Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

ROGER FALIGOT, REMI KAUFFER

SŁUŻBY SPECJALNE

HISTORIA WYWIADU I KONTRWYWIADU NA ŚWIECIE

1998

 

(...)

 

Jerzy Sosnowski

Polski "wywiad głęboki" na Niemcy po 1934 r. opierał się głównie na placówkach oficerskich, organizowanych przy konsulatach w różnych miastach Niemiec i krajów z nimi sąsiadujących. Na tego rodzaju rozwiązanie zdecydowano się po aresztowaniu w Berlinie - w lutym 1934 r. - czołowego polskiego agenta i jego siatki, która od 1926 r. skutecznie penetrowała centralne instytucje wojskowe stolicy Rzeszy z Ministerstwem Obrony na czele. Głośna sprawa Jerzego Sosnowskiego ma swoją pokaźną i dość kontrowersyjną literaturę, nie została też jeszcze dotąd definitywnie wyjaśniona. Jerzy Sosnowski, urodzony w 1896 r. jako syn inżyniera, współwłaściciela firmy budowlanej we Lwowie, w czasie pierwszej wojny światowej służył w kawalerii austriackiej, w 1918 r. przeszedł do armii polskiej i jako rotmistrz dowodził stacjonującym w Krakowie szwadronem 8 Pułku Ułanów. W 1926 r. przeszedł do służby wywiadowczej i został skierowany na placówkę berlińską. Podawał się tam za bogatego, pozostającego w opozycji do rządu ziemianina, zwolennika nawiązania przyjaznych stosunków z Niemcami i członka "ponadnarodowej organizacji do walki z bolszewizmem". Według jego opowiadań, wysoki standard życiowy miały rzekomo zapewniać mu dochody z rozległych rodzinnych dóbr w Polsce, w rzeczywistości ich źródłem był budżet Oddziału II Sztabu Głównego WP, a akcja Sosnowskiego w Berlinie otrzymała kryptonim "In-3" *[Por. M. Zgórniak "In-3" - Sprawa Jerzego Sosnowskiego, "Studia Historyczne" 1970, z. 4 (51)]. Sukcesy towarzyskie otwarły Sosnowskiemu wkrótce drogę również do sukcesów wywiadowczych. Nawiązał romans z Benitą von Falkenhayn, która zgodziła się na współpracę z polskim wywiadem, a miała rozległe znajomości w kołach Reichswehry, zarówno wśród oficerów, jak i zatrudnionych w ministerstwie sekretarek, pochodzących na ogół z rodzin oficerskich. Przy pomocy Benity udało się Sosnowskiemu wciągnąć do współpracy jej koleżankę, Irenę von Jena, córkę emerytowanego generała, pracującą w oddziale budżetowym Ministerstwa Reichswehry, oraz Renatę von Natzmer, również pochodzącą ze starej arystokracji, zatrudnioną w dziale inspekcji podlegającym bezpośrednio szefowi Heeresleitung, a więc naczelnemu dowódcy wojskowemu. Ponadto uzależnił od siebie finansowo oficera Abwehry Günthera Rudloffa, który również zgodził się na współpracę. Zwerbowane agentki przez kilka lat dostarczały Sosnowskiemu fotokopie tajnych dokumentów różnych instytucji Reichswehry, w tym także kompletną kopię "Organization - Kriegsspiel" - gry wojennej skierowanej przeciw Polsce. W archiwum wojskowym we Freiburgu udało się odnaleźć owe dokumenty. W latach 1928-1935 kierownictwo Reichswehry organizowało corocznie gry wojenne na temat ewentualnej wojny z Polską. Każdy z kilkunastu biorących udział w grze oficerów, poinformowany o siłach i realiach wojskowych obu stron, przedstawiał swoją koncepcję rozegrania kampanii. Sztab wybierał wariant najlepszy i miał on obowiązywać w razie konfliktu. Głównym i ważnym pytaniem, jakie dowództwo Reichswehry stawiało grającym, było ustalenie, jakie minimalne siły należy pozostawić na wschodzie na wypadek wojny dwufrontowej z Francją i Polską. Rozpatrywano też warianty działań ofensywnych przeciw Polsce. Specjalnie intensywne gry prowadzono w początkach lat trzydziestych, to jest w okresie napięcia w stosunkach polsko-niemieckich i pogłosek w związku z przygotowywaną rzekomo przeciwko Niemcom wojną prewencyjną. Agentki zażądały za tak ważną zdobycz wynagrodzenia w wysokości 40 000 marek, co w Warszawie uznano za sumę zbyt wygórowaną. Ponadto centrala podawała w wątpliwość autentyczność dokumentu, podejrzewając możliwość zainspirowania całej sprawy przez Abwehrę. Tymczasem w jesieni 1933 r. kontrwywiad niemiecki wpadł na trop polskiej siatki wywiadowczej. W dniu 27 lutego 1934 r. gestapo dokonało aresztowań. W więzieniu, oprócz Sosnowskiego, znalazły się Benita von Falkenhayn, Irena von Jena i Renata von Natzmer, nie wszczęto natomiast postępowania przeciw Rudloffowi, który swoje bliskie stosunki z Sosnowskim tłumaczył chęcią zdobycia od polskiego rotmistrza wiadomości wywiadowczych. Po rocznym śledztwie, w lutym 1935 r. odbył się w Berlinie głośny proces Sosnowskiego i jego grupy. Sosnowski próbował ochraniać swoich współpracowników i podjął starania o zgodę na zawarcie w więzieniu małżeństwa z Benitą. Prośba ta nie została uwzględniona, choć sprawa dotarła do samego Hitlera. Benita von Falkenhayn i Renata von Natzmer zostały skazane na śmierć i ścięte toporem w więzieniu w Moabicie. Irena von Jena i Sosnowski otrzymali wyroki dożywotniego więzienia, jednak Sosnowski już w kwietniu 1936 r. został wymieniony za agentów niemieckich aresztowanych w Polsce i powrócił do Warszawy. Nie znalazł tam jednak przychylnej dla siebie atmosfery. Wprawdzie uzyskał awans na majora, ale wkrótce podjęto przeciwko niemu dochodzenie zarzucając mu zdradę i współpracę z wywiadem niemieckim. Być może stało się to w pewnej mierze pod wpływem inspiracji niemieckiej. Nowy szef Abwehry, Canaris, pragnąc zdezawuować osiągnięcia wywiadowcze Sosnowskiego, rzekomo podsuwał stronie polskiej materiały, których porównanie ze zdobyczami Sosnowskiego miało zachwiać wiarę w prawdziwość tych ostatnich. Oddział II zastanawiał się także nad stosunkami łączącymi Sosnowskiego z Rudloffem, który nie został aresztowany, i podejrzewał, że właśnie przez niego Sosnowski nawiązał stosunki z Abwehrą i stał się podwójnym agentem. Po długim procesie Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Sosnowskiego na piętnaście lat więzienia za zdradę i współpracę z wywiadem niemieckim. Wyrok nie był prawomocny, ale nowa rozprawa w wyższej instancji nie odbyła się z powodu wybuchu wojny. Po zajęciu Warszawy przez wojska niemieckie Canaris wszczął poszukiwania Sosnowskiego. Wykazały one, że w okresie narastającego zagrożenia stolicy Polski Sosnowski został pod strażą ewakuowany w kierunku wschodnim i zastrzelony przez konwojentów. Według innej wersji rannego Sosnowskiego znaleźli w pobliżu granicy rumuńskiej żołnierze sowieccy. Wyleczony i internowany w ZSRR, rzekomo zmarł w końcu lutego 1942 r. w okolicach Saratowa. Według informacji udzielonych autorowi piszącemu te słowa przez pułkownika Jana Ciałowicza, generał Boruta-Spiechowicz opowiadał mu, iż w 1940 r. spotkał Sosnowskiego w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Ten miał z rozżaleniem opowiadać o wyrządzonej mu przez władze polskie niesprawiedliwości. Przed przekroczeniem granicy rumuńskiej konwojujący go żandarmi jakoby oddali do niego strzały, które pozbawiły go przytomności. Uznany przez konwojentów za zabitego i znaleziony przez okolicznych chłopów, Sosnowski został przekazany władzom sowieckim, umieszczony w szpitalu, a następnie przewieziony do Moskwy.

Jesienią 1939 r., w czasie poszukiwań przeprowadzonych w części zdobytych przez Niemców akt Oddziału II, znaleźć się miał rewers Rudloffa na dwa tysiące marek, pożyczonych przez niego niegdyś od Sosnowskiego. Na tej podstawie Rudloff, który awansował już do stopnia ppłk. Abwehry, został aresztowany i 7 lipca 1941 r. popełnił samobójstwo w więzieniu.

W Polsce przez wiele lat utrzymywała się opinia o podwójnej grze Sosnowskiego i świadczonych przez niego usługach na rzecz wywiadu niemieckiego. Na takim stanowisku stoi jeszcze elaborat Sadowskiego i szereg publikacji, zresztą nie tylko polskich. Do innych wniosków prowadzi lektura opartej na materiałach archiwalnych Oddziału II pracy W. Kozaczuka *[W. Kozaczuk Bitwa o tajemnice...], a także licznych publikacji niemieckich, pisanych często przez byłych pracowników Abwehry lub gestapo, a niekiedy opartych również na aktach berlińskiego procesu siatki Sosnowskiego. W świetle tych materiałów wyrok sądu w Warszawie z czerwca 1939 r. był wysoce niesprawiedliwy, a tragiczna postać Jerzego Sosnowskiego zasługuje na rehabilitację.

 

Milczenie pułkownika Redla

Alfred Victor Redl był wspaniałym oficerem! Prezentował się dumnie w mundurze koloru butelkowej zieleni, z dwoma rzędami guzików, jakie nosili oficerowie Sztabu Generalnego Franciszka Józefa, cesarza Austrii i króla Węgier z łaski Boga.

Czterdziestoośmioletni Redl, jako zwierzchnik bardzo troszczący się o dobro swych młodych towarzyszy oficerów, był wybitnym specjalistą od logistyki, dowódcą nie mającym sobie równego w terenie, a nade wszystko - mózgiem służb wywiadowczych cesarstwa austro-węgierskiego.

Na początku stulecia, 1 października 1900 r., Alfred Victor Redl wszedł do miejsca "najświętszego ze świętych" - Evidenzbüro des kaiserliche und konigliche Generalstabes (Służby Wywiadu Sztabów Generalnych - cesarskiego i królewskiego).

Wywiad armii austriacko-węgierskiej, dowodzony w owym czasie przez barona Giesla von Gieslingena, wydawał się pogrążony w uśpieniu.

Tajna służba, zwłaszcza w stanie bezwładu, cóż lepszego dla ambitnego kapitana, pragnącego, aby szybko zapomniano o jego nieszlacheckim pochodzeniu, źle widzianym w Sztabie Generalnym, pełnym synów z tzw. dobrych rodzin. Ojciec Redla - Franz, były porucznik armii cesarskiej, musiał zatrudnić się jako skromny zawiadowca stacji. On, Alfred, zajdzie dużo wyżej. Pragnąc zrobić karierę w Evidenzbüro, kapitan Redl liczył głównie na swoją doskonałą znajomość języka rosyjskiego. Imperium carskie stało się potencjalnym wrogiem numer jeden Austro-Węgier.

Po odbyciu błyskotliwych studiów w Szkole Kadetów Cesarskich i stopniowym pokonaniu kolejnych szczebli hierarchii wojskowej, bardzo powolnym z powodu jego pochodzenia społecznego, Redl wyjechał na półtoraroczny staż do Rosji. Poznał tam obyczaje Rosjan, ich język, doktryny wojskowe. Były to cenne atuty.

Dzięki poparciu barona von Gieslingena, Alfred Redl szybko objął kierownictwo sekcji rosyjskiej Evidenzbüro. Mianowano go również szefem innej sekcji - operacyjnej, Kundschafterstelle, cieszącej się dużym prestiżem.

Bystry kapitan wkrótce odkrył prawdę: beztroska Kundschafterstelle pozwalała mieszać się do swej pracy niemieckim sojusznikom z III b, którą dowodził pułkownik Walter Nicolai. A nawet, co gorsza: sekcja rosyjska i Kundschafterstelle były "zarażone" przez agentów majora Mikołaja Batiuszyna, szefa carskich służb wywiadu na Zachodzie, mającego bazę w Warszawie.

Należało oczywiście zareagować. Redl bez najmniejszych oporów zaczął wchodzić w kompetencje kolegów z sekcji kontrwywiadu Evidenzbüro. Zresztą nie bez powodzenia: stopniowo zdemaskował kapitana kawalerii Alexandra von Carina, winnego tajnej współpracy z Francuzami i Rosjanami; Josepha Zalewsky'ego i Petera Schustera, którzy dostarczyli tym ostatnim szczególnie dużo informacji; Antona Aloisa Burghardta, który usiłował na próżno wykraść plany mobilizacji twierdzy w Przemyślu; dr. Ossolińskiego, będącego agentem Batiuszyna, i innych.

Nowy szef Evidenzbüro, pułkownik Eugen Hordliczka, uznał, że to polowanie na szpiegów jest wspaniałe. W 1903 r. nalegał, aby Redla przydzielono do niego, zamiast wysyłać go do pułku, gdzie miał odbyć przewidywaną regulaminem armii cesarskiej służbę. Tej decyzji będzie mógł sobie pogratulować - Alfred Redl działał ze zdwojoną skutecznością. Hordliczka spostrzegł, że jego podwładny lubi życie towarzyskie w gronie młodych oficerów wiedeńskich. Redl zapraszał ich chętnie do swego mieszkania przy Florianigasse nr 48. Adoptował również czternastoletniego Stefana Hromodkę, którego wszyscy uważali za jego siostrzeńca.

W końcu 1903 r. Alfred Redl zdemaskował podpułkownika Sigmunda Helaiko. Twierdził, że ten były sędzia wojskowy, odpowiadał za dezercje, które budziły taki niepokój sztabu cesarskiego. Redl uważał, że na skutek tego Rosjanie dysponowali już większą częścią planów militarnych Austrii, przygotowywanych na wypadek wybuchu konfliktu na Wschodzie.

Helaiko, którego przywieziono do Wiednia dokonując jego ekstradycji z Brazylii, dokąd uciekł, przyznał się do współpracy z Rosjanami. Zaprzeczał natomiast stanowczo, jakoby przekazał Rosjanom tajne plany Sztabu Głównego. Mówił Redlowi, że nie miał żadnej możliwości poznania tych planów. Ale jakie to miało znaczenie! Redl, as Evidenzbüro, jako zastępca pułkownika Hordliczki kontynuował swoją pracę wraz ze słynnym łowcą szpiegów, kapitanem Maximilianem Ronge, który wstąpił do tej służby w 1907 r. W 1909 r. za szpiegostwo aresztowanych zostało 1100 osób.

W tym samym roku spotkało Redla wielkie rozczarowanie: kiedy Hordliczka przechodził na emeryturę, dyrektorem Evidenzbüro został nie on, ale pułkownik August Urbański von Ostrymiecz, człowiek mało ambitny. Raz jeszcze tytuł szlachecki okazał się lepszą rekomendacją niż praca.

Ostrymiecz starał się jednak naprawić tę niesprawiedliwość. Uzyskał dla swego zastępcy szlify podpułkownika. W maju 1912 r. Redla mianowano pułkownikiem, a następnie przeniesiono do Pragi jako szefa sztabu 8 Korpusu Armijnego. Ta placówka niewątpliwie miała przed sobą przyszłość, a o Redlu mówiono jako o przyszłym szefie sztabu armii cesarskiej.

Wszystko toczyłoby się dobrze, gdyby nie informacje, które posiadał Walter Nicolai. Dzięki jednemu ze swych najlepszych agentów, pułkownikowi żandarmerii rosyjskiej Sergiejowi Miasedowowi, szef niemieckiego III b dowiedział się, że sztab carski znał najtajniejsze plany sztabu austriackiego. Dowiedział się też, kim był zdrajca, który od 1903 r. informował wrogów cesarza Franciszka Józefa - to pułkownik Redl. Ów syn skromnego pracownika kolei grał podwójną rolę, współpracując z majorem Batiuszynem. Na podobieństwo bohaterów powieści szpiegowskich obaj mężczyźni sprzedawali sobie nawzajem własnych agentów, osiągając w ten sposób łatwy sukces i awanse.

Szef wywiadu niemieckiego w Wiedniu, książę Kraft zu Hohenlohe-Ingelfingen, starał się uzupełnić informacje podane przez III b, odkrywając drugą stronę medalu: Alfred Redl był ukrytym homoseksualistą, stąd jego skłonność do młodych oficerów i przesadne uczucie, jakim darzył "siostrzeńca" Stefana. Sprytny major Batiuszyn umiał wykorzystać tę słabość Redla.

Dla Nicolaia stwarzało to wymarzoną okazję, by skończyć z kłopotliwym Redleni, który od wielu lat przeszkadzał III b, ograniczając jego wpływy w Evidenzbüro. Główny szpieg kajzera przekazał Maximilianowi Rongemu list pisany na maszynie do niejakiego Nikona Nizetasa, adresowany na poste restante w Wiedniu. List, po który nikt się nie zgłosił, zawierał pieniądze i adresy dwóch ośrodków szpiegowskich w Paryżu i w Genewie.

Walter Nicolai wiedział, że Nikon Nizetas, to pseudonim Redla w służbach specjalnych cara. Dokładnie przewidział reakcję Rongego. Zaniepokojony szef kontrwywiadu Evidenzbüro zrobił obławę na poczcie. W sobotę 13 maja 1913 r., o osiemnastej trzydzieści w urzędzie pocztowym pojawił się nieznajomy, pytając o list na poste restante dla pana Nizetasa, po czym znikł. Ludzie Rongego stracili go z oczu, ale udało się im odnaleźć taksówkę, która zawiozła ściganego do hotelu Klosser, gdzie mieszkał. W samochodzie znaleziono scyzoryk w szarej pochewce. Należał on do Redla.

W nocy szef sztabu cesarskiego i królewskiego w towarzystwie Ostrymiecza i Rongego zapukał do drzwi byłego zastępcy Evidenzbüro.

"Wiem, dlaczego przyszliście. Piszę właśnie listy pożegnalne. Dowody mojej zdrady znajdziecie w moim mieszkaniu w Pradze" - powiedział po prostu Redl. Poprosił o broń. Podano mu browning. Kilka chwil później rozległ się wystrzał...

Alfred Victor Redl nie żył. W Pradze rzeczywiście znaleziono liczne dokumenty, jak również dowód na to, że Redl był homoseksualistą: bardzo wymowne zdjęcia, listy miłosne jego kochanków, szuflady pełne damskiej bielizny, którą lubił wkładać podczas szalonych wieczorów.

Cesarstwo chyliło się ku upadkowi. Zdrada Redla w znacznym stopniu przyczyniła się do osłabienia pozycji Austro-Węgier wobec Rosji w przededniu pierwszej wojny światowej. W 1914 r. komunistyczny dziennikarz Egon Erwin Kisch (później jeden z asów tzw. Koncernu Münzenberga) badał sprawę samobójstwa Redla. Odkrywając tajemnicę, wywołał skandal. Słynny pisarz austriacki - Stefan Zweig, który spotkał Redla w Wiedniu, opisał jego skomplikowaną osobowość w książce Świat wczorajszy, wspomnienia Europejczyka.

Jednak dopiero w 1965 r. jeden z "młodych gniewnych" teatru angielskiego, John Osborne, napisał dla Royal Court Theatre sztukę poświęconą Redlowi, A Patriot for Me (Według mnie to patriota). Później, w 1984 r., postać "upadłego oficera" pojawiła się na ekranie. Redla grał Austriak Klaus Maria Brandauer.

Jedno jest pewne - sprawa Alfreda Redla w znacznym stopniu przyczyniła się do umocnienia przekonania, że homoseksualiści są podatni na zdradę, a więc niezdolni do pracy w tajnej służbie.

 

Mata Hari - siła legendy

Nie była, jak nazwał ją podczas procesu prokurator Mornet, "największą kobietą szpiegiem stulecia". A jednak Mata Hari, rozstrzelana 15 października 1917 r. na poligonie w Vincennes, do dziś uważana jest za pierwowzór tajnej agentki, zdobywającej informacje w łóżku, awanturnicy szkodliwej jak trucizna i patetycznej zarazem, wyciągającej od oficerów, którzy ulegli jej urokowi, najskrytsze tajemnice.

Margaretha Gertruda Zelle, bo tak brzmiało jej prawdziwe nazwisko, urodziła się 7 sierpnia 1876 r. w Leeurwarden, mieście w północno-zachodniej części Holandii. Córka zubożałego kapelusznika, poślubiła w 1895 r. Rudolfa MacLeoda, oficera armii holenderskiej. Mieli dwoje dzieci, z których jedno, mały Norman, umarło w wieku niespełna trzech lat.

Margarettia i Rudolf mieszkali w Indiach Holenderskich, na Jawie, a potem na Sumatrze. Śmierć małego Normana i monotonia życia w koloniach przyczyniły się do separacji małżonków. W marcu 1902 r. Margaretha powróciła do Holandii. Pięć miesięcy później opuściła dom, porzucając córkę i męża.

Ta dwudziestosześcioletnia kobieta rozpoczęła nowe życie, którego treścią stały się przygody miłosne jak z powieści i występy bardziej lub mniej artystyczne. Nie była brzydka, ale też nie tak piękna, jak głosi legenda. Wprawdzie podziwiano jej pełne usta, tajemniczy wygląd, elastyczny chód, ale też krytykowano zbyt płaski biust i za szerokie ramiona. Margaretha potrafiła za to się poruszać! Taniec ożywiał jej ciało, przydając mu prawdziwego uroku. Tak prezentowała się była pani MacLeod, kiedy w 1903 r. przyjechała do Paryża.

Rozczarowana jednak pierwszym pobytem we Francji wróciła do rodzinnej Holandii, by po roku, nie mogąc znaleźć pracy, ponownie przybyć do Paryża. Tym razem zdecydowana zerwać z anonimowością, przybrała pseudonim Mata Han - "Oko dnia", co w języku malezyjskim znaczy "słońce" - i wymyśliła sobie niezwykłą biografię: podawała się za córkę księcia krwi, urodzoną według jednej z wersji na południu Indii, wedle innej - na Jawie. W Azji wprowadzono ją, jako bardzo młodą dziewczynę, w tajniki tego, co się nazywa "tańcem wschodnim".

Początkiem obiecującej kariery stał się dla niej dzień 13 marca 1905 r., kiedy to w pomieszczeniu biblioteki na drugim piętrze Muzeum Guimet w Paryżu wyczarowano dzięki dekoracjom pseudohinduską świątynię. Na wpół naga, z bransoletkami na ramionach, Mata Hari tańczyła dla rozrywki małego grona widzów, wśród których znajdowali się ambasadorzy Niemiec i Japonii. Tym razem jej urok podziałał.

Stała się sławna. Bogactwo, szalone wieczory, zamożni kochankowie. Ale niestała Margaretha wybrała pobyt w Berlinie, u boku ukochanego, porucznika huzarów - Alfreda Kieperta. Ich związek trwał dwa lata, a w Paryżu zapomniano już o egzotycznej tancerce.

Po zerwaniu z Kiepertem Margaretha musiała więc zaczynać niemal od zera. A przekroczyła już trzydziestkę. Z pomocą Gabriela Astruca, swego impresaria, odzyskała stopniowo dawną sławę. Jednak w trzy lata później zeszła z dobrej drogi, rujnując bogatego bankiera Xaviera Rousseau.

Na szczęście wierny Astruc czuwał - Mata Hari odbyła tournee po Włoszech, następnie z wielkim powodzeniem występowała w Folies-Bergere, wreszcie wyjechała na tournee do Niemiec, gdzie się osiedliła w marcu 1914 r.

W sierpniu wybuchła wojna. Kraj rodzinny Maty Hari - Holandia - zachował neutralność. W końcu roku Mata Hari opuściła Niemcy i udała się do Hagi, dokąd zaprosił ją jej nowy protektor, baron van der Capellen.

Ale Haga wydała się jej dziurą zabitą deskami. Znudzona prowincjonalnym życiem w ojczyźnie, Mata Hari marzyła odtąd tylko o Paryżu. W maju 1916 r. złożył jej wizytę w Hadze Karl Cramer, konsul niemiecki w Amsterdamie - oficer III b, kierowanej wówczas przez pułkownika Nicolaia.

Cramer zaproponował tancerce powrót do Paryża. Tam będzie można wykorzystać jej urok do zdobywania informacji, których Niemcy, prowadzące wojnę, tak bardzo potrzebowały. Przyzwyczajona do przyjmowania pieniędzy od mężczyzn w zamian za "świadczone usługi", Mata Hari nie dziwiła się, że dyplomata Rzeszy wręczył jej 20 tysięcy franków francuskich. Ani też, że nadał jej numer rejestracyjny: H 21. Bez wątpienia była całkowicie nieświadoma ryzyka, jakie wiązało się z jej pierwszymi krokami w niebezpiecznym świecie tajnych służb.

Nareszcie Paryż! Mata Hari poznała tam swego nowego kochanka, Wadima Masłowa, młodego oficera rosyjskiego. W sierpniu 1916 r., kiedy wystąpiła o pobyt w strefie "newralgicznej" Vittel, aby móc odwiedzić Masłowa, po raz pierwszy spotkała kapitana Ladoux, asa kontrwywiadu francuskiego. Szef Sekcji Gromadzenia Informacji przyjął ją w Ministerstwie Wojny.

Ladoux nie ufał holenderskiej tancerce i nie ukrywał tego. A jednak zaproponował jej pracę dla francuskich służb specjalnych. Obiecał wynagrodzenie "za wydajność" w wysokości miliona franków, jeśli zdobyte informacje okażą się pierwszej jakości. Mata Hari przyjęła propozycję kapitana, podobnie jak wcześniej przyjęła propozycję Cramera. H 21 stała się podwójną agentką, nadal słabo uświadamiającą sobie związane z tym ryzyko. Aby ją wypróbować (a może zastawić pułapkę?), szef kontrwywiadu wysłał ją do Hiszpanii, gdzie również toczyła się tajna wojna.

Początek okazał się niefortunny - statek, na którym płynęła Mata Hari, został zatrzymany przez Royal Navy. Anglicy wzięli tancerkę za Klarę Benedix, asa wywiadu niemieckiego. Przesłuchał ją Basil Thomson, szef Special Branch. W końcu - po skontaktowaniu się z kapitanem Ladoux - odesłano ją do Hiszpanii.

Madryt - miasto neutralne - był dogodnym miejscem do prowadzenia tajnej wojny. Mata Hari lawirowała pomiędzy attache wojskowym Niemiec - Hansem von Kalle, miejscowym informatorem III b, a pułkownikiem Denvignes, szefem francuskiej służby wywiadu na Hiszpanię. Przekonana, że Ladoux wręczy jej dużą sumę pieniędzy za informacje na temat ruchów niemieckich okrętów podwodnych u wybrzeży Maroka, agentka H 21 opuściła 2 stycznia 1917 r. stolicę Hiszpanii. Dwa dni później przybyła do Paryża.

Ziemia paliła się już pod stopami "wschodniej tancerki", ale ona nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Francuzi przejęli, a następnie rozszyfrowali wiadomość przekazaną przez kapitana von Kalle do Berlina 13 grudnia 1916 r. Człowiek Nicolaia w Madrycie opisał Matę Hari według spisu agentów - jako H 21, "agentka Sekcji Gromadzenia Informacji w Kolonii". Dwa inne komunikaty z 26 i 28 grudnia uściśliły sposób, w jaki agent H 21 będzie mógł podjąć 15 tysięcy franków, przesłanych dzięki staraniom konsula Cramera na konto Banku Handlowego w Paryżu.

Sprawa była zakończona, 13 lutego 1917 r. komisarz Surete Generale, Priolet, i pięciu jego zastępców wdarli się do pokoju hotelowego Maty Hari na Champs-Elysees. Tancerka została natychmiast przewieziona do Conciergerie, paryskiego więzienia dla kobiet, a następnie do więzienia Saint-Lazare.

Niektórzy twierdzą, że Matę Hari zadenuncjowała pewna zazdrosna kobieta, aktorka filmowa - Claude France. W akcie oskarżenia wojskowy sędzia śledczy - Boucheron - zawarł tylko te szczegóły sprawy, które przedstawił kontrwywiad. Mata Hari przez nieostrożność dostarczyła mu zresztą jeszcze innych dodatkowych informacji. Tancerka - bardziej awanturnica niż zawodowy szpieg - przeczyła sama sobie, pogrążała się i wreszcie przyznała do winy. Przyzwyczajona do życzliwego traktowania przez mężczyzn, Mata Hari nie zrozumiała okrutnych reguł tajnej wojny. Dlatego musiała umrzeć. Jej legenda przetrwała w filmach.

 

Lawrence z Arabii przeciwko Saint Johnowi Philby'emu

Nikomu nie trzeba przedstawiać Thomasa Edwarda Lawrence'a, legendarnej postaci z powieści i kina, która za życia zyskała światową sławę. Jednak trzeba tu oddzielić prawdę od mitu. Na pół Anglik, a na pół Irlandczyk, Lawrence urodził się w Walii w 1888 r. i spędził całą młodość w Oxfordzie. Pasjonując się archeologią, uczestniczył w wielu wyprawach naukowych, zwłaszcza podczas poszukiwań prowadzonych w 1909 r. na zlecenie British Museum na północy Syrii, w pobliżu źródeł Eufratu. Pierwsza wojna światowa oderwała od studiów tego młodego erudytę, introwertyka, mającego różne problemy seksualne.

Wojna zaskoczyła go na Wschodzie. W 1914 r. szef angielskiego wywiadu w Egipcie działający na rzecz MI 1c major Gilbert Falkingham Clayton, zwerbował młodego człowieka. Clayton kierował również, wraz z sir Ronaldem Storrsem, placówką MO 4, czyli tzw. Biurem Arabskim, służbą, która miała za zadanie śledzić rozwój nacjonalistycznych ruchów arabskich wewnątrz imperium osmańskiego. Jego zastępcą został wkrótce bardzo operatywny major Wyndham Deedes.

MO 4 podlegało bezpośrednio Foreign Office, brytyjskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych, a ustanowione zostało głównie po to, by zapewniać bezpieczeństwo ważnej drogi morskiej do Indii, którą stanowią: Kanał Sueski - Morze Czerwone - Zatoka Adeńska.

Zgodnie z tym MO 4 starało się wywołać powstanie mieszkańców wybrzeża Morza Czerwonego przeciwko Turkom, wspólnemu wrogowi Arabów. Celem akcji była zachodnia część Półwyspu Arabskiego. MO 4 czyniło szczególne zakusy na szejka Mekki, Husajna ibn Alego, przywódcę rodziny Haszymidów, który w 1916 r. mianował się królem Al-Hidżazu.

Właśnie w 1916 r. Clayton wysłał do Arabii młodego Thomasa Edwarda, po dwuletnim intensywnym przeszkoleniu w biurach MO 4. Misja Lawrence'a polegała na powiadomieniu Husajna i jego trzech synów, że wysoki komisarz brytyjski w Kairze, sir Henry MacMahon, był zdecydowany uczynić z nich przywódców konfederacji arabskiej, która zostanie utworzona po upadku imperium osmańskiego. Ten polityczny plan został opracowany wspólnie przez Claytona i jego zastępców, odpowiedzialnych pracowników MO 4 i MI lc w Aleksandrii (Philip Vickery) i w Chartumie (Reginald Wingate), w ścisłej współpracy z szefem wywiadu wojskowego na Bliskim Wschodzie, majorem George'em Astonem. Ale plan nie został przyjęty jednomyślnie. Działające w Bombaju Indian Office (Biuro Indyjskie), którego zadaniem była ochrona kolonii indyjskich, miało odmienne zdanie. Okazało się, że jego cele strategiczne były sprzeczne z celami Foreign Office. Biuro Indyjskie opowiadało się za działaniem w kierunku Zatoki Perskiej i południa Półwyspu Arabskiego - tam gdzie Abd al-Aziz ibn Saud, przywódca sekty religijnej wahabitów i zaprzysięgły wróg Haszymidów, wzniecił rewoltę arabską przeciw Turkom.

A więc Haszymidzi czy wahabici? Opowiadający się za tymi pierwszymi Lawrence zdołał pozyskać zaufanie najbardziej stanowczego z synów Husajna, emira Fajsala. Po wyczerpującym marszu przez pustynię obaj mężczyźni i ich oddziały wzięli z zaskoczenia port Akaba w lipcu 1917 r. Ale Biuro Indyjskie już przygotowywało kontratak. Miało swojego człowieka - Harry'ego Saint Johna Bridgera Philby'ego, postać równie barwną, jak Lawrence, którego Philby stanie się rywalem. Saint John, syn plantatora, urodził się na Cejlonie trzy lata wcześniej niż Thomas Edward. Studiował na uniwersytecie w Cambridge. Znał około dziesięciu języków wschodnich.

W 1910 r. Saint John Philby wstąpił w związek małżeński. 1 stycznia 1912 r. w Ambali, stolicy okręgu Pendżab, jego żona, Dora, urodziła syna, który został ochrzczony jako Harold Adrian Russel, ale już wkrótce cały świat będzie nazywał go Kim. Ten człowiek za ćwierć wieku wstrząśnie Intelligence Service, pracując dla radzieckich służb specjalnych.

Jesienią 1917 r. Philby podążał w kierunku przeciwnym niż Lawrence! Jego zadaniem było dotrzeć do Rijadu, by poinformować Abd al-Aziza ibn Sauda, imama wahabitów, że Jego Królewska Wysokość Jerzy V zamierza uczynić go przywódcą konfederacji arabskiej, która powstanie po upadku imperium otomańskiego.

Była to perfidia czy też chodziło o dwie różne, sprzeczne i nie uzgodnione z sobą strategie? Żeby zachęcić wahabitów do walki partyzanckiej przeciwko Turkom, Wielka Brytania obiecała im ustami Philby'ego terytoria, które już "przyznała" Haszymidom ustami Lawrence'a. Ale rok wcześniej Wielka Brytania porozumiała się dyskretnie ze swymi sojusznikami i rywalami europejskimi, podpisując porozumienie Sykes-Picot, zgodnie z którym Syria, ofiarowana na papierze Fajsalowi, zostanie faktycznie protektoratem francusko-brytyjskim!

I oto w listopadzie 1917 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, lord Balfour, oświadczył bez zmrużenia oka lordowi Rothschildowi, że ochotnicy syjonistyczni, walczący po stronie Brytyjczyków, uzyskają po wojnie rekompensatę w formie "narodowego ośrodka żydowskiego" w Palestynie. Czyżby Balfour zapomniał, że w imieniu brytyjskiego MSZ Lawrence przyznał tę samą Palestynę rodzonemu bratu emira Fajsala, Abd Allahowi?

Dziel i rządź - to stara dewiza wszystkich imperatorów. Świadomie czy nieświadomie Thomas Edward Lawrence prowadził więc podwójną grę ze swymi arabskimi przyjaciółmi. Być może chodzi o jedno i drugie, ten przebiegły człowiek był bowiem zdolny do obłudy.

Saint John Philby - podobnie jak jego rywal zakochany we Wschodzie agent specjalny w służbie Jego Królewskiej Mości - w istocie niczym nie różnił się od Lawrence'a. Obaj, każdy na swój sposób, byli realistami na tyle, by wiedzieć, że Wielka Brytania nigdy nie dotrzyma obietnic, które złożyli w jej imieniu Arabom, niemniej nie zaniechali swych misji.

Wkrótce nadszedł czas rozstrzygnięć. Oddziały Turków osmańskich wycofały się. Obok Fajsala, Nouri es-Saida - przyszłego premiera Iraku, porucznika Joyce'a i swego francuskiego konkurenta, kapitana Pisaniego, którego postarał się zręcznie usunąć, Thomas Edward Lawrence maszerował na Damaszek. Miasto zostało zdobyte 1 października 1918 r. Lawrence towarzyszył Fajsalowi do Londynu na konferencję pokojową. Ale już wkrótce, w myśl porozumienia Sykes-Picot, francuscy żołnierze generała Gourauda wypędzą z Damaszku oszukanych wojowników arabskich.

Obietnice okazały się zwodnicze! Na długo przedtem, zanim zaczęły się walki Żydów z Arabami, Haszymidzi i wahabici chwycili za broń w sporze o to, co pozostało z terytoriów zdobytych na Turkach. Fajsal, "brat krwi" Lawrence'a, został królem Iraku, gdzie działała jedna z najzdolniejszych agentek brytyjskich, piękna Gertruda Bell. Ale ibn Saud, przyjaciel Saint Johna Philby'ego, w 1924 r. wypędził z Mekki Husajna, ojca Fajsala, zakładając Arabię Saudyjską.

Zdymisjonowany przez swych brytyjskich zwierzchników Lawrence wpadł w wir różnych nowych przygód. Tęsknił do pustyni i przyjaciół stamtąd. Opowiemy o tym na dalszych stronach książki. Wiadomo, że zmarł 19 maja 1935 roku, cztery dni po wypadku motocyklowym.

Losy Saint Johna Philby'ego były równie niezwykłe. W 1919 r., przebrany za Araba, zdołał przedostać się, jako agent MI 6, na kongres komunistyczny ludów Wschodu w Baku. Nawróciwszy się na islam, przyjął muzułmańskie imię Abdallah. W 1925 r., wbrew zasadzie "dziel i rządź", doprowadził do czasowego pogodzenia ognia z wodą, czyli wahabitów i Haszymidów, odgrywając rolę pośrednika pomiędzy ibn Saudem a trzecim synem Husajna, oblężonym w Dżiddzie.

Gdy tylko przeszedł na przedwczesną emeryturę, zamieszkał w Dżiddzie jako handlowiec, stając się "bardziej Arabem niż Anglikiem". Będzie sporządzał mapy regionu, zbierał okazy geologiczne i zoologiczne, służył za przewodnika pisarzowi francuskiemu Josephowi Kesselowi i za rozmówcę swemu rodakowi, znakomitemu reporterowi Albertowi Londres'owi. W przeddzień drugiej wojny światowej opowiedział się po stronie Hitlera, później, w 1953 r., był zamieszany w skandal wokół zwłok ibn Sauda, wreszcie 29 września 1960 r. w Bejrucie, gdzie udał się z wizytą do swego syna, asa wywiadu, powalił go zawał serca.

 

Niemieccy agenci wpływu

9 lipca 1917 r., Paryż. Jak co roku, gmach Zgromadzenia Narodowego sprzątany był gruntownie. Żartując sobie, dwóch woźnych odkurzało szatnie deputowanych. Nagle jeden z nich zatrzymał się jak wryty przed szafą. Przejęty zawołał do kolegi: "Chodź szybko, zobacz. To niewiarygodne..." Odkrycie, jakiego dokonali dwaj sprzątający, spowoduje wybuch jednego z największych skandali w historii parlamentaryzmu francuskiego. W kopercie, którą znaleźli, był plik nowiuteńkich banknotów - 25 tysięcy franków szwajcarskich z kolejną numeracją.

W normalnych czasach sprawa z pewnością przeszłaby bez echa. Ale latem 1917 r. wojna znajdowała się w punkcie zwrotnym. Na froncie, w okopach, trwały walki na bagnety, w oparach trujących gazów, pod nieustannym gradem pocisków. Po stronie francuskiej wiosną doszło do poważnych incydentów - buntów żołnierzy. Środowiska pacyfistyczne nawoływały do "białego pokoju" - bez zwycięzców i zwyciężonych. Na wschodzie armia rosyjska została niemal całkiem wyłączona z walki wskutek rewolucji lutowej 1917 r.

Wszędzie przenikali szpiedzy. Nie bez znaczenia pozostawał fakt zdemaskowania agenta H 21, egzotycznej tancerki Maty Hari. Atmosfera była napięta.

Kiedy prezydium Izby Deputowanych dowiedziało się o dziwnym znalezisku dwóch woźnych, nakazano przeprowadzenie dyskretnego dochodzenia. Okazało się, że koperta należała do trzydziestojednoletniego deputowanego bretońskiego, Louisa-Marii Turmela, adwokata i mera miasta Loudeac, wybranego do parlamentu w 1910 r. z ramienia partii radykalnej.

Czy był on niemieckim agentem wpływu? Pytanie tym bardziej zasadne, że minister spraw wewnętrznych, Louis-Jean Malvy, niedawno kazał aresztować założyciela skrajnie pacyfistycznego dziennika "Le Bonnet rouge", Miguela Vigo-Almeyredę, ojca późniejszego znanego filmowca Jeana Vigo.

Almeyreda, dziwna postać, o sposobie bycia operetkowego anarchisty, wydawał się mocno powiązany z pierwszoplanowymi osobistościami francuskiego życia politycznego, w tym właśnie z Louisem Jeanem Malvy i Josephem Caillaux. Te jego przyjaźnie już od roku gwałtownie piętnował Charles Maurras, teoretyk ruchu rojalistycznego, Action Francaise, głosiciel teorii "szpiegostwa żydowsko-niemieckiego".

Maurras sprawiał wrażenie dobrze poinformowanego o wszystkim. Skąd brał szczegóły ujawniane czytelnikom wydawanego przez siebie dziennika "L'Action Francaise"? Niewątpliwie od Mariusa Plateau, szefa swej własnej służby wywiadu, który pozostawał w stałym kontakcie z byłym zwierzchnikiem 2. Biura okręgu wojskowego Paryża, kapitanem Baudierem.

Również współpracownik Almeyredy - Paul Marion został oskarżony o szpiegostwo na rzecz wroga. Dyrektor administracyjny "Le Bonnet rouge", Raoul Duval, jak się okazało wszedł w posiadanie czeku na 135 tysięcy franków. Rzucało to wyraźne światło na ukryte związki zespołu anarchistycznego dziennika z pewnym bankierem niemieckim o nazwisku... Marx. A przy tej okazji na jego kontakty ze służbami specjalnymi kajzera!

To jeszcze nie wszystko! Surete Generale śledziła uważnie pewnego dość niezwykłego awanturnika. Liończyk z pochodzenia, Paul Bolo, nosił tytuł Pasza, nadany mu przez Abbasa Hilmiego, kedywa Egiptu, usuniętego przez Anglików. Od 1915 r. opłacali go, i to bardzo wysoko, Niemcy. Nawet jeśli ci przeceniali nieco jego skuteczność, nie ulega wątpliwości, że uważali go za jednego z najlepszych agentów wpływu we Francji.

Kontakty Bolo Paszy były równie zaskakujące jak te, które utrzymywał Almeyreda. Tworzyły prawdziwą siatkę. I tak pierwszy przewodniczący sądu apelacyjnego w Paryżu, Monier, był ważną postacią wśród jego agentów. Ten wyższy urzędnik sądowy służył między innymi za pośrednika przy zakupie redakcji czasopisma "Journal". Finansowany potajemnie przez Bolo Paszę, ten wielki dziennik paryski stał się główną tubą propagandy antybrytyjskiej we Francji. Poza tym zamieszczane w nim ogłoszenia były idealnym sposobem porozumiewania się agentów niemieckich.

Kiedy Louis Turmel dowiedział się, że w jego sprawie prowadzone jest dochodzenie, w pierwszej chwili sprawiał wrażenie zaskoczonego. Został oskarżony o to, że zdradził szpiegom niemieckim treść obrad Izby Deputowanych, toczących się przy drzwiach zamkniętych, a następnie usiłował zbiec wraz z żoną do Szwajcarii. Aby oczyścić się z zarzutów, Turmel zwołał u siebie w domu kilka konferencji prasowych. Zaprzeczał, że zamierzał zbiec do Szwajcarii. Twierdził, że chciał tam jedynie znaleźć dowody swej niewinności. Przyznał się, że przechowywał w swej szafce w parlamencie 25 tysięcy franków, ale te pieniądze, jak twierdził, pochodziły z prowizji za całkowicie legalne transakcje, mianowicie za sprzedaż bydła.

"Stara się zagmatwać sprawę. Ale nie ma szansy: sam kanclerz niemiecki pochwalił się publicznie, że zna treść tajnych obrad izby dzięki świadkowi, który widział i słyszał to osobiście" - twierdzili jego polityczni przeciwnicy. Przypominali też dziwne samobójstwo Miguela Vigo-Almeyredy, którego znaleziono uduszonego sznurem w celi więziennej 11 sierpnia, cztery dni po aresztowaniu. Skompromitowani Cailloux i Malvy chcieli w ten sposób usunąć dowody istnienia zorganizowanej proniemieckiej siatki wpływów. Tak w każdym razie twierdził, nie bez ukrytej intencji, przyszły prezydent Francji Georges Clemenceau.

Rue de Saussaies, siedzibę Surete Generale, postawiono w stan gotowości. Chętnie przesłuchano by Louisa Turmela, ale zgodnie z konstytucją, bretońskiego deputowanego chronił immunitet poselski.

Zebrała się jedenastoosobowa komisja, aby rozstrzygnąć tę sprawę. 29 września nadeszła wiadomość o aresztowaniu Bolo Paszy. Dzięki rozszyfrowanym w USA depeszom niemieckim Surete ustaliła, że Pasza podjął sumę ponad półtora miliona dolarów w filii Deutsche Bank w Nowym Jorku.

Louis Turmel przyznał wreszcie, że 25 tysięcy franków otrzymał z Banku Federalnego Szwajcarii. Ale upierał się przy tym, że pieniądze pochodziły z legalnej transakcji mięsem. Ten system samoobrony okazał się mało skuteczny, wkrótce bowiem odkryto, że deputowany utrzymywał kontakty z włoskim awanturnikiem Cavallinim, dobrze znanym, jako jeden z kontaktów Bolo Paszy. Prowadzący dochodzenie ustalił, że Turmel znał od 1915 r. księcia Bernharda von Bulowa, byłego kanclerza Niemiec, którego Francuzi obciążali odpowiedzialnością za uprawianie pacyfistycznej propagandy proniemieckiej.

5 października Turmel został pozbawiony immunitetu poselskiego. Oskarżony o szpiegostwo na rzecz wroga i osadzony w więzieniu we Fresnes, umarł tam w wyniku choroby 5 stycznia 1919 r., w rok po śmierci Bolo Paszy, rozstrzelanego przez francuski pluton egzekucyjny 17 kwietnia 1918 r., i Raoula Duvala, również rozstrzelanego 17 lipca 1918 r. Pierre Lenoir umarł 24 października 1919 r.

 

Lawrence z Arabii w Afganistanie

Kapitan W. E. Johns był człowiekiem, którego nic nie mogło zaskoczyć w pracy wywiadowczej. Później został autorem popularnych powieści opisujących przygody Bigglesa, nieustraszonego brytyjskiego bohatera bez skazy i zmazy, wysyłanego w misjach specjalnych w służbie Jego Królewskiej Mości. Pewnego dnia 1922 roku, gdy człowiek nazwiskiem John Hume Ross zapukał do drzwi ośrodka rekrutacji Royal Air Force, kierowanego przez Johnsa, ten od razu poczuł nieufność. Ross był jakiś dziwny...

Ostrożny W. E. Johns zaczął się dowiadywać, o co chodzi. I nie wyszło mu to na zdrowie. Odpowiedź Ministerstwa Lotnictwa w tej sprawie brzmiała wprost niewiarygodnie: "Uwaga, ten człowiek to sam Lawrence z Arabii. Niech go Pan przyjmie. Jeśli nie, może się Pan czuć zwolniony..."

Rozkaz pochodził od bardzo wysoko postawionej osobistości, wicemarszałka Swanna lub, być może, nawet od sir Winstona Churchilla, zaprzyjaźnionego z Lawrence'em z Arabii, który rok wcześniej odkrył przed Churchillem Bliski Wschód, jego magię i złożoność jego problemów.

Czyż można było odmówić wykonania takiego rozkazu? Kapitan Johns podporządkował się więc i w końcu lata Thomas Edward Lawrence alias Ross (od panieńskiego nazwiska jego matki, Irlandki) - zdymisjonowany doradca do spraw arabskich w Ministerstwie Kolonii, wstąpił do RAF-u jako zwykły żołnierz. 8 listopada bohater tajnej wojny przeciwko Turkom został przyjęty do Szkoły Fotografii Wojskowej w Farnborough. Miesiąc później dobrze poinformowani dziennikarze angielscy wykryli tajemnicę jego fałszywej tożsamości. "Król bez korony zwykłym żołnierzem" - doniósł "Daily Express" na pierwszej kolumnie.

12 stycznia 1923 r. Lawrence został wydalony z RAF-u. Ale jego nalegania na powrót do lotnictwa brytyjskiego pod fałszywym nazwiskiem w końcu zostały uwieńczone sukcesem. Po krótkiej służbie w wojskach lądowych, 6 lipca uzyskał wreszcie długo oczekiwaną zgodę szefa sztabu RAF-u Trencharda. W połowie sierpnia otrzymał numer identyfikacyjny 338171. Przydzielony do bazy w Cranwell, eskadra B, uczył się latać na bristolach i DH 9 A.

Trzy lata później, w czerwcu 1926 r., powiadomiono Rossa, że ma lecieć do Indii. 7 stycznia 1927 r. znalazł się w Karaczi. Po przybyciu tam - jak opowiedział później swemu przyjacielowi, kronikarzowi wojskowemu Liddell-Hartowi - poświęcił się działalności wywiadowczej dla wojska i dokonał zwiadu lotniczego, wykorzystując przy tej okazji swe umiejętności fotografowania nabyte w Farnborough. 23 maja 1928 r. przeniesiono go do fortu Miransha w Peszawarze. Inaczej mówiąc - na granicę afgańską.

Co działo się tak interesującego w Afganistanie, tej górzystej krainie, gdzie wciąż zderzały się wpływy rosyjskie i brytyjskie? Nic pomyślnego dla Anglików. Dziesięć lat wcześniej, po śmierci swego ojca Habibulli Chana, Amanulla Chan został emirem, proklamując przy tej okazji niepodległość Afganistanu. Wojna partyzancka, którą następnie wszczął na granicy z Indiami, zmusiła Anglików do zbadania przyczyn tej sytuacji. Amanulla Chan wykorzystał porozumienia podpisane z sir Henrym Dobbsem, aby nawiązać kontakt z ZSRR i też podpisać układ o przyjaźni.

Gorący zwolennik nowoczesnych idei, afgański emir był zdecydowany "otworzyć" swój kraj. Sam dał przykład monogamii, rozpoczął reformy gospodarcze i społeczne, ograniczył przywileje wielkich feudałów, wprowadził nauczanie świeckie, zaprosił francuskich i rosyjskich inżynierów i powierzył im roboty górnicze w swoim kraju. Krótko mówiąc, robił, co chciał, nie bacząc na "żywotne interesy" Wielkiej Brytanii.

Angielskie służby specjalne zareagowały na jego zbliżenie z ZSRR, dokonując napaści na pierwszą radziecką misję handlową w Kabulu. Bilans akcji - dwu zabitych i osiemnastu rannych. Nie koniec jednak na tym. W maju 1928 r. wielbiciel dzieła Mustafy Kemala Atatürka, Amanulla Chan podpisał układ o przyjaźni z Turcją.

Lawrence z Arabii doskonale rozpoznał sytuację. Już w 1927 r. pisał do swego przyjaciela Winstona Churchilla, iż czuje, że "wkrótce dojdzie do konfliktu z Rosją", "Afganistan bowiem to najniebezpieczniejszy punkt zapalny". W wywodzie Lawrence'a, który rozmawiał jak równy z równym z jednym z najsłynniejszych polityków Zjednoczonego Królestwa, było wiele pewności siebie.

Prawdą jest, że Royal Air Force odgrywała dość szczególną rolę w dziedzinie wywiadu na Bliskim Wschodzie i w krajach Lewantu, wobec braku tam innych struktur Intelligence Service. Ross miał być mianowany attache wojskowym w Kabulu. Niestety, okazało się, że nie potrafił dość dobrze pisać na maszynie. Pozostał więc w forcie Miransha, i to aż przez sześć miesięcy, podczas gdy normalny pobyt trwał tylko dwa miesiące.

Dobrze wykorzystał ten czas. Lawrence z Arabii interesował się medycyną i chciał leczyć ludność zamieszkałą na granicy indyjsko-afgańskiej. Był to z pewnością chwalebny zamiar, ale też i doskonały sposób na to, by nawiązać kontakt z przywódcami miejscowych plemion.

Inny szpieg Intelligence Service, Gertrudę Bell, która już pracowała z nim w Arabii, opowiadała później, że Ross, przebrany za poganiacza wielbłądów, przez trzy miesiące wędrował po całym regionie.

Francuzi z 2. Biura również pojawili się w Afganistanie. Nastąpiło to w związku z obecnością tam jednego z dawnych pomocników Lawrence'a z okresu jego pobytu w Arabii - kapitana Davida Huberta Younga, oficera wywiadu, który ubezpieczał ugrupowania afgańskie, zbuntowane przeciwko Amanulli Chanowi.

Wybuch buntu przeciwko nowatorskiemu i antybrytyjskiemu emirowi był już w istocie bardzo bliski. Zbiegł się on z końcem pobytu Rossa w forcie Miransha. W ostatnich dniach 1928 r. Baczcza-i-Sakau, były tadżycki roznosiciel wody, zwerbowany przez Brytyjczyków, wzniecił powstanie. Jego oddziały szybko się organizowały i umacniały.

W Kabulu natomiast Amanulla Chan został poinformowany przez Dybenkę - miejscowego przedstawiciela Międzynarodówki Komunistycznej i przez Francuzów z 2. Biura o obecności Lawrence'a z Arabii w jego kraju. Amanulla natychmiast rozgłosił tę informację, a prasa radziecka poświęciła temu długie artykuły. Wkrótce pałeczkę przejęły gazety angielskie.

5 stycznia 1929 r. liberalny dziennik "Daily Herald" pisał: "Władze afgańskie oskarżają Lawrence'a z Arabii o pomaganie rebeliantom i chcą go aresztować". Do sprawy natychmiast wtrąciła się też opozycja laburzystowska. W Londynie Lawrence znalazł się na cenzurowanym. W parlamencie lewicowy deputowany Ernest Thurtle zgłosił interpelację. W Indiach doszło do manifestacji przeciwko "brytyjskiemu imperializmowi". Konserwatysta Joseph Austen Chamberlain odpowiedział na to, stwierdzając w Izbie Gmin, że T. E. Lawrence jest tylko "zwykłym mechanikiem..." Niemniej "zwykłego mechanika" postanowiono przenieść na inną placówkę. Decyzja ta nie wpłynęła jednak na uspokojenie nastrojów, ale nie miało to już większego znaczenia. Cele brytyjskie w Afganistanie zostały i tak osiągnięte. 14 stycznia 1929 r. Amanulla Chan abdykował. 7 lutego nowa władza anulowała reformy królewskie i przywróciła zasłony na twarzach kobiet.

"Zwykły mechanik Ross" powracał do Anglii w nimbie chwały i tajemnicy, towarzyszącej mu przez cały pobyt w Afganistanie. Z fortu Miransha wyjeżdżał w wielkim pośpiechu, zapominając nawet o swym ulubionym gramofonie. W Port Saidzie, gdzie statek zawinął po drodze, nabrzeże było strzeżone, aby zapobiec ewentualnym niemiłym "wizytom". W Plymouth odszukał Lawrence'a wysłany specjalnie oficer i niepostrzeżenie sprowadził go ze statku. W Londynie nakazano mu ubrać się po cywilnemu, nie rzucać się w oczy i czekać na dalsze rozkazy. Nie przeszkodziło to Lawrence'owi w utrzymywaniu stałego kontaktu telefonicznego z dwoma szefami Intelligence Service, których nazwisk nigdy nikomu nie ujawnił, nawet swemu przyjacielowi Lidell-Hartowi.

W 1929 r. Amanulla Chan został wygnany z kraju i schronił się w Rzymie. Jego wuj Nadir Szah przejął władzę. Jako dobry taktyk, rozbił oddziały Baczcza-i-Sakau, opuszczonego przez Intelligence Service. Nadir Szah został zamordowany w 1933 r. Dwa lata później, 19 maja 1935 r., Thomas Edward Lawrence, "król bez korony", zmarł w wyniku wypadku motocyklowego.

 

GLADIO

Z chwilą rozpoczęcia zimnej wojny, w obliczu radzieckiej ofensywy na Zachód, służby specjalne, w tym amerykańskie, przystąpiły do tworzenia równoległych struktur antykomunistycznych. O istnieniu siatek takich jak utworzone w ramach MINOS świat dowie się dopiero po upływie czterdziestu lat, a to dzięki uporowi garstki włoskich urzędników, którzy nie chcieli dopuścić do tego, by sankcjonowano zbrodnie, popełniane w imię antykomunistycznej krucjaty, a także dzięki uporowi kilkunastu europejskich dziennikarzy, do których mamy zaszczyt się zaliczać.

Zaczęło się od tego, że młody sędzia Felice Casson wszczął dochodzenie w sprawie podłożenia ładunku wybuchowego w fiacie 500 w sąsiedztwie tajnego magazynu broni siatek GLADIO w Petano. Wybuch okazał się dziełem bojowników skrajnie prawicowego ugrupowania Ordine Nuevo, zniecierpliwionego faktem, iż jest manipulowane przez włoskie służby. W wyniku wybuchu, który nastąpił 31 maja 1972 r., poniosło śmierć trzech karabinierów.

6 grudnia 1989 r. sąd wezwał generała Pasquale Natarnicolę, byłego zastępcę szefa SISMI (włoskiego kontrwywiadu), który wyjawił istnienie wielu tajnych magazynów broni, utworzonych bez wiedzy Parlamentu. Dowiedziawszy się, iż szef SISMI, admirał Fulvio Martini, udał się w okolice Petano po zapas materiałów wybuchowych, sędzia Casson zwrócił się do premiera o udostępnienie supertajnych dokumentów zdeponowanych w Fort Braschi, siedzibie SISMI. Premier długo się wahał. Guilio Andreotti, kluczowa postać włoskiej sceny politycznej, nie darzył sympatią zbyt dociekliwych urzędników. Wreszcie, po upływie ośmiu miesięcy, Casson otrzymał upragnione zezwolenie.

Upór młodego sędziego opłacił się mimo wszystko. 25 października 1990 r. Andreotti był zmuszony potwierdzić oficjalnie istnienie tajnej siatki, której działalność w ramach NATO datuje się od okresu zimnej wojny.

NATO początkowo utrzymywało, że "nie wie o istnieniu GLADIO", po czym nagle wycofało się z tego stanowiska.

Wkrótce potem William Colby, były dyrektor CIA, odpowiedzialny za "operacje polityczne" w Rzymie w latach 1953-1959, przyznał, iż finansował działalność partii centrum, ich związków zawodowych i organizacji młodzieżowych, ale zaprzeczył, jakoby miał wiedzieć cokolwiek na temat GLADIO.

W grudniu 1990 r. rząd włoski rozwiązuje siatki GLADIO, co zostaje potwierdzone przez człowieka, który je zakładał w latach 1974-1980, generała Paola Inserillego. Decyzja przychodzi zbyt późno: 7 stycznia 1991 r. włoska prasa ujawnia listę 577 aktualnych członków GLADIO! Przyjrzyjmy się ujawnianym raz po raz rewelacjom na temat odpowiedników GLADIO rozmieszczonych na terenie Europy, pochodzącym ze śledztwa prowadzonego przez dziennikarzy.

Dzięki nim, rok po zburzeniu muru berlińskiego i upadku wschodnich reżimów komunistycznych, zachodnia opinia publiczna przekona się dowodnie, że żadnej, nawet zimnej wojny nie wygrywa się bez ofiar...

Pajęcza sieć nad Włochami

29 kwietnia 1945 r. James Angleton, szef OSS we Włoszech, odbiera w Mediolanie i dyskretnie przerzuca do Rzymu Junia Valeria Borghesego, byłego zastępcę komendanta Decima Mas, elitarnej jednostki Mussoliniego.

Angleton, początkowo przedstawiciel Strategie Sendces Unit w Rzymie, następnie szef CIA, zajmował się, za zgodą ministra spraw wewnętrznych, Maria Scelby, werbowaniem byłych członków dowództwa OVRA, tajnej policji Mussoliniego oraz faszystowskich kadr politycznych i wojskowych. Werbowano tym spieszniej, że Włoska Partia Komunistyczna (PCI), rosnąca w siłę, mogła mieć decydujący głos w wyborach 1948 r.

Nazwisko Angletona nie pojawia się tutaj przypadkiem. Wbrew temu, co można by sądzić na podstawie oficjalnych wyjaśnień, komisja dochodzeniowa ujawniła w 1990 r., że GLADIO w znacznie większym stopniu związane były z CIA i amerykańskim wywiadem wojskowym niż z NATO.

W roku 1947, wraz z początkiem zimnej wojny, pod czujnym okiem Scelby zaczęto tworzyć pierwszą strukturę antykomunistyczną, AIL (Armata Italiana delia Liberta), dowodzoną przez pułkownika Ettorego Musco i finansowaną przez Angletona. Prócz pomocy amerykańskiej organizacja korzystała ze wsparcia masonów, jakiego udzielała później słynna loża P2, której przewodniczący, Licio Gelli, był ściśle związany z działalnością siatek GLADIO.

Po upadku Mussoliniego, od grudnia 1945 r., wojskowe służby wywiadowcze oficjalnie przestały istnieć. Przetrwał jedynie kontrwywiad - Controspionaggio de L'Arma dei Carabinieri i Zarząd Główny Służb Specjalnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych - Direzione Generale di Servizi Speciali presso ii Ministero degli Interni.

W rzeczywistości wszystko koncentruje się w Rzymie, gdzie służby specjalne działają pod przykrywką Centrum X. Tam też rozwija działalność tandem złożony z pułkownika Musco i innego oficera, Giovanniego De Lorenzo.

Na przełomie marca i kwietnia 1949 r., kilka dni po utworzeniu NATO, zostaje oficjalnie powołana do życia służba informacyjna sił zbrojnych, SIFAR - Servizio Informazioni Forze Armate, której pierwszym szefem zostanie generał Giovanni Carlo Re.

Począwszy od 1951 r. CIA, wraz z generałem Umbertem Broccolim, następcą generała Re, zakłada bazy operacyjne GLADIO: powstają tajne grupy typu stay behind, uśpione struktury gotowe przystąpić do akcji w razie komunistycznej ofensywy. Struktury te zostaną rozszerzone w sposób naturalny przez generała dywizji Musco, założyciela AIL, gdy tego samego roku zastąpi Broccolego w SIFAR. Po odjeździe francuskiego korpusu ekspedycyjnego na placu boju pozostaną w zasadzie tylko Amerykanie.

W tworzonych grupach osiemdziesiąt procent stanowią byli faszyści, co potwierdzają słowa Licia Gellego, wypowiedziane w listopadzie 1990 r.: "Ci ludzie byli nie tylko patriotami. Oni umieli walczyć. Zwerbowaliśmy ich na terenie byłej Republiki Salo, stanowiącej ostatni bastion Mussoliniego w roku 1943".

Jakkolwiek bazę organizacji stanowili faszyści, przypominała ona jota w jotę europejskie siatki ruchu oporu przeciwko nazistom. To tylko jeden z wielu paradoksów tej podziemnej infrastruktury antykomunistycznej, która przyjęła za swoje godło miecz, symbol upadłej Republiki Salo!

Od grudnia 1955 r. pułkownik Renzo Rocca (szef departamentu R - Ufficio Ricerca) otrzymuje zadanie werbowania "gladiatorów", którzy zostaną przeszkoleni przez angielskich i amerykańskich instruktorów. Wkrótce jest ich 622, przydzielonych do sekcji wywiadu, sabotażu, partyzantki, propagandy i ucieczek w ośrodku szkolenia sabotażystów w Alghero-Poglina na Sardynii, któremu patronują zarówno oficerowie Agencji, Gerald Miller i William Colby, przyszły dyrektor CIA, jak i specjaliści z MI 6, których baza antyradziecka, kierowana przez Harolda Gibsona, mieści się w Rzymie.

Z tego też powodu niektórzy członkowie kadr operacyjnych będą szkoleni przez angielską Special Air Service (SAS) - Powietrzna Służba Specjalna - zbrojne ramię służb Jego Królewskiej Mości w siedzibie w Hareford.

Umowa CIA - Włochy, dotycząca utworzenia GLADIO, zostaje oficjalnie zawarta 26 listopada 1956 r.

W tym samym roku szefem SIFAR zostaje De Lorenzo. W 1964 r. ten sam Lorenzo, bardziej zainteresowany walką z "wewnętrzną dywersją" niż zadaniami związanymi z wywiadem zagranicznym, opracowuje wspólnie z Billem Harveyem, szefem rzymskiej placówki CIA, plan SOLO, którego celem jest niedopuszczenie lewicy do władzy.

W dwa lata później odkrycie tego planu doprowadzi do kolejnych przetasowań we włoskim świecie wywiadu, dziwnym świecie, w którym, pomimo nieustannych zmian struktur, pozostaje ta sama i niezmienna skłonność do spiskowania.

Wśród szumu wywołanego fiaskiem operacji SOLO, na uwagę zasługuje proces wytoczony generałowi De Lorenzo na przełomie 1967/1968 r. przez dwóch dziennikarzy "Expresso", podczas którego generał brygady Giovanni Allavena, szef SIFAR w latach 1965-1966, odmówił wyjaśnienia okoliczności powstania tej służby, tłumacząc odmowę racjami bezpieczeństwa. Allavena nie zawsze dochowywał tajemnic zawodowych. Za jego to bowiem pośrednictwem Licio Gelli uzyskał dostęp do znacznej części archiwów SIFAR, z których obficie skorzysta przy zakładaniu loży P2, której Allavena będzie jednym z pierwszych członków.

We Włoszech nic nie jest proste. Nawet śmierć. 27 czerwca 1968 r. pułkownik Rocca popełnia samobójstwo w swoim rzymskim biurze na via Barberini. Czy istotnie sam do siebie strzelił, jak wykazało dochodzenie? Czy może ktoś pomógł temu tajemniczemu mężczyźnie rozstać się ze światem, który stał się nagle zbyt okrutny? Oficjalnie Rocca był emerytowanym pułkownikiem i przedstawicielem handlowym Fiata, w istocie jednak były instruktor gladiatorów nadal wykorzystywał swoje talenty w ramach prywatnej instytucji, związanej zarówno ze środowiskiem handlu, jak i wywiadu.

W związku z przekształceniem SIFAR w SID (Servizio Informazioni Difeza), w latach 1972-1974 łączność z gladiatorami przejęła 5 Sekcja Departamentu R (badań), zarządzana przez Gerarda Serravallego. Wezwany w 1990 r. przed komisję dochodzeniową, scharakteryzował ówczesną sytuację posługując się typowo włoską metaforą literacką: "Żyjąc w atmosferze Pustyni Tatarów rozumowali w ten sposób: w razie inwazji Rosjanie otrzymają wsparcie narodowych partii komunistycznych. Po co więc czekać na inwazję? Przystąpmy do akcji już teraz!"

Strategia napięcia

W latach 1968-1969 odpowiedzią na rewoltę studentów i wydarzenia majowe we włoskich fabrykach, które wstrząsnęły Półwyspem Apenińskim, było opracowanie "strategii napięcia". Strategia ta zostanie wprowadzona w życie przez neofaszystowskich bojowników, manipulowanych przez służby specjalne. Niektórzy gladiatorzy, występujący u ich boku, odegrają mocno podejrzaną rolę w całej sprawie.

Następujące po sobie serie zamachów "brunatnych" i "czerwonych" wytworzą - zgodnie z zamierzonym celem - klimat strachu, hamujący lewicowy ruch kontestacyjny. I tak mają miejsce: masakry na piazza Fontana (szesnaście ofiar w 1969 r.), nieudany zamach stanu "czarnego księcia" Borghesego (grudzień 1970 r.), utworzenie loży P2 (1971 r.), wykrycie tajnej organizacji Róża Wiatrów, rekrutującej wojskowych, oficerów służb wywiadowczych i neofaszystów (październik 1973 - kwiecień 1974 r.), zamach w Bresci (28 maja 1974 r., siedem ofiar), zamach na pociąg "Italicus" Rzym - Monachium (4 sierpnia 1974 r., dwanaście ofiar), postawienie przed sądem około pięćdziesięciu osób, wśród nich generała Vita Micelego, szefa SID i członków neofaszystowskiego ugrupowania Avanquardia Nazionale, którego przywódcy należeli do służb kontrwywiadu generała Malettiego (październik 1974 r.).

Jaką rolę w tym ponurym okresie odegrali Amerykanie? Według Victora Marchettiego, Graham Martin, ambasador USA w Rzymie w latach 1969-1972, przeniesiony w czerwcu 1973 r. do Sajgonu, miał jakoby finansować za pomocą CIA (której kolejnymi szefami rzymskiej placówki byli Howard Edward Stone i Hugh Montgomery) rozmaite ugrupowania skrajnie prawicowe, prowadzące podejrzaną działalność. Z drugiej zaś strony Agencja i amerykański wywiad wojskowy (DIA) dostarczały bezpośrednio lub za pośrednictwem GLADIO pokaźnych sum szefom włoskich służb specjalnych.

Służbom tym udzielono potężnego wsparcia finansowego właśnie w 1978 r., co może być odczytywane rozmaicie, gdyż właśnie wtedy miało miejsce uprowadzenie, a następnie zabójstwo Aldo Moro, przywódcy chrześcijańskich demokratów i gorącego zwolennika dojścia do władzy Włoskiej Partii Komunistycznej (zamach "czerwony"). Dofinansowanie miało również miejsce przed masakrą na dworcu w Bolonii, 2 sierpnia 1980 r., w której raniono dwieście osób, a osiemdziesiąt pięć poniosło śmierć (zamach "brunatny").

Dwaj młodzi dziennikarze, blisko związani z byłą Włoską Partią Komunistyczną, Antonio i Gianni Cipriani, byli zdania, że działalność Czerwonych Brygad była sterowana przez CIA, co zostało zapoczątkowane przez Angletona i swoją tezę wyłożyli w Sovranita limitata (Ograniczona suwerenność), opublikowanej w 1991 r. Naszym zdaniem, na potwierdzenie tej tezy nie mieli wystarczających dowodów, co nie podważa zasadności pytania o postawę włoskich służb specjalnych i odpowiedzialność Amerykanów za krwawe wydarzenia "dziesięciolecia ołowiu".

Włochy doznały straszliwego szoku. I nadal zadają sobie pytanie, jaką rolę w tych nieustannych próbach destabilizacji odegrały GLADIO...

Andre Moyen, kluczowa postać siatek stay behind

W listopadzie 1990 r., gdy rozgorzały polemiki na temat afery GLADIO, belgijska opinia publiczna zapoznaje się z osobą Andre Moyena. Jednak niewielu jest takich, którzy znają przeszłość tego weterana służb specjalnych, a którą po raz pierwszy zgodził się ujawnić na użytek tej książki.

Wszystko zaczęło się w roku 1935, z chwilą gdy osierocony przez ojca młody robotnik, a następnie uczeń kolegium nauczycielskiego, wstąpił do wojska. Na kilka dni przed zwolnieniem ze służby, sierżant Moyen zatrzymuje przypadkowo niemieckiego agenta obserwującego linię fortyfikacji granicznych. W ten sposób, zupełnie niechcący, młody podoficer dostaje się w sieć wywiadu. W lipcu zostaje wezwany przez belgijskiego asa wywiadu, kapitana Rene Mampuysa, który dokładnie przestudiował jego dossier.

- Co zamierzasz robić po zwolnieniu ze służby?

- Kontynuować studia nauczycielskie.

- Nie wolałbyś uczyć się języków obcych? Na przykład niemieckiego?

- Owszem.

- W takim razie dziś w nocy, o 24.07, wsiądziesz na gare du Nord do pociągu jadącego do Kolonii...

- Ale ja nie mam paszportu!

- Proszę bardzo!

Mampuys wręczył Moyenowi paszport z jego własnym zdjęciem, wystawiony na nazwisko Freddy'ego Bastogne. I ten pseudonim przylgnie do niego na dłużej.

Pragnąc sprawdzić nowego agenta, Mampuys wysyła go następnie do Hanoweru, potem do Bonn jako profesora języka flamandzkiego w katolickim liceum belgijskim. Z końcem 1938 r. powierza mu tajną misję obserwowania dziwnego hurtownika płaszczy nieprzemakalnych, którym okazuje się nie kto inny, ale sam Leopold Trepper, jeden z głównych animatorów słynnej radzieckiej siatki szpiegowskiej na terenie Francji i Belgii, zwanej Czerwoną Orkiestrą...

Po zajęciu Belgii przez Niemcy Moyen wstępuje do ruchu oporu. Jako kapitan Freddy zakłada Oddział 8 (likwidacja zdrajców i nazistowskich agentów) i zostaje zastępcą szefa siatki Athos (wywiadu wojskowego związanego z OSS, tajnymi służbami amerykańskimi czasu wojny), dzięki czemu będzie miał sposobność doświadczyć osobiście metod przesłuchiwania, praktykowanych przez Gestapo...

Po wyzwoleniu Andre Moyen znów pracuje dla Mampuysa, szefa 2. Departamentu Ministerstwa Obrony Narodowej, który wkrótce przekształci się w SGR/SDRA (Ogólne Służby Wywiadowcze/Służby Dokumentacji, Badań i Operacji). Pozostaje w ścisłych kontaktach z oficerami OSS, między innymi z amerykańskim attache wojskowym w Brukseli, Robertem Solborgiem, synem carskiego generała i byłym szefem sekcji operacji specjalnych (OPC). To właśnie Solborg pozna go dwa lata później z Irvingiem Brownem, działaczem związkowym i głównym inspiratorem rozłamu między CGT i FO, a także najmocniejszym atutem amerykańskich akcji antykomunistycznych w środowiskach robotniczych krajów Europy i Afryki.

Mampuys i Moyen są przekonani, że nowym zagrożeniem są Rosjanie. Mampuys, począwszy od 1946 r., zleca tworzenie podziemnych siatek, zalążków podziemnej armii na wypadek radzieckiej inwazji. Tymczasem kapitan Freddy, etatowy agent 2. Departamentu i świeżo upieczony dziennikarz, wiele podróżuje. We Francji zwiąże się z wyjątkowym człowiekiem, dr. Henrim Martinem, zwanym wujem Bipem, byłym szefem wywiadu tajemniczej Cagoule z okresu przedwojennego, równie zażartym antykomunistą, z którym się zaprzyjaźni, by następnie zostać jego "korespondentem" w Belgii.

Dawny uczestnik ruchu oporu zapewnia łączność pomiędzy SGR/SDRA, pułkownikiem Serotem z wojskowych służb specjalnych i dyrektorem generalnym SDECE Henrim Ribierem. Przyszły minister Andre Boulloche skontaktuje go również z Rogerem Wybotem, szefem DST.

Wściekły, że Moyen odmówił zostania jego agentem, Wybot powoduje wydalenie Moyena z Francji w roku 1948. Moyen nadal kontynuuje działalność antykomunistyczną. W porozumieniu z Mampuysem i bankierem Marcelem De Rooverem, jeszcze tego samego roku zakłada prywatną siatkę wywiadowczą Milpol, finansowaną przez potężne banki belgijskie. Zdobyte informacje Milpol przekazuje SDRA. Moyen rozciągnie działalność Milpolu na Kongo belgijskie, pod kryptonimem Krokodyl.

Przed wyjazdem do Afryki Henri Ribiere i przyjaciele z SDECE proponują Moyenowi, by został korespondentem tajnych ugrupowań antykomunistycznych na terenie Belgii. Moyen wyraża zgodę, mimo obiekcji Mampuysa, i od tej chwili zaczyna pełnić funkcję szefa centrali uśpionych siatek, których nieustannie przybywa. Wysłany z misją do Włoch przez ministra spraw wewnętrznych Alberta De Vleeschauwera zaprzyjaźnia się z Mariem Scelbą, rzymskim odpowiednikiem Vleeschauwera. Scelba przedstawia mu z kolei generała Gallego, szefa Publica Sicurezza (Bezpieczeństwa Publicznego). Moyen podziwia zarówno przeszłość generała, walczącego w weneckim ruchu oporu, jak i jego energiczne metody utrzymywania ładu. W Niemieckiej Republice Federalnej Moyen zwiąże się z pułkownikiem Heinzem Huckelheimem, z Militarische Abschirmdienst (MAD), w Szwajcarii nawiąże kontakt z pułkownikiem Paulem Schautelbergiem oraz ze sztabem generalnym, w Hiszpanii z przemysłowcami i oficerami Gwardii Cywilnej.

W samej Belgii Moyen utworzy kilkanaście grup stay behind, podlegających kontroli sekcji SDRA, SDRA-8.

Bezpieczeństwo Stanu, belgijski odpowiednik DST, kierowane przez Roberta de Foy i podlegające Ministerstwu Sprawiedliwości, tworzy w obrębie własnych struktur organizację zajmującą się werbowaniem ochotników. Decydującą rolę w zakładaniu podziemnych siatek odegra w związku z tym Albert De Vleeschauwer.

Zimna wojna zaczyna przeradzać się w dramat. 18 sierpnia 1950 r. Julien Lahaut, przewodniczący Partii Komunistycznej Belgii, zostaje zamordowany przed własnym domem. Sprawcy, wywodzący się z siatki Moyena, działali na własną rękę nie licząc się z formalnym sprzeciwem szefa wobec fizycznej likwidacji komunistycznego przywódcy, człowieka "politycznie skończonego". Jednak Moyen postanawia ich kryć. Trzy dni później, dzięki przyjaciołom z SDECE i grupie dr. Martina, wysyła do Bretanii Alberta De Vleeschauwera, któremu grożą represje, mimo iż nie zajmuje dawnego stanowiska.

Gdy Rene Mampuys, z powodu poważnej choroby, ustępuje na rzecz swojego zastępcy pułkownika Boyarda, Moyen nadal prowadzi operacje dla SGR/SDRA. W Azji współpracuje z szefami tajwańskich służb specjalnych, między innymi z Pao Czin-anem, dyrektorem Research Department/Executive, i Wangiem Czi, doradcą prezydenta Czang Kaj-szeka.

I jak w powieściach kryminalnych, były oficer SDRA, któremu walka w cieniu nie przyniosła grosza oszczędności, zostaje prywatnym detektywem w wieku, w którym inni przechodzą zazwyczaj na emeryturę. Zawód ten wykonywał w 1985 r., w chwili gdyśmy go poznali, i wykonuje go do dziś, mając osiemdziesiąt lat i różnego rodzaju problemy.

Chciałoby się wynagrodzić jakoś założycielowi belgijskich siatek GLADIO oddanie, z jakim zdejmował odpowiedzialność z innych, podczas wydarzeń, jakie miały miejsce u naszych belgijskich sąsiadów na początku lat osiemdziesiątych: prowokacji organizowanych przez niektóre grupy stay behind, pozostające nadal w kontakcie ze służbami amerykańskimi; infiltracji i manipulacji ugrupowaniami skrajnej prawicy w imię oporu wobec komunizmu; penetracji komunistycznych komórek walczących (belgijskich Czerwonych Brygad), a nawet, jak twierdzą niektórzy, a co wydaje się równie nieprawdopodobne jak niepokojące, Szalonych Zabójców Brabanta Walończyka.

Europa spod znaku miecza

W końcu lat czterdziestych działalność większości siatek GLADIO (pod taką lub inną nazwą) była koordynowana przez tajny komitet planowania (CCP), działający w ramach Naczelnego Dowództwa Sił Sprzymierzonych w Europie (SHAPE, czyli Supreme Headquarters Allied Powers Europe).

Jaki był ich cel? Tworzenie tajnych zalążków zdolnych przeobrazić się w ośrodki oporu na wypadek inwazji Armii Czerwonej w Europie Zachodniej.

Nawet wówczas, gdy Francja wycofała się z Paktu Północnoatlantyckiego, a SHAPE przeniosło się do Belgii, tajne siatki pozostawały nadal w kontakcie z Allied Coordination Committee (ACC). Służby anglosaskie starały się we wszystkich krajach organizować podlegające im bazy agenturalne.

Frank Wisner z Office of Policy Coordination (OPC/CIA) rozciąga sieć stay behind na całą Europę. Były członek Jedburghów, mieszanych ekip komandoskich amerykańsko-francusko-angielskich, zrzucanych latem 1944 r., by wesprzeć ruch oporu, chętnie włączy do akcji wczorajszych żołnierzy "armii cieni".

Wspierają go w tym byli członkowie brytyjskich siatek MI 9 oraz sekcja koniunkturalna MI 6, Special Operations Branch (SOB/SIS), kierowana przez byłego szefa SOE, pułkownika Collina Gubbinsa. Chodzi o organizację, której początkowym zadaniem miała być neutralizacja istniejących nadal tajnych grup sił Osi w Niemczech, Austrii i północnych Włoszech. W rezultacie, wzorem OPC/CIA, czy też SOB/SIS, służby państw demokratycznych, które wygrały wojnę, będą usiłowały "zwrócić" niektóre z tych jednostek przeciwko byłemu sprzymierzeńcowi, Związkowi Radzieckiemu.

W Niemieckiej Republice Federalnej

W języku Goethego miecz to Schwert, i tak będzie brzmiała jedna z nazw siatki w odbudowujących się Niemczech. Ich obszar zostanie potraktowany w sposób uprzywilejowany, ze względu na sąsiedztwo Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wysuniętego na zachód bastionu komunizmu.

Siatka podlegająca anglo-amerykańskiej władzy zwierzchniej jest animowana przez rozmaite służby wywiadu wojskowego, które w 1956 r. połączą się tworząc Militarische Abschirmdienst (MAD) oraz przez Organizację Gehlena (OG, z której w 1955 r. powstanie BND). Bliskie więzi, łączące Gehlena i Gerharda Wessla, szefa MAD, sprzyjają tajnej działalności. Zastąpienie Gehlena przez Wessla w 1968 r. wzmocni jedynie spójność niemieckiego GLADIO.

W zasadzie OG od początku swego istnienia stanowiła potencjalną siatkę GLADIO ze względu na fundamentalny antykomunizm i rodowód większości jej kadr, byłych oficerów Wehrmachtu, członków nazistowskiej SD. W przyszłości wielu byłych pracowników hitlerowskich służb zostanie zastąpionych młodymi bojownikami neofaszystowskimi.

Siatki MAD utrzymują kontakty ze swymi odpowiednikami w innych krajach Europy. Przykładem tego może być stały kontakt Belga Andre Moyena z pułkownikiem Heinzem Huckelheimem z MAD.

W Austrii

W Austrii mamy do czynienia ze szczególnym przypadkiem: siatki stay behind są animowane głównie przez bojowników wywodzących się spośród socjaldemokratów i związkowców, utrzymujących stałą więź z Amerykanami, przede wszystkim z Irvingiem Brownem, przedstawicielem American Federation of Labor (AFL-CIO) w Europie.

Kurt Fachner, szef austriackich służb w latach sześćdziesiątych, zapewnia stałą współpracę z BND, zachodnioniemiecką federalną służbą wywiadowczą.

W Belgii

Od 1946 r. pod egidą pułkownika Mampuysa zaczynają powstawać siatki o specyficznie narodowym charakterze. W latach 1948-1950 powstają trzy grupy siatek stay behind, tym razem przy amerykańskiej, angielskiej, a także francuskiej współpracy.

W wyniku sekretnych układów między Paulem Henrim Spaakiem (byłym premierem i przewodniczącym Zgromadzenia Konsultacyjnego w Radzie Europy) a Stewartem Menziesem, w 1952 r. MI 6 dostarcza broni belgijskim siatkom GLADIO.

Jedna z siatek podlega bezpośrednio Bezpieczeństwu Stanu. Jest nią Sekcja Treningu i Komunikacji (STC/MOB). Inna jest związana ze służbą wywiadu wojskowego, SDRA-8 przy SGR, dowodzona przez siedem lat przez pułkownika Bernarda Legranda, aż do chwili jej oficjalnego rozwiązania.

Roger Gheysens, były spadochroniarz, agent 2. Departamentu (i autor książki Aventuries de l'histoire: les espions [Szpiedzy - historyczni łowcy przygód]) organizuje w roku 1953 inną siatkę GLADIO, składającą się z dwudziestu agentów (w tym dwunastu spadochroniarzy), której zadaniem jest pomoc w ewakuacji belgijskiego rządu do Konga w razie ewentualnej inwazji radzieckiej. Gheysensa odnajdziemy kilka lat później w przyszłym Zairze w związku z aferą Lumumby.

W Hiszpanii

Układ Hiszpania-USA z 1953 r. pozwolił utworzyć, dzięki powiązaniom służb generała Franco z CIA, siatki - Segunda Bis oraz Brigada de Investigación Social - DGS.

W środowiskach frankistowskich istniała niewielka siatka składająca się z przemysłowców, wyższych urzędników, oficerów Gwardii Cywilnej oraz wojskowych. Kilku Francuzów i Włochów otrzymało przeszkolenie operacyjne na Wyspach Kanaryjskich. Wyspy Kanaryjskie były miejscem, do którego zamierzano ewakuować rząd hiszpański w razie zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej.

Człowiekiem, który doprowadził do powiązania Hiszpanii z GLADIO, był pułkownik SR Jose Ignacio San Martin, który w 1981 r. znalazł się w więzieniu jako jeden z przywódców spisku F-23.

Fakt ten skłonił dziennikarzy do bardziej szczegółowych dociekań, w wyniku których zamach na księcia Carlosa Hugo i Irenę de Bourbon-Parme, jaki miał miejsce 9 maja 1976 r. podczas tradycyjnej manifestacji partii karlistowskiej na górze Montejurra (w północnej Hiszpanii), zaczęto przypisywać ludziom z GLADIO.

Policja była przekonana, że w skład antykarlistowskiego oddziału zamachowców wchodziło dwóch Włochów znanych ze skrajnie prawicowej działalności, Stefano Delie Chiaie i Carlo Cicuttina. Nawiasem mówiąc, Cicuttina należał do siatek GLADIO i podczas włoskiego procesu to on powiedział najwięcej o działalności gladiatorów...

W Barcelonie w latach pięćdziesiątych szefem GLADIO jest nie kto inny, jak holenderski konsul Hermann Laatsman. Deportowany podczas wojny, kierował paryskim, oddziałem siatki Dutch-Paris, której szef, Gilbert Beaujolin, został partnerem finansowym założyciela lyońskiej GLADIO, Francois de Grossouvre'a.

Laatsman, uprzednio konsul w Liege, pracował dla wywiadu holenderskiego i razem z żoną był silnie związany z Richardem, czyli Andre Moyenem.

We Francji

Francja znajdowała się w sytuacji dosyć specyficznej, której szczegóły ujawniamy tutaj po raz pierwszy.

Rozmaite, często rywalizujące ze sobą siatki, miały jedną wspólną cechę - dowódcy rekrutowali się spośród byłych członków ruchu oporu. Ponieważ większość byłych działaczy ruchu oporu reprezentowała nastawienie zdecydowanie antykomunistyczne, toteż we Francji sytuacja przedstawiała się odmiennie niż we Włoszech, gdzie CIA była zmuszona odwoływać się do gladiatorów o faszystowskim rodowodzie.

We Francji istniały także ośrodki kierowane przez służby amerykańskie (pierwszym szefem paryskiej placówki CIA był Philipp Clark Horton) i angielskie (szefem placówki MI 6 był Charles de Salis, a jego zastępcami byli Bruce Lockhart i Robin Hooper). Poza tym Anglicy pod przykrywką ambasady nawiązali bezpośredni kontakt z dawnymi francuskimi agentami angielskich siatek. Na przykład z komandorem Davidem Birkinem (ojcem aktorki i piosenkarki Jane Birkin), który podczas wojny był specjalistą od operacji morskich, przeprowadzanych przy współudziale Francuzów z okupowanej Francji.

Bretania jest dla Anglików najbliżej usytuowaną geograficznie strefą, stanie się więc bazą siatki odnotowywanej w kronikach pod kryptonimem Błękitny Plan. Jeden z jej animatorów, Luc Robet, odniósł szczególne sukcesy w walce z komunizmem. Wraz z kapitanem Jeanem Jobą i przy współpracy służb frankistowskich zniszczył siatki komunistyczne i wytropił tajny skład broni w Tuluzie... Podobnie jak Moyen, Robet jest przyjacielem wujka Bipa, czyli dr. Martina, byłego szefa służb wywiadowczych Cagoule, który zmuszany do nieustannej ucieczki niejednokrotnie znajdował u niego schronienie...

Robet zna doskonale komisarza Henriego Soutifa, przeciw któremu walczył podczas wojny, a któremu udało się wniknąć w szeregi paryskiej DGER pod nazwiskiem komisarza Simonina.

Henri Soutif jest poszukiwany przez antenę w Quimper, gdzie podczas wojny zwalczał ruch oporu. Tymczasem Soutif zostaje szefem wywiadu Błękitnego Planu. Anglicy i Amerykanie są w stałym kontakcie z członkami sprzysiężenia, między innymi z hrabią Jellicoe, który brał udział w zdławieniu komunizmu w Grecji. Jako parawan posłuży Stowarzyszenie kombatantów (Action Combat Rassemblement), mające siedzibę przy avenue de l'Opera pod numerem 38. Nie wszyscy członkowie stowarzyszenia (choćby jego przewodniczący Maurice Bourges-Maunoury) uczestniczą w spisku, ale wielu z jego czołowych działaczy, takich jak Alexandre Ducoudray, Edme de Vulpian i były kolaborant Jean-Andre Faucher alias pułkownik Clark, zostanie zdekonspirowanych wraz z innymi "asami wywiadu", takimi jak pułkownik Loustaunau-Lacau czy generał Jean Merson (szef SR w 1928 r.).

Gdy w czerwcu 1947 r. wybuchnie afera związana z Błękitnym Planem, ludziom tym zarzucać się będzie wykorzystywanie działalności antykomunistycznej do destabilizacji państwa francuskiego. I chociaż było w tych zarzutach sporo racji, to ogólnie rzecz biorąc, mocno przesadzano.

Luc Robet, uniewinniony podczas procesu, po odejściu na emeryturę zwierzył się nam w latach osiemdziesiątych: "Ówczesny minister spraw wewnętrznych Depreux, socjalista, spowodował wniesienie sprawy Błękitnego Planu do sądu po to, by uderzyć w prawicę, a następnie w lewicę. Jak również po to, by rozbić francuską armię, która miała mentalność pronunciamento".

Soutif zostanie złapany w 1947 r. wraz ze swym przyjacielem Paulem Touvierem, także uczestnikiem Błękitnego Planu. Ale nie zostanie potraktowany zbyt surowo, uda mu się bowiem pozyskać sympatię wybitnej postaci francuskiego ruchu oporu, Marie-Madelaine Fourcade, która wyznała nam trzydzieści lat później, że pozostając w ścisłym kontakcie ze swym przyjacielem Kennethem Cohenem, kontynuowała współpracę z Intelligence Service w imię dawnego braterstwa broni i obecnej walki z komunizmem.

Touvier, były szef SR lyońskiej milicji podczas okupacji, zostanie również potraktowany pobłażliwie, przede wszystkim dzięki pułkownikowi Zahmowi, oficerowi SDECE, który z ramienia Służby Operacyjnej będzie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych odpowiedzialny za łączność między siatkami GLADIO.

Warto zwrócić uwagę, że głównymi sprawcami zniszczenia Błękitnego Planu byli Henri Ribiere (szef SDECE) i Pierre Boursicot (szef bezpieczeństwa, a później następca Ribiere'a w Basenie), którzy okazali się twórcami siatek GLADIO we Francji. A więc wszystko wskazuje na to, że zniszczenie Błękitnego Planu musiało nastąpić dlatego, że spisek przeszkadzał w realizacji wspólnego projektu utworzenia poważnych jednostek stay behind. A także dlatego, że był w zbyt wielkim stopniu manipulowany przez Anglików i Amerykanów.

Siatki tworzone przez SDECE otrzymują kryptonimy Misja 48, Róża Wiatrów, Tęcza, Siatki Bis.

"Błękitny Plan i Róża Wiatrów nie miały ze sobą nic wspólnego. W razie inwazji czerwonych chodziło o odtworzenie struktury kretów i śpiochów na terenie całej Francji", potwierdził nam Raymond Hamel, jeden z animatorów Róży Wiatrów, który w sposób zupełnie paradoksalny został niesłusznie pomówiony przez "L'Humanite" o uczestnictwo w Błękitnym Planie, podczas gdy w rzeczywistości prowadził w tym czasie operacje na terenie Czechosłowacji.

Przyjrzyjmy się uważniej szczegółom całej sprawy. Były związkowiec Henri Ribiere wraz ze swym szwagrem i szefem gabinetu w Basenie, Blochem, postanowili w porozumieniu z Moyenem podzielić Francję na sektory i utworzyć w nich niewielkie, całkowicie odseparowane podziemne oddziały "spokojnych tatusiów" (peres tranquilles), gotowe w razie radzieckiej inwazji toczyć walkę w cieniu. Zachowując daleko idącą ostrożność SDECE utrwala najważniejszą część archiwów na mikrofilmach i wysyła je do Senegalu.

Nad całością przedsięwzięcia czuwa wydział operacji specjalnych (Service 25 2/4), kierowany przez pułkownika Morvana, nie wahającego się werbować agentów w środowiskach, które zna najlepiej, uczestników ruchu oporu Liberation-Nord (których szefem był niegdyś Ribiere) oraz masonów. Marcel Le Roy-Finville, kierując akcją z rodzinnej Bretanii, zajmuje się zachodem. Raymond Hamel werbuje w regionie baskijskim, lyońskim i w regionie Bordeaux. To on wciągnie do siatki przyszłego doradcę prezydenta Mitterranda od spraw tajnych, Francois de Grossouvre'a. Vandeau działa w centrum kraju. Marcel Chaumien, animator oddziału MINOS, operuje na południu, werbując przy okazji ochotników spośród członków progaullistowskiej Amicale Action.

Od stycznia 1951 r. nowy szef SDECE, Boursicot, zacznie zacieśniać więzi z Anglikami i Amerykanami. Jego szef gabinetu, Philippe Thyraud de Vosjoli, doprowadza do spotkania ze Stewartem Menziesem, szefem MI 6.

Siatki służb SDECE (później DGSE), uśpione w 1958 r. przez generała de Gaulle'a, pozostaną w kontakcie z Allied Coordination Committee (ACC), mimo wycofania się Francji z NATO.

W 1990 r., gdy Francois Mitterrand po konsultacji z "szarą eminencją" Francois de Grossouvre'em postanawia bez wiedzy krajów sąsiednich rozwiązać siatki, okazuje się, że odpowiedzialnym za nie jest generał Heinrich, szef sił specjalnych DGSE. W końcu siatki zostały rozwiązane, a przynajmniej oficjalnie.

Nie wyczerpaliśmy jeszcze do końca tematu francuskich gladiatorów. Równolegle do siatek związanych bezpośrednio z SDECE (a co za tym idzie, z premierem), w okresie powojennym powstaje inna sieć związana bezpośrednio z armią, a patronuje jej wojskowa służba bezpieczeństwa (SM). I o niej właśnie zamierzamy teraz opowiedzieć.

Za parawan służyć jej będzie Stowarzyszenie Narodowych Republikanów, a inspiratorem jej powstania okaże się Max Lejeune, kolejno minister byłych kombatantów (1947) i sekretarz stanu Sił Zbrojnych (1948). Szefowie SM, pułkownicy Serot i Bonnefous, dokonują podziału Francji według stref militarnych na wzór swoich kolegów z SDECE.

Oficjalnie Stowarzyszeniem Narodowych Republikanów kieruje komendant Blessing wraz z komendantem Gastaldo, byłym agentem łącznikowym pomiędzy Jeanem Moulinem i tajną armią za czasów okupacji. SDECE będzie musiała go pośpiesznie ewakuować z Pragi w roku 1951, gdyż tamtejsze służby wywiadowcze będą usilnie próbowały go zwerbować.

Były agent MI 6 i OSS, i były oficer marynarki wojennej Eprinchard, który przeszedł do pracy w policji, zajmuje się strefą środkowowschodnią, wraz z nie byle jaką kobietą, komendantką Claude. W Lyonie działa Bressac alias Peyraud wspólnie z Watsonem, tajemniczym agentem MI 6, który podaje się za naturalnego syna Winstona Churchilla...

Bressac jest w pewnym sensie wykonawcą zadań Stowarzyszenia Narodowych Republikanów, bo pracuje pozostając w bezpośrednim kontakcie z komendantem Bonnefousem.

W miastach takich jak Lille, Lyon czy Bordeaux wojskowymi służbami bezpieczeństwa (SM) opiekują się ludzie ze Stowarzyszenia Narodowych Republikanów. Przyczajeni oczekują radzieckiej inwazji...

W Wielkiej Brytanii

Po spektakularnej ucieczce z Colditz, Airey Neave, angielski bohater wojenny, został ojcem chrzestnym MI 9, służb specjalnych czasu wojny, zajmujących się szkoleniem komandosów w technikach ucieczek i repatriacją zbiegłych jeńców wojennych na terenie okupowanej Europy. Z tego tytułu Neave był w latach 1941-1951, a więc jeszcze wiele lat po zakończeniu wojny, naczelnym komendantem Intelligence School no 9 (IS 9), która została przekształcona w jednostkę rezerwową (Territorial Army) i wspierana przez oddział łącznościowy 63. Signal Squadron, przybierając nazwę 23. Plutonu SAS.

W plutonie tym służyło podczas wojny wielu Polaków, którzy zostaną zmobilizowani na nowo w ramach GLADIO przez Neave'a i jego przyszłą żonę Dianę Giffard, członkinię polskiego plutonu SOE, a następnie MI 6.

Gordon Instone to oficer wywiadu IS 9 z piętnastoletnim stażem, który od 1944 r. rozpoczyna reorganizację siatek na terenie Francji.

Holendrzy, John Weidner i Hermann Laatsman, byli animatorzy siatki Dutch-Paris, pracują dla holenderskiego wywiadu BNV. I oni pozostają w kontakcie ze służbami Aireya Neave'a.

W Belgii generał Albert Guerisse, były szef organizacji ucieczek, Pat O'Leary i hrabia d'Outremont nadal utrzymują silną więź z MI 9.

Dzięki tego rodzaju powiązaniom służby Neave'a będą mogły wysyłać swoich agentów nawet za żelazną kurtynę.

Z upływem lat 23. SAS (V) pod dowództwem podpułkownika Muira Mamforda będzie, wzorem masonów, skłaniał się coraz bardziej (aż do lat siedemdziesiątych) w stronę polityki. To właśnie 23. SAS wesprze błyskotliwą karierę Margaret Thatcher, w której rządzie "szarą eminencją" będzie sam Airey Neave. Jego dziełem będzie także otumaniająca kampania zmierzająca do destabilizacji rządu laburzystowskiego premiera Harolda Wilsona.

Wszystko wskazuje na to, że siatka Neave'a nie przeżyła swojego szefa, zamordowanego w 1979 r. w Parlamencie przez komandosów irlandzkich.

W Grecji: długi marsz gladiatorów do władzy

W rezultacie układu, zawartego w 1955 r. pod nazwą Skóra Czerwonej Owcy, CIA i greckie służby KYP przystąpiły do organizacji miejscowego odpowiednika GLADIO. Kontrolę nad tym przedsięwzięciem przejęła IDEA, tajna organizacja złożona wyłącznie z byłych kolaborantów z nazistami. IDEA, przy wsparciu ze strony Amerykanów, utworzy "tajną armię rezerwową", rekrutowaną spośród wojska, żandarmerii i batalionów obronnych Gwardii Narodowej (TEA), milicji związanej ze skrajną prawicą. W tajnych składach broni znajdzie się pełne wyposażenie dla 15 tysięcy ludzi. Plan PROMETEUSZ, opracowany przez Johna Maury'ego i jego zastępcę Jamesa Potta, kierujących placówką CIA w Atenach, doprowadzi do przejęcia władzy przez ludzi z greckiej GLADIO, mimo zakończenia zimnej wojny.

W wyniku puczu 21 kwietnia 1967 r., władzę przejmuje Georgios Papadopoulos.

Papadopoulos, zwerbowany przez CIA w roku 1952, zapewnia stały kontakt z KYP, a jego bezpośrednim przełożonym jest sam Pott.

Nawiasem mówiąc, większość członków junty, rządzącej Grecją w latach 1967-1974, należała do służb specjalnych.

Największa ich liczba wywodziła się z IDEA: Georgios Ioannides, Ullysses Evanghelis, Georgios Ladas i Nicolas Makarezos. Biorąc to wszystko pod uwagę, wydaje się dziwne, że przy okazji odkrycia włoskich siatek GLADIO nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że Grecja jest jedynym krajem europejskim, gdzie gladiatorzy po destabilizacji kraju, przeprowadzonej w imię walki z komunizmem, rzeczywiście doszli do władzy.

W Holandii

Kolejni premierzy Holandii w znacznym stopniu ułatwili utworzenie GLADIO. Taką informację podała w grudniu 1990 r. holenderska gazeta "NRC Handelsblad", co potwierdziło biuro prasowe Ruud Lubbers dodając, że premierzy pomagali w werbowaniu agentów na terenie strategicznych przedsiębiorstw, takich jak Philips czy Holenderskie Koleje Państwowe.

W wyniku skrupulatnych poszukiwań w archiwach Ministerstwa Obrony w 1992 r., dziennikarz Paul Koedijk publikuje w gazecie "Vrij Nederland" artykuł ujawniający szczegóły funkcjonowania holenderskiego GLADIO.

W Holandii, podobnie jak w innych krajach, GLADIO ma dwa odgałęzienia: cywilne i wojskowe.

Sekcja I, znana pod nazwą G-IIIC, G 7 lub też nazywana bardziej powściągliwie Sekcją spraw ogólnych (Sectie Algemene Zaken), mieściła się od 1946 r. w Wassenaar, w willi Maarheeze. Jej założycielem był podpułkownik J. M. Somer, podczas wojny szef służb holenderskich w Londynie, który od roku 1945, w porozumieniu ze swoim szefem, generałem Krulsem, szefem wojskowego wywiadu generałem Sasem oraz niektórymi politykami, na przykład premierem rządu chrześcijańskich demokratów Beelem i przyjaciółmi z MI 6, przystąpił do organizowania pierwszych stay behind. Sekcja I podlegała dowództwu wojskowemu.

W 1948 r. Somer zostaje mianowany szefem NEFIS, służb wywiadowczych na terenie azjatyckich kolonii, w tym Indonezji, dokąd zamierzano ewakuować rząd w razie radzieckiej inwazji. Rozwinięciem służb i nawiązaniem współpracy z innymi państwami zachodnimi zajmie się jego następca w latach 1948-1962, baron J. J. L. Van Lynden.

Powiązania z Anglikami są szczególnie silne, gdyż baron Van Lynden, podobnie jak Airey Neave, był więziony w nazistowskiej twierdzy Colditz, skąd zbiegł, choć później został złapany powtórnie. Tego rodzaju wspólne doświadczenia szczególnie zacieśniają więzi.

Drugą flankę stanowi Sekcja O (operacyjna), na czele której stoi szef holenderskiego wywiadu BNV (Bureau Nationale Veiligheid), Louis Einthoven, przed wojną komisarz rotterdamskiej policji. Zwerbowawszy byłych agentów z czasów wojny, należących do BBO (Bureau voor Bijzondere Opdrachten) i poddawszy ich przeszkoleniu w SOE, Einthoven stworzył z nich niewielką tajną armię 200 gladiatorów szkolonych nieustannie w bazach NATO, wspólnie z agentami służb belgijskich.

Na początku lat sześćdziesiątych Louis Einthoven oddaje bazy wielonarodowościowej agencji wywiadowczej w służbę siatek GLADIO, Interdoc. Dyrektorem INTERDOC z siedzibą w Hadze, przy Van Stolkweg numer 10, jest słynny agent MI 6 C. C. Van den Heuvel, z pochodzenia Holender. Interdoc jest centralną agencją gromadzenia danych na temat komunizmu, ale podobnie jak większość tego typu ośrodków, wkrótce staje się obiektem głębokiej penetracji ze strony KGB. Francuska SDECE, świadoma tego, że Interdoc jest infiltrowana przez służby radzieckie, nie utrzymuje z nią bliższych kontaktów.

W Portugalii

Lokalna siatka GLADIO, PIDE-DGS, związana z tajną policją reżimu Salazara, utrzymuje kontakty z Mission 48 francuskiej SDECE dzięki Patrice'owi Bougrainowi.

Według "O Jornal" prawdziwym sprawcą zabójstwa generała Humberta Delgado, przywódcy opozycji przeciwko reżimowi Salazara, zamordowanego w 1965 r., miał być portugalski oddział GLADIO.

Na czele agencji Aginter-Presse, związanej ze skrajną prawicą, stali byli członkowie OAS, współpracującej z luzytańskim GLADIO, którego zarysy naszkicował francuski dziennikarz Frederic Laurent (Czarna Orkiestra) w 1976 r.

Po upadku dyktatury, aż do 1977 r., na północy kraju działała organizacja terrorystyczna, której dziełem były liczne zamachy, wymuszenia okupu, zastraszenia, nie ukrywająca swojej sympatii do byłego reżimu. Dziwnym trafem godłem organizacji Exercito de Libertacao Portuges (ELP) był miecz!

W Skandynawii

Skandynawia, podobnie jak Niemcy, była uznawana za strefę uprzywilejowaną, a to ze względu na bliskie sąsiedztwo z ZSRR. Składy broni i siatki utworzone na terenie Skandynawii były dziełem Williama Colby'ego, który przez dwa i pół roku (w latach 1951-1953) przebywał w Szwecji jako attache ambasady amerykańskiej, nim został przeniesiony do Włoch.

Policja przeprowadziła staranne dochodzenie dotyczące ewentualnego udziału GLADIO w zabójstwie premiera Olofa Palmego, dokonanym 28 lutego 1986 r.

Począwszy od 1947 r. Alf Martens Meyer alias MM i major Wilhelm Evang, szefowie wywiadu, organizują przy pomocy angielskich służb oraz angielskiej marynarki wojennej grupy stay behind na terenie Norwegii. Szefem placówki MI 6 jest Frank Slocum, który w czasie drugiej wojny światowej dowodził flotyllą kutrów przewożących członków ruchu oporu oraz agentów na kontynent. Jego norweskim odpowiednikiem jest kapitan E. C. Danielsen.

Grupy stay behind dzielą się na trzy sektory, występujące pod kryptonimami LINDUS, ROCK i BLUE MIX, specjalizujące się w wywiadzie, sabotażu i planowaniu operacji. Najbardziej znaną postacią norweskiego GLADIO jest major Sven Blindheim z wojskowego wywiadu, który ze względu na swoje umiejętności będzie przez wiele lat instruktorem w "żłobku" MI 6, mieszczącym się w Fort Monckton w południowej Anglii.

Inne siatki egzystują w formie "prywatnej". W 1983 r. były członek norweskich wojskowych służb specjalnych, a następnie redaktor naczelny gazety "Morgenbladet" Christian Christensen ujawni, że w roku 1947, z chwilą rozpoczęcia zimnej wojny, grupa ludzi biznesu utworzyła własne służby wywiadowcze, działające w środowisku Partii Pracy oraz związkowców. Ich celem było dławienie wszelkich przejawów komunizmu na terenie kraju.

W Szwajcarii

W początku lat pięćdziesiątych, wraz z opracowaniem Projektu-25 (zwanego później P-26), powstał zalążek tajnej armii, złożonej z 400 ludzi pozostających pod kontrolą wojskowych tajnych służb (Groupe de renseignements et securite - GRS - Federalnego Departamentu Wojskowego). Chodziło głównie o zapewnienie ochrony sieciom banków i ewentualną ewakuację środków finansowych przy ścisłej współpracy ze służbami brytyjskimi.

Z chwilą rozwiązania P-26 minister finansów Schlatter Verner zaproponował, by fundusz wojenny tajnej armii przekazać na Czerwony Krzyż.

Postanowieniem władz federalnych z 12 marca 1990 r. powołano parlamentarną komisję dochodzeniową do zbadania działalności siatek typu GLADIO na terenie Szwajcarii. "Z czego wynika, że w roku 1957 lub 1958 szef EMG zlecił zastępcy szefa służby terytorialnej EMG, generałowi dywizji Weyowi, stworzenie organizacji ruchu oporu, ze szczególnym uwzględnieniem służb wywiadowczych", napisano w raporcie.

W połowie lat sześćdziesiątych odpowiedzialność za przygotowanie owego ruchu oporu spada na GRS (szwajcarski wywiad) dysponujący służbami specjalnymi, dowodzonymi przez pułkownika Alberta Bachmanna.

Na uwagę zasługuje fakt, że w latach 1972-1976 łączność pomiędzy P-26 a MI 6 zapewniał Paddy Ashdown, oficjalnie członek angielskiej misji przy ONZ w Genewie, który po powrocie do Wielkiej Brytanii wystąpił ze służb wywiadowczych, by zostać przywódcą partii liberalno-demokratycznej.

Równolegle, w latach siedemdziesiątych, pułkownik Bachmann rozważał możliwość przeniesienia rządu federalnego do Irlandii, na wypadek lewicowej rewolucji. Wydalony ze służb w 1979 r. na skutek popełnionych nadużyć, sam przeniósł się do Irlandii, gdzie wkrótce został właścicielem pubu!

P-26, przemianowane na służby wywiadowcze P-27, zarządzane przez Ferdinanda Knechta, zostało zlikwidowane oficjalnie w styczniu 1992 r. Większość tajnych akt przejęło w ramach transferu do sztabu głównego Groupement renseignement et securite (GRS).

W Turcji

Turecki oddział GLADIO, utworzony w 1953 r. pod nazwą Departamentu Wojny Specjalnej (organizacji do walki z partyzantką), składał się z pięciu służb: grupy szkoleniowej (w technikach wojny psychologicznej i wywiadu); jednostki specjalnej (od 1984 r. zaangażowanej w walce z Kurdami z marsksistowsko-leninowskiej partii tureckiego Kurdystanu); jednostki specjalnej do spraw operacji na Cyprze; grupy koordynacyjnej (zwanej 3. Departamentem) oraz Departamentu Administracji. Przyszły minister obrony, Necip Torumtay, stał dwukrotnie na czele tej organizacji: w latach 1974-1978 i 1985-1987.

Rola tureckich siatek GLADIO w zamachach stanu w 1971 i w 1980 r. nigdy nie została wyjaśniona.

Organizacja do walki z partyzantką pojawi się jeszcze w roku 1993, tym razem pod nazwą Dowództwa Sił Specjalnych, oskarżona przez niektórych posłów o ochranianie anty kurdyjskich integrystów z Hezbollah.

 

Planeta kretów

W przeciwieństwie do Igora Guzenki, którego ucieczka dała sygnał do rozpoczęcia zimnej wojny, Anatolij Klimow jest jedynie zwykłym redaktorem, mało znaczącym analitykiem w Departamencie Informacji 1. Dyrekcji KGB.

Drobny mężczyzna o okrągłej twarzy i kruczoczarnych włosach, pukający 15 grudnia 1961 r. do mieszkania Franka Friberga, szefa placówki CIA w Helsinkach, zdaje sobie sprawę, że chcąc być potraktowany poważnie, musi dostarczyć mnóstwa informacji. A przede wszystkim ujawnić swoje prawdziwe nazwisko: Anatolij Michajłowicz Golicyn. Towarzysząca mu żona ma na imię Irena, a siedemnastoletnia córka - Katarina.

Nazwisko Golicyna jest znane CIA od siedmiu lat. Piotr Dieriabin, przeszedłszy w Wiedniu 1954 r. na stronę Zachodu, wskazał go jako potencjalnego kandydata do pracy w amerykańskim kontrwywiadzie, a to z racji zawodu, jakiego doznał w pożyciu małżeńskim.

Tymczasem Golicyn został odwołany do Moskwy i wysłany na czteroletnie studia w Instytucie KGB. Po ukończeniu studiów podejmuje pracę w sekcji NATO Departamentu Informacji KGB, gdzie dokonuje się syntezy informacji zebranych przez agentów oraz rezydentów, którzy rzecz jasna nie są przy tej okazji ujawniani. Żmudne zajęcie, nie mające nic wspólnego z ekscytującą pracą w kontrwywiadzie, do której był początkowo przygotowywany.

Golicyn tęskni za życiem w Wiedniu. Snując plany przejścia na stronę Zachodu, kopiuje schematy organizacji i skrzętnie notuje wszystko, co dzieje się w jego biurze i biurach sąsiednich. Z czytanych przez siebie raportów usiłuje wydedukować tożsamość ich autorów, agentów KGB infiltrujących struktury NATO. Okazja do przekroczenia Rubikonu trafia się wreszcie w roku 1960, z chwilą podjęcia pracy na terenie Finlandii.

Czy Golicyn jest w istocie, jak z przekonaniem twierdzą niektórzy, największym wschodnim zdrajcą od początków zimnej wojny? Tak można by sądzić po lekceważącym sposobie, w jaki traktuje przesłuchujących go agentów CIA. Życzy sobie nawet, by specjalny samolot z Białego Domu przybył po niego do bazy we Frankfurcie. Odmawia również posługiwania się rodzimym językiem z obawy, że rozmówca szczególnie biegły w języku rosyjskim mógłby pracować dla strony przeciwnej. Tak więc odpowiada na pytania pracowników CIA usiłujących przesłuchać dezertera na "fermie" w Ashford, służącej właśnie do tych celów, monosylabami wypowiadanymi w kulawej angielszczyźnie.

Wbrew pozorom Golicyn nie jest żadną "bombą". Jakie informacje posiada? Żadnych konkretnych nazwisk, zaledwie strzępki informacji na temat źródeł, jakie KGB ma wewnątrz NATO. Z czasem jednak legenda przypisze mu wykrycie co najmniej czterech kretów: Francuza Georges'a Paques'a, zastępcy szefa Wydziału Prasy i Informacji NATO, zatrzymanego 12 sierpnia 1963 r. przez DST; Johna Williama Vassalla, woźnego sądowego brytyjskiej Admiralicji; Johna Watkinsa, kanadyjskiego dyplomaty, oraz prof. Hugh Hambletona, pochodzenia anglo-kanadyjskiego, którego formalna identyfikacja zajmie lat siedemnaście!

Chlubny bilans. Aż nadto chlubny, zwłaszcza że w rzeczywistości wyżej wymienieni agenci zostali przechwyceni dzięki zeznaniom innych uciekinierów oraz cierpliwej pracy służb kontrwywiadowczych. Znamienny jest zwłaszcza przypadek Georges'a Paques'a, który przystąpił do pracy w NATO latem 1962 r., a więc sześć miesięcy po ucieczce Golicyna. A zatem Golicyn nie mógł wiedzieć o funkcji, jaką Paques pełnił w NATO. Jego deklaracje mogłyby co najwyżej wywołać uzasadnione zainteresowanie ze strony DST...

Ale w kontekście danej epoki wszystko wygląda inaczej. John McCone nie posiada się ze szczęścia. Nie minęły jeszcze trzy miesiące, odkąd zastępuje Dullesa na czele Agencji, a tu spada mu z nieba radziecki dezerter, ochrzczony kryptonimem AE/LADLE. Psycholog z sekcji tajnych operacji, dr John Gittinger, stwierdza wprawdzie u Golicyna skłonności do zachowań paranoicznych oraz fantazji wynikających z megalomanii, ale to nikomu zdaje się nie przeszkadzać. Wszak paranoja to typowa choroba asów kontrwywiadu! A jaka satysfakcja, gdy Ukrainiec stwierdza, że o ile mu wiadomo, KGB nie zdołała przeniknąć szeregów CIA. Aż ciepło się robi na sercu, mimo że oficer KGB odwoła później swoje wcześniejsze zeznania.

Tylko sceptyczna Soviet Bloc Division (Wydział do spraw Bloku Sowieckiego) wykaże wiele rezerwy wobec informacji Ukraińca. Jak choćby wtedy, gdy Golicyn stwierdza, że zerwanie stosunków chińsko-radzieckich jest jedynie mydleniem oczu Zachodu, manipulacją KGB na użytek przeciwnika; jak i to, że osobiście przedłożył Chruszczowowi plan reorganizacji służb. I przede wszystkim wtedy, gdy zażąda 15 milionów dolarów na przygotowanie operacji, której celem ma być dezintegracja jego macierzystych służb.

Zawód: spycatcher

Wreszcie do akcji wkracza James Jesus Angleton, spycatcher, inaczej łowca szpiegów, legendarny szef kontrwywiadu CIA. Angleton jest synem Meksykanki i amerykańskiego oficera, który walczył z Pancho Villą. Absolwent uniwersytetu w Yale posiada w życiu dwie pasje: poezję i uprawę orchidei. Niektóre z jego roślin potrzebują wielu lat, żeby zakwitnąć, a ich pielęgnowanie wymaga ogromnej cierpliwości... podobnie jak długie i żmudne tropienie kretów.

Druga wojna światowa rzuciła młodego Angletona w świat kontrwywiadu, który zdawał się odpowiadać jego zawiłej, a jednocześnie metodycznej umysłowości. W 1942 r. zakłada w Londynie biuro kontrwywiadowcze OSS. Jego angielskim odpowiednikiem był Kim Philby, lecz żaden szósty zmysł nie podpowiedział Angletonowi, że ma do czynienia z jednym z największych podwójnych agentów stulecia.

W 1944 r. zostaje zrzucony do Rzymu, gdzie gromadzi byłych przywódców faszystowskich oraz członków tajnej policji Mussoliniego (OVRA), tworząc z nich zalążki przyszłych siatek GLADIO. Po powrocie do USA zajmuje się organizacją kontrwywiadu CIA, przy czym popełnia fatalny błąd: zostaje serdecznym przyjacielem Philby'ego, który zjawia się w Stanach w 1949 r., by zapewnić stałą więź z amerykańskimi "kuzynami". W roku 1962, gdy CIA osiada na stałe w nowo wybudowanym ośrodku w Langley, Jim Angleton jest szefem Counter Intelligence Staff, zatrudniającego dwustu ekspertów, których zadaniem jest przede wszystkim niedopuszczenie do infiltracji szeregów Soviet Bloc Division (SBD) przez KGB. Każdy wchodzący do biura Angletona, mieszczącego się na drugim piętrze południowo-zachodniego skrzydła budynku, szuka wzrokiem tej tajemniczej postaci o orlim nosie, ukrytej za okularami, stosem piętrzących się akt i chmurą papierosowego dymu w półmroku gabinetu.

Według jego biografa, Toma Mangolda (Cold Warrior, James Jesus Angleton, [Bojownik zimnej wojny, J. J. Angleton]), zjawienie się Golicyna jest tym bardziej mile widziane, że od pewnego czasu SBD ostro krytykuje paranoję miłośnika orchidei, która w wielu przypadkach paraliżuje, inaczej mówiąc udaremnia operacje. Zresztą informacje zebrane w Związku Radzieckim przez Olega Pieńkowskiego nie pokrywają się zupełnie ze skomplikowanym rozumowaniem Golicyna. W rezultacie, gdy Wydział do spraw Bloku Sowieckiego pozbawia Angletona możliwości działania, rewelacje Golicyna brzmią w uszach łowcy szpiegów niczym czarowna muzyka, tym bardziej że wizja komunizmu, jaką roztacza dezerter z KGB, całkowicie zgadza się z jego własną.

Przez kilka kolejnych miesięcy AE/LADLE składa coraz bardziej bulwersujące zeznania, z których wynika że KGB przedsięwzięło projekt infiltracji na szeroką skalę, który udaremnić może jedynie on, Golicyn, niemal cudem zesłany Amerykanom przez Opatrzność. Według Nigela Westa, który analizował tę sprawę ze strony angielskiej, naliczono 270 przypadków infiltracji zachodnich służb i przeróżnych ministerstw (Molehunt [Polowanie na kreta], 1987). Następnie zredukowano znacznie tę liczbę, twierdząc, iż w wielu przypadkach istniały jedynie poszlaki.

Zaniepokojony tym John McCone zezwala Angletonowi na otwarcie archiwów kontrwywiadu, by ułatwić pracę Golicynowi. Ten informuje między innymi i o tym, że wie o istnieniu brytyjskiego "Klubu Pięciorga", do którego należą m.in.: MacLean i Burgess... pracujący od 10 lat dla Rosjan! Trzeci członek, o pseudonimie Stanley, działa zdaniem Golicyna na Środkowym Wschodzie. Nie jest to wprawdzie informacja precyzyjna, lecz angielscy oficerowie dochodzeniowi dedukują z niej, iż może tu chodzić o Philby'ego, który już od pewnego czasu pozostaje pod obserwacją. Warto jednak zauważyć, że również inny kret, formalnie zidentyfikowany, działa w tym samym okresie na Środkowym Wschodzie, a jest nim George Blake. I ilu jeszcze angielskich agentów obróconych przez Rosjan?

Golicyn potwierdza również, że w przypadku Konstantina Wołkowa, członka NKWD działającego na terenie Turcji, który w 1945 r. chciał się dopuścić dezercji, a następnie został porwany i zlikwidowany w ZSRR, nastąpiła zdrada ze strony Anglików (Philby piastował w owym czasie funkcję szefa tamtejszej placówki MI 6). Podtrzymuje również twierdzenie Igora Guzenki, zbiegłego w 1945 r. na stronę kanadyjską, zgodnie z którym w MI 5 operuje kret o pseudonimie Elli. (Nieco dalej będzie mowa o tym, w jaki sposób MI 5 zinterpretuje tę informację). Golicyn potwierdzi również pogłoski, jakoby jeden z oficerów łącznikowych MI 2, polski uciekinier Michał Goleniewski, pracował dla KGB.

Po roku szczegółowych przesłuchań Angleton proponuje angielskim przyjaciołom przesłuchanie "opatrznościowego" uciekiniera na ich własnym terenie. Odpowiednikiem amerykańskiego kontrwywiadowcy jest na terenie Anglii Arthur Martin, szef sekcji D MI 5 (antyradzieckiego kontrwywiadu). Martin zaprasza ukraińskiego uciekiniera w nadziei zatrzymania go u siebie. W marcu 1963 r. Golicyn pod fałszywym nazwiskiem John Stone udaje się wraz z małżonką do Wielkiej Brytanii.

W Londynie wszyscy jeszcze są pod wrażeniem afery Profumo, w której sekretarz stanu został skompromitowany przez call-girl Christine Keeler i attache radzieckiej floty Jewgienija Iwanowa.

W tak napiętej atmosferze Golicyn, któremu Anglicy nadali pseudonim Kago, informuje Brytyjczyków, że kret o pseudonimie Peters drąży głęboki podkop w Intelligence Service. Inna informacja Golicyna, ta mianowicie, że sprawcą śmierci przywódcy partii laburzystów Hugh Gaiskella jest 13 Departament KGB, wyspecjalizowany w "mokrych operacjach", którego człowiek miał wstrzyknąć politykowi śmiercionośne bakterie, całkowicie zbija z tropu Arthura Martina i Geoffreya Hintona z MI 6. Rosjanom miało bowiem zależeć na tym, by wiernego zwolennika NATO zastąpił "ich człowiek" Harold Wilson, który nawiasem mówiąc właśnie objął kierownictwo partii laburzystów...

Następnego roku, z chwilą objęcia przez Wilsona stanowiska premiera, Jim Angleton wnosi przeciwko niemu oskarżenie. Amerykanin proponuje MI 5 zorganizowanie kampanii przeciwko przywódcy partii. Jeszcze dziś wielu czołowych przedstawicieli MI 5, takich jak Peter Wright (autor książki Spycatcher, 1987) podtrzymuje tezę o zamordowaniu Gaiskella przez KGB i zwerbowaniu Wilsona przez Rosjan.

Tymczasem istnieją fakty przemawiające przeciw podtrzymywaniu takiej tezy. Przede wszystkim 13 Departament KGB, któremu Chruszczow zakazał dokonywania zabójstw zachodnich przywódców politycznych, został rozwiązany w 1959 r. I jeśliby nawet zrobił w przypadku Gaiskella odstępstwo od tej zasady, to historycy potwierdzą, że miejsce Gaiskella miał zająć nie Wilson, lecz George Brown, człowiek o podobnym pronatowskim nastawieniu... Po trzecie cała ta sprawa jest jedynie wymysłem Golicyna, choćby i dlatego, że zmarły przywódca laburzystów zachorował w grudniu 1962 r., czyli rok po dezercji Ukraińca.

Tak czy owak Brytyjczycy wykazują ogromne zainteresowanie Golicynem, który 7 lipca 1963 r. jest niestety zmuszony ich opuścić, albowiem "Daily Telegraph" ujawnia, że przebywa na terenie Londynu jako gość służb brytyjskich.

Nazwisko Ukraińca zostaje zniekształcone. Przez dobre dziesięć lat uciekinier występuje we wszystkich książkach poświęconych szpiegostwu jako Dolnicyn. Informację taką przekazało waszyngtońskie biuro tej konserwatywnej gazety i dla Anglików staje się jasne, że Angleton umożliwił przeciek, by dodać znaczenia osobie ukraińskiego dezertera, choćby ze względu na Soviet Bloc Division, coraz bardziej powściągliwy na jego temat i pełen zastrzeżeń...

Na prośbę szefa kontrwywiadu, sir Rogera Hollisa, Patrick Stewart, pracownik Sekcji D3 (badań) w MI 5 sporządza raport na temat rewelacji poczynionych przez Golicyna. Od tego momentu szef MI 5 zaczyna budzić podejrzenia Angletona oraz Petera Wrighta, którzy nabierają przekonania, że to Hollis-Niedowiarek jest Ellim-kretem, o którym wspominał Guzenko w 1946 r.!

Kretem, który sam nie wie o sobie, albowiem nie kto inny jak właśnie Hollis inicjuje powołanie specjalnej komisji dochodzeniowej, nazwanej FLUENCY. Członkowie komisji, gentlemani z Intelligence Service, rozpoczną długoletnie dochodzenie, w wyniku którego dojdzie do identyfikacji sir Anthony'ego Blunta, eksperta JKM w dziedzinie malarstwa, jako radzieckiego agenta.

Blunt okaże się czwartym człowiekiem siatki z Cambridge, obok Philby'ego, Burgessa i MacLeana... Dojdzie również między innymi do identyfikacji Leo Longa, o którym od razu powiemy (by sprawy nieco uprościć, albowiem bardzo są skomplikowane), że był prawdziwym Ellim...

Prawda o siatce SZAFIR

Po drugiej stronie kanału La Manche niestrudzony Jim Angleton bada niezliczone poszlaki prowadzące na teren Francji, a wskazujące na sekretarzy stanu, ministrów czy ludzi z najbliższego otoczenia de Gaulle'a, gdzie znalazł się agent o pseudonimie Colombine.

Rozmaite fakty i domysły naprowadzają Angletona na ślad siatki SZAFIR, składającej się z dwunastu agentów KGB, działających w samym sercu SDECE. Teza o działalności siatki wewnątrz SDECE ogromnie odpowiada szefowi placówki SDECE w Waszyngtonie, Thyraudowi de Vosjolemu, sympatyzującemu z anty-gaullistowskimi zwolennikami "Algierii francuskiej".

Prezydent Kennedy, świadom powagi sytuacji, wysyła wreszcie do Paryża specjalnego kuriera, "zluzowanego" wkrótce przez szefa placówki CIA, Alfreda Ulmera.

"Zawracają mi d... całą tą historią", miał powiedzieć generał de Gaulle, przekonany, że Amerykanie wymyślili wszystko po to, by mu zaszkodzić. Takie samo wrażenie odnosi generał Jacquier.

Szef SDECE tym zawzięciej broni swoich pozycji, że Jacques Foccart, bliski współpracownik de Gaulle'a, któremu zawdzięcza stanowisko szefa wywiadu, znalazł się w kręgu podejrzeń Angletona.

Do USA udaje się generał Tempie de Rougemont, pracownik 2. Biura, który w wywiadzie pełni funkcję doradcy. Wraca bardzo wzburzony, oznajmiając, że Golicyn informuje o istnieniu 30-40 kretów na terenie Francji. "Wystarczający powód, by przeprowadzić dochodzenie", oznajmia generałowi.

Jest koniec lata 1963 r. Pułkownik Georges Lionnet, od wyzwolenia piastujący funkcję szefa Wydziału Bezpieczeństwa SDECE, jest rzecz jasna poinformowany o całej sprawie. Po trzydziestu latach wspomina: "Golicyn był naprawdę dezerterem KGB, ale nie miał nic wspólnego z sekcją francuską. Przekazywał więc jedynie strzępki oderwanych informacji".

W DST Golicyn otrzymuje kryptonim VIRU. Trzej szefowie służb, Louis Niquet (szef E 2, sektor operacyjny), Alain Montarras (łączność ze służbami zagranicznymi) i Marcel Chalet (specjalna komórka zajmująca się badaniem infiltracji CARU - w żargonie wywiadowczym nazwa Rosjan), odbywają, podobnie jak ich naczelny, Daniel Doustin, podróż do USA.

"Przesłuchiwałem VIRU szereg razy" - zdradzi nam jeden z nich. "Prowadziliśmy dyskusje w luźnej, nieoficjalnej atmosferze. Przebywaliśmy we czterech czy pięciu w wiejskiej posiadłości. Dwaj Murzyni zajmowali się kuchnią. Golicyn był niesamowity, głęboko przekonany o własnej wartości. Chciał, żeby Francja przyznała mu Legię Honorową za wyświadczone przysługi. Po jakimś czasie przyjechał do Francji i zażądał rozmowy z generałem de Gaulle'em! Miał nadzieję zostać kimś w rodzaju szarej eminencji zachodnich służb... Wyobrażał sobie, że będziemy przynosić mu akta do czytania, czekać na jego wnioski i ostateczne instrukcje".

Niewiele brakowało, by oczekiwania Golicyna się spełniły. Za pośrednictwem Angletona i Thyrauda, nawiasem mówiąc każdego z osobna, Golicyn uzyskuje dostęp do list Francuzów, uznanych za podejrzanych. SDECE zna jedynie anonimowego zdrajcę o pseudonimie Martel. Lionnet oraz pułkownik Rene Delseny (szef kontrwywiadu) skrzętnie notują rewelacje Golicyna. Pojawiają się nazwiska: Jacques Foccart, Louis Joxe, a także nazwisko jednego z oficerów wywiadu, przesłuchującego Golicyna. Jim Angleton bierze na muszkę Leonarda Hounau, o czym informuje otwarcie Daniela Doustina, szefa DST, wyrażając ubolewanie, że Hounau został mianowany numerem 2 w SDECE.

Hounau, absolwent politechniki, zajmuje się przede wszystkim sekcją badań w SDECE, patronując przy okazji wywiadowi i kontrwywiadowi. Po powrocie do Paryża Doustin nawiązuje kontakt z Georges'em Barazerem de Lannurien, szefem gabinetu generała Jacquiera, i numerem 3 tajnych służb. Zostaje rekomendowany premierowi Pompidou.

"Proszę jechać do USA, spotkać się z szefami CIA i wyświetlić ten przypadek. Ale tylko ten", pada odpowiedź. Tymczasem Lannurien postanawia wyjaśnić przy okazji problem Thyrauda de Vosjoli, który wydaje się nadmiernie podporządkowany Angletonowi. Pułkownik zjawia się w Waszyngtonie 12 listopada 1963 r. Jego spotkanie z Richardem Helmsem, zastępcą dyrektora CIA, udaremnia nieoczekiwana śmierć Kennedy'ego. Czekając, aż opadną emocje związane z zabójstwem prezydenta, Lannurien aranżuje spotkanie między Thyraudem de Vosjolim i Raymondem Laportem, proponowanym na stanowisko szefa placówki SDECE na miejsce Vosjolego.

Przez cały tydzień Lannurien w obecności Angletona, którego opisuje jako "błyskotliwego faceta, ale kompletnie skrzywionego, który wszędzie wokoło widzi Sowietów", przesłuchuje Martela, "członka KGB pracującego w sekcji anglo-amerykańskiej, a zatem zupełnie nie zorientowanego w problematyce francuskiej".

"Jego raporty wywoływały nie lada konsternację", przyzna stary oficer. Ale Jacquier życzył sobie, żeby się ograniczyć do usunięcia Hounau...

Z USA zaczynają sypać się oskarżenia, że Lannurien blokuje dochodzenie, bo sam jest agentem "Popowów"! W czasie drugiej wojny światowej walczył przecież w partyzantce czechosłowackiej, gdzie zetknął się z radzieckimi oficerami... A co miało oznaczać jego wydalenie z Węgier, gdzie w 1950 r. pełnił funkcję attache wojskowego? To była zorganizowana akcja mająca lepiej maskować jego podwójną grę!

W rezultacie Hounau zostaje zastąpiony pułkownikiem Rene Bertrandem (alias Jacques Beaumont), a Lannurien, choć dochodzenie w jego sprawie zostanie umorzone, poda się w maju 1964 r. do dymisji.

"Panująca wokół atmosfera ogromnie mi ciążyła. Przed odejściem sporządziłem raport, będący przeglądem sowieckich infiltracji poczynając od czasów wojennych. Moje raporty zniknęły. Nie wiem, kto je przekazał Rosjanom. Po pewnym czasie Michel Debre zwrócił się do mnie prosząc o te raporty, bo w Centrali już ich nie było..."

Co zarzucali Hounau jego oskarżyciele z SDECE? Przede wszystkim przyjaźń z Francois Saar-Demichelem, byłym pracownikiem wywiadu zajmującym się handlem ze Wschodem. Saar-Demichel ujawni później Pierre'owi Peanowi na potrzeby jego książki o Foccarcie (L'Homme de l'ombre [Człowiek cienia], 1990), na jakich warunkach współpracował z Rosjanami.

Drugim powodem do podejrzeń była rola, jaką Hounau odgrywał w Pradze, gdzie był attache wojskowym, a StB, tajne służby czeskie obrały sobie za cel jego i jego żonę.

Zdaniem Georges'a Lionneta sprawa Hounau budzi wiele wątpliwości: "Istniały jedynie przypuszczenia, brakowało dowodów". Arytmetyczny wynik tej zagadki wygląda następująco: z 21 informacji zebranych przez DST na temat Hounau, ustalono prawdziwość jedynie w 17 przypadkach.

Wynik ten wydaje się wystarczająco obciążający dla kogoś na tak wysokim stanowisku, w związku z czym 15 czerwca 1964 r. zdruzgotany Hounau podaje się do dymisji, ale do końca życia będzie utrzymywał, że jest niewinny: "To była zorganizowana akcja Angletona, wymierzona przeciwko de Gaulle'owi. Angleton był szaleńcem", wyzna nam Hounau.

Dziś, kiedy jest już za późno, CIA jest skłonna przyznać mu rację. W książce napisanej przy współudziale pracowników Agencji, którzy poddali ponownej ocenie rolę byłego łowcy szpiegów, Tom Mangold cytuje wywiad z szefem Agencji, od której to lektury ciarki chodzą po plecach, a który znakomicie tłumaczy zawziętość Angletona wobec francuskiego oficera: "Angletonowi zależało na spreparowaniu teczki obciążającej jedną z pierwszoplanowych postaci we francuskich służbach, żeby udokumentować wiarygodność Golicyna. Wybrali Hounau, bo wspaniale nadawał się na winnego. Tyle tylko, że nigdy nie zdołano mu dowieść czegokolwiek. Strona francuska postanowiła zmusić go do odejścia. Nie został wydalony na podstawie jakichkolwiek dowodów, lecz jedynie na skutek podziałów w samej SDECE". Tymczasem 16 września 1963 r. podziękowano za dotychczasową pracę szefowi placówki SDECE, Thyraudowi de Vosjolemu, który nie będzie szczędził oskarżeń pod adresem francuskich służb, między innymi w swojej książce zatytułowanej Lamia.

Czas jakiś po ukazaniu się książki Vosjoli spotyka się ze słynnym pisarzem Leonem Urisem, który zaproponuje mu napisanie wspólnej powieści. Będzie nią Topaz (zamiast SZAFIRU), na podstawie której Alfred Hitchcock nakręci film o tym samym tytule.

Angleton "agent KGB"

Przesłuchiwaniem zdrajców w Stanach Zjednoczonych zajmuje się nie tylko CIA. J. Edgar Hoover i FBI nie uczestniczyli wprawdzie w aferze AE/LADLE, ale wykazali niemałą aktywność w innych, nie mniej istotnych przypadkach.

Jeden z ważniejszych nosił kryptonim Top Hat i jak dziś wiadomo dotyczył sprawy zakończonej aresztowaniem Johna Vassalla, pracownika brytyjskiej Admiralicji, zwerbowanego przez KGB dzięki temu, że był homoseksualistą. Jeszcze jeden kwiatek w ogródku Angletona...

Przez dłuższy czas wiedziano jedynie tyle, że Top Hat był oficerem KGB, zwerbowanym przez FBI podczas pobytu delegacji radzieckiej w Stanach Zjednoczonych. Opiekę nad nim roztoczył Wydział do spraw Bloku Sowieckiego CIA (SBD) wspólnie z FBI, z całkowitym pominięciem Angletona. Łowca szpiegów, wściekły, że nie ma dostępu do cennego agenta, rozpuścił pogłoski, że Top Hat jest fałszywym zdrajcą...

Po trwającej trzydzieści lat głuchej ciszy afera ponownie wypływa na powierzchnię w roku 1990 i zostaje częściowo wyświetlona. Dziennik "Prawda" z 14 stycznia 1990 r. publikuje informację, że Top Hat został zdemaskowany i skazany na śmierć. Wtedy amerykańskie media ujawniają nareszcie jego tożsamość: jest nim generał Dimitrij Fiodorowicz Poliakow. Tajemnicą pozostaje to, czy rzeczywiście został rozstrzelany, czy też KGB ocaliło go po to, by posłużyć się nim w celach dezinformacji.

Tymczasem w latach sześćdziesiątych nic nie stwarza większego zamieszania jak polowanie na krety. Tym bardziej że oto w czerwcu 1962 r. do Amerykanów w Genewie zgłasza się kolejny dezerter, tym razem wysokiej rangi, Jurij Nosenko alias AE/FOXTROT, zastępca szefa 7. Departamentu 2. Dyrekcji Głównej, odpowiedzialnej za kontrolę turystów. AE/FOXTROT przeczy niejednemu twierdzeniu AE/LADLE'a, między innymi i temu, że w CIA działa kret o pseudonimie Sasza. Nosenko staje się niewygodny, w związku z czym orzeka się, że został nasłany przez Rosjan, żeby zdeprecjonować Golicyna.

Tu znowu Angleton wkracza na ścieżkę wojenną. Po zamordowaniu Kennedyego jesienią 1963 r., Nosenko zostaje poddany przesłuchaniu dotyczącemu osoby zabójcy prezydenta, Lee Harveya Oswalda. Nosenko, którego zadaniem było kontrolowanie poczynań obcokrajowców odwiedzających ZSRR, słyszał być może o Oswaldzie jako agencie KGB? Tymczasem AE/FOXTROT zdecydowanie zaprzecza temu, by Oswald miał jakoby otrzymać naganę od KGB za zamordowanie prezydenta.

Angleton upatruje w tym stwierdzeniu dowodów spisku. Jego zdaniem Nosenko został nasłany po to, by stworzyć legendę Oswalda i oczyścić KGB z zarzutów o udział w zabójstwie prezydenta! Były zastępca szefa 7. Departamentu zostaje natychmiast odizolowany na wiele miesięcy jako ten, na którym ciążą najgorsze podejrzenia. W końcu, uznany za wiarygodnego uciekiniera, otrzyma obywatelstwo USA.

Tymczasem CIA zaczyna nabierać podejrzeń co do metod działania Angletona, zważywszy na to, że syndrom Golicyna nadal sieje zniszczenie... Informacje dostarczone przez Angletona doprowadzają do aresztowania 12 września 1965 r. niejakiej Ingeborg Lygren, sekretarki szefa norweskich tajnych służb, pułkownika Wilhelma Evanga (organizatora siatek GLADIO na terenie Norwegii, w roku 1948).

Okazuje się, że chodzi tu o wojnę wewnętrzną. Angleton pertraktuje bezpośrednio z konkurencyjnymi służbami kontrwywiadowczymi, Overaaksningstjeneste, których szef Asbjrn Bryhn tylko zaciera ręce z uciechy. Ingeborg miała jakoby zdradzić trzynastu agentów krajów sprzymierzonych. Dopiero trzy lata później zostanie uniewinniona i otrzyma pokaźne odszkodowanie od norweskiego rządu. (Dziś wiadomo, że była to pomyłka: prawdziwy kret nazywał się Gunvor H...).

W Kanadzie sprawy nie wyglądają lepiej. Herbert Norman, ambasador w Kairze, zostaje również wskazany przez Golicyna. Popełnia samobójstwo jeszcze przed przesłuchaniem. Bardziej wstrząsające było postawienie w stan oskarżenia kanadyjskiego odpowiednika Angletona, Leslie Bennetta.

Kanadyjski kontrwywiad jest częścią Królewskiej Policji Konnej (RCMP). Bennettowi udało się złamać byłego ambasadora Kanady w ZSRR, Johna Watkinsa, który po przyznaniu się do współpracy z KGB zmarł na zawał serca. Kanadyjski specjalista od kontrwywiadu okazuje niezadowolenie z faktu, że jego własne odkrycie przypisuje się Golicynowi.

Według Johna Sawatsky'ego (autora książki For Services Rendered, Leslie James Bennett & the RCMP Security Service [Dla wyznaczonej służby. James Bennett i Służby Bezpieczeństwa RCMP], 1982), Bennett zaczął kręcić sznur na własną szyję podczas koktajlu wydanego pewnego wieczora w apartamencie nowego szefa placówki MI 6 w Waszyngtonie, Maurice'a Oldfielda. Na koktajlu tym była obecna sama śmietanka łowców szpiegów: Angleton, jego zastępca Raymond Rocca, Arthur Martin z MI 5 i w charakterze gwiazdy wieczoru, Anatolij Golicyn. Bennett, pochodzący z rodziny walijskich górników, miał niewiele wspólnego z tym gronem arystokratów. Koniak VSOP serwowany przez Oldfielda zrobił swoje i Bennett dał swobodny upust drążącym go wątpliwościom, czy owo polowanie na krety nie przypomina aby polowania na czarownice prowadzonego przed dziesięciu laty przez senatora McCarthy'ego i czy Angleton nie posuwa się zbyt daleko.

Na takie dictum Angleton po powrocie do siebie nie omieszkał wpisać Bennetta na czarną listę domniemanych kretów. Szef Security Service prowadził dochodzenie w sprawie swojego zastępcy przez ponad dwa lata, i choć niczego się nie doszukał, samo podejrzenie starczyło, by został zwolniony. Bennett został sam. Opuściła go żona, opuścili przyjaciele. Zrehabilitowano go całkowicie dopiero w latach osiemdziesiątych.

Angleton niezmordowanie brnie dalej i wspomagany przez Golicyna wszczyna dochodzenie w sprawie kolejnych "agentów sowieckich", równie wysoko sytuowanych, co Harold Wilson. Mierzy w Olofa Palmego, Willy'ego Brandta, ambasadora Averella Harrimana, Henry'ego Kissingera. Wydaje się, że nikt i nic nie jest w stanie go powstrzymać i kiedy w 1966 r. kolejny radziecki uciekinier, Igor Kosznow (Kittyhawk), potwierdza, że wśród kadry CIA nie ma żadnego kreta, Angleton niezwłocznie zalicza go w szereg fałszywych zdrajców... Angleton wdraża w życie projekt HONETOL, zmierzający do wykrycia kretów wewnątrz CIA.

Pracownicy operacyjni Agencji stają się kolejno przedmiotem najgorszych podejrzeń. Są dymisjonowani lub przenoszeni na inne, niewiele znaczące stanowiska, tak jak w przypadku Pete'a Karłowa, Pete'a Kowicza, Georgesa Kiselvatera, Wasi Gmirkina. Ofiarą podejrzeń Angletona pada w sumie czternastu pracowników.

Weźmy przypadek Wasi Gmirkina, o którym głośno było na wyspie Mauritius, gdzie był szefem placówki. Gmirkin urodził się w Szanghaju. Jego rodzicami byli biali Rosjanie. Wasia mówił wieloma językami (między innymi rosyjskim i mandaryńskim chińskim) i był jednym z najbardziej przedsiębiorczych oficerów CIA. Realizował niezwykle śmiałe operacje Agencji na terenie Japonii i Iraku. W 1956 r. przy pomocy pięknej Japonki zastawił w Tokio pułapkę na rezydenta KGB Anatolija Rozanowa (Rozanow wróci ponownie do Tokio, nim zostanie mianowany na stanowisko ambasadora ZSRR w Tajlandii). Fakt, że ojciec Gmirkina był przed rewolucją rosyjskim konsulem w prowincji Sinciang, wydaje się Angletonowi początkiem właściwego tropu, który staje się tym bardziej istotny, że Gmirkin nigdy nie unikał spotkań z ludźmi z KGB, próbując przeciągnąć ich na swoją stronę. Dopiero w latach osiemdziesiątych Gmirkin dowiedział się, czemu nie awansowano go pod koniec kariery, a przyjaciele odwrócili się do niego plecami; czemu, wbrew przyjętym obyczajom, z chwilą odejścia na emeryturę nie otrzymał żadnego dyplomu ani medalu...

Lista podejrzanych jest tak długa, że ograniczymy się jedynie do najbardziej znanego przypadku, podanego do wiadomości publicznej przez Billa Colby'ego, coraz bardziej zirytowanego "manipulacjami" Angletona.

Angleton doprowadził nawet do tego, że David Murphy, który znalazł się w kręgu jego podejrzeń, został zdjęty ze stanowiska szefa Wydziału do spraw Bloku Sowieckiego CIA. Mimo to Murphy został szefem placówki w Paryżu, na co rozwścieczony Angleton zareagował zorganizowaniem spotkania z Francuzami.

Szef SDECE, Alexandre de Marenches, zapytawszy łowcę szpiegów, całkowicie pozbawionego poczucia humoru, czy i jego również podejrzewa o współpracę z Rosjanami, został w końcu i tak zmuszony do odwołania Murphy'ego w 1973 r.

Colby wyprowadzony ostatecznie z równowagi decyduje się w tym samym czasie ostatecznie unieszkodliwić Jamesa Angletona. Decyzji nie ułatwia bynajmniej fakt, że Angleton przypisał sobie sprawowanie nadzoru nad kontaktami z Mosadem.

Po odejściu na emeryturę Angleton utrzymuje nadal kontakty z Brytyjczykami i z jego inspiracji powstaną takie książki jak KGB kontra CIA D. C. Martina czy W atmosferze zdrady nieżyjącego już Andrew Boyle'a, który potwierdził wkład Angletona w prace w czasie, gdy książka miała ukazać się na rynku.

Pragmatyczni Francuzi niezwłocznie nawiążą stosunki z jego następcą George'em Kalarisem. W czasie podróży do Waszyngtonu Marcel Chalet wyzna nawet swojemu rozmówcy, że żaden trop sugerowany przez Golicyna nigdy nie wiódł do Francji. DST wpadła wprawdzie na ślad niejednej siatki, ale dzięki zupełnie innym uciekinierom, a przede wszystkim dzięki skrzętnemu zbieraniu informacji i nieustannej obserwacji Rosjan.

Jeszcze przed śmiercią Angletona, 11 maja 1987 r., CIA dokładnie przyjrzała się wszystkim sprawom, które prowadził. Wnioski okazały się przytłaczające: przez co najmniej dziesięć lat Angleton paraliżował skutecznie działalność Wydziału do spraw Bloku Sowieckiego. To samo odnosi się także do służb sprzymierzonych.

Agencji groziło niebezpieczeństwo, że pogrąży się w tej samej paranoi, która prześladowała Angletona i oskarży go o to, że pracował dla KGB! Bo który z prawdziwych agentów radzieckich na równie strategicznym stanowisku oddałby większe usługi Moskwie?

Dwadzieścia lat później pułkownik Delseny wypowiedział następującą opinię: "Sowietom nigdy nie udałoby się zmontować tak wspaniałej operacji, nawet gdyby bardzo chcieli". A Clare Petty, jeden z dawnych zastępców hodowcy orchidei, wyraził się o Angletonie w ten sposób (w filmie BBC Angleton): "Posługując się metodą Angletona można by wydedukować, zważywszy na skutki, że duet Angleton - Golicyn został wylansowany przez KGB. Zresztą gdyby Jim kierował się własną logiką konsekwentnie aż do końca, powinien był wszcząć dochodzenie przeciw samemu sobie".

 

Operacja CHAOS

Vietcong jest w trakcie wygrywania wojny psychologicznej. Kontestująca inteligencka młodzież Zachodu, której część identyfikuje się z walką wietnamskich komunistów entuzjastycznie odnosi się do komunistycznych zwycięstw nad potężną machiną wojenną USA. Zachodnia młodzież pali flagi amerykańskie, głośno skandując: "Ho-Ho-Ho-Chi-Minh". W amerykańskich kampusach uniwersyteckich odbywają się polowania na "sierżantów-werbowników" z CIA.

W 1967 r. prezydent Johnson, zaniepokojony zagrożeniem wewnętrznym, którego efektem jest straszna demoralizacja, zleca Dickowi Helmsowi opracowanie programu kontroli środowisk kontestatorskich. Uważa za rzecz haniebną, że podczas gdy jedni giną każdego dnia w Indochinach, inni potępiając ów zbrojny konflikt, sabotują wysiłek wojenny.

Agencja, nienawykła (w przeciwieństwie do FBI) do praktykowania szpiegostwa wewnętrznego, znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Helms rozwiązał ów problem oświadczając, że operacja CHAOS, taki bowiem nadano programowi kryptonim, leży w gestii kontrwywiadu o tyle, o ile chodzi w niej o zdemaskowanie zagranicznych agentów, wykorzystujących falę kontestacji, by łatwiej spenetrować USA. Nadzór nad operacją powierzył zatem Jimowi Angletonowi, miłośnikowi orchidei, który jak już wiemy, należał do tych, którzy gotowi są zburzyć dom, by sprawdzić, czy nie ma w nim przypadkiem termitów.

Angleton, nie znajdując żadnych dowodów obcej ingerencji, nie daje za wygraną. Helms będzie musiał wykorzystać wszystkie swoje talenty, by uspokoić nadgorliwego zastępcę i zanieść do Białego Domu okropną wiadomość: Stany Zjednoczone są w Wietnamie "ugotowane"; coraz więcej młodych Amerykanów odmawia służby wojskowej, dezerteruje, ucieka do Kanady i nie można nawet powiedzieć, że są manipulowani przez KGB.

Istotnie, jest od czego popaść w depresję. Lecz oto, na horyzoncie pojawia się osoba, która twierdzi, że jest w stanie rozwiązać problem wietnamski z korzyścią dla USA - nowy prezydent, republikanin Richard Nixon.

Watergate story

20 stycznia 1969 r. Richard Milhous Nixon obejmuje oficjalnie urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych i wprowadza się do Białego Domu. Nixon, podobnie jak jego specjalny doradca do spraw obrony narodowej, Henry Alfred Kissinger, jest przekonany, że tylko jego polityka jest w stanie położyć kres hekatombie, a jednocześnie odsunąć widmo zwycięstwa komunizmu. Tylko dzięki "wietnamizacji" konfliktu, czyli wyposażeniu południowowietnamskiego reżimu w środki społeczne, administracyjne i militarne, których mu brakuje można będzie stopniowo ściągnąć amerykańskich "chłopców" z powrotem do kraju.

Proste, ale przecież ktoś to musiał wymyślić. W rzeczywistości jednak jest to droga pełna rozmaitych zasadzek, i to nie tylko ze strony Vietcongu. Tandem Nixon-Kissinger kieruje się iście piekielną logiką: żeby wycofać "chłopców" nie doprowadzając przy tym do upadku Wietnamu Południowego, trzeba zmniejszyć presję militarną ze strony komunistów przez jej zredukowanie, co z kolei wymaga osłabienia potencjału Vietcongu. Żeby to osiągnąć, trzeba zintensyfikować naloty bombowe i użycie broni chemicznej, co nie pociągnie za sobą ofiar wśród Amerykanów, lecz jedynie wśród Wietnamczyków. W związku z czym należy konflikt zaostrzyć i wystąpić w roli podżegacza, co wzmocni ruch pacyfistyczny nie tylko w USA, ale na całym świecie. Innymi słowy oddać jedną ręką to, co się drugą zyskało.

Nixon prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z kryjącej się w tym zasadzki. Darzył prawdziwą nienawiścią "snobów" z Ivy League, słynnych uniwersytetów wschodniego wybrzeża, którzy jego zdaniem sterylizują administrację i dyplomację amerykańską, podobnie jak Averell Harriman, do którego żywił szczególną antypatię, a który za czasów prezydentury Johnsona prowadził negocjacje z Wietnamem Północnym. Nixon darzył również szczególną niechęcią dziennikarzy, których winił za brak sympatii dla siebie, podczas gdy prezydenta Johna F. Kennedy'ego potrafili wynosić pod niebiosa, oraz za osłabianie amerykańskiego morale poprzez rozpowszechnianie szczegółowych informacji, dotyczących rozwoju konfliktu wietnamskiego.

Nixon żywił również głęboką niechęć do pacyfistów. Podobnie jak do komunistów z okresu zimnej wojny i czasów maccartyzmu, którego był gorącym poplecznikiem, uważał hippisów, kontestujących studentów, buntowniczych pastorów i lewicujących intelektualistów za zwykłych zdrajców, zaangażowanych w rodzaj wojny psychologicznej przeciwko Stanom Zjednoczonym. Każda z ich manifestacji umacniała pozycję Vietcongu.

5 czerwca 1970 r. Nixon zwołuje w Białym Domu posiedzenie członków amerykańskiego środowiska wywiadowczego, które reprezentują: Richard M. Helms z ramienia CIA, J. Edgar Hoover z ramienia FBI, generał Donald V. Bennett, szef DIA, wiceadmirał Noel Gayler, dyrektor NSA. W posiedzeniu tym uczestniczą również jego współpracownicy: Robert Finch, John Ehrlichman, Bob Haldeman i Tom Charles Huston. Operacja CHAOS nie przyniosła spodziewanych rezultatów, należy zatem poddać ruch pacyfistyczny stosownej presji.

Huston, były członek DIA, jest poważnie zaniepokojony nieudolnością amerykańskiego kontrwywiadu wobec Rosjan, a przede wszystkim wobec wewnętrznego wroga, skrajnych lewicowców, takich jak Czarne Pantery czy inni Weathermani.

Na posiedzeniu zostaje powołana grupa robocza, której praca zaowocuje wieloma dokumentami, zalecającymi powrót do tajnej kontroli korespondencji, włamywania się do prywatnych mieszkań w celu przeprowadzenia rewizji, wzmocnienia kontroli elektronicznej, werbowania informatorów na terenie kampusów uniwersyteckich oraz przydzielania dodatkowych środków finansowych głównie dla DIA, która będąc organizacją wojskową jest w znacznie większym stopniu niż inne zagrożona demoralizacją (w 1972 r. generał brygady Joseph J. Cappucci utworzy Defense Investigative Service [służba śledcza], której celem będzie ochrona armii przed demoralizacją, na wzór francuskiego Bezpieczeństwa Wojskowego).

Tak zwany plan Hustona nieoczekiwanie spotka się ze zdecydowanym oporem ze strony J. Edgara Hoovera. Ten szczwany lis, odwieczny szef FBI, zrozumiał bowiem, że czasy się zmieniły i że podjęcie tego rodzaju środków może niekorzystnie wpłynąć na wizerunek FBI w oczach opinii publicznej. Więc nagle on, który nigdy nie przebierał w środkach, nie zważając na to, czy są zgodne z prawem czy nie, występuje w roli gorącego orędownika stosowania środków legalnych, stwierdzając, że FBI od 1966 r. zaniechało definitywnie włamań do prywatnych mieszkań, a podsłuchiwanie rozmów telefonicznych obywateli amerykańskich i innych to sprawa NSA, a nie FBI.

Mimo ustępstw ze strony Toma Hustona, Hoover pozostaje niewzruszony. Zwraca się nawet do ministra sprawiedliwości, Johna N. Mitchella, o odrzucenie planu Białego Domu. W ten sposób ostrożny J. Edgar Hoover, którego służby posługują się na co dzień metodami, o jakich lepiej nie wiedzieć, zdołał zabezpieczyć sobie tyły na wszelki wypadek. W razie skandalu FBI będzie kryte.

Tymczasem rozwój wypadków w Wietnamie zdaje się wciąż niepewny, a przecieki nadal przedostają się do prasy. 13 czerwca 1971 r. nagłówki "New York Timesa" stawiają na równe nogi prezydenta i jego doradcę do spraw bezpieczeństwa narodowego. Gazeta codzienna informuje, że "dokumenty Pentagonu odtwarzają trzydziestoletni przebieg rosnącego zaangażowania amerykańskiego w Wietnamie" i zapowiada publikację obszernych fragmentów liczącego 7 tysięcy stron raportu, sporządzonego na polecenie ministra obrony w rządzie prezydenta Johnsona, jak również przedruk oryginalnych dokumentów.

Już na przełomie kwietnia i maja 1969 r. dziennik publikował inne fragmenty, zaczerpnięte z najlepszych źródeł, dotyczące planów Narodowej Rady Bezpieczeństwa wobec Wietnamu, przeglądu radzieckiej broni rakietowej, a także fragmenty dyskusji na temat zasadności stałej obecności szpiegowskiego statku na wodach Korei Północnej, tajnych nalotów bombowych na Kambodżę, dokonywanych na wyraźne polecenie Białego Domu.

Od tamtej pory przecieki przedostawały się do prasy nieustannie. Nixon wpada w furię. W rewelacjach prasowych na temat tajnych nalotów na Kambodżę, stanowiących największy atut w jego polityce "wietnamizacji", upatruje spisku. Dowodem na istnienie spisku jest też jego zdaniem opublikowanie dokumentów Pentagonu. Po gwałtownych sporach prawnych 30 czerwca sąd w wyniku głosowania 6 przeciwko 3 postanawia przyznać rację dziennikowi "New York Times".

Nixon chce za wszelką cenę doprowadzić do wykrycia, ukarania i wyeliminowania winnych. Chce "podłożyć ogień pod dupę FBI", jak sam się wyrazi, wiedząc o tym, że wbrew protestom ze strony J. Edgara Hoovera FBI między 1969 r. a 1970 r. siedemnaście razy praktykowało podsłuch telefoniczny w związku z "przeciekami wystawiającymi na szwank narodowe bezpieczeństwo".

Ten, kto właśnie jest w trakcie rozbijania banku kasyna, nie lubi, żeby mu w tym przeszkadzano. Nixon obawia się przede wszystkim jednego: żeby kolejne przecieki nie zmusiły go do zaniechania projektu numer 1, jakim jest tajny wyjazd Henry'ego Kissingera do Chin, mający stanowić preludium spektakularnego zwrotu w stosunkach dyplomatycznych i - jak dziś wiadomo - zdecydowany krok naprzód w kierunku rozpadu sowieckiego bloku, który nastąpi dopiero dwadzieścia lat później.

Niespodziewanie jednak Nixon, ogarnięty nienawiścią do dziennikarzy, traci zimną krew. Opierając się na nie sprawdzonych pogłoskach, nabiera przekonania, że Daniel Ellsberg, wysoki urzędnik podejrzewany o przekazanie "New York Timesowi" dokumentów Pentagonu, należy do spisku, zorganizowanego wspólnie z Rosjanami.

W lipcu John D. Ehrlichman (jeden z "Prusaków Białego Domu", drugim jest Harold Robbins Haldeman) powierza młodemu adwokatowi z rady wewnętrznej, Egilowi Kroghowi, utworzenie prezydenckiej ekipy dochodzeniowej, mającej położyć kres przeciekom do prasy.

Członkowie tajnej ekipy do spraw przecieków zyskujący miano "hydraulików" zakładają sztab operacyjny w Białym Domu. Do najbardziej aktywnych należy dwóch weteranów CIA, Everett Howard Hunt i James W. McCord, oraz George Gordon Liddy, twardziel ze szkoły J. Edgara Hoovera. Te trzy nazwiska pojawią się wkrótce na pierwszych stronach gazet, w związku z wybuchem afery Watergate...

"Hydraulicy", doradcy i CIA

Ehrlichman nie ustaje w wysiłkach. 7 lipca 1971 r. nawiązuje kontakt z zastępcą dyrektora CIA, Robertem E. Cushmanem. Pragnie poinformować generała piechoty morskiej, że prezydent powierzył pieczę nad bezpieczeństwem Białego Domu Howardowi Huntowi, który otrzymał od niego carte blanche i zwróci się, jeśli będzie trzeba, o pomoc do CIA.

Dwa tygodnie później dochodzi do spotkania między Cushmanem i Huntem. Obydwaj panowie znają się od dawna. Współpracowali ze sobą podczas pierwszego pobytu w CIA, w latach 1949-1951, potem spotykali się jeszcze w czasie przygotowań do lądowania w Zatoce Świń. Hunt alias Eduardo zajmował się wówczas kubańskimi emigrantami z Miami, podczas gdy Cushman sprawował nadzór nad operacjami z upoważnienia Nixona, który był wówczas zastępcą prezydenta. Tym właśnie kanałem "hudraulicy" zdobędą z magazynów w Langley wyszukaną aparaturę szpiegowską.

Nielegalny podsłuch, przechwytywanie korespondencji, śledzenie, pogróżki, korupcja, szantaż, wywieranie nacisku, włamania połączone z kradzieżą (na przykład do Lewisa Fieldinga, psychiatry Daniela Ellsberga), dowolne posługiwanie się wykrywaczem kłamstw, dostarczonym przez CIA, bezprawne powoływanie się na oficjalne urzędy, takie jak Internal Revenue Service, czyli urząd ściągania należności podatkowych, zatrudniające specjalnych agentów - "hydraulicy" uciekają się do wszelkich możliwych środków, mogących ułatwić im wykonanie zadania. W ten sposób polowanie na sprawców przecieków przeradza się w szpiegostwo polityczne.

Wreszcie 17 czerwca 1972 r. miara się przebrała. Bernard Barker, Eugenio Martinez, Virgilio Gonzales, James McCord i Frank A. Sturgis zostają przyłapani podczas włamania do centrali Partii Demokratycznej, mieszczącej się na szóstym piętrze gmachu o nazwie Watergate. Hunt i Liddy, kierujący operacją z hotelowego pokoju za pomocą przenośnych radionadajników, zostaną aresztowani później.

Ponieważ chodzi tu o przestępstwo federalne, w związku z tym śledztwo zostaje powierzone FBI. Biały Dom na próżno robi co może, by nie dopuścić do wybuchu skandalu. Wykorzystuje wszystkie możliwości. Nixon wyraża zgodę, gdy Haldeman przedstawia mu linię obrony, opracowaną przez prezydenckich doradców. Haldeman wraz z Ehrlichmanem zamierzają skontaktować się z Dickiem Helmsem, szefem CIA, i jego zastępcą Vernonem Waltersem. W imieniu Białego Domu poproszą, by spotkali się czym prędzej z nowym dyrektorem FBI, Patrickiem L. Grayem, któremu, gdy dowie się, iż w istocie chodziło o tajną operację Agencji, nie pozostanie nic innego jak tylko wstrzymanie śledztwa.

Nixon był przekonany, że dyrektor CIA Richard Helms, którego Biały Dom w wielu przypadkach "krył" i który okazywał się niezwykle drażliwy, gdy w jego obecności poruszano temat nieszczęsnej operacji w Zatoce Świń, nie będzie robił większych trudności. Vernon Walters natomiast był nie tylko jego starym znajomym, ale był mu również coś winien zważywszy na to, że Nixon awansował go w marcu na stanowisko zastępcy dyrektora.

Było to jednak rozumowanie zdecydowanie zbyt optymistyczne. Helms i Walters znaleźli się w ogromnie trudnej sytuacji. Z jednej strony winni stosować się do zaleceń Białego Domu, z drugiej doskonale zdawali sobie sprawę, że jeśli zgodzą się kryć "hydraulików", CIA zostanie zamieszana w nieunikniony skandal. Wobec tego Walters spotyka się wprawdzie z szefem FBI, ale nie przekazuje mu wszystkich poleceń Białego Domu. Z tą chwilą stanowisko Agencji jest już jasno określone: nie odmawiać niczego prezydentowi Nixonowi (zresztą Helms nie jest w stanie odmówić czegokolwiek prezydentowi Stanów Zjednoczonych), a jednocześnie nie dopuścić do kompromitacji Agencji.

Taka linia postępowania wydać się może szalenie sprytna, w rzeczywistości jednak CIA znalazła się w ślepym zaułku, zaplątana w półprawdę, która siłą rzeczy staje się półkłamstwem. W rezultacie Agencja wiele straci w oczach amerykańskiej opinii publicznej, która będzie jej czynić zarzuty ze wszystkiego: z tego, co przeprowadziła - a więc z operacji CHAOS i operacji FENIKS; z tego, czemu starała się zapobiec - a więc z wplątania w wojnę w Wietnamie; z tego, czego żądał prezydent, a czego ona nie potrafiła odmówić - a więc z prób destabilizacji pozycji Salvadore Allende jeszcze przed jego oficjalną nominacją; i pomocy udzielanej "hydraulikom".

 

Tajni agenci kontra ETA

Jean-Pierre Szerid jest rodzonym bratem Andre-Noela Szerida, działającego na rzecz SOA na terenie Algierii. Były członek brygady spadochronowej, a następnie OAS, opuszcza Algierię tuż przed odzyskaniem niepodległości i potajemnie udaje się do Hiszpanii, gdzie do 1967 r. żyje z dorywczych prac aż do chwili nawiązania kontaktu z francuskimi agentami, poszukującymi najemników do Biafry.

W 1974 r. Szerid spotyka w Madrycie hiszpańskich oficerów, którzy proponują mu wstąpienie do zbrojnych oddziałów organizowanych przeciwko nacjonalistom baskijskim z ETA. Oficerowie szukający odpowiedniego narybku należą do Servicio de Información Naval (Morskich Służb Wywiadowczych) SEIN. Hiszpańska marynarka ma swoje porachunki z organizacją ETA, która w grudniu dokonała zamachu na życie szefa rządu, admirała Carrera Blanco.

Kontraktowy agent SEIN, Jean-Pierre Szerid, werbuje jednego Francuza i jednego Amerykanina. Ten niewielki oddział, działający pod przykrywką nie istniejącej Organizacji Anty-ETA (OATE), lokalizuje, a następnie likwiduje wielu zbiegłych do Francji członków ETA (tzw. Etarras).

Rozpoczyna się "brudna wojna" (guerra sucia) z organizacją ETA. Jean-Pierre zostaje szefem GAL (Groupe antiterroriste de Liberation - Antyterrorystycznej Grupy Wyzwoleńczej), przeprowadzającej liczne zamachy na przebywających we Francji członków ETA. Jej bezpośrednimi zleceniodawcami były kolejno: SECED (Servicio Central de Documentación de la Presidencia del Gobierno - centralne wewnętrzne służby dokumentacji), CESID (Centro Superior de Información de la Defensa - Dyrekcja Generalna Informacji i Obrony) i MULC (Mando unificado para la lucha contraterrorista, czyli Zjednoczone Dowództwo Walki Antyterrorystycznej).

19 marca 1984 r. Szerid ginie w Biarritz od wybuchu bomby podłożonej w jego renault 18. Ta niespodziewana śmierć budzi wiele domysłów, między innymi i ten, że stał się zbyt kłopotliwy dla swoich mocodawców, którzy postanowili go zlikwidować.

Miguel Legarza Egia jest osobowością całkowicie odmienną. Ten młody, niezwykle religijny Bask, urodzony nad Zatoką Biskajską, zostanie wykorzystany jako agent infiltrujący środowisko podziemne.

Na początku 1973 r. dwaj policjanci z Bilbao proponują mu współpracę z SECED, służbami wywiadowczymi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Po odbytym przeszkoleniu Legarza - kryptonim El Lobo (Wilk) nawiązuje w 1974 r. kontakt z przedstawicielami ETA.

Z wywiadu, którego udzielił Xavierowi Vinanderowi, dziennikarzowi katalońskiemu z "Interviu", specjaliście od spraw związanych z wywiadem, wynika, że El Lobo był w owym czasie szefem logistyki oddziałów specjalnych (berezis), a także autorem zakrojonej na szeroką skalę obławy, która we wrześniu 1975 r. rozbiła "polityczno-wojskowe" skrzydło organizacji. W zasadzie jego kariera powinna się na tym zakończyć, tym bardziej że był nieustannie poszukiwany przez Eterras, ale oficerowie SECED poddali go operacji plastycznej, rozpuszczając jednocześnie pogłoski o jego wyjeździe za granicę.

Legarza z zupełnie nową twarzą przeprowadza tajne operacje na Wyspach Kanaryjskich, a także w samym Kraju Basków. Współpracę z CESID zrywa w 1985 r., odmawiając przeniesienia do placówki służb wywiadowczych na terenie ambasady hiszpańskiej w Meksyku. W zamian za to przechodzi do Specjalnych Służb Operacyjnych Gwardii Cywilnej (GOSSI, Grupo Operativo de Servicios Secretos de Información). Jako konsultant do spraw walki z ETA kieruje operacją infiltracji najwyższych szczebli organizacji podziemnej.

W grudniu 1987 r. podejmuje pracę w prywatnej agencji bezpieczeństwa, założonej przez byłych członków GOSSI, po czym wraca do tułaczego życia, pracując na konto CESID, z którym, wbrew temu co sam sugerował, nigdy nie zerwał kontaktów.

W grudniu 1993 r., gdy wybucha skandal związany z podsłuchami telefonicznymi, Legarza jest agentem kontraktowym CESID. Polityczni rywale szefa CESID, generała Manglano, podlegający Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, pragnęli doprowadzić do upadku generała, ujawniając istnienie na terenie Hiszpanii polityczno-przemysłowej siatki szpiegowskiej. Nielegalne podsłuchy CESID były jednym ze środków, mających doprowadzić do upadku generała.

Środowisko wywiadowcze Hiszpanii nie jest bynajmniej wyjątkiem w dziedzinie prowadzenia "wojny służb"...

 

Tajemnica DC 9

Mimo dwugodzinnego opóźnienia podczas międzylądowania w Rzymie, lot samolotu DC 9 włoskich linii lotniczych Itavia na trasie Bolonia-Palermo zdaje się przebiegać 27 czerwca 1980 r. bez zakłóceń. Tymczasem na północ od Sycylii, w okolicach niewielkiej wysepki Ustica zaczyna się dziać coś niesłychanego. Pilot dostrzega dwie ciemne sylwetki lecące wprost na niego. Są to dwa myśliwce MIG-32 w barwach libijskich. Migi nie są same. W korytarzu powietrznym nagle robi się tłoczno. W tym samym kierunku leci co najmniej jeszcze jeden zachodni samolot. Jeden z migów chowa się pod DC 9, podczas gdy nie zidentyfikowany myśliwiec, francuski czy może amerykański, otwiera ogień. DC 9 jest znacznie cięższy od miga. O godzinie 20.59 włoski samolot zostaje poważnie uszkodzony. Po kilkunastu minutach po DC 9 i 81 pasażerach pozostaną jedynie szczątki.

W wyniku tej surrealistycznej bitwy powietrznej jeden mig zdoła uciec, drugi rozbije się w górach Kalabrii. Taki jest scenariusz, zrekonstruowany scena po scenie przez adwokatów, zaangażowanych przez rodziny ofiar oraz sędziego Priore.

A jednak kilka zagadek pozostaje nie wyjaśnionych. Przelot wszystkich innych samolotów został zarejestrowany przez radary w Marsala (na Sycylii) i w Poggio Ballone (na północ od Rzymu). Widnieje on również w archiwach komputerowych SIOS (włoskiego wywiadu sił powietrznych), ale maszyn biorących udział w bitwie nigdy nie udało się zidentyfikować. Włoskie siły powietrzne twierdzą skądinąd, że właśnie w tym fatalnym momencie wystąpiła trwająca dziesięć minut awaria techniczna.

Całą sprawę komplikują dodatkowo manipulacje natury psychologicznej. W 1987 r. na przykład dysydent Abd el-Hamid Baccouche, były ambasador libijski we Francji, oznajmia, że samolot DC 9 zestrzeliły myśliwce Kadafiego. Niestety po pewnym czasie uda się odnaleźć szczątki pocisku, pochodzącego z arsenału NATO. Przez ten czas bowiem pozostałości po rozbitym samolocie zostały wydobyte na powierzchnię i poddane analizie. Oświadczenie Baccouche'a i informacje z czarnej skrzynki wywołują żywą reakcję admirała Fulvia Martiniego, szefa SISMI - włoskich służb tajnych, który próbuje postawić kropkę nad "i" w notatce sporządzonej dla komisji dochodzeniowej: "Wygląda na to, że wszystko zmierza ku temu, by odpowiedzialnością obarczyć Libijczyków, oczyszczając tym samym Francuzów z wszelkich zarzutów [...] Ekspertyzę czarnej skrzynki mają przeprowadzić Amerykanie, których wrogi stosunek do Libii jest ogólnie znany. [...] Z oznakami, świadczącymi o współpracy francuskich i amerykańskich tajnych służb w walce z międzynarodowym terroryzmem oraz w operacjach antylibijskich, spotkaliśmy się już w przeszłości". Admirał Martini robi wyraźną aluzję do okresu, w którym CIA, MI 6 i SDECE wspierały służby tunezyjskie i egipskie w tajnych operacjach przeciwko reżimowi libijskiemu.

W Libii natomiast samoloty hurel-dubois, pilotowane przez oficerów tajnej eskadry Basenu, lądują nocą na pustyni, by nawiązać kontakt z placówkami wywiadowczymi SDECE. Jest to zapewne jedna z przyczyn, dla której w lutym 1980 r. splądrowano ambasadę francuską w Trypolisie, a czerwone berety pułkownika Kadafiego wzięły miejscowego szefa SDECE, Christiana Dallaportę, w charakterze zakładnika.

Tydzień po zniszczeniu samolotu DC 9 zaczyna krążyć pogłoska o próbie puczu w Tobruku, zdławionej przez komendanta Dżalluda, człowieka numer 2 libijskiego reżimu i wschodnioniemieckich ekspertów ze Stasi. Włoscy inżynierowie zostają aresztowani. Podczas śledztwa zeznają, że pracowali dla Francuzów. Jednocześnie na Malcie tajemniczy Maltański Front Wyzwolenia przeprowadza serię zamachów, godzących w interesy Libijczyków. W rzeczywistości jest manipulowany przez MI 6 sir Dicka Franksa.

W tej skomplikowanej układance brakuje nadal jednego fragmentu: zniszczenie DC 9 nastąpiło niemal w przeddzień powstania w Tobruku. Przez pomyłkę. Samolot francuskich służb specjalnych, lecący z Korsyki, miał dostarczyć broń do Egiptu, przeznaczoną do operacji wymierzonej w Kadafiego. Tymczasem we włoskich służbach SISMI istnieje silne lobby prolibijskie, do którego należy między innymi generał Giuseppe Santovito, członek słynnej loży masońskiej P-2. Trypolis otrzymał informację o samolocie francuskim, wypełnionym bronią po brzegi właśnie od SISMI. Migi, które go miały zestrzelić, wystartowały najprawdopodobniej z bazy San Pancrazio Salentino, położonej na samym obcasie włoskiego buta.

Samolot DC 9 przez swoje opóźnienie znalazł się w tej samej strefie powietrznej, co samolot przewożący potajemnie broń. Pojawienie się migów wywołało kontratak amerykańskich czy też francuskich myśliwców i jeden z nich zestrzelił cywilny samolot.

O tej tragedii żadne służby nie chcą dziś nawet wspominać. W 1994 r. wyszły na jaw nowe okoliczności: po szczegółowym dochodzeniu Claudio Gatti, dziennikarz z "Europeo", udziela wyjaśnienia w swojej książce Il Quinto Scenario (Piąty scenariusz). Samolot DC 9 został zestrzelony przez izraelskie myśliwce, przekonane, że mają do czynienia z samolotem konwojującym uran z Francji do Iraku, z przeznaczeniem dla Saddama Husajna.

 

SPECIAL BRANCH

STULECIE WYWIADU POLITYCZNEGO

Brytyjska Special Branch jest jedną z najstarszych struktur policji politycznej, jakie działają nieprzerwanie do naszych czasów. Wywodzi się z Criminal lnvestigative Department Scotland Yardu, a oficjalnie ujrzała światło dzienne w marcu 1883 r., w dniu świętego Patryka (święto narodowe Irlandii) pod nazwą Special Irish Branch.

Jej celem było przerwanie serii zamachów bombowych, organizowanych przez republikanów irlandzkich - Fenian. Jeden z ich komandosów, tzw. niezwyciężonych, zabił na krótko przed tym lorda Fredericka Cavendisha, sekretarza spraw irlandzkich, i jego zastępcę.

Tę elitarną jednostkę tworzyło dwunastu policjantów pochodzenia irlandzkiego, dowodzonych przez Szkota, inspektora Littlechilda. Pierwsze zadanie SIB to nadzór nad emigrantami irlandzkimi oraz zapewnienie ochrony królowej Wiktorii i jej ministrom. Oczywiście przy współpracy umundurowanych bobbies.

Na początku skuteczność tej służby pozostawiała wiele do życzenia - w maju 1884 r. Irlandczycy wysadzili w powietrze... kwaterę główną Special Irish Branch. Na szczęście bomba nie spowodowała ofiar śmiertelnych. Cztery lata później fala zamachów ustała, a policja specjalna rozszerzyła swe prerogatywy, zmieniając nazwę na Special Branch.

Special Branch interesowały już inne rodzaje działań przeciwko Koronie, począwszy od anarchistów z różnych krajów, przebywających na wygnaniu w Anglii. Do jej pierwszych "klientów" należał Piotr Kropotkin. W 1892 r., dzięki francuskiemu informatorowi, policjanci rozbili grupę sześciu anarchistów, podejrzewaną o dokonywanie zamachów.

Później, przed wojną 1914 r., Special Branch zajmowała się sufrażystkami, domagającymi się prawa głosu dla kobiet. Special Branch pod kierunkiem Basila Thomsona przeciwdziałała także całej serii masowych ruchów społecznych z lat dwudziestych - w tym strajkowi generalnemu w 1926 r. i pojawieniu się ruchu komunistycznego.

Stąd nalot w 1927 r. na firmę Arcos - radziecką misję handlową. W ten sposób wykrystalizowały się główne kierunki działania Special Branch, która w latach trzydziestych liczyła już około stu pięćdziesięciu inspektorów i wywiadowców.

W tym czasie również nawiązana została współpraca z kontrwywiadem - Ml 5. Podobnie jak Ml 5, Special Branch stosowała starą metodę infiltracji agentów, prowokatorów i zdrajców.

W przededniu wojny, w godzinie zagrożenia hitlerowskiego, Special Branch powróciła do swych pierwotnych zadań - walki z Irlandią. 12 stycznia 1939 r. IRA postawiła Wielkiej Brytanii ultimatum, dając jej cztery dni na opuszczenie Irlandii Północnej. W przeciwnym razie przygotowany był Plan S. I w istocie, od stycznia 1939 r. do lutego 1940 r. IRA zorganizowała kampanię zamachów bombowych w Anglii. W sierpniu 1939 r. w wyniku eksplozji w Coventry zginęło pięć osób, a osiemdziesiąt zostało rannych.

Tak więc kwestia irlandzka pozostała głównym zajęciem Special Branch. Pociągnęło to za sobą dwie konsekwencje: umocnienie aparatu policyjnego o tym samym charakterze w Irlandii Północnej (Royal Ulster Constabulary Special Branch) i próbę nawiązania współpracy ze Special Branch wolnej Irlandii, powstałą po uzyskaniu niepodległości przez Irlandię Południową.

Faktycznie Special Branch w Dublinie (po gaelicku: An Craoibhin Slibhin) była o krok od utworzenia nowej siły, kiedy w lutym 1922 r. szef wywiadu IRA, Mick Collins powołał Urząd Śledczy dla spraw Kryminalnych (CID - Criminal lnvestigation Department). Mieścił się on w Oriel House, a ludzie rekrutowali się z dawnych jednostek wywiadu republikańskiego. Szefami tego wydziału byli dwaj starzy oficerowie IRA: Sean Tempelton i Charles Kinsella.

Po śmierci Collinsa w policji wolnego państwa, tzw. Garda Siochana, ponownie przeważali dawni specjaliści z czasów kolonizacji. W 1933 r. pułkownik Eamon Broy - szef policji blisko powiązany z probrytyjskim ruchem faszystowskim Niebieskie Koszule, kierowanym przez byłego prefekta policji Eoina O'Duffy - zreformował Special Branch. Uczynił z niej jednostkę uderzeniową. Jej głównym zadaniem było destabilizowanie ruchu republikańskiego, który pozostał w opozycji po podziale kraju.

Podobnie jak pomiędzy gangami w Chicago, tak i pomiędzy oddziałami Special Branch i jednostkami IRA dochodziło do bardzo gwałtownych walk.

W 1939 r. szef nadintendent Patrick Carroll zreorganizował ponownie Special Branch. Jednym z jej zadań po tej reorganizacji było przechwytywanie szpiegów niemieckich, wspólnie z kontrwywiadem wojskowym G-2, i niedopuszczenie, aby agenci Abwehry kontaktowali się z ludźmi z IRA. Czuwał nad tym Cecil Lidell, kierujący sekcją irlandzką angielskiej Ml 5.

Special Branch do dziś uważana jest za brytyjską piątą kolumnę w Republice Irlandii. W tym również przez Irlandczyków, którzy nie aprobowali akcji armii republikańskich.





Większa dawka top secret