Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stefan Zgliczyński

Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali

2013

 

(...)

 

Zdecydowana większość osób, którym przytoczyłem tytuł niniejszej książki, zareagowała niesłychanie gwałtownie - poczuła się obrażona. Bo pomagać Niemcom w mordowaniu Żydów mogli Ukraińcy, Łotysze, Litwini czy inni kolaboranci. Ale Polacy? To wykracza tak daleko poza horyzont naszej percepcji, że niemal powszechnie spotyka się z oburzeniem i potępieniem.

Bal To przekonanie o niewinności Polaków jest nawet zapisane w ustawie sejmowej z 18 października 2006 r., której jeden z artykułów głosi: "Kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3".

Swoją drogą to genialny pomysł, aby o historycznej winie jakiegoś narodu decydowała ustawa sejmowa, grożąca inaczej myślącym więzieniem. Przykład Turcji, w której mówienie o ludobójstwie Ormian jest również karane odsiadką, nasuwa się sam. Skandaliczna ustawa odzwierciedla jednak stan umysłów i ducha dużej części naszego społeczeństwa, nieprzyjmującego do wiadomości faktu, że Polacy mogliby mieć cokolwiek wspólnego ze zbrodniami hitlerowskimi (z udziałem w zbrodniach komunistycznych uporano się w prosty sposób - zbrodniarzami stalinowskimi byli przecież Żydzi, a nie Polacy).

To zaprzeczenie i wyparcie nie ma racjonalnego podłoża, nie opiera się też na żadnych wiarygodnych przesłankach historycznych. Choć prawicowe media i wydawnictwa dwoją się i troją, aby zakłamać bądź pomniejszyć i usprawiedliwić udział Polaków w mordowaniu Żydów, to zarówno w Polsce, jak i na świecie ukazało się dostatecznie dużo bogato udokumentowanych prac historycznych, aby podobne pseudonaukowe ekwilibrystyki wsadzić do jednego worka z twierdzeniami Davida Irvinga, że Hitler nie miał nic wspólnego z Holocaustem.

Nie jestem zawodowym historykiem i nie jest moją ambicją napisanie dzieła źródłowego dotyczącego tego okresu historii Polski, tym bardziej że istnieje w Polsce grupa badaczy związana z Centrum Badań nad Zagładą Żydów, która od lat zajmuje się tym tematem, a owoce ich pracy, na czele z rocznikiem "Zagłada Żydów. Studia i Materiały", są najwyższej próby.

Zależy mi natomiast na tym, aby upowszechnić wiedzę dostępną historykom, która wciąż w zbyt małym stopniu stała się wiedzą powszechną, odkrywaną nie przy okazji wydania kolejnej "sensacyjnej" książki Grossa, ale obecną chociażby w podręcznikach szkolnych.

Po co? Głównie po to, aby odebrać śmiercionośną broń ideologiczną polskim nacjonalistom, którzy w parlamencie, mediach głównego nurtu i kościołach cynicznie, wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi, lansując mit czystości i niewinności Polski i Polaków, usiłują zmienić Polskę w szowinistyczny skansen (a może po prostu nadal utrzymywać ją w tym stanie?), wrogi naszym sąsiadom, niechętny jakimkolwiek zmianom kulturowym i obyczajowym, z zamieszkującym go narodem Polaków katolików, którzy wszędzie wietrzą antypolskie spiski i intrygi.

Kiedy w 1990 r. pożegnaliśmy cenzurę, wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie, aby raz na zawsze wywabić z najnowszej historii Polski białe plamy. Dzisiaj, po dwudziestu kilku latach wolności, kiedy słucham debat historycznych luminarzy polskiej polityki, publicystyki i nauki, mam nieodparte wrażenie, że część z owych białych plam zaczerniono dla odmiany atramentem kłamstwa i hipokryzji.

Instytucje państwowe powołane do kształtowania polityki historycznej państwa, takie jak Instytut Pamięci Narodowej i Muzeum Powstania Warszawskiego, czy też autorzy i grona recenzenckie dopuszczające podręczniki historii do szkół mniej więcej w takim samym stopniu wyjaśniają i przybliżają historię, jak ją zniekształcają, karykaturyzują i zakłamują. Stąd biorą się np. tkwiące głęboko i wciąż na nowo podsycane mity o wyjątkowej roli Polski i Polaków w II wojnie światowej, bohaterstwie tzw żołnierzy wyklętych, znaczeniu powstania warszawskiego, pomocy Polaków dla ukrywających się Żydów czy walce narodu z "komuną" i obaleniu jej przez Jana Pawła II. Stąd też biorą się humorystyczne reakcje uczestników wycieczek szkolnych, którzy po zwiedzeniu Muzeum Powstania Warszawskiego zadawali nauczycielom pytanie: "No to kto w końcu wygrał to powstanie?".

Stąd wynika również poparcie wszystkich klubów parlamentarnych dla ustanowienia dnia upamiętniającego "żołnierzy wyklętych" czy przyjęta przed laty przez aklamację uchwała oddającą hołd Romanowi Dmowskiemu.

Dziewiątego listopada 2012 r. polski Sejm przyjął - z inicjatywy posłów Prawa i Sprawiedliwości (ale popartą przez część posłów Platformy Obywatelskiej) - kolejną skandaliczną uchwałę oddającą hołd Narodowym Siłom Zbrojnym, stwierdzając, że "dobrze zasłużyły się Ojczyźnie".

Mogłoby się zdawać, że naturalny okres prawicowego przesilenia w polskiej historiografii - wynikający z długiego okresu cenzury i historii pisanej przez PZPR-owskich aparatczyków - w którym np. gloryfikowano skrajnie prawicowe podziemie mordujące po wojnie Żydów i chłopów ukraińskich, winien już w latach 90. ustąpić pola rzeczowej debacie historycznej opartej na faktach, a nie na ideologicznej nienawiści. Nic takiego, niestety, nie miało miejsca. Przeciwnie, jesteśmy świadkami wkraczania do instytucji państwowych i na rynek wydawniczy coraz to nowych zastępów młodych historyków, niepamiętających czasów PRL, w których przypadku ten fakt zamiast pomagać w rzeczowych i obiektywnych badaniach nad najnowszą historią, wzmacnia ideologiczną zapiekłość w obronie tzw. dobrego imienia narodu polskiego.

Kiedy analizuję tę sytuację na chłodno, jestem zdecydowanym pesymistą, jeśli chodzi o wiarę, że Polacy mogliby przeżyć podobny katharsis jak młodzi Niemcy w latach 60., kiedy po raz pierwszy, na poważnie, rozpoczęto debatę o Holocauście i niemieckich zbrodniach okresu II wojny światowej, czy później, kiedy dotarło do niemieckiego społeczeństwa, że Wehrmacht i policja popełniały te same zbrodnie co SS. Nie porównuję oczywiście zbrodni niemieckich i polskich, byłoby to po dwakroć absurdalne - po pierwsze, nieporównywalna jest skala i okoliczności, a po drugie, Polacy, podobnie jak Żydzi, byli ofiarami zbrodniczej ideologii narodowego socjalizmu.

Chciałbym jednak żyć w kraju, w którym mówienie pewnych rzeczy przez polityka, profesora uniwersytetu czy dziennikarza byłoby po prostu kompromitujące, gdyż opinia publiczna, znająca własne dzieje, uznałaby je nie tylko za nieprawdziwe, ale za wygłaszane ze złą wolą w ściśle określonym politycznym celu. Jednak reakcja znacznej części społeczeństwa polskiego, która - cynicznie szczuta i okłamywana przez zbijających na niej kapitał polityczny i finansowy prawicowych politykierów i publicystów - nie potrafi i nie chce uświadomić sobie niewygodnych dlań elementów własnej historii, moje pragnienie oddala w bliżej nieokreśloną przyszłość.

 

...Dopiero podczas powstania w getcie warszawskim Żydzi "zasłużyli" na zauważenie, szacunek i potraktowanie niemal jak współobywateli przez organa Państwa Podziemnego. W "Biuletynie Informacyjnym" (nr 172 z 29 kwietnia 1943 r.) ukazał się artykuł Ostatni akt wielkiej tragedii, w którym pisano m.in.:

 

Dotychczasowa bierna śmierć mas żydowskich nie stwarzała nowych wartości - była bezużyteczna; śmierć z bronią wnieść może nowe wartości w życie narodu żydowskiego, nadające męce Żydów w Polsce blask orężnej walki o prawo do życia. Tak pojęło obronę ghetta społeczeństwo Warszawy, z uznaniem wsłuchując się w trzask salw obrońców i z niepokojem śledząc łuny i dymy coraz rozleglej szych pożarów. Walczący obywatele Państwa Polskiego zza murów ghetta stali się bardziej zrozumiali społeczeństwu stolicy niż bierne ofiary, bez oporu dające się wlec na śmierć.

 

Nazwanie Żydów przez Polaków "walczącymi obywatelami Państwa Polskiego" to doprawdy coś wyjątkowego. I jak każdy ewenement trwało to tylko chwilę.

Icchak (Antek) Cukierman, jeden z przywódców Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB), którzy usiłowali poza murami getta pomóc walczącym towarzyszom, tak wspomina reakcję Armii Krajowej (AK) na żydowskie powstanie:

 

Faktem również jest, że "Grot" nie chciał się ze mną spotkać, ani osobiście, ani za pośrednictwem swojego wysłannika. [...] Wiem, z całą pewnością, że mieli plan warszawskiej sieci kanalizacyjnej. [...] zwróciłem się do ludzi z AK z prośbą o pomoc w wyprowadzeniu z getta resztek bojowników, ale oni chcieli skończyć nie tylko z powstaniem, lecz również z powstańcami. Jako bojownicy - z punktu widzenia AK - byliśmy zbędni wszędzie na polskiej ziemi. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie było wśród nich ludzi, dla których ważny był aspekt humanitarny. Ale ich organizacja nie była na to nastawiona. AK nie była organizacją pomocy, była to organizacja wojskowa. I jako taka nie potrzebowała nas ani w walczącym getcie, ani w aryjskiej części Warszawy. Byliśmy im niepotrzebni także w partyzantce - jako Żydzi, wszędzie byliśmy zbędni. Co prawda proponowali nam, żebyśmy poszli do partyzantki, ale potem zabijali nas - sami partyzanci *[Icchak Cukierman, Nadmiar pamięci, Warszawa 2000, s. 260-261, cyt. za: Elżbieta Janicka, Festung Warschau, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s. 223.].

 

Jako wytłumaczenie bierności AK wobec powstania w getcie Cukierman przytacza opinię majora AK, Janiszewskiego: "Oni [dowództwo AK - przyp. S. Z.] wiedzą, co dzieje się w getcie; wiedzą również, że jest to powstanie komunistyczne, a również, że ŻOB został założony przez komunistów i ma służyć celom Moskwy".

 

Wpływające do AK w przeddzień powstania meldunki o skupywaniu przez Żydów broni były alarmujące i na ogół opiniowane negatywnie. Kierownik referatu policyjnego kontrwywiadu Wydziału II Komendy Okręgu Warszawskiego AK meldował 11 lutego 1943 r.:

 

Moim zdaniem akcja ta przynieść może wycofanie pewnej ilości dobrej broni zza murów getta, a tym samym pośrednie przekazanie jej Niemcom. Nie można liczyć na taki opór Żydów, dla którego warto by było dawać im broń. Straty Niemców nie wyrównają wartości broni, a opór Żydów nie zasłuży nawet na zaszczytną wzmiankę o "honorze polskich Żydów".

 

Hauptsturmfuhrer SS, Franz Konrad, sądzony w 1951 r. wraz z Jurgenem Stroopem na procesie katów getta warszawskiego, na pytanie o polską pomoc dla Żydów w getcie odpowiedział, że - owszem - byli Polacy, "ale nie przychodzili, żeby pomagać, lecz żeby robić interesy z Żydami". I dodał, że Polacy pilnowali wyjść z kanałów i kazali żydowskim uciekinierom płacić za przejście. Z punktu widzenia samego Stroopa "akcje solidarnościowe" polskiego podziemia mające nieść pomoc bojownikom w getcie, tak skrupulatnie wyliczane przez polskich historyków, nie miały żadnego znaczenia. W jego raportach nie pada w ogóle nazwa AK; pada natomiast PPR.

AK jeszcze przed powstaniem odrzuciło jakąkolwiek możliwość włączenia oddziałów ŻOB w swój skład na terenie Obszaru Warszawskiego AK, a potem zaproponowało niedobitkom z getta przejście na Wołyń. Podobnie potraktowano bojowców z Żydowskiego Związku Wojskowego. Wiązało się to z powszechnym przekonaniem, że ukrywający się Żydzi odpowiadają za wzrost pospolitej przestępczości. Jak wspominał jeden z członków ŻZW, któremu udało się wydostać z getta po powstaniu:

 

Po wyczerpaniu wszelkich możliwych sposobów dla skontaktowania z naszymi dowódcami zostaliśmy na łasce naszych przedwojennych znajomych i oni przynieśli nam nareszcie odpowiedź z Armii Krajowej. Nie można wysłać Żydów w lasy, bo źle się tam sprawują, rabując i gwałcąc po wsiach Polki, i zresztą Żydzi to komuniści. To był szczyt wszystkiego. Byliśmy nieprzytomni, ale dalej pertraktowaliśmy - prosiliśmy o ukrycie nas i wyżywienie w aryjskiej dzielnicy. Odpowiedzieli: nie mogą narażać polskich rodzin. Zadali nam pytanie: chcemy się mścić czy przeżyć. Jeżeli przeżyć, to tylko o naszych własnych siłach, a jeśli mścić się, to dadzą nam pomoc. Jaką? Mamy być użyci jako żywe torpedy do wykonywania poważnych zamachów. Po tej odpowiedzi mieliśmy dość AK i Polaków.

 

Piątego sierpnia 1943 r., czyli już po powstaniu i zrównaniu z ziemią getta, dowódca AK, generał Tadeusz Komorowski, tak tłumaczył w depeszy do Londynu ograniczoną pomoc polskiego podziemia dla żydowskich bojowników:

 

[...] 2. Zbyt daleko idąca pomoc z naszej strony dla Żydów nie może mieć miejsca z następujących powodów:

a) Kraj traktuje Żydów jako element obcy i w wielu wypadkach Polsce wrogi, czego dali dowody zachowaniem swym podczas okupacji Sowiet., a często i tutaj.

b) Żydzi uzbrojeni w dużej ilości występują w bandach rabunkowych i komunistycznych, które są plagą Kraju. Żydzi w tych bandach wyróżniają się spec. okrucieństwem w stosunku do ludności polskiej.

c) Opinia społeczeństwa i szeregów konspiracji oceniałaby nieprzychylnie większe świadczenia na rzecz Żydów, traktując je jako uszczerbek dla własnego stanu posiadania idący przeciw bezpośrednim interesom Polski.

3. Żydzi wszelkimi sposobami starają się rozreklamować w świecie wielkość swego oporu zbrojnego przeciw Niemcom, który w rzeczywistości wystąpił jedynie w getto warszaw. Ze strony paru tysięcy ludzi bohatersko walczących o życie przy zupełnej bierności całej pozostałej masy Zydostwa.

 

I znów należy przypomnieć krytyczny stosunek działaczy lewicy wobec obojętnego bądź protekcjonalnego wobec Żydów tonu nadawanego przez AK, nie mówiąc już o do końca antysemickich enuncjacjach polskiej prawicy. Oto jak skomentował ów, można by rzec, emancypacyjny (i bardzo głośny) artykuł Biura Informacji i Propagandy (BiP) z 29 kwietnia 1943 r. Wacław Zagórski, działacz PPS-WRN i żołnierz AK:

 

Dlaczego Żydzi walczą sami? Dlaczego my nie walczymy z nimi, ramię przy ramieniu? Przecież ich walka, to nasza walka, ich sprawa jest także naszą sprawą. Więcej - jest sprawą całego świata. Jakże suchy wydaje mi się artykuł w "Biuletynie Informacyjnym" z 29 kwietnia pt. Ostatni akt wielkiej tragedii. Już ten tytuł mnie razi. W tej zdumiewającej wobec stosunku sił walce chciałbym widzieć nie ostatni akt tragedii, lecz pierwszy akt wielkiego przebudzenia i zrywu. Czytam: [tu następuje przytoczenie artykułu, który zacytowaliśmy wyżej - S. Z.]. Dla mnie byli oni zawsze nie mniej bliscy i zrozumiali, niż Polacy, którzy przecież także bez oporu dają się na ulicach zgarniać do bud i wywozić do obozów zagłady Nie lubię wielkich słów i superlatywów, ale wobec patosu walki żydowskiej młodzieży razi mnie bladość słów, użytych w artykule. Z "uznaniem"? Chyba z podziwem! Z "niepokojem"? Chyba z rozpaczą!

 

Prasa lewicowa przyznaje rację Komorowskiemu, oczywiście nie w jego usprawiedliwianiu polskiego antysemityzmu, ale w opisie stosunku Polaków do Żydów. Podczas powstania w getcie warszawskim w "Walce Ludu" 1 maja 1943 r. pisano o nim tak:

 

Reakcja ludności polskiej na rozgrywające się wypadki nie jest jednolita. Drobnomieszczaństwo i lumpenproletariat, zatrute propagandą oenerowsko-hitierowską, odnoszą się obojętnie, a nawet z kpinami do tragedii żydowskiej.

 

Łącznik Cukiermana, bojowiec ŻOB i późniejszy członek tzw. Brygady Mścicieli, która zaraz po wojnie chciała wytruć tysiące esesmanów osadzonych w obozach jenieckich, Symcha Rotem "Kazik", opisuje obojętność "aryjskich" warszawiaków na tragedię getta:

 

Ludzie przechodzili koło murów [getta], śpiesząc się do swoich spraw. Nikt nie poświęcał uwagi temu, co działo się po drugiej stronie muru. Musiałem udawać obojętność; każdym przelotnym spojrzeniem mogłem zdradzić, kim jestem. Najmniejszy gest czy wyraz współczucia był czymś nie do pomyślenia, mógł wzbudzić podejrzenie. [...] Ani razu nie słyszałem, żeby ktoś z przechodniów wypowiedział choć słowo współczucia. Jakby nic się nie stało w tym mieście. Część ludzi wyrażała nawet pewne zadowolenie, że Warszawa została oczyszczona z Żydów.

 

Alina Margolis-Edelman, ukrywająca się po "aryjskiej" stronie, wspomina mur getta otoczony w czasie powstania przez granatową policję i tłumy warszawskich gapiów, wyłapujących uciekających z płonącego getta Żydów.

I komentarze.

 

Przechodnie i gapie stawali grupkami, podnosili głowy do góry, pokazywali ich sobie palcami [Żydów biegających po dachach płonących domów]. Tego, co o nich mówili, nie powtórzę, nie chcę powtórzyć.

 

Emanuel Ringelblum nie miał takich obiekcji.

 

Pluskwy się palą

 

- tak według niego niektórzy Polacy komentowali tragedię getta. I kontynuuje:

 

W rozmowach między Polakami na temat wypadków w getcie panowała na ogół nuta antysemicka, zadowolenie, że Warszawa stała się nareszcie "Judenfrei", że najśmielsze marzenia antysemitów polskich o Warszawie bez Żydów spełniły się. Jedni głośno, drudzy dyskretnie wyrażali swoje zadowolenie, że Niemcy wykonali brudną robotę wymordowania Żydów. Wyrażano współczucie w tym sensie, że "wprawdzie zamordowani są Żydami, ale przecież są ludźmi". Żałowano więcej spalonych domów aniżeli żywych pochodni ludzkich. Radość z powodu "oczyszczenia" Warszawy od Żydów psuła tylko obawa jutra, obawa, że po likwidacji Żydów Niemcy wezmą się do Polaków. O wywieszeniu polskich sztandarów przez żydowskich bojowników antysemici mówili, jak następuje: "Chcą się przypodobać Polakom".

 

Podobnie wspominała reakcje Polaków ukrywająca się na "aryjskich papierach" Halina Zawadzka:

 

Większość mojego otoczenia nie uważała walczących Żydów za bohaterów. Ci sami sąsiedzi, teraz pełni patriotycznych uczuć [w czasie powstania warszawskiego - S.Z.], wówczas z szyderstwem powtarzali: "Żydki się biją, Rywki, Mońki idą strzelać do Niemców". Zastanawiając się nad tymi dwoma warszawskimi powstaniami, ze smutkiem myślałam o Żydach, którzy ginęli wówczas samotnie, zmagając się z niemiecką potęgą bez nadziei na zwycięstwo. Ich bohaterska walka nie spowodowała braterskiej wspólnoty z polskim narodem, mimo że walczący wywiesili biało-czerwona chorągiew. Zmagania żydowskich powstańców nie wzbudziły uznania i szacunku.

 

Obraz warszawiaków, z podziwem kibicujących tłumiącym powstanie w getcie Niemcom, utrwalił na gorąco w swoich Dziennikach Adolf Rudnicki:

 

Kanonierzy na Krasińskich i Bonifratrach ładowali i odpalali wśród życzliwości tłumu. Dzieci głaskały wrogów po rękawach. Wzrok kobiet towarzyszył brawurowym podjazdom SS-ów pod mury. Patrzyło się na to i nie chciało wierzyć. Nazbyt bolało.

 

Ojciec Samuela Willenberga - ukrywający się w Warszawie i ze względu na swój żydowski akcent udający niemowę - tak relacjonował mu reakcje warszawiaków w obliczu płonącego getta:

 

Stojąc wśród tłumu gapiących się Polaków, słyszałem różne uwagi. Większość żałowała, patrząc na płonące getto i na wyskakujących z wysokich pięter płonących domów dorosłych i dzieci. Żałowali jednak domów i ich zawartości, a nie ludzi.

 

Feliks Tych, który jako nastolatek ukrywał się po "aryjskiej stronie" Warszawy, również pamięta, jak mali warszawiacy pomagali niemieckim kanonierom wyszukiwać cele za murami getta. Wspomina też o tym, co zadecydowało o wyjeździe jego siostry z Polski po wojnie. Nie to, że wraz z małym dzieckiem wciąż musiała zmieniać miejsca zamieszkania, gdyż ścigali ją polscy szantażyści, lecz słowa sąsiadki z ulicy Kleczewskiej na stołecznych Bielanach, która w odpowiedzi na wyrażenie żalu nad płonącym podczas powstania warszawskiego miastem, rzekła:

 

Wiesz co, oczywiście, że mi szkoda miasta, ale jak myślę, że w tych pożarach zginą Żydzi, co się jak pluskwy w nim ukrywają, to gotowa jestem pogodzić się ze zniszczeniem Warszawy.

* * *

W głośnym filmie Claude'a Lanzmanna "Shoah" z 1985 r. legendarny polski kurier Państwa Podziemnego, Jan Karski, przytacza charakterystyczne słowa swoich żydowskich rozmówców z pacyfikowanego getta warszawskiego:

 

Wiemy, że są Polacy, którzy ich szantażują, zabijają ich, denuncjują na gestapo. Jesteśmy polskimi obywatelami - czy pan to rozumie - polskimi obywatelami! Istnieje podziemie, sam pan mówił, że istnieje państwo podziemne, że jest rząd, musi pan temu przeciwdziałać. Naczelny wódz i premier gen. Sikorski musi wydać rozkazy podziemiu w Polsce, żeby w takich przypadkach zastosowano sankcje karne, w tym egzekucje, tajne egzekucje - zabić ich! A potem opublikować nazwiska zabitych w prasie konspiracyjnej, z zaznaczeniem, jaki był charakter ich zbrodni. Inni nauczą się, że jest to bardzo niebezpieczny interes. Takie rozkazy muszą zostać wydane.

 

Takie rozkazy nigdy nie zostały wydane.

 

Gdyby w "Biuletynie Informacyjnym" ukazał się choć jeden komunikat następującej treści: "Wyrokiem Sądu Specjalnego został skazany na śmierć funkcjonariusz policji granatowej x czy też y za zatrzymanie i przekazanie Niemcom Żyda. Wyrok wykonano przez zastrzelenie w dniu tym a tym, w miejscowości tej a tej", jestem święcie przekonany, że automatycznie rozmaici policjanci polscy oraz tropiciele prywatni zaprzestaliby tego haniebnego, choć mocno lukratywnego procederu. Niestety, ani podobne komunikaty nie ukazały się, ani też Siły Zbrojne nie przystąpiły do werbunku zdolnych i zdrowych Żydów celem zasilenia oddziałów partyzanckich

 

- ubolewał gorzko Calek Perechodnik, autor jednego z najbardziej przejmujących świadectw Zagłady, policjant getta otwockiego, który chcąc ratować swoją ukochaną żonę i córeczkę, przyczynił się do ich wywózki i śmierci.

 

...Dyrektywa szefa sztabu i zastępcy komendanta Obszaru Warszawskiego AK, Zygmunta Dobrowolskiego "Mostowicza", jednoznacznie zabraniała żołnierzom AK pomagania Żydom:

 

Zachodzą wypadki, że członkowie nasi ukrywają żydów. Nie wchodząc w pobudki, jakimi się powodują - zaznaczam jednak, że absolutnie jest niedopuszczalne, by pracując w naszej sprawie, zajmować się innymi rzeczami, które mogą ściągnąć rewizje, aresztowanie, a tym samym wsypać naszego człowieka, każda zaś wsypa może rozszerzyć się i pociągnąć innych członków.

 

Podobne rozkazy były przestrzegane. Jak wspomina Halina Zawadzka, starachowickie AK zerwało kontakty organizacyjne z ludźmi, u których mieszkała, dowiedziawszy się o jej żydowskim pochodzeniu. I nie chodziło bynajmniej o zagrożenie wsypą. Zawadzka wspomina reakcję jednego z AK-owców - wcześniej bardzo przyjaznego - gdy dowiedział się o jej pochodzeniu:

 

- Żydów - zaczął mówić wolno i wyraźnie - zabijamy bez żadnych skrupułów, ponieważ tego wymaga dobro ojczyzny. W ten sam sposób skończylibyśmy z tobą, ale ze względu na Dziunię nie chcemy tego robić.

 

Dyrektywy Narodowych Sił Zbrojnych były jeszcze wyraźniejsze. Zgodnie z rozkazem pułkownika Czesława Oziewicza:

 

Partyzantka może i musi działać czynnie przez oczyszczenie terenu od band wywrotowych i przestępczych z wrogich nam formacji mniejszościowych.

 

Raport emisariusza NSZ, Tadeusza Solskiego, wysłany do władz polskich w Londynie pod koniec 1943 r., nie pozostawiał wątpliwości, jaki los czeka ukrywających się Żydów:

 

Pewne ilości Żydów ukrywają się wśród społeczeństwa polskiego, przybrawszy nazwiska i w miarę możności zewnętrzne cechy otoczenia. Nie wydaje mi się, by ich było wielu: najwięcej jest w Warszawie, chociaż spotykałem Żydów i w innych miastach. Dla oka polskiego zawsze łatwi do odróżnienia. Niemcy, mający wśród siebie bardzo dużo czystych rasowo, a jak dwie krople wody podobnych do Żydów, nie orientują się. Najbardziej przedsiębiorczy element - młody, poszedł do lasu, na rozbój ludności polskiej. W lesie urządzili się często nie najgorzej. Wykopywali sobie pod ziemią schrony, zabezpieczali deskami i w tych kryjówkach zapełnionych betami i łupem zrabowanych środków żywnościowych i rzeczy wartościowych - trwali. Przez cały rok ubiegły bandy żydowskie - między innymi, albo mieszane z jeńcami bolszewickimi, zbiegłymi z obozów - napadały na spokojne wsie, terroryzowały ludność bronią, popełniały gwałty. Teraz wprawdzie jest ich coraz mniej, bo ludność polska broni się. O ile dawniej, w początkach prześladowania Żydów, Polacy pomagali im w rozmaity sposób, niejednokrotnie narażając się Niemcom - ustawy za pomoc Żydom przewidują karę śmierci i spalenie domu, będącego własnością winnego - o tyle teraz, gdy się pojawi Żyd (mówię o wsi, bo tam trwają żydowski rozboje), idzie do ziemi jako bandyta.

 

Efekt był taki, że błąkający się po lesie Żyd ze spotkania z oddziałem NSZ nie miał szans wyjść żywy, z oddziałem AK - jeśli miał szczęście; bowiem nastroje antysemickie wśród szeregowych żołnierzy AK były porównywalne z tymi panującymi w NSZ *[Na terenach polskich wcielonych do Rzeszy NSZ biła się z Niemcami. Na pozostałych jednak ziemiach okupowanej Polski już na początku 1941 r. dowództwo Związku Jaszczurczego (poprzednika NSZ) rozkazało likwidację komunistów, anarchistów i "działaczy wrogich mniejszości narodowych" (m.in. Żydów). W 1943 r. NSZ jako swoje główne zadanie uznało "oczyszczenie terenu od band wywrotowych", tj. lewicowej partyzantki i ukrywających się Żydów W stosunku do Niemców nakazywano natomiast ograniczać się do samoobrony i to tylko "w razie rażącej niesłuszności działań okupanta", gdyż należało "powstrzymać się od szerszej akcji przeciw Niemcom, która by ułatwiała zadanie Czerwonej Armii" (zob. prace prof. Ryszarda Nazarewicza, cyt. m.in. w: Zbigniew Marcin Kowalewski, Dekomunizacja za okupacji, "Trybuna Robotnicza", 12.10.2006).]. Jak pisze jeden z historyków:

 

[...] oprócz wyjątkowej sytuacji na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, gdzie zagrożenie ze strony Ukraińskiej Powstańczej Armii doprowadziło do wspólnej walki partyzantów polskich i żydowskich, nieznany jest przypadek włączenia grupy żydowskiej do oddziału AK. Zdarzało się natomiast, że nawet siłą chciano podporządkować AK oddziały typowo bandyckie, grabiące miejscową ludność [...]

 

Jak "strzelano do Żydów" w AK-owskiej partyzantce, i to w zgrupowaniu legendarnego "Ponurego", relacjonuje Halina Zawadzka, która, ukrywając swoją żydowską tożsamość, w AK-owskim oddziale spędziła kilka miesięcy:

 

Podczas ogólnej rozmowy przy stole dowiedziałam się, że niedawno czujka partyzancka zatrzymała przekradającego się między drzewami Żyda. Dowódca oddziału wydał wyrok rozstrzelania go. Na moje odważne pytanie "dlaczego", powiedziano mi, że tak było bezpieczniej dla wszystkich. Pomyślałam z ironią, że mieli do pewnego stopnia rację, bo zabitemu Żydowi nie groziło już teraz żadne niebezpieczeństwo.

 

Marek Edelman, który w powstaniu warszawskim ze względu na te nastroje walczył w Armii Ludowej (AL), wspominał, jak został zatrzymany jako powstaniec, z ważną powstańczą przepustką, przez patrol powstańczy AK. O mało go wówczas nie rozstrzelano:

 

"A to co, Żyd? Dawaj pod ścianę, bo to musi być szpieg". Było ich czterech na mnie jednego. "Ręce do góry, podpaliłeś Leszno, ty Żydzie wstrętny".

 

Jego towarzyszka broni, Cywia Lubetkin, opisuje zimne i wrogie nastroje, z jakimi spotkała się ze strony AK grupka ocalałych bojowców z powstania w getcie, którzy po rocznym ukrywaniu się zgłosili akces do powstania warszawskiego 2 sierpnia 1944 roku. I ciepłe, serdeczne przywitanie w sztabie AL. Lubetkin nie ma skrupułów w "kalaniu" dobrego imienia AK-owców, nie ma również ambicji spisywania "czarnych kart" powstania warszawskiego - może dlatego, że nie było to dla niej niczym nadzwyczajnym. Pisze wprost:

 

Wielu Żydów zginęło w dniach powstania na barykadach Warszawy od bomb wroga i z rąk antysemitów - zwykłych obywateli i powstańców, głównie w centralnych dzielnicach miasta, które przez dwa miesiące niemal w całości pozostawały we władaniu AK.

 

Jeden z robinsonów warszawskich - Chaim Icel Goldstein - wspomina powstańców AK-owskich strzelających do Żydów "jak do ptaków czy królików":

 

Pewnego razu, stojąc z naszym porucznikiem i z kilkoma innymi powstańcami w bramie podwórza, nagle usłyszeliśmy za nami wystrzał. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy człowieka padającego na ziemię, a obok drugiego, który spokojnie zakłada sobie automat na plecy, nawet nie patrząc na leżącego. Widocznie był pewien celności swojego strzału. Ten z karabinem zaczął iść w naszym kierunku spokojnie, jakby zastrzelił ptaka czy królika, a kiedy nas mijał, zasalutował porucznikowi i z uśmiechem, jakby mimochodem, rzucił: "psiakrew, to był Żyd" i poszedł dalej. Porucznik spojrzał na mnie i widząc, co przeżywam, powiedział, jakby się usprawiedliwiając: "Nic nie mogę zrobić, on nie jest z mojego oddziału... nic nie mogę..." [...] Razem ze mną na barykadzie był pewien Żyd z Francji, Dawid Edelman, który miał potem bohatersko zginąć w walce. Byliśmy razem w Auschwitz, a potem w Warszawie. Teraz obaj chcieliśmy zobaczyć, kto z naszych kolegów obozowych został ranny lub zabity. W walce brało udział dwudziestu kilku mężczyzn w obozowych pasiakach. Ale zanim jeszcze udało nam się podejść do miejsca, gdzie siedzieli, nagle usłyszeliśmy krzyk: "Żydzi, Żydzi, psia ich krew!", a następnie doszedł nas huk wystrzału, potem następnego - dwóch Żydów upadło. Nad nimi stali dwaj mężczyźni z rewolwerami i krzyczeli: "Nie trzeba nam Żydów! Wystrzelać wszystkich!" - i rozglądali się, szukając dalszych ofiar. Zatrzęsło nami. Chcieliśmy rzucić się na nich, ale zostaliśmy ze wszystkich stron otoczeni przez Polaków i prawie siłą wciągnięci do pobliskiego domu. Tamci dwaj z tymi, którzy się jeszcze do nich przyłączyli, zaczęli mordować żydowskich bojowników walczących na barykadzie. Jeszcze długo krzyki zbrodniarzy - "Śmierć Żydom!" - mieszały się z okrzykami radości z przepędzenia Niemców. Natychmiast po tym wydarzeniu zmieniono nam ubrania na cywilne.

 

Podobne wspomnienia z powstania warszawskiego miał walczący w szeregach AK, a później Polskiej Armii Ludowej Samuel Willenberg, uciekinier z Treblinki:

 

- Igo, jest tu kilku typów z NSZ, którzy chcą cię rozstrzelać, bo jesteś Żydem. Do mnie też przyszli z pogróżkami, że zadaję się z Żydem.

Trudno mi było w to uwierzyć. Jednak tego samego dnia, kiedy na barykadzie na Marszałkowskiej strzelałem w stronę placu Zbawiciela, padł strzał. Kula świsnęła nad moim uchem. Gdy odwróciłem się przerażony, zobaczyłem znikającą w otworze wybitym w murze lufę karabinu. Nie mogłem uwierzyć, że moi koledzy, którzy wraz ze mną przelewają krew, po tym wszystkim cośmy razem przeżyli, po wszystkich walkach, któreśmy razem stoczyli, chcą mnie zabić za to, że jestem Żydem. Na moją barykadę przyszła łączniczka AK Aniuta Orzech, córka przewodniczącego Bundu w Warszawie, przynosząc mi wydawaną przez AK gazetkę o nazwie "Barykada". Podzieliłem się z nią moimi ostatnimi przeżyciami. Powiedziała mi:

- Igo, sam jesteś sobie winien. Nie powinieneś był się przyznawać do swojego żydostwa. Setki Żydów walczą w szeregach AK, ale udają katolików. Ja też się przed nikim nie przyznaję do swojego żydostwa.

Przerwałem jej z przejęciem:

- Ale zrozum Aniuta, to było w czasie walki, kiedy dołączyłem do szeregów AK. Ja im powiedziałem, że jestem Żydem tuż po zdobyciu poselstwa czeskiego. Powiedziałem to komendantowi oddziału, on został ranny przy mnie, w czasie wspólnej walki. Nie chciałem paść pod fałszywym nazwiskiem.

Aniuta mi przerwała:

- Niestety, Igo. Żydzi padają w walce w szeregach AK pod różnymi pseudonimami, tylko nie jako Żydzi.

 

Alina Margolis-Edelman również zapamiętała śmiercionośne antysemickie nastroje wśród warszawskich powstańców:

 

Julek też był blondynem, ale zdradzał go wybitny żydowski nos. To właśnie Julek przeżył niebezpieczną przygodę próbując zgłosić się do oddziału AK-owskiego. Rozpoznano w nim Żyda i cudem tylko ocalał.

 

Z kilkunastu tysięcy Żydów ukrywających się w Warszawie w przededniu wybuchu powstania *[Gunnar Paulsson szacuje liczbę Żydów ukrywających się w różnym czasie w Warszawie nawet na 28 tys., zob. Gunnar Paulsson, Utajone miasto.] wielu wzięło w nim udział, wykazując się bezprzykładnym bohaterstwem. Jednak większość walczących, jak i wcześniej zaprzysiężonych żołnierzy AK ukrywała swą prawdziwą tożsamość pod "aryjskimi" nazwiskami i życiorysami. Wielu poległo, a ich towarzysze broni nigdy nie dowiedzieli się, że ich kompani byli Żydami bądź Żydówkami. Najczęściej bali się odrzucenia ze strony polskich towarzyszy walki. Reprezentatywne są tu wspomnienia Zbigniewa Grabowskiego:

 

Zaraz po wybuchu Powstania zgłosiłem się do służby i służyłem (bez broni) w pomocniczej drużynie saperskiej batalionu "Kiliński" AK (pseudo: "Chemik"). Powstanie uważam za najważniejszy i najszczęśliwszy okres mego życia. Byłem w euforii, zachłystywałem się wolnością, biało-czerwona opaską i wytęsknioną walką z Niemcami. Była to reakcja 17-letniego odludka po strasznych, nieskończenie długich latach okupacji niemieckiej, gdy w każdej chwili żyłem ze świadomością zagrożenia śmiercią. Śmierć symbolizował dla mnie każdy Niemiec. Kryła się ona również i w spojrzeniach moich bliźnich - katolików; patrząc ludziom w oczy, zauważałem czasem charakterystyczny błysk dostrzeżenia mej tajemnicy, który sygnalizował mi, że natychmiast muszę temu człowiekowi zniknąć z pola widzenia. Ale i w Powstaniu nie miałem najmniejszej ochoty ujawniania swej tożsamości, bo pamiętałem te błyski w oku. Teraz już nie było groźby gestapo. Ludzie, którzy tej okupacji nie przeżywali, nie wiedzą, a wielu z tych, którzy ją przeżyli, nie uświadamia sobie lub nie pamięta, jak niszczący wpływ na podświadomość naszego społeczeństwa, skądinąd przecież tak Niemcom wrogiego, miała systematyczna niemiecka propaganda antysemicka.

 

W części powstańczych wspomnień pojawiają się opisy złego traktowania uwalnianych Żydów przez AK-owców. Symcha Rotem wspominał:

 

Z czasów Powstania wrył mi się w pamięć pewien wstrząsający obraz. Było to koło Hali Mirowskiej. Paliła się zapewne od pocisków niemieckich. Grupa żołnierzy AK, z czerwonymi opaskami na ramieniu, popychała w płomienie, pod groźbą rewolwerów, jakichś ludzi. Ubrani byli w pasiaki, a więc więźniowie. Kazano im wyciągać żywność z płomieni. To byli Żydzi węgierscy, a może greccy. Fakt, to AK-owcy uwolnili ich z więzienia, lecz teraz używano ich do wykonywania różnych niebezpiecznych zadań.

 

Podobne spostrzeżenia miał jeden z przywódców ŻOB, Icchak Cukierman "Antek":

 

Kiedy powstańcy wyzwolili więźniów z Gęsiówki, w tym ataku wyszło na wolność kilkuset Żydów z Czech i Węgier, Polacy nie wiedzieli, co z nimi robić. Sytuacja zwolnionych była bardzo ciężka. Zostali wykorzystani przez AK, która posłała ich na barykady jako mięso armatnie, naprzeciw niemieckich czołgów.

 

Uratowanych Żydów określano pogardliwym mianem "Beduinów z Gęsiówki". Część z nich powstańcy rozstrzelali jako agentów niemieckich bądź Niemców przebranych w pasiaki - tylko dlatego że rozmawiali po niemiecku (byli niemieckimi Żydami).

Szef sztabu AK, generał Tadeusz Pełczyński "Grzegorz", raportował komendantowi okręgu warszawskiego, faktycznemu dowódcy powstania, pułkownikowi (później generałowi) Antoniemu Chruścielowi "Monterowi":

 

Zawiadamiam Was, iż na terenie Woli wypłynęło zagadnienie internowanych Żydów z Jugosławii, Grecji itd. Część tych Żydów została uwolniona przez nasze oddziały z rąk niemieckich. Przewidźcie przygotowanie tymczasowego obozu, gdzie kierowano by wszystkich uwolnionych Żydów i inne niepożądane elementy. Oddziały winny dostać wskazówki, które wykluczałyby ewentualne ekscesy w stosunku do Żydów.

 

Zbigniew Ryszard Grabowski wspominał:

 

Przyszło wtedy do nas trzech wynędzniałych i obdartych młodych ludzi, oświadczając, że są Żydami, którzy przeżyli, i chcą wziąć udział w walce z Niemcami. Porucznik AK kierujący wtedy naszą pracą - nie pamiętam już, czy był to "Leszek" czy "Szary" - dał im od razu niebezpieczne zadanie, uzasadniając to tak: "Pokażcie, że, chociaż Żydzi, nie jesteście tchórzami. Wasze życie jako Żydów i tak przecież niewiele jest warte, więc się śmierci nie bójcie. Dzięki nam przeżyliście, więc idźcie teraz pierwsi, może oszczędzi to innych chłopców".

 

O przejawach antysemickiej, często śmiercionośnej agresji ze strony żołnierzy AK, wspominają inni żydowscy uczestnicy Powstania Warszawskiego. Oto jeszcze jedna relacja Grabowskiego:

 

Budowałem pod ostrzałem umocnienia strzelnicze na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, tam, gdzie dziś stoi Rotunda PKO. Zbliżył się do mnie sierżant - również z opaską AK na ramieniu - przyjrzał mi się i wyciągając pistolet krzyknął: "Ty Żydzie, Niemcy cię nie wykończyli, ale ja cię wykończę!" Na szczęście on był pijany, a ja dwakroć młodszy od niego. Udało mi się ujść w ruinach, a jego strzały za mną były niecelne. Ale były!

 

Podobną historię opowiada Dawid Zimmler, który służył jako fryzjer w koszarach powstańczych przy Pańskiej 53 i Ceglanej 5:

 

Osiem dni goliłem i strzygłem powstańców, którzy dość dobrze się do mnie odnosili, chociaż wiedzieli, że jestem Żydem. Aż przyszedł żołnierz ze Sztabu, poprosił u mnie o dokumenty i się zapytał, czy jestem Żydem? Odpowiedziałem twierdząco. A ów żołnierz wyprowadził mnie do bramy, gdzie stał kapitan "Haller", poznańczyk. Kapitan znacząco mrugnął do żołnierza, aby mnie wykończył. [...] Eskortujący mnie porucznik i dwaj żołnierze szukali jakiejś piwnicy, żeby mnie wykończyć. Na ulicy zebrał się tłum, i z ust niektórych padały wyrzuty, że nie powinno się teraz mordować Żydów, że to jest praca godna dla Niemców, a nie uczciwych Polaków. Porucznik jednak twierdził, że otrzymał rozkaz, który musi być wykonany. Wtem zjawił się kapitan, starszy, siwy jegomość, który zaczął perswadować, że wstyd i hańba dla nas Polaków zabijać Żyda, który w ciągu kilku lat ukrywał się przed zbirami hitlerowskimi. Krótkie perswazje kapitana przemówiły jakoś do serca porucznika... [...] dał kilka papierosów i na pożegnanie uścisnął rękę. Dwaj żołnierze nie chcieli się ze mną pożegnać, twierdząc, że Żydowi nie należy podawać ręki.

 

Niestety, nie zawsze pojawiał się taki kapitan... Edward Reicher wspomina, jak po wybuchu powstania on i inni ukrywający się Żydzi wyszli na ulice kopać rowy i barykady. Pamięta antysemickie rozmowy powstańców i młodego chłopca żydowskiego, Nikodema (Marka) Grynberga, który powiedziawszy matce: "Ja też chcę coś zrobić dla wolności mojej ojczyzny", przyłączył się do pomocy, przyznając, że jest Żydem:

 

- Ale co ty gadasz, chłopie, przecież wszyscy Żydzi poszli już na mydło - wyśmiewał Grynberga jakiś powstaniec.

- Byłem Żydem, ale teraz jestem Aryjczykiem, bo dałem się zoperować - gadał chłopiec.

Powstańcy zaczęli szeptać między sobą.

- Marku, jak możesz im o tym mówić? Przecież nie wolno nam się jeszcze ujawniać - szeptem robiłem chłopcu wyrzuty.

- Przecież jesteśmy teraz na terenie niepodległej Polski i nie mam się czego obawiać...

W chwili, gdy Marek skończył zdanie, dwaj żołnierze wzięli go na bok. Jeden z nich wycelował i strzelił do chłopca. Marek padł martwy do rowu. Skoczyłem na żołnierza z łopatą. "Coś zrobił, bestio?" - krzyczałem. Ból i zapiekła złość szarpała moje serce.

- Odpierdol się, bo i ciebie zastrzelę! - Ryknął morderca.

Odszedłem stamtąd. Szukałem milicji powstańczej. Znalazłem ich na rogu Waliców. Dobiegłem do nich i powiedziałem o zamordowaniu nieletniego chłopca. O jego pochodzeniu nie wspomniałem. Jakkolwiek od razu wszczęli poszukiwania, morderców nie znaleziono. Był taki chaos, że odnalezienie ich było niemożliwe.

 

W nocy z 11 na 12 września doszło do najbardziej znanego mordu na Żydach w powstańczej Warszawie. W domach przy ul. Prostej 4 i Twardej 30, na terenie kontrolowanym przez batalion im. Sowińskiego kpt. Wacława Stykowskiego "Hala", kilku AK-owców pod dowództwem porucznika z oddziału "Chrobry" zastrzeliło kilkunastu Żydów, w tym kobiety i dzieci. Porucznik przed egzekucją miał ponoć powiedzieć: "Panowie jesteście Żydami, czekacie na bolszewików. Bolszewicy przyjdą, ale wy ich nie zobaczycie".

Najpewniej to zdarzenie opisuje walczący w powstaniu Samuel Willenberg:

 

- Pan jest Żydem?

Obłąkańczy strach wyzierał z ich twarzy. Widząc ich trwogę, powiedziałem:

- Nie macie się czego bać, ja też jestem Żydem.

Patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Aby ich upewnić, powiedziałem kilka słów po hebrajsku. Padło pytanie:

- Pan jest w AK?

- Nie - odpowiedziałem. - Jestem w PAL-u. Powiedzcie mi jednak, dlaczego wy się tak boicie?

Nie odpowiadając na moje pytanie, ruchem ręki wskazał mi, żebym za nim poszedł. Weszliśmy do bramy domu na Prostej 10/12. Przed nami w różnych pozycjach, bez butów, leżeli pozabijani mężczyźni. Mijając ich, doszliśmy do piwnicy, gdzie leżały trupy kobiet i dzieci. Widząc masakrę, zapytałem z przerażeniem:

- Co się tutaj stało?

Chaotycznie rozpoczął swoje opowiadanie:

- Gdy się rozpoczęło powstanie, znaleźliśmy w ruinach wypalonego domu piwnicę, w której postanowiliśmy schronić się przed pociskami. Wczoraj, 10 września, zauważyłem jakieś postacie ubrane w panterki, z opaskami AK na ramieniu, zbliżające się do nas. Weszli do schronu. Gdy ich dojrzałem, ja i mój kolega schowaliśmy się za wypalonym murem. Po chwili zobaczyliśmy, że powstańcy wyprowadzają ukrywających się Żydów. Rozdzielili ich na dwie grupy. Mężczyźni stali z jednej strony, z drugiej kobiety z dziećmi. Powstańcy, pod pretekstem szukania broni, rewidowali ich, zabierając im zegarki, drogocenne rzeczy i pieniądze. Mężczyzn wyprowadzili na ulicę. Kazali im zdjąć buty i ustawić się pod murem. Na rozkaz porucznika padła seria strzałów. Po zabiciu mężczyzn powstańcy wrócili na podwórko. Stały tutaj kobiety i dzieci pod strażą dwóch powstańców. Zaciągnęli kobiety wraz z dziećmi z powrotem do piwnicy. Zaraz potem usłyszeliśmy stamtąd krzyki kobiet gwałconych przez powstańców, a potem znów seria strzałów. Gdy powstańcy odeszli, weszliśmy do schronu i zobaczyliśmy to, co pan sam przed sobą widzi. Po kilku godzinach przyszła z ulicy Złotej żandarmerya powstańcza z oddziału "Chrobrego". Wypytywali nas o przebieg wypadków. Spisali raport, który nam następnie przeczytali.

Płacząc, mówił dalej:

- W raporcie było napisane, że Żydzi zabili Żydów w celach rabunkowych.

 

Im dłużej powstanie trwało i sytuacja ludności cywilnej stawała się nieznośna, tym głośniej sarkano na Żydów, często na nich zwalając winę za wszystkie nieszczęścia. Solidarność "utajonego miasta" się załamała. Żydów wyrzucano z kryjówek, ograniczano aprowizację w schronach, a opinie, takie jak: "To przez nich to powstanie" i "Niemcy, jacy by nie byli, załatwili się za nas z Żydami", stawały się coraz powszechniejsze. Do tego doszedł również upadek morale żołnierzy.

W raporcie AK z 29 września czytamy:

 

Żołnierz narzeka, [...] że na stanowiskach gospodarczych i przy niektórych dowództwach znajdują się żydzi. Antysemityzm rozwinął się w ostatnich latach b. mocno. Stąd dziś tak wrogi stosunek do żydostwa. M.in. osłabia to propagandę AL, gdzie wojsko widzi dużą współpracę żydów.

 

Ilu Żydów zginęło podczas powstania z rąk Polaków? Przychylny Polakom badacz dziejów ukrywających się Żydów w okupacyjnej Warszawie, Gunnar S. Paulsson, ich liczbę ocenia na "przynajmniej kilkudziesięciu", przy ogólnej liczbie 4,5 tys. żydowskich ofiar antyniemieckiego zrywu.

Po upadku powstania wielu Żydów bało się wyjść wraz z ludnością cywilną, obawiając się rozpoznania i natychmiastowego rozstrzelania. Dylematy te relacjonuje Aleksandra Sołowiejczyk-Guter:

 

Porucznik "Jasny" mówi: "nie radziłbym Pani wychodzić ze szpitalem", mówi cicho odwrócony plecami porucznik, "jest mi wstyd i obawiam się, że prędzej czy później będzie donos.

- Poruczniku, jak to możliwe... przecież znam ich wszystkich, przecież razem pracowaliśmy, razem walczyliśmy... przecież...

- Tak mi bardzo, tak strasznie przykro, ale niestety wiem, co mówię, a chciałbym bardzo, żeby się pani uratowała".

Nagle znowu otworzyła się czarna przepaść. Po dniach oszołomienia. Po dniach wolności, gdy głupia łudziłam się, że znowu jestem równym innym człowiekiem, jestem z powrotem zepchnięta do roli ściganego zwierzątka, sama, niepotrzebna, zraniona jeszcze jednym bolesnym doświadczeniem, zamiast przyszłości mam przed sobą otchłań. [...] Przyjaciele patrzą z politowaniem i odwracają oczy. "Tak, twoja sytuacja jest naprawdę trudna." Są tacy, którzy patrzą na mnie ze złośliwym uśmieszkiem. Towarzysze broni, psiakrew!

 

Kolaboracja

 

Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli,

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki,

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo.

 

Czasem wiatr z domów płonących

Przynosił czarne latawce,

Łapali płatki w powietrzu

Jadący na karuzeli.

Rozwiewał suknie dziewczynom

Ten wiatr od domów płonących,

Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli

Czesław Miłosz, Campo di Fiori (fragment), Warszawa 1943

 

O ten wiersz Miłosza i nieszczęsną karuzelę na placu Krasińskich przez lata toczyła się w Polsce zagorzała dyskusja. Czy w ogóle stała tam ta karuzela? A jeśli tak, to czy była czynna? A jeśli rzeczywiście, to czy warszawiacy z niej korzystali? A jeśli się na niej kręcili, to czy się przy tym śmiali? Czy na pewno widzieli - przez ten śmiech - tragedię dobijanego getta? I tak dalej...

Dyskusja, w której głos zabrało tak znakomite grono polskich historyków i publicystów, że aż strach... O tyle kuriozalna, że owa karuzela stała się niemal symbolem obojętności Polaków na los swoich współobywateli i współrodaków, Żydów (że posłużę się terminami Henryka Rubanka i Symchy Hampela), a także stosunku Polaków do ich zagłady. Ta karuzela, czy też dyskusja o niej, podobnie jak ciągnąca się latami debata o eseju Jana Błońskiego Biedni Polacy patrzą na getto, ukazuje obojętny stosunek Polaków do rzezi Żydów *[Przypomnijmy, zupełnie wyssaną z palca, konkluzję Błońskiego: "nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni", "Tygodnik Powszechny", 11.01.1987.], a jednocześnie ukrywa coś znacznie istotniejszego - a mianowicie polskie w niej współuczestnictwo. I to nie "moralne", poprzez bierność, ale jak najbardziej czynne, żywe i ochocze.

Właśnie o tym współuczestnictwie pisał podczas wojny Miłosz w wierszu Biedny chrześcijanin patrzy na getto, do którego nawiązywał Błoński w swoim eseju.

 

Cóż powiem mu, ja, Żyd Nowego Testamentu,

Czekający od dwóch tysięcy lat na powrót Jezusa?

Moje rozbite ciało wyda mnie jego spojrzeniu

I policzy mnie między pomocników śmierci:

Nieobrzezanych.

 

Kilkanaście lat później, znów jako jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy w ogóle na emigracji, pisał Miłosz o mordowaniu ukrywających się Żydów przez oddziały NSZ i AK oraz o odpowiedzialności moralnej, jaka za to spada na nacjonalistycznych pisarzy i dziennikarzy II RP. I nie tylko na nich. Na cały system polityczny i edukacyjny przedwojennej Polski, który wyrobił bądź utrwalił w Polakach przekonanie o obcości ich żydowskich współobywateli.

Tak bardzo, iż nawet:

 

przywódcy Armii Krajowej byli jak monsieur Jourdain, który nie wiedział, że mówi prozą. Potępiali całą ideologię hitleryzmu, równocześnie nie przyjmując Żydów do leśnych oddziałów; wydawało im się to czymś zrozumiałym samo przez się i jeżeli niektórzy z nich żyją, dotychczas pewnie zdumiewają się, słysząc zarzut rasowej dyskryminacji.

 

O kolaboracji Polaków podczas II wojny światowej pisze się najczęściej tak, jak to przedstawił uznany badacz dziejów najnowszych i stosunków polsko-żydowskich, Tomasz Szarota, w swoim tekście Kolaboracja z okupantem niemieckim i sowieckim w oczach Polaków - wówczas, wczoraj i dziś.

Otóż - pomijając rusycyzm "sowiecki", którego zwykle używa antykomunistyczna prawica (na równi z "hitlerowskim"), a co przeszło już do języka poprawności politycznej III RP i co jest szczególnie zabawne, kiedy używają go uczeni starszego pokolenia, którzy niegdyś posługiwali się polskim terminem "radziecki" - tekst Szaroty powiela utrwalony mit "Polski bez Quislingów" i koncentruje się na współpracy Polaków z "okupantem sowieckim".

Timothy Snyder pisze nawet, że:

 

W Europie Wschodniej trudno jest znaleźć przykład kolaboracji politycznej z Niemcami, który nie miałby związku z wcześniejszym doświadczeniem rządów sowieckich.

 

To oczywiście - przynajmniej jeśli chodzi o Polskę (i Estonię *[Z uwagi na niewielką liczebność Żydów estońskich (0,4% populacji kraju), ich niski poziom zaangażowania politycznego i niezajmowanie w administracji radzieckiej (po 1940 r.) eksponowanych stanowisk trudno było im przyczepić łatkę "żydokomuny", szeroko rozpowszechnioną na Litwie i Łotwie. Nie przeszkodziło to jednak "aryjskim" Estończykom w całkowitym wymordowaniu obywateli pochodzenia żydowskiego.]) - nieprawda. Prób współpracy politycznej z okupantem niemieckim ze strony polskiej było na początku wojny sporo. I właśnie do nich sprowadza się zwykle ten problem: do zabiegów zbliżenia z hitlerowcami podejmowanych przez faszystów z ONR-Falanga pod przewodnictwem Andrzeja Świetlickiego na przełomie 1939 i 1940 r., kiedy to utworzono nawet - tolerowaną przez kilka miesięcy przez okupanta - Narodową Organizację Radykalną; do rozmów z Goringiem i Goebbelsem, jakie prowadził znany germanofil Władysław Studnicki, jeden z twórców Narodowej Organizacji Radykalnej (NOR), przedkładający im memoriały z propozycją utworzenia polskiej armii, która obok niemieckiej walczyłaby z ZSRR; do wysuniętej przez przedwojennego polskiego premiera (w latach 1934-1935), Leona Kozłowskiego, na konferencji prasowej w Berlinie w grudniu 1941 r. polsko-niemieckiego sojuszu antybolszewickiego; czy do niemieckiej propozycji (odrzuconej) skierowanej w 1939 r. do również byłego premiera II RP Wincentego Witosa dotyczącej utworzenia rządu kolaboracyjnego; albo do spotkania w grudniu 1941 r. z gubernatorem Generalnej Guberni, dr. Hansem Frankiem, byłego ambasadora Polski w Niemczech i Włoszech, Alfreda Wysockiego, który liczył, że w zamian za rezygnację z podziemnego oporu Niemcy zaprzestaną terroru wobec Polaków, a po wygranej z ZSRR przesuną granice Polski na wschód.

Nie mówiąc już o barwnej historii Goralenvolku, czyli wymyślonego przez przedwojennego działacza OZON, Henryka Szatkowskiego, i byłego prezesa Stronnictwa Ludowego, Wacława Krzeptowskiego, "narodu góralskiego", niewchodzącego w skład słowiańskich narodów "podludzi". Rzeczywiście, w listopadzie 1939 r. Związek Górali pod przewodnictwem Krzeptowskiego przyjął ideę Goralenvolku i w czerwcu 1940 r. podczas spisu ludności na Podhalu na 150 tys. kart wydano aż 27 tys. z literą "G". Był to najwyższy odsetek Volksdeutschów na terenach byłej Rzeczpospolitej.

Kiedy jednak władze niemieckie próbowały pójść za ciosem, tzn. stworzyć jednostkę Goralische Waffen SS Legion do walki na froncie wschodnim, zgłosiło się do niej jedynie 300 osób, z czego 200 uznano za zdolnych do służby. Skierowano ich na szkolenie do obozu w Trawnikach, gdzie m.in. szkolono ukraińskich strażników oraz obsługę niemieckich obozów koncentracyjnych i obozów śmierci. Polscy "nadludzie" popadli tam w konflikt z Ukraińcami, czego efektem były masowe dezercje. W efekcie tylko kilku górali trafiło do SS, a resztę wywieziono na roboty do Niemiec. Pod koniec wojny Szatkowski uciekł z Polski wraz z wycofującymi się Niemcami, a Krzeptowskiego powiesili w styczniu 1945 r. w okolicach Zakopanego partyzanci z AK.

Ciekawym i stosunkowo mało znanym epizodem kolaboracyjnym było utworzenie w 1943 r. przez Niemców polskiego Batalionu 202, który miał pierwotnie wspomagać Niemców przy zwalczaniu partyzantki radzieckiej na wschodnich terenach dawnej RP Początkowo do batalionu zgłosiło się jedynie... dwóch ochotników. Później Niemcy utworzyli go z kandydatów zgłaszających się do służby w granatowej policji, którzy zobowiązani byli podpisać deklarację lojalności wobec Niemców: bycia "posłusznym, wiernym i odważnym".

Schutzmannschafts Bataillon 202, składający się z 13 oficerów, 20 podoficerów i 550 szeregowych, służył m.in. pod komendą okrytego ponurą sławą Dirlewangera na Białorusi, na zapleczu Grupy Armii "Środek", później zaś na Wołyniu, gdzie ponad połowa batalionu zdezerterowała i najprawdopodobniej przyłączyła się do polskiej samoobrony antyukraińskiej.

W opinii najwyższego dowódcy SS i Policji na Ukrainie SS-Obergruppenfuhrera, Hansa Prutzmanna, batalion spisywał się dobrze, czego dowodem były przyznane jego członkom niemieckie odznaczenia bojowe. Ósmego maja 1944 r. z rozkazu Reichsfuhrera SS batalion rozformowano. Taki był koniec jedynej złożonej z Polaków jednostki walczącej po stronie Niemców *[Zob. Jarosław Gdański, Na progu kolaboracji. Mieli walczyć za III Rzeszę, "Polityka", 25.08.2007. W innych batalionach pod dowództwem SS, takich jak np. 102, 103, 104, również walczyli Polacy, ale uzupełniali oni jedynie ich skład, złożony w przeważającej części z innych narodowości, głównie Ukraińców.].

Dużo bardziej znane są epizody współpracy z armią niemiecką zgrupowań AK na Białorusi i Wileńszczyźnie oraz NSZ-owskiej Brygady Świętokrzyskiej.

W grudniu 1943 r. dowódca Zgrupowania Stołpeckiego w nowogrodzkim okręgu AK, kapitan Adolf Pilch "Góra", oraz dowódca Zgrupowania Nadniemeńskiego, porucznik Józef Świda "Lech", zawarli porozumienie z Niemcami o zwalczaniu partyzantki radzieckiej, w wyniku którego partyzanci AK dostali od Niemców kilka transportów broni.

Nieniepokojeni przez Niemców AK-owcy przeprowadzili na Białorusi (szczególnie w okręgu lidzkim) formalny pobór (z imiennymi kartami powołania wręczanymi przez sołtysów), czego efektem był istotny wzrost liczebności - do 7,7 tys. w czerwcu 1944. Od grudnia 1943 r. do czerwca 1944 r. oddział kpt. Pilcha zabił ok. 6 tys. "bolszewików", z czego najprawdopodobniej większość stanowiła cywilna ludność białoruska, podejrzewana o współpracę z partyzantką radziecką. Jak szacują białoruscy historycy, w samym okręgu lidzkim od połowy lutego do polowy kwietnia 1944 r. AK-owcy zabili kilka tysięcy osób.

Dużą pobłażliwością ze strony Niemców cieszyła się również 5. Wileńska Brygada AK, zwana "Brygadą Śmierci", oskarżana przez Litwinów o mordowanie cywilnej ludności litewskiej. Zarówno komendant Wileńskiego Okręgu AK, Aleksander Krzyżanowski "Wilk", jak i dowódca brygady, Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", spotykali się z oficerami wileńskiej Abwehry i Wehrmachtu, oferującymi dozbrojenie oddziałów AK do walki z partyzantką radziecką. Oficjalnie Polacy odmówili zawierania jawnych porozumień, lecz o rzeczywistej współpracy w zwalczaniu "bolszewików" mówi wiele źródeł, pisze o tym m.in. Józef Mackiewicz w swojej książce Nie trzeba głośno mówić. Wymownym przykładem tej współpracy było zwolnienie z niemieckiego aresztu - w geście dobrej woli - samego "Łupaszki".

Zupełnie jawna była natomiast współpraca z Niemcami Brygady Świętokrzyskiej NSZ, działającej od połowy sierpnia 1944 r. do połowy sierpnia 1945 r. Otóż oficerem do zadań specjalnych tej formacji był współpracownik Gestapo, kpt. Hubert Jura "Tom", na którego wyrok śmierci wydało zarówno AK, jak i NSZ. Wrogiem nr 1 Brygady była partyzantka komunistyczna (AL) i radziecka, formowana przez żołnierzy radzieckich zrzucanych na teren Polski.

O likwidacji oddziałów komunistycznych przez Brygadę z uznaniem wypowiadali się wyżsi dowódcy SS i policji w Generalnej Guberni, tym bardziej że - zgodnie z meldunkami AL - Brygada przekazywała Gestapo część schwytanych jeńców. O współpracy NSZ-owców z Niemcami informowały również meldunki AK - szczególnie te dotyczące wycofywania się Brygady na południowy zachód, w towarzystwie oficerów niemieckich, m.in. Hauptsturmfuhrera SS Paula Fuchsa, szefa Gestapo dystryktu Radom. Po konsultacjach z dowództwem w Berlinie Niemcy przepuścili Brygadę w kierunku Pragi czeskiej, a przy tym zapewnili jej aprowizację, dozbrojenie, zakwaterowanie oraz leczenie chorych i rannych w swoich szpitalach.

Na terenie Czech grupa ochotników NSZ rozpoczęła szkolenie dywersyjne w ośrodkach Głównego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), a następnie mieli oni być zrzucani z samolotów niemieckich na tyły Armii Czerwonej. Kilka takich patroli Niemcy zrzucili na terytorium Polski 23 marca 1945 roku.

W tym samym miesiącu zastępca dowódcy Brygady, major Władysław Marcinkowski "Jaxa", wziął udział w spotkaniu przedstawicieli europejskich faszystów, którego celem było stworzenie wspólnego bloku antykomunistycznego pod patronatem Niemiec.

Jeszcze inną formą kolaboracji Polaków z Niemcami była współpraca polskich filmowców i grafików z propagandą niemiecką. Jan Grabowski w swoim artykule Propaganda antyżydowska w generalnej Guberni 1939-1945 przytacza nazwiska wielu znakomitych osób ze sfery filmu polskiego, zaangażowanych w czasie okupacji do produkcji antysemickich filmików spod znaku "Żydzi, wszy, tyfus". Przypomina wysokość uposażeń pracowników FIP (Film und Propagandamittel Vertriebsgesellschaft) - na ówczesne czasy zawrotną - oraz powojenne tłumaczenia współpracy z Niemcami małym sabotażem.

"Kol. Star umyślnie wykonywał zdjęcia nieostre, niedoeksponowane i w ogóle nienadające się do wyświetlenia [...]" oraz propagował "popularny w czasie okupacji system pracy zwany «żółwiem» i wykonywał absolutne minimum wymaganych od każdego operatora zdjęć", Antoni Wawrzyniak "twierdził wobec Niemców, że ma za krótki obiektyw", zaś Franciszek Petersile (po wojnie m.in. kierownik produkcji filmu O dwóch takich co ukradli księżyc) "odważył się wstawić w kadr pociąg z jajkami udający się na zachód, z czego widz mógł wnioskować, że Niemcy głodzą Polaków, a polskie jajka jadą do Rzeszy".

"Pomimo tych ciągłych aktów sabotażu ze strony polskich filmowców - pointuje z morderczą ironią Grabowski - Niemcom udawało się jednak miesiąc w miesiąc nakręcać i oddawać do dystrybucji Tygodnik Dźwiękowy oraz inne propagandówki wyświetlane w kinach na terenie całej GG".

Grabowski przypomina również znane nazwiska polskich grafików współpracujących z niemiecką propagandą podczas wojny. Między innymi Franciszka Seiferta, autora plakatu "Żydzi wracają wraz z bolszewizmem!", przedstawiającego biegnące szczury na tle gwiazdy Dawida. I konstatuje, że żaden z kolaborujących artystów nigdy nie stanął po wojnie przed sądem, broniony zwykle żarliwie przez kolegów po fachu (np. Seiferta bronił Kazimierz Wyka).

Swój artykuł Grabowski kończy tak:

 

Znaczny wkład polskich rzeźbiarzy, malarzy czy filmowców został wysoko oceniony przez władze hitlerowskie. Trudno jest ocenić wpływ niemieckiej propagandy antyżydowskiej na polskie społeczeństwo pod okupacją, ale przegląd dostępnych raportów podziemia oraz współczesnych świadectw niemieckich, żydowskich i polskich pozwala stwierdzić, że rozbudzanie nienawiści do Żydów było wysiłkiem, który nie poszedł na marne.

 

Powojenne losy kolaborujących z hitlerowcami dziennikarzy również nie były szczególnie dramatyczne. Na przykład, najwyższy wyrok spośród sądzonych pracowników gadzinówki "Nowy Kurier Warszawski" - 15 lat - dostał Eugeniusz Riedel (wyszedł po 9), ale była to łączna kara za redagowanie gazety, rabowanie mienia żydowskiego i podpisanie volkslisty. Inny pracownik "Kuriera", Alfred Szklarski, skazany na 8 lat (wyszedł po 5) został później sekretarzem wydawnictwa "Śląsk" w Katowicach, członkiem Związku Literatów Polskich i autorem niezwykle popularnych książek o przygodach Tomka Wilmowskiego.

Czy to wyczerpuje znamiona kolaboracji Polaków z hitlerowcami? Według wielu polskich historyków - tak. Ja jestem innego zdania. Jak przypomina Andrzej Żbikowski, w okupacyjnym aparacie administracyjnym i gospodarczym pracowało w początkach 1941 r. 123 tys. Polaków, w 1943 r. - 206 tys., a w 1944 - 260 tysięcy.

Jan Grabowski pisze z kolei o świetnej współpracy polskiego i niemieckiego sądownictwa *[Jan Grabowski, Żydzi przed obliczem niemieckich i polskich sądów w dystrykcie warszawskim Generalnego Gubernatorstwa, 1939-1942, w: Prowincja noc.]. O Żydach usuwanych z palestry przez ich "aryjskich" kolegów, za co warszawska Okręgowa Rada Adwokacka otrzymywała pochwały i podziękowania ze strony wysokich urzędników niemieckich. O polskich sędziach ochoczo prowadzących akcje ekspropriacji mienia żydowskiego, bez których udziału wywłaszczenie Żydów nie byłoby możliwe, zasądzających kary za "utrzymywanie stosunków płciowych z osobą obcej rasy" czy nakazujących oskarżonym spuszczać spodnie, aby udowodnić swoje "aryjskie pochodzenie".

Na dowód doskonałej współpracy między polskim a niemieckim sądownictwem Grabowski przytacza dane, z których wynika, że na 29 934 wyroków wydanych przez polskie sądownictwo Niemcy unieważnili tylko 4.

 

Polskie sądy (okręgowe i grodzkie) wzięły aktywny udział w procesie wyznaczania i mianowania powierników własności żydowskiej (treuhanderów), włączyły się w szeroko zakrojoną akcją kasowania wierzytelności żydowskich oraz zatwierdzały kuratelę nad mieniem "nieobecnych Żydów", powierzając je przedstawicielom miejscowej palestry.

 

- stwierdza w zakończeniu swego artykułu Grabowski. Czyż nie była to kolaboracja?

Nieocenioną pomoc dla Niemców stanowiły również przekazywane im przez urzędników gminnych szczegółowe spisy ludności, zestawienia dokumentów metrykalnych, itp., bez których wyłapanie, wywiezienie i wymordowanie Żydów byłoby zadaniem dużo bardziej skomplikowanym.

Jan Tomasz Gross w swoim eseju O kolaboracji pisze, nawiązując do Alberta Camusa, o "kolaboracji przez zaniechanie" i dochodzi do wniosku, że nowością tak rozumianej kolaboracji z hitleryzmem był właśnie komponent żydowski. Jeśli dobrze go zrozumiałem, to jego zdaniem właśnie zagłada Żydów sprawiła, że taka "obojętna" kolaboracja była niemożliwa. Jako przykład Gross podaje Rady Żydowskie, Judenraty które krok po kroku były wciągane przez nazistów na drogę współuczestnictwa w ludobójstwie.

Ale kiedy na końcu swojego eseju Gross dochodzi do analizowania postawy Kościoła katolickiego wobec zagłady Żydów w Polsce, okazuje się, że jest to właśnie przykład na "kolaborację przez zaniechanie". Gross przypomina, że ani kardynał Adam Sapieha, ani żaden inny hierarcha polskiego Kościoła nie protestował u władz niemieckich w sprawie mordowania Żydów. Więcej, nie ma nawet takich wypowiedzi... Zdaniem Grossa, milczenie hierarchów i zwykłych księży, kiedy za oknami ich plebanii wierni katoliccy gwałcili, grabili, podrzynali gardła, palili i zakopywali żywcem swoich "starszych braci w wierze", wypełnia definicję "kolaboracji przez zaniechanie".

Czyż nie jest zbyt łagodny? A lata - ba, całe wieki! - antysemickiego szczucia uprawianego przez hierarchów i księży Kościoła rzymsko-katolickiego? A co z autorami popularnych paszkwili antysemickich i artykułów, w których stężenie antysemityzmu nie ustępowało pismom Rosenberga i przemowom Goebbelsa, a których autorami byli księża katoliccy *[Jak np. ks. Stanisław Trzeciak (1873-1944), autor imponującej liczby antysemickich broszur i artykułów zamieszczanych m.in. na łamach "Małego Dziennika" o. Kolbego. Od 1935 r. był rzeczoznawcą Sejmu RP do spraw religii żydowskiej (sic!). Opowiadał się m.in. za usunięciem Żydów z prasy i radia, odebraniem im praw obywatelskich, wywłaszczeniem i przymusową deportacją z Polski. W 1939 r. nawoływał do oznaczenia Żydów "żółtą łatą" i zamknięcia ich w gettach. Ósmego sierpnia 1944 r. został zastrzelony przez Niemców na schodach kościoła św. Antoniego, którego był proboszczem.]? Jak wywikłać się z codziennej i coniedzielnej antysemickiej indoktrynacji księży proboszczów, prałatów i biskupów? Czyż nie było to przygotowaniem gruntu pod wrogą obojętność większości i czynną przemoc części Polaków wobec swoich żydowskich sąsiadów i współobywateli? Czyż można to zignorować, określając milczenie Kościoła wobec Zagłady mianem "kolaboracji przez zaniechanie"?

Choć trzeba przyznać, że Kościół katolicki jako instytucja nie włączył się czynnie w nazistowską politykę eksterminacji, jak to miało chociażby miejsce w Chorwacji czy na Słowacji. Postawę duchowieństwa polskiego wobec Holocaustu (oczywiście z wyjątkami) można uznać za obojętną. Na przykład na wsi, gdy księża zabierali głos w sprawie ukrywających się Żydów, zwykle wzywali chłopów do przestrzegania zaleceń niemieckich - czyli do niepomagania i denuncjowania szukających pomocy Żydów. Ślady tej postawy znajdujemy w meldunkach AK-owskich:

 

Postawa duchowieństwa. Stoi na uboczu, nie angażuje się do żadnych zakazanych przez władze okupacyjne spraw. Chętnie zasłania się też zarządzeniem biskupa w tych sprawach. Obojętna lojalność - tak by można nazwać tę postawę.

Duchowieństwo w dalszym ciągu zachowuje się biernie. Są to tacy sami "urzędnicy", jak policja granatowa, samorząd gminny, skarbowcy. Okupant, jak dotąd, nie ma powodów do obdarzania kleru brakiem zaufania.

 

Arcybiskup Adam Sapieha, który po ucieczce z kraju we wrześniu 1939 r. prymasa Augusta Hlonda był faktycznie głową polskiego Kościoła katolickiego, nigdy nie powiedział słowa gubernatorowi Hansowi Frankowi w obronie Żydów. Jedyna jego reakcja dotyczyła uczestnictwa polskich chłopców, tzw. junaków, którzy - jak piszą świadkowie - "z zadowoleniem" pomagali Niemcom w egzekucjach krakowskich Żydów. "Nie chcę dłużej zatrzymywać się - pisał Sapieha w memoriale do Franka 2 listopada 1942 r. - przy strasznym używaniu służby budowlanej, złożonej z upojonej alkoholem młodzieży, do likwidacji Żydów".

Tylko tyle o Holocauście miała do powiedzenia głowa polskiego Kościoła katolickiego.

* * *

W dwóch najbardziej przejmujących relacjach z polskiego Holocaustu - Emanuela Ringelbluma i Caleka Perechodnika - Polacy, w szczególności pracownicy aparatu państwowego, i to nie tylko granatowej policji, jawią się jako gorliwi pomagierzy hitlerowców i skrupulatni (na szczęście i przekupni) wykonawcy ich antyżydowskich rozkazów i zaleceń.

 

Istną zmorą getta byli urzędnicy skarbowi. Łupili oni bez miłosierdzia ludność żydowską, żądając podatków za zrabowane, spalone bądź zbombardowane przedsiębiorstwa handlowe czy przemysłowe. Domagali się opłat za ubiegłe lata, wiedząc, że większość tych pokwitowań zginęła w czasie bombardowania stolicy. O ile ktoś nie chciał, czy nie mógł uiścić podatków na miejscu, urzędnicy skarbowi zabierali rzeczy z mieszkania, przeprowadzając jednocześnie osobistą rewizję. Egzekucje skarbowe miały wszelkie cechy zwykłego rabunku. Rewizje przeprowadzali w następujący sposób. Zbierali wszystkich lokatorów danego mieszkania w jednym pokoju i na własną rękę - pod nieobecność gospodarza czy innych świadków - zabierali, co im się żywnie podobało. Zjawiali się na podwórzach domów żydowskich uzbrojeni w broń palną w obawie przed zemstą pokrzywdzonych Żydów. Zachowywali się jak Niemcy, bijąc pejczami bez wyjątku wszystkich. W razie oporu przyjeżdżali autami niemieckimi i zabierali wszystko, co znajdowali w mieszkaniu czy w składzie. Współpracowali z tymi rabusiami skarbowymi kasjerzy poszczególnych urzędów skarbowych, którzy tak załatwiali interesantów żydowskich, by ci nie byli w stanie uiścić należności podatkowych w wyznaczonym przez Urząd Skarbowy terminie. Oczywiście, nazajutrz zjawiali się egzekutorzy skarbowi, zabierając wszystko, co znajdowali w mieszkaniu. Były wypadki, że inkasenci podatkowi, zgoła nie uprawnieni do działania w getcie, nabywali za tysiące złotych nielegalne przepustki, by móc bez przeszkód rabować na terenie getta. Szczególną gorliwością w tego rodzaju rabunkach odznaczali się urzędnicy XV, XVI i XVII Urzędu Skarbowego *[Emanuel Ringelblum, Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej, op. cit., s. 73-74.].

 

Ringelblum pisze też o agentach polskiej policji kryminalnej, którzy tropili i wydawali gestapo Żydów ukrywających się poza gettem. Czynili to głównie, jego zdaniem, z powodów finansowych, żądając opłat od Żydów, w zamian za zaniechanie donosu. Niestety, wielu Żydów nie dysponowało już środkami finansowymi, większość wydawanych Niemcom Żydów należało więc do biedoty.

Osobną i złowieszczą rolę w "akcji niszczenia Żydów w Polsce" przypisuje Ringelblum polskiej policji, zwanej potocznie "granatową" lub "mundurową".

 

Policja mundurowa była gorliwą wykonawczynią wszelkich zarządzeń niemieckich w stosunku do Żydów. Kompetencje policji mundurowej w dziedzinie współpracy z Niemcami odnośnie Żydów są następujące:

1) pilnowanie bram wylotowych getta oraz murów i płotów, okalających getta czy dzielnice żydowskie;

2) udział w akcjach przesiedleńczych w charakterze łapaczy, konwojentów itp.;

3) udział w wyłapywaniu ukrytych po akcjach wysiedleńczych Żydów;

4) rozstrzeliwanie Żydów, skazanych przez Niemców na śmierć.

W Warszawie i w szeregu innych miast policja granatowa od pierwszej chwili powstania getta pilnowała bram wylotowych. W okresie po pierwszej akcji przesiedleńczej w Warszawie policja mundurowa była rozstawiona dookoła murów getta, przy czym patrole żandarmerii niemieckiej kontrolowały jej działalność, pilnując, by policja nie zaniedbywała swych obowiązków i nie przepuszczała szmuglu do dzielnicy żydowskiej. Granatowa policja odnosiła się do Żydów mijających bramy wylotowe z wyraźną niechęcią, traktowała ich brutalnie, aby przypodobać się niemieckim obserwatorom. Za cenę sutych łapówek dawała się jednak policja mundurowa skusić do czynnego udziału w szmuglu zarówno przez bramy wylotowe, jak też przez mury i płoty. Gros łapówek za szmugiel pochłaniała policja mundurowa, zabierając około 60% ogólnej "puli".

Policja mundurowa odegrała smutną rolę w akcjach wysiedleńczych. Na jej głowę spada krew setek tysięcy Żydów polskich, złapanych przy jej współudziale i zapędzanych do "wagonów śmierci". Taktyka Niemców była zazwyczaj następująca. Przy pierwszej akcji przesiedleńczej posługiwano się Żydowską Policją Porządkową, która pod względem etycznym nie stała wyżej od jej polskich kolegów. Przy następnych akcjach, gdy likwidowano i Żydowską Służbę Porządkową, brano do pomocy policję polską. Tak było np. w Białej Podlaskiej, gdzie polska policja prowadziła akcję likwidacyjną Żydów w październiku 1942 r. Od naocznego świadka tej akcji słyszałem, że w domu, gdzie przebywała ta osoba, miejscowa straż pożarna wespół z policją mundurową wykryła 60 Żydów, w tym moją interlokutorkę. Policja mundurowa obeszła się bardzo źle ze złapanymi Żydami. Katowano ich i bito bez miłosierdzia, obrabowano ze wszystkiego. Złapanych policja mundurowa oddawała w ręce Niemców, którzy ich z miejsca rozstrzeliwali. Tym razem, dzięki znacznej łapówce, nie rozstrzelano złapanych, ale skierowano ich do Międzyrzecza Podlaskiego, gdzie skoncentrowano resztki Żydów z Białej Podlaskiej. Wkrótce posłano ich do Treblinki.

W Częstochowie policja polska wraz z Ukraińcami pilnowała w czasie akcji przesiedleńczej wszystkich wylotów, eskortowała wysiedlanych na dworzec, a po akcji łapała Żydów, wykrywała ich i jeśli nie dawali łapówek, oddawała w ręce Niemców. W Lublinie policja granatowa brała czynny udział w akcji przesiedleńczej. Policjanci szpiegowali i wyłapywali Żydów, ukrywających się po aryjskiej stronie. Tępili Żydów bardzo energicznie, na ulicach zatrzymywali przechodniów, podejrzanych o żydowskie pochodzenie, i kierowali ich do polskich komisariatów.

W Łukowie granatowa policja rewidowała w czasie akcji przesiedleńczej mieszkania Żydów i zabierała ukrywających się. To samo działo się w innych miejscowościach. Wszędzie granatowa policja brała bardzo czynny udział w akcjach przesiedleńczych. Regułą zaś było, że po akcjach likwidacyjnych szukała Żydów w poszczególnych miejscowościach. Bez miejscowego elementu trudno było Niemcom szukać ukrywających się Żydów. Trzeba było szukać po strychach, w piwnicach, szopach, stodołach itd., a do tego nadawała się policja, obeznana z terenem, ze sposobami budowy mieszkań itd. Akcja kontroli trwała całymi tygodniami, a czasem i miesiącami, a rezultatem jej było wykrywanie coraz większej liczby Żydów. Pomagały tu - jak już w innym miejscu wspomniałem - kary za ukrywanie Żydów i nagrody za ich wydawanie. Trudno obliczyć liczbę ofiar żydowskich, które padły z rąk granatowej policji, będą to w każdym razie dziesiątki tysięcy, które uszły z rąk oprawców niemieckich.

Co się tyczy wykonywania przez policję granatową wyroków śmierci na Żydach, to znany jest nam konkretny wypadek zimą 1941/42 roku. Dwadzieścia kilka osób, prawie wyłącznie kobiety i 10-letnie dziecko, oskarżono o nielegalne przekroczenie granicy getta warszawskiego; polska policja rozstrzelała je na podwórzu Centralnego Aresztu przy ulicy Gęsiej.

 

Z tymi denuncjacjami współbrzmią niemal wszystkie relacje bojowników (najczęściej komunistycznych), którzy próbowali od aryjskiej strony wspomóc powstańców ŻOB w getcie warszawskim. "Granatowi" są w nich traktowani na równi z SS-manami; współdziałają z nimi z bronią w ręku, strzelają zarówno do powstańców żydowskich, jak i do bojowców polskich, więc zostają potraktowani tak jak Niemcy - ogniem.

Polska policja granatowa stanowiła - obok szmalcowników i innych "życzliwych" - największe zagrożenie dla ukrywających się Żydów. Znacznie większe niż Niemcy, którzy po prostu Żydów nie "rozpoznawali". Utarczki z "granatowymi" przewijają się przez niemal wszystkie wspomnienia żydowskie tamtego czasu: aresztowania, szantaż, wymuszenia, pobicia czy wreszcie mord - wszystko to spotykało ukrywających się Żydów ze strony polskiej policji *[Służba w Polnische Polizei nie była dla przedwojennych policjantów dobrowolna. Trzydziestego października 1939 r. wyższy dowódca SS i policji w Generalnej Guberni, Wilhelm Kruger, nakazał, pod groźbą surowych kar, wszystkim policjantom pozostać na służbie. Alina Skibińska (zob. "Dostał 10 lat, ale za co?". Analiza motywacji sprawców zbrodni na Żydach na wsi kieleckiej w latach 1942-1944, w: Zarys krajobrazu, op. cit., s. 380) zwraca uwagę, że mimo bardzo niskiego wynagrodzenia zainteresowanie pracą w policji było duże, a pomiędzy 1940 a 1942 r. wzrosło aż o 30%. Wyjaśnienie nasuwa się natychmiast - o atrakcyjności pracy w policji mogła świadczyć możliwość uzyskiwania łapówek od szantażowanych i łapanych Żydów.].

Nawet w monumentalnej i w założeniu pomnikowej dla polskiej akcji ratowania Żydów księdze Ten jest z ojczyzny mojej *[Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945, opracowali: Władysław Bartoszewski i Zofia Lewinówna, wyd. II rozszerzone, Znak, Kraków 1969.] - w której relacje, m.in. Ringelbluma i Zygmunta Klukowskiego (do których zaraz przejdę), są zwykle starannie wypreparowane z wszelkich krytycznych wobec Polaków wątków *[Tezą tej książki może być fragment wstępu Władysława Bartoszewskiego, w którym stwierdza on autorytatywnie, że: "Warunki okupacji niemieckiej doprowadziły do poważnego zmniejszania się istniejących w Polsce przedwojennej nastrojów antysemickich. Wspólnota losu ludzi prześladowanych, cierpiących i walczących przyczyniła się do rozbudzenia poczucia solidarności i woli pomocy ginącym" (s. 72). Żeby zaś rozwiać wszelkie wątpliwości, jak należy czytać to opracowanie i czemu ma ono służyć, na obwolucie zamieszczono fragment recenzji Jerzego Turowicza z "Tygodnika Powszechnego": "Książka ta winna co rychlej ukazać się w drugim wydaniu, winna także być przetłumaczona na języki obce. Książka bowiem kładzie kres powstałej po wojnie na Zachodzie (a może i świadomie tworzonej) legendzie dotyczącej losu Żydów na ziemiach polskich pod okupacją hitlerowską, która w sposób boleśnie paradoksalny obciąża Polaków współodpowiedzialnością za tragiczny los Żydów..."] - występująca w tle granatowa policja traktowana jest - z pełną oczywistością - jako jedna z formacji okupacyjnych, czyli skrupulatnie wypełniająca niemieckie rozkazy odnoszące się do Żydów.

Reflektory aprobaty zwrócone są tu przede wszystkim na Polaków pomagających Żydom. Symptomatyczna pod tym względem jest relacja Hanny Krall - ukrywającej się żydowskiej dziewczynki - zamieszczona po raz pierwszy w "Polityce" z 20 kwietnia 1968 r.:

 

Dzięki siostrom znałam bezbłędnie katechizm i wszystkie modlitwy. Przydało się to, kiedy mnie i mamę zatrzymali w Warszawie na ulicy. Nie miałyśmy papierów. Mówili do mamy: "Pani jest taka aryjska, a dziecko ma pani takie czarne..." Pytali mnie: "Znasz Anioł Pański? A godzinki? A Litanię? A jak się naprawdę nazywasz?" - "Wiesia Szczepańska". Powiedzieli: "Któraś z was jest Żydówką. Same zadecydujcie, która. Ta zostanie, a druga może sobie pójść"' Mama powiedziała: "Ty idź. Poprosisz kogoś o pomoc". Powiedziałam: Nie, ty idź, ja sobie nie dam rady." A mama mówiła: "Ty. Ty jesteś młoda i powinnaś żyć". Ja mówiłam: "To umrzyjmy razem" (miałam wtedy 7 lat). Spędziłyśmy noc w celi. Rano policjant powiedział: "Jeśli nie wskażecie kogoś, czyje pochodzenie jest niewątpliwe i kto może ręczyć za was, pójdziecie zaraz na al. Szucha". Mama, bez nadziei, wymieniła nazwisko jednej z naszych przedwojennych sąsiadek. Po pół godzinie usłyszałyśmy, że przyjechała. Krzyczała: "Co? Moja siostra Żydówką? Co za świństwo! Ja wam pokażę! Jadziu! Gdzie jesteś! Zaraz ja im powiem, co to znaczy nazywać ciebie Żydówką! Przywiozłam twoje dokumenty". I rzeczywiście - wręczyła papiery... swojej siostry. Marię i mamę przesłuchiwali oddzielnie. Zeznawały zgodnie. Wypuścili nas: Marię, krzyczącą i oburzoną, mnie i mamę, która usiłowała na wszelki wypadek wetknąć obrączkę policjantowi: "Pan był taki uprzejmy dla nas..." A policjant wielkodusznie doradzał: "Oczywiście jesteście panie aryjkami, ale gdybym ja miał jak pani takie dziwne czarne dziecko, to nie pokazywałbym się z nim na ulicy.."

 

Relacja Krall kończy się podobnie jak większość zamieszczonych w książce - wskazaniem nazwisk Polaków zaangażowanych w niesienie pomocy:

 

Wymieniłam tylko tych ludzi, których z nazwiska pamiętam. Wszyscy ratując mnie narażali siebie i swoje rodziny na śmiertelne niebezpieczeństwo. W grze o moje życie - stawką było życie 45 osób.

 

A mnie nie daje spokoju taka myśl - o ile ta liczba dzielnych Polaków byłaby mniejsza, gdyby nie zaangażowanie i sumienność polskiej granatowej policji, polskich donosicieli, polskich szmalcowników?

Powszechnie wbijane nam od dziecka do głów przekonanie, że kolaboracją i donosicielstwem zajmował się w okupacyjnej Polsce margines, nie odpowiada faktom. Już Karski w swoich raportach oceniał liczbę polskich donosicieli i szpiclów na kilkadziesiąt tysięcy. Barbara Engelking w swojej pracy o donosach do władz niemieckich stwierdza, że "pisanie donosów, jak i ich przechwytywanie było zajęciem powszechnym" oraz sugeruje, że właśnie na donosicielstwie opierała się potęga gestapo w całej podbitej Europie, w której szeregach w 1944 r., kiedy III Rzesza panowała nad ponad 100 mln ludzi, pracowało jedynie 32 tys. osób *[Plaga donosicielstwa nie ominęła i samej III Rzeszy. Kanadyjska historyczka Holocaustu, Doris L. Bergen, pisze o "istnym potopie denuncjacji zalewających [w Niemczech] biura Gestapo, policji politycznej, w której gestii znajdowały się zbrodnie przeciw państwu. [...] Powszechność donosicielstwa i policyjnych obław zainspirowała niemieckich dowcipnisiów do wymyślenia dwóch nowych narodowych «świętych», Marii D'enunciaty oraz Marii Haussuchung, czyli świętej Marii Donosicielki i Marii od Rewizji w Mieszkaniu" (Doris L. Bergen, Wojna i ludobójstwo. Krótka historia Holokaustu, 2011, s. 121-122). Gestapo niemieckiemu wystarczało w 1937 r. zatrudnienie na poziomie niecałych 7 tys. (za: Gotz Aly, Państwo Hitlera, op. cit., s. 29).].

Engelking przytacza fragment "tez programowych" podziemnej grupy "Znak", przesłanych w czerwcu 1941 r. Delegaturze Rządu:

 

Donosicielstwo stało się plagą grożącą utratą najlepszych i najdzielniejszych jednostek. Znany jest fakt, iż urzędy niemieckie (jak na przykład Gestapo) zawalone są donosami składanymi przez samych Polaków o ich współrodakach. Znaczna część tych oskarżeń wnoszona jest dobrowolnie przez dorywczo zgłaszających się, nawet nie jest pieniężnie opłacana.

 

Cytuje również Jarosława Abramowa-Newerlego, który wspominając swojego ojca aresztowanego na podstawie donosu, przytacza słowa urzędnika niemieckiego skierowane do jego matki:

 

Powiem Pani jedno. Gdybyście Wy, Polacy, sami na siebie tak nie donosili, to my, Niemcy, połowy albo i więcej byśmy o was nie wiedzieli. Ale, niestety. Donosicie na siebie strasznie.

 

Wiele donosów było przechwytywanych przez pracujących na pocztach członków konspiracji. W efekcie wielu zadenuncjowanych ostrzeżono, a niektórych donosicieli ukarano. Kogo ostrzegano? Przede wszystkim oskarżanych o konspirowanie przeciw Niemcom, gdyż to oni z punktu widzenia Polski Podziemnej byli sojusznikami w walce z okupantem. Kogo natomiast nie uprzedzano? Ofiar osobistych porachunków, malwersantów gospodarczych i... Żydów ukrywających się poza gettem.

Autorami donosów byli przedstawiciele wszystkich narodowości, klas społecznych i profesji. Podobnie jak wśród tych, którzy szantażowali ukrywających się Żydów, znaleźć można cały przekrój społeczny - od skryminalizowanego lumpa po hrabiego.

A propos hrabiego, pozwolę sobie w tym miejscu na wtręt w postaci wspomnienia pewnej Żydówki pracującej jako służąca w bogatym warszawskim domu, którego właścicielom powiedziano, że jest Polką zaangażowaną w konspirację, dlatego musi się ukrywać:

 

Po kościele przyszli na obiad goście i kiedy podawałam do stołu, mogłam usłyszeć, że cały czas mówili tylko: Żydzi, Żydzi i Żydzi. Pogardliwym komentarzom i śmiechom nie było końca. I wszystko to ze strony ludzi, którzy należeli do elity polskiego społeczeństwa! Cały czas zwracali się do siebie: "Panie hrabio", "Pani hrabino". [...] Wszyscy obecni - dziesięć czy jedenaście osób - chwalili Niemców za zlikwidowanie Żydów. Najbardziej zjadliwe komentarze wygłaszał katolicki ksiądz.

 

O pladze donosicielstwa na wsi Zofia Kossak-Szczucka tak pisała w wydanej w październiku 1942 r. nakładem Frontu Odrodzenia Polski broszurze Dzisiejsze oblicze wsi. Reportaż z północy:

 

Ta sama baba czy chłop gotowi rozszarpać Niemca własnymi rękami, lecą do niego z ozorem o byle co, składając donos na sąsiada, sąsiadkę, nauczyciela, księdza, sołtysa... W donosach nie ma miary ni ograniczenia. Donosy o zakopanej broni, o czytanej gazetce, zabitej potajemnie świni, o bezprawnie zmielonej mące, o skradzionym drzewie, o lekceważącym odezwaniu się o Niemcach, o prawdopodobnej przynależności do tajnej organizacji - piętrzą się, gromadzą w pliki, stosy na biurkach Gestapo. Niemcy ukazują te akta, nie ukrywając pogardy.

 

Jaki odsetek aresztowanych Żydów przypadał na donosy? Nie sposób dokładnie tego określić, ale cząstkowe materiały dają nam pojęcie o skali zjawiska. Na podstawie akt Niemieckiego Sądu Specjalnego i akt niemieckiej prokuratury, zawierających meldunki policyjne o zatrzymaniach Żydów przebywających bez opaski poza gettem warszawskim, Jan Grabowski policzył, że na 340 zatrzymanych Żydów, których danym towarzyszył w aktach obszerniejszy formularz, tzw. doniesienie (Strafanzeige), 294 wpadło "na skutek denuncjacji przechodniów, granatowych policjantów, tramwajarzy bądź pracowników kolei podmiejskiej".

Dlatego też oczywisty staje się - tak dla nas szokujący - fakt, że Żydzi bardziej obawiali się Polaków niż Niemców. Jak to określił jeden z ocalonych:

 

[...] zagrożenie ze strony Niemców było zagrożeniem drugiego stopnia, mogli oni weryfikować Żydów pośrednio, właściwie dopiero wtedy, gdy ci znaleźli się już w komisariacie czy gestapo.

 

Halina Zawadzka wspominała, że:

 

Polacy umieli wytropić semickie cechy u Żydów o pozornie aryjskim wyglądzie. Mogły to być smutne oczy, ciężkie powieki, duży nos, grube wargi, kręcone włosy, chude ręce, szczupłe nogi i dziesiątki innych szczegółów. Niemcy nie byli w stanie tak wnikliwie przyglądać się wszystkim mieszkańcom.

 

Henryk Schonker, który wraz z bliskimi ukrywał się na południu Polski - w Oświęcimiu, Krakowie, Bochni, Wieliczce i Tarnowie - wielokrotnie wspomina polskich szmalcowników tropiących Żydów, w tym i jego rodzinę. Jeśli nawet udawało im się przechytrzyć Niemców, jak np. na dworcu w Tarnowie, kiedy udawali Niemców i to powiązanych z aparatem represji, to oszukać Polaków było znacznie trudniej:

 

Żadne z nas nie miało fizjonomii żydowskiej i szliśmy w tym samym tempie, co inni ludzie, starając się nie okazywać napięcia. Ojciec i mama rozmawiali ze sobą po polsku i uśmiechali się do siebie. Robili wrażenie małżeństwa, które wyszło z dziećmi na spacer. Nagle usłyszeliśmy głos: "Chwileczkę" i przed nami stanął granatowy policjant. Był chudy, niewysoki, o bladej twarzy, na której igrał lekki uśmiech.

- Państwo na spacerze czy dokądś idziecie? - spytał grzecznie.

- Na spacerze - odpowiedział ojciec.

Uśmiech policjanta stał się lekko ironiczny, ale głos miał nadal grzeczny.

- Od kiedy to Żydzi spacerują po aryjskiej stronie?

Rodzice zrozumieli, że zostali rozpoznani i nie ma sensu udawać kogoś innego. Bez aryjskich dokumentów nie mieliśmy na to żadnej szansy. Ojciec mu odpowiedział:

- Niech nam pan pozwoli iść, bo mamy za sobą ciężkie dni. Pan Bóg panu odpłaci.

- Chętnie to zrobię, ale musicie się wykupić.

- Zrobilibyśmy to, ale nie mamy pieniędzy - odpowiedział ojciec bezradnie.

- W takim razie muszę zaprowadzić was na Gestapo, bo to mój obowiązek. Płacicie czy nie?

- Nie mamy pieniędzy - powtórzył ojciec.

- No to idziemy na Gestapo - odpowiedział stanowczym tonem policjant.

Nagle ojciec przypomniał sobie, że ma w Tarnowie przyjaciela, Fessla, i zaproponował policjantowi, że on nas wykupi. [...] Policjant zgodził się i zmieniliśmy kierunek. [...] Po drodze ojciec zapytał go, w jaki sposób poznał, że jesteśmy Żydami. Policjant uśmiechnął się i powiedział, że to wcale nie było trudne. Obserwował nas już od stacji kolejowej i wszystko wskazywało na to, że jesteśmy Żydami.

- Co na przykład?

- Wszystko. Wy inaczej chodzicie, inaczej ze sobą rozmawiacie i w ogóle inaczej się zachowujecie. Wasze dzieci miały przestraszone twarze i ciągle oglądały się za siebie. Wy też spoglądaliście na boki, no a przede wszystkim - moja intuicja wyczuwa Żydka na sto metrów.

 

Tomasz (Tojwi) Blatt tak opisywał sytuację w rodzinnej Izbicy:

 

Faktem było, że gdy Żyd zdjął opaskę z gwiazdą Dawida i wyszedł poza getto, Niemcy - znający Żydów tylko z nazistowskich afiszów propagandowych, na których przedstawiano ich jako ludzi o niskich czołach i długich, zakrzywionych nosach - nie potrafili odróżnić go w tłumie. Izbiccy Żydzi mieli więc realną szansę, że nie zostaną rozpoznani przez Niemców. Większy problem stanowili polscy mieszkańcy miasta. Oni doskonale radzili sobie z rozpoznawaniem Żydów; żyli wśród nas od stuleci. Nie tylko dorośli, ale także młodzież, a nawet dzieci - wszyscy czekali na okazję, jaką była próba ucieczki Żyda. Najpierw się z niego wyśmiewano, potem bito, okradano i wydawano za wódkę lub cukier.

 

Wróciwszy do Izbicy w 1943 r, już po pierwszych wywózkach Żydów, Blatt zastał inne miasto i innych właścicieli:

 

Rano poszedłem obejrzeć miasto. Przeżyłem wstrząs na widok zmian, jakie zaszły wciągu zaledwie pół roku. Większość żydowskich domów została splądrowana, ludzie szukali złota i innych skarbów. Nietknięte zostały tylko domy przy głównej ulicy, mieszkali w nich teraz Polacy W pobliżu sklepu spółdzielni Łączność zobaczyłem kilka rozmawiających osób. Podszedłem do człowieka, którego dobrze znałem.

- Dzień dobry, panie Pilewski - przywitałem go serdecznie.

- O! Ty żyjesz? - rzucił, uśmiechając się sarkastycznie. - Może pożyjesz sobie jeszcze parę dni.

Naiwnie brnąłem dalej. Zobaczyłem dozorcę, którego znałem od lat. Przywitał mnie w podobny sposób.

- Ciągle tu jesteś? Mam nadzieję, że szybko diabli cię wezmą.

 

Blatt opisuje, jak w wyłapywaniu i wyszukiwaniu izbickich Żydów pomagali Niemcom ich polscy sąsiedzi. Jego samego wydał najlepszy (polski) przyjaciel, Janek Knapczyk, a ostatnie słowa, jakie usłyszał od niego, brzmiały: "Do widzenia! Któregoś dnia zobaczę cię w sklepie na półce z mydłem!". Tak trafił do obozu w Sobiborze, czyli - jak sam pisze - do piekła.

Gdy po wyzwoleniu po raz drugi dotarł do Izbicy, nowi właściciele żydowskiego majątku, dowiedziawszy się o jego powrocie, chcieli go zamordować. Zmyliwszy obławę uciekł do Lublina. Tak zakończyła się kilkusetletnia historia Żydów w Izbicy.

Inny, ukrywający się podczas okupacji w Warszawie, wyznał:

 

To jest trudna sprawa. Bo ja osobiście w czasie okupacji od Niemców nie zaznałem niczego złego. Oczywiście ja wiedziałem, co mi grozi. Ale jednak jak chodziłem po ulicy, to się bardziej bałem, że natknę się na Polaka-szmalcownika niż na Niemca. Niemcy w olbrzymiej większości nie byli, nazwijmy to, fizjonomistami. Niemcy się nie orientowali. Jeśli chodzi o Niemców, to ja się nie bałem - że on do mnie podejdzie i powie "Jude" czy coś takiego.

 

Trudno się dziwić takiej opinii, skoro getta były dosłownie otoczone szmalcownikami, a często po prostu watahami wyrostków, rozzuchwalonych biernością zarówno Niemców (co zrozumiałe), jak i struktur Państwa Podziemnego. Oto relacja Żydówki, przekraczającej z fałszywą przepustką bramę getta w Warszawie:

 

Zaledwie mamy za sobą wachę i skręcamy w Żelazną, gdy chmara wyrostków otacza nas ze wszystkich stron i początkowo nic nie mówią, tylko za nami biegną. Dla nas chcących jak najmniej zwrócić na siebie uwagę - przecież przepustka jest fałszywa. Pierwszym błędem Pińka było danie jednemu z nich 20 zł na odczepne. Teraz się rozpoczęło na dobre. Każdy z nich chce dostać pieniądze. A gdy już wszyscy mają, zaczyna pierwszy od początku twierdząc, że on jeszcze nic nie dostał. Któryś mi wyrywa torebkę z ręki, w której znajduje się nasza przepustka i dowód - gonię za nim i już prawie bez tchu udaje mi się torebkę z powrotem od niego wydostać. Pomógł mi go złapać drugi, któremu przyrzekłam za to zapłacić. Chmara ta nie opuszcza nas przez całą Żelazną. Już sama nie wiem, gdzie się znajduję i gdzie mam skręcić, by dojść na dworzec. [...] Jak żeśmy [wsiedli do pociągu] - nie mieliśmy już ani pierścionków, ani zegarka, ani butów. Nic nie mieliśmy już.

 

Ukrywający się wraz z żoną Marcel Reich-Ranicki wspominał, że:

 

aby Żyd mógł choćby zaistnieć w aryjskiej części miasta, należało spełnić trzy warunki. Po pierwsze: potrzebne były pieniądze lub kosztowności, aby sprawić sobie fałszywe dokumenty osobiste, nie mówiąc już o tym, że należało też liczyć się z szantażem. Po wtóre: nie można było wyglądać i zachowywać się tak, by Polacy nabrali podejrzenia, że jest się Żydem. Po trzecie: poza gettem potrzebni byli skorzy do udzielenia pomocy nieżydowscy przyjaciele i znajomi.

Jeżeli Żyd, który zamierzał uciec do aryjskiej części miasta, spełniał jedynie dwa z trzech warunków, jego sytuacja stawała się wątpliwa, a jeżeli spełniał tylko jeden, to jego szanse były minimalne. Toteż w moim przypadku myśl o ucieczce była właściwie bezsensowna. Nie miałem pieniędzy i nie miałem przyjaciół poza gettem, wreszcie każdy - Polacy mieli w tym względzie doskonałe wyczucie - natychmiast rozpoznałby we mnie Żyda.

 

Mimo to zaryzykował i wraz z żoną wyszedł z getta. Z szantażem ze strony pilnującej dzielnicy żydowskiej granatowej policji i koniecznością opłacenia się musieli zmierzyć się już natychmiast po przekroczeniu aryjskiej granicy - wraz z niemieckim okrzykiem polskiego policjanta "Halt!". Dalsze przeżycia i refleksje były podobne do setek innych:

 

Szantaż i ucieczka - to się stale powtarzało. Tysiące Polaków, przeważnie wyrostków, którzy dorastali bez szkoły i bez uniwersytetu, a często i bez ojców, bo wielu znajdowało się w obozach jenieckich, ludzie, którzy niczego się nie nauczyli i nic nie mieli do roboty, spędzali czas na podejrzliwym taksowaniu przechodniów: wszędzie, a szczególnie w pobliżu granic getta szukali, a właściwie polowali na Żydów. Owo polowanie było ich zawodem, a chyba i namiętnością. Rozpoznawali Żydów nieomylnie. Jakimi kierowali się znakami? Jeśli nie było innych, wówczas - powiadano - wystarczyły smutne oczy, po jakich ich poznawano.

 

Samuel Willenberg, ukrywający się i działający w konspiracji w Warszawie po ucieczce z Treblinki, mówił po wojnie:

 

Jak Żyd wyszedł na ulicę, bał się, że ktoś podejdzie do niego i powie: "Ty Żydzie". Nie Niemiec, bo Niemiec nie miał pojęcia o fizjonomii Żyda, on nie rozróżniał Żyda od Polaka. A Polak rozróżniał momentalnie. Po chodzie, intuicyjnie, trudno określić, po czym właściwie. Bodajże Władysław Szlengel, poeta z warszawskiego getta, pisał: "Nie patrz na mnie jak chodzę, daj mi przejść, nie wtrącaj się, nie musisz".

 

Henryk Schonker relacjonował:

 

Getta nie można było opuścić bez odpowiednich kontaktów po aryjskiej stronie. Bardzo rzadko jednak ktoś taki kontakt posiadał. Bez niego przejście na drugą stronę oznaczało pewną śmierć. Było tam pełno szmalcowników, donosicieli i szantażystów, którzy zawodowo trudnili się wydawaniem Żydów w ręce Niemców. Oprócz tego nie brakowało zwykłych ludzi, którzy uważali się za porządnych, uczciwych, a nawet bogobojnych, lecz ich chorobliwa awersja do Żydów sprawiała, że ich denuncjowali. Żydzi poza gettem w krótkim czasie byli wydawani Gestapo.

 

Przykład Hanny Krall pokazuje, że znacznie łatwiej było uniknąć etnicznej dekonspiracji i wiążącej się z tym nieuchronnej śmierci kobietom niż mężczyznom. Z oczywistego powodu - obrzezania. Wspominałem o polskich sądach, które na początku okupacji kazały Żydom spuszczać spodnie przy okazji spraw wiążących się z przekazywaniem ich majątków polskim powiernikom. Obrzezanie było ostatecznym dowodem dla szmalcowników wyłapujących na ulicach Żydów, ukrywających się bądź przebywających poza granicami gett. Kobietom - o ile były na tyle silne psychicznie, aby wytrzymać straszliwą presję i złajać szmalcownika za to, iż śmiał rzucić nań posądzenie o żydostwo - udawało się niekiedy wyjść cało z opresji. Literatura Holocaustu obfituje w tego rodzaju wspomnienia. Jeśli chodzi o mężczyzn, sprawa była beznadziejna. Szmalcownicy zaciągali stawiających opór do bram i po prostu ściągali im spodnie. Było to wręcz nagminne. Na przykład, Jan Kott wspomina, że spotkało go to kilka razy:

 

Nie musiałem się nawet bać wyglądu. Trzy albo cztery razy szmalcownicy zaciągali mnie do jakiejś bramy i kazali otworzyć rozporek. Grozili zaprowadzeniem na gestapo albo, najczęściej, żądali okupu. Czasem wielu okupów. Nie miałem się czego bać. Nie byłem obrzezany.

 

Przeżył, bo rodzice wykazali się wyjątkową dalekowzrocznością, nie chcąc obrzezać dziecka urodzonego w początkach I wojny światowej - na wszelki wypadek.

* * *

Jan T. Gross wskazuje, że zakazów niemieckich - na czele z konspiracją, tajnym nauczaniem czy handlem - zagrożonych śmiercią było bez liku i Polacy nagminnie je łamali. Zakaz pomagania Żydom był natomiast wyjątkowo przestrzegany i rzadko łamany. Dlaczego? Nie ze strachu, ale dlatego, że postawy Polaków były na ogół antyżydowskie.

Kazimierz Brandys o karze śmierci pod okupacją hitlerowską pisał tak:

 

Śmierć groziła za słoninę i złoto, za broń i fałszywe papiery, za ukrywanie się przed rejestracją, za radio i za Żydów. Dowcipni powiadali, że boją się wyroków dopiero wyżej kary śmierci; uważali tę karę za mandat uliczny, jaki płaciło się przed wojną za nieprawidłowe przejście z chodnika na chodnik. Nad miastem zawisł śmiertelny absurd.

 

Najczęściej przytaczaną liczbą Polaków zabitych przez Niemców za ukrywanie Żydów jest 700, a w sumie podczas niemieckiej okupacji zginęło 1,8 mln Polaków.

Calek Perechodnik, do którego wstrząsającej relacji z getta otwockiego zaraz powrócę, przytacza podobne jak Krall przykłady wybronienia od śmierci Żydów przechrztów na posterunkach niemieckich i polskich przez księży i urzędników magistrackich. I właśnie to zaangażowanie Polaków w obronę przechrztów oraz milczenie i obojętność wobec zagłady reszty kazały Perechodnikowi napisać słowa, które do dziś stanowią jedno z najmocniejszych oskarżeń wobec nas - Polaków:

 

Jeżeli o tym piszę, to tylko dlatego, że zrozumiałem wtedy, na ile wymordowanie Żydów odbyło się jeśli nie za milczącą zgodą, to za milczącym desinteressement opinii polskiej. Dlatego też wybrano Treblinkę jako miejsce kaźni nawet dla Żydów francuskich, belgijskich, holenderskich. Widocznie warunki "klimatyczne" nie pozwoliły Niemcom na wybudowanie kaźni na tamtejszych terytoriach.

 

O zaangażowaniu polskich księży katolickich w ratowanie żydowskich dzieci tak pisał z kolei w grudniu 1942 r. Emanuel Ringelblum:

 

Co skłoniło do tego duchowieństwo? Złożyły się na to trzy powody.

Po pierwsze: polowanie na duszyczki. Kler katolicki zawsze wykorzystywał ciężkie chwile w życiu Żydów (pogromy, wygnania itp.), żeby pozyskać dorosłych i dzieci. Ten moment odgrywa zapewne najważniejszą rolę, mimo iż kler zapewnia, że nie ma zamiaru ochrzcić dzieci żydowskich, które przyjmie do zakładów.

Po drugie: czynnik natury materialnej. Za każde dziecko żydowskie trzeba będzie zapłacić za rok z góry po 600 zł miesięcznie. Jest to dość dobra transakcja dla zakonów. Wyżywienie kosztuje je bardzo tanio, posiadają bowiem własne pola i folwarki. Za biedne dzieci, których rodzice nie będą w stanie pokryć tej opłaty, zapłacą rodzice zamożnych dzieci, wnosząc podwójną kwotę.

Po trzecie: czynnik prestiżowy. Duchowieństwo polskie bardzo mało do tej pory zdziałało dla ratowania Żydów przed rzezią, wysiedleniem. W związku z protestami, rozlegającymi się na całym świecie przeciwko masowemu mordowaniu Żydów polskich, uratowanie kilkuset dzieci będzie mogło posłużyć za świadectwo, że w tych ciężkich czasach kler polski nie siedział bezczynnie, że uczynił wszystko, aby ratować Żydów, szczególnie zaś dzieci żydowskie.

 

W swoim eseju o stosunkach polsko-żydowskich Ringelblum wspomina również o czynnym udziale polskiej straży pożarnej w akcjach przesiedleńczych na prowincji, podczas których jej członkowie otaczali domy żydowskie i wyszukiwali ukrywających się w nich Żydów. Konkretnie wspomina o podobnych akcjach w Kałuszynie i w Białej Podlaskiej.

Przytacza też przypadki polskich kolejarzy, którzy wyłapywali uciekających z pociągów śmierci Żydów i - po uprzednim obrabowaniu ich ze wszystkiego, co mieli przy sobie - oddawali w ręce Niemców. Władze niemieckie wyznaczyły nawet nagrodę za każdego złapanego Żyda - 1 tys. zł, a jednocześnie groziły śmiercią za pomaganie im lub ich ukrywanie. Szlak Warszawa-Treblinka Ringelblum nazywa "prawdziwą via dolorosa", zaś dróżników na tym szlaku i innych "antysemickich mieszkańców" oskarża o to, że mają "wielu Żydów na swym sumieniu".

Wątek "kolejowy" jest obecny w wielu relacjach ukrywających się Żydów. I nieodmiennie tchnie grozą. Kolejarze, konduktorzy, policja kolejowa (Bahnschutz Polizei), policja granatowa i polscy współtowarzysze drogi - wszyscy byli zaangażowani w wyszukiwanie i wyłapywanie podróżujących Żydów.

Cywia Lubetkin wspomina o swojej podróży na początku 1940 r. z terenów Polski zajętych przez ZSRR do Warszawy z misją zorganizowania żydowskiego ruchu oporu. Pomocą w podróży mieli służyć polscy studenci, którzy z kolei chcieli przedostać się do Generalnej Guberni, gdyż woleli okupację niemiecką od znienawidzonych bolszewików. Kiedy udało im się przedostać do Małkini, znajdującej się w strefie niemieckiej, owi studenci natychmiast przypomnieli sobie, że Lubetkin jest Żydówką i chcieli ją zadenuncjować dworcowemu patrolowi niemieckiemu.

Było to przed utworzeniem gett i Żydzi, oznaczeni opaską, mogli jeszcze podróżować, ale - jak wspomina Lubetkin - robili wszystko, aby nie rzucać się w oczy zarówno Niemcom, jak i Polakom i nie stać się przedmiotem ich agresji. Dla Lubetkin ta zmiana stref okupacyjnych była szokiem:

 

Upłynął zaledwie dzień od chwili, gdy opuściłam strefę sowiecką, a jak wszystko się zmieniło. Jeszcze wczoraj spacerowałam po ulicach Lwowa i Białegostoku z podniesioną głową - byłam tam dumną dziewczyną, a teraz już od pierwszej chwili jestem przybita, zgnębiona.

 

I wspomina swoją podróż pociągiem do Warszawy:

 

Przerażeni Żydzi siedzieli ściśnięci po kątach, tłoczyli się na półkach z bagażami. Pragnęli nie istnieć. Przerażenie ich było podwójne: aby ich, uchowaj Boże, nie zauważył Niemiec i aby nie zwrócili na siebie uwagi współpasażerów Polaków, którzy swoje rozgoryczenie i złość wyładowywali na Żydach, jakby w ten sposób szukając zadośćuczynienia za upokorzenia doznawane od niemieckich władców. W wagonie panowała nieprzenikniona ciemność, w której trudno było rozróżnić, kto z pasażerów jest Żydem. Nagle ktoś jęknął. Polacy rozpoznali głos żydowski i zaczęli krzyczeć: Zabierać go stąd! Żyd jest wśród nas! Zajmuje nasze miejsce w pociągu! Znaleziono nieszczęśliwca, który jęknął, rzucono się na niego z dziką wściekłością, pobito do krwi i wypędzono z wagonu. O świcie przybyliśmy do Warszawy.

 

Ukrywająca się "na aryjskich papierach" (a czasem i bez nich) Halina Zawadzka ma znacznie więcej "kolejowych" wspomnień:

 

W połowie drogi do Warszawy weszli do wagonu dwaj granatowi policjanci i zaczęli sprawdzać dokumenty. Byli oddaleni od nas jeszcze o kilka przedziałów, kiedy wyraźnie ich zobaczyłam. Znałam ich dobrze, ponieważ obydwaj należeli do polskiej policji w Końskich. Kiedy weszli do naszego przedziału, od razu zauważyli i poznali Sarę. Rzucili się na nią jak dzikie zwierzęta na ofiarę. Krzycząc i wyzywając, ściągnęli ją z ławki i kazali iść z nimi. Podnieceni swoją niespodziewaną zdobyczą nie zwrócili uwagi ani na mnie, ani na Helenkę. Ich głośne przekleństwa i wyzwiska wzbudziły ogólne zainteresowanie. Podróżni z całego wagonu zebrali się wokół nich, zadając różne pytania. Policjanci chętnie wyjaśniali, że złapali Żydówkę, żonę dobrze im znanego dentysty Kona z Końskich. Kiedy zabrali Sarę z wagonu, w przedziałach zawrzało jak w ulu. Zdawało mi się, że wszyscy podróżni komentowali to wydarzenie. Słychać było głosy oburzenia na bezczelność Żydów, którzy udając Polaków pozwalają sobie jeździć pociągami. Padały przykłady, kiedy i gdzie został schwytany Żyd, który usiłował wyśliznąć się niezauważony z getta. Były nawet osoby, które chwaliły się, że osobiście pomagały w złapaniu uciekającego Żyda. W pewnej chwili ktoś głośno wyraził opinię, która uderzyła mnie swoją szczególną okrutną nienawiścią do Żydów: "My, Polacy, będziemy musieli wystawić Hitlerowi pomnik za to, że uwolnił nas raz na zawsze od Żydów".

Wśród tych wypowiedzi nie usłyszałam ani jednego głosu współczującego dla młodej, ładnej kobiety, która w ich obecności została skazana na śmierć. Tymczasem pięcioletnia córka Sary siedziała bez ruchu, ze spuszczonymi oczyma. Nie wybuchła płaczem, nie pobiegła za matką i nawet nie przytuliła się do mnie, jedynej bliskiej osoby. Widocznie wyczuła śmiertelne niebezpieczeństwo zagrażające nie tylko matce, ale i jej samej. Może obezwładnił ją strach, a może instynkt samozachowawczy nakazał jej takie zachowanie. Przejęta grozą, nie byłam zdolna do zebrania myśli. Ja również nie przysunęłam się do Helenki. Żadnym gestem nie złagodziłam jej przerażenia. W chwili tak wielkiego nieszczęścia dwie kochające siostry, jedna dorosła, druga dziecko, nie mogły nawet wziąć się za ręce. Siedziałyśmy sparaliżowane tym, co się stało i otaczającą nas nienawiścią.

Po pewnym czasie jeden z policjantów przebiegł wzdłuż wagonu, jakby kogoś gonił. Kiedy wracał, ludzie zatrzymywali go, żądając dalszych informacji na temat złapanej Żydówki. Policjant wyjaśnił im, że w całym pociągu nie ma ani jednego Niemca, któremu mógłby ją przekazać. Ponieważ pociąg nie zatrzymuje się po drodze na żadnej stacji, jest zmuszony dowieźć ją do Warszawy i dopiero tam oddać w odpowiednie ręce. Zapewnił jednak słuchających, że zamknął ją w przedziale, z którego nie ma ucieczki.

Upłynęło pół godziny i ten sam policjant zjawił się u nas. Tym razem podszedł prosto do Helenki i kazał jej iść ze sobą. Otaczającym go ludziom wyjaśnił, że złapana Żydówka przyznała się, że jechała pociągiem razem z córką. Ludzie zaczęli tłoczyć się wokół policjanta, jakby każdy chciał zobaczyć żydowską dziewczynkę.

Helenka wstała z ławki. W tłumie otaczających ją dorosłych jej figurka była bardzo mała. Na bladej, drobnej twarzy nie było ani jednej łzy. Nie wypowiedziała słowa i nie spojrzała w moim kierunku. Poszła za policjantem.

Tłum zaczął rozchodzić się po wagonie, głośno omawiając dalszy ciąg wydarzeń. W urywkach rozmów dochodzących do mnie nie usłyszałam ani słowa współczucia dla małej dziewczynki, nie było żalu, że kończyło się jej krótkie życie. Nikt nawet nie zauważył, że dziecko jest ładne, miłe, słodkie - tych przymiotników używa się zazwyczaj mówiąc o pięciolatkach. Żydowskie dziecko nie podlegało tym kryteriom. Nie słyszałam również wyrazu sympatii dla matki, świadomej strasznego losu, który czekał jej dziecko. [...]

Polscy policjanci wyłowili je z tłumu, wyraźnie podekscytowani swoim sukcesem. Ludzie w pociągu spontanicznie wyrażali nienawiść do Żydów. Nikt z obecnych nie okazał współczucia młodej matce i jej dziecku. Cała ta tragedia rozegrała się w pociągu, gdzie nie było przedstawiciela niemieckiej władzy. Zdałam sobie sprawę, jak naiwnie oceniałam szansę ucieczki z getta na aryjską stronę. Okazało się, że w ogóle nie znałam polskiego świata, który był inny od tego, jaki istniał w mojej wyobraźni. Niemcy nie byli jedynym zagrażającym mi niebezpieczeństwem. Rozpoznanie mnie przez Polaków okazało się bardziej prawdopodobne i równie niebezpieczne.

 

Takich relacji we wspomnieniach Zawadzkiej znajdziemy kilka. Za każdym razem towarzyszy im szok autorki związany z antysemickimi postawami Polaków, gorliwie szukających i wyłapujących ukrywających się Żydów, oraz z wielokrotnie słyszanymi opiniami o postawieniu pomnika Hitlerowi za wymordowanie Żydów.

Łapanie Żydów, poza źródłem oczywistych korzyści majątkowych, było pewnego rodzaju sportem dla umundurowanych jednostek polskich. Zawadzka wspomina, jak po złapaniu jej na dworcu, policjanci kolejowi (Bahnschutze) przechwalali się jej podnieceni, w jaki sposób udało im się ją rozpoznać:

 

Przerywając jeden drugiemu i wtrącając różne szczegóły, opowiadali z wyraźną dumą, jak obserwowali ulicę przed wejściem na dworzec. Zauważyli moją rikszę i patrzyli, gdy szybkim krokiem wchodziłam na stację. Wprawdzie na ulicy było już wtedy ciemno i nie mogli dobrze zobaczyć twarzy, ale z mojego chodu i ruchów zorientowali się, że jestem Żydówką.

Opowiadając mi o tym, chwalili się zdobytymi umiejętnościami w rozpoznawaniu ukrywających się Żydów, nawet gdy ich aryjski wygląd utrudniał im zadanie. Uważali, że doszli do perfekcji dzięki dużej praktyce na dworcach kolejowych, przez które ostatnio przewinęło się pełno żydowskich zbiegów. Bez skrępowania opowiadali ze szczegółami o różnych przypadkach, w których osobiście brali udział.

 

"Rozpoznawanie" Żydów zdaje się w relacji Zawadzkiej być specjalnością narodową ich współobywateli Polaków. W kolejnej historii "pociągowej" Zawadzka była świadkiem, jak przy kontroli dokumentów (których zresztą sama nie miała) jakiś mężczyzna zerwał się z miejsca i zaczął uciekać. Polscy policjanci nie mieli wątpliwości i z okrzykiem: "Żyd, Żyd, ludzie, łapcie Żyda!" puścili się za nim w pogoń. Zawadzka przytacza interesującą nas reakcję współpasażerów:

 

Od razu zrobiło się głośno - wszyscy mieli coś do powiedzenia na temat uciekającego. Nikt nie miał wątpliwości, że był on Żydem. Niektórzy twierdzili nawet, że od początku jazdy podejrzewali go o to. Ktoś zauważył, że kiedy wsiadł w Koluszkach do przedziału, od razu pchał się do okna w charakterystyczny dla Żyda sposób. Jedna kobieta zauważyła, że siedział pochylony jak Żyd, a inny pasażer dostrzegł jego chytre, żydowskie spojrzenie. Podróżni zgodnie orzekli, że uciekający nie ma żadnej szansy, by się uratować. Nikt nie wyraził współczucia dla człowieka, którego tragiczny los był oczywisty.

 

Henryk Schonker wspomina swoją podróż z rodzicami z Krakowa do Wieliczki, jesienią 1940 r.:

 

- A państwo z daleka?

- Z Krakowa - odpowiedziała mama.

Z pewnym wahaniem i ciekawością w głosie kobieta spytała:

- A państwo chyba nie Żydki?

Mama odpowiedziała jej z oburzeniem:

- No wie pani, skąd takie myśli?!

- Ja bardzo przepraszam - odpowiedziała ze wstydem - nie chciałam państwa obrazić, ale teraz dużo Żydków ucieka z Krakowa. [...]

Inni pasażerowie milczeli, a ja otrzymałem wtedy poglądową lekcję, że w oczach pewnych ludzi wstyd jest być Żydem.

* * *

Haniebne traktowanie Żydów przez Polaków zaczęło się zaraz po przegranej kampanii wrześniowej. Zajrzyjmy znów do zapisków Ringelbluma.

 

Po nadejściu Niemców antysemityzm odżył w całej pełni. Ujawniło się to w akcji charytatywnej, podjętej przez NSV (Nationalsozialistische Volkswohlfahrt) - narodowosocjalistyczna opieka społeczna. Olbrzymie samochody NSV rozdawały wówczas na placach publicznych zgłodniałej ludności warszawskiej bezpłatnie chleb oraz zupy z produktów zarekwirowanych w Polsce. W pierwszych dniach nie wyłączano z tej akcji charytatywnej i Żydów, ale czyniono to raczej dla filmów, które nakręcano w nowo zdobytej stolicy. Na placu Muranowskim byłem świadkiem, jak Żydów, obdarowanych chlebem i zupą z uwagi na film, tuż po sfotografowaniu żołnierze niemieccy bili niemiłosiernie i rozpędzali ustawioną przez nich samych kolejkę. Antysemicki motłoch wyłapywał zgłodniałych Żydów, ustawiających się w kolejkach przed wozami NSV wskazując, kto jest "Jude" (jedyne słowo niemieckie, które łobuzeria od razu znała). Rozpoczęły się wkrótce łapanki do rozmaitych formacji wojskowych, które potrzebowały sił fachowych do wykonywania rozmaitych robót. Ponieważ Żydzi nie nosili jeszcze wówczas specjalnych odznak, trudno było niemieckim łapaczom odróżnić Żydów od nie-Żydów. W sukurs przyszły męty antysemickie, które usłużnie wskazywały Niemcom, kto jest Żydem. Była to pierwsza więź zadzierzgnięta między polskimi antysemitami a hitlerowcami. Pomostem łączącym był jak zawsze Żyd. Na ludności żydowskiej pierwsze te wyczyny antysemitów polskich zrobiły wstrząsające wrażenie. [...]

Nadeszła zima 1939/40. Rozzuchwalona łobuzeria uliczna hulała bezkarnie po ulicach miasta. Napadano bezkarnie na przechodniów żydowskich, zwłaszcza brodatych i pejsatych. Dla Niemców Żydzi w kapotach, z brodami, byli niezwykłą atrakcją. Byli specjaliści, którzy zatrzymywali ortodoksyjnych Żydów i obcinali im brody nożyczkami wraz z kawałkami mięsa. Za przykładem Niemców poszła miejscowa łobuzeria, która śmiechem i wyciem dodawała ducha niemieckim pobratymcom po nożu do "kulturalnego" dzieła cywilizowania Żydów. Role były czasem podzielone. Polak wyszukiwał brodacza, Niemiec zatrzymywał go, Polak go powstrzymywał, podczas gdy Niemiec mu obcinał lub obrzynał brodę. Za przykładem Niemców antysemici polscy zatrzymywali żydowskich przechodniów i bili ich niemiłosiernie. W obawie przed "porządnymi" Niemcami, którzy stawali czasem w obronie Żydów, chuliganeria musiała w dzień ograniczać swoje wyczyny. Wieczór za to był ich niepodzielną domeną. [...] Z ulic miasta akcja chuliganerii przeniosła się do tramwajów, w których istniały początkowo specjalne "wozy dla Żydów" (Nur fur Juden), a potem w ogóle nie wolno było Żydom jeździć. Na rozkaz chuliganów antysemickich konduktorzy zatrzymywali tramwaje, chuligani wyjmowali pasażerów żydowskich i po kilkunastu czy kilkudziesięciu rzucali się na bezbronne ofiary żydowskie. Rzadko zdarzało się, by konduktorzy zdobyli się na odwagę i stawiali opór chuliganom. [...] Tymczasem liczba bandytów antysemickich rosła z dnia na dzień. [...]

Zimą kilkakrotnie zdarzały się ekscesy, z których najgłośniejszy był pogrom lutowy (1940 roku). Bandy antysemitów, przeważnie młodocianych, ruszały pod kierunkiem Niemca, zabezpieczającego tyły i patronującego akcji. Uzbrojenie tych band składało się z kijów, lasek, łomów żelaznych itd. Hasła napastników były: "Wytępić Żydów", "Precz z Żydami", "Niech żyje niepodległa Polska bez Żydów" itd. Po drodze tłukli szyby w sklepach, oznaczonych tarczą Dawida, wyłamywali żaluzje żelazne, otwierali sklepy i rabowali. Żydów napotkanych po drodze tłukli, przewracali, bili do nieprzytomności. [...] Pogromy trwały przez kilka dni, nikt nie ingerował. Milczała polska policja, odpowiedzialna za bezpieczeństwo ludności, milczały polskie organizacje niepodległościowe. [...] Byłem świadkiem pogromu na szeregu ulic, zdejmowałem opaskę i szedłem za pogromującym tłumem i raz tylko widziałem starszą kobietę, która zatrzymała na placu Bankowym "pogromszczyków" i czyniła im wyrzuty, że szkalują dobre imię Polski, że idą Niemcom na rękę. Szyderczy śmiech łobuzów był jedyną odpowiedzią na te szlachetne słowa Polki. [...]

Reasumujmy: okres od października 1939 do listopada 1940 roku, tzn. powstania getta, jest okresem permanentnych ekscesów [antyżydowskich, przy czym tendencja rozwojowa idzie w górę. Zaczęło się od napaści na pojedynczych Żydów, a skończyło się na bezkarnym rabowaniu majątków żydowskich i na pogromach, ponawiających się w rozmaitych dzielnicach Warszawy. Nikt nie będzie winił narodu polskiego o te permanentne ekscesy i pogromy ludności żydowskiej. Znaczna większość narodu, jego uświadomiona klasa robotnicza, inteligencja pracująca - potępiały niewątpliwie te ekscesy, widząc w nich narzędzie niemieckie do osłabienia spoistości społeczeństwa polskiego i współpracy z Niemcami. Podnosimy jednak zarzut, że ani w słowie (kazania w kościołach itp.), ani w piśmie nie odgraniczano się od bestii antysemickiej kooperującej z Niemcami, że nie przeciwstawiano się czynnie nieustannym ekscesom, że nic nie uczyniono, aby osłabić wrażenie, iż cała ludność polska, wszystkie jej warstwy popierają wyczyny antysemitów polskich. Bierność Polski Podziemnej wobec brudnej fali antysemityzmu - oto, co było wielkim błędem w okresie przed powstaniem getta, błędem, który mścić się będzie w następnych okresach wojny.

 

Ringelblum przypomina również o innym - niemal nieobecnym w polskiej historiografii - wątku powrześniowego antysemityzmu: o traktowaniu jeńców żydowskich przez ich towarzyszy niewoli, Polaków. Przytacza relacje tych, którzy wrócili z obozów: o zabieraniu im żywności, butów i odzieży (co w zimie było równoznaczne ze śmiercią) przez współtowarzyszy Polaków, z orzełkami na czapkach. Wspomina również niemieckich strażników zmuszonych nieraz interweniować po stronie jeńca Żyda *[W przypisach do zapisków Ringelbluma wydawca polski przytacza dwie inne relacje na ten temat, potwierdzające te, zdawać by się mogło, niewiarygodne historie. Pułkownik Jan Rzepecki, szef BiP KG ZWZ/AK, w swoich wspomnieniach z oflagu w Woldenbergu, w którym znalazł się po powstaniu warszawskim, pisze: "[...] politycznie dominował najruchliwszy i najhałaśliwszy ONR, mający duże wpływy wśród młodzieży rezerwowej i zawodowej. Niemcy posunęli w obozie swój rasizm tylko do zebrania oficerów pochodzenia żydowskiego w jednym baraku, ale nasi rodzimi faszyści pozwolili sobie na wyszydzanie ich i słowne zaczepki, a nawet propagowanie bojkotu towarzyskiego..." (J. Rzepecki, Wspomnienia i przyczynki historyczne, op. cit., s. 383). Ludwik Landau, pisząc na ten sam temat w swoim dzienniku, 27 lutego 1940 r. dodał, że "[...] antysemityzm w znacznie silniejszym stopniu daje się podobno odczuć w obozach oficerskich niż żołnierskich" (L. Landau, Kronika lat wojny i okupacji, Warszawa 1962, s. 303).].

Aleksander Wat w swoich rozmowach z Czesławem Miłoszem wspominał z kolei antysemityzm wśród żołnierzy i oficerów tworzonej w ZSRR armii Andersa:

 

Widziałem pociągi, które mijały mnie z żołnierzami, zatrzymywały się czasem, mogłem zobaczyć kredą napisane: "Bij Żydów!". Niektórych Żydów brano do armii i jakoś była z nimi sztama [...], sporo wyszło z armią Andersa. [...] ale reguła, zwłaszcza w dalszych miejscach, niżej, była: "Bij Żydów!" i były wypadki wyrzucania z pędzących wagonów żydowskich już przyjętych żołnierzy. I tam, gdzie Żydów w ogóle nie znano, w Mołotowabadzie, na przykład, Polacy nauczyli Uzbeków antysemityzmu. Gdy widziałem te "Bij Żydów" na wagonie - duże, kredą, to mnie to jeszcze bardziej zniechęcało do tego, żeby jednak jechać do wojska (bo była jednak w końcu jakaś możliwość).

 

O Niemcach broniących Żydów przed Polakami (najczęściej w celach propagandowych) mówi w swojej kronice Ludwik Landau. Oto jego zapisek z 29 marca 1940 r.:

 

Jeden ciąg wypadków - to zajścia antyżydowskie. Trwają one dalej i przybierają coraz groźniejsze rozmiary. Sklepy w dzielnicach żydowskich są porozbijane na miazgę. [...] Gmina Żydowska była przez wiele godzin oblegana przez ogromny tłum, tak że pracownicy gminy mogli wyjść z jej biur dopiero pod ochroną żandarmów niemieckich. Tak więc działanie Niemców jako obrońców Żydów przed polską ludnością chrześcijańską już się zaczęło. Także w innych miejscach były podobno wypadki wystąpień niemieckich przeciwko bandom przez nich samych zorganizowanych - wystąpień połączonych z niemiłosiernym biciem. I te wystąpienia były fotografowane - jako akcja Niemców w obronie ładu (policjanci polscy w paru, rzadkich zresztą wypadkach, gdy chcieli interweniować, byli bici przez niemieckich policjantów, przeważnie co prawda policja okazywała dla "pogromców Żydów" całą swoją sympatię).

 

Henryk Schonker podobnie opisuje ulice Krakowa początku okupacji:

 

W okolicy, w której mieszkaliśmy, też było niebezpiecznie na ulicach. Często łapano Żydów, którzy chowali brody pod płaszczem, a pejsy pod kapeluszem i, ku ogólnej uciesze Polaków, żołnierze niemieccy, przy współudziale granatowych policjantów, obcinali im nożyczkami brody i pejsy. Zazwyczaj robiono przy tym fotografię na pamiątkę. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że tylu Polaków, mieszkańców Krakowa, którzy dotychczas żyli z Żydami w zgodzie - tak nas nie lubi.

 

Wspomina również, jak w sklepie został "za nic" zdzielony pałką w głowę przez granatowego policjanta tak, że stracił przytomność.

Bardzo szczegółową relację z getta otwockiego zdał Calek Perechodnik w swoich pamiętnikach, których motto brzmi: "Sadyzmowi niemieckiemu, podłości polskiej i tchórzostwu żydowskiemu pamiętniki me poświęcam". Perechodnik, podobnie jak Ringelblum, nie doczekali końca wojny - po likwidacji gett ukrywali się po aryjskiej stronie dzięki pomocy Polaków i najprawdopodobniej również przez Polaków zostali zadenuncjowani.

Otóż dla Perechodnika, podobnie jak i dla wielu innych Żydów, którzy uważali Polskę za swoją ojczyznę, postawa Polaków wobec Żydów pod okupacją niemiecką była wstrząsem. Przede wszystkim ich przyzwolenie na wytępienie Żydów.

 

Jedno jest pewne. Że Niemcy doskonale wyczuli, iż Polacy nie są przeciwni wytępieniu Żydów, wprost przeciwnie - jeszcze im dopomogą, za cenę odziedziczenia pozostałości mienia żydowskiego.

 

To pisze Perechodnik z perspektywy Otwocka, typowego polskiego miasteczka, zamieszkiwanego przez dużą liczbę ludności żydowskiej, zajmującej się głównie handlem i rzemiosłem. On również wspomina o roli granatowej policji w Holocauście.

 

Żadne wytłumaczenie nie jest w stanie usprawiedliwić policji polskiej.

 

O co chodziło Perechodnikowi? Ano o to, że wiedząc o likwidacji getta, otwoccy policjanci nie ostrzegli jego mieszkańców, skazując ich tym samym na śmierć. Więcej, uspokajali Żydów, że to zwykły apel, ale od krawców i szewców żydowskich odebrali wszystkie swoje zamówione rzeczy, wykończone i nie.

 

W większości miast policjanci poczuwali się do obowiązku zawiadomienia o mającym się odbyć wysiedleniu ludność miejscową. Policja otwocka nie uważała tego za swój obowiązek i nie zawiadomiła. Przez trzy lata okupacji policja polska ssała krew Żydów. Pobierali oni stały haracz od rzeźników, piekarzy, szmuglerów i od każdego bogatego Żyda, który czymś handlował czy też miał ukryty towar sprzed wojny. Nie zapomnijmy, że przecież całe życie Żydów w wojnie było nielegalne, bo można było się przyczepić do wszystkiego: Z czego żyjecie? Skąd się biorą kartofle w getcie? Skąd się bierze chleb? Gdzie są pola zasiane żytem? A jeśli nawet są, to w jaki sposób żyto mielicie? Skąd macie mięso? Tak że przez cały czas wojny policjanci polscy, którzy oficjalnie nie mieli prawa wstępu do getta, żyli z tego getta i to dobrze żyli. Nie wyrzucam im tego, rozumiem, że ze swojej pensji żyć nie mogli w czasie dewaluacji, ale to, że ostatniej przysługi nie wyświadczyli Żydom, że ich nie ostrzegli przed wysiedleniem, to pozostanie ich wieczną hańbą. Oskarżam ich, że są w równej mierze odpowiedzialni za śmierć Żydów, co i siepacze niemieccy.

 

Perechodnik podaje też w swoim dzienniku konkretny przykład zabójstwa Żyda przez polskiego policjanta. Warto tę relację przytoczyć w całości, nie ze względu na jej wyjątkowość - o ile w ogóle możemy uznać za niewyjątkową śmierć każdego z nas - ale na zobrazowanie mechanizmu współpracy polskiej policji z Niemcami przy mordowaniu Żydów:

 

W tym czasie opowiedział nam Wacław o dalszych losach [Szmula] Kołkowicza. Nie pamiętam dokładnej daty, kiedy jechał Kołkowicz kolejką do Świdra w wagonie Wacława. W Józefowie wszedł do wagonu plutonowy policji polskiej z Otwocka Sokołowski, w towarzystwie jeszcze jednego agenta. Przywitali się z Wacławem, po czym Sokołowski, rozglądając się po wagonie, spytał się Wacława, czy to czasem nie siedzi na ławce Kołkowicz. Nie pomogło zaprzeczenie Wacława, poznał go i wespół z kolegą doszli do Kołkowicza. Biorą rewolwery do rąk i każą mu podnieść ręce do góry. Kołkowicz również zauważył Sokołowskiego, ale nie przestraszył się zbytnio; cóż ma się obawiać polskiego policjanta? Najwyżej zechce od niego na wódkę, toteż siedział dalej, nie szykując się ani do ucieczki, ani do obrony. Rąk też nie podniósł do góry, próbując żartować, gdy nagle został uderzony kolbą rewolweru w skroń. Zamroczony pada, Sokołowski zaś korzysta z momentu i nakłada mu kajdanki na ręce. Kolejka staje w Świdrze, wysiadają, Kołkowicz, korzystając ze zbiegowiska, rzuca się do ucieczki. Trudno mu nawet przychodzi biegać z kajdankami na rękach, ale spory kawał już ubiegł, gdy dosięgła go kula rewolwerowa. Padł na ziemię z postrzelonym brzuchem. Policjanci rewidowali go, prawdopodobnie pieniądze mu zabrali, ale jak zauważyli, że ma przy sobie rewolwer, odwieźli go furą do dyspozycji Schlichta [dowódca żandarmerii niemieckiej w Otwocku - S. Z.]. W sanatorium podleczyli go trochę, po czym poddali go szczegółowym badaniom, skąd ma broń. Dokładnie, jak było przeprowadzone śledztwo, nie wiem, dość że pięknego, słonecznego dnia zabrał Schlicht Kołkowicza dorożką z sanatorium za park otwocki. Tu postawił go pod krzakiem, cofnął się o kilka kroków, wyjął rewolwer i chciał strzelić. Szczęśliwie rewolwer zaciął się. Odważny do ostatniej chwili, rzucił się Kołkowicz do ucieczki. Na pewno uciekłby w las, gdyby go nie dosięgły strzały oddane z karabinów polskich policjantów, asystujących przy egzekucji. Tak zginął Szmul Kołkowicz, zginął z rąk, od których się najmniej tego spodziewał. Tyle lat pracował dla polskiej policji, nie żałował im ani reperowania rowerów, ani też bezpłatnego chleba. Za otrzymany chleb odwdzięczyła mu się polska policja już nawet nie kamieniem, ale dobrą porcją rozgrzanego ołowiu. Sokołowski w późniejszej rozmowie z Wacławem jeszcze się chwalił, że to on przyczynił się do śmierci Kołkowicza i że on każdego skurwysyna Żyda, którego złapie, własnoręcznie zabije.

 

Zostawmy na chwilę granatową policję, strażaków, junaków, konduktorów, adwokatów, poborców podatkowych i innych urzędników polskich zaprzęgniętych przez Niemców do roli pomocników w niszczeniu swoich żydowskich współobywateli. I przyjrzyjmy się "cywilnej" ludności polskiej oczyma Caleka Perechodnika:

 

W ogóle całe getto jest wciąż otoczone przez motłoch polski, który co chwila wskakuje przez parkan, siekierami otwiera drzwi i wszystko rabuje. Czasami potykają się o ciepłe jeszcze trupy, ale nie szkodzi. Nad trupami ludzie biją się, jeden drugiemu wyrywa poduszkę czy też garnitur. [...] Część getta była już po troszeczku zamieszkana przez Polaków. Kobiety polskie najspokojniej w świecie robiły już porządki w mieszkaniach, gdzie leżały jeszcze gorące trupy, obierały kartofle przed mieszkaniami, a Żydzi to wszystko widzieli. To był ten ostatni obraz, który utrwalił im się przed śmiercią. [...] W każdym mieście, kiedy odbywała się akcja, całe getto bywało otoczone przez motłoch, który urządzał formalne polowanie na Żydów - według wszelkich prawideł sztuki myśliwskiej, z naganiaczami lub bez. Ilu Żydów w ten sposób zginęło? Niezliczona ilość, bo w najlepszym wypadku zabierali Żydom pieniądze i nie doprowadzali do żandarmerii, ale przecież to było i tak równoznaczne z wyrokiem śmierci. Co ma robić Żyd bez pieniędzy? Co najwyżej samemu dojść do żandarmerii i poprosić o kulę. Sam widziałem i słyszałem z ust Polaków o takich wypadkach. Nie podaję nazwisk, bo nie jest ważne, że nasz dozorca Jan Dębowski moc Żydów doprowadził i wydał w ręce żandarmerii po uprzednim obrabowaniu ich. Tłum, bezimienny tłum solidarnie w ten sposób postępował. Nie lepiej zachowywali się niektórzy konduktorzy, zwłaszcza na kolejce. Jak zauważyli Żyda w kolejce, jeden drugiemu komunikował: "złapałem ptaka", no a ptaka trzeba oskubać.

 

Nie lepiej postrzegał Perechodnik - sam inteligent z dyplomem inżynierskim uzyskanym po studiach we Francji - polską inteligencję i jej stosunek do "kwestii żydowskiej":

 

Ale jak zareagował ogół ludności, inteligencja polska? Dziwna rzecz, kiedy nam Żydom nie śniło się nawet, że rozkaz wymordowania dotyczy wszystkich Żydów, to Polacy się od razu zorientowali, że żaden Żyd wojny nie przeżyje. Czy to ma być dowodem ich wybitnej mądrości i dalekowzroczności politycznej, czy też ta mądrość okazała się wynikiem przysłowia: każdy z zasady wysnuwa takie wnioski na przyszłość, jakie są mu wygodne - na to już nie jest trudno odpowiedzieć. Dość że się szybko zorientowali i bynajmniej się nie zmartwili. Przed ich oczyma działy się rzeczy, których największy geniusz wieszcza nie jest w stanie opisać, tragedie, jakie się ludziom nawet nie śniły, że są możliwe, zaś dla Polaków to się nie okazało nawet interesującym tematem do rozmów. Opowiadał mi Magister, który codziennie jeździł kolejką elektryczną z Warszawy do Otwocka i z powrotem, że w najgorętszym czasie akcji ani razu nie słyszał, żeby w pociągu mówiono o Żydach, żeby się ktoś nad nimi ulitował. Jednym słowem - nieciekawy temat do rozmów ogólnych, ale dość ciekawy temat do rozmów rodzinnych. Wszak każdy Polak miał choć jednego przyjaciela Żyda, który go prosił ze łzami w oczach o łaskę ulokowania rzeczy u niego. Wspaniałomyślnie zgadzano się, a jeśli Żyd okazał się grzecznym, to wyjechał do Treblinki i sprawa była wyjaśniona. Majątek się powiększał, sumienie czyste, tout va tres bien.

 

Kilkadziesiąt lat po wojnie Marek Edelman wystawił równie gorzki rachunek inteligencji polskiej - poza Miłoszem i Andrzejewskim nikogo, jego zdaniem, z luminarzy polskiej kultury nie zajmował specjalnie widok płonącego getta w Warszawie. Ani Iwaszkiewicza, ani Dąbrowską. I Edelman specjalnie im się nie dziwi, bo "oni tym nie żyli". Żyli - w porównaniu z Żydami - normalnie; i tak chcieli żyć. "Normalne było życie w Warszawie..."

A propos likwidacji otwockiego getta, Jacek Leociak w artykule Wizerunek Polaków w zapiskach Żydów z dystryktu warszawskiego pisze o dwóch rzeczach, które umknęły uwadze Perechodnika. A mianowicie o tym, że członkowie otwockiej "straży obywatelskiej", Polacy, szukający i wyłapujący ukrywających się Żydów, mieli na rękawach biało-czerwone opaski [sic!], oraz o gwałtach, których ofiarami padały młode Żydówki, a których sprawcami byli m.in. polscy studenci. Logikę owych gwałtów Leociak przedstawia następująco:

 

Skoro i tak jest skazana, skoro i tak już po niej, to dlaczego ma się zmarnować jej piękne, młode, jeszcze pełne życia ciało? Niechże to ciało będzie użyteczne do końca.

 

O gwałtach na ukrywających się często małoletnich Żydówkach, dokonywanych przez polskich szantażystów-szmalcowników i chłopów, pisze również Jan Grabowski.

Tadeusz Markiel - świadek ze wsi Gniewczyna w gminie Tryńcza w powiecie przeworskim (dziś województwo podkarpackie) - w swojej relacji wspomina o uwięzieniu przez wiejską elitę (członków ochotniczej straży pożarnej) kilkunastu Żydów, różnej płci i w różnym wieku. Kobiety były gwałcone, mężczyzn zaś poddawano torturom, aby wyjawili, gdzie ukryli lub komu oddali swoje dobra. Po trzech dobach męczarni Polacy przekazali Żydów żandarmom na egzekucję.

W swoim Dzienniku z lat okupacji Zamojszczyzny doktor Zygmunt Krukowski, dyrektor szpitala w Szczebrzeszynie, historyk z zamiłowania i człowiek cieszący się wielkim autorytetem na swoim terenie, opisał "z zewnątrz" akcję likwidacji Żydów w swoim mieście i udział w niej Polaków - niezwykle podobnie do relacji "od wewnątrz" Ringelbluma i Perechodnika:

 

(22 X) Obcy żandarmi i SS-owcy wyjechali wczoraj. Dzisiaj działają nasi żandarmi i granatowi policjanci, którym kazano zabijać na miejscu każdego złapanego Żyda. Rozkaz ten wykonują bardzo gorliwie... W ogóle ludność polska nie zachowywała się poprawnie. Niektórzy brali bardzo czynny udział w tropieniu i wynajdywaniu Żydów. Wskazywali, gdzie są ukryci Żydzi, chłopcy uganiali się nawet za małymi dziećmi żydowskimi, które policjanci zabijali na oczach wszystkich. (s. 290)

(23 X) Tymczasem w Szczebrzeszynie działało gestapo przy pomocy miejscowych żandarmów, granatowych policjantów i przy czynnym udziale niektórych obywateli miasta. Popisywał się też młody policjant z Sułowa, Matysiak. Woźny Skórzak nie mając karabinu ani rewolweru, siekierą rąbał głowy wyciąganych z kryjówek Żydów. Inni cywile z amatorstwa też gorliwie pomagali, wyszukiwali Żydów, pędzili ich do magistratu lub na posterunek, bili, kopali itp. (s. 291)

(26 X) Wczoraj, w niedzielę, przez cały dzień nieliczni cywile wyłapywali Żydów. Widziałem, jak w pobliżu szpitala, w zabudowaniach znanych powroźników Dymów, wynaleziono i wyprowadzono 50 Żydów. Liczyliśmy, gdy pędzono ich do aresztu. Tłum gawiedzi stał i przyglądał się. Niektórzy "z amatorstwa" pomagali: rozbijali dachy i ściany szukając Żydów, a potem bili ich pałkami... Ludność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym, żydowskim dobytkiem lub towarem z małych sklepików. (s. 292)

(26 XI) Chłopi w obawie przed represjami wyłapują Żydów po wsiach i przywożą do miasta albo nieraz wprost na miejscu zabijają. W ogóle w stosunku do Żydów zapanowało jakieś dziwne zezwierzęcenie. Jakaś psychoza ogarnęła ludzi, którzy za przykładem Niemców często nie widzą w Żydzie człowieka, lecz uważają go za jakieś szkodliwe zwierzę, które należy tępić wszelkimi sposobami, podobnie jak wściekłe psy, szczury itd. [...] (s. 299)

 

Krystyna Modrzewska, ukrywająca się pod tym "aryjskim" nazwiskiem m.in. w klasztorze (za pieniądze), opisuje niemieckie mordy na Żydach lublińskiego getta i reakcję okolicznych mieszkańców:

 

Niemcy zabijali "tych śmiesznych Żydów i rozwrzeszczane żydówy", więc czemu Polacy nie mieliby skorzystać? I korzystali, ile się dało. Chłopi z workami chodzili na miejsce straceń, za 1/2 litra wódki pilnujący Ukrainiec pozwalał im wziąć kilka sztuk ubrania z wielkich stosów, piętrzących się nad rowami. Wykupywano, wykradano ubrania pomordowanych. Wyrostki wiejskie od rana czatowały za drzewami, przyglądały się nadjeżdżającym transportom, spokojnie wysłuchiwały strzałów i krzyków, potem podkradały się pod kupy bezładnie, w śmiertelnej trwodze porozrzucanych ubrań, chwytały, co się dało i uciekały. Czasami Ukraińcy strzelali za tymi złodziejaszkami - dwóch chłopców zabito. Ukraińcy po "pracy" szli do najbliższych chałup ochłodzić się, wypocząć, napić trochę mleczka. Gospodynie obsługiwały ich ochoczo, a gospodarze gwarzyli przymilnie, częstowali bimbrem i tytoniem, wypraszali to parę garniturów, to jakieś buty żydowskie, to znów pozwolenie na podjechanie furmanką w głąb lasu i wyzbieranie tych różnych rupieci, walizek, teczek i innych, jak mawiali "cymesów". Pytali odchodzących siepaczy, czy jutro też przywiozą Żydów.

 

Wszystkie te relacje, zarówno "Żydów" jak i "aryjczyków", znajdują potwierdzenie w raportach drukowanych w najważniejszym podziemnym piśmie, "Biuletynie Informacyjnym", organie prasowym Komendy Głównej AK.

W opublikowanym tam 18 września 1942 r. artykule Z Otwocka czytamy:

 

Na tym tle musimy napiętnować zachowanie okolicznej ludności z Otwocka, Rembertowa i Miedzeszyna, która w pamiętnym dniu likwidacji getta w Otwocku w parę godzin po tym barbarzyńskim fakcie, w nocy zaraz zajechała furmankami i rozpoczęła grabież pozostałego mienia żydowskiego.

Wywożono wszystko, co pod rękę podpadło, wyłamywano drzwi i okna, półki, deski z podłóg, nie mówiąc o meblach, ubraniach i bieliźnie, które pierwsze padły ofiarą rabunku. To nie ludzie - to rozjuszona bestia w ludzkim ciele, poczuwszy świeży jeszcze zapach krwi grasowała niczym szakale i hieny wśród stygnących trupów.

 

Dwudziestego drugiego października 1942 r. w artykule Likwidacja getta w Wołominie i Stoczku donoszono:

 

I tak w końcu ubiegłego i w pierwszej połowie bieżącego miesiąca przeprowadzono mordowanie i wywożenie Żydów w Wołominie, Stoczku, Węgrowie, Radzyminie, Jadowie, [...] Siedlcach [...]. Z różnych stron nadchodzą wiadomości o masowym mordowaniu Żydów, lecz żadne z nich nie są tak straszne, jak [to] co nam donoszą z Wołomina i Stoczka. Straż pożarna w Wołominie i męty społeczne pośród ludności Stoczka, które brały czynny udział w akcji niszczenia Żydów, zyskały sobie fatalną kartę w historii dopomagając w zbiorowym mordzie, wyszukując ukrywających się i przodując w grabieży.

 

Zaś 30 października 1942 r. w tekście Ohyda czytamy:

 

Wiadomości z kraju z ostatnich tygodni wywołują rumieniec wstydu na obliczu każdego uczciwego Polaka. Z różnych miejscowości, a właściwie z wszystkich, w których rozgrywały się zwierzęce mordy Żydów, donoszą, że w rabowaniu mienia zabijanych przez Niemców ofiar brali udział nie tylko hitlerowcy, ale również granatowa policja pochodzenia polskiego, co gorsza zaś również i miejscowa ludność polska. Początkowo sądziliśmy, że haniebne to rzemiosło uprawiały spośród ludności polskiej jedynie męty społeczne, zawodowi złodzieje i bandyci. Niestety, okazuje się, że nierzadko w tych kryminalnych popisach biorą udział "stateczni" mieszczanie, poważni "gospodarze" wiejscy, którym ich dotychczasowe stanowisko społeczne, ich "katolicyzm" nie przeszkadza do nurzania się w błocie pospolitego złodziejstwa, tym haniebniejszego, że uprawianego dzięki morderstwom, uprawianym przez potwornych wrogów narodu polskiego. W kilku wypadkach dochodziło do bójek pomiędzy stojącymi w ogonku zwierzętami w ludzkim ciele, które oczekiwały na swoją "kolejkę", aż nieszczęśni żydzi zostaną zamordowani, ażeby z ciepłych jeszcze ofiar zedrzeć odzież i bieliznę. W kilku wypadkach przerwano kordon siepaczy hitlerowskich, nie mogąc się doczekać egzekucji, i rozbierano przeznaczonych na śmierć, wyrywając sobie nawzajem poszczególne części odzienia.

 

Dwudziestego siódmego lutego 1941 r. szef dystryktu warszawskiego, Ludwig Fischer, ogłosił werbunek dla strażników w obozach dla Żydów. Dotyczyło to przeszkolonych wojskowo i nienależących do niemieckiej grupy narodowościowej Polaków, Rosjan, Ukraińców i Białorusinów.

"Biuletyn Informacyjny" (z 6 marca 1941 r.) zareagował natychmiast. Wezwał Polaków do niepodejmowania tego typu współpracy i nazwał ją "zdradą narodową". Mimo to do obozów pracy dla Żydów zgłosiło się na ochotnika ponad dwustu Polaków, chcących pracować jako strażnicy. W obozach tych, zlokalizowanych w pobliżu Warszawy, obowiązywał język polski. Stanowiło to zresztą pretekst do poddawania więźniów Żydów różnorakim szykanom.

Na przykład, w obozie Narty strażnicy zakopali żywcem chłopaka, bo źle mówił po polsku. W innym obozie, w Rembertowie, polscy strażnicy zamurowali żywcem dwóch Żydów, którzy byli zbyt słabi, aby pracować.

W obozie kampinoskim pochowano ponad 50 robotników żydowskich, zastrzelonych lub zakatowanych przez strażników.

Komendantem obozu pracy dla Żydów w Drewnicy był Polak - Dąbrowski; Polakami byli również strażnicy i kierownik aprowizacji. Kiedy okoliczni Polacy rzucali słaniającym się z głodu Żydom chleb i pieniądze, wartownicy reagowali z furią, komendant zaś wygłosił taką mowę:

 

Komu dajecie pieniądze? Wyobraźcie sobie, gdyby na tym miejscu stali nasi, to znaczy chrześcijanie. Żydzi też by się dzielili z nimi chlebem i pieniędzmi? Co Żydzi zrobili z naszymi braćmi na terenach zajętych przez bolszewików? Wiecie!

 

Mord

Niech mię pan puści, co panu szkodzi, że będę żył

*[Tak prosił - bezskutecznie - 6-letni żydowski chłopiec, Fromuś, polskiego chłopa, który po złapaniu odwoził go na posterunek żandarmerii, na rozstrzelanie (cyt. za: Barbara Engelking, "Po zamordowaniu udaliśmy się do domu". Wydawanie i mordowanie Żydów na wsi polskiej w latach 1942-1945, w: Zarys krajobrazu, op. cit., s. 278).]

Jak przechodzi się od obojętności, braku empatii czy donosicielstwa do czynnej kolaboracji w dziele mordowania Żydów? Czy w ogóle można mówić tu o jakimś procesie, a jeśli tak, to czy nie był on po prostu związany z polityką niemiecką - naznaczenia, wykluczenia i eksterminacji Żydów - kopiowaną po prostu przez polskich współsprawców Zagłady? I czy była to tylko kolaboracja?

Zofia Kossak-Szczucka przyglądając się pod tym kątem polskiej wsi, zauważała jednak pewien proces:

 

[...] początkowo zachowanie się chłopów wobec zbrodni popełnianych przez Niemców było ludzkie, logiczne i zrozumiałe. Wyrażało się ono w spiesznym zajmowaniu opróżnionych przez żydów placówek, kształceniem młodzieży w rzemiosłach będących wyłącznie przywilejem żydów, jak czapnictwo lub krawiectwo, a równocześnie w bardzo chrześcijańskim udzielaniu pomocy głodomorom zbiegłym z getta. [...] Tak było jeszcze w 1941 r. Dzisiaj bestialstwa niemieckie stępiły wrażliwość wsi. Odebrały pewność sądu.

Piorun nie spada z nieba, nie zabija morderców dzieci, krew nie wola o pomstę. Może to prawda, że Żyd jest tworem wyklętym, na którym zbrodnia popełniona uchodzi bezkarnie. W związku z tym mnożą się, niestety, wypadki czynnego współdziałania chłopów w eksterminacyjnej akcji niemieckiej. To precedens bardzo groźny.

 

Coś tu się jednak nie zgadza. Zachowanie "ludzkie, logiczne i zrozumiałe" (czyli przejmowanie majątków i zawodów po Żydach, okraszone "pomocą głodomorom zbiegłym z getta") zmienia się bardzo szybko w bestialskie, gdy tylko okazuje się, że za zbrodnie nie czeka kara (to, że zwykle i nie ma nagrody, nie przeszkadza w jej popełnianiu - bezinteresownym). To, że tak szybko nie-żydowscy obywatele polscy (zwani krótko, etnicznie - Polakami) uznali swoich współrodaków Żydów za niegodnych życia, każe podejrzewać, iż nigdy tak naprawdę tego przywileju im nie przyznali. Innymi słowy - Polacy nie traktowali Żydów jako równych sobie i to nie tylko pod względem religijnym (każdemu Polakowi wiadomo było, że "żydostwo" jest czymś nieporównanie gorszym od chrześcijaństwa), ale i biologicznym. Kiedy władza pozwoliła, można było "ich" zabijać. Po prostu.

O morale chłopstwa na Podlasiu wspominał w swoich pamiętnikach cytowany już antysemita-endek, Józef Górski:

 

Niektórzy chłopi przechowywali u siebie Żydów, za co brali sowite wynagrodzenie. Później, gdy stałe niebezpieczeństwo, na które się narażali, zaczęło im zbytnio ciążyć, ucinali Żydom siekierą głowy. Opodal Treblinki leży wieś Wólka Okrąglik. Gospodarze tej wsi wysyłali swe żony i córki do ukraińskich strażników, zatrudnionych w obozie, i nie posiadali się z oburzenia, gdy te kobiety przynosiły za mało pierścionków i innych kosztowności pożydowskich, uzyskanych w zapłatę za osobiste usługi. Proceder ten był oczywiście bardzo korzystny: strzechy znikły zastąpione blachą, a cała wieś robiła wrażenie Europy, przeniesionej do zapadłego kątka Podlasia.

 

Opisy tortur i mordów, jakich dopuściła się ludność polska na swoich współrodakach Żydach, dostępne we wspomnieniach i aktach procesowych, są tak przerażające, że wywołują nieuniknione pytania nie tylko o stan moralny polskiego społeczeństwa, stosunek tegoż do mniejszości żydowskiej - i to nie tylko podczas Holocaustu - ale i o źródła tego niebywałego sadyzmu, satysfakcji i zadowolenia, które towarzyszyły żydobójstwu.

Czy były one zarezerwowane wyłącznie dla Żydów? Wszak korzenie polskiego antysemityzmu i nienawiści do Żydów są znacznie starsze i tak głębokie, że dziś, prawie 70 lat po wojnie, mówienie o rzeczach oczywistych, czyli o współudziale Polaków w mordowaniu Żydów, wymaga odwagi, bo napotyka na powszechną, żywą i negatywną reakcję większości tzw. opinii publicznej. Nie mówiąc już o groźbie sankcji karnej 3 lat więzienia...

Czy, jak chce Szczucka, wynikało to z atrofii moralnej powodowanej przedłużającą się wojną i eskalacją okrucieństwa? Czy może ze specyficznego charakteru klasy popełniającej najbardziej szokujące mordy - chłopstwa?

Z przejmującej relacji dziecka polskich chłopów, Tadeusza Markiela, wynika, że na wsi (i to jeszcze przed wojną) "było społeczne przyzwolenie na dręczenie Żydów i zwierząt domowych".

W monumentalnej i bardzo wpływowej pracy Chłop polski w Europie i Ameryce Florian Znaniecki oraz William I. Thomas badają świadomość społeczną polskiego chłopa pierwszych dekad XX w. i dochodzą do wniosku, że Żyd "stoi poza polskim społeczeństwem".

Inny badacz międzywojennego Polesia, uczeń Bronisława Malinowskiego, Józef Obrębski, pisze, że "jako obcy i przybłęda, Żyd nie podlegał tym samym sprawdzianom społeczno-moralnym i tym samym regulacjom zwyczajowym, co swój: pan, sługa pański czy chłop".

O zazdrości, donosicielstwie, okrucieństwie i innych przywarach chłopów najostrzej pisał jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tego stanu - Wincenty Witos. Sporo miejsca w jego wspomnieniach zajmują również Żydzi i stosunek do nich chłopów - w tym wypadku galicyjskich, wśród których wychował się Witos. Stosunek nieodmiennie wrogi: "[...] w gruncie rzeczy chłopi Żydów nienawidzili, a nawet nimi gardzili".

Witos zresztą podziela i rozumie te odczucia. Opisuje w języku, który dziś nazwalibyśmy jawnie antysemickim (a który przed wojną używany był powszechnie, nie tylko przez antysemitów), "antychłopską" działalność Żydów i konkluduje:

 

To są tylko fragmenty, gdyż o całości musiałoby się wielkie księgi pisać. A jednak i z tego widać, że Żydzi byli przez długi czas codziennym utrapieniem chłopa i pijawką ssącą z niego ostatnią kroplę krwi.

 

Ten patron dzisiejszego ruchu ludowego tak pisał o stosunku społeczeństwa polskiego do Żydów po zakończeniu I wojny światowej:

 

Zagadnienie żydowskie wystąpiło z całą gwałtownością. Jeżeli ludność jeszcze przed wojną miała dosyć powodów do niechęci, a nawet nienawiści przeciw Żydom, uważając [ich] zupełnie słusznie za pasożytów żyjących ich kosztem, to w czasie wojny nagromadziło się tych powodów jeszcze więcej. Nastrój wrogi dla Żydów potęgował się w miarę przeciągającej się wojny światowej, a doszedł do punktu kulminacyjnego w ciągu ostatnich miesięcy.

Żydzi sami dostarczali do tego wiele i to istotnych powodów. Na nich zaczęła ludność zrzucać odpowiedzialność za nędzę i cierpienia przebyte, oni ją szpiegowali i donosili, prowadząc nieraz pod szubienicę. Stąd też się utarło przekonanie w masach, że Żydzi pozostają w ścisłym porozumieniu z władzami austriackimi i niemieckimi, występując razem wrogo przeciw Polakom.

Widziano ponadto, że ciesząc się specjalnymi względami tych rządów, zarabiają miliony grube na dostawach wojskowych. Zarzucono im ogólnie, że się uchylają od służby wojskowej, co się odbija na ludności polskiej, że zajmując w bezpiecznych miejscach liczne stanowiska, tak w wojsku, jak i w urzędach, działali wyraźnie na niekorzyść ludności. Jeżeli zaś byli w wojsku, to się lokowali na tyłach i etapach, gdzie prowadzili dobre interesy.

Żołnierze opowiadali, że Żydzi, pełniący służbę sanitarną, Polaków traktowali znacznie gorzej niż żołnierzy innych narodowości. Nic więc dziwnego, że pragnienie odwetu i zemsty było powszechne, a kiedy przyszła sposobność, chciano tej zemsty dokonać. Rzecz oczywista, że nie myślała o tym świadoma i odpowiedzialna część społeczeństwa, choć miała o Żydach sąd wyrobiony.

 

Mamy więc motyw (zemstę oraz chęć zagarnięcia majątku), sposobność (przyzwolenie niemieckie na pogromy w 1941 r. na ziemiach wcześniej okupowanych przez ZSRR, a później nagrody za doprowadzenie bądź kary za ukrywanie Żydów) i sprzyjającą atmosferę społeczną, nie wyłączając i tej "świadomej i odpowiedzialnej części społeczeństwa"...

Wszystko jasne? Nie bardzo. Ten psychologicznie najbardziej zrozumiały motyw odpłaty za wieloletnie "krzywdy", o których wspomina Witos, w motywacjach morderców nie występuje niemal wcale. Chęć zagarnięcia majątku - owszem, ale co w takim razie powiedzieć o tropieniu, torturowaniu i mordowaniu ukrywających się po lasach, ledwo żyjących niedobitków żydowskich, którzy nie mieli już dosłownie nic, nawet ubrania i butów? I często byli znajomymi, sąsiadami, żyjącymi w przyjaźni w doli i niedoli...

 

Józef, coś mnie tak gonił, cóżem ci winien? Turczyn, ty mnie znasz, przecież ja nic nie mam prócz trepów, przecież wy mnie znacie, że nie jestem bandyta. Co ja wam jestem winien, żeście mnie złapali?

 

- pytał zaszczuty jak zwierzę przez swoich znajomych ze wsi Icek Fabrykant, przed wojną syn właściciela folwarku i lasu.

 

Sołtys Słoma nie chciał wzywać żadnych władz, lecz pod presją nieustępliwego Prokopa (prawdopodobnie nie tylko jego) wysłał podwodę do najbliższego posterunku policji granatowej w Olesznie. Policjantów przyjechało czterech: komendant Ignacy Golański, Sylwester Szymecki, Kaczyński i Błotnicki - ci ostatni nieznani z imienia. Nim wyprowadzili Icka tuż za wieś i zastrzelili na skraju zagajnika, cztery metry od drogi, wypytywali go, gdzie się ukrywał i kto mu pomagał. "Jeść dawali mi dobrzy ludzie, a nocowałem, gdzie mnie noc zastała", i więcej nic nie chciał mówić.

 

Profesor Andrzej Bieńkowski wspominał po latach:

 

Najboleśniejszą rzeczą dla mnie jest stosunek wsi do Żydów i powszechny triumf, że Żydów nie ma. Powszechny. I jeszcze jedno, o czym mało pisałem, a co jest świadomością moją straszną: mordowanie przez chłopów Żydów ukrywających się po lasach. Ilość tych incydentów i zbrodni, o których ja wiem... to jest straszny ciężar. W książce przytaczam tylko wstrząsającą opowieść o tym, jak "ojciec" śpiewaka S. zakatował dwie żydowskie dziewczynki, jak potem ze swoją bandą zgwałcił i zamordował Żydówkę ukrywającą się w lesie. Ale była też historia taka, jedna z wielu, o których nie napisałem: młoda, piękna Żydówka ucieka z dwójką małych dzieci z transportu pod Białobrzegami. Znali ją, wszyscy to podkreślali. Idzie do lasu, a za nią chłopaki z kijami, w jej wieku. Żydówka mogła mieć dwadzieścia trzy lata, jedno dziecko cztery lata, drugie trzy. No i dwudziestu chłopaków zatłukło ich kijami, dla samej przyjemności, nikt z tego nic nie miał.

 

A oto inna relacja, Polaka, Stanisława Żemińskiego:

 

W dniu 5 listopada [1942 roku] przejeżdżam przez wieś Siedliska. Wstępuję do Spółdzielni. Chłopi kupują kosy. Sklepowa mówi: "przydadzą się wam na dzisiejszą obławę". Pytam, na jaką obławę, "a na Żydów", zapytałem "a ile płacą za schwytanego Żyda?" - kłopotliwe milczenie - mówię więc dalej, że "za Chrystusa zapłacono 30 srebrników, domagajcie się żeby i wam tyle płacono". Nikt mi nie odpowiedział.

 

Takich relacji naocznych świadków jest wiele. Tym, co w nich uderza najbardziej - poza bezinteresownym sadyzmem - jest nieobecność Niemców. To sami Polacy złapali, pojechali po polską policję, a ta nie dość, że rozstrzelała *[Zwykle egzekucje na Żydach należały do obowiązków niemieckiej żandarmerii. Policja granatowa mogła jednak sama zabijać Żydów, powołując się na tzw. rozkaz strzelania (Schiessbefehl), który wydał 21 listopada 1941 r. szef Policji Bezpieczeństwa GG, Karl Eberhard Schóngarth: "[...] by wszyscy w ten sposób włóczący się Żydzi byli natychmiast rozstrzeliwani, jeśli w jakimkolwiek najmniejszym nawet stopniu stawiają opór aresztowaniu lub spróbują uciekać".], to przed egzekucją prowadziła śledztwo na wzór niemiecki, chcąc dowiedzieć się od nieszczęśnika, któż śmiał udzielić mu schronienia. Po co? Aby aresztować polskiego chłopa, który - zamiast zabić czy wydać - dał kawałek chleba ukrywającemu się? Aby zadenuncjować go Niemcom? Szantażować? Po co? Dla zysku czy z poczucia obowiązku? Z nienawiści do Żydów i tych, którzy im pomagali, czy z przywiązania do prawa okupanta?

I znowu coś mi się nie zgadza. Według historyków wielu polskich granatowych policjantów (nawet 25-30%) współpracowało z niepodległościowym podziemiem. Wszystko więc wskazuje na to, że tak jak w przypadku strzelających do Żydów oddziałów partyzanckich, bez różnicy czy AK-owskich, BCh-owskich (Batalionów Chłopskich) czy NSZ-owskich, można było być polskim patriotą walczącym z Niemcami i mordować Żydów. Te dwie rzeczy nie kłóciły się ze sobą.

Z powojennych zeznań partyzantów AK-owskich wynika jasno, że Żydom się nie pomagało:

 

W czasie rozmów nie brano w ogóle pod uwagę wyjątkowo ciężkiego położenia Żydów w okresie okupacji, nie padło też żadne zdanie o tym, aby im pomóc w ukrywaniu się przed Niemcami, pomimo że zdawaliśmy sobie z tego sprawę.

 

Do Żydów się strzelało:

 

Zgodnie z tym nastawieniem należało członkom AK likwidować Żydów, jeśli tacy pojawili się na danym terenie. Na to nie było wyraźnego rozkazu, lecz w rozmowach dawano do zrozumienia i nawet wyraźnie o tym mówiono, że tak należy robić. Mówił o tym do mnie [Michał] Pytlak [ps. "Łom", szef wywiadu AK w tym rejonie - A. S.] i inni członkowie AK.

 

Alina Skibińska, pilna badaczka powojennych procesów oskarżonych o kolaborację, w tym o mordowanie Żydów, uważa że:

 

O ile na poziomie ideologii poszczególne partie i ich zbrojne organizacje różniły się między sobą, o tyle postępowanie oddziałów leśnych i ich dowódców wobec ukrywających się Żydów było bardzo podobne. W zasadzie partyzanci wszystkich formacji mają krew na rękach. [...] Zbrodnie polskiego podziemia to temat tabu, nadal drażliwy, wciąż okryty "mgłą tajemnicy".

 

Co do roli granatowych policjantów na opisywanych przez siebie terenach dystryktu radomskiego Skibińska nie ma wątpliwości, że:

 

[...] działali tu całkowicie samodzielnie, nie byli kontrolowani przez Niemców, "oczyszczali" swój teren gorliwie i do końca. Nagrodą za to zawsze był dobytek niewinnych ofiar, na ogół ubrania i buty, czasem pieniądze i biżuteria. Policjanci dokonywali też swoistej zemsty za nielojalność wobec polskiej wspólnoty na ludziach pomagających Żydom, zakopując ciała zamordowanych pod oknami ich domów, pod progiem bądź wręcz w pomieszczeniach mieszkalnych, pod klepiskiem.

 

Jej zdaniem:

 

[...] jeśli Żydów ratowano głównie dla pieniędzy, to i dla pieniędzy ich głównie mordowano.

 

I przypomina, że "nagie" życie Żyda też miało jakąś wartość - przeliczalną na niemiecką nagrodę - w wódce, papierosach, zbożu, cukrze, czasem pieniądzach.

Na "nieboszczykach na urlopie", czyli więźniach obozów śmierci, też można było zarobić. Inżynier Jerzy Królikowski w swoich Wspomnieniach z okolic Treblinki w czasie okupacji relacjonował, że kiedy na stację nieopodal Treblinki wjeżdżał pociąg z Żydami do zagazowania, wylegali nań mieszkańcy okolicznych wsi:

 

Gdy z daleka po raz pierwszy zobaczyłem tych ludzi przy pociągu, sądziłem, że wiedzeni szlachetną litością przyszli, aby zamkniętych w wagonach i spragnionych napoić i nakarmić. Zapytani przeze mnie robotnicy rozwiali moje złudzenia, mówiąc, że to zwykły handel wodą i żywnością, i to po wysokich cenach.

Rzeczywiście, jak się potem dowiedziałem, tak niestety było. Gdy transport był konwojowany nie przez niemiecką żandarmerię, która nikogo do niego nie dopuszczała, ale przez wszelkie inne kategorie niemieckich najemników [zdarzało się, że konwojentami byli granatowi policjanci], zbiegały się tłumy z wiadrami wody i butelkami bimbru w kieszeni. Woda była przeznaczona do sprzedaży zamkniętym w wagonach ludziom, a bimber na łapówki dla konwojentów, którzy za to godzili się na dopuszczanie do wagonów.

Gdy bimbru nie było lub konwojenci nie zadawalali się tego rodzaju łapówką, dziewczęta zarzucały im ręce na szyje i obsypywały pocałunkami, byle tylko uzyskać pozwolenie na dotarcie do wagonów. Po uzyskaniu zezwolenia rozpoczynał się handel z nieszczęśliwymi więźniami, którzy umierali z pragnienia i płacili po 100 zł za garnuszek wody.

 

"Żydzi, jedziecie na mydło!" - to słyszał od Polaków na stacjach zamknięty w bydlęcym wagonie Samuel Willenberg, w drodze do Treblinki. Jako jednemu z nielicznych udało mu się przeżyć tę fabrykę śmierci. Uciekł po buncie zorganizowanym 2 sierpnia 1943 roku. Dzięki niemu wiemy, jak na słowa Polaków reagowali jego współtowarzysze niedoli:

 

Widzisz, Samek, chciałeś iść do partyzantki. Chciałeś walczyć. Walczyć, ale z kim? Walczyć razem z tymi, co nienawidzą nas jeszcze bardziej niż Niemców? Tyś chciał, abym posłał swoje dzieci do lasu. Radziłeś, by się tam ukryły.

U kogo? U tych, co przy pierwszej sposobności sami je zabiją? Lub wydadzą za litr wódki? Ty przecież sam byłeś po aryjskiej stronie. Zastanów się, kto ci pomógł? Coś przeżył? Co się stało z twoimi dwiema siostrami, które miały bardzo aryjski wygląd? Czy to właśnie nie Polacy wydali je w łapy niemieckie? Przecież oni są zadowoleni z tego, co nam się stało, z tego, że nas wysiedlają nie wiadomo dokąd. A może i wiadomo.

 

Willenberg, planując ucieczkę z Treblinki, nie liczył na pomoc Polaków. Wiedział, że nie może na nią liczyć.

 

W trakcie rozmowy zwróciłem uwagę moim towarzyszom, że nie mogę zrozumieć, jak mieszkańcy otaczających nas wsi polskich, czując odór rozkładających się zwłok wydobytych teraz z grobów, połączony z zapachem spalenizny, widząc dym unoszący się na dziesiątki kilometrów, pozostają obojętni. Jak mogą otaczający nas Polacy, widząc, co się tutaj dzieje, nie dzielić się z szerokim światem tą wiadomością? Gdzie jest podziemie polskie? Zawsze łudziłem się, że polscy partyzanci napadną na obóz, aby zdobyć zgromadzony w nim majątek. Wiedziałem, że nikt nie będzie się trudzić, żeby nas wyzwolić. Miałem jednak nadzieję, że rabunkowa akcja zbrojna może nam ułatwić ucieczkę. Pamiętałem, że będąc po aryjskiej stronie czytałem podziemną prasę opisującą niemieckie zbrodnie. W żadnym jednak z biuletynów nie wspominano o tym, co Niemcy robią z Żydami. Myśmy dla nich nie istnieli. Kiedy pisano o konspiracji, obozach, łapankach, aresztowaniach, mowa była tylko o Polakach.

 

W swoim mikrohistorycznym studium dotyczącym niemieckich obozów pracy w Starachowicach znany amerykański historyk Holocaustu, Christopher R. Browning, opisuje doświadczenia ocalałych Żydów z Wierzbnika, małej podstarachowickiej miejscowości. Analizując ich relacje, wyodrębnia trzy typy nieprzyjaznych zachowań Polaków w stosunku do Żydów.

Po pierwsze, radość polskich sąsiadów widzących upokorzenie Żydów. Radość manifestowana śmiechem, pogardliwymi wyzwiskami, kradzieżami, pluciem i rzucaniem kamieni. Do tej grupy zachowań Browning zalicza również dyskryminowanie Żydów w obozach przez polskich brygadzistów, np. poprzez wyznaczanie ich do najcięższych prac. W skrajnych przypadkach było to również zadowolenie Polaków z dokonywanej przez Niemców eksterminacji Żydów.

Po drugie, we wspomnieniach ocalonych powraca zarzut, że Polacy nie próbowali im pomóc nawet wtedy, kiedy owa pomoc nie była obarczona ryzykiem.

Po trzecie wreszcie, oskarżenie Polaków o wydawanie Żydów Niemcom i pomoc w ich rozpoznaniu, bez której Niemcy byliby niemal bezradni. W relacjach Żydów, którym udało się przeżyć, padają sformułowania, że Polacy byli "większym wrogiem" niż Niemcy, albo że ich nienawidzą "bardziej od Niemców, ponieważ byli [ich] sąsiadami".

* * *

Sprawa żydowska w historiografii czasów wojny jest jak luzem wisząca nitka w misternej tkaninie - wystarczy za nią mocniej pociągnąć, a cały delikatny wzorek zaczyna się pruć. Okazuje się, że antysemityzm zanieczyścił całe połacie współczesnej historii Polski i uczynił z nich temat wstydliwy, powołując do życia wersje wielu wydarzeń, które miały odgrywać rolę listka figowego.

 

Tak pisał Jan Tomasz Gross w rozdziale pt. Potrzeba nowej historiografii, w niewielkiej książeczce wydanej przez małe wydawnictwo w 2000 r., pod enigmatycznym tytułem Sąsiedzi. Wydanie Sąsiadów, początkowo niezauważone, stało się wkrótce jednym z najważniejszych wydarzeń pierwszej dekady III RP, a kto wie, może i innych dekad powojennych również.

Gross, przytaczając tużpowojenne relacje Szmula Wasersztajna z Jedwabnego i Menachema Finkelsztajna z Radziłowa (relacje, które obok wielu innych były dostępne w archiwach ZIH), zakwestionował całą powojenną historiografię polską dotyczącą relacji polsko-żydowskich podczas II wojny światowej (z Ten jest z ojczyzny mojej na czele) i pośrednio odpowiedział na pytania, na które historycy polscy dotąd nie umieli bądź nie chcieli odpowiedzieć: jak możliwe było wymordowanie 3 mln Żydów polskich, funkcjonowanie na terenach Polski niemieckich obozów zagłady, powojenne pogromy i antysemityzm rozgrywany przez znienawidzoną jakoby partię komunistyczną z poparciem dużej części społeczeństwa? Mówił też sporo o fenomenie współczesnej Polski, czyli antysemityzmie bez Żydów i o niezrozumiałym dla Polaków oraz jakoby niesprawiedliwym tzw. antypolonizmie, panującym wśród Żydów.

Oto relacja Szmula Wasersztajna złożona przed pracownikami Żydowskiej Komisji Historycznej w Białymstoku, 5 kwietnia 1945 r. (zachowana pisownia oryginalna):

 

W Jedwabnie do wybuchu wojny żyło 1600 Żydów, z których uratowało się tylko 7, przechowywanych przez Polkę Wyrzykowską, zam.[ieszkałą] niedaleko miasteczka.

W poniedziałek wieczorem 23 czerwca 1941 r. Niemcy wkroczyli do miasteczka. Już 25-go przystąpili swojscy bandyci, z polskiej ludności, do pogromu Żydów. 2-ch z tych bandytów Borowski (Borowiuk) Wacek ze swoim bratem Mietkiem, chodząc razem z innymi bandytami po żydowskich mieszkaniach, grali na harmonii i klarnecie, aby zagłuszyć krzyki żydowskich kobiet i dzieci. Ja własnymi oczami widziałem jak niżej wymienieni mordercy zamordowali: 1. Chajcię Wasersztajn, 53 lat; 2) Jakuba Kaca, 73 lat i 3) Krawieckiego Eliasza.

Jakuba Kaca ukamienowali oni cegłami, a Krawieckiego zakłuli nożami, później wydłubali mu oczy i obcięli język. Męczył się nieludzko przez 12 godzin dopóki nie wyzionął ducha.

Tego samego dnia zaobserwowałem straszliwy obraz: Kubrzańska Chaja, 28 lat, i Binsztajn Basia, 26 lat, obie z niemowlęciami na rękach, widząc co się dzieje poszły nad sadzawkę, woląc raczej utopić się wraz z dziećmi, aniżeli wpaść w ręce bandytów. Wrzuciły one dzieci do wody i własnymi rękami utopiły, później skoczyła Binsztajn Baśka, która poszła od razu na dno, podczas gdy Kubrzańska Chaja męczyła się przez kilka godzin.

Zebrani chuligani zrobili z tego widowisko, radzili jej aby się położyła twarzą do wody a wtedy to się szybciej utopi, ta widząc że dzieci już utonęli rzuciła się energiczniej do wody i tam znalazła śmierć.

Nazajutrz ksiądz zaczął się interesować aby wstrzymali pogrom tłumacząc, że niemiecka władza sama zrobi już porządek. To poskutkowało i pogrom został wstrzymany. Od tego czasu okoliczna ludność przestała sprzedawać produkty żywnościowe, wskutek czego położenie Żydów stało się coraz cięższe. W międzyczasie rozpowszechniono pogłoskę, że Niemcy wkrótce wydadzą rozkaz zniszczenia wszystkich Żydów.

Taki rozkaz został wydany przez Niemców 10 VII 1941 roku.

Mimo, że taki rozkaz wydali Niemcy, ale polscy chuligani podjęli go i przeprowadzili najstraszniejszymi sposobami - po różnych znęcaniach się i torturach, spalili wszystkich Żydów w stodole. W czasie pierwszych pogromów i podczas rzezi, odznaczali się okrucieństwem wymienieni wyrzutki: 1. Szleziński, 2. Karolak, 3. Borowiuk (Borowski) Mietek, 4. Borowiuk (Borowski) Wacław, 5. Jermałowski, 6. Ramutowski Bolek, 7. Rogalski Bolek, 8. Szelawa Stanisław, 9. Szelawa Franciszek, 10. Kozłowski Geniek, 11. Trzaska, 12. Tarnoczek Jerzyk, 13. Ludański Jurek, 14. Laciecz Czesław.

10. VII-41r. rano przybyło do miasteczka 8 gestapowców, którzy odbyli naradę z przedstawicielami władz miasteczka. Na pytanie gestapowców jakie mają zamiary w stosunku do Żydów, to wszyscy jednomyślnie odpowiedzieli, że trzeba wszystkich zgładzić. Na propozycję Niemców ażeby z każdego zawodu zostawić jedną rodzinę żydowską, obecny miejscowy stolarz Szleziński Br.[onisław] odpowiedział: Mamy dosyć swoich fachowców, musimy wszystkich Żydów zgładzić, nikt z nich nie może zostać żywym. Burmistrz Karolak i wszyscy pozostali zgodzili się z jego słowami. Postanowiono wszystkich Żydów zebrać w jedno miejsce i spalić. Do tego celu oddał Szleziński swoją własną stodołę znajdującą się niedaleko miasteczka. Po tym zebraniu rozpoczęła się rzeź.

Miejscowi chuligani wszyscy uzbrojeni w siekiery, w specjalne kije w których były nabite gwoździe i inne narzędzia zniszczenia i tortur wypędzili wszystkich Żydów na ulice. Jako pierwszą ofiarę swoich diabelskich instynktów wybrali 75 najmłodszych i najzdrowszych Żydów, którym kazali podnieść z miejsca i zanieść wielki pomnik Lenina, którego w swoim czasie Rosjanie postawili w centrum miasteczka. Było to niemożliwie ciężkie, ale pod gradem straszliwych uderzeń musieli Żydzi to zrobić. Niosąc pomnik musieli jeszcze do tego śpiewać, aż przynieśli go na wskazane miejsce.

Tam zmuszono ich do wykopania dołu i wrzucenia pomnika. Po tym ci sami Żydzi zostali zakatowani na śmierć i wrzuceni do tego samego dołu.

Drugim znęcaniem się było: Mordercy zmusili każdego Żyda do wykopania grobu i pogrzebania poprzednio zabitych Żydów, później ci z kolei zostali zamordowani i pochowani przez innych.

Trudno jest do odzwierciedlenia wszystkich okrucieństw chuliganów i trudno jest znaleźć w historii naszych cierpień coś podobnego.

Spalano brody starych Żydów, zabijano niemowlęta u piersi matek, bito morderczo i zmuszano do śpiewów, tańców itp. Pod koniec przystąpiono do głównej akcji - do pożogi. Całe miasteczko zostało otoczone przez straż, tak że nikt nie mógł uciec, później ustawiono wszystkich Żydów po 4 w szeregu, a Rabina powyżej 90-ciu lat Żyda i rzezaka postawili na czele, dano im czerwony sztandar do rąk i pędzono ich śpiewając do stodoły. Po drodze chuligani bili ich bestialsko. Obok bramy stało kilku chuliganów, którzy grając na różnych instrumentach, starali się zagłuszyć krzyki nieszczęśliwych ofiar. Niektórzy z nich próbowali się bronić, ale byli bezbronni. Pokrwawieni, skaleczeni, zostali wepchnięci do stodoły. Potem stodoła została oblana benzyną i podpalona, poczym poszli bandyci po żydowskich mieszkaniach szukając pozostałych chorych i dzieci. Znalezionych chorych zanieśli sami do stodoły, a dzieci wiązali po kilka za nóżki i przytaszczali na plecach, kładli na widły i rzucali na żarzące się węgle. Po pożarze z jeszcze nie rozpadłych ciał, wybijali siekierami złote zęby z ust i na różne sposoby zbeszczeszczali ciała świętych męczenników.

 

A to fragment drugiej przytoczonej przez Grossa relacji Menachema Finkelsztajna, pod tytułem Zburzenie gminy żydowskiej w Radziłowie, złożonej 14 czerwca 1946 r. przed Wojewódzką Żydowską Komisją Historyczną w Białymstoku. Finkelsztejn opisuje to, co działo się w Radziłowie po wkroczeniu wojsk niemieckich w czerwcu 1941 r. (zachowana pisownia oryginalna):

 

Okoliczni Polacy szydząc patrzyli na przelęknionych Żydów i wskazując na szyję mówili "Teraz będzie rżnij Jude". Ludność polska od razu pokumała się z Niemcami. Oni wybudowali na cześć armii niemieckiej luk triumfalny, ozdobiony swastyką, portretem Hitlera i hasłem: "Niech żyje armia niemiecka, która wyzwoliła nas z pod przeklętego jarzma Żydokomuny!" Pierwszym pytaniem tych chuliganów było: czy można zabijać Żydów? Oczywiście Niemcy odpowiedzieli pozytywnie. I od razu po tym zaczęli oni prześladować Żydów. Zaczęli zwymyślać różne rzeczy na Żydów i nasyłać na nich Niemców. Niemcy ci nieludzko bili Żydów i rabowali ich mienie, potym rabowane rzeczy rozdzielili wśród Polaków. [...] Od tego dnia rozpoczął się straszliwy łańcuch mąk i cierpień dla Żydów. Głównymi męczycielami byli Polacy, którzy bestialsko bili mężczyzn, kobiety lub dzieci, nie patrząc w ogóle na wiek. Oni też nasyłali Niemców przy każdej sposobności, robili różne insynuacje. Tak np. 26 czerwca 1941 r. w piątek wieczorem nasłali oni grupę niemieckich żołnierzy do nas do domu. Jak dzikie zwierzęta rozbiegli się kaci po mieszkaniu szukając i przeszukując wszystko co tylko znaleźli. Co tylko miało jakąś wartość zabierali, wynosząc na fury czekające przed domem. Radość ich rozpierała. Rzeczy domowe rzucali na ziemię tratując swoimi buciskami, żywność rozsypywali i oblewali naftą.

Razem z Niemcami byli też i Polacy, wśród których rej wodził Dziekoński Henryk, który też i później wykazał się swoim barbarzyństwem. [...] O wiele więcej boleśniejszą od ran i przeżyć tego wieczoru była świadomość tego, że nasze położenie jest o wiele gorsze dlatego, że ludność polska powzięła wrogie stanowisko względem Żydów. Oni stają się coraz bardziej aktywni i śmielsi w prześladowaniach. [...] Dało się odczuć, w powietrzu wisiało, to że polska ludność przygotowuje się do urządzenia pogromu. Dlatego tośmy wszyscy postanowili, aby matka poszła interweniować u miejscowego księdza Dolegowskiego Aleksandra - który był naszym dobrym znajomym - aby on jako duchowy wódz, wymógł na swoich wierzących, aby ci ostatni nie brali udziału w prześladowaniach Żydów. Ale jak było wielkie nasze rozczarowanie, gdy ksiądz z wielkim gniewem odpowiedział: "Według znanych pewników to wszyscy Żydzi od najmłodszego do 60 lat są komunistami, i że on nie ma w ogóle interesu ich bronić". Matka próbowała go przekonać, że jego stanowisko jest fałszywe, że jeśli na karę ktoś zasłużył to może jednostki, ale co są winne małe dzieci i kobiety? Ona apelowała do jego sumienia aby się zlitował i wstrzymał ciemną masę, która jest zdolna do popełnienia straszliwych rzeczy, które w przyszłości na pewno będą hańbą dla narodu polskiego, ponieważ polityczna sytuacja nie zawsze będzie taka jaka jest obecnie. Ale jego zbrodnicze serce nie zmiękczyło się i ostatecznie odpowiedział, że on nie może żadnego dobrego słowa dla Żydów powiedzieć, ponieważ jego wierzący obrzucą go błotem. Takie same odpowiedzi zostały otrzymane od wszystkich poważnych chrześcijańskiech obywateli miasta, do których się poszło interweniować w tej sprawie.

Wyniki tych wszystkich odpowiedzi nie dały na siebie długo czekać. Od razu nazajutrz zorganizowały się bojówki młodych polskich synalków: bracia Kosmaczewscy, Józef, Anton i Leon, Mordaszewicz Feliks, Kosak, Weszczewski [?] Ludwik i inni, które narobiły niesłychanych moralnych i fizycznych boli nieszczęśliwym i przestraszonym Żydom. Od rana do wieczora prowadzili starych Żydów, obładowanych świętymi księgami do pobliskiej rzeczki. Pochód ten był odprawiany przez tłum chrześcijańskich kobiet, mężczyzn i dzieci. Nad rzeką zmuszali Żydów do wrzucenia święte księgi do wody. Żydzi też musieli położyć się, wstać, chować głowy, pływać i inne wariackie ćwiczenia. Widzowie śmiali się nagłos i bili brawo. Mordercy stali nad swymi ofiarami i za niewypełnienie rozkazu nieludzko bili. Oni prowadzili też kobiety i dziewczęta moczyć się w rzece. Wracając, bojówki uzbrojone w kije, łomy, otaczały zmęczonych, ledwo żyjących Żydów i częstowały biciem. A kiedy jeden z torturowanych protestował, nie chcąc wykonywać ich rozkazów, groził i wyzywał ich, że w najbliższej przyszłości to się z nimi porachują, to oni go tak zbili, że stracił przytomność. Z zapadnięciem nocy bojówki grasowały po żydowskich domach, wyłamując zaryglowane drzwi i okna. Dostawali się do mieszkań, wyciągali znienawidzonych Żydów i bili tak długo dopóki Żydzi padali nieprzytomni w kałużach krwi. Nie oszczędzali oni kobiet z dziećmi na ręku, rozkrwawili i matki i dzieci. Rzucali się jak zwierzęta na wszystkich i wszystko. Z zapadnięciem nocy rozlegały się dzikie krzyki morderców i przeraźliwe jęki torturowanych. Czasami wyprowadzali Żydów z domów na rynek i tam bili. Krzyki były nie do zniesienia. Dookoła torturowanych stały tłumy polskich mężczyzn, kobiet i dzieci, które wyśmiewały się z nieszczęśliwych ofiar, które padały pod ciosami bandytów. Z tych wszystkich orgii utworzyła się olbrzymia liczba rannych i śmiertelnie chorych Żydów. Liczba ta z dnia na dzień powiększała się. Jedyny polski lekarz Mazurek Jan, który znajdował się w miasteczku, nie chciał udzielić żadnej lekarskiej pomocy zbitym.

Położenie pogarszało się z dnia na dzień. Ludność żydowska stała się zabawką w rękach Polaków. Władzy niemieckiej nie było ponieważ armia przeszła i nie zostawiła nikomu władzy.

Jedynym, kto miał wpływ i po części utrzymywał porządek był ksiądz, który był pośrednikiem chrześcijan jedynie w ich sprawach, które były pomiędzy nimi.

Żydzi nie tylko, że nikogo nie obchodzili, ale rozpoczęła się propaganda wychodząca z wyższych polskich sfer a oddziaływująca na tłum, że przyszedł już czas, aby ostatecznie policzyć się z tymi, którzy ukrzyżowali Jezusa Chrystusa, z tymi którzy używali krew na macę i którzy są przyczyną wszystkiego złego na świecie - Żydami. Dosyć już bawić się z Żydami, czas już oczyścić Polskę z tych ciemiężców i z tej zarazy powietrza. Ziarno nienawiści padło na dobrze użyźnioną ziemię, która była dobrze przygotowana w przeciągu długich lat przez duchowieństwo.

Dziki i krwiożerczy tłum przyjął to jako święte wezwanie misji, którą historia na nich nałożyła - zlikwidować Żydów. A chęć zdobycia żydowskich zysków i żydowskich bogactw jeszcze więcej zaostrzyła ich apetyty.

Polacy byli władcami bo ani jeden Niemiec był obecny. W niedzielę 6-go lipca o 12 godz. w południe przyszło do Radziłowa dużo Polaków z Wąsosza (sąsiednie miasteczko). Wiadomem się stało, że ci którzy przyszli, wybili straszliwym sposobem rurami [?] i nożami wszystkich Żydów w ich miasteczku, nie oszczędzając nawet małych dzieci. Wybuchła się straszliwa panika. Zrozumiano, że jest to tragiczny sygnał zniszczenia. Wtedy wszyscy Żydzi od małego dziecka do późnej starości odrazu opuścili miasto, kierując do pobliskich lasów i pól. Nikt z chrześcijan nie chciał wpuścić wtedy Żyda do siebie do domu i okazać mu jakąkolwiek pomoc.

Tak też i nasza rodzina uciekła w pole i kiedy się ściemniło tośmy się schowali w zbożu. Późną nocą słyszeliśmy zagłuszone wołania o pomoc, gdzieś w pobliżu nas. [...] Byliśmy pewni, że Żydów zamordowano. Kto ich zabił? Polscy mordercy, brudne ręce ze świata podziemnego, ludzi ślepych, którzy pędzeni są przez zwierzęcy instynkt za krwią i rabunkiem uczeni i wychowani w przeciągu dziesiątków lat przez czarne duchowieństwo, które na gruncie nienawiści rasowej budowali swoją egzystencję. [...]

Jak to wszystko strasznie wyglądało mówi ten fakt, że Niemcy oświadczyli, że Polacy za dużo sobie pozwolili. Przyjście Niemców uratowało 18 Żydów, którym udało się schować podczas pogromu. Wśród tych znajdował się 8-o letni chłopak, który był już zasypany w grobie, odżył i wykopał się z ziemi. [...] Takim sposobem zniknęła z powierzchni ziemi gmina żydowska w Radziłowie, która istniała w przeciągu 500 lat. Razem z Żydami zostało też zniszczone wszystko co jest żydowskim w miasteczku: uczelnia, synagoga i też cmentarz.

 

Swoją książkę kończy Gross historią z happy endem. Relacją chłopki spod Wadowic, Karolci Sapetowej, ukrywającej w swoim gospodarstwie dzieci żydowskie, które wychowywała jako służąca w rodzinie żydowskiej (zachowana pisownia oryginalna):

 

[...] Ludność nasza wiedziała, że ukrywam dzieci żydowskie, i rozpoczęły się szykany i groźby ze wszystkich stron, żeby dzieci wydać gestapo, bo przecież grozi spaleniem całej wsi, wymordowaniem, i.t.d.. Sołtys wsi był dla mnie przychylnie usposobiony i to mnie często uspokajało. Bardziej natarczywych uspokajałam jakimś upominkiem, względnie przekupywałam. Ale to długo nie trwało. SS-mani ciągle węszyli i znowu zaczęły się awantury, aż pewnego dnia oświadczyli, że musimy dzieci usunąć ze świata i ułożyli plan, aby dzieci zaprowadzić do stodoły i tam we śnie główki siekierą odrąbać.

Chodziłam jak opętana, ojciec mój staruszek zmartwiał zupełnie. Co tu robić? Co robić? Biedne nieszczęśliwe dzieci wiedziały o wszystkim i przed udaniem się do snu mówiły do nas "Karolciu, jeszcze nas dzisiaj nie zabijajcie. Jeszcze nie dziś". Czułam, że drętwieję i postanowiłam, że dzieci nie wydam za żadną cenę.

Wpadła mi zbawienna myśl. Wsadziłam dzieci na wóz i powiedziałam wszystkim, że wywożę je poza wieś, by je utopić. Przejechałam całą wieś i wszyscy widzieli i uwierzyli i gdy nadeszła noc przyjechałam z dziećmi z powrotem...

 

Happy end tej historii polega na tym, że dzieci przeżyły. Ale dla Grossa właśnie to świadectwo, gdzie nikt nie został zamordowany, jest najbardziej wstrząsającym dowodem na załamanie najgłębszego kulturowego tabu, które zabrania mordować niewinnych - cała wieś odetchnęła z ulgą, uznawszy, że jedna z jej mieszkanek zamordowała dwoje bezbronnych, malutkich dzieci żydowskich.

Z historii ukrywających się na wsi Żydów wynika, że udzielający im pomocy chłopi nie tylko ryzykowali, łamiąc rozkazy okupanta; przede wszystkim musieli liczyć się z donosem sąsiada, ostracyzmem wsi i stygmatyzacją - często przechodzącą na kolejne pokolenia wiele lat po wojnie - jako "pachołków żydowskich".

Tych siedmiu Żydów z relacji Wasersztajna (wśród nich i on sam), którzy przeżyli pogrom w Jedwabnem, stało się po wojnie przekleństwem rodziny Wyrzykowskich, która ich ukrywała aż do wyzwolenia przez armię radziecką.

Nie dość, że już po wyzwoleniu nachodzili ich polscy partyzanci, którzy groźbami i biciem żądali wydania Żydów "na odstrzał", to w obawie o własne życie musieli kilkakrotnie po wojnie zmieniać miejsce zamieszkania - dlatego że ukrywali Żydów.

Oto fragment relacji Aleksandra Wyrzykowskiego:

 

[...] Tej nocy przyszli [partyzanci vel bandyci - S. Z.] do nas po Żyda, żeby go oddać, to go zabiją i więcej nam już dokuczać nie będą. Żona moja powiedziała, że męża nie ma, bo poszedł do siostry, a Żyd pojechał do Łomży i nie wrócił. Wtedy zaczęli ją bić tak, że nie miała białego ciała na sobie tylko czarne. Zabrali co lepszego z domu i kazali się odwieźć. Zawiozła ich pod Jedwabne. Wróciła, a Żyd już wyszedł z kryjówki i zobaczył, że jest pobita. Później po jakimś czasie przyszedł drugi Żyd Janek Kubrzański, porozmawialiśmy i postanowiliśmy wiać z tego miejsca. Zamieszkaliśmy w Łomży. Żona zostawiła swoje dziecko małe przy rodzicach. Z Łomży przeprowadziliśmy się do Białegostoku, gdyż w Łomży też nie byliśmy pewni swojego życia. [...] W 1946 przeprowadziliśmy się do Bielska Podlaskiego. Po paru latach też wydało się i zmuszeni byliśmy opuścić Bielsk Podlaski.

 

"Wydało się", że ukrywali Żydów... Solidarność biernych obserwatorów Zagłady nie mogła znieść tego, że można było Żydom pomóc. Solidarność zawistnych i chciwych nie mogła darować, że - być może - pomagający mają "żydowskie złoto". Solidarność morderców nie mogła dopuścić do tego, żeby ktoś z mieszkańców wyłamał się i nie tylko nie uczestniczył w pogromie, ale ukrywał jego ofiary. Wiele lat po wojnie synowi bratanka Wyrzykowskiego koledzy z Jedwabnego wymyślali od Żydów, synową już po "odkryciu" zbrodni zapytali w urzędzie: "A co? Ty tu jeszcze pracujesz? Chyba macie dość pieniędzy, jak twoja teściowa siedmiu Żydów chowała", zaś sama Antonina Wyrzykowska, wytrzymawszy tortury partyzantów, nie wytrzymała w końcu presji środowiska i uciekła do Stanów Zjednoczonych *[Na pytanie Anny Bikont, ilu osobom w ciągu całego życia powiedziała, że przechowywała Żydów, Wyrzykowska odpowiedziała: "Takim zaufanym ludziom to mogłabym powiedzieć, ale tak to człowiek się nie chwalił, bo się bał. Ja miałam przyjemność, że życie Żydom ratuję. Ale ludzie na to bardzo krzywo patrzą. Może jakbym Murzynów ukryła, to by jakoś inaczej to odbierali. Sama pani wie, gdzie się żyje, to niech pani powie, ile jest takich osób, co by im się podobało, że ja Żydów chowałam? Jeden na dziesięć, to chyba za dużo liczę? Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że jak Żyda się ma za przyjaciela, to Polaków się ma zaraz za wrogów. Czemu tak jest, to ja nie wiem. Jak dostałam odznaczenie, medal tych Sprawiedliwych, to moja Helenka [córka - S. Z.] zaraz smyrgnęła do kosza. I lepiej, przecież i tak nie byłoby komu pokazywać. W Ameryce księdzu w Chicago na spowiedzi powiedziałam, że uratowałam Żydów i że się codziennie za nich modlę. Nic nie powiedział, że nie wolno, więc widać to nie grzech. W Polsce za nic bym księdzu takich rzeczy nie mówiła".]

* * *

Wydanie siadów wzbudziło dyskusję, jakiej nie było w Polsce chyba nigdy przedtem. Prawica i skrajna prawica szalały, zakładając przeróżne komitety obrony dobrego imienia mieszkańców Jedwabnego, Polaków, czy raczej prawdziwych Polaków, itp. Przy ich wściekłym ujadaniu i dowodzeniu - przez wielu "poważnych" historyków, publicystów i polityków - że to wszystko Niemcy, za mord na Żydach w Jedwabnem przeprosił prezydent Kwaśniewski, a na miejscu spalonej stodoły postawiono pomnik.

Z tymi przeprosinami do dziś nie może pogodzić się znaczna część naszego społeczeństwa, czego wyrazem jest demonstracyjne nieuczestniczenie mieszkańców Jedwabnego w corocznych obchodach tragedii i nieustanne bezczeszczenie obelisku poświęconego spalonym Żydom, m.in. napisami typu "Nie przepraszam za Jedwabne" czy "Byli łatwopalni".

Ja z przeprosinami Kwaśniewskiego mam inny kłopot, o którym co i rusz staram się przypominać na łamach tego eseju. Otóż przeproszenie Żydów w imieniu Polaków, tak ciepło przyjęte przez tzw. międzynarodową opinię, było potwierdzeniem, że Żydzi polscy nie byli Polakami, a przynajmniej za takich nie byli i nie są uważani. Kwaśniewski jako prezydent Polski i prezydent Polak przepraszał Żydów za zbrodnię dokonaną przez członków swojego narodu.

Taka forma przeprosin jest przyjęta i stosowana szeroko w świecie, kiedy przywódca jakiegoś narodu uznaje zbrodnię popełnioną na innym narodzie i przeprasza. Problem w tym, że Żydzi polscy byli obywatelami Polski czyli... Polakami. Dlatego to przeproszenie - poza oczywistym przyznaniem, że Polacy mordowali Żydów -sankcjonuje rozróżnienie na Żydów i Polaków. My - Polacy, wy - Żydzi. Czyli znów zamiast podkreślenia jedności obywatelskiej, rozróżnienie wedle - wielce problematycznych - kryteriów etnicznych.

Na temat zbrodni w Jedwabnem wszyscy w Polsce mieli coś do powiedzenia i mówili w mniej lub bardziej histerycznym tonie, co dowodziło jedynie, że o trupie żydowskim w szafie wiedzieliśmy chyba zawsze, a na ile świadomie go wyparliśmy, przekonała nas dopiero psychoanaliza dokonana przez dziennikarkę "Gazety Wyborczej" Annę Bikont w wydanej 4 lata później książce My z Jedwabnego.

Ta książka jest, moim zdaniem, jedną z najważniejszych książek dotyczących nas Polaków, jakie kiedykolwiek się ukazały. I to nie dlatego, że Bikont, jako jedna z pierwszych, napisała, że wydawanie i mordowanie Żydów w czasie wojny przez polskich sąsiadów i polskie ugrupowania zbrojne było raczej regułą, zaś ukrywanie i pomaganie im - raczej wyjątkiem. Przede wszystkim dlatego, że pokazała w niej prawdziwy obraz polskiego społeczeństwa, od inteligencji po chłopstwo, w kontekście dyskusji - pierwszy raz na poważnie, 60 lat po wojnie! - o Holokauście i polskim antysemityzmie.

Otóż okazało się, że w błogiej, patriotycznej nieświadomości, stanie ukontentowania historią własnego narodu i dumie przynależności doń tkwili, bawiąc się - zgodnie z celnym sformułowaniem Artura Domosławskiego dotyczącym prof. Tomasza Strzembosza - w "kustoszy Polski niewinnej", nie tylko prawicowi, antykomunistyczni publicyści (jak Tomasz Wołek, którego "Życie", piórem Piotra Gontarczyka, najostrzej wówczas z gazet głównego nurtu atakowało Grossa, czy wspomniany Strzembosz), ale również postacie - wydawałoby się - jak najdalsze od postendeckiej gangreny.

Bikont pisze o swoim szefie, Adamie Michniku, że "nie był w stanie przyjąć do wiadomości ujawnionych w Sąsiadach Jana Tomasza Grossa faktów". Przypomina rozmowę Jacka Żakowskiego z prof. Tomaszem Szarotą w "Gazecie Wyborczej", w której kompromitują się obaj - wybitny dziennikarz i uznany historyk Holocaustu i II wojny światowej. Cytuje fragment artykułu Żakowskiego z tego samego numeru, w którym atakuje Grossa za język, którym posługuje się w Sąsiadach, nazywając go językiem wojny etnicznej i ludobójstwa.

Przytacza słowa Tadeusza Konwickiego, "zszokowanego, zbolałego i podłamanego" ujawnionym przez Grossa mordem w Jedwabnem. Otóż ten wnikliwy krytyk polskich charakterów do czasu Sąsiadów był przekonany, że coś takiego zdarzyć się nie mogło, gdyż - jego zdaniem -"Polacy nie byliby zdolni do takiej zbrodni". "[...] byłem przekonany" - kontynuuje Konwicki - że cecha okrucieństwa została nam [Polakom - S. Z.] oszczędzona, że takie rzeczy mogą zdarzać się na Bałkanach" *[Anna Bikont, My z Jedwabnego, s. 77. Ciekawe, że w wydanej dwa lata później książce Anny Bikont i Joanny Szczęsnej Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu (Warszawa 2006) ten sam Konwicki, kiedy wspomina swój udział w AK-owskiej partyzantce na Wileńszczyźnie, mówi: "Mój oddział naprawdę ścigał Żydów" (s. 85). Czyżby więc mordowanie Żydów na Wileńszczyźnie odbywało się w sposób bardziej humanitarny?].

Cytuje również słowa prof. Jerzego Jedlickiego, jakie wygłosił na spotkaniu poświęconym książce Grossa w kierowanej przez siebie Pracowni Dziejów Inteligencji Instytutu Historii PAN. Był to swojego rodzaju coming out:

 

Jacek Żakowski myli się, przypisując etniczne emocje jakiejś przedkulturowej naturze. Etniczne emocje są fundamentalną mapą kulturową nowoczesnych społeczeństw europejskich. Nienawiść do Żydów, pogarda i śmiech to część XX-wiecznej kultury środkowoeuropejskiej, w tym polskiej. Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy był gotów do zbrodni. Ale zagładzie Żydów towarzyszyła uciecha znacznej części ich polskiego otoczenia. Tę uciechę, ten śmiech, który towarzyszył Zagładzie, pamiętam, bo byłem wtedy po drugiej, aryjskiej stronie muru. Do dziś naszą postawą, moją też, była ucieczka od tego tematu, tchórzliwy lęk przed tym ciemnym, co się czai w naszej zbiorowej historii. Gross Sąsiadami i wcześniejszą Upiorną dekadą budzi nas z otępienia. I to najważniejsze. Cała reszta to szczegóły, a diabeł w Jedwabnem czy Radziłowie tkwi nie w szczegółach, lecz w generaliach.

 

A generalia (naszpikowane jednak szczegółami) były takie, jak ta relacja z mordu w Wąsoszu:

 

Krew płynęła po bruku, lała się z drabiniastych wozów, znacząc ostatnią drogę Żydów do przeciwczołgowego rowu za wsią. Tutaj wrzucani byli jak popadło: żywi na umarłych, umarli na żywych. Wszystko przykryła ziemia, udeptywana przez oprawców, dobijających ludzi pałką, szpadlem, siekierą. Nazajutrz po zbrodni, w niedzielę, oprawcy przyszli do kościoła. Wielu w ubraniach, które ludzie natychmiast rozpoznali. Nie ukrywali też zegarków. Mijały lata. Kiedyś ksiądz ogłosił: "Kto ma coś po Żydach, niech kupi coś dla kościoła". Kupili.

 

Tę metodę mordu, zastosowaną w Wąsoszu, Bikont nazywa "chałupniczą". Były to zabójstwa "indywidualne" - oprawcy wkraczali do domów swoich żydowskich sąsiadów, mordowali ich siekierami, kijami i łomami, a potem ich ciała wywozili w jedno miejsce za miasto i zakopywali. Inaczej było np. w Radziłowie - tam wyłapywano Żydów przez kilka dni, gromadzono w stodole, by potem wszystkich spalić.

 

Tych, co nie spalili, zabijali i wrzucali do dołów na masło i twaróg koło mleczarni i zasypywali wapnem. Poszłam tam raz, jak była szarówka, ziemia się ruszała, półżywe padali na ziemię, ożywali, ale wapno ich dobijało.

Gestapo dało Polakom wolną rękę przez trzy dni. Przeszukali wtedy każdy skrawek, każde miejsce, gdzie mógł się Żyd schować. Gdy trzeciego dnia gestapo podjechało pod dół, gdzie zabijano tych, co się ukryli, spomiędzy trupów wyszedł ośmioletni chłopiec. Nie pozwolili go zabić i tak przeżył do likwidacji resztek Żydów. Wtedy skończyły się jego straszne cierpienia.

Jakiś czas po spaleniu u nas w ogrodzie na kapuście zobaczyłem zakrwawioną czapkę. To wyciągnęli dzieciaka, który się ukrywał obok, i zatłukli. Mama krzyczała, żeby go zakopać głęboko, bo go nasze świniaki wyciągną. Starzy usypywali ziemię, a ja i Józek Szymonów udeptywaliśmy, żeby była twardsza. Umiałbym dziś to miejsce wskazać.

 

Bikont skrupulatnie notuje co ważniejsze głosy w dyskusji o Jedwabnem. Antysemityzm mieszkańców Jedwabnego, ich idola Leszka Bubla, "Naszego Dziennik