzie tak duża. Wszędzie szacunek niesłychany, ciekawość mej osoby niewiarogodna. Poznałem mnóstwo najprzyzwoitszych ludzi. Książę Odojewski prosi, abym uszczęśliwił go swoją wizytą, hrabia Sołłohub wyrywa sobie włosy z głowy. Panajew mu powiedział, że ukazał się talent, który zadepcze do błota wszystkich pisarzy, Sołłohub biega i woła. "Gdzie Dostojewski, gdzie mogę dostać Dostojewskiego!" Krajewski mu powiedział, że Dostojewski nie zechce wyrządzić mu zaszczytu zawarciem znajomości. Wszyscy mnie zapraszają, nie mogę gęby otworzyć, aby we wszystkich kątach nie powtarzano: Dostojewski powiedział to, Dostojewski ma zamiar zrobić tamto. Bieliński lubi mnie tak, że nie można więcej. Kilka dni temu powrócił z Paryża poeta Turgieniew (pewnie słyszałeś) i tak się do mnie przywiązał, że Bieliński mówi, że Turgieniew zakochał się we mnie. Nie masz pojęcia, bracie, co to za człowiek. Poeta, talent, arystokrata, piękny, rozumny, bogacz, wykształcony, ma lat 25. Wreszcie charakter prawy, przepiękny..."

List powyższy jest z października 1845 r., w liście z listopada tegoż roku donosi Dostojewski o dalszych swych sukcesach, a także o tym, że zakochał się w Panajewej.

W rzeczywistości zetknięcie Dostojewskiego ze światem nie wyglądało tak, aby on ciągle coś mówił, a wszyscy inni jego słowa powtarzali, jak to można byłoby wnosić z tych listów entuzjastycznych. Oto na przykład notatka Panajewej, zapisana tegoż dnia, którego Dostojewski był u niej i zakochał się w niej.

"...razem z Grigorowiczem - pisze Panajewa - przyszedł do nas mały Dostojewski, nerwowy i drażliwy młody człowiek, taki chudziutki, malutki blondynek. Ma chorowitą cerę, nieduże szare oczy, trwożliwie biegające z przedmiotu na przedmiot, rusza nerwowo wargami, w rozmowie ogólnej udziału nie brał, widać zbyt był zażenowany."

Tymczasem czasy tryumfu zaczynają mijać. Dostojewski, zachęcony powodzeniem Biednych ludzi, zaczyna pisać inne nowele, Bielińskiemu przestają się one podobać. Wreszcie katastrofa. Pojawia się nowela Dostojewskiego pt. Gospodyni i oto Bieliński tak się o niej wypowiada:

"...Gospodyni... bzdurstwo ohydne. Każdy nowy utwór Dostojewskiego stanowi dalszy jego upadek. Ależ nabraliśmy się swego czasu na Dostojewskiego geniusza."

Po tych słowach Bielińskiego wszyscy nabierają abominacji do Dostojewskiego. Raz jeszcze podziwiajmy ten nadzwyczajny autorytet, jaki miał Bieliński, ten chudy, niepozorny suchotnik, to biedaczysko bez pieniędzy, a co najdziwniejsza, o poglądach zmiennych i chwiejnych. Bielińczycy zaczynają teraz mówić o Biednych ludziach, że żadnych Biednych ludzi nie było, a byli po prostu "Głupi ludzie".

Dostojewski nie zna jeszcze druzgocącej opinii Bielińskiego, ale coś przeczuwa i dopuszcza się okropnego nietaktu. Oto żąda od Niekrasowa, aby jego utwór wydzielił od utworów innych pisarzy, na przykład otaczając go czarnymi ramkami.

Wywołuje to wybuch oburzenia. Te "czarne ramki" Dostojewskiego warte są owego "mourir si jeune" Turgieniewa na płonącym statku. Obaj pisarze zaprzeczali później tym oskarżeniom. Turgieniew zaprzeczył, że gadał aż takie głupstwa podczas pożaru. Dostojewski już w podeszłym wieku ze wściekłością protestował przeciwko potwarzy przypisującej mu żądanie czarnych ramek. Tylko Turgieniew zawsze ze śmiechem wspominał owe "mourir si jeune" i "jestem jedynym synem swej matki" i nie bał się tego wspomnienia, a Dostojewski o "czarnych ramkach" nie mógł mówić inaczej, jak ze zgrzytaniem zębów, omal że z atakiem epilepsji.

Musiało jednak coś być prawdy w tych "czarnych ramkach", skoro Niekrasow pisze satyryczne wiersze na ten temat, przy tym nazywa Dostojewskiego "czerwonym pryszczem" na nosie literatury rosyjskiej.

Dostojewski głucho czuje, że się wszystko zmieniło i że wszystko jest stracone. Przychodzi raz do wciąż platonicznie ubóstwianej Panajewej, siada przy dużym okrągłym mahoniowym stole. Samowar, biały obrus, dużo srebra i fajansów. Olbrzymi Turgieniew, świetny improwizator, zaczyna opowiadać, że właśnie spotkał małego człowieczka z prowincji, który dostał bzika, że jest geniuszem. Turgieniew powtarza rzekome wywody tego człowieczka z prowincji używając charakterystycznego języka bohaterów nowel Dostojewskiego, używając nadmiaru przymiotników zdrobniałych, charakterystycznych dla tych bohaterów, a zwłaszcza powtarzając wyraz "mateńko". Młody człowiek rzekomo do samego Turgieniewa mówił "mateńko". Wszyscy pamiętali, że w Biednych ludziach bohater noweli pisze "mateńko" do swej ukochanej. Dostojewski drżał jak w febrze, wreszcie udało mu się opuścić wesołe zebranie.

Po jego wyjściu Panajewa gniewała się na Turgieniewa twierdząc, że nie można znęcać się tak nieludzko, że Dostojewski omal nie płakał, ale gniew jej był odparty powszechnym wybuchem śmiechu.

Poczciwy Panajew, który nic nie wiedział o tej scenie, gdyż rzadko siedział wieczorem w domu (jeszcze wtedy we własnym domu), spotkał kilka dni później Dostojewskiego na ulicy i chciał go na obiad zaprosić. Ale Dostojewski pochylił głowę i przebiegł koło Panajewa nie zatrzymując się. Zdziwiony Panajew próbował złapać go za płaszcz, ale Dostojewski wyrwał się i uciekł.

Tymczasem Bieliński nie miał racji. Gospodyni nie była wcale taka zła. Nowela jest niedociągnięta, posiada braki w kompozycji, załamuje się i ma tysiące innych wad, ale jest ciekawa jako próba noweli fantastycznej. Młody człowiek spotyka w cerkwi kobietę, która, jak się okazuje, jest we władzy męża-nie-męża, opiekuna-nie-opiekuna, złoczyńcy, wróżbiarza i kapłana jednocześnie. Młody człowiek dostaje się do ich domu i tu zachorowuje. Gdy w dużej gorączce leży w łóżku, zza ściany świętych sczerniałych ikon - w tej noweli ciągle są ikony tajemnicze i świeczki przed nimi - wychodzi piękna, młodziutka kobieta czy dziewczyna i zbliża się do jego łóżka. Niesamowity dziad rozdziela ich, a potem gdzieś ginie wraz z kobietą. Zdaje mi się, że znalazłem klucz, który jest jednocześnie kluczem i do zrozumienia symboliki tej noweli, i zrozumienia, dlaczego zagniewała ona tak Bielińskiego. Sądzę, że młody człowiek to inteligencja rosyjska, dziewczyna czy kobieta o wymownej nazwie: "gospodyni" - to lud rosyjski, a wróżbiarz prześladowany przez policję to religijne wierzenia tego ludu, to przede wszystkim raskoł. Bieliński był już trzecim pokoleniem wolterianów rosyjskich, nie znosił symboliki, która by dotyczyła tematów religijnych. Drugie pokolenie wolterianów rosyjskich to książę Wiaziemski, który pisał takie wiersze:

Bóg wyboi, Bóg zawiei,

Zapuszczonych polnych dróg,

Bóg noclegów bez pościeli,

Ot on, ot on, ruski Bóg.

Inaczej Dostojewski. On szukał właśnie rosyjskiego Boga. W wieku XVII za patriarchatu Nikona, a panowania Aleksego Michajłowicza poprawiono rosyjskie księgi nabożeństw, oczyszczono je z błędów stuleci. Ale w obronie czczonej starożytności wystąpiła część prostego ludu rosyjskiego, którą zaczęto nazywać raskołem lub starowierami. Kryzys pogłębił się za czasów Piotra Wielkiego, który wyśmiewał, niszczył, prześladował wszystko, co rosyjskie, nawet zabronił jeżdżenia trójkami i noszenia brody. Starowierzy stali się obrońcami prarosyjskości, stali się partią ludowego konserwatyzmu rosyjskiego walczącego z rewolucyjną działalnością Piotra Wielkiego. Starowierzy byli ciemni, ograniczeni, zabobonni, zacofani, składali się wyłącznie z chłopów, przy tym główne ich siedziby były na dalekiej północy, za lasami i błotami, oraz z części kupiectwa. A jednak oni właśnie, starowierzy, byli tą solą ziemi rosyjskiej, gdyż w niezmienności zachowali tradycje odwiecznej Rosji. Inteligencja rosyjska to czuła. Państwo rosyjskie prześladowało starowierów zawzięcie. Palono ich domy modlitw, ich pustelnie, oni sami zresztą palili się także w czasach zbiorowego samobójstwa. Rozpadli się na dziesiątki wyznań, z których niektóre były dziwaczne, jak na przykład jedno z nich uważało, że krzyż jest nieważny i nieświęty, jeśli nie jest zrobiony z drzewa jarzębiny. Zważywszy na prześladowania raskołu przez policję, rewolucjoniści rosyjscy wiele razy próbowali wygrać raskoł przeciw państwu, ale raskoł zawsze z pogardą odrzucał te kuszenia i gdy carat się wywrócił, to się okazało, że właśnie prześladowany raskoł jest carowi najwierniejszy. Otóż zdaje mi się, że Dostojewski myślał o starowierach, gdy pisał Gospodynię. Stąd fantastyczność, migotliwość świateł i cieni w tej noweli. Należy żałować, że Dostojewski lepiej się z tego tematu nie wywiązał.

 

IV

W DRZWIACH DO KATORGI

 

Dzień 22 grudnia, trzy dni przed Bożym Narodzeniem. Luta zima. Siemionowski Plac w Petersburgu. Rok 1849. Nogi grzęzną w śniegu. Plac zastawiony kilkoma pułkami piechoty, oto między innymi stoi lejbgwardii moskiewski pułk piechoty, ponieważ jeden ze skazańców, który ma dziś umrzeć, był oficerem tego pułku. Szafot, czyli pomost drewniany, udrapowany czarną jakąś materią, zaprószoną śniegiem. Na szafocie 21 ludzi, w tym 16, a wśród nich Dostojewski, skazanych na śmierć. Ustawieni są w dwa rzędy, pierwszy stoi Butaszewicz-Pietraszewski, a ostatni na lewym skrzydle pierwszego rzędu właśnie Dostojewski. Poza wojskiem tłumy ludzi, przeważają chustki kobiet, lecz od czasu do czasu napotyka oko także trójkątne kapelusze z kokardami, które nosili wówczas urzędnicy i oficerowie. Rosjanie na ogół obyci są z cierpieniem ludzkim, lecz zadanie śmierci gwałtem, z wyroku sądu, fascynuje ich zawsze i przyciąga. Falujący więc od zimna tłum oczekuje, wypatruje i milczy. Ludzie tupią nogami lub chuchają w palce od zimna. Dostojewski od kilku miesięcy był w więzieniu, lecz teraz dopiero dowiedział się, że ma umrzeć. Chodzi tu o zebranie piątkowe u Pietraszewskiego. Przed szafotem wbite są w ziemię trzy dębowe pale, odarte z kory. Do tych słupów przywiązywać będą skazańców, aby ich rozstrzelać. Teraz audytor każdemu z nich po kolei odczytuje wyrok. Zabiera to pół godziny czasu. Aresztowano ich w kwietniu, stoją więc w swoich letnich płaszczach, nosy mają zsiniałe z mrozu, nozdrza zamarznięte, ręce zgrabiałe. Przychodzi pop, wzruszony, roztrzęsiony, bojący się tej kary śmierci. Mówi prędkim szeptem: "Jeśli żałujesz za grzechy, to twoim będzie królestwo niebieskie". Ręce ma również czerwone i sztywne od mrozu i zmarzniętymi palcami podsuwa każdemu ze skazańców do pocałowania krzyż, mały, srebrny, kwadratowy. Dostojewski całuje ten krzyż i czuje smak zimna na wargach. Kaszkin, stojący w drugim rzędzie, zaczyna płakać, generał Gołowaczew podjeżdża konno do szafotu i mówi do niego pośpiesznie po francusku: "Vous serez gracies tous, tous." ["Wszyscy będziecie ułaskawieni"]. Generał łamie w tej chwili dyscyplinę przez dobroć serca, ale winę jego pomniejsza to, że mówi po francusku, a więc przemawia nie jako generał do skazańca, lecz prywatnie, jak światowiec do człowieka z towarzystwa. Zresztą właśnie Kaszkin i dwaj inni, którzy słyszą słowa generała Gołowaczewa, nie są skazani na śmierć. Nad głowami skazańców ze szlachty, których jest przeważająca większość, łamią szpady w znak pozbawienia ich szlachectwa. Pop wciąż jeszcze kręci się po szafocie, chaotycznie powtarzając słowa rozmaitych modlitw, aż inny generał woła z konia: "Ojcze, skończyłeś swoje - proszę zejść." Na skazańców nakładają białe całuny z kapiszonami i teraz nieruchome powietrze przeszywa okrzyk Pietraszewskiego, a raczej jego uwaga, tylko że ta uwaga wypowiedziana jest krzykiem: "Patrzajcie, cóż za komiczne ubranka, jak oni nie umieją ludzi ubierać!" Po tym okrzyku kilku żołnierzy bierze Pietraszewskiego za ręce, a także porucznika Mombellego i porucznika Grigorjewa, sprowadzają ich wszystkich z szafotu i przywiązują do pali, kapiszony od całunów zaciągając na twarze, a ręce związują także.

Teraz już również Kaszkin i tych kilku innych, którzy słyszeli francuskie pocieszenie generała Gołowaczewa, rozumieją, że było to zwyczajne pocieszenie, ze egzekucja odbędzie się natychmiast. Wśród ciszy, potwornej ciszy oczekiwania, głośne słowa komendy. Szesnastu żołnierzy występuje naprzód. Słychać ich ciężkie, buciaste kroki, jak zdążają ku przywiązanym. Znowuż komenda - "stój", potem jeszcze wrzaskliwsze "gotuj broń". Lufy karabinów są skierowane na ludzi przywiązanych. Pada krótkie, przeraźliwe "cel". Dostojewski już ma w uszach huk salwy. Ale oto Pietraszewski wyswobodził uwiązaną rękę i zerwał kapiszon z twarzy i Dostojewski widzi, że wprowadza to jakiś dysonans do ponurej procedury, przynajmniej tak się jemu zdaje. Żołnierze biorą broń do nogi, a generał Rostowcew, znany z jąkania się, stanąwszy kilka kroków przed Pietraszewskim z jakimś papierem w ręku, zaczyna czytać coś bez sensu, jak się to Dostojewskiemu wydaje. Dostojewski słyszy: "...z łaski Bożej, my, cesarz i samodzierżawca wszechrosyjski, moskiewski, kijowski, włodzimierski, nowogrodzki, car kazański, car astrachański..."

"Boże - myśli Dostojewski - Boże!"

"...Car polski - jąka się dalej generał Rostowcew, wypowiadając kilka słów gładko, to zacinając się dłużej na jednej sylabie - car syberyjski, car Chersonesu taurydzkiego, car gruziński, pan Pskowa i wielki książę smoleński..."

- Prędzej - szepce Dostojewski - prędzej...

"...litewski, wołyński - ciągnie generał - podolski i finlandzki, książę Estonii, Kurlandii, Inflant i semigalski, żmudzki, białostocki, karelski, twerski, jugorski, permski, wiacki, bułgarski i innych..."

"Jak to innych - myśli Dostojewski - to przecież niegramatycznie, może innych, nie Dostojewskiego."

"...pan i wielki książę Nowogrodu, ziem niżowych, czernihowski, riazański, połocki, jarosławski, białozierski, kondyjski, witebski, mścisławski, Uboria, Obdoria i wszystkich krajów północnych władca..."

"Uboria, Obdoria" - powtarza Dostojewski.

"...pan iwerskich, kartalińskich i kabardyńskich ziem i dzielnicy ormiańskiej; czerkaskich i górskich książąt pan i władca; następca tronu Norwegii, herzog schleswig-holsztyński, stormarnski i oldenburski..."

"To przecież koniec" - myśli Dostojewski.

"...etcaetera, etcaetera, etcaetera" - powoli, sadystycznie, uroczyście wymawia Rostowcew.

Potem już ciszej odczytuje konfirmacje cesarza zamieniające kary uprzednio skazańcom odczytane na lżejsze, mianowicie: Pietraszewski zamiast kary śmierci skazany zostaje na dożywotnią katorgę, Mombelli i Grigorjew otrzymują 15 lat katorgi. Dostojewski odczytany jest dziesiąty z kolei, zamiast kary śmierci skazany jest na cztery lata katorgi, a potem ma zostać szeregowcem. Poeta Palm uzyskuje przebaczenie całkowite, a tylko z gwardii przeniesiony jest do armii.

Teraz wszystkim prócz Palma dają brudne kożuchy aresztantów, w które ci ubierają się jak najprędzej. Trzech, uprzednio przywiązanych do pali, od razu zakuwa się w kajdany.

- Prędzej - krzyknął na Pietraszewskiego jakiś oficer.

- Swołocz! - wrzeszczy na niego Pietraszewski - chciałbym ciebie zobaczyć na moim miejscu.

Po czym oświadcza, że nie jest gotów do drogi, bo musi się pożegnać z towarzyszami. Generał skinieniem głowy pozwala mu na to. Pietraszewski obchodzi, całuje i przemawia do wszystkich, potem zaczynają go zakuwać w kajdany. Pietraszewski patrzy na to przez pewien czas w milczeniu, potem niespodziewanym ruchem wyrywa katowi młotek i sam zakańcza tę robotę. Oficerowie i kat nie przeszkadzają mu w tym.

Porucznik gwardii Grigorjew zwariował, w czasie gdy go przywiązywano do słupa, ale na razie tego nie zauważono. Wraz z Pietraszewskim i Mombellim bezpośrednio z placu Siemionowskiego wywożą go w kierunku Syberii.

Inni skazańcy wracają do więzienia, tak jak przyjechali, to znaczy każdy z osobna siada do jednej karety, konny konwój otacza karetę.

Dostojewskiemu pozwolono teraz wysłać list do brata Michała. Dostojewski pisze: "W kazamacie śpiewam głośno, z radości, tak jestem rad z przywróconego mi życia."

Kara śmierci nie polega na fizycznym unicestwieniu człowieka. Śmierć zadana niespodziewanie jest bezbolesna, jest czymś w rodzaju odurzenia eterem lub chloroformem, a więc nie może być karą, bo nie jest cierpieniem, a mówi się: odcierpieć karę. To, co nazywamy karą śmierci, tkwi raczej w nocy przedśmiertnej, polega raczej na świadomości człowieka, że skazany jest na śmierć, na cierpieniach psychicznych, które odczuwa na widok przygotowań do zabicia go. Wobec tego pomysł, aby skazanych w procesie Pietraszewskiego wpierw "nastraszyć" karą śmierci, a potem uszczęśliwić katorgą, równał się właściwie wymierzeniu im dwóch kar jednocześnie, i kary śmierci, i katorgi. Skazani przecierpieli przecież karę śmierci, około godziny byli przekonani, że umrą, i patrzyli na przygotowania do ich zgładzenia. Innymi słowy, Dostojewski za swój udział w zebraniach Płetraszewskiego poniósł karę śmierci, potem męczył się cztery lata na katordze, a później jeszcze około dwóch lat jako szeregowiec z "aresztantów" w batalionie stacjonującym na końcu świata. Jakiś pedant gotów jest powiedzieć, że skoro Dostojewski śpiewał z radości po przywróceniu mu życia, to widać, że uprzednio zainscenizowana kara śmierci działała jako środek znieczulający, pomniejszający cierpienia spowodowane wyrzeczoną karą katorgi. Cóż odpowiemy pedantowi? Zapewne, że jest głupcem, bo należy się liczyć z tym, że nad sposobem kary wymierzonej: Dostojewskiemu głupcy głos zabiorą. Pewien król w średniowieczu skazał swego karła na śmierć, postawiono go na szafocie, jak Dostojewskiego w 1849 r., położono mu głowę na pieńku, a kat uderzył go po szyi kawałkiem kiełbasy. Obecni wybuchnęli śmiechem, lecz karzeł tego śmiechu nie słyszał, umarł ze strachu. Tutaj prostactwo ludzkie dążyło do użycia cierpień ludzkich w charakterze elementu komicznego. Prostactwo tego typu działa po dziś dzień, zwłaszcza w dziedzinie pedagogii.

W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia wywożono Dostojewskiego zakutego w kajdany na Sybir. Sanki jego minęły dom, w którym mieszkał brat jego Michał. Okna były oświetlone, widać było choinkę urządzoną dla dzieci i palące się na niej świeczki.

Dostojewski pokutował za udział w "piątkach" Pietraszewskiego, za odczytanie na jednym z tych zebrań listu Bielińskiego do Gogola. Pietraszewski jest więc człowiekiem, który wywarł decydujący wpływ na osobiste losy życia Dostojewskiego. Pietraszewski i jego zebrania stały się później źródłem twórczości Dostojewskiego. Ale, co najważniejsza, sam Pietraszewski to typ z dostojewszczyzny, i to tak jaskrawy typ z dostojewszczyzny, że w danym wypadku życie było bardziej fantastyczne od powieści, bo oto można powiedzieć, że tak nieprawdopodobnego typu dostojewszczyzny, jakim naprawdę w życiu był Pietraszewski, sam Dostojewski nie ośmielił się umieścić w żadnym ze swoich utworów.

Michał Wasylewicz Butaszewicz-Pietraszewski urodził się zaledwie o jeden dzień później od Dostojewskiego. Zresztą wszyscy w tym procesie oskarżeni byli rówieśnikami Dostojewskiego. Pietraszewscy - oto pokolenie Dostojewskiego. Pietraszewski był szlachcicem, właścicielem majątku i domów w Petersburgu. Uczył się w liceum, arystokratycznym i uprzywilejowanym zakładzie naukowym, w którym kiedyś uczył się Puszkin. Nauczycieli swych wciąż drażnił i uważany był za najgorszego ucznia. Po skończeniu liceum, na uroczystości pożegnalnej, Pietraszewski niespodziewanie dla wszystkich zabiera głos i wygłasza pochwałę swych nauczycieli w tak pięknej i rozumnej mowie, że dyrekcja i liceum postanawia ogłosić ją drukiem. Pietraszewski wstępuje do uniwersytetu, kończy go z łatwością i świetnie.

W 1841 roku Pietraszewski został urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych w charakterze tłumacza. Zaczyna zbierać książki zakazane przez cenzurę, które chętnie wszystkim pożycza. Ujawnia niepospolite zdolności w wielu dziedzinach i jednocześnie niesłychane dziwactwa. Nosił cylinder nie okrągły, jak wszyscy, lecz czterokątny i płaszcz hiszpański. Idąc po ulicy, znienacka zapalał i puszczał fajerwerki lub rozdawał przechodniom książki. Nosił długie włosy; jego szef zawołał go kiedyś i kazał kategorycznie mu się ostrzyc. Nazajutrz przychodzi Pietraszewski do biura z włosami, jak się zdaje, jeszcze jakoś dłuższymi i od razu melduje się w gabinecie swego szefa: "Ekscelencjo, spełniłem żądanie pańskie, ostrzygłem się" - po czym zdejmuje z głowy ogromną perukę i pokazuje istotnie świeżo ostrzyżone włosy. Chciał zostać nauczycielem w jednej ze szkół. Na pytanie, jakiego może uczyć przedmiotu, wyliczył jedenaście przedmiotów. Kiedy władze szkolne wybrały z nich jeden i prosiły, aby dowiódł w nim swej biegłości, odpowiedział: "Przedmiot ten może być rozpatrywany z 20 punktów widzenia" - i istotnie w kilkugodzinnym przemówieniu logicznie i konsekwentnie wyłuszczył wszystkie 20 punktów widzenia. Składał memoriały. Jeden z nich dotyczy następujących kwestii: 1) wadliwości zbioru praw cesarstwa rosyjskiego, 2) pożytku cywilizowania małp za pomocą ich golenia, 3) systemu ubezpieczeń wzajemnych (wówczas w Rosji nieznanego), 4) wykazania, że pożar Moskwy w 1812 r. był dowodem nie patriotyzmu, lecz barbarzyństwa, 5) przedstawienia prawdziwych zasad chrześcijańskiej filozofii, 6) przeistoczenia klasztorów w domy dobroczynności, 7) konieczności zasady jawności w procedurze sądowej i pożytku wprowadzenia w Rosji sądów przysięgłych na wzór angielski.

Pietraszewskiemu bardzo podobały się teorie Karola Fourrier. Zebrał nawet niepiśmiennych stróżów ze swej ulicy i czytał im dzieła Fourriera we własnym przekładzie. Po skończonej lekturze zapytał ich, czy zrozumieli. Słuchacze odpowiedzieli, że zrozumieli znakomicie. "Jak można było nie zrozumieć" - powiedzieli niektórzy z nich. Pietraszewski dał wszystkim po 20 kopiejek. Na następnej jednak prelekcji Pietraszewski dał im tylko po pięć kopiejek, co wywołało kryzys. "Myśmy u waszej miłości dłużej teraz byli, a otrzymaliśmy mniej" - mówili zawiedzeni słuchacze. Propaganda teoretyczna zasad Fourriera została zawieszona na skutek obustronnego rozczarowania. Ale zdarzyło się, że jedna z wiosek należących do Pietraszewskiego spaliła się do cna. Pietraszewski chwycił się tej okazji. Zamiast odbudowywać wioskę zaczął budować falanster, wspólne sypialnie, jadalnie, bibliotekę, wspólne wozownie, stajnie, obory, chlewy. Było w tej wiosce 40 rodzin. Pietraszewski zapożyczył się, aby wszystko było możliwie wspaniałe. Już był ustalony dzień inauguracji falansteru, na który zaproszeni byli znajomi Pietraszewskiego z Petersburga, gdyż wioska ta leżała blisko stolicy, gdy uszczęśliwiani chłopi w przededniu uroczystości podpalili i spalili falanster ze wszystkimi przynależnościami.

W stosunku do warstwy oświeconej Pietraszewski wykazywał mniej naiwności, a czasami zdobywał się na chytry oportunizm. Na przykład w r. 1846 redaguje drugie wydanie dykcjonarza wyrazów obcych i dedykuje go bratu cesarza, wielkiemu księciu Michałowi, omawiając w nim szereg pojęć drażliwych, jak konstytucja, demokracja, fourrieryzm itd. Dedykacja, na którą uzyskano pozwolenie samego wielkiego księcia , uśpiła czujność cenzora. Dopiero później dostrzeżono wszystkie te okropności, słownik został wycofany ze sprzedaży i spalony, a roztrzepany cenzor skazany na areszt.

W 1848 Pietraszewski rozsyła szlachcie petersburskiej guberni, do której sam należy, memoriał o niewinnym i smakowitym tytule "O sposobie podwyższenia cen ziemi". W memoriale tym w chytry sposób propaguje oswobodzenie chłopów. Ceny ziemi dlatego tak są niskie, ponieważ prawo kupna ziemi posiada tylko szlachta, gdyby to prawo uzyskali także kupcy, cena ziemi musiałaby się podnieść. Kupcy jednak nie mają prawa być właścicielami niewolniczych "dusz ludzkich". Więc...

Od 1844 r. Pietraszewski zaprasza różnych ludzi na swoje "piątki". Na zebraniach tych gada się zwykle kilka godzin w towarzystwie kilkunastu do kilkudziesięciu sproszonych gości, czyta głośno książki francuskie, w Rosji przez cenzurę zakazane, a o drugiej godzinie w nocy Pietraszewski zaprasza na skromną kolację. Czasami Pietraszewski wykazywał nie tylko takt i spokój, lecz także przenikliwość. On jeden ze wszystkich uczestników swych zebrań odgadł, że Antonelli jest szpiclem.

Rewizję u Pietraszewskiego w nocy z 22 na 23 kwietnia 1849 robił sam generał Dubelt, zastępca szefa słynnego III oddziału własnej jego cesarskiej mości kancelarii, człowiek, przed którym drżała cała Rosja. Pietraszewski siedział w jakimś egzotycznym szlafroku. Gdy Dubelt dotknął jakiejś książki, Pietraszewski krzyknął z udanym przestrachem:

- Generale, nie ruszaj pan tej książki, to nie dla pana.

- Dlaczego?

- Bo to książka zabroniona przez cenzurę. Jeszcze panu zrobi się niedobrze.

Przy śledztwie bardzo zaszkodziły Pietraszewskiemu jego rękopisy, zajęte podczas nocnej rewizji. Wyczytano w nich na przykład takie aforyzmy.

"Od chwili, w której rozstałem się ze swoją smrodliwą ojczyzną..."

Albo:

"...zgodnie ze słowami ogólnie znanego demagoga Chrystusa, który cokolwiek niefortunnie zakończył swą karierę życiową..."

Prawie równe oburzenie wywołały uwagi Pietraszewskiego o karze, którą wymierzył książę Oldenburski, kuzyn cesarza, uczniom podległego mu zakładu naukowego. Pietraszewski pisał:

"Cóż to za dziwaczny sposób karania przez pozbawianie poduszek do spania. Należało się przedtem zapytać o radę chociażby jakiegoś felczera, który by wytłumaczył, że kara taka może spowodować ból głowy, a nawet apopleksję u chłopców anemicznych."

Na śledztwie Pietraszewski zachowywał się w sposób rozmaity. Początkowo tłumaczył, że do rozpatrzenia jego sprawy wydelegować należy komisję naukową, a nie władze wojskowo-sądowe. Potem w odpowiedzi na żądanie spisania zeznań zaczął piać jak kogut, tańczyć i skakać. W końcu zaczął się bronić w sposób poważny i rozważny, a nawet zgodził się przeprosić księcia Oldenburskiego za bezczelną krytykę jego rozporządzenia o poduszkach.

Czy Pietraszewski był wariatem? Sądzę, że gdyby się urodził w Anglii, to w 1841 przemawiałby na zebraniach w Hyde Parku, w 1849 zostałby posłem do parlamentu, a w 1866, zważywszy na wybitne zdolności i silny charakter, mógłby zostać premierem. Ale Pietraszewski urodził się w kraju, którego ustrój polityczny zbliżony był do dzisiejszych ustrojów dyktatorialnych, jakkolwiek był modelowany w bardziej patriarchalny sposób, i dlatego jego polityczne zainteresowania i zdolności usychały, degenerowały, wynaturzały się w dziwactwach. Była to roślina hodowana wśród warunków, które sprawiły, że nabrała kształtów potwornych.

Kiedy w 1856 Pietraszewski otrzymuje amnestię, on jeden ze wszystkich uczestników swej sprawy odrzuca tę amnestię oświadczając, że żąda sądowej rewizji swego procesu. Tego oczywiście nie zyskał, ale spotykamy go jednak później w Irkucku, stolicy Syberii wschodniej, za czasów liberalnego generał-gubernatora tej prowincji Murawiewa-Apostoła, gdzie współpracuje w prasie wydawanej przez tego oświeconego dygnitarza. Ale Pietraszewski nudzi się i kłóci, nazywa zastępcę generał-gubernatora, generała Korsakowa, "koniem pocztowym", bierze udział w kłótniach i intrygach spowodowanych śmiertelnym wynikiem pewnego pojedynku, naraża się wszystkim, aż wreszcie zostaje zesłany ponownie w głąb Syberii. Awantury nie ustają, więc zsyłają go dalej i dalej. Umarł w siole Bielskim okręgu Jenisiejskiego w ciężkich warunkach. Sybir jest strasznym krajem, w którym człowieka poza domem zjadają latem "meszki", rodzaj małych komarów , a w domu latem i zimą karaluchy. Witalność tego paskudztwa jest tak duża, że rokrocznie zdarzają się wypadki zjadania pozostawionych bez nadzoru niemowląt przez karaluchy. Chłopi od karaluchów wymrażają chaty, to znaczy pozostawiają je otwarte w czasie największych mrozów. Ale Butaszewicza-Pietraszewskiego nikt nie lubił i w dzikiej wiosce dano mu nie wymrożoną chatę. Był chory, nikt mu nie usługiwał, nie odwiedzał, zmarł zagryziony przez karaluchy. Na pogrzeb czekał dwa miesiące, wreszcie go pogrzebano, przy tym w tej ceremonii nikt prócz dwóch grabarzy udziału nie wziął. Jedna z jego biografii zakończona jest słowami, które tu powtórzymy. Gravis uit vita, levis sit ei terra. [Przeminęło ciężkie życie, oby ci ziemia była lekką.]

Pietraszewski zaczepił kiedyś Dostojewskiego na ulicy zapytaniem: "Jaka jest idea pańskiej ostatniej noweli?" W ten sposób została zawarta znajomość, której likwidację opisał sam Dostojewski w panieńskim albumiku do wierszy panny Milukow w sposób następujący.

"Dwudziestego drugiego, a raczej dwudziestego trzeciego kwietnia wróciłem do domu o czwartej rano i zaraz zasnąłem. Przez sen słyszałem, że do pokoju weszli jacyś niezwykli ludzie. Zadźwięczała szabla o coś potrącona. Z trudnością otwieram oczy i słyszę miękki sympatyczny głos: proszę wstać. Patrzę: komisarz policji. Ale sympatycznym głosem mówił człowiek ubrany w niebieski mundur żandarma ze szlifami podpułkownika.

- Co się stało?

- Według rozkazu.

Patrzę, że istotnie "według rozkazu". W drzwiach stoi jeszcze jeden żandarm.

- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi - uspokajał mnie podpułkownik - niech pan się ubierze, my zaczekamy.

Rozpoczęła się rewizja. Komisarz policji wykazał wielką przedsiębiorczość, moim cybuchem zaczął roztrącać popiół w piecu. Podoficer żandarmerii na jego rozkaz wlazł na piec, ale stamtąd zleciał wywróciwszy się na ziemię.

Na stole leżała moneta piętnastokopiejkowa, stara i pogięta. Komisarz policji zaczął uważnie się jej przypatrywać.

- Czy nie fałszywa? - zapytałem.

- Zobaczymy - odpowiedział i załączył monetę do akt sprawy.

Wyprowadzono mnie. W drzwiach żegnała mnie gospodyni oraz jej służący, Jan, bardzo przestraszony, lecz jednocześnie czegoś uroczysty w sposób odpowiadający powadze wydarzenia, zresztą uroczystość ta nie miała świątecznego charakteru. Pojechaliśmy na Fontankę koło łańcuchowego mostu."

Tam Dostojewski spotkał wielu znajomych, między innymi swojego młodszego brata Andrzeja, aresztowanego przez pomyłkę w zamian za starszego brata Michała, który istotnie kilka razy brał udział w zebraniach u Pietraszewskiego. Przyjechał także książę Orłów, szef III oddziału generał Dubelt, zadawali pytania wszystkim obecnym w ilości kilkudziesięciu osób w sposób uprzejmy, jak na raucie. Potem podano śniadanie z zakąskami i winem, wśród aresztowanych było kilku oficerów gwardii, trudno im było nie podać przyzwoitego śniadania przy pierwszym spotkaniu.

Andrzej, brat Dostojewskiego, rozczulił później Dubelta, gdy na pytanie, czy zna Butaszewicza-Pietraszewskiego, odpowiedział, że Pietraszewskiego nie zna, a "tamtego drugiego" nazwiska nie dosłyszał i prosi ekscelencję o powtórzenie. Dubelt od razu zorientował się, że Andrzej Dostojewski jest normalnym durniem, którego zebrania Pietraszewskiego interesować nie mogły, i wypuścił go z listem do jego przełożonego, wyjaśniającym pomyłkę, wyrażającym ubolewanie i prośbę, aby poczciwy Andrzej nie miał jakichś dalszych przykrości, a aresztował Michała, którego zresztą także wypuścił. Ponieważ Michał miał żonę i dzieci, które pozostały bez grosza pieniędzy, więc cesarz osobiście posłał im 200 rubli, z tym jednak, aby nikt nie wiedział, że to od niego.

Ideowy stosunek Dostojewskiego do sprawy pietraszewców jest zabagniony. Jego biografowie podświadomie tendencyjnie chcą go zsolidaryzować z ideałami pietraszewców. Powołują się przy tym na zdanie wypowiedziane przez Dostojewskiego 15 lat później, że obecnie "zdradził swe dawne przekonania". Znamy to zdanie, wypowiedziane ono było w liście prywatnym, w którym oburza się Dostojewski, że policja wciąż czyta jego listy, z ogólnego tonu całego listu wynikało, że zdanie to było nie przemyślane, rzucone w przesadzie i rozdrażnieniu i żadnym dowodem być nie może. Poza tym wysuwany jest jakiś list Majkowa, w którym ten przypomina sobie, jak Dostojewski w nocy siedział w koszuli na kanapie i coś mu mówił, że poza zebraniami Pietraszewskiego powstało na ich tle kółko Durowa (którego później Dostojewski nie znosił) i że kółko to zamierza założyć tajną drukarnię. Oto wszystko.

Nie należy na to wszystko zwracać uwagi. Mamy inne ważniejsze dowody, które stwierdzają, że Dostojewski bardzo daleki był od ideologii pietraszewców. Są to obecnie in extenso ogłoszone akta sprawy, zeznania Dostojewskiego. Stwierdzają one ponad wszelką wątpliwość, że Dostojewski ówczesny był już zapowiedzią Dostojewskiego późniejszego, że miał już przekonania ludowe, nacjonalistyczne, religijne, monarchiczne.

Zeznania przed śledztwem mogą być kłamliwe, a nawet stuprocentowo zełgane. Tak jest, toteż w zeznaniach Dostojewskiego dużo jest nieprawdy, gdy mówi: nie wiem, nie słyszałem - o rzeczach, które znał i które słyszał, ale które by obciążały innych oskarżonych. Dostojewski broni, jak może i umie, swych przeciwników politycznych, ale swych kolegów z zebrań i obecnych kolegów z więzienia. W ogóle zeznania Dostojewskiego są nad wyraz szlachetne. Obciąża siebie, wybrania innych. Tym bardziej zasługuje to na podkreślenie, że akta obecnie ogłoszone miały na zawsze pozostać tajnymi i że inni uczestnicy zebrań Pietraszewskiego, nawet najwybitniejsi, nawet później czczeni przez rewolucyjne społeczeństwo rosyjskie, pozwalają sobie w tych zeznaniach nie tylko na kajania się, lecz i na denuncjacje kolegów. Dostojewskiego zeznania są kryształowe, piękne, czyste, godne, dostojne. Sam on powiada o sobie w swoich wspomnieniach, że z początku bardzo przestraszył się więzienia, lecz potem się uspokoił. Widać, że nie dbał o siebie, a tylko o to, aby zachować się zgodnie ze swoimi przekonaniami i aspiracjami, w sposób heroiczny, i widać także, że mu jest przyjemnie, że rząd tak się interesuje jego przekonaniami i poglądami. W Rosji uznanie faktu, że każdy człowiek ma indywidualne polityczne zdanie, następowało dopiero w stosunku do człowieka już aresztowanego.

Zeznania Dostojewskiego, kłamliwe, gdy chodzi o zatajenie winy innych, nie mogą być kwestionowane co do szczerości, gdy chodzi o niego samego, gdyż, po pierwsze, nie są one obliczone na pomniejszenie swej odpowiedzialności wobec sądu, pewne rzeczy w ówczesnej Rosji Dostojewski krytykuje z prowokacyjną swobodą, po drugie, w tych zeznaniach wypowiada Dostojewski absolutnie te same poglądy, które będzie głosił, gdy już będzie sławnym pisarzem i uznanym monarchistą. Czytając w tych zeznaniach wyznanie wiary Dostojewskiego uwięzionego, stwierdzamy, że to są te same poglądy, które będzie głosił późniejszy Dostojewski monarchista, a więc twierdzimy, że musiały one być szczere i prawdziwe.

Wyjaśnijmy przede wszystkim sprawę czytania listu Bielińskiego do Gogola. Gogol zachowywał się przed śmiercią w sposób przypominający nam okoliczności śmierci cesarza Aleksandra I. Była to widać choroba epoki. Cesarz chciał się rozstać z cesarstwem i iść do klasztoru, wielki, niezrównany pisarz chciał się rozstać ze swym artystycznym bogactwem, palił swoje niewydane rękopisy i chciał jechać do Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Popełnijmy tu znów dygresję. To, że Gogol był monarchistą, że pisywał listy monarchistyczne, nie mogło mu w niczym pomóc w oczach cesarza czy rządu. Cesarz karał pisarzy za przestępstwa cenzuralne, ale nigdy nie przyszło mu do głowy wynagradzać pisarzy za uczucia wiernopoddańcze. Zabronił nawet Puszkinowi wydrukować wiersze na swoją cześć. Gdyby wtedy wielki pisarz rosyjski Gogol ośmielił się powiedzieć: popieram cesarza Mikołaja I, to cesarz uśmiałby się serdecznie z tej megalomanii, a Gogola wsadzono by do więzienia za bezczelność. I to może nie tylko z braku kultury. Było to raczej odzwierciedleniem istotnego, realnego stanu rzeczy. Rosja była olbrzymim krajem analfabetów, siła polityczna cesarza opierała się nie na poglądach politycznych jego poddanych, lecz na jego dywizjach, żandarmach i policji.

Otóż w odpowiedzi na owe monarchistyczne i religijne wynurzenia Gogola Bieliński w dniu 15 lipca 1847 wystosował do niego, do Rzymu, gdzie Gogol mieszkał, prywatną epistołę, zawierającą następujące, zbrodnicze z punktu widzenia ówczesnych sędziów ustępy:

"...Rosja widzi swe zbawienie nie w mistycyzmie, nie w ascezie, nie w pietyzmie, ale w osiągnięciach cywilizacji. Potrzebne jej są nie kazania (dosyć ich słyszała), nie modlitwy (dosyć ich powtarzała), lecz obudzenie w narodzie poczucia godności własnej.

...okropne widowisko kraju, w którym ludzie handlują ludźmi, gdzie nie ma żadnych gwarancji dla osoby, honoru i własności człowieka, gdzie nie ma nawet policyjnego porządku, a działają tylko ogromne korporacje państwowych złodziei i grabieżców.

...Nie będę się rozwodził nad Pańskimi dytyrambami o czułości narodu rosyjskiego do swoich włodarzy. To poniża Pana w oczach nawet tych ludzi, którzy się z Panem zgadzają - pod innymi względami. Pozostawiam sumieniu Pańskiemu owo Pańskie upijanie się pięknością samodzierżawia. Zachwycaj się Pan nim ze swego dalekiego Rzymu. Zaręczam Panu, że z bliska nie jest ono ani tak piękne, ani tak bezpieczne."

Ten list Bielińskiego, już po jego śmierci, odczytał dwukrotnie Dostojewski, raz na zebraniu u Durowa, drugi raz na "piątku" u Pietraszewskiego, i pozwolił go przepisać. Dostojewski oświadczył w swych zeznaniach, że czytał ten list jako dokument literacki, nie pozbawiony pewnych artystycznych walorów, natomiast że się z treścią jego nie zgadza i jest jej przeciwnikiem. Sąd wojskowy, specjalnie dla sprawy pietraszewców wyznaczony, nie dał wiary tym zapewnieniom, chociaż były one szczere, aczkolwiek pozwolimy sobie uzupełnić wymienione przez Dostojewskiego przyczyny jeszcze jedną, z której sam Dostojewski zapewne niezupełnie sobie zdawał sprawę. Oto ambicja Dostojewskiego bardzo była podrażniona lekceważeniem, które mu okazało towarzystwo Bieliński - Niekrasow -Turgieniew. Koło ludzi zbierających się u Pietraszewskiego nie było tak interesujące i pociągające, jak tamto, zbierające się dokoła samowara pani Panajewej. Ale ludzie Pietraszewskiego szanowali Dostojewskiego. Był najwybitniejszym literatem wśród ich grona, a jeszcze Juliusz Cezar powiedział, że woli być pierwszy w wiosce niż drugi w Rzymie. Otóż Dostojewski podświadomie chciał czymś zainteresować tych ludzi, a list Bielińskiego dawał mu pod tym względem doskonałą okazję.

Natomiast Dostojewski na pewno nie solidaryzował się ani z treścią listu Bielińskiego, ani tym bardziej z jego ogólną tendencją. Nie należy utożsamiać Dostojewskiego z 1849 r. z przedśmiertnymi nastrojami Gogola. Ale niewątpliwie Dostojewski już był na drodze do podobnych poglądów. W każdym razie był wtedy bliższy nastrojom Gogola niż nastrojom Bielińskiego. Uświadommy sobie klimat listu Bielińskiego: suchy, materialistyczny, racjonalny. Bieliński wielbi Europę, potępia Rosję. Klimat Dostojewskiego był zupełnie inny od klimatu Bielińskiego. Wyrażał się w zdaniu:

"...pust' nasza ziemlia niszczaja, no jejo ischodił błagosławliaja Christos." ["... niech nasza ziemia jest nędzna, ale ją przemierzył błogosławiąc Chrystus."]

Nie potrzebuję się nawet powoływać na bolesną, dotkliwą urazę, którą czuł Dostojewski do Bielińskiego, a która wynaturzyła się w nim w ostrą, napastliwą i zaciekłą nienawiść, aby zapewnić czytelnika, że nie może być nawet o tym mowy, aby Dostojewski solidaryzował się z listem, który odczytywał.

W swoich zeznaniach, obok różnych krytyk działalności rządu, Dostojewski twierdzi, że wszystko, co było w Rosji zrobione naprawdę dobrego, począwszy od reform Piotra Wielkiego, pochodziło zawsze z inicjatywy tronu.

Dostojewski wypowiada swój pogląd o konieczności silnej, centralnej władzy w Rosji. Uzasadnia go argumentami historycznymi: upada władza centralna w Rosji w średniowiecznej epoce drobienia kraju na księstwa udzielne i Rosja ulega jarzmu tatarskiemu. Następuje odbudowa tej władzy i to oswobadza Rosję. Gdy władza słabnie, następuje inwazja Polaków w początkach wieku XVII. Zenit władzy bezwzględnej, lecz silnej, to panowanie Piotra Wielkiego. Rosja czyni wtedy skok ku potędze.

Dostojewski oświadcza:

"...na świecie nie może być nic bardziej idiotycznego od pomysłu wprowadzenia do Rosji systemu republikańskiego."

Zeznania Dostojewskiego uważane były przez sąd tylko za materiał, który należy dopiero porządnie opracować. Konstatujemy, że w tych opracowaniach nie spotykamy powtórzenia historycznych poglądów Dostojewskiego czy jego monarchicznych wyznań wiary. Sędziowie uważali te rzeczy za nieistotne, niewarte uwzględnienia. Opracowania te pod względem stylistycznym pisane są nader poprawnie, a może nawet styl w nich jest jaśniejszy niż w nerwowych wynurzeniach więźnia, lecz obracają się wyłącznie dokoła faktów, a nie idei czy poglądów. Interesują się przede wszystkim ustaleniami, ile razy czytany był list Bielińskiego, kto go przepisywał itp. Cała treść dotycząca poglądów Dostojewskiego jest bez ceremonii odrzucona. W ogóle dostrzegamy wielką różnicę w stosunku sędziów a podsądnych do zagadnień będących przedmiotem śledztwa. Podsądni na przykład bronią się argumentem, że doktryna Fourriera, którą wyznawali, jest doktryną wyłącznie ekonomiczno-społeczną i nie dotyczy kwestii ustrojowych, a więc nie wchodzi w kolizję z ustrojem obowiązującym w Rosji. Sędziów ten argument, któremu podsądni przypisują znaczenie zasadnicze, całkiem nie interesuje, co więcej, nad całą sprawą Fourriera dość łatwo przechodzą do porządku dziennego. Interesują ich natomiast przede wszystkim przestępstwa takie jak to, że jeden z pietraszewców miał powiedzieć, że przedmiot wykładany w szkole wojennej pod nazwą statystyki powinien właściwie inaczej się nazywać, bo nazwa statystyki została tu zastosowana tylko przez kaprys wielkiego księcia Michała. Takie nieuprzejme w stosunku do wielkiego księcia odezwanie się interesuje sędziów o wiele więcej niż wszyscy Fourrier razem wzięci. To samo dotyczy sprawy poduszek księcia Oldenburskiego. W tych epizodach szukać należy klucza dla definicji ustroju politycznego panującego nad Rosją za czasów Mikołaja I. Był to despotyzm patriarchalny. Wyobraźmy sobie rodzinę, w której 12-letni syn zajmuje się teoriami anarchistycznymi. Na pewno czytanie przez niego książek anarchistycznych, a nawet książek skierowanych przeciwko instytucji rodziny, będzie mu poczytane za mniejszą winę aniżeli ostentacyjna odmowa powiedzenia "dzień dobry, papo" przy śniadaniu. Nie pierwsze bowiem, lecz drugie zakłóca spokój rodzinny i rozbija rodzinę. Generałowie, którzy sądzili pietraszewców i dla których wykroczenia przeciwko grzeczności wobec osób z rodziny cesarskiej były przestępstwem cięższym od wyznawania światoburczych teorii, nie byli ludźmi głupimi, za jakich ich zapewne uważa większość czytelników tych akt sądowych w dzisiejszej Rosji wydanych. Dzielili oni świat idei od świata przestrzeganych form, pierwszy świat lekceważyli, drugiemu nadawali jak najistotniejsze znaczenie. Podziwiam ich mądrość. Wiedzieli oni dobrze, że propaganda falansterów nie uda się w Rosji, natomiast brak szacunku dla rodziny cesarskiej okazywany przez inteligentów może podkopać dyscyplinę społeczną w państwie.

W zeznaniach Dostojewskiego spotykamy zdanie wtrącone mimochodem: "Być może, kajam się co do pewnych ciężkich spraw z rodzaju tych, które obciążają sumienie każdego człowieka."

O co tu chodzi? Przez całe swe życie Dostojewski wciąż wspomina, że ma sumienie obciążone jakimś ciężkim grzechem. Zwracamy uwagę, że czyni to już w r. 1849, a więc grzech ten musiał mieć miejsce za czasów jego młodości. Niektórzy myślą, że grzech ten Dostojewski sobie wyroił, a nawet w końcu sam siebie zasugestionował. Nie jestem skłonny tak mniemać, ale do tej sprawy jeszcze powrócimy.

Dostojewski wiele razy powracał w swej publicystyce do sprawy pietraszewców. W 1877 pisał: "Pietraszewcy byli ludźmi tego samego typu co dekabryści. I jedni, i drudzy należeli do klasy panującej, byli 'panami'. Jeśli wśród pietraszewców było kilku nieszlachciców (bardzo niewielu), to byli to ludzie wykształceni, a więc mogliby być także uczestnikami dekabrystów."

Dyrektor policji Liprandi pisał w swym inteligentnym raporcie w 1849 roku: "Dekabryści składali się wyłącznie ze szlachty, przede wszystkim z oficerów gwardii. Wręcz przeciwnie pietraszewcy, tutaj, obok kilku oficerów gwardii i urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, są niedouczeni studenci, kupcy, a nawet sklepikarze handlujący tytoniem."

Oczywiście, że dyrektor policji, a nie Dostojewski, ma rację. Dostojewski wciąż nie chce uznać tej głębokiej, zasadniczej różnicy, jaka istnieje pomiędzy szlachtą właściwą a zaliczoną do stanu szlacheckiego warstwą synów urzędniczych, pomiędzy Turgieniewem a sobą. Umyślnie zajmuje obserwacyjną pozycję ówczesnego chłopa rosyjskiego, który nie wyznaje się na różnicy pomiędzy różnymi gatunkami "panów". Dekabryści był to spisek oficerów gwardii, którzy w 1825 zbuntowali swych żołnierzy przeciw Mikołajowi I wmawiając w nich, że prawym cesarzem jest Konstanty. Jądrem tego spisku była arystokracja rosyjska: książęta, hrabiowie. Główny kontyngent pietraszewców to synowie małych urzędników, to warstwa nie mająca korzeni w w. XVIII, to warstwa świeża, zrodzona, a co najmniej ukształtowana już za czasów Mikołaja I w latach 1825 - 1849. Dojście do głosu tej warstwy, ośmielenie jej to największego znaczenia wydarzenie socjalne za czasów tej epoki. Dostojewski ze względów czysto subiektywnych nie chce zwrócić na to uwagi.

Musimy teraz wyjaśnić, dlaczego niewinne koło dyskusyjne Pietraszewskiego ściągnęło na siebie aż tak surowe kary, jak 16 wyroków śmierci, chociażby nie wykonanych, wiele lat katorgi etc. Na tle zebrań u Pietraszewskiego działały dwa inne koła, odrobinę lepiej zakonspirowane. Jedno z nich to koło Durowa, o którym już wspominaliśmy. Drugie - koło pół-arystokraty Spieszniewa, którego Dostojewski sportretował później jako Stawrogina w swoich Biesach. Spieszniew miał kiedyś zamiar stworzenia organizacji piątek obejmujących całą Rosję. Wreszcie był taki Czernoswitow, który rozwodził się na temat oderwania Syberii od Rosji. Któryś z pietraszewców proponował także, aby na zabawie na cel dobroczynny, w której miały wziąć udział sfery towarzyskie stolicy, do koła loteryjnego, zawierającego bileciki z numerami wygrywanych fantów, nasypać podobne bileciki z wezwaniem zabicia cesarza. Wreszcie do zaostrzenia represji wobec pietraszewców przyczynić się mogła także ta okoliczność, że wywiad w ich sprawie wszczęty był nie przez żandarmerię, lecz przez ambitnego dyrektora policji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, Liprandiego, który podesłał na te zebrania szpicla Antonelli i rozpoczął akcję prowokacyjną. Liprandi miał nadzieję, że skusi pietraszewców do jakichś bardziej efektownych występów, a tym samym nada sobie znaczenie. Ale cesarz dowiedział się o tym, a nie będąc zwolennikiem prowokacji policyjnych nakazał żandarmerii natychmiastowe zlikwidowanie pietraszewców. Rywalizacja więc w sprawie pietraszewców żandarmerii z policją musiała się także przyczynić do wydęcia całej tej sprawy.

Ale wszystkie powyżej wymienione okoliczności nie powinny były spowodować tego rodzaju wyroków. Zebrania u Pietraszewskiego stanowiły może grunt podatny dla powstania politycznego spisku, przebiegały przez nie myśli o spisku, ale samego spisku jeszcze nie było. Skąd więc wyroki śmierci? Nie może tego zrozumieć człowiek wychowany w kategoriach europejskiego prawa karnego lub człowiek wychowany w atmosferze reformy sądowej syna Mikołaja I i na systemie praworządnego absolutyzmu cesarskiego, który panował w Rosji za czasów ostatnich carów.

Ale my, ludzie XX wieku, jesteśmy pod tym względem doświadczeńsi. Pamiętamy, jak Hitler w czerwcu 1934 rozstrzelał kilkuset ludzi nie za spisek, lecz za możliwość stworzenia spisku, rozstrzeliwał prewencyjnie, celem uniemożliwienia spisku w przyszłości.

To samo tkwiło w stosunku Mikołaja I do pietraszewców. Pamiętał on dekabrystów, którzy rzucili mu krwawą kłodę pod nogi przy wstępowaniu na tron. W stosunku więc do pietraszewców, którzy nie byli jeszcze spiskiem, lecz mogli stać się spiskiem, zarządził powstanie specjalnego sądu wojskowego i zrobił wszystko, aby ich sterroryzować i unieszkodliwić w przyszłości. Mikołaj działał więc podobnie, jakby działał w naszych czasach dyktator w analogicznej sytuacji. Ale Mikołaj był dyktatorem typu patriarchalnego i dlatego działania jego były miększe.

 

V

MARTWY DOM

 

Dostojewski opisał swe życie na katordze w Zapiskach z martwego domu. Oto urywek z IX rozdziału tej książki:

"W całym mieście były tylko dwie łaźnie; jedna z nich, z osobnymi kabinami, kosztowała 50 kopiejek od osoby i przeznaczona była dla ludzi wysoko postawionych; ta, do której nas poprowadzono, była stara, zapuszczona, ciasna. Na dworze był mróz i słońce, aresztanci cieszyli się już z tego, że wyjdą z katorgi i popatrzą na świat. Żarty i śmiechy rozbrzmiewały przez miasto. Cały pluton żołnierzy otaczał nas z nabitymi karabinami. W łaźni podzielono nas na dwie partie, jedna się myła, a druga oczekiwała w sieni, gdyż łaźnia nie mogła pomieścić wszystkich razem. Zresztą łaźnia była tak ciasna, że nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób wpakowała się do niej nasza katorga. Pietrow mnie nie odstępował, zaproponował, że mi pomoże i mnie wymyje. Towarzyszył mi także Bakluszin, o którym wspominałem, że był więziony w tak zwanym oddziale specjalnym, tj. w oddziale dla skazanych dożywotnio, i że był najweselszym i najmilszym człowiekiem z całej katorgi. Pietrow pomógł mi także w rozebraniu się, co było niełatwe i nieprzyjemne, bo w sieni było zimno jak na dworze. Aresztant w ogóle rozbiera się z trudnością. Po pierwsze, trzeba umieć rozsznurować podkajdanki, które każdy z nas nosił, chociaż kosztowały dość drogo, gdyż inaczej kajdany nacierałyby rany na nogach. Podkajdanki robione są ze skóry i wkłada się je pomiędzy kajdany a bieliznę. Po drugie, zdjęcie kalesonów wymaga długich zachodów. Trzeba pierwej ściągnąć jedną nogawicę z jednej nogi, a potem z powrotem ją wciągnąć, a raczej przepuścić pomiędzy kółkiem od kajdan a nogą, a potem to samo przerobić na drugiej nodze. Nauczyłem się tego od Korieniewa, słynnego atamana rozbójników, który swego czasu siedział pięć lat przykuty łańcuchem do ściany, a z którym poznałem się w Tobolsku. Ale aresztanci zwykli się z tym i rozbierają się prędko. Dałem Pietrowowi kilka kopiejek, by kupił mydła i strużek; aresztanci otrzymują co prawda po kawałku mydła wielkości dwukopiejkowej monety, a szerokości tych kawałków sera, które się podaje na zakąskę w domach małych urzędników, ale poza tym mydło sprzedawało się także w sieni wraz z obarzankami i dodatkową wodą gorącą. Według bowiem umowy z właścicielem łaźni każdy aresztant miał prawo tylko do jednego kubła wody gorącej, kto chciał, mógł sobie dokupić po groszu za kubeł. Pietrow rozebrał mnie i poprowadził pod rękę, gdyż było mi bardzo trudno iść w kajdanach na gołych nogach. "Niech pan je podciągnie w górę na łydki - mówił mój opiekun ostrożnie, tutaj próg." Trochę się wstydziłem i próbowałem zapewnić Pietrowa, że sam potrafię, lecz on w to nie uwierzył. Po otworzeniu drzwi do łaźni myślałem, że wstępujemy do piekła. Pomieszczenie to miało dwanaście kroków długości, a znajdowało się w nim około stu ludzi. Para, kopeć, brudna woda, kłębowisko gołych ciał, ciasnota taka, że nie można było nogi postawić. Chciałem się cofnąć i dać za wygraną, lecz Pietrow popchnął mnie naprzód. Nie wiem, w jaki sposób dotarłem do ławek, które jak w każdej rosyjskiej łaźni ustawione były jedna nad drugą systemem schodów. Przełaziłem po głowach ludzi siedzących na podłodze. Miejsca na ławkach były zajęte. Pietrow oświadczył, że trzeba kupić miejsce, i zaraz zapłacił aresztantowi siedzącemu koło okienka pół kopiejki, którą przyniósł w zaciśniętej pięści. Aresztant wlazł pod ławkę i pomieścił się tam jakoś w śliskim brudzie. Zobaczyłem, że wszystkie miejsca pod ławkami były zajęte i w ogóle nigdzie nie można było wetknąć nawet dłoni, wszystko było wypełnione gołymi ciałami ludzkimi i kubłami z wodą. Siedzący na górnych ławkach zlewali brudną wodę na siedzących na niższych. Lud rosyjski nie myje się długo mydłem, lecz lubuje się w gorącu łaźni, w parzeniu się i w biciu się rózgami z liśćmi, a później w oblewaniu się wodą zimną. Rózgi z liśćmi podnosiły się ciągle i opadały, wszyscy chlastali się tymi rózgami z pijaną rozkoszą. Wciąż robiło się goręcej. To już nie był żar, to było już piekło. Wszystko to ryczało i rżało przy dźwiękach stu łańcuchów od kajdan. Niektórzy łażąc po ławkach z góry w dół lub z dołu na górę zaczepiali kajdanami za głowy innych, ciągnęli ich za sobą i z wrzaskiem wymyślali sobie nawzajem. Brud lał się ze wszystkich stron. Wszyscy byli w jakimś wariackim nastroju, podnieceni, krzykliwi, wrzaskliwi. Koło okienka do sieni, z którego wydawano gorącą wodę, rozpoczęto bójkę. Otrzymywana w kubłach woda nie mogła trafić do swego przeznaczenia, wychlustywała z kubłów, parzyła ludzi po głowach. Wpółogolone głowy aresztantów i rozparzone do czerwoności ich ciała wyglądały potwornie. Na rozparzonych plecach wyraźniej występują cięgi i blizny, a teraz plecy nieszczęśliwych wyglądały jakby świeżo poranione. Straszne blizny! Mróz przeszedł mi po kościach, gdy zacząłem się im przypatrywać. Dodadzą gorąca i para przesłoni na chwilę gorącym obłokiem cały obraz - wszystko jednogłośnie zaryczy i zarży. Potem z obłoku tego wystąpią poranione plecy, wpółogolone głowy, pokręcone z powodu braku miejsca ręce i nogi, a ponad tym wszystkim, na najwyższej półce, Żyd Izaak ryczy na całe gardło. Parzy się on bezprzytomnie, widać, że żadne gorąco nie może go nasycić dostatecznie. Uważa widać, że w tej chwili przewyższył wszystkich, tryumfuje i ostrym głosem wariata wykrzykuje jakąś arię: la - la - la - la, przekrzykując wszystkie inne głosy. Przyszło mi do głowy, że jeśli kiedyś będziemy w piekle, to będzie ono wyglądało tak jak to miejsce. Nie wytrzymałem i powiedziałem o tym Pietrowowi, który mi na to nic nie odpowiedział, lecz rozglądnął się dokoła.

Chciałem także Pietrowowi kupić miejsce koło siebie, lecz on siadł mi na nogi twierdząc, że mu jest bardzo wygodnie. Bakłuszin kupował i przynosił nam wodę. Pietrow namydlił mnie całego. "A ja panu także nóżki umyję" - powiedział. W użyciu formy "nóżki" nie było żadnej niewolniczej intencji, po prostu Pietrow nie mógł nóg moich nazwać nogami, ponieważ u ludzi prawdziwych są nogi, a u mnie tylko nóżki. Po umyciu mnie, z tymiż ceremoniami, jakbym był zrobiony z porcelany, odprowadził mnie do sieni i pomógł włożyć bieliznę, a dopiero później skoczył z powrotem do łaźni, aby się wyparzyć.

Kiedyśmy wrócili do domu, zaprosiłem go na szklankę herbaty. Zjawił się także Bakłuszin, którego zaprosiłem jeszcze w łaźni..."

Kilka uwag o Zapiskach z martwego domu, książce, która należy już do arcydzieł Dostojewskiego.

Pamiętam rozmowę z aktorką słynnego teatru Stanisławskiego... Wagon, półmrok, podróż uciążliwa... Aktorka mówi mi, że w jej teatrze próby każdej wystawianej sztuki trwają przez rok lub więcej. "Wynasza się w ten sposób rolę w sobie" powiada i odruchem kobiecym wysuwa swą rękę przed brzuch. Otóż Zapiski z martwego domu są także książką wynoszoną w sobie. Dostojewski zaczął ją obmyślać już w pierwszych miesiącach swego pobytu na katordze, a ukazała się w druku dopiero w 1860 r. Dostojewski był więc tą książką brzemienny około dziewięciu lat. Dostojewski sam wspomina, że tylko dwa swe utwory pisał bez pośpiechu, bez tego, żeby mu ktoś stał nad głową i przynaglał, a mianowicie Biednych ludzi i Zapiski z martwego domu. Być może dlatego Zapiski z martwego domu są tak spokojne i zrównoważone, nie ma w nich histerii. Utwory Dostojewskiego cechuje zwykle pewna niecierpliwość, wciąż długie tyrady wypowiadane z jakąś pośpiesznością, jakby genialny autor nie był całkowicie pewny, że czytelnik uważnie go słucha, i jakby go wciąż trzeba było trochę przytrzymywać za guzik. Ileż razy skarży się Dostojewski w listach do osób sobie bliskich, że nie może spokojnie pracować, że nie może swoich utworów spokojnie opracowywać i szlifować, jak to czyni bogaty Turgieniew, że on, Dostojewski, musi zawsze starać się o zaliczki pieniężne za swoje utwory i że zawsze musi się śpieszyć na jakiś termin wyznaczony w kontrakcie z wydawcą, i to czasami pod groźbą poważnej kary wadialnej. Owo śpieszenie się z ukończeniem na termin udzielało się widać manierze pisania. Tutaj w Zapiskach z martwego domu istotnie nie odczuwamy żadnego pośpiechu i znać mistrzowskie, a całkowicie spokojne wykończenie całości. Malarz miał czas nie tylko długo przyglądać się swojemu obrazowi i wszystkie błędy poprawić, lecz miał również czas na dobranie mu rani właściwych.

Zapiski z martwego domu są książką wielkiego paradoksu. Zawierają opis życia w carskiej katordze, a w XIX wieku w Europie zachodniej wystarczało wymówić wyrazy: carska katorga, aby ludziom oczy czerwieniały ze współczucia. I oto ta właśnie książka Dostojewskiego jest jego utworem najbardziej pogodnym, najłagodniejszym i spokojnym. Jeden z opisów z Martwego domu został nawet wydany dla dzieci jako książeczka na gwiazdkę, mianowicie opowiadanie, jak katorżnicy zbiorowo wybierają i kupują nowego konika do wożenia wody dla więzienia. Dostojewski potrafił więc nawet katorgę z kajdanami wprowadzić do dziecinnego pokoju i postawić na podłodze wśród zabawek dzieci niewinnych.

Michajłowski, wybitny publicysta lewicowy z końca XIX wieku, nazwał Dostojewskiego talentem okrutnym, talentem niepotrzebnego okrucieństwa. Turgieniew nazywał go rosyjskim markizem de Sade. W tych określeniach dużo jest prawdy. Dostojewski lubi człowieka roztkliwić, rozrzewnić tylko po to, aby go potem tym boleśniej dręczyć wizjami jakichś całkiem wyjątkowych cierpień ludzkich, zawsze zresztą moralnych, a nie fizycznych. Otóż w Zapiskach z martwego domu takich wizji cierpień jest stosunkowo niedużo. Czasem tylko leżący w gorączce w szpitalu więziennym Dostojewski podsłucha jakąś opowieść szeptaną z łóżka do łóżka i jego wyobraźnia wypręży źle słyszane zdania i sytuacje w jakąś nadludzką skargę i cierpienie. Ale w Zapiskach z martwego domu na ogół nie ma dużo fantazji, wymysłu, są to raczej historie zapisane z życia rzeczywistego. Książka ta jest właściwie wielkim, olbrzymim reportażem. Gdyby ogłoszono konkurs na najlepszą książkę-reportaż, to Zapiski z martwego domu niewątpliwie otrzymałyby pierwszą nagrodę, chociaż w czasach, gdy je Dostojewski tworzył, pojęcie reportażu było mało znane. Postarajmy się jednak jeszcze bardziej ściśle zdefiniować charakter Zapisek, tej najpogodniejszej z książek Dostojewskiego. Jest to reportaż o ludziach żywych, jest to jakby szkicownik malarza gotującego się do malowania wielu wielkich obrazów; analityk psychiki ludzkiej, otoczony przez cztery lata 250 ludźmi o charakterach przeważnie barwnych i jaskrawych, zapisał sobie ich stany psychiczne, chociażby dla ćwiczeń przygotowawczych do uprawiania powieściowej analizy psychologicznej. Współżycie z towarzyszami więzienia dało Dostojewskiemu możność obserwacji najrozmaitszych, przeważnie ciekawych i wyrazistych typów ludzkich. Jaką rolę w tej książce odgrywa katorga, więzienie i zbrodnia? Nie za wielką, ale nie za małą również. Oczywiście, że Dostojewskiego szkice psychologiczne w Martwym domu nie są szkicami zbrodniarzy, lecz szkicami ludzi; pomiędzy skazańcami odnalazł Dostojewski szereg postaci świętych, szlachetnych, nadprzeciętnie uczciwych. Pomińmy opisywanych przez Dostojewskiego jego towarzyszy więziennych, Polaków, którzy się tam znaleźli nie jako zbrodniarze, lecz jako obrońcy swej ojczyzny, ale także jeśli chodzi o kryminalistów, to dla Dostojewskiego zbrodnia nigdy nie cechuje człowieka, nigdy nie stanowi głównego wyrazu w jego charakterystyce. Zbrodnia to dla Dostojewskiego albo incydent, wypadek, rzecz całkiem przypadkowa, która lada chwila może się zdarzyć każdemu z nas, albo też konsekwentny wynik takiej właściwości psychicznej człowieka, takiego w nim działania psychicznego, które znajdziemy również, czasami w formie pomniejszonej, a czasami w formie powiększonej, w wielu ludziach, nie tylko przebywających na swobodzie, lecz nawet cieszących się ogólnym szacunkiem społeczeństwa. W oczach Dostojewskiego zbrodnia nie wyróżnia bynajmniej człowieka, który się jej dopuścił, od innych ludzi. Mała dziewczynka z ludu dopędziła raz Dostojewskiego, gdy w kajdanach szedł ulicą omską z innymi katorżnikami, dała mu miedzianą kopiejkę i powiedziała: "Masz, nieszczęsny." Dostojewski schował na pamiątkę tę kopiejkę i z patriotyczną dumą podkreślał zawsze, że lud rosyjski zbrodniarzy nazywał nieszczęsnymi, i całkowicie solidaryzował się z tym określeniem. Studia psychologiczne w Martwym domu upewniły Dostojewskiego, że w każdym człowieku walczy dobro ze złem i że w katordze siedzą ludzie albo dobrzy, lecz przypadkowo pochwyceni w momencie chwilowego zwycięstwa złego nad dobrym, albo źli, u których proces zwycięstwa złego nad dobrym stał się, również okolicznościowo, bardziej niż u innych złych ludzi widoczny. Z drugiej znów strony katorga i zbrodnia odgrywa dużą rolę w książce Dostojewskiego, ale już nie jako kryterium moralne czy kategoria podziału ludzi, lecz jako środek ekspresji literackiej i sposób analizy psychicznej. Katorga jest w Martwym domu tym, czym w normalnej powieści jest fabuła, akcja. Opis katorgi zastępuje tu intrygę powieściową, zamiast fabuły wymyślonej mamy tu reportaż realistyczny. Zbrodnia znowuż ułatwia Dostojewskiemu poznanie człowieka. Zbrodnia jest dla Dostojewskiego przeważnie tylko incydentem, wypadkiem, ale wypadkiem rozświetlającym psychiczne wnętrze człowieka, oknem, przez które do wnętrza człowieka zaglądnąć można. Sądzę, że właśnie na katordze Dostojewski doszedł do przekonania, że z okazji popełnionej zbrodni najlepiej poznaje się człowieka, i później materiału do swoich wielkich powieści szukał w sprawozdaniach z głośnych procesów sądowych, chętnie przestawał z ludźmi z sali sądowej, słuchając ich uwag i korzystając z ich doświadczeń.

Zapiski z martwego domu czyta się łatwiej i chętniej aniżeli inne utwory Dostojewskiego, a to nie tylko dlatego, że to jest utwór względnie pogodny. Dostojewski nie jest pejzażystą, a raczej jest monopejzażystą - o ile wolno mi jest stworzyć tego rodzaju pojęcie - maluje genialnie, ale tylko Petersburg. Nie można o jego analizie psychologicznej powiedzieć, że jest monotonna, że cierpi na brak rozmaitości w typach ludzkich, a jednak we wszystkich powieściach Dostojewskiego powtarza się kilkanaście podobnych typów. Jak każdy malarz ma ograniczoną ilość farb na swej palecie, tak każdy, chociażby najznakomitszy powieściopisarz czy dramaturg operuje ograniczoną ilością typów ludzkich, których sobie w wyobraźni wykształcił. Ale Martwy dom to nie powieść, lecz reportaż. Tutaj żywi ludzie włażą samowolnie Dostojewskiemu na karty jego książki, stąd większa ich ilość, większa pstrokacizna, oryginalność, brak szablonu. Przez powieści Dostojewskiego przesuwa się najwyżej kilkanaście postaci, przez Martwy dom - kilkadziesiąt. Fantazja ludzka wyrasta zwykle ponad rzeczywistość, fantazja ludzka w stosunku do rzeczywistości grzeszy zwykle przesadą, stąd cierpienia w powieściach Dostojewskiego jest więcej, niż było rzeczywistego cierpienia na takim nawet padole płaczu, jakim była katorga na Syberii, owa gehenna XIX wieku. Wyrastając jednak przesadnie ponad rzeczywistość, fantazja człowieka nie jest w stanie wymyślić tych wszystkich odmian, odcieni, tej boskiej rozmaitości, którą nam daje życie. Zapiski z martwego domu byłyby raczej argumentem, że głęboko przez genialnego człowieka przemyślany reportaż z życia rzeczywistego jest najciekawszym rodzajem literatury.

Dostojewskiego osadzono w katordze w Omsku 20 stycznia 1850, wypuszczono z niej w środku lutego (dokładnej daty nie sposób jest ustalić) 1854, aby zrobić z niego szeregowca w 7 liniowym batalionie w Semipałatyńsku, co na razie nie stanowiło zbyt wielkiego polepszenia jego losu. Omsk jest i był dużym miastem syberyjskim, za czasów Dostojewskiego stolicą generał-gubernatora akmolińskiego kraju, rzeka Om wpada tam do olbrzymiego Irtysza. Europejczyk nie może sobie zdać sprawy z szerokości rzek syberyjskich i mnogości wód, które się przez nie przelewają. Nad tymi rzekami pracował Dostojewski jako katorżnik i stwierdzał, że gdy wiosna łamie lody i wody znów zaczynają płynąć, budzi się w więźniach tak bolesny ciąg do wolności, że wówczas powstają najbardziej szaleńcze zamysły ucieczek. Władze o tym wiedzą i w czasie tym straże są powiększone. W katordze Dostojewskiego mieściło się 250 skazańców. W dzień jedli lub pracowali, noc należała do nich, gdy drewniane baraki zostawały zamknięte na noc, katorżnicy pracowali dla siebie, uprawiali swe rzemiosła, wyrabiali przedmioty, które później kontrabandowe sprzedawali w mieście, pili wódkę lub grali w karty, każdy miał własną świecę i w ogóle mnóstwo posiadanych rzeczy na własność, mimo urzędowych zakazów. Więźniów ze szlachty, inteligencji katorżnicy nienawidzili, nie przyjmowali do swego środowiska, szydzili z nich i znęcali się nad nimi; Dostojewski opowiada, jak cudem uniknął śmierci z rąk towarzyszy więźniów pierwszego dnia pobytu wwiezieniu. Ale Dostojewski był epileptykiem, lud rosyjski ma zabobonną cześć dla wariatów i epileptyków, gdy katorżnicy zobaczyli, jak Dostojewski rzucał się po ziemi w konwulsjach, z pianą na ustach, charczał i krwawił sobie głowę o nogi od nar do spania, zaczęli go szanować. Przekleństwo straszliwej choroby przeistoczyło się w ducha opiekuńczego.

Po drodze na katorgę, w Tobolsku arystokratyczna dama darowała Dostojewskiemu Ewangelię. Była to jedyna książka, którą Dostojewski czytał przez cztery lata swej katorgi, nawet gdy miał okazję czytać co innego, to z tego nie korzystał. Mówiąc nawiasem, Dostojewski nigdy nie był żarłokiem czy pijakiem czytelnictwa, zawsze wolał przemyśleć przeczytaną książkę niż przeczytać inną. Ewangelię znał dobrze jeszcze z dzieciństwa, na katordze jednak wmyślił się w każdą jej literę. Dostojewski to bezpośredni uczeń apostołów. Nie docenia się powszechnie tego olbrzymiego wpływu, jaki Ewangelia wywarła na twórczość Dostojewskiego. Wszystkie zagadnienia, nad którymi się męczył i o których rozwiązanie się kusił, są zagadnieniami wszczętymi przez Ewangelię. Przed katorgą Dostojewski jest pisarzem drugorzędnym, jest wtedy uczniem Gogola, po katordze Dostojewski staje się pisarzem genialnym, ale jest już wtedy uczniem ewangelistów. Chciał być pisarzem rosyjskim, przez swój związek z Ewangelią stał się pisarzem uniwersalistycznym.

Źródłami do pobytu Dostojewskiego na katordze prócz Zapisek z martwego domu są jeszcze wspomnienia Martianowa i Polaka Tokarzewskiego. Martianow był uczniem szkoły oficerów marynarki, za przewinienie dyscyplinarne został zdegradowany i zesłany jako żołnierz na Sybir i w tym charakterze zetknął się z katorgą w Omsku, w której poznał obu pietraszewców, tj. Durowa i Dostojewskiego. Durow zachowywał się wesoło, lecz katorga go złamała, po czterech latach wyglądał jak starzec. Dostojewskiemu obrzydł Durow na katordze i nigdy z nim nie rozmawiał. Dostojewski - opowiada Martianow - był zawsze ponury, milczący, osamotniony, żył swymi myślami, o towarzystwo nie zabiegał, lecz raczej od niego stronił. Zestawienie wspomnień Martianowa z Martwym domem wskazuje, że Dostojewski jednak idealizował swych towarzyszy więziennych. Martianow powiada, że gdy Dostojewski opuszczał katorgę i chciał pożegnać się z więźniami, ci odwracali się od niego upatrując w tym żegnaniu się dziwactwo pańskie; Dostojewski w Zapiskach opowiada, że odwracała się tylko nieznaczna mniejszość. Polak Tokarzewski był więźniem politycznym. Mylą się ci, którzy sądzą, że pomiędzy powstaniem polskim w 1830 r. a powstaniem polskim w 1863 była cisza w Polsce ujarzmionej przez Rosję. Przeciwnie, te trzydzieści lat wypełnione są próbami rozpaczliwych wybuchów, beznadziejnych prób odzyskania niepodległości, zrywami do broni. Polacy, z którymi zetknął się Dostojewski na katordze, związani byli z ruchem ks. Ściegiennego, który zorganizował próbę powstania w 1844 r. Ksiądz Ściegienny był płomiennym katolikiem i czymś w rodzaju socjalisty. Tokarzewski, autor książki Siedem lat w Rosji i na Syberii, był uczestnikiem ruchu ks. Ściegiennego, po czym uciekł do Austrii, powrócił do kraju, znalazł się w katordze, odsiedział ją, znów wrócił do kraju, ale znów wziął udział w powstaniu 1863 i znów znalazł się na Syberii. Z jego książki dowiadujemy się właściwego brzmienia nazwisk osób wspomnianych w Zapiskach z martwego domu, gdyż Dostojewski kładzie tylko pierwszą i ostatnią literę nazwiska. Wiele osób opisanych przez Dostojewskiego wspomina także Tokarzewski, obaj zgadzają się, że komendant ich katorgi, major Kriwcow, był zwierzęciem. Major ten później zresztą był zdegradowany, a Tokarzewski spotkał go nawet jako żebraka i oto były komendant więzienia oświadczył byłemu więźniowi, że to Bóg go skarał za pastwienie się nad Polakami. Dostojewski, który w innych swoich książkach o Polakach pisał zawsze źle, z nienawiścią, w Zapiskach z martwego domu pisze o swoich współwięźniach Polakach z całkowitym szacunkiem, zarzucając im tylko, że nie chcieli i nie mogli zrozumieć wzniosłości duszy ludu rosyjskiego. O Tokarzewskim pisze Dostojewski: "...był to dobry, pełen męstwa, jednym słowem doskonały młody człowiek... Kiedy Polaków przenoszono z jednego miejsca zesłania na drugie, Tokarzewski niósł na rękach Bogusławskiego, ponieważ nie mógłby on przejść tej drogi." Dostojewski wspomina zresztą, że się pokłócił z Bogusławskim, i tak pisze o tym: "Był to człowiek chory, skłonny do suchot, wciąż zirytowany i w ogóle nerwowy... Jego irytacja powodowała brak tolerancji cudzego odmiennego zdania i w ogóle różne kaprysy... Nie mogłem znieść tego charakteru i rozszedłem się z nim, ale nadal go szanowałem i kochałem... Zerwawszy z Bogusławskim, musiałem zerwać i z Tokarzewskim. Było mi tego bardzo żal... Ale Tokarzewski każdego, kto się pokłócił z Bogusławskim, uważał za swego osobistego wroga..." Dostojewski opowiada także, że któryś z Polaków powiedział mu o więźniach-kryminalistach: "Je hais ces brigands" ["Nienawidzę tych łotrów"]. Dostojewski w późniejszej swej publicystyce nader często powraca do tego "je hais ces brigands". Dostojewski upatrywał w tym wykrzykniku objaw owego oschłego, europejskiego arystokratyzmu Polaków, który stale zarzucają Rosjanie Polakom, nawet wtedy, gdy ich trzymają w więzieniu. Tokarzewski w swoich wspomnieniach odcina się od komplementów, którymi zaszczycił go Dostojewski. W wizerunku Dostojewskiego nakreślonym przez Tokarzewskiego nie widzimy ani myśliciela, ani miłośnika ludu. Tokarzewski pisze: "Był to człowiek pyszny. Nie rozumiem, jak mógł znaleźć się na katordze jako rewolucjonista, skoro ciągle mówił o swoim szlachectwie. Ja szlachcic, my szlachta - nie schodziło mu z ust. Odpowiedziałem mu raz, że nie jesteśmy już szlachtą, ponieważ wyrok sądowy pozbawił nas tej godności, co go bardzo oburzyło."

Zapewne względy polityczne były kością niezgody pomiędzy patriotą polskim a patriotą rosyjskim, ale mania szlachecka Dostojewskiego na pewno nie jest wymysłem Tokarzewskiego. Uważać ją można za dowód, iż Dostojewski był podobny do bohaterów swych powieści - w sercu jego walczyły z sobą różne przeciwieństwa. Wielbiciel ludu rosyjskiego, narodowy rosyjski szowinista, nienawistnik Polaków, mówiący temuż Tokarzewskiemu, że gdyby się okazało, że ma kroplę polskiej krwi w żyłach, toby sobie wszystką krew z żył wypuścił, i jednocześnie człowiek snobizujący się z rzekomego, zapewne urojonego tytułu polskiego szlachcica. Przecież później Dostojewski pisać będzie o Bielińskim z lekceważeniem, że nie był to żaden szlachcic, lecz wnuk popa i syn lekarza wojskowego. Otóż wiemy już, że i Bieliński, i Dostojewski byli tak samo wnukami popów i synami lekarzy wojskowych i zupełnie tak samo szlachcicami z trzeciej książki stanu szlacheckiego, a tylko Dostojewski przypuszczał, wyłącznie na podstawie brzmienia swego nazwiska, że pochodzi ze szlachty litewsko-polskiej. Owa niekonsekwencja Dostojewskiego spotworniała w jego córce, która dla tym dobitniejszego podkreślenia szlacheckości Dostojewskiego pozbawia go charakteru Rosjanina w swych maniackich wspomnieniach, o których już mówiliśmy.

 

VI

SEMIPAŁATYŃSK

 

Semipałatyńsk, nowe miejsce zesłania Dostojewskiego, położony jest w dzisiejszym Kazachstanie. Kazachów dawniej nazywaliśmy Kirgizami. Obecnie przywrócono im nazwę, której zawsze używali we własnym języku, a imię Kirgizów pozostawiono Kara-Kirgizom, ludowi sąsiedniemu.

Od Omska, w którym Dostojewski odbywał katorgę, jechało się kilkaset kilometrów do Semipałatyńska doliną Irtyszu, pustym stepem, spotykając tylko trawy i wiatr. Kirgizi byli wtedy narodem koczującym, konie i wielbłądy przenosiły ich jurty na odległość czasami aż tysiąca kilometrów z miejsca zimowania na miejsce pobytu podczas lata. Bogactwa tego narodu mieściły się w baranach, dywanach i srebrnych ozdobach siodeł i uzd końskich. Jeden z geografów narzeka na brak wzniosłości w poezji Kirgizów. "Oto step, na którym paść można barany, oto są góry, na których paść można barany" - śpiewa uduchowiony Kirgiz. Jak w naszym średniowieczu jechano na łowy z sokołami, tak za czasów Dostojewskiego Kirgizi używali orłów "berkutów". Olbrzymie ptaszyska siedziały na łbach koni kirgiskich, a gdy zrywały się do lotu nad stepem, to straszne były dla wilków, lisów i antylop, których dopatrywały i dopadały. Czokan Wielichanow , Kirgiz z sułtańskiego rodu, ale wychowany już przez Rosjan, gdy w eleganckim mundurze siedział w salonie petersburskim i mrużył skośne oczy przypominając sobie kirgiskie swe dzieciństwo, to pamiętał bezkresny, żadną linią nie ograniczony step, noc, Kirgizów siedzących dokoła ogniska i patrzących w ogień. Tak Kirgizi siedzą prawie przez całą noc, zasypiając nad ranem, a Czokan Wielichanow pamiętał, jak budził się razem z innymi dopiero przed południem, przysypany śniegiem.

Tygrysy w tym kraju są takie same jak w Indiach, tylko, widać ze względu na śniegi, mają w zimie futro bardziej puszyste. Za czasów Dostojewskiego dwóch kozaków (nie Kazachów) usnęło sobie na łódce przywiązanej sznurem do brzegu jeziora. Obudzili się od silnego huśtania łódki. Dwa tygrysiątka bawiły się sznurem od łódki, a niedaleko siedziała, patrząc na dziatki, mama-tygrys.

Kirgizi urządzali konne obławy na tygrysy. Zabijano ich dość dużo w owych czasach.

Baron Wrangel, o którym bodziemy mówili poniżej opowiada o weselu tatarskim w Semipałatyńsku. Znalazł się w sali przeznaczonej dla niewiast. 150 Tatarek, ubranych w kaftany tkane z użyciem złota i w barwne, jak skrzydła motyli, szarawary, siedziało na miękkich dywanach; twarze i twarzyczki miały jaskrawo pomalowane, zasłon nie nosiły, paznokcie miały czerwone, jadły różne słodycze mączne albo tłuste. Talar pan młody, zaraz po obrzędzie posadził swą żonę na konia i wywiózł 500 kilometrów od Semipałatyńska. Inny Tatar, bogacz i starzec, chciał pokazać Wranglowi swoją nową, piątą z rzędu żonę. Wniósł do pokoju jadalnego czternastoletnie stworzenie, które mu się wyrywało jak ptak, z wielkimi czarnymi oczami tak pięknymi, że je zapomnieć było trudno.

Wszystkie te barwne egzotyczności nie interesowały absolutnie Dostojewskiego. Ów Wrangel wielokrotnie to podkreśla. Ani jednym słowem w całej swej twórczości nie zdradził się nigdy Dostojewski, że mieszkał tak blisko krajów, w których powstały opowieści z tysiąca i jednej nocy, w ojczyźnie bajek kolorowych. O Semipałatyńsku w swych listach wspomina, jak gdyby to było przedmieście szarego Petersburga, tylko nader od stolicy odległe. Za jednym zresztą wyjątkiem. To Mereżkowski, świetny i głęboki pisarz rosyjski, zauważył, jak często Dostojewski pisze o szkaradnych, olbrzymich pająkach, których boją się ludzie, które ludzie widzą we śnie, które jak moc piekielna zstępują na ziemię i usiłują chwycić człowieka w swą odrażającą władzę. Mereżkowskiemu nie przyszło jednak do głowy, że te pająki to reminiscencje z Semipałatyńska, tego kraju skorpionów, falangi i wszelkiego rodzaju pająków jadowitych. Są tu pająki, od ukąszenia których wielbłąd zdycha w ciągu pół godziny. Charakterystyczne dla Dostojewskiego, że pamiętał nie barwę czy słońce, nie orła czy tygrysa, lecz pająki.

Dostojewski w Semipałatyńsku zajęty był początkowo służbą żołnierską. Nadal był milczący, osamotniony, ponury, stał się tylko bardzo służbisty. Życie mu spływało na niezliczonych wartach przed jakimiś składami wojłoków, chleba itp., dziennych i nocnych. Trzeba było mieć wszystkie guziki zapięte, a kaszkiet podpięty pod brodę, co w letniej porze było nieznośne. Dostojewski był taki służbista, że nie rozpinał się nawet wtedy, gdy to czynili inni żołnierze. Przywitano go w batalionie złowrogo. Oficer wskazał na niego sierżantowi mówiąc: "To z katorżników, rozumiesz." Byli to zresztą ciemni ludzie, ci przełożeni Dostojewskiego. Przeważnie pijani od rana do nocy, a podoficerowie niepiśmienni. Zresztą nie tylko podoficerowie. Ze wspomnień Skandina ogłoszonych w 1903 r. powtórzmy taką scenę: "Chorąży Zubariow, oficer batalionu Dostojewskiego, awansował na podporucznika. Przyszedł gdzieś z plutonem i musi się podpisać w książce. Po długim namyśle woła jednego z żołnierzy, o którym wiedział, że jest piśmienny, i powiada: "Widzisz, chorąży to szło u mnie gładko, ale podporucznik jeszcze się nie przyzwyczaiłem." Potem zaś, gdy za wskazówkami żołnierza wydrapał na papierze literę swej nowej szarży, mówi znowu do niego łaskawym tonem przełożonego: "No, bracie, wracaj teraz na miejsce, swoje nazwisko to ja nawet we śnie potrafię napisać."

Należy się obawiać, że Dostojewskiemu niewiele by pomogła służbistość i zapinanie guzików, gdyby nie to, że zjawiła się na drodze jego życia w Semipałatyńsku dobra wróżka w postaci barona Aleksandra Wrangla. W Syberii wschodniej był wtedy generał-gubernatorem Mikołaj Murawiew, późniejszy hrabia Amurski, będący żywym przykładem, czym rosyjski wielkorządca Syberii być powinien, despota, ale despota z programem, z zapałem, z wiarą, z szerokim gestem. Rozpalił on umysły młodych chłopców z arystokratycznych rodzin w Petersburgu, wzbudzając chęć jazdy na kraj świata. Pamiętamy przecież scenę z pamiętników księcia Kropotkina, późniejszego londyńczyka i słynnego anarchisty, który ukończył korpus paziów z pierwszą lokatą. Wszyscy jego koledzy przed ukończeniem korpusu wybierają sobie najświetniejsze pułki gwardii, a on powiada: "Kozacy amurscy." "Zwariowałeś" - wołają przestraszeni koledzy i nauczyciele. Wreszcie przynoszą książkę o mundurach wojskowych. Kozacy amurscy: czarna kurtka, czerwony kołnierz i szare spodnie. Tak jest! szare spodnie, jak w taborach. Książę Kropotkin istotnie waha się przez chwilę, ale potem powtarza: "Kozacy amurscy." I w tych szarych spodniach stał pierwszy w szeregu na audiencji u cesarza z okazji ukończenia kursu w korpusie paziów.

Otóż baron Wrangel ukończył co prawda nie korpus paziów, ale dostatecznie arystokratyczny zakład, mianowicie liceum (które, jak wiemy, ukończył także Pietraszewski) i obrał sobie Semipałatyńsk, sądząc, że w tym przez Boga i ludzi zapomnianym mieście będzie mógł dużo dobrego zrobić. Zresztą otrzymał nominację na prokuratora, co w jego wieku, miał lat 21, nie było złym zaczęciem kariery urzędniczej.

Baron Wrangel był więc idealistą. Myśl, że może pomóc Dostojewskiemu, świtała mu w głowie jeszcze w Petersburgu, skoro z własnej inicjatywy zaproponował bratu Dostojewskiego, Michałowi, i przyjacielowi Dostojewskiego, Apollonowi Majkowowi, że zawiezie od nich listy. Wrangel był pięć lat przedtem świadkiem "egzekucji" pietraszewców na placu Siemionowskim i zrobiło to na nim wielkie wrażenie. Istotnie Wrangel odegra później w losie Dostojewskiego rolę wyjątkową i dobroczynną. Będzie mu pożyczał pieniądze, spowoduje szereg ulg w stosunku do jego osoby, a wreszcie wystara mu się o awans na oficera, całkowite ułaskawienie i zezwolenie powrotu do Rosji.

Wrangel napisał wspomnienia o swej przyjaźni z Dostojewskim. Opisuje swą podróż, zaczynając od Omska. W hotelu w Omsku nie było wolnego pokoju, położono młodego barona na bilardzie. W nocy jakieś pijane towarzystwo wypędziło go stamtąd. Generał-gubernatorem kraju stepów był generał Gasfort, który w przeciwieństwie do generał-gubernatora wschodniej Syberii, Murawiewa, był głupi i bezradny, aczkolwiek równie despotyczny. Nie tylko potrafił nakazać stworzenie nowej religii dla Kirgizów, która by była czymś pośrednim pomiędzy islamem a prawosławiem, ale ośmielał sam wymyślać nowe mundury dla swych urzędników, zaćmiewające strojnością mundury oficerów gwardii. Wojenny gubernator w Omsku, baron Frederichs, przyjaciel ojca Wrangla, był według określenia Wrangla głupi jak korek, wciąż grał na flecie, a pisma, które podpisywał, kazał ważyć, a potem rozgłaszał: W ciągu roku podpisałem tyle a tyle pudów papierów.

Do Semipałatyńska jechał Wrangel konno, mijając robiące na niego wrażenie cieni na horyzoncie korowody wielbłądów, idące w całkowitej ciszy. Po przyjeździe do tego miasta zobaczył tylko płoty i płoty, mnóstwo psów szczekających, brak bruku, przy tym okazało się, że jesienią nogi tu grzęzną w błocie, a latem w rozżarzonym przez słońce piasku. W mieście była jedna cerkiew, siedem meczetów, kilkunastu czy kilkudziesięciu urzędników, przeszło tysiąc kozaków i żołnierzy z odpowiednią ilością oficerów i kilka tysięcy Tatarów. Naokoło byli Kirgizi, także mahometanie. Islam panował nad krajem. Hoteli nie było, dla przyjezdnych policja rekwirowała mieszkania u miejscowych mieszczan. Wrangel noc pierwszą spędził w pokoju wybitym wojłokiem, na ścianach były obrazki przedstawiające, jak myszy kota grzebały, oraz wypędzenie Napoleona z Moskwy. Była taka masa pcheł, że Wrangel całą noc siedział na krześle.

Nazajutrz Wrangel posłał służącego po Dostojewskiego. Wrangel miał lat 21, ale był prokuratorem. Dostojewski miał lat 32, był kiedyś znanym pisarzem, teraz był szeregowcem. Dostojewski przestraszył się, czego znów prokurator chce od niego, i przyszedł do Wrangla blady, spocony i piegowaty. Uspokoił się, gdy Wrangel rozpoczął od przeprosin, że sam pierwszy nie przyszedł do niego. Istotnie, Wrangel, rosyjski Niemiec czy też rosyjski Szwed, nie umiał uniknąć małych nietaktów, które tak plamiły anielskość jego intencji, tak psuły to dobro, które chciał tworzyć. Nie miał tej intuicji w postępowaniu z ludźmi, której kobiety mają więcej niż mężczyźni; a Słowianie więcej niż rasa germańska. Oczywiście, że trzeba było pójść samemu do Dostojewskiego, a nie posyłać po niego służącego. Człowiek w sytuacji Dostojewskiego pamiętałby taki gest z większą wdzięcznością aniżeli nawet pożyczone pieniądze. Należy przypuszczać, że coś musiało mącić stosunki pomiędzy Wranglem a Dostojewskim także w przyszłości, skoro Dostojewski kochał go tylko tak długo, póki Wrangel był mu koniecznie potrzebny, póki go ratował i wyciągał z nieszczęścia. W późniejszych bowiem listach Dostojewskiego w zdenerwowanych zdaniach o wierzycielach, których Dostojewski chciałby spłacić jak najprędzej, ze zdziwieniem największym spotykamy nazwisko Wrangla umieszczone wśród nazwisk dwóch najdokuczliwszych lichwiarzy.

Był to może dowód niewdzięczności Dostojewskiego, ale może też dowód, że Wrangel nie umiał zaszczepić większej do siebie miłości. Był to człowiek bez wad. Nie pił, nie przegrywał w karty, nie brał łapówek, był sumienny i prawy w pełnieniu swych obowiązków, lecz znów nie buntował się przeciwko głupim czy nieuczciwym przełożonym i nie dążył do wywrócenia ustroju. Rosjanie nie lubią takiego zbiegu zalet w człowieku, uważają to za nudne. Zresztą ten stosunek między 21-letnim młodzieńcem-protektorem i 32-letnim pisarzem-protegowanym i ratowanym, w którym Dostojewski mógł tylko prosić, względnie proponować, a do młodziutkiego Wrangla zawsze i całkowicie należało prawo decyzji, musiał być dla Dostojewskiego bardzo upokarzający i trzeba było mieć bardzo dużo taktu, aby tu uniknąć tonów nieprzyjemnych, a nie mamy pewności, czy Wrangel ten wielki takt posiadał. Trzeba także kilka słów powiedzieć o stosunku społeczeństwa do przestępców politycznych w dawnej Rosji. Oczywiście taki oficer, który służył w Semipałatyńsku, mógł być wobec byłego katorżnika brutalny. Ale w ten sposób sam siebie deklasował towarzysko. Dla osób lepiej wychowanych przestępca polityczny nigdy nie tracił swego charakteru człowieka z towarzystwa. Ponad kodeksem państwowym stał niepisany kodeks solidarności szlacheckiej, który postanawiał, że wyrok sądowy nie pozbawia nikogo uprawnień wynikających z obyczajów grzecznościowych, a zwłaszcza wobec ludzi skazanych za sprawy polityczne wszystkie reguły grzeczności działają nadal. Chłop skazany za bunt przeciwko panu z tych uprawnień nie korzystał, a natomiast korzystał z nich szlachcic skazany nawet za złodziejstwo, nie mówiąc już o przestępstwach dyscyplinarnych czy politycznych. Ci, którzy by tego nie przestrzegali, ściągali na siebie zarzut ludzi źle wychowanych. Oczywiście, że pojawienie się barona Wrangla, byłego licealisty, w Semipałatyńsku było wydarzeniem niesłychanie wstrząsającym, i oczywiście, że stał się on od razu wyrocznią dla wszystkich. Za jego wskazówką sam gubernator zaprosił Dostojewskiego na obiad, a za przykładem gubernatora wszyscy inni urzędnicy, co dla Dostojewskiego, stęsknionego do towarzystwa jakichś ludzi poza niepiśmiennymi żołnierzami i kryminalistami, było prawdziwym szczęściem. Poza tym ustało posyłanie Dostojewskiego na warty przed składami wojłoków i Dostojewski zamiast w koszarach siedzi u Wrangla. Otrzymuje prawo prywatnego mieszkania. Zamieszkał Dostojewski zresztą dość ponuro, ponieważ wciąż jest biedny, a nawet Wrangel musi go u siebie częstować swoim tytoniem, bo gdy Dostojewski zaczyna palić własne tanie świństwo, to biedny baron dostaje szalonych bólów głowy. Chata, w której mieszkał Dostojewski, sterczała wśród strasznego piasku, w którym człowiek grzązł, a z łatwością przechodził tylko wielbłąd. Chata nie miała okien na zewnątrz w obawie przed złodziejami; otoczona była wysokim częstokołem, w którym były wrota bardzo wąskie i bardzo niskie, tak że, aby wejść, trzeba było się schylić wpół. Tego rodzaju urządzenie miało również na celu bezpieczeństwo, schylonemu wpół człowiekowi łatwo było dać czymś po łbie. Dwa okna chaty wychodziły na podwórze, gdzie była głęboka studnia z żurawiem. Izba Dostojewskiego była wydłużona jak trumna i źle oświetlona. Dostojewski pisał przy łojowej świecy, świece stearynowe były wtedy luksusem, i Wrangel nie mógł zrozumieć, jak można było coś dojrzeć w tych warunkach. Na ławce w tej izbie siadywały dwie piękne dziewczyny, córki gospodyni chaty. Zwłaszcza młodsza, szesnastoletnia, była urodziwa. Ubrane były w czasie upałów wyłącznie w koszule, czasem nawet rozchełstane na piersiach, tylko podpasywały się czerwonym paskiem. Wrangel wymawiał matce, że eksploatuje wdzięki swych córek. "Wszystko jedno - odpowiadała idealnemu baronowi praktyczna matka - i tak puściłyby się z pisarzem lub podoficerem jakimś za dwa pierniki lub funt orzechów, lepiej już z panami."

Poza tym były jeszcze inne kobiety w mieście. Śliczna Maryna, córka Polaka, która zgrzeszyła z synem burmistrza i wydana została za chorążego kozaka, który przez ostrożność małżeńską, gdy wychodził, stawiał ją na kolana, a jej warkocze wkładał do szuflady ogromnej komody, po czym szufladę zamykał na klucz i w ten sposób Maryna była przyskrzyniona. Ale pewne zdobycze techniczne znane już były w Semipałatyńsku. Znalazły się wytrychy, którymi ludzie, współczujący Marynie i którym Maryna współczuła, otwierali szufladę i jasnowłosa Maryna wstawała z kolan. Była też cyganka, Wańka-Tańka, która...

Najdłużej i najszczegółowiej opisuje Wrangcl swe letnie mieszkanie, które wynajął na lato za 30 rubli i gdzie miał cały mały zwierzyniec i cztery wierzchowce oraz zaczął sadzić kwiaty nie znane w Semipałatyńsku. Dostojewski pomagał mu w tym i biegał pomiędzy inspektami bez munduru, w różowej perkalowej kamizelce, a na szyi miał sznurek z niebieskiej włóczki, na którym huśtała się cebula dużego srebrnego zegarka. Dziewczęta z jego chaty, w koszulach, były także tutaj i biegały bosymi nogami po świeżym nawozie. Dostojewski mieszkał wtedy u Wrangla na stałe i Wrangel uczył go jeździć konno.

W tych czasach Dostojewski poznał Aleksandra Isajewa i jego żonę Marię i zaczynają się dla niego nowe męczarnie, teraz już miłosne. Żona Isajewa stanie się później pierwszą żoną Dostojewskiego. Ona i Isajew będą od tych czasów figurować w każdej większej powieści Dostojewskiego.

Aleksander Isajew to Marmieładow ze Zbrodni i kary, to kapitan Lebiadkin z Braci Karamazowych. Nawet córka Dostojewskiego w swych półidiotycznych wspomnieniach o ojcu nazywa Isajewa kapitanem, ponieważ żywy Isajew pomieszał się jej z jego powieściowym odbiciem. Isajew nie był kapitanem, lecz urzędnikiem do nadzoru nad szynkami, a przede wszystkim pijakiem. W powieściach Dostojewskiego Isajew pojawia się jako człowiek moralnie i fizycznie bity po twarzy, upokarzany, grzeszny, nędzny, ale jednak taki, w którym coś jeszcze pozostało, coś jeszcze gra, w każdym razie wzbudzający pewne współczucie. Wrangel uważał Isajewa za zwykłego pijaka i nic więcej. Maria Dmitriewna, jak z powieści Dostojewskiego wynika, biła swego męża, znęcała się nad nim, upokarzała go przy wszystkich, ale Dostojewski znowuż to idealizował. Zresztą w listach do swoich krewnych Dostojewski wspomina o pp. Isajew jak o najnormalniejszym i najbardziej szanownym małżeństwie. Listy Dostojewskiego są o wiele dalsze od prawdy, jeśli chodzi o wizerunki tych dwojga ludzi, niż te ustępy jego powieści, w których o nich wspomina. W listach pan i pani Isajew to szablonowe, szlachetne i przyzwoite stadło. I jakkolwiek w powieściach również ich idealizuje, to jednak Isajew jest zawsze pijanym "byłym człowiekiem", a Isajewa pół czy też w trzech ćwierciach wariatką. Niektóre epizody powieściowe Dostojewskiego są żywcem przejęte z życia pani Isajew. Była ona dość inteligentna i oczytana, z suchotniczym rumieńcem na twarzy, z sercem pełnym złości i nienawiści do świata, z dużym temperamentem seksualnym, co się często zdarza u suchotnic. Ojcem jej był niejaki Constant, kierownik kwarantanny w Astrachaniu, z którego Dostojewski robił szlachcica, emigranta czy syna emigranta z Francji, a który naprawdę był jakimś pół-Mulatem, co także tłumaczy gorąco w żyłach jego córki. Małżeństwo Isajew mieli tez synalka, o którym Dostojewski w swych listach pisze wciąż w superlatywach: najszlachetniejszy, najserdeczniejszy, najwrażliwszy, a który zgodnym zdaniem wszystkich innych był najobrzydliwszym wałkoniem na świecie.

Dostojewski kąpie się właśnie w szerokim Irtyszu i jeździ konno z Wranglem w step, gdy przychodzi wieść straszliwa: pijanica Isajew wypędzony jest wreszcie z Semipałatyńska i przeniesiony do Kuzniecka odległego o 500 wiorst. Wrangel wiezie Dostojewskiego odprowadzającego Isajewych. "Wsadziłem mężulka - opowiada - do jednej bryczki ze sobą i upoiłem go tak, że zaraz zasnął, żeby Dostojewski mógł spokojnie gruchać ze swoim ideałem w innej bryczce." W chwili rozstania Dostojewski staje się do niepoznania, wybucha płaczem, gdy pył drogi zamyka mu widok oddalającej się bryczki, wraca do miasta starszy o 10 lat. Wysyła do niej listy podobniejsze do grubych zeszytów niż do listów. Miłość jego jest wielka, prawdziwa, podobna do choroby umysłowej. Taka miłość nie przemija nigdy całkowicie, pozostawia zawsze ślady, jak złe i ciężkie niezdrowie. Wyjazd Isajewa z żoną miał miejsce w maju 1855 r., a oto w sierpniu 1855 otrzymuje Dostojewski list od swej ubóstwianej, że mąż umarł, ona jest w nędzy, przyjęła nawet... jałmużnę w postaci trzech rubli od kogoś nieznajomego. Stąd pamiętna scena w Zbrodni i karze - żona Marmieładowa otrzymuje trzy ruble po śmierci męża. Dostojewski zaraz pożycza u Wrangla pieniądze, aby jej pomóc. Wrangel wyciąga wówczas Dostojewskiego na polowania z orłami-"berkutami" na wilki i na jeszcze ciekawsze, z podpalaniem trzcin i trawy, aby wypłoszyć tygrysa. Ale dla Dostojewskiego zaczyna się teraz gehenna wymiany listów, oczekiwania na odpowiedzi, a czasami otrzymywania odpowiedzi, gorszych od oczekiwania. Dostojewski wciąż jeszcze jest żołnierzem, któremu nie wolno jest opuścić miejsca pobytu. Wrangel urządza całą komedię choroby Dostojewskiego, lekarz należy do spisku, wydaje świadectwo, okiennice zamknięte, Dostojewski rzekomo leży w łóżku, tymczasem pędzi z Wranglem na umówione spotkanie z panią Isajew do Zmijewska, dwieście kilometrów, z początku stepem, potem wspaniałym borem sosnowym, sosny szumią nad nimi jak pienia w gotyckiej katedrze. Cóż z tego, kiedy pani Isajew do Zmijewska pomimo uprzednich obietnic nie przyjechała, a tylko przysłała list. Wrangel ogląda wspaniałe jezioro wśród skał. Jezioro to znakomity ówczesny geograf Humboldt nazwał cudem świata, najpiękniejszym widokiem na globie. Ale Dostojewski nie chce patrzeć na to jezioro, co gorszy Wrangla. "Jak on nie ma zrozumienia dla piękna przyrody" - pisze Wrangel. Potem Dostojewski po raz drugi jedzie do Zmijewska, ale pani Isajew nie tylko powtórnie nie dotrzymuje obietnicy, ale nawet listu nie przysyła. Wrangel jedzie do Petersburga. Na tronie zasiada już Aleksander II. Nowe panowanie, nowy duch, nowy kurs polityki wewnętrznej. Zacny Totleben, obrońca Sewastopola, na skutek próśb Wrangla zaczyna starać się o awans Dostojewskiego na oficera. Wrangel pisze listy pełne nadziei. Dostojewski jedzie do pani Isajew, poznaje tam Wargunowa, pełnego sił męskich młodego człowieka, który ułatwia jego ubóstwianej znoszenie czasu wdowieństwa nie skąpiąc jej rozrywek nocnych. Powołajmy się tutaj na poprzednie i późniejsze utwory Dostojewskiego, zwłaszcza słabsze, jak Białe noce, Skrzywdzeni i poniżeni a chociażby na jego pierwszy utwór, który się tak podobał Bielińskiemu: Biedni ludzie. Utwory te można nazwać masochistyczno-sentymentalnymi, bohater służy swej ukochanej wtedy, gdy się ona oddaje komu innemu. Dostojewski myślał o sobie, właśnie on w życiu był takim sentymentalnym masochistą, rozrzewnionym samodręczycielem. Teraz w Kuzniecku pokochał zaraz Wargunowa jak "rodzonego brata" i zaczyna się znów dla niego przez patentowanego dobroczyńcę Wrangla starać o awans i pieniądze, bo Wargunow był nauczycielem. Po powrocie do Semipałatyńska pisuje listy do nich obojga, otrzymując od nich wspólne odpowiedzi. Skądinąd wiemy, że zazdrość przyczyniała Dostojewskiemu straszne cierpienia. Do swej rodziny i do Wrangla pisuje Dostojewski nadal listy o "la dame", "la mienne" ["damie", "swojej"], że ona go kocha i że ślub ich jest postanowiony, o ile nie zajdzie pewna okoliczność. Ta okoliczność to ewentualne wyjście za mąż rzekomej narzeczonej za kogo innego. W listach do Isajewej zapewnia ją Dostojewski, że nie jest "człowiekiem bez przyszłości", jak ona go nazywa, że sam już prędko zostanie urzędnikiem. Dziwnie się składa historia kultury ludzkiej. Oto genialny pisarz, mający później wpływ na literaturę całego świata, i oto jego zapewnienia dawane nikomu niepotrzebnej babie, że będzie tym samym co jej kochanek, okrągłe zero ludzkie. Istotnie listy Dostojewskiego w tym czasie nabierają rytmu konwulsji. Wreszcie 30 października 1856 r. Dostojewski otrzymuje wiadomość, że z powrotem stał się czymś w rodzaju człowieka, bo został mianowany chorążym we własnym batalionie. Dnia 24 listopada Dostojewski znów pojawia się w Kuzniecku - pamiętajmy, że Kuznieck od Semipałatyńska odległy jest o 350 mil drogi końmi - i pani Isajewa łaskawie obiecuje mu swą rękę. Rozpoczynają się gwałtowne listy poszukujące pieniędzy na wesele i urządzenie szczęścia małżeńskiego; jakiś kapitan Kowrigin pożycza Dostojewskiemu 600 rubli, rodzina coś przysyła. Dnia 6 lutego 1857 ślub w cerkwi w Kuzniecku chorążego Teodora Dostojewskiego z wdową po koleżskim sekretarzu Marią Isajew. Świadkiem przy spisywaniu aktu ślubnego jest tenże Wargunow, który nadal jest dla ubóstwianej Dostojewskiego tym, czym był poprzednio. Dostojewski wraca z żoną do Semipałatyńska i po drodze w Barnaule, w pokoju hotelowym, ulega straszliwemu atakowi epilepsji. Dziesięć lat później jego druga żona, młodziutka, osiemnastoletnia, czysta jak kryształ, także po raz pierwszy zobaczy Dostojewskiego w epilepsji. Będzie go wtedy małymi rączkami mocno trzymała za głowę, aby jej sobie w konwulsjach nie zranił. Teraz pierwsza żona Dostojewskiego patrzy na niego ze wstrętem, z nienawiścią, a gdy się ocknie, dozna na sobie jej furiackiego gniewu, że zataił przed nią swoją chorobę. "Ty katorżniku przeklęty" - zabrzmi nad nim nienawistny, wariacki krzyk żony.

 

VIII 

POCZWARKA

 

Porównanie, którego użyje, będzie miało dwie wady: nie będzie ścisłe i jego zastosowanie do osoby Dostojewskiego będzie brzmiało dziwacznie. Gąsienica, poczwarka, motyl. Pierwszy okres pisarskiej działalności Dostojewskiego, do chwili uwięzienia i katorgi - to gąsienica, okres drugi: od uwolnienia z katorgi albo jeszcze lepiej, od chwili powrotu ze zsyłki w 1859 do śmierci pierwszej żony, małżeństwa z Anią i wyjazdu za granicę w 1867 - to poczwarka; całkowita wydajność geniuszu wypada dopiero na okres trzeci, wtedy, gdy Dostojewski jest już mężem Ani.

W okresie drugim Dostojewski tworzy już arcydzieła, jak Sioło Stiepanczikowo, Martwy dom, a wreszcie jedno ze swych arcydzieł najwyższej klasy, Zbrodnię i karę, ale rzecz w tym, że nie wszystko, co wtedy pisze, jest arcydziełem, i dlatego powiadamy: poczwarka. Geniusz pisarza wciąż się jeszcze potyka; obok rzeczy największych pisze utwory słabe albo wręcz marne, jak Skrzywdzeni i poniżeni. Dopiero w okresie trzecim wszystko, co wyjdzie spod jego pióra, jest doskonałe i genialne.

Dostojewski po otrzymaniu, dzięki Wranglowi, pozwolenia na powrót do Rosji europejskiej zakupił w Semipałatyńsku tarantas, załadował do niego żonę i pasierba i po sześciu tygodniach podróży przyjechał do Tweru. Miasto to, jedno z najstarszych i najbardziej szanownych miast Rosji, nosi dziś nazwę Kalinin, a nazwa ta pojawiała się dość często w komunikatach wojennych w 1941 roku. Dostojewski zjawił się w Twerze w sierpniu 1859 r. i zaczyna się zachowywać jak taki nerwowy człowiek, który pociągiem jechał już dwie doby, pozostało mu podróży zaledwie pół godziny i właśnie dlatego, że ma poza sobą dwie doby, niecierpliwi się strasznie. Dostojewski niemal wariował z radości, gdy w Semipałatyńsku dostał zezwolenie na przyjazd do Tweru, a teraz Twer go irytuje, męczy. Mieszka w tym mieście zaledwie niecałe trzy miesiące, a ileż ponapisywał listów z błaganiami o całkowite ułaskawienie, o prawo zamieszkania w stolicy - do Wrangla, do generała Totlebena, do szefa żandarmów , do samego cesarza. Gdyby do Mikołaja I jakiś literat napisał list bezpośrednio, osadzono by go jak najprędzej w szpitalu wariatów, ale oto od czterech lat panuje już Aleksander II; czasy się zmieniły; Dostojewski w liście do cesarza zajmuje go nie tylko swoją osobą, prosząc o zezwolenie na zamieszkanie w Petersburgu, ale stara się go także zainteresować swymi stosunkami rodzinnymi, prosząc, aby cesarz załatwił mu przeniesienie znakomitego pasierba Paszy z jednej szkoły do drugiej. Cesarz skreślił na tym liście życzliwą rezolucję. W grudniu 1859 Dostojewski uzyskuje już upragnione prawo powrotu do stolicy i z miejsca, głową naprzód, rzuca się w dymiący pociąg wydarzeń i sporów.

Okres "poczwarki" jest okresem przejściowym nie tylko dla Dostojewskiego. Jest to okres olbrzymich przeobrażeń w Rosji, głębokiej rewolucji wewnątrz tego państwa, rewolucji przede wszystkim społecznej, ale również i ustrojowej, i politycznej, aczkolwiek rewolucji narzuconej z góry. Mówiąc o czasach Aleksandra II używamy zwykle skromnego słowa: reformy. Skromność ta graniczy z kłamstwem. Uwolnienie chłopów w 1861, uczynienie z wczorajszego niewolnika pełnoprawnego obywatela i właściciela, względnie współwłaściciela gruntu, obalenie w jednym dniu całej dotychczasowej organizacji życia gospodarczego, opartej na niewoli chłopa, nie było reformą, lecz wspaniałą rewolucją z góry. Aleksander II dał swemu narodowi samorząd ziemski i miejski, dał nowoczesne sądownictwo, obalił przywileje stanowe; z państwa policyjnego i stanowego przeobraził Rosję w nowoczesne państwo praworządne. Poszedłby zapewne jeszcze dalej, gdyby nie powstanie polskie w 1863 oraz wewnętrzny rosyjski ruch rewolucyjny, którego padł ofiarą, zabity bombą 1 marca 1881 roku, w przededniu ogłoszenia manifestu o powołaniu parlamentu.

Większość reform Aleksandra II wypada właśnie na okres "poczwarki" Dostojewskiego - od r. 1859 do 1867. W tymże okresie miało miejsce także powstanie polskie i pierwsze wybuchy rewolucyjne, i pierwsze fale reakcji. Dotychczasowe kierunki czy szkoły polityczne, będące właściwie kierunkami czy szkołami literacko-politycznymi, pokruszyły się i przeobraziły jak cała Rosja.

Za czasów Mikołaja I były dwie takie szkoły; obydwie zresztą, co jest ciekawe, wypłynęły z tego samego źródła, z Listu filozoficznego Czadajewa. Ale nie obciążajmy pamięci czytelnika zbytnią ilością nazwisk. I tak za dużo jest ich w tej książce, i tak musimy powiedzieć, że pierwsza szkoła nazywała się słowianofilską, a najwybitniejszymi jej przedstawicielami byli: Chomiakow, bracia Kirejewscy, Samarin, a przede wszystkim rodzina Aksakowych. Szkoła przeciwstawna nazywała się zachodnią (zapadnicy), a jej wodzem, - leaderem, drogowskazem i za życia, i po śmierci był dobry nasz znajomy: Wissarion Bieliński.

Postarajmy się teraz najkrócej przedstawić przeobrażenia i przegrupowania, jakie zaszły w obu szkołach w czasach "poczwarki" Dostojewskiego, czyli w latach 1859 do 1867. Oddalamy się w ten sposób od nurtu naszego opowiadania, ale jest to konieczne. Wer den Dichter will verstehen, muss in Dichters Lande gehen. Kto chce poznać Dostojewskiego, musi poznać jego czasy.

 

IX

SŁOWIANOFILE

 

Piotr Wielki na przełomie XVII i XVIII wieku zmodernizował Rosje, wyrąbał budując Petersburg "okno do Europy", utwierdził rosyjskie panowanie nad Bałtykiem i nad Morzem Czarnym. Do czasów Piotra I Polska i Rosja były to państwa o różnych siłach - toczyły ze sobą wojny ze zmiennym szczęściem, dopiero Piotr Wielki stwarza przewagę Rosji nad Polską i od jego czasów, skutkiem jego pracy Polska już nigdy równości sił z Rosją nie odzyskała.

Słowianofile rosyjscy była to literacka szkoła z czterdziestych i pięćdziesiątych lat zeszłego stulecia, wrogo nastrojona do reform Piotra Wielkiego oraz idealizująca Rosję sprzed Piotra.

Słowianofilom zdawało się, że ruch ich jest na wskroś oryginalny, specyficznie rosyjski. W rzeczywistości słowianofilizm stanowił tylko rosyjską odnogę ogólnoeuropejskiego ruchu literackiego, znanego pod nazwą romantyzmu. Słowianofilizm był to nieco spóźniony romantyzm literacko-polityczny i nie można nawet powiedzieć, że powstał w Rosji, bo w rzeczywistości ziarna tego ruchu przywiezione były do Rosji z Zachodu. Pierwsi słowianofile byli przeważnie wychowankami uniwersytetów niemieckich, bezpośrednimi lub pośrednimi uczniami niemieckiego filozofa Hegla lub Schellinga, potem teorie w Niemczech zasłyszane poubierali w strój pseudorosyjski. Powiadamy: pseudo. Każda powieść jest powieścią historyczną prócz powieści historycznych - zaraz uzasadnię ten paradoks. Oto mamy powieść obyczajową Dickensa. Stanowi ona odzwierciedlenie, ilustrację życia angielskiego w dickensowskich czasach bardziej dokładną niż niejeden dokument z archiwów policyjnych pochodzący. Z powieści obyczajowych wiemy, jak wyglądało życie w czasach, gdy autorowie tych powieści pisywali swe utwory. Teraz weźmy powieść Walter Scotta o średniowieczu. Czy można ją uważać za dokument przy badaniu obyczajów średniowiecza? Oczywiście, że nie! Powieści noszące przymiotnik "historyczne" są zaledwie usiłowaniem odtworzenia życia odległego, usiłowaniem zawsze jak najfatalniej obciążonym anachronizmem. Wyobraźnia ludzka tworząca obrazy przeszłości zwykle tworzy je według własnych swoich gustów. Widziałem kiedyś w hitlerowskim Berlinie wystawcę z manekinami przedstawiającą życie pragermanów. Stroje tych pragermanów były zszyte i skrojone pod najwyraźniejszym wpływem ówczesnej berlińskiej, hitlerowskiej mody ubierania się. Powieść historyczna jest zawsze dokumentem tych czasów, w których została napisana, a nie tych czasów, których dotyczy jej fabuła. Powieść z epoki romantyzmu o średniowieczu stanowi materiał do badania epoki romantyzmu, a nie średniowiecza.

W sposób identyczny musimy się ustosunkować do słowianofili rosyjskich z pierwszej połowy XIX wieku. Idealizowali oni życie starorosyjskie, wzywali do powrotu do obyczajów sprzed Piotra Wielkiego. W rzeczywistości jednak głosili ideały własnej epoki, ideały jak najbardziej współczesne, a tylko swoją wyobraźnią przenosili je w czasy odległe i wmawiali w siebie i innych, że te ich współczesne ideały to testament dawnych czasów. Podobały się im parlamentarne formy rządów w Europie zachodniej - twierdzili więc, że w dawnej Rosji rządzili nie carowie, lecz wiece ludowe; pociągały ich fantazje Fourriera, twierdzili więc, że specyficzną cechą ludu rosyjskiego była zawsze wspólnota rolna. Szyli sobie nakrycia głowy i kaftany mniej więcej według własnych pomysłów i utrzymywali, że to są stroje prarosyjskie, itd., itd.

W rzeczywistości nie znam nic bardziej europejskiego niż ten słowianofilizm rosyjski. Powstał z natchnienia filozofii niemieckiej, stanowił udział rosyjski w jednym z ogólnoeuropejskich ruchów kulturalnych, mianowicie w romantyzmie; w sposobie idealizowania przeszłości bliższy był fantazjom zachodnioeuropejskich pisarzy aniżeli prawdy historycznej. Mówiąc nawiasem, ruch ten wykazał, jak niebezpiecznymi w swych skutkach mogą być czasami fantazje literackie. Oto słowianofile, jak już powiedziałem, wyobrazili sobie, że chłop rosyjski marzy o wspólnocie rolnej, potem wielu słowianofili weszło do komisji planujących wielką reformę oswobodzenia włościan i nadania im ziemi i oto zamiast uwłaszczenia chłopów, indywidualnego obdarzenia ich ziemią, stworzono straszliwą dla ich dobrobytu wspólnotę rolną, która stała się kamieniem węgielnym nędzy wsi rosyjskiej.

Słowianofile wyobrazili też sobie, nie wiadomo dlaczego, że prarosyjskość odznaczała się niesłychaną powściągliwością i czystością w dziedzinie seksualnej. Piękne to przekonanie nie miało żadnych podstaw, a jaskrawy erotyzm występujący w obrzędach sekt ludowych w Rosji wskazywałby raczej na inklinacje odwrotne. Piotr Wielki istotnie powyciągał kobiety z zamknięcia domowego na bale i asambleje, kazał im tańczyć, dygać, a nawet pić wódkę, ale izolacja kobiet od towarzystwa męskiego, będąca w zwyczajach dawnej Rosji, nie oznacza, jeszcze czystości płciowej. Tymczasem słowianofile uważali, że zepsucie obyczajów, że nie tylko lekkomyślność kobiet, ale i rozwiązłość mężczyzn stanowi cechę Europy zachodniej, całkowicie obcą duchowi słowiańskiemu i prarosyjskiemu. Nawet brat Aleksandra II, w. ks. Konstanty, będący przez pewien czas pod wpływami słowianofili, podzielał ten pogląd, ale później zdecydowanie go odrzucił, zwłaszcza jeśli chodzi o życiową praktykę.

Mekką i Medyną słowianofili był dwór w majątku Abramcewo koło Moskwy, należący do rodziny Aksakowych. Mieszkał tam ojciec, synowie i córki. Ojca dzieci nie nazywały skrótem "papa", ponieważ źródłosłów tego wyrazu był niedostatecznie rosyjski, a używały spieszczenia nadzwyczajnie słowiańskiego. Ojciec, Sergiusz Timofiejewicz, był świetnym pisarzem, pisywał pamiętniki, podręczniki polowania i rybołówstwa. Urodził się jeszcze w wieku XVIII. Syn Konstanty był filozofem, a syn Iwan czynnym działaczem i publicystą. Konstanty urodzony w 1817 umarł w 1860, ale pomimo swych lat 43 nie tknął w życiu żadnej kobiety wierząc, że czynić tego przed małżeństwem nie powinien prawdziwy Słowianin, że orgiastyczność seksualna, którą widział naokoło siebie na wsi i w mieście, przyszła z Europy i rozpleniona została przez Piotra Wielkiego. Studiując w Niemczech na uniwersytecie uległ jednak Konstanty Aksakow czarom pewnej Niemeczki, sprzedawczyni kwiatów, i co dzień zjawiał się w jej sklepie, aby czytywać jej wiersze Goethego i Schillera i inne, aż zachodnioeuropejska dziewczyna mu oświadczyła, że chętnie, jeśli chce, pójdzie do niego na utrzymanie, ale niech przestanie przychodzić do niej z wierszami, bo się z niej wszyscy śmieją. Konstanty Aksakow głęboko przeżył to rozczarowanie. Brat jego Iwan przynajmniej się ożenił z córką wielkiego rosyjskiego poety, Tiutczewa, który dobrze się czuł tylko w Rzymie lub we Francji czy Niemczech, podświadomie nienawidził Rosji, ale także wyobraził sobie, że jest straszliwym słowianofilem. Córka jego, żona i współpracowniczka w słowiańskości Iwana Aksakowa, wychowana była w Bawarii i nigdy nie mogła się całkowicie pozbyć cudzoziemskiego akcentu. W majątku Aksakowych wrzało jak w ulu, jakkolwiek przyjmowano tu tylko prawowiernych wyznawców doktryny. Na Turgieniewa, gdy przyjechał, patrzono z ukosa, jakkolwiek nie szczędzono mu pouczeń i wskazywano na błędy, w które się zaplątał. Książętom Oboleńskim słano pościel w salonie na kanapach, ponieważ pokoje gościnne były zajęte, ale dyskutowano, czy ci Rurykowicze nie mają w sobie jakiejś reszty krwi normandzkiej. Dyskutowano zresztą od rana do wieczora i w każdej rzeczy znajdowano głębokie zasady. Zachował się dziennik siostry Aksakowów, dziewczyny poważnej i głębokiej, aczkolwiek równie namiętnej entuzjastki. Z kart tego dziennika przemawia do nas brzmienie dzwonów cerkiewnych. Wiadomo, jak pięknie, melodyjnie, poważnie, a jednak pogodnie dźwięczy spiż dzwonów cerkiewnych, gdy się rozweseli nad lasami i śniegiem. Jest takie książęce nazwisko rosyjskie: Białosielski-Białozierski, wywołuje ono wizję wiosek zawalonych śniegiem i dużych płaszczyzn lodowych, również przysypanych śniegiem. Życie we dworze Aksakowych, ogłuszonym dyskusjami zasadniczymi i słowiańskimi, musiało być dostatnie, przyjemne, jakkolwiek owa nadmierność czystości obyczajów wprowadzała zapewne ton niedosytu, coś jakby doskonały bankiet ze smaczną zupą, pieczywem, rybą i deserami, ale bez kropli wina czy innego alkoholu. Miało jednak to życie swe barwne obrazki. Oto znów z dziennika Wiery Aksakow: jest mroźno, zawieja i noc, jedzie z matką karetą na saniach do Moskwy, aby zdążyć na nabożeństwo w wigilię Bożego Narodzenia. Na jednej ze stacji pocztowych zmieniają im konie. Do karety zbliża się stara kobieta i błaga, aby młoda pani wstąpiła na chwilę do mieszkania zawiadowcy stacji i została matką chrzestną. Nie wiadomo, skąd się wzięła ta kobieta, bo nie widać żadnego domu, a tylko ciemno nocy i zamieć, i śnieżne igliwie tnie po twarzy, rzucane przez wiatr, który jakby głęboko siedzi w lasach i chce opanować całkiem dla siebie przestrzenie bezleśne. Panie wychodzą z karety, prowadzone za rękę przez tę starą kobietę, i oto są w oświetlonym świecami pokoju, w którym jest kilku ludzi, pop prawosławny w szatach liturgicznych, a przede wszystkim leży w łóżku położnica przecudnej urody. Zjawisko, wizja z obrazu Murilla, a nie żywa kobieta. Matki chrzestnej brak, sanki jej zagubiły się gdzieś w lasach, w zamieci. Młoda panna Aksakow bierze udział w obrzędzie, potem wychodzi znów w ciemną noc i jedzie dalej sankami ku dzwonom cerkiewnym, które już słychać z Moskwy.

 

X

SZKOŁA ZACHODNIA

 

W aktach III oddziału własnej jego cesarskiej mości kancelarii, w plice papierów z 1854 r., zawierającej "listy prywatne", znaleziony został list Niekrasowa do jego kochanki Panajewej, treści następującej:

"Dosyć już tego, że Cię osłoniłem w obrzydliwej historii ze sprzedażą majątku Ogariewa. O! uspokój się, nie mogę Cię teraz wydać; skoro tyle lat opowiadałem, że zaplątałem się jakoś w tej sprawie, to nie mogę dziś wywrócić kota ogonem do góry i wskazać na Ciebie. Umrę z tą plamą na sobie. Honor Twój był mi droższy od honoru własnego. A czym mi płacisz za tę ofiarę? Czyś okazała kiedykolwiek, żeś zrozumiała całą przestępczość swego postępowania w stosunku do kobiety opuszczonej przez wszystkich, którą uważałaś za swoją przyjaciółkę? Pogarda Ogariewa, Herzena, Annienkowa, Satina przygniata mnie. Nie zmyję jej z siebie do końca życia... Możesz powiedzieć zresztą, że Annienkow zna część prawdy, wie to, co wie także Turgieniew, ale przecież całą prawdę znamy my tylko we dwoje i zmarły Szanszijew. Zrozum Ty choć raz w życiu to wszystko i powstrzymaj się od nowego straszliwego kroku. Pocieszasz się zapewne słowami mędrca, że człowiek nie obcuje ze świadkami swej śmierci. Ale hańba do śmierci spoczywa na mnie."

Mówiliśmy już o okrągłym mahoniowym stole z samowarem pani Panajew, od którego w swoim czasie uciekł Dostojewski, wypłoszony drwinami. Wracamy teraz do spraw toczących się dokoła tego stołu. Atmosfera tu jest zupełnie inna niż w rozdzwonionym, rozmodlonym pamiętniku Wiery Aksakow. Sprawa o majątek Ogariewa była sprawą kryminalną, w której rolę główną odegrał sam wzniosły poeta "żałości i pomsty" ludu, Niekrasow, a jego kochanka, Panajewa, na którą później usiłował zwalić całą winę wszelkimi sposobami, była tylko pojętną uczennicą i pomocnicą. Reputacja Niekrasowa jest przecież bardzo różna. Członkowie arystokratycznych klubów w Petersburgu znają go jako szczęśliwego karciarza i namiętnego myśliwego. Współpracownicy jego redakcji wielbią jego talenty wydawcy oraz uczucia uczynnego, dobrego, a często dobroczynnego kolegi. Młodzież ubóstwia go jako piewcę ludowej niedoli, jako obrońcę ludu. Dużo jednak ludzi dobrze go znających oskarża go o wszelkie podłości, kradzieże, szantaże, a nawet o grożenie Ogariewowi denuncjacją. Inni znawcy historii sprzedaży majątku Ogariewa, a sprawa ta żywo interesuje współczesnych nam historyków literatury rosyjskiej, wybraniają Niekrasowa i obciążają Panajewą jako podżegaczkę. Chodziło o to, że Ogariew, najbliższy przyjaciel Herzena, tego papieża ruchów rewolucyjnych nie tylko w Rosji, lecz w całej Europie, Mikołaj Ogariew, rzewny poeta i zawzięty rewolucjonista, był właścicielem wielkich dóbr i wyjątkowym marnotrawcą. Zerwał on ze swoją żoną, którą Herzen nazywał "łysą bachantką", i odstąpił jej kilka majątków, dał jakieś weksle, jakieś zobowiązania. Panajewa była przyjaciółką tej eks-żony Ogariewa, otrzymała od niej plenipotencje, przy tym Niekrasow pisał wzór do tej plenipotencji. "Łysa bachantka" wciąż zmieniała kochanków, potem już opłacała sobie utrzymanków i w końcu umarła w Paryżu w 1853 roku. Z papierów po niej pozostałych okazało się, że Panajewa nie wysyłała jej całkiem pieniędzy, sprzedając w międzyczasie majątki Ogariewa i dokonywając wszelkiego rodzaju kombinacji.

Przed uwięzieniem Dostojewskiego w 1849 wszyscy ci ludzie: Herzen, Ogariew, Bakunin, Niekrasow, Turgieniew, Dostojewski, mogli się spotkać i spotykali za gościnnym stołem pani Panajew, myśleli podobnie - wszyscy należeli do szkoły Bielińskiego. Dostojewski myślał może inaczej, ale był za młody i za nieśmiały, aby swe zdanie głośno wypowiadać, za ambitny wreszcie, aby narażać się na drwiny. Ale od tego czasu do chwili powrotu Dostojewskicgo z Semipałatyńska dużo się zmieniło. Zamiast jednego centrum, którym był wydawany przez Niekrasowa "Sowriemiennik", powstały dwa centra: "Sowriemiennik" w Petersburgu i "Kołokoł" w Londynie, wydawany przez Herzena. "Kołokoł" ("Dzwon") nie miał cenzury na karku, pisał, co myślał, wypowiadał się gorąco, rewolucyjnie, gwałtownie, stąd oczywiście był dla Rosjan lekturą bardziej interesującą niż "Sowriemiennik", z którego cenzura w pewnych okresach wyduszała opozycję jak olej z siemienia lnianego i który musiał wypowiadać się aluzjami, porównaniami i wciąż tak balansować, aby go czytelnik zrozumiał, a cenzor nie zrozumiał.

Kto z tych ludzi stanowił "prawicę" polityczną i społeczną, a kto lewicę?

Bardzo jest trudno odpowiedzieć na to pytanie.

Podzielmy przede wszystkim z grubsza całe towarzystwo na dwie grupy: emigracyjną i rosyjską.

W grupie emigracyjnej na pierwszym miejscu oczywiście wymienić należy Herzena, najlepiej w Europie znane nazwisko ze wszystkich rewolucjonistów rosyjskich XIX wieku. Był to liberał będący jednocześnie mecenasem rewolucji. Aleksander Herzen był multimilionerem, nieprawym synem rosyjskiego magnata Jakowlewa, który mu zostawił swój ogromny majątek. Herzen wyjechał za granicę i jako najbogatszy z rewolucjonistów, a poza tym człowiek rządny, a nie marnotrawca jak Ogariew, wspierał rewolucjonistów całego świata, od Włocha Mazziniego do Polaka Worcla. Herzen mieszkał w Nizzy, potem długo bardzo w Londynie, potem w Szwajcarii, gdzie wynajął sobie zamek Prangins, późniejszą, za III republiki, siedzibę księcia Napoleona, Plon-Plon. Utrzymywał roje służby, do stołu jego siadało kilkadziesiąt osób. Pozostawił powszechnie znane pamiętniki.

Bakunin, założyciel szkoły anarchistów, dziś jeszcze mających zwolenników w Hiszpanii, przeciwnik Marksa, był początkowo przyjacielem Turgieniewa, później los go zbliżył z Herzenem, który często go utrzymywał. Był to najskrajniejszy rewolucjonista swoich czasów, ale niekonsekwentny, szarpiący się, przeskakujący od jednej koncepcji do drugiej. Postać pociągająca pióra biografów, a wart jest tego.

Ogariew rzewny poeta, przyjaciel najbliższy Herzena. Jeszcze jako młodzieńcy zaprzysięgali sobie wzajemną przyjaźń i miłość wieczną. Był to również człowiek bardzo bogaty, ale stracił całą fortunę rozdając pieniądze na prawo i lewo. Podczas pierwszych lat jego pobytu za granicą stawiał w swym salonie nie zamkniętą skrzynkę z pieniędzmi, aby jego przyjaciele, rewolucjoniści z całego świata, mogli brać z niej potrzebne im pieniądze bez pytania. Później żył z pieniędzy, które mu dawał Herzen. Ogariew ożeniony był po raz pierwszy z ową "łysą bachantką", którą Niekrasow okradł, skutkiem czego Herzen, "bardziej biorący do serca wszystko, co dotyczyło Ogariewa, niż sam Ogariew" - jak o tym pisali współcześni - nazywał Niekrasowa publicznie złodziejem i nie chciał go widzieć, gdy ten z pielgrzymką przepraszającą przyjechał do Londynu. Później Ogariew, wśród okoliczności niesłychanie romantycznych, ożenił się po raz drugi z córką szambelana i marszałka szlachty, panną Tuczkow. Otóż Herzen, którego własna żona zdradziła z poetą niemieckim Herweghiem, zbliżył się do drugiej pani Ogariew i miał z nią kilkoro dzieci. Ponieważ przysięgi przyjaźni miały działać nadal, więc w londyńskim domu Herzena rozkład pokoi sypialnych był następujący: sypialnia pani Ogariew była pośrodku, pomiędzy pokojem sypialnym Herzena a Ogariewa, przy tym mąż ustępował swe prawa kochankowi. Pani Herzen już nie żyła w tym okresie. Usiłowano stworzyć nową etykę płciową, opartą na pierwszeństwie miłości przed kontraktem ślubnym. Ale wcielanie w życie tej nowej etyki szło opornie. Pani Ogariewa dzieciom swoim, które były także dziećmi Herzena, kazała mówić do Ogariewa "papo", a do właściwego ojca tylko "wuju" i na zewnątrz Ogariewa uważała za swojego męża i gniewała się na niego, gdy wynalazł sobie jakąś kochankę. Stara etyka stykała się z nową etyką, jak palce dwóch rąk stykają się ze sobą, gdy się palce za palce zakłada.

Do grupy petersburskiej zaliczmy Turgieniewa, który mieszkał przeważnie za granicą, ale przyjeżdżał na polowania do swoich dóbr w Rosji. W młodości Turgieniew był przyjacielem i kolegą uniwersyteckim Bakunina, mieszkał z nim razem nawet w jednym mieszkaniu w Berlinie, ale potem Bakunin pogalopował na lewo, dostał się do różnych więzień w Europie i Azji, a Turgieniew pozostał umiarkowanym liberałem, odpowiadały mu może poglądy Herzena, ale ich głośno nie wypowiadał, bo nie był naturą bojową. Turgieniew pisywał w "Sowriemienniku", ale w 1860 r., a więc w rok po powrocie Dostojewskiego z wygnania, z "Sowriemiennikiem" zerwał, bo nie mógł się pogodzić z nowymi postaciami z tej redakcji, Czernyszewskim i Dobrolubowem, ojcami kierunku, który Turgieniew ochrzcił mianem "nihilizmu".

Wspominaliśmy o Dobrolubowie, że pisać nie umiał, jeszcze gorzej od niego pisał Czernyszewski. Ale ci dwaj ludzie trafili do przekonań młodzieży ówczesnej. Czernyszewski i Dobrolubow zaczęli zwalczać kierunek estetyczny w literaturze, lekceważyli Puszkina, Dobrolubow otwarcie zaczął atakować Turgieniewa. W redakcji "Sowriemiennika" powstały dwa obozy, Czernyszewski i Dobrolubow zaczęli atakować starszych członków redakcji, że są estetyczni, że się zestarzeli, że są wielkimi panami, że się zachowują jakby generałowie literatury. Na obiadach u pani Panajew były dobre wina drogich marek, ale ci dwaj publicyści prosili o najprostsze potrawy i o zwyczajną wódkę i wykrzywiali gęby z obrzydzeniem w stronę smakoszy. Pani Panajew, w której pomimo jej strojów, biżuterii, klejnotów, luksusowego trybu życia i arystokratycznego małżeństwa z Panajewem grała krew proletariuszki, córki aktora, tak upośledzonego wówczas pod względem towarzyskim, stanęła otwarcie po stronie Czernyszewskiego i Dobrolubowa. Turgieniew zabiegał pierwotnie o ich łaski, lecz później się zbuntował. Oto jest wymiana listów jego i hrabiego Lwa Tołstoja w sprawie Czernyszewskiego:

Turgieniew do Tołstoja:

"Miałem często nieszczęście bronić przed panem pluskwo-śmierdzącego (inaczej go teraz nie nazywam). W ręce pańskie składam teraz prośbę o wybaczenie i jednocześnie ślubowanie, że będę od dzisiaj prześladować, podawać we wzgardę i niszczyć go wszystkimi dozwolonymi, a zwłaszcza niedozwolonymi środkami. Przeczytałem jego wstrętną książkę, tę obrzydliwą padlinę... Racca... Racca... Racca... Pan wie, że nie ma nic straszliwszego od tego izraelickiego przekleństwa." 

Tołstoj do Turgieniewa:

"Ciągle go się słyszy, jego cieniutki, nieprzyjemny głosik, gadający tępe bezczelności i podniecający się jeszcze tym, że mówić nie umie i głos ma obrzydliwy. Wszystko to zawdzięczamy Bielińskiemu. Ale on mówił tak, aby wszyscy słyszeli i mówili z oburzeniem, ponieważ naprawdę się oburzał, a ten wyobraża sobie, że aby mówić dobrze, trzeba mówić bezczelnie, i stąd wprowadza się w stan oburzenia. I oburza się w swoim kąciku, dopóki ktoś nie powie: basta, i nie spojrzy mu prosto w oczy."

Są duże różnice pomiędzy brzmieniem tych dwóch listów. Ze słów Turgieniewa można wnioskować, że Czernyszewski go rozdrażnił, że Turgieniew wybucha gniewem, ale że wykwintny sceptyk nie jest tak zupełnie pewny, czy ma rację i czy Czernyszewski nie zasługuje na szacunek. Natomiast Tołstoj całkowicie pogardza Czernyszewskim jak rozkrzyczanym lokajem.

Tołstoj! wielkie to imię w literaturze światowej i cóż za siła twórcza! Literaturę rosyjską przedrewolucyjnej Rosji możemy podzielić na cztery okresy, które nazwijmy imionami największych w każdym okresie. Pierwszy: Puszkin i Gogol; przedtem w Rosji nie było właściwie nic, z państw słowiańskich tylko Polska miała nieprzerwany łańcuch twórczości literackiej, od XVI wieku począwszy. Drugi: Turgieniew - Tołstoj - Dostojewski, jak mówili współcześni, Dostojewski - Tołstoj - Turgieniew, jak powiemy dziś. Trzeci: Tołstoj - Czechow, i czwarty: Mereżkowski - Tołstoj. Cztery pokolenia literatury. Tołstoj urodził się za pokolenia pierwszego, a był pisarzem reprezentującym pokolenie drugie, tak samo dobrze jak trzecie, a pisał jeszcze za pokolenia czwartego. Urodził się za Puszkina, dożył do Igora Siewierianina, rozciągnął się na przestrzeni całej historii literatury starej Rosji. Gdy zestarzał, propagował wstrzemięźliwość i wzywał do zaprzestania stosunków płciowych nawet w małżeństwie. W okresie, w którym jesteśmy, nic nie wskazywało na taki koniec żywota, jak również na to, że Tołstoj stanie się kiedyś bożyszczem wywrotowców z całego świata. Tołstoj, młody oficer z blond wąsami, trochę krzywo leżącymi nad kapryśnymi wargami, w niczym nie zapowiadał tego patriarchy z bosymi nogami, w chłopskiej koszuli i z długą siwą brodą, jakim go znamy ze sławnego portretu Riepina. Prócz skier genialnego talentu literackiego odznaczał się wtedy swymi orgiami. Bił rekordy koleżeńskie ilością aktów miłosnych spełnianych w ciągu jednej doby, a dla swoich uciech zakupywał hurtownie usługi całych personeli domów publicznych. Oto człowiek, o którym powiedzieć można, że propagandę wstrzemięźliwości płciowej rozpoczął w... swoim czasie.

Czernyszewski i Dobrolubow byli popowiczami, czyli synami popów, i obaj ukończyli seminaria prawosławne. Nazwisko Czernyszewski pochodzi od wsi Czernyszewa; ojciec Czernyszewskiego był synem chłopa z tej wsi, a uczniom duchownych seminariów dawali wtedy nazwiska od wsi rodzinnych. Zapewne też dziadek Dostojewskiego w podobny sposób został nazwany od wsi Dostojewa i stąd pochodzenie wielkiego pisarza nie miało nic wspólnego ze szlachtą polską Dostojewskich herbu Radwan. Czernyszewski był pisarzem bez talentu, ale niewątpliwie osobiście człowiekiem szlachetnym. Został aresztowany i wysłany na Sybir niedługo po śmierci swego ukochanego przyjaciela Dobrolubowa, który zmarł na rękach pani Panajew. Czernyszewski był także przyjacielem Niekrasowa i przyjaźń tę posuwał tak daleko, że bronił poety nawet w sprawie kryminalnej ze sprzedażą majątku Ogariewa; wspomnijmy zresztą tekst listu Niekrasowa, cytowany na początku tego rozdziału: Niekrasow pisze tam wyraźnie, że mało ludzi zna całą prawdę. W obronie Niekrasowa Czernyszewski pojechał nawet do Londynu do Herzena, aby przebłagać wielkiego proroka i uzyskać wyrozumialszy stosunek do Niekrasowa. Ale Czernyszewski przyzwyczaił się uważać siebie za autorytet i nie znosił polemiki. Gdy Herzen zaczął odpowiadać na jego argumenty, Czernyszewski, o ileż młodszy od niego wiekiem, o ileż mniejszy talentem i rozgłosem, spojrzał na niego ze zdziwieniem i nie odpowiadając ani słowa przerwał rozmowę i wyjechał. Czernyszewski w więzieniu napisał romans Co robić, który miał ustalać nowe zasady etyki płciowej i małżeńskiej. Romans dziś wydaje się nam być nic nie warty pod każdym względem, jakimś okazem śmiesznej grafomanii, postacie wycięte z kartonu, bez krzty prawdopodobieństwa, sytuacje idiotyczne, język i styl niemożliwe do przełknięcia i do strawienia. Wówczas to romansidło stało się czymś w rodzaju biblii, sztandaru dla młodzieży, objawieniem, jakkolwiek nikt właściwie nie mógł rzetelnie wywnioskować, co trzeba robić po przeczytaniu tego Co robić.

Czernyszewski miał osobiste powody do zajmowania się poszukiwaniem nowych reguł w życiu małżeńskim. Ubóstwiał swą żonę, śniadą, ognistą brunetkę. Dla niej wbrew swoim przekonaniom zdobywał pieniądze, aby mieć nie tylko mieszkanie wygodne, ale nawet konie, powozy i sanki luksusowe. Żona jego miała nieprawdopodobną ilość kochanków. Pewien procent tych kochanków znany był Czernyszewskiemu.

Szkoła słowianofili i szkoła zachodnia były szkołami literackimi. Stąd granica między nimi biegnie granicą poglądów w sprawach erotycznych, tej dziedziny od wieków zastrzeżonej dla literatury pięknej. Słowianofile bronili surowych zasad w tej dziedzinie, szkoła zachodnia głosiła pierwszeństwo miłości przed zobowiązaniami. Poglądy słowianofili wcielał w życie Konstanty Aksakow. Ze strony przeciwnej oba centra myślowe szkoły zachodniej, "Sowriemiennik" i "Kołokoł", reprezentowane są przez dwa współżycia we troje: "Sowriemiennik" - dwaj koledzy, Niekrasow i Panajew, mieszkają razem w jednym mieszkaniu z panią Panajew, ślubną żoną Panajewa, a faktyczną Niekrasowa, i "Kołokoł" - znów wspólne mieszkanie Herzena i Ogariewa i pani Ogariew w stosunku identycznym między sobą.

Wracając do naszego pytania o uszeregowaniu pisarzy szkoły zachodniej od prawicy ku lewicy, wypowiedzmy przede wszystkim uwagę, że podział tych ludzi według ich pochodzenia i bogactwa nie ma nic wspólnego z ich podziałem według przekonań społecznych.

Wymienieni w tym rozdziale ludzie dadzą się podzielić na szlachtę i na popowiczów. W grupie szlacheckiej najbogatszy był Herzen, potem Ogariew, potem Panajew (przynajmniej przed znajomością z Niekrasowem), Turgieniew i hr. Tołstoj. Z mniej zamożnej szlachty pochodzili Bakunin i Niekrasow, ten ostatni, mimo nędzy w młodości, był synem ziemianina, a matkę miał szlachciankę polską.

Druga grupa obejmowałaby synów popów: Dobrolubowa i Czernyszewskiego, i wnuków popów: Bielińskiego i Dostojewskiego, pomimo gwałtownych tego ostatniego pod tym względem protestów.

Podział na lewicę i prawicę polityczno-społeczną wyglądałby następująco:

Prawicowcem był wówczas Lew Tołstoj, którego zresztą nie interesowała żadna doktryna polityczna czy społeczna. Literacka twórczość jego miała charakter żywiołowy, jak ryk lwa lub trele słowika.

Liberałem centrowym był Turgieniew, liberałem lewicowym Herzen.

Niekrasow był radykałem w duszy, o wiele bardziej lewicowy od Herzena i Ogariewa, a na lewo ciągnęli go jego przyjaciele nihiliści: Czernyszewski i Dobrolubow. Trzeba tylko pamiętać, że Herzen i Ogariew ujawniali głośno swe sympatie do rewolucji, a ludzie "Sowriemiennika" je skrywali.

Wśród tych wszystkich ludzi jedynym świadomym prawicowcem politycznym, to znaczy zwolennikiem caratu, był Dostojewski. Należał on także do najgorzej urodzonych i był z nich wszystkich najbiedniejszy. Towarzyskie upośledzenie Dostojewskiego wypływało z trzech źródeł: ze złego urodzenia, z materialnej nędzy i z jego politycznego konserwatyzmu. To ostatnie zwłaszcza wzbudzało wzgardę i lekceważenie, a wiemy, jak boleśnie i wybuchowo reagował nerwowy Dostojewski na wszelki objaw lekceważenia jego osoby.

Ale oto przyjdzie powstanie polskie 1863 i raz jeszcze pomiesza wszystkie szyki, inaczej potasuje karty.

 

XI

POWSTANIE POLSKIE 1863

 

Wpływ Polski na wewnętrzne sprawy rosyjskie był zawsze bardzo duży. Polska była tym hasłem, pod którym odbywała się mobilizacja sił rosyjskiego nacjonalizmu. Było tak od wieków. W r. 1861 rozpoczęły się w Warszawie i w Wilnie polskie manifestacje patriotyczne i krew ludzi bezbronnych polała się po brukach ulicznych i po kościołach, 22 stycznia 1863 rozpoczęła się walka zbrojna, gdyż Polakom dostarczono broni z Francji. W rosyjskich kołach rządowych kurs ugodowej polityki wobec Polski reprezentował wielki książę Konstanty i pewna ilość innych dygnitarzy, między nimi ks. Suworow, wnuk wielkiego wodza, naczelnik miasta Petersburga i osobisty przyjaciel cesarza. Wielki książę Konstanty uważał, że należy imperium podzielić na kraje samorządne, z własnymi i parlamentami, a osoba cesarza autokraty stałaby ponad wszystkim i byłaby ogniwem jedności imperium. Wielki książę szczerze dążył do reform w Polsce i do zwrócenia jej odebranych po powstaniu 1830 r. praw konstytucyjnych. Książę Suworow był człowiekiem humanitarnym i postępowym. Nie lubił on więzień ani szubienic. Ratował, jak mógł, zarówno Polaków, jak rewolucjonistów rosyjskich. Usiłował uratować także Czernyszewskiego, lecz się to nie udało z winy samego Czernyszewskiego.

Antytezą Suworowa była postać generała Murawiewa, głównego kata Polaków, wileńskiego generał-gubernatora. Murawiew był człowiekiem odrażającej powierzchowności. "Coś pośredniego pomiędzy hipopotamem a buldogiem" mówili o nim współcześni. Był to sadysta, z rozkoszą wieszał nawet ludzi rannych i chorych, przywożonych ze szpitala. Od maja 1863 walczył z powstaniem w Wilnie i na Litwie energicznie, lecz środkami, które w Europie wzbudzały oburzenie powszechne. Wciąż oskarżał Petersburg, że mu przeszkadza wieszać Polaków w dostatecznej ilości. Pamiętne są jego aforyzmy. Ponieważ kuzyn jego, Murawiew-Apostoł, brał udział w spisku dekabrystów w 1825 r. i został powieszony, więc Murawiew wileński powiadał: "Nie jestem z tych Murawiewych, których wieszają, lecz z tych, którzy wieszają." Na pytanie do niego skierowane, którzy Polacy w Wilnie są mniej niebezpieczni od innych, odpowiadał: "Ci, którzy już wiszą." Szubienica była dla Murawiewa tym, czym fortepian dla Paderewskiego: instrumentem pracy i przedmiotem miłości.

Słowianofile byli do czasów powstania 1863 kierunkiem frondującym przeciw cesarzowi i rządowi, trafiali nawet czasami do więzienia. Słowianofile głosili jedność i zgodę całej rodziny narodów słowiańskich, powinni więc byli być przodownikami ugody z Polakami. Ale stało się wręcz przeciwnie i to właśnie jest dla nich bardzo charakterystyczne. W walce rządu rosyjskiego z Polakami całym sercem stanęli po stronie rządu, a nawet poparcie rządu przez słowianofili w jego walce z Polakami było pierwszym poparciem politycznym, jakie w Rosji udzieliły rządowi świadome i jako tako zorganizowane siły społeczne. W emulacji pomiędzy w. ks. Konstantym a Murawiewem słowianofile otwarcie stanęli po stronie Murawiewa, pomimo pierwotnych sympatii tego brata cesarskiego do ich ruchu. Antypolskość słowianofili nabrała już charakteru bezwzględnego, jakkolwiek brutalność i krzykliwość wniesie do publicystyki w tej sprawie dopiero Katków, o czym będę pisał poniżej.

Gdy Murawie