Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

TADEUSZ KLIMOWICZ

Pożar serca - 3

16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach

2005

 

(...)

 

 

Wreszcie jestem z Tobą

BORIS PASTERNAK

 

OSOBY

Boris Pasternak (1890-1960) - poeta, prozaik; laureat Nagrody Nobla (1958).

Jewgienija Lourie [Łurje] (1898-1965) - malarka; pierwsza żona (1922-1931) Borisa Pasternaka.

Jewgienij Pasternak (1923) - kandydat nauk technicznych; syn Borisa i Jewgienii Pasternaków. Żyje wspomnieniami, czy raczej żyje z wyprzedaży wspomnień o ojcu i jego żonach.

Zinaida Neuhaus (1897-1966) - Housewife; jej biblią była Kuchnia polska; druga żona (1933-1960) Borisa Pasternaka. Jej pierwszym mężem (1919-1931) był wybitny pianista Gienrich (Harry) Neuhaus (1888-1964).

Leonid Pasternak (1938-1976) - fizyk; syn Borisa i Zinaidy Pasternaków. Gazeta "Wieczerniaja Moskwa" poinformowała na początku 1938 roku, że matką pierwszego dziecka urodzonego w stolicy 1 stycznia była "obywatelka Pasternak". Zmarł na zawał serca w wieku 38 lat, jak tytułowy bohater powieści jego ojca. Obaj zmarli w podobnych okolicznościach: Jurija Żywago atak serca dopadł w tramwaju, Leonid zatrzymał samochód na czerwonym świetle i już nie ruszył. To się nazywa mistyka.

Ida Wysocka (1890-1976) - pierwsza miłość Borisa Pasternaka.

Olga Freidenberg (1890-1955) - kuzynka Borisa Pasternaka (jej matka - Anna i jego ojciec - Leonid byli rodzeństwem).

Jelena Winograd (1896-1987) - panna przez chwilę obłędnie zakochana w Borisie Pasternaku.

Olga Iwińska (1912-1995) - tłumaczka, redaktorka; muza Borisa Pasternaka.

 

Drżą ręce starej kobiety. Dymi papieros leżący na brzegu popielniczki. Jeszcze jedna die alte Muse. Uśmiercona przez Pasternaka w Doktorze Żywago ("Pewnego dnia Larysa Fiodorowna wyszła z domu i więcej nie wróciła. Widocznie aresztowano ją na ulicy i umarła albo zaginęła bez wieści, zapomniana pod jakimś bezimiennym numerem w zaginionym później rejestrze, w jednym z niezliczonych ogólnych lub kobiecych obozów koncentracyjnych Północy"). Lara (Olga Iwińska) przeżyła swego stwórcę i wszystkie swoje rywalki, by teraz zatriumfować przed kamerą i wskrzesić beznamiętnym głosem osiemdziesięciolatki może najpiękniejsze radzieckie love story: "Spotkanie z nim całkowicie odmieniło moje życie", "Potem wybuchła, nie wiem jak to określić, orgia uczuć", "Już wkrótce nie mógł beze mnie żyć. A ja nie mogłam żyć bez niego", "Trudno mu było opuścić żonę", "Jako kobieta cierpiałam", "To były piękne, a zarazem straszne czasy", "To była po prostu miłość", "Boris Leonidowicz nigdy nie był stary", "Doskonale pamiętam naszą pierwszą noc", "Wtedy powiedział: «Nie możemy się rozstać. Nigdy się nie rozstaniemy»", "Nie chcę wnikać w intymne szczegóły, ale muszę powiedzieć, że gdyby wtedy nie okazał się tak bezgranicznie męski, to pewnie wszystko by się skończyło, ale był po prostu wspaniały. Był władcą, który panuje zarówno nad sobą, jak i nade mną. Był cudowny", "Byłam dla niego jedynym oparciem". Na początku była jednak muzyka, na początku była filozofia. Na początku była poezja i była córka handlarza herbatą Ida Wysocka, którą Boris Pasternak znał od dziecka. W autobiograficznym Liście żelaznym wyznał: "O swoim uczuciu do W-j, już nie nowym, wiedziałem mając czternaście lat". Kilkuletnie rozstanie - po ukończeniu gimnazjum Idę wysłano na dalszą naukę do Anglii - spędził na egzaltowanych marzeniach o wielkiej miłości, żarliwym idealizowaniu nieobecnej i błokowsko-mistycznym oczekiwaniu na jej powrót. "Moja kochana Ido! - tłumaczył się zakochany paź wiosną 1910 roku (zachowały się jedynie brudnopisy listów) - Przecież nic się nie zmieniło z tego powodu, że nie ożywiałem Twojego imienia przez miesiąc". Gdy więc latem 1912 roku spotkali się w pół drogi między Anglią a Rosją - w Marburgu, gdzie Pasternak wówczas studiował - to on w akcie hołdu poprosił ją o rękę, a ona z ostentacyjnym chłodem, ze starannie wypracowaną królewską niedbałością jego oświadczyny odrzuciła. To boli. Jeszcze cztery lata później, w liście z połowy maja do ojca, Boris rozdrapywał wciąż niezabliźnione rany: "W Twojej rodzinie, tato, mogli Bóg wie jak odnosić się do miłości; te nienaturalne skłonności purystyczne są ciekawe i oryginalne, ale porządku świata nie zmienią, ona istnieje na świecie i istnieje tak, jak ma ochotę istnieć. Chciałbym Ci opowiedzieć, jak pewnego razu w Marburgu z całą [...] władczą naturalnością pierwszego uczucia przebudziła się we mnie [...] - tu nie było trywialnych słów i wyznań, i to było instynktowne, nagłe i lakoniczne, jak zdrowie i choroba, jak narodziny i śmierć. [...]. I kiedy ona, odrzucając mnie, przywołała «podobne» zdarzenia [...] - na wieki obraziła nie tylko mnie, ale też siebie i całe swoje życie, i całą swoją przeszłość [...]. Chciałbym o tym wszystkim Tobie opowiedzieć. [...]. Oto, kto okaleczył moją zdolność do kochania". Ten list zapowiada wszystkie następne, które złożą się - jak u Mariny Cwietajewej - na dziennik egotycznego twórcy uwikłanego w życie, zadręczającego siebie (ale jeszcze bardziej adresata) roztrząsaniem tajemnic Wszechświata.

Ida Wysocka, jak Maryla Wereszczakówna, skazując ślepo jej oddanego mężczyznę na cierpienia, uczyniła z niego artystę. A sama wyszła za mąż za innego. "W Paryżu - pisze Nina Bierbierowa - kiedy ją znałam, była już zamężna. Siostry - nie wiedzieć czemu - nazywano obcesowo Bebka i Reszka. Reszka była starsza, bardzo szczupła, ruda, piegowata". A ta młodsza, Bebka (Lena), była przez wiele lat nieszczęśliwie zakochana w poecie. I tylko on się nie domyślał. Na szczęście. Bo usłyszałby "tak" i literatura rosyjska zostałaby zubożona o kilkadziesiąt liryków i o Jurija Żywago, i o Larę. I o jednego Nobla, oczywiście.

Ale Pasternak nic nie wiedział o miłości Bebki i odrzucony przez Reszke żył już następnym wielkim uczuciem - do Olgi Freidenberg. I tym razem się pomylił, i tym razem źle ocenił temperaturę serca swojej wybranki, która jeszcze po latach pamiętała: "Robiło mi się duszno od jego listów i wyznań". Pozostali więc - wiem, że brzmi to jak kwestia z tandetnego melodramatu - przyjaciółmi prowadzącymi trwającą kilkadziesiąt lat korespondencję.

Po Idzie i Oldze nadszedł czas na debiutancki tomik Życie - moja siostra. Lato 1917 roku i spalanie się dla Jeleny. Dla już naznaczonej piętnem cierpienia panny Winograd (straciła właśnie na froncie narzeczonego - Siergieja Listopada, syna Lwa Szestowa) świat pod jego wpływem poetycko zawirował i zatracił swoje wymiary. Przerażona pisała do niego pod koniec sierpnia 1917 roku, że znalazła się na granicy oddzielającej rozpacz od śmierci. Uciekając więc przed obłędem, dla pewności wyszła za mąż (1918) za Aleksandra Dorodnowa, właściciela manufaktury pod Jarosławcem.

Jewgienij Pasternak, syn poety z pierwszego małżeństwa, wymienia jeszcze dwie inne wczesne ("przedmałżeńskie") miłości ojca: Nadieżdę Siniakową i Fanny Zbarską. Ten ostatni związek nazwał syn-biograf "dziwnym epizodem romantycznym", ponieważ mąż Fanny - znacznie od niej starszy Boris Iliicz - był życzliwym świadkiem (a może nawet akuszerem) narodzin uczucia swego imiennika do żony, wyraźnie mu sprzyjał i chronił dwoje młodych ludzi przed ciekawskimi spojrzeniami. Jednak zaniepokojony tą sytuacją, daleką przecież od trójkątowej trywialności (tej zresztą też by nie zaakceptował), poeta "zdołał się opanować i przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjechał".

Latem 1921 roku poznał Jewgieniję Lourie, studentkę WCHUTEMAS-u (Wysszyje chudożestwienno-tiechniczeskije mastierskije / Wyższe Pracownie Artystyczno-Techniczne) i kilka miesięcy później, 22 grudnia, już wiedział: "[...] Jestem [...] Tobą wypełniony i jestem chory na Ciebie", a ona tego samego dnia też już mogła napisać: "Borińka kochany". W jego następnym liście - z 23 grudnia, bo zakochani poeci (i zakochani artyści, i zakochani fryzjerzy, i zakochani urzędnicy) uczą się codziennie języka miłości - znalazło się wyznanie, na które czekała: "Żeniczko, duszo i radości moja, i moja przyszłości". Miała w sobie dość szaleństwa, by zwalczyć pokusę spędzenia życia z kimś bardziej przewidywalnym.

Ślub odbył się 24 stycznia (według innych danych: w końcu lutego) 1922 roku.

W połowie sierpnia Pasternakowie wyjechali do Berlina, gdzie mieszkali wówczas rodzice poety. Jewgienija i Boris spędzili tam siedem miesięcy. Już ostatnich, które udało im się uchronić przed zabójczą prozą życia. "Staraliśmy się zrozumieć - czytamy we wspomnieniach Jewgienii Kuniny - ją i jej miejsce w życiu jego rodziny. Stało się dla nas jasne, że ona niedocenia znaczenia - lub ważności - jego jako poety, jego wyjątkowej osobowości [...]. Małżeństwo jedynie dodało mu trosk i odpowiedzialności, zwłaszcza po urodzeniu się syna. Prawdopodobnie kłopoty domowe jednak spadły na młodą gospodynię, jak na każdą na jej miejscu. Lecz ona była artystką! Utalentowaną portrecistką. I wcale jej się nie uśmiechało złożyć w ofierze swoje powołanie [...]. Nie można tu potępiać! Powołanie przemówiło silniej niż miłość, niż poczucie obowiązku; nie było zrozumienia nieporównywalności ich talentów. W ten sposób te dwa talenty nie stały się jednością. Oboje byli ludźmi sztuki. Oboje potrzebowali troskliwości i uwolnienia od trosk życiowych. I oboje cierpieli".

Po urodzeniu syna pani Pasternak zapadła na zdrowiu. Lekarze nie mieli żadnych wątpliwości, że cierpi ona na rozstrój nerwowy i zalecili dla odzyskania równowagi ducha sanatoryjną ciszę. Odtąd Jewgienija jest coraz częściej poza domem (to eufemizm, należałoby napisać: poza kommunałką) - w kolejnym sanatorium, w jakimś pensjonacie, na czyjejś daczy, na jeszcze jednej "czarodziejskiej górze" - a pochłoniętemu walką o ogień Borisowi pozostaje lektura jej listów, z których mógł się dowiedzieć, iż żona dba o siebie i ma się coraz lepiej. "Dzisiejsze menu: - pisała 13 maja słodkiego, niewinnego 1924 roku, kiedy wciąż jeszcze uważano obfite i regularne odżywianie się za najlepsze lekarstwo na Weltschmerz - rano gorące racuszki na kwaśnym mleku, jajka, kawa, o drugiej - ryba, ziemniaki, racuchy z jabłkami, kakao, obiad - zupa rybna, kotlety z makaronem, kisiel, na kolację się nie doczekałam, położę się teraz spać" (Pełen podziwu dla "mamusi", mamoczki, Jewgienij dodał w komentarzu, że mimo to nigdy nie przytyła). A w odpowiedzi Boris wysyła list (20-21 maja 1924), którego fragment zasługuje na przytoczenie w oryginale: "U nas stojat chołoda, u mienia konczilis' dien'gi" ("U nas utrzymują się chłody, [i dalej aż się prosi o rusycyzm: u mnie] skończyły mi się pieniądze"). Te słowa padły w chwili słabości, ponieważ tak naprawdę, to poeta nie liczył się z wydatkami na kurację żony i nie wyliczał jej każdej kopiejki i każdej kalorii, ale wciąż jeszcze (jak przed trzema laty) liczył na jej miłość. Nie o pogodzie i nie o pieniądzach są więc te najważniejsze dla niego listy: "Miła, miła siostro moja, aniele i rusałeczko, jestem cały przesiąknięty Tobą, zamiast krwi płoniesz i krążysz we mnie [...]. Piękności Ty moja, dlaczego wciąż jesteś taka chudziutka! [...]. Smutku Ty mój i piękności moja, prędzej-prędzej chcę Ci powiedzieć, że gorąco kocham i zawsze Ciebie kochałem [...]" (27 maja 1924) "Czy pamiętasz noc w Srebrnym Borze [Sieriebrianom Borie] u Budancewów, na podłodze. Czy pamiętasz inną, po długim dniu, kiedy cała byłaś jak dzika róża na skwerze, okno wdychało Ciebie, różową, przeźroczystą, nieruchomo poruszającą się na granicy utraty przytomności, słodką, złotą. O, Boże! Czy pamiętasz?" (20 czerwca 1924) "Jak łatwo się oburzasz i stronisz. I jak rzadko, i z jakim trudem dajesz" (27 czerwca 1924).

Miłość już dawno zatraciła dla Borisa swój mistyczno-metafizyczny charakter - teraz zatraca się on w jej zmysłowości, fizyczności, sensualizmie. Zamiast duchowości - pociąga go cielesność; zamiast platonicznej wieloznaczności - erotyczna dosłowność. W jego stosunku do Jewgienii pojawia się element - jak może zbyt prostolinijnie określa to syn - czegoś "chorobliwego", "niezdrowego" (bolezniennogo). Otóż spędzając długie, samotne tygodnie w Moskwie, Pasternak ulegał niekiedy pokusom czyhającym na młodego mężczyznę w wielkim mieście i natychmiast spieszył o tym donieść żonie. Jej reakcje były łatwe do przewidzenia, ale mimo to Boris uporczywie, z konsekwencją godną wielkiego eksperymentatora (a może po prostu z patologiczną konsekwencją) wywoływał stany zazdrości. Czerpiąc z tego, jak należy sądzić, pewien szczególny rodzaj satysfakcji i przyjemności.

Jewgienija przystała na tę grę, ponieważ mężowi nie mogła wybaczyć tylko jednej zdrady (nigdy zresztą przez niego niepopełnionej) i przywoływania imienia kobiety oddalonej o lata świetlne od Rosji Radzieckiej. "Bądź, na Boga, ostrożny - pisała do Borisa 25 czerwca 1924 roku -Twoje listy są dla mnie jak dotąd książką. Nie wiem, czy zrozumiesz, co chcę przez to powiedzieć. Pamiętasz, jak mówiłeś mi o listach i wierszach Cwietajewej, że są one napisane przez poetę i że jest to danina złożona temperamentowi poetyckiemu, a nie realnemu uczuciu. [...]. Nie będę ukrywać, nawet mimochodem rzucone imię «Cwietajewa», «Marina» drapią po sercu, ponieważ z nimi wiążą się gorzkie wspomnienia i łzy".

Kryzys na dobre zagościł w małżeństwie poety. W połowie roku 1926 Jewgienija Władimirowna opuściła męża i wraz z synem wyjechała do Niemiec. Znajomym powtarzano, że jest chora na gruźlicę i że chce się leczyć w tamtejszych kurortach, ale ważniejszy był inny powód. "[...] Wyjechała wtedy do Berlina - pisze Jewgienij Pasternak - z zamiarem wyrwania się z okowów życia rodzinnego i zajęcia się tylko pracą". Początkowo niechętnie odpowiadała na listy Borisa, ale jednak w październiku podjęła decyzję o powrocie. Rodzinna legenda głosi, iż wróciła w dobrej kondycji psychicznej, "[...] z mocnym postanowieniem podporządkowania życia w domu jego [męża - T K.] potrzebom, stworzenia niezbędnego ciepła domowego i w miarę możliwości wygodnego, uporządkowanego wspólnego życia". Może. Jednak nie chciała i nie mogła zrezygnować z poszukiwań własnego miejsca w sztuce, ważniejsze było dla niej zrealizowanie się w malarstwie (kontynuuje studia, wiele czasu poświęca pracy dyplomowej) niż w żonostwie. Przyszłości tego związku źle też wróżyły depresja, w jaką wpadła Jewgienija po śmierci matki, oraz ówczesne próby Borisa uniezależnienia się od systemu, co miało istotny wpływ na ich sytuację materialną (wydawnictwa niechętnie podpisywały nowe umowy, za karę nie przyznano mieszkania w domu zbudowanym dla pisarzy, odmawiano wydania paszportów). Któregoś dnia jedno z nich pierwsze musiało wypowiedzieć słowo: rozwód. To było nieuchronne, bo, pomijając wszystko inne, rok 1926 upływał dla Pasternaków pod znakiem Cwietajewej - on kochał Marinę, ona o Marinę była zazdrosna. A Marina była już zakochana w Rainerze. Jego listy wysyłane do Paryża były ciężkie od wyznań: "Wreszcie jestem z Tobą. [...]. Kocham Ciebie tak mocno, całym sobą, że staję się rzeczą w tym uczuciu [...]" i dalej o żonie: "[...] W scenach głośna rola należy do niej, ja ustępuję, poświęcam się; udaję (!!), jakże ona librettowo czuje i mówi" (25 marca 1926); "Zadam teraz Tobie pytanie, bez jakichkolwiek objaśnień ze swojej strony [...]. Czy mam jechać do Ciebie teraz, czy za rok? [...]. Mam cel w życiu i Ty jesteś tym celem. [...] Wiesz, jak Ciebie kocham [,..]" (20 kwietnia 1926); "Mam do Ciebie prośbę. Nie rozczaruj się do mnie przed czasem. Ta prośba nie jest bezmyślna, ponieważ sprawdziwszy w myśli słuchem słowa: «rozczaruj się do mnie», zrozumiałem, że kiedy na nie zasłużę, zdołam je wymówić. A do tego czasu nie odwracaj się, choćby nie wiem co zaczęło Ci się wydawać. I jeszcze jedno. [...]. Pozwól mi tylko wierzyć, że oddycham jednym z Tobą powietrzem, i kochać to wspólne powietrze" (23 maja 1926); "Boję się lata w mieście - zaduchu, kurzu, bezsenności, przypływów obcej, ale zaraźliwej nikczemności; idei piekła (bezkształtnego cierpienia). [...]. Boję się zakochać, boję się wolności. Teraz mi nie wolno" (5 czerwca 1926).

W tym samym czasie podobnie ciężkie listy przynosili berlińscy i monachijscy listonosze do Jewgienii. Wyraźnie poirytowana (w kąciku porad sercowych jakiegoś popularnego kolorowego tygodnika dla pań pisano by o kobiecej intuicji) odezwała się z Monachium 26 lipca 1926 roku: "Przeczytałam wszystkie Twoje listy. Płaczę. Nikczemność - oto odpowiedź. Egoizm - nieznający jakichkolwiek granic. Pamiętasz tylko to, co czujesz i mówisz, nie słyszysz odpowiedzi i zapominasz, i przekręcasz fakty. [...]. Fizjologicznie, do odruchu wymiotnego, nie mogę sobie wyobrazić, że dwa listy z jednakowo wypowiedzianym imieniem tego samego człowieka będą kursować po tej samej trasie i z powrotem z podzieloną i na części rozdaną duszą i losem". Co ciekawe, podobnie zareagowała Cwietajewa (w kąciku porad sercowych...), która wyznania epistolarnego kochanka potraktowała bardzo chłodno. Stwierdziła, że już ma dość jego zwierzeń, skoro zapewne takie same śle do Niemiec, do żony. Ten list do Pasternaka wprawdzie się nie zachował, ale jego treść przytoczyła poetka Rilkemu (nawiasem mówiąc, kopie listów wiedeńczyka wysyłała Borisowi): "Drogi Rainerze, Boris więcej do mnie nie pisze. W ostatnim liście pisał: wszystko we mnie, oprócz woli, nazywa się Tobą i do Ciebie należy. Wolą nazywa swoją żonę i syna, którzy są teraz za granicą. Kiedy dowiedziałam się o tej jego drugiej zagranicy, napisałam: dwa listy z zagranicy - dość. Dwóch zagranic nie ma. Jest to, co w granicach i to, co poza nimi. Ja jestem za granicą! Jam jest i z nikim się nie dzielę. Niech żona pisze do niego, a on do niej. Spać z nią i pisać do mnie - tak, pisać do niej i pisać do mnie, dwie koperty, dwa adresy [...] - tym samym charakterem pisma, uczynić nas siostrami... Być mu bratem - tak, jej siostrą - nie. Taka już jestem, Rainerze [...]".

Niezrażony niewdzięcznością obu pań, Pasternak pisze najpierw do żony (29 lipca 1926): "Nie wystawiam na próbę Twojego uczucia, wywołując zazdrość. Jestem teraz zupełnie sam. Marina poprosiła, bym przestał pisać do niej po tym, jak się okazało, że piszę o Tobie i o swoim uczuciu do Ciebie. [...]. Jakobym napisał do niej, że kocham Ciebie najbardziej na świecie. Nie wiem, jak to wyszło", a dwa dni później do Cwietajewej: "Uspokój się, moja bezgranicznie kochana, kocham Cię do szaleństwa [...]".

Jednak 11 sierpnia Boris nieoczekiwanie - może nawet dla samego siebie - informuje żonę, że bardzo ją ceni, że ceni jej przyjaźń, ale nie wzywa jej do powrotu, ponieważ oswoił się już z myślą o rozwodzie ("Kocham Cię, ale nie jestem z Tobą i nie będę"). 16 sierpnia Jewgienija równie spokojnie oświadcza, iż zrobi wszystko, aby już nigdy się z nim nie spotkać. Pogodzony z myślą o rozstaniu poeta wskrzesza romans z Olgą Freidenberg ("[...] ciągnęło go do mnie"), a powodowana urażoną ambicją pani Pasternak - wyraźnie źle czująca się w roli kobiety porzuconej - rozpoczyna grę o męża. W kolejnym liście, napisanym zaledwie sześć dni później (22 sierpnia 1926), zwierza się, iż niedawno pewien mężczyzna poznany w Possenhofen zaofiarował jej "[...] swoje życie, bogactwo, możliwość pracy, Paryż - wszystko, co zechcę", ale ona to wszystko odrzuciła i chce wrócić do swego Boryska. Jewgienija chyba zbytnio nie koloryzowała i nie była chyba mitomanką. Opisana przez nią historia wydarzyła się naprawdę - odrzuciła konkury dyrektora jednego z banków monachijskich Paula Feuchtwangera, skądinąd brata znanego pisarza.

Pozornie wygrała. Do rozwodu jeszcze wtedy nie doszło, ale nie mieli już sobie nic do powiedzenia, ponieważ "każde z nich było artystą i po artystycznemu egoistyczne". I jeśli w jakimś liście zaplątało się "Kocham Cię" (tu: on do niej 17 września 1929), to wyłącznie jako mocno wyświechtana formułka grzecznościowa czy rytualne zaklęcie, w którego moc już nikt nie wierzy. Poza tym wszystko przebiegało według tradycyjnego w takich sytuacjach, budzącego zażenowanie scenariusza: Boris Leonidowicz wypłakiwał się przed krewnymi i znajomymi (pisał do kuzynki: "[...] W ciągu lat życia z nią wytworzyła się nienaturalna, smutna troskliwość, często sprzeczna ze wszystkimi moimi przekonaniami i oburzająca mnie wewnętrznie, gdyż nigdy nie widziałem człowieka wychowanego w takim głupim, po dziecinnemu bezczynnym, oślepiającym egoizmie, jak ona"), a Jewgienija Władimirowna składała skargi do władz partii.

Lato 1930 roku spędził Pasternak z Jewgieniją i siedmioletnim Jewgienijem w towarzystwie wybitnego pianisty Gienricha Neuhausa i jego żony. "[...] Zinaida Nikołajewna - jak pisze Jelizawieta Czerniak - była bardzo ładna. Wysoka, zgrabna, jaskrawa brunetka. Uroczy, wydłużony owal twarzy, matowa cera, ogromne, błyszczące, ciemnopiwne oczy. Taką ją pamiętam we wczesnej młodości [...]. W tym czasie, tj. w 1931 roku, była tęższa, owal twarzy nieco rozlewny, lecz jeszcze bardzo ładna". Poeta zakochał się w poznanej pod koniec 1928 roku Zinaidzie i o swoim uczuciu natychmiast lojalnie powiadomił męża (dzięki temu mógł sobie później pozwolić na niebanalną korespondencję: "Drodzy moi przyjaciele, Gienrichu Gustawowiczu i Zinaido Nikołajewno! Proszę, zadzwońcie do mnie jak najszybciej i poinformujcie, jak zdrowie Zinaidy Nikołajewny. [...]. Wasz B."; list z 29 listopada 1930), a w styczniu 1931 roku odszedł od Jewgienii i zamieszkał u znanego pisarza Borisa Pilniaka. Teraz pisał już listy do swojej nowej, wielkiej; nie - do swojej nowej, bardzo dużej miłości: "Strasznie Cię kocham" (15 stycznia 1931); "Kochana moja, zadziwiająca, niezrównana, wielka, wielka. [...]. Za godzinę pójdę do Żeni i spędzę u niej część dnia [...]. Z tego zacznie się nasze pożegnanie. Nie wiedziałem, że będzie to takie proste. [...]. Nie wiedziałem, że przed rozstaniem z nią [...] - będę Tobą przepełniony [...]" (30 kwietnia 1931).

5 maja 1931 roku Jewgienija z synem wyjechała do Niemiec (a w ślad za nią podążyły napisane dziesięć dni później słowa: "Kocham Zinę i nie przestanę jej kochać"), a on kontynuował swój seans korespondencyjnej hipnozy lirycznej. Doktor Boris Leonidowicz (jeszcze nie Jurij Żywago) wprowadzał swoją nową pacjentkę w stan transu niebanalnym: "Aniele mój [...]" (początek maja 1931) albo: "Miłe życie moje, Ty jesteś moim życiem [...]", "Miła, biała miłko Ty moja, bezdennie czysta, skromna, pokorna, równa, godna, porywająca, cicha, cicha, cicha - złota moja!", "Jesteśmy w zadziwiający sposób przeznaczeni dla siebie [...]" (28 maja 1931). I jeszcze dla pewności, by śpiąca zbyt wcześnie się nie obudziła i by jej serce biło w rytmie jego wyznań, dodawał: "Wiem też, że tak, jak kocham Ciebie, nie tylko nigdy nikogo nie kochałem, ale wręcz niczego więcej kochać nie mogłem i nie byłem w stanie [...]" (koniec czerwca 1931).

W lipcu 1931 roku Pasternak wyjechał ze swoją śpiącą królewną do Gruzji. Tak zaczęło się ich wspólne życie.

Na początku listopada przypomniała o sobie Jewgienija, dla której nie mimozami, lecz melancholiami, nerwicami, depresjami i sanatoriami jesień się zaczęła. I rozpaczliwym szamotaniem się z życiem. Czuje się teraz kobietą porzuconą i zapomnianą. Nie. Rozbitkiem, którego Morze Miłości wyrzuciło na bezludną berlińską wyspę. Ale raz jeszcze, jak w 1926 roku, podejmuje walkę z nową rywalką. Pisze listy, w których odwołuje się do symboli i znaków, które adresatowi prawie już nic nie mówią: "Piszę ten list nocą. Bezsennych nocy nie zliczę - więc nie dziw się. [...]. Nie chcę włóczyć się po świecie, chcę do domu. Przez dziewięć lat przyzwyczaiłam się być razem i to jest silniejsze ode mnie. Chcę, żebyś odbudował rodzinę. Nie mogę sama wychowywać Żeni" (Berlin, 1 listopada 1931); "Wyjechałam z Moskwy, pamiętałam Twoje słowa - Ty z Żenieczką jesteście moją rodziną, nie założę innej, Zina nie wejdzie do mojego życia - ta radość - wiosna, z którą nie mogę teraz walczyć, i pamiętałam, jak chodziłeś ze mną ostatniego dnia ulicą, jak każdemu mówiłeś - to jest moja żona, jak gdyby życie nasze zaczynało się od nowa, włożyłeś obrączkę tego dnia" (koniec listopada, 1931). Jego odpowiedzi - bo on jest dobrze wychowany, bo nieobca mu kindersztuba, bo łatwo mu przychodzi wyznawanie miłości - pozostawiały cień nadziei i niepotrzebnie przedłużały agonię już wygasłego uczucia i już wypalonego związku: 7 i 16 listopada zapewniał, że wciąż ją kocha ("Droga Żeniuro, jest mi bardzo trudno pisać do Ciebie: stale o Tobie myślę i kocham"); w grudniu prosił o wybaczenie ("wybacz mi moją winę", "wybacz gorycz", "wybacz mi moją zbrodnię"), ponieważ akt "wybaczenia" pozwoli jej pogodzić się z obecnością Ziny w jego życiu. Jak na wytrawnego stylistę przystało jednym zdaniem opatrywał jeszcze niezabliźnione rany ("Odczuwam ból, ponieważ Ty go odczuwasz, a Ty jesteś cząstką mojego życia"), by kolejnym zadać nowe ("Kocham Zinę i nigdy nie marzyłem, żeby ktoś mnie tak pokochał, jak ona. Wybacz, nie chciałem poniżyć siły i czystości Twego uczucia, ja - nie porównuję").

Tę korespondencję przerwał dopiero Leonid Pasternak, który - w liście pisanym 18 grudnia z Berlina - obarczył syna winą za niechęć do "łagodzenia obustronnych cierpień" i pogorszenie stanu psychicznego żony. Szczególnie za złe miał nadużywanie słów "kocham" i "miłość" (adresatka nie miała więc przed teściem żadnych tajemnic), co u zrozpaczonej kobiety budziło tylko niepotrzebne nadzieje. Prosił też o opuszczenie mieszkania na Wołchynce (w którym Boris mieszkał wcześniej z żoną, a teraz z Zinaidą), aby mały Jewgienij mógł powrócić do dobrze znanych sobie miejsc. 22 grudnia Jewgienija Władimirowna wyjechała z synem do Rosji, a jeszcze tego samego dnia zadzwoniła do poety matka i powtórzyła prośbę swego męża. Jak pisze Jewgienij Pasternak, "tatuś we łzach obiecał, że oni się wyprowadzą". Najzabawniejsze (a może raczej najsmutniejsze) w tej całej historii jest to, że rodzice autora Listu żelaznego nie znali porewolucyjnych realiów rosyjskich, nie wiedzieli nic o straszliwych problemach mieszkaniowych i jako rozwiązanie tymczasowe zaproponowali synowi wynajęcie pokoju w hotelu. O liście i rozmowie telefonicznej dowiedziała się Zinaida i oświadczyła, że w tej sytuacji pozostaje jej tylko powrót do męża. Zareagował też Gienrich Neuhaus, który zarzucił kochankowi swojej żony, iż ją zaniedbuje i nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego standardu życia. Pasternak podjął najpierw groteskową próbę samobójstwa (wypijając - oczywiście w obecności ukochanej kobiety - znalezione gdzieś resztki jodyny), a następnie przyrzekł obojgu poprawę i "anioł" go nie opuścił. Aż do śmierci. Niestety.

Po rozwodzie przyszły noblista nieustannie się troszczył o nigdzie niepracującą eks-żonę. "Całe jej życie - pisze Jelizawieta Czerniak - było poświęcone synowi, którego ubóstwiała, kochała go miłością nie zawsze rozumną. Boris Leonidowicz przez całe życie odwiedzał ją, po przyjacielsku dzielił się z nią swymi sprawami i kłopotami, z czego Żenia była bardzo dumna. Tylko pewnego razu oburzyła się, kiedy Borys Leonidowicz przyszedł się jej radzić, czy będzie to mądrze, by mieć jeszcze jedno dziecko. Ale i tak wydało mi się, że w głębi duszy nawet wtedy była zadowolona. W sensie materialnym Boris Leonidowicz utrzymywał Żenię do końca swego życia, mimo że syn Żenia był już dorosły".

Po latach spędzonych wspólnie z zapatrzoną w siebie neurotyczką o artystycznych aspiracjach, Pasternak (jak Obłomow zapatrzony w łokcie Pszenicyny) poczuł się początkowo zafascynowany kobietą, której żywiołem była codzienna krzątanina. "Mieszkanie jest nie do poznania! - pisał oszołomiony do Olgi Freidenberg - Przez cztery dni Zina zdążyła wezwać szklarza i dostać szkło - wszystko pozostałe zrobiła sama, swoimi rękoma: założyła przesuwane zasłonki na sznurkach, na nowo obiła [...] dwa całkowicie nienadające się do użytku materace sprężynowe i z jednego zrobiła tapczan, sama wypastowała podłogę [...]". Na nowym tapczanie pojawiła się wkrótce nowa pościel zakupiona dzięki "konsumpcyjnej książeczce przemysłowej" należącej do Jewgienii. Życie na kartki zbliża ludzi, uczy tolerancji i, jak wynika z dziennika Kornieja Czukowskiego, 31 marca 1932 roku doszło przy jakiejś okazji do spotkania obu pań. Nie wiem tylko, o czym rozmawiały - o nowych tendencjach w malarstwie czy o kolejnych osiągnięciach tapicerstwa radzieckiego. A może po prostu plotkowały o mężczyźnie ich życia.

W takiej sielankowej (pozornie - poeta miał za sobą próbę samobójstwa) atmosferze 21 sierpnia 1933 roku odbyła się rejestracja ("O rus!... Horacy/ O Ruś!", tłum. A. Ważyk) związku małżeńskiego Borisa Pasternaka i Zinaidy Nikołajewny. "W urzędzie - wspominała po latach panna młoda (wiem, że nie jest to najszczęśliwsze określenie) - zapytano mnie, jakie nazwisko chcę nosić. Ze względu na dzieci chciałam pozostać przy nazwisku Neuhaus, ale Boris Leonidowicz wziął mnie na stronę i powiedział, że jest przesądny, że nie może się zgodzić i prosi, bym przyjęła nazwisko Pasternak. Musiałam wrócić i oznajmić, że zmieniłam zdanie".

Gdyby wierzyć pisanym przez niego po ślubie listom, to państwo Pasternakowie tworzyli najszczęśliwsze stadło w dziejach stalinowskiej Rosji. Ona wprawdzie już nie jest "aniołem", ale jest "droga": "Droga moja Laleczko [w oryginale: Laleczka - T. K.]! [...]. Mocno Cię całuję i ściskam [...]" (14 listopada 1933), "Droga Kiciu!" (17 listopada 1933), "Droga Zinusiu!" (16 sierpnia 1934).

W 1935 roku wysłano Pasternaka do Paryża na Międzynarodowy Kongres Pisarzy w Obronie Kultury, gdzie spotkał się z Mariną. Nie mieli już sobie nic do powiedzenia. Cwietajewa zapamiętała jedynie - opowiadała o tym później (1941) Emmie Gerstein - wspólną wyprawę do sklepu po sukienkę dla jego ukochanej żony. "Broniący kultury" poeta początkowo poprosił ją (czy pamiętał swoje: "Kocham Ciebie tak mocno, całym sobą...") o przymierzenie, ale po chwili zauważył bezcelowość całej operacji, ponieważ - tu słowom towarzyszył odpowiedni gest - "Zina ma taki biust!..."

Do kraju delegacja pisarzy wracała drogą morską. Już w podróży dopadły Borisa bezsenność i depresja, które nasiliły się w porcie docelowym - Leningradzie. Mimo to spotkał się tam z Anną Achmatową, by kolejny raz poprosić ją o rękę (oświadczał się jej podobno trzykrotnie) i usłyszeć tradycyjne: "Nie!"

Kolejne miesiące i lata upływały więc Pasternakowi pod znakiem "Lali" (np. w sierpniu 1935 roku dopytywał się: "Lalu, czy o mnie myślisz, znasz i kochasz mnie?"). Znajomi nie mieli też już żadnych złudzeń, że także - pod jej pantoflem: "Latem 1937 [...] dosyć często jeździliśmy do Moskwy; czasami bywaliśmy u znajomych na letniskach. Byliśmy i w Pieriediełkino, u Pasternaka. Powiedział: «Zina chyba piecze ciasto» i poszedł na dół, żeby się dowiedzieć, ale wrócił zasmucony - do Ziny nas nie dopuszczono... Kiedy po kilku latach, przyjechawszy z Taszkientu, zadzwoniłam do Pasternaka, powiedziała mi: «Tylko proszę nie przyjeżdżać do Pieriediełkina...» Od tej pory nie dzwoniłam więcej [...]" (Nadieżda Mandelsztam); "Teraz widzę, że ta nowa żona dla Pasternaka jest jeszcze ostrzejsza od poprzedniej. Również poprzednia to była niezłe ziółko: Boria był u niej na posyłki, stawiał samowar, a ta..." (Boris Pilniak).

Ale on wciąż ją kocha: w roku 1935 i w 1936, w roku 1937 i w 1938 (październik: "Stale o Tobie myślę i mocno Cię kocham"), w roku 1939 i w 1940 ("Marnieje w domu... - powiedziała 6 maja w rozmowie z Lidią Czukowską Anna Achmatowa - Własnych wierszy już nie pisze, ponieważ tłumaczy cudze - a nic przecież tak nie niszczy własnych wierszy, jak przekładanie cudzych. [...]. Ale dla Borisa Leonidowicza największym nieszczęściem jest co innego - jego dom. Śmiertelnie mi go żal... Zina całymi dniami rżnie w karty, Lonieczka jest zaniedbany. Wszyscy dookoła widzieli od początku, że ona jest brutalna i wulgarna, ale on tego nie widział, był w niej ślepo zakochany. Ponieważ nie było w niej absolutnie nic, czym można by się zachwycać, zachwycał się tym, że sama myje podłogi..."; a 31 sierpnia zdumiona poetka cytowała Pasternaka: "«Najpierw Zina wybierała się na Krym (starszy chłopiec ma kłopoty z płucami)... Potem dojrzały ogórki... Trzeba było zdobywać beczki... Wyparzać beczki». Słowo daję, że tak właśnie powiedział: wyparzać beczki"), w roku 1941 (21 lipca: "Niepomiernie kocham Cię i całuję"; 12 września: "Jeśli czegoś nie zrozumiesz w liście albo będziesz z czegoś niezadowolona, wiedz i pamiętaj o najważniejszym: że kocham Cię jak własne życie i chcę żyć z Tobą dobrze długo, długo") i w 1942 (29 listopada: "Jeszcze raz bez końca kocham Cię i całuję"). Warto jednak zauważyć, że w latach czterdziestych autor Doktora Żywago zaczyna artykułować swoje uczucia na nowym poziomie stylistycznym: "Droga moja mamusiu, złota, gorąca, piękna, już dziesięć lat, jak jesteśmy razem i kocham Cię najbardziej na świecie, Twoje oczy, Twoje usposobienie [...]" (17 sierpnia 1941), "Droga mamusiu, Jak ja Cię kocham" (27-28 sierpnia 1941), "Miła moja mamusiu! [...]. Jak ja Cię kocham!" (koniec września 1941), "Droga Zinusiu! Jesteś straszna świnia [...]" (28 października 1942; "świnia" jest tu oczywiście semantycznym równoważnikiem wcześniejszego "anioła").

I tak pisałby już do końca życia, gdyby w październiku 1946 roku w redakcji miesięcznika "Nowyj Mir" nie poznał Olgi Iwińskiej, która miała za sobą dwa małżeństwa (pierwszy mąż - Iwan Jemielianow, popełnił samobójstwo - był ojcem Iriny; drugi - też już nieżyjący Aleksandr Winogradów - był ojcem Miti) oraz "wiele fascynacji i rozczarowań". Danielle Steel napisałaby, że tych dwoje było dla siebie przeznaczonych. I miałaby rację, bo magia miłości polega na tym, że jakiś nieznaczący gest albo zapach perfum, albo barwa głosu, albo jakaś niedbale rzucona uwaga nadają życiu nowy sens. Wtedy, w redakcji, swoje chwile iluminacji przeżyli ten Mężczyzna i ta Kobieta. "Profetyzm - pisała we wspomnieniach Iwinska - niewątpliwie istnieje [...] - byłam po prostu wstrząśnięta przeczuciem, przeszywającym mnie spojrzeniem mego boga. To było takie surowe, takie oceniające, takie męskie spojrzenie, że nie sposób się było pomylić: przyszedł człowiek, jedyny mi potrzebny, ten sam człowiek, który właściwie już był ze mną. I to jest wstrząsający cud". Po kilku tygodniach, 4 stycznia 1947 roku, Pasternak zaproponował jej przejście na ty, a wieczorem wyznał przez telefon miłość. Dokładnie trzy miesiące później znów zadzwonił - tym razem do jej drzwi: "A o szóstej rano - dzwonek. Za drzwiami - Boris Leonidowicz. [...]. Milcząc objęliśmy się... Był piątek, czwartego kwietnia, czterdziestego siódmego roku. Mama z mężem [czyli ojczymem Iwińskiej - T. K.] i dziećmi wyjechała na cały dzień do Pokrowskiego-Striesznowa. I podobnie do tego, jak nowożeńcy mają pierwszą noc, tak my mieliśmy nasz pierwszy dzień. Prasowałam jego pogniecione spodnie. Wpadł w uniesienie i był zachwycony zwycięstwem". Jewgienija i Marina nauczyły go pisać listy miłosne, Zinaida dała poczucie stabilizacji, Olga ofiarowała mu ciepło swego ciała i chwile erotycznego spełnienia. W pierwszym małżeństwie grał rolę opiekuńczego ojca znerwicowanej dziewczynki, w drugim - role dziecka trzymającego się matczynej spódnicy i męża pantoflarza, dopiero w związku z Iwińską został obsadzony w roli swego życia: kochanka. "Znów w samym środku jakiejś pracy - pisał w Doktorze Żywago - ich ręce spotykały się i pozostawały jedna w drugiej; stawiali przenoszony właśnie ciężar w połowie drogi na podłodze i tracili siły w przypływie otumaniającej, nieprzezwyciężonej czułości. Znowu wszystko leciało im z rąk i wylatywało z głowy. Znowu mijały minuty, stawały się godzinami i oboje z przerażeniem wracali do rzeczywistości [...]".

A rzeczywistość skrzeczała. Pasternak nie ukrywał obecności Iwińskiej w swoim życiu, ale też nie dążył - podobno dla dobra Leonida, swego młodszego syna - do rozwodu. Dokonał też oczywistego dla siebie wyboru: mieszka - z Zinaidą, jest - z Olgą. "[...] Zinaida Nikołajewna - tłumaczył (ale nie tłumaczył się) Jewgienii Władimirownie i zapewne iluś tam jeszcze krewnym i znajomym - w ostatnich latach, po śmierci Alika [Adriana Neuhausa, 1925-1945, jej syna z pierwszego małżeństwa - T. K.], kojąc swój ból w działalności społecznej i niesieniu pomocy obcym dzieciom, powiedziała, że nie może dłużej być jego żoną, pozostając jedynie panią domu i wychowawczynią Leni [Leonida - T. K.]".

Znacznie trudniej, jak sądzę, przychodziło oswajanie się z nową sytuacją (osobistą, towarzyską) i odzyskiwanie równowagi psychicznej obu kobietom. Zinaida wybrała początkowo na dalszą część życia scenariusz pod tytułem: "Nic się nie stało". "Zinaida Nikołajewna - pisze Margarita Anastasiewa - była kobietą nieprzeciętną. [...]. Stworzyła swój niepowtarzalny styl, którego nie zdradziła przez całe swoje życie. [...]. Przez całe życie elegancko paliła, wypuszczając dym nozdrzami i z tym jej było bardzo do twarzy. W jej przytulnym pokoju i od niej samej zawsze przyjemnie pachniało perfumami zmieszanymi z zapachem dobrych papierosów. Była majestatycznie spokojna, powściągliwa, nigdy nie podnosiła głosu. Czuło się w niej uzasadnioną pewność siebie. Namiętnie lubiła grać w karty i często kładła pasjans. Zinaida Nikołajewna była władczą gospodynią swego domu. Nigdy nie pracowała i cała oddawała się gospodarstwu domowemu, które prowadziła jakoś lekko, elegancko i wspaniale się to udawało". O pozornej niezmienności stylu życia w domu Pasternaków wspomniała też w swoim dzienniku (25 czerwca 1947) Lidia Czukowska: "Byłam u Pasternaka. [...]. Zostałam podjęta na tarasie przez samą Zinaidę Nikołajewna, co się wcześniej nigdy nie zdarzyło. Na chodniku milcząco bawi się Leniczka. Śnieżnobiały obrus; śnieżnobiała panama na głowie gospodyni, kwiaty w doniczkach na podłodze, na parapetach. Przytulność i spokój. Zinaida Nikołajewna ma wiele bujnych ramion i bardzo wiele bujnych, czarnych od słońca pleców: jest w sarafanie. [...]. Obiad minął w całkowitym milczeniu: Zinaida Nikołajewna i Boris Leonidowicz jedli pośpiesznie i nie rozmawiali".

Do spotkania żony i muzy doszło nieco później. "W roku 1948 - pisze we wspomnieniach pani Pasternak - poznaliśmy [ja - Zinaida i mój mąż - Boris, wciąż przecież obowiązuje scenariusz «Nic się nie stało»; podkr. moje - T. K.] sekretarkę Konstantina Simonowa O[lgę] W[siewołodowną] Iwińską. Oświadczyła nam, że jest wdową, jej mąż powiesił się, i że ma dwoje dzieci: starsza dziewczynka ma dwanaście lat, a chłopiec pięć. Jej wygląd zewnętrzny spodobał mi się, natomiast sposób mówienia - wręcz przeciwnie. Mimo że była kokietką, czuło się w niej skłonność do histerii. Bardzo przymilała się do Bori".

Scenariusz zachowania Olgi Wsiewołodowny zatytułowałbym: "Jestem ponad to". Ponad sączone do ucha życzliwe rady znajomych, że " [...] B. L. powinien zmienić swoje życie, że jeśli mnie kocha, to niechaj rzuci swoją rodzinę itd." i ponad nieskrywaną wrogość przyjaciół Pasternaka (np. Lidii Czukowskiej: "Sala zapełniała się. Wchodzili słuchacze, wchodzili i zasiadali przy dużym stole tłumacze [...]. Obok mnie [...] usiadła Olga Wsiewołodowna - pomalowana, uśmiechnięta, uprzejma, fałszywa. Natychmiast obok nas zawirowała jej stała świta [...]. Występujący siadali przy stole, ale Boris Leonidowicz wszedł między publiczność i usadowił się obok nas, czy mówiąc dokładniej - obok Olgi Wsiewołodowny. [...]. W przerwie Pasternak znów do nas podszedł. Rozmawiał tylko z nią, spoglądał tylko na jej twarz, ale mówił tak głośno, jakby się zwracał [...] do całej sali. [...]. Uczepił się rąk Olgi Wsiewołodowny. Ich twarze były prawie na tej samej wysokości i strasznie było widzieć jej makijaż obok jego nagości"; zapis w dzienniku pochodzi z 6 stycznia 1948).

Życie (Los?, Opatrzność?) przekreśliło wkrótce oba scenariusze. Zinaida Nikołajewna już nie mogła grać dłużej roli Pierwszej Naiwnej, więc wybrała inną - Pierwszej Wyrozumiałej: "W tym okresie [pierwsze powojenne lata - T. K.] żyliśmy ze sobą bardzo zgodnie. Nasi bliscy znajomi, którzy bywali u nas i słyszeli o zdradzie, mówili, że są zaskoczeni jego czułością i troskliwością w stosunku do mnie i że jeśli tak ma zdradzać mężczyzna, to niech sobie zdradza. Po wojnie zaczęła się powszechna rozpusta. Mężczyźni ze środowiska pisarskiego zaczęli porzucać stare żony i zamieniać je na młodziutkie dziewczyny, które zgadzały się na to z braku kawalerów". A Olga Wsiewołodowna już dłużej nie chciała być "ponad" i rozpoczęła walkę o wyłączność praw do życia (a z czasem także i do twórczości) Pasternaka. Pewnie jej się marzyło po nocach, że zostanie żoną numer trzy i gdzieś tam w księdze ludzkich losów (która, jak wiadomo, jest prowadzona ostatnio w języku angielskim) zostanie zapisane: The Life of Boris Pasternak. Copyright by Olga Ivinskaia.

Nowy scenariusz ("Musisz być tylko mój") wymagał oczywiście nowego modelu zachowań. "Wiosną [...] 1948 roku - pisze Pasternak-junior - do nas na Twierskoj Bulwar nieoczekiwanie przyszła Olga Wsiewołodowna Iwińska. Przedstawiła się. Byłem strasznie zakłopotany. Wiedziałem, jak wszyscy w Moskwie, o taty sympatii, ale nigdy z nim o tym nie rozmawialiśmy. [...]. Rozczochrana, niedbale ubrana, we łzach, siedziała przede mną w oczekiwaniu na nadejście mamy. Skarżyła się na Borię, który ją rzucił i prosiła pomóc jej z nim się pogodzić. Cóż mogłem jej powiedzieć?". Aby uwiarygodnić swoją opowieść, dodaje przy okazji, iż pewna pani (Jekatierina Kraszczennikowa) opowiedziała mu, jak to Boris Pasternak skarżył się jej, że "[...] dopiero teraz zrozumiał, jak obca mu jest ta kobieta [Iwinska - T. K.]". Wspomnienia Jewgienija o Oldze - jak zresztą wszelkie tego typu świadectwa - należy potraktować z pewną dozą sceptycyzmu i trudno też go o to winić - Iwińska była przecież jeszcze jedną osobą uczestniczącą w podziale ojcowskich uczuć i pieniędzy. Może więc nie była "rozczochrana" i "niedbale ubrana", ale wierzę w to, że muza przyszła i jeszcze bardziej w to, że była zdesperowana. Po tej wizycie pozostało do zrobienia już tylko jedno i nie cofnęła się - sięgając któregoś dnia po dowód miłości ostateczny.

"Z przytłumionych rozmów starszych - pisze Irina lemielianowa, córka Olgi - dowiedzieliśmy się strasznych rzeczy: ona jest w domu wariatów, w szpitalu imienia Gannuszkina. Babka sama napisała podanie, żeby ją zabrać. Okazało się, że to nieprawda. Ona się otruła. Jest w szpitalu i umiera. Ale to też było niezupełnie tak. Otruła się, ale była nie w szpitalu, lecz u swojej przyjaciółki, którą babka uważa za źródło wielu przykrości, i nie chce wracać do domu". Olga Iwińska po nieudanej próbie popełnienia samobójstwa rzeczywiście kurowała się w mieszkaniu niejakiej Lusi w Zaułku Furmanowa (Furmanów pierieułok), ale "[...] nagle tam przyszła Zinaida Nikołajewna. Wypadło jej razem z Lusią wyprawiać mnie do szpitala, ponieważ z powodu utraty krwi źle się poczułam. I teraz nie pamiętam, o czym rozmawiałam z tą korpulentną, twardą kobietą, powtarzającą mi, że ma gdzieś naszą miłość i że nie kocha B. L., ale rodziny zniszczyć nie pozwoli". Przeżyła, by już wkrótce się przekonać, że jej związek z Pasternakiem zagraża nie tylko przyszłości podstawowej komórki społecznej, ale również bezpieczeństwu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Wieczorem 6 października 1949 roku Olga Iwińska została aresztowana. Podobno dopiero wtedy, na Łubiance, dowiedziała się, że jest w ciąży (mówi o tym we wspomnianym filmie: "I wtedy stwierdzono, że jestem w ciąży"). Wkrótce - po przesłuchaniu - poroniła; po serii następnych przesłuchań została osądzona. W archiwach służby bezpieczeństwa odnaleziono dokumentację sprawy nr 3038 (postępowanie wszczęto 12 października 1949, zamknięto - 5 lipca 1950 roku). "Ustalono - napisali prowadzący śledztwo Siemionow, Kisielow i Wołkow - że głosiła poglądy antyradzieckie, a także poglądy o charakterze terrorystycznym. [...]. Oprócz tego ojciec w 1918 roku przeszedł na stronę białych, matka była represjonowana w 1941 roku. [...]. Na podstawie zreferowanego - aresztować Iwińską O.W." Ocalały też protokoły z przesłuchań:

Pytanie. Scharakteryzujcie poglądy polityczne Pasternaka. Co wam wiadomo o uprawianej przez niego wrogiej robocie, nastrojach proangielskich i zdradzieckich planach?

Odpowiedź. Jego nie można odnieść do kategorii antyradziecko usposobionych ludzi. Zdradzieckich zamiarów nie miał. Zawsze kochał swoją ojczyznę.

P. Jednak skonfiskowano u was książkę w języku angielskim o twórczości Pasternaka. Jak do was trafiła?

O. Tę książkę rzeczywiście przyniósł mi Pasternak. To monografia o jego ojcu, malarzu, wydana w Londynie.

R Jak ona się znalazła u Pasternaka?

O. Tę książkę przywiózł mu z wyjazdu zagranicznego Simonow.

P. Co wam jeszcze wiadomo o kontaktach Pasternaka z Anglią?

O. Otrzymał, zdaje się, jeden raz paczkę od siostry mieszkającej w Anglii.

P. Czym był wywołany wasz związek z Pasternakiem. Jest przecież dużo od was starszy.

O. Miłością.

P. Nie, wy byliście związani wspólnymi poglądami politycznymi i dążeniem do zdrady.

O. Nie mieliśmy takich zamiarów. Kochałam go i kocham jako mężczyznę.

Przy innej okazji śledczy stwierdził: "Na podstawie zeznań świadków ustalono, że systematycznie wychwalaliście twórczość Pasternaka i przeciwstawialiście jego twórczość pisarzom nastrojonym patriotycznie, takim jak Surkow, Simonow. Gdy tymczasem metody artystyczne Pasternaka w przedstawieniu rzeczywistości radzieckiej są niesłuszne".

Postanowieniem sądu z 28 lipca 1950 roku Olgę Iwińską skazano na podstawie artykułu 58-10, cz. 1 kk na pięć lat łagrów (w sentencji powiedziano: "Za utrzymywanie stosunków intymnych z osobą podejrzaną o szpiegostwo"). Została zwolniona 4 kwietnia 1953 roku w ramach tzw. amnestii woroszyłowowskiej.

Boris Pasternak nie miał oczywiście możliwości przeczytania cytowanego protokołu i nigdy nie poznał wszystkich szczegółów dotyczących aresztowania oraz przebiegu śledztwa, ale domyślał się, jak wiele Oldze zawdzięcza. "Posadzono ją z mego powodu - pisał w jednym z listów (7 maja 1958) - jako najbliższego mi, zdaniem tajnych służb, człowieka, żeby w czasie męczących przesłuchań, uciekając się do gróźb, wyciągnąć od niej zeznania niezbędne do mojego sądowego prześladowania. Jej heroizmowi i opanowaniu zawdzięczam swoje życie i to, że mnie w tych latach nie ruszano...". Koniecznie powinien dodać : "i przede wszystkim jej miłości". Prawdziwej, głębokiej i wielkiej. Poświadczonej przez "trójkę dziarskich chłopaków" (z wiersza Osipa Mandelsztama Stał się dzień pięciogłowy. Piątą dobę rachujmy! - ..., tłum. A. Mandalian) Ławrientija Berii.

W czasie niemal czteroletniej nieobecności Iwińskiej autor Doktora Żywago ani przez chwilę nie zapomniał o jej rodzinie (córce i synowi groziło początkowo oddanie do domu dziecka) i, jak pisze Irina Jemielianowa (nb. to dzięki protekcji kochanka matki dostała się w 1956 roku do prestiżowego Instytutu Literackiego), "[...] prawdziwym naszym opiekunem został B. L. Po tym nieszczęściu babcia się pogodziła z niepoważnym romansem mamy. B. L. stał się dla nas źródłem egzystencji, przez pierwsze lata - głównym, a po śmierci dziadka - jedynym". Pamiętajmy, że wciąż też wspomagał finansowo swoją pierwszą żonę. W 1950 roku Jewgieniję Władimirowną za niesłuszne ideologicznie obrazy pozbawiono członkostwa w Związku Malarzy (Sojuz chudożnikow), a to oznaczało zakaz wystawiania oraz odcięcie od zamówień rządowych (np. na wykonanie portretu przodownika pracy albo dostojnika partyjnego). Dla wielu była to dotkliwa, upokarzająca kara, ale nie dla niej. Był przecież Boris Leonidowicz, z którego poczucie winy i wyrzuty sumienia uczyniły mecenasa sztuki idealnego, o jakim twórcy renesansowi mogli jedynie marzyć: płacił i niczego w zamian nie żądał. Otrzymywała więc 1000 rubli miesięcznie (tyle wówczas zarabiał profesor Uniwersytetu Moskiewskiego), co zapewniało jej materialną niezależność i chroniło przed "upokorzeniem oficjalnych zleceń", ale też - nawet w opinii kochającego syna - pozbawiało niezbędnej determinacji, którą "[...] zyskuje profesjonalny artysta, stykając się na swej drodze z chłodnym i wrogim światem". Nie muszę dodawać, że Jewgienija Władimirowną bez większych skrupułów czy żenady korzystała dodatkowo z pomocy eks-męża, któremu na pewno wiele satysfakcji sprawiało jej dobre, coraz lepsze samopoczucie. A poza tym nadal podobno mógł zwierzać się jej ze wszystkich kłopotów i zawsze mógł liczyć na jej współczucie. Po każdej takiej rozmowie ogarnięta żalem Jewgienija - przytaczam tu rzewną opowieść ich syna - zwykle płakała i mówiła, że Boris jest zaharowany jak koń, którego wszyscy wykorzystują. Siebie najwyraźniej wykluczyła z grona tych osób - dla niej był przecież jedynie kurą znoszącą czasami (za rzadko) złote jajka. "Drogi Boria! - pisała do niego znad Morza Czarnego (Koktebel, 6 lipca 1959). - Zostaję tu jeszcze na miesiąc. Czy możesz mi wysłać pieniądze za lipiec. Żyje mi się tu dobrze. Poprawiłam się, opaliłam, kąpię się i w ogóle cieszę się, że tak dobrze mi się oddycha". A u biednego - w każdym tego słowa znaczeniu - Pasternaka (pamiętajmy, że wymuszona na nim w październiku 1958 roku decyzja o nieprzyjęciu Nagrody Nobla miała także swój wymiar materialny) praca nad wciąż nowymi tłumaczeniami wywołuje już zapewne torsje. Musi chałturzyć, aby utrzymać trzy, wciąż zresztą rozrastające się, rodziny. Za życie w nieustannym stresie - wywołanym oczywiście nie tylko problemami rodzinnymi - zapłaci wkrótce cenę najwyższą.

Pierwszą ratę zapłacił już zresztą wcześniej - 20 października 1952 roku, kiedy dopadł go zawał serca. Po zakończonej pomyślnie kuracji Pasternak podjął jeszcze jedną próbę znalezienia wspólnego języka z niezwykle troskliwie opiekującą się nim żoną i obiecał, że zerwie z Iwińską. Jej powrót z obozu rozwiał jednak wszelkie złudzenia Zinaidy Nikołajewnej - musiała na nowo zaakceptować obecność Olgi w życiu męża. A więc i w swoim.

Latem 1954 roku kochankowie przeżyli najpierw dni uniesienia - znów ciąża - i następnie tygodnie traumy - znów, w końcu sierpnia, poronienie. Byli sobie coraz bliżsi i coraz bliżej mieli do siebie. Początkowo ona mieszkała w Moskwie, on najczęściej przebywał w podmoskiewskim Pieriediełkinie; latem 1955 roku (przypominam nadal aktualne: "Musisz być tylko mój") ona jest już na daczy nieopodal Pieriediełkina; jesienią tego samego roku zostaje sąsiadką Pasternaków; a "w 1959 roku przeniosła się do większego domu z ogrodem na wzgórzu w Pieriediełkinie. W niedzielę przyjmowali razem gości". Dwie kobiety (ta trzecia, Jewgienija, na szczęście nie uzurpowała sobie praw do uczuć), dwa domy (zaczęto mówić o Wielkiej i Małej Daczy), dwa ogrody, dwa śniadania, dwa obiady, dwie kolacje, dwa komplementy, dwa listy (w ostatnim zachowanym do żony, z 17 lutego 1957 roku, pisał: "Dziś, przebudziwszy się skoro świt, długo leżałem i rozmyślałem, jak wszystko robisz wzorowo, jak trzeba: podejmujesz decyzję, realizujesz ją, jeździsz, leczysz się, piszesz listy o górach, o przyrodzie, o biednych chorych, kąpiących się w rzeczce. Leżałem w ciemności i powtarzałem sobie: dobre listy, dobra kobieta. Naprawdę zachwycam się Tobą"; do Olgi: "Dziękuję Ci za wszystko bezkresne! Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję"), dwa przekazy pieniężne (z listu Pasternaka do Jacqueline de Proyart de Baillescourt: "Poproszę o przekazanie całej kwoty z Norwegii tutaj, połowę Zinie, połowę O[ldze]"), dwa łóżka, dwie kłótnie, dwa dni urodzin, dwie rocznice, dwa płuca (jedno już wkrótce zaatakuje rak); i tylko jedno życie, jedno serce (The Heart Is a Lonely Hunter) - po zawale ("jednego serca tak mało, tak mało"), jeden Doktor Żywago, jedna Lara (Zinaida przeczytała w jakimś artykule, że pierwowzorem Lary jest Olga: "- Jakże to tak, Boria, przecież mówiłeś mi, że Lara to ja. [...].

Tata [...], wchodząc po schodach do siebie na górę i nie mając ochoty na wszczynanie długiej rozmowy, spokojnie odpowiedział:

- No, jeśli to ci pochlebia, Zinusiu; to na Boga: Lara - to ty"); i jeszcze to wszystko komentujący tłum gapiów. Szkoda, że były w nim Anna Achmatowa i Lidia Czukowska. "W końcu znalazł się - pisała związana niegdyś z akmeizmem poetka - pod zgubnym wpływem O.W. I[winskiej] całkowicie się zagubił: pisał do przyjaciół obraźliwe listy, tracił ludzi, robił wszystko, czego zażądała. To była straszna starcza miłość do drapieżnej, tłustej i głupiej kobiety z bogatą kryminalną przeszłością. [...]. Jednak odejść dla niej z domu nie chciał. Znając charakter Ziny można sobie wyobrazić, co musiał znosić w domu". Podobną opinię, zresztą już nie po raz pierwszy, wygłosiła także córka Kornieja Czukowskiego, która z muzą Pasternaka pracowała razem w redakcji "Nowego Miru": "Iwińska, jak przekonałam się, nie jest pozbawiona dobroci, ale rozwiązłość, całkowity brak odpowiedzialności, niechęć do jakiejkolwiek pracy i chciwość rodząca kłamstwo - stopniowo wywoływały moją niechęć do niej". Czara goryczy przelała się podobno wtedy, gdy okazało się, że pieniądze i paczki przekazywane przez Czukowską Oldze, z myślą o wysłaniu do poznanej w łagrze Nadieżdy Nadieżdiny nigdy do adresatki nie dotarły. Ten proceder trwał ponoć dwa i pół roku. Z kolei Jewgienij Pasternak był podobno świadkiem rozmowy rodziców w 1957 roku, w której trakcie Boris miał powiedzieć, że kontynuuje romans tylko dlatego, że nie potrafi zerwać z kobietą po łagrowych przejściach. Jest więc z nią - tak usłyszał (czy: tak chciał usłyszeć) syn - z litości.

Jedno jest pewne. Autor Listu żelaznego w drugiej połowie lat pięćdziesiątych nie chciał już niczego zmieniać w swoim życiu osobistym, uczuciowym, intymnym. Do zaproponowania miał już tylko wspólne samobójstwo. Któregoś dnia przyniósł 22 tabletki nembutalu - gdzieś się dowiedział, że śmiertelna dawka, to 11 sztuk. Olga z propozycji nie skorzystała, z pomysłu skorzysta za 20 lat Lila Brik. Pasternakowi pozostało więc poruszanie się w dwóch przestrzeniach (sacrum Małej i profanum Wielkiej Daczy), w dwóch światach - nie zamierzał zerwać z Olgą (to raczej ona podejmowała teatralne próby odejścia - np. w styczniu 1959 roku - chcąc wymusić na nim rozwód i zalegalizowanie ich związku), ale też nie chciał opuścić Zinaidy. I gdy już wszyscy wydawali się być pogodzeni z sytuacją trywialnie powtarzającą konflikt tragedii antycznej (bohater rozdarty między Uczuciem a Obowiązkiem), Pasternak się zakochał w bratanicy Alberta Schweitzera, Renacie. "Jest coś histerycznego - pisze Nina Bierbierowa - co pochodzi od drugorzędnych niemieckich romantyków i naszych płaczliwych idealistów w rodzaju Ogariowa, w tonie listów siedemdziesięcioletniego Pasternaka (i zakochanej w nim sześćdziesięcioletniej Renaty Schweitzer, która nazywa go «mój Boria»), a jednocześnie przypomina go takiego, jakim był czterdzieści lat wcześniej: niepozbieranego, rozentuzjazmowanego, zaplątanego we własne ja, w «o» i «ach!» swego epistolarnego stylu, kiedy wyznaje, że nie może «złapać tchu» z radości, gdy otrzymuje list od Renaty. Mówi jej o zespoleniu ich dusz, o tym, jak ma przekazać na odległość swoje dla niej uczucia, mówi o pogodzie - w związku z jej spodziewanym przyjazdem - jako o odbiciu swoich własnych emocji". Jak zawsze w takiej sytuacji poeta próbuje odkupić winę, przeliczając grzeszność swego zachowania na ruble. A ponieważ sprzeniewierzył się Iwińskiej - niekochanej żony nie mógł już zdradzić - to ją 15 kwietnia 1960 roku, na kilka tygodni przed śmiercią, uczynił jedyną "spadkobierczynią swojej spuścizny literackiej" (wcześniej już była zresztą jego nieformalnym agentem literackim).

Boris Leonidowicz zmarł 30 maja 1960 roku o godz. 23.20. Klan Pasternaków nie dopuścił Iwińskiej z córką do udziału w uroczystościach żałobnych, ponieważ Zinaida z nikim nie zamierzała się dzielić swoim wdowieństwem. To jej przysługiwało prawo do ostatniego pocałunku.

Jesienią 1963 roku rozeszła się po Moskwie wiadomość, że pani Pasternak rozpoczęła sprzedaż listów, pocztówek, telegramów wysyłanych do niej przez męża. Swoją decyzję tłumaczyła trudną sytuacją materialną (Boris, wróć!). Do Pieriediełkina wyruszyła natychmiast Sofia Prokofiewa, która za 500 rubli kupiła ocalałą korespondencję, by sześć lat później przekazać ją - za tę samą, jak podkreśla, kwotę - do centralnego archiwum literackiego (CGALI).

W 1965 roku zmarła Jewgienija Władimirowna, w 1966 - Zinaida Nikołajewna (jak Boris: na raka płuc). Obie zostały pochowane obok męża.

Ledwie kilka miesięcy po śmierci poety, 16 sierpnia 1960 roku, powtórnie aresztowano Iwińską, a 5 września również jej córkę. Oldze Wsiewołodownej zarzucono, iż honoraria za wydawane za granicą utwory Pasternaka pobiera z pominięciem radzieckiego systemu bankowego, a następnie wraz z Iriną sprzedaje otrzymywane dolary na czarnym rynku. 7 grudnia sąd skazał córkę na trzy, a matkę na osiem lat pozbawienia wolności oraz konfiskatę mienia. Nikt nie stanął w ich obronie - najbliżsi znajomi zmarłego pisarza już przecież dawno mówili o chciwości i pazerności muzy. Milczała również zachodnia opinia publiczna. Jednak nieoczekiwanie dla wielu, obie zostały zwolnione z łagrów już po odbyciu części kary: Jemielianowa w 1962 roku, Iwińska zaś w 1964. Odium środowiska, które ściągnęła wcześniej na siebie matka, teraz -jak wszystko na to wskazuje - spadło także na córkę. Otóż Irina swego czasu poznała i pokochała młodego slawistę francuskiego Georges'a Nivata (ur. 1935), który w Moskwie oraz w Pieriediełkinie zbierał materiały do pracy o życiu i twórczości autora Doktora Żywago. Został już wyznaczony termin ślubu, ale narzeczony zachorował właśnie tego dnia i do zawarcia związku nie doszło. Jeśli pominąć względy natury astrologiczno-kabalistycznej, to nie mogę zrozumieć, na czym polegała wyjątkowość owej daty, skoro nie można było pojawić się w cerkwi lub zagsie tydzień później, dwa tygodnie później, miesiąc później. W 1986 roku pechowa panna młoda wyemigrowała do Paryża *[Zrobiło się o niej głośno 27 listopada 1996 roku, kiedy dom aukcyjny Christie's wystawił na sprzedaż posiadane przez nią listy Pasternaka do Iwińskiej.]. Po blisko trzydziestu latach (1988) Olga została zrehabilitowana ("z powodu braku w działaniach Iwińskiej O.W. oznak przestępstwa"), ale nigdy nie zwrócono jej archiwum osobistego, skonfiskowanego przez KGB podczas aresztowania. Na początku lat siedemdziesiątych napisała wspomnienia, które ukazały się drukiem w 1978 roku. We wstępie z właściwym sobie patosem zadeklarowała: "Piszę, żeby uchronić pamięć o poecie od kłamliwych domysłów, żeby obronić jego i swój honor oraz godność. [...]. A teraz, wspominając swoje czternaście lat spędzone razem z Pasternakiem, moje pełne nieszczęść życie, liczę na jedno: wywalczyłam cierpieniem prawo do opowiedzenia o tym Borisie Pasternaku, którego znałam [...]" *[Drugi pobyt Iwińskiej w łagrze odbił się na jej zdrowiu, m.in. zaczęła szwankować pamięć. Na początku lat siedemdziesiątych podjęła pracę nad wspomnieniami o Pasternaku. Nagrała je. Nagranie trwało 20 minut. Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie dodatkowych materiałów. Do jej rąk trafiły niepublikowane jeszcze wówczas zapiski Zoi Maslenikowej. Iwińska w wydanej kilka lat później książce W niewoli czasu nadała im status swoich wspomnień. To była nie tak znów częsta kradzież cudzej pamięci.].

Spory wokół roli, jaką odegrała Iwińska w życiu Pasternaka, nie milkną do dziś. 24 listopada 1997 roku Polska Agencja Prasowa doniosła: "Szpieg z Doktora Żywago. Olga Iwińska, pierwowzór Lary ze słynnej powieści Borysa Pasternaka Doktor Żywago, była informatorką KGB - wynika z archiwaliów ujawnionych na łamach gazety «Moskowskij Komsomolec». Iwińska, która zmarła dwa lata temu, poznała 56-letniego Pasternaka w 1946 roku. Była jego kochanką i muzą w czasie, kiedy pisał Doktora Żywago, powieść o dramatycznych losach rosyjskiego inteligenta podczas rewolucji. Z zachowanej korespondencji wynika, że Iwińska, dwukrotnie przetrzymywana w łagrach, informowała władze m.in. o kontaktach pisarza z zachodnimi wydawcami".

Niech jej ziemia lekką będzie!

 

 

Nauczyłam kobiety mówić

ANNA ACHMATOWA

 

OSOBY

Anna Achmatowa, właściwie Gorenko (1889-1966) - poetka.

Nikołaj Gumilow (1886-1921) - poeta (akmeista); pierwszy mąż (1910-1918) Anny Achmatowej.

Lew Gumilow (1912-1992) - orientalista, historyk; syn Anny Achmatowej i Nikołaja Gumilowa.

Władimir [Woldemar] Szylejko (1891-1930) - asyriolog; drugi mąż (1918-1926) Anny Achmatowej.

Nikołaj Punin (1888-1953) - historyk sztuki; grażdanskij muż (1922-1938) Anny Achmatowej.

Michaił Łoziński (1886-1955) - poeta (członek akmeistycznego Cechu Poetów), tłumacz, sekretarz miesięcznika "Apołłon".

Nikołaj Niedobrowo (1882-1919) - poeta, krytyk literacki; kochanek Anny Achmatowej.

Boris Anrep (1883-1969) - malarz, poeta; kochanek Anny Achmatowej.

Arthur Lourie [Artur Łurie], właściwie Naum Łuria (1891-1966) - kompozytor i pianista (uwielbiał grać na cztery ręce z Michaiłem Kuzminem); łamacz serc niewieścich, kochanek Anny Achmatowej, od 1922 roku przebywał na emigracji.

Aleksandr Blok (1880-1921) - poeta i dramaturg symbolistyczny.

Władimir Garszyn (1887-1956) - lekarz, uczony przedostatnia miłość Anny Achmatowej.

Sir Isaiac Berlin (1909-1998) - wybitny angielski filozof, socjolog, literaturo-znawca; ostatnia miłość Anny Achmatowej.

 

Widmo krążyło po dwudziestowiecznym świecie, widmo seksu. Na początku stulecia zrobiono wszystko, żeby zwalczyć tę chorobę. W Stanach Zjednoczonych ustalono, że damskie stroje kąpielowe powinny sięgać co najmniej trzy cale poniżej kolan, męskie - osiem cali poniżej krocza. W 1908 roku niewinne czytelniczki pisma "Ladies' Home Journal" zostały pouczone, jak właściwie się zachować w najtrudniejszych nawet sytuacjach damsko-męskich: "Pytanie. Jeśli młody człowiek skradnie dziewczynie całusa, to co powinna ona zrobić? Odpowiedź: Powinna okazać swoje niezadowolenie w pełen godności sposób, który nie pozostawi mu żadnych wątpliwości co do jej opinii w tej sprawie. Ma ona powód do niezadowolenia, ponieważ na zbyt wiele sobie pozwolił". A jeśli już dochodziło do tego najgorszego, po ślubie oczywiście, to młoda mężatka z Wysp Brytyjskich odczuwała przypływ uczuć patriotycznych, ponieważ miała w pamięci życzliwą radę królowej Wiktorii (1901): "Leż spokojnie i myśl o Anglii".

W znacznie gorszej sytuacji znalazły się Rosjanki, które nie znały przecież ustaleń z plaż amerykańskich, nie czytywały "Ladies' Home Journal" i z oczywistych powodów nie chciały wspierać konkurencyjnego imperium, a na dodatek były zahipnotyzowane przez Rasputina. Wszystkie wątpliwości musiały rozstrzygać samodzielnie, wsłuchując się w samotności w głos rozdygotanego serca.

Jak ta bohaterka opowieści wigilijnej. Tego właśnie dnia - w 1903 roku - początkujący poeta Nikołaj Gumilow spotkał przypadkiem na przedświątecznych zakupach w znanym petersburskim sklepie "Gostinyj Dwor" początkującą kobietę Annę Gorenko. Jeszcze tej samej zimy i już nieprzypadkowo spotkali się na ślizgawce w Carskim Siole. Jej piruety przyprawiły go o zawrót głowy, ale nie dał się ponieść emocjom i z wyznaniami miłosnymi postanowił zaczekać na debiutancki tomik swoich wierszy. To miał być argument, któremu nie powinna się była oprzeć nawet najlepsza i najbardziej niedostępna łyżwiarka. Dwa lata później wydał za pieniądze rodziców Drogę konkwistadorów, opiewającą ekscytującego macho eksplorującego egzotyczne pejzaże i emablującego egotyczne piękności. Nadeszła więc pora oświadczyn. Senor Nikołaj Stiepanowicz starannie wybrał miejsce schadzki z niczego niepodejrzewającą szesnastoletnią senoritą Anną Andriejewną: Carskie Sioło, park, pod starym dębem. Przyszła. Poprosił ją o rękę. Odmówiła. Odeszła. Za nic mając jego, jego bohaterów, jego scenariusz, jego scenografię i dwa wieki literatury europejskiej, w której dobrze wychowana panna w podobnej sytuacji wypowiadała to swoje: "Tak", "Yes", "Oui", "Si", "Ano", "Ja" (a może przytupując obcasikami: "Jawohl", tego akurat nie jestem pewien) lub cyryliczno-głagoliczne: "Да". Wyszła z parku, ale nie odeszła z jego życia. Spotkają się jeszcze nie raz i wspólnie wypracują model zachowań obowiązujący przez kilka lat z akceptowaną przez oboje sekwencją zdarzeń: on - co jakiś czas będzie się oświadczał (co najmniej sześć razy); ona - będzie mówiła: "Nie" (co najmniej pięć razy), on - będzie popełniał kolejne samobójstwo (co najmniej cztery razy). W przerwach między oświadczynami a zadawaniem sobie śmierci będzie podróżował. Żeby zabić rozpacz pod palącym słońcem Abisynii i Egiptu. Żeby zapomnieć, że ONA nie jest z nim. Aż wreszcie, kiedy usłyszy upragnione: "Tak" i poślubi ją, to nadal będzie podróżował. Teraz, żeby zapomnieć, że ona jest z nim. Bo tylko dziewiętnastowieczna opowieść wigilijna miała wpisany w swój porządek happy end, w dwudziestowiecznej, komiksowej - już nic się nie zgadzało. Jin i yang tych dwojga młodych Rosjan zwłaszcza. I bilans ich uczuć też nie - Anna nigdy nie kochała Nikołaja.

W 1905 roku - roku pierwszych oświadczyn Gumilowa - jej rodzice się rozwiedli i przyszła poetka opuściła wraz z matką Carskie Sioło, by zamieszkać na jakiś czas najpierw u krewnych w Jewpatorii, a następnie (1906-1907) w Kijowie. Młoda Gorenko przeżywała wówczas największą miłość swego życia i przez trzy lata oczekiwała na jakiś znak życia od Władimira Goleniszczewa-Kutuzowa (1879-?). W Jewpatorii podobno codziennie szła kilka wiorst na pocztę, by za każdym razem usłyszeć, że nie ma do niej listu i to pełne obojętności milczenie mężczyzny, którego kochała (ale który był z inną) doprowadziło ją w 1906 roku na skraj samobójczej rozpaczy. Na szczęście - dla niej i dla poezji rosyjskiej - próba była nieudana, a Anna, mieszkając już w Kijowie, odnalazła w szwagrze (mężu Inny, swojej starszej, dopiero co zmarłej siostry; 1883-1905) idealnego powiernika, spowiednika i terapeutę, przed którym epistolarnie się otworzyła, któremu przez kilkanaście miesięcy epistolarnie się zwierzała i który na kilka czy na kilkanaście miesięcy został odbiorcą jej epistolarnych łez. To wszystko dlatego, że Siergiej von Stein był niemal jej rówieśnikiem, cierpiał na empatię - więc rozumiał język złamanych serc - i, co najważniejsze, dobrze znał jej ukochanego. Dla Anny był zatem adresatem idealnym.

Większość z tych listów pozbawiona jest dokładnych dat i zakłopotani edytorzy podają orientacyjne (np. "druga połowa 1906 roku"). Dla nadawczym, która przeżyła koniec swojego świata, kalendarz z tą całą swoją juliańsko-gregoriańską uczonością stał się bezużytecznym rekwizytem. Dla niej istniał wówczas tylko transcendentny Czas Rozpaczy, a po nim nirwaniczny (ale tylko pozornie) Czas Pogodzenia się z Losem. Bohaterem pierwszych tekstów jest mężczyzna, którego ona wciąż kocha, ale który ją ignoruje; tych późniejszych (poczynając mniej więcej od lutego 1907 roku) - zakochany w niej mężczyzna, którego ona jednak ani nie kocha, ani nie pożąda, ani też za nim nie tęskni: "[...] Do tej pory kocham W. G.-K. I w życiu nie ma nic, nic oprócz tego uczucia. Mam nerwicę serca od wzruszeń, ciągłej udręki i łez" (druga poł. 1906); "Wie Pan, kochany Siergieju Władimirowiczu, nie śpię już czwartą noc. To jest straszne, taka bezsenność. [...]. Siergieju Władimirowiczu, gdyby Pan widział, jaka jestem żałosna i niepotrzebna. Najważniejsze, niepotrzebna, nikomu, nigdy. Tak łatwo jest umrzeć. Czy opowiadał Panu Andriej [brat Anny - T. K], jak w Jewpatorii wieszałam się na gwoździu i gwóźdź wyskoczył z wapiennej ściany? Mama płakała, było mi wstyd - w ogóle jest paskudnie" *[I jeszcze znamienne PS: "Proszę niszczyć moje listy. Nie mówiąc, oczywiście, o tym, że nikt się nie może dowiedzieć o czym Panu piszę". W przyszłości - inaczej niż na przykład Cwietajewa - niechętnie pisała listy. Początkowo dotyczyło to głównie tych miłosnych - obawiała się zapewne, że wyznania utrwalone na papierze mogą trafić w nieodpowiednie ręce i zaszkodzić jej reputacji. W bolszewickiej Rosji pojawiły się znacznie poważniejsze zagrożenia dla nieostrożnych nadawców pełnych wiary w tajemnicę korespondencji. Niepisanie (czy raczej rozważne pisanie w ostateczności) przestało być dla poetki elementem taktyki w grach damsko-męskich, a stało się warunkiem przetrwania w państwie totalitarnym.] (druga poł. 1906); "Sieriożo! Proszę mi przysłać zdjęcie G.-K. Proszę Pana ostatni raz, więcej, słowo honoru, nie będę" (styczeń 1907); "Wychodzę za mąż za przyjaciela mojej młodości Nikołaja Stiepanowicza Gumilowa. Kocha mnie już trzy lata i wierzę, że moim przeznaczeniem jest zostać jego żoną. Czy kocham go, nie wiem, ale wydaje mi się, że kocham. [...]. I oddałam mu swą rękę, a co było w duszy mej, wie tylko Bóg i Pan, mój wierny, drogi Sieriożo" (2 lutego 1907); "Mój Kola szykuje się, jak myślę, przyjechać do mnie - jestem szalenie szczęśliwa. Pisze do mnie niezrozumiałe słowa i chodzę z listem do znajomych i proszę o wyjaśnienie. [...]. On tak mnie kocha, że aż strach. Jak Pan myśli, co powie tatuś, kiedy się dowie o mojej decyzji? Jeśli się sprzeciwi mojemu małżeństwu, to ucieknę i wyjdę za Nicolasa po kryjomu" (luty 1907); "Gumilow - to moje Przeznaczenie i ja mu się pokornie oddaję" (11 lutego 1907).

Niektórzy twierdzą, że właśnie w lutym tamtego roku wytrwały adorator usłyszał upragnione "Tak" (przecież pisała: "wychodzę za mąż", "oddałam mu swą rękę"); ja zaś sądzę, że było to co najwyżej: "No, nie wiem" albo "Być może". Jedno jest pewne. Przy tej okazji, w przypływie szlachetnej szczerości, lojalnie uprzedziła starającego się o rękę, że nie jest już dziewicą. A on zaszokowany i zdruzgotany wyjechał przy najbliższej okazji do Francji, by popełnić tam serię samobójstw. Z utraconą (nie z nim!) niewinnością wyidealizowanej przez siebie kobiety nigdy się nie pogodził, ale - jak relacjonowała sama Achmatowa swemu sekretarzowi, Pawłowi Łuknickiemu (1900-1973) - dopiero kilkanaście lat później, już po rozwodzie, odważył się zapytać:

"Kim był ten pierwszy i kiedy to było?!.."

Ja: "Powiedziała mu pani?"

AA (cicho): "Powiedziałam"... *[Zapis w dzienniku Łuknickiego pod datą 19 kwietnia 1925 roku. Autor Spotkań z Anną Achmatową był prawdopodobnie agentem OGPU. Relacje dotyczące poetki i leningradzkiego środowiska literackiego zapisywał w dzienniku i w raportach służbowych (obie wersje niewiele się od siebie różniły). Te pierwsze zostały opublikowane, te ostatnie przechowywano w archiwum leningradzkiego KGB. ].

Ale to wszystko, przypominam, było po. Natomiast wtedy, czyli przed, Gumilow - gdy już przetrawił bad news - w kwietniu 1908 roku ponowił oświadczyny i znów dostał kosza. Może w bardziej eleganckim opakowaniu, ale nie miało to już najmniejszego wpływu na jego decyzję o odejściu. Poczuł się zwolniony, jakby powiedział Waldemar Krzystek, z życia.

Wyjechał więc do Paryża, bo tam się umiera najromantyczniej, najodpowiedniej, najwłaściwiej, najładniej. Na początek zagrał w rosyjską ruletkę (1908) i wygrał (przegrał?) z Losem; wtedy wyjechał do jakiejś nadmorskiej miejscowości, żeby się utopić, ale czujna miejscowa ludność poinformowała żandarmerię o kręcącym się po okolicy włóczędze i został zatrzymany (1908); niezrażony powrócił do stolicy i otruł się (1908) - znaleziono go nieprzytomnego w Lasku Bulońskim. Ostatecznie rozczarowany Francją przeniósł się do Egiptu, gdzie w stołecznym ogrodzie botanicznym (tam pewnie w ramach starań o egzotyczne klimaty chuchają na Betulę; na Betulę nanę raczej, niż na Betulę verrucosę) zrobił to jeszcze raz. O swoich kańskich stanach i lękach napisał po dziesięciu latach w wierszu Ezbekie (tomik Ognisko, 1918):

 

Kobieta ta mnie niemal zamęczyła,

Nawet o śmierć prosiłem wtedy Boga

I sam myślałem, by mu pomóc w tym.

(N. Gumilow, Ezbekie, tłum. P. Fast)

 

Gdy już zrozumiał, że pisana mu jest nieśmiertelność, to po odbyciu jeszcze jednej rutynowej rozmowy z Anną (czerwiec 1909 r.) postanowił tym razem zapomnieć o niej inaczej. Miały mu w tym pomóc panie mniej toksyczne, wprawnie konsumujące męskie uczucia i o sercach otwartych na oścież. To właśnie wtedy, w 1909 roku, w życiu zdesperowanego Gumilowa pojawiła się Jelena Wasiliewa (z d. Dmitrijewa, 1887-1928; bardziej znana pod pseudonimem Cherubina de Gabriack). Poetka. Modernistyczna jak najbardziej. Z wszystkimi tego dla zakochanego mężczyzny konsekwencjami. Dla Nikołaja, wciąż jeszcze obolałego po wyznaniach Anny, świat znów się zawalił, kiedy zrozumiał, że nie ma wyłączności na miłość Jeleny (bo to już była Cherubina). Bał się nowej zdrady - więc był zazdrosny, kolejnego odrzucenia - więc był zazdrosny, skazy na męskiej reputacji - więc był zazdrosny, śmieszności - więc był zazdrosny. Dobrze wiedział, że ta zazdrość o de Gabriack czyni go śmiesznym i dlatego z zazdrości publicznie obraził panią Dmitrijewą-Wasiliewą. W jej obronie stanął wtedy inny poeta - ten, który za kilka lat będzie gościł Cwietajewą w Koktebelu - Maksimilian Wołoszyn. Po chwili panowie G. i W. uznali, iż dzieląca ich różnica zdań zasługuje na pojedynek, a oni - na sakralną Czarną Rzeczkę. Listopadowo-zimowy kraj obraz nie zawiódł ich nadziei - przypominał tamten styczniowy i jak wtedy biel czarnorzeczkowego śniegu oczekiwała na czerwień krwi poety. Po drodze Wołoszyn z niejasnych powodów odprawił woźnicę w Starej Dieriewni i postanowił ostatnią wiorstę (ostatnie wiorsty?) pokonać pieszo. Już po chwili zgubił gdzieś w głębokim śniegu kalosz i uparł się, że musi go znaleźć. W poszukiwaniach towarzyszył mu dzielnie sekundant. Tymczasem punktualny Gumilow marzł w oczekiwaniu na przeciwnika, aż wreszcie zziębnięty i zniecierpliwiony ruszył w stronę Starej Dieriewni. Tam natknął się oczywiście na człowieka w jednym kaloszu i jak na gentlemana przystało zaoferował swoją pomoc, która została przyjęta z wdzięcznością. Na tym historia pojedynku się kończy.

Tak sztukę rosyjską okradziono z ciekawie zapowiadającego się nowego pejzażu z martwą naturą w tle.

Cztery dni później, 26 listopada 1909 roku, Nikołaj Gumilow na jakimś wieczorze literackim w Kijowie spotkał Annę Gorenko. Zaprosił ją do restauracji hotelu "Europejskiego" i tam - ot, żeby nie wypaść z wprawy - poprosił o rękę. A ona - z takim samym zaangażowaniem emocjonalnym, jak przed chwilą, gdy ją pytał, czy wypije drugą kawę - odpowiedziała: "Tak". Stało się. Oświadczyny zostały przyjęte.

Do pełni szczęścia brakowało już mu tylko jednego "Tak" - rektora (narzeczony - wciąż jeszcze student - musiał uzyskać zgodę władz uczelni na zawarcie związku małżeńskiego), ale Magnificencja w przeciwieństwie do narzeczonej nie zwlekał. Ślub odbył się 25 kwietnia 1910 roku. Panna młoda nie wniosła posagu (jej rodzina zignorowała zresztą ceremonię zaślubin), więc pan młody "[...] od razu dał jej określoną kwotę pieniędzy na życie oraz założył na nią lokatę bankową w wysokości 2 tysięcy rubli; «chciałem, żeby ona czuła się niezależna i w pełni zabezpieczona»".

Między nami mówiąc, Anna zapamiętała rok 1910 z innego powodu: wtedy - w trosce o dobre imię rodziny - swoje wiersze zaczęła podpisywać pseudonimem. Nastąpiło przeobrażenie Gorenki w Achmatową; doszło do metamorfozy niebrzydkiego kaczątka w jeszcze piękniejszego łabędzia.

W podróż poślubną nowożeńcy udali się do Paryża. Tam Anna - zdaniem Czułkowej - zrobiła furorę, uwierzyła w siebie i zrozumiała, że może być obiektem pożądania. Na spacerach widywano ją najczęściej w białej sukni, białym, słomkowym kapeluszu o szerokim rondzie z długim, białym strusim piórem przywiezionym przez Gumilowa z Abisynii. "W Paryżu [...] - jak relacjonował Wołkowowi Josif Brodski - nadskakiwał jej nie tylko Modigliani. Także, we własnej osobie, sławny lotnik Bleriot... Znasz tę historię? Nie pomnę już, gdzie tam w Paryżu obiadowali we trójkę: Gumilow, Anna Andriejewna i Bleriot. Anna Andriejewna opowiadała: «Tego dnia kupiłam sobie nowe pantofelki, które były dość ciasne. Na czas obiadu zzułam je więc pod stołem. Potem wracam z Gumilowem do domu, zdejmuję pantofelki i w jednym z nich znajduję bilecik z adresem Bleriota!»".

Ale to nie dla lotnika, a dla malarza - ten talent, ten wdzięk, ta męska uroda Południa, która zniewala chłodne kobiety Północy - straciła głowę młoda mężatka. "Kiedy go pierwszy raz zobaczyłam - zwierzała się po wielu latach zaprzyjaźnionym paniom - pomyślałam od razu: jaki interesujący Żyd. A on też mówił (może kłamał?), że, gdy mnie zobaczył, pomyślał: jaka interesująca Francuzka". Wtedy - jak wszystko na to wskazuje - rzeczywiście jedynie o sobie myśleli, wymieniali się spojrzeniami i może bon motami, ale Achmatowa, opuszczając Paryż, nie była zmartwiona czy smutna - wiedziała, że przy najbliższej okazji wróci do mężczyzny, którego pragnie i z którym spędzi godzinę albo noc w jakimś tanim hoteliku. Bo tak zadecydowały jej hormony. Na pożegnanie Modigliani dla pewności włożył zapewne do jej walizy feromonową bombę zegarową, której tykanie odmierzało noce i dnie pozostałe do eksplozji ich ponownego spotkania.

Nowożeńcy powrócili do Petersburga i przez chwilę było sielankowo-bezcieleśnie, jak w słusznie napisanym podręczniku przysposabiającym do życia w rodzinie. Kiedyś Anna późno się obudziła i siedzący od rana przy biurku Gumilow powiedział do niej Niekrasowem:

 

Dzień biały wschodzi ponad stolicę,

Słodko śpi żona młoda, urocza,

Lecz się nie kładzie mąż bladolicy -

Ku pracy zwraca bezsenne oczy!

(N. Niekrasow, Masza, tłum. A. Rymkiewicz)

 

Jeszcze rozespana znalazła się natychmiast i odpowiedziała mu oczywiście Niekrasowem:

 

... i na czerwonym aksamicie

 

Pierwszego stopnia Anna leży.

(N. Niekrasow, Poranek, tłum. P. Fast)

 

I tak odnajdywali cudzysłów na każdą okazję, i tak własne życie wymieniali na cudzy tekst, który za pierwszym razem brzmiał na pewno świeżo i zabawnie, a za drugim - pachniał już jesiotrem drugiej świeżości. Postmodernistyczne gry poetyckie stały się dla dwojga akmeistów substytutem erotycznej namiętności. Nieobecną miłość (wygasającą -do niej i nigdy nienarodzoną - do niego) zastąpili jej literackimi kreacjami, a własne teksty wyznań - cytatami. Za dużo było w nich tego, co Susan Sontag nazywała kampowaniem (kampem *["Kamp widzi wszystko w cudzysłowie. Nie lampa, ale «lampa», nie kobieta, lecz «kobieta». Dostrzegać kamp w przedmiotach i ludziach to pojmować Bycie-jako-granie-Roli. W ten sposób metaforę życia jako teatru przenosi się w sferę wrażliwości". S. Sontag, Notatki o kampie, tłum. W. Wartenstein, "Literatura na Świecie" 1979, nr 9, s. 312.]), za mało - szaleństwa; za dużo - Bachelardowskiej wyobraźni poetyckiej, za mało (by znów przywołać panią S.) - wyobraźni pornograficznej.

Latem 1910 roku zamieszkali w Carskim Siole i tam dopiero by sobie pocytowali, ale 1 września Gumilow dołączył do ekspedycji, która wyruszyła do Abisynii, ponieważ

 

Lubił trzy rzeczy na świecie:

Śpiewy nieszporów, pawie w locie

Wytarte mapy Ameryki.

Nie lubił, kiedy płaczą dzieci,

Herbaty z malinowym sokiem

I histerycznych kobiet krzyków.

A ja zostałam jego żoną.

(A. Achmatowa, Lubił trzy rzeczy na tym świecie..., 9 listopada 1910, tłum. P. Fast)

 

Wrócił po siedmiu miesiącach (25 marca 1911 roku) i wtedy ona wyjechała do Paryża. Sama. Do Amadeo, który nigdy nie uczestniczył w safari i nigdy nie zastrzelił lwa, ale był uwodzicielem wprowadzającym kobiety w życie bez gorsetu. Już po powrocie, już jesienią, już w Carskim Siole Achmatowa napisała przedrollingstonsową Sympathy for a Devil - Piosnkę o dniu pożegnania:

 

Tak bezradnie pierś stygła mi z chłodu,

Ale szłam, zda się lekko i żwawo.

Rękawiczkę, ot tak, bez powodu,

Z lewej ręki włożyłam na prawą.

 

I zdawało się, schodków tak dużo,

A wiedziałam, że tylko trzy były.

Klon zaszumiał w jesiennej wichurze.

Prosił: "Zejdźmy do wspólnej mogiły!

 

Mnie oszukał, czy słyszysz, los srogi,

Los niedobry i zmienny zarazem".

Zawołałam: "Mój miły, mój drogi,

I mnie również. Umrzyjmy więc razem".

 

Oto piosnka o dniu pożegnalnym.

Obrzuciłam dom ciemny spojrzeniem.

Tylko świece jaśniały w sypialnym

Obojętnie-żółtym płomieniem.

(A. Achmatowa, Piosnka o dniu pożegnania, tłum. L. Podhorski-Okołów)

 

Wcześniej przez kilka miesięcy miała nadzieję, że odmieniła Modiego (tak pieszczotliwie nazywała Modiglianiego) i że ją Modi potraktuje inaczej. "Czekałam na list - wyznała kiedyś - który nie przyszedł - nigdy nie przyszedł. Często widziałam ten list we śnie; rozrywałam kopertę, ale on albo był napisany w niezrozumiałym języku, albo ślepnę...". Nigdy się już nie spotkali. Do Paryża poetka przyjechała po pięćdziesięciu latach.

Po Modiglianim już nic nie było tak jak wcześniej - w 1911 roku jej serce przesiadło się z osobowego do ekspresu: na pierwszej stacji pojawiły się liryki dedykowane Michaiłowi Łozińskiemu, przyjacielowi męża z Cechu Poetów; na drugiej - w nocy z 22 na 23 grudnia popełnił samobójstwo nieszczęśliwie zakochany w poetce artylerzysta Michaił Lindeberg *[Jak relacjonowała jedna z gazet ukazujących się we Władykaukazie, Lindeberg w koszarowym korytarzu rozpiął szynel i mundur, podciągnął koszulę, przystawił do piersi nagan i wystrzelił. Zdaniem dobrze poinformowanego dziennikarza, samobójca zdecydował się na ten krok z pobudek "romantycznych".] (Anna skomentuje tę śmierć w październiku 1913 roku w wierszu Rzekł chłopiec: "Jakże to bolesne!"...). W każdym kochanku szukała odtąd Amadeo i każdy z nich musiał się zmierzyć z jego wzorcem niedoskonałości.

Kwiecień i maj 1912 roku Gumilowowie spędzili przykładnie razem we Włoszech - on czekał na kolejną wyprawę do Afryki, ona była w ciąży. 18 września urodził się Lew, którego wychowaniem zajęła się babcia (matka Nikołaja). Z Anną syn zamieszka dopiero w 1928 roku i nigdy jej nie wybaczy tych szesnastu lat.

Wiosną 1913 roku Gumilow wyruszył (jeszcze nie wiedział, że po raz ostatni) do swojej ziemi obiecanej. Po wyjeździe męża Anna odnalazła na jego biurku i przeczytała (jakież to smutne!) listy od Olgi Wysotskiej, która - jak się wkrótce okazało - za sprawą poety-globetrottera była w tak zwanym stanie błogosławionym (w październiku urodzi się Orest). "NS [Nikołaj Stiepanowicz - T.K.] - zwierzała się Achmatowa swemu eckermannowi Łuknickiemu - fizycznie nigdy nikomu nie był wierny, nie był do tego zdolny i nie uznawał tego za niezbędne" *[Po jednej ze swych afrykańskich wypraw Gumilow przyjechał do Carskiego Sioła wcześniej niż planował. Gdy Achmatowa wróciła nad ranem do domu, zobaczyła walizy i kufry męża. Jej ojciec, będący świadkiem tej sceny, rzucił od niechcenia: "No i tak wy, kobiety, wpadacie".].

Cała kwintesencja życia małżeńskiego Anny i Nikołaja została zawarta w jego liście do niej z 9 kwietnia 1913 roku: "Całuj ode mnie Lewka (zabawne, pierwszy raz piszę jego imię) i ucz go mówić tata. Pisz do mnie przed 1 czerwca do Dire-Daouy (Dire-Daoua, Abissinie. Afrique), przed 15 czerwca do Dżibuti, przed 15 lipca do Port Saidu, potem do Odessy". Zarówno w tym, jak i w późniejszych tekstach nie znajdziemy wyznań miłosnych (zastępują je powszechnie przyjęte formułki grzecznościowe) - wszystkie liryczno-erotyczne konteksty i podteksty trafiały w tym czasie do listów pisanych do Jekatieriny Małkinej.

Anna nie rozpaczała i nie chciała być Penelopą. Wiosną 1913 roku poznała Nikołaja Niedoborowo i wywarła na nim - co było do przewidzenia - bardzo duże wrażenie. "Źródłem prawdziwych rozrywek - pisał oszołomiony do swego przyjaciela Borisa von Anrepa (on też wkrótce zapisze swój rozdział w życiu erotycznym pani A. A.) - służy mi Anna Achmatowa, bardzo utalentowana poetka [...]". To oni - Niedobrowo i von Anrep - zostaną głównymi adresatami liryki miłosnej Achmatowej z Białego stada, Dmuchawca, Anno Domini MCMXXI.

20 września 1913 roku powrócił z Afryki Gumilow i Anna pokazała mu znalezione na biurku listy. Oboje uznali, że jeszcze nie czas na formalne rozstanie, ale odtąd każde z nich będzie podążać własną drogą. "Wkrótce po urodzeniu się Lowy - opowiadała kilkanaście lat później - daliśmy sobie (z N.S. Gumilowem) milcząco pełną swobodę i przestaliśmy wzajemnie interesować się intymną stroną naszego życia".

Na początek Nikołaj Stiepanowicz zaczął się nad wyraz skutecznie zalecać do Tani Adamowicz (siostry terminującego u niego poety Gieorgija), a Anna Andriejewna na przełomie lat 1913-1914 przeżyła zafascynowanie Aleksandrem Błokiem *[Achmatowa miała w tym czasie ciągłe kłopoty z płucami (przeszła kilkakrotne zapalenie) i co jakiś czas trafiała do sanatorium. Niektórzy tłumaczą jej ówczesny głód uczuć zagrożeniem gruźlicą, co wtedy oznaczało życie na krawędzi.]. Z kilku niezależnych od niej przyczyn - platoniczne. O jednej wspomniała w liście do przyjaciółki Aleksandra Kublicka-Piottuch, uparcie ignorująca w życiu syna obecność Lubow Mendelejewej: "Wciąż czekam, kiedy Sasza spotka i pokocha kobietę niepokojącą i głęboką, a więc i delikatną... Jest taka młoda poetka, Anna Achmatowa, która do niego wyciąga ręce i byłaby gotowa go kochać. On się od niej odwraca, chociaż jest piękna i utalentowana, ale smutna. A on tego nie lubi..." (marzec 1914).

Inni uznali, że w smutku jej do twarzy. 8 lutego 1914 roku Achmatowa na jakimś wieczorze poetyckim poznała obiecującego kompozytora i pianistę Arthura Lourie *[W latach 1913-1921 Arthur Lourie był mężem pianistki Jadwigi Cybulskiej.]. We troje (bo był z nią przecież Gumilow) przenieśli się do powszechnie znanego w kręgach bohemy kabaretu "Bezpański Pies" ("Brodiaczaja sobaka"), a potem już tylko we dwoje (Gumilow się znalazł i wyszedł) spędzili resztę długiej petersburskiej nocy. Gdy wróciła nad ranem do domu, to zobaczyła czekającego na nią męża. Z twarzą zastygłą w grymasie dawno niewidzianej zazdrości. Prowadził w tym czasie równie intensywne życie - nazwijmy to - uczuciowe, ale tamtej nocy szczególnie mocno go zabolała jej erotyczna niezależność. Kilka miesięcy później, w czerwcu, jego zranione ego zaproponowało Annie rozwód. Zgodziła się bez wahania, ale formalnie przestali być małżeństwem dopiero po wojnie (prawdopodobnie 5 sierpnia 1918 roku). W sierpniu Gumilow zgłosił się na ochotnika do wojska. Jak Siergiej Efron, jak wszyscy sfrustrowani mężowie w Europie roku tysiąc dziewięćset czternastego.

W lutym 1915 roku, w wielki post, zdobywająca coraz większy rozgłos poetka poznała w domu Niedobrowo Borisa von Anrepa, który szykował się właśnie do wyjazdu na front. Wysoki don Juan, twórca interesujących mozaik i przeciętnych wierszy, kobiety porażał tajemniczym milczeniem (za którym kryła się nieskażona erudycją intelektualna pustka), restauracyjnymi szaleństwami, ale też dobrze rozwiniętym zmysłem praktycznym. Annie zapewne przypominał ojca. Kiedy rok później przyjechał na urlop - zostali kochankami. Tym razem to ona - inaczej niż w małżeństwie - podniosła temperaturę związku i zachorowała na Borisa. W 1916 roku, w kolejnym przypływie gorączki miłosnej, przydarzył jej się nawet marny akrostych poświęcony kochankowi, ale wtedy najważniejsze były dla niej litery, które tworzyły dwa wodzące na pokuszenie słowa: BORIS ANREP.

Mniej więcej w tym samym czasie, we wrześniu, pojawił się w Piotrogrodzie Gumilow, ale nie sądzę, żeby jego obecność została odnotowana przez żonę pogrążoną przecież w głębokim uczuciu do pana von. Nikołaj zresztą też nie myślał o podróży sentymentalnej do przeszłości, nazbyt był pochłonięty nowymi podbojami. Poznał wtedy między innymi Łarisę Reisner (1895-1926), w której podkochiwał się Osip Mandelsztam. Ona wybrała męża Achmatowej z jego heroiczną biografią (afrykańskie wyprawy, służba wojskowa, medale za odwagę), który skonsumował jej naiwność i niewinność w jakimś pokoju na godziny na ulicy Gorochowej, a potem powiedział, że gardzi kobietami godzącymi się na takie spotkania. Nie załamała się, nie odeszła od zmysłów, nie wstąpiła do klasztoru, nie próbowała nawet popełnić samobójstwa. To spotkanie ją zahartowało i nauczyło modliszkowatej bezwzględności w stosunkach z mężczyznami *[Po rewolucji Reisner została żoną znanego działacza partyjnego Fiodora Raskolnikowa i kochanką Karla Radka.].

Rok 1917 zabrał Annie obu - tego kochanego i tamtego niekochanego. Luty (od razu) - Borisa, październik (po jakimś czasie) - Nikołaja. "Przeszedłem Newę po lodzie - pisał we wspomnieniach von Anrep - żeby uniknąć barykad przy mostach... Dobrnąłem do domu Sriezniewskiego, dzwonię, drzwi otwiera A. A. «To pan? W taki dzień? Oficerów wyłapują na ulicach». - «Zdjąłem epolety». [...]. «Będzie to samo, co było we Francji w czasie Wielkiej Rewolucji, albo będzie jeszcze gorzej». -«Przestańmy o tym mówić». Zamilkliśmy. Opuściła głowę. «Nie zobaczymy się więcej. Pan odjedzie». [...]. Pierwszym pociągiem odjechałem do Anglii".

Niemal w tym samym czasie znalazł się tam też Gumilow, który w 1916 roku rozpoczął uwieńczone sukcesem starania o przeniesienie do rosyjskiego korpusu ekspedycyjnego walczącego na froncie zachodnim. Jednak kraj opuścił dopiero po rewolucji lutowej i przez kilkanaście miesięcy krążył między Londynem i Paryżem. W 1918 roku poeta podjął niefortunną decyzję o powrocie do nowej, nieznanej Rosji. Achmatowa mieszkała wówczas u Walerii Sriezniewskiej i tam właśnie doszło do ostatniego spotkania Nikołaja i Anny. "Siedząc u mnie - wspominała gospodyni - w czerwono-ciemnym pokoju na dużym tapczanie, Anna powiedziała, że chce na wieki z nim się rozstać. Kola okropnie zbladł, pomilczał i powiedział: «Zawsze mówiłem, że jesteś wolna i możesz robić wszystko, na co masz ochotę». Potem wstał i wyszedł". I niemal natychmiast się ożenił z Anną Engelhardt (1895-1942). "Jego drugie małżeństwo - pisała, nie kryjąc Schadenfreude, żona nr 1 - też nie było szczęśliwe. Wyobraził sobie, że Anna Nikołajewna to wosk, a okazało się, że to czołg. Miałam w młodości trudny charakter, bardzo broniłam swojej wewnętrznej niezależności i byłam bardzo rozpieszczona. Ale nawet moja świekra stawiała mnie potem za przykład Annie Nikołajewnie. Było to pospieszne małżeństwo. Kola był bardzo urażony, kiedy go rzuciłam, i ożenił się byle szybciej, z przekory. Przemieszkał z nią chyba ze trzy miesiące i wyprawił do swojej rodziny. To się jej nie spodobało, zażądała, aby sprowadził ją z powrotem. Zrobił to i od razu wyjechał na Krym. Jest to bardzo niedobra, swarliwa kobieta, a jemu marzyło się posłuszeństwo i uległość".

Wkrótce został aresztowany, oskarżony (niesłusznie) o udział w spisku antybolszewickim i stracony. Jego ostatni, przedśmiertny romans miał na imię Irina, był bardzo młody i pobierał u niego lekcje poezji. Jej wybór - chociaż z innych powodów - nie był dużo lepszy: w grudniu 1918 roku prawdopodobnie wyszła za mąż za wybitnego asyriologa Władimira Szylejkę. Poznała go siedem czy osiem lat wcześniej, pisał wtedy wiersze (podobno niezłe) i obracał się w kręgu Gumilowskiego Cechu Poetów. "W latach dziesiątych - wspominała Achmatowa - powstał swego rodzaju triumwirat: Łoziński, Gumilow i Szylejko. Z Łozińskim Gumilow grał w karty. Szylejko objaśniał mu Biblię i Talmud". Nowemu mężowi ofiarowała na początek Białe stado z patetyczną dedykacją ("Mojemu słońcu. Anna") i na trzy lata (1918-1920) - jak się miało okazać - zamieszkała z nim w południowej oficynie pałacu Szeriemietiewów (Fontannyj Dom). To nie był dobry czas na miłość naukowca i poetki - oboje nie radzili sobie z głodną codziennością, uciążliwościami bytu czasów komunizmu wojennego, całą tą prozą życia. Kiedyś w jakiejś ankiecie Szylejko podał, że zna czterdzieści języków, ale w żadnym z nich - jak się okazało - nie znał zaklęć pozwalających zatrzymać przy sobie ukochaną.

Na uratowanie tego dziwnego związku zrodzonego z kaprysu kobiety nie miał zresztą szans najlepszy nawet poliglota. Miałby je jedynie egzorcysta - w roku 1919 Anna znów zaczęła się spotykać z Lourie. To co, że oszalały z zazdrości Szylejko, wychodząc z domu, zamykał bramę na klucz (może tę, nad którą umieszczono jeszcze w czasach Piotra Wielkiego sentencję: Deus conservat omnia), skoro jego szczupła żona znała wszystkie dziury w ogrodzeniu (a niekiedy po prostu prześlizgiwała się pod nim). Za nim zaczynała się przestrzeń, gdzie panowała "wolność, wolność i swoboda" i tam czekał na nią Arthur ze swoją kochanką młodą, Olgą Glebową-Sudiejkiną *[Olga Glebowa-Sudiejkina (1885-1945) - muza wielu poetów, aktorka (grała u Komissarżewskiej), muzyk, baletnica (np. w 1911 występowała w Jeziorze łabędzim) i tancerka, malarka, rzeźbiarka, modelka, tłumaczka. W 1907 wyszła za mąż za Siergieja Sudiejkina (1882-1946), modnego malarza i dekoratora, który po roku wyznał, że już jej nie kocha i że zdradzał ją wielokrotnie. Na początku lat dziesiątych rywalizowała z Michaiłem Kuzminem o względy poety i oficera Wsiewołoda Kniaziewa (popełnił samobójstwo w kwietniu 1913). W 1915 roku rozstała się z mężem, który wyjechał na Krym (1916), a w 1917 wyemigrował z jedną ze swych kochanek do Paryża. W czasie wojny w życiu Olgi zamieszkał Arthur Lourie. W 1924 roku podążyła za nim do Berlina, a stamtąd przeniosła się do Paryża. Była jedną z najpiękniejszych biseksualistek Petersburga i Piotrogrodu. W gronie jej przyjaciółek wymienia się poetki Jewgienię Rosen i Natalię Gruszko (1891-1974), baletnicę Tatianę Wieczesłowową oraz aktorkę Fainę Raniewską (1896-1984). ]. To chyba wtedy rodził się wiersz, który zostanie napisany w 1921 roku i wejdzie do tomiku Anno Domini MCMXXI:

 

Nie chcę być drżeniem ni bólem nękana,

Kat - moim mężem, jego dom - więzieniem.

(A. Achmatowa, "Powolna tobie? Oszalałeś pewnie!...", tłum. A. Ziemny)

 

W październiku 1920 roku Achmatowa otrzymała posadę bibliotekarki i związany z tym przydział na dwa pokoje. Przy pierwszej nadarzającej się okazji (nieobecność chorego męża) opuściła pałac, mężczyznę, który fatalnie wypadł w roli księcia i przeniosła się do nowej bajki. Jednak Szylejko nie sprawdził się również jako porzucony - po opuszczeniu szpitala przeprowadził się do żony na ulicę Siergijewską. Jeszcze nie chciał zrozumieć, że ktoś inny jest teraz jej słońcem, więc latem następnego roku otrzymał od niej egzemplarz Dmuchawca z dedykacją: "Szylejce - 25 lipca 1921 r." To było dawno zapowiadane pożegnanie. Tym razem pogodzony z losem asyriolog wyszeptał w czterdziestu językach: "C'est la vie!" albo zapłakał po francusku (jak papuga, a w zasadzie papug, Flaubert w balladzie Aleksandra Wertyńskiego) i oddalił się w kierunku najbliższej biblioteki.

A poetka na dobre rozpoczęła swoją podróż przez życie, swoją piotrogrodzką odyseję (która z czasem stanie się leningradzką, a jeszcze później leningradzko-moskiewską): jesienią 1921 roku zamieszkała wspólnie z Olgą i Arthurem na Nabrzeżu Fontanki (18, m. 28); potem - razem z Olgą (Lourie już wyemigrował) - przeniosła się na kilka miesięcy na ulicę Kazańską 3; jeszcze później (wciąż z przyjaciółką) pojawiła się na Nabrzeżu Fontanki 2 (gdzie znajduje się dziś muzeum poetki); a stamtąd już sama (Olga wyjechała za granicę) przeniosła się do służbowego mieszkania Szylejki na ulicy Chałturina (wcześniej: ul. Millionnaja, Mramornyj Dworiec).

Najszczęśliwsze były pierwsze miesiące. Glebowa-Sudiejkina uwielbiała Achmatową, więc chętnie dzieliła z nią nie tylko mieszkanie, ale również kochanka, który cieszył się już zasłużoną reputacją Casanovy. Wszystkie zainteresowane nim panie dobrze wiedziały, że Lourie jest kobieciarzem, odmieniały we wszystkich przypadkach słowo babnik, ale wzruszał je, ponieważ - jak to ujęła jedna z nich - z wrodzoną delikatnością troszczył się o wszystkie swoje kobiety. Pozornie głos Anny niczym się więc nie różnił w chórze powtarzającym mantrę uwiedzionych i porzuconych: "Arthur jest dobry ale to okropny kobieciarz [babnik]" (dowiadując się o jego kolejnych zdradach - które on nazywał "casusami" - wykrzykiwała: "Tobie jest potrzebna tygrysica, a nie kobieta!"); pozornie, ponieważ niewierności Arika (jak go pieszczotliwie nazywała) zawdzięczała nowe inspiracje artystyczne (to o ich związku mówi wiersz z 25 września 1921 roku Dołgim wzgladom twoim istomlonnaja... (Długim spojrzeniem twym umęczona...) i erotyczne (wyprawy z Olgą na wyspę Lesbos). To wspólne - coraz bardziej wspólne - życie we troje trwało do 1922 roku, do czasu podróży służbowej Lourie do Berlina. Wiedział, że pozostanie na emigracji, więc obie panie postanowił zabrać ze sobą. Wyjechał jednak sam. One zostały i uczyły się życia bez niego. Po romansie granym na sześć rąk - "dumka na dwa serca". Po dwóch latach gnana tęsknotą Olga najpierw zdobyła paszport, a potem kupiła bilet do Berlina. Anna została. Po dumce na dwa - partia solowa na jedno serce i jedną nutę. Nostalgii. Pamięć serca poetki przywoła Glebową-Sudiejkinę w Poemacie bez bohatera.

Achmatowa nie opuściła kraju, po pierwsze, ponieważ na początku lat dwudziestych nadeszło uznanie i zaczęto ją wymieniać w gronie najwybitniejszych poetów rosyjskich. Była głodna, jak większość rodaków i była nieporadna w zderzeniu z prozą życia, jak Cwietajewa, ale nie cierpiała - czego doświadczyło wielu innych twórców - na głód popularności. Odtąd wszystkie zakochane Rosjanki utożsamiały się z jej bohaterkami. Te niezakochane zresztą też. "Czytam Pani wiersze - pisała jedna z nich 30 marca 1921 roku - Różaniec i Białe stado. Moją ulubioną rzeczą jest ten długi wiersz o carewiczu. [...]. Białe stado Marina ukradła w pewnym domu i całe trzy dni chodziła szczęśliwa. [...]. Z wierszy Mariny poświęconych Pani wiem, że ma Pani syna Lwa. [...]. Ile ma teraz lat? Ja mam teraz osiem. Proszę nam przysłać list, twarz i wiersze. Kłaniam się Pani i Lwu. Pani Ala. Drewniana ikonka jest ode mnie, a malutka, wesoła - od Mariny". To był list oczywiście od Ariadny (Ali) Efron, córki Cwietajewej.

Achmatowa nie opuściła Rosji, po drugie, ponieważ Lourie nie znaczył dla niej tyle, co Efron dla Cwietajewej (nie ten realny, ale ten przez nią wymyślony, wyobrażony i zmitologizowany); ponieważ Anna, inaczej niż Cwietajewa, nie chciała (nie mogła?) szaleńczo zatracać się w miłości i idealizować swoich kolejnych partnerów. Zawsze - po pierwszej gorzkiej lekcji odrzucenia przerobionej z Goleniszczewem-Kutuzowem - pozostawiała sobie margines bezpieczeństwa i swoje życiowe salto mortale wykonywała zawsze przypięta do liny; zawsze miała przygotowaną drogę odwrotu; zawsze mogła liczyć na dublerkę Marinę. Jej mężowie i kochankowie mogli zawsze liczyć na jej półzaangażowanie, półzakochanie, półoddanie, półwierność.

Achmatowa nie opuściła więc Rosji i nie podążyła za Lourie, po trzecie wreszcie, ponieważ od jakiegoś czasu była zainteresowana historykiem sztuki Nikołajem Puninem *[Punin w 1917 roku ożenił się z Anną Ahrens (1892-1943). Gdy cztery lata później (3 sierpnia 1921) został aresztowany w związku ze sprawą tzw. Piotrogrodzkiej Organizacji Bojowej (wtedy też, przypomnę, uwięziono, a następnie rozstrzelano Gumilowa), to tylko dzięki usilnym staraniom żony - która dotarła m.in. do narkoma oświaty Anatolija Łunaczarskiego - został po miesiącu zwolniony.], którego poznała jeszcze jesienią 1914 roku w pociągu jadącym do Carskiego Sioła. "[....] Jest dziwna i zgrabna - zapisał, niczego jeszcze nie przeczuwając, w dzienniku 24 października - chuda, blada, nieśmiertelna i mistyczna. Ma podłużną twarz z wyraźnie zarysowanym podbródkiem, wargi cienkie i chore, trochę zapadnięte, jak u staruszki albo nieboszczki [...], ma figurę histeryczki [...]. Jest mądra [...]. Ale jest nieznośna ze swoim pozerstwem [...]".

Minęło niemal osiem lat od ich pierwszego spotkania, gdy w końcu sierpnia 1922 roku Anna Andriejewna napisała parę słów do Punina, które nim wstrząsnęły: "Nikołaju Nikołajewiczu, będę dziś w Zwuczaszczej Rakowinie. Proszę przyjść" *[Zwuczaszczaja Rakowina (Dźwięcząca Muszla) - grupa młodych poetów (m.in. Frida i Ida Nappelbaum, Konstantin Waginow) tworząca w latach 1920-1921 kółko literackie pod egidą Nikołaja Gumilowa; po śmierci swego Mistrza członkowie Dźwięczącej Muszli spotykali się jeszcze przez jakiś czas.]. Jeszcze nie zdążył ochłonąć po tym zaproszeniu (w końcu nie co dzień prosty krytyk sztuki-mężczyzna, bywa zauważany przez wschodzącą gwiazdę poezji-kobietę), a już nadeszło następne (początek września): "Kochany Nikołaju Nikołajewiczu, jeśli dziś wieczorem jest Pan wolny, to z Pańskiej strony byłoby nieskończenie miło, gdyby Pan nas odwiedził. Do zobaczenia. Proszę przyjść około 8, 9". Jeszcze wprawdzie do "nas", ale już zaczyna go pieszczotliwie nazywać swoim Kocim-Chłopcem [Kotij-Malczik] i miesiąc później jest jego gościem w tak dobrze sobie znanym pałacu Szeremietiewów. Zresztą też w oficynie, ale tym razem w północnej.

To od początku była inicjatywa Achmatowej, to była jej gra i to ona ustalała jej reguły. Nie była oryginalna - na chwilę zapomniała o akmeistycznych kanonach życia i sztuki, z lamusa dekadentów wypożyczyła parę rekwizytów, parę replik, parę gestów przypisanych kobietom modliszkom i przez parę lat na potrzeby nowego związku wcielała się w jedną z nich. Po rozkochaniach w afekcie popełniła upragnione rozkochanie z premedytacją. Po zaledwie kilku sierpniowo-wrześniowych tygodniach 1922 roku Nikołaj Punin przyjął zaproszenie na egzekucję: "Przyjaciółko moja droga, Anno, Ty wiesz, jak zrobiło się pusto po Twoim wyjściu - nie podjąłem walki z sentymentalnym pragnieniem napisania do Ciebie. Kocham Ciebie, najdroższa, kocham Cię" (list, 19 października 1922); "Przez dwa dni An. była jakaś niespokojna, dręcząca się, przygnębiona; nie rozumiałem; myślałem, faktycznie: Boże Narodzenie, samotnie; sam zawsze w takie święta odczuwam samotność. Wczoraj, po długiej walce powiedziała nieswoim głosem: «Zdradziłam cię». Potem płakała" (dziennik, 10 stycznia 1923); "Potem usiedliśmy na sofie, An. [...] powiedziała wiele [...] czułych słów, czego zwykle nie robi. A następnie spytała: «Czy myślisz, że jestem ci wierna?»" (dziennik, 17 lutego 1923); "Rozłąki nie chcę - wiedz o tym. Piszę tak, dobrze wiedząc, że to nie ode mnie zależy: Ty cierpisz, Tobie zaczęły ciążyć spotkania, dlatego tylko Ty możesz zadecydować, ale nie myśl, że nie biorę na siebie odpowiedzialności za rozłąkę, jeśli uznasz, że rozłąka - przyjmę; nigdy ani w myślach, ani w słowach nie znajdę powodu, żeby czynić Ci wyrzuty [...]" (list, 20 marca 1923); "Nastały straszne dni" (dziennik, 18 kwietnia 1923); "An., wołam Cię" (dziennik, 3 czerwca 1923); "An., jeszcze raz - wołam Cię" (dziennik, 5 czerwca 1923).

Tym drugim mężczyzną - z którym Achmatowa Punina "zdradzała", dla którego była "niewierna" Puninowi, dla którego od Punina chciała odejść, odchodziła, odeszła, ale wróciła - był Michaił Zimmerman (?-1928). Latem 1923 roku Nikołaj Nikołajewicz - jak na uczonego przystało - jest świadom całej tej sytuacji, jest w stanie ją opisać, przeanalizować i zdefiniować, ale panująca do niedawna inflacja zaatakowała także jego uczucia, więc skoro kiedyś płacił pięćdziesiąt milionów rubli za bilet tramwajowy, to teraz gotów jest zapłacić każdą cenę za możliwość spotykania się z kobietą, którą kocha. "Dziś było tak - zanotował w dzienniku 8 lipca 1923 roku - An. jadła u mnie obiad. [...] Jak zawsze zapytała mnie: «Kiedy Pan przyjdzie?» Odpowiedziałem: «Kiedy Pani zechce». An. mówi: «No, choćby jutro [...]. Nie, jutro niech Pan popracuje na chwałę Bożą, a może we wtorek». [...]. Uśmiechnąłem się: «Między trzecią a czwartą we wtorek...». Nie kocha i nigdy nie kochała, więcej: nie może kochać, nie umie. I straszna myśl zrodziła się u mnie: jestem jej potrzebny jako jeszcze jedno widowisko, przy czym widowisko o szczególnym charakterze: Punin - nowator, futurysta, postrach burżuazyjnego filisterstwa, pierwszy w mieście skandalista, nieprzejednany. Jutro wieczorem pójdę do An. - będzie z M. M. Nie rób tego". Oczywiście "zrobił to" - poszedł i ona oczywiście "zrobiła to" (bo na tym polega siła reklamowego: "Do it!") - była z Zimmermanem.

Tak płynął miesiąc za miesiącem - Nikołaj wciąż za coś przepraszał, narastało w nim poczucie winy za grzechy popełnione w poprzednich wcieleniach (w 1924 roku zapisał w dzienniku: "«Nie mogę Ci wybaczyć - powiedziała An. - że dwukrotnie przeszedłeś obok: w XVIII wieku i na początku XX». Rzeczywiście, jak to się stało, że nie spotkaliśmy się, kiedy jeszcze byliśmy w gimnazjum, jak też to mogło się stać, że będąc u An. ze trzy razy [u Gumilowów], przeszedłem obok, mało bywałem, dlatego że... Jesienią 1890 r. spotykaliśmy się być może w wózeczkach w parku pawłowskim. An., jeśli dobrze policzyła, przywieziono wtedy do Pawłowska i została tam do Bożego Narodzenia, miała kilka miesięcy") i błagał Annę w listach o słowa i gesty miłości (np. 25 sierpnia 1925 roku: "Już wkrótce miną trzy lata, jak z rozpaczą w sercu i strachem poznałem słodkie Twoje usta i one wciąż pozostają święte, dalekie, niedostępne, jak wtedy w drzwiach kochanego domu 18").

Nie jestem pewien, czy nieszczęśliwa miłość, miłość bez wzajemności (albo - to wersja dla sentymentalnych optymistów - ze starannie ukrywaną wzajemnością) mężczyznę uszlachetnia, ale wiem, że Punina upoważniła do napisania w dzienniku kilku może niezbyt oryginalnych, ale jak zawsze od wieków przejmująco brzmiących zdań: "Jest miłość - dla której wszystko: i spotkanie, i ręce, i wspólne picie herbaty; ludzie się rozstają i ona odchodzi, ale wcześniej nie można przeżyć pół dnia bez drugiej osoby. Jest też inna miłość, gdzie picie herbaty jest tym samym, co umieranie, częste spotkania są straszne, a rozłąka pożądana. [...] Życie byłoby prostsze, gdyby był nam dany jedynie rozum" (2 sierpnia 1923).

Dla porzuconego Szylejki życie rzeczywiście stało się prostsze. W 1924 roku zaproponowano mu uporządkowanie części zbiorów (tabliczek z pismem klinowym, pieczęci) Moskiewskiego Muzeum Sztuk Pięknych (Moskowskij muziej iziaszcznych iskusstw). Zgodził się pod warunkiem, że nadal będzie też pracował w Leningradzie (był zatrudniony w Rosyjskiej Akademii Historii Kultury Materialnej / Rossijskaja akadiemija istorii matierialnoj kultury i na uniwersytecie). Wyrażono zgodę i od 1924 roku, przez sześć kolejnych lat, wzięty asyriolog pięć miesięcy klinował w Leningradzie, a siedem - w Moskwie. Gdy przebywał w stolicy, to wtedy jego bernardynem Tapą opiekowała się Anna, a pieniądze przesyłane na utrzymanie psa ratowały - zgodnie, jak sądzę, z intencjami nadawcy - jej budżet domowy *[Jak wynika z dziennika Łuknickiego, w tym czasie miesięczne dochody Achmatowej były constans: 60 rubli - z CEKUBU (Centralnaja kornissija po ułuczszeniju byta uczonych / Komisja Centralna Do Spraw Poprawy Warunków Życia Uczonych), 50 - od Szylejki na opłacenie czynszu i wyżywienie Tapy; wydatki w zasadzie też: 20 - mieszkanie, 20 - opiekunowie syna (pamiętajmy: gdzieś tam dorasta Lew Nikołajewicz Gumilow), 15 - Tapa, 8 - służąca, 47 - na własne potrzeby (na szczęście, dzięki Puninowi, miała bezpłatne obiady w jakiejś stołówce). Przy okazji zwracam uwagę na to, że wprowadzenie 16 marca 1921 roku na X zjeździe RKP(b) NEP-u (Nowej Polityki Ekonomicznej) zabiło po jakimś czasie galopującą inflację i umocniło rubla.].

Małżonkowie (bo formalnie wciąż byli mężem i żoną) dopiero teraz - kilka lat po rozstaniu, kilka lat po odłączeniu od linii wysokiego napięcia erotycznego - zaczęli pisać do siebie miłe listy pełne czułych słówek: "Soleilechen, jak się Pani żyje i jak zdrowie Tapy?" (koniec wiosny 1925); "Wołodio kochany, dlaczego o nas nie pamiętasz? Jestem już kilka dni w domu. [...]. Ze zdrowiem bez zmian. [...]. Po Carskim [Siole - T. K.] duszę się w Mieście. Całuję Cię - Pan z Tobą. Twoja Anna" (18 maja 1925); "Soeur Anne [...]" (marzec 1926).

I tak, prawiąc sobie dusery, dojrzeli w 1926 roku do rozwodu - Anna, bo zaczynała się oswajać z myślą o związku z Punineni; Władimir, bo dwa lata wcześniej poznał Wierę Andriejewą (1888-1974), historyka (historyczkę?) sztuki, która przyjechała służbowo do Leningradu. Przelotna początkowo znajomość przerodziła się w uczucie mierzone dziesiątkami listów miłosnych. 8 czerwca 1926 roku sąd orzekł, iż Szylejko Woldemar Kazimirowicz i Szylejko Anna Andiejewna przestali być mężem i żoną. Przy okazji okazało się, że rozwodzący się nie dysponują żadnymi dokumentami potwierdzającymi fakt zawarcia małżeństwa. Na prośbę zainteresowanych wpisano podaną przez nich datę: "grudzień 1918 r." To były, przypomnę, rewolucyjne czasy, kiedy liczyły się uczucia, a nie burżuazyjne formalności. Jak opowiadała wiele lat później Anatolijowi Najmanowi poetka, któregoś dnia wysłała ona Woldemara do domuprawlenija, by dokonał rejestracji ich małżeństwa. Cała ceremonia ślubna sprowadzała się do tego, że uprawdom na prośbę zainteresowanego/zainteresowanej (obecność drugiej osoby nie była konieczna) dokonywał stosownego wpisu w odpowiedniej księdze. Z jakichś jednak powodów (roztargnienie Szylejki, lenistwo urzędnika) taka adnotacja się nie pojawiła, ale nie to jest przecież najważniejsze. Najważniejsze było to, że już 18 czerwca 1926 roku - dziesięć dni po uzyskaniu rozwodu - asyriolog po raz trzeci stanął na ślubnym kobiercu *[Achmatowa była jego drugą żoną, pierwsza nazywała się Sofia Krajewska. O ile "ślubny kobierzec" funkcjonował wyłącznie w przestrzeni językowej, o tyle realne były plakaty, które na początku lat 30. pojawiły się na ścianach urzędów stanu cywilnego (czyli zagsów): "Zanim zarejestrujecie małżeństwo, zgłoście się do wenerologa".].

To był też ważny rok dla Anny. Prawdopodobne w styczniu pozowała do zdjęć swojemu niestrudzonemu adoratorowi ("Punin w przeddzień przyjazdu Szylejki sfotografował AA na dywanie w jej akrobatycznej pozie - kiedy nogami dotyka głowy {naga}. I wyszło bardzo dobrze, i nie można tu mówić o nieprzyzwoitości itd.: to - jak figurka z brązu, jak rzeźba, to jest estetyczne..." *[Oglądałem te fotografie, ale - niestety - za daleko byłem wtedy od skanera.]), a nieco później przeprowadziła się do niego (oficjalnie zameldowano ją tam 30 sierpnia 1927 roku). Została jego grażdanską żoną, czyli - wiem, że po polsku to brzmi okropnie - konkubiną.

Zamieszkała pod jednym dachem z jego dotychczasową żoną Anną Ahrens, jego córką Irą, jego macochą Jelizawietą Antonowną, jego służącą (przepraszam: pomocą domową) Anną Smirnową i synem służącej (przepraszam: pomocy domowej) Żenią. Na szczęście dla wszystkich relacje między obu paniami od początku były bardzo dobre. Anna I była lekarką i to właśnie ona leczyła zagrożoną gruźlicą Annę II.

Punin - nawet mieszkając z odrobinę już mniej wiotką poetką - wciąż pozostawał o nią zazdrosny. "Wieczorem - zapisał 13 lutego 1927 roku Pawieł Łuknicki - byłem u Achmatowej. Leży. Zastałem u niej Szylejkę. Punin był w sąsiednim pokoju - nie chce spotykać się z Szylejką, czeka na jego wyjście i się złości".

Pod koniec marca Nikołaj wyjechał do Japonii jako komisarz wystawy "Sztuka a rewolucja" zorganizowanej przez Muzeum Rosyjskie (Russkij Muziej). To wtedy Achmatowa - to uosobienie wierności - napisała do mężczyzny, którego uważała za swego męża: "Maj się kończy. Zbliżają się rocznice naszych ubiegłorocznych burz. Wybacz, że przypominam Ci o tym. [...]. Całuję Twoje oczy i wierzę Ci" (29 maja 1927).

W sierpniu Punin powrócił do Leningradu i we wrześniu otrzymał prezent, który musiał go wzruszyć i na który czekał od dawna. Achmatowa podarowała mu egzemplarz Białego stada (IV wydanie, 1923) z dedykacją: "Mężowi przyjacielowi. Anna. 5 września 1922 - 5 września 1927".

Adresat jeszcze nie przeczuwał, że w życiu jego kochankożony następuje czas nieoczekiwanych przewartościowań. W końcu lat dwudziestych autorka najpiękniejszych erotyków w literaturze rosyjskiej zaczyna coraz częściej mówić o swoim nowym ideale miłości, w którym nie ma miejsca na dokuczliwy, destrukcyjny bagaż fizyczno-fizjologiczny. Jak kilka dziesięcioleci wcześniej mistycyzujący symboliści rosyjscy spod znaku Władimira Sołowiowa - ale bez przywoływania jego filozofii - Achmatowa pragnie uczucie to uwolnić od seksu. "Nie lubi cielesności - zanotował Łuknicki 1 sierpnia 1927 roku - Cielesność jest przekleństwem ziemi. Cielesność jest zawsze ordynarna [gruba], komplikuje związki, pozbawia je prostoty, wnosi do nich kłamstwo, pozbawia związki ich świętości. [...]. Psuje czystą, niewinną, podniosłą przyjaźń". Może dlatego tak łatwo przychodziło jej wcześniej instrumentalne traktowanie kochanków, może dlatego zaczęła cenić Szylejkę dopiero wtedy, kiedy swoje listy zaczął podpisywać "Twój przyjaciel i brat" (lipiec 1928) i może dlatego coraz chętniej recytowała epigramat znienawidzonego Bunina:

 

Miłosna z Achmatowa randka

Zawsze się kończy smutku łezką.

Jakkolwiek byś tę damę kusił,

Deska na zawsze będzie deską,

(tłum. P. Fast)

 

Sądziła, że nadszedł dla niej czas lirycznych podsumowań i gdyby miała - wzorem uwielbianego przez siebie Puszkina - sporządzić swój "spis don Juana", to wyglądałby on chyba tak: Władimir Goleniszczew-Kutuzow, Nikołaj Gumilow, Amadeo Modigliani, Michaił Lindeberg, Michaił Łoziński, Siergiej Sudiejkin, Wasilij Komarowski, Walentin Zubow, Nikołaj Niedobrowo, Boris von Anrep, Władimir Szylejko, Arthur Lourie, Nikołaj Punin *[Z właściwą sobie elegancją napisała o tym w wierszu Jaka jest. Życzę panu innej... (1942, cykl Pojawienie się księżyca): "Cudzych mężów najwierniejsza przyjaciółka / I wielu - pogrążona w żalu wdowa".]. Jako ostatni z jej dotychczasowego życia uczuciowego odeszli Woldemar (zmarł 5 października 1930 roku na gruźlicę) i Nikołaj, z którym w 1933 roku zerwała i odeszła do innego pokoju, bo - jak stwierdziła sentencjonalnie - "Znana kommunałka jest lepsza od nieznanej". To lokum wkrótce niczym się zresztą nie różniło od wszystkich innych zajmowanych przez nią wcześniej lub później pomieszczeń i świadczyło o jej niezmiennej pogardzie dla wartości składających się na mieszczańskie szczęście. "Ogólny wygląd pokoju - zauważyła Lidia Czukowska - mówi o zaniedbaniu, bałaganie. Obok pieca stoi krzesło bez nogi, obdarte, ze sterczącymi sprężynami. Podłoga niepozamiatana. Piękne rzeczy - rzeźbione krzesło, lustro w gładkiej ramie z brązu, łubki na ścianach - nie zdobią, na odwrót, jeszcze bardziej podkreślają biedę. Jedyne, co naprawdę jest piękne - to okno wychodzące na sad i drzewo spoglądające prosto w okno. I ona sama, oczywiście".

W tym czasie, w 1933 roku, Achmatowa - na szczęście dla siebie - zawarła znajomość z rodziną Ardowów (Nina Olszewska-Ardowa była aktorką i reżyserką; Wiktor Ardow - pisarzem; a syn Niny z pierwszego małżeństwa Aleksiej Batałow zostanie za dwadzieścia parę lat gwiazdą kina radzieckiego) i "ich moskiewski dom - jak pisze Małgorzata Semczuk - stanie się wkrótce na długie lata drugim domem poetki; przebywając w stolicy, właśnie u nich zatrzymywała się najczęściej - czasem na tydzień, czasem na miesiąc". To mieszkanie na Ordynce będzie jej arkadią pozwalającą przeżyć najgorszych dwadzieścia lat swojego życia. Wszystko się zaczęło od zamachu na Siergieja Kirowa, zastrzelonego w Leningradzie 1 grudnia 1934 roku. Przez miasto przetoczyła się wówczas fala aresztowań, której ofiarą padł między innymi Lew Gumilow. Zatrzymano go na szczęście na krótko, ale 22 października 1935 roku znalazł się powtórnie wśród uwięzionych (zresztą obok Punina), których oskarżono o działalność terrorystyczną. Dzięki staraniom Achmatowej (napisała błagalny list do Stalina, który dostarczono bezpośrednio na Kreml) oraz wstawiennictwu Pasternaka, Pilniaka, Sejfulliny i kilku innych osób, obu ich zwolniono po dwóch tygodniach (3 lub 4 listopada). Jednak 10 marca 1938 roku aresztowano Lwa po raz trzeci. Tym razem Gumilow-junior przesiedział w Lefortowie osiemnaście miesięcy z wyrokiem śmierci. Dla nikogo tym razem nie ulegało wątpliwości, że Lew był dla ludzi Stalina zakładnikiem, dzięki któremu można było rozpocząć proces reedukacji autorki Poematu bez bohatera. Już nie wystarczyło jej milczenie - sugerowano wyraźniejsze opowiedzenie się za i oczekiwano na jej poetyckie hołdy złożone bolszewickiej rzeczywistości. Dano jej jeszcze jedną szansę i dlatego nie doszło do egzekucji - w sierpniu 1939 roku najwyższy wymiar kary zamieniono na 5 lat łagrów. Po czterech latach (10 marca 1943 roku) syn odzyskał wolność, pracował przez rok jako pracownik wolnonajemny na Dalekiej Północy i w 1944 roku zgłosił się na ochotnika do wojska. Jego batalion karny szturmował Berlin.

Nikołaj Punin znacznie gorzej od koszmaru aresztowania przeżył rozstanie z Achmatowa. "An. nie ma - zapisał w dzienniku 29 lipca 1936 roku - W końcu czerwca wyjechała pod Moskwę do Szerwinskich - i od tej pory nic o niej nie wiem. Byłem w więzieniu. An. napisała do Stalina. Stalin rozkazał wypuścić. To było jesienią. [...]. Nie ma jej, nie ma jej ze mną". A następnego dnia dodał: "Po prostu się obudziłem, okazało się, że An. zabrała wszystkie swoje listy i telegramy do mnie z tych wszystkich lat; okazało się jeszcze, że Lowa w tajemnicy przede mną, zapewne na jej prośbę, zabrał z mojej szafy safianowy zeszyt, gdzie An. pisała wiersze [...]. Z bólu chciałoby się wywrócić na wierzch całą klatkę piersiową. An. zwyciężyła w tych piętnastoletnich zmaganiach".

Tych kilkunastu lat spędzonych wspólnie z Puninem autorka Różańca nie wspominała najlepiej. Winiła go - w nienajlepszym chyba stylu - za to, że nie chciał w niej widzieć poetki i że będąc z nim, napisała zaledwie około 30 wierszy. "Teraz zrozumiałam - w 1940 roku opowiadała Lidii Czukowskiej - o co chodzi: ideałem żony dla Nikołaja Nikołajewicza zawsze była Anna Jewgieniewna [Ahrens - T K.]: pracuje, dostaje 400 rubli wypłaty miesięcznie i jest wspaniałą gospodynią. I mnie uparcie wciskał do tego prokrustowego łoża, a jaka ze mnie gospodyni i pensji nie mam".

To pewnie on jest adresatem Ostatniego toastu (1934):

 

Piję za marne życie moje,

Za dom mój, który sczezł w ruinie,

Za tę samotność, choć we dwoje,

No i za ciebie także piję.

Za kłamstwa ust, co mnie zdradzały,

Za martwe zimno twoich oczu,

Że świat okrutny jest i mały,

Że Bóg nie przyszedł mi z pomocą.

(tłum. P. Fast)

 

A może jednak miała rację, ponieważ jej następczyni, Marta Gołubiewa (1909-1963), nie pisała wierszy.

Tak na marginesie. Jakieś dwadzieścia lat temu byłem gościem pewnej poetki leningradzkiej. Rozmowa o samizdacie przedłużyła się i gospodyni zaproponowała coś do zjedzenia. Jajecznicę, jak się okazało. Najgorszą jajecznicę mego życia, jak się okazało po chwili. Wtedy zrozumiałem, że jest młodszą siostrą Cwietajewej i Achmatowej. Jak one bezbronna w zderzeniu z trywialną, kuchenną rzeczywistością. Nie musi to oczywiście oznaczać, że każda pani mająca kłopoty z usmażeniem jajecznicy - wybitną poetką jest.

Achmatowa, po rozstaniu z Puninem, wciąż pozostawała obiektem westchnień licznych intelektualistów (po kilka razy prosili ją o rękę Boris Pilniak i Boris Pasternak), ale zakochała się w lekarzu, Władimirze Garszynie, którego poznała w 1937 roku. Była to miłość z wzajemnością. Tyle że z żoną i dwoma synami w tle, od których on nie chciał odejść. O losach tego związku mogła zadecydować wojna: Achmatową ewakuowano z Leningradu - w towarzystwie m.in. Dmitrija Szostakowicza - nocą 28 września 1941 roku; żona Garszyna pozostała w mieście, zmarła w 1942 roku, a jej ciało rozszarpały szczury. Wokół wyjazdu zakochanej poetki narosły legendy (Józef Czapski: "[...] opowiadano mi, że Stalin miał pochwalić jeden z wierszy Achmatowej, że poetka dzięki temu była nie tylko tolerowana, ale nawet protegowana. [...] Z rozkazu jakoby samego Stalina wysłano po nią specjalny samolot do Leningradu w okresie głodu i oblężenia północnej stolicy"), a tak naprawdę to władze - według tylko sobie dobrze znanego klucza - ustalały listy artystów i uczonych, którym ewakuacja miała uratować życie. Otoczone przez Niemców miasto opuścili więc i Achmatowa, i Szostakowicz, i Zoszczenko, i wielu pracowników Akademii Nauk (np. 9 lutego Punin z rodziną, Anna Ahrens zmarła w Samarkandzie w 1943 roku), ale nie Jurij Tynianow, ale nie wielu, wielu innych.

Rozłączeni przez los zakochani (ona - Taszkient, on - Leningrad) pisali do siebie listy z wyznaniami miłosnymi, Anna zadedykowała Władimirowi drugą część Poematu bez bohatera. Umówili się, że po wojnie zamieszkają razem. Gdy Niemcy wycofali się spod Leningradu, to Garszyn obiecał zająć się remontem mieszkania przy Prospekcie Kirowskim 69/71 i z tego powodu kilkakrotnie prosił Achmatową o odłożenie powrotu. Mocno zniecierpliwiona przyjechała 31 maja (według innych źródeł: 1 czerwca) 1944 roku. Wśród oczekujących na nią na dworcu był też mężczyzna, z którym chciała spędzić resztę życia i już na peronie powiedział jej, że mieszkanie jest niewyremontowane (co akurat jej nie przeraziło) i że muszą się rozstać (co ją mocno zabolało). Przez kolejne dwa tygodnie - w akcie niechcianego przez nią miłosierdzia - codziennie przynosił Achmatowej - jak zawsze mieszkającej kątem u znajomych i jeszcze niemającej własnych kartek żywnościowych - coś do zjedzenia. Podczas jednej z takich wizyt doszło do ich ostatniej rozmowy.

Poprosiła go o zwrot swoich listów i natychmiast je zniszczyła. Nigdy później już się nie spotykali.

Z jej wierszy poznikały dedykacje, których adresatem był Garszyn; w Poemacie bez bohatera słowa "Tyś mój groźny i ostatni,/ Jasny świadku ciemnych wierszy" zostały zamienione na "Nie ostatni ani nie pierwszy, / Ciemny świadku mych jasnych wierszy (tłum. G. Gieysztor); a w styczniu 1945 roku napisała:

 

...A człowiek, który dziś dla mnie jest niczym,

A był największą troską i pociechą

Najbardziej gorzkich lat - jak przywidzenie

Błąka się teraz po odległych krańcach,

Po zakamarkach i zaułkach życia,

Szaleństwem zamroczony, ociężały,

Kły jak wilk szczerząc...

    Boże, Boże, Boże!

Jakże ja ciężko przed tobą zgrzeszyłam!

Zostaw mi chociaż litość...

(...A człowiek, który dziś dla mnie jest niczym..., tłum. L. Lewin)

 

Jakiś czas później Garszyn ożenił się z Kapitoliną Wołkową, profesorem (profesorką?) medycyny, rówieśniczką niechcianej poetki. Znajomym się zwierzał, że przed przyjazdem Achmatowej z Taszkientu zaczął widywać swoją żonę, która ostro protestowała przeciwko jego planom matrymonialnym. Wprawdzie koledzy lekarze orzekli, że to halucynacje, ale on na wszelki wypadek jednak zerwał z kobietą, której nie zaakceptowała nieboszczka.

Jego decyzja (a w zasadzie jego żony) fatalnie się odbiła na zdrowiu Anny. Do wcześniej znanych kłopotów z płucami dołączyły nowe - związane z układem krążenia. Poetka przytyła i już nic nie pozostało z jej wczorajszej wiotkości. Anorektyczna mgiełka zmaterializowała się w postaci niestroniącej od wódki ruskiej baby (stała dzienna norma - 200 gramów). Sofia Ostrowska, jedna z tajnych współpracowniczek NKWD (siekrietnyj sotrudnik, czyli sieksot), donosiła: "Dobrze pije i wino, i wódkę" *[Ta sama zresztą donosicielka (tłumaczka, Polka z pochodzenia) pisała: "Achmatową zawsze okrążali wielbiciele i wierną żoną nigdy nie była". Kaługin nie wymienił nazwiska donosicielki. Była to Sofia Kazimirowna Ostrowska (1902-1983).], a w dzienniku dorzuciła garść szczegółów: "Noc na 26 wrześ. 1946. Pijemy u Achmatowej - Olga [Bergholc - T K], matador [Grigorij Makogonienko, literaturoznawca - T. K.] i ja. Nieoczekiwanie półtora litra wódki".

Tego procesu już nie był w stanie zatrzymać pan Berlin, który zajął nieoczekiwanie - także dla siebie - miejsce Garszyna w późnej liryce i po części w życiu Achmatowej. Sir Isaiac urodził się w Rydze, gdy miał 6 lat rodzina przeniosła się do Piotrogrodu, a w roku 1919 wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. W 1945 roku przyjechał do Rosji jako wysłannik Ministerstwa Spraw Zagranicznych i na kilka dni wpadł do Leningradu. Spotkany przypadkiem w księgarni Władimir Orłow (w opinii innych czekał tam podstawiony przez czekistów) zaproponował spotkanie ze znaną Berlinowi z lektur poetką. Anna znów poczuła się kobietą adorowaną. Można to sobie wyobrazić - w radzieckim piekle pojawia się ktoś z innego świata, z manierami w Rosji już dawno zapomnianymi. Było więc świątecznie: Lew ugotował ziemniaki i we troje zjedli je na kolację. Po dwóch dniach, zafascynowany na dobre intelektem starszej pani, Isaiac wyjechał do Moskwy. Miesiąc później dobiegła kresu jego misja dyplomatyczna i nastąpił czas powrotu. Chciał jeszcze raz porozmawiać z leningradzką poetką, więc do kraju postanowił wracać przez Helsinki. Do ich spotkania doszło 5 stycznia 1946 roku. Podarowała mu wtedy wszystkie tomiki swoich wierszy i zdjęcie z lat dziesiątych. To było jej wyznanie miłosne. Wiele lat później Berlin opowiedział o tym tete a tete znajomemu. To było tak: "On pozostawał w jednym końcu pokoju, ona w drugim. Nie będąc don Juanem, a raczej neofitą we wszystkim, co dotyczyło seksu, znalazł się w mieszkaniu sławnej uwodzicielki, mającej za sobą głębokie odwzajemnione uczucie z prawie dziesięcioma wybitnie utalentowanymi mężczyznami. Ona natychmiast nadała ich spotkaniu historyczny i erotyczny wymiar, podczas gdy on nieśmiało sprzeciwiał się takiemu podtekstowi i utrzymywał bezpieczny dystans intelektualny. Na dodatek pojawiły się bardziej prozaiczne problemy. Minęło już 6 godzin i musiał pójść do toalety, ale to zniszczyłoby nastrój. Na dodatek wspólna toaleta była w głębi ciemnego korytarza, więc nie ruszał się z miejsca i palił jedno za drugim swoje szwajcarskie cygara. [...]. Zrobiło się zupełnie jasno i z Fontanki dochodził dźwięk lodowatego deszczu. Podniósł się, pocałował jej rękę i wrócił do «Astorii», oszołomiony, wstrząśnięty, ze zmysłami napiętymi do najdalszych granic. Spojrzał na zegarek i zobaczył, że była już 11 rano. [...] Rzucił się na łóżko i powtarzał: «Jestem zakochany, jestem zakochany»".

I oszołomiony opuścił Annę, Leningrad i Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ona zapłaciła wysoką cenę za kilkanaście godzin spędzonych sam na sam z cudzoziemcem, któremu na dodatek podczas pierwszego spotkania towarzyszył przez kilka czy kilkanaście minut syn Winstona Churchilla. Zabroniono jej przez miesiąc opuszczać dom (Fontannyj Dom), przed bramą ostentacyjnie kręcili się tajniacy (Nadieżda Mandelsztam: "Ci ludzie zamiast twarzy mieli mordy [...]"), w mieszkaniu - nie kryjąc się przed gospodynią - założono urządzenia podsłuchowe. Rozpętano przeciw niej oraz Michaiłowi Zoszczence kampanię oszczerstw i 4 września 1946 roku wykluczono ze Związku Pisarzy Radzieckich. Jak zawsze w tym czasie na kłopoty osobiste nałożył się niepokój o losy najbliższych. W latach 1948-1949 wydano wojnę kosmopolityzmowi: papierosy "Nord" zmieniły nazwę na "Siewier", bułki francuskie stały się miejskimi (gowdskoj baton), "turieckije chlebcy" były odtąd "moskowskimi chlebcami", a Franz Liszt został w ramach powszechnej sowietyzacji Ferencem Lisztem. To byłby nawet dobry materiał na groteskę semantyczną, gdyby niewpisane przez Wielkiego Językoznawcę w jej scenariusz krwawe, jak zawsze, represje. W roku 1949 aresztowano zarówno Lwa Gumilowa, jak i Nikołaja Punina. Tego ostatniego skazano na dziesięć lat łagrów, a Marcie Gołubiewej jedynie cudem udało się doprowadzić do zwrotu archiwum skonfiskowanego podczas rewizji. Niegdysiejszy kochanek Achmatowej zmarł na atak serca na Kołymie (koło Workuty) w 1953 roku *[Znam też inną wersję jego śmierci. W obozowym kiosku Punin kupił niedojrzałe, zielone jabłka (to był sierpień), zjadł je i popił zsiadłym mlekiem. Pod wieczór zaczęły się wymioty, po kilku godzinach stracił przytomność i zmarł.] - kilka miesięcy po śmierci tyrana.

Lata pięćdziesiąte, podobnie jak czterdzieste, uczyły Annę pokory. Na sinusoidzie jej życia uśmiechy losu (rzadkie) przeplatały się z jego okrucieństwami (częstymi): 1950 - przywrócenie członkostwa w Związku Pisarzy Radzieckich; 1951 - pierwszy zawał; 1955 - przydział na daczę z Litfondu (Litieraturnyj fond/ Fundusz Literacki) w podleningradzkim Komarowie, miniaturowej kopii podmoskiewskiego Pieriediełkina (teraz tu spędzała każde lato, tu przyjmowała gości, tu przyjeżdżali do niej młodzi poeci leningradzcy, tu została pochowana); 15 maja 1956 roku - powrót z kolejnej zsyłki Lwa Gumilowa (Relacje matki z synem były coraz gorsze, wina leżała zapewne po obu stronach. Na uwagę zasługuje opinia Josifa Brodskiego: "Lew Nikołajewicz spędził za kratami osiemnaście lat, i te lata go okaleczyły. Doszedł, pojmujesz, do wniosku, że skoro tyle wycierpiał, to wolno mu już wszystko - bez pardonu. To się niekiedy długoletnim łagiernikom zdarza"); 1958 - ujawnienie się cichego wielbiciela (Michaił Piskulin przyznał się, że od dłuższego czasu śledzi jej każdy krok i prowadzi dokładne notatki. Czy pamięta pani, Anno Andriejewno, jak - tu podał dokładną datę - szła pani po Nabrzeżu Fontanki, zatrzymała się, pochyliła i zawiązała sznurowadło. Wstrząśnięta, poruszona - ale też mile połechtana - Achmatowa zadedykowała mu wiersz Czytelnik.

W tym też czasie była o krok od powrotu do przeszłości. W 1956 roku Berlin - tu nastąpi mój tani żart językowy - przyjechał do Moskwy. O jego pobycie w Rosji powiadomił Achmatową Pasternak, ale ona nie wyraziła zgody na spotkanie. Może się bała o syna, który od niedawna przebywał na wolności. Może wciąż jeszcze była urażona jego rejteradą przed dziesięciu laty. Sir Isaiac zadzwonił więc do niej z budki telefonicznej (konspiracja) i oznajmił, że się ożenił. Rozmówczyni zamilkła. Zapadła długa cisza. Spotkali się dopiero w Oxfordzie w 1965 roku, kiedy Anna Achmatowa otrzymywała doktorat honoris causa. 31 grudnia, tuż po powrocie z Wielkiej Brytanii, zanotowała: "Zasnęłam w dzień i we śnie przyszedł do mnie X: «Powiem coś, ale dopiero na szczycie góry». Poszliśmy. Na wierzchołku spiczastej góry objął mnie i pocałował. Śmiałam się i mówiłam: «I to wszystko». - «Nie, niech widzą piąty rozwód», - i nagle poczułam z tych strasznych słów, że jestem dla niego tym, kim on jest dla mnie. I... mnie obudzono. To był pierwszy mój sen, do którego wszedł. (Przez 20 lat)".

Wtedy też, w drodze powrotnej (już w Paryżu), zaaranżowano na dworcu spotkanie z Borisem Anrepem. Później tego żałowała i on pewnie też. Dwoje starszych ludzi, którzy jeszcze gdzieś pod powiekami przechowywali obrazy sprzed pięćdziesięciu lat, próbowało odbyć sentymentalną podróż w czasie.

Znacznie bezpieczniejsze były nowe przyjaźnie, jak ta z Marią Pietrowych, dla której stracił kiedyś głowę Mandelsztam. To teraz u niej - gdy niemożliwe stały się przyjazdy na Ordynkę - nocowała najczęściej Achmatowa podczas swoich pobytów w Moskwie. Właśnie w stolicy, w nocy z 8 na 9 listopada 1965 roku, dopadł ją czwarty zawał. Trafiła na trzy miesiące do szpitala, kolejne dwa tygodnie spędziła u Ardowów, a następnie - to był nienajlepszy pomysł - wyjechała do sanatorium w Domodiedowie (pod Moskwą), gdzie zmarła 5 marca 1966 roku. Prasa nie zamieściła nekrologów wciąż źle widzianej poetki, wtajemniczeni z ust do ust przekazywali informację o uroczystościach żałobnych. Lew Gumilow "nie przyszedł do szpitala do umierającej matki i nie on zajął się jej pogrzebem".

Zmarła do końca życia była przekonana, że wszyscy mężczyźni wciąż jej pożądają i są w niej nieprzytomnie zakochani. Tak właśnie sobie wyobrażała platoniczny seks.

Seks z ludzką twarzą.

 

 

Kochana! Nie rozrabiaj, nie pij, nie choruj, nie rodź...

WŁADIMIR WYSOCKI

 

OSOBY

Władimir Wysocki (1938-1980) - aktor, poeta, pieśniarz; trzeci mąż Mariny Vlady.

Iza Żukowa, primo voto Mieszkowa, secundo voto Wysocka (1937) - aktorka; pierwsza żona (1960-1965) Władimira Wysockiego.

Ludmiła Abramowa, primo voto Wysocka, secundo voto Owczarienko (1939) - aktorka; druga żona (1965-1968) Władimira Wysockiego.

Arkadij (1962) i Nikita (1964) Wysoccy - synowie Władimira Wysockiego i Ludmiły Abramowej; starszy jest scenarzystą, młodszy - aktorem, a od 1996 roku dyrektorem Muzeum Wysockiego w Moskwie.

Marina Vlady, właśc. Marina Catharine de Poliakoff-Baidaroff (1938) - trzecia żona (1970-1980) Władimira Wysockiego. Aktorka francuska "[...] pochodząca z rodziny rosyjskich emigrantów. Jako dziecko występowała w balecie Opery Paryskiej pod pseudonimem Marina Versois. Na ekranie debiutowała w 1949. Za rolę w filmie Przed potopem A. Cayatte'a (1954) otrzymała nagrodę Suzanne Bianchetti. Największy sukces przyniosły jej filmy: Czarownica A. Michela (1955) i Ape Regina M. Ferreriego (1963, nagroda w Cannes). Ponadto wystąpiła w filmach: Zbrodnia i kara G. Lampina (1956), Falstaff O. Wellesa (1966), Dwie lub trzy rzeczy, które wiem o niej J.L. Godarda (1966), One dwie M. Meszaros (1977), Splendor E. Scoli (1989)". Tę notkę encyklopedyczną warto uzupełnić o jeszcze dwie informacje: scenariusz Czarownicy powstał na podstawie Olesi Aleksandra Kuprina; Vlady zagrała również w kilku filmach rosyjskich (np. w Temacie na niewielkie opowiadanie Siergieja Tutkiewicza pojawiła się w roli zakochanej w Czechowie Liki Mizinowej).

Oksana Afanasiewa (1960) - studentka Instytutu Tekstylnego (dziś projektantka kostiumów teatralnych); ostatnia miłość Władimira Wysockiego.

 

W latach sześćdziesiątych mieszkańcami masowej wyobraźni milionów Rosjan zostały dzieci odwilży: kosmonauta Jurij Gagarin, aktor Aleksiej Batałow, piosenkarz Muslim Magomajew, pisarze Wasilij Aksionow i Jewgienij Jewtuszenko, sportowcy Walerij Brumel i Walerij Woronin. Wielbiły ich tłumy, akceptowały władze partii. Byli potrzebni, ponieważ odnosili sukcesy, ponieważ byli młodzi, przystojni i uśmiechnięci. To ich twarze miały symbolizować nową Rosję, to oni stali się pop-ikonami Rosji Chruszczowa i w radzieckiej mitologii zyskali status półbogów. Jednak nie wszyscy oparli się pokusom - bo taki jest los gwiazd kultury masowej, bo "tak trudno być Bogiem" - towarzyszącym funkcjonowaniu w nowym wydaniu kultu jednostki.

Przydarzyło się to Walerijowi Woroninowi, którego powszechnie uznawano za najlepszego obok Lwa Jaszyna piłkarza rosyjskiego i wymieniano w gronie najlepszych futbolistów europejskich. Panie urzeczone jego urodą, nazywały go "radzieckim Alanem Delonem" i walczyły o jego względy. Panowie (wśród nich początkujący aktor Władimir Wysocki) urzeczeni jego grą, nazywali go "radzieckim Pele" i zapraszali do restauracji. Ani jednym, ani drugim Woronin nigdy nie odmawiał. Często po całej nocy spędzonej w towarzystwie damsko-męskim grał i jak zawsze był wyróżniającym się zawodnikiem. Kiedyś wcześniej niż zwykle opuścił kolejną knajpę i z grupą przyjaciół znalazł się w okolicach Dworca Leningradzkiego. Tam wpadł na pomysł, że następnych kilkadziesiąt godzin warto spędzić nad Newą. Na jego widok kierownik słynnego ekspresu "Czerwona Strzała" ("Krasnaja Strieła") - nie zadając głupich pytań (bilety, pieniądze) - wpadł w zachwyt, umieścił w pustym przedziale i zadbał, by niebiańskiemu pomocnikowi klubu "Torpedo" nie zabrakło w podróży stosownych trunków i adekwatnych zakąsek. W Leningradzie wniebowzięty taksówkarz - nie zadając głupich pytań (pieniądze) - zawiózł Woronina i jego znajomych do najlepszego wtedy hotelu w mieście ("Oktiabr'skaja"). Tu również nie zadawano głupich pytań (rezerwacja, pieniądze) i natychmiast zaprowadzono do apartamentu. Nastrój ogólnej euforii, który opanował "Październikowy", przełożył się na szampan i czarny kawior. Następnej nocy, zaspokoiwszy swoją ciekawość świata, podróżnicy wsiedli (wciąż bez biletów) do tego samego ekspresu "Krasnaja Strieła" i szczęśliwie powrócili do stolicy. Kierownik pociągu w dowód wdzięczności otrzymał od piłkarza bilet na mecz Związek Radziecki - Brazylia. Woronin oczekiwał, iż wyjdzie zwycięsko z pojedynku z Pele. Gospodarze przegrali i przegrał Walerij, ośmieszony parokrotnie przez swego wielkiego rywala. Po tych dziewięćdziesięciu minutach zrozumiał, że nigdy nie dorówna brazylijskiemu geniuszowi i to był początek końca wybitnego piłkarza. Przegrał też jako playboy - próby uwiedzenia Sophii Loren zakończyły się kompletnym fiaskiem. Włoska aktorka całkowicie go zignorowała. Na otarcie łez pozostała powtarzana przez wszystkich plotka, jedna z tych legend miejskich (Urban Legends) - Walerij i Sophia zostali kochankami, każdą wolną chwilę spędzają wspólnie w Soczi. Teraz w jego życiu było coraz więcej miejsca na alkohol i pijane zachwyty restauracyjnych klakierów, a coraz mniej na sport. Aż wreszcie któregoś dnia zasnął za kierownicą swojej "Wołgi" (z dumą powtarzał: "Wersja eksportowa") i obudził się dopiero po wjechaniu pod ciężarówkę. Nie miał prawa przeżyć, ale przeżył. Twarz, w którą z narcystycznym zachwytem tak lubił się wpatrywać, bezpowrotnie zniknęła po rozpaczliwych próbach chirurgów zrekonstruowania na nowo jego czaszki. Zdesperowany wrócił na boisko, ale wkrótce zrozumiał, że to koniec. Zapomniany przez wszystkich - już nie był potrzebny ani tłumom, ani partii - żebrał teraz o alkohol w knajpach. Przy sobie miał zawsze paszport i jakąś szklankę czy słoik. Dowód tożsamości - żeby przekonać wątpiących, że to on jest tym słynnym piłkarzem; do naczynia wlewano mu wódkę. A gdy już przestała działać magia nazwiska, to zaczął się powoływać się na znajomość z Wołodią. Zmarł w maju 1984 roku. O cztery lata przeżył kolejnego idola połowy mieszkańców ZSRR, na którego rachunek się upijał. Obu ich los obdarzył talentem, obu im pozwolił zaznać smaku popularności i obu - dla równowagi - wyposażył w niezwykle sprawnie działający mechanizm autodestrukcji.

Władimir (Wołodia) Wysocki - to nie był hipnotyzujący kobiety latin Lover, l'homme fatale, jak d'Anthes, Delon czy Woronin; to nie był obdarzony wdziękiem upadłego anioła slavic Lover, jak pszeniczno-amorkowaty Jesienin. W karcie ewidencyjnej, sporządzonej dla "Mosfilmu" w 1974 roku, napisał: "Wzrost - 170 cm, waga - 70 kg, kolor włosów - jasny, kolor oczu - zielony. Instrument - gitara, fortepian. Taniec - tak. Śpiew - tak. Stawka miesięczna - 150 rub, stawka za dzień zdjęciowy - 40 rub". Nie napisał, że swoim głosem zniewala słuchaczki, jak kiedyś Majakowski, że niezwykle twórczo rozwija jedno z programowych haseł kontrkultury lat sześćdziesiątych ("Sex, Drugs & Rock'n'Roll") i że brzmi ono teraz: "Vodka, Sex, Drugs &. Ballads".

Początki były jednak trudne - zarówno te sypialniane, jak i sceniczne. Nie wyróżniał się ani wyglądem zewnętrznym (później te kompleksy nie miały dla niego większego znaczenia, ale kobiety swego życia nadal prosił, by nie stawały obok - były wyższe), ani strojem (prezentował się fatalnie nawet w jakiejś trofiejnej marynarce, wyszabrowanej czy kupionej przez ojca, który służył w armii okupującej Niemcy), ani głosem (jeszcze nie umiał korzystać z charakterystycznej chrypki), ani talentem (po ukończeniu studiów długo grywał ogony w spektaklach dla dzieci). Pozostałby jeszcze jednym brzydkim kaczątkiem (mutacja radziecka, późnoodwilżowa - marna gra na gitarze i śpiew; warianty: ognisko, piosenki turystyczne / kapustnik, folklor miejski, czyli najczęściej błatnyje piesni), gdyby nie skomponował pierwszej melodii i nie napisał do niej tekstu. Całe jego życie dzieli się na to banalne, anonimowe, mniej ważne, kacze, przed pierwszym publicznym koncertem i to prawdziwe, łabędzie, wysockie, po.

Przed była pierwsza dziewczyna, pierwsza miłość, pierwsza żona, pierwsza zdrada, pierwsze dziecko.

Był taki radziecki zwyczaj - występującej gwieździe (piosenkarzowi, pisarzowi, aktorowi) publiczność mogła zadawać pytania. Na kartkach. Anonimowo oczywiście. Bohater wieczoru nie odpowiadał rzecz jasna na wszystkie. Wybierał, komentował. 21 lutego 1980 roku na koncercie Wysockiego padło pytanie: "Czy pamięta Pan swoją pierwszą miłość?". Poirytowany odpowiedział: "Na pytania dotyczące życia osobistego nie odpowiadam - ile razy byłem żonaty, rozwiedziony, i tak dalej. A co się tyczy «pierwszej miłości» - oczywiście, pamiętam. Jest przecież pierwsza, jak można zapomnieć?" Podobno - tak twierdzą dobrze poinformowani - była to Natasza Pietrowa mieszkająca pod kultowym adresem: Bolszoj Karietnyj.

Więcej, co nie znaczy wszystko, wiadomo o jego pierwszej żonie. "Tu, do mieszkania na Pierwszej Mieszczańskiej 76 - opowiadała matka Władimira Nina Wysocka - pewnego razu wieczorem Wołodia przyszedł z dziewczyną. Była burza, deszcz lał jak z cebra.

- Mamusiu, to jest Iza z mojego studio, przeczeka u nas deszcz... [...]. Piliśmy herbatę, Wołodia, jak zawsze, bawił nas zabawnymi historiami. Tak minęła moja pierwsza znajomość [oczywista niezręczność stylistyczna w oryginale - T. K.] z przyszłą żoną mojego Wowoczki".

Według innej, bardziej wiarygodnej, wersji prezentacja wyglądała zupełnie inaczej: "Poznaj, to jest moja żona".

Iza Żukowa urodziła się w mieście Gor`kij (obecnie: Niżnij Nowgorod) na początku 1937 roku. Rodzice zaakceptowali propozycję babci, by dziewczynka nosiła imię Izabiełła, ale "[...] ojciec po drodze do zagsu zapomniał drugą połowę i pozostało krótkie i dziwne - Iza". Jako szesnastolatka *[W tym czasie w Związku Radzieckim można było zawrzeć związek małżeński oczywiście po ukończeniu 18 roku życia. Tak więc, albo Iza otrzymała specjalną zgodę, albo do uzyskania pełnoletniości była "żoną cywilną" (grażdanskaja żena), czyli konkubiną.] wyszła za mąż za dwudziestopięcioletniego brata koleżanki ze szkoły, ale wkrótce trafiła do studia MCHAT-u i niemal ("niemal" dodałem ze względu na dziecko) zapomniała o jakimś tam panu Mieszkowie. Jego miejsce w jej sercu zajął wkrótce niejaki pan W. Po zdobyciu dyplomu, wiosną 1958 roku, Izę skierowano do pracy w Teatrze im. Łesi Ukrainki w Kijowie. Początkowo Wysocki, wciąż jeszcze przecież studiujący, w każdą sobotę jechał do Kijowa i wracał w poniedziałki rano. Z dworca jechał od razu na zajęcia. W marcu 1960 roku Żukowa-Mieszkowa uzyskała rozwód i 25 kwietnia poślubiła najbardziej znanego wkrótce mieszkańca Pierwszej Mieszczańskiej.

Na tym w zasadzie zakończyła się historia tego małżeństwa. A wszystkiemu były winne przestrzenie imperium. Władimira bowiem, gdy już zakończył edukację, zaangażowano do teatru moskiewskiego (im. Aleksandra Puszkina). Izie nie udało się tam zdobyć etatu i rozgoryczona w marcu 1961 roku podjęła pracę w Rostowie nad Donem. Spotykali się oczywiście coraz rzadziej i coraz mniej mieli sobie do powiedzenia. W jego życiu zaczęły się pojawiać inne kobiety - pierwsza zdrada miała na imię Tania i była młodą aktorką. Zbliżało się nieuchronne rozstanie, które "nadeszło jakoś samo przez się: odległość, czas...". W połowie lat sześćdziesiątych (maj 1965) sąd orzekł rozwód. Jeszcze w tym samym roku Żukowa zdążyła wyjść za mąż i urodzić syna. Występowała wciąż w prowincjonalnych teatrach i dograła się do - tak pożądanego przez aktorów radzieckich - tytułu "Zasłużennyj Artist". Wysocki mógł o tym tylko pomarzyć. Jemu przez całe życie wróżono, że się - co najwyżej -doigra. Jak w Leningradzie w 1961 roku.

Przyjechał tam wtedy na zdjęcia do filmu 713 prosi o pozwolenie na lądowanie (dobry smak nie pozwala mi na przypomnienie fabuły tego sensacyjnego obrazu). Nocował w "Europejskim" i każdą wolną chwilę spędzał w hotelowej restauracji. Któregoś razu przecenił zarówno zawartość swego portfela, jak i siłę swych pięści. Nie dość, że wyrzucono go na ulicę, to jeszcze w środku nocy - jako człowiek honoru - postanowił zdobyć pieniądze na zapłacenie rachunku za spożywanie, zakąszanie i dewastowanie. Pijany, pokiereszowany, w porwanej koszuli podszedł do pierwszej ładnej dziewczyny i poprosił o pomoc. Na szczęście rozpoznała go, ale na nieszczęście nie dysponowała stosowną kwotą; na szczęście mieszkała też w "Europejskim", ale na nieszczęście nikt z napotkanych gości hotelowych nie zechciał jej udzielić pożyczki; na szczęście miała na palcu złoty pierścionek z ametystem - cenny, rodzinny, po babce - który już po chwili odegrał w restauracji rolę zastawu. Przez następnych kilkadziesiąt godzin jej życie toczyło się już bez żadnego "ale" od szczęścia do szczęścia, z przerwami na megaszczęścia: wrócił Wysocki (pierścionek wróci zresztą też), zaproponował jej małżeństwo i rankiem pojechali już razem do studia. Jak się bowiem okazało, ładna dziewczyna z ametystem nazywa się Ludmiła Abramowa, jest studentką WGIK-u *[WGIK - Wsiesojuznyj Gosudarstwiennyj Institut Kiniematografii / Wszechzwiązkowy Państwowy Instytut Kinematografii.] i debiutuje w filmie 713... (którego fabuła, przypominam, obraża inteligencję widza). Jak się okaże, studia ukończy w 1963 roku, zawsze będzie podkreślać, że jest wychowanką znanego reżysera Michaiła Romma, wystąpi jeszcze tylko w dwóch filmach, Władimir przedstawi ją swojej matce ("- Mamusiu, poznaj, to jest Lusia Abramowa, i popatrz jaka jest piękna..."), urodzi mu dwóch synów (Arkadij - 1962, Nikita - 1964 *[Z właściwym sobie taktem narodziny Arkadija i Nikity skomentuje Marina Vlady w Przerwanym locie: "Od początku naszego wspólnego życia stale marzyłeś, żebyśmy mieli dziecko. Druga żona urodziła ci dwóch synów. Zawiadomiła cię o ciąży, kiedy było już za późno na zabieg, co doprowadzało cię do rozpaczy. Ja zaplanowałam moich trzech synów z dokładnością do jednego dnia, walczyłam o prawo rodziców do decydowania, czy poczęty człowiek ma się urodzić, czy nie, i nigdy nie chciałam zgodzić się na dziecko, które w naszym związku byłoby zakładnikiem".]), rozwiedzie się z poprzednim mężem (za którego wyszła mając osiemnaście lat) i 25 lipca 1965 roku zostanie żoną mężczyzny w porwanej koszuli *[Przy okazji odrobina mistyki: innego 25 lipca Wysocki przeżyje śmierć kliniczną, a jeszcze innego - umrze.].

Ich miłość miała się najlepiej przed ślubem - zbrukana przez urzędników zagsu zmarła śmiercią naturalną. To między tamtą nocą w hotelu "Europejskim" a dniem zarejestrowania małżeństwa zostały wypowiedziane najintymniejsze słowa i napisane najczulsze listy: "Lusik! [...]. Łapeczko! Kochana! Nie rozrabiaj, nie pij, nie choruj, nie rodź i nie przechodź ulicy w niedozwolonych miejscach, pamiętaj moje nakazy i pisz. Całuję" (20 lutego 1962); "Słoneczko! Papierowi nie powierzam dobrych słów. Czytaj je między wierszami! Kocham Cię!" (23 lutego 1962); "Kocham! Ja, Wysocki Władimir Siemionowicz, z paszportu i z duszy Rosjanin, żonaty, rozwiodę się, zamienię pokój, będę z Tobą [...] w wieku 24 lat. Zakochany. W Tobie" *[Co Wysocki zamierzał zrobić z adresatką "w wieku 24 lat" nie dowiemy się, ponieważ w wydaniu rosyjskim pojawił się znak (kwadratowy nawias) sygnalizujący opuszczenie fragmentu oryginału listu. Szkoda, że nie zachowały się te pisane przez Ludmiłę. Przez jakiś czas przechowywała je Nina Wysocka, a następnie zwróciła nadawczym. W 1976 roku Abramowa, przed przeprowadzką do nowego mieszkania, wszystkie zniszczyła: "Czytam i myślę: Boże, jakaż głupia baba je pisała! Strach czytać! Raz - i na kawałki! A teraz okropnie żałuję - głupia, nie głupia, ale tam były takie szczegóły, takie detale... Szkoda".] (4 marca 1962).

To jednak nie miłość do Abramowej czy wcześniej Żukowej, lecz cztery wydarzenia roku 1964 doprowadziły do narodzin jeszcze jednej legendy kultury masowej.

To wtedy Wysocki zaczął występować publicznie i zyskał wkrótce w oczach wielu słuchaczy status outsidera, artysty dalekiego od każdej wyznawanej wówczas poprawności. W wykreowaniu tego wizerunku -twórcy wprawdzie nigdy nierepresjonowanego, ale też oficjalnie nieakceptowanego, lecz co najwyżej tolerowanego - swój znaczny udział miały władze: zezwalano na organizowanie koncertów, ale zabraniano informowania o nich; niektóre jego piosenki trafiały do filmów, ale nie nagrywano jego płyt i skazano na nieobecność w mediach; pół kraju mówiło o Wysockim, ale nie wydawano tomików z jego tekstami. Przez kilkanaście lat balansował na bardzo cienkiej linie zawieszonej między kulturą oficjalną a nieoficjalną, pierwszym a drugim obiegiem. Z całą pewnością był więc jeszcze jednym radzieckim owocem zakazanym, ale serwowanym - pamiętając chociażby o losie Aleksandra Galicza - w wersji light.

To wtedy nastąpiło otwarcie Teatru na Tagance, którego gwiazdą pierwszej wielkości zostanie wkrótce Wysocki *[Sądzę, że mit wykreowany poza teatrem (jeszcze jedno wcielenie "poety przeklętego") miał istotny wpływ na kształtowanie opinii o jego aktorstwie. Tylko nieliczni potrafili się oprzeć magii legendy. Andriej Tarkowski, dla którego Wysocki pozostawał zjawiskiem wyjątkowym w kulturze rosyjskiej, powiedział kiedyś: "Aktorem jest słabym", a po obejrzeniu Hamleta dodał: "Kiedy on wychodzi na scenę z gitarą, wstyd mi za niego".].

To wtedy po raz pierwszy trafił na kurację odwykową. O uzależnieniu od alkoholu zaczęło już być głośno tuż po zaangażowaniu go do Teatru im. Puszkina. Jedna z jego ról ograniczała się do przejścia przez scenę z dużym bębnem. Podczas któregoś spektaklu - znów pijany - stracił równowagę i wpadł do kanału orkiestrowego na siedzących tam muzyków. Po 1964 roku jeszcze wielokrotnie próbował (a jeszcze częściej: był zmuszany) zerwać z nałogiem. 20 grudnia 1965 roku pisał pełen optymizmu do swego serdecznego przyjaciela, Igora Kochanowskiego: "List Twój otrzymałem, będąc w szpitalu alkoholowym, gdzie położyłem się na żądanie swojej dyrekcji po długim ciągu. Odpocząłem, wyleczyłem się tym razem, jak się zdaje, ostatecznie [...]". To "ostatecznie" trwało podobno kilkanaście miesięcy (nie pił nawet piwa i kwasu) i było najdłuższym "ostatecznie" w historii jego walki z alkoholizmem. Pili, jak wiadomo, wtedy wszyscy - jedni skacowani szli do pracy, drudzy na rauszu z niej wracali i właśnie pod koniec lat sześćdziesiątych została ostatecznie ukształtowana subkultura picia (rytualne miejsca, rytualne gesty, rytualne słowa). Abstynenci w każdym środowisku byli źle widziani i podejrzani. 28 grudnia 1968 roku Leonid Breżniew uczestniczył w Mińsku w obchodach 50-lecia Białorusi Radzieckiej. W Pałacu Sportu odbyło się uroczyste posiedzenie Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Białorusi, Rady Najwyższej i Rady Ministrów Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Na stołach królował alkohol. Breżniew pił wyjątkowo mało, ponieważ musiał wcześniej opuścić Mińsk. Na pożegnanie powiedział: "Posiedziałbym jeszcze z wami, ale nie mogę, mam sprawy. A wy, towarzysze, pijcie, pijcie! I pilnujcie sąsiada, żeby wychylał kieliszek do dna. O, towarzysz Maszerow nalewa, a nie pije! Jak tak można, to nie wypada" *[Piotr Maszerow (1918-1980) - od 1965 roku pierwszy sekretarz KC KPB.]. Wiem, że trzeźwy, jak towarzysz Maszerow obywatel Wysocki byłby lepszym mężem i ojcem; nie wiem, czy byłby lepszym aktorem (na pewno byłby bardziej zdyscyplinowanym pracownikiem); wiem, że wolny od swoich uzależnień jeszcze by żył i regularnie występował w niedzielnych programach rozrywkowych kanału "Rossija", śpiewając wciąż tę samą jedną piosenkę, przy której dobrze się klaszcze. Dlatego wolę pijanego Wysockiego od trzeźwego Aleksandra Rosenbauma, którego talent już dawno został zmielony w młynach show-businessu. Bardzo też możliwe, że w stanie alkohol free inaczej zostałby ukształtowany świat wyobraźni poetyckiej autora Polowania na wilków. "Mylimy się - pisał Gaston Bachelard - kiedy wyobrażamy sobie, że alkohol po prostu potęguje możliwości umysłowe. W rzeczywistości tworzy je. Zespala się z tym, co szuka wyrazu. Ponad wszelką wątpliwość alkohol jest sprawcą języka. Wzbogaca słownictwo i wyzwala składnię".

To wtedy - po raz czwarty wracam do roku 1964 - Wysocki usiłował popełnić samobójstwo. "W milicyjnej izbie wytrzeźwień powiesił się na pasku od spodni. Zdjęto go na szczęście w porę". Później jeszcze kilkakrotnie próbował się zabić: w późnych latach sześćdziesiątych (w garderobie teatralnej, pozostawił list pożegnalny: "Bardzo proszę za moją śmierć nikogo nie winić"), w 1974 (w Mińsku, najpierw wydłubał esperal, a potem ten sam nóż chciał wbić w pierś, skończyło się na założeniu szwów, po powrocie do Moskwy - nieoceniony, jak zawsze, Sklif *[Sklif - Instytut im. Sklifosowskiego (Moskowskij Nauczno-Issledowatielskij Institut Skoroj Pomoszczi im. N.W Sklifosowskogo). I wtedy, i dziś jeden z najbardziej prestiżowych szpitali moskiewskich, w którym Wysocki powinien dostać kartę stałego klienta. W dowód wdzięczności występował z recitalami dla personelu (np. w 1974 roku).]) i prawdopodobnie w 1975 roku.

Sformalizowanie związku z Ludmiłą Abramowa nie miało oczywiście żadnego wpływu na tryb życia Wysockiego. Teraz na co dzień, już jako żona, była świadkiem jego coraz częstszych i dłuższych alkoholowych odlotów. Wiedziała też, że takie noce jej mąż spędza najczęściej w towarzystwie innych kobiet. Najstraszniejsze, jak opowiadała, było oczekiwanie na jego powrót. Bała się, że za którymś razem usłyszy "To już koniec" i on odejdzie na zawsze. Na pocieszenie pozostawały jej listy pisane przez niego z kolejnej trasy koncertowej - szczere, jak te poślubne Puszkina do Gonczarowej i piękne, jak reklamy proszków do prania czy programy wyborcze: "Patrząc na spotykane przeze mnie baby, nie zagaduję do nich, unikam ich i doceniam, łapeczko, całą masę Twych zalet i jestem dumny, że jesteś moją żoną... Romansów, powtarzam, nie ma. Ani platonicznych, ani cielesnych. Jest mi ciężko, ale wytrzymuję i usilnie zalecam Ci to samo" (Odessa, 9 sierpnia 1967). Może przez chwilę - wbrew wszystkiemu - wierzyła im i dlatego zrobiła wszystko, żeby uratować ich związek. "Proponowano jej często - wspomina Jelena Szczerbinowska - role filmowe, ale uparcie odmawiała, bojąc się zostawić dzieci w domu, bojąc się nie być u boku Wołodii w chwili potrzeby. [...] Ostatecznie zrezygnowała z kariery aktorskiej i zmieniła zawód". Była o krok od świętości, ale któregoś dnia czy może którejś nocy zrozumiała, że pozostanie co najwyżej błogosławioną. Na jego morze wódki mogła odpowiedzieć oceanem łez; na jego zdrady - propozycją rozstania. Już wprawdzie miał wtedy za sobą kilkuletni romans z Łarisą Łużyną, z którą spotkał się na planie filmu Linia pionowa (Wiertikal, 1966) i której zadedykował piosenkę Ona była w Paryżu, ale jej miejsce zajęła już poznana w podobnych okolicznościach Tatiana Iwanienko, studentka szkoły teatralnej (później przyjęta do Teatru na Tagance). To była miłość, która zaowocowała urodzoną 26 września 1972 roku córką Anastasiją (Nastią). "To była piękna para - wyznała użyczająca im mieszkania Łużyna - to był piękny romans..." *[Ulica przypisywała mu też romans z Pugaczową. Niesłusznie. Byli przyjaciółmi, tylko przyjaciółmi. Po prostu nie podobał się jej, a Ałła - jak powiedział jeden z jej znajomych - "całe życie kochała pięknych facetów".].

Po siedmiu latach - siódemka, jak powszechnie wiadomo, przynosi szczęście - Ludmiła i Władimir przyznali, że o ich związku można mówić wyłącznie w czasie przeszłym. "Co wydarzyło się między nimi - zwierzała się odrobinę niedoinformowana Nina Wysocka - nie wiedziałam. Ale w 1968 roku rozstali się. [...]. Wołodia został ze mną, mieszkaliśmy razem do 1969 roku...". Pożegnali się podobno w atmosferze wzajemnego zrozumienia i, jak twierdzi Abramowa, "nie było żadnych wyjaśnień, usprawiedliwień, kłótni. A potem nadszedł termin rozwodu w sądzie. Leżałam w szpitalu, ale lekarz pozwolił pojechać, czułam się już nieźle. Przyjechałam do sądu. Po pięciu minutach rozwiedliśmy się... Miałam czas do kolacji w szpitalu i Wołodia zaprosił mnie do mieszkania Niny Maksimowny. Poszłam. Wołodia śpiewał, długo śpiewał, o mało co nie spóźnił się do teatru. A Nina Maksimowna słyszała, że śpiewa i czekała na schodach...".

Rozwód orzeczono 10 lutego 1970 roku i już 1 grudnia (chyba przesadziłem z tym "już", bo jak to niemal dziesięciomiesięczne "już" ma się do jednodniowego "już" Bułhakowa) stanął po raz trzeci na ślubnym kobiercu. Jego wybranka zresztą też, co potwierdzałoby zasadę, iż "Bog troicu lubit". W ceremonii - oprócz zainteresowanych - uczestniczyli jedynie świadkowie: moskiewski aktor Wsiewołod Abdułow i francuski dziennikarz Max Leon. Skromne przyjęcie weselne odbyło się w Moskwie i niezwykle wystawne, zorganizowane przez przyjaciół, w Tbilisi. Tam sypialnię dla młodej pary przygotował obiekt westchnień Lili Brik - podłoga była usłana owocami, na łóżku był rozłożony stary szal z przypiętą karteczką "Siergiej Paradżanow".

Nowożeńcy spotkali się po raz pierwszy w lipcu 1967 roku na festiwalu filmowym w Moskwie, ale ona była z wcześniejszym egzemplarzem męża (Jean-Claude Brouillet był właścicielem jakiejś egzotycznej linii lotniczej, przed nim był aktor i reżyser Robert Hossein) i jeszcze nie zwróciła uwagi na Wołodię. Ale dwa lata później słynna gwiazda kina francuskiego, Marina Vlady, nie oparła się gitarze chłopaka z Taganki. Do Moskwy przyjechała, niczego nie przeczuwając, zakochana w pewnym aktorze rumuńskim (nazywał się Christie Abraam), dla którego jej serce - jako że zdążyła się rozwieść - biło w rytmie matrymonialnym. Przestało, gdy w Klubie Aktora "kątem oka" spostrzegła, że "[...] zbliża się młody, niewysoki, źle ubrany mężczyzna. Tylko jasnoszare oczy przyciągają moją uwagę. [...]. Wokół nas ludzie znowu zaczynają rozmawiać. Ty nie bierzesz nic do ust, nie pijesz, patrzysz na mnie.

- A więc spotkałem panią, nareszcie.

Twoje pierwsze słowa zbijają mnie z tropu, odpowiadam stereotypowymi komplementami na temat przedstawienia [...]" *[Wysocki grał wówczas w wyreżyserowanym przez J. Lubimowa Pugaczowie S. Jesienina.]. Była, co prawda, zbita z tropu, ale zdążyła jeszcze chłodnym okiem ocenić: "Nie jesteś przystojny, wyglądasz przeciętnie [...]" i gdy już się wydawało, że sytuacja jest opanowana - "[...] urzeka mnie twoje spojrzenie". Porażona, urzeczona i bezbronna pozwoliła mu już na wszystko: "Siedząc u mych stóp [jak Jesienin i Duncan - T K.] śpiewasz tylko dla mnie. [...]. A potem, bez żadnego wstępu, oświadczasz, że od dawna mnie kochasz. Jak każdej popularnej aktorce, i mnie często składano takie niewczesne wyznania. Ale tym razem jestem naprawdę wzruszona. Zgadzam się na spotkanie, choćby jutro". Dla czytelniczek, które po dwunastu stronach Przerwanego lotu jeszcze nie były przekonane, czy tak od razu warto było być porażoną, urzeczoną i bezbronną, Vlady dorzuca garść dodatkowych informacji: "Masz metr siedemdziesiąt wzrostu, nie jesteś wysoki, ale bardzo proporcjonalnie zbudowany. Długie, szczupłe nogi, wąziutkie biodra, lekko opadające ramiona, które nadają twojej sylwetce smukłości. W przeciwnym razie byłbyś może nieco krępy, bo klatkę piersiową, jak większość Rosjan, masz rozrośniętą, a bicepsy wyraźnie zaokrąglone" *[Vlady była o 5 centymetrów wyższa od Wysockiego.].

Nie ma co ukrywać - wspomnienia Mariny powinny być zaopatrzone w ostrzeżenie, które się pojawia na opakowaniach papierosów, ponieważ kontakt z kiczem bywa zabójczy dla zdrowia psychicznego odbiorcy. Za pretensjonalną, infantylną narracją kryje się nieskomplikowana fabuła z wyraźnie sformułowanym przesłaniem. Powszechnie znana francuska aktorka poznaje źle ubranego (i - to pewne - nie radzącego sobie ze sztućcami) rosyjskiego artystę, Kopciuszka i Janka Muzykanta w jednym, którego uszczęśliwi swoją miłością. W przyszłości będzie mu kupować dżinsy ("[...] przeżywam szok widząc, jak ludzie cieszą się, kiedy dostają koszulę, płytę czy bieliznę prosto z Paryża"), pospiesznie edukować ("Któregoś wieczoru wracasz późno. Trzaskasz drzwiami i wiem już, że jesteś zdenerwowany [...].

- Tego już za wiele, masz pojęcie, ten facet, ten Francuz, zrzyna ze mnie wszystko, pisze jak ja, to czysty plagiat. [...].

Nie mogę przeczytać, tak szybko przewracasz kartki. [...] Cytujesz mi urywki, które najbardziej cię interesują. Wybucham śmiechem [...], to nikt inny, tylko [...] Arthur Rimbaud. Czerwienisz się z powodu gafy") i wprowadzać na europejskie i amerykańskie salony.

Tamtego pierwszego wieczoru Wysocki z całą pewnością był odrobinę stremowany, lecz przede wszystkim zdesperowany, ponieważ zrozumiał, że ma szansę - jak wcześniej Jesienin (z powodzeniem) i Woronin (bez powodzenia) - zapisać jeszcze jeden rozdział w mitologii radzieckiej, zrealizować Soviet Dream. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych Vlady wprawdzie straciła status gwiazdy (Europejki już się nie czeszą jak Marina - teraz noszą bardotki), ale - na szczęście dla niej - do Moskwy ta prawda dotrze z opóźnieniem. Nie wiem, kiedy z kolei do niej dotarło, że tamtego pierwszego wieczoru była uwodzona w sposób rutynowy, wielokrotnie sprawdzony i gwarantujący powodzenie. Jak opowiadał inny aktor Taganki Boris Chmielnicki, recepta na sukces Wysockiego nie była skomplikowana: "Gdy tylko w towarzystwie pojawiała się piękna dziewczyna, brał gitarę i śpiewał tak długo, aż mu nie uległa...".

Tym razem także. "Wiem o tobie wszystko (w każdym razie tak mi się wydaje) - opowiadała całemu światu Vlady - jesteś bardzo cierpliwy, ale czuję, że coraz goręcej mnie pragniesz. Pewnego październikowego wieczora proszę przyjaciół, żeby użyczyli nam swego mieszkania. [...].

Noc nie wystarcza, byśmy zrozumieli, jak wiele nas łączy. Miesiące rozmów, spojrzeń, śmiechu - to tylko preludium do czegoś nieskończenie bardziej głębokiego. Należymy do siebie każdą cząstką ciała, zanurzamy się w bezkresne przestrzenie miłości, nasze oddechy zamierają na chwilę, by połączyć się znów w tym samym rytmie przeciągłego jęku rozkoszy. Mamy po trzydzieści lat, nasze życie jest bogate w najróżniejsze doświadczenia, wiele kobiet i mężczyzn, w sumie pięcioro dzieci, sukcesy zawodowe, pieniądze, niepowodzenia, sława. I oto jak dwoje dzieci zauroczonych sobą odkrywamy tajemnice miłości. Nic nigdy nie zatrze tych pierwszych godzin pełnego zespolenia. Trzeciego ranka opuszczamy przyjazne mieszkanie. Od tej chwili jesteśmy razem na dobre i na złe".

Potem były hotele (i łamanie obowiązujących przepisów, prowadzące do nieuchronnych utarczek z personelem), "kuchenne kozetki" albo "kanapy na korytarzu", "sliping", "kabina statku" i towarzyszące tym schadzkom "uczucie pośpiechu, głębokiego niedosytu".

Radziecka Moskwa nie była życzliwa bezdomnym kochankom, ale Wysocki przez pierwsze miesiące jest w stanie euforii. Wszystkim wkoło opowiada o nowej miłości, o tym, jak walczył o względy Vlady z Żenią Jewtuszenko, z Wasią Aksionowem i jeszcze z "jakimś reżyserem z Mosfilmu", ale że to on został wybrany. Interpretuje na nowo dawny tekst, którego bohater opowiada, że teraz ma "dwie żony, dwie Mariny Vlady" *[Wiersz powstał w 1963 lub 1964 roku (inc: "Dziś w naszej brygadzie kompleksowej..." / "Siegodnia w naszej kompleksnoj brigadie..."). Wysocki był jeszcze formalnie mężem Ludmiły Władimirowny Abramowej. Po rosyjsku Władi[mirowna] i Vlady brzmi tak samo.]. Słuchacze, chyba szczerze, gratulują mu (bo lubią Wołodię, bo ogarnia ich patriotyczna duma) i dlatego jakoś nie przekonuje mnie - może odrobinę zazdrosny - Walerij Zołotuchin, który 4 października 1969 roku zapisał w dzienniku: "Bożyszcze złamało zasady gry. Miłość i romans z Mariną wywołały nienawiść tłumu. Tłum nie może mu wybaczyć zdrady z zachodnią gwiazdą".

A gwiazda - nic to, że gasnąca, ale zachodnia - wciela się podczas kolejnych przyjazdów do Moskwy w rolę kobiety radzieckiej ("[...] zajmuję się gotowaniem, sprzątaniem, organizuję nasze nowe życie, uczę się robić zakupy, zdobywać żywność w kolejkach na mrozie, chodzę na kołchozowy targ [...]" *[Poruszonych jej kolejkową martyrologią pragnę uspokoić - najczęściej korzystała z usług "Bieriozki" (takiego ich "Peweksu").]) i, jak prawie wszystkie Rosjanki, próbuje walczyć z alkoholizmem kochanka/męża. Z Francji przywozi esperal *[W Związku Radzieckim, kraju powszechnej trzeźwości, esperal był jeszcze nieznany. Pojawił się później i popularnie był nazywany "spiralą" lub "sprężyną". Tak się złożyło, że w Teatrze na Tagance jednocześnie się zaszyło sporo aktorów i Lubimow mówił o nich: "wszywizna" (wszywota).] i dla przykładu prosi o wszycie także sobie, regularnie przeszukuje mieszkanie w poszukiwaniu alkoholu, ukrywa perfumy. A gdy to wszystko nie pomaga, to pije razem z nim, by nie musiał wychodzić w poszukiwaniu wódki i kompanów. Jej misja musiała się oczywiście zakończyć klęską -Wysocki złamał monopol służby zdrowia na usuwanie "sprężyn" i znikał na całe dnie. "[...] Nagle w środku nocy - pisze Vlady czy ktoś tam w jej imieniu - budzę się zdrętwiała [...]. Ciebie wciąż nie ma. Zaczyna uporczywie dzwonić telefon [...]. Z trudem zapisuję adres, nie wszystko zrozumiałam, boję się, wskakuję do taksówki, przyjeżdżam, na schodach prawie zupełnie ciemno, cuchnie kotami, na ostatnim piętrze otwarte drzwi, jakaś kobieta prowadzi mnie do dużego pokoju. Siedzisz skulony na kanapie z dziwnym grymasem na twarzy, w opłakanym stanie, na podłodze pełno pustych butelek i niedopałków, stół przykryty gazetą, na której walają się resztki wędzonej ryby, jacyś obcy ludzie leżą po kątach. Usiłujesz wstać, wyciągasz do mnie ręce, cała drżę, biorę cię wpół i wlokę do domu".

Jeśli więc ktoś miał za złe Wysockiemu romans i małżeństwo z Mariną, to byli to przede wszystkim właśnie ci rozbitkowie z pociągu Moskwa-Pietuszki, którzy towarzyszyli Hamletowi z Taganki w jego alkoholowych odysejach i były to panie, których mieszkania były zawsze dla niego otwarte (np. aktorka Lionella Skirda-Pyriewa), a one przez tych parę pijanych, nieprzytomnych nocy mogły się poczuć najważniejsze w jego życiu. "Marina zaczęła działać na niego przygnębiająco - pisał w swoich podkoloryzowanych wspomnieniach Eduard Wołodarski. - Męczył się strasznie pod wpływem jej władczej natury. Przerażająco władczej. Tygrysiej. Bardzo egocentrycznej, skupionej na niej samej. Stanowcza z niej kobieta. Mężczyzna w spódnicy, jeśli chodzi o stalowy charakter. Z nim nikt nie mógł sobie poradzić. Nawet mężczyźni. A co dopiero mówić o kobietach. A ona sobie radziła. Na początku. Szukała go po domach przyjaciół z milicją. Siedzieliśmy kiedyś razem, piliśmy, nagle zadzwonił telefon, a potem znajoma, u której balowaliśmy, wbiegła do pokoju, ostrzegając nas jak konspiratorów: «Wołodia! Edik! Zmywajcie się! Zaraz będzie tu Marina z milicją!» Zmyliśmy się. Po kilkunastu minutach wpadła do mieszkania Marina, krzycząc: «Gdzie on jest?! Gdzie ta kanalia?!» Wprawdzie Marina sama lubiła wypić. I mogła wypić dużo. Gdy zmarł Wołodia, mieszkała u nas jakieś półtora miesiąca, wypijała codziennie po pięć butelek szampana i rankiem wstawała rześka i zdrowa. I wódkę piła chętnie. Ale Wołodię za wszelką cenę usiłowała wyleczyć" *[Pojawienie się takich tekstów, jak ten Wołodarskiego, było nieuniknione. Przewidział je już 25 listopada 1968 roku W. Zołotuchin: "My filistrzy my szarość [...] grzejemy się przy jego ognisku, chętnie opowiadamy o nim obcym ludziom, niedostrzegalnie dla samych siebie legendy o nim tworzymy. I czekamy też - niech no tylko coś się przydarzy przyjacielowi naszemu [...], to takie wspomnienia, takie memuary przyrządzimy, że mucha nie siada, oczu nie będziecie mogli oderwać".].

Pod nieobecność Vlady (dość często wyjeżdżała do Francji i tak naprawdę to ich małżeństwo było na telefon) nie było już nikogo, kto próbowałby z podobną determinacją walczyć o powrót do trzeźwości jej męża. Ci najbardziej mu życzliwi już dawno przestali w to wierzyć, wiele lat spędzonych obok Wysockiego nauczyło ich życiowego pragmatyzmu - trzeba się pogodzić z nałogiem aktora, ale w sytuacjach koniecznych zrobić wszystko, żeby postawić go na nogi. Posługiwano się kilkoma instrukcjami obsługi Władimira Siemionowicza. Najprostsze i chyba najbardziej skuteczne było użycie siły ("Siedzieliśmy w WTO. Miał straszną ochotę wypić trochę wina, a my trzymaliśmy go za ręce i nogi" *[Zapis w dzienniku Zołotuchina z 21 października 1968 roku. WTO - Wsierossijskoje Tieatralnoje Obszczestwo / Wszechrosyjskie Towarzystwo Teatralne.]), zwolennicy innych - bardziej wysublimowanych - metod dążyli raczej do minimalizowania skutków kontaktu artysty z alkoholem (oto rekonstrukcja jednej z takich akcji: a) po koncercie w Magadanie Władimir upił się do nieprzytomności; b) lotnisko znajduje się w odległości 60 kilometrów od centrum; otwarte okna w samochodzie plus odległość sprawiają, że do samolotu dociera pieśniarz już tylko półprzytomny; c) odprowadzający wręcza stewardessie butelkę koniaku i prosi o podawanie Wołodi w małych dawkach, gdy będzie wszczynał awantury na pokładzie; d) na lotnisku w Moskwie cenny pasażer wysiada niemal trzeźwy i może uczestniczyć w wieczornym spektaklu - jeśli oczywiście do tego czasu nie spotka kogoś życzliwego, kto zaproponuje mu małe co nieco).

A że ze swoim idolem chciała porozmawiać po duszam i złożyć mu alkoholowy hołd prawie cała Rosja (z wyjątkiem nieznanego jeszcze nikomu Gorbaczowa i garstki przedszkolaków), to sumiennemu kronikarzowi tamtych wysokoprocentowych czasów nie pozostawało nic innego, jak skrupulatne odnotowywanie w dzienniku: "Wysocki znów jest w szpitalu. Odwołano Galileusza" *[Pod koniec lat sześćdziesiątych nałóg Wysockiego był już tajemnicą publiczną. Gdy więc 10 listopada 1968 roku pojawił się w teatrze niedysponowany z innego niż zwykle powodu (ból gardła), to przybyli na spektakl (znów Galileusz) nie uwierzyli. Z widowni rozległy się głosy: "Mniej pić, więcej śpiewać". Dopiero informacja o wystawieniu jeszcze niegranego Świętoszka uspokoiła publiczność.] (30 maja 1968); "Dzisiaj jest możliwe zastępstwo. Wczoraj Wołodia pozwolił sobie trochę. [...]. A [...] przed Anty światami [Andrieja Wozniesienskiego - T. K.] z przyjaciółmi chlapnął kielicha [...]. Ozę jakoś wyrecytował i kiedy z pozycji leżącej zaczął się podnosić, zachwiał się i gdyby nie Wieńka, to nie wstałby, runąłby na plecy... W kolejnych numerach trzeba było go zastąpić [...]" (16 marca 1970); "Mnie się nie podoba, że Wołodia się upija. Dzisiaj w «Kamie»: on - koniak, ja - piwo" *[Przy tej okazji Zołotuchin, powołując się na Wysockiego, sformułował wstrząsający zarzut: "Jaką dziwną i straszną rzecz mi powiedział [Wysocki - T K.]. Sekretarka z KGB jakoby widziała papiery, w których szef - Lubimow - zdawał relację ze swoich rozmów z Wysockim - to znaczy, że szef kabluje. [...]. Wołodię obłożono jak prosiaka". W swojej kolejnej publikacji Zołotuchin dokonał istotnej zmiany w tym zdaniu: "Sekretarka z organów jakoby widziała papiery, w których N zdawał relację ze swoich rozmów z Wysockim"] (11 lutego 1971). W latach siedemdziesiątych uzależnienie Wysockiego jest traktowane w kategoriach anegdoty już chyba tylko przez Nagibina (znanego pisarza i przez pewien czas męża równie znanej poetki Biełły Achmaduliny) i Wołodarskiego: "[...] Marina Vlady wieściła u nas w kuchni o wyższości orgazmu kobiecego nad wszystkimi innymi rodzajami rozkoszy. W punkcie kulminacyjnym jej perory przyszedł Wysocki, dał po mordzie i wyprowadził"; "Przyszedł do mnie kiedyś pijany Wołodia. Przyszedł, żeby porozmawiać i... napić się jeszcze. No więc siedzimy u mnie w domu, pijemy. A Wołodia mówi: «Za dwa dni przyleci Marinka». Pijemy dalej. Na drugi dzień Wołodia mówi: «Jutro przyleci Marina. Trzeba po nią jechać na lotnisko». Pijemy dalej. Na trzeci dzień Wołodia mówi: «Za dwie godziny ta suka tu będzie!». Oczywiście nie pojechał na żadne lotnisko".

Nazajutrz po przylocie Marina odwiozła męża - jak zawsze w takich razach - do Instytutu im. Sklifosowskiego, gdzie przeprowadzono rutynowy zabieg odtrucia jego organizmu. To tamtejszym lekarzom zawdzięczał on wielokrotne "do zdrowia powrócenie cudem" i "martwej podniesienie powieki" - co w przekładzie na język rzeczywistości szpitalnej oznacza, że tam go zwykle reanimowano, a kiedyś wyrwano z objęć śmierci klinicznej. Niekiedy aktor trafiał też do szpitala psychiatrycznego im. Kaszczenki (na oddziale dla schizofreników obchodził swoje 33 urodziny); niekiedy do cieszącego się ponurą sławą Instytutu Medycyny Sądowej im. Serbskiego, gdzie w tym czasie zapanowała moda na kurację, w trakcie której uzależnionym od alkoholu wstrzykiwano narkotyki. Jak się później okazało, chyba nikt z pacjentów nie wkroczył na drogę abstynencji, natomiast niemal wszyscy zaczęli wydeptywać ścieżki do Baudelaire'owskich sztucznych rajów. Wśród nich Wysocki, któremu pierwszą dawkę morfiny podał zaprzyjaźniony lekarz. Podobno wszystko się zaczęło w połowie lat siedemdziesiątych. W 1976 roku - jak relacjonuje Marlena Zimna - 12 centymetrów sześciennych zabijało głód na cztery, może pięć godzin; w marcu 1980 - funkcjonował dzięki 20 ampułkom dziennie.

Był więc jeszcze jednym nieanonimowym alkoholikiem i narkomanem w galerii dwudziestowiecznych artystów rosyjskich (od Briusowa do Wieniczki Jerofiejewa), a od czasu do czasu bywał też mężem swojej żony, która po paru latach małżeństwa postanowiła otworzyć mu (jak Duncan Jesieninowi) okno na świat. Bliższą znajomość z gnijącym kapitalizmem Władimir Siemionowicz mógł zawrzeć tylko dlatego, że Marina w maju 1968 roku wstąpiła do Komunistycznej Partii Francji. Teraz więc, gdy zaczęły się łatwe do przewidzenia kłopoty z otrzymaniem paszportu, to Vlady natychmiast skonsumowała swoje - za przeproszeniem - członkostwo. Na jej prośbę ówczesny sekretarz generalny KPF Georges Marchais interweniował (obawiam się, że to nie jest najszczęśliwsze określenie) u pana, który był gensekiem de tutti sekretarzy generalnych i Leonid Breżniew w swojej łaskawości nakazał czerwony przedmiot pożądania wydać. Pozostało już tylko złożenie wymaganego przy takich okazjach oświadczenia ("Ja, Wysocki Władimir Siemionowicz, wyjeżdżający do Francji, zapoznawszy się z Podstawowymi Zasadami Zachowania Obywateli Radzieckich Wyjeżdżających do Krajów Kapitalistycznych i Rozwijających się, zobowiązuję się do ich przestrzegania, a także do tego, iż przebywając za granicą, będę niezachwianie strzegł interesów państwa radzieckiego, dochowam tajemnicy państwowej, będę bez zarzutu sprawować się w życiu osobistym, nie plamiąc honoru i godności obywatela ZSRR. Wysocki") i 18 kwietnia 1973 roku Wysoccy - ależ to brzmi - opuścili Moskwę: "Polacy właściwie nas nie zatrzymują i kiedy tylko granica znika za kępą drzew, stajemy i wysiadamy z samochodu. [...]. Przeskoczyłeś granicę swego kraju, chociaż nie miałeś nadziei, przed nami cały świat [...]".

Podobnie, jak jego wielcy poprzednicy (Jesienin, Majakowski - żeby poprzestać na twórcach dwudziestowiecznych), także i ten voyager nie przeżył "tam" iluminacji ("tam" - we Francji, "tam" - w Hiszpanii, "tam" - w Kanadzie, "tam" - w USA, "tam" - w Meksyku i w wielu innych "tam"). Jak oni - nie potraktował swojej pierwszej podróży w kategoriach peregrynacji do mitycznej ziemi nieznanej, nie podjął próby zrozumienia innych światów, innych cywilizacji, innych kultur. Być może dlatego, że jest to po prostu niemożliwe i że rację ma Samuel Huntington mówiący "[...] o zasadniczej nieprzekładalności kultur. Cywilizacje nie mogą nawiązać między sobą dialogu, gdyż mówią różnymi językami. To, co dla nas jest oczywistością, jak idee demokracji czy prawa człowieka, może wcale nie być akceptowane w innej kulturze. Kultury są dla siebie nieprzezroczyste, wzajemnie nieczytelne". Być może dlatego, że Wysocki, mimo całej swej niezależności, był - jak zresztą my wszyscy wówczas urodzeni i oddychający wyziewami "cywilizacji komunizmu" (określenie Leopolda Tyrmanda) - zarażony wirusem o nazwie homo sovieticus i z trudem tolerował inność. Na pewno dlatego, że jemu, jak każdemu artyście (nie wierzcie w ich kokieteryjne zapewnienia, iż jest inaczej), były potrzebne nieustanne wyrazy uznania, dowody publicznego uwielbienia, "głaski" (jak powiedziałby psycholog Eric Berne). Na ulicach radzieckich miast był głaskany, był rozpoznawany, był obiektem towarzyskich plotek, analizowano każdy jego gest i każde słowo; we Francji czy w Stanach Zjednoczonych był natomiast jeszcze jedną postacią z anonimowego tłumu (Charles Bronson, poproszony w nieodpowiednim czasie i miejscu przez boskiego Wołodię o autograf, zbył go tradycyjną, sakramentalną hollywoodzką kwestią: "Fuck off!"). Wprawdzie za żelazną kurtyną wydawano jego płyty (bodaj najbardziej znaną nagrano w Paryżu, na której towarzyszył mu zespół występujący przypuszczalnie na co dzień w jakiejś, udającej rosyjską, knajpie typu "La Cantine Russe"), ale Bob Dylan czy Simon&Gurfunkel ani przez chwilę nie musieli się czuć zagrożeni. Kult boga Władimira kończył się na granicy polsko-enerdowskiej - ci na zachód od Świecka wierzyli w Gotta Karela. Na Avenue des Champs Elysees i na Sunset Boulevard był bezimiennym szansonistą i aktorem rosyjskim - co frustrowało i mężem swojej żony - co frustrowało podwójnie. To może dlatego w 1978 roku w Los Angeles pojawił się problem zwany impotencją, o której Marina Vlady przy pierwszej nadarzającej się okazji nie omieszkała opowiedzieć czytelnikom swoich wspomnień: "Mimo długiej rozłąki nie współżyjemy ze sobą. Śpimy czule przytuleni, ale nie ma już w tobie pożądania, nie potrafisz udowodnić mi swej miłości, żyjemy jak brat i siostra". Zresztą wszystko było nie tak: chłód dziewcząt z Los Angeles nie rozpalał (jak gorące spojrzenia Rosjanek), kanadyjski skręt z marihuaną nie kręcił (jak radziecka morfina), seans u paryskiego ucznia dalajlamy do tybetańskich metod walki z alkoholizmem nie przekonywał i respektu nie budził (jak kaftany, pasy i psychotropy w psychiatryku im. P.P. Kaszczenki), przytuleni w tańcu geje z któregoś klubu nowojorskiego sympatii nie wywoływali (jak objęci wpół prawdziwi mężczyźni w zadymionej mordowni moskiewskiej). A jeszcze bardziej bolała Wysockiego śmiertelna nuda mieszczańskiej normalności, której istotę zawarł w czterech wersach na widokówce z Hiszpanii, wysłanej w 1975 czy w 1976 roku do aktora Iwana Bortnika:

 

Nudno mi Wania. Wokół Hiszpania.

Piją tu gorzką, jakieś tam dżiny.

I bez obawy, opamiętania,

Bo w nich tu, Wania, nie ma sprężyny.

(tłum. P. Fast)

 

Zrozpaczony, sfrustrowany i wyalienowany postanowił tamtą rzeczywistość, której nie potrafił i nie chciał zrozumieć, oswoić i bezdusznemu kapitalizmowi nadać - na miarę swoich wyobrażeń - ludzką, rosyjsko-radziecką twarz. Na początek założył, że alkohol wlany w siebie "tam", ma podobne działanie do wypitego w podobnych ilościach "tutaj" i dość szybko odnalazł wśród emigrantów praktykujących alkoholików, którzy dla dobra sprawy chętnie uczestniczyli w wielodobowych vodka-jamboree. W grudniu 1979 roku Wysocki był w drodze na Tahiti, zaproszony przez Brouilleta (przypominam, poprzedniego męża Mariny) na jego kolejny ślub. Nie doleciał. Z Los Angeles wysłał do Vlady (która wcześniej dotarła na miejsce) telegram z lakoniczną, ale jakże smutną opowieścią o kłopotach z otrzymaniem wizy. Tymczasem przez dwa tygodnie nie opuszczał domu pewnego muzyka. Przez tych kilkanaście dni i nocy wspólnie z gospodarzem pili i może śpiewali, pili i może słuchali muzyki, pili i może rozmawiali o kobietach, pili i może podziwiali kalifornijskie wschody i zachody słońca, pili i może tęsknili do czarnomorskich plaż, pili i może znaleźli się poza czasem. I gdy już wypili ostatnią butelkę czystej w LA, to może odbyli rozmowę podobną do tej:

 

Pewnego razu Maksym spytał, w czym, zdaniem Piotra, zawiera się sens zen.

Zen - powiedział Piotr, który lubił porównania subtelne, lecz niedalekie - to sztuka nalać dwie pełne szklanki wódki z jednej ćwiarteczki.

- Z pustej - dorzucił Wasyl. Maksym przeniósł wzrok na Fiodora.

- I wódki nie wypić - rzekł Fiodor.

Maksym z zadowoleniem kiwnął głową, powiedziawszy: - I do szklanek nie nalać.

A potem Wysocki odleciał do Moskwy (z przesiadkami, jak mniemam).

 

Pół roku później udało mu się doprowadzić do kilkudniowej homogenizacji nieprzekładalnych kultur. 10 maja 1980 roku już pijany Władimir Siemionowicz odleciał do Paryża. W samolocie wypił dwie butelki koniaku i nieprzytomny trafił w Paryżu do kliniki psychiatrycznej. Danse macabre (Moskwa: alkohol, Vlady, szpital; Paryż: alkohol, Vlady, szpital) był jego przedostatnim pomysłem na zjednoczoną Europę.

Ostatni był znacznie bardziej wyrafinowany i perwersyjny. W latach siedemdziesiątych dla zrozumienia zasad funkcjonowania ekonomiki radzieckiej wystarczyła znajomość jednego nieskomplikowanego pojęcia: dieficyt (tu: towar deficytowy). Manipulowani przez propagandę obywatele ZSRR pogodzili się z sytuacją, że z ważnych powodów (zagrożenie ze strony Zachodu, internacjonalistyczna pomoc dla innych krajów) nie można mieć wszystkiego naraz i że ich światli przywódcy muszą z ciężkim sercem dokonywać w imieniu społeczeństwa nieustannych wyborów: opublikować dzieła zebrane Dumasa czy Breżniewa, białoruskie ziemniaki wysłać do Leningradu czy do głodującej Polski. Rozumiano też, że dieficyt jest zjawiskiem globalnym i może mieć różne oblicza - w zachodnioeuropejskich sklepach jest zawsze chleb, ale bezrobotni przymierają głodem; w amerykańskich salonach są w stałej sprzedaży samochody, ale biali zwyrodnialcy pastwią się nad Angelą Davies. Już podczas pierwszego pobytu we Francji Wysocki zrozumiał, że również ten kraj ma swoją wstydliwą listę towarów deficytowych i postanowił - w ramach wdzięczności dla narodu, który przygarnął rodziców jego ukochanej - tę niekorzystną sytuację stopniowo zmieniać. Odtąd wyjeżdżając do Paryża, zabierał ze sobą kilka (niekiedy kilkanaście) telewizorów "Śilalis" *[Mieszkańcy Związku Radzieckiego sądzili, że jest to najlepszy telewizor na świecie. Dlaczego kupowano je we Francji, mogę się tylko domyślać: uboższych - wabiła niska cena, snobów - egzotyka.] (które znana aktorka Marina V. natychmiast oddawała do komisu), sobolowe skórki, biżuterię *[W 1979 roku wydał na biżuterię 24 000 rubli, co - jak starannie policzyła Marlena Zimna - stanowiło równowartość czterech samochodów marki "Żyguli". A ja początkowo postanowiłem być w swoich rachunkach jeszcze bardziej demagogiczny i szczodrość Wysockiego przeliczyć na pensje przeciętnego inżyniera radzieckiego, który zarabiał wtedy 150 rubli miesięcznie (a więc 1800 rubli rocznie). Zrezygnowałem jednak, bo przecież nie można siły uczucia mierzyć w rublach, frankach, rocznych dochodach, karatach. W końcu Francję ma się jedną. I Marinę też.], dzieła sztuki. Ojczyznę żony wspierał Władimir Siemionowicz także finansowo: na ręce obywatelki francuskiej - była to znana aktorka Marina V. - złożył honorarium (38 000 USD, słownie: trzydzieści osiem tysięcy dolarów), które otrzymał za osiem koncertów w Stanach Zjednoczonych; niekiedy zapraszał kogoś do siebie i wraz z tym gościem (wysłannikiem ludu Paryża była zawsze znana aktorka Marina V.) w latach 1975-1976 odbywał statkiem "Białoruś" rejsy po Morzu Śródziemnym. Wysocki uwielbiał te wyprawy, ponieważ był za granicą, ale jednocześnie wśród swoich, którzy go rozpoznawali, cenili i dopieszczali. No i miał status VIP-a - wszyscy turyści zwiedzali portowe miasta, korzystając z autokaru, a dla pana W. i jego uroczej małżonki (skądinąd znanej aktorki Mariny V) kapitan zamawiał samochód.

Zachód nauczył go w zasadzie tylko jednej, ale bardzo ważnej, bardzo niepodważalnej i bardzo uniwersalnej prawdy: samochód marki "Mercedes" jest lepszy od samochodu marki "Renault". I odtąd już nigdy nie kupował samochodów marki "Renault", bo wiedział, że lepsze od nich są samochody marki "Mercedes".

Wysocki zrozumiał też, że jego miejsce jest w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, kraju, w którym ma swoich widzów i słuchaczy, w którym mężczyźni marzą o napiciu się z nim wódki, a kobiety o spędzeniu z nim nocy. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek poważnie myślał o emigracji czy o nielegalnym pozostaniu za granicą (zwłaszcza status niewozwraszczenca nigdy go nie nęcił). Wiedział, że może oddychać (żyć, tworzyć) jedynie "tu", "tam" powietrze ma inny, zabójczy dla niego skład. Gdy więc w piosence Strefa neutralna (Niejtralnaja połosa) śpiewał: "Do szczęścia niepotrzebna mu była ta cudza zagranica" ("Jemu i na fig nie nużna była czużaja zagranica"), niekiedy "na fig" zastępował dosadniejszym określeniem, to tak naprawdę myślał o sobie.

"Tam" śpiewałby dla garstki (jak Aleksandr Galicz), "tu" hipnotyzował cały naród. Był "poza dobrem i złem", Jenseits von Gut und Bose: milicjanci nie reagowali na wykroczenia drogowe, na stacjach benzynowych nie żądano pieniędzy za paliwo, celnicy nie zauważali sobolich skórek (ale też złota, starych obrazów i nowych telewizorów), tajniacy zapraszali na koncerty, lekarze wykradali dla niego narkotyki *[Mówiąc precyzyjnie, były to oczywiście leki o działaniu narkotycznym. Ich nazwy (m.in. promedolum) wymienia w jednym z wywiadów Oksana Afanasiewa.], a piloci "Aerofłotu" dostarczali je do Paryża (francuskie były za drogie). W 1968 roku Wysocki śpiewał na daczy pewnego staruszka emeryta (który od innych staruszków emerytów różnił się tym, że się nazywał Nikita Siergiejewicz Chruszczow), a w latach siedemdziesiątych powstał jego trzyosobowy fun club na Kremlu - Galina Breżniewa ("Wołodia - pisał Walerij Jankłowicz - znał córkę Breżniewa, ale jak to się mówi, trzymał ją w zanadrzu, na wypadek gdyby było już bardzo źle, po prostu beznadziejnie"), Jurij Czurbanow (mąż Galiny, od 1977 roku wiceminister spraw wewnętrznych) i Jurij Andropow - wówczas szef KGB, później sekretarz generalny partii ("Wysockiego - jak zauważył pisarz Arkadij Lwów - uwielbiał Andropow, co w tamtych czasach było niezwykle istotne. To było coś jak edykt królewski, jak indulgencja papieska. Z góry mu wiele wybaczano. Wysocki był człowiekiem nietykalnym").

W ramach niepisanej umowy pieśniarz unikał z kolei bezpośredniego wyrażania swoich opinii na tematy tabu. To była komfortowa sytuacja dla wszystkich: jego teksty nadinterpretowano w środowiskach dysydenckich (np. w Polsce) i trywializowano w pierwszym obiegu (odczytując je na poziomie sportowo-alpinistycznym); przypisywano mu zamiar obalenia panującego systemu, a on sam obnosił się na koncertach ze swoim lojalizmem i ucinał wszelkie rozmowy na tematy polityczne. W jednej z ostatnich swoich piosenek, Nigdy nie wierzyłem w miraże (1979), śpiewał:

 

Jak wszyscy byłem bez pojęcia

A jeśli miałem - całkiem małe:

Budapeszt spłynął jak po gęsi,

Pragę przeżyłem bez zawału.

 

Nikt podnieść oczu nie miał mocy,

Choć przecież nie strzelano do nas.

I wszystkich - dzieci strasznej Rosji -

Napełniał wódą pusty czas.

(tłum. P. Fast)

 

Rosji Wysocki nie chciał porzucić także dlatego, że - jak wspomniałem - tu wciąż pozostawał obiektem (oczywiście coraz bardziej mrocznym) pożądania. Wiele pięknych i sławnych pań nadal poczytywało sobie za honor dopisanie do biografii romansu z charyzmatycznym artystą. Wśród kobiet, które mniej lub bardziej delikatnie sugerowały, że coś je łączyło z Władimirem, znalazła się między innymi początkująca skandalistka Natalia Miedwiediewa, która w jednym z wierszy napisała:

 

Dla samej nudy,

Pochłaniać grudy

Smutku twojego.

. . .

Rób mi,

Co zechcesz,

Duszę

Wywracaj na nice.

Ciało

W dygocie proroczym

I na nic nie patrz

Tylko

Mnie zerżnij!

(tłum. P. Fast)

*[Natalia Miedwiediewa (1958-2003) - pisarka (Hotel "Kalifornia", Mamo, kanciarza kocham!), piosenkarka (w Paryżu śpiewała w "Rasputinie"), modelka (pozowała dla "Playboya"); przez jakiś czas towarzyszka życia Eduarda Limonowa, którego porzuciła dla solisty grupy "Korrozija Mietałła" ("Korozja Metalu") Siergieja Wysokosowa. O swojej obecności w życiu Wysockiego opowiadała również Jelena Szczapowa, poprzedniczka Miedwiediewej na etacie żony faszyzującego Ediczki (on napisał nieobyczajną powieść To ja, Ediczka, a ona w odpowiedzi równie odważną - To ja, Lenoczka). Marlena Zimna wymienia inne "przelotne znajomości" Wysockiego: Biełłę z Samary, Świetlanę Gudckową z Rostowa nad Donem.]

 

Jednak w ostatnich latach życia Wysockiego najwięcej dla niego znaczyła Oksana Afanasiewa, studentka Instytutu Tekstylnego. Spotkali się w jakimś pomieszczeniu administracyjnym Teatru na Tagance. Ona była z kimś umówiona, on wpadł po obiecane komuś bilety. Niektórzy twierdzą, że był to rok 1977, inni - że 1978. Oksana miała 18 lat, on - 40. Nie chcę po mieszczańsku obliczać, o ile był od niej starszy i cytować mądrych psychologów czy seksuologów piszących o męskich kryzysach wieku średniego. Chcę wierzyć, że była to wielka miłość. Przez kilka tygodni - jak na prawdziwy romans przystało - on zabiegał o jej względy: dzwonił, umawiali się, po spektaklach szli razem coś zjeść. Aż któregoś dnia zaprosił ją na kolację do siebie i oczywiście coś dla niej zaśpiewał. Ta rozpływająca się w ustach wątróbka i ten jego głos... Teraz Oksana została jego i Ofelią, i Kopciuszkiem, i Galateą. Już ostatnią. Mogła się poruszać tylko taksówkami (płacąc jego rublami), mogła nosić pantofelki tylko przez niego kupione (koleżanki z roku zazdrościły jej tych siedemnastu par), mogła wkładać suknie uszyte tylko z materiałów przywiezionych przez niego z Francji, jako jedyna osiemnastolatka w komunistycznej Rosji mogła kupować tonic w "Bieriozce" za jego dolary (przypłaciła to - wiadomo: nielegalne posiadanie obcej waluty - rozmową z jakimś smutnym panem z KGB, który później chciał się z nią ożenić), wkładać napoje do lodówki przez niego ofiarowanej i stojącej w mieszkaniu urządzonym za jego pieniądze. "Ale nie byłam jego utrzymanką" - zapewnia dzielna Oksana w wywiadzie dla gazety "Moskowskij Komsomolec" i ja jej wierzę, bo pani ma już lat czterdzieści pięć i chyba wie, co mówi. Miała też prawo być smutna, gdy niezapowiadana przyjeżdżała do jego mieszkania na Małej Gruzińskiej 28/30, a drzwi otwierała jakaś panienka przyodziana jedynie w koszulę mężczyzny, który Afanasiewą ponoć kochał nad życie. Na szczęście Vłady zawsze zapowiadała swoje wizyty i dzięki temu Oksana opuszczała mieszkanie kochanka zawsze kompletnie ubrana.

Pod koniec lat siedemdziesiątych Wysocki już wiedział, że po raz czwarty musi coś zmienić w swoim życiu matrymonialnym. Zwiodły go Żukowa i Abramowa, i Vlady zwiodła też *[Anatolij Sidorczenko pierwsze małżeństwo Wysockiego nazwał komedią, drugie - dramatem, trzecie - tragedią.] - więc to Afanasiewą miała otworzyć nowy rozdział w poszukiwaniach tego mistycznego, świętego Graala. Nie było ani chwili do stracenia: w niedzielę 13 lipca 1980 roku kupił - w uruchomionym na jego prośbę stoisku z wyrobami jubilerskimi jakiegoś domu towarowego - parę obrączek i kontynuował, rozpoczęte wcześniej, gorączkowe pertraktacje z kilkoma duchownymi, którzy zgodziliby się na udzielenie mu ślubu cerkiewnego. Jak wspominała po latach niedoszła panna młoda:

Wołodia rwał się do ślubu...

- Wołodia, nam i tak nie dadzą ślubu. Jesteś przecież żonaty!

- Nie, chodź. Pobierzemy się - i już! *[Tym razem Wysocki zrezygnował z przeprowadzenia obowiązującej w ZSRR procedury rozwodowej, ponieważ przede wszystkim nie miał pewności, czy Marina Vlady wyrazi zgodę na jej wszczęcie. A jeśli nawet tak, to czy zostanie ona przeprowadzona odpowiednio sprawnie. W tej sytuacji uznał, iż ważniejsze od rozwiązań zgodnych z obowiązującym prawem będą gesty nacechowane symbolicznie i dlatego starał się znaleźć kogoś, kto gotów byłby udzielić ślubu, nie bacząc na wszystkie wynikające z tego konsekwencje. Podobno pewien batiuszka wyraził zgodę. Może odczuł dumę z nawrócenia syna marnotrawnego, może przekonały go argumenty pieśniarza (brzmiały mniej więcej tak: Trzy wcześniejsze związki - "zagsowskie", "cywilne" - są nieważne, ponieważ zostały zawarte poza cerkwią), może był miłośnikiem jego twórczości, a może został skuszony odpowiednią ilością banknotów z Leninem.] Ten pośpiech był uzasadniony. Wysocki był świadom tego, że od kilku lat żyje na kredyt. Już parokrotnie oszukał śmierć i obawiał się, że następnym razem nie uwiedzie jej swoim głosem i nie spije jej na umór.

Wszystko zaczęło się od niewinnej ponoć wizyty u dentysty 4 kwietnia 1977 roku - następstwa nieudanego zabiegu stomatologicznego nałożyły się na wcześniejsze niedomagania i pacjenta trzeba było reanimować w Instytucie Sklifosowskiego (diagnoza: obrzęk mózgu, niesprawnie działająca wątroba i jedna nerka). Aktor cierpiał na halucynacje i nie rozpoznawał najbliższych. Dwa lata później (25 lipca 1979) Władimira Siemionowicza dopadła w Bucharze (Uzbekistan) śmierć kliniczna. "Wysocki - wspominał Stanisław Ałtunianc - na gwałt potrzebował pieniędzy - musiał spłacić daczę pod Moskwą - spełnione marzenie Mariny Vlady. Musiał spłacić meble przywiezione przez Marinę z Londynu. Meble, lampy, łóżka, ogromną lodówkę, różne naczynia, roboty kuchenne itd. Oczywiście trudno przypuszczać, by te wyjątkowo kosztowne zakupy mogły go ucieszyć. Zawsze musiał zarabiać morderczą pracą pieniądze dla siebie i bliskich. Na tournee po Azji Środkowej zgodził się od razu" *[W tej sytuacji dość zabawnie brzmi jej nigdy niezrealizowany pomysł Mariny na ich wspólne życie: "(...) Nie mogę oprzeć się myśli, że nasze życie potoczyłoby się inaczej, gdyby od początku, pozwolono nam zamieszkać na wsi. Spokój, samotność, przestrzeń utemperowałyby twoje szaleństwa".]. Poczuł się źle już w trakcie jednego z koncertów i po przyjeździe do hotelu stracił przytomność. Towarzyszący mu Anatolij Fiedotow (jego marny, osobisty lekarz, z zadatkami na całkiem przyzwoitego szarlatana) i Oksana Afanasjewa rozpoczęli sztuczne oddychanie. Jeszcze raz pomogło - Władimir otworzył oczy, rozejrzał się i patrząc na dziewczynę wypowiedział pierwsze słowa: "Kocham cię". Opatrzność ofiarowała mu jeszcze jeden rok życia. Dokładnie rok.

To był dwunastomiesięczny koszmar - pije, bo musi utopić chandrę; narkotyzuje się, bo musi się pobudzić przed wejściem na scenę; zdradza (Marinę, Oksanę), bo w oczach kolejnych kochanek szuka miłości i podziwu ("Wychodzi na jaw, że masz coraz więcej przygód. Chora z zazdrości nie widzę najważniejszego: rozpaczliwie usiłujesz uczepić się życia, udowodnić samemu sobie, że jeszcze istniejesz"); czuje się osamotniony, bo już nie znajduje wspólnego języka z innymi aktorami i posądza ich o zawiść (demonów/mozartów nikt nie kocha, ponieważ ignorują świat salierich); czuje się osaczony, bo trwa śledztwo w sprawie nielegalnych dochodów z koncertów *[Oficjalne honorarium Wysockiego (ale też Magomajewa czy Pugaczowej) za koncert wahało się od 200 do 300 rubli. Organizatorzy byli świadomi, że za takie pieniądze nie wystąpi żadna wielka gwiazda, więc nielegalnie dopłacali do tych śmiesznie niskich stawek. Niezbędną kwotę zdobywano zaniżając w rozliczeniach liczbę sprzedanych biletów. Tak też zrobiono podczas koncertów Wysockiego w Iżewsku (wiosna 1979), ale tym razem milicja wpadła na trop tych machinacji. Zaczęły się aresztowania. Jeden z prokuratorów pojechał za pieśniarzem aż do Tbilisi i tam go przesłuchał. Władimir zrozumiał, że skończyły się żarty - zaczęło się zaciskanie pętli. Uruchomił więc wszystkie swoje znajomości, by prokuratura zapomniała o nim. Bez większego, jak się okazało, powodzenia - w marcu 1980 roku otrzymał kilka wezwań do stawienia się przed sądem w Iżewsku. Wyrok zapadł w lipcu: ob. Wysockiemu WS. nakazano zwrócić nielegalnie otrzymane pieniądze. Mogło być oczywiście gorzej, ale to już i tak nie miało wtedy większego znaczenia dla zainteresowanego.].

W jego "kronice zapowiedzianej śmierci" los dopisywał wciąż nowe zdarzenia, które teraz, po wielu latach, są odczytywane jako znaki, zwiastuny, symbole i semiotycy mają pełne ręce roboty.

Nowy Rok (1980) witał z grupą przyjaciół w swojej jeszcze nieukończonej podmoskiewskiej willi. Nad ranem dopadł go głód i pod pretekstem odwiezienia kolegi na poranny spektakl wyruszył "Mercedesem" do Moskwy po swoje arkadyjskie zastrzyki. Pijany, ignorując światła (te na skrzyżowaniach) i znaki (te drogowe), pędził z szybkością 200 kilometrów na spotkanie - nie, jeszcze nie ze śmiercią - z trolejbusem. Sam (jak zawsze) wyszedł bez szwanku, inni z niezbyt poważnymi obrażeniami trafili do szpitala. Najbardziej ucierpiał samochód, który czekał teraz na naprawę w towarzystwie wcześniej rozbitego innego "Mercedesa".

Kilka dni później odleciała do Paryża Marina. Wiedziała, że wkrótce spotka się z mężem i jego "Śilalisami" we Francji; nie wiedziała (nie domyślała się? nie przeczuwała? nie wierzyła w sny? nie wsłuchiwała się w bicie serca?), że do Moskwy powróci dopiero na jego pogrzeb.

Ale to dopiero za jakiś czas, póki co Wysocki w marcu - ma jeszcze przed sobą cztery miesiące życia - przybył z rutynową wizytą do żony. Wszystko było, jak zawsze - zanudzała go na pewno pogadankami o fatalnych skutkach picia wódki, a on natychmiast spotkał się ze swoim dobrym przyjacielem, leningradzkim emigrantem, niebanalnym artystą Michaiłem Szemiakinem (tym od pomnika Piotra I ustawionego przed wejściem do twierdzy Pietropawłowskiej), żeby sprawdzić, czy Marina miała rację. Miała. Wykorzystując tę chwilę jego powódczanej słabości, zaczęła snuć jakąś sugestywną opowieść o szkodliwości szprycowania się. Podziałało. W kwietniu Władimir Siemionowicz umawia się w Sklifie na kurację antynarkotykową (już drugą w ciągu ostatnich kilku miesięcy) - tym razem przechodzi dwudniowe (dwudziestego trzeciego i dwudziestego czwartego) "oczyszczanie krwi". Hemodializa nie zatrzymała odliczania - poeta umrze za trzy miesiące.

W maju był najpierw Paryż (wspomniany już, psychiatryczny). A ja, niczego nieświadom, kupiłem bilet na wrocławskie występy Teatru na Tagance i cieszyłem się, jak głupi, że obejrzę idola mego pokolenia (już nie pamiętam, w Hamlecie czy w Wiśniowym sadzie). "Z powodu choroby aktora" (ależ musi mieć kaca, pomyślałem) - nie było mi to dane. Znacznie później dowiedziałem się, że Wysocki bezpośrednio z Francji poleciał najpierw na kilkanaście godzin do Moskwy - pocieszyć Oksanę (zmarł jej ojciec) i, przede wszystkim, odebrać nową partię narkotyków. Wkrótce dołączył do Lubimowa, Diemidowej, Zołotuchina i innych. Niestety, w tym czasie Taganka przeniosła się już do Warszawy. Pod koniec miesiąca Władimir raz jeszcze jest u Vlady (i tym razem majowo-czerwcowy Paryż jest taki sam, jak marcowy), 11 czerwca odlatuje do znajomych w RFN, gdzie rozmawia o planowanych koncertach w USA, 12 czerwca odjeżdża pociągiem do kraju i po drodze upija się z celnikami w Brześciu. Na konsumowanie życia pozostało mu jeszcze sześć tygodni.

W czerwcu czuje się fatalnie, ale ma olbrzymie długi (co najmniej 30 000 rubli), więc wciąż koncertuje. 18 czerwca zaczął kilkudniową, zabójczą serię w Kaliningradzie (codziennie pięć recitali), której nie wytrzymałby bez życzliwości miejscowej służby zdrowia. Lekarze z pogotowia ratunkowego wielokrotnie pojawiali się za kulisami ze środkami wspomagającymi (wersja oficjalna: witaminy), ale nawet oni byli bezradni, gdy zaczęły się łatwe do przewidzenia kłopoty z głosem. Na ostatnim koncercie (22 czerwca) Wysocki nie mógł już śpiewać - pięciotysięczna widownia zgodziła się, by wyszedł bez gitary. Opowiadał, recytował swoje teksty (ale też monolog Hamleta), odpowiadał na pytania słuchaczy przez godzinę. W pewnym momencie, po przeczytaniu kolejnej kartki otrzymanej z sali, nieoczekiwanie wyszedł. Ktoś napisał: "Przestań pieprzyć - śpiewaj". Jego kaliningradzkie honorarium wyniosło 6 000 rubli.

Stary niemiecki Kónigsberg zapisał się w biografii śpiewającego poety z jeszcze jednego powodu - wymuszono tam na nim romans. Piękna i tajemnicza Marina - jak na prawdziwą Rosjankę przystało - od lat marzyła o zostaniu kochanką Wołodii. Teraz, gdy był na wyciągnięcie ręki, postanowiła go zdobyć. Osobom z najbliższego otoczenia artysty (na pewno towarzyszył mu Fiedotow) złożyła cenną ofertę: jeśli Władimir Siemionowicz zechce zawrzeć z nią znajomość, to ona odwdzięczy mu się narkotykami dostarczonymi przez męża-lekarza. Nie wiem, skąd wiedziała o jego uzależnieniu; nie wiem, na ile wtajemniczony w tę transakcję był jej szanowny małżonek i nie wiem, jaka była pierwsza reakcja Wysockiego. Może powiedział po francusku: "Oui", może po angielsku: "Yes" (albo "Deal"), a może po rosyjsku: "Nu i bla!" Mniejsza o jego językowe preferencje - najważniejsze, że się zgodził. Ona z tej radości dorzuciła w promocji panu W. S. W. badania lekarskie (wiadomo przez kogo przeprowadzone). Diagnoza była do bólu szczera (więc pan doktor chyba coś podejrzewał): "Żywy trup". Pani doktorowa była najwyraźniej innego zdania, ponieważ po paru dniach ujawniła się w Moskwie, gdzie z nieznanych powodów została bardzo chłodno podjęta przez Oksanę Afanasiewą.

Ta rywalizacja pań toczyła się już poza świadomością pieśniarza, który w tym czasie był bliski osiągnięcia stanu nirwany absolutnej - zaraz po powrocie z Kaliningradu wpadł w taki zapoj, że wprawił w osłupienie nawet swoich towarzyszy, a ci przecież nie z jednej gorzelni wódkę pili i przyzwyczajeni byli do wszelkich ekstrawagancji alkoholowych. Dzień zaczynał od wlania czterdziestoprocentowej zawartości butelki do jakiegoś naczynia, które natychmiast opróżniał jednym duszkiem; kończył dzień dwiema butelkami szampana. Uwolniony od codziennych trosk, nie rozpamiętywał chyba zbyt długo wiadomości o śmierci siostry Mariny Vlady. Nazywała się Odile Versois, była też aktorką i zmarła 23 czerwca.

W lipcowym życiu Wysockiego jest już wszystko ostatnie: ostatni koncert (szesnastego w Kaliningradzie, ale tym pod Moskwą), ostatni Hamlet (osiemnastego, z lekarzem szprycującym go jakimiś wynalazkami w garderobie), ostatnie wyjście z domu (dwudziestego trzeciego), ostatnie przygotowania do wyjazdu do Paryża (dwudziestego trzeciego: odbiór paszportu, zakup biletu lotniczego), ostatni telefon do Mariny (dwudziestego trzeciego), ostatni lot do Francji (dwudziestego dziewiątego). Nie, Opatrzność odwołała ten rejs i skróciła miesiąc o kilka dni. W zamian zaproponowała też coś ostatniego, boskie last minute - Śmierć.

Tamten lipiec w Moskwie był miesiącem specjalnej troski - wyrzucono z miasta prostytutki (których, jak wiadomo, nie było w Związku Radzieckim), narkomanów (których, jak wiadomo...), niebieskie ptaki (których, jak wiadomo...) i wszystkich niezameldowanych (tacy się niestety zdarzali), dokonywano profilaktycznych aresztowań, milicjanci padali ze zmęczenia, dbając o porządek na ulicach, a tajniacy zostawali przodownikami pracy, węsząc w ludzkich umysłach i duszach. Z tak dobrze uzbrojonym Dobrem Zło nie miało najmniejszych szans. Humanizm jeszcze raz zatriumfował - 19 lipca 1980 roku, w tym najczystszym z czystych miast, Leonid Breżniew otworzył kolejne igrzyska olimpijskie i przy okazji skazał na śmierć pewnego ćpuna z Małej Gruzińskiej, który tak kochał sport.

Zastraszeni lekarze i aptekarze wciąż kochają Wysockiego, ale teraz nikt nie chce ryzykować - zamykają więc przed nim swoje narkotyczne sezamy i proszą o przetrwanie do 3 sierpnia. Fiedotow podaje mu jakieś środki uspokajające, współczujący przyjaciele szklankę wódki i tylko Oksana początkowo niczego nie rozumie. "Powiedziałam mu - wspominała po latach tamten poniedziałek, 21 lipca - że odchodzę. Ubrałam się i wyszłam na ulicę. Z dołu patrzę, a Wołodia wisi na rękach na balustradzie balkonu. Jak ja wróciłam na to siódme piętro - sama nie wiem. I nie wiem, jak my z Wanią [Bortnikiem - T. K.] wciągnęliśmy z powrotem na balkon Wołodię".

Postanowiono nie zostawiać go samego. Gdy Władimir dość spokojnie przetrwał wtorek, a w środę poradził sobie ze zdobyciem paszportu i biletu, to uznano, że najgorsze jest za nim. Dumny Anatolij Fiedotow pojechał do Instytutu Sklifosowskiego po - prawdopodobnie - wodzian chloralu (chlorali hydras), środek o działaniu uspokajająco-nasennym. Jednak jeszcze tego samego dnia, nafaszerowany lekami przez swego nadwornego medyka, Wysocki stracił przytomność. Doszło do zaniku odruchów fizjologicznych, ale nikt nie chce podjąć decyzji o odwiezieniu go do szpitala na reanimację. Obawiają się, że tym razem nie uda się ukryć jego uzależnienia, że rozpocznie się śledztwo, które obejmie wielu spośród nich. Pytany o radę ojciec poety, wyjątkowa skądinąd kreatura (klasyczny wytwór radzieckiego kołtuna), pochwala tę decyzję i dodaje, że byłoby mu wstyd przed ojczyzną za syna-narkomana. Obecni, by zabić wyrzuty sumienia, pocieszają się - Władimir Siemionowicz jest okazem zdrowia, jeszcze raz jakoś się wykaraska. Jakby na potwierdzenie tych słów, ich przyjaciel odzyskuje przytomność, próbuje rozmawiać i nawet przechodzi z pokoju do kuchni. Grozi, że osoba, która zadzwoni po karetkę pogotowia, straci jego przyjaźń. Wszyscy widzą, jak cierpi, ale łatwo ulegają jego szantażowi, bo wciąż wierzą w happy end. W nieśmiertelność konającego. Przez następnych kilkadziesiąt godzin sytuacja się nie zmienia, swoim absurdem przypomina mi inną, wcześniejszą o trzy lata (umieranie Elvisa Presleya w Memphis): przez mieszkanie przewijają się tabuny ludzi, którzy dodają otuchy jęczącemu w pokoju gospodarzowi i w kuchni piją za jego zdrowie, konował wciąż mu aplikuje kolejne leki, życzliwi podsuwają alkohol, Afanasiewa kupuje na targowisku truskawki i podaje mu ze śmietaną. Tak minęły pierwszy dzień, pierwsza noc i drugi dzień. W nocy z czwartku na piątek Fiedotow proponuje Oksanie, żeby odpoczęła, a on posiedzi przy Wołodi. Śmiertelnie zmęczona dziewczyna natychmiast zasnęła, a chwilę później zapadł w pijacki sen doktor Anatolij.

Gdy się obudzili, Władimir Siemionowicz Wysocki już nie żył. Zmarł 25 lipca 1980 roku między godziną trzecią a czwartą trzydzieści.

Do mieszkania na Małej Gruzińskiej powracają, wezwani przez Fiedotowa, biesiadnicy z ostatnich godzin. Najpierw starannie usuwają wszystkie ślady, które mogłyby świadczyć o uzależnieniu gospodarza od narkotyków, a potem już jako żałobnicy urządzają dłuższą sesję fotograficzną - pozując po kolei do zdjęć ze zmarłym (niektóre z tych fotografii można teraz kupić na aukcjach internetowych). Wreszcie ktoś zawiadomił pogotowie ratunkowe. Przybyły lekarz, jako oficjalną przyczynę zgonu podał "ostrą niewydolność układu krążenia" (było inaczej: zapadnięty język doprowadził do niedrożności dróg oddechowych i uduszenia) i przyjął do wiadomości, iż rodzice zmarłego - ku nieopisanej radości wszystkich obecnych - nie wyrażają zgody na sekcję zwłok.

Przylatuje Marina Vlady, chłodnym okiem ogarnia przedpogrzebową radziecką krzątaninę i próbuje jej nadać nowy funeralny rytm. Osobiście sporządza pośmiertną maskę męża; zgadza się na przeprowadzenie zabiegu przypominającego balsamowanie (lekarze, oczywiście z Instytutu Sklifosowskiego, wprowadzili do naczyń zmarłego formalinę); domaga się (bezskutecznie) wycięcia serca, które chciałaby zabrać ze sobą do Paryża; pakuje rękopisy *["Kiedy 26 lipca 1980 roku wchodzę do twojego pokoju, widzę od razu, że jedynie biurko uniknęło kataklizmu. Wszystko inne zostało wywrócone do góry nogami, przeszukane, poprzestawiane. Wścibska ręka nie śmiała tknąć stronic, na które przelałeś swą sztukę. I kiedy mechanicznie pakuję do walizki kilka tysięcy kartek stanowiących twoją spuściznę, po to, by bezpiecznie zdeponować ją u jednego z przyjaciół, nie wiem jeszcze, że ratuję właśnie to, co należało ocalić, co najważniejsze, czego sam strzegłeś jak źrenicy oka".] i podejmuje kilka innych mniej lub bardziej ważnych decyzji. "Każe sprzedać - pisze Marek Jurkowicz - dwa samochody Wysockiego. Pieniądze idą na pokrycie jego długów. Każe sprzedać daczę. Rozdaje jego osobiste rzeczy. Chce przekazać mieszkanie Wysockiego jego matce. Kiedy przy tym pojawiają się trudności, pisze list z prośbą do Breżniewa. Jeden z jego sekretarzy, Wiktor Suchodriew, przekazał list adresatowi. «On rzeczywiście tak zrobił i cała sprawa została szybko załatwiona» - wspomina jeden z przyjaciół Wysockiego. Zapewne wówczas powstaje w głowie także Mariny myśl o powołaniu fundacji, która zajęłaby się rozdziałem tantiem wśród jego spadkobierców. Wtedy wszystkim pomysł wydał się dziwaczny. Wysocki wówczas nie miał żadnych tantiem, zresztą w ogóle nie dbał o pieniądze. Dziś pieniądze z tantiem płyną rzeką" *[Mowa tu o świeżo wybudowanej daczy (na działce należącej do Eduarda Wołodarskiego), w której Wysocki spędził swoją ostatnią noc sylwestrową. Postawienie i urządzenie budynku pochłonęło około 40 000 rubli. Po śmierci pieśniarza nie potrafiono w sposób satysfakcjonujący wszystkich zainteresowanych rozstrzygnąć spraw własnościowych. Ostatecznie Wołodarski polecił daczę rozebrać i wypłacił synom Wysockiego kwotę w wysokości wartości odzyskanych materiałów budowlanych. Meble sprzedała Vlady.].

Dla Siemiona Wysockiego najważniejsze było, żeby syna pochowano na cmentarzu Nowodiewiczjem, ale okazało się to niemożliwe. Uruchomione więc zostały prawie wszystkie znajomości i one też nie zadziałały. Wtedy przypomniano sobie o Galinie Breżniewowej, protektorce poety, do której należało się zgłaszać w ostateczności. Uznano, że ta czarna godzina właśnie nadeszła i wtedy okazało się, że gensekówna jest gdzieś poza Moskwą i na dodatek jest nieuchwytna (nawet ona nie miała jeszcze telefonu komórkowego). Wysocki-senior musiał więc z ciężkim sercem przystać na mniej prestiżowy cmentarz Wagańkowski. Jednak Siemion Władimirowicz przeżył też swoje chwile radości - juniora także po śmierci potraktowano jak VIP-a: pochowano, jak pisze Walerij Pieriewozczikow, w rządowej trumnie (wyrób nr 6, w żargonie "szestiorka" / "szóstka"; w takiej samej zostanie pochowany kilka lat później Breżniew), grabarze wykopali podobno głębszy grób, żeby ciało zmarłego pozostało dłużej nienaruszone, a w szczegółowo rozpisanym scenariuszu pogrzebu "odpowiedzialnym za wieko trumny" został sam Walerij Zołotuchin.

Jednak to nie aktor z Taganki był gwiazdą uroczystości pogrzebowych, ale mitomanka Marina Vlady. Z jej książki wynika, że ta ceremonia mogłaby się odbyć nawet bez nieboszczyka, ale nie bez niej: "Przyglądam się twojej twarzy, dobrze, że ją trochę podmalowałam, dziś, o świcie wydawała się zbyt blada", "Rozglądam się dookoła, wydaje mi się, że gram w filmie, a reżyser ogłosi zaraz koniec ujęcia", "Jako ostatnia pochylam się nad twym czołem i ustami. Kładą wieko. W ciszy rozlega się stukanie młotka. Trumna zostaje zsunięta do grobu, rzucam białą różę, odwracam się. Teraz będę musiała żyć bez ciebie".

W swoich wspomnieniach jest ciepła, liryczna i traumatyczna, myśli o sobie: "[...] Ja - wdowa przytłoczona smutkiem" i jest pełna nabożnego skupienia. Było inaczej. Też uroczo. Ale uroczo inaczej. Po powrocie z pogrzebu wściekła na cały świat - bo dopiero teraz do niej dotarło, ile kobiet pretenduje do roli tej największej miłości Wysockiego - miała powiedzieć: "Zgroza! Co za bladzie! Teraz od razu wszystkie zostaną żonami Wołodii!"

Nie złamał obowiązującej konwencji (także tej stylistycznej) Szemiakin, który 29 lipca popełnił w Paryżu grafomański tekst, odę ku czci:

"Teraz, myśląc i mówiąc o Wysockim, nie sposób nie myśleć i nie mówić o Marinie Vlady, jego żonie i prawdziwym przyjacielu. Przeżyła z nim dwanaście lat i oddawała mu przez te lata wszystko, co mogła. I wszystko, co stworzył przez te dwanaście lat, to głównie jej zawdzięcza. Z całą pewnością, gdyby nie Marina, Wysocki odszedłby od nas jeszcze wcześniej. Szanuję i kocham ją, i obraz Wołodii jest nierozerwalnie związany w mojej pamięci z tą zadziwiającą kobietą. Dziękuję Ci, Marino, w imieniu nas wszystkich, w imieniu Rosji - za Wołodię, za Ciebie - dziękuję".

Śmierć Wysockiego zrodziła co najmniej dwie legendy. Pierwszą wykreowali romantycy - aktora pochowano w kostiumie Hamleta (tymczasem ten strój był eksponowany w gabinecie Lubimowa); drugą - schizofrenicy (Wysocki został zamordowany przez współpracującego z KGB Fiedotowa, ponieważ władze obawiały się, że pieśniarz tym razem już nie wróci z Francji na ojczyzny łono).

Po pogrzebie, gdy już minął kac, wyschły łzy i zwiędły kwiaty, trzeba było zacząć żyć bez Wołodii. Wszyscy jakoś sobie poradzili.

Marina - "wdowa przytłoczona smutkiem" - wciąż gra (w teatrze i w filmie), wciąż wychodzi za mąż (ostatnio za starszego od siebie o 15 lat onkologa Leona Schwartzenberga - przez jakiś czas ministra zdrowia, zmarł w 2003 roku - którego poznała, gdy poszukiwała lekarza dla Andrieja Tarkowskiego) i wciąż pamięta o Wołodii (ale rzadko odwiedza jego grób, bo pomnik się kobiecie nie podoba). Wystawiła więc swój, prywatny i nazwała Wysocki, czyli przerwany lot. Nikita Wysocki w rozmowie z Galiną Mursalijewą wspomniał, że po przeczytaniu książki Vlady chciał autorce wytoczyć proces, ale ostatecznie się rozmyślił, ponieważ "zaczęłyby wypływać takie brudne rzeczy, że...".

Anatolij Fiedotow, nękany podobno wyrzutami sumienia, świadomie zafundował sobie narkotykowo-alkoholowe piekło, jakie przeszedł jego patron i zmarł w 1992 roku.

Ostatnia miłość Wysockiego projektuje teraz kostiumy teatralne i już dawno zmieniła nazwisko. Dwa lata po śmierci Władimira wyszła za mąż za nową gwiazdę Teatru na Tagance - Leonida Jarmolnika, który nie jest alkoholikiem i narkomanem, więc w dowód wdzięczności Oksana urodziła mu w 1983 roku córkę Aleksandrę.

A ja sobie czytam o rozwoju psychofarmakologii w drugiej połowie XX wieku i żałuję, że prozac pojawił się dopiero w 1987 roku. Podany wtedy, w lipcu osiemdziesiątego roku, podniósłby "poziom serotoniny", wzmógł "dobre samopoczucie", zwiększył "poczucie bezpieczeństwa", stłamsił depresję i pozwoliłby jakoś przetrwać te nieszczęsne igrzyska. Jednak wiem też, że taka dawka szczęścia zabiłaby w Wysockim wrażliwość artysty i wtedy nie mam już żalu do Losu.

 

 

Nurzałem się w gościach, chorobach, alkoholu i czarnej melancholii

WIENIEDIKT JEROFIEJEW

 

OSOBY

Wieniedikt Jerofiejew (1938-1990) - pisarz, autor powieści Moskwa-Pietuszki.

Tamara Guszczina (1925?1926?-?) - siostra Wieniedikta Jerofiejewa.

Walentina Zimakowa (ok. 1940-2001) - pierwsza żona Wieniedikta Jerofiejewa.

Wieniedikt Jerofiejew-junior (1966) - syn Wieniedikta Jerofiejewa i Walentiny Zimakowej.

Galina Nosowa (1941-1993) - kandydat nauk ekonomicznych; druga żona (1976-1990) Wieniedikta Jerofiejewa.

Julia Runowa (?) - pierwsza miłość Wieniedikta Jerofiejewa.

Natalia Szmielkowa (1942) - kandydat nauk chemicznych; ostatnia miłość Wieniedikta Jerofiejewa.

 

Urodzony w 1920 roku Jurij Nagibin należał do tych nielicznych pisarzy rosyjskich, którzy w swojej twórczości uniknęli szczęśliwie składania ostentacyjnych hołdów rzeczywistości radzieckiej i był wśród tych, którzy schronienia przed nią szukali w alkoholu i w życiu rozpędzonym "do utraty tchu". W 1960 roku zapisał w dzienniku: "Wszystko się zaczęło [nowa miłość - T. K.] w okresie mego pójścia w cug. Tym razem rozpaliłem wysokie ognisko. Płonąłem i spalałem się w tym ogniu jedynie ja, inni przybliżali się i nieco osmaliwszy włosy, odchodzili precz. O, ci inni! Oni wszystko mogą, zawsze bezpiecznie, zawsze bezkarnie. Też piją, ale nie przepijają Paryża i Buenos Aires, wywołują skandale, ale nietrwające miesiącami i nie na cały kraj, wymachują rękoma, niekiedy uderzą przyjaciela w policzek, ale nie tak, żeby zostało nacięcie pod okiem jak na futrynie drzwi - na zawsze, kochają też, oszukując nie żony a ukochane, płacąc rachunki kolacją, a nie duszą. Ja jestem zawsze przegrany. Stawiam złoto, a moi partnerzy - orzechy. [...] Mówiła później, że o wszystkim zadecydowała ta chwila, kiedy wyszedłem z bramy w czerwonej kurteczce, z rozciętym policzkiem, siwy i piękny, zupełnie nie taki, jakiego oczekiwała mnie zobaczyć. Wyglądałem ohydnie - opuchnięty z przepicia, z nabrzmiałymi worami pod oczami, z ciężkimi brązowymi powiekami, ześlizgującym się wzrokiem, blizna na policzku ropiała".

A jednak Nagibina - bo nie popełnił samobójstwa? bo nie został zamordowany? bo nie chorował na gruźlicę lub AIDS?, bo nie zmarł mając dwadzieścia lat? bo jego śmierć była pospolita (jeśli uznamy, że umieranie bywa banalne lub nie)? - już dziś się nie pamięta, nie czyta jego tekstów, nie opowiada o nim anegdot. Jego życiotwórczość nie wykreowała jeszcze jednej legendy, jeszcze jednego mitu i dziś już kompletnie zapomniany nie stał się własnością rosyjskiej kultury masowej, kolejną jej ikoną. Zabrakło mu - zabrzmi to metafizycznie - charyzmy pozwalającej na zaistnienie w świadomości zbiorowej. "Mitologiczna ranga pisarza - zauważył Michaił Epsztejn - niekoniecznie odpowiada przy tym jego randze literackiej. Nie stał się mitem Dostojewski, stał się nim natomiast Nadson, stał się nim Jesienin. Stał się nim jednak także Puszkin, a Gribojedow na przykład nie. Jakie są warunki niezbędne po temu, by pisarz stał się mitem? Przede wszystkim musiał już wcielić się w którąś z postaci literackich, najlepiej lirycznych. To poeci z reguły stają się mitami, sami bowiem tworzą własną postać, w której łączą w jedno zmyślenie i rzeczywistość. Villon, Byron, Rimbaud, Błok... Z tego punktu widzenia Moskwa-Pietuszki to poemat nie tylko z nazwy, ale skończony utwór liryczny, w którym autor odtwarza siebie, Wieniczkę, w taki sposób, że Wieniczka życia i Wieniczka poematu są tą samą osobą, co już stanowi początek mitu". Mitu, dodajmy, w którym nie ma miejsca dla Jerofiejewa mniej znanego - autora listów, brudnopisów, dzienników, notatników, które wzorem wielu innych pisarzy traktował zapewne jako przechowalnię intelektualno-stylistyczną, lamus nigdy niewypowiedzianych kwestii przez nigdy niewykreowane postacie - nieprzyjemnie zaskakującego głoszeniem opinii nieprzystających do powszechnych o nim wyobrażeń (np. w liście do swojej siostry Tamary z 6 stycznia 1988 nazywa Brodskiego "[...] najlepszym poetą współczesnej Rosji, chociaż jest Żydkiem [...]").

Urodził się w 1938 roku. Mimo wielu przeciwności losu (ojciec przebywający przez wiele lat w łagrach, trzy lata spędzone w domu dziecka) szkołę średnią ukończył ze złotym medalem i w roku 1955 został przyjęty na Uniwersytet Moskiewski, skąd relegowano go jednak półtora roku później (w marcu 1957) z powodu nieobecności na zajęciach ze szkolenia wojskowego (bardziej heroiczną - ale wątpię, czy bardziej wiarygodną - wersję podaje Wolfgang Kasack: "Został usunięty za udział w nielegalnym kółku studenckim"). Wiele lat później sam Jerofiejew tak to komentował: "Po prostu przestałem chodzić na wykłady i na seminaria. To było i nudne, i bez sensu. Rano budziłem się i myślałem, czy pójść na wykład albo seminarium, i myślę: na chuja mi to potrzebne - i nie wstawałem, i nie wychodziłem. [...]. Po prostu nie wstawałem widocznie dlatego, że inni za bardzo wstawali. I diabelnie mi się to nie podobało. No i idźcie sobie, piździelcy, a ja zostanę w łóżku, bo myśli mi starczy do wielkiego chuja. [...]. Wywalili mnie głównie przez wojsko". Odtąd przez kilka lat jego życie będzie się toczyć w rytmie wyznaczanym kolejnymi egzaminami wstępnymi, paromiesięcznym pobytem na studiach i dorywczą pracą po usunięciu z jeszcze jednej uczelni. Imał się różnych zajęć. Był między innymi (to "m.in." jest konieczne, ponieważ sporządzenie pełnej listy jest niemożliwe) pracownikiem fizycznym w sklepie spożywczym w Kołomnie, pomocnikiem murarza na budowie moskiewskiego osiedla Czeriomuszki, palaczem we Władimirie, dyżurnym w komisariacie milicji w Oriechowo-Zujewie, pracownikiem skupu butelek w Moskwie, wiertaczem wyprawy geologicznej na Ukrainie, wartownikiem w straży przemysłowej w Moskwie, bibliotekarzem w Moskwie, próbkobiorcą ekspedycji geofizycznej za kołem polarnym, kierownikiem magazynu z cementem na budowie drogi Moskwa-Pekin w Dzierżyński (gor'kowskaja obłast') i jeszcze gdzie indziej podobno kioskarzem. Najdłużej, bo niemal dziesięć lat, pracował oczywiście jako "monter kablowych linii łączności" (to wtedy napisał Moskwę-Pietuszki), ale szczególnie do serca przypadły mu stanowiska "laboranta ekspedycji parazytologicznej" (w Tadżykistanie) i "laboranta WNIIDIS-u do walki z wysysającymi krew owadami uskrzydlonymi".

Na szczęście Jerofiejew, inaczej niż bohaterowie powieści produkcyjnej, za nic miał współzawodnictwo pracy, nie marzył o przekraczaniu planu produkcyjnego, ciągle mylił krok w marszu ku świetlanej przyszłości i pragnął doznań odbiegających od rutyny dnia codziennego. I miał też swoje enklawy prywatności, które zamieszkiwały - niepretendujące jeszcze do roli muzy - bezimienne towarzyszki jego młodzieńczych zmagań z dorosłością.

Któregoś dnia anonimowe dotąd kobiety odzyskały swoje imiona, a dwie lub trzy zaczęły żyć nadzieją, że dzięki Wieni pozostanie po nich ślad w dziejach literatury rosyjskiej. "Mamo, bardzo bym chciał - pisał Jerofiejew - żebyś poznała się z Julą. Przywiozę ją kiedyś do Ciebie i myślę, że Ci się spodoba. Wydaje mi się, że jest w Twoim typie". Wkrótce rzeczywiście przyjechał z ładną dziewczyną i przedstawił: "To jest Wala" (czyli Walentina Zimakowa, jego pierwsza żona). Potem jeszcze raz wrócił do swojej pierwszej miłości, ale ożenił się z Galiną Nosową. Może Julię ten Romeo kochał tak bardzo, że nie chciał wielkiego uczucia spuentować trywialną rejestracją w zagsie. "W sierpniu 1979 roku - wspomina Tamara Guszczina, niszcząc przy okazji romantyczną hipotezę o nowym wcieleniu szekspirowskich bohaterów - Wiena z Julą Runową i jej córką Wierą gościli u mnie w Kirowsku. Jeszcze, kiedy mama chorowała, Wiena napisał, że chcą oboje z Julą przyjechać. Jula, jak twierdził, rozumie się na tych chorobach i może coś doradzi, powie, do jakich lekarzy z nią pójść. No i nie zdołali się wybrać. Mama umarła w 1972 roku, a więc w tym czasie Wieniedikt wrócił do Juli. A kiedy Jula po raz pierwszy przyjechała do Kirowska, Wiena już był ożeniony z Galiną. Jula mi się spodobała. Była sympatyczna, zadbana, surowa. Poszliśmy na cmentarz, ona kupiła kwiaty, narwała jeszcze polnych, posiedzieliśmy przy grobie, powspominaliśmy, a kiedy Wiena odszedł, zapytałam Julę: «Co się z panią działo, kiedyś Wieniedikt zamierzał przywieźć panią do nas, żebyśmy się poznały, dlaczego ustąpiła pani Wali?» Ona na to: «Mam inny charakter. Nie mogłam na przykład drzeć sobie spódnic i włazić do niego przez okno na któreś tam piętro». To była dziewczyna z charakterem. Próbowała, oczywiście, jakoś na Wienę wpłynąć, oderwać od picia, i to jej się czasem, choć z trudem, udawało, w końcu jednak tego nie wytrzymała i machnęła ręką - zrozumiała, że nic tu nie wskóra. Kiedy Wiena przeszedł pierwszą operację, poprosił, żebym koniecznie zadzwoniła do Juli, i stało się tak: jednej nocy dyżurowała przy nim Gala, a następnej Jula. Potem, kiedy wyjechałam, zrozumiałam z jego listów, że ona już więcej do niego nie przychodziła. Ale jemu już było coraz lepiej i odłączono mu wszystkie rurki".

Smak alkoholu (dotąd porażony nałogiem ojca pozostawał abstynentem) i smak miłości poznał Jerofiejew ćwierć wieku wcześniej, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Wódka uczyniła go pisarzem kultowym, Walentina Zimakowa - mężem i ojcem (1966). Najszczęśliwsze były lata poprzedzające zawarcie małżeństwa (nazywał je "czteroletnim okresem próbnym"), potem coraz bardziej zaborczy alkohol wypalał dzień po dniu ich uczucie *[W. Zimakowa pracowała w wiejskiej szkole, gdzie przez wiele lat tolerowano nieustannie podpitą nauczycielkę. Wyrzucono ją z pracy dopiero w okresie Gorbaczowowskiej prohibicji (druga połowa lat 80.). Trafiła do pracy na fermie (opiekowała się cielętami). Tam już mogła spokojnie zapić się na śmierć.]. Po wielkiej miłości pozostał gigantyczny kac. No i Wieniedikt-junior. No i pewien niezwykle wyszukany i elegancki bon mot Wieniedikta-seniora, który stwierdził, iż w verite de l'amour łączy go z Wagnerem przywiązanie do rzeczy używanych.

Potem - bo taka jest kolej rzeczy - był rozwód, była nieudana próba odgrzania wygasłego uczucia ("ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi" i "panie minionego czasu"?) i była nowa kandydatka na żonę. A w zasadzie - to kandydat. Kandydat nauk ekonomicznych Galina Nosowa.

Jerofiejewa poznała w 1974 roku i niemal natychmiast zaproponowała mu kąt z materacem u siebie, w moskiewskim mieszkaniu na Projezdie MCHAT-u. Karmiła go i poiła, a po roku zaczęła wymieniać korzyści płynące z legalizacji związku (np. prawo do zameldowania się w stolicy). On podobno machnął ręką, zgodził się na dokonanie transakcji, ale od razu poprosił o pieniądze "na czerwone". Ślub odbył się w lutym 1976 roku, a w roli świadka wystąpił w Urzędzie Stanu Cywilnego znany poeta undergroundowy Władisław Lon. W liście do siostry (11 lutego) autor Moskwy... z właściwą sobie precyzją poinformował, że za dwanaście dni, czyli 21 lutego (tylko małość mogłaby nas pchnąć do zadumy nad rezultatem operacji arytmetycznej: 11 + 12), dojdzie do zawarcia drugiego związku małżeńskiego, a następnie niedbale dorzucił:

"Wiktor Niekrasow *[Wiktor Niekrasow (1911-1987) - prozaik, autor powieści W okopach Stalingradu (1946), od 1974 roku na emigracji.], nawiasem mówiąc, przez całe dwie minuty błagał mnie przez telefon, żebym nie pił i zajął się pracą literacką. Najśmieszniejsze jest jednak, że w dwa dni później zadzwonił dzielnicowy 108. posterunku dzielnicy Frunze i żądał tego samego, z tą jedynie różnicą, że podobnie jak Tamara Guszczina unikał kwestii literackich".

W świecie chaosu Wieniczki nie było początkowo miejsca dla roztropnej i systematycznej (codziennie kurczak na obiad) Galiny Nosowej, która najlepiej czuła się w przedpokoju, uprzedzając wchodzących gości: "Tych kapci proszę nie ruszać. Kupiłam je specjalnie dla Galiny Wiszniewskiej. Z Mstisławem Rostropowiczem obiecała przyjechać". Podobno nie rozumiała przyczyn popularności Moskwy..., podobno nigdy nie piła i podobno bezskutecznie próbowała wpaść w tonację biesiadników. Ale wielkodusznie wyraziła zgodę na spotkania męża ze swoją poprzedniczką (nie pozwalała im jednak spędzać nocy w swoim mieszkaniu), mówiła też z patosem o złożeniu siebie w ofierze, jeszcze nie przeczuwając, że nie mija się z prawdą i wypowiadane przez nią słowa wkrótce przestaną być figurą retoryczną.

Z udostępnionych przez juniora fragmentów dzienników ojca z lat 1981-1983 wyłania się postać jeszcze jednego - po Lourie zdobywającym Annę Achmatową - "dziwkarza epickiego" (określenie niespełnionego noblisty Milana Kundery): "Rankiem G. przygląda się naszej trójce na jednym tapczanie. Wstajemy. Źle się czuję. J. - też. Z trudem docieramy do baru. I znów zbyt wiele uwagi poświęca naszej trójce G. Póki J. drzemie, biegniemy z I. po «Iwerię». Budzę J. Objęcia i tak dalej. We trójkę idziemy do Ławoczkina, i z I. - znów po portwein. J. jest roztrzęsiona. Próbuję pocieszać. J. we łzach: «Nie dotykaj mnie». Pocieszam, ale demonstracyjnie się oddalam. J. przechwytuje mnie w windzie. Pożegnanie na nocnikach i wiadrze na pomyje. Pocałunki. No i wszystko gra!", "W południe znów I. I tu nieszczęście (w łóżku). Telefon od L. Obiecuje, że będzie jutro. Mówię I., żeby jutro nie przychodziła. Cały dzień piję i czekam na L. Nie pojawia się. A dodzwonić się do niej nie ma możliwości. Dlaczego nie ma L.?", "Ledwie zdążyliśmy przetrzeć oczy, biegniemy z I. do sklepu po cahorsa i piwo. Potem do biblioteki. W pokoju - zbliżenie i chyba ją zadowoliłem. Potem G. W ciemności żegnamy się na przystanku 70-ki. Całuje w usta: «Kochany, dzwoń»", "W czasie pobytu w Archangielsku dostaję trzy listy. Rankiem dostaję wiadomości od R. Ona, jak się okazuje, cały tydzień czekała na list. Nie obiecany, ale oczekiwany. «Wielkie Tobie dzięki, kochany Wieniczko, na sercu zrobiło się radośniej i cieplej. Myślami jestem zawsze z Tobą. W Moskwie bez Ciebie jest pusto. Opuszczam ją bez najmniejszego żalu. Zawsze Twoja J. R.» J. S. - niespokojniej i wstrzemięźliwiej: "Mocno całuję i chyba jednak kocham, ponieważ teraz nieopisanie tęsknię i myślę». G.: «Mój kochany Jerofiejewie, uważam Cię za swego, nie bacząc na wszelkie przewrotności losu»", "Budzimy się z J. u mnie".

O mieszkaniu (mecie?, melinie?) Wieniczki wiedziała wkrótce cała bohema moskiewska, a ten w swoim notesiku pedantycznie zapisywał: "Wczoraj było dwadzieścia sześć osób: przyniesiono osiemnaście [butelek - T. K.] wódki, czternaście «przeciwpancernych» wermutu (w sąsiednim sklepie wzięto resztki, cały wyczyszczono), pięć szampanów, dziewięć wytrawnego («Gamza» bułgarska, dwulitrowa) i koniak "Napoleon" (dziewuchy przytaszczyły). Ciekawe: czy w tym tygodniu rekord przetrwa?". Odwiedzający Jerofiejewa Wadim Delone z Biełogorodską, Piotr Jakir, Julij Kim, Ernst Nieizwiestny, Jurij Dombrowski, Oskar Rabin, Dmitrij Pławinski, Andriej Amalrik z Giselle Makudinową pili poza tym likier morelowy, absynt, anyżówkę, arak, benedyktyna, piwo domowe, lurę, buzę, wermut, whisky, wiśniówkę, wódkę, grzane wino, horyłkę, grog, gruszówkę, gin... (i na "d" jak "dżin", piątej literze alfabetu rosyjskiego, biograf przerywa wyliczanie).

Prośby Niekrasowa i dzielnicowego nie na wiele się więc zdały. Jerofiejew w rzadkich chwilach trzeźwości sięgał po jedyne książki, które były w zasięgu ręki - dzieła zebrane Marksa i Lenina oraz dysertację żony (pilna lektura miała zaowocować Moją maleńką leninianą) - albo próbował przekonać siostrę (a jeszcze bardziej siebie), że może być jak inni po mieszczańsku, banalnie szczęśliwy: "Wytapetowaliśmy naszą kuchnię (pamiętasz, była koloru absolutnie koszarowego), wykleiliśmy ją superoryginalnymi tapetami - tj. zamiast ścian jest gaj brzozowy. [...]. Wszyscy, którzy tam weszli, są zachwyceni. Kiedy przyjedziesz, sama zobaczysz" *[Tego samego dnia zapisał w dzienniku: "Jeden z najbardziej zdumiewających dni. Początek cholernego śpiewu w ścianie. Natychmiast wódki. Nie pomaga. Myszki i żabki. Natychmiast został wezwany na dyżur Mark Fradkin. Przez całą noc radio, żeby zagłuszyć ścianowy śpiew. [...]. Ludzie w szafie, kret na żyrandolu.] (1 stycznia 1980) i że w jego życiu w miejsce urbanistycznego, czterdziestoprocentowego spleenu zagościł rustykalny, bezprocentowy optymizm: "O tej porze w ubiegłym roku nurzałem się w gościach, chorobach, alkoholu i czarnej melancholii" (list napisany w podmoskiewskiej daczy 1 grudnia 1980).

Nie wierzmy poecie - Moskwę-Pietuszki nazwał przecież poematem - gdy "dziarskie piosenki śpiewa" ("brawyje pieśni pojot"). Syta, rozleniwiająca i trzeźwa szczęśliwość jest dla niego stanem przejściowym. Chwilą słabości zabijającą wrażliwość artysty, po której następuje powrót do inspirującej rzeczywistości nocnych koszmarów. Ale bogowie nie zapominają o swych wybrańcach. Na początku 1983 roku pisarz w zagadkowych okolicznościach trafił po raz pierwszy do psichuszki / psychiatryka z diagnozą: "ostra halucynoza alkoholowa"; jesienią 1985 roku przeszedł operację onkologiczną (rak krtani), po której struny głosowe zastąpiła specjalna aparatura; kilka miesięcy później (6 czerwca 1986) po raz kolejny trafił do szpitala dla psychicznie chorych. Jak się okazało, to Nosowa - już przed trzema laty - rozpoczęła dziwną grę o męża, która prawdopodobnie miała się zakończyć jego całkowitym ubezwłasnowolnieniem. Tymczasem to ona od początku lat osiemdziesiątych cierpiała na gwałtownie rozwijającą się chorobę psychiczną, która szczególnie się nasiliła na przełomie lat 1985-1986. Poczuciu zagrożenia totalnego (oczekiwanie na zderzenie Ziemi z kometą Halleya), nastrojom eschatologicznym towarzyszył niepokój - rozpisany na zazdrość, strach i mściwość - o losy związku z mężczyzną, którego nie rozumiała, ale którego kochała miłością zaborczą. To dlatego, gdy nadeszło dla niego zaproszenie (1986) z Paryskiego Centrum Onkologicznego, podjęła się sama załatwienia niezbędnych formalności i oczywiście "zgubiła" wszystkie dokumenty. Bała się, że Wieniczka wyjedzie do Francji i tam już zostanie; bała się zresztą zupełnie niepotrzebnie, ponieważ teraz w jego kosmosie objęła posadę anioła stróża. Czuwającego i przynoszącego ukojenie mierzone butelkami i szklankami. On już nie był uzależniony od alkoholu, lecz od niej - siostry miłosierdzia, wprawnie dawkującej coraz dłuższe chwile deliryczno-arkadyjskiego zapomnienia. Nieprzytomny - nie budził jej demonów, bezbronny - należał tylko do niej. Za sto gramów koniaku zrzekł się na jej rzecz wszystkich praw do honorariów. Hojność Galiny po podpisaniu stosownego oświadczenia nie miała granic - nalała pełną szklankę. Nawiasem mówiąc, to on nie dotrzymał danego słowa i przy najbliższej okazji zawarł umowę, zgodnie z którą - pozostając w strefie dobrze sobie znanej waluty - za stronę rękopisu miał otrzymywać butelkę szampana.

Druga połowa lat osiemdziesiątych zapowiadała lepsze czasy dla Jerofiejewa: pojawiły się pierwsze oficjalne publikacje w wydawnictwach krajowych (powieść Moskwa-Pietuszki ukazała się na łamach miesięcznika o wdzięcznej i szlachetnej zarazem nazwie "Kultura i Triezwost'" / "Kultura i Trzeźwość"), nadeszła miła sercu każdego twórcy popularność (prawie wszyscy artyści - wbrew deklaracjom - o nią zabiegają) i jej równie pożądani towarzysze - honoraria (za pierwsze, Galina miała jednak miękkie serce, kupił siostrze brazylijską kawę i suchą kiełbasę), za sprawą Wieniedikta-juniora został dziadkiem (1988), a w jego sercu zagościli na dobre pewna pani i pewien kot.

Pinochet wylegiwał się na parapecie w pobliżu kaloryfera, nie zabiegał o względy pisarza i chadzał własnymi drogami; poznana w 1985 roku Natalia Szmielkowa ogrzewała się myślą o czekającej ją nieśmiertelności u boku pisarza, zaspokajała jego potrzebę bycia adorowanym i chadzała ścieżkami wydeptanymi przez kolejne pokolenia kobiet (każda generacja wydaje swoją Yoko Ono), których życie upływa na służeniu wielkiemu artyście. W mutacji wschodnioeuropejskiej dbają one w miarę możliwości o jego fizyczne przetrwanie (w wersji romantyczno-heroicznej podążają za nim na Sybir i przekazują paczki do więzienia; w wersji postradziecko-postmodernistycznej kupują mu amerykańskie papierosy i gotują jego ulubioną zupę cebulową), dzielą z nim chwile triumfu (rzadkie) i upokorzeń (częste), pielęgnują (sakralizują) każde jego słowo i każdy gest, a w razie konieczności spieszą z pierwszą pomocą uczuciowo-erotyczną. Nie sądzę jednak, by związek Szmielkowej i Jerofiejewa przekroczył wymiar platoniczny. W otoczeniu autora Moskwy... nadal oczywiście przebywały nieprzytomnie w nim zakochane kapłanki jego kultu (ich inicjały złożyłyby się zapewne na cały alfabet), w których wciąż z tą samą zręcznością piromana rozpalał zmysły ("Ty, Jer[ofiejew] - powiedział mi 12-go - jesteś specjalistą od tych lodowatych bab, glacjolog jesteś"), by ugasić je po chwili nieoczekiwaną ironią lub drwiną, i które najczęściej traktował już aseksualnie - bo takie nim teraz zawładnęły poglądy, bo budziły w nim raczej pożądanie intelektualne (jako słuchaczki i rozmówczynie), bo widział w nich kompanów swoich pijanych odysei, bo wreszcie konsekwentnie nadużywany alkohol nie sprzyjał życiu seksualnemu.

Kilka lat temu rozmawiałem w Petersburgu z Jeleną Ignatową o losach leningradzkiego samizdatu. Dość nieoczekiwanie - przy okazji jeszcze jednej dygresji - pojawiło się nazwisko Jerofiejewa:

 

- Kiedy go pani poznała?

- To było w siedemdziesiątym drugim albo w siedemdziesiątym trzecim. Raczej siedemdziesiątym drugim. Przedstawiła mnie Ola Siedakowa [znana poetka moskiewska - T. K], która była w nim beznadziejnie zakochana. Opowiadała mi...

- Przepraszam, kochały się w nim na pewno wszystkie kobiety.

- Tak. Złamał życie bardzo wielu osobom. Mogę powiedzieć, że kochałam go i on mnie kochał. Ale rzecz w tym... Wie pan, panie Tadeuszu, jeśli ktoś dużo pije, to romanse miewa przeważnie platoniczne. Nie mieliśmy romansu jako takiego.

- Czy często przyjeżdżał do Leningradu?

- Do Leningradu przyjeżdżał bardzo rzadko. To ja często jeździłam do Moskwy. Z reguły zatrzymywałam się u niego i Gali [Nosowej - T. K.]. W ostatnich latach jego życia pojawiła się tam taka kobieta. Aktorka czy ktoś taki. Była bardzo aktywna. Mieszkałam wtedy u niego. Zadzwonił telefon. Podniosłam słuchawkę, mówię "Halo". Ktoś raz rzucił słuchawkę, drugi raz rzucił słuchawkę. Wreszcie podchodzi Wieniedikt. I ta właśnie dama mówi: "Co to za ścierwo u ciebie?" *[Cytuję na podstawie nagrania z 28 czerwca 1998 roku. W dzienniku Natalii Szmielkowej (15-16 lutego 1989) czytamy: "Przyjechałam pod wieczór. Przede mną była u Wieniczki poetka z Pitra Lena Ignatowa. Podarowała mu swój tomik wierszy z czułą dedykacją. Wiele z nich bardzo mu się spodobało". Pod koniec listopada 2003 roku rozmawiałem w Petersburgu z Olgą Kuszliną, wybitną znawczynią literatury rosyjskiej przełomu XIX i XX wieku. "- Panie Tadeuszu, czym się pan teraz zajmuje? - Piszę książkę o życiu erotycznym pisarzy rosyjskich. - A o czym tu pisać, przecież to sami impotenci".] (Jeszcze na początku dwudziestego stulecia artyści i ich damy swoje uczucia roztrząsali w setkach listów, nieco później sięgnęli po telegramy, po kolejnych kilku dziesiątkach lat pióra zostały zastąpione przez telefony, obecnie wielką miłość sprowadzono zapewne do 160 znaków pracowicie wystukiwanego SMS-a albo e-mailowego: "Ya tjebja ljublju").

 

Cieplej ostatnia miłość Jerofiejewa zapisała się w pamięci najbliższych. "Nataszę Szmielkową - wspomina Tamara Guszczina - Wiena poznał po drugiej operacji w 1987 roku. Kiedy przychodziła, zawsze dowcipkowała i opowiadała takie historyjki, że Wiena pękał ze śmiechu. [...]. W ostatnich latach Natasza była jedynym człowiekiem, który wprawiał Wienę w taki nastrój, że mógł się śmiać. Czasami miewał depresję. [...]. Natasza była dla niego jak lekarstwo" *[Guszczina się oczywiście myli - Szmielkową Jerofiejew poznał dwa lata wcześniej (17 lutego 1985 roku).] i, co najważniejsze, została ostatecznie zaakceptowana przez Galinę Nosową. To właśnie prawosławna Szmielkowa 17 kwietnia 1987 roku, była to Wielkanoc, wystąpiła w roli matki chrzestnej (ojcem chrzestnym został Władimir Murawiow), kiedy Jerofiejew w moskiewskim kościele św. Ludwika stawał się członkiem społeczności katolickiej i to ona towarzyszyła mu przy różnych innych okazjach. "Gala [Nosowa] - zapisuje Natalia Szmielkowa w swoim dzienniku - wysyła nas z Wieną do apteki, wypłaciwszy mu 25 rubli na najrozmaitsze lekarstwa. Ceniąc jej zaufanie, rozpaczliwie się sprzeciwiam, kiedy on za wszystkie pieniądze kupuje wino. Po powrocie - okropny skandal. Wieniczka zachowuje spokój. Ja beczę. Gala zostawia mnie nocować. Przynosi nawet do łóżka jakieś krople na uspokojenie [...]".

Ostatnie lata życia twórcy Nocy Walpurgi - sinusoidalnie rozpięte między euforią uzdrowieńczego ocalenia a depresją śmiertelnego nawrotu - miały smak wódczanego oczyszczenia, alkoholowego katharsis. "Najbardziej nieprzytomny ze wszystkich moich dni urodzin - zanotował w dzienniku 24 października 1989 roku - Pamiętam tylko dwa pierwsze kieliszki, dalej mgła, oprócz (trzeciego) upadku w kuchni (obok byli Timak[ow] i Ir. Leont[iewa], utyskiwała potem Gal.). Byli wszyscy, nawet deleg[acja] aktorów, grupy zdjęc[iowe] BBC i Lenfilm, Osietinski, Lon, Siedak[owa], Lubczik[owa]. Wypłynął nawet niewiadomo skąd S. Filipp[ow]. Nast[ępnego] dnia odkrył[em] jedynie masę ofiarowanych książek. I guza ze zdrapanym naskórkiem na ciemieniu". I to samo mieszkanie trzy miesiące później widziane oczyma Natalii: "Przyjechałam na Fłotską o 8 wieczorem. [...]. Drzwi otwiera nowy przyjaciel domu, Mary. Chłodno: «Proszę nie budzić Wieni. Całą noc nie spał». Na podłodze dwa kieliszki, pełna niedopałków popielniczka. W kuchni - góra brudnych naczyń. Wychodzi" (zapis z 23 stycznia 1990).

Jednak tym razem nie udało się utopić choroby w alkoholowym oceanie. Przetrwała gdzieś na dnie niedopitej butelki, gdzieś w zakamarkach nieopróżnionej szklanki. Znów więc szpital i w przypływie narkotycznej nadziei wielkie plany na przyszłość. Nigdy już niezrealizowane.

"W 1986 roku - ironizował w wywiadzie udzielonym Irinie Tosunian - jakaś zachodnia radiostacja [Deutsche Welle - T. K.] w jednej z audycji poinformowała, że zmarł pisarz rosyjski Wieniedikt Jerofiejew. Wziąłem wtedy lusterko i chuchnąłem. Faktycznie, nic". 11 maja 1990 roku o siódmej czterdzieści pięć rano eksperyment być może powtórzyła któraś z pielęgniarek. I lusterko znów nie zaparowało. "Faktycznie, nic".

Po śmierci pisarza zaczęto spekulować na temat losów jego rękopisów. Wedle najbardziej prawdopodobnej wersji większość notesów z lat sześćdziesiątych została onegdaj zużyta przez teściową na rozpalenie w piecu (nawiasem mówiąc Jerofiejew miał żal także do jej poprzedniczki: "A moja pierwsza teściowa stawiała na moich rękopisach swoje patelnie z rozmaitym chujostwem"). W 1993 roku Irina Tosunian na łamach tygodnika "Litieraturnaja gazieta" poinformowała (dając wiarę słowom wdowy Galiny Nosowej), że wiele innych notatek utracono lub ukradziono, niektóre trafiły do zaprzyjaźnionego filologa Murawiowa, jedynie część pozostała w rękach rodziny i była przechowywana w mieszkaniu przy ul. Fłotskiej w pudełku po butach. Beztroska i ufna Nosowa (to ona tak o sobie) pozwalała czytać rękopisy (m.in. dzienników) wszystkim chętnym i za późno się zorientowała, że czytelniczki - zwłaszcza te pozostające w zażyłych stosunkach z Wieniczką - wycinają kompromitujące je fragmenty. Równie przekonująco brzmi inna wersja: to Nosowa skrupulatnie niszczyła nie tylko wszystkie ślady rywalek, ale też przyjaciół (fragmenty o Wadimie Tichonowie, Borisie Sorokinie, bohaterach powieści Moskwa-Pietuszki). Przerażony tym Jerofiejew (jako, że wszystko to się działo za jego życia) zmuszony był nosić ze sobą nieszczęsne pudełko z notatnikami. Samej zaś Tosunian już wcześniej miał za złe (i nie chciał z nią więcej rozmawiać), że usunęła z tekstu udzielonego jej wywiadu ukuty przez niego aforyzm mówiący o tym, iż wielkość twórcy mierzy się w gramach wódki, jakiej nie żal mu nalać.

Po śmierci męża Nosowa dopisywała grafomańskie zakończenia do dramatu Fanny Kapłan albo Dysydenci, a pieniądze napływające za wciąż wydawaną Moskwę... przeznaczała na kryształy (może czeskie) i meble (może estońskie lub fińskie). Niemal wszystko, co pozostało po zmarłym (np. jego księgozbiór, biurko, fotel) zostało zniszczone, wyrzucone, rozdane, rozkradzione. Jednak, jak słusznie zauważył Awdijew, przeżyć kilkanaście lat z człowiekiem takim jak Jerofiejew było trudne do szaleństwa, a jeden z najbliższych przyjaciół pisarza, Murawiow, napisał we wspomnieniach: "Była w nim dostojewszczyzna. Każdy człowiek ma podziemie w duszy, żeby było co przezwyciężać. I Wieniczka prowadził grę z ciemnymi siłami, które wychodzą z podziemia duszy. Ludziom, którzy zbliżali się do niego bliżej, nie było łatwo... Tu włączały się siły destrukcyjne".

W końcu sierpnia 1993 roku Galina Nosowa zapewne starannie - jak co dzień - odkurzyła meble i ostrożnie - jak co tydzień - umyła kryształy, a potem pudełko z dziennikami zaniosła do sąsiadki i skoczyła - jeszcze jedna Alicja poszukująca swojej Krainy Czarów - z dwunastego piętra.

Prawa autorskie przeszły teraz na własność matki samobójczyni, która od jakiegoś czasu już nie musiała palić rękopisów (a one jednak płoną), bo w mieszkaniu były kaloryfery.

Wieniedikt Jerofiejew ze swoimi tajemniczo znikającymi utworami (a może one nigdy nie zostały napisane?), z powieścią otwierającą drogę do nieśmiertelności i z biografią niegorszą od Gorkiego, Londona i paru artystów upajających się psychodelicznymi klimatami nadawał się idealnie do wykreowania wokół niego legendy. "Spróbujmy rozpatrzyć - pisze już cytowany Epsztejn - składniki mitu Wieni. Staje przed nami, ma się rozumieć, bohater wysoki, gibki, postawny, ten, który oczarowywał dosłownie wszystkie kobiety. Pozwalał im siebie wielbić, otaczał się «kapłankami», które sypały kwiaty na jego łoże. I jeszcze jedna cecha bohatera - pił, ale się nie upijał, wychodził zwycięsko ze wszystkich pojedynków z rutynowanymi pijakami: oni już leżą pod stołem pijani w trupa, a on, trzeźwiuteńki, jest czysty jak szkło. Wewnętrzna subtelność, delikatność, schludność. No i, ma się rozumieć, talent, mądrala, erudyta, który pamiętał setki dat i wierszy, język miał ostry jak nikt i zdobył światową sławę swoim poematem. Z drugiej strony - nędza i nieład, relegacje ze wszystkich uczelni, na których w imponującym stylu zaczynał studia, praca przy kopaniu rowów i układaniu kabli, tułaczka, niezdolność osiągnięcia czegokolwiek w życiu, nieprzytomne pijaństwo, brak bielizny, zagubienie rękopisów, dowodu osobistego, maltretowanie najbliższych, rak gardła. I twórcza impotencja: ów poemat, napisany bodaj dla zabawienia przyjaciół, pozostał jego łabędzim śpiewem. Te właśnie sprzeczności wzmagają naszą potrzebę mitu, racjonalnie bowiem nie sposób ich pogodzić. Skoro to taki talent, dlaczego nie pisał? Skoro taki mądrala, to dlaczego ideę «zrzutki na flaszkę» przedkładał nad wszelkie pozostałe idee? Skoro dumny był z Rosji, dlaczego mało się nią interesował i ścierpieć nie mógł patriotów? Skoro tak lubił wszelką systematyzację, dlaczego żył chaotycznie? Skoro był schludny, dlaczego chodził w łachach? Skoro był delikatny, dlaczego pozwalał sobie na chamstwo?" Bo był jurodiwym (określenie Epsztejna), "głupcem Bożym" czasów Stalina, Chruszczowa, Breżniewa, Andropowa, Czernienki i Gorbaczowa; świadkiem epoki świetności i agonii imperium; przedstawicielem generacji pisarzy rosyjskich zmieniającej postturgieniewowskie kanony wyznań miłosnych.

 

Zakończenie I. Refleksyjne

Proponuję Pożar serca potraktować jako tekst wpisujący się w nurt badań nad wybranymi zagadnieniami dziewiętnasto- i dwudziestowiecznego rosyjskiego życia literackiego. Już dawno stwierdzono, że nie sposób zrozumieć wszystkich mechanizmów funkcjonowania pisarza w społeczeństwie bez uwzględnienia w tym procesie roli jego oficjalnej towarzyszki życia *[Dwa ostatnie stulecia zostały zdominowane w literaturze rosyjskiej przez mężczyzn i dlatego jest za mało danych, aby stworzyć modele zachowań mężów znanych pisarek. Nie mówiąc już o tym, że na przykład na przełomie XIX i XX stulecia częste były małżeństwa literackie (Zinaida Gippius - Dmitrij Mierieżkowski, Lidia Zinowiewa-Annibał - Wiaczesław Iwanow, Anna Achmatowa - Nikołaj Gumilow). Dopiero w ostatnich latach - wraz z ledwie widoczną erozją społeczeństwa patriarchalnego - popularność zdobyły panie (Aleksandra Marinina, Daria Doncowa), które zdecydowanie usunęły w cień swoich partnerów]. Można wręcz mówić - pozostając w kręgu socjologii literatury - o narodzinach "żonologii" i "wdowoznawstwa". Na przywołanie zasługują zwłaszcza uwagi Jurija Drużnikowa i Konstantina Wanszenkina.

Ten pierwszy jest autorem klasycznej już klasyfikacji: "Obserwując przez całe życie przypadkowo lub świadomie żony wielu rosyjskich pisarzy doszliśmy do wniosku, że można je podzielić [...] na trzy kategorie:

Pierwsza: żony-inspiratorki. Taka żona ma identyczne poglądy jak mąż, jest współautorką, pierwszą czytelniczką, doradcą, stenografistką, maszynistką, redaktorką, korektorką etc.

Przykłady: Zofia Tołstoj, Anna Dostojewska, Nadieżda Mandelsztam, Vera Nabokova... Jeżeli dodamy do tego współczesnych pisarzy, takich żon będzie całkiem sporo.

Druga kategoria: żona neutralna, która nie przeszkadza i nie pomaga, nie utrudnia, ale się nie interesuje, chyba że z grzeczności, traktuje zawód męża jak inwalidztwo. Naszym zdaniem to najbardziej rozpowszechniona kategoria.

Trzecia kategoria - żona, która przeszkadza, odciąga męża od literatury, ciągnie go w dół, żąda, by się zajął pożyteczniejszą pracą, dającą większe zarobki. W końcu, kiedy nie uda się jej sprzedać archiwum męża, wyrzuca je na śmietnik i szybko wychodzi za mąż za przyzwoitego wojskowego lub urzędnika" *[Przy tej okazji cytowany autor zauważył: "Liczba żon pisarzy znacznie przewyższa liczbę pisarzy [...]"].

Z kolei Wanszenkin dokonał podziału żon pisarzy rosyjskich na pięć grup:

1. "po prostu żony", "wierne, oddane", traktujące zajęcie mężów jako rodzaj pracy, którą można opanować, której można się nauczyć, a przy tym z wieloma zaletami (wygodnie, w domu); z mężami nigdzie nie jeździły i nigdzie nie bywały (nawet w Centralnym Domu Literatów); ta kategoria jest na wymarciu;

2. "żony-konsultantki do spraw społecznego zachowania męża"; wspomagające partnerów w nawiązywaniu pożytecznych znajomości, potrzebnych kontaktów, troszczące się o mężowską karierę; bardzo rzeczowe;

3. żony, które hierarchię w sztuce określają na podstawie sytuacji materialnej; "nigdy nie czytają książek swoich mężów, nie czytają recenzji"; to nie jest im potrzebne - one przecież doskonale wiedzą, jakim pisarzem jest ich mąż;

4. "firmowe żony" - przechodzące od jednego pisarza do drugiego (niekiedy: trzeciego); czują się jak sztandar przechodni; najczęściej wybierają męża dużo starszego od siebie; sumiennie troszczą się o stan jego zdrowia (mierzą ciśnienie, robią zastrzyki, chodzą na zakupy, pełnią obowiązki kierowców), ale jest to anonimowa opiekuńczość pielęgniarki; a gdy już staruszek umrze - szukają następnego i znajdują, ponieważ: "Na nie jest zawsze zapotrzebowanie. To szlachetna profesja";

5. żony wyzwolone, które robią karierę (naukową lub w wydawnictwie); mają własne życie i zarabiają niekiedy więcej od mężów.

Po śmierci męża lub po rozwodzie większość z nich (może poza przedstawicielkami ostatniej grupy) najczęściej funkcjonuje w dawnym środowisku, nie wyobrażając sobie życia poza nim (poza "klanem").

Proponuję Pożar serca potraktować jako zarys dziejów obyczajowości rosyjskiej z jej tylko właściwym systemem znaków. Nieprzypadkowo w monografii Jamesa R. Petersena Stulecie seksu ojczyznę Tołstoja wymienia się tylko raz - jako kraj, w którym zezwolono na aborcję pół wieku wcześniej niż w Stanach Zjednoczonych.

Proponuję Pożar serca potraktować jako alternatywny podręcznik do historii literatury rosyjskiej, ponieważ - jak sądzę - często dotarcie do czyjejś "twórczości" jest niemożliwe bez wcześniejszej znajomości jego "życia" (intymnego).

Proponuję Pożar serca potraktować jako komentarz do aforyzmu Lwa Nikołajewicza: "Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób" (Anna Karenina, tłum. K. Iłłakowiczówna).

Proponuję Pożar serca potraktować jako romans w szesnastu odcinkach o nadwrażliwych (albo: wrażliwych inaczej) mężczyznach, którzy kochali, żenili się, zdradzali, popełniali samobójstwa, rozwodzili się, oraz kobietach, które kochały, wychodziły za mąż, zdradzały, popełniały samobójstwa, rozwodziły się. Czyli o artystach, którzy swoje życie podporządkowali Sztuce.

 

Zakończenie II. Liryczne

Z Poetą i jego Żoną siedzieliśmy przy stole. Nie pamiętam, czy było to w pokoju ich poprzedniego mieszkania na Wasilewskim Ostrowie czy w kuchni obecnego na Pietrogradskiej Storonie. Ale pamiętam, że siedzieliśmy przy stole, piliśmy ciepłą wódkę i popijaliśmy ją zimną zupą cebulową. Rozmawialiśmy o dopiero co zamordowanej Galinie Starowojtowej. Poecie zupa nie smakowała. Odsunął talerz, zapalił papierosa i zaczął opowiadać o smaku prawdziwej cebulowej, którą jadł ongiś w Paryżu w towarzystwie Kuźmińskiego i bodaj Szemiakina. Żonie paryskie opowieści, słyszane zapewne po raz kolejny, wyraźnie się przejadły. Może też źle się kojarzyły. Zmieniła temat i zupełnie nieoczekiwanie do pełnego prozy zapachu alkoholu, cebuli i tytoniu dołączył poetyczny zapach jej wspomnień:

 

Dawno temu [ale nie: "Dawno, dawno temu..." - T. K.] odbywał się w Leningradzie konkurs poetycki. On recytował swój vers libre, ja zasiadałam w jury. On został wyróżniony, ja serdecznie mu pogratulowałam. On wzruszony zaprosił mnie do kawiarni, ja zniewolona jego talentem wyraziłam zgodę. Nieco później powiedziałam jeszcze raz tak i odtąd jesteśmy razem. Dużo piszemy, dużo publikujemy (to nasze jedyne źródło utrzymania) i mamy dużo kotów. Czasami jesteśmy szczęśliwi, czasem się kłócimy. Jestem jego piątą żoną, znam wszystkie swoje poprzedniczki i dlatego chcę umrzeć przed nim, bo nie wyobrażam sobie spotkania pięciu wdów przy trumnie.

 

Poeta zmarł w 2001 roku. O jego śmierci dowiedziałem się po kilku tygodniach. Gdy spotkałem się z Wdową, nie miałem dość odwagi, by zapytać, czy wszystkie jej poprzedniczki były na pogrzebie.

Ale wtedy przy tym stole poczułem się przez moment medium. Poza czasem i przestrzenią.

To ja nad Czarną Rzeczką naładowałem pistolet d'Anthesa, a potem tamowałem krew cieknącą z rany Puszkina i układałem go w saniach.

To ja podczas kolejnych ataków Dostojewskiego wkładałem patyk do jego ust.

To ja siedziałem w wagonie obok Tołstoja jadącego do stacji Śmierć.

To ja z Czechowem i Buninem czekałem do rana na powrót Olgi Knipper.

To ja wdychałem kokainę z Briusowem.

To ja z Błokiem wyczekiwałem nadejścia Pięknej Damy.

To ja w leningradzkim hotelu odcinałem sznur z ciałem wiszącego Jesienina.

To ja obserwowałem powiększającą się plamę krwi na koszuli Majakowskiego.

To ja byłem aptekarzem sprzedającym morfinę Bułhakowowi.

To ja przyniosłem Mandelsztamowi wiadomość o śmierci Olgi Waksel.

To ja wbiłem do ściany gwóźdź, który wypatrzyła Cwietajewa.

To ja oglądałem zdjęcie rentgenowskie Pasternaka.

To ja biegłem z Brodskim po wódkę dla Achmatowej.

To ja podawałem kolejne szklanki bormotuchi Rubcowowi, a potem dzieliłem się z nim validolem.

To ja powiedziałem Wysockiemu: "Poznajcie się. To jest Marina Vlady".

To ja układałem kable z Wieniczką Jerofiejewem.

To ja zapaliłem papierosa Poecie, który umrze na raka płuc.

To ja...

Jestem tylko medium. Hieną oglądającą przez dziurkę od klucza pisarskie sypialnie, grzebiącą w ich prywatnym życiu, otwierającą listy, czytającą przez ramię dzienniki, wsłuchującą się w szept wyznań i krzyk rozstań.

Zapominam wtedy o wszystkich mądrościach strukturalistów.








Tadeusz Klimowicz - Pożar serca - 1