Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Cat Mackiewicz

Dostojewski

 

 

II

DZIECIŃSTWO

 

Dostojewskiego dzieciństwo, młodość, a nawet wiek męski upłynęły w czasach, kiedy w Rosji chłop był niewolnikiem, rzeczą swego pana, przedmiotem kupna i sprzedaży, podobnie jak Murzyn w amerykańskich stanach południowych. Teodor Michajłowicz Dostojewski urodził się 30 października 1821 r., umarł 28 stycznia 1881 r., czyli w chwili dekretu Aleksandra II z 18 lutego 1861 r., uwalniającego włościan i nadającego im ziemię, miał już lat czterdzieści, przeżył dwie trzecie swego żywota. Chociażby na podstawie pamiętników i listów przyjaciół i literackich rówieśników Dostojewskiego możemy sobie wyobrazić, jak ta niewola wyglądała. Dopiero w 1833 r. wydany został ukaz Mikołaja I zabraniający sprzedawania chłopów pojedynczo, rozbijania rodzin. Przedtem możliwe były rzeczy następujące: Ciotka jednego ze znakomitych literatów rosyjskich wybiera się na karnawał do Moskwy, prosi męża o pieniądze. "Mój drogi - mówi mąż, właściciel dużego majątku ziemskiego, do swego oficjalisty - pani potrzebne są pieniądze, a widziałem nowy przypłodek na wsi." Oficjalista jedzie saniami na wieś, chwyta dziesięcioro schwytanych przed chatami dzieci do sanek i bez żadnych innych formalności czy pożegnań z rodzicami odwozi na sprzedaż. (Grigorowicz: Wspomnienia.) Cena zdrowej, wyrośniętej dziewczyny nie była wtedy większa aniżeli 50 rubli; kiedy ktoś zapłacił za dziewczynę, w której się zakochał, 700 rubli, sąsiedzi uważali go za wariata. Aby zważyć, jak mało warte było wtedy życie ludzkie, trzeba dodać, że dobry wierzchowiec kosztował kilkaset rubli, a obiad w eleganckiej restauracji stołecznej półtora rubla. Pewien ziemianin-esteta posiadający piękny park zamierzał ozdobić go posągami, ale zabrakło mu pieniędzy. Wobec tego poustawiał na piedestałach nagich młodych ludzi i nagie dziewczęta. Ludzie ci, z dębowymi żywymi liśćmi, na wzór posągowy stać musieli nieruchomo, w pozach starożytnych bogów i bogiń przez cały dzień, także w czasie deszczu. (Baron Wrangel: Wspomnienia) Tego rodzaju anegdoty nie były jakimiś wyjątkami; możność dowolnego rozporządzania się człowiekiem wpływała pobudzająco na dziwaczność wszelkiego rodzaju pomysłów. Kilkadziesiąt tysięcy małych Neronów i Neroników używało swej władzy nad chłopami w Rosji. Matka współczesnego Dostojewskiemu wielkiego pisarza rosyjskiego Iwana Siergiejewicza Turgieniewa była damą utalentowaną i oczytaną, należała do najlepszego towarzystwa. Jakże okrutnie traktowała swych chłopów. Oto dziewczyna, która za zerwanie tulipana w cieplarni zbita została prawie na śmierć. Oto chłop, który piechotą chodzi 70 kilometrów tylko dlatego, aby z jakiegoś odległego folwarku przynosić garnuszek kaszy gryczanej. Kasza gryczana w Rosji jest potrawą pospolitą i niewybredną, lecz pani Turgieniew ubzdurała sobie, że na tym właśnie folwarku kaszę gryczaną umieją lepiej przyrządzać niż gdzie indziej. Gdy do pani Turgieniew przychodził list z poczty, specjalny flecista grał przed drzwiami jej gabinetu na flecie; gdy list był z czarną żałobną pieczęcią łąkową, flecista grał marsza pogrzebowego. Tragizm losów nieszczęśliwych chłopów był tym większy, że niektórzy z nich zaznali słodyczy wykształcenia. Pani Turgieniew wysłała małego chłopca ze swej wsi na naukę do miasta, ponieważ ujawnił talent do rysunków. Z chłopca wyrósł rzetelny malarz, proszono go nawet o malowanie plafonu w moskiewskim Teatrze Wielkim. Pani Turgieniew odwołała go na wieś i kazała malować kwiaty. Turgieniew wspomina o tym: "Malował je tysiącami - ogrodowe i leśne - malował ze złością, z nienawiścią, ze łzami... kwiaty te obrzydły także i mnie. Biedak zgrzytał zębami, rozpił się i umarł."

Nie należy przypuszczać, aby zły stosunek do chłopów by i udziałem tylko bogatych panów, przeciwnie, im mniej bogaty był właściciel chłopów, tym los ich był cięższy. Najbardziej okrutnymi zaś byli ekonomowie i inni nadzorcy, sami będący chłopami pańszczyźnianymi. Dostojewski z czasów dzieciństwa zapamiętał sobie taki obrazek: Feldjegier, to znaczy żołnierz-goniec jadący z rozkazu samego cesarza, dla którego konie pocztowe zawsze musiały być przygotowane - wsiadłszy do sanek, ot tak sobie, bez powodu zaczyna bić furmana. Pochylony z bólu furman z całej siły bije konia. I w ten sposób jazda trwała od stacji do stacji: feldjegier bijący furmana, furman bijący konia. Ludzie bici a bezbronni wyżywali się w biciu istot bardziej bezbronnych od siebie. Bity chłop bił swą żonę, bita chłopska żona biła swe dziecko. Życie rodzinne w Rosji było okrutne, bolesne.

Zresztą za czasów dzieciństwa Dostojewskiego bito wszystkich od góry do dołu państwa. Bito chłopów, bito żołnierzy, bito dzieci, uczni, studentów, kadetów. Bito ze wściekłości, z gniewu, pod wpływem pijaństwa, bito tytułem wyrzeczonej przez sąd kary, wtedy nawet mordowano biciem okrutnie: 3000 pałek, 1000 rózeg; bito dyscyplinarnie, bito pedagogicznie, bito dla żartu. Wyżej cytowany baron Wrangel miał cztery lata za czasów wojny krymskiej. Ubrano malca w mundur żołnierza pospolitego ruszenia. Idąc w towarzystwie swej niańki po desce rzuconej na topniejący śnieg w Ogrodzie Letnim w Petersburgu spotkał nadspodziewanie Mikołaja I. Malec wlazł w mokry śnieg, wyprostował się i oddał zręcznie honory wojskowe.

Piękny jak Apollo cesarz był już wtedy stary, ale wciąż wysmukły, olbrzymi, w złocistym hełmie na głowie. 

- Pospolitak? - zapytał chłopca.

- Tak jest, Wasza Cesarska Mość - krzyknął ten służbiście.

- Kto twój ojciec? - zapytał cesarz, ubóstwiający musztrę wojskową i ubawiony żołnierską sprawnością malutkiego jegomościa.

Chłopczyk wymienił tytuły i stanowisko swego ojca.

- Aa... pamiętam... powiedz tatusiowi, żeby bił cię częściej... czik, czik, czik, to pożyteczne dla takich jak ty.

Dostojewski urodził się jako drugi syn sztab-lekarza, będącego ordynatorem wojskowego szpitala w Moskwie. Miał starszego o rok brata Michała, młodszą o rok siostrę Barbarę oraz czworo jeszcze młodszego rodzeństwa: Andrzeja, Wierę, Mikołaja i Aleksandrę. Cała ta liczna rodzina mieściła się w dwóch pokojach, w jednym za drewnianą przegrodą stało łoże małżeńskie lekarza i jego żony, w drugim za takąż przegrodą spała liczna dziatwa z częścią służby. Reszta służby mieściła się w kuchni, w stajni, wozowni i w składach. Służby tej było bardzo niewiele, zaledwie... siedem osób. W owych czasach była to nędza. Aleksander Herzen, później jeden z najwybitniejszych rewolucjonistów europejskich, był rówieśnikiem Dostojewskiego i także mieszkańcem Moskwy. W domu jego bogatego ojca usługiwało mu aż sześćdziesiąt osób służby: kamerdynerów, lokai, kredensarzy, panien służących, pokojówek, stangretów, forysiów, stajennych, kucharzy, kuchcików, pomywaczek. Nie było wodociągów, centralnego ogrzewania, tramwai, nawet dorożek. Nadmiar służby znajdował zajęcie. Lekarz Dostojewski musiał mieć konie, bo miał praktykę na mieście, ale Dostojewscy byli biedni, nie mieli nawet lokaja. Gdy pani Dostojewska składała wizyty żonom przełożonych swego męża, stróż pp. Dostojewskich myl jako tako gębę i ręce, na zmierzwiony łeb wkładał trójgraniasty kapelusz, a na śmierdzące ciało płaszcz ze świecącymi guzikami i szedł ze swą panią, względnie stawał z tyłu za karetą.

Dostojewski, już pod koniec swego życia, oświadczył w jakiejś notatce autobiograficznej: "Rodzina moja była rodziną rosyjską i bogobojną." W tychże czasach w rozmowie z bratem Andrzejem wspominał rodziców jako wzór ludzi przywiązanych do ogniska rodzinnego. Tenże brat Andrzej napisał pamiętniki, dość zresztą nudziarskie i głupawe, w których polemizuje ze słuchami o swoim ojcu. Według bowiem powszechnej opinii publicznej, ojciec Dostojewskich, lekarz Michał Andrzejewicz Dostojewski, był pijakiem, rozpustnikiem i tyranem.

Twierdzenia Dostojewskiego o "bogobojności" jego rodziny wypływały zapewne ze zrozumiałej i naturalnej niechęci do skarżenia się na swoje dzieciństwo, z idealizacji ojca i matki. Ale literacka twórczość Dostojewskiego obnaża nam prawdę o jego dzieciństwie. Obnaża nam mimo woli, nie rozumiejąc, że ją zrozumiemy. Oto przede wszystkim w całej tej twórczości, począwszy od nowel Dostojewskiego, pisarza początkującego, a skończywszy na arcydziełach powieściowych dojrzałego geniusza, zawsze i wszędzie słychać płacz upokarzanego dziecka, skrytego, dumnego, lecz nad wyraz nieszczęśliwego, krzywdzonego przez ojca lub dziadka, lub w ogóle osoby bliskie z rodziny. Płacz ten nie ucichł nigdy. Prawie w każdym utworze Dostojewskiego, zwłaszcza w młodszych latach, figuruje dziecko krzywdzone. Natomiast dzieci szczęśliwe zdarzają się rzadko, prawie nigdy. To coś chyba jeszcze znaczy.

Według twierdzeń wielu osób, plugawą postać starego Karamazowa z Braci Karamazow, wzorował Dostojewski na postaci własnego ojca. W pewnym liście prywatnym przyznaje się Dostojewski, że znany jest mu typ starca "lubieżnego i sentymentalnego". Właśnie Karamazow był taki lubieżny - i sentymentalny i czytał synom poezje Karamzina. Stary Dostojewski również czytał dzieciom poezje Karamzina. Starego Karamazowa morduje jego syn nieprawy we wsi Czeremosznia. Wieś tego imienia należała do ojca Dostojewskiego i on także w niej został zamordowany, jakkolwiek nie przez syna, lecz przez chłopów. Rzecz tak się miała: ojciec Dostojewskiego kupił dwie wioszczyny, bardzo zresztą mizerne, z domkiem o dwóch izbach, tak że wszystkie jego dzieci nie mogły jednocześnie przyjeżdżać na lato. Po śmierci żony zamieszkał na wsi stale, tylko z najmłodszymi dziećmi, i mimo skąpstwa i niedostatku założył sobie mały haremik. Jednocześnie pijany był od rana do nocy i okrutnie tyranizował chłopów. Ci ostatni wreszcie go zamordowali. Rzecz charakterystyczna: spadkobiercy Dostojewskiego, a raczej opieka, która zastępowała interesy jego nieletnich dzieci, nie wszczęła procesu o morderstwo, gdyż w razie ujawnienia morderstwa wszyscy mężczyźni z wioski Czeremosznia poszliby na Sybir, czyli byliby straceni jako własność i dochód. Wioski starego Dostojewskiego nazywały się Darowoje i Czeremosznia, wszystkiego tam było sto pięćdziesiąt dusz ludzkich, w tym robotników mężczyzn zaledwie trzydziestu, reszta kobiety, starcy i dzieci. Wartość tego wynosiła około 12000 rubli bez potrącenia długów.

Szkoła średnia. Dostojewski oddany był do pensjonatu dla chłopców, w którym spędził lat kilka. W powieściach jego figurują chłopcy upokarzani w szkole z powodu swego pochodzenia, biedy, aluzji do rodziców. Bohater powieści Wyrostek, tak bardzo nam przypominający młodego Dostojewskiego, wciąż słyszy od swoich pedagogów. "Jesteś podłego pochodzenia, prawie lokajskiego." Andrzej Dostojewski był oddany do podobnego pensjonatu, jeszcze bardziej wzorowego i bogobojnego, i wspomina, że w klasie wstępnej wszyscy nieletni chłopcy zmuszani byli do pederastii.

Niania-piastunka w rodzinie Dostojewskich nazywała się Alena. Imieniem tym nazwał Dostojewski potworną ropuchę-lichwiarkę, którą student Raskolnikow dość słusznie morduje, a która za życia znęca się nad swoją dobrą siostrą. Natomiast do innego swego wspomnienia z dzieciństwa nawraca Dostojewski dość często, aż wreszcie w 1876 r. szczegółowo je opisuje pt. Chłop Marej. Miał wówczas lat dziewięć i cierpiał na halucynacje. Był bardzo jasny, bardzo słoneczny, gorący, duszny, bezwietrzny dzień. Mały Dostojewski bawił się w zagajniku i wycinał sobie witkę z brzózki, gdy raptem usłyszał okrzyk: "Wilk biegnie!" Jak wariat, przestraszony i nieszczęśliwy, zaczął uciekać i wpadł na chłopa, który orał, a on uśmiechnął się do niego, pogładził go po twarzy, uspokoił.

Przy czytaniu tego opowiadania nasuwa się pytanie, czy wszyscy inni także głaskali i uspokajali to dziecko, gdy miało halucynacje?

Jeszcze jedno wspomnienie. Dostojewski pamięta, jak przystępował do komunii. W kościele prawosławnym do komunii przystępują dzieci nieletnie, nawet niemowlęta. Dostojewski pamięta, jak w chwili komunii w okno cerkwi wleciał gołąbek i innym oknem wyleciał.

Dalszymi wstępnymi Dostojewskiego byli jego dziad ojczysty, Andrzej Dostojewski, duchowny prawosławny w Bracławiu, mieście przed rozbiorami Rzeczypospolitej Polskiej należącym do Polski, oraz dziad ze strony matki, Teodor Nieczajew, kupiec moskiewski.

Do jakiego stanu należał Dostojewski? Ludność ówczesnej Rosji dzieliła się na stany: szlachtę, duchowieństwo, kupców, mieszczan, chłopów i kilka grup innych, pośrednich. Matka Dostojewskiego wyraźnie należała do stanu kupieckiego. Rodzina jej była dość zamożna i dość znana. Ale za czasów dzieciństwa Dostojewskiego kupcy jeszcze w ogóle do społeczeństwa nie należeli. Inteligencja rosyjska składała się ze szlachty i urzędników, względnie oficerów. Zresztą specjalnością rosyjskiego układu społecznego było, że w nim każdy szlachcic musiał być albo urzędnikiem, albo oficerem, a każdy oficer lub urzędnik był szlachcicem. Nie znaczy to jednak, aby nie było towarzyskich różnic pomiędzy tymi grupami. Od czasów Piotra Wielkiego każdy szlachcic musiał "służyć", tzn. być albo oficerem, albo urzędnikiem. Mógł zresztą "służyć" krótko, poprzestać na uzyskaniu rang najniższych, podać się do dymisji i resztę życia spędzić poza ambicjami państwowymi. Urzędnicy rosyjscy dzielili się na czternaście rang o nazwach dziwacznych o brzmieniu niemieckim. Najniższą rangą był koleżski registrator, najwyższą - rzeczywisty radca tajny. Urzędnik, względnie oficer nie-szlachcic, gdy otrzymywał rangę najniższą, zyskiwał jednocześnie szlachectwo osobiste, a po kilku rangach w górę otrzymywał szlachectwo dziedziczne dla siebie i dla potomstwa. W związku z systemem powyższym każdy szlachcic wpisywany był do gubernialnych ksiąg szlacheckich. Ksiąg takich było sześć. Do pierwszej i szóstej wpisywana była szlachta właściwa, przy czym księga szósta zwała się "aksamitną" i przeznaczona była dla rodzin starożytnych. Do księgi czwartej wpisywana była szlachta cudzoziemska, do piątej szlachta utytułowana: książęta, hrabiowie i baronowie, a do księgi drugiej i trzeciej właśnie ci oficerowie i urzędnicy, którzy swe szlachectwo nabyli przez nabycie odpowiedniej rangi urzędniczej czy oficerskiej, oraz ich potomstwo. Jak widzimy, różnica pomiędzy szlachcicem z pochodzenia a szlachcicem z urzędu zalegalizowana była w sposób dyskretny, ale tym niemniej stanowczy.

Córka wielkiego Dostojewskiego napisała wspomnienia o swoim ojcu, w których wspominając o szlachcie dziedzicznej rosyjskiej powiada, że z pisarzy rosyjskich należały do tej szlachty rodziny Turgieniewów i Dostojewskich.

Otóż Turgieniewów tak, ale Dostojewskich nie. Turgieniew, jak i wielu innych współczesnych Dostojewskiemu pisarzy rosyjskich, pochodził zarówno po mieczu, jak i po kądzieli ze szlachty rosyjskiej herbowej, uposażonej majętnościami. Natomiast Dostojewski tylko dlatego był szlachcicem, że jego ojciec, jako lekarz wojskowy, otrzymał odpowiednią rangę.

Należy tu jeszcze wyjaśnić, że niektórzy Rosjanie owych czasów powoływali się na swe pochodzenie ze starożytnego rodu nie przez snobizm, lecz pod wpływem... uczuć demokratycznych. Za czasów Mussoliniego za ochronę demokracji uchodził włoski senat, pomimo swego dość arystokratycznego charakteru, ponieważ była to jedyna w ówczesnym państwie włoskim instytucja, która nie uległa faszyzacji. Podobnie było z instytucją starej szlachty w dyktatorialno-biurokratycznym ustroju Rosji mikołajowskiej. Przecież była to jedyna legalnie uznana instytucja niezależna od cesarskiej nominacji. Przecież szlachectwo nabywało się przez urodzenie, a więc bez udziału biurokracji. Toteż w demokratycznych powieściach rosyjskich zdarzają się ludzie wydający okrzyk: "Jestem szlachcicem dziedzicznym", i demokratyczni czytelnicy czytali to bez uczucia potępienia, lecz z sympatią. Otóż Dostojewscy do tej szlachty dziedzicznej nie należeli.

Córka Dostojewskiego jest, co prawda, innego zdania. Całe jej pamiętniki - wyraźnie maniackie i bezsensowne (Dostojewski w grobie by się wywrócił, gdyby je czytał) - oparte są na założeniu, iż Dostojewski pochodził z litewsko-szlacheckiej rodziny Dostojewskich, i stąd Lubow Dostojewska swego ojca, tego ultra-Rosjanina, wciąż nazywa Litwinem i w każdym jego geście, nawet w kupowaniu cukierków dla dzieci, widzi atawistyczne cechy litewskich przodków.

Rodzina szlachecka Dostojewskich herbu Radwan istniała rzeczywiście w województwie poleskim Rzeczypospolitej Polskiej. Istnieje też po dziś dzień w Polsce wieś Dostojewo, która do tej rodziny należała. W herbarzach polskich czytamy o tych Dostojewskich noszących wybitnie polskie imiona chrzestne, jak Stanisław, Bogumił, Leon, Szczęsny, etc. Byli to katoliccy fundatorzy kościołów i klasztorów katolickich, piastowali oni różne urzędy ziemskie w Rzeczypospolitej. Skąd skromny duchowny prawosławny w Bracławiu miałby mieć coś z nimi wspólnego? Zbieg nazwisk nie mówi tu zbyt wiele. Jednodźwiękowość nazwisk zdarza się w Polsce bardzo często i wcale nie jest dowodem pokrewieństwa. Czasami nawet chłopi nosili nazwisko swego pana. Natomiast trzeba wiedzieć, że katolicyzm rzymski był w Polsce nie tylko wyznaniem panującym, lecz także religią wyższych klas społecznych. Porzucenie go oznaczało wtedy, w XVII i XVIII wieku, dobrowolną degradację społeczną i było mało prawdopodobne. Zresztą gdyby bracławski duchowny prawosławny istotnie był Dostojewskim herbu Radwan, to zważywszy, że Bracław za jego życia należał do Polski, miałby niewątpliwie zaznaczone to w papierach i ojciec Dostojewskiego nie byłby wpisany do trzeciej, lecz do pierwszej księgi szlacheckiej. Przykro mi, ale nie wierzę, aby szlachta litewska mogła się upominać o genialnego Rosjanina jako o jednego ze swoich.

Dostojewski zarówno w życiu, jak w swej twórczości ma kompleks człowieka upokarzanego, drażliwego, dbającego o podkreślanie, że jest równy innym, a jednak wciąż ujawniającego jakiś niepokój w tej sprawie. Jego bohaterzy wciąż są upokarzani i wciąż biorą przesadnie to do serca. Dane biograficzne, którymi dziś rozporządzamy, tłumaczą nam źródła tej drażliwości. Dostojewski miał smutne, nieprzyjemne dzieciństwo. W ówczesnej hierarchii społeczno-towarzyskiej miał lokatę również nieprzyjemną, niby legalnie był szlachcicem, ale wciąż się stykał ze szlachtą w lepszym gatunku. Zapytajcie Balzaca, fałszującego swe nazwisko na de Balzac, jaką rolę w tamtych czasach odgrywały owe cierpienia snobistyczne. Dostojewski ultra-Rosjanin, Dostojewski nienawidzący katolicyzmu i Polaków powołuje się na tych Dostojewskich herbu Radwan, aby choć trochę pozłocić sobie kołyskę.

Na zakończenie tego rozdziału zapytajmy się o seksualne pierwiosnki Dostojewskiego za czasów jego dzieciństwa. Wiemy, że ulega halucynacjom, słyszy urojone krzyki wśród zupełnej ciszy, że później stanie się epileptykiem, że w swych pierwszych utworach literackich widzi siebie w jakiejś umęczonej, masochistycznej roli. Poświęca się zawsze dla kobiety, która albo kocha kogoś innego, albo oddaje się komuś innemu. Mamy prawo przypuszczać, że pobudliwość seksualna ocknęła się w Dostojewskim dość wcześnie. Doszedł do nas opis jego i jego braci zabawy w koniki. W Rosji jeżdżono trójkami, zaprzęgano silnego konia pośrodku, dwa słabsze po bokach. Mali chłopcy Dostojewscy na wsi u swego ojca bawili się w trójki. Każdy z nich miał swoją trójkę, zaprzęgając jako środkowego konia małych chłopców, synów poddanych swego ojca (tych poddanych, którzy tego ojca później zabili), a po dwie małe dziewczynki jako kobyłki po bokach. Przy tym bawiono się także w kupno i sprzedaż tych koników, naśladując zachowanie się kupujących i ich gesty, zaobserwowane na końskim jarmarku. Oglądano małym kobyłkom zęby, ściskano muskuły na nogach, zadzierano nogi w górę, aby sprawdzić, czy kopyta nie pęknięte. Ludzie zrodzeni w Anglii nie znają tych podmuchów świeżego wiatru, które u nas wieją, gdy śniegi tają, i tego zapachu ziemi mokrej od świeżo stajanego śniegu. 

 

 

III

SŁAWA I KOPNIĘCIE

 

W lutym 1837 roku umiera matka Dostojewskiego. Wiosną tego roku Dostojewski zachorował na gardło i stracił głos. Choroba ta zostawiła ślad na zawsze, do końca życia będzie mówił gardłowym, cichym głosem. W maju Dostojewski wraz ze swym starszym bratem Michałem wyjeżdżają do Petersburga celem wstąpienia do szkoły inżynierów wojskowych. Na razie umieszczeni są w prywatnym zakładzie Kostomarowa, przygotowującym do tej szkoły. Od tego czasu Dostojewski staje się i pozostaje petersburszczaninem. Będzie później mieszkał po różnych kątach świata, w Syberii, w środkowej Azji, w niemieckim Dreźnie, nad Jeziorem Genewskim, we Florencji, ale genius loci Petersburga towarzyszyć mu będzie zawsze, będzie mu zapalał świece lub lampę naftową przy jego stole do pisania i będzie mu je gasił dopiero nad ranem, gdyż Dostojewski pracował nocami. Jedyny krajobraz, który będzie do Dostojewskiego przemawiał i będzie go wzruszał, to krajobraz prostych, szerokich ulic Petersburga, wiosenną i letnią nocą białych od białego, bezsennego nieba, jesienią i zimą mglistych, ciemnych, z ogniskami palącymi się w śniegu na rogach ulic. Ulice te mają swój specyficzny zapach, będący mieszaniną zapachu dziegciu, zgniłego błota i powrozów. Petersburg jak magnes pociąga ku sobie mózg Dostojewskiego, białe noce Petersburga wciąż są przedmiotem jego słodkich marzeń. Dostojewski to poeta, pisarz Petersburga.

Oto jest przykład stosunku Dostojewskiego do miasta, którego był synem adoptowanym:

"...uważam petersburski ranek, ten, zdawałoby się, najbardziej prozaiczny ranek na kuli ziemskiej, za nieomal najbardziej fantastyczny na całym świecie. To jest mój osobisty pogląd lub raczej - moje wrażenie, lecz obstaję przy nim. W taki to petersburski ranek, zgniły, wilgotny, mglisty, dziki pomysł jakiegoś Puszkinowskiego Hermana z Damy Pikowej powinien się jeszcze wzmóc. Ten Herman, cóż to za typ kolosalny, całkowicie i niesłychanie petersburski, z petersburskiego okresu. Do mnie ze sto razy podczas tej mgły powracało dziwaczne, lecz dokuczliwe i natrętne pytanie: No i cóż, jeśli rozejdzie się cała ta mgła i pójdzie do góry, czy nie pójdzie z nią razem to zgniłe i oślizłe miasto, czy nie rozejdzie się z mgłą i nie-zniknie jak dym, pozostawiając na swoim miejscu dawne fińskie błoto i tylko pośrodku, dla ozdoby, jeźdźca z brązu na gorąco dyszącym, zagnanym koniu? Jednym słowem, nie mogę wyrazić właściwie swoich wrażeń, wszystko to fantazje czy też poezje, to znaczy bzdurstwo, a jednak często zadawałem sobie i wciąż jeszcze zadaję bezmyślne pytanie: Oto wszyscy kręcą się, miotają się, a kto wie, może to wszystko sen i w ogóle nie ma żadnego człowieka prawdziwego, żadnego czynu rzeczywistego? Ktoś się obudzi, komu się to wszystko śni, i wszystko zniknie..."

Z zakładu Kostomarowa dostaje się Dostojewski w styczniu 1838 r. do szkoły inżynierów wojennych, mieszczącej się w Michajłowskim Zamku, w którym trzydzieści siedem lat przedtem zamordowany został cesarz Paweł I, gmachu posępnym, mrocznym, pełnym legend i wszędzie włóczących się duchów, których wypłoszyć nie potrafiły krzykliwe komendy wojskowe i gwar młodzieży. Wychowankowie szkoły nie nosili nazwy "junkra", jak wychowankowie innych szkół podobnych, lecz "konduktorów". Późnymi wieczorami siadywał Dostojewski w wykuszu okiennym, w rogowej sali, która "konduktorom" służyła za dortuar, i tu, stłoczony pomiędzy dwoma grubymi ścianami ogromnego zamczyska i oknem, za którym było albo biało, gdy to była wiosna, albo czarno i zimno, kilkanaście stopni poniżej zera, gdy to była zima, Dostojewski pracował. Sawieljew, oficer-dozorca, sądził, że przygotowuje lekcje. Ale on już rozpoczął swą pracę literacką.

Poza tym Dostojewski w tej szkole czuł się samotny, los go rozłączył z bratem Michałem, który studiował w Rewlu, był odosobniony od innych, milczący, zamyślony, karny i posłuszny. Jak w innych szkołach wojskowych w Rosji, istniał tu zwyczaj znęcania się starszych kolegów nad młodszymi. Według "tradycji" tych szkół starszy kolega ma nieograniczoną władzę nad młodszym. Jeszcze osiemdziesiąt lat później od czasów opisywanych, bo w 1914 r., mój znajomy, student uniwersytetu, z powodu wojny znajdujący się w szkole oficerów kawalerii, budzony był w nocy przez starszego kolegę, który kazał mu stawać na czworaki, brać papier klozetowy w zęby, siadał na niego konno i kazał się wieźć do wychodka. Przeciw tego rodzaju prostactwom zbuntował się raz kolega Dostojewskiego, "konduktor" Radecki, późniejszy bohater Szipki, jeden z najwybitniejszych generałów wojny rosyjsko-tureckiej w 1878 r. Wielu z kolegów Dostojewskiego zrobiło duże kariery w wojsku. Starszymi od niego byli: Totleben, obrońca Sewastopola, i Kaufman, zdobywca Azji Środkowej Na twórczość Dostojewskiego pobyt w tej szkole nie wywarł większego wpływu.

Zaprzyjaźnił się tylko z Szydłowskim, z którym mógł rozmawiać o literaturze, romantyzmie, Byronie; który sam pisywał piękne wiersze. Szydłowski to pierwsza postać z dostojewszczyzny w życiorysie Dostojewskiego. Utalentowany, rokujący jak największe pod każdym względem nadzieje, po skończeniu szkoły zerwał nie tylko ze służbą wojskową, ale także ze stolicą i z miastem, przeniósł się do swego majątku na wieś i zajmował się po kolei albo pijaństwem w towarzystwie oficerów stacjonującego niedaleko pułku dragonów, których ugaszczał i którym deklamował swoje utwory pornograficzne, albo, przeciwnie, nakładał szatę mnicha i szedł do klasztoru, w którym się modlił i wykonywał usługi poniżające. Bies rozpusty budził się w nim jednak niespodziewanie i nagle, toteż miejscowy biskup zabronił wpuszczać Szydłowskiego za bramę monasteru. W końcu Szydłowski rozpił się zupełnie i czytał chłopom Ewangelię przed drzwiami szynków.

W czerwcu 1839 r. ojciec Dostojewskiego zostaje zamordowany przez chłopów. Siostra jego Barbara w roku następnym wychodzi za mąż za pana Kariepina, który zostaje opiekunem majątku nieletniego rodzeństwa. W sierpniu 1840 Dostojewski zostaje polowym chorążym, a jesienią następnego inżynierem-podporucznikiem. Ma już własne mieszkanie, a raczej mieszkania, bo je ciągle zmienia. Cierpi biedę, głoduje. Przeglądając odpowiednie dokumenty i listy przekonujemy się, że przykre te okoliczności wynikają z własnej jego winy. Oto przykład charakterystyczny. Dnia 1 lutego 1847 otrzymuje Dostojewski 1000 rubli od Kariepina jako spieniężoną część spadku. Kwota ta wystarczała wówczas na utrzymanie całoroczne. Dostojewski wydaje ją w ciągu jednego wieczora na bilard, grę w domino i wystawną kolację w restauracji Dominika. Dostojewski rozpoczyna już swoje życie wypełnione pisaniem listów błagających o pożyczkę, ciągłego wyczekiwania pieniędzy i prędkiego ich marnotrawienia, gdy wreszcie nadejdą. Życie to uporządkuje i uzdrowi dopiero Ania. W październiku 1844 otrzymuje Dostojewski nareszcie upragnioną dymisję z wojska wraz z awansem z inżyniera-podporucznika na inżyniera-porucznika.

Pierwsza poważna praca Dostojewskiego nazywa się Biedni ludzie. Przedtem pisywał tylko tłumaczenia z francuskiego i wpółdziecinne jakieś dramaty historyczne. Biedni ludzie zrodzili się z noweli pt. Płaszcz wielkiego Gogola. Ten tytan literatury rosyjskiej, słowiańskiej, pomiędzy innymi rzeczami swego olśniewającego dorobku pozostawił i tę nowelę o małym urzędniczku, którego życie, los i ustrój społeczno-państwowy tak przycisnęły do ziemi, jak można sobie wyobrazić, że noga jakiegoś ciężkiego mebla, stołu jadalnego czy szafy, przycisnąć może do ziemi ćmę, pluskwę czy pająka. Współczucie dla urzędniczka zmiażdżonego, a przecież mającego jakieś tam ludzkie ambicje, stanowi treść noweli Płaszcz i z tej noweli wyszła cała twórczość Dostojewskiego, od Biednych ludzi, po raz pierwszy wydrukowanych w styczniu 1846, aż do Skrzywdzonych i poniżonych w 1861. W tym okresie Dostojewski jeszcze przeważnie wcale nie jest Dostojewskim, a tylko kontynuatorem Płaszcza, uczniem Płaszcza i kopiałem Płaszcza, i to tylko Płaszcza, a bynajmniej nie całego Gogola! Przez te kilkanaście lat Dostojewski tylko kilka razy rozwierał swe nietoperze skrzydła i próbował wzlecieć nie jako Płaszcz Gogola, lecz jako późniejszy Dostojewski, i to mu się jednak nie udaje, po kilku rozpaczliwych uderzeniach skrzydeł upada na ziemię. Ale i w płaszczowo-gogolowskim repertuarze Dostojewski Gogolowi nie dorównuje. Później, w ostatnich dziesiątkach lat XIX wieku, Antoni Czechów stanie się także kontynuatorem Płaszcza, ale ileż do tej kontynuacji wniesie własnego geniuszu.

Powyższe nie oznacza, by Dostojewski był naśladowcą. Nie! Po prostu Gogol w Płaszczu uderzył w klawisz, który w Dostojewskim wywołał niesłychanie silny rezonans, tak nawet silny, że przytłumił w nim zdolność do oryginalnej twórczości. Już poniekąd wiemy, dlaczego Dostojewski był tak czuły na wizję człowieka upokarzanego. To przewrażliwienie Dostojewskiego w tej dziedzinie, będące niewątpliwie skutkiem tego, że sam Dostojewski czuje się stale upokarzany przez wszystkich, odbija się ujemnie na jego twórczości. Nawet najlepsze z jego "płaszczowych" nowel, jak Biedni ludzie, Białe noce i Skrzywdzeni i poniżeni, są przesentymentalnione i jednocześnie przesłodzone męką ludzką. Używam wyrazu: przesłodzone, ponieważ rozpamiętywanie cierpień ludzkich ma wówczas dla Dostojewskiego wartość narkotyku.

Dostojewski czyta swoich Biednych ludzi Grigorowiczowi, także literatowi, swemu byłemu koledze ze szkoły inżynierów, z którym obecnie mieszka razem w jednym mieszkaniu. Teraz następują rozkosze pierwszego tryumfu. Grigorowicz jest zachwycony, biegnie do poety Niekrasowa i u Niekrasowa wobec kilku osób odczytuje rękopis Dostojewskiego. Wszyscy są zachwyceni, olśnieni. Grigorowicz przybiegł do Niekrasowa wieczorem, teraz jest już późna noc, koniec maja czy początek czerwca, czyli że noc jest biała, czytać w pokoju można nie zapalając światła. Grigorowicz powiada: "Dobrych uczynków nie należy odkładać, chodźmy zaraz powinszować Dostojewskiemu." Niekrasow Dostojewskiego nie zna, lecz wraz z Grigorowiczem idą do niego, budzą go, a gdy zmieszany, zdziwiony, zaskoczony siada na łóżku, winszują mu arcydzieła. Potem Niekrasow poszedł do domu, Grigorowicz do łóżka, ale Dostojewski za to wstał z łóżka i długo, długo, do samego ranka chodził po pokoju od ściany do ściany. Przeżywał chwilę powinszowań - od pierwszych słów swoich gości, od chwili, w której zrozumiał, o co chodzi, aż do wyjścia Niekrasowa z pokoju. Gdy kończył to sobie wspominać, to zaczynał od początku. Już dzwoniły na ulicach różne dzwonki, już hałasował ruch uliczny, darli się przekupnie, rozpoczynał się skwar, a Dostojewski wciąż chodził, nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia.

Niekrasow pobiegł do krytyka Bielińskiego z okrzykiem: "Nowy Gogol pojawił się!" - U pana Gogolowie jak grzyby rosną - sceptycznie odpowiedział Bieliński.

Ale już kilka dni później Bieliński ściskał rękę Dostojewskiego i wołał:

- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan napisał? Czy pan wie, że stworzył pan arcydzieło?

Teraz przedstawić musimy czytelnikowi to koło osób, w które wchodzi Dostojewski po sukcesie odczytania Biednych ludzi. Wymieńmy na razie tylko kilku, mianowicie Panajewa, Niekrasowa, Turgieniewa i Herzena.

Nazwisko Panajewa niewiele mówi czytelnikowi. Panajew był dziennikarzem, felietonistą, pisywał rzeczy dobre, lecz zbyt zaktualizowane, więc umarły one razem z nim. Pochodził z bogatej i arystokratycznej rodziny, która zawsze miała inklinację do literatury. Jego wujaszek, dyrektor kancelarii cesarskiej, pisywał idylliczne poezje o pasterkach, z których siostrzeniec się natrząsał. Jak już wspomniałem, każdy szlachcic musiał w Rosji służyć, ale Panajew tak zirytował swoich zwierzchników niesłychaną szerokością swoich pasiastych modnych spodni, że z łatwością otrzymał dymisję, zwłaszcza że do biura zjawiał się raz na pół roku. Panajew kochał literaturę i snobizował się do wybitnych literatów. Był to człowiek dobry, nienawidzony za zły język. Lubił zwracać na siebie uwagę, dlatego też ożenił się z córką aktora, jedną z najszykowniejszych kobiet w Petersburgu, miał wspaniały zaprzęg, ubierał się z przesadną elegancją, aklimatyzując w Petersburgu nowinki mody paryskiej. Był oczywiście radykałem społecznym, z góry się pisał na wszystko, co było najradykalniejsze, a nawet chłopów swoich uwalniał, jak tylko mógł, co zresztą dopomogło mu do marnotrawienia olbrzymiego majątku, czym się głównie zajmował. Kochał i ubóstwiał Bielińskiego, jak wszyscy zresztą, i aby Bieliński mógł pisywać we własnym piśmie, kupił dla niego miesięcznik "Sowriemiennik", założony niegdyś przez samego Puszkina, a od chwili jego śmierci niezdarnie redagowany przez Pletniewa. Stroną praktyczną wydawnictwa Panajew sam chciał się zająć, licząc na pomoc swego przyjaciela Niekrasowa i na jego zdolności handlowe. Niekrasow zamieszkał nawet u Panajewa. Tak się jednak w ciągu kilku lat złożyło, że mieszkanie Panajewa stało się mieszkaniem Niekrasowa, zaprzęg Panajewa stał się zaprzęgiem Niekrasowa, a nawet żona Panajewa, aczkolwiek wciąż oficjalnie pozostawała jego żoną, stała się niemniej oficjalną kochanką Niekrasowa. Panajew nadal był gorącym i wiernym przyjacielem Niekrasowa, mieszkał dalej w swym dawnym mieszkaniu, teraz już jako gość Niekrasowa, co zresztą znakomicie pewne rzeczy ułatwiało i upraszczało, wreszcie wciąż na okładce "Sowriemiennika" figurował jako redaktor, ale redaktorem ani wydawcą już nie był i zarabiał na życie pisywaniem artykułów, czasami doskonałych. Wszystkie powyższe przejścia odbiły się na jego humorze, ale umiał to maskować i wciąż był w siódmym niebie, gdy coś takiego usłyszał, o czym inni nie wiedzieli.

Mikołaj Aleksiejewicz Niekrasow, wybitny poeta rosyjski, poeta ludu, żalu i pomsty, jak go nazywano. Jest on rówieśnikiem Dostojewskiego i losy jego życia będą się wciąż krzyżować z drogami Dostojewskiego; zresztą absolutnie to samo można powiedzieć o wszystkich innych, których tu wymieniamy. Kto chce poznać i zrozumieć muzę Niekrasowa, ten nie powinien jego wierszy deklamować, lecz podkładać pod nie ludowe melodie rosyjskie i śpiewać je. Wspaniałe to odkrycie zawdzięczamy Korniejowi Czukowskiemu. Muza Niekrasowa była więc muzą śpiewną, ludową, jak szum wiatru zlewa się Niekrasow z szumem deszczu, tak zlewała się z niedolą ludu rosyjskiego. Jak świst wiatru mieści w sobie groźby, tak mieściła w sobie gniew i zapowiedź zemsty i kary. "Złości, złości więcej" - wołał Niekrasow jako redaktor do satyryka, który mu przyniósł opowiadania z życia kupców. Niekrasow był synem rosyjskiego szlachcica i polskiej szlachcianki, ojciec jego miał majątek ziemski w guberni jarosławskiej, ale syn pokłócił się z ojcem, który chciał kierować go na oficera, on zaś chciał wstąpić na uniwersytet. Pozostawiony skutkiem tej kłótni własnym siłom na petersburskim bruku, długo cierpiał nędzę. Zachorowawszy ciężko, słyszał, jak właściciele mieszkania, u których odnajmował pokój, rozmawiali przez ścianę żaląc się, że marne rzeczy lokatora, gdy się je sprzeda po jego śmierci, nie zwrócą im zaległego komornego. Gdy trochę ozdrowiał, ciż gospodarze namówili go, by poszedł do kolegi medyka o poradę. Było to zimą. Niekrasow powlókł się na piechotę na drugi brzeg Newy, kolegi nie zastał, gdy wrócił, było już ciemno, a gospodyni przez zamknięte drzwi oświadczyła mu, że rzeczy jego zatrzymuje na pokrycie komornego i że w pokoju jego śpi już nowy lokator. Niekrasow polazł z powrotem w kierunku Newy, usiadł na ławce wyrąbanej w granicie jej obramowania i postanowił zamarznąć, gdy raptem zjawił się jakiś litościwy żebrak, który go zaciągnął do legowiska żebraków na krańcu miasta. Na drugi dzień Niekrasow zaczął pisywać żebrakom podania do władz policyjnych, biorąc po 15 kopiejek od podania, co jak na żebraków nie było mało. Potem zjawił się jakiś Daneberg, który zaprosił go do swego mieszkania, a raczej do swej nory. Z tym Danebergiem miał Niekrasow wspólny płaszcz i wspólną parę butów. Kiedy jeden wychodził, drugi pozostawał w domu. Niekrasow potem pisywał libretta do wodewili, układał wierszowane ogłoszenia dla kupców. Wydał wreszcie swoje wiersze pt. Marzenia i dźwięki, ale nikt książeczki tej kupować nie chciał, a recenzje były drwiące i nieprzychylne. Warto zacytować kilka epizodów z okresu tej biedy Niekrasowa. Raz z kolegą wybrał się na maskaradę. Niekrasow wynalazł sobie w wypożyczalni kostiumów strój weneckiego doży, a jego kolega hiszpańskiego granda. Na maskaradzie wydali resztkę swych pieniędzy, nie mieli już za co wykupić swych ubrań zastawionych w kostiumerii. Powrócili do domu i nie mogli ani drew do pieca narąbać, ani wody ze studni przynieść, gdyż nie mogli się za dnia pokazać w idiotycznych trykotach. Z tej sytuacji uratował ich jakiś kolega. Inna anegdota ma odmienny charakter. Niekrasow poznał młodą guwernantkę, zamieszkał z nią razem, później jednak zatruł życie dziewczynie i rozstał się z nią. Spotkał ją po roku w luksusowych saniach, była nauczycielką domową w jakiejś rodzinie arystokratycznej. Niekrasow zaczął za nią łazić, wyciągnął ją do siebie z powrotem, potem znów wypędził. Spotkał ją w życiu po raz trzeci, ale była już prostytutką.

Pewnego dnia przed domem, w którym mieszkał Niekrasow, zatrzymały się konie w angielskich szorach i Panajew podreptał do jego sutereny, wyciągnął go z niej i wprowadził do towarzystwa literatów. Bieliński zachwycał się wierszami Niekrasowa i jego praktycznością. W Rosji mieszkańcy guberni jarosławskiej, skąd Niekrasow pochodził, mają opinię ludzi obrotnych, sprytnych, o zdolnościach kupieckich. Niekrasow redagował "Sowriemiennik" kupiony przez Panajewa dla Bielińskiego, przy tym tak sprawami pokierował, że nie tylko Panajew, ale także Bieliński musieli go słuchać. Niekrasow później zrobił duży majątek na swoich wierszach i na grze w karty. Jeden z jego współczesnych przekazał nam taki obrazek: w mieszkaniu Niekrasowa był nieład, talerze z niedojadkami, puste butelki. Kilka osób zajętych grą w karty z młodym ziemianinem, który świeżo odziedziczył dobra ziemskie i zastawił je w radzie opiekuńczej. Gra w karty z tym ziemianinem trwała już w mieszkaniu Niekrasowa kilka dni. Wywołany Niekrasow na pytanie: "Co się tu dzieje" - odpowiedział: "Ano nic, oświeżamy młodzieniaszka." - "Jak to oświeżacie" - "A to bardzo dobre wyrażenie, nauczyłem się go od mego kucharza, który gdy patroszy jarząbka, to powiada, że oświeża ptaka." W kilka tygodni później Niekrasowowi przypomniano zgranego ziemianina. "Ach - krzyknął - ten drań ukradł nam siedem tysięcy!" - "Jak to ukradł?" - "Pilnowaliśmy go dzień i noc, ale on potrafił się nam wyśliznąć i przegrał siedem tysięcy w innym miejscu."

Niekrasow w życiu czynił wszystko to, co potępiał w swoich poezjach. Jeden z jego pięknych wierszy wzywa: Nie wbijaj gwoździ za karetą, bo może się o nie pokaleczyć dziecko. Właśnie kareta Niekrasowa miała z tyłu gwoździe, aby dzieci z ulicy nie mogły się jej chwytać. Niekrasow piętnował w swych wierszach luksusowe polowania z nagonką opisując te właśnie polowania, w których sam brał udział, gdyż był zawołanym myśliwym; potępiał uczty obżartuchów opisując bankiety na których zasiadał jako smakosz pierwszorzędny. Do epizodu z odą na cześć Murawiewa wygłoszoną przez niego jeszcze powrócimy.

Wissarion Bieliński był filozofem, publicystą i krytykiem literackim. Poglądy swe zmieniał w miarę zdobywanej wiedzy i pod wpływem filozofii niemieckiej. W ostatnich latach życia, a umarł względnie młodo, bo w 1848 r., był niechętnie usposobiony do haseł słowianofilskich, był zwolennikiem cywilizacji europejskiej, tzw. "zachodowcem", przeciwnikiem Cerkwi, cara i całego ustroju rosyjskiego. Na razie interesuje nas nie Bieliński-teoretyk, lecz Bieliński-człowiek, a zwłaszcza te tajemnicze w nim siły, które sprawiały, że miał taki wpływ na ludzi, z którymi się stykał, tak olbrzymi wśród nich autorytet i budził tyle do siebie miłości. Pochodzenie Bielińskiego podobne jest do pochodzenia Dostojewskiego, tak samo był synem wojskowego lekarza, wnukiem biednego popa, dzieciństwo miał jeszcze cięższe od dzieciństwa Dostojewskiego. Dostał się do uniwersytetu moskiewskiego jako stypendysta, bo nikt nie mógł za niego płacić, ale prędko go stamtąd wypędzono z powodu "niedostatecznego rozgarnięcia", jak głosiło wyjaśnienie oficjalne. Bieliński dużo w życiu zniósł biedy i upokorzeń, był wciąż chory, ale to bynajmniej nie wyrobiło w nim jakiegoś kompleksu człowieka upokarzanego i skrzywdzonego, na który tak cierpiał Dostojewski. Bieliński był biedniejszy od Dostojewskiego, ale nikogo nigdy o pożyczkę nie prosił, bo ludzie sami narzucali się mu z pieniędzmi, z pomocą, z ułatwieniami. Bieliński miał zamiłowanie do porządku, w pokoiku jego zawsze stały kwiaty. W ogóle paralela z Dostojewskim jest tematem zbyt tentującym, aby jej nie spróbować, choćby w skrócie jak największym. Dostojewski był człowiekiem szlachetnym, o aspiracjach heroicznych, tęsknił do roli bohatera, ale ludzie tego nie widzieli, a w życiu codziennym musiał ich drażnić i zniechęcać. Dostojewski przystępował do ludzi z uśmiechem przepraszającym na ustach i z zatajoną, choć przyhamowaną złością upokorzenia w sercu. Bielińskiego otwarta, pedantyczna uczciwość w szorstki sposób ujawniała się na zewnątrz. Bieliński ludzi gromił, karcił, strofował, prawił im impertynencje. Raporty policji tajnej głosiły, że pisarz Bieliński używa prostackich i ostrych wyrażeń. Od tego człowieka promieniowało jego zrównoważenie moralne. Hołdy przyjmował jako należne i ludzi traktował raczej z góry. "Pewnego wtorku - opowiadał Panajew - o 9 wieczór zaszedłem do profesora Komarowa. Był to jego dzień przyjęć.

- Kto jest u was? - zapytałem lokaja.

- Tylko pan Bieliński.

Wszedłem do gabinetu gospodarza. Lampa paliła się na stole. Na kanapie leżał Bieliński i czytał "Revue Independante", gospodarz mieszkania siedział smutny i patrzył w okno, choć tam było ciemno i kompletnie nic nie można było zobaczyć. Była martwa cisza.

- Cóż to znaczy? - zapytałem. 

Usłyszawszy mój głos Bieliński się odwrócił.

Ach, nareszcie! Jesteście nieznośnymi ludźmi, zawsze się spóźniacie. Pan się pyta, dlaczego ja tak leżę. Na miłość Boską, on mnie tak zanudził (tu Bieliński palcem wskazał na Komarowa), że byłem zmuszony prosić go, by się uspokoił. Chciał mi głośno czytać "Revue Independante", choć ja czytać sam umiem, a gdy zacząłem czytać, siadł koło mnie i patrzył mi w oczy, czego nie znoszę. Musiałem go prosić, aby patrzył przez okno."

Nie tylko intelektualiści czy literaci ubóstwiali Bielińskiego. Znalazł się niejaki książę Kozłowski, człowiek umysłowo raczej ograniczony, fizycznie Herkules prawdziwy, łamiący podkowy, zginający ruble etc., który opiekował się Bielińskim jak niańka, zwoził mu przysmaki, prezenty, butelki dobrego wina itd.

Puszkin i Gogol liczyli się ze zdaniem Bielińskiego, ale dla innych zmienne jego poglądy były zawsze obowiązującym Roma locuta.  [Roma locuta, causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona, rozstrzygnięta (wypowiedź Kościoła jest wiążąca dla wiernych)]

Awdotja Jakowlewna Panajewa, córka znakomitej pary aktorskiej, dzieciństwo spędziła w szkole baletowej. Uchodziła za jedną z najładniejszych i najlepiej ubranych pań w Petersburgu. Literaci rosyjscy kochali się w niej całymi pokoleniami. Mąż jej prowadził na tyle frywolny tryb życia pod względem przyjemności seksualnych, że niektórzy współcześni historycy literatury rosyjskiej stają w jej obronie nawet w sprawie romansu z Niekrasowem. Kowalewski, który ją spotkał na targu kwiatów na usłonecznionych schodach piazza di Spagna w Rzymie, powiada o niej : "Efektowna brunetka o płomiennych oczach". Miała śliczne malutkie usteczka, pierś zgrabną i agresywną, a także pewny talent literacki, napisała kilka powieści, dziś jeszcze czytanych z przyjemnością. Wszyscy niezgrabni, źle urodzeni, nieśmiali, niewychowani literaci znajdowali w niej prawdziwą opiekunkę i protektorkę, ratowała ich towarzysko pierwej w salonie swego męża, potem w salonie Niekrasowa. Modlili się do niej jak do świętej wszyscy pijacy, samobójcy i tego rodzaju zagubione typy. Kto chce studiować literaturę rosyjską ze środka XIX wieku, musi sobie wciąż uprzytamniać obecność tej pary oczu fascynujących.

Wielki pisarz rosyjski i wielki Europejczyk Iwan Turgieniew był najbardziej wykształcony z całego tego towarzystwa, słuchał Hegla w Berlinie, posiadał wszystkie arkana filozofii ówczesnej, miał nawet przez pewien czas zamiar ubiegać się o katedrę, ale potem machnął na to ręką. Człowiek dobry, wesoły, dowcipny, troszkę lekkomyślny. Olbrzym o jasnych włosach, tylko brzmienie głosu miał brzydkie: piskliwe i ciche, raziło swoim kontrastem z jego wyjątkowo wysokim wzrostem. Syn bogatej ziemiańskiej rodziny, gdy miał lat osiemnaście i gdy okręt, na którym jechał na studia do Niemiec, zaczął się palić, podobno stchórzył. "Ratujcie mnie, jestem jedynym synem swej matki" - wołał głośno - "mourir si jeune!" ["umierać tak młodo!"] - "Il parait, que ta conduite etait ridicule" ["wydaje się, że zachowywałeś się dziwnie"], pisała do niego matka. Turgieniew tym pogłoskom zaprzeczył, ale w komedyjce amatorskiej z chęcią grał rolę jegomościa który podczas pożaru słomy w stodole woła: "Jestem jedynym synem swej matki" i "mourir si jeune". Należy tu wyjaśnić, że matka Turgieniewa miała trzech synów.

Pani Panajewa opowiada : "Wiedząc, że do następnego numeru "Sowriemiennika" nie ma nic z beletrystyki, Turgieniew wbiega do redakcji i opowiada, że wczoraj wieczorem wysłuchał czytania tak pięknej noweli, że on, Turgieniew, powinien złamać pióro i nie pisać już nic więcej. Radził Niekrasowowi jak najprędzej zakupić tę nowelę, zapewniając, że powiększy ona od razu ilość prenumeratorów "Sowriemiennika" o 500 najmniej osób. Niekrasow ucieszył się, prosił Turgieniewa o pośrednictwo i dał znać drukarni, żeby czekano na nowelę. Trzeba było jednak czekać półtora tygodnia, bo okazało się, że zachwycająca nowela nie jest jeszcze skończona. Wreszcie autor sam ją przywiózł do redakcji. Był to młody elegant, który zjawił się w karecie zaprzężonej czwórką koni, ponieważ mieszkał w Petersburgu u ciotki, która wyjeżdżała zawsze cugiem i z forysiem. Niekrasow nie czytając nawet noweli wysłał ją do drukarni, gdyż i tak oczekiwanie na nowelę opóźniło wyjście numeru. Kiedy przyniesiono korektę, Niekrasow wpadł w rozpacz. W noweli figurowały wyłącznie księżne, hrabiny, szambelanowie i baronowie, przy tym postacie te rozmawiały z sobą językiem tak pompatycznym, że można było dostać mdłości.

Kiedy Turgieniew przyszedł do niego na obiad, Niekrasow nie mówiąc mu, o jaką nowelę chodzi, przeczytał z niej kilka ustępów. Turgieniew ryczał i tarzał się ze śmiechu po ziemi, a potem literalnie ze łzami od śmiechu w oczach powiedział: "To pewno Panajew nie miał serca odmówić komuś ze swoich arystokracików i przyniósł to cudo." Kiedy Niekrasow wyjaśnił, że to nie Panajew, lecz on, Turgieniew, polecił tę nowelę, Turgieniew zerwał się na równe nogi i zawołał: "To, nieprawda!" Kiedy go przekonano, chwycił się za głowę i zaczął żałośnie piszczeć, a potem opowiedział, że słuchał czytania tej noweli w błogim stanie, że siedział koło prześlicznej kobiety, że pachnące włosy tej kobiety muskały go po policzku i ile razy odwracała się ona do niego, aby mu zakomunikować swój zachwyt, czuł, jak jej śliczne usteczka poruszają się niedaleko jego twarzy. Był on mistrzem w opowiadaniu tego rodzaju scen.

Niekrasow za karę zasadził Turgieniewa do przerabiania tego utworu. Turgieniew zabrał się do tego, wciąż jęcząc i powtarzając: "Trzeba mu dać rózgi, aby mu się odechciało literatury, a ja także zasłużyłem na baty."

Herzena poznał wówczas Dostojewski przelotnie na ulicy. Dostojewski i Herzen to w przyszłości dwa bieguny rosyjskiej myśli politycznej.

Tryumfy z powodu sukcesu Biednych ludzi przeżywał Dostojewski radośnie, zwłaszcza że słyszał słowa zachęty nie tylko od ludzi Bielińskiego, ale także od dawnych przyjaciół Puszkina, jak książę Wiaziemski lub książę Odojewski. Oto z jakim objawem niewyżytej radości, z jaką dziecinną dumą i dziecinnym samochwalstwem opowiada Dostojewski o swoich powodzeniach w liście do brata Michała, który mieszkał na prowincji:

"...nigdy, bracie, nie myślałem, że sława moja będzie tak duża. Wszędzie szacunek niesłychany, ciekawość mej osoby niewiarogodna. Poznałem mnóstwo najprzyzwoitszych ludzi. Książę Odojewski prosi, abym uszczęśliwił go swoją wizytą, hrabia Sołłohub wyrywa sobie włosy z głowy. Panajew mu powiedział, że ukazał się talent, który zadepcze do błota wszystkich pisarzy, Sołłohub biega i woła. "Gdzie Dostojewski, gdzie mogę dostać Dostojewskiego!" Krajewski mu powiedział, że Dostojewski nie zechce wyrządzić mu zaszczytu zawarciem znajomości. Wszyscy mnie zapraszają, nie mogę gęby otworzyć, aby we wszystkich kątach nie powtarzano: Dostojewski powiedział to, Dostojewski ma zamiar zrobić tamto. Bieliński lubi mnie tak, że nie można więcej. Kilka dni temu powrócił z Paryża poeta Turgieniew (pewnie słyszałeś) i tak się do mnie przywiązał, że Bieliński mówi, że Turgieniew zakochał się we mnie. Nie masz pojęcia, bracie, co to za człowiek. Poeta, talent, arystokrata, piękny, rozumny, bogacz, wykształcony, ma lat 25. Wreszcie charakter prawy, przepiękny..."

List powyższy jest z października 1845 r., w liście z listopada tegoż roku donosi Dostojewski o dalszych swych sukcesach, a także o tym, że zakochał się w Panajewej.

W rzeczywistości zetknięcie Dostojewskiego ze światem nie wyglądało tak, aby on ciągle coś mówił, a wszyscy inni jego słowa powtarzali, jak to można byłoby wnosić z tych listów entuzjastycznych. Oto na przykład notatka Panajewej, zapisana tegoż dnia, którego Dostojewski był u niej i zakochał się w niej.

"...razem z Grigorowiczem - pisze Panajewa - przyszedł do nas mały Dostojewski, nerwowy i drażliwy młody człowiek, taki chudziutki, malutki blondynek. Ma chorowitą cerę, nieduże szare oczy, trwożliwie biegające z przedmiotu na przedmiot, rusza nerwowo wargami, w rozmowie ogólnej udziału nie brał, widać zbyt był zażenowany."

Tymczasem czasy tryumfu zaczynają mijać. Dostojewski, zachęcony powodzeniem Biednych ludzi, zaczyna pisać inne nowele, Bielińskiemu przestają się one podobać. Wreszcie katastrofa. Pojawia się nowela Dostojewskiego pt. Gospodyni i oto Bieliński tak się o niej wypowiada:

"...Gospodyni... bzdurstwo ohydne. Każdy nowy utwór Dostojewskiego stanowi dalszy jego upadek. Ależ nabraliśmy się swego czasu na Dostojewskiego geniusza."

Po tych słowach Bielińskiego wszyscy nabierają abominacji do Dostojewskiego. Raz jeszcze podziwiajmy ten nadzwyczajny autorytet, jaki miał Bieliński, ten chudy, niepozorny suchotnik, to biedaczysko bez pieniędzy, a co najdziwniejsza, o poglądach zmiennych i chwiejnych. Bielińczycy zaczynają teraz mówić o Biednych ludziach, że żadnych Biednych ludzi nie było, a byli po prostu "Głupi ludzie".

Dostojewski nie zna jeszcze druzgocącej opinii Bielińskiego, ale coś przeczuwa i dopuszcza się okropnego nietaktu. Oto żąda od Niekrasowa, aby jego utwór wydzielił od utworów innych pisarzy, na przykład otaczając go czarnymi ramkami.

Wywołuje to wybuch oburzenia. Te "czarne ramki" Dostojewskiego warte są owego "mourir si jeune" Turgieniewa na płonącym statku. Obaj pisarze zaprzeczali później tym oskarżeniom. Turgieniew zaprzeczył, że gadał aż takie głupstwa podczas pożaru. Dostojewski już w podeszłym wieku ze wściekłością protestował przeciwko potwarzy przypisującej mu żądanie czarnych ramek. Tylko Turgieniew zawsze ze śmiechem wspominał owe "mourir si jeune" i "jestem jedynym synem swej matki" i nie bał się tego wspomnienia, a Dostojewski o "czarnych ramkach" nie mógł mówić inaczej, jak ze zgrzytaniem zębów, omal że z atakiem epilepsji.

Musiało jednak coś być prawdy w tych "czarnych ramkach", skoro Niekrasow pisze satyryczne wiersze na ten temat, przy tym nazywa Dostojewskiego "czerwonym pryszczem" na nosie literatury rosyjskiej.

Dostojewski głucho czuje, że się wszystko zmieniło i że wszystko jest stracone. Przychodzi raz do wciąż platonicznie ubóstwianej Panajewej, siada przy dużym okrągłym mahoniowym stole. Samowar, biały obrus, dużo srebra i fajansów. Olbrzymi Turgieniew, świetny improwizator, zaczyna opowiadać, że właśnie spotkał małego człowieczka z prowincji, który dostał bzika, że jest geniuszem. Turgieniew powtarza rzekome wywody tego człowieczka z prowincji używając charakterystycznego języka bohaterów nowel Dostojewskiego, używając nadmiaru przymiotników zdrobniałych, charakterystycznych dla tych bohaterów, a zwłaszcza powtarzając wyraz "mateńko". Młody człowiek rzekomo do samego Turgieniewa mówił "mateńko". Wszyscy pamiętali, że w Biednych ludziach bohater noweli pisze "mateńko" do swej ukochanej. Dostojewski drżał jak w febrze, wreszcie udało mu się opuścić wesołe zebranie.

Po jego wyjściu Panajewa gniewała się na Turgieniewa twierdząc, że nie można znęcać się tak nieludzko, że Dostojewski omal nie płakał, ale gniew jej był odparty powszechnym wybuchem śmiechu.

Poczciwy Panajew, który nic nie wiedział o tej scenie, gdyż rzadko siedział wieczorem w domu (jeszcze wtedy we własnym domu), spotkał kilka dni później Dostojewskiego na ulicy i chciał go na obiad zaprosić. Ale Dostojewski pochylił głowę i przebiegł koło Panajewa nie zatrzymując się. Zdziwiony Panajew próbował złapać go za płaszcz, ale Dostojewski wyrwał się i uciekł.

Tymczasem Bieliński nie miał racji. Gospodyni nie była wcale taka zła. Nowela jest niedociągnięta, posiada braki w kompozycji, załamuje się i ma tysiące innych wad, ale jest ciekawa jako próba noweli fantastycznej. Młody człowiek spotyka w cerkwi kobietę, która, jak się okazuje, jest we władzy męża-nie-męża, opiekuna-nie-opiekuna, złoczyńcy, wróżbiarza i kapłana jednocześnie. Młody człowiek dostaje się do ich domu i tu zachorowuje. Gdy w dużej gorączce leży w łóżku, zza ściany świętych sczerniałych ikon - w tej noweli ciągle są ikony tajemnicze i świeczki przed nimi - wychodzi piękna, młodziutka kobieta czy dziewczyna i zbliża się do jego łóżka. Niesamowity dziad rozdziela ich, a potem gdzieś ginie wraz z kobietą. Zdaje mi się, że znalazłem klucz, który jest jednocześnie kluczem i do zrozumienia symboliki tej noweli, i zrozumienia, dlaczego zagniewała ona tak Bielińskiego. Sądzę, że młody człowiek to inteligencja rosyjska, dziewczyna czy kobieta o wymownej nazwie: "gospodyni" - to lud rosyjski, a wróżbiarz prześladowany przez policję to religijne wierzenia tego ludu, to przede wszystkim raskoł. Bieliński był już trzecim pokoleniem wolterianów rosyjskich, nie znosił symboliki, która by dotyczyła tematów religijnych. Drugie pokolenie wolterianów rosyjskich to książę Wiaziemski, który pisał takie wiersze:

Bóg wyboi, Bóg zawiei,

Zapuszczonych polnych dróg,

Bóg noclegów bez pościeli,

Ot on, ot on, ruski Bóg.

Inaczej Dostojewski. On szukał właśnie rosyjskiego Boga. W wieku XVII za patriarchatu Nikona, a panowania Aleksego Michajłowicza poprawiono rosyjskie księgi nabożeństw, oczyszczono je z błędów stuleci. Ale w obronie czczonej starożytności wystąpiła część prostego ludu rosyjskiego, którą zaczęto nazywać raskołem lub starowierami. Kryzys pogłębił się za czasów Piotra Wielkiego, który wyśmiewał, niszczył, prześladował wszystko, co rosyjskie, nawet zabronił jeżdżenia trójkami i noszenia brody. Starowierzy stali się obrońcami prarosyjskości, stali się partią ludowego konserwatyzmu rosyjskiego walczącego z rewolucyjną działalnością Piotra Wielkiego. Starowierzy byli ciemni, ograniczeni, zabobonni, zacofani, składali się wyłącznie z chłopów, przy tym główne ich siedziby były na dalekiej północy, za lasami i błotami, oraz z części kupiectwa. A jednak oni właśnie, starowierzy, byli tą solą ziemi rosyjskiej, gdyż w niezmienności zachowali tradycje odwiecznej Rosji. Inteligencja rosyjska to czuła. Państwo rosyjskie prześladowało starowierów zawzięcie. Palono ich domy modlitw, ich pustelnie, oni sami zresztą palili się także w czasach zbiorowego samobójstwa. Rozpadli się na dziesiątki wyznań, z których niektóre były dziwaczne, jak na przykład jedno z nich uważało, że krzyż jest nieważny i nieświęty, jeśli nie jest zrobiony z drzewa jarzębiny. Zważywszy na prześladowania raskołu przez policję, rewolucjoniści rosyjscy wiele razy próbowali wygrać raskoł przeciw państwu, ale raskoł zawsze z pogardą odrzucał te kuszenia i gdy carat się wywrócił, to się okazało, że właśnie prześladowany raskoł jest carowi najwierniejszy. Otóż zdaje mi się, że Dostojewski myślał o starowierach, gdy pisał Gospodynię. Stąd fantastyczność, migotliwość świateł i cieni w tej noweli. Należy żałować, że Dostojewski lepiej się z tego tematu nie wywiązał.

 

IV

W DRZWIACH DO KATORGI

 

Dzień 22 grudnia, trzy dni przed Bożym Narodzeniem. Luta zima. Siemionowski Plac w Petersburgu. Rok 1849. Nogi grzęzną w śniegu. Plac zastawiony kilkoma pułkami piechoty, oto między innymi stoi lejbgwardii moskiewski pułk piechoty, ponieważ jeden ze skazańców, który ma dziś umrzeć, był oficerem tego pułku. Szafot, czyli pomost drewniany, udrapowany czarną jakąś materią, zaprószoną śniegiem. Na szafocie 21 ludzi, w tym 16, a wśród nich Dostojewski, skazanych na śmierć. Ustawieni są w dwa rzędy, pierwszy stoi Butaszewicz-Pietraszewski, a ostatni na lewym skrzydle pierwszego rzędu właśnie Dostojewski. Poza wojskiem tłumy ludzi, przeważają chustki kobiet, lecz od czasu do czasu napotyka oko także trójkątne kapelusze z kokardami, które nosili wówczas urzędnicy i oficerowie. Rosjanie na ogół obyci są z cierpieniem ludzkim, lecz zadanie śmierci gwałtem, z wyroku sądu, fascynuje ich zawsze i przyciąga. Falujący więc od zimna tłum oczekuje, wypatruje i milczy. Ludzie tupią nogami lub chuchają w palce od zimna. Dostojewski od kilku miesięcy był w więzieniu, lecz teraz dopiero dowiedział się, że ma umrzeć. Chodzi tu o zebranie piątkowe u Pietraszewskiego. Przed szafotem wbite są w ziemię trzy dębowe pale, odarte z kory. Do tych słupów przywiązywać będą skazańców, aby ich rozstrzelać. Teraz audytor każdemu z nich po kolei odczytuje wyrok. Zabiera to pół godziny czasu. Aresztowano ich w kwietniu, stoją więc w swoich letnich płaszczach, nosy mają zsiniałe z mrozu, nozdrza zamarznięte, ręce zgrabiałe. Przychodzi pop, wzruszony, roztrzęsiony, bojący się tej kary śmierci. Mówi prędkim szeptem: "Jeśli żałujesz za grzechy, to twoim będzie królestwo niebieskie". Ręce ma również czerwone i sztywne od mrozu i zmarzniętymi palcami podsuwa każdemu ze skazańców do pocałowania krzyż, mały, srebrny, kwadratowy. Dostojewski całuje ten krzyż i czuje smak zimna na wargach. Kaszkin, stojący w drugim rzędzie, zaczyna płakać, generał Gołowaczew podjeżdża konno do szafotu i mówi do niego pośpiesznie po francusku: "Vous serez gracies tous, tous." ["Wszyscy będziecie ułaskawieni"]. Generał łamie w tej chwili dyscyplinę przez dobroć serca, ale winę jego pomniejsza to, że mówi po francusku, a więc przemawia nie jako generał do skazańca, lecz prywatnie, jak światowiec do człowieka z towarzystwa. Zresztą właśnie Kaszkin i dwaj inni, którzy słyszą słowa generała Gołowaczewa, nie są skazani na śmierć. Nad głowami skazańców ze szlachty, których jest przeważająca większość, łamią szpady w znak pozbawienia ich szlachectwa. Pop wciąż jeszcze kręci się po szafocie, chaotycznie powtarzając słowa rozmaitych modlitw, aż inny generał woła z konia: "Ojcze, skończyłeś swoje - proszę zejść." Na skazańców nakładają białe całuny z kapiszonami i teraz nieruchome powietrze przeszywa okrzyk Pietraszewskiego, a raczej jego uwaga, tylko że ta uwaga wypowiedziana jest krzykiem: "Patrzajcie, cóż za komiczne ubranka, jak oni nie umieją ludzi ubierać!" Po tym okrzyku kilku żołnierzy bierze Pietraszewskiego za ręce, a także porucznika Mombellego i porucznika Grigorjewa, sprowadzają ich wszystkich z szafotu i przywiązują do pali, kapiszony od całunów zaciągając na twarze, a ręce związują także.

Teraz już również Kaszkin i tych kilku innych, którzy słyszeli francuskie pocieszenie generała Gołowaczewa, rozumieją, że było to zwyczajne pocieszenie, ze egzekucja odbędzie się natychmiast. Wśród ciszy, potwornej ciszy oczekiwania, głośne słowa komendy. Szesnastu żołnierzy występuje naprzód. Słychać ich ciężkie, buciaste kroki, jak zdążają ku przywiązanym. Znowuż komenda - "stój", potem jeszcze wrzaskliwsze "gotuj broń". Lufy karabinów są skierowane na ludzi przywiązanych. Pada krótkie, przeraźliwe "cel". Dostojewski już ma w uszach huk salwy. Ale oto Pietraszewski wyswobodził uwiązaną rękę i zerwał kapiszon z twarzy i Dostojewski widzi, że wprowadza to jakiś dysonans do ponurej procedury, przynajmniej tak się jemu zdaje. Żołnierze biorą broń do nogi, a generał Rostowcew, znany z jąkania się, stanąwszy kilka kroków przed Pietraszewskim z jakimś papierem w ręku, zaczyna czytać coś bez sensu, jak się to Dostojewskiemu wydaje. Dostojewski słyszy: "...z łaski Bożej, my, cesarz i samodzierżawca wszechrosyjski, moskiewski, kijowski, włodzimierski, nowogrodzki, car kazański, car astrachański..."

"Boże - myśli Dostojewski - Boże!"

"...Car polski - jąka się dalej generał Rostowcew, wypowiadając kilka słów gładko, to zacinając się dłużej na jednej sylabie - car syberyjski, car Chersonesu taurydzkiego, car gruziński, pan Pskowa i wielki książę smoleński..."

- Prędzej - szepce Dostojewski - prędzej...

"...litewski, wołyński - ciągnie generał - podolski i finlandzki, książę Estonii, Kurlandii, Inflant i semigalski, żmudzki, białostocki, karelski, twerski, jugorski, permski, wiacki, bułgarski i innych..."

"Jak to innych - myśli Dostojewski - to przecież niegramatycznie, może innych, nie Dostojewskiego."

"...pan i wielki książę Nowogrodu, ziem niżowych, czernihowski, riazański, połocki, jarosławski, białozierski, kondyjski, witebski, mścisławski, Uboria, Obdoria i wszystkich krajów północnych władca..."

"Uboria, Obdoria" - powtarza Dostojewski.

"...pan iwerskich, kartalińskich i kabardyńskich ziem i dzielnicy ormiańskiej; czerkaskich i górskich książąt pan i władca; następca tronu Norwegii, herzog schleswig-holsztyński, stormarnski i oldenburski..."

"To przecież koniec" - myśli Dostojewski.

"...etcaetera, etcaetera, etcaetera" - powoli, sadystycznie, uroczyście wymawia Rostowcew.

Potem już ciszej odczytuje konfirmacje cesarza zamieniające kary uprzednio skazańcom odczytane na lżejsze, mianowicie: Pietraszewski zamiast kary śmierci skazany zostaje na dożywotnią katorgę, Mombelli i Grigorjew otrzymują 15 lat katorgi. Dostojewski odczytany jest dziesiąty z kolei, zamiast kary śmierci skazany jest na cztery lata katorgi, a potem ma zostać szeregowcem. Poeta Palm uzyskuje przebaczenie całkowite, a tylko z gwardii przeniesiony jest do armii.

Teraz wszystkim prócz Palma dają brudne kożuchy aresztantów, w które ci ubierają się jak najprędzej. Trzech, uprzednio przywiązanych do pali, od razu zakuwa się w kajdany.

- Prędzej - krzyknął na Pietraszewskiego jakiś oficer.

- Swołocz! - wrzeszczy na niego Pietraszewski - chciałbym ciebie zobaczyć na moim miejscu.

Po czym oświadcza, że nie jest gotów do drogi, bo musi się pożegnać z towarzyszami. Generał skinieniem głowy pozwala mu na to. Pietraszewski obchodzi, całuje i przemawia do wszystkich, potem zaczynają go zakuwać w kajdany. Pietraszewski patrzy na to przez pewien czas w milczeniu, potem niespodziewanym ruchem wyrywa katowi młotek i sam zakańcza tę robotę. Oficerowie i kat nie przeszkadzają mu w tym.

Porucznik gwardii Grigorjew zwariował, w czasie gdy go przywiązywano do słupa, ale na razie tego nie zauważono. Wraz z Pietraszewskim i Mombellim bezpośrednio z placu Siemionowskiego wywożą go w kierunku Syberii.

Inni skazańcy wracają do więzienia, tak jak przyjechali, to znaczy każdy z osobna siada do jednej karety, konny konwój otacza karetę.

Dostojewskiemu pozwolono teraz wysłać list do brata Michała. Dostojewski pisze: "W kazamacie śpiewam głośno, z radości, tak jestem rad z przywróconego mi życia."

Kara śmierci nie polega na fizycznym unicestwieniu człowieka. Śmierć zadana niespodziewanie jest bezbolesna, jest czymś w rodzaju odurzenia eterem lub chloroformem, a więc nie może być karą, bo nie jest cierpieniem, a mówi się: odcierpieć karę. To, co nazywamy karą śmierci, tkwi raczej w nocy przedśmiertnej, polega raczej na świadomości człowieka, że skazany jest na śmierć, na cierpieniach psychicznych, które odczuwa na widok przygotowań do zabicia go. Wobec tego pomysł, aby skazanych w procesie Pietraszewskiego wpierw "nastraszyć" karą śmierci, a potem uszczęśliwić katorgą, równał się właściwie wymierzeniu im dwóch kar jednocześnie, i kary śmierci, i katorgi. Skazani przecierpieli przecież karę śmierci, około godziny byli przekonani, że umrą, i patrzyli na przygotowania do ich zgładzenia. Innymi słowy, Dostojewski za swój udział w zebraniach Płetraszewskiego poniósł karę śmierci, potem męczył się cztery lata na katordze, a później jeszcze około dwóch lat jako szeregowiec z "aresztantów" w batalionie stacjonującym na końcu świata. Jakiś pedant gotów jest powiedzieć, że skoro Dostojewski śpiewał z radości po przywróceniu mu życia, to widać, że uprzednio zainscenizowana kara śmierci działała jako środek znieczulający, pomniejszający cierpienia spowodowane wyrzeczoną karą katorgi. Cóż odpowiemy pedantowi? Zapewne, że jest głupcem, bo należy się liczyć z tym, że nad sposobem kary wymierzonej: Dostojewskiemu głupcy głos zabiorą. Pewien król w średniowieczu skazał swego karła na śmierć, postawiono go na szafocie, jak Dostojewskiego w 1849 r., położono mu głowę na pieńku, a kat uderzył go po szyi kawałkiem kiełbasy. Obecni wybuchnęli śmiechem, lecz karzeł tego śmiechu nie słyszał, umarł ze strachu. Tutaj prostactwo ludzkie dążyło do użycia cierpień ludzkich w charakterze elementu komicznego. Prostactwo tego typu działa po dziś dzień, zwłaszcza w dziedzinie pedagogii.

W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia wywożono Dostojewskiego zakutego w kajdany na Sybir. Sanki jego minęły dom, w którym mieszkał brat jego Michał. Okna były oświetlone, widać było choinkę urządzoną dla dzieci i palące się na niej świeczki.

Dostojewski pokutował za udział w "piątkach" Pietraszewskiego, za odczytanie na jednym z tych zebrań listu Bielińskiego do Gogola. Pietraszewski jest więc człowiekiem, który wywarł decydujący wpływ na osobiste losy życia Dostojewskiego. Pietraszewski i jego zebrania stały się później źródłem twórczości Dostojewskiego. Ale, co najważniejsza, sam Pietraszewski to typ z dostojewszczyzny, i to tak jaskrawy typ z dostojewszczyzny, że w danym wypadku życie było bardziej fantastyczne od powieści, bo oto można powiedzieć, że tak nieprawdopodobnego typu dostojewszczyzny, jakim naprawdę w życiu był Pietraszewski, sam Dostojewski nie ośmielił się umieścić w żadnym ze swoich utworów.

Michał Wasylewicz Butaszewicz-Pietraszewski urodził się zaledwie o jeden dzień później od Dostojewskiego. Zresztą wszyscy w tym procesie oskarżeni byli rówieśnikami Dostojewskiego. Pietraszewscy - oto pokolenie Dostojewskiego. Pietraszewski był szlachcicem, właścicielem majątku i domów w Petersburgu. Uczył się w liceum, arystokratycznym i uprzywilejowanym zakładzie naukowym, w którym kiedyś uczył się Puszkin. Nauczycieli swych wciąż drażnił i uważany był za najgorszego ucznia. Po skończeniu liceum, na uroczystości pożegnalnej, Pietraszewski niespodziewanie dla wszystkich zabiera głos i wygłasza pochwałę swych nauczycieli w tak pięknej i rozumnej mowie, że dyrekcja i liceum postanawia ogłosić ją drukiem. Pietraszewski wstępuje do uniwersytetu, kończy go z łatwością i świetnie.

W 1841 roku Pietraszewski został urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych w charakterze tłumacza. Zaczyna zbierać książki zakazane przez cenzurę, które chętnie wszystkim pożycza. Ujawnia niepospolite zdolności w wielu dziedzinach i jednocześnie niesłychane dziwactwa. Nosił cylinder nie okrągły, jak wszyscy, lecz czterokątny i płaszcz hiszpański. Idąc po ulicy, znienacka zapalał i puszczał fajerwerki lub rozdawał przechodniom książki. Nosił długie włosy; jego szef zawołał go kiedyś i kazał kategorycznie mu się ostrzyc. Nazajutrz przychodzi Pietraszewski do biura z włosami, jak się zdaje, jeszcze jakoś dłuższymi i od razu melduje się w gabinecie swego szefa: "Ekscelencjo, spełniłem żądanie pańskie, ostrzygłem się" - po czym zdejmuje z głowy ogromną perukę i pokazuje istotnie świeżo ostrzyżone włosy. Chciał zostać nauczycielem w jednej ze szkół. Na pytanie, jakiego może uczyć przedmiotu, wyliczył jedenaście przedmiotów. Kiedy władze szkolne wybrały z nich jeden i prosiły, aby dowiódł w nim swej biegłości, odpowiedział: "Przedmiot ten może być rozpatrywany z 20 punktów widzenia" - i istotnie w kilkugodzinnym przemówieniu logicznie i konsekwentnie wyłuszczył wszystkie 20 punktów widzenia. Składał memoriały. Jeden z nich dotyczy następujących kwestii: 1) wadliwości zbioru praw cesarstwa rosyjskiego, 2) pożytku cywilizowania małp za pomocą ich golenia, 3) systemu ubezpieczeń wzajemnych (wówczas w Rosji nieznanego), 4) wykazania, że pożar Moskwy w 1812 r. był dowodem nie patriotyzmu, lecz barbarzyństwa, 5) przedstawienia prawdziwych zasad chrześcijańskiej filozofii, 6) przeistoczenia klasztorów w domy dobroczynności, 7) konieczności zasady jawności w procedurze sądowej i pożytku wprowadzenia w Rosji sądów przysięgłych na wzór angielski.

Pietraszewskiemu bardzo podobały się teorie Karola Fourrier. Zebrał nawet niepiśmiennych stróżów ze swej ulicy i czytał im dzieła Fourriera we własnym przekładzie. Po skończonej lekturze zapytał ich, czy zrozumieli. Słuchacze odpowiedzieli, że zrozumieli znakomicie. "Jak można było nie zrozumieć" - powiedzieli niektórzy z nich. Pietraszewski dał wszystkim po 20 kopiejek. Na następnej jednak prelekcji Pietraszewski dał im tylko po pięć kopiejek, co wywołało kryzys. "Myśmy u waszej miłości dłużej teraz byli, a otrzymaliśmy mniej" - mówili zawiedzeni słuchacze. Propaganda teoretyczna zasad Fourriera została zawieszona na skutek obustronnego rozczarowania. Ale zdarzyło się, że jedna z wiosek należących do Pietraszewskiego spaliła się do cna. Pietraszewski chwycił się tej okazji. Zamiast odbudowywać wioskę zaczął budować falanster, wspólne sypialnie, jadalnie, bibliotekę, wspólne wozownie, stajnie, obory, chlewy. Było w tej wiosce 40 rodzin. Pietraszewski zapożyczył się, aby wszystko było możliwie wspaniałe. Już był ustalony dzień inauguracji falansteru, na który zaproszeni byli znajomi Pietraszewskiego z Petersburga, gdyż wioska ta leżała blisko stolicy, gdy uszczęśliwiani chłopi w przededniu uroczystości podpalili i spalili falanster ze wszystkimi przynależnościami.

W stosunku do warstwy oświeconej Pietraszewski wykazywał mniej naiwności, a czasami zdobywał się na chytry oportunizm. Na przykład w r. 1846 redaguje drugie wydanie dykcjonarza wyrazów obcych i dedykuje go bratu cesarza, wielkiemu księciu Michałowi, omawiając w nim szereg pojęć drażliwych, jak konstytucja, demokracja, fourrieryzm itd. Dedykacja, na którą uzyskano pozwolenie samego wielkiego księcia , uśpiła czujność cenzora. Dopiero później dostrzeżono wszystkie te okropności, słownik został wycofany ze sprzedaży i spalony, a roztrzepany cenzor skazany na areszt.

W 1848 Pietraszewski rozsyła szlachcie petersburskiej guberni, do której sam należy, memoriał o niewinnym i smakowitym tytule "O sposobie podwyższenia cen ziemi". W memoriale tym w chytry sposób propaguje oswobodzenie chłopów. Ceny ziemi dlatego tak są niskie, ponieważ prawo kupna ziemi posiada tylko szlachta, gdyby to prawo uzyskali także kupcy, cena ziemi musiałaby się podnieść. Kupcy jednak nie mają prawa być właścicielami niewolniczych "dusz ludzkich". Więc...

Od 1844 r. Pietraszewski zaprasza różnych ludzi na swoje "piątki". Na zebraniach tych gada się zwykle kilka godzin w towarzystwie kilkunastu do kilkudziesięciu sproszonych gości, czyta głośno książki francuskie, w Rosji przez cenzurę zakazane, a o drugiej godzinie w nocy Pietraszewski zaprasza na skromną kolację. Czasami Pietraszewski wykazywał nie tylko takt i spokój, lecz także przenikliwość. On jeden ze wszystkich uczestników swych zebrań odgadł, że Antonelli jest szpiclem.

Rewizję u Pietraszewskiego w nocy z 22 na 23 kwietnia 1849 robił sam generał Dubelt, zastępca szefa słynnego III oddziału własnej jego cesarskiej mości kancelarii, człowiek, przed którym drżała cała Rosja. Pietraszewski siedział w jakimś egzotycznym szlafroku. Gdy Dubelt dotknął jakiejś książki, Pietraszewski krzyknął z udanym przestrachem:

- Generale, nie ruszaj pan tej książki, to nie dla pana.

- Dlaczego?

- Bo to książka zabroniona przez cenzurę. Jeszcze panu zrobi się niedobrze.

Przy śledztwie bardzo zaszkodziły Pietraszewskiemu jego rękopisy, zajęte podczas nocnej rewizji. Wyczytano w nich na przykład takie aforyzmy.

"Od chwili, w której rozstałem się ze swoją smrodliwą ojczyzną..."

Albo:

"...zgodnie ze słowami ogólnie znanego demagoga Chrystusa, który cokolwiek niefortunnie zakończył swą karierę życiową..."

Prawie równe oburzenie wywołały uwagi Pietraszewskiego o karze, którą wymierzył książę Oldenburski, kuzyn cesarza, uczniom podległego mu zakładu naukowego. Pietraszewski pisał:

"Cóż to za dziwaczny sposób karania przez pozbawianie poduszek do spania. Należało się przedtem zapytać o radę chociażby jakiegoś felczera, który by wytłumaczył, że kara taka może spowodować ból głowy, a nawet apopleksję u chłopców anemicznych."

Na śledztwie Pietraszewski zachowywał się w sposób rozmaity. Początkowo tłumaczył, że do rozpatrzenia jego sprawy wydelegować należy komisję naukową, a nie władze wojskowo-sądowe. Potem w odpowiedzi na żądanie spisania zeznań zaczął piać jak kogut, tańczyć i skakać. W końcu zaczął się bronić w sposób poważny i rozważny, a nawet zgodził się przeprosić księcia Oldenburskiego za bezczelną krytykę jego rozporządzenia o poduszkach.

Czy Pietraszewski był wariatem? Sądzę, że gdyby się urodził w Anglii, to w 1841 przemawiałby na zebraniach w Hyde Parku, w 1849 zostałby posłem do parlamentu, a w 1866, zważywszy na wybitne zdolności i silny charakter, mógłby zostać premierem. Ale Pietraszewski urodził się w kraju, którego ustrój polityczny zbliżony był do dzisiejszych ustrojów dyktatorialnych, jakkolwiek był modelowany w bardziej patriarchalny sposób, i dlatego jego polityczne zainteresowania i zdolności usychały, degenerowały, wynaturzały się w dziwactwach. Była to roślina hodowana wśród warunków, które sprawiły, że nabrała kształtów potwornych.

Kiedy w 1856 Pietraszewski otrzymuje amnestię, on jeden ze wszystkich uczestników swej sprawy odrzuca tę amnestię oświadczając, że żąda sądowej rewizji swego procesu. Tego oczywiście nie zyskał, ale spotykamy go jednak później w Irkucku, stolicy Syberii wschodniej, za czasów liberalnego generał-gubernatora tej prowincji Murawiewa-Apostoła, gdzie współpracuje w prasie wydawanej przez tego oświeconego dygnitarza. Ale Pietraszewski nudzi się i kłóci, nazywa zastępcę generał-gubernatora, generała Korsakowa, "koniem pocztowym", bierze udział w kłótniach i intrygach spowodowanych śmiertelnym wynikiem pewnego pojedynku, naraża się wszystkim, aż wreszcie zostaje zesłany ponownie w głąb Syberii. Awantury nie ustają, więc zsyłają go dalej i dalej. Umarł w siole Bielskim okręgu Jenisiejskiego w ciężkich warunkach. Sybir jest strasznym krajem, w którym człowieka poza domem zjadają latem "meszki", rodzaj małych komarów , a w domu latem i zimą karaluchy. Witalność tego paskudztwa jest tak duża, że rokrocznie zdarzają się wypadki zjadania pozostawionych bez nadzoru niemowląt przez karaluchy. Chłopi od karaluchów wymrażają chaty, to znaczy pozostawiają je otwarte w czasie największych mrozów. Ale Butaszewicza-Pietraszewskiego nikt nie lubił i w dzikiej wiosce dano mu nie wymrożoną chatę. Był chory, nikt mu nie usługiwał, nie odwiedzał, zmarł zagryziony przez karaluchy. Na pogrzeb czekał dwa miesiące, wreszcie go pogrzebano, przy tym w tej ceremonii nikt prócz dwóch grabarzy udziału nie wziął. Jedna z jego biografii zakończona jest słowami, które tu powtórzymy. Gravis uit vita, levis sit ei terra. [Przeminęło ciężkie życie, oby ci ziemia była lekką.]

Pietraszewski zaczepił kiedyś Dostojewskiego na ulicy zapytaniem: "Jaka jest idea pańskiej ostatniej noweli?" W ten sposób została zawarta znajomość, której likwidację opisał sam Dostojewski w panieńskim albumiku do wierszy panny Milukow w sposób następujący.

"Dwudziestego drugiego, a raczej dwudziestego trzeciego kwietnia wróciłem do domu o czwartej rano i zaraz zasnąłem. Przez sen słyszałem, że do pokoju weszli jacyś niezwykli ludzie. Zadźwięczała szabla o coś potrącona. Z trudnością otwieram oczy i słyszę miękki sympatyczny głos: proszę wstać. Patrzę: komisarz policji. Ale sympatycznym głosem mówił człowiek ubrany w niebieski mundur żandarma ze szlifami podpułkownika.

- Co się stało?

- Według rozkazu.

Patrzę, że istotnie "według rozkazu". W drzwiach stoi jeszcze jeden żandarm.

- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi - uspokajał mnie podpułkownik - niech pan się ubierze, my zaczekamy.

Rozpoczęła się rewizja. Komisarz policji wykazał wielką przedsiębiorczość, moim cybuchem zaczął roztrącać popiół w piecu. Podoficer żandarmerii na jego rozkaz wlazł na piec, ale stamtąd zleciał wywróciwszy się na ziemię.

Na stole leżała moneta piętnastokopiejkowa, stara i pogięta. Komisarz policji zaczął uważnie się jej przypatrywać.

- Czy nie fałszywa? - zapytałem.

- Zobaczymy - odpowiedział i załączył monetę do akt sprawy.

Wyprowadzono mnie. W drzwiach żegnała mnie gospodyni oraz jej służący, Jan, bardzo przestraszony, lecz jednocześnie czegoś uroczysty w sposób odpowiadający powadze wydarzenia, zresztą uroczystość ta nie miała świątecznego charakteru. Pojechaliśmy na Fontankę koło łańcuchowego mostu."

Tam Dostojewski spotkał wielu znajomych, między innymi swojego młodszego brata Andrzeja, aresztowanego przez pomyłkę w zamian za starszego brata Michała, który istotnie kilka razy brał udział w zebraniach u Pietraszewskiego. Przyjechał także książę Orłów, szef III oddziału generał Dubelt, zadawali pytania wszystkim obecnym w ilości kilkudziesięciu osób w sposób uprzejmy, jak na raucie. Potem podano śniadanie z zakąskami i winem, wśród aresztowanych było kilku oficerów gwardii, trudno im było nie podać przyzwoitego śniadania przy pierwszym spotkaniu.

Andrzej, brat Dostojewskiego, rozczulił później Dubelta, gdy na pytanie, czy zna Butaszewicza-Pietraszewskiego, odpowiedział, że Pietraszewskiego nie zna, a "tamtego drugiego" nazwiska nie dosłyszał i prosi ekscelencję o powtórzenie. Dubelt od razu zorientował się, że Andrzej Dostojewski jest normalnym durniem, którego zebrania Pietraszewskiego interesować nie mogły, i wypuścił go z listem do jego przełożonego, wyjaśniającym pomyłkę, wyrażającym ubolewanie i prośbę, aby poczciwy Andrzej nie miał jakichś dalszych przykrości, a aresztował Michała, którego zresztą także wypuścił. Ponieważ Michał miał żonę i dzieci, które pozostały bez grosza pieniędzy, więc cesarz osobiście posłał im 200 rubli, z tym jednak, aby nikt nie wiedział, że to od niego.

Ideowy stosunek Dostojewskiego do sprawy pietraszewców jest zabagniony. Jego biografowie podświadomie tendencyjnie chcą go zsolidaryzować z ideałami pietraszewców. Powołują się przy tym na zdanie wypowiedziane przez Dostojewskiego 15 lat później, że obecnie "zdradził swe dawne przekonania". Znamy to zdanie, wypowiedziane ono było w liście prywatnym, w którym oburza się Dostojewski, że policja wciąż czyta jego listy, z ogólnego tonu całego listu wynikało, że zdanie to było nie przemyślane, rzucone w przesadzie i rozdrażnieniu i żadnym dowodem być nie może. Poza tym wysuwany jest jakiś list Majkowa, w którym ten przypomina sobie, jak Dostojewski w nocy siedział w koszuli na kanapie i coś mu mówił, że poza zebraniami Pietraszewskiego powstało na ich tle kółko Durowa (którego później Dostojewski nie znosił) i że kółko to zamierza założyć tajną drukarnię. Oto wszystko.

Nie należy na to wszystko zwracać uwagi. Mamy inne ważniejsze dowody, które stwierdzają, że Dostojewski bardzo daleki był od ideologii pietraszewców. Są to obecnie in extenso ogłoszone akta sprawy, zeznania Dostojewskiego. Stwierdzają one ponad wszelką wątpliwość, że Dostojewski ówczesny był już zapowiedzią Dostojewskiego późniejszego, że miał już przekonania ludowe, nacjonalistyczne, religijne, monarchiczne.

Zeznania przed śledztwem mogą być kłamliwe, a nawet stuprocentowo zełgane. Tak jest, toteż w zeznaniach Dostojewskiego dużo jest nieprawdy, gdy mówi: nie wiem, nie słyszałem - o rzeczach, które znał i które słyszał, ale które by obciążały innych oskarżonych. Dostojewski broni, jak może i umie, swych przeciwników politycznych, ale swych kolegów z zebrań i obecnych kolegów z więzienia. W ogóle zeznania Dostojewskiego są nad wyraz szlachetne. Obciąża siebie, wybrania innych. Tym bardziej zasługuje to na podkreślenie, że akta obecnie ogłoszone miały na zawsze pozostać tajnymi i że inni uczestnicy zebrań Pietraszewskiego, nawet najwybitniejsi, nawet później czczeni przez rewolucyjne społeczeństwo rosyjskie, pozwalają sobie w tych zeznaniach nie tylko na kajania się, lecz i na denuncjacje kolegów. Dostojewskiego zeznania są kryształowe, piękne, czyste, godne, dostojne. Sam on powiada o sobie w swoich wspomnieniach, że z początku bardzo przestraszył się więzienia, lecz potem się uspokoił. Widać, że nie dbał o siebie, a tylko o to, aby zachować się zgodnie ze swoimi przekonaniami i aspiracjami, w sposób heroiczny, i widać także, że mu jest przyjemnie, że rząd tak się interesuje jego przekonaniami i poglądami. W Rosji uznanie faktu, że każdy człowiek ma indywidualne polityczne zdanie, następowało dopiero w stosunku do człowieka już aresztowanego.

Zeznania Dostojewskiego, kłamliwe, gdy chodzi o zatajenie winy innych, nie mogą być kwestionowane co do szczerości, gdy chodzi o niego samego, gdyż, po pierwsze, nie są one obliczone na pomniejszenie swej odpowiedzialności wobec sądu, pewne rzeczy w ówczesnej Rosji Dostojewski krytykuje z prowokacyjną swobodą, po drugie, w tych zeznaniach wypowiada Dostojewski absolutnie te same poglądy, które będzie głosił, gdy już będzie sławnym pisarzem i uznanym monarchistą. Czytając w tych zeznaniach wyznanie wiary Dostojewskiego uwięzionego, stwierdzamy, że to są te same poglądy, które będzie głosił późniejszy Dostojewski monarchista, a więc twierdzimy, że musiały one być szczere i prawdziwe.

Wyjaśnijmy przede wszystkim sprawę czytania listu Bielińskiego do Gogola. Gogol zachowywał się przed śmiercią w sposób przypominający nam okoliczności śmierci cesarza Aleksandra I. Była to widać choroba epoki. Cesarz chciał się rozstać z cesarstwem i iść do klasztoru, wielki, niezrównany pisarz chciał się rozstać ze swym artystycznym bogactwem, palił swoje niewydane rękopisy i chciał jechać do Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Popełnijmy tu znów dygresję. To, że Gogol był monarchistą, że pisywał listy monarchistyczne, nie mogło mu w niczym pomóc w oczach cesarza czy rządu. Cesarz karał pisarzy za przestępstwa cenzuralne, ale nigdy nie przyszło mu do głowy wynagradzać pisarzy za uczucia wiernopoddańcze. Zabronił nawet Puszkinowi wydrukować wiersze na swoją cześć. Gdyby wtedy wielki pisarz rosyjski Gogol ośmielił się powiedzieć: popieram cesarza Mikołaja I, to cesarz uśmiałby się serdecznie z tej megalomanii, a Gogola wsadzono by do więzienia za bezczelność. I to może nie tylko z braku kultury. Było to raczej odzwierciedleniem istotnego, realnego stanu rzeczy. Rosja była olbrzymim krajem analfabetów, siła polityczna cesarza opierała się nie na poglądach politycznych jego poddanych, lecz na jego dywizjach, żandarmach i policji.

Otóż w odpowiedzi na owe monarchistyczne i religijne wynurzenia Gogola Bieliński w dniu 15 lipca 1847 wystosował do niego, do Rzymu, gdzie Gogol mieszkał, prywatną epistołę, zawierającą następujące, zbrodnicze z punktu widzenia ówczesnych sędziów ustępy:

"...Rosja widzi swe zbawienie nie w mistycyzmie, nie w ascezie, nie w pietyzmie, ale w osiągnięciach cywilizacji. Potrzebne jej są nie kazania (dosyć ich słyszała), nie modlitwy (dosyć ich powtarzała), lecz obudzenie w narodzie poczucia godności własnej.

...okropne widowisko kraju, w którym ludzie handlują ludźmi, gdzie nie ma żadnych gwarancji dla osoby, honoru i własności człowieka, gdzie nie ma nawet policyjnego porządku, a działają tylko ogromne korporacje państwowych złodziei i grabieżców.

...Nie będę się rozwodził nad Pańskimi dytyrambami o czułości narodu rosyjskiego do swoich włodarzy. To poniża Pana w oczach nawet tych ludzi, którzy się z Panem zgadzają - pod innymi względami. Pozostawiam sumieniu Pańskiemu owo Pańskie upijanie się pięknością samodzierżawia. Zachwycaj się Pan nim ze swego dalekiego Rzymu. Zaręczam Panu, że z bliska nie jest ono ani tak piękne, ani tak bezpieczne."

Ten list Bielińskiego, już po jego śmierci, odczytał dwukrotnie Dostojewski, raz na zebraniu u Durowa, drugi raz na "piątku" u Pietraszewskiego, i pozwolił go przepisać. Dostojewski oświadczył w swych zeznaniach, że czytał ten list jako dokument literacki, nie pozbawiony pewnych artystycznych walorów, natomiast że się z treścią jego nie zgadza i jest jej przeciwnikiem. Sąd wojskowy, specjalnie dla sprawy pietraszewców wyznaczony, nie dał wiary tym zapewnieniom, chociaż były one szczere, aczkolwiek pozwolimy sobie uzupełnić wymienione przez Dostojewskiego przyczyny jeszcze jedną, z której sam Dostojewski zapewne niezupełnie sobie zdawał sprawę. Oto ambicja Dostojewskiego bardzo była podrażniona lekceważeniem, które mu okazało towarzystwo Bieliński - Niekrasow -Turgieniew. Koło ludzi zbierających się u Pietraszewskiego nie było tak interesujące i pociągające, jak tamto, zbierające się dokoła samowara pani Panajewej. Ale ludzie Pietraszewskiego szanowali Dostojewskiego. Był najwybitniejszym literatem wśród ich grona, a jeszcze Juliusz Cezar powiedział, że woli być pierwszy w wiosce niż drugi w Rzymie. Otóż Dostojewski podświadomie chciał czymś zainteresować tych ludzi, a list Bielińskiego dawał mu pod tym względem doskonałą okazję.

Natomiast Dostojewski na pewno nie solidaryzował się ani z treścią listu Bielińskiego, ani tym bardziej z jego ogólną tendencją. Nie należy utożsamiać Dostojewskiego z 1849 r. z przedśmiertnymi nastrojami Gogola. Ale niewątpliwie Dostojewski już był na drodze do podobnych poglądów. W każdym razie był wtedy bliższy nastrojom Gogola niż nastrojom Bielińskiego. Uświadommy sobie klimat listu Bielińskiego: suchy, materialistyczny, racjonalny. Bieliński wielbi Europę, potępia Rosję. Klimat Dostojewskiego był zupełnie inny od klimatu Bielińskiego. Wyrażał się w zdaniu:

"...pust' nasza ziemlia niszczaja, no jejo ischodił błagosławliaja Christos." ["... niech nasza ziemia jest nędzna, ale ją przemierzył błogosławiąc Chrystus."]

Nie potrzebuję się nawet powoływać na bolesną, dotkliwą urazę, którą czuł Dostojewski do Bielińskiego, a która wynaturzyła się w nim w ostrą, napastliwą i zaciekłą nienawiść, aby zapewnić czytelnika, że nie może być nawet o tym mowy, aby Dostojewski solidaryzował się z listem, który odczytywał.

W swoich zeznaniach, obok różnych krytyk działalności rządu, Dostojewski twierdzi, że wszystko, co było w Rosji zrobione naprawdę dobrego, począwszy od reform Piotra Wielkiego, pochodziło zawsze z inicjatywy tronu.

Dostojewski wypowiada swój pogląd o konieczności silnej, centralnej władzy w Rosji. Uzasadnia go argumentami historycznymi: upada władza centralna w Rosji w średniowiecznej epoce drobienia kraju na księstwa udzielne i Rosja ulega jarzmu tatarskiemu. Następuje odbudowa tej władzy i to oswobadza Rosję. Gdy władza słabnie, następuje inwazja Polaków w początkach wieku XVII. Zenit władzy bezwzględnej, lecz silnej, to panowanie Piotra Wielkiego. Rosja czyni wtedy skok ku potędze.

Dostojewski oświadcza:

"...na świecie nie może być nic bardziej idiotycznego od pomysłu wprowadzenia do Rosji systemu republikańskiego."

Zeznania Dostojewskiego uważane były przez sąd tylko za materiał, który należy dopiero porządnie opracować. Konstatujemy, że w tych opracowaniach nie spotykamy powtórzenia historycznych poglądów Dostojewskiego czy jego monarchicznych wyznań wiary. Sędziowie uważali te rzeczy za nieistotne, niewarte uwzględnienia. Opracowania te pod względem stylistycznym pisane są nader poprawnie, a może nawet styl w nich jest jaśniejszy niż w nerwowych wynurzeniach więźnia, lecz obracają się wyłącznie dokoła faktów, a nie idei czy poglądów. Interesują się przede wszystkim ustaleniami, ile razy czytany był list Bielińskiego, kto go przepisywał itp. Cała treść dotycząca poglądów Dostojewskiego jest bez ceremonii odrzucona. W ogóle dostrzegamy wielką różnicę w stosunku sędziów a podsądnych do zagadnień będących przedmiotem śledztwa. Podsądni na przykład bronią się argumentem, że doktryna Fourriera, którą wyznawali, jest doktryną wyłącznie ekonomiczno-społeczną i nie dotyczy kwestii ustrojowych, a więc nie wchodzi w kolizję z ustrojem obowiązującym w Rosji. Sędziów ten argument, któremu podsądni przypisują znaczenie zasadnicze, całkiem nie interesuje, co więcej, nad całą sprawą Fourriera dość łatwo przechodzą do porządku dziennego. Interesują ich natomiast przede wszystkim przestępstwa takie jak to, że jeden z pietraszewców miał powiedzieć, że przedmiot wykładany w szkole wojennej pod nazwą statystyki powinien właściwie inaczej się nazywać, bo nazwa statystyki została tu zastosowana tylko przez kaprys wielkiego księcia Michała. Takie nieuprzejme w stosunku do wielkiego księcia odezwanie się interesuje sędziów o wiele więcej niż wszyscy Fourrier razem wzięci. To samo dotyczy sprawy poduszek księcia Oldenburskiego. W tych epizodach szukać należy klucza dla definicji ustroju politycznego panującego nad Rosją za czasów Mikołaja I. Był to despotyzm patriarchalny. Wyobraźmy sobie rodzinę, w której 12-letni syn zajmuje się teoriami anarchistycznymi. Na pewno czytanie przez niego książek anarchistycznych, a nawet książek skierowanych przeciwko instytucji rodziny, będzie mu poczytane za mniejszą winę aniżeli ostentacyjna odmowa powiedzenia "dzień dobry, papo" przy śniadaniu. Nie pierwsze bowiem, lecz drugie zakłóca spokój rodzinny i rozbija rodzinę. Generałowie, którzy sądzili pietraszewców i dla których wykroczenia przeciwko grzeczności wobec osób z rodziny cesarskiej były przestępstwem cięższym od wyznawania światoburczych teorii, nie byli ludźmi głupimi, za jakich ich zapewne uważa większość czytelników tych akt sądowych w dzisiejszej Rosji wydanych. Dzielili oni świat idei od świata przestrzeganych form, pierwszy świat lekceważyli, drugiemu nadawali jak najistotniejsze znaczenie. Podziwiam ich mądrość. Wiedzieli oni dobrze, że propaganda falansterów nie uda się w Rosji, natomiast brak szacunku dla rodziny cesarskiej okazywany przez inteligentów może podkopać dyscyplinę społeczną w państwie.

W zeznaniach Dostojewskiego spotykamy zdanie wtrącone mimochodem: "Być może, kajam się co do pewnych ciężkich spraw z rodzaju tych, które obciążają sumienie każdego człowieka."

O co tu chodzi? Przez całe swe życie Dostojewski wciąż wspomina, że ma sumienie obciążone jakimś ciężkim grzechem. Zwracamy uwagę, że czyni to już w r. 1849, a więc grzech ten musiał mieć miejsce za czasów jego młodości. Niektórzy myślą, że grzech ten Dostojewski sobie wyroił, a nawet w końcu sam siebie zasugestionował. Nie jestem skłonny tak mniemać, ale do tej sprawy jeszcze powrócimy.

Dostojewski wiele razy powracał w swej publicystyce do sprawy pietraszewców. W 1877 pisał: "Pietraszewcy byli ludźmi tego samego typu co dekabryści. I jedni, i drudzy należeli do klasy panującej, byli 'panami'. Jeśli wśród pietraszewców było kilku nieszlachciców (bardzo niewielu), to byli to ludzie wykształceni, a więc mogliby być także uczestnikami dekabrystów."

Dyrektor policji Liprandi pisał w swym inteligentnym raporcie w 1849 roku: "Dekabryści składali się wyłącznie ze szlachty, przede wszystkim z oficerów gwardii. Wręcz przeciwnie pietraszewcy, tutaj, obok kilku oficerów gwardii i urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, są niedouczeni studenci, kupcy, a nawet sklepikarze handlujący tytoniem."

Oczywiście, że dyrektor policji, a nie Dostojewski, ma rację. Dostojewski wciąż nie chce uznać tej głębokiej, zasadniczej różnicy, jaka istnieje pomiędzy szlachtą właściwą a zaliczoną do stanu szlacheckiego warstwą synów urzędniczych, pomiędzy Turgieniewem a sobą. Umyślnie zajmuje obserwacyjną pozycję ówczesnego chłopa rosyjskiego, który nie wyznaje się na różnicy pomiędzy różnymi gatunkami "panów". Dekabryści był to spisek oficerów gwardii, którzy w 1825 zbuntowali swych żołnierzy przeciw Mikołajowi I wmawiając w nich, że prawym cesarzem jest Konstanty. Jądrem tego spisku była arystokracja rosyjska: książęta, hrabiowie. Główny kontyngent pietraszewców to synowie małych urzędników, to warstwa nie mająca korzeni w w. XVIII, to warstwa świeża, zrodzona, a co najmniej ukształtowana już za czasów Mikołaja I w latach 1825 - 1849. Dojście do głosu tej warstwy, ośmielenie jej to największego znaczenia wydarzenie socjalne za czasów tej epoki. Dostojewski ze względów czysto subiektywnych nie chce zwrócić na to uwagi.

Musimy teraz wyjaśnić, dlaczego niewinne koło dyskusyjne Pietraszewskiego ściągnęło na siebie aż tak surowe kary, jak 16 wyroków śmierci, chociażby nie wykonanych, wiele lat katorgi etc. Na tle zebrań u Pietraszewskiego działały dwa inne koła, odrobinę lepiej zakonspirowane. Jedno z nich to koło Durowa, o którym już wspominaliśmy. Drugie - koło pół-arystokraty Spieszniewa, którego Dostojewski sportretował później jako Stawrogina w swoich Biesach. Spieszniew miał kiedyś zamiar stworzenia organizacji piątek obejmujących całą Rosję. Wreszcie był taki Czernoswitow, który rozwodził się na temat oderwania Syberii od Rosji. Któryś z pietraszewców proponował także, aby na zabawie na cel dobroczynny, w której miały wziąć udział sfery towarzyskie stolicy, do koła loteryjnego, zawierającego bileciki z numerami wygrywanych fantów, nasypać podobne bileciki z wezwaniem zabicia cesarza. Wreszcie do zaostrzenia represji wobec pietraszewców przyczynić się mogła także ta okoliczność, że wywiad w ich sprawie wszczęty był nie przez żandarmerię, lecz przez ambitnego dyrektora policji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, Liprandiego, który podesłał na te zebrania szpicla Antonelli i rozpoczął akcję prowokacyjną. Liprandi miał nadzieję, że skusi pietraszewców do jakichś bardziej efektownych występów, a tym samym nada sobie znaczenie. Ale cesarz dowiedział się o tym, a nie będąc zwolennikiem prowokacji policyjnych nakazał żandarmerii natychmiastowe zlikwidowanie pietraszewców. Rywalizacja więc w sprawie pietraszewców żandarmerii z policją musiała się także przyczynić do wydęcia całej tej sprawy.

Ale wszystkie powyżej wymienione okoliczności nie powinny były spowodować tego rodzaju wyroków. Zebrania u Pietraszewskiego stanowiły może grunt podatny dla powstania politycznego spisku, przebiegały przez nie myśli o spisku, ale samego spisku jeszcze nie było. Skąd więc wyroki śmierci? Nie może tego zrozumieć człowiek wychowany w kategoriach europejskiego prawa karnego lub człowiek wychowany w atmosferze reformy sądowej syna Mikołaja I i na systemie praworządnego absolutyzmu cesarskiego, który panował w Rosji za czasów ostatnich carów.

Ale my, ludzie XX wieku, jesteśmy pod tym względem doświadczeńsi. Pamiętamy, jak Hitler w czerwcu 1934 rozstrzelał kilkuset ludzi nie za spisek, lecz za możliwość stworzenia spisku, rozstrzeliwał prewencyjnie, celem uniemożliwienia spisku w przyszłości.

To samo tkwiło w stosunku Mikołaja I do pietraszewców. Pamiętał on dekabrystów, którzy rzucili mu krwawą kłodę pod nogi przy wstępowaniu na tron. W stosunku więc do pietraszewców, którzy nie byli jeszcze spiskiem, lecz mogli stać się spiskiem, zarządził powstanie specjalnego sądu wojskowego i zrobił wszystko, aby ich sterroryzować i unieszkodliwić w przyszłości. Mikołaj działał więc podobnie, jakby działał w naszych czasach dyktator w analogicznej sytuacji. Ale Mikołaj był dyktatorem typu patriarchalnego i dlatego działania jego były miększe.

 

V

MARTWY DOM

 

Dostojewski opisał swe życie na katordze w Zapiskach z martwego domu. Oto urywek z IX rozdziału tej książki:

"W całym mieście były tylko dwie łaźnie; jedna z nich, z osobnymi kabinami, kosztowała 50 kopiejek od osoby i przeznaczona była dla ludzi wysoko postawionych; ta, do której nas poprowadzono, była stara, zapuszczona, ciasna. Na dworze był mróz i słońce, aresztanci cieszyli się już z tego, że wyjdą z katorgi i popatrzą na świat. Żarty i śmiechy rozbrzmiewały przez miasto. Cały pluton żołnierzy otaczał nas z nabitymi karabinami. W łaźni podzielono nas na dwie partie, jedna się myła, a druga oczekiwała w sieni, gdyż łaźnia nie mogła pomieścić wszystkich razem. Zresztą łaźnia była tak ciasna, że nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób wpakowała się do niej nasza katorga. Pietrow mnie nie odstępował, zaproponował, że mi pomoże i mnie wymyje. Towarzyszył mi także Bakluszin, o którym wspominałem, że był więziony w tak zwanym oddziale specjalnym, tj. w oddziale dla skazanych dożywotnio, i że był najweselszym i najmilszym człowiekiem z całej katorgi. Pietrow pomógł mi także w rozebraniu się, co było niełatwe i nieprzyjemne, bo w sieni było zimno jak na dworze. Aresztant w ogóle rozbiera się z trudnością. Po pierwsze, trzeba umieć rozsznurować podkajdanki, które każdy z nas nosił, chociaż kosztowały dość drogo, gdyż inaczej kajdany nacierałyby rany na nogach. Podkajdanki robione są ze skóry i wkłada się je pomiędzy kajdany a bieliznę. Po drugie, zdjęcie kalesonów wymaga długich zachodów. Trzeba pierwej ściągnąć jedną nogawicę z jednej nogi, a potem z powrotem ją wciągnąć, a raczej przepuścić pomiędzy kółkiem od kajdan a nogą, a potem to samo przerobić na drugiej nodze. Nauczyłem się tego od Korieniewa, słynnego atamana rozbójników, który swego czasu siedział pięć lat przykuty łańcuchem do ściany, a z którym poznałem się w Tobolsku. Ale aresztanci zwykli się z tym i rozbierają się prędko. Dałem Pietrowowi kilka kopiejek, by kupił mydła i strużek; aresztanci otrzymują co prawda po kawałku mydła wielkości dwukopiejkowej monety, a szerokości tych kawałków sera, które się podaje na zakąskę w domach małych urzędników, ale poza tym mydło sprzedawało się także w sieni wraz z obarzankami i dodatkową wodą gorącą. Według bowiem umowy z właścicielem łaźni każdy aresztant miał prawo tylko do jednego kubła wody gorącej, kto chciał, mógł sobie dokupić po groszu za kubeł. Pietrow rozebrał mnie i poprowadził pod rękę, gdyż było mi bardzo trudno iść w kajdanach na gołych nogach. "Niech pan je podciągnie w górę na łydki - mówił mój opiekun ostrożnie, tutaj próg." Trochę się wstydziłem i próbowałem zapewnić Pietrowa, że sam potrafię, lecz on w to nie uwierzył. Po otworzeniu drzwi do łaźni myślałem, że wstępujemy do piekła. Pomieszczenie to miało dwanaście kroków długości, a znajdowało się w nim około stu ludzi. Para, kopeć, brudna woda, kłębowisko gołych ciał, ciasnota taka, że nie można było nogi postawić. Chciałem się cofnąć i dać za wygraną, lecz Pietrow popchnął mnie naprzód. Nie wiem, w jaki sposób dotarłem do ławek, które jak w każdej rosyjskiej łaźni ustawione były jedna nad drugą systemem schodów. Przełaziłem po głowach ludzi siedzących na podłodze. Miejsca na ławkach były zajęte. Pietrow oświadczył, że trzeba kupić miejsce, i zaraz zapłacił aresztantowi siedzącemu koło okienka pół kopiejki, którą przyniósł w zaciśniętej pięści. Aresztant wlazł pod ławkę i pomieścił się tam jakoś w śliskim brudzie. Zobaczyłem, że wszystkie miejsca pod ławkami były zajęte i w ogóle nigdzie nie można było wetknąć nawet dłoni, wszystko było wypełnione gołymi ciałami ludzkimi i kubłami z wodą. Siedzący na górnych ławkach zlewali brudną wodę na siedzących na niższych. Lud rosyjski nie myje się długo mydłem, lecz lubuje się w gorącu łaźni, w parzeniu się i w biciu się rózgami z liśćmi, a później w oblewaniu się wodą zimną. Rózgi z liśćmi podnosiły się ciągle i opadały, wszyscy chlastali się tymi rózgami z pijaną rozkoszą. Wciąż robiło się goręcej. To już nie był żar, to było już piekło. Wszystko to ryczało i rżało przy dźwiękach stu łańcuchów od kajdan. Niektórzy łażąc po ławkach z góry w dół lub z dołu na górę zaczepiali kajdanami za głowy innych, ciągnęli ich za sobą i z wrzaskiem wymyślali sobie nawzajem. Brud lał się ze wszystkich stron. Wszyscy byli w jakimś wariackim nastroju, podnieceni, krzykliwi, wrzaskliwi. Koło okienka do sieni, z którego wydawano gorącą wodę, rozpoczęto bójkę. Otrzymywana w kubłach woda nie mogła trafić do swego przeznaczenia, wychlustywała z kubłów, parzyła ludzi po głowach. Wpółogolone głowy aresztantów i rozparzone do czerwoności ich ciała wyglądały potwornie. Na rozparzonych plecach wyraźniej występują cięgi i blizny, a teraz plecy nieszczęśliwych wyglądały jakby świeżo poranione. Straszne blizny! Mróz przeszedł mi po kościach, gdy zacząłem się im przypatrywać. Dodadzą gorąca i para przesłoni na chwilę gorącym obłokiem cały obraz - wszystko jednogłośnie zaryczy i zarży. Potem z obłoku tego wystąpią poranione plecy, wpółogolone głowy, pokręcone z powodu braku miejsca ręce i nogi, a ponad tym wszystkim, na najwyższej półce, Żyd Izaak ryczy na całe gardło. Parzy się on bezprzytomnie, widać, że żadne gorąco nie może go nasycić dostatecznie. Uważa widać, że w tej chwili przewyższył wszystkich, tryumfuje i ostrym głosem wariata wykrzykuje jakąś arię: la - la - la - la, przekrzykując wszystkie inne głosy. Przyszło mi do głowy, że jeśli kiedyś będziemy w piekle, to będzie ono wyglądało tak jak to miejsce. Nie wytrzymałem i powiedziałem o tym Pietrowowi, który mi na to nic nie odpowiedział, lecz rozglądnął się dokoła.

Chciałem także Pietrowowi kupić miejsce koło siebie, lecz on siadł mi na nogi twierdząc, że mu jest bardzo wygodnie. Bakłuszin kupował i przynosił nam wodę. Pietrow namydlił mnie całego. "A ja panu także nóżki umyję" - powiedział. W użyciu formy "nóżki" nie było żadnej niewolniczej intencji, po prostu Pietrow nie mógł nóg moich nazwać nogami, ponieważ u ludzi prawdziwych są nogi, a u mnie tylko nóżki. Po umyciu mnie, z tymiż ceremoniami, jakbym był zrobiony z porcelany, odprowadził mnie do sieni i pomógł włożyć bieliznę, a dopiero później skoczył z powrotem do łaźni, aby się wyparzyć.

Kiedyśmy wrócili do domu, zaprosiłem go na szklankę herbaty. Zjawił się także Bakłuszin, którego zaprosiłem jeszcze w łaźni..."

Kilka uwag o Zapiskach z martwego domu, książce, która należy już do arcydzieł Dostojewskiego.

Pamiętam rozmowę z aktorką słynnego teatru Stanisławskiego... Wagon, półmrok, podróż uciążliwa... Aktorka mówi mi, że w jej teatrze próby każdej wystawianej sztuki trwają przez rok lub więcej. "Wynasza się w ten sposób rolę w sobie" powiada i odruchem kobiecym wysuwa swą rękę przed brzuch. Otóż Zapiski z martwego domu są także książką wynoszoną w sobie. Dostojewski zaczął ją obmyślać już w pierwszych miesiącach swego pobytu na katordze, a ukazała się w druku dopiero w 1860 r. Dostojewski był więc tą książką brzemienny około dziewięciu lat. Dostojewski sam wspomina, że tylko dwa swe utwory pisał bez pośpiechu, bez tego, żeby mu ktoś stał nad głową i przynaglał, a mianowicie Biednych ludzi i Zapiski z martwego domu. Być może dlatego Zapiski z martwego domu są tak spokojne i zrównoważone, nie ma w nich histerii. Utwory Dostojewskiego cechuje zwykle pewna niecierpliwość, wciąż długie tyrady wypowiadane z jakąś pośpiesznością, jakby genialny autor nie był całkowicie pewny, że czytelnik uważnie go słucha, i jakby go wciąż trzeba było trochę przytrzymywać za guzik. Ileż razy skarży się Dostojewski w listach do osób sobie bliskich, że nie może spokojnie pracować, że nie może swoich utworów spokojnie opracowywać i szlifować, jak to czyni bogaty Turgieniew, że on, Dostojewski, musi zawsze starać się o zaliczki pieniężne za swoje utwory i że zawsze musi się śpieszyć na jakiś termin wyznaczony w kontrakcie z wydawcą, i to czasami pod groźbą poważnej kary wadialnej. Owo śpieszenie się z ukończeniem na termin udzielało się widać manierze pisania. Tutaj w Zapiskach z martwego domu istotnie nie odczuwamy żadnego pośpiechu i znać mistrzowskie, a całkowicie spokojne wykończenie całości. Malarz miał czas nie tylko długo przyglądać się swojemu obrazowi i wszystkie błędy poprawić, lecz miał również czas na dobranie mu rani właściwych.

Zapiski z martwego domu są książką wielkiego paradoksu. Zawierają opis życia w carskiej katordze, a w XIX wieku w Europie zachodniej wystarczało wymówić wyrazy: carska katorga, aby ludziom oczy czerwieniały ze współczucia. I oto ta właśnie książka Dostojewskiego jest jego utworem najbardziej pogodnym, najłagodniejszym i spokojnym. Jeden z opisów z Martwego domu został nawet wydany dla dzieci jako książeczka na gwiazdkę, mianowicie opowiadanie, jak katorżnicy zbiorowo wybierają i kupują nowego konika do wożenia wody dla więzienia. Dostojewski potrafił więc nawet katorgę z kajdanami wprowadzić do dziecinnego pokoju i postawić na podłodze wśród zabawek dzieci niewinnych.

Michajłowski, wybitny publicysta lewicowy z końca XIX wieku, nazwał Dostojewskiego talentem okrutnym, talentem niepotrzebnego okrucieństwa. Turgieniew nazywał go rosyjskim markizem de Sade. W tych określeniach dużo jest prawdy. Dostojewski lubi człowieka roztkliwić, rozrzewnić tylko po to, aby go potem tym boleśniej dręczyć wizjami jakichś całkiem wyjątkowych cierpień ludzkich, zawsze zresztą moralnych, a nie fizycznych. Otóż w Zapiskach z martwego domu takich wizji cierpień jest stosunkowo niedużo. Czasem tylko leżący w gorączce w szpitalu więziennym Dostojewski podsłucha jakąś opowieść szeptaną z łóżka do łóżka i jego wyobraźnia wypręży źle słyszane zdania i sytuacje w jakąś nadludzką skargę i cierpienie. Ale w Zapiskach z martwego domu na ogół nie ma dużo fantazji, wymysłu, są to raczej historie zapisane z życia rzeczywistego. Książka ta jest właściwie wielkim, olbrzymim reportażem. Gdyby ogłoszono konkurs na najlepszą książkę-reportaż, to Zapiski z martwego domu niewątpliwie otrzymałyby pierwszą nagrodę, chociaż w czasach, gdy je Dostojewski tworzył, pojęcie reportażu było mało znane. Postarajmy się jednak jeszcze bardziej ściśle zdefiniować charakter Zapisek, tej najpogodniejszej z książek Dostojewskiego. Jest to reportaż o ludziach żywych, jest to jakby szkicownik malarza gotującego się do malowania wielu wielkich obrazów; analityk psychiki ludzkiej, otoczony przez cztery lata 250 ludźmi o charakterach przeważnie barwnych i jaskrawych, zapisał sobie ich stany psychiczne, chociażby dla ćwiczeń przygotowawczych do uprawiania powieściowej analizy psychologicznej. Współżycie z towarzyszami więzienia dało Dostojewskiemu możność obserwacji najrozmaitszych, przeważnie ciekawych i wyrazistych typów ludzkich. Jaką rolę w tej książce odgrywa katorga, więzienie i zbrodnia? Nie za wielką, ale nie za małą również. Oczywiście, że Dostojewskiego szkice psychologiczne w Martwym domu nie są szkicami zbrodniarzy, lecz szkicami ludzi; pomiędzy skazańcami odnalazł Dostojewski szereg postaci świętych, szlachetnych, nadprzeciętnie uczciwych. Pomińmy opisywanych przez Dostojewskiego jego towarzyszy więziennych, Polaków, którzy się tam znaleźli nie jako zbrodniarze, lecz jako obrońcy swej ojczyzny, ale także jeśli chodzi o kryminalistów, to dla Dostojewskiego zbrodnia nigdy nie cechuje człowieka, nigdy nie stanowi głównego wyrazu w jego charakterystyce. Zbrodnia to dla Dostojewskiego albo incydent, wypadek, rzecz całkiem przypadkowa, która lada chwila może się zdarzyć każdemu z nas, albo też konsekwentny wynik takiej właściwości psychicznej człowieka, takiego w nim działania psychicznego, które znajdziemy również, czasami w formie pomniejszonej, a czasami w formie powiększonej, w wielu ludziach, nie tylko przebywających na swobodzie, lecz nawet cieszących się ogólnym szacunkiem społeczeństwa. W oczach Dostojewskiego zbrodnia nie wyróżnia bynajmniej człowieka, który się jej dopuścił, od innych ludzi. Mała dziewczynka z ludu dopędziła raz Dostojewskiego, gdy w kajdanach szedł ulicą omską z innymi katorżnikami, dała mu miedzianą kopiejkę i powiedziała: "Masz, nieszczęsny." Dostojewski schował na pamiątkę tę kopiejkę i z patriotyczną dumą podkreślał zawsze, że lud rosyjski zbrodniarzy nazywał nieszczęsnymi, i całkowicie solidaryzował się z tym określeniem. Studia psychologiczne w Martwym domu upewniły Dostojewskiego, że w każdym człowieku walczy dobro ze złem i że w katordze siedzą ludzie albo dobrzy, lecz przypadkowo pochwyceni w momencie chwilowego zwycięstwa złego nad dobrym, albo źli, u których proces zwycięstwa złego nad dobrym stał się, również okolicznościowo, bardziej niż u innych złych ludzi widoczny. Z drugiej znów strony katorga i zbrodnia odgrywa dużą rolę w książce Dostojewskiego, ale już nie jako kryterium moralne czy kategoria podziału ludzi, lecz jako środek ekspresji literackiej i sposób analizy psychicznej. Katorga jest w Martwym domu tym, czym w normalnej powieści jest fabuła, akcja. Opis katorgi zastępuje tu intrygę powieściową, zamiast fabuły wymyślonej mamy tu reportaż realistyczny. Zbrodnia znowuż ułatwia Dostojewskiemu poznanie człowieka. Zbrodnia jest dla Dostojewskiego przeważnie tylko incydentem, wypadkiem, ale wypadkiem rozświetlającym psychiczne wnętrze człowieka, oknem, przez które do wnętrza człowieka zaglądnąć można. Sądzę, że właśnie na katordze Dostojewski doszedł do przekonania, że z okazji popełnionej zbrodni najlepiej poznaje się człowieka, i później materiału do swoich wielkich powieści szukał w sprawozdaniach z głośnych procesów sądowych, chętnie przestawał z ludźmi z sali sądowej, słuchając ich uwag i korzystając z ich doświadczeń.

Zapiski z martwego domu czyta się łatwiej i chętniej aniżeli inne utwory Dostojewskiego, a to nie tylko dlatego, że to jest utwór względnie pogodny. Dostojewski nie jest pejzażystą, a raczej jest monopejzażystą - o ile wolno mi jest stworzyć tego rodzaju pojęcie - maluje genialnie, ale tylko Petersburg. Nie można o jego analizie psychologicznej powiedzieć, że jest monotonna, że cierpi na brak rozmaitości w typach ludzkich, a jednak we wszystkich powieściach Dostojewskiego powtarza się kilkanaście podobnych typów. Jak każdy malarz ma ograniczoną ilość farb na swej palecie, tak każdy, chociażby najznakomitszy powieściopisarz czy dramaturg operuje ograniczoną ilością typów ludzkich, których sobie w wyobraźni wykształcił. Ale Martwy dom to nie powieść, lecz reportaż. Tutaj żywi ludzie włażą samowolnie Dostojewskiemu na karty jego książki, stąd większa ich ilość, większa pstrokacizna, oryginalność, brak szablonu. Przez powieści Dostojewskiego przesuwa się najwyżej kilkanaście postaci, przez Martwy dom - kilkadziesiąt. Fantazja ludzka wyrasta zwykle ponad rzeczywistość, fantazja ludzka w stosunku do rzeczywistości grzeszy zwykle przesadą, stąd cierpienia w powieściach Dostojewskiego jest więcej, niż było rzeczywistego cierpienia na takim nawet padole płaczu, jakim była katorga na Syberii, owa gehenna XIX wieku. Wyrastając jednak przesadnie ponad rzeczywistość, fantazja człowieka nie jest w stanie wymyślić tych wszystkich odmian, odcieni, tej boskiej rozmaitości, którą nam daje życie. Zapiski z martwego domu byłyby raczej argumentem, że głęboko przez genialnego człowieka przemyślany reportaż z życia rzeczywistego jest najciekawszym rodzajem literatury.

Dostojewskiego osadzono w katordze w Omsku 20 stycznia 1850, wypuszczono z niej w środku lutego (dokładnej daty nie sposób jest ustalić) 1854, aby zrobić z niego szeregowca w 7 liniowym batalionie w Semipałatyńsku, co na razie nie stanowiło zbyt wielkiego polepszenia jego losu. Omsk jest i był dużym miastem syberyjskim, za czasów Dostojewskiego stolicą generał-gubernatora akmolińskiego kraju, rzeka Om wpada tam do olbrzymiego Irtysza. Europejczyk nie może sobie zdać sprawy z szerokości rzek syberyjskich i mnogości wód, które się przez nie przelewają. Nad tymi rzekami pracował Dostojewski jako katorżnik i stwierdzał, że gdy wiosna łamie lody i wody znów zaczynają płynąć, budzi się w więźniach tak bolesny ciąg do wolności, że wówczas powstają najbardziej szaleńcze zamysły ucieczek. Władze o tym wiedzą i w czasie tym straże są powiększone. W katordze Dostojewskiego mieściło się 250 skazańców. W dzień jedli lub pracowali, noc należała do nich, gdy drewniane baraki zostawały zamknięte na noc, katorżnicy pracowali dla siebie, uprawiali swe rzemiosła, wyrabiali przedmioty, które później kontrabandowe sprzedawali w mieście, pili wódkę lub grali w karty, każdy miał własną świecę i w ogóle mnóstwo posiadanych rzeczy na własność, mimo urzędowych zakazów. Więźniów ze szlachty, inteligencji katorżnicy nienawidzili, nie przyjmowali do swego środowiska, szydzili z nich i znęcali się nad nimi; Dostojewski opowiada, jak cudem uniknął śmierci z rąk towarzyszy więźniów pierwszego dnia pobytu wwiezieniu. Ale Dostojewski był epileptykiem, lud rosyjski ma zabobonną cześć dla wariatów i epileptyków, gdy katorżnicy zobaczyli, jak Dostojewski rzucał się po ziemi w konwulsjach, z pianą na ustach, charczał i krwawił sobie głowę o nogi od nar do spania, zaczęli go szanować. Przekleństwo straszliwej choroby przeistoczyło się w ducha opiekuńczego.

Po drodze na katorgę, w Tobolsku arystokratyczna dama darowała Dostojewskiemu Ewangelię. Była to jedyna książka, którą Dostojewski czytał przez cztery lata swej katorgi, nawet gdy miał okazję czytać co innego, to z tego nie korzystał. Mówiąc nawiasem, Dostojewski nigdy nie był żarłokiem czy pijakiem czytelnictwa, zawsze wolał przemyśleć przeczytaną książkę niż przeczytać inną. Ewangelię znał dobrze jeszcze z dzieciństwa, na katordze jednak wmyślił się w każdą jej literę. Dostojewski to bezpośredni uczeń apostołów. Nie docenia się powszechnie tego olbrzymiego wpływu, jaki Ewangelia wywarła na twórczość Dostojewskiego. Wszystkie zagadnienia, nad którymi się męczył i o których rozwiązanie się kusił, są zagadnieniami wszczętymi przez Ewangelię. Przed katorgą Dostojewski jest pisarzem drugorzędnym, jest wtedy uczniem Gogola, po katordze Dostojewski staje się pisarzem genialnym, ale jest już wtedy uczniem ewangelistów. Chciał być pisarzem rosyjskim, przez swój związek z Ewangelią stał się pisarzem uniwersalistycznym.

Źródłami do pobytu Dostojewskiego na katordze prócz Zapisek z martwego domu są jeszcze wspomnienia Martianowa i Polaka Tokarzewskiego. Martianow był uczniem szkoły oficerów marynarki, za przewinienie dyscyplinarne został zdegradowany i zesłany jako żołnierz na Sybir i w tym charakterze zetknął się z katorgą w Omsku, w której poznał obu pietraszewców, tj. Durowa i Dostojewskiego. Durow zachowywał się wesoło, lecz katorga go złamała, po czterech latach wyglądał jak starzec. Dostojewskiemu obrzydł Durow na katordze i nigdy z nim nie rozmawiał. Dostojewski - opowiada Martianow - był zawsze ponury, milczący, osamotniony, żył swymi myślami, o towarzystwo nie zabiegał, lecz raczej od niego stronił. Zestawienie wspomnień Martianowa z Martwym domem wskazuje, że Dostojewski jednak idealizował swych towarzyszy więziennych. Martianow powiada, że gdy Dostojewski opuszczał katorgę i chciał pożegnać się z więźniami, ci odwracali się od niego upatrując w tym żegnaniu się dziwactwo pańskie; Dostojewski w Zapiskach opowiada, że odwracała się tylko nieznaczna mniejszość. Polak Tokarzewski był więźniem politycznym. Mylą się ci, którzy sądzą, że pomiędzy powstaniem polskim w 1830 r. a powstaniem polskim w 1863 była cisza w Polsce ujarzmionej przez Rosję. Przeciwnie, te trzydzieści lat wypełnione są próbami rozpaczliwych wybuchów, beznadziejnych prób odzyskania niepodległości, zrywami do broni. Polacy, z którymi zetknął się Dostojewski na katordze, związani byli z ruchem ks. Ściegiennego, który zorganizował próbę powstania w 1844 r. Ksiądz Ściegienny był płomiennym katolikiem i czymś w rodzaju socjalisty. Tokarzewski, autor książki Siedem lat w Rosji i na Syberii, był uczestnikiem ruchu ks. Ściegiennego, po czym uciekł do Austrii, powrócił do kraju, znalazł się w katordze, odsiedział ją, znów wrócił do kraju, ale znów wziął udział w powstaniu 1863 i znów znalazł się na Syberii. Z jego książki dowiadujemy się właściwego brzmienia nazwisk osób wspomnianych w Zapiskach z martwego domu, gdyż Dostojewski kładzie tylko pierwszą i ostatnią literę nazwiska. Wiele osób opisanych przez Dostojewskiego wspomina także Tokarzewski, obaj zgadzają się, że komendant ich katorgi, major Kriwcow, był zwierzęciem. Major ten później zresztą był zdegradowany, a Tokarzewski spotkał go nawet jako żebraka i oto były komendant więzienia oświadczył byłemu więźniowi, że to Bóg go skarał za pastwienie się nad Polakami. Dostojewski, który w innych swoich książkach o Polakach pisał zawsze źle, z nienawiścią, w Zapiskach z martwego domu pisze o swoich współwięźniach Polakach z całkowitym szacunkiem, zarzucając im tylko, że nie chcieli i nie mogli zrozumieć wzniosłości duszy ludu rosyjskiego. O Tokarzewskim pisze Dostojewski: "...był to dobry, pełen męstwa, jednym słowem doskonały młody człowiek... Kiedy Polaków przenoszono z jednego miejsca zesłania na drugie, Tokarzewski niósł na rękach Bogusławskiego, ponieważ nie mógłby on przejść tej drogi." Dostojewski wspomina zresztą, że się pokłócił z Bogusławskim, i tak pisze o tym: "Był to człowiek chory, skłonny do suchot, wciąż zirytowany i w ogóle nerwowy... Jego irytacja powodowała brak tolerancji cudzego odmiennego zdania i w ogóle różne kaprysy... Nie mogłem znieść tego charakteru i rozszedłem się z nim, ale nadal go szanowałem i kochałem... Zerwawszy z Bogusławskim, musiałem zerwać i z Tokarzewskim. Było mi tego bardzo żal... Ale Tokarzewski każdego, kto się pokłócił z Bogusławskim, uważał za swego osobistego wroga..." Dostojewski opowiada także, że któryś z Polaków powiedział mu o więźniach-kryminalistach: "Je hais ces brigands" ["Nienawidzę tych łotrów"]. Dostojewski w późniejszej swej publicystyce nader często powraca do tego "je hais ces brigands". Dostojewski upatrywał w tym wykrzykniku objaw owego oschłego, europejskiego arystokratyzmu Polaków, który stale zarzucają Rosjanie Polakom, nawet wtedy, gdy ich trzymają w więzieniu. Tokarzewski w swoich wspomnieniach odcina się od komplementów, którymi zaszczycił go Dostojewski. W wizerunku Dostojewskiego nakreślonym przez Tokarzewskiego nie widzimy ani myśliciela, ani miłośnika ludu. Tokarzewski pisze: "Był to człowiek pyszny. Nie rozumiem, jak mógł znaleźć się na katordze jako rewolucjonista, skoro ciągle mówił o swoim szlachectwie. Ja szlachcic, my szlachta - nie schodziło mu z ust. Odpowiedziałem mu raz, że nie jesteśmy już szlachtą, ponieważ wyrok sądowy pozbawił nas tej godności, co go bardzo oburzyło."

Zapewne względy polityczne były kością niezgody pomiędzy patriotą polskim a patriotą rosyjskim, ale mania szlachecka Dostojewskiego na pewno nie jest wymysłem Tokarzewskiego. Uważać ją można za dowód, iż Dostojewski był podobny do bohaterów swych powieści - w sercu jego walczyły z sobą różne przeciwieństwa. Wielbiciel ludu rosyjskiego, narodowy rosyjski szowinista, nienawistnik Polaków, mówiący temuż Tokarzewskiemu, że gdyby się okazało, że ma kroplę polskiej krwi w żyłach, toby sobie wszystką krew z żył wypuścił, i jednocześnie człowiek snobizujący się z rzekomego, zapewne urojonego tytułu polskiego szlachcica. Przecież później Dostojewski pisać będzie o Bielińskim z lekceważeniem, że nie był to żaden szlachcic, lecz wnuk popa i syn lekarza wojskowego. Otóż wiemy już, że i Bieliński, i Dostojewski byli tak samo wnukami popów i synami lekarzy wojskowych i zupełnie tak samo szlachcicami z trzeciej książki stanu szlacheckiego, a tylko Dostojewski przypuszczał, wyłącznie na podstawie brzmienia swego nazwiska, że pochodzi ze szlachty litewsko-polskiej. Owa niekonsekwencja Dostojewskiego spotworniała w jego córce, która dla tym dobitniejszego podkreślenia szlacheckości Dostojewskiego pozbawia go charakteru Rosjanina w swych maniackich wspomnieniach, o których już mówiliśmy.

 

VI

SEMIPAŁATYŃSK

 

Semipałatyńsk, nowe miejsce zesłania Dostojewskiego, położony jest w dzisiejszym Kazachstanie. Kazachów dawniej nazywaliśmy Kirgizami. Obecnie przywrócono im nazwę, której zawsze używali we własnym języku, a imię Kirgizów pozostawiono Kara-Kirgizom, ludowi sąsiedniemu.

Od Omska, w którym Dostojewski odbywał katorgę, jechało się kilkaset kilometrów do Semipałatyńska doliną Irtyszu, pustym stepem, spotykając tylko trawy i wiatr. Kirgizi byli wtedy narodem koczującym, konie i wielbłądy przenosiły ich jurty na odległość czasami aż tysiąca kilometrów z miejsca zimowania na miejsce pobytu podczas lata. Bogactwa tego narodu mieściły się w baranach, dywanach i srebrnych ozdobach siodeł i uzd końskich. Jeden z geografów narzeka na brak wzniosłości w poezji Kirgizów. "Oto step, na którym paść można barany, oto są góry, na których paść można barany" - śpiewa uduchowiony Kirgiz. Jak w naszym średniowieczu jechano na łowy z sokołami, tak za czasów Dostojewskiego Kirgizi używali orłów "berkutów". Olbrzymie ptaszyska siedziały na łbach koni kirgiskich, a gdy zrywały się do lotu nad stepem, to straszne były dla wilków, lisów i antylop, których dopatrywały i dopadały. Czokan Wielichanow , Kirgiz z sułtańskiego rodu, ale wychowany już przez Rosjan, gdy w eleganckim mundurze siedział w salonie petersburskim i mrużył skośne oczy przypominając sobie kirgiskie swe dzieciństwo, to pamiętał bezkresny, żadną linią nie ograniczony step, noc, Kirgizów siedzących dokoła ogniska i patrzących w ogień. Tak Kirgizi siedzą prawie przez całą noc, zasypiając nad ranem, a Czokan Wielichanow pamiętał, jak budził się razem z innymi dopiero przed południem, przysypany śniegiem.

Tygrysy w tym kraju są takie same jak w Indiach, tylko, widać ze względu na śniegi, mają w zimie futro bardziej puszyste. Za czasów Dostojewskiego dwóch kozaków (nie Kazachów) usnęło sobie na łódce przywiązanej sznurem do brzegu jeziora. Obudzili się od silnego huśtania łódki. Dwa tygrysiątka bawiły się sznurem od łódki, a niedaleko siedziała, patrząc na dziatki, mama-tygrys.

Kirgizi urządzali konne obławy na tygrysy. Zabijano ich dość dużo w owych czasach.

Baron Wrangel, o którym bodziemy mówili poniżej opowiada o weselu tatarskim w Semipałatyńsku. Znalazł się w sali przeznaczonej dla niewiast. 150 Tatarek, ubranych w kaftany tkane z użyciem złota i w barwne, jak skrzydła motyli, szarawary, siedziało na miękkich dywanach; twarze i twarzyczki miały jaskrawo pomalowane, zasłon nie nosiły, paznokcie miały czerwone, jadły różne słodycze mączne albo tłuste. Talar pan młody, zaraz po obrzędzie posadził swą żonę na konia i wywiózł 500 kilometrów od Semipałatyńska. Inny Tatar, bogacz i starzec, chciał pokazać Wranglowi swoją nową, piątą z rzędu żonę. Wniósł do pokoju jadalnego czternastoletnie stworzenie, które mu się wyrywało jak ptak, z wielkimi czarnymi oczami tak pięknymi, że je zapomnieć było trudno.

Wszystkie te barwne egzotyczności nie interesowały absolutnie Dostojewskiego. Ów Wrangel wielokrotnie to podkreśla. Ani jednym słowem w całej swej twórczości nie zdradził się nigdy Dostojewski, że mieszkał tak blisko krajów, w których powstały opowieści z tysiąca i jednej nocy, w ojczyźnie bajek kolorowych. O Semipałatyńsku w swych listach wspomina, jak gdyby to było przedmieście szarego Petersburga, tylko nader od stolicy odległe. Za jednym zresztą wyjątkiem. To Mereżkowski, świetny i głęboki pisarz rosyjski, zauważył, jak często Dostojewski pisze o szkaradnych, olbrzymich pająkach, których boją się ludzie, które ludzie widzą we śnie, które jak moc piekielna zstępują na ziemię i usiłują chwycić człowieka w swą odrażającą władzę. Mereżkowskiemu nie przyszło jednak do głowy, że te pająki to reminiscencje z Semipałatyńska, tego kraju skorpionów, falangi i wszelkiego rodzaju pająków jadowitych. Są tu pająki, od ukąszenia których wielbłąd zdycha w ciągu pół godziny. Charakterystyczne dla Dostojewskiego, że pamiętał nie barwę czy słońce, nie orła czy tygrysa, lecz pająki.

Dostojewski w Semipałatyńsku zajęty był początkowo służbą żołnierską. Nadal był milczący, osamotniony, ponury, stał się tylko bardzo służbisty. Życie mu spływało na niezliczonych wartach przed jakimiś składami wojłoków, chleba itp., dziennych i nocnych. Trzeba było mieć wszystkie guziki zapięte, a kaszkiet podpięty pod brodę, co w letniej porze było nieznośne. Dostojewski był taki służbista, że nie rozpinał się nawet wtedy, gdy to czynili inni żołnierze. Przywitano go w batalionie złowrogo. Oficer wskazał na niego sierżantowi mówiąc: "To z katorżników, rozumiesz." Byli to zresztą ciemni ludzie, ci przełożeni Dostojewskiego. Przeważnie pijani od rana do nocy, a podoficerowie niepiśmienni. Zresztą nie tylko podoficerowie. Ze wspomnień Skandina ogłoszonych w 1903 r. powtórzmy taką scenę: "Chorąży Zubariow, oficer batalionu Dostojewskiego, awansował na podporucznika. Przyszedł gdzieś z plutonem i musi się podpisać w książce. Po długim namyśle woła jednego z żołnierzy, o którym wiedział, że jest piśmienny, i powiada: "Widzisz, chorąży to szło u mnie gładko, ale podporucznik jeszcze się nie przyzwyczaiłem." Potem zaś, gdy za wskazówkami żołnierza wydrapał na papierze literę swej nowej szarży, mówi znowu do niego łaskawym tonem przełożonego: "No, bracie, wracaj teraz na miejsce, swoje nazwisko to ja nawet we śnie potrafię napisać."

Należy się obawiać, że Dostojewskiemu niewiele by pomogła służbistość i zapinanie guzików, gdyby nie to, że zjawiła się na drodze jego życia w Semipałatyńsku dobra wróżka w postaci barona Aleksandra Wrangla. W Syberii wschodniej był wtedy generał-gubernatorem Mikołaj Murawiew, późniejszy hrabia Amurski, będący żywym przykładem, czym rosyjski wielkorządca Syberii być powinien, despota, ale despota z programem, z zapałem, z wiarą, z szerokim gestem. Rozpalił on umysły młodych chłopców z arystokratycznych rodzin w Petersburgu, wzbudzając chęć jazdy na kraj świata. Pamiętamy przecież scenę z pamiętników księcia Kropotkina, późniejszego londyńczyka i słynnego anarchisty, który ukończył korpus paziów z pierwszą lokatą. Wszyscy jego koledzy przed ukończeniem korpusu wybierają sobie najświetniejsze pułki gwardii, a on powiada: "Kozacy amurscy." "Zwariowałeś" - wołają przestraszeni koledzy i nauczyciele. Wreszcie przynoszą książkę o mundurach wojskowych. Kozacy amurscy: czarna kurtka, czerwony kołnierz i szare spodnie. Tak jest! szare spodnie, jak w taborach. Książę Kropotkin istotnie waha się przez chwilę, ale potem powtarza: "Kozacy amurscy." I w tych szarych spodniach stał pierwszy w szeregu na audiencji u cesarza z okazji ukończenia kursu w korpusie paziów.

Otóż baron Wrangel ukończył co prawda nie korpus paziów, ale dostatecznie arystokratyczny zakład, mianowicie liceum (które, jak wiemy, ukończył także Pietraszewski) i obrał sobie Semipałatyńsk, sądząc, że w tym przez Boga i ludzi zapomnianym mieście będzie mógł dużo dobrego zrobić. Zresztą otrzymał nominację na prokuratora, co w jego wieku, miał lat 21, nie było złym zaczęciem kariery urzędniczej.

Baron Wrangel był więc idealistą. Myśl, że może pomóc Dostojewskiemu, świtała mu w głowie jeszcze w Petersburgu, skoro z własnej inicjatywy zaproponował bratu Dostojewskiego, Michałowi, i przyjacielowi Dostojewskiego, Apollonowi Majkowowi, że zawiezie od nich listy. Wrangel był pięć lat przedtem świadkiem "egzekucji" pietraszewców na placu Siemionowskim i zrobiło to na nim wielkie wrażenie. Istotnie Wrangel odegra później w losie Dostojewskiego rolę wyjątkową i dobroczynną. Będzie mu pożyczał pieniądze, spowoduje szereg ulg w stosunku do jego osoby, a wreszcie wystara mu się o awans na oficera, całkowite ułaskawienie i zezwolenie powrotu do Rosji.

Wrangel napisał wspomnienia o swej przyjaźni z Dostojewskim. Opisuje swą podróż, zaczynając od Omska. W hotelu w Omsku nie było wolnego pokoju, położono młodego barona na bilardzie. W nocy jakieś pijane towarzystwo wypędziło go stamtąd. Generał-gubernatorem kraju stepów był generał Gasfort, który w przeciwieństwie do generał-gubernatora wschodniej Syberii, Murawiewa, był głupi i bezradny, aczkolwiek równie despotyczny. Nie tylko potrafił nakazać stworzenie nowej religii dla Kirgizów, która by była czymś pośrednim pomiędzy islamem a prawosławiem, ale ośmielał sam wymyślać nowe mundury dla swych urzędników, zaćmiewające strojnością mundury oficerów gwardii. Wojenny gubernator w Omsku, baron Frederichs, przyjaciel ojca Wrangla, był według określenia Wrangla głupi jak korek, wciąż grał na flecie, a pisma, które podpisywał, kazał ważyć, a potem rozgłaszał: W ciągu roku podpisałem tyle a tyle pudów papierów.

Do Semipałatyńska jechał Wrangel konno, mijając robiące na niego wrażenie cieni na horyzoncie korowody wielbłądów, idące w całkowitej ciszy. Po przyjeździe do tego miasta zobaczył tylko płoty i płoty, mnóstwo psów szczekających, brak bruku, przy tym okazało się, że jesienią nogi tu grzęzną w błocie, a latem w rozżarzonym przez słońce piasku. W mieście była jedna cerkiew, siedem meczetów, kilkunastu czy kilkudziesięciu urzędników, przeszło tysiąc kozaków i żołnierzy z odpowiednią ilością oficerów i kilka tysięcy Tatarów. Naokoło byli Kirgizi, także mahometanie. Islam panował nad krajem. Hoteli nie było, dla przyjezdnych policja rekwirowała mieszkania u miejscowych mieszczan. Wrangel noc pierwszą spędził w pokoju wybitym wojłokiem, na ścianach były obrazki przedstawiające, jak myszy kota grzebały, oraz wypędzenie Napoleona z Moskwy. Była taka masa pcheł, że Wrangel całą noc siedział na krześle.

Nazajutrz Wrangel posłał służącego po Dostojewskiego. Wrangel miał lat 21, ale był prokuratorem. Dostojewski miał lat 32, był kiedyś znanym pisarzem, teraz był szeregowcem. Dostojewski przestraszył się, czego znów prokurator chce od niego, i przyszedł do Wrangla blady, spocony i piegowaty. Uspokoił się, gdy Wrangel rozpoczął od przeprosin, że sam pierwszy nie przyszedł do niego. Istotnie, Wrangel, rosyjski Niemiec czy też rosyjski Szwed, nie umiał uniknąć małych nietaktów, które tak plamiły anielskość jego intencji, tak psuły to dobro, które chciał tworzyć. Nie miał tej intuicji w postępowaniu z ludźmi, której kobiety mają więcej niż mężczyźni; a Słowianie więcej niż rasa germańska. Oczywiście, że trzeba było pójść samemu do Dostojewskiego, a nie posyłać po niego służącego. Człowiek w sytuacji Dostojewskiego pamiętałby taki gest z większą wdzięcznością aniżeli nawet pożyczone pieniądze. Należy przypuszczać, że coś musiało mącić stosunki pomiędzy Wranglem a Dostojewskim także w przyszłości, skoro Dostojewski kochał go tylko tak długo, póki Wrangel był mu koniecznie potrzebny, póki go ratował i wyciągał z nieszczęścia. W późniejszych bowiem listach Dostojewskiego w zdenerwowanych zdaniach o wierzycielach, których Dostojewski chciałby spłacić jak najprędzej, ze zdziwieniem największym spotykamy nazwisko Wrangla umieszczone wśród nazwisk dwóch najdokuczliwszych lichwiarzy.

Był to może dowód niewdzięczności Dostojewskiego, ale może też dowód, że Wrangel nie umiał zaszczepić większej do siebie miłości. Był to człowiek bez wad. Nie pił, nie przegrywał w karty, nie brał łapówek, był sumienny i prawy w pełnieniu swych obowiązków, lecz znów nie buntował się przeciwko głupim czy nieuczciwym przełożonym i nie dążył do wywrócenia ustroju. Rosjanie nie lubią takiego zbiegu zalet w człowieku, uważają to za nudne. Zresztą ten stosunek między 21-letnim młodzieńcem-protektorem i 32-letnim pisarzem-protegowanym i ratowanym, w którym Dostojewski mógł tylko prosić, względnie proponować, a do młodziutkiego Wrangla zawsze i całkowicie należało prawo decyzji, musiał być dla Dostojewskiego bardzo upokarzający i trzeba było mieć bardzo dużo taktu, aby tu uniknąć tonów nieprzyjemnych, a nie mamy pewności, czy Wrangel ten wielki takt posiadał. Trzeba także kilka słów powiedzieć o stosunku społeczeństwa do przestępców politycznych w dawnej Rosji. Oczywiście taki oficer, który służył w Semipałatyńsku, mógł być wobec byłego katorżnika brutalny. Ale w ten sposób sam siebie deklasował towarzysko. Dla osób lepiej wychowanych przestępca polityczny nigdy nie tracił swego charakteru człowieka z towarzystwa. Ponad kodeksem państwowym stał niepisany kodeks solidarności szlacheckiej, który postanawiał, że wyrok sądowy nie pozbawia nikogo uprawnień wynikających z obyczajów grzecznościowych, a zwłaszcza wobec ludzi skazanych za sprawy polityczne wszystkie reguły grzeczności działają nadal. Chłop skazany za bunt przeciwko panu z tych uprawnień nie korzystał, a natomiast korzystał z nich szlachcic skazany nawet za złodziejstwo, nie mówiąc już o przestępstwach dyscyplinarnych czy politycznych. Ci, którzy by tego nie przestrzegali, ściągali na siebie zarzut ludzi źle wychowanych. Oczywiście, że pojawienie się barona Wrangla, byłego licealisty, w Semipałatyńsku było wydarzeniem niesłychanie wstrząsającym, i oczywiście, że stał się on od razu wyrocznią dla wszystkich. Za jego wskazówką sam gubernator zaprosił Dostojewskiego na obiad, a za przykładem gubernatora wszyscy inni urzędnicy, co dla Dostojewskiego, stęsknionego do towarzystwa jakichś ludzi poza niepiśmiennymi żołnierzami i kryminalistami, było prawdziwym szczęściem. Poza tym ustało posyłanie Dostojewskiego na warty przed składami wojłoków i Dostojewski zamiast w koszarach siedzi u Wrangla. Otrzymuje prawo prywatnego mieszkania. Zamieszkał Dostojewski zresztą dość ponuro, ponieważ wciąż jest biedny, a nawet Wrangel musi go u siebie częstować swoim tytoniem, bo gdy Dostojewski zaczyna palić własne tanie świństwo, to biedny baron dostaje szalonych bólów głowy. Chata, w której mieszkał Dostojewski, sterczała wśród strasznego piasku, w którym człowiek grzązł, a z łatwością przechodził tylko wielbłąd. Chata nie miała okien na zewnątrz w obawie przed złodziejami; otoczona była wysokim częstokołem, w którym były wrota bardzo wąskie i bardzo niskie, tak że, aby wejść, trzeba było się schylić wpół. Tego rodzaju urządzenie miało również na celu bezpieczeństwo, schylonemu wpół człowiekowi łatwo było dać czymś po łbie. Dwa okna chaty wychodziły na podwórze, gdzie była głęboka studnia z żurawiem. Izba Dostojewskiego była wydłużona jak trumna i źle oświetlona. Dostojewski pisał przy łojowej świecy, świece stearynowe były wtedy luksusem, i Wrangel nie mógł zrozumieć, jak można było coś dojrzeć w tych warunkach. Na ławce w tej izbie siadywały dwie piękne dziewczyny, córki gospodyni chaty. Zwłaszcza młodsza, szesnastoletnia, była urodziwa. Ubrane były w czasie upałów wyłącznie w koszule, czasem nawet rozchełstane na piersiach, tylko podpasywały się czerwonym paskiem. Wrangel wymawiał matce, że eksploatuje wdzięki swych córek. "Wszystko jedno - odpowiadała idealnemu baronowi praktyczna matka - i tak puściłyby się z pisarzem lub podoficerem jakimś za dwa pierniki lub funt orzechów, lepiej już z panami."

Poza tym były jeszcze inne kobiety w mieście. Śliczna Maryna, córka Polaka, która zgrzeszyła z synem burmistrza i wydana została za chorążego kozaka, który przez ostrożność małżeńską, gdy wychodził, stawiał ją na kolana, a jej warkocze wkładał do szuflady ogromnej komody, po czym szufladę zamykał na klucz i w ten sposób Maryna była przyskrzyniona. Ale pewne zdobycze techniczne znane już były w Semipałatyńsku. Znalazły się wytrychy, którymi ludzie, współczujący Marynie i którym Maryna współczuła, otwierali szufladę i jasnowłosa Maryna wstawała z kolan. Była też cyganka, Wańka-Tańka, która...

Najdłużej i najszczegółowiej opisuje Wrangcl swe letnie mieszkanie, które wynajął na lato za 30 rubli i gdzie miał cały mały zwierzyniec i cztery wierzchowce oraz zaczął sadzić kwiaty nie znane w Semipałatyńsku. Dostojewski pomagał mu w tym i biegał pomiędzy inspektami bez munduru, w różowej perkalowej kamizelce, a na szyi miał sznurek z niebieskiej włóczki, na którym huśtała się cebula dużego srebrnego zegarka. Dziewczęta z jego chaty, w koszulach, były także tutaj i biegały bosymi nogami po świeżym nawozie. Dostojewski mieszkał wtedy u Wrangla na stałe i Wrangel uczył go jeździć konno.

W tych czasach Dostojewski poznał Aleksandra Isajewa i jego żonę Marię i zaczynają się dla niego nowe męczarnie, teraz już miłosne. Żona Isajewa stanie się później pierwszą żoną Dostojewskiego. Ona i Isajew będą od tych czasów figurować w każdej większej powieści Dostojewskiego.

Aleksander Isajew to Marmieładow ze Zbrodni i kary, to kapitan Lebiadkin z Braci Karamazowych. Nawet córka Dostojewskiego w swych półidiotycznych wspomnieniach o ojcu nazywa Isajewa kapitanem, ponieważ żywy Isajew pomieszał się jej z jego powieściowym odbiciem. Isajew nie był kapitanem, lecz urzędnikiem do nadzoru nad szynkami, a przede wszystkim pijakiem. W powieściach Dostojewskiego Isajew pojawia się jako człowiek moralnie i fizycznie bity po twarzy, upokarzany, grzeszny, nędzny, ale jednak taki, w którym coś jeszcze pozostało, coś jeszcze gra, w każdym razie wzbudzający pewne współczucie. Wrangel uważał Isajewa za zwykłego pijaka i nic więcej. Maria Dmitriewna, jak z powieści Dostojewskiego wynika, biła swego męża, znęcała się nad nim, upokarzała go przy wszystkich, ale Dostojewski znowuż to idealizował. Zresztą w listach do swoich krewnych Dostojewski wspomina o pp. Isajew jak o najnormalniejszym i najbardziej szanownym małżeństwie. Listy Dostojewskiego są o wiele dalsze od prawdy, jeśli chodzi o wizerunki tych dwojga ludzi, niż te ustępy jego powieści, w których o nich wspomina. W listach pan i pani Isajew to szablonowe, szlachetne i przyzwoite stadło. I jakkolwiek w powieściach również ich idealizuje, to jednak Isajew jest zawsze pijanym "byłym człowiekiem", a Isajewa pół czy też w trzech ćwierciach wariatką. Niektóre epizody powieściowe Dostojewskiego są żywcem przejęte z życia pani Isajew. Była ona dość inteligentna i oczytana, z suchotniczym rumieńcem na twarzy, z sercem pełnym złości i nienawiści do świata, z dużym temperamentem seksualnym, co się często zdarza u suchotnic. Ojcem jej był niejaki Constant, kierownik kwarantanny w Astrachaniu, z którego Dostojewski robił szlachcica, emigranta czy syna emigranta z Francji, a który naprawdę był jakimś pół-Mulatem, co także tłumaczy gorąco w żyłach jego córki. Małżeństwo Isajew mieli tez synalka, o którym Dostojewski w swych listach pisze wciąż w superlatywach: najszlachetniejszy, najserdeczniejszy, najwrażliwszy, a który zgodnym zdaniem wszystkich innych był najobrzydliwszym wałkoniem na świecie.

Dostojewski kąpie się właśnie w szerokim Irtyszu i jeździ konno z Wranglem w step, gdy przychodzi wieść straszliwa: pijanica Isajew wypędzony jest wreszcie z Semipałatyńska i przeniesiony do Kuzniecka odległego o 500 wiorst. Wrangel wiezie Dostojewskiego odprowadzającego Isajewych. "Wsadziłem mężulka - opowiada - do jednej bryczki ze sobą i upoiłem go tak, że zaraz zasnął, żeby Dostojewski mógł spokojnie gruchać ze swoim ideałem w innej bryczce." W chwili rozstania Dostojewski staje się do niepoznania, wybucha płaczem, gdy pył drogi zamyka mu widok oddalającej się bryczki, wraca do miasta starszy o 10 lat. Wysyła do niej listy podobniejsze do grubych zeszytów niż do listów. Miłość jego jest wielka, prawdziwa, podobna do choroby umysłowej. Taka miłość nie przemija nigdy całkowicie, pozostawia zawsze ślady, jak złe i ciężkie niezdrowie. Wyjazd Isajewa z żoną miał miejsce w maju 1855 r., a oto w sierpniu 1855 otrzymuje Dostojewski list od swej ubóstwianej, że mąż umarł, ona jest w nędzy, przyjęła nawet... jałmużnę w postaci trzech rubli od kogoś nieznajomego. Stąd pamiętna scena w Zbrodni i karze - żona Marmieładowa otrzymuje trzy ruble po śmierci męża. Dostojewski zaraz pożycza u Wrangla pieniądze, aby jej pomóc. Wrangel wyciąga wówczas Dostojewskiego na polowania z orłami-"berkutami" na wilki i na jeszcze ciekawsze, z podpalaniem trzcin i trawy, aby wypłoszyć tygrysa. Ale dla Dostojewskiego zaczyna się teraz gehenna wymiany listów, oczekiwania na odpowiedzi, a czasami otrzymywania odpowiedzi, gorszych od oczekiwania. Dostojewski wciąż jeszcze jest żołnierzem, któremu nie wolno jest opuścić miejsca pobytu. Wrangel urządza całą komedię choroby Dostojewskiego, lekarz należy do spisku, wydaje świadectwo, okiennice zamknięte, Dostojewski rzekomo leży w łóżku, tymczasem pędzi z Wranglem na umówione spotkanie z panią Isajew do Zmijewska, dwieście kilometrów, z początku stepem, potem wspaniałym borem sosnowym, sosny szumią nad nimi jak pienia w gotyckiej katedrze. Cóż z tego, kiedy pani Isajew do Zmijewska pomimo uprzednich obietnic nie przyjechała, a tylko przysłała list. Wrangel ogląda wspaniałe jezioro wśród skał. Jezioro to znakomity ówczesny geograf Humboldt nazwał cudem świata, najpiękniejszym widokiem na globie. Ale Dostojewski nie chce patrzeć na to jezioro, co gorszy Wrangla. "Jak on nie ma zrozumienia dla piękna przyrody" - pisze Wrangel. Potem Dostojewski po raz drugi jedzie do Zmijewska, ale pani Isajew nie tylko powtórnie nie dotrzymuje obietnicy, ale nawet listu nie przysyła. Wrangel jedzie do Petersburga. Na tronie zasiada już Aleksander II. Nowe panowanie, nowy duch, nowy kurs polityki wewnętrznej. Zacny Totleben, obrońca Sewastopola, na skutek próśb Wrangla zaczyna starać się o awans Dostojewskiego na oficera. Wrangel pisze listy pełne nadziei. Dostojewski jedzie do pani Isajew, poznaje tam Wargunowa, pełnego sił męskich młodego człowieka, który ułatwia jego ubóstwianej znoszenie czasu wdowieństwa nie skąpiąc jej rozrywek nocnych. Powołajmy się tutaj na poprzednie i późniejsze utwory Dostojewskiego, zwłaszcza słabsze, jak Białe noce, Skrzywdzeni i poniżeni a chociażby na jego pierwszy utwór, który się tak podobał Bielińskiemu: Biedni ludzie. Utwory te można nazwać masochistyczno-sentymentalnymi, bohater służy swej ukochanej wtedy, gdy się ona oddaje komu innemu. Dostojewski myślał o sobie, właśnie on w życiu był takim sentymentalnym masochistą, rozrzewnionym samodręczycielem. Teraz w Kuzniecku pokochał zaraz Wargunowa jak "rodzonego brata" i zaczyna się znów dla niego przez patentowanego dobroczyńcę Wrangla starać o awans i pieniądze, bo Wargunow był nauczycielem. Po powrocie do Semipałatyńska pisuje listy do nich obojga, otrzymując od nich wspólne odpowiedzi. Skądinąd wiemy, że zazdrość przyczyniała Dostojewskiemu straszne cierpienia. Do swej rodziny i do Wrangla pisuje Dostojewski nadal listy o "la dame", "la mienne" ["damie", "swojej"], że ona go kocha i że ślub ich jest postanowiony, o ile nie zajdzie pewna okoliczność. Ta okoliczność to ewentualne wyjście za mąż rzekomej narzeczonej za kogo innego. W listach do Isajewej zapewnia ją Dostojewski, że nie jest "człowiekiem bez przyszłości", jak ona go nazywa, że sam już prędko zostanie urzędnikiem. Dziwnie się składa historia kultury ludzkiej. Oto genialny pisarz, mający później wpływ na literaturę całego świata, i oto jego zapewnienia dawane nikomu niepotrzebnej babie, że będzie tym samym co jej kochanek, okrągłe zero ludzkie. Istotnie listy Dostojewskiego w tym czasie nabierają rytmu konwulsji. Wreszcie 30 października 1856 r. Dostojewski otrzymuje wiadomość, że z powrotem stał się czymś w rodzaju człowieka, bo został mianowany chorążym we własnym batalionie. Dnia 24 listopada Dostojewski znów pojawia się w Kuzniecku - pamiętajmy, że Kuznieck od Semipałatyńska odległy jest o 350 mil drogi końmi - i pani Isajewa łaskawie obiecuje mu swą rękę. Rozpoczynają się gwałtowne listy poszukujące pieniędzy na wesele i urządzenie szczęścia małżeńskiego; jakiś kapitan Kowrigin pożycza Dostojewskiemu 600 rubli, rodzina coś przysyła. Dnia 6 lutego 1857 ślub w cerkwi w Kuzniecku chorążego Teodora Dostojewskiego z wdową po koleżskim sekretarzu Marią Isajew. Świadkiem przy spisywaniu aktu ślubnego jest tenże Wargunow, który nadal jest dla ubóstwianej Dostojewskiego tym, czym był poprzednio. Dostojewski wraca z żoną do Semipałatyńska i po drodze w Barnaule, w pokoju hotelowym, ulega straszliwemu atakowi epilepsji. Dziesięć lat później jego druga żona, młodziutka, osiemnastoletnia, czysta jak kryształ, także po raz pierwszy zobaczy Dostojewskiego w epilepsji. Będzie go wtedy małymi rączkami mocno trzymała za głowę, aby jej sobie w konwulsjach nie zranił. Teraz pierwsza żona Dostojewskiego patrzy na niego ze wstrętem, z nienawiścią, a gdy się ocknie, dozna na sobie jej furiackiego gniewu, że zataił przed nią swoją chorobę. "Ty katorżniku przeklęty" - zabrzmi nad nim nienawistny, wariacki krzyk żony.

 

VIII 

POCZWARKA

 

Porównanie, którego użyje, będzie miało dwie wady: nie będzie ścisłe i jego zastosowanie do osoby Dostojewskiego będzie brzmiało dziwacznie. Gąsienica, poczwarka, motyl. Pierwszy okres pisarskiej działalności Dostojewskiego, do chwili uwięzienia i katorgi - to gąsienica, okres drugi: od uwolnienia z katorgi albo jeszcze lepiej, od chwili powrotu ze zsyłki w 1859 do śmierci pierwszej żony, małżeństwa z Anią i wyjazdu za granicę w 1867 - to poczwarka; całkowita wydajność geniuszu wypada dopiero na okres trzeci, wtedy, gdy Dostojewski jest już mężem Ani.

W okresie drugim Dostojewski tworzy już arcydzieła, jak Sioło Stiepanczikowo, Martwy dom, a wreszcie jedno ze swych arcydzieł najwyższej klasy, Zbrodnię i karę, ale rzecz w tym, że nie wszystko, co wtedy pisze, jest arcydziełem, i dlatego powiadamy: poczwarka. Geniusz pisarza wciąż się jeszcze potyka; obok rzeczy największych pisze utwory słabe albo wręcz marne, jak Skrzywdzeni i poniżeni. Dopiero w okresie trzecim wszystko, co wyjdzie spod jego pióra, jest doskonałe i genialne.

Dostojewski po otrzymaniu, dzięki Wranglowi, pozwolenia na powrót do Rosji europejskiej zakupił w Semipałatyńsku tarantas, załadował do niego żonę i pasierba i po sześciu tygodniach podróży przyjechał do Tweru. Miasto to, jedno z najstarszych i najbardziej szanownych miast Rosji, nosi dziś nazwę Kalinin, a nazwa ta pojawiała się dość często w komunikatach wojennych w 1941 roku. Dostojewski zjawił się w Twerze w sierpniu 1859 r. i zaczyna się zachowywać jak taki nerwowy człowiek, który pociągiem jechał już dwie doby, pozostało mu podróży zaledwie pół godziny i właśnie dlatego, że ma poza sobą dwie doby, niecierpliwi się strasznie. Dostojewski niemal wariował z radości, gdy w Semipałatyńsku dostał zezwolenie na przyjazd do Tweru, a teraz Twer go irytuje, męczy. Mieszka w tym mieście zaledwie niecałe trzy miesiące, a ileż ponapisywał listów z błaganiami o całkowite ułaskawienie, o prawo zamieszkania w stolicy - do Wrangla, do generała Totlebena, do szefa żandarmów , do samego cesarza. Gdyby do Mikołaja I jakiś literat napisał list bezpośrednio, osadzono by go jak najprędzej w szpitalu wariatów, ale oto od czterech lat panuje już Aleksander II; czasy się zmieniły; Dostojewski w liście do cesarza zajmuje go nie tylko swoją osobą, prosząc o zezwolenie na zamieszkanie w Petersburgu, ale stara się go także zainteresować swymi stosunkami rodzinnymi, prosząc, aby cesarz załatwił mu przeniesienie znakomitego pasierba Paszy z jednej szkoły do drugiej. Cesarz skreślił na tym liście życzliwą rezolucję. W grudniu 1859 Dostojewski uzyskuje już upragnione prawo powrotu do stolicy i z miejsca, głową naprzód, rzuca się w dymiący pociąg wydarzeń i sporów.

Okres "poczwarki" jest okresem przejściowym nie tylko dla Dostojewskiego. Jest to okres olbrzymich przeobrażeń w Rosji, głębokiej rewolucji wewnątrz tego państwa, rewolucji przede wszystkim społecznej, ale również i ustrojowej, i politycznej, aczkolwiek rewolucji narzuconej z góry. Mówiąc o czasach Aleksandra II używamy zwykle skromnego słowa: reformy. Skromność ta graniczy z kłamstwem. Uwolnienie chłopów w 1861, uczynienie z wczorajszego niewolnika pełnoprawnego obywatela i właściciela, względnie współwłaściciela gruntu, obalenie w jednym dniu całej dotychczasowej organizacji życia gospodarczego, opartej na niewoli chłopa, nie było reformą, lecz wspaniałą rewolucją z góry. Aleksander II dał swemu narodowi samorząd ziemski i miejski, dał nowoczesne sądownictwo, obalił przywileje stanowe; z państwa policyjnego i stanowego przeobraził Rosję w nowoczesne państwo praworządne. Poszedłby zapewne jeszcze dalej, gdyby nie powstanie polskie w 1863 oraz wewnętrzny rosyjski ruch rewolucyjny, którego padł ofiarą, zabity bombą 1 marca 1881 roku, w przededniu ogłoszenia manifestu o powołaniu parlamentu.

Większość reform Aleksandra II wypada właśnie na okres "poczwarki" Dostojewskiego - od r. 1859 do 1867. W tymże okresie miało miejsce także powstanie polskie i pierwsze wybuchy rewolucyjne, i pierwsze fale reakcji. Dotychczasowe kierunki czy szkoły polityczne, będące właściwie kierunkami czy szkołami literacko-politycznymi, pokruszyły się i przeobraziły jak cała Rosja.

Za czasów Mikołaja I były dwie takie szkoły; obydwie zresztą, co jest ciekawe, wypłynęły z tego samego źródła, z Listu filozoficznego Czadajewa. Ale nie obciążajmy pamięci czytelnika zbytnią ilością nazwisk. I tak za dużo jest ich w tej książce, i tak musimy powiedzieć, że pierwsza szkoła nazywała się słowianofilską, a najwybitniejszymi jej przedstawicielami byli: Chomiakow, bracia Kirejewscy, Samarin, a przede wszystkim rodzina Aksakowych. Szkoła przeciwstawna nazywała się zachodnią (zapadnicy), a jej wodzem, - leaderem, drogowskazem i za życia, i po śmierci był dobry nasz znajomy: Wissarion Bieliński.

Postarajmy się teraz najkrócej przedstawić przeobrażenia i przegrupowania, jakie zaszły w obu szkołach w czasach "poczwarki" Dostojewskiego, czyli w latach 1859 do 1867. Oddalamy się w ten sposób od nurtu naszego opowiadania, ale jest to konieczne. Wer den Dichter will verstehen, muss in Dichters Lande gehen. Kto chce poznać Dostojewskiego, musi poznać jego czasy.

 

IX

SŁOWIANOFILE

 

Piotr Wielki na przełomie XVII i XVIII wieku zmodernizował Rosje, wyrąbał budując Petersburg "okno do Europy", utwierdził rosyjskie panowanie nad Bałtykiem i nad Morzem Czarnym. Do czasów Piotra I Polska i Rosja były to państwa o różnych siłach - toczyły ze sobą wojny ze zmiennym szczęściem, dopiero Piotr Wielki stwarza przewagę Rosji nad Polską i od jego czasów, skutkiem jego pracy Polska już nigdy równości sił z Rosją nie odzyskała.

Słowianofile rosyjscy była to literacka szkoła z czterdziestych i pięćdziesiątych lat zeszłego stulecia, wrogo nastrojona do reform Piotra Wielkiego oraz idealizująca Rosję sprzed Piotra.

Słowianofilom zdawało się, że ruch ich jest na wskroś oryginalny, specyficznie rosyjski. W rzeczywistości słowianofilizm stanowił tylko rosyjską odnogę ogólnoeuropejskiego ruchu literackiego, znanego pod nazwą romantyzmu. Słowianofilizm był to nieco spóźniony romantyzm literacko-polityczny i nie można nawet powiedzieć, że powstał w Rosji, bo w rzeczywistości ziarna tego ruchu przywiezione były do Rosji z Zachodu. Pierwsi słowianofile byli przeważnie wychowankami uniwersytetów niemieckich, bezpośrednimi lub pośrednimi uczniami niemieckiego filozofa Hegla lub Schellinga, potem teorie w Niemczech zasłyszane poubierali w strój pseudorosyjski. Powiadamy: pseudo. Każda powieść jest powieścią historyczną prócz powieści historycznych - zaraz uzasadnię ten paradoks. Oto mamy powieść obyczajową Dickensa. Stanowi ona odzwierciedlenie, ilustrację życia angielskiego w dickensowskich czasach bardziej dokładną niż niejeden dokument z archiwów policyjnych pochodzący. Z powieści obyczajowych wiemy, jak wyglądało życie w czasach, gdy autorowie tych powieści pisywali swe utwory. Teraz weźmy powieść Walter Scotta o średniowieczu. Czy można ją uważać za dokument przy badaniu obyczajów średniowiecza? Oczywiście, że nie! Powieści noszące przymiotnik "historyczne" są zaledwie usiłowaniem odtworzenia życia odległego, usiłowaniem zawsze jak najfatalniej obciążonym anachronizmem. Wyobraźnia ludzka tworząca obrazy przeszłości zwykle tworzy je według własnych swoich gustów. Widziałem kiedyś w hitlerowskim Berlinie wystawcę z manekinami przedstawiającą życie pragermanów. Stroje tych pragermanów były zszyte i skrojone pod najwyraźniejszym wpływem ówczesnej berlińskiej, hitlerowskiej mody ubierania się. Powieść historyczna jest zawsze dokumentem tych czasów, w których została napisana, a nie tych czasów, których dotyczy jej fabuła. Powieść z epoki romantyzmu o średniowieczu stanowi materiał do badania epoki romantyzmu, a nie średniowiecza.

W sposób identyczny musimy się ustosunkować do słowianofili rosyjskich z pierwszej połowy XIX wieku. Idealizowali oni życie starorosyjskie, wzywali do powrotu do obyczajów sprzed Piotra Wielkiego. W rzeczywistości jednak głosili ideały własnej epoki, ideały jak najbardziej współczesne, a tylko swoją wyobraźnią przenosili je w czasy odległe i wmawiali w siebie i innych, że te ich współczesne ideały to testament dawnych czasów. Podobały się im parlamentarne formy rządów w Europie zachodniej - twierdzili więc, że w dawnej Rosji rządzili nie carowie, lecz wiece ludowe; pociągały ich fantazje Fourriera, twierdzili więc, że specyficzną cechą ludu rosyjskiego była zawsze wspólnota rolna. Szyli sobie nakrycia głowy i kaftany mniej więcej według własnych pomysłów i utrzymywali, że to są stroje prarosyjskie, itd., itd.

W rzeczywistości nie znam nic bardziej europejskiego niż ten słowianofilizm rosyjski. Powstał z natchnienia filozofii niemieckiej, stanowił udział rosyjski w jednym z ogólnoeuropejskich ruchów kulturalnych, mianowicie w romantyzmie; w sposobie idealizowania przeszłości bliższy był fantazjom zachodnioeuropejskich pisarzy aniżeli prawdy historycznej. Mówiąc nawiasem, ruch ten wykazał, jak niebezpiecznymi w swych skutkach mogą być czasami fantazje literackie. Oto słowianofile, jak już powiedziałem, wyobrazili sobie, że chłop rosyjski marzy o wspólnocie rolnej, potem wielu słowianofili weszło do komisji planujących wielką reformę oswobodzenia włościan i nadania im ziemi i oto zamiast uwłaszczenia chłopów, indywidualnego obdarzenia ich ziemią, stworzono straszliwą dla ich dobrobytu wspólnotę rolną, która stała się kamieniem węgielnym nędzy wsi rosyjskiej.

Słowianofile wyobrazili też sobie, nie wiadomo dlaczego, że prarosyjskość odznaczała się niesłychaną powściągliwością i czystością w dziedzinie seksualnej. Piękne to przekonanie nie miało żadnych podstaw, a jaskrawy erotyzm występujący w obrzędach sekt ludowych w Rosji wskazywałby raczej na inklinacje odwrotne. Piotr Wielki istotnie powyciągał kobiety z zamknięcia domowego na bale i asambleje, kazał im tańczyć, dygać, a nawet pić wódkę, ale izolacja kobiet od towarzystwa męskiego, będąca w zwyczajach dawnej Rosji, nie oznacza, jeszcze czystości płciowej. Tymczasem słowianofile uważali, że zepsucie obyczajów, że nie tylko lekkomyślność kobiet, ale i rozwiązłość mężczyzn stanowi cechę Europy zachodniej, całkowicie obcą duchowi słowiańskiemu i prarosyjskiemu. Nawet brat Aleksandra II, w. ks. Konstanty, będący przez pewien czas pod wpływami słowianofili, podzielał ten pogląd, ale później zdecydowanie go odrzucił, zwłaszcza jeśli chodzi o życiową praktykę.

Mekką i Medyną słowianofili był dwór w majątku Abramcewo koło Moskwy, należący do rodziny Aksakowych. Mieszkał tam ojciec, synowie i córki. Ojca dzieci nie nazywały skrótem "papa", ponieważ źródłosłów tego wyrazu był niedostatecznie rosyjski, a używały spieszczenia nadzwyczajnie słowiańskiego. Ojciec, Sergiusz Timofiejewicz, był świetnym pisarzem, pisywał pamiętniki, podręczniki polowania i rybołówstwa. Urodził się jeszcze w wieku XVIII. Syn Konstanty był filozofem, a syn Iwan czynnym działaczem i publicystą. Konstanty urodzony w 1817 umarł w 1860, ale pomimo swych lat 43 nie tknął w życiu żadnej kobiety wierząc, że czynić tego przed małżeństwem nie powinien prawdziwy Słowianin, że orgiastyczność seksualna, którą widział naokoło siebie na wsi i w mieście, przyszła z Europy i rozpleniona została przez Piotra Wielkiego. Studiując w Niemczech na uniwersytecie uległ jednak Konstanty Aksakow czarom pewnej Niemeczki, sprzedawczyni kwiatów, i co dzień zjawiał się w jej sklepie, aby czytywać jej wiersze Goethego i Schillera i inne, aż zachodnioeuropejska dziewczyna mu oświadczyła, że chętnie, jeśli chce, pójdzie do niego na utrzymanie, ale niech przestanie przychodzić do niej z wierszami, bo się z niej wszyscy śmieją. Konstanty Aksakow głęboko przeżył to rozczarowanie. Brat jego Iwan przynajmniej się ożenił z córką wielkiego rosyjskiego poety, Tiutczewa, który dobrze się czuł tylko w Rzymie lub we Francji czy Niemczech, podświadomie nienawidził Rosji, ale także wyobraził sobie, że jest straszliwym słowianofilem. Córka jego, żona i współpracowniczka w słowiańskości Iwana Aksakowa, wychowana była w Bawarii i nigdy nie mogła się całkowicie pozbyć cudzoziemskiego akcentu. W majątku Aksakowych wrzało jak w ulu, jakkolwiek przyjmowano tu tylko prawowiernych wyznawców doktryny. Na Turgieniewa, gdy przyjechał, patrzono z ukosa, jakkolwiek nie szczędzono mu pouczeń i wskazywano na błędy, w które się zaplątał. Książętom Oboleńskim słano pościel w salonie na kanapach, ponieważ pokoje gościnne były zajęte, ale dyskutowano, czy ci Rurykowicze nie mają w sobie jakiejś reszty krwi normandzkiej. Dyskutowano zresztą od rana do wieczora i w każdej rzeczy znajdowano głębokie zasady. Zachował się dziennik siostry Aksakowów, dziewczyny poważnej i głębokiej, aczkolwiek równie namiętnej entuzjastki. Z kart tego dziennika przemawia do nas brzmienie dzwonów cerkiewnych. Wiadomo, jak pięknie, melodyjnie, poważnie, a jednak pogodnie dźwięczy spiż dzwonów cerkiewnych, gdy się rozweseli nad lasami i śniegiem. Jest takie książęce nazwisko rosyjskie: Białosielski-Białozierski, wywołuje ono wizję wiosek zawalonych śniegiem i dużych płaszczyzn lodowych, również przysypanych śniegiem. Życie we dworze Aksakowych, ogłuszonym dyskusjami zasadniczymi i słowiańskimi, musiało być dostatnie, przyjemne, jakkolwiek owa nadmierność czystości obyczajów wprowadzała zapewne ton niedosytu, coś jakby doskonały bankiet ze smaczną zupą, pieczywem, rybą i deserami, ale bez kropli wina czy innego alkoholu. Miało jednak to życie swe barwne obrazki. Oto znów z dziennika Wiery Aksakow: jest mroźno, zawieja i noc, jedzie z matką karetą na saniach do Moskwy, aby zdążyć na nabożeństwo w wigilię Bożego Narodzenia. Na jednej ze stacji pocztowych zmieniają im konie. Do karety zbliża się stara kobieta i błaga, aby młoda pani wstąpiła na chwilę do mieszkania zawiadowcy stacji i została matką chrzestną. Nie wiadomo, skąd się wzięła ta kobieta, bo nie widać żadnego domu, a tylko ciemno nocy i zamieć, i śnieżne igliwie tnie po twarzy, rzucane przez wiatr, który jakby głęboko siedzi w lasach i chce opanować całkiem dla siebie przestrzenie bezleśne. Panie wychodzą z karety, prowadzone za rękę przez tę starą kobietę, i oto są w oświetlonym świecami pokoju, w którym jest kilku ludzi, pop prawosławny w szatach liturgicznych, a przede wszystkim leży w łóżku położnica przecudnej urody. Zjawisko, wizja z obrazu Murilla, a nie żywa kobieta. Matki chrzestnej brak, sanki jej zagubiły się gdzieś w lasach, w zamieci. Młoda panna Aksakow bierze udział w obrzędzie, potem wychodzi znów w ciemną noc i jedzie dalej sankami ku dzwonom cerkiewnym, które już słychać z Moskwy.

 

X

SZKOŁA ZACHODNIA

 

W aktach III oddziału własnej jego cesarskiej mości kancelarii, w plice papierów z 1854 r., zawierającej "listy prywatne", znaleziony został list Niekrasowa do jego kochanki Panajewej, treści następującej:

"Dosyć już tego, że Cię osłoniłem w obrzydliwej historii ze sprzedażą majątku Ogariewa. O! uspokój się, nie mogę Cię teraz wydać; skoro tyle lat opowiadałem, że zaplątałem się jakoś w tej sprawie, to nie mogę dziś wywrócić kota ogonem do góry i wskazać na Ciebie. Umrę z tą plamą na sobie. Honor Twój był mi droższy od honoru własnego. A czym mi płacisz za tę ofiarę? Czyś okazała kiedykolwiek, żeś zrozumiała całą przestępczość swego postępowania w stosunku do kobiety opuszczonej przez wszystkich, którą uważałaś za swoją przyjaciółkę? Pogarda Ogariewa, Herzena, Annienkowa, Satina przygniata mnie. Nie zmyję jej z siebie do końca życia... Możesz powiedzieć zresztą, że Annienkow zna część prawdy, wie to, co wie także Turgieniew, ale przecież całą prawdę znamy my tylko we dwoje i zmarły Szanszijew. Zrozum Ty choć raz w życiu to wszystko i powstrzymaj się od nowego straszliwego kroku. Pocieszasz się zapewne słowami mędrca, że człowiek nie obcuje ze świadkami swej śmierci. Ale hańba do śmierci spoczywa na mnie."

Mówiliśmy już o okrągłym mahoniowym stole z samowarem pani Panajew, od którego w swoim czasie uciekł Dostojewski, wypłoszony drwinami. Wracamy teraz do spraw toczących się dokoła tego stołu. Atmosfera tu jest zupełnie inna niż w rozdzwonionym, rozmodlonym pamiętniku Wiery Aksakow. Sprawa o majątek Ogariewa była sprawą kryminalną, w której rolę główną odegrał sam wzniosły poeta "żałości i pomsty" ludu, Niekrasow, a jego kochanka, Panajewa, na którą później usiłował zwalić całą winę wszelkimi sposobami, była tylko pojętną uczennicą i pomocnicą. Reputacja Niekrasowa jest przecież bardzo różna. Członkowie arystokratycznych klubów w Petersburgu znają go jako szczęśliwego karciarza i namiętnego myśliwego. Współpracownicy jego redakcji wielbią jego talenty wydawcy oraz uczucia uczynnego, dobrego, a często dobroczynnego kolegi. Młodzież ubóstwia go jako piewcę ludowej niedoli, jako obrońcę ludu. Dużo jednak ludzi dobrze go znających oskarża go o wszelkie podłości, kradzieże, szantaże, a nawet o grożenie Ogariewowi denuncjacją. Inni znawcy historii sprzedaży majątku Ogariewa, a sprawa ta żywo interesuje współczesnych nam historyków literatury rosyjskiej, wybraniają Niekrasowa i obciążają Panajewą jako podżegaczkę. Chodziło o to, że Ogariew, najbliższy przyjaciel Herzena, tego papieża ruchów rewolucyjnych nie tylko w Rosji, lecz w całej Europie, Mikołaj Ogariew, rzewny poeta i zawzięty rewolucjonista, był właścicielem wielkich dóbr i wyjątkowym marnotrawcą. Zerwał on ze swoją żoną, którą Herzen nazywał "łysą bachantką", i odstąpił jej kilka majątków, dał jakieś weksle, jakieś zobowiązania. Panajewa była przyjaciółką tej eks-żony Ogariewa, otrzymała od niej plenipotencje, przy tym Niekrasow pisał wzór do tej plenipotencji. "Łysa bachantka" wciąż zmieniała kochanków, potem już opłacała sobie utrzymanków i w końcu umarła w Paryżu w 1853 roku. Z papierów po niej pozostałych okazało się, że Panajewa nie wysyłała jej całkiem pieniędzy, sprzedając w międzyczasie majątki Ogariewa i dokonywając wszelkiego rodzaju kombinacji.

Przed uwięzieniem Dostojewskiego w 1849 wszyscy ci ludzie: Herzen, Ogariew, Bakunin, Niekrasow, Turgieniew, Dostojewski, mogli się spotkać i spotykali za gościnnym stołem pani Panajew, myśleli podobnie - wszyscy należeli do szkoły Bielińskiego. Dostojewski myślał może inaczej, ale był za młody i za nieśmiały, aby swe zdanie głośno wypowiadać, za ambitny wreszcie, aby narażać się na drwiny. Ale od tego czasu do chwili powrotu Dostojewskicgo z Semipałatyńska dużo się zmieniło. Zamiast jednego centrum, którym był wydawany przez Niekrasowa "Sowriemiennik", powstały dwa centra: "Sowriemiennik" w Petersburgu i "Kołokoł" w Londynie, wydawany przez Herzena. "Kołokoł" ("Dzwon") nie miał cenzury na karku, pisał, co myślał, wypowiadał się gorąco, rewolucyjnie, gwałtownie, stąd oczywiście był dla Rosjan lekturą bardziej interesującą niż "Sowriemiennik", z którego cenzura w pewnych okresach wyduszała opozycję jak olej z siemienia lnianego i który musiał wypowiadać się aluzjami, porównaniami i wciąż tak balansować, aby go czytelnik zrozumiał, a cenzor nie zrozumiał.

Kto z tych ludzi stanowił "prawicę" polityczną i społeczną, a kto lewicę?

Bardzo jest trudno odpowiedzieć na to pytanie.

Podzielmy przede wszystkim z grubsza całe towarzystwo na dwie grupy: emigracyjną i rosyjską.

W grupie emigracyjnej na pierwszym miejscu oczywiście wymienić należy Herzena, najlepiej w Europie znane nazwisko ze wszystkich rewolucjonistów rosyjskich XIX wieku. Był to liberał będący jednocześnie mecenasem rewolucji. Aleksander Herzen był multimilionerem, nieprawym synem rosyjskiego magnata Jakowlewa, który mu zostawił swój ogromny majątek. Herzen wyjechał za granicę i jako najbogatszy z rewolucjonistów, a poza tym człowiek rządny, a nie marnotrawca jak Ogariew, wspierał rewolucjonistów całego świata, od Włocha Mazziniego do Polaka Worcla. Herzen mieszkał w Nizzy, potem długo bardzo w Londynie, potem w Szwajcarii, gdzie wynajął sobie zamek Prangins, późniejszą, za III republiki, siedzibę księcia Napoleona, Plon-Plon. Utrzymywał roje służby, do stołu jego siadało kilkadziesiąt osób. Pozostawił powszechnie znane pamiętniki.

Bakunin, założyciel szkoły anarchistów, dziś jeszcze mających zwolenników w Hiszpanii, przeciwnik Marksa, był początkowo przyjacielem Turgieniewa, później los go zbliżył z Herzenem, który często go utrzymywał. Był to najskrajniejszy rewolucjonista swoich czasów, ale niekonsekwentny, szarpiący się, przeskakujący od jednej koncepcji do drugiej. Postać pociągająca pióra biografów, a wart jest tego.

Ogariew rzewny poeta, przyjaciel najbliższy Herzena. Jeszcze jako młodzieńcy zaprzysięgali sobie wzajemną przyjaźń i miłość wieczną. Był to również człowiek bardzo bogaty, ale stracił całą fortunę rozdając pieniądze na prawo i lewo. Podczas pierwszych lat jego pobytu za granicą stawiał w swym salonie nie zamkniętą skrzynkę z pieniędzmi, aby jego przyjaciele, rewolucjoniści z całego świata, mogli brać z niej potrzebne im pieniądze bez pytania. Później żył z pieniędzy, które mu dawał Herzen. Ogariew ożeniony był po raz pierwszy z ową "łysą bachantką", którą Niekrasow okradł, skutkiem czego Herzen, "bardziej biorący do serca wszystko, co dotyczyło Ogariewa, niż sam Ogariew" - jak o tym pisali współcześni - nazywał Niekrasowa publicznie złodziejem i nie chciał go widzieć, gdy ten z pielgrzymką przepraszającą przyjechał do Londynu. Później Ogariew, wśród okoliczności niesłychanie romantycznych, ożenił się po raz drugi z córką szambelana i marszałka szlachty, panną Tuczkow. Otóż Herzen, którego własna żona zdradziła z poetą niemieckim Herweghiem, zbliżył się do drugiej pani Ogariew i miał z nią kilkoro dzieci. Ponieważ przysięgi przyjaźni miały działać nadal, więc w londyńskim domu Herzena rozkład pokoi sypialnych był następujący: sypialnia pani Ogariew była pośrodku, pomiędzy pokojem sypialnym Herzena a Ogariewa, przy tym mąż ustępował swe prawa kochankowi. Pani Herzen już nie żyła w tym okresie. Usiłowano stworzyć nową etykę płciową, opartą na pierwszeństwie miłości przed kontraktem ślubnym. Ale wcielanie w życie tej nowej etyki szło opornie. Pani Ogariewa dzieciom swoim, które były także dziećmi Herzena, kazała mówić do Ogariewa "papo", a do właściwego ojca tylko "wuju" i na zewnątrz Ogariewa uważała za swojego męża i gniewała się na niego, gdy wynalazł sobie jakąś kochankę. Stara etyka stykała się z nową etyką, jak palce dwóch rąk stykają się ze sobą, gdy się palce za palce zakłada.

Do grupy petersburskiej zaliczmy Turgieniewa, który mieszkał przeważnie za granicą, ale przyjeżdżał na polowania do swoich dóbr w Rosji. W młodości Turgieniew był przyjacielem i kolegą uniwersyteckim Bakunina, mieszkał z nim razem nawet w jednym mieszkaniu w Berlinie, ale potem Bakunin pogalopował na lewo, dostał się do różnych więzień w Europie i Azji, a Turgieniew pozostał umiarkowanym liberałem, odpowiadały mu może poglądy Herzena, ale ich głośno nie wypowiadał, bo nie był naturą bojową. Turgieniew pisywał w "Sowriemienniku", ale w 1860 r., a więc w rok po powrocie Dostojewskiego z wygnania, z "Sowriemiennikiem" zerwał, bo nie mógł się pogodzić z nowymi postaciami z tej redakcji, Czernyszewskim i Dobrolubowem, ojcami kierunku, który Turgieniew ochrzcił mianem "nihilizmu".

Wspominaliśmy o Dobrolubowie, że pisać nie umiał, jeszcze gorzej od niego pisał Czernyszewski. Ale ci dwaj ludzie trafili do przekonań młodzieży ówczesnej. Czernyszewski i Dobrolubow zaczęli zwalczać kierunek estetyczny w literaturze, lekceważyli Puszkina, Dobrolubow otwarcie zaczął atakować Turgieniewa. W redakcji "Sowriemiennika" powstały dwa obozy, Czernyszewski i Dobrolubow zaczęli atakować starszych członków redakcji, że są estetyczni, że się zestarzeli, że są wielkimi panami, że się zachowują jakby generałowie literatury. Na obiadach u pani Panajew były dobre wina drogich marek, ale ci dwaj publicyści prosili o najprostsze potrawy i o zwyczajną wódkę i wykrzywiali gęby z obrzydzeniem w stronę smakoszy. Pani Panajew, w której pomimo jej strojów, biżuterii, klejnotów, luksusowego trybu życia i arystokratycznego małżeństwa z Panajewem grała krew proletariuszki, córki aktora, tak upośledzonego wówczas pod względem towarzyskim, stanęła otwarcie po stronie Czernyszewskiego i Dobrolubowa. Turgieniew zabiegał pierwotnie o ich łaski, lecz później się zbuntował. Oto jest wymiana listów jego i hrabiego Lwa Tołstoja w sprawie Czernyszewskiego:

Turgieniew do Tołstoja:

"Miałem często nieszczęście bronić przed panem pluskwo-śmierdzącego (inaczej go teraz nie nazywam). W ręce pańskie składam teraz prośbę o wybaczenie i jednocześnie ślubowanie, że będę od dzisiaj prześladować, podawać we wzgardę i niszczyć go wszystkimi dozwolonymi, a zwłaszcza niedozwolonymi środkami. Przeczytałem jego wstrętną książkę, tę obrzydliwą padlinę... Racca... Racca... Racca... Pan wie, że nie ma nic straszliwszego od tego izraelickiego przekleństwa." 

Tołstoj do Turgieniewa:

"Ciągle go się słyszy, jego cieniutki, nieprzyjemny głosik, gadający tępe bezczelności i podniecający się jeszcze tym, że mówić nie umie i głos ma obrzydliwy. Wszystko to zawdzięczamy Bielińskiemu. Ale on mówił tak, aby wszyscy słyszeli i mówili z oburzeniem, ponieważ naprawdę się oburzał, a ten wyobraża sobie, że aby mówić dobrze, trzeba mówić bezczelnie, i stąd wprowadza się w stan oburzenia. I oburza się w swoim kąciku, dopóki ktoś nie powie: basta, i nie spojrzy mu prosto w oczy."

Są duże różnice pomiędzy brzmieniem tych dwóch listów. Ze słów Turgieniewa można wnioskować, że Czernyszewski go rozdrażnił, że Turgieniew wybucha gniewem, ale że wykwintny sceptyk nie jest tak zupełnie pewny, czy ma rację i czy Czernyszewski nie zasługuje na szacunek. Natomiast Tołstoj całkowicie pogardza Czernyszewskim jak rozkrzyczanym lokajem.

Tołstoj! wielkie to imię w literaturze światowej i cóż za siła twórcza! Literaturę rosyjską przedrewolucyjnej Rosji możemy podzielić na cztery okresy, które nazwijmy imionami największych w każdym okresie. Pierwszy: Puszkin i Gogol; przedtem w Rosji nie było właściwie nic, z państw słowiańskich tylko Polska miała nieprzerwany łańcuch twórczości literackiej, od XVI wieku począwszy. Drugi: Turgieniew - Tołstoj - Dostojewski, jak mówili współcześni, Dostojewski - Tołstoj - Turgieniew, jak powiemy dziś. Trzeci: Tołstoj - Czechow, i czwarty: Mereżkowski - Tołstoj. Cztery pokolenia literatury. Tołstoj urodził się za pokolenia pierwszego, a był pisarzem reprezentującym pokolenie drugie, tak samo dobrze jak trzecie, a pisał jeszcze za pokolenia czwartego. Urodził się za Puszkina, dożył do Igora Siewierianina, rozciągnął się na przestrzeni całej historii literatury starej Rosji. Gdy zestarzał, propagował wstrzemięźliwość i wzywał do zaprzestania stosunków płciowych nawet w małżeństwie. W okresie, w którym jesteśmy, nic nie wskazywało na taki koniec żywota, jak również na to, że Tołstoj stanie się kiedyś bożyszczem wywrotowców z całego świata. Tołstoj, młody oficer z blond wąsami, trochę krzywo leżącymi nad kapryśnymi wargami, w niczym nie zapowiadał tego patriarchy z bosymi nogami, w chłopskiej koszuli i z długą siwą brodą, jakim go znamy ze sławnego portretu Riepina. Prócz skier genialnego talentu literackiego odznaczał się wtedy swymi orgiami. Bił rekordy koleżeńskie ilością aktów miłosnych spełnianych w ciągu jednej doby, a dla swoich uciech zakupywał hurtownie usługi całych personeli domów publicznych. Oto człowiek, o którym powiedzieć można, że propagandę wstrzemięźliwości płciowej rozpoczął w... swoim czasie.

Czernyszewski i Dobrolubow byli popowiczami, czyli synami popów, i obaj ukończyli seminaria prawosławne. Nazwisko Czernyszewski pochodzi od wsi Czernyszewa; ojciec Czernyszewskiego był synem chłopa z tej wsi, a uczniom duchownych seminariów dawali wtedy nazwiska od wsi rodzinnych. Zapewne też dziadek Dostojewskiego w podobny sposób został nazwany od wsi Dostojewa i stąd pochodzenie wielkiego pisarza nie miało nic wspólnego ze szlachtą polską Dostojewskich herbu Radwan. Czernyszewski był pisarzem bez talentu, ale niewątpliwie osobiście człowiekiem szlachetnym. Został aresztowany i wysłany na Sybir niedługo po śmierci swego ukochanego przyjaciela Dobrolubowa, który zmarł na rękach pani Panajew. Czernyszewski był także przyjacielem Niekrasowa i przyjaźń tę posuwał tak daleko, że bronił poety nawet w sprawie kryminalnej ze sprzedażą majątku Ogariewa; wspomnijmy zresztą tekst listu Niekrasowa, cytowany na początku tego rozdziału: Niekrasow pisze tam wyraźnie, że mało ludzi zna całą prawdę. W obronie Niekrasowa Czernyszewski pojechał nawet do Londynu do Herzena, aby przebłagać wielkiego proroka i uzyskać wyrozumialszy stosunek do Niekrasowa. Ale Czernyszewski przyzwyczaił się uważać siebie za autorytet i nie znosił polemiki. Gdy Herzen zaczął odpowiadać na jego argumenty, Czernyszewski, o ileż młodszy od niego wiekiem, o ileż mniejszy talentem i rozgłosem, spojrzał na niego ze zdziwieniem i nie odpowiadając ani słowa przerwał rozmowę i wyjechał. Czernyszewski w więzieniu napisał romans Co robić, który miał ustalać nowe zasady etyki płciowej i małżeńskiej. Romans dziś wydaje się nam być nic nie warty pod każdym względem, jakimś okazem śmiesznej grafomanii, postacie wycięte z kartonu, bez krzty prawdopodobieństwa, sytuacje idiotyczne, język i styl niemożliwe do przełknięcia i do strawienia. Wówczas to romansidło stało się czymś w rodzaju biblii, sztandaru dla młodzieży, objawieniem, jakkolwiek nikt właściwie nie mógł rzetelnie wywnioskować, co trzeba robić po przeczytaniu tego Co robić.

Czernyszewski miał osobiste powody do zajmowania się poszukiwaniem nowych reguł w życiu małżeńskim. Ubóstwiał swą żonę, śniadą, ognistą brunetkę. Dla niej wbrew swoim przekonaniom zdobywał pieniądze, aby mieć nie tylko mieszkanie wygodne, ale nawet konie, powozy i sanki luksusowe. Żona jego miała nieprawdopodobną ilość kochanków. Pewien procent tych kochanków znany był Czernyszewskiemu.

Szkoła słowianofili i szkoła zachodnia były szkołami literackimi. Stąd granica między nimi biegnie granicą poglądów w sprawach erotycznych, tej dziedziny od wieków zastrzeżonej dla literatury pięknej. Słowianofile bronili surowych zasad w tej dziedzinie, szkoła zachodnia głosiła pierwszeństwo miłości przed zobowiązaniami. Poglądy słowianofili wcielał w życie Konstanty Aksakow. Ze strony przeciwnej oba centra myślowe szkoły zachodniej, "Sowriemiennik" i "Kołokoł", reprezentowane są przez dwa współżycia we troje: "Sowriemiennik" - dwaj koledzy, Niekrasow i Panajew, mieszkają razem w jednym mieszkaniu z panią Panajew, ślubną żoną Panajewa, a faktyczną Niekrasowa, i "Kołokoł" - znów wspólne mieszkanie Herzena i Ogariewa i pani Ogariew w stosunku identycznym między sobą.

Wracając do naszego pytania o uszeregowaniu pisarzy szkoły zachodniej od prawicy ku lewicy, wypowiedzmy przede wszystkim uwagę, że podział tych ludzi według ich pochodzenia i bogactwa nie ma nic wspólnego z ich podziałem według przekonań społecznych.

Wymienieni w tym rozdziale ludzie dadzą się podzielić na szlachtę i na popowiczów. W grupie szlacheckiej najbogatszy był Herzen, potem Ogariew, potem Panajew (przynajmniej przed znajomością z Niekrasowem), Turgieniew i hr. Tołstoj. Z mniej zamożnej szlachty pochodzili Bakunin i Niekrasow, ten ostatni, mimo nędzy w młodości, był synem ziemianina, a matkę miał szlachciankę polską.

Druga grupa obejmowałaby synów popów: Dobrolubowa i Czernyszewskiego, i wnuków popów: Bielińskiego i Dostojewskiego, pomimo gwałtownych tego ostatniego pod tym względem protestów.

Podział na lewicę i prawicę polityczno-społeczną wyglądałby następująco:

Prawicowcem był wówczas Lew Tołstoj, którego zresztą nie interesowała żadna doktryna polityczna czy społeczna. Literacka twórczość jego miała charakter żywiołowy, jak ryk lwa lub trele słowika.

Liberałem centrowym był Turgieniew, liberałem lewicowym Herzen.

Niekrasow był radykałem w duszy, o wiele bardziej lewicowy od Herzena i Ogariewa, a na lewo ciągnęli go jego przyjaciele nihiliści: Czernyszewski i Dobrolubow. Trzeba tylko pamiętać, że Herzen i Ogariew ujawniali głośno swe sympatie do rewolucji, a ludzie "Sowriemiennika" je skrywali.

Wśród tych wszystkich ludzi jedynym świadomym prawicowcem politycznym, to znaczy zwolennikiem caratu, był Dostojewski. Należał on także do najgorzej urodzonych i był z nich wszystkich najbiedniejszy. Towarzyskie upośledzenie Dostojewskiego wypływało z trzech źródeł: ze złego urodzenia, z materialnej nędzy i z jego politycznego konserwatyzmu. To ostatnie zwłaszcza wzbudzało wzgardę i lekceważenie, a wiemy, jak boleśnie i wybuchowo reagował nerwowy Dostojewski na wszelki objaw lekceważenia jego osoby.

Ale oto przyjdzie powstanie polskie 1863 i raz jeszcze pomiesza wszystkie szyki, inaczej potasuje karty.

 

XI

POWSTANIE POLSKIE 1863

 

Wpływ Polski na wewnętrzne sprawy rosyjskie był zawsze bardzo duży. Polska była tym hasłem, pod którym odbywała się mobilizacja sił rosyjskiego nacjonalizmu. Było tak od wieków. W r. 1861 rozpoczęły się w Warszawie i w Wilnie polskie manifestacje patriotyczne i krew ludzi bezbronnych polała się po brukach ulicznych i po kościołach, 22 stycznia 1863 rozpoczęła się walka zbrojna, gdyż Polakom dostarczono broni z Francji. W rosyjskich kołach rządowych kurs ugodowej polityki wobec Polski reprezentował wielki książę Konstanty i pewna ilość innych dygnitarzy, między nimi ks. Suworow, wnuk wielkiego wodza, naczelnik miasta Petersburga i osobisty przyjaciel cesarza. Wielki książę Konstanty uważał, że należy imperium podzielić na kraje samorządne, z własnymi i parlamentami, a osoba cesarza autokraty stałaby ponad wszystkim i byłaby ogniwem jedności imperium. Wielki książę szczerze dążył do reform w Polsce i do zwrócenia jej odebranych po powstaniu 1830 r. praw konstytucyjnych. Książę Suworow był człowiekiem humanitarnym i postępowym. Nie lubił on więzień ani szubienic. Ratował, jak mógł, zarówno Polaków, jak rewolucjonistów rosyjskich. Usiłował uratować także Czernyszewskiego, lecz się to nie udało z winy samego Czernyszewskiego.

Antytezą Suworowa była postać generała Murawiewa, głównego kata Polaków, wileńskiego generał-gubernatora. Murawiew był człowiekiem odrażającej powierzchowności. "Coś pośredniego pomiędzy hipopotamem a buldogiem" mówili o nim współcześni. Był to sadysta, z rozkoszą wieszał nawet ludzi rannych i chorych, przywożonych ze szpitala. Od maja 1863 walczył z powstaniem w Wilnie i na Litwie energicznie, lecz środkami, które w Europie wzbudzały oburzenie powszechne. Wciąż oskarżał Petersburg, że mu przeszkadza wieszać Polaków w dostatecznej ilości. Pamiętne są jego aforyzmy. Ponieważ kuzyn jego, Murawiew-Apostoł, brał udział w spisku dekabrystów w 1825 r. i został powieszony, więc Murawiew wileński powiadał: "Nie jestem z tych Murawiewych, których wieszają, lecz z tych, którzy wieszają." Na pytanie do niego skierowane, którzy Polacy w Wilnie są mniej niebezpieczni od innych, odpowiadał: "Ci, którzy już wiszą." Szubienica była dla Murawiewa tym, czym fortepian dla Paderewskiego: instrumentem pracy i przedmiotem miłości.

Słowianofile byli do czasów powstania 1863 kierunkiem frondującym przeciw cesarzowi i rządowi, trafiali nawet czasami do więzienia. Słowianofile głosili jedność i zgodę całej rodziny narodów słowiańskich, powinni więc byli być przodownikami ugody z Polakami. Ale stało się wręcz przeciwnie i to właśnie jest dla nich bardzo charakterystyczne. W walce rządu rosyjskiego z Polakami całym sercem stanęli po stronie rządu, a nawet poparcie rządu przez słowianofili w jego walce z Polakami było pierwszym poparciem politycznym, jakie w Rosji udzieliły rządowi świadome i jako tako zorganizowane siły społeczne. W emulacji pomiędzy w. ks. Konstantym a Murawiewem słowianofile otwarcie stanęli po stronie Murawiewa, pomimo pierwotnych sympatii tego brata cesarskiego do ich ruchu. Antypolskość słowianofili nabrała już charakteru bezwzględnego, jakkolwiek brutalność i krzykliwość wniesie do publicystyki w tej sprawie dopiero Katków, o czym będę pisał poniżej.

Gdy Murawiew przyjechał do Petersburga, kilka osób chciało uczcić go obiadem. Z propozycją udziału w tym obiedzie zwrócono się także do ks. Suworowa. Ten odpowiedział słowami: "Ja ludojadów nie szanuję." Wtedy poeta Tiutczew, o którym już wspominaliśmy jako o teściu jednego z leaderów słowianofili, Iwana Aksakowa, odpowiedział Suworowowi wierszem:

 

Humanitarny wnuku bojowego dziada, 

Wybaczże nam, nasz sympatyczny Książę, 

Że rosyjskiego czcimy ludojada, 

Europy o zdanie nie pytając.

 

Po kilku zwrotkach, stanowiących hymn pochwalny dla Murawiewa, wiersz ten kończył się zwrotką następującą: 

 

Niechże nam będzie hańbiącą poszlaką 

List nasz do niego od jego przyjaciół, 

Lecz, zdaje się nam, Książę, że dziad Twój wielki 

Na nim swą pieczęć by położył.

 

Istotnie, dziad Suworowa pozwolił wojskom swym dokonać rzezi bezbronnej ludności Warszawy w 1794 r. Słowianofile w niszczeniu powstania polskiego i Polski widzieli misję Rosji. Polska w ich oczach była zdrajczynią słowiańszczyzny, awangardą Europy, cywilizacji łacińskiej, katolicyzmu, wszelkiej w ogóle "zachodowości", której tak nienawidzili. Misja Rosji polegała na powstrzymywaniu tych wszystkich wpływów, wykreśleniu granicy nieprzekraczalnej pomiędzy Europą a światem słowiańskim. Polacy - zdaniem słowianofili - winni być ukarani, a częściowo zniszczeni. Podzielali oni program Murawiewa, który dzielił Polskę, a raczej tę część Polski, która po rozbiorach w XVIII wieku przypadła Rosji, na dwie części: na "zachodnie gubernie cesarstwa" i na "królestwo kongresowe", w pierwszej części Polacy mieli być wytępieni, w części drugiej pozostawieni, lecz politycznie sparaliżowani. Geograficzna granica pomiędzy tymi dwoma częściami Polski biegła częściowo według linii dziś zwanej linią Curzona, bez oczywiście przedłużenia tej linii na zabór austriacki.

Po zakończeniu powstania działacze ze szkoły słowianofilskiej, Samarin, Milutin, ks. Czerkaski, wyjechali do Polski, aby podburzać warstwę włościańską przeciwko inteligencji polskiej.

Wprost odwrotne stanowisko zajął Herzen i ludzie z nim związani. Herzen ucieszył się z oswobodzenia włościan w dniu 19 lutego 1861 i urządził w Londynie uroczystość z tego powodu. Ale przed samą uroczystością przyszła wiadomość o strzałach w Warszawie. Herzen wycofał się z uroczystości. Herzen był przyczyną, że w armii rosyjskiej pojawiła się organizacja oficerów współczująca z powstańcami. Przyjaciel Herzena, Bakunin, poszedł w tym kierunku jeszcze dalej. Zorganizował w Londynie wyprawę na pomoc Polakom. Okręt z bronią, który miał wylądować koło Połągi, a na pokładzie którego znajdował się sam Bakunin, dzięki różnym okolicznościom nie doszedł do miejsca przeznaczenia, a znalazł się w porcie szwedzkim, gdzie został internowany.

Ale te występy Herzena i jego przyjaciół w obronie Polaków przesądziły też o dalszych jego wpływach politycznych. Powstanie polskie skończyło Herzena na terenie rosyjskim. Przed powstaniem polskim jego "Kołokoł" przemycany był do Rosji w olbrzymiej ilości egzemplarzy, czytali go wszyscy, od cesarza począwszy, policja łapała i konfiskowała egzemplarze pisma, ale po cichu mnóstwo osób przesyłało Herzenowi wiadomości, był to poważny czynnik w życiu wewnętrznorosyjskim. Skutkiem ultrapolskiego stanowiska Herzena skończyło się to wszystko. Zabrakło ochotników do przewożenia pisma przez granicę, do kolportowania go, do czytania. Nakład "Kołokoła" spadł do jednej trzeciej, "Kołokoł" stał się pismem , wyłącznie emigracyjnym. Niewątpliwie Herzen patrzał na powstanie polskie oczami emigranta, który już oderwał się od gruntu rosyjskiego, i Europejczyka. Cała myśląca Europa była wtedy po stronie Polaków, co zresztą w niczym nie pomniejszyło ich straszliwej klęski. Można nawet powiedzieć, że krzykliwe współczucie Europy, ujawniane w brytyjskim, francuskim i niemieckim parlamentach i prasie, powiększyło nieszczęścia Polski, ponieważ przedłużało walkę zbrojną, a tym samym niszczenie Polski przez wojsko rosyjskie, deportacje na Sybir, konfiskatę ziemi polskiej i oddawanie jej Rosjanom. Byli w Rosji ludzie, którzy chcieli w Polsce sprowokować powstanie, aby móc ją wyniszczyć. Tym prowokatorom bezwiednie pomagała Europa swoim hałasem, poza którym nie stał żaden czyn.

Turgieniew odstrychnął się od Herzena w czasie powstania polskiego, ostentacyjnie przesyłając ze specjalnym listem do redakcji swój datek na żołnierzy rosyjskich rannych w walkach z powstańcami.

Grupa "Sowriemiennika" także nie podzielała propolskich sympatii Herzena. Dla niej Polacy byli czynnikiem arystokratycznym, katolickim, antypatycznym. Zresztą Czernyszewski posiadał jakieś tajemnicze kontakty z rewolucjonistami polskimi. Skandal Niekrasowa z Murawiewem miał miejsce trzy lata po powstaniu i nie posiadał już tła polskiego. Oto, co zaszło:

Dnia 4 kwietnia 1866 r. miał miejsce pierwszy zamach na życie Aleksandra II. Niejaki Karakozow strzelał do niego z rewolweru. Petersburg żył wciąż pod wrażeniem tajemniczych pożarów wzniecanych nieuchwytną ręką, które łączono bądź z Polakami, bądź z rewolucjonistami rosyjskimi. Wobec powszechnego zdenerwowania śledztwo w sprawie zamachu na cesarza złożono w ręce tegoż Murawiewa, pomimo osobistej do niego antypatii Aleksandra II. Murawiew otrzymał szerokie pełnomocnictwa i zapowiedział represje w stosunku do prasy. Los "Sowriemiennika" zawisł na włosku. Wtedy Niekrasow podszedł w klubie do Murawiewa i zaczął czytać odę na jego cześć. Słowa tego utworu Niekrasowa nie doszły do nas, ale wiemy, że była tam mowa o stłumieniu powstania polskiego i "zgniłym zachodzie Europy", i o świętym patronie Murawiewa, archaniele Michale, i inne rzeczy niezgodne z ideologią, którą reprezentował Niekrasow i jego grupa. Murawiew z pogardą odwrócił się od Niekrasowa i po pewnym czasie zamknął jego miesięcznik, chociaż Niekrasow jeszcze przy obiedzie wykrzykiwał w stronę Murawiewa: "Tak, ekscelencjo, trzeba wyrwać zło z korzeniami."

Wystąpienie Niekrasowa oburzyło wszystkich. Wypominano mu, że matkę miał Polkę, że w wierszach, w których opiewał miłość do niej, wspominał także o jej kraju "całym we krwi" Zaczęto powszechnie nazywać Niekrasowa "podlecem", a ulegając powszechnej modzie, on sam siebie tak przez pewien czas nazywał. Dzisiaj autorzy radzieccy nie podzielają tego oburzenia widząc w nim nadwrażliwość bogatych panów i estetów nie rozumiejących, co to znaczy prawdziwa praca rewolucyjna. Niekrasow chciał uratować "Sowriemiennik" i zdobył się na poświęcenie, które należy uszanować - piszą. Niekrasow z odą do Murawiewa bliższy był prawdzie ideowej niż Turgieniew i inni liberałowie bez ody - twierdzą. Ze swej strony powiedzmy tylko, że Niekrasow był bardzo skomplikowanym człowiekiem. Wciąż pamiętajmy, że muza jego, ubrana w koszulę dziewczyniny wiejskiej z surowego płótna, była muzą śpiewną.

Wracając do powstania 1863 r. i wpływu, które wywarło na ukształtowanie się poglądów w Rosji, nie możemy pominąć zjawiska, któremu na imię Katków. Wpływy i skutki działalności dziennikarskiej z trudnością dają się wymierzyć, ale o Katkowie wiemy, że stworzył, że sformułował poglądy polityczne wyznawane później przez dwa pokolenia rosyjskiej biurokracji i dwóch cesarzy rosyjskich. Katkowa poznajemy jako adherenta Bielińskiego i zachodowca, zwolennika konstytucji angielskiej. Nazywano go nawet anglomanem. Ale w mózgu Katkowa węzeł walki i boju był widać nadmiernie rozszerzony. Przyjął wyzwanie Polaków, w 1863 r. zaczął przeciw Polakom mobilizować Rosję, złe kły pokazywać Europie. Zbliżył się do słowianofilł, a nawet pochłonął ich ideologię, jeśli można się tak wyrazić, gdyż w miejsce słowianofilskiego romantyzmu stworzył szkołę nowoczesnego, zajadłego, egoistycznego nacjonalizmu rosyjskiego; publicystyka jego to już nie literatura poetyczno-powieściowa, to już twarde i zawzięte, często fałszywe, jeszcze częściej amoralne, ale zawsze wybitnie polityczne rozważania nad wewnętrznymi i zagranicznymi sprawami Rosji. Katkow! Zapamiętajcie to nazwisko. Będzie ono nam wciąż potrzebne w naszych dalszych rozmyślaniach nad Dostojewskim.

Powstanie 1863 r. miało też wpływ bezpośredni na losy samego Dostojewskiego. Od stycznia 1861 r. ukazuje się miesięcznik "Wriemia" ("Czas") założony z inicjatywy Dostojewskiego przez jego brata Michała, który przedtem miał fabrykę papierosów i cygar, ale który pod wpływem powrotu brata z Syberii przypomniał sobie swe literackie aspiracje w młodości. Dostojewski faktycznie redaguje to pismo. Miesięcznik nie idzie najlepiej, ale nie najgorzej. Szereg najwybitniejszych pisarzy zamieszcza tam swoje utwory. Powstanie 1863 r. wywołuje w Dostojewskim skurcz nienawiści do Polaków. Jeździł on w tym czasie po raz pierwszy za granicę, do Niemiec, Francji i do Londynu, by poznać Herzena, i spotkał wszędzie krzykliwe sympatie do Polaków i wzgardę do Rosji. Zrobiło to nader silne na nim wrażenie, bo wszelkie upokorzenia wywołują w nim silne reakcje. Powrócił z duszą pełną nienawiści i do Europy zachodniej, i do Polaków. Ale oto jego miesięcznik został w maju 1863 r. zamknięty właśnie z powodu rzekomych sympatii do powstania polskiego. Zauważcie, że chodzi tu o datę 1863, że antyrządowy i skrycie rewolucyjny "Sowriemiennik" ma przed sobą jeszcze trzy lata lukratywnego istnienia. Powodem represji był źle przez społeczeństwo zrozumiany artykuł Strachowa pt. Fatalna kwestia. Autor artykułu twierdził, że Polacy jako naród o wyższej kulturze nie mogą z Rosjanami żyć w jednym państwie, ale autor bynajmniej nie chciał z tych swoich założeń wyciągać przyjaznych dla Polaków wniosków. Zamknięcie miesięcznika stanowi nową dla Dostojewskiego katastrofę życiową, ale też bracia Dostojewscy od razu zaczynają się starać o zezwolenie na założenie nowego miesięcznika.

 

XII 

POLINA

 

W powieściach Dostojewskiego często się zdarzają trzy typy kobiet, prototypami których były trzy kobiety, w których się kochał. Pierwszy: kobieta-mężatka, despotyczna, kapryśna, nieobliczalna, lecz ze szlachetnym w gruncie sercem, grubiańska w swoich wystąpieniach na zewnątrz, chora, suchotnica, sparaliżowana lub wariatka - to jego pierwsza żona, z domu Constant, primo voto Isajewa; typ drugi: kobieta niezamężna, despotyczna, kapryśna, nieobliczalna, ze szlachetnym w gruncie sercem, poza tym rozpustna, z dziwnym czarem erotycznym, pociągającym mężczyzn do szaleństwa - to Apolinaria Susłowa, późniejsza pani Rozanow; i typ trzeci: panna despotyczna, kapryśna, nieobliczalna, ze szlachetnym w gruncie sercem, ale wyniosła i dumna, nietykalna, czysta jak lazur niebieskiego nieba, o gestach księżniczki czy królewny - to Anna Korwin-Krukowska, późniejsza pani Jaclard. Czasami te typy występują samodzielnie, czasami są mieszane między sobą, gdyż, jak już pisałem, jednostki typów nie pokrywają się u Dostojewskiego z figurami fabuły. Poza tymi trzema typami w pierwszych powieściach i nowelach Dostojewskiego natrętnie występuje typ skrzywdzonego dziecka kapryśnej dziewczynki. Jest to zapewne reminiscencja tej dziewczynki, którą Dostojewski zgwałcił, ale której nazwiska nie znamy i nic pewnego o niej nie wiemy, nawet nie wiemy, czy naprawdę była kapryśna, czy też cechę tę dodał jej Dostojewski przez własne upodobania.

Druga żona Dostojewski ego nie była despotyczna ani kapryśna, a już najmniej nieobliczalna. Przeciwnie, była wobec niego cicha, skromna, posłuszna i miała pogodny, równy, światły charakter. Dostojewski zawdzięcza jej sławę. Ale nie opisał jej w żadnej ze swoich powieści, podczas gdy postacie tamtych trzech hałaśliwie wypełniają karty jego książek sportretowane czasami w bardzo intymny sposób.

Pisaliśmy już o pierwszej żonie, z chronologii wypada zająć się teraz Apolinarią, czyli Poliną, Susłową. Była jedną z pierwszych w Rosji studentek uniwersytetu, gdyż za Aleksandra II przez krótki czas wolno było kobietom uczęszczać na uniwersytet. Przysłała marną nowelkę do wydrukowania we "Wriemieni", być może przyszła z nią sama, skoro utwór ten ukazał się na łamach miesięcznika. Dostojewski idealizował zawsze swe heroiny, pogłębiał, subtelizował ich dusze, robił je wiele ciekawszymi, niż były w rzeczywistości. Powieść Gracz, napisana przez Dostojewskiego w r. 1866, zawiera wiele danych autobiograficznych o jego stosunku z Susłową, cała powieść napisana jest, aby uspokoić, zaleczyć, uciszyć, wyrzucić z siebie wspomnienia o wspólnym z Susłową pobycie w domach gry w ruletkę. Typ Susłowej wyrażony jest tu w dwóch postaciach powieściowych, w Polinie, córce generała, despotycznej, kapryśnej i nieobliczalnej, która jednego i tego samego dnia oddaje się dwu ludziom kochając trzeciego, i we francuskiej kokocie. Pewne szczegóły intymne, które przeżył Dostojewski z Susłową, o czym dowiedzieliśmy się dopiero z jej szczerych pamiętników, przeniesione są tu na kokocie łóżko. Susłowa jest także prototypem Nastasji Filipowny z powieści Idiota, ale tu już nie ma podziału na generalską córkę i na kokotę, Nastasja Filipowna od razu jest kobietą spoza towarzystwa, ale kobietą, dla której szaleją najwartościowsi ludzie, która znów nie wie, kogo kocha, chociaż Dostojewski ma wciąż nadzieję, że kocha tego, w kim on widzi siebie. Idiota kończy się sceną zamordowania Nastasji Filipowny, sceną, której dramatyczność niesamowita mało ma chyba równych sobie w literaturze świata. Dostojewski istotnie kochał Susłową do tego najwyższego stopnia miłości i zazdrości, którego częścią nieodłączną jest nostalgia do morderstwa, jako jedynego środka pozbycia się cierpień ponad siły.

Z wiekiem postać Susłowej pod piórem Dostojewskiego, nie tracąc nic ze swoich czarodziejskich erotycznych atrakcji, z seksualnego zewu, traci pióra ze skrzydeł, a zyskuje na jaskrawym realizmie. Od generałówny Poliny, która jeszcze nie wiadomo czego chce, którą jeszcze można wziąć za szyllerową kochankę rzucającą w zamian siebie rękawiczki pomiędzy dzikie bestie, poprzez niesamowitą Nastasję Filipownę dochodzimy do zdecydowanej dziewki, Gruszeńki w Braciach Karamazowych, powieści napisanej przez Dostojewskiego w ostatnich latach przed śmiercią. Z transformacji Susłowej w różnych utworach Dostojewskiego możemy wywnioskować tylko jedno: ta kobieta zasmakowała mu w życiu o wiele więcej niż wszystkie inne, które znał. Rozkosz erotyczna prawdziwa, rozpustna, arcygrzeszna zjawiała się u wezgłowia marzeń Dostojewskiego jako zjawa Susłowej, i tak do końca życia.

Czy Susłową była piękna? O! Nie pytajmy fotografii o piękność kobiet Dostojewskiego - wszystkie one: Ania, Susłowa, Korwin-Krukowska, pierwsza żona wyglądają na nich jak czupiradła; zrzućmy winę na niedomagania kunsztu fotograficznego w połowie XIX wieku, bo inaczej nie potrafilibyśmy zrozumieć ani Dostojewskiego, ani tych kobiet, ani wreszcie samego życia. Dość, że Susłowa była osobą nader pociągającą, podniecającą, że miała zastępy kochanków, a ustawiczny trening miłosny, powiększający zasób jej intymnych doświadczeń, udoskonalał rozkosz, którą dawać musiała. Dostojewski, korzystając przed uwięzieniem z naiwnej i niezdarnej prostytucji ulicznej w Petersburgu, po katordze z bydlęcego poziomu pieszczotami dziewczyn przeznaczonych dla żołnierzy w Semipałatyńsku, który miał żonę chorą, krzykliwą i niewierną, pierwszy bodaj raz posiada kobietę w jedwabiach, rasową, mądrą, z dobrymi perfumami, z inteligentnym uśmiechem, oczami, które w pewnych chwilach gorzeją bezwstydem. Nie zagłuszy mu wrażeń, których doznał, żadna inna kobieta w życiu. W 1863 r. wyjeżdża Susłowa za granicę; Dostojewski podąża za nią. Dojechawszy do Paryża pędzi zadyszany do jej hotelu. "Spóźniłeś się, mój drogi" - powiada mu Susłowa i komunikuje mu wiadomość, że się co dzień oddaje Salvadorowi, pięknemu Hiszpanowi, którego spotkała i poznała pierwszego dnia pobytu w Paryżu. Dostojewski zachowuje się według swego zwyczaju tak jak kiedyś, gdy się dowiedział, że jego przyszła żona ma już ukochanego, nauczyciela Wargunowa. Poświęca siebie, chce dopomóc szczęściu ich obojga etc., ale okazuje się niebawem, że Salvador ma dość Poliny, nie chce na nią patrzeć, ucieka od niej. Dostojewski proponuje braterską podróż do Włoch, wyobraża sobie, że nie może tknąć kobiety, która świeżo przeżyła dwie tak straszliwe tragedie, jak unieszczęśliwienie jednego kochanka i rozczarowanie spowodowane przez drugiego. Susłowa ku wielkiej jego radości wspaniałomyślnie się zgadza. Idą razem do poselstwa Stolicy Apostolskiej po wizy na paszportach do Rzymu. Nerwy Dostojewskiego go zawodzą. Ma teraz miejsce głupawa do ponurości scena, tym więcej plamiąca pamięć wielkiego pisarza, że dziecinnie śmieszna i naiwna. Młody pater oświadcza, że wizować paszporty może tylko monsignore, i odnosi je do pokoju tego prałata. Dostojewski z Polina czekają długo, a Dostojewskiemu wydaje się, że nieznośnie długo. Po licznych narzekaniach i przynaglaniach Dostojewski zadaje wreszcie pytanie, czym jest tak zajęty monsignore. Młody pater odpowiada szczerze, że monsignore pije kawę. Wtedy antykatolicyzm, Salvador i czekanie wybuchają razem w sercu biednego Dostojewskiego i ten zrywa się z miejsca z wrzaskiem wyrażonej w okropnej ze zdenerwowania francuszczyźnie: Je veux cracher dans son cafe ["Chcę napluć mu do kawy"] - i przygotowując odpowiednią dozę śliny w ustach, biegnie w stronę pokoju monsignore, aby uchwycić jego filiżankę. Polina i ksiądz chwytają go za fałdy surduta z tyłu i ślizgają się po posadzce poczekalni poselstwa, aby go wreszcie zatrzymać. Kawa nadal zawiera w sobie tylko kawę i mleko, bez niepożądanych dodatków, a paszporty z wizami są oddane. Scenka z rodzaju łatwych paszkwili na Rosjan za granicą.

Dostojewski z Poliną jedzie naprzód na ruletkę i tu zgrywa się rzetelnie. Polina zastawia swoją biżuterię, aby go ratować. Polina miała szerokie gesty, to nie pierwsza żona Dostojewskiego, która go zadręczała kwestiami pieniężnymi. Pieniądze na dalszą podróż wytelegrafowane są z Petersburga. Polina z cyniczną otwartością zapisuje w swoim dzienniku, jak dręczyły i powstrzymywały Dostojewskiego jego słowa honoru o braterstwie. Panie z dziewiętnastowiecza były doświadczeńsze niż współczesne. Ubierały się obficiej i szczelniej, a ta większa ilość przeszkód nasilała, nabarwiała, nalewała więcej krwi do poszukiwań, odkryć, coraz a coraz słodszych i lubieżniejszych wędrówek wśród wełny, jedwabi i batystów, potęgując trzęsienie się rąk i warg, wzmacniając wrażenie. Z szeroką suknią rozrzuconą na łóżku Polina dała swą nóżkę w czarnej pończoszce do pocałowania. Przed Dostojewskim znów otwarły się rozkosze, do których dostęp honorem mu był zakazany. Im więcej zakazów w tego rodzaju usiłowaniach, tym więcej rozkoszy. Dostojewski jako znawca serc kobiecych w teorii, sądził, że skoro dał kobiecie słowo honoru, to powinien go dotrzymać. Potem oświadczył się Polinie, błagał o jej rękę, chciał by została jego żoną, wypowiadał przekonanie, że śmierć jego żony prędko już nastąpi. Polina wzruszała ramionami, żeby go męczyć. Dobrali się dobrze, ona była sadystką, a on widocznym masochistą.

Włochy, Neapol, Sorrento - wszystko przepłynęło obok: sceny, kłótnie, półrozkosze, półmęczarnie były jedyną odczuwalną rzeczywistością.

Rozstał się Dostojewski z Susłowa jesienią 1863 roku i nie możemy stwierdzić, czy miał ją kiedy później, czy nie, jakkolwiek czasami się spotykali, a korespondowali jeszcze bardzo długo. Koniec tej Susłowej jest ciekawy. W trzecim pokoleniu rosyjskiej literatury pojawił się krytyk literatury, filozof, uwielbiający przede wszystkim Dostojewskiego. Nazywał się Rozanow. Pisał wciąż o Dostojewskim. Poznał Susłową, dowiedział się, że była kiedyś kochanką Dostojewskiego, i z czci Dostojewskiego ożenił się z nią. W chwili ślubu ona miała lat 40, on 24. Później Susłowa go porzuciła, zakochawszy się w jakimś subiekcie sklepowym. Rozanow miał później żonę i dzieci, lecz nie mógł dać im swego nazwiska, bo Susłowa przez zamiłowanie do męczenia ludzi nie chciała mu dać rozwodu. Umarła dopiero w czasie wielkiej wojny europejskiej.

 

XIII

ANIUTA

 

Dostojewski, po podróży do Włoch z Susłową w 1863, wrócił do Petersburga w końcu października. Nie ma już wtedy liści na drzewach w Petersburgu, zdarzają się przymrozki i często gęste białe mgły. Pachnie wiatrem i błotem. Zrazu wiadomość przyjemna: wujaszek umarł i zostawił mu trzy tysiące rubli. Potem starania o wznowienie miesięcznika "Wriemia", uwieńczone powodzeniem. W marcu 1864 ukazuje się pierwszy zeszyt wznowionego pt. "Epoka" wydawnictwa, ale niestety nie ma ono nawet tego względnego powodzenia, które miało "Wriemia". Dostojewski mało udziela się wydawnictwu, jedzie do żony, która choruje na suchoty i nie mogła mieszkać w zgniłym i wilgotnym klimacie Petersburga i przebywała nie wiadomo dlaczego we Włodzimierzu nad Klaźmą. Dostojewski zabiera ją stamtąd i razem z nią przyjeżdża do Moskwy. Czasy wydawania poprzedniego miesięcznika "Wriemia" przyniosły Dostojewskiemu pewną ulgę w sprawach pieniężnych, choćby w tym paradoksalnym ujęciu, że dały mu większą łatwość w zaciąganiu większych pożyczek, teraz znów pogrąża się w troskach powszednich, tak właśnie szarych i błotnistych jak powietrze Petersburga w porównaniu z powietrzem Italii. Pasierb Pasza przysparza mu mnóstwo kłopotów. Wyjeżdżając za granicę Dostojewski wynalazł jakiegoś szlachetnego młodego człowieka o postępowych przekonaniach, początkującego literata, i powierzył mu opiekę i wychowanie 16-letniego Paszy. Szlachetny młody człowiek miał mu dawać korepetycje oraz zarządzać całym gospodarstwem, na jego ręce brat Dostojewskiego wpłacał pieniądze na wydatki. Okazało się jednak, że szlachetny młody człowiek kompletnie zawiódł zaufanie. Pieniądze wydawał w szybkim tempie, a potem posyłał Paszę do lombardu z przedmiotami wziętymi z mieszkania, przy tym groził, że jeżeli ich nie zastawi, to nie będzie miał na obiad. Brał sobie koszule Dostojewskiego z kufra, aż złośliwy Pasza zaczął zamykać kufry na klucz przed swoim mentorem. Sprowadzał sobie dziewczyny publiczne do mieszkania - przy tym, jak pisze Dostojewski w liście do niego - zabraniał czynić tego samego Paszy, ale Pasza go oczywiście nie słuchał. Dostojewski pisze do nieudanego mentora długie listy, czarno na białym wykazując mu błędy w jego postępowaniu. Nie wiemy jednak, ile w tym wszystkim było prawdy, a ile nałgał Pasza, ten zdecydowany nicpoń, którego Dostojewski wciąż kocha i na wpół mu wierzy. Żonie Dostojewskiego jest wciąż gorzej, ale nie chce już ona widzieć swego syna, wypędziła go z Moskwy i zabroniła przyjeżdżać. Stosunek do niej Dostojewskiego w tym okresie jest dla nas jasny. Dawne uczucia wyziębły zupełnie, ale jej suchoty wzbudzają żałość, zresztą nie może go teraz zdradzać; Dostojewski myśli o czym innym, lecz szlachetnie nie odchodzi od jej łóżka, przez co rozumiemy, że nie wyjeżdża z Moskwy aż do jej zgonu. Wydaje bratu polecenie, żeby przygotował dla Paszy czarne ubranie i aby go wysłał do Moskwy tegoż dnia, gdy nadejdzie od niego odpowiedni telegram; błaga także, aby ktoś tego dnia pilnował Paszy krok w krok, bo Pasza może się zawieruszyć i spóźnić się na pogrzeb matki. Nieszczęsna suchotnica kona przez kilka tygodni. Dostojewski w tym czasie pisze listy rzeczowe i spokojne. Wreszcie 15 kwietnia 1864 r. Maria Dostojewska umiera. Dostojewski wpisuje do swego notatnika silne swą prostotą wyrazy. "Masza leży na stole. Czy zobaczę się kiedyś z Maszą?"

Taki jest koniec szaleńczej miłości z Semipałatyńska. Gdy się w niej kochał i żenił, wierzył zapewne, że już ich nikt nie rozłączy za życia i po śmierci. Teraz patrząc na trupa żony pyta się, czy spotka się z nią żywą w życiu przyszłym.

Ale śmierć zbliżywszy się raz do osoby Dostojewskiego nie odeszła od niego tak łatwo. Dwa miesiące później, w lipcu, umiera nagle i niespodziewanie brat jego, wydawca "Epoki", Michał. W dniu 7 lipca zaskoczony Dostojewski pisze do Paszy, który jest na letnim mieszkaniu pod Petersburgiem: "Brat kona, przywieź mi trochę bielizny."

Śmierć brata znów spycha Dostojewskiego w przepaść. Co zrobić z wydawnictwem, co zrobić z długami wydawnictwa? Jak zawsze, Dostojewski zachowa się szlachetnie i niepraktycznie. Wydawcą był Michał Dostojewski, Teodor Dostojewski nie dziedziczy po nim ani kopiejki. Reszta rodziny, składająca się z braci i sióstr, za wyjątkiem jednego brata, Mikołaja, nałogowego alkoholika, bogatsza od Dostojewskiego, nie chce zajmować się tą sukcesją ani długami nieboszczyka. Dostojewski bierze więc na siebie brzemię ponad siły, oświadcza, że spłaci wszystkie długi Michała i będzie nadal wydawać "Epokę", aby wdowa po bracie i jego dzieci mogły się utrzymywać z warsztatu jego pracy. Jedzie więc do Moskwy, wyprasza u swej ciotki, aby mu wypłaciła 10 000 rubli, które miał otrzymać dopiero po jej śmierci w spadku, i spłaca tymi pieniędzmi część długów brata, a na resztę wydaje weksle.

Ludzie go nabierają; jak się później okazało, powystawiał mnóstwo weksli zupełnie bezpodstawnie. Nie należy przypuszczać, żeby Dostojewskim rządziła tu chęć przedłużenia swej pracy redakcyjnej. Dostojewski był pisarzem, a nie redaktorem, praca redaktorska zdążyła mu się znudzić: całe to zachowanie przypisać należy trosce o honor brata, z którym łączyły go serdeczne stosunki za życia, oraz jego drażliwość w sprawach pieniężnych, która była nader swoista. Dostojewski żył zawsze z pożyczek grzecznościowych od przyjaciół i znajomych, pożyczał i nie oddawał, tj. zawsze oddawał, ale nigdy w terminie. Pamiętał i gryzł się terminami swoich pożyczek, ale nigdy mu się nie udawało spłacać ich zgodnie z obietnicą. Zarobki jego z reguły szły na spłatę długów, a na życie musiał wypraszać nowe pożyczki, a w najlepszym razie zaliczki. Tak to trwało, dopóki Ania nie dorosła, zmężniała i nie ujęła spraw finansowych w swoje ręce. Dostojewski często pożyczał u ludzi, którzy sami nie mieli pieniędzy, sprawiając im duże kłopoty. Z drugiej jednak strony, Dostojewski był nader drażliwy w sprawach pieniężnych i często oddawał więcej, niż to z prawa wynikało. Cofnijmy się wstecz do przytoczenia jednego przykładu. Oto przed uwięzieniem Dostojewski otrzymał od rekina wydawniczego Krajewskiego 600 rubli zaliczki. Dostojewski nienawidził tego Krajewskiego. Dostojewski następnie skazany został na utratę wszystkich praw stanu, czyli stał się żywym nieboszczykiem, bez praw do majątku, a więc i bez obowiązku spłacania długów. Gdy Dostojewski po 10 latach wrócił z katorgi, spłacił Krajewskiemu owe 600 rubli, jakkolwiek ten ich nie żądał, uważając słusznie, że dziesięcioletnie pozbawienie Dostojewskiego prawa do zarobkowania należy uważać za dostateczne uzasadnienie przywileju niespłacania długów.

Długi brata wykańczają finansowo Dostojewskiego. Utrzymuje on żonę i dzieci brata, swego pasierba, pomaga bratu alkoholikowi. Życie jego to ustawiczna szarpanina z wekslami i komornikami. Ciągle mu grozi więzienie za długi. Więzienie to istnieje wówczas w Petersburgu, nosi żartobliwą nazwę: dom Tarasowa.

Wśród tych obrzydliwych kłopotów przychodzi do Dostojewskiego nowa miłość, aczkolwiek nie tak ślepa i lekkomyślna jak do pierwszej żony w Semipałatyńsku ani też tak zawzięta i bolesna jak do Susłowej. Anna Korwin-Krukowska, jak nazwisko wskazuje, była z pochodzenia Polką, tym bardziej że jej majątek rodzinny znajdował się w Witebszczyżnie, w tej części, która odeszła od Polski do Rosji w czasie pierwszego rozbioru Polski w 1772 r. Ale już w ojcu Aniuty nie było śladu polskości. Musiała to być gałąź szlacheckiej polskiej rodziny, zrusyfikowanej zaraz po rozbiorach Polski. Ojciec Aniuty był generałem rosyjskim w stanie spoczynku i gospodarował w swoich dobrach. Aniuta dużo czytała w dzieciństwie i jako podlotek, z początku chciała być zakonnicą i pustelniczką i w jakiejś wieży pałacu w Palibinie - tak się nazywał ich majątek - urządziła sobie pustelnię. Potem znów chciała zostać nihilistką. Zaczęła pisać nowelki. Jedną z nich posłała do "Epoki", zupełnie przypadkowo wybierając to właśnie pismo. Dostojewskiemu bardzo podobała się ta nowela, wydrukował ją i posłał Aniucie honorarium, adresując na imię jej panny służącej, ponieważ Aniuta używała tego adresu, skrywając swą pracę literacką przed rodzicami. Ale historia się wydała, papa-generał był szalenie oburzony, że jego córka koresponduje po kryjomu z Bóg wie kim i zarabia sama pieniądze, jak szwaczka. Zresztą z dalszego życia Aniuty wiemy, że papa-generał tylko z przyzwyczajenia odstawiał takiego nosorożca, a w rzeczywistości w czasie istotnej biedy wykazał, że ma złote serce. Zresztą i teraz, po awanturach i krzykach, skończyło się na tym, że zapalono wiele kandelabrów w wielkim salonie i Aniuta odczytała swą nowelę wobec rodziców, ciotek i wujów, po czym była kolacja z szampanem. Pozwolono nawet matce Aniuty wraz z nią i młodszą siostrzyczką wyjechać na zimę do Petersburga. Tą młodszą siostrzyczką była późniejsza Zofia Kowalewska, światowej sławy matematyczka, profesor uniwersytetu w Sztokholmie. Panie Korwin-Krukowskie wyruszyły całym taborem sań z własnym kucharzem, kuchcikami, kuchnią, łóżkami, poduszkami i niezliczoną ilością służby. W Petersburgu zaproszony został Dostojewski, który zaczął je nachodzić prawie codziennie. "Pamiętajcie tylko - ostrzegał listownie generał - że Dostojewski nie jest człowiekiem z naszego towarzystwa. Cóż my o nim wiemy, że jest byłym katorżnikiem i dziennikarzem. Trzeba z nim być bardzo a bardzo ostrożnie." Dostojewski opisał jak najdokładniej tę swoją miłość jako Agłaję w powieści Idiota. Być może generałowa Jepanczinowa z Idioty jest mamą Korwin-Krukowską. Bohater Idioty ma serce rozdarte pomiędzy Agłają a Nastasją Filipowną, a Dostojewski ma wówczas serce rozdarte pomiędzy dwoma ich prototypami: Aniutą i Poliną Susłową. Trzeba tu zauważyć, że znajomość z Aniutą wypada na rok 1865, a powieść Idiota została rozpoczęta w 1867 - Dostojewski zawsze wypowiada w swych powieściach nie swoje wrażenia bezpośrednie, lecz raczej przeżywa i odnawia swe wspomnienia. Aniuta jeździ na arystokratyczne bale, tańczy z oficerami gwardii, co także ma swój refleks w Idiocie w opisie zachowania się Agłai. Aniuta była panną władczą, rozumną, głęboką. Dostojewski oświadcza się jej. On ma lat 44, ona 24. Ale w odmowie, którą usłyszy, nie kwestia wieku odgrywa rolę. "Szanuję go bardzo - pisze Aniuta - kocham jego geniusz. Ale on potrzebuje kobiety, która by żyła tylko jego osobą, która poza nim nie miałaby innego życia. On jest taki nerwowy, drapieżny, on chce wessać mnie w siebie."

Słowa te mądrej panienki są bardzo trafne. Dostojewski był masochistą, patronował miłościom swoich ukochanych do kogoś innego, jak Isajewej do Wargunowa, jak Poliny do Salvadora, ale to wszystko jest zewnętrzną komedią, względnie to wszystko było zaledwie gąsienicą lub poczwarką prawdziwej jego natury. W istocie jak olbrzymia pajęczyca dążył do wessania w siebie kochanki, odebrania jej własnej indywidualności, szukał kobiety, która by ulegała mu we wszystkim. Ania potrafiła w sposób altruistyczny pokochać nie tylko jego samego, lecz i jego twórczość, jego geniusz i dlatego było jej dobrze. Dostojewski opowiadał Ani, że Aniuta była jego narzeczoną, ale że to on zerwał to narzeczeństwo, ponieważ nie odpowiadały mu lewicowe poglądy panny. Tu znowuż mamy do czynienia z jego snobistyczną małostkowością. Podobało się mu chwalić się przed Anią, że miał narzeczoną tego typu urodzenia i zachowania się co Aniuta. Natomiast po wielu latach z pamiętników Zofii Kowalewskiej dowiedział się świat, że mały podlotek, siostrzyczka Aniuty, kochała się dziecinnie, lecz namiętnie w Dostojewskim.

Biedna Aniuta! Nie miała szczęścia w dalszym życiu. Zakochała się i wyszła za mąż za komunarda Jaclard, który po komunie francuskiej 1871 r. został skazany na śmierć. Poczciwy papa reakcjonista wytelegrafowany z Petersburga przyjechał w ostatniej chwili i uratował go przez ambasadę rosyjską. Dalsza opowieść jej życia wskazuje, że mąż jej był człowiekiem antypatycznym i brutalnym, zwłaszcza obrzydliwe było jego postępowanie w stosunku do ich jedynego syna. Pani Jaclard umarła w r. 1887, w 6 lat po śmierci Dostojewskiego. Jeszcze Ania załatwiała jej coś, wstawiając się za jej mężem u największego reakcjonisty na świecie, Pobiedonoscewa. I znowuż Pobiedonoscew dopomógł mężowi Aniuty.

Jeszcze jedną datę zanotować należy w związku z latami, którymi zajmuje się ten rozdział. Oto 15 listopada 1864 Ania Snitkin zdała maturę ze złotym medalem.

 

XIV

"ZBRODNIA I KARA"

 

Pomimo nieludzkich wysiłków Dostojewskiego "Epoka" musiała przestać wychodzić na wiosnę 1865 r. Dostojewski bierze na swe utrzymanie wdowę i dzieci brata; stara się zaprzedać nie napisaną przez siebie jeszcze powieść Krajewskiemu do "Ojczystych Zapisek". Ten odmawia. Przyciśnięty zewsząd do muru pod względem pieniężnym, Dostojewski podpisuje w czerwcu 1865 z wydawcą-aferzystą-lichwiarzem Stellowskim fantastyczny kontrakt. Stellowski ma wypłacić mu 3 000 rubli częściowo gotówką, częściowo wekslami. Dostojewski uprawnia go do wydania wszystkich swoich dotychczasowych utworów oraz obowiązuje się dostarczyć mu do dnia 1 listopada 1866 nową powieść, wielkości nie mniejszej od dziesięciu arkuszy druku, przy tym gdyby nie spełnił w umówionym terminie tych warunków Stellowski zyskuje prawo wydawania w przyszłości bezpłatnie wszystkich utworów Dostojewskiego, zarówno tych, które Dostojewski już napisał, jak tych, które kiedykolwiek by w przyszłości napisał. Dostojewski podpisuje ten szaleńczy kontrakt u rejenta, po czym Stellowski, rozgłosiwszy warunki tego kontraktu wśród wierzycieli Dostojewskiego i tym poderwawszy u nich resztkę zaufania do ich dłużnika, skupuje za bezcen weksle Michała i Teodora Dostojewskich i tymi wekslami spłaca większość tych 3 000 rubli. Dostojewski wpłaca trochę pieniędzy wdowie po bracie, trochę Paszy i ze 175 rublami w kieszeni wyjeżdża do Niemiec, do Wiesbadenu, na ruletkę, wierząc, że wygra majątek. Na swoje nieszczęście podczas pierwszej swej podróży za granicę, jeszcze w 1863 r., wygrał w Wiesbadenie istotnie dużą kwotę 10 000 franków; obecnie, oczywiście, przegrywa wszystko, co ma przy sobie, zastawia zegarek, przegrywa i te pieniądze; pisze błagalny list do Turgieniewa, aby mu pożyczył 100 talarów. Stosunki jego z Turgieniewem są dość ceremonialne, ale Turgieniew mieszka niedaleko Wiesbadenu, przysyła mu nie sto, lecz 50 franków, przepraszając, że więcej nie ma, Dostojewski momentalnie przegrywa i te 50 talarów. Przyjeżdża do Wiesbadenu Susłowa, która mu pożycza trochę pieniędzy. Po jej wyjeździe Dostojewski przegrywa wszystko, w hotelu nie płaci; służący mu oświadcza, że nie dostanie obiadu, bo nie zasłużył na to; butów mu nie czyszczą, służba odwraca od niego głowę, gdy jej zadaje jakieś pytanie, dają mu tylko chłodną herbatę i grożą policją. W Petersburgu przyjaciel Dostojewskiego Milukow chce zaprzedać przyszłą, nie napisaną jeszcze powieść Dostojewskiego (pamiętajmy, że jedną nie napisaną powieść Dostojewski już był zaprzedał Stellowskiemu), odwiedza redakcje: "Biblioteki dla Czytania", "Sowriemiennika" i "Ojczystych Zapisek" - wszędzie odmowa. Jakiś krąg niepowodzeń. Podziwiajmy teraz elastyczność mózgu, nerwów i sił twórczych Dostojewskiego. Wśród tych strasznych warunków, przeżywszy świeżo niepowodzenia miłosne, wyszedłszy w nocy z kasyna gry, gdzie się zgrał do ostatniej nitki, i chodząc po ciemnych alejach parku głodny, bez zegarka, bez grosza przy duszy, bojąc się wracać do hotelu, stworzył, obmyślił, wypracował koncepcję jednego z największych swoich arcydzieł i jednego z największych arcydzieł literatury świata, mianowicie Zbrodni i kary. Widać z tego, że ta pozornie zwichnięta indywidualność miała właściwość gumowej piłki odskakującej od ziemi, gdy ją los o ziemię rzucił. A może gałęzią rzuconą w ognisko, aby nie zagasło i nie zmarniało, był ten przyjazd Susłowej, cokolwiek łagodzący klęski, które Dostojewski przeżywał. Dostojewski pisze list do dawnego swego opiekuna i dobroczyńcy, barona Wrangla, który jest teraz posłem rosyjskim w Kopenhadze, i ten mu przysyła trochę pieniędzy. Wreszcie wydarzenie jest szczęśliwsze: Katkow zakupuje powieść, którą Dostojewski ma napisać, i wypłaca mu zaliczkę z góry. W chwili, kiedy się to dzieje, w 1865 r., Katkow i jego wydawnictwa już są znienawidzone przez zachodowców, do których Katkow kiedyś należał. Usługa, którą wyświadcza Dostojewskiemu w chwili dla niego tak ciężkiej, stwarza szczęśliwą aurę dla przyszłego ideowego zbliżenia wybitnego publicysty z wielkim pisarzem.

Zbrodnia i kara, poczęta po wyjeździe Susłowej z Wiesbadenu, nie zawiera jej wizerunku, który pojawi się dopiero w powieściach Gracz i Idiota; zgodnie ze swoimi zwyczajami, Dostojewski w Zbrodni i karze przeżywa swe dawniejsze wspomnienia, opisuje swą pierwszą żonę, jej wypieki na twarzy, jej sposób chodzenia, jej dużą chustę na plecach, a przede wszystkim jej krzyki, przekleństwa, frazesy, kłamstwa, chełpliwość, kłótnie i skandale. Dostojewski, który w liście do Wrangla, pisanym także z Wiesbadenu, nazywa zmarłą żonę wyrazami "ten anioł", uwiecznił ją w powieści Zbrodnia i kara w makabrycznej postaci pani Marmieładow, a jej pierwszego męża sportretował w pijanym "byłym człowieku" Marmieładowie. Przymiotnik "ten anioł" w korespondencji z baronem był konwenansem snobistycznym i zakłamanym, makabra w powieści stanowiła prawdę artystyczną i była prawdą przeżytą.

Mówiłem już, że Dostojewski chciał być pisarzem rosyjskim, stał się pisarzem światowym, ponieważ problematyka jego powieści jest problematyką Ewangelii. Uniwersalistyczne znaczenie Dostojewskiego polega właśnie na tym, że poruszył on problemy tkwiące w Ewangelii i stąd stał się jak gdyby nowym i nowoczesnym komentatorem Pisma Świętego, wyrażającym swe komentarze w formie powieści-arcydzieła. Za czasów romantyzmu niektórzy poeci pozwalali sobie na wytoczenie procesów Panu Bogu czy też na przemawianie bezpośrednio do Pana Boga w natchnionych improwizacjach. Ale przeważnie była to tylko retoryka w mniej lub więcej pięknej formie. Zbrodnia i kara jest czymś zupełnie innym. Dostojewski zuchwale pyta się, czy zasady moralności religijnej winny naprawdę obowiązywać, i skruszony - odpowiada, że tak. Jest to proces wszczęty, aby nas przekonać o prawdzie Ewangelii. Zbrodnia i kara to postawienie pytania, czy trzeba, czy nie trzeba słuchać dziesięciorga przykazań. Zważmy, że wielkość, genialność indywidualności Dostojewskiego ujawniła się w tym wyborze tematu, oderwanego nie tylko od spraw rosyjskich, od kwestii, którymi żyła jego brać literacka, od sporów słowianofili z zachodowcami czy innych rozważań interesujących wówczas Rosję, lecz oderwanego także od literatury europejskiej; oderwanego w ogóle od XIX wieku. Pisząc Zbrodnię i karę w formie bulwarowego romansu, Dostojewski tylko swą formą spotyka się z XIX wiekiem, ze swoimi czasami, natomiast koncepcją, tematem, treścią, istotą utworu wychodzi na kosmiczne jakieś obszary i pustynie, staje twarz w twarz z Biblią, z Ewangelią, z Bogiem. Zdolny, sympatyczny i szlachetny student nazwiskiem Raskolnikow, a nazwisko to znaczy tyle samo co odszczepieniec, zadaje sobie pytanie: dlaczego mam nie zabijać? Oto jestem pełen sił, zdolności, geniuszu, oto chcę przynieść dobro swemu społeczeństwu, chcę uszczęśliwić wielu swoich bliźnich, i oto jest wstrętna wesz, staruszka-lichwiarka, która krzywdzi własną siostrę i która ma u siebie mnóstwo pieniędzy. W moich rękach pieniądze te przyniosły by dobro ludziom, dlaczego nie mam jej ich odebrać? Iluż ludzi zabił Napoleon urzeczywistniając swe cele? Raskolnikow, a i my wszyscy, czytający tę powieść, rozumiemy, że dopiero po tym egzaminie, po wcieleniu w czyn zamiarów Raskolnikowa możemy zdać sobie sprawę z tego, ile jest warta ta cała teoria. Raskolnikow zabija, i oto natychmiast, jakby z piekła, otaczają go dwa zaczarowane koła. Pierwsze koło to rzeczy, których przy obmyślaniu morderstwa nie przewidział - różne małe, drobne zbiegi okoliczności, nieprzewidziane wypadki, grożące mu ujawnieniem popełnienia zbrodni, zdemaskowaniem go. Koło to rozpoczyna okoliczność, że Raskolnikow wbrew swym intencjom musiał zabić nie tylko wesz-lichwiarkę, ale także jej dobrą i bezwinną siostrę. Przez to pierwsze koło Raskolnikow przebija się jakoś; z trudem, z cierpieniem, ale wychodzi z niego jako półzwycięzca. Ale oto drugie koło do przekroczenia, jakby z chichoczących średniowiecznych diabłów złożone. Jest to koło sprzeciwów własnej jego woli, własnych zahamowań, pociągów do przyznania się, i przez to drugie koło Raskolnikow już nie przejdzie. Przyznaje się do przestępstwa publicznie. Przykazanie "nie zabijaj" zwyciężyło, egzamin walki woli ludzkiej z odwiecznym nakazem moralnym wykazał zwycięstwo moralnego imperatywu.

Czy istotnie zwyciężyło? Oto Raskolnikow już zesłany na Syberię oświadcza, że zawiodła go wola i nic więcej. Mógłby się także na to powołać, że w tej powieści jest dużo ludzi, którzy nie mordują co prawda, lecz dopuszczają się różnych czynów plugawych i uchodzi im to na sucho, więc dlaczegoż on jeden ma być ukarany. Niektórzy pisarze uważają, że Dostojewski nie odpowiedział wyraźnie na pytanie, które postawił, czy przykazanie "nie zabijaj" ma mieć, czy też nie ma mieć kategorycznej mocy obowiązującej. Niewątpliwie od czasów Dostojewskiego dużo się na tym świecie pod każdym względem zmieniło, ale jeśli chodzi o Dostojewskiego, to jego odpowiedź była wyraźna i ten, kto tego nie widzi, ten oczywiście nie rozumie ideologii Zbrodni i kary. Dostojewski chciał powiedzieć: ludzie mogą sobie mówić, co chcą, o przedsięwzięciu Raskolnikowa, że się nie udało z powodu nie sprzyjających okoliczności czy z powodu zwykłej nerwowości samego przedsiębiorcy. Ale Bóg! - Bóg jest przeciwny zasadzie "cel uświęca środki" i Bóg ukarze nieposłuszeństwo przykazaniu "nie zabijaj". Raskolnikow może sobie myśleć w więzieniu także, co chce, może nawet żałować, że się przyznał; ale jego zamiar udać się nie mógł, bo potępiała go mistyka, której człowiek słucha i której ulega. W swej powieści tezy, że porządek moralny między ludźmi nie da się utrzymać samymi nakazami i zakazami, że porządku moralnego bronić musi czynnik mistyczny. Bieg powieści wskazuje właśnie na takie intencje autora. Dokoła przykazania "nie zabijaj" powstaje hałas ludzkich argumentów i kontrargumentów, hałas tak wielki, że w ogóle już nic nie słychać, ale oto pojawia się czynnik mistyczny i bez słów, milcząco, lecz potężnie, mocarnie sprawia, że wszyscy rozumiemy, iż morderstwo dla dobrych celów udać się nie może, że to jest nonsens, głupstwo, grzech. Dostojewski nikomu w usta w swej powieści nie wkłada tych pouczeń i to, co najważniejszego chce w swej powieści powiedzieć, wypowiada w sposób nieuchwytny, nastrojowy, sugestywny. To jest książka wielkiej wiary. To nie obraz malarstwa renesansu, przecistawiający rzekomo św. Rodzinę, a więc rzekomo chrześcijański, a naprawdę całkowicie pogański, bo artysta malując go myślał o pogańskiej piękności ciała, kolorytu, o wszystkim, tylko nie o świętych tajemnicach chrześcijańskich - ta książka nowoczesnego pisarza jest żarliwie religijna, jak szept modlitwy w katakumbach.

A zresztą powiadamy: "teza Dostojewskiego", "pogląd Dostojewskiego". Tak jest, tezy Dostojewskiego są takie, jak je przedstawiamy, lecz trzeba pamiętać, że Dostojewski nie jest urzędnikiem propagandy, lecz wielkim artystą, i to wielkim artystą walki, dynamiczności. Jego teza walczy z antytezą, jak dwóch zapaśników o równych siłach. Dostojewski nie jest takim bezdarnym retorem, u którego teza od samego początku mówi same mądrości, a antyteza same głupstwa. U Dostojewskiego teza z antytezą zwarte są w śmiertelnym, równosilnym pojedynku. Publicystyka czy dydaktyka, choćby najwznioślejsza, nigdy u Dostojewskiego nie zamąci artystycznego obrazu, a więc i obrazu napięcia walki i równości sił zapaśników. Może dlatego tak wielu ludzi sądzi, że Dostojewski chciał powiedzieć; tak jest, zabijaj.

Czytelnikowi trudno jest także dlatego zdać sobie sprawę, że ma do czynienia z książką religijną (bo na takie właśnie miano ten romans zasługuje), skoro powieść ta jest tak straszliwie realistyczna. W całej tej książce, wybuchającej gwałtem i skandalem na każdej stronicy, nie ma ani jednej nieprawdziwej, zakłamanej lub konwencjonalnej sytuacji. Jakże ten straszliwy realizm odbija od słodkawych i nienaturalnych sytuacji tworzonych przez innych pisarzy, współczesnych Dostojewskiemu. Oto przykład: Raskolnikow kaja się, kłania się ludowi i wyznaje swą winę. Któż inny poza Dostojewskim powstrzymałby się tutaj od konwenansu, od tego, że ten lud wysłuchuje przynajmniej Raskolnikowa. Ale u Dostojewskiego, gdy Raskolnikow kaja się na rynku wobec ludu, nikt na to nie zwraca uwagi, tylko kilku widzów najbliżej stojących śmieje się. Prawda życiowa jest duszą tego utworu. Ale ma on jeszcze inną duszę: Wielkie Miasto. Dostojewski jest pierwszym rosyjskim pisarzem wielkomiejskości. Gdy bohater Puszkina wyjeżdża sankami nad Newę w tymże Petersburgu, to wszyscy wiedzą, kto zacz, kto go rodził oraz ile ciąży na nim długów. Wieść o bohaterze Gogola biegnie dźwięcznie i szeroko, razem z dzwonkami jego trójki. Ale oto po olbrzymim, rozległym, rozrzuconym i jednocześnie ciasnym od tłumów Petersburgu biegają anonimowi, tak jest, całkowicie anonimowi, nieznani, w tym tłumie do nieodszukania schowani bohaterzy Dostojewskiego. Ludzie chodzą koło siebie, potrącają się wzajemnie, nic wzajemnie o sobie nie wiedzą i kryją się w tym olbrzymim mieście lepiej niż w gęstwinie leśnej. To Petersburg - petersburskie wielkie perspektywy, prostolinijne ulice, zaułki, uliczki, kanały, wody, parki. Oto nawet znajome ulice, cerkwie, sobory. Oto charakterystyczne dla Petersburga zatęchłe klatki schodowe, smrodliwe zakątki, oto głębokie, studzienne podwórza. Oto ciemne światła w sklepikach, oto mgły i deszcze, błoto i śnieg. Dzisiejsi krytycy krok w krok chodzą za Dostojewskim z jego Zbrodnią i karą w ręku i poznają wspomniane tam ulice, a nawet kamienice, szynki i restauracje; znaleźli nawet kamień, pod którym Raskolnikow schował po morderstwie skradzione przedmioty. Piszą się studia pod tytułem "Petersburg Dostojewskiego", organizują się wycieczki pod hasłem "Petersburg, jak go widział Dostojewski". Ale ten Petersburg ze Zbrodnii kary jest i także nie jest Petersburgiem. Bo to nie tylko Petersburg, to jeszcze uniwersalistyczna wizja wielkomiejskości w ogóle, to wizja jakiegoś miasta jeszcze większego, niż nim był ten olbrzymi zresztą Petersburg z czasów Dostojewskiego, miasta, w którym człowiek jest jeszcze bardziej czymś anonimowym, zdrobniałym, skrytym, zagubionym. Na swe miasto patrzał Dostojewski przez szkła powiększające, na człowieka w proporcji do tego miasta przez szkła pomniejszające. Może dlatego tak ludzie szukają w Zbrodni i karze Petersburga realnego, bo w tej powieści ten Petersburg nie przestając być Petersburgiem jest jeszcze jakimś Nowym Jorkiem z XX wieku. Jest to zjawa wielkiego miasta w ogóle. Bóg, mistyka religijna i wizja wielkiego miasta - oto są dwa elementy Zbrodni i kary, pierwszego z wielkich arcydzieł Dostojewskiego. Zresztą nie kuszę się napisać oceny tej powieści.

 

XV

ŻYWA NIETOCZKA

 

Od stycznia 1866 r. w miesięczniku Katkowa "Russkij Wiestnik" zaczyna się drukować Zbrodnia i kara, wywołując od razu duże wrażenie wśród czytelników. W sierpniu "Courrier russe", francuska gazeta wydawana w Petersburgu, zamieszcza tłumaczenie tej powieści. "Sowriemiennik" wypowiada się o nowym utworze Dostojewskiego niechętnie i złośliwie, ponieważ w jednej z poprzednich nowel Dostojewskiego dopatrzono się w tej redakcji drwin z Czernyszewskiego. Ale już wiemy, "Sowriemiennik" jest w śmiertelnych opałach, dnia 16 kwietnia 1866 ma miejsce opisane powyżej wystąpienie Niekrasowa z odą na cześć Murawiewa, a kilka miesięcy później Murawiew zamyka ten miesięcznik. W tym okresie czasu możemy też podziwiać lekkomyślność Dostojewskiego. Pochłonięty pracą nad Zbrodnią i karą, opędzaniem się od spłaty długów oraz ciągłymi zawodami miłosnymi, nie rozpoczyna wcale pracy, do której się zobowiązał w umowie z wydawcą Stellowskim. Jak pamiętamy, według tej umowy: o ile do 1 listopada 1866 Dostojewski nie wręczy Stellowskiemu nowej powieści, wszystko, co napisał dotychczas, jak również wszystko, co napisze jeszcze w życiu, staje się własnością Stellowskiego. Ale oto już październik 1866, a Dostojewski nie ma jeszcze ani słowa nowej powieści. Poeta Majkow proponuje, aby kilku przyjaciół Dostojewskiego pomogło mu, pisząc po jednym rozdziale jakiegoś skleconego powieścidła, aby tylko wyratować go z pazurów lichwiarza-wydawcy. Ale Dostojewski odrzuca ten projekt, nie zgodzi się nigdy na umieszczenie swego nazwiska nad czymś, co nie byłoby jego utworem. Dyrektor kursów stenograficznych, Olchin, proponuje Dostojewskiemu, aby skorzystał z mało znanego wówczas sposobu dyktowania stenografce i w ten sposób przyśpieszył wykonanie swej pracy. Dostojewski zgadza się i Olchin wysyła do niego swą najlepszą uczennicę, Annę Snitkin.

Anna Grigoriewna Snitkin urodziła się w 1846 r. i była poniekąd literacką córką Dostojewskiego, ponieważ w domu nazywano ją Nietoczką, na cześć bohaterki powieści Dostojewskiego Nietoczka Niezwanowa, napisanej przez niego, gdy jego przyszła żona miała zaledwie dwa lata. Nazwisko "Niezwanowa" oznacza po rosyjsku "niewołana" - Dostojewski, gdy jeszcze przed swoją katorgą pisał tytuł tej powieści, nie wiedział, że wypowiada rodzaj proroctwa czy też czarownego zaklęcia na temat swego przyszłego życia. Nietoczka pojawiła się istotnie w jego życiu "niewołana", sama przyszła do niego, przyciągnięta uwielbieniem jego pracy literackiej, i ujęła jego życie w swe silne rączki. Ania zachwycała się twórczością Dostojewskiego, był on jej ulubionym pisarzem, toteż z radością i zachwytem przyjęła propozycję Olchina.

Matka Ani była Szwedką z pochodzenia, stąd może w charakterze samej Ani tkwiło tyle cech "niemieckiej", jak powiadają Rosjanie, sumienności i akuratności. Ojciec Ani umarł kilka miesięcy przed jej znajomością z Dostojewskim, zostawiwszy swej rodzinie kamienicę na Kostromskiej ulicy i kilka drewnianych oficyn w dzielnicy Piaski w Petersburgu. Jest to dzielnica raczej odległa od głównych nurtów miasta i przeznaczona na mieszkania dla ludzi będących także na uboczu od życia stolicy. Zamieszkują ją urzędnicy-emeryci lub drugorzędne figury z biurokracji, drugorzędni i mniej bogaci kupcy. Z trzaskiem i hałasem przecina tę dzielnicę Kałasznikowska, w której perspektywie jeżdżą wielkie wozy, naładowane żelazem, drzewem, mąką, do przystani na Newie, będącej miejscem postoju barek łączących Petersburg z wielkimi wodami jezior, leżących z tyłu za Petersburgiem i otoczonych naokoło prawie dziewiczymi wówczas lasami. Kałasznikowska perspektywa jest więc zatłoczona wozami, ludźmi i przekleństwami, specjalnie ostro śmierdząca dziegciem, sznurami i potem końskim. Inne ulice na Piaskach są ciche, przeważnie bez sklepów. Okna są tu szczelnie pozaklejane na zimę, a przestrzeń pomiędzy podwójnymi szybami tych okien wysypana jest wtedy piaskiem, a na piasku ułożony jest zielony mech, nie więdnący przez całą zimę. W mech wetknięte jest pięć kwiatów, zrobionych z jaskrawych bibułek, kwiat pośrodku jest większy od innych. Po ulicach hula mroźny wiatr z morza, od Newy lub z bezludnych krajów spoza Newy pochodzący, ale oto do niektórych mieszkań, z oknami na niskim parterze, zaglądnąć można: mieszkania te są bardzo ciepłe, posiadają duże piece żelazne lub kaflowe, podłogi sosnowe, malowane olejną farbą w różnych odcieniach, od jaśniejszego, prawie żółtego, do ciemnego, wpadającego w kolor ciemnoczerwony; parkiety dębowe są w dzielnicy Piaski rzadkością, ale nowoczesne lampy naftowe są dość powszechne. Ikony i lampki olejne przed nimi. Pamięć dni mieszkańcy Piasków liczyli według zjedzonych podczas obiadu pierogów, które były ogromne, przyjemnie dymiące, gdy je krajano, i z rozmaitym nadzieniem, mięsem, kapustą, grzybami i kaszą gryczaną. Na Piaskach mieszkało też dużo zwierząt, przede wszystkim ogromnych kotów, nie znanych nigdzie poza Petersburgiem, szarych gołębi, których nie wolno tu było zabijać pod karą sądową, psów, a w każdym prawie domu były stajnie. Zimą przylatywały do okien gile z czerwonymi brzuszkami i żółte sikory, wypłoszone mrozem z okolicznych lasów. Petersburg był wtedy nadziewany Niemcami, jak pieróg mięsem. Wszystkie piekarnie należały do Niemców. Sklepy z pieczywem - chlebem, kołaczami przysypanymi mąką, rogalami ze smacznym lukrem na wierzchu i rodzynkami wewnątrz - były ciemne, głębokie, z jakimś marnym płomykiem, który zimą musiał oświetlać je przez dzień cały; gdy się z mrozu, z ośnieżonym, zamarzłym nosem i gębą do takiego sklepu weszło, zapach pieczywa dusił cię przez pierwsze sekundy. Złoty rogal wisiał nad wejściem do tej piekarni na ulicy. Specjalnie wspominam o tych niemieckich piekarniach, bo odezwą się one jeszcze rozczulającym echem w ciągu tego rozdziału.

Skąd Ania, wychowana na Piaskach, nabrała gustu do czytania Dostojewskiego? Widać rozdygotana rosyjskość atmosfery przenikała do tych ciepłych mieszczańskich mieszkań nawet przez zakitowane i ciepłym mchem opatrzone okna od zewnątrz; zresztą, jak widać, ktoś w rodzinie Ani podzielał jej kult tego pisarza, skoro nazywano ją Nietoczką.

Dzień spotkania Ani z Dostojewskim był dla niej dniem wielkim. Kupowała, temperowała ołówki, papier, a nawet kupiła sobie teczkę, aby wyglądać poważniej. O powagę dbała Ania wtedy niesłychanie.

"Wyszłam wcześniej z domu - opowiada w swych pamiętnikach - aby przyjść punktualnie, nie za wcześnie i nie za późno, szłam powolnym krokiem w stronę Małej Mieszczańskiej i Stolarskiego Zaułku, ciągle spoglądając na zegarek. Dwadzieścia pięć minut po jedenastej zapytałam stróża, gdzie jest mieszkanie nr 13. On machnął ręką na prawo, gdzie koło wrót były schody na górę. Dom był ogromny, z mnóstwem małych mieszkań, zaludnionych drobnymi kupcami i rzemieślnikami. Od razu przypomniał mi się dom z powieści Zbrodnia i kara, w którym mieszkał Raskolnikow.

Mieszkanie nr 13 było na drugim piętrze. Otworzyła mi stara służąca. Nie zdążyłam zdjąć baszłyka, gdy drzwi do przedpokoju otworzyły się, pokazał się młody człowiek, silny brunet z rozczochraną głową, nagą piersią i w pantoflach. Na mój widok krzyknął i schował się.

Służąca wprowadziła mnie do jadalni. Koło ścian stały duże kufry pokryte dywanikami oraz komoda z włóczkową serwetą. Był także zegar ścienny, na który popatrzyłam z dumą, wskazywał bowiem równo pół do dwunastej.

Zaraz przyszedł Teodor Michajłowicz prosząc, abym przeszła do gabinetu, a sam wyszedł gdzieś, jak się później okazało, aby kazać podać nam herbatę.

Gabinet Teodora Michajłowicza był dużym pokojem o dwóch oknach; w dniu, w którym się tu pojawiłam, było w nim słońce, lecz zazwyczaj pokój ten był ponury, mroczny, milczący i działał przygnębiająco.

W głębi pokoju stała miękka kanapa z bardzo wytartym obiciem. Nad kanapą, w orzechowej ramie był portret niesłychanie chudej damy w czarnej sukni i czarnym czepku. Nie znając rodzinnych stosunków Dostojewskiego pomyślałam, że to jego żona."

W dalszym ciągu wspomina Ania, że Dostojewski na pierwszy rzut oka wydawał się starszy niż wtedy, gdy zaczynał rozmawiać, że jedno oko miał brunatne, a drugie nie posiadało w ogóle tęczówki, a tylko rozszerzoną źrenicę; że ubranie miał znoszone, lecz za to koszulę świeżą i śnieżnobiałą. Typowo kobiece obserwacje! Dostojewski przyniósł dwie szklanki herbaty, bardzo mocnej, Ania nie lubiła takiej herbaty, ale wypiła swoją szklankę, bo nie chciała uchodzić za "osobę pretensjonalną" - jak pisze.

Dostojewski zamyślał się co chwila i kilka razy pytał się Ani, jak się ona nazywa, aby potem znowu zadać to pytanie. Podyktował kawałek, kazał przepisać i w ostry sposób wytknął dwa nieznaczne błędy, które się jej zdarzyły. Tego dnia Ania wróciła zrozpaczona do domu. Ulubiony jej pisarz rozczarował ją zupełnie do swej osoby. Żałowała bardzo, że się podjęła tej pracy. Była jednak bardzo obowiązkowa, więc nazajutrz znów się stawiła do roboty.

Z dalszych jej zapisek widzimy, że Dostojewski chciał trzymać ludzi na dystans od siebie, był suchy i nawet wyniosły, ale jednocześnie miał nieodparty pociąg do wynurzeń. Toteż od razu, od pierwszych dni znajomości, zaczął swej stenografce opowiadać wszystko o sobie: o swoich długach i o Stellowskim, o narzeczonej, której zwrócił słowo (jak się zdaje, Dostojewski właśnie wtedy opowiedział Ani, że Korwin-Krukowska była jego narzeczoną i że to on z nią zerwał, a potem wstyd mu było przyznać się do małostkowego kłamstwa i podtrzymywał tę wersję do końca życia), i o innych rzeczach. Ania była panienką poważną i pomimo swej akuratności, sumienności i cnotliwości nader samodzielną w myśleniu, na co wskazuje chociażby jej zainteresowanie się literacką twórczością Dostojewskiego. Toteż po kilku dniach wyrywa się jej okrzyk:

"Pierwszy raz w życiu widziałam człowieka rozumnego, dobrego, ale nieszczęśliwego, jak gdyby przez wszystkich porzuconego, i uczucie głębokiego współczucia i litości powstało w mym sercu."

Po trzech tygodniach współpracy z wielkim pisarzem Ania zauważa, że rozmowy z rówieśnikami wydają się jej teraz niewiarygodnie blade i nudne. Wszystkie jej zainteresowania dotychczasowe odeszły na dalszy plan. Ania zakochuje się w Dostojewskim, chociaż nie przyznaje się sama przed sobą do tego, gdyż ani na chwile nie przypuszcza, aby Dostojewski się nią interesował. Siostra Ani spostrzega jednak coś, skoro jej powiada:

"Ty, Nietoczka, nie myśl tak ciągle o Dostojewskim. Nic z tego nie będzie, zresztą to i lepiej, bo przecież to człowiek zadłużony i chory."

Jakoż dowody nędzy Dostojewskiego rzucały się Ani w oczy. To giną z jego mieszkania jakieś porcelanowe wazy, ponieważ idą do lombardu, to Dostojewski musi siedzieć w domu, ponieważ futro jego odniesione zostało do tegoż zakładu.

Długo i radośnie opowiada nam Ania o scenie oświadczyn Dostojewskiego. Z początku nie rozumiała, o co chodzi. Dostojewski zaczął opowiadać jej, że w palisandrowej szkatułce, w której chował rękopisy, którą miał od Kirgiza Czokana Wielichanowa z Semipałatyńska, zobaczył jakieś światełko i później wśród papierów znalazł brylancik. Ania nie wiedziała, że to o nią chodzi, a z jej opowiadania wnioskować możemy, że również Dostojewski, oćwiczony w tych czasach wszelkimi odmowami i zawodami miłosnymi, był nieśmiały i niepewny siebie.

Gdy się wyjaśniło, o co chodzi, szczęście Ani nie miało granic.

"Byłam tak szczęśliwa - pisze - że nawet niemieckiej panience w piekarni powiedziałam: "Jaki pani ma śliczny dzisiaj kolor twarzy i jak ładnie jest pani dzisiaj uczesana"."  

Dostojewski miał lat 44, Ania niecałe 20; jego pasierb był w jej wieku; Ania zdawała sobie sprawę, że Dostojewski nie kocha jej tak, jak ona jego; ale jej duża miłość płynęła z uwielbienia geniusza i z gorącej chęci dania mu pomocy.

Ania nie wiedziała wszystkiego. Chronologia intymnego życia Dostojewskiego byłaby dla niej nielitościwa. Oto Dostojewski oświadczył się Ani 8 listopada 1866, w dwa i pół lat po śmierci pierwszej swej żony, ale ileż oświadczyn i próśb o czyjąś rękę wymówiły przez ten czas jego usta. Wiosną 1865 oświadcza się Korwin-Krukowskiej, która mu stanowczo odmawia, 2 listopada ma miejsce jedna z licznych próśb skierowanych do Susłowej, aby została jego żoną, Susłowa jak zawsze drwi z niego, 26 marca 1866 Dostojewski oświadcza się Iwanczewej-Pisarowej, młodej i wesołej pannie, która się później wyśmiewać będzie z Ani, przyjaciółki swych siostrzenic, a po jej rekuzie Dostojewski latem 1866, postanawia żenić się ze szwagierką swej siostry. Były to więc piąte oświadczyny Dostojewskiego w ciągu dwóch lat. Z niedużym okrucieństwem można by powiedzieć, że Dostojewski, wymęczony przedłużającym się życiem straszliwej żony, gdy raz odzyskał swobodę, chciał ją jak najprędzej zdyskontować i oświadczał się na prawo i lewo osobom zupełnie do siebie niepodobnym. Cóż bowiem mogło być podobnego pomiędzy Susłową, osobą ostentacyjnie lekkiego prowadzenia się, Korwin-Krukowską, wyniosłą arystokratką, i Anią, akuratną mieszczaneczką. Dodajmy do tego, że pierwsze tygodnie znajomości z Anią spłynęły mu na możliwie dokładnym i realistycznym przypominaniu sobie współżycia z Susłową. Powieścią, którą Ania zapisywała stenograficznie, był właśnie Gracz, w którym każda stronica wyje wprost z nostalgii po straconych pieszczotach Susłowej. Ania wychodziła za mąż nie tylko za człowieka starego, chorego, epileptyka, ale i za człowieka, miłości którego nie mogła być pewna, i Ania dobrze wiedziała o tej ostatniej okoliczności.

Ale Ania nie tylko kochała Dostojewskiego do śmierci, nie tylko stworzyła mu warunki pracy, porozcinała sznurki, którymi geniusz Dostojewskiego miał związane skrzydła, ale Ania kochała Dostojewskiego również po śmierci. Czas od śmierci Dostojewskiego do swojej śmierci wypełniała Ania pracą poświęconą jego pamięci. Zbierała materiały, sporządzała bibliografię, wykonała olbrzymią robotę przygotowawczą, z której korzysta każdy, kto pisze o twórczości wielkiego pisarza. Ze wszystkich znawców Dostojewskiego Ania jest pracownikiem najbardziej zasłużonym i najbardziej wydajnym.

Ania umarła w 1919 r., podczas rewolucji rosyjskiej. Głodowali wtedy wszyscy, a 73-letnia staruszka tym bardziej nie mogła znaleźć sobie pracy ani chleba. Ktoś dowiedział się, że to wdowa po Dostojewskim, i ofiarował jej dwa funty świeżego chleba. Zgłodniała Ania zjadła ten chleb od razu i umarła.

Na kilka lat przed rewolucją, za czasów, w których literacka secesja już się miała ku końcowi, lecz paliły się jeszcze ostatnie jej promienie, odwiedził Anię jakiś poeta i muzyk i prosił, aby do jego książki wpisała jakiś aforyzm, ale ze wspomnieniem słońca. Koniecznie: słońca.

Staruszka bez wahania i namysłu wpisała mu słowa następujące:

"Słońce mego życia: Teodor Dostojewski." 

Poważniej brzmi refleksja z jej własnych pamiętników:

"Mąż mój dyktował mi zawsze swe powieści. Ta praca była słodyczą mego życia. Byłam wewnętrznie dumna z tego, że pierwsza słyszę utwory znakomitego pisarza, że asystuję przy tworzeniu jego dzieł, że słyszę - ja tylko - te wszystkie odcienie, które Dostojewski nadawał słowom swych bohaterów w chwilach, gdy te słowa powstawały i rodziły się."

Kiedy czytamy, że Ania ceniła to sobie, że była jedynym świadkiem czarów tworzenia w warsztacie znakomitego pisarza, powiadamy sobie: nie jest to pozbawione inteligencji; lecz cały wkład, całą olbrzymiość wkładu tej kobiety w życie tego człowieka poznamy przy innej okoliczności.

Dostojewski był człowiekiem ponurym, zgryźliwym, zaczepliwym, stale wywołującym awantury i nieznośnym w towarzystwie. Świadectwa wszystkich jego znajomych są absolutnie zgodne pod tym względem.

I oto Ania pisze:

"Czytamy, że mój mąż był ponury. Ależ to kłamstwo zupełne! Nie znałam człowieka tak wesołego!"

O Ty, na tego posępnego, nieszczęśliwego człowieka w ciągłym powszednim z nim obcowaniu patrzyłaś zakochanymi oczami, które mu mówiły: jesteś człowiekiem wesołym; o Ty! - ileż sił mu tym dodałaś.

Pierwsze tygodnie po ślubie były dla Ani koszmarem. Pasierb męża, ten obrzydliwy Pasza, dokuczał jej i szykanował ją strasznie. Bratowa męża, którą Dostojewski utrzymywał także, zatruwała jej życie. Ania płakała, ale tak, by Dostojewski tego nie słyszał. Tutaj raz jeszcze zachwycamy się rozumem tej młodej osoby, jej posunięciem śmiałym, samodzielnym, rozważnym, mądrym. - Jeśli tak dalej będzie - powiada sobie - mąż mój przestanie mnie kochać i nasze małżeństwo zostanie zerwane. Trzeba je ratować. - Ania zwraca się o pomoc do matki, zastawia wszystko, co zastawić może, swoją ubogą biżuterię, futra, meble. Wyprowadza męża na spacer, aby nieznośni domownicy nie przeszkadzali jej mówić, i błaga go o wyjazd za granice. Dostojewski zdumiony zgadza się wyjechać na trzy miesiące. Zamiast tych trzech miesięcy, będzie za granicą pięć lat, lecz gdy powróci do Rosji, będzie już wielkim, nieśmiertelnym pisarzem.

 

XVI

DRĘCZENIE ANI

 

O pierwszych miesiącach pobytu Dostojewskiego za granicą opowiada nam dokument zupełnie osobliwy, o niespotykanej wśród źródeł historycznych wiarogodności i szczerości. Ania, jak wiadomo, była stenografką. Nie chcąc wyjść z wprawy poświęca kilka godzin dziennie zapiskom stenograficznym, ale zamiast przepisywać cokolwiek, notuje sobie przebieg dnia z niesłychaną szczegółowością, opisując w ten sposób nie tylko każdą godzinę, ale każde dziesięć minut. W ten sposób wiemy nie tylko, ile filiżanek kawy wypił rano Dostojewski, ile "silbergroszy" kosztowało po południu kupione ciastko, ale dowiadujemy się dokładnie o innych, jeszcze bardziej intymnych wydarzeniach. To nie jest nawet dziennik, to jest dokładny film wszystkich czynności Dostojewskiego od obudzenia się do zaśnięcia. Film ten nie sfotografował jednak czynności mózgu Dostojewskiego w owym czasie - zarzucają Ani niektórzy przesadni krytycy. Nawet i ten zarzut nie jest całkowicie słuszny. Ania dokładnie notowała własne swe nastroje i myśli w tym czasie, a stanowiły one choć małą, lecz przecież cząstkę tego koła myśli, które poruszał i obracał mózg Dostojewskiego.

Zapiski Ani nie miały innego celu prócz ćwiczeń stenograficznych, Ania nie pisała ich ani dla potomności, ani nawet dla samej siebie i dlatego nie wspinała się na żadne koturny i nie przybierała żadnej pozy i dlatego drobiazgowa prawdziwość jej zapisek czasami skrzeczy niemiłym realizmem. Wielcy ludzie portretowani "en pantoulles", to znaczy ze zbyt bliskiego dystansu i w ciągłej codzienności, wyglądają zwykle obrzydliwie. Dostojewski w zapiskach miłującej go ponad życie Ani jest wprost potworny. Wrażliwość jego i pobudliwość dała ludzkości arcydzieła wnikliwej literatury. Ale ta wrażliwość i pobudliwość działała nie tylko wtedy, gdy siadał do pracy, ale działała ciągle, nieprzerwanie, w rzeczach drobnych i najdrobniejszych. Te same siły psychiczne, które skierowane w łożysko pracy literackiej tworzyły arcydzieła, przy ścieraniu się z prozaicznymi zajęciami dnia powszedniego, w rodzaju wciągania spodni lub najmowania dorożki, dawały reakcje nieznośne dla osób bliskich. Dostojewski ciągle jest rozdrażniony, robi awantury przechodniom na ulicy, kelnerom w restauracji, współpasażerom w pociągu, stale wybucha i awanturuje się.

Dostojewski wyjechał z Petersburga 26 kwietnia 1867. Nocował w Wilnie. Był to wieczór Wielkiej Soboty i ranek pierwszego dnia świąt Wielkiejnocy. Ania z ciekawością ogląda tłumy w nie znanych jej dotychczas kościołach katolickich, a rano przed wyjazdem notuje, że zapłaciła za "bardzo dobre pieczywo świąteczne" trzy "złote", czyli 45 kopiejek. Było to trzy lata po ukończonym powstaniu, ale w Wilnie wciąż liczono według dawnych polskich jednostek monetarnych. Do Berlina Dostojewscy przyjeżdżają 29 kwietnia wieczorem, a 1 maja są już w Dreźnie i tutaj mieszkają przez przeszło dwa miesiące. Do Drezna przyjechali o 12 w południe, a tegoż dnia już oglądali powód swego przyjazdu do tego miasta, mianowicie Madonnę Sykstyńską Rafaela. Przez cały czas pobytu w Dreźnie Ania prawie co dzień zwiedza galerie obrazów i różne muzea, notując zwykle: "nam się podobało" lub "byliśmy zachwyceni", albo "nam się nie podobało", choć należy przypuszczać, że we wszystkich tych wypadkach chodzi o przyłączanie się jej zdania do zdania męża. Zresztą Ania ma ambicje samodzielności, "my, pokolenie lat sześćdziesiątych", dumnie mówi o sobie, ale samodzielność poglądów ideowych ujawnia się u niej co najwyżej w delikatnych i bardzo niepewnych uwagach, że zdaje się, iż "Fiedia" - zdrobniałe imię od "Teodor", którym Ania stale nazywa męża - niezupełnie miał rację, gdy łajał kogoś lub coś. Dostojewski wciąż powtarza, że nie ma głupszego narodu od Niemców, Ania zgadza się pokornie, że istotnie wszyscy spotykani Niemcy to durnie, ale ma pewne wątpliwości, czy istotnie warto o tym głośno po niemiecku mówić w wagonie niemieckiej kolei żelaznej. Dostojewski bardzo źle mówi po niemiecku i to może go czasami ratuje; natomiast Ania mówi po niemiecku jak Niemka i tylko w Dreźnie kilka razy ją pytają, czy nie jest wiedenką, ponieważ nie ma saskiego akcentu. Ania jest jeszcze bardzo dziecinna. Z jakim zachwytem notuje sobie szczegóły nabycia "fantastycznych fotografii" , które wkłada się do wody, a potem nakleja się na papier i zmoczony papier odrywa, a "fantastyczna fotografia" zostaje. Jednemu dziecku na takiej "fantastycznej fotografii" Ania oderwała głowę - "ale to głupstwo" - zapisuje rozsądnie.

Dnia 1 maja Ania z rozczuleniem notuje: "Dziś Fiedia przyjmował rycynę. Ciekawie jest patrzeć, jak Fiedia przyjmuje to wstrętne lekarstwo. Tutaj ja gram także pewną rolę... Wszystko przynosi się na stół: rycynę, świeżą wodę, dwie łyżki, pomarańczę i słodką galaretę. Ja biorę łyżkę, nalewam do niej wody i staram się nie wylać, Fiedia nalewa lekarstwo, bierze łyżkę ode mnie, wypija i prawie rzucając łyżkę we mnie wydaje okrzyk, chwyta pomarańczę, ręcznik i łapczywie zaczyna jeść galaretę. Potem oświadcza mi, że ja nawet nie przypuszczam, co to za plugastwo, i że nie może być na świecie obrzydliwszego lekarstwa."

Dnia 2 maja Ania zapisuje: "...kiedy list już był gotów, Fiedia obudził się, powiedziałam, że migiem pobiegnę na pocztę. Rzeczywiście przybiegłam bardzo prędko i Fiedia powiedział, że widać dobrze trzyma mnie w rękach, skoro jestem taka "jedwabna". Potem Fiedia wyszedł do apteki zamówić lekarstwo. We mnie, jak w każdej kobiecie zazdrosnej, obudziła się straszna zazdrość, wyobraziłam sobie, że on pojedzie do mojej rywalki. Zaraz wlazłam na framugę okna, wychyliłam się tak, że mało brakowało, abym wypadła na ulicę, i zaczęłam przez lornetkę patrzeć w stronę, w którą on poszedł i z której miał wracać. Już serce me zaczęło się kurczyć pod wpływem uczuć porzuconej żony, a oczy wypełniać łzami od zbyt wytężonego wzroku, a Fiedi nie było. Raptem spojrzałam na chodnik po przeciwnej stronie i zobaczyłam, że mój drogi Fiedia skromnie idzie do domu. Spotkałam go radośnie i od razu opowiedziałam o lornetce. Ciekawe zresztą, o kogo tu mogłabym być zazdrosna - chyba o starą Idę czy też być może o samą panią Zimmermann."

Dostojewscy mieszkali w Dreźnie w dwóch pokojach odnajmowanych u niejakiej pani Zimmermann, bardzo poczciwie opiekującej się Anią.

"Po spacerze - pisze znów Ania - Fiedia tak się zmęczył, że się położył i głęboko zasnął, powiedziawszy uprzednio, abym go zbudziła za godzinę." Ta obawa o życie nie była tak dziecinna, jak by się zdawać mogła. Od czasu do czasu pojawiają się ataki epilepsji.

"Kwadrans na czwartą w nocy - pisze Ania - Fiedia miał atak. Zdążyłam od razu wyskoczyć z łóżka i pobiec do niego i on później mi mówił, iż pamięta, że widział mnie nachylającą się nad nim w chwili utraty przytomności. Ten atak wyjątkowo mnie przestraszył: uklękłam, łamałam ręce i powtarzałam: o! nieszczęśliwy, nieszczęśliwy..."

Po ataku epileptycznym Dostojewski przez kilka dni wpadał w melancholię, przerywaną specjalnie ostrymi wybuchami gniewu. Czepia się wtedy do biednej Ani o byle co, a ona, zrozpaczona, nie wie, czym go przebłagać.

Ania na nic się nie skarży, ale od czasu do czasu stwierdza, że nie chciała iść na koncert względnie witać się ze znajomymi z Petersburga, ponieważ jest już lato, wszystkie panie ubrane są w letnie suknie, a ona ciągle ma na sobie czarną zimową sukienkę. Wiemy, że w tym czasie Dostojewski sprawia sobie nowy garnitur. Dostojewski nie jest ani skąpy, ani mało serdeczny, brak mu widać tylko uwagi, a Ania przez delikatność czy też przez oszczędność nie chce się dopominać o swoje potrzeby. Natomiast ciepła zimowa czapka Ani zwróciła uwagę Dostojewskiego, skrzyczał ją, że jest nieporządna, i poszli oboje kupować jej letni kapelusz. Ania wybrała kapelusz okrągły, z surowej słomy, z różą na prawym uchu i z dwiema aksamitnymi czarnymi wstążkami, spadającymi z tyłu, tak zwanymi wówczas "suivez moi" ["proszę iść za mną"]. Nie wiem, czy kapelusz ten pasował do wełnianej sukni zimowej.

Smutno jest czytać zapiski Ani począwszy od 16 maja, gdy Dostojewski pozostawił ją samą w Dreźnie, wyjechawszy do Hamburga, gdzie wtedy była sławna ruletka, aby wygrać majątek. Ania zgodziła się na ten wyjazd bez słowa protestu, nawet go zachęcała, ale jej zapiski są zaszklone smutkiem. Przed tym wyjazdem Ania pisze: "Jechać tam to jego marzenie, trzeba koniecznie, aby pojechał, inaczej myśl ta nie będzie dawała mu spokoju. Pocieszam się, że się rozerwie i wróci jak kochający mnie człowiek, jak dawniej, choć i teraz nie mogę skarżyć się na brak jego miłości. Obiecuje mi, że jeśli wygra, to i ja tam przyjadę i będziemy razem mieszkać szczęśliwie. To byłoby dobre. A zresztą nie wiem, może by to nie było dobre, może lepiej byłoby wcale nie jechać." Kiedy indziej Ania pisze, że jednak nie wierzy, aby Fiedia wygrał pieniądze, a raz nawet zaznacza, że jej zdaniem ten sposób zdobycia pieniędzy nie jest zupełnie przyzwoity.

Przychodzi nareszcie ciężki dla Ani dzień rozstania. "Stałam na peronie - opowiada - uśmiechałam się do Fiedi, on rozstawił cztery palce, co oznaczało, że wróci za cztery dni. Powiedziałam: kocham, podziękował mi, a kiedy pociąg ruszył, zrobiło mi się tak smutno, że zaczęłam gorzko szlochać. Widząc, że ludzie nam się przypatrują, przykryłam się woalką."

Zapłakana Ania idzie na pocztę i tam wręczają jej list do Dostojewskiego od... Susłowej, z którą Dostojewski pozostawał w stałej korespondencji. "Zapłaciłam za ten list 6 silbergroszy i 6 fenigów, bo był bez marki, od razu poznałam charakter pisma i poszłam do domu, nie wykazując oznak wzruszenia. Ale później było mi źle. Prędko poszłam do domu i choć to nieładnie czytać po kryjomu listy męża, wzięłam ostry nożyk i ostrożnie otworzyłam list. Był to bardzo głupi i grubiański list, nie wykazujący, aby ta osoba miała dużo rozumu. Jestem przekonana, że była ona wściekła z powodu małżeństwa Fiedi, i w ten sposób wyrażała swoją miłość. Podeszłam do lustra i zobaczyłam, że twarz mam całą w plamach ze zdenerwowania."

Trzy dni później Ania otrzymuje list od Dostojewskiego. Naiwne notatki o tym brzmią: "Byłam tak szczęśliwa, że nie umiem tego wyrazić. Przeczytałam ten list na poczcie dwa czy trzy razy i po cichutku pocałowałam go. Z triumfem wyszłam z urzędu pocztowego." Wieczorem, w łóżku, Ania jeszcze cztery razy czyta list od męża.

Dostojewski nie wrócił jednak za cztery dni, jak obiecywał, gdyż przegrał wszystkie pieniądze. Pisze do Ani, aby mu wysłała z tych, co jej zostawił. Anię nie wzrusza przegrana, ale jest zrozpaczona, że Fiedia nie wraca, pisze jednak, aby się nie spieszył, i radzi mu, aby został dłużej, podczas gdy z zapisek wiemy, jak źle się czuła sama w obcym mieście. Dostojewski przegrywa przysłane mu pieniądze, zastawia złoty zegarek i bez grosza w kieszeni po jedenastu dniach wraca do Drezna. Ania szaleje z radości.

Dostojewski przegrał w Hamburgu 1 200 franków, kwotę, która miała mu starczyć do końca roku. Ania znów prosi matkę o pieniądze i otrzymuje od niej małe wsparcie. Dostojewscy siedzą bez grosza. Ania zachodzi w ciążę i 19 czerwca komunikuje to mężowi, który bardzo się cieszy, postanawiając, że jeśli będzie syn, to będzie Michał, na cześć jego nieboszczyka brata, a jeśli córka, to Zofia, na cześć jego ukochanej siostrzenicy. Ale to wszystko nie odpędza demona gry i Dostojewski marzy o wyjeździe na ruletkę w Badenie. Błaga teraz Katkowa o drugą zaliczkę, wciąż na tę nie napisaną i nie obmyśloną jeszcze powieść.

Katkow ceni talent Dostojewskiego i wysyła ponowną zaliczkę, w kwocie 84 napoleondorów, ale to są już ostatnie pieniądze, na które Dostojewski liczyć może. Dostojewski płaci długi za mieszkanie i jedzenie w Dreźnie i wyjeżdża do Badenu. Ania znosi ciążę bardzo źle, wciąż ma jakieś dolegliwości spowodowane swoim stanem. Z Drezna do Badenu jechało się wtedy przeszło dobę i kilka razy trzeba było przesiadać. Wagony nie miały korytarzy, były duszne, dym parowozu brudził ubranie, twarz, ręce, zapychał nos sadzą. Lipcowy upał dokuczał zarówno dniem, jak i nocą. Anię nudziło nieustannie, w nocy spała skurczona, z nogami pod sobą, zbudził ją ranek i widok na góry, rycerskie, średniowieczne zamki na górach, wioski na dole z rozesłanym płótnem, pomimo wczesnego ranka jakiś chłopiec polewał płótno wodą. Kilka godzin później Ania po raz pierwszy w życiu zobaczy osiołka zaprzężonego do powoziku, a później osiołki pod siodłem dla dzieci. Druga połowa XIX wieku to najsmutniejszy czas dla odbywania podróży, chociaż wtedy właśnie najwięcej i najintensywniej kochano turystykę. Już przestano podróżować końmi, a nie zaczęto jeszcze samochodami, czyli nie wyjeżdżało się w ogóle z miasta na wieś. Pociąg nie wyjeżdża w ogóle na wieś, to tylko rura śmierdząca, łącząca jedno miasto z innym miastem, nie tracąca ani przez chwilę charakteru zgęszczonej miejskości, wieś się widzi przez okno, jak na obrazku, ale się jej nie dotyka, nie oddycha się nią...

W Badenie zaczyna się prawdziwe dręczenie tej młodej kobiety w ciąży. Oto garść monotonnych faktów :

4 lipca 1867. Dostojewscy późnym wieczorem przyjechali do Badenu. 5 lipca Dostojewski wziął 15 napoleondorów od Ani, u której pieniądze były na przechowaniu, i poszedł na ruletę. Wrócił, powiedział, że przegrał wszystko. "Zostało jeszcze 50 napoleondorów - pisze Ania - mamy więc za co żyć." Było postanowione, że Dostojewski chodzi na ruletę tylko raz na dzień. Ale tego pierwszego dnia Dostojewski zechciał wieczorem pokazać Ani dom gry, mieszczący się na stacji kolejowej, i przegrał znowu pięć napoleondorów. Zostało 45.

6 lipca Ania jest chora, Dostojewski początkowo ma zamiar zostać, aby ją pielęgnować. Idzie jednak na pół godzinki na ruletkę. Wraca dopiero o 11 w nocy, bardzo przygnębiony. "Biedny Fiedia - pisze Ania - bardzo mi go żal. Ledwo mogłam go uspokoić. Obawiam się ataku." Zostało już tylko 25 napoleondorów.

7 lipca, niedziela. Dostojewski wziął 5 napoleondorów , przegrał, wrócił, oświadczył Ani, że nie jest jej wart. Ania prosiła go, aby w myśl przez siebie samego ustalonej reguły nie wracał tego dnia na ruletkę. Ale Dostojewski wziął dwa napoleondory i prosił, aby go nie uważała za łajdaka, który brzemiennej żonie zabiera ostatni kęs chleba. Zostało 18 napoleondorów, ale Dostojewski jeszcze trzy razy wraca po pieniądze do domu. Wieczorem było już tylko 12.

8 lipca Dostojewski przegrał 5 napoleondorów, potem je odegrał. Jest znowu 12.

9 lipca. Dostojewski przegrał 7 napoleondorów, zastawił obrączkę, wygrał 16, jest razem 21, sytuacja trochę lepsza.

10 lipca Dostojewski wygrał 46 napoleondorów. Razem z pieniędzmi u Ani mają 51. Tego dnia Dostojewski odwiedza Turgieniewa, z którym pokłócił się śmiertelnie.

11 lipca. Dostojewski kilkakrotnie wygrywa i przegrywa w ciągu dnia, ciągle odwiedzając Anię to z rozpaczy, to ze szczęścia. Dostojewscy to mają pieniądze, to są nędzarzami wśród obcego miasta, bez możliwości żadnej znikąd pomocy. Wieczorem mają znów 50 napoleondorów.

12 lipca. Podobna wściekła huśtawka przez cały dzień, ale wieczorem Ania ma jeszcze 44 napoleondory.

13 lipca. Dostojewski wygrał 61 napoleondorów. Razem mają 91. Ania namawia go na natychmiastowy wyjazd z Badenu.

15 lipca. Pieniądze kurczyły się po pięć lub dziesięć napoleondorów. Wreszcie zostało tylko 32. Potem Dostojewski wygrał 43.

15 lipca. Dostojewski nie wraca przez cały dzień, wieczorem oświadcza Ani, że przegrał wszystko. "Nic nie szkodzi" - mówi zrezygnowana Ania. Ale to tylko miły żart z jego strony. Dostojewski wygrał dużo. Mają teraz 166 napoleondorów, czyli 3 120 franków. Jest to kwota zapewniająca wówczas spokojne życie na rok. Ania błaga o wyjazd z Badenu.

17 lipca wieczorem Dostojewscy mają już tylko 20 napoleondorów.

18 lipca Dostojewski wziął u Ani 5 napoleondorów, potem wrócił jeszcze po 5, zostało się 10, potem wziął jeszcze 5, potem 1. Zostało 4. Obiad Dostojewscy zjedli smutni, jak pisze Ania. Po obiedzie Dostojewski wziął jeszcze 3 napoleondory. Został się tylko 1. Ania chodzi zdenerwowana po alei przed domem gry. Dostojewski pojawia się prosi o kolczyki i broszkę, aby je zastawić. "Było mi bardzo smutno - pisze Ania - bo przedmioty te miałam od niego." "Z rozpaczą myślałam, że mieliśmy 160 napoleondorów i nie wyjechaliśmy." Dostojewski do domu wrócił dopiero o 11 w nocy. Za kolczyki i broszkę otrzymał 6 napoleondorów, ale przegrał wszystko. Dostojewscy siedzieli objęci kilka godzin, Ania go pocieszała i dobrze im było razem. Zostało postanowione, że nazajutrz Dostojewski spróbuje szczęścia z ostatnim pozostałym u Ani napoleondorem.

19 lipca Ania odczuwa chorobliwe objawy wywołane swym stanem. Oddała Dostojewskiemu prócz napoleondora także wszystkie drobne ze swej portmonetki. Za obiady są już dłużni od trzech dni. Dostojewski założył po drodze swoją obrączkę, ale nie wziął ani jednej stawki. Przychodzi po koronkową chustę Ani i niesie ją do jakiegoś Weissmanna, aby ją zastawić. Ten mu oświadcza, że takich rzeczy nie przyjmuje, ale daje adres jakiejś pani Etienne. Dostojewski pędzi tam, ale nie zastaje jej w domu. Powiedziano mu, że może przyjść nazajutrz o 10 rano. Dostojewski wziął obrączkę Ani, aby pójść na ruletkę. Po jego wyjściu Ania zaczęła się modlić. Dostojewski wrócił wieczorem, odniósł dwie obrączki, opowiedział, że wygrał aż 180 franków, potem zostało mu tylko z tego 7 franków, potem znów wygrał 150 franków, potem znów przegrał wszystko i zostało mu tylko 3 franki, i z tych 3 franków doszedł do 180, i poszedł wykupywać obrączki. Niemiec, u którego je zastawił, powiedział mu: "Niech pan przestanie grać, pan przegra wszystko."

20 lipca Ania płaci dług za mieszkanie, ale nie zdążyła oddać za obiady, bo Dostojewski już wrócił z ruletki i zabrał jej resztę, którą natychmiast przegrywa do ostatniego grosza. Wraca do domu i przegląda rzeczy, które można zastawić lub sprzedać. Bierze futerko Ani, niesie do kuśnierza, ale ten nie chce kupić. Dostojewski wraca po chustę koronkową i obiega z nią całe miasto, ale nikt nie chce jej przyjąć.

21 lipca. Dostojewski rano zastawia w końcu chustę u pani Etienne za 60 franków i biegnie na ruletę, gdzie momentalnie przegrywa wszystko. Ania płacze, ale tak, aby mąż nie widział. Dostojewski na ulicy spotyka Gonczarowa. Był to wówczas znakomity pisarz rosyjski, rywal Turgieniewa, autor Obłomowa i Obrywa, jedyny spośród wybitnych pisarzy rosyjskich piastujących wysoką rangę urzędniczą. Dziś czytać go nie jesteśmy w stanie. Dostojewski wyjaśnia Gonczarowowi, że mu potrzebne są pieniądze na utrzymanie żony - na kilka dni, dopóki z kraju nie nadejdzie przekaz, ponieważ zgrał się do nitki na ruletce. Gonczarow dał mu trzy napoleondory. Dostojewski popędził na ruletkę i było mu bardzo głupio, gdy spotkał tam Gonczarowa. Na szczęście teraz Dostojewski nic nie przegrał, a nawet wygrał, co prawda tylko 3 franki. Ania pisze do matki list z błaganiem o pieniądze.

22 lipca Dostojewski idzie na ruletę, przy tym stawiając pieniądze powtarza sobie w duchu : "To dla Ani na chleb, to dla niej na chleb" - i w ten sposób przegrywa całe trzy dukaty Gonczarowa, które mogły starczyć Ani na pełne utrzymanie na dobre dwa tygodnie. Wraca do domu i znów biega z futerkiem Ani po mieście.

23 lipca Dostojewski sprzedał futro Ani za 8 franków, zostawia jej dwa na obiad, ale przegrawszy 6, wraca i zabiera jej te dwa, i znowu je przegrywa. Ania liczy już grosze, które jej zostały. Na marki do listów z błaganiami o pieniądze wydała 28 krejcerów. Zostało jej kilka miedziaków.

24 lipca Dostojewski sprowadził do domu człowieka kupującego stare ubrania. Za dwie sukienki Ani Dostojewski chciał 50 franków. Przekupień wzruszył ramionami, Dostojewski go wygnał. Nie mając ani grosza na ruletę Dostojewski poszedł z żoną na spacer. Swoje zapiski o tym dniu Ania zakończa słowami: "Jakaż jestem szczęśliwa, jakiegoż dobrego i kochającego mam męża i jak ja go kocham."

25 lipca Ania pisze błagający list do siostry o pieniądze. Dostojewski spaceruje z nią cały dzień.

26 lipca Dostojewskiemu udaje się zastawić u Weissmanna dwie sukienki Ani za 30 franków. Tego dnia Dostojewski nie gra.

27 lipca Dostojewski przegrywa 15 franków. Ania zapisuje: "Dziś jest równo pięć miesięcy od naszego ślubu." Olbrzymi dokładny opis wspólnego spaceru zakończa się słowami: "On jest tak szczęśliwy, że będziemy mieli dziecko. Jaki on miły i dobry."

Opuszczam kilka dni, w których Dostojewscy mieszkają bez pieniędzy, a Ania musi co dzień znosić impertynencje gospodyni domagającej się zwrotu długu. Cierpienia Ani trwają jeszcze długich dni 23.

2 sierpnia Ania otrzymuje od matki 172 franki, ale już 7 sierpnia, gdy Ania leży całkiem chora, Dostojewski sprzedaje swój frak, bo jest zgrany do nitki.

10 sierpnia Ania pisze: "Nadeszła nareszcie ta straszna sobota, gdy trzeba płacić rachunek, a my nie mamy grosza." Dostojewski niesie resztę rzeczy do Weissmanna, ale zamiast, odnieść pieniądze do domu przegrywa je po drodze na ruletce. Ania mówi: "No, to już głupio." Dostojewski robi jej za to awanturę. Wieczorem Ania pierze i krochmali własnoręcznie koszule Dostojewskiego, bo nie mają oczywiście pieniędzy na wykupienie bielizny od praczki.

13 sierpnia siostra Ani przysyła jej 156 florenów, Dostojewski przegrywa od razu część tej sumy i zdenerwowany, ma wieczorem atak epilepsji. 16 sierpnia Ania pisze: "Dziś był dzień nieszczęśliwy, Fiedia przegrał wszystko", ale zapiski jej, jak zwykle, zakończają się serdecznościami pod adresem Fiedi. 18 sierpnia Dostojewski już dwa dni gniewa się na żonę za to, że ta rozpłakała się nad listem od matki, donoszącym, że nie ma pieniędzy na wykup zastawionych mebli Ani i że te meble przepadną. Dostojewski krzyczał: "Przeklęte meble!" 20 sierpnia Ania otrzymuje z domu jeszcze 150 rubli. W dniach następnych Dostojewski z tych pieniędzy wygrywa jakąś kwotę, potem znów przegrywa i znów wygrywa, i jeszcze raz przegrywa, i przegrywa nawet pieniądze, które mu daje Ania na wykup swoich sukienek. Przeprasza ją, a Ania 22 sierpnia z własnej inicjatywy zachęca go, aby poszedł na ruletę z 40 frankami, które Dostojewski przegrywa. Wreszcie 23 sierpnia cudem udaje się Ani namówić Dostojewskiego na wyjazd z Badenu, do ostatniej jednak chwili nie jest pewna, czy rzeczywiście wyjadą.

Dostojewscy przyjechali do Genewy z 18 frankami w kieszeni. Ale Ania jest wesoła, najgorsze jest już poza nią. Po pewnym czasie sama namawia Dostojewskiego, aby wyjechał do Aix les Bains na ruletkę. Wspaniałym jakimś instynktem odgadła metodę walki z demonem gry. Mówi mężowi: "Jedź, rozerwij się, przeznacz sobie pieniądze na przegranie, bo nie wygrasz na pewno." Ania kilka razy powtarza ten eksperyment, a po raz ostatni w kwietniu 1871 roku, w czasie podróży powrotnej do Rosji. Ania namawia wtedy Dostojewskiego, aby pojechał na ruletkę do Wiesbadenu. Dostojewski jedzie, przegrywa 180 talarów i od tego czasu aż do śmierci nie był już w domu gry.

Ania zrozumiała, że Dostojewskiego do gry podniecały dwa czynniki - wygrane, które mu się od czasu do czasu wydarzały i były dla niego najniebezpieczniejsze, oraz przeszkody, które mu stwarzali ludzie życzliwi sarkaniem, odradzaniem etc., co najgorzej działało na jego despotyczny charakter. Ania łagodną perswazją wybiła mu wygraną z głowy, a jednocześnie nie stawiając żadnych przeszkód w ponawianiu eksperymentów zniechęciła go do gry. Kosztowało to Anię cztery lata czasu i dużo ofiar i ryzyka, ale w czteroletniej walce miłości kobiecej z demonem gry zwyciężyła miłość.

 

XVII 

"IDIOTA"

 

Powieść Idiota Dostojewski zaczyna pisać po przyjeździe do Szwajcarii, jesienią 1867, ostatnie jej rozdziały pisał we Florencji, pisanie powieści zakończone zostało w styczniu 1869 r. Widzieliśmy w rozdziale poprzednim Dostojewskiego opętanego przez demona gry, jak mały, śmieszny, upokorzony, nikczemny biega z futrem żony po sklepach i błaga znajomych i nieznajomych o kilka monet. Patrzyliśmy wtedy na niego przez szkła pomniejszające dnia powszedniego. Spójrzmy teraz na niego przez powiększające szkła własnej jego twórczości. Żałuję, że nie mogę polemizować z komentatorami dzieł Dostojewskiego, piszącymi obecnie w Rosji Radzieckiej. W tym kraju bogato się rozwinęła literatura dotycząca pisarzy rosyjskich XIX wieku. Żaden kraj na świecie nie wydał tylu opracowań, biografii, monografii pamiętnikarskich poświęconych XIX wiekowi, jak właśnie Rosja Radziecka.

Otóż liczni radzieccy pisarze pisząc o Dostojewskim popełniają, moim zdaniem, dwa błędy: 1) Uważają, że Dostojewski, gdy na zebraniu pietraszewców czytał list Bielińskiego do Gogola, był sercem po stronie Bielińskiego, podczas gdy, chociażby z zestawienia zeznań Dostojewskiego przed sądem z tym, co później pisał w "Dzienniku Pisarza" , wiemy, że już wówczas był po stronie Gogola. Z tego zasadniczego błędu wynika fałszywe, krzywe naświetlenie duchowej sylwety pisarza. 2) Stosują niewłaściwą metodę przy wyszukiwaniu prototypów postaci powieściowych Dostojewskiego. Nie zauważono dotychczas, że Dostojewski albo dzieli osobowość opisywanych przez siebie typów ludzkich pomiędzy kilkoma swoimi postaciami powieściowymi, albo, może jeszcze częściej, zlepia kilka znanych sobie osób w jeden typ powieściowy. Tu także trzeba być bardzo ostrożnym. W jednym z poprzednich rozdziałów dowodziliśmy, że Foma Fomicz z Sioła Stiepanczikowa to Bieliński, a przynajmniej ta część osobowości Bielińskiego, którą Dostojewski znał i nienawidził, a która polegała na moralnym tyranizowaniu przez Bielińskiego osób mu bliskich. Zwolennicy niedorzecznej teorii, że Foma Fomicz to Gogol, powołują się na to, że w tyradach przez Fomę wypowiadanych całe ustępy stanowią parafrazę słów Gogola. Otóż to właśnie nic nie znaczy! Bohaterzy Dostojewskiego często powtarzają za kimś jakieś słowa nie przybierając w niczym osobowości autorów tych słów. Pisząc Sioło Stiepanczikowo Dostojewski potrzebował jakiegoś tekstu dla tyrad, które miał wypowiadać jego bohater; miał pod ręką Gogola, sięgnął więc do Gogola - oto wszystko. Aby dowieść, jak Dostojewski był "nieczuły", że się tak wyrazimy, wobec, tekstów, to znaczy, jak dalece teksty słów cudzych nie kojarzyły mu się z pamięcią osób, do których te słowa należały sięgnijmy po przykład makabryczny, straszliwy, przykład, który aczkolwiek sami go tutaj tłumaczymy i objaśniamy, pozostanie jednak na zawsze jedną z zagadek duszy Dostojewskiego. Oto Dostojewski był małym dzieckiem, gdy umarła mu matka. Ojciec polecił jego starszemu bratu i jemu samemu ułożenie epitafium na nagrobek dla matki. Młodzi Dostojewscy wybrali wiersz Dzierżawina: "Spoczywaj, miły prochu, do chwili radosnego ranka". Będąc w Dreźnie - jak to Ania opowiada Dostojewski dowiedział się, że jeden oficer rosyjski został oryginalnie pogrzebany: ciało jego pochowano w Niemczech, a nogi odwieziono do Rosji i tam zakopano na cmentarzu. Odblaskiem tej wiadomości jest historia z powieści Idiota, że ktoś pochował swoją nogę na cmentarzu i postawił nad tą nogą nagrobek z napisem: "Spoczywaj, miły prochu, do chwili radosnego ranka." Mało tego, później w "Dzienniku Pisarza" zamieszcza Dostojewski makabryczno-satyryczne opowiadanie o trupach, które, już zgniłe, prowadzą z sobą plugawe rozmowy, spoczywając na zgniłą wodą podmytym cmentarzu. Na nagrobku jednego z tych trupów znów widnieje napis: "Spoczywaj, miły prochu, do chwili radosnego ranka."

Wróćmy jednak do kwestii prototypów. Ponieważ, jak już powiedziałem, w Rosji w czasach ostatnich wydano olbrzymie ilości biografii i memuarystyki, więc zadanie odgadywania, kto i w jakim stopniu był prototypem każdej z postaci Dostojewskiego, jest zajęciem interesującym i ułatwionym, ale niestety, nie miejsce na nie w tej książce. Musimy się ograniczyć wyłącznie do osób zasadniczych. W powieści Idiota są dwie kobiety walczące między sobą o miłość głównego bohatera. Z kobiet tych Nastasja Filipowna to wyidealizowana Susłowa, Agłaja - to może dość dokładny portret Anny Krukowskiej. Bohater powieści, książę Lew Myszkin, to sam Dostojewski i jednocześnie - Jezus Chrystus.

Brzmi to jak bluźnierstwo, ale możemy się tu powołać na świadectwo samego pisarza, że tworząc Idiotę chciał osiągnąć rzecz niesłychanie trudną, stworzyć typ człowieka przepięknego, który by naśladował postępowanie syna Bożego. Nie mamy danych pozytywnych, czy i kiedy czytał Dostojewski Tomasza a Kempis, ale widoczny jest wpływ tej książki na omawianą powieść. Skonstatujmy w ogóle, że źródła tej powieści tkwią w katolickiej, a co najmniej w zachodniej kulturze. W Dreźnie, w Mediolanie, we Florencji, czyli w epoce powstawania koncepcji względnie pisania Idioty, zwiedza Dostojewski galerie wielkiego malarstwa europejskiego, specjalnie interesuje go tematyka religijna. W Bazylei obraz Holbeina przedstawiający martwego Chrystusa robi na nim tak silne wrażenie, że Ania obawia się ataku epilepsji; o obrazie tym czytamy szereg stronic w powieści Idiota. A więc dzieło Tomasza a Kempis i katolicka sztuka plastyczna stanowią pierwsze źródła tego utworu Dostojewskiego. Innymi źródłami będą Don Kichot Cervantesa i Dickens. W jednym ze swoich listów z czasu pracy nad Idiotą i w związku z tą pracą pisze Dostojewski: "Najcelniejszą postacią w literaturze chrześcijańskiej jest Don Kichot. Jest on przepiękny, ale tylko dlatego, że jest jednocześnie śmieszny. Pickwick Dickensa (rzecz niezrównanie słabsza od Don Kichota, ale jeszcze ogromna) także jest śmieszny i na tym polega jego siła. Pojawia się współczucie dla piękna, które jest wyśmiewane i samo nie wie, ile jest warte. W tym wzbudzeniu współczucia tkwi tajemnica humoru."

Don Kichot to utwór nie tylko chrześcijański, ale katolicki, tak bardzo katolicki, jak może być tylko utwór hiszpański lub polski, tych dwóch najbardziej katolickich narodów na świecie. Dickens to pisarz protestancki, ale trzeba pamiętać, że Dostojewski protestantyzm nazywał "bezdusznymi sektami zdechłego rzymskiego katolicyzmu". Ze źródeł rosyjskich wziął Dostojewski samą nazwę powieści Idiota. Pamiętamy, że w Rosji zawsze był kult ludzi niespełna rozumu, tak zwanych "jurodiwych", książę Myszkin przez to, że wyszedł z zakładu dla umysłowo chorych, nabiera podobieństwa do tych "jurodiwych". Poza tym w czasie pisania Idioty Dostojewski studiował bardzo gorąco kilka wielkich procesów kryminalnych, które właśnie w Rosji miały miejsce. Pomimo wyraźnej przewagi źródeł katolickich i zachodnich w pracy nad Idiotą, powieść ta skierowana jest przeciw Europie, a zwłaszcza przeciw katolicyzmowi. Na jednej z najbardziej zasadniczych jej stronic książę Myszkin, ów pół-syn Boży, a pół-Dostojewski, wykrzykuje:

"Katolicyzm to nie jest wiara chrześcijańska - to po pierwsze, a po drugie, rzymski katolicyzm gorszy jest nawet od ateizmu, takie jest moje zdanie. Tak jest, takie jest moje zdanie. Ateizm propaguje zaledwie zero, a katolicyzm idzie dalej, on skażonego Chrystusa propaguje, Chrystusa okłamanego i zhańbionego. Chrystusa odwrotnego. On antychrysta propaguje, zaręczam wam, przysięgam. Takie jest moje osobiste i dawne przekonanie, które mnie samego zamęczyło... Rzymski katolicyzm wierzy, że bez władzy nad światem Kościół nie ostoi się na ziemi, i krzyczy: non possumus ["nie możemy" (odpowiedź odmowna papieża na żądanie władzy świeckiej)]. Moim zdaniem rzymski katolicyzm to w ogóle nie religia, a tylko przedłużenie Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, i wszystko tam jest podporządkowane tej właśnie myśli, począwszy od wiary. Papież zapanował nad ziemią, objął tron ziemski i podjął miecz, od tego czasu idzie tym torem, tylko do miecza dodano kłamstwo, przebiegłość, fałszerstwo, fanatyzm, zabobon, zbrodnie; grano na świętych, prostodusznych uczuciach ludów, wszystko, wszystko wymieniali na pieniądze, na nikczemną władzę na ziemi. Czyż to nie jest nauka antychrystowa? I jakże się nie miał z tego zrodzić ateizm? Ależ on od nich wyszedł, z samego środka tego rzymskiego katolicyzmu. Ateizm przede wszystkim wśród nich samych powstał - czyż mogą oni wierzyć sami w siebie..." ?

Następuje krótka dyskusja, po czym książę Myszkin woła dalej:

"Nie! nie! tu nie chodzi o teologię, zapewniam was. To wszystko o wiele bliżej nas dotyczy, niż to się zdaje. Na tym właśnie polega wielki nasz błąd, że się nam ciągle zdaje, że to są sprawy teologiczne. Przecież i socjalizm także to pomysł katolicyzmu, z katolickiej istoty. On także, jak brat jego ateizm, wyszedł z otchłani rozpaczy, jako przeciwieństwo katolicyzmu w pojęciu moralnym, żeby wypełnić pustkę powstałą przez to, że katolicyzm zabił poczucie moralności, żeby ukoić pragnienie, łaknącej ludzkości i zbawić ludzkość nie przez Chrystusa, a także przez przemoc i gwałt. Nie waż się wierzyć w Boga, nie waż się mieć własności, nie waż się posiadać indywidualności, fraternite ou la mort ["braterstwo albo śmierć"], dwa miliony głów. I nie myślcie, aby to wszystko było takie niewinne i bezpieczne dla nas, musimy dać temu wszystkiemu odpór, i prędko, prędko. Trzeba, aby w walce z Zachodem zajaśniał nasz Chrystus, którego myśmy przechowali, a którego oni nie znali..."

W dalszym ciągu Dostojewski mówi o misji cywilizacji rosyjskiej, prawdziwie chrześcijańskiej, przeciwko ateizmowi i socjalizmowi. Polemika z wypowiedzianymi wówczas przez niego nadziejami byłaby zbyt łatwa, i oszczędzimy jej naszemu czytelnikowi. Natomiast powtórzymy w tym miejscu to, cośmy już kilka razy mówili gdzie indziej, że problematyka powieści Dostojewskiego jest problematyką spraw poruszonych w Ewangelii, i dlatego Dostojewski, który chciał być pisarzem rosyjskim, stał się pisarzem uniwersalnym.

Najbardziej chrześcijańskie w powieści Dostojewskiego jest odróżnienie pomiędzy Chrystusowym: "Daj, pomóż bliźniemu twemu" a socjalistycznym wezwaniem: "Weź od bogatszego od siebie, on musi ci dać". Zresztą intencje, które Dostojewski wypowiada w przytoczonej powyżej napaści na katolicyzm, są także nie tylko chrześcijańskie, lecz i katolickie, należałoby tu wspomnieć św. Franciszka z Asyżu. Ale głównym dramatem powieści jest walka przykazań Boskich z naturą ludzką, z ułomnościami natury ludzkiej, jak by powiedział katechizm. Osoba głównego bohatera posiada wiele przymiotów wspomnianych w Ewangeliach, a jednocześnie tenże książę Myszkin jest samym Dostojewskim; żadnego ze swych bohaterów nie poubierał Dostojewski tak we własne szczegóły biograficzne, jak owego człowieka przepięknego. Książe Myszkin pochodzi z bardzo starej, choć znędzniałej rodziny (znów się odezwali urojeni Dostojewscy herbu Radwan), ale matka jego była kupcówną moskiewską, jak matka Dostojewskiego. W pierwszych rozdziałach mowa jest o kimś, kto stał na placu stracenia i miał umrzeć za chwilę. Kiedyś do Dostojewskiego podszedł jakiś pijany człowiek i powiedział mu: "Kup krzyż, potrzebne mi pieniądze na wódkę." Dostojewski przechowywał kupiony wówczas miedziany krzyżyk, upatrując coś mistycznego w pohańbieniu krzyża przez tego rodzaju sprzedaż. Książę Myszkin kupuje krzyż na ulicy w ten sam sposób. Książę Myszkin wciąż jest ohydnie upokarzany, tak jak Dostojewski był upokarzany. Wierszyki, którymi źli ludzie ośmieszają księcia Myszkina, są albo te same, albo bardzo podobne do wierszyków, którymi grupa "Sowriemiennika" wyszydzała Dostojewskiego. Wreszcie książę Myszkin posiada całe mnóstwo cech upodabniających go do osoby Dostojewskiego w sposób, w jaki negatyw fotograficzny upodobniony jest do fotografowanego przedmiotu, to jest prawem kontrastu. Książę Myszkin jest cichy, spokojny, ustępliwy, nigdy nie podnosi głosu, z nikim się nie kłóci, a jednak umie bronić swej godności. Przymioty te nie cechowały Dostojewskiego w życiu codziennym, ale oto dowiadujemy się, że były jego ideałem. Wolno mu było idealizować swój portret, jak idealizował portrety innych osób.

Książę Myszkin chce naśladować Chrystusa, chce być człowiekiem przepięknym, ale oto wikła się w sieciach, które na niego rozstawia złość i pożądliwość ludzka. Wikła się jeszcze bardziej w ludzkości swej natury, kocha się jednocześnie w dwóch kobietach, w owej Nastasji Filipownie, która jest Susłową, i w owej Agłai, która jest Krukowską, i unieszczęśliwia obie te kobiety. W ogóle książę Myszkin chce czynić dobrze, a przynosi zło ludziom. Nastasja Filipowna i Agłaja... dlaczego te typy kobiet przypominają nam postacie kobiece w dramatach Ibsena? Nie mamy tego wrażenia przy czytaniu innych powieści Dostojewskiego. Idiota musiał widać duże uczynić wrażenie na norweskim dramaturgu. Idiota kończy się sceną, której rzemyka zawiązać u sandała nie jest wart cały najlepszy ibsenizm. Jeśli chodzi o artyzm wzbudzania pewnego nastroju, to ta właśnie scena, to jest noc, którą książę Myszkin spędza koło trupa zamordowanej Nastasji Filipowny wraz z jej mordercą, stanowi najlepsze stronice, jakie kiedykolwiek wyszły spod pióra Dostojewskiego, i jest jednocześnie najstraszliwszą być może sceną literatury świata. Jest w niej jakaś moc diabelska. Prawdziwa miłość dąży zawsze do unicestwienia osoby ukochanej, ta maksyma szatańska wyrywa się z tej sceny. O! bez Dostojewskiego nie byłoby zapewne tego, co nazywamy literaturą skandynawską, nie byłoby na pewno i Przybyszewskiego ze wszystkimi jego uczniami, w rodzaju Ewersa, i innych.

W czasie pracy nad Idiotą spotkało Dostojewskiego wielkie nieszczęście. Córeczka jego, Sonia, urodzona po przyjeździe do Genewy, tamże po trzech miesiącach umarła.

 

XVIII

KŁÓTNIA Z TURGIENIEWEM

 

W Biesach, swej następnej po Idiocie powieści, o której szeroko będziemy mówili poniżej, Dostojewski opisał ze złością i nienawiścią Turgieniewa, wielkiego pisarza i miłego człowieka. Wiemy, że Dostojewski, gdy w czasach swej młodości poznał Turgieniewa, to zachwycał się nim i wielbił go. Później tenże Turgieniew wyśmiewa Dostojewskiego za stołem pani Panajew. W okresie po powrocie Dostojewskiego z Azji Turgieniew pokłócił się z Niekrasowem i z "Sowriemiennikiem" z powodu Czernyszewskiego i Dobrolubowa i zaczął współpracować z miesięcznikiem "Wriemia" braci Dostojewskich, a potem nieszczęśliwą "Epoką". Dostojewski zachwyca się wtedy Ojcami i dziećmi, powieścią Turgieniewa, która powszechnie została uznana za powieść wymierzoną przeciw nihilistom, chociaż Turgieniew napisał ją bardzo powściągliwie i obiektywnie, zwalczając właściwie tylko nihilizm kulturalny, a nie dotykając politycznych poglądów nihilistów. Turgieniew jest wtedy jeszcze wciąż przyjacielem Herzena, od którego się odsunie dopiero w związku z powstaniem polskim, i w swoich Ojcach i dzieciach atakuje nie Herzena, lecz Czernyszewskiego i Dobrolubowa. Dostojewski jednak nie mógł długo przyjaźnić się z "jasnowłosym olbrzymem", jak literaci francuscy nazywali Turgieniewa. Dostojewski był człowiekiem walki, głęboko i gorąco wierzącym w swoje przekonania, i mierził go spokojny sceptycyzm Turgieniewa. Poza tym była jeszcze kwestia usprawiedliwionej zawiści osobistej. Dziś uważamy Dostojewskiego za olbrzyma, Turgieniewa za wybitnego pisarza, ale wtedy sądzono inaczej. Turgieniew była to wielkość nad wielkościami - gdy w Paryżu obraduje światowy kongres literatury, to Turgieniew jest przewodniczącym tego kongresu. Dostojewski był w Europie wówczas całkiem jeszcze nie znany, a w Rosji nikt go jeszcze z Turgieniewem nawet nie porównywał. Cena utworów Turgieniewa wynosiła 500 rubli od arkusza, tyle mu płaciły te same miesięczniki, które płaciły Dostojewskiemu 150 rubli od arkusza. Budziło to w duszy Dostojewskiego głuchy bunt. "Wiem, że piszę gorzej od Turgieniewa - pisze on w jednym ze swoich listów - ale przecież nie na tyle gorzej." Dalej następuje skarga, że Turgieniew, jako wielki i bogaty pan, ma czas na wygładzanie, szlifowanie, cyzelowanie swoich utworów, on, Dostojewski, musi pospiesznie pracować dniem i nocą, aby zdążyć na termin. Poza tymi wszystkimi utyskiwaniami należy się domyślać, że Dostojewski naprawdę nie wierzył, że pisze gorzej od Turgieniewa, a przeciwnie, kochał swoją twórczość, a wylakierowanej prozy Turgieniewa nie znosił. "Najbardziej wypisany ze wszystkich wypisanych pisarzy rosyjskich" - myślał o nim skrycie.

Dzisiejsi pisarze radzieccy twierdzą, że niechęć Dostojewskiego do Turgieniewa wypływała z różnic socjalnych. Turgieniew to bogaty pan, Dostojewski to mieszczanin i hołysz - powiadają. Tego rodzaju pogląd należy poważnie przekształcić, aby go zbliżyć do prawdy. Turgieniew był istotnie szlachcicem prawdziwym, Dostojewski tylko urojonym, Turgieniew był bogaty, Dostojewski biedny, ale istota niechęci polegała na tym, że bogaty i ustosunkowany Turgieniew, członek towarzystwa arystokratycznego, był lewicowcem, a biedny i wciąż upokarzany Dostojewski był prawicowcem. Kiedy Turgieniew pisze antynihilistyczną powieść Ojcowie i dzieci, Dostojewski szczerze jest po jego stronie, ale Turgieniew prędko zboczył z tej drogi, pisze szereg nowel zabiegających o popularność w sferach rewolucyjnych, a wreszcie pisze Dym, powieść lekceważącą Rosję, jak się wtedy wydawało. To wszystko drażni i oburza Dostojewskiego, i to oburzenie wylało się w stworzeniu wspaniałej pod względem artystycznym postaci pisarza Karmazinowa w Biesach. Wyraz "karmazyn" po polsku oznacza arystokratę z urodzenia, należy przypuszczać, że Dostojewski znał ten wyraz i skorzystał z niego. Karmazinow zjada rankami kotleciki baranie i zapija czerwonym winem, jeśli ktoś zastaje go przy tym śniadaniu, zaprasza go na nie, ale tak subtelnym tonem, że gość nie korzysta nigdy z propozycji. Karmazinow łaskawie i uprzejmie nachyla się do pocałunku gościa, ale potem nadstawia tylko swój policzek do pocałowania. Tego rodzaju "generalskie" maniery Turgieniewa wywleka Dostojewski ze złośliwością. Najwięcej go jednak oburza owo schlebianie rewolucyjnej młodzieży, ten rodzaj specjalnego snobizmu, który wykazuje Turgieniew w osobie swej karykatury Karmazinowa, zabiegając, starając się o łaski młodych rewolucjonistów, kręcąc ogonem na ich widok. Figurę Karmazinowa tworzył Dostojewski z pasją; w tym snobizmie, braku odwagi w zwalczaniu haseł rewolucji widział Dostojewski calamitas [szkodę] publiczną. Dostojewski trafnie tu wyczuł nastroje pewnych sfer za czasów Aleksandra II wobec rewolucjonistów i protestował przeciwko nim ostro i brutalnie. Pod piórem Dostojewskiego to schlebianie rewolucjonistom nabrało charakteru czegoś bardzo arystokratycznego, arystokratycznie zniewieściałego i zdegenerowanego. Inni pisarze hukali na arystokrację, że broni swych praw, Dostojewski wrzasnął pogardliwie za to, że się rewolucji boi, że rewolucji schlebia.

Turgieniew był człowiekiem mądrym i słabej woli. Od Herzena odszedł, ale Katkowowi odmówił podania ręki. Dostojewski wierzył w misję ludu rosyjskiego i chłopu rosyjskiemu przypisywał nadnaturalne właściwości, twierdząc przy tym, że ten lud rosyjski zna dobrze, skoro cztery lata przebył z nim na wspólnych narach w katordze. Turgieniew znał lud rosyjski tylko z polowań, w czasie których czasami z kimś z chłopów lub częściej z jakąś dziewczyną rozmawiał, ale sąd miał realny, pozbawiony wszelkich iluzyjnych pomysłów. Pisał swego czasu do Herzena: "Wy, panowie, za pomocą niemieckiego sposobu myślenia, jak słowianofile - wyprowadzacie z ledwo zrozumiałej substancji ludu te zasady, na jakich, według was, zbuduje on swe życie. Błąkacie się we mgle, a co najważniejsza, wyrzekacie się w istocie rewolucji, gdyż lud, przed którym schylacie czoła, jest konserwatystą par excellence, a nawet nosi w sobie zarodki burżuazji w kożuchu, w ciepłej i brudnej izbie, z wiecznie przepełnionym brzuchem i wstrętem do wszelkiej działalności obywatelskiej..." Turgieniew był sceptykiem, poniekąd nawet wolterianinem XIX wieku.

Dostojewski w jednej ze swych podróży za granicą po zgraniu się do nitki pożyczył od Turgieniewa 50 talarów i ciągle nie miał pieniędzy, aby mu je oddać. Kiedy z Anią był w Badenie - a więc było to nie tylko przed napisaniem Biesów, lecz nawet przed przystąpieniem do zamysłu Idioty - spotkał niespodzianie Turgieniewa na sali gry i właśnie dlatego, że był mu winien i nie był w stanie mu oddać, poszedł złożyć mu wizytę. O tym spotkaniu, które miało miejsce 10 lipca 1867, mamy dwie relacje: jedna pochodzi od Dostojewskiego, inna od Turgieniewa.

Według Dostojewskiego Turgieniew był rozzłoszczony niepowodzeniem swej ostatniej powieści Dym i łajał Rosjan i Rosję na czym świat stoi. Dostojewski, jak sam to stwierdzał w rozmowie z Anią - starał się mu mówić złośliwości wszelkiego rodzaju, na przykład : "Nie wiedziałem, że pana tak dotknęło niepowodzenie Dymu"; albo: "Niech pan kupi sobie teleskop, bo tylko przez teleskop może pan teraz obserwować Rosję, ponieważ pan tam tak rzadko jeździ" Wychodząc i żegnając się Dostojewski powiedział, że lud niemiecki składa się wyłącznie ze złodziei. "Cóż za porównanie z naszym ludem!"; na to Turgieniew pobladł i oświadczył: "Mówiąc tak obraża pan mnie osobiście, bo ja teraz stałem się Niemcem i dumny jestem z tego." Dostojewski odpowiedział: "W takim razie niech mi pan wybaczy, ale choć czytałem Dym, nie mogłem przypuszczać, że pan się zmienił w Niemca."

Całą scenę powyższą opisał Dostojewski w liście do swego przyjaciela Majkowa; a potem do biblioteki Czertkowa w Moskwie, na ręce dyrektora Bartieniewa, nadszedł opis tej rozmowy, z prośbą przechowania tego dokumentu do 1890 roku. Słuchy o tym doszły do Turgieniewa i napisał on do Bartieniewa list następującej treści:

"...Doszło do mojej wiadomości, że do biblioteki Czertkowa nadszedł list p. Dostojewskiego i że w tym liście, który ma być ogłoszony nie wcześniej niż w 1890 r., przypisane mi jest wypowiadanie głupawych zdań o Rosji. Poglądy te miały być rzekomo wypowiedziane przeze mnie w obecności p. Dostojewskiego w Badenie ubiegłego lata, w czasie jednych odwiedzin, którymi on mnie zaszczycił. Nie poruszając już kwestii nadużycia zaufania, zmuszony jestem zaznaczyć, że poglądów swoich wobec p. Dostojewskiego nie mogłem już choćby dlatego wyrażać, bo uważam go za człowieka nie panującego w zupełności nad swoimi władzami umysłowymi, a to z powodu ustawicznego niedomagania i z innych przyczyn. Zresztą ten mój pogląd na osobę p. Dostojewskiego podziela wielu innych ludzi, którzy go znają. Widać rozstrojona jego wyobraźnia podszepnęła mu, że poglądy, które mi przypisuje, istotnie w jego obecności wypowiedziałem, i stąd powstała ta jego denuncjacja mej osoby wobec potomności."

Bartieniew poważał autorytet Turgieniewa i w odpowiedzi na powyższe napisał list, który byłby jeszcze dla Dostojewskiego przykrzejszy, gdyby Dostojewski znał tę korespondencję:

"...Otrzymałem istotnie opis rozmowy, która rzekomo miała miejsce... ale ten opis jest wypełniony tak nieumiarkowanymi określeniami i obfituje w dowody tak bardzo rozdrażnionej miłości własnej, że wywołać może tylko uśmiech politowania. Zresztą nie ma tam podpisu p. Dostojewskiego."

Do kogoś innego Turgieniew pisał: "Dostojewski odwiedził mnie w Badenie, lecz zamiast zwrócić mi pieniądze, które mi jest winien, łajał mnie na czym świat stoi za Dym. Ja milczałem przez cały czas jego wizyty. Dostojewski potem napisał donos na mnie do potomności..."

Turgieniew był człowiekiem towarzysko czarującym. Czasami układał nawet po francusku lub po niemiecku libretta do operetek, granych na przedstawieniach amatorskich, przy tym Turgieniew sam, mimo swego wieku męskiego, brał w nich także udział: grał, tańczył, śpiewał. Z jakimże zachwytem opisują go bracia Goncourt w swoim dzienniku. Tenże dziennik braci Goncourt potwierdza zresztą, że Turgieniew często blagował, aby dogodzić słuchaczom. Gdy wiedział, że słuchacze oczekują czegoś w pewnym rodzaju, to łgał na potęgę, aby ich wyobraźni nie zawieść. Opowiadał na przykład, że cesarz Aleksander II czytał kiedyś swemu dworowi głośno jedną z jego nowel, ale czytał ją z manuskryptu przepisanego ręcznie, bo cesarz nie może się dotknąć słowa drukowanego, i inne podobne historie, które wzbudzały zachwyt do tego "jasnowłosego olbrzyma słowiańskiego", jak Turgieniewa w towarzystwie literatów francuskich nazywano. Opowiadał także, jak nim pomiatają w Rosji, jak na obiedzie w ambasadzie rosyjskiej posadzono go przy stole na ostatnim miejscu. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Raz Turgieniew uwikłał się w sprawę, grożącą zwykłemu śmiertelnikowi poważną odpowiedzialnością: przewiózł korespondencję rewolucjonistów przez granicę. Specjalnym ukazem cesarskim został wówczas postawiony przed sąd senatu, a senatorowie poili go herbatą i natychmiast uniewinnili. Zarzut Dostojewskiego był słuszny: różowy liberał Turgieniew zabiegał o popularność w kołach skrajnych, ale to mu nie psuło stosunków ani wśród warstwy, do której z urodzenia należał, ani w sferach biurokracji najwyższej, i stale był w Rosji honorowany w sposób, jaki się nawet śnić nie mógł Dostojewskiemu, pomimo że ten ostatni był bojowym monarchistą. Kiedy Aleksander II przyjechał do Paryża, Turgieniew został zaproszony na śniadanie do ambasady, w którym prócz niego wzięli udział tylko cesarz, cesarzowa i ambasador. Turgieniew podczas tego śniadania opowiadał: "Zostałem zaproszony na jubileusz Kraszewskiego do Krakowa, ale byłem niezdrów i nie pojechałem." "I świetnie pan zrobił, Iwanie Siergiejewiczu, świetnie pan zrobił" - powiedział cesarz.

 

XIX

"BIESY"

 

Dostojewski rozpoczął Biesy za granicą, jesienią 1868, i pisał tę powieść przez cały czas wojny francusko-pruskiej 1870 -71. Oto echo tej wojny w tej przedziwnej książce:

"...z wiadomością, że wymyślił nową specjalną sztuczkę na fortepian. Sztuczka w rzeczy samej okazała się zabawną i nosiła śmieszną nazwę: Wojna francusko-pruska. Zaczynała się groźnymi dźwiękami Marsylianki.

Qu'un sang impure abreuve nos sillons! [Niech ziemia napoi się krwią nieczystą!]

Słychać tu było napuszone wyzwania, upojenie przyszłymi zwycięstwami. Ale raptem wespół z mistrzowsko skomponowanymi wariacjami hymnu gdzieś z boku, z dołu, z kącika, ale z bardzo bliska, odezwały się plugawiutkie dźwięki: "Mein lieber Augustiri". Marsylianka nie słyszy tych dźwięków, Marsylianka jest w zenicie upojenia własną wielkością; ale Augustyn wzmacnia się, Augustyn bezczelnieje, i oto takty Augustyna zbiegają się z taktami Marsylianki, która w końcu zaczyna się gniewać; Marsylianka nareszcie dostrzega Augustyna i chce go odegnać od siebie jak muchę nieznośną, ale "Mein lieber Augustin" trzyma się mocno, jest wesoły i pewny siebie, jest radosny i arogancki, a Marsylianka jakoś nagle głupieje: już się przyznaje, że jest skrzywdzona; to krzyk oburzenia, to łzy i zaklęcia z wyciągniętymi do Opatrzności rękami:

Pas un pouce de nos terres, pas une pierre de nos forteresses ! [Nie oddamy ani kawałka naszej ziemi, ani kamienia z naszej fortecy!]

ale zmuszona jest śpiewać w jeden takt z "Mein lieber". Dźwięki jej w jakiś głupawy sposób przechodzą w Augustyna, chwieje się, gaśnie. Teraz już tylko od czasu do czasu słychać znowu "qu'un sang impure" [żeby nieczysta krew], ale w tejże chwili zrywa się to i przechodzi w trywialny walc. Wreszcie Marsylianka upokorzona jest zupełnie, to Jules Favre szlochający na piersi Bismarcka i oddający wszystko, wszystko... Ale teraz sierdzi się już Augustyn; słychać zachrypnięty głos; czujemy mnóstwo wypitego piwa, szaleństwo samochwalstwa, żądania miliardów subtelnych cygar, szampana i zakładników. Augustyn zamienia się w ryk. Francusko-pruska wojna jest skończona."

Ustęp powyższy, wyjęty ze środka Biesów, wskazuje, z jaką maestrią obrazuje Dostojewski psychologię wielkich zbiorowisk ludzkich. Wojna toczona gdzieś, w oddaleniu od jego zainteresowań, pozostawia w jego książce takie oddalone echo, takie uwagi, wplecione mimochodem w fabułę powieści - stanowiące najwspanialszą na świecie syntezę tego dramatu historycznego. O ile potężniejsze, jeszcze bardziej nerwowe, bardziej demoniczne będą obserwacje wypowiedziane w Biesach na temat, który Dostojewskiego bolał, męczył i pobudzał - na temat Rosji.

Dostojewski nad swymi Biesami wypisał dwa motta:

Pierwsze - był to ustęp znanego Puszkinowskiego wiersza o "biesach":

 

Tu choć zabij, nic nie widać,

Zamieć straszna, drogi nie ma,

W polu bies nas zwodzi widać

Na wsze strony okrążając.

Wiele ich, gdzie ich gonią,

Co śpiewają tak żałośnie?

Czy chowają domowego,

Wiedźmę za mąż czy wydają?

 

Następne wzięte było z VIII rozdziału Ewangelii św. Łukasza:

"A było tam stado wielu wieprzów, pasących się na górze; i prosili, aby im w nie dopuścił wejść; i dopuścił im. Wyszli tedy czarci z człowieka i weszli w wieprze, i stado pędem wpadło z urwistego brzegu w jezioro i utonęło. A gdy pasterze ujrzeli, co się stało, uciekli i dali znać do miasta i do wiosek. I wyszli oglądać, co się stało, i przyszli do Jezusa, i znaleźli człowieka, z którego wyszły czarty, siedzącego, ubranego i ze zdrowym umysłem u nóg jego, i zlękli się."

Dwa te motta doskonale obrazują ideową treść powieści, którą już powyżej nazwaliśmy powieścią przedziwną.

Z pojęciem satyry łączy się pojęcie humoru - Biesy są książką ponurego dramatu, czasami patosu, nigdy wesołości. To nie satyra, to raczej płomienna anatema, rzucona przez pisarza, znajdującego się w zenicie swych sił twórczych i potęgi wyobraźni, na własne społeczeństwo, a nie tylko na rewolucjonistów. Owszem, biesy, które krążą w zamieci, kryjącej sobą wszystkie drogi, biesy, które weszły w stado świń, aby później utonąć w zrywie samobójczym, to są rewolucjoniści, opętani i obłędni, ci, którzy nie wierzą w Boga, nienawidzą Rosji i gotują zamachy na cara. Anatema Dostojewskiego w stosunku do rewolucjonistów jest specjalnie wyrazista, wybuchowa, druzgocąca, nienawistna. Ale Dostojewski wyklina także i liberałów rosyjskich za tchórzostwo i małoduszność, i biurokrację carską za głupotę. Krytycy Biesów uważają zwykle tę książkę za satyrę wymierzoną w rewolucjonistów i w liberałów, ale zapominają, że jest w niej trzeci element: gubernator von Lembke, dureń, który także wariuje w końcu powieści, a który reprezentuje nieudolnego sługę carskiego, nie umiejącego walczyć z rewolucją, i którego głupota, karierowiczostwo, oportunizm, a zwłaszcza charakterystyczne dla tamtej epoki biurokracji carskiej skoki od flirtów z rewolucją do niedźwiedziego jej gromienia przynoszą więcej szkody niż sami rewolucjoniści.

Rewolucjonistów Dostojewski nienawidził ideowo; ten namiętny człowiek umiał lepiej nienawidzić nieprzyjaciół Boga niż kochać Boga; ale liberałów nienawidził Dostojewski także przez wzgląd na krzywdy osobiste, których doznał od Bielińskiego, ze względu na zawiść do Turgieniewa, który, o ileż mniejszy od niego talentem, o ileż nieskończenie większy miał wtedy autorytet i rozgłos. A rządowa biurokracja? Właśnie teraz, gdy pisze on tę książkę przeciwko rewolucjonistom, dowiaduje się, że w razie powrotu do Rosji ma być zrewidowany jak najsurowiej i w wypadku znalezienia jakichkolwiek zakazanych druków natychmiast odesłany do groźnego więzienia, do pietropawłowskiej fortecy w Petersburgu. A Dostojewski przecież wie, jak wielu literatów, będących wrogami cesarza, rządu i nawet samej Rosji, nie tylko swobodnie mieszka sobie w Rosji, lecz nawet władze administracyjne żywią do nich uczucie wielkiego szacunku i admiracji. W Biesach, w tej namiętnej i bezlitosnej anatemie, dużo się mieściło osobistych krzywd i złości.

Czytanie powieści Biesy bez znajomości politycznych i społecznych stosunków Rosji z czasów Aleksandra II jest zajęciem dość jałowym. To tak, jak gdybyśmy chcieli słuchać mowy oskarżyciela w jakimś procesie i wzdrygali się przed wiadomościami, o co w tym procesie chodzi. W Rosji reformowanej przez Aleksandra II od 1866 zaczynają się zamachy na cara, a jeszcze wcześniej wśród inteligencji wciąż powstają i zamierają kółka rewolucyjne, złożone zwykle ze słuchaczy szkół wyższych. Wszystkie te kółka starają się zawsze rozhuśtać lud rewolucyjnie za pomocą wszelkich metod, co się im jednak absolutnie nigdy i nigdzie nie udaje. Do chwili ukazania się Biesów nie znamy ani jednego wypadku współdziałania ludu z inteligencją w kierunku rewolucyjnym; bunty ludowe, które w Rosji zawsze się zdarzały, były zjawiskami innej zupełnie kategorii. Stała i chroniczna bezpłodność usiłowań zrewolucjonizowania ludu nadaje tym wysiłkom piętno dziwactwa i rozpaczliwości. Fabuła Biesów oparta jest na procesie nieczajewowców i na działalności samego Nieczajewa. Z faktu tego wyciąga się jednak zbyt daleko idące konsekwencje, aż do uważania Mikołaja Stawrogina za portret Bakunina, co było śmieszne i idiotyczne, jak to poniżej wyjaśnimy. Nie można ani przez chwilę myśleć, że Dostojewskiemu chodziło wyłącznie o organizację Nieczajewa - byłoby to karykaturalnym pomniejszaniem i zacieśnianiem symbolów w tej książce wypowiedzianych, jak również intencji autora. Dostojewski proces nieczajowców znał z gazet, ze szczegółowych sprawozdań, z rozprawy jawnej, co mu dało możność wykorzystać artystycznie fakty przez tę rozprawę ujawnione; ale przecież tajniki, nastrój i charakter kółek rewolucyjnych Dostojewski znał od dawna i w swych twórczych wizjach przywoływał przede wszystkim ludzi znanych mu osobiście, a nie tylko tych, których świeżo poznał z artykułów w gazetach.

Dostojewski był przecież pietraszewcem, opisywaliśmy Butaszewicza-Pietraszewskiego, czyż on ze swoimi dziwactwami i inteligencją, ze swoją twardą wolą i szyderstwami z Chrystusa nie robi wrażenia opętanego, a jego śmierć wśród karaluchów czyż nie harmonizuje ze śmiercią samobójczą tych świń, które skoczyły z urwistego brzegu i potonęły? A przecież znał dobrze lub przynajmniej słyszał o wielu innych ludziach z rewolucyjnego podziemia. Słyszał zapewne o organizacji pod nazwą "Piekło", która wysyłała morderców na cesarza. Widział olbrzymie pożary wzniecane przez tajemnicze ręce w Petersburgu i w innych miastach, gnębiące ludność, wzniecające nienawiść do rewolucjonistów, wszczynane dotychczas nie wiadomo w jakim celu. Znał agresywnie ateistyczne zapatrywania rewolucjonistów, znał ich poszukiwania nowej etyki płciowej, czasami brodzące po omacku i potykające się o obrzydliwą niemoralność. Słyszał zapewne o historii ponętnej pani Szełgunow, kochanki wielu rewolucjonistów, między innymi poety Michajłowa, zesłanego na Sybir, gdzie umarł, Serno-Sołowjewicza, który z miłości do niej zwariował. Pani Szełgunow mieszkała w pięknej Szwajcarii i stamtąd odsyłała swemu rewolucyjnemu mężowi swe dzieci, z których każde miało innego ojca. Szełgunow ubóstwiał te dzieci, pielęgnował je i wychowywał najczulej i ubóstwiał zresztą także swą żonę, stawiając ją wszystkim za wzór prawdziwego, wiernego przyjaciela. Dostojewski żył przecież w literackim środowisku, przed którym rewolucja nie miała tajemnic.

Mówiliśmy już o Bakuninie, znanym rewolucjoniście europejskim, tym, który podpalał rewolucję w Saksonii, we Włoszech, a starał się to robić w innych krajach, siedział w olbrzymiej ilości więzień ogromną ilość lat, wielokrotnie skazywany był na śmierć, uciekł z Syberii. Nieczajew był jego uczniem, wyznawcą, a w krótkim czasie rywalem i wrogiem. Nieczajew to chyba w całej historii świata najskrajniejszy wyznawca zasady: cel uświęca środki. Zasada ta dopuszczała użycie środków niemoralnych dla osiągnięcia dobrego celu; otóż Nieczajew szedł dalej, jak gdyby wykluczał używanie środków moralnych, a zalecał posługiwanie się wyłącznie środkami niemoralnymi. Gdyby nie ostatnie lata Nieczajewa, jego zachowanie się w więzieniu, które wykazało, że był istotnie fanatykiem swej idei i że nie oszczędzał również swego życia, moglibyśmy go uznać za jakiegoś potwora moralnego. Nieczajew jako młody człowiek zaczyna od mistyfikacji, udaje, że jest aresztowany, że uciekał z więzienia, wprowadza w ten sposób w błąd kobiety w nim zakochane, potrzebne to mu jest dla jakichś celów. Potem wyjeżdża do Szwajcarii i tutaj poznaje Bakunina, którego przez pewien czas uważa za swego mistrza. Bakunin zapatruje się zresztą na wiele spraw w sposób podobny do zapatrywań Nieczajewa i również jest skłonny do stosowania mistyfikacji, sposobu tak łatwego wśród życia konspiracyjnego. Bakunin wydaje Nieczajewowi legitymację członka "wszecheuropejskiego związku rewolucyjnego" - "Alliance revolutionnaire europeenne. Comite Centra/" - nr 2771. Związek taki w rzeczywistości nie istniał, ale Bakunin pięknie kaligrafuje kartę papieru i wyciska na niej pieczęć z toporem. Poczciwy Ogariew napisał kiedyś wiersz O studencie, teraz Nieczajew prosi go o ofiarowanie mu tego wiersza z taką dedykacją, która by zezwalała na przypuszczenie, że bohaterem wiersza jest właśnie on, Nieczajew. Historia z tym wierszem wciąż wraca na stronice Biesów. Dostojewski mógł ją znać nie tylko ze sprawozdań sądowych, lecz wprost od samego Ogariewa, z którym w Szwajcarii łączyła go pewna zażyłość.

Nieczajew wraz z Bakuninem opracowali Katechizm Rewolucjonisty, który musimy choć pobieżnie poznać, aby lepiej zrozumieć Bakunina i Nieczajewa, Biesy i Dostojewskiego. 

"Rewolucjonista nie powinien mieć żadnych interesów, spraw, uczuć, przywiązania, własności, nawet imienia, wszystko to pochłania rewolucja."

"Rewolucjonista zrywa wszelki związek ze światem cywilizowanym. Jeśli obcuje z nim, to tylko dlatego, by go zniszczyć."

"Rewolucjonista wyrzeka się nauki, pozostawiając ją przyszłym pokoleniom. Zna jedną naukę: zniszczenia. Uprawia w tym celu mechanikę, fizykę, chemię, a nawet medycynę. Celem studiów jest najprędsze zniszczenie istniejącego ustroju."

"Rewolucjonista gardzi opinią publiczną, gardzi obecną moralnością społeczną, nienawidząc jej we wszelkich jej przejawach. Moralne dla rewolucjonisty powinno być to, co współdziała z rewolucją, niemoralne i przestępcze to, co jej zawadza. Wszelkie roztkliwiające człowieka uczucia: pokrewieństwa, przyjaźni, miłości, wdzięczności, a także honoru, powinny ustąpić. Jedynym marzeniem rewolucjonisty jest niszczenie bez miłosierdzia i litości."

"Stopień przyjaźni wobec towarzysza określa się jedynie stopniem użyteczności towarzysza dla sprawy nienawiści."

"Rewolucjonista przestaje być rewolucjonistą, jeśli uczucia przyjaźni lub miłości mogą powstrzymać jego rękę od zadania ciosu."

"Przy układaniu listy skazanych na śmierć nie trzeba się kierować złą wolą człowieka ani nienawiścią, jaką on w otoczeniu wzbudza. Przeciwnie, zła wola i wywoływana nienawiść mogą być dla rewolucji korzystne, gdyż wywołują wrzenie ludności."

Statut organizacji rewolucyjnej opracowany przez Nieczajewa przewidywał pozostawienie przy życiu tych, którzy wywołują bunty ludności.

W tym statucie znalazła sobie miejsce także taka zasada:

"Organizacja przeświadczona o tym, że zdobycie wolności możliwe jest tylko na drodze rewolucji, współdziałać będzie z rozwojem, rozpowszechnianiem i rozszerzaniem klęsk i nędzy, które doprowadzą wreszcie zniecierpliwiony lud do wybuchu powszechnego."

"Zbawienna dla ludu może być tylko taka rewolucja, która wytępi i zniszczy doszczętnie wszelką państwowość, wszelkie tradycje państwowe, wszelkie klasy. Dalsza organizacja wyłoni się sama z ruchu i życia ludu. Stworzenie jej będzie zadaniem przyszłych pokoleń. Zadanie obecnego pokolenia polega na zupełnym, powszechnym, bezlitosnym burzeniu i niszczeniu."

"Walka ze wszystkim, co jest związane z państwem, szlachtą, biurokracją, popem, giełdziarzem, chłopem-wyzyskiwaczem. Powinniśmy się łączyć z dzikim światem rozbójników."

W praktycznych objaśnieniach, jak należy stosować maksymy powyższe, wypowiadał Nieczajew jeszcze takie komentarze:

"Rozbój to jedna z szacowniejszych form życia ludowego. Był on już od czasu utworzenia państwa moskiewskiego rozpaczliwym protestem przeciwko nikczemnemu porządkowi społecznemu, niezmienionemu, lecz udoskonalonemu według wzorów zachodnich. Rozbójnik to bohater, obrońca, mściciel, nieubłagany wróg państwa i całego ustroju społecznego i obywatelskiego ustanowionego przez państwo; bojownik na śmierć i życie przeciwko całej cywilizacji urzędniczo-szlacheckiej i rządowo-popiej."

Rekomenduje także Nieczajew:

"Zawarcie znajomości z plotkarzami, kobietami publicznymi i inne prywatne sposoby zbierania i rozpowszechniania wiadomości; znajomości z policją; wejście w stosunki z tak zwaną zbrodniczą częścią społeczeństwa; wpływanie na osoby wysoko postawione za pomocą kobiet; podtrzymywanie agitacji wszelkimi możliwymi środkami."

Wszystkie te zalecenia Nieczajewa zużył Dostojewski przy tworzeniu Biesów, jak się zużywa szpulki z nićmi przy tkaniu dywanu. Zwłaszcza rekomendacje na temat plotkarza, kobiety i złoczyńcy jaskrawo uwydatniły się w Biesach.

Nieczajew wróciwszy do Rosji z katechizmem rewolucyjnym, biletem nr 2771, pieczątką z toporem, wierszem Ogariewa rzekomo o sobie, którego tytuł zmienił na Świetlana osobistość - zabrał się energicznie do pracy. Zawiązał kółko rewolucyjne wśród studentów akademii rolniczej pod Moskwą i członków tego kółka pouczał, że są jednym z oczek wielkiej sieci kółek rewolucyjnych, pokrywających całą Rosję. Sam wciąż wydawał rozmaite rozkazy w imieniu centralnych władz rewolucyjnych i wymagał ślepego posłuszeństwa. W kółku tym znalazł się jeden student nazwiskiem Iwanów (w Dostojewskiego Biesach figuruje on jako Szatow), który zaczął podejrzewać Nieczajewa, że jest mistyfikatorem i że naprawdę nie ma żadnego centralnego komitetu władz rewolucyjnych ani żadnej sieci kółek. Nieczajew kazał zwabić Iwanowa do groty w parku Akademii, tam go zabił przy pomocy innych członków kółka, a następnie utopiono go w stawie, przywiązawszy mu do szyi szal, do którego przyczepione były cegły. Policja bez większego trudu znalazła trup Iwanowa i wykryła całe sprzysiężenie, w którym było dużo teatralności, ale też dużo naiwności, a rząd postawił winnych zabójstwa Iwanowa i udziału w spiskach przed sąd jawny i drukował szczegółowe sprawozdania z procesu, nie wyłączając mów obrończych. Nieczajew uciekł zresztą do Szwajcarii, zabrawszy nawet pieniądze, które znalazł w kieszeniach Iwanowa w czasie zabójstwa. Sąd uznał, że młodzi ludzie ulegli wpływowi głównego zbrodniarza, i skazał ich na stosunkowo bardzo łagodne kary. Był to wyrok litościwy i mądry. Nieczajew mieszkał już wtedy w Szwajcarii, gdzie zgodnie ze swą maksymą rozkochiwania w sobie kobiet, aby je eksploatować dla celów rewolucyjnych, wyzyskiwał nieszczęśliwą panienkę, córkę wielkiego Herzena, który już wtedy nie żył, a która później odebrała sobie życie w sposób dziwaczny, zostawiając zapis na stole z dowcipami i bluźnierstwami. Tej historii już Dostojewski w czasie pisania Biesów nie znał, gdyż pisanie tej powieści zakończone zostało w listopadzie 1872 i z tą chwilą musiał oczywiście ustać wpływ losów Nieczajewa na jej fabułę. Ale opowiedzmy historię Nieczajewa do końca, bo to nam potrzebne będzie do pewnych rozważań. Bakunin zerwał z Nieczajewem wkrótce po powrocie tego do Szwajcarii jeszcze latem 1870 i wszędzie obzywał go łajdakiem, oburzając się, że Nieczajew jego chciał również mistyfikować. W 1873 Szwajcaria wydaje Nieczajewa Rosji, uznawszy go nie za politycznego, lecz za kryminalnego przestępcę, co było oczywiście niesprawiedliwe. Wywołało to oburzenie w kołach radykalnych w Szwajcarii i powstał nawet projekt uwolnienia Nieczajewa siłą, który się nie udał. Sąd rosyjski skazał Nieczajewa za morderstwo Iwanowa na 20 lat katorgi, ale nie wysłał go na Syberię, ale trzymał w słynnym Aleksiejewskim Rawelinie Pietropawłowskiej fortecy w Petersburgu. Człowiek ten miał olbrzymią siłę woli. Niektórzy pisarze podejrzewają, że był podświadomym hypnotyzerem. Więzienie, w którym siedział, było izolowane od świata i specjalnie strzeżone, a jednak Nieczajew zdziałał, że straż więzienna ułatwiła mu komunikowanie się z rewolucyjną partią "Narodnej Woli". Przesyłał on komitetowi wykonawczemu "Narodnej Woli" rady w ulubionym przez rewolucjonistów rosyjskich duchu posiłkowania się imieniem cesarskim dla wywołania zamieszania i chaosu. Sam przekonał strzegących go żandarmów, że należy do "stronnictwa następcy tronu" i że: natychmiast odzyska wolność, gdy Aleksander II umrze. Dla odwrócenia serc ludu wiejskiego od cesarza radził Nieczajew "Narodnej Woli" rozpowszechnić w milionach egzemplarzy rzekomy manifest cesarski następującej treści:

"My, Aleksander II, cesarz i samodzierżca wszechrosyjski, car polski, wielki książę finlandzki etc, etc., etc., za radą najukochańszej małżonki naszej, Najjaśniejszej Pani, a także za namową książąt, hrabiów i skutkiem prośby całego szlacheckiego stanu, uznaliśmy za wskazane zwrócić włościan właścicielom ziemskim, przedłużyć terminy służby wojskowej, zburzyć wszystkie domy modlitw starowierów itd."

Drugi projekt Nieczajewa, już po morderstwie Aleksandra II, był jeszcze bardziej pomysłowy. Proponował on ogłosić jako tajny i rzekomo wykradziony z kancelarii metropolity okólnik do duchowieństwa prawosławnego, o treści następującej:

"Bóg Wszechmocny zechciał wystawić Rosję na ciężką próbę. Nowy cesarz Aleksander III zapadł na pomieszanie zmysłów i znajduje się w stanie nierozumienia niczego, wobec czego duchowni obowiązani są tajnie wznosić do ołtarza modły o cudowne jego uzdrowienie, nikomu nie zwierzając tej tajemnicy państwowej."

Żelabow, przywódca spisku zakończonego morderstwem, Aleksandra II, chciał Nieczajewa uwolnić z wiezienia, ale Nieczajew uznał, że jego zwolnienie może odbić się niekorzystnie na przygotowaniach do morderstwa oswobodziciela włościan, Aleksandra II, i z zwolnienia zrezygnował. Wierny wyznawanym przez siebie zasadom, zmarł Nieczajew w 1882 r., w więzieniu. Życiorys Nieczajewa, jak przedtem przez nas przytoczony życiorys Butaszewicza-Pietraszewskiego, powinien nas przekonać, że opętane postacie z powieści Dostojewskiego powstawały nie w jego wyobraźni, lecz były to realne postacie z życia Rosji. Dostojewski opisał Nieczajewa bardzo szczegółowo wraz ze wszystkimi jego metodami: ciągłymi mistyfikacjami, łączeniem ludzi między sobą, komunią krwi, morderstwem, arogancją wobec spiskowców i wykorzystywaniem kobiet w celach wciągania osób wysoko postawionych" itd., itd. Nieczajew powieściowy nazywa się Piotr Wierchowieński, a jednak mimo te wszystkie podobieństwa nie jest to Nieczajew prawdziwy. Nieczajew był fanatykiem idei, Wierchowieński jest zagadkowym degeneratem moralnym. Prawdziwy Nieczajew był synem lokaja, Wierchowieński jest synem profesora, publicysty, liberała lat czterdziestych; Dostojewski w ten sposób chciał oskarżyć współczesnych sobie liberałów: swego dawnego mistrza Bielińskiego, swego dawnego przyjaciela, później rywala, Turgieniewa, że ich idee tylko potworów moralnych na świat wydać mogą. W tym momencie Biesy są polemiką z Ojcami i dziećmi Turgieniewa. Wielki i przyjemny pisarz liberalny Turgieniew w swej słynnej powieści, która się ukazała na dziesięć lat przed ukazaniem się Biesów, przeciwstawiał swe pokolenie, kochające sztukę, filozofię i dążące do ustroju konstytucyjnego, pokoleniu nihilistów. Dostojewski mu odpowiada: nie jesteście nihilistów przeciwieństwem, lecz sami ich produkujecie. Niewątpliwie skrycie i tajnie chciał Dostojewski pokazać, że Ojcowie i dzieci to słodkie mydło, że temat rewolucji i nihilizmu zasługuje na ujęcie głębsze, silniejsze, bardziej posępne i dramatyczne. Zresztą szczegół o lokajskim pochodzeniu Nieczajewa, zdaje się, nie był znany Dostojewskiemu w czasie pisania Biesów. Szczegół ten przesunie on do późniejszej swej powieści, Braci Karamazowych, o czym później pisać będziemy.

Dostojewski, wierny sobie, rzuca anatemę na rewolucjonistów nie za ich działania, lecz za ich myśli. Nienawidzą Boga - nienawidzić Boga mogą tylko opętani. Czemu, chcąc zniszczenia, nie wiedzą, w imię czego chcą niszczyć, czemu nie mają żadnej wizji przyszłości, a gdy wypowiadają jakieś projekty przyszłości, to jakże naiwne, głupie, bezrozumne. Zresztą poza Wierchowieńskim-Nieczajewem i jeszcze kilku plugawymi osobistościami dostrzega Dostojewski wśród tych rewolucjonistów ludzi raczej sympatycznych: oto akuszerka znająca się na swej robocie, bezinteresowna, pracowita, oto szlachetny w gruncie rzeczy Szatow, oto maniak samobójczy Kiryłłow, zawiedziony, rozczarowany. Czego oni chcą wszyscy, o co im chodzi? I całą siłą swej artystycznej ekspresji sugestionuje nam Dostojewski, że to są ludzie opętani.

Głównym bohaterem Biesów jest nawet nie Wierchowieński-Nieczajew, lecz Mikołaj Stawrogin. Ponieważ stosunek Wierchowieńskiego do Stawrogina jest stosunkiem podwładnego do przełożonego, do szefa, wodza całej sieci spiskowej, więc na podstawie tych, czysto zewnętrznych oznak, wnioskowano, że Stawrogin to Bakunin. Przecież Nieczajew przez czas sprzed procesu nieczajewców uważał Bakunina za swego szefa. Poza tym Turgieniew sportretował Bakunina w swej powieści Rudin, jasne więc, że Dostojewski zrobił to samo. Pracowity biograf Dostojewskiego, doskonały, gdy chodzi o ustalanie dokładności i autentyczności dat i szczegółów w życiu pisarza, p. Grossman, cytował nawet swego czasu zdania, które wypowiedział Bakunin, a które znalazły się w ustach Stawrogina. Przypominam tu, że całe tyrady z Gogola znalazły się w ustach Tomasza z Sioła Stiepanczikowa, który wcale nie jest Gogolem, lecz Bielińskim. Stawrogin także nie mógł być Bakuninem i nawet p. Grossman porzucił później tę swoją interpretację zgadzając się, że prototypem Stawrogina jest Spieszniew, członek pietraszewców, którego Dostojewski znał doskonale.

W naszym przekonaniu Stawrogin nie jest ani Bakuninem, ani Spieszniewem, choć może mieścić się w nim odrobinę Bakunina i znacznie więcej ze Spieszniewa, zgodnie z metodą Dostojewskiego komasacji typów ludzkich. Najważniejsze jest to, że Stawrogin nie chce być wodzem rewolucji, a Wierchowieński go uprasza, błaga, szantażuje, podstawia mu kobiety - czyni wszystko, aby Stawrogin tym wodzem rewolucji był albo przynajmniej za niego uchodził. Ten właśnie proces zmuszania i upraszania Stawrogina, aby został wodzem rewolucji, stanowi rzecz najistotniejszą w całej intrydze dokoła Stawrogina. Jakże wobec tego niemądre było uważanie Stawrogina za Bakunina, którego nikt nie potrzebował prosić, aby stanął na czele rewolucji; przeciwnie, gdy gdziekolwiek na horyzoncie europejskim pokazywała się jakaś rewolucja lub rewolucyjka, Bakunin już tam leciał, aby narzucić się na wodza. Bakunin była to siła rewolucyjnie czynna, wrzący rewolucyjny motor, najhałaśliwszy, pełen inicjatywy i najbardziej przedsiębiorczy rewolucjonista na świecie, a Stawrogin siedzi izolowany w swoim pokoju, ustawicznie hamletyzuje, nikogo do siebie nie dopuszcza, i Wierchowieński dostaje się do niego z wielkimi trudnościami.

Za czasów Aleksandra II za radykała uchodził, i częściowo słusznie, brat jego, Konstanty Mikołajewicz. Ponieważ Konstanty urodził się już wtedy, gdy Mikołaj I był już cesarzem, a Aleksander jeszcze wtedy, gdy Mikołaj nie był nawet następcą tronu, więc pewne koła spiskowców w Rosji uchwyciły się tej teorii, aby głosić, że Konstanty, a nie Aleksander, powinien być cesarzem, i szeptano sobie, że Konstanty także żywi tego rodzaju ambicje. Szeptano także, co było wierutnym oszczerstwem, choć szeroko rozpowszechnionym oszczerstwem, że Konstanty maczał rękę w terrorystycznych zamachach na starszego brata i że najobrzydliwsi rewolucjoniści mieli dostęp do "marmurowego pałacu", jego rezydencji.

Nie twierdzę, że Dostojewski miał konkretnie na myśli wielkiego księcia Konstantego, lecz natomiast zdecydowanie utrzymuję, że typ Stawrogina, ze względu na swój stosunek do rewolucyjnego spisku, bliższy jest niewątpliwie typowi wielkiego księcia Konstantego niż Bakunina. Stawrogin to właśnie jest imię, które rewolucjoniści chcą na zewnątrz pokazać, tak jak niektórzy rewolucjoniści marzyli niewątpliwie o tym, aby użyć jako sztandaru wobec ludu imienia brata cesarskiego.

Osobiście przypuszczam, że postać Stawrogina została w mózgu Dostojewskiego poczęta w sposób następujący. Dostojewski w ogóle o wiele więcej myślał, niż czytał, więcej korzystał z własnej wyobraźni, więcej pracował własną wyobraźnią, aniżeli korzystał z rzeczy drukowanych. W sprawozdaniach z procesu nieczajewców spotkał nazwisko książęce, wśród innych oskarżonych figurował tam niejaki książę Czerkiesow. Wyobraźnia Dostojewskiego została zafascynowana tym pobytem księcia wśród rewolucjonistów, tytuły książęce zawsze miały dla niego pewien urok, i mózg jego zaczął wypracowywać wizję, w jaki sposób książę znalazł się w spisku rewolucyjnym tak obrzydliwym, jakim była robota Nieczajewa. O samym księciu Czerkiesow Dostojewski niczego się nie dowiedział. W ten sposób rzeczywisty książę Czerkiesow nie miał nic wspólnego z postacią Stawrogina, ale ten tytuł książęcy stał się ziarnem, z którego Stawrogin wyrósł. Według pierwotnego planu Biesów Stawrogin miał być księciem. Wyobraźnia Dostojewskiego wysunęła tego księcia, pierwotnie z tytułem, potem bez tytułu, na czoło powieści, a przyczyna, droga jego przystania do rewolucjonistów, wypracowana przez Dostojewskiego, znów nic nie miała wspólnego z Bakuninem, a niewiele także z w. ks. Konstantym. Bakunin był seksualnym impotentem i nie ujawniał zainteresowań seksualnych w żadnej dziedzinie, cała jego namiętność i żywiołowość wyładowywały się w akcji rewolucyjnej. Natomiast ze Stawrogina zrobił Dostojewski człowieka, który przez seksualną rozpustę, rozwydrzenie, lubieżność dochodzi do obrzydliwych zbrodni, zbrodnie każą mu się rozstać z Bogiem i w ten sposób u kresu swej wędrówki znalazł się w spisku ateistycznym i rewolucyjnym, a umiera oczywiście jako samobójca, wiesza się. Na wykrzywienie obrazu Stawrogina, na skrzywienie osi całych Biesów wpłynęła jedna okoliczność, a mianowicie, że powieść, którą od 75 lat czytamy jako Biesy, Biesami niepełnymi, którym wykastrowano nader istotny rozdział, nazywający się Spowiedź Stawrogina. Biesy drukowały się w miesięczniku Katkowa, wielkiego i inteligentnego wielbiciela talentu Dostojewskiego, a jednak musiał on odmówić Dostojewskiemu wydrukowania tego rozdziału ze względu na jego pornografię i sadyzm. Każdy redaktor miesięcznika zgodzi się, że Katkow nie mógł inaczej postąpić; późniejsi wydawcy Biesów, łącznie z Anią, poszli za jego przykładem, a jednak brak tego rozdziału powoduje niezrozumienie istoty postaci Stawrogina w Biesach. W świetle tego rozdziału Stawrogin miał być człowiekiem predestynowanym do odegrania pierwszorzędnej roli w społeczeństwie, człowiekiem pięknym, świetnie urodzonym, majętnym, utalentowanym, prawie genialnym, który zmarnował wszystko przez rozpustę seksualną, która wyprowadziła go na manowce moralne i popchnęła do zbrodni. Spowiedź Stawrogina jest istotnie kawałkiem literatury nader ciężkim. Wiemy już, że Dostojewski jest sadystą, ale sadystą specjalnym, nie opisuje on nigdy cierpień fizycznych, nie zajmuje się nimi wcale, jego skala tortur składa się wyłącznie z udręczeń moralnych, a instrumentem ulubionym jest upokarzanie człowieka i poruszanie w nim uczuć najintymniejszych, takich właśnie, o których normalny człowiek nigdy nie mówi, chowając je głęboko dla samego siebie. Na przykład częstą torturą Dostojewskiego jest opis, jak przyzwoite i dbające o pozory dziecko cierpi z powodu niegodnego, plugawego, nikczemnego zachowania się swego ojca wobec obcych, wśród licznego towarzystwa. Biesy miały nam zobrazować, w jaki sposób obrzydliwa rozpusta prowadzi do obrzydliwej zbrodni. Stawrogin pół uwodzi, pół gwałci małą dziewczyneczkę, która jest oczywiście uboga, nieszczęśliwa, bita przez matkę, krzywdzona przez wszystkich, delikatna, cicha, przestraszona, a po nienaturalnym dla jej wieku akcie płciowym rozpacza i powiada: "Straciłam Boga." Matka jej nie orientuje się w tym, co zaszło, ale Stawrogin zaczyna tę dziewczynkę dręczyć różnymi torturami, oczywiście zawsze moralnymi. W obecności Stawrogina dziewczynka idzie do jakiegoś pokoiku i Stawrogin domyśla się, że ona idzie tam, aby się powiesić, jednak jej nie przeszkadza, przeciwnie, czeka, z rozkoszą licząc minutę za minutą, aż do całkowitej pewności, że dziewczynka już się udusiła, już jest małym, samobójczym, potępionym trupem. Cel, który Dostojewski sobie wytknął, jest osiągnięty, swoim opisem wywołuje w nas absolutne obrzydzenie do seksualnej zbrodni, ale raz jeszcze musimy stwierdzić, że Dostojewski jest talentem okrutnym.

Liberałów reprezentują w Biesach: ojciec Wierchowieńskiego-Nieczajewa - Stefan Wierchowieński oraz Karmazinow. Stefan Wierchowieński, według świadectwa samego Dostojewskiego, miał być profesorem Granowskim z Moskwy, który był swego czasu wybitnym liberałem, przedstawicielem szkoły zachodniej, przyjacielem Bielińskiego etc. Karmazinow to Turgieniew, jak o tym już pisaliśmy. Liberałów przedstawił nam Dostojewski może z jeszcze większą znajomością środowiska, lecz z większą złością, zawziętością. Rewolucjoniści mają charakter, upór, wreszcie reprezentują pewne wartości fachowe. Natomiast liberał w ujęciu Dostojewskiego to frazes, małoduszność, tchórzostwo. Boją się rządu, boją się rewolucjonistów, wciąż kłamią i przybierają teatralne pozy. Łączy ich z rewolucjonistami tylko niechęć do Rosji. Dlatego też - powiada patriota Dostojewski - Wierchowieńscy-ojcowie mogli rodzić tylko Wierchowieńskich-synów, czyli nieczajewców. Głupi gubernator, naturalnie Niemiec, von Lembke i głupi jego szef bezpieczeństwa, oczywiście także Niemiec, robią rewizję u frazesowicza Wierchowieńskiego-ojca, podczas gdy prawdziwy rewolucjonista Wierchowieński bezczelnie ciąga ich za nos.

W kryminaliście, który w pewnej chwili odmawia rewolucjonistom pomocy, widzimy odblask ślepej wiary w lud rosyjski. W scenie z przedstawieniem amatorskim, patetycznymi liberałów, wariującym gubernatorem i łuną pożaru za oknami sali upatrywał Dostojewski symbol społeczeństwa reżyserowanego przez "biesów". Gdy się tę scenę dziś czyta, ma się przedziwne wrażenie spełnionego proroctwa. Początki rewolucji 1917 roku wyglądały podobnie.

Można powiedzieć, że liberałowie zwyciężyli w Rosji w 1905 i 1917 r., rewolucjoniści zwyciężyli w 1918 r., a potem zaczynają się już ewolucje życia nowej Rosji, które z rozważaniami wypowiedzianymi w tej książce i z życiem Dostojewskiego nic nie mają wspólnego. Ale nie trzeba myśleć, że od pierwszego zamachu na cara w 1866 żądania dalszych reform i fala rewolucji szła ciągle, nieustannie, systematycznie w górę, że cofanie się fali rewolucyjnej przypisać należy wyłącznie mechanicznemu działaniu represji policyjnych. W ten sposób rozumieć historii ani jej pisać nie można. Prawda, że w kilka lat po wydrukowaniu Biesów powstała silna organizacja terrorystyczna, która ostatecznie w cztery tygodnie po śmierci Dostojewskiego zamordowała Aleksandra II. Ale już się przygotowywała antyrewolucyjna reakcja w społeczeństwie rosyjskim, i to bynajmniej nie oparta wyłącznie na fizycznej sile policyjnego państwa, lecz także na świadomości społecznej, na zmianie poglądów społeczeństwa. Fala rewolucji miała swe przypływy i odpływy, i te odpływy były wywołane przez publicystów tego typu, co Katkow, przez pisarzy i myślicieli tego typu, co Dostojewski. Zresztą używając wyrazu: "typu", mówimy niesłusznie i krzywdzimy wielkiego pisarza, który stał samotnie, działał bez przyjaciół, bez pieniędzy, bez uznania i bez zachęty. Ludzie, którzy z rąk zdenerwowanego Dostojewskiego brali futerko Ani, aby mu za nie dać kilka srebrnych półtalarków, bardzo by się zdziwili, gdyby im ktoś powiedział, że ten człowiek przygotowuje zwrot społeczny i polityczny, który wymierzyć się dokładnie w pieniądzach nie da, lecz gdyby ktoś zadał sobie trud obliczać tylko gospodarcze jego znaczenie, musiałby myśleć kategoriami milionów złotych monet.

 

XX

MESJANIZM ROSYJSKI

 

We wrześniu 1871 wraca Dostojewski po czteroletnim pobycie za granicą do Petersburga, jak zawsze bez pieniędzy, natomiast z żoną i z dwojgiem małych dzieci. W Genewie pogrzebał swą pierwszą córeczkę, Sonię, ale do Petersburga przywozi dwuletnią Lubow i dwumiesięcznego Teodorka. Zamieszkał na razie w okropnych jakichś pokojach umeblowanych; wiadomość o jego powrocie dostała się do gazet; dawni wierzyciele obskakują go ze wszystkich stron; instytucja więzienia za długi istnieje i działa jeszcze w Rosji, i wszyscy wierzyciele grożą, że osadzą w nim Dostojewskiego. Ale oto Ania zmężniała za granicą. Ona, nie Dostojewski rozmawia z wierzycielami; oświadcza, że jej mąż gotów jest iść do więzienia, ale wtedy ona kopiejki nie zapłaci; zaczynają się układy o rozłożeniu długów na raty i Ania zaczyna spłacać te raty regularnie. Zjawia się także pasierb Pasza; w międzyczasie ożenił się i chce mieszkać razem z Dostojewskimi. Ania, która się go tak bała zaraz po zamążpójściu i która uciekała z Petersburga za granicę przed jego bezczelnością i jego wpływem na męża, a jego ojczyma, teraz wzrusza tylko ramionami na taką propozycję. Z Paszą stosunki Dostojewskiego robią się teraz z miesiąca na miesiąc coraz dalsze, wreszcie korespondencja nabiera charakteru coraz bardziej oficjalnego i urywa się, co zresztą nie przeszkadza temu, że Pasza wciąż, gdzie tylko może, powołuje się na swego "ojca", Dostojewskiego, ale wciąż się wałkoni i z każdej posady, którą otrzymuje, jest wypędzany po kilku najwyżej miesiącach.

Ania dokonywa cudów. Upłynie jeszcze trochę czasu i Ania wyda Biesy Dostojewskiego, otrzymawszy kredyt na papier i kredyt w drukarni. Zamiast, tak jak dotychczas, brać zaliczki od wydawców i podpisywać z nimi drakońskie kontrakty, Dostojewski, a raczej Ania sprzedaje egzemplarze Biesów wprost do księgarń omijając hurtowników, i ściąga o wiele większe zarobki, niż je kiedykolwiek mógł mieć Dostojewski. Dzięki Ani Dostojewski pomału przestaje być człowiekiem, którego nie opuszczała codzienna troska, od kogo pożyczyć pieniędzy na obiad.

Na razie jeszcze Biesy drukują się w miesięczniku Katkowa w Moskwie. Katkow już jest publicystą, który ma olbrzymi wpływ na rząd. Wysokim dygnitarzem już jest Pobiedonoscew, który później będzie oberprokuratorem świątobliwego synodu. Sam tytuł tego urzędu drze nasze uszy swoim żargonem. Oberprokurator to tytuł cudzoziemski, niemiecki, zwłaszcza straszne jest to "ober", tak jak mówi się po niemiecku ober-kelner, a "świątobliwy synod" to są wyrazy rosyjsko-cerkiewne i jak wszystko, co z religią jest związane, oczywiście prastare. Bastardyzm tego tytułu jest bardzo typowo Piotrowo Pierwszy. To Piotr Wielki zniósł patriarchat w Rosji (przywróciła go dopiero rewolucja, przed przyjściem bolszewików do władzy) i zamiast patriarchy ustanowił tylko synod złożony z kilku biskupów i podporządkował ich całkowicie swojemu urzędnikowi, jednemu z ministrów, o nazwie oberprokuratora. W ten sposób życie religijne w Rosji było kierowane ręką policjanta, niczym ruch na jezdni wielkiego miasta.

Przez swoją współpracę z Katkowem Dostojewski związał się już z publicystyką pewnego typu. Ale oto teraz trzej nowi ludzie zaczynają w życiu Dostojewskiego grać ogromną, decydującą role. Ludźmi tymi są: sam następca tronu, ówczesny cesarzewicz Aleksander, późniejszy Aleksander III, książę Mieszczerski i wreszcie, niewątpliwie najgłębszą, Pobiedonoscew.

Aleksander III sportretowany został przez znakomitego rzeźbiarza, Rosjanina po ojcu, Włocha po matce, księcia Paolo Trubeckiego w pomniku petersburskim. Ogromny, olbrzymi, niezgrabny, jakby wyrąbany toporem chłop siedzi na ogromnym, olbrzymim, ciężkim koniu rosyjskim, z rasy tych koni, które używane są do przewożenia ciężarów. Koń ma przystrzyżony ogon na sposób europejski, chłopiszcze na nim siedzące ma na głowie mundurową czapkę. Łapsko olbrzymie mocno trzyma cugle wielkiego zwierzęcia. Nigdy i nigdzie monument nie był w równej mierze sarkazmem. Rzucone tu zostało oskarżenie tak ciężkie, jak kamień, z którego pomnik został wyciosany. Ten pomnik krzyczy: chamski car chamskiego narodu. Wzniesiony został już po rozruchach rewolucyjnych 1905 r. i petersburszczanie mówili o nim: komoda, na komodzie hipopotam, na hipopotamie potwór, na potworze czapka.

Czasy panowania Aleksandra III były czasami policyjnej reakcji. Demokratyczne instytucje stworzone przez Aleksandra II, jak samorząd ziemski i miejski, autonomia uniwersytetów, sąd, nie zostały co prawda cofnięte, lecz były wstrzymane w swym rozwoju. Aleksander III nie ogłosił po wstąpieniu na tron manifestu, który postanowił ogłosić zamordowany jego ojciec, o konstytucji dla Rosji. Za panowania policyjnego Aleksandra III nie było nieustannych zamachów na życie cara, które co chwila miały miejsce za czasów jego liberalnego ojca. Wrzenie rewolucyjne ustało. Aleksander III istotnie trzymał cugle sztywną ręką.

Ale pogląd, że Aleksander III sam był bydlęciem i potworem, grzeszy przesadą. Ten olbrzym z łysą czaszką i dużą chłopską brodą był to niewątpliwie człowiek tępy, ale prawy. Był niezdolny, ale głęboki. Zasługuje na książkę, która by go broniła przed mdłymi, banalnymi zarzutami. To nie prawda, że był igraszką w rękach Pobiedonoscewa, jak sobie ludzie upraszczają historię; prawda natomiast, że w Pobiedonoscewie widział sojusznika ideowego i prawda także, że nie Pobiedonoscew jemu, lecz on Pobiedonoscewowi wskazał na Dostojewskiego, i to po przeczytaniu Zbrodni i kary, książki, która do łatwych do zrozumienia nie należała.

Wiedziano powszechnie, że Aleksander II czyta Turgieniewa, ale Dostojewski nie marzył nawet, by mógł go czytać następca tronu, ciągle przecież miał wyznaczone przez policję dla siebie miejsce wśród rewolucjonistów i to nie ulegało żadnej zmianie.

Jesienią 1871 r. Dostojewski poznaje ks. Mieszczerskiego, który musiał coś przewąchać o lekturze następcy tronu, bo jest dla Dostojewskiego nader uprzejmy. Zimą 1872 r. Dostojewski poznaje Pobiedonoscewa. W ciągu tego roku sam proponuje Mieszczerskiemu, że zostanie redaktorem jego miesięcznika "Grażdanin", i od l stycznia 1873 r. oficjalnie obejmuje tę redakcję.

Dziwny ten sojusz trwa niedługo. Książę Mieszczerski była to figura obrzydliwa, pisarz małego talentu, pretensjonalny, intrygant do szpiku kości. Udało mu się wkręcić do otoczenia następcy tronu, ale późniejszy cesarz Aleksander III po pewnym czasie poznał się na kanalii i zabronił mu pokazywać się na oczy.

Dostojewski był redaktorem tego "Grażdanina" tylko do wiosny następnego, 1874 r. Drukował tam swoje artykuły w rubryce pt. "Dziennik Pisarza", później, w 1876 i 1877 r., wydaje Dostojewski "Dziennik Pisarza" jako swój własny miesięcznik, zawierający wyłącznie jego własne rozmyślania, refleksje i wypowiedzi, bez udziału obcych współpracowników. Przychodząc do "Grażdanina" Dostojewski wywrócił to pismo do góry nogami. Usunął z niego snobistyczne śmiecie różnych znajomych Mieszczerskiego. Nie mógł tylko usunąć artykułów samego wydawcy, który, aczkolwiek ogólnie o nim wiedziano, że nie lubił kobiet, podpisywał swe polityczne pouczenia zalotnym pseudonimem "Przystojna Kobietka". Dostojewski zżymał się na te elukubracje, pisane z wyniosłą niedbałością o dokładność faktów i dat historycznych, i przerabiał je tak, że sam autor nie mógł ich poznać, o co powstawały zrozumiałe scysje. Ale redakcyjna, nieduża zresztą pensja pozwalała Dostojewskiemu jakoś związać koniec z końcem i zamieszkać latem w uzdrowisku Staraja Russa nad jeziorem Ilmień. Nareszcie otrzymywał Dostojewski pieniądze ze źródła, które, aczkolwiek było mu całkowicie obce, nie należało przynajmniej do jego ideowych wrogów. Przecież w Genewie, za czasów gdy pisał swą antyrewolucyjną powieść, pożyczał Dostojewski po 10 lub 30 franków na mleko dla dziecka od Ogariewa, jednego z głównych rewolucjonistów, przyjaciela Herzena i Bakunina.

Wspomnieliśmy Herzena. W pierwszych dwóch artykułach w "Grażdaninie" Dostojewski wciąż mówi o Herzenie, i mówi o nim z szacunkiem, opowiada swoje z nim rozmowy, chociaż kontakt z Herzenem uważany był w Rosji za ciężkie przestępstwo. Duch Dostojewskiego miał w sobie zmysł przeciwieństwa, zresztą miało to znaczyć: jestem myślicielem niezależnym, nie nałożycie mi nigdy żadnej liberii. Toteż stosunek jego z Mieszczerskim prędko się popsuł, nie tylko ze względu na osobiste wady Mieszczerskiego, ale także ze względu na przeciwieństwa ideowe. Mieszczerski był intrygantem i kanalią, niewiele miał szczerych przekonań, ale jeśli je miał, to były one jednak konserwatywne. Dostojewski wstąpił do obozu konserwatywnego, ale Dostojewski konserwatystą nie był. Można nawet powiedzieć, że oderwał carów rosyjskich od konserwatywnego światopoglądu. Ostatnim konserwatystą na tronie był Mikołaj I; Aleksander II był liberałem, ostatni dwaj carowie podzielali już ideologię Dostojewskiego, a ta konserwatywną nie była.

Właśnie "Dziennik Pisarza", drukowany w 1873 i 1874 na łamach "Grażdanina", a w 1876 i 1877 wydawany jako organ niezależny, daje nam podstawę do precyzowania poglądów Dostojewskiego w dziedzinie filozoficznej, politycznej i społecznej. Konserwatyzm to miłość skarbów zdobytych przez kulturę wieków. Konserwatyzm to wyciąganie doświadczeń z przeszłości i popieranie tego, co swoją dobroć wykazało, opieranie się na dokonanych doświadczeniach. Poglądy wypowiadane przez Dostojewskiego miały zawsze dynamikę rewolucyjną.

Chrześcijaństwo. Dostojewski był niewątpliwie uczniem Ewangelii i z tego tytułu przeciwstawiał się socjalizmowi. Często powraca do przypowieści, jak szatan kusił Chrystusa mówiąc mu, że może przecież kamienie leżące na pustyni zamienić w chleby i nakarmić nimi lud, a Chrystus mu odpowiedział: "Nie jednym chlebem człowiek żyje." W słowach tych upatrywał Dostojewski potępienie całej materialistycznej doktryny Marksa i doktryny walki klasowej o dobra materialne. Ale z drugiej strony Dostojewski, zwalczając wciąż Kościół katolicki, wskazywał, że katolicyzm pogodził się z podziałem świata na sytych i głodnych, na wyzyskujących i pokrzywdzonych. Według Dostojewskiego chrześcijanin powiada: dzielę się z bliźnim moim wszystkim, czym podzielić się mogę, a socjalista powiada: oddaj mi, musisz mi oddać, odbiorę ci to, czego masz więcej ode mnie. Chrześcijaństwo wychodzi z miłości do bliźniego, która musi być uczuciem dobrowolnym, socjalizm - z nienawiści klasowej. To jednak, że w Zbrodni i karze Dostojewski Raskolnikowowi z toporem w ręku powiedział: nie zabijaj; nie oznacza bynajmniej, aby uważał, że lichwiarka dobrze robiła ciułając sobie pieniądze, zbierane na nędzy ludzkiej.

"Zachodowcy" a Europa. Jedno z najgłębszych spostrzeżeń Dostojewskiego to jego uwaga dotycząca Rosjan-zwolenników szkoły zachodniej, "zachodowców". "Twierdzą, że wolą Europę od Rosji - pisał Dostojewski - a czemuż w Europie łączą się z europejskimi ruchami rewolucyjnymi, wsiąkają w nie. Przecież te ruchy rewolucyjne to właśnie negacja, zaprzeczenie, walka z Europą, z jej historią, tradycją, cywilizacją. Nasi "zachodowcy" i rewolucjoniści nie kochają naprawdę Europy, skoro od razu łączą się z obozem negacji Europy. Właśnie przez tę negację Europy ujawniają, że są Rosjanami. Są Rosjanami bardziej niż słowianofile."

Całe to rozumowanie jest całkiem słuszne. Konserwatyzm w każdym kraju jest inny, ale w Rosji nie ma odpowiedniej aury do powstania konserwatyzmu. Kto zna i porównuje Rosję i sąsiadującą z nią Polskę lub Rosję i odległe od niej Francję czy Hiszpanię, ten zgodzi się, że polscy, francuscy, hiszpańscy rewolucjoniści będą mieli więcej zainteresowań do historii, przeszłości, tradycji, do rzeczy stałych i niezmiennych, niż je mieli Rosjanie z czasów carskich na wysokich stanowiskach urzędowych. Mikołaj I był konserwatystą, obrońcą świętego przymierza, ale konserwatyzm jego miał charakter nie rosyjski, a raczej niemiecki, ogólnoeuropejski, legitymistyczny. Słowianofile byli pół na pół rewolucjonistami, ponieważ adoptowali wiele rewolucyjnych mrzonek, a pół na pół romantykami, chcącymi wskrzeszać rosyjską przeszłość. Cóż, kiedy i jedno, i drugie były to rzeczy wzięte z Europy, kiedy wizje o dawnej Rosji tworzone były na podstawie iluzji wywołanych na tle miłości do rzeczy zupełnie nierosyjskich, a za to bardzo europejskich, a tylko przebranych, przemaskowanych na sposób rosyjski, jako tym już pisałem.

Uwaga Dostojewskiego, że rosyjscy "zachodowcy" właśnie dlatego, że się łączą z obozem rewolucji europejskiej, są Rosjanami - była głęboko słuszna.

Dostojewski a Europa. Dostojewski nienawidził Europy, zwłaszcza nienawidził katolicyzmu. Często wspomina też o Francji, jako o pierwszej córze katolickiego Kościoła. Skłonny jednak jestem przypuszczać, że gdy Dostojewski pisze, o Francji z niechęcią, to myśli o Polsce. Polska o kulturze łacińskiej i katolickiej zbyt blisko stała Rosji, a wówczas należała do Rosji. Z różnych powodów Dostojewski za swą misję uważał powstrzymywanie penetracji kultury polskiej do Rosji. Świat słowiański może się zgromadzić dokoła Rosji tylko po wyklęciu Polski - myślał. Stworzył typ "polaczka;, "polaczyszki", powołującego się wciąż na swój honor, a w istocie oszusta i nikczemnika, i taki typ odwiedza po kolei prawie wszystkie jego powieści.

Rzecz charakterystyczna. Dostojewski obejmuje redakcję "Grażdanina", wydawnictwo konserwatysty rosyjskiego, obejmuje to pismo z oddalonego błogosławieństwa samego cesarzewicza, kuzyna wszystkich domów panujących w Europie. Aktualną jest wtedy walka republiki z monarchistami w Hiszpanii i aktualną kwestia restauracji monarchii we Francji w osobie hrabiego Chamhord. W obu wypadkach Dostojewski wypowiada się po stronie republiki przeciw monarchii. A przecież swoich cesarzy Dostojewski kocha szczerze i z całej duszy. Płomienny monarchista na Rosje, sympatyk republiki, w Europie. Jak dużo to daje do myślenia.

Publiczność pierwszej i trzeciej klasy. W "Dzienniku Pisarza" stwierdzamy to nader stanowczo, chociażby w opisach podróży Dostojewskiego po Rosji kolejami czy parostatkami: Dostojewski nienawidzi i pogardza warstwą, która w Rosji jeździ pierwszą klasą, ubóstwia i kocha dopiero pasażerów III klasy. Pierwszą klasę przedstawia nam jak jakieś stado sprośnych małp naśladujących Europę. Dostojewski jest zawsze przekonywający, porywający, gdy chłoszcze i poniża, gdy jednak oświadcza nam, że lud rosyjski ma wszelkie możliwe cnoty, to wywołuje w nas pragnienie usłyszenia jakichś dowodów lub argumentów, poza gorącym wyznaniem tej wiary.

Dostojewski - nacjonalista. Dostojewski w pewnej chwili wypowiada przekonanie, że Bóg jest prawdziwym Bogiem dopiero wtedy, gdy jest Bogiem narodowym, jak Bóg starożytnego Izraela. Byłaby to zasada przeciwna światopoglądowi chrześcijańskiemu, zasada, która by z Dostojewskiego czyniła prekursora hitleryzmu. Toteż nie bronił on tej pozycji. Był on jednak mesjanistą rosyjskim. W liście do cesarzewicza Aleksandra, przesyłając mu egzemplarz Biesów, pisze:

"...nie uważam przede wszystkim nieczajewców za zjawisko odosobnione; jest ono konsekwencją oderwania się oświeconego Rosjanina od rodzimej istoty rosyjskiego życia. Nawet najbardziej utalentowani przedstawiciele tej pseudo-europejskiej szkoły doszli do przekonania, że Rosjanom nie wolno jest marzyć o kulturalnej odrębności. Najstraszniejsze jest to, że oni mają rację. Bo gdyśmy raz powiedzieli o sobie, że jesteśmy Europejczykami, to tym samym wyrzekliśmy się swojej rosyjskości. W zażenowaniu i w strachu, że się tak spóźniamy w stosunku do Europy, zapomnieliśmy, ze w głębiach rosyjskiej narodowej duszy mieści się zdolność powiedzenia nowego słowa całemu światu pod warunkiem utrzymania odrębności naszego rozwoju."

Jest to więc typowy mesjanizm. Rosja uzdrowi świat, o ile pozostanie ciałem odrębnym. Grymas ironiczny historii sprawił, że nowe słowo, które Rosja powiedziała światu, pochodzi nie od duchowych potomków Dostojewskiego ani też od potomków jego dostojnego adresata, lecz od duchowych sukcesorów potępianego właśnie przez niego Nieczajewa.

A być może miał rację Dostojewski, gdy w swoim "Dzienniku Pisarza" w 1876 r. pisał:

"...najwspanialej rosyjski książę Gagarin, zostawszy Europejczykiem, uznał za konieczne nie tylko przyjąć katolicyzm, lecz od razu wskoczył do zakonu jezuitów. Kto z nich jest więcej rosyjski? Czy nie potwierdza ten przykład skrajnego konserwatysty księcia Gagarina mego paradoksu, że rosyjscy europejscy socjaliści i komunardzi - nie są Europejczykami i skończą na tym, że staną się z powrotem korzennymi i prawdziwymi Rosjanami, kiedy opadną nieporozumienia i kiedy oni nauczą się Rosji, a po drugie, że Rosjanin nie może zostać Europejczykiem na poważnie, pozostając choć trochę Rosjaninem, bo w Rosji jest coś szczególnego, do Europy zupełnie niepodobnego."

Dziwnie jest czytać te proroctwa w lat siedemdziesiąt po ich wypowiedzeniu.

Synteza. Poglądy polityczne Dostojewskiego dadzą się w następujący sposób zsyntetyzować. Bóg rosyjski, prawosławny, rosyjskie mesjaniczne słowo całemu światu, lud rosyjski instrumentem Opatrzności, car rosyjski, natchniony wyraziciel idei ludu rosyjskiego. Pogarda dla inteligencji, bogatych, jako dla Europejczyków, sceptyków, ludzi oderwanych od gruntu rosyjskiego.

Dostojewski nie był konserwatystą. Co prawda, ruchy rewolucyjne są we wszystkich krajach do siebie podobne, a konserwatyzm każdego kraju jest zupełnie odmienny, ale poglądy Dostojewskiego nie zawierają w sobie nawet drzazgi podobieństwa do jakiegokolwiek konserwatyzmu. Przeciwnie, są to poglądy par excellence dynamiczne, nawet na swój sposób rewolucyjne.

Współwyznawcą tych idei był Konstanty Pobiedonoscew. Jest on, jak Dostojewski, wnukiem popa; opisał go Lew Tołstoj jako męża Anny Kareniny, maniaka religijnego i dostojnego rogacza. Był to jednak jeden z ministrów o najwybitniejszej indywidualności za panowania Aleksandra III i Mikołaja II i postać jego rzucała cień na te czasy. Rewolucja, liberałowie nienawidzili Pobiedonoscewa. Miarą indywidualności człowieka będzie zawsze nienawiść jego wrogów. Jeśli jest potężna - człowiek jest dużo wart. Molto nemici, molto onore [Wielu wrogów, wiele honoru] - powiedział "szakal" Mussolini. Rewolucja rosyjska wiedziała, że ośmieszany przez żonę rogacz Pobiedonoscew nie jest stupajką biurokratyczną, oportunistą czy karierowiczem na szczeblu ministra, lecz czuła w nim zawziętego, inteligentnego wroga ideowego. Z dwóch nowych znajomych Dostojewskiego książę Mieszczerski był pajacem i gałganem, Pobiedonoscew człowiekiem głębokiej wiedzy.

Dostojewski i Pobiedonoscew dążyli do rodzaju kalifatu ludu rosyjskiego, do teokracji cesarskiej, sprawowanej w imię wierzeń religijnych ludu rosyjskiego. Obaj wierzyli gorąco, że lud rosyjski jest głęboko religijny. Idealizacja środowiska w stosunku odwrotnym do jego umysłowego rozwoju zdarzała się i zdarza dość często.

Aleksander III podzielał ich poglądy. On także był człowiekiem wierzącym, może nawet bardziej niż Dostojewski, który tylko "chciał wierzyć", i gotów był podjąć się obowiązków rosyjskiego cezaropapieża... Ale ten olbrzym miał jednocześnie duże poczucie zdrowego sensu i brak nerwowości, co sprawiało, że stosunek jego do tych ideałów było mniej więcej taki sam jak stosunek bogobojnego kupca do zapowiedzi, że łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu człowiekowi wejść do nieba. Aleksander III gotów był być teokratą, ale bez naruszania w czymkolwiek policyjnego aparatu swego ogromnego państwa. Poza tym Aleksander III zniósł eleganckie mundury swej armii i zastąpił je przez workowate ubrania, mające pewne podobieństwo do ludowych strojów rosyjskich, sam nosił duże buty z dużymi łatami na dużym palcu, jadł proste chłopskie potrawy, zakazał swoim dyplomatom posługiwania się francuszczyzną, a nawet raz w kopenhaskim parku oblał wodą króla szwedzkiego z sikawki ogrodowej. Powiedział też raz: "Europa może sobie poczekać, gdy rosyjski car łapie ryby." Wizje Dostojewskiego traciły swój archanielski charakter przy takim wykonaniu. Nie znaczy to zresztą, abym w porównaniu z mędrcem Dostojewskim uważał Aleksandra III za durnia. O, nie!

Dostojewski nie miał szczęścia do potomstwa. Z czworga jego dzieci najstarsza córeczka umarła, jak wiemy, wkrótce po urodzeniu, najmłodszy synek, Aleksy, mając dwa lata dostał nagle ataku epileptycznego, strasznego, trwającego od 9 rano do 12 w południe, po czym zdrętwiał i umarł. Dostojewski czuł się winny cierpień tej niewinnej istoty. Córka Dostojewskiego, Lubow, napisała idiotyczne pamiętniki, w których na każdej stronnicy wywodzi, że Dostojewski nie był Rosjaninem, a jego syn Teodor stał się rodzajem arystokratycznego snoba, zajmującego się wyłącznie końmi i wyścigami. Degeneracja prędko wstąpiła w ślad życia tego pisarza.

Najważniejsze jest to, że degeneratem jego idei był ostatni cesarz rosyjski, Mikołaj II. Był to dostojewszczyk ideowy czystej krwi, a rozpłomieniona w nim przez Dostojewskiego mistyka religijna i miłość rosyjskiego prostego ludu wylała się w formy okropne: w uwielbienie Rasputina.

 

XXI

DOSTOJEWSKI I NIEKRASOW

 

Od stycznia 1875 nowa powieść Dostojewskiego Wyrostek drukuje się w miesięczniku, ale nie w miesięczniku Katkowa, jak dotychczas, lecz Niekrasowa, który, po zamknięciu mu przez Murawiewa "Sowriemiennika", wydzierżawił od swego dawnego wroga, Krajewskiego, "Zapiski Ojczyste" i teraz je wydawał redagując w ten sam sposób, jak kiedyś redagował "Sowriemiennika". Niektórzy przyjaciele Dostojewskiego, jak Majakow i Strachow, upatrzyli w tym nagłym przeniesieniu się do radykała Niekrasowa zdradę idei, którą Dostojewski wyznawał, i odsunęli się od niego. Istotnie, było to dość dziwne, że Dostojewski po wielu latach walki ze wszystkimi współpracownikami Niekrasowa teraz zmniejsza swoją powieść w jego wydawnictwie. Dostojewski tłumaczył, że Katkow drukować Wyrostka nie chciał, bo już był podpisał kontrakt z Tołstojem, ale to nie była prawda. Dostojewski za pośrednictwem korektorki z drukarni, w której drukował się "Grażdanin", zwrócił się pierwszy z propozycją do Niekrasowa, jeszcze przed skomunikowaniem się z Katkowem. Dostojewski chciał drukować swą powieść u Niekrasowa. Dlaczego? Względy polityczne nie wchodziły tu w rachubę, należy absolutnie wykluczyć, aby Dostojewski przeżywał w 1875 jakieś załamanie czy też jakąś dywagację w stosunku do swojej monarchicznej, religijnej i antyrewolucyjnej linii, której Niekrasowa był zaprzeczeniem, był wrogiem. O co tu więc chodziło?

Odpowiedź wygląda jak wieniec związany z kilku szarf. Niekrasow i jego wydawnictwa miały specjalny urok dla Dostojewskiego. Poza tym osoba Niekrasowa przyciągała i interesowała Dostojewskiego w ogóle, a w okresie pisania Wyrostka w szczególności. Pamiętamy scenę przy stole pani Panajew, kiedy Dostojewski, ośmiany i ośmieszony, wstał, wyszedł i zerwał z "Sowriemiennikiem". Uważał jednak zawsze, że pismo to ma najwyższy poziom artystyczny wśród wydawnictw literackich. "Sowriemiennik" ciągle imponował Dostojewskiemu i gdy wrócił z katorgi, znów zwrócił się do Niekrasowa proponując mu Sioło Stiepanczikowo, zgadzając się nawet na mniejsze niż gdzie indziej honorarium, byle tylko trafić na ten Parnas. Ale Niekrasow odmówił. Charakterystyczne jest, że rok 1875, w którym nareszcie powieść Dostojewskiego zamieszczona została przez Niekrasowa w jego miesięczniku jest rokiem przełomu w nastrojach, charakterze, nerwowości Dostojewskiego. Porównajmy artykuły w "Dzienniku Pisarza" w 1873 i 1874 r., czyli przed wydrukowaniem Wyrostka u Niekrasowa, a tymże "Dziennikiem Pisarza" w 1876 i 1877, i z łatwością zauważymy olbrzymie zmiany. W pierwszym okresie jest mnóstwo polemiki, bardzo ostrej, zgryźliwej, napastliwej, znać ciągle człowieka mającego kompleks upokorzenia. W latach 1876 i 1877 ten kompleks po raz pierwszy w całym życiu pisarza zacicha, uspokaja się i artykuły Dostojewskiego stają się mniej sarkastyczne, mniej drwiące, a natomiast spokojniej pouczające, wzmacniają się tony powagi ewangelicznej; pojawia się rzecz dotychczas u Dostojewskiego nie znana: spokój. Oczywiście wpłynęło na to także to, że Dostojewski w tym czasie przestał być hołyszem pożyczającym pieniądze od wszystkich swych znajomych. Ale twierdzę, że wpłynął na to także fakt, że Dostojewski nareszcie został wydrukowany przez Niekrasowa i wyzbył się kompleksu, że Niekrasow wyłącza go z klasy literatów, których drukuje. Memu rozumowaniu nie zaprzecza bynajmniej fakt, że w 1875 Niekrasow i jego wydawnictwa dawno już nie miały tego autorytetu najwyższego Parnasu literackiego w Rosji, jakie miały poprzednio, a on, Dostojewski, po ukazaniu się Zbrodni i kary i Biesów dawno już zdobył pierwszą klasę w literaturze i jakkolwiek nigdy za życia nawet w setnej części nie był tak ceniony, jak po śmierci, to jednak już w 1875 nie potrzebuje dla uzyskania wielkości żadnej niekrasowowskiej pieczątki. Ale cóż, Dostojewski był nerwowcem, to uważał siebie za geniusza, którym zresztą był naprawdę, to wpadał w depresję i próba z Niekrasowem była mu potrzebna dla uspokojenia własnego samopoczucia.

Ale to nie wszystko. Niekrasow przyciągał jeszcze Dostojewskiego jako postać związana z tematem Wyrostka. Jak już wiemy, w duszy bohaterów Dostojewskiego toczy się zawsze walka pomiędzy dobrem a złem, prawdziwy bohater Dostojewskiego zawsze składa się z tej walki dobrego i złego. Karmazinow z Biesów, w którym widzieliśmy wyłącznie rzeczy śmieszne i poniżające, nie jest bohaterem z powieści Dostojewskiego, jest to po prostu karykatura Turgieniewa, rzucenie Turgieniewa na karton sarkazmu, to jednostronne, karykaturalne, jednowymiarowe wyśmianie człowieka, będące epizodem w tej powieści, ale to bynajmniej nie bohater, nad wyrzeźbieniem którego pracowałby Dostojewski według swoich metod. Wszyscy prawdziwi bohaterowie Dostojewskiego są ludźmi, w których zło walczy z dobrem, ale zenit ta walka osiąga właśnie w duszy głównego bohatera, "wyrostka" Wiersiłowa. Wyrostek - to młody chłopak, syn tego Wiersiłowa, który kocha swego ojca, ale do końca powieści nie może zdać sobie sprawy, czy ojciec jego jest bohaterem, czy łajdakiem. Otóż Wiersiłow w niczym nie jest podobny do Niekrasowa, a jednak może być portretem tego Niekrasowa, bo może być portretem tego stopnia nasilenia sprzeczności zła i dobra w jednym człowieku, jakie znamionowało Niekrasowa. Młodzież rosyjska nie wiedziała wtedy, czy ma ubóstwiać poetę "ludowej zemsty i żalu" na podstawie jego buntowniczych i realistycznych, szlachetnych i rzewnych pieśni, czy też pogardzać nim na podstawie plotek, które kursowały o jego sybarytyzmie, orgiach, szulerstwie, brudnych aferach pieniężnych, okradzeniu Ogariewa. Stosunek ówczesnej młodzieży rosyjskiej do Niekrasowa był dokładnie taki sam, jak stosunek wyrostka do ojca, którego zmiennego postępowania nie mógł zrozumieć. Dostojewski sam w sobie wyczuwał tę walkę ze złem, kajał się przed Bogiem ze swych grzechów seksualnych, z owej defloracji małej dziewczynki, która, jak sądzę, miała jednak miejsce w jego młodości. Ale Niekrasow był o wiele wybitniejszym przykładem dobra i zła w jednym człowieku. Epileptyk Dostojewski miał w sobie coś demonicznego, nieludzkiego, a Niekrasow w swej powierzchowności, w swej sylwecie moralnej przypominał raczej kupca przedsiębiorczego i obrotnego, a nie Hamleta. Dostojewski wiele złego widział w Niekrasowie, a jednak był dla niego miękki i wyrozumiały. Dziwne! - Dostojewski nienawidził Bielińskiego i wszystkich pisarzy liberałów, którzy wyszli ze szkoły Bielińskiego, a którzy go poniżali, a właśnie do Niekrasowa, który brał przecież udział w tym wyszydzaniu Dostojewskiego, drukował nawet na niego wierszyki satyryczne i obelżywe, które Dostojewskiego bolały jak chory ząb, do tego Niekrasowa właśnie Dostojewski nie miał urazy.

Wstąpmy teraz w tajniki duszy ludzkiej, jak do ciemnego szybu kopalni.

Niekrasow był bardzo biedny, a stał się bardzo bogaty, doszedł do milionowej fortuny, zdobywał sobie dochody wydawaniem miesięcznika i szczęśliwą grą w karty. Otóż Dostojewski w głębi duszy sam chciał być takim Niekrasowem. Od dzieciństwa marzył o zdobyciu milionów i to odbija się we wszystkich jego powieściach. Metody, za pomocą których Niekrasow doszedł do pieniędzy, były mu bliskie i sam je próbował stosować - wydawał przecież razem z bratem miesięczniki: "Wriemia", które zostało zamknięte, i "Epokę", która zbankrutowała, i grał w ruletkę, tak jak Niekrasow grał w karty. Tylko Niekrasow umiał to wszystko robić, umiał być nawet, gdy potrzeba, lichwiarzem, wyzyskiwaczem, aferzystą, czasami złodziejem, a Dostojewski dawał się każdemu oszukiwać, podpisywał skandaliczne kontrakty z lichwiarzami, płacił cudze weksle i nie płacił własnych długów, a kiedy grał w ruletę, to unosił się, wariował, nie miał za grosz samoopanowania. Dostojewski nigdy nie potrafił być Niekrasowem, nie poniżyłby się do postępowania Niekrasowa, ale nie miał mu za złe, że doszedł do milionów, a raczej przeciwnie, wzbudzało to w nim sympatię, czuł się jakoś raźniej, gdy wiedział, że ten literat, a więc kolega po fachu, ma salony ubrane w trofea myśliwskie, lokai, majątki ziemskie i śliczne pojazdy. Poza tym Niekrasow w swych ślicznie śpiewnych wierszach był realistą, popierał Czernyszewskiego i Dobrolubowa, krytyków wzywających do realizmu. Mistyk Dostojewski był realistą, naturalistą, w sposobie swej twórczości wyprzedzał pod tym względem swoje czasy. Niekrasow był ateistą, ale i to mu Dostojewski wybaczał.

Dotychczas jednak mówiliśmy przeważnie o złych cechach charakteru Niekrasowa i czytelnik chciałby się może dowiedzieć o dobrych. Ano! Niekrasow, chociaż wessał w siebie fortunę Panajewa, chociaż zbierał pieniądze na miesięcznik dla Bielińskiego, a potem tegoż Bielińskiego od redakcji odsunął, to jednak był dobry dla swoich współpracowników, hojny, popierający talenty. Niekrasow był sentymentalny, często płakał, gdy był wzruszony. Pisał kiedyś wiersze o księżnej Wołkońskiej, która ze swym mężem poszła na Sybir. Pamiętniki księżnej Wołkońskiej pisane przez nią po francusku czytał mu i tłumaczył jej syn i Niekrasow od czasu do czasu przerywał to czytanie, bo miał oczy pełne łez. Tak samo płakał w czasie czytania wzruszających nowel i wzruszających wierszy. Był hojny i dobry dla ludzi prostych, dla chłopów, służby. Ale najwięcej go bronią jego własne wiersze. Prawda, że w nich potępiał to właśnie, co sam uprawiał, i czynił to w sposób cyniczny i prowokacyjny. A przecież struny pod jego palcami wydawały czasem dźwięki twarde i jakby nieociosane, jakby ordynarne, a jednak tak czułe, tak rzewne, tak delikatne, tak głębokim współczuciem dla cierpienia ludzkiego przepojone. Na rękopisach tych wierszy, na ich marginesie widniały zwykle cyfry, rachunki, podsumowania i jeszcze cyfry, cyfry bez końca. Puszkin na marginesach swych wierszy rysował zawsze kobiece nóżki, Niekrasow swoich podliczał ruble i kopiejki. Przez czas pewien radzieccy historycy literatury podkreślali ten fakt z uznaniem: po paniczu rozpieszczonym wiersze pisać zaczął człowiek o materialistycznym pojmowaniu dziejów.

Wspominaliśmy już, jak obrzydliwie postąpił Niekrasow z jakąś dziewczyną, której złamał życie. W wiele lat później odwiedzał jej grób: kajał się, pisze w swych wierszach, że był dla niej zły, a ona dla niego bardzo dobra. W 1862 umarł wypatroszony przez Niekrasowa z pieniędzy Panajew, a w 1863 Niekrasow zrywa z Panajewą, która przez tyle lat była jego kochanką i w której tyle ludzi się kochało i która była pierwszą poważną miłością Dostojewskiego. Tajemnica jej seksualnego powodzenia, poza oczywiście wspaniałą inteligencją i żywością umysłu, tkwiła w aksamitnych, ogromnych, czarnych, ogrzanych myślą i zainteresowaniem oczach i w specjalnej cerze twarzy. Panajewa była śniadą brunetką i miała prześliczne rumieńce, ale te rumieńce nie błyszczały, jak to często bywa u brunetek, lecz były zupełnie matowe. Lokaj Niekrasowa gościom, którzy dzwonili do mieszkania Niekrasowa, w którym Niekrasow zamieszkał po raz pierwszy, jeszcze jako człowiek ubogi, jeszcze wtedy, gdy było ono mieszkaniem Panajewa, gościom pytającym się o panią Panajew odpowiadał grubiańsko: "Ona już tu teraz nie mieszka"; w Rosji mówić o kimś "ona" jest niegrzecznie. Panajewa wpadła później w nędzę, ale Niekrasow nie chciał jej pomagać, przeciwnie, starał się jej utrudnić otrzymanie skądkolwiek pomocy; jakaś głucha złość rządziła jego stosunkiem do tej kobiety. A przecież na 10 lat przed zerwaniem Panajewa jeździła z nim za granicę, pielęgnowała, gdy był ciężko chory na nie rozpoznany przez lekarzy syfilis, i w pamiętnikach pisanych już długo po śmierci Niekrasowa Panajewa czci jego pamięć, broni go zawzięcie przed wszystkimi zarzutami, a zwłaszcza przed Turgieniewem. Teraz w pokojach wypędzonej Panajewej zamieszkała aktorka francuska, którą Niekrasow wziął na utrzymanie, ale którą później odesłał do Paryża. Przewinęło się kilka kobiet. Wreszcie znalazła się młoda dziewczyna, imię której i imię ojca Niekrasow zmienił, bo były trywialne, i która towarzyszyła mu już do śmierci. Niekrasow nazwał ją Ziną. Była wesoła, jeździła z nim konno po męsku, rozweselała poetę, gdy na niego nachodziły depresje tak silne, że całymi dniami nie mógł się zajmować ani literaturą, ani swoim miesięcznikiem, ani operacjami handlowymi, ani nawet kartami; leżał wtedy nieruchomo na kanapie i patrzał w sufit. Czasami leżał tak przez trzy dni. Niekrasow kupił majątek Karabichę, a raczej nie kupił, lecz wygrał w karty te olbrzymie dobra należące przedtem do ks. Golicynów, z wielkimi lasami i znakomitymi polowaniami. Tutaj zdarzyła się Zinie straszna tragedia. Niekrasow pojechał z nią na polowanie konno, zlazłszy z konia zaczął rozmawiać z gajowym, a Zina świsnęła na psa, ukochanego faworyta Niekrasowa, pontera Klado, i pobiegła z dubeltówką naprzód. Za chwilę usłyszano strzał, potem przeraźliwe wycie psa i przeraźliwszy jeszcze skowyt ze strachu samej Ziny. Blady Niekrasow pobiegł naprzód. Jak się okazało, Zina wsadziła w psa pełny nabój grubego śrutu. Pies miał brzuch rozwalony, wnętrzności wypełzały mu na ziemię. Niekrasow przyskoczył do niego, pies umierając zaczął lizać mu ręce. Niekrasow - opowiadał gajowy - zaczął płakać tak, jak płaczą "klikusze". Należy tu wytłumaczyć ten termin. Życie kobiety chłopskiej było ciężkie w Rosji. Obarczało ją straszliwe brzemię pracy, poza tym bił ją mąż, teść, teściowa, a czasami inni ludzie. U tych kobiet, zwłaszcza na północy Rosji, bardzo rozpowszechniona była wtedy choroba "klikuszestwo", rodzaj histerii; kobiety płakały i krzyczały, ale nie swoim głosem, głosem niepodobnym do swego. Ogromny procent kobiet na wsi zapadało wówczas na to "klikuszestwo". A więc Niekrasow wył nad tym zabitym psem jak taka chora kobieta, "klikusza". Potem zabrał trupa psa, pojechał do domu, zamknął się, nie dopuszczał nikogo do siebie przez kilka dni. Zina tarzała się u jego nóg, prosząc o wybaczenie tego, czemu była winna jedynie przez wypadek tragiczny. Wszyscy myśleli, że nastąpi rozstanie Niekrasowa z Ziną, ale ta "potrafiła utrzymać się na posterunku", jak jadowicie pisała siostra Niekrasowa, która chciała dziedziczyć po bracie. Zresztą Zina była zupełnie bezinteresowna, po śmierci Niekrasowa nie otrzymała nic; cała jego fortuna gdzieś się podziała, zdaje się, że była po kryjomu przekazana na cele ruchów rewolucyjnych i Zina w przekazaniu tym uczestniczyła, ale dokładnych danych nie mamy. Wiemy tylko, że Zina po śmierci Niekrasowa była biedna. Dostojewski był bogaty dopiero po śmierci, Niekrasow tylko za życia.

Wpływ Niekrasowa na społeczeństwo rosyjskie w ostatnich latach przed jego śmiercią był olbrzymi. Rosja ubóstwiała jego wiersze do histerii, do wariacji. Niekrasow umierał w chwili zenitu swej sławy. Umierał strasznie. Nie mógł skonania doczekać. Umierał przez półtora roku. Miał raka w kiszkach. Przez pięć miesięcy leżał, a raczej stał na czworakach. Jęczał ciągle. Zina pielęgnowała go po bohatersku. Nie opuszczała jego pokoju. Niekrasow pisał wtedy do niej wiersze:

 

Dwieście już nocy,

Dwieście już dni

Męki me przedłużają się,

Nocą i dniem

W sercu Twoim

Jęki me odzywają się.

Dwieście już nocy,

Dwieście dni;

Ciemne zimowe noce,

Jasne zimowe dnie.

Zina, zamknij zmęczone oczy,

Zina, śpij.

 

Inne piękne wiersze pisał wtedy Niekrasow: skarżył się, że walka przeszkadzała mu być poetą, pieśni przeszkadzały mu być bojownikiem.

W środku swych męczarni wziął ślub z Ziną. Kanony cerkwi prawosławnej nie pozwalają na ślub w domu, ale jakiś poczciwy biskup poradził zwrócić się do popa wojskowego, który ma prawo odprawić nabożeństwo w namiocie. Taki namiot ustawiono w mieszkaniu Niekrasowa, wciąż tym samym, wciąż z tymi samymi wypchanymi niedźwiedziami upolowanymi przez Niekrasowa, i Niekrasow w bieliźnie obchodził trzy razy "anałoj", czyli pulpit używany przy nabożeństwie prawosławnym, z unoszoną nad głową koroną, według rytuału.

Pojęcie, jak długo trwały męczarnie Niekrasowa, dają daty następujące - wiersz do Ziny: "Dwieście już nocy" napisany był w grudniu 1876, ślub był w kwietniu 1877, a umarł Niekrasow dopiero 27 grudnia 1877.

Omawiając Biesy opowiedziałem życiorys Nieczajewa, o którym myślał Dostojewski pisząc tę powieść. Wiersiłow z powieści Wyrostek w niczym nie przypomina Niekrasowa prócz tego jednego, że o Niekrasowie nie jeden człowiek, lecz całe pokolenie zadawało sobie pytanie: czy to kanalia, czy bohater. I to właśnie jest istotne. I dlatego Dostojewski musiał o Niekrasowie myśleć, gdy pisał Wyrostka, i dlatego zamiast streszczać tę powieść wolałem w tym rozdziale pożegnać się z Niekrasowem. Raz jeszcze skonstatujemy, że materiał do swych makabrycznych powieści brał Dostojewski z rzeczywistości rosyjskiej.

 

XXII 

PSYCHOLOGICZNA AUTOANALIZA

 

Ostatnie lata Dostojewskiego nie są już tak dramatyczne, jak jego życie poprzednie. Latem mieszka z rodziną w miejscowości Stara Russa nad jeziorem Ilmień, spędza tam nawet jedną zimę, z inicjatywy Ani, dla oszczędności. Trzy razy jeździ na kurację do Ems i pisuje wtedy długie i serdeczne listy do żony. Wytacza proces o obalenie testamentu swej ciotki i na tym tle kłóci się ze swymi siostrami, ale proces wygrywa i staje się właścicielem majątku ziemskiego. Pieniędzy już nie marnotrawi, bo zarządza nimi Ania. Rozszerza się wciąż koło jego znajomości wśród najwyższej biurokracji rosyjskiej.

W styczniu 1878 przerywa wydawanie "Dziennika Pisarza" i zaczyna pisać nową, ostatnią już swoją powieść Bracia Karamazow. Pobiedonoscew zarzuca tej powieści pewne dłużyzny, przy tym powiada, że Dostojewskiego Zbrodnia i kara może być uważana za ideał zwartości zamysłu, jasności architektonicznej, podporządkowania całej akcji jednej idei głównej. Uwaga ta jest słuszna. Oczywiście, że Zbrodnia i kara jest dramatyczną walką tezy "nie zabijaj", z antytezą "dlaczego nie mam zabić, jeśli to dla wszystkich będzie korzystne", walką, na którą patrzymy z zachwytem i zdenerwowaniem, z jakim w Rzymie patrzono na walkę dwóch gladiatorów na śmierć i życie, gdy długość i zawziętość tej walki nie gasiła, lecz przeciwnie, podniecała ciekawość. Ale uwaga Pobiedonoscewa jest znów charakterystyczna, dla tego, czego szukano w tej książce. Bardzo długo nikomu nawet na myśl nie przychodziło, że Dostojewski to pisarz religijny, to pisarz rozstrzygający problematykę Ewangelii, nawet w Zbrodni i karze nie dostrzeżono od razu znamion moralno-mistyczno-religijnych. Ale za czasów drukowania Braci Karamazow wszyscy już oczekiwali od Dostojewskiego nowych objawień filozoficzno-religijnych, tego więc także szukał w tej książce Pobiedonoscew, a i późniejsi jej krytycy i czytelnicy główną uwagę zwracali na takie ustępy, jak Opowieść o wielkim inkwizytorze, która wydawała się im być rzeczą najbardziej istotną w tej powieści. Kiedy dziś jeszcze mówimy: "Bracia Karamazow", odpowiada nam echo: Legenda wielkiego inkwizytora. A jednak słuszne to nie jest. Temat rzymsko-katolickiego arcybiskupa skazującego na śmierć Jezusa Chrystusa nie urodził się w Braciach Karamazow, nad tematem tym pracował Dostojewski już poprzednio wiele razy. Oczywiście, że w Legendzie wielkiego inkwizytora temat ten został opracowany najwspanialej i najefektowniej, ale nie to stanowi duszę tej książki, nie to jest jej osią.

Należy tu dodać, że Dostojewski sam zamierzał napisać powieść religijną, a tylko pióro ześliznęło mu się na inną zupełnie powierzchnię, a stało się tak raczej wbrew jego intencjom, jak o tym pisać poniżej będziemy. Dnia 16 maja 1878 umiera dwuletni synek Dostojewskiego, Aleksy, po nagłym ataku epileptycznym. Dostojewski jest w rozpaczy i łaknie pociechy religijnej. Później najsympatyczniejszy z bohaterów Braci Karamazow nosić będzie imię Aleksy. Teraz Ania namawia męża, aby odwiedził słynny klasztor, tzw. Optińską Pustyń, położoną niedaleko powiatowego miasta Kozielska. W klasztorze tym, a raczej obok niego, w pustelni, mieszkał "starzec" Ambroży, którego Dostojewski chciał poznać. Wraz z Włodzimierzem Sołowjewem, pisarzem i filozofem, Dostojewski przybywa do tego klasztoru i mieszka w nim dwa dni: 26 i 27 czerwca 1878. Bodaj po raz pierwszy od czasów Zapisek z martwego domu w powieści Dostojewskiego pojawia się trochę reportażu. W Braciach Karamazow opisany jest klasztor, nastrój tłumów przed cerkwiami, pustelnie, typy mnichów, nawet obiad u "ihumena", to jest przeora tego klasztoru, w dużej celi o niemalowanej, lecz czysto wymytej podłodze, nawet menu tego obiadu i smak doskonałego klasztornego kwasu. Klasztor koło Kozielska, wraz z kilkoma znajdującymi się w jego obrębie cerkwiami, zbudowany był nie w stylu rosyjskim czy bizantyjskim, lecz zachodniobarokowym. Wyczuwam, że Dostojewski nie doznał w czasie tej dwudniowej wizyty tych wrażeń i wzruszeń, po które przyjechał. Podejmowano go tam z honorami, obiady u przeora były na pewno wyśmienite, ale w jego reportażu tchną prawdą tylko postacie mnichów brutalnie zabobonnych. Opisał nam postać mnicha ascety, widzącego wszędzie diabłów jak obrzydliwe pająki. Dostojewski był człowiekiem o przeroście tego, co Francuzi nazywają "esprit de contradiction", po wiarę przyjechał, ale aspekty wiary, które zobaczył, wywołały w nim reakcje negatywne. W powieści Bracia Karamazow występuje "starzec Zosima", mnich natchniony, głęboki, wierzący mądrze i kulturalnie, teolog i filozof religijny. Zdaje się, że takiego starca Zosimy Dostojewski w monasterze kozielskim nie widział, że blaski do jego aureoli pozbierał z tego, co wiedział o świętych Kościoła zachodniego, katolickiego, jakkolwiek nie przyznałby się do tego ani przed czytelnikami, ani przed samym sobą.

Toteż główny impuls, kierujący ręką pisarza w czasie pracy nad Braćmi Karamazow, powstał, moim zdaniem, nie za podróży do monasteru w Kozielsku, lecz w okresie innej zupełnie podróży, wcześniejszej o rok, ale wiemy już, że Dostojewski zawsze z dużym opóźnieniem konsumował w swej twórczości swe osobiste przeżycia: już od kilku lat nie spotyka danej kobiety, a dopiero zaczyna ją opisywać; tak było z Korwin-Krukowską, która po raz pierwszy pojawiła się dopiero w Idiocie jako Agłaja.

Oto rok wcześniej, 20 i 21 lipca 1877, był Dostojewski w Darowem i w Czeremoszni, dawnych folwarkach swego ojca, co spowodowało, że nie tylko jego dzieciństwo wypełnione cierpieniami, lecz i całe jego życie jaskrawo i wyraziście stanęło mu przed oczami. Tutaj był zamordowany lubieżny jego ojciec, tutaj, jak się zdaje, on sam zgwałcił nieletnią dziewczynkę. Bracia Karamazow oczywiście, że zawierają sporo problematyki religijnej, filozoficznej, moralnej, bo Dostojewski chciał pisać wielkie dzieło filozoficzno-religijne, ale porwał go wiatr z lasu w Czeremoszni, który go przestraszył, jak niegdyś ten wiatr w czasie gorącego południa, gdy był małym dzieckiem i gdy pobiegł u chłopa, który orał pole, szukać opieki. Wiatr z Czeremoszni uniósł go w własną jego przeszłość. We wszystkich powieściach Dostojewskiego czynnik autobiograficzny, czynnik liryczny jest bardzo silny, ale nigdzie, nawet w Idiocie, nie ma w jednej setnej takiej autoanalizy psychologicznej, jak w Braciach Karamazow. Ostatnia ta, przedśmiertna książka Dostojewskiego to olbrzymi jego rachunek sumienia, chociaż byłoby ściślej i lepiej, gdybyśmy dla określenia tej książki nie szukali innych wyrazów prócz tych, którychśmy przed chwilą użyli: psychologiczna autoanaliza.

Dwie rzeczy w Rosji można postawić obok siebie, nie tylko jako klasę twórczego geniuszu, ale jako dzieła podobne, duchowo pokrewne: to Braci Karamazow Dostojewskiego i słynną cerkiew, sobór Pokrowski, czyli tak zwanego Wasilia Błażennawo na Krasnej Płoszczadi w Moskwie. W połowie XIV wieku był chłopak u szewca. Ktoś zamawiał u szewca buty na kilka lat, a chłopiec wybuchnął śmiechem, za co dostał po pysku, lecz objaśnił, że śmieje się, ponieważ zamawiający buty na kilka lat ledwo do jutra dożyje. Tak się też stało. Chłopak stał się później świętym, "jurodiwym", czyli szaleńcem, epileptykiem; zachowała się pamięć o jego cudach. Raz chciano go oszukać: ponieważ miał na sobie szubę bogatą, którą mu ktoś darował, pewien złodziej zaczął udawać zmarłego, a jego towarzysz wezwał świętego, aby szubą okrył zwłoki nieszczęsnego. Wasilij istotnie zrzucił szubę z ramion, lecz wyrzekł: "Niech się tak stanie, jak mówiłeś" - i okryty szubą zmarł natychmiast. Wasilij Błażenny żył długo, a Iwan Groźny, postrach Rosji, bał się go i szanował, a nawet odwiedzał w chorobie. Iwan Groźny wybudował także sobór, który później otrzymał nazwę Wasilia Błażennawo, który ma osiem kopuł, lecz każda jest inna, każda ma inny zupełnie rytm architektoniczny, połączenie ich ze sobą robi wrażenie dziwnego szaleństwa. Wewnątrz soboru trudno doszukać się nawy, jest tylko kretowisko korytarzyków, raptem przechodzących w jakieś kaplice, które z powrotem wpełzają w korytarzyki. Człowiek odczuwa jednak, że wielkie mistrzostwo tkwi w tym szaleństwie. To samo można powiedzieć o Braciach Karamazow. W ogóle budynek cerkiewny Wasilia Błażennawo i powieść Dostojewskiego Bracia Karamazow są to dwie rzeczy tak fantastycznie do siebie podobne, że z łatwością można się pomylić i jedno wziąć za drugie i odwrotnie.

Mój Boże! Rok 1878. Wojna rosyjsko-turecka, pokój w San Stefano, niebezpieczeństwo wojny z Anglią. Młody pisarz o gorzejących oczach, Wsiewołod Garszin, wstępuje na ochotnika do wojska, aby podzielić los sołdata. Dostojewski, który swoimi artykułami w "Dzienniku Pisarza" niewątpliwie przyczynił się do rozgrzania tych nastrojów, których rezultatem była wojna, nie wspomina o niej ani razu w swej powieści, pisanej w 1878 i 1879 r. Myśli jego oderwały się zupełnie od wypadków tego świata. Skierowały się w głąb własnej duszy.

Bohaterami powieści Bracia Karamazow są Teodor Karamazow ojciec, stary lubieżnik i potwór moralny, jego trzej synowie: Dymitr, Iwan i Aleksy, oraz jego lokaj, a domniemany syn nieprawy Smierdiakow - nazwisko pochodzi od przymiotnika "śmierdzący". Stary Karamazow miał kiedyś w nocy, na pustej ulicy, zgwałcić idiotkę-karlicę-żebraczkę o przezwisku "śmierdząca", i z tego bestialskiego związku urodził się chłopiec, z którego stary Karamazow zrobił sobie lokaja. Smierdiakow morduje starego Karamazowa, a później sam się wiesza, o to morderstwo posądzony jest Dymitr Karamazow i sąd przysięgłych skazuje go na 20 lat katorgi.

Powieść jest autobiografią, to znaczy autobiografią nie faktów, lecz uczuć, nastrojów, stanów psychicznych. Dostojewski nie był sądzony o morderstwo ojca, nie był mnichem itd., lecz przeżywał w swym życiu te właśnie stany psychiczne, te nastroje, które opisał w Braciach Karamazow. Raz jeszcze powtórzmy: Bracia Karamazow to psychologiczna autoanaliza. Kto w tej powieści jest Teodorem Dostojewskim? Otóż Dostojewski rozczłonkował swą osobę i stworzył z niej trzy postacie powieściowe: Dymitra, Iwana i Aleksego, braci Karamazow. Przesuwało mi się czasami przez głowę, że stary Karamazow to może także Dostojewski, a plugawy i podły lokaj Smierdiakow to może także Dostojewski, ale później stanowczo odrzuciłem te hipotezy. O starym Karamazowie napisała córka Dostojewskiego, Lubow, że Dostojewski sportretował w nim swego ojca. Świadectwa maniaczki Lubow nie mają dużej wartości, ale w tym wypadku należy się nad tym zastanowić i bynajmniej nie odrzucać go tylko z tego powodu, że sam Dostojewski kiedyś pisał: "Wychowałem się w rodzinie rosyjskiej i bogobojnej". Jeśli nawet Dostojewski nie portretował w starym Karamazowie swego prawdziwego ojca, to w każdym razie uznał w nim swego symbolicznego ojca, chciał nam powiedzieć: me namiętności, cnoty i marzenia narodziły się z takiego oto błota.

Lokaj Smierdiakow nie jest także Dostojewskim, lecz duchem blisko niego stojącym, przecież jest jego bratem przyrodnim, choć to braterstwo tak ohydny nosi charakter. Wrócimy do tej sprawy przy omawianiu postaci Iwana.

Dymitr Karamazow, najstarszy z braci Karamazow, jest już Dostojewskim. Jest to człowiek właściwie dobry i szlachetny, lecz nieopanowany, nie panujący nad swymi odruchami, hulaka, awanturnik. Sposób jego życia uzasadnia podejrzenia, że jest mordercą własnego ojca. Dostojewski obnaża tutaj swoje nerwowe niedomagania, widzieliśmy przecież Dostojewskiego zgrywającego się w ruletkę, wydającego w młodości owe 1 000 rubli przysłane mu w charakterze części spadku w ciągu jednego wieczoru, tego samego dnia, którego je otrzymał, aby potem znów cierpieć i skarżyć się na nieznośną biedę; widzimy Dostojewskiego wołającego w ambasadzie papieskiej w Paryżu: "Je veux cracher dans son cafe", Dostojewskiego podpisującego fantastyczne i skandaliczne kontrakty; ciągle poszukującego pieniędzy, zawsze gotowego do sprzedania zawczasu swych praw spadkowych za bezcen, chociaż później wszczynającego procesy o obalenie testamentu. Nigdy znajomość faktów z życia Dostojewskiego nie jest tak potrzebna, jak przy czytaniu Braci Karamazow. Dymitr Karamazow kocha się w Gruszeńce. Ta Gruszeńka to oczywiście Susłowa. Nic nie jest w stanie wypędzić z krwi i łaknień Dostojewskiego wspomnienia tej dziewki. Inne kobiety przechodzą przez powieść Bracia Karamazow również z wrzaskiem, histerią i płaczem, a jednak widać, że to już są oddalone cienie, że już autora nie pieką łzy z powodu ich utraty, że to już tylko teatr cieniów. Natomiast Gruszeńka... imię to po rosyjsku oznacza gruszkę, widać, że jest ona wciąż dla Dostojewskiego upragnionym owocem; jest coś niesłychanie żywego, podniecającego, ekscytującego w tej postaci. Gruszeńka jest zmysłowa trywialnie, brutalnie, lubieżnie i oto ubiera ją wciąż Dostojewski w czarną suknię i czarne koronki na głowę nic tak nie podnieca zmysłów, jak takie przeciwieństwa, dostarczyciele podrażnień seksualnych w Paryżu ubierają przecież prostytutki w habity zakonnic. Zjawa Susłowej wywołuje w Dostojewskim wrzenie krwi, wywołuje zamęt nerwów, innymi słowy, wywołuje w Dostojewskim... Dymitra Karamazowa. Dymitr to brat najstarszy, Aleksy to brat najmłodszy. Jeśli Dymitr to wrzenie krwi i nieopanowanie, brak autodyscypliny w Dostojewskim i inne spostrzeżone w nim przez niego samego cechy awanturnicze, to dla Aleksego obrał Dostojewski najlepszą cząstkę swej indywidualności. Aleksy jest altruistą, dobroczyńcą, jest mnichem i opuszcza klasztor tylko na rozkaz swego "starca". Aleksego wstrząsa brak cudu, gdy na ten cud oczekuje, Aleksy przeżywa załamanie wiary, ale wiara zwycięża. Aleksy jest po stronie Boga. Aleksy po wyjściu z klasztoru ma narzeczoną, dziewczynkę młodziutką, chorą, rozkapryszoną i zdenerwowaną. Przez pewien czas jest ona nawet kaleką, nie może chodzić. Któż to taki? Rozpoznawanie tej osoby doprowadza nas do wybuchu zdziwienia... czyżby to ona... ależ tak! oto ona zaraz po zaręczynach mówi do Aleksego z pogardą: "Ty byś do moich kochanków gotów był nosić listy miłosne", potem mówi, że chce spalić dom, który w marzeniach sobie buduje, oraz inne pomysły sadystyczne, potem istotnie daje Aleksemu list do jego brata Iwana, a Iwan po przeczytaniu tego listu mówi: "Proponuje sama siebie, jak dziewka..." Ależ tak! niewątpliwie, to Maria Dmitriewna, to Isajewa, to pierwsza żona Dostojewskiego, która zawsze w jego powieściach występuje jako chora lub kaleka. Ale cóż znaczy to odmłodzenie nadzwyczajne, to przeistoczenie czterdziestoletniej piekielnicy w panienkę piętnastoletnią. Ano - to samo, co pisałem w rozdziale o Semipałatyńsku, o Dostojewskim śpieszącym do swej ukochanej przez wielkie lasy, że miłość Dostojewskiego do jego pierwszej żony była tak wielka, że już nigdy całkowicie przeminąć nie mogła, i oto ostatni odblask tej miłości sprawił, że złość i rozbestwienie obrzydliwej w rzeczywistości Marii Dmitriewny zostały przez artystę spieszczone, pomniejszone, umilone przez zdrobnienie jej postaci do na wpół dziecinnych wymiarów. W książce tej, jak w soborze Pokrowskim, zwanym cerkwią Wasilia Błażennawo, dzieją się rzeczy niespodziewane i niesamowite. Stary Karamazow miał dwie żony, Dymitr był synem pierwszej, Iwan i Aleksy - drugiej. Dostojewski podkreśla w ten sposób, że więź pomiędzy Iwanem a Aleksym jest jeszcze bliższa aniżeli między nimi obu a Dymitrem. Aleksy jest człowiekiem wierzącym, miłującym Boga i świat; Iwan niewierzącym, sceptykiem, hipochondrykiem. Tych dwóch ludzi wyraża walkę, którą toczył Dostojewski z samym sobą wewnątrz siebie. Dostojewski chciał wierzyć, chciał być człowiekiem religijnym, a oto złość i zwątpienie raz po raz rozsadzały jego wiarę i wyrywały się na zewnątrz, chociaż wbrew jego woli, w jego książkach. Oto przykład: pewien mnich prosi starca Zosimę o środek przeciwko diabłom ukazującym mu się we śnie. Starzec Zosima wpierw zaleca modlitwę i post, ale gdy to zupełnie nie pomaga, zaleca środek przeczyszczający. Nie tyle w samym zaleceniu trywialnego lekarstwa, ile w tej właśnie kolejności zalecenia środków, wpierw modły i posty, później jako jak gdyby środek wyższego rzędu łyżka rycyny, tkwi coś drwiącego i bluźnierczego, coś, z czego wyglądnął Iwan Karamazow w Dostojewskim. Iwan Karamazow jest człowiekiem wiedzy, dużej pracy umysłowej, a z tymi cechami za czasów Dostojewskiego, zgodnie z tradycją idącą jeszcze z XVIII wieku, łączyła się niewiara, sceptycyzm, szyderstwo. Iwan Karamazow rozmawia często i z przyjemnością z przyszłym mordercą ojca, lokajem Smierdiakowem, w ten sposób Dostojewski chce powiedzieć, że ateizm bliski jest zawsze zbrodni; teza ta zresztą najwspanialej opracowana była w Biesach. Wbrew dotychczasowym poglądom utrzymuję, że Bracia Karamazow nie zawierają nowych tez filozoficzno-religijnych. Pomiędzy Iwanem a Smierdiakowem toczy się pojedynek moralny, niewątpliwie zasugerowany Dostojewskiemu tym dramatem, który miał miejsce pomiędzy przyszłym cesarzem Aleksandrem I a Palenem, przyszłym mordercą jego ojca, Pawła I. Palen chciał wciągnąć Aleksandra do spisku przeciwko jego ojcu, Aleksander zgadzał się w duszy, że cesarza trzeba usunąć, ale chciał, aby to ktoś inny uczynił, poza jego wiedzą i bez jego udziału. Palen dążył do otrzymania przynajmniej zezwolenia cesarzewicza na dokonanie tego ponurego aktu. Dyskusja na ten temat musiała się posługiwać wyłącznie półsłówkami i domyślnikami. Dostojewski musiał znać całą tę historię, w każdym razie powtórzył jej treść moralną w zobrazowaniu stosunku pomiędzy Iwanem a Smierdiakowem. Syn domyśla się, że lokaj planuje morderstwo ojca, a jednak po dokonaniu tego morderstwa uważa, że może mieć sumienie spokojne, ponieważ mógł o niczym nie wiedzieć. Smierdiakow w walce na słowa rozbija mu ten spokój hipokrytyczny. Jakże charakterystyczny dla Dostojewskiego, dla tej cechy jego twórczości, którą wciąż w tej książce podkreślam, że tortury opisywane przez Dostojewskiego są zawsze udręczeniami natury moralnej, a nie fizycznej, jest zdanie jednego z bohaterów, że tortury piekielne na tym polegają, że w piekle nikogo kochać nie można.

Iwan Karamazow pozbył się wiary w Boga, ale nie strachu przed niewiadomym. Odwiedza go diabeł, który z nim toczy długie dyskusje. Dostojewski dokładnie go opisuje jako jegomościa w garniturze starannie oczyszczonym, lecz już starszawym i znoszonym. Iwan powiada: "Przekonany jestem, że jeśli go rozebrać, to okaże się, że ma ogon długi, gładki, jak u duńskiego doga, bury."

Właściwą heroiną Braci Karamazow miała być Katarzyna Iwanowna, która była trzecią kobietą stale wprowadzaną przez Dostojewskiego do jego powieści, mianowicie Korwin-Krukowską. Dostojewski-Dymitr Karamazow, awanturnik, kocha się w Susłowej, Dostojewski-Aleksy Karamazow, święty - w Marii Dmitriewnie, choć dodajmy od siebie, że w Marii Dmitriew-nie kochał się nie Dostojewski święty, lecz Dostojewski masochista, i wreszcie Dostojewski-Iwan Karamazow - kocha się w Korwin-Krukowskiej. Zapewne dlatego, że Katarzyna to Korwin-Krukowska, postać ta, która tak dużo mówi i krzyczy, nie wypadła przekonywająco. Dostojewski Krukowskiej nigdy bardzo nie kochał, raczej zaangażował w niej swe ambicje, chciał mieć za żonę pannę inteligentną, utalentowaną i dobrze urodzoną.

Rakitin - indywiduum deprawujące wiarę u innych - to niejaki Jelisiejew, literat, współpracownik i główny wówczas filar wydawnictw Niekrasowa. Adwokat Fietukowicz to słynny wówczas adwokat, liberał i pisarz - Włodzimierz Spasowicz, Polak zresztą w trzech czwartych, osobistość, której Dostojewski ideowo nienawidził. Scena przemówień w sądzie, pojedynek pomiędzy prokuratorem a adwokatem to jedna z najbardziej genialnych kart literatury światowej. Prokurator mówi przez kilka rozdziałów. Czytelnik jest pod wrażeniem, że w sądzie nie można mówić lepiej ani też mówić inaczej. Czytelnik wreszcie jest przekonany, że nic, ale to absolutnie nic nie da się przeciwstawić druzgocącym wywodom oskarżenia. I oto wstaje adwokat, który znów mówi przez kilka rozdziałów. I mówi w sposób, który w niczym nie da się od mowy prokuratora odróżnić: takie same wyrazy, takie same porównania, taki sam szablon prawniczo-sądowy. A jednak czytelnik od razu, z pierwszego momentu słyszy, że ta mowa, jest zupełnie inna, że to mówi całkiem inny człowiek. I teraz dopiero dostrzega, że pewna siebie, triumfująca mowa prokuratora wygłoszona była przez człowieka nerwowego, upokorzonego i o kompleksie niższości. Adwokat zaś jest człowiekiem zadowolonym z życia i naprawdę pewnym siebie. I oto przed chwilą zdawało się czytelnikowi, że nic na świecie nie jest w stanie przeciwstawić się jasności i oczywistości dowodów oskarżenia, a teraz wszystkie te jasności wydają się mu śmieszne, głupie, dziecinne.

Pisarze całego świata używali tysiąca sposobów dla pokazania odmienności sposobu mówienia swych bohaterów. Dostojewski uwziął się, aby wykazać jak największą odmienność przez całkowite podobieństwo. To tak, jak gdyby ktoś wykazał, że największa różnica zachodzi nie pomiędzy różnymi kolorami, lecz pomiędzy bardzo do siebie zbliżonymi odcieniami tego samego koloru.

Ludzie żądają czasami silnej władzy politycznej, przywołują carów, autokratów, proroków, dyktatorów, ponieważ w duszy są całkowitymi anarchistami. Tak właśnie było z Dostojewskim. Jego oskarżyciel nie wierzy, aby oskarżony był ojcobójcą, jego adwokat, przeciwnie, głęboko jest przekonany, ze jego klient dopuścił się zbrodni, którą mu zarzucają; czytelnik jest przekonany, ze zwyciężyła obrona, a sąd wydaje wyrok skazujący. W tym wyśmianiu stosunku instytucji publicznych do prawdy człowieka wypowiedział się podświadomie Dostojewski, będący właściwie anarchistą, ze strachu przed własnym anarchizmem uciekającym pod opiekę Boga i cara.

 

XXIII

TRIUMF I ŚMIERĆ

 

Dostojewski zakończył Braci Karamazow 8 listopada 1880 r. Jest to już ostatnia jego powieść i przedostatni rok życia. Grozi mu ustawicznie pęknięcie naczyń krwionośnych w płucach. Zdaniem lekarzy powinien unikać wzruszeń oraz wysiłków fizycznych, zwłaszcza podnoszenia ciężarów. Z tymi czasami związane są następujące rozważania Ani: "Słyszałam zarzuty, że mąż mój był rozdrażniony i wyniosły w towarzystwie. Ależ ludzie nie wiedzieli, jaki on był chory! Na przykład do Połońskich, którzy mieszkali na piątym piętrze, mąż mój szedł 20 do 23 minut po schodach i mówił co chwila: "Nie śpiesz się, Aniu, muszę przecież odpocząć", chociaż ja naturalnie wcale się nie śpieszyłam. To tylko małostkowość ludzka twierdziła, że posępność i małomówność mego męża wypływały z cech, których wcale nie było we wzniosłym i szlachetnym jego charakterze."

Ania sprawia sobie wieczorową suknię jedwabną, aby towarzyszyć Dostojewskiemu na zebrania towarzyskie, i prosi zawsze gospodynię domu, aby odsadzała od niego ludzi mogących go zirytować. Dotychczas Dostojewski przeważnie bywał sam, bez Ani. Zresztą i teraz pomimo wieczorowej sukni jedwabnej w szeregu domów bywa Dostojewski bez żony. Złośliwy garbus, panna Sztakenschneider, której rodzice mieli dom otwarty w Petersburgu, zapisuje sobie złośliwe uwagi o Ani, którą nazywa mieszczką, a także o Dostojewskim pisze: "Pomimo wielkiego geniuszu znać w nim zawsze drobnomieszczanina. Kres wielkich pieniędzy to dla niego nie więcej niż 6 tysięcy rubli."

Ale Dostojewski bywał nie tylko u pp. Sztakenachneiderów. Oto list młodziutkiego wielkiego księcia Konstantego Konstantynowicza z zaproszeniem na kolację: "Będą sami swoi, ci sami, co zawsze" - i tutaj następuje wyliczenie kilku imion cioć i stryjaszków z rodziny cesarskiej. Cesarzewicz i jego żona także przyjmują Dostojewskiego. Była to już towarzyska stratosfera.

Tego rodzaju stosunkami Dostojewski nigdy się jednak nie chwali, żonie o tym gadać zakazuje, a wobec cesarzewiczowej nie przestrzega etykiety, przerywa jej, gdy mówi coś, co mu się nie podoba. Natomiast dba bardzo o swoją lokatę w towarzystwie literatów i tu pilnuje należnego sobie miejsca nerwowo i zazdrośnie. Dniem największego triumfu jego życia będzie dzień 6 czerwca 1880.

Odsłaniano wówczas w Moskwie pomnik Puszkina. Uroczystości te miały zająć około dwóch tygodni i Dostojewski był na nie zaproszony. Dostojewski chciał wyjechać do Moskwy z rodziną, żoną, dziećmi i niańką, ale obliczono, że to będzie kosztować 300 rubli, co było za drogo, więc pojechał sam, choć Ania obawiała się, że będzie miał atak epilepsji, a potem, zanim wróci do przytomności, zacznie jej szukać po hotelu i ludzie wezmą go za wariata.

W przeddzień wygłoszenia swej mowy, która przysporzyła mu tyle uwielbienia, Dostojewski otrzymał list od Ani, w którym donosiła ona między innymi, że kupiła dla synka małego źrebaczka za 6 rubli. Dostojewski odpisał na ten list natychmiast, kończąc go słowami: "Całuję źrebaczka." Ten źrebaczek zresztą zaraz zdechł.

Swoją mowę o Puszkinie Dostojewski czytał z rękopisu. Już po pierwszej odczytanej stronicy odezwał się grzmot oklasków, potem oklaski wybuchały już po każdym zdaniu. W pewnej chwili Turgieniew, dotychczasowy wróg Dostojewskiego, posłał mu całusa ręką. Sala zaczęła się histeryzować z zachwytu, ludzie ryczeli i wyli z uwielbienia; połowa sali płakała. Gdy Dostojewski skończył, wołano: prorok, prorok! Studenci, pensjonarki, ministrowie, damy, wszyscy wtargnęli na estradę, całowali mu ręce. Aksakow, który miał mówić po Dostojewskim, oświadczył, że nikt nie jest godzien zabrać głos po tak genialnym przemówieniu. Annienkow, który zaledwie trzy tygodnie przedtem złośliwie wyśmiewał się z Dostojewskiego w prasie, teraz biegał naokoło niego, całując go w oba ramiona. Duszony przez tłum entuzjastów Dostojewski uciekł za kulisy. Tam dopędził go jakiś student, padł mu do nóg i zemdlał u tych nóg z zachwytu.

Z okazji tego triumfu cofnięto nareszcie tajny nadzór policyjny nad Dostojewskim, i jego korespondencja przestała być czytana w cyrkule policyjnym, co w praktyce powodowało zawsze opóźnienie listów do niego adresowanych o kilka dni. Dostojewski dawno już był uważany przez wszystkich rewolucjonistów rosyjskich za wroga nr 1, ale machina policyjna działała inercyjnie i tępo. Dla niej "podporucznik dymisji Teodor Dostojewski" był wciąż od 26 lat byłym więźniem politycznym.

Mowa Dostojewskiego zawierała kilka prześlicznych krzyków patetycznych, kilka spazmatycznych wyciągnięć rąk do ludzi. Czytając tę mowę, która wzbudziła tyle zachwytu, widzimy dokładnie, jak powstają idee, które potem panują nad społeczeństwami, popychają je na śmierć, na wojny, uciskają i terroryzują myśl całych pokoleń. Czytając to przemówienie czujemy się obecni przy poczęciu i połogu wielkiej idei. Ojcem jej jest iluzja, matką - anachronizm rozumowania i anachronizm historyczny. Tak zresztą jest przeważnie z wszystkimi wielkimi ideami, które zmieniały się w rządach nad ludzkością; wszystkie rodziły się z autohipnozy ich twórcy i z hipnozy tłumów, na które oddziaływały. Wszystkie zawsze i wszędzie były dzieckiem iluzji, fikcji, nieprawdy. Dostojewski w swej mowie dopuszcza się anachronizmów straszliwych: przypisuje Puszkinowi, który umarł 43 lata przed wygłoszeniem tej mowy, ideologię, którą on sam, Dostojewski, wyznawał i którą wyznawała pewna część współczesnego mu pokolenia. Przypisuje Puszkinowi myśl i intencje, których ten nigdy nie miał i mieć nie mógł, bo to były myśli Dostojewskiego.

Puszkin w młodych swych latach napisał poemat Cyganie, pod wpływem swego pobytu nad Czarnym Morzem. Młody człowiek przystaje do Cyganów, chce żyć wolnym życiem Cygana, ale za niewierność zabija Cygankę, którą pojął za żonę, i Cyganie go wypędzają. Cały poemat był wybitnie bajronistyczny, Dostojewski w tej ucieczce do Cyganów upatrzył pielgrzymkę w celach poszukiwania prawdy u ludu rosyjskiego; przypisał Puszkinowi, który napisał ten swój poemat w 1824 r., myśli, nastroje, tęsknoty, hasła społeczeństwa rosyjskiego siedemdziesiątych i osiemdziesiątych lat zeszłego stulecia. Eugeniusz Oniegin, ten wielki, poemat Puszkina, nie miał nic wspólnego z tym, co upatrzył w nim Dostojewski, nie miał nic wspólnego nawet z tą atmosferą, klimatem, które teraz dokoła niego zaczął roztaczać Dostojewski. Oniegin - według Dostojewskiego, był to także poszukiwacz rosyjskiej prawdy ludowej, a Tatiana to znów symbol tej rosyjskiej prawdy ludowej. To wszystko nie było Puszkinem, to była ideologia samego Dostojewskiego. Ale słuchacze Dostojewskiego wierzyli wówczas głęboko, że Puszkin tak myślał jak Dostojewski i jak oni sami myśleli podczas słuchania tej natchnionej mowy.

Bo tylko w czasie słuchania tego przemówienia. Gdy Dostojewski mówił, to wszystkim się zdawało, że wygłasza on jakąś mowę syntetyczną, godzącą wszystkich Rosjan - Piotra Wielkiego ze starowierami, Aksakowa z Turgieniewem, siebie z rewolucjonistami, że godzi słowianofili i zachodowców. Ale już kilka dni później ocknęli się wszyscy. Urok słów geniusza przestał działać. Mowę przeczytano w druku i zaczęto ją atakować. Dostojewski mógł po triumfie, który przeżył, zachować się z rezerwą. Ale Dostojewski była to natura wściekle bojowa. Zagryzł wędzidło i rzucił się do kontrataku. To nie był człowiek skłonny do spoczywania na laurach. Dostojewski to był bój, bój, bój o rzeczy, w które chciał wierzyć, i takim był przez całe życie.

Powodzenie Braci Karamazow było ogromne. Dostojewski chce dalej pracować, ma pisać drugą część Braci Karamazow. Prócz tego wznawia wydawnictwo "Dziennika Pisarza". Ogłasza przedpłatę. W 1881 r. Ania zwraca pieniądze przesłane na wydawnictwo, wstrzymane przez śmierć.

W nocy z 25 na 26 stycznia 1881 r. Dostojewski, który pracował nocami, ponieważ musiał mieć naokoło ciszę, gdy pisał, upuścił obsadkę pióra na podłogę i ta potoczyła się pod półkę z książkami. Obsadki tej używał także do nabijania tytoniu do papierosów. Dostojewski odsunął półkę z książkami, aby ją dostać. Musiało to mu zaszkodzić. Następnego dnia odwiedziły go siostry, z którymi się kłóci w ciężkiej sprawie obalenia testamentu. Zaczynają się krwotoki. Przywołano lekarzy. Leżał na otomanie, nad którą w brzydkiej dębowej rzeźbionej ramie, wybranej przez Anię, wisiała fotografia Madonny Sykstyńskiej. W dniu 28 stycznia o godzinie 7 rano obudził się, przywołał żonę i kazał podać sobie Ewangelię, ten sam egzemplarz, który był mu darowany w Syberii w drodze na katorgę przez żony dekabrystów i który był z nim razem w więzieniu. Roztworzył Ewangelię na III rozdziale św. Mateusza i przeczytał:

"A Jan mu nie dopuszczał, mówiąc: Ja mam być chrzczony od Ciebie, a ty przychodzisz do mnie. A Jezus, odpowiadając, rzekł mu: Zaniechaj teraz; albowiem tak się nam godzi wypełnić wszelką sprawiedliwość."

- Widzisz - powiedział Dostojewski do Ani - zaniechaj, odpuść. Ja dzisiaj umrę.

Istotnie umarł tegoż 28 stycznia 1881 o godzinie 8 minut 38 wieczorem.

Rozpoczęło się kilka dni męczącego chaosu pogrzebowego.

Przez skromne mieszkanie wielkiego pisarza, ciasne i nędznie umeblowane, przepłynęło tysiące ludzi. Mała córeczka Dostojewskiego zrywała liście z bukietów, które jedni kładli na piersi zmarłego, i dawała innym na pamiątkę. Gdzie go pochować? Ania pamiętała, że Dostojewski prosił, aby go nie grzebać razem z literatami rosyjskimi, od których doznał tyle przykrości, i że podobał mu się cmentarz Monasteru Dziewic, i prosi szwagra, aby tam pojechał i kupił miejsce. Dzieci Dostojewskiego radośnie i wesoło wskoczyły do sanek, aby się przejechać po błyszczącym tego dnia od słońca i śniegu Petersburgu. Ale przeorysza Monasteru nawet nie słyszała o pisarzu Dostojewskim, powiedziała, że wszyscy równi są przed Panem, i zażądała kwoty olbrzymiej. W czasie jednak tych targów Ania została powiadomiona, że zakonnicy z Ławry Aleksandra Newskiego, najbardziej dostojnego i najdroższego cmentarza w Petersburgu, proszą ją, aby pochowała męża na ich cmentarzu, przy tym oświadczają, że żadnych za to pieniędzy przyjąć nie mogą. Oczywiście zakonnicy ci usłyszeli od najwyższego swego przełożonego, Pobiedonoscewa, odpowiednią radę, którą pośpiesznie wykonali.

Z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przyjechał urzędnik, który przywiózł Ani pieniądze na pogrzeb męża i obietnicę, że dzieci będą kształcone na koszt skarbu państwa. Ale Ania odmówiła przyjęcia tych pieniędzy.

Natomiast, gdy kilka godzin później zjawił się inny dygnitarz i oświadczył, że cesarz wyznaczył jej dożywotnią pensję, równą pensji wdów po general-majorach, to Ania ucieszyła się bardzo i podziękowawszy dygnitarzowi prędko poszła do pokoju swego męża, aby mu opowiedzieć tę nowinę. I dopiero w progu, zobaczywszy katafalk, przypomniała sobie, że on przecież nie żyje i wiadomości tej wysłuchać nie jest w stanie.





DOSTOJEWSKI









Stanisław Cat Mackiewicz