Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 1999.02.13

 

KRZYSZTOF MASŁOŃ

Niewidzialnie oświeceni

 

Intelektualiści zachodni wobec zbrodni sowieckich

 

50 lat temu, w styczniu 1949 r. rozpoczęła się w Paryżu niezwykła sprawa sądowa. Redakcja "L'Humanite" wytoczyła proces Wiktorowi Andriejewiczowi Krawczence, członkowi sowieckiej misji handlowej, który w 1943 r. wysłany po zakupy do USA, postanowił nie wracać do kraju. W kwietniu roku następnego oświadczył, że zrywa z Moskwą, a niebawem wydał książkę, w której m. in. opisał funkcjonowanie systemu łagrów, przymusową kolektywizację i głód na Ukrainie.

"Wybrałem wolność", bo taki tytuł nosiła ta książka, okazała się bestsellerem; przetłumaczono ją na 22 języki. Gazeta "L'Humanite" wszczęła jednak kampanię przeciw Krawczence, doprowadzając do sprawy sądowej, w której zarzucono mu szkalowanie ZSRR. Organowi Komunistycznej Partii Francji dzielnie sekundowało, podobno niezależne, prestiżowe pismo literackie "Les Lettres Francaises", utrzymując, że książkę w istocie napisał ktoś inny, Krawczenko to faszysta, a żadnych łagrów w ojczyźnie światowego proletariatu nie było, nie ma i nigdy nie będzie. Krawczenko powołał jednak świadków, wśród których znaleźli się więźniowie Kołymy i to im sąd dał wiarę, a nie świadczącym na rzecz "L'Humanite" "najwyższym autorytetom moralnym" w rodzaju pisarza Louisa Aragona.

Dla "Russkoj Mysli", ukazującego się w Paryżu emigracyjnego tygodnika, sprawozdania z procesu Krawczenki pisała Nina Berberowa, pisarka rosyjska, eks-żona znanego poety Władysława Chodasiewicza. Po latach w swojej autobiografii "Podkreślenia moje", wydanej ostatnio w Polsce nakładem Noir sur Blanc, tak komentowała tę sprawę: "Oglądanie na własne oczy, jak były minister, światowej sławy uczony, laureat Nagrody Nobla, profesor Sorbony z Legią Honorową na piersi albo znany pisarz składali przed sądem przysięgę i pod przysięgą twierdzili, że w ZSRR nigdy nie było i nie ma obozów koncentracyjnych, stanowiło jedno z najsilniejszych wrażeń całego mojego życia. Publiczność solidaryzująca się z Krawczenką kwitowała te o świadczenia wrogimi okrzykami. Gdy w roku 1962 przeczytałam opowiadanie Sołżenicyna o sowieckim obozie koncentracyjnym i dowiedziałam się, że opowiadanie to ukazało się we francuskim przekładzie, spodziewałam się, że bodaj jedna z osób, które przysięgały i kłamały przed sądem w 1949 roku, zareaguje na ten utwór. Tak się jednak nie stało".

Interesujący eksperyment

"W całym świecie zachodnim nie było wówczas ani jednego - akcentuje Nina Berberowa - wybitnego pisarza, który opowiedziałby się 'po naszej stronie', który zaprotestowałby przeciwko prześladowaniom inteligencji w ZSRR, przeciwko represjom, przeciwko sowieckiej cenzurze, aresztowaniom, procesom, zamykaniu czasopism, przeciwko żelaznym zasadom realizmu socjalistycznego - za niepodporządkowanie się którym unicestwiano fizycznie rosyjskich pisarzy. Starsze pokolenie - Wells, Shaw, Rolland, Mann - opowiadało się całkowicie za 'nową Rosją', za 'interesującym eksperymentem', likwidującym 'potworności caratu', za Stalinem przeciwko Trockiemu, podobnie jak za czasów Lenina opowiadało się przeciw innym przywódcom rosyjskich partii politycznych. To pokolenie z Dreiserem, Sinclairem Lewisem, Uptonem Sinclairem, André Gide'em (do 1936 roku) , Stefanem Zweigiem we wszystkich kwestiach stawało po stronie partii komunistycznych, przeciwko opozycji. Potem szło średnie pokolenie, jak na przykład grupa 'Bloomsbury' z Virginią Woolf, bądź Valéry lub Hemingway, którzy nie wykazując entuzjazmu dla partii komunistycznej, obojętni byli wobec tego, co działo się w Rosji lat trzydziestych. Bożyszcze młodzieży Jean Cocteau pisał: 'Dyktatorzy przyczyniają się do protestu w sztuce, sztuka umiera bez protestu' (Ciśnie się pytanie: a co sądzić o kuli w potylicę? )".

Latem 1927 r. do redakcji rosyjskich gazet emigracyjnych nadesłano z Moskwy anonimowy list zatytułowany "Do pisarzy świata". W całości wydrukowany został w "Poslednich nowostiach". Nadawcy pisma zadawali w nim wcale nie retoryczne pytania: "Czyżbyście nie wiedzieli o naszym więzieniu dla słowa - o komunistycznej cenzurze w drugiej ćwierci XX wieku, o cenzurze 'socjalistycznego' państwa? Obawiamy się, że tak właśnie jest. Dlaczego jednak pisarze, którzy odwiedzili Rosję - panowie Duhamel, Durtain i inni, wróciwszy do swego kraju, nic o tym nie powiedzieli? Czy sytuacja pisarzy w Rosji ich nie interesowała? Czyżby patrzyli, a nie widzieli, widzieli, ale nie zrozumieli? Boli nas, że brzęk oficjalnych kielichów z oficjalnym szampanem, którym raczono w Rosji zagranicznych pisarzy, zagłuszył brzęk łańcuchów, którymi spętano naszą literaturę i cały naród rosyjski! ".

Po miesiącu w moskiewskiej "Prawdzie" ukazało się dementi, w którym stwierdzono, że list jest falsyfikatem, powstałym na emigracji. Autorka "Podkreśleń moich" komentuje to następująco: "Jest mi dziś wszystko jedno, czy napisał ten list ktoś z otoczenia Iwanowa-Razumnika, Czułkowa czy Wołoszyna w Rosji, czy też ktoś z otoczenia Mereżkowskiego, Mielgunowa czy Piotra Struve w Paryżu. W liście pobrzmiewa rozpacz związana z samobójstwem Jesienina i Sobola, z prześladowaniami Woronskiego, z rozkwitem pisma 'Na postu', z żelazną kurtyną opadającą nad Rosję po odwołaniu NEP-u".

Na list nie zareagował na Zachodzie nikt. Dopiero jego wzmocnienie indywidualnymi wystąpieniami Bunina i Balmonta sprawiło, że odezwał się jeden jedyny Romain Rolland. W jakże charakterystyczny dla siebie sposób. W miesięczniku "L'Europe" napisał m. in. "Wybitni intelektualiści jeżdżą do Rosji i widzą, co się tam dzieje... W waszej ojczyźnie naukowcy pracują z gorączkową energią... Jest tam więcej pisarzy i czytelników niż u nas... Dopiero niedawno otrzymałem w darze nową książkę Priszwina... Mnie również w moim własnym kraju nękała cenzura". A jako człowiek dociekliwy zwrócił się Rolland z pytaniem: "Czy to prawda, że w Związku Radzieckim pisarze są ciemiężeni? ", do... Maksyma Gorkiego. Przebywający w Sorrento autor "Matki" wywiązał się z postawionego przed nim zadania wyśmienicie. Swoim autorytetem zaświadczył, że w Związku Radzieckim pisarze są o wiele szczęśliwsi niż w państwach burżuazyjnych, młodych talentów są setki, a starsi literaci piszą więcej niż przed rewolucją. Gorki wymienia tu nazwiska: Leonida Borisowa, Niny Smirnowej, Izaaka Babla, Borysa Pilniaka, Aleksandra Jakowlewa, Siergieja Kłyczkowa, Wasilija Kazina, Piotra Orieszyna, Michaiła Zoszczenki. Sześć spośród tych osób zostało straconych w czystkach w latach 30.

Powie ktoś: skąd o tym Gorki mógł wiedzieć? Jasnowidzem, rzeczywiście nie był. Być może nie wiedział nawet, że w latach 30. przyjmować będzie niemałe sumy od... kierującego NKWD Henryka Jagody. A to 4 tys. dolarów na zakup samochodu, a to 2 tysiące na likwidację domu w Sorrento, to znów mniejsze kwoty dla kochanki Gorkiego, dla jego synowej i dla sekretarza.

Niczym Feniks z ognia i popiołów

Nina Berberowa przedstawia sylwetki znanych sobie ludzi pióra z dużą wyrozumiałością, choć nie "cenzuruje" ich postępowania. Powiada: tacy byli, takimi ich zapamiętałam. Wyraźnie oddziela twórczość literacką od biografii. Wielcy poeci i prozaicy nie zawsze bywali równie wielkimi ludźmi. Nie czyni wyjątku nawet dla Vladimira Nabokova, choć to, co o nim pisze, nazwać można aktem strzelistym. Po lekturze pierwszych rozdziałów "Obrony Łużyna" stwierdziła, że o to ma przed sobą "pisarza wielkiej miary, dojrzałego, skomplikowanego, współczesnego, ogromnego rosyjskiego pisarza, który niczym Feniks zrodził się z ognia i popiołów rewolucji i wygnania. Nasze istnienie nabierało odtąd sensu. Całe moje pokolenie zyskało usprawiedliwienie".

Trzeba przyznać, że swój entuzjazm dla prozy Nabokova podpiera Berberowa wnikliwą jej analizą, a przy okazji wypowiada wiele głębokich uwag o istocie twórczości powstałej na emigracji. Korespondują one ze wznowionym niedawno przez Iskry tomem esejów Wojciecha Karpińskiego "Herb wygnania", którego jednym z bohaterów jest zresztą właśnie autor "Lolity". "Nabokov jako jedyny wśród rosyjskich autorów (zarówno w Rosji, jak i na emigracji) - czytamy w "Podkreśleniach moich" - należy do całego świata zachodniego (albo do świata w ogóle), a nie tylko do Rosji. Przynależność do jednej określonej narodowości czy jednego określonego języka nie ma w istocie dla takich jak on większego znaczenia: już siedemdziesiąt lat temu w świecie kultury zarysowała się całkiem nowa sytuacja - Strindberg w 'Spowiedzi szaleńca', Wilde w 'Salome', Conrad i Santayana niekiedy albo nigdy nie pisali w ojczystym języku . Dla Kafki, Joyce'a, Ionesco, Becketta, Jorge Borgesa i Nabokova język przestał być tym, czym w wąsko narodowym sensie był przed osiemdziesięciu laty. Zarówno popisy językowe, jak i psychologia narodowa w naszych czasach, gdy nie są wsparte żadnymi innymi walorami - nie są czymś niezbędnym ani dla autora, ani dla czytelnika".

Warto zwrócić uwagę, że w swoim "Czarnym zeszycie", notatkach sporządzanych przez Berberową w latach 40. , pod datą "sierpień 1947" pytała: "Co by było, gdyby we Francji cała jej myśl historyczno-krytyczno-literacka obracała się wokół FLAUBZACA, jak u nas wokół Tołstojewskiego".

Nabokov to także jeden z naprawdę nielicznych ludzi pióra - emigrantów z Rosji, którzy nie zostali wciągnięci do mniej lub bardziej intensywnej współpracy z sowieckimi służbami specjalnymi.

Wyrównać szeregi!

Pora wreszcie powiedzieć słów parę o autorce "Podkreśleń moich", w Polsce poza wąskim kręgiem specjalistów-rusycystów w ogóle nie znanej. Urodziła się w 1901 r. w Sankt Petersburgu w rodzinie rosyjsko-ormiańskiej. Jej dziadek był rzeczywistym radcą stanu, sędzią pokoju, przewodniczącym szlachty powiecie wiesiegońskim wtwerskiej guberni. Zaproszony został kiedyś do Petersburga przez cara Mikołaja II. Imperator zadał mu łaskawe pytanie, czy daleko jest z jego stron do kolei żelaznej. Usłyszał: "Sto wiorst, wasza cesarska mość. Czas już przeprowadzić linię do nas, od dawna czas". - Rosja jest rozległa - powiedział car, uśmiechając się smutno - nie sposób w tak ogromnym kraju zrobić wszystko od razu.

"Jakie tempo właściwie uważał za odpowiednie dla przemian w Rosji? - pyta Nina Berberowa. - Sam dostał w łeb o sto lat później niż należało! ", co mówi wszystko o stosunku autorki do rosyjskiej monarchii.

Z Rosji wyjechała w 1922 r. , gdy w ramach polityki NEP-u zaczęto wydawać paszporty. Paszporty jej i Chodasiewicza miały numery 16 i 17; numer 1 otrzymał, zdaje się, Erenburg. Chodasiewicza wypuszczono na Zachód "celem poratowania zdrowia", ją - "celem uzupełnienia wykształcenia". 30 czerwca 1922 r. przyjechali do Berlina.

Wcześniej Nina Berberowa zdążyła poznać całe środowisko literackie Piotrogrodu. Wspomina m. in. Gumilowa, który uważał siebie za pisarskiego "dowódcę plutonu". "Trzeba szanować rangę - tłumaczył jej. - W poezji to także obowiązuje, a nawet jeszcze bardziej. Wyrównać szeregi! " Wkrótce wyrównano te szeregi dokładniej, niż to sobie poeta wyobrażał. 3 sierpnia 1921 r. został aresztowany, a trzy tygodnie później w raz z 61 osobami rozstrzelany za udział w rzekomym spisku monarchistycznym, w tzw. sprawie Tagancewa. Miał 35 lat, przez osiem lat był towarzyszem życia największej rosyjskiej poetki, Anny Achmatowej. W 1964 r. w Sztokholmie po 43 latach niewidzenia pojechała na dworzec kolejowy, wiedząc, że spotka tam autorkę "Requiem". Ucałowała jej ręce.

Na wieść o śmierci Aleksandra Błoka pojechała do jego mieszkania. Marietta Szaginian wspominała później: "Jakaś dziewczyna przyniosła pierwsze kwiaty". Tą dziewczyną była Nina Berberowa.

Po wyjeździe z Rosji nie zobaczyła już swoich rodziców. Jej matka umarła z głodu podczas blokady Leningradu, ojciec zmarł zaraz potem. Wcześniej rodzice dali jej znać, by nie pisała do nich listów. Korespondencja z emigrantką, ewidentnym "wrogiem ludu", grozić musiała nieobliczalnymi konsekwencjami.

Najważniejszego człowieka w swoim życiu - Władysława Chodasiewicza poznała w listopadzie 1921 r. Warto poświęcić tej postaci nieco więcej uwagi, także i dlatego, że kilka lat temu przypomniał go w głośnym - z pozaliterackich powodów - wierszu Zbigniew Herbert.

Chodasiewicz, pół-Polak urodził się w 1886 r. w Moskwie. Jego ojciec był wnukiem polskiego powstańca 1831 r. , a matka córką autora "Księgi Kahału" Jakowa Aleksandra Brafmana. Debiutował w 1905 r. , jego wczesne wiersze pisane były pod wyraźnym wpływem Briusowa. Za najważniejsze tomy Chodasiewicza uznaje się zbiory poezji: "Szlakiem ziarna" i "Ciężka lira". Opublikował kilka książek historycznych, m. in. o Dzierżawinie i Puszkinie. Wiele tłumaczył, m. in. z języka polskiego - Mickiewicza i Krasińskiego. Zmarł w 1939 roku.

W autobiografii Nina Berberowa nazywa go "ubogim Łazarzem". Ich związek przetrwał nawet rozstanie, autorka "Podkreśleń moich" odeszła bowiem od Chodasiewicza w 1932 r. Z autoironią cytuje czyjąś złośliwość: "Ugotowała mu barszczu na trzy dni, wycerowała wszystkie skarpety i wyprowadziła się". "Była to niemal prawda" - komentuje. W istocie w tym małżeństwie była i kochanką, i matką, i partnerką (nigdy rywalką) literacką. Przyjaciółką pozostała na zawsze; opiekowała się nim i wtedy, gdy wyszła za mąż za innego emigranta rosyjskiego. Czuwała nad nim w ostatnich jego chwilach.

W Paryżu Nina Berberowa współpracowała z gazetą "Poslednije Nowosti", w której opublikowała swą pierwszą powieść "Święta w Biancourt". Losy emigrantów rosyjskich opisała w powieściach: "Ostatni i pierwsi", "Rozkazodawczyni", "Bez zachodu". Większą popularność zdobyła dopiero w USA, dokąd przeniosła się na początku lat 50. Poza autobiografią, zwróciły uwagę jej opowieści biograficzne, m. in. o Czajkowskim, a także "Żeleznaja żenszczina" - książka o Marii Ignatiewnie Budberg, ostatniej nieformalnej żonie Maksyma Gorkiego, najprawdopodobniej podwójnej agentce: angielskiej i sowieckiej. We Francji prawdziwą furorę zrobiła mikropowieść "Skaza", która w 1989 r. trafiła na listy bestsellerów. Zdążyła jeszcze napisać i opublikować, w Stanach Zjednoczonych i w Rosji, interesującą książkę "Ludzie iloże", o masonerii w Rosji na początku XX wieku i na emigracji.

W USA osiadła w Princeton, w stanie New Jersey. Wykładała literaturę rosyjską na tamtejszym uniwersytecie. Zmarła w Filadelfii w 1993 roku.

Na kowadle rewolucji

Emigracja jest zawsze nieszczęściem, ale w wielu wypadkach daje ocalenie. "Co to wtedy znaczyło 'ocalenie'? - zastanawia się Nina Berberowa. - Fizycznie? Duchowo? Czy mogliśmy wówczas przewidzieć, jak zginie Mandelsztam, przewidzieć śmierć Klujewa, samobójstwo Jesienina i Majakowskiego, politykę partii w literaturze, prowadzącą do zatraty dwóch, jeśli nie trzech pokoleń? Dwadzieścia lat milczenia Achmatowej? Unicestwienie Pasternaka? Koniec Gorkiego? Oczywiście, że nie. 'Anatolij Wasiliewicz do tego nie dopuści' - taka opinia o Łunaczarskim była powszechna. No, a jeśli Anatolij Wasiliewicz sam zostanie otruty? Albo umrze śmiercią naturalną? Albo zostanie odsunięty? Albo powie sobie, że należy przestać być komunistycznym estetą i czas już zostać młotem wykuwającym rosyjską inteligencję na kowadle rewolucji? Nie, takie ewentualności nikomu wówczas nie przychodziły do głowy".

A na zagładę nie trzeba było długo czekać. Ofiary liczono już nie w dziesiątkach, nie w setkach nawet, lecz w tysiącach: "od Trockiego poprzez Woronskiego, Pilniaka, formalistów i poputczyków - wylicza Berberowa - do futurystów i młodej i robotniczej i chłopskiej poezji, bujnie rozkwitającej aż do końca lat dwudziestych i wiernie służącej nowemu reżimowi. Od brodatych starców, uczestników 'zgromadzeń religijno-filozoficznych', po członków WAPP-u, którzy - jak się zdawało - w samą porę rzucili hasło obniżenia kultury, a mimo to zatonęli. Zagłada dotykała nie tylko każdego, kto zginął, ale była zagładą zbiorową, dotykaną profesjonalnie i planowo, 'jako zagłada klasy'. Równolegle zaczęły następować zdarzenia, ale zdarzenia wyraźnie zaplanowane. Mandelsztam został unicestwiony jako klasa, Zamiatinowi zabroniono pisać jako klasie. Polityka literacka (do końca lat trzydziestych) była częścią polityki ogólnej - początkowo Lenina i Trockiego, potem Zinowiewa i Kamieniewa, potem Stalina i wreszcie Stalina-Jeżowa-Żdanowa. W rezultacie unicestwieni zostali ludzie urodzeni około roku 1880, ludzie urodzeni o koło 1895 i ludzie urodzeni o koło 1910 roku".

Nina Berberowa od emigracyjnej "konserwy" trzymała się z daleka. "Wierzyła - pisze Renata Gorczyńska - że wraz ze śmiercią Stalina nastąpi ewolucja myśli komunistycznej, liczyła na skutki odwilży w historii intelektualnej. Optymizm ów okazał się nieco przedwczesny, bo paryscy jajogłowi długo jeszcze nie mogli ochłonąć z zachwytu nad nowym światłem ze wschodu".

W lutym 1949 r. Nina Berberowa zapisała w swym "Czarnym zeszycie": "Przeczytałam w sowieckiej prasie: 'Stalin oświeca niewidzialnie' ".

 

Nina Berberowa - "Podkreślenia moje. Autobiografia". Przełożyła Eugenia Siemaszkiewicz. Noir sur Blanc, 1998.





INTELEKTUALIŚCI