Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Bohdan Urbankowski

Czy Towiański był szpiegiem?

 

 

1. Pomówienia i paszkwile.

Paryż, 30 maja 1848, posiedzenie Towarzystwa Słowian. Przemawia Hyppolyte Desprez. Kiedy francuski pisarz powołuje się na autorytet Mickiewicza - z miejsca zrywa się Leonard Chodźko: Autorytet pana Mickiewicza jest więcej niż podejrzany, gdyż uważamy go wszyscy za szpiega rosyjskiego!

Chodźko nie był tępym fanatykiem, cieszył się opinią człowieka prawego i zasłużonego dla emigracji. Był autorem pisanych po francusku prac o polskiej historii i literaturze (dwutomowe dzieje Legionów, biografie Kościuszki, Pułaskiego i in.), zasłużonym edytorem, a co ważne: był przyjacielem Mickiewicza od czasu studiów wileńskich, działaczem Towarzystwa Filaretów i wydawcą dwutomowych Poezji Mickiewicza w 1828 roku. Szokującą opinię, której dał wówczas wyraz, podzielało, niestety, wielu naszych rodaków. Niechęć w stosunku do uwielbianego wcześniej poety zaczęła narastać od momentu związania się Mickiewicza z ruchem Towiańskiego - bowiem "Mistrz" Andrzej także, a nawet jeszcze bardziej, poczytywany był za agenta Rosji. Szczytem niechęci, wręcz nienawiści do poety był paszkwil opublikowany przez jakiegoś pismaka podpisującego się jako Filret Prawdowski, pt.:

 

Do Adama Mickiewicza

Racz przyjąć i przeczytać szczerości litery 

Rozesłane na kopii czterdzieści i cztery.

 

Byłeś ongi poetą, świetne chwile twoje,

Lałeś w narodzie naszym czystych natchnień zdroje.

Wielbiony od wszech mędrców, kochany w młodości,

Zyskałeś imię wieszcza późnej potomności.

Lecz równie jak narodom wieki raz sprzyjają,

Za to później brzemiona klęsk srogich nastają,

Tak też człowiek zmian losu nigdy nie unika,

Jak to dowodzi twojego życia kronika.

Za młodu w ojczyźnie Litwie doświadczywszy nudów,

Pojechałeś nad Newę uczcić "Ojca Ludów"

l stamtąd Giaur, Wallenrod, Grażyna i Dziady

Zawiodły cię do Moskwy w bojarów biesiady.

Paszportem zaszczycony, z bogatymi dary,

Sonetamiś opiewał pobyt wśród Tatary.

Rzucając Litwę nadal, pojechałeś z Krymu -

Dokąd? Czyli pamiętasz? Podobno do Rzymu.

Po co? Aby się ochrzcić lub uczyć pacierza

Lub raz przynajmniej w życiu obaczyć papieża?

Nie! Czekała cię piękna moskwicina żona,

Co za tobą uciekła od księcia Wołkona.

Rzucasz jej wdzięki właśnie po bitwie grochowskiej,

Chcąc poznać Polskę, lecisz do pani Grabowskiej.

Przesycony miłością, dla zmiany zabawy,

Mylisz się w drodze; zamiast do wziętej Warszawy -

Spieszysz na Zachód? Po co? Czy ciekawość sama?

Nie. Metz widział zmienności najsmutniejsze drama.

W Paryżu, podług Rettla i Jańskiego woli,

Założyłeś klasztorek wyznawcom Lojoli.

W katedrze proza dawny blask rymu zniszczyła,

Szkodziła Polsce, Moskwie cudnie usłużyła.

Dalej, gdy Mistrz zesłany ducha ci przerobił,

Ty, niepomny, że mirt twe niegdyś skronie zdobił,

Buławy szukasz w wojsku rzymskokatolickim

Za grabież stu tysięcy na panu Branickim. 

Zdzierco, niegodny grosza, jesteś winowajcą! 

Przedałeś krew polską obcym, jesteś i zdrajcą! 

Nie wiesz, że chciwość wielkości pogardą ozdobi, 

A zbytnia ufność w rozum głupcem zawsze zrobi. 

Kłamać dla zysku złota to podłości znamię. 

Wstyd i hańba! ty wielki, ty mały Adamie! 

Lecz już miara twych szaleństw do szczytu przebrana: 

Mistrz uwięzion za wierność dla hojnego pana. 

Ty choćbyś i do Bicetr iść stał się gotowy, 

Nie odzyskasz już zmysłów, nie ocalisz głowy. 

Pozorna skromność, bluza, brud za pazurami 

Nie da ci pardonu między demokratami. 

Ostatnia dziejów twojego żywota stronica 

Nie palma wieszcza będzie, ale szubienica.

 

W Parzymiechach, czcionkami gęsimi onego lata, dnia i miesiąca Filaret Prawdowski

 

Nie tu miejsce, aby rozstrzygać, czy poetę łączyło z księżną Wołkońską coś więcej od przyjaźni, ograniczmy się do sprostowania kilku innych pomyłek i pomówień.

* Podczas siedmiomiesięcznego pobytu w Wielkopolsce Mickiewicz rzeczywiście był podejmowany w pałacu Grabowskich w Łukowie - tu jako dożywoni rezydent zostanie jego brat, Franciszek! Ale miłość łączyła poetę nie z panią tego pałacu, Klementyną Grabowską, lecz z właścicielką Budziszewa, Konstancją Łubieńską, której mąż, Józef, walczył podówczas w Powstaniu Listopadowym. Miłość ta będzie miała jeszcze swój ciąg dalszy - kilka potwierdzonych dokumentami pobytów Łubieńskiej w Paryżu i jedno, niepotwierdzone niczym poza plotkami, dziecko. Roman Kaleta, który cytowany tu paszkwil "Prawdowskiego" przypomniał w książce Sensacje z dawnych lat (Ossolineum 1974, s. 199-201), komentuje historię Adama i Konstancji następująco: owocem pozamałżeńskiej miłości wielbicielki wielkiego poety miała być córeczka, poczęta w drugim, paryskim, okresie tego romansu... Bez względu na to, jak się rzeczy intymne miały, jedno należy tu dodać: Łubieńska została najwierniejszą przyjaciółką poety, wspomagała finansowo jego rodzinę, przez pewien okres czasu (1847 - 1848) wychowywała nawet jego córkę, Marię.

* * Zarzut sprzeniewierzenia pieniędzy to jeden z częstszych chwytów stosowanych w grze politycznej. W wierszu mamy do czynienia z pomówieniem. Chimeryczny hrabia Branicki rzeczywiście obiecał - i nie sto, a dwieście tysięcy na Legion, Mickiewicz wziął 22 tysiące na potrzeby gwałtowne opatrzenia legionistów i wysłania ich do Marsylii (jak odnotował Michał Chodźko w liście pisanym 17 lipca 1848 r. do Mikołaja Kamieńskiego), całej dotacji nie chciał przyjąć, składając się tym, że nie ma w całym domu dobrego zamka dla takiego skarbu. Część pozostałej sumy przeznaczył potem Branicki na dotowanie "Trybuny Ludów"; kiedy jednak zaczęła się nagonka na pismo - hrabia i z tej dotacji się wycofał.

* * * Wspomniany w wierszu "klasztorek" - zainspirowane przez poetę świeckie Towarzystwo Braci Zjednoczonych - z zakonem Loyoli miało niewiele wspólnego. Umieszczenie tego zarzutu jest rodzajem podpisu: "jezuityzm" - to jeden z grzechów głównych, jakie obok rojalizmu, szlachectwa i ciemnoty wytykało współrodakom Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Redagowany przez Leona Zienkowicza organ satyryczny TDP "Pszonka" te właśnie zasady uważał za "mamidła", które "cofają naród" i "chcą zrobić Polskę niezdolną do powstania". Głoszenie "jezuityzmu" czy "szlachectwa" to była - wedle "Albumu Pszonki" (Paryż, 1845) - zbrodnia przeciwnarodowa /.../ choćby się objawiła w formie najuroczystszej, najsentymentalniejszej. Taką formą lansowania starych zasad była dla autorów poezja Mickiewicza, więc w kręgu "Pszonki", jak sądzę, trzeba szukać autora paszkwilu - o ile szukać go warto.

* * * * Na koniec, dla pełnej jasności, dopowiedzmy, że "Bicetr" to trochę nadpolonizowana nazwa szpitala dla umysłowo chorych pod Paryżem. Wszystko to razem nie tłumaczy nienawiści - inaczej tego uczucia nazwać się nie da - nienawiści polskiego autora, czy może grupy autorów i redaktorów, do najwybitniejszego polskiego poety.

Z nieprawdziwych, chwilami wręcz prymitywnych, zarzutów na uwagę zasługują ostre słowa o uwięzionym "Mistrzu" Towiańskim. Dotyczą one wydarzeń 1848 roku. 26 maja, podczas rewolucyjnego wrzenia, "Mistrz" Andrzej wrócił na krótko do Paryża, ale został aresztowany już 11 lipca - na skutek denuncjacji. Nie jest pewne, czy władze francuskie wierzyły w jego udział w czerwcowych rozruchach, czy przymknięto go jako osobę podejrzaną z powodu szerzenia - jak podano oficjalnie - idei mogących grozić porządkowi społecznemu. Odezwały się głosy mówiące, że Towiańskiego aresztowano na życzenie ambasady Rosji, przeważyły jednak poglądy, iż był on rosyjskim agentem, którego Francuzi po raz drugi już chcieli się pozbyć. (Po raz pierwszy uczynili to w roku 1842). Ponieważ jednak zależało im na rosyjskiej przyjaźni - uczynili to pod zarzutem szerzenia przez Towiańskiego socjalizmu. Słowa paszkwilu mówiące o "wierności dla hojnego pana" oznaczałyby oskarżenie Towiańskiego o szpiegostwo i łączyłyby się w całość z oskarżeniem Mickiewicza o "cudne" służenie Moskwie z katedry literatur słowiańskich. Jeśli Towiański był agentem, to Mickiewicz był agentem agenta.

Plotki na temat Towiańskiego pojawiły się wkrótce po jego przybyciu do Paryża, jakby przywlokły się za nim - małe, brudne, o wspólnocie żon w jego sekcie albo o tym, że siedział jakiś czas w domu wariatów, co akurat było prawdą. Winę ponosił po części i sam "Mistrz" - ciekawska emigracja nie mogła poskładać jego życiorysu, bo kreował się na bożego prostaczka, człowieka nie wiadomo skąd - może naprawdę obdarzonego misją niebios.

W rzeczywistości droga przyszłego "Mistrza" Andrzeja podobną była do drogi przyszłego Wieszcza Adama, a nawet kilkakrotnie się z nią skrzyżowała.

2. Próba rekonstrukcji życiorysu.

Urodził się, co znaczące, w dniu 1 stycznia 1799 roku, w Antoszwińciu (nazwa folwarku występuje też w liczbie mnogiej), do szkół został oddany w Wilnie, co nie miałoby dla nas znaczenia, gdyby nie zaprzyjaźnił się z Ferdynandem Guttem, gdyby na temat tej przyjaźni nie pozostawił szokującego zapisu Krasiński, w datowanym 19 marca (właśc. kwietnia) 1848 liście do Delfiny.

Ojciec Gutta był aptekarzem. Zdaje się, że żądano trucizny odeń, by kogoś otruć, podobno Wittgensteina tego, który miał Radziwiłłównę. Stary Gutt nie chciał, zdaje się, że Towiański w to był wmieszan, że radził Guttowi, by wydał truciznę, stary się wzbraniał. Stary znikł. Długo nie wiedziano, co się z nim stało, odkryto wreszcie, że ciało jego, na drobniuteńkie kawałki pokrajane, rzucono do rzeki. Wtedy oskarżono jakiegoś sługę o to straszliwe morderstwo. Szczególnie syn i Towiański na tego sługę wszystko zwalili. Stało się, że choć sługa przysięgał, że niewinny, został na Sybir na wieki posłanym, a jednak wykryło się wszystko dowodnie, że był zupełnie niewinnym. Odtąd więc rozeszła się wieść, że Gutt sam i Towiański należeli do spełnienia zabójstwa tego na starym Gucie; aż włosy wstają, gdy zacznie się rozważać początki ukryte towiańszczyzny, i jakie ślady ciemnotliwe zostawiła po sobie w podejrzeniach i domysłach ludzkich.

Opowieść ta jest świadectwem nastrojów, jakie towianizmowi towarzyszyły, wątpliwe, by była prawdziwa. Możemy wprawdzie uwierzyć w związki towianizmu z krwawymi próbami, ofiarami albo z jakąś odmianą satanizmu - będzie to jednak dowodziło tylko tego, że - podobnie jak sam Krasiński - lubimy błądzić pomiędzy plotką a powieścią gotycką. 

Nie wiadomo dokładnie, kiedy Towiański zaczął studiować prawo (oraz literaturę i nauki wyzwolone) na Uniwersytecie Wileńskim. Najpewniej już w 1815, skoro 19 czerwca 1816 zdaje egzamin z łaciny - tego samego dnia, może trochę wcześniej, jeśli odpytywani byli alfabetycznie, zdawał egzamin Mickiewicz. Potem obydwaj należeli do sekcji literatury łacińskiej! Jeśli Mickiewicz rzeczywiście tego nie pamiętał - to albo miał już słabą pamięć, albo Towiański przekonywająco się wypierał.

Przyszły "Mistrz" zwrócił na siebie uwagę, drukując w 1820 roku powiastkę filozoficzną Zdarzenie prawdziwe, narobił też hałasu z innego powodu, o czym (w liście 19 listopada/1 grudnia) pisał Józef Jeżowski do Mickiewicza: Od dwóch może już tygodni sławny Kiszka ze sławnym mówcą Chrzczonowiczem, nadto z Towiańskim (którego znasz) i Żebrowskim złożyli towarzystwo z początku pod imieniem Antyszubrawców.

Wynika z tego, że Towiański był już wówczas znany poecie, tyle że sytuował się po drugiej stronie barykady niż ogół "Promienistych", z których wielu było związanych z liberalnymi Szubrawcami. (Organem tych ostatnich były nie tylko satyryczne "Wiadomości Brukowe", w których pisywał Tomasz Zań, ale także, choć mniej oficjalnie, wychodzący od 1818 roku "Tygodnik Wileński", w którym debiutowali m.in. Mickiewicz i Gorecki). Jeśli mowa o "prostocie" Towiańskiego, to zachowały się przekazy, iż recytował z pamięci Mickiewicza i Trembeckiego, a także Goethego i Schillera. Prócz tego, interesował się magnetyzmem i naukami tajemnymi, w które wprowadzać miał go Józef Becu, brat doktora znanego z Dziadów. Na temat kontaktów z tą rodziną, na tym i na tamtym świecie, ciekawe plotki zanotował Krasiński w liście do Delfiny Potockiej (26 XI 1841):

Kiedy Nowosilcow w Wilnie 1825 roku i wprzód jeszcze odkryte towarzystwo  P r o m i e n i s  t y c h,  towarzystwo mistyczne wierzące w wpływy magnetyzmu i w siłę wszechmocną czucia, a najlepiej w 4-tym tomie Mick[iewicza] opisane, indagował, nękał i tłumił, był tam  M i a n o w s k i,  doktor, który dość podle się spisywał i braci własnych wydawał /.../.Był to materialista, anatomik wiecznie nad trupami siedzący z nożem w ręku, nie wierzący w nic. Towiański jeden tego człowieka bronił przed innymi, a kiedy ten człowiek nagłą rażony śmiercią, co się w one czasy cudem wydawało, umarł, on jeden tylko z całego miasta Wilna poszedł za jego trumną na cmentarz. Stąd zaraz urosła wonczas legenda, że przez wdzięczność z mąk czyśćca dusza owa zawróciwszy, pokazuje się naszemu rejentowi. Rejent ni potwierdzał, ni zaprzeczał, ale już wtedy zapadł w jakieś mistyczne usposobienie, później się ożenił, pierwsze trzy noce po ślubie przebył z żoną na cmentarzu i duchy wywoływał, by się małżeństwo nie tylko zmysłowo ale i duchowo dopełniło. Odtąd uważano, że stał się innym człowiekiem, potężnym w naukę, w rozum coraz wyższy i w urok wszechmocny nad ludźmi magnetyczny, prawdziwie  p r o m i e n i s t y.  Ile razy się odłączył od żony, wracał do dawnego stanu mierności. Ile razy był z nią razem i mieszkał, odzyskiwał swoją potęgę, którą kilka razy wywarł na oskarżonych w sądzie, zmuszając ich czarowniczo prawie do wyznania zbrodni.

Krasiński, jak każdy plotkarz czerpiący opowieści z drugiej ręki, to i owo pokręcić musiał. W tym wypadku, prócz daty śledztwa Nowosilcowa, przekręcił też nazwisko bohatera opowieści. W Wilnie, w tym samym domu, mieszkali dwaj profesorowie, do tego dwaj lekarze: Mikołaj Mianowski, który był profesorem położnictwa, oraz znany nam właśnie z Dziadów Mickiewicza - doktor August Becu. Ten drugi - wiemy to z arcydramatu, ale i z innych świadectw, rzeczywiście zginął od pioruna i mógł trafić - w najlepszym razie - do czyśćca; Mianowski po likwidacji Uniwersytetu Wileńskiego w 1825 roku został rektorem Akademii Medycznej i miał się o wiele lepiej. Towiański rzeczywiście znał doktora Becu i szedł za jego to trumną samotnie przez Wilno. Ten doktor - według opowieści Krasińskiego - odwdzięczał się potem Towiańskiemu. Na przykład tak:

Pierwszy połóg żony niebezpieczeństwem śmiertelnym groził, nadziei już nie było, wtem Mianowski (oczywiście Becu - B.U.) z czyśćca przybywa, podaje sposób, żona Tow. ocalona. Odtąd - snuje dalej opowieść trzeci z wieszczów - często Mian[owski] powtarzał odwiedziny swoje i uczył  T o w i a ń s k i e g o  o czyśćcu, o tamtym świecie i o zbliżającej się epoce nowej na tym. Wreszcie wybrał się nasz  r e j e n t,  urząd i dom zostawiając na zawsze w Wilnie, wybrał się z żoną i dziećmi w świat.

Nim jednak w świat wyjechał - pracował już w 1818 roku jako pomocnik sekretarza Sądu Grodzkiego, w roku 1824 został rejentem Sądu Ziemskiego, następnie został asesorem. Cieszył się sławą dziwaka i pedanta. Przed rozprawami o 3 rano chodził na cmentarz, by się skupić, spraw nigdy nie opuszczał - podobno, gdy miał bronić jakiejś wdowy, a chorował na karbunkuł - kazał Guttowi wrzód wypalić i z gorączką poszedł do sądu. W Powstaniu Listopadowym udziału nie wziął - pono widział pobojowisko pod Iławą i porażony okropieństwem wojny został pacyfistą. Zachował się także przekaz, czy może też obmowa pochodząca od Doroty Łopacińskiej, sąsiadki, jakoby Towiański miał święcić z przyjaciółmi upadek powstania.

3. Odrzucona misja.

Początek misji Towiańskiego on sam datował na dzień 11 maja 1828 roku. Jak się wydaje, apostołował wtedy tylko w Wilnie i po sąsiedzku, ale skutek był raczej nieoczekiwany. Pisał o tym w 1907 roku, w "Bibliotece Warszawskiej", Edward Wołodko (w artykule Wspomnienie o Towiańskim), sąsiad z tych samych stron. Oto w wyniku donosu innego sąsiada Towiański został aresztowany i poddany badaniom psychiatrycznym. Wprawdzie uznano Towiańskiego za nieszkodliwego - przyznaje Wołodko - badania te jednak zabiły sprawę towiańszczyzny w oczach wilnian. Po sukcesy musiał się "Mistrz" Andrzej wybrać gdzieś dalej. Pojechał w 1832 roku do Petersburga, zetknął się lam z iluministami, spadkobiercami myśli Grabianki, lecz nie wydaje się, aby dopiero teraz formował swą doktrynę. To on próbował nawracać - więc petersburska policja zmusiła go do opuszczenia stolicy Rosji. Jeszcze w 1834 roku wyjechał do Karlsbadu, był też w Dreźnie, gdzie poznał Odyńca, którego dokładnie wypytał o szczegóły życia Mickiewicza. Dzięki Odyńcowi też poznał Dziady, samodzielnie zaś poznał w nich siebie - jako zapowiedzianego w nich Zbawcę. Towiański poznał także i oczarował generała Skrzyneckiego - znajomość tę spróbuje wykorzystać za parę lat. W roku 1837, po śmierci ojca, wrócił, by gospodarować rodzinnym folwarkiem.

Po raz drugi, jak wiemy, usłyszał, a raczej zobaczył (Towiański nie słyszał głosów, on tylko widział znaki i tłumaczył sny!) wezwanie do swej misji na niebie: biały krzyż w mocnym świetle - 23 maja 1839 roku. Przed wyjazdem spisał "konstytucję" - zbiór moralnych przepisów dla chłopów, odwiedził matkę, która owdowiawszy osiadła w wileńskim klasztorze św. Michała, odwiedził też odpowiednie urzędy. 28 czerwca 1840 r. otrzymał paszport ważny na jeden rok. Po przybyciu na Zachód Towiański próbował znów usidlić Skrzyneckiego - tym razem jednak nie wyszło. Zabobonny generał uznawał jego moc, ale nagle zaczął się jej bać: Niegdyś wierzyłem, że Towiański ma tę moc od Boga; dziś wierzę i przekonany jestem, że ją ma od Szatana - odnotuje jego słowa były towiańczyk, Karol Baykowski (Znad grobu, Kraków 1903, s. 38). Mistycyzm, który rozniecił Towiański w poczciwym generale, obrócił się przeciw niemu - Skrzynecki nie tylko zaczął poważnie wierzyć w anioły, ale także i w diabły. Wtedy Mistrz Andrzej przyjechał do Paryża i - nie od razu - zgłosił się do Mickiewicza. Wraz z nim przybyła z kraju opinia szpiega i wariata. Jeszcze nim zaczął akcję ku pozyskaniu duszy cara Aleksandra (i przy okazji grupy vintrasistów) - już wiedziano, że jest agentem, może Żydem, a może diabłem. I co najgorsze: przyjechał szkodzić sprawie Polski, jak dowodził tytuł wydanej już w 1842 roku książki Rafała Jeleńskiego Paraliżowanie sprawy Polski, czyli proroctwo imci Pana Andrzeja Towiańskiego. Afera z listopada 1844 roku tylko przypieczętuje opinię panującą o Towiańskim. Była ona i tak już zła, tak zła, że gdyby tej afery nie było - z pewnością by ją wymyślono. Nim jednak do tych spraw przejdziemy, odnotujmy, że największą rolę w niszczeniu "Mistrza" odegrała satyra. Wspominana już na początku "Pszonka" wydała w 1844 roku dwa numery specjalne poświęcone atakom na towianizm. W jednym z nich znalazł się tekst pt. Nieludzka komedia, w którym Towiański był potraktowany jako wysłannik Moskwy przez... samego diabła.

Nie brakło poważniejszych zarzutów - o zniszczenie Mickiewicza. W marcu 1845 roku w brukselskim piśmie "Orzeł Biały" ukazał się anonimowy artykuł Intryga Gabinetu petersburskiego uwieńczona. Treść jego podaje Kronika życia i twórczości Mickiewicza, z której odpowiednie fragmenty warto przepisać:

Przewidując, że katedra literatur słowiańskich w College de France może być wykorzystana ze szkodą dla Rosji, rząd petersburski postanowił zapobiec temu przy pomocy swego agenta, Towiańskiego. Cel został osiągnięty, Mickiewicz "kurs swój zwichnął, skrzywił, wprowadził do Literatury mistycyzm, cuda, upiory, a dręcząc, nakręcając fakta spełnione, Rosji zupełnie przeciwną rzeczywistości dał odegrać rolę". Profesor poddał się szkodliwym wpływom łatwo, ponieważ cechuje go "wątłość charakteru" i znany jest jego stosunek do powstania listopadowego: jako poeta przemilczał je, "bo prócz Batterji [sic] Ordona, której wybuch, ową sceną olbrzymią, do wulkana podobną, z motylkiem różnobarwnym w mrowisko wpadającym porównał, żadnych natchnień dla tylu poświęceń wiernych synów Ojczyzny w sercu jego nie pozostało. (s. 129).

W tym samym prawie czasie, w marcu 1845, w "Nowej Polsce", również anonimowo, ukazał się kolejny atak, którego autora udało się po latach rozszyfrować. Był to Józefat Ostrowski, który już wcześniej atakował Mickiewicza i Towiańskiego. Powołując się na swoje poprzednie paszkwile, Ostrowski pisze tonem szantażu:

Wszystkie dzienniki, które nie wierzyły w odstępstwo, zostały spółdziałaczami zbrodni piekielnej ułożonej przez A. Mickiewicza. /.../ Mieliśmy upewnienie - ciągnie anonimowy paszkwilant - że A. Mickiewicz przed objęciem katedry carowi złoży przyrzeczenie, że dla Moskwy będzie miał uwielbienie, dla Polski zaprzeczenie. /.../ Rząd Moskiewski uzyskał odstępstwo i zdradziectwo Mickiewicza. (Kronika s. 129).

Oskarżenie o - może bezwiedną - agenturalność wysunął Zygmunt Krasiński w liście do Trentowskiego (10 III 1849): Towiańszczyzna i demagogia nasza paryska, czy mimo wiedzy czy też więdnie, styka się mnóstwem nitek i niteczek z Moskalami i szpiegami m.[oskiewskimi] - efektem tej agenturalnej działalności towiańczyków miało być to, że car został poinformowany o związkach Branickiego z Mickiewiczem i innymi demokratami z emigracji i nakazał konfiskatę jego 30-milionowego majątku.

Kończąc ten fragment dodajmy, że podejrzenia Krasińskiego i innych emigrantów zbiegały się z podejrzeniami Francuzów. Jako dowód zacytujmy list ministra spraw wewnętrznych Duchatela, do ministra Oświecenia Villemaina:

Panie Ministrze i Szanowny Kolego,

Po wielekroć miałem zaszczyt zwracać pańską uwagę na wykłady pana Adama Mickiewicza, profesora literatur słowiańskich w College de France.

Od czasu ostatnich doniesień, które przekazałem panu w tej sprawie, jeśli chodzi o pana Mickiewicza nie dotarły do mnie żadne sygnały pozwalające mi wierzyć, że ów profesor wziął pod uwagę udzielane przez pana rady. Prawdą jest, że w tym okresie pan Mickiewicz, podobnie jak inni profesorowie, przerwał swe wykłady i w tym względzie nie mam panu do zakomunikowania żadnych uwag. Ale Mickiewicz okazał się najaktywniejszym działaczem sekty Polaka Towiańskiego: wokół niego gromadzą się iluminaci głoszący doktryny tego rzekomego apostoła nowego socjalnego odrodzenia. Gdyby sekcie Towiańskiego można było zarzucić jedynie szaleństwo lub prymitywny mistycyzm, nie dodawałbym nic do tego, co już miałem honor pisać panu wielokrotnie na ten temat. Ale na podstawie informacji osób dobrze zorientowanych można przypuszczać, że Towiański jest w rzeczywistości tajnym agentem rosyjskim. Od kilku miesięcy emisariusze odebrawszy od niego instrukcje, rozwijają ożywioną akcję: jedni przemierzają Francję: inni wyznaczają sobie spotkania w Szwajcarii lub Belgii: starają się nawiązywać kontakty z dawnymi żołnierzami armii cesarskiej pozostającymi w służbie czynnej: ich wysiłki są zresztą dość śmieszne i dość nieskuteczne: wzbudziły jednak czujność władzy.

Przypuszczam, że pan Mickiewicz wierząc w misję religijną i społeczną tak zwanego proroka Towiańskiego, jest wyłącznie ofiarą oszustwa tego intryganta i nie jest świadom jego sekretnych zabiegów. Jednak autorytet i zaufanie jakim cieszą się nazwisko, przemowy oraz własny przykład tego profesora wspierają ową sektę i nadają jej pewien rozgłos.

Byłoby dziwne, gdyby Rząd nie starał się z góry zapobiec dziwacznym scenom, demonstracjom czasami niepoważnym, czasami skandalicznym, które w roku ubiegłym wydarzały się podczas wykładów pana Mickiewicza: wydaje mi się, Panie Ministrze i Szanowny Kolego, że obecna pora roku byłaby odpowiednia, gdyż możnaby uniknąć nadania tej aferze rozgłosu. Upraszam pana o udzielenie mi pańskiej opinii w tej materii. (Za książką K. Rutkowskiego Braterstwo albo śmierć, s. 148-149, przekład K.R.).

Dla dopełnienia demonicznego portretu Towiańskiego udzielmy jeszcze raz głosu Zygmuntowi Krasińskiemu. 15 czerwca 1851 roku wysłał on z Baden list do Władysława Zamoyskiego, w którym pisał m. in. o przyczynach rozejścia się Mickiewicza z Towiańskim i o plotkach czyniących z "Mistrza" rosyjskiego szpiega. Znając wcześniejsze opinie Krasińskiego, skłonni bylibyśmy przypuszczać, że w końcu uznał Towiańskiego za agenta Moskwy. Tymczasem wnioski, do których dochodzi autor Nie - Boskiej zaskakują:

Nasłyszałem się w ostatnich czasach wielu dowodzeń, zmierzających do pewnika, że Towiański wyprawion był przez Moskwę na zwiedzenie, uwiedzenie i wydanie do rąk carskich Mickiewicza. Wiesz, że w istocie kazał mu iść na granicę, dać się okuć w kajdany i tylko jednej godziny za to zażądać rozmowy z carem, a kiedy sił do tego nie czuł w sobie, powiedział mu mistrz, że jest słabym i małowiernym i odtąd zaczęli się między sobą różnić i odchylać się. Nie przytaczam Ci tego w takim znaczeniu, jakobym sam był przystąpił do tego zdania, w ten pewnik uwierzył. Mam Towiańskiego za istotę zanadto potężną, by chciało się jej ajentować Moskwie na ziemi. Może straszliwy pan, pan tej samej Moskwy nim rządzi, lecz stąd wynika, że oboje, on i Moskwa, temu samemu panu służąc, jednakowe wykonują zamiary. On nie Moskwy ajentem, ale wraz z Moskwą - piekła! 

Jeśli Krasiński nie fantazjuje, to o pomyśle Towiańskiego, by z Mickiewicza uczynić jednocześnie posłańca i więźnia mógł słyszeć albo od samego Mickiewicza, albo od osoby, której poeta zaufał. (Rolę pośredniczki mogła odegrać np. "mateczka" Makryna bądź któryś z księży -Zmartwychwstańców). Jako pochodząca pośrednio lub bezpośrednio od poety informacja ta wydaje się i ważna, i wiarygodna. Metafizyczna interpretacja roli Towiańskiego nakazywałaby raz jeszcze przebadać stosunek autora Nie-Boskiej do wiary w wędrówkę dusz - to jednak wykracza poza ramy niniejszej pracy.

Skoncentrujmy raczej uwagę na wyjaśnianiu rzeczywistej roli Towiańskiego.

4. Opowieść o dwóch Towiańskich.

Próbę wytłumaczenia pomówień ciągnących się jak smród za Towiańskim znajdujemy w rękopiśmiennej biografii "Mistrza" sporządzonej przez jego wyznawczynię, Paulinę Szubertową. Przepisuję jej fragment z książki, którą akurat mam pod ręką - z Baketu (Warszawa 1991) Jarosława Marka Rymkiewicza:

Mieszkał w Wilnie człowiek noszący toż samo co on imię i nazwisko, a nawet tenże sam tytuł asesora, tylko że nie sądu głównego wileńskiego, ale sądu niższego wileńskiego, który wówczas stanowił policję powiatową. Był to człowiek zniżony moralnie, zbrudzony niskimi, a nawet złymi postępkami, bo służył rządowi za szpiega, stąd powszechnie był okrzyczany i nienawidzony. Zdarzyło się słyszeć na ulicy, po biurach, a nawet w kościele imię Andrzeja Towiańskiego asesora błogosławione i przeklinane, a kto nie wiedział, że tu mowa o dwóch różnych osobach, musiał to stosować do jednej i tejże samej osoby, zwłaszcza w początku publicznego zawodu T[owiańskiego], póki on bliżej poznanym nie został. Łatwo poczuć, że takie położenie, bez zupełnego spoczęcia w Bogu i wyrzeczenia się siebie, mogłoby zamącić każdemu pokój jego wewnętrzny i najszkodliwiej wpływać na cały jego kierunek. Oprócz tego, człowiek ten tytułem imiennika i cioski, jak sam wyrażał się, przypytywał się cięgiem do T[owiańskiego], zbliżał się do niego, szukał z nim stosunków, było to więc bardzo trudne zadanie, aby dotrzymać z nim charakteru swojego, a razem nie wywołać przeciwko sobie zemsty jego, bardzo niebezpiecznej w owych groźnych czasach, bo jako szpieg miał on środki do zaszkodzenie i gotów był puścić się na wszystko. Łaska Boża prowadziła tu T[owiańskiego] i ustrzegła go od tego niebezpieczeństwa. (s. 64 - 65).

Po roku 1841, kiedy Sprawa Boża stała się głośna, zaczęły się rozchodzić po emigracji takież dwa przeciwne rozgłosy [o Towiańskim - B.U.], jakie niegdyś rozchodziły się po Wilnie. Opowiedziana przez Szubertową historia ma służyć jako wyjaśnienie tych nieprzychylnych "rozgłosów", ale zamiast rozwiewać wątpliwości, potęguje je jeszcze bardziej. Komentując tę aferę, Rymkiewicz słusznie pyta, dlaczego w żadnym z pamiętników nie pojawił się tamten drugi Towiański - szpicel, dlaczego nikt nie pisał o Towiańskich - prawnikach-sobowtórach, dlaczego we wszystkich źródłach występuje tylko samotny, pojedynczy mistyk Andrzej Towiański. A skoro mnożymy wątpliwości: z przekazu Szubertowej wynika, że agenturalna opinia mogła stanowić rodzinne obciążenie "Mistrza" Andrzeja. W 1818 jego ojciec, Jakub Towiański, miał proces o fałszerstwo dokumentu, z którego wyskrobał imię Ignacego Abramowicza, a wpisał jego brata Mikołaja. Co to za dokument - czy testament, czy jakiś akt własności - nie wiemy, i właściwie nie jest to ważne. Ciekawszy znacznie jest fakt, że Ignacy Abramowicz związany był z aparatem policyjno-szpiegowskim, w roku 1835 zostanie szefem żandarmów w Warszawie, w 1842 - szefem dyrekcji teatrów warszawskich. Bliższy sercu starego Towiańskiego Mikołaj był znanym wileńskim szpiclem. Życie zakończył samobójstwem, na haku od kandelabra, choć nie brakło pogłosek, że nie sam się powiesił, bo od podłogi do haka było co nieco za wysoko.

5. Jednoznaczne dwuznaczności Boya.

Możliwość agenturalnych powiązań Towiańskiego rozważał także i Tadeusz Boy-Żeleński, uczynił to jednak w niezbyt odpowiednim momencie, bo w referacie wygłoszonym podczas sesji, jaką ku czci "Poety Słowiańszczyzny" zorganizowali we Lwowie w końcu 1940 roku sowieccy okupanci. Referat pt. Stare i nowe drogi wiedzy o Mickiewiczu został potem przedrukowany w przywoływanym już pośmiertnym wydaniu szkiców Boya (O Mickiewiczu) - z niewielkimi zmianami, polegającymi np. na usunięciu przez Borejszę - szefa wydawnictwa i supercenzora Polski Ludowej - dat powstań narodowych. 

Sesja Mickiewiczowska odbywała się po deportacjach ponad miliona Polaków na Sybir. W tej delikatnej dla polskich referentów sytuacji teza o Towiańskim - agencie Rosji, rozpracowującym naszą emigrację, mogła być tylko delikatnie zasugerowana. By taką sugestię rzucić, Boy musiał sprzedać ją w odpowiednim opakowaniu. Znając ideologiczne oczekiwania sowieckich protektorów, krytyk nasz trącił miłe ich uszom struny antyklerykalizmu. Między licznymi przykładami fałszowania w przedwojennej Polsce biografii Mickiewicza Boy przypomniał aferę "mateczki" Makryny Mieczysławskiej, tej, która była sprawczynią spowiedzi i nawrócenia Mickiewicza w r. 1848 w Rzymie. W referacie Boya (a w książce na s. 253) czytamy na ten temat: rzekoma świątobliwa matka Makryna Mieczysławska, ksieni klasztoru bazylianek w Mińsku, męczennica i ofiara gwałtów carskich, nie była w istocie ani męczennicą, ani ksienią bazylianek, których podobno w ogóle w Mińsku nie było, ale czelną oszustką, agentką carskiej policji.

Pisząc te słowa, Boy opierał się na wydanej w roku 1923 pracy jezuity, księdza Jana Urbana, Makryna Mieczysławska w świetle prawdy. Publikując swe rewelacje, Urban nie zastanowił się nad tym, że pracownicy rosyjskiej ambasady robili wszystko, by jej autorytet zniszczyć, nadmiernie zaufał ich dawnym propagandowym oświadczeniom, być może jednak podał kilka faktów prawdziwych. Legendarna Makryna, według niego, miała nazywać się Winczowa, była świecką szafarką klasztoru bernardynek (stąd znajomość życia zakonnego), wdową po rosyjskim oficerze. Czy tylko cynicznie kłamała, czy może w pewnym momencie uwierzyła w swoje opowieści, szczęśliwa, iż może grać rolę, o której przez lata marzyła - nad tym Urban też się nie zastanawiał. 

Sugerując agenturalną rolę Matki Makryny, Boy przygotował grunt pod obciążenie podobnym zarzutem Towiańskiego. W dalszym ciągu referatu stwierdzał: jak Mickiewicz tak i cała emigracja polska musiała być przedmiotem bacznej uwagi caratu... Od tego stwierdzenia był już tylko krok do sugestii na temat agenturalnej działalności Towiańskiego. Opisując rzeczywistą czy też zmyśloną rozmowę z jakimś historykiem, Boy wprowadził taki oto dialog: 

Co pan naprawdę myśli o Towiańskim? 

Rzeczywisty bądź zmyślony historyk odpowiedział znacząco: 

Proszę pana, dopóki my nie znamy raportów ambasadora rosyjskiego w Paryżu przesyłanych do Petersburga, dopóty nic właściwie nie możemy wiedzieć o Towiańskim. (s.255).

Niby nie ma tu żadnego pomówienia, ale z kontekstu wynika, że byłaby to wiedza zbliżona do rewelacji ogłoszonej przez jezuitów na temat mateczki Makryny.

Agenturalność Towiańskiego będzie potem sprawą oczywistą także dla Jastruna. Ten ostatni posłuży się również metodą insynuacji rozproszonej: w jednym miejscu wspomni o niejasnych kontaktach Towiańskiego z rosyjską ambasadą w Paryżu, w innym - komentując łatwość, z jaką "Mistrz" wydostał się z imperium na Zachód - wyrazi zdziwienie: nikt nie pytał, jakim to sposobem Towiański otrzymał paszport. Urzędy rosyjskie nie wydały tajemnicy (s. 340). Wreszcie parę stron dalej napisze bez komentarza: Jak grom z jasnego nieba uderzyła w towiańczyków wiadomość o wydaleniu mistrza Andrzeja z Francji pod zarzutem szpiegostwa na rzecz imperium rosyjskiego (s. 360). Ten brak komentarza będzie najbardziej wymownym komentarzem. Zwłaszcza że w innym miejscu Jastrun napisze o naciskach ambasady rosyjskiej, która miała się upominać o swego wypędzonego pupila. Stwierdzenie to było gołosłowne, ale aby to udowodnić, trzeba byłoby mieć dostęp do papierów rosyjskiej ambasady, tudzież innych specjalnych służb.

6. Teczka Towiańskiego.

Czas zapoznać się z treścią owych tajnych dokumentów. Okazuje się bowiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dzięki swym rosyjskim i radzieckim powiązaniom, Samuel Fiszman dotarł do dokumentów III Wydziału Własnej Jego Cesarskiej Mości Kancelarii i opublikował wyniki swych badań w 1962 roku w Archiwaliach Mickiewiczowskich. Dokumenty, dotyczące towiańczyków, znajdowały się w teczce O Polaku Towiańskim przepowiadającym w Paryżu doniosłe przemiany polityczne. Autor zamieścił je w aneksie do swej książki - we francuskich, rosyjskich i niemieckich oryginałach. Dokumenty służb rosyjskich pisane były po francusku i po rosyjsku, austriackich, które też się Towiańskim zainteresowały - po niemiecku.

* Pierwszym dokumentem, który niejako rozkręcił policyjno-biurokratyczną machinę, był tajny list generała-gubernatora południowo-zachodniego kraju, Dymitra Bibikowa, do szefa III Wydziału, czyli policji politycznej, Aleksandra Benkendorfa, datowany 5 listopada 1841 roku. Autor listu, powołując się na polskie gazety z Paryża i Poitiers, informuje o działalności Towiańskiego, który 27 września, w paryskiej katedrze, przepowiedział Polakom, iż wsie stradania ich konczilis', ibo Gospod' Bog uże razriesził sud'by ich na niebiesi i zakończył swą przemowę słowami, czto dieło Gospodnie naczałos' uże. Bibikow zwraca też uwagę szefa tajnej policji na opinie, które nazywają działalność Towiańskiego szaleństwem mogącym zaszkodzić sprawom emigracji, gdyż wielu wygnańców, spuszczając się na obiecaną bezpośrednią Bożą działalność, przestanie w ogóle troszczyć się o sprawę Polski. Bibikow informuje na końcu, iż po informacje o Towiańskim zwrócił się do wileńskiego generała - gubernatora Fiodora Mirkowicza, bo być może Towiański działał wcześniej w rodzinnej guberni i mógł tam pozostawić zwolenników, którzy kontynuując jego dzieło, mogą mieć jakieś tajnyje zamysły. Tak więc z pierwszego już pisma wynika, że Rosjanie mieli znakomitą sieć informacyjną i w Europie, i we własnym kraju, wynika, że zatrudniali w policji ludzi inteligentnych, nie wynika jednakże, by do zatrudnionych należał Towiański. Dalsze listy dokumentują sprawność policyjnej machiny. Już 25 listopada Mirkowicz informując, że udzielił Towiańskiemu paszportu na wyjazd roczny od 28 czerwca 1840 roku (za zgodą - co podkreśla - III Wydziału), podaje też informacje zebrane na jego temat. Wynika z nich, że Towiański nie utrzymywał stosunków z sąsiadami i rodziną, i że był uważany raczej za człowieka niespełna rozumu niż za szkodliwego czy nieprawomyślnego. Mirkowicz nie odnotowuje żadnych danych o wpływie mistycyzmu Towiańskiego na tutejszych mieszkańców, radzi jednak zwrócić się po informacje do poselstwa rosyjskiego w Paryżu, sugerując, że w przypadku przestępczego zachowania za granicą i odmowy powrotu do Rosji, można zastosować przewidziane prawem procedury odnośnie pozostawionego na Litwie majątku.

* * Przesłane (8/20 stycznia 1842) do szefa III Wydziału wyjaśnienie Mikołaja Kisielowa, charge d'affaires ambasady w Paryżu (nawiasem mówiąc, przyjaciela Mickiewicza z Petersburga), zaskakuje dość lekkim potraktowaniem sprawy. Wynika z niego, iż ambasada została już wcześniej powiadomiona o działalności Towiańskiego, ale nie uważano, by fakty graniczące z obłędem warte były, by zaprzątać nimi uwagę Ministra Imperium. List Kisielowa zaskakuje znajomością szczegółów życia emigrantów, podaje, że przed przyjazdem do Paryża Towiański przebywał w Dreźnie, Londynie i Brukseli, że następnie zgłosił się do Mickiewicza, Goreckiego i Sobańskiego, mówiąc o rewelacjach najwyższego dla emigracji znaczenia, wspomina o pisemku Mickiewicza do rodaków wystosowanym 26 września oraz o uroczystościach w Notre-Dame, na których było 150 emigrantów, a właściwie uciekinierów (refugies). Do listu Kisielów dołączył notę otrzymaną od prefekta paryskiej policji, z której wynikało, że Towiański przybył po raz pierwszy do Paryża z żoną i dziesięcioletnim dzieckiem 14 grudnia 1840, wyjechał 21 grudnia, by wrócić w maju 1841. Według francuskiej policji, przychylność, jaką okazuje Towiańskiemu "profesor Mickiewicz", pochodzi stąd, że ten wyleczył jego żonę z choroby umysłowej, z powodu której była ona leczona w domu zdrowia. To był - pointuje autor policyjnej noty - pierwszy mniemany cud w Paryżu dokonany przez tego Rosjanina (tj. Towiańskiego - B.U.). Mr. Mickiewicz, który jest bardzo pobożny, wierzy w to niezachwianie.

* * * Na uwagę zasługuje także kolejny list Kisielowa (26 marzec/7 kwietnia 1842) informujący o wezwaniu Towiańskiego do ambasady i o przeprowadzonej z nim rozmowie. Towiański oświadczył wówczas, że przybył do Francji z bożą misją doprowadzenia do zbliżenia i pojednania między Rosjanami i Polakami, że jest najwierniejszym i najbardziej posłusznym z poddanych Cesarza (le plus fidele et leplus obeissant des sujets de l'Empereur), ale że nie może wrócić natychmiast do kraju nie zakończywszy swej misji: ma nadzieję, że to stanie się w ciągu roku i następnie on wróci do domowego ogniska. 

Następne sekretne materiały nie przynoszą żadnych rewelacji. 

1 lipca 1842 szef Wydziału III, Aleksander Benkendorf, informuje ministra spraw wewnętrznych, Lwa Pierowskiego, że niejaki Andrzej Towiański, mianujący się wysłannikiem niebios ogłasza polskim emigrantom koniec ich wygnania i szybki powrót do niepodległej Polski. Ponieważ jednak ów osobnik mianujący się apostołem ważnych dla emigracji objawień nie poprosił o przedłużenie paszportu i pozostaje za granicą samowolnie - Jego Imperatorska Wysokość polecił poddać jego majątek sekwestrowi, a jego samego zaliczyć do wygnańców (zaczislit' izgnannikom).

Z listu Kisielowa z 18/30 sierpnia wynika, że nie był on w stanie doręczyć Towiańskiemu zawiadomienia o banicji i konfiskacie majątku, ponieważ ten został wydalony z Francji. Z kolejnego listu Mirkowicza z kolei wynika, że sprawa konfiskaty będzie nieco skomplikowana, gdyż przed wyjazdem Towiański wydzierżawił na 6 lat swój majątek jakiemuś Antoniemu Zawadzkiemu, za co otrzymał z góry 7170 rubli srebrem i jeszcze 72 kop. Uzupełnieniem korespondencji rosyjskich policjantów i dyplomatów jest raport policyjny przekazany przez księcia Metternicha ambasadorowi Rosji w Wiedniu. Wynika z niego, że Austriacy podejrzewali początkowo, iż Towiański jest agentem Rosji, polem pogłoski te się nie potwierdziły. Pismo zwraca uwagę na niebezpieczeństwo głoszonej przez Towiańskiego idei słowiańskiej koalicji, tym większe, iż podobno posiada on wielu zwolenników w Rosji. 

Jako ciekawostkę można wreszcie odnotować raport agenta Jakowa Tołstoja przesłany z Paryża do Benkendorfa, znajdujący się w innym zbiorze materiałów III Wydziału. Z raportu wynika, iż Towiański próbował najpierw opanować generała Skrzyneckiego, który jednak dał mu do zrozumienia, że uważa go za agenta rosyjskiego. W opanowaniu Mickiewicza pomógł Towiańskiemu przypadek zupełnie wyjątkowy - żona poety zachorowała nerwowo i przebywała w szpitalu. Zjawiwszy się u Mickiewicza ten opętany (tj. Towiański) oświadczył mu tonem proroka, że miał objawienie, iż ma przybyć do niego i przepowiedzieć zupełne wyzdrowienie żony. Mickiewicz powinien tylko iść po żonę do szpitala. I rzeczywiście - pisze Tołstoj - dziwnym trafem okazało się, że choroba pani Mickiewiczówej minęła i że po przybyciu do szpitala mąż znalazł ją zupełnie zdrową. Ten przypadek uznany za cud wystarczył, by i tak egzaltowany stan Mickiewicza przekształcił się w fanatyzm. Obecnie - pisze w październiku 1842 Tołstoj - znajduje się on pod całkowitym wpływem iluministycznych idei Towiańskiego, a do sekty codziennie przybywają nawróceni.

W teczce Towiańskiego znajduje się jeszcze parę dokumentów, m.in. napisany z jego inspiracji list Chodźki do cara Mikołaja I z 1844 roku oraz list samego Towiańskiego do cara z 1863 roku. Rzecz znamienna, że kiedy przyszedł ów ostatni memoriał Towiańskiego... w tajnej policji nie pamiętano już o jego autorze, trzeba było na nowo zbierać informacje. Wynika z tego, że tajne rosyjskie służby nie traktowały poważnie "Mistrza" Andrzeja, uważano go za maniaka, żadnym, demonicznym czy nie demonicznym, agentem nie był. Jedyna rzecz, która budzi mój niepokój, to fakt, że rozdał swym wyznawcom pularesy, każąc wpisywać myśli, rozmowy, nawet sny. Ale o tym chwycie mógł się dowiedzieć od znajomych ojca albo od tego drugiego Towiańskiego...

 

 

Bohdan Urbankowski "Adam Mickiewicz. Tajemnice wiary, miłości i śmierci", 1999

 





MICKIEWICZ