Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Krzysztof Kąkolewski

Pierwszy żołnierz III wojny

 

 

Andrzej K., od chwili gdy we wrześniu 1939 roku znalazł karabin, uważał się za żołnierza. Przeszedł przez różne ugrupowania partyzanckie. W 1944 roku należał do oddziału, który lawirował na południu Lubelszczyzny między współpracą z Niemcami a udawaniem walki z nimi, a potem UPA, w którym były niedobitki Niemców, odcięte przez ofensywę Armii Czerwonej. W ten sposób Andrzej K. między lipcem 1944 a 8 maja 1945 roku znalazł się poza systemem alianckim. W następnych latach należał do grupy "Garbatego", "Wołyniaka", "Kiełbasy", "Kuszy", rozbijanych kolejno i reorganizujących się pod nowym dowództwem. Z tzw. Drugiego Okrążenia udaje się wyjść tylko kilku ludziom, wśród nich Andrzejowi K.

Po niedługim czasie Andrzej K. zaczyna rozumieć, że dawny system działania musi się skończyć. Baza społeczna bandy zaczyna się kurczyć, Andrzej K. z najwyższym trudem może znaleźć kwaterę. Postanawia, że nie złoży broni. Odziedziczył arsenał po wszystkich bandach, zmagazynowany w zamaskowanym bunkrze. Ogłasza wśród zaufanych, że jest emisariuszem wielkiej tajnej organizacji "Duchowa Europejska Organizacja Mobilizacji Obrony Narodu". Jego łącznikiem i zwierzchnikiem jest kapitan, podlegający z kolei sztabom DEOMON. Postać kapitana otoczona jest tajemnicą; w bardzo niewiele cech wyposażył go w swoich opowiadaniach Andrzej K., głównie właściwie - w tajemniczość. Czasem pojawia się w towarzystwie kobiety adiutantki i kogoś o pseudonimie "Orzeł". Kapitan dostarcza ulotek, broni i dolarów, które przysyłają finansujące DEOMON siły militarne Zachodu. Andrzej K. mówił o nich mgliście, ale wymieniał nazwisko Eisenhowera i Adenauera. Wybuchnie bowiem trzecia wojna światowa i dlatego nie warto przerywać wałki zaczętej w czasie drugiej wojny. Konflikt jest nieunikniony, trzeba przetrwać okres tymczasowy.

Trzy wielkie kompleksy leśne na południu Polski łączą się, przechodzą jedne w drugie: Puszcza Solska, Lasy Janowskie, Puszcza Sandomierska. Klimat odznacza się tu ciepłymi latami i ostrymi zimami, przymrozki wiosenne występują w maju i w czerwcu, długość okresu wegetacji wynosi około 200 dni. Przeważa sosna, świerk, buk, poszycie jest gęste: młode świerki, tarnina, maliniaki, ostrężyny. Obszar puszcz rozciąga się na terenach podmokłych: bagna, trzęsawiska, okna leśne, małe jeziorka, smugi, torfowiska - to znów piaszczystych: diuny, wydmy, miniaturowe pustynie.

W miejscu leżącym 12 kilometrów w głąb kompleksów leśnych, w środku drugiego, wewnętrznego kręgu boru, na stoku małego wzniesienia, Andrzej K. wybudował bunkier. Konstrukcja z bali świerkowych uszczelniona była papą, od wewnątrz bunkier - dwa metry wysoki, tak że można w nim było wygodnie stać - wybity był deskami, a potem otrzymał boazerię z jasnego orzecha. Andrzej K. odkrył źródełko i przeprowadził rurą bieżącą wodę. Wbudowane w podłogę i pokryte pokrywą wiadro miało ujście zewnątrz, w kierunku stoku, i służyło jako urządźcie kanalizacyjne. Dwa wywietrzniki, zamaskowane z zewnątrz, używane były jako system wentylacyjny. Wejście zamykane było szczelnie dopasowaną klapą, na bunkrze Andrzej K. zasadził kilka młodych świerków. Wewnątrz miał tapczan, koc, kożuch, dwa wieszaki z rogów jelenich, półki. Oświetlenie stanowiła lampa naftowa, ogrzewanie i urządzenia kuchenne - maszynka spirytusowa. Denaturat, naftę, bimber miał zawsze zmagazynowane w bańkach, topiony tłuszcz w słojach, cukier, sól, suchary w puszkach i garnkach. Do żelaznej porcji należało 100 kilogramów ziemniaków. Miał też pierwszorzędną oliwę do czyszczenia broni, wycior, kompas i brzytwę. Uzbrojenie osobiste: pistolet vis, pepesza, butelka amunicji kal. 9 mm i granat obronny.

Andrzej K. zamieszkał w puszczy, nikomu nie zdradzając miejsca, gdzie jest jego bunkier. Spotkania z ludźmi odbywały się daleko, w umówionym miejscu, pod świerkiem koło bagna, sygnałem było zostawienie na umówionym miejscu, na polu wrzynającym się w puszczę, gałązki świerku zwróconej ku północy. Andrzej K. ufał tylko bratu i dwóm dawnym członkom swojej bandy. Dowiedział się, że władze bezpieczeństwa szukają go, i że w okolicy rośnie mit jego nieuchwytności. Zapowiedział kary dla tych, którzy udzieliliby pomocy władzom. Wydał wyrok na Jana P., na innego - w imieniu organizacji europejskiej - nałożył "grzywnę za pysk 2000 zł". U jednego z chłopów zjawił się, zasłaniając twarz płaszczem i świecąc mu w oczy latarką: "Mam rozkaz zabić was, ale wierzę w Boga". Ale raz zabił sekretarza partii w jednej wsi, którego podejrzewał o działanie przeciw sobie.

Jednym z ostatnich jego wyczynów była kradzież szafy na wysoki połysk z jasnego orzecha, pozostawionej przez chłopa w stodole. Tę szafę całą noc nieśli przez puszczę, a potem Andrzej K. rozebrał szafę i z jej fornirowanych desek zrobił boazerię w bunkrze. Potem coraz rzadziej przekraczał granicę puszczy, a później już prawie nigdy. W zimie wychodził z bunkra tylko, gdy padał śnieg. Bał się, by nie zostawić - obok śladów saren, dzików i lisów - swoich śladów - śladów człowieka. Był coraz bardziej zależny od brata, który przynosił mu żywność, bimber, informacje. Brat uważał, że jest to forma spłaty ojcowizny.

Bardzo rzadko godził się na spotkania z innymi ludźmi. Daniela S., której narzeczony zginął w Drugim Okrążeniu, chciała się dowiedzieć szczegółów jego śmierci. Po długich staraniach poszła do lasu na umówione spotkanie.

- Andrzeja K. wyobrażałam sobie jako człowieka innego niż wszyscy, kogoś niezwykłego, nadczłowieka, który dni i noce spędza z wilkami. Nie potrafię określić wrażenia, jakie na mnie zrobił. Patrzył na mnie wpół zdziczałymi oczyma, był w brudnej, zniszczonej koszuli, mówił bardzo szybko, nerwowo, miał wytężony słuch, wyczulony był na każdy szelest. Pytał, czy wiemy, jakie jest życie w więzieniu. O śmierci narzeczonego nic nie powiedział. Więcej z nim nie chciałam się zobaczyć - opowiada Daniela S.

Ci dwaj ludzie, których widywał, zauważyli też nieco inny sposób mówienia, zaburzenia, jakby zanikanie mowy. Mówił im, że rozmawia ze sobą, ale coraz mniej do siebie mówi i rzadko sobie odpowiada: "Dzień dobry panu". "Dzień dobry panu". "Smacznego". "Smacznego". "Zdrowie". "Zdrowie". "Dobry wieczór". "Dobry wieczór". "Ale życie". "Ale życie". "Dobranoc". "Dobranoc panu" - to cały dialog.

Zrobił sobie karty, w które grał z sobą. Skarżył się, że często przegrywa. Zbliżył się do zwierząt: jego wzrok ciągle się polepszał, a słuch wychwytywał bardzo dalekie szmery i pozwalał je rozróżniać. Zabijał też zwierzęta, chwytając je przedtem, bo bał się strzelać. Jadał dużo dziczyzny. Jeden z ludzi, na którego polu zostawiał gałązkę świerku, był przezeń wzywany tylko po to, by z nim porozmawiać, ale Andrzej K. milczał i ciągle nasłuchiwał. Ten człowiek czasem golił go i przystrzygał włosy. Przynosił mu też czas. Według jego zegarka Andrzej K. regulował swój zegarek i dowiadywał się dokładnej daty. Czasem dziwił się, że to ciągle tamten stary rok, i niecierpliwił się, innym razem zadziwiał go nagły postęp czasu.

Mit ostatniego żołnierza drugiej wojny rósł: nieuchwytny Andrzej K. napawał zarazem podziwem i lękiem okolicę, choć teraz tylko - w chwilach odwagi, gdy wychodził na granicę puszczy - kradł kury, mleko ze studni, barany, które odbiły się od stada. Ale wielu złodziejaszków i bandytów podszywało się pod niego, powiększając legendę - wszystko, co działo się w okolicy, przypisywane jest jemu. Mówiono, że przez Puszczę Sandomierską przechodzi i działa w Lasach Świętokrzyskich. Andrzeja K. dochodziły wieści o jego rzekomych czynach, wyolbrzymionych przez plotki, o jego jednoczesnej obecności w dwu miejscach, z których w ani jednym - dobrze to wiedział - nie był. Ci, którzy mówili mu o świecie zewnętrznym - jednocześnie bali się Andrzeja K. i dostosowywali informacje do tego, czego on się spodziewał. Nie bardzo znając sytuację międzynarodową, tworzyli dla Andrzeja K. specjalną wersję historii najnowszej, wymyślili dla niego konflikt radziecko-japoński.

Kiedy zaczynał się konflikt berliński, przynieśli mu "Chłopską Drogę": egzemplarz tego pisma obok numeru "Bluszczu" z 1893 roku, który Andrzej K. czytał w kółko, były jego jedyną lekturą. "Chłopska Droga" donosiła: "Politycy zachodnioniemieccy, którzy przybyli z NRF do Berlina Zachodniego, wzywają jawnie do agresji przeciwko miłującym pokój państwom ościennym" ...Komunikat o naradzie ministrów obrony państw członków Układu Warszawskiego: "...państwa NATO... uciekają się nawet do gróźb rozpętania nowej wojny... biorąc pod uwagę kształtującą się sytuację... szefowie sztabów generalnych rozpatrzyli konkretne sprawy w dziedzinie wzmocnienia gotowości bojowej..."

Andrzej K. natychmiast rozsyła wici do dawnych członków band: zaczynamy trzecią wojnę! On, przedstawiciel europejskiej organizacji, będzie wydawał broń ukrytą w leśnym arsenale. Poleca jednemu z ludzi, z którymi zachował kontakt, żeby kupił mu na targu używany mundur polski, raportówkę i pas. Był gotowy do trzeciej wojny, nabrał nadziei, czekał na wielkie zmiany, które zajdą w świecie. Naoliwił visa i pepeszę, które miały uzupełnić atak atomowy. Niewiele wiedział pierwszy żołnierz trzeciej wojny, żyjący w puszczy, o strategii rakietowej. Uderzenie uprzedzające, masowy odwet, odstraszenie, wojna ograniczona - to były dla niego pojęcia niejasne, jak i sama sprawa bomby, o której myślał, że jest ogromna, zrzucona przez ogromny, większy, niż można sobie wyobrazić, samolot. W owych egzemplarzach gazety, które dotarły do puszczy, wyczytuje: "niebezpieczeństwo wojny byłoby większe, gdyby nowoczesna broń nie była tak niszcząca". Nie rozumie tego zdania.

Na jego apel nikt się nie zgłasza, przeciwnie: chłopi alarmują władze. Zaczynają się przygotowania do ujęcia Andrzeja K. Założenie jest następujące: nie trzeba zabijać Andrzeja K. - mającego na sumieniu zabójstwo, ale w gruncie rzeczy od lat nieszkodliwego - mimo iż będzie chciał się bronić. Trzeba tak to rozegrać, żeby nikt nie zginął w tych ostatnich działaniach drugiej wojny, prawie w dwadzieścia lat po jej zakończeniu. Okazuje się, że ustalenie położenia bunkra Andrzeja K. na obszarze wielkich lasów, tak dokładnie zamaskowanego, jest ogromnie trudne. Trwa miesiącami. Władze próbują dotrzeć do Andrzeja K. poprzez łańcuch różnych osób i prowadzić coś w rodzaju rokowań. Jeden z pośredników boi się Andrzeja K. i nie dociera do niego, tylko strzela do siebie, rani się i potem zeznaje, że został postrzelony przez Andrzeja K., w rezultacie obciążając go usiłowaniem zabójstwa. Inny posłaniec proponuje Andrzejowi K. wspólny napad, żeby wyciągnąć go z lasów, ale Andrzej K. wyjawia mu, że nie ma już zamiaru napadać z bronią w ręku. Proponowano Andrzejowi K. fałszywy dowód i możność ucieczki na zachód kraju. Jego odpowiedź brzmiała: "Chętnie skorzystam, ale teraz czuję się bezpieczny".

Dopiero ogromna obława, wyposażona w łączność radiową, którą kierował specjalny sztab, uzbrojona w środki chemiczne, z psami, natrafia na bunkier Andrzeja K. Milicjanci w hełmach i koszulkach pancernych zaczęli rozkopywać nieduży wzgórek w kwadracie oznaczonym na dokładnych mapach leśnych numerem 216.

Nagle jeden ze świerków poruszył się. Rozległ się głos: "Polacy! Nie strzelajcie!" W sekundę potem zaczął błyskać flesz fotografa. Jedno z tych zdjęć wklejono do akt sądowych: w bardzo ostrym świetle widać fragment puszczy, mężczyzna w mundurze sierżanta milicji w hełmie, półklęczący na śniegu, zasłania sobie twarz przed obiektywem, widać nogi psa, grube kożuchy ludzi, których twarze znalazły się poza kadrem. Na kożuchach broń maszynowa. Stoją półkolem, w samym środku mężczyzna w grubym kaftanie z rękami skrępowanymi do tyłu, jedyny, którego twarz jest widoczna: blada, pełna napięcia, długie włosy, obcięte równo nad brwiami w grzywkę, rozsypujące się w pukle za uszami. Obok leżą jakieś deski, sprzęty, kilka młodych świerków - jakby z rozebranej dekoracji teatralnej.

Na drugi dzień tłumy z całej okolicy, mężczyźni z żonami i dziećmi, pieszo, konno, na wozach, samochodami dążyli do granicy puszczy i dalej - przetartą drogą do wzgórka. Wchodzono do bunkra, wyciągano deski, oglądano. Po kilku dniach wzgórze było stratowane, kryjówka ostatniego żołnierza drugiej wojny przestała istnieć. On sam, po procesach, siedzi w "polskim Spandau" - w Strzelcach Opolskich, liczy, że w więzieniu wyleczy się z chorób, nabytych w ciągu tamtego ćwierć wieku. Nie wie, że wzgórek nad stokiem przezwany jest teraz przez ludność jego nazwiskiem.

 

 

Krzysztof Kąkolewski "3 złote za słowo" 1973





Krzysztof Kąkolewski