NEWSWEEK HISTORIA - nr 25, 2016 r.

 

Z perspektywy niedawnych zamachów w Paryżu i Brukseli może się wydawać, że żyjemy w wyjątkowo niebezpiecznych czasach. Tymczasem lektura statystyk z lat 80. sprawia, że możemy spojrzeć na ostatnią dekadę jako na okres względnego spokoju.

 

Tomasz Borkowski

Czarny rok terroru

 

Jest ranek 2 sierpnia 1980 r. Na dworcu kolejowym w Bolonii kłębią się tłumy: rodziny z dziećmi, rozbawiona młodzież, nieprzeliczone rzesze turystów. To początek tradycyjnych włoskich wakacji, nic nie zapowiada tragedii. O godzinie 10.45 pozostawiona w poczekalni walizka wypełniona 23 kilogramami trotylu i innych substancji w ułamku sekundy zamienia budynek dworca w stertę gruzu. Podmuch jest tak silny, że niszczy nie tylko stojący na peronie pociąg, ale nawet czekające na pasażerów taksówki.

"Nie słyszałem samej eksplozji, tylko upadający mur i dźwięk tłuczonego szkła" - mówił później dziennikarzowi BBC jeden z naocznych świadków. "Wszędzie wokół było pełno krwi, wszyscy biegali, krzyczeli i wyli", "mężczyźnie niesionemu do karetki lala się krew z urwanej nogi" - opowiadali inni. Służby ratownicze nie były przygotowane na taką katastrofę, poszkodowanych wiozły do szpitali prywatne samochody, taksówki, a nawet miejskie autobusy. Z powodu wakacji wiele oddziałów szpitalnych było nieczynnych, ich personel pośpiesznie ściągano z urlopów. W zamachu zginęło 85 osób w wieku od 3 do 85 lat, wielu ciał nigdy nic udało się zidentyfikować, rannych było ponad 200, w tym wielu bardzo ciężko.

Jeszcze tego samego dnia odbyła się w Bolonii spontaniczna demonstracja, w której wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców miasta. Burmistrz Renato Zangheri mówił: "Żądamy sprawiedliwości, sprawiedliwości, ponieważ tak niewyobrażalnie okrutny czyn nie może pozostać bezkarny".

Tymczasem działania włoskiego wymiaru sprawiedliwości były równie mało skuteczne, jak w przypadku wielu innych zamachów lat ołowiu - anni di piombo - jak nazwano potem falę skrajnie lewicowego i prawicowego terroryzmu, która ogarnęła Włochy w latach 70. i 80.

Między rokiem 1969 a 1980 dokonano we Włoszech 12 690 aktów terroru, w których zginęły 362 osoby. W samym 1980 r. terroryści zastrzelili blisko 40 osób, w tym generała karabinierów, pięciu policjantów, czterech sędziów, kilku dziennikarzy i biznesmenów. Dochodzenia przeprowadzone w latach 90. ujawniły powiązania niektórych przedstawicieli instytucji państwowych i służb specjalnych z ugrupowaniami terrorystycznymi. Wspierali oni czynnie organizacje skrajnie prawicowe, a zarazem instrumentalnie wykorzystywali terrorystów wywodzących się ze skrajnej lewicy.

Niemal natychmiast po zamachu we włoskiej agencji prasowej ANSA odebrano telefon od człowieka występującego w imieniu prawicowej organizacji Nuclei Armati Rivoluzionari (NAR - Zbrojne Komórki Rewolucyjne), która przyjęła odpowiedzialność za zamach w Bolonii. Mimo to włoskie organy ścigania z uporem analizowały inne możliwe przyczyny masakry - przypadkowy wybuch klimatyzacji oraz zamach zorganizowany przez Czerwone Brygady. Śledczy zastanawiali się nad tropem libańskim na zmianę z KGB. Miesiąc po zamachu aresztowano 28 członków organizacji NAR, których jednak w następnych miesiącach kolejno zwalniano.

Dopiero w 1988 r. doszło do procesu i skazania na kary więzienia czworga działaczy tej grupy za zorganizowanie zamachu w Bolonii. W procesie rewizyjnym wyroki uchylono i dopiero podczas nowej rozprawy w 1995 r. zatwierdzono je ponownie. Skazano również kilku członków powiązanej ze skrajną prawicą masońskiej loży P2, zajmujących wysokie pozycje w strukturach państwa włoskiego, w tym dwóch generałów kontrwywiadu oskarżonych o świadome preparowanie informacji kierujących śledztwo na błędne tory. Rodziny ofiar zorganizowały stowarzyszenie, by dalej walczyć o wyjaśnienie sprawy i ukaranie wszystkich winnych. Włoski internet pełen jest spiskowych teorii wskazujących najróżniejszych sprawców zamachu.

TERRORYSTA SAMOTNIK

26 września 1980 r. kończy się kolejny dzień Oktoberfest, imprezy organizowanej każdego roku w Monachium na przełomie września i października. Tysiące Bawarczyków zaczyna opuszczać olbrzymie namioty, pod którymi serwowane jest piwo, by udać się do domów i hoteli. Około 22.20 21-letni student geologii Gundolf Köhler wkłada paczkę do kosza na śmieci ustawionego przy głównym wyjściu na teren festynu. Chwilę później powietrzem wstrząsa potężny wybuch. Na przestrzeni równej piłkarskiemu boisku fala uderzeniowa zmiata wszystko: namioty, pawilony, maszty.

W wyniku eksplozji ginie 13 osób, w tym zamachowiec, troje małych dzieci i dwóch zagranicznych turystów. Rannych jest 225 osób, ponad 50 z nich zostanie kalekami do końca życia. Późniejsze analizy wykazują, że do skonstruowania bomby wykorzystano brytyjski pocisk moździerzowy z lat 50. Zamachowcy przygotowali jego skorupę w taki sposób, by raził odłamkami niczym granat rozpryskowy, co znacznie zwiększyło liczbę rannych.

Köhler był działaczem neonazistowskiej organizacji Wehrsportgruppe Hoffmann (Grupa Sportów Obronnych Hoffmana). Ugrupowanie to liczące 400 osób zostało w styczniu 1980 r. zdelegalizowane. Następnego dnia po zamachu policja zatrzymała sześciu jego członków, ostatecznie jednak nikomu nie postawiano zarzutów i śledztwo umorzono. Policja stwierdziła, że Köhler działał sam. Teoria pojedynczego zamachowca spotkała się z ostrą reakcją dziennikarzy, polityków i rodzin ofiar. Wskazywano, że kompletnie zignorowano zeznania świadków, które mogły zaprowadzić organy ścigania do wspólników Kohlera, ponadto w 1997 r. zniszczono dowody rzeczowe, co byłoby normalną procedurą, gdyby nie poważne wątpliwości co do sposobu prowadzenia sprawy.

Po wykryciu w 2012 roku neonazistowskiej grupy NSU (Nationalsozialistischcr Untergrund), której członkowie przez co najmniej 10 lat mordowali imigrantów, dokonywali aktów terroru i napadów na banki, nasiliły się żądania wznowienia śledztwa w sprawie zamachu podczas Oktoberfest. Jeden z niemieckich dzienników wyliczał kolejne grzechy nieudolnie prowadzonego śledztwa: "Świadkowie, których policji nie chciało się przesłuchać; akta, do których nikomu się nie chciało zajrzeć lub nagle ginęły w dziwny sposób; karkołomna i mało wiarygodna teoria, że sprawca działał w pojedynkę. Czy to wszystko nam czegoś nie przypomina?".

Nacisk prasy i rodzin ofiar spowodował, że w grudniu 2014 roku niemiecka prokuratura generalna postanowiła wznowić śledztwo, uzasadniając decyzję zgłoszeniem się świadka, którego zeznania zostały zignorowane 34 lata wcześniej.

ZABIĆ WSZYSTKICH

30 kwietnia 1980 r. sześciu ludzi wyłamuje drzwi ambasady Iranu w Londynie, obezwładnia policjanta i opanowuje budynek. Napastnicy biorą 26 zakładników, irańskich i brytyjskich pracowników placówki oraz kilka przypadkowych osób. Wokół budynku niezwłocznie zajmują pozycje oddziały antyterrorystyczne, rozpoczyna się oblężenie.

Kiedy po trzech godzinach napastnicy przedstawiają żądania, okazuje się się, że reprezentują Demokratyczno-Rewolucyjny Front Wyzwolenia Arabistanu, czyli inaczej Chuzestanu, irańskiej prowincji zamieszkanej w większości przez ludność arabską. Po rewolucji irańskiej i obaleniu rządów szacha w 1979 r. w Chuzestanie doszło do nieudanej próby wywołania powstania popieranego przez Irak, zginęło wtedy kilkunastu irańskich gwardzistów oraz kilkudziesięciu Arabów. Późniejsze dochodzenie wykaże, że terroryści, którzy zaatakowali irańską ambasadę w Londynie, korzystali z logistycznego wsparcia reżimu Saddama Husajna - przybyli do Wielkiej Brytanii z irackimi paszportami, a broń przemycono w irackim bagażu dyplomatycznym.

Napastnicy żądają uwolnienia 91 arabskich więźniów przebywających w irańskich więzieniach, grożąc wysadzeniem w powietrze budynku ambasady wraz z zakładnikami. W tej sytuacji Brytyjczycy zwracają się do rządu irańskiego, który jednak kategorycznie odmawia wszelkiej współpracy, twierdząc, że to ukartowana akcja - odwet amerykańskich i brytyjskich imperialistów za trwającą od pięciu miesięcy okupację ambasady amerykańskiej w Teheranie. Brak współpracy ze strony Irańczyków stawia rząd brytyjski w trudnej sytuacji ze względu na eksterytorialność obszaru ambasady gwarantowaną przez konwencję wiedeńską.

Negocjatorzy ze Scotland Yardu skłaniają terrorystów do wypuszczenia pięciu zakładników, a następnie stosują taktykę opóźniającą. Terroryści żądają pośrednictwa dyplomatów z państw arabskich w negocjacjach i gwarancji bezpiecznego opuszczenia terytorium Wielkiej Brytanii, dając do zrozumienia, że nie będą się dalej upierać przy żądaniach zwolnienia więźniów w Iranie.

Rokowania są na dobrej drodze do momentu, gdy terroryści zauważają, że Brytyjczycy naruszyli mur od strony ambasady Etiopii, co oznacza, że komandosi przygotowują się do odbicia ambasady. Natychmiast przenoszą zakładników do innego pomieszczenia, następnie żądają niezwłocznego przybycia negocjatorów - dyplomatów, a kiedy to nie następuje, zabijają jednego z zakładników, attache prasowego ambasady Iranu. Dla Brytyjczyków jest to sygnał, że dłużej zwlekać nie można. Do akcji wkraczają komandosi z elitarnej jednostki SAS, rozpoczyna się operacja określana kryptonimem Nimrod. W ciągu kilkunastu minut trzy grupy komandosów, łącznie 30 ludzi, opanowują budynek. Trzech napastników ginie w walce, ranny jest również jeden z komandosów. Terroryści, którzy pilnują zakładników, otwierają do nich ogień, zabijając jedną osobę i raniąc drugą. Potem jednak ulegają błaganiom pozostałych i wyrzucają broń przez okno, chcą się poddać. Mimo to komandosi zaraz po wejściu do środka zabijają terrorystów, ocaleje tylko jeden, któremu powierzono pilnowanie kobiet. Te nie wydają swojego strażnika, ale żołnierz brytyjski wciąga go z powrotem do budynku. Życie ratuje mu telewizja, której wścibskie kamery powstrzymują komandosa przed zastrzeleniem zamachowca.

Zabicie dwóch terrorystów; którzy chcieli się poddać, było później przedmiotem oficjalnego dochodzenia. Komandosi zostali oczyszczeni z zarzutów; uznano, że mieli prawo sądzić, iż terroryści są nadal uzbrojeni.

Ocalony terrorysta spędzi w brytyjskim więzieniu 27 lat. Rząd irański podziękował władzom Wielkiej Brytanii za przeprowadzoną akcję, a dwóch zastrzelonych zakładników ogłosił męczennikami irańskiej rewolucji.

Okupacja ambasady irańskiej uległa zapomnieniu po wybuchu wojny irańsko-irackiej i kolejnych dramatycznych wydarzeniach w tym regionie. Nie była też istotnym przejawem zagrożenia terrorystycznego dla Brytyjczyków, którzy zmagali się z wojną wypowiedzianą brytyjskim siłom bezpieczeństwa i północnoirlandzkim lojalistom przez Irlandzką Armię Republikańską. W ciągu 30 lat wojna ta pochłonęła trzy i pół tysiąca ofiar.

Rok 1980 był wyjątkowo spokojny, w Irlandii Północnej zastrzelono zaledwie kilkadziesiąt osób.

POLOWANIE NA GWARDZISTÓW

Jest piątkowy poranek 1 lutego 1980 roku. Fabrykę broni w baskijskiej prowincji Vizcaya opuszcza konwój złożony z czterech pojazdów. Jeden wiezie pracowników; drugi broń, dwa pozostałe to obstawa gwardzistów Guardii Civil - hiszpańskiej struktury paramilitarnej podporządkowanej MSW i odpowiedzialnej za bezpieczeństwo wewnętrzne kraju. W pobliżu wioski Ispaster u stóp niewielkiego wzgórza czekają na konwój bojownicy ETA, organizacji walczącej z rządem Hiszpanii o niepodległość Kraju Basków. Bojownicy celują w drugi pojazd, unieruchamiają go za pomocą granatu. Pierwszy, wiozący robotników; może odjechać. Terroryści strzałami z broni maszynowej zabijają wszystkich gwardzistów, dodatkowo obrzucają samochód granatami, raniąc przy tym śmiertelnie dwóch swoich ludzi. Z życiem uchodzi kierowca samochodu wiozącego broń, bojownicy puszczają go wolno. Transport wpada w ręce Basków. Po długim śledztwie do więzienia trafi tylko jeden z uczestników ataku, główny organizator akcji zostanie uniewinniony z braku dowodów, próby posadzenia na ławie oskarżenia osób udzielających pomocy bojownikom ETA będą mało skuteczne.

Pół roku później, 13 lipca, ETA urządza zasadzkę na gwardzistów, którzy ochraniają fabrykę amunicji w pobliżu baskijskiego miasteczka Orio. Terroryści zabijają dwóch funkcjonariuszy i ranią trzech pozostałych. W fabryce słychać strzały, więc drugi oddział rusza na pomoc kolegom.

Udaje im się zabić dwóch bojowników, reszta wycofuje się w góry.

20 września 1980 r. czterech członków Guardii Civil odpoczywa w barze w pobliżu baskijskiej miejscowości Markina. Do lokalu wchodzi nagle trzech mężczyzn, zbliżają się do stolika gwardzistów; wyciągają broń i zabijają wszystkich strzałami w głowę. Tak jak poprzednio do więzienia trafi tylko jeden z uczestników zamachu oraz człowiek, który udostępnił bojownikom swoje mieszkanie i samochód.

3 listopada 1980 r. w Kraju Basków organizowany jest protest przeciwko terroryzmowi. Uczestniczą w nim główne partie polityczne po zamordowaniu członka lokalnych władz rządzącej wówczas w Hiszpanii Unii Demokratycznego Centrum, a zarazem profesora miejscowego uniwersytetu. W uroczystości bierze udział 15 tysięcy osób.  Protest przebiega spokojnie. Tuż przed północą w baskijskiej miejscowości Zarautz, w miejscowym barze, bawi się 20 gości, wśród nich jest pięciu gwardzistów po służbie. Do środka wchodzi dwóch mężczyzn uzbrojonych w broń maszynową. Wykrzykują hasła popierające ETA i strzelają do zaskoczonych funkcjonariuszy. Czterech ginie na miejscu, piąty jest ranny, podobnie jak dwóch kelnerów i trzech innych gości. Osiem lat później śledczym uda się aresztować jednego uczestnika tej akcji, jego zeznania doprowadzą do głównego organizatora zamachu. Obaj zostaną skazani na kary długoletniego więzienia.

Wojna ETA wypowiedziana hiszpańskiemu państwu trwała 43 lata - rozpoczęła się w 1968 roku, a skończyła w 2011, kiedy organizacja zrezygnowała z dotychczasowych metod wałki. Zginęło 858 osób, w większości gwardzistów i policjantów, a także polityków; sędziów i prokuratorów. Zazwyczaj baskijska organizacja starała się atakować osoby związane ze strukturami państwa, ale w jej historii zdarzył się również zamach na centrum handlowe i na osiedle zamieszkane przez rodziny policjantów. Rok 1980 był najbardziej krwawy w dziejach organizacji, zginęło wówczas 118 osób.

LEPSZE CZASY

Z perspektywy niedawnych zamachów w Paryżu i Brukseli może się wydawać, że żyjemy w wyjątkowo burzliwych i niebezpiecznych czasach, a zagrożenie terrorystyczne jest ogromne. Tymczasem zarówno porównanie danych statystycznych, jak i przypomnienie wydarzeń sprzed 36 lat sprawia, że możemy spojrzeć na ostatnią dekadę jako na okres względnego spokoju. W 1980 r. w zamachach terrorystycznych w Europie Zachodniej zginęło około 420 osób. Nie był to wtedy jedyny rok, kiedy liczba ofiar przekraczała 400, jeszcze więcej osób straciło życie w roku 1988, kiedy bomba podłożona przez libijskich agentów spowodowała śmierć 270 pasażerów samolotu Pan American w Szkocji. Tymczasem w ciągu ostatnich 10 lat w żadnym roku liczba ofiar zamachów nic była większa niż 150, a oprócz 2011 roku (zamach na wyspie Utoya w Norwegii) i ubiegłego, liczba ofiar terroryzmu w Europie nie przekraczała kilkunastu rocznie.

W porównaniu z 1980 rokiem zmienił się zasadniczo charakter zagrożenia terrorystycznego w Europie. We Włoszech i w Niemczech działały wtedy organizacje skrajnie lewicowe i skrajnie prawicowe, które poprzez zamachy chciały podważyć struktury państwa i doprowadzić do rewolucji bądź rządów silnej ręki. W Wielkiej Brytanii i Hiszpanii działali irlandzcy i baskijscy separatyści, którzy zamierzali zmusić społeczeństwa i władze centralne swoich krajów do uznania prawa ich narodów do samostanowienia.

Warto też zauważyć akcje terrorystów spoza Europy, którzy przenosili konflikty ze swoich krajów. Przykładem takich działań była opisana wyżej okupacja ambasady irańskiej w Londynie, ale też zamachy Palestyńczyków przeciwko Izraelczykom.

Niemal całkowitemu zapomnieniu uległa aktywność Tajnej Ormiańskiej Armii dla Wyzwolenia Armenii (ASALA) przeciwko dyplomatom i placówkom Turcji. Terroryści ormiańscy żądali uznania przez Turcję ludobójstwa Ormian w 1915 roku oraz stosownych reparacji i cesji terytorialnych ze strony Turcji. W 1980 roku ASALA dokonała 11 zamachów we Francji, Włoszech, w Grecji i Hiszpanii, w których śmierć poniosło 6 osób, a 34 zostały ranne.

Zagrożenia były więc zróżnicowane, a dodatkowo wpisywały się w napiętą sytuację zimnowojenną w Europie. Rozmaite struktury terrorystyczne były wspierane przez KGB czasem bezpośrednio, czasem poprzez Libię lub organizacje palestyńskie. W kontekście wielkich manewrów wojskowych organizowanych w 1980 roku przez armie Układu Warszawskiego terroryści mogli być uważani za forpocztę Sowietów osłabiających Zachód w przededniu przyszłej inwazji, a groźbę dalszej eskalacji zamachów traktowano w Europie Zachodniej bardzo poważnie.

Terroryzm drugiej połowy XX w. należy już do przeszłości. Organizacje skrajnej prawicy i skrajnej lewicy zostały rozbite, separatyści zrezygnowali z terroru jako środka do realizacji celów. Obecnie mamy do czynienia niemal wyłącznie z terroryzmem islamskim, który nie pochłania w Europie tak wielu ofiar jak zamachy z lat 70. i 80., ale za to bardziej przemawia do wyobraźni, skutecznie wykorzystując drzemiący w świadomości wielu Europejczyków lęk przed obcymi.








HISTORIA