Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Mike Dash

Granice poznania

 

Rozdział 11

Tajemnicze postacie

 

Pewnego zimowego dnia 1990 roku rzekomi pracownicy opieki społecznej zjawili się po dzieci Elizabeth Coupland.

Były to dwie młode kobiety, ładne i pewne siebie. Kiedy weszły do komunalnego mieszkania Coupland w Sheffield, oznajmiły, że reprezentują Narodowe Stowarzyszenie Zapobiegania Okrucieństwu wobec Dzieci (NSPCC). Ponieważ obie panie były odpowiednio ubrane, a ich zachowanie cechowała władczość, Coupland pozwoliła im zbadać swoje dzieci, jedno dwuletnie, drugie pięciomiesięczne.

Goście sobie poszli, a Coupland sądziła, że sprawa na tym się zakończy. Jednak dzień czy dwa później jedna z kobiet powróciła, tym razem w asyście kolegi, oznajmiając, iż dano jej polecenie przejęcia opieki nad dziećmi. Wstrząśnięta matka odmówiła oddania dzieci. Kiedy zagroziła wezwaniem policji, oboje dyplomatycznie zrejterowali.

Ale Coupland naprawdę skontaktowała się z policją, policja zaś z kolei z NSPCC. Okazało się, że stowarzyszenie nie wysłało opiekunów społecznych do domu Elizabeth Coupland. Lokalne władze Sheffield także nic nie wiedziały o tej akcji.

Wkrótce okazało się, iż fałszywi urzędnicy nawiedzali także inne domy. Rozgłos, jaki zyskał incydent w rodzinie Couplandów, sprawił, że zgłosiło się kilkudziesięciu rodziców, do których także przychodziły młode kobiety i mężczyźni, przedstawiający się jako przedstawiciele służby zdrowia lub opieki społecznej. W kilku wypadkach przeprowadzono nawet badania, niekiedy goście tłumaczyli, że szukają na ciałach dzieci śladów skaleczeń i innych oznak nadużywania władzy rodzicielskiej.

Panowała powszechna opinia, iż to sprawki gangu pedofili. Z tego względu policja rozpoczęła wiosną 1990 roku zakrojone na szeroką skalę śledztwo. Po kilku miesiącach "Operacja Ochrony Dzieci" stała się największą akcją policyjną w historii Wielkiej Brytanii. Jej wyniki nie były jednak zadowalające. Po wielu tysiącach godzin rozmów, szukania świadków i penetrowania środowiska pedofilów policja stwierdziła, że tylko dwie z dwustu pięćdziesięciu relacji zasługują na dalsze dochodzenie. Resztę uznano za fałszywe alarmy, spowodowane odwiedzinami członków sekty mormonów, akwizytorów, domokrążców, agentów badających rynek, portrecistów, a nawet - w jednym przypadku - autentycznego przedstawiciela służby zdrowia.

Choć sprawa już dawno zniknęła z łamów dzienników, rzekomi pracownicy opieki społecznej nadal stukali do drzwi, jak Anglia długa i szeroka. W kwietniu 1995 roku byli w Edynburgu, a miesiąc później w Leicester. Pojawiali się w Bristolu, Bath, Blackburn, Battersea i Barnsley. Ani jednej osoby nie skazano ani nawet nie oskarżono o podszywanie się pod pracowników opieki społecznej, nie zanotowano także żadnego przypadku nadużycia seksualnego. Tylko w jednym przypadku dzieci zostały rzeczywiście zabrane z domu. Ktoś poszedł z nimi do parku, kupił lody, a potem całe i zdrowe przyprowadził z powrotem do domu.

Nic dziwnego, że policja nigdy nie zdołała ustalić racjonalnych motywów działania owych nieuchwytnych pracowników opieki społecznej. Teorię o pedofilskim podłożu tych zjawisk wykluczono, większość tajemniczych gości bowiem stanowiły kobiety, a pedofilia wśród kobiet praktycznie nie występuje. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że "zjawy" są członkami jakiejś obywatelskiej organizacji, szukającymi dowodów na seksualne wykorzystywanie dzieci. Dziennikarze badający lokalne incydenty stwierdzili, że w co najmniej dwóch przypadkach byli to samozwańczy "zbawcy dzieci".

"Operacja Ochrony Dzieci" przyniosła wszakże pewne informacje o wyglądzie i sposobie bycia rzekomych pracowników opieki społecznej. Większość świadków zeznała, że odwiedziła ich jedna lub dwie kobiety, rzadziej kobieta i mężczyzna. Wszystkie kobiety były młode, w wieku od dwudziestu kilku do trzydziestu kilku lat, ze starannym makijażem i dobrze ubrane. Jeden ze świadków, Katharine Millett z Sheffield tak opisała swego gościa: "Wyglądała jak modelka. Włosy upięte w kok, ładna figura, ubrana w dwuczęściowy kostium". Tylko nieliczni goście mieli miejscowy akcent, niektórzy dzwonili wcześniej, żeby umówić się na wizytę, kilku miało identyfikatory. Wszyscy z jakichś powodów preferowali czerwony samochód marki Vauxhall Cavalier.

Jednak ważne jest nie to, kim byli tajemniczy goście, lecz dlaczego pojawili się w Wielkiej Brytanii, i to właśnie zimą 1989-1990 roku. W istocie nietrudno znaleźć rozwiązanie tej zagadki. Relacje o rzekomych pracownikach opieki społecznej nasiliły się w okresie największej w historii Wielkiej Brytanii fali pogłosek o nadużyciach wobec dzieci. Podczas tych zimowych miesięcy gazety pełne były doniesień o masakrowaniu dzieci przez satanistyczne sekty działające w rejonie Manchesteru, Rochdale i Nottingham. Mówiono, że niemowlęta gwałcono i torturowano podczas tajemnych ceremonii religijnych; że dzieci mordowano i pożerano; że dokonywano przymusowych aborcji, a płody poświęcano diabłu. Żadnej z tych pogłosek nie zdołano udowodnić.

Ale podczas tych kilku miesięcy, kiedy u drzwi stawali fałszywi pracownicy opieki społecznej, prawdziwi odwiedzali rodziny, w których dzieci mogły być narażone na satanistyczne praktyki. Wszystko działo się zaledwie kilka lat po słynnym "skandalu w Cleveland", kiedy to pediatrzy stwierdzili sto dwadzieścia przypadków zgwałcenia dzieci. Tak więc każda rodzina mogła się spodziewać odwiedzin pracowników opieki społecznej, którzy, gdyby doszli do wniosku, że dziecko czy dzieci są zagrożone, mieli prawo odebrać je rodzicom i umieścić w placówce opiekuńczej. Można zatem powiedzieć, iż owe widma pojawiły się w odpowiedzi na ogólnie panującą atmosferę strachu. Warto zwrócić uwagę, jak opisywano domniemanych porywaczy. Nie przypominali typowych pedofilów czy zboczeńców, ale w ich wyglądzie było coś nieuchwytnego i tym samym bardzo niepokojącego. Mimo iż ogólna psychoza w jakimś stopniu tłumaczy to, jak postrzegano dziwnych gości, jednak dopiero wówczas, gdy poznamy tło kulturowe, zdołamy pojąć, dlaczego osoby te pojawiały się jako pracownicy opieki społecznej i czemu wybrały ten właśnie czas.

Stado potworów w Jeziorze św. Franciszka

Koncepcja, zgodnie z którą sposób postrzegania dziwnych zjawisk zależy od czasu i miejsca, nosi nazwę hipotezy źródła kulturowego lub hipotezy psychospołecznej. Pojawiła się w końcu lat sześćdziesiątych i choć od tego czasu uległa znacznej ewolucji, nadal zachowuje pewne elementy pierwotnej wersji. Jest bardziej popularna w Europie (zwłaszcza we Francji) niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie uważa się ją za nadmiernie i niepotrzebnie zawiłą oraz nieweryfikowalną. Krytycy twierdzą ponadto, że hipoteza źródła kulturowego nie znajduje zastosowania w zjawiskach, których efektem są dowody fizyczne, oraz w przypadkach, kiedy osoby znacznie różniące się między sobą - na przykład pochodzące z różnych środowisk, wyznające odmienne systemy wartości czy też należące do różnych pokoleń - mają bardzo podobne lub nawet identyczne doświadczenia.

Trzeba jednak przyznać, że teoria ta wyjaśnia wiele ogólnych tendencji w sferze niewytłumaczalnych zjawisk. W dziedzinie ufologii, w której po raz pierwszy znalazła zastosowanie, tłumaczy na przykład, dlaczego nie zidentyfikowane obiekty latające pojawiające się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku postrzegano jako statki powietrzne, UFO z połowy lat czterdziestych bieżącego stulecia były widmowymi rakietami, a te z lat pięćdziesiątych wyglądały jak latające spodki. Według zwolenników koncepcji psychospołecznej wszystkie te obiekty stanowiły odzwierciedlenie nie ówczesnej techniki, lecz panujących w danym okresie nadziei i obaw. I tak statki powietrzne widywane w latach 1896-1897 zaspokajały powszechne na przełomie wieków pragnienie podboju nieba, rakiety widma z 1946 roku odzwierciedlały zwątpienie i niepewność powojennego świata, a latające spodki z lat pięćdziesiątych były albo swego rodzaju zapowiedzią ery kosmicznej, albo odbiciem strachu przed komunistyczną inwazją - zależnie od punktu widzenia.

Hipoteza źródła kulturowego próbuje także wyjaśnić pewne zjawiska parapsychologiczne i zagadki kryptozoologii. Niewątpliwie tłumaczy, dlaczego Matka Boska objawia się zazwyczaj katolikom (oddają jej szczególną cześć), a bardzo rzadko protestantom (nie znają kultu maryjnego). Wielki sukces spirytualizmu i gorliwość, z jaką spirytyści przyjmowali za dobrą monetę zjawiska zachodzące w trakcie seansu, można postrzegać jako reakcję na spadek popularności tradycyjnych religii i powstały w wyniku tego kryzys wiary.

Argumenty te są w gruncie rzeczy bardzo ogólnikowe i dość prymitywne, dlatego spotkały się z ostrą krytyką. Niemniej hipoteza psychospołeczna znajduje zastosowanie także w jednostkowych przypadkach. Zakłada na przykład, iż jeśli człowiek pragnący odkryć stłumione wspomnienia udaje się do terapeuty wierzącego w reinkarnację oraz uprowadzenia przez obcych i jeśli czyni tak, bo ma nadzieję, że uda mu się w hipnozie odtworzyć poprzednie wcielenie lub uprowadzenie, to prawdopodobnie "przypomni" sobie takie doświadczenie.

Założenie to można zweryfikować eksperymentalnie. Psycholog Robert Baker zebrał sześćdziesięciu ochotników i podzielił ich na trzy grupy. Dwudziestu osobom powiedziano, że w hipnozie można odtworzyć poprzednie wcielenie; dwudziestu następnym oznajmiono, iż hipnoza nie daje żadnych rezultatów; ostatniej dwudziestce niczego nie sugerowano. Następnie Baker wprowadził wszystkich w trans hipnotyczny i starał się odtworzyć ich wspomnienia z poprzedniego wcielenia. Okazało się, że badani, którym starano się wpoić wiarę w reinkarnację, znacznie częściej opowiadali o swym poprzednim życiu. Wyniki eksperymentów podobnego typu, przeprowadzonych przez innych hipnotyzerów, dowodzą, że wiara terapeuty ma wpływ na wspomnienia osoby wprowadzonej w trans. Jeden z terapeutów, wierzący w reinkarnację zachodzącą bezpośrednio po śmierci, stwierdził, iż jego pacjenci potrafili w transie odtwarzać kilka kolejnych wcieleń następujących jedno po drugim. Pacjenci innego, który wierzył, że dusza wraca na ziemię dopiero po pewnym czasie, mówili o kilkudziesięcioletnich przerwach między kolejnymi wcieleniami.

Badania lana Stevensona nad reinkarnacją (prowadzone bez uciekania się do hipnozy) potwierdzają, iż relacje o poprzednich wcieleniach są uwarunkowane kulturowo. Hindusi i mieszkańcy Sri Lanki prawie zawsze "rodzą się ponownie" w odległości kilku mil od miejsca, w którym zakończyło się poprzednie życie, natomiast mieszkańcy Alaski "odradzają się" w obrębie tego samego rodu. Azjaci prawie nigdy nie zmieniają płci w kolejnych wcieleniach, natomiast Brytyjczycy i Amerykanie często zmieniają płeć. Wydaje się, że różnice te wynikają raczej z wpływów kulturowych i religijnych niż z faktu, iż reinkarnacja przebiega inaczej w przypadku duszy Brytyjczyka, a inaczej Hindusa czy mieszkańca Sri Lanki.

Francuski badacz folkloru Michel Meurger opracował bardziej szczegółową wersję hipotezy źródeł kulturowych. Pracę rozpoczął od zbadania dwudziestu kilku jezior w kanadyjskiej prowincji Quebec, które według lokalnych tradycji są nawiedzane przez potwory. Wprawdzie kryptozoolodzy próbowali poznać pewne elementy tych tradycji, jednak w większości ograniczyli się do relacji o stworzeniach przypominających współczesne potwory, pomijając kontekst kulturowy. Meurger stanowczo odrzuca taki redukcjonizm i dowodzi, że nie można tak bezwzględnie oddzielać rzeczywistości od folkloru. Ignorując ten aspekt zjawiska, kryptozoolodzy nie są w stanie pojąć jego prawdziwego znaczenia, i akceptują realność potworów, które po prostu nie istnieją.

Badania w Quebecu przekonały Meurgera, że potwory to zaledwie jeden z wielu motywów lokalnej tradycji ludowej. O jeziorach nawiedzanych przez potwory, mówi się, że nie mają dna, że są poryte podwodnymi jaskiniami lub że łączy je sieć pełnych wirów kanałów, po których pływają tajemnicze łodzie podwodne. Dlaczego - pyta Meurger - odrzucamy wszelkie niewygodne opowieści, a akceptujemy te, które pasują do koncepcji kryptozoologów?

Gdyby badania jezior w rejonie Quebecu ograniczały się jedynie do relacji o potworach, kryptozoolodzy próbowaliby jakoś wytłumaczyć ogromną różnorodność tych stworzeń. Jako przykład Meurger podaje Jezioro św. Franciszka, położone na południowy wschód od Montrealu, otoczone lasami jodłowymi, słynące z opowieści o potworach. Ma dwadzieścia jeden mil długości - mniej więcej tyle co Loch Ness - i pięćdziesiąt pięć metrów głębokości, czyli nie należy do najgłębszych na świecie. Ale według okolicznych mieszkańców zamieszkane jest przez pięć różnych odmian potworów. Meurger zgromadził relacje o ogromnych, dziewięciometrowych jesiotrach; o wielkich płetwiastych rybach; o zwierzęciu przypominającym wieloryba; wreszcie o nakrapianym potworze z krokodylą głową. Z punktu widzenia zoologii jest mało prawdopodobne, aby tak różnorodne stworzenia mogły zamieszkiwać jedno niewielkie jezioro albo żeby jakakolwiek odmiana potwora mogła istnieć w jeziorach tak zróżnicowanych jak te, które znajdują się w Quebecu.

Jak zatem Meurger interpretuje te relacje? Uważa, że rozbieżne doniesienia biorą się z połączenia europejskich potworów - bestii o końskich głowach, smoków i olbrzymich węży - z miejscowymi indiańskimi legendami, w których przeważają węże rogate. W ten sposób powstaje bogata kulturowa tradycja, pełna różnorodnych motywów.

Meurger dowodzi następnie, że legendy o potworach należy postrzegać w jak najszerszym kontekście. Potwory jako takie są częścią tego, co nazywa "mitologicznym krajobrazem", czyli miejscem, gdzie wyzwala się wyobraźnia i gdzie pojęcia takie jak fakt i fikcja tracą sens (albo oznaczają to, co przez nie rozumie sam świadek). Podróżujący po mitologicznym krajobrazie zasiedlają go nadprzyrodzonymi potęgami i tradycyjną ludową magią. Stają się one nieuchwytnymi bestiami, nie dającymi się poznać i wiecznie zmiennymi - podobnie jak wizje religijne, obcy z kosmosu i potwory, z którymi już mieliśmy do czynienia.

Nie oznacza to wszakże, że istoty te wyłaniają się jedynie z uświęconej tradycji i starodawnych mitów. Współczesny folklor, współczesna fikcja i miejskie legendy wzbogacają mitologiczny krajobraz własnymi motywami - odzianymi w błękit dziewicami i smugami ektoplazmy w XIX wieku oraz tajemniczymi podwodnymi stworami i szarymi kosmitami w naszym stuleciu. (Trzeba jednak pamiętać, że siła oddziaływania niektórych nowych wyobrażeń jest uzależniona od dziedzictwa starych motywów, mocno zakorzenionych w ludzkich umysłach).

Meurgerowska hipoteza mitologicznych krajobrazów może być poszukiwanym przez nas brakującym ogniwem - punktem, w którym spotyka się, miesza i przeplata rzeczywiste z nierealnym, stare z nowym. Jeśli punkt taki istnieje, może pomóc w wytłumaczeniu nie tylko nieprawdopodobnych z punktu widzenia zoologii legend o potworach z jezior czy relacji o medycznych eksperymentach kosmitów, lecz także przyczynić się do rozwiązania problemu, który sprawia najwięcej kłopotów, a mianowicie roli, jaką w percepcji dziwnych zjawisk odgrywają zaburzenia funkcji psychicznych. Wiemy już, w jaki sposób doświadczenia tego rodzaju mogą rodzić się w naszych umysłach, nie wiemy jednak, dlaczego przybierają one postać duchów, garbatych potworów i kosmitów-porywaczy, a nie stad różowych słoni.

A odpowiedź brzmi zapewne tak: dlatego, że te koszmarne stwory już od dawna stanowią element mitologicznego krajobrazu. Mimo iż jego topografia jest u różnych ludzi odmienna, wpływy kulturowe, którym wszyscy ulegamy, są na tyle mocne, że pozostają niezmienne, choćbyśmy przenieśli się w inne rejony kraju czy nawet do innych części świata. Dlatego właśnie większość uprowadzonych przez kosmitów Europejczyków i Amerykanów twierdzi, że istoty te są szare, natomiast Algierczyk lub Malezyjczyk opisuje obcych zupełnie inaczej.

Powstaje zatem pytanie, czy istnieją dowody na istnienie Meurgerowskiego mitologicznego krajobrazu w rejonie granicznym, a jeśli tak, to w jaki sposób odróżnić zjawiska, które tam zachodzą, od rzeczywistości.

W poszukiwaniu mitologicznego krajobrazu

Cały czas borykamy się z jednym problemem: czy dziwne zjawiska są prawdziwe.

Zbyt często dowody przeczą temu, a relacje świadków są nieprzekonujące. Niektóre zagadkowe zdarzenia okazały się tworami kultury, inne - ludzkiego umysłu. W wielu przypadkach jednak stwierdziliśmy, że zjawisko może mieć korzenie w rzeczywistości.

Teraz należałoby wskazać metodę pozwalającą określić, które z dziwnych zdarzeń są "realne" - to znaczy mają nieznane źródła, a które "nierealne" - to znaczy są efektem mistyfikacji, błędu percepcji albo uwarunkowań kulturowych czy społecznych. Dokonanie takiego rozróżnienia nie jest łatwe, przede wszystkim dlatego, że wiele prawdziwych zdarzeń ulega zniekształceniu pod wpływem oczekiwań świadka, wcześniej nabytej wiedzy i stanu jego umysłu. Jeśli jednak weźmiemy te czynniki pod uwagę, zbliżymy się do ostatecznego rozwiązania.

Wydaje mi się, że kluczem do zagadki jest badanie historycznej ciągłości dziwnych zjawisk. Jeżeli jakieś tajemnicze zdarzenie było opisywane podobnie w różnych epokach i różnych krajach, zapewne ma zewnętrzne źródło albo jest wytworem mimowolnych funkcji ośrodkowego układu nerwowego. Jeżeli zaś dane zjawisko ogranicza się do określonej religii lub kultury, zmienia się w miarę upływu czasu albo objawia się w różnych formach w zależności od czasu i miejsca, to można zakładać, że jest nieprawdziwe lub stanowi produkt wewnętrznych bodźców generowanych przez wyższe funkcje mózgu.

Polowanie na święty bakłażan

Argumentem przemawiającym za hipotezą o kulturowych źródłach dziwnych zjawisk jest fakt, iż podlegają one zmieniającej się modzie, podobnie jak wszystko w świecie. Choć ludzie przypadkowo tylko stykający się z nie wyjaśnionymi zdarzeniami nie są tego w pełni świadomi, strefa graniczna znajduje się w nieustannym ruchu. Stare zagadki tracą atrakcyjność, coraz mniej się o nich mówi, aż w końcu nikt już o nich nie pamięta. Ale rodzą się nowe. Tajemnice zmieniają tylko nazwę i pojawiają się ponownie w innej postaci [Dziwne zjawiska nie tylko się rodzą, lecz i umierają. Wiele nie wyjaśnionych zagadek absorbujących badaczy poprzednich pokoleń obecnie uległo całkowitemu zapomnieniu, a niektóre miały bardzo krótki żywot. Przykładem takiego zjawiska jest zapomniana już nauskopia, która rozkwitała przez kilka lat w końcu XVIII wieku na Mauritiusie, wyspie położonej na Oceanie Indyjskim. Według jej odkrywcy, prostego oficera marynarki francuskiej Bottineau, była metodą wykrywania zbliżających się statków już w odległości sześćset mil od wybrzeża, a to dzięki obserwacji nieba na horyzoncie. Twierdził, że mając pewną praktykę, można wyizolować pewne zjawiska atmosferyczne, które zdradzają obecność statków pod horyzontem: "Gdy statek zbliża się do lądu lub do innego statku, w powietrzu pojawia się meteor o szczególnej naturze i każdy może go bez trudu rozpoznać. Powstaje w wyniku zbliżania się statku do lądu lub do innego statku. Istnienie tych meteorów, a także wiedza o ich odmianach stanowią podstawę moich dokładnych przewidywań". Jeśli nawet takie meteory rzeczywiście się pojawiały, nie wydaje się prawdopodobne, aby łatwo je było dostrzec. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Bottineau stosował swoją metodę przede wszystkim po to, aby zbijać pieniądze. Robił zakłady z oficerami francuskiego garnizonu o to, kiedy następny statek przybije do brzegu, i w latach 1778-1782 prawidłowo przewidział przybycie na Mauritiusa 575 statków, niekiedy na cztery dni przed zawinięciem do portu. Z zachowanych dokumentów wynika, że gubernator wyspy wicehrabia de Souillac oraz kilku wyższych oficerów byli zadowoleni z usług Bottineau. Nazywano go "latarnikiem-czarownikiem" i darowywano drobne niedociągnięcia w służbie. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, czy nauskopia była oszustwem, autentycznym zjawiskiem meteorologicznym podobnym do mirażu, czy też jakąś formą widzenia na odległość. Nawet obecnie, kiedy dysponujemy niezwykle czułymi urządzeniami radarowymi, sztuka ta byłaby bardzo użyteczna z naukowego punktu widzenia, a także przydałaby się w nawigacji. W latach osiemdziesiątych XVIII wieku możliwość wykrywania floty z tak dużej odległości zrewolucjonizowałaby nawigację i gdyby Francuzom udało się posiąść tę sztukę, z pewnością zapanowaliby na morzach i odnieśli zwycięstwo nad Anglikami podczas wojen napoleońskich. Jednak Bottineau nigdy nie udało się przekonać rządu, żeby uznał jego wynalazek, i zmarł w wielkiej nędzy w 1802 roku. Mimo iż dwaj jego uczniowie jeszcze do 1826 roku posługiwali się nauskopią (indyjska gazeta z owego okresu wspomina, że jeden z nich "został zaproszony do Paryża przez pewien instytut naukowy, ale tam nie potrafił dowieść skuteczności swojej metody i wrócił na wyspę), sztuka ta popadła w zapomnienie w pierwszej połowie XIX wieku, i wiadomo, że nikt nie posługiwał się nią ani przedtem, ani potem.].

Jedynym zjawiskiem, które ma mniej niż dziesięć lat, jest święty bakłażan - zwyczajne z pozoru warzywo, które po przekrojeniu ukazuje ziarenka ułożone w święty znak. Układ ziaren przypomina wyłącznie święte pismo islamu i jak dotąd pojawia się wyłącznie w społecznościach muzułmańskich.

Po raz pierwszy zauważono ten dziw natury w marcu 1990 roku w Leicester, w kuchni niejakiej Faridy Kassam. Napis głosił Ja-Allah (co znaczy "o Boże"). Mąż Faridy, Zahid, powiedział: "Byliśmy wstrząśnięci, kiedy zobaczyliśmy ten napis. Nie wierzyliśmy własnym oczom. Pokazaliśmy bakłażan naszemu agentowi ubezpieczeniowemu, który nie jest muzułmaninem, i nawet on zauważył podobieństwo do napisu na talerzu, gdzie widniały te same słowa". Gdy Kassamowie dostali pozwolenie ogłoszenia niezwykłego odkrycia w miejscowym meczecie, w ciągu następnego tygodnia odwiedziło ich ponad pięć tysięcy osób pragnących zobaczyć cudowne warzywo. Kiedy bakłażan zaczął się psuć, pochowano go w poświęconej ziemi.

Wieść rozniosła się lotem błyskawicy w środowisku muzułmanów w całej środkowej Anglii. Sklep spożywczy, w którym Farida kupiła warzywo, przeżył najazd klientów. W ciągu kilku dni odkryto w Leicester trzy następne święte bakłażany; kolejne znaleziono w Nottingham, Burton-on-Trent i Birmingham. W jednym był napis "Allah", w innym nasiona ułożyły się w werset z Koranu. Wkrótce potem pewna kenijska rodzina, której syn studiował w Wielkiej Brytanii, kupiła w Nairobi bakłażan z nasionami tworzącymi napis "Allah". Najcenniejszy okaz warzywa znalazł się w posiadaniu Hussaina Bhattiego z Nottingham, którego syn, student chemii, przechował bakłażan w roztworze soli.

Dla nabywców świętych bakłażanów stały się one cudownym znakiem od Boga. Natomiast sceptycy dowodzili, że układ ziaren był przypadkowy i dopiero, gdy Kassamowie dopatrzyli się podobieństwa do arabskiego napisu, inni muzułmanie także zaczęli takie podobieństwa dostrzegać, patrzyli bowiem na warzywo z określonym nastawieniem. Zapewne w tej sugestii jest znacznie więcej niż - nomen omen - ziarno prawdy, ale warto się zastanowić, czy rzeczywiście nie wchodzą tu w grę siły nadprzyrodzone.

Święty bakłażan był w owym czasie tylko jednym z licznych dziwnych zjawisk w muzułmańskim świecie. W Algierii, trzy dni po wyborczym zwycięstwie Islamskiego Frontu Ocalenia w czerwcu 1990 roku, ujrzano na niebie w układzie chmur napis "Allah". W Hayderabadzie w południowych Indiach Haji Mohammed Multani znalazł owoc mango z napisem La ilaha illallah (Nie ma Boga prócz Allaha).

Szczególnie interesujący jest okres, w jakim ujrzano owe znaki. Działo się to bowiem wkrótce po wojnie w Zatoce Perskiej, w której muzułmanie występowali przeciwko muzułmanom, a na Bliskim Wschodzie pojawiły się siły zbrojne "chrześcijan". Wszystko zbiegło się ze szczególnym natężeniem fundamentalizmu islamskiego w całym regionie. Jednak trzeba zwrócić uwagę, że nasiona nowych zjawisk, raz zasiane, mogą jeszcze po latach dawać owoce. W 1996 roku w kuchni pani Ruskany Patel w Bolton w Lancashire odkryto kolejny święty bakłażan, ze znanym już napisem Ja-Allah. Co ciekawe, pani Patel poprzedniej nocy miała sen, iż jeden z trzech bakłażanów, które tego dnia kupiła, jest błogosławiony.

Zagadka pięciu ran

Siedemset siedemdziesiąt lat temu miało miejsce inne cudowne zdarzenie związane z religijną gorliwością. Spośród wszystkich dziwnych zjawisk stygmaty (pojawianie się ran w tych samych miejscach, gdzie miał je Chrystus przybity do krzyża) należą do najbardziej tajemniczych, najlepiej udokumentowanych i budzących największe kontrowersje. Fenomen stygmatów mimo iż z biegiem lat uległ znacznej ewolucji, wykazuje zdumiewającą ciągłość, dzięki czemu współcześnie obserwowane incydenty można porównywać z tymi sprzed kilku stuleci.

Zjawisko stygmatów ma bardzo dokładną datę narodzin: 14 września 1224 roku. Owego dnia Franciszek z Asyżu - przyszły święty, już wówczas znany z ascetycznego i bogobojnego życia - miał rozpocząć drugi miesiąc odosobnienia na Monte La Verna nad rzeką Arno. Kilka minionych tygodni spędził na kontemplowaniu cierpień ukrzyżowanego Chrystusa i był bardzo osłabiony wskutek długotrwałego postu. Gdy ukląkł do porannej modlitwy,

oddał się kontemplacji męczeństwa Chrystusowego (...), a jego zapamiętanie w modłach było tak silne, że poprzez miłość i współczucie sam niejako wcielił się w Zbawiciela (...). Tak uduchowiony dostrzegł spływającego z nieba serafina o sześciu promiennych, ognistych skrzydłach. Serafin podleciał blisko do Franciszka, który ujrzał w nim wówczas i rozpoznał postać ukrzyżowanego człowieka (...). Po długiej chwili tajemnych rozmów postać zniknęła, a na ciele zakonnika powstały cudowne znaki męczeństwa Chrystusa. Na stopach i dłoniach Świętego Franciszka ukazały się ślady gwoździ, tak jak na ciele ukrzyżowanego Jezusa.

W sumie Franciszek miał pięć ran: dwie na dłoniach, dwie na stopach i jedną w boku, gdzie, jak głosi Ewangelia, rzymski centurion wbił Chrystusowi włócznię. Późniejsze stygmaty wyglądały niemal dokładnie tak samo, choć u niektórych pojawiała się tylko jedna lub dwie rany, a u innych ukazywały się zadrapania na czole, w miejscu, w którym Chrystus miał koronę cierniową.

Dlaczego stygmaty pojawiły się akurat w XII wieku w Italii? Częściowym wyjaśnieniem jest atmosfera teologiczna tamtych czasów. Kościół katolicki zaczął kłaść większy nacisk na człowieczeństwo Chrystusa, ustanowiono nawet nowe święto, Boże Ciało, mające zachęcać do kontemplacji cierpienia fizycznego. Malarze zareagowali na tę tendencję serią dramatycznych obrazów przedstawiających ukrzyżowanego, udręczonego Jezusa, z którego ran kapała krew. Dzieła te zastąpiły bardziej wystylizowane i łagodniejsze wizerunki Chrystusa z poprzednich epok. Ówczesną obsesję znaków ukrzyżowania najlepiej charakteryzuje zdarzenie, które miało miejsce w Oxfordzie dwa lata przez wizją św. Franciszka. Przed oblicze arcybiskupa Canterbury przyprowadzono młodego mężczyznę oskarżonego o herezję podawania się za Syna Bożego. W trakcie procesu odkryto na jego ciele pięć ran. Wydaje się, że naprawdę dał się ukrzyżować, ponieważ albo rzeczywiście wierzył, iż jest Chrystusem, albo pragnął przekonać ludzi, że mówi prawdę [Sąd uznał zarzuty wobec owego młodzieńca i skazał go na dożywocie.].

Mało prawdopodobne, aby wieść o tym osobliwym zdarzeniu dotarła do Franciszka z Asyżu. Tymczasem sława świętego sprawiła, że wiadomość o jego ranach szybko rozeszła się po Europie i wkrótce pojawili się inni stygmatycy. W XIII wieku było ich dziesięciu, a ogólna liczba stygmatyków - począwszy od 1224 roku do czasów obecnych - wynosi, jak się szacuje, ponad czterysta. Wśród nich są takie intrygujące przypadki, jak Johann Jetzer, szwajcarski rolnik, u którego stygmaty pojawiły się w 1507 roku; Theresa Neumann, budząca kontrowersje niemiecka stygmatyczka, u której wszystkie oznaki Chrystusowego cierpienia pojawiały się w każdy piątek od roku 1926 do jej śmierci w 1962 roku i wreszcie ojciec Pio, kapucyn, nie tylko najsłynniejszy stygmatyk, ale również znany mistyk i uzdrowiciel (bardzo często pojawianiu się stygmatów towarzyszą inne cudowne zdarzenia). W Kościele katolickim istnieje ruch domagający się kanonizacji ojca Pio.

Obecnie żyje dwudziestu pięciu stygmatyków. Wśród nich jest pięciu Włochów, dwóch Anglików, czterech Amerykanów, jeden Koreańczyk i jeden Japończyk. Mimo iż stygmatyzm aż do bieżącego stulecia był domeną wyłącznie katolickiej Europy, sam w sobie stanowił fascynujące zjawisko. Warte uwagi jest również to, że większość osób, u których pojawiały się rany Chrystusa, to kobiety - trzysta pięćdziesiąt trzy wobec pięćdziesięciu czterech mężczyzn, czyli prawie siedem kobiet na każdego mężczyznę. Jednak według analizy przeprowadzonej przez Teda Harrisona - czołowego współczesnego znawcy tego tematu - proporcja ta uległa znacznej zmianie w drugiej połowie XX wieku. Wśród czterdziestu czterech stygmatyków, jacy pojawili się od 1946 roku, było dwa i pół raza więcej kobiet, a wśród stygmatyków żyjących - już tylko półtora.

Harrison uważa, że wyraźna zmiana proporcji to rezultat "przeobrażeń w podziale władzy między kobietami i mężczyznami, zarówno w obrębie Kościoła, jak i społeczeństwa". Przypuszcza, iż w dawnych wiekach kobiety przejawiały stygmaty, aby zwrócić na siebie uwagę w społeczeństwie zdominowanym przez mężczyzn i w Kościele, który nie dopuszczał kobiet do kapłaństwa. Podkreśla także "rolę stygmatów w uduchowieniu jednostek i społeczności wyznawców", powołując się przy tym na przykłady stygmatyków, którzy stawali się przywódcami mesjanistycznych sekt albo przyczyniali się do religijnego ożywienia w swojej lokalnej społeczności.

Analiza stygmatyzmu wskazuje na jeszcze inne godne uwagi prawidłowości. Przed 1900 rokiem nie zarejestrowano ani jednego przypadku stygmatów wśród duchownych (ojciec Pio był pierwszy), a od tego czasu odnotowano ich kilka. Interesująca wydaje się także specyficzna dynamika pojawiania się tego fenomenu. Rzadko obserwuje się pojedyncze przypadki, na ogół są to całe serie. Na przykład na Półwyspie Iberyjskim między XIII a XV wiekiem pojawił się tylko jeden przypadek stygmatyzmu, od 1800 roku siedem, natomiast w latach 1600-1799 aż pięćdziesiąt cztery. Ponadto w miarę rozwoju wiedzy medycznej zmieniała się lokalizacja ran.

Tradycyjnie dwie z pięciu ran pojawiały się na dłoniach, ponieważ niezliczone obrazy ukazywały gwoździe wbite w ręce Chrystusa przed ukrzyżowaniem. Obecnie wiemy, że gwoździe wbite w środku dłoni nie utrzymałyby wagi ciała i że Rzymianie krzyżowali swoje ofiary, wbijając gwoździe tuż nad nadgarstkiem. Dlatego w dwóch najnowszych przypadkach stygmatów krwawienie nastąpiło z ran właśnie w tych miejscach.

Nie ulega wątpliwości, że stygmaty są zjawiskiem kulturowym. W żadnej religii niechrześcijańskiej nie spotykamy takich objawów, a z wyjątkiem nielicznych dwudziestowiecznych stygmatyków anglikańskich i baptystowskich, wszyscy są członkami Kościoła rzymskokatolickiego. Ponadto, nie sposób uznać stygmatów za znak Niebios. Gdyby tak było, to skąd licząca dwanaście stuleci przerwa między śmiercią Chrystusa a pierwszym pojawieniem się stygmatów? Nie sposób też dowieść, że zdarzają się one wyłącznie osobom głęboko religijnym i zasługującym na szczególną łaskę. Jednym ze współczesnych stygmatyków był Hiszpan Clemente Dominguez, który - gdy odmówiono mu święceń kapłańskich - ogłosił się papieżem własnej heretyckiej sekty, w wyniku czego został ekskomunikowany.

W gruncie rzeczy jedyną wspólną cechą większości stygmatyków jest niebywale niskie poczucie własnej wartości, choroby psychiczne lub skłonność do histerii i samookaleczeń. Teresa Musco, stygmatyczka z Neapolu, przez całe życie niedomagała, przeszła ponad sto operacji i zmarła w młodym wieku, co zresztą sama przewidziała. (W chwili śmierci w 1976 roku miała trzydzieści trzy lata, tyle, ile liczył Chrystus w chwili ukrzyżowania). Za życia mówiła o sobie, że jest "kupą gówna", a w dzienniku często prosiła: "Boże, użyj mnie jako szmaty do szorowania!". Theresa Neumann twierdziła, że jako nastolatka dwukrotnie padła ofiarą usiłowania gwałtu, cierpiała na ślepotę i drgawki wskutek urazu głowy i przez ponad trzydzieści lat żyła tylko chlebem i winem, jakie otrzymywała codziennie podczas komunii. Podejrzewano, iż sama sobie zadawała stygmatyczne rany. U angielskiej stygmatyczki Jane Hunt stygmaty męczeństwa zaczęły się pojawiać w 1985 roku po kilku poronieniach, a ustały w 1987 roku po histerektomii.

Znamienne, że w ogromnej większości przypadków udowodniono ponad wszelką wątpliwość, iż stygmatycy zaczynali od zadawania ran samym sobie. Ojciec Herbert Thurston, jezuita i znawca mistycyzmu utrzymuje, że od czasów św. Franciszka nie było żadnego autentycznego przypadku stygmatów. Magdalena de la Crus, słynna hiszpańska stygmatyczka z XVI wieku, która dzięki umartwianiu się i spektakularnym stygmatom stała się ulubienicą dworu królewskiego, wyznała w końcu, że sama zadawała sobie rany. Portugalska rówieśnica Magdaleny, Maria de la Visitacion, także została oskarżona o oszustwo, gdy jedna z jej towarzyszek zakonnic podejrzała przez szparę w drzwiach, że sama sobie maluje rany na rękach. Zakonnica ta zawołała księdza, który przyniósł kostkę mydła i kazał Marii zmyć rany, nie bacząc na jej prośby i protesty, iż każde dotknięcie sprawia jej okrutne cierpienia. Mnich Johann Jetzer, który nie tylko twierdził, że nawiedzają go poltergeisty, ale miał również wiele religijnych wizji, wyznał w 1507 roku, że jego stygmaty były oszustwem. Czterech braci z jego klasztoru spalono na stosie, a Johannowi udało się zbiec tylko dzięki temu, że matka dostarczyła mu kobiece szaty, w których uciekł przed oprawcami.

Czym zatem są stygmaty? Prawdopodobnie samookaleczeniami wynikającymi z zaburzeń psychicznych. Wstręt do samego siebie, niska samoocena i pragnienie zwrócenia na siebie uwagi mogą skłaniać do zadawania sobie ran. Nie należy jednak zapominać o roli chrześcijańskiej tradycji, z której stygmatycy od setek lat czerpią inspirację. Gdyby nie istniała, prawdopodobnie stygmatyczne zranienia zdarzałyby się rzadziej i miały mniej symboliczny charakter.

Przyjęcie takiej hipotezy wcale nie odziera zjawiska stygmatyzmu z wszelkich tajemnic. Jeśli odrzucić oczywiste oszustwa, pozostaje nam jeszcze spora liczba stygmatyków, którzy dokonują samookaleczeń w stanie zmienionej świadomości, spowodowanym niedożywieniem lub nadmiernymi modłami. Badania przeprowadzone przez Harrisona wykazały, że autentyczne zranienia mogą odnawiać się samoistnie i bez wątpienia mają podłoże psychosomatyczne, szczególnie w dniach tak ważnych jak Wielki Piątek.

W XIX wieku u młodej Francuzki Louise Lateau stygmaty pojawiły się pięć lat po tym, jak stratowała ją krowa, wskutek czego dziewczyna cierpiała na wewnętrzne ropnie. Dwaj lekarze, Warlomont i Crocq, umieścili jej dłonie w zapieczętowanych szklanych słojach. W ciągu dwudziestu czterech godzin "w dolnej części naczynia zebrała się niewielka ilość płynnej krwi (...). Na zewnętrznej stronie dłoni powstały czarne, twarde skrzepy krwi (...). Rana, na której powstały, miała około półtora centymetra długości i pięć milimetrów szerokości. Naskórek zniknął, pod spodem ukazała się czerwona, mętna warstwa skóry". Niedawno zarejestrowano w laboratorium na taśmie wideo przypadek Włoszki, Domeniki Lo Bianco, u której stygmaty pojawiły się w transie. Widać wyraźnie, jak w trakcie filmowania na jej rękach otwierają się rany.

Ten ostatni dowód wydaje się szczególnie interesujący, bo choć stygmaty pojawiały się u Lo Bianco zazwyczaj w Wielki Piątek, w laboratorium stało się to w zwykły dzień. Najwyraźniej Domenica wmówiła sobie, że jest właśnie Wielki Piątek. Tak więc hipoteza Harrisona o psychosomatycznym podłożu niektórych zjawisk, czyli, innymi słowy, o sile sugestii, może być słuszna.

Ian Wilson, który także sporo pisał na ten temat, zwraca uwagę na podobieństwa między stygmatyzmem a schorzeniami psychosomatycznymi. W 1951 roku brytyjski lekarz A. A. Mason posłużył się hipnozą do leczenia wrodzonej choroby, która sprawiała, że skóra wyglądała jak łuski gada. W trakcie dziesięciodniowej kuracji stan chorego w zależności od rejonu ciała uległ poprawie od pięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu pięciu procent. Inny lekarz, Robert Moody, pisał w 1946 roku, że pacjent, którego koledzy w wojsku często krępowali, aby zapobiec lunatyzmowi, miewał od czasu do czasu na skórze bąble i otarcia w tych miejscach, gdzie wiązano go sznurkiem. Niedawno pewien Amerykanin, R. D. Willard, poddał "lekkiej hipnozie" dwadzieścia dwie ochotniczki, sugerując im, że ich piersi stają się "przyjemnie ciepłe". Po eksperymencie dziewięć jego uczestniczek musiało kupić większe biustonosze.

Trzeba jednakże pamiętać, że jakkolwiek hipoteza o autosugestii może wydać się pociągająca, takie przypadki nie są uznawane przez naukę, a mechanizmu, za pomocą którego mózg kieruje funkcjami ciała, w ogóle nie znamy. Mimo to nie ma wątpliwości, że mechanizm taki - jeśli kiedykolwiek uda się udowodnić jego istnienie - mógłby wyjaśnić wiele dziwnych zjawisk.

Niezależnie od ciała

Stygmaty są w zasadzie związane z kulturą chrześcijańską, ale dziwne zjawiska zdarzają się wszędzie. Jednym z najczęściej występujących jest doświadczenie związane ze śmiercią kliniczną (NDE), spotykane praktycznie we wszystkich częściach świata, niezależnie od religii. Choć i dla niego można znaleźć przekonujące wytłumaczenie w sferze fizykalnej, wiele wskazuje na to, że NDE również podlega wpływom kulturowym i historycznym, czyli nie ogranicza się wyłącznie do sfery medycznej.

Jedna z podstawowych różnic między relacjami z XX stulecia a tymi, które pochodzą z wieków średnich, to rodzaj podróży, jaką odbywa umierająca dusza. Współcześnie najczęściej opisywana jest droga wzdłuż długiego tunelu w kierunku maleńkiego punktu jasnego światła, które - jeśli się je osiągnie - sprawia wrażenie przedsionka do nieba. We wcześniejszych epokach było zupełnie inaczej. Średniowieczne doniesienia o NDE dość często zawierają bardzo żywe opisy dwóch różnych miejsc - nieba oraz czyśćca lub piekła.

Istnieje jeszcze jedna zasadnicza różnica między doświadczeniem średniowiecznym a współczesnym. Dawne relacje kładą większy nacisk na osąd, próby i tortury, jakim poddawana jest dusza, zanim trafi do nieba. Odpowiada to ówczesnym wierzeniom. Relacje współczesne nie wspominają o sądzie, ale raczej o "przeglądzie życia", do którego dokonania zachęca się zmarłego. Jest to zgodne z poglądem na życie po śmierci charakterystycznym dla końca XX wieku, który tak wielkie znaczenie przypisuje ego. Carol Zaleski, który przeprowadził bardzo dokładne studia historii NDE, uważa, że w średniowieczu doświadczenie to odzwierciedlało uniwersalną wiarę w karę i nagrodę po śmierci, natomiast współczesne relacje warunkują niewiarę w istnienie piekła oraz nowe wyobrażenia o życiu po śmierci, spopularyzowane przez spirytualizm. Zaleski stwierdza, że doświadczenie śmierci klinicznej "jest dziełem wyobraźni narratywnej, kształtowanej nie tylko przez uniwersalne symbole, lecz także przez lokalne i przemijające wyznaczniki danej kultury".

Koncepcję tę potwierdza analiza relacji o NDE pochodzących ze średniowiecznych Chin i Japonii. Pojawiają się w nich przewodnicy i istoty półboskie, a także liczne wzmianki o dramatycznych zmianach w życiu osoby, która powróciła do życia. Istnieją wyraźne różnice między NDE w taoizmie, koncentrującym się na niebie, a w buddyzmem, skupiającym się na piekle. Wydaje się, że relacje mnichów, którzy przeżyli śmierć kliniczną, przedstawiające wielostopniowe piekielne krainy, rządzone przez różnych bogów, odegrały istotną rolę w kształtowaniu buddyjskiej koncepcji zaświatów. Co ciekawe, relacje późniejsze, powstałe, gdy obraz przyszłego życia został już dobrze ugruntowany w świętych księgach chińskiego buddyzmu, mówią znacznie mniej o topografii piekła. Wielu "gości", którzy chcieli zobaczyć piekielne męki dusz, informowano, że wycieczki w te rejony są zabronione. W rezultacie chińskie doświadczenia śmierci klinicznej w czasach późnego średniowiecza i epokach następnych upodobniły się do współczesnych relacji zachodnich.

Krótko mówiąc, fizjologia nie wyjaśnia wszystkich aspektów NDE, w doświadczeniu tym ważną rolę odgrywa także element kulturowy, w znacznym stopniu je kształtując.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że przeżycia typowe dla śmierci klinicznej zdarzają się nawet wówczas, gdy mózg nie obumiera wskutek postępującego niedotlenienia. Jeden z przypadków typowego NDE zdarzył się pewnemu mężczyźnie, który spadł z urwiska i był pewien, że umiera na skałach, a tymczasem przeżył. Inny miał miejsce w średniowiecznej Japonii, a dotyczył mnicha imieniem Honen, który w XII wieku wprowadził do tego kraju szkołę buddyzmu, zwaną Czystą Krainą. Jako wyraz czci dla króla tej krainy, Amidy, Honen powtarzał jego imię siedemdziesiąt tysięcy razy dziennie (około stu razy na minutę). To wyczerpujące zajęcie wprawiało go w zmienione stany świadomości. Mnich doznawał wielu wizji, które w latach 1198-1212 skrupulatnie zapisywał. Jest wśród nich wiele typowych doświadczeń NDE.

Doświadczenia podobne do śmierci klinicznej zdarzają się w stanie śpiączki. Dowodzi to, że przeżycie nie musi być ograniczone w czasie i zakresie. Niekiedy powrót do życia następuje tuż przed lub w momencie zetknięcia się ze "świetlistą istotą". Przypuszczalnie istnieje zależność między natężeniem i bogactwem treści doświadczenia a okresem, w którym świadek jest pozbawiony świadomości.

Wśród licznych chińskich relacji o NDE znajduje się przypadek Chao T'ai, mieszkańca prowincji Hupeh, który zapadł w śpiączkę na dziesięć dni. Jego doznania były niezwykle barwne, między innymi wyszli mu na spotkanie dwaj jeźdźcy i powiedli do jakiegoś wielkiego miasta. Po przekroczeniu bram metropolii Chao stanął przed istotą odzianą w szkarłatną szatę, która wyliczyła wszystkie jego grzechy. Następnie istota owa powiadomiła Chao, że został wyznaczony do dokonania przeglądu systemu wodociągów niebieskiego miasta, obsługującego także znajdujące się pod ziemią piekło. Długotrwała inspekcyjna podróż dała Chao okazję poznania rozmaitych kar, jakim podlegały dusze na różnych poziomach piekielnej krainy, oraz skuteczności rozmaitych buddyjskich rytuałów odprawianych przez żywych w intencji zmarłych. Wreszcie okazało się, że Chao został wezwany za wcześnie wskutek biurokratycznego bałaganu (typowo chiński element, który trudno sobie wyobrazić w relacji NDE, powiedzmy w średniowiecznej Europie). Polecono mu powrócić do świata żywych i poinformować ich, jak wygląda życie po śmierci.

Są jeszcze inne godne uwagi podobieństwa między doświadczeniem śmierci klinicznej, a różnymi rodzajami dziwnych zjawisk. Jeden z socjohistoryków ufologii Peter Rogerson zwraca uwagę, że "podobnie jak u uprowadzonych przez UFO, u średniowiecznych zmartwychwstańców obserwowano znikanie starych blizn i pojawianie się nowych. Św. Fursa na przykład miał na szczęce i barkach szramę po oparzeniu przez płonącą duszę, którą demon w niego rzucił! Są też skutki psychologiczne wspólne dla obu typów doświadczeń: utrata pamięci lub zdolności mowy oraz nabycie nie posiadanych przedtem talentów".

Jeśli Rogerson ma rację, oznaczałoby to, że oba zjawiska są uwarunkowane kulturowo i mają źródło raczej w sferze fizjologicznej lub psychologicznej niż w przyczynach zewnętrznych, niezależnych od umysłowości świadka. To, co postrzegamy jako ewolucję zjawiska lub przemianę jednego fenomenu w drugi, może się zatem okazać pojedynczym, niezmiennym doświadczeniem, zapewne o podłożu fizjologicznym, które mózg interpretuje w zależności od istniejących w danym momencie uwarunkowań kulturowych. Jest to jakby fenomenologiczny odpowiednik trwającej od dawna dyskusji o naturze i wychowaniu.

Jednak odwołanie się do kulturowych uwarunkowań, wiedzy i oczekiwań świadka nie zawsze pozwala wyjaśnić anomalie charakterystyczne dla doświadczenia śmierci klinicznej. Widać to na przykładzie jednego z najdokładniej opisanych przypadków. Średniowieczny pisarz Bede przedstawił doznania niejakiego Drythelma, który po ciężkiej chorobie zmarł pewnego wieczoru w 696 roku. Rano zmartwychwstał i opowiedział o spotkaniu z "człowiekiem o promiennym obliczu i jasnych szatach". Człowiek ów powiódł Drythelma szeroką aleją. Jedna strona alei płonęła ogniem, drugą pokrywał śnieg, a dusze miotane były z jednej strony na drugą. Drythelm sądził, że trafił do piekła, lecz jego przewodnik wyjaśnił, iż dusze przebywają tu tymczasowo i zostaną wyzwolone dzięki modłom i mszom odprawianym w ich intencji. Potem "zmarłemu" pokazano prawdziwe piekło - bezdenną otchłań, pełną demonów. Następnie przeniesiono go przez wysoki mur na kwieciste łąki, po których chodzili szczęśliwi ludzie. Uznał, że to niebo, lecz przewodnik wyjaśnił, iż w tym miejscu niedoskonałe dusze oczekują na wpuszczenie do prawdziwego nieba, o wiele bardziej promiennego i wonnego. Drythelmowi nie dane było zobaczyć siedziby zbawionych, odzyskał bowiem świadomość. Opowiedział o tym, co zobaczył, i udał się do klasztoru, aby tam wieść żywot pełen wyrzeczeń.

Przypadek ten - oraz kilka podobnych z okresu wczesnego średniowiecza - jest pod pewnym względem nader osobliwy. Otóż w owym czasie Kościół nie głosił jeszcze doktryny czyśćca i przypuszczenie, że w zaświatach istnieje coś innego niż niebo oraz piekło, było nie do przyjęcia z teologicznego punktu widzenia i nikt nawet nie brałby go pod uwagę. Powstaje zatem pytanie: dlaczego Drythelm i jemu podobni natknęli się podczas wędrówki po zaświatach na czyściec? Czy przeżycie to dowodzi, że wśród średniowiecznych Anglików istniało szczególne zainteresowanie hierarchiczną strukturą życia po śmierci, czy też jest czymś więcej - być może autentycznym doświadczeniem życia po śmierci?

Nadchodzą wielbłądy

Zjawiska religijne i mediumiczne nie są jedynymi, które przebiegają w nieoczekiwany sposób. Nietypowe, zaskakujące przypadki odnotowywali także kryptozoolodzy. Należą do nich obserwacje potwora z Loch Ness na lądzie.

Istnieją relacje o tych wyjątkowych incydentach, a polujący na potwora interesowali się nimi przede wszystkim dlatego, że świadkowie opisywali części ciała stworzeń, których nigdy nie widziano. Najczęściej przytaczana jest relacja państwa Spicerów o wydarzeniach z 22 lipca 1933 roku. Rupert Gould napisał po rozmowie z małżonkami:

Minęli Dores i skierowali się do Foyers. Kiedy samochód wjeżdżał na niewielkie wzniesienie, z lewej na prawą stronę drogi przebiegło w podskokach jakieś cudaczne stworzenie (...). Spicer przyglądał się zwierzęciu przez kilka sekund. Miało ohydny szarawy kolor i bardzo długą cienką szyję, kiwającą się w górę i w dół. Tułów był grubszy (...). Nie zauważył niczego, co by przypominało nogi lub ogon, ale z przodu, u nasady szyi ujrzał coś "trzepocącego się w górę i w dół", co po namyśle określił jako koniec długiego ogona, owiniętego wokół ciała. Zwierzę wyglądało jak "ślimak o długiej szyi".

Rzadko, nawet w kręgach specjalistów, mówi się o tym, że prawie wszystkie relacje o obserwacji Nessie na lądzie pochodzą sprzed kilkudziesięciu lat. Poza jednym przypadkiem, kiedy to w 1960 roku widziano z dużej odległości potwora, który do połowy wypełzł na brzeg, pozostałych obserwacji dokonano w roku 1934 lub wcześniej. Wydaje się, że w tym okresie tylko nieznacznie częściej widywano Nessie w wodzie niż na lądzie.

Innym poważnym problemem jest zaskakująca różnica między wyglądem stworzeń obserwowanych na lądzie przed 1934 rokiem a współczesnym wizerunkiem Nessie przypominającym plezjozaura o długiej szyi, z płetwami i ogonem. Co prawda potwór widziany przez Spicera odpowiada temu opisowi, ale pewien kierowca, Alfred Cruickshank, jadący samochodem nad jeziorem pewnego kwietniowego wieczoru w 1923 roku, zobaczył coś zupełnie innego.

Oto jak wyglądał potwór, którego widziałem: Ciało długości około czterech metrów, wysoki na dwa metry, z ogonem długości czterech metrów. Barwa khaki, przypominająca żabią, z beżowym brzuchem, który ciągnął się po ziemi. Stworzenie miało cztery grube jak u słonia nogi i wielkie, płetwiaste stopy. Wyglądało jak ogromny hipopotam (...). Wydawało ostre szczeknięcia, jak pies, a potem zniknęło.

Cruickshank - jak dotąd jedyny świadek, który słyszał, że stworzenie wydawało jakiś inny odgłos poza oddechem - naszkicował wizerunek potwora. Przedstawia on opasłe zwierzę z wielką psią głową, prawie bez szyi, o czterech krótkich łapach z palcami lub pazurami i ogromnym ogonie.

Co dziwniejsze, co najmniej pięciu innych świadków, którzy widzieli potwora na lądzie, opisało go zupełnie inaczej. W 1879 roku grupa dzieci, biwakujących na północnym brzegu Loch Ness w pobliżu starego cmentarza, usłyszała jakiś hałas i zobaczyła zwierzę schodzące stokiem do wody. Było szare, miało długą szyję, małą głowę i weszło do jeziora "kołysząc się jak kaczka". Rok później w pobliżu tego miejsca E. H. Bright spacerował ze swoim kuzynem i w pewnej chwili podobne stworzenie wychynęło z lasu. Było szare, miało cztery nogi, długą szyję i przypominało słonia. W 1912 roku kilkoro dzieci, wśród nich chłopiec nazwiskiem William MacGruer i jego siostra Margaret, znalazło się nad zatoką Inchnacardoch na południowym krańcu jeziora, gdy wtem z krzaków wypełzło jakieś zwierzę i skierowało się do wody. Margaret powiedziała, że było szare, poruszało się jak gąsienica, a pod masywnym ciałem miało dwie krótkie nogi. William natomiast zapamiętał, iż było bladożółte i wyglądało jak wielbłąd, miało długą szyję, sterczący grzbiet i długie nogi. "Wyginało grzbiet i kręciło głową z boku na bok".

I wreszcie pułkownik L. McP. Fordyce, jadąc z żoną w kwietniu 1932 roku wzdłuż południowego wybrzeża jeziora, ujrzał ze zdumieniem "ogromne zwierzę wychodzące z lasu i podążające do wody(...). Chód miało podobny do słonia, ale wyglądało jak coś pośredniego między wielkim koniem a wielbłądem, z garbem na grzbiecie i małym łbem na długiej szyi. Zatrzymałem samochód i jakiś czas podążałem pieszo za tym stworzeniem. Z tyłu było szare i kudłate". Państwo Fordyce nigdy nie słyszeli o potworze z Loch Ness, doszli więc do wniosku, że natknęli się na jakieś egzotyczne zwierzę, które uciekło z ogrodu zoologicznego.

Ale czy rzeczywiście tak było? Bo może te bestie są w gruncie rzeczy stworzeniami z mitycznego krajobrazu Meurgera - prototradycją, nieprecyzyjnie zdefiniowaną, ale gotową przyjąć określony kształt i bardziej zorganizowane schematy zachowań. Analizując świadectwa można stwierdzić, iż przed 1930 rokiem istniała tradycja - zapewne bardzo stara - że w pobliżu Loch Ness żyją stworzenia podobne do hipopotamów, wielbłądów i słoni. W 1771 roku niejaki Patrick Rose słyszał o potworze, "który był czymś pośrednim między koniem a wielbłądem, miał usta i gardziel", i którego widziano ostatnio w jeziorze. Pierwsza część tego opisu wskazuje na potwora z Loch Ness, ale już wzmianka o "ustach i gardzieli" przywodzi na myśl jedną z nieprawdopodobnych hybrydalnych istot z opowieści ludowych.

Czy w ludowych legendach istnieje stworzenie, które mogłoby odegrać tę rolę? Tak, a owa dziwna istota nie jest niczym innym, jak przerażającym wodnym koniem, od dawien dawna strzegącym górskich jezior. Porównajmy opisy E. H. Brighta, MacGruersów i pułkownika Fordyce'a z relacjami o wodnym koniu, który nawiedzał miejscowość Children's Pool nad jeziorem Loch Oich, zaledwie kilka mil na południe od Kanału Kaledońskiego:

Tradycja głosi, że wiele lat temu kilkoro dzieci mieszkających w Inchlaggan bawiło się w zakolu rzeki Garry, gdy na brzegu pojawiła się ogromna "bestia", wyglądająca jak zniekształcony kucyk. Zaciekawione dzieci chciały się przekonać, czy to prawdziwy kucyk, na którym mogłyby pojeździć, podeszły więc doń i - jak mówi legenda - stwierdziły, że "bestia" jest łagodna. Jedno z nich wspięło się na jej grzbiet, ale w tym momencie "bestia" skoczyła do wody wraz z jeźdźcem (...). Nigdy nie odnaleziono zatopionych ciał.

Wiadomo, że gdy w połowie lat trzydziestych zaczęto pisać o wodnych Nessie, ustały doniesienia o dziwnych stworzeniach na lądzie. Czyżby zwyczaje potwora zmieniły się nagle i wskutek jakichś okoliczności wolał on zamieszkać w wodzie? A może mamy do czynienia z dwoma różnymi zwierzętami, które widywano i na lądzie, i w wodzie? Czy współczesny Nessie jest "potomkiem" wodnych koni znanych z miejscowych opowieści ludowych? A jeżeli tak, to czy wynika stąd, iż potwór z Loch Ness istnieje naprawdę, czy też jest fikcją?

Współczesne wersje starych zagadek

Istnieje wiele podobnych przykładów przetwarzania starodawnych tradycji i archetypów we współczesne zagadki. Historia nauki dowodzi, że pochylony nad kociołkiem średniowieczny alchemik, z mozołem i bezgraniczną cierpliwością poszukujący kamienia filozoficznego - substancji zdolnej przemienić każdy metal w złoto - był prekursorem współczesnego chemika. Ale o wiele bliższe podobieństwo łączy owego alchemika z wynalazcą-dziwakiem, który podsuwa nam substancję zdolną przemienić wodę we współczesny odpowiednik kamienia filozoficznego: naftę.

W ostatnim ćwierćwieczu odnotowano kilka podobnych przypadków. Do najciekawszych należy pomysł Thomasa Munsona, Walijczyka z Blaneau Festiniog. W 1974 roku Munson pojawił się w telewizji, demonstrując "Tracanath", specjalny proszek, odkryty przez niego jakoby w Niemczech pod koniec II wojny światowej. Gdy proszek ten doda się do wody, powstaje substancja napędzająca silnik. (Munson, wzorem dawnych alchemików, zniknął w przeddzień pokazu zorganizowanego przez potencjalnych inwestorów). Analiza najtańszego w świecie paliwa - jedynie cztery centy za galon! - wykazała, że składa się ono "z destylowanej wody, benzenu, metanolu, kryształków jodu, oleju palnego, boraksu i płynu do prania firmy Fairy". W 1996 roku Hindus nazwiskiem Ponnaiah Ramar Pillai zaprezentował uczonym w Indyjskim Instytucie Technologii w New Delhi "cudowne zioła", które miały podobne działanie (choć tym razem cena wynosiła dziewięć pensów za galon). Od początku nie dowierzający mu naukowcy oznajmili później, że ich oszukano i że Pillai posłużył się wydrążoną łyżką, którą dla celów demonstracji napełnił prawdziwą benzyną.

Straszący świadków UFO tajemniczy "ludzie w czerni" byli zarazem prekursorami i następcami. Badacz folkloru Peter Rojcewicz (który przypuszczalnie także natknął się na nich pewnego dnia w bibliotece uniwersyteckiej w trakcie czegoś w rodzaju zmienionego stanu świadomości) twierdzi, że istnieją analogie między "ludźmi w czerni" a klasycznym spotkaniem z diabłem. Szatan z podań ludowych ma często czarną skórę, a demaskują go kopyta zamiast stóp. Rzekomi pracownicy opieki społecznej mają z kolei kilka cech wspólnych z archetypowym człowiekiem w czerni. Przeważnie są uprzejmi, elegancko ubrani (często właśnie w czarne kostiumy) i lepiej poinformowani o problemach ludzi, do których się zgłaszają, niż normalni goście - podobnie jak ludzie w czerni. Istnieją relacje o osobliwym wyglądzie widmowych pracownic opieki społecznej - jedna miała wyzywający makijaż, inna ubrana była jak kobieta, lecz poruszała się tak dziwnie, że świadek podejrzewał, iż jest przebranym mężczyzną. Te same zachowania charakteryzują dziwnych ludzi w czerni.

Czy możliwe jest, że ludzie w czerni, widmowi pracownicy opieki społecznej i archetypowy diabeł są eksternalizacją pierwotnego lęku przed utratą wolności, których ludzka wyobraźnia ubiera w odpowiedni do danej epoki kostium? Pewne elementy relacji o pojawieniu się ludzi w czerni wskazują, że mogą oni być formą omamu. Warto tu przytoczyć pewne zdarzenie. Trzech mężczyzn w czerni zjawiło się we wrześniu 1953 roku u Alberta Bendera, założyciela Międzynarodowego Biura Latających Spodków, i to w chwili, gdy zamierzał opublikować swoje rozwiązanie zagadki UFO. Dostawszy nagłego zawrotu głowy, Bender położył się na łóżku i w tym momencie zdał sobie sprawę, że w pokoju są oprócz niego trzy mgliste postacie. "Postacie te stawały się coraz wyraźniejsze. Wszyscy trzej byli ubrani na czarno, wyglądali jak urzędnicy, ale nosili filcowe kapelusze. Nie było widać wyraźnie rysów twarzy, ponieważ ronda kapeluszy częściowo je przysłaniały. Uczucie strachu opuściło mnie (...). Oczy wszystkich trzech nagle rozbłysły jak żarówki, intensywnie wpatrując się we mnie. Przeszywali mnie wzrokiem na wskroś, głowa nad oczami nieznośnie bolała. Wtedy uświadomiłem sobie, że przekazują mi telepatycznie jakąś wiadomość".

Wszystkie powyższe objawy mogły być skutkiem zmienionego stanu świadomości i nie jest wykluczone, że stres związany z ogromną pracą na temat latających spodków odegrał w tym pewną rolę. Z drugiej strony wiadomo, iż świadkowie nawiązywali kontakt z ludźmi w czerni, czego zazwyczaj nie obserwuje się w przypadku duchów, potworów i innych omamów. Ludzie w czerni rozmawiają ze swymi gospodarzami, siadają na wskazanym miejscu, pozwalają częstować się drinkami i słodyczami. Są bez wątpienia surrealistyczni. Cechy te mają istotne znaczenie, jak się o tym przekonamy później.

Tajemne życie baśniowego świata

A zatem do współczesności przenikają tradycje nie tak znów odległe. Niektóre odznaczają się niewiarygodną plastycznością i doskonale przystosowują się do zmiennych warunków.

Weźmy na przykład baśniowe stworki - rusałki i krasnoldki. W przeciwieństwie do powszechnie panującej opinii, nie są one wyłącznie tworem legend. Małych ludzi w dawnych czasach można było spotkać dość często w rzeczywistym świecie (choć w niczym nie przypominali elfów o pajęczych skrzydełkach z dziecinnych baśni). Nawet dziś w zdumiewająco wielu przypadkach mamy do czynienia z krasnoludkami, duchami natury, gnomami, a nawet chochlikami.

Oto stosunkowo świeże przykłady - jeden z XIX, drugi z XX wieku. Latem 1884 roku pocztylion na wyspie Man jak zwykle udał się wieczorem po worki z pocztą. Miał powrócić o wpół do drugiej, ale nie było go aż do wpół do szóstej rano.

Kiedy jakieś trzy lata później rozmawiał z nim miejscowy kolekcjoner legend, William Martin, pocztylion przedstawił powód spóźnienia, który brzmiał nie tylko jak typowa baśń, ale zawierał także cechy typowych zachowań poltergeistów. "Poważnie oświadczył, że jakieś sześć mil od domu został otoczony przez gromadę krasnali. Były ubrane w czerwone garnitury w dobrym gatunku, każdy miał latarnię. Zatrzymali jego konie, wyrzucili worki z listami na drogę i puścili się wokół nich w tany. Biedny pocztylion walczył z nimi na próżno. Kiedy usiłował wkładać worki z powrotem na wóz, one natychmiast je znowu zrzucały. Trwało to do pierwszego brzasku".

Drugie spotkanie z tańczącymi krasnalami miało miejsce 10 sierpnia 1977 roku, a świadkiem był policjant z Hull, konstabl David Swift. Odbywał obchód około pierwszej lub drugiej po północy i wówczas natknął się na dziwny opar mgły wokół boiska. Gdy zbliżył się do mglistego obłoku, zauważył w jego wnętrzu trzy tańczące postacie, które w pierwszej chwili wziął za pijaków. Jedna była mężczyzną ubranym w kaftan bez rękawów i w obcisłe spodnie, a dwie pozostałe - kobietami odzianymi w berety, szale i białe szaty. Cała trójka podnosiła ręce, jakby tańczyła wokół niewidzialnego słupa. Zanim Swift do nich dotarł, tancerze zniknęli, a gdy policjant złożył meldunek u dyżurnego sierżanta, ten mu nie uwierzył. Kiedy zaś relacja dostała się do lokalnej prasy, wszyscy tak się ze Swifta nabijali, że w ogóle przestał mówić na ten temat.

Przetrwanie legendarnych ludków w XX wieku samo w sobie jest zdumiewające, ale jeszcze bardziej osobliwy wydaje się fakt, iż mali ludzie zmieniają się wraz z upływem czasu. Marina Fry z Kornwalii wspomina (wiele lat po incydencie), że w 1940 roku, kiedy miała trzy lata, pewnej nocy ona i jej starsza siostra usłyszały jakieś buczenie. Kiedy wyjrzały przez okno sypialni, zobaczyły małego ludzika o wzroście około pół metra, z białą brodą i w czerwonym kapturze na głowie. Siedział "w maleńkim czerwonym samochodziku i jeździł wkoło". We wrześniu 1979 roku grupa dzieci, w wieku od czterech do ośmiu lat, bawiąca się w Wollaton Park w Nottingham widziała podobne istoty. Szczegóły tego spotkania zostały skrzętnie zapisane przez ich opiekuna, który rozmawiał z dziećmi pojedynczo (choć przedtem miały sporo czasu, aby podzielić się wrażeniami):

Zapadał już zmierzch, gdy dzieci ujrzały sześćdziesięciu małych ludzików, o połowę niższych od nich. Miały długie białe brody z czerwonymi koniuszkami (choć jeden chłopiec był przekonany, że brody były czarne) i pomarszczone twarze. Na głowach miały czapki, przypominające staromodne szlafmyce. Nosiły też niebieskie kapelusze i żółte trykoty. Przez kwadrans, kiedy dzieci przebywały z nimi, ludziki siedziały w trzydziestu małych samochodzikach, w każdym po dwóch. (Jedno z dzieci powiedziało, że samochody były zielono-niebieskie, jedno - że czerwone, jedno - że czerwono-białe). Auta nie miały kierownicy, ale jakąś okrągłą rzecz z rączką. Nie było słychać silników, jednak samochody poruszały się szybko i mogły przeskakiwać przez przeszkody, na przykład przez drewniane kłody. Ludziki goniły dzieci, ale ich nie złapały, choć mogły. Dzieci uznały, że to zabawa.

Widziano nawet bajkowy statek powietrzny. W 1929 roku ośmioletni chłopiec i jego pięcioletnia siostra bawili się w ogrodzie domu w Hertford, gdy maleńki samolocik (dwupłatowiec, jak niemal wszystkie ówczesne samoloty), o rozpiętości skrzydeł około trzydziestu centymetrów przeleciał przez płot, wylądował obok skrzyni na śmieci, a potem znowu wystartował i odleciał. Pilotował go mały człowieczek ubrany w skórzaną pilotkę, który pomachał dzieciom, kiedy odlatywał.

Czytelnik zapewne uzna, że były to dziecinne fantazje i, rzeczywiście, wiele na to wskazuje. Na przykład "gokarty" w Wollaton Park przypominają elektryczne samochodziki z wesołego miasteczka, zazwyczaj dobrze znane dzieciom w wieku od czterech do ośmiu lat. Fakt, iż wszystkie relacje o zmotoryzowanych baśniowych postaciach pochodzą od dzieci, także nie jest bez znaczenia.

Mimo to wcale nie trzeba traktować tych opowieści dosłownie, aby stwierdzić, iż są wielce pouczające. No bo jeśli krasnoludki, które dawniej poruszały się pieszo lub konno, mogą obecnie podróżować samochodami i samolotami, to dlaczego nie miałyby pilotować także UFO?

Wielu wybitnych ufologów uważa, że bliskie spotkania, a zwłaszcza uprowadzenia przez kosmitów, są ściśle związane z pradawnymi legendarnymi postaciami. Wiadomo, iż mogły one uprowadzać ludzi. Ludowe opowieści o dzieciach zamienionych przez wróżki w jakieś paskudne potworki, które rodzice znajdowali w kołyskach zamiast swoich złotowłosych niemowląt, to jeden z przykładów. Wystarczy porównać cel tych porwań - wzmocnienie rasy legendarnych stworów domieszką cech ludzkich - z teorią Davida Jacobsa o programie hodowli hybrydalnych istot, realizowanym przez kosmitów. Istnieją także podobieństwa do efektu zgubionego czasu. W wielu legendach spotykamy motyw człowieka powracającego z zaczarowanej krainy, który był przekonany, iż przebywał tam zaledwie dzień lub tydzień, tymczasem stwierdzał, że w świecie ludzi minęły już całe lata. (Bardzo możliwe, że był to skutek pewnego rodzaju transu).

Jedna z legend zebranych przez badaczy folkloru brzmi całkiem podobnie do relacji o bliskim spotkaniu, jakie stało się udziałem Davida Williamsa, Walijczyka zamieszkałego w Penrhyndeudraeth w Gwynedd. Był służącym pewnej damy, za którą podążał w pewnej odległości do jej domu. Gdy tam przybył, usłyszał, że jego pani wróciła już trzy godziny temu. Tymczasem Davidowi zdawało się, iż wyprzedziła go zaledwie o trzy minuty. Tłumaczył potem, iż widział

rozjarzony meteor przecinający niebo, a za nim pierścień ognia. W środku pierścienia znajdowali się niewielkich rozmiarów mężczyzna i kobieta, oboje elegancko ubrani (...). Gdy pierścień dotarł do ziemi, obie postacie wyskoczyły zeń i natychmiast zaczęły rysować krąg. Potem nagle pojawił się tłum mężczyzn i kobiet i zaczęli tańczyć, a przygrywała im najpiękniejsza muzyka, jaką kiedykolwiek słyszał. Widok był tak zachwycający, że David zatrzymał się - jak twierdzi, na kilka minut - aby przyglądać się owym pląsom. Cały teren oświetlony był delikatną poświatą, mógł więc dokładnie widzieć ruchy tańczących. Nagle meteor, który na początku przyciągnął jego uwagę, pojawił się ponownie. I znów ujrzał ognisty pierścień, a gdy pierścień ten dotknął ziemi, kobieta i mężczyzna wskoczyli doń i zniknęli tak samo, jak się pojawili. Po ich odjeździe czarowne postacie zniknęły także, a David pozostał sam w ciemności.

Tę osobliwą historię można różnie interpretować. Najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja, że Williams był przekonany, iż owa elegancka para to Oberon i Tytania, król i królowa elfów, składający wizytę swym baśniowym poddanym. Jednak szczególnie ciekawy jest fakt, że ta niezwykła relacja pochodzi z początków XIX wieku i została przytoczona w książce Eliasa Owena pod tytułem Welsh Folklore (Walijskie podania ludowe) w 1888 roku, a więc siedemdziesiąt lat przed pierwszym współczesnym bliskim spotkaniem. Jeżeli traktować ją dosłownie, mogłaby świadczyć, że obce istoty znane były już we wcześniejszych okresach historycznych. Jeśli zaś została zmyślona (co wydaje się bardziej prawdopodobne - być może w ten sposób niesumienny służący próbował wytłumaczyć długą nieobecność), jest tym bardziej godna uwagi jako swego rodzaju pierwowzór współczesnych relacji o UFO.

W ludowych legendach można znaleźć również inne ufologiczne wątki. Przekonanie, że UFO mogą zatrzymać silnik samochodu, tym samym uniemożliwiając świadkom ucieczką, przywodzi na myśl "niewidzialne bariery" bajkowego świata. Ciekawe zdarzenie miało miejsce w 1935 roku w Lis Ard, otoczonej legendą fortecy w hrabstwie May o. Pewna dziewczyna, która chciała zejść ze wzgórza, nie mogła przejść na drugą stronę zewnętrznej fosy. Ilekroć zbliżała się do niej, jakaś siła odwracała ją o sto osiemdziesiąt stopni i kierowała z powrotem do środka twierdzy. W miarę jak się ściemniało, dziewczyna "czuła" wokół siebie rosnącą wrogość. Zaczęła przywoływać ludzi z latarniami, którzy przybyli na wzgórze, by jej szukać, ale ci nie słyszeli jej głosu. Uciekła dopiero wtedy, gdy niewidzialna bariera w tajemniczy sposób zniknęła. Doświadczenie to można porównać do przeżyć ludzi uprowadzanych z unieruchomionych samochodów, przetrzymywanych w UFO, a potem przenoszonych z powrotem do sprawnych już pojazdów.

Niektórzy badacze przypuszczają, że takie legendy to zapis ludowych wspomnień o spotkaniach z kosmicznymi porywaczami, wyrażony w kategoriach społeczeństw nie znających wysoko rozwiniętej techniki. Inni, na przykład francuski ufolog Jacques Vallee, uważają, iż postacie z baśni i obcy porywacze stanowią element tego samego zjawiska, tyle że opisywanego zgodnie z uwarunkowaniami kulturowymi. (Nigdy nie zastanawiano się poważnie, czy zjawisko to ma charakter wewnętrzny - czyli jest formą fantazji lub omamów powstałych w ludzkim mózgu czy też zewnętrzny - czyli świadczy o istnieniu jakiegoś pozaziemskiego systemu kontroli, jak to swego czasu sugerował Vallee). Z drugiej strony, nie jest wykluczone, że dwudziestowieczne spotkania z ufoludkami to po prostu współczesna wersja ludowych legend, nie wyrażająca niczego ponad całkiem zrozumiały i powszechny strach przed uprowadzeniem.

Motyw uprowadzenia znajdujemy w legendach różnych kultur. Mieszkańcy Haiti na przykład wierzą, że zagrażają im czarownicy wudu (zobop), którzy porywają ludzi i składają z nich ofiary podczas tajemnych rytuałów. W początkach lat czterdziestych w stolicy kraju, Port-au-Prince, krążyła plotka, iż zmotoryzowani czarownicy (motor-zobop) jeżdżą nocą po wyspie, dowożąc ofiary na miejsca ceremonii. Poznać ich można było po nieziemskim, błękitnym świetle reflektorów.

Divione Joseph, sam będący czarownikiem wudu, osobiście natknął się na motor-zobopa jadąc nocą na miejsce, w którym miał wywoływać duchy. Nagle oślepiło go jasne niebieskie światło i stracił przytomność. Kiedy się ocknął, znajdował się w pojeździe motor-zobopa w otoczeniu półludzi w maskach. Próbowali przekupić Josepha, żeby nie rozpowiadał, co mu się przydarzyło. Gdy odmówił, ludzie w maskach po prostu wyrzucili go na drogę. Znów stracił przytomność, a następnie obudził się we własnym łóżku.

Ufolog John Rimmer, który jako pierwszy zainteresował się relacją Josepha, tak pisze o tym dziwnym spotkaniu:

W historii tej znajdujemy wiele oczywistych podobieństw do uprowadzeń przez UFO. Do najważniejszych należą oślepiające światło i utrata świadomości, które najczęściej pojawiają się w pierwszym stadium porwania. Również przebudzenie w otoczeniu półludzi powtarza się w niemal wszystkich relacjach uprowadzonych. Divione widział zamaskowanych mężczyzn - postacie zapewne bliższe wyznawcy wudu niż ubrani w specjalne kostiumy kosmici. Inny aspekt tej historii, przywodzący na myśl uprowadzenie przez UFO, to zachowanie porywaczy. Wszak zupełnie bez sensu jest uprowadzać kogoś, a następnie oferować mu pieniądze za milczenie. Wygląda na to, że porwanie nie miało żadnego celu.

Dodałbym do tego schemat oczekiwania - Joseph bez wątpienia miał świadomość, że jasne światło w nocy może zapowiadać porwanie przez motor-zobopy. Podobnie wielu współczesnych uprowadzonych zakłada, iż jasne światła na niebie mogą być latającymi spodkami, i "wie", że obcy przybywają na Ziemię, aby nas porywać. No i ostatni element - ofiara budzi się we własnym łóżku. Wiele wskazuje na to, że mogła to być fantazja albo wyjątkowo sugestywny sen, co tłumaczyłoby nieracjonalne wątki, o których wspominał Rimmer.

Opowieści o porwaniach są równie powszechne w kulturze zachodniej. W końcu XIX wieku po całej Europie krążyły pogłoski o handlu białymi niewolnikami, przede wszystkim dziewczętami, które zmuszano do prostytucji (według bardziej romantycznej wersji - sprzedawano do haremów arabskich szejków). Nie tak dawno, bo w maju 1969 roku francuskie miasto Orlean obiegła plotka, że dziewczęta porywano w przymierzalniach niektórych butików i wysyłano na Bliski Wschód. Szczególnie ponurym aspektem tych pogłosek był fakt, iż wszystkie podejrzane sklepy należały do Żydów, co bez wątpienia wzmagało antysemickie nastroje pewnych grup społeczeństwa. Aby udowodnić, że pogłoski nie mają sensu, przywódca miejscowej wspólnoty żydowskiej rozgłaszał zmyślony szczegół, iż ofiary są transportowane siecią podziemnych tuneli prowadzących do Loary, gdzie czeka łódź podwodna, aby zabrać dziewczyny do miejsca przeznaczenia. Następnego dnia wiadomość ta powróciła doń jako najprawdziwsza prawda.

Z naszego punktu widzenia najważniejszy jest mechanizm tworzenia absurdalnych pogłosek dosłownie z niczego. W tym okresie nie zanotowano w Orleanie ani jednego przypadku zniknięcia dziewczyny czy kobiety. Tymczasem setki, a może i tysiące ludzi uwierzyło w plotkę, która, podawana z ust do ust, obrastała w coraz to nowe, przerażające szczegóły. Do wywołania paniki nie trzeba nawet jednego autentycznego zdarzenia. Socjolog Edgar Morin, który przybył do Orleanu w chwili nasilenia się paniki, sądzi, że źródłem pogłoski stały się jakieś mgliste prasowe doniesienia o nie wyjaśnionych zaginięciach i zamieszczona w brukowych pismach wiadomość o uprowadzeniu jakiejś kobiety w Grenoble. Nie ulega jednak wątpliwości, że wieści te rozprzestrzeniły się dlatego, iż poruszały znacznie głębsze obawy - przed obcymi oraz bezwzględnymi żydowskimi biznesmenami z jednej strony, i przed wzrastającą swobodą seksualną młodzieży z drugiej. Trudno się dziwić, że niechęć skupiła się przede wszystkim na butikach sprzedających "nieprzyzwoite" modne stroje, chętnie kupowane przez nastolatki.

Niemniej nie należy przywiązywać nadmiernej wagi do tych wątków ludowych podań, które dotyczą spotkań z obcymi i uprowadzeń. Michel Meurger zwraca uwagę, że nic nie wskazuje na istnienie ciągłości między ludowymi podaniami a współczesnymi miejskimi legendami i sugeruje, iż poszukiwanie paraleli może jedynie zafałszować tę niezmiernie złożoną kwestię. "Szukanie czysto formalnych analogii - pisze Meurger - nie pozwala badaczom dostrzec zakorzenienia materiału pochodzącego z relacji o UFO w konkretnym czasie (druga połowa XX wieku) i miejscu (przede wszystkim USA)".

Wątki uprowadzenia przez kosmitów można odnaleźć w literaturze sf z końca XIX i początku XX wieku. Prawie wszystkie utwory z tego okresu wspominają o badaniach medycznych i zabiegach chirurgicznych typowych dla przypadków uprowadzeń, a zupełnie nie występujących w starych podaniach ludowych. Wydaje się, że odzwierciedlają one dziewiętnastowieczny lęk przed anatomopatologami oraz uczonymi dokonującymi wiwisekcji. Marsjanie w słynnej powieści H. G. Wellsa Wojna światów porywają ludzi, żeby wysysać z nich krew. Komiksy i brukowce z lat trzydziestych często przedstawiają obcych i czarne charaktery z przyszłości jako istoty o ogromnych mózgach i wrzecionowatych kończynach, panujące nad całym wszechświatem. Nierzadko w publikacjach tych pojawiają się bezduszni chirurdzy, którzy bez skrupułów przeprowadzają wiwisekcje na schwytanych ludziach, podobnie jak my kroimy zwierzęta i używamy ich do różnych eksperymentów. Inne utwory opisują maszyny chirurgiczne wyposażone w długie igły, które są tak częstym elementem doświadczeń w trakcie uprowadzeń.

Widać zatem, że analogie między motywem uprowadzenia w ufologii z jednej strony, a ludowymi przekazami i fantastyką naukową z drugiej są uderzające. W tym kontekście wydaje się, iż nawet szczere relacje o uprowadzeniu przez kosmitów to nieświadome fantazje powstałe w umyśle świadka, odzwierciedlające powszechne lęki i zarazem czerpiące z tradycyjnych podań oraz baśni. Teoria ta wyjaśnia oczywiste podobieństwa między doświadczeniami uprowadzonych i relacjami z bliskich spotkań. Tłumaczy również nielogiczności i niezgodności charakteryzujące te zjawiska, pozwala zrozumieć analogie między doświadczeniem uprowadzenia i innymi dziwnymi zjawiskami, osobliwe stany psychiczne świadków oraz generalny brak materialnych dowodów porwań.

Aczkolwiek mechanizm, za pomocą którego ludzki mózg wywołuje doświadczenia, o jakich tu mowa, i nadaje im pozór realności, nie jest jeszcze w pełni poznany, wydaje się, że przynajmniej w dziedzinie uprowadzeń rzucające się w oczy analogie między światem baśniowego folkloru a fikcją mogą sugerować kierunki poszukiwań.

Duchy i poltergeisty

W przeciwieństwie do zjawiska uprowadzeń przez kosmitów, które przed 1960 rokiem było prawie nieznane i nawet dziś ogranicza się niemal wyłącznie do terytorium Stanów Zjednoczonych, duchy spotykano we wszystkich epokach i cywilizacjach. Co więcej, z wyjątkiem kilku współczesnych parapsychologicznych teorii nawiedzeń, przez całe wieki istniało zadziwiająco zgodne przekonanie, iż duchy reprezentują świat zmarłych.

Analiza historycznych materiałów wykazuje, że zjawisko to ulegało ewolucji wraz z upływem czasu i że duchy ukazujące się obecnie w społecznościach zacofanych różnią się znacznie od tych, które nawiedzają rejony uprzemysłowione. Ze źródeł historycznych wynika, iż w prymitywnych społeczeństwach duchy postrzegano jako uosobienie zła i uważano, że lepiej trzymać się od nich z daleka. Dusze ludzkie powracają częstokroć do świata żywych w postaci zwierząt. Niektóre afrykańskie plemiona wierzą, że grzesznicy stają się po śmierci szakalami, natomiast wśród Indian Tapuya w Brazylii panuje wiara, iż dusze cnotliwych wcielają się w ptaki. Duchy ludów prymitywnych, nawet przyjmujące ludzką postać, nie są dobrymi informatorami. Duchy Indian Alonquin ćwierkają jak świerszcze, a u Zulusów i Maorysów "przemawiają" cienkim, świszczącym głosem, który jest zrozumiały tylko dla znachorów i szamanów. W społecznościach bardziej zurbanizowanych mówi się, że duchy "szwargoczą".

Panuje powszechnie opinia, że jeśli duch przyjmuje ludzką postać i powraca na ziemię, dzieje się tak z określonej przyczyny - aby pomścić morderstwo albo wskazać miejsce, gdzie został zakopany skarb. W ten sposób duchy pozbywają się obciążenia sprawami doczesnymi i zostają przyjęte do nieba. Rzymski pisarz i polityk z II wieku, Pliniusz Młodszy, pisał:

W Atenach był dom nawiedzany przez stare widmo, które przychodziło nocą brzęcząc łańcuchami. Był to stary człowiek, chudy i brudny, o zmierzwionych włosach i brodzie, na nogach nosił kajdany, a na nadgarstkach łańcuchy. Pewien filozof postanowił spędzić tam noc i zobaczyć, co się dzieje. Czytając księgę, usłyszał hałasy, a potem zobaczył jakąś postać. Dała mu znak ręką, podążył zatem za nią do ogrodu, gdzie duch nagle zniknął. Uczony wyrwał trochę trawy i liści i zaznaczył miejsce, w którym zniknęła postać. Następnego dnia polecił służbie miejskiej kopać w tym miejscu, i wkrótce pod ziemią znaleziono szkielet z łańcuchami. Po odpowiednich rytuałach pogrzebowych duch przestał nawiedzać ten dom.

Opowieść ta, która dotarła do naszych czasów w najlepszym wypadku z trzeciej ręki, nie ma żadnej wartości jako dowód, ale świadczy o tym, że w okresie rozkwitu cesarstwa rzymskiego wierzono w duchy. W tym kontekście jest dość istotna, stanowi bowiem pierwowzór wizerunku ducha zakutego w kajdany, niezmiernie popularnego w czasach gotyckich, a także potwierdza, że duchy pojawiały się tylko nocą, że można w nich było rozpoznać konkretnych ludzi i że przybywały w jakimś określonym celu, a po spełnieniu swej misji znikały na zawsze.

Wygląd duchów zmienił się znacznie w średniowieczu i na początku współczesnej epoki. Zjawy - najwyraźniej wypuszczone z piekła na jednodniową przepustkę - ukazywały się w otoczeniu płomieni lub ciągnąc za sobą sczerniałe ciało. Miały do spełnienia zdecydowanie bardziej religijną funkcję - ostrzec żywych, żeby nie narażali się na potępienie. Kiedyś dwóch zakonników napotkało duchy trzech mężczyzn zmarłych bez rozgrzeszenia. Dwa widma przemówiły, trzecie zaś zachowało milczenie. Jego towarzysze wyjaśnili, że za życia był potwarcą i został skazany na wieczny żywot w piekle, gdzie poddano go strasznej torturze: musiał trzymać w ustach rozpalony węgiel, który nieustannie parzył mu język i uniemożliwiał mówienie.

Kolejne zmiany nastąpiły w czasach reformacji, kiedy doktryna czyśćca została odrzucona przez nowy Kościół protestancki. Teraz zjawy w katolickich krajach bardzo dobitnie potwierdzały istnienie pośredniego etapu w życiu pozagrobowym. Jednak w wieku XVII i w początkach XVIII duchy mniej interesowały się kwestiami religijnymi, a bardziej dziedzictwem oraz zemstą. Dopiero po stu pięćdziesięciu latach zjawy stały się bardziej romantyczne, i ten charakter zachowały do dziś. Była to epoka widmowych mnichów lub kobiet odzianych na szaro, a także duchów nie przywiązanych do określonego miejsca, jak na przykład Latający Holender.

XIX wiek był również epoką "zjaw anonimowych". Przez minione tysiąclecia duchy przeważnie dawały się poznać ludziom, którzy je znali za życia. Zazwyczaj ukazywały się przyjaciołom, krewnym lub ofiarom i było rzeczą niezwykle istotną, aby nawiedzeni rozpoznali zjawy. Stan ten trwał przez całą epokę wiktoriańską i w zasadzie trwa nadal, choć ostatnio pojawia się coraz więcej widm o mglistej, nieokreślonej postaci, niewyraźnych rysach twarzy, sprawiających wrażenie, że błąkają się bez konkretnego celu.

Trzeba zwrócić uwagę, iż brak źródeł utrudnia określenie, do jakiego stopnia ewolucja ta stanowi odbicie doświadczeń sprzed XIX wieku. Dowodzono, że wiele starszych relacji zostało rozmyślnie przekształconych w religijne moralitety. Dopiero po założeniu w latach osiemdziesiątych XIX wieku Towarzystwa Badań Parapsychologicznych zaczęto systematycznie gromadzić relacje o duchach i dzięki temu stwierdzono pojawienie się owych "anonimowych zjaw". Szare, bezosobowe, odziane w luźne szaty postacie, które ukazują się nagle, nic nie mówią i znikają przez ścianę, wydałyby się równie dziwaczne Pliniuszowi czy średniowiecznym mnichom, jak nam pojawienie się płonącej zjawy prosto z czyśćca.

Nic nie uzasadnia ewolucji wyglądu zjaw wraz z upływem czasu, chyba że uznamy, iż duchy są wyrazem oczekiwań świadka, a więc i kultury, z której się wywodzą. Nie oznacza to bynajmniej, że wszelkie zjawy są wyłącznie strukturą mentalną. Hipoteza źródła kulturowego nie tłumaczy nielicznych przypadków, kiedy pojawienie się widma relacjonuje niezależnie od siebie kilku świadków, i to na przestrzeni wielu lat, ani równie rzadkich incydentów, gdy widmo widzi kilka osób w tym samym czasie. Trzeba też nieco głębiej zastanowić się nad wyjaśnieniem tych przypadków, gdy duch wyjawia przyszłe zdarzenia lub coś, co dzieje się równolegle w czasie - czyli tak zwane duchy zapowiadające nieszczęścia. Niemniej warto porównać rozmaite relacje o spotkaniach z duchami z doniesieniami o zjawisku pokrewnym, czyli o poltergeistach.

Najstarsze relacje o "hałaśliwych duchach" pochodzą z 856 roku p.n.e. Od tego czasu zarejestrowano ponad pięćset przypadków w różnych miejscach i kulturach, dzięki czemu mamy bazę danych porównywalną z tą, jaką dysponują badacze duchów. Hereward Carrington, jeden z najwybitniejszych znawców zjawisk parapsychicznych z pierwszej połowy bieżącego stulecia, pisze, że poltergeisty rzucające kamieniami znane były w Chinach, na Islandii, Jawie, w południowej Afryce, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. W jego bazie danych znajdują się relacje o tych incydentach z ponad trzydziestu krajów. Jednak w przeciwieństwie do stale zmieniających się duchów poltergeisty zawsze objawiają się w taki sam sposób.

Zdecydowane podobieństwo między starodawnymi a współczesnymi relacjami o tym zjawisku najlepiej dostrzeżemy, porównując jedno z najwcześniejszych doniesień, znajdujące się w dziele z 1190 roku, zatytułowanym The Journey Through Wales (Podróż po Walii), którego autorem był mnich zwany Geraldem z Walii. Opisuje w nim podróż, jaką odbył dwa lata wcześniej, a przedstawiając rejon Manorbier, przytacza taką oto relację:

W naszych czasach w okolicach Pembroke obok ludzi żyją duchy nieczyste. Same są niewidzialne, ale ich obecność jest widoczna. Pojawiły się najpierw w domu Stephena Wirieta, a później Williama Nota. Miały zwyczaj zaznaczać swoją obecność, rozrzucając śmieci, i w gruncie rzeczy więcej czyniły bałaganu niż szkód. W domu Williama dokuczały i gospodarzom, i gościom, drąc oraz dziurawiąc ich odzież. Niezależnie od podjętych środków ostrożności wydawało się, że nic nie jest w stanie uchronić ubrania, nawet zaryglowane drzwi. W domu Stephena działy się jeszcze dziwniejsze rzeczy, bo duch miał zwyczaj wykłócać się z domownikami, a kiedy protestowali już często dla zabawy, wytykał im na głos wszelkie brzydkie sprawki, jakie popełnili od urodzenia (...).

Gdybyście spytali mnie o przyczynę i wyjaśnienie tego rodzaju zdarzeń, odparłbym, że nie wiem, choć może jest to zapowiedź gwałtownej zmiany, na przykład od ubóstwa do zamożności albo od bogactwa do kompletnej ruiny, jak było w tym właśnie przypadku. Dla mnie jest to tym dziwniejsze, że miejsc nawiedzanych nie można oczyścić przez pokropienie święconą wodą, którą stosuje się w wielu sytuacjach bez ograniczeń, ani też przez odprawianie innych religijnych obrzędów. Przeciwnie, gdy do domu wchodzą księża chronieni święconą wodą i krucyfiksem, właśnie na nich wylewane są najgorsze nieczystości.

Cytowany fragment jest niezwykle interesujący z wielu względów. Po pierwsze, ukazuje ataki poltergeistów w formie, w jakiej znamy je dziś. Na przykład w Runcorn w Cheshire jesienią 1952 roku ubrania były darte, przedmioty przestawiane, a świeżo posłane łóżka skotłowane. Inny słynny incydent z poltergeistem miał miejsce w 1977 roku w Enfield (jest to jeden z najlepiej zbadanych i najbardziej kontrowersyjnych przypadków). Sławę zyskał nie tylko dlatego, że ściany pomazane były ekskrementami, lecz również z powodu wytrwałych prób porozumienia się z poltergeistem, który "przemawiał" przez jedno z dzieci - często używając obscenicznych wyrażeń - i rozsiewał informacje na skrawkach papieru lub pisał na ścianie. Głos twierdził, że mówi w imieniu różnych ludzi; niektórzy zmarli w tym domu i powrócili tam z miejscowego cmentarza. Pewnego razu zażądał: "Chcę posłuchać jazzu. Zagrajcie coś albo zacznę wariować" [Warto wspomnieć, że w przypadku Enfield pewien badacz z Towarzystwa Badań Zjawisk Parapsychicznych przedstawił krytyczny raport, w którym sugeruje, iż zakłócenia mogły być spowodowane przez dwie dziewczynki mieszkające w domu.].

W istocie zjawiska opisane przez Geralda z Walii wielokrotnie powtarzały się w okresie minionych stuleci. Przeprowadzona przez Alana Gaulda analiza pięciuset nawiedzeń i przypadków inwazji poltergeistów dowodzi, że najbardziej charakterystyczne dla tego zjawiska są ruchy małych przedmiotów, zdarzające się w sześćdziesięciu czterech procentach incydentów; po nich zaś następują stukania - czterdzieści osiem procent. (Sceptyk powiedziałby w tym momencie, że takie "zjawiska" o wiele łatwiej sfabrykować niż inne ekscesy przypisywane poltergeistom). Również mówiące poltergeisty zdarzają się stosunkowo często: w jednym przypadku na sześć ma miejsce próba nawiązania jakiejś formy kontaktu między owymi istotami a ludźmi. Niszczenie odzieży jest już rzadsze, występuje w sześciu procentach przypadków, natomiast obrzucanie śmieciami i ekskrementami pojawia się w jednym przypadku na dwadzieścia.

Drugi akapit relacji Geralda zawiera jeszcze ważniejsze informacje. Po pierwsze, mnich przywołuje miejscowe legendy związane z poltergeistami: ich pojawienie się zwiastuje mieszkańcom nawiedzonego domu gwałtowną zmianę w statusie materialnym. (I rzeczywiście, sytuacja Wirieta i Nota wkrótce znacznie się pogorszyła). Motyw ten nie występuje we współczesnych relacjach o poltergeistach, mimo to, jak się przekonaliśmy, zjawiska z tamtej epoki i znane współcześnie są porównywalne. Wynikałoby stąd, że można przeprowadzić wyraźną linię podziału między ludowymi wierzeniami w poltergeisty, które istotnie uległy zmianie z biegiem lat, a samym zjawiskiem, które w jakimś sensie wydaje się realne. Po drugie, sam Gerald (duchowny nie byle jakiej rangi, skoro aspirował do stanowiska arcybiskupa) najwyraźniej czuje się zakłopotany faktem, że znane mu poltergeisty okazały się całkowicie odporne na zwyczajowo praktykowane egzorcyzmy. Gdyby opowiadał te historie w celu podbudowania moralnego, starałby się uwypuklić fakt, iż wysiłki duchownych przyniosły spodziewane efekty.

W historii relacji o poltergeistach można wyodrębnić także inne aspekty kulturowe, lecz chociaż pomagają one zrozumieć mechanizm interpretacji zjawiska, nie mają żadnego wpływu na sam jego przebieg. Gauld zauważa na przykład, że obecnie bardzo mało jest przypadków "opętania" przez poltergeisty, ponieważ niewielu już ludzi wierzy w demony. Pisze: "Mniej więcej sto lat po reformacji zauważono wyraźny spadek liczby zjawisk związanych rzekomo ze zmarłymi, co należałoby przypisać temu, iż w pierwszym okresie protestancki pisarz, który poruszyłby kwestię powrotu ze świata zmarłych, zostałby obłożony anatemą". Ale analiza około dwudziestu przypadków zarejestrowanych w omawianym okresie dowodzi, że takie elementy, jak rzucanie przedmiotami, głosy znikąd, stukania i pukania zakłócające spokój mieszkańców domu pozostały niezmienne.

Sceptycy nazywają zjawisko poltergeistów "wygłupami złośliwych dzieciaków" i twierdzą, że wszystkie incydenty są oszustwem, a niektóre być może mistyfikacją. Na przykład seria tajemniczych płomieni, które pojawiały się w 1959 roku w pewnym domu w Alabamie i które początkowo przypisywano poltergeistom, okazały się dziełem dziewięcioletniego chłopca, pragnącego zmusić rodziców do powrotu do poprzedniego domu.

Wszelako przypuszczenie, że dzieci lub nastolatki dla zabawy spowodowały większość incydentów przypisywanych poltergeistom, jest co najmniej wątpliwe z powodu braku bezpośrednich dowodów fałszerstwa, a także w świetle historycznej ciągłości zjawiska. Już bardziej prawdopodobna wydaje się sugestia, iż oszustami są dorośli, ponieważ znając szczegóły zjawisk już opisanych, mogli zaplanować je zgodnie z tymi schematami. Jednak nawet w takim wypadku podobieństwa między incydentami odległymi w czasie o kilkaset lat wydają się zastanawiające. Tak czy owak, sugestia, iż dzieci siedmio-, ośmioletnie orientują się w zachowaniach poltergeistów, jest co najmniej nieprawdopodobna, zwłaszcza że w niewielu baśniach i legendach pojawiają się podobne zjawiska. Można więc powiedzieć, iż poltergeisty - w przeciwieństwie do duchów - są zjawiskiem fizycznie realnym, którego cechy charakterystyczne powtarzają się na przestrzeni wielu wieków. Pytanie o jego naturę - czy jest, na przykład, fizyczną manifestacją procesów psychicznych - nadal pozostaje bez odpowiedzi.

Kłopotliwa hipoteza źródeł kulturowych

Hipoteza źródeł kulturowych wydaje się niezmiernie kusząca, jednak jej założenie, iż kultura wpływa na sposób postrzegania dziwnych zdarzeń, spotkało się z krytyką wielu badaczy, w tym sporej liczby znawców folkloru.

Najostrzej występował przeciwko tej koncepcji Thomas Bullard, amerykański badacz folkloru interesujący się szczególnie ufologią. W 1987 roku opublikował on obszerne zestawienie, obejmujące ponad trzysta incydentów uprowadzenia - praktycznie wszystkie znane w owym czasie - w którym analizuje poszczególne wątki relacji, pragnąc ustalić jakieś schematy i analogie. Podobnie jak Meurger, Bullard doszedł do wniosku, że nie istnieje bezpośredni związek między porwaniami spotykanymi w podaniach ludowych a uprowadzeniami przez kosmitów zarejestrowanymi przez badaczy folkloru. Zwraca również uwagę, iż nie ma znaczących rozbieżności między doświadczeniami świadomie zapamiętanymi - stanowiącymi jedną trzecią jego materiału badawczego - i odtworzonymi w regresji hipnotycznej. Należy stąd wnosić, że relacje nie powstają pod wpływem nadgorliwych urologów czy nazbyt pewnych siebie terapeutów wszczepiających w umysły świadków fałszywe wspomnienia. Gdyby to były fantazje, miałyby odmienne źródło.

Bullard wykazał, że klasyczne uprowadzenie przebiega według pewnego stałego schematu, w którym można wyodrębnić określone motywy - "schwytanie", "badanie", "powrót" itp. Badacze folkloru w taki sam sposób wyodrębniają i nazywają motywy legend. Bullard jednak odkrył także schematy, których się nie spodziewano i nie przywiązywano do nich wagi. Wykazał na przykład częste występowanie zjawiska, które nazywał "amnezją drzwiową", polegającego na tym, że uprowadzeni wchodząc do UFO nie pamiętali przejścia przez drzwi lub bramę. Inną osobliwością było niewidoczne źródło światła wewnątrz "spodka".

Do grona krytyków hipotezy źródła kulturowego również należy David Hufford, badacz folkloru i zachowań, który jako pierwszy analizował nowofundlandzkie legendy o Old Hagu. Hufford zwraca uwagę na fakt, że choć konkretny zarys postaci "nocnego intruza" różni się znacznie w zależności od kultury, w jakiej wychował się świadek, główne cechy tego zjawiska - uczucie porażenia, powolne ruchy zjawy, narastający strach i wrażenie duszenia się pod ciężarem siadającej na piersiach zmory - są takie same i występują niezależnie od tego, czy świadek słyszał o Old Hagu czy nie. Sześciu na dziesięciu badanych przez Hufforda studentów z Nowej Fundlandii nie miało pojęcia o Old Hagu; sześć i pół procenta tych, którzy zetknęli się z Old Hagiem, nigdy o tym z nikim nie rozmawiało ani nie wiedziało, że innych spotkało to samo, niemniej ich relacje były bardzo podobne.

Hufford stwierdza, że "rozmieszczenie tradycyjnych przekazów o tym doświadczeniu często bywa mylone z rozmieszczeniem samego doświadczenia" i że symptomy pasują do zjawiska katapleksji w trakcie hipnagogicznych omamów. Jednak na zakończenie swoich badań musiał przyznać, iż "treści doświadczenia nie da się zadowalająco wyjaśnić na podstawie współczesnej wiedzy".

Widać więc, że hipoteza psychologiczna i kulturowa nie są w stanie tłumaczyć tych zjawisk osobno. Bardzo wiele złożonych i często występujących zjawisk opiera się próbom sprowadzenia ich do jednej z tych hipotez.

Można by jednak połączyć obie teorie, tworząc szerszą podstawę badań. Tak więc Old Hag byłby zjawiskiem psychologicznym, postrzeganym przez pryzmat kulturowych wpływów i oczekiwań. Uprowadzenia przez kosmitów niekoniecznie musiałyby być przeżyciem w sferze czysto fizycznej, mogłyby mieć także źródła w psychice. Jednak wówczas należy brać pod uwagę bardzo istotny element kulturowy - w tym wypadku szczegółową znajomość schematu typowego uprowadzenia (na przykład relacji prasowych o wcześniej szych incydentach) lub mgliste reminiscencje czytanych w zamierzchłej przeszłości brukowców i fantastyki naukowej (w wypadku najstarszych doniesień o uprowadzonych).

Gdyby udało się dowieść, że świadek nie ulegał wspomnianym wpływom, wówczas element kulturowy nie znalazłby zastosowania w wytłumaczeniu tych zjawisk. Ale ze względu na fakt, iż media są od dawna wszechobecne w każdej części świata, trudno sobie taką sytuację wyobrazić. Nie mamy szans na spotkanie świadka doskonałego, toteż problem uprowadzeń przez kosmitów, podobnie jak wiele innych dziwnych zjawisk, o których była mowa w niniejszej książce, pozostaje na razie nie wyjaśniony.

 






Mike Dash - Granice poznania