Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Roman Graczyk

CENA PRZETRWANIA?

SB a "Tygodnik Powszechny"

 

2011

 

(...)

 

Sabina Kaczmarska

Przypadek Sabiny Kaczmarskiej jest szczególny z jednego powodu: z powodu specjalnego rodzaju relacji, jaka łączyła ją z redakcją "Tygodnika Powszechnego". I to ona - jak się zdaje - była nerwem ożywiającym jej współpracę z SB.

Redakcja "Tygodnika Powszechnego" stanowiła twarde jądro opisywanego środowiska. Przynależność do tego środowiska dawała prestiż w opiniotwórczych kręgach Krakowa i nie tylko Krakowa. Być w "Tygodniku" znaczyło mieć jakiś udział w tym prestiżu. I tu zaczyna się problem naszej bohaterki z "Tygodnikiem". Autor niniejszej publikacji pracował przez kilka lat z Sabiną Kaczmarską dosłownie "biurko w biurko", może więc powiedzieć, że dość dobrze poznał jej sylwetkę psychologiczną. Jeśli przyjąć, że profil psychologiczny człowieka jest mniej więcej stałą jego cechą, to znaczy, że autor tych słów poznał w latach 80. mniej więcej ten sam profil psychologiczny Sabiny Kaczmarskiej, który objawia się w bogatej dokumentacji jej kontaktów z SB w latach 60. Także prowadzone już po odkryciu jej agenturalnej przeszłości rozmowy z ludźmi, którzy ją dobrze znali, to potwierdzają: Sabina Kaczmarska nie czuła się w "Tygodniku" na swoim miejscu. Dlaczego, skoro i na nią spływała jakaś doza "tygodnikowego" prestiżu? Najkrócej mówiąc, chyba dlatego że we własnym odczuciu zasługiwała na więcej uznania ze strony samego "Tygodnika", niż go otrzymywała.

Niewiele wiadomo o jej korzeniach. W Kartotece Ogólno-Informacyjnej napisano, że urodziła się 4 grudnia 1925 r. w miejscowości Chobrzany, a w rubryce "pochodzenie społeczne" wpisano "chłopskie". Niewiele też wiadomo o jej życiu osobistym, prawdopodobnie dlatego że było niezbyt bogate. Nigdy nie wyszła za mąż i to niewątpliwie silnie zdeterminowało jej dalsze losy. Zdaje się, że nie utrzymywała bliższych stosunków z rodziną (miała brata, który był żonaty) ani nie miała wielu serdecznych przyjaciół. Gdy w 1966 r. podczas procedury werbunkowej pozyskujący ją oficer nadał jej pseudonim "Samotna", trafił w sedno - i może nawet sam się wtedy nie spodziewał, jakie profity SB będzie ciągnąć z tego statusu psychologicznego "kandydatki na tajnego współpracownika". Pierwszym dokumentem w jej teczce pracy jest recenzja z "Tygodnika Powszechnego" datowanego na 22 maja 1966 r., a po niej następują omówienia kilku dalszych numerów. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, kapitan Józef Schiller który ją werbował, zagrał tu na jej niespełnionych ambicjach. Świadczą o tym liczne późniejsze uwagi Schillera i samej Kaczmarskiej w procesie stopniowego werbunku "kandydatki" - w czym Schiller był mistrzem.

W pierwszych zachowanych w aktach uwagach po spotkaniu (8 czerwca 1966 r.) Schiller napisał: "Kand. dostarczyła na spotkanie recenzję Nr 24 »TP« z analizą (własna ocena) dobrą artykułu ks. Bardeckiego na temat »Zadań biskupów w Kościele współczesnym. Świadczy to, że kandydatka powoli zaczyna robić recenzje tak jak sobie tego życzymy. (...) Kandydatka na każde nasze spotkanie przygotowuje kawę czy herbatę. Uważam za wskazane w formie rekompensaty dać jej puszkę kawy »nessca«." Zatem bardzo szybko Kaczmarska okazała się podatna na sugestie Schillera, odpowiednio modelującego jej postawę w stosunku do "TP". Schillerowi chodziło o taki rodzaj recenzji, w których autorka dałaby wyraz swojemu krytycyzmowi do linii "TP" i za to została tu przez Schillera pochwalona. Im większy krytycyzm Kaczmarskiej do "Tygodnika" (co nie musiało oznaczać niskiej oceny wszystkich recenzowanych tekstów), tym większe jej "związanie ze Służbą". Podobnie i w przypadku materialnej rekompensaty za przygotowywane przez nią na spotkania napoje *[Spotkania Sabiny Kaczmarskiej z Józefem Schillerem odbywały się u niej w domu.]: Schiller zakładał, że jeśli jego rozmówczyni przyjmie od niego na początek choćby paczkę herbaty, będzie to dobrze rokować dla ich dalszej współpracy. Nie mylił się.

I tak, krok po kroku, niemal spotkanie po spotkaniu "kandydatka na tajnego współpracownika" coraz bardziej wpasowuje się w rolę, do której jest dyskretnie przyuczana.

17 listopada 1966 r. Schiller notuje: "Mówi ona bardzo dużo o sytuacji w środowisku i sprawach istotnych aktualnie. Zachowanie kand. świadczy, iż wyzbyła się jakichkolwiek oporów, gdy idzie o nasze kontakty. Proponuję zarejestrować ją formalnie w kartotece jako t.w.".

1 grudnia 1966 r.: "b) w trakcie spotkania mówiono szeroko o rodzinie kandydatki i o życiu jej samej. Kandydatka lubi się zwierzać ze swoich przeżyć - jako kobieta samotna musi przed kimś mówić o nurtujących ją sprawach, c) kandydatkę można już traktować jako tajnego współpracownika i formalnie zarejestrować".

29 grudnia 1966 r.: "w czasie spotkania wiele mówiono o życiu osobistym kandydatki. Mówiła o swoich przeżyciach (choroba) oraz kłopotach mieszkaniowych. Poczęstowała mnie lampką wina".

Po spotkaniu 2 lutego 1967 r. Schiller po raz pierwszy użył w stosunku do Kaczmarskiej określenia "tajny współpracownik": "Zadanie: - t.w. opracuje opinię Żychiewicza (ocena jego publicystyki, pozycja w »TP«, zainteresowania, kontakty z ludźmi zza granicy). Uwagi ze spotkania: (...) - wyszczególnione wyżej zadanie (typ zadania) przekazano t.w. po raz pierwszy *[Wzmiankowana na spotkaniu 29 października 1966 r. zgoda Kaczmarskiej na sporządzanie charakterystyk ludzi z "TP" nie została jesienią tego roku skonsumowana, ponieważ, jak pisał Schiller, i bez tego Kaczmarska udzielała wyczerpujących i interesujących informacji o osobach z redakcji.]. »Targowska« wyraziła na wykonanie zgodę. Zapytała tylko czy, aby jej opinia nie zaszkodzi Żychiewiczowi? Obawy t.w. rozwiałem stwierdzeniem, że przeciwnie. Opinia jej może pomóc mu w otrzymaniu zgody na wyjazd do Francji. Zadania tego rodzaju będą ostrożnie, ale w sposób systematyczny dawane t.w., aby przyzwyczaić ją stopniowo do normalnej współpracy z naszą służbą. Zadania muszą być formułowane w ten sposób, aby jej nie zrażać a przeciwnie wciągać w konkretną współpracę". Te słowa dowodzą, że w gruncie rzeczy "wychowywanie" tajnego współpracownika było działaniem ciągłym, coś jak gdyby "kształcenie ustawiczne". Warto też zwrócić uwagę na odruch moralny Sabiny Kaczmarskiej obecny w pytaniu, czy jej charakterystyka Żychiewicza mu nie zaszkodzi. Inna rzecz, że przyjęcie za dobrą monetę zapewnienia Schillera świadczyło - co najmniej - o jej skrajnej naiwności.

19 lipca 1967 r.: "W trakcie spotkania b. szeroko omówiono sprawę wynagradzania t.w. przez »Tygodnik Powsz.«. Podkreślono niewspółmiernie małą pensję za wkładaną przez nią pracę przy przygotowaniu każdego numeru pisma, na korzystanie [tak w maszynopisie - RG] kierownictwa »TP« z wypracowanych przez wszystkich funduszów itp. »Targowska« uchwyciła ten moment i bardzo ujemnie wyrażała się o moralności czołówki »Tyg. Powsz.«. Stwierdziła, że bardzo by ucieszył ją fakt, gdyby cała redakcja otrzymała porządnie po kulach. Rozmowę na ten temat zainspirowano celowo, aby przeciwstawić t.w. »Targowską« ludziom z »TP«, co ułatwi nam uzyskiwanie przez to źródło szerszych informacji".

26 października 1967 r.: "W trakcie spotkania wręczyłem t.w. »Targowska« upominek imieninowy. Przyjęła go z wielkim ukontentowaniem i poczęstowała mnie alkoholem. Upominki w ogóle b. wzruszają t.w.".

16 listopada 1967 r.: "W trakcie spotkania b. szeroko omawiano z t.w. »Targowska« sprawę tzw. »peregrynacji« obrazu MB. W wyniku dyskusji doszła do przekonania, że imprezy z ramami mają charakter prowokacji politycznej, przyczyniają się do wzrostu nieporozumień w społeczeństwie, a przede wszystkim charakterem zbliżone są do uroczystości pogańskich". W tych słowach objawia się inna cecha charakterystyczna pracy oficerów SB z agenturą: urabianie ich opinii. W tym przypadku Schiller próbował podważyć słuszność forsowanego przez kard. Wyszyńskiego pomysłu peregrynacji pustych ram do obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po tym, jak sam obraz został przez władze "internowany" na Jasnej Górze. Schiller pisze, że przekonał Kaczmarską - być może tak było. Ale dla nas rodzi to pewne komplikacje poznawcze, o których w stosownym momencie przypomnimy.

14 grudnia 1967 r.: " W trakcie spotkania mówiono szeroko o atmosferze w red. »TP«, przy czym t.w. »Targowska« podkreślała fakt, że nie jest doceniana w tym środowisku i właściwie, odpowiednio do włożonej pracy wynagradzana. Inni którzy mniej pracują otrzymują wyższe pensje i to tylko dzięki temu, że należą do rodzinki-kierownictwa lub ze względu na ich pochodzenie z dawnych klas posiadających (np. Potocki). Pretensje t.w. »Targowskiej« do redakcji »TP« starałem się w rozmowie pogłębiać, co z jej strony zostało przyjęte jako pewnego rodzaju współczucie w stosunku do jej osoby".

Cała ta sekwencja - a to jest tylko wybór - wypisów z Schillera pokazuje wręcz modelowo proces stopniowego werbunku "kandydata na tajnego współpracownika". Ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku Józef Schiller miał łatwe zadanie.

Dobrze zachowane akta agenturalne dają nam dwie korzyści badawcze. Po pierwsze, pozwalają opisać faktyczną rolę osoby współpracującej ze Służbą Bezpieczeństwa. Po drugie, dostarczają informacji na temat inwigilowanych osób czy środowisk. Gdy chodzi o pierwszy aspekt tego zagadnienia, opiszemy go później. Co do drugiego, to w dossier Sabiny Kaczmarskiej jest wiele tego rodzaju informacji pokazujących nastroje i poglądy ludzi "Tygodnika" wobec najważniejszych wówczas kwestii życia publicznego. W tym sensie (w takim zakresie, w jakim Kaczmarska po prostu relacjonuje te nastroje i poglądy) jej donosy mają dużą wartość poznawczą.

Relatywnie mniejsza jest wartość poznawcza tych donosów, w których do głosu dochodzą silne własne przekonania ich autorki lub/i obecne jest w nich echo poglądów SB. Skoro agenci Służby Bezpieczeństwa mieli w niektórych sprawach poglądy takie same lub zbliżone do poglądów swoich oficerów prowadzących, to musiało wpływać na wiarygodność przekazywanych przez agentów informacji. Marek Skwarnicki, na którego Sabina Kaczmarska napisała wiele donosów, twierdził w rozmowie ze mną, że często jej opinie na jego temat były formułowane pod kątem oczekiwań SB. Tak mogło być i to jest dodatkowa trudność, którą musimy uwzględnić, gdy na podstawie donosów rekonstruujemy tamtą rzeczywistość.

Teraz konieczna dygresja historyczna, bo bez niej cytowane niżej fragmenty donosów Sabiny Kaczmarskiej byłyby słabo zrozumiałe dla czytelnika AD 2011. Późne lata 60. to okres kulminacji sporu komunistycznego państwa z Kościołem katolickim, uosabianym przede wszystkim przez kardynała Wyszyńskiego *[Odróżniam to od kulminacji represji w stosunku do Kościoła, która nastąpiła w roku 1953.]. Polityka komunistów wobec Prymasa od przełomu październikowego co najmniej do marca 1968 (a pod pewnymi względami do połowy lat 70.) polegała nie tylko na jego otwartym zwalczaniu, ale przede wszystkim na jego prezentowaniu w kręgach katolickich w nadzwyczaj ciemnych barwach. Zwalczając Prymasa, ukazując go jako szkodnika, warchoła, osobowość wsteczną, nierozumiejącą wyzwań współczesnego świata, a nawet nienadążającą pod tym względem za własnym Kościołem, Gomułka i jego ludzie próbowali w ten sposób wzmocnić podziały w Kościele i oddziaływać destabilizująco na pozycję Prymasa. Naturalnymi polami do tych knowań były wszystkie kwestie związane najpierw z przebiegiem Soboru, potem z wdrażaniem reform soborowych w polskim Kościele, a w końcu z ewentualnym porozumieniem dyplomatycznym PRL - Stolica Apostolska. Otóż na tych polach katolicy skupieni w ruchu "Znak", w tym także ci ze środowiska "Tygodnika Powszechnego", mieli zapatrywania wielce odmienne od poglądów Prymasa. Nie wchodząc w ocenę racji obecnych w tym sporze, powiedzmy jasno, że dominował on nad wszelkimi ówczesnymi debatami w światku katolickim. I tu dopiero zaczyna się specjalne zadanie, jakie władza komunistyczna postawiła Służbie Bezpieczeństwa.

W aktach krakowskiego Wydziału IV z tamtego czasu znajdziemy wiele dowodów na to, że SB usiłowała te naturalne różnice powiększać i w ten sposób maksymalnie osłabić Prymasa. Przy czym, mając do czynienia z "postępowymi katolikami" z "Tygodnika Powszechnego", "Znaku" i KIK-u, SB jednoznacznie stawiała na nich jako na przeciwników Wyszyńskiego. Oni byli naprawdę wewnątrzkościelnymi oponentami Prymasa, ale dla SB to za mało. Chciano wzmocnić ich krytycyzm w stosunku do Wyszyńskiego. Miało to wytworzyć wokół niego taką atmosferę, w której jego pozycja symbolicznego Interrexa byłaby nie do utrzymania - a "postępowi katolicy" mieli być w razie czego żywym dowodem, że radykalne działania władz wobec Wyszyńskiego są smutną koniecznością. W niektórych SB-eckich analizach stawia się wprost postulat odwołania Wyszyńskiego do Watykanu. I - podkreślmy - nie brzmiało to wtedy fantastycznie, jeśli pamiętać o tym, jaki los spotkał arcybiskupa Zagrzebia, kard. Franjo Sepera, który został niby awansowany do Watykanu, a faktycznie odwołany z Zagrzebia po podpisaniu porozumienia watykańsko-jugosłowiańskiego w 1966 r., któremu był przeciwny. Podobnie kard. Wyszyński niechętnym okiem patrzył na próby porozumienia polsko-watykańskiego podjęte w roku 1967. W planach działania krakowskiej SB z tamtego okresu wielokrotnie pojawiają się sformułowania w rodzaju: "t.w. będzie lansował pogląd, że..." "t.w. będzie podsycał istniejące różnice zdań" etc. To były zadania dla tzw. agentury wpływu. Sabina Kaczmarska zasadniczo nie przynależała do tej kategorii, jej zadanie polegało raczej na zdobywaniu informacji.

Wydaje się, że dopiero czytane w świetle powyższych uwag donosy Sabiny Kaczmarskiej stają się naprawdę interesujące.

Donos z 22 czerwca 1967 r.: "Przemówienie pożegnalne Wojtyły przed wyjazdem po kapelusz kardynalski (21.06.br.) zostało w redakcji »TP« przyjęte jako »mowa do maluczkich«. Skwarnicki powiedział wprost, że Wojtyła nie wierzy sam w siebie jest oszołomiony sypiącymi się na niego łaskami i jest w stanie tylko z pokorą je przyjmować. W porównaniu z Sapiehą Wojtyła traci b. dużo. Tamten przyjmował łaski i tytuły jako mu należne, a gdy występował, to było wiadomo czego chce. Wojtyła jak na razie sili się tylko na pokorę. Jeżeli obsypuje się go godnościami to widocznie są do tego powody. Wojtyła nie powinien zastanawiać się czy jest godny takich łask, lecz wyciągać konsekwencje z tego wypływające i coś robić. Inaczej będzie tylko i wyłącznie jednym z członków episkopatu i pozostanie pod kapeluszem Wyszyńskiego. Wojtyła w spływających na niego dostojeństwach czuje się jak prostaczek we wspaniałym hotelu. To jeszcze za mało, aby być faktycznie kimś".

Donos z 6 lipca 1967 r.: "Skwarnicki relacjonował w redakcji treść przemówienia Wojtyły wygłoszonego w ostatnich dniach w Rzymie [po otrzymaniu przez arcybiskupa Krakowa godności kardynalskiej - RG]. Uważa wystąpienie to za niepokojące. Wojtyła miał mówić ostro o ateizmie, który cienką warstwą otacza glebę wiary i podkreślać potrzebę walki z nim. Poza tym Wojtyła zakończył swoje kazanie hołdowniczym wprost ukłonem pod adresem Wyszyńskiego. Zdaniem Skwarnickiego Wojtyła wydaje się dbać bardzo mocno o względy prymasa, kto wie czy nie zbyt mocno. Indywidualność Wojtyły w tym świetle nie wróży na przyszłość »rewolucji« w kościele".

Donos z 16 września 1967 r.: "Bardzo ujemnie oceniono w redakcji »TP« zachowanie się hierarchii kościelnej w trakcie wizyty de Gaulle'a [na początku września 1967 r. prezydent Francji przebywał z oficjalną wizytą w Polsce - RG]. W stosunku do Wyszyńskiego używano wprost niewybrednych epitetów za jego aspiracje polityczne i odmowę udziału w przyjęciu wydanym przez gen. de Gaulle'a. Myślik wprost wołał, że on przejdzie na protestantyzm, gdyż poglądy i polityka biskupów jest fałszywa i mu nie odpowiada. (...)

Duże pretensje mają również do Wojtyły, że nie powitał de Gaulle'a w Katedrze na Wawelu. Przypuszczają, że zakazał mu uczynić tego Wyszyński, więc Wojtyła posłusznie się podporządkował. Atakowano ks. Bardeckiego, że w takich wypadkach powinien Wojtyle próbować chociażby doradzić co należy robić. Skąpski zaś wprost powiedział, że jeżeli kard. Wojtyła się boi Wyszyńskiego to do kolegium kardynałów nie można go faktycznie zaliczać". Zauważmy na marginesie, że przytoczona tu opinia Tadeusza Myślika jest podana wprost, słowo w słowo. Taka często bywa poetyka donosów w ogóle, i donosów Sabiny Kaczmarskiej też. Czytając takie passusy, musimy naturalnie stosować tu jakiś filtr zdrowego rozsądku. Czym innym jest fakt, że Myślik prawdopodobnie wypowiedział takie słowa, a czym innym jest ich zwartość semantyczna - inna od ich potocznego sensu. W opisanej tu sytuacji Myślik wyraził się w taki sposób, jaki był i jest przyjęty wśród zaangażowanych katolików na określenie silnej dezaprobaty dla poczynań oficjalnych przedstawicieli Kościoła. Myślik użył tu zatem pewnego kodu językowego zrozumiałego dla jego słuchaczy z redakcji "TP". Czy był on zrozumiały także dla analityków z SB, nie wiemy.

Donos z 21 września 1967 r.: "Spekuluje się (...) w redakcji, że jeżeli Wyszyński nie wyjedzie na Synod [ze względu na spodziewaną odmowę paszportu - RG] to dla Wojtyły ze względów osobistych będzie b. korzystne. Wojtyła wówczas na Synodzie wystąpi jako główny przedstawiciel polskiego episkopatu, co niewątpliwie umocni jego prestiż. Chociaż może stać się inaczej. Nowy kardynał jest b. uległy wobec Wyszyńskiego i być może, że solidaryzując się z nim nie skorzysta z możliwości wyjazdu. Było by to bardzo niemądre - bo kościół na pewno na tym nie mógłby zyskać".

Donos z 28 września 1967 r.: "Hennelowa bardzo gwałtownie i krytycznie skomentowała wystąpienie kard. Wojtyły w Bydgoszczy. Zarzuciła Wojtyle brak umiaru w wychwalaniu Wyszyńskiego, potępiła jego uległość i podporządkowanie się prymasowi. Zapytała ks. Bardeckiego czy Wojtyła nie ma nic innego do roboty niż wychwalać Wyszyńskiego? Ks. Bardecki zaskoczony pytaniem coś tam pod nosem mruczał, ale ani nie chwalił, ani nie potępiał Wojtyły".

Donos z 5 października 1967 r.: "Z wypowiedzi Myślika oraz ks. Bardeckiego wynika, że nie są oni zadowoleni z aktu odmowy wyjazdu polskiej delegacji biskupów na Synod [biskupi z kard. Wojtyłą na czele demonstracyjnie zrezygnowali z wyjazdu na znak protestu przeciwko odmowie paszportu dla kard. Wyszyńskiego - RG]. Według ich przekonania, ktoś do Rzymu powinien spośród członków episkopatu wyjechać".

Donos z 2 listopada 1967 r.: "Redaktor techniczny »TP«, Skąpski bardzo krytycznie wyrażał się o peregrynacji obrazu MB - czy też nawet ram od obrazu. Stwierdził, że to jest nieodpowiedzialne, że takie imprezy nie mają nic wspólnego z religią, że mącą one jedynie pokój społeczny, dają podstawę do różnych osobistych rozgrywek w środowiskach itp. Ks. Boniecki przeciwstawił się jednak takiej opinii. Powiedział, że on również miał podobne zdanie jak Skąpski, ale widząc przebieg imprez peregrynacyjnych doszedł do przekonania, że są celowe i słuszne. Jego zdaniem podnoszą one religijność mas, a po drugie wiążą te masy z kościołem. Trzeba bowiem wiedzieć, że w poszczególnych miejscowościach nie ma jednego mieszkańca, któryby odmówił przyjęcia obrazu MB pod swój dach. Partyjni przyjmują obraz w nocy, ale przyjmują".

Donos z 28 marca 1968 r.: "W dniu 26.III.br. ks. Bardecki przyniósł do redakcji »TP« list, jaki episkopat skierował do premiera Cyrankiewicza w związku z ostatnimi zajściami studenckimi [krytykujący władze za użycie przemocy wobec młodzieży - RG]. Tekst listu czytałem [tak w maszynopisie - RG]. Jest to poszerzona wersja dokumentu, jaki był czytany w kościołach w dniu 24.III.br. Ks. Bardecki stwierdził, że list ten zawiera zbyt ostre sformułowania i akcenty. Jego zdaniem nie było konieczne, aby taki tekst został przez władze kościelne obecnie sporządzony. Z opinią Bardeckiego zgodził się B. Mamoń, który również czytał list".

Donos z 26 czerwca 1969 r.: "Na temat śmierci Zawieyskiego krążą opinie, że zmarły dokonał samobójstwa pod wpływem silnej depresji psychicznej. (...)

W redakcji »TP« z dużym oburzeniem mówi się o postawie kard. Wyszyńskiego wobec zmarłego. Nie wziął on udziału w uroczystościach pogrzebowych, a proszącym go o tę przysługę wobec zmarłego (zdaje się Stommie) odpowiedział: »nie mam czasu«. Żychiewicz i o. Kasznica (...) wprost lżyli Wyszyńskiego. Żychiewicz stwierdził, że »postępki« Wyszyńskiego należałoby skrupulatnie spisać i przy okazji »rzucić mu nimi w twarz«".

W donosie z 24 października 1969 r. t.w. "Targowska" napisała, że w "TP" krytycznie oceniono wystąpienie kard. Wyszyńskiego na Synodzie Biskupów. I dalej: "Również wystąpienie kard. Wojtyły na Synodzie uważa się w »TP« za mętne i niejasne; odpowiadające zresztą mentalności autora".

Powyżej wspomniano o przytoczonych przez Sabinę Kaczmarską słowach Tadeusza Myślika z 1967 r., który w stanie niejakiego wzburzenia miał się wyrazić, że wobec niezadowalającej go postawy biskupów on "przejdzie na protestantyzm". Zaznaczono, że dla zrozumienia właściwego sensu tych słów, trzeba je czytać za pomocą pewnego kodu językowego, jaki zaangażowani katolicy tamtej doby stosowali w rozmowach w swoim gronie. Podobny zabieg musimy stosować, jeśli nie chcemy dać się zwodzić, interpretując słowa redaktorów "TP" o kardynale Wyszyńskim i kardynale Wojtyle. Takie słowa niewątpliwie padły: Kaczmarska podaje zbyt dużo, zbyt jednoznacznie brzmiących opinii kolegów z redakcji na ten temat, byśmy mogli przyjąć, że t.w. "Targowska" coś tu przekłamuje. Błędem byłoby natomiast branie przytoczonych słów a la lettre. Takie podejście prowadziłoby do wniosku już nie o dystansie do Wyszyńskiego, ale wręcz o systematycznej wrogości, godnej nie wewnątrzkościelnych krytyków linii Prymasa, ale jego zaciekłych przeciwników. Odnośnie do Wojtyły to podejście prowadziłoby, analogicznie, do wniosku, że między "Tygodnikiem" a metropolitą krakowskim w drugiej połowie lat 60. porozumienie było zasadniczo słabe. A tak przecież nie było.

Jak zatem było? Nie tu miejsce na poważniejszą analizę, powiedzmy jednak krótko, że dokumenty te pokazują znacznie silniejszy antagonizm na linii "Tygodnik" - kardynał Wyszyński (a w konsekwencji także pewien spór z Wojtyłą, od którego "Tygodnik" oczekiwał zdystansowania się od Prymasa) czy też większą głębokość podziału na tzw. Kościół otwarty i tzw. Kościół zamknięty, niż się o tym po latach pisało w kręgu "Tygodnika" *[Mam tu na myśli w szczególności panegiryczne teksty zamieszczane w "TP" z okazji 40., 45. i 50. rocznicy istnienia pisma, a więc w latach 1985,1990 i 1995. Podobną rolę spełnił cykl tekstów Jacka Żakowskiego pod wspólnym tytułem "50 lat pod włos" zamieszczonych w Magazynie "Gazety Wyborczej" w roku 1995 (wydania od 24 marca do 6 czerwca 1995 r.)]. I nie ulega wątpliwości, że obraz narysowany w donosach Sabiny Kaczmarskiej - po uwzględnieniu powyższych zastrzeżeń - jest bliższy prawdy od apologetycznych ujęć pisanych ex post.

Sabina Kaczmarska miała - trzeba to powiedzieć - tę brzydką cechę natury ludzkiej, jaką jest zawiść. Dostrzegała chętnie u bliźnich oznaki ich materialnego powodzenia jako coś z gruntu nagannego i łatwo tłumaczyła je np. ich zachłannością, a niekiedy nawet nieuczciwością.

W donosie z 28 lipca 1966 r. informowała: "Mieczysław Pszon to w redakcji »TP« największy leń. Mówić o sobie, swojej pracy, swoich zasługach zdolny jest bez wytchnienia. Kto go jednak dobrze zna, wie że mija się w swych przechwałkach bardzo daleko z prawdą. Jest przy tym niesamowicie wyrachowany. Podejmuje się prac i obowiązków, które dają mu możliwość natychmiastowych korzyści materialnych. (...) Jestem przekonana, że robi też »machlojki« z rachunkami. (...)

Bardzo chciwy stał się ostatnio również Wilkanowicz. Jak przed swym małżeństwem udawał św. Franciszka, tak teraz zagarniałby ile się tylko da. Poprzednio pretensje Skwarnickiego, że należy mu się większe wynagrodzenie ze względu na dzieci traktował z pobłażaniem. Obecnie zaś ciągle podkreśla zwiększone wydatki na dziecko i ciągle wydaje się jakby rękę wyciągał po pieniądze".

W donosie z 13 października 1966 r.: "Wróciła też do kraju Kinaszewska, która wyjeżdżała do Włoch. (...) Przywiozła masę różnych ciuchów i co dzień przychodzi ubrana w coś nowego. (...) Według opinii ludzi, którzy byli w Rzymie, Kinaszewska musiała mieć znaczne kwoty pieniężne na dokonane zakupy, czego absolutnie nie da się wytłumaczyć jej stanem majątkowym. Przypuszcza się, że ks. Bardecki lub arcybiskup Wojtyła odpowiednio ją zaopatrzyli finansowo, względnie uczynili to ich przyjaciele w Rzymie. (...) Dzisiaj w godzinach wieczornych Kinaszewska spodziewa się odwiedzin Wojtyły. Na gwałt przygotowywała przyjęcie i robiła się u fryzjera na »bóstwo«".

W donosie z 7 grudnia 1967 r.: ychiewicz wydał na terenie Francji swoją książkę - artykuły O. Malachiasza - 2 tomy. Nakład książki wynosi 2500 egz. a cena 25 franków. Żychiewicz nieźle na tej książce zarobił. Przywiózł sobie porządne pakunki. Do pomocy na dworzec poprosił Skąpskiego i Kołłątaja [tak w maszynopisie - RG]".

To tylko trzy przykłady - tego rodzaju wątków jest w papierach Kaczmarskiej znacznie więcej.

Józef Schiller bardzo wcześnie zauważył, że Sabina Kaczmarska spontanicznie, niepytana, podaje informacje o żydowskim pochodzeniu, koneksjach czy choćby sympatiach ludzi z kręgu "Tygodnika".

W donosie z 9 marca 1967 r. napisała: "»Wybranie wolności« przez Tyrmanda w »TP« przyjęto jako świństwo. Nazywa się go »szmatą«. Boli jego krok w »TP« - tym bardziej, że próbował z tym pismem współpracować. O tym, że Tyrmand jest Żydem nikt jednak nie wspomina (...)".

W donosie z 15 czerwca 1967 r.: "Ostatni nr »TP« z 18.06 br. zawiera dużo mat. dot. problematyki żydowskiej. (...) w artykule »Ludzie z naszej ojczyzny« Turowicza wyszła jego prawdziwa natura. Turowicz przeciwstawił się tu propagandzie Zachodniej [tak w maszynopisie - RG] o współwinie Polaków za eksterminację Żydów podczas wojny, co uczynił b. dobrze. Jednak w tekście pierwotnym umieścił passus, że Polacy zrobili wiele dla ratowania Żydów, ale były na pewno możliwości zrobienia więcej dla nich »że możliwości te nie zostały wykorzystane itp. [brak końcowego cudzysłowu - RG] Jednak reakcja czytających w zespole tekst była przeciwna takiej interpretacji problemu i Turowicz wycofał zakwestionowany akapit".

W donosie z 22 czerwca 1967 r.: "Przemówienie tow. Gomułki na Zjeździe Zw. Zaw. na temat konfliktu bliskowschodniego komentowano w redakcji »TP« z dużym sceptycyzmem. Szczególnie wybrzydzał się Pszon Mieczysław że jest zbyt ostre, że nie odzwierciedla opinii społeczeństwa, że Żydzi nie zasłużyli sobie w Polsce na takie traktowanie itp. - Turowicz wprawdzie nie powiedział ani słowa, ale słuchanie tego rodzaju opinii sprawiało mu widoczną satysfakcję".

Schiller tylko notuje raz za razem tę skłonność - nie zachęca "Targowskiej" do tego, ale też jej nie powściąga. Jako doświadczony SB-ek notuje, bo wie, że kiedyś może zapaść polityczna decyzja o wykorzystaniu tych materiałów. A wtedy poprosi się Kaczmarską, aby rozwinęła wątek...

W rozdziale trzecim widzieliśmy przykłady osób, które - chociaż popadły w ręce Służby Bezpieczeństwa - czyniły wiele, aby rozmawiając, zarazem nie czynić nikomu krzywdy albo ewentualne krzywdy minimalizować. Także w tym rozdziale - wszak poświęconym osobom współpracującym z SB - znajdziemy próby minimalizowania szkód. Współcześnie analizując akta agenturalne, zwykle nie jest trudno stwierdzić, kto próbował zastosować taką taktykę. Sabina Kaczmarska nie mieści się w tej kategorii.

Poza jednym czy drugim zawahaniem nie widać u niej oporów przed informowaniem o sprawach, o których Bezpieka absolutnie wiedzieć nie powinna: o sprawach prywatnych, a nawet intymnych jej kolegów i koleżanek, o różnicach zdań w redakcji i o konfliktach, w końcu także finansowych nadużyciach. Co do tych ostatnich, nie wiemy, czy rzecz polegała na prawdzie, czy był to raczej efekt rozdętej podejrzliwości naszej bohaterki, wiemy jednak że skwapliwie informowała ona o tym SB. A wszystkie te informacje mogły narazić osoby, na które donosiła, na bardzo poważne kłopoty. Włącznie z tym, że stanowiły one w ręku Schillera i jego następców bardzo wygodne narzędzie szantażu. Zobaczmy to na przykładzie ponad 20 jej donosów z lat 1966 -1969 i jednego z roku 1977.

Na spotkaniu 22 czerwca 1966 r. "kandydatka na t.w. »Samotna«" mówiła: "K [rzeczywista postać jednej z pracownic redakcji, daję na jej oznaczenie literę K - RG] proponowała mi, abym kupiła sobie na wakacje namiot. Ona podobno już kupiła i materace też. Wyjeżdża na urlop w plener - jak mówi. Na pytanie dokąd wyjeżdża X [rzeczywista postać jednego z redaktorów "TP", daję na jej oznaczenie literę X - RG] przy innej okazji K odpowiedziała »na obóz wędrowny«. Z zachowania K można przypuszczać, że wyjedzie »w plener« z X".

7 września 1966 r.: "Osobiście stwierdzam, że X ze względu na związek z K bardzo dużo stracił na prestiżu w redakcji".

15 września 1966 r.: "Na jednej z uczelni krakowskich pracuje p. Y [analogicznie - RG] - ciotka Z [analogicznie - RG], kobieta b. chytra i zapobiegliwa. Wykorzystując swoje stanowisko naukowe sprowadza na swoje nazwisko różne przyrządy naukowe, które później odsprzedaje uczelni za grube pieniądze. Zdaje się, że pomaga ona finansowo Z".

26 września 1966 r.: "Stefan Kisielewski napisał do najbliższego Nr »TP« (...) felieton w formie rubryki »Obrazu Tygodnia«, redagowanej przez Turowicza. (...) Felieton zawierał też złośliwości o głębszym podłożu politycznym pod adresem Turowicza, np. jedna z notatek podawała: »Zwracano mi uwagę, że 'Tygodnik Powszechny' zalega po kioskach i można go otrzymać bez trudu, choć nakład nie został zwiększony. Ano, cóż oto rezultat takich zawstydzających czy bezwstydzających rubryk jak 'Obraz Tygodnia zapożyczanych z innych pism i gorliwie im wiernej kompilacji poglądów i opinii«. Turowicz jeszcze przed wysłaniem felietonu do kontroli prasy wykreślił ten fragment". Dla mniej zorientowanych w realiach PRL-u krótkie wyjaśnienie. Cenzura ingerowała w teksty w zasadzie arbitralnie i na to redakcja nie miała większego wpływu. Ale mimo to miała wpływ na własną linię polityczną. Turowicz i kilka osób mających jego zaufanie decydowało, co posłać do cenzury, a czego nie posyłać, nawet jeśli to był tekst zamówiony albo tekst autora blisko związanego z pismem. Czasem decydowano się czegoś do cenzury nie posyłać w przekonaniu, że dany artykuł lub jego fragment nie ma najmniejszych szans przejść przez to swoiste ucho igielne. W innych jednak przypadkach powodem były różnice zdań redakcji z autorem. I tak właśnie było we wspomnianym tu przypadku Kisielewskiego. Podobnie robiły i inne redakcje - było to tylko kwestią przyjętego obyczaju, jak się takie sprawy uzgadniało z autorem. Było w każdym razie świętym prawem redakcji zachować informację o tej ingerencji we własnym gronie. Informowanie o tym Bezpieki dawało jej więc do ręki potężny oręż.

Podczas spotkania 26 stycznia 1967 r. Kaczmarska przekazała informacje o planach wyjazdu Bronisława Mamonia na Węgry: "Nastąpi to ok. 10 lutego br. Chce wziąć kilka książek wydanych przez »Znak« dla znajomych w CSRS". W uwagach ze spotkania Schiller zanotował: "(...) dane dot. Mamonia włączyć do jego akt. Zastanowić się nad celowością ścisłej rewizji Mamonia w trakcie przekraczania przez niego granicy kraju (...)".

Na spotkaniu 2 lutego 1967 r. mówiła: "Żychiewicz skończył już swój artykuł atakujący publicystykę »teologiczną« Morawskiej. Artykuł napisany został ostro i b. krytycznie. Kierownictwo redakcji (szczególnie Turowicz) poleciło trzeci raz z kolei dokonać Żychiewiczowi zmian w artykule. Żychiewicz klnie, ale tekst zmienia (...)

Z polecenia kierownictwa »TP« Kozłowski Krzysztof uprzedził Morawską o przygotowywanym artykule Żychiewicza. Morawska została tym bardzo głęboko poruszona. Zwymyślała po prostu Kozłowskiego, powiedziała, że traktuje artykuł Żychiewicza jako donos na nią do episkopatu i do partii, że to jest niegodne i że artykuł taki jeżeli ukaże się w »TP« będzie stanowił wyraz walki środowiska »Znaku« z nią. Kozłowski próbował tłumaczyć Morawskiej, że tak tragicznie nie powinna przyjmować krytyki jej poglądów, ale to na wiele nie pomogło".

W donosie t.w. "Targowskiej" z 9 lutego 1967 r. jest charakterystyka Tadeusza Żychiewicza: bardzo obszerna i - jak się zdaje - solidna, opisująca jego mocne i słabe punkty to, za co jest lubiany, i to, za co lubiany nie jest i przez kogo.

W donosie z 9 marca 1967 r. jest charakterystyka Anny Morawskiej i opis wspomnianej już różnicy zdań pomiędzy Morawską a Żychiewiczem.

W donosie z 30 marca 1967 r.: "Między Kinaszewską i Dębskim z »TP« istnieją jakieś powiązania. Kinaszewska i Dębski szepcą między sobą po kątach, omawiają jakieś sprawy itp. Zdaje się, że mają jakieś interesy. Dębski zajmuje się sprzedażą bonów dolarowych a nawet dolarów. Zdaje się, że Kinaszewską interesuje Dębski właśnie z tego powodu. Kinaszewska złożyła już odpowiednie dokumenty, aby uzyskać paszport do Włoch. Ciekawe, że otrzymuje zgodę na wyjazd z M.O. bez większych trudności. Przygotowuje się do wyjazdu do Austrii również syn Kinaszewskiej - Adam [to zdanie podkreślone długopisem, uwaga na marginesie poczyniona tym samym długopisem: "Czy w tym samym czasie?" - RG]". Fragment poświęcony Kinaszewskiej i Dębskiemu wpisuje się w ciąg donosów na temat podejrzanych (zdaniem Kaczmarskiej) operacji finansowych ludzi z "Tygodnika". Jeśli chodzi o Adama Kinaszewskiego, to niedługo potem Bezpieka zainteresowała się nim operacyjnie.

W donosie z 10 kwietnia 1967 r.: "W kilku egzemplarzach (12 sztuk) nie zostały uwzględnione wszystkie wymagania kontroli prasy. Mianowicie kontrola poleciła usunąć lub zmienić napisy pod rysunkami Stefana Pappa w »Bajce o proporcjach«." Schiller naturalnie zainteresował się tym i w uwagach po spotkaniu zanotował: "T.w. »Targowska« - wręczając mi numer »TP« z nieuwzględnionymi w nim wskazówkami Kontroli Prasy, stwierdziła, że wyrwała go po prostu Pappowi, który ostrzegał ją, aby nikomu go nie pokazywał jeżeli nie chce go widzieć we więzieniu.

W Woj. Urzędzie Kontroli Prasy - w rozmowie z tow. Siwek zorientowałem się, że każde pismo za tego rodzaju uchybienie może mieć poważne kłopoty - łącznie ze sprawą sądową. (T.w. Siwek [tak w maszynopisie - RG] poinformowałem o stwierdzonym w »TP« uchybieniu.) Po ustaleniu szczegółów w powyższej sprawie przez t.w. podjąć odpowiednie kroki w stosunku do redakcji »TP«".

Na spotkaniu 20 kwietnia 1967 r. "Targowska" wypełniając polecenie Schillera, mówiła: "O wydrukowaniu kilku egzemplarzy »Tygodnika Powszechnego« (...) w których nie uwzględniono wszystkich zaleceń Urzędu Kontroli Prasy wiedzą: Kozłowski, Pszon, Papp i Skąpski. (...) i chyba każdy z nich (z wyjątkiem Skąpskiego) dysponuje omawianym numerem pisma.

Skąpski podpisywał jako redaktor techniczny Nr 16 »TP« do druku i prawnie on za wszelkie pomyłki odpowiada. Faktycznie zaś winę za niedopatrzenie w druku tego numeru ponosi Pszon. Pszon cały czas przebywał w drukarni. Skąpski zaś biegał do Urzędu Kontroli Prasy załatwiać ingerencje i poprawki".

W uwagach po spotkaniu 28 kwietnia 1967 r. Schiller napisał: "T.w. »Targowska« dostarczyła w czasie spotkania próbkę maszynopisma z maszyny, na której pisze w redakcji Kinaszewska. Próbka zostanie włączona do akt »Znaku«. Kinaszewska ma też w domu maszynę dopisania, nowa produkcji włoskiej. Przepisuje na tej maszynie kazania i inne dokumenty dla Wojtyły".

7 grudnia 1967 r. Kaczmarska informuje o kontaktach Mieczysława Pszona z Niemcami odwiedzającymi redakcję. Wniosek Schillera: "Uzyskać z Wydziału III charakterystykę Pszona Mieczysława. Przystąpić do bliższego charakteru rozeznania jego kontaktów z ob. niemieckimi".

23 lutego 1968 r. mówi: "Tadeusz Myślik przygotował do redagowanej przez siebie rubryki »Przegląd Prasy« materiał z »Polityki« traktujący o nadużyciach w zakładach papierniczych. Szczególnie chodziło o sprawę brania łapówek przy sprzedaży papieru, różnych libacji, kolacyjek itp. Publikacja materiału natrafiła na duże opory ze strony kierownictwa redakcji, szczególnie Kozłowskiego i ostatecznie nie przyjęto go do druku. Redakcja »TP« zaopatruje się w papier w tych samych (krytykowanych przez »Politykę«) zakładach i uznano za niesłuszne, aby na ten temat pisać na łamach »TP«. Wiadomo bowiem powszechnie, że przedstawiciele redakcji dają pracownikom fabryk papieru łapówki, kupują upominki itp. aby otrzymać papier lepszej jakości, czy szybciej. Robił to przede wszystkim A [zastąpiono dane pracownika SIW "Znak" - RG]. Osobiście wiem, że A przed 2 latami otrzymał 15 tys. zł. na przyspieszenie druku 4 książek »Znaku« w drukarni. Część tych pieniędzy zachował niewątpliwie dla siebie, ale część rozdał drukarzom w postaci gotówki czy drobnych upominków np. czekoladek".

W uwagach ze spotkania Schiller napisał: "Przez t.w. »Erski« zainteresować się wysokością funduszów, którymi dysponują pracownicy »TP« dla celów »ułatwiania« sobie zakupu papieru w drukarniach (...) itp. Kto tymi funduszami dysponuje i w jaki sposób (przykłady)". Dodajmy na marginesie, że były to czasy gospodarki niedoboru i "załatwianie" dostępu do rzadkich dóbr było wtedy praktyką powszechną, także w kręgach katolickich.

Na spotkaniu 14 marca 1968 r.: "W ubiegłym tygodniu Kisielewski przysłał (...) list do Jerzego Turowicza. List nie był czytany oficjalnie, z jego tekstem zapoznała się tylko mała grupka ludzi kierujących »Tyg. Pow.« Z wyrywków zasłyszanych na ten temat wiem, że Kisielewski b. ostro skrytykował »Tygodnik Powszechny« za niewłaściwy w/g niego profil zamieszczanych publikacji, a nawet fałszowanie historii (artykuł prof. Henryka Bobowskiego [błąd literowy, prawdopodobnie chodziło o artykuł prof. Henryka Batowskiego - RG] na temat »Traktatów Brzeskich«). Podkreślił swoją odrębność od pisma i niezależność. Miał wspomnieć też o jego nieporozumieniach z Wyszyńskim i w ostateczności złożył rezygnację ze współpracy z »Tygodnikiem Powszechnym« *[Do zerwania współpracy Stefana Kisielewskiego z "TP" wtedy nie doszło, natomiast w tym samym czasie władze obłożyły Kisiela zakazem druku, co było karą za jego postawę w okresie rewolty marcowej.] (...)

Turowicz próbował dwukrotnie nawiązać we Warszawie przy pomocy telefonu kontakt z Kisielewskim Stefanem. Nie zastał go jednak w domu. Hennelowa bardzo ostro skrytykowała postawę Turowicza. Stwierdziła, że w sytuacji gdy człowiek ma tak wielkie kłopoty jak Kisielewski opuścić może go tylko środowisko katolickie.

(...) Pszon Mieczysław pracownik »Tyg. Pow.«, b. członek WIN-u *[Mieczysław Pszon nie był członkiem WiN-u. Z racji tego, że miał więzienną przeszłość podobnie jak pracownicy administracji "TP", a zarazem byli członkowie WiN-u (Pawlus, Kubik i Dębski). Pszonowi mylnie przypisywano członkostwo w tej organizacji. W rzeczywistości dostał on wyrok za działalność w delegaturze rządu londyńskiego. Niemniej błąd, jaki uczyniła w tym donosie Kaczmarska, był w środowisku "TP" nagminny.] (karany sądownie za nielegalną działalność). Chwalił się, że 13.III.br przed UJ w demonstracji studenckiej brał udział jego syn (ma ich dwóch). Twierdzi, że syn jego niósł wieniec i został porządnie zmoczony przez MO".

W uwagach Schiller napisał: "(...) Na podstawie zdjęć dokonanych w czasie demonstracji studenckiej pod UJ i fotografii z akt personalnych synów Pszona ustalić czy faktycznie jeden z nich niósł wieniec, a jeżeli tak, to który".

Podczas spotkania 11 lipca 1968 r. Kaczmarska mówiła: "X i K wyjechali na urlop. Maszynistka Regieć podała, że X i K korzystają razem w jednym miejscu z urlopu".

13 lutego 1969 r. Kaczmarska poinformowała Schillera, że Julia Hołyńska to pseudonim Stefana Kisielewskiego. Inaczej niż w przypadkach pseudonimów literackich (zresztą także rozszyfrowywanych przez agenturę z polecenia SB) tutaj rzecz była poważna: chodziło o to, że Kisielewski był wtedy obłożony zakazem druku, a pseudonim umożliwiał jego obejście. Wiedząc od t.w. "Targowskiej", że Julia Hołyńska to Stefan Kisielewski, Schiller postąpił o krok dalej, pisząc w uwagach po spotkaniu: "Przez t.w. »Erski« *[Pseudonim Wacława Dębskiego] zdobyć informację o stronie finansowej mistyfikacji z Hołyńską tzn. na jakie sumy są wycenione artykuły tej autorki, czy w dokumentach finansowych jest uwidocznione jej nazwisko, komu są wypłacane honoraria, względnie na jaki adres są one wysyłane".

24 lipca 1969 r. mówiła: "K przebywa od początku lipca na urlopie. Wyjechała razem z X. Adresu pobytu nie pozostawili w redakcji".

18 września 1969 r. Kaczmarska opisywała perypetie życia osobistego Wacława Dębskiego. Jeśli mówiła prawdę (powoływała się na słowa Zygmunta Pawlusa, pracownika administracji "TP" kolegi Dębskiego, i jak on więźnia stalinowskiego z wyrokiem za przynależność do WiN-u), były to losy wybitnie powikłane. My dziś wiemy, że Dębski był wieloletnim agentem SB i pod tym względem nic już mu nie mogło zaszkodzić. Ale Kaczmarska tego nie wiedziała. Mówiąc o Dębskim to, co mówiła, teoretycznie wystawiała go na wielkie niebezpieczeństwo. Na tym spotkaniu Schiller poprosił Kaczmarską o dostarczenie mu informacji o Mieczysławie Pszonie: "T.w. uzyska bliższe dane o aktualnej pozycji Pszona w red. »Tygodnika Powszechnego« - z kim się najbardziej przyjaźni, kto go popiera itp.". Kaczmarska dostarczyła na następne spotkanie (2 października 1969 r.) informacje, których domagał się Schiller. Informacje są szczegółowe i nie stronią od pokazywania słabych stron opisywanej osoby. Na tej podstawie Schiller zanotował w uwagach po spotkaniu: "Przygotować plan rozmowy z Pszonem Mieczysławem, celem wyjaśnienia jego powiązań ze Skalmowskim *[Wojciech Skalmowski, orientalista i publicysta polityczny, pozostał nielegalnie za granicą i współpracował z paryską "Kulturą". Przed wyjazdem z kraju publikował w "Tygodniku Powszechnym", zachęcony do współpracy przez Mieczysława Pszona.]. Rozmowa winna dać możliwość bezpośredniego poznania Pszona i uzyskania szerszych danych o jego stosunku do naszej służby". W języku SB zalecenie zbadania "stosunku figuranta do naszej służby" oznacza zbadanie możliwości pozyskania go do współpracy.

6 listopada 1969 r. Kaczmarska omawiała sprawę głośnego odczytu Tadeusza Żychiewicza na KUL-u. Żychiewicz miał tam wyrazić krytykę stosunków panujących w polskim Kościele, co następnie wywołało w światku katolickim burzę, włącznie z nieprzychylną opinią Prymasa o Żychiewiczu. Kaczmarska powiedziała Schillerowi, że obaj redakcyjni księża, Andrzej Bardecki i Adam Boniecki, próbują tak sterować sprawą, aby odium tego wydarzenia nie spadło na "TP", zaś Żychiewicz zachowuje wciąż bojowy nastrój: "Ks. Bonieckiemu, który próbował mu wytłumaczyć niezupełną stosowność wystąpienia na KUL-u, kazał się »pocałować w d... i odczepić«".

20 listopada 1969 r. Kaczmarska zrelacjonowała przebieg wizyty redakcji "TP" u kardynała Wojtyły, której celem było między innymi wyjaśnienie nieporozumień powstałych po odczycie Żychiewicza w Lublinie. Nic dziwnego, że w uwagach po spotkaniu Schiller napisał: "Przeprowadzić rozmowę z Żychiewiczem na temat jego obecnej sytuacji związanej z odczytem na KUL-u. [dopisek odręczny, prawdopodobnie przełożonego: "Proszę przedłożyć kier. Wydziału plan zakładanej rozmowy" - RG]".

Zwolennikom poglądu, że akta agenturalne są przysłowiową kupą siana (także tym, którzy bagatelizują wartość operacyjną donosów Sabiny Kaczmarskiej) powyższe akapity powinny - tak sądzę - dać do myślenia. Nim zacytujemy najdalej idący donos z tej serii, dajmy - dla uzupełnienia obrazu - parę przykładów innego nieco sortu. Ich wartość poznawcza nie jest wcale mniejsza niż poprzednich, tyle że ilustrują one inny aspekt życia w wydawnictwie. Redakcja "Tygodnika", jak każdy ludzki zespół, miała swoich trefnisiów i swoich śledzienników; tych co zawsze zachowywali dobre maniery i takich, którzy prowadzili się bardziej swobodnie; tych mniej i tych bardziej lubianych przez kolegów. Kilka poniższych przykładów w tym sensie dopełnia obrazu, a także dowodzi spostrzegawczości i silnego zakorzenienia Sabiny Kaczmarskiej w redakcji.

29 czerwca 1966 r. Kaczmarska mówiła Schillerowi o Tadeuszu Żychiewiczu: "Gdy rubrykę tę ["Pocztę Ojca Malachiasza" - RG] ograniczono a przede wszystkim zrezygnowano z systematycznego jej wykorzystywania, zarobki Żychiewicza sprowadzone zostały do normy, co wywołało jego wściekłość. Wyzywał i przeklinał po prostu »klechów«, którzy mu przeszkadzają. Żychiewicz b. zabiega o względy Turowicza. Jednak ten ostatni nie kwapi się do nawiązania z nim stosunków koleżeńskich. Turowicz nie lubi stylu Żychiewicza, bezpośredniego i jak na »Tyg. Pow.« zbyt ordynarnego, nie przebierającego w wyborze wyrażeń. Żychiewicz dużo zrobił, aby być z Turowiczem na ty. Doszedł do tego, ale nie zupełnie gładko to wychodzi".

W charakterystyce Żychiewicza przyniesionej na spotkanie 9 lutego 1967 r. napisała: "Jest człowiekiem chyba najpracowitszym w redakcji, umiejącym pracować w warunkach, które inni uważają za obłędnie trudne, jest także najwymyślniej przeklinającym pracownikiem »TP« (głównie wtedy, kiedy zjawiają się w »TP« siostry zakonne, których nie znosi) i najpiękniej śpiewającym - nierzadko własnego autorstwa piosenki i kuplety - urodzony paszkwilant. Ma 2 rodzaje hobby: 1) skrzydlate, t.zn. składa, skleja i maluje przysyłane przez Witolda Urbanowicza *[Witold Urbanowicz, pilot i as polskiego lotnictwa, dowódca legendarnego Dywizjonu 303 podczas bitwy o Anglię, po wojnie na emigracji konsultant lotniczy, autor wspomnień opublikowanych w 1971 r. przez Wydawnictwo Znak; Tadeusz Żychiewicz redagował tę książkę.] samoloty - ma podobno 250 różnych modeli; 2) zajmuje się numizmatyką i gromadzeniem krótkich serii ciekawych monet wydawanych obecnie".

14 czerwca 1968 r. Kaczmarska mówiła Schillerowi: "W poniedziałek 10 bm. była w red. »TP« grupa młodych Niemców z NRD - 6 osób (3 kobiety i 3 mężczyzn). Opiekował się nimi Pszon. Bortnowska przeprowadziła z nimi jakąś dyskusję na temat spraw wyznaniowych, czym Pszon nie był bynajmniej zbudowany. Stwierdził, że dawny zwyczaj więzienia kobiet zajmujących się nadmiernie teologią i wrzucania ich do wody wcale nie był najgorszy i dzisiaj by też mógł być wykorzystany - co odnosiło się niewątpliwie do Bortnowskiej".

Po tym rozluźniającym przerywniku (chociaż trzeba też pamiętać, że dla SB naprawdę nie było informacji nieważnych), wróćmy jeszcze raz do głównego wątku: donosów świadomie obciążających ludzi "TP".

Cytowany niżej dokument pochodzi ze znacznie późniejszego okresu, bo z 1977 r. Ta wielka przerwa w ciągłości dokumentacji wynika z charakteru zachowanych akt *[Tom pierwszy teczki pracy Sabiny Kaczmarskiej, obejmujący lata 1966 -1969 zachował się prawie w całości, pozostałe dwa tomy, za lata 1970 -1979, tylko w bardzo niewielkich fragmentach. Brak teczki pracy z późniejszego okresu współpracy.]. W roku 1977 Sabina Kaczmarska jako tajny współpracownik nosiła już pseudonim "Strzelec" a jej oficerem prowadzącym był wtedy porucznik Kazimierz Szczęśniak. Na spotkaniu 15 września 1977 r. poproszono t.w. "Strzelec" o skomentowanie wyników kontroli przeprowadzonej przez Urząd Miasta Krakowa w SIW "Znak", okazując jej stosowny dokument. Oto opinia Sabiny Kaczmarskiej: "T.w. zapoznał się z protokołami ustosunkowując się do punktów protokołu wydając swoją opinię. I tak:

- sprawa gratisów udzielanych przez wydawnictwo różnym osobom na bezpłatne egzemplarze książek i »TP« - t.w. nie daje wiary aby na wszystkie gratisy istniały wiarygodne dowody rachunkowe. Uważa, że tu pole do popisu przy uzyskiwaniu nielegalnych prywatnych dochodów na podstawie fikcyjnych rachunków ma C, A i D [rzeczywiste osoby zastępuję literami - RG]. Tutaj t.w. podała, że według informacji uzyskanej od @ [analogicznie - RG] wyłudzenia pieniędzy na powyższej płaszczyźnie przez C i D [analogicznie - RG] wynoszą miesięcznie ok. 30 tys. złotych.

- świadczenia socjalne - ze świadczeń tych mogą korzystać tylko wyłącznie pracownicy SIW. Jak wiadomo t.w. ze świadczeń tych korzystają ponadto członkowie rodzin niektórych pracowników jak E, F [analogicznie - RG] i inn., co jest niedopuszczalnym, obciążając tym samym koszty własne SIW.

- konserwacje, naprawy - dyrekcja SIW dokonała generalnego remontu i naprawy (adaptacja) garażu ob. G [analogicznie - RG], pracownicy administracyjnej »TP«, który to garaż jest dzierżawiony przez »TP«. Mąż wym. zatrudniony jest jako pracownik Wydziału Finansowego w Krakowie?? [tak w oryginale - RG] Samochody redakcji parkowane są w tymże garażu, a garaż własny »TP« wykorzystywany jest przez zięcia C, który parkuje tam prywatny samochód.

- koszty druku - Henryk Krzeczkowski z Warszawy od 1.03.1976 r. otrzymuje ryczałt wierszowy po 1700 zł. miesięcznie. T.w. twierdzi że Krzeczkowski oprócz stałego ryczałtu otrzymuje każdorazowo wynagrodzenie za nadsyłane wierszówki. Podobnie sytuacja przedstawia się ze Stanisławem Stommą, który oprócz ryczałtu wierszowego po 3500 zł otrzymuje każdorazowo wynagrodzenie za nadsyłane wierszówki.

- H [analogicznie - RG] zam. w Warszawie - zdaniem t.w. to »Martwa dusza«, podobnie jak I [analogicznie - RG], które otrzymują pieniądze za darmo, albo pobierają ich mężowie.

- J [analogicznie - RG] - t.w. pomimo podjętych kroków w kierunku ustalenia tej osoby do chwili obecnej nie wie, kto to jest. (...) Zdaniem t.w. to jeszcze jedna »martwa dusza« za którą pieniądze bierze ktoś inny.

- A otrzymuje co miesiąc po 2375 zł za nadzór nad drukiem w godzinach nadliczbowych, mimo iż sprawa nadzoru nad drukiem należy do jego zasadniczych obowiązków. Zdaniem t.w. A bardzo rzadko pracuje w godzinach nadliczbowych i otrzymywane wynagrodzenie jest czystym wyłudzeniem, którym może się dzielić z C.

- odnośnie repliki dyr. Nowaka w stosunku do wniosków protokołu dot. udzielania rabatów, w której dyr. Nowak stwierdza, że »udzielanie rabatów jest normalnie stosowane przy sprzedaży książek i z zarządem Instytutu uzgodnione« t.w. stwierdza, że wg. jej informacji tego typu sprawy nie są w ogóle [tak w maszynopisie - RG] uzgadniane z zarządem, a decyzje podejmuje osobiście dyr. Nowak czy Pawlus lub Ochęduszko.

- odnośnie kwestii przedstawiania umów na piśmie na prace zlecone dla niektórych pracowników redakcji zamiejscowych, materiałów redakcyjnych, świadczących o wykonywaniu przez wym. ich obowiązków t.w. stwierdza, że ich brak świadczy o matactwie dyrekcji. Wg. informacji t.w. na tego rodzaju prace konieczne jest zawarcie umów.

- straty nadzwyczajne - w dokumentacji księgowej figuruje kwota 6.041 zł straty spisania środków trwałych a to termy, fotela, regałów, maszyny do pisania - t.w. uważa, że dokonano tu oszustwa a przedmioty te przeszły na własność któregoś z pracowników dyrekcji.

- premie - premia za wydanie książki z dn. 14.05.1976 r. wręczona A w kwocie 3.540 zł jest kradzieżą.

- wypłaty za godziny nadliczbowe pracownikom umysłowym są czystą fikcją. Tą drogą dyrekcja stara się wynagrodzić niektórych pracowników za świadczone członkom dyrekcji prywatne przysługi. I tak np. wiadomym jest t.w. że L [analogicznie - RG] wynagradzany jest za godziny nadliczbowe w redakcji, a praktycznie zatrudniany jest prywatnie u C (...) przy pracach domowych".

W cytowanym wyżej dokumencie pomijam nazwiska większości jego bohaterów, chociaż można dyskutować, na ile wyrażane tu oceny Sabiny Kaczmarskiej były uzasadnione. Trzeba przede wszystkim pamiętać o jej uogólnionej podejrzliwości, która powodowała wyolbrzymianie niektórych zjawisk. Ponadto należy zwrócić uwagę na - wspomnianą już wyżej - specyfikę gospodarki realnego socjalizmu, w której "załatwianie" dostępu do dóbr i usług było sposobem radzenia sobie z powszechnym ich niedoborem. Stąd dysponowanie przez pracowników administracji, a niekiedy i redakcji "TP" pewnymi kwotami wydawanymi w celach służbowych "z kamizelki", nie musiało świadczyć o nadużyciach, jak chciała Kaczmarska. Płacenie niektórym autorom oprócz wierszówki także ryczałtu jest praktyką często spotykaną także dzisiaj, a tym bardziej było zrozumiałe wtedy - stąd zdecydowałem się nie anonimizować danych personalnych Henryka Krzeczkowskiego i Stanisława Stommy w kontekście tego zarzutu Kaczmarskiej. Nie anonimizuję też nazwisk Nowaka, Pawlusa i Ochęduszki w kontekście zarzutu o zarządzanie gratisami bez zgody zarządu, bo jest to błahy zarzut. Co do reszty nie czuję się na siłach rozstrzygać, czy było coś na rzeczy, czy też nie. Nie to jest jednak najważniejsze z interesującej mnie perspektywy. Najważniejsze jest - i dlatego publikuję ten dokument prawie w całości - że Sabina Kaczmarska najwyraźniej bez skrępowania mówi o swoich kolegach rzeczy, które (jeśli polegały na prawdzie) mogły ich zaprowadzić albo na ławę oskarżonych, albo wydać ich na łatwy łup Schillera i jego towarzyszy.

Streściłem najważniejsze dokonania agenturalne Sabiny Kaczmarskiej, chociaż z wielu wątków trzeba było zrezygnować - inaczej powstałaby monografia t.w. "Targowska"/ "Strzelec"/ "Jesion". Przywołane tu wypisy z donosów Sabiny Kaczmarskiej pochodzą, poza jednym wyjątkiem, tylko z tomu pierwszego jej teczki pracy (lata 1966 -1969), bowiem tomy drugi i trzeci są prawie w całości zniszczone, a dalszych w ogóle brak, chociaż przecież musiały istnieć. Ostatni cytowany donos pochodzi z 1977 r., lecz agenturalna działalność Sabiny Kaczmarskiej trwała znacznie dłużej. W Kartotece Ogólnoinformacyjnej znajduje się wzmianka, że wyrejestrowano ją w roku 1983 z powodu odmowy współpracy. Ta zapiska nie jest ścisła, jako że w dokumentach obrazujących "opracowanie" Edwarda Leśniaka ostatni donos t.w. "Jesion" pochodzi z roku 1985, a jego charakter jednoznacznie wskazuje na Kaczmarską jako na autorkę. Również z 1985 r. pochodzi donos t.w. "Jesion" w "opracowaniu" Barbary Gąsiorowskiej. Fundusz operacyjny Wydziau IV z lat 1984 -1988, a więc z okresu po formalnym wyrejestrowaniu Kaczmarskiej zawiera zapisy kilkunastu spotkań z t.w. "Jesion" - najpierw bez numeru rejestracyjnego, a następnie (od 5 marca 1988 r.) z numerem 31397. Rzecz wyjaśnia się po analizie dziennika rejestracyjnego. Z jego zapisów wynika, że materiały archiwalne oznaczone numerem 39192/1, a przynależne do Sabiny Kaczmarskiej, zostały 28 sierpnia 1985 r. na nowo podjęte i skojarzone z numerem rejestracyjnym 31397, którym to numerem oznaczony był tajny współpracownik "Jesion.

Wiele dokumentów z dossier Kaczmarskiej zostało zniszczonych, sporo jednak wiemy. Sabina Kaczmarska współpracowała od 1966 prawdopodobnie do 1988 roku; brała za współpracę regularnie pieniądze oraz okolicznościowe upominki; utrzymywała ze swoim pierwszym oficerem prowadzącym przyjazne, a może nawet ciepłe stosunki; w donosach nie cofała się przed podawaniem faktów (niekiedy zapewne przypuszczeń) mogących narobić jej kolegom i koleżankom potężnych kłopotów, włącznie z uczynieniem ich bardziej podatnymi na ewentualny szantaż ze strony SB. Gdyby baza źródłowa (teczki pracy) była pełniejsza i gdyby nie przyjęte tu założenia edytorskie, obraz współpracy Sabiny Kaczmarskiej ze Służbą Bezpieczeństwa byłby bogatszy. Zgódźmy się jednak, że i tak jest wymowny.

Po faktycznym ujawnieniu jej współpracy z SB w książce Marka Lasoty Donos na Wojtyłę *[W książce Lasoty t.w. "Targowska" występuje jako adiustatorka "Tygodnika Powszechnego" bez imienia i nazwiska.] Sabina Kaczmarska zamieściła w "Tygodniku Powszechnym" krótkie oświadczenie: "Wśród licznych kryptonimów tajnych współpracowników wymienionych w książce Marka Lasoty »Donos na Wojtyłę« (Znak 2006) znalazł się również kryptonim »Targowska», który nosiłam. Rozumiem, że wolą redakcji "Tygodnika Powszechnego" jest wyjaśnienie spraw, a nie ich zaciemnianie. Chcę więc oświadczyć: moim nieszczęściem stała się pewna praca magisterska, o której poprawienie mnie poproszono.

Jak się okazało, był to pretekst do nawiązania ze mną znajomości przez autora (o ile rzeczywiście był autorem) tej pracy, a w istocie -jak się okazało -funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Dopóki rozmowy między nami toczyły się o wszystkim i o niczym, nie przychodziło mi do głowy, że sam fakt rozmowy z tego rodzaju człowiekiem może szkodzić. Zrozumiałam to za późno, kiedy tematy zaczęły się groźnie konkretyzować. Poprosiłam więc w końcu lat 70. (i zostało to nagrane) o danie mi »świętego spokoju« i przerwanie rozmów. Moja decyzja wywołała wściekłość. Czułam wówczas i noszę do dziś tę bojaźń, że zemsta mnie nie ominie. Bogiem a prawdą, co ja mogłam takiego ważnego, poufnego czy tajnego dotyczącego redakcji przekazać mojemu rozmówcy? Starałam się innym nie szkodzić. Jednakże swoją ówczesną postawę oceniam co najmniej jako naiwność, lekkomyślność, nieroztropność, głupotę - jest to do dziś mój ból nie do przezwyciężenia. Dlatego wszystkich, którym przeze mnie mogła się stać jakaś krzywda, czy choćby z mojego powodu musieli się wstydzić czy zasmucić, bardzo, bardzo serdecznie przepraszam" *[Sabina Kaczmarska, "Przepraszam", "Tygodnik Powszechny" z 2 kwietnia 2006 r.].

Wkrótce po opublikowaniu tego oświadczenia, wiosną 2006 r. autor niniejszej pracy, znając już zawartość teczki pracy Sabiny Kaczmarskiej, zwrócił się do niej z prośbą o rozmowę. Wówczas nie była ona do niej gotowa, ale obiecała, że wrócimy do sprawy. Zmarła w Krakowie w roku 2007.





Lustracja i materiały archiwalne