Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Magazyn Literacki

 

Literatura jest rodzaju męskiego

 



z Izabelą Filipiak rozmawiają: Ewa Nawój i Paweł Głogowski

 

 

- Stosunkowo niedawno w "Pegazie" Jerzy Sosnowski wyraził się o pani, że jest pani zaliczana do tzw. nurtu feministycznego z własnego, co podkreślił - mówiąc, że żałuje, iż tak jest - przyzwolenia. Czy zechciałaby się pani do tego ustosunkować?

- Jest paradoksalne, że człowiek, który wpisał się w rolę dokumentalisty nowej literatury, wnoszącej nowe treści do kultury, występuje z pozycji konserwatysty. To może poświadczać, z początku skrywany pod skandalem, a teraz ujawniający się bez przeszkód, konserwatyzm pokolenia "bruLionu", przynajmniej jego reprezentacji męskiej. Ludzie starsi, którzy swoje przeżyli, podróżowali, czytali różne rzeczy, albo młodzi chłopcy - studenci, bywają ciekawi tego kobiecego pierwiastka. Opór pojawił się nagle ze strony ludzi z mojego pokolenia, którzy wpisali się w rolę zawiadowców kultury i starają się tę kulturę tak wysterować, by pasowała im do obrazka. Pamiętam wypowiedź Jerzego Sosnowskiego z jednego spotkania "exlibrisowego", kiedy była mowa o tym, na czym polegał przełom literacki lat 90. Jako przykład książki, która wnosiła jakieś nowe treści i mogła być potraktowana na tle całości dokonań jako rzecz najbardziej nowatorska, "wypłynęła" moja powieść "Absolutna amnezja". Tylko że moim zdaniem nie doszło do przełomu. Doszło do sklonowania pewnych idei, już sprawdzonych w ciagu ostatniego wieku, może więc po prostu jesteśmy epigonami. W pewnym momencie Jerzy Sosnowski obraził się na mnie i powiedział, że czeka na doświadczenie podobnie radykalne, jak zapisane przeze mnie w "Absolutnej amnezji". Odpowiedziałam: "Dobrze, ja przedstawię ci doświadczenie podobnie radykalne, a potem dostanę od ciebie podpaską po głowie".

- Powiedział, że czeka na drugą, jego zdaniem tak samo dobrą, książkę?

- Radykalną, radykalną!

- To znaczy, że "Niebieskiej menażerii" za taką nie uważa?

- Widocznie nie. Po czym orzekł, że nie będzie się wypowiadać o mojej twórczości, chyba że go czymś zdenerwuję. Zrozumiałam z tego, że mogę liczyć albo na awanturę, albo na kompletną ciszę. A to nie jest ani zdrowa, ani twórcza relacja.

- Sosnowski napisał w recenzji z "Absolutnej amnezji", że też "był kiedyś małą dziewczynką". Miał na myśli to, że represyjny świat, który pani opisuje, jak szkoła, jak świat dorosłych, jest poniekąd wspólny wszystkim. Dojrzewaliśmy w rzeczywistości, która była represyjna - jeśli nie w takim samym, to w zbliżonym stopniu zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Tyle że "chłopy" się nie skarżą. Choć nie, może czasem się skarżą, na przykład na wojsko. Stasiuk - i nie tylko on - napisał np. przejmujący dziennik z wojska, mało znany, wydany w podziemnej antologii. Można też powiedzieć, że skarżył się Gombrowicz, Zegadłowicz i inni.

- Nie powinni, albo nie mogą się skarżyć. I jeśli ja wychodzę z dramatycznym opisem dzieciństwa, to może pojawić się następująca reakcja: Ja się przez całe życie nie skarżyłem i zaciskałem zęby, więc dlaczego ona może? Mam wrażenie, że Jerzemu Sosnowskiemu stała się krzywda ze strony Kingi Dunin, która natychmiast "dała mu po łapach" i powiedziała: "Nie, nie możesz być małą dziewczynką, to jest nasze indywidualne doświadczenie i ty nigdy nie wkroczysz w ten obszar. Bardzo proszę, możesz sobie stać w kącie jako mały chłopiec". Co miał zrobić Jerzy Sosnowski? Opowiedział się mentalnie po stronie chłopców, bo stamtąd go nikt nie wykreśli.

- W "Niebieskiej menażerii" mówi pani o odmienności, o poszanowaniu dla innego. W tym się mieszczą i mężczyźni, i kobiety.

- Starałam się ogarnąć różne poziomy świadomości, różne poziomy bytu i też różne skale wewnętrzne. Chodziło o dopuszczenie do głosu pełnej gamy doświadczeń, zaczynając od tęsknoty, żalu, miłości, ekstazy, nawet egzaltacji. W tej książce panuje wolność odczuwania, miałam nadzieję, że mój czytelnik odniesie ją do siebie. Mówię mu coś takiego - możesz być tak samo odmienny, możesz być tak samo rozległy, możesz badać te punkty, w których twoje życie na zawsze zetknęło się z innym życiem, możesz eksplorować. Różne, niezwykłe, ciekawe historie są przede wszystkim w tobie. Podobnie wygląda sprawa z różnymi poziomami bytu, gdy mówimy o zwierzątkach i nagle odkrywamy, co mogą przeżywać te istoty, i kiedy mówimy o pewnych możliwościach istnienia męskiego, kobiecego, istnienia poza krajem, przenikania czasu przez indywidualne doświadczenie - jak ono się zmienia, kiedy przyglądamy mu się jeszcze raz po latach. Podobne przenikanie zachodzi pomiędzy kulturami, bo przecież pojawia się w "Niebieskiej menażerii" kochanek, który jest Żydem i powstaje wtedy problem, jakie to ma znaczenie w miłości. Jak bardzo kultura wchodzi w nasz obszar osobisty, jak bardzo to, że ja jestem kobietą, a ty mężczyzną jest znaczące. Jesteśmy wpisani w odmienne kody znaczeń i to ma znaczenie dla tej bardzo intymnej relacji między nami, kiedy wiąże nas miłość.

- Próbuje pani w ten sposób przekroczyć kobiecość, a nawet jest to czasem próba przekroczenia człowieczeństwa, jak to ma miejsce w opowiadaniach o psach.

- Mam wrażenie, że tak.

- Tym samym wykracza pani poza feminizm?

- Nie tak szybko. Jeśli przyjrzymy się feminizmowi na przestrzeni ostatnich 30 lat, to zobaczymy na czym polegały jego fazy. Pierwsza reakcja w latach 70. to była ekspresja kobiecości, która przedtem była "zamknięta w szafie", a następnie wyszła z ukrycia. Potem nastąpiła faza eksploracji. I w tym momencie zaczęło się coś dziać w pisaniu kobiet. W pisaniu mężczyzn też, mam wrażenie, bo była jakaś wspólna droga. Mówię w tym miejscu o literaturze amerykańskiej. To co obserwuję tam teraz, jest rzeczywiście jakimś przekraczaniem obszaru, pokonaniem tego, co konstytuuje różnicę płci, ale w stronę maksymalnego zindywidualizowania. Nie w znaczeniu egotycznego zamknięcia, ale bardzo intymnego otwarcia się i ciekawości, drobiazgowej i rzemieślniczej eksploracji materiału życiowego i literackiego. Owszem, chodzi o to, żebyśmy powiedzieli, że nasze doświadczenia są podobne, że mamy tyle punktów wspólnych, ale istotne jest, w jaki sposób do nich dochodzimy. Przez uniformizację doświadczeń, w której w ramach totalitarnej androgynii funkcjonowaliśmy przez ostatnie 50 lat. Nie chodzi tylko o to, że komunizm był aseksualny i przebrał nas w szare mundurki. Ten rodzaj uniformizacji wciąż obowiązuje w wysokiej humanistyce. Czy też dochodzimy do tego przez maksymalną indywidualizację naszych doświadczeń? I tutaj zaczyna to być ciekawe.

- Teraz mówi pani coś takiego: Kobieta jest różna nie tylko od mężczyzny, ale jest różna od drugiej kobiety, a mężczyzna od drugiego mężczyzny itd. Różnimy się na wiele sposobów. Można odnieść wrażenie, że pani poglądy nieco się zmieniły, bo w dyskusji sprzed kilku lat z Bożeną Keff w "Literaturze na Świecie" na pytanie: Czy kobiety piszą inaczej niż mężczyźni?, odpowiedziały panie zgodnym chórem, że owszem inaczej, i co za tym idzie inaczej odczuwają. To pogląd często spotykany w tekstach feministek. W takim stwierdzeniu nie mieści się wielorakość tylko dwudzielność.

- Na zajęcia z twórczego pisania, które prowadzę, przychodzą kobiety. Zaczynają pisać po swojemu, bo chodzi o wydobycie swego indywidualnego głosu. I to jest bardzo różne od tego, jak pisze Konwicki, czy z drugiej strony Krzysztof Varga i Andrzej Stasiuk. To są takie zapisy doświadczenia, które w tamtej literaturze zupełnie nie występują. I nie wyobrażam sobie, jak mogłyby się pojawić. Najpierw druga strona musiałaby się dowiedzieć, że coś takiego istnieje. Ich teksty są czasem radykalne, czasem szokujące właśnie dlatego, że dzieją się w jakiejś zupełnie niestandartowej przestrzeni. To jest obszar bardzo kobiecy, owszem, ale nie jest to biała plama ani puste miejsce, tylko coś, co może dalej dzielić się i mnożyć. Trzeba poznać, kim się jest, żeby zaakceptować w sobie cudze tożsamości, inne, żywe byty literackie.

- Można jednak odnieść wrażenie, że dziś, przeciwnie niż we wspomnianej dyskusji, nie uzależnia pani sposobu pisania od jakichś specyficznych kategorii psychicznych właściwych danej płci.

- To co pojawia się w rozważaniach na temat płci i kultury, na awangardowych obrzeżach w Ameryce, to jest bardzo ciekawe. To jest opcja, że może nas jest więcej, że może nie są to tylko dwie płcie, a jeszcze jakieś warianty. To nie są dystansujące rozważania, gdyż tak wyglądają tam ludzie na ulicach wielkiego miasta. Z drugiej strony cała rzecz sięga Szekspira i "Jak wam się podoba" i paru innych sztuk. Mamy tam do czynienia oczywiście z mężczyznami, którzy występują na scenie w rolach kobiecych. Patrzymy na chłopca, który występuje w odzieniu kobiecym, a następnie jako bohaterka Rozalinda przebiera się za chłopca i zachowuje jak chłopiec, ale taki chłopiec nie do końca pewien swojej roli. A wreszcie ten przebrany chłopiec zaczyna udawać dziewczynę, żeby zrobić przyjemność komuś zakochanemu w kimś - być może w niej, ale naprawdę w kim? W dziewczynie? W chłopcu? I tu już mamy metafizykę płci i pożądania. Kim jest ta osoba pod tymi wszystkimi przebraniami, i co nas określa?

- Ale czy trzeba się tyle przebierać, przebierać w ogóle, żeby się różnić?

- Nie żeby się różnić, tylko żeby się odkryć. Zacznę jako osoba, która pisze i ma stworzyć jakąś konkretną scenę literacką. Pojawiają się przede mną czysto techniczne kwestie. Co się dzieje, jeśli jakiś fragment dialogu, który wypowiada mężczyzna, wypowie kobieta? Co będzie, jeśli Marianna powie: Chcę zniszczyć szkołę? Marguerite Yourcenar załatwiła to bardzo prosto. Ona stwierdziła, że jeśli wypowiada jakieś rzeczy kobieta, to są one mniej słyszalne. Wypowiedziane przez mężczyznę nabierają wagi i stają się wiarygodne. I czyż nie jest to prawda?

- W zasadzie jest, a przynajmniej bywa. Ale w literaturze pojawiały się już próby przełamania tego. Można powiedzieć, że zrobił to Peter Handke, który - jak się wydaje - pokazał, że te głosy nie brzmią różnie, że te zachowania nie są aż tak odmienne, pisząc nowelę "Leworęczna kobieta", ale również "Godzinę prawdziwych odczuć", które zresztą w Polsce zostały wydane w jednym tomie. Jak gdyby chciał zaprzeczyć takiej teorii.

- To chyba nie teoria, to raczej praktyka. Czasem akurat są odmienne. Stendhal obdarzał swoje bohaterki rewolucyjnymi kwestiami. Yourcenar chciała być pobożniejsza od papieża. Gdy w doświadczenie, typowo męskie wprowadzimy kobietę, albo w kobiece mężczyznę, to nas porusza, to jest przekroczenie. Cały system kulturowych i społecznych przyzwyczajeń ulega zachwianiu - zmiana w percepcji zmusza do zadawania pytań - co to jest płeć? Co to jest osoba? Kim jesteśmy? Jak bardzo składamy się z konwenansów, oczekiwań i przyzwyczajeń dotyczących tego, kim powinniśmy być. Gdzie jest nasza esencja? Gdzie nasza istota? Stan niepokoju, wywołany tymi pytaniami, może być sam w sobie twórczy.

- Całą różnicę sytuuje więc pani nie w biologii, lecz w stereotypach?

- W nadświadomości, która je chłonie jak gąbka. W refleksach naszej tożsamości płciowej w komunikatach kulturowych. Płeć biologiczna może warunkować twórczość, dopóki pisanie jest tylko funkcją podświadomości. W momencie, gdy twórczość próbuje wejść w dygresyjną polemikę lub w najmniejszym choćby stopniu zdekonstruować świat przedstawiony, przestaje schlebiać nadświadomości zbiorowej, lecz czyni ją przedmiotem dyskursu. Taki rodzaj działania obdarzony jest też szczególnym zakazem, jeśli dokonuje go kobieta, bo staje się zagrożeniem dla porządku społecznego i kulturowych przyzwyczajeń. Czuję natomiast opór przed koncepcjami, które powstają na bazie esencjonalizmu, czyli takimi, które zakładałyby, że moja natura twórcza jest zasadniczo różna od natury piszącego mężczyzny. Czyli naprawdę kobiety piszą, kiedy są szczęśliwe, jak rzekła Grażyna Borkowska.

- A nie bywa odwrotnie?

- Może być odwrotnie, a może jeszcze inaczej. Mogą pisać ze szczęścia i z nadmiaru, albo też z poczucia braku, z nieszczęścia, z niedosytu, z wielu innych powodów.

- Czyli z tych wszystkich powodów, które dotyczą każdego tworzącego człowieka. Wróćmy jeszcze na chwilę do dyskusji z "Literatury na Świecie". Wtedy obie panie ustaliły jednak jakieś wyróżniki, które miałyby być charakterystyczne dla pisarstwa kobiet, a tylko niektórzy mężczyźni zostali dopuszczeni, jako wyjątki, do tego odmiennego pisarstwa. Padło określenie: szczerość, zaczerpnięte z Camusa, mające jakoby być cechą wyróżniającą kobiece pisarstwo. Także taka uwaga, że w tej twórczości jest mniej rzemiosła, które z kolei, charakterystyczne dla pisarstwa mężczyzn, jest balastem. Kobiecemu pisarstwu miałaby więc przypadać rola przedstawiania jakiegoś odmiennego, nie-męskiego świata i to na inny sposób, który na dotatek niesie ze sobą więcej osobistego ryzyka, bo bazuje na szczerości.

- Wspominając moje doświadczenie z "Absolutną amnezją" zrozumiałam, skąd się wzięła ta szczerość. Ten sam problem pojawia się zawsze, gdy po raz pierwszy kobiety prezentują swoje wizje rzeczywistości. Może się okazać, że sytuacja albo doświadczenie zostanie przedstawione przez pisarkę w sposób tak radykalnie inny od tego, o czym przywykliśmy czytać, że pojawiają się zarzuty, pytania: skąd pani to wzięła, to jest absolutnie różne od tego co my wiemy jak być powinno. Mówienie: ależ ja to wiem z mojego doświadczenia, ależ ja to przeżyłam, było formą obrony własnej twórczości. Co wywołało reakcję: Aha, piszesz szczerze, piszesz z własnego doświadczenia, to znaczy biografizm, to znaczy - nie masz wyobraźni. Najlepiej daj sobie spokój i nie pisz wcale.

- Można powiedzieć, że powoływanie się na szczerość, prawdziwą czy udawaną, było "podłożeniem się"?

- Nie podejrzewam, żeby choćby początkujący poeta pisał z taką nieustającą świadomością: tu mi nie wolno wchodzić, tam mi nie wolno wchodzić. Widzę jak młodzi mężczyźni ładnie wpisują się w kanon literacki i mają taką świadomość i pewność kontynuacji pewnej tradycji, wiedzą, jak to robić, jak tkać te intertekstualne, międzypokoleniowe nitki. Ale też dlatego, że tak ładnie się w tym kanonie mieszczą, brakuje w ich twórczości autentycznego przekroczenia. Wolno im pisać o tym wszystkim, o czym piszą, więc jest to najwyżej "dokroczenie". I tu znów pojawia się kwestia przełomu, którego nie widzę, bo jeśli chodziło o to, żeby starsi pisarze trochę się odsunęli i zrobili miejsce dla młodych, to wynik był oczywisty, bo przecież historia literatury opiera się na ciągłości.

- Dziś pani nie chciałaby już ustalać jakichkolwiek formalnych wyróżników literatury kobiecej?

- Wiele z tego problemu leży po prostu w recepcji. I to nie czytelniczej, ale normatywnej. Bardzo chciałabym zobaczyć, jak byłaby czytana moja książka, gdybym wydała ją pod męskim pseudonimem. Chciałabym, żebyśmy choćby w minimalnym stopniu wprowadzili rozróżnienia freudowskie do dyskursu o literaturze kobiet, bo z ich braku cały spór - mówię o stanie ostatnich 5 lat - między uniwersalizmem i esencjonalizmem kolebie się na poziomie utraconej niewinności. To wszystko, co Freud mówi o relacji płci, zostało wchłonięte - prawem jakiejś niezwykłej osmozy - przez polską humanistykę i wiele z polemik w stylu "za albo przeciw", jest często mówieniem "nieświadomym Freudem".

- W "Absolutnej amnezji" pisała pani w zakamuflowany sposób o seminarium prof. Marii Janion. Jest tam postać Mistrzyni, która, można powiedzieć, proponuje szaleństwo dziewczynie zaczynającej tworzyć. Pani to odrzuca. I mówi pani, że nie tędy droga. Zamiast szaleństwa, bo to jest dla pani za daleko idące, pani "wpuściła się" w feminizm.

- Słusznie. Przykład Marii Komornickiej wciąż porusza, bo nasza sytuacja literacka nie zmieniła się od stu lat. Ona "wpuściła się" w uniwersalizm, pewna, że jeśli tylko dobrze się ostrzyże, to zostanie przyjęta do klubu i - proszę spojrzeć jak skończyła. Mówimy o ekstremach, tymczasem pośrodku leżą wielkie obszary masochizmu. Pragnienie, żeby tylko nie sprawiać kłopotów. Przykręcanie własnej inteligencji, żeby zająć skromne miejsce w tle. Dążenie do akceptacji za wysoką cenę. Milczenie studentek na polonistyce wynika stąd, że tekst jest omawiany, jest im pokazywany, ale nie należy do nich. Kiedy studentka chce zanalizować, jak wyglądała relacja między, powiedzmy, Wallenrodem i Aldoną, usłyszy - nie. Nawet jeśli Freud nie został przez uniwersytety świadomie przyswojony, uzus jest taki, że studentki mogą robić swetry na drutach, jeśli im się podoba, ale nie myśleć, nie rozważać, nie pisać. Mają poznawać literaturę, owszem, ale nie w twórczy, prowokujący do dekonstrukcji sposób, tylko w bierny i zapośredniczony - dość, żeby potem mogły uczyć dzieci w szkole. Faktycznie, można tylko oszaleć. Kiedy zetknęłam się z uniwersytetem amerykańskim, byłam zaskoczona, ponieważ rozmawiano tam o tekście poprzez własne doświadczenie. Ważne było, kto mówi i jakim doświadczeniem była ta lektura. Oczywiście, jeśli studentkami są w większości kobiety, to wiadomo, jakie to ryzyko i czyje doświadczenie należałoby uwzględnić.

- Bywa pani nazywana czołową polską feministką. Czy to nie brzmi jak etykietka?

- I jakie to jest cyniczne - jeśli zważyć, że są kobiety, które od lat wykonywały tu poważną pracę. Długo było tak, że jedni panowie na zmianę "pomawiali" mnie, a inni mnie "bronili". Nigdy nie mogłam "po prostu być". Wyszła "Niebieska menażeria" i okazało się, że nie ma o co pomawiać i przed czym bronić, no, to konfuzja. Miałam w czasie przyjazdu do Polski fazę "uniwersalną" - natchnieniem był amerykański New Age - aż zauważyłam, że od ludzi, dla których byłam kartą przetargową, tak wiele mnie dzieli, a studentki z małych ośrodków przyglądają mi się z rozczarowaniem. Razem z feminizmem musiałam skojarzyć im się z jakąś alternatywą wobec robótek na drutach. Ten znak rozpoznawczy chcę zatem skierować do młodych kobiet, bo przed nimi jest życie. Co do "dialogu z całą tradycją kultury", z którego się w ten sposób wypisuję, to jego mechanizmy są dla mnie zbyt sekciarskie.

- Wskazywała pani na różnice w odbiorze literatury w zależności od tego, kim jest osoba twórcy, mężczyzną czy kobietą. Czy naprawdę płeć jest determinantem tak istotnym w pisarstwie?

- Może powiem o tym tak: ja naprawdę zazdroszczę Andrzejowi Stasiukowi, który mógł powiedzieć, że zmarszczki na jego twarzy oznaczają dojrzałość, bo jego doświadczenie zostało wypisane na twarzy. Moje zmarszczki będą najwyżej oznaczać, że się zużyłam. Tego, że mógł napisać opowiadanie, w którym stara kobieta krzyczy: "Bóg jest chłopem". Tego, że może przedstawiać wizję erotyzmu taką, jaka mu się podoba, gdzie mężczyźni są hiperseksualni, a kobiety pijane albo milczące. Nie musi się tłumaczyć, dlaczego jego bohaterowie, mężczyźni, jakby to rzec, uprzedmiotawiają kobiety. Tego, że kiedy przedstawia sceny erotyczne, nikt mu nie insynuuje, że wyciągnął je ze swojej biografii. Tego, że mógł opisać wszystkich swoich sąsiadów, i pozostać metafizyczny i niezgłębiony.

I wreszcie tego, że mógł powiedzieć, że był w więzieniu i opisać więzienie, i nikt nie zrobił z niego pisarza więziennego.

- Jest pani autorką wstępu do "Własnego pokoju" Virginii Woolf. W latach 70. Virginia Woolf funkcjonaowała w Polsce przede wszystkim poprzez książki teoretycznoliterackie, autorów takich jak np. Erich Auerbach, David Daiches, jako eksperymentatorka, niezwykle logicznie budująca zdania, obrazy, sceny, nastrój, jako autorka eksperymentująca z czasem i przestrzenią. Dziś widzi się ją przede wszystkim jako feministkę, autorkę "Własnego pokoju". Czy to jest uprawnione?

- Też to dostrzegam. Jakby fakt, że opowiadała się za kobietami, natychmiast miał zaprzeczyć jej twórczości. Przede wszystkim Virginia Woolf jest bogatą, złożoną osobą. Została przyjęta do literackiego kanonu jako coś w rodzaju piszącego mężczyzny i wybrakowanej kobiety jednocześnie. Dopisano jej sentymentalną biografię. Możliwe, że Woolf sama nie chciała być piszącym mężczyzną i świadomie przypomniała kilka razy czytelnikom, że jest piszącą kobietą, która nie musi zakładać garnituru, żeby zapisać się w historii. Po lekturze "Własnego pokoju" nie dostrzegam w niej wyłącznie feministki i nie przestaję widzieć jej jako eksperymentatorki i nie powinno tak być, że jedno wyklucza drugie. Możliwe, że jedno wywołało drugie.

- Mówiła pani o tematach "zakazanych" dla kobiet, czy też "źle widzianych" pod ich piórem. A czy świadoma rezygnacja np. z tematów politycznych nie jest błędem? Maria Janion komentując dzisiejszą sytuację powiedziała z rozgoryczeniem: "Demokracja jest w Polsce rodzaju męskiego". Czy rzeczywiście wydaje się pani zupełnie nieważne i dla własnego życia - i twórczości - szkodliwe i zbędne dotykanie tematów politycznych?

- Literatura jest rodzaju męskiego. Trzeba mieć własną siłę, żeby zabrać się za wiwisekcję tych molochów. W polityce jest to jeszcze bardziej wyraźne: dążenie do przewagi, szalejące superego, testosteron. Jeśli zajmę się tym tematem, to na pewno nie będę mu przychylna. Na razie go wycofuję, bo nie chcę mieć więcej kłopotów.

- Może nie powinno się tak myśleć. Takie "wycofanie tematu" to rezygnacja z jakiejś pełni, z możliwości budowania różnorakich opozycji. Np. "Kochanek" Marguerite Duras nie byłaby powieścią tak dobrą, gdyby ograniczyła się do przedstawienia opozycji kobieta - mężczyzna. Tam są także opozycje Azja - Europa, starość - młodość, bogactwo - ubóstwo.

- "Kochanek" był natchnieniem i wzorem dla mojej ostatniej prozy. W "Niebieskiej menażerii" jest Polska i Ameryka, życie na prowincji i życie Manhattanu, różne orientacje seksualne, polskość, żydowskość, komercja, prywatność.

- W swojej prozie krytykuje pani system totalitarny z kobiecego punktu widzenia, ale także przedstawia pani w karykaturalny sposób środowiska, które z tym systemem walczyły. To drugie wydaje się już bardziej postawą wynikającą z obrania przez panią punktu widzenia pokolenia "bruLionu", czyli odrzucenia tzw. wartości.

- Mit apolityczności pokolenia "bruLionu" powinien zostać włożony między bajki. Jego przedstawiciele zajmują się bezpośrednią działalnością polityczną albo zajmują mniej czy bardziej ważne stanowiska w telewizji, która jest głównie poligonem rozgrywek politycznych.

- Wybrała pani emigrację. I tu kryje się paradoks, bo przecież właśnie ta karykaturalnie przez panią przedstawiana działalność polityczna stała się, nie mówię, że tylko dla pani to zjawisko powszechne, asumptem do emigracji. Dawała do niej prawo. Ale chcę jeszcze zapytać o politykę w innym sensie. Bywa pani też krytykiem. Pisała pani o książce Nicole Muller "To jest w miłości najstraszniejsze", i rozpoznając wiele literackich koligacji Muller, wspomniała pani też o filmie Karoly Makka "Inne spojrzenie". Dostrzec można tu jednak zarówno podobieństwa, jak i różnice. "Inne spojrzenie" jest w równym stopniu o człowieku w polityce, o 56. roku na Węgrzech, co - jak i książka Muller - o miłości między kobietami. Pani w swojej recenzji na tę istotną różnicę nie zwróciła uwagi. To pominięcie znaczące.

- Film Makka pokazuje, jak polityka zabiła miłość. Książka Muller jest o tym, że miłość potrafi wyczerpać się sama. Podobało mi się w książce Muller, że związek tych kobiet nie ma wrogów na zewnątrz, żadna straszna siła nie zmierza do tego, by go zniszczyć. Nie wiadomo, jak potoczyłby się los bohaterek powieści Erzebet Golgoczi, pierwowzoru filmu, gdyby polityka nad nimi nie zawisła. Po obejrzeniu tego filmu w innym klimacie, w kinie na Manhattanie, zobaczyłam, że dość było w tej relacji bohaterek punktów spornych, tylko ten dramat wewnętrzny nie mógł się w pełni rozwinąć, bo jego miejsce zajęła polityka.

- Na ogół jednak życie nie stawia nas w sytuacjach tak laboratoryjnych, jak pokazała to Muller. Szerszy kontekst wydaje się nieusuwalny. Maria Janion napisała o pani "Filipiak reprezentuje nową świadomość, nie daje sobie wmówić żadnych ogólnych celów, które by usunęły z pola widzenia społeczne upośledzenie kobiety". Pani się pod tym właściwie podpisuje.

- Być może kobiety rzeczywiście są w Polsce tak upośledzone, że samo wspomnienie o ich statusie grozi rewolucją. Albo też chodzi o rodzaj dysleksji, w której dekonstrukcja myli się z ideologią. Łyżki do jedzenia zupy można na siłę użyć do wkładania butów, ale nie powinno być tak, żeby szanujący się skądinąd twórcy kultury kwestię podmiotu kobiecego w literaturze, który już się wyindywidualizował, sprowadzali do poziomu skojarzeń zapożyczonych z "Seksmisji". To powtórka z pomyłki, która wiele lat temu zaciążyła na losach Europy Wschodniej. Idąc po tej linii: kobiecość - feminizm - ideologia - zagrożenie totalitarne, cały dyskurs przypomina niekiedy testy Rorschacha. Możliwe też, iż na to, by kobieta mogła być czynnikiem, a nie obiektem dekonstrukcji, nie chce się zgodzić ten, kto przywykł, że sam jest podmiotem, a nie przedmiotem oglądu. Z drugiej strony, wcześniej opowiadałam się za tym, żeby oddzielić to, co literackie, od tego, co społeczne, ale możliwe, że popadliśmy w chorobę nadwrażliwości. Może pisarze mogliby jechać, jeśli nie do fabryk, to do domów, gdzie mieszkają ludzie starzy. Nie z przymusu, ale z naturalnej potrzeby kontaktu. Nikt już nie będzie dokonywał za nas wyborów, a to przecież też było wygodne. Wolno nam być na luzie, możemy się w pełni angażować.

- Kiedy mówimy: bijmy się o prawa kobiet, także w literaturze, to jest racjonalne. Ale co się stanie, jak "chłopów" już nie będzie? Jak tego politycznego totalitaryzmu, co to go już w Polsce nie ma? O czym będą kobiety pisały? Niektóre kobiety.

- Ciekawe, prawda? Może kobiety nie potrzebują zewnętrznego wroga, żeby pisać, i na tym polega różnica między pisaniem mężczyzn i kobiet.

- Dziękujemy za rozmowę.






FEMINIZM !!!