Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

"bruLion" nr 9, zima 1989 r.  

 

 

Georges BATAILLE

HISTORIA OKA

 

 

KOCIE OKO

Wychowałem się sam i jak daleko sięgnę pamięcią niepokoiły mnie sprawy płci. Miałem prawie szesnaście lat, kiedy napotkałem dziewczynę w moim wieku, Simonę, na plaży w X. Dzięki dalekim związkom rodzinnym szybko zbliżyliśmy się do siebie. W trzy dni później zostałem sam na sam z Simoną w jej willi. Ubierała się w czarny fartuch i nosiła krochmalony kołnierzyk. Zaczynałem przypuszczać, że i ona podziela mą trwogę, silniejszą tego dnia, bo pod fartuchem chyba była naga.

Miała czarne jedwabne pończochy sięgające za kolana. Nie mogłem jej jeszcze widzieć po dupę (słowo to, którego używałem z Simoną, wydaje mi się najpiękniejszym określeniem płci). Miałem tylko wrażenie, że gdy podniosę fartuch, ujrzę jej nagi tyłek.

Na korytarzu stała miska mleka na śniadanie dla kota.

- Śniadanie jest do siadania, nie? - powiedziała Simona. - Zakładasz się, że siadam na śniadaniu?

- Zakładam się, że się nie odważysz - odpowiedziałem z zapartym tchem.

Było gorąco. Simona postawiła miskę na ławce, stanęła przede mną i nie spuszczając ze mnie oczu siadła i zamoczyła tyłek w mleku. Osłupiałem, krew uderzyła mi do głowy i drżałem, a ona patrzyła jak członek napina mi spodnie. Padłem jej do stóp. Nie ruszała się; pierwszy raz widziałem jej "różowo - czarną płeć" kąpiącą się w białym mleku. Długo pozostawaliśmy bez ruchu, oboje w rumieńcach.

Naraz wstała, mleko spływało po udach na pończochy. Wytarła się chusteczką, stojąc mi nad głową z nogą na ławce. Ja, miotając się po podłodze, ocierałem sobie laskę. W tej samej chwili było nam dobrze, choć się nie dotykaliśmy. Kiedy jednak wróciła jej matka, siadając na fotelu wykorzystałem moment, gdy dziewczynka wtulała się w matczyne ramiona - niepostrzeżenie podniosłem fartuch i wsunąłem rękę między gorące uda.

Wracałem biegiem do domu, by jak najszybciej trzepać się dalej. Nazajutrz miałem podkrążone oczy. Simona przyjrzała mi się, przywarła do piersi i rzekła: "Nie chcę, żebyś kiedykolwiek bawił się beze mnie".

W ten sposób zaczął się między nami tak ścisły i niezbędny związek miłosny, że rzadko zdaża się tydzień, byśmy się nie widzieli. Nigdy, że tak powiem, o tym nie rozmawialiśmy. Przypuszczam, że w mojej obecności Simona doznaje wrażeń podobnych moim, a te trudno opisać. Przypominam sobie dzień, gdy jechaliśmy szybko samochodem. Przejechałem młodą i piękną rowerzystkę, jej szyję niemal oderwały koła. Długo patrzyliśmy na trupa. Zgroza i rozpacz, jakie emanowały z tego na poły obrzydliwego, na poły delikatnego ciała, zasadniczo przypominają odczucie, jakie mamy na swój widok. Simona ma w sobie prostotę. Wysoka i piękna, niczego desperackiego w spojrzeniu czy w głosie. Ale tak żądna jest wszystkiego, co pobudza zmysły, że najmniejszy bodziec nadaje jej twarzy wygląd przywodzący na myśl krew, niespodziewany strach, zbrodnię - to, co bezustannie zagraża pięknu i zdrowemu rozsądkowi. Pierwszy raz dojrzałem w niej ów niemy, absolutny skurcz - który podzielam - w dniu, gdy usiadła tyłkiem na misce. Patrzymy na siebie z uwagą wyłącznie w takich momentach. Jesteśmy spokojni i cieszymy się jedynie podczas krótkich chwil odprężenia, po orgazmie.

Winienem teraz rzec, że długo wstrzymywaliśmy się przed uprawianiem miłości. Korzystaliśmy z okazji, aby oddawać się naszym zabawom. Nie byliśmy bezwstydni, przeciwnie, ale jakieś zażenowanie zmuszało nas, by wstyd lekceważyć. Toteż kiedy poprosiła mnie, bym już sam się nie trzepał (byliśmy nad morskim obrywem), natychmiast ściągnęła mi spodnie, kazała położyć się na ziemi, podkasawszy się siadła na moim brzuchu i zapomniała się nade mną. Wsadziłem jej w dupę palec umazany spermą. Położyła wtedy głowę pod kutasem i zapierając się kolanami o moje ramiona wypięła dupę, tak, że miałem ją nad głową.

- Możesz zrobić siusiu w górę do dupy? - zapytała.

- Tak - odpowiedziałem - ale siki polecą ci na sukienkę i twarz.

- Czemu nie? - podsumowała, a ja zrobiłem, jak powiedziała i natychmiast zlałem się jeszcze raz, tym razem na biało.

Zapach morza mieszał się tymczasem z wonią bielizny, wilgotnej od nagości i spermy. Zapadał zmierzch, a my nie zmienialiśmy pozycji, kiedy usłyszeliśmy szelest kroków na trawie.

- Nie ruszaj się - błagała Simona.

Kroki zatrzymały się. Nie mogliśmy dojrzeć, kto nadchodzi, prawie nie oddychaliśmy. Wypięta dupa Simony zdawała mi się, zaprawdę, przemożnym błaganiem - była doskonała, zwięzłe i delikatne pośladki, głęboko rozpołowione. Nie wątpiłem, że nieznajomy czy nieznajoma rychło ulegnie i sam z kolei będzie musiał się rozebrać. Kroki znów się rozległy, przeszły prawie w bieg i ujrzałem, jak zjawia się czarująca młoda dziewczyna, Marcela, najczystsza i najbardziej wzruszająca wśród naszych przyjaciółek. Członki mieliśmy tak splątane, że nie mogliśmy ruszyć nawet palcem, ale że nasza nieszczęsna przyjaciółka uwalniając nas sama się pogrążyła, rzuciliśmy się na to rozwiązłe ciało. Simona zadarła spódnicę, zerwała majtki i w upojeniu pokazała mi nową dupę, równie jak jej piękną. Rzuciłem się na nią z furią i dalej pieściłem dupę Simony. Jej nogi oplatały lędźwie niebywałej Marceli, która ostatkiem sił powstrzymywała płacz.

- Marcelo - zawołałem - błagam cię, przestań płakać. Chcę, byś pocałowała mnie w usta.

Tymczasem Simona głaskała jej piękne gładkie włosy, całując po całym ciele. Z nadejściem nocy zaczęły spadać wielkie krople dżdżu, niosąc wytchnienie po znojach upalnego i dusznego dnia. Ponad olbrzymim rykiem morza dominował przeciągły hurkot grzmotów, a błyskawice pozwalały niczym w jasny dzień widzieć, jak dwie dupy dziewczyn, milczących już teraz, trą o siebie. Zwierzęcy szał ożywiał nasze trzy ciała. Dwoje dziewczęcych ust wydzierało sobie moją dupę, jaja i kutasa, a ja bez przerwy rozchylałem nogi mokre od śliny i spermy. Jak gdybym chciał się wyrwać z uścisków bestii, bestia zaś kryła się w gwałtowności mych ruchów. Ciepły deszcz lał się strumieniami i płynął przez nasze ciała. Wstrząsały nami uderzenia piorunów i powiększały zapamiętanie, wyrywając krzyki wzmagane przy każdym rozbłysku widokiem narządów płciowych. Simona znalazła kałużę i taplała się w niej. Pieściła się z ziemią i szczytowała - smagana ulewą, z moją głową ściśniętą umazanymi udami, z twarzą unurzaną w błocie, gdzie pławiła dupę Marceli, ramieniem oplótłszy jej biodra, ręką naciskając na uda i rozpychając je z siłą.

NORMANDZKA SZAFA

Od tamtego czasu Simonę opanowała mania tłuczenia dupą jajek. Kładła głowę na siedzeniu fotela, plecami przywierała do oparcia, a nogi wyginała ku mnie; ja biłem konia, by spuścić się jej na twarz. Umieszczałem wówczas jajko w dziurze; było jej miło, gdy wnikało głęboko w szparę. Kiedy tryskały smarki, pośladkami zgniatała jajko, szczytowała, a ja, nurzając twarz w jej dupie, tonąłem w rzęsistej mazi.

Jej matka podejrzała naszą sztuczkę, ale ta nad wyraz łagodna kobieta, choć wiodła przykładny żywot, za pierwszym razem zadowoliła się bezsłownym uczestnictwem w zabawie, toteż nawet jej nie zauważyliśmy - myślę sobie, że ze strachu nie mogła otworzyć ust. Kiedyśmy już skończyli (naprędce usuwaliśmy bałagan), okazało się, że stoi na progu.

- Udawaj, że nic nie widzisz - powiedziała Simona i dalej wycierała dupę.

Wyszliśmy bez pośpiechu.

Kilka dni potem Simona, gimnastykując się ze mną w więźbie garażu, nasikała na matkę, gdy ta kobieta, nie widząc Simony, zatrzymała się na dole. Stara wycofała się, patrząc na nas smutnymi oczyma, z tak głupią miną, że sprowokowała nowe zabawy. Podwinąłem sukienkę Simonie - zanoszącej się od śmiechu, na czworakach wystawiającej dupę ku mojej twarzy i biłem konia, upojony widokiem jej nagości w obliczu matki.

Mijał już tydzień od spotkania z Marcelą, kiedy natknęliśmy się na nią na ulicy. Młoda blondynka, wstydliwa i naiwnie bogobojna, zaczerwieniła się tak mocno, że Simona wycałowała ją w nowym przypływie czułości.

- Proszę o wybaczenie - powiedziała po cichu. Źle, że wówczas to się stało. Ale chyba nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Słowo daję: nie tkniemy cię nawet palcem.

Marceli w najwyższym stopniu brakowało woli, toteż zgodziła się iść z nami na podwieczorek do Simony w gronie kilkorga przyjaciół. Ale zamiast herbaty piliśmy w nadmiarze szampana.

Widok rumieniącej się Marceli wstrząsnął nami. Porozumieliśmy się bez słów, Simona i ja, pewni, że odtąd nic nas nie powstrzyma. Prócz Marceli były jeszcze trzy piękne młode dziewczyny i dwóch chłopców - najstarsze z ósemki nie miało siedemnastu lat. Napój podziałał gwałtownie, ale prócz Simony i mnie nikt nie był tak zamroczony, jak zamierzaliśmy. Gramofon wybawił nas z kłopotów. Simona, tańcząc solo diabelski ragtime, pokazywała nogi aż po dupę. Pozostałe dziewczyny za bardzo były podchmielone, aby się opierać, gdy poproszono je o pójście w jej ślady. Jasne, że miały majtki, ale te wiele nie zasłaniały. Tylko Marcela, pijana i milcząca, nie chciała tańczyć.

Simona udawała, że jest kompletnie spita; zwinęła obrus i trzymając go w górze zaproponowała zakład:

- Założę się - rzekła - że nasikam na obrus przed wszystkimi. 

Było to w gruncie rzeczy zgromadzenie wesołych młodych ludzi. Jeden z chłopaków przyjął zakład. Stawkę miano ustalić później. Simona nie miała najmniejszych oporów i zmoczyła obrus. Ta zuchwałość pozbawiła ją wszelkich hamulców. Młodzi szaleńcy jęli zatracać się w obłędzie.

- Ponieważ wygrałam - powiedziała Simona chrapliwym głosem w stronę przegrywającego - ściągnę ci spodnie przed wszystkimi.

Udało jej się zrobić to bez trudu. A kiedy ściągnęła spodnie, zdjęła mu i koszulę (żeby nie wyglądał śmiesznie). Nic poważnego jednak nie zaszło, Simona ledwie musnęła kutasa kolegi. Cały czas myślała o Marceli, która błagała mnie, by pozwolić jej wyjść.

- Przecież obiecaliśmy, że cię nie tkniemy, Marcelo, czemu chcesz wyjść?

- Temu - odpowiedziała tępo. (Opanował ją paniczny gniew.) 

Naraz, ku przerażeniu reszty, Simona upadła na podłogę. Opanowywało ją coraz większe pomieszanie: z ubraniem w nieładzie, z odsłoniętą dupą, jak gdyby na moment przed epilepsją, tarzała się u stóp chłopca, któremu ściągnęła spodnie i bełkotała bez związku:

- Nasikaj na mnie... nasikaj mi w dupę... - powtarzała z czymś w rodzaju łaknienia.

Marcela patrzyła jak zaczarowana; poczerwieniała po koniuszki włosów. Nie patrząc na mnie powiedziała, że chciałaby zdjąć sukienkę. Ściągnąłem ją z niej, a potem rozebrałem z bielizny, została w pasie i pończochach. Pozwoliła mi zaledwie dotknąć się i pocałować w usta, a potem jak lunatyczka przeszła przez pokój i zamknęła się w szafie (wyszeptała parę słów do ucha Simony).

Chciała pieścić się w szafie i błagała, żeby zostawić ją w spokoju.

Trzeba przyznać, że byliśmy pijani i wzajemnie podbijaliśmy stawkę. Któraś z dziewczyn obciągała kutasa nagiemu chłopcu. Simona, podkasawszy się, na stojąco ocierała się o szafę, skąd słychać było, jak Marcela, gwałtownie dysząc, robi palcówki.

Naraz zdarzyło się coś obłędnego: szum wody poprzedził pojawienie się strużki, a potem strumyczka z wnętrza szafy. Nieszczęsna Marcela sikała w środku z rozkoszy. Wybuch szalonego śmiechu, jaki potem nastąpił, obrócił w nieład upadające ciała, nagie uda i dupy, mokre spódnice i spermę. Śmiech powstawał jak niechciana czkawka, opóźniająca jedynie moment szturmu na dupy i kutasy. Niebawem jednak dało się usłyszeć, jak biedna Marcela coraz głośniej szlocha samotnie w tym przypadkowym pisuarze, który służył jej teraz za więzienie.


Gdy w pół godziny później trochę otrzeźwiałem, postanowiłem pomóc Marceli wydostać się z szafy. Nieszczęsna dziewczyna była w rozpaczy, trzęsła się z gorączki i szczękała zębami. Dostrzegłszy mnie, chorobliwie się przestraszyła. Byłem blady, poplamiony krwią, dziwacznie ubrany. Pijane i obnażone ciała spoczywały za mną w dzikim nieładzie. Szczątki szkła poraniły do krwi dwie osoby, jakaś dziewczyna wymiotowała; ogarnął nas tak szaleńczy śmiech, że jedni zlewali się na ubrania, drudzy na fotele, trzeci na podłogę; biorący się stąd zapach krwi, spermy, uryny i wymiocin napawał zgrozą, ale jeszcze bardziej przeraził mnie krzyk, jaki wyrwał się z gardła Marceli. Winienem dodać, że Simona spała z gołym brzuchem, z ręką w futerku, ze spokojem na twarzy.

Spojrzawszy na mnie raz jeszcze Marcela, choć rzuciła się na oślep z nieartykułowanym rzężeniem, cofnęła się jak przed śmiercią; odeszła od zmysłów i skazała nas na litanię nieludzkich okrzyków.

To dziwne, krzyki dodały mi animuszu. Musiał ktoś się pojawić, było to nieuniknione. Nie starałem się uciec, pomniejszyć skandal. Przeciwnie - zacząłem otwierać drzwi.

Co za niesłychany spektakl i radość! Wyobraźcie sobie krzyki, wrzaski, niestosowne groźby rodziców wchodzących do pokoju: w zapalczywych zawodzeniach i spazmatycznych jękach przywoływany był sąd przysięgłych, galery i szafot. Współtowarzysze zbrodni także zaczęli krzyczeć. Póki nie powstał szaleńczy rozbłysk wrzasków i łez - rzec by można, że zapłonęły pochodnie.

A mimo wszystko - jakież to obrzydliwe! Zdawało mi się, że nic nie zakończy tragikomicznego rozpasania tych szaleńców! Marcela, ciągle goła, gestykulując, przekładała na wrzask niemożliwe do zniesienia cierpienie moralne i zgrozę. Otoczona ramionami, które na próżno starały się nad nią zapanować, gryzła - widzieliśmy to - swą matkę w twarz.

Wtargnięcie rodziców zniweczyło w niej resztki rozsądku. Trzeba było wezwać policję. Cała dzielnica była świadkiem niesłychanego skandalu.

ZAPACH MARCELI

Rodzice nie dawali znaku życia. Mimo to myślałem, że na wszelki wypadek nie od rzeczy będzie zmykać przed wściekłością ojca, skończonego idioty i katolika. Wróciłem chyłkiem do willi, żeby zebrać odpowiednią ilość pieniędzy. Pewien, że będą mnie szukać wszędzie, tylko nie tu, zanurzyłem się w pokoju ojca. Zabawiłem we wsi do dziesiątej wieczorem, zostawiając na matczynym sekretarzyku te słowa:

"Bądźcie łaskawi nie wysyłać za mną policji. Zabieram rewolwer. Pierwsza kula trafi w żandarma, druga we mnie."

Nigdy nie zależało mi na tym, co nazywają pozą. Chciałem tylko nastraszyć rodzinę, śmiertelnego wroga skandalu. Ale lekką ręką, nie bez uśmiechu, napisawszy te słowa, uznałem, że niezgorzej będzie wsunąć do kieszeni rewolwer ojca.

Prawie całą noc wędrowałem wzdłuż morza, choć ze względu na załomy wybrzeża nie oddaliłem się za bardzo od X. Chciałem wyczerpać siły w marszu - moje majaki mimo woli układały się w obrazy Simony, Marceli. Stopniowo narastała we mnie myśl, aby popełnić samobójstwo, ale gdy brałem do ręki rewolwer, takie słowa jak nadzieja czy rozpacz, ostatecznie traciły znaczenie. Zmęczenie uświadomiło mi, że wbrew wszystkiemu muszę nadać jakiś sens własnemu życiu. Miałoby go ono tylko wówczas, gdybym uznał za pożądaną pewną liczbę zdarzeń. Przystałem na opętanie imionami: Simona, Marcela. Na próżno się śmiałem, w duchu niepokoiła mnie kapryśna kompozycja, gdzie moje najbardziej dziwaczne posunięcia bez ustanku krzyżują się z ich losem.

W dzień spałem w lesie. O zmroku poszedłem do Simony, przeskoczywszy mur znalazłem się w ogrodzie. Pokój mej przyjaciółki był oświetlony, rzuciłem kamykami w okno. Simona wyszła. Niemal bez słowa ruszyliśmy w kierunku morza. Cieszyło nas, żeśmy się odnaleźli. Robiło się ciemno, a ja od czasu do czasu podnosiłem sukienkę i brałem jej dupę do ręki - nie odczuwałem przy tym żadnej przyjemności. Simona usiadła, ja ległem u jej stóp, czułem, że będę płakał. W samej rzeczy, szlochałem długo na plaży.

- Co jest? - rzekła Simona.

Trąciła mnie dla zabawy. Stopa uderzyła o rewolwer w kieszeni. Ogłuszająca detonacja wyrwała nam krzyk z gardeł. Nie byłem ranny; stałem, jak gdybym wkroczył w zaświaty. Simona natomiast była blada i roztrzęsiona.

Tego dnia nie mieliśmy chęci na branzlowanie się.

Natomiast całowaliśmy się długo w usta, co się nam dotąd jeszcze nie zdarzyło.

Tak minęło kilka dni. Wracaliśmy późną nocą. Spaliśmy w jej pokoju, gdzie ukrywałem się do zmroku. Simona przynosiła mi jedzenie. Jej matka, wyzbyta autorytetu (w dzień skandalu, ledwie usłyszała wrzaski, czmychnęła z domu), godziła się na wszystko. Natomiast u służby pieniądze podtrzymywały od dawna uwielbienie Simony.

Od służby też dowiedzieliśmy się, że Marcelę zamknięto u czubków. Od pierwszej chwili przedmiotem naszej troski stała się wyłącznie ona, jej obłęd, samotność jej ciała, dotarcie do niej, a może i uwolnienie.

Próbowałem raz Simonę wziąć siłą.

- Głupek! - krzyknęła - Nie, mały, to mnie nie interesuje, w łóżku, jak matrona! Z Marcelą...

- Jak to? - powiedziałem zawiedziony, ale w głębi duszy przyznawałem jej rację.

Na powrót rozczuliła się i rzekła rozmarzonym głosem:

- ...kiedy zobaczy, jak się kochamy... posika się... tak... 

Czarowny płyn jął spływać po moich nogach. Kiedy skończyła, ja z kolei ją podlałem. Stanąłem nad jej głową i upaćkałem twarz spermą. Zbrukana, doznała szaleńczego orgazmu. Wdychała nasz szczęśliwy zapach.

- Czujesz Marcelę? - rzekła, wychylając nos spod mojej mokrej jeszcze dupy.

Ogarniała nas często bolesna żądza stosunku. Nie pojawiała się już jednak myśl, aby nie czekać na Marcelę, której wrzask przepełniał nam uszy i łączył się z mrocznymi pragnieniami. W tej sytuacji pożądanie zmieniało się w koszmar. Uśmiech Marceli, jej młodość, jej szlochy, wstyd, który kazał rumienić się i - choć biły z niej krwawe poty - zdejmować sukienkę, ofiarowywać krągłe pośladki nieczystym ustom, obłęd, zmuszający ją do zamknięcia się w szafie, do tak zapamiętałego rozkoszowania się sobą, że nie mogła powstrzymać się od sikania - wszystko to wykoślawiło, rozjątrzało nieustannie nasze żądze. Simona, której zachowanie podczas skandalu było bardziej infernalne niż zwykle (nawet się nie okryła, przeciwnie, miała rozwarte nogi), nie potrafiła zapomnieć, że jej nieprzewidziany orgazm wynikły z własnej nieprzyzwoitości, z wycia, z nagości Marceli wielokrotnie przekroczył wszystko, co dotąd sobie wyobrażała. Jedynie kiedy obraz Marceli w gniewie, delirium czy w rumieńcach wtrącał ją w przygnębienie, dupa Simony otwierała się przede mną. Czyż świętokradztwo musi uczynić każdą rzecz zasadniczo ohydną i haniebną?

Zresztą bagniste rejony dupy - przypominają one może tylko wejścia w wezbrane wody i nawałnicę, bądź duszące wyziewy wulkanów i uaktywniają się, jak nawałnice i wulkany, wraz z nieszczęściem - te rozpaczliwe rejony, w które Simona, z zapowiadającym nowe gwałty spokojem, pozwalała mi się wpatrywać niczym w hipnozie, stanowiły odtąd dla mnie podziemne królestwo Marceli torturowanej w więzieniu i wydanej na pastwę koszmarów. Nie pojmowałem już nic - do tego stopnia orgazm pustoszył twarz dziewczyny wśród łkania i krzyków.

Natomiast Simona, kiedy spuszczałem się, razem ze spermą widziała obficie zbroczone usta i dupę Marceli.

- Mógłbyś jej smagać twarz smarkami - powiedziała, babrząc w dupie, "żeby się kurzyło".

SŁONECZNA PLAMA

Inne kobiety bądź mężczyźni zupełnie nas nie interesowali. Myśleliśmy tylko o Marceli i dziecinnie roiliśmy sobie jej dobrowolne powieszenie, pokątny pogrzeb, żałobne mary. Któregoś wieczoru, wywiedziawszy się o drogę, ruszyliśmy rowerami do zakładu, gdzie zamknięto naszą przyjaciółkę. Przez godzinę przebyliśmy prawie dwadzieścia kilometrów, jakie oddzielały nas od otoczonego parkiem zamku, stojącego samotnie na górującej nad morzem skale. Wiedzieliśmy, że Marcela jest w pokoju nr 8, ale żeby tam dotrzeć, trzeba było wejść do środka. Zostawała tylko nadzieja, że wejdziemy do pokoju przez okno, przepiłowawszy kraty. Nie wiedzieliśmy, jak go rozpoznać, ale nagle naszą uwagę przykuła dziwna zjawa. Przeskoczyliśmy już mur i byliśmy w parku, gdzie gwałtowny wicher targał drzewami i wtedy ujrzeliśmy, jak otwiera się okno na parterze i jakiś cień przytwierdza prześcieradło do jednej z krat. Prześcieradło zaczęło łopotać na wietrze, okno zamknęło się, nim rozpoznaliśmy widmo.

Trudno wyobrazić sobie łopot olbrzymiego białego prześcieradła szarpanego przez wichurę - czymże był wobec niego huk morza i wiatru! Pierwszy raz widziałem Simonę zatrwożoną czymś, co nie jest jej własnym bezwstydem; z bijącym sercem przywarła do mnie i utkwiła oczy we wściekającej się pośród nocy zjawie jak gdyby sam obłęd podniósł banderę nad owym posępnym zamczyskiem.

Staliśmy bez ruchu, Simona skulona w mych objęciach, ja na pół oszalały. Naraz wiatr rozdarł chmury, a księżyc oświetlił z rewelacyjną precyzją tak osobliwy i poruszający szczegół, że szloch ścisnął gardło Simony: prześcieradło, z ogłuszającym hukiem napinane przez wiatr, pośrodku zbrukane było olbrzymią mokrą plamą, przez którą na wskroś prześwitywało światło księżyca...

W chwilę potem chmury znów zakryły księżycową tarczę; wszystko pochłonęła ciemność.

Stałem z zapartym tchem, z rozwianymi przez wiatr włosami, jak nieszczęśnik płacząc nad sobą, tymczasem Simona, upadłszy na trawę, po raz pierwszy pozwoliła sobie szukać wybawienia w wielkim płaczu dziecka.

 

Tak, to była nasza nieszczęsna przyjaciółka, to bez wątpienia Marcela otworzyła ciemne okno, to ona przytwierdziła do krat więzienia ów halucynacyjny sygnał wołania o pomoc. Widocznie musiała branzlować się w łóżku z takim zapamiętaniem, że się zlała; widzieliśmy, jak potem przyczepiała prześcieradło do krat, żeby wyschło.

Nie wiedziałem, co mam począć w tym parku wobec fałszywej świątyni rozkoszy bez klamek. Odszedłem, zostawiając Simonę na trawniku. Miałem ochotę przez chwilę być sam, ale dojrzałem, że uchylone jest nie zakratowane okno na parterze. Odbezpieczyłem rewolwer w kieszeni i wszedłem do środka - był to najzwyczajniejszy salon. Dzięki kieszonkowej latarce przeszedłem do przedpokoju, a potem na schody. Nic nie widziałem, nigdzie nie zmierzałem - pokoje nie były numerowane. Zresztą, opętany, nie byłem w stanie zrozumieć czegokolwiek, w pierwszej chwili nie wiedziałem nawet, dlaczego zdejmuję spodnie i kontynuuję w koszuli mą przerażającą wyprawę. Zdjąłem po kolei całe ubranie i położyłem je na krześle, zostając tylko w skarpetkach. Z latarką w prawej dłoni, w lewej z rewolwerem, szedłem na oślep. Pod wpływem lekkiego hałasu zgasiłem światło. Stałem bez ruchu, wsłuchując się w swój nieregularny oddech. Kiedy minęły długie minuty trwogi i nie usłyszałem niczego, zapaliłem latarkę; słaby krzyk nakłonił mnie do tak gwałtownej ucieczki, że zapomniałem o ubraniu na krześle.

Ktoś szedł za mną; jak najszybciej chciałem wziąć nogi za pas; wyskoczyłem przez okno i skryłem się w alei. Gdy się odwracałem, naga kobieta wspięła się na parapet; jak ja wyskoczyła do parku i biegiem uciekła w stronę cierni.

Czy mogło być coś dziwaczniejszego, podczas owych chwil trwogi, niż moja smagana wiatrem nagość w alei nieznanego ogrodu? Zdawało mi się, że porzuciłem już Ziemię, tym bardziej, że ciepły wicher szeptał zaproszenie. Zastanawiałem się, co zrobić z rewolwerem, skoro nie miałem już kieszeni. Ruszyłem w ślad za ujrzaną kobietą, jak gdybym chciał ją zabić. Huk wściekłych żywiołów, łopot drzew i prześcieradła dopełniały pomieszania. I me zamiary, i me gesty były całkowicie niepojęte.

Zatrzymałem się; dotarłem do zarośli, gdzie przed chwilą zniknął cień. Podniecony, z rewolwerem w dłoni, rozglądałem się wokół siebie; naraz moje ciało otworzyło się - zaśliniona ręka chwyciła mnie za laskę, i branzlowała, lepki i żarliwy pocałunek wnikał w intymność dupy, naga pierś, nagie kobiece nogi lgnęły do moich nóg z dreszczem orgazmu. Ledwie zdążyłem odwrócić się, by plunąć Simonie spermą w twarz; z rewolwerem w dłoni, wstrząsany dreszczami godnymi porywów wichury, szczękając zębami, z wargami pokrytymi pianą, z naprężonymi ramionami, dłońmi, konwulsyjnie ściskałem broń, aż - wbrew mej woli - wybiegły w stronę zamku trzy ślepe i przeraźliwe strzały.

 

Gdyśmy się rozdzielili - Simona i ja - upojeni i odprężeni legliśmy w poprzek murawy jak psy. Zbyt rozpasany był wicher, aby detonacje zbudziły mieszkańców zamku. Choć kiedy spojrzeliśmy w okno, gdzie łopotało prześcieradło, i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jedna kula rozgwieździła szybę, ujrzeliśmy nagle, że ktoś otwiera napoczęte okno i ponownie zjawia się cień.

Przygnębieni, jak gdyby brocząca krwią Marcela miała umierać na naszych oczach w tej ramie, staliśmy na wprost nieporuszonej zjawy. Nie mogliśmy nawet zawołać do niej, tak wściekał się wiatr.

- Co zrobiłaś z ubraniem? - zapytałem Simonę po chwili.

Odpowiedziała, że szukała mnie, a nie mogąc znaleźć, w końcu jak ja weszła do środka zamku. Ale nim przekroczyła okno, rozebrała się wyobrażając sobie, że będzie "bardziej wolna". Kiedy zaś przestraszona przeze mnie w ślad za mną uciekła, nie mogła już znaleźć sukienki. Pewnie porwał ją wiatr. Cały czas gapiła się na Marcelę i nie przyszło jej do głowy zapytać, czemu i ja jestem goły.

Panienka z okienka zniknęła. Chwila ta trwała wieki: zapaliła światło w pokoju, a potem wyszła odetchnąć świeżym powietrzem i spojrzała w kierunku morza. Jej blade i gładkie włosy czesał wiatr, widzieliśmy rysy twarzy - nic się nie zmieniła; jedynie zwierzęca niepewność spojrzenia kłóciła się z dziecinną jeszcze prostotą. Wyglądała bardziej na trzynaście niż na szesnaście lat. Jej ciało w lekkiej koszuli nocnej było drobne lecz pełne, jędrne i bez blasku - piękne niczym jej martwe spojrzenie.

Kiedy nas w końcu zauważyła, zdziwienie zdawało się przywracać jej życie. Krzyknęła, ale nic nie usłyszeliśmy. Dawaliśmy jej znaki. Zaczerwieniła się po uszy. Simona, bliska łez, gdy ja czule gładziłem jej czoło, przesyłała całusy, na które tamta odpowiadała bez uśmiechu. W końcu ręka Simony powoli zsunęła się wzdłuż brzucha ku futerku. Marcela zrobiła tak samo i, postawiwszy stopę na parapecie, pokazała nogę ubraną aż do jasnej kępki w białą jedwabną pończochę. Dziwne - miała biały pas i białe pończochy, ciemna Simona natomiast, której dupę forsowałem ręką, czarny pas i czarne pończochy.

Dziewczyny podniecały się krótkimi i gwałtownymi ruchami, twarzą w twarz pośród burzliwej nocy. Stały nieruchomo prawie i w napięciu, ze wzrokiem zakrzepłym w nieskrępowanej rozkoszy. Naraz jak gdyby niewidzialne monstrum wyrwało Marceli kratę, którą trzymała prawą dłonią - ujrzeliśmy, jak w szale pada na wznak. Zostało tylko puste okno, prostokątny otwór przebity w czerni nocy, otwierający przed naszymi oczami prześwit na złożony z jutrzenki i gromu świat.

STRUŻKA KRWI

Uryna kojarzy mi się z saletrą, grom zaś, nie wiem czemu, z antycznym fajansowym nocnikiem zostawionym w czasie jesiennej pluchy na cynkowym dachu prowincjonalnej pralni. Od pierwszej nocy w zakładzie zamkniętym te tworki wyobraźni połączyły się w mrocznej części rnego ducha z wilgotną płcią i upokorzonym obliczem Marceli. Jednakże ten pejzaż wyobraźni zalewała z nagła strużka światła i krwi: Marcela istotnie nie potrafiła szczytować bez zalewania się - nie krwią, ale bryzgiem jasnej, a nawet w moich oczach świetlistej uryny. Ów bryzg, najpierw gwałtowny, przerywany jak czkawka, stopniowo słabnący, zbiegał się z przypływem nieludzkiej rozkoszy. W takim razie nic dziwnego, że najmniej uczęszczane i najbardziej oślizłe rejony marzeń są jedynie namolną suplikacją - odpowiadają uporczywemu oczekiwaniu rozbłysku, podobne w tym wizji oświetlonej dziury pustego okna w momencie, gdy Marcela, upadłszy na podłogę, zalewała ją bez końca.

Tamtej nocy, w burzy bez deszczu, skroś wrogą ciemność, trzeba było uciekać z zamku i kluczyć jak zwierzętom, Simonie i mnie - bez ubrań, z pogrążoną w melancholii wyobraźnią, którą oczywiście znów gnębiła Marcela. Nieszczęsna więźniarka stanowiła wcielenie smutku i gwałtowności, jakie bezustannie skłaniały nasze ciała ku rozpasaniu. W chwilę potem (odnalazłszy rowery) mogliśmy ofiarować sobie jedynie irytujący, teoretycznie głupi spektakl nagiego i nadzianego na pojazd ciała. Pedałowaliśmy szybko, bez śmiechu i rozmów, wspólnie zamknięci w bezwstydzie, zmęczeniu, w absurdalności.

Umieraliśmy ze zmęczenia. Pośrodku wybrzeża zatrzymał Simonę atak dreszczy. Spływaliśmy potem, ale Simona drżała z zimna, szczękając zębami. Zdjąłem zeń wówczas pończochę, aby otrzeć ciało - miała ciepły zapach, właściwy łożom śmierci i łożom rozpusty. Powoli wracała do mniej żałosnego stanu i ofiarowała usta na znak, że mnie poznaje.

Trawił mnie wielki niepokój. Byliśmy jeszcze dziesięć kilometrów od X., a w stanie, w jakim się znajdowaliśmy, należało za wszelką cenę dojechać przed świtem. Z trudem utrzymywałem się na nogach, postradawszy nadzieję, że ujrzę finał owej przejażdżki w niemożliwość. Tak odległy był czas, gdy porzuciliśmy realny świat, gdzie chodzą ubrani ludzie, że zdawał się nie do odzyskania. Ta osobista halucynacja rozwijała się teraz z podobnym brakiem ograniczeń, jak - na przykład - zbiorowy koszmar ludzkiej społeczności na ziemi, w powietrzu i w niebie.

Skórzane siodełko przyklejało się do dupy Simony, która fatalnie branzlowała się kręcąc nogami. W moich oczach tylne koło niknęło w szparze nagiego tyłka cyklistki. Szybki ruch obrotowy koła upodabniał się zresztą do mojego łaknienia, do erekcji, która wciągnęła mnie w otchłań przyklejonej do siodełka dupy. Wiatr ustał nieco, część nieba pokryły gwiazdy, przyszło mi na myśl, że gdyby śmierć, będąca jedynym kresem erekcji, zabrała Simonę i mnie, wszechświat naszej osobistej wizji zastąpiłyby czyste gwiazdy, na zimno realizujące to, co widzę jako granicę swojej rozpusty - geometryczne (między innymi koincydencja życia i śmierci, bytu i nicości) i oślepiająco doskonałe rozżarzenie do białości.

Ale obrazy te pozostawały w przekornym związku z przedłużającym się stanem wyczerpania i absurdalną sztywnością członka. Trudno było dojrzeć Simonie tę sztywność, tym bardziej, że moja lewa noga podnosząc się co chwila go przykrywała. Mimo to miałem wrażenie, że jej oczy zwracają się w mroku ku owemu miejscu rozdarcia mego ciała. Branzlowała się na siodełku z coraz większym zapamiętaniem. Zatem nie mniej niż ja odczuwała burzę rozpętaną przez nagość. Słyszałem jej chrapliwe jęki; rozkosz dosłownie poniosła ją, a nagie ciało spadło ze skarpy przy brzęku żelastwa toczącego się po kamieniach.

Leżała nieruchomo, ze zwisającą głową; cienka strużka krwi spłynęła w spoidło warg. Podniosłem rękę, ale się osunęła. Padłem na to nieżywe ciało, drżąc ze zgrozy, kiedy je ściskałem, wbrew woli przeszył mnie spazm, a grymas dolnej wargi odsłonił zęby, jak u idiotów.

Simona powoli wracając do życia ruszyła się i to mnie obudziło. Wyrwałem się z półsnu, w jaki wtrąciła mnie depresja, gdy sądziłem, że bezczeszczę zwłoki. Żadna rana, żadna wybroczyna nie piętnowała jej ciała, dalej ubranego jedynie w pas na podwiązki i jedną pończochę. Wziąłem ją na ręce i niosłem drogą nie zdając sobie sprawy z wysiłku; starałem się iść jak najszybciej (zaczynało świtać). Jedynie nadludzki zryw pozwolił mi dotrzeć do willi i szczęśliwie złożyć cudowną przyjaciółkę w łóżku.

Twarz miałem lepką od potu. Oczy nabiegły mi krwią, płonęły uszy, szczękałem zębami, ale ocaliłem tę, którą kochałem, myślałem, że rychło znów ujrzymy Marcelę; toteż zlany potem i pokryty pręgami zlepionego kurzu ległem obok ciała Simony i bez skargi wydałem siebie na pastwę długich koszmarów.

SIMONA

Po niezbyt groźnym wypadku Simony nastąpił okres spokoju. Simona chorowała. Gdy zjawiała się jej matka, przechodziłem do łazienki. Korzystałem z okazji, aby się odlać czy wykąpać. Za pierwszym razem, gdy ta kobieta chciała tam wejść, została powstrzymana przez córkę.

- Nie wchodź - rzekła - jest tam nagi mężczyzna.

Simona bezzwłocznie wypraszała ją za drzwi, a ja znów rozsiadałem się w krześle obok łóżka. Paliłem, czytałem gazety. Niekiedy brałem na ręce trawioną gorączką Simonę - robiła przy mnie siusiu w łazience. Pieczołowicie podmywałem ją potem na bidecie. Była słaba, zatem, co oczywiste, nie dotykałem jej długo.

Niebawem odkryła przyjemność każąc mi wrzucać jajka do sedesu - jajka na twardo (te tonęły) i bardziej lub mniej wysączone skorupki. Siedziała nieruchomo, patrząc na nie. Wysadzałem ją na sedes - patrzyła między nogi na jajka pod dupą. Na koniec spuszczałem wodę.

Inna zabawa polegała na tłuczeniu jajka o brzeg bidetu i na wylewaniu go pod nią; raz ona sikała na jajko, innym razem ja wyskakiwałem ze spodni, aby zepchnąć je w głąb bidetu - przyrzekła mi, że kiedy wrócą jej siły, zrobi to samo przede mną, a potem przed Marcelą.

Wyobrażaliśmy sobie przy tym, że kładziemy Marcelę - podkasaną, ale w pończochach i w sukience - do na pół wypełnionej jajkami wanny; miażdżąc je robiłaby siusiu. Simona roiła nadto, że trzymam nagą Marcelę tyłkiem do góry, ze splecionymi nogami i głową na dół; wówczas ona, w ociekającym ciepłą wodą peniuarze, obcisłym, acz zostawiającym piersi na wierzchu, zasiadłaby na białym tronie. Drażniłbym jej piersi, ujmując sutki w lufę regulaminowo nabitego rewolweru, z którego przed chwilą padł strzał, co przede wszystkim wstrząsnęłoby nami, a - po drugie - przydałoby rewolwerowi zapachu prochu. W tym czasie ona polewałaby śmietanką szary odbyt Marceli; posikałaby się pewnie w peniuar, a gdyby peniuar się rozchylił, na plecy i głowę Marceli, którą ze swej strony też mógłbym obsikać. Wówczas Marcela trzymająca się nogami mojej szyi oblałaby mnie. Mogłaby również wziąć sikającego kutasa do ust.

Po takich rojeniach Simona prosiła, abym przenosił pościel w pobliże sedesu, nad którym pochylała twarz, opierała się ramionami na brzegu miski, aby wbić w jajka wielkie otwarte oczy. Kładłem się obok niej, stykały się nasze skronie, policzki. Długotrwała kontemplacja uspokajała nas. Gulgot spłuczki wyrywał Simonę z zamyślenia: wyzwalała się z obsesji i wracał jej dobry humor.

Wreszcie któregoś dnia, gdy ukośne promienie słońca o szóstej wieczorem oświetlały łazienkę, na wpół wypite jajko porwała woda; wypełniło się z dziwacznym odgłosem i zatonęło na naszych oczach. Ten wypadek miał dla Simony najwyższy sens, wyprężyła się i długo szczytowała, wypijając - by tak rzec - me oko wargami. Potem, uparcie cyckając moje oko jak pierś, usiadła, przyciągnęła moją głowę i nasikała na pływające jajka z wołającym o pomstę do nieba wigorem i satysfakcją.

Mogłem odtąd uważać ją za wyleczoną. Objawiła swą radość rozmawiając długo na intymne tematy, podczas gdy zwykle nie mówiła ani o sobie, ani o mnie. Wyznała ze śmiechem, że przed chwilą miała ochotę ulżyć sobie do końca, powstrzymała ją tylko chęć przedłużenia rozkoszy. Żądza przepełniała jej brzuch, czuła, że dupę ma pełną jak kwiat przed rozkwitaniem. Trzymałem akurat rękę w szparze; prosiła, żeby już tak zostało, że to bezgranicznie słodkie. A kiedym ją zapytał, z czym kojarzy sobie słowo uryna, odpowiedziała: użyna, oczy, brzytwą, coś czerwonego, słońce. A jajko? Oko wołu, z racji koloru łba, a poza tym białko jest białkówką, a żółtko źrenicą. Oko przypomina dokładnie kształtem jajko. Prosiła mnie, żebym, kiedy już wyjdziemy z domu, rozbijał jajka w powietrzu, pod słońce, strzałami z rewolweru. Wydawało mi się to niemożliwe, ale ona obstawała przy swoim, wynajdując zabawne przyczyny, Śmiesznie bawiła się słowami, mówiąc raz stłuc oko, innym razem wyłupić jajko, podczas tych niemożliwych do obrony wywodów.

Dodała, że zapach dupy, pierdnięcia, łączy z zapachem prochu, a bryzg uryny z "wystrzałem przypominającym światło". Jej pośladki były jak obrane jajka na twardo. Kazaliśmy przynieść jajka mollet, ciepłe i bez skorupek, do siedzenia; przyrzekła mi, że za chwilę ulży sobie do końca na jajkach. Trzymałem dalej rękę w jej dupie, tak jak chciała, i to wyznanie rozpętało w nas burzę.

Trzeba dodać, że pokój chorego jest doskonałym miejscem, żeby odnaleźć dziecięcą lubieżność. Oczekując na jajka ssałem pierś Simony. Ona głaskała mnie po głowie. Jajka przyniosła jej matka. Nie przerywałem sądząc, że to pokojówka. Kiedy poznałem ją po głosie, nie ruszyłem się, nie mogąc już, choćby na moment, oderwać się od piersi; ściągnąłem spodnie tak naturalnie, bez ostentacji, jak gdybym chciał się załatwić. Pragnąłem, aby wyniosła się wraz z radością przekraczania wszystkich granic. Kiedy matka wyszła z pokoju, zaczęło się ściemniać. Zapaliłem światło w łazience. Simona siedziała na sedesie, każde z nas jadło ciepłe jajko, głaskałem ciało mej przyjaciółki, toczyłem po nim jajka, spychałem w szparę pośladków. Simona przyglądała się im jakiś czas - tonącym, bladym i ciepłym, oskubanym i pod jej tyłkiem jak gdyby nagim - a potem zatapiała do końca; owe odgłosy przypominały spadające jajka na miękko.

Muszę dodać jeszcze, że odtąd nic w tym rodzaju nie miało między nami miejsca; prócz jednego razu nigdyśmy już o jajkach nie rozmawiali. Kiedy je widzieliśmy, nie mogliśmy spojrzeć na siebie bez rumieńców, z niemym pytaniem w oczach.

Koniec opowieści pokaże, że pytanie nie mogło zostać bez odpowiedzi, odpowiedź zaś będzie miarą pustki, jaka otwarła się w nas przez zabawy z jajkami

MARCELA

Simona i ja unikaliśmy wszelkich aluzji do wspólnych obsesji. Słowo jajko zostało wykreślone ze słownika. Nie rozmawialiśmy już o naszej wzajemnej skłonności. Tym bardziej o tym, czym w naszych oczach była Marcela. Póki trwała choroba Simony, siedzieliśmy w pokoju oczekując dnia, gdy będziemy mogli powrócić do Marceli, z takim zdenerwowaniem, jakie w szkole poprzedzało dzwonek na przerwę. Mimo wszystko zdarzało się nam wyobrażać sobie ten dzień. Przygotowałem linkę, drabinkę sznurową i piłkę do metalu, a Simona pieczołowicie je wypróbowała. Przyprowadziłem rowery ukryte w zaroślach, troskliwie je naoliwiłem, a w swoim zamocowałem parę nosków, bo chciałem ciągnąć jedną z dziewczyn za sobą. Nie sprawiało żadnych trudności, przynajmniej przez jakiś czas, przechowanie Marceli, tak jak i mnie, w pokoju Simony.

Zanim Simona mogła się wybrać ze mną do lecznicy, minęło sześć tygodni. Wyjechaliśmy nocą. W dalszym ciągu nie chciałem pokazywać się w dzień, a mieliśmy masę powodów, żeby nie zwracać niczyjej uwagi, jak najszybciej starałem się dotrzeć do miejsca, które niejasno uważałem za nawiedzony zamek, bo słowa "dom wariatów" i "zamek" łączyły się w mej pamięci ze wspomnieniem prześcieradła - zjawy i milczącym schronieniem, pełnym szaleńców. To dziwne, miałem wrażenie, że wracam do siebie, podczas gdy wszędzie czułem się nieswojo.

Odczucie to potwierdziło się, gdy przeskoczyłem przez mur i budowla odsłoniła się przed nami. Jedynie okno Marceli było oświetlone, otwarte na oścież. Kamyki ze ścieżki, wrzucone do pokoju, zwróciły uwagę dziewczyny, poznała nas i zastosowała się do naszej wskazówki, do palca na ustach. Natychmiast pokazaliśmy jej drabinkę sznurową, aby wiedziała o naszych zamiarach. Rzuciłem linkę obciążoną ołowiem. Odrzuciła ją przez kraty. Wszystko szło jak z płatka: sznur został zarzucony, przymocowany, wspiąłem się na okno.

Marcela zrazu cofnęła się, gdy chciałem ją pocałować. Przyglądała się z najwyższą uwagą, jak nacinam kraty pilnikiem. Poprosiłem łagodnie, aby się ubierała, bo pójdzie z nami; miała na sobie płaszcz kąpielowy. Odwróciwszy się plecami naciągnęła jedwabne pończochy i przyczepiła je do pasa z żywoczerwonych wstążek, podkreślającego tyłek o zadziwiającej czystości i delikatności skóry. Dalej piłowałem, biły ze mnie poty. Marcela narzuciła koszulkę na plecy, prostota ich linii gwałtownie kulminowała w tyłku, uwydatnionym przez nogę postawioną na krześle. Nie włożyła majtek. Ubrała się w szarą plisowaną spódniczkę z wełny i pulower w czarno - biało - czerwoną kratkę. Tak ubrana, w pantoflach na płaskim obcasie, siadła przy mnie. Mogłem jedną ręką gładzić jej piękne proste włosy, tak jasne, że aż białe. Patrzyła na mnie z uczuciem; zdawała się ją podniecać ma niema radość.

- Weźmiemy ślub, nie? - rzekła w końcu. - Tutaj jest źle, boli... 

Ani przez moment nie pomyślałem wówczas, że nie poświęcę reszty swych dni owemu nierealnemu zjawisku. Długo całowałem jej czoło i włosy. Kiedy przypadkowo zsunęła rękę na moje udo, spojrzała szeroko otwartymi oczyma, ale zamiast ją cofnąć, pogłaskała mnie obojętnie przez ubranie.

Plugawa krata ustąpiła po wielu wysiłkach. Rozsunąłem ją ze wszystkich sił, żeby zrobić wyjście. Marcela rzeczywiście wyszła, kazałem jej schodzić, wspomagając ręką wsuniętą między nagość ud. Na dole skuliła się w moich ramionach i pocałowała w usta. Simona - leżąc u jej stóp z oczami mokrymi od łez - obejmowała nogi, całowała w uda; początkowo wystarczało jej, że może przytulić do nich policzek, ale, że nie zdołała powstrzymać dreszczu rozkoszy, rozwarła jej ciało i łapczywie całowała przywarłszy wargami do sromu.

Mieliśmy świadomość - Simona i ja - że Marcela nie rozumie, co się stało. Cieszyła się, wyobrażając sobie zdumienie dyrektora "nawiedzonego zamku", kiedy ujrzy ją z mężem. Nie bardzo zdawała sobie sprawę z istnienia Simony, którą w żartach brała niekiedy za wilka z racji czarnych włosów, milczenia oraz tego, że moja przyjaciółka przywarła do jej nóg jak pies. Gdy wspominałem jej jednak o "nawiedzonym zamku", nie miała wątpliwości, że chodzi o dom, gdzie żyła w zamknięciu, a ledwie pomyślała o tym, zgroza odpychała ją ode mnie, jak gdyby jakaś zjawa wychynęła z ciemności. Spojrzałem na nią z troską, a ponieważ już wówczas miałem ostre rysy, napędziłem jej strachu. Prawie w tej samej chwili poprosiła mnie, abym jej strzegł, gdy powróci Kardynał.

Leżeliśmy w świetle księżyca na skraju lasu, bo chcieliśmy odpocząć po drodze, a jeszcze bardziej pragnęliśmy oglądać i całować Marcelę.

- Kto to Kardynał? - zapytała Simona.

- Ten, co mnie zamknął w szafie - powiedziała Marcela.

- Czemu Kardynał? - krzyknąłem. 

Odpowiedziała w jednej chwili:

- Bo to ksiądz gilotyny.

Przypomniał mi się jej strach, gdy otworzyłem szafę; miałem na głowie czapkę frygijską, krzykliwie czerwony fragment karnawałowego kostiumu. Co więcej, byłem umazany krwią z ran dziewczyny, z którą się całowałem. 

A zatem "Kardynał, ksiądz gilotyny" w przestrachu Marceli utożsamił się z ociekającym krwią katem, odzianym w czapkę frygijską; osobliwa koincydencja pobożności i zgrozy, właściwa dewotkom, tłumaczyła to pomieszanie - dla mnie wiąże się ono z niezaprzeczalnym okrucieństwem jak i z trwogą, którą nieustannie budzi we mnie konieczność mych działań.

OTWARTE OCZY ZMARŁEJ

Poruszyło mnie to odkrycie. Simona też była poruszona. Marcela drzemała mi na piersi. Nie wiedzieliśmy, co robić. Podniesiona spódnica ukazywała futerko między czerwonymi wstążkami u zbiegu długich nóg. Ta milcząca, bezwładna nagość przekazywała nam rodzaj ekstazy - jedno tchnienie przemieniłoby nas w światło. Leżeliśmy bez ruchu, pragnąc, aby ów bezruch trwał wiecznie, a Marcela zasnęła na wieki.

Wewnętrzna jasność nużyła mnie i nie wiem, jak by się potoczyły sprawy, gdyby nagle Simona lekko się nie poruszyła; rozwarła nogi, rozwarła je do końca i rzekła bezbarwnym tonem, że nie wytrzyma dłużej; trzęsąc się polała sukienkę; w tej samej chwili spuściłem się i ja w spodnie.

Wyciągnąłem się wówczas na trawie, położyłem łeb na płaskim kamieniu, a oczy utkwiłem w Drodze Mlecznej, w tym osobliwym prześwicie gwiezdnej spermy i niebiańskiej uryny w sklepieniu czaszki wszechświata; bez końca pojawiały się symetryczne obrazy: jawny fioł na grzbiecie nieba, pozornie złożony z amoniakalnych wyziewów, nabierających blasku w ogromie - w pustej przestrzeni, gdzie drą się jak kogut wśród nocnej ciszy... - jajko, wyłupione oko, mój zakuty łeb, leżący na kamieniach. Ohydne, absurdalne pianie koguta stanowiło odpowiednik mojego życia: to teraz Kardynał, z powodu fioła, czerwonego koloru, bezładnych krzyków, jakie wywołał w szafie, a zresztą kogutom ucina się łby...

 

Innym wszechświat wydaje się przyzwoity. Za przyzwoity uważają go przyzwoici ludzie, bo mają wykastrowane oczy. Dlatego lękają się obsceniczności. Nie doświadczają trwogi, gdy słyszą pianie koguta i widzą niebo gwiaździste nad sobą. Zgoda, mogą próbować i "cielesnych rozkoszy", pod warunkiem, że te będą mdłe.

Tak, odtąd nie miałem już wątpliwości: nie lubiłem tego, co zwie się "cielesną rozkoszą", albowiem jest mdła. Lubiłem to, co uważa się za "brudne". Zupełnie nie zadowalała mnie - przeciwnie - zwyczajna rozpusta, ponieważ bruka ona jedynie rozpustę, a nietkniętą zostawia wzniosłą i doskonale czystą istotę. Rozpusta, jaką znam, bruka nie tylko me ciało i myśli, ale i wszystko, co przedtem sobie wyobrażam, a zwłaszcza rozgwieżdżony wszechświat...

 

Księżyc kojarzę z miesięczną krwią, ze smrodem menstruacji. Kochałem Marcelę, ale nie płaczę po niej. Moja wina, że nie żyje. Jeśli nawet mam koszmary, jeśli zdarza mi się na całe godziny zamykać w piwnicy - bo myślę o Marceli - mimo wszystko gotów byłbym, na przykład, nurzać jej włosy, trzymając głową na dół, w klozetowej misce. Ale cóż, umarła, a moje życie sprowadza się już tylko do zdarzeń, które zbliżają mnie do niej wówczas, gdy się najmniej tego spodziewam. Inaczej nie potrafię dostrzec najmniejszego związku między zmarłą a mną, co powoduje, że większość swych dni przepędzam w nieuchronnej nudzie. 

Ograniczę się teraz do opowiedzenia, jak Marcela się powiesiła: poznała szafę i zaczęła szczękać zębami. Zrozumiała wówczas patrząc na mnie, że Kardynał to ja. Jako że wyła, nie było innego sposobu na uspokojenie jej, niż zostawić ją samą. Kiedy wróciliśmy do pokoju, wisiała wewnątrz szafy.

Przeciąłem sznur, była zupełnie martwa. Umieściliśmy ją na dywanie. Simona ujrzała, że mi stoi i zaczęła mnie branzlować; położyliśmy się na podłodze i całowałem ją obok trupa. Simona była dziewicą i trochę bolało, ale właściwie byliśmy szczęśliwi, że to sprawia nam ból. Kiedy Simona podniosła się i spojrzała na ciało, była tak dla mnie obca, jak obca była Marcela. Nie kochałem ani Simony, ani Marceli; gdyby ktoś mi powiedział, że przed chwilą umarłem, wcale nie byłbym zdziwiony. Wszystko się dla mnie skończyło. Patrzyłem na Simonę i podobało mi się - pamiętam dokładnie - że zaczęła się źle zachowywać. Trup zirytował ją. Nie mogła znieść, że podobna do niej istota nic już nie czuje. Drażniły ją zwłaszcza otwarte oczy. Zmoczyła spokojną twarz, zdawało się ją dziwić, że oczy się nie zamknęły. Wszyscy troje byliśmy spokojni, to całkiem pozbawiało nadziei. Wszelkie wyobrażenia o przygnębieniu łączą się dla mnie z tamtą chwilą i komiczną okolicznością, jaką stanowi śmierć. Nie przeszkadza to, bym myślał o tym bez sprzeciwu, a nawet z poczuciem współwiny. Prawdę mówiąc brak egzaltacji czyni rzeczy absurdalnymi; martwa Marcela bardziej mi była bliska niż żywa, jako że - moim zdaniem - byt absurdalny ma pełnię praw.

To, że Simona nasikała na nią - z przygnębienia, z irytacji - pokazuje, do jakiego stopnia byliśmy niezdolni do rozumienia śmierci. Simona, choć trwała w drżeniu i trwodze, w najmniejszej mierze nie odczuwała respektu. W naszym osamotnieniu tak bardzo uważaliśmy Marcelę za swoją własność, że nie widzieliśmy w niej podobnej innym zmarłej. Nie takimi miarami należało oceniać Marcelę. Sprzeczne impulsy, które władały nami, zneutralizowały się tego dnia, odebrały światło oczom. Umieściły natomiast w świecie, gdzie gesty są bez znaczenia - jak głos w bezdźwięcznej przestrzeni.

OBSCENICZNE ZWIERZĘTA

Aby oszczędzić sobie nużących przesłuchiwań, postanowiliśmy wyjechać do Hiszpanii. Simona liczyła na pomoc nadzianego Anglika, który zaproponował jej kiedyś, że ją porwie i będzie utrzymywał.

Opuściliśmy willę nocą. Nie było najmniejszych kłopotów z kradzieżą barki i lądowaniem na pustym skrawku hiszpańskiego wybrzeża.

Simona zostawiła mnie w lesie i ruszyła do San Sebastian. Wróciła pod wieczór pięknym wozem.

Powiedziała mi, że spotkamy Sir Edmonda w Madrycie, że przez cały dzień drobiazgowo wypytywał o śmierć Marceli, zmuszając nawet do robienia planów i szkiców. Na koniec wysłał służącego, żeby kupił manekina w peruce blond. Simona musiała sikać na manekina leżącego z otwartymi oczyma w pozycji Marceli. Sir Edmond nie tknął dziewczyny.

Po samobójstwie Marceli Simona dogłębnie się zmieniła. Nieustannie patrzyła w dal, można było pomyśleć, że przybywa z innego świata. Zdawało się, że wszystko ją nudzi. Z życiem łączyły ją tylko rzadkie, ale o ileż gwałtowniejsze niż niegdyś orgazmy. Nie bardziej przecież różniły się od zwyczajnych rozkoszy, niż, na przykład, śmiechy dzikusów różnią się od śmiechu ludzi cywilizowanych.

Simona otwierała znużone oczy dopiero na jakąś obsceniczną i smutną scenę...

Któregoś dnia Sir Edmond rozkazał, by zamknąć w niskim i ciasnym chlewiku bez okien małą i rozkoszną mewkę z Madrytu; ta padła, w staniku, w kałużę gnojówki, pod wymię maciory. Kiedy Sir Edmond bił konia, Simona pozwalała mi się długo całować, w błocie, u wrót.

Dziewczyna wymknęła się z rzężeniem, rękami chwyciła dupę tłukąc o ziemię okrutnie skręconą głową; czas jakiś pozostawała bez tchu, jej ręce ze wszystkich sił rozwierały dupę paznokciami, naraz rozdarła się i rozszalała na ziemi jak zarzynana kura, ze straszliwym hałasem kalecząc się o okucia drzwi. Sir Edmond dał jej do gryzienia nadgarstek. Bez końca wykrzywiał ją spazm, twarz brukała ślina i krew.

Po paroksyzmach zawsze kryła się w me ramiona; spoczywała, z dupą w moich wielkich dłoniach, bez ruchu i bez słów, jak - ponure - dziecko.

Mimo wszystko ponad owe obsceniczne intermedia, jakie Sir Edmond usilnie starał się nam prokurować, Simona ciągle przedkładała corridę. Pasjonowały ją trzy momenty akcji: pierwszy, kiedy zwierzę wpada jak bolid z zagrody niczym wielki szczur; drugi, kiedy rogi zanurzają się aż po czaszkę w boku kobyły; trzeci, kiedy absurdalna kobyła galopuje w poprzek areny, nie w porę wierzga i wypuszcza spomiędzy nóg zwój wnętrzności o prostackich kolorach, białych, różowych i perłowo-szarych. Gdy pękający pęcherz zostawiał nagle na piasku kałużę kobylego moczu, jej nozdrza drżały.

Od początku do końca corridy pozostawała w trwodze, lękając się - choć lęk był w istocie wyrazem nieprzezwyciężalnego pragnienia - że zobaczy, jak jeden z monstrualnych ciosów rogu, które porywczy byk wymierza bez przerwy, w gniewie, na ślepo, w nicość kolorowych szmat, wyrzuci torreadora w powietrze. Należy zresztą dodać, że kiedy co i rusz, bez żadnych przerw straszliwe zwierzę atakuje kapę, o włos od ciała torreadora, doświadcza się całkowitej, szczególnie powtórzonej iluzji miłosnego aktu. W podobny sposób odczuwa się zresztą bliskość śmierci. Te ciągi szczęśliwych zwrotów bywają rzadkie i rozpętują w tłumie prawdziwy obłęd, kobiety dostają orgazmu, tak napięte są mięśnie nóg i podbrzusza.

W związku z corridą Sir Edmond opowiedział pewnego dnia Simonie, że jeszcze niedawno prawdziwie męscy Hiszpanie, niedzielni torreadorzy, mieli w zwyczaju żądać od obsługi areny pieczonych jąder pierwszego byka. Kazali przynosić je na swe miejsca, to znaczy do pierwszego rzędu, i jedli oglądając śmierć następnego. W najwyższym stopniu zainteresowała Simonę ta opowieść: kiedy w następną niedzielę wybieraliśmy się na pierwszą wielką corridę w tym roku, zażyczyła sobie od Sir Edmonda jaj pierwszego byka. Było tylko jedno wymaganie, miały być na surowo.

- Ależ - rzekł Sir Edmond - co pani pocznie z surowymi jajami? Chyba ich nie zje?

- Mają być przede mną na talerzu - odparła.

OKO GRANERA

7 maja 1922 roku La Rosa, Lalanda i Granero mieli walczyć na arenach Madrytu. Balmonte z Meksyku, Lalanda i Granero to wielcy hiszpańscy matadorzy. Powszechnie uważano Granera za najlepszego. Dwudziestolatek, piękny, wysoki, o dziecięcej swobodzie bycia, zyskał już wielką popularność. Simona interesowała się nim; Sir Edmond zapowiedzią, że sławny zabójca zje z nami kolację po walce, sprawił jej wiele radości.

Granero różnił się od innych matadorów tym, że z wyglądu zupełnie nie przypominał rzeźnika, ale uroczego księcia, bardzo męskiego, cudownie smukłego. Kostium matadora podkreśla proste linie, podnoszące się sztywno niczym bryzg za każdym razem, gdy byk ociera się o ciało (dokładniej mówiąc, uwydatnia seks). Szkarłatna materia, błyszcząca w słońcu szpada i umierający byk, którego sierść dymi, ocieka potem i krwią, dopełniają metamorfozy i uwypuklają fascynujący aspekt fiesty. A wszystko to dzieje się pod gorącym niebem Hiszpanii, wcale nie barwnym i ciężkim jak mogłoby się zdawać, ale słonecznym, o świetlistej - łagodnej i poruszającej - przejrzystości; niekiedy nawet irrealnym, bowiem rozbłysk światła i intensywność upału powodują rozprzężenie zmysłów, a mówiąc dokładniej, łagodną wilgoć ciała.

Łączę tę wilgotną irrealność ze słonecznym rozbłyskiem na corridzie 7 maja. Jedyne przedmioty, jakie troskliwie zachowałem, to żółto-niebieski wachlarz i jarmarczna broszura poświęcona śmierci Granero. Kiedy wchodziłem na statek, waliza zawierająca te pamiątki wpadła do morza (Arab wyciągnął ją przy pomocy bosaka); są w bardzo złym stanie, ale choć wybrudzone i pomięte, wiążą z ziemią, z miejscem, z datą, to, co stanowi dla mnie już tylko rozpływającą się wizję.

Pierwszy byk, na którego jądra czyhała Simona, było to czarne monstrum; jego wypad z zagrody był tak piorunujący, że mimo wysiłków i krzyków wybebeszył trzy konie, zanim udało się poskromić jego bieg. Raz nawet podrzucił konia i jeźdźca, jak gdyby ofiarowywał ich słońcu; spadli z rogów z wielkim łomotem. W odpowiednim momencie wystąpił Granero: przyjmował go na kapę, byka ponosiła furia. Wśród szaleńczych owacji chłopak zatrzymał zwierzę: za każdym razem gdy bestia szarżowała na niego, o włos unikał straszliwego ciosu. Śmierć słonecznego monstrum nastąpiła niezauważenie. Gdy ofiara przyklęknęła chwiejnie jak pijak i z westchnieniem wyciągnęła nogi ku niebu, wybuchnęły nie kończące się owacje.

Simona, między Sir Edmondem a mną - jej podniecenie było równe mojemu - nie chciała siadać po owacjach. Bez słowa wzięła mnie za rękę i zaprowadziła na zewnętrzny podwórzec areny, gdzie królował zapach uryny. Chwyciłem Simonę za dupę, a ona pośpiesznie wyciągała mi kutasa. Weszliśmy do śmierdzących sraczy, gdzie maleńkie muszki brukały promienie słońca. Obnażywszy dziewczynę wsadziłem w jej oślizłe mięso, koloru krwi, różowego chuja; gdy zwiedzał tę świątynię miłości, wściekle drażniłem odbyt. Przy okazji zajęliśmy się rewoltą naszych ust.

Byczy orgazm nie może być silniejszy od tego, który rozdarł nas, przełamał, choć członek pozostał w ćwiartowanym, zalanym spermą sromie.

Bicia naszych serc - płomiennych i żądnych nagości - nie milkły. Wróciliśmy do pierwszych rzędów, Simona ze szczęśliwą dupą, ja ze sterczącym kutasem. Ale na miejscu, gdzie moja przyjaciółka winna była zasiąść, leżały na talerzu dwa nagie jądra; gruczoły o wielkości i kształcie jajka, perłowo-białe, różowe od krwi, podobne gałce ocznej.

- Jaja jak berety - rzekł Sir Edmond Simonie z lekkim akcentem angielskim.

Simona uklękła przed talerzem, który wprawił ją w wyjątkowe zakłopotanie. Była wściekła - wiedziała, czego chce, ale nie wiedziała, jak to zrobić. Podniosłem talerz, żeby usiadła. Wyrwała mi go z rąk, znów postawiła na siedzeniu.

- Idioto - powiedziała - chcę usiąść nago na talerzu.

- To niemożliwe - rzekłem - siadaj.

Zabrałem talerz i zmusiłem ją do siadania. Spojrzałem w twarz. Chciałem, żeby wiedziała, że ją rozszyfrowałem (myślałem o misce mleka). Nie potrafiliśmy już usiedzieć w miejscu. Niepokój udzielił się nawet zawsze spokojnemu Sir Edmondowi. Walki były marne, strachliwi matadorzy nie wytrzymywali nerwowo wobec zwierząt. Simona chciała siedzieć na słońcu; owionął nas opar światła i wilgotnego upału, wysuszający wargi.

W żaden sposób Simona nie mogła podwinąć sukienki i siąść dupą na jajach; cały czas trzymała talerz w dłoniach. Dalej chciałem ją całować, póki Granero nie wróci. Ale ona opierała się, wnętrzności koni wyłażące, jak mówiła, z wielkim hukiem, katarakty kiszek upajały ją (w tamtym czasie nie było jeszcze materaców chroniących brzuch koni).

Długotrwałe promieniowanie słoneczne wciągało nas w nierzeczywistość - a ta odpowiadała naszemu znużeniu, naszej bezsilnej żądzy nagości. Z wykrzywionymi pod wpływem słońca, łaknienia i zmysłowego pobudzenia twarzami wkraczaliśmy w ponure rozprzężenie, gdzie żywioły walczą ze sobą. Powrót Granera niczego nie zmienił. Byk był nieufny, walka toczyła się ospale.

Do tego, co nastąpiło potem, nie ma przejścia, jest to pozornie bez związku - choć rzeczy łączyły się między sobą, patrzyłem na nie jak nieobecny. W mgnieniu oka widzę, jak Simona, ku memu przerażeniu, nadgryza jądro, Granero rusza, wystawia czerwoną płachtę; za moment Simona, z głową we krwi, w przeraźliwie obscenicznej chwili, obnaża srom i wkłada drugie jądro do środka; powalony Granero przyparty do balustrady, rogi w przelocie uderzają w balustradę po trzykroć, jedno z uderzeń zanurza się w prawe oko i głowę. Nieziemski wrzask trybun zlał się ze spazmem Simony. Zmoczywszy kamienną płytę zachwiała się i upadła, oślepiło ją słońce, z nosa ciekła krew. Pojawili się jacyś ludzie, wyniesiono Granera.

Tłum na trybunach stał. Prawe oko trupa zwisało.

POD SŁOŃCEM SEWILLI

Dwie kule tego samego koloru i konsystencji zostały wprawione w sprzeczne i równoczesne ruchy. Białe jądro byka wnikało w "czarne i różowe" ciało Simony, oko wyszło z głowy młodzieńca. Ten zbieg okoliczności aż po śmierć związany z pewnym rodzajem urynalnego skraplania się nieba w jednej chwili przywrócił mi Marcelę. Miałem wrażenie w tym niepochwytnym momencie, że ją dotykam.

 

Powróciło zwykłe znużenie. Simona miała zły humor, nie chciała zostać w Madrycie ani dnia dłużej. Zależało jej na Sewilli, uznanej za miasto rozkoszy.

Sir Edmond pragnął zaspokoić kaprysy "anielskiej przyjaciółki". Na południu światło i upał były jeszcze bardziej rozprzężające niż w Madrycie. Zbytek kwiatów na ulicach doprowadzał zmysły do szaleństwa.

Simona chadzała nago, w lekkiej białej sukience, przez którą prześwitywał pas, a nawet, w pewnych pozycjach, futerko. W owym mieście wszystko chciało przysporzyć jej gwałtownej rozkoszy. Po jej przejściu widziałem często na ulicach prężące się w spodniach kutasy.

Czasem jeszcze kochaliśmy się. Unikaliśmy orgazmów, a zwiedzaliśmy miasto. Porzuciliśmy przychylne rejony, znaleźliśmy inne - sale muzeum, aleje parku, mrok kościoła czy wieczór na wyludnionej ulicy. Otwierałem ciało mej przyjaciółki, zagłębiałem członek w sromie. Ale szybko wyprowadzałem konia ze stajni i na oślep ruszaliśmy przed siebie. Sir Edmond szedł za nami z daleka i nas zaskakiwał. Okrywał się purpurą, ale się nie zbliżał. Jeśli się branzlował, robił to dyskretnie, na odległość.

- To ciekawe - rzekł któregoś dnia wskazując na kościół - to kościół Don Juana.

- I co z tego? - zapytała Simona.

- Chce pani wejść sama do kościoła? - zaproponował Sir Edmond.

- Też pomysł!

Może był to pomysł absurdalny, ale Simona weszła, a my czekaliśmy pod drzwiami.

Kiedy wróciła, zgłupieliśmy: zaśmiewała się nie mogąc wykrztusić ni słowa. Było to zaraźliwe, pomogło słońce, sam zacząłem się śmiać, a wreszcie i Sir Edmond.

- Bloody girl! - krzyknął Anglik. - O co chodzi? Śmiejemy się na grobie Don Juana?

I rozkosznie się śmiejąc, wskazał na wielką miedzianą płytę pod naszymi stopami; przykryty był nią grób fundatora kościoła, o którym twierdzi się, że to Don Juan. Kiedy ogarnęła go skrucha, zapragnął, by pogrzebano go w kruchcie, ażeby deptany był stopami największych nędzników.

Szaleńczy śmiech rozpętał się na nowo. Simona ze śmiechu sikała po nogach: strużka uryny spłynęła na epitafium.

Zdarzenie to miało następstwa: zmoczony materiał sukni przyklejając się do ciała nie zasłaniał niczego - widać było czarny srom.

Wreszcie Simona uspokoiła się.

- Wejdę się osuszyć - rzekła.

Znaleźliśmy się w pomieszczeniu, gdzie nie dostrzegliśmy niczego, co by usprawiedliwiało śmiech Simony, było stosunkowo chłodno, światło wpadało przez zasłony z czerwonego kretonu. Plafon zdobiły sztukaterie, na białych ścianach umieszczono rzeźby i obrazy, złocony ołtarz we wnęce sięgał po belki stropu. Ten feeryczny mebel, jak gdyby wypełniony po brzegi skarbami Indii, za sprawą ornamentów, ślimacznic, plecionek przywodził na myśl cieniami i rozbłyskami złota wonne sekrety ciała. Po obu stronach drzwi dwa sławne obrazy Valdesa Leala przedstawiały rozkładające się trupy: w orbitę oczną biskupa właził olbrzymi szczur...

Zmysłowa i wystawna całość, gry światła i cienia czerwonych zasłon, świeżość i woń wawrzynów, a do tego bezwstyd Simony nakłaniały mnie do popuszczenia wodzy.

Ujrzałem, wychylające się z konfesjonału, osłonięte jedwabiem, dwie nogi penitentki.

- Chcę zobaczyć, jak będą szły - rzekła Simona.

Usiadła przede mną tuż obok konfesjonału.

Chciałem jej dać do ręki kutasa, ale odepchnęła grożąc, że zwali mi do końca.

Musiałem przysiąść; przez mokry jedwab widziałem futerko.

- Zobaczysz! - powiedziała.

Po długim oczekiwaniu bardzo piękna kobieta opuściła konfesjonał ze złożonymi rękami, z pobladłą twarzą, w ekstazie; z odchyloną do tyłu głową, niewidzącymi oczyma, wolno przeszła przez kościół jak operowa zjawa. Zacisnąłem zęby, żeby się nie śmiać. W tym momencie otworzyły się drzwi konfesjonału.

Wyszedł stamtąd ksiądz, blondyn, młody jeszcze i bardzo piękny, o zapadniętych policzkach i bladych oczach świętego. Ze skrzyżowanymi dłońmi stał na progu szafy, podniósł oczy ku szczytowi sklepienia, jak gdyby jakaś niebiańska wizja miała go oderwać od ziemi.

I niewątpliwie by zniknął, gdyby Simona, ku memu osłupieniu nie, powstrzymała go. Pozdrowiła wizjonera i poprosiła o spowiedź.

Bezwolny i zapadający w ekstazę ksiądz wskazał penitentce miejsce: klęcznik za zasłoną; potem bez słowa wszedł do szafy i zamknął za sobą drzwi

SPOWIEDŹ SIMONY I MSZA SIR EDMONDA

Łatwo wyobrazić sobie moje zdumienie. Simona uklękła za zasłoną. Póki szeptała, z niepokojem czekałem na skutki tego diabelstwa. Ohydna istota - wyobrażałem sobie - wyskoczy z pudełka, rzuci się na bezbożną. Nic takiego nie zaszło. Simona bez końca przemawiała po cichu do zakratowanego okienka.

Wymieniłem z Sir Edmondem pytające spojrzenia, aż wreszcie sprawa się wyjaśniła. Simona zaczęła gładzić udo, rozchylała nogi. Wierciła się, oparta jednym kolanem na klęczniku. Nagle, kontynuując wyznania, podniosła sukienkę. Miałem nawet wrażenie, że się branzluje.

Zbliżyłem się na palcach.

Rzeczywiście Simona branzlowała się, przyklejona do kraty obok księdza, z wyprężonym ciałem, rozchylonymi udami, robiła palcówkę. Mogłem ją dotykać, ręka dotarła do dziury. W tym momencie usłyszałem, jak mówi na cały głos:

- Mój ojcze, nie wyznałam największej swej winy. 

Odpowiedziała jej cisza.

- Największą winą, mój ojcze, jest to, że branzluję się podczas spowiedzi.

Tym razem kilka minut szeptania. Wreszcie prawie na cały głos:

- Jeśli nie wierzysz, mogę pokazać.

I Simona wstała, obnażyła się przed tą budką strażniczą, branzlując się, robiąc sobie dobrze szybkimi i pewnymi ruchami rąk.

- No, klecho - krzyknęła Simona waląc pięściami w szafę - a ty co robisz w tej pakamerze? Też się branzlujesz?

Konfesjonał pozostawał niemy.

- No to otwieram. 

Siedzący wewnątrz z opuszczoną głową wizjoner ocierał zroszone potem czoło. Dziewczyna pogrzebała w sutannie; ani drgnął. Podwinęła szkaradną czarną spódnicę, wyłonił się długi, różowy i twardy kutas; ksiądz tylko odrzucił głowę do tyłu, wykrzywiając się i zgrzytając zębami. Nie opierał się, gdy Simona brała owo bestialstwo do ust.

Obu nas, Sir Edmonda i mnie, opanowało odrętwienie, staliśmy bez ruchu. Zamurowało mnie z podziwu. Nie wiedziałem, co począć ale enigmatyczny Anglik poruszył się. Delikatnie odsunął Simonę. Potem chwycił księdza za nadgarstek, wyrwał larwę z dziupli i rzucił ją nam pod stopy na posadzkę: szkaradne indywiduum spoczywało jak trup, z ust ciekła na ziemię ślina. Anglik i ja zanieśliśmy go na własnych ramionach do zakrystii.

Z rozwalonym rozporkiem, dyndającym kutasem, posiniałą twarzą nie opierał się, choć wzdychał żałośnie; wsadziliśmy go na fotel o architektonicznych kształtach.

- Senores - wyszeptał nieszczęśnik - sądzicie, że jestem hipokrytą!

- Nie - odpowiedział Sir Edmond, kategorycznym tonem. 

Simona zapytała:

- Jak się nazywasz?

- Don Aminado - odpowiedział.

Uderzyła w twarz księże ścierwo. Ścierwu od razu stanęło. Simona była rozebrana; kucając na ziemi szczała na ubrania jak suka. Potem branzlowała i obciągała księdzu. Wyjebałem Simonę. Sir Edmond podziwiał scenę z wyrazem twarzy charakterystycznym dla hard labour. Przeszukał salę, gdzieśmy się schronili. Dojrzał na gwoździu mały kluczyk.

- Co to za klucz? - zwrócił się do Don Aminada.

Po trwodze, ścinającej twarz księdza, zrozumiał, że to klucz do tabernakulum.

W chwilę potem Anglik wrócił, niosąc cyborium udekorowane gołymi aniołkami przypominającymi amorki.

Don Aminado uporczywie patrzył na Boży zbiornik stojący na ziemi; jego piękna twarz idioty, wstrząsana ugryzieniami, jakimi Simona drażniła mu chuja, naraz stała się nieobecna.

Anglik zabarykadował drzwi. Grzebiąc w szafach znalazł wielki kielich. Prosił nas, byśmy na chwilę zostawili nieszczęśnika.

- Popatrz - rzekł Simonie - w cyborium są hostie, a do kielicha nalewa się wino.

- Czuć je spermą - rzekła wąchając przaśny chleb.

- W rzeczy samej - kontynuował Anglik - hostie, które widzisz, są spermą Chrystusa pod postacią małego ciastka. Kaznodzieje powiadają, że wino to krew. Okłamują nas. Gdyby była to istotnie krew, piliby wino czerwone, ale piją białe, bo dobrze wiedzą, że to uryna.

Był to przekonujący dowód. Simona uzbroiła się w kielich, a ja chwyciłem za cyborium; Don Aminado lekko drżał w fotelu.

Simona grzmotnęła go najpierw podstawą kielicha w łeb; wstrząsnęło to nim, ale wreszcie trochę zmądrzał. Znowu zaczęła mu obciągać. Nieprzyzwoicie rzęził. Doprowadziła go prawie do utraty zmysłów, a potem:

- To nie koniec - rzekła - trzeba szczać. 

Po raz drugi uderzyła go w twarz. 

Obnażyła się przed nim, a ja ją pierdoliłem.

Spojrzenie Anglika było tak twarde, utkwione w oczach młodego ogryzka, że ten wcale się nie opierał i z hałasem wypełnił uryną kielich, który Simona trzymała pod kutasem.

- A teraz pij - rzekł Sir Edmond. 

Nieszczęśnik wypił w straszliwej ekstazie. 

Znowu Simona obciągnęła mu; tragicznie zawył z rozkoszy. Z gestem szaleńca rozbił święty nocnik o ścianę. Ujęły go cztery mocarne dłonie i - z rozchylonymi nogami, pokonanym ciałem, kwiczący jak świnia - plunął spermą na hostie, bo Simona, branzlując go, trzymała przed nim cyborium.

MUSZE ŁAPKI

Rzuciliśmy padlinę. Z hukiem padł na posadzkę. Władał nami oczywisty przymus, do którego dołączyła się egzaltacja. Księdzu przestało sterczeć. Spoczywał, przywarłszy zębami do ziemi, pokonany przez wstyd. Wypróżnił jaja, a zbrodnia obracała go w nicość. Dobiegały tylko jęki:

- Nędzni bluźniercy...

I inne bełkotliwe skargi.

Sir Edmond trącił go stopą; bydlę podskoczyło i wściekle zawyło. Był śmieszny, nie można było wytrzymać.

- Wstawaj - rozkazał Sir Edmond - będziesz całował girl.

- Nędznicy - groził zduszonym głosem ksiądz - sprawiedliwość hiszpańska... galery... garota...

- Zapomina, że to jego smarki - zauważył Sir Edmond. 

Odpowiedział mu grymas, zwierzęce drżenie, a potem:

- ... garota... i dla mnie... ale dla was... najpierw...

- Idioto! - zadrwił Anglik - najpierw! Myślisz, że tego dożyjesz?

Imbecyl spojrzał na Sir Edmonda; na jego pięknej twarzy malowała się bezbrzeżna głupota. Otworzył usta z osobliwej rozkoszy, skrzyżował dłonie, wzniósł ku niebu rozmodlony wzrok. I wówczas wyszeptał słabym, omdlewającym głosem:

- ...męczennik...

Nędznik dostrzegł nadzieję zbawienia; rozbłysnęły mu oczy.

- Najpierw coś ci opowiem - rzekł Sir Edmond. - Wiesz przecież, że powieszonym albo skazanym na garotę staje tak mocno, że w momencie uduszenia następuje wytrysk. Zostaniesz zatem męczennikiem - pocałunków.

Uniesiony ksiądz wstał, ale Anglik, wykręcając ramię, rzucił go na posadzkę.

Sir Edmond związał mu z tyłu ręce. Ja założyłem knebel i skrępowałem nogi paskiem od spodni. Leżący na ziemi Anglik trzymał ramiona w kleszczach swych dłoni. Oplótłszy jego nogi swoimi, unieruchomił je. Przyklęknąłem, trzymałem jego głowę między udami

Anglik rzekł do Simony:

- A teraz dosiadaj tego kościelnego szczura.

Simona zdjęła sukienkę. Siadła na brzuchu męczennika, dupą tuż obok mokrego kutasa.

Anglik mówił dalej, skroś szarpaninę ofiary.

- A teraz ściśnij mu gardło, poniżej jabłka Adama, ściskaj coraz mocniej i bez przerw.

Simona ścisnęła: drżenie wstrząsnęło unieruchomionym ciałem, kutas wyprężył się. Wziąłem go do ręki i wprowadziłem w ciało Simony. Dalej ściskała gardło.

Żądna krwi dziewczyna pozwalała harcować sztywnemu chujowi w swym sromie. Napięły się klesze mięśnie.

Ścisnęła go w końcu tak desperacko, aż gwałtowny dreszcz przeszył umierającego - czuła, że jej dupę użyźnia sperma. Wówczas padła, porwała ją burza rozkoszy.

Simona leżała na posadzce, z odsłoniętym brzuchem, ze wstrętną spermą zmarłego na udzie. Była moja kolej, żeby ją wypierdolić. Czułem się sparaliżowany. Zbytek miłości i śmierci nieszczęśnika wyczerpał mnie. Nawet mnie to nie cieszyło. Pocałowałem jedynie Simonę w usta.

Dziewczyna chciała obejrzeć swe dzieło i odsunęła mnie, żeby wstać. Wpełzła nagą dupą na nagiego trupa. Przyjrzała się twarzy, otarła pot z czoła. Brzęcząca pośród słonecznych promieni mucha wracała bez końca, żeby siąść na zmarłego. Odgoniła ją, ale nagle lekko krzyknęła. Zdarzyło się coś niezwykłego; usiadłszy na oku zmarłego, mucha wędrowała powoli po szklistej gałce. Simona chwyciła się obiema rękami za głowę, próbowała opanować dreszcze. Wiedziałem, że zanurza się w otchłań myśli.

Choć może to wydawać się osobliwe, nie obchodziło nas, jak się wszystko skończy. Gdyby pojawił się jakiś natręt, nie pozwolilibyśmy mu długo się oburzać... Nieważne. Simona, wyrwawszy się z osłupienia, podniosła się, podeszła do Sir Edmonda, który stał oparty o ścianę. Słychać było brzęczenie much.

- Sir Edmond - rzekła Simona, opierając się policzkiem o ramię - zrobisz, co zechcę?

- Pewnie tak - odrzekł Anglik.

Kazała mi podejść do trupa i, przyklęknąwszy, rozwarła powieki, szeroko odsłoniła oczy, po których łaziła mucha.

- Widzisz oko?

- No to co?

- To jajko - odparła z prostotą. 

Wstrząśnięty, pytałem dalej:

- Co chcesz zrobić?

- Chcę się nim bawić.

- Ale jak?

Gdy wstawała, przepełniała ją krew (była wówczas przeraźliwie naga).

- Sir Edmond, proszę słuchać, natychmiast muszę mieć oko. Wyrwij je.

Nie drgnęła mu nawet brew. Wyjął z portfela parę obcążków, przyklęknął, obciął powieki a potem zanurzył palce w orbicie i wyjął oko, przecinając ciągnące się wiązadła. Złożył białą kulkę w dłoniach mej przyjaciółki.

Patrzyła na to szaleństwo z widocznym zażenowaniem, ale ani przez chwilę nie zawahała się. Pieszcząc uda zsunęła oko. Pieszczota oka po skórze ma nieporównaną słodycz... i z drugiej strony straszliwe pianie koguta. 

Ale Simona zabawiała się, wpychając oko w szparę pośladków. Rozłożyła się, wypięła uda i dupę. Starała się unieruchomić oko, ściskając lędźwie, ale wytrysnęło - jak pestka z palców - i spadło na brzuch zmarłego.

Tymczasem Anglik mnie rozebrał.

Rzuciłem się na dziewczynę i chuja połknął srom. Pocałowałem ją: Anglik toczył okiem wśród naszych ciał.

- Wsadź mi je do dupy - krzyknęła Simona.

Sir Edmond włożył kulkę w szparę i lekko popchnął.

Wreszcie Simona porzuciła mnie, wyjęła oko z rąk Sir Edmonda i wsunęła w ciało. Szarpnęła mnie ku sobie, całowała wnętrze ust z takim żarem, że doznałem orgazmu: plunąłem smarkami na jej futro.

Kiedy wstawałem, rozchyliłem uda Simony. Spoczywała na boku. Stanąłem wówczas twarzą w twarz wobec tego, czego od zawsze - jak sądzę - oczekiwałem; tak gilotyna czeka, żeby obcinać głowy. Moje oczy, zdaje mi się, dzięki zgrozie dostąpiły erekcji; ujrzałem w owłosionym sromie Simony jasnoniebieskie oko Marceli - patrzyło na mnie spomiędzy urynalnych łez. Pasma spermy w dymiącej piździe przydały tej wizji bezbrzeżnego smutku. Cały czas rozwierałem uda Simony: płomienna uryna toczyła się spod oka na jakże niegodne uda...

 

Sir Edmond i ja, z doklejonymi czarnymi brodami, Simona w śmiesznym czarnym kapeluszu z jedwabiu z żółtymi kwiatkami, opuściliśmy Sewillę w wynajętym samochodzie. U bram nowego miasta zmienialiśmy osobowość. Przez Rondę przejechaliśmy przebrani za hiszpańskich proboszczów, w pilśniowych kapeluszach, podwijając poły i po męsku kurząc wielkie cygara; Simona w kostiumie pensjonarki była anielska jak nigdy potem.

I tak zniknęliśmy bez procesu z Andaluzji, z kraju żółtej ziemi i nieba, bezkresnego nocnika zatopionego w świetle, gdzie co dzień, jako nowa osoba, gwałciłem nową Simonę - zwłaszcza koło południa, na ziemi, w słońcu, pod krwistym okiem Sir Edmonda.

Czwartego dnia Anglik wykupił jacht na Gibraltar.

 

Tłum. Tadeusz Komendant

 

 

OD TŁUMACZA

Czy pornografia - bo jest to pornografia, pornografia absolutna, brukająca nie ciało, lecz wszechświat - może drażnić nie naskórek, ale korę mózgową? Tych, którzy chcieliby zrozumieć skandal, wpisany w opowiadanie Bataille'a (ten skandal przygotowali między innymi Dostojewski i Nietzsche) zachęcam do lektury Bataille'owskiego numeru "Literatury na świecie" (1985, 10; tam m. in. "Reminiscencje" do "Historii oka" opisujące uwikłania biograficzne tego tekstu) oraz "Przedmowy do transgresji" Michela Foucaulta ("Osoby. Transgresje 3", Gdańsk 1984), może najlepszego filozoficznego komentarza do "Historii oka".

"Historia oka" ukazała się po raz pierwszy w 1928 roku - w nakładzie 134 egzemplarzy sprzedawanych potajemnie - pod pseudonimem Lord Auch (Lord - w angielskiej Biblii Bóg; Auch - skrót od "aux chiottes", przekleństwa). Literalnie Lord aux chiottes to tyle, co Pan wychodków.

Kiedyś skandaliczna, dziś "Historia oka" otworzyła "Dzieła zebrane" Bataille'a wydane przez szacowną oficynę Gallimarda.

 

 

 

 






bruLion - wybór tekstów