Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Aleksandra Szarłat

Celebryci z tamtych lat

Prywatne życie wielkich gwiazd PRL-u

 

2014

 

(...)

 

ADAM PAWLIKOWSKI (1925-1976)

Tylko nie "misiu"

Przyjaciele nazywają go "Dudusiem". Postać niezwykła. Żołnierz AK walczący w powstaniu warszawskim, jeniec wojenny, żołnierz Andersa. Erudyta i nihilista. Intelektualista. Znawca muzyki, malarstwa i literatury zachodniej, którą czyta w oryginale. Wszechstronnie uzdolniony. Gra na egzotycznych instrumentach, bywa aktorem, recenzentem muzycznym i felietonistą. Komponuje motywy muzyczne i muzykę do filmów Wajdy i Konwickiego. Na dodatek przystojny, kobiety go uwielbiają. Ma wszystko, czego potrzeba, by zrobić karierę. A jednak czegoś zabrakło. Czego?

We wszystkich niemal opowieściach o PRL-u pada jego nazwisko. Wszędzie bywa, wszyscy go znają. Każdy, kto choć raz obejrzał Popiół i diament, pamięta kultową scenę podpalania alkoholu na barze restauracyjnym przez młodego AK-owca, Maćka Chełmickiego - Zbyszka Cybulskiego. Obok niego stoi przystojny mężczyzna. To kusiciel Maćka, Andrzej - Adam Pawlikowski. To rola dla niego idealna: Andrzej rozwiewa rozterki Maćka i namawia do wykonania rozkazu i zabicia sekretarza Polskiej Partii Robotniczej.

O przeszłości Pawlikowskiego niewiele wiadomo - walczył w AK, wojnę przeżył we Włoszech, studiował medycynę i muzykologię, ale żadnego z tych kierunków nie skończył.

Agnieszka Osiecka: "Był pięknym mężczyzną. Ciemne, duże oczy lśniły diabolicznie pod jaśniepańskim czołem (...). Rysy Pawlikowskiego z biegiem lat nabierały niebezpiecznej, ptasiej ostrości. Gdyby był lalką, każdy z łatwością mógłby odgadnąć, że zrobiony został raczej przez metaloplastyka niż tapicera. Był z pewnością jedynym mężczyzną, do którego nikt nigdy nie ważył się powiedzieć »misiu«. Poruszał się z niezwykłą lotnością i nerwowością. (...) Otaczały go jednak stale roje panien i pań, a on sprzyjał im, że tak powiem, dla eksperymentu. Drwił z nich bez cienia litości, ale działo się to za milczącym przyzwoleniem, niejako dla dobra nauki. A wiedza Pawlikowskiego w tym przedmiocie była olbrzymia".

Ktoś taki - inteligentny i w dodatku, w przeciwieństwie do Tyrmanda, przystojny, nie może się temu ostatniemu podobać. Oto, jak Tyrmand opisuje Adama w swoim Dzienniku 1954:

"Adam jest jednym z ostatnich nie zaszeregowanych: jest zgryźliwy, utalentowany i nie wiadomo, z czego żyje. Już to, plus dobre nazwisko, pasowałoby go na metaforę, a nawet symbol, ale on tego nie chce. Woli rodzaj drwiącego pieczeniarstwa, bo w naszych warunkach zdejmuje z niego piętno buntownika. Głównie żeruje na dworskich, oddanych komunizmowi, szczerze czy nieszczerze, literatach i artystach, co w jakiś sposób jest akceptacją reżymu i porządku: reżym żywi posłusznych pisarzy, posłuszni pisarze żywią Pawlikowskiego, nikt nikomu niczym nie grozi. Od czasu do czasu ukazują się w oficjalnej prasie literackiej jego recenzje muzyczne, za które chyba coś inkasuje: dowodzą inteligencji i smaku, a nawet znawstwa, zdaniem Kisiela. Można by go określić mianem bohemien, ale na pewno by się nie zgodził, ma zbyt rozwinięte poczucie humoru i własnej niedokończoności, by reprezentować jakąś postawę".

Andrzej Roman: "Dobry we wszystkim, czego się dotknął. Grywał na okarynie, pisał o wszystkim. Felietony, recenzje, dywagacje. Porządnie oczytany, przystojny. Niemal demoniczny. Był dla wielu wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o znalezienie sobie miejsca w życiu. Postać renesansowa, z tej samej półki co Krzysztof Mętrak, Ireneusz Iredyński. (...) Tak jak dwaj pozostali kapryśny, czasem trudny do zaakceptowania, nie zawsze sympatyczny, czasem wzruszający. O ile po Iredyńskim i Mętraku został trwały ślad - teatr (pierwszy) i dziennikarstwo sportowe wyższych rejestrów (drugi) - Pawlikowski jakby się utlenił".

W swoim małym mieszkanku na Saskiej Kępie ma wielką kolekcję fletów. Znajomi są zachwyceni, że potrafi grać na każdym z nich. Wszystkich fascynuje, jest niezwykły. I niezależny, co środowisku wydaje się dziwne - bo nie ma specjalnie z czego żyć. Kosmiczny, nie na te czasy.

Odwiedza go kiedyś fotograf Marek Karewicz. Piją kawę, a Adam mówi: "Wiesz mam tak ogromną siłę koncentracji, że jak chcę, to przepalam ludziom korki elektryczne. Zapadał zmrok - wspomina Karewicz - wyjrzałem przez okno - w domu naprzeciwko pogasły wszystkie światła".

Agnieszka Osiecka: "(...) biło od niego osobliwe, czarne światło. Dla wielu z nas był mistrzem. Pomnożył nasze życie o wartości, o których nie mieliśmy poprzednio pojęcia. (...) Pytałam kiedyś Adama: »Dlaczego nie pracujesz?«.

A on: »Ja? Ja jestem Księciem. Czy widziałaś, żeby książę pracował?. Książę był koneserem. Nie pisał osobiście symfonii, nie szył butów. Od tego miał czeladź«".

Bywa niezapowiedzianym gościem Marka Hłaski w jego mieszkaniu przy Częstochowskiej, co pisarz zanotował w Pięknych dwudziestoletnich: "Od czasu do czasu przychodził Adam Pawlikowski z jakąś kobietą, która była skłonna dać mu tak zwane szczęście, i wyrzucał mnie z mego własnego domu na czas trwania romansu; odchodziłem więc żegnany przekleństwami sąsiadów i chórem dziecięcym. A pewnego dnia kolega Pawlikowski oświadczył mi, iż wstępuje w trwałe związki małżeńskie: i tak skończyła się historia mego gniazda rodzinnego przy ulicy Częstochowskiej".

Każdy próbuje go rozgryźć.

"Cienki szyderczy humor, pański styl bycia - pisze Marek Nowakowski. - Żył jak ptak z niczego. Uwielbiały go kobiety, wiele romansów, niestały w uczuciach. Efektownie cyniczny, dowcipnie i sugestywnie uzasadniał bezsens istnienia. (...) Przenikliwy znawca ówczesnej Warszawy, gdzie artyści, komuniści, ubecy, donosiciele, ludzie niezłomni i sprzedajni, szlachetni i zeszmaceni tworzyli trudny do rozwiązania kłąb, powiązani często w przedziwne konfiguracje. Sam jednak nie zdołał przejść przez system suchą nogą. Za zeznawanie w roli świadka oskarżenia w procesie przeciwko Januszowi Szpotańskiemu, poecie i satyrykowi, autorowi Cichych i gęgaczy, pamfletu na rządy Władysława Gomułki, środowisko ukarało go towarzyskim ostracyzmem, podejrzewając niesłusznie o współpracę ze Służbami Bezpieczeństwa".

Potwierdza te podejrzenia Andrzej Roman, aczkolwiek nie ma pewności co do roli Pawlikowskiego w tym procesie:

"Na biografii Adama zaciążył cień. Mówi się, że odegrał niepiękną rolę w tzw. sprawie Szpotańskiego. Pamiętam jego pobladłą twarz, kiedy w kawiarni PIW-u przy ulicy Foksal bił się w piersi, zaklinając, że to wszystko nieprawda. Może miał rację".

Pawlikowski był też wcześniej (w 1957) jednym z podejrzanych w sprawie porwania i zamordowania syna Bolesława Piaseckiego. Wezwany do pałacu Mostowskich, osobiście rozpoznaje swój głos na taśmie, na której nagrano żądanie okupu. Ale taśmę można odpowiednio zmiksować, więc nie stanowi ona dowodu w sprawie.

Gra w kilku filmach, niemal zawsze dubingowany, gdyż mówi niewyraźnie. Jego "głosem" był Zygmunt Listkiewicz.

W sumie w latach 1956-1974 pojawia się w dwudziestu pięciu filmach, ale zawsze na drugim planie i zawsze w otoczeniu gwiazd. Zanim w 1976 roku popełni samobójstwo, skacząc z tego samego okna, co kilka lat przed nim rotmistrz Rzeszotarski, inna tajemnicza postać tamtych czasów, zagra ostatnią rolę - dziennikarza radiowego w serialu Czterdziestolatek.

Jak wspomina Jerzy Gruza: "Przed śmiercią studiował reguły zakonu jezuitów i uczył się japońskiego, aby uciec z tego świata zawiści. To nie wystarczyło, trzeba było wykonać lot Ikara z szóstego piętra w komunistycznym, szarym i brutalnie obojętnym bloku na beton".

Niewątpliwie w podjęciu samobójczej próby "dopomogło" Radio Wolna Europa, sugerując, że Pawlikowski jest wtyczką UB i kabluje na środowisko artystyczne.

Jerzy Karaszkiewicz, aktor, w Słodkich latach pisał: "Fakty te dotarły do Wolnej Europy i cała Polska dowiedziała się, że Adam Pawlikowski to ubecki kapuś, którego na żądanie Gomułki bezpieka musiała odtajnić. Podobno "Duduś" był narkomanem i morfinistą, któremu "cisi" płacili za infiltrację środowisk inteligenckich. I tak Szpotański poszedł za kratki, a dla Pawlikowskiego zaczął się koszmar. Nikt go już nie zapraszał, dawni przyjaciele przechodzili na drugą stronę ulicy. On, ozdoba salonów, stał się nagle strasznie samotny i nikomu niepotrzebny. Nikt mu już nie proponował filmu, gdziekolwiek się pojawiał, siadywał samotnie. I teraz już nie wiadomo, czy początkowo zaczął udawać, a po tym naprawdę zachorował, czy był chory od początku - wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy w końcu wyszedł, był już inny. Zaczepiał znajomych - a to udając beztroskiego wesołka, a to wpadając w agresywną wściekłość. Mnie spotkało to drugie. Wszedłem kiedyś do »Ścieku« (...). Przy barku i stolikach siedziało sporo osób. I był też Duduś. Siedział sam, w końcu salki. Na mój widok ryknął nagle: »Wont stąd, ty ubeku. Przyszedłeś węszyć? Wont!«. Na sali zapanowała cisza. Nie wiedziałem, jak się zachować. Wyjść? Jako kto? Jako ubek? Zostać? Węszyć! Też jako ubek. Usiadłem przy barze i po prostu samotnie się upiłem. Chyba postąpiłem najrozsądniej. W kilka dni później spotkał mnie na ulicy i strasznie przepraszał: »Wiesz, że jestem chory. Jestem w piekle. Wybacz«. I łzy miał w oczach. Oczywiście, rękę mu podałem".

Jan Olszewski, obrońca Szpota, przyzna później, że rola aktora w procesie była niewielka, a przy tym zeznawał on niechętnie, mówiąc wymijająco. Na przesłuchanie przywieziono go ze szpitala psychiatrycznego, gdzie prawdopodobnie się ukrył przed sądem. Później z tychże zeznań próbował się wycofać, ale zła fama już poszła. Jego rola w procesie zostaje wyolbrzymiona, a on okryty "czarną legendą".

Przyczyny samobójstwa, zdaniem leczących Dudusia psychiatrów, należy szukać w cyklofrenii, chorobie psychicznej, na którą Pawlikowski cierpiał od lat.

 

Andrzej Rzeszotarski

Legenda o rotmistrzu

Rzeszotarski, "Rotmistrz", "Rzeszotar", "Jędrucha", "Wujo" - bo tak go nazywano - to celebryta pierwszej wody, choć drugiego kręgu. Budzi ambiwalentne uczucia: odrazy pomieszanej z podziwem. W szarej, pełnej jeszcze wojennych ran Warszawie szpanuje czerwonym długim fordem z odkrywanym dachem (jak to z miejską legendą: według Agnieszki Osieckiej był to czerwony mercedes, inni wymieniają jeszcze inne, ale zawsze luksusowe marki). W dodatku powoził nie sam, zatrudniał kierowcę zwanego Cegłą. Tak nazywano Stasia Dalkę, kierowcę rajdowego. "Staś był wysokim siłaczem - charakteryzował go aktor Jerzy Karaszkiewicz - dziś by się powiedziało - ochroniarzem »Wuja«, lecz nie miał w sobie niczego z dzisiejszego bandziora. Uśmiechnięty, koleżeński i łagodny jak biedronka. Lecz wrażenie robił. Nie było takiego który by mu podskoczył".

Agnieszka Osiecka tak go opisywała: "Wuj (...) był mi człowiekiem sympatycznym. Krążyły o nim plotki, od których włosy jeżyły się na głowie: że handluje narkotykami, że jest madonną siedmiu wywiadów (wuj! madonną!), że oszukuje w pokera, że jest zwyczajnym gangsterem i tak dalej, i tak dalej. (...) był człowiekiem przepotwornie majętnym".

Kim był? Józef Hen zna go tylko z opowieści: "Chyba był giełdziarzem - przypuszcza. - Chociaż giełdy nie było, mógł handlować walutą...".

"Podobno na każde »jasełka« przeznaczał minimum 20 tysięcy złotych" - pisano o nim w 1967 roku na łamach "Walki Młodych". "Często wywoził całą watahę swymi licznymi samochodami w inny kraniec Polski - Sopot, Zakopane, wynajmował luksusową willę i zarządzał nieodmiennie »balet kolczugowy«, polegający na tym, że która z towarzyszek podróży pierwsza rozbierze się, otrzyma trzy włoskie bluzki, tzw. »kolczugi«".

Jerzy Karaszkiewicz mówi o nim: "Otóż »Wujo«, bogacz i człowiek zabawowy, na Legię przychodził, dziewczyny kupował, wieczorami bywał w Bristolu, zimę spędzał w Sopocie. Nikt nie wiedział, w jaki sposób w tych siermiężnych latach sześćdziesiątych doszedł do wielkich pieniędzy. I do dziś nikt tego nie wie. Kręciło się koło niego całe grono służalców, gotowych na każde jego skinienie skoczyć po piwo, przynieść mu leżaczek lub podprowadzić panienkę. Zaszczytem było podać mu rękę.

I nagle »Wujo« został aresztowany. Podobno gdzieś w Sopocie po spożyciu alkoholu wpadł na trolejbus. Poszedł na (...) jakieś dwa lata do więzienia. I znów tajemnica. Nikt tak naprawdę nie wiedział za co".

Po wyjściu na wolność jego sytuacja drastycznie się zmieniła.

"Wychudł, zszarzał, samochodu już nie miał i pieniędzmi już nie szastał. Wynajmował na Żoliborzu jakąś maleńką kawalerkę.

Towarzystwo się od niego odwróciło. Nikt z jego dawnej świty nie uznawał za stosowne nawet do niego podejść. Został sam".

Co jeszcze mówi miejska legenda? Ze ów bywalec najsłynniejszych warszawskich lokali przed 1956 rokiem uchodzi za jednego z najbogatszych ludzi w stolicy, mieszkanie ma wytapetowane banknotami pięćsetzłotowymi, że prowadzi żywot arabskiego szejka, który ma nigdy niewysychające źródełko ropy naftowej, że papierosa potrafi zapalać studolarówką, a kiedy chce zdobyć kobietę, wieczorem daje jej jeden but. Drugi dopiero rano... Że w swoim mieszkaniu urządza liczne przyjęcia. Bywa na nich niemal zawsze Duduś, Adam Pawlikowski. Obaj w którymś momencie zamieszkają razem i obaj - choć w odstępie kilku lat, skoczą z tego samego okna na ósmym piętrze bloku na tyłach Alej Jerozolimskich.

"(...) Kiedyś tak skakali ludzie honoru. Słynny wujek Rzeszotarski, który nie wiadomo skąd miał kasę w PRL-u, a kiedy się skończyła forsa, drażnił wszystkich nieatrakcyjną sylwetką, świecącą łysiną i tłustym brzuchem. Jeden po drugim skakali na betonowe podwórko w bloku przy Alejach Jerozolimskich, kiedy zapadł się świat Osieckiej i »pięknych«, a później niepotrzebnych dwudziestoletnich" - gorzko konstatuje Jerzy Gruza.








Jerzy Karaszkiewicz - Słodkie lata