Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Dziennik - 29 grudnia 2007

 

 

Cezary Michalski

10 kompleksów, z którymi boryka się mężczyzna

 

 

 

Kompleksy zwykle nabywamy w dzieciństwie, a tylko niektórzy z nas potrafią się ich pozbyć w życiu dorosłym. Dzieciństwem dorosłych dzisiaj polskich mężczyzn, czterdziesto-, pięćdziesięciolatków były bez wątpienia lata 80.

Dlaczego dzieciństwem, zapytają młodsi czytelnicy (bo starsi doskonale wiedzą), przecież dzisiejsi czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie mieli wówczas co najmniej dwadzieścia lat, a niektórzy nawet pod trzydziestkę? Otóż dlatego, że lata 80. zatrzymały nas wszystkich w procesie dojrzewania skutecznie i na całe dziesięć lat.

Na całą dekadę staliśmy się dziećmi, ze wszystkimi zaletami i wadami wieku dziecięcego. Mogliśmy np. bawić się w wojnę dziesięć lat dłużej, ale byliśmy też przez tak długi okres pozbawieni paru dorosłych przyjemności: władzy, wyrafinowanej konsumpcji, szybkich samochodów (zazwyczaj samochodów w ogóle). Także jak to dzieci mogliśmy zostać surowo skarceni, jeśli próbowaliśmy się stawiać. Tym, którzy nie wierzą, polecam piosenkę Kaczmarskiego "Przedszkole". Ona wyjaśnia tę kwestię bardziej wyczerpująco niż ja.

Dziesięć lat przymusowego dzieciństwa to wystarczająco długo, aby nabawić się kompleksów na całe życie.

Przewodnikiem po tej epoce, która do dzisiaj ma w psychice dorosłych polskich mężczyzn swoje następstwa, kimś, kto daje gwarancję obiektywności - bo mnie mogliby państwo nie uwierzyć, uznać za dziwaka - postanowiłem uczynić Marka Koterskiego. Jego film "Życie wewnętrzne" z 1986 r. mówi o życiu polskich mężczyzn w latach 80. więcej niż "Raport z oblężonego miasta" Zbigniewa Herberta. O wiele więcej.

1. Kompleks mieszkania w bloku

Michasia Miauczyńskiego, bohatera "Życia wewnętrznego", kompleks mieszkania w bloku dotykał na co dzień. Był on bowiem lokatorem łódzkiego "Manhattanu". Ale w blokach mieszkaliśmy wtedy w zasadzie wszyscy i wszyscy mieliśmy z tego powodu kompleks, rozmaicie po roku 1989 leczony. Przez jednych kupnem domu pod miastem na kredyt spłacany przez trzydzieści lat. Przez innych sublimowany, na przykład w literaturze.

Bo "małe ojczyzny" Huellego czy Chwina, Gdańsk zasypany przez poniemieckie pamiątki, Lublin ze śladami po żydowskim getcie, Wrocław jak drugi Lwów pachnący egzotycznym Wschodem - to wszystko są bzdury, wynalazki polskich mężczyzn leczących się z kompleksu blokowisk. Naszą jedyną prawdziwą wielką ojczyzną od Bałtyku do Tatr była wielka płyta. Winda się zacina, poza tym jest obsikana. Co najmniej przez psy, a z ogromnym prawdopodobieństwem także przez sąsiadów.

Ściany twojego mieszkania są z nadprzewodnika, z jedynego w swoim rodzaju, odkrytego przez przemysł budowlany realnego socjalizmu materiału przewodzącego dźwięki, a nawet je wzmacniającego. Dzięki temu odkryciu każda kłótnia sąsiadów staje się twoim udziałem. A zaśniesz tylko wówczas, kiedy nikt w bloku nie urządza imprezy. Oczywiście pamięć o tym pogarsza też twoje samopoczucie, kiedy to ty imprezujesz wbrew protestom sąsiadów.

2. Kompleks "prawdziwego mężczyzny z zagranicy"

To kompleks Amerykanina, Szweda, "oliwkowego", którzy byli nadludźmi na poziomie akademika, bloku czy nawet dzielnicy. Bo mieli dolary, paszport, lepszą cerę. Czasami byli także lepiej zbudowani. Mieli też obywatelstwo wolnego świata, które można było nabyć w drodze zamążpójścia. Ta akurat droga była dla polskich mężczyzn zamknięta. Związki partnerskie nie były znane władzom Peerelu i pod takim pretekstem nie dostałoby się paszportu, co najwyżej wyrok. Często kompleks "prawdziwego mężczyzny z zagranicy" polscy młodzi mężczyźni wyrażali przez fizyczną agresję wobec zagraniczniaków, niesłusznie myloną z rasizmem albo ksenofobią.

3. Kompleks bycia "nieseksy"

Z poprzedniego kompleksu wyrasta kompleks bardziej ogólny i głębszy. Że nie jest się obdarzonym nadmiernym seksapilem, przeciwnie, jest się wątłej budowy i ziemistej cery. Może ten kompleks dałoby się załatwić. Piciem soku z marchwi, kwarcówką czy wyciskaniem sztang.

Ale hantle i kwarcówki były w tamtych czasach "raczej dla gejów", których zresztą "gejami" jeszcze nie nazywano. No bo czy Zbigniew Herbert wyciskał? A Jacek Kaczmarski czy był opalony? Umięśnieni i zdrowi byli tylko mężczyźni z Zachodu - co odsyła nas niestety do kompleksu nr 2. Oni nawet w przeciwieństwie do nas bywali uzbrojeni. Umięśnieni i uzbrojeni byli Rambo i porucznik Cobretti - obaj zresztą grani przez tego samego Sylvestra Stallone'a, którego my, młodzi polscy mężczyźni po dwudziestce, naprawdę w niczym wówczas nie przypominaliśmy. Nawet jeśli był naszym idolem.

4. Kompleks brzydkiej albo niewiernej partnerki

Kompleks nr 4 bierze się z lęku, że moja partnerka będzie albo bezpieczna i brzydka, albo atrakcyjna, a wtedy ktoś mi ją bez wątpienia zabierze (patrz kompleks nr 2). Michaś Miauczyński ma żonę, która jest znerwicowana i nieatrakcyjna, ale zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa, bo po prostu nie może swojego nieatrakcyjnego partnera opuścić.

Nikt inny jej nie będzie chciał. Miauczyński też w gruncie rzeczy jej nie chce, ma w dodatku sąsiadkę, bardzo seksowną, o której wciąż marzy. Ale wie, że ona nigdy by go nie zechciała, a jeśliby nawet jakimś cudem, to przy pierwszej lepszej okazji zostawiłaby go dla innego.

Lęk przed konkurowaniem o atrakcyjną kobietę miał czasami także swoje rozwinięcie w lęku przed konkurencją w ogóle, a zatem w lęku przed konkurencją zawodową, wolnorynkową itp. Tak pogłębiony i rozbudowany kompleks brzydkiej albo niewiernej partnerki stać się może przyczyną niebezpiecznych antyliberalnych frustracji.

5. Kompleks braku samochodu

Nabywało się go z oczywistych powodów. Na kupno w latach 80. samochodu mieli jakieś minimalne szanse co najwyżej nasi rodzice, o ile oczywiście dziesięć lat wcześniej, w epoce gierkowskiego skoku ustawili się w specjalnej kolejce po małego lub dużego Fiata. Niektórzy z nich w połowie lat 80. dochodzili już do okienka i odbierali kluczyki do swojego marzenia. Ale przejechanie się pożyczonym samochodem ojca, kiedy ma się, powiedzmy, dwadzieścia pięć lat, to żadna skuteczna terapia. Zaledwie plasterek na krwawiącą ranę, łagodzenie bólu.

6. Kompleks wzmacniacza

Inny kompleks związany z luksusową konsumpcją to oczywiście kompleks wynikający z nieposiadania dobrego sprzętu nagrywająco-odtwarzająco-nagłaśniającego. Co zabawne, kompleks ten dopadał nawet ówczesnych kontestatorów, hipisów i punków wystrzegających się burżuazyjnych konsumpcyjnych pokus jak ognia.

Pamiętam jak kompleks wzmacniacza dopadł w okolicach 1983 r., w czasie dla luksusowej konsumpcji chyba najtrudniejszym, punków z Torunia, którzy wcześniej pogardzali nawet lepszymi papierosami i alkoholami - z przyczyn ideologicznych. Jednak w pewnym momencie zaczęli nagle wszyscy dyskutować o "poziomach przenoszenia" i "częstotliwościach".

Jakby Sex Pistolsów rzeczywiście nie dało się słuchać na rzężącym przenośnym Thompsonie. Jednemu z naszych punków, właściwie liderowi miejscowej subkultury, jego tata, właściciel prywatnego zakładu zegarmistrzowskiego, kupił pierwszego w okolicy Radmora. A potem już jakoś poszło. I po paru latach słuchanie The Cure na wypasionym zestawie Sony'ego nie należało do doznań tak kompletnie w moim mieście niespotykanych. Wystarczyło, żeby któryś z rodziców wyjeżdżał na kontrakty do Libii lub Iraku. Pomagając tamtejszym tubylcom budować broń atomową albo przynajmniej ich lecząc.

7. Kompleks Peweksu

Pierwszy raz w życiu upiłem się do nieprzytomności whisky kupioną w Peweksie za bony. Bony miała koleżanka, której ojciec pracował jako lekarz w Iraku. Pierwszy raz w życiu paliłem camele kupione w Peweksie za bony. Mógłbym tak wymieniać długo. Może dlatego potem Peweksem wydawała mi się nawet "Literatura na Świecie". Mogłem tam pierwszy raz w życiu przeczytać obszerne fragmenty luksusowych zachodnich książek, do których w całości nie miałem mieć dostępu jeszcze przez co najmniej dziesięć lat.

8. Kompleks polskiej klęski

Teraz przechodzimy do prawdziwego hard core'u. Do kompleksów najbardziej niematerialnych, zbiorowych, niezdrowych i trudnych do wyleczenia. Koterski w swoim filmie wspomina o nich aluzjami, półgębkiem. Wiadomo, cenzura. Otóż przygniatającym kompleksem jest dla polskiego mężczyzny kompleks polskiej klęski, a także konieczność tej klęski nieustannego rozpamiętywania.

Pamiętam opowieść pewnego dziennikarza z "Tygodnika Powszechnego", który w drugiej połowie lat 80. został wysłany jako korespondent, aby opisać Polakom przebieg papieskiej pielgrzymki po Europie Zachodniej.

Jego koledzy, zachodni dziennikarze, pisali swoje korespondencje na żywo, na laptopach, a potem przesyłali je przez jakieś satelitarne łącza do swoich redakcji, podczas gdy on spokojnie zapisywał swoje spostrzeżenia w notesiku. Po czym spędził dzień w pociągu do Warszawy, drugi dzień w pociągu z Warszawy do Krakowa. Wreszcie dotarł do redakcji i na redakcyjnej maszynie napisał reportaż. Pisanie trwało długo, bo zamiast pozwolić mu pracować, koledzy wciągnęli go do roznamiętniającej całą redakcję dyskusji: czy powstanie listopadowe miało szanse? Oczywiście, powstanie listopadowe nie miało żadnej szansy. Także kompleksu polskiej klęski nie można było się pozbyć, pozostając w Polsce. Stąd też u wielu polskich mężczyzn pojawił się kolejny kompleks - kompleks emigracji.

9. Kompleks emigracji

Ten kompleks jest odpowiedzią na kompleks polskiej klęski. Może nieco uproszczoną, na skróty, ale w latach 80. jedyną masowo dostępną. Kto nie wyemigrował, ten nie żyje. Jest nieudacznikiem i w kraju przegranych spędzi całe życie. Przez całe życie będzie słuchał przemówień Jaruzelskiego, oglądał "Dziennik Telewizyjny", ewentualnie chodził na msze za ojczyznę i kolportował bibułę. Ten styl życia atrakcyjny przez pierwsze miesiące stanu wojennego, rok czy dwa później stawał się koszmarem jako perspektywa spędzenia tak całego życia. Emigracja była naturalnym wyjściem z sytuacji bezwyjściowej.

Ten kompleks dopadał nawet najbardziej uduchowionych. Pamiętam kolegę z krakowskiej polonistyki (specjalizacja filmoznawstwo), którego bardzo długo na emigrację wcale nie ciągnęło. Kolportował bibułę, pojawiał się na wszystkich krakowskich manifestacjach, a na ludzi stojących w kolejkach po paszport popatrywał z niejaką wyższością. Wyglądało na to, że on rzeczywiście nie pojawił się na tym padole po to, by korzystać z życia, ale jedynie, "aby dać świadectwo".

I tak by spędził całe lata 80., gdyby nie pewien przypadek. Otóż jako wybijający się w nauce student filmoznawstwa kolega ów dostał pewnego razu zaproszenie na międzynarodową sesję naukową w Mediolanie. Uniwersytet Jagielloński, instytucja wpływowa nawet w PRL, pomógł mu w załatwieniu paszportu i wizy, wówczas dóbr nader rzadkich. Po powrocie ze swojej zaledwie trzydniowej wycieczki nasz kolega zmienił się nie do poznania. Podczas wieczornych imprez w podzielonej na pokoje do wynajęcia piwnicy jednej z podkrakowskich willi zamiast nowego wydania "1984" Orwella z przejmującymi ilustracjami Lebensteina czy innych bezdebitowych rarytasów zaczął nam pokazywać zdjęcia, które zrobił na dachu mediolańskiej katedry.

Nam te zdjęcia niewiele mówiły. Kadry były dość przypadkowe, tu gotycki maszkaron, tam zaułek muru, no i mocno nieostra panorama miasta gdzieś w dole. Jednak nasz kolega był jak w gorączce. Pokazywał palcem na te widoczki i powtarzał głosem człowieka, którego właśnie dopadł heroinowy głód: "Nie macie pojęcia, jak tam jest, nie macie pojęcia...".

Kilka miesięcy później pod pretekstem jakiejś kolejnej sesji naukowej znów załatwił sobie paszport i wyjechał na stałe. Chcąc trafić do Europy Zachodniej, Stanów czy Kanady, utknął na kilka lat w Grecji w oczekiwaniu na wizę emigracyjną. Każdego lata pracował przy zbieraniu mandarynek, a ponieważ mandarynki stanowiły także jego całą dietę, dostał wrzodów żołądka, na które wysyłaliśmy mu załatwione w Polsce lekarstwa.

Jako osoba oczekująca na wizę nie miał ubezpieczenia zdrowotnego. W końcu ten polonista z filmoznawczą specjalizacją dotarł do Nowej Anglii, gdzie przekwalifikował się na programistę komputerowego. Jego nowy zawód pozwolił mu w latach 90. przyjechać parę razy do Polski. Wyłącznie w sprawach zawodowych.

10. Kompleks pięknej śmierci (i jego podszewka, czyli kompleks brzydkiego przeżycia)

O ile kompleks polskiej klęski i będący jego konsekwencją kompleks emigracji były jeszcze jakimś kompromisem zawieranym przez polskiego mężczyznę z naturalnym i zdrowym popędem życia, to kompleks pięknej śmierci nie pozostawiał żadnego miejsca na taki kompromis.

Wielu z nas miało kompleks z tego powodu, że nie zginęliśmy w żadnym powstaniu ani nawet w nim nie walczyliśmy. Może najbliżej realizacji tego marzenia byliśmy wiosną 1981 r., kiedy z jednej strony robotnicy grzali się do strajku generalnego, a z drugiej, podobno, grzały się czołgi - rosyjskie i te z LWP.

Kompleks pięknej śmierci zupełnie świadomie podsycał w nas Zbigniew Herbert, przypominając na każdym kroku, że "ocaleli niegodni" ("Do Apollina"), a "poza tym jak zwykle handel i kopulacja" ("Pan Cogito o postawie wyprostowanej"). Z kompleksu pięknej śmierci próbował nas z kolei leczyć Czesław Miłosz, twierdząc polemicznie w stosunku do Herberta, że "jesteśmy lepsi od tych, co zginęli" ("Dziecię Europy"), choć i on niestety, żeby nie wyjść na jakiegoś kolabo, zaprawiał tę pożyteczną refleksję jadem ironii.

Wzorcami dla kompleksu pięknej śmierci byli oczywiście Baczyński, Gajcy, Trzebiński, a z przykładów świeższych - czołowi liderzy opozycji demokratycznej. Ci ostatni w zasadzie pozostawali przy życiu, co znacznie umniejszało ich piękno w naszych oczach, jednak ich codzienne męczeństwo, o którym dowiadywaliśmy się z Radia Wolna Europa, czyniło z nich przynajmniej postaci graniczne, które wypadało choćby tolerować.

Kompleks pięknej śmierci albo przynajmniej pięknego męczeństwa w wielu z nas pozostał do dzisiaj. Jest trudny do zaspokojenia, bo życie codzienne w społeczeństwie cywilnym nie dostarcza zbyt wielu, a właściwie żadnych okazji do bohaterskiej śmierci lub wyrafinowanego męczeństwa. Dlatego też pojawiła się specyficzna forma zaspokajania tego rodzaju potrzeb przez ogólnodostępne, nawet w społeczeństwach budujących liberalizm, substytuty męczeństwa.

Niektórzy inteligenci o raczej postępowych poglądach doznają męczeństwa z rąk ojca Rydzyka. Niektórych najbardziej upolitycznionych katolików zaspokaja z kolei codzienne męczeństwo z rąk Donalda Tuska. Neokonserwatyści zadowalają się męczeństwem ze strony marksistów, feministek i relatywistów. Dla jednych męczeństwem jest utrata własnego talk-show w telewizji lub choćby groźba utraty, dla innych - upadek gazety, w której mogliby czytać teksty ludzi myślących tak samo jak oni. Ale męczeństwo przeżywane symbolicznie, w mediach czy podczas zażartej dyskusji na urodzinowej imprezie, to oczywiście nie jest prawdziwe bohaterstwo i prawdziwego kompleksu pięknej śmierci (i brzydkiego przeżycia) nigdy nie usunie.

Zanim będę wyleczony

Zygmunt Freud rozpoczynał leczenie nerwic, tłumacząc swoim pacjentom, że to, co ich spotyka, nie jest niczym nadzwyczajnym. Że jest to cierpienie powszechne, niejako banalne. Słysząc to, jego pacjenci dostawali szału. Był to ich pierwszy mechanizm obronny, bo bardzo często choroba jest jedynym naszym skarbem, którego tak naprawdę wcale nie chcemy się pozbyć.

A jednak polski mężczyzna swoją kurację musi kiedyś zacząć. Choćby od stwierdzenia, że jego kompleksy to w gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego. Ot, zwykłe problemy mężczyzn z peryferii cywilizowanego, bogatego świata. Głośny francuski pisarz Michel Houellebecq opisuje je wszystkie w swojej skandalizującej powieści "Platforma" na przykładzie tajskich mężczyzn, którzy nieleczeni od wieków stali się w końcu dla swoich partnerek, tajskich kobiet, tak bardzo nieznośni, że owe spragnione normalności kobiety łowią zagranicznych turystów i wychodzą za mąż, aby nie być już zabawką w rękach nieudanych facetów.

Nawet kompleks pięknej śmierci (i brzydkiego przeżycia) nie jest w dzisiejszym świecie niczym wyjątkowym, choć są oczywiście kraje i całe cywilizacje, gdzie nauczono się ów kompleks leczyć nie przez wspólne czytanie bezdebitowej poezji, ale z użyciem karabinów czy bomb przymocowanych do ciała. Kuracja skuteczniejsza, choć bardziej ryzykowna dla osób trzecich, które wcale nie muszą się leczyć, bo są całkiem zdrowe.

Z kompleksów polskiego mężczyznę wyleczyć może religia (choć osobiście uważam takie jej zastosowanie za nieco bluźniercze) czy ideologia (chociaż za ten typ kuracji płaci się nadmiernym zdyscyplinowaniem, a co za tym idzie - pewnym uproszczeniem własnego umysłu).

Ale najpewniej wyleczy nas z tych wszystkich kompleksów powrót do normalnego życia ("i w nowy życia strumień wstąp", Zbigniew Herbert, "Prolog"). Z kompleksu peryferii wyleczy tylko znalezienie się w centrum, dostanie do ręki tych samych zabawek, którymi od lat zupełnie swobodnie bawią się nasi rówieśnicy z Londynu, Paryża czy Bonn. Bo przecież my też na nie zasłużyliśmy.

Jesteśmy już na tej drodze całkiem zaawansowani. Jeszcze jeden wysiłek, polscy mężczyźni! A wtedy całą naszą przeszłość, lata 80., kiedy nabawiliśmy się dziesięciu naszych kompleksów, będziemy mogli z pełną satysfakcją oddać pod opiekę Instytutu Pamięci Narodowej. Ja sam zrobię to chętnie, bo do moich kompleksów nie czuję żadnego przywiązania.






kilka tekstów Cezarego Michalskiego