Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Fantastyka-naukowa

subiektywny wybór

 










*** George R.R. Martin - Piaseczniki

...Zdecydowanym krokiem ruszył w dół schodów. Gdy drzwi piwnicy znalazły się w zasięgu jego wzroku, zatrzymał się jak wmurowany. Drzwi już nie istniały. Ściany wokół nich zostały wyżarte, otwór stał się dwukrotnie większy i okrągły. Jama i nic ponadto. Nie pozostał nawet ślad, świadczący, że nad tą czarną otchłanią były kiedykolwiek jakieś drzwi. Z otworu wydobywał się ohydny, duszący smród. A ściany były wilgotne, zakrwawione, pokryte plamami białego grzyba. A najgorsze było to, że oddychały.











*** Bob Leman - Czas robaka

...Jakieś osiem czy dziewięć lat temu w Sturkeyville mieszkał człowiek nazwiskiem Harvey Lawson, którego żona była robakiem. Należy to rozumieć zupełnie dosłownie: była czerwonobrązowym, wieloczłonowym robakiem długości około pięciu stóp, o chitynowym szkielecie zewnętrznym, niezliczonej ilości krótkich odnóży od spodu i złowieszczych, ostrych szczękach z przodu. Tak wyglądała jej naturalna, stała postać. Jednak w dzień, a dokładniej mówiąc od wschodu do zachodu słońca, przybierała postać kobiety i w tym przebraniu pokazywała się publicznie jako żona Lawsona. Ludzie zaakceptowali ją w tej roli, chociaż miała opinię osoby nadzwyczaj ekscentrycznej i bardzo niesympatycznej.







*** Bob Leman - Pielgrzymka Clifforda M.

...Młode wampiry przychodzą na świat mniej więcej raz na dwieście lat w miotach liczących od ośmiu do dwunastu szczeniąt. Samica ma dziesięć sutek, więc w przypadku liczniejszego miotu najsłabsze szczenięta, które nie są w stanie dopchać się do pokarmu, muszą zginąć. Ci, którzy są choćby pobieżnie oczytani w przedmiocie, przypominają sobie z pewnością, że nikt nigdy nie widział jeszcze dorosłego wampira bez ubrania. Wynika to stąd, że ponieważ wampiry najczęściej udają zwyczajnych ludzi, dodatkowe piersi samicy (jak również dosyć niezwykła budowa genitaliów samca), muszą być starannie ukryte. Na przestrzeni ostatnich lat pojawiły się przeznaczone dla szerokiego kręgu czytelników publikacje, z których wynika, że wampiry są jakoby zdolne do mniej lub bardziej normalnego współżycia seksualnego z ludźmi. Jest to, rzecz jasna, całkowicie niemożliwe i opisy tego rodzaju aktów należy uznać wyłącznie za twory wyobraźni.










*** Robert Stratton - Hobby doktora Travena

...Profesor przywoływał z pamięci cały zasób słownikowy swej zupełnie niezłej angielszczyzny, Traven cierpliwie notował kolejne wersje tłumaczenia. Dopiero koło jedenastej wieczorem, kiedy zostali już zupełnie sami w opustoszałej sali restauracyjnej, a kelner dał do zrozumienia, że czcigodni goście mocno się zasiedzieli, Traven zapisał na oddzielnej kartce ostateczną wersję tłumaczenia. Brzmiało ono tak: "DROGA DO GROTY POTĘGI I ŚMIERCI. Jeżeli nie padłeś pod zębami moich strażników, ty, dobro-zły. Osiemset trzynaście kroków od dziedzińca. Zgroza i Zguba. W kierunku wielkiego drzewa. Płaski kamień, głowa węża. Ruszaj, nie ruszaj. Brązowa tarcza. Trzy razy trzeba khamman. Studnia strachu i śmierci. Wielkie Wyjście. Tam Wielki Mocarz, który zabije Świat".

 

Na podstawie tego opowiadania reżyser Piestrak (nazywany polskim Edem Woodem) wyknocił kultowy film "Klątwa Doliny Węży" (te efekty specjalne!).











*** Sydney J. Bounds - Animatorzy

...W tym momencie Harrington poczuł się tak, jakby wpadł w strumień zimnej, lodowatej wody. Zadrżał. Co też się dzieje, u licha? Jak zahipnotyzowany wpatrywał się we wskaźnik ciśnienia powietrza pod kopułą Bazy. Naraz w tej samej chwili otworzył się luk. Harrington błyskawicznie zerwał się z fotela i bezwiednie pchnął go do tyłu. Z odbiornika dobył się zachrypnięty głos Brunela:

- Harrington! Co się stało? Mów!

A Pugh czekał. Milcząc, w bezruchu przyglądał się ciału leżącemu na podłodze, póki głos w odbiorniku nie zamilkł.











*** Robert A. Heinlein - WSZYSCY WY ZMARTWYCHWSTALI...

...Stało się to wtedy - mówił dalej - gdy po raz pierwszy uznano, że nie można wysyłać mężczyzn w Kosmos na długie miesiące i lata bez rozładowywania wiadomego napięcia. Pamięta pan, jaki krzyk podnieśli purytanie? Brakowało ochotniczek, co zwiększało moje szanse. Dziewczyna musiała być porządna, najlepiej dziewica (lubili je szkolić od samego początku), umysłowo powyżej przeciętnej i emocjonalnie zrównoważona. Ale ochotniczkami były przeważnie stare pudła albo neurotyczki, które by się załamały po dziesięciodniowym pobycie w Kosmosie. Nie musiałem więc ładnie wyglądać; gdyby mnie przyjęli, wyprostowaliby mi zęby, zrobili trwałą, nauczyli chodzić i tańczyć, i jak należy słuchać, żeby mężczyzna czuł się zadowolony, oraz wszystkich innych rzeczy, łącznie ze szkoleniem w podstawowych obowiązkach. Zastosowaliby nawet chirurgię plastyczną, aby tylko "naszym chłopcom" niczego nie brakowało.











*** William Tenn - PROGRAM BROOKLYN

...Kiedy uruchomiono pierwszy chronar i cofnięto się w czasie o jedną dziewiątą sekundy, całe laboratorium popędziło w przyszłość na ten sam czas i powróciło zmienione nie do poznania. Zdarzenie to, nawiasem mówiąc, zapobiegło próbom podróży w przyszłość: sprzęt narażony byłby na niebywałe uszkodzenia i nie przetrwałaby żadna istota ludzka. Ale czy zdajecie sobie sprawę, jak bardzo moglibyśmy w ten sposób zaszkodzić wrogowi? Wysłanie odpowiedniej masy chronaru w przeszłość w sąsiedztwie wrogiego kraju zmusiłaby go do przeniesienia się w przyszłość - całego równocześnie - z której kraj ten powróciłby, ale pozostałyby w nim tylko trupy!











*** Harlan Ellison - Nie mam ust, a muszę krzyczeć

...Wszystko stało się w jednej chwili.
Na mgnienie oka wieczność zastygła w niemym wyczekiwaniu. Słyszałem, jak As bierze oddech. Oto zabrano mu zabawki. Trzy nie żyły i nie nadawały się do naprawy. Posiadał moc i zdolności do przedłużania naszego życia, ale NIE BYŁ Bogiem. Nie mógł przywrócić martwych do życia.
Ellen spojrzała na mnie, jej rysy zastygły, hebanowe na tle otaczającego nas śniegu. Prośba i trwoga biły z całej jej postaci, z jej pełnej gotowości postawy. Wiedziałem, że jeszcze jedno uderzenie serca i As nas powstrzyma.
Osunęła się po mnie po ciosie, z ust trysnęła jej krew. Nie mogłem zrozumieć wyrazu jej twarzy, ból nie do zniesienia wykrzywił jej policzki, ale to mogło być podziękowanie. Niech to nie będzie niemożliwe. Proszę.











*** Brian W. Aldiss - KTO ZASTĄPI CZŁOWIEKA?

...W trakcie jazdy radiooperator zwrócił się do nich: - Ponieważ mam tu najlepszy mózg - oznajmił - ja jestem waszym wodzem. Oto co zrobimy: pójdziemy do miasta i będziemy nim rządzić. Ponieważ człowiek już nami nie rządzi, sami będziemy się rządzić. Rządzić się samemu będzie lepiej niż być rządzonym przez człowieka. Po drodze do miasta zbierzemy maszyny z dobrymi mózgami. One pomogą nam walczyć, gdybyśmy walczyć musieli. Musimy walczyć, by rządzić.











*** Terry Dixon - OPOWIEŚĆ BARDA

...Chociaż byli bardzo mali, kiedy wyprostowali się, jak tylko potrafili najbardziej, i zaczęli przemawiać wyniośle i hardo swymi piskliwymi głosikami, zaiste wydawać się mogli prawdziwie królewscy, bardziej królewscy niż sami królowie. Dużo więcej w nich było dostojeństwa, pychy i dumnej pogardy. A każdy wie, że prawdziwi królowie są często smutni i przestraszeni, wątpią we własne siły i tak są przytłoczeni żałością i zmartwieniami, że nie mogą stać wyprostowani przez cały czas.
- Uklęknij! - rozkazał jeden z miniaturowych władców.
- Na ścięcie! - zarządził inny.
- Płać podatki! - krzyknął jeden z nich nie mając pojęcia, co to są podatki, ale często słysząc to słowo przy stole.
- Dziel swój chleb z biednymi! - powiedział najmniejszy chłopiec.











*** OCTAVIA E. BUTLER - WIĘZY KRWI

...I otworzyła go.
Jego ciało sprężyło się przy pierwszym cięciu. Zdołał mi się niemal wyrwać. Dźwięki jakie wydawał... nigdy nie słyszałem podobnych dźwięków u żadnej istoty ludzkiej. T'Gatoi zdawała się nie zwracać na to uwagi, gdy wydłużała i pogłębiała cięcie, przerywając od czasu do czasu, by zlizać krew. Jego naczynia krwionośne kurczyły się, reagując na skład chemiczny jej śliny i krwawienie osłabło. Czułem się tak, jakbym pomagał jej w torturowaniu, pożeraniu go. Wiedziałem, że zaraz zwymiotuję i nie pojmowałem, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem. Nie było możliwości, bym wytrzymał, aż skończy. Znalazła pierwszą larwę. Była gruba i mocno czerwona od jego krwi - z zewnątrz i od środka. Zdążyła już zjeść powłokę jaja, ale najwidoczniej nie zaczęła jeszcze pożerać swego nosiciela. W tym stadium może jeść każde ciało z wyjątkiem ciała matki. Pozostawiona samej sobie wydzielałaby nadal te jady, które jednocześnie zatruły i ostrzegły Lomasa. Na koniec zaczęłaby jeść. W chwili, gdy wyżarłaby drogę z ciała Lomasa, ten byłby martwy albo umierający - i niezdolny do wywarcia zemsty na bestii, która go zabija. Był zawsze okres ulgi między momentem zachorowania nosiciela, a chwilą, gdy larwy zaczynają go pożerać.











*** Frederik Pohl - Dorastanie w Mieście na Skraju

...Stare, przegniłe budynki rozpalały się opornie, ale buchnęły żywszym płomieniem, gdy ciepło z laserów wyparło z ich ścian nagromadzoną tam przez lata słoną wodę. Wyrzutkowie uciekali z krzykiem przed kąsającymi ich Druhami. Niektórym udało się zbiec, ale takich szczęśliwców nie było wielu. Zorganizowana doraźnie brygada Podręcznych naprawiła i wzmocniła mur okalający rejon dostaw żywności, tak że nawet gdyby powróciły tu niedobitki Wyrzutków, dalsze podkradanie pożywienia stałoby się dla nich niemożliwe. Gdy Chandlie wracał do Miasta, na zewnątrz nie pozostało nic co by żyło, albo nadawało się do wykorzystania.



Dla młodziaków czytających to opowiadanie na początku wieku XXI pewne aluzje zawarte w treści mogą pozostać niezrozumiałe. A są to właściwie archetypy kształtujące sf w drugiej połowie XX wieku, kiedy zdawało się, że przyszłość czyli właśnie wiek XXI będzie nieznośnym koszmarem. Pohl opisuje świat po wojnie atomowej w którym panuje totalitarna kontrola tych, co przeżyli. Tytułowe Miasto pokryte jest betonową kopułą mającą chronić ocalałych przed radioaktywnością, Wyrzutkowie to nieszczęśnicy dotknięci popromiennymi mutacjami genetycznymi.











*** Isaac Asimov - NASTANIE NOCY

...Odkryliśmy ciąg cywilizacji, w czym dziewięć pewnych, nie mówiąc o śladach innych. Osiągały one poziom w przybliżeniu równy naszemu, a następnie wszystkie, bez wyjątku, padały ofiarą ognia w szczytowym punkcie rozwoju. Przyczyn nikt nie zdołał ustalić. Spłonęły wszystkie ośrodki kulturalne, nie zostawiając odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało.











*** Artur C. Clarke - DZIEWIĘĆ MILIARDÓW IMION BOGA

...Jak pan sobie życzy, można to nazwać rytuałem, dla nas jednak stanowi jeden z fundamentalnych elementów naszej wiary. Wszystkie liczne imiona Najwyższej Istoty - Bóg, Jehowa, Allach i tak dalej - to przydomki wymyślone przez ludzi. Jest w tym pewien dość trudny problem natury filozoficznej, czego proponowałbym nie dyskutować, ale wśród wszelkich możliwych kombinacji liter są gdzieś takie, które można określić mianem prawdziwych imion Boga. Poprzez systematyczne przestawianie liter próbujemy spisać wszystkie te imiona.











*** Philip José Farmer - ŻAGLE NA MASZT!

...Mówi się, że Turcy gromadzą... trzask!... wojska do marszu na Austrię. Krążą pogłoski, że latające parówki, które jak wielu twierdzi, widziano nad stolicami świata chrześcijańskiego, są pochodzenia tureckiego. Mówi się, że skonstruował je renegat rogerianin, który przeszedł na mahometanizm... Powiadam... zzis... na to. Nikt z nas by tego nie zrobił. To jest łgarstwo rozgłaszane przez naszych wrogów w Kościele po to, by nas zdyskredytować. Ale wielu ludzi wierzy...











*** Daniel Keyes - KWIATY DLA ALGERNONA

...Zrobiłem dziś gupstfo. Zapomniałem żem nie miał więcej iść do klasy Panny Kinnian tak jakżem to sobie obiecał. Fszedłem tam i siadłem na moim starym miejscu z tyłu klasy a ona tak dziwnie popaczyła namnie i powiedziała Charles. Nie pamiętam żeby mię ona tak nazywała kiedykolwiek pszed tym. Zafsze muwiła Charlie. No to powiedziałem dzieńdobry Panno Kinnian pszygotowałem się nadzisiaj do lekcji tylkożem zapomniał mojej ksiąszki. To ona nagle się rospłakała. Fszyscy zaczęli się na mnie paczyć i ftedy zobaczyłem że to nie byli ci sami ludzie ktuży byli pszed tym w mojej klasie. I naglem se pszypomniał trochę o tej operancji i o tym jakem zmondżał i powiedziałem se niech to diabli teraz tom z siebie żeczywiście zrobił Charlie Gordona.











*** John Brunner - STOJĄC NA ZANZIBARZE (fragment)

...PLAN PIERWSZY: zmaterializowane jakby z powietrza, zapełniające tłumnie chodniki, dziesiątki - setki ludzi, w większości Afroamerykanów, trochę Portorykańczyków, trochę białych. Dziewczyna z elektronicznym akordeonem, fantastycznie głośnym po rozkręceniu na cały regulator, wprawiającym w drżenie szyby i w rezonans bębenki uszu, wywrzaskuje poprzez tubę piosenkę, którą inni podchwytują przytupując do rytmu: "Co mamy zrobić z naszym miastem kochanym, zaśmieconym, niebezpiecznym, śmierdzącym i obesranym?" O korpus suki szczęka wszystko, czym mogą w nią rzucać - odłamki betonu, śmieci, butelki, puszki. Ciekawe, kiedy ożyje gazowe działko i popłynie płonący olej?











*** Vonda N. McIntyre - O MGLE I TRAWIE, I PIASKU

...Kobra wyrwała się i rzutami ciała kreśliła figury na piasku. Wężyca mocowała się z nią sama, podczas gdy mężczyzna próbował ją chwycić, ale ona owinęła się wokół Wężycy, co dało jej punkt oparcia. Zaczęła wydostawać się z uchwytu. Wężyca wyrzuciła obie ręce do tyłu, w piasek; Mgła uniosła się nad nią, z otwartym pyskiem, wściekła, sycząca. Mężczyzna rzucił się i chwycił ją tuż pod kapturem. Mgła uderzyła, ale Wężycy udało się w jakiś sposób ją utrzymać. Razem pozbawili Mgłę podparcia i odzyskali nad nią kontrolę. Wężyca podnosiła się z trudem, lecz Mgła nagle znieruchomiała i leżała między nimi prawie sztywna. Oboje byli zlani potem; młody mężczyzna zbladł pod opalenizną i nawet Wężyca drżała.











*** Walter M. Miller, jr - PIERWSZA KANTYKA

...Opowiadano, że Bóg, chcąc doświadczyć ludzkość, rozkazał mędrcom z tamtej epoki, a wśród nich błogosławionemu Leibowitzowi, udoskonalić diabelską broń i oddać ją w ręce ówczesnych faraonów. I za pomocą takiego oręża człowiek w przeciągu kilku tygodni zniszczył w większości swoją cywilizację i starł z powierzchni ziemi sporą część ludności świata. Po Potopie Płomieni nastały zarazy, szaleństwo i krwawy początek Wieku Uproszczenia, kiedy pozostałe przy życiu resztki ludzkości rozszarpały na kawałki polityków, techników oraz uczonych i spaliły wszystkie archiwa mogące zawierać informacje zdolne jeszcze raz sprowadzić świat na drogę zagłady. Niczego nie darzono tak zajadłą nienawiścią, jak słowa pisanego i ludzi wykształconych. Właśnie w tych czasach słowo "prostaczek" nabrało znaczenia "uczciwy, prawy obywatel", określanego niegdyś terminem "szary człowiek".











*** Richard Matheson - ZRODZONY Z MĘŻA I NIEWIASTY

...Jeden z małych ojców zobaczył mnie. Pokazał na okno. Puściłem się i ześlizgnąłem po ścianie w ciemność. Zwinąłem się żeby nie mogli zobaczyć. Usłyszałem rozmowę przy oknie i tupot nóg. Nagórze trzasnęły drzwi. Usłyszałem mała matka woła do nagóry. Usłyszałem ciężkie kroki i rzuciłem się do legowiska. Wbiłem łańcuch w ścianę i położyłem się na brzuchu. Usłyszałem matka schodzi. Czy byłeś przy oknie powiedziała. Usłyszałem złość. Trzymaj się z daleka od okna. Znów wyrwałeś łańcuch. Wzięła kij i uderzyła mnie. Nie krzyknąłem. Nie mogłem. Ale posoka zalała całe legowisko. Zobaczyła to odwróciła się i wydała dźwięk. Och mójbożemójboże powiedziała dlaczego mi to uczyniłeś. Usłyszałem kij potoczył się po kamiennej podłodze. Pobiegła nagórę. Przespałem dzień.











*** R.A. Lafferty - SNUJE SIĘ WTORKOWA NOC

...Głęboki człowiek o nazwisku Maxwell Mauzer stworzył właśnie dzieło o aktynicznej filozofii. Napisanie go zajęło mu siedem minut. Do pisania dzieł filozoficznych używano ogólnego schematu i indeksu pojęć, nastawiano aktywator na odpowiednie słownictwo w każdym podzespole, a bardziej biegli używali zasilacza paradoksów i miksera uderzających analogii; poza tym skalowano szczególny punkt widzenia i tonację osobowościową. Musiało z tego wyjść dobre dzieło, bo przy tego rodzaju produkcji doskonałość stała się automatycznym minimum. - A teraz trochę bakalii do przybrania tortu - powiedział Maxwell i nacisnął dźwignię. Po całej pracy rozsiało garściami takie słowa jak "chtoniczny", "heurystyczny" i "prozymeidy", tak że nikt nie mógł wątpić, iż jest to dzieło filozoficzne.











*** Gene Wolfe - Pieśń łowców

... - Nic nie wiecie! - parsknął karzeł, który usadowił się z podkulonymi nogami na swoim krześle. - Przypominacie dzieci, które przypadkiem weszły do teatru na pół minuty przed końcem spektaklu. Widzicie poruszających się ucharakteryzowanych ludzi, słyszycie muzykę, jesteście świadkami czynności, których nie rozumiecie i nie macie nawet pojęcia, czy to przedstawienie jest komedią, czy tragedią, ani czy ci, których oglądacie to aktorzy, czy może publiczność.








*** Gene Wolfe - Wojna pod choinką

...Kotek płonął i płonął. Piesek próbował go wyciągnąć, ale wtedy Małpka pchnęła go w ogień. Miś pomyślał przez moment o wąskich schodkach w dół i o głębokiej, ciemnej piwnicy, gdzie pełno jest pudeł, tobołków i zakamarków. Gdyby tam teraz pobiegł i schował się, Nowe Zabawki może nigdy by go nie znalazły, może nawet nigdy by nie próbowały. Dopiero Robin znalazłby go po latach, pokrytego kurzem.
Baletnica krzyknęła wysokim, śpiewnym głosem, a Miś odwrócił się prosto na uniesiony miecz Rycerza.











*** James Tiptree, Jr - MIŁOŚĆ TO PLAN, PLAN TO ŚMIERĆ

...Pod szponami matki leży czarne ciało. To mój brat Sesso. Tak! Ale matka go rozszarpuje, pożera! Patrzę na to przerażony. Sesso. którym opiekowała się z taką dumą i czułością! Łkając, chowam głowę w jej futrze. Ale piękne futro zostaje mi w dłoniach, jej złote matczyne futro ginie! Trzymam się rozpaczliwie, starając się nie słyszeć trzasków, mlaskania i połykania. Świat się kończy, wszystko jest straszne, straszne.











*** Robert Silverberg - TANIEC SŁOŃCA

...Kularki śpiewają hosanny. W takiej sytuacji powinienem być pomalowany od stóp do głów, w barwy mych przodków, przystrojony pióropuszem, by poznać ich religię w insygniach tego, co powinno było stanowić moją. Bierz, jedz, przystąp. Sok tlenomerii płynie w mych żyłach. Obejmuję swych braci. Śpiewam, a głos wychodząc z gardła przekształca się w łuk, który połyskuje niby świeża stal, więc obniżam pieśń o jeden ton i łuk zmienia się w matowe srebro. Kularki tłoczą się w pobliżu. Dla mnie zapach ich ciał jest płomiennie czerwony. Ich łagodne okrzyki są kłębami pary. Słońce jest bardzo ciepłe, jego promienie to wyszczerbione świsty pomarańczowego dźwięku, prawie na granicy mego zakresu słyszalności, pi! pi! pi! Gęsta trawa nuci mi cicho i aksamitnie, a nad prerią wiatr miota iskry płomieni. Zjadam drugą tlenomerie, potem trzecią. Moi bracia śmieją się i krzyczą. Opowiadają mi o swych bogach, bogu ciepła, bogu pożywienia, bogach przyjemności, śmierci, świętości, zła i innych. Wyliczają imiona królów, a głosy ich słyszę niby plusk zielonej pleśni na czystym przestworzu nieba. Wprowadzają mnie w swoje święte obrządki. Mówię sobie, że muszę to wszystko zapamiętać, bowiem raz zaprzepaszczone nie wróci już nigdy. Znowu tańczę i one też tańczą. Kolor wzgórz staje się szorstki, chropawy jak żrący gaz. Bierz, jedz, przyłącz się. Tańcz. Kularki są takie łagodne.











*** Henry Kuttner - Świat należy do mnie

...Lible skończyły mleko.
- Już - powiedział gruby. - Teraz podbijemy świat. Od czego mamy zacząć?
Gallegher wzruszył ramionami.
- Obawiam się, że nie mogę służyć panom radą. Mnie nigdy do tego nie ciągnęło. Zupełnie nie wiem, jak się do sprawy zabrać.
- Najpierw zniszczymy wielkie miasta - powiedział najmniejszy Libl z ożywieniem - a potem schwytamy piękne dziewczęta i będziemy je trzymać dla okupu albo co. Wszyscy się przestraszą i my wygramy.
- Jak to wymyśliłeś? - zapytał Gallegher.
- To wszystko jest w książkach. Tak się zawsze robi. My wiemy. Będziemy tyranami i będziemy wszystkich bić. Poproszę jeszcze mleka.











*** Stanley G. Weinbaum - Zwariowany księżyc

...Grant potarł ręką czoło i obrócił się, zmęczony, w stronę swej chaty, zbudowanej z kłód kamiennych drzew. Uwagę jego zwróciła para małych błyszczących czerwonych oczu: skradacz (Mus Sapiens - mysz rozumna) jednym skokiem swej sześciocalowej postaci pokonał próg, unosząc pod niedużym szczupłym ramieniem coś, co bardzo przypominało termometr lekarski Granta. Grant wrzasnął ze złością na stworzonko, schwycił kamień, cisnął, ale nie trafił. Na skraju zarośli skradacz obrócił w jego stronę pół szczurzą, pół ludzką twarz, zajazgotał piskliwie, potrząsnął pięścią jak człowiek w gniewie i zniknął powiewając fałdem skórnym na grzbiecie niczym peleryną. Wyglądał jak czarny szczur w opończy.













*** Feliks W. Kres - Demon walki

...Kilkudziesięciu strażników postanowiło drogo sprzedać swe życie. Nadbiegający ludzie Rapisa ujrzeli nagle w półmroku zwarty, równy szyk wyćwiczonej piechoty, stanowiącej uzupełnienie załóg stojących w porcie okrętów. Większość wyrwana ze snu, bez zbroi, czasem w groteskowych szlafmycach i koszulach - przecież prezentowali się groźnie. Od strony przystani rozległ się nowy huk: to "Wąż Morski" prowadził bezlitosną walkę z załogami cesarskich okręcików, odpowiadającymi ogniem ze swych pojedynczych, dziobowych dział. W tej samej chwili, jak na umówione hasło, pierwszy szereg żołnierzy przyklęknął, celując z kusz; żołnierze w drugim także unieśli broń do oka. Świsnęły złowrogie bełty, grupa piratów zatrzymała się nagle, zwinęła w miejscu jak raniony śmiertelnie rekin.

 

Opowiadanie to czytane po latach okazuje się być czymś w rodzaju disco-fantasy-polo, ale ze względu na silny sentyment postanowiłem je mimo wszystko zamieścić.











*** Andrzej Drzewiński - Posłaniec

...Tłum ponownie zaryczał, znak, że Osteron wyjął sygnet. Uniósł go w górę, tak samo jak w górę uniosły się łuki otaczających podium żołnierzy, a potem mocno przycisnął rozpalone żelazo do ramienia Plebo. Zaskwierczał tłuszcz i strużka bladego dymu uniosła się ku górze. Osteron z uznaniem obserwował twarz, której jedynie źrenice minimalnie się zwęziły. Na jasnej skórze wyraźnie odcinał się wypalony znak, wokół czerwieniała i puchła skóra. Plebo spoglądał na to z pustką w oczach. Jedynie uważny obserwator mógłby zauważyć kurczowo zaciśnięte mięśnie szczęk. Osteron rozejrzał się po zamilkłych żołnierzach i powiedział parę słów. Ich intonacja była tak jednoznaczna, że tłumacz był tu zbędny. Żołnierze zatoczyli się śmiechem. Osteron zadowolony, zawtórował im gromko, lecz chrzęst łamanych kości zdusił jego radość.








 
Jestem ideowym przeciwnikiem wszelakiej cenzury. Prezentuję więc opowiadania tajemniczego osobnika posługującego się pseudo Barnim Regalica, drukowane osobistą decyzją Macieja Parowskiego w "NF". Przedstawiają one przyszłość ponurą - polskie społeczeństwo stłamszone przez okupanta żydoeuropejskiego. Ach ta wysmakowana scena mordowania Żyda łomem!

 



*** BARNIM REGALICA - Listopad

...Teraz używam rewolweru - pistolet, nawet dobry, zawsze może się zaciąć. I to się właśnie stało z pistoletem Adama - nie wypalił. Nerwowo nacisnął drugi raz i w tej samej chwili trzymany wciąż w ręku łom wbiłem mu ostrym końcem w brzuch. Adam zwinął się, nadziewając na to żelazo, które pod wpływem jego własnego ciężaru weszło jeszcze głębiej w ciało, po czym zwalił się u stóp schodów, upuszczając pistolet. W tym momencie nadbiegli koledzy z Wysockim, szukali mnie już przebrani w mundurki Młodzieżowej Ligi Antyrasistowskiej. Adam leżał w kałuży krwi - popatrzył na mnie, coś mówiąc. Pochyliłem się.
- Musiałem udawać - mówił przezwyciężając ból. - Rodzina niebogata i z taką przeszłością, przecież wiesz. Fundacja Laudera przymknęła na to oczy, to całe Dziedzictwo Biologiczne to kit, im przecież chodzi tylko o mózgi... Przyszła elita, bez której nie można rządzić. Trzeba ją sobie kupić, najlepiej gdy jest jeszcze tania, kiedy sprzeda się za stypendium i wycieczkę...








*** BARNIM REGALICA - Spotkanie z Dagną

...- Właściwie to przyszłyśmy tutaj z pewnymi przemyśleniami - głos Dagny przybrał ton rzeczowego wykładu. - Wiadomo, że od czasów Mickiewicza literatura polska nie wydała równego mu talentem poety. Żydowskie pochodzenie przodków Mickiewicza oraz wpływ Kabały na jego twórczość, to powszechnie znane aksjomaty nowoczesnej polonistyki. Nie byłoby więc geniuszu Mickiewicza, gdyby nie Jakub Frank i jego zwolennicy, którzy weszli do zacofanego, XVIII- wiecznego społeczeństwa polskiego w jedyny możliwy wówczas sposób - dokonując konwersji. Rodziny frankistowskie (ci wszyscy Frankowscy, Majewscy czy Naimscy) dały następnie istotny impuls rozwojowi tego kraju, który dzięki Programowi Modernizacji, dostosowującemu nas do standardów europejskich umożliwił temu społeczeństwu, po raz pierwszy w dziejach, przezwyciężenie tradycyjnych stereotypów, etnocentryzmu i nietolerancji. Dokonuje się to jednak przede wszystkim w literaturze specjalistycznej. Wyobraźcie sobie, że w całym Euroregionie Warty nie ma ani jednego liceum, które przyjęłoby tego tak zasłużonego człowieka za swojego patrona.











*** Włodzimierz Różycki - Weekend w mieście

...Służący kończył rychtować grupę robotów ochronnych na okoliczność obrony domu pod nieobecność gospodarza. Dowódca robotów w randze sztabskapitana wysłuchał instrukcji w postawie luźnej, beznamiętnie żując kawałek izolacji. Potem skinął tylko głową i z nonszalancją potwierdzającą najwyższy stopień jego fachowości wziął się do roboty: splunął, dmuchnął w lufę swej podręcznej bombardiery, błysnął zimnym spojrzeniem precyzyjnie oszlifowanych soczewek ocznych i zniknął, jakby był tylko złudzeniem - przypadł bowiem do ziemi za najbliższym załomem muru. Reszta robotów poszła w ślady przełożonego.











*** Janusz A. Zajdel - 869113325

...Dostałem zlecenie na odłączenie wymiennika pokarmowego od pana instalacji. Rachuneczek nie uregulowany, drogi panie. Dłużej już nie mogliśmy czekać. Konto puste, pracować nie chce się szanownemu panu, nóżkami pokręcić, rączkami pomachać... To i krewkę musimy odłączyć. Proszę sprawdzić sobie stymulatorek serduszka, uruchomić, zamknąć pętelkę wewnętrznego obiegu, cewniczki od kolektora odłączyć...
- Jak to? Chcesz mnie odłączyć od centralnego krwiobiegu? Chcesz mnie zamordować? Zostaw te cewniki, bo jeszcze coś poplączesz...









*** Janusz A. Zajdel - Woda życia

...Albo namówimy ich na hibernację, tłumacząc, że chodzi o czasowe ograniczenie spożycia wody w związku z drobną awarią... Albo, po prostu, dosypiemy im czegoś do herbaty, i zasną... Pierwszy sposób pociąga pewne ryzyko: mogą się zainteresować, co się naprawdę stało. Drugi - wymaga tylko posiadania dwóch szklanek wody na herbatę. To się da zrobić, prawda, Mart? Ty wypiłeś dziś sporo, ja trochę mniej, ale... może wystarczy. Użyjemy tej samej wody jeszcze raz. Przygotuj zestaw do destylacji.











*** Mirosław P. Jabłoński - Spowiedź Mistrza Mąk Piekielnych

...Środek malowidła, co czułem tworząc, choć nie wiedziałem skąd we mnie brała się ta pewność, przedstawiał czasy, które dopiero nadejdą, może nawet długo po rzekomym mym kusicielu, co się miał z odległej przyszłości wywodzić. Przekonywały mnie o tym owe kule, klosze i rury przezroczyste, i fantastyczne budowle co ponad wszystkim królowały. Natomiast część trzecia, w której i własną umęczoną twarz zmieściłem, to piekło ludzi dręczonych przez instrumenty. W zamyśle dręczyć tu ludzi miały nie same instrumenty-rzeczy, ale ich głośna i nieharmonijna muzyka, którą wprost z przyszłości w swojej obolałej głowie słyszałem.

 

 





*** Mirosław P. Jabłoński - CZAS WODNIKA

...Nie jesteśmy kontestatorami, nie zamierzamy niczego rozwalać, nie chcemy cywilizacji wysadzić w powietrze. To nie ten etap. Jesteśmy już dalej, czy może wyżej. Oczywiście, podważamy od środka naszą foremkę - cywilizację, ale uwalniamy umysły, a nie ręce. Chcemy, by ludzkość stała się jak woda - amorficzna i jednorodna. Wszyscy rządzą i nikt nie rządzi. Demokracja amorficzna - tak to nazwę na pana użytek, bo chyba musi pan złożyć jakiś meldunek czy sprawozdanie? Prawda?











*** JONATHAN SWIFT - Podróże Gullivera

...Wszedłem do następnej komnaty, lecz chciałem się prędko cofnąć, gdyż niemal powalił mnie buchający z niej ohydny smród. Mój przewodnik pchnął mnie ku przodowi, dodając szeptem, abym nie okazywał wstrętu, który uznano by za obraźliwy; nie odważyłem się więc nawet zatkać nosa. Projektor przebywający w tej celi był najstarszym uczonym Akademii. Jego twarz i broda były bladożółte; a dłonie i ubiór uwalane łajnem. Gdy zostałem mu przedstawiony, objął mnie ciasnym uściskiem, co było uprzejmością, którą chętnie bym mu darował. Od pierwszego dnia pobytu w Akademii zajmował się on czynnościami mającymi na celu przetworzenie ludzkiego kału w pożywienie, z którego powstał, a to dzięki podzieleniu go na składniki, usunięciu zabarwienia, jakie otrzymał od żółci, odparowaniu woni i odciągnięciu szumowin śliny.











*** Arkadij i Borys Strugaccy - Ślimak na zboczu - Las

...Przecież nic nie widziałem. Spotkałem trzy leśne czarodziejki. A czy to mało kogo można spotkać w lesie? Widziałem zagładę podstępnej wsi, wzgórze podobne do fabryki żywych istot, piekielną rozprawę z rękojadem... zagłada, fabryka, rozprawa... Przecież to są słowa, moje pojęcia. Nawet dla Navy zagłada - to nie zagłada, tylko Przezwyciężenie... Ale ja przecież nie wiem, co to takiego Przezwyciężenie. Dla mnie to jest straszne, dla mnie to jest odrażające, a wszystko dlatego, że jest mi to obce, więc być może nie należy mówić "okrutne bezmyślne szczucie lasu na ludzi", tylko "planowe, świetnie zorganizowane, precyzyjnie przemyślane natarcie nowego na stare", " dojrzałego, krzepkiego, nowego na gnijące, pozbawione perspektyw stare"... Nie zwyrodnienie, lecz rewolucja. Prawidłowości rozwoju, tendencyjnie obserwowane przeze mnie z boku, oczami obcego, który nic nie rozumie i dlatego, właśnie dlatego wyobraża sobie, że rozumie wszystko i ma prawo osądzać. Jak mały chłopiec, który oburza się na wstrętnego koguta bezlitośnie depczącego nieszczęsną kurę.








*** Wojciech Kajtoch - Bracia Strugaccy (zarys twórczości)

...Las to olbrzymi obszar bujnego, rządzącego się swoimi prawami życia, będąca jakby jednym organizmem dżungla o zamazanych granicach roślinnego i zwierzęcego, a nawet ludzkiego i zwierzęcego świata. Cywilizacja tu istniejąca ma biologiczny charakter. Ludzie samą myślą kierują wirusami, owadami, roślinami, a las dostarcza wszystkich dóbr - zwłaszcza prymitywnej wsi. Ale równocześnie jej mieszkańcy, podtruwani bagnistymi wyziewami, żyją w somnambulicznym półśnie. Bardziej rozwinięta kultura "miast" umie również wytwarzać np. "biologiczne roboty".
Lecz w nieziemskim Lesie prawdopodobnie po ziemsku toczy się historia. Prawdopodobnie - bo wydarzenia poznajemy oczami Kandyda odziewającego tylko nieznane procesy w nasze pojęcia. Trwają "Przezwyciężenia, Zabagnienia, Wielkie Przeorania", jak komunikują ludzie-odbiorniki. Dokonuje ich gospodarz Lasu, "miejska" cywilizacja kobiet. Przy "Przezwyciężeniu" ogłupiałe wioski ulegają zagładzie. Z odławianych przez roboty kobiet formuje się następne "oddziały druhen". Mężczyzn nie uważa się za ludzi. Czy na tym polega tutejszy "postęp historyczny"?











*** Zbigniew Jastrzębski - Pieśń Szywanga

...Szywang szedł jednak dalej, tropiąc orszak po zapachu. Szedł tak sześć dni, siódmego natknął się na ślad noclegu z poprzedniego dnia. Przypadkiem, obok obozowiska odkrył dwa wyssane trupy, Szywanga i jego geru. Zapachowy ślad podążał dalej i dalej też podążał nim Szywang. Po dwu dniach odkrył następne obozowisko i dwa nowe trupy, takie same jak poprzednio. W orszaku jego We-Szyw było pięciu Szywangów i dwóch Hammunów. Trupy ich wszystkich, trupy geru, które dojeżdżali, były zawsze porzucone w pobliżu śladów nocnego obozowiska orszaku. W końcu, idąc zapachowym tropem, Szywang dotarł do nowo wzniesionego Gra. Opodal wyjścia leżał trup ostatniego Hammuna i dwa trupy geru, wyschnięte, wyssane do cna, do ostatniego mięśnia. Bał się wejść do wnętrza, czuł, że może zostać zjedzony, podobnie jak reszta orszaku.











*** Jan Gondowicz - Uniwersalna historia nikczemności

...Sygnowany przez "Wolną asocjację anarchistów m. Saratowa" dekret utrzymany był jak najściślej w guście ówczesnych obwieszczeń sowieckiej władzy. Datowany na 28 lutego 1918, składał się z preambuły i 19 paragrafów. Wstęp głosił, iż za sprawą nierówności społecznej tudzież instytucji ślubów wszelkie co lepsze egzemplarze płci pięknej znalazły się w posiadaniu burżuazji, co zakłóca prawidłowość kontynuacji rodu ludzkiego. Stanowi się zatem, iż od dnia 1 maja 1918 wszystkie kobiety od lat 17 do 32 (z wyjątkiem mających powyżej pięciorga dzieci) stają się własnością ludu.











*** Jerzy Lipka - Co większe muchy

...Jednoaktówka się kończy. Natychmiast zalega umiarkowana cisza, bo trzeba wliczyć bzykanie co większych much. W tej umiarkowanej ciszy rozlega się głos Porządkowego: "trzy, cztery". Jest to komenda na którą wszyscy mają dźwignąć dłonie, sposobiąc je do klaskania. Na komendę: "raz, dwa, raz, dwa...", cała Sala klaszcze w równych sekundowych odstępach. Czas trwania oklasków uzależniony jest wyłącznie od Szefa Generalnego. Znakiem do zaprzestania oklasków jest dźwignięcie jego prawej ręki w górę. Oklaski trwają już około dziesięciu minut. W myśl procedury autor sztuki, znajdujący się na Sali, powinien klaskać na równi z innymi, gdyż w ten sposób daje wyraz swej wrodzonej skromności. Nieklaskanie oznacza pogardę dla wykonawców i widowni. Oznacza to również, iż autor uważa, jakoby nikt niczego nie pojął. "U nas wszyscy wszystko rozumieją" - są to słowa Kucharza.











*** Maciej Gałaszek - Plantator wydm

...Wreszcie, pośrodku zaklętego bastionu znajduje się droll. Znaczy się, Człowiek i Drzewo. Androdendron. Homo sapiens et Pinus banksiana. Nie są piękni, ale trwają. Współistnieją na zasadzie swoistej symbiozy, być może mutualistycznej. Niewykluczony jest komensalizm, a nawet pasożytnictwo. Tego nie wiemy. Dwa skrajnie różne organizmy mieszają swe płyny ustrojowe za pomocą systemu naczyń połączonych, różnicy ciśnień. I Bóg wie czego. Oczywiście nie mieszają się dosłownie, tylko wybiórczo. Oddzielone są skomplikowanym układem filtracyjnym. Układ ten przypuszczalnie znajduje się w pojemniku między człowiekiem a drzewem.




 

 

  Cyril M. Kornbluth

 

 


*** Cyril M. Kornbluth - Przyjaciel człowieka

...Amy nie upadła; została poprowadzona na dno powoli, ostrożnie, za rękę. Szła na dno wspaniale, noc za nocą. Z rozbawieniem stwierdził, że nadeszła noc, niedługo po tej pierwszej z Optolem, kiedy musiał namawiać ją do rezygnacji z dalszego oddawania się pewnej rozrywce, która nie miała nawet nazwy, diabelska przyjemność, karana tak surowo, że nikt nie ośmielił się nawet przyznać, iż wie o jej istnieniu lub o przypadkach jej praktykowania. Smith namawiał ją do rezygnacji tym razem jak najszczerzej. Dziewczynie groził nieuchronny upadek, a jej ojciec miał wkrótce wrócić z inspekcji. Cały proces zajął około pięćdziesięciu dni.



 

 

 


*** Cyril M.Kornbluth - Słowa Guru

...Powiedziałem mu kim jest Guru, a potem, jak tylko zaczął ględzić o bzdurach i tanich komiksach, wypowiedziałem jedno ze słów, których Guru mnie nauczył i ten człowiek przestał mówić. Wspomniałem już, że był stary, a jego stawy były zesztywniałe, nie zwalił się zatem na ziemie bezwładnie, lecz padł sztywno jak kłoda, a jego głowa trzasnęła o kamień. A ja poszedłem dalej.



 

 

 


*** Cyril M. Kornbluth - Psychoupiór

...Gdy mężczyźni zbliżali się do niego, mógł wyraźnie odczytać ich myśli. Wściekłość, strach i odraza zawrzały w nim i jakoś wydostały się na zewnątrz. I oto jeden z mężczyzn leżał martwy na suchej ziemi, a na jego flanelową koszulę zaczęły skakać koniki polne. Pozostali zaś poczęli się wycofywać, już nie przerażający, ale przerażeni. Głód ustąpił. Przepełniało go uczucie zadowolenia i błogości. Podniósł, się i ruszył w stronę dwóch pozostałych, którzy rzucili się do ucieczki. Ten, który został trochę z tyłu, myślał: Jezu, on odsłonił złe oko, my chcieli tylko...



 

 

 


*** Cyril M. Kornbluth - Domek z kart

...Na sygnał otwarcia giełdy rozpętało się piekło. Dalekopisy nie miały najmniejszej szansy dotrzymać kroku lecącym na złamanie karku notowaniom. Był to największy i najgwałtowniejszy krach w historii finansów. Niejaką przyjemność sprawił Bornowi fakt, że dzięki operatywności podwładnych udało mu się choć trochę zmniejszyć straty jego osobistych klientów. Bardzo poważny bankier zadzwonił późnym rankiem do Borna, by zaprosić go do udziału w miliardowej spółce, która dzięki tej demonstracji zaufania uspokoiłaby giełdę. Born odmówił, wiedząc, iż żadna demonstracja zaufania nie zmieni faktu, że 11 września 1977 roku, w chwili otwarcia giełdy, notowania akcji "Moon Mining and Smelting" będą wynosić 27 punktów. Bankier gwałtownie odłożył słuchawkę.










 

 

  KIRYŁ BUŁYCZOW

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - WIELKI GUSLAR: KRÓTKI PRZEWODNIK

...Ponad jedna trzecia odkrywców ruszających w drogę naprzeciw słońcu urodziła się w Wielkim Guslarze, który w szesnastym wieku przekształcił się w kwitnące miasto konkurujące z Wołogdą, Ustiugiem i Niżnim Nowogrodem. Wystarczy tu wspomnieć Timofieja Barchatowa, który odkrył Alaskę; Simona Trusowa, który na czele pięćdziesięciu Kozaków dotarł nad brzegi rzeki Kamczatki; Fiedkę Merkartowa, który jako pierwszy dotarł do Nowej Ziemi, odkrył Wyspy Kurylskie, Czelabińsk, Kalifornię i Antarktydę.



 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - Guslar - Neapol

...Obdarzony żywą fantazją Udałow wyobraził sobie, jak wulkan rośnie, potężnieje, robi się ogromny jak góry Kaukazu, grzebie pod warstwami wulkanicznego popiołu Wielki Guslar, którego mieszkańcy uciekają z miasta, tuląc do piersi nieletnie dzieci i skromną chudobę, starając się ukryć pod prześcieradłami i płaszczami, podobni nieszczęśnikom, namalowanym przez artystę Briułłowa na obrazie "Ostatni dzień Pompei". Przy czym najbardziej mu było żal nie miasta, ale siebie samego, Korneliusza Udałowa, kierownika Miejskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego... Gdyby bowiem wiedział wcześniej, jaki los czeka Wielki Guslar, nie musiałby walczyć o przekroczenie planu w asfaltowaniu.



 

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - Miłość do milczącego stworzenia

...Na podwórze wtaczało się całe stado hipopotamów. Różnego wzrostu i tuszy hipopotamy tłoczyły się i spieszyły, aby jak najszybciej nacieszyć oczy widokiem najlepszych ludzi w galaktyce.
- Poczekajcie! - krzyknął Udałow, rozkładając ręce. - Przecież mnie zdepczecie!
Dwa hipopotamki rzuciły się już w stronę bzu i zaczęły dojadać pachnący krzew. Potężny hipopotam w niebieskich okularach złamał brzózkę i chrupał ją jak słomkę, a pozostałe zwierzaki zapełniły podwórze i grzecznie czekały, kiedy zaczną je częstować śniadankiem.



 

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - Nie drażnić czarownika!

...Udałow szybko ruszył leśną ścieżką, ale czarownik pobiegł za nim. Wirował wokół niego jak bąk, znikał za drzewami, znowu pojawiał się na drodze i ciągle gadał. W innej sytuacji Korneliusz podzieliłby się z człowiekiem, bo nigdy nie był skąpy, ale tu wziął na ambit. Jeśli facet grozi, to nie wolno się poddawać. I tak już za wiele różnych pasożytów chodzi po świecie.



 

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - Sublokatorzy

...Poduszka przed ekranem była zasypana odłamkami szkła i przypominała mu nie wiadomo czemu noworoczną choinkę. Grubin pomyślał, że na poduszce przyjdzie mu spać, więc chwycił za róg, żeby strząsnąć z pościeli szkło, ale w tej samej chwili jego wzrok padł na coś barwnego. Podniósł duży kawałek szkła i zobaczył, że na poduszce leży pogromczyni - martwa lub nieprzytomna, wielkości kurczęcia. Zresztą nic dziwnego w tym nie było. Wszak naturalne ludzkie rozmiary były płodem wyobraźni telewidzów, a jeśli obraz telewizyjny wypada z ekranu, to musi być on mniejszy od ekranu.
Uświadomiwszy to sobie, Grubin rozejrzał się za lwem. Chociaż lew przybrał gabaryty szczura, to jednak pod względem charakteru pozostał lwem. Lwa nie było widać.



 

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - Jeniec miłości

...Ksenia chwyciła go ścierką pod boki, wydobyła z ubrania i z radością poczuła, jak Korneliusz kurczy się jej pod rękami niczym balonik, z którego uchodzi powietrze. Korneliusz widać przyszedł do siebie, bo zaczął się szarpać i opierać, ale miał tyle siły co pisklę wypadłe z gniazda, więc Ksenia bez większego trudu wepchnęła go razem ze ścierką do torebki, a potem wysypała na białą watę.



 

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - DWIE KROPLE NA SZKLANKĘ WINA

... - Tak - westchnął Udałow. Wyobraził sobie, jak to właściciele plantacji w pewnych krajach Ameryki Łacińskiej będą za pomocą nowego preparatu wyciskać ostatnie poty z parobków i robotników sezonowych, jak kolonizatorzy będą poić preparatem niewolników w głębokich kopalniach diamentów. Jak najemni pismacy nieustannie będą klekotać na maszynach i jak przekonująco będą gadać w telewizji reakcyjni komentatorzy. Im dalej, tym gorzej. Gangsterzy cierpliwie i pracowicie będą podkopywać się pod banki, a fałszerze pieniędzy dzień i noc bez przerwy będą drukować swoje falsyfikaty. Nie, taki środek należy trzymać w tajemnicy, a nie propagować!



 

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - TRZEBA POMÓC

...Korneliusz Udałow siedział w domu i oglądał telewizję. Na dworze było parszywie. Siąpił deszcz, hulał wiatr, mokre liście fruwały po ulicy. Słowem, pogoda była taka, na jaką dobry gospodarz psa z domu nie wypędzi. Żona Ksenia wzięła dzieci i poszła do przyjaciółki mieszkającej po drugiej stronie ulicy. A Udałow został. Program był tak nudny, że chciało się wyć albo wyłączyć odbiornik i iść spać. Ale Korneliusz był za leniwy, żeby wstać z fotela. Kiedy jednak wreszcie zdecydował się i nacisnął guzik, w pokoju pojawiła się istota z trzema nogami, czerwonymi oczami i w okularach.



 

 

 

 


*** Kirył Bułyczow - Parowóz dla cara

...- To ja, Łożkin - odpowiedział głos zza drzwi. - Chodź szybko, bo na naszym podwórzu stoi pusty statek kosmiczny. Może jego załoga już rozbiegła się po mieszkaniach i grabi.
- Wejdź, Łożkin - zaprosił Grubin - i nic się nie bój.
Łożkin wszedł, zobaczył kosmonautę i mocno się speszył. Nic dziwnego, przez swój parszywy charakter niechcący obraził gościa.



 

 

 

 


*** KIRYŁ BUŁYCZOW - KONTAKTY OSOBISTE

...Za zakrętem czekał na mnie znak. "Uwaga - roboty drogowe!" Znacie taki znak? Trójkąt, a w jego środku człowiek z łopatą. Zdziwiłem się, co to za roboty drogowe bez mojej wiedzy? Nasze miasto jest niewielkie i nie może być takich robót. I jeszcze to mnie zdziwiło, że znak był jakiś dziwny. Źle wykonany z punktu widzenia estetyki i sztuki malarskiej. Robotnik miał trzy nogi i bardzo niechlujny wygląd.



 

 

 

 


*** Kirył Bułyczow - Dialog o Atlantydzie

...Platon zabrał się do pracy. W tym celu zrobił to, co tak przed nim, jak i po nim robili inni pisarze i uczeni: powiedział niewolnikowi, by w żadnym przypadku nie wzywano go na areopag - nawet jeśli napadną Persowie; potem posłał chłopaka do redakcji z obietnicą oddania rękopisu koło listopada, popatrzył na niebo i przeliczył mewy przyrównując je w myślach do krzykliwych krytyków. Wreszcie zdjął z wysuszonego, zakurzonego papirusu ciężką muszlę i zanurzył pelikanie pióro w kałamarzu z napisem: "Od przyjaciół i współpracowników w dniu trzydziestolecia działalności naukowej i społecznej".















Skompresowana paczka 200 opowiadań z "Nowej Fantastyki" [1991-2001]








 

 

 

STANISŁAW LEM

 

 

No, najsampierw się rozliczę z Lemem za jego "stalinowską przeszłość" a konkretnie za pozycję "Sezam i inne opowiadania" z 1954 roku. Rzecz jasna Lem nie wyrażał zgody na ponowną publikację tych opowiadań po latach 50-tych. O ile chodzi o dzieło "Topolny i Czwartek" to ludzkość nic na tym nie straciła, ale inne opowiadania warte są mimo wszystko przypomnienia.

 

 

 




*** Stanisław Lem - Electronic Subversive Ideas Detector

...Autorem tej innowacji jest mój współpracownik, doktor Leverey. Polega ona na tym, że jeśli pytany wikła się w zeznaniach i sam sobie przeczy wykazując tym samym, że usiłuje wprowadzić maszynę w błąd, dostaje po wstępnym ostrzeżeniu uderzenie elektryczne, przykre, lecz nieszkodliwe dla zdrowia. Jeżeli zaś odpowiada wedle najlepszej woli, logicznie i chętnie, wówczas, po pierwszych 10 minutach dostaje papierosa, po drugich 10 minutach - anyżkową gumę do żucia, a w połowie przesłuchania - szklankę orzeźwiającej limoniady Coca Cola.

Szczególnie obrzydliwe są sceny tortur w opowiadaniu. Nawet nie idzie o to, że w USA żadnych tortur nie stosowano wobec komunistów. Rzecz w tym, że tortury stosowano w stalinowskim PRL dokładnie w tym czasie, kiedy Lem pisał to opowiadanie. Zamiast więc literacko ujmować się w obronie tych, których zdradzono o świcie, Lem bredził o zbrodniach w Ameryce. Musiał to robić, ktoś mu pistolet przystawiał do głowy?




 

 

 




*** Stanisław Lem - Klient Panaboga

...Na koniec przestały mu smakować najwykwintniejsze potrawy, patrzeć już nie mógł na gumę do żucia, a pląsy najpiękniejszych girlsów wprawiały go w melancholię. Dręczyła go wciąż wizja sądu ostatecznego, aż pewnej nocy bezsennej przyszło mu do głowy, że najpewniejsze ze wszystkich są transakcje gotówkowe. Umierając - myślał - i tak zostawię tu cały majątek i nic z niego nie będę miał. Czy nie byłoby więc roztropnie zapisać go kościołowi, który potęgą swych modłów wybłaga dla mnie wiekuiste przebaczenie?



 

 

 




*** Stanisław Lem - Podróż dwudziesta szósta i ostatnia

...Jakiś czas panowało milczenie, potem rozmowa potoczyła się dalej. Pojawiło się w niej nowe słowo: "Ejbom". Z uszanowania, jakie okazywali, wymawiając je, wywnioskowałem, że jest to jakieś ich bóstwo; czczą je pod postacią kolumny ognia i dymu, zstępującej z nieba. Wydało mi się to analogią do Jehowy ze Starego Testamentu i zrobiłem odpowiednią notatkę, potem jednak wspomnieli coś o ofiarach z ludzi, zanotowałem więc, że przedmiotem ich kultu religijnego jest bóstwo krwiożercze i straszne, w rodzaju babilońskiego Baala. Ostatnia ich wzmianka poważnie mnie zaniepokoiła, ale nie dałem tego po sobie poznać.

Podróż Ijona Tichego z cyklu "Dzienniki gwiazdowe" która nie jest dzisiaj zbyt znana.



 

 

 

 

A na koniec "Kryształowa kula" i "Hormon agatotropowy". Opowiadania te przeładowane są amerykańskim imperializmem, nieszczęsnymi Murzynami, kultem dolara, okrucieństwami soldateski itd. itp. Oto smaczny fragment: "Świt ledwo przecierał się w chmurach nad oceanem, gdy od admiralskiego okrętu oddaliła się motorówka, w której znajdował się samotny człowiek. Słynny przewodniczący Komisji do Badania Działalności Antyamerykańskiej, piewca lynchu, przyjaciel znakomitych faszystów stał u steru łodzi wyprostowany spod strzępiastych brwi bez drgnienia powiek obserwował zbliżający się, opustoszały brzeg plaży. Na statkach reporterzy oblegali radiostację, aby przekazać swym gazetom historyczne słowa opatrznościowego męża: 'roztłamszę czarnych bydlaków'." Ale prócz tego żenującego haraczu składanego socrealizmowi są tam fragmenty piękności nieopisanej, które to właśnie zamieściłem.

 


*** Stanisław Lem - Hormon agatotropowy

...Kapitan gallioty, zwany Jonathan Brabizel, w portach okrzykniony ogólnie Drupakiem (nikt dlaczego nie wiedział), był człek postury niemałej, w ogólności cichy, jak płomień rudy i z defektami dwoma. Pierwszy jawny był i kapitan go nie krył, mianowicie za młodu na wyspie ludożernej przebywając, w braku wódki kwas się siarczany pić przyuczył, czego już odzwyklić sposobu nie masz. Druga wada gorsza była, bo się jej sromał, i ukrywana: a to ci miał na czele róg naturalny, długością w palec męża, twardy i niby krowi, który zwyczajnie włosem owijał i czapką zakrywał. Rozsierdziwszy się atoli, alibo po kwasu onego łyknięciu, gdy sobie ducha ogniem siarczanym sparzył, wylatał ze sterowni, na pokład i wielkim głosem rycząc bódł marynarzy, deptał, tłamsił i w ogóle przewracał. Mówiono nawet po cichu, że placki robi jak krowa, czego stwierdzić nie mogę, świadkiem nie będąc.

 

 


*** Stanisław Lem - Kryształowa kula

...Była tam najpierw warstwa włókien, jak gdyby z cienkiego przędziwa niezwykłej gładkości i mocy. We wnętrzu - centralna komora, otoczona grubą warstwą termitów. Czy to w ogóle były termity? Jak żyję takich nie widziałem - olbrzymie, płaskie jak dłoń, pokryte srebrzystymi włoskami, z lejkowatymi główkami, zakończonymi czymś w rodzaju anteny. Anteny te stykały się z szarym przedmiotem, niewiększym od męskiej pięści. Owady były niesłychanie stare. Nieruchome jak drewna, nie próbowały nawet się bronić. Odwłoki pulsowały miarowo. Ale kiedy odrywałem je od tego centralnego przedmiotu, od tej rzeczy krągłej i niezwykłej - natychmiast ginęły. Rozpadały mi się w palcach jak zetlałe szmaty.

 

 

 

 

 

 

 

 


*** Stanisław Lem - Przekładaniec

...RZECZNIK: Pan reprezentuje Jonesa? Nie radzę kierować sprawy do sądu. Przegrana jest pewna. Dlaczego? Dlatego, że obaj bracia Jones ubezpieczyli się nie od wypadku, lecz na życie. A kto żyje? Żyje ten, czyje organy, życiowo niezbędne, żyją. Miejsce, w którym one żyją, nie ma żadnego znaczenia. Tu czy tam - to dla nas żadna różnica. Grunt, że żyją. A skoro żyją, to żyje też sam ubezpieczony - w odpowiednim stosunku procentowym.

Scenariusz ten, opublikowany w roku 1968 niewątpliwie powstał na wieść o pierwszej transplantacji serca z 1967 r.

Andrzej Wajda zrobił z tego doskonały film telewizyjny z genialną rolą Bogumiła Kobieli.

 

 

 

 

 






*** Stanisław Lem - Dzienniki gwiazdowe - Podróż ósma

...Oto przychodzą do nas istoty, które nie znają ani ohydy własnej egzystencji, ani też jej przyczyn! Oto pukają do czcigodnych drzwi tego szanownego Zgromadzenia, i cóż my możemy im odpowiedzieć wtedy, wszystkim owym wszetekom, potworniaczkom, ohydkom, matkojadom, trupolubom, tępalom, załamującym swe nibyręce i padającym z nibynóg, kiedy się dowiadują, że należą do pseudotypu "Artefacta", że doskonałym ich stwórcą był jakiś majtek, który wylał na skały planety martwej - sfermentowane pomyje z rakietowego wiadra, dla uciechy przydając owym żałosnym pierwocinom życia własności, które uczynią je potem urągowiskiem całej Galaktyki! Jakże potem obronią się nieszczęśni, kiedy jakiś Katon wytknie im ich haniebną lewoskrętność białeczną!! (Sala wrzała, darmo maszyna waliła bez przerwy młotkiem, w krąg huczało: "Hańba! Precz! Zasankcjonować! O kim on mówi? Patrzcie, Ziemianim rozpuszcza się już, Ohydek cieknie cały!!!")

 






*** Stanisław Lem - Dzienniki gwiazdowe - Podróż jedenasta

...Starzec ów, nad wyraz niechlujny, w samej rzeczy twierdził, iż jest Astrocentym Peapo, był jednak nie tylko niespełna rozumu, ale utracił mowę - i mógł tylko śpiewać. Indagowany cierpliwie przez ludzi Pinkertona, wyśpiewał niewiarygodną historię - jakoby na statku stało się coś strasznego, w związku z czym, wyrzucony za burtę w jednym skafandrze na grzbiecie, musiał wraz z garścią wiernych próżniarzy wracać pieszo z regionu andromedyjskiego zamglenia na Ziemię, co trwało lat dwieście; wędrował - rzekomo - już to na meteorach, zdążających w dobrym kierunku, już to rakietostopem - i tylko małą część drogi przebył na Lumeonie, bezludnej sondzie kosmicznej, która leciała ku Ziemi z szybkością bliską szybkości światła. Tę jazdę okrakiem na grzbiecie Lumeona przypłacił (według własnych słów) utratą mowy, odmłodniał jednak za to o wiele lat, dzięki znanemu zjawisku kurczliwości czasu na ciałach poruszających się podświetlnie.

 






*** Stanisław Lem - Dzienniki gwiazdowe - Podróż trzynasta

...Tak toczyło się moje życie przez pięć miesięcy. Pod koniec tego okresu zaprzyjaźniłem się z pewnym starszym Pintyjczykiem, profesorem uniwersytetu, który rzeźbił swobodnie za to, że na jednym z wykładów oświadczył, iż woda jest wprawdzie niezbędna do życia, ale w innym sensie, niż się to powszechnie praktykuje. W rozmowach, które prowadziliśmy przeważnie nocą, profesor opowiadał mi o dawnych dziejach Pinty. Planetę nękały niegdyś gorące wiatry i uczeni dowiedli, że zagraża jej przemiana w szczerą pustynię. W związku z tym opracowali wielki plan irygacyjny. Aby go wprowadzić w życie, założono odpowiednie instytucje i nadrzędne biura; potem atoli, gdy zbudowano już sieć kanałów i zbiorników, biura nie chciały się rozwiązać i działały dalej, nawadniając Pintę coraz bardziej. Doszło do tego - mówił profesor - że to, co miało być opanowane, opanowało nas. Nikt jednak nie chciał przyznać się do tego, następnym zaś, koniecznym już krokiem było stwierdzenie, że jest właśnie tak, jak być powinno.

 

To cudowne, aluzyjne opowiadanie obecnie może być odbierane jako czysta groteska. A przecież obsesja wykreowania cywilizacji na podobieństwo ryb to metafora urzeczywistniania "ideałów komunizmu". I jak w rzeczywistości stalinizmu tak na Pincie te ideały nijak się mają do ludzkiego konkretu, wprowadzić je w życie (z absurdalnymi skutkami) można jedynie poprzez propagandę i terror. Tichy trafia bowiem do obozu koncentracyjnego!

W opublikowanym w 1957 r. tekście Lem nie tylko zawarł aluzje do stalinizmu, ale też do krótkotrwałej liberalizacji komunizmu w Październiku 1956 r. Świadczą o tym wydarzenia w obozie "swobodnego rzeźbienia", kiedy to przez chwilę wydaje się, że nastąpi odejście od "rybich ideałów". Oczywiście, nic z tego!

 







*** Stanisław Lem - Dzienniki gwiazdowe - Ratujmy kosmos (List otwarty Ijona Tichego)

...Profesor Bruckee z obserwatorium skarżył się mi niedawno na słabnący blask obu gwiazd Centaura. Jak mają nie słabnąć, jeśli cała okolica wypełniona jest śmieciem?! Wokół ciężkiej planety Syriusza, stanowiącej atrakcję tego układu, powstał pierścień, przypominający pierścienie Saturna, lecz utworzony z flaszek po piwie i lemoniadzie. Kosmonauta, lecący tym szlakiem, musi wymijać nie tylko chmury meteorów, ale i puszki po konserwach, skorupki jaj i stare gazety. Są tam miejsca, gdzie nie widać spoza nich gwiazd. Astrofizycy od lat łamią sobie głowę nad przyczyną wywołującą znaczną różnicę w ilościach pyłu kosmicznego w rozmaitych galaktykach. Myślę sobie, że to dość proste - im wyższa w galaktyce cywilizacja, tym więcej tam naśmiecono, stąd cały ten pył, kurz i odpadki.

 







*** Stanisław Lem - Ze wspomnień Ijona Tichego - V - Tragedia pralnicza

...W tym czasie doszło do sprawy Murdersona. Jego pralka notorycznie darta mu koszule, zakłócała gwizdami odbiór radiowy w całej okolicy, czyniła nieprzystojne propozycje starcom i nieletnim, telefonowała do rozmaitych osób i, podszywając się pod swego elektrodawcę, wyłudzała od nich pieniądze, zapraszała pod pozorem oglądania znaczków pocztowych froterki i pralki sąsiadów i dopuszczała się na nich czynów nierządnych, a w chwilach wolnych oddawała się włóczęgostwu i żebraninie. Postawiona przed sądem, złożyła świadectwo dyplomowanego inżyniera elektronika, Eleastra Crammphoussa, orzekające, iż pralka ta podlega okresowym zaburzeniom poczytalności, wskutek czego zaczyna się jej wydawać, że jest człowiekiem.

 

 

 

 

 






*** Stanisław Lem - Dziwny gość profesora Tarantogi

...GOŚĆ: Tam uczą wszystkiego. Jak dzieci śpią, to im się przykłada do uszu prościenie i one wszeptują, wgadują powolutku, utrwalają w pamięci wszystko, co trzeba. A mnie się nie chciało uczyć matematyki ani historii, ani orbitrioniki, ani nic. Chciałem śnić to, co mi się spodoba, jak dorośli. To kręciłem kulki z gliny, zatykałem nimi prościenie i tak sobie żyłem w tym hipnasie! Myśli pan pewno, że byłem głupi? Możliwe, ale za to co ja się naśniłem, panie! Faraonem byłem, królem jakimś, z takim kapeluszem złotym, potem tym... no... carem... car to się nazywało, nie? A jak już byłem trochę większy, to sobie zamówiłem tę planetę, na której jest dziesięć tysięcy pięknych dam dworu królowej Epolisei i ani jednego mężczyzny! No, z tej planety to ledwo wróciłem, nogi się pode mną uginały, ale co się nażyłem, to się nażyłem!

 






*** Stanisław Lem - Wyprawa profesora Tarantogi

...Chybek z nudów manipuluje przy Propsie. Pojawia się urocze dziewczę, przywdziane w strój bardzo wspaniały. Jest ta osoba jakby wcieleniem marzeń gimnazjalisty o seksbombie, o super gwieździe filmowej. Porusza się uwodzicielsko, falując biodrami. Parę razy przechodzi przed Chybkiem. Innych obecnych ignoruje. Z wolna zaczyna kusić go uśmiechami, pokazuje nóżkę, nareszcie zaczyna się powoli rozbierać. Chybek, zrazu osłupialy, potem rozanielony, przekręca fotel, żeby ją lepiej widzieć. Podczas następującej pantomimy Dyrektor i Tarantoga rozmawiają, jakby nigdy nic.



Bohaterem kilku scenariuszy uczynił Lem profesora Tarantogę, drugoplanowego bohatera cyklu o Ijonie Tichym ale w tym przypadku odgrywa on rolę samodzielną. Postać i fabuła osadzone są zdecydowanie w PRL-u na początku lat 60-tych.




 

 

 

 

 


*** Stanisław Lem - Opowieści o pilocie Pirxie - Terminus

...Zaczynał przypominać sobie, co mówiono o tym w Bazie. To ich statek patrolowy odkrył wrak. Ostrzeżenia meteorytowe przychodziły wtedy zawsze zbyt późno. Ogłoszony protokół komisji był lakoniczny: "Siła wyższa. Niczyjej winy". A załoga? Odnaleziono ślady świadczące o tym, że nie wszyscy zginęli natychmiast - że wśród ocalałych był sam dowódca, który sprawił, że ci ludzie, odcięci od siebie częściami zgniecionych pokładów, mimo braku nadziei na ratunek, nie załamali się i żyli do ostatniej butli tlenu - stanowiąc załogę - do końca. Była tam jeszcze jakaś osobliwa rzecz, jakiś makabryczny szczegół, powtarzany przez całą prasę przez kilka tygodni, aż nowa sensacja zepchnęła wszystko w niepamięć - co to było?

W przypadku tego opowiadania ukazują się niestety w całej okazałości zalety, ale i liczne wady twórczości Lema i gatunku s-f. Mamy tu genialny pomysł tajemniczego przechowania osobowości zmarłych astronautów przez robota, ale też chyba połowa zawartości utworu to śmiertelnie nudne, rozwlekłe opisy "kosmiczno-rakietowe". Na dodatek opisy te, niby realistyczne, są bardzo naiwne - Lem zupełnie serio wyobrażał sobie (w 1961 r.) podróże kosmiczne jako analogiczne do żeglugi morskiej. To wyznaczanie kursu rakiety na papierowych mapach z użyciem cyrkli... Autor przedstawia też nieustanne przecieki radioaktywne z reaktora nuklearnego jako rzecz rutynową, które to przecieki likwidowane są przez nakładanie na ściany jakichś "plomb betonowych". Reaktor atomowy w roli przeciekającego gaźnika? 




 

 

 

 

 


*** Stanisław Lem - Cyberiada - Wyprawa pierwsza A, czyli Elektrybałt Trurla

...Wymodelowane zostało średniowiecze i starożytność, i czasy wielkich rewolucji, tak że maszyna chwilami trzęsła się, a lampy, modelujące co poważniejsze postępy cywilizacji, trzeba było wodą polewać i mokrymi szmatami okładać, by się nie rozleciały; postęp ów bowiem, modelowany zwłaszcza w takim tempie, omal ich nie rozsadził. Pod koniec dwudziestego wieku maszyna dostała najpierw wibracji skośnej, a potem trzęsiączki wzdłużnej, nie wiadomo czemu; Trurl bardzo się tym martwił i nawet przygotował pewną ilość cementu i klamer, gdyby się miała walić.




 

 

 

 

 


*** Stanisław Lem - Przyjaciel

...Pijąc herbatę, rozglądałem się od niechcenia po pokoju. Nie wyobrażałem sobie, że z Hardenem jest aż tak źle. Było tu jednak widać ślady wskazujące, że przedtem powodziło mu się dużo lepiej; na przykład sporo mosiężnych puszek po jednym z droższych tytoni fajkowych. Nad starym, spękanym sekretarzykiem wisiał wytarty dywanik z wyraźnie odciśniętymi wgłębieniami po fajkach, musiała się tam znajdować cała ich kolekcja, ale nic po niej nie zostało. Spytałem Hardena, czy pali fajkę, odparł z pewnym zmieszaniem, że dawniej palił, ale zarzucił ten nałóg jako niezdrowy. Coraz wyraźniej widziałem, że ostatnimi czasy wysprzedał się ze szczętem - świadczyły o tym dobitnie jaśniejsze od reszty ścian kwadraty po obrazach, przysłonięte reprodukcjami, wyciętymi z czasopism, ale ponieważ nie pasowały dokładnie do tych jaśniejszych miejsc, można je było bez trudu odkryć. Naprawdę nie trzeba było aż detektywa, by zrozumieć, skąd się wzięły pieniądze na zakup radiowych części. Pomyślałem, że "przyjaciel" niezgorzej wyżyłował pan Hardena.

 

 

 

 

-----------------------------------

 

 

 

 

*** Lem - istota nieznana (rozmowa z Franzem Rottensteinerem, wydawcą i krytykiem, byłym agentem literackim Lema)

...Pragnął, by doceniono go nie jako fantastę, ale jako myśliciela i filozofa. W Polsce czuł się ignorowany. Na pewno pamięta pan fragment wywiadu z Beresiem, gdy Lem opowiada, jak kiedyś chciano zaprosić go na filozoficzne sympozjum do Hiszpanii, a zaproszenie wysłano na adres PAN-u. Co, Lem? Nigdy nie słyszeliśmy o kimś takim, odpowiedziano. Był bardzo dumny z zaproszenia do Biurakanu na sowieckie sympozjum o CETI, choć oznaczało ono raczej, że Sowieci cenili go jako pisarza, a nie że doceniali jego kompetencję naukową. W ostatniej dekadzie życia zadeklarował, że nie będzie już pisać fikcji i poświęci się filozofii. Jednak wydane przez niego w tym okresie tomy esejów pokazują go nie jako filozofa, ale dziennikarza, i to kiepskiego. Są powtarzalne, pełne zachwytu nad samym sobą, przeczą sobie nawzajem, a jeśli wspominają o informatyce, świadczą o niedoinformowaniu i po prostu o błędach. Można też z nich wywnioskować, że dorastał myślowo i społecznie w komunizmie i nie mógł pozbyć się tamtych wzorców.

 

 

 

 

 

*** Marek Oramus - Majówka nawigatora Rohana, czyli o błędach Stanisława Lema

...Łatwo po półwieczu albo i dłuższym czasie wytykać wady przyjętych przez Lema rozwiązań literackich. Niesamowity postęp techniczny, jaki dokonał się w ciągu ostatnich 50 lat, wykpił i ośmieszył generalnie wysiłki pisarzy fantastów, próbujących mozolnie wytyczać kształt przyszłości. Twórczość Stanisława Lema i tak wyszła z tego magla obronną ręką; sam fakt, że wciąż się nią zajmujemy w takim czy innym kontekście, już świadczy o jej wartości i żywotności. Nie był Stanisław Lem inżynierem, z kwestiami technicznymi mierzył się praktycznie bodaj tylko przy okazji kontaktu z urządzeniami gospodarstwa domowego. (Wiadomo, że za młodu osobiście naprawiał samochód). Tym bardziej imponująco przedstawia się technika w jego utworach, pisarz rozumiał bowiem, że wyjście człowieka w kosmos, a i dalszy pobyt ludzi na Ziemi są nie do pomyślenia bez urządzeń technicznych o olśniewających parametrach i możliwościach. Lata 60. i 70., kiedy powstał główny zrąb dzieł Lema, nie były w Polsce czasami, kiedy autor SF mógł odwoływać się do chmar specjalistów i konsultantów; strugano swe wizje raczej chałupniczo i Lem nie był tu żadnym wyjątkiem. Zresztą od początku przywykł do samodzielnego rozwiązywania kwestii, które stawiała przed nim praca literacka i niekiedy czynił to w imponujący sposób. To właśnie dzięki takiemu praktykowaniu literatury SF zyskał w niej, a także poza nią, miano omnibusa.

 

 

 

 

 

*** Marek Oramus - Pilot Pirx jako Sherlock Holmes

...Pirx prawdopodobnie dlatego nie bierze się za kobiety, seks ani nic takiego, gdyż jest zakonnikiem. Stanisław Lem powiedział mi kiedyś w wywiadzie, iż powieściowi kosmonauci, jego zdaniem, winni wyrzec się życia prywatnego, a to z powodu rozmaitych perturbacji, których dostarczają zarówno małżeństwo, jak i luźne związki "na kocią łapę". Ludzie ci w imię powołania do kosmosu winni żyć w celibacie - tak właśnie żyje Pirx - choć celibat, jak wiadomo, straszliwie pustoszy duszę i ciało. Ale wyboru nie ma: albo rzetelna służba dla dobra ludzkości, albo swawole. Kosmonautek na pokład przyjmować nie wolno, gdyż rychło te pokłady zaludniłyby się niemowlętami, nie mówiąc już o powiewających na sznurach pieluchach. Wyobraźmy sobie, że nagle automat wyłącza ciąg i te niemowlęta latają w stanie nieważkości na przemian z pieluchami, które przy zmianie ciągu odpięły się ze sznurów. Jedne matki te pieluchy łowią, inne, pływając w powietrzu, nawołują rozpaczliwie swe maleństwa - i przy okazji wymyślają mężom, okupującym stery. Co z pracą badawczą, która musi lec odłogiem? Horror w ciapki, krótko mówiąc.

 

 

 

 

 

*** Marek Oramus - Doktryna nieingerencji

...Dziś można się spierać, czy "Eden" ma wymowę polityczną, czy też Lemowi tak się po prostu napisało. Wydaje mi się, że rok wydania dzieła gra tu istotną rolę: pisane było podczas albo tuż po sowieckiej interwencji na Węgrzech oraz po polskim październiku, też zagrożonym obcą ingerencją, do której na szczęście nie doszło. Lem, wbrew temu co się o nim sądzi, nie zamykał się w wieży z kości słoniowej, śledził krajowe i światowe wydarzenia i korzystał z nich po swojemu. Gdy jednak w powieści mowa jest o ośrodkach resocjalizacji, niby to dobrowolnych, ale w których szybko się ginie, trudno o inne skojarzenie niż łagry. Pod fałszywą i zbrodniczą ideologią, od 60 lat nękającą Eden, można widzieć i komunizm, i nazizm, jak kto woli; w każdym razie totalitaryzm na pewno. Rozmaite formy dręczenia własnych obywateli, a i przybyszów, odgrodzonych od rządzonej zamordystycznie populacji szklanym, zdalnie wyhodowanym murem, nie pozostawiają żadnych złudzeń - demokracja na Edenie ma się kiepsko.

 

 







 

 

publicystyka z "Fantastyki"

 

o aktualnej kondycji "Fantastyki" i ogólnie s-f w Polsce niech świadczą dane o nakładzie pisma. Po roku 1989 nakład wynosił miesięcznie 160 tysięcy egzemplarzy a razem z "Małą Fantastyką" i "Komiksem Fantastyką" podobno w pewnym momencie sięgnął w sumie pół miliona. Był to absolutny rekord świata, nigdy wcześniej w dziejach (!) żadne pismo s-f nie było taką potęgą. Trwało to jednak tylko ułamek sekundy (oceniając w kategoriach kosmicznych, cha, cha). Obecnie (styczeń 2008) ukazuje się już tylko sama "Fantastyka", a sprzedaż wynosi 12 tysięcy egzemplarzy. Zapewne w ciągu 2, 3 lat pismo zbankrutuje.

 

 


*** Marek Oramus - Prawo siły
Fantastyka - luty 1990 r.

...Nasz świat w prostej linii pochodzi od tego obozowiska, gdzie wieczorem pije się na umór, pożąda i zdradza, w dzień zaś zabija, porywa i gwałci. Nasza skłonność do zamieniania Ziemi w krajobraz księżycowy to tylko spotęgowane działania neoantropów tamtych czasów. Nie ma między nimi jakościowej różnicy. Jeżeli więc racje silniejszego nie przestaną decydować o być albo nie być innych ludzi czy narodów, innych gatunków flory i fauny żyjących obok - człowiek ocknie się w końcu pośród zgliszcz, trawiąc swą straszliwą samotność, do której już otwierają się drzwi.



 

 

 

 


*** Marek Oramus - Biały brat zabija świat
Fantastyka - marzec 1990 r.

...W jednym z programów świątecznych "Głosu Ameryki" nadano rozmowę z Indianinem Arapaho na temat zwyczajów jego plemienia, związanych z podobnymi okazjami jak Boże Narodzenie białych. Było koło północy; słuchałem lewym uchem o Święcie Ziemi czy czymś takim, co u Indian ma podobnie przełomową symbolikę. Czy w domu Indianina w Waszyngtonie kultywuje się tę tradycję? Nie bardzo. Czy jego dwaj synowie wiedzą coś na ten temat? Również nie. Panienka ze studia zaczęła zadawać naprawdę dobre pytania, co dla słuchacza przywykłego do tego, że z radia płynie przeważnie bełkot, i to głównie damski, stanowiło otrzeźwiający szok. Wyszło na to, że ów Arapaho, notabene realizator audycji w "Głosie", kompletnie odżegnał się od życia przodków, ich wielkiej tradycji, chciał jak najszybciej zapomnieć, że jest Indianinem i nawet w języku szczepowym przemówił z zastrzeżeniem, że może coś pomylić, bo nie zna dobrze tej mowy.



 

 

 

 


*** MAREK ORAMUS - TRURL I KLAPAUCJUSZ NIE ŻYJĄ (Zmarł St. Lem)
Nowa Fantastyka - maj 2006 r.

...Chyba wypada się zgodzić z poglądem Małgorzaty Szpakowskiej, że Lem był dobry w śrubkach i mechanicznych werkach, lecz tak naprawdę np. elektroniki nie rozumiał. Wydawała mu się trochę bardziej skomplikowanym ślusarstwem, z którego wprawdzie wycisnął, co się dało, ale dalej trzeba było zmienić podejście. Możliwe więc, że pod koniec lat 80. XX wieku Lem już nie czuł przemian w tonie cywilizacji, nie akceptował ich i nie rozumiał. Wyznawany przezeń paradygmat wyczerpał się i zawodził - to mógł być prawdziwy powód ogłoszenia strajku i usunięcia się na bok. Pisząc swoje analizy i prognozy, wciąż jednak miał wrażenie, że kibicuje głównym nurtom przemian, podczas gdy de facto tkwił na orbicie parkingowej. Jego gwiazda blakła coraz bardziej, słabła recepcja jego dzieł, i w końcu przyszło pokolenie, które po naukę i rozrywkę udało się do innych autorów. A może gdyby nie te 17 lat na stłuczkę, zmierzch Lema w ogóle by nie nastąpił? Traf chciał, że w trzy dni po jego śmierci musiałem odwiedzić wielki supermarket. Powodowany ciekawością, zajrzałem na stoisko księgarskie. Pośród mrowia książek nie było ani jednej jego autorstwa.



 

 

 

 


*** Jacek Inglot - Soc Fiction
Nowa Fantastyka - marzec 1991 r.

...W podobnie socrealistycznym duchu i temacie jest utrzymana powieść Wandy Melcer "Statek 1092" - też historia antycypująca political fiction. Tu z kolei mamy przedstawioną dobitnie walkę klas - owe podziały społeczne na tytułowym statku szpitalnym przebiegają pokładami; na górnym, popijając koniak i podmacując pielęgniarki, siedzą oficerowie i lekarze; na dolnym cala reszta międzynarodowej hałastry składającej się na załogę, w dusznych kubrykach i maszynowniach. Amerykańscy oficerowie to znowu krwiożercze bestie, jak np. dowódca Bollow: Marynarze ujrzeli straszną, czerwoną twarz, zwężone ze wściekłości oczy, złote zęby wynurzające się spoza drgających warg i drobniutkie kropelki potu występujące coraz wyraźniej na czole.



 

 

 

 


*** Rafał A. Ziemkiewicz - Dumzdej!!!
Fantastyka - maj 1988 r.

...Jak na starego fachurę przystało, najpierw przerył starannie literaturę przedmiotu - bomba faktycznie wybucha bez picu, dobre i to. Rozplanował też dwupłaszczyznową fabułę. Pierwszy jej plan to opis zagłady trafionego termojądrową rakietą miasta, zawarty w dziele tajemniczego proroka Eliasa (prorok to bardzo pożyteczne w SF stworzenie; aby go uzyskać wyżymamy kilka powieści Dicka do szklaneczki i zarabiamy wodą). Plan drugi natomiast to ponura rzeczywistość imperialistycznej Ameryki, gdzie wszyscy żłopią coca-colę, gonią za dolarami (Polakowi trudno to zrozumieć) i zioną obsesyjną nienawiścią do postępowych systemów społecznych. Z zawartych w tym planie wzmianek wynika, że za kilka lat proroctwo Eliasa niechybnie się spełni, ale w ogólnym, właściwym dla upadającego amerykańskiego systemu rozwydrzeniu nikt na proroka nie zwraca większej uwagi.



 

 

 

 


*** Rafał A. Ziemkiewicz - Grafomani są wśród nas
Fantastyka - wrzesień 1988 r.

...Przez cały rozdział profesorowie wygłaszają swoje przemówienia - średnio trzy strony na profesora - w których okazuje się, że nie skończyli nawet porządnego liceum. Potem znikają i do końca powieści nie ma o nich mowy. Na placu pozostaje jeden supermądry i superszlachetny profesor, który do końca książki opowiada drugiemu o tym, jak to w zamierzchłych czasach snuli się po Ziemi Marsjanie i bardzo chcieli nas czegoś nauczyć, budując piramidy, kromlechy i robiąc dziury w płaskowyżu Nasca (nowa metoda pedagogiczna?). W końcu jednak zniechęcili się i po części odfrunęli szukać sobie w kosmosie pojętniejszych uczniów, a po części schowali się przed ludźmi pod dnem oceanu. Na nasze nieszczęście zostawili po sobie tajną organizację "cztery czwórki", do której należy nasz wykładowca. Nie bardzo wiadomo, czym się ona zajmuje. Z nazwy wnoszę, że grą w brydża.


Zupełnie nie mogę się powstrzymać od refleksji, jak niezwykłą drogę przeszedł Rafał Ziemkiewicz, obecnie działacz narodowo-wyzwoleńczy, moralista, autorytet, demaskator... A w latach 80-ych zaczynał skromnie, chciał robić "karierę" publicysty i literata polskiej s-f. Po prawdzie to lepiej, że wyrwał się z tego getta. Drugim Lemem na pewno by nie został.

 

 

 

 


*** Maciej Parowski - Diabeł nie śpi!
Fantastyka - maj 1987 r.

...Na bezludnej wyspie, pełnej jak biblijny raj smakowitych owoców, ląduje w wyniku katastrofy samolotu grupka angielskich chłopców i zaczyna od zera. Najpierw, wspólnie i zgodnie wybierają wodza, by jak w "Umowie społecznej" Jana Jakuba Rousseau zrzec się części suwerenności na rzecz wybranej osoby. Potem stanowią prawa. Demokratycznie podejmują decyzje. Dzielą się zadaniami. Ale w toku nadto licznych obrad (choroba demokracji) uprawiają gadulstwo, demagogię, pogardę dla słabszych maluchów. Nieodpowiedzialne mędrkowanie chłopców sprawi, że zgaśnie ognisko, właśnie wtedy, gdy dym mógłby przywołać przepływający obok statek. Ta sama nieodpowiedzialność i stadność zachowań doprowadzi do pożaru, w którym zginie jeden z malców. Potem mamy narastający konflikt między Ralfem, legalnie wybranym przywódcą i strażnikiem ogniska, a Jackiem, agresywnym myśliwym. Ten konflikt, właściwie rewolta Jacka, kojarząca się nieco z konfliktem Kaina i Abla, doprowadzi społeczność chłopców do rozpadu i moralnego upadku.



 

 

 

 


*** Maciej Parowski - Małpa Pana Boga
Fantastyka - luty 1989 r.

...Takim "hyclem Bożym" jest Louis Cyphre - diabeł z filmu "Angel Heart" A. Parkera. Przychodzi po duszę łajdaka, bo mu się ona należy na mocy umowy i w wyniku przerażającego uczynku bohatera. Szatan ma w tym filmie godność i szyk, jest istotą dystyngowaną, piekielnie (sic!) inteligentną - a w dodatku staje się narzędziem w ręku sprawiedliwości. To on zastawia na mordercę wyrafinowaną pułapkę; załatwia co prawda porachunki cudzymi rękami, ale strugi krwi leją się w filmie zgodnie z wyższym prawem. Miarka się przebrała, Szatan wymierza okrutną karę kilku łajdakom na raz. Czy możliwe, że jedynie w swoim imieniu?



 

 

 

 


*** MACIEJ PAROWSKI - KWADRANS Z GRAFOMANEM (ostro, ale bez nazwisk)
Nowa Fantastyka - kwiecień 2000 r.

...Rzecz w tym, że figura łagodnego grafomana, pogodzonego z własnym brakiem talentu oraz anonimowością, zapełniającego z pogodą szuflady, jest dziś praktycznie nieznana. Znacznie częstszy, choć właściwie jeszcze niedokuczliwy, bywa grafoman Ekshibicjonista; ten lubi zaskoczyć bliskich i redaktorów wyszarpniętym z teczki lub zza pazuchy plikiem maszynopisów. Poważny bankier, błyskotliwy wojskowy, trzeźwy polityk pokazuje nam wymiętoszone, ckliwe opowiadanko o spotkaniu z Obcym albo z miłością sprzed lat. Oczywiście, od początku podejrzewał, że rzecz nie ma szans, ale nie potrafi ukryć uczucia zawodu. Wyższy szczebel manii to grafoman domagający się dyskusji na temat zdyskwalifikowanego tekstu. Następny - ostentacyjnie oczekujący pochwały. Wreszcie przychodzi miotający obelgami grafoman Awanturnik i próbuje per fas et nefas wymusić na służbach wydawniczych decyzję druku.



 

 

 

 


*** Lech Jęczmyk - Czy pan istnieje mister Lem?
Nowa Fantastyka - wrzesień 1991 r.

...Dick wierzył, że w roku 1974 został trafiony jak święty Paweł liliowym promieniem światła, który przekazał mu między innymi łacińską nazwę choroby syna. (Lekarze rzeczywiście zrewidowali swoją diagnozę). Uważał, że jest wcieleniem proroka Eliasza i że został fizycznie przeniesiony do starożytnego Rzymu. Był przekonany, że Harrison Ford, z którym się zetknął przy okazji kręcenia filmu "Blade Runner" ma go zamordować. W tej sytuacji przekonanie, że Lem to kryptonim marksistowskiej jaczejki mającej opanować amerykański rynek SF należy uznać za jedną z pomniejszych obsesji Dicka. Życie tego człowieka musiało być piekłem, a pisanie stanowiło dla niego jedyną terapię. I na tym polega cud literatury i wszelkiej sztuki, że z cierpienia artysty rodzi się perła, którą my potem możemy podziwiać.



 

 

 

 


*** Louis Pauwels, Jacques Bergier - Rzeczywistość fantastyczna
Fantastyka - luty 1987 r.

...Według Bendera, Ziemia jest kulą tej samej wielkości co i w geografii ortodoksyjnej, lecz jest ona pusta w środku i życie rozwinęło się na jej wewnętrznej powierzchni, utrzymywane tu dzięki specjalnemu rodzajowi promieniowania słonecznego. Wokół nas jest tylko skała, rozciągająca się w nieskończoność. Wewnątrz Ziemi, warstwa powietrza rozciąga się na przestrzeni 60 km, a dalej rozrzedza się, przechodząc w centrum w absolutną próżnię, w której znajdują się trzy ciała: Słońce, Księżyc, oraz pozorny Wszechświat. Ów pozorny Wszechświat jest kulą niebieskawego gazu, w której błyszczą punkty świetlne, nazywane przez astronomów gwiazdami. Kiedy ta błękitna masa przesłania Słońce, na części wklęsłej powierzchni Ziemi zapada noc, a cień tej masy na Księżycu powoduje zaćmienie. Wierzymy w znajdujący się ponad nami, zewnętrzny Wszechświat, ponieważ promienie świetlne nie rozchodzą się w linii prostej: ulegają one zakrzywieniu, z wyjątkiem promieni podczerwonych. Teoria Bendera miała stać się popularna około roku 1930. Przywódcy Rzeszy, wyżsi oficerowie marynarki i lotnictwa, wierzyli w doktrynę wydrążonej Ziemi.



 

 

 

 


*** Jan Czerniawski - Świat według Snerga
Nowa Fantastyka - luty 1991 r.

...Amatorowi trzeba, rzecz jasna, wybaczyć pewną naiwność ujęć. Nie można więc np. mieć mu za złe pośpiesznego utożsamienia czterowymiarowej przestrzeni wypełnionej przez "tworzywo czasoprzestrzenne" z czasoprzestrzenią, a drogi przebywanej przez punkt powierzchni falowej "fali czasoprzestrzennej" z czasem (co, jak łatwo zauważyć, uniemożliwiałoby sensowne mówienie o stałości prędkości rozprzestrzeniania się tej fali). Podobnie, można mu darować bezkrytyczne powtarzanie broszurkowych sloganów o wzajemnie wykluczających się własnościach eteru w sytuacji, gdy koncepcja "tworzywa czasoprzestrzennego" od starszej, mechanistycznej wersji koncepcji eteru różni się jedynie ilością wymiarów przypisywanych "tworzywu". Trudno jednak zrozumieć dlaczego, miast ograniczyć się do prezentacji swojego modelu kosmologicznego, ostatnie rozdziały książki autor wykorzystał do przedstawienia jadowitego paszkwilu przeciwko oficjalnej nauce, ze szczególnym uwzględnieniem fizyki.

"Jednolita teoria" nie wywołała spodziewanego przez autora wstrząsu w nauce. Rozgoryczony Snerg w 1995 r. popełnił samobójstwo przez powieszenie.



 

 

 

 


*** Marek Oramus - Siedem grzechów głównych polskiej science fiction
Fantastyka - nr 7/1985

...Szczególnie denerwuje mnie w SF, nie tylko zresztą krajowej, że cała skomasowana technika albo działa bez zarzutu, w związku z czym jej nie widać, albo na życzenie ulega awarii, po to, by dać bohaterom okazję wypróbowania się w sytuacjach skrajnych. Czyli albo wspaniale, albo nijak. Brak mi całego kontinuum między tymi biegunami: tarcia metalu o metal, wycia sprężarek, chrzęstu gąsienic. Bierze się ten niedostatek moim zdaniem stąd, iż polscy autorzy SF w większości nie mają o technice zielonego pojęcia. Polska nie jest krajem przesadnie stechnicyzowanym i nowoczesnym, ale i tu można obejrzeć łopatkę turbiny, która oderwała się od wirnika, przeszyła korpus i przeleciała parę kilometrów w powietrzu, albo fragment grubościennej rury, rozerwanej przez nadmierne ciśnienie. Takie konkrety bardzo pomagają wyobraźni. Technika polega na zmuszaniu martwych kawałów materii, by złożona z nich całość działała zgodnie z przeznaczeniem i bezawaryjnie. Jaka jest możliwość awarii bardzo skomplikowanego systemu o dublowanych układach, widać najlepiej na przykładzie promów kosmicznych.



 

 

 

 


*** Jerzy Prokopiuk - Alternatywne historie człowieka
Nowa Fantastyka - nr 1/1992

...Co by było, gdyby Poncjusz Piłat ułaskawił w 33 r. Jezusa z Nazaretu? Ta śmiała ewentualność nie była wykluczona, albowiem ukrzyżowanie Jezusa nie było koniecznością polityczną: Piłat mógł go np. skazać na roboty przymusowe lub wygnać z kraju. (Mógł też dać się mu nawrócić: według Tertuliana Piłat miał później zostać chrześcijaninem, a w Kościele etiopskim jest on do dziś czczony jako święty.) Uwolniony Jezus mógłby, co prawda, zostać aresztowany ponownie i, mimo wszystko, skazany na śmierć. Gdyby nie była to śmierć na krzyżu, musielibyśmy sobie wyobrazić "chrześcijaństwo bez krzyża", co jest nie tylko bardzo trudne, ale chyba wręcz niemożliwe. Bez krzyża chrześcijaństwo pozostałoby jeszcze jedna żydowską sektą, nie stając się religią światową. Jakie religie mogłyby zająć jego miejsce? Nie mogłyby to być religie "nierzymskie" lub zbyt ezoteryczne; religią światową mógłby stać się kult Niezwyciężonego Słońca w połączeniu z kultem Mitry. Wówczas Cesarstwo Rzymskie mogłoby się utrzymać - i znowu ominęłoby nas średniowiecze.



 

 

 

 


*** W. Serbinienko - Trzy wieki tułaczki w świecie Utopii (twórczość braci Strugackich)
Fantastyka - czerwiec 1991 r.

...Bohaterowie "Stażorów" nie tylko działają i wygłaszają hasła - rozmyślają też o zasadniczych problemach życia. Podstarzały rezerwista, pilot kosmiczny Dauge, zarzuca swojej byłej, wciąż jeszcze kochanej żonie mieszczaństwo i tworzy łańcuszek argumentów, które wydają mu się nie do obalenia: Człowiek - to już nie zwierzę. Przyroda dała mu rozum. Rozum ten nieuchronnie powinien się rozwijać. A ty tłumisz w sobie rozum... l jeszcze bardzo dużo ludzi na Planecie, którzy tłumią swój rozum. To mieszczanie. Ta wspaniała lekcja idzie jednak na marne. Beztroska dama odchodzi, jak wszystko na to wskazuje z twardym zamiarem dalszego tłumienia swojego rozumu, a weteran kosmosu patrząc w ślad za nią i dostrzegając zalety jej figury, myśli ze smutną złością: Tak. Oto i całe jej życie: okryć wdzięki czymś drogim, pięknym, przyciągać spojrzenia. Niemało jest takich kobiet i są nie do wytępienia.








 

 


*** Wszystko, co ważne, wiem z popkultury - rozmowa z Maciejem Parowskim o "Nowej Fantastyce"

...Adam Hollanek, Kolumb rocznik 1922, grywali we Lwowie z Lemem w tenisa, Lem źle znosił, kiedy mu o tym przypominano, bo Adaś Hollanek tytułował go... Staszkiem. Dziennikarz i pisarz, w 1939 roku ciężko przestraszony wkroczeniem Rosjan, siedemnastolatek ze Lwowa. Partyjniak, ale dobre serce, dało się z nim żyć, ci, którzy go nie znali, myśleli o nim dużo gorzej niż my, którzy oglądaliśmy go z bliska. Miał sześćdziesiąt lat i młodą żonę, miał młode dzieci i chciał na nie zarobić, nie miał wielkiego talentu, ale robił dobre wrażenie i chciał robić wielkie pismo, więc nie przeszkadzał, tylko pomagał. Sam nie jestem wielkim pisarzem, a kręcę się przy literaturze i wiem, że może być z nas trochę pożytku, jeśli się przyłożymy. Hollanek kochał literaturę, był człowiekiem ułomnym jak każdy z nas, zawikłanym, ale nie był nieznośny, lubił chwalić swoich ludzi, jak im coś wyszło, lubił być z nich dumny, a to jest pozytywna cecha, tak sądzę. Był też ostrożny czy tchórzliwy, na jedno wychodzi; w latach 60. odebrali mu jakieś pismo kulturalne w Krakowie (za jeden niesłuszny artykuł czy wręcz zdanie), więc miał uraz.



 

 




*** Wiktor, który dojrzał za późno - Wiktor Żwikiewicz - rozmowa
Gazeta Wyborcza - 2011-04-29

... Mój tata, księgowy w fabryce słodyczy Jutrzenka, podejrzał mnie kiedyś znienacka, jak piszę. Wydało mi się, nie wiem czemu, że go moje pisanie śmieszy. Więc postanowiłem udowodnić: będę literatem! Wygrałem jeden konkurs, drugi, dostałem stypendium im. Borowskiego.

Ojciec zarabiał 1400 złotych miesięcznie, ja - stażysta po szkole geodezyjnej - 3 tysiące, bo to była praca przy pomiarach w terenie, na akord. A stypendium literackie wynosiło 3,5. Za nicnierobienie. Zaliczki za książkę dostawałem 30 tysięcy. Można było dobrze żyć przez dwa lata.

Nakłady pana powieści to były wielkości rzędu 100 tysięcy, 150...

- Bywało i 200, gdy wchodziła w grę antologia opowiadań. Spotkania z czytelnikami, targi książek, alkohol, kobiety Spotykałem się ze znaną aktorką. No i tak szło: pisanie, kursy do Warszawy, hotele, ciągle jakieś festiwale.

 

 

 



*** Wiktor Bukato - Sceny z życia smoków fandomu
MIESIĘCZNIK - biuletyn Śląskiego Klubu Fantastyki - nr 141-164 - 2001-2004 r.

...W Krakowie gości zakwaterowano w tych samych akademikach co resztę konwentowiczów, co miało ten skutek, że Bob Shaw z żoną postanowili natychmiast poszukać innego lokum (nieśmiało tłumaczyli, że woleliby, aby woda z prysznica lała się przez sitko, a nie strumieniem, bo sitko ktoś ukradł), natomiast John Brunner bohatersko pozostał na kwaterze, robiąc dobrą minę do złej gry. Do dziś pamiętam, jak w białej marynarce schodził na kolację w stołówce akademickiej, gdzie stoły były pokryte niekoniecznie czystą ceratą...

 

 

 



*** Rafał A. Ziemkiewicz - Przypadek Snerga
Rzeczpospolita - 21.08.2010

...Nie ma co ukrywać, "Jednolita teoria czasoprzestrzeni" Adama Wiśniewskiego-Snerga należy do tych książek na mojej półce, po które sięgam bodaj najrzadziej. Gdyby nie konieczność odkurzenia od czasu do czasu, pewnie w ogóle nie wziąłbym jej od piętnastu lat do ręki. A gdyby nie nazwisko autora, jednego z bohaterów i mistrzów mej pisarskiej młodości, dawno użyźniłbym nią jakiś skup makulatury; i tak nie rozumiem z tego ani słowa. No, i gdyby nie okoliczności, w jakich mnie tym dziełem obdarowano. Po samobójczej śmierci Snerga znaleziono w jego piwnicy prawie cały nakład i jeden z przyjaciół rozdawał te egzemplarze, by ocalić je przed przemiałem. Sądzę, że kierował nim ten sam zabobonny lęk, który i mnie nie pozwala "Jednolitej teorii..." nie tylko wyrzucić, ale nawet wynieść na strych. Lęk wywołany świadomością, że to właśnie ta niepozorna książeczka, ozdobiona jakimś fizycznym wykresem kojarzącym mi się nieodparcie z podstawką do jajek na miękko, zabiła faceta, którego kiedyś wszyscy podziwialiśmy, któremu zazdrościliśmy i z którym bez powodzenia usiłowaliśmy się zaprzyjaźnić.

 

 

 



*** TO ONI MIELI KŁOPOTY ZE MNĄ, NIE JA Z NIMI - wywiad z Lechem Jęczmykiem

...W polskiej kulturze nastąpiło zupełne zerwanie ciągłości. Istniały jakieś hierarchie, czasem autentyczne, ludzie mieli swój dorobek, były rzeczy, do których wszyscy się odwoływali, a potem nagle to wszystko straciło znaczenie. Do tego stopnia, że gdy dziś na przykład przyjeżdża do Polski Wharton, to goszczący go wydawca nie zaprasza mnie na spotkanie - choć się znamy i jesteśmy w dobrych stosunkach - bo on po prostu nie wie, że ja byłem pierwszym, który Whartona w Polsce drukował. Wszystko, co było wcześniej, nie istnieje w pamięci. I trzeba podkreślić, że fantastyka jest bodaj jedyną dziedziną, gdzie do takiego zerwania nie doszło. Młodzi fanowie mają świadomość swej tradycji i nawet jeśli już nie czytali Borunia, to w każdym razie wiedzą, kto to był.