Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 06.04.2002

 

TECZKA PAWŁA JASIENICY

 

 

JERZY MORAWSKI

Pisarz pod nadzorem

 

 

Po zajrzeniu do teczek, jakie komunistyczna bezpieka zgromadziła na jej ojca, Ewa Beynar-Czeczott, córka Pawła Jasienicy, zaczęła porządkować rodzinny album. Zdjęć pisarza nie zachowało się wiele. Nie ma fotografii z pobytu w brygadzie "Łupaszki". Oto pisarz podpisujący książkę czytelnikowi, pisarz na spotkaniu autorskim. A to już fotografia z pogrzebu Pawła Jasienicy.

Przy grobie wśród rodziny stoi ostatnia żona pisarza: w żałobnej, zasłaniającej oczy woalce. Postać z zakrytą twarzą. Teraz, po lekturze teczek, Ewa Beynar-Czeczott wie, kim naprawdę była Zofia Nena O'Breteny. Przez ponad cztery lata, dzień po dniu pisała doniesienia do Służby Bezpieczeństwa na Jasienicę, początkowo swego znajomego, a później męża.

Ewa Beynar-Czeczott nie jest pewna, czy wdowa płakała na pogrzebie. - Chyba tak - mówi po zastanowieniu.

Ostatnie doniesienie Nena O'Breteny napisała z pogrzebu swego męża. Jest to długa lista osób, przeważnie znanych literatów, żegnających na cmentarzu Pawła Jasienicę. O pisarzu nie ma tam już ani słowa.

"Ewa" albo "Max"

Pierwsze donosy z maja 1966 roku nie pozostawiają wątpliwości - agentkę podesłała SB. Bo Nena O'Breteny nie była przypadkową donosicielką. Pisze: "W ciągu ostatnich dni widziałam się parokrotnie z Pawłem Jasienicą. Rozmowy miały charakter dość osobistych zwierzeń, w których opowiadał mi o własnych przeżyciach z okresu okupacji i z czasów partyzanckich walk w wileńskim oddziale AK 'Łupaszki'. Następnie dość szczegółowo opisywał mi swój pobyt na Mokotowie, badania przez Różańskiego itp. historie".

Później w punktach wymienia, że partnerami rozmów pisarza i uczestnikami wspólnych akcji politycznych są Paweł Hertz i Jan Józef Lipski, że Jasienica dąży do zyskania dużej popularności w kręgu inteligencji. Przytacza słowa pisarza: "Wtedy, jeżeli mu coś będą władze zarzucać, opinia go obroni".

"Ewa" - taki miała pseudonim Zofia Nena O'Breteny jako tajny współpracownik SB - w swym pierwszym doniesieniu nie ogranicza się do relacji o Jasienicy. Pisze na przykład, że w redakcji "Szpilek" o dwudziestej drugiej występuje kabaret "Owca". "Jest to sensacja Warszawy. Teksty ostre politycznie, ale interpretacja wręcz zaskakująca". Na marginesie doniesienia odręczny dopisek kogoś z nadzorców z SB: "Koniecznie więcej informacji na ten temat".

Przyjmujący od "Ewy" doniesienie starszy oficer operacyjny Wydziału III MSW wyznaczył jej nowe zadania. Miała rozpoznać plany działań pisarza "na terenie warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich i co do kontaktów z osobami z kręgów opozycyjnych".

W notatce pod donosem oficer SB informuje swoich zwierzchników, że spotkał się z "Ewą" na jej prośbę u niej w mieszkaniu. Wręczył agentce kwiaty z okazji imienin. "T.w. (tajny współpracownik - J.M.) bardzo za nie dziękowała. (...) Chce ona doprowadzić do tego, aby poprzez Jasienicę wejść głębiej w krąg... (tu następują zaczernione przez pracowników IPN nazwiska osób - J.M.), a nawet ściągnąć ich do siebie do domu".

Nena O'Breteny była cenną agentką, jedną z najważniejszych dla SB. Jej znaczenie potwierdzili zwierzchnicy z MSW w kilku relacjach opublikowanych w latach dziewięćdziesiątych. Nikt nie ujawniał, oprócz pseudonimów "Ewa" i "Max", jakimi się posługiwała, jej bliższych danych.

Krytycy na służbie resortu

Pod koniec lat czterdziestych w teczkach kompletowanych przez bezpiekę na Pawła Jasienicę zaroiło się od krytyczno-literackich donosów na temat jego publikacji. Chyba żaden artykuł nie został niezauważony. Na przykład: "W numerze z 21 sierpnia 1949 roku w 'Dziś i jutro' znajduje się znakomity artykuł polityczny Pawła Jasienicy o roli politycznej Węgier w czasie wojny". "W 'Tygodniku Powszechnym' zamieścił tekst 'Dziesięciolecie'. Artykuł jest znakomity".

Donosy są pełne uznania i zachwytu nad publikacjami Jasienicy. Ich autorzy, zapewne ze środowisk literackich i dziennikarskich, piszą, że podzielają poglądy autora. Relacje utrzymane w tonie przychylnych recenzji zapewne dla nich samych były rozgrzeszeniem ze współpracy z bezpieką.

W czasach stalinowskich donosy doceniające poziom intelektualny przeciwnika, a takim był Jasienica, w nieodległej przeszłości oficer AK, związany z oddziałem "Łupaszki", określanym po wojnie jako bandyckie podziemie, tylko wzmagały czujność i mobilizację Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Luna Bristigerowa, stojąca na czele jednego z departamentów MBP, robiła wszystko, by "zneutralizować wrogów ludu w nadbudowie", jak to się po marksistowsku określało.

Niektóre "recenzje" miały cechy typowego donosu. Na przykład dotycząca artykułu "Demony czy kucharze" wydrukowanego w "Słowie Powszechnym". Jej autor zastanawia się, czy Jasienica jest masonem. Zaznacza na wstępie, że Lech Beynar (Jasienica to nazwisko, jakie pisarz przybrał po okupacji) pracował przed wojną w "Słowie Wileńskim", "którego redaktorem był Stanisław Cat-Mackiewicz, mason". Recenzent donosił dalej: "Poglądy Jasienicy pozostają w całkowitej zgodności z linią taktyczną i wytycznymi masonerii. Jasienica starał się ośmieszyć doszukiwanie się wpływów masonerii na przestrzeni historii". "Reasumując - kończy - w oparciu o wyżej scharakteryzowane dane należy stwierdzić, iż Paweł Jasienica jest bardzo podejrzany o przynależność do masonerii".

Stare, nowe donosy

W 1954 roku ponownie zaroiło się od donosów w teczkach Jasienicy. Trudno dziś dociec, dlaczego. Bezpieka słabła, stalinizm murszał. Jakaś sekcja II Wydziału A MBP odnotowała: "Nie stwierdzono, by Jasienica się źle prowadził pod względem moralnym. Nie ustalono jego oblicza politycznego. Kontaktu jego z klerem i działaczami katolickimi nie ustalono". Nie było to jednak rutynowe czuwanie.

Naczelnik Wydziału III Departamentu XI MBP zlecał jednocześnie szefowi bezpieki w Ostrołęce przeprowadzenie wywiadu i zebranie charakterystyki Władysławy Beynar, zamieszkałej we wsi Jasienica, żony pisarza, "rozpracowywanego figuranta". Naczelnik z centrali precyzował, o co chodzi: "jakie ma oblicze moralno-polityczne, czy utrzymuje bliższe stosunki ze sferami katolickimi?".

Nieznana jest odpowiedź z Ostrołęki. W tym czasie żona pisarza nie mieszkała już w Jasienicy (przebywała tam tuż po wojnie) i nie posiadała we wsi willi, wbrew temu, co pisano w kolejnym donosie. Świadczy to jednak o tym, że bezpieka rozpaczliwie szukała nowego "haka na figuranta".

Kilka lat później, po październikowej odnowie, już odmieniona pod szyldem SB bezpieka znowu zabrała się za Pawła Jasienicę. W lutym 1957 roku założono mu - w żargonie MSW - sprawę ewidencyjno-obserwacyjną. "Wybitnie wrogo występuje na dyskusjach w Klubie Krzywego Koła. Dlatego wnoszę o założenie sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej na Beynara Lecha Leona jako na byłego bandytę z NSZ, adiutanta Łupaszki, kpt. AK Wileńskiego Okręgu i o zarejestrowanie w departamencie X wydziale X MSW". Dopisek na marginesie: "materiały archiwalne włączam do sprawy", oznaczał, że zebrane przez kilkanaście lat donosy na pisarza rozpoczęły nowy etap życia.

Doniesienia agenturalne z Klubu Krzywego Koła, będącego miejscem spotkań niepokornej warszawskiej inteligencji, płynęły szerokim nurtem. Pisało je kilku autorów niezależnie od siebie. "Prelegentem był Melchior Wańkowicz. Mówił o polskiej emigracji, obecnych było 150 osób". Po ogólnikach konfidenci przechodzili do konkretów: "Najbardziej 'bojowe' w sensie negatywnym spośród wymienionych były przemówienia Jasienicy". "Negatywne wystąpienie miał Jasienica". "Na uwagę zasługuje Jasienica - literat. Występuje z pozycji 'osoby niezadowolonej' ".

Po takich relacjach szefowie SB postanowili "wziąć pod obcas" pisarza, który został prezesem Klubu Krzywego Koła. Zanotowali: "Starać się zebrać bliższe dane odnośnie Jasienicy, sprawdzić, czy agentura pozostająca na kontakcie wydziału posiada możliwości pogłębienia informacji odnośnie negatywnego nastawienia ww., mając na uwadze ewentualne założenie sprawy".

Choć do rozprawy sądowej nie doszło, SB pilnie zbierała donosy na Jasienicę, planowała następne posunięcia. W zbiorach przekazanych przez IPN nie ma dokumentów świadczących o tym, że śledzenie Jasienicy zostało zakończone. Kompletowano dalej materiały, puchły teczki. Czekały na okazję.

Gbur Batory to Chruszczow

Czasem nie było o czym pisać. "Dyskusja w Klubie Księgarza nad książką 'Polska Jagiellonów' nie zawierała elementów, które zainteresowałyby Służbę Bezpieczeństwa" - informował jeden z donosicieli. Inny pisał: "Na odczycie Jasienicy spotkałem dużo koleżanek z pracy". Albo: "Jasienica na zebraniu oddziału warszawskiego ZLP siedział do końca i nie zabierał głosu".

Konfident podbijał bębenka, gdy relacjonował na przykład wieczór autorski w Klubie Lekarza (18 stycznia 1964 roku) w ten sposób: "Twórczość Jasienicy jest wielce dwuznaczna z wykorzystaniem formy ubranej w historię Narodu Polskiego, ale w kontekście wzbudzającym u czytelnika skojarzenia i aluzje nie wypowiedziane dziś do końca, nawiązujące do wielu spraw obecnej rzeczywistości. Gdy Jasienica mówił o Batorym, że był gburem, to ludzie na sali się śmieli, że chodzi o Chruszczowa".

Wokół pisarza stale krążyli konfidenci, dotrzymywali mu kroku na licznych odczytach i spotkaniach autorskich.

Z perspektywy lat rzeczywistość wyłaniająca się z ubeckich teczek wydaje się groteskowa i niemająca istotnego znaczenia. Tym bardziej że pisarz, podobnie jak inne osoby publicznie krytykujące ówczesne władze PRL, miał świadomość, że jego słowa odbiją się echem, a każde jego ostrzejsze sformułowanie wyłapują czujne uszy. Nie prowadził jednak gry politycznej, wbrew temu, co "ustalali" funkcjonariusze na Rakowieckiej. Robił to z potrzeby, jak pisał, sumienia.

29 lutego 1968 roku odbyło się słynne zebranie Związku Literatów, na którym pisarze zaprotestowali przeciw zdjęciu "Dziadów" ze sceny Teatru Narodowego i polityce kulturalnej partii. Tego dnia Jasienica poranek spędził na cmentarzu Powązkowskim. Rozmyślał. Jak napisał w pamiętniku, nie miał złudzeń co do pomyślnego skutku protestów literatów. Ale perspektywa braku rezultatu nie zwalniała go od obowiązku. Postanowił, z nikim tego nie uzgadniając, że wieczorem na spotkaniu ZLP powie o antysemityzmie rozpętanym przez władze PRL. Tak nakazywała mu przyzwoitość.

Kryjówka w mieszkaniu agentki

19 marca 1968 roku Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz KC PZPR, w przemówieniu w Sali Kongresowej, transmitowanym przez telewizję, oskarżył literatów o wrogi spisek. Najostrzej zaatakował Stefana Kisielewskiego za nazwanie władzy ludowej "dyktaturą ciemniaków". O Jasienicy powiedział, że pisarz dobrze wie, dlaczego uniknął po wojnie więzienia. Gomułka zasugerował, że Jasienica zdradził kolegów z AK, wydał "Łupaszkę" i w śledztwie podpisał zobowiązanie do współpracy z bezpieką. Były to ciężkie, bolesne dla pisarza oskarżenia.

W teczkach przekazanych córce pisarza przez IPN znajduje się dokument z KC PZPR domagający się akt Jasienicy. Wszystkie donosy, materiały ze śledztw UB itd. trafiły na biurko Gomułki. To na podstawie agenturalnych doniesień i wynurzeń funkcjonariuszy bezpieki towarzysz Wiesław komponował akt oskarżenia przeciw niepokornemu pisarzowi, który odczytał w Sali Kongresowej wobec ryczącego z nienawiści aktywu partyjnego.

Kisiel został na ulicy pobity przez "nieznanych sprawców". Jasienica mieszkał samotnie i z obawy o własne bezpieczeństwo przeniósł się do swojej przyjaciółki Neny O'Breteny. Zapewne myślał, że się dobrze ukrył. Tymczasem przyjaciółka, konfidentka "Ewa", przygotowywała na niego raporty.

Funkcjonariusz SB, który prowadził "Ewę", wspominał, że donosy pisała w toalecie. Jako jej dobry znajomy pukał do drzwi mieszkania, w którym ukrywał się Jasienica. Pożyczał książki. Wraz z nimi zabierał doniesienia agenturalne. Jechał prosto do KC, gdzie "czekali na informację". "Wtedy czułem, że mam władzę, że kieruję sprawami najwyższej wagi państwowej" - wspomina funkcjonariusz.

Nietrudno zgadnąć, że doniesienia na Jasienicę trafiały prosto na biurko Gomułki. "Ewa" relacjonowała, że Jasienica oglądał przemówienie Gomułki w telewizji. Potem "napisał coś w rodzaju testamentu moralnego". Tekst umieścił w zalakowanej kopercie i poprosił "Ewę", aby kopertę dostarczyła do kardynała Wyszyńskiego, gdyby nagle zmarł. Donosiła też, że pisarz "jest w fatalnym stanie psychicznym".

- Stan był wprawdzie daleki od euforii i zachwytu, ale nie tak zły, jak donosiła Nena - mówi Ewa Beynar-Czeczott.

Wkrótce telewizja przedstawiła reportaże o bandyckich wyczynach "Łupaszki" i Jasienicy, a prasa zaroiła się od publikacji demaskujących pisarza.

Obrzydzenie do donosów

Ewa Beynar-Czeczott wystąpiła o wgląd do teczek skompletowanych na jej ojca głównie dlatego, że chciała poszukać śladów uwięzienia pisarza w lipcu 1948 roku. Są więc zapisy przesłuchań Jasienicy w śledztwie. Nie pada w nich nazwisko księdza Falkowskiego, u którego w domu w Jasienicy Lech Beynar ukrywał się w 1946 roku. "Łupaszkę" aresztowano w czerwcu 1948 roku, Jasienicę uwięziono później. Insynuacje Gomułki, że pisarz wydał bezpiece kolegów z AK, były kłamliwe.

W dokumentach z okresu uwięzienia obok donosów czy relacji współwięźniów jest list do ministra bezpieczeństwa publicznego z prośbą o uwolnienie Lecha Beynara, współpracownika "Tygodnika Powszechnego". List podpisali: Jerzy Turowicz, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Antoni Gołubiew i Stanisław Stomma. Pod koniec września tego samego roku Jasienicę zwolniono z aresztu. Nastąpiło to w wyniku zabiegów Bolesława Piaseckiego.

W materiałach z okresu uwięzienia nie ma pisemnego oświadczenia pisarza o współpracy czy choćby podpisanego zobowiązania, że zachowa w tajemnicy prawdę o śledztwie, co jako rutynowy dokument podsuwano wychodzącym na wolność.

Ewa Beynar-Czeczott zaznacza, że jej ojciec brzydził się donosami. Miał jednak pewność, że jest śledzony.

- Zapewne poraziłaby go, tak jak mnie, liczba donosów. Osaczali go. Dobrze, że o tym nie wiedział - mówi Ewa Beynar-Czeczott. - Taka masówka, taki tłum donosicieli. Niektórzy zapewne już nie żyją, a innych mijamy na ulicach. Dlaczego tyle osób dało się w to wciągnąć?

Córka pisarza wystąpiła już o odtajnienie pseudonimów agentów, których podpisy pod donosami na razie pracownicy IPN zaczernili. Postawili przy nich numerki: 10, 17, 123.

Żona na polecenie SB

Do Ewy Beynar-Czeczott dotarły w latach dziewięćdziesiątych wydawnictwa i publikacje na temat agentki "Ewy". Jej działalnością chwalili się byli funkcjonariusze MSW, sugerowali, że donosiła na Pawła Jasienicę. Jak bywa w przypadku tego typu "świadków historii", nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co kłamstwem. Z napisanych przez "Ewę" setek donosów, zgromadzonych w teczkach pisarza, można odtworzyć działalność warszawskich literatów i środowiska opozycyjnego w latach sześćdziesiątych. Z wieloma osobami Nena O'Breteny była zaprzyjaźniona, m.in. z Melchiorem Wańkowiczem, Martą Miklaszewską i Janem Olszewskim.

Otrzymywała od SB zadania: "W toku pobytu w kawiarni PIW dążyć do wysondowania stanowiska znanych osób wobec 'Miesięcznika Literackiego' ". Donosiła też, że Jasienica opowiedział jej o spotkaniu z osobą (nazwisko zamazane przez pracowników IPN - J.M.), która ma gotową nową operę. Oczywiście chodziło o Janusza Szpotańskiego, który za operę "Cisi i gęgacze" siedział w więzieniu. Sygnał agentki, że powstała nowa opera, zapewne spowodował kolejną rewizję w mieszkaniu autora i jego zatrzymanie.

Nena miała czterdzieści lat, gdy poznała 57-letniego Pawła Jasienicę. Kim była? Brała udział w powstaniu warszawskim, jako żołnierz AK trafiła do oflagu. Po wyzwoleniu wyszła za mąż za Irlandczyka. Ten związek nie trwał długo.

- Nie była ładną kobietą, ale zadbaną, zgrabną. Taką w dobrym gatunku - mówi Ewa Beynar-Czeczott. - Twierdziła, że studiowała dziennikarstwo.

Pracowała w dziekanacie jednej z warszawskich uczelni. Nie wiadomo, jak ją zwerbowano. Donosiła na studentów i profesorów. SB zatrudniła ją jako kelnerkę w Grand Hotelu, aby miała łatwy dostęp do zagranicznych gości. Postanowiono zarzucić sieci na Jasienicę. Przygotowywano "Ewie" pytania i wysyłano na spotkania autorskie pisarza. Siadała w pierwszym rzędzie i zadawała pytania. Bywała na wszystkich spotkaniach, pisarz ją poznawał. Kiedyś zaprosił na kawę. Stała się jego towarzyszką. Przez ostatnie osiem miesięcy życia - żoną. Za zgodą SB.

Nie jestem panem własnej szuflady

Dlaczego "Ewa" donosiła? Funkcjonariusze SB twierdzą, że dla pieniędzy. Jej wynagrodzenie za donosy było wyższe niż pensja kapitana SB. Córka pisarza przeczy temu, bo nie było widać po Nenie, że ma wielkie pieniądze.

Po śmierci Jasienicy w 1970 roku "Ewa", już jako "Max", dalej była agentką. Śledziła innych. Zajmowała się też spuścizną po pisarzu, prowadziła rozmowy z wydawnictwami. Robiła to bardzo dobrze. Radziła sobie również z cenzurą, bo książki Jasienicy zawsze wywoływały ingerencje. Może w tym przypadku korzystała ze swoich kontaktów z bezpieką.

Nena O'Breteny w latach dziewięćdziesiątych dostała wylewu i była na wpół sparaliżowana. Straciła mowę. Ewa Beynar-Czeczott jeździła do niej do hospicjum. Nie miała szansy nic wyznać ani napisać.

- Moja córka odniosła kiedyś wrażenie, że babcia Nesia chce jej coś powiedzieć. Trzymała córkę za rękę, łzy jej leciały. Zmarła, nie odzyskawszy mowy - mówi Ewa Beynar-Czeczott.

Na początku 1970 roku Paweł Jasienica zaczął pisać pamiętnik. Zanotował: "Nie wiem, nikt nie może mi zaręczyć, jaki będzie los tych pokrytych pismem kartek, czemu i komu one posłużą. Mój dom wcale nie jest moją twierdzą. Nie jestem panem szuflady własnego biurka". Czyżby domyślał się, że bliska mu osoba jest zupełnie kimś innym?

 

 

 

 

Rzeczpospolita - 26.02.2005

 

SPÓR O SPADEK PO PAWLE JASIENICY

 

ELŻBIETA MISIAK

Nie jestem panem własnej szuflady

 

"Nie wiem, nikt mi nie może zaręczyć, jaki będzie los tych pokrytych pismem kartek, czemu i komu one posłużą" - pisał w styczniu 1970 roku Paweł Jasienica. Czuł się osaczony, wiedział, że jest śledzony. Nie domyślał się, że szpiclem jest własna żona. Nie przypuszczał też, że dziesiątki lat po jego śmierci sądy będą decydowały, kto ma prawo do spadku po nim. I to decydowały wbrew woli spadkobierców.

W marcu 1968 r., Wiesław Gomułka, ówczesny I sekretarz PZPR, publicznie insynuował, jakoby Jasienica ocalił głowę i wyszedł w 1948 roku z więzienia za cenę zdrady. Z tym piętnem pisarz żył do końca. Nie było wtedy Instytutu Pamięci Narodowej, a mury jeszcze pamiętały afisze "AK - zapluty karzeł reakcji". "Żywot przypadł mi na czasy historii skondensowanej, jak nigdy jeszcze" - skwitował swój życiorys Leon Lech Beynar, który podpisywał swoje książki jako Paweł Jasienica.

Dla komunistycznych władców był on podejrzany niejako z definicji. Jego dziadkowie pochodzili z Francji, jedna babka była sfrancuziałą Hiszpanką; on sam rodowód miał tatarski, urodził się w Symbirsku jak Lenin, wczesne dzieciństwo spędził w dalekiej Rosji, na Ukrainie przeżył rzezie różnokolorowych komandirów nazwane przez historię rewolucją październikową, lata międzywojenne i wojenne w Wilnie. Żołnierz, akowiec, "bandzior od Łupaszki" - jak go określała komunistyczna propaganda. Autor dwudziestu książek związanych przeważnie z historią Polski, spośród nich najbardziej znane to "Polska Piastów", "Polska Jagiellonów", "Ostatnia z rodu", "Rzeczpospolita Obojga Narodów".

Z Wilna wyniósł wykształcenie uniwersyteckie, przyjaźnie, Klub Włóczęgów, rodzinę. "Kiedy zostałem literatem, udało mi się niekiedy przynajmniej zachować twarz, nie zgrzeszyć układnością, to w znacznej mierze dlatego, że mój uniwersytet nauczył mnie wstydzić się pewnych uczynków" - napisał później.

Słynny Klub Włóczęgów to był styl bycia i życia, wędrówki, zgrywy i poważne dyskusje. Był w nim między innymi Czesław Miłosz, była też koleżanka Władka. To dla niej napisał dedykację na zdjęciu zrobionym obydwojgu na drzewie: "Wśród szumu gałęzi żyliśmy wysoko, muskało słońce, całował wiatr, do siebie perskie puszczaliśmy oko..." Klubowa koleżanka została ukochaną żoną Władeńką, której na innej, banalnej fotografii napisał "O, jakąż jest rozkoszą oglądać bezbożnie to wszystko, czego nie ma na tej fotografii".

Córka Ewa wspomina, że rodzice bardzo się kochali. Jej dali radość życia, wpoili styl Klubu Włóczęgów. Ona przekazała to swoim czworgu dzieciom. Niespodziewaną śmierć żony w 1965 roku Paweł Jasienica przeżywał bardzo ciężko. Ewa bała się o niego, zabierała w Bieszczady, gdzie pracowała przy budowie zapory w Solinie. Jego ciągnęło tylko na Powązki.

Inteligentne pytania

Niecały rok po śmierci żony objawiła się Nena O'Bretenny. Kobieta nie tyle urodziwa, ile elegancka i błyskotliwa. Przychodziła na spotkania autorskie Jasienicy, siadała blisko, zadawała inteligentne pytania. Bardzo starała się zainteresować pisarza swoją osobą. W teczce Jasienicy, udostępnionej córce przez IPN, pojawiają się z tego czasu doniesienia od "źródła" - "Ewy": "rozmowy (z Pawłem Jasienicą - przyp. E.M.) miały charakter dość osobistych zwierzeń, w których opowiadał mi o swych przeżyciach z okresu okupacji i z czasów partyzanckich walk w wileńskim oddziale AK Łupaszki". "Ewa" otrzymuje zadanie: "podczas rozmów z Jasienicą uzyskać w oględny sposób dane dotyczące planów jego działalności na terenie OW ZLP (Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich - przyp. E. M.). W maju 1966 roku zdaniem "Ewy" "w zachowaniu Jasienicy pojawia się tendencja do nawiązania flirtu". - O żadnym flircie ojca nic nie wiedziałam - mówi Ewa Beynar-Czeczott.

Zofię O'Bretenny, zwaną Neną, poznała w marcu 1968 roku, w czasie nagonki na ojca. Władze rozpoczęły ją po pamiętnym zebraniu warszawskich literatów. Jasienica tak to wspominał w "Pamiętniku": "Poranek 29 lutego 1968 roku, który to dzień przeszedł do historii jako data protestacyjnego zebrania literatów warszawskich, poranek ten spędziłem na Cmentarzu Powązkowskim, samotnie. Było to zaiste najbardziej właściwe miejsce do rozmyślań o tym, co miało się odbyć wieczorem. Nie łudziłem się ani przez chwilę, nie wierzyłem w doraźnie pomyślny skutek protestu. Co razem wzięte nie zwalniało od dotkliwie odczuwanego obowiązku. Z własnej inicjatywy, nie naradzając się z nikim, postanowiłem poprzednio, że wystąpię, złożę wniosek o tajne głosowanie, a w przemówieniu podniosę między innymi sprawę antysemityzmu. Nic to nie pomoże, niczemu nie zapobiegnie, lecz zgodne będzie z tą najprostszą i najbardziej słuszną filozofią życiową, która nakazuje przestrzegać przyzwoitości".

Ów wniosek o tajne głosowanie spowodował lawinę konsekwencji. Uczestnicy zebrania przegłosowali uchwałę protestującą przeciwko zdjęciu "Dziadów". W odwecie Gomułka powiedział publicznie, że Jasienica ma na sumieniu wiele przestępstw popełnionych podczas wojny w podziemiu, za co został aresztowany, a z więzienia zwolniono go z powodów, "które są mu znane". W mieszkaniu Jasienicy przy ul. Dąbrowskiego urywały się telefony z pogróżkami i wyzwiskami.

- Nawet nie potrafię ich teraz cytować - mówi Ewa Beynar-Czeczott. - Nauczyłam się odkładać słuchawkę.

Narastała atmosfera zagrożenia i strachu. - Wtedy zjawiła się u mnie w pracy jakaś pani. Myślałam - opowiada córka - że to konspiratorka, która chce pomóc ojcu. Przedstawiła mi się z najlepszej strony. Uczestniczka powstania warszawskiego, z dobrej rodziny. Do głowy mi nie przyszły żadne damsko-męskie sprawy. Ani tym bardziej podejrzenia ubeckie. Ojciec skorzystał wtedy z jej opieki i z mieszkania. Latem wyjechaliśmy z tatą w Bieszczady. Mieszkaliśmy pod namiotem nad zalewem. Żeglowaliśmy. Ojciec odżył. Nie zauważyłam, żeby wspomniał Nenę. W grudniu 1969 roku powiedział jednak, że postanowili się pobrać. Nie miałam nic przeciwko.

W donosach do ubecji napisano, że córka i siostra Jasienicy bardzo sprzeciwiały się małżeństwu. Siostra rzeczywiście była przeciw, ale Ewa nie.

- Wstyd mi teraz, że byłam tak głupia i naiwna. Nawet wtedy, gdy już wiedziałam, że miała jakieś związki z UB, myślałam, że coś tam może czasem chlapnęła. Nie starczyło mi wyobraźni, żeby ogarnąć pajęczynę, jaką oplątała ojca - wspomina dziś Ewa Beynar-Czeczott.

Na kilka miesięcy przed śmiercią Jasienica pisał w "Pamiętniku": "Mój dom wcale nie jest moją twierdzą. Nie czuję się panem własnej szuflady".

Dał się wpuścić

Paweł Jasienica zmarł 19 sierpnia 1970 roku. Ubecja zgromadziła pełną dokumentację uroczystości pogrzebowych. Na zdjęciach widać "żałobną wdową". Bardzo szybko po śmierci męża zadbała o przeprowadzenie sprawy spadkowej. Prawa autorskie dziedziczyły z Ewą po połowie.

- Twierdziła, że gdy umrze, wszystko odziedziczę. Nie sprawdziłam, jak reguluje to prawo spadkowe. Dopiero po jej śmierci radca prawny wydawnictwa Czytelnik mnie uświadomił. A honoraria były znaczące - mówi Ewa.

Wdowa została w mieszkaniu Beynarów, z meblami, biblioteką. Potem zamieniała mieszkania, a Ewa nie odzyskała nawet rodzinnych pamiątek.

Kiedy w 1992 roku w książce Michała Grockiego "Konfidenci są wśród nas" ukazała się informacja na temat TW "Ewa" i "Max" jako osoby inwigilującej środowisko literatów, Ewa Beynar-Czeczott nie zdawała sobie sprawy, jaką Zofia odegrała rolę w życiu jej ojca oraz jej samej.

- Mówiła, że chodzą okropne pogłoski, że się ją oczernia, że świat taki niewdzięczny, a ona taka biedna. Był jakiś film, na którym wystąpiła jako spłakana wdowa. Co miałam robić? Teraz każdemu głupio, że tak się dał nabrać. Mnie głupio, że brudy z życia taty muszę poruszać. Dał się wpuścić. Nasza rodzina zawsze była naiwna.

Paweł Czeczott, syn Ewy, specjalnie się nie przejmuje. - Traktowałem ją jak jakąś ciocię, którą widuję rzadko, raz na sto lat, i która mnie nic nie obchodzi. Jest mi przykro ze względu na mamę.

Mszę odprawi kard. Wojtyło

Zofia Beynar zmarła w 1997 roku. Jej syn Marek Obretenny (tak zmieniła się pisownia nazwiska) z tytułu dziedziczenia po matce stał się współwłaścicielem praw autorskich Pawła Jasienicy.

Obydwoje spadkobiercy ustalili, że Ewa po swoich rodzicach zabiera tylko pamiątki, on w zamian zrzeka się praw spadkowych. Następnego dnia wycofał się z ustaleń. W efekcie Ewa nie odebrała pamiątek, każdą umowę wydawniczą musiałaby zaś podpisać wspólnie z Markiem Obretennym. A ponieważ tego nie robi, dlatego nie wznawia się książek Jasienicy.

W 2002 roku Ewa Beynar-Czeczott dostała możliwość wglądu do teczek dotyczących ojca. Zwróciła się o nie powodowana chęcią oczyszczenia jego dobrego imienia, zszarganego przez Gomułkę. Na podstawie zawartych tam informacji potwierdziło się, że Jasienica wyszedł z więzienia po interwencji szefa PAX Bolesława Piaseckiego, nie podpisując żadnych zobowiązań ani też nikogo nie obciążając zeznaniami.

Doniesienia zawarte w teczce z lat 1966 - 1970 skłoniły Ewę Beynar-Czeczott do złożenia wniosku o odtajnienie, kto krył się za pseudonimami Ewa i Max. Była to Zofia Nena O'Bretenny-Beynar.

Lektura notatek zgromadzonych w teczkach nie pozwala spokojnie zasypiać. Nie dlatego, że tak bulwersujące są tematy donosów. Wprost przeciwnie, są one przeraźliwie banalne. Dziś możemy się tylko zadumać, jak system, dla którego plany literackie pisarza zajmującego się historią były przedmiotem agenturalnych donosów, mógł trwać tak długo.

W teczkach zawarty jest obraz małości i podłości ludzkiej. I z tym trudno sobie poradzić. Donoszą wszyscy na wszystkich. Donosi "Ewa", donoszą na nią. Pewnie ci, którzy nie wiedzieli, że donoszą na donosiciela. Donosi "Lubicz". W notatce tajnej specjalnego znaczenia ktoś donosi, że w kwietniu 1970 roku Adam Michnik powiedział Staszewskim, że obecna żona Jasienicy jest na pewno agentką Służby Bezpieczeństwa od 25 lat. Nie wiadomo, co bezpieka zrobiła z informacją, że ich agentka jest rozszyfrowana. Wiadomość o tej agenturze nie rozeszła się wtedy w środowisku, nie dotarła do Jasienicy ani do jego córki. Dlaczego?

W tydzień po śmierci pisarza wdowa spotykała się z oficerem prowadzącym, z którym ustalała, jak przeciwdziałać wydostaniu się maszynopisów Jasienicy na Zachód, donosiła, kto pomagał przy organizacji uroczystości pogrzebowych, opowiadała, że matka pisarza jest umierająca (co akurat nie było prawdą) oraz że nabożeństwo żałobne w Katedrze na Wawelu będzie odprawiał kard. Wojtyło (tak w oryginale).

Niegodna dziedziczenia

Ewa Beynar-Czeczott długo szukała adwokata, który wniósłby w jej imieniu sprawę o pozbawienie Marka Obretennego prawa do spadku po jej ojcu. Z góry uznawano sprawę za niemożliwą do wygrania z powodu upływu określonych przez prawo terminów. "Czy w świetle ustawy o IPN, czy też innych dokumentów, czy precedensów, widzi Pan możliwość zmiany tego układu - pisała do prof. Leona Kieresa, szefa IPN. - Nie chodzi mi o wynikające z niego konsekwencje finansowe. Sytuacja w sensie moralnym jest niemożliwa do zaakceptowania".

Pozew "o uznanie Zofii Beynar, żony Lecha Beynara, za niegodną dziedziczenia po swoim mężu" wniósł do sądu mecenas Maciej Bednarkiewicz. Jeśli sąd przychyliłby się do poglądu, że współpraca z SB skierowana przeciwko mężowi i jego przyjaciołom czyni Zofię Beynar niegodną dziedziczenia, prawa do spadku po Pawle Jasienicy pozbawiony zostałby jej syn. Taki wniosek można jednak wnieść w ciągu roku od powzięcia wiadomości o niegodności dziedziczenia, ale nie później niż trzy lata od śmierci spadkodawcy (art. 929 k.c.). W uzasadnieniu pozwu mecenas Bednarkiewicz powoływał się na "szczególne okoliczności o charakterze ustrojowo-politycznym, które dla pokrzywdzonego mają charakter siły wyższej i wstrzymują bieg terminu z art. 929 k.c. Ponadto podnosił "konieczność zniwelowania stanu prawnego, naruszającego podstawowe zasady słuszności i moralnego postępowania, w którym o możliwości wydawania twórczości Pawła Jasienicy decydować ma osoba, która swoje prawa dziedziczy po agencie SB".

- Obawiałem się - mówi Bednarkiewicz - że Marek Obretenny nie będzie stawiał się na rozprawy, że udowodnienie niegodności spadku będzie musiało jego dotyczyć. Tymczasem pozwany nie tylko przyszedł na rozprawę, ale zachował się nadzwyczajnie: oświadczył, że jego matka była niegodna dziedziczenia, i on uznaje powództwo, czyli zrzeka się przypadającej mu połowy praw autorskich Pawła Jasienicy.

- Powstała zupełnie nowa sytuacja. Przed sądem dwoje ludzi zgodnie prosi o to samo. Sędziemu nie pozostaje nic innego, niż tę prośbę spełnić. Chyba że naruszałaby ona porządek prawny - mówi Bednarkiewicz. - Ale to nie był taki przypadek.

A jednak sąd rejonowy orzekł, że nie może uznać zgodnej prośby Ewy Beynar-Czeczott i Marka Obretennego. Wprawdzie powództwo w tej sprawie nie mogło być wniesione przed upływem trzech lat od śmierci spadkodawcy z przyczyn obiektywnych, ale sąd nie może odejść od ustawowego terminu, bo to "godziłoby w cel stanowienia norm prawnych i podważało zaufanie do sądu jako organu wymiaru sprawiedliwości. Takie skutki wyrokowania są niedopuszczalne, choćby ich następstwem miało być zaspokojenie żądania zrozumiałego według poczucia sprawiedliwości obu stron". Mówiąc po ludzku: sąd nie mógłby wydać wyroku zgodnego z poczuciem sprawiedliwości, bo to podważałoby zaufanie do sądu.

W apelacji od wyroku Bednarkiewicz podkreśla: "Rola instytucji niegodności dziedziczenia ma w systemie prawnym znacznie większą wartość, niż powołany przez sąd cel w postaci praworządności, polegającej na dokonaniu wykładni przepisu wyłącznie w oparciu o wykładnię gramatyczną".

Sąd okręgowy podzielił stanowisko sądu rejonowego i apelację oddalił. "Nie ma znaczenia fakt, iż istniała niezależna od strony przeszkoda, która uniemożliwiła jej wystąpienie z powództwem w ustalonym terminie" - pisze w uzasadnieniu sędzia J. Zaporowska. Nie pisze jednak, co dla sądu ma znaczenie.

Nic nie można zrobić?

- W sprawach karnych Instytut Pamięci Narodowej prowadzi postępowanie i nie jest związany przepisami o przedawnieniu - mówi mecenas Bednarkiewicz. - Trzeba koniecznie wprowadzić też przepis, zgodnie z którym IPN mógłby podejmować kroki prawne w sprawach cywilnoprawnych. Teraz z powodu obowiązujących terminów przedawnienia nie można dochodzić roszczeń. Najnowszą jest nagłośniona ostatnio sprawa Anny Walentynowicz. Adwokaci nie mają prawnych możliwości, aby w imieniu ludzi poszkodowanych żądać odszkodowania za to, że UB kogoś pobił czy zabił, że odbierano majątki, mieszkania, działki. Zdarzało się, że UB dawał paszport za zrzeczenie się mieszkania. I niczego w tych sprawach nie możemy dzisiaj zrobić.





Lustracja i materiały archiwalne