Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Cílek, Roman

Ja, Olga Hepnarová

2016

 

(...)

 

 

 

 

 

 

- Nie mam żadnych poglądów politycznych - odpowiedziała Olga Hepnarova na zadane pytanie. - Nigdy nie interesowałam się polityką, tak więc wydarzenia z lat 1968 i 1969 są mi zupełnie obojętne, nie mam na ich temat nic do powiedzenia i nawet nie odnotowuję ich w swojej pamięci. Mój czyn, czyli wjechanie w grupę ludzi, w żadnym stopniu nie miał pobudek politycznych, i, jak już mówiłam, był wyłącznie odwetem na ludziach za to, jak traktowali mnie przez całe moje zniszczone życie.

Moje zniszczone życie...

- Proszę o nim opowiedzieć... - zażądano.

Gdyby to było takie proste! Choć od początku - nie bez racji zresztą - przewidywano, że wiele wyjaśni opinia biegłego na temat stanu zdrowia psychicznego oskarżonej, także sam śledczy nie mógł uniknąć badania i określania nie tylko zewnętrznych, ale też wewnętrznych przyczyn jej czynu. Co bezsprzecznie miało związek z jej podejściem do życia. Jeśli więc pominiemy wstępne, właściwie pobieżne przesłuchanie 10 lipca 1973, podczas którego oskarżono Olgę Hepnarovą i oficjalnie aresztowano, pierwsze szczegółowe przesłuchanie odbyło się dopiero w piątek 13 lipca. Zwykle tak właśnie się robi. Zostawili sprawę - jak mówią z odrobiną fachowego cynizmu - żeby się uleżała. Hepnarova miała więc dwa dni, środę i czwartek, aby w celi aresztu zastanowić się nad tym, co powie i jakie zajmie stanowisko. Piątkowe przesłuchanie zaczęło się o 9.45, a skończyło o 15.30. Pytania zadawał starszy kapitan (prawnik z wykształcenia) Vaclav Fronek, a z dziewięciostronicowego protokołu można się przekonać, że dał oskarżonej wystarczająco dużo przestrzeni na wyrażenie emocji.

Być może spodziewał się z jej strony choć odrobiny żalu. Nie doczekał się.

- W żadnym wypadku - powiedziała Olga Hepnarova - nie żałuję swojego czynu i jestem przekonana, że postąpiłam słusznie, mówiąc ściślej, sprawiedliwie, bo kto inny, jak nie ja, miałby walczyć o moją sprawiedliwość. Zrobiłam to wszystko z nienawiści do społeczeństwa, z nienawiści, którą właśnie społeczeństwo we mnie wyhodowało poprzez swoje w stosunku do mnie zachowanie... Na pewno nie był to akt desperacji, przeciwnie, wynikał z mojego zdrowego rozsądku, zrobiłam bowiem bilans swojego życia i na jego podstawie, i na podstawie możliwości, które mi pozostały, doszłam do wniosku, że nie mam już szans na znalezienie sposobu życia, który by mi odpowiadał, bo on po prostu nie istnieje. Nie było mi dane żyć tak, jak reszcie ludzi. I to od samego początku...

- Ma pani na myśli swoje dzieciństwo?

- Tak. Dobrze pamiętam lata przedszkolne i mogę z całą pewnością stwierdzić, że już wtedy byłam nieszczęśliwa w domu swoich rodziców. Dlatego postrzegam ich jako ludzi bezdusznych. Stosowali na mnie brutalne kary cielesne, nie tylko oni, głównie ojciec, ale też babcie, ze strony ojca i matki. Tak więc wszyscy dorośli członkowie naszej rodziny traktowali mnie, jakbym była podrzutkiem, dzieckiem znalezionym gdzieś przy drodze. Moja starsza siostra też miała do mnie negatywny, wręcz wrogi stosunek. Już wtedy zaczęło się to, co potem urosło do takich rozmiarów, że okaleczyło moją duszę.

- Czy coś się zmieniło, kiedy poszła pani do szkoły?

- Zmieniło się na gorsze. Do szkoły podstawowej w Pradze i na placu Uhelny targ poszłam normalnie, w wieku 6 lat, i bardzo dobrze się uczyłam, mimo to w domu narastało poniżanie mnie, głównie kary cielesne. Czasami, zwłaszcza w wypadku ojca, działo się to zupełnie bez przyczyny, to znaczy nie za karę, po prostu bicie dla samego bicia, zdenerwował się i musiał na kimś wyżyć. W szkole nie było wiele lepiej, a moja siostra nigdy nie stawała w mojej obronie, przeciwnie, mówiła, że się mnie wstydzi. Przez to, że rodzina, koledzy z klasy, nauczyciele i ludzie na ulicy zachowywali się tak wrogo w stosunku do mnie, jakoś w siódmej klasie zaczęłam gorzej się uczyć, czułam się jak kamień, który każdy może kopnąć, przestałam interesować się nauką i chodziłam do szkoły tylko siłą woli. To był codzienny koszmar, koszmar! W domu i wszędzie dookoła.

- Czy mogłaby pani bliżej opisać, co takiego sprawiało, że codziennie czuła się pani krzywdzona?

- Choćby te przezwiska! W szkole mówili na mnie "babochłop", bo musiałam się bić, żeby bronić własnych praw. Wołali też na mnie "śpiąca laleczka", bo miałam specyficzny sposób chodzenia, jakbym była zamroczona. Zwykle byłam też źle ubrana, to akurat wina matki, która nie dbała o to ani w moim przypadku, ani w przypadku siostry... Opiszę panu klasyczny dzień mojego życia. Już rano budziłam się przepełniona strachem, co złego przydarzy mi się tego dnia i o co znowu ktoś się do mnie przyczepi. Zaczynałam się denerwować i z tego powodu źle mi się jadło śniadanie. Potem szłam do szkoły, bardzo niechętnie, pełna obaw, które zawsze się spełniały. Zawsze coś musiało się wydarzyć, cała klasa razem z nauczycielką czy nauczycielem się ze mnie naśmiewała. A kiedy już jakoś udało mi się przetrwać szkołę, po południu miałam czasem jakieś lekcje prywatne, pianino albo niemiecki, tam też nie lubiłam chodzić, bo zawsze na ulicy albo w tramwaju spotykałam masę niemiłych ludzi, którzy dokuczali mi tak samo jak ci w domu czy w szkole. Na przykład w drodze z pianina przypadkowy, idący z naprzeciwka chłopak kopnął mnie w krocze. Albo w tramwaju od niechcenia pokazałam kontrolerowi legitymację, a on zaczął się na mnie wydzierać, żebym nie robiła z siebie księżniczki, tylko łaskawie okazała dokument jak należy. A w domu?... Ojca potrafiła doprowadzić do szału byle bzdura, chociażby to, że miałam w buzi gumę do żucia, zaraz robiła się z tego wielka afera, czasem nawet mnie bił. W domu miałam spokój, tylko kiedy spałam. To, co teraz opowiadam, to zaledwie przykłady, tak było dzień w dzień. Na domiar złego, w siódmej klasie przenieśli mnie, wbrew mojej woli.

- Jak to przenieśli? Dokąd?

- Do innej klasy w tej samej szkole. Ale tam było jeszcze gorzej. Byłam nowa, czyli obca, wszystko zaczęło się od początku.

- Chodzenie do szkoły stało się dla pani nieznośne?

- Tak. Dlatego zaczęłam unikać szkoły, wagarowałam, przez co jeszcze częściej wybuchały kłótnie, próbowałam też wtedy popełnić samobójstwo. Połknęłam w domu dwie fiolki jakichś lekarstw, położyłam się na kanapie i czekałam na śmierć. Znalazła mnie moja siostra Eva i uratowała mi życie, chociaż nie wiem dokładnie, jak to wszystko wyglądało, bo byłam nieprzytomna. Zawieźli mnie do szpitala Pod Petrinem i zrobili płukanie żołądka. Byłam nawet wdzięczna pielęgniarce i lekarzom, wtedy jeszcze trochę zależało mi na życiu, ale potem w szpitalu spotkały mnie różne nieprzyjemne rzeczy. Wypytywano mnie o sprawy, o których wstydziłam się opowiadać, wolałam więc zmyślić, że chciałam tylko spróbować tych lekarstw i że to nic poważnego. Prawda jest jednak taka, że chciałam umrzeć i że to była próba samobójcza. Moja matka na pewno o tym wiedziała, ale wstydziła się i nie chciała przyznać, że wie. Później, kiedy czasem wspominałam o tamtej próbie samobójczej, lekceważyła mnie, raz nawet zaśmiała mi się prosto w twarz i powiedziała, że do samobójstwa to trzeba mieć silną wolę, a ja jej zdecydowanie nie mam.

- Kiedy to się wydarzyło?

- Dokładnie nie pamiętam. Jakoś w okolicy rozdania świadectw, albo w 1963, albo rok później.

 

Z dokumentacji medycznej

Pacjentkę przyjęto 15 czerwca 1964. Zatrucie nieznaną substancją. W wywiadzie rodzinnym pacjentka od miesiąca narzeka na częste bóle głowy. Ponad tydzień przed przyjęciem do szpitala dostała pierwszej menstruacji. W dniu przyjęcia znowu bolała ją głowa, dlatego nie poszła do szkoły. O godzinie 13 jej siostra znalazła ją nieprzytomną, pacjentka krwawiła z ust. Stwierdzono, że stan zatrucia nastąpił po spożyciu 10 tabletek meprobamatu. Kiedy O.H. odzyskała przytomność, oświadczyła, że połknęła meprobamat, ponieważ myślała, że to inny lek, tabin. Podczas pobytu pacjentki w szpitalu dwukrotnie przeprowadzono badanie EEG. W wynikach zaobserwowano zniekształcenia rytmu, pierwszy wynik wyraźniejszy. Hospitalizację zakończyła 20 czerwca 1964, została skierowana pod psychiatryczną opiekę ambulatoryjną w ramach poradni, do której przynależy ze względu na miejsce zamieszkania.

 

Przypomnijmy sobie jej słowa: ...wtedy jeszcze trochę zależało mi na życiu. Więc czy historia z 10 tabletkami leku na uspokojenie choć trochę zmieniła jej stosunek do otaczającego świata? Wygląda na to, że nie. Niechęć do szkoły pozostała, nie pomogły kolejne i kolejne przenosiny do innych szkół. Olga Hepnarova miała za sobą szkołę przy ulicy Ostrovni w Pradze 1, potem przy Truhlarskiej, ostatecznie rodzina wysłała ją do szkoły aż do Czeskich Budziejowic, gdzie mieli rodzinę. Żadnej poprawy. Raczej wręcz przeciwnie.

- Wszędzie sytuacja się powtarzała, a ja naprawdę się męczyłam, więc na początku przyjmowałam każde rozwiązanie - skomentowała to Hepnarova. Ale potem zupełnie przestałam chodzić do szkoły, nikt nie był w stanie w żaden sposób mnie do tego zmusić, byłam wtedy tak zdesperowana, że kilka razy uciekłam z domu. Zawsze jednak łapali mnie i przyprowadzali z powrotem.

- Co z nią zrobimy? - pytali w domu.

To samo pytanie, tyle że sformułowane w bardziej fachowy sposób, stawiali sobie psychiatrzy w klinice prowadzonej przez słynnego profesora Vondraćka, gdzie z powodu ciągłego wagarowania i innych problemów wychowawczych badali i czasowo nawet hospitalizowali Olgę Hepnarovą, kiedy jej rodzice stracili już wiarę w to, że poradzą sobie sami.

A potem padła nazwa Oparany.

Dokładniej: Szpital Psychiatryczny dla Dzieci w Oparanach, koło Tabora.

- Ile lat pani miała, kiedy pojechała do Oparan?

- 13 albo 14. Cały znienawidzony okres dzieciństwa zlewa mi się w jedno i nie potrafię określić w nim granic. Ale na pewno można to znaleźć w archiwum szpitala. Ktoś przecież musiał coś tam o mnie odnotować.

 

Dwa epizody w Oparanach

Miała rację - coś tam o niej odnotowali:

 

Olga Hepnarova była dwukrotnie hospitalizowana w tutejszym szpitalu, najpierw od 23 marca 1965 do 27 czerwca 1965, następnie od 12 września 1965 do 3 lipca 1966. W obu przypadkach przyczynę jej przyjęcia były zaburzenia typu neurotycznego i nieprawidłowo kształtująca się osobowość w okresie adolescencji. Przyjęcie nastąpiło za zgodą rodziców, przyczyną zewnętrzną były problemy wychowawcze, ciągłe wagarowanie i niewłaściwe towarzystwo.

 

Ocena osobowości i przebieg hospitalizacji

Kontakt powierzchowny, słabo współpracuje, udziela zwięzłych odpowiedzi po długich przerwach. W stosunku do pielęgniarek i reszty pacjentów zachowuje powściągliwość, traktuje ich z góry. Objawy neurozy, częste bóle głowy, nieadekwatne wybuchy śmiechu. Egzaltacja, zachowania teatralne, przesadne. Silna dążność do udowadniania swoich racji, zawyżona samoocena, bezkrytyczne podejście do siebie samej. Bardzo wyrafinowane umyślne kłamstwa, nikłe poczucie winy. Huśtawki nastrojów z przeważającym nastrojem depresyjnym. Jednorazowa ucieczka, podczas powrotu z wakacji letnich. Z pozytywów należy wymienić starania o dobre oceny w szkole, wyraźne zainteresowanie literaturą. Sprawność intelektualna dobra, czasami powyżej przeciętnej, jednak ze znaczną zmiennością osiągnięć.

 

A opinia tej, której sprawa dotyczyła?

- Jak pani ocenia swój pobyt w Oparanach? - spytali Olgę Hepnarovą psychiatrzy podczas badania jej stanu zdrowia psychicznego, we wrześniu 1973, czyli już po jej czynie.

- Wszystko załatwiała matka. Ojciec i siostra prawie nic na ten temat nie wiedzieli. Być może nawet miała dobre intencje, ale na pewno myślała też o własnej wygodzie. To miał być ratunek! Tyle że mieli mnie ratować ludzie, którzy sobie z tym nie radzili. Dlatego pewnego razu uciekłam z Oparan, dwa dni jeździłam pociągiem, ot tak, bez celu, potem jednak miałam pecha, złapali mnie jako pasażera na gapę i wysłali z powrotem tam, gdzie nie chciałam wracać.

- W Oparanach przebywała pani wśród rówieśników. Czy utkwiła pani w pamięci na przykład któraś z dziewcząt?

- Nie.

- Któryś z lekarzy?

- Tak, chyba tak. Kilka razy rozmawiałam z tamtejszym doktorem, który chyba trochę mnie rozumiał. Potem napisałam do niego list. Pamiętam, jak raz powiedział mi, żebym zaczęła stawiać także na inne towarzystwo, nie tylko na towarzystwo ludzi.

- Jak pani zinterpretowała to zdanie?

- Nie mogłam go wtedy w pełni zrozumieć, ale zaciekawiło mnie. Myślę, że zachęcał mnie do refleksji, do tworzenia własnego świata, pewnie też do lektury. Ale do tego nie musiał mnie namawiać. Już wcześniej dużo czytałam, od dzieciństwa, także poważne książki.

- Nikt inny w Oparanach pani nie pomógł?

- Mieliśmy tam lekcje. Nauczyciele i nauczycielki byli bardziej cierpliwi niż w zwykłej szkole, podczas drugiego pobytu w Oparanach ukończyłam dziewiątą klasę, czyli zaliczyłam obowiązkową podstawówkę, w dodatku z wyróżnieniem, co chyba nigdzie indziej by mi się nie udało. Jednak niektóre dzieci zachowywały się tam w stosunku do mnie tak samo obrzydliwie jak w innych szkołach. Od razu, chyba w drugim lub trzecim dniu mojego pobytu w szpitalu, strasznie mnie pobiły, podobno za to, że zadzieram nosa. Potem jakoś dało się wytrzymać, nie byłam tam taką czarną owcą jak w szkołach praskich. Może miało to też związek z okresem dojrzewania i z tym, że z dziewczynek zaczynałyśmy się zmieniać w kobiety.

- Chodzi pani o dojrzałość płciową?

- Tak, oczywiście.

- Co miała pani za sobą w tej kwestii?

- Nic. A przed sobą też nic specjalnego. [śmiech] Ale to już inna sprawa.

- Czy już wtedy zdawała sobie pani sprawę ze swojej poniekąd innej orientacji seksualnej?

- Nie wiem. W domu nikt nie rozmawiał ze mną o tych sprawach, gdzie indziej też nie. Pamiętam, że kiedy miałam 12 lat, byłam w szpitalu na operacji węzłów chłonnych i zakochałam się tam w pielęgniarce, miała jakieś 20 lat. Była po prostu miła, co w pewnym sensie było dla mnie nowością. Przez to było mi przykro, kiedy musiałam wyjść ze szpitala, potem dużo o niej myślałam, napisałam nawet do niej kilka listów. Gdy przypadkiem spotkałam ją na ulicy, bardzo się ucieszyłam. Ani wtedy, ani nigdy później w ogóle nie interesowałam się chłopakami. W Oparanach udało mi się natomiast zbliżyć do kilku dziewczyn, wie pan, tak, jak to bywa w tego typu miejscach, gdzie są same dziewczyny.

- Jak to bywa?

- Dziewczęta kładły się obok siebie w łóżku i... przecież sam pan wie. Z początku odmawiałam, ale potem ciekawość wzięła górę i dałam się namówić. Niedużo razy, może ze dwa, i tylko z jedną dziewczyną, która podobała mi się bardziej niż reszta. Całowałyśmy się i pieściłyśmy.

- Myśli pani, że czuła coś do tej dziewczyny?

- Na pewno nie, nie było w tym uczucia, tylko chęć zaspokojenia potrzeb ciała... i ciekawość, odkrywanie czegoś nowego. Nawet nie pamiętam, jak miała na imię. Tak czy siak wszystko szybko się skończyło. Jedna baba z personelu przyłapała mnie na papierosie, naskarżyła i potem dwa razy dziennie dostawałam plegomazin, po którym bez przerwy chciało mi się spać i straciłam zainteresowanie gierkami seksualnymi.

- Ale nie da się tak całkiem zapomnieć pierwszych doświadczeń, prawda?

- Nie przeczę. Chyba nawet można powiedzieć, że za sprawą tej bezimiennej dziewczyny zaczęłam odkrywać samą siebie.

- Stała się pani kobietą?

- Chyba. [wybuch śmiechu] Trzeba jednak przyznać, że stałam się bardzo dziwną kobietą. I pozostałam nią do czasów, kiedy Oparany miałam dawno za sobą.

 

Zakończenie leczenia szpitalnego

Olga Hepnarova została na stałe wypisana ze Szpitala Psychiatrycznego dla Dzieci w Oparanach dnia 3 lipca 1966. Zaobserwowano częściową poprawę. Według informacji, jakie przekazała jej matka, O.H. będzie kontynuować edukację w Pradze.

 

Po powrocie z Oparan wyjęła czystą kartkę papieru.

- Myślałam - mówiła o tym później - że jeśli w przejrzysty sposób, pisemnie, podsumuję to, co dotąd przydarzyło się w moim życiu, odkryję w tym jakąś logikę zdarzeń i że mi to pomoże. Nie doszłam jednak do żadnych rozsądnych wniosków. Później już nie podejmowałam tego typu prób, w moich rozważaniach powoli zaczęły dominować zupełnie inne myśli.

Na razie jeszcze ich nie wypowiedziała, nie nazwała, nie zapisała ich nawet na owym skrawku papieru, na którym chciała zrobić bilans, można jednak wyczuć, o jakie myśli chodziło.

Myśli o zemście.

 

List introligatorki z okaleczoną duszą

Opinie o pracowniku, czyli znak czasów.

 

Przedsiębiorstwo Introligatorskie i Poligraficzne Tomos, Praga

Podczas trzyletniej edukacji zawodowej w zawodzie introligator (od września 1966 do lipca 1969) Olga Hepnarova była uczennicą przeciętną, egzaminy końcowe zakończyła z wynikiem dobrym, co oznacza, że je zaliczyła. Cicha, małomówna, zamknięta w sobie, bardziej typ samotniczy niż kolektywny, co objawiało się unikaniem kolektywu. Dobra dyscyplina pracy, brak nieusprawiedliwionych nieobecności. Lepsze wyniki na zajęciach teoretycznych niż na praktykach zawodowych. Nie zajmowała się działalnością polityczną ani nie udzielała publicznie, nie przejawiała zainteresowania tego rodzaju aktywnością. Zaraz po zakończeniu kształcenia rozwiązała stosunek pracy.

 

Zamknięta w sobie...

Autor rutynowej opinii w tym punkcie trafił w sedno. Nie interesowała się działalnością polityczną ani nie udzielała publicznie, ale w owym czasie bardzo intensywnie zajmowała się samą sobą. Świadczy o tym choćby fakt, że pod koniec pierwszej klasy kształcenia zawodowego, 22 czerwca 1967, zrobiła coś jak na nią bardzo niezwykłego: z pobudek, których niestety nie znamy, z własnej woli napisała i wysłała osobisty list adresowany do jednego z lekarzy kierujących Szpitalem Psychiatrycznym dla Dzieci w Oparanach, gdzie jeszcze niedawno przebywała:

 

Od czasu, kiedy opuściłam Oparany, wiele się zmieniło. Jestem sama, dlatego do Pana piszę. Z ojcem nie rozmawiam od jesieni, kiedy ostatni raz mnie zbił. Ja niedawno pobiłam moją siostrę. Dość głupio, za jakąś błahostkę, dziwne, że tego nie żałuję. Wcześniej to ona mnie biła. Tylko z mamą zamieniam czasem kilka słów. Tyle że nie mam z nią o czym rozmawiać... Wciąż podejrzewa mnie o rzeczy, które w ogóle nie przyszłyby mi do głowy, nie ufa mi. Chyba robi błąd. Nie lubię jej... W drodze do szkoły, do pracy, w tę i z powrotem, wszędzie jestem sama. Inni wciąż mówią, kotłują się, śmieją, na przykład z rzeczy, które wcale nie wydają mi się śmieszne. Mówią tylko po to, żeby mówić i w ogóle nie uważają, że to dziwne. W szkole potrafię nie odezwać się ani słowem przez cały dzień.

Przyzwyczaiłam się już.

Traktuję ludzi z góry, chyba ich to razi, ale ja wcale nimi nie gardzę... Ja nienawidzę ludzi... Wie Pan, ciekawa jestem, jaki będę miała do nich stosunek później, za parę lat. Chciałabym, żeby ludzie dla mnie nie istnieli, żeby były mi obojętne ich słowa, uśmiechy, spojrzenia. Chciałabym tak. Wolę samotność od ich towarzystwa, czuję niewysłowiony wstręt do większych skupisk ludzi. Zawsze są gotowi i chętni, żeby kogoś osądzić. Okaleczyli mi duszę. Dlatego ich nienawidzę. Nic o mnie nie wiedzieli, może tyle, że czasem wychodzę na papierosa. Mówili, że jestem jakaś dziwna, że nie wiedzą, o co mi chodzi, że się mnie boją... Teraz w końcu wszyscy dowiedzieli się, że byłam w szpitalu psychiatrycznym. Wreszcie przestanie ich dręczyć pytanie, czemu jestem dziwna...

Jest mi bardzo smutno, nienawidzę ich, dlaczego jednak nie potrafię nikomu zrobić krzywdy? W "Spokojnym Amerykaninie" są takie słowa: "Czy nie lepiej zrobilibyśmy wszyscy, nie próbując rozumieć, przyjmując jako fakt, że żaden człowiek nigdy nie zrozumie drugiego: żona nie zrozumie męża, kochanek - kochanki, ojciec lub matka - dziecka?" Mnie nikt nie rozumie. Już mi nie zależy...

Jeżeli wolność w ogóle istnieje, jest większa w człowieku niezależnym od innych, od grupy. Jestem szczęśliwa, kiedy jestem sama. Odpędzili mnie, a ja miałabym do nich wrócić - nie, tego nie zrobię nigdy. Nie cenię siebie tak wysoko, żeby być przeciwko nim. Przeciwko będzie tylko moja nienawiść, nienawiść, która nikogo nie skrzywdzi, a mnie będzie chyba tylko szkodzić.

Ludzie już mnie nie znajdą, tak bardzo się zmieniłam, że szukaliby mnie na marne, jest już za późno. Staram się nie czuć ciężaru samotności, chcę być w niej szczęśliwa mimo całej tęsknoty i goryczy.

Mamy na praktykach jedną dziewczynę. Była w psychiatryku na Bohnicach. Mówią, że to świr. Nie wiem, czy tak samo mówią o mnie. Raz stanęłam w jej obronie... W przyszłym tygodniu będziemy przerabiać Nezvala. Jeśli nauczycielka zapyta, czy ktoś zna jakiś jego wiersz, zgłoszę się i wyrecytuję na przykład "Akrobatę". A potem, kiedyś, powiem jej: "Vando, to dla ciebie mówiłam ten wiersz". Ona rozumie poezję. Ale ja z nią nie rozmawiam, z nikim nie rozmawiam, nikt nie rozmawia ze mną, nic nikomu nie daję i niczego od nikogo nie chcę.

To, co do Pana piszę, to tylko myśli, których też nie jestem pewna.

Jestem w końcu szczęśliwa czy nieszczęśliwa? Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ktoś powiedział do mnie "ty wariatko!". Czy tylko popatrzyłabym na niego pogardliwie i powiedziała coś w stylu "biedaczysko", czy pobiłabym go do krwi i powiedziała: "Nawet jeśli jestem wariatką, ty nie będziesz tak na mnie mówić!" czy tylko bym się zgarbiła, milczała jak zwykle i była smutna.

Nie wiem, ale Pan mnie chyba rozumie...

Na praktykach idzie mi dobrze, w szkole jestem najlepsza z czeskiego! Podoba mi się introligatorstwo. Lubię książki. Mam z nich zresztą więcej pożytku niż z ludzi... W wakacje chcę jechać na Morawy. Na rowerze. Matka spytała: "Sama chcesz jechać?". Nie wie, że zawsze jestem sama! Chciałabym jeździć rowerem i zatrzymywać się tam, gdzie by mi się podobało, a potem jechać dalej. Matka dziwi się, że nie chcę chodzić na kurs tańca i dobrych manier... Zwroty grzecznościowe? Nie, dziękuję. Obejdę się bez ludzi, to i bez tańca się obejdę.

Bardzo bym chciała przezwyciężyć samą siebie, prowadzić inne życie tak, jak mi Pan napisał.

Dziękuję,

Olga Hepnarova

 

Osobliwy list, biorąc pod uwagę, że został napisany przez uczennicę zawodówki introligatorskiej, tudzież sprawiającą kłopoty wychowawcze córeczkę urzędnika banku i dentystki, na osiem dni przed jej 16. urodzinami, czyli w wieku, kiedy młode damy mają w głowie raczej pierwsze wzloty serca.

Czy ten list nie przypomina przypadkiem wołania o pomoc? Niewysłuchanego wołania?

Ja nienawidzę ludzi...

Już wtedy, w wieku 16 lat, jak można wywnioskować z różnych dokumentów, pogłębiał się dystans między nią a resztą świata (zawsze i wszędzie jestem sama, w domu i wśród ludzi) i zaczęła planować coś, wokół czego jej myśli nigdy już nie przestaną krążyć. Jakby zaczęło do niej docierać, że dłużej nie zniesie obecnej sytuacji (nie potrafiłam sobie wyobrazić, że koszmar mojego życia miałby trwać kolejne dwa czy cztery lata). Czuła potrzebę zrobienia czegoś przełomowego, sporządziła nawet listę trzech jedynych możliwości, jakie jej się nasuwały:

1. Zemsta.

2. Zejście z drogi społeczeństwu (klasztor, zamieszkanie na odludziu).

3. Samobójstwo (w ostateczności).

 

Na przełomie czerwca i lipca 1969 stały się dwie ważne rzeczy: Olga Hepnarova skończyła 18 lat, czyli osiągnęła pełnoletność (W domu nie było z tej okazji żadnej wielkiej uroczystości, zresztą nawet mi na niej nie zależało, byłaby tylko powodem do kolejnych wykładów o tym, jakie wszyscy mają ze mną problemy.), i ukończyła szkołę zawodową w Tomosie.

Co chciałaby dostać na urodziny?

Być może własnym rodzicom nie powiedziała wówczas tego tak brutalnie i wprost, jednak według jej późniejszych słów w rozmowie z psychologiem i biegłym psychiatrą sądowym zeznała, że na to pytanie odparła: Chciałabym się wyprowadzić z domu.

Dokądkolwiek.

Za jakąkolwiek pracą, choćby za najniższe wynagrodzenie.

 

Jazda po schodach

Rużena F.

Nie chciałyśmy jej skrzywdzić, w ogóle nie miałyśmy takiego zamiaru, jednak trzeba przyznać, że jako cztery inkasentki, które często woziła, napisałyśmy skargę do przełożonego z prośbą, żebyśmy nie musiały dłużej z nią jeździć. Jeśli mam mówić tylko we własnym imieniu, przyznaję, że zawsze kiedy siedziałam w aucie z Hepnarovą, naprawdę się bałam, fakt, nigdy nie miałyśmy żadnego wypadku czy kraksy, jednak w roli kierowcy Olga była dziwna, jeździła bardzo szybko, a za kierownicą była taka jakby... jakby nieobecna duchem. Każda z nas jeździła z nią po kolei, dyżury zmieniały się co tydzień, a ja, zawsze kiedy zbliżał się mój kurs, źle się czułam, czasem nawet brzuch mnie bolał z nerwów.

I nie chodziło tylko o to, jakim była kierowcą.

Olga potrafiła na przykład przez cały dzień nie odezwać się ani słowem, ciągle miała ponurą minę, a jak ją o coś pytałam, albo po prostu próbowałam zagadnąć, normalnie pogadać, jak to między kobitkami, odpowiadała jednym słowem, a potem milkła. No i te schody... wtedy naprawdę wyprowadziła mnie z równowagi.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się stało. Wjechałyśmy w jakąś ślepą uliczkę albo miałyśmy przed sobą jednokierunkową, nie pamiętam dokładnie, ale nagle okropnie się wystraszyłam. Bo Hepnarova zamiast naokoło wrócić na główną i wybrać inną trasę, pojechała przez park i w dół po schodach. Po schodach, autem! Straszliwie telepało i bałam się, że nie uda jej się wyhamować na dole albo że rozbije auto. Darłam się, żeby przestała, ale ona tylko krzywo się uśmiechnęła i zjechała po tych schodach.

Wtedy obiecałam sobie, że nigdy więcej...

Dlatego też powstała ta skarga, którą wraz ze mną podpisały inne koleżanki.

 

Ostoja o nazwie Olesko

Rok 1971.

Kolejny przełom w jej życiu. Podczas jednego z przesłuchań Olga Hepnarova zdołała opisać ten fakt:

- Wówczas zupełnie przestałam brać pod uwagę rodziców.

Brzmi desperacko, dumnie i niezależnie, ale chyba nie była to tak do końca prawda. Bo - jeśli przyjrzeć się bliżej - we wszystkich krokach prowadzących do zerwania więzów rodzinnych pomagali jej właśnie rodzice, zwłaszcza matka. Można by tu wymienić choćby auto Wartburg 900, z którego korzystała na drogach do niezależności.

- Załatwiłam Oldze używany samochód - powiedziała jej matka - żeby nauczyła się doskonale jeździć, skoro już chciała zostać tym zawodowym kierowcą, muszę jednak dodać, że mój mąż nie zgadzał się na to, bo nasza druga córka Eva była wtedy na studiach i według męża dostawała od nas mniej niż Olga. Udało mi się jednak zrealizować swój cel z autem dla Olgi, pomagałam jej też w okresie, kiedy postanowiła, że za własne oszczędności zorganizuje sobie jakiś dach nad głową poza miastem.

Dach nad głową?

Organizowała go sobie w dość skomplikowany sposób. Najpierw kupiła małą składaną chatkę, właściwie altankę, na działkach Pod Beranką w Pradze 6. Potem wsiadła do samochodu i zjechała wszystkie miejsca wkoło Pragi, w których mogłoby jej się podobać, lub o których coś słyszała lub czytała. Wreszcie, po długich poszukiwaniach, na południe od stolicy znalazła miejsce, które odpowiadało jej wyobrażeniom. "Tutaj!", zdecydowała. Kazała rozmontować chatkę w Pradze 6, przewieźć na wymarzone miejsce i znów zmontować oraz wyposażyć, na działce w gminie Olesko, poczta Zvole pod Pragą, powiat Praga-Zachód.

Piękne, wówczas jeszcze nieprzeludnione i w jakimś sensie dramatycznie pociągające miejsce na prawym brzegu Wełtawy przy miasteczku Davle.

- Że niby jak to się nazywa? - zapytali w domu, kiedy po raz pierwszy wspomniała o swoim zamiarze.

- Oleśko. Zamieszkam tam - oznajmiła.

- No dobrze, możesz sobie tam mieszkać, jak będzie ładna pogoda...

- Nic z tych rzeczy. Wyprowadzę się tam. Na zawsze. Tak szybko, jak to tylko możliwe.

Brzmiało dość wariacko: z dobrze wyposażonego mieszkania w samym centrum Pragi, kawałek od placu Wacława, z widokiem na Teatr Narodowy, przenieść się do domku letniskowego o wymiarach trzy na trzy, którego jedynym wyposażeniem był piecyk naftowy i kilka najniezbędniejszych rzeczy...

- Chyba nie mówisz poważnie? - westchnęła matka.

Ale mówiła poważnie, zresztą - trzeba przyznać - jak wszystko, co kiedykolwiek powiedziała.

Ojciec z rezygnacją machnął ręką. Siostrę Evę, która studiowała, była w poważnym związku i zastanawiała się nad ślubem, te sprawy w sposób dość zrozumiały nie obchodziły. Tylko pani Hepnarova, mimo że się z tym wszystkim nie zgadzała, była gotowa pomóc córce w realizacji jej planu.

 

FRAGMENTY ZEZNAŃ ŚWIADKÓW

Szalona dziewczyna

Frantiśek O.

Żyję na tym świecie już 65 lat, ale nigdy nie spotkałem nikogo, kto zachowywałby się tak, jak ona. I muszę zaznaczyć, że byłem z nią chyba najbliżej ze wszystkich ludzi mieszkających w Oleśku. Na pewno najbliżej z dorosłych, bo mówiono o niej, że po prostu nienawidzi osób starszych, i jeśli już komukolwiek pozwoli się do siebie zbliżyć, to tylko młodym. W 1971 poznałem też jej mamę, bo to właśnie ona pewnego razu bardzo grzecznie poprosiła mnie o to, żebym pomógł jej córce trochę przebudować domek i ogólnie żebym pomógł chociażby z przynoszeniem paliwa do piecyka. Obiecałem, że to zrobię, i dotrzymałem słowa, ale naprawdę nie było łatwo dogadać się z panienką Olgą. Czasami trochę się dało, czasami wcale.

Bywała posępna, niekiedy jej zachowanie było wręcz zbliżone do szaleństwa, szczególnie gdy odwiedzała ją mama, Olga wrzeszczała, kopała przedmioty, wyrzucała matkę z domu i groziła, że ją zabije. To nie moja sprawa, nie znam też przyczyn takiego zachowania Olgi, ale osobiście uważam, że jej matka, przynajmniej z początku, próbowała pomóc, kupiła jej wyposażenie, meble, wspierała ją, ale Olga nie okazywała ani krzty wdzięczności. Później pani doktór przestała przyjeżdżać do Oleska, wcale się zresztą nie dziwię.

Przykro mi to mówić, ale Olgę uważali we wsi za szaloną dziewczynę.

Wiadomo, jak to jest, ludzie we wsi są cali szczęśliwi, jak mają tam kogoś, kto zachowuje się trochę inaczej niż reszta, żeby gadać było o czym. Panienka Olga była dziwakiem jak malowanie. Przyjeżdżała na przykład do sklepu na rowerze, po czym, kiedy zrobiła zakupy, zostawiała rower oparty o murek i szła na piechotę obładowana siatkami. A potem się dziwiła, że ktoś jej ten rower ukradł. Jakiś czas miała też motor, też zostawiała go ot tak, przed domkiem, nawet kiedy jechała na dłużej do Pragi. Robiła też inne rzeczy... Potrafiła przed samym deszczem rozwiesić pranie, kołdry, ubrania, a potem obojętnie patrzeć, jak wszystko moknie. W Radzie Narodowej Gminy Zvole rozpatrywano nawet przypadek, kiedy Olga nie zapłaciła w drogerii za farby, chyba 16 koron. Kiedy została wezwana, najpierw krzyczała, potem płakała, że ma zrujnowane życie, aż w końcu przyznała, że nie zapłaciła za farby tylko dlatego, że nie chciało jej się stać w kolejce do kasy. To samo w autobusie z Oleska na Pragę-Branik, kierowca wiele razy musiał na nią huknąć, żeby zapłaciła, podczas gdy panienka Olga siedziała i udawała, że śpi.

Jakby wszystko było jej obojętne.

Nawet strachu nie czuła.

Kiedy jeździła ze swojej altanki do pracy do Pragi i bardzo późno wracała, bez obaw szła sama w nocy przez las, cały kwadrans, na co nie poważyłaby się chyba żadna inna kobita od nas ze wsi.

Cóż, po prostu była taka jaka była.

 

O wściekłym wilku

Zdenek P.

U nas w Oleśku zwykle miejscowi młodzi dobrze się dogadują z młodymi, którzy przyjeżdżają tu na wakacje, z rodzicami albo sami. Zresztą wiele osób od nas jeździ do Pragi, do pracy, ja na przykład jestem mechanikiem w Chiranie. Więc kiedy w 1971 Olga Hepnarova postawiła sobie chatkę w Oleśku, zaraz próbowaliśmy ją trochę wciągnąć do naszej paczki, czasem robiliśmy ognisko, czasem wpadaliśmy do niej.

Jak wspomniałem, próbowaliśmy ją wciągnąć.

Dosłownie: próbowaliśmy.

Bo namówić Olgę do zwykłej zabawy, w przeciwieństwie do innych, to był naprawdę wyczyn, ciągle była poważna, cicha, rzadko się śmiała, nie przypominam sobie, żeby przez cały okres, kiedy się znaliśmy, choć raz na przykład opowiedziała kawał. Można było z nią pogadać, ale tylko tak jakby "na poziomie", inaczej niż z resztą znajomych. Olga była tylko dwa lata starsza ode mnie, ale czasami kiedy z nią rozmawiałem, w ogóle nie czułem się, jakbym rozmawiał z młodym człowiekiem. Większość moich przyjaciół była zrażona do Olgi, właśnie przez te wszystkie cechy, ale ja jestem chyba trochę bardziej ciekawy świata niż oni, i nawet mnie interesowała. Nie w takim sensie, w jakim dziewczyna może interesować chłopaka, to na pewno nie, ale czasami rozmawialiśmy, chociaż raczej nie bywaliśmy sam na sam, zawsze z resztą paczki albo gdzieś w autobusie, kiedy jeździliśmy razem z Oleska do Pragi. W swoim domku miała na półkach bardzo poważne książki, psychologiczne na przykład, to mnie akurat zaskoczyło, ale muszę przyznać, że denerwowały mnie jej gadki. Mówiła, że nie lubi ludzi, bo ją krzywdzą, źle mówiła o rodzicach i siostrze.

- Olina, moim zdaniem w tych wszystkich relacjach często sama jesteś sobie winna - powiedziałem raz.

Zdenerwowana spytała, co mam na myśli.

No to zwróciłem jej uwagę na parę sytuacji. Chociażby, że na wsi jest zwyczaj, że ludzie, jak się widzą, mówią sobie "dzień dobry", czego ona nigdy nie robi. Że nie mówi też "dzień dobry", kiedy wsiada do autobusu, gdzie siedzi dużo osób, które zna z widzenia. Albo że jak raz kierowca poczekał na nią, żeby wsiadła, chociaż już ruszał, nawet słowem nie podziękowała.

Patrzyła na mnie i po chwili powiedziała:

- O Boże, wszystko, co mi tu opowiadasz, to przecież nic nieznaczące bzdury. Ja się już po prostu nie zmienię.

- Bo nie chcesz? - zapytałem, ale nie odpowiedziała.

Nie było jej jak pomóc.

Nie za bardzo znam się na takich rzeczach, ale chyba po prostu chciała być tym, kim się czuła. Wręcz się tym rozkoszowała, jeśli można tak powiedzieć.

I jeszcze ta sytuacja z książką.

Jeden z kolegów przyniósł raz książkę przygodową, niezbyt wysokich lotów, której bohaterem był wilk, chyba nawet tak jakoś się nazywała. Wściekły wilk. Pożyczaliśmy ją sobie, trafiła też do Olgi.

- Słuchaj, Zdenek, to jest dokładnie tak, jak ze mną - stwierdziła, kiedy następnym razem się spotkaliśmy.

- O co ci chodzi?

- Ta historia o wściekłym wilku. Cała ta książka jest o mnie! Przecież ja jestem właśnie takim wściekłym wilkiem!

Najpierw tylko się śmiałem, ale kiedy zawracała mi tym głowę jeszcze kilka razy, zaczęło mnie to denerwować i powiedziałem jej, żeby nie truła. Wtedy nie miałem pojęcia, że jeszcze mi się w związku z Olgą przypomni to głupie gadanie o wściekłym wilku. Ale przypomniało się. W bardzo złym związku z Olgą.

 

FRAGMENTY ZEZNAŃ ŚWIADKÓW

Historia kobiecego trójkąta

Alżbeta Ś.

Być może zabrzmi to pyszałkowato, ale myślę, że Olga, która tak jak ja pracowała jako kierowca w Transporcie Poczty i Telekomunikacji, była we mnie zakochana. Tyle że nie potrafiła się zdobyć na pierwszy krok, bała się mnie dotknąć. Dotknąć... w obu znaczeniach tego słowa. Wiem, że mnie pragnęła, kilka razy przyszła nawet z bombonierką czy winkiem i dawała mi do zrozumienia, że jest mną zainteresowana, ciągle się koło mnie kręciła, ale na tym się kończyło. Na nic więcej - z wyjątkiem tego jednego, jedynego razu, o którym nigdy jeszcze nikomu nie powiedziałam - Olga się nie zdobyła.

Wyglądało na to, że ja muszę zrobić pierwszy krok.

Być może zresztą w innych okolicznościach nawet bym go zrobiła, i wszystko w moim i jej przypadku inaczej by się skończyło, ale akurat wtedy nie miałam powodu. Mieszkałam ze swoją dziewczyną, piękną i pod każdym względem pociągającą babką, która miała za sobą także związki z facetami, urodziła nawet dziecko, a ja byłam w niej strasznie zabujana. Nie mogłam więc zaoferować Olince Hepnarovej nic więcej niż przyjacielskie spotkania raz na jakiś czas. Pracowałyśmy jako szoferki w tym samym przedsiębiorstwie, ale każda w innej części Pragi. Czasem przychodziła po mnie do domu, czasem dzwoniła do pracy i mówiła:

- Może skoczymy gdzieś na kolację?

No i czasem szłyśmy, zwykle do hotelu Union na Nuslach, to był nasz ulubiony lokal, dobre jedzenie i miałam tam blisko z pracy. Czasem zamiast na kolację szłyśmy na Pankrac, gdzie były fajne dyskoteki, w centrum wtedy nie było ich za dużo.

Na Pankrac!...

Gdybym wtedy wiedziała, że pewnego dnia Olina skończy tam za kratkami... Ale nie, nie chcę o tym mówić, pewnie znów bym się rozryczała, a tego nie chcę.

No więc czasem szłyśmy gdzieś razem i było fajnie.

Ale w końcu zaczęło się to robić kłopotliwe.

Moja ówczesna dziewczyna nie lubiła Olgi, przeszkadzało jej, że się spotykamy.

- Czemu jej nie olejesz? - pytała. - Nie widzisz, jaka jest dziwna?! Co ci z tego przychodzi?

Olina też chyba nie myślała o niej najlepiej, ale nigdy nie odważyła się nic na nią powiedzieć, czasem jednak widziałam, że rzuca jej krzywe spojrzenie. Za to do jej dziecka, to był wtedy jeszcze taki słodki niemowlaczek, Olga zawsze się uśmiechała, czasami nawet przynosiła mu jakiś mały prezent. Pamiętam, że parę razy pomyślałam sobie, że jeśli udałoby jej się przezwyciężyć to, co czuła do mężczyzn, byłaby z niej całkiem dobra matka, choć ona sama twierdziła, że absolutnie nie chce mieć dzieci.

Niech to sobie brzmi jak chce, ale ja lubiłam Olgę.

Dla ludzi, którzy nie wiedzą o niej nic prócz tego, co zrobiła, Olga jest tylko bezwzględną furiatką. Ale to nie takie proste. Według mnie była mądra, i w środku... Boże, wybacz mi te słowa... chyba nawet dobra. Nie sądzę, żeby wcześniej, przed tym okropnym wydarzeniem, kiedykolwiek zrobiła komuś krzywdę, wszystko tak dziwnie się w niej kotłowało. Była prawie jak niemowa! Wydobycie z niej składnego zdania graniczyło z cudem. Gdy ją o coś pytałam, odpowiadała na przykład po 20 minutach, kiedy już prawie zdążyłam zapomnieć, o co mi chodziło.

Czasem mnie wkurzały jej dziwactwa.

Dzwoniła na przykład do drzwi na dole, schodziłam, mówiłam:

- Cześć. Chcesz wejść?

A ona tylko:

- Cześć!

Bez słowa jechałyśmy windą, robiłam jej kawę, czasem coś do jedzenia, a Olga przez cały czas nie odzywała się słowem, no, może oprócz "dziękuję". Na szczęście sama bez przerwy gadam, słuchała, patrzyła na mnie, dawała do zrozumienia, że moje słowa do niej docierają, obserwowała każdy mój krok - ale milczała, bez przerwy milczała.

Spotykałyśmy się dość długo, jakieś dwa lata.

Przez ten czas coraz mocniej czułam, że Olga jest bardzo nieszczęśliwa, że musiało jej się w życiu przydarzyć coś bardzo złego. Ktoś musiał ją skrzywdzić, może więcej niż jedna osoba, a ona nie potrafiła sobie z tym poradzić. Jakby bez przerwy się bała i nie tylko nie rozumiała świata wokół, ale też samej siebie. Było mi jej żal, ale nie mogłam nic z tym zrobić. Kiedy tylko pytałam Olgę, czy coś ją dręczy i czy mogłabym jakoś pomóc, nigdy nie odpowiadała i ciągle gapiła się, jakby nieobecnie, w jeden punkt.

Potem przestałam wypytywać.

To dla mnie bardzo trudne, mówić o niej, wyobrażać ją sobie. Była na swój sposób ładna, fakt, chodziła zgarbiona, ale miała niezwykłe oczy, zawsze wydawały mi się takie tajemnicze i czyste. Włosy też miała ładne, długie i lśniące, nie była wprawdzie całkiem w moim typie, ale muszę przyznać, że bardzo ładnie wyglądała w dżinsach, jasnej koszulce i kurtce skórzanej. Czasem próbowała szokować. Raz na dyskotece jakaś dziewczyna niespodziewanie rozpięła jej kurtkę i wszystkich zamurowało: Olga nie miała nic po spodem. Ale bardzo rzadko jej się zdarzały takie wybryki, zwykle tylko siedziała w milczeniu i odmawiała każdemu, kto poprosił ją do tańca. Nie miała specjalnego pociągu do alkoholu, od czasu do czasu wypijała kieliszek białego wina, nic więcej, za to dużo paliła. Raz, kiedy akurat była w nastroju do rozmowy, zdradziła mi, że kiedy jeszcze mieszkała z rodzicami, miała w pokoju całą masę popielniczek, ale zawsze kiepowała obok, na podłogę. Jakby chciała się na kimś zemścić.

Ludzie często się z niej naśmiewali. "Walnięta", mówili. Ale byli też tacy, którzy, tak jak moja trochę zazdrosna dziewczyna, bardzo poważnie mnie ostrzegali:

- Uważaj na nią, robi z siebie niewiniątko, ale jest kuta na cztery nogi, kto wie, czego tak naprawdę od ciebie chce.

Nie wierzyłam.

Ale potem, latem 1972, wydarzyło się coś, co zmieniło moje podejście. Olga wypaliła:

- Postanowiłam, że podaruję ci swój domek w Oleśku.

Dopiero później, kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, zrozumiałam, że Olga coś planowała i świadomie pozbywała się rzeczy, które były dla niej ważne, ale wtedy, kiedy złożyła mi taką propozycję, uznałam to wyłącznie za absurd. Poza tym pod żadnym względem nie chciałam jej być zobowiązana. Po prostu ze śmiechem odrzuciłam propozycję. Było jej przykro, powiedziała:

- Alżbeto, może chociaż pojedziesz i go obejrzysz, może ci się tam spodoba.

Powtarzała to w kółko, a ponieważ moja dziewczyna akurat była na urlopie w Jugosławii, w końcu się zgodziłam.

Właściwie głównie z ciekawości.

No i pojechałyśmy, a ja nie mogłam się nadziwić. Kiedy wieczorem dojechałyśmy na miejsce, Olga była jak odmieniona, nigdy w życiu nie widziałam, żeby tyle mówiła. Biegała tu i tam, pokazywała, skąd czerpie wodę, gdzie jest toaleta, a kiedy po zmroku zapalałyśmy lampkę naftową, tłumaczyła mi, dlaczego w domku nie ma prądu. Było miło, ten wieczór był naprawdę miły. W pewnej chwili bezwiednie objęłam Olgę, a ona przytuliła się do mnie, jakby z ufnością i nadzieją, chyba myślała, że wydarzy się coś więcej... Ale nie wydarzyło się. Kiedy nie czuje się do drugiej osoby niczego głębszego i jest się w związku z kimś innym, trudno się zmuszać. Posiedziałyśmy więc chwilę, popijałyśmy wino, a potem życzyłyśmy sobie dobrej nocy i każda poszła spać do innego łóżka...

Ale noc nie przebiegła już tak miło jak wieczór.

Jakoś nad ranem przebudziłam się gwałtownie i zobaczyłam nóż. Nóż, który Olga Hepnarova trzymała w ręku. Okropnie się przestraszyłam. Olga mówiła coś, raczej mamrotała, że nie chce mi zrobić krzywdy. Mówiła chyba, że sama chce się zabić... Nie wiem, chyba byłam nieprzytomna, nie wiem nawet, czy była wtedy ubrana, czy naga. Myślałam tylko o jednym: jak najszybciej się ewakuować. Odepchnęłam ją, chwyciłam torebkę i swoje rzeczy i wyleciałam na zewnątrz. Uciekać, uciekać, uciekać! Było jeszcze ciemno, biegłam pod górkę, potykałam się o korzenie. Nie pamiętam nawet, jak udało mi się dotrzeć do szosy, gdzie był jakiś przystanek. Miałam szczęście, bo po chwili przyjechał autobus, zamachałam histerycznie, zatrzymał się, z ulgą wsiadłam. Dojechałam na Branlk, gdzie przesiadłam się w tramwaj i pojechałam do domu.

"Nigdy więcej nie chcę widzieć tej świruski na oczy", myślałam.

Ale już następnego dnia, kiedy w pośpiechu wychodziłam do pracy, Olga czekała pod domem, przyniosła resztę moich rzeczy, które zostawiłam w Oleśku, i powiedziała skruszona:

- Nie gniewaj się, Alżbeto, bardzo cię proszę.

- W porządku, przecież nic się nie stało - odpowiedziałam. - Ale zrozum, że między nami koniec.

- No... skoro tak uważasz - powiedziała cicho, a kiedy brałam swoje rzeczy, wcisnęła mi w dłoń fotografię: - Żebyś o mnie nie zapomniała.

I tyle.

Zakończenie jak z kiepskiej powieści, co? Rzeczywiście, nie dała mi o sobie zapomnieć, bo o tym, co potem zrobiła, dowiedziałam się z gazet i radia. Moja dziewczyna powiedziała wtedy według mnie na wyrost:

- Od początku ci powtarzałam, że ta baba ma nie po kolei w głowie. Gdybyś stała na tym chodniku, ciebie też na pewno by przejechała.

Jestem przekonana, że tego akurat Olga by nie zrobiła, nie miałam już jednak okazji jej o to spytać. A tę małą, czarno-białą fotografię, którą dała mi tamtego ranka, mam do dziś.

 

Ucieczka do Babilonu na Maleśicach

- Nie chciało mi się żyć. Cierpieniem była dla mnie każda minuta - zwierzyła się potem psychiatrom.

- To znaczy, myślała pani o samobójstwie?

- Właściwie od lat szkolnych nigdy do końca nie pozbyłam się myśli, że prędzej czy później odbiorę sobie życie, jednak myśli te wciąż mieszały się z innymi. Ale właśnie tej ostatniej zimy, której część spędziłam w naprawdę tragicznych warunkach w Oleśku, zobaczyłam czarno na białym, że znalazłam się na samym dnie i to w każdej sferze życia. Byłam sama, wszędzie sama, sama w Oleśku, było mi przeraźliwie zimno, bo domku nie dało się porządnie ogrzać, miałam problemy z dotarciem do pracy i drżałam, że nie będę miała z czego żyć. Musiałam też przez to przerwać liceum wieczorowe, które zaczęłam we wrześniu i w którym nieźle sobie radziłam. Czułam się wykończona. Szczególnie rano byłam bez sił, z trudem zbierałam się, żeby wstać z łóżka, cokolwiek zrobić, dokądś pójść. Apatia była tak ogromna, że utrudniała mi poruszanie się. Musiałam się zmuszać, nawet żeby pójść do toalety. Jednocześnie zdawałam sobie sprawą, że wystarczy chwila, by... to wszystko się skończyło.

- Czyli rozważała pani samobójstwo jako rozwiązanie problemów?

- Samobójstwo na pewno byłoby jakimś rozwiązaniem, wreszcie miałabym święty spokój, ale czułam się tak okropnie, że nawet nie byłabym w stanie się zabić.

- Jak udało się pani wyjść z tego impasu?

- Nigdy z niego tak całkiem nie wyszłam, po prostu czasami było trochę bardziej znośnie. Wystarczyło, żeby nad Oleśkiem wstało słońce... Nie... teraz to bzdury opowiadam. Po prostu jakoś musiałam sobie poradzić. A może pomogły mi te myśli... Nie, też raczej nie.

- Proszę dokończyć. O jakie myśli chodzi?

- Myśli, że mam jeszcze w życiu coś do zrobienia.

- Że może pani na przykład spróbować żyć normalnie?

- Nie, to były inne myśli.

- O zemście?

- Na przykład.

 

Wiosna 1973 - Zbliżał się szczyt kryzysu

Zemsta.

Zemsta na społeczeństwie.

Zemsta na ludziach.

Z wielu wskazówek i bezpośrednich wypowiedzi, rozproszonych na setkach stron spisanych przesłuchań, zeznań z sądu, obszernych opinii biegłych, widzimy to bardzo wyraźnie: od zimy, kiedy to - cytując jej przyjaciela Mirka D. - znalazła się na samym dnie, u Olgi Hepnarovej z każdym miesiącem nasilały się myśli o zemście. Zemsta jako taka nie była jednak w jej głowie niczym nowym, rozważała ją już od ponad czterech lat. W międzyczasie analizowała najróżniejsze sposoby, jak ją przeprowadzić:

 

Na samym początku zastanawiałam się na przykład, jak podkopać w odpowiednim miejscu tory, by wykoleić pełen pasażerów pociąg w czasie jazdy...

Rozważałam podłożenie ładunku wybuchowego w miejscu publicznym, gdzie jest duży ruch...

Ciekawy wydał mi się też pomysł z uzyskaniem dostępu do broni palnej. Najpierw zastrzeliłabym rodziców i siostrę, potem mogłabym ewentualnie ruszyć na ulice i zrobić masakrę. Zaczęłam się nawet szkolić w tym celu, chodziłam na strzelnicę do Svazarmu [czechosłowacka organizacja utworzona w 1951 na wzór radzieckiego Ochotniczego Towarzystwa Pomocy Armii, Lotnictwu i Flocie (DOSAAF) - przyp. tłum.]. Ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że bardzo trudno byłoby mi dostać pozwolenie na broń...

To była myśl, która fascynowała mnie chyba najdłużej: prowadzę autobus pełen pasażerów, nagle skręcam i jadę prosto w przepaść, wszyscy wrzeszczą ze strachu, ja pewnie ściskam w dłoniach kierownicę...

 

Zastanawiała się, dokonywała wyboru.

Teraz, wiosną 1973, zastanawiała się właściwie raczej nad tym, jak to zrobić, niż czy to zrobić. Nasuwa się pytanie, dlaczego akurat wtedy jej decyzja stała się nieodwołalna? Kwestia ta interesowała, rzecz jasna, także prokuratorów.

- Dlaczego właśnie wtedy? - pytali.

- To zrozumiałe, było wiele powodów, wszystko się we mnie skumulowało.

- Nie, to wcale nie jest zrozumiałe. Przecież pani warunki mieszkaniowe i warunki w pracy były wtedy lepsze niż wcześniej. W Komunikacjach Praskich nie miała pani większych problemów, pani opinia z tego miejsca zatrudnienia nie ma negatywnego wydźwięku. Pracodawca poszedł pani na rękę w kwestii dojazdów, pozwolił przychodzić później niż reszcie zatrudnionych, potem zapewnił także miejsce w hotelu pracowniczym, gdzie miała pani lepsze warunki mieszkaniowe niż w domku letnim. Mogła więc pani wówczas wywnioskować, że nie wszyscy ludzie są do pani wrogo nastawieni. Nie czuła pani, że sytuacja zmienia się na lepsze?

- To prawda, że w nowej pracy sytuacja była bardziej znośna, odpowiadał mi też fakt, że jeździłam zamiatarką, a potem polewarką sama, bez pasażerów. Czyli rzeczywiście mogło wyglądać na to, że wszystko jest w porządku. Ale nie było.

- Dlaczego?

- Wyczerpały mi się pokłady odporności. Czułam, że więcej już nie zniosę, że moje życie jest zagrożone. Wciąż się wahałam i zastanawiałam, co robić. Nasuwały się dwie możliwości, o których już wspomniałam. Mogłam zabić siebie i w ten sposób zlikwidować wszystkie swoje problemy - albo zabić innych i spróbować w ten sposób zlikwidować problemy bardziej ogólne, które wynikają z tego, że żyją wśród was męczennicy tacy jak ja. Chcę powiedzieć, że to wy, ludzie, pośrednio zmusiliście mnie do tego, co się stało, chyba nie wydawało wam się, że zabiję się gdzieś w kąciku i będzie po wszystkim, że po prostu zniknie kolejna uciążliwa jednostka. Oczywiście, że już od dziecka myślałam o śmierci, nie chciałam jednak umrzeć bezsensownie. Powtarzam, że chciałam zemścić się na tych, którzy byli winni, którzy mnie zniszczyli... Pyta pan, dlaczego akurat wtedy. Co za różnica, wtedy czy kiedy indziej. Nosiłam na barkach bezgranicznie ciężkie brzemię przeszłości i aktualny stan mojego życia nie był już decydujący. I to nieprawda, że zaczęłam planować swój czyn dopiero w czasie, o którym pan mówi. Tak naprawdę planowałam go już od chwili, kiedy dojrzałam do myśli, że wina nie leży we mnie, ale w was: w ludziach. A do tej myśli dojrzałam już jakieś 10 lat temu. Jeszcze jako uczennica.

- Czyli w pani myślach, w ciągu ostatnich miesięcy i tygodni przed czynem, rysowała się już właściwie tylko kwestia konkretnej realizacji planu?

- Mniej więcej.

- Mniej więcej? Czy miała pani jeszcze choć cień wątpliwości?

- Nie wiem, czy można to nazwać wątpliwościami. Obiecałam sobie, że to zrobię. Ale byłam skłonna odwołać tę przysięgę w odpowiednich okolicznościach. Na przykład gdybym miała możliwość dłuższego pobytu w szpitalu psychiatrycznym, gdzie spotkałabym kogoś sensownego, z kim mogłabym porozmawiać, komu mogłabym zaufać. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Dlatego zdecydowałam się to zrobić.

 

Jednak najwyraźniej czuła, że z nią samą nie jest dobrze, dlatego też wtedy - prawdopodobnie pod naciskiem swojego przyjaciela Miroslava D. - po raz ostatni dobrowolnie wybrała się do lekarza, od którego oczekiwała pomocy. Nie była to najszczęśliwsza wizyta. Świadczy o tym także spisane we wrześniu 1973 dla Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego VB Praga-Miasto zeznanie, w którym psychiatra Zdenek N. zrelacjonował spotkanie z Olgą Hepnarovą:

 

Pacjentka nie posiada na naszym oddziale dokumentacji medycznej, w związku z faktem, iż nigdy nie została u nas przebadana, dlatego też mogę zeznawać wyłącznie na podstawie tego, co pamiętam. Prawdopodobnie jakoś pod koniec kwietnia 1973 na oddziale pojawił się nasz pacjent, Miroslav D., w towarzystwie mniej więcej 20-letniej dziewczyny i poprosił, abym zbadał ją jako psychiatra (prawdopodobnie chodziło o wspomnianą osobę, zaglądałem do jej dowodu osobistego, jednak nie pamiętam już nazwiska). Przyszli w momencie, kiedy zakończyłem godziny przyjęć, w chwili kiedy dosłownie wychodziłem z gabinetu, bez jakiegokolwiek skierowania lekarskiego [ostatnie cztery słowa doktor N. podkreślił - przyp. aut.]. Na moje pytanie, co ją sprowadza, dziewczyna odpowiedziała, że chce dostać się do szpitala psychiatrycznego na Bohnicach, bo czuje się zmęczona i chce odpocząć. Nie wspominała o żadnych innych dolegliwościach. Cała sytuacja wydała mi się dość dziwna, szczególnie kiedy zajrzałem do jej dowodu osobistego i wyczytałem, że nawet nie należy do naszego rejonu, ani ze względu na miejsce zameldowania, ani miejsce pracy, i że w Pradze 10 ma tylko pobyt czasowy. Moją nieufność wzmógł fakt, że przyprowadził ją Mirostav D. (niestety, ze względu na obowiązującą mnie tajemnicę lekarską nie mogę udzielić szczegółowych wyjaśnień co do tej wypowiedzi bez jego zgody). W każdym razie dziewczyna nie przejawiała oznak nagłych zaburzeń psychicznych, nie mogłem więc wypisać jej skierowania do szpitala na Bohnicach w ramach pierwszej pomocy, nie było ku temu powodów, dlatego też go nie wystawiłem. Cała sytuacja wydała mi się podejrzana, o czym powiedziałem pacjentce (zdarzają się bowiem przypadki, że hospitalizacja w szpitalu Bohnice jest nadużywana i w trybie późniejszym stwierdza się u pacjentów różne działania aspołeczne - nieobecności w pracy, chęć uniknięcia odpowiedzialności karnej i tak dalej). Powiedziałem jej, że szpital psychiatryczny nie jest miejscem na relaks, tylko na leczenie. Oraz że jeśli czuje się zmęczona, niech weźmie urlop, a jeżeli ma inne problemy zdrowotne, niech zwróci się do lekarza w swoim rejonie lub zakładzie pracy, który po jej przebadaniu zadecyduje o dalszych krokach, wśród których nie wykluczam także przyjęcia na nasz oddział, jednak pod warunkiem, że będziemy posiadać odpowiednie skierowanie.

Od tamtej pory nigdy już nie spotkałem pacjentki.

To wszystko, co mogę powiedzieć na ten temat.

 

Niemal zapomniane i nieroztrząsane podczas rozprawy sądowej wydarzenie z tego okresu. Na przełomie czerwca i lipca 1973 Olga Hepnarova wysłała pisemny wniosek do Zakładu Transportu Miasta Stołecznego Praga na adres Oddziału Autobusów przy ulicy HastaIskiej. Wyraziła zainteresowanie pracą u nich, konkretnie napisała, że: chciałaby zostać kierowcę autobusu miejskiego. Nie podała powodu swojego zainteresowania tą pracą i nikt z zakładu nie zdążył jej już o niego spytać, bo nigdy nie doszło do rozpatrzenia wniosku. Pytanie to zadał jej jednak później śledczy, a odpowiedź była jednoznaczna:

- Chciałam zostać kierowcą autobusu z zemsty na społeczeństwie, ponieważ wówczas, w momencie, kiedy w pojeździe byłoby dużo pasażerów, mogłabym specjalnie zrzucić go gdzieś do wąwozu. Do tego już jednak nie doszło.

W ostatnim zdaniu niemal słyszalne było słowo "niestety".

Rolę autobusu musiał więc odegrać bardziej przeciętny i przede wszystkim łatwiej dostępny środek transportu.

 

Najwyraźniej wszelkie wątpliwości zniknęły w nocy z soboty na niedzielę.

Jaki był ostateczny impuls?

Nie potrafimy w sposób jednoznaczny odpowiedzieć na to pytanie.

- Było wiele powodów, wszystko się we mnie skumulowało. Wyczerpały się pokłady odporności - oceniła swój stan, cytowaliśmy już zresztą te słowa.

Chyba po prostu powiedziała sobie: "Teraz!". Bodźcem, który popchnął ją do ostatecznego przebicia się przez coraz cieńszy mur skrupułów, mógł być nigdzie nieodnotowany szczegół, błahostka wynikająca raczej z jej wnętrza niż z okoliczności zewnętrznych. Zresztą przez cały tydzień poprzedzający tragiczne wydarzenie paliła za sobą mosty, nie chodząc do pracy i ryzykując zwolnienie, a przecież ta praca jej odpowiadała. Już to jest jakiś dowód, że nie myślała o przyszłości, jakby w ogóle się jej nie spodziewała, chociaż ze wspomnień jej przyjaciela Miroslava D. wynika, jak się niedługo dowiemy, co innego. Więc dlaczego właśnie wtedy? Zapewne dojrzała do tego, że nie zamierzała dłużej czekać.

Czekać - ale na co?

Trzeba było odłożyć na bok rozważania o przyczynach, nadszedł czas przygotowań do czynu. Później przy różnych okazjach, ale przede wszystkim podczas przesłuchania, jakie odbyło się trzy dni po czynie, opowiadała o tym śledczemu VB z przerażająco rzeczową, miejscami wręcz fachowo-techniczną prostolinijnością:

- W sobotę i niedzielę, szczególnie nocą, dużo rozmyślałam i podjęłam decyzję, by wyrównać rachunki ze społeczeństwem. Postanowiłam, że wypożyczę dużą ciężarówkę. Następnie postanowiłam, że znajdę w Pradze odpowiednie miejsce, gdzie będę mogła najechać tym dużym samochodem ciężarowym na ludzi, by zabić jak największą ich liczbę. Wiedziałam, że w Pradze 10, tam, gdzie czasami odholowuje się samochody, jest też wypożyczalnia, w której można wynająć ciężarówki typu Praga RN, czyli starszy model. Od początku zresztą myślałam o tego typu samochodzie. Wiedziałam, że nie jest to specjalnie szybki model, stąd nasuwał się wniosek, że miejsce, w którym zabiję dużą liczbę osób, musi być za zjazdem z górki, żeby wcześniej udało się wystarczająco rozpędzić auto. Poza tym musiało to być miejsce z niezbyt wysokim krawężnikiem, żebym bez problemu mogła wjechać na chodnik, poza tym musiało być to miejsce gdzieś przy ruchliwej ulicy, gdzie jest dużo ludzi.

Idąc tym tropem, udało mi się wytypować przystanek tramwajowy w Pradze 7, w alei Obrońców Pokoju, w stronę z błoni Letnej na plac Strossmayera. To właśnie było miejsce, które wybrałam i gdzie postanowiłam zrealizować swój plan.

Wciąż na nowo układałam wszystko w głowie, zamknięta w swoim pokoju w hotelu pracowniczym na Maleśicach. Nikomu nie zwierzyłam się ze swoich zamiarów. Nawet Miroslavovi D., z którym wówczas tak jakby chodziłam, czyli kilka razy z nim rozmawiałam i ogólnie spędzałam z nim czas. Być może wspominałam o moich odczuciach, ale ani słowem o tym, że planuję coś konkretnego. Starałam się jak najlepiej to ukryć, żeby nikt się nie zorientował, choć nie ręczę, że zawsze się udawało. Być może od czasu do czasu zdarzało mi się wypaść z roli.

 

Wtedy bowiem powstawał już list, który (obok innych aspektów) zapewnił przypadkowi Olgi Hepnarovej wyjątkowe miejsce w historii zbrodni. Olga Hepnarova napisała list do prasy. Stworzyła dokument, w którym zapowiadała, wyjaśniała i uzasadniała swoje posunięcie. Na piątym piętrze hotelu pracowniczego na Maleśicach, w pokoju numer 502 powstawał tekst, którego nie możemy pominąć, jeżeli chcemy choć trochę zrozumieć czyn i jego sprawczynię.

Jest to wyznanie, straszliwe i wypaczone wyznanie, wyznanie wiary w nienawiść i zemstę. Według wielu przesłanek nie napisała listu jednej nocy, pisała go na dwa razy: w nocy z soboty na niedzielę i w nocy z niedzieli na poniedziałek, w ścisłej zależności od tego, jak rozwijały się i zmieniały plany dotyczące realizacji czynu.

Warto również zwrócić uwagę na słowa, które autorka podkreśliła lub napisała wersalikami, w akapicie otwierającym możemy też zauważyć, pierwszy raz wyrażone, poglądy polityczne, zresztą - co charakterystyczne dla owych czasów - niektórzy dziennikarze piszący później o sprawie Hepnarovej umyślnie pomijali ten akapit.

Olga Hepnarova napisała:

 

Szanowni Państwo,

Potraktujcie, proszę, ten list jako dowód. Został napisany jako obrona przed ewentualnym znieważeniem czy ośmieszeniem mojego czynu; a także jako dowód, że jestem osobą dotąd poruszającą się w granicach norm psychicznych (gdybym - oczywiście w wyniku niedopatrzenia - została umieszczona w miejscu, gdzie władze pozbywają się więźniów politycznych).

Nazywam się Olga HEPNAROVA. Urodziłam się 30.06.1951 w Pradze. Pochodzę z rodziny inteligencji pracującej, ojciec jest urzędnikiem w banku, a matka stomatologiem. Mam siostrę Evę, urodzoną w 1949 w Pradze. Ukończyłam dziewięć klas szkoły podstawowej, następnie skończyłam introligatorską szkołę zawodową. Od roku 1970 pracuję w zawodzie kierowcy. Mam kwalifikacje kierowcy trzeciej klasy, dwa i pół roku doświadczenia w zawodzie, w tym 10 miesięcy na SC [prawdopodobnie chodzi o samochody ciężarowe - przyp. aut.]. Jestem zatrudniona w zakładzie

Komunikacje Praskie, Praga 7, Bubenska 8, zakład 02. Odkąd tam pracuję, nie miałam żadnych wypadków drogowych. Dodatkowo podaję swój adres: Praga 10, Plańanska 524, hotel pracowniczy, pokój numer 502/II. Po przedstawieniu faktów o sobie przechodzę do rzeczy.

Dziś, dnia 8.07., ukradnę autobus i z pełną prędkością wjadę w tłum ludzi. Wydarzy się to prawdopodobnie w Pradze 7 przy Parku Kultury i Wypoczynku im. Juliusa Fucika.

Korekta: będzie to pojazd służbowy 706 R cysterna, miejsce obojętne, data również.

Będę winna śmierci x osób. Zostanę osądzona i ukarana.

A oto moja spowiedź (nie wierzę już w księży ani lekarzy, wciąż jednak wierzę, że znajdzie się choć jeden uczciwy dziennikarz).

Przez 13 lat dorastam w szponach tak zwanej dobrej rodziny. Jestem bita i dręczona - ofiara dorosłych i zabawka w rękach dzieci (na zawsze już outsider wśród rówieśników). Mam przezwiska: BABOCHŁOP, MUMIA, TARZAN, UPADŁY ANIOŁ, KAMIENNY KWIATEK, ŚPIĄCA LALECZKA i tym podobne. Moi prześladowcy są bezlitośni. Jestem pokracznym członkiem stada i czarną owcą w rodzinie. Odkąd sięgam pamięcią, jestem samotna. Nie mam przyjaciół i nigdy mieć nie będę. Popadam w rozpacz, wynikiem są ucieczki. Ucieczki ze szkoły, z domu, z życia. Potem znów (w wieku 13 lat) zostaję wciśnięta w nieznośne życie pełne poniżeń, drwin i krzywd. W Szpitalu Psychiatrycznym dla Dzieci w Oparanach uświadamiam sobie ignorancję i zbędność (dla mnie) psychiatrii. Kończę szkołę podstawową. W zawodówce jest trochę mniej rasizmu, ale potem, w zawodzie kierowcy, znów jestem zmuszona walczyć (uprzedzenia i tym podobne). Jesienią 1971 wprowadzam się do domku letniskowego, który kupuję za własne pieniądze. To symbol mojego osamotnienia. Półtora roku później, u kresu sił, przeprowadzam się do zakładowego hotelu pracowniczego, pensjonatu, który okazuje się potwornym Babilonem, gdzie można przetrwać tylko dzięki silnej woli.

To przypadkowe zapiski z różnych lat.

Jestem nędzna jak ostatni narkoman. Tak. Tylko gdzie moje prochy? Gdzie? Gdzie jest to, co trzyma mnie przy życiu (dzisiejszy czyn)?

Wszystkie uczucia na skraju wyczerpania, nadziei tyle, co na lekarstwo. Ale upadły anioł jeszcze nie upadł do końca. Dlaczego to robię? Żeby zrozumieli, że istnieje kres bezsilności jednostki. Jestem w gorszej sytuacji niż Murzyn w Ameryce. Dlaczego? Dlatego, że jestem sama.

Tysiące razy byłam linczowana.

Oto przykłady:

* przez ojca, Antonina Hepnara;

* zaciągnięto mnie pod prysznic i pobito do krwi (Oparany 1965);

* grupa znajomych i nieznajomych chłopców obraziła mnie, potem zostałam kopnięta w krocze (miałam 11 lat, było to w korytarzu naszej kamienicy);

* dziewczyna w moim wieku pobiła mnie na ulicy (10-11 lat, na placu Betlemskim);

* w introligatorni w Chebie zostałam napadnięta fizycznie przez kierownika (Cheb, 1969);

* x razy za pomocą niewybrednych słów dawano mi odczuć, że jestem śmieciem, który nie ma czego szukać w towarzystwie porządnych ludzi (zaznaczam, że zawsze byłam zdrowa psychicznie i fizycznie!!!);

* x razy przechodnie, mijając mnie, spluwali, czasem na ziemię, czasem na mnie (w biały dzień, na ulicy CSSR);

* we wszystkich zakładach pracy oczerniano mnie, odmawiano, wyśmiewano, poniżano, może za wyjątkiem Komunikacji Praskich, gdzie - oficjalnie - jestem traktowana godziwie.

Bilans osobisty: jestem kaleką seksualną. Nie jestem zdolna do stworzenia normalnego związku. Jestem zniszczonym człowiekiem. Człowiekiem zniszczonym przez ludzi. Mam więc wybór: zabić siebie lub zabić innych. I decyduję następująco: ODPŁACĘ SWOIM WROGOM. Byłoby dla was zbyt tanie, gdybym odeszła jako nieznany samobójca.

A ponieważ społeczeństwo jest tak samorządne, że nie jest w stanie samego siebie osądzić, bywa, że zostaje osądzone prywatnie, przez kogoś, czasami zostaje ukarane, czasami kończy się na szoku.

A oto mój wyrok:

Ja, Olga HEPNAROVA, ofiara waszego bestialstwa, skazuję was na śmierć przez przejechanie i oświadczam, że tych x ofiar to i tak za mało za moje życie.

Acta non verba.

Na koniec mam jedno żałosne życzenie. Szanowni dziennikarze, podajcie, proszę, treść tego listu dc wiadomości publicznej lub przekażcie ją przynajmniej pisarzowi Branaldowi, kiedy będzie pracował nad kolejną książką o współczesnych zbrodniarzach.

Dziękuję,

Praga,... lipca 1973

Olga Hepnarova

 

Acta non verba!

Czyny, nie słowa!

Gdzie jest kres bezsilności jednostki...

Boże, jak łatwo można w imię złego, okrutnie złego czynu użyć wielkich słów, podświadomie kojarzących się z innymi, jeszcze większymi słowami. Jak niedaleko ma "kres bezsilności jednostki" do osławionej "siły bezsilnych" - pojęcia, które zupełnie odmienny od Olgi Hepnarovej człowiek mniej więcej w tym samym czasie zastosował, rozpoczynając publiczną otwartą walkę z niecnym reżimem?

Ale to już całkiem inne sprawy

Powróćmy lepiej do chwili, kiedy ukończony list leżał na stole w pokoju 502 hotelu pracowniczego na Maleśicach. Olga Hepnarova zostawiła przy dacie miejsce na uzupełnienie dokładnego dnia, ale najwyraźniej potem o tym zapomniała, list, we wtorek koło południa, został wrzucony do skrzynki w takiej formie, w jakiej przygotowała go w weekend.

Miejsce obojętne, jak pisała, zostało już z grubsza wybrane.

Data też.

Myślała o dniu rozpoczynającym tydzień roboczy...

 

 

Przesłuchanie Olgi było coraz bliżej mety.

Zdążyła jeszcze podyktować w celu zaprotokołowania swoje oświadczenie, które - dość przedwcześnie - przypomina mowę końcową w sądzie, czyli przemyślane, programowe podsumowanie wszystkiego, co w danej chwili chciała powiedzieć:

- Wiem, dlaczego toczy się przeciwko mnie postępowanie karne i przyznaję się do przestępstwa, o które mnie oskarżono. Zeznania, które złożyłam, są prawdziwe. Niektóre kwestie, o które mnie pytano, pozostały bez odpowiedzi. Zamierzam uzupełnić odpowiedzi jutro po południu bądź pojutrze. Jestem w stanie logicznie wyjaśnić swoje postępowanie, nie wiem jednak, czy okoliczności mają jakikolwiek sens dla śledztwa, i szczerze w to wątpię.

Myśl o zbrodni, którą teraz popełniłam, towarzyszy mi od jakichś 10 lat. Oznacza to, że wówczas znajdowałam się w takiej samej sytuacji jak dzisiaj. Od tamtej pory podobne myśli wciąż do mnie wracały. Nie byłam jednak świadkiem żadnego masowego wypadku drogowego, który by mnie zainspirował, nie było zresztą takiej potrzeby.

Przez cały wspomniany czas okazjonalnie bywałam ofiarą napaści fizycznej, przy czym ofiarą napaści słownej byłam systematycznie. Kiedy dzisiaj stoję tu przed wami jako oskarżona, a wy odgrywacie rolę moich sędziów, tak naprawdę sytuacja powinna być odwrotna. Powody napaści na mnie wiązały się wyłącznie z tym, że jestem taka, jaka jestem. Wielokrotnie brutalnie dawano mi do zrozumienia, że nie pasuję do tego społeczeństwa. Czułam się jak ofiara identycznego rasizmu, jakiego doświadczają na przykład Murzyni w Ameryce... Ostatnimi czasy bez przerwy i wszędzie byłam ofiarą napaści, czego nie chcę konkretyzować, aby moje zeznanie nie przekształciło się w jakieś paranoiczne historyjki. Ludzie, którzy dopuszczali się tych napaści, powinni sobie to w tej chwili uświadomić, nie kładę na to jednak nacisku. Na pewno ludzie ci nie będą się obwiniać. A jeśli nawet, na pewno nie powiedzą o tym sobie nawzajem.

Nie chciałam przejechać przypadkowego, pojedynczego pieszego!

Musiałam zrobić coś, co będzie miało jakąś wartość, a przejechanie pojedynczego pieszego, potrącenie jakiejś babci, to rzecz, do której chyba nawet nie byłabym zdolna. Na pewno nie zrobiłam tego złośliwie, choć zapewne bywa, że ktoś przejeżdża kogoś specjalnie, udając, że doszło do wypadku drogowego. Pod pojęciem wypadku ukrywane są różne zabójstwa, także samobójstwa. Ja nie chcę niczego ukrywać. Liczyłam się z tym, że wjechanie w tłum ludzi będzie oznaczało spowodowanie u nich obrażeń, ewentualnie także śmierci.

Wyrok jest mi całkowicie obojętny.

Dlatego też zeznaję zgodnie z prawdą.

Jestem skłonna powiedzieć o motywie, ale bez szczegółów, podczas przesłuchania nie chcę zdradzać pewnych spraw, które zachowałam w pamięci. Dziś nie mam już w tej sprawie nic do dodania.

 

FRAGMENTY ZEZNAŃ ŚWIADKÓW

Zaglądałem im prosto w okna

kpt. Vaclav F.

W praskiej dochodzeniówce nie byłem żółtodziobem. Jednak skłamałbym, mówiąc, że przed pierwszym przesłuchaniem, które miałem jako śledczy przeprowadzić z Olgą Hepnarovą, nie byłem jej ciekaw. Z jednej strony przez to, co zrobiła, ale także dlatego, że to był taki szczególny zbieg okoliczności. Mianowicie przez cały okres, kiedy pracowałem w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym przy ulicy Konviktskiej, zza biurka w swoim gabinecie zaglądałem tej rodzinie prosto w okna.

No... a później ją przyprowadzili.

Drobnej budowy, dość ładna, z wyglądu przypominała popularną wtedy piosenkarkę Janę Robbovą. Tylko chód miała dziwny, poruszała się trochę jak kukła. Chyba właśnie od tego, i od tego, że tak mało mówiła, powstało przezwisko Sfinks, którym obdarzył ją któryś z naszych chłopaków. Wiele godzin patrzyłem jej w twarz. Praca śledczego nie polega na tym, przynajmniej nie powinna, że człowiek wrzeszczy, wali w stół i przyciska kogoś, żeby się przyznał, ale powinna polegać też na próbie wejścia w głowę tej osoby, mówiąc w przenośni, śledczy powinien rozpłakać się z przesłuchiwanym, wzbudzić jego zaufanie, pozostawić trochę przestrzeni na rozmowę o codziennych sprawach, przejawić rozsądną dawkę empatii. Nawet jeśli - tak jak akurat w tym wypadku - to dość trudne. Nie było zresztą potrzeby nikogo przyciskać. Przecież ta dziewczyna od razu do wszystkiego się przyznała i tłumaczyła, dlaczego to zrobiła...

Żal? Czy było mi jej żal?

Nie wiem.

Kiedy tylko zaczynałem czuć coś w rodzaju żalu, od razu przypominali mi się ci starsi ludzie na chodniku. Nie byłem jednak w stanie poczuć do Hepnarovej nienawiści. Ona po prostu zamknęła się w swoich emocjach, krzywdach, nie potrafiła się od nich uwolnić, a doprowadziło ją to aż tam, gdzie teraz się znajduje. Jako laik nie zamierzam klasyfikować jej stanu, to sprawa dla psychologów, psychiatrów. Jeśli chodzi o to, jak się z nią pracowało podczas śledztwa, pracowało mi się dobrze. Była inteligentna, potrafiła świetnie formułować swoje wypowiedzi, rozumiała każde pytanie, była oczytana - chociaż moim zdaniem wybierała wyłącznie lektury pasujące do jej filozofii. Nieczęsto spotyka się tak dziwnych ludzi. Głęboko w jej osobowości było coś dziwnego, zwierzyła mi się na przykład, że lubi jeść surowe kurczaki.

- Wie pan, jak drapieżnik - zaśmiała się.

Jeśli mam być całkiem szczery i choć nie chciałbym nikogo osądzać, muszę przyznać, że coś dziwnego było najwyraźniej też u niej w rodzinie. Ojciec zupełnie odciął się od sprawy, a matka, z którą kilka razy rozmawiałem, ani razu w związku z tym, co zrobiła jej córka i jaka kara najprawdopodobniej ją czeka, nie okazała żadnych emocji: poruszenia, smutku, żalu, nawet gniewu. A Olga - niech sobie każdy myśli co chce - jeśli chodzi o brak okazywania emocji, była po prostu do niej podobna.

 

 

Próby przebicia się przez twardą skorupę

W sierpniu, wrześniu i październiku 1973 Olgą Hepnarovą zajmowały się przede wszystkim osoby, które miały za zadanie ustalenie jej stanu zdrowia psychicznego. Specjaliści w tej dziedzinie badali ją łącznie dziewięć razy, byli to lekarze psychiatrzy: Vladimir Student i Stanislav Drvota oraz psycholog Frantiśka Martonova - wszyscy z kliniki psychiatrycznej przy ulicy Ke Karlovu, w tym raz pod obecność grupy innych lekarzy i psychologów z tej samej kliniki psychiatrycznej. Ich opinia psychiatryczna i psychologiczna liczy 78 stron.

Rozmawiała z nimi.

Osoby poddające się podczas śledztwa takim rozmowom mówią często, że jeśli są one prowadzone w miarę swobodnie, miłym, nawet empatycznym tonem, przynoszą ulgę. To przecież zupełnie co innego niż standardowe przesłuchania, gdzie przedstawiane dowody, konfrontacje, krzyżowy ogień pytań i łapanie za słówka wywierają presję na przesłuchiwanym i mają na celu głównie jego przyznanie się do winy. Być może Olga Hepnarova też odniosła takie wrażenie. Fakt, że także podczas tych rozmów z własnej woli coraz bardziej dolewała oliwy do ognia, świadczy o jej charakterze. Dolewała oliwy najpierw po kropelce, potem w coraz większych dawkach. Brutalna jednostronność w odpowiedziach na pytania, o których na pewno wiedziała, że po części zadecydują o wymiarze kary, jakby wręcz demonstracyjnie narastała. Nagrane dialogi są na to dowodem:

- Co pani czuła bezpośrednio po czynie?

- Ulgę, że mi się udało. To uczucie trwa zresztą do dziś... Po prostu warto było.

- Dlaczego tak pani mówi?

- Mówię prawdę.

- Czy wyraziłaby się pani w taki sposób przed sądem?

- Tak. Gdybym stanęła przed sądem, mówiłabym prawdę. Przede wszystkim po to, by być postrzegana jako człowiek mniej więcej normalny, zależy mi, by dostrzeżono logikę mojego czynu... Mam nadzieję, że proces będzie publiczny, chcę, żeby ludzie dowiedzieli się, jakie miałam motywy.

- Dlaczego pani na tym zależy?

- Eksperci nie powinni zachowywać tego typu spraw dla siebie. Potencjalnych zabójców, takich jak ja, jest więcej, nie mają jednak odwagi tego zrobić. Chcę, by bardziej zainteresowano się osobami mojego rodzaju.

- Czyli popełniając ten czyn, chciała pani, żeby osobom, które są w podobnej sytuacji do pani, została udzielona pomoc?

- Oczywiście. Nie był to jednak główny motyw.

- Podobno wypożyczyła pani kodeks karny.

- Tak.

- Czy podtrzymuje pani swoje słowa, że chce otrzymać najwyższy wymiar kary?

- Jeśli dostanę karę śmierci, przynajmniej nie będę musiała dłużej przebywać na tym świecie. Proszę samemu ocenić, jaki sens miałoby dla mnie dalsze życie?

- Jest pani o tym przekonana?

- Bezwzględnie.

- Postawa, jaką pani obecnie prezentuje, wskazywałaby raczej na tendencje samobójcze, nieprawdaż?

- Przecież czyn, za który teraz jestem w areszcie, po części był samobójstwem, ponieważ, jak sądzę, być może dostanę karę śmierci.

- Być może?

- Na 20 procent. W zasadzie naprawdę wolałabym zostać stracona, mój czyn miałby wtedy większą wartość, poza tym oznaczałoby to, że całej zbrodni dokonał normalny człowiek, nie człowiek chory. Z tych samych powodów nie chciałabym zostać skierowana na leczenie, leczenie nie miałoby w moim przypadku najmniejszego sensu, poza tym wszystko nabrałoby innego znaczenia.

- Czyli gdyby miała pani możliwość wyboru, wybrałaby pani dla siebie karę śmierci?

[po chwili wahania] - Pewnie tak.

- Czy pani dzieciństwo miało wpływ na pani podejście do świata?

- Niewątpliwie.

- Czy już wtedy uważała pani, że różni się od innych dzieci?

- Tak. Najbardziej lubiłam być sama, ukrywałam się w miejscach, gdzie mogłam być sama. W innych dzieciach drażniło mnie, że na siebie skarżą, denerwował mnie też ich śmiech, miałam również wrażenie, że zachowują się egoistycznie.

- Jak czuła się pani w domu, z rodziną?

- Okropnie. Mieszkaliśmy z babcią od strony ojca, wcześniej babcia mieszkała na wsi, mniej więcej do 8. roku życia często spędzałam u niej lato. Wtedy jeszcze babcia była dla mnie dobra, chociaż też mnie nie rozumiała. Wszystko znacznie się pogorszyło, kiedy wprowadziła się do Pragi i spiknęła z ojcem, skarżyła na mnie, a potem ojciec jeszcze mocniej mnie karał.

- Na przykład za co?

- Na przykład kiedy nie chciałam chodzić do szkoły. Prowadzali mnie tam na siłę i bez przerwy grozili karą. Najgorzej było w czasach, kiedy miałam jakieś 10 lat, wtedy karali mnie jakoś co dwa tygodnie.

- Jaka była forma kar, o których pani wspomina?

- Pejcz, tak zwana dyscyplina. Oboje bili mnie dyscypliną gdzie popadnie. Czasem, kiedy kara była zapowiedziana, rozbierali mnie i tłukli po gołym tyłku, po nogach. Bolało i miałam siniaki. Według mnie ci ludzie to zwykli sadyści.

- Naprawdę tak pani uważa?

- Już wtedy tak uważałam. Ojcu na przykład nie chodziło nawet o karę, po prostu lubił mnie bić i kopać. Być może w jakiś sposób go to podniecało.

- Czy jest pani w stanie opisać, jaki był pani stosunek do rodziców w dzieciństwie?

- Nie wiedziałam, co o nich myśleć i czy w ogóle mnie lubią. Przede wszystkim się ich bałam. Nie okazywali mi czułości, nie przytulali mnie, nigdy nie sadzali sobie na kolana, przynajmniej nic takiego sobie nie przypominam.

- Rodzice nigdy nie sprawili pani żadnej radości?

- Być może tak, ale nie przypominam sobie takiej sytuacji.

- Było pani przykro, że pani nie przytulają?

- Chyba nawet nie, nigdy tego nie robili, więc za tym nie tęskniłam, chyba raczej było mi przykro, że mnie biją.

- Czy inaczej traktowali pani siostrę?

- Zupełnie inaczej.

- Ją przytulali?

- Nie, raczej nie, ale trzymali jej stronę. Kiedy zaczynała się jakaś awantura między nami, ojciec wpadał do pokoju, nie pytał, co i jak, tylko od razu powalał mnie na ziemię i zaczynał bić. Robił tak mniej więcej, odkąd skończyłam 4 lata.

- Jakie były relacje między panią a siostrą?

- Jakie mogły być, skoro działo się to, o czym przed chwilą powiedziałam? Były to relacje wrogie.

- Z obu stron?

- Myślę, że tak. Była dwa lata starsza, urodziłam się ja i skończyło się jej panowanie. Nie była o mnie zazdrosna. Raczej po prostu nie zwracała na mnie uwagi, jakbym była powietrzem, nie chciała mnie nigdzie ze sobą zabierać, skarżyła na mnie i być może nawet się cieszyła, kiedy dostawałam lanie.

- Często była pani na nią zła?

- Często.

- Co miałaby pani ochotę jej zrobić?

- Najchętniej porządnie bym ją stłukła, żeby rodzice jej nie chronili, żebyśmy mogły stanąć twarzą w twarz, jeden na jednego.

- Miała pani jakieś agresywne myśli związane z siostrą? Fantazje?

- Nie przypominam sobie niczego takiego. Parę razy spuściłam jej lanie, kiedy potem nauczyłam się bić... to wszystko.

- W czym siostra była lepsza od pani?

- Udało jej się skończyć studia. Miała też charakter, który łatwiej niż mój było tolerować innym ludziom. U mnie od małego problem polegał między innymi na tym, że ciągle się uśmiechałam, wprawiając ludzi w zakłopotanie. Teraz też czasami to robię, z przyzwyczajenia, nie chcę niczego w ten sposób wyrazić. Mój uśmiech zawsze wynikał z niepewności, zakłopotania, bo w gruncie rzeczy jestem nieśmiała.

- Jak odbierała pani relacje między rodzicami?

- Ich relacja na dobre obrzydziła mi instytucję małżeństwa, z ich powodu nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby wyjść za mąż. To był zły związek, chcieli się rozwieść, wciąż o tym mówili, ale nigdy nie zrobili. Kłócili się o wiele spraw, między innymi o odziedziczony po krewnych majątek, który nie był wspólny. Albo o jedzenie, bo kuchnia matki była strasznie monotonna. Ojciec był porywczy, ale matka często sama doprowadzała go do szału swoim lekceważącym zachowaniem, którym zresztą częstowała całą rodzinę. Chciała nawet rywalizować ze mną i siostrą w kwestii atrakcyjności. Chciała być lepsza od nas jako kobieta, piękniejsza.

- W jaki sposób się to według pani przejawiało?

- Sądzę, że umyślnie źle nas ubierała, nie chciała kupować nam rzeczy, w których wyglądałybyśmy naprawdę ładnie.

- Jak dziś odbiera pani matkę?

- Sądzę, że mamy chłodne stosunki.

- A ojciec?

- Niby jak miałabym odbierać człowieka, który zawsze mnie nienawidził i okazywał to przy każdej okazji?!

- Czy w dzieciństwie w ogóle kogoś pani lubiła?

- Jedną nauczycielkę w szkole, która przychodziła też do nas do domu, bo była znajomą matki, była dla mnie miła, ale myślę, że robiła to raczej ze względu na matkę, nie na mnie. Poza tym niestety nie spotkałam żadnych miłych ludzi, może kiedy wyjeżdżałam na wieś, ale te znajomości zawsze trwały krótko.

- Czyli na wsi czuła się pani lepiej?

- Trochę. Chodziłam do lasu, jeździłam na rowerze.

- Sama?

- Tak, zawsze i wszędzie sama.

- Kiedy spojrzy pani na dzieciństwo jako na całość, co pani czuje?

- Że nienawidziłam okresu dzieciństwa, bo nie czułam się wolna. Często wyobrażałam sobie, co bym robiła, gdybym była wolna, ale teraz już nie pamiętam, co to było.

- Czy próbowała pani rozwiązać swoją sytuację, uciekając z domu?

- Nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Ale to były tytko takie niewydarzone próby, które szybko spalały na panewce. Uciekłam dwa razy. Pierwszy raz w wieku 12 lat, kiedy ojciec sprał mnie za coś, czego nie zrobiłam. Już nawet nie pamiętam, o co chodziło, pamiętam tylko, że poczułam się pokrzywdzona. Wieczorem wyszłam z domu i pojechałam pociągiem do Pilzna. Chciałam pokazać rodzicom, że przeholowali. Ale miałam przy sobie tylko 20 koron i nie wiedziałam, co robić w Pilznie, nie wiedziałam, dokąd pójść, poszłam więc na komendę VB i przyznałam się, że uciekłam. Rodzice musieli po mnie przyjechać.

- Ukarali panią za tę ucieczkę?

- Nie, nie. Chyba się bali.

- A drugi raz?

- To było jakoś zimą. Po prostu nie mogłam już wytrzymać w domu i w szkole. Spakowałam więc narty, plecak i z 50 koronami w kieszeni pojechałam w Karkonosze. Najpierw przenocowałam na dworcu, drugą noc spędziłam w pomieszczeniu na narty przy jakimś hotelu, trzeciego dnia mnie złapali.

- Jak radziła sobie pani z nauką?

- Różnie. Na początku byłam jedną z najlepszych uczennic w klasie, potem, w siódmej, rodzice przenieśli mnie do innej klasy, wbrew mojej woli. Mówili, że zrobili to dla mojego dobra, żebym nie zadawała się z jedną koleżanką, która miała złą opinię. Wtedy wszystko się posypało, specjalnie przestałam się uczyć, nie chciałam chodzić do szkoły, miałam coraz gorsze stopnie, także z zachowania, w efekcie w ciągu jednego roku cztery razy zmieniałam szkołę. Tak właśnie mnie urządzili: dla mojego dobra!

- Tak bardzo zależało pani na tej koleżance?

- W ogóle mi na niej nie zależało, ale byłam przyzwyczajona do swojej starej klasy, wszyscy mnie znali i miałam święty spokój, a w nowych klasach wszyscy zwracali na mnie uwagę, to był koszmar.

- W jakim sensie?

- Dziewczyny i chłopcy wyczuwali, że się ich boję. Przekonałam się, że właśnie to uczucie, świadomość, że ktoś się ich boi, potrafi wyzwolić w nich bestie. Bili mnie, poniżali, wspierała ich w tym większość nauczycieli, byłam w klasie kimś w rodzaju Żyda. Widocznie czymś prowokowałam, nie potrafiłam się przystosować. Przezywali mnie, krzyczeli za mną, śmiali się ze mnie. Byłam wtedy chuda i miałam zgarbione plecy, co stało się powodem drwin. Poza tym chodziłam źle ubrana, jak żebraczka. Musiałam nosić ubrania po siostrze, na przykład cerowaną bieliznę, wstydziłam się w szatni przed gimnastyką. Nie żeby w domu nie było pieniędzy, po prostu rodzice nie uważali, żeby to, jak się człowiek ubiera, było ważne; dodaję, że dotyczyło to także mojej siostry. Ten krzyż akurat nosiłyśmy obie.

- Czy w tym czasie czytała pani książki?

- Czytałam, czytam i będę czytać, o ile mi pozwolą, aż do końca. Wprawdzie ominął mnie okres bajek, ale za to już od pierwszej klasy szkoły podstawowej chodziłam do biblioteki i wypożyczałam książki. Najpierw przygodowe, o odwadze, potem przeszłam na poważniejsze książki i literaturę specjalistyczną i tak mi zostało do dziś. Dzięki książkom czasami trafiam na filozofię, która jest mi bliska i trochę stawia mnie na nogi.

- Może poda pani jakieś przykłady?

- Jest ich wiele, nie wiem, czy wszystkie sobie przypomnę. Albert Camus w Obcym pomógł mi na przykład, pisząc, że samobójstwo to pomyłka, że to nie bunt, tylko dezercja. Podobał mi się bohater Obcego, który był szczery, nie chciał niczego udawać, nie bał się czynów i nie robił sobie w życiu zbyt wielkich nadziei. Zainteresował mnie też bohater opowiadania Sartre'a Herostrates. Miał wprawdzie rację, ale chorobliwą rację, bo nienawidził ludzi jako stworzeń, podczas gdy sam był jednym z nich. Obrzydzał go na przykład spocony kark stojącego przed nim mężczyzny, a przecież i on pocił się tak samo. Nie uważam się jednak za Herostratesa... proszę, żeby nie interpretować moich słów w ten sposób. Przeczytałam też Pisma Zygmunta Freuda, z poetów są mi bliscy Rilke, Nezval, Orten. Rozumiem też światopogląd Franza Kafki.

- Jaki jest pani stosunek do mężczyzn?

- Są mi obojętni.

- Jak pani myśli, dlaczego stosunek seksualny z mężczyzną nie przynosił pani nigdy satysfakcji?

- Nie wiem. To ma chyba związek z całym moim życiem. Skoro nic innego mi się nie udało, to i w kwestii seksu nic się nie udało, nie mam więc niczego na świecie... Oprócz...

- Proszę dokończyć.

- Oprócz nienawiści do osób, które mnie krzywdziły.

- Kto najbardziej panią skrzywdził?

- Wiele osób, trudno byłoby ustalić tu jakąś kolejność od-do.

- Czy zaliczają się do nich także pani rodzice?

- Oczywiście...

- Czy ufa pani lekarzom?

- Specjalistom w dziedzinie, z którą najwięcej razy w życiu miałam do czynienia, nie ufam na pewno. Chodzi o psychiatrów.

- Co ma im pani do zarzucenia? Czy powinni byli zorientować się, że pani cierpi, czy że jest pani osobą niebezpieczną dla otoczenia?

- Powinni byli się zorientować, że cierpię, i to nie przejściowo, tylko w okresie dojrzewania. Gdyby byli tacy mądrzy, za jakich się uważają, zorientowaliby się, że skoro nie udało mi się zintegrować z dziećmi w szkole, nie będę w stanie włączyć się do żadnej innej grupy. Na przykład w pracy.

- A jeśliby się zorientowali, co by to oznaczało dla pani? Co by z tego wynikło?

- No... [po chwili milczenia] właściwie to nie wiem.

- Jak długo nosiła się pani z zamiarem dokonania zbrodni?

- Tej konkretnej?

- Tak.

- Kilka dni.

- Gdyby w tych dniach pojawił się ktoś, kto by panią zrozumiał, gdyby mu się pani zwierzyła, poprosiła o radę, czy wówczas ewentualnie zrezygnowałaby pani ze tego planu?

- Trudno mi o tym mówić, skoro taka sytuacja nie miała miejsca. Ale chyba jednak nie zrezygnowałabym.

- Dlaczego nie wybrała pani na cel swojej napaści konkretnej osoby, o której uważa pani, że panią skrzywdziła?

- To by nie miało sensu. Chciałam trafić w społeczeństwo jako takie... w przypadkową jego część.

- Czy kiedykolwiek kogoś pani kochała?

- Chyba nie. Nie.

- Jaki ma pani stosunek do dzieci?

- Nie mam do nich żadnego stosunku. Na pewno nigdy nie zamierzałam mieć dzieci. Nie chciałam tego, nawet kiedy sama byłam dzieckiem.

- Czy pani niechęć do macierzyństwa może wynikać z faktu, że nie pociągają pani mężczyźni?

- Nie wiem. To chyba raczej pan powinien wiedzieć.

- Czy myśli pani, że w pani życiu coś by się zmieniło, gdyby znalazła pani partnerkę, która odpowiadałaby pani pod każdym względem?

- Możliwe. Byłby to jakiś stały punkt zaczepienia, stały punkt zaczepienia mógłby mnie uratować.

- Jaki jest pani stosunek do przyjaciela, który w tym roku był z panią na wakacjach i który pisze listy do aresztu?

- Mirek? Wolałabym, żebyśmy byli tylko przyjaciółmi.

- A nie jesteście?

- Czasami lubię spędzać z nim czas. Ale... to przecież facet. Nie lubię się zmuszać, ale nie chciałam mu robić przykrości i ciągle odmawiać. Pomógł mi w wielu sprawach. O nim akurat nie chcę mówić źle.

- Czy to właśnie nie on wspierał panią w poglądach, że ludzie są źli, społeczeństwo konsumpcyjne i tak dalej?

- To tylko takie gadanie. Czasami wydawało mi się śmieszne. Gadanie o społeczeństwie konsumpcyjnym, jakbyśmy sami nie byli jego częścią...

- Cofnijmy się jeszcze trochę. Czy nawet w okresie dojrzewania nie interesowali pani chłopcy?

- O ile pamiętam, nie. W celach poznawczych [śmiech] straciłam jednak cnotę. To była przygodna znajomość, on miał 23 lata, ja 17. Stało się to w jego mieszkaniu, defloracja była dla mnie bolesna. To jeszcze bardziej mnie zraziło.

- I zaraz potem zaczęła pani nawiązywać stosunki intymne z dziewczętami?

- Pierwszy raz próbowałam jeszcze w Oparanach, w okresie dojrzewania, ale to były tylko takie... gierki, z ciekawości, potem miałam dłuższą przerwę. Kiedy miałam 20 lat i jeździłam dla poczty, nawiązałam relację z inną szoferką. Było w porządku, ale nie za bardzo miałyśmy gdzie się spotykać, do wszystkich zbliżeń dochodziło w moim aucie.

- Czy jest pani w stanie opisać swoje podejście do seksu?

- Czasami się nad tym zastanawiam. Myślę, że nie jestem do końca homoseksualna, ani do końca heteroseksualna, chyba ogólnie jestem mało seksualna. Z partnerkami też nie zawsze mam orgazm, jednak z kobietami mam na orgazm przynajmniej cień szansy. Może wyrażę się ściślej, stosunek homoseksualny daje mi około 90 procent tego, o co chodzi, podczas gdy stosunek z mężczyzną jakieś 30 procent. To wszystko, co potrafię na ten temat powiedzieć. Powtórzę to, co już mówiłam: skoro całe moje życie nie jest normalne, trudno oczekiwać, że będzie normalne w kwestiach seksu. Jedynie podczas masturbacji osiągam zadowolenie. Nie wiem, czy to standard i nie chcę o tym myśleć, to dla mnie poniżające. Po prostu tak jest.

- Czy podczas masturbacji ma pani jakieś fantazje?

- Tak. Prawie zawsze wyobrażam sobie, że jestem mężczyzną. Jakbym źle się czuła w roli kobiety. Bywa, że w tych fantazjach jakby się rozdwajam. Jestem zarówno aktorem, jak i widzem.

- Czy w pani fantazjach występuje agresja?

- Nie, nie sadystyczna agresja czy gwałt, to na pewno nie, nie jest mi to bliskie. Raczej coś w rodzaju przewagi. Wyobrażam sobie na przykład, że należę do jakiejś silnej organizacji, wystarczy pokazać odznakę, a dziewczyna musi się rozebrać i bez sprzeciwu poddać mojej woli.

- Czy szukała pani partnerek? Próbowała pani je znaleźć?

- Czasami chodziłam do kawiarni Evropa. Żeby kogoś poznać. Właśnie tam poznałam dziewczynę, z którą spotykałam się ostatnio.

- Kiedy dokładnie?

- Jakoś ponad miesiąc przed tym, co zrobiłam. Pod koniec maja i na początku czerwca 1973. W kawiarni ściągnęłam ją wzrokiem, a ona się przysiadła. Potem byłyśmy razem może z 10 razy, u mnie w hotelu, w aucie albo ot tak, gdzieś na łące czy w lesie. Była rok młodsza ode mnie, siedziała w więzieniu. Nie byłam w niej zakochana, chodziło tylko o seks. Była dosyć doświadczona, miałam nadzieję, że z nią będę miała orgazm za każdym razem, udawało się tylko czasami. Może też przez to, że wcześniej za dużo o tym myślałam, i pesymistycznie z góry przekreślałam sukces. Taki niewypał zawsze mnie denerwował, mimo to czułam się lepiej, że kogoś mam, byłam wtedy bardziej pogodzona ze światem. Kiedy rozstałam się z dziewczyną, byłam zdruzgotana, był to kolejny powód, dla którego tego lata straciłam chęć do życia...

- Dlaczego ją pani straciła? Rozstałyście się?

- Nie, rozdzielił nas przypadek. Byłyśmy umówione, ale ja nie zdążyłam, bo w międzyczasie odholowali mi auto. Potem nigdy już jej nie spotkałam, chyba nawet u mnie w pokoju zostały jakieś jej rzeczy. Pomyślałam, że pewnie znów ją zamknęli. Byłam rozczarowana i nie próbowałam już nawiązać kolejnej znajomości, żeby znów nie dostać kopa.

- Ale pojechała pani z przyjacielem na urlop, na Słowację, prawda?

- Tak, on chciał mi jakoś pomóc, a ja chciałam uciec.

- Czy jeśli chodzi o pani relacje z dziewczynami, wiązała pani z nimi jakieś plany na przyszłość? Myślała pani, żeby z którąś zamieszkać?

- Plany? [śmiech] Jakoś w 1971, kiedy akurat byłam sama, pomyślałam, że może powinnam dać się zamknąć do więzienia za jakieś przestępstwo, bo tam na pewno miałabym okazję kogoś poznać. Teraz moje życzenie się spełniło. Jeśli nie dostanę kary śmierci, dość długo będę mieć optymalne warunki, co? A poważnie, rzeczywiście, miałam pewien plan, dałam nawet kilka razy ogłoszenie do gazety. Szukałam współlokatorki do domku w Oleśku. Pomyślałam, że mogłybyśmy tam razem poprowadzić gospodę. Na moje ogłoszenie odezwały się nawet dwie dziewczyny, kelnerki, ale gdy zobaczyły, jak mały i niewygodny jest ten domek, od razu straciły zainteresowanie. I tak jest zawsze i ze wszystkim. Plany, z których nic nie wynika...

- Czy często jest pani żal samej siebie?

- Czasami. Ale rzadko daję to po sobie poznać. Na pewno nie płacząc.

- A na odwrót: czy czasami jest pani żal innych?

- Na pewno. Ale w tej chwili nie potrafię sobie przypomnieć żadnej takiej sytuacji.

- Czy nigdy nie było pani żal rodziców, których być może pani rozczarowała, nie spełniła pani ich oczekiwań?

- Nie. To oni w najmniejszym stopniu nie spełnili moich oczekiwań jako rodzice. Dlatego zaczęłam ich nienawidzić.

- Bardzo nienawidzić?

- Najbardziej jak się da. Szczególnie ojca.

- Na tyle, że myślała pani, by ich zabić?

- Tak, wiele razy o tym myślałam. Ale nie zabiłam ich, bo wówczas nie zdołałabym już zabić innych ludzi, moja zemsta nie dotknęłaby wszystkich, i to by było niesprawiedliwe.

- Czy gdyby mogła pani wybrać grupę osób, którą pani zabije, znaleźliby się w niej pani rodzice?

- Tak. Ale przecież nie da się tego zrobić w ten sposób.

- Załóżmy, że istnieje możliwość przeprowadzenia idealnego dla pani zbiorowego zabójstwa. Kto znalazłby się w tej grupie?

- Rodzice, siostra, dzieci ze szkoły, nauczyciele, wszyscy psychiatrzy z Karlova i Oparan, którzy potraktowali mnie jako lekki przypadek, i inni psychiatrzy z Pragi 3 i Pragi 10, ale to bzdura, chodzi przecież o ogólną sprawiedliwość.

- Byłaby pani w stanie zniszczyć całą Pragę?

- Nie, nie byłabym.

- Cały naród?

- Nie czuję nienawiści do narodu.

- Czy w tej hipotetycznej, skazanej na śmierć grupie, znalazłby się ktoś, komu by pani darowała?

- Nie chciałabym robić wyjątków.

- Załóżmy, że zanim wjechała pani na chodnik, zobaczyłaby pani kobietę w ciąży, czy odwiodłoby to panią od planu?

- Myślę, że nie.

- A gdyby stało tam dziecko? Albo dzieci?

- Już kilka razy odpowiadałam na to pytanie, które zapewne ma na celu postawienie mnie w złym świetle. Powtarzam, że nie da się mówić o sytuacjach, które nie miały miejsca. Nie mogę więc mieć pewności, ale... chyba by mnie to nie odwiodło.

- Co pani czuła, nim pani wjechała na chodnik?

- Nie wiem.

- Była pani zupełnie spokojna czy czuła pani niepokój, złość?

- Raczej tylko napięcie.

- Nie złość?

- Czemu miałabym czuć złość? Przecież nie zabiłam tych ludzi ze złości, tylko w wyniku logicznego rozumowania.

- Czy czuła pani podniecenie seksualne?

- A skąd, nic z tych rzeczy.

- Czy dostrzega pani w tamtym wydarzeniu cokolwiek, co mogłaby pani uważać za okoliczność łagodzącą?

- Powiedziałam otwarcie, co się stało i dlaczego. Nie próbowałam później zakamuflować tego wydarzenia i udawać na przykład, że to był wypadek drogowy.

- To wszystko?

- Tak.

- Czy szczegółowo obserwowała pani to, co się działo po pani wjeździe na chodnik?

- Prowadząc samochód, patrzyłam przede wszystkim na tor jazdy, bo ta przestrzeń była dość wąska jak dla ciężarówki. Na resztę właściwie nawet nie chciałam patrzeć.

- Zamknęła pani oczy?

- Nie było takiej możliwości. Gdybym zamknęła oczy, zderzyłabym się z budynkiem.

- Co pani widziała?

- Zdziwienie ludzi, ich strach, widziałam, jak ich potrącam... Więcej właściwie nawet nie mogłam widzieć, samochód jest dosyć wysoki. Czułam, rzecz jasna, jak uderzam w ludzi, samochód zjechał z powrotem na jezdnię, musiałam skręcić kierownicę. Chciałam dojechać jak najdalej...

- Dlaczego pani nie dojechała?

- Przecież już mówiłam. Nie zmieniłam biegu na niższy i ciężarówka zatrzymała się po tych wszystkich uderzeniach.

- Dokąd by pani dojechała, gdyby ciężarówka się nie zatrzymała?

- Zamierzałam jechać prosto po chodniku, przejechać zwężenie bocznej ulicy i jechać dalej za róg, w kierunku nabrzeża i Klarova.

- Cały czas po chodniku?

- Naturalnie.

- Ile osób zamierzała pani w ten sposób przejechać?

- Tyle, ile się da.

- Czy planując swój czyn, zakładała pani jakąś konkretną liczbę ofiar?

- Że chcę zabić 20 osób albo coś w tym stylu? Nie, nie zakładałam niczego takiego.

- Po prostu jak najwięcej?

- Tak.

- Ale, jak sama pani przed chwilą powiedziała, nie chciała pani patrzeć na to, jak ich przejeżdża?

- To było niemiłe uczucie.

- Dlaczego? Skoro uważała pani, i nadal pani uważa, że tym ludziom się to należało, chyba raczej powinna się pani cieszyć, prawda?

- Nie zrobiłam tego, żeby się cieszyć! Zrobiłam to, by zapewnić sobie osobistą sprawiedliwość!

- Czyli właściwie nieprzyjemna konieczność?

- Być może. Na pewno czułam też ulgę, że mój plan się ziścił.

- Czyli nie jest pani przykro z żadnego powodu dotyczącego wypadku?

- Jednak jest mi trochę przykro, że ofiar nie było więcej - powiedziała Olga Hepnarova, a jeden z biegłych sądowych dopisał na marginesie: Odpowiedziała po krótkim wahaniu.

 

Podczas gdy wszystkie przesłuchania prowadzone przez śledczych mieszczą się na niepełnych 20 stronach, opinie biegłych psychiatrów, dopełnione wieloma cytatami, jak już wiemy, zapełniły aż 78 stron. Oczywiście zawierają nie tylko zapisy rozmów z oskarżoną. Znajdziemy tam także szczegółowy wykaz z badań i przeróżne ustalenia.

Badanie somatyczne:

Ciśnienie tętnicze 110/60; badanie ginekologiczne w normie; nerwy czaszkowe bez odchyleń; oddychanie swobodne, przez nos; prawidłowa akcja serca, drżenie powiek przy zamkniętych oczach, chód normalny; obgryzione paznokcie (podobno robi to od dzieciństwa).

Badanie psychologiczne:

Na początku odpowiada monosylabami albo wcale, patrzy w podłogę... Po jakiejś godzinie zaczyna mówić, jednak bez kontaktu emocjonalnego... Otwartość wzrasta z czasem prowadzenia badania.

Testy na inteligencję:

W skali Wechslera-Bellevue wynik wystarczający, by uczyć się w liceum. Rozbieżność w wynikach badań poszczególnych funkcji intelektualnych nieznacznie podwyższona. Poziom wiedzy znacznie wyższy niż zdolność zrozumienia sytuacji społecznych i orientacji w nich. Cała rozbieżność ma rysy schizofreniformiczne.

Badanie osobowości:

Test Rorschacha - wyraźnie oznaki agresji (krew), bardzo wyraźne skłonności do opozycji. W roku 1970 badano już pacjentkę tym testem, wówczas przeważała osobowość introwertyczna, w tej chwili zostało u badanej niewiele z ówczesnych cech. Cały protokół z testu odbiega od normy, świadczy o ciężkich zaburzeniach schizoidalnych i jest na granicy ewentualnej psychozy. W teście MMPI krzywa unosi się w skali schizofrenii i osobowości dyssocjalnej, unosi się też w skali męskości. Odchylenie w zakresie seksualności jest widoczne w tematycznym teście apercepcyjnym, gdzie w trzech wypadkach błędnie rozpoznaje płeć przedstawionych osób. Jedna z ich interpretacji (pochyła ściana) świadczy o obniżonej zdolności kontaktu emocjonalnego. Z innych interpretacji można rozpoznać identyfikację z osobą młodszą (odważniejszą), zainteresowanie tematem samobójstwa i oczekiwanie agresji wobec swojej osoby. W teście projekcyjnym uzupełniania zdań przejawia się silna potrzeba wykazywania słuszności swoich racji, wysoka samoocena, w pełni identyfikuje się z osobą odważną czy dzielną. Wyraźnie podwyższona pewność siebie, niektóre wypowiedzi idą wręcz w stronę megalomanii, nie zawierają jednak nic odrealnionego.

 

Olgę Hepnarovą w zasadzie bez przerwy obserwowano na oddziale zamkniętym kliniki psychiatrycznej Bohnice, biegli nazywali to miejsce Oddziałem Obserwacji Sądowej. To, co stwierdzali podczas obserwacji, zapisywali potem w ekspertyzie. Notatka z 1 sierpnia: Zachowanie przekorne. 4 sierpnia: Hepnarova opowiadała pacjentce M., że zabiła siedem osób i że dobrze się z tym czuje. Podobno od dawna to planowała. Oświadczyła też, że nie będzie nikomu mówić "dzień dobry" i że nie zależy jej na personelu, ponieważ obecnie mści się na ludziach. 9 sierpnia: Radośnie oznajmiła osobom w swojej sali, że już byli u niej biegli. 11 sierpnia: Śpiewa w pokoju z pacjentką K.

Osobną część opinii stanowi skrócony raport z przebiegu seminarium, które odbyło się w klinice psychiatrycznej. Na seminarium biegli sądowi przedłożyli swoje wnioski w większej grupie, wydarzenie to wraz z wnioskami, do jakich doszli wtedy lekarze, zostały później podważone przez adwokata Hepnarovej. W kolegium, pod niedobrowolną obecność Olgi Hepnarovej, wzięło udział około 30 specjalistów. Oskarżona, według protokołu: była wylękniona, małomówna, na niektóre pytania w ogóle nie udzieliła odpowiedzi, co jednak nie miało wpływu na przebieg debaty, w której swoje opinie wyraziła cała masa biegłych.

Provesor Vondracek:

To przypadek absolutnie wyjątkowy, najbardziej osobliwy, z jakim się kiedykolwiek spotkałem. Zbrodnia została starannie zaplanowana, do ostatniej chwili wiedziała, co robi... Godny uwagi jest jej chłód emocjonalny. Gdyby zamordowała rodziców czy kogoś ze szkoły, byłoby to działanie pod wpływem emocji. Ale ona wybiera wielkie, spektakularne wręcz zabójstwo. To już nie próba odreagowania, to akt samorealizacji.

Profesor Dobiaś:

Jej okrucieństwo wynika z instynktu socjalnego, nie z sadyzmu. Ważny jest tu także kompleks Herostatesa - również fałszerze obrazów mszczą się na społeczeństwie, które ich nie uznaje i chcąc skompromitować znawców i publiczność. Zemsta często ma charakter histeryczny. Olga Hepnarova jest psychopatką i można, rzecz jasna, być zdania, że każdy taki zbrodniarz zasługuje na współczucie, nie ma to jednak nic wspólnego z poczytalnością. Prawo zakłada, że żaden sprawca nie jest zupełnie normalny, różni się od reszty społeczeństwa, mimo to zostaje ukarany, bo w tym właśnie tkwi sedno kary, aby nie tylko normalni ludzie, ale także ci odbiegający od normy trzymali swoje żądze na wodzy... osobowość histeryczna - czego oczywiście nie mówi głośno - chce snuć intrygi, zamiast tego oświadcza, że inni ją krzywdzą, dlatego broni się i mści. Badana oskarżona także czuje gniew, dlatego zrzuca go na innych. Racjonalizuje własną nienawiść. Złodziej także często mówi, że jego kradzieże to zemsta za to, że społeczeństwo go zaniedbało.

Doktor Beneśova:

Pamiętam ją jeszcze z Opafan. Nie rzucała się w oczy, ale była okrutna w stosunku do najsłabszych, czyli oligofreników.

Doktor Dobry:

Zdarzają się zamachy na grupy ludzi, w postaci, powiedzmy, wysadzenia samolotu w powietrze. Są to zwykle czyny umotywowane politycznie lub poglądowo i dokonują ich przedstawiciele politycznych lub narodowych mniejszości. To jednak prawdziwa rzadkość, by ktoś zrobił coś takiego z osobistego powodu tak, jak to uczyniła obecna tu panna Hepnarova.

Doktor Mećir:

Pamiętam ją z czasów, gdy leczyła się w naszej klinice. Zawsze była zamknięta, każda rozmowa przypominała próbę przebicia się przez twardą skorupę. Najwyraźniej przez te kilka lat nie doszło w jej wypadku do poprawy na lepsze, niewiele się zmieniło... To pewne, że nadal będzie wybierać agresywne wzorce.

Doktor Martonova [dodaje]:

Podejrzewam, że jej zachowanie w więzieniu będzie tak samo agresywne, jak tutaj, na oddziale. Według oskarżonej najwyższą wartością jest odwaga, po prostu chce, aby inni odbierali ją jako osobę odważną i uważa, że już tak jest.

 

Podsumowanie seminarium w klinice psychiatrycznej:

Z obecnych 30 lekarzy i psychologów nikt nie jest zdania, że u oskarżonej mamy do czynienia z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, które mogłyby wpłynąć na utratę lub obniżenie świadomości własnych czynów.

 

Opinie biegłych zostały więc grupowo potwierdzone.

78 stron zapisków z działań mających na celu przebicie się przez twardą skorupę, przeniknięcie do myśli, uczuć i sposobu myślenia młodej kobiety, Olgi Hepnarovej oraz zaopiniowanie jej osobowości oraz stanu psychicznego zbliżało się więc do postawienia kropki. Na ostatnich dwóch stronach ekspertyzy biegli psychiatrzy sądowi odnotowali jeszcze w kilku punktach wnioski końcowe:

1. Oskarżona Olga Hepnarova nie cierpi na żadną chorobę psychiczną, która miałaby wpływ na zaburzenia świadomości związane ze zbrodnią. Widoczne są u niej jedynie pewne zaburzenia charakteru, zaburzenia osobowości o cechach osobowości psychopatycznej w połączeniu z rysami schizofrenicznymi, histerycznymi, agresywnymi i anetycznymi oraz z tendencją do dewiacji płciowej. Przy bardzo dobrym intelekcie i wszelkich danych jej szansach na prowadzenie życia kulturalnego i towarzyskiego na wysokim poziomie zapewne miała możliwości, by próbować skorygować negatywne cechy osobowości lub przynajmniej nie rozwijać ich w kierunku destruktywnych i wrogich postaw względem społeczeństwa.

2. Przestępstwa dokonała po długich rozważaniach i starannych przygotowaniach, w pełni świadoma jego konsekwencji. Krótko przed dokonaniem zbrodni, jak i podczas niej i po niej, postępowała racjonalnie, zachowała zimną krew, nie przejawiała oznak zaburzeń świadomości, co wynika także z dokładnych i szczegółowych wspomnień, nie była pod wpływem urojeń, halucynacji czy chorobowych zaburzeń nastroju. Z tego wynika, że w czasie popełnienia przestępstwa była w stanie zorientować się, że jej działanie jest niebezpieczne dla społeczeństwa, i nad nim zapanować.

3. W związku z wyżej wspomnianymi wnioskami wyklucza się decyzję o leczeniu oskarżonej.

4. Oskarżona w chwili obecnej w pełni rozumie treść oskarżenia.

5. Inteligencja oskarżonej plasuje się w skali przeciętnej w kierunku powyżej przeciętnej, iloraz inteligencji oskarżonej to 119 (przeciętna około 100).

6. Motywacją oskarżonej do popełnienia przestępstwa była zemsta na społeczeństwie, wynikająca z przewlekłej, narastającej nienawiści do ludzi. Źródłem owej nienawiści jest fakt, iż oskarżona jest świadoma swojej odmienności charakterologicznej oraz seksualnej oraz niemożności nawiązania kontaktu emocjonalnego z ludźmi, odczuwa osamotnienie i niezadowolenie. Aby nie przyznać się do tego, że sama po części odpowiada za taki stan rzeczy, przypisuje własne wrogie tendencje społeczeństwu, wini je i mści się na nim za własną odmienność i niepowodzenia. Czyn, którego się dopuściła, zaspokaja jej tendencje agresywne i destrukcyjne oraz chęć wykazania się czymś wyjątkowym.

data: 25 października 1973.

 

Jestem bogiem swojego prawa do zemsty...

O czym rozmyślała w celi?

Zwykle tego typu pytania pozostają bez odpowiedzi, ale sprawa Olgi Hepnarovej jest wyjątkowa także pod tym względem. Można bowiem zajrzeć w głąb jej ówczesnego "ja", posiłkując się pokaźnym zwitkiem, który zapisała źle naostrzonym ołówkiem na wąskich paskach papieru, prawdopodobnie toaletowego. Dozorcy więzienni podczas rewizji celi zabrali jej ten zwój w połowie lutego 1974, czyli ponad siedem tygodni przed rozprawą sądową. Zwitek nie jest w żaden sposób zatytułowany, nie jest też adresowany do nikogo konkretnego, być może zamierzała później go podpisać, ogólnie zaś przypomina - jak się niedługo przekonamy - trochę dziennik, trochę przygotowania do obrony przed sądem, która jednak nie była w istocie obroną, autorka nie zwraca się bowiem do wysokiego sądu, tylko w słowach często oskarżycielskich do ludzkości jako takiej. Wers po wersie, akapit po akapicie - wszystko tylko potwierdza jej dotychczasową, pełną urazy, niemal męczeńsko nieprzychylną, napastliwą, a w efekcie właściwie samobójczą postawę.

Dokument, za pomocą którego namalowała swój portret - i przypieczętowała własny los.

Postąpmy więc sprawiedliwie, czyli tak, jak - jej zdaniem - nikt wobec niej nie postępował, i przeczytajmy to bardzo intymne wyznanie w całości:

 

Skoro raz już przyznałam sobie prawo do wydania wyroku na ludzi i zniżyłam się do roli ich kata, uważam za swój obowiązek wyjaśnić żyjącym, co mnie do tego doprowadziło, lub raczej co mogłoby doprowadzić inne jednostki do sięgnięcia po rozwiązanie, po jakie sięgnęłam ja.

To logiczne. Człowiek O. został zaatakowany. Jeśli zostanie zaatakowany przez jedną osobę, powiedzmy P., jest w stanie się obronić. Jest także w stanie się bronić, jeśli zostanie zaatakowany przez dwie lub trzy kolejne osoby, osoby P. Jeżeli jednak zostanie zaatakowany przez grupę C, złożoną z 20 osób - nie jest już wstanie się bronić. A jeżeli O. jest atakowany przez grupę C oraz osoby P przy każdej okazji, dzień w dzień, jakie są jego szanse na przetrwanie? Chyba takie jak foki grenlandzkiej wobec myśliwych. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby foka przejęła broń swoich zabójców i była w stanie jej użyć. Myślę, że nacisnęłaby spust i wystrzelała wszystkich jak kaczki. A co robi człowiek O.? Robi to samo, ponieważ jest wobec grupy C tak samo bezbronny jak foka.

To właśnie mój przypadek. Z tą różnicą, że foka żyje wśród innych fok, podczas gdy ja nigdy nie spotkałam drugiej foki - człowieka O1. Wiem, że istnieją na świecie ludzie podobni, ludzie O1, którzy spotykają się z takim samym terrorem. Być może tylko przez jeden dzień, przez chwilę, a nie przez całe życie, jak ja. Uważam jednak, że naprawdę istnieją ludzie O1,2,3,4,5, ludzie krzywdzeni, myślę, że nie jestem sama, i to właśnie dla nich teraz to wszystko robię i mówię. Właśnie to jest istotne, nie to, czy będę dalej żyć, czy nie.

Fakt, że ktoś mojego pokroju stał się obiektem stałych prześladowań, jest ewenementem.

Nie istniał przecież ku temu racjonalny powód. Jestem zdrowa, nie wyróżniam się niczym szczególnym, mam dwie ręce, dwie nogi, tak jak wy, mówię po czesku, mam białą skórę. Wasza nienawiść do mnie była irracjonalna. Macie możliwość bronić się terminami typu "psychopatia", czy tym podobnym cholerstwem, ale dla osoby w miarę świadomej nie jest to miarodajne. Uważam, że jestem raczej normalna, jak każdy homo sapiens. Jako przeciwwaga waszej irracjonalnej nienawiści stopniowo powstawała moja nienawiść - nienawiść racjonalna. Sądzę, że rzadko ją okazywałam, wręcz prawie nigdy tego nie robiłam. Nie tylko by nie drażnić innych, także dlatego, że sprytny gracz nie odkrywa zbyt szybko kart.

Teraz jest po walce.

Nie chowam już urazy, pozwólcie mi zatem na kilka słów krytyki. Funkcjonariusz Korpusu Resocjalizacji [w czasach komunizmu pełnił funkcje, jakie teraz ma służba więzienna - przyp. tłum.] ma prawo podjąć pewne kroki w stosunku do więźnia, w celu przywrócenia porządku (są to na przykład: dotyk, chwyt, uderzenie ręką, uderzenie bronią), jeżeli wcześniejsze upomnienie czy reprymenda nie wystarczą. W tej kwestii ja także grałam fair. Najpierw ostrzegałam. Potem zaczęłam działać. Ludzie byli głupi i nieostrożni, okazywali swoją nienawiść (i wynikający z niej terror - wolę określenie "rasizm - terror rasistowski"), okazywali ją bez ogródek; byli tak zarozumiali, że nie przyszła im do głowy możliwość zemsty - możliwość, że człowiek O. pewnego dnia przeciwstawi się osobom P. i grupie C, i że sami doświadczą śmierci, której to mnie życzyli. Człowiek myślący i mający pewną wiedzę doszedłby do wniosku, że anormalność mojej osobowości nie jest szkodą, lecz pożytkiem, można bowiem udowodnić, że owa anormalność mojej osoby jest dziełem ludzi; naturalnym wynikiem konsekwentnego niszczenia mnie. Uważam, że psychopatia i niektóre typy schizofrenii mają etiologię społeczną.

Jeżeli w ogóle jestem zabójcą - a jestem nim z punktu widzenia prawa - nie jestem zabójcą anormalnym. Istnieje jednak konieczność, by tak mnie nazywano. To konieczne dla opinii publicznej.

Ale tak naprawdę powinnam się przedstawiać jako SPRAWIEDLIWY MŚCICIEL, bardzo mi miło.

Opiszę, co mnie niedawno spotkało. Jakiś miesiąc po mojej zemście zostałam osadzona w nowym miejscu, wśród nowych ludzi. Personel dozorujący przy tej okazji rzucił się na mnie jak rój szerszeni, obrzucił mnie wrzaskami, przekleństwami, obelgami (mówili między innymi, że chodzę jak małpa), tak więc znów spotkałam się ze starymi dobrymi zachowaniami, które znam na pamięć. Powiedziałam im:

- Jeśli jeszcze nie wiecie, zostałam już pomszczona. Tak samo jak teraz, zachowywaliście się w stosunku do mnie przed 10 lipca, ale wtedy nie mieliście powodu, no to teraz macie, bawcie się dobrze, kreatury jedne.

Dodam, że ludzie ci oczekiwali, że będę im mówić między innymi "dobry wieczór" czy "dzień dobry". Podaję ten przykład, aby zaznaczyć, że nade mną, Olgą Hepnarovą, po prostu nie macie już władzy, nie istnieje nic, czym można by mnie jeszcze bardziej ukarać i nie może mnie spotkać już nic gorszego niż to, co przeszłam, nie możecie mnie zniszczyć, możecie jedynie nadal likwidować mnie psychicznie, to wszystko. W ten sposób tylko dopełnicie dzieła likwidacji psychicznej i moralnej, o które zabiegacie, odkąd chodzę po tym świecie. Zaznaczam, że zabiegaliście o to niezależnie od siebie, na tym polega właśnie irracjonalność waszej nienawiści do mnie: ktokolwiek i gdziekolwiek ją poczuł, okazywał mi czynem lub słowem nienawiść tak samo niesłychaną - bestialską - zwierzęcą, jakiej nie zaznał nikt inny na świecie.

Ze świata przyrody znamy liczne przypadki nienawiści względem jednostki odmiennej, stado odtrąca chociażby albinosa czy osobnika słabego, który doznał ran. Nie jestem takim przypadkiem. Nie jestem, szanowni państwo. Ale nawet gdybym była, nie mielibyście prawa tak mnie traktować. Jako ludzie. Mielibyście do tego prawo wyłącznie jako bestie! Powtarzam, moja anormalność jest nabyta. Wiem, że ta teza nie wytrzyma waszej krytyki, ponieważ nie mam jak jej udowodnić, nikt zresztą - nawet Einstein - nie był w stanie udowodnić absolutnego końca i absolutnego początku żadnego z założeń.

Kolejny punkt na moją niekorzyść: kiedy podaję konkretne przykłady nienawiści, twierdzicie, że takie rzeczy prawie każdego mogły spotkać. To jasne, że ludzie źli nie istnieją od dzisiaj... Nie zmieni tego żaden Jezus Chrystus. Ja też tego nie zmienię. Nie o to chodzi. W chwili, gdy swoim czynem przekroczyłam Rubikon, przestałam być ludzkim człowiekiem, tym bardziej chrześcijaninem. Nie zamierzałam zmieniać świata, nie wiem, czy jestem tego rodzaju idealistką. Chodzi o to, że do pewnego stopnia, tak samo jak wy, byłam zmuszona tolerować ludzkie zło, i robiłam to. Nie jestem więc jednostką przewrażliwioną. Przeciwnie.

Tak samo absurdalne jest pytanie: kim ja niby jestem, że wymierzam karę? Nie jestem Panem Bogiem, mimo to wymierzam karę. Jestem bogiem mojego osobistego prawa do zemsty, i jako taki mówię: takie prawo mają tylko bogowie równi mnie.

Innymi słowy: mój przypadek ma zastosowanie jedynie w przypadkach równych mnie. Chcę powiedzieć, że nie mściłam się za to, że ktoś w tramwaju x razy nadepnął mi na nogę, mam nadzieję, że sprawa jest na tyle jasna, że nie musicie się obawiać kolejnych aktów zemsty, fali zemsty, choć niewykluczone, że w przyszłości ludzie będą dobrowolnie odchodzić ze świata wraz z innymi ludźmi, czyli tą częścią społeczeństwa, która często jest winna samobójstwa innych.

Twierdzę więc, że mnie (tak samo jak was) dopadła ta sama wszechogarniająca nienawiść i że cierpię (tak samo jak wy) na wszechobejmującą mizantropię. To jasne, dlaczego mszczę się ja, a nie wy. Jeżeli reszta społeczeństwa w swojej drodze przez życie niesie na plecach ciężar ZŁA o wadze około 5 kilogramów, ja niosę 20 kilogramów. Jednak to nie wina samego ciężaru. Kto mi go zarzucił na plecy? Wy, ludzie. Czy miałam wolę i siłę, by go dźwigać? Miałam. Czy go niosłam? Niosłam. Dlaczego 10 lipca zdecydowałam, że dłużej nie będę go dźwigać? Dlaczego? Skończyły się moje nadludzkie siły, zrzuciłam ciężar i cisnęłam nim w osoby, które go stworzyły. Ale to jeszcze nie wszystko. Jestem tak bezczelna, że żądam od tych osób, aby przyznały się do winy - winy stworzenia go. Ja przyznaję się do swojej - skończyły mi się nadludzkie siły. A czy wy, ludzie, przyznacie się? Pomogę wam. Mogę się na to poważyć, bo wyrok psychiatrów głosi, że nie jestem paranoikiem. Ja oczywiście nie mam w tej kwestii najmniejszych wątpliwość. Chodzi o to, byście zrozumieli, że nie jestem paranoikiem, więc wszystko to jest normalne.

O co więc chodzi?

Chodzi o to, że ludzie wyspecjalizowali się w kierunku osób takich jak ja, Olga Hepnarova, nieważne, czy byłabym cesarzem, czy zamiatałabym ulice. Ludzie nie zawsze robili to umyślnie, czasami podświadomie, ale jednak, specjalizowali się. Wyspecjalizowali się w irracjonalnej nienawiści do mnie. Kto potrafi mówić w sposób zrozumiały o rzeczach abstrakcyjnych i kto mnie znał, może to potwierdzić. Chyba. Nie jest jednak dla mnie ważne myślenie czy odczuwanie (przykład: obcość jako czynnik zabójstwa), to wasza sprawa, ja to przeżyłam i przeżyję, jestem osobą uzbrojoną w antypatię i tym podobne, ważne jest to, co mi robiliście, ROBILIŚCIE - i nic nie jest dla was usprawiedliwieniem (tak jak nie jest dla mnie). Rozumując w ten sposób, mam takie samo prawo do czynu, zbrodni, jak wy (w stosunku do mnie). W IMIĘ PRAWA - WASZEGO PRAWA.

Jeśli więc nazwiecie mnie jednostką aspołeczną, jak ja mam nazwać was? Antyhumanistyczni kaci-amatorzy, bo nawet nie udało wam się ukończyć dzieła, na co dowodem jest fakt, że pozwoliliście mi przez niemal ćwierć wieku chodzić po tym świecie. I jeśli ja jestem osobą aspołeczną, to wy jesteście ajednostkowi. Nie pozwoliliście mi żyć, więc i ja nie pozwoliłam żyć wam (ŻYJ I POZWÓL ŻYĆ).

 

Akt oskarżenia

1. Olga Hepnarova... dnia 10 lipca 1973 o godzinie 13-45 w Pradze przy alei Obrońców Pokoju, na terenie przystanku tramwajowego Plac Strossmayera, umyślnie - działając w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia wielu osób poprzez przejechanie ich samochodem ciężarowym, z nienawiści do ludzi i według wcześniej przemyślanego planu, sprowadziła katastrofę w ruchu lądowym zagrażającą życiu i zdrowiu wielu osób, w ten sposób, że prowadząc samochód ciężarowy Praga RN o numerach rejestracyjnych AD 19-95, umyślnie doprowadziła do zjechania pojazdu z jezdni na pobocze i chodnik przeznaczony dla ruchu pieszych, a następnie kontynuowała po nim jazdę na całej jego szerokości na dystansie 31 metrów, potrącając, przejeżdżając i raniąc łącznie 20 idących po chodniku pieszych, czego następstwem była śmierć 8 osób, ciężki uszczerbek na zdrowiu u 6 oraz spowodowanie lekkich obrażeń u 6 osób. Oskarżona zaprzestała niebezpiecznej jazdy po zatrzymaniu się silnika oraz wjeździe samochodu w słupek przystankowy.

Tak więc po pierwsze: umyślnie spowodowała śmierć wielu osób, po drugie: dopuściła się czynu społecznie szkodliwego, który miał bezpośrednio na celu dokonanie tego właśnie przestępstwa.

2. Dnia 7 sierpnia 1970 o godzinie 2.00 w gospodarstwie wiejskim swojego ojca w miejscowości Zabrodi nr 36, powiat Nachod, przy użyciu benzyny oraz papieru gazetowego podłożyła ogień z zamiarem zniszczenia gospodarstwa, czym spowodowała szkodę majątkową w wysokości 100 koron, przy czym pożar, który wybuchł w wyniku podpalenia, został ugaszony przez osoby przebywające w gospodarstwie.

Tym samym oskarżona dopuściła się czynu społecznie szkodliwego, którego zamiarem było dokonanie przestępstwa, do czego nie doszło na skutek działań osób trzecich.

Podsumowując:

Według oskarżenia Olga Hepnarova dopuściła się popełnienia przestępstwa zabójstwa, usiłowania popełnienia zabójstwa oraz usiłowała popełnić przestępstwo zniszczenia mienia.

 

- Czy chce się pani odnieść do treści aktu oskarżenia? - zapytał sędzia Olgę Hepnarovą.

- Tak.

Przesiedziała w więzieniu dziewięć miesięcy, to dużo, w człowieku w tym czasie potrafi dojrzeć istota ludzka, w ciele i duszy Olgi Hepnarovej do niczego takiego nie doszło, niestety nic nowego nie narodziło się także w jej rozumowaniu, nic, co nie zostałoby już wielokrotnie wypowiedziane. Jak na przykład żal. Skrucha. Pokora. Nic z tych rzeczy, choć, już od pierwszych słów widać, że starannie przemyślała swoje wystąpienie:

- Najpierw - powiedziała - muszę scharakteryzować sytuację... Jako przykład przytoczę coś, co przydarzyło mi się kiedyś w autobusie. Zamiast dwukoronówki przez przypadek wrzuciłam do kasy jednokoronówkę. Kierowca natychmiast zatrzymał mnie, mówiąc, że muszę dostać mandat. Ale potem podczas jazdy byłam świadkiem, jak wsiedli jacyś jego znajomi, którzy w ogóle nie zapłacili za przejazd. Dlatego kiedy wysiadałam, powiedziałam mu, że jeśli dotrze do mnie jakiś mandat, nie zamierzam zapłacić. Trochę się kłóciliśmy, potem autobus odjechał. Teraz jestem w takiej samej sytuacji: autobus odjechał, a ja stoję tu przed wami, którzy reprezentujecie prawo. Czy to, co mówię, jest zrozumiałe?

- Proszę kontynuować.

- Co do treści aktu oskarżenia: wy widzicie osiem ciał. Ale ja też widzę osiem ciał, a może osiem razy dziesięć ciał. Pytanie, co to za ludzie? To tak zwani prügelknabe. Ja również jestem prügelknabe. I teraz chcę poprosić was, byście nie hodowali ludzi tego rodzaju, bo jeśli nie będziecie ich hodować, nie będą myśleć tak jak ja i nie zrobią tego, co ja zrobiłam.

Prügelknabe.

Coraz częściej w różnych sytuacjach będzie używać tego słowa, ale po raz pierwszy użyła go właśnie przed sądem, czym wprawiła w niemałe zakłopotanie protokolantkę Janę V., która nie wiedziała, jak je zapisać. Niektóre ślady świadczą, że Olga wyraz ten wyszperała podczas rozmów z adwokatem i całkowicie się z tym określeniem utożsamiła. Jakby to słówko ją olśniło. Prügelknabe - w przenośni kozioł ofiarny, a w dosłownym przekładzie "bity kijem chłopiec".

Czyli chłopiec do bicia.

Słusznie czy nie - tak właśnie siebie postrzegała.

Na jej samoocenę zareagował także sędzia:

- Dlaczego mówi pani, że jest prügelknabe!

- Ponieważ nim jestem.

- Uważa pani, że pani pozycja w społeczeństwie jest w jakiś sposób wyjątkowa?

- Tak, jestem wyjątkowym przypadkiem, bo jestem fizycznie zdrowa, mam białą skórę i niczym nie różnię się od innych ludzi. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego to właśnie mnie wybrano na chłopca do bicia, najpierw w domu, już od moich narodzin, a potem już na zawsze. Miałam siostrę, mogłam więc porównywać zachowanie rodziców. Wobec mnie zawsze zachowywali się zdecydowanie gorzej, czego nie potrafiłam zrozumieć. Bili mnie częściej niż siostrę. Już w okresie przedszkolnym, ale także potem, w okresie szkolnym, kiedy znów byłam tą najgorszą i najbardziej bitą... Nieznośna sytuacja nastała, gdy przenieśli mnie do innej klasy, gdzie dzieci traktowały mnie z wyższością. Szkoła stała się dla mnie przerażającym miejscem, nie przez naukę, tylko przez uczniów i nauczycieli, wszyscy oni wciąż dawali mi do zrozumienia, że są zniesmaczeni samym faktem, że w ogóle śmiem przebywać w ich towarzystwie. Wówczas byłam kimś w rodzaju poczwórnego prügelknabe.

- Dlaczego właśnie poczwórnego?

- Po pierwsze, w domu, po drugie, w szkole, po trzecie, na ulicy, a po czwarte, zawsze kiedy stawałam twarzą w twarz z jakimkolwiek człowiekiem. Nigdy nie było to spotkanie równego z równym, zawsze występowałam w roli prügelknabe... Szłam do szkoły i wracałam do domu dosłownie jak na skazanie... Postanowiłam więc przestać istnieć. To było 10 lat temu, dziś mam inne zdanie. Mogłabym bowiem przestać istnieć, ale problem by nie zniknął. Wszędzie, w szkołach, urzędach czy w innych miejscach, zawsze znajdzie się choć jeden taki prügelknabe, a ja zrozumiałam, że to nie tytko mój problem, bo problem tkwi w was, was wszystkich, musicie przestać hodować ludzi w rodzaju prügelknabe - w ten sposób nie ukręcicie też bicza na siebie samych. Dlatego nie targnęłam się na własne życie, wówczas nie miałabym audytorium... Ludzie nie są ludzcy, nie zachowywali się w stosunku do mnie po ludzku, nie zachowywali się po ludzku także wobec innych prügelknabe, i nie mają wyrzutów sumienia. Dlatego to zrobiłam, trochę z pragnienia zemsty, ale także aby nie dochodziło już do takich przypadków. Myślę, że moglibyście podjąć stosowne kroki, aby podobne sytuacje się nie powtarzały. Skoro VB jest w stanie wykryć i rozpracować gang, dlaczego nie miałoby zrobić czegoś dla tych ludzi. O ile nie jest za późno i o ile nie chcecie zginąć na chodniku z ręki jakiegoś innego prügelknabe, który zrobi to w imię waszego prawa i w imię waszego bezprawia.

- Nie sądzi pani, że to brzmi trochę jak groźba? - zareagował na jej słowa jeden z ławników.

- Nikomu nie grożę - odpowiedziała. - To tylko ostrzeżenie. Osobiście próbowałam odizolować się od ludzi, aby zapobiec kolejnym takim sytuacjom. Próby te odbywały się jednak wyłącznie z mojej inicjatywy, a kiedy sama potrzebowałam pomocy, nigdzie jej nie znalazłam. Mówię tu przede wszystkim o psychiatrach, którzy nie chcieli mi pomóc, zresztą nawet nie mogli, bo jestem człowiekiem, jak każdy inny, czyli względnie normalnym... Tylko moje życie znacząco różniło się od życia innych ludzi...

- Pod jakim względem?

- Pod każdym względem, który czyni życie życiem. Pod względem godności, w moim wypadku raczej braku godności.

- Czy to oznacza, że poczucie krzywdy towarzyszyło pani nieprzerwanie, także po ukończeniu szkoły? - zapytał sędzia.

- Tak. Kiedy chodziłam do introligatorskiej szkoły zawodowej, z uczniami dało się jeszcze wytrzymać, ale zupełnie bez powodu uwzięła się na mnie jedna z nauczycielek. Potem zaznałam okropnych rzeczy w Chebie...

Dojrzałam, by wybrać zemstę jako wyjście z mojej sytuacji. Zemstę na tych, którzy byli winni mojego stanu.

- Mówi pani o zemście - zabrał głos prokurator - wciąż jednak jest dla mnie absolutnie niezrozumiałe, że zaczęła się pani przygotowywać do swojego aktu zemsty właśnie w ciągu ostatniego roku przed dokonaniem go, kiedy to, jak sama pani przyznaje, pod pewnymi względami zaczęło się pani lepiej układać. Czy może to pani wyjaśnić?

- Mogę. - Skinęła głową, po czym powtórzyła zdanie, które wcześniej wypowiedziała już kilka razy: - Wyczerpały mi się pokłady odporności, po prostu przestałam się wahać, czy mam to zrobić, czy nie.

- Czyli później w kwestii tego, co sama pani nazywa "czynem", zastanawiała się już pani tylko nad szczegółami jego realizacji? Gdzie? Kiedy? Jak? Czym?

- Można tak powiedzieć.

- Czy to miała być jakaś deklaracja?

- Być może - powiedziała Olga Hepnarova, po czym po chwili dopowiedziała zdanie, którego treść już wkrótce w pełni obróci się przeciwko niej: - Chciałam pokazać, że sprawiedliwość działa na zasadzie oko za oko, ząb za ząb i zaczęłam przygotowywać się do swojego czynu.

- Dlaczego nie użyła pani do realizacji planu swojego dużego samochodu służbowego? - zapytał jeden z ławników.

- Nie chodziłam wtedy do pracy i nie zamierzałam do niej wracać, stąd nie miałam samochodu do dyspozycji. Wyszłam też z założenia, że w Komunikacjach Praskich byłam traktowana najlepiej ze wszystkich moich dotychczasowych miejsc pracy, nie chciałam więc przysporzyć temu zakładowi szkód czy nieprzyjemności. Później, kiedy zorientowałam się, jakie pojazdy mają w wypożyczalni na Hostivaru, musiałam przemyśleć kilka kwestii technicznych. Samochody Praga RN, które posiadali w wypożyczalni, mają silnik z przodu, co jest plusem dla kierowcy, ponieważ podczas ewentualnej stłuczki kierowca jest mniej zagrożony, chroni go silnik. Trambus, którym jeździłam w Komunikacjach Praskich, ma poza tym dużo większy prześwit niż erenka, tak więc za pomocą trambusa nie udałoby mi się potrącić tylu osób.

Wśród szeptów oburzenia zebranych w sali sądowej głos zabrał prokurator:

- Nie potrafię milczeć w obliczu takich słów! Czy pani zdaje sobie sprawę z tego, co mówi? Że podczas wyboru samochodu myślała pani o tym, by zabić czy też potrącić jak największą liczbę osób, i jednocześnie żeby jak najlepiej chronić siebie?!

Pokręciła głową.

- Nie, to wcale nie tak. To była wyłącznie uwaga techniczna zawodowego kierowcy. Myślę, że zdążyłam już wszystkich przekonać, jak mało zależy mi na życiu.

- Mnie pani nie przekonała - odciął się prokurator.

Poczucie winy wciąż nie nadchodziło.

- Od tamtego wydarzenia minęło wiele miesięcy. - Sędzia chyba próbował zachęcić ją do czegoś w rodzaju okazania skruchy. - Czy nawet dziś nie jest pani żal ludzi, którzy nie zrobili pani nic złego, i czystym przypadkiem znaleźli się pod kołami ciężarówki, którą pani prowadziła?

- Nie mogę powiedzieć, że żałuję tego, co się stało. Wciąż uważam, że postąpiłam słusznie, inaczej mój czyn straciłby wewnętrzny sens. Ci ludzie na przystanku nie byli według mnie niewinni, gdybym kiedykolwiek się z nimi spotkała, zapewne oni także potraktowaliby mnie jak prügelknabe. Mówi pan, że przejechałam osoby, które nie zrobiły mi nic złego, muszę jednak odpowiedzieć, że mnie także krzywdzili ludzie, którym nie zrobiłam nic złego. Każdy naród ma swój rasizm... ja byłam jego ofiarą.

- Podczas przesłuchania prowadzonego przez funkcjonariusza VB jakiś czas temu zeznała pani, że nie jest pani żal ofiar ani poszkodowanych, ale że jest pani przykro z powodu szkód materialnych, zbitej szyby wystawowej i uszkodzonego słupka. Czy nadal tak pani uważa?

- Przestałam o tym myśleć. Co się stało, to się nie odstanie. Wówczas może miałam takie odczucia, bo powstałe szkody materialne odbierałam trochę, jakbym zawiodła jako kierowca, chodziło mi przecież wyłącznie o ludzi. Dziś już o tym nie myślę. To by było zuchwałe, gdybym rościła sobie prawa do własnych odczuć.

- Czy byłaby pani w stanie powtórzyć swój czyn?

- To zbyt hipotetyczne pytanie. Jeśli chodzi o moją przyszłość i ja, i pan dobrze wiemy, że tego typu zachowanie jest praktycznie wykluczone. Nie będę już miała okazji. Ale nawet gdyby jakimś cudem tak było, myślę, że nie zrobiłabym tego po raz drugi, raczej zlikwidowałabym siebie. Albo nie... chętnie oświadczyłabym, że już nigdy więcej nie zrobię czegoś takiego, ale pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Że wy nigdy już nie zrobicie z nikogo człowieka, który każdego dnia czuje się jak prügelknabe... Ale musiałaby to być przysięga publiczna, wszem wobec.

 

"Rude pravo", poniedziałek, 8 kwietnia 1974 (autor artykułu: fr):

Wyrok najwyższy, jaki sąd orzekł wobec oskarżonej, został uzasadniony jako jedyna kara, za pomocą której społeczeństwo może bronić się przed tego rodzaju jednostką. Jak ustalono, O. Hepnarova nie cierpi na żadne zaburzenia psychiczne i była w pełni świadoma wysokiej szkodliwości społecznej swojego czynu, ponadto nie stwierdzono w jej wypadku żadnych okoliczności łagodzących. Biegli, którzy podczas śledztwa zajmowali się kwestią zdrowia psychicznego oskarżonej, zgodnie orzekli, że kombinacja cech jej osobowości nawet w przypadku długotrwałego pozbawienia wolności mogłaby rodzić u niej bardzo niebezpieczne, agresywne tendencje skierowane przeciw społeczeństwu.

Do powyższego przekonania doprowadziła sąd także sama oskarżona, oświadczając, że żałuje, że nie zabiła więcej osób, że uważa to, co zrobiła, za słuszne, i gdyby miała ponownie zadecydować, czy to zrobić, czy nie, odpowiedziałaby "tak". Jej charakter jasno wskazuje na fakt, iż osoba ta byłaby zdolna do największego nawet bestialstwa.

Zanim dokonała przestępstwa, zastanawiała się, czy nie użyć w tym celu na przykład pociągu, który by wykoleiła, lub materiałów wybuchowych podłożonych w miejscu publicznym, myślała też o morderstwie za pomocą broni palnej. Chciała nawet zostać kierowcą autobusu, aby zrzucić w przepaść pełen pasażerów środek transportu.

Wszystko to podobno z nienawiści do ludzi. Sąd Miejski przyjrzał się także tej kwestii. Zostało wyraźnie udowodnione, że wiele osób próbowało pomóc O. Hepnarovej, wielokrotnie wyciągano do niej pomocną dłoń, dawano jej szanse, by włączyła się do życia w społeczeństwie.

O. Hepnarova zawsze jednak odmawiała, zupełnie nie uznawała autorytetów, obowiązków, nie odczuwała konieczności podporządkowywania się zasadom obowiązującym w społeczeństwie. Prowokowała otoczenie do konfliktów i stopniowo hodowała w sobie coraz większą nienawiść, gniew i żądne krwi plany policzenia się z ludźmi.

Wyrok śmierci przyjęła bez cienia żalu, oświadczając, że nie odwołuje się od niego i odwoływać nie będzie.

 

Metamorfoza: Nie jestem Hepnarova...

Winiferova.

Sandy Winiferova.

To specyficzne, pachnące dalekimi krajami i tajemnicą imię po raz pierwszy padło drugiego dnia rozprawy głównej, czyli 3 kwietnia 1974. Świadek Miroslav D. w odpowiedzi na zadane pytanie zeznał:

- Jako człowiek, który spędzał z nią dużo czasu, mogę potwierdzić, że Olga od jakiegoś czasu uważała, że nazywa się Winiferova i że nie ma nic wspólnego z panem Hepnarem. Nie potrafię ocenić, czy była tego pewna, myślę, że była pewna gdzieś na 20 procent. Mówiła, że ciągle jej się to śni, nie przypominam sobie jednak, żeby opowiadała mi o szczegółach tych snów.

- Czy świadek potrafi wytłumaczyć - zapytał biegły psychiatra -dlaczego oskarżona nie wspomniała o swoim przekonaniu, że nazywa się Winiferova, a nie Hepnarova, w czasie, kiedy poświęciliśmy wiele godzin na badanie jej stanu zdrowia psychicznego i rozmawialiśmy z nią o wszelkich okolicznościach jej dotychczasowego życia, w tym o rodzinie, czyli o ojcu Antoninie Hepnarze i matce Annie Hepnarovej?

- Nie, nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć tego faktu.

Obrońca poprosił o głos:

- Także w jednym z listów z aresztu oskarżona wspominała o wątpliwościach dotyczących swojego pochodzenia, prawda?

- Tak - odpowiedział Miroslav D. - To było w liście z 28 stycznia 1974, w którym zwierzyła mi się, że wciąż ma wątpliwości co do tego, czy pan Hepnar jest jej prawdziwym ojcem, a ponieważ będąc w więzieniu, nie mogła rzecz jasna nic w tej kwestii przedsięwziąć, poprosiła, abym się tym zajął, co jednak wydało mi się mało wykonalne.

- Więc niczego się pan nie doszukał?

- Nie.

- Czy wcześniej wspominała, że chciałaby zmienić nazwisko lub że poczyniła jakieś formalne kroki, żeby je zmienić?

- Nie, nigdy.

- Czy wie pan coś więcej na ten temat?

- Właściwie to nie. Chcę tylko przypomnieć, że zwracałem już uwagę na kwestię nazwiska Winiferova wiele miesięcy temu, w swoich zeznaniach, które zaadresowałem do funkcjonariuszy Wydziału Dochodzeniowego-Śledczego VB, prokuratury, biegłych, i innych...

Oczywiście znamy przecież historię siedmiu stron, które Miroslav D. zatytułował Zeznania świadka, spisał podczas pobytu w szpitalu przy ulicy Obloukovej i przesłał do wspomnianych instytucji 20 grudnia 1973. O dziwo, nikt nie przyjrzał się temu dokumentowi, nie został on nawet włączony do akt sprawy. Dlaczego? Bo Miroslav D. bardzo surowo oceniał w nim poczynania niektórych psychiatrów:

 

Olga chciała się leczyć, ale nie przyjęli jej do szpitala na Bohnicach, powiedzieli, że musi mieć skierowanie od psychiatry rejonowego. Tego samego dnia pojechaliśmy do niego, jednak doktor N. prawie w ogóle jej nie zbadał, machnął ręką, w cztery minuty postawił diagnozę... a Olga wyszła z gabinetu ze łzami w oczach, mówiąc o beznadziei...

 

W kwestii jej ojca Miroslav D. we wspomnianym dokumencie napisał:

 

Olga była przekonana, że nazywa się Winiferova. Nie wiem, czy naprawdę jej ojcem jest ktoś inny (są pewne przesłanki, by tak myśleć), czy nazwisko, które mi przekazała, było tylko halucynacją.

 

W innym miejscu zeznał:

 

Rok temu [to znaczy pod koniec 1972 - przyp. aut.] Olga dowiedziała się o czymś, o czym nie powinna była się dowiedzieć, lub odkryła jakąś przyczynę swoich problemów. Co to było, co się stało, jest dla mnie tajemnicą, której nawet rąbka nigdy przede mną nie uchylono.

 

Nie dowiedział się tego także teraz - przed sądem.

- Nie wiem, o czym świadek mówi, nie przypominam sobie podobnej sytuacji - skomentowała tę sprawę Olga Hepnarova.

Niewiele więcej powiedziała na temat rozważań o tożsamości swojego ojca:

- Jeśli chodzi o nazwisko Winifer, faktycznie, przyśniło mi się ono jakieś dwa lata temu. Mówiąc o tym Mirkovi D. oraz swojemu adwokatowi, nie miałam niczego szczególnego na myśli. Zresztą nawet nie za bardzo interesuje mnie, kto jest moim ojcem. Nie rozmawiałam o tym z biegłymi lekarzami, bo temat swojego pochodzenia chciałam zostawić na dzień rozprawy głównej, byłam też ciekawa, czy da się w międzyczasie ustalić coś więcej w tej kwestii. Nic jednak nie odkryto, wszystko jedno więc, czy teraz stoję tu jako Hepnarova, czy jako Winiferova.

Wszystko jedno?

Na razie.

Szybko nadejdzie czas, kiedy Olga Hepnarova odmówi nawet podpisania się na dokumencie swoim prawdziwym nazwiskiem.

 

Olga Hepnarova przygotowała kilka uwag od siebie:

 

Pod względem stwierdzenia winy uważam wyrok za właściwy, jednak pod względem opisu mojej osoby jest on frazesowy i przeinaczony, szczególnie poprzez zeznania niektórych świadków... Uważam, że moje otoczenie jest współwinne mojego przestępstwa, i że było mordercą mojej osoby - miałam więc prawo zabijać ludzi z mojego otoczenia. Moje sumienie i ręce są czyste. Rozmawiałam ostatnio z pewnym szacownym człowiekiem, który powiedział mi: "Miała pani rację, ale nie miała pani prawa tego zrobić". Nie wiem, czy w pełni się z tym zgadzam.

 

Kiedy w listopadzie 1974, na wniosek prokuratury miejskiej, spotkała się z nią więzienna psychiatra, Vlasta Hlucha, skończyło się to awanturą. Na powitanie zaatakowała lekarkę:

- Czego pani chce?! Nie zależy mi! Nic złego nie zrobiłam i nie miałam żadnego procesu.

Ze względu na prawdopodobieństwo zachowań agresywnych - odnotowała doktor Hlucha - skazana została ode mnie oddzielona dwoma stołami, między nami siedział także dozorca więzienny. Pacjentka nie wspominała o żadnych problemach zdrowotnych, stwierdziła, że jest zadowolona i dopisuje jej apetyt. Wciąż twierdzi, że nazywa się Winiferova, zdaje sobie sprawę, że jest w więzieniu, ale, jak twierdzi, jest tam dopiero od września tego roku. Podczas badania wykazuje chłód emocjonalny, trudno nawiązać z nią kontakt. Podczas zwyczajowych pytań zachowanie w granicach normy, zacięty wyraz twarzy. Jednak kiedy tylko poruszyłam temat dokonanego przestępstwa, wpadła w histerię, przewróciła stół, próbowała się na mnie rzucić, wyrwała mi z ręki kartkę papieru z dokumentacją protokołu rozprawy głównej w Sądzie Miejskim, który gniewnie zmięła, próbowała też podrzeć moje notatki. Jej zachowanie od samego początku było celowe, jej wyważony, szybki, dokonany z zimną krwią napad na mnie jako na lekarkę nie był przejawem choroby psychicznej, lecz raczej nienawiści do lekarzy jako takich, zwłaszcza psychiatrów.

Wnioski: po dzisiejszym przebadaniu skazanej nie stwierdzam, by od czasu wydania opinii biegłych wystąpiły u niej symptomy psychotyczne, stwierdzam raczej pogłębienie się rysów psychopatycznych oraz symulację choroby psychicznej w kierunku psychopatii histerycznej.

 

Do sporządzenia: aneksu do poprzedniej opinii biegłych znów wyznaczono doktorów Vladimira Studenta i Stanislava Drvotę.

Duża część opinii została zapisana w formie rozmowy.

- Jakie są pani relacje z współwięźniarkami?

- Chyba dobre. Ale wiem, że ktoś je na mnie nasłał... Pilnują mnie, a potem donoszą.

- Jaki miałoby to sens, skoro i tak przyznała się pani do swojego czynu?

- Nie wiem. Jestem jednak pewna, że ktoś je nasłał... Obgadywały mnie za plecami...

- Jaki ma pani nastrój?

- Nie czuję rozpaczy, jeśli o to panu chodzi... To wszystko tylko gra. Cały ten proces. Nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje...

- Czy udało się pani znaleźć jakąś partnerkę?

- Tak. Dwie. Ale stosunki z tą drugą popsuła mi jedna babka, jedna z tych, co się na mnie uwzięły, mówiła, że przeszkadzamy jej spać... [uśmiecha się] Ale tak naprawdę to ta moja partnerka też była nasłana...

- Nie przeszkadzało to pani nawiązać z nią bliskiej relacji?

- Nie, czemu? Mnie to obojętne.

- Teraz jest pani sama w celi? Jak się pani z tym czuje?

- Dobrze. Dużo czytam, teraz akurat książkę Mistrzowie służb specjalnych...

- Czy coś się pani śni?

- Tak, różne bzdury... Raz śnił mi się pokój, bez mebli, był w nim tylko czarny kot, potem zmienił się w czarną kurę, która wzbiła się w powietrze i odleciała. Albo śniło mi się, że na wsi, gdzie kiedyś miałam domek, płonęło ognisko, ale zamiast normalnego ognia była jakby tęcza, która sięgała aż do nieba, ale tak naprawdę to była nafta, którą przyciągał magnes księżyca. Potem słup nafty wybuchł i dosięgnął ludzi, sprawił, że zmniejszyli się, teraz mieli mniej więcej jedną czwartą ze swojego normalnego wzrostu. Ale ja dalej byłam taka, jak jestem.

- A oni chodzili wokół pani jak liliputy?

- Tak.

- I co było dalej?

- Na tym sen się kończył...

- Czy z panią lub wokół pani dzieje się coś szczególnego?

- Szczególnego nie, tylko że... coraz częściej nie chce ze mną rozmawiać.

- Kto?

[milczenie]

- Kto miałby z panią rozmawiać?

[milczenie]

- Chciałaby pani z kimś porozmawiać? Z kimś konkretnym?

- Rozmawiam z nim, ale rzadko. Z Winiferem. To ten człowiek, ten, co wtedy w urzędzie podpisywałam, że jest moim ojcem... Podpisałam to przy ulicy Victora Hugo. Że przyjmuję do wiadomości, że O. Winifer jest moim ojcem.

- Jaki urząd mieści się przy tej ulicy?

- Urząd wyszukiwania ludzi...

- Jak odkryła pani, że Winifer mógłby być pani ojcem?

- Nic nie odkryłam, sami mnie tam wezwali.

- Czy czasami słyszy pani głos tego Winifera?

- Przecież mówię, że z nim rozmawiam. Czasami nie odzywa się przez dwa tygodnie, czasami dwa dni... Może się odezwać w każdej chwili... Ale muszę być nastrojona na jego częstotliwość...

- Jak się do siebie zwracacie?

- On mówi do mnie "moje dziecko" a ja do niego "mój ojcze".

- O czym jeszcze rozmawiacie?

[po chwili milczenia]

- Mówi mi na przykład, żebym była spokojna i niczym się nie przejmowała, że mnie uwolni. Czasami mi śpiewa, żeby nie było mi smutno.

- A jest pani smutno?

- Jest.

- Dlaczego?

- Nie wiem...

- Nazywa się pani Winiferova?

- Tak.

- Hepnarova to ktoś inny?

- Oczywiście.

- W tej chwili sam już nie wiem, kto dopuścił się przestępstwa, za które została pani skazana.

- Hepnarova... Ale to ja muszę ponieść karę.

- Zna ją pani?

- Hepnarovą?

- Tak, Olgę Hepnarovą. Zna ją pani?

- Już nie. Nie mam z nią nic wspólnego...

- Dlaczego we wniosku o wznowienie postępowania nie napisała pani, że właściwie nie jest odpowiedzialna za przestępstwo, które już po raz drugi byłoby na wokandzie?

- Ale ja jestem za nie odpowiedzialna. Tyle że ktoś mną sterował.

- Kto?

- Nie mogę powiedzieć.

- Czy w ogóle pamięta pani te zdarzenia? Ciężarówkę, którą pani prowadziła...

- Pamiętam, ale nie mogę o tym rozmawiać...

- Dlaczego?

- Nie wiem. Poza tym nie chcę o tym mówić...

- Podobno doszło z tego powodu do awantury z tutejszą panią doktor?

- To nie była żadna pani doktor, tylko udawała psychiatrę. Jestem tego pewna.

- Po czym się pani zorientowała?

- Powiedziała, że jestem histeryczką. Pan nigdy by tak nie powiedział. Poza tym bardzo mnie zdenerwowała, kiedy podała rękę dowódcy, a mi nie. Tak się nie robi...

- Uważa się pani za zdrową psychicznie?

- Adwokat mówi, że nie jestem zdrowa psychicznie, ja uważam raczej, że nie jestem zdrowa fizycznie. Kłuje mnie w sercu, ale doktor mówi, że to nic takiego...

- Skoro naprawdę jest pani Winiferovą, pewnie pani wie, że Hepnarova chciała, żeby o jej występku dowiedziało się jak najwięcej osób i przede wszystkim dlatego pragnęła kary śmierci.

- Hm... [pauza] Ja i tak bym nie umarła, nawet gdyby wykonano karę śmierci. Ojciec by mnie uwolnił...

Był to bardzo, bardzo długi dialog, niemal przyjacielski, uspokajający.

Natomiast wnioski przedłożone w opinii wydanej 30 listopada 1974 i podpisanej przez doktorów Vladimira Śtudenta i Stanislava Drvotę dość zwięźle i jednoznacznie odpowiadały na dwa zasadnicze pytania - czy u Olgi Hepnarovej występuje obecnie jakaś choroba psychiczna? Czy jest ona w stanie zrozumieć sens postępowania karnego?

 

U skazanej nie występuje obecnie żadna choroba psychiczna... Zeznania (dotyczące jej prawdziwego ojca Winifera, z którym rozmawia na odległość i tym podobne) nie mają charakteru zaburzeń psychotycznych, które mogłyby wystąpić przy schizofrenii, psychozie więziennej czy innego rodzaju zaburzeniach psychicznych. Choć ich treść mogłaby dla laika sprawiać wrażenie takich zaburzeń, wykazano, że wypowiedzi skazanej dotyczące wspomnianych omamów i urojeń nie mają charakteru bezwzględnego przeświadczenia, chorobliwej pewności i faktycznie przeżywanych wrażeń, przeciwnie, skazana jest w swoich wypowiedziach i zachowaniach niekonsekwentna, niepewna, często gubi się i zmienia treść zeznań w zasadniczych kwestiach, ponadto rozmawia i reaguje w pewnych wypadkach tak, jak nigdy nie zareagowałaby osoba cierpiąca na psychozę. Oziębłość, która została podana jako jeden z objawów domniemanej schizofrenii, jest w wypadku skazanej raczej chłodem emocjonalnym, z którym można zetknąć się u osobowości histerycznych i schizoidalnych. W wypadku skazanej mamy do czynienia z tendencjami charakterystycznymi dla osobowości histerycznej, jak nadmierna fantazja i zdolność do opowiadania zmyślonych historii (pseudologia - łac. mitomania).

Skazana jest obecnie w stanie zrozumieć sens postępowania karnego. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że przed sądem będzie kontynuować nieadekwatne zeznania, dotyczące swojego pochodzenia i tym podobne.

 

22 strony, kropka, podpisy, data.

Czy to ostateczny werdykt?

Wygląda na to, że tak - jednak wyżej, nad wnioskami końcowymi, które były miażdżące dla obrony, możemy natknąć się na osobliwy w kontekście reszty konkluzji akapit:

 

Skazana w przeciwieństwie do swoich wcześniejszych, przepełnionych pewnością siebie zeznań, oświadcza, że nie sądzi już, że miała prawo do zemsty na ludziach i uznaje jej nieodpowiedniość. Nie odrzuca już możliwości udzielenia jej łaski, powtarza, że żałuje swojego postępku, że chciałaby go naprawić, podkreśla, że nigdy nie mówiła, że dopuściłaby się czegoś takiego ponownie.

 

Żal i pokuta?

Nawet jeśli nadeszły, nadeszły zbyt późno.

A może to tylko strach przed tym, co się wydarzy? Tak, to był już właściwy moment na strach. Najwyraźniej zrozumiała, że wciąż tocząca się o jej życie walka jest już w zasadzie przegrana. Zrozumieli to oboje: ona i mecenas Otakar Topić.

O zrezygnowaniu obrony świadczy protokół z jawnego posiedzenia Sądu Miejskiego w Pradze, któremu przewodniczył Jan Rojt i podczas którego po raz kolejny rozpatrywano wniosek o wznowienie postępowania karnego przeciwko Oldze Hepnarovej. Był 5 grudnia 1974, ludzie powoli zaopatrywali się w słodycze i prezenty mikołajkowe. Tu, w sali sądowej, wyznaczono posiedzenie na godzinę 8.00, ale nim wpuszczono publiczność, coś się wydarzyło:

 

Przed rozpoczęciem publicznego posiedzenia sądu obrońca skazanej oświadcza, że skazana, po pouczeniu z jego strony, wycofuje wniosek o wznowienie postępowania.

Skazana Olga Hepnarova: Wycofuję wniosek o wznowienie postępowania.

Prokurator Jan Vyśin: Oskarżenie nie będzie wnioskować o wznowienie postępowania.

Oświadczono, iż sędzia przyjmuje do wiadomości wycofanie wniosku o wznowienie postępowania. Od decyzji nie przysługuje odwołanie.

Posiedzenie zakończono o godzinie 9.30.

 

Pozostała tylko jedna karta w grze: ulotna nadzieja na ułaskawienie.

 

Walka skończona

Marzec 1975.

Siódmego dnia miesiąca, w którym zima przechodzi w wiosnę, źle naoliwiony mechanizm urzędniczy dojechał wreszcie do końca sprawy, a Ministerstwo Sprawiedliwości Czeskiej Republiki Socjalistycznej oznajmiło Sądowi Miejskiemu w Pradze, że na mocy decyzji z dnia 3 marca 1975 skazanej Oldze Hepnarovej nie został udzielony akt łaski, a co za tym idzie należy: niezwłocznie postąpić zgodnie z § 318 kodeksu karnego, po czym powiadomić ministerstwo o wykonaniu kary. Sędzia Jan Rojt natychmiast przystąpił do wypełniania swoich obowiązków, jeszcze tego samego dnia sporządził nakaz wykonania kary śmierci i wraz z kopiami wyroku sądu I i II instancji przesłał je specjalnym kurierem do rąk własnych naczelnika Zakładu Karnego nr 2 w Pradze.

Teraz wystarczyło, by na Pankracu ustalono termin.

Powiadomienie w tej kwestii przyszło telefonicznie 10 marca, urzędniczka sądowa zapisała tę informację na czystej kartce papieru i włączyła do akt.

Kat zapisał w terminarzu datę: 12 marca 1975.

 

Miała grypę

lek. med. Karel V.

Podczas pełnienia służby lekarskiej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zetknąłem się z wieloma słynnymi, czy raczej osławionymi zbrodniarzami. Jednym z nich była Olga Hepnarova. Leczyłem ją na grypę - dwa dni przed egzekucją. Muszę dodać, że popularne powiedzenie, że ktoś "nie wygląda na osobę, która coś takiego zrobiła" po stokroć pasowało do tej drobnej, niewątpliwie inteligentnej i oczytanej dziewczyny. Wrażenie, jakie robiła jej delikatna, śliczna twarz z wysoko upiętymi włosami, psuły tylko bardzo mocno zgarbione plecy. Spotkałem się z nią kilka razy, za każdym razem wydawała mi się bardziej apatyczna, co jest jednak normalne i zrozumiałe. Podczas naszego ostatniego spotkania, kiedy miała grypę, siedziała już w celi śmierci. Nie znała, rzecz jasna, daty swojego końca, wiedziała jednak, że gra skończona. Że jej życie może ocalić jedynie prezydencki akt łaski. Negatywną decyzję głowy państwa przekazano jej bezpośrednio przed śmiercią. Hepnarova od początku jednak twierdziła, że chce umrzeć, właściwie w ogóle nie współpracowała z adwokatem. Z roli wypadła dopiero w chwili, gdy stanęła pod szubienicą, wybuchł u niej wówczas paniczny strach wraz ze wszystkimi objawami fizjologicznymi, które często mu towarzyszą.

 





PIOTREK GAWLIŃSKI - Popychadło