Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Cat Mackiewicz

Klucz do Piłsudskiego

1944

 

(...) 

 

Renegaci

Stosunek socjalistów polskich do hasła niepodległości był w różnych czasach różny.

W okresie od 1883 (data powstania I Proletariatu) do 1892 roku wszystkie powstające i ginące grupy socjalistyczne: I i II Proletariat, "Solidarność", Związek Robotników, zajmowały stanowisko bojowo-antyniepodległościowe, antypatriotyczne - w stosunku do idei państwa polskiego zdradzieckie.

Wyjątek stanowi Bolesław Limanowski oraz jego pisma i organizacje, nie mające zbyt wielkiego powodzenia.

W 1892 roku konsolidacyjny zjazd paryski uznał hasło niepodległości. Do Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), którą zjazd paryski powołał do życia, wchodzi Piłsudski. Partia nabiera charakteru patriotycznego, niepodległościowego, jakkolwiek wciąż jeszcze w naczelnych władzach partyjnych obok patriotów zasiadają także antypatrioci.

Uznanie hasła niepodległości przez PPS w 1892 roku wywołało natychmiast reakcję w powstaniu socjalnej demokracji polskiej w 1893 roku. Wódz tej socjalnej demokracji, Róża Luksemburg, i jej przyjaciele polityczni to najwięksi wrogowie hasła niepodległości Polski nie tylko u nas, lecz w całej Europie.

Równie antyniepodległościowy i antypatriotyczny charakter nosiła secesja z PPS z 1900 roku, znana pod nazwą III Proletariat.

Ale i w samej PPS dochodzi do głosu i zwycięża kierunek antyniepodległościowy, skutkiem czego następuje w 1906 roku rozłam w PPS i Piłsudski, opierając się na mniejszości partii, zakłada swą Frakcję Rewolucyjną - szczerze i otwarcie niepodległościową. Natomiast większość partii działa pod nazwą PPS-Lewica i z biegiem czasu tracąc na wpływach zleje się razem z socjalną demokracją w jedną polską partię komunistyczną.

Jeśli chodzi o zabór austriacki, to socjaliści galicyjscy dopiero pod wpływem socjalistów zaboru rosyjskiego nabierają rumieńców niepodległościowych i patriotycznych.

Od chwili powstania wolnej Polski PPS stoi wyraźnie na stanowisku patriotycznym i dała temu wyraz wspaniały w czasie wojny z Niemcami. Ale ze względu na obiektywizm historyczny przypomnijmy, że po Wielkiej Wojnie wszystkie partie socjalistyczne należące do II Międzynarodówki stały się patriotami swoich krajów, a w czasie wojny obecnej nawet III Internacjonał głosi hasło patriotyzmu i obrony ojczyzny, nawet bez przymiotnika "socjalistycznej".

W Polsce przez kilka lat wychodziło czasopismo "Niepodległość" poświęcone badaniom historycznym nad pracami o odzyskiwanie niepodległości w okresie pomiędzy upadkiem powstania 63 roku a rezurekcją państwa polskiego. Pismo takie było potrzebne, pożyteczne i zebrało dużo ciekawych materiałów. Wydawcą był Instytut Józefa Piłsudskiego poświęcający się badaniu najnowszej historii polskiej. Szkoda tylko, że redaktorem pisma od jego powstania był pan Leon Wasilewski, były minister spraw zagranicznych w rządzie Moraczewskiego, znany i stary działacz socjalistyczny, pisarz bardzo płodny, o którym gruntownie go znający Władysław Studnicki nie mógł inaczej wspomnieć, jak z dodatkiem "płytki umysł". Jeśli określenie "płytki" zamienimy przymiotnikiem "ograniczony", to niewątpliwie postawimy dalszy krok ku prawdzie. Leon Wasilewski redagował "Niepodległość" za czasów BBWR i Ozonu - pismo było wydawane przez rząd, on sam pozostawał członkiem PPS, jakkolwiek zrezygnował z żywszej w niej roli.

Porównajmy teraz "Niepodległość" z wydawnictwami bolszewickimi tego typu. Z przykrością skonstatujemy, że bolszewickie często były lepsze (nie mówię tu zresztą o czasopiśmie "Katorga i Zsyłka"), gdyż były opracowane krytycznie. Znaną jest rzeczą wadliwość wspomnień osobistych. Zapytaj człowieka poważnego o jego polityczną przeszłość - w najlepszej wierze w swym opowiadaniu pomyli ci wszystkie daty, nazwiska, okoliczności, gotów będzie przysiąc, że na własne oczy widział coś, czego widzieć nie mógł, bo to coś naprawdę nie istniało, a tylko stanowiło fakt, o którym "wszyscy wiedzieli" za jego czasów. Mimo to drukowanie osobistych wspomnień wielką korzyść przynosi, bo daje nam nastrój epoki, jej koloryt, wreszcie stanowi materiał, który można zestawiać, porównywać, przymierzać, aż się z niego prawdę wytrząśnie. Ale dlatego każdy taki zbiór wspomnień powinna redakcja opatrywać w przypisy, które by stwierdzały zgodność opowiadania autora ze stanem faktycznym i wskazywały na to, w czym autor się myli. Tylko przy takim opracowaniu lektura wspomnień przynieść może rzetelną korzyść, inaczej potęguje bałamuctwo. Otóż pan Wasilewski nie myślał o niczym podobnym, drukował najrozmaitsze bzdury, o których sam musiał wiedzieć doskonale, że się z prawdą nie zgadzają, i nigdy na to nie wskazał. Natomiast inna cecha jeno redakcyjnej działalności upodabniała go do bolszewickich redaktorów, to tendencyjność. Pan Wasilewski chętnie by hasło niepodległości zmonopolizował na rzecz PPS. Co więcej, na podstawie swoich sympatii grupowych, być może sentymentalnie uzasadnionych, lecz obiektywnie, historycznie absolutnie fałszywych, nie uważał on za niepodległościowców przedstawicieli wszystkich polskich partii "burżuazyjnych", ale prawem kaduka za działaczy niepodległościowych uważał najbardziej zdecydowanych i wyraźnych renegatów, jak na przykład członków I Proletariatu. Ludziom zapierającym się dążeń do niepodległości i czynnie to hasło zwalczającym "Niepodległość" - pismo, jak sama nazwa wskazuje, poświęcone historii wysiłków niepodległościowych - poświęcało artykuły wstępne pełne dymów od kadzideł i zachwytów.

Stosunek redakcji "Niepodległości" do najnowszej historii polskiej był na wskroś subiektywny:

I Proletariat, II Proletariat, Związek Robotników Polskich i inne antypatriotyczne grupy "Niepodległość" traktuje z łezką, miłością, zachwytem.

Do Ligi Polskiej i Ligi Narodowej, która w początkach swego istnienia reprezentowała ruch niepodległościowy w najczystszej formie - "Niepodległość" ustosunkowuje się polemicznie, niechętnie. Endekom wymyśla, a Ligę Polską i Miłkowskiego przemilcza. Charakter niepodległościowy przyznaje tylko tym organizacjom narodowym, które się od endecji oderwały.

III Proletariat przemilczany na głucho, jak przemilczani są różni inni ludzie, jak gwałtownie głuszona jest rola Studnickiego, jak pomniejszana, nie wiem dlaczego, jest zawsze rola Sosnkowskiego. Do Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy stosunek polemiczny, ale bynajmniej nie tak zawzięty jak do endeków. Przy tym Leon Wasilewski, polemizując z dużo od siebie inteligentniejszą Różą Luksemburg, z jej tezą, że w razie niepodległości polskiej przemysł fabryczny Królestwa Kongresowego straci wschodnie rynki zbytu, używa naiwnych argumentów twierdząc, że Róża Luksemburg stoi na stanowisku interesów fabrykantów.

Do socjaldemokracji galicyjskiej pismo ma stosunek, jak gdyby zawsze stała na stanowisku niepodległościowym.

O lewicy PPS mówi się, bo nie mówić nie można, ale w sposób często wypaczający właściwą jej rolę.

PPS oczywiście od początku do końca była niepodległościowa. O walkach, tarciach na ten temat wewnątrz partii, o tym, że antyniepodległościowa lewica usunęła w 1906 roku Piłsudskiego z partii, oczywiście jak najmniej.

Muszę tu zaznaczyć, że takie nastroje w odtwarzaniu bliskiej przeszłości nie były udziałem samego bynajmniej Wasilewskiego. Raczej można powiedzieć, że były powszechne nawet u tych ludzi, którzy z PPS wyszli i przez dłuższy czas rządzili Polską. Nastroje te miały jednak podłoże sentymentalne, emocjonalne, nic z obiektywizmem historycznym wspólnego nie mające. Proletariatczycy byli wieszani, ugodowcy jeździli z wiankami na pogrzeb Aleksandra III - oto co wystarczało, aby mieć sympatię dla pierwszych, a odrazę dla drugich. Ale nawet czyjeś przekonanie, że moralnie proletariatczycy stali wyżej od ugodowców, nie może wypaczać klasyfikacji doktrynalnej. Według tej klasyfikacji proletariatczycy wraz z całą aureolą bohaterstw, które im szubienice nadają, byli antyniepodległościowcami, u polscy ugodowcy z całą ich ohydą byli niepodległościowcami. Bo znów prawdą historyczną jest, że wszyscy ugodowcy, poza bardzo nielicznymi, całkiem jednostkowymi wyjątkami, jeździli do Krakowa, modlili się u trumien królów polskich o zmartwychwstanie państwa. Czyż to była ugoda? Czy marszałek Petain, który bić się nie chce, jest antymilitarystą? Nie, uważa tylko (naszym zdaniem niesłusznie), że bić się nie może, gdyż zwyciężyć nie może, gdyż spotka go pewna klęska, więc chce przetrwać i doczekać się lepszych warunków. Ugodowcy polscy nie dlatego bić się nie chcieli, aby mieli wstręt do szabli, ale dlatego, że idea powstania wydawała się im niewykonalna, ściągająca na kraj klęskę z wszelką pewnością, więc całość ich polityki zamykała się w uzyskaniu możliwych ulg dla polskości i utrzymaniu gospodarczego władztwa kraju, zabezpieczenia się przed przejściem majątku narodowego w ręce obce. Porównanie z Petainem wypadnie zdecydowanie na ich korzyść. Petain bić się może, oni naprawdę bić się nie mogli.

PPS była niepodległościowa. Tak jest! Zobaczymy jednak, z jakimi przeciwnościami musiał walczyć Piłsudski wewnątrz tej partii o utrzymanie hasła niepodległości i jak ono wciąż było atakowane. Naprawdę niepodległościowa była tylko PPS-Frakcja Rewolucyjna, powołana przez Piłsudskiego po usunięciu go z partii na zjeździe wiedeńskim w 1906 roku, oraz PPSD galicyjska, ale dopiero w ostatnich latach istnienia, a wreszcie obie powyższe organizacje połączone w jedną pod mianem PPS w niepodległej już Polsce. .

Natomiast na pamięci innych socjalistów polskich ciążą dwie walki o niepodległość Polski, jedna stoczona z Marksem, druga z Leninem. Ale w tych walkach strony inne zajmowały stanowiska, niż to można było przypuszczać. Oto Marks chciał niepodległości polskiej - Waryński, wódz I Proletariatu, przeciwko tej niepodległości protestował. Marks wołał: "Niech żyje Polska!" - Waryński odpowiadał: "Precz z Polską!" Lenin w 1903 roku bronił zasady samostanowienia narodów, do prawa oddzielenia się od Rosji włącznie, a Socjalna Demokracja Królestwa Polskiego i Litwy żądała skreślenia tej zasady i tylko dlatego w 1903 roku nie połączyła się z Leninem, że nie chciał on zrezygnować z teoretycznego prawa Polski do niepodległości.

Początki socjalizmu polskiego są antypatriotyczne i zdradzieckie w stosunku do idei niepodległości polskiej. Najwybitniejszą postacią w tym okresie jest Ludwik Waryński: w 1875 roku usunięty z Instytutu Technologicznego w Petersburgu, w 1877 zaczyna działać w Warszawie, w 1878 przyjeżdża do Galicji, w 1879 sądzony wraz z innymi socjalistami w Krakowie, przenosi się do Szwajcarii, pracuje w założonym przez socjalistów piśmie "Równość", które w 1881 na tle różnicy zdań co do sympatii wobec Narodnej Woli i Pieriediełu zmieniło swój tytuł na "Przedświt", w 1882 w Warszawie zakłada Proletariat, w 1884 aresztowany, w 1889 roku umiera na gruźlicę w Szlisselburgu nie odzyskawszy wolności.

W broszurze Waryńskiego pt. Sprawozdanie czytamy:

Tradycje walk naszej demokracji, tradycje powstań nie tylko że nie pomogły, lecz, owszem, przeszkadzały obudzeniu się naszej młodzieży i wejściu na drogę międzynarodowego socjalizmu.

Na procesie krakowskim towarzysz Waryńskiego Mendelson, późniejszy redaktor "Przedświtu", oświadcza:

Na program poruszenia mas w imię socjalizmu celem państwowej rekonstrukcji Polski nie zgadzam się. 

W numerze 1 "Równości" czytamy:

Słowem i czynem wykazaliśmy, że nie mamy nic wspólnego z programem niepodległości polskiej. 

Kiedy indziej pisze "Równość", że gdyby powstania nasze się powiodły, to "byłoby tylko łatwiej i wygodniej wyzyskiwać chłopa i robotnika".

Wiersz Mickiewicza Do matki Polki:

 

O matko Polko! gdy u syna twego 

W źrenicach błyszczy genijuszu świetność, 

Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnego 

Dawnych Polaków duma i szlachetność...

 

trawestował Truszkowski, poeta z grupy Waryńskiego, w sposób następujący:

 

O matko Polko, gdy u syna twego 

W źrenicy błyśnie żądza do kielicha, 

Kiedy mu patrzy z oka dziecinnego 

Dawnych Polaków opilstwo i pycha, 

O matko Polko, po główce głaszcz syna.

 

Dowcip tej trawestacji jest płaski. To samo można powiedzieć o poziomie polemiki pisma "Równość". Oto na przykład "Równość" pisze o księciu Władysławie Czartoryskim, byłym przedstawicielu w Paryżu powstańczego Rządu Narodowego:

Jeden z moich przyjaciół utrzymywał nawet, że on jest synem tylko matki bez ojca i że jak dawniej p. bóg (sic) stworzył Ewę z żebra, tak księżna Czartoryska stworzyła z części swej... choćby nogi. Ale ja nie zgadzam się z tym przypuszczeniem, choćby dla następujących przyczyn: 1) Nogi księżnej Czartoryskiej nic nie mają wspólnego ze stołowymi nogami i dlatego takie wytłumaczenie pochodzenia księcia Władysława, ostatecznie naciągane, zupełnie nie wytłumaczyłoby nam nędznego jego stanu umysłowego.

Padlewski, jeden z socjalistów owych czasów, specjalnie gloryfikowany w "Niepodległości" logicznego pana Leona Wasilewskiego, wypowiada w 1883 roku oświadczenie będące jak gdyby polemiką z późniejszymi czynami Piłsudskiego:

Rozpowszechniane były niejasne jakieś nadzieje na świetne rezultaty wojny Austrii z Rosją, które miały polegać na niezależności narodowej. Oczekiwanie tej błogiej przyszłości, hodowanie podobnych planów politycznych pochodziło od patriotów, i to szlacheckich, jednak nigdy nie ośmieliłem się przypuszczać, aby podobnie niedojrzałe plany mogły powstać w głowach chociażby najmniej rozwiniętych socjalistów.

Karol Marks, założyciel i patriarcha nowoczesnego socjalizmu, ulegając hasłom ogólnoeuropejskiej demokracji 1848 roku, która w mikołajowskiej Rosji upatrywała najbardziej niebezpiecznego wroga wolności, był zdecydowanym zwolennikiem odbudowania niepodległości Polski. Na obchód powstania styczniowego w 1875 roku Marks nadesłał następujące mądre słowa, pod którymi każdy Polak mógł się podpisać:

Dopóki naród mający prawo do życia przygnieciony zostaje przez ościennego zdobywcę, dopóty zwraca całą swą siłę przeciwko zewnętrznemu nieprzyjacielowi; dopóki wewnętrzne jego życie jest sparaliżowane, dopóty nie jest w stanie pracować nad socjalnym wyzwoleniem. 

Również na obchód powstania listopadowego w Genewie w 1880 roku Marks i Engels przysłali długi i serdeczny list kończący się wezwaniem: "Niech żyje Polska!"

Ale ten obchód był tylko dlatego (dziwny sposób postępowania zaiste!) zorganizowany przez redakcję "Równości", aby się odciąć od wszelkich idei niepodległościowych. Toteż Polak Waryński - po odczytaniu słów niemieckiego Żyda Marksa i jego okrzyku "Niech żyje Polska!" - wystąpił z mową polemiczną wykazując, jak dalece żądanie niepodległości Polski jest sprzeczne z zasadami idei socjalistycznej. Warto dobrze zrozumieć i zapamiętać bieg myśli Waryńskiego. Oto są jego słowa:

Naprzeciw trójcesarskiego przymierza stanął Internacjonał (...) Internacjonał jednak nie czuł w sobie sił na tyle, by mógł stawić czoło reakcji, nie wpłynął na to, by sprawę polską podporządkowano pod ogólny program wyzwolenia proletariatu. Sądzono, że polscy patrioci to jedyni w państwie rosyjskim sprzymierzeńcy. Nawet twórcy manifestu łączą swe nieśmiertelne hasło "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!" z innym, które i burżuazję, i uprzywilejowane klasy przyciągnąć może, z hasłem "Niech żyje Polska!" Ta cześć i sympatia dla Polski, Polski wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych, dowodzi, że w umysłach jej obrońców dawne polityczne kombinacje zachowały dotychczas swe znaczenie. A jednak tracą one to znaczenie stopniowo i spodziewać się można, że zapomni się o nich wkrótce.

W dalszym ciągu swego przemówienia powiedział Waryński, że hasło "Niech żyje Polska!" łączy się z hasłem "Pereat Moskwa!", a zebrani uważają, że ich hasłem jest tylko walka proletariatu. Mówił dalej: 

Jeślibyśmy dziś rzucili hasło o niepodległej Polsce, chociażby socjalistycznej, to dlatego tylko, aby wywołać powstanie, a wtedy klasy uprzywilejowane uchwycą kierownictwo w swoje ręce (...) Precz z patriotyzmem i reakcją, niech żyje Internacjonał i socjalna rewolucja! 

Ten sam temat omawiała "Równość":

Gdyby teraz ludowi robotniczemu rzucono hasło: "Niech żyje Polska demokratyczna i socjalna!", tego hasła treść i znaczenie zaledwie nieznaczna garstka robotników zrozumie. Masa widzieć w nim będzie tylko nową edycję powstania. Ruch się zgłębia, szersze przyjmuje rozmiary. Wtedy to nasze klasy uprzywilejowane, którym pod nogami grunt usuwać się pocznie, postarają się ruch ująć w swoje ręce. "l oni wszak Polacy, i im droga Polska ojczyzna". Z hasła naszego zniknie naprzód powoli "socjalna", potem "demokratyczna"' w imię dobra "wspólnej ojczyzny". 

Waryński mówił z dumą:

My nie bojownicy 63 roku, ojczyzną naszą świat cały. 

Na zjeździe proletariatczyków w styczniu 1883 roku postanowiono nie próbować tworzenia wspólnej partii Polaków z Litwinami i Białorusinami. Uchwalono, że organizacja polska, litewska i białoruska powinny wejść do wspólnej organizacji rosyjskiej, a typ tej organizacji powinien być na razie federacyjny, ale potem przybrać formę organizacji centralistycznej. 

Dalej nie można było posunąć zdrady idei niepodległości państwa polskiego. Jak później zobaczymy, postanowienie to stoi w biegunowej sprzeczności ze wszystkim, co Piłsudski czynił w sprawie socjalistycznych polsko-litewskich i polsko-rosyjskich stosunków.

Zresztą - jak twierdzi Wilhelm Feldman w swoich Dziejach polskiej myśli politycznej (str. 93) - Zygmunt Żuławski (późniejszy poseł na sejmy w Polsce z ramienia PPS) na kongresie krakowskim jeszcze w 1904 roku wołał:

My jesteśmy cząstką partii austriackiej i w swoim programie ani słowa nie mamy o niepodległości. Odbudowania Polski do programu naszego przyjąć nie możemy.

Przez cały czas działalności Piłsudskiego jako socjalisty niechętni mu koledzy z jego własnej partii zarzucali mu "ideologię powstańczą". On sam przyznawał się zawsze do miłości spraw militarnych, Napoleona, nauki wojskowej. Tymczasem socjalizm polski, jak i socjalizm w innych krajach, był głęboko pacyfistyczny. Autor Czerwonego sztandaru, Bolesław Czerwieński (1851-1888), ogłaszał takie poezje:

 

Pod nikłym krzakiem, wśród trupów gromady

Obok lawety młody żołnierz leży.

Tchu mu zabrakło, opadła mu głowa

l skonał szepcąc: "Jam jeszcze tak młody".

A z dali okrzyk z tysiąc piersi bije:

"Zwycięstwo nasze - hurra - król niech żyje". 

 

Znając wierszydła Czerwieńskiego i znając ideologię jego przyjaciół politycznych zrozumiemy dopiero, co miał Czerwieński na myśli w drugiej zwrotce Czerwonego sztandaru, którą przypomnimy:

 

Choć stare łotry, nocy dzieci

Nawiązać chcą starganą nić,

Co złe, w gruzy się rozleci.

Co dobre, wiecznie będzie żyć.

 

Ta "stargana nić" to niepodległość Polski przerwana rozbiorami i klęskami powstań. "Stare łotry, nocy dzieci" - to patrioci polscy.

Nie chcę zresztą występować przeciwko kultowi Czerwonego sztandaru. Warszawscy robotnicy śpiewali go broniąc miasta przed nieprzyjacielem, gdy Rydz haniebnie uciekł. W pieśń tę wsiąkło uwielbienie niepodległości, które obce było intencjom jej twórcy. Ale znowuż powiem, że dzięki Piłsudskiemu ta pieśń, skomponowana w antypatriotyzmie, dziś budzi uczucia patriotyczne. Jego to wielkie dzieło!

I Proletariat był przez policję wytępiony. W 1884 roku aresztowano Waryńskiego, w 1886 powieszono czterech innych, między innymi Rosjanina Bardowskiego, a dwudziestu zesłano na katorgę. Miejsce I Proletariatu zajmuje II Proletariat, mniej antypatriotyczny, lecz jeszcze wciąż międzynarodowy, składający się z całkiem młodych chłopców z inteligencji pod kierunkiem młodego również Ludwika Kulczyckiego. Kulczycki długo jeszcze bronił zasad międzynarodowych i antypatriotycznych, antagonistą Piłsudskiego pozostał zawsze, za czasów Polski niepodległej był patriotą, monarchistą, zwolennikiem dynastycznej unii polsko-węgierskiej pod berłem Ottona Habsburga. II Proletariat powstał w 1887 roku, ale już w 1888 został zlikwidowany aresztami.

W 1889 roku powstaje Związek Robotników Polskich, który oświadcza, że nie interesuje się sprawami politycznymi, tylko kwestiami ekonomicznego położenia robotników. W tym związku spotykamy nazwiska głośnych później antypatriotów, jak Róży Luksemburg i późniejszych bolszewików - Adolfa Warszawskiego i Juliana Marchlewskiego. Biorą tu udział także Ludwik Krzywicki i Stanisław Grabski, obecny prezes Rady Narodowej w Londynie.

W 1891 roku socjalna demokracja niemiecka założyła i wydawała własnym kosztem po polsku "Gazetę Robotniczą", mającą szerzyć przekonania międzynarodowego socjalizmu wśród robotników mówiących po polsku. Jednym z pierwszych redaktorów tej "Gazety Robotniczej" był Ignacy Daszyński, późniejszy trybun galicyjski, po nim objął redakcję wyżej wspomniany Stanisław Grabski, a po Grabskim znany pisarz secesyjny Stanisław Przybyszewski, o wiele lepiej władający literackim językiem niemieckim niż polskim.

Charakter całkiem inny niż wszystkie wyżej wymienione organizacje i gazety miała socjalistyczna organizacja Bolesława Limanowskiego pod nazwą Lud Polski, założona w 1881 roku, oraz wydawane przez tegoż Limanowskiego w 1889 roku czasopismo "Pobudka" z Orłem Białym na czerwieni na karcie tytułowej. Limanowski nazwał swe idee "narodowo-socjalistycznymi". Porządek tych określeń wywołuje mimowolny uśmiech w dzisiejszych czasach. "Pobudka" głosiła, że państwo; polskie powinno obejmować całość ziem dawnej Polski, także ziemie litewskie i ruskie w swobodnej federacji z etnograficzną Polską. Limanowski pochodził z Inflant, był płodnym pisarzem, wbrew innym socjalistom uważał, że patriotyzm i socjalizm godzą się znakomicie. Był niewątpliwie równie szczerym socjalistą jak patriotą.

Pisarze typu Leona Wasilewskiego za wielki postęp ku patriotyzmowi uważają deklarację socjalistów polskich, złożoną przez Mendelsona, Jankowską, Daszyńskiego, Aleksandra Dębskiego, B.A. Jędrzejowskiego na Międzynarodowym Kongresie Socjalistycznym w Brukseli w 1891 roku. Przeczytajmy tę deklarację:

Obecna na zjeździe brukselskim delegacja Polski, składająca się z przedstawicieli wszystkich trzech zaborów polskich, uważa za nieodzowne w interesie rozwoju socjalizmu w Polsce i w interesie międzynarodowej polityki socjalistycznej występować zawsze jednolicie, jako jedna organizacja polska, zarówno w celu łatwiejszego prowadzenia walki klasowej z jednolitym wrogiem: szlachtą i burżuazją polską, jak i dla łatwiejszego objęcia powszechnej roli politycznej w społeczeństwie polskim. W zaborach pruskim i austriackim, gdzie stosunki prawno-polityczne stanowią konieczną normę dla polityczno-społecznych stronnictw robotniczych - działamy solidarnie i zgodnie z organizacjami socjaldemokratycznymi, będącymi wraz z nami w jednych i tych samych faktycznie istniejących granicach państwowych. Co się tyczy zaboru rosyjskiego, w którym nie może być mowy o jawnej masowej działalności, socjaliści polscy kierują się względem towarzyszy rosyjskich zasadami międzynarodowej solidarności, której zawsze wiernie dochowywali.

Deklaracja oddziela dość wyraźnie konieczność bliższej współpracy socjalistów polskich z socjalistami niemieckimi i austriackimi od luźniejszej solidarności socjalistów polskich z socjalistami rosyjskimi.

W tych czasach nie można zarzucać patriotyzmu żadnemu z ruchów socjalistycznych. Wtedy jeszcze socjaliści niemieccy byli antypatriotami, antymilitarystami, pacyfistami, socjaliści rosyjscy marzyli o klęskach państwa rosyjskiego. Międzynarodowość socjalistów, która dziś zanikła nawet u bolszewików, wtedy w całej pełni górowała nad ideologią socjalistyczną. A jednak wskażemy na ciekawy incydent związany z tymże kongresem brukselskim. Był to rok 1891, a 18 marca 1890 roku Bismarck przestał być kanclerzem i jego następca Caprivi nie odnowił tak zwanego reasekuracyjnego traktatu niemiecko-rosyjskiego. Poszły słuchy o możliwości wojny niemiecko-rosyjskiej. Na kongresie składa delegacja socjalistów holenderskich rezolucję wzywającą proletariat robotniczy wszystkich krajów do powszechnego strajku z chwilą wybuchu wojny dla jej uniemożliwienia. Większość kongresu, wraz z delegacją polską, odrzuca ten holenderski wniosek, a motywy odrzucenia są ciekawe. Powiada większość: 1) Gdybyśmy mogli zarządzić strajk powszechny, tobyśmy mogli też wprowadzić ustrój socjalistyczny. 2) Kongres nie może uchwalać rzeczy nierealnych. 3) Jakiż rezultat zresztą miałoby uchwalenie tej rezolucji? Usłuchaliby jej ewentualnie tylko robotnicy Niemiec i Austrii, a nie rosyjscy, ponieważ w Rosji nie ma szerszych organizacji robotniczych, a więc rezolucja ta przyczyniłaby się tylko do zwycięstwa "nahajki kozackiej".

Widzimy więc, że kongres socjalistyczny jest antyrosyjsko nastrojony. To wciąż tradycja Marksa, który przywykł uważać Petersburg ze Szlisselburgiem za główny bastion reakcji.

 

Mendelson a Piłsudski

 

Zbyt dosłownie bierze się oświadczenie Piłsudskiego, że na Syberii postanowił pogodzić socjalizm z patriotyzmem i że gdy przyjechał w 1892 roku do kraju, to:

(...) ku wielkiej mej radości przekonałem się, że moja zamierzona praca reformatorska już jest zbyteczna.

Słowa te napisał Piłsudski w 1903 roku podczas powstawania wewnątrz PPS reakcji przeciw kierunkowi patriotycznemu, toteż Piłsudski, obrońca patriotyzmu, ze względu na walkę z tym antypatriotyzmem musiał wmawiać, że PPS już jest patriotyczna od dawna i całkiem nie on, Piłsudski, jest tego sprawcą. Powyższe zdanie Piłsudskiego nie jest więc świadectwem historycznym, lecz raczej zwrotem agitacyjnym.

W 1892 roku odbył się zjazd w Paryżu, na którym przewodniczył Limanowski, socjalista i patriota, a byli obecni dawni proletariatczycy, redakcja "Przedświtu" - międzynarodowcy. Zjazd zwołany został w celu zjednoczenia wszystkich socjalistów polskich z trzech zaborów, ale zdołał stworzyć podstawy do zjednoczenia socjalistów z zaboru rosyjskiego dokoła Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich i redakcji "Przedświtu". 16 stycznia 1893 roku Stanisław Mendelson, redaktor "Przedświtu", dawny wybitny proletariatczyk, przyjeżdża z zagranicy do Wilna i Warszawy. W Wilnie spotyka się z Sulkiewiczem i Piłsudskim, który w 1892 roku wrócił tu z Syberii, w Warszawie z innymi socjalistami i PPS zaczyna żyć.

Zjazd paryski zajął stanowisko niepodległościowe; wezwał socjalistów litewskich i ruskich do federacji, wypowiadając się tym samym w sprawie granic przyszłego państwa polskiego; potępił panslawizm jako najbardziej niebezpieczną z zaborczych doktryn rosyjskich.

Leon Wasilewski we wstępie do urzędowego wydania pism, mów i rozkazów marszałka Piłsudskiego napisał, że Stanisław Mendelson szeregiem artykułów przygotował grunt dla nowego niepodległościowego programu i na zjeździe paryskim był ,jego promotorem i twórcą". 

Ale Ludwik Kulczycki, o wiele od Wasilewskiego inteligentniejszy, choć równie tendencyjny w naświetlaniu faktów, twierdzi, że na przyjęcie przez Mendelsona programu niepodległości złożyły się następujące okoliczności: 1) chwilowy upadek ruchu rewolucyjnego w Rosji, 2) powiększenie się ruchu socjalistycznego w Polsce, którego potęgę przesadzano, 3) wzmożenie się w Polsce tajnego ruchu patriotycznego, którego zwolenników chcieli socjaliści przyciągnąć. Pisze także Kulczycki: poza tym niektórzy uczestnicy zjazdu w Paryżu opanowani byli widmem wojny europejskiej. O Mendelsonie pisze Kulczycki:

Postulat niepodległości Polski zawarty w nowym programie uważał on nie za cel bezpośrednich dążności, lecz za środek agitacyjny. Oczywiście o powstaniu ani o niczym podobnym nie marzył.

Zróbmy teraz skok wiele lat w przód.

Bolszewicy chcieli, aby Kuomintang był komunistyczny, ale by miał całe gardła haseł nacjonalistycznych, gdyż to było im potrzebne ze względu na walkę z Japonią i Anglikami. Kuomintang zrobił bolszewikom zawód. Stał się naprawdę nacjonalistyczny. Coś w tym rodzaju stało się z PPS założoną przez Mendelsona.

Ze studiów nad pismami Mendelsona i Piłsudskiego wypływa wyraźnie różnica ich celów. Dla Mendelsona celem jest socjalizm, hasło niepodległości Polski - środkiem, instrumentem; dla Piłsudskiego celem jest niepodległość, a socjalizm instrumentem. Chirurg, by uratować życie pacjentowi, musi mieć instrument. Po dokonanej operacji instrument może być porzucony.

Mendelson, którego pan Wasilewski robi mesjaszem idei niepodległościowej, wydaje się nam kontynuatorem idei Marksa o pożyteczności odbudowy Polski. Piłsudski brał swą ideę niepodległości nie od Marksa, lecz wprost z powstania 1863 roku.

Lektura "Przedświtu" z czasów redakcji Mendelsona nie sprawia przyjemnego wrażenia. Wciąż zwroty w rodzaju "wydłubywania w nosie dyplomatycznej roli szlachty polskiej" i temu podobne stylistyczne alegorie. Wszyscy przeciwnicy Mendelsona, zarówno z prawicy jak z lewicy, zarzucają mu krzykliwość. Ponieważ "Przedświt" do niedawna zwalczał niepodległość, a teraz sam stał się niepodległościowy, więc razi też i przesadny neofityzm ujawniający się w tym, że odmawia się na łamach "Przedświtu" poczucia patriotyzmu wszystkim w Polsce: klerowi, szlachcie, burżuazji, chłopom, stańczykom, Lidze Polskiej, Miłkowskiemu; zaczyna się twierdzić, że zaprawdę patriotami są tylko, wyłącznie i jedynie socjaliści z grupy "Przedświtu".

Jeszcze w 1892 roku pisze Mendelson o propozycji założyciela Ligi Polskiej, Zygmunta Miłkowskiego:

Pan pułkownik doradza żałobę narodową. Żałoba ma trwać kilka lat. Płaczliwy ten trefniś polityczny rozwesela nas swą smutną miną. Po kim mamy nosić żałobę: po szlachcie? Niestety, jeszcze jej diabli nie wzięli w zupełności. Po durniach? Ci nas rozweselają.

Kelles-Krauz, piszący pod pseudonimem "Luśnia", w 1894 roku w ten sposób obrazował genezę socjalizmu patriotycznego (sądzę jednak, że nie mógł mieć Mendelsona na myśli):

Inicjatorowie walki o niepodległość znaleźli się w końcu wobec jedynej żywotnej, pozbawionej własności klasy narodu. Zabrzmiało wówczas hasło: zbawienie Polski w ruchu robotniczym! Patriota powinien być socjalistą, patriotyzm i socjalizm to jedno. Z łona patriotyzmu wyskoczył w pełnej zbroi tak zwany socjalizm narodowy, pozostawiając po sobie martwe ciało rodzica: zatwardziałych utopistów, oczekujących poważnego ruchu czynnie patriotycznego od urzędników i literatów, od drobnych kupców i rzemieślników, od chłopów rolnych nareszcie.

Mendelson zresztą wystąpił z PPS wkrótce po jej założeniu, jeszcze w 1893 roku. Pod koniec życia był syjonistą i - jak słyszałem - zarobkował na życie jako korektor w redakcji "Czasu", u tych samych stańczyków, których tak długo zwalczał. Był to zresztą niewątpliwie wybitny człowiek, a jego powrót do syjonizmu czyni go nawet sympatycznym. Stworzywszy PPS i wciągnąwszy do tej partii grupę wileńską Sulkiewicza i Piłsudskiego, wciągnął do socjalistycznej twierdzy konia trojańskiego idei państwowości polskiej.

Piłsudski zaczął pisywać do "Przedświtu" w marcu 1893 roku. Jego korespondencje wileńskie odcinają się od razu od tonu, nastroju i ogólnych tendencji pisma. Uwidacznia się to najlepiej, gdy się porówna wileńskie korespondencje Piłsudskiego z poznańskimi korespondencjami jego redakcyjnego kolegi. Korespondencje poznańskie od początku do końca wypełnione są wiadomościami o strajkach, płacach i podobnymi sprawami gospodarczo-robotniczymi. O prześladowaniu polskości w Poznańskiem ani słowa. Wręcz odwrotnie jest w korespondencjach Piłsudskiego. Ich jedynym tematem jest walka z urzędnikiem rosyjskim w kraju. Każdego prześladowanego Polaka bierze Piłsudski w obronę. Pisze na przykład w numerze 10 "Przedświtu" z 1893 roku:

Zacznę tę korespondencję od prześladowań katolicyzmu i księży, gdyż po pierwsze - w naszym szczerze katolickim kraju najszerzej się takie prześladowania odczuwa, a po drugie - co za tym idzie - w ciągu tego czasu najwięcej zajmowały umysły naszej publiczności. 

W końcu tego lata biskup wileński jeździł wizytować kościoły na prowincji, nigdy dotychczas wizytacja nie odbyła się bez nieprzyjemności dla kleru, tak było i teraz. Paru księży zamknięto za to jedynie, że lud w ich parafiach zbudował wrota dla biskupa. Ta sama kara spotkała kanonika Waszkiewicza, że dziękując w imieniu biskupa za przyjęcie, nauczał licznie zebrany lud być wiernym swemu Kościołowi.

Porównajmy teraz ten styl Piłsudskiego z ustępem z innej korespondencji w tymże "Przedświcie":

Zbydlęcenie Krakowa, tej kloaki wstecznictwa galicyjskiego, tej siedziby wszystkiego, co podłe, małe, obłudne, jezuickie, tego gniazda dygnitarzy i żołdactwa, prostytutek i księży...

albo z innymi artykułami "Przedświtu", już nie tylko antykościelnymi, lecz antyreligijnymi, w których pisze się małymi literami "pan bóg" lub nawet "p. bóg" albo małą literą "chryste", co było niezgodne już nawet z regułą gramatyczną o pisaniu dużą literą imion własnych.

Sprawa, która najżywiej porusza wtedy serce Piłsudskiego, nie ma nic wspólnego z kwestią poprawy warunków bytu czy zdobycia większych płac. Chodzi tu o kościół w Krożach. Miał tam miejsce bunt przeciwko władzom, policji, kozakom. Samego gubernatora zapędzono na chór w kościele, gdzie go zmuszano do podpisania papieru, lżono, omal nie zabito. Buntownicze serce Piłsudskiego drży ze wzruszenia, rośnie z nadziei. Oto nareszcie ma przed sobą bunt ludowy, autentyczny, spontaniczny - żaden inteligent nie rozruszał tych ludzi, oni sami czynnie się buntują przeciwko władzy okupacyjnej.

Ludność w Krożach za własne grosze odnowiła kościół Panien Benedyktynek. Władze kazały go zamknąć. Powtórzmy tu opowiadanie jednego z parafian z całym pietyzmem, nie zmieniając nic w jego stylu: 

W miesiącu czerwcu 1893 roku parafianie podali prośbę do cesarza na ręce jenerał-gubernatora. Wtem przyszła odpowiedź od cesarza, czyli z kamery, tę odpowiedź posiadamy u siebie i możemy pokazać, że mamy czekać. Tego samego roku we wrześniu posłana była prośba do Rzymu i prosiliśmy obrony u papieża, a 4 września do cesarza austriackiego, króla duńskiego i pruskiego, do Angielki i prezydenta francuskiego, żeby prosili u cesarza o zmiłowanie się nad nami.

Jakże rozczulająca jest ta dyplomacja biednych krożan. Wiedzą, że cesarz austriacki to katolik, a król duński to ojciec cesarzowej, więc wydaje się im rozsądne ich prosić, ale piszą także do Angielki. Angielka to królowa Wiktoria; ludność w Krożach zapewne słyszała od tych, którzy wrócili z wojska, że "Angielka jest chytra", bo tak się wtedy w Rosji wśród prostego ludu mówiło, ale widać myślano, że jest także litościwa i zechce może pomóc. Ale nic nie pomogło. Kościół kazano opieczętować, a wtedy ludność zamknęła się w kościele i nie chciała go opuścić. 10 listopada 1893 roku przyjechał tam w nocy gubernator Klingenberg na czele policji. Spotkano go w przedsionku kościoła krzyżem trzymanym przez człowieka w komży i dwoma portretami: cesarza i cesarzowej, ubranymi w kwiaty. Ale gubernator brutalnie zelżył ludność, a policja połamała krzyż. Wtedy zagrał bunt. Policjantom poprawiono fizjonomie, omal nie zabito, gubernatora pobito, aż ze strachu uciekł na chór kościelny. Tu zażądano, żeby podpisał koniecznie na stemplowanym papierze, że kościół zostaje nie naruszony. Gubernator zachowywał się tchórzliwie, błagał ciągle księdza, który go osłaniał, aby mówił coś religijnego ludowi. Jeden z policjantów wymknął się i zaalarmował kozaków. Przybyły trzy sotnie. Nahajki poszły w ruch w kościele. Gubernator kazał ludzi smagać, przy czym kilka osób zabito, a potem kozakom pozwolił na swawolę.

W korespondencjach swoich piętnuje Piłsudski nie tylko Klingenberga i gwałty kozackie, lecz oburza się także na sąd rosyjski. Bądźmy obiektywni i bezstronni. Bolszewizm nauczył nas wiele. Wiemy, że u bolszewików za taki bunt w kościele ludność byłaby natychmiast i bez sądu rozstrzelana. Wtedy sądownictwo było jednak dużym hamulcem w stosunku do użycia przemocy. Prokurator, który przybył do Kroż, sprzeciwiał się egzekucji, a jednego chłopca, którego gubernator kazał bić, wyrwał z rąk oprawców i gubernatorowi nawymyślał. Przed sądem w Wilnie stanęło siedemdziesięciu jeden oskarżonych, w tym pięćdziesięciu pięciu mężczyzn i szesnaście kobiet. Szlachty zaściankowej było w tym dwadzieścia siedem osób. Sąd uniewinnił wszystkich z wyjątkiem czterech skazanych na rok więzienia. Bronił oskarżonych bezinteresownie kwiat adwokatury rosyjskiej z księciem Urusowem, adwokatem moskiewskim, na czele. Na sądzie wywiązał się dialog następujący:

Książę Urusow do gubernatora: Świadku Klingenberg.

Gubernator do przewodniczącego: Panie przewodniczący sądu, proszę objaśnić pana obrońcę przysięgłego, że nie jestem dla niego świadkiem Klingenbergiem, lecz jego ekscelencją gubernatorem kowieńskim, rzeczywistym radcą stanu von Klingenbergiem.

Przewodniczący sądu do gubernatora: Sąd zna tylko oskarżonego, obrońcę i świadka. Świadku Klingenberg, proszę odpowiadać na pytania obrońcy.

Ale wróćmy do socjalizmu.

Adoptacja haseł niepodległościowych przez "Przedświt" wywołała reakcję. Na Międzynarodowy Zjazd Socjalistyczny w Brukseli w 1893 roku zjawiła się delegacja Socjaldemokracji Królestwa Polskiego w osobach Róży Luksemburg i późniejszych bolszewików - Adolfa Warskiego-Warszawskiego i Juliana Marchlewskiego. Socjalna demokracja wywodziła się ze Związku Robotników Polskich założonego w 1889 roku. Socjalna Demokracja Królestwa Polskiego połączyła się w 1899 roku z podobną socjalną demokracją powstałą w Wilnie i przyjęła wtedy nazwę Socjalnej Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy, pod którą to nazwą dotrwała aż do końca Wielkiej Wojny i do połączenia się z komunistami. Jednym z głównych jej działaczy był Jogiches, Żyd wileński, który twierdził (czemu nie wierzę), że w dzieciństwie całkiem nie umiał po polsku, ale później Jogiches świetnie poznał polską literaturę i opanował styl literacki, aby zwalczać ideę niepodległości. Byli cudzoziemcy, którzy z miłości do Polski przyjmowali polskość; Jogiches spolonizował się, aby Polski nienawidzić.

Róża Luksemburg była wybitnym umysłem i jej oponenci, nawet Perl, nie mówiąc już o Wasilewskim, nie dorównują jej w jasności myśli, w sile argumentacji. Dzieje świata poszły zupełnie innymi drogami, niż to przewidywała Róża Luksemburg, wszystkie jej proroctwa zawiodły całkowicie, a jednak jeszcze dziś czytając jej polemiki odczuwamy inteligencję i talent. Róża Luksemburg zawzięcie, zajadle, namiętnie zwalczała ideę niepodległości polskiej. Piłsudski starał się wydostawać enuncjacje za Polską od socjalistów francuskich, niderlandzkich, angielskich, niemieckich i rosyjskich. Róża Luksemburg poświęcała swe siły w zwalczaniu sympatii do polskiej niepodległości w socjalistycznym świecie, w międzynarodowej prasie socjalistycznej, na międzynarodowych zjazdach i kongresach. W swych poglądach ona (a nie Piłsudski oczywiście) jest kontynuatorką myśli Waryńskiego, do niej właściwie powinien należeć spadek po Proletariacie, który się dostał Piłsudskiemu i jego ludziom. Ona, Róża Luksemburg, rozwija i broni założeń Waryńskiego w polemice z Marksem przeciwko Polsce. Tłumaczy, że uważanie Polski za bastion antyrosyjski i otaczanie jej z tego względu sympatią nie wytrzymuje krytyki ze stanowiska socjalistycznego, że tego rodzaju poglądy są śmiesznym anachronizmem. Rosja jest obecnie - tłumaczy Róża Luksemburg - takim samym terenem do zdobycia dla socjalizmu jak i Polska i sprzymierzać się z powstańczymi ideami polskimi przeciwko Rosji nie ma absolutnie żadnego sensu. Głoszenie niepodległości polskiej spowoduje konieczność uwzględnienia narodowych żądań innych krajów: Czech, Włoch, Alzacji i Lotaryngii etc., etc., co by skręciło międzynarodowy socjalizm na drogę zupełnie nieodpowiednią. W zapale polemicznym Róża Luksemburg wskazuje na to, że pod wpływem narodowych haseł, pulsujących wśród socjalistów polskich, socjaliści innych narodowości także zaczynają bąkać o jakichś żądaniach narodowych, a nawet - powiada - socjaliści Żydzi gotowi stać się narodowcami. To ostatnie określa jako wiadomość "z dziedziny humorystyki". Wreszcie - twierdzi Róża Luksemburg - związek państwowy z Rosją odpowiada interesom fabrycznego proletariatu Królestwa, a także Litwy.

Pomiędzy SDKPiL a PPS, popieraną w tej sprawie przez wodza socjalnej demokracji galicyjskiej Ignacego Daszyńskiego, zawrzała walka, w której obie strony zarzucały sobie chwyty niedozwolone i amoralne. Socjalna demokracja Róży Luksemburg była o tyle pożyteczna, że jak gąbka wyciągała po trochu z PPS inteligencję żydowską, a raczej powstrzymywała pewną liczbę Żydów inteligentów od wstępowania do PPS. A jednak ta rola gąbki nie była zbyt skuteczna, skoro w XX wieku antyniepodległościowo-żydowskie elementy dojdą w PPS do władzy i usuną z niej samego Piłsudskiego.

Na kongresie w Paryżu we wrześniu 1900 roku Róża Luksemburg denuncjuje obecnych na tym kongresie socjalistów polskich jako socjalpatriotów. Oklaskiwana jest przez Francuzów i przez Bund, reprezentujący Żydów z Rosji i Polski. W obronie Daszyńskiego, biorącego udział w tym kongresie, powstaje Adler, wódz socjalistów austriackich. Oświadcza, że towarzysz Daszyński nie jest żadnym patriotą, ale tak samo dobrym międzynarodowcem jak wszyscy zebrani. Delegaci polscy potępiają Różę Luksemburg w specjalnej deklaracji, w której między innymi czytamy:

Zważywszy, że Róża Luksemburg w mowie wygłoszonej przed kongresem międzynarodowym spotwarzyła całe socjalistyczne stronnictwo polskie nazywając je szowinistycznym i odsądzając je od wspólności w międzynarodowej solidarności, delegacja polska na Międzynarodowym Kongresie Socjalistycznym w 1900 roku w Paryżu ogłasza Różę Luksemburg za niegodną towarzystwa socjalistów polskich i oświadcza, że jak długo nie odwoła ona publicznie swych oszczerstw, nie uważa jej za członka organizacji socjalistycznych.

Pod tą deklaracją podpisani są między innymi: Daszyński, Wasilewski, Bobrowski, a także Bolesław Limanowski.

Najbardziej dramatycznym wystąpieniem Róży Luksemburg przeciwko niepodległości polskiej była jej kłótnia z Leninem w 1903 roku. Miało wtedy nastąpić połączenie Socjalnej Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy z partią Lenina. Delegaci Róży przybyli na zjazd i uzgodniono wszystko ku obopólnemu zadowoleniu. Ale delegaci "polscy" żądali, aby Lenin wykreślił ten punkt swego programu, który uznawał zasadę samostanowienia narodów, gdyż obawiali się, że można będzie tę zasadę interpretować w sposób korzystny dla zasady niepodległości Polski. Pryncypialista Lenin przemyśliwa całą noc i nad ranem daje odpowiedź odmowną. Delegaci telegrafują do Róży: co robić? Róża Luksemburg decyduje: wracać do domu, zerwać pertraktacje. Socjalna Demokracja Królestwa Polskiego i Litwy może się połączyć tylko z taką partią socjalistyczną, która ją zapewni, że żadnej niepodległości polskiej nie będzie.

 

Żydzi wśród socjalistów

 

Pisze Piłsudski w "Przedświcie" w kwietniu 1893 roku:

Le roi est mort, vive le roi. Jenerał Kachanow wyjechał, natomiast przyjechał jenerał Orżewski. 1 marca tłumy żydostwa zaległy ulice, po których nowy rządca kraju miał wjechać do swej stolicy. Zapewne pan Orżewski nie spodziewał się takiego uroczystego przyjęcia. Tłumy go spotykały, głowy się uchylały przed nim, krzyczano mu nawet przed dworcem "hurra". Gdzież jest więc ta buntownicza prowincja, w której dla spokoju państwa ustanawiają wyjątkowe prawa? Mamy tu w Wilnie dobrą połowę mieszkańców Żydów, w innych miastach liczba ich dochodzi do trzech czwartych ludności i cała ta masa ludzi nie ma nic wspólnego z otaczającą ją ludnością, nawet przeciwnie, gotowa jest przeciwko niej stanąć. Jeżeli od 1863 roku rusyfikacja kraju zrobiła postępy, to właśnie wśród ludności żydowskiej. Każdy Żyd, który choć trochę się wybił nad średni, nader niski, poziom materialny i umysłowy swoich współwyznawców, staje się Rosjaninem, zaczyna się przejmować rosyjską kulturą. Nie pomaga tu wcale tak częste policzkowanie Żydów przez rząd rosyjski, nie pomagają prześladowania i poniżenia godności ludzkiej; pomimo to wszystko garną się oni do prześladowców i uważają sobie za honor być tam, gdzie im publicznie drzwi wskazują. De gustibus non est disputandum i nie o nich mi chodzi.

Powyższy kreślony przez Piłsudskiego obraz rusyfikacji miast na Litwie przez Żydów wymaga uzupełnienia. W miasteczkach kresowych, hen za Witebskiem i Orszą i koło Smoleńska, hen za Kijowem, można było wówczas po polsku rozmawiać właśnie z zamieszkującymi je Żydami, którzy w ten sposób jednocześnie rusyfikowali miasta i utrzymywali polskość miasteczek dalekich kresów. Żyd mówił po polsku tam wszędzie, gdzie były majątki polskie. Siła i znaczenie polskości była funkcją tej olbrzymiej siły gospodarczej, którą rozporządzało na kresach ziemiaństwo polskie w postaci posiadania ziemi. Konfiskaty majątków były katastrofą narodową. Gdyby Piłsudski za swoich socjalistycznych czasów był właścicielem jednego z majątków swego ojca, na pewno by go przepisał na imię jakiegoś brata lub krewnego, nie dlatego, by sobie fundusz zachować, lecz by ziemię w rękach polskich pozostawić.

Piłsudski dużo się zajmuje Żydami w początku swej socjalistycznej działalności. Chce, aby rewolucyjne partie żydowskie łączyły się nie z rewolucją rosyjską, lecz z rewolucyjnym ruchem polskim. Pisze:

(...) jest nią zasklepienie się socjalistów żydowskich w samych sobie i niełączenie się ich z elementami rewolucyjnymi, zamieszkującymi ten sam co oni kraj. Wychowani prawie wyłącznie pod wpływem rosyjskiej literatury rewolucyjnej, socjaliści żydowscy do ostatnich czasów łamali sobie głowy nad tym, czy należy bronić obszcziny rosyjskiej od grożącego jej kapitalizmu, czy też przeciwnie, żądać jej zniszczenia; w jaki sposób można by przetworzyć istniejące artele w komunistyczne związki wytwórcze i tym podobne. Tymczasem na Litwie od tysiąca lat nie ma już ani obszcziny, ani arteli (...) To odcięcie od gruntu socjalistów żydowskich wzmagała jeszcze ta okoliczność, że o otaczającej ich ludności polskiej wiedzieli bardzo mało albo nic i czerpali swe wiadomości z wydawnictw wyłącznie rosyjskich. Tymczasem wydawnictwa te przepełnione są najbezczelniejszymi fałszami o Polakach, wśród których widzą tylko zacofaną i klerykalną szlachtę.

W Kongresówce istotnie powstała sekcja żydowska PPS i duża część proletariatu żydowskiego opowiedziała się po stronie socjalistów polskich. W kraju zabranym, czyli na Litwie - używając drogiej mi terminologii, powszechnie używanej jeszcze w XIX i początkach XX wieku, dziś zarzuconej lub ustąpionej "Litwie etnograficznej" - powstała dość silna żydowska grupa PPS w Grodnie. Z reszty jednak proletariatu żydowskiego, tak licznego w Wilnie, Kownie, Mińsku, niewiele potrafił Piłsudski dla Polski wykrzesać. Socjaliści żydowscy, jak sam o tym opowiada, nazywali go "szowinistą", "znanym arogantem", zapytywali go ironicznie, czemu chce Wilno i Mińsk przyłączyć do Polski, a nie do Anglii. W czasie beznadziejnych usiłowań Piłsudskiego wciągnięcia Żydów do łożyska socjalizmu polskiego, aby odciągnąć ich od łożyska rosyjskiego, powstaje w 1897 roku Ogólny Żydowski Związek Robotniczy w Polsce i Rosji, znany powszechnie pod mianem Bundu. Tutaj znowu powtarza się historia Kuomintangu z naszych czasów. Socjaliści tworzą Bund po prostu dlatego, aby agitować także w żargonie, aby pozyskać dla ideałów międzynarodowych także proletariat żydowski. Ale ten Bund nasiąka interesami specjalnie żydowskimi, unaradawia się powoli, choć to są czasy, w których Żydówka Róża Luksemburg mówiąc o narodowych hasłach socjalistów żydowskich używała określenia "żądania humorystyczne".

W roku 1898 Bund wchodzi w skład rosyjskiej socjalnej demokracji, czyli nie tylko przeszkadza proletariatowi żydowskiemu na Litwie zwrócić się ku polskości, jak o tym marzył Piłsudski, lecz zwraca ku rosyjskości Żydów z samej Warszawy. Ale wśród kierownictwa rosyjskiej socjaldemokracji wielu jest Żydów, którzy potępiają Bund właśnie za jego specyficznie żydowski charakter, potępiają wszelkie wyodrębnianie kwestii żydowskiej. W roku 1899 Bund na swoim III, kowieńskim zjeździe odrzuca żądanie "narodowego równouprawnienia dla Żydów", bojąc się ośmieszającego zarzutu, że uprawia żydowski szowinizm. Ale już w 1900 roku na IV swoim zjeździe Bund uchwala, że pojęcie "narodowość" stosuje się także do Żydów, i choć żądanie autonomii narodowej dla Żydów uznaje za "przedwczesne", to jednak postanawia walczyć o uchylenie wszelkich praw ograniczających narodowość żydowską, aczkolwiek wystrzega się zbytniego potęgowania uczuć narodowych, "które mogą prowadzić tylko do zabałamucenia świadomości klasowej proletariatu i do szowinizmu". Wreszcie w 1905 roku Bund żąda już narodowościowo-kulturalnej autonomii dla Żydów.

W roku 1900 powstaje Poale-Syjon, a później inne socjalistyczne ugrupowania żydowskie, jeszcze wyraźniej niż Bund na żydowskonarodowym stojące gruncie.

Piłsudski w liście prywatnym do Centralizacji w Londynie z 12 lutego 1897 roku tak reaguje na powstanie Bundu:

Mieliśmy dotychczas stosunki żydowskie (dosyć głupie zresztą) w Warszawie. Tam też się zawiązała filia Żydków wileńskich. Otóż teraz obydwie części się zlały i stanowią związek robotników żydowskich w Polsce. Wystąpili do nas z wymaganiami, byśmy uznali ich istnienie, ogłosili o nich w "Robotniku", nie wydawali proklamacji żydowskich i w dodatku dostarczali im bibuły. No, naturalnie, kolanem gdzieś.

To samo, tylko w formie bardziej uroczystej, przeczytamy w uchwałach IV zjazdu PPS w listopadzie 1897 roku:

Zważywszy, że proletariat żydowski może mieć zadania tylko wspólne z proletariatem narodu, wśród którego żyje. Zważywszy, że dotychczasowa działalność grup żydowskich występujących obecnie pod nazwą Ogólny Żydowski Związek Robotniczy w Polsce i Rosji nosi szkodliwe dla ruchu cechy odrębności organizacyjnej i programowej, co stawia je nieraz na stanowisku względem nas wrogim (...)

Zjazd uznaje kierunek tego związku za fałszywy, jako polegający na wyrzeczeniu się solidarności z proletariatem polskim i litewskim w jego walce o wyzwolenie się spod najazdu rosyjskiego.

Niektórzy socjaliści, nawet należący do PPS, byli przeciwnikami tej uchwały przeciwko Bundowi. Powiadali: Nieuzasadniony jest ten żal do Żydów, że chcą być z Rosją, a nie z Polską; dlaczego Żydzi mają być Polakami, a nie Rosjanami?

Ale oczywiście sprawa żydowska, z którą miał do czynienia Piłsudski, nie ograniczała się wyłącznie do kwestii, za kim pójdzie proletariat żydowski, za Rosją, Polską czy za swoimi hasłami narodowymi. Sprawę żydowską porównać można ze znaczeniem kobiety w życiu człowieka. Oto pisałem w jednym z poprzednich rozdziałów, że biografie męża stanu są wadliwe, niepełne, kalekie, gdy się w nich nie uwzględnia kobiet jego życia, gdy się z nich eliminuje pierwiastek erotyczno-intymny. A jednak wielu biografów z braku materiału czy też przez wstydliwość opuszcza ten drażliwy temat. Podobnie jest z kwestią żydowską. Studiując w szkołach średnich historię, nie zdajemy sobie sprawy, że kwestia żydowska była tak samo aktualna za Karola Wielkiego czy za Zygmunta I, jak jest obecnie czy też jak była w XIX wieku.

Oczywisty fakt, że Żydzi stanowią naród odrębny od innych, jest dotychczas negowany. Oczywisty fakt, że to nie Jehowa rozpylił Żydów na całym globie ziemskim, lecz oni sami się rozeszli w diasporze, nie jest w nauce z należytą powagą podkreślony. Oczywisty jest również fakt, że Żydzi nie chcą mieszkać zwarcie i terytorialnie, albowiem w piramidzie społecznej zajmować chcą wyższe piętra: Żydzi nie chcą być ani małymi rolnikami, ani robotnikami fizycznie pracującymi, Żydzi wszędzie okazują większe ambicje i większe zdolności, w piramidzie społecznej zajmują piętra od rzemieślnika w górę. Jak wojsko złożone z samych oficerów musiałoby się rozejść po wielu innych armiach, aby znaleźć odpowiednie dla tych oficerów zatrudnienie, tak samo Żydzi musieli się rozejść po całym świecie, gdyż chcą zajmować wyłącznie bardziej lukratywne stanowiska. Dlaczego w każdym mieście na świecie mieszka ograniczona liczba Żydów? Albowiem w każdym mieście znajduje się tylko ograniczona liczba tych sposobów zarobkowania, do których popychają Żydów ich zdolności, ich instynkt narodowy.

Żydzi polscy, litewscy, ukraińscy, palestyńscy stanowią oazy Żydów wyjątkowych. Tutaj są właśnie miasta o większości żydowskiej, tutaj naród żydowski zbliża się do typu normalnego narodu, posiada swoje klasy niższe. Żydem normalnym nie jest bynajmniej Żyd narodowy wyznania mojżeszowego, żyjący wśród innych Żydów i obserwujący swą odrębność narodową. Żydem normalnym, Żydem typowym, nomadą żydowskiego geniuszu jest Żyd zasymilowany, tkwiący w jakimś innym społeczeństwie, Żyd będący jednocześnie Francuzem, Anglikiem czy Niemcem. Geniusz żydowski nie objawia się bynajmniej w Herzlach, Nachumach Sokołowach czy Żabotyńskich, jednym słowem w wodzach odrębności żydowskiej, lecz w takich ludziach, których rzekomo tylko pochodzenie łączyło z żydostwem, którzy do swojej żydowskości nie mieli żadnego sentymentu, a czasami nawet niechęć i pogardę, w takich ludziach jak Heine, Marks, Disraeli lub Tuwim, w ludziach całkiem zasymilowanych. Przed Chrystusem jeszcze na Krymie na cmentarzach greckich były nagrobki żydowskie z napisami nie hebrajskimi, lecz greckimi. Na cmentarzach rzymskich nagrobki żydowskie miały napisy znowuż nie hebrajskie, lecz łacińskie. Żydzi przejmowali zawsze języki, wiarę, obyczaje narodów, wśród których żyli, ale oto narody te umierały, a Żydzi istnieją ciągle. Wspaniały, prawdziwie wybrany naród - asymiluje się świetnie i nie asymiluje się nigdy. Niemiec, Polak, Francuz, przeniesiony do innego kraju, w drugim, trzecim pokoleniu traci swoje narodowe cechy, staje się obywatelem tego kraju, w którym mieszka, i nawet wyglądem fizycznym upodabnia się do ludności, wśród której przebywa. Żyd zawsze pozostaje Żydem. Cóż bardziej niemieckiego niż Lorelei Heinego? Gdy ją napisał, twierdzono, że to jakaś autentyczna niemiecka klechda. A jednak jakże żydowski jest Heine. Geniusz żydowski polega na uzyskiwaniu obcej narodowości bez tracenia swojej.

Analogicznie do rozpylenia się w diasporze Żydzi byli rozpyleni wśród partii polskich. W roku 1899 członek Ligi Narodowej, człowiek pochodzenia żydowskiego, żąda ujawnienia tej organizacji. We wszystkich trzech poważnych kierunkach myśli politycznej w zaborze rosyjskim, wśród konserwatystów, narodowców i socjalistów, biorą wybitny udział Żydzi. Najwięcej ich jest wśród socjalistów, zwłaszcza w sferach kierowniczych. Gdy w 1906 roku PPS usuwa Piłsudskiego, to do nowego CKR (Centralnego Komitetu Robotniczego) wchodzą: Kon, Lewinson, Horwitz, Sachs, Szapiro, a z Polaków tylko jeden: Marian Bielecki.

Ale zasada rozpylenia się Żydów działa nadal. Większość Żydów jest w socjaldemokracji, przeważają wśród PPS-Lewicy, ale pewna liczba wchodzi także do Frakcji Rewolucyjnej Piłsudskiego.

Obok więc stosunku zewnętrznego do Żydów, stosunku do proletariatu żydowskiego w całości, do Bundu i innych partii robotniczych żydowskich, do sekcji żydowskiej PPS wreszcie, Piłsudski miał do czynienia z wewnętrznym problemem żydowskim, ze stosunkiem do swoich towarzyszy pochodzenia żydowskiego. Żydów było w PPS więcej niż we Frakcji Rewolucyjnej, we Frakcji więcej niż w Związku Walki Czynnej i Legionach. Liczba Żydów koło Piłsudskiego stale topnieje. Oddziaływają na to trzy okoliczności: 1) polityka Piłsudskiego z biegiem lat coraz bardziej ujaskrawia swój patriotyzm, 2) Żydzi coraz bardziej posuwają się ku kierunkom narodowym żydowskim i wyodrębnieniu sprawy żydowskiej, co jest w tym okresie zjawiskiem nie tylko polskim, lecz ogólnoeuropejskim, 3) Żydzi lubią reklamować osobistości, którymi po cichu kierują. Piłsudski nie dopuszczał nikogo do kierowania sobą.

 

"Czerwona niedziela"

 

W Rosji przed manifestem konstytucyjnym z 17 października 1905 roku nie było parlamentu, nie było rządów gabinetowych, nie było rady ministrów, nie było premiera. Komitet ministrów i przewodniczący komitetu ministrów istnieli, lecz były to instytucje związane raczej z władzą prawodawczą, w każdym razie nie miały nic wspólnego z gabinetem ministrów w nowoczesnym tego słowa pojęciu. Władza cesarza zbliżała się do władzy nowoczesnego dyktatora: Mussoliniego lub Hitlera. Aby wykonywać tak wielki zakres władzy, trzeba mieć nadludzkie zdolności. Wbrew utartemu przekonaniu europejskiej publicystyki dynastia Romanowów dostarczała tronowi ludzi wybitnych. Ze wszystkich rodzin panujących w Europie niewątpliwie Romanowowie właśnie byli ludźmi najwybitniejszymi, najzdolniejszymi, najbardziej odpowiednim materiałem na monarchów. Wszyscy mieli w sobie materiał na męża stanu. Wszyscy - prócz Mikołaja II. Na pytanie, w jaki sposób samodzierżawie tak długo panowało w Rosji, należy odpowiadać w sposób zupełnie inny, niż odpowiadała na to europejska, a specjalnie polska i rosyjska publicystyka. Porównajmy Romanowów z jakąś dynastią kraju w zachodniej Europie. Dynastia taka będzie złożona z ludzi małych, niezdolnych, aczkolwiek w kraju swoim otoczonych miłością i szacunkiem. Romanowowie byli ludźmi wybitnymi, mężami stanu - zyskali sobie w swoim kraju nienawiść i pogardę powszechną i bezwzględną. Różne okoliczności składały się na ten rezultat. Ale przyznać należy już dzisiaj, z dużej perspektywy historycznej, że autokracja przetrwała w Rosji tak długo, albowiem autokratami byli ludzie na poziomie.

Najmierniejszym zresztą z tych czterech cesarzy był ten jedyny wśród Polaków względnie popularny, to jest Aleksander I. Ale i w nim był niewątpliwie materiał na męża stanu - jego milcząca zgoda na morderstwo obłąkanego ojca była czynem niewątpliwie amoralnym, jeśli będziemy ją oceniać pod kątem moralności familijnej, lecz był to wówczas, w warunkach, które istniały, czyn konieczny, rozumny, korzystny z punktu widzenia rosyjskiej racji stanu, obowiązków wobec ojczyzny i dynastii. Aleksander I był cesarzem reformatorem, Mikołaj I zachowawcą, Aleksander II reformatorem, Aleksander III zachowawcą. Reformy w Rosji zawsze groziły wywołaniem rozpasania bestii ludzkiej, pugaczowszczyzną, pijanym buntem, bolszewizmem. Jakiż wspaniały instynkt jedności działania panował nad tymi ludźmi, ich działania stanowiły konsekwentną kontynuację; jeden dawał ostrogę rumakowi i puszczał mu cugle, następny brał znów silnie w ręce rozbudzone namiętności. Reformy Aleksandra II trudno już nazwać reformami, była to po prostu polityczna i społeczna rewolucja dokonywana z góry imieniem cesarza. Rewolucja ta zachwiała równowagę mentalności rosyjskiej i sam cesarz zginął od bomb, zakańczających serii; wielokrotnych zamachów.

Aleksander III pod wielu względami nie był podobny do ojca, człowieka o wyjątkowych talentach towarzyskich, miłego, wesołego, czarującego kobiety, uosobienia elegancji i dystynkcji. Aleksander III olbrzymiego wzrostu, był niezgrabny w ruchach i miał skłonność raczej ku abnegacji. Wykształcenie jego było zaniedbane, gdyż cesarzem miał być starszy jego brat, wielce popularny Mikołaj, który umarł nie doczekawszy się korony. Aleksander III wykazał trzy cechy: 1) umiejętność wysuwania zdolnych ludzi, 2) umiejętność wzięcia cugli w rękę w tym sensie, że za czasów jego panowania nie nim rządzili, ale niewątpliwie on sam rządził, sam decydował, sam zmieniał kierunek polityki rosyjskiej czasami w sposób bardzo krańcowy, 3) umiejętność konsekwentnego utrzymywania raz postanowionej linii. Dodajmy do tego niewątpliwą prawość charakteru, a stwierdzimy obecność wielu elementów pożądanych u każdego władcy.

Aleksander III był zachowawcą, konserwatystą i słowianofilem. W początkach XIX wieku zrodziły się w Rosji dwa kierunki myślowe, które - jak ktoś dowcipnie i słusznie powiedział - oba wywodzą się z Czaadajewa: zachodowcy, czyli "zapadnicy", chcący Rosję upodobnić do innych państw europejskich, oraz słowianofile, którzy podkreślali odrębność Rosji i marzyli o jej przewodnictwie w rodzinie narodów słowiańskich. Aleksander I był niewątpliwie zachodowcem i liberałem, dopóki się nie załamał i nie wpadł w mistycyzm; Mikołaja I nie można nazwać zachodowcem, gdyż z tym pojęciem łączył się zawsze pewien liberalizm, a Mikołaj I był rycerzem Świętego Przymierza i legitymizmu, ultrakonserwatystą, wrogiem wszystkiego, co miało liberalny posmak, Mikołaj I był zresztą przede wszystkim żołnierzem do szpiku kości. "Romanowowie to typowo wojskowa rodzina" - powiedział kiedyś Hercen i będzie to prawdziwe usque ad finem. Aleksander II był wybitnym zachodowcem i liberałem i w tym był podobny nie do ojca, lecz do stryja. Ale za jego czasów słowianofilstwo, prześladowane za Mikołaja I i utożsamiane przez żandarmów z rewolucją, nabrało konserwatywnego charakteru, uznało za istotne elementy słowiańskości, wiarę w prawosławnego Boga i cara. Aleksander III stał się także słowianofilem i nieprzyjacielem Niemców. Zerwał on z liberalizmem polityki wewnętrznej swego ojca i z sojuszem z Prusami, zawarł układy polityczne i wojskowe z Francją.

Praworządność Aleksandra III opierała się na biurokracji, ale przestrzegał jej skrupulatnie, własną nawet wolę przystosowując do brzmienia paragrafów ustalonych dla działania machiny biurokratycznej. Jako człowiek o niewątpliwie zdrowym rozsądku i dobrze znający swój kraj unikał wojny. Zezwalał na małe wojenki z plemionami środkowoazjatyckimi, lecz poza tym kierował polityką w sposób wybitnie pokojowy. Mimo bardzo skromnego mniemania, które miał o samym sobie, i mimo antypatii, którą wzbudzał w publicystyce europejskiej jako żywy symbol autokracji, historia przyszłości postawi go w rzędzie władców, którzy zdali swój monarszy egzamin.

Oto jest włóczęga uliczny, który został multimilionerem amerykańskim, i oto syn multimilionera, który wszystko stracił i został żebrakiem. Największą fortunę można zdobyć i największą fortunę można stracić. Dzieje się tak nie tylko w dziedzinie pieniędzy. Oto pętaczyna wiedeński, który został potężnym dyktatorem, i oto Mikołaj II, który drogi do dyktatury odbywać nie potrzebował, który dyktatorem został przez przypadek urodzenia i który wszystko stracił i jak pies został zastrzelony w piwnicy. Prawda, że dla utrzymania dyktatury w swoich rękach trzeba mieć specjalne zdolności, a Mikołaj II był pierwszym z Romanowów, który ich nie posiadał.

Miał on, wszedłszy na tron, wszelkie możliwości i wiele dróg do wyboru. Władza, jak każda rzecz na świecie, musi iść naprzód, każda rzecz na świecie, nawet uczucie, aby się utrzymać przy życiu, musi zmieniać w sobie swoją materię. Tego Mikołaj II nie rozumiał. Podobny był do matki, która by trzymała syna w dziecinnym pokoju i nie chciała dopuścić myśli, że dziecko rośnie.

Mikołaj II miał trzy drogi przed sobą.

Pierwsza, najnaturalniejsza, polegała na wykorzystaniu względnego pokoju wewnętrznego, który ojciec mu pozostawił, aby wstąpić znów na drogę reform liberalnych, rozpocząć prząść nić w tym miejscu, w którym morderstwo Aleksandra II ją było zerwało, dać Rosji konstytucję, parlament, dopuścić do współrządów burżuazję i inteligencję, które namiętnie sobie tych współrządów życzyły i kontentowałyby się niedużymi ustępstwami. Takie reformy, nie wymuszone, lecz przeciwnie, dobrowolnie ofiarowane, byłyby nowym, wielkim kapitałem rosyjskiej monarchicznej instytucji. Ale Mikołaja II, który naprawdę władzy nie sprawował, bo jej sprawować nie umiał, drażniły wszelkie nawet projekty ograniczenia jego władzy. Gdy się dobrze zna jego listy, rozmowy, pamiętniki etc., dochodzi się do przekonania, że tego człowieka drażnił wszelki "bunt", że patrzał on na świat wyłącznie przez szkła wojskowego i do żądania zwołania parlamentu miał taki sam stosunek pełen obrzydzenia, jaki by miał wachmistrz do oświadczenia szeregowców, że będą się zbierać i doradzać mu, co on, wachmistrz, ma robić.

Droga na parlament byłaby niewątpliwie drogą współpracy z inteligencją, która odtrącona od swoich marzeń, nazwanych zresztą przez Mikołaja II "bezmyślnymi", zaczęła tym usilniej rewolucjonizować lud.

Była jeszcze inna droga, na którą mógł wstąpić Mikołaj II, nie wymagająca zwołania parlamentu, lecz raczej powiększenia władzy cesarskiej, droga, na którą jego pradziada przywoływał sam Michał Bakunin, prorok europejskiego anarchizmu, który w swym liście z więzienia do Mikołaja I napisał, a w swej broszurze Romanow, Pugaczow czy Pestel? potwierdził, że lud rosyjski najchętniej pójdzie nie za inteligentnym burżuazyjnym liberałem (Pestel) ani też za wodzem z własnego łona - Pugaczowem, lecz właśnie za cesarzem. "Chce ze mnie zrobić jakiegoś Masaniello" - uśmiechnął się Mikołaj I. Otóż roli Lenina mógł z łatwością podjąć się Mikołaj II, gdyby chciał, bez zniszczenia Rosji. Burżuazja w Rosji była słaba, przemysł całkowicie zależny od skarbu państwa i poważnie subsydiowany, etatyzacja różnych dziedzin gospodarczych daleko posunięta.

Mikołaj II miał wstręt do eksperymentów społecznych, jego natura nie znosiła buntów: strajkujący robotnicy rysowali się w jego mózgu właśnie jako żołnierze wykraczający przeciwko dyscyplinie, ale Mikołaj II nie był w swym sercu solidarny z wyższymi klasami społecznymi. Przeciwnie, jego uboga indywidualność intelektualna czuła raczej pociąg ku ludowi; ojciec jego łączył swój słowianofllizm z konserwatyzmem, on raczej z tendencjami czy tendencyjkarni ludowymi. Kochał zwykłego żołnierza, nie lubił jednorocznego ochotnika; nie interesowały go teorie społeczne inteligencji, ubóstwiał wierzenia i zabobony swego ludu; nie umiał rozmawiać z delegacją działaczy społecznych, irytowała go i żenowała na przemian; gdy rozmawiał ze służbą, z lokajami czy praczkami, z chłopami na wsi, z nagonką na polowaniu, z prostymi marynarzami na okręcie, to nie tylko umiał z nimi gadać, nie tylko wzbudzał sympatię i miłość, lecz widać, że wtedy emanował czar osobisty. Poglądy społeczne i polityczne Mikołaja II cierpiały na infantylizm. Było to dziecko, które by chętnie przez życie całe słuchało bajek starej niani.

Sprawowanie dyktatury jest zadaniem ponad siły ludzkie, nic dziwnego, że może ona zwichnąć umysł człowieka o słabej indywidualności. Ale psychopatologiczny stosunek cara do Rasputina należy tłumaczyć właśnie jego miłością ludu, niechęcią do inteligencji. Rasputin w oczach Mikołaja II był tym głosem ludu, który dostał się do tronu, a którego inteligencja chce utrącić. Mikołaj II wierzył w cuda, w świętych wypchanych słomą, jeździł po klasztorach, pustelniach, świętych obrazach - wierzył w to wszystko, czym inteligencja rosyjska jego czasów pogardzała. Pomiędzy nim a inteligencją rosyjską leżała przepaść niechęci, złej woli, uprzedzeń, nienawiści. Rasputin jako ekstrem tego wszystkiego, co było ludowe, a było prześladowane i pogardzane przez inteligencję, wydał mu się godny kochania. Zresztą trzeba przyznać, że rady, które Rasputin dawał carowi, nie zawsze były głupie. Z całych sił odradzał mu wojnę. Mikołaj II był szczerym ludowcem na tronie, z tym zastrzeżeniem, że ta jego ludowcowość nigdy nie wyszła z ram sentymentu, silnego co prawda, lecz całkiem biernego, nie znalazłszy sobie żadnego odbicia w dziedzinie polityki. Ale bo nad polityką Mikołaj II nie panował. Pod tym względem nie przypominał żadnego ze swoich przodków. Oni rządzili, a on był ciągle manekinem poruszanym przez rozmaite, ciągle inne sznurki, w kierunkach całkowicie ze sobą sprzecznych, ale prawie zawsze niezgodnych z jego osobistą wolą, nastawieniem, sentymentem, ambicjami.

Rozpatrzyliśmy dwie drogi, którymi mógł pójść Mikołaj II: drogę reform liberalnych odpowiadających życzeniom inteligencji i burżuazji oraz drogę wstrząsających eksperymentów socjalnych, o których marzyli apostołowie nowej Rosji. Trzeciej drogi, najwłaściwszej, nikt mu nie proponował, choć dziś, po historycznym przemyśleniu wszystkich wypadków, rysuje się ona nam dość jasno. Należało się oprzeć na konserwatywnych, zachowawczych siłach imperium rosyjskiego. Z elementów konserwatywnych swego imperium Romanowowie eksploatowali wyłącznie jeden, mianowicie Niemców z prowincji nadbałtyckich, a nawet i tych Niemców Aleksander III zaczął odpychać i przepędzać. Ale poza Niemcami były jeszcze w Rosji elementy konserwatywne w postaci kozaków, starowierów, kupców, wreszcie bogatych chłopów. Kozakom trzeba było dać autonomię, cesarz powinien był ich odwiedzić, spotęgować sentyment monarchiczny, który tam był naprawdę silny. Prześladowanie starowierów, tej soli ziemi rosyjskiej, było nonsensem, starowierzy siłą swego konserwatyzmu stanowili w Rosji najlepsze oparcie dla tronu. Jeśli chodzi o kupców, to zrobiono tutaj dużo w tej epoce, ale należało tę politykę prowadzić w sposób bardziej zdecydowany i wyraźny. Wreszcie w dziedzinie włościańskiej należało reformę genialnego Stołypina uskutecznić piętnaście lat wcześniej. Reforma ta polegała na zniesieniu idiotycznego "miru", idiotycznej "obszcziny" i podzieleniu wsi na gospodarzy zdolnych, pracowitych, zamożnych i na wiejską hołotę. W kategorii pierwszej znalazłaby Rosja trwałą podstawę dla dalszego istnienia.

Niewątpliwie do żywiołów konserwatywnych w imperium rosyjskim zaliczyć należało także Polaków. Aleksander II chciał się z Polakami pojednać, podał rękę Wielopolskiemu, ale naród polski nie chciał tego pojednania, odpowiedział powstaniem 63 roku. W roku wstąpienia na tron Mikołaja II było inaczej. Społeczeństwo polskie w 1894 roku nie odtrąciłoby idei ugody, nie było co prawda do kupienia za byle co, jak inteligencja rosyjska lub staro wierzy, lecz idea cesarza rosyjskiego, króla polskiego, obiecującego zjednoczoną Polskę, miałaby w tym roku powodzenie. Mikołaj II mógł użyć tu hasła, które by musiało przekonać i Rosjan: bez Polaków nie da się urzeczywistnić jedności słowiańskiej. Ale do czynu tak genialnego, na szczęście dla nas, nie był zdolny nie tylko sam Mikołaj II, lecz nawet najzdolniejsi i najprzenikliwsi z jego doradców.

Mikołaj II powinien był ambicje inteligencji rosyjskiej zwrócić w kierunku eksploatacji Azji; zamiłowania i fantazje młodzieży odwrócić od fabrykacji bomb przez otworzenie horyzontu nowego świata. Azja dla Rosji mogła być tym, czym Daleki Zachód dla Stanów Zjednoczonych. Rosja przeżyła reformy liberalne i wróciła do autokracji w formie dyktatury Lenina i Stalina. Mikołaj II mógł zostać monarchą liberalnym, mógł też pozostać autokratą. Pierwszego nie chciał, drugie przerastało jego siły.

Mikołaj II był człowiekiem najlepiej chyba w całej Rosji wychowanym, w pojęciu wychowania towarzyskiego, uprzejmości wobec ludzi, czaru w stosunkach osobistych. Gdyby się urodził człowiekiem prywatnym, miałby zapewniony mir i szacunek wśród wszystkich swoich znajomych. Ale nie łudźmy się, to on zgubił Rosję - był jak dziecko wsadzone na miejsce maszynisty, nie rozumiejące, o co w lokomotywie chodzi. Miał wielkie poczucie odpowiedzialności i obowiązku wobec ojczyzny, nie należał do kategorii Rydzów; ale jego Starosielce - owa styczniowa "czerwona niedziela" - miały o wiele tragiczniejsze i głębsze dla Rosji znaczenie niż nieudane demonstracje urządzane dla Rydza.

Mikołaj II wstąpił na tron w 1894 roku. W 1904 roku rozpoczął wojnę z Japonią, zakończoną klęską. 9 (22) stycznia 1905 roku chciała go widzieć olbrzymia demonstracja robotników z ramienia policji. Ale dzięki nieporozumieniom wewnątrz machiny administracyjnej, dzięki tarciom i rywalizacjom różnych dostojników pomiędzy sobą demonstrację tę, która szła z portretami cara na czele, spotkano kulami, przy czym strzelanina miała miejsce przed samym pałacem cesarskim. Pop Hapon wydał wtedy manifest:

Żołnierzy i oficerów zabijających swoich braci - przeklinam. Żołnierzy, którzy będą pomagać ludowi - błogosławię. Przysięgi żołnierskie złożone zdrajcy carowi, każącemu zabijać swój lud - unicestwiam.

Istotnie, "czerwona niedziela" być może bardziej jeszcze niż ponura historia z Rasputinem odebrała carom rosyjskim miłość ludu. Gdy po klęskowej wojnie japońskiej Mikołaj II zgodził się jeszcze na bezrozumną i niepotrzebną wojnę z Niemcami, to spowodował ostateczną klęskę Rosji.

 

Wojna japońska

 

W czasie wojny japońskiej Piłsudski pojechał do Tokio, złożył memoriał polityczny, chciał tę wojnę wykorzystać dla polskich akcji wyzwoleńczych. Japończycy gotowi byli założyć w Polsce jakąś agenturę szpiegowsko-dywersyjną. Dawali przecież pieniądze rewolucjonistom rosyjskim. Piłsudski odmówił. Ta jego podróż do Tokio to epizod nieudany, krok stracony. I jak to często bywa w historii życia i polityki Piłsudskiego, właśnie w tej rzeczy nieudanej mieści się dużo elementów wielkości.

Polacy walcząc z Rosją szukają zawsze sojuszników. W 1863 roku bałamucili się Francją i Napoleonem III. Francja pomocy nie dała, powstanie skończyło się klęską, depresją, beznadziejnością. Oto jednak Rosja angażuje się w aktywną politykę na Bałkanach, występuje przeciw Turcji z programem oswobodzenia Słowian. Turcji broni Anglia; agenci angielscy docierają do Polski. W 1876 roku, a więc na dwa lata przed wojną rosyjsko-turecką, powstaje we Lwowie komitet mający na celu przygotować powstanie. Wchodzą w skład jego kupcy lwowscy, jak Robert Thiemme, Edmund Riedl i inni, trochę ziemian, jak hrabia Artur Gołuchowski, kilku byłych powstańców. Obierają na prezesa księcia Adama Sapiehę. Według tych angielsko-lwowskich czy Iwowsko-angielskich planów Rosja miałaby odstąpić Anglii wyspy na Morzu Bałtyckim wraz z Kronsztadem, czyli fortecę położoną w samej paszczęce Petersburga, Polska odzyskiwałaby swe terytoria historyczne wraz z gubernią chersońską i brzegiem Morza Czarnego, Turcja miała dostać Kaukaz. Polska i Turcja stałyby się potęgą mogącą łatwo trzymać niedźwiedzia rosyjskiego na łańcuchu ze złota angielskiego. Królem polskim miał być Habsburg.

I oto ten lwowski komitet czy rząd narodowy dochodzi do przekonania, że obietnice angielskie nie są dostatecznie serio, i odstępuje od planu powstania. Wyjątkowy w naszych dziejach dowód realizmu politycznego. Zawdzięczamy go bardzo świeżym zgliszczom Królestwa i rusyfikacji Litwy i Rusi. Tym razem "czerwony książę" Sapieha i kupcy lwowscy poszli za słuszną regułą, że wojnę wywołać można tylko i wyłącznie wtedy, gdy są szansę zwycięstwa. Wywoływanie wojny z góry skazanej na przegraną i klęskę stanowi największą zbrodnię, jakiej dopuścić się mogą politycy za los kraju odpowiedzialni.

Natomiast zrozumiałe jest, że przy każdej wojnie, którą rozpoczynała Rosja, Polacy zastanawiali się, czy aby nie stwarza ona okazji do odzyskania wolności, czy aby nie zbliża się godzina wyzwolenia. Gdyby książę Sapieha i kupcy lwowscy poszli na powstanie bez dostatecznych zapewnień pomocy ze strony angielskiej, byliby ludźmi nieodpowiedzialnymi, gdyby jednak Anglia dała gwarancje, że na Rosję napadną wystarczające siły, aby ją pokonać, to książę Sapieha i kupcy lwowscy nie korzystając z tej okazji i nie wywołując powstania byliby złymi patriotami.

Toteż za objaw naturalny i zrozumiały uznać należy fakt, że zaraz po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej, który nastąpił w nocy z 8 na 9 lutego 1904 roku przez nagłe zatopienie rosyjskich okrętów wojennych w Port Arturze, zebrała się w Mińsku Litewskim konferencja PPS i Ligi Narodowej, przy czym PPS reprezentowali Piłsudski i Jodko-Narkiewicz, a Ligę Narodową Dmowski i Balicki, celem ustosunkowania się do wojennej sytuacji. Nie znamy dokładnego przebiegu tej konferencji, a z jej uczestników już nikt nie żyje. Wiemy, że wszyscy sobie życzyli zwycięstwa Japonii, że wszyscy życzyli osłabienia Rosji. Zresztą pobicia Rosji życzyli sobie wtedy nie tylko Polacy, ale i Rosjanie, i to nie tylko rewolucjoniści, ale spokojni liberałowie.

Sposób myślenia uczestnika konferencji Piłsudskiego jest zupełnie odmienny od sposobu myślenia rosyjskich i polskich socjalistów, jak również polskich demokratów narodowych.

Socjaliści rosyjscy, a oczywiście i polscy, prócz Piłsudskiego i jemu podobnych, pożądają klęski Rosji, ponieważ dla nich to tylko klęska caratu, mogąca przyśpieszyć przewrót w społecznych wewnątrzrosyjskich stosunkach. Skorzysta w ich mniemaniu z tej klęski chłop i robotnik, niejako Rosjanin, Polak czy Ukrainiec, lecz jako chłop i robotnik. Epoka wojny japońskiej pokrywa się z epoką, w której ideologia demokratów narodowych przeżywa kryzys zasadniczy. Właśnie w tych latach demokraci narodowi odrzucają stare formy myślenia, akceptują światopogląd nowy. Jeszcze wśród nich żyją i działają kierownicy starego pokolenia, jak T.T. Jeż, pułkownik z powstania 63 roku, który - jak widzieliśmy powyżej - zakładał w 1887 roku Ligę Polską jako organizację powstańczą i który dla wojny z Rosją gotów jest iść na sojusz z jakimkolwiek cesarzem czy też jakąkolwiek rewolucją. Ale już bieg myśli młodszych członków tej organizacji jest inny. Rozstrzygnięcie sporu z Rosją za pomocą powstańczej szabli wydaje im się gorzej niż fantazją, bo po prostu frazesem. Dmowski już pisze:

Nawet najreligijniejsi ludzie umieją oświetlać kościoły elektrycznością, gdy my w swej świątyni narodowej palimy ciągle stare woskowe świece. 

Dmowski chce zgasić te świece pisząc:

Na periodycznie powtarzające się powstania można z pewnego punktu widzenia patrzeć jako na instytucję ochronną narodowej bierności; zabierając co pewną ilość lat wszystkie jednostki energiczniejsze, mniej zdolne do wegetacji w niewoli, pozwalały one reszcie wytrwać bez przeszkody w ustalonym systemie narodowego życia.

Pisze on także:

W żadnym kraju, tak jak u nas, żony nie rządzą mężami, dzieci rodzicami, a młodzież społeczeństwem. Bez przesady przecie można powiedzieć, że lwią część naszej historii w XIX wieku zrobiła młodzież.

Nad ruchem demokratyczno-narodowym zaczyna panować hasło sformułowane po raz pierwszy w 1901 roku:

Narodowość, która potrafi zdobyć sobie pomimo jarzma najeźdźców niepodległość wewnętrzną, prędzej czy później dojdzie do niepodległości zewnętrznej. 

Narody monarchii austriackiej wykorzystują wtedy samorządowe i parlamentarne formy życia politycznego dla swego odrodzenia. Dmowski i jego szkoła mniema, że Polacy w Rosji rozbudowując wewnętrzną dyscyplinę narodową wejdą na drogę odrodzenia narodowego. Oczywiście, że nie odrzucają myśli, iż jakiś konflikt międzynarodowy ułatwi nam zdobycie niepodległości, ale widzieliby w tym raczej szczęśliwy przypadek w rodzaju wygrania losu na loterii, którego nie należy przewidywać w realnych programach politycznych. W każdym razie hasło 1863 roku: "Poszli nasi w bój bez broni" - przestaje ich zachwycać.

Piłsudski, zarówno w porównaniu z socjalistami, jak demokratami narodowymi, jest człowiekiem metod staroświeckich. W porównaniu z socjalistami - wojna z Japonią otwiera przed nim perspektywy nie szczęśliwości społecznej, lecz korzyści politycznych dla Polski. W porównaniu z demokratami narodowymi - Piłsudski, zupełnie tak samo jak T.T. Jeż, celem zdobycia niepodległości pójdzie na sojusz z jakimkolwiek cesarzem lub z jakąkolwiek rewolucją.

Piłsudski pojechał do Japonii proponować jej sojusz. W memoriale złożonym w Tokio w lipcu 1904 roku czytamy:

Sojusz ten napotyka znaczne przeszkody. Przede wszystkim Japonia i Polska bardzo mało znają się wzajemnie...

W memoriale złożonym w Tokio nie ma, jak w niczym, co wyszło spod pióra czy spod kierownictwa Piłsudskiego, ani jednego akcentu marksistowskiego. Myśl, którą wypowiada Piłsudski w tym memoriale, jest ta sama, która kierowała jego polityką w PPS od chwili, gdy zaczął mieć na nią wpływ. Cały wysiłek skierowany jest na wytłumaczenie Japończykom, że państwo rosyjskie jest narodowo niejednolite. Mówi się tam o historycznych i niehistorycznych narodach wchodzących w skład imperium. Wskazuje się, że Polacy to wielki historyczny naród, i pisze:

Siła Polski i jej znaczenie wśród części składowych państwa rosyjskiego daje nam śmiałość stawiania sobie, jako celu politycznego, rozbicia państwa rosyjskiego na główne części składowe i usamodzielnienia krajów wcielonych przemocą w skład imperium...

Znowuż polityka "towarzysza Wiktora" ze zjazdów PPS jeszcze w XIX wieku i polityka z 1920 roku Naczelnika Państwa, marszałka Józefa Piłsudskiego.

Podróż tokijska się nie udała. Japończycy dawali pieniądze wielu rewolucjonistom rosyjskim, uważając ich za swoich dywersantów. Tej roli Piłsudski się nie podjął. Niczyim agentem być nie chciał. Obalenie znów władztwa Rosji w Europie nie leżało w planach ani w ambicjach, ani też w możliwościach japońskich, a tylko w razie przyjęcia przez Japonię tego planu mogłaby wystąpić Polska i Piłsudski. Do projektów sojuszu polsko-japońskiego należy przede wszystkim zastosować to, co pisałem w swej książce o Becku w sprawie sojuszów egzotycznych. Sojusz, w którym upadek jednego sojusznika nie pociąga za sobą upadku innego sojusznika, nazywam sojuszem egzotycznym. Sojusz Litwy z Polską jest skrajnym przykładem sojuszu nieegzotycznego, naturalnego, upadek Polski pociąga za sobą automatycznie upadek Litwy. W ten sam sposób układają się stosunki Polski z Węgrami; osłabienie jednego z tych państw powoduje osłabienie pozycji innego. Niepodległość republiki austriackiej była sojusznikiem niepodległości Czech, chociaż politycy w Pradze tego nie rozumieli. Ale już sojusz polsko-francuski był sojuszem egzotycznym, upadek Polski nie pociągał i za sobą upadku Francji, gdyż mogła ona znaleźć innych sojuszników. Sojusz polsko-japoński byłby sojuszem skrajnie egzotycznym. Takie sojusze mogą odgrywać rolę pomocniczą, nigdy rolę zasadniczą. Gdyby Polska miała mocnych sojuszników wśród swoich sąsiadów w Europie, sojusz z Japonią byłby niewątpliwie dla niej poważnym czynnikiem w systemie zabezpieczenia się od rosyjskiej zaborczości, ale sojusz wyłącznie z jedną Japonią był nieefektywny i nierealny od samego początku, to znaczy od samej możliwości jego zawarcia.

Piłsudski zrozumiał to zapewne w Tokio. Ale nie mamy do niego pretensji, że czynił ten krok niepotrzebny, krok zawiedziony. Bo oto gdybyśmy nie wiedzieli zupełnie, co się działo z Piłsudskim w 1904 roku, w czasie wojny Rosji z Japonią, gdyby karty jego życia z tego roku porwał gdzieś wiatr i zawieruszył, to na podstawie znajomości pracy Piłsudskiego do 1904 roku i po 1904 roku wywnioskowalibyśmy z matematyczną pewnością: Piłsudski musiał być wtedy w Japonii. Zbyt głęboko i namiętnie dusza Piłsudskiego pogrążona była w antyrosyjskiej powstańczej egzaltacji, aby na wiadomość, że gdzieś, chociażby na Dalekim Wschodzie, czyjeś armaty strzelają do nienawistnych armat rosyjskich, nie jechać i nie próbować czegoś robić, nawet bez wielkich nadziei.

 

Piłsudski usunięty z PPS

 

Po powrocie z Japonii Piłsudski miał możność zawarcia sojuszu całkiem innego rodzaju, o którym nie można powiedzieć, aby to był sojusz egzotyczny czy nienaturalny; przeciwnie, z tym sojusznikiem Piłsudski mógł pertraktować jak równy z równym, na zasadach wzajemnie świadczonych usług. Sojusznikiem tym była rewolucja rosyjska. Piłsudski poszedł na ten sojusz.

Krótka chronologia pierwszej rewolucji rosyjskiej przedstawia się, jak następuje:

Zaczęła się 9 (22) stycznia 1905 roku z chwilą wielkiej manifestacji robotniczej w Petersburgu, kierowanej przez agenta policyjnego i prowokatora popa Hapona, o którym już mówiłem i mówić będę jeszcze. W marcu 1905 roku głównodowodzący armią rosyjską w Mandżurii, generał Kuropatkin, zostaje pobity przez Japończyków pod Mukdenem. 28 maja 1905 roku rosyjska flota bałtycka wysłana na Daleki Wschód została rozgromiona przez Japończyków w bitwie pod Cuszimą. Złe wiadomości o wojnie z Japonią podsycają oczywiście wrzenie rewolucyjne w Rosji. 5 sierpnia 1905 roku zostaje zatwierdzony przez cesarza projekt ministra spraw wewnętrznych Bułygina o zwołaniu Rady Państwa i Dumy o kompetencjach doradczych. Projekt ten nikogo nie zadawala. 25 sierpnia 1905 roku wielki rosyjski mąż stanu Sergiusz Witte podpisuje pokój z Japonią w Portsmouth. W październiku w czasie wielkich zaburzeń tworzy się w Petersburgu Rada Delegatów Robotniczych, prototyp późniejszych sowietów. Prezesem tej rady jest adwokat Chrustalow-Nosar, lecz głównym jej mówcą Lew Trocki. 17 października 1905 roku cesarz podpisuje manifest obiecujący konstytucję, wybór parlamentu przez cały naród, oddaje parlamentowi ustawodawstwo. Pierwszym premierem cesarstwa rosyjskiego zostaje Witte. Lew Trocki odpowiada na to okrzykiem: "Wróg się cofa, przejdźmy do natarcia!" Ale rząd chwyta się środków energicznych, w grudniu 1905 roku sowiet petersburski zostaje aresztowany, powstanie w Moskwie krwawo stłumione. Powstanie w Moskwie można nazwać dziewiątą falą pierwszej rewolucji rosyjskiej, jest to fala najwyższa, najgroźniejsza, ale z fal rzeczywiście groźnych ostatnia. Gwardia i kozacy pozostali rządowi wierni, buntująca się w Mandżurii armia po przyjeździe do Rosji nie wspiera rewolucji, lecz rozłazi się do domów. Marynarze bałtyccy, urządzający bunty na swoich statkach, zsadzeni na ląd użyci są z powodzeniem do uśmierzania włościańskiej rewolucji w Estonii i na Łotwie. Witte ustępuje, premierem zostaje stary, tępy biurokrata Goremykin. 27 kwietnia 1906 roku zbiera się Duma, witana entuzjastycznie jako świt nowej epoki. Członkowie Dumy zagadują się od rana do wieczora w mowach pełnych egzaltacji, fantazji i nonsensów. 9 czerwca 1906 roku Duma jest rozwiązana, Goremykin ustępuje, premierem zostaje młody, ambitny Piotr Stołypin, obok Wittego najwybitniejsza postać epoki Mikołaja II. II Duma otwarta zostaje w marcu 1907 roku. Stołypin gotów jest dogadać się z partią Wolność Ludu (kadetów, którzy posiadają w niej względną większość), gotów jest szereg tek ministerialnych oddać posłom Dumy, zgadza się na to także cesarz. Ale bezrozumni kadeci zrywają te rokowania. II Duma gada frazesy w tym samym stylu co I Duma. Stołypin rozwiązuje ją w czerwcu 1907 roku i zmienia dekretem cesarskim zasady ordynacji wyborczej. Rewolucja rosyjska jest zwyciężona, przychodzi okres reakcji, carat jest uratowany i zwycięski, ale dziesięć lat później zakończy swe istnienie śmiercią samobójczą dzięki Rasputinowi i wojnie.

Ujmijmy teraz politykę i cele Piłsudskiego w czasie rewolucji rosyjskiej w kilka tez zasadniczych.

Teza pierwsza. Piłsudski od 1893 roku, to jest od samego początku swej działalności w PPS, starał się, aby stosunki PPS z rewolucjonistami rosyjskimi były możliwie odległe, natomiast stosunki PPS z rewolucjonistami innych ludów wchodzących w skład imperium rosyjskiego - możliwie bliskie i przyjazne. W ten sposób Piłsudski urzeczywistniał antyrosyjskość swej socjalistycznej polityki, w ten sposób odwracał do góry nogami antypatriotyczne nastawienie pierwszych socjalistów polskich, Waryńskiego i I Proletariatu.

Teza druga. Momentem, w którym Piłsudski jak gdyby zbliżył j się do rewolucjonistów rosyjskich, był właśnie rok 1905. Dlaczego? Bo Piłsudski w tym momencie grał na zwycięstwo rewolucji rosyjskiej nad caratem i miał nadzieję, że wśród chaosu, który po obaleniu caratu powstanie, uda się mu uzyskać niepodległość Polski. Tutaj założenia Piłsudskiego zostały częściowo potwierdzone przez bieg wypadków w czasie drugiej rewolucji rosyjskiej, rozpoczętej w marcu 1917 roku. Wtedy istotnie po obaleniu caratu powstał chaos, anarchia i w czasie tej anarchii rozmaite ludy wchodzące w skład imperium starały się uzyskać dla siebie niepodległość i nawet były bliskie jej uzyskania.

Czytelnik zauważy, że piszę "częściowo potwierdzone", albowiem z doświadczeń drugiej rewolucji rosyjskiej można wysnuć także moc argumentów przeciwnych nadziejom Piłsudskiego z 1905 roku, że rewolucja da nam niepodległość. Można na przykład powiedzieć, że bolszewicka rewolucja w Rosji była czynnikiem nie dzielącym, lecz właśnie spajającym imperium. W czasie bolszewickiej rewolucji właśnie burżuazja wszystkich krajów wchodzących w skład imperium rosyjskiego próbowała stawiać na państwa narodowe: ukraińskie, kozackie, rozmaite kaukaskie etc., a bolszewizm państwa te wywracał i państwową całość przywracał. W końcu końców uratowała swą niepodległość tylko Finlandia, Polska i państwa przez Polskę osłonięte, a uprzednio już oddzielone od Rosji linią okopów Wielkiej Wojny. Spór pomiędzy Piłsudskim, który miał nadzieję, że rewolucja da nam niepodległość, a Studnickim, który się obawiał, że niepodległość Polski rozpłynie się w rewolucji rosyjskiej, chyba nie jest rozstrzygnięty. W każdym razie właśnie w 1905 roku rusyfikacja przez rewolucję dała się we znaki i Polsce, i Piłsudskiemu osobiście, jak o tym poniżej się przekonamy.

Ale Piłsudski miał do czynienia z faktami następującymi: w czasie wojny japońskiej przedstawiciele nawet nie rewolucjonistów, lecz liberałów, i to nawet prawicowych liberałów rosyjskich, jadą do Paryża, aby uniemożliwić rządowi swego kraju zaciągnięcie pożyczki na cele wojenne. Rewolucjoniści rosyjscy łapczywie przyjmowali pieniądze, którymi ich obdzielał wywiad japoński. Wszystkie hasła rewolucji rosyjskiej były jaskrawię antypatriotyczne.

Teza trzecia i najgłówniejsza. Piłsudski chciał sojuszu z rewolucją rosyjską, ale tylko sojuszu i nic więcej. Celem tego sojuszu była niepodległość Polski. I oto właśnie w tym czasie Piłsudski został zaatakowany i w końcu usunięty z partii przez partyjną większość, która chciała nie sojuszu z rewolucją rosyjską, lecz udziału w rewolucji rosyjskiej, która według słów jednego z przedstawicieli tej większości uważała, że "ruch polski może być tylko cząstką rewolucji rosyjskiej i niczym więcej". Piłsudski więc walczył na dwa fronty: z Dmowskim, z konserwatystami i ze Studnickim, którzy mu zarzucali, że sprzymierzając się z rewolucją rosyjską rusyfikuje kraj, i z większością własnej partii, która pod wpływem rewolucji rosyjskiej rezygnuje z hasła niepodległości Polski.

Skąd w 1904, 1905 i 1906 roku znalazło się tylu antyniepodległościowców i antypatriotów w PPS i dlaczego doszli oni do większości? Skąd ta reakcja haseł antypatriotycznych, skoro PPS już tak dawno zerwała z ideologią partii Proletariat i walczyła z Różą Luksemburg i jej antyniepodległościowymi hasłami? Po odpowiedź na to pytanie sięgnąć należy do rozmaitych źródeł. Przede wszystkim PPS w okresie 1892-1904 wcale nie była tak niepodległościowa i patriotyczna, za jaką teraz uchodzi w artykułach pisanych ku uczczeniu jej pięćdziesięciolecia. Piłsudski był zawziętym, stuprocentowym niepodległościowcem, broniącym celu zdobycia niepodległości przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Ale reszta partii nie była nawet wtajemniczana w wiele planów Piłsudskiego, ale w składzie reszty partii Piłsudskiego znajdowało się wielu międzynarodowców. Nawet do ciał naczelnych PPS w tym okresie wchodzą raz po raz zdecydowani międzynarodowcy. Widzieliśmy wreszcie, że na kongresie paryskim w 1892 roku hasło niepodległości uznane było z przyczyn nie tylko ideowych, lecz i koniunkturalnych. Rosja identyfikowana była wtedy z caratem, z potężnym Aleksandrem III, z którym walczyli nie tylko wszyscy na świecie socjaliści, ale i cały świat żydowski. W tych warunkach hasło niepodległości Polski było jednym z sojuszników tej międzynarodowej walki z caratem. Teraz w 1905 roku wydaje się, że rządy w Rosji mogą po caracie objąć rewolucjoniści. Rozbijanie Rosji przez niepodległość Polski przestaje być potrzebne.

Trzeba pamiętać zawsze, jak olbrzymi wpływ na opinię publiczną polską wywiera opinia kół żydowskich. Polacy Żydów nie lubią, ale koła żydowskie nader często decydują u nas w sprawach opinii polskiej w dziedzinie polityki, literatury, sztuki, moralności. W owych czasach nie było Hitlera i za największego prześladowcę Żydów na całym globie uchodził carat rosyjski. Toteż Żydzi, często świadomie, często podświadomie, uważali za konieczne skoncentrować wszystkie swe wysiłki na obaleniu caratu, usuwając w tym celu z drogi różne inne, mniej ich interesujące cele.

Po drugie: w 1904 roku, skutkiem pewnego rozluźnienia maszyny administracyjnej w Królestwie, PPS nagle powiększyła liczbowo swe kadry. W ten sposób wchodzi do partii mnóstwo elementów nie zżytych z jej tradycjami, świeżych i młodych, przeważnie żydowskiego pochodzenia Obca, a nawet nienawistna jest im ideologia powstańcza, na którą głośno sarkają i oskarżają o nią Piłsudskiego. Walka z Piłsudskim w 1905 i 1906 roku toczy się pod hasłem walki "młodych" ze "starymi".

Wreszcie - trudno, trzeba przyznać rację Studnickiemu i Dmowskiemu, że rewolucja rosyjska rusyfikowała. Echa strzałów na bruku Petersburga, echa krzyków na barykadach Moskwy fascynowały. Wobec oślepiającej czerwieni rewolucji rosyjskiej hasła ściśle polskie bladły, blakły, wydawały się niemodne.

Atak młodych na Piłsudskiego rozpoczyna się 5 lutego 1905 roku. Zbiera się wtedy konferencja centralna PPS, która "nielegalnie i nielojalnie" - jak piszą urzędowi biografowie Piłsudskiego - przekształcona zostaje w VII zjazd partyjny. Główną tu rolę odgrywa Maks Horwitz. Zostaje wybrany nowy CKR. Piłsudski dzięki swemu wielkiemu autorytetowi osobistemu zostaje jeszcze wybrany do Centralnego Komitetu Robotniczego, ale z nieprzyjemnym zastrzeżeniem: "o ile będzie w kraju".

Sceną większego i bardziej zasadniczego starcia była rada partyjna, która od 15 do 18 czerwca 1905 roku obradowała w jednym z dworów pod Warszawą. Na tej radzie skutkiem zgłoszenia dymisji przez Piłsudskiego doszło do nowych wyborów CKR, do którego Piłsudski już nie wchodzi, po raz pierwszy od samego początku swego udziału w partii. Warto się przypatrzyć personalnemu składowi tej rady.

Wzięło w niej udział trzydzieści dziewięć osób. Ma ona charakter wybitnie inteligencki - z jej uczestników aż dwudziestu pięciu posiada wykształcenie wyższe, oraz charakter burżuazyjny - jak by powiedzieli bolszewicy - pod względem pochodzenia. Są to przeważnie albo synowie polskiej szlachty, albo inteligencji lub burżuazji żydowskiej. Ludzie ze sfer robotniczych stanowią odsetek nieznaczny. Wiek przeciętny: lat trzydzieści. Z jej uczestników kilku zajmie wyższe stanowiska w państwie sowietów. Dwóch będzie szefami państwa polskiego: Wojciechowski, Piłsudski, dwóch premierami: Sławek, Prystor, kilkunastu wyższymi urzędnikami. Z Polaków głównymi oponentami Piłsudskiego są na tej radzie: Marian Bielecki, Tadeusz Gałecki (Andrzej Strug) i Adam Buyno. Żydów uczestniczy dziesięciu, a więc ćwierć obecnych, ale zgodnie z ogólnie i zawsze działającą regułą zgęszczania się elementu żydowskiego ku górze - do nowego CKR wejdzie trzech Żydów: Feliks Kon, Feliks Sachs, Maks Horwitz, i dwóch Polaków: Adam Buyno, Jan Rutkiewicz. Feliks Kon był później członkiem bolszewickiego "polskiego" rządu, zdążającego w 1920 roku w taborach Armii Czerwonej do Warszawy i uciekającego po polskim zwycięstwie do Moskwy.

Strzały, które na tej radzie kierowane są w stronę Piłsudskiego, uderzają w najbardziej istotne składniki jego ideologii i jego celów politycznych.

Powiadają "młodzi":

Są między nami tacy, którzy dążą do powstania przeciw Rosji.

Są towarzysze, którzy więcej się liczą z ruchem gruzińskim, estońskim czy łotewskim niż z ruchem rdzennej Rosji.

Rewolucja polska musi być częścią składową rewolucji rosyjskiej i niczym więcej.

Proletariatowi polskiemu musimy powiedzieć, że nie możemy iść samotnie do walki z caratem.

Widzieliśmy milionowy ruch proletariatu rosyjskiego w styczniu 1905 roku.

Nawet odrębny sejm polski nie zechce oderwać Polski od Rosji.

Widzimy więc wśród zdań powyższych takie, które druzgoczą pracę całego dotychczasowego życia Piłsudskiego. Również w uchwałach historycznej rady czerwcowej, mających być kompromisem stanowiska "młodych" ze stanowiskiem "starych", ideologia "młodych" bierze zdecydowanie górę.

Oto są te uchwały:

1) Hasłem obecnej rewolucji jest wspólna z proletariatem całego państwa walka o obalenie caratu i przekształcenie obecnego imperium na zasadach republikańsko-demokratycznych wraz z usamodzielnieniem prawno-politycznym naszego kraju, ustrój którego określi w porozumieniu z konstytuantą petersburską równoległa konstytuanta warszawska, zwołana na zasadzie pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego.

2) PPS nadal dąży i dążyć będzie do zdobycia polskiej republiki demokratycznej.

3) W chwili obecnej nie ma warunków do zdobycia polskiej republiki demokratycznej, nawet w ramach jednego zaboru, gdyż polskie klasy burżuazyjne myśli tej się wyrzekły, dążąc tylko do autonomii, powstanie więc, jako wojna polsko-rosyjska, byłoby zupełnie utopijne, poza tym rozbijałoby solidarną z proletariatem rosyjskim walkę o obalenie caratu.

4) Obecna rewolucja polska jest częścią składową rewolucji ogólnopaństwowej, dążącą do wspólnych celów. Odrębne dążenia polskich mas ludowych znajdą wy raz w konstytuancie warszawskiej zwołanej po obaleniu caratu przez polski rząd rewolucyjny, działający w porożu mieniu z rządem rewolucyjnym rosyjskim. W tym celu PPS winna być w stałym kontakcie z rosyjskimi organizacjami rewolucyjnymi.

Dlaczego Piłsudski na to wszystko się zgadzał, dlaczego nie porwał defetystycznego w stosunku do niepodległości programu czerwcowego, dlaczego nie wystąpił z partii? Tak by postąpił pryncypialista, tak by na pewno postąpił Studnicki i wielu innych, którzy mimo zdolności intelektualnych nigdy w polityce do niczego nie doszli i nie dojdą. Piłsudski był realistą politycznym. Przede wszystkim program ułożony w zakonspirowanym dworze pod Warszawą nie był żadnym aktem międzynarodowym, był to sobie program jak wiele innych programów socjalistycznych, z natury rzeczy bardzo płynny. Piłsudski w chwili jego uchwalenia chciał realnie sojuszu z rewolucją rosyjską, tak samo jak próbował poprzednio sojuszu z Japonią, jak później zabiegać będzie o sojusz ze sztabem austriackim dla swoich niepodległościowych celów. Było mu taktycznie dość obojętne, w jakiej formie wyleją swój stosunek do rewolucji rosyjskiej na papier ludzie, z którymi w niepodległej Polsce i tak nie myślał współpracować. Natomiast chodziło mu o to, aby z rąk nie upuścić instrumentu swej pracy, tej PPS, gdyż innego instrumentu na razie nie posiadał.

Na ataki międzynarodowców reagował w inny sposób. Oto od pierwszego ataku na konferencji lutowej zaczyna dążyć do tworzenia partii w partii. Już w lutym 1905 roku konferencja-zjazd naiwnie zgadza się na utworzenie wydziału spiskowo-bojowego, na czele którego staje człowiek Piłsudskiego, Aleksander Prystor. Teraz jak gdyby za ustępstwa w programie ideowopolitycznym Piłsudski forsuje plan działalności tego wydziału spiskowo-bojowego i dzięki dezorientacji swoich przeciwników udaje się mu w tej sprawie uzyskać na radzie większość osiemnastu głosów przeciwko trzynastu dla swoich planów. Z tego wydziału spiskowo-bojowego powstanie Organizacja Bojowa, czyli te kadry, z którymi Piłsudski wystąpi z PPS w listopadzie 1906 roku, mając już swój nowy, zmontowany instrument w ręku. Gdyby Piłsudski wystąpił z PPS już w czerwcu 1905 roku na skutek redakcji programu ideowego, mógłby co najwyżej pisywać broszury polityczne, ale nie miałby organizacji, siły fizycznej, przy pomocy której mógłby działać. W październiku 1905 roku Piłsudski zostaje szefem bojówki. W lutym 1906 roku we Lwowie obraduje VIII zjazd PPS. Trwa dwanaście dni, uczestniczy w nim stu czterdziestu pięciu delegatów. Większość jest zdecydowanie przeciwna Piłsudskiemu i hasłu niepodległości. Uchwały, które zapadają, stawiają kropkę nad "i". Powiadają:

Obecnie nie ma warunków umożliwiających zdobycie niepodległości.

W dzisiejszej rewolucji walki o zdobycie niepodległości nie prowadzi się.

PPS z proletariatem całego państwa rosyjskiego prowadzi solidarną walkę, której celem jest obalenie caratu i stworzenie na jego gruzach ustroju federacyjno-republikańskiego.

Do Centralnego Komitetu Robotniczego wybrani są oczywiście przeciwnicy Piłsudskiego: Kon, Sachs, Golde, Jarkowski, Rutkiewicz.

Kiedy Piłsudski zabiera głos na zjeździe, zaczyna wśród delegatów z rąk do rąk krążyć kartka towarzyszki Golde z przestrogą: "Temu mówcy nie klaskać". A jednak Piłsudski uzyskuje nie tylko oklaski, ale i uchwalenie swoich planów bojowych. Posiada siłę perswazyjną, potrafi rozbić robotę swoich przeciwników, zyskać głosy delegatów, i to nawet tych, którzy nie sprzyjają ukrytym celom jego roboty.

Pomiędzy jednak robotą bojową, pozostającą pod kierownictwem Piłsudskiego, a władzami politycznymi, centralnymi i lokalnymi, PPS powstają wciąż nieporozumienia. Coraz bardziej krystalizuje się przekonanie, że Piłsudski kieruje bojówkę ku innym celom, aniżeli życzy sobie tego partyjna lewicowa większość. Ludzie CKR to ludzie strajków, Piłsudski to wódz walki zbrojnej. Strajk uderza w fabrykanta, a dopiero pośrednio w rząd, walka zbrojna uderza bezpośrednio w rząd, nad robotą Piłsudskiego górują oczywiście cele polityczne. CKR nie chce walczyć z wojskiem rosyjskim, dla niego żołnierz to chłop w mundurze, CKR chce wojsko agitować przeciw carowi, a nie strzelać do sołdatów. Piłsudski nie ma nic przeciwko demoralizowaniu wojsk broszurą agitacyjną, lecz chce je wyrzucić z Polski. CKR chce, aby wystąpienia terrorystyczne służyły akcji strajkowo-ekonomicznej, Piłsudski marzy o akcji szerszej, planowej, o bitwach staczanych małymi oddziałami, krótko mówiąc - o walce partyzanckiej.

Centralne i lokalne komitety robotnicze starają się wziąć bojówkę w swoje ręce. Piłsudski pod pozorem konieczności konspiracji odpędza ich od roboty bojowej. Rozpoczyna się zawzięta walka bez obsłonek. Jeden z partyjniaków inteligentów powiada w Zagłębiu:

Bojówkę należy ukrócić, bo na czele jej stoją szlagoni, którzy po trupach robotniczych chcą odbudować Polskę, by wtedy z kawiarń zagranicznych wyjść do panowania nad proletariatem.

Jak już w jednym z poprzednich rozdziałów wspominałem, pisała "Równość" w epoce I Proletariatu:

Gdyby powstanie udało się, toby było tylko łatwiej i wygodniej wyzyskiwać chłopa i robotnika.

Hasła, słowa i demagogie mają swoje podobieństwa i swoje losy i czasami na ich zestawienie z tym, co później zaszło, mądra i sceptyczna pani historia uśmiechnie się ironicznie.

W czasie czerwcowej rady partyjnej w 1906 roku zapada uchwała znosząca centralną Organizację Bojową. Bojowcy mają się podporządkować lokalnym komitetom partyjnym i wykonywać ich rozkazy. Piłsudski ma pozostać bez przydziału w robocie partyjnej.

Wywołuje to oburzenie u bojowców, którzy gotowi są już teraz partię porzucić. Ale Piłsudski chce grę przedłużyć. Oświadcza on, że się podporządkowuje uchwale rady partyjnej, ale pod następującymi warunkami: 1) od uchwały rady Organizacja Bojowa założy apelację do partyjnego zjazdu, 2) na razie lojalnie podporządkowując się uchwale rady, członkowie Organizacji Bojowej będą się jednak nadal znosić ze sobą, zawiadamiając o tym CKR.

Przychodzi napad na stację Rogów - akcja zakazana przez CKR, który zawiesza Piłsudskiego w prawach członka PPS.

19 listopada 1906 roku zbiera się w Wiedniu IX (rozłamowy) zjazd PPS. Konferencja bojowców wysłała na ten zjazd czterech delegatów z Piłsudskim na czele. Zjazd nie chce ich wpuścić na salę obrad, potem jednak specjalnie wybrana komisja zgadza się na udział w obradach dwóch spośród tych delegatów, ale nie Piłsudskiego, ponieważ ten jest zawieszony w prawach członka partii przez CKR. Wobec tego delegaci i Organizacji Bojowej opuszczają salę obrad.

Nazajutrz 20 listopada na zjazd wkracza Efialtes bojowców Falski, który prosi, aby zjazd zwolnił go z obietnic tajemnicy, które złożył swoim towarzyszom bojowcom, a on opowie, co oni knują. Ta propozycja udzielenia dyspensy z obietnicy wywołuje oczywiście dyskusję pryncypialną, w czasie której zjawia się Piłsudski i żąda głosu imieniem Organizacji Bojowej. Prezydium udziela mu tego głosu, a Piłsudski nie chce już teraz nikogo przekonywać, nikogo porwać, chce tylko sprawę rozejścia się załatwić w granicach niezbędnej dla obu stron konspiracji. Zjazd uchwala wniosek Sachsa, który usuwa bojówkę, a więc i Piłsudskiego z partii. Istotą tego wniosku było oskarżenie:

Wydział bojowy (...) służył kierunkowi zmierzającemu do wyodrębnienia ruchu rewolucyjnego w Polsce z całości ruchu w całym państwie rosyjskim i do nadania mu w ostatniej konsekwencji charakteru powstania narodowego.

Wniosek ten został uchwalony dwudziestoma dziewięcioma głosami przeciwko jedenastu przy dwóch wstrzymujących się. Charakterystyczne jest, że usunięto z niego tylko zarzut "nadania charakteru powstania narodowego". To "oskarżenie" wydawało się wtedy niektórym delegatom PPS zbyt ciężkie i zbyt daleko idące.

Następny, X zjazd PPS wybrał triumfalnie nowy CKR. Wchodzi już do niego aż pięciu Żydów i tylko jeden Polak. Horwitz, Sachs, Kon, Lewinson, Szapiro i Marian Bielecki.

X zjazd PPS wydał także odezwę pt. Do wszystkich towarzyszy, w której jasno, wyraźnie, niedwuznacznie wskazuje na powody, dla których usunięto z PPS Piłsudskiego i jego towarzyszy. Odezwa ta nazywa Piłsudskiego i jego zwolenników "starym kierunkiem" albo "prawicą partii":

Dla zwolenników starego kierunku rewolucja rosyjska przedstawiała się jedynie jako dogodna okazja do podjęcia walki o oderwanie Królestwa od Rosji. Tymczasem młody kierunek uznał zdobycie niepodległości narodowej w toku obecnej rewolucji za niemożliwe.

Prawica partii, zgadzając się na zespolenie ruchu naszego z ruchem rosyjskim, widziała w tym jedynie jakby sojusz z armią obcą, choć przyjazną.

Zwolennicy tego kierunku zastrzegali się jednak bezustannie, aby sojusz ten nie był zbyt ścisłym, samych zaś sprzymierzeńców (to jest rewolucjonistów rosyjskich) traktowali oni jako bardzo niepewnych. Podczas okresu, gdy masowy ruch robotniczy w państwie rosyjskim wzrastał, prawica w partii naszej trzymała się na uboczu i ograniczała się skargami, że zanadto poddajemy się wpływom Petersburga. Gdy nadeszły czasy reakcji (tak w Rosji, jak i u nas), zwolennicy starego kierunku poczęli coraz energiczniej krytykować tych, co starali się jak najściślej łączyć ruch rewolucyjny w Polsce z ogólnopaństwowym ruchem rewolucyjnym, i coraz otwarciej usiłowali kierować partię na drogę powstania narodowego.

Ruch rewolucyjny w Polsce jest dla nich w swej istocie przygotowaniem do wojny polsko-rosyjskiej, w której rewolucyjne siły Rosji mogą odegrać tylko rolę "obecnego" sojusznika.

Nic dodać, nic ująć od tych oskarżeń. Podpisuję się pod nimi oburącz, z tym oczywiście, że przynoszą one tylko najwyższy zaszczyt Piłsudskiemu.

Zwolennicy Piłsudskiego zebrali się w Krakowie. Powołali swój CKR, do którego weszli Jodko-Narkiewicz, Tor i Turowicz, nazwali się PPS-Frakcja Rewolucyjna. Piłsudski chciał zachować swój udział w II Międzynarodówce, co miało duże znaczenie dla sprawy polskiej, i dlatego chciał zostać tylko frakcją uznanej przez Międzynarodówkę Polskiej Partii Socjalistycznej.

Uchwalono także nową deklarację ideową, której punkt pierwszy głosił niepodległość Polski, aczkolwiek stylem socjalistycznym:

Jedynym ustrojem politycznym, który odpowiada klasowym interesom ekonomicznym, społecznym i kulturalno-narodowym klasy robotniczej, jest niepodległa republika demokratyczna polska. Zdobycie tego ustroju stanowi i nadal pierwszy punkt programu politycznego PPS. 

Na razie Frakcja pociągnęła za sobą tylko jedną trzecią ogółu partii. Dokładnych statystyk nie mamy. Wiemy jednak, że w Warszawie za Lewicą opowiedziały się dzielnice: Jerozolima, Mokotów, Powązki, Wola, i tak zwana robota żydowska, za Frakcją: Praga, Dół, technika i bojówka.

Według Witolda Trzcińskiego głosy delegatów partyjnych podzieliły się w sposób następujący:

 

  Lewica Frakcja
Warszawa podmiejska 78 41

Łódź

77 22
Radom 18 0
Częstochowa 4 18
Lublin 32 19
Kolej Nadwiślańska 10 12

 

Rozłam podzielił także środowiska zagraniczne. Duża liczba towarzyszy partyjnych w kraju i za granicą nie umiała się zdecydować, po czyjej stronie ma stanąć, i opuściła partię albo zniechęciła się do pracy.

PPS-Lewica po rozłamie ewoluowała coraz bardziej w kierunku socjaldemokracji, aż wreszcie połączyła się z nią już po rewolucji bolszewickiej w jedną Komunistyczną Partię Polski. Niektórzy członkowie Lewicy, jak na przykład Adam Pragier, wstąpili wtedy do PPS, od której już był odszedł Józef Piłsudski.

Frakcja Rewolucyjna po kilku latach istnienia odrzuciła przydomek Frakcji i powróciła do nazwy PPS. Piłsudski nie chciał, aby go nazywano prawicą PPS. Przeciwnie, zwolennicy Frakcji twierdzili, że ponieważ jest ona bardziej terrorystyczna, więc jest bardziej rewolucyjna, i dlatego większość PPS nazywali "Frakcją Umiarkowaną", za co ci znowuż się obrażali i zwracali listy tak do nich adresowane.

 

Hapon i Azef

 

Szukając w rewolucji rosyjskiej siły sojuszniczej, która by mu pozwoliła na odbudowę państwa polskiego, Piłsudski, jeszcze przed wypadkami powyżej opisanymi, bo w kwietniu 1905 roku, jeździł do Genewy na konferencję wszystkich rewolucyjnych organizacji imperium rosyjskiego.

Konferencję tę zwołał w charakterze oficjalnego inicjatora pop Hapon.

Zresztą wyraz "wszystkich" użyty powyżej oznacza raczej zamiar aniżeli rezultat. Socjaldemokraci "mienszewicy" nie przyjęli zaproszenia na konferencję. Socjalni demokraci "bolszewicy" na konferencję przyjechali, ale od razu wspólnie z łotewskimi i ormiańskimi socjaldemokratami oraz żydowskim Bundem zaczęli robić awanturę o udział w konferencji łotewskiego socjalnodemokratycznego związku, któremu zarzucali, że używając nazwy socjalnej demokracji szerzy ideologię o charakterze socjalnorewolucyjnym. Do porozumienia nie doszło i wzmiankowane organizacje zjazd opuściły.

Według więc talmudycznych ówczesnych określeń i rozróżnień konferencja genewska nabrała socjalnorewolucyjnego charakteru, to znaczy, że wzięły w niej udział partie terrorystyczne, oskarżane przez ortodoksyjnych socjaldemokratów o różne odchylenia od programu Marksa i o blankizm, to znaczy o chęć narzucenia ludowi pracującemu swoich koncepcji politycznych za pomocą stwarzania faktów dokonanych. Na konferencji pozostali eserzy (socjalrewolucjoniści) ze swoim wodzem Azefem na czele, PPS z Piłsudskim oraz łotewscy socjaldemokraci z tego związku, który rzekomo inaczej się nazywał, a innej hołdował ideologii, a także Gruzińska Partia Socjalfederalistów Rewolucjonistów oraz dwie organizacje raczej fikcyjne, mianowicie Ormiańscy Rewolucjoniści Federaliści i Białoruska Socjalna Hromada. 

Konferencji przewodniczył były pop Jerzy Hapon. 

Azef i Hapon to najgłośniejsze nazwiska z dziejów policyjnej prowokacji politycznej. Bardzo niesłusznie postępują ci, którzy pisząc o Piłsudskim i jego epoce pomijają dzieje i znaczenie policyjnych prowokacji. Był to jeden z najbardziej istotnych czynników w tworzeniu i kształtowaniu rewolucji rosyjskiej, a więc stąd musiał też oddziaływać na polskie usiłowania rewolucyjne. Nie można pogłębiać dziejów Jana Sobieskiego bez wiadomości o Tatarach lub o kawalerii, nie można szlaków cierniowej drogi Józefa Piłsudskiego badać bez pojęcia o policyjnej prowokacji. W jaki sposób powstawał ten system, co było jego źródłem?

Wyobraźmy sobie człowieka żyjącego z polowania na dziki w określonym rewirze leśnym. Musi on nie tylko dziki zabijać, ale dbać także, aby mu ich nie zabrakło, musi unikać strzelania macior, przestrzegać czasu ochronnego itd. Hodowca baranów, aby mieć zysk z baranów, musi je hodować. Żandarm rosyjski, żyjący, awansujący, nagradzany za łapanie rewolucjonistów, starał się również o stały przychówek tych rewolucjonistów. Policja rosyjska o wiele więcej wyprodukowała rewolucjonistów, aniżeli później zdołała wyłapać. Zakładała rewolucyjne drukarnie, szkoły, kursy, miejsca propagandy, dawała pieniądze, dawała ludzi. Większość aktów rewolucyjnych wyszła z podszeptów żandarmów. Wszystkie wielkie akty terrorystyczne z końca XIX i początków XX wieku, wszelkie zabójstwa polityczne w taki czy inny sposób związane były z prowokacją policyjną.

Żandarm rosyjski - mamy oczywiście na myśli żandarma zajmującego jakieś stanowisko kierownicze, szefa jakiegoś biura w Petersburgu, Moskwie, Odessie, Warszawie itp. - był to człowiek otoczony pogardą społeczeństwa i pogardą swych zwierzchników. Żandarm rządził państwem rosyjskim pod względem polityki wewnętrznej, pod względem stosunku rządu do kierunków ideowopolitycznych, do opozycji, a jednak nikt nie pytał się go o polityczną ideologię, polityczny program, jego rzeczą było dostarczanie więzieniom niebezpiecznych rewolucjonistów. Od liczby i gatunkowej wagi złapanych przez niego rewolucjonistów zależały ordery, rangi, kariera. Rywalizacja o żer w tej dżungli była namiętna. Żandarmi potrafili zabijać jeden drugiego przy pomocy swych rewolucyjnych agentów. Każdy z nich, który doszedł do posiadania konfidenta wyższej klasy, z imieniem, stanowiskiem i powagą w świecie rewolucyjnym, starał się nie dzielić się tym konfidentem ani ze swoimi przełożonymi, ani oczywiście z kolegami. Wielcy żandarmi wiązali swe życie z wielkimi prowokatorami, a przez nich wiązali się z jakąś organizacją rewolucyjną. Generał Gierasimow za czasów Stołypina miał Azefa i socjalrewolucjonistów, jego konkurent pułkownik Trusiewicz miał Resa i socjalrewolucjonistów maksymalistów. Kiedy ku przestrachowi obydwóch dacza Stołypina wyleciała w powietrze, Trusiewicz woła: "To zrobili socjalrewolucjoniści". "Nie - odpowiada Gierasimow - to robota socjalrewolucjonistów maksymalistów".

Hapon zresztą nie był normalnym konfidentem policyjnym. Urodzony w 1870 roku we wsi Bielaki koło Połtawy, w wiosce ukraińskiej, miał biednych rodziców. W encyklopedii brytyjskiej wyczytałem, że miał być żydowskiego pochodzenia, on sam w swoim pamiętniku o tym nie wspomina. Został popem, żona go odumarła, zaczął robić karierę. Śmierć żony ułatwia karierę popowi, gdyż może zostać mnichem, a mnich może zostać biskupem. W karierze Haponowi pomaga piękna powierzchowność, mająca w sobie coś natchnionego i demonicznego zarazem. Różne bogate wdowy o religijnych instynktach zajmowały się jego osobą, lokowały w wygodnych mieszkaniach, odwiedzały, gościły, protegowały u biskupów. Hapon miał duży temperament erotyczny; gdy wykładał religię w jednej ze szkół dla dorastających panienek, uwiódł w niej jednocześnie aż siedem dziewcząt. Pomimo tej historii został uczniem akademii w Petersburgu, znowuż przy pomocy pobożnych dam bez mężów, i na drodze swego życia spotkał się z Zubatowem, wówczas dyrektorem departamentu policji w Petersburgu.

Zubatow, za młodu rewolucjonista, doszedł do przekonania, że najlepszym instrumentem walki z usiłowaniami rewolucyjnymi będzie tworzenie masowych organizacji robotniczych, istniejących legalnie, dążących do naprawy doli robotniczej. Związki takie mogły sobie walczyć z fabrykantami, ale staną się niewątpliwie terenem przenikania, gry i walki wszystkich tajnych organizacji rewolucyjnych, a więc będzie to znakomita sposobność, aby ryby do jednego stawu spędziwszy, później spokojnie je wyłapywać. Trudno jest powiedzieć, co przeważało w systemie Zubatowa, czy istotnie chęć stworzenia ruchu robotniczego, który by był robotniczy, a jednocześnie carofilski i patriotyczny, czy też ściśle policyjna chęć ułatwienia sobie polowania na socjalistów. Nie wiemy, czy związki Zubatowa mamy określić jako swego rodzaju ruch robotniczo-ekonomiczny, czy też jako zwykłą robotę prowokacyjną w monstrualnych wymiarach.

Żandarmi rządzili Rosją, lecz nie mieli ideologii, nie mieli kośćca, nie mieli nawet stałego kierownictwa. Wędrowne szlaki drapieżników. Dżungla zaludniona inteligentnymi karierowiczami, absolutnie niezdolna do utrzymania konsekwentnej linii politycznej. Plan Zubatowa był śmiały, może zbyt śmiały. Pozwolono mu go rozpocząć, potem jego samego odsunięto, a robotę jego rozwiał wiatr po różnych żandarmach, prowokatorach i rewolucjonistach. Robota była rozpoczęta w dużej skali. Moskiewskie związki Zubatowa liczyły pięćdziesiąt tysięcy ludzi, w chwili gdy składały wieniec na pomniku Aleksandra II jako oswobodziciela chłopów. Hapon w zenicie swej potęgi roztacza wpływ na sto pięćdziesiąt tysięcy robotników w Petersburgu, organizowanych według wskazówek i za pieniądze asygnowane przez Zubatowa.

Hapon, rozpocząwszy z Zubatowem, wydostał się łatwo spod jego kierownictwa i ponawiązywał sobie stosunki wśród wyższych i głupszych od Zubatowa dygnitarzy petersburskich. Gradonaczalnik Petersburga, generał Fułon, ciężki, jak się zdaje, dureń, był bazą wpływów Hapona. Zjawia się Hapon u jakiegoś urzędnika i żąda, aby pewien majster w jakiejś fabryce był ukarany czy też jakiś fabrykant ukrócony. Urzędnik po wysłuchaniu tych żądań pytał go ze zdziwieniem, lecz bez uprzejmości: "A wam, ojcze, co do tego?" Ale Hapon rozpoczynał rozmowę o jakimś najwyższym dygnitarzu, wykazując znajomość takich szczegółów, że urzędnik automatycznie ześlizgiwał się ze swego Olimpu i już częstował zagadkowego popa papierosem.

Przyszła wojna japońska, wielkie wstrząsy i Haponowi urosły ambicje. W imieniu swych związków, skupiających z łaski policji tysiące robotników, wystosowuje on do cara żądania, pisze je z godnością, ale jeszcze lojalnie: "Carze (...) Twój naród, Twój lud". Żądania te mają charakter polityczny, wspomina się w nich nawet o odpowiedzialności ministrów przed ludem. Hapon prosi, aby car przyjął robotników 9 (22) stycznia w niedzielę o drugiej po południu. Zubatow już jest usunięty, biurokratyczna góra policji znajduje się w stanie całkowitego rozprzężenia i dezorientacji. Kilka dni przedtem zalecano urzędowymi cyrkularzami popieranie strajków, którym Hapon przewodził. Władze wojskowe natomiast mają odpowiedź twardą i nieskomplikowaną. Cesarz nie może się zjawiać na żądanie jakiegoś popa, byłoby to narzucanie przez ulicę swej woli monarsze będącemu uosobieniem państwa. Jeśli tłumy będą tego żądać, będziemy strzelać. 9 (22) stycznia tłumy ruszyły z ulic fabrycznych, kierując się ku Pałacowi Zimowemu nad Newą; szły z chorągwiami cerkiewnymi, z ikonami, z portretami cara i carycy. Hapon zakazał wywieszania czerwonych chorągwi i robotnicy przestrzegali tego pilnie, nieposłusznych bijąc po gębie. Ale pewna liczba tych czerwonych sztandarów została widać pochowana pod połą, skoro wyrzucono je w górę, w chwili gdy rozległy się salwy. Wojsko strzelało, mówiono o pięciuset zabitych, dwóch i pół tysiąca rannych. Opowiadano także, że jedna z salw alarmowych, oddana w górę, miała mieć efekt specjalnie tragiczny. Na jakiejś ulicy, biegnącej bokiem dużego parku, karabinowe kulki poszły ponad głowami tłumu w gałęzie drzew i z tych gałęzi posypały się małe trupki dzieciaków. Hapon padł na ziemię, potem uciekł, biegał po różnych mieszkaniach, zgolił brodę i popią grzywę, przebrał się za cywila i uciekł za granicę.

Czy był to kandydat na rosyjskiego Mussoliniego z początku XX wieku? Raczej inne porównanie się nam nasuwa. Było to raczej słabsze, pierwotne wydanie Rasputina, tylko Rasputina wpływającego nie na histerycznego cara i histeryczne kobiety, ale na dosyć histeryczną również masę robotniczą miasta Petersburga. Kinematograf Hapona kręci się podobnie jak kinematograf Rasputina. Święte zaklęcia, przekleństwa, błogosławieństwa, policja, kobiety, pijaństwa. Tylko sceną oddziaływania i magii Rasputina był dwór i nieszczęsny car prawosławny, areną demagogii Hapona - lud robotniczy.

Po ucieczce do Genewy Hapon zgłasza się do Plechanowa, najgłębszego teoretyka rosyjskiego socjalizmu, nauczyciela, przyjaciela i wroga Lenina. Zapisuje się zrazu do partii socjalistów mienszewików, ale zaczynają go korcić artykuły o 9 stycznia w prasie socjalistycznej. "Przecież to nie żadni socjaliści, to ja zrobiłem i moi ludzie" - powiada. "Ale socjaliści przygotowali, wychowali tłumy". "Ależ broń Boże - odpowiada Hapon - moi ludzie wypędzali socjalistów, często sam musiałem stawać w ich obronie". Poza tymi jednak drobnymi nieporozumieniami w ustalaniu faktów Hapon jest wówczas reklamowany jako wielki wódz robotników. Przyjmuje go Jaures, Clemenceau, wybitni Anglicy, fotografie jego są na pierwszych stronach gazet, na osobnych pocztówkach i afiszach; za skreślenie wspomnień płacą mu Amerykanie honorarium kilkudziesięciu tysięcy franków; poznaje też cywilizację Paryża od strony przemysłu gastronomicznego i erotycznego, co wywiera na nim duże wrażenie. Gra namiętnie w ruletkę w Monte Carlo, jeździ do Londynu, otrzymuje 7000 funtów dla rosyjskich robotników, które wydaje na własne drobne potrzeby, zwołuje zjazd wszystkich partii rewolucyjnych imperium rosyjskiego, uczestniczy w ekspedycji okrętu "John Crafford", wysłanego na brzegi Finlandii za pieniądze wywiadu japońskiego sztabu generalnego, z bronią przeznaczoną dla rosyjskich rewolucjonistów.

Wraca do Rosji i pod zasięg żandarmów. Bierze od nich pieniądze, zjada kolacje z dyrektorem departamentu policji Raczkowskim i naczelnikiem ochrany Petersburga Gierasimowem. Dużo wie, dużo udziela informacji. Azef nie lubi wybitnych konkurentów. Nasadza więc na Hapona prawdziwego rewolucjonistę Rutenberga, agenta eserów w organizacjach haponowskich, którego pop Hapon kocha i któremu ufa. Gra Azefa z Haponem i Rutenbergiem jest mistrzostwem nikczemności. Rutenberg na rozkaz Azefa, jako wodza socjalrewolucjonistów i członka centralnego komitetu, udaje wobec Hapona, że także chce zarobić w policji, stawia swoją cenę, mianowicie 25 000 rubli. Zwabia wreszcie Hapona 27 marca 1906 roku do podmiejskiego letniska, do drewnianej daczy w Ozierkach, osypanej śniegiem, samotnej, bezpiecznej. Tutaj Hapon namawia Rutenberga do wzięcia pieniędzy policyjnych w sposób nerwowy i niezwykle cyniczny, nie wiedząc, że przez ścianę słucha ich rozmowy czterech przywiezionych przez Rutenberga robociarzy. W pewnym momencie drzwi się otwierają, robotnicy wywracają Hapona na podłogę, klękają mu na brzuchu i duszą go pętlą sznura uwiązanego przy klamce u drzwi. Azef pozbył się Hapona, a jednocześnie skrywa przed swoim zwierzchnictwem policyjnym swój udział w tym morderstwie. Gdy dziennikarz związany z policją ogłasza, że Hapon został zabity przez innego konfidenta policyjnego, Azef ogłasza w prasie podziemnej imieniem centralnego komitetu eserów autorytatywne wyjaśnienie, że: 1) zabójstwo Hapona nie było dziełem eserów i że 2) Rutenberg, pseudonim "Martyn", przyjaciel i zabójca Hapona, nie był członkiem organizacji bojowej eserów. Biedny Rutenberg został więc przez własną partię napiętnowany nieomal jako szpicel z niewiadomych powodów zabijający Hapona, podczas gdy wykonywał on tylko rozkaz Azefa. Autorytet Azefa w sferach rewolucyjnych był tak wielki, że usiłowania Rutenberga uzyskania rehabilitacji i satysfakcji skończyły się niczym. Azef zaprzeczył przed centralnym komitetem, że wydał Rutenbergowi rozkaz zabicia Hapona samego, a nie, tak jak tego chciał centralny komitet, zabicia Hapona tylko razem z jakimś oficerem żandarmerii na miejscu ich wzajemnych pertraktacji. Azef powiedział na centralnym komitecie: "To, co mówi Rutenberg, nie zgadza się z tym, co mówię ja. A więc komu wierzycie?" Wierzono oczywiście Azefowi.

Nie można porównywać Hapona i Azefa. Kto wie, może jak powrócą humanitarne, miękkie czasy, to Hapon znajdzie jeszcze adwokatów, obrońców. Był czas, kiedy Hapon wierzył w Boga, był czas, kiedy wierzył w cara i w lud robotniczy, wierzył we własne kapłańskie posłannictwo i w swoją kapłańską mistyczną moc, po czym próbował wierzyć nawet w socjalizm. Życie jego składało się z nadmiernych upokorzeń i nadmiernych wywyższeń, zaostrzanych jeszcze nerwowym seksualizmem jego natury. Krasomówca, trybun ludowy, kapłan; wiara tłumu w niego - za dużo tych nadludzkości zwaliło się na niego, otoczyły go jakimś szatańskim kołem, spomiędzy siebie wypuściły ku niemu kobiety, pijaństwo, zbrodnie. Hapon to ulegał własnym słabościom, które zważywszy na otaczające go teatrum, nabierały również jakiegoś niesamowitego charakteru, to wyrywał się z koła zbrodni, chciał je zerwać i przerwać. W każdym razie Hapon był to człowiek szamotający się, walczący z samym sobą, człowiek gorący. Azef był to demon zdrady, demon na zimno.

Azef, Żyd polski, syn ubogiego krawca Fiszela Azefa, urodził się w miasteczku Łyskowie wołkowyskiego powiatu, gdzie umarł poeta Franciszek Karpiriski. Gimnazjum skończył w Rostowie nad Donem, potem próbował zarabiać. Został agentem handlowym, sprzedał transport jakiegoś masła za 800 rubli, ukradł te pieniądze i pojechał do Karlsruhe na politechnikę. Stąd napisał do departamentu policji, że obserwuje kółko studenckie wywrotowe, socjalistyczne i rewolucyjne Kółka takiego nie było, ale Azef wkrótce je założył, został jego prezesem i zaczął swych kolegów wydawać. Było to w 1893 roku.

Azef studiuje na politechnice i jednocześnie zaczyna się wybijać jako mówca, ideolog, świetlana postać rewolucyjna. Trzeba było istotnie dużo zdolności idealizacyjnych mieć w sobie, aby w postaci Azefa dopatrzyć się symptomatów świetlaności, był on bowiem fizycznie odstręczający. Brzydota jego graniczyła z potwornością. Wielki, gruby, z wykręconymi plugawie wargami, niskim czołem, krótką szyją. Ale hasła rewolucyjne mogły wówczas czynić cuda. Azef na zebraniach studenckich broni zawsze jak najbezwzględniejszych, najradykalniejszych haseł terroru, występuje przeciwko wszelkim objawom słabości w walce z caratem, przeciwko najmniejszym kompromisom. Pensja Azefa w departamencie policji, choć powoli, lecz stale się podwyższa, zaczął od 50 rubli miesięcznie, potem otrzymuje 100 i 150 rubli miesięcznie oraz gratyfikacje na Gwiazdkę i na Wielkanoc w wysokości pensji miesięcznej.

W Moskwie w 1900 roku poznaje Azefa Zubatow, ów artysta i marzyciel w świecie policyjnych szpicli, i charakteryzuje go jako naturę na wskroś interesowną, jako człowieka o duszy aferzysty. Teraz Azef wchodzi do centralnego koła założycieli i twórców stronnictwa socjalistów rewolucjonistów, powoli staje się jedną z centralnych figur rewolucji rosyjskiej na równi z Plechanowem, Leninem, jego sytuacja w rewolucyjnej hierarchii jest o wiele poważniejsza niż jakiegoś Trockiego czy Stalina. Gierszuni, szef rewolucyjnej bojówki, czyni go swoim następcą i zastępcą. Azef zaczyna zatajać pewne rzeczy przed departamentem policji. Domaga się także coraz większych pensji i jednocześnie zaczyna prowadzić własną, samodzielną politykę. Rewolucjonista Bałmaszow zabija wtedy ministra spraw wewnętrznych Sipiagina. Azef jest uprzedzony o zamachu, ale nie powiadamia o tym władz żandarmerii. Wie, że po udanym zamachu tajni agenci będą jeszcze bardziej potrzebni. Tak samo świadomie nie zapobiega morderstwu generała Bogdanowicza.

Gierszuni, który sam się kiedyś załamał w więzieniu i napisał "pokajanije", walczy fanatycznie z policją i wreszcie jest aresztowany. Szefem bojówki eserów zostaje Azef. Ma on ułatwioną metodę dyskusji z przeciwnikami wewnątrz partii. Wydaje ich policji. Żałuję, że w tym streszczeniu nie mogę opowiedzieć o szatańsko sprytnych metodach, którymi Azef potrafił odtrącać od siebie podejrzenia. Zaczyna on przygotowywać zamach na ministra Plehwego. Ale rewolucjonistka Klitczogłu również organizuje zamach na tegoż ministra. Azef wydaje Klitczogłu i całą jej organizację w ręce policji.

Minister spraw wewnętrznych Plehwe ginie z rąk organizacji Azefa 28 lipca 1904 roku. Azef w ciągu całej tej sprawy dezorientuje policję i kieruje ją na mylne tropy. Niektórzy pisarze upatrują w tym zewu krwi. Plehwe był oskarżany, zresztą niesłusznie, o wywołanie pogromu Żydów w Kiszyniowie 19 i 20 kwietnia 1903 roku. W czasie tego słynnego pogromu zabito kilkunastu Żydów, pobito i poturbowano kilkudziesięciu oraz okradzione lub uszkodzono kilkaset sklepów i sklepików żydowskich w mieście. W Londynie odbywały się wielotysięczne wiece protestacyjne, na których wymieniano liczbę trzydziestu tysięcy Żydów zabitych w ciągu kilku godzin. Toteż gdy wieść o zabójstwie Plehwego przyszła do Genewy na zjazd socjalrewolucjonistów, jeden z jego uczestników rozbił na znak radości i triumfu szklankę z winem, a następnie dostał ataku zgrzytania zębami, który mu minął dopiero po dłuższym czasie.

Azef - opowiada zasłużona rewolucjonistka Iwanowska - był na pozór pozbawiony wszelkiego sentymentu, a jednak gdy tygodniami oczekując na wiadomość o zabójstwie Plehwego mieszkał w Wilnie, to nie odmówił jałmużny żadnemu małemu żebraczkowi żydowskiemu. Sądzę jednak, że można wytłumaczyć udział Azefa w morderstwach Plehwego i wielkiego księcia Sergiusza bez uciekania się do mistycznych związków krwi. Po prostu kariera rewolucyjna musiała mieć dla Azefa swoje wdzięki. W policji był pogardzanym konfidentem, z którym oficerowie żandarmerii rozmawiali z obrzydzeniem - w rewolucji był ubóstwianym wodzem, postacią świetlaną, a co ważniejsza, od chwili, w której został szefem bojówki, pieniądze płacone mu przez żandarmów przestały mieć dla niego większe znaczenie. Rachunków z kasy rewolucyjnej Azef nie zdawał nikomu, brał z niej dla siebie tyle, ile chciał. Azef zaś nie tylko miał żonę i rodzinę legalną, lecz lubił życie wystawne, nocne i dansingowe. Kariera rewolucyjna była więc dla Azefa karierą doskonale opłacającą się, kasa eserów rosyjskich była bogata. To tylko nasza PPS, uboga jak mysz kościelna, otrzymywała po 12 000 rubli rocznie ze składek młodzieży wyższych uczelni lub dochodów z wieczorków tańcujących i innych tego rodzaju ciotczynych sposobów karoty. Eserzy otrzymywali ogromne pieniądze od rosyjskich przemysłowców, bogatych adwokatów i lekarzy, nawet od rosyjskiej arystokracji, wreszcie niejeden dziesiątek tysięcy wpłynął im z różnych kas różnych oddziałów żandarmerii. Bogaci ludzie w Rosji dniem i nocą marzyli o rewolucji. Nasza polska burżuazja nie dorównywała rosyjskiej w tym idealizmie.

Główny jednak powód wyłamywania się Azefa z jego obowiązków donosicielskich tkwił w nieudolności samej policji. Azef był szpiclem zdyscyplinowanym, gdy go brał w ręce Zubatow, Gierasimow lub chociażby Raczkowski. Azef robił, co mu się podobało, gdy trafiał do jaśniepańskich rąk brzydzącego się konfidentami Łopuchina lub do rąk pułkownika Ratajewa, znawcy muzyki lekkiej, operetki, ale nudzącego się przy robocie policyjnej.

Po zamachu na Plehwego autorytet Azefa w świecie rewolucyjnym jest ogromny. "Babunia rewolucji", Breszko-Breszkowska, na zebraniu publicznym manifestacyjnie kłania się mu w pas. Azef znów zaczyna mylić policję, twierdzi, że planuje zamach na cara, o którym w tym czasie nikt nie myślał, a jednocześnie zabija 17 lutego 1905 roku wielkiego księcia Sergiusza. Wyraz "zabija" oznacza oczywiście tylko, że Azef był kierownikiem zamachu, lecz nie jego wykonawcą. W czasie zamachu na Plehwego Azef mieszkał w Wilnie i tchórzył, a Plehwego zabił Sazonow; w czasie gdy wielkiego księcia zabija idealista Kalajew, jedna z najbardziej poetycznych figur rewolucji rosyjskiej, Azef siedzi w Paryżu. Plany dalszych zamachów Azefa w Petersburgu pokrzyżowane są przez żandarmerię przy udziale innego prowokatora. Następują wówczas ogromne aresztowania pod nieobecność Azefa, który razem z Sawinkowem przebywa wówczas w Paryżu. Prasa rządowa pisze wtedy o Mukdenie rewolucji rosyjskiej.

Prowokator Tatarow daje znać rewolucjonistom, że Azef ich zdradza. Nie znajduje to wśród nich wiary, ale Azef nakazuje morderstwo Tatarowa, którego zabijają w domu jego ojca, popa prawosławnego, w Warszawie. Azef był zawsze bezlitosny wobec prowokatorów. Ale zostaje wkrótce wzięty w bardzo silne ręce Gierasimowa i zaczyna pracować sprawniej. Udaremnia szereg zamachów, wydaje mnóstwo najwybitniejszych rewolucjonistów, między innymi nawet swego przyjaciela najbliższego, ubóstwiającego go Borysa Sawinkowa, który zresztą w cudowny sposób ratuje się spod stryczka i powraca do roboty, by nadal ubóstwiać Azefa i spełniać wszelkie jego życzenia. Przychodzi rok 1906. Obraduje już Duma rosyjska. Azef ma oczywiście dostęp do wszystkich konwentykli stronnictw skrajnych, wszędzie jest witany jako jeden z rewolucyjnych wodzów, świetlana postać. Zbiera informacje i udziela ich policji. Staje się pośrednim informatorem samego premiera Stołypina. Jego szef, generał Gierasimow, jest człowiekiem odważnym i konsekwentnie przestrzegającym zasad konspiracji. O miejscu jego zamieszkania nie wiedzą nawet jego najbliżsi podwładni. Zna je natomiast Azef, który go odwiedza wieczorami. Ci dwaj ludzie układają program działalności organizacji bojowej stronnictwa socjalistów rewolucjonistów w ten sposób, aby organizacja bojowa ciągle robiła zamachy, ale by się one jej ciągle nie udawały. Na skutek tego wybuchają w partii nie podejrzenia, o nie! - Azef jest nadal uważany za świętość ruchu rewolucyjnego - lecz wybuchają krytyki działalności prawej ręki Azefa, Borysa Sawinkowa. Na skutek tych krytyk Azef i Sawinkow podają się do dymisji ze stanowisk kierowniczych i oto kilka zamachów udaje się terrorystom. Azef denuncjuje przygotowania do zamachu na cesarza, organizowane przez oficera marynarki Nikitienkę i urzędnika pocztowego Naumowa, wydaje w ręce policji wielu wybitnych rewolucjonistów, ale wreszcie bierze urlop, wyjeżdża na wypoczynek za granicę, z ogromnym zapasem pieniędzy rewolucyjnych i policyjnych, i tutaj w czerwcu 1908 roku... organizuje zamach na cara, całkiem poważnie, zupełnie zakonspirowany przed policją. Zamach ten nie udaje się, ale nie z winy Azefa. Marynarze rosyjscy z krążownika "Ruryk" budowanego w Glasgow, zaagitowani przez Azefa, mieli zabić cesarza przy oględzinach tego krążownika w Rosji. Istotnie, marynarz Awdiejew, agent Azefa, stanął z nabitym browningiem w kieszeni oko w oko z cesarzem, lecz cesarz kazał mu przynieść kieliszek szampana i Awdiejew nie strzelił. Zabrakło mu serca.

W tym czasie dojrzewa zdemaskowanie Azefa. Sympatyk stronnictwa eserów Burcew nawiązał stosunki z niejakim Bakajem, byłym rewolucjonistą, byłym prowokatorem, później urzędnikiem ochrany, który dał mu dużo dokumentów i nazwisk. W historii rewolucji rosyjskiej wciąż się spotyka takich rewolucjonistów, co są szpiclami, a potem się kajają, żałują za grzechy i zdradzają z kolei policję. Bakaj miał widać solidniejszy atak wyrzutów sumienia, bo w wyjątkowy sposób przyczynił się do zdemaskowania wielu prowokatorów. Wiedział on, że socjalrewolucjonistów od wielu lat zdradza jakiś bardzo wybitny terrorysta o pseudonimie "Raskin". Burcew zaczął się domyślać, kto jest tym "Raskinem", i tutaj miała miejsce scena dramatyczna. Burcew siadł w Kolonii do pociągu pośpiesznego i spotkał się z byłym dyrektorem departamentu policyjnego Łopuchinem, zaczął go błagać, aby mu powiedział, kim jest "Raskin", przy czym opowiedział mu o działalności Azefa, o tym, że to Azef właśnie zabił Plehwego i wielkiego księcia Sergiusza. Na Łopuchinie zrobiło to ogromne wrażenie, a wysiadając z wagonu powiedział: "Żadnego «Raskina» nie znam, a inżyniera Jewno Azefa widziałem zaledwie parę razy".

Było to wstrząsające i wystarczające. Burcew ogłosił Azefa za prowokatora i stanął przed sądem honorowym oskarżony o oszczerstwo. Sędziami byli: anarchista książę Kropotkin, była członkini Narodnej Woli Wiera Figner oraz pisarz socjalistyczny Łopatin. Wszyscy byli nastrojeni przeciwko Burcewowi. Ale Łopuchin był konsekwentny. Powiadomił socjalrewolucjonistów o roli Azefa po raz drugi i po raz trzeci. Sam Azef, który w pewnych momentach umiał się załamywać, tracić i tchórzyć, swoimi nerwowymi posunięciami w czasie procesu przyczynił się do swego zdemaskowania. 6 stycznia 1909 roku Azef został uznany za prowokatora po szesnastu latach kierowniczej roli w ruchu rewolucyjnym.

"Gdyby pan - powiedział później na spotkaniu, które miał z Burcewem - Włodzimierzu Lwowiczu, nie wydał mnie, zabiłbym cesarza".

Czytelnik zarzuci mi być może, że zbyt szczegółowo opowiadam o tych dwóch prowokatorach. Ale czynię to celowo. Chciałbym tymi szczegółami jak gwoździami wbić do głowy sędziów tej epoki, że rewolucja rosyjska była wspólnym dzieckiem idei i prowokacji. Jeśli ojcem rewolucji była idea polityczna, to matką jej była prowokacja policyjna. Spotykamy ją na każdym kroku. Gdy socjaldemokraci bolszewicy zdecydowali się wysłać posłów do III Dumy państwowej (pierwsze dwie były przez nich bojkotowane) i mieli własną frakcję parlamentarną, to prezesem tej frakcji był oczywiście agent policyjny, konfident, prowokator Malinowski. Gdy z ręki zabójcy pada Stołypin, to tym zabójcą człowieka, który uratowałby Rosję, gdyby żył, jest Bogrow, kajający się szpicel i prowokator. Rewolucja polska 1904-1907 była ściśle związana z rewolucją rosyjską. Aby znać jej tło, jej atmosferę, trzeba znać atmosferę rewolucji rosyjskiej. I trzeba pamiętać także, że przez cały czas działalności Piłsudski nie miał obok siebie żadnego prowokatora. Znał się na ludziach. W jego partii, jego bojówce prowokatorzy byli oczywiście, ale tylko na peryferiach, tylko w szeregach, nigdy nie dostali się do ciał kierowniczych. 

 

Rewolucja i Organizacja Bojowa

 

Niektórzy uważają rewolucję 1904-1908 za akcję niepodległościową i gotowi są jednym tchem wymienić lata 1830, 1863 i 1905, awansując w ten sposób rewolucję w Królestwie do znaczenia powstania narodowego.

Jest to wielki fałsz, w którym się mieści część prawdy.

Rewolucja 1904-1908 jako całość nie była walką o polityczną niezależność narodu, ale wewnątrz tej rewolucji Piłsudski za pomocą swego wpływu na PPS, a później za pomocą swej Organizacji Bojowej, starał się wykorzystać ruch rewolucyjny dla zdobycia niepodległości.

W "Robotniku" londyńskim z 1942 roku, w numerze wydanym na cześć pięćdziesięciolecia istnienia PPS, w artykule pani Lidii Ciołkoszowej cała rewolucja 1904-1908 przedstawiona jest jako niepodległościowy wysiłek PPS, to jest tej partii, która i dziś pod tą nazwą istnieje. Takie przedstawienie rzeczy mija się całkowicie z prawdą, a to z trzech powodów:

1) Rewolucja 1904-1908 nie była dziełem samej PPS, ale wielu rozmaitych partii socjalistycznych.

2) PPS w owych czasach nie była niepodległościowa, a PPS-Frakcja Rewolucyjna, która uznała postulat niepodległości, wyłamała się z partii dopiero pod koniec 1906 roku, a więc już w czasie zmierzchu i agonii ruchu rewolucyjnego, i stanowiła partyjną mniejszość.

3) Można mieć poważne wątpliwości, czy dzisiejszą PPS należy uważać za kontynuatorkę Frakcji Rewolucyjnej z czasów tamtej rewolucji, a to ze względu, że Frakcja Rewolucyjna, a zwłaszcza niepodległościowy w niej kierunek, to twór jednego człowieka, Piłsudskiego, z którym powojennna PPS rozminęła się diametralnie na swej drodze politycznej.

Graficznie można przedstawić rewolucję 1904-1908 w Królestwie Polskim w postaci trzech kół koncentrycznych. W największym mieści się wszystko: i wpływy rewolucji rosyjskiej, i działalność żydowskiego Bundu, i socjaldemokracja, i PPS, i wreszcie anarchiczno-kryminalny chaos, w którym pogrążony został kraj. Koło średnie to PPS i zewnętrzna walka w PPS. Trzecie, najmniejsze koło, obejmujące wszystkiego jakieś 10 do 20 procent całości, to Piłsudski i jego polityka dążąca do niepodległości, i jego ludzie, którzy może nie tyle rozumieją, czego on chce, nie tyle domyślają się, do czego on dąży, lecz mu ufają i jego słuchają.

"Od iskry wzgorzeje płomień" - oto jest motto, które Lenin wypisał na okładce swego organu prasowego "Iskra". Był to urywek z utworu poetyckiego jednego z dekabrystów. Iskry, od których rozpaliła się rewolucja w Królestwie, szły przeważnie od rewolucji rosyjskiej i tylko nieduża część tej rewolucji została rozpłomieniona przez Piłsudskiego. PPS-Lewica, socjaldemokracja, Bund i inne organizacje żydowskie, wreszcie III Proletariat - wszystko to paliło się płomieniem wspólnym z pożarem Petersburga i Moskwy. Tylko części PPS był to płomień własny, polski, rozpalony w innych niż tamte pożary celach.

Manifestacje warszawskie w październiku 1904 roku i słynna manifestacja na placu Grzybowskim 13 listopada 1904 roku odbywają się wśród okrzyków: "Precz z wojną!", a więc są skoordynowane z tymi samymi myślami, które skierowały Piłsudskiego do Tokio. Były to więc iskry Piłsudskiego.

Ale już strajk powszechny w Warszawie 27 stycznia 1905 roku powstaje z iskier wznieconych przez manifestację Hapona 22 stycznia w Petersburgu. Potem następują strajki łódzkie w lutym 1905 roku, wielkie manifestacje 1 maja w Warszawie i związane z nimi strajki, krwawe zaburzenia, rozruchy i strajki w Łodzi w czerwcu. Wszystkim tym zajściom towarzyszą salwy karabinowe piechoty na ulicach, nahajki kozackie, trupy, krew, ranni. Rozlegają się okrzyki nie tylko antyrządowe, ale i antypolskie. Wznoszone są na przykład wrzaski: "Precz z białą gęsią!", to znaczy z Białym Orłem. Czynni są tu socjalni demokraci, Bund i lewicowcy z PPS. Iskier Piłsudskiego w tym być nie mogło i nie było.

Ten rok 1905 jest okresem maksymalnego uzależnienia rewolucji w Królestwie od rewolucji rosyjskiej. Październikowy strajk kolejowy rosyjski powoduje strajk kolejowy w Królestwie. 28 października wybucha w Warszawie strajk drukarń, z gazet wychodzi tylko narodowo-demokratyczny "Goniec", broniony przed socjalistami za pomocą rewolwerów narodowej młodzieży rzemieślniczej, oraz zaczyna wychodzić socjalistyczny jawny organ prasowy "Kurier Codzienny". W czasie powstania w Moskwie, w grudniu 1905 roku, Centralny Komitet Robotniczy PPS, składający się wówczas, jak już wiemy, z samych "młodych" przeciwników niepodległościowej polityki Piłsudskiego, wydaje odezwę nawołującą do przejęcia władzy, obalenia administracji carskiej. Jedynie w małym Ostrowcu udaje się socjalistom uchwycić na parę dni władzę do rąk. Piłsudski jest przeciwny temu wystąpieniu, uważa, że partia jest nie przygotowana, że ten zryw skończyć się musi niepowodzeniem. Popiera go Ignacy Daszyński, wódz Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji, w głośnym wówczas wystąpieniu prasowym.

Do listopada 1906 roku Piłsudski pracuje wewnątrz PPS i stąd nie mamy żadnych liczb, które by wymierzały zakres jego socjalistyczno-niepodległościowych wpływów i porównywały je z wpływami socjalistyczno-antyniepodległościowymi. Ale liczby późniejsze zadają oczywiście kłam legendzie, jakoby ruch rewolucyjny w Królestwie w latach 1904-1908 miał w całości niepodległościowy charakter. Zacytujemy chociażby liczby następujące: zebrana 24 kwietnia 1907 roku konferencja robotników łódzkich składała się z przedstawicieli PPS-Lewicy w liczbie 74, socjalnej demokracji w liczbie 64, PPS-Frakcji Rewolucyjnej - 31, Bundu - 5, robotników narodowych - 31, bezpartyjnych - 3.

Na stu siedemdziesięciu czterech przedstawicieli ruchu socjalistycznego socjaliści zwolennicy niepodległości mieli wszystkiego trzydziestu jeden przedstawicieli, czyli niewiele więcej niż jedną szóstą.

Liczby te są przypadkowe, bo w wyborach do Dumy państwowej w 1907 roku PPS-Lewica zdobyła w Warszawie i Łodzi oraz guberniach warszawskiej, piotrkowskiej i radomskiej mandaty dla stu sześćdziesięciu czterech swoich pełnomocników, a socjalna demokracja na tymże obszarze - dla stu trzydziestu czterech, czyli że relacja sił PPS-Lewicy i socjalnej demokracji jest mniej więcej taka sama jak na tej konferencji fabryk łódzkich. Należy wyjaśnić, że rosyjska ordynacja wyborcza opierała się na wyborach pośrednich i że pełnomocnicy byli pierwszą instancją zdążającą do wybrania posłów do Dumy. Na tymże obszarze Warszawa-Łódź-Radom, skupiającym fabryki i zakłady przemysłowe, narodowcy zdobyli dwieście osiemdziesiąt sześć mandatów dla swoich pełnomocników. Frakcja Rewolucyjna w tych wyborach udziału nie brała.

Statystyka wyroków sądów wojennych da nam liczby podobne. Oto sąd wojenny warszawski wydał od 1 stycznia do 15 października 1908 roku aż sto siedemdziesiąt sześć wyroków w sprawach o przynależność do partii rewolucyjnych. Sprawy te przeważnie datowały się z 1906 i 1907 roku. Dzieliły się te wyroki pomiędzy partie w sposób następujący:

PPS - 75 wyroków, 

anarchiści komuniści - 29, 

Frakcja Rewolucyjna - 27, 

socjalna demokracja - 23, 

Poale-syjoniści - 7, 

socjaliści syjoniści - 5,

PPS - III Proletariat - 4, 

Bund - 2, 

Przełom - 2,

Narodowy Związek Robotniczy - 2.

Narodowi robotnicy nie byli socjalistami, anarchiści komuniści i Przełom były to organizacje bandyckie, jeśli więc ich odtrącimy od liczby ogólnej, to otrzymamy stu czterdziestu jeden socjalistów, w tym dwudziestu siedmiu niepodległościowców, jakkolwiek liczba zwolenników Frakcji powinna być nieco in plus skorektowana. Wyroki bowiem dotyczą także 1906 roku, czyli czasów przedrozłamowych.

Niepodległościowcy byli więc w stosunku do ogółu ruchu socjalistycznego w znakomitej mniejszości, a pamiętajmy, że socjaldemokraci byli namiętnymi przeciwnikami hasła niepodległości Polski, a Bund i inne organizacje socjalistyczno-żydowskie były im bliskie pod tym względem.

Wreszcie nie można przejść do porządku nad udziałem bandytów w ruchu rewolucyjnym Królestwa w czasach od 1905 do 1908 roku. Wojny zawsze rodziły takie objawy jak maruderstwo i bandytyzm, ale bandytyzm w czasie rewolucji w Królestwie był tak liczny, że stał się nie elementem pochodnym, lecz czynnikiem współrzędnym. Organizacje rewolucyjne zaopatrywały swych bojowców w broń, a za sprawą swych konspiracyjnych, podziemnych form bytowania nie umiały ich trzymać w karbach, w jakich trzymany jest żołnierz w czasie wojny. Co gorzej, w czasie dokonywanych ekspropriacji płacono bojowcom z pieniędzy zdobytych w ekspropriacji i często uzależniano wypłacenie pieniędzy od udania się przedsięwzięcia. Oczywiście musiało to demoralizować bojowców, którzy zaczęli wpadać na myśl zakładania nowych partii, hojniejszych przy wypłatach. Tak powstawały różne rzekomo polityczne, a naprawdę zdecydowanie kryminalne i bandyckie organizacje, jak anarchiści komuniści, Przełom, Zmowa Robotnicza, Czarny Sztandar i liczne inne. Były to po prostu szajki bandyckie. Niektóre z tych "partii" miały nawet nazwy wyrażone w gwarze złodziejskiej, tak na przykład jedna z "secesji" od Socjalnej Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy nazwała się Partią Niebarłożnych, co w tłumaczeniu na język literacki dałoby się określić jako "partia ludzi czynu". Od łyczka do rzemyczka, od indywidualnych niepolitycznych napadów na rządowe sklepy monopolowe począwszy, zaczęto napadać na dwory, plebanie, przemysłowców i w ogóle wszelkich ludzi mających gotówkę lub biżuterię. Ruch rewolucyjny stworzył więc i rozwielmożnił bandytyzm w kraju w takich rozmiarach, że ten bandytyzm stał się współgospodarzem sytuacji obok rosyjskiego policjanta i socjalistycznego rewolucjonisty.

Sięgnijmy znów do statystyki wyroków sądów wojennych od 1 stycznia do 15 października 1908 roku. Warszawski sąd wojenny wydał w tym czasie sześćset osiemdziesiąt sześć wyroków, w tym dwieście pięćdziesiąt osiem wyroków śmierci, z których wykonano 42 procent, pozostałych ułaskawiono. Mówiąc nawiasem, ani w Warszawie, ani gdzie indziej w Królestwie nie wykonano wyroku śmierci na żadnej kobiecie. Socjalistyczny kronikarz tych czasów, F.K., dzieli owe sześćset osiemdziesiąt sześć wyroków sądu warszawskiego na trzy grupy: 1) sprawy o przynależność partyjną, 2) sprawy zamachów i ekspropriacji, 3) sprawy bandyckie. W ostatniej grupie było dwieście dwadzieścia siedem wyroków, czyli jedna trzecia liczby ogólnej, a przecież liczby obrazujące ilość elementu bandyckiego wśród tych podsądnych musiały być jeszcze o wiele większe, gdyż widzieliśmy powyżej, że bandytyzm wciskał się nawet do spraw o przynależność partyjną, a oczywiście nie brakowało bandytów i półbandytów wśród ludzi skazanych za wyczyny bojowe i ekspropriacyjne.

Bandyta wykazywał zresztą wielkie czasami walory bojowe, wściekłą odwagę osobistą. Kilkudziesięciu policjantów goniło za bandytą Lisem, aż schował się on niedaleko wioski Sławinek do wiejskiej kuźni, skąd z browninga zaczął razić ogniem swoich prześladowców. Policja przywołała wojsko na pomoc. Zjawiła się półkompania piechoty, rozwinęła linię tyralierską, ale Lis strzelał dalej i piechota cofnęła się, a jej dowódca zażądał pomocy artylerii. Przyjechało działo polowe i oddało osiem strzałów, po czym dopiero w rozwalonej pociskami armatnimi kuźni znaleziono Lisa, który popełnił samobójstwo strzelając sobie w usta. Ku wstydowi wojska rosyjskiego gazety warszawskie zamieszczały opis tego wypadku pt. Bitwa pod Sławinkiem. Ten Lis był pierwej członkiem PPS, a gdy stamtąd został usunięty za kradzież, wstąpił do socjalnej demokracji, a w końcu zaczął działać na własną rękę.

Piłsudski, Sławek, Prystor zwalczali bandytyzm we własnych organizacjach. Kosztowało to ich dużo udręki i może stąd płynęła poniekąd ta ich późniejsza niechęć do pieniędzy, ta drażliwość w stosunku do grosza publicznego, dochodząca do granic szlachetnej manii. O rozmiarach bandytyzmu wewnątrz organizacji socjalistycznych daje nam jaskrawe pojęcie odezwa rozwiązująca w 1907 roku łódzką organizację Frakcji Rewolucyjnej PPS:

Zatrważające objawy zdeprawowania organizacji łódzkiej przybierały coraz straszniejsze formy. Popełniano nadużycia moralne i pieniężne dochodzące do tysięcy rubli. Połowa pieniędzy zbieranych na cele partyjne ginęła. Nadużywano broni dla celów osobistych. Uprawiano w formach jawnych i ukrytych terror ekonomiczny. Doszło do tego, że organizacja łódzka utrzymywała stosunek z bandytami i popierała ich. Wielu wybitnych towarzyszy przeszło do organizacji bandyckich. Nastąpiło takie straszne obniżenie moralne całej organizacji łódzkiej, że odróżnić w organizacji bandytę od niebandyty nie było sposób. Wreszcie doszło do tego, że kilkunastu wybitnych byłych towarzyszy, członków okręgowego i dzielnicowego komitetu, korzystając z podstępem zdobytej broni partyjnej i mieszkania partyjnego, urządziło przed dwoma tygodniami bandycki napad na kasjera kolejowego i zrabowało 22 000 rubli. Wobec tego, że organizacja łódzka mająca pięć tysięcy członków i 1500 rubli miesięcznego dochodu nie odpowiadała najprostszym wymaganiom moralnym, hołdowała lub tolerowała poglądy i czyny jak najbardziej nam wrogie, a często niskie, postanawiamy całą organizację łódzką z dniem dzisiejszym rozwiązać. Wszystkie nasze komitety: okręgowy, dzielnicowe, podmiejskie i fabryczne, wszystkie koła fabryczne i całą milicję z dniem dzisiejszym rozwiązujemy.

Przejdźmy teraz do historii Organizacji Bojowej. Piłsudski w 1910 roku w ten sposób powiedział o jej "głównej wadzie" i o jej "głównej tragedii":

Główną wadą Organizacji Bojowej było to, że przeważał w niej temperament nie umiarkowany rozsądkiem, że taktyka przeważała w niej nad szerszymi poglądami na sprawę. Główną tragedię Organizacji Bojowej stanowił jej spóźniony rozwój tłumaczący się brakiem uprzednich przygotowań i tym, że musiała się rozwijać w atmosferze sporów, walki, niechęci, nienawiści i nieporozumienia. Poszła do boju jako armia licząca maksimum pięć i pół tysiąca, a więc posiadając siły, które nie mogły marzyć o zwycięstwie nawet nad zdemoralizowanymi siłami rządu.

Piłsudski był "wściekłym ryzykantem", jak sam o sobie mówił, ale nie był człowiekiem, który by prowadził społeczeństwo, naród, kraj na walkę beznadziejną. Wszystkie jego przedsięwzięcia mogły się udać, mogły się nie udać, ale nie były obliczone na samobójstwo. Przy układaniu każdej akcji Piłsudski myśli o rezerwach, odwodach, sposobie odwrotu. Jego plan powstania w czasie rewolucji rosyjskiej był planem o wiele więcej realnym aniżeli powstanie w 63 roku, nie mówiąc już o beznadziejnej walce Rydza we wrześniu 1939 roku. Wiemy przecież, że śmierć musnęła swoim welonem carat rosyjski w 1905 roku, że Mikołaj II patrzył w jej oczy przez szkła okienne pałacu w Peterhofie. A gdyby carat upadł, Piłsudski miałby wielkie szansę.

Wyżej przytoczyliśmy jego skargi na bieg wypadków w czasie działalności Organizacji Bojowej. Organizacja była mu porywana do akcji przedwcześnie, bez przygotowań, bez szerszego planu albo raczej całkiem bez planu, porywana przez temperament kierowników albo też przez konieczność zdobywania pieniędzy. Organizacja poszła w bój przedwcześnie i jednocześnie za późno. Bo oto dopiero w październiku 1905 roku obejmuje Piłsudski naczelne jej kierownictwo i przystępuje do założenia szkoły bojowej dla instruktorów w Krakowie. Wykłady w tej szkole, mające dopiero dać Organizacji Bojowej przywódców i kierowników, odbywały się w styczniu 1906 roku. A w grudniu 1905 roku rewolucja rosyjska przegrała swą bitwę decydującą w powstaniu moskiewskim. Sojusznik przegrał, Piłsudski także przegrać musiał.

W lutym i marcu 1905 roku wydziałem spiskowo-bojowym kieruje Aleksander Prystor. Działają tutaj ludzie bliscy Piłsudskiemu: Sławek, Żukowski, Okrzeja, Medard Downarowicz, Berger. Wydział urządza pewną liczbę zamachów na stójkowych i kilka przeważnie nieudanych zamachów na wyższych przedstawicieli władzy, jak na generała Nowosilcowa i innych.

Wkrótce po radzie czerwcowej 1905 roku, która, jak już wiemy, akceptowała program Piłsudskiego w sprawie działalności bojowej, skarbnik partyjny Feliks Kon, później słynny bolszewik, zawiadamia Sławka, że partia nie ma pieniędzy na robotę bojową. Wobec tego Sławek projektuje kilka zamachów na kasy powiatowe w kilku miasteczkach. Zmusi to także, jego zdaniem, władze wojskowe do rozdrobnienia wojska po całym kraju i wzmoże wrzenie rewolucyjne. Z projektowanych jednak napadów w sześciu miejscowościach udał się tylko napad Mireckiego w Opatowie w nocy z 5 na 6 sierpnia 1905 roku.

20 sierpnia 1905 roku spotyka Organizację Bojową poważna klęska. Konferencja bojowa z trzydziestoma uczestnikami zostaje aresztowana. Montwiłł-Mirecki jest ujęty.

W październiku 1905 roku Piłsudski zostaje kierownikiem Organizacji Bojowej. Pomimo iż na radach partyjnych zarzeka się planu powstania, dąży do sformowania wielu małych oddziałków, które by mogły rozpocząć walkę partyzancką z rządem. Nie tylko polityczne, ale i taktyczne natchnienie czerpie z walk powstańczych 1863 roku. Na razie powstrzymuje marnowanie sił w akcjach pojedynczych, oderwanych, fragmentarycznych. Przeprowadza instruktorów przez szkołę bojową w Krakowie i przystępuje do tworzenia organizacji piątek w kraju. W czerwcu 1906 roku stan Organizacji Bojowej Piłsudskiego wynosi: 

Warszawa - 17 instruktorów, 53 piątki, 

Łódź - 10 instruktorów, 15 piątek, 

Płock-Włocławek - 5 instruktorów, 20 piątek, 

Lublin-Siedlce - 12 instruktorów, 20 piątek, 

Radom-Kielce - 4 instruktorów, 9 piątek, 

Zagłębie - 8 instruktorów, 30 piątek.

W całym kraju - 57 instruktorów, 139 piątek, 752 ludzi oraz 33 funkcjonariuszy wydziału bojowego i intendentury.

Organizacja Bojowa wydaje też swoją literaturę. Tytuły tych broszur brzmią: Karabin i musztra, Fortyfikacje, O planach i mapach topograficznych itp. Nie ma w tych broszurach mowy o obrzydzeniu do ducha militarnego, które wtedy było przecież nieodzowną częścią składową europejskiego socjalizmu.

W lipcu 1906 roku za 24 000 rubli zakupiono broni - pięćset browningów, dwieście dziesięć mauzerów, dziewięćset sztyletów. Założono laboratoria dynamitowe. Utrzymywanie składów tej broni było robotą wyjątkowo odpowiedzialną i niebezpieczną. Bohaterską w niej rolę odegrała Aleksandra Szczerbińska, późniejsza marszałkowa Piłsudska.

Brak pieniędzy ciążył niepospolicie. Sprawozdanie finansowe Organizacji Bojowej od listopada 1905 do maja 1906 roku wykazuje w dochodach kwotę 79 500 rubli. Zmusza to organizację do częstych ekspropriacji. Jest to swego rodzaju ratowaniem budżetu wojny polsko-rosyjskiej, ale poza tym romantycznym sformułowaniem mieści się rzeczywistość mająca wiele plam ciemnych, jak o tym już mówiliśmy. W czasie przygotowań do jednej z takich ekspropriacji 9 czerwca 1906 roku w Milanówku pod Warszawą zostaje ciężko ranny Sławek. Bomba wybuchła przedwcześnie. Towarzysze cofnęli się, pozostawiając go w lesie w nadziei, że zaopiekują się nim letnicy. Zamiast jednak letników zjawiła się policja, która go aresztowała. Sławek cudem tylko uniknął śmierci, gdyż sąd wojenny dał się wywieść w pole, uwierzył mu, że jako spokojny przechodzień został przez kogoś raniony bombą, i uniewinnił go.

Pomimo niechęci Piłsudskiego do akcji przedwczesnych rwą się do nich instruktorzy i bojowcy. Od czasu więc do czasu mają miejsce zamachy, z których najbardziej pomysłowy był zamach na Skalona, wykonany przez Wandę Krahelską.

15 sierpnia 1905 roku w czasie "krwawej środy" doszło do jednoczesnego wystąpienia zbrojnego w wielu miejscach. Żniwem "krwawej środy" było dwudziestu dziewięciu zabitych i czterdziestu trzech rannych przedstawicieli władzy. Ale Piłsudski ubolewa, że po "krwawej środzie" nie przyjdzie "krwawy czwartek". Nie ma walki kontynuowanej konsekwentnie i wciąż nasilanej, są tylko odruchy i zrywy, szamotanie się z rządem.

Napad na pociąg pocztowy pod Rogowem 12 października 1906 roku, akcja o większej skali, stał się powodem rozłamu PPS.

Po tym rozłamie Organizacja Bojowa wciąż odmawia swój krwawy różaniec w nadziei na lepsze bojowe jutro. 22 lutego 1907 roku pod dowództwem Arciszewskiego uskuteczniono znakomicie zorganizowany zamach na urząd pocztowy na Wspólnej róg Kruczej w Warszawie. W kwietniu 1907 roku spotyka wszystkich w ogóle socjalistów zbrojne przeciwdziałanie robotników narodowych w Łodzi, zażegnane konferencjami z przedstawicielami Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego w Warszawie. Od kwietnia do końca października 1907 roku Organizacja Bojowa wykonuje przeszło dziewięćdziesiąt drobnych aktów terrorystycznych. W lipcu 1907 roku ma miejsce nieudany zamach pod Łapami na pociąg wiozący lejbgwardii wołyński pułk piechoty, słynny z okrutnego zachowania się podczas rozruchów w Warszawie.

Ale Stołypin zwycięża, rewolucja rosyjska się kończy. Organizacja Bojowa nie jest w stanie walczyć sama. Napad na pociąg pod Bezdanami 13 września 1908 roku już jest akcją ariergardową, chodzi tu już nie o zasilenie pieniędzmi rewolucji, lecz raczej o zakończenie rewolucji, a o zdobycie pieniędzy na dalszą robotę polityczną o zupełnie innym charakterze i opartą na zupełnie innych sojusznikach. Zamiast Hapona, Azefa, Chrustalowa-Nosara, Plechanowa, Trockiego, Lenina i innych rewolucjonistów rosyjskich sojusznikiem tym będzie cesarski i królewski austriacki sztab generalny.

Krytycy moich książek zarzucają mi, że wielbiąc Piłsudskiego jednocześnie ciągle oświadczam: Piłsudski przegrał, Piłsudski i tu przegrał. W istocie twierdziłem, że Piłsudski przegrał rozbicie Rosji, program kijowsko-ukraiński, politykę narodowościową, sprawę litewską, program federacji państw położonych pomiędzy Niemcami i Rosją, a i teraz zgodnie zresztą z jego własnymi oświadczeniami konstatuję, że jego działalność w czasie pierwszej rewolucji rosyjskiej skończyła się przegraną. Cytowaliśmy przed chwilą własne jego słowa, że "główną tragedią Organizacji Bojowej był jej spóźniony rozwój". Oczywiście Piłsudski mógł myśleć tylko o spóźnieniu się w stosunku do chwili, w której rewolucja rosyjska była w zenicie.

Ale do tych przegranych Piłsudskiego można by zastosować słowa starej przypowieści. Umierający ojciec powiada synom: "W ogrodzie zakopałem skarb, kopcie ogród, a znajdziecie go". Synowie kopali pracowicie, skarbu nie znaleźli, ale przekopana ziemia obrodziła znakomicie. Jeśli nie ziściły się wszystkie plany Piłsudskiego, to nie poszły one na marne, bo ruch, wysiłki, prace i bohaterstwo, które w narodzie polskim wzbudziły stały się przyczyną wzlotów Polski, jej sukcesów, osiągnięć i zwycięstw.

Czy było tak także w stosunku do udziału Piłsudskiego w rewolucji 1904-1908?

Powiada Piłsudski w tychże, już przez nas cytowanych wykładach krakowskich z 1910 roku:

Organizacja Bojowa ostrzelała pole, dała liczne przykłady walki zbrojnej, oswoiła z nią ogół. Poza tym w Organizacji Bojowej skupiła się myśl niepodległościowa - i po rozłamie na Organizacji Bojowej oparły się żywioły niepodległościowe.

Czy rzeczywiście Organizacja Bojowa, działająca bądź co bądź wewnątrz ruchu socjalistycznego, oswoiła ogół z walką zbrojną, czy raczej nie wzbudziła do tej walki niechęci i obrzydzenia? Czy w istocie działalność Organizacji Bojowej wewnątrz rewolucji socjalistycznej ułatwiła w przyszłości konsolidację żywiołów niepodległościowych? Czy nie było odwrotnie? Czy ekspropriacje i przymusowy wspólny front Organizacji Bojowej z partiami międzynarodowo-socjalistycznymi nie wzbudził raczej wśród ogółu Polaków zaboru rosyjskiego maksimum podejrzliwości do socjalistów, nawet wtedy gdy oni głosili hasło niepodległości? Czy echa rewolucji 1905 roku nie były później jedną z przyczyn braku odpowiedzi Królestwa na zew strzeleckiej trąbki?

Zestawmy jeszcze jeden ustęp z tych krakowskich wykładów Piłsudskiego, syntetyzujących wartość, charakter i niepowodzenie Organizacji Bojowej, z oceną rewolucji w Królestwie przez człowieka z ulicy.

Powiada Piłsudski:

Porównanie tego ruchu z ruchem 1863 roku wypadnie tylko częściowo na korzyść pierwszego. Wówczas nie było takiej szerokiej masy ludowej w ruchu. Jej udział był zaledwie marzeniem demokratów i to był wielki plus dla nas. Natomiast brak elementu politycznego w ruchu naszych bojowców był wielkim minusem w porównaniu z sytuacją powstania 1863 roku i odbierał temu pierwszemu znaczną część siły. Ogólne tło walki też było dla nas bardziej niekorzystne od sytuacji w 1863 roku. Pokojowe wychowanie społeczeństwa, brak wiary we własne siły (wiary istniejącej w 1863 roku), brak śmiałości do podejmowania szerokich zadań politycznych - wszystko to skierowywało uwagę na drobne cele, kazało w nich widzieć zadania walki. Zabicie szpiega, stójko we go urastało do rozmiarów poważnej akcji rewolucyjnej Co do warunków walki, to wróg w 1906 roku znajdował się w stanie większego bezwładu niż w 1863 roku, ale natomiast posiadał bez porównania większą przewagę techniczną.

Zwróćmy uwagę, że główny nacisk kładzie tu Piłsudski na niedostateczność elementu politycznego i że zarzuca ten brak elementu politycznego nie całości rewolucji w Królestwie, nie PPS-Lewicy czy jakiejś socjaldemokracji, lecz swoim własnym bojowcom, których był kierownikiem i wodzem, o ile o dowodzeniu w tych warunkach mówić można. Wczytajmy się w powyższe zdania Piłsudskiego, a zgodzimy się niewątpliwie, że używając wyrazów "element polityczny" i "szersze zadania polityczne" ma właściwie na myśli element niepodległościowy, patriotyczny, szersze zadania narodowe. I oto dojdziemy do rewelacyjnego odkrycia, że Piłsudski, ten wódz Organizacji Bojowej i uczestnik rewolucji 1905 roku, w ocenie tej rewolucji, pominąwszy formy, będzie się zbliżał do jej wielkiego kalumniatora i oskarżyciela, który wołał: Rewolucja, ponieważ nie była narodowa, musiała się przeistoczyć w zwykły bandytyzm.

Oto jest ten głos człowieka z ulicy:

Nie wolno nam zapominać o tym, co się działo na polskiej ziemi w ostatnich czasach. Brzmią nam jeszcze w uszach niepodobne do wiary okrzyki: "Precz z Polską!", wydawane na ulicach Warszawy i innych miast w Królestwie; stoją nam jeszcze w oczach paszkwile drukowane na Orła Białego w pismach nierosyjskich i nierządowych. Pamiętamy, z jaką usilnością odwodzono ludzi od idei polskiej i od miłości ojczyzny. Byłoby złudzeniem mniemać, że tych ludzi już nie ma lub że ich jest garstka nieznaczna. Barbarzyński i pozbawiony mózgu socjalizm krajowego wyrobu oraz jego zagraniczny dla krajowego użytku surogat ogarnęły spore zastępy zwłaszcza w klasie roboczej i zrobiły swoje. Mieliśmy przecie i usiłowania rewolucyjne - tę marną i niedołężną córkę niedołężnej rewolucji rosyjskiej. Rzuciła ona w ślad za matką kilka bomb, zabiła kilkudziesięciu rosyjskich policjantów, kilkuset polskich obywateli, a w końcu przeszła w to, w co musiała przejść właśnie dlatego, że nie była narodowa, w zwykły bandytyzm. W 1863 roku były krwawe nieszczęścia, nie było krwawego błota. 

Tym człowiekiem z ulicy, który to pisał, był Henryk Sienkiewicz. Nazywam go człowiekiem z ulicy, bo wielki pisarz politykiem nie był, o tym, co się działo na konwentyklach partyjnych, nie wiedział, o walkach wewnątrz PPS nie słyszał i nie umiał rozróżnić bojówki esdeckiej, która krzyczała, że Polska to "cuchnący trup" lub "zgrana karta szulera", od bojówki Piłsudskiego, który o niepodległość tej Polski walczył. Ale właśnie tak samo jak Sienkiewicz cały polski ogół Królestwa nie znał, nie rozumiał i nie doceniał tych różnic, nie miał właściwie pojęcia, że wewnątrz rewolucji jest jakiś Piłsudski dążący do niepodległości i walczący z międzynarodowcami i z tymi, którzy chcą, aby rewolucja polska była tylko cząstką rewolucji rosyjskiej. I skąd miał wiedzieć! Rewolucja dochodziła do jego uszu i oczu tylko jako brzęk wybijanych okien w monopolowych sklepach z wódką, strzały i trupy na ulicy, strajki i zawieruchy, okrzyki: "Precz z białą gęsią!", a wreszcie jako socjalistyczne przemówienia wiecowe i artykuły w socjalistycznych czasopismach, w których była czasami mowa o niepodległości, ale ta niepodległość była szczelnie owinięta w czerwoną watę socjalistycznych frazesów. I oto ten zdezorientowany obywatel im większym jest patriotą, tym bardziej nienawidzi rewolucji 1905 roku.

Sienkiewicz przesadza oczywiście w swych oskarżeniach. Rewolucja w Królestwie nie była niedołężniejsza od rosyjskiej. Rzuciła ona nie kilka bomb, lecz dużo więcej, zabiła nie kilkudziesięciu policjantów, lecz dużo więcej, wreszcie owych kilkuset polskich obywateli zginęło przeważnie z rąk bandytów, a nie socjalistów, a choć te dwa gatunki ludzi zmieszały się wówczas ze sobą w jedno towarzystwo, to jednak nie można między nimi stawiać znaku równania. Ale w tych wszystkich przesadach polemicznych ważne jest tylko to, że znajdowały one aplauz prawie powszechny. Poza częścią robotników, częścią Żydów i częścią młodzieży z rewolucją nie poszedł w Królestwie nikt. Chłop łapał socjalistów jako bandytów; patriotyczny ksiądz odmawiał im chrześcijańskiego pogrzebu, nawet wtedy gdy ginęli z rąk kozaków lub żandarmów; a syn, synowiec lub siostrzeniec ukochanych przez Piłsudskiego powstańców 1863 roku nabijał przeciwko nim dubeltówkę i rewolwer. Ludzie będący świadomymi zwolennikami Piłsudskiego, myślący tak jak on, że należy użyć socjalistycznego hasła w drodze ku niepodległości, byli na pewno bohaterami. Umieli walczyć, patrzyć śmierci w oczy, a gdy trzeba, umierać bohatersko Ale było ich za mało. A całej rewolucji, jak melancholijnie stwierdzał Piłsudski, jak brutalnie zawołał Sienkiewicz, zabrakło hasła politycznego.





Stanisław Cat Mackiewicz