Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!




Publicystyka, reportaż, wywiad










Zmarła niedawno tragicznie Barbara Łopieńska miała cudowną technikę przeprowadzania wywiadu. Udawała blondynkę. Co do tego stopnia rozluźniało pytanego, że mówił rzeczy wstydliwie skrywane. Maria Janion przyznaje, że godny utrwalenia jest wirtualny lot z nieudolną świnią. Komu innemu przyznałaby się do tego?

 

 



*** z profesor Marią Janion rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica

...Tuż przed Pani przyjściem zrobiłam wycinek. Schowałam pod tą stertą papierów, żeby go Pani nie zobaczyła, ale teraz jednak Pani pokażę.
"W kosmosie z nieudolną świnią". Z dodatku "Supermarket" "Gazety Wyborczej".
- No i czy może mi Pani powiedzieć, po co to wycięłam?
Ja wycięłam kiedyś "Jak lepią bałwany znani i lubiani". To było o tym, jakie bałwany lepią znani aktorzy. A wycinek Pani Profesor jest właściwie o czym?
- Wchodzi się do takiej maszyny i przeżywa szaloną jazdę na nartach, jakiś spływ kajakowy, a w pewnym momencie okazuje się, że Pani udaje się w kosmos, a pojazdem kieruje świnia, która zupełnie nie daje sobie z tym kierowaniem rady i ten pojazd ciągle się rozwala.



 

 





*** Instytut a jednostka ludzka
- z profesorem Leonem Kieresem rozmawia Barbara N. Łopieńska

Res Publica

...Miał Pan ochotę na kolację?
- Zawsze mam ochotę na jedno danie. Żona odgrzewa ziemniaki, smaży je na czarno, bo tak lubię, do tego zsiadłe mleko lub kefir i dwa sadzone jajka. Jestem szczęśliwy, bo mam poczucie, że wreszcie jem coś porządnego. Już od osiemnastej zacząłem odbierać telefony, a pierwszą osobą, która do mnie zadzwoniła, był premier Leszek Miller. Musiał się natrudzić, bo zostawiłem komórkę w samochodzie. Niech się pan trzyma, powiedział.

 

 

 





*** Karol w brązowej marynarce nie wchodzi
- z Tomaszem Łubieńskim rozmawia Barbara N. Łopieńska

Res Publica

...A teraz inny przykład przeżyć człowieka piszącego. Miałem kiedyś sukces jako dramaturg na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Sztuka Koczowisko była oklaskiwana. Naprawdę, kto raz usłyszy oklaski pod swoim adresem, nigdy nie będzie niewinny, a jego ambicja już nigdy nie zazna spokoju. Na widowni, jak to się mówi, byli wszyscy. A ja nic tylko rozglądałem się wokół i szukałem swojego kolegi, Janusza Głowackiego. Szukałem i nie znalazłem. Bardzo chciałem się z nim podzielić swoją radością. Potem jeszcze mnie dobił, bo spytałem go: czemu żeś nie przyszedł? A on mi odpowiedział, że w tym samym czasie była degustacja spaghetti u ambasadora włoskiego.
Ja chyba tego nie napiszę.
- Dlaczego? Ja w każdym razie nigdy mu tego nie zapomnę, bo rozczula mnie i bawi moja ówczesna nadwrażliwość na innych. Owe dwie godziny z oklaskami włącznie, były dla mnie pełne przykrości. Że ten czy tamten nie przyszedł, a ów dla odmiany wyszedł po przerwie.

 

 

 







*** Struktura - z profesor Jadwigą Staniszkis rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica

Ma Pani jakiś rytuał pracy?
- Nie mam żadnych. Najpierw spisuję luźne pomysły na luźnych kartkach, często na biletach kolejowych, serwetkach, potem je gubię, a jeszcze potem rozpisuję pomysł na kilka stron. To schemat ze strzałkami i już wydaje mi się, że widzę cały problem i te strzałki. Potem piszę, a zaczynam czytać wszystkie książki wokół tematu, kiedy napiszę swoje, żeby się nie sugerować. Ludzie mi często zarzucają, że moje analizy są zamknięte we własnej przestrzeni i że są niewywrotne, bo nie odnoszą się do innych analiz. A nie odnoszą się, bo innych nie czytam. Nie znoszę czytać książek o postkomunizmie, bo uważam, że to wyłącznie moja własna sprawa do rozwiązania. Powiem wprost: nie interesuje mnie postkomunizm, interesuje mnie bardzo, co sama napiszę o postkomunizmie.

 

 







*** Korkociąg w dół - Z Jerzym Baczyńskim, redaktorem naczelnym tygodnika "Polityka", rozmawia Barbara N. Łopieńska
Res Publica - maj 1997

- Jak to jest, że w czasach, w których profesjonalizm jest niby w cenie, tak dramatycznie spada jakość przekazu. Panienka w telewizji publicznej mówi, że Piłsudski wycofał się do Milanówka - i bynajmniej nie jest to przejęzyczenie.

- Paradoksalnie, obniżyły się wymagania zarówno w poszczególnych mediach, jak i w całym środowisku dziennikarskim. Może dlatego, że wypowiedź publiczna nie ma już takiej wagi jak choćby dziesięć lat temu. Dziś błąd dziennikarski przy tym gigantycznym szumie informacyjnym, którego połowa pozbawiona jest sensu, ładu i składu, nie ma już znaczenia. Zbanalizował się. Brak profesjonalizmu wynika też z niskiego stopnia wykształcenia dziennikarzy. A przecież to zawód, który wymaga nieustannego kształcenia się, z tekstu na tekst, ruchliwości - fizycznej i umysłowej. Tu trzeba pracować całym ciałem. Młodsi koledzy często traktują swoją profesję zbyt utylitarnie. Ot, zawód jak zawód. Nastąpiła jego anonimizacja. Kiedyś był to zawód gwiazd, nazwisk; teraz gdyby nam przyszło wymienić nazwiska dziennikarzy, którzy pracują w wielkich - pod względem nakładu i pozycji rynkowej - pismach mielibyśmy spore kłopoty. Dwa, trzy nazwiska, często znane z przeszłości.

 

 








*** Barbara N. Łopieńska - Taka jest moja domena
Res Publica

...Idę, patrzę i nie widzę. No to pytam: gdzie posłuchać, czym żyje opinia publiczna w gminie Zatory? - Posłuchać, co wójt mówi - radzi pani Teresa Rzadkowska, naczelnik poczty. - On jest jedyny. Bo ona to co? - Kto by mi - mówi - rację przyznał? Powiedzieliby: dziewczyno!!! - pani Rzadkowska siedzi na poczcie od 35 lat. Siedzi cicho i spokojnie, bojąca jest i samotna. Pocieszam i dla ułatwienia pytam, co na tej poczcie słyszy.

 

 








*** Barbara N. Łopieńska - Łapa w łapę

...Hasan jest bratem Wenusa i jego przeciwieństwem. Najmniejszy i najgłupszy. Ciągle zaczyna z innymi tygrysami, a potem płacze: uszy spuszczone, oczka przymrużone. Chciałby zdobyć choć trzecie czy czwarte miejsce za Wenusem, ale jest za słaby. Waży tylko dwieście pięćdziesiąt kilo. Chciałby zrobić karierę i nie rozumie, że mu się nie uda. No, kompletnie to do niego nie dociera.

 

 








*** Barbara N. Łopieńska - Ulica Brzeska

...Kiedy Heniek został sierotą, sąsiadki gotowały w jego suterenie flaki na bazar. Maroniowa przywoziła z rzeźni dwieście kilo flaków z fekaliami, płukała w zlewie, ściągała błony i gotowała od osiemnastej do trzeciej rano na wolnym ogniu. Potem wystawiała flaki na klatkę schodową, żeby odparowały, siekała i doprawiała margaryną z zasmażką z mąki. Zdarzało się, że nie sprzedane flaki puchły. Wtedy Maroniowa gotowała je kilka razy i niosła na bazar. Takich flaków nigdy Heńkowi nie dała. - Dziś, Heniuś, flaki nie dla nas - mówiła.

 

 








*** Barbara N. Łopieńska - Co mamy na Ząbkach

...- Piją i kradną, kradną i piją - ryczy ze śmiechu były przewodniczący Kupiec. Pan Kupiec mówi, że w restauracji "Gościnna" zakończył karierę, pomińmy jego nazwisko, inny z byłych przewodniczących. Tak się zabalował, że postawił na stole Cygankę i, pardon, ściągnął jej widelcem majtki. Nic by nie było, gdyby nie to, że ktoś ukradł przewodniczącemu teczkę z dokumentami i powiózł do powiatu.











*** Marcin Meller - Serce zdrajcy
Polityka - 7 I 1995 r.

...Wieczorem tego samego dnia Malan pojechał, jak zwykle, do swych czarnych przyjaciół, by z pomocą whisky odpędzać zżerające go wątpliwości. Tej nocy powietrze wokół naszego stołu było gęste od myśli nie wypowiedzianych i niemożliwych do wypowiedzenia. Nie mogłem po prostu powiedzieć: Słuchajcie bracia, pod wpływem dzisiejszych wydarzeń przyszło mi do głowy, że Burowie mogą mieć rację - jeśli nie będziemy was, Czarnych, trzymać mocno pod butem, to wszyscy chwycicie za siekiery i rzucicie się na nas, rycząc: Afryka! Afryka! Oni także skrywali swoje uczucia. Jak mogli nie utożsamiać się z krwawym mścicielem? Nawet ja, Biały, wyczuwałem tę furię, która kazała mu wbijać siekierę w białe czaszki.


Mój Boże, mieć taki talent reporterski i skończyć w roli pajaca z warszawki! Mógł być Meller następcą Kapuścińskiego a został promotorem cycatych blondynek. Jakie czasy, taka i kariera.












Krzysztof Kąkolewski





*** Krzysztof Kąkolewski - Dziennik tematów

...Napad szaleństwa - trzech mężczyzn o dobrej opinii, normalnych, przeciętnych, po wesołej zabawie doznało dziwnego ataku: schwytali Jerzego M. okradli go, obdarli z ubrania do naga, zaciągnęli na cmentarz, kazali bezcześcić groby, potem przyłożyli nóż do gardła i kazali popełnić samobójstwo: "Powieś się, bo cię zabijemy". Wykorzystując chwilę nieuwagi, uciekł im. Złapali go powtórnie i zaczęli przepraszać, całowali po rękach, trzy godziny przekonywali, by się "nie mścił".









*** Krzysztof Kąkolewski - Zabawa w Agnieszkę

...Po spaleniu wszystkich melin błąkałam się cztery dni, ciągle na nogach, usypiając, szłam pod prąd jakiejś ulicy, kiedy nagle zobaczyłam znajomą twarz. Był to Czarek, syn spokrewnionego z królami potężnego przed wojną rodu. Czarka poznałam piętnaście lat temu, co wydaje mi się odległe jak średniowiecze. Spojrzał na mnie, zobaczył, że dzieje się ze mną coś złego. "Chodź do nas" - powiedział. Po dawnej świetności zostało im pięciopokojowe mieszkanie. Mieszkali w dawnym salonie. Trzy pokoje, nie sprzątane, zapełnione meblami z pałacu, rupieciami, składnicą nie wyniesionych śmieci, po kolei zamykali. Piąty zajmował sublokator. Wierzyciel, od którego Czarek pożyczył dużą sumę i nie oddawał, sprowadził sublokatora. Miał mieszkać sześć lat i płacić czynsz wierzycielowi. W dawnym salonie mieszkała matka Czarka, Czarek z żoną, czworgiem małych dzieci i dorosłym synem z pierwszego małżeństwa. Za przepierzeniem mieszkał przyjaciel Czarka, który ukrywał się przed żoną; zakochał się w dziewczynie imieniem Ilona i sprowadził ją. Obok ułożono moje posłanie. Oni nie myli się, chodzili w nędznych ubraniach, mieli zaniedbane zęby, głodowali. Raz na tydzień, w czwartek, był ich "jour fixe". Zbierali się tam ludzie, którzy ongi bywali na zamku, przynosili ze sobą jedzenie.









*** Krzysztof Kąkolewski - Pierwszy żołnierz III wojny

...Zrobił sobie karty, w które grał z sobą. Skarżył się, że często przegrywa. Zbliżył się do zwierząt: jego wzrok ciągle się polepszał, a słuch wychwytywał bardzo dalekie szmery i pozwalał je rozróżniać. Zabijał też zwierzęta, chwytając je przedtem, bo bał się strzelać. Jadał dużo dziczyzny. Jeden z ludzi, na którego polu zostawiał gałązkę świerku, był przezeń wzywany tylko po to, by z nim porozmawiać, ale Andrzej K. milczał i ciągle nasłuchiwał. Ten człowiek czasem golił go i przystrzygał włosy. Przynosił mu też czas. Według jego zegarka Andrzej K. regulował swój zegarek i dowiadywał się dokładnej daty. Czasem dziwił się, że to ciągle tamten stary rok, i niecierpliwił się, innym razem zadziwiał go nagły postęp czasu.









*** Krzysztof Kąkolewski - Barwy hetmanów i czerń SS

...Jak twierdzi Kalkstein, już w czasie początkowych przesłuchań gestapowcy wytykali mu, że pochodzi ze starej niemieckiej szlachty i pokazywali broszurę propagandową NSDAP o wschodniopruskiej szlachcie, gdzie na pierwszym miejscu był wymieniony ród Kalksteinów. Jednak oświadczenie jednego z asów podziemnego wywiadu AK, że czuje się Niemcem, wywołało sensację na Szucha. Natychmiast zawiadomiono Berlin. Sprawę uznano za tak wielkiej wagi, że zjechała specjalna komisja z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy z Berlina w składzie pięciu urzędników i trzech stenotypistek. Kalksteina nie zwolniono, zaczęto go jednak inaczej traktować. Stenotypistki zaczęły swoją pracę: protokół zupełnego oczyszczenia się Kalksteina wobec Niemiec: wszystko, co zawierała jego pamięć jako Kalksteina-Polaka, wyrzuca z siebie. Wydaje swój sztab, swoich agentów wszystkich narodowości z zaznaczeniem na mapie Europy ich punktów kontaktowania, pseudonimów w dziesięciu krajach - i wreszcie zwierzchników - wyższych oficerów wywiadu AK, z którymi Kalkstein miał kontakty. Liczbę osób w tej wsypie niektórzy obliczają na dwieście do trzystu. Jednakże główna nadzieja, jaką wiąże z Kalksteinem Erich Merten, oficer gestapo, który przesłuchuje Kalksteina - to nadzieja, że teraz uda mu się aresztować Komendanta Głównego AK, generała Grota.









*** Krzysztof Kąkolewski - Rozkaz zabić anno 1911

...Osobliwa ta spowiedź człowieka, który wysłuchał tysięcy pątników, przed urzędnikiem c.k. policji zaczęła się od opowiadania o innej spowiedzi, jaka odbyła się w Częstochowie, trzy lata wcześniej, latem 1907 roku. Jaki grzech wyznała penitentka, dwudziestokilkuletnia telefonistka z Łodzi, Helena Krzyżanowska, że tak szczególnie zainteresowała o. Damazego? W czasie procesu w ostatnim słowie Helena mówiła o tej spowiedzi: "Uwiódł mnie mężczyzna. Nie chciałam żyć. Odwiódł mnie od śmierci spowiednik. Był nim o. Damazy". W kilkanaście minut potem następuje pierwsza schadzka z penitentką na historycznych wałach. Taki jest początek romansu. Powoli piękna Helena przechodzi na utrzymanie paulina, który obsypuje ją pieniędzmi, klejnotami, strojami, a potem wynajmuje mieszkanie w Warszawie, które mebluje luksusowo mahoniowymi meblami, fortepianem. Spłaca wielotysięczny dług ojca Krzyżanowskiej, wreszcie, przy bardzo wystawnym trybie życia (koniaki, kawior, wina francuskie), umożliwia, aby jej dwa konta bankowe zamknęły się w chwili aresztowania sumą szło 12 tysięcy rubli. Kaseta z kosztownościami skonfiskowana przez policję zawierała: 7 pierścionków z brylantami, bransolety, brosze, złoty zegarek, dużą ilość złotych monet. Zakochani odbywają trzy wielkie podróże po Europie w towarzystwie "świty": siostry Heleny i lokaja Załoga.









*** Krzysztof Kąkolewski - Antyczłowiek (Karol Kot)

...Urodził się 18 grudnia 1946 roku, czy jednak na jego wyobraźnię nie wpłynął najstraszliwszy pomysł świata? Marzy o czasie, "gdyby znów nastąpiła wojna i okupacja"... Zaproponował koledze, żeby został wtedy kierownikiem obozu koncentracyjnego - i tu użył języka niemieckiego - "lagerfuehrerem". Byłby w tym obozie podział na morderców, transportowców, młynarzy, którzy by mełli kości, i handlowców, którzy by sprzedawali produkty obozowe.









*** Krzysztof Kąkolewski - Jak umierają nieśmiertelni

...(Polański) już jako dziecko grał na scenie, w teatrze w Krakowie: jako elf, dziecko pułku, aniołek. Tylko Rynek oddziela jego dom od miejsca, koło którego często przechodził, a gdzie niedługo przed jego urodzeniem Kraków powrócił na dzień do czasów, gdy był centrum wiedzy tajemnej i studiował tu Faust. Poszła wieść przez Kraków. Byli tacy, co w oparach bezsensu, przywidzeń i grozy uwierzyli w nią. Wydarzenie opisuje w "Czarach i czartach polskich" Julian Tuwim: "W klinice ginekologicznej na Kopernika dziesięcioletnia Żydówka porodziła diabełka z rogami, kopytkami i ogonem". Niektórzy mówili, że widzieli go na własne oczy, przykutego łańcuchem w parterowej sali kliniki. Kiedy chciano go ochrzcić - mówiono - błyskawica rozdarła obłoki i przeleciała nad kościołem, który zatrząsł się w posadach, a księdzu wypadło kropidło z ręki. Doktorzy próbowali otruć diabła. Na próżno dawali mu najsilniejsze trucizny, one karmiły go, wzmacniały jego siłę. Ludzie biegli ku ulicy Kopernika. Tłumy tarasowały ulicę. Pod wieczór wzrosły do kilku tysięcy. Zaczął się szturm do kliniki. Przyjechała policja, szarżowała, tłumy rozproszyły, się, potem wróciły, czekały do późnej nocy, kiedy rozeszła się wieść, że diabeł został wywieziony do Berlina.

 

"Jak umierają nieśmiertelni" to reportaż o Wojciechu Frykowskim, ofierze mordu (wraz z Sharon Tate, żoną Polańskiego) bandy Mansona. Tekst będący klinicznym przypadkiem przekraczania pewnej granicy przez reportera.

Tekst został napisany dwa lata po roku 1968, i, choć nie jest to rzecz jasna tekst na polityczne zamówienie to zawiera wszelkie elementy propagandy marcowej: elyta literacko-artystyczna składa się z degeneratów zasługujących na srogą rozprawę. Co Kąkolewski miał na myśli pisząc, że na krótko przed urodzeniem Polańskiego w Krakowie pojawiła się plotka o Żydówce co porodziła diabełka?













*** Jerzy Urban - Grzechy chodzą po ludziach

...Zgodnie z uprzednim ustaleniem przychodzi telegram z godziną przyjazdu Andrzeja W. Urszula T. wystrojona najlepiej, jak tylko mogła, idzie na dworzec, a Małgorzata B. w wielkim napięciu czeka w domu przez kilka godzin. Potem idzie do mieszkania przyjaciółki i dowiaduje się od jej matki, że Urszula T. godzinę temu wyjechała z K. Musi - okazało się - dostarczyć na rano jakieś dodatkowe papiery na uczelnię i rozmówić się z jedną panią, która obiecała jej pomóc w dostaniu się na studia, bo ma kogoś w komisji przyjęć. Małgorzata B. już wie, że przyjaciółka ją zdradziła i okradła z amanta. Urszuli T. nie ma przez bite trzynaście dni, jej rodzice są bardzo zaniepokojeni. Potem wraca. Spotkanie przyjaciółek przebiega dosyć spokojnie. Urszula T. opowiada, że nie umiała mu powiedzieć tego, że ona nie jest Nią. Zwlekała. Spacerowali koło dworca i rozmawiali. Powiedziała, że nie może go zaprowadzić do siebie do domu, takie układy. Zaproponował, że weźmie ją ze sobą, do swoich rodziców, na wieś. Sama nie wie, dlaczego tam pojechała. Spędziła tam cały ten czas, bo postanowiła, że skoro już tak się stało, jak się stało, to ona musi go lepiej poznać, żeby przyjaciółce móc powiedzieć, jaki on jest i czy wart zawracania sobie nim głowy. Misję spełniła i może śmiało oświadczyć, że on jest bardzo nijaki, niepozbierany. Po prostu nic ciekawego. Było, nie ma, nie ten - to będzie inny. Małgorzata nie powinna się przejmować. Małgorzata B. bez słowa wyszła od wieloletniej przyjaciółki i opowiedziała, komu tylko mogła, jaką wyjątkową świnią jest Urszula T.









*** Jerzy Urban (Kibic) - JAKIM PRAWEM (historyjki sensacyjne)

...Historia Polski posunęła się o krok naprzód w listopadzie 1971 roku. Zdarzyło się to w pokoju warszawskiego Grand Hotelu. Epizod jest mało znany, nie wprowadzony jeszcze do podręczników szkolnych, godzien więc jest wzmianki. Sporządzony tam został i podpisany dokument regulujący "ostatecznie i po wieczne czasy" kwestie sukcesji korony polskiej. Paragraf pierwszy owego dokumentu brzmi następująco: "Ja, Ewelina Maria Stefania Poniatowska, urodzona 14 stycznia 1908 roku w Częstochowie, z ojca Fryderyka i matki Marii z domu Czapuś, oświadczam i przysięgam, że wywodzę się w prostej linii od ostatniego legalnego i wybranego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Będąc jedyną osobą, która ma prawo być królową Polski, co jest ogólnie uznane i niepodważalne, z własnej woli, w pełni władz fizycznych i umysłowych postanawiam..."









*** Jerzy Urban - SILBERSTEIN VEL ŚLIWA

...- Ja zawsze mam szlema pełnego w ręku - rzekł konsul. - Ja nigdy nie przegrywam. Ja z jednej krańcowości przechodzę w drugą. Bezwzględnie jestem inteligentny. Ja fikam.

On - konsul - przyznaje się do wszystkiego, tylko nie do tego, że nazywa się Czesław Śliwa. Niech reporter sprawdzi jego tożsamość. Może ją potwierdzić poseł B. z Częstochowy, ambasador B. z warszawskiego MSZ i jego drogi paryski kuzyn, baron Edmund de Rotschild.

W pisanym w więzieniu liście, niepomny złych doświadczeń Lejzorka Rojtszwańca, konsul zwracał się do Rotschilda tymi słowy: "Muszę przetrwać okresową rozłączność. Ufam bardzo Twej gestii. Stadium nasze jest argumentalne. Ściskam Twą prawicę, mój bracie. Honorem naszej rodowości jest szlachetność i wspaniałomyślność czynu".

Listów podobnych napisał kilka. Rotschildowi miał do zaproponowania pokrewieństwo, awansowanemu na prezydenta byłemu premierowi Eszkolowi - swój niezłomny patriotyzm i informację o nienagannej służbie w wywiadzie państwa Izrael.














*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Kotan pyta: Kochasz mnie?
Gazeta Wyborcza - 24/08/2002

...Na innym zebraniu zarządu Kotański wyłuszczał kiedyś jakiś swój nowy pomysł. Jak to on zaczął się zapalać, przeszedł do wytykania współpracownikom inercji. W końcu zapytał, kto jest z nim i kto będzie realizował pomysł, a kto ma ochotę wyjść. Dla zwiększenia efektu zdjął nawet drzwi z zawiasów.

- Komu się nie podoba, to wyp...ć! - wrzasnął.

Zapadła cisza.

Kotański toczył oczami po sali.

- Co? Pewnie uważacie mnie za ch... i manipulanta!

Cisza.

Wtedy odezwał się Jerzy Siczek: "Czy za ch..., to nie ręczę, ale za manipulanta na pewno".









*** EWA JAGALSKA - Wojna na grobie Kotana
Kulisy - 2003-03-26

...Pierwsze anonimy zaczęły przychodzić już w niespełna trzy miesiące od śmierci Marka Kotańskiego. "Do prasy, radia i TV. Wyczerpała się cierpliwość i owiec milczenie. Żądamy natychmiastowego Nadzwyczajnego Walnego Zjazdu Stowarzyszenia Monar. W obawie o restrykcje tego apelu podpisać nie możemy i nie jest to bezzasadna obawa". Po tym następuje długa lista zarzutów i żądanie podania się Koczurowskiej do dymisji. Bezdomni, podpisani jako grono wolontariuszy Monaru i Markotu, dopytują się m.in. "dlaczego nie zgłosiła organom ścigania i porządku prawnego faktu, że wiceprzewodnicząca Hanna J. dopuściła się karalnego czynu, otwierając rachunek bankowy poza wiedzą władz statutowych, swobodnie nim dysponując bez wglądu działu księgowości blisko dwa miesiące?", "dlaczego przewodnicząca Jolanta K. dopuściła do swobodnego rozdysponowania pamiątek po Marku Kotańskim, w tym prywatnej korespondencji (...)?", "dlaczego Hanna J., wiceprzewodnicząca Z.G. rości sobie prawa do zawartości bankowego depozytu, osobistej własności zmarłego M. Kotańskiego, niepokojąc wdowę po naszym Przewodniczącym gorszącymi awanturami i groźbami ujawnienia rzekomych tajemnic, mogących pozostawić pamięć Twórcy Monaru w niekorzystnym świetle?". Takich anonimów było więcej.














*** Maja Narbutt - Chanuka i choinka
Rzeczpospolita - 08.12.2007

...- Dzieciom trudno wytłumaczyć, że nie będzie mikołajek i nie dostaną jeszcze jednego prezentu. Jeden z uczniów zaproponował więc kilka lat temu: zróbmy mordechajki - mówi Olga Niecikowska-Płotek, której czworo dzieci przewinęło się przez szkołę Laudera.
Dobrotliwy chrześcijański biskup nie wydaje się oczywistym patronem święta w żydowskiej szkole. Jednak znaczna część rodziców gotowa jest iść na barykady, by walczyć w obronie tradycji, którą szkole trudno zaakceptować. Symbolem zmagań i dylematów, przed jakimi staje szkoła, jest choinka. Linie podziału w tej walce przebiegają czasem zaskakująco.
- Bardzo po stronie choinki zaangażowali się niektórzy Żydzi, którzy uważają, że skoro żyją w Polsce i są zasymilowani, to mają prawo do przestrzegania polskiej świątecznej tradycji. Mogą być nawet zdecydowanymi ateistami, ale "odbieranie" ich dzieciom choinki uważają za przejaw mentalności getta - tłumaczy jeden z rodziców. - Ale kiedy żądano tej choinki bardzo kategorycznie, wstała jedna z matek, w typie Polka katoliczka i powiedziała: w końcu posłaliście państwo dzieci do żydowskiej szkoły, nie wiedzieliście o tym?

 

 







*** Maja Narbutt - Labirynty księdza prałata (KS. HENRYK JANKOWSKI)
Rzeczpospolita - 23.10.2004

...Ksiądz Jankowski często wypowiadał się o arcybiskupie Gocłowskim wręcz z pogardą. Kiedy przed Wielkanocą 1995 roku agencje prasowe doniosły, że przy grobie Chrystusa obok swastyk, sierpów i młotów oraz napisów SS, NSDAP, NKWD, PZPR pojawiły się symbole współczesnych polskich partii politycznych SLD, PSL i UW, biskup Gocłowski udał się do bazyliki św. Brygidy. To, co się wtedy wydarzyło, prałat Jankowski wykreował na barwną anegdotkę opowiadaną znajomym. - Na kolanach zbierał biskupek napisy z posadzki trzęsącymi się rękami, bo ja odmówiłem.

 

 







*** MAJA NARBUTT, ANNA MARSZAŁEK - Moja ukraińska niania
Rzeczpospolita - 11.08.2006

...Większość Polek zatrudniających Ukrainki przyznaje też, że bardzo się starają. - Szczerze mówiąc, czasem aż za bardzo. Jedna z nich umyła mi ściany w salonie, i to tak gorliwie, że zdrapała je do tynku - mówi dziennikarka jednej z warszawskich gazet. - Myślę, że chciała posprzątać najlepiej jak umiała, z pewnością przykładała się do tego bardziej niż u siebie w domu.
Ukrainki mają jeszcze jedną cechę, która uderza polskich pracodawców. - Nie spoufalają się. Kiedy przychodzi do mnie polska sprzątaczka, oczekuje, że najpierw razem wypijemy kawkę i pogawędzimy towarzysko, co szczerze mówiąc bardzo mnie irytuje - mówi Polka pracująca w jednej z instytucji finansowych. - Z ukraińskimi sprzątaczkami nie mam tego problemu. Niezależnie od tego, co robiły u siebie w kraju, chowają dumę do kieszeni, biorą ścierę i zasuwają.

 

 







*** Maja Narbutt - Krótko po rozwodzie - ROSJANIE W WARSZAWIE
Rzeczpospolita - 14.09.2002

...Gdy na Stadionie Dziesięciolecia wysłuchuję od Rosjanek kolejnej historii o tym, jak fatalnie potraktowali je polscy pogranicznicy czy policjanci, zadaję pytanie: - Co w ogóle sądzicie o Polsce? Odpowiedź mnie oszałamia: - Bardzo mi się podoba polskie państwo. To, jak przejmuje się losem swoich obywateli - mówi nieoczekiwanie Swietłana, prowadząca wypożyczalnię rosyjskich książek. Ciągle nie może wyjść ze zdumienia, oglądając telewizyjne wiadomości. - Gdy zdarzy się katastrofa samolotowa, nawet w Australii, to od razu sprawdza się listę ofiar. I wszyscy oddychają z ulgą: "na szczęście nie było nikogo polskiego pochodzenia". Równie zadziwiający jest dla przybyszy zza wschodniej granicy inny, na pozór zupełnie oczywisty fakt. Gdy w Polsce zaginie dziecko, natychmiast wszczyna się wielką akcję poszukiwawczą, o jej wynikach zaś informują media. Jestem w stanie pojąć to zaskoczenie - bo na Syberii szokiem zareagowałam na wiadomość, że nie podejmuje się poszukiwań dzieci, które zaginęły w tajdze, zbierając grzyby. Troska o ich los to prywatna sprawa najbliższych.

 

 







*** Maja Narbutt - A potem cię unicestwię...
Rzeczpospolita - 29.09.2007

...Była północ. Bogdan Chojna kilka godzin wcześniej wrócił razem ze swą nową partnerką z Egiptu. Rozległ się dzwonek do drzwi. Zbudzony ze snu Chojna otworzył. Dlaczego mając świadomość zagrożenia, ostrzeżony przez detektywa, Bogdan Chojna wpuścił do domu swego mordercę? Bliscy biznesmena nie mają wątpliwości - musiał usłyszeć, że chodzi o Ksawerego. Uznał, że coś się stało jego synowi i bez wahania otworzył drzwi. Ireneusz M. zadał mu kilkanaście ciosów nożem i odszedł. Wrócił po chwili. - Chciałem zobaczyć, że naprawdę umiera - powiedział przyjaciółce Chojny, która zaalarmowana krzykiem przybiegła i znalazła biznesmena w kałuży krwi.

 

 







*** Maja Narbutt - Nie szukam zemsty
Rzeczpospolita - 28.09.2002

...Atak nastąpił nieoczekiwanie. W kierunku Darka i Doroty poleciały kamienie. Nie było momentu, w którym agresja słowna poprzedza fizyczną, gdy można jeszcze coś zmienić. Gdy upadł trafiony kamieniem w głowę Darek, na ucieczkę było za późno. Krzycząc po hiszpańsku "na pomoc", zalana krwią Dorota z ulgą spostrzegła, iż z pobliskich domów wybiegają ludzie. Ale wkrótce zrozumiała, że nie biegną po to, by ratować. - Darek zginął bardzo prędko - mówi cicho. Na pozór bez emocji opowiada o ranach, które jej zadano, o tym, że wydawało jej się, iż nie ma już oka, a uderzenie maczetą niemal odcięło jej ucho. O śmierci narzeczonego nie jest jednak w stanie rozmawiać. Kiedy związana przez wieśniaków Dorota leżała na drodze, była zupełnie pewna, że i jej śmierć jest kwestią czasu. - Wieśniacy wiedzieli, że nikt im nie przeszkodzi. Myślałam już tylko o tym, by stracić przytomność. Zginąć, nie wiedząc o tym.

 

 







*** Maja Narbutt - Maestro i jego miasto
Rzeczpospolita - 17.03.2004

...O homoseksualizmie Wojciecha K. wiedzieli wszyscy. O pedofilii zaczęło się napomykać dwa i pół roku temu. Mniej więcej od tego czasu docierały do mnie sygnały rodziców chórzystów, którzy mówili, że dzieją się niedobre rzeczy - przyznaje wiceprezydent Poznania Maciej Frankiewicz. Rozkładając ręce, zapewnia, że był bezradny. - Nie mówiono nic konkretnego. Prosiłem o cokolwiek. Nikt nie złożył zeznania. Brak było dowodów, że pan K. wykorzystuje dzieci. Nieśmiałe próby odsunięcia dyrygenta Polskich Słowików skazane były na niepowodzenie. - Gdy ktoś sugerował, że pan K. powinien odejść, natychmiast pojawiały się ostre pytania: a konkretnie co macie przeciwko niemu? Chyba nie chodzi o orientację seksualną? Wojciech K. bardzo dobrze wykorzystywał swój homoseksualizm, praktycznie był nie do ruszenia. Gdyby ktoś go zaatakował otwarcie, skutek byłby jeden - musiałby go przeprosić na łamach gazet.

 

 







*** Maja Narbutt - Dobra miłość, zły dotyk - PRZYPADKI ANDRZEJA S.
Rzeczpospolita - 10.07.2004

...Są różne szkoły psychoterapii, jednak pewne standardy pozostają niezmienne. - To piękna teoria - mówi młody psycholog kliniczny, zdobywający kwalifikacje psychoterapeuty: - Jednak zupełnie inaczej patrzy się na psychoterapeutę, który cieszy się sławą. Praktycznie jest nietykalny. Wybacza się mu agresję słowną wobec pacjenta, a czasem nawet fizyczne popchnięcie go. Wychodzi się z założenia, że wie, co robi. A generalnie, coraz bardziej patrzy się przez palce na to, co robią koledzy. Zaczęto zakładać, że wszystko weryfikuje rynek. Jeśli ktoś się nie spodoba, to nie będzie miał klientów i nie kupią jego książek. To teraz się liczy.

 

 







*** Maja Narbutt - Kuchennymi schodami do tytułu
Rzeczpospolita - 05-03-2011

...Bardzo często zdarza się, że dorosłe dzieci dochodzą do wniosku, iż matka popełniła mezalians i na swój sposób usiłują poprawić jej błąd. - Hrabianka Mycielska poślubia profesora Brysia. Syn uznaje, że hrabianka ważniejsza jest od profesora, i przyjmuje nazwisko matki - mówi Minakowski. Jednak jeśli dziewczyna z ludu poślubia arystokratę, to nie ma mowy, by wróciła do panieńskiego nazwiska, gdy się rozwiedzie - nawet jeśli teoretycznie ma lewicowe poglądy jak eurodeputowana Lidia Geringer de Oedenberg. Ale w końcu nie zrobiła nic wykraczającego poza normę - w przeciwieństwie do rozwiedzionej z jednym z książąt pani, która dawno już po rozwodzie zarejestrowała w USC swoje dziecko z innego związku jako potomka księcia.

 

 







*** Maja Narbutt - Fałszerze śpią spokojnie
Rzeczpospolita - 08-01-2011

...Problem zaczął się w chwili, gdy okazało się, że obrazy nie są wcale tak fantastyczną inwestycją, jak wynikało chociażby z wywiadów publikowanych w luksusowych pismach. "Portret siedzącego chłopca" Mojżesza Kislinga, zakupiony przez Jańczuka za 150 tysięcy, został umieszczony w katalogu PolSwiss Art w 2002 roku. Nie wzbudził żadnego zainteresowania, a Jańczuk wkrótce upewnił się, że jest to falsyfikat. Zawiadomił policję, a także opowiadał o całej historii na warszawskich salonach. Środowisko antykwariuszy próbowało podobno dyskretnej mediacji - raczej nie z altruizmu, ale dlatego, że cała sprawa płoszyła bywalców domów aukcyjnych.

W prawnej rozgrywce Jańczuk nie miał szans - nie mógł udowodnić, że zakupu dokonał od właścicielki PolSwiss Art, bo Iwona Büchner stwierdziła, że nie od niej kupił Kislinga.

Patrząc dziś z dystansu na tę historię, Mariusz Jańczuk mówi, że dał się zwieść pozorom - wydawało mu się, że w świecie high life'u, wśród ludzi opisywanych w luksusowych magazynach i mających związki z ówczesnymi elitami politycznymi, pewne rzeczy się nie zdarzają. Swój przypadek uważa też za dowód na tezę, że marszandzi nie powinni mieszać spraw prywatnych z zawodowymi, a zdarza się to często.






*** Maja Narbutt - Sztuka oszustwa
Rzeczpospolita - 03-12-2011

...Uważam, że znawca danego malarza niekoniecznie powinien pisać ekspertyzy. Rozumiał to doskonale na przykład prof. Juliusz Starzyński, twórca międzywojennego Instytutu Propagandy Sztuki, znawca Aleksandra Gierymskiego. Kiedyś przyniesiono mu właśnie obraz Gierymskiego. Powiedział "bardzo ładny obrazek, proszę, niech jakiś ekspert potwierdzi jego autentyczność, a ja wtedy o tym obrazie ładnie napiszę". Współcześni profesorowie w tej sytuacji bez wahania piszą ekspertyzy, bo to popłatne i beztroskie zajęcie. A niektórzy absolutnie w ogóle nie powinni tego robić.






*** Maja Narbutt - Kup pan amorka
Rzeczpospolita - 12-02-2010

...Dla polskiego środowiska naukowego wiadomość o zatrzymaniu w 2006 roku wybitnego mediewisty, prof. Stanisława Szczura, była szokiem. Widziano w tym misterną intrygę, zemstę złodziei inkunabułów i starodruków - profesor był przecież ekspertem policji i prokuratury. Szok stał się jeszcze większy, gdy prof. Szczur się przyznał, że wynosił z Biblioteki Seminarium Duchownego w Sandomierzu cenne księgi. Wkrótce zatrzymano też pod zarzutem paserstwa znanego krakowskiego antykwariusza Janusza Pawlaka, cieszącego się do tej pory nieposzlakowaną opinią. Znaleziono u niego na zapleczu kilka ukradzionych przez profesora książek.

 

 







*** Maja Narbutt - Nikt nie lubi Cyganów
Rzeczpospolita - 25.09.2010

..."Nasze dzieci nie chodzą do szkoły, ale mają doktoraty z kradzieży kart bankomatowych" - śpiewa kabaretowy artysta. Ucharakteryzowany na Cygana wygląda groteskowo w bordowej jedwabnej koszuli. Miota się i tańczy na tle prawdziwych Cyganów, których sfilmowano w ich taborze. W tle portret Sarkozy'ego, przebitki z aranżowanych scenek żebrania i kradzieży. Teledysk wrzucony w tym tygodniu do YouTube obejrzały już tysiące Rumunów, którzy uważają, że jest bardzo zabawny.

Zastanawiam się, co myślą o nim Cyganie, których przy okazji sfilmowano. Niektórzy porwani muzyką tańczą, jednak większość ma nieruchome, kamienne twarze.

W Rumunii mało kto przejmuje się polityczną poprawnością. Chyba właśnie na tym polega fenomen otwartości Rumunów w rozmowach dotyczących Romów. Nie mają autocenzury, jeśli czują niechęć czy wręcz odrazę do Cyganów, mówią prosto z mostu, nie myśląc nawet, że może to zaskoczyć rozmówcę.

 

 







*** Maja Narbutt - Bo mój mąż to taki Kazik
Rzeczpospolita - 20-03-2009

...Druga fala zdrad dotyczy panów w wieku oscylującym około sześćdziesiątki. - Mężczyzna jest bardzo zamożny. Jego nowa partnerka ma zazwyczaj trzydzieści kilka lat. Z reguły samotnie wychowuje dzieci i szuka stabilizacji finansowej - mówi Izabela, detektyw z agencji Detektyw 24.

Zazwyczaj nikt nie szuka kochanków daleko. Znakomita większość zdrad małżeńskich związana jest ze znajomościami zawartymi na gruncie zawodowym. Dotyczy to zarówno mężczyzn, jak i bizneswoman, które - jeśli wierzyć detektywom - są kategorią dość często zdradzającą mężów.

Inaczej sprawa wygląda z niepracującymi żonami bogatych mężczyzn. - Kochanek to barman, kelner, z reguły ktoś stojący znacznie niżej społecznie. Pani ma koło pięćdziesiątki, jest atrakcyjna i zadbana. On jest znacznie młodszy. Namawia ją na rozwód i przejęcie co najmniej połowy majątku męża - mówi Jarosław Manastyrski.

 

 







*** Maja Narbutt - Wesele na polu minowym
Rzeczpospolita - 27-02-2009

... - Państwo młodzi zaprosili znajomych z kręgu dużego biznesu, także towarzystwo międzynarodowe. Było to naturalne, bo oboje byli prezesami wielkich firm - opowiada Katarzyna Syrówka z Beautifulday. - Wszyscy znakomicie się bawili, zdjęli natychmiast marynarki i na luzie testowali wina. Z pewnym wyjątkiem. Przy czterech stolikach tkwiła rodzina młodej pary. Sparaliżowani tkwiącymi za plecami kelnerami, sztywni i czerwoni ze zdenerwowania ludzie. Do końca wesela nie zjedli niczego.

Zdarza się również, że przeflancowana w obce środowisko rodzina bawi się jak umie, co też niekoniecznie jest sukcesem. - Zapamiętam na zawsze wielkie, kilkusetosobowe wesele, na które państwo młodzi zaprosili senatorów, polityków i świat biznesu. I oczywiście była rodzina. Ludzie, po których znać było ciężką fizyczną pracę. Niektórzy nadużyli alkoholu, co skończyło się tak, że rolnik przewracał się na elegancką damę i wybuchał mały skandal - mówi Zuza Kuczbajska ze Ślubnej Pracowni.

 

 







*** Maja Narbutt, Piotr Nisztor - Przesyłka od szantażysty
Rzeczpospolita - 13-11-2010

...Dwa lata temu Służba Kontrwywiadu Wojskowego badała sprawę szantażu materiałami z warszawskiej agencji towarzyskiej wysokiej rangi urzędnika w ministerstwie gospodarki. Pod naciskiem szantażystów miał podjąć decyzję korzystną dla zachodniego koncernu. Jaki był efekt prowadzonego śledztwa? Odłożenie sprawy ad acta ze względu na presję ze strony polityków wspierających kolegę. W końcu wielu z nich wie, że może się znaleźć w podobnej sytuacji i wtedy okazana pomoc jest bezcenna.

 

 







*** Maja Narbutt - W słodkiej pułapce
Rzeczpospolita - 24.04.2010

...Dyplomaci czasem mają złudzenia, że coś dzieje się spontanicznie. Pamiętam taki przypadek: pewien dyplomata zachodni uważał, że całkowicie kontroluje sytuację, jest parę kroków przed naszymi służbami. Sam wybrał przecież lokal i bawił się świetnie - opowiada wieloletni agent wywiadu Gromosław Czempiński. - Aż do momentu, gdy wpadłem do jego pokoju z awanturą, że romansuje z moją żoną.














*** Edyta Gietka - Wyznania paparata
Polityka - 2009-08-15

...Jerzy Kośnik, stara szkoła, lata całe jeździł do Międzyzdrojów z otwartą przyłbicą, ale przestał, bo zdjęcia bywały na ogół smutne, gwiazdy to raczej osoby starsze, muszą się nisko schylić, odciskając rękę w betonowym deptaku i jeszcze zadrzeć głowę w obiektyw. Fakt, Kośnik ma negatywy, na których widać, że Andrzej Seweryn gra w sztuce "Don Juan" w szlafroku, ale bez majtek, ma Eltona Johna w kalesonach, ale nie będzie chamem nawet za 100 tys. zł. Który z tych gówniarzy zrobiłby tak jak Kośnik? Kiedy fotografował nagą 25-letnią Annę Dymną, obiecał jej, że nie pokaże zdjęć przez pięć lat i słowa dotrzymał. Gdyż to był środek komuny, napięcie seksualne w społeczeństwie, spowodowane brakiem gazet porno oraz tabloidów. Dymną w owym czasie rozkupiliby erotomani, a tego chciał uniknąć. Gdy uwieczniał Beatę Tyszkiewicz, posadził jej na ramieniu swoją kotkę, kamuflując szyję, czyli wiek.

 

 







*** Ewa Winnicka, Edyta Gietka - Śpiewające telewizory
Polityka - 2007-09-29

...Gwiazdy popłakawszy z rodzinami, wpadają na chwilę do garderoby ozdobionej fioletowym brokatem. Na drzwiach są gwiazdy z pozłotka, w gwiazdach są nazwiska gwiazd. Więc wynika z nazwisk, że zaśpiewa jeszcze gwiazda Katarzyna Sowińska, modelka i prezenterka MTV, znana z tego, że podczas prezentowania pokazała majtki. I wiele innych gwiazd, po dwie na garderobę. Tylko Edyta Górniak i Joanna Trzepiecińska mają sale osobno, o czym świadczy jedno nazwisko w gwieździe, co z kolei ma świadczyć, że to już naprawdę gwiazdy. Inne gwiazdy jeszcze może nie są dużymi gwiazdami, ale na pewno będą. Tak jak Edyta Herbuś, która cztery lata temu przyjechała z kieleckiego blokowiska z walizką najładniejszych ciuchów, najpierw tańczyła, potem śpiewała, teraz gra w serialu o miłości i przyjaźni się z prezydentówną Wałęsówną, ma swoje 27 zdań w Wikipedii, a w googlach 270 tys. wejść. A taki Gustaw Holoubek tylko 47 tys.

 

 







*** Edyta Gietka - Celebryci
Polityka - 2006-09-16

...Żałobna sesja na cmentarzu rozpaczającej po stracie ojca Justyny Steczkowskiej przyniosła "Vivie!" przyznawany dorocznie przez SDP tytuł Hieny Roku. Sesję urządzono trzy lata po śmierci pana Steczkowskiego. Na Powązkach. Cmentarz w Stalowej Woli, gdzie naprawdę leży, nie jest pewnie tak efektowny. Na okładce ona "śpiewa, płacze, choć nie ma już ojca", wyżej minister Andrzej Celiński mówi, że nie miał siły oprzeć się zdradzie... Gdy wzięła ten tytuł do ręki, płakała. Zniesmaczeni fani też pogrzebali ją na długo. - Nie chciałam tej sesji. Pytałam mamę. Powiedziała wtedy, że mówić o zmarłych to tak, jakby zapalić za nich świecę. Co mogę zrobić innego dla taty, jak powiedzieć o nim? To miało wyglądać inaczej, miał być wyraz moich prawdziwych uczuć do ojca, nie marketingowy chwyt, zapłakana lalka na okładce. Gdy to dawali, ktoś z redakcji powiedział ponoć: niech się dzieje, co chce. Wiedzieli, że ja za to zapłacę. Przepraszałam za to wiele razy...

 

 







*** Edyta Gietka - Schizma w powiecie
Polityka - 2009-03-21

...Kiedy rada parafialna pisała listy, Odnowa zyskiwała wpływy polityczne. Krajka został wiceprzewodniczącym rady miasta z ugrupowania Zjednoczeni dla Obywateli, prezesem klubu sportowego Otmęt, dyrektorem SP nr 1, gdzie uczy wuefu oraz informatyki. Zwerbowany Roman Chmielewski jest radnym powiatu, przewodniczącym Komisji Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego, redaktorem naczelnym jedynej lokalnej gazety, gdzie zwerbował do Odnowy pięciu redaktorów. Mają swoich we wszystkich siedmiu krapkowickich szkołach, w urzędzie skarbowym, Państwowej Inspekcji Handlowej, Inspekcji Pracy, przychodni zdrowia, w bankach, w Komendzie Wojewódzkiej Policji, w hurtowni budowlanej, biurze architektonicznym, wśród wykładowców opolskich uczelni. Mają stronę internetową oraz całodobowy telefon psychologicznego wsparcia.

 

 







*** Edyta Gietka - To ta Ewa
Polityka - 2007-04-28

...Oprócz listonosza do domu jak grobowiec puka jeszcze Zbyszek. Przychodzi zrobić Ewuni zastrzyk z insuliny. Dwa lata temu Ewa coś zagadnęła o psich sprawach. Była zima, w mieszkaniu - 7 stopni. Może z bezradności zagadała? Potem jeszcze raz. On powiedział, że jest zakochany w książkach. 20 lat pracował w bibliotece kieleckiego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego. Ale rozwiązali ośrodek. Teraz w bibliotece jest hala meblowa, a książki, których nie wywieziono, stoją na nowiutkich meblach jako eksponaty. Zbigniew Rudziejewski-Rudziewicz, z którego ludzie się śmieją, że ma 167 zł w miesiącu i hrabiego rżnie, tak się zaczytał w książkach, że też zapomniał o życiu, jakiejś żonie, jakichś dzieciach.

 

 







*** Edyta Gietka - Dwulewo ręczni
Polityka - 2007-12-01

...Barbara Wyszkowska, posiadająca firmę sprzątającą Basma, to najbardziej wyrozumiała szefowa, jaka może się w kapitalizmie trafić. Zatrudnia około setki kobiet. Jeśli młode, to tylko młode matki. Poza tym matki wielodzietne, matki schorowane, na rentach, matki z małych miast, kiedyś na zakręcie, obecnie mieszkanki warszawskich noclegowni. Zdarza się tak. Gdy budowano Blue City, centrum handlowe w Warszawie, Barbara Wyszkowska robiła rekrutację nawet wśród mieszkańców pobliskiego Dworca Centralnego. Jednego z nich zrobiła brygadzistą, dostał telefon, trzy miesiące był człowiekiem pracującym. Gdy skończyła się budowa, prosiła: poczekaj, będzie następna. Zapił się na śmierć. Inny jest na trzymiesięcznym leczeniu, jak wróci i będzie człowiekiem, to ma drzwi otwarte.

 

 







*** Edyta Gietka - Ile kosztuje pijak?
Polityka - 2006-08-26

...Syn pani Halinki, kiedyś glazurnik najlepszy w okolicy, tak pił za zasiłek stały, aż umarł. Co jakiś czas zabierali Zbyszka do szpitala podleczyć, dostawał kwit na marskość wątroby i znów zasiłek. - Wydzwaniałam do opieki i pytałam: Po co mu pieniądze dajecie? Potem tak się wycwanił, że kazał listonoszowi zostawiać pieniądze u sąsiadki. Już był na wykończeniu, gdy konkubina zanosiła mu nalewki do szpitala w słoikach. Już nie zdążył przepić zasiłku celowego na leki. Miał 51 lat. Może to metoda opieki, żeby poschodzili z tego świata?
Można powiedzieć, że za gminne pieniądze wykrusza się towarzystwo ze skwerku przy ul. Kazimierzowskiej. 420 zł zasiłku stałego wykończyło też pana Zenka, Kwaska, który dostał aż zaników pamięci, bo też miał za co pić - samochód go potrącił po kilku nalewkach. Sławek (zasiłek z powodu epilepsji alkoholowej) padł rok temu w drodze na metę, Felek z trzeciego piętra wyskoczył po pijanemu.

 

 







*** Edyta Gietka - Zbrodnia domowa
Polityka - 2007-10-06

...Bazyli N. ze wsi pod Sokółką zatłukł żonę lewarkiem, bo ona pierwsza zaczęła, przyduszając go poduchą z pierzem. Bazyli nie lubił tego, że ona handlowała ruską wódką, przecież miała rentę, on drugą, było swoje jajko, świniak, kombajn, syn też już na własnym. Przez ruską wódkę nie było nocy, żeby do okna nie pukali po towar, a według Bazylego noc jest od spania. Więc po incydencie z poduszką Bazyli kupił gaz obezwładniający za 10 zł na rynku w Białymstoku, wziął lewarek i poszedł żonę łupnąć, zostawiwszy okulary przed domem pod jabłonką, żeby nie spadły, jak się będą szamotać: - Psiknąłem gazem, żeby ją ogłuszyć, a tu nic, jaka cena, taki towar - przeciąga głoski na wysokich tonach mową podlaską. - To ją lewarkiem w głowę, a echo odbijało się takie jak w lesie, gdy się pałką tłucze o suche drzewo - pum, pum, pum. Posiedziałem, nie wstała. Jak koniec, to koniec - streszcza rzeczowo. W końcu ona pierwsza rękę podniosła, to on drugi, żeby było sprawiedliwie.

 

 







*** Edyta Gietka - Instrukcja mycia leżaka
Polityka - 2011-10-05

...Tymczasem dziedzic, kiedy już przecyknie (wróci mu mental status), cechuje się tym, że pyta o swoje mienie i nie popuści żadnej reklamówki, z którą go tu przywieziono. Jest w niej najczęściej parasol, manierka, łyżka, jakaś parówkowa, dwie koszule, parę skarpet, kurtka i koc. Umyty i przecyknięty uważa, że oprócz łachów miał jeszcze 500 zł w kieszeni, zegarek Roleks, złoty medalik od mamusi, sztuczną szczękę, okulary itp.
Problem został rozwiązany wewnętrznie. W części psychiatrycznej szpitala jest coś w rodzaju magazynu rzeczy używanych. Rzeczy przynoszą pielęgniarki czyszczące swoje szafy. Albo nie odbiera ich rodzina po zmarłym. Jakieś koszule po mężu, spódnice po żonie. Zawsze dziedzic coś sobie dobierze. Mimo to przy wyjściu są awantury, bo dziedzicowi nie pasuje kolor nowych spodni. Personel tłumaczy cierpliwie: - Przecież pańskie były zasrane. - A chuj, że zasrane, ale moje.

 

 







*** Edyta Gietka - Jakie małpy, takie zoo
Polityka - 2009-07-18

...Pani Irenka robi nosorożcom poranną toaletę. Ale nie taką, że leje szlauchem, gdzie popadnie. Myje tam, gdzie nosorożec chce, odkręcając się w stronę strumienia. Woda miejska okropnie wysusza, więc pani Irenka po kąpieli spryskuje nosorożce oliwką. Potem w miękką skórkę pod fałdkami wciera olejek waniliowy, który odstrasza meszki. Po toalecie leci na wybieg dopilnować, czy podłoże jest odpowiednio miękkie, wybiera to kamyczki, to szkiełka, gdyż nosorożce mają niesamowicie wrażliwe nogi. Jak słonie. Na wolności pokonują duże przestrzenie, ścierając sobie naskórek, w zoo należy im się pedicure.

 












*** Ludwik Stomma - Panna Jadzia
Polityka

...Spałem kiedyś z panną Jadzią w Radzyniu Podlaskim, w wieloosobowym pokoju hotelowym, który przypadkowi współmieszkańcy taktownie opuścili Za litr wódki wynagrodzenia. Miała bieliznę z czarnej tafty, która łamała się w rękach z trzaskiem drew buzujących w kominku. Poziewając szeptała potem: "Zabierz mnie stąd..." Nie chodziło o Hawaje ani Tahiti. Brudne prycze na lewo i prawo dawały rzeczywistości wystarczające świadectwo. A jednak. Chwila poczucia się potencjalnym księciem z bajki. Już nawet księciem całą gębą. Coś na kształt ulotnego szczęścia pozwalającego zapomnieć standardowy, dansingowy podryw: - Dałem pannie Jadzi szansę pomarzyć... Potem z inną panną Jadzią spałem w Parczewie. Było mniej więcej tak samo. Panny Jadzie są przeważnie otłuszczone nieco i ramiączka obowiązkowych biustonoszy wrzynają się im w ciało. Oddech mają nie zawsze świeży i rozbierając się niezgrabnie każą zawsze wyłączyć światło. Później mają wyrzuty sumienia - zawsze te same i w te same ubrane słowa. Ubierają się, prosząc, żebyś nie patrzył, żegnają się nagle nie patrząc w oczy, wstydliwy całus z półobrotu i wracają do swoich bufetów.

 

 





*** LUDWIK STOMMA - Czytając Dąbrowską
POLITYKA - 21 września 1996

...Z rozbrajającą szczerością pisze Dąbrowska: "Bierut zrobił na mnie raczej dobre wrażenie, pewno dlatego, że mówił mi komplimenty" (t. II, s. 298). A niedługo potem (3. IV.1954): "W »Nowej Kulturze« ukazało się moje opowiadanie »Trzecia jesień«, którego mi wszyscy gratulują. Ale zrobili mi kawał. W tym samym numerze umieścili fotografię z owego spotkania w Belwederze pt. »Bolesław Bierut wita Marię Dąbrowską i Annę Kowalską«. Zmierziło mi to cały numer i moje opowiadanie". Oto prawdziwy dylemat Dąbrowskiej - chodzić na przyjęcia do Bieruta, ale żeby to zostało między nami. I jaka to nielojalność, że jakiś fotograf... I mieszkanie to też mimochodem, i nagrody państwowe przez przypadek...

 

 





*** Ludwik Stomma - W poszukiwaniu Coluche'a
POLITYKA - 1995

...18 listopada 1980 r. przedstawia Coluche swój program wyborczy: "Nasmrodzę więcej niż wam się wydaje. W tym kraju jest od cholery facetów, których problemami nikt się nie przejmuje: fryzjerzy, pederaści, kierowcy taksówek, działkowicze... Ja będę kandydatem tych mniejszości. A wszystkie mniejszości do kupy stanowią już większość...". Dalszy ciąg proklamacji usiany jest mniej lub bardziej udanymi bon-motami, jak na przykład: o kandydacie komunistycznym Marchais - "Co by zapamiętała historia z działalności pierwszego sekretarza, gdyby jutro uderzył kopytami w kalendarz? - tyle tylko, że śmieszył ludzi w telewizji"; o prezentującym się po raz trzeci Mitterrandzie - "To prawda, że nie zdałem na studia, miałem jednak na tyle godności, żeby nie stawiać się na egzamin trzy razy"; o sytuacji politycznej we Francji - "Mówią, że Francja jest rozdarta na dwie części, ze mną będzie rozdarta na cztery, jeśli nie więcej". Czy jeszcze: "Są u nas ludzie, którzy rodzą dzieci, bo nie mogą sobie pozwolić na kupno psa". Albo też: "Co robi facet w Etiopii, kiedy znajdzie wyschnięty groszek - natychmiast zakłada dom towarowy".












*** Joanna Podgórska - Zakonnice odchodzą po cichu
Polityka - 15 września 2011

...Czytałam, że dla księży, w ich ocenie, najtrudniejsze jest dotrzymanie ślubów czystości, a dla zakonnic ślubów posłuszeństwa. Bo często wymaga się od nich posłuszeństwa ślepego.

Tak bywa, choć częściej nie jest to ślepe posłuszeństwo podwładnych, ale nadużywanie władzy przez przełożone. Nie jest tak, że każą siostrze Petroneli sadzić drzewka do góry korzeniami, ale zdarzają się sytuacje, gdy jakaś przebojowa zakonnica robi coś sensownego, angażuje się, rozwija akcje, staje się znana w środowisku, a przełożona odsyła ją do pralni, żeby nauczyła się życia cichego i pokornego. Takich sytuacji znam sporo. Różne są motywacje przełożonych, bo bywa, że komuś woda sodowa rzeczywiście uderza do głowy i lepiej zdjąć go z eksponowanego stanowiska, ale czasem jest to zwykła zawiść i niezrozumienie.












*** Agnieszka Rybak - Trzy kule na pożegnanie (Śmierć Ireneusza Sekuły)
Rzeczpospolita - 04-01-2008

...Ireneusz Sekuła zostawił kilka pożegnalnych listów, pisanych na komputerze, z niewyraźnymi podpisami, których autentyczność potwierdził grafolog. Pierwszy, bez wątpienia przeznaczony dla opinii publicznej, zaczynał się od słów: "Od kilku lat jestem przedmiotem bezprzykładnej nagonki". Sekuła twierdził w nim, że mimo wysiłków prokuratury, niektórych polityków i większości mediów, wreszcie wychodzi na jaw banalna prawda: w Polnipponie niczego nie zawłaszczył, wziął jedynie pieniądze, które mu się należały, zaś gmach fabryki przeznaczony na siedzibę GUC okazał się wolny od "rzekomego skażenia", a GUC na nim zarobił.

 

 






*** Agnieszka Rybak - Zamordowane śledztwo (zabójstwo Jaroszewiczów)
Rzeczpospolita - 12-04-2008

...Piotr Jaroszewicz prawdopodobnie został zaatakowany od tyłu, we wnętrzu domu. Z parteru sprawcy przenieśli go do gabinetu, na piętro. Jaroszewicza, siedzącego na fotelu, torturowali. I charakteryzowali się przy tym niezwykłym okrucieństwem. Ale robili przerwy. Jakby chcieli uszanować zamiłowanie pana domu do czystości - założyli mu na głowę opatrunek i zmienili zabrudzoną krwią koszulę. Alicji Solskiej nie dręczyli. Skrępowanej "w kołyskę", leżącej w łazience kobiecie podsunęli nawet pod głowę psią kołdrę. Podawali leki. I wyraźnie się nie spieszyli. Po przeprowadzeniu sekcji biegli stwierdzili, że torturowanie byłego premiera mogło trwać nawet kilka godzin. Wyrok wykonali nad ranem. Na szyi ofiary zadzierzgnęli ciupagą pasek. Jego żonę zabili strzałem w tył głowy z należącego do Jaroszewicza sztucera.

 

 






*** Agnieszka Rybak - Dobrzy ludzie, kot i morderca (zabójstwo Andrzeja Krzepkowskiego)
Rzeczpospolita - 15.12.2007

...W "Super Expressie" ukazuje się artykuł "Zginął inaczej". Zdaniem gazet są dowody, że Krzepkowski przed śmiercią odbył homoseksualny stosunek płciowy. W aktach sprawy nie ma żadnej ekspertyzy, badania czy zeznań choćby sugerujących, że Krzepkowski był homoseksualistą. Przeciwnie. Są spekulacje, że mógł miewać kobiety, ale się z nimi nie wiązał. Informatorem gazety był policjant. Śledczy liczyli, że Waldemar G. lub jego otoczenie pod wpływem tej informacji "pęknie". Plan się nie powiódł.

 

 






*** Agnieszka Rybak - Król abdykował, "Wariat" nie żyje
Rzeczpospolita - 03-10-2008

...W czerwcu 1990 r. z pobraną z kasy kwotą 12 mld starych złotych wyjeżdża na wycieczkę. Pracownicy dopiero po miesiącu zaczynają się niepokoić, że szef nie daje znaku życia. Sprawa przedostaje się do mediów, które najpierw informują delikatnie: Grobelny nie wrócił z urlopu, zaginął. Pod Bezpieczną Kasą Oszczędności ustawiają się tłumy spanikowanych klientów. Wypłaty zostają wstrzymane. Prasa donosi: "Ani forsy, ani Grobelnego, ani pani Żabci" - przyjaciółki Grobelnego, która urzędowała w biurze Kasy na Marszałkowskiej. W śledztwie wyszło na jaw, że zaufało mu 11 tys. osób, przekazując oszczędności całego życia, w sumie 25 - 26 mld starych złotych. Syndyk wypłacił im po kilkanaście procent zainwestowanej kwoty. Po dwóch latach Grobelnego, ściganego listem gończym, zatrzymuje niemiecka policja. Po ekstradycji na pięć lat trafia do aresztu. Prokuratorom nigdy nie udaje się jednak przesłać do sądu aktu oskarżenia. W 1997 r. Grobelny wychodzi na wolność.

 

 






*** Agnieszka Rybak - Betanki ciągle w drodze
Rzeczpospolita - 18-06-2011

...Nie wiadomo, czym zawiniła E. Chodziło o jej relacje z księdzem Romanem sprzed kilku lat. Siostra Jadwiga poleca ją zawezwać. "Pożąda ojca Romana" - orzeka. Ma na niego zły wpływ. Po kilku minutach modlitwy Jadwiga orzeka: nie pomaga. Leją na E. wodę egzorcyzmowaną. Biją pięściami, szarpią za włosy. Ale Jadwiga widzi: nie pomaga. Każe E. rozebrać się do naga. Ale E. odmawia. Jadwiga się niecierpliwi. Krzyczy więc: rozbierzcie ją. Na podłogę spada welon, habit, bluzka, bielizna. E. się broni, nie ma jednak szansy. Ks. Roman patrzy na to z boku. - Jak jej zły duch nie opuści, to opowiem, co między nami wcześniej się wydarzyło - rzuca. E. leży już na podłodze, woda leje się po materacach. Jest po północy, gdy siostra Jadwiga orzekła, że trzeba to skończyć. E. wkłada habit i wychodzi. Przez tydzień ma zakaz wychodzenia z pokoju. Te, które przynoszą jej pożywienie, widzą zasinione policzki. Boją się, choć nie rozeznały jeszcze, czego bardziej: złego ducha czy bicia.












*** Jagienka Wilczak - Pluń na balladę
Polityka - 2001-02-17

...12 lat przeżył na dziko, z widmem eksmisji z dnia na dzień. Podobno niszczył uprawy leśne, a jego psy szczekały, kiedy ministrowie przyjeżdżali strzelać do jeleni. Walczył w sądach wszystkich instancji, znał prezesów, sędziów, sekretarki. Poprzez układy ojca szukał protekcji, docierał do KW PZPR w Krośnie, do KC w Warszawie, do ministrów, posłów. Do prof. Kozakiewicza w PRON. Do prof. Łętowskiej, rzecznika praw obywatelskich. Na nic. Rzeczpospolita Ludowa uparła się i nie chciała zrobić z niego osadnika na Sannej. Jeśli go nie wyeksmitowano, to nie dlatego, że on się zaparł, tylko nie było takiego, któremu by na tym zależało do końca. Od ojca dostał pieniądze na pierwszego konia, potem na traktor. Taki smak miała wolność. Bross przygarbił się, stracił zęby. Gładko szło tutaj tylko picie bimbru przy ognisku. Albo "Czerwone maki" chóralnie, kiedy wpadną przyjaciele, żeby uciec na chwilę przed cywilizacją.












*** Paweł Reszka - Żałoba zamiast zwycięstwa - Gruzińscy żołnierze wracają z Cchinwali w trumnach
Dziennik - 18 sierpnia 2008

...Tradycja każe chować zmarłych na trzeci dzień od śmierci. Ale Rosjanie ciągle posuwali się do przodu. Zajęli Gori, Poti, Zugdidi. Martwi żołnierze pozostali daleko za linią frontu. Minęły trzy dni, tydzień, dziesięć dni. W końcu za poległymi ujął się Eliasz II, katolikos - patriarcha Wszechgruzji. Dostojny, siwobrody, 75-letni duchowny osobiście pojechał do Gori prosić rosyjskiego komendanta miasta o wydanie zwłok. Generał Wiaczesław Borysow zgodził się, by z Tbilisi przysłano dwie ciężarówki. Niedługo potem kpił bezlitośnie, tak by słyszeli go dziennikarze: Gruzini nie potrafią nawet pozbierać swoich nieboszczyków. My nie zostawiamy nikogo. Wolelibyśmy nieść ciała kolegów na plecach, niż je porzucić.












*** Paweł Reszka, Michał Majewski - Ludzie od wielkiej kasy
Rzeczpospolita - 17-12-2011

...Kiedyś jako wiceminister dostałam nagrodę za opracowanie budżetu. 6 tysięcy złotych. Musiał to popisać premier. Minister poszedł do niego i mówi: "Podpisz to szybko, to zdążymy jej wypłacić jeszcze w grudniu. Wtedy ona zapłaci 40 procent podatku i budżet mniej straci".












*** Robert Mazurek - Milion przodków w dwudziestym pokoleniu - Marek J. Minakowski - rozmowa
Rzeczpospolita - 08-10-2011

...Proszę spojrzeć na świat polityki - eurodeputowaną z Wrocławia jest pani Lidia Geringer de Oedenberg, bardzo ze swego nazwiska dumna. Tylko że pani Lidia jest z domu Ulatowska, a nazwisko nosi po mężu, z którym zresztą się rozwiodła. Pikanterii temu dodaje fakt, że pani Lidia jest z demokratycznej lewicy.

Jest też tendencja odwrotna: ludzie ze znanych, historycznych rodzin starają się ukryć swoje arystokratyczne pochodzenie, a w każdym razie nie afiszują się z nim. Róża Thun używa skróconej wersji nazwiska i nie obnosi się z tym, że w paszporcie ma wpisane Róża Gräfin von Thun und Hohenstein.

 

 




*** Robert Mazurek - Lubię żartować, nie ranić - Edward Dwurnik - rozmowa
Rzeczpospolita - 31-12-2011

...Zadzwonili do mnie kiedyś z "Dziennika", pytając o ekologię, więc odpowiedziałem, że od dawna mam takiego supernowoczesnego mercedesa na prąd i na coś tam jeszcze, i że to bardzo wygodne, bo sobie jeżdżę nim po mieście, zawsze mogę wpaść do "Zachęty", podłączyć się do kontaktu i podładować auto. To poszło w gazecie i następnego dnia afera: wydzwaniały gazety, telewizje chciały mnie pokazać w tym samochodzie, sensacja dnia. A w dodatku zadzwonili do mnie z salonu Mercedesa, dopytując, co to za model i gdzie go kupiłem.

 

 




*** Robert Mazurek - Nie jestem tym, który ma odkryć prawdę o SB - Jerzy Morawski - rozmowa
Dziennik - 2007-10-13

...Zresztą życie przerasta wyobraźnię scenarzystów. Znam takie historie, że nikt by nie uwierzył. W 1983 roku Dorota Strynkiewicz, córka znanego polskiego rzeźbiarza i rektora ASP została znaleziona powieszona obok bloków ambasady sowieckiej. Samobójstwo jest ewidentnie sfingowane. Ona, dobrze zapowiadająca się malarka, kolportowała solidarnościową bibułę, ale jednak za to nie mordowali, więc o co chodziło? Nie wiadomo. Wiadomo, że była uczennicą profesora Cyborana, najlepszego w Polsce specjalisty od parapsychologii, buddyzmu i tak dalej, bo w latach 80. dzieci z dobrych domów pasjonowały się takimi tematami. Profesor miał sfingowany wypadek, w którym rzekomo zginął, ale mnóstwo ludzi spotykało go potem w Warszawie! Jedna z hipotez głosi, że porwali go Sowieci, by wykorzystać jego wiedzę. A ona? Może wiedziała zbyt wiele? To zagadka.

 

 




*** Robert Mazurek - Jak rodziła się mafia - Piotr Pytlakowski - rozmowa
DZIENNIK - 2008-03-29

...Miejscem, które doskonale oddaje ducha polskiej mafii, jest granica między Pruszkowem i miejscowością Reguły, bo tam, gdzie kończą się reguły, tam zaczyna się "Pruszków". Kiedyś obowiązywały zasady grypsery, ale to się skończyło na początku lat 90., bo przestało się opłacać. Na przykład trzeba było robić interesy z frajerami, ba, nawet z gwałcicielami. Grypsera na to nie pozwalała.












*** Cezary Łazarewicz - Co się kryje pod kołdrą?
Polityka - 2010-04-17

...Na forum internetowym Ewa B.S. prosi o pomoc: "Moja babcia kupiła ją w piątek. Zapłaciła ponad 2,5 tys. zł (przy emeryturze 900 zł!). Babcia ma 93 lata i łatwo dała się nabrać". Ewa pyta, jak zwrócić kołdrę firmie K.
T. uważa, że winne są marże. Z jednej kołdry wyżywić się musi producent, sprzedawca, pracownicy biurowi, telemarketer, prelegent. Dlatego cena od 300 zł w hurcie musi szybować do 3 tys. zł w detalu. - Ludzie i tak to kupią - tłumaczy. - Kupują oczami i uszami. Zależy to tylko od umiejętności i przebiegłości sprzedawcy. Wszystko stoi na bajerze. Dawid T. nigdy nie miał z tym problemu. - Najwięcej sprzedawałem na wsiach, gdzie bieda aż piszczy. Ludzie nie mieli co jeść, a i tak kupowali moje kołdry. Gdybym się zastanawiał, czy to etyczne, to nic bym nie sprzedał i sam bym przymierał głodem.
Mówi, że jest handlowcem. A to zobowiązuje.












*** Rafał Jabłoński - WIELKIE ĆPANIE

...W roku 1976 lekarze i tzw. organa ścigania skonstatowały z niemiłym uczuciem, że w środowisku narkomanów zaczyna się coś dziać. Poprzednio, dzięki sprawnie przeprowadzanym działaniom profilaktycznym, zmniejszono do minimum możliwość nabywania narkotyków na fałszywe recepty, zadbano o odpowiednie zabezpieczenie aptek, powoli też wycofywano ze sprzedaży sklepowej różne środki halucynogenne. Wiadomo było, że "Tri" i "Buwi" zastąpiła po trosze makiwara, ale na razie nie stanowiła ona wielkiego zagrożenia, używano jej rzadko. Ale właśnie od 1976 roku stwierdzono coraz częstsze pojawianie się fiolek z brązowym płynem. Kiedy poddano go analizie, mało kto chciał wierzyć w wyniki: to był ponad 50-procentowy roztwór heroiny, chemicznie brudny, zmieszany z morfiną. Początkowo nic nie wiedziano o źródle. Zatrzymywano wprawdzie różnych ludzi z tym towarem, ale ich tłumaczenia, że istnieje w PRL jakiś "wielki producent" traktowano jako przechwałki. Wreszcie w Krakowie, jeden z aresztowanych handlarzy zeznał, że "toto każdy i wszędzie zrobi" i zaproponował przeprowadzenie eksperymentu. Dostarczono mu do celi susz makowy, kilka garnków, butelkę z obciętym denkiem, trochę odczynników. Po kilku godzinach zaprezentował prawie 60-procentowy roztwór heroiny. Sprawa była tak niebywała, że aresztantem zainteresował się wydział chemii jednej z miejscowych uczelni. Uznano go za geniusza i jak twierdzą z przekąsem pracownicy aparatu ścigania, do dziś pracuje w laboratorium.












*** Wojciech Pielecki - Na próbę

...Nagle zmarł ojciec. Była wtedy rok przed maturą. Zawinął się bardzo szybko. Nikt nie przypuszczał, że może mieć chore serce. Kiedy dostał zawału, miał czterdzieści lat i jeszcze całe życie przed sobą...
Zaraz po tej śmierci matka jakby przestała istnieć. Całymi dniami potrafiła nie zamienić ani słowa. Tuż przed maturą Małgorzaty nie wróciła wieczorem do domu. Córka myślała przez chwilę, że może znalazła wreszcie kogoś, kto pomoże jej się pozbierać. Ale nadeszła północ, potem zaczęło świtać... Czekała. Była zaniepokojona. Tak, tak... Myślała, że może została na noc u jakiegoś mężczyzny, ale babskie przeczucie mówiło co innego. Około piątej nad ranem zadzwonił telefon. Dzwonili ze szpitala. Matkę znaleziono na cmentarzu, na grobie ojca. Była przemarznięta, wtulona w lastriko pomnika, nieprzytomna. Teraz śpi naszpikowana lekarstwami. Proszą, żeby córka przyjechała.
Pamięta ten dzień bardzo wyraźnie. Kiedy weszła do szpitalnej sali, nie poznała jej. Blond włosy były siwe, twarz nagle pobrużdżona. Czterdziestoletnia kobieta w ciągu jednej nocy zrobiła się stara. Zapłakała. Płakała też później. Od tamtego dnia nie miały już ze sobą żadnego kontaktu. Małgorzata nie wie, co się stało. Znalazł ją przy pomniku stróż, który szedł z grabarzami kopać grób na ranny pogrzeb. Musiała tam być od wielu godzin. Palce miała wciśnięte między płyty nagrobka - zimne, skostniałe.












*** Bianka Mikołajewska - Powołanie do biznesu
Polityka - 20 kwietnia 2012

...Członkowie zarządu Benedicite zaczęli wówczas głosić, że ich produkty powstają według receptur, które tyniecki zakon opracowywał przez wieki i teraz chce się nimi podzielić. Nie są jednak wytwarzane w klasztorze, lecz w małych firmach, tradycyjnymi metodami, z ekologicznych składników. W "Gościu Niedzielnym" o. Galoch przekonywał: "Sami nie dalibyśmy sobie rady, przy produkcji zatrudniliśmy więc małe rodzinne przedsiębiorstwa (...). Sprawdzamy starannie proces produkcji. Na przykład ostatnio rozmawiałem z producentem soku, który wyrabia go wyciskając owoce przez brzozowe gałązki". M., pracuje w Benedicite niemal od początku: - Było mi głupio, gdy ktoś mnie pytał, skąd mnisi wygrzebali te przepisy: "przecież po tym, jak w XIX w. klasztor został zlikwidowany, bibliotekę wywieziono do Lwowa i tam spłonęła?". W końcu stanęło na tym, że receptury w większości nie są z Tyńca, że benedyktyni przeczesali biblioteki innych klasztorów. Taka była wersja oficjalna. W rzeczywistości żadnych dawnych receptur nie było.












*** Dawid Karpiuk - Polski bitnik (Jacek Podsiadło)
Wprost - 2/2012

...W wierszu "Posłowie" pisze: "Wstyd powiedzieć: drukowałem./ Zbiór partykuł za artykuł./ Także pośród katolików,/ co za odpust, za medalik/ i za pół Etatu cali / się zaparli i sprzedali. W Znaku Na Wznak i w Zaniku / i w Powszechnym Tygodniku,/ wszędzie, gdzie zadają szyku / czwartorzędy kopijników,/ gdzie co tydzień i powszechnie,/ Prawda budzi lęk. A grzech nie". Kiedy pytam o ten fragment, Podsiadło mówi: - Och, mógłbym tu stworzyć cały katalog małych i dużych złośliwości. Ksiądz Boniecki podkradał mi kasę z honorariów, Mucharski cenzurował mi artykuły, Okoński odbił mi ówczesną narzeczoną, a pani Hennelowa przechwytywała moje felietony i publikowała je jako własne... Chyba wystarczy?












*** Marcin Kołodziejczyk - Pigułki
Polityka - 2009-04-04

...Gdy 12 lat temu zamieszkałam w hotelu, dziewczyny pokazały mi stare pielęgniary, nasze sąsiadki - mówi Maria. Zapadły mi w głowę jak memento. Myślałam: jestem młoda, ale to może być także moja historia. Najstarsze lokatorki hotelu zbliżają się do pięćdziesiątki. Któregoś dnia odchodzą, często bez pożegnania. Czasem spotyka się je na mieście i mówią, że są na swoim. Jeśli się ich nie spotyka, znaczy, że wróciły do wsi i miasteczek. Do pustych domów po rodzicach. Kiedy do hotelu wprowadzają się nowe osoby, portier pokazuje pokój Marii jako wzorzec. Maria trzepie wycieraczkę. Pucuje framugę. Zamyka drzwi na klucz i znika w tej sterylności (sama).









*** Marcin Kołodziejczyk - Skoczek, James skoczek
Polityka - 2009-09-05

...Są transmisje, w których Rafał gubi się w czasie. Powraca do chwil, kiedy był znany ogólnopolsko. Przyjeżdżali do niego z kamerami. Rafał był sławą w kategoriach michałki i osobliwości. Nagrywali, jak roznosi listy ("ponad setka poleconych"). Chłopak ze skórzaną torbą na rewirze pocztowym wielkopłytowego osiedla. Dzwoniono do niego z audycji "dzwonię do pana/pani w bardzo nietypowej sprawie". Chodzili za nim, prosząc o wypowiedź. Było błogo. Aż musiał prosić, żeby mu podsyłali dziennikarzy dopiero po robocie. Gadał do siebie. Siedział w Internecie na stronach prawnych. Patrzył jakoś do środka. Od dawna go mama prosiła, żeby poszedł się sprawdzić do psychiatry. Rodzice się napraszali z tym psychiatrą. Aż Rafał J. znienawidził swoje nazwisko, bo to ich nazwisko. Poszedł urzędowo zmienić na James Bond. Rodzice dowiedzieli się z telewizji. Obok nich, w dużym pokoju, siedział sławny człowiek. Dzwoniły następne telewizje. Rafał nabrał pewności siebie.












*** Jan Zbigniew Słojewski - Perswazje i wycinki
POLITYKA - 11 stycznia 1997

...W papierach pośmiertnych Wańkowicza zachowała się charakterystyka Mackiewicza, gdzie czytam m.in.: "Do syntez Cata nie mam żadnego zaufania (...) Staliśmy na różnych biegunach. Zawsze byłem antyziemiański. Bzdury pisał, ale mnie zawsze interesował. Krążą o nim legendy. Wcale nie był gurmantem i szarmantem, ale żarłokiem i kobieciarzem (...). To zgniły produkt kultury postszlacheckiej. Żarłok, kurwiarz, nieopanowany w piórze i nieopanowany osobiście. Uważany był za odważnego publicystę. Łoziński pisał o takiej odwadze szlachciurów z XVII i XVIII wieku, gdzie tylko sakiewka i szabla. Chytrusy, kombinatorzy, gnuśne typy i źli rolnicy. Stąd też ten zgniły pień (...) Warcholstwo to nie odwaga. On nie liczył szans i w ogóle się nie liczył. To zgniła, targowicka krew. Odwaga gardłacza na sejmiku, nie odwaga męża stanu. Był niezręczny w replikach słownych, zaperzał się, łgał. W ostatnich latach, już w PRL przypominał mi tego żółwia z »Mondo cane« na Bikini, który stracił orientację, instynkt".












*** Piotr Pytlakowski - Miłość i nieruchomości
Polityka - 07-06-2008

...Po wyjściu nie poznałam go, w sekundę zmienił się całkowicie - opowiada Maria Nurowska. - Zaproponowałam pójście na obiad. Powiedział, że można, ale każde płaci za siebie. Potem z Lublina zadzwonił, że jedzie z córką na Słowację. Byłam tak tym wszystkim przerażona, wybita z równowagi, że spowodowałam wypadek, rozwaliłam samochód, sama cudem przeżyłam. Policjant do niego zadzwonił, pana żona miała wypadek. A on powiedział: ta pani ma córkę, niech ona się nią zajmie. To jest potwór, nie zainteresował się stanem mojego zdrowia. Nagle ja, stara, dotychczas majętna kobieta, zostałam bez niczego, bez domu, u córki na kanapce.







*** Piotr Pytlakowski - Hejke kontra Hejke
Polityka - 06-06-2009

...Krzysztof Hejke jest dzisiaj faktycznie kłębkiem nerwów. Czy choruje psychicznie? - W stanie wojennym wcielono mnie do wojska. Aby uwolnić się od munduru, symulowałem przypadłości psychiczne. To był jedyny mój kontakt z psychiatrią - wyjaśnia. Do niedawna uczestniczył w wyprawach wysokogórskich. Wspinał się nawet na 8-tysięczniki. - Tam w ekstremalnych warunkach człowiek o chorej psychice nie dałby sobie rady - podaje argument. - To jest niegodziwe, że używają wobec mnie takich metod. Oto jaki obraz tworzą. Zdradzony mąż, chory psychicznie, a do tego sadysta maltretujący rodzinę. Czy komuś takiemu można ufać? Żona Sakiewicza nagle, po wielu miesiącach, "przypomniała sobie", że maltretuję Katarzynę. Od sierpnia zeszłego roku mieliśmy rozdzielność majątkową, nie miała prawa pod moją nieobecność wdzierać się do domu. Sejf rozwiercono. Więc była to wizyta towarzyska czy włamanie?












*** Cezary Łazarewicz - Nie zgubiłem się w tralala
Polityka - 2009-11-21

...Znajomi Johna mówią, że to właśnie młodsza o 25 lat Lipnicka wyciągnęła go na dobre z muzycznego garażu. Był już wtedy dobrze zakonserwowaną legendą polskiego rocka, bez szans na nowe otwarcie. Dotychczasowi wyznawcy Portera uznali duet z popową Lipnicką za utratę rockowej wiarygodności, a samą płytę, która rozeszła się w astronomicznym nakładzie 100 tys. egzemplarzy, za zdradę. Za sprawą wspólnej płyty, a potem wspólnego życia i ich córki Poli, Porter stał się celebrytą. Gdy opowiada swoim angielskim znajomym, jak został gwiazdą za żelazną kurtyną i co go spotkało w ciągu minionych 34 lat, nie chcą wierzyć, że to wszystko prawda. - Ludzie oczy wybłyszczają i mówią: Boże, ale miałeś bogate życie - opowiada Porter. - Nie żałuję, że znalazłem się wtedy poza światem.












*** Jakub Kowalski - Gorgonowa i Gorgonowa
Rzeczpospolita - 10-11-2007

...Wiosną 1941 roku do willi przyszła Gorgonowa. Romana: - Ojciec był wtedy w pracy, macocha w kuchni. Nagle dzwonek. Przez firankę zobaczyłam kobietę: czarne włosy i czerwony płaszcz. Coś mnie tknęło. Biegiem do macochy: "Gorgonowa przyszła". "Niemożliwe". Drzwi się otworzyły. "Ja do pana inżyniera Zaremby" - powiedziała i weszła do środka. Usiadła na skórzanym fotelu. "Kim pani jest?". "Jestem matką Romusi". "Ja nie mam matki!" - krzyknęłam wtedy. Gorgonowa zsunęła się na podłogę i wyciągnęła ręce. "Dziecko, ja jestem twoją matką". Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam na górę. Byłam dumna z siebie, że tak postąpiłam. Chciałam powiedzieć ojcu, ale nie śmiałam. Gorgonowa wracała kilka razy, widywano ją krążącą za płotem. Dotarła nawet do szkoły Romany i wywoływała ją przez koleżanki. Bez efektu.












*** WŁODZIMIERZ NOWAK, ANGELIKA KUŹNIAK - Mój warszawski szał
Gazeta Wyborcza - 23/08/2004

...Polacy ciągle nas ostrzeliwali. Następnego dnia pod wieczór przyszła na pomoc piechota, ale nie posunęliśmy się naprzód. Potem nadciągnął oddział SS. Dziwnie wyglądali, nie nosili dystynkcji, cuchnęli wódką. Zaatakowali z marszu, "Hurraa!" i ginęli tuzinami. Ich dowódca w czarnym skórzanym płaszczu szalał z tyłu, pędząc następnych do ataku. Przyjechał czołg. Pobiegliśmy za nim z esesmanami. Kilka metrów przed budynkami czołg został trafiony. Wybuchł, czapka żołnierza poleciała wysoko w powietrze. Znowu uciekliśmy. Drugi czołg wahał się. My osłanialiśmy przód, a esesmani wypędzali z okolicznych domów cywilów i obstawiali nimi czołg, kazali siadać na pancerzu. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Pędzili Polkę w długim płaszczu; tuliła małą dziewczynkę. Ludzie ściśnięci na czołgu pomagali jej wejść. Ktoś wziął dziewczynkę. Kiedy oddawał ją matce, czołg ruszył. Mała wysunęła się matce z rąk. Spadła pod gąsienice. Kobieta krzyczała. Jeden z esesmanów skrzywił się i strzelił jej w głowę. Pojechali dalej. Tych, co próbowali uciekać, esesmani zabijali.












*** PIOTR LIPIŃSKI - Greenhorn w imperium
Gazeta Wyborcza - 22/05/2003

...Ojciec zaczął opowiadać, co się z nim działo przez te 11 lat. Po aresztowaniu najpierw kilka dni trzymali go w Kaliszu. Potem przewieźli do Poznania. Nigdy nie dowiedział się, za co został uwięziony. Transport z więźniami krążył gdzieś po Polsce, aż wreszcie dotarł do Związku Radzieckiego. Wielu więźniów po drodze zmarło. Była zima, niektórzy tylko w garniturach, płaszczach. Po jakimś czasie transport dojechał na miejsce - pod Workutę. Łagier, baraki, żadnej nazwy. Do jedzenia dostawali kromkę chleba i miskę zupy: trochę kapusty, woda, a jak się trafił ziemniak, to było szczęście. Zwolniono ich na początku lat 50., skierowano do karczowania tajgi. Wtedy tata trafił do miejscowości Noszul-Baza. Kiedy uruchamiano piekarnię, ojciec zgłosił, że jest piekarzem.












*** MARIUSZ SZCZYGIEŁ - Zapisz choćby nic
Gazeta Wyborcza - 28/04/1995

...- Kiedy nagle pojawia się wizja spadku, a więc łatwego pieniądza, ludzie wpadają w szczurzy wyścig. Dlaczego brat ma być lepszy ode mnie i dostać więcej? Z bogaczami, których nie znam i są gdzieś daleko, nie będę się ścigał. Ale brata znam. Zawsze był głupszy i mniej pracowity. Amerykański pisarz - prześmiewca, Kurt Vonnegut, mawia: "Większość ludzi do niczego w życiu nie dojdzie". To podstawowa prawda o człowieku - mówi psycholog społeczny Anna Titkow. - Przy perspektywie spadku, to właśnie zbytnia bliskość pieniądza powoduje, że ludzie stają się kimś innym.

 

 

 




*** Mariusz SZCZYGIEŁ - EROS I KWAS SOLNY
Gazeta Wyborcza - 28/01/1994

...Wystawa "Wenus" organizowana jest co roku. W roku 1972 cenzura zakazuje druku zaproszeń, prasa nie może opublikować wyników obrad jury. W ciągu 22 lat z wystaw ukradziono 1200 fotogramów. W roku 1974 - duże włamanie: złodzieje z wielkim artystycznym smakiem wybierają najlepsze zdjęcia. Milicja odnajduje je po roku na ścianach pijackiej meliny. Ukradli: mechanik, elektryk i absolwent wyższej uczelni. Mówią w sądzie, że takich prac nie mogli w Polsce kupić, a chcieli na nie ciągle patrzeć. W 1975 roku pewnego wieczoru na wystawie trwa wykład o światowej sztuce erotycznej, 200 osób zapatrzonych w prelegenta nie zauważa, że do galerii wchodzi elegancka dama w trenczu. Idzie do ostatniej sali, z której za chwilę dochodzi przeraźliwy smród. Kobieta oblewa prace mieszanką kwasu solnego i lizolu. Płyty paździerzowe, na których umieszczono zdjęcia - palą się, szkło się topi. Kobieta zauważa Władysława Klimczaka; "Zaraz ci wypalę ślipki" - krzyczy. Mieszanką spala biurko, publiczność ucieka. Wzywa się wojska chemiczne. Sprawczyni dostaje półtora roku z zawieszeniem, jest bowiem matką małego dziecka.

 

 

 




*** MARIUSZ SZCZYGIEŁ - Bunt Masława
Gazeta Wyborcza - 17/05/1996

...- Pan Bóg i Świętowid to jest to samo. Bóg jest jeden na świecie, tylko ma wiele imion, ja wybrałem Świętowida - szepcze Masław. - Mój syn też ma rozdwojenie. Jest ateistą, a był organistą w kościele.
- A dlaczego przybrał Pan imię Masław?
- U Kraszewskiego często Masław występował. Masław to ten, co ma sławę. A ja kocham Kraszewskiego. Ale żona mówi na mnie "Misiek" - żali się Masław II.

 

 

 




*** Mariusz SZCZYGIEŁ - ONANIZM POLSKI
Gazeta Wyborcza - 17/07/1993

...W wolnych chwilach Polskę przemierza 23-letni mężczyzna - Artur "Cezar" Krasicki, który kolportuje "Manifest Onanistyczny WAL, PÓKIŚ MŁODY": "Niech wokół walenia konia zacznie się wreszcie dziać głośno. To naturalna sprawa, tak samo jak jedzenie i spanie. (...) Jeśli zaczniemy mówić o masturbacji zupełnie swobodnie, niejeden i niejedna z nas nie będzie wpadać w niepotrzebne kompleksy. Stąd też potrzeba takiej organizacji jak >>Wal, pókiś młody<<.(...) >>Wolne ręce i nic więcej<< - to główne hasło onanistów. (...) Kochając siebie, możemy kochać innych. Nie szkodzimy nikomu. W czasach walki z AIDS to właśnie trzepanie kapucyna jest najbezpieczniejszą formą seksu. Poza tym masturbacja jest najzdrowszą ucieczką przed światem. Nie alkohol, nie marihuana, lecz właśnie machanie rączkami. Tak więc walmy. Póki młodość w nas. Cezar".

 

 

 




*** Mariusz Szczygieł - REALITY
Gazeta Wyborcza - 21.07.2001

...Od wojny mieszkała w tym samym XIX-wiecznym dwupiętrowym domu w Krakowie, na Parkowej 6. Najpierw z mężem i dziećmi, potem z mężem, a potem przez trzydzieści lat sama. Na parterze miała trzy okna wychodzące na ulicę. Wychylając się z nich, po lewej widziała Rynek Podgórski z kościołem, po prawej - park. To był jej mikrokosmos. Ważni byli ci, którzy przechodzili w zasięgu jej wzroku. „Osoby widziane mimochodem” to osoby, które znała osobiście lub z widzenia, widziała je na ulicy, ale nie zamieniła z nimi ani słowa. Nie należy ich mylić z „Osobami widzianymi przypadkiem”. Do tej grupy kwalifikowała tych, z którymi zamieniła słowo lub ukłon. Łącznie ujrzała mimochodem obok swego domu 84 523 znajome osoby.

 

 

 




*** Mariusz Szczygieł - KARTKA
Gazeta Wyborcza - 04/01/2003

...Długopis spadł mi ze stolika w kawiarni Nowy Świat. Schyliłem się i zobaczyłem, że na podłodze leżą dwie rzeczy: oprócz długopisu w szczelinie między nogą stołu a ścianą leży kartka. Pożółkła i zapisana. Nie była to kartka z zeszytu, raczej z notesu. Po obu stronach ktoś wypisał osoby, ich roczniki (lata trzydzieste) i adresy. Już miałem zwrócić spis kelnerowi (taka kartka pewnie jest dla kogoś ważna), gdyby nie fakt, że wszystkie zapisane osoby są kobietami, a jedną z nich znam. Kobiet jest dwadzieścia jeden. Kartka jest stara, ale nie pognieciona, wygląda, jakby nikt jej nie używał, nie składał, nie rozkładał. Nazwiska wypisane są równo, piórem, i zrobiła to ręka wprawna w pisaniu. Kobiety łączy tylko to, że urodziły się mniej więcej w tym samym czasie.

 

 

 




*** MARIUSZ SZCZYGIEŁ - BATA SZEWC ŚWIATA
Gazeta Wyborcza - 13/06/2002

...Jedzie do Wiednia na sławny czeski bal, jest już znanym szewcem, wysyła swoje buty na Bałkany i do Azji Mniejszej. Ma nadzieję, że na balu pozna przyszłą żonę. Podoba mu się Mania Menczikova, córka kustosza cesarskiej biblioteki. Dziewczyna gra na pianinie, mówi trzema językami. Tomasz wie, że na wszystko trzeba mieć spisaną umowę. Wysyła przyjaciela, by spytał pannę, czy podpisze taką oto umowę: w razie gdyby nie mogła urodzić dziecka, rozwiodą się.
- A czegóż dobrego od niego mogę żądać, gdybym nie spełniła jego nadziei - odpowiada przyszła Maria Batova. (Maria po dwóch latach bezowocnych starań o dziecko kupi potajemnie butelkę z trucizną).

 

Niezwykła droga jaką przeszedł Mariusz Szczygieł dowodzi, że cuda zdarzają się nawet w kapitalizmie. Najpierw, w latach 90-ych pisał reportaże w stylistyce opatentowanej przez Barbarę Łopieńską. Niestety były trochę gorsze od oryginału, w dodatku Szczygieł mocniej przyciskał pedał groteski, tak że poszło to w końcu w stronę Gogola. Reportaże były nader zabawne, z przymrużeniem oka przedstawiały przemiany obyczajowe lat 90-ych. Ale w istocie ukazywały tzw. zwykłych ludzi jako śmiesznych ludzików zasługujących nie na sympatię, ale co najwyżej na litość.

Potem był makabryczny talk-show w disco-polowym Polsacie. Była to kabaretowo-żałosna parada dziwolągów, prowincjonalnych cudotwórców, panów z jednym jądrem, pań słyszących namiętny głos szatana. Wydawało się, że Szczygieł jest na najlepszej drodze by stać się kolejnym Krzysztofem Ibiszem.

Powrócił jednak w znakomitym stylu na początku nowej dekady, by uwieńczyć dzieło publikacją absolutnie genialnego zbioru reportaży czeskich "Gottland". Reportaży pisanych nie w duchu Haska i Hrabala, co teraz modne, tylko mocno kafkowskich, łamiących stereotyp poczciwego Pepika. Książka otarła się o nagrodę "Nike". Tylko otarła, bo możliwe, że kulturalny establiszment nigdy nie wybaczy Szczygłowi jego telewizyjnych popisów. 













*** Mariusz SZCZYGIEŁ, Wojciech STASZEWSKI - Usta są zawsze gorące (disco polo)
Gazeta Wyborcza - 06/05/1995

...Bo przecież ci poeci odeszli, poumierali wszyscy, na przykład Baczyńskiego to na wojnie zabili. Tacy poeci nie przemawiają do dzisiejszego człowieka. A już do dziewczyn z mojej klasy to w ogóle. A Bayer Full pisze o nas: "Hej ha, kto nam radę da"... Ta piosenka mówi, jak się zachowujemy na imprezach narodowych.
- Ale co to znaczy: "butelek rząd, pokryjesz ląd". Jak to pokryjesz ląd?
Śmiech. - Widać, że z miasta przyjechałeś. Przecież to znaczy, że ziemię całą zarzygasz, tak się spijasz co sobotę.












*** JACEK HUGO-BADER - DŁUGOPOLACY
Gazeta Wyborcza - 08/11/2004

...Pięć-dziesięć tysięcy to nie jest dużo - mówi Tomek - ale on był w głowie przygotowany na 800 zł. Tyle się u nas zarabia w Ostrowcu. Lekko oszalał, prezenty dla żony, dzwonił bez opamiętania... Brał nowe kredyty, pożyczał od ludzi. Problemy się zaczynają, kiedy przestajesz płacić rachunki. Wyłączają ci telefon i straszą sądem, to ich olewasz i bierzesz telefon od innego operatora. Trzeci nie chciał dać, to brat wziął na ojca, ale wszystko zaczęło się walić. Co mógł, ukrywał przed rodziną, bo każde ponaglenie z ZUS-u, z banku, ze skarbowego to straszna awantura w domu. Brat mieszkał z żoną u naszych rodziców. Jarek nie chodził do pracy, żeby przed furtką przejmować od listonosza korespondencję. Zaczął pić. Firmie windykacyjnej Włócznia z Lublina, która wykupiła wierzytelności jednej z telefonii komórkowych, był winien 560 zł. Dzwonili albo przysyłali list prawie codziennie. Pisali, że okleją okolicę plakatami, jaki z niego kanciarz.

 

 

 




*** Jacek Hugo-Bader - Chciwość. Krótki tekst o zarabianiu
Gazeta Wyborcza - 06-04-2004

...Pan Włodzimierz ma 48 lat. To człowiek z lekko szemraną, niedzisiejszą elegancją. Dziwnie przymglony wzrok.

- Tak jest, proszę szanownego pana - mówi, kiedy chce przytaknąć.

- Rynki Dalekiego Wschodu - oznajmia. - Wynajduję hity, strzały, szybkie tematy, na które trzeba mieć luźną gotówkę, żeby zareagować szybko, a nie planowo.

- Z jakim strzałem pan przychodzi?

- Pistolety na wodę!

 

 

 




*** JACEK HUGO-BADER - STOJĘ POD KLAPĄ I CZEKAM
Gazeta Wyborcza - 10/11/1999

...Ocknąłem się jako morderca matki - wspomina Wojciech Kępiński. - Siedziałem na podłodze i płakałem, a Mysza, moja suczka spanielka, lizała mnie po pysku. Przyszła Mirka. Chcieliśmy truć się gazem, ale Mysza zaczęła strasznie szczekać, więc zakręciliśmy kurki. Kiedyś uratowałem jej życie. Znalazłem ją w śmietniku z połamanymi łapami, to teraz chciała się odwdzięczyć.

 

 

 




*** Jacek Hugo-Bader - Ulica Brzeska
Gazeta Wyborcza - 05/09/1997

...Klasyczna wyrwa to bardzo szybka akcja. Napastnicy podbiegają do ofiary od tyłu, kiedy znajduje się ona na wysokości bramy. Przewracają, wyrywają torebkę, czasem zabierają bagaże. Rabusie wpadają potem w podwórze, chowają zdobycz w jakimś mieszkaniu i uciekają dalej. Podwórzami, piwnicami, dachami. Możliwości są nieograniczone. Pomiędzy mieszkaniami poprzebijane są otwory, piwnice łączą się zamaskowanymi przejściami, a dachy schodzą się tak, że można nimi wędrować wzdłuż prawie całej Brzeskiej, a nawet na sąsiednią ulicę Targową.

 

 

 




*** Jacek Hugo-Bader - Noc w trumnie
Gazeta Wyborcza - 13/10/2003

...Niemal od dziecka był strasznym kobieciarzem. Zabiegał o względy otoczenia i poklask za wszelką cenę - mówi pani Ewa, jego pierwsza żona. - Był potwornie zakompleksiony, a to zdobywanie kobiet było sposobem na podniesienie swojej wartości. Są kobieciarze, którzy uwielbiają kobiety, uwielbiają seks i miłość z takimi mężczyznami jest wydarzeniem, a Sławek był sportowcem. Zaliczał na ilość.

 

 

 




*** Jacek Hugo-Bader - Śmierć Pikadora
Gazeta Wyborcza - 11 grudnia 2014

...Ta sprawa toczyła się w wielu różnych sądach ponad 11 lat. Andrzej nie ustępuje ani na milimetr, pisze zawiadomienia do prokuratur o popełnieniu przestępstwa polegającego na posługiwaniu się przez byłą żonę fałszywymi dowodami. Walczy, twardo trzyma się swoich racji, jak wtedy, kiedy w czasach Karnawału, czyli pierwszej "Solidarności", która skończyła się wraz ze stanem wojennym, składał wniosek, by na szczeblu regionu powołać zakonspirowaną strukturę wojskową na wzór ZWZ-AK. Po wkroczeniu do Polski wojsk radzieckich komórka ta miała się rozwinąć w potężny ruch partyzancki. Na jego potrzeby na położonej w lesie działce rodziców buduje podziemny bunkier przewidziany jako magazyn broni, która, jak sądził, w stosownym czasie znajdzie się na ulicy. Kiedy w latach 80. zostaje jako emisariusz wysłany przez naszą organizację do Paryża, poza spotkaniami z oficjelami polskiej emigracji na własną rękę stara się dotrzeć do przedstawicieli afgańskich partyzantów, którzy w owym czasie przeciwstawiali się zbrojnie radzieckiej inwazji. Andrzej stara się wybadać, czy możliwe są dostawy broni do Polski.

 

 

 




*** JACEK HUGO-BADER - LUBE, LUBE CHŁOPAKI Z LUBERCÓW
Gazeta Wyborcza - 19/07/2001

...Koledzy urządzili mu pogrzeb, jakiego Luberce jeszcze nie widziały. Po nabożeństwie żałobnym w cerkwi Świętej Trójcy przez miasto ruszył kondukt kilkudziesięciu luksusowych samochodów, które prowadzili ubrani na czarno (chociaż na co dzień wielu chodzi jeszcze w dresach) barczyści mężczyźni ostrzyżeni na łyso. Rosjanie nazywają takich britogałowymi (łysogłowymi) albo - krócej - britkami. Oni sami mówią o sobie krutyje - ostrzy, gwałtowni, srodzy.

Menty (po rosyjsku - gliny) pochowały się po dziurach, a kolumna pojazdów przez wiele godzin krążyła po mieście. Przed każdym skrzyżowaniem kilka limuzyn stawało w poprzek, tamowało przejazd, a kondukt sunął dalej.

Tak Siergiej Lichow przyjmował ostatni hołd. Pokazywał miastu, kto tu rządzi. Ostatni raz brał je pod siebie, cwelował, gwałcił, bo miasto jest jak dziwka, którą alfons co jakiś czas musi zaliczyć albo chociaż dać po mordzie, żeby wybić z głowy humory.












*** JOLANTA KRYSOWATA, MARCIN FABJAŃSKI - Postawiłem na stwórcę (objawienia maryjne w Oławie)
Gazeta Wyborcza - 14/01/2000

...Domański, człowiek pobożny, zaraz po objawieniu pojechał do proboszcza swojej parafii. Proboszcz napomknął o objawieniu w kazaniu. Kilku wiernych poszło modlić się na działkę Domańskiego. O cudzie napisały z ironią wrocławskie gazety, telewizja puściła prześmiewczy reportaż. Generał Jaruzelski wspomniał o Oławie na Krajowej Konferencji Delegatów PZPR. Powiedział, że w kraju wiele jest jeszcze ciemnoty i zacofania. Na działkę Domańskiego zwaliły się tłumy. Przyjeżdżało nawet 30 tysięcy ludzi w ciągu jednego dnia!












*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Zawziętus
Gazeta Wyborcza - 30/11/2002

...Kiedyś wydawało mi się, że wykształcenie chroni przed degradacją społeczną. Śmieszne. Do mojej obecnej pracy docierają lekarze, naukowcy, biznesmeni, absolwenci uczelni. Często bez woli życia i zorganizowania sobie czegoś samodzielnie. Znajomego docenta długa choroba żony zmusiła do wzięcia urlopu. Po jej śmierci nie miał już czego szukać na uczelni, za długo trwała przerwa. Mieszkaniem zainteresowały się dzieci z pierwszego małżeństwa żony. I tak pan docent trafił do schroniska dla bezdomnych. Już ponad dwa lata. Kiedy kończy się bezdomność? Gdy otrzymujemy własne mieszkanie z tabliczką, z adresem na wizytówce, czy wtedy, gdy nawet coś wynajmujemy, ale mamy względne poczucie bezpieczeństwa, gdy czujemy się "u siebie". Czy bezdomność jest obiektywną sytuacją, czy stanem naszego umysłu? Czytałam w "Le Figaro", że nie ma zbawienia dla bezdomnych poza społeczeństwem. Chyba się z tym zgadzam. Barka stworzyła inny, sztuczny świat. A dziś rano mój wykładowca z politologii wysiadł przystanek wcześniej z autobusu, żeby uniknąć mojego towarzystwa w drodze na uczelnię. Dzisiaj wiem, że świat jest tylko jeden.

 

 

 




*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Spływał z niej czerwony dywan
Gazeta Wyborcza - 27/05/2000

...Na wymarzoną reżyserię filmową w Łodzi dostała się dopiero za trzecim razem w roku 1970 - na studia zaoczne. Warszawa 1972 rok. Jola i Ireneusz Iredyński w kawiarni hotelu Bristol. Iredyński pijany. - Czy poznałeś już Jolę? - przedstawia ją napływającym kumplom. - Jola wierzy, że ja jej napiszę jakiś scenariusz. Ale to już prywatna sprawa Joli.
Wszyscy wybuchają śmiechem.
- Co ona miała z tym Iredyńskim - kręci głową Janina Ostala. - Mówiłam jej, daj sobie z nim spokój, przecież on ci i przez rok nie wytrzeźwieje!
- Tylko on może napisać mi scenariusz. Zobaczysz, w końcu wstanie od stołu i powie: "Jolka! Za dwa tygodnie masz tekst" - przekonywała Poetessa i dalej chodziła za Iredyńskim po knajpach. Ale artysta nie trzeźwiał.

 

 

 




*** Katarzyna Surmiak-Domańska - Ania z gabinetu bajek
Gazeta Wyborcza - 30/05/1998

...Tadek był facetem przegranym życiowo: z garbem, lekko niedorozwinięty umysłowo. Miał mieszkanie w starej kamienicy - duże i ładne, tylko że bez prądu i gazu, bo nie płacił rachunków. Pracował na targu we Wrzeszczu. Sprzedawał graty znalezione w śmietnikach. Ten człowiek był jeszcze większym nieudacznikiem niż ja i to mnie jakoś dowartościowywało. Bałam się tylko, by nie dowiedział się, że byłam mężczyzną. Kto wie, jakby to przyjął. Mieszkali razem dwa miesiące. - Któregoś wieczora Tadek wrócił pijany i próbował mnie zgwałcić. A ja po operacji w ogóle nie mogę się kochać. Tadek nie wiedział, co się dzieje. Wpadł we wściekłość. Uderzył mnie. Zrozumiałam, że trzeba się zbierać.

 

 

 




*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Jestem z wyższej półki - MCKARIERA
Gazeta Wyborcza - 19/09/2005

...Miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo. Tata był dziennikarzem, kierowcą rajdowym i oficerem milicji. Został internowany w stanie wojennym za zakładanie w milicji związków zawodowych. Przez nasz dom przewijało się bardzo dużo znanych osób ze świata biznesu, sportu, estrady - ludzi sukcesu. Potem tata zachorował na raka. Choroba pochłonęła majątek. Wszystko musieliśmy wyprzedać. Znajomi dziennikarze zaproponowali mi, żebym poprosił o pieniądze w radiu. Nie chciałem żebrać, ale to był jedyny ratunek. Wtedy przekonałem się, jaką siłę mają media. Pieniądze się pojawiły, niestety było za późno. Tata zmarł. Zostaliśmy sami. Gdy skończyły się pieniądze, dawni przyjaciele odsunęli się od nas. Miałem 14 lat. Powiedziałem sobie: albo odzyskamy ten status, który mieliśmy, albo tragedia.

 

 

 




*** KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA - Poszukiwana, poszukiwany
Gazeta Wyborcza - 26/03/2005

...Jednak pewnego dnia w połowie 1995 roku drzwi do sekretariatu zakładu farmakologii otworzyły się energicznie i oczom pana Wielosza i innych zebranych tam osób ukazał się niezwykły widok.
Postać w drzwiach była niewątpliwie adiunktem Poddubiukiem, ale jakże zmienionym! Wkroczył do sekretariatu z wysoko podniesioną głową, w czerwonej sukience, w futrze, z biustem, dumnie kołysząc pośladkami.
- Okazało się, że przeszedł w USA operację zmiany płci. Przyjechał do nas, żeby przerejestrować dyplomy na nowe nazwisko: Linda Astor. Przy nim snuł się taki niepozorny człowieczek o czarnej czuprynie. Sięgał Poddubiukowi do ramion. Zbyszek przedstawił go jako swojego męża, pana Astora. Zaraz zaczął gawędzić z paniami w sekretariacie, chwalił się sztucznym biustem, dawał do przymierzania futro, a z jedną panią docent chciał się nawet umówić do ginekologa. Widać było, że świetnie się czuje w nowej skórze. Tylko jego dawny promotor profesor Kleinrok zepsuł mu humor. Zbyszek podał mu dłoń zalotnie jak kobieta, a ten uścisnął mu ją normalnie po męsku i powiedział: "Cześć, Zbyszek". Jak on się za to obraził! - wspomina Marian Wielosz.












*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Niebo, piekło i wyplucie (sekta "Niebo")
Gazeta Wyborcza - 27/03/1997

...Bogdan Kacmajor mówił im, że zęby będą odrastać. Stara babcia z Goświnowic koło Nysy, którą do Majdanu sprowadziła rodzina (jej dom sprzedano, pieniądze pochłonęło Niebo), miała zaraz po śmierci zmartwychwstać. Bezpłodne miały rodzić jak drzewa oliwne. Ale zęby nie odrastały, babcia leżała martwa, oliwki nie rodziły.

 

 

 




*** MAGDALENA GROCHOWSKA - Odwrócenie
Gazeta Wyborcza - 19/10/2002

...W więzieniu na północy Polski karę sześciu lat (za rozboje i kradzieże) odbywa Piotr. Drobny, ma wąskie, niebieskie oczy, lat 21. Choruje na padaczkę. Dręczy go sen: mężczyzna przykłada mu do szyi żyletkę, wpycha mu członek do ust; Piotr się dusi, budzi się zlany potem i już nie śpi do rana. Z górnej pryczy obserwuje, jak z ciemności nocy wyłania się w oknie betonowy płot, czubki sosen. W miejscowości R. na południu Polski Piotr też mieszkał pod lasem. Lubił chodzić do lasu z niewidomą siostrą i psem.

 

 

 




*** Magdalena Grochowska - BEZ SZMINKI (Jadwiga Jankowska-Cieślak)
Gazeta Wyborcza - 24/04/1999

...Miała pecha, że jej zagraniczny sukces przypadł na stan wojenny, mówią reżyserzy. Wielka aktorka dramatyczna, która działa na własną szkodę: stroni od środowiska. Rygorystyczna wobec siebie - zbyt często odmawiała roli. Jej miejsce jest w kinie artystycznym, a nie w komercyjnym. A dziś ogląda się telenowele. Ale niejeden wielki aktor amerykański pracował jako kelner i czekał na swoją chwilę. Taka jest istota tego zawodu, mówią.

 

 

 




*** Magdalena Grochowska - CHORE SZYBY, MARTWE RÓŻE, NIEBIESKIE MOTYLE (Anda Rottenberg)
Gazeta Wyborcza - 18/12/1998

...Złote róże na porcelanie miały poszarpane płatki - ręce drżały pani Lidzie, dobiegała osiemdziesiątki. - Te stare kobiety - mawiała z pogardą - siedzą tylko w oknach. Wciąż miała swoje życie: resztkę Rosjan, którzy jeszcze się nie zabrali z miasta. - Tylko jednego się boję - powiedziała raz do córki - że upadnę w tym korytarzu i nikt mnie nie znajdzie. Tu są wełniane pończochy, a tu sukienka do trumny - pokazała Andzie kwiecistą suknię. - W czarnym mi nie do twarzy - usprawiedliwiła się. Jej zasztyletowane ciało znaleziono 15 marca 1993 roku w korytarzu. (Czy morderca przyszedł po serwis?) Sprawcy nie znaleziono. Przez trzy tygodnie Anda trzymała panią Lidę w urnie na półeczce, koło prawosławnych ikon. Umyła korytarz. Wyprała i uprasowała rzeczy matki. Spała w jej łóżku. Była spokojna. "Zwariowała" - stwierdzili przyjaciele i zabrali ją z urną do Warszawy. Prochy pani Lidy leżą na cmentarzu prawosławnym.

 

 

 




*** MAGDALENA GROCHOWSKA - POLKI DO WYJŚCIA!
Gazeta Wyborcza - 22/03/2000

...Abu nosi w płucach odłamek z pierwszej wojny, u prawej ręki brakuje mu dwóch palców. Woła wesoło do Ewy i Zofii: "Babulki, babulki, moje krasawice". Przynosi snickersa. Obiecuje, że gdyby zginęły, wyśle ich listy do rodzin. Zawiera z Zofią umowę - nie będzie kłamał, najwyżej nie odpowie na pytanie. Kiedy pytają, dlaczego nie mogą dostać telefonu, milczy. Innym razem pozwala Ewie zadzwonić trzy razy z rzędu do Polski. Daje im tranzystorowe radio. Rozpiera go duma, bo jego siedmioletni syn doskonale zna się na broni. - Gdyby rosyjski lotnik wpadł w ich ręce - mówi Abu do braci - obcięliby mu język i uszy i wypuścili. A teraz Abu patrzy na nagranie wideo sprzed kilku dni i ryczy ze śmiechu. Filmowali atak na Rosjan. Na ekranie Czeczeni obcinają głowy żywym jeńcom rosyjskim. Zbliżenie wnętrza czołgu: młody Rosjanin pisał tuż przed śmiercią list. - Ale jego matka nie dostanie tego listu! - Mężczyźni wybuchają śmiechem. - Nie miałam złudzeń - mówi Zofia - gdyby mu kazali nas zarżnąć, zrobiłby to.












*** LESZEK TALKO - Nie mam czasu być człowiekiem
Gazeta Wyborcza - 20/11/1999

...Kilka dni później jeden z kotów zachorował - opowiada Aśka. - Miał kłopoty z oddychaniem. Męczył się. Janek powiedział, że ten kot przeżyje, bo on mu pomoże. To był ulubiony kot matki. Następnego dnia Janek pokłócił się z matką. Jak zwykle o to, że Jędrek nie poszedł do szkoły. Poszedł do swojego pokoju, godzinę potem kot zdechł matce na rękach. Przypadek? Janek wyszedł z pokoju z jakimś takim paskudnym uśmiechem: - I co, nie żyje kotek.

 

 

 




*** LESZEK K. TALKO - RADJUSZ I KURPISZ WYDAJĄ ENCYKLOPEDIĘ
Gazeta Wyborcza - 13/09/1996

...O ile Kurpisz za zyski swojego wydawnictwa wykańczał w ogródku jacht, to Radjusz, jeśli można użyć tego określenia - inwestował w ludzi.
- Najął ja kierowcę. Kierowca domu nie miał. No to ja mu kupił. A potem sekretarka mówi, że mieszkać nie ma gdzie. To ja jej też dom kupił. No a żona mi mówi: Tadeusz, ty kierowcy dom kupił, sekretarce dom kupił, a ja, kiedy mnie kupisz? No to ja jej też dom kupił.
Kierowca i sekretarka już nie pracują.
- Źle pracowali, to ja ich wypędził - snuje opowieść Tadeusz.
- Tych, którym kupił pan domy? - chciałem się upewnić.
- No właśnie.

 

 

 




*** Leszek K. Talko - Świnki poszły w swoją stronę
Gazeta Wyborcza - 06/02/1998

...Pelagia Bąk okazała się starszą panią na rencie. Co jakiś czas przypominało się jej, że posiada jeszcze jeden dom, mieszkanie lub firmę. Wtedy Skrzypczak przyjeżdżał do niej, oglądał posiadłość, a następnie udawał się do banku z nadzieją na pożyczkę. W ten sposób zwiedził kawał Polski, bo hipoteki pani Pelagii znajdowały się w Lublinie, Mławie, Krynicy, Kutnie, Kruszwicy. Bank odmawiał jednak wypłacenia 15, 10, 5 czy nawet jednego miliarda, bo kolejne domy miały wbrew zapewnieniom Pelagii Bąk pozajmowane hipoteki. - Teraz wiem, że te jej hipoteki po całej Polsce chodziły - z goryczą mówi Skrzypczak. - Ale wtedy wierzyłem, że są czyste.

 

 

 




*** LESZEK K. TALKO - PSY WIELKIEGO BRATA (Big Brother)
Gazeta Wyborcza - 26/04/2001

...W Big Brotherze na żywo znowu nic się nie dzieje. Część grupy opala się na kurniku, czytają książki, układają wiersze, bo akurat takie zadanie wyznaczył im Wielki Brat. Wreszcie w sypialni dziewczyn coś się zaczyna dziać. Manuela droczy się z Piotrem Gulczyńskim. Manuela zaśmiewa się do łez. Piotrek zbyt mocno wykręca jej rękę, Manuela krzyczy z bólu i wściekła uderza go w twarz. Piotr momentalnie poważnieje. Obrażony wychodzi do salonu. Alicja przekonuje Manuelę, że wina leży po obu stronach. Manuela idzie do Piotra do salonu, siada obok niego, proponuje pojednanie. Piotr nadal obrażony. Manuela nie rezygnuje. Piotr naburmusza się. Manuela po kilku próbach wraca smutna do sypialni.

 

 

 




*** Leszek K. Talko - Wizyty u psychiatry prowadzą do zmniejszenia głowy (prasa kolorowa)
Gazeta Wyborcza - 22/12/1995

...W "Rewelacjach" ukazały się materiały o chłopcu, który wpadł do studni, ale w locie złapał go duch jego matki. O plamie w rogu jadalni Duńczyka Nilsa Ulrika, która zeżarła dwa psy i kota ("Zdążyłem tylko zobaczyć koniec ogona"). O zombie, któremu w USA odmówiono świadczeń socjalnych ("Nie umarłem, jestem ożywionym trupem, a to różnica - mówi Carlos Ferreira z Miami"). O zdrowiu ("Ugniatanie nosa przyniesie wam pieniądze - dr Carlton Smith stwierdził, że 91 proc. ludzi uciskających nos zanotowało przypływ gotówki"). O psychiatrii (dowiedziono, że wizyty u psychiatry prowadzą do zmniejszenia głowy). O intelekcie ("Im większy tyłek, tym bystrzejszy umysł"). O sporcie ("Głowa szachisty eksplodowała podczas gry. Jak poznać, że twoja głowa ma zamiar eksplodować"; eksplozji sprzyja praca umysłowa i dużo słodyczy). O wypadkach ("Wysmarkał nos i wypadło mu oko"). O duchach ("Duch mąż siedzi w szambie i usiłuje mnie zabić"). O urodzie (bekanie powiększa piersi - stwierdzili amerykańscy naukowcy). O konikach polnych (w Australii ustrzelono agresywny egzemplarz ponadmetrowej długości).












*** Piotr LIPIŃSKI, Leszek K. TALKO - KOCUR ZEŻARŁ ŻABĘ
Gazeta Wyborcza - 23/02/1996

...Andrzej Chorosz wyjaśnia: - Dziewczyny pokażą delikatny seks i seks bardzo mocny. Planujemy trzy wyjścia co godzinę, od delikatnej erotyki po wulgarne porno. Najostrzejszą mam Agnieszkę. Niedawno w jednym z klubów rozebrała się, rozpięła spodnie facetowi na widowni, nałożyła mu prezerwatywę i zrobiła "loda" [popularna nazwa miłości francuskiej - przyp. red.]. Zrobiło się okropne zamieszanie, właściciel przestraszył się skandalu, a przy okazji skorzystał z okazji i odmówił zapłacenia honorarium.












*** Paweł Smoleński - Ludzie drogi
Gazeta Wyborcza - 22/11/1996

...Gdy ciężarówki zmierzają na Zachód, początkowo pną się mozolnie w górę, aż osiągną wysokość trzech kilometrów nad poziomem morza. Potem czeka je ostry zjazd w dół: kilkadziesiąt najdłuższych mil w całych Stanach Zjednoczonych. Widziałem kalifornijskie zjazdy w Sierra Nevada, drogę w kierunku miasteczka Park City w górzystym Utah, przejazd przez Smoky Mountains w Wirginii. Żadne z nich nie mogą równać się z Kolorado; jeden przejazd przez Góry Skaliste tłumaczy, dlaczego mile w Kolorado są dłuższe niż inne. Trucki zsuwają się z przełęczy z prędkością 30 mil na godzinę. Jeśli jadą o pięć mil szybciej, mają jeszcze szanse, jeśli o dziesięć - kierowcy proszą Boga o zmiłowanie.
Peter nie był już świeżym kierowcą, gdy przekraczając Góry Skaliste w drodze do Reno pomyślał, że między 30 a 40 mil na godzinę nie ma wielkiej różnicy. Minął jedną ciężarówkę (wyprzedzany kierowca pukał się w czoło), jego kenworth dostojnie nabierał prędkości. Aż w końcu stało się to, o czym Peter wiedział, że musi się stać. Lecz co innego jest wiedzieć, a co innego - przeżyć.
- Już nie mogłem hamować silnikiem, więc nacisnąłem hamulec - wspomina. - W lusterkach zobaczyłem gęsty, czarnoszary dym; to hamulce zaczęły się palić, a ciężarówka jechała coraz szybciej. Już wiedziałem, że jeśli chcę ujść z życiem, muszę uciekać z autostrady.

 

 

 




*** Paweł Smoleński - Spotkałem nawet szczęśliwych farmerów
Gazeta Wyborcza - 21/03/1997

...Brad Starr przejął po ojcu gospodarkę w dobrym, ale i w złym momencie. W dobrym, bo siostra wyjechała na Florydę, więc był jedynym kandydatem do majątku. W złym - bo amerykańskiej hodowli bydła wróżono złote lata, a Brad, w przeciwieństwie do ojca, nienawidzi krów. Niewiele brakowało, by za te krowy ojciec wydziedziczył syna. Kłócili się, mieli kilka zasadniczych rozmów. W końcu ojciec ustąpił, ale Brad miał wrażenie, że gdyby siostra kiwnęła palcem, ziemia i dom byłyby jej, nie jego. Farmerzy z powiatu Connersville patrzyli na młodego Starra jak na wariata i zachodzili w głowę, jak to możliwe, by nie hodować krów, gdy każdy funt mięsa to żywe dolary. Dzisiaj tym, którzy uparcie stawiali na hodowlę, banki zlicytowały farmy, a Brad nie tylko trzyma się, a nawet rozwija, popłacił kredyty i wyrównał straty, choć susza sprzed kilku lat uderzyła go na ponad sto tysięcy dolarów.












*** Irena Morawska - Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam
Gazeta Wyborcza - 20/06/1997

...Na Gwiazdkę Emilia napisała: "Chcę, żebyście zrozumieli, że pomyliliśmy się co do tego wyjazdu i do Pani Reginy. Pani jest osobą bardzo silną charakterialnie, wymagającą wobec siebie i innych. Jest, jeśli można tak powiedzieć - generałem, który wie, czego chce. Z Panią nie ma żartów. Pani jest tutaj osobą bardzo znaną, szanowaną i podziwianą. Ma bardzo duże znajomości na policji, w sądach i u adwokatów, dlatego Pani wie, z jakimi zamiarami ja tutaj przyjechałam. Na początku zachowywałam się bardzo źle, listy, które do Was pisałam, to same pierdoły. Teraz zrozumiałam, jakie błędy popełniłam, i chcę je naprawić, i odzyskać w oczach Pani zaufanie. Nadepnąć Pani na odcisk to znaczy mieć będziemy przez nas boleści, możemy wszystko stracić. Pracę, dom i całe nasze życie. Pani powiadomiła policję, że ja przebywam u niej, i cokolwiek by się stało, to ja odpowiadam za wszystko.












*** Miłada Jędrysik - Prawo gór, prawo krwi
Gazeta Wyborcza - 11/12/1998

...Mieszkańcy wioski, Gjelosh Fran Micani i Gjon Pjeter Lulashi: - Morderca musi obrócić zabitego, by leżał twarzą skierowaną ku niebu. Musi podnieść jego strzelbę i oprzeć o ciało. Potem przez osoby trzecie informuje rodzinę ofiary o tym, co się stało. Rodzina może go poprosić o pomoc w przygotowaniu pogrzebu. Na ten czas dostaje "besę" - przyrzeczenie rodziny zabitego, że nic mu nie grozi. Besa jest dla Albańczyka najświętsza. Gdy upłynie czas besy, która może trwać aż miesiąc, rozpoczyna się wendeta. W odwecie można zabić każdego mężczyznę z rodziny ofiary. Najlepiej jest zabić mordercę. Jeśli nie, wybiera się najlepszego z rodu - do czwartego stopnia pokrewieństwa kuzynów. Gdy śmierć została pomszczona, starszyzna wzywa zwaśnione rodziny do pogodzenia się. Jeśli obie rodziny się zgadzają, uroczyście zawierają braterstwo krwi. Podczas ceremonii krew rodziny ofiary i mordercy miesza się ze sobą. Gdy jedna z rodzin się na to nie zgadza, wendeta trwa dalej.












*** ANNA ŻEBROWSKA - BIUST Z HARMONIĄ ORDERÓW
Gazeta Wyborcza - 30/04/2002

...Chociaż nic tak nie zrównuje ludzi jak śmierć, na Cmentarzu Nowodziewiczym nieboszczyków dzieli się na trzy kategorie. Najbardziej uprzywilejowani mają prawo do trumny i kawałka ziemi o wymiarach 1,8 na 2 metry. Pogrzebów "trumna - ziemia" jest zaledwie pięć-sześć rocznie (z ogólnej liczby 300). W kategorii drugiej, "urna - ziemia", obowiązuje kremacja, lecz urnę zakopuje się w mogile rodzinnej. Najniższa kategoria nosi nazwę "urna - kolumbarium". Do anegdoty weszła aktorka, która na wieść o przyznaniu jej tytułu ludowej artystki ZSRR zawołała: "Teraz już przysługuje mi trumna na Nowodziewiczym!". O miejsce tutaj trzeba nierzadko stoczyć batalię. Jeśli lista zasług Drogiego Nieobecnego nie przekonuje władz, rodziny szukają protekcji, dochodzi do scen dantejskich. Krewni pieśniarki Izabelli Jurjewej, która przeżyła czas swojej sławy i umarła w zapomnieniu, przez 40 dni nie odbierali ciała z kostnicy, domagając się pogrzebu na Nowodziewiczym. Bezskutecznie. Siedem hektarów cmentarza jest jak gigantyczna aleja zasłużonych. Po ścianie kremlowskiej - najbardziej elitarna nekropolia Moskwy, ba, Rosji! Jeśli jednak Lenin z towarzyszami mogą być spod Kremla przeniesieni, na Nowodziewiczym czas płynie bez wstrząsów.












*** Marek Sterlingow, Marek Wąs - Trzy życia Aniczki
Gazeta Wyborcza - 2008-02-26

...W szkole Adam zrobił rysunek. Siedem małych postaci, pośrodku jedna duża. I czerwone plamy na całej kartce. Ingjerd Eriksen poprosiła go o wyjaśnienie obrazu. Małe postaci to dzieci, a duża to dorosły. Czerwone plamy to krew. Te dzieci nie mają imion, tylko numery. Na rysunku jest też on, Adam. Ma numer siódmy. Dyrektorka zaczęła składać układankę. Zamknięty w sobie, nieśmiały, wystraszony. Nie chce chodzić na gimnastykę. Nie lubi opowiadać o domu. Z drugiej strony ten jego ojciec robi dobre wrażenie. Kulturalny facet. Ale teraz ten rysunek. Psycholog długo wyciągał z Adama jego historię. Zaczęło się jeszcze w Czechach. Ojciec oddawał go różnym znajomym panom. Kazali mu robić straszne rzeczy. Adam wie, że straszne, bo wie, co to jest seks, i że dorośli nie mogą zmuszać do niego dzieci. Tata brał od tych mężczyzn pieniądze. A jak Adam był niegrzeczny, to tata zamykał go w piwnicy. Całkiem gołego. Wiązał go taśmą i bił. W tej piwnicy dostawał jedzenie wprost na podłogę. I musiał jeść jak pies.












*** Marcin Kącki - Załamanie szyfranta Zielonki
Gazeta Wyborcza - 2011-02-02

...W anonimie ktoś pisze, używając terminologii wojskowej, że dostał zaszyfrowany komunikat radiowy od Zielonki. Szyfrant błaga o pomoc, bo nie może wydostać się z Centrum Operacyjnego Wywiadu Wojskowego. Że siedzi tam zamknięty już kilka miesięcy. Prokuratorzy i wywiad stają na głowie, by ustalić autora listu. To Wojciech D., kapitan żeglugi wojskowej. Emeryt, schizofrenik.












*** Włodzimierz Kalicki - W domu smoka (CHINY)

...Po dwóch dniach nauczyłem się jeść pałeczkami, dzielić nimi na kęsy rybę i kurczaka. Po tygodniu dziwiłem się, dlaczego w Europie przyjęły się tak mało praktyczne widelce zamiast uniwersalnych pałeczek. Przywykłem do kleiku ryżowego, marynowanych buraków i ogórków na śniadanie, do jajecznicy na zimno i do zalewania przez cały dzień wrzątkiem kilku listków zielonej herbaty na dnie kubka. Podobały mi się telewizyjne seriale historyczne, w których chińscy herosi nieustannie marszczyli oblicza i wymachiwali mieczami. Rozumiałem wszystko. Gdy krzyczeli i marszczyli brwi, znaczyło to, że są zagniewani. Gdy krzyczeli i przewracali oczami, był to znak, że są śmiertelnie zakochani. Przed walką na miecze obowiązkowo podskakiwali na wysokość trzeciego piętra. Po liczbie wywiniętych w czasie skoku fikołków poznawałem bezbłędnie rangę bohatera.

 

 

 




*** Włodzimierz Kalicki - Wielka i czysta (KRAKÓW - renowacja zabytków)
Gazeta Wyborcza - 26/07/1996

...Dopiero wysoko, pod gzymsem, widać, czym oddychają mieszkańcy Krakowa. Kamień pokryty jest czarną, bardzo twardą, kalafiorowatą naroślą grubości ponad 10 milimetrów. Te zanieczyszczenia i złogi wytrącone z powietrza, zmieszane z rozpadającym się kamieniem, wyrosły w ciągu raptem kilkudziesięciu lat. Ofiarą peerelowskiej atmosfery padły przede wszystkim zwieńczenia szkarp, odtwarzane w latach 30. Rozmyte, popękane na kamienne kęsy wielkości sporego psa, w każdej chwili mogłyby runąć w dół, na tłum turystów, gdyby nie oplatające je siatki ochronne.












*** MONIKA PIĄTKOWSKA - A JA ZOBACZĘ MAJTKI
Gazeta Wyborcza - 19/03/1999

...Największą popularnością wśród groupies z przełomu epoki Gomułki i Gierka cieszył się męski zespół śpiewający liryczne piosenki o miłości. Tabuny dziewczyn brały udział w firmowej zabawie muzyków: gonieniu po hotelowym korytarzu roznegliżowanych panienek.
- Po naszym debiucie na koncercie w Opolu w roku 1969 pojawiły się wokół nas tłumy dziewczyn - opowiada 55-letni dziś Jan Wójcik. - Ja z tego nie korzystałem, bo byłem żonaty i żona jeździła ze mną. Ale chłopcy z kapeli brali te dziewczyny na trasy. Służyły nie tylko do łóżka. Jeszcze do sprzątania i do przepierki. Takie gosposie.
- Przychodziły do nas dziewczyny poniżej piętnastki - wspomina Wójcik.












*** Witold Jabłoński - Fala za kulisami
Gazeta Wyborcza - 03/10/1997

...Student II: - Podobnie jest w Gdyni. Tam w ogóle mają świra na punkcie seksu, to chyba specyfika portowego miasta. Jedną z koleżanek zapytali na wstępie: "Ty k..., ile masz w cyckach?!". Mnie kazali mówić falsetem i chodzić w krótkich spodenkach, a jedna ze starszych koleżanek parę razy żądała: "Niech mi fuks pokaże swoje pośladki". Koledze kazali wypinać tyłek: "Pokaż rozetę!". Kiedy wykonałem etiudę "Rżnięcie rury" (symulowałem stosunek z rurą kanalizacyjną), fuksująca powiedziała: "Masz u mnie piątkę, fuksie. Zrobiło mi się tam mokro".












*** EWA WINNICKA - Gdzie jest dziewczyna szamana
Gazeta Wyborcza - 07/06/1996

...Okropna scena. Ekipa stała, ona się zacięła. Wyzwałem ją bardzo nieprzyjemnymi wyrazami. Powiedziałem, że jest kompletnie niezdolna, że się co do niej strasznie pomyliłem. Takie rzeczy jej powiedziałem, że się natychmiast rozryczała, a myśmy to spokojnie sfilmowali.
No i płacze bardzo ładnie. Powiedziałem jej też: bądź zawodowcem. I nie zmuszaj mnie do takich scen, bo tego nienawidzę.
- Jak trzeba, potrafię każdego opierdolić. Nikt mi nie jest w stanie zepsuć filmu - dodaje Żuławski.












*** Agnieszka Wróblewska - Pamiętnik kapitalisty
Gazeta Wyborcza - 09/08/1996

...Przeżyliśmy. Ale wielu nie przeżyło. Prywaciarze, zwani też rzemieślnikami, mieli swój szok transformacji nie mniejszy niż klasa robotnicza. W PRL-u narzekali na hamulce - głupie przepisy, braki w zaopatrzeniu. Ale czym jest stres niemożności rozwijania skrzydeł wobec stresów, jakie przyniosła konkurencja?! Nagle okazało się, że robione po piwnicach części samochodowe, buty, okulary czy kanapy wyglądają pokracznie. Bo ze świata zaczęły płynąć porządne towary. W dodatku tańsze. Nasze, młotkiem stukane, przedmioty nie wytrzymywały kalkulacji z przemysłową masówką. Rzemieślnicy, którzy nie umieli być przedsiębiorcami, nienawidzili reformy ustroju. Dawniej wzdychali do wolnego rynku, teraz od państwa żądali ochrony, przymykania granic, niższych podatków. Największą gorycz przeżywali jednak ci, którzy nie pojęli, że w biznesie koszty nie mają prawa być wyższe od zysków.













*** ANNA FOSTAKOWSKA - ZŁA WIADOMOŚĆ: ZOSTAŁEŚ ZRACJONALIZOWANY
Gazeta Wyborcza - 11/10/2001

...Od kiedy w firmie zaczęły się zwolnienia, każdy przede mną ucieka - mówi Alicja Machalska, personalna w firmie farmaceutycznej. W ciągu ostatnich dwóch lat zwolniła trzysta osób. - Ludzie przeczuwają wyroki. Gdy niosłam wymówienie szefowi marketingu, ten schował się w szafie. Przesiedział w niej cały dzień, a nazajutrz przyniósł lipne zwolnienie. Dopóki trwało, nie można było mu nic zrobić. Pobierał pensję, jeździł firmowym samochodem i szukał nowego zajęcia.









*** ANNA FOSTAKOWSKA - NACJA KREACJA (agencje reklamowe)
Gazeta Wyborcza - 08/03/2001

...Andrzej bierze od sześciu lat. W swojej pierwszej agencji nawet się z tym nie krył. Szef, Amerykanin, też był kokainistą i jak komuś ciekło z nosa, udawał, że nie widzi. - Zresztą nie tylko ja - rozgrzesza się. - Kiedyś na planie musiałem ratować reżysera. Przygrzał i nie panował nad ekipą. Raz mówi, że kamera w prawo, raz w lewo. Krzyczy na aktorów, głupio się śmieje. A obok mnie siedzi klient, który za to wszystko zapłacił 800 tys. złotych, bo na łeb spadała mu sprzedaż. "Panie, ta reklama to moja osobista tragedia" - powiedział reżyserowi, gdy zobaczył na ekranie, jak lata obraz. A facet był luźny i odpalił: "Fuck you!". Ileż musieliśmy się natłumaczyć, żeby wszystko odkręcić. Reklamówkę kończył operator.














*** EWA WINNICKA, PAWEŁ WUJEC - Na ósmym miejscu są krzesła (korporacje)
Gazeta Wyborcza - 04/04/1997

...Tam zrozumiałam, co znaczy termin "zombie". To człowiek tak wyciśnięty, że jest już tylko martwym ciałem. Wszystkie siły, które mu pozostały, ma zmobilizować dla firmy. Poznałam takich ludzi. Poznałam dziewczynę, która spała pod biurkiem, bo kończyła pracę o szóstej rano i nie opłacało jej się jechać na dwie godziny do hotelu. O dziewiątej ta dziewczyna budziła się, siadała przed komputerem i dalej przeliczała dane w arkuszu. Zapytałam: "Po co to robisz?". Wytłumaczyła: "Bo obiecali mi, że zapłacą mi za studia biznesowe na Harvardzie. A jak wytrzymam jeszcze dwa lata, będę mogła wybrać dowolne biuro firmy w Europie. I wybiorę Paryż. To nie jest ważne biuro. Ale ja będę jeszcze młoda, będę miała mnóstwo pieniędzy, a Paryż to piękne miasto".













*** PAWEŁ MOSKALEWICZ - MŁODZI KOŃCA WIEKU - MAŁA WYSPA, DUŻO SKARBÓW
Gazeta Wyborcza - 02/04/1999

...Upieram się jednak, że wszystko i tak sprowadza się do pieniędzy. Stwierdzenie, że funkcjonujemy w tej samej rzeczywistości, doświadczamy tego samego - jest śmieszne. Tak naprawdę żyjemy w zupełnie różnych wymiarach. Ostatnie miejsce, które jest dla nas wspólne, to państwowa szkoła podstawowa. Tam po raz ostatni koegzystowałem z dziećmi z "niższych klas społecznych". Z reguły nie była to zresztą koegzystencja przyjemna, bo w tym wieku przeczytane książki przegrywają z kretesem z umiejętnością wygrania tzw. solówy (dla niezorientowanych, solówa - od łac. solo - to sytuacja, gdy dwóch młodych ludzi czuje silną potrzebę natychmiastowego dania sobie po ryju). Potem nasze światy rozchodzą się z prędkością światła. Czasem spotykamy się na ulicy - ja mam w kieszeni portfel, a mój rówieśnik gazrurkę i silną potrzebę wejścia w posiadanie mojego dobytku. Pod ministerstwem, gdzie kryjący się w gabinecie "doradca polityczny" często ma tyle samo lat, co rzucający petardą w okno młody robotnik.












*** Marcin Baczyński, Michał Cichy - Książka na wolności
Gazeta Wyborcza - 12/09/1997

...Od początku Amber zaczął wprowadzać na polski rynek powieści takich gwiazd, jak Ludlum, Follett, Forsyth. Na ich książkach zbudował swoją potęgę. Przez dwa następne lata pojedynek z konkurencją odbywał się na wielkie nakłady i wielkie pieniądze. Tłumacz potrafił zarobić w Amberze 180 mln zł za książkę, podczas gdy w PIW-ie za przekład o wiele trudniejszych tytułów płacono około pięciu milionów.
- Wszystko załatwiało się za gotówkę - wspomina Zbigniew Foniok. - Hurtownicy nieraz całą noc czekali z teczkami pieniędzy na ciężarówki z kilkusettysięcznym nakładem. - Ostatni raz widziałam kolejkę hurtowników w czerwcu 1995 r. po "Strażników Apokalipsy" Ludluma - wspomina Małgorzata Cebo-Foniok, od 1992 r. redaktor naczelny Amberu.












*** Robert Leszczyński - SCYZORYK Z KIELC
Gazeta Wyborcza - 13/11/1998

...Na okładce "Alboomu" Liroy wita nas z otwartymi ramionami. Stoi na tle obskórnej ściany z czerwonej cegły pod graffiti z herbem miasta i napisem: "Tu był Liroy, raper z Kielc". Jest też tytuł płyty i spolszczona wersja wymaganej amerykańskim prawem ramki: "Uwaga! Niecenzuralne teksty", która zaciekawia raczej niż zniechęca. Zdjęcie jest nieostre, przypomina amatorskie, cała okładka zaś - szarobura i surowa. Album zaczyna się niepokojącą introdukcją: syreny, mocny, leniwy rytm bębnów i zapowiedź-ostrzeżenie: "Liroy is in da house!" (w slangu: Liroy tu jest). Trwa ona nieco ponad półtorej minuty, ale skutecznie buduje napięcie i wzmaga nastrój oczekiwania. Daje pojęcie o muzycznej i dramaturgicznej premedytacji Liroya - w jego zamyśle album ma być całością, skończoną opowieścią ze wstępem, rozwinięciem, kulminacją i zakończeniem.


 

 



*** Robert Leszczyński - Brakujące ogniwo
Gazety Wyborczej - 27/11/1998

...Jeden z producentów kaset, Sławomir Skręta z Reguł pod Warszawą, zgromadził w swojej firmie Blue Star kilkanaście najlepszych weselnych zespołów. Chcąc uniknąć haniebnego określenia "muzyka chodnikowa", a także by wyodrębnić z tej masy wykonawców zespoły grające na syntezatorach, wymyślił termin "disco polo". Jako pierwszy zaczął je profesjonalnie nagrywać (wcześniej często wydawano nagrane występy), robić teledyski, i lansować w mediach. Media publiczne oczywiście stawiły opór, ale w latach dziewięćdziesiątych pojawiły się już komercyjne radia i telewizje, które zaczęły puszczać disco polo, bo okazało się, że ludzie chcą tego słuchać. Niewidoczna wcześniej muzyka nagle stała się wszechobecna. Ciągle jednak była to muzyka potworna. Choć spełniała u nas tę samą rolę co country w USA czy buzuki w Grecji, w porównaniu z nimi była przerażającym mutantem hodowanym przez lata w potwornych warunkach.



 

 


*** Robert Leszczyński - VARIUS MANX - ślub i rozwód z rozsądku
Gazeta Wyborcza - 06/11/1998

...Ponad półtora miliona płyt sprzedanych w niespełna cztery lata. Dzięki temu wynikowi zespół Varius Manx stał się najbardziej bestsellerowym polskim wykonawcą lat 90. Tylko nielicznym polskim wykonawcom udało się nagrać wysokonakładowy album. A tylko zespołowi Varius Manx ta sztuka udała się więcej niż raz. Album "Emu" z 1994 roku rozszedł się w nakładzie przeszło 300 tys. egzemplarzy, "Elf" w ponadpółmilionowym, "Ego" w przeszło 450 tysiącach i "End" w ponad 120 tysiącach egzemplarzy.












*** Maria Kruczkowska - SIŁACZKA '98
Gazeta Wyborcza - 08/07/1998

...Prowincjonalni nauczyciele, podobnie jak większość Polaków, nie interesują się polityką i niewiele o niej wiedzą. Dla 67 proc. "konkordat" to ubiór, urząd stanu cywilnego, ewentualnie wizyta Papieża. Od co drugiego nauczyciela uczeń dowie się, że "koalicja rządowa" to opozycja, siły porządkowe bądź ustawy prawne. Większość nauczycieli nie wie, co oznaczają słowa i wyrażenia: "proces legislacyjny", "prohibicja" (zakaz palenia? głosowanie w Sejmie? porozumienie?), "profit" (wyścig kolarski? pozór? element teatru? kradzież?), "triduum paschalne", "alternatywność", "wybory powszechne", "środki halucynogenne" (na cukrzycę? typ żarówki?), "kooperacja".












*** Scenariusz życia - o rodzinie Frykowskich opowiada ANNA BIKONT
Gazeta Wyborcza - 31/07/1999

...W nocy z 7 na 8 czerwca z dworku w Głuchach należącego do Karoliny Wajdy odtransportowano go karetką pogotowia do pobliskiego szpitala. Miał brzuch przebity nożem. O 4 nad ranem Karolina Wajda dzwoniła do jego matki Ewy Frykowskiej-Morelle do Paryża, czy nie dałoby się przewieźć Bartka do szpitala w Szwajcarii. Zmarł z wykrwawienia o 4.30 nad ranem.
Nie stwierdzono obrażeń typowych dla walki lub obrony. Śmierć wskutek wstrząsu krwotocznego mogła nastąpić w wyniku działania ręki własnej. Tyle mówi sekcja zwłok. Prokurator Waldemar Osowiecki, szef Prokuratury Rejonowej w Wyszkowie, twierdzi, że wszystko wskazuje na to, że Bartłomiej Frykowski popełnił samobójstwo. Śledztwo jeszcze nie jest zamknięte, prokuratura czeka na wyniki badań daktyloskopijnych. A w prasie roi się od domysłów. Najpierw "Express Wieczorny" w notatce zatytułowanej "Samobójstwo z miłości" doniósł, że Bartłomiej F., odrzucony przez gosposię Karoliny Wajdy, postanowił popełnić samobójstwo. Wkrótce "Express" prostował, że to nie przez gosposię doszło do tragedii. Tytuły prasowe brzmią: "Śmierć w wyższych sferach", "Wajdówna nie dotykała noża"; czy też bardziej tajemniczo, ale też z nawiązaniem do Wajdy: "Nie wszystko na sprzedaż" ("Polityka").










*** Anna Bikont - Z heroiną na topie
Gazeta Wyborcza - 11/09/1999

...Uważa się powszechnie, że narkomania to problem młodzieży z rodzin patologicznych. Lecz biorą nie tylko blokersi - także dzieci z dobrych rodzin, wychowankowie renomowanych liceów, świetnie ustawieni młodzi pracownicy mediów, reklamy, biznesu. W pewnym momencie Kuba przestał się z tym kryć, zaczął się afiszować. W środowisku mediów był postrzegany jako sztandarowy użytkownik narkotyków. Bierze i jest świetny. Idol młodych, prężnych, zadowolonych z III Rzeczypospolitej, która dała im szansę zarabiać tyle, że stać ich na te same używki co rówieśników zza niegdyś żelaznej kurtyny.

Pod imieniem Kuba kryje się Max Cegielski







*** Anna Bikont - Przychodzili z lodami i heroiną
Gazeta Wyborcza - 16/05/1998

...Mieszkają w dobrych warszawskich dzielnicach, w kamienicach, w których nierzadko mieszkali ich pradziadkowie. Pochodzą z domów z tradycjami. Są mili, dobrze ułożeni. W dzieciństwie chodzili na lekcje francuskiego i lekcje gry na pianinie. Gdy wychodzą wieczorem kupić działkę heroiny zwanej brown sugar, kłaniają się grzecznie sąsiadom, którzy jeszcze przed wojną znali ich dziadków. Dziadkowie walczyli o niepodległość, rodzice o wolną Polskę. Teraz rodzice pracują w administracji, w reklamie, w telewizji. Są bardzo zajęci, ale dobrze zarabiają i posyłają dzieci do renomowanych szkół, często społecznych czy prywatnych. To z reguły tam dzieci pierwszy raz biorą.












A teraz kilka tekstów Cezarego Michalskiego, byłego męża Manueli Gretkowskiej.








*** Cezary Michalski - Burzliwy romans z Polską
Życie - 2001-05-02


...Jedną z najdziwniejszych postaci przeżywających w czasie Sejmu Czteroletniego swoje spotkanie z Polską był Jan Potocki. Jego głośne niegdyś dokonania polityczne i naukowe zostały dzisiaj zapomniane. Przeszedł do historii dzięki czemuś, co było dla niego i jego bliskich jedynie rozrywką. Jest dzisiaj pamiętany, i to nie tylko w Polsce, jako autor powieści fantastycznej "Rękopis znaleziony w Saragossie". Jedna z legend literackich głosi, że kolejne fragmenty "Rękopisu..." powstawały przy łóżku chorej żony, której początkowo Potocki miał opowiadać baśnie tysiąca i jednej nocy, a kiedy te się skończyły, zaczął wymyślać własną opowieść, zamykając ją w sześćdziesięciu dniach i nocach.

 

 





*** Cezary Michalski - Mesjasz bezpaństwowców
Życie - 2001-05-10


...Dlaczego Andrzej Towiański, litewski mistyk religijny, przybysz znikąd, mógł zostać potraktowany poważnie przez najwybitniejsze postacie Wielkiej Emigracji? Dlaczego ludzie tacy jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki czy generał Skrzynecki, nie potrafili ujrzeć w Towiańskim tego, kogo bez trudu dostrzega w nim dzisiaj Krzysztof Rutkowski czy Jarosław Marek Rymkiewicz, to znaczy jakiejś skarlałej wersji Rasputina, używającego pięknej "księżniczki izraelskiej" Ksawery Deybel do otępiania zmysłów ofiar Mistrza?

 

 






*** Cezary Michalski - Ketman w wykonaniu Adama Mickiewicza
Życie - 2002-06-29


...W czasie półrocznego śledztwa po rozbiciu przez Nowosilcowa konspiracji filomackiej lider wileńskiej młodzieży Tomasz Zan zeznawał w ten sposób, żeby nie obciążać Mickiewicza i namawiał do podobnego zachowania innych oskarżonych. Wiele osób chciało go uratować i te starania zakończyły się, do pewnego stopnia, sukcesem. Dostał wyrok nieznaczny. Nie został uwięziony. Pojechał na przymusowe osiedlenie do Rosji i to do tych sympatyczniejszych guberni. Początkowo przebywał w Odessie, później w Moskwie. Od początku swojego pobytu w Rosji Mickiewicz zachowuje się jak człowiek całkowicie złamany. Nie oznacza to smutku, obnoszenia się z żałobą po stracie ojczyzny i po skazanych na zsyłkę przyjaciołach. Wręcz przeciwnie, poeta świetnie się bawi. Odwiedza odeskie salony, romansuje, nawiązuje serdeczne znajomości.

 

 





*** Cezary Michalski - Ziemie nieodzyskane
Życie - 2001-07-30


...Polskie "ziemie nieodzyskane". I "nieodzyskane" wcale nie dlatego, że dzisiaj większość ich mieszkańców, poza wielkimi miastami nieodwołalnie skażonymi przez kresową inteligencję, głosuje na SLD. Problem raczej w tym, dlaczego ci ludzie głosują na SLD. Otóż głosują na SLD tak samo, jak głosowaliby na Cara czy Żelaznego Kanclerza. Dzisiaj wierzą, że to właśnie SLD znowu coś im zorganizuje i pozwoli "organizować", bo przecież niczego im nie zorganizowała słaba i pozbawiona autorytetu władza "solidaruchów".

 

 






*** Cezary Michalski - Smutek spełnionych marzeń
Życie - 2002-06-15


...Sącząc tequillę sunrise w restauracji "Enchilada" i patrząc na dobrze ubranych młodych ludzi przechadzających się deptakiem po nabrzeżu Wezery, poczułem się nagle takim kosmonautą. Tyle tylko, że ja miałem już za kilka dni wrócić z powrotem do gwiazd, do mojego fatalnego i heroicznego miejsca urodzenia, skąd za pośrednictwem satelity dobiegał mnie oskarżycielski okrzyk posłanki Samoobrony: "Kał szczura! Kał szczura!". Tym bardziej wypadało jednak wracać. Jak pisał wielki poeta, może największy, bo lubił mówić prawdę o stanie otaczającej nas rzeczywistości: "taką przebodli nas ojczyzną".

 

 






*** Cezary Michalski - Trzynaście lat później
Życie - 2002-06-07


...Państwo, które ma realnie jednopartyjny system polityczny, a konflikty interesów rozgrywane są poza systemem lub na jego marginesie, jest państwem chorym i niedemokratycznym. Taka właśnie jest Polska w półtorej dekady po przewrocie ustrojowym 1989 roku. Może coś się zmieni przy okazji wyborów samorządowych. Może PO i PiS stworzą jakiś skuteczniejszy agregat polityczny. Na razie rośnie tylko poparcie dla Samoobrony, co dowcipnie, na łamach swoich elitarnych gazet, skomentują Ogórek i Majcherek. A zatem na razie nic się nie zmieni.

 

 






*** Cezary Michalski - Postkomunizm Jadwigi Staniszkis
Życie - 2002-05-11

...W oficjalnej wersji to masy dzielnych ludzi, pod wodzą demokratycznej opozycji i za przyzwoleniem Czesława Kiszczaka obaliły system, odzyskały suwerenność i położyły podwaliny pod społeczeństwo obywatelskie. Wersja Jadwigi Staniszkis wygląda odrobinę inaczej. Rosjanie decydują się na podzielenie z Amerykanami kontrolą nad Europą Środkową głównie pod naciskiem zapoczątkowanego przez administrację Ronalda Reagana kolejnego etapu wyścigu zbrojeń. Czynią to także dlatego, że pogłębiająca się niewydolność systemu może doprowadzić do wybuchu o wiele groźniejszego niż najbardziej nawet niekontrolowana wersja "pieriestrojki".

 

 






*** Dziwne lata dziewięćdziesiąte, czyli wśród wytworów warszawskiej inteligencji
O losie intelektualisty w latach 90. Robertowi Krasowskiemu opowiada Cezary Michalski

Życie - 2002-03-16


...Wywodziłem się ze środowiska "bruLionu". Ukształtowała nas epoka, w której Michnik, Jastrun, Janda itd. siedzieli po kościołach, występowali jako gwiazdy kultury chrześcijańskiej, obcałowywali się z księżmi. Irytowały nas te czułości, za którymi nie stał jakikolwiek ideowy związek, więc postanowiliśmy być antyklerykalni. A tu nagle ci, którzy obściskiwali się przed ołtarzami, zaczęli bredzić o państwie wyznaniowym. A przecież w świecie, w którym ja żyłem, w świecie wytworów inteligencji warszawskiej, Bóg okazał się jednym z najsłabszych graczy. Więc zrobiłem to, co robi młody człowiek o kontestacyjnym usposobieniu - wziąłem stronę słabszego.










*** CEZARY MICHALSKI - Ćwiczenia z bezstronności
"Arcana", nr 3/1999

...Problem polega jednak na tym, że de Maistre był świadkiem sceny egzekucji. Nie chodzi tu bynajmniej o obraz rewolucyjnych zbrodni, ale o wielokrotne asystowanie przy wieszaniu przestępców kryminalnych, przy wykonywaniu wyroków sądu, w którego legalność de Maistre nie wątpił, podobnie jak autor Idioty nie wątpił w legalność wyroku, jaki wydał na niego sąd reprezentujący cara tego samego cara, który następnie ułaskawił oczekującego na egzekucję skazańca. Piętnastoletni de Maistre, żarliwy i praktykujący katolik, wstąpił w rodzinnym Chambery do świeckiego bractwa les penitents noirs czarnych pokutników. Jednym z najważniejszych obowiązków wypełnianych przez członków bractwa było towarzyszenie kapłanom udzielającym ostatniej posługi skazanym na śmierć zbrodniarzom, obecność przy egzekucji oraz uczestniczenie w obrzędach pogrzebowych.









*** Cezary Michalski - 10 kompleksów, z którymi boryka się mężczyzna
Dziennik - 29 grudnia 2007

...Kompleks pięknej śmierci albo przynajmniej pięknego męczeństwa w wielu z nas pozostał do dzisiaj. Jest trudny do zaspokojenia, bo życie codzienne w społeczeństwie cywilnym nie dostarcza zbyt wielu, a właściwie żadnych okazji do bohaterskiej śmierci lub wyrafinowanego męczeństwa. Dlatego też pojawiła się specyficzna forma zaspokajania tego rodzaju potrzeb przez ogólnodostępne, nawet w społeczeństwach budujących liberalizm, substytuty męczeństwa. Niektórzy inteligenci o raczej postępowych poglądach doznają męczeństwa z rąk ojca Rydzyka. Niektórych najbardziej upolitycznionych katolików zaspokaja z kolei codzienne męczeństwo z rąk Donalda Tuska. Neokonserwatyści zadowalają się męczeństwem ze strony marksistów, feministek i relatywistów. Dla jednych męczeństwem jest utrata własnego talk-show w telewizji lub choćby groźba utraty, dla innych - upadek gazety, w której mogliby czytać teksty ludzi myślących tak samo jak oni. Ale męczeństwo przeżywane symbolicznie, w mediach czy podczas zażartej dyskusji na urodzinowej imprezie, to oczywiście nie jest prawdziwe bohaterstwo i prawdziwego kompleksu pięknej śmierci (i brzydkiego przeżycia) nigdy nie usunie.


 

Michalski jest szczególnym przypadkiem w licznym gronie tzw. medialnych intelektualistów-komentatorów.

W latach 90-ych udawał ortodoksyjnego katolika, przestał, kiedy koledzy z "bruLionu" wytknęli mu porzucenie rodziny i namiętny romans z Agatą Bielik-Robson. Potem w "Dzienniku" pryncypialnie popierał "rewolucję moralną" PiS, przestał z chwilą upadku gazety i IV RP. Z dnia na dzień pojawił się w ekipie "Krytyki Politycznej" jako namiętny krytyk "rewolucji moralnej" i IV RP.

W każdej roli równie egocentryczny i przekonany o moralnej nędzy swych przeciwników. Cynizm w klinicznej postaci, bierze się z obsesyjnej chęci odgrywania roli "moralnego przywódcy". Jeśli społeczny klimat się zmienia, Czaruś wskakuje do kolejnego "zwycięskiego rydwanu".  













*** Rafał A. Ziemkiewicz - Plamy na pomniku
Rzeczpospolita - 22.11.2008

...Mija dziesięć lat od wydania książki Ryszarda Świętka "Lodowa ściana", w której w sposób bardzo przekonujący - na ile mogę to stwierdzić jako amator - zebrane zostały poszlaki świadczące o wieloletniej współpracy Józefa Piłsudskiego z wywiadem Austro-Węgier. Książka wydana w niewielkim nakładzie, niewznawiana jest dziś białym krukiem i nikt się nie pokusił o zbicie poszlakowego, ale solidnie i logicznie uargumentowanego wywodu autora. Jedyne polemiki, jakich się on doczekał, przypominały elaboraty dyskredytujące pracę badaczy archiwaliów dotyczących TW "Bolka": nie ma podpisu Piłsudskiego na żadnym zachowanym dokumencie, więc nie ma twardych dowodów, to po co o tym mówić. Zdumiewające jest to wymaganie twardych dowodów tam, gdzie wiadomo, że były one niszczone, a świadkowie poginęli w okolicznościach jednoznacznie wskazujących na polityczne skrytobójstwo. Dotyczy to nie tylko śmierci generała Włodzimierza Ostoi-Zagórskiego, który jako swego czasu oficer c.k. wywiadu zamordowany został najprawdopodobniej dlatego właśnie, że zbyt wiele wiedział o sprawach z naszego dzisiejszego punktu widzenia łatwo wybaczalnych, ale w ówczesnej mentalności się niemieszczących, a w realiach politycznych po zamachu śmiertelnie dla dyktatora niebezpiecznych.










*** RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ - Chytry niewolnik
Polityka - nr 36/2001

...Do powszechnej świadomości nie dotarło, że istnieją różne partie, a nie jak kiedyś tylko jedna. Podjęcie aktywności w którejkolwiek z nich oznacza zapisanie się do "onych". Zabawna jest anegdota, jak swego czasu Jarosław Kaczyński, wówczas w najostrzejszej opozycji, na spotkaniu z ludnością, którą przyjechał agitować przeciwko rządowi, sam zasypany został pretensjami i wyzwiskami za złe rządy. Gdy zaś usiłował wytłumaczyć, że przecież on nie rządzi, przeciwnie, jest w opozycji, usłyszał: "co pan gada, przecież ciągle pana w telewizji pokazują!".











*** Rafał A. Ziemkiewicz - Są takie gazety, w których nigdy bym nic nie napisał - wywiad
Życie - 2002-06-17

...Kiedy mówię o białych murzynach, chodzi mi o to, że główną przyczyną polskich nieszczęść i cierpień jest to, że jesteśmy społeczeństwem niewolniczym, pańszczyźnianym. Mamy tę pańszczyznę głęboko zapisaną w genach, to ona określa nasze wybory polityczne, nasze wyobrażenie o państwie. Całe pokolenie ludzi nie może odżałować, że Gierek już nie żyje i PRL się rozsypał.














*** Jacek Żakowski - Coś w Polsce pękło, coś się skończyło
Gazeta Wyborcza - 16-04-1994

...Próbuję zrozumieć, co w moim kraju pękło. Szukam odpowiedzi na dziecięco naiwne pytania. Co się skończyło, że osoba najwyższej klasy, jako premier odwołanego rządu skarżącego się wciąż na dziury w budżecie i hucznie wstrzymującego podwyżki dla urzędników, pobrała stumilionową premię uznaniową, a były szef URM próbował nas przekonywać, że nic się nie stało, bo wszystko było "zgodne z obowiązującym prawem"? Dlaczego wciąż trwa takie prawo? Dlaczego milczało na ten temat kierownictwo chętnie odwołującej się do etosu partii?
Co się stało, że kryształowy człowiek z piękną opozycyjną kartą po paru latach urzędowania w gabinecie wiceministra faktycznie sam siebie mianował prezesem rady nadzorczej, brał drugą pensję i kontrolował siebie, występując jako jednoosobowe walne zgromadzenie, do którego jako minister delegował się w imieniu skarbu państwa? I dlaczego ten piękny człowiek, który przez lata w imię zasad buntował się przeciw peerelowskiemu prawu, płacąc za to osobistą cenę, dziś mówi mi po prostu: "To jest w porządku, bo prawo na to pozwala"?









*** Jacek Żakowski - Rewanż pamięci
Gazeta Wyborcza - 25-05-2001


...Po angażującej najwyższe autorytety francuskiej debacie na temat milczącej większości Vichy, po przetoczeniu się przez Niemcy wielkiej debaty wokół zbrodniczej roli niemieckich "zwyczajnych żołnierzy", kilka miesięcy po rozpoczęciu polskiej debaty na temat zbrodni w Jedwabnem ruszyła w Turcji narodowa debata na temat ormiańskiego holocaustu dokonanego w 1915 roku przez Turków otomańskich. Wywołał ją pisarz Taner Akcam, wiele godzin opowiadając przed kamerami tureckiej telewizji o tym, jak na rozkaz Talata Paszy tureccy żołnierze przy spontanicznej pomocy cywilów w krótkim czasie zamordowali półtora miliona swoich ormiańskich sąsiadów. Mężczyzn zarzynano bagnetami, dzieci roztrzaskiwano o kamienie lub ściany, kobiety gwałcono i głodzono na śmierć. Dziesiątki tysięcy Ormian zginęły w marszach głodowych przez pustynię albo podczas transportu w bydlęcych wagonach.












*** Rewolucja u bram - Ze Slavojem Żiżkiem rozmawia Jacek Żakowski
Polityka - nr 10/2005 r.

...Jak rewolucja miałaby dziś wyglądać? Gdzie jest Pałac Zimowy? W głowie Billa Gatesa? Może w internetowej sieci, którą rewolucja musiałaby przejąć? Chyba już nie ma sensu snucie po kątach tych wszystkich starych spisków z planami zamachu stanu, szturmami, bombami. Musimy być otwarci. Ta rewolucja musi się dokonać w symbolicznej przestrzeni wirtualnej. Kto przejmie kontrolę nad wirtualną przestrzenią, nie będzie musiał zdobywać pałaców, koszar ani nawet mandatów w parlamencie. Wystarczy wygrać walkę o wyobraźnię ludzi i zdobyć ich umysły. Za 10-15 lat, kiedy wybuchnie cały ten wielki kryzys, który dziś zapowiada wojna z terroryzmem, napięcie z Chinami, pękanie Zachodu, erupcja świata slumsów, będziemy musieli sięgnąć po wyniki refleksji, której wciąż jest zbyt mało. Od tego, co zdążymy wymyślić, będzie zależała przyszłość. Bo przecież żaden porządek świata nigdy nie trwał wiecznie. Nasz ład też nie jest wieczny. Trzeba wymyślić nowy.



 

  Coś bardzo osobliwego dzieje się aktualnie w głowie redaktora Żakowskiego. Zachowuje się jak typowy sfrustrowany lewicowy jajogłowy. Gniewnie pokrzykuje, chce wyznaczać społeczne wartości i wzory postępowania, dając wyraźnie do zrozumienia że zniesmaczony jest stanem umysłowego niedorozwoju w Polsce. Dziwne, porządny był z niego kiedyś facet. Dziś ekspert od wszystkiego. Ofiara uderzenia wody sodowej do mózgu - tak jak i Ziemkiewicz, Wildstein i wielu innych.










*** Agata Bielik Robson - Nowa lewica i kapitalizm
Życie - 2001-06-07


...O ile bowiem pozytywna część myśli lewicowej, jak to trafnie zauważył Laclau, pogrąża się w kryzysie - upada wiara w komunistyczną utopię i system gospodarczy alternatywny do wolnorynkowego - o tyle na plan pierwszy wybija się jej czysta negatywność, obdarzona szlachetnym mianem "teorii krytycznej". Nie ma już idei, ku której można by "wyprowadzić ludzkość", ale nadal jest ten sam stary wróg - irracjonalny dom niewoli zbudowany z przesądów tradycji, okowów represyjnych norm, absurdalnych międzyludzkich zależności.











*** Marek Nowakowski - Demony Kaukazu
Życie - 2001-04-12

...Michał Lermontow w "Bohaterze naszych czasów" ustami Pieczorina wygłasza szereg refleksji i spostrzeżeń na temat stosunków panujących na zdobywanym przez Rosjan terytorium. Ceni Czeczenów za waleczność, odwagę, lecz równocześnie przypisuje im zdradliwą zmienność, wybuchowość i niezrozumiałą nienawiść wobec Rosjan.













*** Francis Fukuyama - Koniec ery industrialnej
Życie - 2000-11-30

...Są wszelkie dane po temu, by sądzić, że od końca XVIII wieku mniej więcej do połowy XIX nastąpił okres gwałtownie pogłębiającego się rozkładu moralnego w obu tych krajach. Wzrosły wskaźniki przestępczości w niemal wszystkich wielkich miastach, rodziny uległy rozbiciu i rosła ilość nieślubnych dzieci; stosunki społeczne tworzyły dystans między ludźmi i "wybuchła" konsumpcja alkoholu, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych: w roku 1830 była na głowę mieszkańca chyba trzykrotnie wyższa niż dzisiaj.












*** Robert Krasowski - Realizm polityczny, czyli jak nauczyć Polaków, że warto się kierować rozumem
Życie - 2002-06-01

...Nurt myślenia ugodowego nie zrodził się nagle. Wyłonił się z fascynacji historią, charakterystyczną dla polskiej myśli po upadku Powstania Listopadowego. Większość Polaków w ślad za Mickiewiczem i Lelewelem zanurzyła się w dzieje po to, by wydobyć z nich narodową mitologię, opowieść o szlachetnych ludziach kochających wolność z tak zaraźliwą namiętnością, że okoliczni despoci nie mogli tego wytrzymać. Przyszli więc i ukrzyżowali - bo w takiej poetyce opisywano historię - Chrystusa narodów.














*** Michał Smolorz - Modliszka w koronkach
Polityka - 8 marca 2008

...W górnośląskich rodzinach synowie z natury rzeczy przeznaczeni byli na straty, więc nie miało sensu inwestowanie w ich wykształcenie ani uposażanie. Chłopcy ze śląskich rodzin robotniczych i rolniczych otrzymywali jedno życiowe zadanie: jak najszybciej przyuczyć się do zawodu i podjąć prace. Aż do chwili ożenku całe wynagrodzenie młodego Ślązaka zabierała matka z przeznaczeniem na uposażenie jego sióstr, gdyż wysiłek rodziny był nakierowany na naukę, ogładę i zabezpieczenie życiowe córek. To one otrzymywały pełną wyprawę, skrzynię odzieży, bielizny, butów i pościeli, do tego świadectwo szkoły powszechnej i kursy umiejętności, włącznie z nauką muzyki. Chłopaków wypuszczano w świat w jednych spodniach - ze świadomością, że są przeznaczeni wyłącznie do roboty lub na wojnę. Jedynym wyjściem z tego zaklętego kręgu był stan duchowny, dlatego bardzo długo alumni z rodzin robotniczych i rolniczych stanowili ponad jedną trzecią słuchaczy Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Wrocławskim.













*** MAŁGORZATA BRĄCZYK - Telewizja króliczków
Przegląd - 2003-12-10

...Wieczorem królują kwizy. Najbardziej oglądanym jest "Passaparola" w Canale 5. Prowadzi go Gerry Scotti, w otoczeniu skąpo ubranych panienek. To letterine (literki), od kręcącej się tarczy z literami alfabetu, według której konkurenci odpowiadają na zadawane pytania. W innych teleturniejach panienki nazywają się schedine, veline itp. (te nowo powstałe wyrazy tak dalece zadomowiły się w świadomości Włochów, że wydawcy byli zmuszeni wprowadzić je do słownika języka włoskiego). Sukces velin i letterin jest tak duży, że 99% włoskich nastolatek na pytanie, co chciałyby robić w życiu, wybiera ten rodzaj kariery. Sculettare (kręcenie tyłkiem) to rodzaj trampoliny. Dziewczęta z prędkością światła, w kilka dni od pokazania się na antenie, stają się gwiazdkami szklanego ekranu. Włosi robiący telewizję uwielbiają zapraszać się nawzajem. Oglądasz program A i widzisz, że jego prowadzący rozmawia z autorem programu B, za parę dni oglądasz program B i widzisz jako głównego gościa autora programu A. I tak w kółko. Robią sobie nawzajem reklamę, nawzajem się krytykują, wyzywają, wyśmiewają, plotkują o sobie, podglądają się, wykrzywiają się, naśladują itp. Bo telewizja włoska żywi się sama sobą, zjada własny ogon, informuje sama o sobie.









*** Krzysztof Varga - Wideokretynizacja, czyli pluszowy faszyzm
Gazeta Wyborcza - 10.06.2010

...Jest w tym filmie scena kluczowa, kiedy ów magnat telewizyjny przyznaje, że jest wielbicielem Mussoliniego, na dowód czego ze swoim obleśnym uśmiechem na gładkiej twarzy przypominającej pośladki puszcza z telefonu ulubione włoskie pieśni faszystowskie, a na ekraniku jego komórki migają swastyki, portrety Mussoliniego, maszerujący faszyści, jego rowek między policzkami robi się coraz szerszy, nie ma w nim żadnego wstydu, jest fascynacja i uwielbienie dla Duce. I rządzi on milionami telewidzów niczym Duce, podporządkowuje ich sobie, a tłum maszeruje bezmyślnie i śpiewa pieśni, ogłupienie tłumów jest wspólne dla faszyzmu i dla telewizji. Żeby rządzić tłumem, trzeba go skretynić, skretyniony tłum pójdzie za dźwiękiem fletu jak owe stado szczurów, skretyniony tłum szczurów zje tę kolorową trutkę i zanim padnie w konwulsjach, powie, że bardzo smaczna. Dotyczy to i włoskiego faszyzmu, i włoskiej telewizji, wspólny mianownik polega na tym, że tłum wyje w ekstazie, a to, czy wyje na widok maszerujących czarnych koszul, czy drgających pośladków, jest sprawą drugorzędną.

Oto pluszowy faszyzm, oto botoksowy totalitaryzm, sylikonowa przemoc.












*** Andrzej Dobosz - Pogryziony endek
Rzeczpospolita - 01-08-2009

...16 listopada 1930, w dniu wyborów do Sejmu, grupa syjonistów pobiła ortodoksa Berischa Weinberga i jego syna za głosowanie na listę Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Toteż, gdy kiedyś rozeszła się wieść, że młodzi endecy z UJ szykują się do marszu na Żydowski Dom Akademicki, jego uprzedzeni mieszkańcy uzbroili się w laski, mieloną paprykę, pręty żelazne od łóżek, wrzątek i przygotowali dwa hydranty wodociągowe, do pomocy wezwano również 30 rzeźników rytualnych z nożami. Szczęśliwie oddział policji konnej sprawił, że nie doszło do spotkania stron.










*** Andrzej Dobosz - SZKOŁA ŻYCIA
Nowa Kultura - 23 września 1956

...Któregoś sobotniego wieczora, w dywizji, dwóch oficerów posprzeczało się i zaczęli do siebie strzelać. Jeden drugiemu przestrzelił genitalia, a ten drugi pierwszemu nogę. Tego z genitaliami, a właściwie już bez, odwieziono do Szczecina, drugi leżał obok mnie. Dużo opowiadał. Właściwie nawet nie pamiętał, o co im poszło, byli pijani. Był bardzo faworyzowany towarzysko. Koledzy oficerowie ciągle go odwiedzali. Opowiadał najpiękniejsze wypadki swojego życia. Były to z reguły historie z czasów, gdy bywał oficerem dyżurnym garnizonu i wyłapywał pijaków w mieście. Wychodząc ze szpitala chwalił się, że będzie ukarany pięciodniowym aresztem domowym. Rozmawiałem ze specjalistami na ten temat. Tak, to możliwe, to zależy od dowódcy pułku. Może dostać pięć lat więzienia, ale jeśli dowódca zaświadczy, że to był wzorowy oficer, i że chłopcy zabawili się, dostanie pięć dni domowego aresztu.










*** Andrzej Dobosz - O BIBLIOTEKACH
Teksty Drugie - 1, 1990

...W latach sześćdziesiątych byłem na wernisażu wystawy bibliofilskiej Towarzystwa Przyjaciół Książki w Pałacu Krasińskich w Warszawie, gdzie mieszczą się zbiory specjalne Biblioteki Narodowej. Swe kolekcje, a raczej ich próbki, prezentowali między innymi: Władysław Bartoszewski, Andrzej Biernacki, prof. Mieczysław Brahmer, Józef Chudek, Juliusz Wiktor Gomulicki, Wacław Zawadzki. W pewnej chwili pochylonych nad gablotami i pogrążonych w rozmowach bibliofilów zaczął rozpędzać z nieprzyjaznym pohukiwaniem, niemal rozdając na prawo i lewo kułaki, z gorliwością i wprawą stójkowego, niewysoki lecz solidnie zbudowany mężczyzna. To dyrektor Biblioteki Narodowej torował wygodne przejście dla wicemarszałka sejmu Zenona Kliszki, który zechciał swoją obecnością zaszczycić wystawę.















*** MOJE PRZEKLEŃSTWA BRZMIĄ JAK CYTAT - z Krzysztofem Zanussim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 17/06/1999

...Czułem potworny lęk przed tym, co określa się śmiesznie deklasacją. Widziałem, jak dookoła przepada masa podobnych do mnie ludzi. Rozklejali się, popadali w wegetację. Ogarnął mnie strach, że jeśli nie zdobędę wykształcenia, to nie dam sobie rady. Że jeśli rzuci mnie do łopaty, to moja świadomość ukształtuje się na poziomie łopaty.
Czy to przytrafiało się Pana bliskim?
- Tak. Ludziom z rodziny. Albo stracili jakieś duże pieniądze, albo sponiewierani przez życie pracowali byle gdzie. Jeden z kuzynów był nocnym stróżem. Na nocnych szychtach nie umiał już czytać książek, stoczył się do poziomu, który narzuciło mu życie.



 

 

 

 




*** ZULU ALFA NOVEMBER... - z KRZYSZTOFEM ZANUSSIM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 24/07/2003

...Kiedyś we Frankfurcie straciłem połączenie do Berlina. Powiedziano mi, że to z powodu złej pogody. Ja tymczasem zapamiętałem, że kiedy zbliżaliśmy się do lądowania, kapitan powiedział, że zatrzymujemy się na chwilę na pętli, czyli będziemy krążyć, bo z powodu złej pogody poprzedni samolot stanął w poprzek pasa. A więc dla naszego samolotu nie pogoda była przyczyną, tylko niesprawność lotniska, i dlatego należały nam się hotele. Ale to trzeba było wiedzieć. Byłem jedynym, który dostał hotel.

 

 

 

 




*** NIE ZABILIBY PANOWIE KRÓLIKA? - z Andrzejem Łapickim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 05/03/1999

...Niemcy otoczyli chłopaków z willi na Langiewicza. Podpalili ją i strzelali do tych, którzy próbowali uciec. Słyszeliśmy krzyki palących się. Nie zapomnę tego nigdy. Najgorsi byli Ukraińcy, w ogóle te kolaboracyjne formacje. Rosyjskie Kamińskiego czy własowcy. Ta hołota szła przez Pole Mokotowskie, aż pod wieczór dotarła do bloku na Niepodległości 225. Zaczęły stamtąd dobiegać straszne krzyki. Tak krzyczą ludzie, którym się rozpłata brzuchy i podrzyna gardła. Straszna noc - ciepła, letnia i w ciszy te krzyki zarzynanych ludzi, charkot konających. Nic nie można było zrobić. Najwyżej modlić się, żeby nie poszli dalej. W takiej atmosferze siedzieliśmy 12 dni. Potem pojawił się łącznik i zaczęło się nocne przeprowadzanie ludzi do śródmieścia, grupami.

 

 

 

 




*** CO TO ZA PAN W TYCH KULTURALNYCH OKULARACH? - z Grzegorzem CIECHOWSKIM rozmawiają Katarzyna BIELAS i Jacek SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 07/09/2000

...Pamiętam, że w jakiejś zachodniej gazecie, chyba w "New Musical Express", ukazało się nasze zdjęcie z podpisem: ten sepleniący blondyn z cofniętą szczęką jest idolem iluś tam milionów Polaków. Opisywano mnie jako dziwadło z bloku wschodniego.

 

 

 

 




*** KAŻDE POKOLENIE MA SWOJĄ NERWICĘ - z Tadeuszem Konwickim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 21/12/2000

...Podobała mi się ideologia. Oczywiście, za dobrze jej nie znałem, jednak podstawowe hasła socjalizmu, które idą jeszcze od czasów Chrystusa, wydawały mi się racjonalne. W roku 1956 uległem osłupieniu i konsternacji, że tak szybko zmieniało się myślenie w moim otoczeniu. To znaczy ludzie, którzy bili mnie po głowie, żebym wypełniał wszystkie postulaty socrealizmu, żebym był jak najgorliwszym członkiem partii, nagle zrobili takie miny: "Co ty, głupi? Wierzyłeś w to wszystko?". Te gwałtowne, koniunkturalne zmiany w ludziach po prostu mnie zbiły z pantałyku. Zobaczyłem, że to wszystko było rodzajem teatru, psychozy, stanu ekstatycznego, w którym oni parli - pchając nas wszystkich - do przodu, a potem nagle, z głupia frant, powiedzieli, że to wszystko było na niby. Ja to w jakiś sposób odczułem.

 

 

 




*** OSTATNI DZIEŃ LATA - Tadeusz Konwicki w rozmowie z Katarzyną Bielas i Jackiem Szczerbą wspomina realizację "Ostatniego dnia lata" (1958)
Gazeta Wyborcza - 30/08/2001

...Jeden z "papieży krytyki" nie wytrzymał i opublikował recenzję "Knajak i cizia na plaży". Krytycy mnie skopali, chociaż później, oczywiście, zachwycili się Nową Falą. Ale nie mogli przeboleć, że się na mnie nie poznali, oszukali. "Ostatni dzień lata" dużo lepiej traktowany jest dzisiaj.

 

 

 




*** Zawsze ktoś oprowadza nas po piekle - z TADEUSZEM KONWICKIM rozmawiają KATARZYNA BIELAS I JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 23/06/2001

...Wilno 56 roku było Wilnem tego najdziwniejszego, najbardziej nieapetycznego okresu Związku Radzieckiego. Szarość, bieda i wszechogarniająca doktrynalna sowieckość. W 1988 roku to już był Związek Radziecki w stanie chaosu. Jednak nadal dominowała atmosfera radzieckości. Jeszcze mało się słyszało Litwinów, wszędzie widziało się sowietczików. Dopiero później, w latach 90., nagle ta sowieckość znikła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

 

 

 

 




*** TATUAŻ METAFIZYCZNY - z WOJCIECHEM WAGLEWSKIM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 15/03/2004

...W Moskwie było bardzo zimno, więc od razu po przylocie powiedzieliśmy, że chórek się przeziębił i nie może występować. Nigdy nie zapomnę, jak nas, hołdujących modzie hipisowskiej na maksa, z tymi długimi włosami, obwieszonych koralikami, witała delegacja na lotnisku Szeremietiewo. Nie zapomnę widoku opadających szczęk. To zdumienie towarzyszyło nam już do końca pobytu. Trasa wiodła przez Moskwę, Rygę i Tallin, które okazały się zupełnie innymi miastami w trzech zupełnie różnych krajach. W Moskwie, w poczekalniach, towarzyszyły nam grupy milczących ludzi, które albo szły za nami, albo otaczały nas wianuszkiem i, jedząc bułki, patrzyły jak na UFO. No i były z nami oczywiście tzw. czynniki, np. z Polski przyjechał niby-dziennikarz z "ITD.", który sporządzał notatkę służbową, oraz jakiś ewidentny ubek, wiecznie pijany i przestraszony, żałosna postać. Kiedy z Grażyną, moją przyszłą żoną, wróciliśmy do pokoju, walizki były rozpakowane, a na każdym ubranku była przyczepiona cena w rublach. Panie sprzątające już sobie powybierały.

 

 

 

 




*** Lesław, nadajesz się na dancingi - z Lechem Janerką rozmawia Katarzyna Bielas
Gazeta Wyborcza - 06/02/2006

...Ze względu na dobrą prezencję wzięli mnie do orkiestry wojskowej, która grała w kasynie. I to na bas, na którym w ogóle grać nie umiałem. Powiedzieli: - Możesz w ogóle nie grać, wal w najgrubszą strunę i ładnie się prezentuj. No i grałem pół roku do kotleta. Repertuar mieliśmy niesamowity - Jacka Lecha, ale i Rolling Stonesów, Led Zeppelin, Beatlesów. Kiedy raz w sylwestra w sali gimnastycznej zagrałem i zaśpiewałem "Girl", "Maxwell's Silver Hammer", to jakiś szarża przysłał mi przez kelnera w liberii tacę kieliszków wódki. Wprawdzie nie piłem, ale to był pierwszy raz, kiedy - nie licząc rówieśników na koloniach - ktoś zauważył moje artystyczne poczynania. Pomyślałem sobie wtedy - no widzisz, Lesio, nadajesz się na dancingi. Kariera się rozwijała, ale ja się wycofałem. Moi kumple z orkiestry strasznie tęgo pili, czasami sam zostawałem na scenie, brzdąkałem na basie i coś tam pod nosem smędziłem do mikrofonu. Z kolei oficerowie, jak popili, to kropili w sufit, tzw. palbę odstawiali. Pomyślałem, że za którymś razem, jak dostaną szału, to jeszcze we mnie kropną, i zrezygnowałem.

 

 

 

 




*** MARUŚ, DLACZEGO TAK SIĘ TORTURUJESZ? - z MARKIEM KOTERSKIM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 07/11/2002

...Ten film ["Porno"] to dobry przykład na zobrazowanie mąk reżysera, bo tam doszły one do szczytu. Pomysł polegał na tym, że bohater przed snem liczy i wspomina kobiety swojego życia. Całość opierała się na scenach erotycznych. W pierwszej wersji było ich około 60, w końcu zostało 17 - czyli 17 rozbieranych historii i 17 bohaterek. Męki wynikały przede wszystkim z tego, że ja jestem, w gruncie rzeczy, wstydliwym i nieśmiałym człowiekiem. Żenują mnie - poza nielicznymi wyjątkami - sceny rozbierane w filmie, nie lubię nawet oglądać całowania. Samo pozyskanie aktorek i nieaktorek, głównie modelek, rozmowy z nimi, było już makabrą. Potem plan, a nie zapominajmy, że ja - jak zawsze - wszystko odgrywałem. Przyjeżdżały amatorki, które zatajały np., że nie mają 18 lat, albo przywoziły podrobioną zgodę rodziców. Kiedy się to okazywało, musieliśmy rezygnować z obsadzonej postaci. Albo pojawiały się już po pierwszych zdjęciach obite przez narzeczonych. Trzeba było zrobić podwójną obsadę, czyli znaleźć 34 osoby!

 

 

 

 

 

 




*** Łapię łączność z gruntem - z MARKIEM KONDRATEM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 17/04/2003

...Ojciec po każdym spektaklu w Teatrze Polskim, gdzie grali z Mikołajską w sztuce Kruczkowskiego, jechał do Łodzi na plan filmu "Zemsta" Antoniego Bohdziewicza. Tamtego dnia podróżował z Woszczerowiczem i Opalińskim. Kierowca zasypiał, więc poprosił ojca, żeby przesiadł się do przodu i go zabawiał. Tak go zabawiał, że władowali się na nieoświetloną ciężarówkę stojącą na drodze. Kiedy po trepanacji czaszki, po kilku miesiącach szpitala w Łodzi wrócił do domu, miał dziurę w głowie, w miejscu, gdzie wbił mu się kawał pabiedy czy warszawy zbudowanej z blachy, z jakiej kiedyś robiono okręty. Ojciec był kompletnie odmieniony, postarzał się o kilkadziesiąt lat, lewą stronę miał sparaliżowaną do końca życia, chodził o lasce, dużo czasu spędzał w łóżku. Wrócił do zawodu w bardzo ograniczonej formie, grał do końca życia w swoim macierzystym Teatrze Polskim, zrobił kilka filmów, chodził do SPATiF-u, pijał wódkę. Matka bała się zawsze, w jaki sposób wróci do domu. Jej strach mi się udzielał, nie spaliśmy całe noce. Uważałem, że to zawód ojca sprowadził na nas to całe nieszczęście.

 

 

 

 




*** Ucieczka do kina Wolność - z Wojciechem Marczewskim rozmawia Katarzyna Bielas
Gazeta Wyborcza - 23/05/1997

..."Zmory" i "Dreszcze" kupił dystrybutor amerykański. W 1984 roku pojechałem na cztery miesiące do USA, gdzie udzieliłem wielu wywiadów, m.in. "The Washington Post". Bardzo ostro wypowiadałem się o stanie wojennym. Rozmawiałem też z dziennikarką małej teksańskiej gazety uniwersyteckiej, której powiedziałem, że w Polsce trudno spotkać prawdziwego komunistę, że ludzie, nawet ci piastujący wysokie stanowiska, tylko grają role komunistów, o czym mówią cynicznie w prywatnych rozmowach. Po powrocie zostałem zawezwany do wiceministra kultury i sztuki. Miał przed sobą kilkadziesiąt moich wywiadów. Wyciągnął z nich tylko tę kampusową gazetkę i zaczął krzyczeć: "Jak pan może mówić, że w Polsce nie ma komunistów".

 

 

 

 




*** ACHILLESEM BYĆ NIE CHCIAŁEM - z Jerzym POŁOMSKIM rozmawiają Katarzyna BIELAS i Jacek SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 03/01/2002

...W Związku Radzieckim wożono nas samolotami, z racji dużych odległości i żebyśmy nie stykali się z ludźmi. Kiedyś z powodu złej pogody samolot nie wystartował i trzeba było jechać pociągiem. To działo się chyba na dworcu we Lwowie. Nagle usłyszałem straszne krzyki i szczekanie psów. "Matko Boska, co się dzieje?" - pomyślałem, bo zaczęto nas gwałtownie pchać w stronę naszych przedziałów. Było potwornie zimno, zacinał śnieg, a na zlodowaciałym peronie, z rękami splecionymi na potylicy, w samych koszulach, klęczeli więźniowie. Głowy mieli pochylone, nie wolno im było porozumiewać się wzrokiem. Przechodniów jakby wymiotło. Do nas strażnicy krzyczeli "skorieje, skorieje", prawie jak do więźniów.
To było tym straszniejsze, że działo się już po stalinizmie, za Chruszczowa. Trudno było uwierzyć, że ci więźniowie to kryminaliści. Przypomniały mi się różne rzeczy o bolszewikach, które mówił mi ojciec, a ja, żeby go drażnić, odpowiadałem, że w to nie wierzę.

 

 

 

 




*** KOCHASZ NAWET PIĘTĄ - z Andrzejem Sewerynem rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 21/10/1999

...Ja byłem może w czwartym szeregu opozycjonistów. Gdy aresztowano Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, zbieraliśmy jakieś pieniądze. Pamiętam kółka szkoleniowe, odbyły się u mnie dwa czy trzy spotkania: czytaliśmy jakichś rewizjonistycznych ekonomistów. Byłem na zebraniu otwartym, po którym wyrzucono z partii Kołakowskiego i Pomiana, obserwowałem publiczne debaty polityczne w akademiku na Kickiego. Ponieważ znałem liderów rewizjonistycznej opozycji, wiedziałem, co się dzieje, miałem dostęp do informacji o pozaoficjalnym życiu politycznym.

 

 

 

 




*** ŻYCIE RAZ JESZCZE - z JANUSZEM MORGENSTERNEM ROZMAWIAJĄ KATARZYNA BIELAS I JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 21/11/2002

...Siedzimy kiedyś przy kolacji, oczywiście w smokingach, a tu podchodzi portier i mówi, że mam dwóch gości. Wstałem od stolika. Jednego z tych gości znałem: to był szwajcarski dokumentalista Erwin Leiser. Przedstawił mi drugiego - pisarza Maksa Frischa. Chcieli się ze mną spotkać. Nie mogłem ich zaprosić, bo nie miałem pieniędzy. Ponieważ jedzenie zapewniano nam w hotelu, przed wyjazdem dostaliśmy tylko po ćwiartce diety - 2,5 dolara. Z Polski nie wolno było wtedy wywozić więcej niż 5 dolarów. Jako przewodniczący delegacji miałem jeszcze fundusz reprezentacyjny - 50 centów dziennie dla całej trójki.

 

 

 

 




*** Mężczyzna spoliczkowany w tramwaju - Z REŻYSEREM, POETĄ, PISARZEM I MALARZEM LECHEM MAJEWSKIM ROZMAWIA KATARZYNA BIELAS
Gazeta Wyborcza - 12/07/2004

...Ci ludzie nie dadzą pieniędzy, jeżeli nie poczują, że chcą partycypować w przygodzie. Bo nienawidzą mówienia o pieniądzach i proszenia ich o pieniądze. Każdy z nich ma ukryte ambicje artystyczne. Jest w tym też oczywiście element próżności. Oni są potwornie zajęci, ale kiedy trafią na coś, co ich interesuje, zapominają, że za drzwiami czeka milion osób. Są samotni, bo nikt ich nie słucha - ani dzieci, ani żony, jeśli je w ogóle mają - w pracy muszą być jednostkami superalfa. A tu nagle wchodzi jeździec znikąd i chce pogadać. To ich otwiera. Oni wszyscy noszą w sobie jakąś niewypowiedzianą tęsknotę.













*** Witkacy się nie zabił - z REŻYSEREM JACKIEM KOPROWICZEM ROZMAWIA JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 25/08/2008

...Co konkretnie wycięto z filmu?
- Należąca do PRON-u Liga Kobiet Polskich wymogła np. usunięcie w scenie badania u lekarza słowa "syfilis". Musieliśmy ściągać Benoit do Łodzi, żeby zrobić dodatkowy postsynchron i zamienić syfilis na lues. Dlaczego? Uznano, że nikt nie wie, co to znaczy lues. Musiałem też wyrzucić żart skierowany przez Tetmajera do lekarza, w obecności ładnej pielęgniarki: "Jak pan będzie w Paryżu, to każ pan sobie zrobić minetę. Polki pojęcia o tym nie mają". Gdy polskie feministki, zapaławszy oburzeniem, kazały żart wyciąć, zaprotestowałem głupim pytaniem: - Czy mam to zrobić dlatego, że mineta szkaluje kobietę? A może dlatego, że Polki jeszcze tego nie znają? Kieślowski kopał mnie pod stołem po kostkach, ale było już za późno.

 

 

 




*** Reżyser tego filmu nie jest samobójcą - z MARKIEM PIESTRAKIEM, REŻYSEREM, ROZMAWIA JACEK SZCZERBA
Gazeta Wyborcza - 10/06/2009

...Przez miesiąc siedzieliśmy w hotelu Petrochemii w Płocku. Byli tam też Japończycy, inżynierowie budujący wieżę crackingową do obróbki ropy. Krzysiek mówił: - Ci Japończycy się w Polsce zdegenerują, nie wytrzymają nacisku otoczenia. Kiedyś, po zdjęciach, koło północy, naradzamy się w holu, a tu wchodzi dwóch Japończyków. Krzysiek prosi mnie: - Idź podsłuchać, jak będą gadać z recepcjonistą. No to idę. Japończycy są w średnim wieku. Białe koszule wychodzą im ze spodni, krawaty mają poluzowane. Jeden ciągnie za sobą marynarkę. Opierają się o blat recepcji. Ten z marynarką odzywa się: - Kulwa, kulwa, Stasek, mas te pól litra dla nas cy nie nie mas? Recepcjonista wyciąga zza blatu pół litra i im daje.













*** SUKCES JEST NAJLEPSZĄ ZEMSTĄ - z Jerzym Skolimowskim rozmawia Joanna Pogorzelska
Gazeta Wyborcza - 08/02/2001

...Kiedy zatrzymano "Ręce do góry", postanowiłem walczyć. Dotarłem do człowieka numer dwa w tym kraju - Zenona Kliszki. Sekretarka ostrzegła mnie, że mam pięć minut. Mówiłem, jąkałem się i zatykało mnie. Cytowałem głosy przyjaciół, w tym Tadzia Łomnickiego, który był wtedy mocno zaangażowany w partię, więc niby jego głos się liczył. Mówiłem, że wypruwaliśmy sobie żyły, żeby oddać w tym filmie ducha naszych czasów, że to chyba dobrze, jeśli taki film ujrzy światło dzienne, że jeśli zobaczą go na Zachodzie, będzie to znaczyło, że nie jesteśmy w Polsce aż tak zniewoleni. Kliszko słuchał z kamiennym spokojem. Na końcu spytałem "Pozwoli mi pan żywić nadzieję, że niefortunna decyzja zatrzymania filmu zostanie zmieniona?". "Nie". Jedno słowo. I cisza. Potem wstał. Wtedy rzuciłem ostatni argument: "W takim razie nie będę robił filmów w Polsce, dopóki >>Ręce do góry<< nie wejdą na ekrany". On wtedy cynicznie powiedział: "Szerokiej drogi". Wyszedłem, trzaskając drzwiami.













*** JAK SIĘ NIE UDAŁ EKSPERYMENT ZROZUMIAŁY DLA MILIONÓW - Anna Żebrowska rozmawia z Iriną Rubanową, wybitnym krytykiem filmowym
Gazeta Wyborcza - 12/07/2001

...Bondarczukowie byli silnym klanem: mąż reżyser i aktor, człowiek energiczny, władczy. Żona Irina Skobcewa - aktorka; córka Natalia - aktorka, reżyser; zięć Nikołaj Burlajew - aktor i reżyser. Bondarczuk wywalczył sobie specjalny status, jego zespół filmowy był państwem w państwie. Kiedy kręcił "Wojnę i pokój", miał do dyspozycji cały okręg wojskowy, tysiące żołnierzy i cały sprzęt. Niestety, film okazał się zły i nikt ze znanych krytyków nie napisał recenzji. Negatywnej by nie opublikowano, peany drukowali ludzie spoza branży. Po "Waterloo" w koprodukcji z Dino de Laurentisem Bondarczuk nie oddał państwu dewizowego honorarium i uszło mu to na sucho. Za te włoskie liry filmowcy przezwali go "Królem Lirem". Jako cichy nacjonalista pomagał twórcom o podobnej orientacji. Scenariusz "Kaliny czerwonej" w wytwórni imienia Gorkiego uznano za antyradziecki - Bondarczuk wziął Szukszyna do Mosfilmu. W jego zespole debiutował Nikita Michałkow.

 

 

 

 




*** MOJE PIĘĆ ZAWAŁÓW - Z reżyserem Grigorijem CZUCHRAJEM rozmawia Anna ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 28/09/2000

...Zdjęcia "Ballady" kilkakrotnie wstrzymywał kierownik produkcji, Demiljanc, który zarazem pełnił rolę pierwszego cenzora: tego epizodu nie należy kręcić, tamten trzeba zmienić. Z niewielkimi stratami dokończyliśmy pracę, zmontowałem film, jednak Surin z ministrem kultury Michajłowem odmówili skierowania go na ekrany. Ich pretensje dotyczyły pesymistycznego wydźwięku ("partia stara się uprzyjemnić narodowi życie, a tutaj główny bohater ginie") i drugoplanowej bohaterki, która zdradzała walczącego na froncie męża ("kobiety radzieckie były wierne"). Swój zarzut wysunął i kierownik produkcji: w jednym z epizodów żołnierze przesyłali z frontu rodzinom przydziałowe mydło. "Pomyślcie tylko, co to znaczy: że przez dwa tygodnie sami nie będą się myli - mówił w gabinecie ministra. - Nasi wrogowie powiedzą, że Armia Radziecka jest brudna, a to, towarzyszu Czuchraj, oszczerstwo!". Wrzasnąłem na Demiljanca: "Ach ty, podlecu, całą wojnę dekowałeś się w Aszchabadzie, a teraz bronisz przede mną naszej armii?". I wyszedłem, trzaskając ministerialnymi drzwiami.

 

 

 

 




*** Ranking rosyjskich pisarzy według Wiktora Jerofiejewa - rozmawiała Anna Żebrowska
Gazeta Wyborcza - 2011-08-02

...Z perspektywy lat Bułhakow stracił na znaczeniu, przy rewelatorstwie Płatonowa jest to literatura łatwa. Nie pozostawił takiego wielkiego tekstu jak Płatonow, nie stworzył swego stylu. To opisywacz, kompilator, który korzysta z różnych źródeł. Patetyczne sceny biblijne w "Mistrzu i Małgorzacie" napisane są językiem pełnym fałszywych nut.

 

 

 

 




*** Jezus polskiej piosenki - ze STANEM BORYSEM ROZMAWIA ANNA ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 16/01/2006

...Kalifornii długo się bałem i omijałem ją. Bo jeśli o Ameryce mówi się, że jest to kraj mocnych ludzi, to Kalifornia wymaga jeszcze mocniejszej konstrukcji. Miasto Los Angeles wymawiane jest czasem jako Lost Angeles - miasto upadłych aniołów. Spotyka się je znarkotyzowane na ulicy albo widzi się wynoszone w plastikowych workach ciała. Zamieszkałem w Las Vegas, stolicy światowej rozrywki. Niesamowite miasto - są tu architektoniczne kopie najwspanialszych zabytków. Stoi wieża Eiffla - mniejsza, ale prawdziwa. Dla Celine Dion zrobiono replikę Koloseum na 4 tysiące miejsc.

 

 

 

 




*** JASTRZĄB - z RICHARDEM PIPESEM rozmawia Anna ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 27/07/2000

...Był rok 1957, nędza, bieda, kłamstwo powszechne. Chodziłem po ulicach Leningradu i dosłownie płakałem. Nie miałem pojęcia, że może tu być aż tak źle. Piękne miasto, wspaniała architektura, a wokół - oberwańcy z wiadrami wody, z kankami na mleko - niczym chłopi z "Martwych dusz". Sklepy puste, odrapane, kolejki po byle co - dwanaście lat po wojnie! Wcześniej odwiedzałem Niemcy, które były już odbudowane, zadbane, a tu - bieda aż piszczała. I atmosfera okropna, brak swobody. Tajna policja nie odstępowała mnie na krok. Nawet się specjalnie z tym nie kryli, jakby chcieli, by ofiara czuła się zagrożona. Telefon na podsłuchu, w każdym znajomym wietrzyło się kagebistę.

 

 

 

 




*** Jeszcze możesz wygrać ten mecz - z Wandą Wiłkomirską rozmawia Anna Żebrowska
Gazeta Wyborcza - 18/09/1998

...Moja rodzina była tolerancyjna, stwierdziła, że skoro córka chce wychodzić za mąż za chłopaka ze wsi, w dodatku komunistę, to jej sprawa. Pogodzili się nawet ze ślubem cywilnym. Gorzej było z teściową. Mietek pojechał na wieś, powiedział, że chce się żenić, ale nie w kościele. "Takiej kobiety, co będzie żyła bez ślubu, nawet mi tu nie przywoź" - oznajmiła teściowa i zabroniła mu się pokazywać na oczy. Pamiętam, że płakałam, gdy wrócił z tego Kowalewka. Rozpakowywałam mu teczkę i znalazłam tam jajka owinięte w jakieś ćwiarteczki gazet. Myślałam: Boże, prawdziwa matka! Jedną ręką przeklina, a drugą pakuje synowi jedzenie do teczki.

 

 

 

 




*** BUSZUJĄCY W EKSPOZYCJI - z KAZIMIERZEM KUTZEM ROZMAWIA ANNA ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 21/08/2003

...Miałem 14 lat i wywieziono mnie na prace przymusowe do Niemiec. Trafiłem do gospodarstwa rolnego pod dzisiejszym Bolesławcem, gdzie poza właścicielem były same kobiety. Młode Niemki z dobrych domów, jakieś córki wójtów, porządne dziewczyny. To było nowoczesne gospodarstwo, lekka praca, mili właściciele, dobrze mnie traktowano. Miałem pokoik obok pięciu dziewcząt o kilka lat starszych ode mnie. Panowała atmosfera zagęszczonej kobiecości, bo to rok 1943, wszyscy mężczyźni są na wojnie. Wokół miasta grasowały gangi kobiece, które gwałciły i nawet mordowały mężczyzn. Krążyły na ten temat niesamowite informacje. I pewnego razu z okazji jakiegoś niemieckiego święta narodowego właściciel gospodarstwa, bardzo miły pan, poczęstował swoje pracownice domowym winem. Moje sąsiadki się schlały, przyszły w piątkę i najzwyczajniej w świecie mnie zgwałciły. Jestem, jakkolwiek by na to patrzeć, ofiarą hitleryzmu.

 

 

 

 




*** Miłość proszę, na lewą nóżkę - z JERZYM STUHREM ROZMAWIA ANNA ŻEBROWSKA
Gazeta Wyborcza - 07/08/2003

...W Starym Teatrze mówiliśmy między sobą, że rola jest twórcza tak do czterdziestego przedstawienia - potem zaczyna się profesja. Rany, ileż razy w "Zbrodni i karze" musiałem przygwoździć Jurka Radziwiłowicza słowami: "Pan zabił, Rodionie Romanyczu!". Przy dwusetnym "Pan zabił!" można dostać obsesji... "Kontrabasistę" zagrałem ponad 650 razy, nudzi mnie okropnie, ale od tego jestem zawodowym aktorem, żeby to ukryć. Wypatrzę na sali dwie-trzy miłe kobietki i gram dla nich. Co kwartał pokazuję to w krakowskiej szkole teatralnej. Szkoła zarabia, na schodach siadają studenci. Potem łatwiej mi na wykładzie objaśniać im różne techniki aktorskie.













*** NIC TAK DOBRZE NIE ROBI PISARZOWI JAK UPOKORZENIA - z Januszem Głowackim rozmawiają Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - 09/10/1998

...To była historia morderstwa popełnionego przez Denocha w Żyrardowie. Nazywała się "Żyrardowskie noce" czy coś takiego. Żyrardów był wtedy dość przerażającym, robotniczym miastem. Następnego dnia po morderstwie aresztowano 50 osób, z których 20 się przyznało. Wszyscy byli poplamieni krwią i nic nie pamiętali. Śledztwo prowadzono bardzo energicznie, bo interesowała się nim centrala, więc był tylko problem, kogo wybrać. W Polsce mówiło się wtedy "rozwód po żyrardowsku", czyli siekierą. W wielu tamtejszych mieszkaniach nie było wody. Faceci, chcąc się napić wódki, wychodzili z wiadrem, niby to po wodę. W knajpie wiadra wisiały na wieszaku jak płaszcze. Mojemu tekstowi dobrze zrobiły nazwy ulic w Żyrardowie. Oczywiście wybijałem topografię. Więc morderca opowiadał: "Najpierw piliśmy na Armii Czerwonej, później doprawiliśmy piwem na Nowotki, potem poszliśmy na Młodej Gwardii do baru Matrosow, skąd wziąłem nóż i poszliśmy na Obrońców Stalingradu". Taka sobie odyseja zakończona morderstwem.

 

 

 

 




*** Janusz Głowacki - Bida musi pofolgować, czyli na Szlaku Hańby - rozmowa
Gazeta Wyborcza - 2009-05-21

...W czasie sławnego strajku w Stoczni Gdańskiej, przy okazji obchodów którego PiS-owcy polowali na Wałęsę, Komitet Strajkowy wydał zakaz picia w Stoczni. Zupełny i całkowity. Flaszki w celach prowokacyjnych ubecja próbowała podrzucić. Próbowali też najbliżsi - z miłości. Widziałem, jak kobieta podawała mężowi przez zakratowaną bramę do Stoczni schowaną w koszyku z jedzeniem flaszkę. A on tę flaszkę wyciągnął, długo oglądał i zaczął powolutku wylewać. A dookoła straszna cisza. Wszystkie rozmowy się urwały, wszyscy patrzą. Tylko kobieta zza bramy krzyczy: "Ludzie! Nie pozwólcie mu tego wylać! On musi pić! On jest alkoholik!". Myślę, że ta scena przydałaby się w filmie "Człowiek z żelaza".











*** Król stanie na golasa - ze Stefanem Mellerem, byłym ministrem spraw zagranicznych, rozmawia Teresa Torańska
Gazeta Wyborcza - 08/05/2006

...Ja nie lubiłem "warszawki" bezmyślnie i szpanersko balangującej. Ale ci, co chcą powiedzieć coś złego o warszawskiej inteligencji, robią to z głupoty, a jeszcze bardziej z prymitywizmu i kompleksów. To elity przenoszą Arkę Przymierza. To elity tworzą standardy przyzwoitości, wzorce zachowań. I "warszawka" - tak jak ją rozumiem - czyniła to. Często mówiła władzy prawdę w oczy, nie bała się. Wiedziała, że taka jest rola inteligencji. A tak a propos - wiedziała, że ma być zbiorowym Stańczykiem.

 

 

 

 




*** ON - z JERZYM URBANEM ROZMAWIA TERESA TORAŃSKA
Gazeta Wyborcza - 12/12/2002

...A broń?
Też dano.
Strzelać Pan umie?
Broń Boże! Ale myśleli, że się nauczę, i zawieźli na strzelnicę. Ja jednak nie umiałem trafić w tarczę, więc mój oficer z BOR-u powiedział: - Panie ministrze, niech pan dobrze schowa pistolet w domu i nie daj Boże, aby pan go nosił przy sobie, bo jakiś łobuz zabierze i pana zastrzeli. Stałem się wtedy prawdziwym dygnitarzem, czyli VIP-em. I przyznano mi nawet uprawnienie do kupowania żywności w specjalnych sklepach BOR-u, czyli w bazie, gdzie żywność sprawdzano.

 

 

 

 




*** Bielan z Torańską: Wywiad nieautoryzowany - z Adamem Bielanem rozmawiała Teresa Torańska
Newsweek Polska - 02-04-2012

...Powiem pani, co myślę o tym locie do Smoleńska. Żaden polski samolot nie powinien lądować na tak fatalnie wyposażonym lotnisku. Ani premiera, ani prezydenta, ani nawet ministra. Oba powinny lądować w Mińsku lub w Witebsku i kolumną przejechać do Smoleńska. Tam jest dobra szeroka droga, dotarliby w godzinę. Ale to nie jest wina Lecha. Lech, owszem, lubił dłużej pospać. Ale gdyby mu twardo powiedziano, że wyleci pół godziny wcześniej, bo nie ma możliwości lądowania w Smoleńsku, musiałby to znieść, trudno.













*** Oto ojciec proszku Ixi - z MIECZYSŁAWEM WILCZKIEM ROZMAWIA KRYSTYNA NASZKOWSKA
Gazeta Wyborcza - 20/08/2007

...Wprowadziliśmy program detergentowy w 1965 roku. Przedtem produkowaliśmy tylko mydło do prania i proszek do prania, który też był mieszaniną sody i mydła. Natomiast na świecie pojawiły się detergenty, czyli syntetyczne sztuczne związki o dużej sile piorącej. Pamiętam, jak w latach 60. nastała u nas epoka koszul nylonowych "non iron". I jak się je prało w mydle, to szarzały natychmiast albo wyglądały jak brudne. Bo ten brud się tylko równo rozkładał. Wtedy importowaliśmy rocznie około 100 tys. ton łoju amerykańskiego potrzebnego do produkcji mydła. Przygotowałem program udowadniający, że detergentowe proszki do prania są trzykrotnie mocniejsze w działaniu od mydła i rozwiązują szereg problemów. A do tego import surowców do tych proszków będzie kosztował o połowę mniej niż do tego mydła. I mieliśmy możliwość produkowania tych detergentów w kraju. Ale był taki przewodniczący Państwowej Komisji Cen, pan dyrektor czy prezes Juliusz Strumiński, i on miał o tym decydować. Ministrem chemii był wtedy Antoni Radliński. I on zabrał mnie do Strumińskiego. Przedstawiam się i mówię: - Wilczek jestem. A on: - Też pan sobie nazwisko wybrał, cha, cha, cha. Ja mówię: - Panie prezesie, gdybym wybierał, też bym wybrał sobie Strumiński, bo to ładne nazwisko, ale ja mam po tacie.











*** Mikołaj Lizut - Muniek Staszczyk - Nie śpiewam dla maklerów - wywiad
Gazeta Wyborcza - 19/12/1998

...- Czytałem Hłaskę jeszcze w szkole średniej. Podobało mi się jego westernowe chuligaństwo. Później, gdy zaczęła się moda, zdenerwowała mnie ta egzaltacja. Podobnie było ze Stachurą. W czasie moich studiów pojawiło się dużo kolesiów w rozciągniętych swetrach z gitarami, śpiewających "dla każdego starczy miejsca pod tym wielkim dachem" (śmiech). To był głównie bajer na panny - Stachura, Hłasko...











*** Daleka jest droga do Rio - ze Zbigniewem Hołdysem rozmawia Wojciech Staszewski
Gazeta Wyborcza - 20/11/2006

...W restauracji Polonez w Chicago graliśmy polki, oberki, walce, piosenki typu "Mały miś do lasu bał się iść" oraz około 50 hitów Abby czy Cliffa Richarda. Knajpa drewniana, bigos, pijani ludzie, którzy nawalali się, rzygali, rzucali butelkami. Przeniesiona do Ameryki polska wieś, brakowało tylko sztachet. Grałem w granatowej koszuli z przypiętą parzenicą góralską. Dużo się nauczyłem od perkusisty, starego klezmera, który nami kierował. Najpierw jest ósma wieczorem, na sali siedzi siedem osób. Co zrobić, żeby wyszli na parkiet? Trzeba grać spokojne utwory. Jak zaczynają tańczyć, lekko wzmacniasz tempo. Tylko bez dłuższych przerw między piosenkami, bo wtedy czują się niezręcznie i schodzą z parkietu. Znów wzmacniasz tempo. A właściciel lokalu włącza ogrzewanie, chociaż jest środek lata. Bo kiedy knajpa zarabia? Kiedy ludzie piją. Więc muszą być zgrzani. Pot kapie z gitary. Mieliśmy grać 50 minut i 10 minut przerwy, siedem razy w ciągu wieczoru. Zaproponowaliśmy szefowi 45 minut grania i 15 minut przerwy, ale z takim czadem, że on sprzeda dwa razy więcej drinków. Potem grasz coraz szybciej, a kiedy ludzie są już zmęczeni i napici, zwalniasz, bo wtedy ich bardziej do seksu ciągnie niż do tańca, panienki urobione, faceci mają rozchełstane koszule, pasek od spodni się sam rozpina.











*** Poręba chce zmartwychwstać - z reżyserem Bohdanem Porębą rozmawia Grzegorz Sroczyński
Gazety Wyborczej - 03/03/2008

...Robiłem filmy z aktorami, którzy chcieli ze mną pracować. A takim, co odmówią, nie proponowałem ról. To był środowiskowy terror, zwalczano mnie wszystkimi sposobami, bez pardonu. Chcieli zamordować Porębę, zniszczyć moje kino, ośmieszyć! Raz proponuję Grażynie Szapołowskiej, żeby zagrała w filmie "Penelopy", o żonach marynarzy. - Pięknie - mówi - ale jak zagram u pana, to już nigdzie nie zagram. Czy to nie terror? Albo napisy na murach przed premierą mojego filmu "Polonia Restituta" - namazali "Polonia Prostytuta" i rozdawali ulotki, żeby na film kolaboranta Poręby nie chodzić. To nie jest terror?











*** Lewe bicie - z LECHEM KOKOCIŃSKIM, TWÓRCĄ I HONOROWYM PREZESEM POLSKIEGO TOWARZYSTWA NUMIZMATYCZNEGO, ROZMAWIA WŁODZIMIERZ KALICKI
Gazeta Wyborcza - 31/01/2005

...Zawsze jednak istniała kategoria fałszerzy, którzy mogli liczyć na bezkarność. To władcy. W roku 1810 Napoleon Bonaparte polecił fałszować rosyjskie ruble papierowe we francuskich państwowych wytwórniach. Trzeba przyznać, że Francuzi robili znakomite fałszywki. Cesarz chciał zdezorganizować ekonomicznie Rosję przed planowaną inwazją. Trzy wieki później fala zagranicznych fałszerstw całkowicie zdewastowała polską gospodarkę. Gdy król Prus Fryderyk II zajął Śląsk i Saksonię, wpadły mu w ręce mennice króla Polski i elektora Saksonii Augusta III, a w mennicach - oryginalne stemple. Fryderyk natychmiast polecił bić fałszywe polskie monety. Bito je w Lipsku, Wrocławiu, Berlinie, Szczecinie, Stuttgarcie. Prawie nie zawierały srebra, na zewnątrz były bielone srebrem lub całkiem ordynarnie - cynkiem. Do Polski wwożono ich potworne ilości. Pruscy kupcy wieźli wielkie beki wypełnione fałszywymi monetami i wykupywali za nie polską żywność, drewno, metale.

 

 

 

 




*** Lubię duży pieniądz - Z ANDRZEJEM HEIDRICHEM, PROJEKTANTEM BANKNOTÓW, ROZMAWIA WŁODZIMIERZ KALICKI
Gazeta Wyborcza - 27/09/2004

...Carskie ruble były prawdziwymi dziełami sztuki. Po prawdzie miały jednak rozmiary sporej chusteczki do nosa. I miały w sobie wielką tajemnicę. Drukowano je metodą Orłowa, której do dziś, po ponad stu latach prób i usiłowań, nie udało się rozszyfrować. Orłow był genialnym rosyjskim projektantem banknotów. Wynalazł metodę druku offsetowego, zatem płaskiego, która pozwalała płynnie przechodzić linii jednego koloru w drugi. Po prostu linia czerwona na przykład zaczynała delikatnie, potem coraz mocniej brązowieć i niepostrzeżenie przechodziła w linię zieloną. Dzisiaj takie sztuki robi się we wklęsłodruku. Urządzenia zwane maskami pozwalają tłoczyć do rowków stalorytu stopniowo, płynnie zmieniającą się mieszankę farb. W ten sposób uzyskuje się efekt niezauważalnego przejścia barwnego. Zobaczyć to może każdy, bo zastosowałem takie przejścia barw w moim banknocie 200 zł z wizerunkiem Zygmunta I Starego znajdującym się dziś w obiegu. Ale w offsecie rowków nie ma. Tam farbę trzeba położyć na blasze, a na blasze kolorów zmieszać się nie da. Tę tajemnicę znał tylko Orłow. I zabrał ją do grobu. W sowieckich rublach już tej techniki nie ma.

 

 

 

 




*** NIECH BĘDZIE LEWIATAN - z Piotrem Wierzbickim, który opowiada o swoim dziadku, jednym z największych działaczy gospodarczych w dziejach Polski rozmawia Włodzimierz Kalicki
Gazeta Wyborcza - 27/09/2001

...W Petersburgu istniała wówczas bardzo liczna, zwarta kolonia polska. Przemysłowcy, finansiści, arystokraci, lekarze tworzyli świetnie zorganizowany, ekskluzywny, w znacznym stopniu zamknięty dla Rosjan krąg. O rusyfikacji mowy być nie mogło. Wielu spośród petersburskich Polaków spotykało się przede wszystkim w polskim gronie, służbę sprowadzało z Kongresówki, do Kongresówki wysyłało dzieci na wakacje, na korepetytorów wynajmowało polskich studentów. Liczni z tamtejszych polskich przemysłowców inwestowali część zdobytych nad Newą fortun w przemysł na ziemiach polskich. Nierzadko zakładali oni nad Wisłą towarzystwa dobroczynne. Znany i bardzo w fabrykanckich sferach Petersburga i całej Rosji wpływowy przemysłowiec Stanisław Glezmer, pochodzący z Kielecczyzny, ufundował w Kongresówce Towarzystwo Gniazd Sierocych, które wyszukiwało dla sierot rodziny zastępcze i finansowało ich utrzymanie i wykształcenie. W Petersburgu wydawany był wpływowy tygodnik polski "Kraj", mający niemały wpływ na opinię publiczną nad Wisłą. Polska kolonia w Petersburgu jednym okiem zawsze zerkała na kraj, nigdy nie zrywała z nim emocjonalnych więzi.

 

 

 

 




*** Giełdowa gra narodowa - z Arturem Sierantem, komentatorem giełdowym, rozmawia Włodzimierz Kalicki
Gazeta Wyborcza - 14/01/2008

...Na giełdzie od początku obowiązywał inny styl niż w życiu codziennym. Polacy uwielbiają narzekać, ale gracze zawsze prezentowali styl amerykański: jeśli nawet giełda leci w dół, ze mną jest OK. Spośród wielu moich znajomych na serio inwestujących na parkiecie tylko jeden przyznał mi się kiedyś, że poniósł wielkie straty. A przecież cudów nie ma, każdy inwestor musi przeżyć kiedyś ciężkie czasy. Ci, którzy tracili wszystko, po prostu znikali bez słowa, po angielsku. Był taki - grał, dyskutował z nami, a potem zniknął i nikt nie wie, co się z nim dzieje. Bałem się wtedy, że załamanie na giełdzie skończy się samobójstwami. Przecież ci, którzy do gry wchodzili na końcu, nierzadko inwestując wszystkie oszczędności i zapożyczając się po uszy, często zostawali z gigantycznymi długami, których nie mogli spłacić. Nawet nie chcę myśleć o losie tych, którzy na fali euforii rzucili stałą pracę. Ale na szczęście, z tego, co wiem, z powodu giełdy nikt na swoje życie się nie targnął. Wielu przegranych wpadło jednak w depresję, w kłopoty rodzinne. Wiem o kilku, którzy popadli w poważne kłopoty psychiczne, leczyli się.

 

 

 

 




*** Doktor Niwo - z Tomaszem Niewodniczańskim rozmawia Włodzimierz Kalicki
Gazeta Wyborcza - 23/07/2007

...Kolekcjonerstwo to nie tylko żmudne zdobywanie pieniędzy, studiowanie katalogów, pochłanianie setek tomów literatury fachowej. To także gra, właściwie rodzaj hazardu, w której czasem chęć okpienia partnera, urażone ambicja i duma biorą górę nad chłodną kalkulacją. Przed 25 laty odwiedziłem w Waszyngtonie antykwariat, który pułkownik amerykańskiej armii prowadził na terenie jednostki wojskowej. Zobaczyłem tam arcyrzadką maleńką mapę Polski Beauplana, kartografa francuskiego pracującego m.in. w służbie naszego króla Władysława IV. Pułkownik chciał za nią 28 dolarów. Wiedziałem, że warta jest co najmniej 1000 dolarów, ale z zimną krwią kupiłem za te 28.











*** Pierwsze wejście do Europy - z prof. Henrykiem Samsonowiczem rozmawia Jacek Żakowski
Gazeta Wyborcza - 22/12/1995

...Bogactwo Zachodu było nieporównywalne z naszym. Nie mówię już o Bizancjum - bo ci, co tam docierali, tracili głowy natychmiast. Ale nawet ci, co szli do Spiri, do Rasisbony, do Akwizgranu, do Rzymu, przynosili tu modę i rozmaite potrzeby cywilizowanego życia. Świat chrześcijański musiał imponować i bardzo imponował wszystkim, którzy się z nim kiedykolwiek zetknęli. Dlatego myślę, że wbrew temu, co sądziła trochę romantyczna historiografia XIX-wieczna, nie pogaństwo wracało po śmierci Mieszka I, ale tęsknota za dawnym, wolnym od państwa życiem.











*** ZDERZENIE TEATRU Z PRAWDZIWYM PEJZAŻEM - z TADEUSZEM SŁOBODZIANKIEM ROZMAWIA ANNA BIKONT
Gazeta Wyborcza - 03/06/1994

..."Merlin" to opowieść o ludziach, którzy w euforii chcieli budować doskonały świat, ale na przeszkodzie stanęły namiętności i ludzkie przywary. Gdy "Merlin" był wystawiany w Brukseli, reżyser wyciągnął wszystkie sprzeczności tkwiące w wartościach i dogmatach chrześcijańskich. Jeden z tamtejszych krytyków napisał, że jest to sztuka o śmierci komunizmu, a Merlin to Jaruzelski, który stworzył Wałęsę i "Solidarność". Inny, że Merlin to Papież, który wykreował Wałęsę i "Solidarność", co mu się potem wymknęło. A jeden z widzów powiedział mi: "Ciekawy tekst, ale widać, że to katolik napisał. Nas te napięcia nie dotyczą. My jesteśmy ateiści".











*** STEPHANE COURTOIS - O paryskim maju 1968 roku - wywiad
Gazeta Wyborcza - 30/05/1998

...Dominowali maoiści i trockiści oraz zwolennicy PSU - Zjednoczonej Partii Socjalistycznej [o nastawieniu anarchosyndykalistycznym, propagującej samorządność pracowniczą - M.R.]. Wewnątrz tych obozów były jeszcze dalsze podziały. Do maoistów należała Lewica Proletariacka, kierowana przez Serge'a July (dziś redaktora naczelnego socjalistycznego dziennika "Liberation") i Alaina Geismara (dzisiaj senatora z ramienia Partii Socjalistycznej) - a obok jeszcze bardziej sekciarskie ugrupowania: Marksistowsko-Leninowska Komunistyczna Partia Francji, Czerwony Sztandar czy grupa o pięknej nazwie Niech Żyje Rewolucja, która uznawała się za anarcho-maoistowską - choć to przecież tak, jakby żenić ogień z wodą! To w niej działałem. Miałem 21 lat i wraz z młodszą częścią grupy poczuwałem się raczej do anarchizmu, ale nasi szefowie mieli po 30 lat i preferencje znacznie mniej rozwichrzone. Jednym z nich był Roland Castro, znany później architekt, przyjaciel prezydenta Mitterranda - miał się nie tylko za maoistę, ale i za stalinowca.











*** NA BETONIE - z ZYGMUNTEM KAŁUŻYŃSKIM ROZMAWIA DARIUSZ ZABOREK
Gazeta Wyborcza - 11/09/2003

...Po latach w Amsterdamie kolega zaprosił mnie do siebie na kolacyjkę. Pokazuje szafkę, w której stoją figurki o muzealnej wartości z wielkich firm tworzących artystyczną porcelanę. Mówi: "To stoi tutaj 300 lat i nic się nie stłukło". Dla mnie było to największe przeżycie tej podróży. Bo ja byłem z tego świata, gdzie wszystko się stłukło, wszystko rozleciało, nic nie było. Byłem żołnierzem Armii Krajowej nie dlatego, żeby mi się to podobało, tylko musiałem. Doszedłem do wniosku, że w stosunku do kolegi związanego uczuciowo z szafką 300-letnią miałem bez porównania większą swobodę w opiniowaniu, co jest wartościowe. Gdyby mu próbowali naruszyć te figurki, on naraziłby życie, żeby je ocalić. A ja bym pozwolił stłuc.











*** Teatr jest nudny beze mnie - z ADAMEM HANUSZKIEWICZEM ROZMAWIA ROMAN PAWŁOWSKI
Gazeta Wyborcza - 29/08/2002

...Kiedy 29 stycznia 1982 roku teatr wznowił działalność "Weselem", podczas przedstawienia doszło do skandalu: publiczność wyklaskiwała Janusza Kłosińskiego, sekretarza teatralnej komórki PZPR, za poparcie w telewizji stanu wojennego. Co Pan wtedy czuł?

A wie pan, kto to klaskanie zorganizował? Byli studenci szkoły aktorskiej, ci sami, którzy po wojnie Schillera z tej szkoły wyrzucili. Proszę zapytać Maćka Prusa, który poszedł na widownię, żeby Kłosińskiego wyklaskać, i nie chciał się do nich przyłączyć. Bo to było publiczne policzkowanie aktora, który mógł przecież zejść ze sceny, a nie zszedł, bo postanowił scenę grać do końca, a grał Żyda w "Weselu". Zszedł ze sceny blady jak trup. Powiedziałem mu, że do drugiej sceny z Księdzem nie wyjdzie, możemy ją opuścić. "Wyjdę - odpowiedział - bo to jest mój obowiązek". Policzkowało go tysiąc osób! Gdy zszedł ze sceny, cały zespół "Wesela", bojkotujący telewizję - uścisnął mu rękę. Na naszych oczach policzkowano dobrego aktora. Jedynego w Narodowym, który obok Siemiona, z przekonań politycznych, do "Solidarności" nie zapisał się. I w dodatku nie sam do telewizji poleciał, Komitet Centralny go o to "poprosił".











*** Samotność nie oznacza cierpienia - Z Grażyną Szapołowską rozmawia Jacek Cieślak
Rzeczpospolita - 04-12-2009

...A jak Konwicki prosił panią, żeby zagrała Anioła w "Lawie"?

Osobiście. Zapytałam dlaczego. Powiedział, że jestem jedynym aniołem w tym kraju, w tej szarzyźnie. Podobnej propozycji nie można odmówić. Wydaje mi się, że potem niepotrzebnie uległ presji Gustawa Holoubka. Wyciął scenę, którą nakręciliśmy na skarpie powiślańskiej w Warszawie. Byłam ukrzyżowana, w porwanej szacie, z odsłoniętą piersią. Patrzyłam na stolicę, na Polskę. Scena miała niesamowicie silny wyraz. Ale Holoubek powiedział wtedy: "Tadziu, co ty robisz? Szapołowska kojarzy się z rozbieranymi scenami, a ty chcesz z niej zrobić anioła. Nie w tym kraju". I Konwicki uległ. To jeden z wielu dowodów, jakie mam na to, że faceci są słabi. Tylko jedno im w głowie, tylko jedno widzą. Rozczarowuje mnie to zwłaszcza u artystów. Bo powinni widzieć szerzej, więcej, głębiej.