Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

TO ONI MIELI KŁOPOTY ZE MNĄ, NIE JA Z NIMI

wywiad z Lechem Jęczmykiem

 

Rafał Ziemkiewicz: - Jak wyglądało Twoje pierwsze zetknięcie z fantastyką?

Lech Jęczmyk: - Byłem dorosłym człowiekiem, trzydziestoletnim, i byłem już wtedy wydawcą. Zajmowałem się literaturami słowiańskimi. Siłą rzeczy, wpadła mi w ręce fantastyka rosyjska. Od niej się zaczęło.

- Cofnijmy się trochę w czasie. Studiowałeś filologię rosyjską...

- Tak, a bezpośrednio po studiach pracowałem w Instytucie Spraw Międzynarodowych jako bibliotekarz. Ale tam drogę do kariery miałem zamkniętą, bo byłem bezpartyjny. Zresztą już na studiach, zwłaszcza pod koniec, myślałem o pracy wydawcy. I kiedy tylko otworzyła się taka możliwość, przeniosłem się do Iskier. Przez następnych piętnaście lat byłem tam kierownikiem redakcji literatur słowiańskich. Tak się ta redakcja nazywała, ale zajmowała się także Rumunami i Węgrami. W ówczesnym podziale krajami słowiańskimi były po prostu wszystkie demoludy. Oczywiście, lwią część wydawanych książek stanowiły przekłady z rosyjskiego. Ale to było, wbrew pozorom, bardzo ciekawe, bo akurat w tym czasie, w początkach lat sześćdziesiątych, zaczęła się już w sowietach odwilż, pojawiały się nowe dzieła i nowe nazwiska. Znajdowanie ich i wydawanie sprawiało satysfakcję.

- W latach pięćdziesiątych istniała krótko seria fantastyki w wydawnictwie MON. Nazywało się to bodajże PAS - Przygoda, Awantura, Sensacja...

- Zaraz, takie malutkie książeczki?

- Szczerze mówiąc, nigdy ich nie widziałem. Chciałem tylko spytać, czy się z tym zetknąłeś? Podobno były to głównie rzeczy sowieckie, dość mierne.

- Nie, nie kojarzę tego. Właściwie, kiedy przyszedłem do Iskier, byłem przy narodzinach sowieckiej fantastyki. Gdy zaczynałem pracę, funkcjonował tam tylko Jefremow, który, nawiasem mówiąc, wykazuje pewne podobieństwa do Roberta Heinleina. Lubił pisać bardzo grube książki i po drodze wypowiadać się w nich na wszystkie możliwe tematy. Miał niewyżyty instynkt nauczyciela, wchodził nagle w jakieś wykłady - na przykład, co to jest piękno - jak jeden z bohaterów Szwejka, ten, co jak mówił żołnierzom, że mają się ustawić frontem do ulicy, to przy okazji tłumaczył im, co to jest ulica, co front...

- Jefremow był chyba w Polsce drukowany już wcześniej?

- Pamiętam, że wydałem Mgławicę Andromedy, jego pierwszą książkę w Polsce, ale nie mam pewności, czy to już wtedy nie było wznowienie. Na Czas Byka już się nie zdecydowałem. Za gruba, trzeba by strasznie skracać, chociaż był tam ciekawy problem: sowieccy astronauci orbitują wokół obcej planety, oczywiście historycznie zacofanej, i debatują czy powinni tam wylądować z internacjonalistyczną pomocą i zaprowadzić komunizm. Takie same dialogi musiały się toczyć w politbiurze przed inwazją Afganistanu... A potem pojawili się Strugaccy. Pierwsza powieść, W krainie purpurowych obłoków, jeszcze słabiutka, ale już w stylu było coś, co ją wyróżniało.

- Czytałeś to wszystko na bieżąco?

- O, czytałem wtedy bardzo dużo, szczególnie czasopism. To był złoty okres sowieckich pism literackich. Każde grube jak książka, co miesiąc, i co najmniej połowa z tego to były rzeczy bardzo ciekawe. W tym czasie puszczano w czasopismach sporo literatury dość śmiałej, która w książkach nie mogła się ukazać. Czytałem też czasopisma, wychodzące po rosyjsku w Kazachstanie, w Turkmenii. Tam często drukowano rzeczy, które w stolicy zatrzymywano, i wtedy szedł hyr po Moskwie: kupujcie marcowy numer "Zarii Wastoka", bo tam poszło to i to... Często potem takie czasopismo zamykano, pewnie razem z redaktorami. W każdym razie, fantastyka była ciekawa i pierwszy tom, jaki wydałem, to była właśnie antologia sowieckiej fantastyki Ostatni z Atlantydy.

- I to było w roku...?

- Sześćdziesiątym czwartym... piątym? Czekaj, mam ją gdzieś tutaj.

- Sześćdziesiąty czwarty. Jeszcze poza serią.

- Pomysł serii fantastyki pojawił się potem, a pomysł almanachu Kroki w nieznane jeszcze później. Przy czym pierwotnie Kroki miały się stopniowo przekształcić w czasopismo, w miesięcznik. Taki miałem pomysł.

- To się dawało zauważyć.

- No tak, Kroki miały od samego początku format czasopisma - opowiadania, artykuły...

- Ale wróćmy jeszcze do początków serii. Przed nią była antologia, Strugaccy...

- Potem Ariadna Gromowa, powieść napisana wspólnie z Komarowem, całkiem niezła... Zresztą potem już chyba nic lepszego nie napisała.

- Dorwałem to w antykwariacie. Książka formatem i szatą graficzną wyglądała już jak z serii Fantastyka - Przygoda, nie było tylko jeszcze znaczka.

- Tak.

- Od kogo wyszedł pomysł serii?

- Ode mnie. Właściwie miałem wtedy dużą swobodę działania. Może się to wydawać paradoksalne, ale w socjalizmie, jak ktoś chciał coś zrobić i wiedział, co, to często okazywało się to nie takie trudne. Dobierałem książki, jak chciałem, wiadomo było, że wszystko się sprzeda. To był oczywiście dobry okres u Rosjan, ale w pierwszym roku podniosłem w swojej redakcji nakład z dziesięciu do trzydziestu tysięcy egzemplarzy.

- A kto był wtedy szefem Iskier?

- Jerzy Wittlin.

- I kupił pomysł serii science fiction?

- Tak, bez oporu.

- Rzucając pomysł serii, sięgnąłeś już poza rosyjską strefę językową.

- To było tak, że do serii wrzucały swoje książki różne redakcje, bo praca była podzielona według języków. Redakcja francuska dała na przykład Wakacje cyborga, słabawe w większości opowiadania. Potem musiałem wsadzić jakąś książkę rumuńską, zupełnie beznadziejną. Ja dawałem rzeczy rosyjskie, amerykańskimi zajmowałem się w Krokach w nieznane. Natomiast powieści do serii dawała redakcja angielska.

- Ale już na początku serii pojawiłeś się jako tłumacz z angielskiego, przy Kowbojach oceanu.

- Miałem po prostu taką strategię na życie w warunkach peerelowskich. Wiedziałem, że awans mam zamknięty. To, co mógł człowiek bezpartyjny uzyskać, to funkcja kierownika działu. Następne stanowisko w redakcyjnej hierarchii było już nomenklaturowe. Więc nie mogąc się rozwijać do góry, postanowiłem się rozwijać na boki. Miałem kilka zawodów, liczyłem się z tym, że mogą mnie za moje poglądy wyrzucić z pracy, więc jakby co, mogłem być bibliotekarzem, instruktorem sportowym... Z tego samego powodu wziąłem się też za tłumaczenie. To był bardzo kuszący zawód, bo tłumacz, przy odrobinie zręczności, mógł funkcjonować właściwie poza systemem. W wydawnictwie było ukryte bezrobocie. Iskry zatrudniały wtedy ze dwustu ludzi, a książek z roku na rok wydawały coraz mniej. Mnie z dwudziestu książek rocznie zmniejszono limit do dziesięciu. Tłumaczyłem, siedząc w pracy, żeby się czymś zająć. Potem wymyślono taką fikcję "praca w domu" i nie trzeba było przychodzić do wydawnictwa częściej niż dwa razy w tygodniu.

- To się chyba nazywało "delegacje domowe".

- Tak. W każdym razie czasu na tłumaczenie było dość. Zacząłem od różnych drobnych kawałków, głównie śmiesznych. Dla "Dookoła Świata" tłumaczyłem opowiadania amerykańskie, a dla "Itd" rosyjskie humoreski. Wtedy w "Literaturnoj Gaziecie" był dział "Rogi i kopyta", tytuł oczywiście z Ilfa i Pietrowa. Zamieszczali tam sporo zabawnych rzeczy.

- A jak w ogóle się zetknąłeś z fantastyką amerykańską? Przecież to wtedy nie docierało do Polski, trzeba było sprowadzać samemu.

- Miałem szczęście. W roku 1958 poznałem Amerykanina. Wtedy wpuścili tutaj grupę studentów, po raz pierwszy po 1956, żeby się zaprzyjaźnili z Polakami. No i jeden z nich zaprzyjaźnił się ze mną na tyle skutecznie, że dzisiaj właściwie mieszka w Polsce. Jest to Bob Gamble, właściciel wydawnictwa Media Rodzina. Przysyłał mi książki. Zobaczył, że się tym interesuję i regularnie słał mi nowości amerykańskie, których rzeczywiście nikt wtedy w Polsce nie znał i w ogóle o nich nie wiedział. Wśród nich, stopniowo, coraz więcej fantastyki. Dzięki temu mogłem przyjść do wydawnictwa i zaproponować kilku zupełnie nieznanych pisarzy, takich jak Heller, Ken Kesey czy Vonnegut. Właśnie ich książki przyniosłem najpierw i dwie z nich tłumaczyłem sam. Keseya już nie mogłem zmieścić, więc dostał go Zieliński.

- Czy pamiętasz, jakie książki dałeś do serii Fantastyka - Przygoda na otwarcie?

- Przede wszystkim kierowałem tam na bieżąco każdy tekst Strugackich. Jeszcze w Ostatnich z Atlantydy pojawił się Dnieprow. Poznałem go zresztą potem osobiście, przyjechał raz do Polski z całą grupą. To było dla tych pisarzy wielkie przeżycie - pierwszy wyjazd na Zachód po kilkudziesięciu latach surowego zakazu. Dnieprow naprawdę nazywał się Mickiewicz i był synem polskiego zesłańca. Pracował gdzieś na Syberii w instytucie chemii fizycznej.

- Wspominał o nim też w wywiadzie dla "Fantoma" Przyrowski.

- Tak, mówimy o tym samym autorze.

- A właśnie, "Młody Technik", Czytelnik, to były wtedy ośrodki, gdzie już trochę fantastyki się pojawiało. Czy utrzymywałeś z nimi kontakt?

- Nie było wtedy jeszcze takiego ruchu fantastycznego. Lektura Rakietowych szlaków i W stronę czwartego wymiaru - książeczki, w której pomieszano teksty popularnonaukowe z opowiadaniami - to było coś, co uświadamiało, że fantastyka jest osobną dziedziną literatury. I zacząłem się wtedy rozglądać za fantastyką. Ale pana Stawińskiego nie znałem. Pana Przyrowskiego w którymś momencie poznałem, odwiedzałem go w redakcji kilkakrotnie.

- Wciąż jeszcze jesteśmy w Iskrach. Czy pamiętasz okoliczności, w jakich narodziły się Kroki w nieznane? Jak wydawnictwo zareagowało na ten pomysł?

- No, wiesz, nie miałem nigdy wydawniczego "pudła". Moi przełożeni wiedzieli, że jeśli mówię, że coś jest dobre i chwyci, to można mi wierzyć. Jeśli chodzi o Kroki, najwięcej obaw wiązało się z kwestiami edytorskimi - duży, gruby wolumin, twarda oprawa, ilustracje, spora cena... Dlatego pierwszy tom wyszedł tylko w dziesięciu tysiącach egzemplarzy. Następne już w trzydziestu.

- A sprawy zgód, praw autorskich? Przecież tam same noty copyrightowe zajmowały całą stronę, każde opowiadanie wymagało osobnego załatwienia.

- Z copyrightami było wtedy tak: z demoludów drukowało się teksty "po bratersku". Obowiązywała zasada, że jeśli się autor dowie, to dostanie pieniądze, w złotówkach, kiedy przyjedzie do Polski. I tak samo było, kiedy drukowano Polaka w Rosji czy Bułgarii. Co do tekstów zachodnich, zawsze pilnowałem, żeby na każdą publikację była zgoda autora, choć formalnie nic by on nie mógł wydawcy zrobić. Uważałem to za takie żebranie z godnością. Pisałem dużo listów do autorów. Stawka wynosiła wtedy 50 dolarów za opowiadanie. Dla Polaka to była kupa pieniędzy, ale dla Amerykanina - z początku sobie z tego nie zdawałem sprawy - też wcale niemało. U siebie w czasopismach nie dostawali za te opowiadania wiele więcej.

- Czyli wtedy jeszcze wydawnictwa miały dolary na honoraria? Później zaczęły się z tym problemy.

- Pisało się o zgodę do ministerstwa. Nie wiem, to nie było na mojej głowie.

- Kiedy wydawał Kroki w nieznane, zaczęli się wokół nich skupiać polscy autorzy. Pojawił się Czechowski, Zajdel, później Wnuk-Lipiński.

- Czechowski drukował wcześniej w "Młodym Techniku" i chyba w antologii u pana Przyrowskiego...

- Tak.

- Bardzo zdolny, bardzo inteligentny i bardzo mało piszący. To był całą duszą naukowiec, który pisywał na boku, bardzo rzadko, chociaż zawsze go usilnie do tego namawiałem. Nawet wtedy, gdy już na dobre osiadł w Szwajcarii, w CERN-ie, i poświęcił się bez reszty przyśpieszaniu cząsteczek. W sumie napisał bardzo mało, ale to wszystko było zauważone i zapamiętane. Poszedłem w tej sprawie do "Młodego Technika", tam dostałem adres i od razu starałem się go do Kroków pozyskać. To samo dotyczyło Zajdla. Zależało mi na takich autorach. A Wnuk-Lipiński przyszedł do mnie do redakcji sam, jako bardzo młody człowiek, z pierwszym opowiadaniem.

- Czy pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z Zajdlem?

- Znałem jego teksty z "Młodego Technika" i zauważyłem, że to musi być człowiek bardzo zajęty, że się śpieszy, bo pisał szalenie gęsto. Każde jego opowiadanie mogło być powieścią. To były właściwie konspekty, skondensowane powieści. Właśnie ja go namawiałem, żeby zaczął pisać dłuższe rzeczy.

- I zaczął.

- I zaczął. Najpierw do Naszej Księgarni, ale kiedy zaniósł im Wyjście z cienia, to się tam przestraszyli i w końcu wydałem tę powieść ja. Rozumieliśmy się bardzo dobrze. Widziałem w nim człowieka, którego należy promować i dopóki mogłem, robiłem wszystko, żeby go wydrukować. On też, niestety, nie pisał zbyt dużo.

- wiłeś, że w Iskrach na wiele Ci pozwalano i mogłeś swobodnie działać. Jak więc doszło do tego, że Kroki w nieznane przestały się ukazywać, a Ty musiałeś się pożegnać z wydawnictwem?

- Po prostu podpadłem. To mi się zdarzyło kilkakrotnie. W swoim życiu trzykrotnie byłem wyrzucany z pracy, mimo że pracowałem na skromnym stanowisku i całe życie zarabiałem średnią krajową, dopiero teraz mam trochę mniej. Dwukrotnie wyrzucono mnie na polecenie KC PZPR, a raz na polecenie Belwederu, może nawet osobiście Wałęsy.

- A czym podpadłeś wtedy, za pierwszym razem?

- Ogólną postawą. Byłem przewodniczącym rady zakładowej, wybierali mnie tam w kółko, bodaj na cztery kadencje. W którymś momencie w Wydziale Kultury zorientowali się, że w radzie zakładowej nie ma ani jednego partyjnego. Zaproszono mnie na rozmowę do dyrektora. Złożyli mi propozycję, żeby dokooptować jakiegoś partyjnego. Ja mówię: są wybory, zaproponujcie kogoś swojego, jak go ludzie wybiorą, to będzie w radzie. Poza tym przyszedł wtedy z KC niejaki Zdzisław Jerzy Bolek, poeta trojga imion, bardzo naładowany ideologicznie, i zaczął dokładać starań, żeby mnie wyrzucić. To była zresztą śmieszna historia. Ludzie nie bardzo w to dzisiaj wierzą, ale w mojej obronie wystąpił wtedy związek - to się nazywało Związek Zawodowy Pracowników Radia, Książki i Prasy. Kiedy dostali telefon z KC, żeby mnie zdjąć z przewodniczącego rady zakładowej, bo bez tego nie można mnie było wyrzucić, zażądali tego polecenia na piśmie. To naprawdę było aktem dużej odwagi. I wiem, że były, nawet w tajemnicy przede mną, jakieś starania w mojej obronie. Zresztą niepotrzebne, bo już wtedy widziałem, że moja wolność się skończyła, że mam pod nowym dyrektorem za dużo oporów i przestało mi zależeć. Zresztą miałem już upatrzone inne miejsce, w Czytelniku, gdzie mnie bardzo chcieli.

- Ostatecznie podziękowałeś im sam, czy jednak Cię wylali jakimś specjalnym dekretem?

- W końcu wezwał mnie dyrektor i oznajmił, że musi mnie wyrzucić. Poprosiłem, żeby poczekał z tym jeszcze parę dni, bo już jest w drodze pismo o przeniesienie. I ostatecznie było to, formalnie rzecz biorąc, tak zwane "porozumienie stron".

*[Fragment wywiadu z Janiną Zielonko, kierownikiem redakcji przekładów Wydawnictwa "Iskry” ("Fantastyka", sierpień 1983):

- Wzorcowym wprowadzeniem do tej ery, jako zjawiska literackiego i jako problemu cywilizacyjnego, stały się kolejne tomy antologii "Kroki w nieznane" przygotowanej przez p. Jęczmyka. Utwory beletrystyczni stanowiły prezentację różnych wizji pisarzy z całego świata, wstępny szkic dawał młodemu czytelnikowi krytyczno-literacki klucz do całości, a pomieszczone na końcu tomu artykuły popularyzatorskie sumowały sprawę na płaszczyźnie naukowej. Wielka szkoda, ze seria się z czasem zacięła.

- Zbiegło się to z odejściem autora wyboru do "Czytelnika", choć cała sprawa oczywiście nie była tak prosta. Pan Jęczmyk zajmował się u nas literaturą radziecką, a antologie to były jego prace autorskie; w 1977 roku gdy zaproponował kolejny tom "Kroków w nieznane" zbudowany głównie z tekstów anglosaskich, wydało nam się to dziwne i próbowaliśmy go nakłonić do uzupełnienia antologii o teksty innych literatur. Miał on swoje racje, mieliśmy je i my; może rzeczywiście proza innych krajów nie była wówczas tak interesująca; stanęło na tym, ze antologię oddaliśmy mu do poprawek i... tak pozostało do dziś.]

- W ten sposób w roku 1976 znalazłeś się w Czytelniku, ale już nie w redakcji słowiańskiej, tylko w anglo-amerykańskiej.

- Jej dotychczasowa kierowniczka akurat odchodziła, zostałem jej następcą. I dość szybko udało mi się tę redakcję rozkręcić. Zacząłem wybierać i prezentować nowych autorów. Trafiałem na takich, którzy później, kiedy książka była już w tłumaczeniu czy w druku, dostawali u siebie nagrody, zwracali uwagę. Tak było na przykład z Johnem Irvingiem i Światem według Garpa czy z Whartonem, któremu wydałem dwie pierwsze powieści. Największą radością wydawcy jest znajdowanie i wydawanie takich autorów.

- Przeniosłeś także do Czytelnika ideę serii SF

- To się już rozumiało samo przez się, że mam w tym doświadczenie, znam sprawę i przychodzę do nowej firmy także z tą dziedziną działalności.

- Czytelnik miał świetne tradycje SF z lat pięćdziesiątych. Poza książkami, o których wspominałeś, ukazało się tam 451° Fahrenheita Bradbury'ego...

- Można powiedzieć, że to było pokłosie Października. Znając ówczesne cykle wydawnicze, można wnioskować, że pan Stawiński musiał te wszystkie książki składać do druku natychmiast, kiedy tylko otworzyła się taka możliwość, zaraz po odwilży.

- Ale, niestety, niedługo potem umarł. I po jego śmierci fantastyka w Czytelniku przestała istnieć aż do Twojego pojawienia się w wydawnictwie. Czy pomysł, by rozpocząć serię od wznowienia Rakietowych szlaków, był świadomym nawiązaniem do tamtej tradycji?

- Prawdę mówiąc, chciałem po prostu uruchomić tę serię jak najszybciej. Tłumaczenie trwało wtedy rok, redakcja drugie tyle...

- No tak, zrobić trzy korekty to nie w kij dmuchał.

- Prawda? Znałem redaktora, który pracował w wydawnictwie rok i nie zrobił nic, ani stroniczki, po prostu nie tknął palcem roboty. Ale musiał upłynąć cały rok, żeby to ktokolwiek zauważył. Taka to była wtedy praca, dłubało się miesiącami w jednym tekście. Choć, trzeba przyznać, językowo to czasem dawało rezultaty.

- Dlaczego nie chciałeś wznowić całości Rakietowych szlaków, tylko wybrałeś z nich najlepsze opowiadania?

- No właśnie dlatego, że były najlepsze. W każdej antologii z czasem widać, że część tekstów to był tylko wypełniacz, taka massa tabulettae. Niektórzy mieli pretensje, zwłaszcza o Sałatę i brylant, ale to jednak było słabe opowiadanie, tylko pomysł coś znaczył.

- A drugi tom? Od razu przewidziałeś kontynuację, czy tak wyszło?

- Od razu chciałem, żeby to była antologia cykliczna. Zbierało mi się dużo ciekawych opowiadań. Czytałem wtedy na bieżąco czasopisma, było z czego wybierać. Miały być Rakietowe szlaki 3, 4... Nie udało się.

- Pojawił się też w serii Francuz, Gerard Klein i jego Bogowie wojny.

- Tak, to wsadziła do serii redakcja romańska. Klein był wtedy na fali, bardzo go polecano.

- I była Szkarłatna dżuma Jacka Londona. Co właściwie wyszło najpierw?

- Złożone były jednocześnie Rakietowe szlaki i London. A co pierwsze wyszło? Nie pamiętam. To była sprawa drukarzy, nikt nie wiedział, od czego to zależy. Kiedyś jakaś książka wyszła nam już po pół roku, byliśmy bardzo zdziwieni, czy to już teraz tak ma być - dopiero drukarz wyjaśnił, że zecerowi spadło z półki kilka maszynopisów, jak brał śniadanie, i ten się znalazł na wierzchu, więc go wrzucił do składu przed innymi.

- Skąd się wziął kosmonauta na okładce?

- Wymyślił go kierownik działu graficznego, Janusz Brykczyński.

- Pierwsze książki "z kosmonautą" ukazały się w 1978 roku. Istniał już wtedy OKMFiSF, odbywały się spotkania, konwenty. Czy ten powstający ruch kontaktował się z Tobą?

- Tak, przychodzili, zapraszali na imprezy. Potem okazało się, że była tam grupa, która bardzo chciała zaistnieć. A żeby zaistnieć, trzeba było mnie atakować... Bo ja się wtedy, zupełnie niechcący, stałem jednoosobową instytucją. Zresztą wcale tego nie zauważałem, nie zależało mi na tym. Ale dla tych chłopców, startujących, tak to wtedy wyglądało. Starali się podkreślić swoją niezależność, odciąć się. Kiedyś przyznali nagrodę antologii opowiadań rosyjskich Wynalazca wieczności, szukając czegoś, co nie ja zrobiłem. Ale nie wiedzieli, że to też było moje, tylko niepodpisane.

- W 1978 roku ukazały się pierwsze książki w serii, a już w 1979 pierwsze pozycje polskie: Wir pamięci Wnuka i Cylinder Van Troffa Zajdla. Czy to były książki zamawiane przez Ciebie?

- Tak.

- To znaczy, nie powstałyby, gdybyś nie podpisał na nie umów?

- Myślę, że autorzy napisaliby je tak czy owak. Zajdel mógł wydać Cylinder w Naszej Księgarni, pewnie by mu go wzięli, ale wolał drukować u mnie. Wiedział, że się rozumiemy i może liczyć na moje wsparcie. Ja o autorów walczyłem. Snerg-Wiśniewski też, mimo że książka, tak jak inne, szła przez redakcję polską, zastrzegł sobie w umowie, że to ja będę redaktorem.

- Jak się zetknąłeś ze Snergiem?

- Już nie pamiętam. W każdym razie to było na jakimś spotkaniu fanowskim. A potem on zachodził do mnie do Czytelnika. Wtedy było dużo czasu na rozmowy, na życie towarzyskie. Przychodził autor, siadało się przy kawie... Można było zdrowie stracić od tych kaw, jak się miało kilka spotkań pod rząd. Czytelnik miał swoją własną kawiarnię, a wcześniej, kiedy pracowałem w Iskrach, chodziliśmy do Książki i Wiedzy. To była księgarnia połączona z kawiarnią, stoliki stały na tle regałów z dziełami Lenina.

- Księgarnia jeszcze istnieje, ale kawy już tam nie podają. Dzieła Lenina też chyba zastąpiono czymś modniejszym.

- Z ośmiu godzin teoretycznie spędzanych w pracy, ze dwie przypadały na te kawiarniane rozmowy. Wałkowało się wtedy pomysły, gadało o wszystkim. To było w sumie pożyteczne, życie kulturalne kwitło.

- Takich gości było oczywiście więcej. Wnuk, mówiłeś, przyszedł do Iskier z debiutanckim opowiadaniem, z Wyprawą ratunkową. A jak było z Wirem pamięci? Przyniósł od razu gotowy tekst, czy najpierw rozmawialiście o pomyśle?

- Miał gotową albo całą powieść, albo przynajmniej bardzo dużą jej część. Od razu uznałem, że to jest świetny pomysł - człowiek, tropiący samego siebie. Archetypiczna sytuacja.

- A kiedy pojawiła na horyzoncie ekipa z "Politechnika"? Oramus i Parowski potem stali się Twoimi autorami.

- Oramus przyszedł zrobić ze mną wywiad do "Politechnika", w ten sposób się poznaliśmy. Byłem zaskoczony, że można było zrobić z tego, co mówiłem, taki dobry wywiad. Bardzo mi się to spodobało i tak się zaczęła nasza przyjaźń. Kiedy potem pisał Sennych zwycięzców, użyłem wszystkich swoich możliwości, żeby dało się tę książkę wydać w Czytelniku.

- Zrobił potem z Tobą jeszcze jeden wywiad, ten, który ukazał się w Wyposażeniu osobistym. A Parowski?

- Parowskiego poznałem przez Oramusa. Oni dwaj, Wnuk, Snerg i Zajdel, to była ta grupa polskich autorów, z którymi chciało się pracować. Nie udało się, niestety, przepchnąć przez procedury wydawnicze Żwikiewicza. Wydał go potem Kledzik w Poznańskim. Ze Snergiem wiąże się śmieszna historia o rozdartej sośnie. Nie wiem, czy już tego nie opowiadałem.

- Rozdarta sosna kojarzy mi się raczej z Żeromskim.

- Bardzo dobrze ci się kojarzy. Snerg w Nagim celu walnął na zakończenie, jako symbol, rozdartą piorunem sosnę. I ja go w rozmowie nieopatrznie pochwaliłem, że to mi się bardzo podoba, takie nawiązanie do powszechnie znanego symbolu. A on: "Zaraz, zaraz, jak to znanego?" No i jak się dowiedział o Żeromskim, wykreślił to, ku mojemu wielkiemu żalowi. Taki to był facet.

- A potem, w 1984, twoja praca w Czytelniku gwałtownie się skończyła. Chodziło o to, że tłumaczyłeś Vonneguta dla Nowej?

- Nie, choć to pewnie miało swoje znaczenie. Byłem wtedy zaangażowany w ruch "Solidarności międzywydawniczej". To była spora struktura, na naszych nielegalnych spotkaniach zjawiało się po kilkadziesiąt osób z całej Polski, wydawaliśmy pismo "BMW" ("Biuletyn Między-Wydawniczy"), przyznawane były nagrody za niezależną twórczość. Nawiasem mówiąc, materiały do nielegalnych wydawnictw chodziłem odbijać na ksero w cenzurze na Mysiej. Ksero było wtedy jeszcze rzadkością, a ja poznałem tam techników i za parę groszy mi odbijali, co było trzeba. Raz jeden z nich przyleciał z obłędem w oczach, bo przez pomyłkę podpiął mi jakieś ściśle tajne materiały.

- Miał szczęście, że nie odwrotnie.

- Była też wtedy niepisana zasada, że oficjalne środki masowego przekazu się bojkotowało. Dzisiaj patrzę na to z dystansem, to była dziecinada... Zresztą w ogóle dzisiaj uważam, że nie warto było tak bardzo się szarpać, żeby zmienić Babiucha na Buzka. Po prostu nie było warto. W każdym razie, pod koniec 1983 odmówiłem występu w audycji radiowej. Redaktorka z radia rozpętała burzę przeciwko mnie. Dzwoniła do KC, zasypywała dyrektora pismami, że jeśli nie wyciągnie wobec mnie konsekwencji, to jemu wyciągną... A najśmieszniejsze, że miałem w tej audycji mówić o Kubusiu Puchatku, bo ukazała się książka syna Millne'a, powieściowego Krzysia, który zresztą paskudnie ojca obsmarował, że się nim nie zajmował i w ogóle dzieci nienawidził. No więc baba słała na mnie donosy do KC. Poszło też o zdjęcie, jakie miałem przypięte nad biurkiem - bo zawsze sobie robiłem swoją "gazetkę ścienną". To była gazetowa fotografia Bogarta z tekstem: "I'm not a communist!". Któregoś dnia przychodzę, patrzę, a moje zdjęcie zniknęło. No i okazuje się, że jest awantura na dwadzieścia cztery fajerki, mój Bogart już jest w KC, wzywa mnie dyrektor, że co to ma znaczyć, dlaczego miałem u siebie zdjęcie Yvesa Montanda - wszystko mu się pokiełbasiło... Napisałem wtedy słynne pismo z objaśnieniem, że dane zdjęcie pochodzi z amerykańskiej gazety z czasów "polowania na czarownice" McCarthy'ego, kiedy Bogart musiał tłumaczyć się przed komisją, że nie jest komunistą - bo rzeczywiście nie był, chociaż sympatyzował. Teraz, napisałem, po latach, to samo zdjęcie stało się przyczyną innej nagonki, prowadzonej z odmiennych pozycji... Ulżyłem sobie w tym piśmie, zakończyłem, pamiętam, takim tekstem, że jeśli wysoko opłacani urzędnicy zajmują się takimi duperelami, to zastanawiam się, kto pilnuje sklepu.

- Kiedy Cię po raz pierwszy w życiu widziałem, w Sródborowie, na seminarium z okazji urodzin Lema, miałeś w klapie taki fajny znaczek z napisem "bezpartyjny".

- Starałem się zachowywać wobec nich trochę prowokacyjnie. Już teraz, po "przewrocie", spotkał mnie były dyrektor, ten który mnie wyrzucał z Iskier, i zaczął się tłumaczyć. Spytał, czy się z nim napiję. Odpowiedziałem, że nie mam do niego żalu. Wykonywał swoje obowiązki, jako dyrektor państwowego wydawnictwa, a ja szedłem swoją drogą, tak jak chciałem, i miałem wyrzucenie z pracy wkalkulowane w koszta. Kiedy miał mnie zwolnić, przeżywał to bardziej ode mnie, jąkał się, nie wiedział, jak mi to powiedzieć... A ja już i tak miałem słuchy od sekretarek i śmiałem się w duchu.

- Ale taki donos o Bogarcie musiał wykonać ktoś, kto tam z Tobą pracował.

- Tak, wiem kto.

- Co on dziś robi?

- Jest emerytem. Taki mizerny człowieczek, zresztą strasznie pokręcony. Załapał się jeszcze na wojnę jako bardzo młody AK-owiec, ale potem jakoś tak sobie życie poukładał, że... W każdym razie takie rzeczy się wiedziało. Kiedy raz mnie wezwano na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich, powiedziałem: "Panowie, mogę z treści waszych pytań wywnioskować, kto na mnie donosi. Podam wam jego nazwisko i adres".

- Ciekawe. I co oni na to?

- Nic. Zapisali. Więc ja się wtedy śmiałem: "o, dyrektor znów ma ze mną kłopoty". To naprawdę tak było - oni chcieli mieć święty spokój, ja im to swoją bezkompromisowością uniemożliwiałem, dzwonili tam do nich z góry, ochrzaniali, kazali coś ze mną zrobić. To oni mieli kłopoty ze mną, nie ja z nimi. W każdym razie, wezwał mnie dyrektor i powiedział, że jako kierownik działu mam obowiązek występować w radiu, na co odpowiedziałem, że nie mam obowiązku być kierownikiem działu i złożyłem rezygnację z funkcji. Jeszcze przez parę miesięcy byłem potem zatrudniony jako zwykły redaktor, bodaj nawet jako korektor - bo już był kryzys, w ramach redukcji pozwalniano korektorki i przesunięto do tej roboty redaktorów. Książki grzęzły na całe lata, nie było papieru.

- Matka noc ukazała się w podziemiu mniej więcej w czasie tej całej afery. To znaczy, że z Kowalem zetknąłeś się nieco wcześniej?

- Nie znałem wtedy Kowala, spotkaliśmy się później przy okazji fantastyki, z początku nawet nie wiedziałem, co robi poza tym. Chciałem tę książkę przetłumaczyć. Od razu było wiadomo, że może iść tylko w podziemiu, a do Nowej miałem dojście jeszcze przez Chojeckiego. On już był wtedy w Paryżu, ale tu został nasz wspólny znajomy i z nim to załatwialiśmy.

- Po twoim odejściu z Czytelnika znalazłeś się w "Fantastyce". To nas wszystkich bardzo zdziwiło, zwłaszcza że chodziła legenda, iż to Hollanek Cię tam ściągnął. A Hollanek miał opinię starego komucha. Zresztą jako naczelny musiał mieć błogosławieństwo z komitetu, stąd zdziwienie.

- Czy ja wiem...? Hollanek nigdy nie był wierzącym komunistą. Zresztą ktoś, kto przeżył wkroczenie bolszewików do Lwowa, nie mógł być. Natomiast mógł być sowietami mocno przerażony, po tym, co tam widział. On był po prostu nastawiony na życie w takim układzie. Jak wielu innych uważał, że to się nie zmieni jeszcze przez wiele pokoleń i to, co było można, starał się zrobić. Mam wrażenie, że bardzo się ucieszył, że ma okazję pozyskać fachowca. Bywałem od czasu do czasu w redakcji, jakoś to wyszło samo z siebie. W każdym razie bardzo chętnie mnie przyjął. Ładnie zachował się wtedy Jacek Rodek, który ustąpił stanowiska kierownika działu zagranicznego, uznając mnie za bardziej kompetentnego.

- Hollanek był dość dziwnym człowiekiem. Znane były jego numery z wpisywaniem samego siebie na listę bestsellerów, z dopisywaniem pochwał w poświęconych sobie recenzjach. Z drugiej strony, chyba nigdy nikomu nie zrobił krzywdy, przynajmniej jeśli nie musiał się bronić.

- Miał swoje słabości i śmiesznostki, zwłaszcza jeśli chodziło o uznanie dla jego twórczości. Ale to, moim zdaniem, drugorzędna sprawa. Ważne było, że zapewniał redakcji możliwości pracy. W tamtych warunkach niezbędny był bufor pomiędzy bardzo skomunizowaną instytucją, gdzie się mówiło wprost: "Jesteście pracownikami frontu ideologicznego"...

- wisz o Krajowym Wydawnictwie Czasopism, wydawcy "Fantastyki ".

- ...Między takim wydawcą a redakcją. On w tej funkcji potrafił zadbać o interesy redakcji. Musiał lawirować, wywijać się. Siedział okrakiem na barykadzie.

- Zmienię temat. Czy kontaktowałeś się bezpośrednio z Dickiem?

- Nie, tylko z jego agentem, Scottem Meredithem. Z Dickiem było tak, że w Polsce wyszedł tylko Ubik, nie do końca zrozumiany, ale zauważony. Istniała jedna sławna książka, natomiast nie było autora.

A ja postanowiłem zaprezentować Dicka jako postać, jako twórcę. Do tego trzeba co najmniej trzech książek. Wybrałem jeszcze Słoneczną loterię i Człowieka z wysokiego zamku. Meredith zgodził się na jakiś przedziwny układ, już nie pamiętam - czy płaciliśmy tam coś w dolarach, czy w jakimś barterze...

- A potem sprawa się urwała, bo Dick umarł.

- Na kilka lat zrobiło się zamieszanie, trudno było ustalić, kto właściwie dziedziczył prawa autorskie.

- Teraz tłumaczysz chyba wyłącznie Dicka? Nie chce Ci się już robić innych rzeczy?

- Miałem taki plan, marzenie, żeby przetłumaczyć jego trzy ostatnie książki, tworzące swoistą trylogię o tematyce religijnej.

- Valis, Boża inwazja i Transmigracja Timothy'ego Archera?

- Zrobiłem to już. Skończyłem i oddałem Transmigrację. Nawiasem mówiąc, zabawna książka. Nie ma tam fantastyki - to książka głównie o biskupie Pike'u, bliskim przyjacielu Dicka, z którym spędził on wiele godzin na dysputach teologicznych i od którego czerpał wiedzę na ten temat. Trudno było zresztą o gorsze źródło, bo Pike zabrnął we wszystkie możliwe herezje. W końcu, pod wpływem któregoś z komentatorów rękopisów z Qumran, doszedł do przekonania, że Chrystus był grzybem halucynogennym.

- Jak na biskupa, nawet episkopalnego, całkiem niezłe wyjaśnienie Eucharystii.

- Pamiętaj, że to był czas, kiedy w Kalifornii wszyscy ćpali i wszelkie powiązane z tym teorie były bardzo chodliwe.

- Pod koniec lat osiemdziesiątych wysłałeś do dyrektora KWCz Hoffmana sławny list, zwracając mu sześć złotych nagrody, jaką Ci przyznał.

- Mam gdzieś kopię. Ten list może się wydawać wręcz chamski, jeśli się nie wie, że Hoffman miał zwyczaj do wszystkich zwracać się bez pytania per "ty". Więc i ja tak do niego napisałem: przyznałeś mi nagrodę w kwocie sześć złotych, nie wiem, co zrobić z taką sumą, więc ci ją daję, idź, się napij piwa. Ale jakoś to przełknął, nawet się tłumaczył, że tyle było pieniędzy do podziału i podzielono równo.

- Poza "Fantastyką" przez pewien czas prowadziłeś dział SF w "Problemach".

- Miałem z tego dużo przyjemności i uważam, że ten dział był wtedy niezły. Trudność polegała na tym, że trudno namówić kogoś do tłumaczenia dla czasopisma, to były zbyt marne pieniądze. Natomiast jeśli rzecz miała się ukazać w książce za rok, opłacało się wcześniej dać kawałek w piśmie. Musiałem robić takie transakcje wiązane.

- Ale wypuściłeś w "Problemach" także sporo prozy polskiej: Kwadrofoniczne delirium tremens Oramusa, Zimniaka, no i sporo chłopięctwa, z naszymi tekstami na czele.

- Starałem się, żeby było to miejsce, gdzie młodzi polscy autorzy mogliby ćwiczyć warsztat, sprawdzać się, zanim pojawi się możliwość druku w książce.

- Robiłeś tę działkę od 1983 do 1986.

- Wtedy przyszła nowa redaktor naczelna i miała pretensje, że źle prowadzę ten dział, bo drukuję opowiadania, które nie są dość naukowe... Oni - mówię oni, bo zaproszono mnie na posiedzenie redakcji - zaczęli mnie pouczać, jaka powinna być fantastyka, oczywiście niczego z tej dziedziny nie czytając, i życzyli sobie czegoś, co już wtedy od bardzo dawna nie istniało. Szczególnie mieli pretensje o autorów krajowych, życzyli sobie tylko tłumaczeń. Ponieważ pismo płaciło i mnie, i autorom bardzo źle, robiłem ten dział tylko dla satysfakcji, więc w takiej sytuacji podziękowałem za współpracę.

- ród młodych autorów mówiło się wtedy o "metodzie Jęczmyka". Wiesz, co to było?

- Nie.

- Chodziło o to, że kiedy Ci się dawało tekst, to albo mówiłeś po prostu "biorę", i to znaczyło, że jest dobry, albo mówiłeś, że podobało Ci się to i to, jakiś tam detal, i to znaczyło, że całą resztę można wyrzucić.

- Naprawdę? Może przejąłem to podświadomie od swojego trenera judo. Bardzo go podziwiałem, miał znakomite wyczucie psychologiczne. Zawsze, kiedy ktoś wygrał, to go krytykował, a tego, kto przegrywał, chwalił i pocieszał. Wiedział to instynktownie.

- Doszliśmy do roku 1989. Rozpada się KWCz, zostajesz wybrany przez zespół "Fantastyki" na nowego redaktora naczelnego.

- W KWCz wyznaczono likwidatora, niejakiego pana Drygalskiego. W pewnych kręgach to dość znana postać, nie takie rzeczy później prywatyzował. Za wszelką cenę nie chciał nas wypuścić, walka o tytuł była dosyć ostra. Ale my sobie to przygotowaliśmy bardzo starannie, krok po kroku. Założyliśmy spółkę, zgłosiliśmy nowy tytuł i logo "Nowa Fantastyka", wszystko zostało zawczasu opatentowane...

- Jak pamiętam, był w tym wielki udział Maćka Makowskiego, który miał łeb do tego rodzaju spraw.

- Tak. Chcieliśmy przejść do nowego wydawcy możliwie płynnie i robiono nam wszelkie trudności. Wyszliśmy w wariancie najtrudniejszym. Wszyscy, kto mógł, wzięliśmy na komendę urlopy - ja miałem na przykład zaległych urlopów 100 dni - i w tym czasie robiliśmy kolejne numery, już dla "Nowej Fantastyki". KWCz nie miało kim zrobić kolejnego numeru. Pan Drygalski, kiedy mu przedstawiłem sytuację, że chce czy nie, musi się pogodzić z naszym odejściem, nazwał nas wtedy "gangsterami". Kto go zna, wie, jaka to była z jego ust pochwała. I tak się udało, że nie było przerwy. Bodaj tylko wydawaliśmy numery łączone.

- Jeden, 4-5/90.

- Ze sposobu, w jaki udało nam się wyrwać z tego molocha, zespół mógł być dumny. Byliśmy wtedy zgraną grupą i mieliśmy przekonanie, że robimy coś nowego, ważnego. Natomiast potem, cóż, okazało się, że jednak nie zrobi się na "Fantastyce" pieniędzy. Każdy miał na oku bardziej dochodową pracę, niektórzy pismem zaczęli się zajmować dorywczo.

- "Fantastyka" też okazała się być molochem. Pamiętam, że pod koniec istnienia w KWCz zatrudniała coś piętnaście osób, z tego trzy na półetatach, plus jeszcze paru takich jak ja, na jakichś ryczałtach.

- No tak, normalny w socjalizmie nadmiar ludzi. Tak było wszędzie.

- Chyba nikt wówczas nie wyobrażał sobie, do jakiego stopnia zmieni się sytuacja na rynku.

- I w ogóle w polskiej kulturze. Nastąpiło w niej zupełne zerwanie ciągłości. Istniały jakieś hierarchie, czasem autentyczne, ludzie mieli swój dorobek, były rzeczy, do których wszyscy się odwoływali, a potem nagle to wszystko straciło znaczenie. Do tego stopnia, że gdy dziś na przykład przyjeżdża do Polski Wharton, to goszczący go wydawca nie zaprasza mnie na spotkanie - choć się znamy i jesteśmy w dobrych stosunkach - bo on po prostu nie wie, że ja byłem pierwszym, który Whartona w Polsce drukował. Wszystko, co było wcześniej, nie istnieje w pamięci. I trzeba podkreślić, że fantastyka jest bodaj jedyną dziedziną, gdzie do takiego zerwania nie doszło. Młodzi fanowie mają świadomość swej tradycji i nawet jeśli już nie czytali Borunia, to w każdym razie wiedzą, kto to był.

- Zespół "Fantastyki" zaczął szybko topnieć. Odszedł Darek Toruń, o ile pamiętam, w atmosferze konfliktu, mniejsza w tej chwili o jego przyczyny. Potem odszedł Makowski.

- To była dla spółki duża strata, on był mózgiem zespołu, jeśli chodzi o sprawy, nazwijmy to, handlowe.

- Jeśli dobrze pamiętam, doszło do sporu między nim a Prószyńskim.

- Nie wiem, wtedy już nie byłem naczelnym.

- No właśnie, w początkach 1992, za rządu Olszewskiego, poszedłeś do telewizji. Ale pamiętam, że kiedy tam szedłeś, miałeś pełną świadomość, że to chwilowa sprawa. Mówiłeś, że nie ostoisz się na Woronicza dłużej niż kilka miesięcy.

- Tak, mówiłem, że to potrwa trzy miesiące. W istocie trwało trzy i pół.

- Skoro tak, skoro wiedziałeś, że to kilka miesięcy, dlaczego nie zabezpieczyłeś sobie powrotu do redakcji? Dlaczego ją oddałeś?

- Prawdę mówiąc, nie oddałem. Właśnie tak się umówiłem z kolegami, że tylko zawieszam swoje redaktorowanie i wrócę, jak tylko mnie wyleją. Ale pod moją nieobecność koledzy zmienili te ustalenia. Mieli prawo. Przerobili mnie w ten sposób na felietonistę.

- Kiedy byłeś naczelnym, twoim zastępcą był z początku Jacek Rodek. Podniosłeś do rangi drugiego zastępcy Parowskiego, co sprawiło, że Jacek poczuł się dotknięty i wycofał się z redakcji. Tym samym niejako sam wyznaczyłeś swojego następcę.

- Uznałem, że Parowskiemu najbardziej na tym piśmie zależało. Podtrzymuję to i dziś. Większość redakcji miała inne zajęcia, Oramus był pracownikiem dojeżdżającym, a Parowski rzeczywiście siedział nad robotą, stała się ona jego pasją, jego życiem.

- Gdybyś wtedy tak nie zadecydował, pismo poszłoby pewnie w zupełnie inną stronę.

- Pewnie tak. Jacek był dobrym organizatorem, ale rzeczywiście miał zupełnie inne pomysły na pismo.

- Pomysł tego awansu wyszedł od Ciebie czy od Parowskiego?

- Ode mnie. Oczywiście, nie powiem, żeby Parowski się bronił.

- Propozycję powrotu do "Fantastyki", z tym, że na stanowisko szefa działu zagranicznego, złożono Ci dopiero niedawno. I o ile wiem, nie przyjąłeś jej.

- Tak, ale dlatego, że takie powroty nie są dobre, wiem z doświadczenia. Tak samo nie wróciłbym dziś do wydawnictwa. Co miałem zrobić, zrobiłem, jestem już gdzie indziej - nie ma do czego wracać. Poza tym, nie mogę już przerzucać takiej ilości fantastyki, jak dawniej. Nie wiem, czy to ja się zmieniłem, czy ta literatura...? Mam wrażenie, że teraz drukowane opowiadania są gorsze. Kiedyś, czytając czasopisma SF, miałem poczucie świeżości, odkrywania czegoś. Dzisiaj obrabia się tam dziesiąte wersje starych schematów. Poza tym opowiadania przestały się cieszyć popularnością wśród autorów. Ilość pism, drukujących fantastykę, bardzo w USA spadła, autorzy nastawiają się dziś głównie na powieści, krótkie formy traktują jako coś drugorzędnego. Domyślam się, że nie opłaca się ich pisać. Wziąłem ostatnio z dziesięć numerów pism, próbowałem się wczytać - i po prostu już nie potrafię.

- A nie jest tak, że po prostu zbyt głęboko wciągnęła Cię polityka?

- Nie, w moim wypadku nigdy jedno drugiemu nie przeszkadzało. Może po prostu przekroczyłem już ten wiek, kiedy beletrystyka przestaje człowieka cieszyć. Zobacz, mam tu porozkładane różne księgi i beletrystyki praktycznie w tym nie ma. Na przykład sięgnąłem po Rauschninga. Ten człowiek uczestniczył w ruchu nazistowskim w Niemczech, potem się od tego dystansował. I stwierdzam, że to właśnie naziści zaplanowali zjednoczoną Europę, mniej więcej w takim kształcie, w jakim się ją dzisiaj realizuje. To są dziś dla mnie sprawy bardziej pasjonujące od literatury.

- Czy po skończeniu Timothy'ego Archera masz jeszcze ochotę tłumaczyć coś z fantastyki? A jeśli tak, czy wiesz, co, czy też czekasz na propozycje?

- Mam spis rzeczy, które bym jeszcze chciał zrobić. Pozbyłem się ostatnio z domu telewizora i od razu zacząłem tłumaczyć znacznie szybciej. Przez rok zrobiłem już dwie powieści. Teraz tłumaczę dalszy ciąg Małego wielkiego człowieka, a w kolejce czeka książka o Sokratesie. Bardzo ciekawa rzecz, autor chciał napisać, jaką to krzywdę zrobiono Sokratesowi, ale jak zaczął w tym grzebać, to stopniowo doszedł do wniosku, że właściwie skazali go słusznie.

- Cała prawda o Sokratesie?

- Można tak powiedzieć. Poza tym pojawił się luźny projekt tomu moich ulubionych opowiadań. Może coś z tego wyjdzie.

- Trochę mi żal, że wycofałeś się z oceniania bieżącej produkcji polskiej fantastyki. Czy to znaczy, że przestała Cię ona interesować?

- Nie, skądże, czytam ją. Polskie rzeczy wydają mi się dziś nawet ciekawsze od tych amerykańskich kobył. Natomiast coś się dzieje takiego, że ludzie w fantastyce lubią dokopywać, czepiać się, znajdują przyjemność w udowadnianiu autorowi, że tu czy tu pobłądził. Nie chce mi się brać w tym udziału.

- Dziękuję Ci za rozmowę.

 

 

* Rafał A. Ziemkiewicz "Frajerzy", 2003









Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór