Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Archiwum  

Życie z dnia 2001-06-21

 

Andrzej Chąciński

Nasza mała destabilizacja - 2

 

 

W oświadczeniu opublikowanym na łamach "Współczesności" po jej odejściu od PAX-u w 1958 roku czytamy: "Ostatnio kierunek naszego pisma odbiegł daleko od jego początkowych założeń. Zespół grupy literackiej ' Współczesność' postanowił nawiązać do uprzednich tradycji i zreorganizować kolegium. 'Współczesność' będzie przede wszystkim pismem literackim młodych. Wydawcą pisma jest PPKPiK Ruch".

Zbyt samodzielni

O formie i treści opublikowanego przez redakcję komunikatu można powiedzieć, że został zredagowany zgodnie z panującymi w tym okresie w Polsce obyczajami. Mówiły one, że do ważniejszych oświadczeń i komunikatów należy stosować ogólne, niewiele mówiące czytelnikom określenia. Nawet jeżeli członkowie zespołu "Współczesności" nie naśladowali urzędowych komunikatów, to wiedzieli, że zmiany, które się w piśmie dokonały, nie będą mogły być omówione w druku. Redaktor "Współczesności" Leszek Szymański wykonał wcześniej manewr, który w owym czasie był niedozwolony; kierując grupą młodych pisarzy, liczącą się jako element na scenie politycznej kraju, porzucił jednego opiekuna (tzn. partię) i przeniósł się do innego - PAX-u. Słowem - zachował się jakby w tym okresie możliwa była w Polsce swobodna gra sił politycznych. Nie chodziło w tym przypadku o wielkość grupy ani o jej znaczenie. Chodziło o precedens. Co by było, gdyby inne organizacje wpadły na podobny pomysł i zamiast siedzieć cicho pod skrzydłami partii, zaczęły sobie szukać innych protektorów?...
PAX, mimo iż był zakamuflowanym sprzymierzeńcem PZPR-u w walce przeciwko Kościołowi katolickiemu, swobodę działania jako organizacja polityczna miał ściśle ograniczoną. Jego konszachty z powstałym podczas popaździernikowego zamętu ugrupowaniem uznano w partii za niedopuszczalne. PAX-owi nic za tę próbę nie zrobiono. Miał licznych i mocnych protektorów. Po prostu odebrano mu pismo. Inaczej mogło być z Szymańskim. Ten hardy człowiek, przez Koźniewskiego opisywany jako "mydłek", ośmielił się podjąć decyzję, którą w przypadku pisma mógł podjąć jedynie wyższej rangi członek partii i to "w uzgodnieniu z najwyższymi czynnikami". Na razie jednak Szymańskiemu nic się nie stało. "Współczesność", którą kierował, dostała od władz wydawcę ("Ruch"), dwa pokoje na pomieszczenia redakcji i dziesięć etatów dla zespołu. A przede wszystkim przydział papieru i pieniądze na pokrycie kosztów wydawania pisma. Szymański pozostał na stanowisku naczelnego redaktora, a funkcję sekretarza redakcji objął niżej podpisany.

Pismo literackie

O pierwszych paru numerach, wydanych w wydawnictwie "Ruch" można powiedzieć, że były kontynuacją wydawanej w 1957 roku "Współczesności". Świadczą o tym nazwiska autorów. W n-rze 20/10 z dn. 1.07.1958 r. z krytyką postaw młodych pisarzy wystąpił Jan Zbigniew Słojewski (późniejszy Hamilton z warszawskiej "Kultury") w artykule "Przeciwko bałwochwalstwu". W artykule tym czytamy: "Oto pierwsza z brzegu sprawa: sprawa światopoglądu i filozofii, sprawa ważna, może najważniejsza ze wszystkich spraw ludzkich. Nie doceniają jej nasi - pożal się Boże - twórcy (...). Sprawy pierwsze, czyli sfera pytań filozoficznych, a więc przede wszystkim czy Bóg istnieje, czy też go nie ma (...), a więc czy życie nasze tutaj na ziemi ma jakiś sens, czy też jest absurdalne, a więc w końcu co mamy myśleć o śmierci, jak mamy sobie poradzić z fenomenem śmierci, który prawie trzysta lat temu nie dawał wytchnienia Pascalowi, a dzisiaj męczy Kafkę i egzystencjalistów...". I kończy: "U nas się nie dyskutuje z Camusem, Kafką...". Bardzo ważna wypowiedź. Jednak wydaje się, że w Wydziale Prasy KC PZPR nie takich wypowiedzi spodziewano się ze strony publicystów "Współczesności".
W następnym 21/11 numerze pisma zamieszczono, między innymi, dwa opowiadania: Leszka Płażewskiego pt. "Jutro porozmawiamy", będące debiutem tego autora, i utwór Stanisława Grochowiaka pt. "Lamentnice". Druk tekstu tego autora jest pierwszym sygnałem kontaktów, nawiązanych przez zespół "Współczesności" z grupą młodych pisarzy, związanych dawniej z PAX-em. Zerwali oni współpracę z PAX-em po publikacji przez Bolesława Piaseckiego w 1955 roku artykułu pt. "Instynkt państwowy". Dwaj z nich: Stanisław Grochowiak i Władysław Lech Terlecki wkrótce zajęli miejsca w zespole, dwaj inni: Jerzy Krzysztoń i Jacek Łukasiewicz przez kilka lat współpracowali z pismem. Jednak najważniejszym w tej sytuacji faktem jest pojawienie się na łamach "Współczesności" nazwiska Stanisława Grochowiaka, przyszłego "p.o.", a później na krótki okres naczelnego redaktora pisma, którego działalność, szczególnie w dziedzinie publicystyki na dobre i "nie zawsze dobre" odcisnęła się na orientacji pisma i losach grupy ludzi, którzy go wprowadzili do zespołu.
W "Ruchu", podobnie jak w PAX-ie, "Współczesność" wychodziła jako dwutygodnik, z tym, że członkowie kolegium byli pracownikami etatowymi, otrzymującymi pełne wynagrodzenie. Dla paru osób było to pierwsze pełne zatrudnienie w życiu. Trzy czy cztery osoby miały obowiązek połowę wynagrodzenia "wypisać", tzn. wydrukować dwa albo trzy materiały w miesiącu, bez dodatkowego za nie wynagrodzenia. We wrześniu do wydającego pismo zespołu dołączył J. Z. Słojewski, uzyskując w redakcji etat publicysty.
Z chwilą, gdy w środowisku literackim Warszawy rozeszła się wiadomość, że "Współczesność" zaczęła wychodzić jako "niezależne pismo młodych", lokal redakcji przy ulicy Poznańskiej zaczął zapełniać się współpracownikami i interesantami. Przychodziły również osoby, próbujące za pośrednictwem pisma przekazać społeczeństwu swoje idee, na przykład na temat końca świata lub zagrażających ludzkości katastrof. Wizyty tych ostatnich były świadectwem, że "Współczesność" stała się prawdziwym pismem, bowiem podobno tylko prawdziwe redakcje przyciągają ludzi nie w pełni normalnych. Natomiast dla osób piszących z młodego pokolenia pokoje redakcji stały się miejscem, w którym się spotykano, spędzano długie godziny na dyskusjach na rozmaite tematy i w mniejszych lub większych grupach udawano do kawiarni albo restauracji.
Przypominając zawartość numerów pisma wydawanych w lecie i jesienią 1958 roku warto wymienić artykuł J. Z. Słojewskiego pt. "Bluźnierstwa o Kossak-Szczuckiej", opowiadanie A. Brychta pt. "Worek", reportaż Jacka Łukasiewicza pt. "Panorama mistrza R.", a także groteskę Romana Śliwonika pt. "Czwarty do bridge’a". Na plus redakcji należy zaliczyć fakt, że po ostrym i chyba niesprawiedliwym ataku na Zofię Kossak-Szczucką "Współczesność" w następnym - 23/13 numerze - zamieściła artykuł polemiczny pióra Stanisława Rembeka pt. "O Słojewskim i niektórych innych niemiłych mi literatach". Z sędziwym, ignorowanym w środowisku literackim pisarzem utrzymywał kontakt Leszek Szymański. Pamiętam, że towarzyszył mi kiedyś podczas prywatnej wizyty w domu pisarza.
W następnych numerach ukazało się, drukowa- ne w odcinkach, opowiadanie Andrzeja Brychta pt. "Dom bez klamek", artykuł Zbigniewa Irzyka pt. "Podręcznik dla nieuków", tłumaczenie fragmentu powieści Antoine’a Saint–Exupéry’ego "Pilot wojenny", wiersze Romana Śliwonika i Mariana Ośniałowskiego oraz opowiadanie Marka Nowakowskiego pt. "Umierający paser". W n-rze 24/14 "Współczesności" Roman Śliwonik opublikował reportaż pt. "Pokolenie spod podłogi", w którym czytamy: "kurewki są wszędzie. Dlaczego nie miałoby być kurewek w 'Manekinie' ...". "Manekin" był w tym okresie jednym z najbardziej uczęszczanych przez literacką i artystyczną młodzież klubem Warszawy.
Jako nowych lub dawno niedrukowanych autorów "Współczesności" należy wymienić Andrzeja Jasińskiego, Andrzeja Dołęgowskiego i Roberta Stillera. A także Artura Sandauera, który opublikował fragment opowiadania pt. "Z pamiętników Mikołaja Rozencwajga".
W dziale publicystyki pałeczkę od Słojewskiego przejął Stanisław Grochowiak, piszący artykuły na temat konieczności porozumienia się sprawujących władzę polityków z pisarzami. Chodziło o lepsze zrozumienie ze strony ludzi stojących na czele państwa specyficznych warunków twórczości pisarskiej, a ze strony pisarzy konieczności dostosowania się do wymagań panującego w Polsce ustroju. Wystąpienia te sprawiły, iż niedługo po publikacji pierwszego artykułu Grochowiak został uznany przez zespół pisma za nieoficjalnego członka kolegium "Współczesności". W n-rze 27/17 z dnia 16.10.1958 r. Grochowiak pisał: "Dlaczego politycy - jakiejkolwiek są zresztą maści - nie lubią w literaturze pesymizmu, czy też raczej: tak zwanego pesymizmu? Czy to jakaś wrodzona złośliwość, jakaś przekora w stosunku do literatury w ogóle - czy też pospolity strach? Politycy odpowiadają za sprawne funkcjonowanie życia społecznego (...) Postulat odpowiedzialności za słowo bezustannie przypomina pisarzowi o adresie społecznym jego twórczości (...).
Tu chciałbym przejść już wręcz na nasze polskie podwórko. Otóż nierzadko natykamy się na ślady powrotu do praktyk nadgorliwych, analiz nadczujnych...".

Ręczne sterowanie

Wypowiedź ta jednak trafiła w próżnię. Wydaje się, że już tydzień czy dwa przed opublikowaniem artykułu w odpowiednich "instancjach" zapadły decyzje na temat nowego składu zespołu "Współczesności". W październiku dowiedziałem się w biurze wydawcy, że we "Współczesności" odbędzie się reorganizacja. Z przekazanych biurowymi kanałami informacji wynikało, że stanowisko zastępcy naczelnego redaktora obejmie były sekretarz Zarządu Głównego Związku Młodzieży Socjalistycznej Józef Lenart. Spytany o to przez niżej podpisanego Leszek Szymański potwierdził pogłoskę i dodał uspokajającym tonem, że przecież Lenart we "Współczesności" drukował, więc nie ma co się go bardzo obawiać. "A co będzie z tobą?" - Szymański zrobił nieokreślony ruch ręką. "Zobaczymy..." - powiedział.
Kilka dni później w biurze wydawcy przekaza- no kierownictwu redakcji informację o decyzjach w sprawie "wzmocnienia" zespołu. Poza powierzeniem stanowiska zastępcy naczelnego redaktora Lenartowi, redakcji przydzielono trzy dodatkowe etaty, z których na pierwszym został zatrudniony Andrzej Brycht, a na drugim Stanisław Grochowiak. Jako kandydata do objęcia trzeciego etatu wydawca zaproponował Tadeusza Strumffa, który ze "Współczesnością" wcześniej nie współpracował.
W ten sposób, spełniając postulat wzmocnienia zespołu, zapoczątkowano działania, zmierzające do przekształcenia "Współczesności". Wydaje się, że już w tym wczesnym okresie niektóre osoby zatrudnione w redakcji zaczęły zdawać sobie sprawę, że z pisma będą musiały odejść. Jedną z pierwszych inicjatyw nowego zastępcy redaktora naczelnego było przeprowadzenie przy włączonym magnetofonie dyskusji wybranych członków zespołu na temat decyzji pozostania na Zachodzie pisarza Marka Hłaski. Od udziału w dyskusji nie można było się uchylić. Niektórzy jej uczestnicy dopiero w czasie nagrania zdali sobie sprawę, że Lenart, starając się szeroko omawiać sytuację Hłaski, próbuje uzyskać po kolei od każdego z uczestników dyskusji, wyrażone w tej albo innej formie, potępienie decyzji pisarza. W rozmowie padło parę ostrych sformułowań. Jeden z uczestników powiedział: "Hłasko przez swoją decyzję przekreślił swoje pisarstwo". Z innych ust padło: "Hłasko popełnił jednoznaczny akt polityczny, nasze ustosunkowanie się do tego rodzaju aktu powinno też być jednoznaczne". Jednak przeważał ostrożny ton wypowiedzi. Ciekawą pointą dyskusji była wymiana zdań między Lenartem a Brychtem. Lenart kończąc część swojej wypowiedzi powiedział: "Uważam, że Marek jest bardzo zdolnym pisarzem, natomiast politykiem jest żadnym i nie był nim nigdy". Na to Brycht: "Nie musiał". Na to Lenart: "A ja powiadam: przykład Hłaski uczy, że pisarz musi być w pewnym sensie politykiem. Pisarstwo nie jest czynnością apolityczną. Świetnie ten fakt potrafili zdyskontować na swoją korzyść rodzimi emigracyjni i francuscy antykomuniści!".
W dyskusji Grochowiak i Lenart wypadli lepiej niż inni członkowie zespołu. Możliwe, że stało się tak, ponieważ ci dwaj wcześniej przygotowali się do dyskusji, podczas gdy innych uczestników zawiadomiono w ostatniej chwili przed nagraniem.

Naczelny wyjeżdża

Jakiś czas później w redakcji zaczęto mówić, że Leszek Szymański ma zamiar na parę miesięcy wyjechać z kraju. Spytany o to przeze mnie, potwierdził wiadomość i dodał, że dostał paszport i zgodę na trwającą parę miesięcy podróż po Indiach. Razem z nim wyjedzie także jego żona. Szymański znał dobrze angielski, w Polsce przyjaźnił się z pisarzem hinduskim Kedarem Nathem, któremu parę opowiadań opublikował na łamach "Współczesności". Na temat wyjazdu Szymańskiego w redakcji nie rozmawiano. Po cichu zadawano sobie jednak pytania: "W jaki sposób obu udało się w tak krótkim czasie załatwić wydanie paszportów? Kto pomógł Szymańskiemu wyasygnować pieniądze na kupno biletów na przelot?". Jednak Szymańskiego o nic nie pytano. A on sam w biurze w ciągu ostatnich tygodni przed wyjazdem zachowywał się tak, jakby w redakcji był już tylko gościem.
Wyjazd Szymańskiego był dla reszty zespołu ważniejszym wydarzeniem niż wszystkie inne wypadki po odejściu "Współczesności" z PAX-u...
W Polsce w latach 1957–59 prywatne wyjazdy za granicę należały do rzadkości. Zaś wyjazd do Indii na trwający kilka miesięcy pobyt był rzadkością wyjątkową. Do krajów pozaeuropejskich wyjeżdżali zwykle delegaci Zarządu Głównego Związku Literatów: Iwaszkiewicz, Putrament lub Kruczkowski. Byli to cieszący się zaufaniem władz pisarze działacze. Szymański nie należał do tej grupy.
Niedługo po jego wyjeździe redakcję przeniesiono do nowego lokalu. Był to już trzeci lokal od chwili zerwania "Współczesności" z PAX-em. Z pierwszego, w biurach przedsiębiorstwa "Ruch" przy rogu Wilczej i Poznańskiej, redakcję przeniesiono do budynku przy ulicy Kopernika 34 (w tym samym domu, naprzeciw budynku dawnego CRZZ mieściła się siedziba radiostacji "Kraj"). W nowym lokalu "Współczesność" sąsiadowała z innymi redakcjami: "Magazynem Polskim" i zlikwidowanym po trwającym parę miesięcy okresie przygotowawczym pismem "Europa". Lokal ten mieścił się w Pałacu Zamojskich przy ul. Nowy Świat 69.
W listopadzie do redakcji dotarła przykra wiadomość: po bijatyce podczas wieczoru autorskiego Andrzeja Brychta w kawiarni "Krokodyl" na Starym Mieście Andrzej Brycht i Roman Śliwonik zostali aresztowani i w przyśpieszonym trybie skazani na cztery miesiące więzienia. Wydawca zażądał natychmiastowego zwolnienia z pracy obu pisarzy. Na zwolnionych przez nich etatach Józef Lenart zatrudnił Aleksandrę Korewę i Ernesta Brylla.

Tymczasowy Grochowiak

Andrzej Brycht i Roman Śliwonik po paru tygodniach wyszli z więzienia i dalszą współpracę z redakcją kontynuowali jako niepobierający pensji współpracownicy. Pierwszy okres rządów Józefa Lenarta we "Współczesności" (miał on jeszcze powrócić na stanowisko redaktora naczelnego w 1966 roku) skończyły się w połowie lutego 1959 r. po walnym zebraniu kolegium pisma. W zebraniu tym wziął udział instruktor Wydziału Prasy KC PZPR. Fakt, że Wydział Prasy wydelegował swojego pracownika, świadczył, że Lenart nie cieszył się wówczas poparciem tego urzędu. W dyskusji prawie wszyscy członkowie zespołu negatywnie ocenili okres rządów Lenarta. Parę dni później pełniącym obowiązki naczelnego redaktora został mianowany Stanisław Grochowiak. Nazwisko Lenarta zostało skreślone z listy członków zespołu.
Innym, rzucającym pewne światło na wydarzenia tego okresu, faktem była dużo późniejsza wypowiedź Bohdana Drozdowskiego w miesięczniku "Poezja", w której przypomniał, że na początku 1959 roku zgłosił się do niego współpracownik "Współczesności" Jerzy Falkowski z propozycją objęcia stanowiska naczelnego redaktora. Świadczy to, że członkowie zespołu zdawali sobie sprawę, iż redaktorem musi zostać członek partii, jednak nie życzyli sobie, żeby to był Lenart. Drozdowski został zastępcą redaktora naczelnego kilka miesięcy później.
Zmiany personalne, jakie miały miejsce przed i po wyjeździe Leszka Szymańskiego z Polski, nie odbiły się w widoczny sposób na treści pisma. Niezależnie od stosowanych wobec pisma nacisków, "Współczesność" była dalej pismem młodych autorów, spragnionych ujrzenia swych utworów w druku. Ludzi tych niewiele obchodziły zmiany w zespole. Z teczkami pełnymi wierszy i opowiadań spacerowali po korytarzu czekając na redaktorów. Dla nich pismo było ciągle składającym się z wierszy i opowiadań almanachem, w którym mogli wypróbować swoje możliwości twórcze.
Nie znaczy to, że nie publikowano też utworów znanych autorów. W numerach "Współczesności" z ostatnich miesięcy 1958 roku ukazało się kilka ciekawych tekstów. Były wśród nich opowiadania Marka Nowakowskiego "W komisariacie", Józefa Ratajczaka "Odlot", Władysława Terleckiego "Miłosierdzie" i Leszka Szymańskiego "Cela samobójców". Poezję reprezentowały wiersze Ernesta Brylla, Mirona Białoszewskiego, Jerzego Skolimowskiego, Barbary Sadowskiej i Edwarda Stachury. W dziale krytyki uwagę czytelników zwróciły artykuły Piotra Wierzbickiego pt. "Mickiewicz wraca", Stefana Lichańskiego "Szturm do kamiennego nieba" (o twórczości Jerzego Krzysztonia) i Jana Wyki - "Poezja zranionego marzenia" (o poezji Romana Śliwonika). Na odnotowanie zasługuje również artykuł Jerzego Grotowskiego pt. "Twórcze ambicje teatru". Był to, wydaje się, pierwszy artykuł znanego później w całej Europie reżysera teatralnego wydrukowany we "Współczesności".
W dziale krytyki filmowej najwyższą ocenę ze strony czytelników uzyskał esej Jerzego Falkowskiego pt. "Polonez tragiczny", omawiający film "Popiół i diament" Andrzeja Wajdy.
Ciekawym akcentem jednego z numerów (30/20) był wywiad z pisarzem Stanisławem Rembekiem. Stanisław Rembek - autor powieści: "W polu", "Nagan" i "Wyrok na Franciszka Kłosa" był twórcą wyjątkowo źle widzianym przez władze PRL-u. Nie darowano mu opublikowanej przed przed wojną powieści "W polu", rozgrywającej się podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku. Sędziwy pisarz do przeprowadzającego z nim wywiad Stanisława Grochowiaka powiedział: "Pod pewnym względem - z zastrzeżeniami jednak - uważam wasze pismo za wyjątkowe. Na ogół potraficie pisać śmiało i szczerze to, co myślicie. Stanowi to wielką sztukę i dowodzi zdolności rzadko spotykanych. Dla mnie ten właśnie rys stanowczo określa charakter waszego pisma".

Młodzi i dojrzali

Wywiad ten i wcześniejsze publikacje Stanisława Rembeka na łamach "Współczesności" świadczą, że fascynacje dobrym pisarstwem i osobiste przyjaźnie ciągle jeszcze znaczyły dla redaktorów więcej niż partyjne oceny. Z Rembekiem przyjaźnił się zarówno pierwszy redaktor pisma - Leszek Szymański, jak i drugi "naczelny" - Stanisław Grochowiak.
Pod określanym jako "czasowe" kierownictwem Grochowiaka "Współczesność" stała się pismem poważniejszym lub "bardziej dojrzałym", by użyć określenia używanego przez jej krytyków. Przybyło w nim felietonów, z których jako jeden z ciekawszych należy wymienić artykuły "Chochoła". Publikujący pod tym pseudonimem A. J. Wieczorkowski pisał m.in.: "Podział na literaturę młodą i starą jest nieco denerwujący, ale niestety zakorzenił się już w umysłach (...) młodych, w okresie szkółek niedzielnych, jakimi były tzw. Koła Młodych. Stare byki, żonate, dzieciate udawały żółtodziobów, aby nikt ich broń Boże nie traktował na serio i nie odebrał młodzieżowego stypendium".
Abstrahując od faktu, że założyciele "Współczesności" w czasach "Koła Młodych" nie byli "starymi bykami, żonatymi i dzieciatymi", to treść felietonu świadczyła o dystansie, jaki dzielił obecny zespół twórców pisma od spraw, którymi żyli jego założyciele. W ciągu dwóch lat "Współczesność" stała się pismem zatrudniającym sprawnych ludzi pióra, porządnie redagowanym i poruszającym problemy nie tylko "młodej literatury".
O tym, że do kierownictwa pisma dochodziły jakieś sygnały "zza sceny", świadczył artykuł Stanisława Grochowiaka pt. "Karabela zostanie na strychu", zamieszczony w n-rze 4/35 z 16.02.1959 r. Artykuł miał być zaproszeniem do dyskusji na temat pokolenia pisarzy, współpracujących ze "Współczesnością" czy nawet pokolenia "w ogóle".
Nie tylko tytuł tekstu, ale także kilka jego sformułowań wzbudziło protesty wśród członków zespołu i współpracowników pisma. Oto parę cytatów z tego artykułu: "Istniał u nas w świadomości starszych bardzo konkretny polski wzorzec młodości. Wzorzec młodości powstańczej, konspiratorskiej i ułańczej. Wzorzec młodości egzaltowanej. Zgodnie z dalekim echem ' Ody do młodości' młody człowiek winien myśleć przede wszystkim sercem, by mógł zostać spożytkowany jako 'kamienie na szaniec' . Częstokroć dochodziło do tego, że szaniec raptownie się zmieniał, a kamienie pozostawały te same". I dalej czytamy: "zapał i entuzjazm to duża rzecz, ale sam zapał i sam entuzjazm to rzecz ryzykowna. Rozumiem jednak, że w pewnych sytuacjach historycznych, zwłaszcza w sytuacji historycznej polskiego partykularza, taka postawa może mieć swoje dobre strony".
Artykuł wywołał serię protestów. Grochowiak chciał powiedzieć, że pokolenie urodzone w latach 1930–35 nie jest skłonne do wywoływania powstań czy nawet ogłaszania gwałtownych protestów. Wypowiedzi innych osób z redakcji były celowo mętne, ale też negatywne. W artykule pt. "Sztuka wyboru", piszący często dla "Współczesności" autorzy: Jerzy Czajkowski, Bronisław Gołębiowski, Eugeniusz Kabatc, Aleksander Minkowski i Jerzy Siewierski stwierdzili: "Wolno Grochowiakowi myśleć tak jak myśli, gdyż w jego myśleniu zdaniem naszym, błędu zasadniczego nie ma. Ale wolno nam też zakwestionować szerokość tego myślenia, wolno nam uznać, że jest to myślenie bierne, uległe wobec zastanej rzeczywistości (...). Nasze ambicje są nieco większe (...). Jest w nich cholerna ciekawość, co to jest ta wielka budowa, skąd się biorą niemałe przecież wyrzeczenia narodu (...). A więc literatura zaangażowana społecznie? Owszem, taka jest najogólniejsza, stereotypowa charakterystyka tej tendencji". Po opublikowaniu tego artykułu, pracujący dotąd w redakcji Jerzy Czajkowski i Jerzy Siewierski odeszli z grupy, wydającej "Współczesność".
Wokół artykułu wybuchła bitwa publicystyczna, w której bronią były aluzje do przekonań politycznych uczestników i w pierwszym rzędzie pisarza, który ten spór wywołał. Dyskusja nie tylko nie spełniła w środowisku roli, jakiej się po niej spodziewał Stanisław Grochowiak, ale i mocno podkopała jego własną pozycję.
W swoich wypowiedziach publicystycznych Grochowiak był przez ludzi związanych z partią traktowany jako ktoś, kto przyszedł z obcego dla nich środowiska. W artykułach jego autorstwa brakowało zwrotów, używanych powszechnie przez publicystów partyjnych. Poza tym w chwili, kiedy odchodził z PAX-u, miał już opinię pisarza katolickiego. Zawdzięczał ją wydanej w PAX-ie powieści pt. "Plebania z magnoliami"...
Praca w redakcji po objęciu kierownictwa przez Stanisława Grochowiaka układała się dobrze. Raz na dwa tygodnie odbywało się zebranie członków zespołu, na którym omawiano wydany wcześniej numer i w ogólnych zarysach ustalano, co będzie w następnym. Niżej podpisanemu trochę przeszkadzała skłonność Grochowiaka do alkoholu, która sprawiała, że nie zawsze rano był zdolny do pracy. Jeśli był bardzo potrzebny w redakcji, sekretarz redakcji jechał do jego domu samochodem wydawnictwa i po dłuższym budzeniu zabierał go do biura. W pracy Grochowiak prawie nigdy nie pił. Jeżeli wychodził z kolegami np. do restauracji, to już tego dnia do biura nie wracał.
Grono współpracowników pisma stale się powiększało. Kilka reportaży i opowiadań wydrukował już wcześniej zauważony przez czytelników i krytyków pisarz Janusz Krasiński (nr 31/21 opowiadanie pt. "Kordonek", nr 3/34 reportaż "Przerwany rejs białej Marianny", nr 17/49 - fragment powieści "Haracz szarego dnia".
W nr. 3/34 pisma opowiadanie pt. "Wesele w Harkabuzie" opublikował Bogdan Wojdowski. W następnym numerze pojawiło się opowiadanie Włodzimierza Odojewskiego pt. "Luminal". W tych samych numerach czytelnicy mogli znaleźć opowiadanie Jana Himilsbacha "Pogrzeb" i Marka Nowakowskiego "Chłop, który zmarniał". W tym samym roku ukazały się opowiadania: Henryka Grynberga pt. "Ekipa Antygona" i Kazimierza Orłosia pt. "Gruby". Krytykę literacką poza już wcześniej często publikującym Janem Zbigniewem Słojewskim reprezentowali: Konrad Eberhardt, Andrzej Dołęgowski, Mieczysław Sroka (art. o Stanisławie Brzozowskim) i Zbigniew Pędziński. Nazwiska te, a także kilkanaście nazwisk publicystów i stała obecność w numerach wierszy znanych poetów, świadczą, że do "Współczesności" przyznawali się prawie wszyscy młodzi twórcy, publikujący w tym okresie.
Osobne miejsce w dziale publicystyki i reportażu zajęły, publikowane na pierwszej stronie pisma artykuły: Bohdana Drozdowskiego "Nasi londyńscy rówieśnicy" (nr 7/39 - o grupie Merkuriusza), Stanisława Brejdyganta "Młoda Moskwa" (nr 15/46 o teatrze "Sowremiennik") czy wywiad z Jerzym Broszkiewiczem na temat zjazdu pisarzy radzieckich.
Podsumowanie kilkumiesięcznej zawartości pisma nie jest możliwe bez stosowania dużych skrótów. Chciałbym jednak dodać jeszcze parę słów informacji o innych autorach. Należał do nich Ireneusz Iredyński z fragmentem prozy pt. "Mrowisko wieczorne", Wojciech Bieńko z opowiadaniem pt. "Miejsce trupiej głowy" czy Tadeusz Strumff z fragmentem reportażu pt. "Uo-aj-ni".
"Współczesność" stała się w tym okresie pismem ciekawym i znaczącym. Wspólne podejmowanie przez zespół jakichś tematów, jak np. dyskusji o polonistyce czy "temacie społecznym w literaturze", świadczyło, że zespół był zdolny mobilizować się do wykonywania określonych zadań. Czy ten wzrost znaczenia pisma i coraz większe zgranie się osób, wchodzących w skład zespołu nie przyczyniły się do zmian, jakie parę miesięcy później zostały wprowadzone we "Współczesności"? Moim zdaniem, zachowując wszelkie proporcje, można by zaryzykować twierdzenie, że obserwującym tę działalność działaczom KC PZPR "Współczesność" mogła nasuwać myśl o sprawie "Po prostu". A także, być może, brano pod uwagę fakt, że Szymański przy końcu 1959 roku drukował już artykuły na łamach paryskiej "Kultury".

Znów normalizacja

O tym, że gdzieś "na górze" nie zaprzestano myśleć o zmianach, świadczyło mianowanie w lipcu 1959 roku Grochowiaka naczelnym redaktorem i dokooptowanie na stanowisko zastępcy naczelnego Bohdana Drozdowskiego. O tym, że sprawy personalne nie są do końca załatwione, świadczył jednak fakt, że były "zastępca redaktora naczelnego" Józef Lenart, pomimo iż był skreślony z listy członków zespołu i nie pisał do "Współczesności", dalej pobierał pensję z kasy wydawnictwa. Pod koniec roku 1959, gdzieś z dala od biura redakcji i biura wydawnictwa, toczyły się rozmowy na temat dalszych losów "Współczesności". Wydaje się, że coś na ten temat wiedział Drozdowski. Przychodził do biura zdenerwowany i zachowywał się tak, jakby miał już objąć kierownictwo pisma. Pewnego razu powiedział do niżej podpisanego: "Ja nie dam się wam tak wygryźć jak Lenart! ". Świadczyło to, że spodziewał się objąć stanowisko naczelnego redaktora po Stanisławie Grochowiaku.
W styczniu 1960 roku jedenaście osób z redakcji otrzymało wypowiedzenia z pracy. Odbyło się to bez uprzedzenia czy postawienia jakichkolwiek zarzutów. Z dawnego składu redakcji pozostali tylko w zespole: Bohdan Drozdowski (zast. nacz. red.), Stanisław Grochowiak (zast. red. nacz.), Mirosław Malcharek, Tadeusz Strumff (sekr. red.) i Władysław Lech Terlecki. Niżej podpisanemu udało się dostać pracę w innej redakcji. Zawdzięczał to dobrym stosunkom z dyrektorem wydawnictwa. Innym członkom zespołu żadnych nowych zajęć nie zaproponowano.
Następnym naczelnym redaktorem "Współczesności" został Witold Dąbrowski, poeta, współpracujący blisko z STS-em. Lenart został naczelnym redaktorem dopiero w 1966 roku. W 1971 roku "Współczesność" zlikwidowano.






Nasza mała destabilizacja cz. 1 - Andrzej Chąciński