Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Artmix

 

Izabela Kowalczyk

Dlaczego nie było wielkich historyczek sztuki, albo płeć historii sztuki, albo jak zostałam radykalną feministką



Feminizm siły wychodzi z założenia, że kobiety potrafią wykorzystać swoją energię i wygrywać. Zakłada, że kobiety nie muszą być ani lepsze, ani gorsze od mężczyzn, a na pewno nie muszą być takie same; zasługują na prawa po prostu dlatego, że są ludźmi. Zakłada, że jeśli system działa niesprawiedliwie, zamiast prosić o łagodniejsze traktowanie, na podstawie statusu ofiary, kobiety powinny użyć swoich wpływów, aby go zmienić.

Naomi Wolf, Fire with Fire. The New Female Power And How Use It, New York 1994

 

Początek

Gdy Magda Ujma zaproponowała mi współredagowanie internetowego pisma o sztuce, pomyślałam o szansie, którą daje cyberprzestrzeń. Wreszcie będziemy mogły swobodnie się wypowiedzieć, to my będziemy dyktowały reguły gry, no i ludzie z zewnątrz nie będą nam ingerowali w teksty.

Inne pisma o sztuce tworzone są przez facetów, pism feministycznych jest w Polsce jak na lekarstwo, a sztuka i kultura w perspektywie feministycznej to jakaś egzotyka - oto jak wygląda rynek wydawniczy. Potem pojawił się problem z nazwą: "feministyczne", czy "genderowe", o sztuce, czy o kulturze wizualnej? "Ultramaryna", "Niebezpieczne Dziewice Miasta", "Baba Jagart" "Artyleria" to tylko niektóre propozycje tytułów, na które jednak wszystkie znajome oraz życzliwi nam znajomi kręcili nosami.

No więc nie miałyśmy tytułu, aż do dnia, kiedy wracałam z Bielska-Białej z wystawy Kobieta o kobiecie i skręcając się z bólu (złapała mnie grypa żołądkowa), czytałam książkę Moniki Bakke. Wymyśliłam tytuł-zagadkę: prosty, a zarazem otwierający szereg skojarzeń związanych ze sztuką, ale też filozofią i kulturą popularną, a więc nawiązujący do tego wszystkiego, co ma być przedmiotem uwagi w naszym piśmie. To tyle o nazwie.

Temat przewodni "Płeć sztuki" wymyśliłyśmy razem z Magdą podczas spaceru z moim dzieckiem (z małymi dziećmi trzeba wychodzić codziennie!). Pomyślałam, że napiszę do tego pierwszego numeru tekst o kanonie, o wykreślaniu z historii sztuki kobiet-artystek, o perspektywie naukowej, w której kobieta-artystka jest dziwadłem, hybrydą oraz kanonie, który wciąż określa to, czego naucza się w ramach kursów z historii sztuki, z którym wiąże się cały szereg wykluczeń. Na jego marginesach pozostają kobiety-artystki, o których twórczości studenci przeważnie nie mają szansy się dowiedzieć na kursach historii sztuki. Feministyczna historia sztuki ciągle pozostaje czymś egzotycznym, najczęściej naukowcy zatrzymują się na poziomie referowania jej (jako jednej z nowych metod), zainteresowanie nią tylko z rzadka wiąże się z traktowaniem serio jej postulatów. Nie wspomnę tu już o całej rzeszy naukowców, którzy ten nurt w historii sztuki wyśmiewają, zastrzegając, że na szacownych uczelniach nie powinno być dla niego miejsca. Po co feminizm? Przecież to nie jest żadna nauka!

Historyczki sztuki

Jednak nie to jest tematem tego tekstu, zdałam sobie, bowiem sprawę z innego problemu, który chyba jeszcze skuteczniej, niż dominujące w nauce schematy, blokuje feministyczne rozważania.

Na współczesną historię sztuki w Polsce niewątpliwie oddziałuje historia towarzyskich koterii. Jest to coś niezwykle trudnego do opisania: znajomości, zależności, wpływologia, kompleks wielkich mistrzów, ukryty lobbing, "wyjadanie" sobie tematów, przemilczenia, ukryte wykluczenia - to wszystko ma miejsce w tym stosunkowo niewielkim środowisku.

Jaka jest w tym rola kobiet? Mogą one albo przyjąć postawę "dłubania", albo schronić się pod skrzydłami swych mistrzów, jeszcze inne "wygryzają" sobie miejsce, stosując się do "męskich" reguł gry, a spora część pozostaje na marginesie (to te, które nie znalazły sobie miejsca w strukturach).

Wiele z moich znajomych doznaje uczucia bycia "pomiędzy", czują się jak przysłowiowy "ni pies, ni wydra", nie mogąc się zidentyfikować jednoznacznie z czymś zastanym w nauce. Niektóre mówią dobitnie: "Jestem nikim".

Przyjrzymy się najpierw strategiom działania kobiet w historii sztuki.

Strategie

Pierwsza z nich, a więc "dłubanie" nie pozwala tak naprawdę zaistnieć w historii sztuki, opiera się na ciężkiej, czasochłonnej pracy, która nie przynosi jednak większych efektów, jeśli chodzi o prestiż, czy sławę. Tworzenie dokumentacji, zbieranie i opracowywanie materiałów, dokumentacji i bibliografii, wypełnianie fiszek to typowe zajęcia "dłubaczek". To zarazem takie "typowo kobiece" działania, do których potrzeba ogromnego samozaparcia, cierpliwości i poświęcenia. W gruncie rzeczy jest to bardzo trudna praca. Jednak jej wykonawczynie muszą pozostać w cieniu.

W cieniu pozostają także kobiety, które działają "pod skrzydłami wielkich mistrzów". Przyjmują one strategie i metody swych nauczycieli, korzystają z ich opieki, a w zamian odpowiadają wdzięcznością i stosują się do ich zaleceń. Doprawdy ciekawa jest relacja mistrz (mędrzec, wszystkowiedzący, pouczający) i uczennica (wpatrzona w niego, podążająca wskazanymi przez niego ścieżkami). On darzy ją najczęściej uczuciem serdecznej przychylności, zarazem może liczyć na jej pomocną dłoń. Wie, że ona zrobi mu kawę, pomoże, przyniesie książkę, a później opracuje dorobek swego mistrza. Relacja ta nieco przypomina relację: ojciec - córka. Mistrz - ojciec wprowadza córkę - uczennicę w reguły nauki. W tej relacji ona nie może przełamać/zanegować porządku ojca. Jej wiedza nigdy nie dorównuje wiedzy mistrza, ona go nie skrytykuje. W tym układzie wiedza uczennicy nigdy nie zagrozi wiedzy mistrza.

Do strategii stosowanych przez historyczki sztuki należy też "kalanie własnego gniazda". Stosują ją kobiety, które za wszelką cenę pragną przypodobać się "patriarchom". Udowadniają więc, że to, co robią, to nie jest żaden feminizm. Choć z drugiej strony, chcą być na bieżąco z tym, co dzieje się w nauce, na fali mody adoptują więc do swych badań perspektywę feministyczną. Chętnie korzystają z zaproszeń na feministyczne konferencje, pisują nawet takowe teksty. W ten sposób same wpadają w zastawione przez siebie sidła. Ich postawa bliska jest schizofrenii. Oto np. historyczka sztuki, która brała udział w feministycznych konferencjach, pisała teksty o zachodniej sztuce feministycznej, pisze o polskiej artystce, której bliska była postawa feministyczna, że reagowała na feminizm "alergicznie". Inna historyczka sztuki neguje feministyczne interpretacje, gdyż w sztuce, w której jest poezja, nie może być ideologii!

Strategia "tylko nie feminizm" dziwi przede wszystkim w kontekście tego, że większość z tych historyczek sztuki sięga po feministyczne teorie, korzysta (co może należałoby podkreślić) z tego, co oferuje sam feminizm. Oficjalnie jednak od niego się odżegnują. Mogą, co najwyżej, spróbować zachęcić, by spojrzeć na działalność feministycznych historyczek sztuki bardziej życzliwym okiem. Zastanawia dystans, który kryje się za podobnymi słowami, wypowiadanymi przez osoby czerpiące pełnymi garściami z feministycznej historii sztuki. Część kobiet, które działają w strukturach uniwersyteckich i boją się podpaść swoim (najczęściej starszym) kolegom, będzie broniło tej strategii, która pozwala przeszmuglować pewne feministyczne hasła w pozornie obojętnych na te kwestie tekstach. Jedna z moich znajomych nazywa tę strategię feminizmem wprowadzanym kuchennymi drzwiami. Według Naomi Wolf takie działanie to "feminizm ofiary", gdyż strategia ta nie jest walką honorową, otwartą, a używa podstępów, akcentując w ten sposób swoją gorszą pozycję oraz własną niepewność. A przecież: Mężczyźni dostają więcej nie tylko dlatego, że to oni zmontowali ten system, ale po prostu dlatego, że proszą o więcej. (Naomi Wolf, Klin klinem, przełożyła B.Limanowska, [w]: Spotkania feministyczne. Warszawa 1994/1995, s.50)

Inna strategia to przemilczenia, powoływanie się na jakieś feministki, jakieś feministyczne badania, jakiś feministyczny dorobek, ale przemilczanie autorek tego dorobku, ignorowanie ich tekstów, artykułów. Działa tu stereotyp, że kobiety nie są ważnymi partnerkami w dyskusji, że można je przemilczeć. Działające zgodnie z tą strategią kobiety, wykorzystują często pomysły swoich koleżanek, czerpią z ich dorobku, ale nie przywołują przy tym ich nazwisk, nie przejmują się cytatami. W ten sposób kobiety dokonują wzajemnego wykluczania się.

Marginesy

Pozostaje jeszcze jeden sposób działania: jest to usytuowanie się na marginesie, bycie z dala od, istniejących w Polsce, historyczno-sztucznych centrów. Historyczki sztuki działają więc, jeśli chodzi o geografię, na obrzeżach: Gdańsk, Zielona Góra, Łódź, Cieszyn, Amsterdam - te miejsca oddalone są od ośrodków, w których tworzona jest "prawdziwa" nauka. Podobnie, jeśli chodzi o samą działalność: są to obrzeża historii sztuki, częściej krytyka niż sama nauka. Czasami szukanie własnego miejsca kończy się fiaskiem i historyczki sztuki zaczynają zajmować się zupełnie czymś innym: są to tłumaczenia, praca w agencjach reklamowych, albo w organizacjach feministycznych. Są to kobiety, które w różnych okolicznościach musiały zrezygnować z kariery naukowej. Do porażki się nie przyznają, mówią, że tak chciały, że same wybrały, że nie zależało im na karierze. Ale efektem jest tak mały procent kobiet uprawiających naukę. Dlaczego więc zrezygnowały?

Zniechęcenie

Nie jest to oczywiście specyfika tylko historii sztuki. Często po prostu nie zostały zachęcone, by kontynuować karierę, albo wręcz zniechęcone. Anna Kohli pisze o sytuacji na uniwersytecie w Zurychu: Obraźliwe komentarze i żarciki pod adresem studentek rzucane z katedry czy podczas egzaminu przez panów profesorów, to niestety nadal chleb powszedni. (...) studentki grają rolę podrzędną - koleżanki po fachu są rywalkami do zaszczytów i splendoru. Często niby niewinne dowcipy potrafią skutecznie ostudzić zapał naukowy i wiarę w siebie młodych adeptek oraz wytworzyć toksyczną atmosferę w pracy. (Anna Kohli, Nie ma jakości bez równości, "Zadra" nr 4 (5) 2000)

Z obserwacji, jakie poczyniłam podczas prowadzonych przez siebie zajęć, wynika, że studentki, choć dominują ilościowo w grupie, zabierają głos o wiele rzadziej niż studenci. Ci wypowiadają się pewnie, są przekonani do swoich racji, odważnie ich bronią, dziewczyny, jeśli już się odezwą, używają najczęściej zwrotów: "wydaje mi się", "może jest tak". Są o wiele mniej pewne siebie, odpowiadają najczęściej zduszonym, drżącym głosem, ich ciała zdradzają zdenerwowanie, niepewność. Te dziewczyny mają często coś bardzo ciekawego do powiedzenia, jednak to zdenerwowanie powoduje, że wydobywają z siebie urwane, niezgrabne zdania. Zauważyć tutaj trzeba, że studentkom, dla których publiczne zabieranie głosu jest czymś zupełnie obcym, należy się ogromne wsparcie ze strony prowadzącej/prowadzącego zajęcia. Niestety zdarza się, że uwaga prowadzących skierowana jest przede wszystkim na mężczyzn studentów. Robią tak zarówno niektórzy wykładowcy, jak i wykładowczynie - zwracają się bezpośrednio do mężczyzn, zupełnie ignorując obecność kobiet na zajęciach. Można stąd wysnuć wniosek, że męskim studentom poświęca się na studiach dużo więcej uwagi, niż kobietom. To oni są pytani, czy myślą o karierze naukowej, zachęcani do pracy, o wiele częściej spotykają się z pozytywną mobilizacją. Świadczy o tym niezbyt chwalebny przypadek studentki, która pisała pracę seminaryjną dla siebie i swojego kolegi. Okazało się, że obie prace zostały ocenione zupełnie inaczej: podpisana jej nazwiskiem - była jakoby kiepska, natomiast podpisana męskim nazwiskiem - była dobra, jedynie z drobnymi usterkami.

Kobiety nie są traktowane jako równorzędne partnerki, ze względu na odmienne zainteresowania, niechęć do współuczestniczeniu w tych dyskursach historii sztuki, które można by określić jako "męskie". Kiedy powiedziałam Magdzie Ujmie o tym tekście, zaproponowała: może wspomnij o moich kolegach, którzy otoczeni zachwytem, uważają się za ósme cuda świata, bo znają całego Kanta, Hegla i Gombricha na pamięć. Mnie mają za nikogo, bo nie jestem według ich wyobrażeń ani historykiem sztuki, ani krytykiem, ani nawet eseistą - specjalnie używam męskich form. Jestem pomiędzy, czyli się nie liczę.

Nieprzystawalność języków powoduje, że kobiety czują się w tym "męskim świecie" gorsze. Czasami czują, że są niewygodne, komuś przeszkadzają, że lepiej, gdyby ich nie było. Wciąż bowiem brakuje im poczucia zakorzenienia. Tkwi w nas, jak mówi Beata Zadumińska: poczucie pierwotnej nieadekwatności, bycia nie u siebie, a właściwie bycia bezdomną. (fragment dyskusji po referacie Bożeny Chołuj Antyfeminizm: wrogość wśród kobiet a życie publiczne, [w:] Spotkania feministyczne [2], red. Barbara Limanowska, Fundacja Ośka, Warszawa 2000, s.105).
Naomi Wolf pisze: Kobiety czują się niewygodnie w "męskim" miejscu pracy przede wszystkim dlatego, że nie mają wystarczającej siły, aby przerobić to miejsce na bardziej odpowiednie dla siebie. (Wolf, s.52) Strach przed atrybutami władzy wiąże się też z groźbą, że staniemy się mniej kobiece. Władza jest tradycyjnie męską domeną, dlatego stanowi sprzeczność w stosunku do pojęcia "kobiecości". Ważne jest więc oswojenie swojego strachu, jak i oswojenie zdobywanej władzy.

Tylko nie feminizm!

Na uczelniach ma miejsce także praktyka wybijania feminizmu z głowy. Badania kobiece, których podejmuje się wiele studentek przeważnie są traktowane niepoważnie, a dziewczyny spotykają się z żarcikami i docinkami na temat feministek. Bywa i tak, że kobiety zmuszane są do zmiany tematów swoich prac naukowych, do rezygnacji z feministycznych wątków. Jedna z moich znajomych, która natrafiła na ślady kultów matriarchalnych w badanym przez siebie materiale, musiała z tego zrezygnować, gdyż jej promotor stwierdził, że są to wymysły.

Osobiście znam też przykłady porzucenia feministycznych zainteresowań, bo zagrażały karierze naukowej. W obu przypadkach chodziło o temat pracy doktorskiej, związany z problematyką kobiecą. Warto podkreślić, że byłyby to całkowicie nowe badania na gruncie polskim, dotyczące polskiej specyfiki. Niestety w jednym przypadku pomysł doktorantki został wyśmiany i odrzucony przez dyrektorkę studiów doktoranckich (choć, co ciekawe, już cztery lata później, w tym samym instytucie taki sam temat, zaproponowany przez inną doktorantkę, został zaakceptowany), w drugim przypadku, promotor zasugerował po prostu zmianę tematu. Można przypuszczać, że z takimi sugestiami spotkało się wiele studentek i doktorantek, które często nie potrafiąc obstawać przy swoich racjach i pomysłach, rezygnowały z badań z zakresu gender. W ten sposób są one uniemożliwiane.

Tego typu prace badawcze traktowane są często jako gorsze, brakuje im jakoby odpowiednich kwalifikacji naukowych. Przeszkadza fakt, że nie są pisane hermetycznym językiem i często dochodzi w nich do ujawnienia osoby badaczki, w której głosie słychać żal. Badaczka identyfikuje się z przedmiotem badań, włącza do pracy naukowej własną historię, co - w mniemaniu tradycyjnie nastawionych naukowców - dyskwalifikuje te badania.

Tak tworzone są pominięcia i przemilczenia w nauce. Niektóre kobiety, które czują, że "coś jest nie tak", sądzą, że wina leży w nich samych, że są gorsze, że do uprawiania nauki się nie nadają.

Promocja trwa!

Na poznańskiej historii sztuki około dziewięćdziesiąt procent studentów to kobiety, niemalże odwrotnie jest wśród wykładowców, wśród których znajduje się tylko jedna kobieta. Struktura ta odzwierciedla podział na mistrzów i uczennice. Mistrzowie bowiem potrzebują kobiecego zwierciadła, zachwytu, cichego uwielbienia. Także wśród doktorantów dominują mężczyźni. Panuje pogląd, że lepiej ich przyjmować, bo kobiety rodzą dziecko i nie kończą doktoratu, albo przedłużają jego pisanie. Wychowaniem dziecka wciąż jeszcze w naszym społeczeństwie obciążona jest kobieta. Niestety, problem radzenia sobie jednocześnie z domem i karierą nie dotyka lub dotyka w małym stopniu mężczyzn mających dzieci. Kobietom, które próbują łączyć rolę matki z rolą naukowca, wyraźnie daje się do zrozumienia, że tych rzeczy połączyć się nie da. Sama, starając się o urlop macierzyński przy drugim dziecku, usłyszałam: "albo nauka, albo dzieci, na coś trzeba się zdecydować." O podobnych reakcjach pisze w swym tekście Anna Kohli i zwraca uwagę, jak często kobiety, mające dzieci, muszą zrezygnować z kariery. W ten sposób macierzyństwo staje się czynnikiem hamującym lub uniemożliwiającym karierę kobiet na wyższych uczelniach. Jedna z moich znajomych, po doktoracie, nie została zatrudniona na uniwersytecie. Stwierdziła, że i tak nie mogłaby podjąć tej pracy, bo ktoś musi utrzymać rodzinę i męża naukowca. Przerwa innej, spowodowana dłuższym okresem zajmowania się dzieckiem, poskutkowała utratą zainteresowania ze strony promotora oraz w efekcie nieobronioną pracę doktorską.

To mężczyźni są promowani, jeśli chodzi o karierę naukową, zachęcani do niej, wspierani przez profesorów. Z kobietami jest odwrotnie. Jeśli nie walczą o swoje miejsce, wypadają z gry. Brak dobrych chęci ze strony opiekunów naukowych powoduje często utratę możliwości stawania do egzaminu na studia doktoranckie, startowania do konkursu na stanowisko, skorzystania z intratnego stypendium.

Wsparcie

W całej tej sieci kobiet w nauce brakuje przede wszystkim miejsca na wzajemne wspieranie się. Kobiety traktują inne kobiety jak rywalki, raczej "wygryzają się" zamiast obdarzać się wsparciem w świecie wciąż zdominowanym przez mężczyzn. Te, które rywalizują o pozycję w "męskim" świecie, nie traktują innych kobiet jako partnerek. Bożena Chołuj w artykule Antyfeminizm: wrogość wśród kobiet a życie publiczne wskazuje na brak etosu przyjaźni między kobietami. Świadczy o tym nawet język, w którym nie ma takiego słowa jak "siostrzeństwo" - brzmi ono dość dziwnie, zdecydowanie bardziej obco niż braterstwo, którego znaczenia uczymy się z bajek, legend, literatury i filmów oraz zawodów sportowych. (Bożena Chołuj, Spotkania feministyczne [2], red. Barbara Limanowska, Fundacja OŚKa, Warszawa 2000, s.91)

Niestety, dość często kobiety odbijają własne żale i niepowodzenia na swoich koleżankach (często w ten sposób kobiety stają się "ofiarami" swoich szefowych). Kobietę łatwiej zniszczyć, obrażanie jej zdaje się bezkarne. Gry, rozgrywki, intrygi - to ciemna strona kobiecego świata. Niestety dotyka to także środowisk feministycznych. Zdziwieniem napawa mnie postawa jednej z profesorek, która w ramach swojego seminarium (promowanego jako gender studies) zaprasza między innymi mężczyzn o antyfeministycznych poglądach, podobnie w wydawanych przez zespół publikacjach więcej jest tekstów autorstwa zasiedziałych na uniwersytecie profesorów, niż młodych, wartych promowania kobiet.

Brakuje też w naszym środowisku opiekunek-mentorek, które - jak pisze Anna Kohli - służą radą, pomagają odnaleźć się w strukturach akademickich, udzielają informacji znanych tylko insiderom - spełniają rolę opiekuńczego anioła. Pełnią one znaczącą rolę, jeśli chodzi o zwiększanie liczby kobiet z tytułami naukowymi. Autorytet wiedzy wiąże się z władzą. W męskim świecie, jak pisze Naomi Wolf, mężczyźni przekazują tę władzę swoim przyjaciołom i protegowanym, co daje im poczucie emocjonalnego spełnienia. W ten sposób buduje się siatkę władzy. Kobiety, kiedy już ją zdobywają, często przechodzą na "drugą stronę", podkreślając, że nie spotkały się nigdy z dyskryminacją, ponadto rezerwują władzę wyłącznie dla siebie, rzadko dzieląc się nią z innymi kobietami.

Jak wielka może być siła kobiecego autorytetu pokazuje przypadek jednej z nielicznych profesorek wspierających inne kobiety. Mowa oczywiście o profesor Marii Janion, o której mentorskiej sile świadczą osiągnięcia uczestniczek jej seminariów. Kazia Szczuka, Agata Araszkiewicz, Kasia Bratkowska i inne studentki seminariów Janion to silne, pełne wiary w siebie osoby, nastawione na własny rozwój, otwarte na dyskusje i konfrontacje, ale zarazem nawzajem się wspierające, a także zaangażowane w działalność feministyczną.

Potrzebę kobiecego wsparcia pokazuje też przykład instytucji, na czele, których stoją kobiety. Kierowana do niedawna żelazną ręką Andy Rottenberg "Zachęta" przyczyniła się do wypromowania wielu młodych artystek, otoczyła swoją opieką, m.in. Katarzynę Kozyrę, która otrzymała na Biennale Weneckim prestiżową nagrodę za Łaźnię II. Także tutaj dokonano niezwykle ciekawych aranżacji wystaw, jak na przykład sztuki Aliny Szapocznikow. Aranżacja ta spotkała się z falą ostrej krytyki, dotyczącej włączenia aspektu "medycznego", który stał się "ramą" dla późniejszych prac artystki. Kontrowersje wzbudziło przede wszystkim wprowadzenie szpitalnych parawanów i łóżek W ten sposób złamano "obojętny" i bezrefleksyjny sposób prezentacji sztuki, powszechnie występujący w polskich galeriach i muzeach. Jednak Anda Rottenberg za swoją bezkompromisową postawę, jeśli chodzi o prezentowanie sztuki współczesnej, spotkała się z szeregiem zarzutów, a wręcz z obraźliwymi komentarzami. Doprowadziło to do jej rezygnacji ze stanowiska dyrektorki "Zachęty".

Inna instytucja, kierowana przez kobietę, to Galeria Bielska BWA, której dyrektorką jest Małgorzata Kubica-Bilska. To właśnie w tej galerii Agata Smalcerz zorganizowała dwie edycje wystawy Kobieta o kobiecie (1996, 2001), otwierające dyskusję nad problematyką sztuki kobiet. Także tutaj, chciałoby się powiedzieć, na skromnej prowincji, wydano książkę pt. Sztuka kobiet, będącą pierwszym w języku polskim tak gruntownym omówieniem z zakresu feministycznej historii sztuki.

Większość instytucji kulturalnych kierowana jednak jest przez mężczyzn, dotyczy to muzeów, galerii, instytutów sztuki oraz czasopism artystycznych. Anna Kohli, w cytowanym tutaj tekście, przytacza opinię, że często, nawet podświadomie, decyzje podejmowane są na korzyść własnej płci. Być może dlatego artystki są promowane tam, gdzie decydują kobiety. Wymienić tu można jeszcze Galerię "Łaźnia" w Gdańsku, a także pracę kuratorską Mialdy Ślidzińskiej, która, choć mówi, że gender artysty jej nie obchodzi, to zorganizowała kilka interesujących wystaw artystek bliskich nurtowi feministycznemu, między innymi Barbary Kruger, Jenny Holzer, prelekcję Orlan, a także wystawę Cielesny Logos (1997), w której wzięło udział czternaście najbardziej znanych niemieckich artystek. Takiego promowania kobiet nie doszukamy się raczej w działalności jakiegokolwiek dyrektora czy kuratora płci męskiej.

Często sytuacja jest wręcz groteskowa: całym zespołem kobiet o wysokich kompetencjach rządzi mężczyzna, którego kompetencje wyglądają dość żałośnie. On jednak ma władzę i podejmuje decyzje, do których muszą dostosować się kobiety - podwładne. To od humoru i dobrej woli mężczyzn dyrektorów, czy kuratorów zależy, czy w ramach ich instytucji można pozwolić na wspieranie sztuki kobiet, czy raczej jest to temat (tak dzieje się najczęściej), który w ogóle nie powinien się pojawiać.

Pozbawienie władzy

Osobny problem stanowią magazyny o sztuce. Także te redagowane są w większości, (jeśli nie wszystkie?) przez mężczyzn. To między innymi "Arteon", "Exit", "Format", "Magazyn Sztuki-Obieg", "Raster" (o tym ostatnim krążyły nawet plotki, że jest męsko-szowinistyczny, choć trudno w to uwierzyć, czytając na przykład interesującą relację z wystawy Kobieta o kobiecie).

We wspominanych pismach perspektywa feministyczna, jeśli się pojawia (najczęściej w "Magazynie Sztuki") i tak zajmuje marginalne miejsce. Teksty o sztuce feministycznej mogłyby się pojawiać w bardziej ambitnych pismach kobiecych. Niestety, zupełnie nietrafiona jest rubryka o sztuce w "Wysokich Obcasach". Publikowane tam tekściki sprawiają wrażenie lekcji udzielanych pannom na wydaniu z tak zwanych dobrych domów, (bo przecież sztuka jest tym, na czym panny znać się powinny, by konwersacje z przyszłym panem małżonkiem utrzymać na odpowiednim poziomie). Brakuje też magazynów, które byłyby tworzone przez kobiety i ukazywały nowe perspektywy we współczesnej humanistyce i ich wpływ na teorie sztuki. Tę lukę chcemy właśnie wypełnić naszym pismem.

Alternatywy

W tym tekście starałam się pokazać ograniczoną przestrzeń, w której przyszło działać historyczkom sztuki i krytyczkom, realne przeszkody, które stają im na drodze do kariery oraz, chyba jeszcze gorsze, stereotypy, które tworzą trudny do przeskoczenia mur. Badaczki zainteresowane feministyczną historią sztuki często nie znajdują miejsca na kontynuowanie swych badań oraz publikowanie tekstów. Sytuując się na obrzeżach, często pozbawione są dostępu do informacji. W ten sposób odsunięte są od sfery władzy.

Jednym z nowych obszarów władzy jest cyberprzestrzeń. Być może właśnie tutaj powstanie miejsce dla swobodnego wypowiadania się i dyskusji - przestrzeń feministycznej alternatywy wobec skostniałego świata historii sztuki. Nie przeceniam znaczenia tego miejsca, ale chcę widzieć w nim szansę.

Cyberprzestrzeń krytykowana jest przecież jako miejsce zniewolenia. Uzależniamy się od świata mediów, od prawdy/fikcji głoszonych na ekranach naszych telewizorów, przekazywanych za pomocą internetu. Tracimy kontakt z rzeczywistością, z drugim człowiekiem. Ale, co zrobić, kiedy ten kontakt, tak często zawodzi w świecie, gdzie nie wszyscy mają równe prawa wypowiedzi?

Świat cyberprzestrzeni był tematem pracy Zofii Kulik Od Syberii do Cyberii (1999), złożonej z setek fotografii telewizyjnych obrazów. Można im się przyjrzeć dopiero wtedy, gdy odrzuci się oglądanie pracy jako całości. Oddaje to sytuację współczesnego podmiotu. Nie tylko jesteśmy atakowani obrazami i informacjami, ale także straciliśmy możliwość całościowego ogląd świata (lub raczej iluzji tego oglądu). Nastąpiła fragmentaryzacja wiedzy i dyskursów o współczesnym podmiocie. Możemy zajmować się jedynie wybranymi przez nas fragmentami wiedzy. Ale być może tracąc całościową perspektywę oglądu, zyskujemy w ten sposób ostrość widzenia.

Big Sister

Działająca w tym obszarze władza niewiele ma już wspólnego z opisanym przez Foucaulta Panopticonem, który Zygmunt Bauman porównał do orwellowskiego Wielkiego Brata. Zniknął terror i przymus, ale jednak ekran telewizyjny i monitor komputera wciąż sprawują nad nami władzę, pojawiające się w mediach obrazy uzależniają nas, powodują, że z przyjemnością poddajemy się ich magii. Tu jednak nie ma jednej prawdy, jednego Wielkiego Brata. Cyberprzesteń może sprawiać nam niespodzianki, przekazać np. komunikat: "Bądź czujny: Wielka Siostra czuwa!" (ukryta za monitorem twojego peceta!)

PS.

Zdaję sobie sprawę, że tekst ten jest miejscami zjadliwy i złośliwy. Jakiekolwiek skojarzenia są celowe i zamierzone. Nie chcę jednak nikogo obrazić, mam raczej nadzieję sprowokować dyskusje na temat wspierania się kobiet, dyskryminacji w nauce oraz etyki dotyczącej samych badań feministycznych.








FEMINIZM !!!