Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Krzysztof Kąkolewski

Antyczłowiek

 

 

W chwili urodzenia ważył 3015 gramów, miał 58 centymetrów długości; zaraz zaczął krzyczeć. Szybko przestał się zanieczyszczać. W okresie przedszkolnym przeszedł dziecinne choroby. W szkole podstawowej nauczycielka zauważyła, że nie chce chodzić na boisko, boi się bawić z dziećmi. W domu był bardzo grzeczny; w ostatnich dwóch klasach szkoły podstawowej przeważają dostateczne, zachowanie bardzo dobre. Dzienniki klasowe odnotowują rzadkie nieobecności. W technikum energetycznym wyniki są podobne, prawie z matematyczną ścisłością: średnia stopni oscyluje wokół cyfry trzy. W klasie czwartej, w rzędzie przy oknie stoi do dziś ławka, której pulpit jest przebity nożem.

Zaczęło się od męczeństwa przedmiotów: przebijał jednym uderzeniem sztyletu deskę grubości dwóch i pół centymetra. Początkowo drażniło to ojca, potem przyzwyczaił się. Matka zaniepokoiła się, więc tłumaczył: "Ćwiczę rękę, wyrabiam celność". Matka dała mu deskę, na której trenował. Następnymi ofiarami były książki: zasztyletował "Bitwę o Narwik" i "Ziele na kraterze". Owadów nie dręczył, bo się nimi brzydził. Lubił, przechodząc, kopnąć psa. Szczególne pragnienie udręczania budziły w Karolu Kocie koty. Obmyślał dla nich różne stopnie tortur. Pierwszą zabił żabę. Potem zabijał kury. Nazywał to: "robię im zig-zig". Potem, na jego błaganie, dano mu na wsi zrobić "duże zig-zig" cielęciu. Na początku lat sześćdziesiątych pracownicy rzeźni miejskiej w P. zauważyli chłopca, który przychodzi i przygląda się ich pracy. Przepędzili go, ale kiedy zauważyli, że uporczywie wraca, że naprawdę się interesuje rzeźnią, pozwolili mu nawet zabijać zwierzęta. Chłopiec zaczął przychodzić do rzeźni z własnym kubkiem. Wypijał jeden kubek gorącej krwi, drugi zabierał do domu. Ale zimna mniej mu smakowała. Potem, kiedy matka kupowała mięso na obiad, strzelał do tego mięsa z karabinka sportowego, czując, "że jakby zabija je drugi raz".

Zaczęło się gromadzenie arsenału: karabinek, 16 noży przeróżnego kształtu, różnych systemów. Oszczędzał na tę kolekcję z kieszonkowego; kazał noże wykonywać pewnemu rzemieślnikowi według swoich pomysłów. Miał też truciznę, łuk, kabel, rzemień, sznur. Przemyśliwał, czy inne przedmioty nie nadawałyby się do zabijania. Każdy przedmiot mógł być narzędziem zbrodni, każdy mógł być ofiarą. "Zniszczenie przedmiotu sprawia md taką sarną przyjemność, jak zabicie człowieka". Zapisał się do klubu sportowego, do sekcji strzeleckiej. Zdobył brązowy medal. Gromadził biblioteczkę: podręcznik dla komandosów, gdzie jest rozdział o posługiwaniu się nożem, podręcznik medycyny sądowej. Studiował rozdział o truciznach. Z atlasu anatomicznego wyuczył się budowy aorty, naczyń szyjnych, poznał dokładnie, gdzie jest serce człowieka. Oznaczył to miejsce w atlasie. Pewne elementy przerysował. Wiedział, jakiej długości potrzebny jest nóż, żeby sięgnąć serca od przodu i od tylu. Uważał, że najlepiej jest uderzyć między drugim a piątym żebrem.

Nieustannie ćwiczył nożem, starał się rozwijać moc i celność ciosu. "Robiło to wrażenie manii". Kiedy nie miał noża, wyrabiał sobie drobnymi, nieustannymi uderzeniami o ławkę szkolną dłoń do ciosu karate. Czasem znienacka zarzucał z tyłu koledze sznur albo kabel na szyję. Czasem, gdy nie miał nic w ręku, nie istniejącym nożem zadawał na niby ciosy kolegom: w plecy, w szyję, w pierś. Biegł korytarzem, naśladując serię strzałów z peemu: wodził wyimaginowaną lufą po grupkach kolegów, chowając się za węgłem. Część przezwisk szkolnych narzucił sam, wybierając je jako pseudonimy: "Lolo-Rozpruwacz", "Anastazja" (od jednego z przywódców sycylijsko-amerykańskiego gangu "Cosa Nostra"), "Al Capone", "Lolek Benzyna"; inni nazywali go "Krwawy Lalo", "Lolo Pirotechnik".

Dorośli uważali, że koledzy dokuczają mu. Miał opinię przeciętnego ucznia, ale niezmiernie sumiennego. Chętnie wykonywał polecenia. Rozmawiając z nauczycielami, miał zwyczaj stawać w postawie zasadniczej. "Nie jest złośliwy, nie wywyższa się, nie robi nikomu przykrości" - powiedział o nim jego trener w klubie. Jego żona dawała go synowi jako przykład. Znana była jego prawdomówność. Podkreślano jego dobre wychowanie, nienaganne maniery, uczynność. Nie chodził na wagary, nie palił papierosów, nie używał wulgarnych słów. To zjednywało mu znakomitą opinię. Uważano, że nie jest egoistą, pomaga młodszym, ma poczucie humoru. Uznano też automatycznie, że jest z powodu tych cech lubiany przez kolegów. Jednak on w rozmowach z nauczycielami i trenerami żalił się, że koledzy mu dokuczają. Często, w okresach kiedy miał trudności w nauce, starał się przekazać jakieś ważne informacje z życia kolegów, klasy, innych zawodników w klubie. Jak potem powiedział, donosił i na lubianych przez siebie kolegów, bo zawsze przekazywał prawdziwe wiadomości, żeby nie naruszyć zaufania, jakim go darzono. Jego koledzy wiedzieli o nim wiele, ale nie donosili. Nie tylko więc nie wiedziano o jego rzeczywistych stosunkach z rówieśnikami ani opinii, jaką o nim mieli, ale - odwrotnie - on kształtował opinię o nich.

"W zabawach, gdy inni grali rolę i zabitych, i zabijanych, tylko on nie chciał być ani pokonany, ani zabity. Zawsze chciał grać role strzelających". "Trudno mi wyjaśnić, dlaczego nie czuję sympatii do niego, a nawet go nie lubię. Nie potrafię tego uzasadnić... Odczuwam jakby lęk przed nim..." - powiedziała jego koleżanka. Spostrzeżono, że dokucza młodszym, słabszym, dziewczętom, brutalnie traktuje małe dzieci.

"...Kiedy przyszedłem do technikum, zostałem uprzedzony, żebym uważał na niego, bo on jest nieobliczalny i może mi wyrządzić krzywdę" - opowiadał jeden z uczniów. W klasie nazywano go też: "Donosiciel", "Lizus", "Erotoman", "Karolina Kotówna", "Kotidiota". Mówiono, że ma nieobliczalne zrywy, wyśmiewano go. Uważano, że jego poziom odpowiada wiekowi siedmioletniego dziecka. Traktowano go jako "niepoważnego wariata", ale zarazem był w tym element lęku. Koledzy odkryli też, że on pragnie tego lęku. Niechęć do niego narastała, jego rówieśnicy prawie proroczo określili go kiedyś: "on byłby świetnym hitlerowcem". Kiedy w klasie zdarzyło się coś złego, na pytanie nauczyciela, kto to zrobił, wszyscy wołali: "Kot, Kot".

A jednak, kiedy najbliższym kolegom i koleżance imieniem Danka zaczął się zwierzać, że zaczął już zabijać ludzi, żadne nie traktowało tego poważnie. To, co dotyczyło zabijania ludzi, nazywało się u niego "gzi-gzi". Błagał Dankę, żeby mu się oddała. Groził, że jeśli tego nie zrobi, zabije ją. Kiedy przyłożył jej nóż do gardła, ona odpowiedziała: "Nie wygłupiaj się". Nie domyśliła się, że Kot miał przygotowane szkło, którym chciał poprzecinać jej żyły; z przystawionym do szyi nożem miała umierać w jego oczach, zarazem tworząc mu alibi: wyglądałoby to na samobójstwo. Inne dziewczęta też nie chciały zbliżeń z nim, nawet nie chciały się z nim umówić. Zwierzał się Danusi, że nigdy nie miał dziewczyny. Powiedział jej: "Będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli... będę mścił się za najlżejsze szyderstwo, za każde słowo". Danka odpowiedziała: "Jeśli nie zmienisz się, to stracisz kontakt z ludźmi. Teraz jeszcze jesteś normalny, ale jeśli będziesz próbował powtarzać morderstwa, przestaniesz nad sobą panować i oszalejesz".

Danusia, niedoszła - i ciągle potencjalna - ofiara mordercy, dwudziestotrzyletnia dziewczyna, stanęła wobec dylematu, który opisuje: "Jeślibym nikomu nie zgłosiła tego, a z nim zerwała kontakt, to wówczas on mógłby może zastanowić się nad swoimi czynami i nad tym, co ja mu mówiłam. Wierzyłam, że ludzie, którzy źle robią, powinni sami dojść do tego i sami się poprawić... Ale wówczas ryzykowałam, że on może popełnić taki nowy czyn, a ja czułabym się współodpowiedzialna..."

Aresztowany nie zaprzeczył niczemu. Jego dialog z oficerami śledczymi, prokuratorami, psychiatrami, psychologami, obrońcami stał się epopeją, napisaną wraz z materiałami dowodowymi na 8000 stron, zawartych w 18 tomach. Wszystkie swoje przemyślenia, lektury, zainteresowania zogniskował na zbrodni. Niewiele wie o swoich rodzicach: nie wie, jakie wykształcenie ma jego ojciec, czy jest inżynierem, czy technikiem, co produkował w swoim warsztacie, gdy jeszcze nie był na państwowej posadzie, na czym dziś polega jego praca. Stwierdzono, że Kot ma bujną wyobraźnię, ale ukierunkowaną jednostronnie. Czytał wyłącznie literaturę militarną lub mówiącą o zbrodni, interesował się swoim kolegą - "Upiorem z Düsseldorfu", zanotował definicję wampira, upiora, strzygi wypijającej krew, lubił "Quo Vadis" dla scen męczeństwa i tortur, za film o "swojej własnej tematyce" uważał "Mordercę". Okazało się, że ma poglądy estetyczne: "Cierpienie jest piękne, a ja doprowadzam innych do cierpienia, jestem artystą tworzącym dzieło sztuki". Skalowanie piękna - to natężenie cierpienia. Dodawał, że piękne kobiety chciał zabijać inaczej. Bał się, żeby nie stać się rzemieślnikiem śmierci, powtarzającym ten sam chwyt: artysta tworzy tylko niepowtarzalne dzieła.

"Prawo mnie nie obchodzi, bo ja stwarzam dla siebie właściwe normy - powiedział. - Zabójstwo dla przyjemności nie powinno być karane; automatycznie nie jest przestępstwem tak jak jest nim morderstwo dla rabunku. Przestępstwa - to kradzież, pijaństwo, prostytucja. Ja nie jestem przestępcą, jestem tylko zabójcą".

Pytano, czy żałuje swoich ofiar, czy myśli o nich? Odpowiadał: "Nie żałuję, bo czym jest śmierć? Śmierć jest zjawiskiem naturalnym. Po prostu ich nie ma i już". Dotąd - dodał - mordował nieznajomych, nazwisk ich dowiadywał się z prasy - a miał już listę osób znajomych, które chciał wymordować. Przede wszystkim tych, których lubił najbardziej, "bo zabicie ich sprawiłoby mi szczególną przyjemność". Mógłby też swobodnie przypatrywać się potem cierpieniom ich bliskich, to jest dodatkowa przyjemność. Nawet pobyt w więzieniu napawa go radością: myśli, jakim ciosem jest to dla jego rodziców.

Zaprzecza, aby przyjemność mordowania i dręczenia miała charakter seksualny: "Tej przyjemności nie da się dokładnie określić. To jest też co innego niż zjedzenie czegoś smacznego".

Etap zabijania pojedynczych ludzi, "gzi-gzi", miał być w jego pojęciu wstępem do "wielkiego gzi-gzi". Myślał o urządzeniu "rzeźni ludzi". Reminiscencje z rzeźni w P., dobroduszni pracownicy pozwalali mu tam przebywać - czy z Oświęcimia? Mecenas doktor Władysław Pociej, jego obrońca, zapytał go, czy był kiedyś w Oświęcimiu.

"Tak, byłem, oglądałem. To było coś ciekawego" - odpowiedział. Koledzy z klasy czwartej technikum nie mylili się mówiąc, że mógłby być hitlerowcem.

Urodził się 18 grudnia 1946 roku, czy jednak na jego wyobraźnię nie wpłynął najstraszliwszy pomysł świata? Marzy o czasie, "gdyby znów nastąpiła wojna i okupacja"... Zaproponował koledze, żeby został wtedy kierownikiem obozu koncentracyjnego - i tu użył języka niemieckiego - "lagerfuehrerem". Byłby w tym obozie podział na morderców, transportowców, młynarzy, którzy by mełli kości, i handlowców, którzy by sprzedawali produkty obozowe.

Zeznał, że najlepiej mordowało mu się w kościele. Zainteresowania, poglądy i marzenia jego zdradzają spójność, jest to świat skonstruowany z samych zaprzeczeń, negacji, odwrotności - świat nieludzki, świat antyczłowieka.

Dlatego może dziwi się wrogiemu nastawieniu społeczeństwa, nie rozumie go, uważając, że przecież jest inteligentny, miły i powinien być nadal lubiany. Z niepokojem mówi o przyszłości: "huśtawka" albo "dookoła Wojtek" (kara śmierci albo dożywocie). Uważa, że inni są tacy i jak on; boi się ciągle, że "jakiś żartowniś może zajść z tyłu i zrobić mu gzi-gzi". Próbuje przystosowania na swoją miarę: "Mógłbym zmienić zawód z technika elektryka na kata... Mógłbym stać się przydatny społeczeństwu jako kat... mógłbym usuwać potajemnie niepożądane osoby".

A jednocześnie, kiedy był na obserwacji psychiatrycznej, bawił się pogłębianiem lęku chorego w stanie depresji. Mówił mu, że obaj skazani są za pewną zbrodnię na karę śmierci i że niedługo wyrok zostanie wykonany. Mimo całej radości z przerażenia chorego, mimo to, że jak zawsze w trudnych okresach sypiał świetnie, głęboko, bez snów (ludowe podanie głosi: "...odwiedzinom wampira przeciwdziała rzucenie w niego garścią maku"), mówił, że życie jest "ciężkie, nudne, bezbarwne".

Poddany badaniom testem uzupełnienia ujawnił jakieś cierpienie nie znane nam, nie-nieludziom: 

"Przyszłość wydaje mi się ......................mglista"

"Czekam na ..............................................życie" 

"Gdy będę starszy .....................................umrę"

"Kocham matkę, lecz .................................nie lubię jej" 

"Chciałbym, żeby mój ojciec........................umarł" 

"Zrobiłbym wszystko, żeby zapomnieć..............że istnieję"

 "Najgorszą rzeczą, którą udało mi się zrobić .......urodzić się

 

 

 

Krzysztof Kąkolewski "Dziennik tematów" t.1, 1984





Krzysztof Kąkolewski