Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 1999.02.20

 

 

 

ANDRZEJ JAR

Jackowo, USA

 

 

Chicago - szczur pod światłem łun 

Podpełza pić z jeziora pianę 

I w ogniu dnia z piaszczystych diun 

Wykrada swą fatamorganę.

 

To strofa z wiersza Kazimierza Wierzyńskiego sprzed lat. Miasto-szczur. Szczur z najeżonymi drapaczami chmur śródmieścia, łbem liżącym językiem wąskich plaż wodę jeziora Michigan - i dalej: tułów rozpłaszczonego na olbrzymiej przestrzeni miasta, pokryty liszajami slumsów, które mało są widoczne w łunie kolorowych reklam.

Miasto fascynujące i przytłaczające zarazem. Miasto, w którym nie wystarczy być, żeby je poznać i zrozumieć. Trzeba zanurzyć się w nim z głową, oddychać jego codziennością, z duszą na ramieniu wejść w jego zaułki.

Na pewno rozumie to miasto żyjący w nim poeta Adam Lizakowski, autor wierszy chicagowskich, w którym za obliczem miasta-matki tysięcy emigrantów czai się nie nazwany wprost moloch, pożerający przybywające doń ufnie ofiary. Wierszy gorzkich i jednocześnie lirycznie pokornych wobec miejsca będącego nadzieją dla tak wielu. Są wśród nich i te - jak "Prezes" czy "Wydawca polonijnego pisma" - poświęcone chicagowskim Polakom. Bliskie mi szczególnie w swoich spostrzeżeniach, w których liryzm ustępuje miejsca kpiącej refleksji i bardziej zdecydowanym sformułowaniom.

Nie dane mi było spotkać Lizakowskiego. Facet w knajpie przy Milwaukee Avenue, która na początku mijającej dekady była miejscem autentycznych spotkań artystycznej cyganerii, a teraz wyraźnie schodzi na psy, ciągnąc pamięć dawnej świetności, mówi: - Tak, wpada tu czasem. Zawsze siada tam, w kącie i obserwuje salę. Sam. Nie, nie to, żeby był coś nie tego... Ja nic nie mówię. Lubię, na przykład, jak mówi o historii. O starożytnym Rzymie i takie tam różne...

Facet, chociaż to dopiero południe, ma zamglone oczy, którymi zerka podejrzliwie w moją stronę. Przedstawia się jako zarządca lokalu, menedżer. - A pan to kto właściwie jesteś? - pyta nieżyczliwie. Jego prawo, bo rzeczywiście dostałem się do środka na wpół legalnie, dzięki obecności pracującej tu akurat ekipy remontowej - tylnym, znanym mi sprzed lat wejściem. Knajpa (kiedyś było inaczej) otwierana jest wieczorem.

Tłumaczę siebie i tych, którzy pozwolili mi tutaj wejść. Mówię, że mam sentyment do tego miejsca, że właśnie przyjechałem tu po latach.

Po opróżnionej butelce piwa nabiera do mnie więcej serca. Stawia przed sobą i przede mną kolejne "Żywce". Kiedy sięgam do kieszeni, macha po wielkopańsku ręką: w końcu gość to gość, a jego stać na gościnność. Przechyla kolejne piwo i rusza na obchód swoich włości, oceniając postępy w przebudowie wnętrza. Kafelkarze, pracujący w toaletach na dole, wynurzają raz po raz głowy zza drzwi prowadzących do podziemia, aby korzystając z chwilowego oddalenia nadzorcy, wskoczyć za kontuar i pociągnąć łyka z flaszy. Z krwi i kości rodacy. Rozweseleni i przyjaźni.

Pan zarządca goni ich, nie przebierając w słowach. - Muszę być twardy - mówi do mnie - bo by mi na głowę wleźli. Ale daję sobie radę. Jak ktoś mi podskakuje, to jeden telefon do "imigrejszyn" i zaraz takiego odstawią na lotnisko.

Gdzie te czasy, myślę, gdy za barem stali sympatyczni aktorzy i inteligentna, wspaniała w roli barmanki Lola, która trzecią szklaneczkę wódki nalewała na koszt zakładu. Nikt tu wówczas słów potężnych nie używał. Bo "Immigration" to słowo potężne, wywołujące dreszcz emocji. Hasło "Immigration łapie" potrafi powodować stany bliskie paniki. Na ulicy spogląda się podejrzliwie na każdego, kto różni się od przeciętnej wyglądem, zwłaszcza gdy patrzy bliźniemu prosto w oczy. Musi być obcy. Swojaka łatwo rozpoznać. Po zuniformizowanym w wysokim stopniu odzieniu, po spojrzeniach w górę, w dół, w ściany zabudowań - byle nie w twarz mijanego człowieka. Po spojrzeniach dalekich w większości od radości życia...

Na rogu Milwaukee Avenue i Lawndale zamocowana dumnie na słupie, ta sama od lat tablica: "Jackowo USA". Jackowo - jeśli ktoś tego nie wie - to potoczna nazwa tej dzielnicy, powstała od imienia patrona miejscowego kościoła, św. Jacka. Na podobnej zasadzie utworzone zostały nazwy innych rejonów miasta: Helenowo, Władysławowo, Trójcowo etc. "Sypialnia we wspólnym bejzmencie na Stanisławowie... " - taki anons w polonijnej gazecie zrozumie każdy chicagowski Polak. W Chicago jest łącznie 39 kościołów rzymskokatolickich z duchową posługą w języku polskim i około 20 na przedmieściach. Bo Polacy mieszkają tu wszędzie, nie tylko na Jackowie, chociaż wciąż ów odcinek Milwaukee Avenue pomiędzy ulicami Central Park i Belmont pozostaje centrum polskiego życia w tym mieście.

Nazwy Jackowo używa się dziś rzadko. Obrosła już patyną oficjalności. W użyciu pozostają wciąż "milłoki", czasem "milwałki", czyli oswojona nazwa zaadoptowanej przez Polaków na użytek własny ulicy. Niektórzy nazywają ją kpiąco Marszałkowską, w czym - z racji dominującego tu prowincjonalizmu - treści dla mnie najwięcej. Ci zaś, którym udało wyprowadzić się stąd na przedmieścia (chociaż niekoniecznie wiąże się to z zatratą ducha "Marszałkowskiej"), nazywają pogardliwie ten rejon "polaczkowem". Dziennikarze z Polski, skrobiący powierzchnię miejscowego życia podczas przelotnych wizyt na Jackowie, lubią potem pisać o polskim getcie. Anglojęzyczne dopiski przy nazwie ulicy głoszą: Polish Village.

Życie nie zamiera tu właściwie nigdy. Otwierane bladym świtem i zamykane późnym wieczorem lub nocą sklepy, restauracje, tawerny, gabinety lekarskie, urzędy. Banki, w których nawet bankomaty mówią po polsku. Polskie, rzecz jasna, są też restauracyjne dania: bigos, flaki, kołduny, schabowy z kapustą, zrazy i co tam jeszcze polska dusza zapragnie. Wszystko to w ogromnych zwykle ilościach i tanie jak barszcz. Za kilka dolarów można najeść się do przesytu i wychylić butelkę "Żywca", "Okocimia" czy dumy innego rodzimego browaru na deser. Jedzenie to ważny element w życiu ciężko pracujących rodaków, którzy - sądząc po odgłosach ulicy - skąpią czasu na sen.

Czuję się nieswojo w polskim sklepie, gdy kupuję rano parówki na śniadanie. Miłe panie sprzedawczynie nie kryją rozbawienia. Tak się tutaj nie kupuje. W polskich sklepach robi się zakupy, a nie wpada po przekąskę. Kupuje się dużo, zapełnia lodówkę po brzegi, a po paru dniach wyrzuca się ewentualnie do śmieci to, czego się nie zjadło. I znów idzie się na zakupy - po szynkę od kości, polędwicę, salceson, łopatkę i pęta kiełbas różnorakich. Chyba że ktoś jest "centusiem" - wtedy zjada wszystko i bacznie przygląda się cenom.

Dwie pokaźne parówki kosztują dosłownie centy, czuję się więc zakłopotany pójściem z tym towarem do kasy. Nie chcę wyjść na "centusia". Problem jednak w tym, że po kilku dniach miejscowej diety nie mogę już patrzeć na te stosy wędlin i mięsiwa. Zdejmuję z półki półlitrową butelkę "Żywca" za 99 centów, żeby nieco zaokrąglić rachunek. I to jest błąd. Alkohol kupują rano tylko bumy (bums) , chociaż zwykle nie jest to piwo, ale butelka wódki "Dimitri", kosztująca bodajże nieco powyżej pięciu dolarów (750 ml, żeby było jasne). Jednak i tak pani kasjerka traktuje mnie chłodno; porządni ludzie nie włóczą się o tej porze po sklepach, tylko pracują na sprzątaniu, na kontraktorce albo w szapie (shop w znaczeniu warsztatu). Chyba że dużo kupują. Wtedy wiadomo, że pracują "na nocki". Błędne koło, bo w takim razie dla kogo sklepy otwierane są o świcie? Dla spragnionych klina nieszczęśników? Obserwując poranną klientelę, wygląda na to, że właśnie dla nich. Dlaczego zatem traktuje się ich jak powietrze? Dlaczego ów spragniony nieszczęśnik musi najpierw odegrać scenę rozglądania się po sklepie, dla zachowania pozorów kupić jakąś bułkę (której zupełnie nie potrzebuje, bo nie jedzenie mu o tej porze w głowie), zanim w końcu sięgnie po towar, po który przyszedł tu naprawdę - butelkę wódki "Dimitri". Wielokrotnie obserwowałem spod oka te powtarzające się każdego ranka inscenizacje, dumając o skacowanym poczuciu godności aktorów tego dramatu i granicach hipokryzji tych, co zarabiają na nich pieniądze.

Ratuje mnie nieco fakt, że jestem wymyty i ogolony. Niemniej, zanim następnym razem poproszę o parówkę, powiem w kilku ciepłych słowach o Vancouver w Kanadzie, gdzie od ośmiu lat, po wyjeździe z Chicago mieszkam, wyjaśnię swoje kulinarne upodobania i nawyki. Gadanie staje się moim zwyczajem. Po kilku dniach znam z imienia obsługę wielu tutejszych sklepów, restauracji, tawern i kilku biur. Jackowo też zaczyna akceptować dziwoląga, który wchodząc do sklepu rzuca głośne dzień dobry, zagaduje o życie w Ameryce, o długość pobytu i plany na przyszłość. A potem dopiero prosi o parówkę, sałatkę jarzynową albo, w knajpie, o "siata" (shot) Canadian Club za dwa dolary.

Robi się sympatycznie. Akceptacja ze strony tubylców osiąga poziom, który pozwala mi nawet wejść bez zawahania do mrocznej tawerny, i to zaraz po jej otwarciu, czego żaden porządny człowiek bez ryzyka zszargania reputacji czynić raczej nie powinien.

Rano przychodzą do tawerny ci, którym życie się nie układa. Chłody nie sprzyjają pracy kontraktorskiej. Dla wielu zaczyna się sezon beznadziei, wieczorów przy butelce, porannych wyskoków do knajpy dla podreperowania zdrowia. Oczekiwanie na wiosnę. Pochmurne twarze nie zachęcają do konwersacji. Trzeba odczekać - jeden kieliszek, drugi... - zanim mięśnie się rozluźnią, zapłonie w serduszku iskierka nadziei, a w duszy płomyczek miłości bliźniego. Wtedy można już zbierać strzępy cudzych życiorysów. Życiorysów jakże typowych. Wygrana na loterii wizowej, przyjazd do mlekiem i miodem płynącej Ameryki, rozczarowania. Albo lata nielegalnego pobytu, ciułanie, paczki dla rodziny w Polsce na święta, fotografie w listach mające zaświadczyć, jak tu dobrze. Do niedawna nadzieja na wylosowanie zielonej karty - dziś już tylko mrzonka o amnestii. Może w roku 2000? ... - Jak tu się więc, panie, nie napić. No jasne, rozumiem to. Od samego słuchania i patrzenia chce się pić.

Zupełny brak adaptacji, bo i być jej nie może. Jackowo - chociaż na słupie widnieje napis: "Jackowo USA" - to nie jest bowiem Ameryka. To tylko skrawki Polski - Białostocczyzny, Podkarpacia - zlepione we wspólne życie na obszarze, który leży geograficznie na amerykańskiej ziemi. Ameryka jest tu obca. Mimo długości pobytu, mimo radośnie swojskich wycieczek na Florydę, do Kalifornii i gdzie tam jeszcze - jest obca. To widać w twarzach, w zachowaniu, w ubiorze. Wszyscy mówią o powrocie do Polski. Celem są dolary, zielona karta lub, jeszcze lepiej, amerykańskie obywatelstwo, żeby w razie czego móc przyjechać tu znów na zarobek - i ułożenie życia w Polsce. Kilkoro cel ten zrealizuje.

Dramaty tych, którzy wizę wylosowali i trzeba było przyjechać, no bo jakże: Ameryka! - i dramat tych, którym nie dane było to szczęście, a więc wciąż - po wielu, wielu latach pracy w tym kraju, płaconych przez lata podatkach, zaciągniętych kredytach, dolarach płaconych na (wątpliwe często) ubezpieczenia - nie mają legalnego statusu, żyjąc w granicach najbardziej wolnego państwa na świecie jak w więzieniu. Ci drudzy mają więcej motywacji, żeby - gdyby uzyskali prawo pobytu - pozostać tu na zawsze.

Amerykańska loteria wizowa! Amerykańska megalomania, zakładająca, że każdy człowiek na świecie śni o życiu w USA, przełożona na prawo do losowania dla każdego. Dla tych, którzy już tutaj są i dla tych, którzy są na przykład gdzieś na Podkarpaciu - ale udział w losowaniu biorą, bo wiedzą, że w Ameryce dolary leżą na ulicy. Himalaje głupoty, pomysł pijanego kongresmana w delirium, kpina z rozsądku lub, jak chcą niektórzy, największe w dziejach cwaniactwo: gotowa lista wszystkich nielegalnych imigrantów sporządzona ich własną ręką.

Głupota jest jednak dla mnie bardziej wiarygodna. Kraj, w którym żyją miliony nielegalnych mieszkańców, rozwiązuje swój problem w stylu Las Vegas - puszcza w ruch koło fortuny, które wskaże, kto ma w nim prawo do normalnego życia, kto nie. Nie jest ważne przystosowanie do tego życia, zabezpieczenie materialne, pieniądze przyjmowane wszak chętnie przez państwo również z nielegalnej kieszeni. W efekcie tej "zabawy" do grona tych, którzy osiągnęli tu po latach pewien poziom stabilizacji, pracują i chcą żyć w tym kraju, ale wciąż brak im do szczęścia zielonej karty, dołączają ci, którzy zieloną kartę wylosowali, ale ani im w głowie tu żyć. Zebrać trochę dolarów i do Polski. I tak większość z nich robi. Lub zrobić tak zamierza. A rząd, jakby reagując nerwowo na obłęd wywołanej przez siebie sytuacji, próbuje ratować się groźnym warczeniem w stronę nielegalnych: wynoście się, bo jak nie, przez dziesięć lat nie śnijcie nawet o szansie na green card!

Popłoch, jaki wybucha, owocuje między innymi fikcyjnymi małżeństwami z byle kim, byle "ze statusem", często za słone pieniądze. Szkoda przecież przepracowanych lat, prawa do emerytury. Polki płacą więc i idą do łóżka z przypadkowym facetem, bo przecież Immigration do łóżek też zagląda, czy aby ślub nie był oszustwem. Ameryka udaje, że rozwiązuje problem, którego nie rozwiązuje. Totalna obłuda. Bo - powiedzmy sobie okrutnie i szczerze - gdyby tak było rzeczywiście, to oficerowie u rzędu imigracyjnego zamiast zaglądać do czyichś łóżek, stanęliby na dwóch rogach Milwaukee Avenue i w ciągu kilku godzin zapełniliby nielegalnymi imigrantami wszystkie autobusy w mieście. Widać jednak Ameryce to się nie opłaca. Lepiej stwarzać pozory. Nielegalni są tańsi, a podatki płacą tak samo jak legalni, mając nadzieję, że kiedyś będą w tym kraju naprawdę wolni.

Całej tej chorej sytuacji nie dostrzegają organizacje polonijne, prężni działacze i kto tam jeszcze. Ważniejsze to dawać baczenie na Izrael, niebezpieczeństwa ze strony Unii Europejskiej, masonów, liberałów i cyklistów. Zbawiać świat i Polskę, która - jak np. z niektórych tutejszych wypowiedzi radiowych wynika - wciąż jest zniewolona i osamotniona wśród osaczających ją zewsząd wrogów. A kiedy kraj w niebezpieczeństwie, to wiadomo, że czasu na inne sprawy nie ma. I tak nienormalność staje się normą, ludzkie dramaty błahostką, zaś szaleństwo amerykańskiej polityki imigracyjnej czymś zwyczajnym. Ale za to może Polska będzie ocalona. Przez silne podobno Polish lobby w USA.

Popołudniowe spotkanie w interesach, które kończy się wieczorem. Dwóch dżentelmenów, którym towarzyszę w charakterze, nazwijmy to, przewodnika, wyraża życzenie kontynuowania rozmowy podczas późnego obiadu. Proponuję którąś z polskich restauracji na Jackowie; jesteśmy niedaleko. Jedzenie dobre, obsługa miła. Panowie są w nieskazitelnych strojach biznesowych i mówią po angielsku, czyli w języku na tym akurat skrawku amerykańskiej ziemi raczej obcym. Nasze wejście wywołuje dziwny popłoch wśród pracowników restauracji. Młodej, ładnej kelnerce, która podchodzi do stolika, trzęsą się ręce i kolana. Drżenie przybiera na sile, gdy panowie zaczynają dopytywać się o serwowane dania. Przybywają posiłki - dwie kolejne kelnerki i pan w czarnej kamizelce szefa sali. Kątem oka obserwuję wywołane naszym wejściem zamieszanie; część obsługi znika na zapleczu, pojawiają się nowe twarze.

- Niech się pani nie denerwuje, wszystko będzie dobrze - mówię uspokajająco, widząc drżące dłonie kelnerki, którymi ustawia zamówione dania. Zaczynam rozumieć: to nie tylko strój i obca mowa. Po prostu wzięto nas za przedstawicieli Urzędu Imigracyjnego. Bo kto normalny w dzień powszedni chodzi po "milłokach" w garniturze?!

Na ulicy można kupić wszystko. T-shirts za 2-3 dolary, kawę, kosmetyki, złoto, zegarki, kamerę wideo i co tam kto sobie wymarzy. Wszystko nowe, z metką, oryginalnie zapakowane. Dopiero co wyniesione ze sklepu. Chyba wszyscy złodzieje w mieście odkryli już dawno, że Jackowo to znakomity rynek zbytu. Wśród nich Polacy, czarni i biali Amerykanie, czasem pojedynczy Latynosi. Nie kryją się wcale. Rozkładają swój towar na ulicy, stoją na rogach lub krążą, zaczepiając przechodniów.

Wieczorem trafiam do "sklepu" naprzeciwko domu, w którym się zatrzymałem. "Sklep" znajduje się w mieszkaniu na drugim piętrze i różni się od normalnego sklepu między innymi tym, że przed wejściem zdejmuje się buty. Wewnątrz rodzina polskich Romów (nazywanych niegdyś Cyganami) nie zwraca specjalnej uwagi na grupę klientów, głównie pań, krążącą przez kuchnie i pokoje, przebierającą wśród rozwieszonych wszędzie ubrań. Pan domu wsuwa przy stole ogórki ze śmietaną. Kurtki, bluzki, koszule, żakiety, suknie. Wszystko nowe, bardzo dobrej jakości, ładne. Za 1/3 lub 1/4 oryginalnej ceny. W pobliżu jest jeszcze kilka takich "sklepów". Po dżinsy udać się należy kilka domów dalej. Specjalizacja. Cyganie przeklinają "tych cholernych złodziei Portorykanów", którzy kradną w sklepach różne pierdołki - zegarki, skórzane paski itd. - i tylko psują im biznes. Oni sami nie kradną. Oni wynoszą. Taką po prostu mają pracę - wynoszenie. Rodacy kupują, dopytują się o nową dostawę, składają zamówienia na specyficzny towar.

Kupowanie to w końcu nie grzech. Tysięczny tłum, wychodzący po niedzielnej mszy z kościoła św. Jacka, może oddać się tej przyjemności zaraz za rogiem. - Ile powiedziałeś za te koszulki? - zażywny jegomość w skórzanym kapelusiku zatrzymuje się w pół kroku przed ulicznym handlarzem, wyraźnie zaskoczony korzystną ofertą. - Trzy dolary? Dam ci piątkę za dwie. Nieco dalej wyskakuje z tylnych drzwi vana rozwichrzony Amerykanin: - The best choice coffee! Kawa, kawa!

Tanio żyje się na Jackowie, jeśli się pracuje. Są jednak tacy, którym się nie ułożyło, którzy "poszli w bumy", czyli ani pieniędzy, ani domu. Szczęśliwi, jeśli uda im zdobyć w jakiś sposób kilka dolarów "na pajncika" (pint) . Wódka na rozgrzanie ciała i na zapomnienie. Latem śpią gdzie popadnie - na ulicy, na dachach garaży. Gorzej z nastaniem chłodów. Zimy w Chicago są srogie. Próbują nie zamarznąć na śmierć, szukając schronienia na klatkach schodowych, w przedsionku kościoła lub ukryci między kościelnymi ławkami, jeśli kościół rano jest otwarty. Najczęściej zewsząd przeganiani. Śmierdzą. Nie każdy z nich ma w oczach pustkę i bezmyślność. W wielu spojrzeniach trwoga, bezradność, zawstydzenie.

To margines. Znakomita większość jest normalna. Polska przeciętna. Harująca od świtu do nocy, odziana, najedzona, bawiąca się w weekendy w "Podlasiu", "Kongresowej" czy w dyskotekowej "Jedynce", żyjąca w nieformalnych związkach, zwanych chicagowskimi małżeństwami lub z dochodzącymi "frendami". Natura ma swoje prawa. A ludzie tu w większości z ziemi, a zatem blisko z naturą związani. Przaśni. Porządni.

Sąsiadka, wracająca wieczorem z pracy "na domkach", zwraca uwagę meksykańskim wyrostkom z sąsiedztwa, żeby nie grali szaleńczo w piłkę na podjeździe do domu, gdzie ona i inni mieszkańcy parkują samochody. Zanim zdąży wejść na piętro, w drzwi mieszkania, usłyszy brzęk tłuczonego szkła. Straciła w aucie tylną szybę. Policji, która przyjechała sporządzić raport dla ubezpieczalni, ani w głowie ściganie sprawców. Zresztą szyba to drobiazg. Ważniejsze - pouczają poszkodowaną - żeby nigdy nikomu nie zwracać uwagi. Od tego są oni i dlatego "w sprawach spornych" należy dzwonić do nich. Zwracanie komukolwiek uwagi może mieć groźne następstwa. Można stracić nie tylko szybę.

W jackowskim sklepie Meksykanka z zaciętą miną kładzie przy kasie zakupione towary. Polska kasjerka ma twarz kamienną. Meksykańskie dziecko nie może ustać w miejscu, ciągnie mnie za rękaw. Zaczynam coś tam żartować, dzieciak się śmieje. Matka otwiera usta ze zdziwienia. Co jest? Przecież wiadomo, że Polacy i Meksykanie się nie lubią. Dlaczego? No... po prostu nie lubią się i już. Taki widać zwyczaj. Trzymają się oddzielnie, mieszkając obok siebie, mijając się pod domem, patrzą w odwrotnych kierunkach. Kiedy mówię im na ulicy Hi! patrzą z osłupieniem. Wietrzą podstęp.

Jackowscy Polacy nie lubią "meksyków", bo są obcy i zakłócają swoją obecnością czystość etniczną ich polskiej wsi. Meksykanie nie lubią Polaków, bo patrzą na nich z góry jak na intruzów. Jedni i drudzy nie mówią w znakomitej większości po angielsku, więc jak tu się porozumiewać. Nie odwracać spojrzenia? Skrzywić twarz w uśmiechu? Do kogo? Do "meksyka"?! To ponadludzki wysiłek. W końcu nawet stojącemu obok w kościele Polakowi rękę na znak pokoju podać jakoś trudno. To takie krępujące. Przecież on obcy człowiek. Wyciąga się więc dłoń, bo ksiądz dobrodziej kazali, ale patrzy się w przestrzeń ponad głowami. Chociaż Polak to w końcu dla chrześcijanina bliźni. Meksykanin niby też. Ale nie na pewno. Bliżej mu raczej do Murzyna.

Nie chcę bawić się w przepowiednie, ale prędzej czy później Ameryka zagarnie Jackowo. Nie tylko za sprawą emigrantów z Meksyku. Mieszkania wynajmują tu dziś także Rosjanie, Czesi, Węgrzy... Nie dostrzegało się ich tutaj na początku mijającej dekady. Więcej też niż kiedyś widać tu dziś czarnych Amerykanów. Nie handlarzy, złodziejaszków, amatorów łatwego łupu, ale ludzi przyjeżdżających tu w interesach czy na zakupy. Jednocześnie ambicją wielu tutejszych Polaków jest uciec z prowincjonalnego, zaściankowego "polaczkowa". Od modelu swojskiej prostoty. Młodsza generacja wyzbywa się jackowskiej ksenofobii. Nie kreśli znaku krzyża na widok Murzyna. Młodzież wraca ze szkół w międzynarodowym składzie i za nic ma sobie uprzedzenia rodziców. Stare Jackowo coraz bardziej staje się skansenem, folklorystyczną enklawą, odgrodzoną od Ameryki wątlejącym murem kompleksów, przesądów i strachów.

Pod restauracją "Czerwone Jabłuszko" stoi w sobotni wieczór hałaśliwa grupa wyrostków. Białych i Latynosów. - How are you today? - zaczepia mnie rozbawiona nastolatka. To symptom rozkładu tej dzielnicy. Na przekór patrzącym ze zgorszeniem przechodniów w szaroburych kabacikach, w dziwnych pumpiastych spodniach z powiewnego materiału w ciapki lub w olśniewająco kolorowych dresach, robi mi się cieplej na sercu. Normalniej.

Dziesiątki polonijnych audycji radiowych, telewizyjnych, tytułów prasowych. Organizacje polonijne z Kongresem Polonii Amerykańskiej i Związkiem Narodowym Polskim na czele. "Informator polonijny" na lata 1998-1999 liczy blisko 1200 stron... Setki tysięcy Polaków i wielka samotność tysięcy.

W autobusie nr 56, którym jadę rano po Milwaukee Avenue do Jefferson Park, widzę drzemiące, poprzytulane do szyb kobiety. Przyglądam się dłoniom jednej z dziewczyn. Są czerwone niczym piwonie. Szare, wymięte z ciągłego niedospania twarze. Po twarzach poznać można, która z nich sprząta domki od lat, która dopiero zaczyna zbierać magiczne dolary, za które wybuduje w Polsce dom z cegły, lepszy od amerykańskich, będzie jeździła BMW jak Rodowiczka i żyć będzie z bankowych procentów.

Na stacji benzynowej Shella na rogu Belmont i Milwaukee codziennie od świtu ta sama trwa giełda. Trafi się robota, czy nie. Kilkudziesięciu mężczyzn pali papierosy, popija kawę ze styropianowego kubka i czeka na swoje przeznaczenie - na kontraktorów, którzy podjeżdżają tu vanami, dzwoniąc powiązanymi na dachu drabinami. Wezmą do roboty, będzie dniówka. Co najmniej pół stówki przez dzień się zarobi.

Dla nich organizacje polonijne odległe są niczym planeta Wenus. Do radia można sobie czasem zadzwonić i pogadać na antenie. To daje poczucie wspólnoty, chwilowe wyrwanie się z anonimowości tłumu. Moment zapomnienia o sprawach codziennych. Że paczkę rodzinie w Polsce trzeba na święta podesłać przez "Polamer"; teraz będzie taniej, bo jeszcze zdąży dojść drogą morską, a potem to już trzeba będzie lotniczą... Tylko że z pieniędzmi nie najlepiej, bo akurat domek się straciło. Dobry był, człowiek się nie narobił. Chłopy na kontraktorce też mają przez zimę nieciekawie. Najlepiej to jak kto ma robotę w szapie.

Ale nic to. Kupi się w sobotę "ucho", zrobi podkład w domu, a potem pójdzie się gdzieś zabawić. Jak co tydzień będzie się można znów ubrać jak człowiek, zrobić na bóstwo. I suną "Marszałkowską" w sobotni wieczór pary piękne jak zjawy nieziemskie: ona w sukni błyszczącej po ziemię albo w kusej czarnej spódniczce i czarnych rajstopach, w żakieciku czerwonym albo zielonym, w szpilkach obowiązkowo - on pod krawatem albo na luzaka zrobiony, w koszuli samej lub, jeśli do dyskoteki w "Jedynce", w spodniach pumpiastych i kamizelce skórzanej. Ameryka!

W chicagowskim "Dzienniku Związkowym" Robert Lewandowski cytuje fragment listu czytelnika: "... a gdyby tak podjąć akcję amnestii dla nielegalnych rezydentów (pracujących i płacących podatki nawet na fałszywych dokumentach Social Security) dla upamiętnienia roku 2000. Marzenia? Może, ale dlaczego nie spróbować. Kongres Polonii Amerykańskiej, Związek Narodowy Polski, Zjednoczenie Rzymsko-Katolickie, Związek Polek itp. zaprzęgnąć do akcji".

Mało kto na Jackowie w to wierzy.

 

 

Andrzej Jar, ur. w r. 1953 w Gdańsku. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 80. kierownik Sceny Małych Form Teatralnych w Centrum Edukacji Teatralnej w Gdańsku. W tym samym czasie publikacje prasowe krótkich form literackich i artykułów nt. kulturalne. Debiut dramaturgiczny w r. 1988 - sztuka "Półwysep" w reż. Floriana Staniewskiego, opieka artystyczna Marka Okopińskiego, aktorzy Teatru Wybrzeże. W roku 1989 wyjazd do Chicago. Od 1991 na stałe w Vancouver w Kanadzie. Publikacje w miejscowej prasie polonijnej. W przygotowaniu książka o najnowszej emigracji polskiej w Ameryce.






adres: Jackowo, USA, polaczkowo