Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

FANTASTYKA 6/1983

 

 

Cyril M. Kornbluth

SŁOWA GURU

 

(The Words of Guru)

 

 

Wczoraj kiedy szedłem na spotkanie z Guru, zatrzymał mnie jakiś człowiek.

- Chłopcze, co tutaj robisz o pierwszej w nocy? - zapytał. - Dlaczego nie jesteś w domu? Czy twoja matka wie, gdzie jesteś? Ile masz lat? Stanowczo za mało, żeby włóczyć się o tak późnej porze.

Spojrzałem na niego i zauważyłem, że jego włosy są zupełnie siwe, wiec wybuchnąłem śmiechem. Starzy ludzie są ślepi, właściwie to żaden z ludzi nie ma daru widzenia. Zdarza się, że młode kobiety widzą niektóre rzeczy, ale mężczyźni rzadko dostrzegają cokolwiek.

- Włóczę się o tak późnej porze, aby zobaczyć się z Guru.

- Guru? - zdziwił się stary. - Kto to jest Guru? Na pewno jakiś cudzoziemski przybłęda. Odradzam ci kumanie się z cudzoziemcami, młody człowieku. Kto to jest Guru? 

Powiedziałem mu kim jest Guru, a potem, jak tylko zaczął ględzić o bzdurach i tanich komiksach, wypowiedziałem jedno ze słów, których Guru mnie nauczył i ten człowiek przestał mówić. Wspomniałem już, że był stary, a jego stawy były zesztywniałe, nie zwalił się zatem na ziemie bezwładnie, lecz padł sztywno jak kłoda, a jego głowa trzasnęła o kamień. A ja poszedłem dalej.

 

Pomimo że nie nadszedł jeszcze dzień moich dwunastych urodzin, wiem o wielu sprawach, o których nie mają pojęcia ludzie starzy. Pamiętam też dobrze to, czego inni chłopcy w moim wieku nie pamiętają. Pamiętam, jak narodziłem się z ciemności i pamiętam hałaśliwe odgłosy, jakie wówczas wydawali nade mną ludzie. Później, kiedy miałem już dwa miesiące, zacząłem pojmować, że owe odgłosy oznaczają to samo, co dzieje się w mojej głowie, że i ja mogę takie odgłosy wydawać, co niezmiernie wszystkich zaskoczyło.

- Mówi! - powtarzali do znudzenia. - Taki mały! Klaro, co o tym sądzisz?

Klara była moją matką. Odpowiadała:

- Nie mam pojęcia, co o tym sądzić. W mojej rodzinie nigdy nie było geniuszy. Ani w rodzinie Joe'ego, jestem zupełnie pewna. 

Joe był moim ojcem.

Pewnego dnia Klara przyprowadziła mężczyznę, którego nigdy przedtem nie widziałem i powiedziała, że to dziennikarz - taki, co to pisze różności w gazetach. Dziennikarz próbował ze mną rozmawiać - mówił do mnie tak, jak bym był zwykłym dzieckiem. Nie raczyłem mu odpowiadać, patrzyłem tylko na niego dopóki nie spuścił wzroku i nie poszedł sobie. Dostałem za to burę od Klary. 

W jakiś czas później Klara przeczytała mi urywek z gazety, w której ten dziennikarz pisywał. Ten urywek był podobno śmieszny - było tam coś o tym, jak dziennikarz zadawał mi wielce skomplikowane pytania, a ja w odpowiedzi gaworzyłem jak niemowlak. Wszystko to było oczywistą nieprawdą - nie powiedziałem do niego ani słowa, a on nie zadał żadnego ze swoich pytań.

Słuchałem, jak Klara czyta, ale słuchając obserwowałem, jak niby-ślimak pełznie po ścianie. Kiedy skończyła, spytałem:

- Co to jest, tamta szara istota?

Spojrzała w kierunku, który wskazałem, ale nie zobaczyła nic.

- Jaka szara istota, Piotrze? - spytała. Żądałem, aby nazywała mnie pełnym imieniem, Piotr, a nie Piotruś czy coś równie głupiego.

- Jaka szara istota?

- To jest wielkości twojej dłoni, Klaro, ale jest miękkie - nie wygląda, żeby miało jakieś kości w środku. Pełznie do góry, ale z przodu nie ma wcale głowy. Nie ma też nóg.

Wydało mi się, że się wystraszyła, ale próbowała mnie uspokoić, tak jak uspokaja się dzieci, kładąc rękę na ścianie i próbując dotknąć tego, co jakoby tam było. Kierowałem jej dłonią, w lewo, w prawo, aż wreszcie jej dłoń przeszła przez sam środek niby-ślimaka. Wtedy zrozumiałem, że ona nie jest w stanie go ujrzeć, że w ogóle nie wierzy, że on tam jest. Przestałem wiec napomykać o niby-ślimaku, dopiero po paru dniach spytałem:

- Klaro, jak się nazywa taka rzecz, którą jeden człowiek widzi, a drugi i nie może zobaczyć?

- To się nazywa złudzenie, Piotrze - odpowiedziała. - Jeżeli dobrze cię zrozumiałam, chodzi o złudzenie. Nie powiedziałem nic, pozwoliłem, aby jak zwykle położyła mnie do łóżka. Gdy zgasiła światło i wyszła, odczekałem jakiś czas, a potem cichutko zawołałem:

- Złudzenie! Złudzenie!

Momentalnie zjawił się Guru - po raz pierwszy. Skłonił się nisko, zawsze tak czynił od tamtej pory i rzekł:

- Czekałem.

- Nie wiedziałem, że tak się ciebie przyzywa - powiedziałem.

- Będę gotów na każde twoje wezwanie. Będę cię uczył, Piotrze - jeżeli chcesz się uczyć. Czy wiesz, czego będę cię uczył?

- Jeżeli będziesz mnie uczył o szarej istocie na ścianie, będę słuchał pilnie - powiedziałem. - Będę słuchał pilnie, gdy będziesz mnie uczył o sprawach realnych i sprawach nierealnych.

- Niewielu, bardzo niewielu chce się uczyć o takich sprawach - powiedział Guru poważniejąc. - A są jeszcze inne sprawy, takie, o których nikt nigdy nie chciał się uczyć. Są takie rzeczy, których cię uczył nie będę.

- Nauczę się tego, czego nikt nigdy nie chciał się uczyć. Nauczę się również tego, czego uczyć nie chcesz.

- Mistrz, objawił się mistrz - powiedział Guru z półuśmieszkiem na ustach. - Mistrzu, Guru jest na twoje rozkazy!

Wtedy to poznałem jego imię. Tej samej nocy nauczył mnie słowa, za pomocą którego można było uczynić coś niewiele znaczącego, dajmy na to sprawić, aby popsuła się żywność.

Od tamtego czasu do naszego spotkania wczorajszej nocy Guru nie zmienił się wcale, chociaż ja jestem już tego wzrostu, co on. Jego skóra wciąż jest tak samo sucha i lśniąca jak była, a jego twarz tak samo wychudła, okolona grzywą czarnych, bardzo sztywnych włosów.

 

Pewnej nocy, kiedy miałem dziesięć lat, odczekałem w łóżku wystarczająco długi czas, aby Joe i Klara sądzili, że usnąłem na dobre. Potem zostawiłem w łóżku tę rzecz, która zjawia się, gdy się wypowie jedno ze słów Guru, a sam ześliznąłem się na dół po rynnie. To było bardzo łatwe, łaziłem po rynnie w górę i w dół od czasu, gdy skończyłem osiem lat. 

Spotkałem się z Guru w parku Inwood Hill.

- Spóźniłeś się - powiedział.

- Wcale się nie spóźniłem - odrzekłem. - Dobrze wiem, że nigdy nie jest za późno na jedną z tych rzeczy.

- Skąd wiesz? - jego głos był ostry. - To jest twój pierwszy raz!

- Niewykluczone, że również ostatni. Nie podoba mi się ten pomysł. Jeżeli stwierdzę, że drugi raz nie da mi więcej wiedzy niż pierwszy, nie będzie drugiego razu.

- Nie wiesz nic - powiedział. - Nie masz pojęcia, jakie to jest. Głosy, ciała śliskie od maści, buchające płomienie, rytuał, który wypełnia mózg! Nie będziesz miał o tym pojęcia, dopóki sam nie weźmiesz w tym udziału.

- Zobaczymy. Czy możemy wyruszyć stąd?

- Tak - powiedział Guru. Potem nauczył mnie potrzebnego słowa i obaj wypowiedzieliśmy je jednocześnie.

Miejsce, w którym znaleźliśmy się zaraz potem było zalane czerwonym światłem, a ściany chyba kamienne. Oczywiście nie było tam mowy o realnym widzeniu, wiec światło tylko wydawało się czerwonym, a kamienie nie były kamieniami.

Podeszliśmy do ognia, a jedna z tych, które tam były wyszła nam naprzeciw i zatrzymała nas.

- Kto jest z tobą? - zwróciła się do Guru, nazywając go innym imieniem. Nie wiedziałem, że nosi on również i to imię, a zdziwiłem się, bo było to imię oznaczające wielką potęgę.

Guru prześliznął się po mnie szybkim spojrzeniem.

- To jest Piotr. Wspominałem ci o nim wielokrotnie. 

Wtedy spojrzała na mnie i uśmiechnęła się, prężąc i wyciągając ku mnie swoje wysmarowane maścią ramiona.

- Ach - powiedziała miękko, tak miękko jak koty, z którymi czasem rozmawiam nocami.- Ach, to jest Piotr. Czy przyjdziesz do mnie, kiedy cię wezwę, Piotrze? Czy może wezwiesz mnie sam którejś nocy, gdy będziesz samotny?

- Nie rób tego! - powiedział Guru, odpychając ją gniewnie. - Jest zbyt młody, możesz go zepsuć, uczynić niezdolnym do nauki! 

Poszliśmy dalej, a ona wrzasnęła w ślad za nami:

- Guru i jego uczeń! Wspaniała para! Chłopaku, on nie jest bardziej rzeczywisty niż ja! Ty jesteś tu jedyną rzeczywistą istotą!

- Nie słuchaj jej - mruknął Guru - jest szalona, szaleje z podniecenia. One zawsze są podniecone do szaleństwa tu w tym miejscu, gdy nadchodzi czas. 

Zbliżyliśmy się do ognisk i siedliśmy na kamieniach. Te, które tam były, zabijały zwierzęta i ptaki, a z martwymi robiły różne rzeczy. Krew zlewano do kamiennej czary, którą podawano sobie w tłumie z rąk do rąk. Ta, która siedziała po mojej lewej stronie, wręczyła mi naczynie.

- Pij! - powiedziała, wykrzywiając usta w uśmiechu, który odsłonił jej piękne, białe zęby. Wypiłem dwa łyki i oddałem czarę Guru.

Kiedy czara obeszła wszystkich, rozebraliśmy się do naga. Niektóre, jak Guru, nie nosiły żadnego ubrania, ale wiele było ubranych - te teraz zrzucały z siebie wszystko. Ta, która siedziała po lewej, przysunęła się bliżej, poczułem na twarzy jej oddech.

- Każ jej przestać, Guru - powiedziałem. - Wiem, że to nie należy do rytuału.

Guru przemówił do niej ostro w ich jeżyku, a ona warknęła gniewnie i przesiadła się dalej.

Rozpoczęliśmy śpiewy, klaszcząc w dłonie i uderzając się po udach. Jedna z nich wstała i dziko przewracając oczami zaczęła powolny taniec dookoła ognisk. Mocno zwierała szczeki i tak gwałtownie wyrzucała ramiona, że słyszałem, jak trzeszczą jej stawy łokciowe. Posuwiście krocząc po kamiennym podłożu, wygięła się w tył tak, że głową prawie sięgnęła stóp. Mięśnie jej brzucha wystąpiły jak rzemienie, a oleista maść ściekała po jej ciele i nogach. Kiedy jej dłonie oparły się o ziemie, zwaliła się w drgawkach, cienko i przenikliwie zawodząc do wtóru zaśpiewom i klaskaniom reszty.

Następna powtórzyła cały rytuał, a my śpiewaliśmy dla niej głośniej, a jeszcze głośniej dla trzeciej. Potem zaś, kiedyśmy wciąż klaskali i bili się po udach, jedna z tych, które tam były schwyciła trzecią tancerkę, rzuciła ją na ołtarz i rozpruła kamiennym nożem. Blask ognia zalśnił na ostrzu ciosanym z obsydianu. Krew tancerki spłynęła rowkiem, wykutym jak rynna w bryle ołtarza. Wówczas śpiewy ucichły, a ogniska zostały pogaszone. Jednak pomimo ciemności mogliśmy widzieć, bo wszystko to, rzecz jasna, wcale się nie działo - to było tylko złudzenie, wszyscy ci ludzie i rzeczy byli zaledwie pozorem rzeczywistości. Tylko ja byłem realny. Pewnie dlatego one tak bardzo mnie pożądały.

Kiedy ostatni płomień zgasł, Guru, niezwykle podniecony i przejęty, wyszeptał:

- Obecność.

Z kałuży krwi, która wyciekła z ciała trzeciej tancerki, wynurzyła się Obecność. Wzrostem przewyższała wszystkich, a gdy mówiła, jej głos był najdonośniejszy, a gdy rozkazywała, rozkazy jej były wykonywane.

- Lejcie krew! - rozkazała, a my harataliśmy nasze ciała okruchami krzemieni. Obecność wyszczerzyła zęby w uśmiechu - jej zęby były większe, ostrzejsze i bielsze niż zęby kogokolwiek z nas.

- Czyńcie wodę! - rozkazała, a my pluliśmy na siebie nawzajem. Obecność łopotała skrzydłami i przewracała oczami, a oczy jej były większe i czerwieńsze niż oczy kogokolwiek z nas.

- Czyńcie ogień! - rozkazała, a my zialiśmy na siebie nawzajem dymem i płomieniami. Obecność tupała nogami, a z jej ust rykiem buchały niebieskie płomienie - większe i gwałtowniejsze niż nasze.

Potem Obecność powróciła do krwawej kałuży, a my roznieciliśmy ognie na nowo. Guru siedział zapatrzony przed siebie nieruchomym wzrokiem. Dotknąłem jego ramienia. Skłonił się, jak gdyby było to nasze pierwsze spotkanie tej nocy.

- Nad czym się tak zamyśliłeś? - spytałem. - Musimy już iść.

- Tak - powiedział z wysiłkiem - Chodźmy już. 

Więc wypowiedzieliśmy słowo.

 

Pierwszym człowiekiem, którego zabiłem, był zakonnik, brat Paweł. Było to w szkole, do której chodziłem pobierać nauki. Niektóre nauki - Guru nie uczył wszystkiego. Zdarzyło się to niecały rok temu, a wydaje się, jakby to było bardzo dawno. Tak wielu pozbawiłem życia od tamtego dnia.

- Jesteś bardzo zdolnym chłopcem, Piotrze - powiedział wtedy zakonnik.

- Dziękują, bracie Pawle.

- Jest jednak w tobie coś, czego nie pojmują. Powinienem porozmawiać z twoimi rodzicami, ale myślę, że oni tego nie rozumieją. Byłeś - jak to się mówi - cudownym dzieckiem?

- Tak, bracie Pawle.

- Tak, to się zdarza. Słyszałem, że tak bywa za sprawą gruczołów. Wiesz; co to są gruczoły?

Przestraszyłem się. To, o czym mówił; obiło mi się kiedyś o uszy, ale nie byłem pewien, czy chodzi o małe, grube, zielone karzełki, które noszą wyłącznie metalowe ubrania, czy też o istoty o wielu odnóżach, z którymi rozmawiałem kiedyś w lesie.

- Skąd o tym wiesz? W jaki sposób się o nich dowiedziałeś? - spytałem.

- Piotrze, drogi chłopcze! Czemu się tak wystraszyłeś? Ja o gruczołach nie wiem praktycznie nic, ale ojciec Fryderyk się na tym zna. Ma książki na ten temat, chociaż wątpię, żeby wierzył we wszystko, co w nich piszą.

- To nie są dobre książki, bracie Pawle - powiedziałem. - Takie książki powinno się palić.

- Cóż za okropny pomysł, chłopcze. Ale, wracając do twojej sprawy...

Nie mogłem pozwolić mu na więcej, odkrył i tak za wiele. Wypowiedziałem jedno ze słów, których wyuczył mnie Guru. Z początku brat Paweł wyglądał na bardzo zaskoczonego, a potem - jakby dostał strasznych boleści. Runął na pulpit, a ja zmacałem mu puls, aby się upewnić, bo nigdy przedtem nie używałem tego słowa. Był martwy. Z zewnątrz dobiegł mnie odgłos ciężkich kroków, wiec uczyniłem się niewidzialnym. Do klasy wszedł ojciec Fryderyk. Ledwo się powstrzymałem, żeby i jego nie zabić za pomocą słowa, ale wiedziałem, że wzbudziłoby to podejrzenie. Wymknąłem się z klasy kiedy schylał się nad martwym zakonnikiem myśląc, że ma przed sobą śpiącego. 

Przemknąłem korytarzem do pełnego książek gabinetu księdza, pospiesznie zwaliłem wszystkie tomy na stos i podpaliłem je swoim oddechem. Potem pobiegłem na szkolne podwórko i upewniwszy się, czy nikt nie patrzy, uczyniłem się znowu widzialnym. To było bardzo łatwe. Nazajutrz zabiłem człowieka, którego mijałem na ulicy.

 

Niedaleko od mojego domu mieszkała dziewczyna, miała na imię Mary. Miała wówczas czternaście lat. Pożądałem jej równie mocno, jak pożądały mnie tamte, z Jaskini Poza Czasem i Przestrzenią. Kiedy zobaczyłem się z Guru, a Guru się skłonił, opowiedziałem mu o tej dziewczynie. Guru spojrzał na mnie, bardzo zdumiony.

- Doroślejesz, Piotrze - powiedział.

- Dorośleję, Guru. Bliska jest chwila, w której twoje słowa bada dla mnie za słabe. 

Guru roześmiał się.

- Chodź, Piotrze - rzekł. - Chodź za mną, jeśli masz życzenie. Jest pewna sprawa, która musi być rozstrzygnięta.

Przesunął jeżykiem po swoich wąskich, purpurowych wargach i dodał:

- Wspominałem ci, co to będzie.

- Pójdą - powiedziałem. - Naucz mnie słowa. 

Guru nauczył mnie słowa i wypowiedzieliśmy je jednocześnie.

Miejsce, w którym znaleźliśmy się zaraz po tym nie przypominało żadnego z miejsc, w których byłem z Guru poprzednio. To było Niemiejsce. W innych miejscach zwykle dawało się zauważyć chociaż pozorny ruch czasu i materii, tam zaś nie było nic - nawet pozoru. Tam Guru i inni porzucali swoje widzialne kształty i stawali się tym, czym byli naprawdę. Tylko w Niemiejscu mogli tego dokonać, w żadnym innym.

To nie była Jaskinia, bo Jaskinia była Poza Czasem i Przestrzenią, a to miejsce nie dawało się umiejscowić. Dlatego to było Niemiejsce.

Nie ma słów, pozwalających opisać to, co się tam działo. Powiem tylko, że przedstawiono mnie pewnym istotom, które nigdy stamtąd nie odchodzą. Wszyscy muszą przychodzić do nich. Istoty te nie mają nawet pozoru barwy czy też kształtu.

Wówczas dowiedziałem się, że mogą zostać jednym z nich, że wybrano właśnie mnie, jedynego z mojej planety. Nie musiałbym jednak wiecznie przebywać w Niemiejscu, jak one, mógłbym żyć jak dotychczas. Odeszliśmy z Guru, wypowiadając słowo.

- A więc? - Guru żądał decyzji, patrząc mi w oczy.

- Zgadzam się - powiedziałem. - Ale teraz, naucz mnie jednego słowa...

- Aha - powiedział, uśmiechając się obleśnie. - Dziewczyna?

- Tak - powiedziałem. - Potrzebuję słowa, które będzie dla niej znaczyło wiele.

Guru nauczył mnie tego słowa, a obleśny uśmiech nie schodził mu z warg.

Mary, która wówczas miała czternaście lat, ma dzisiaj piętnaście i jest, jak mówią, nieuleczalnie chora psychicznie.

 

Zeszłej nocy znowu widziałem się z Guru - już po raz ostatni. Kiedy się zbliżyłem, skłonił się nisko.

- Piotrze - powiedział ciepło.

- Naucz mnie słowa - odpowiedziałem.

- Jeszcze nie jest za późno, Piotrze.

- Naucz mnie słowa.

- Jeszcze możesz się cofnąć. Za pomocą wiedzy, którą zdobyłeś, możesz opanować świat. Pomyśl, Piotrze! Nieprzebrane ilości złota, sardonyks, klejnoty! Zwały przepysznego aksamitu, ciężkie, haftowane gobeliny!

- Naucz mnie słowa.

- Pomyśl, Piotrze, o domu, który mógłbyś zbudować. O domu z białego marmuru, pośrodku każdej bryły migoczący rubin. Brama tego domu byłaby z kutego złota, a sam dom zbudowany wokół strzelistej wieży z kości słoniowej, wyrastającej na całe mile w turkusowe niebo. Twoje oczy odpoczywałyby na płynących w dole obłokach.

- Naucz mnie słowa.

- Mógłbyś rozgniatać w ustach winne grona o smaku roztopionego srebra. Mógłbyś bez końca słuchać śpiewu słowików wschodu i śpiewu skowronków, śpiewu dźwięczącego tak, jak dźwięczałaby gwiazda poranna, gdyby mogła śpiewać. Twoje nozdrza wypełniałaby wiecznie woń spikanardu, kwitnącego tysiące tysięcy lat. Twoje dłonie dotykałyby puchu purpurowych łabędzi himalajskich, miększego od obłoków zachodu.

- Naucz mnie słowa.

- Mógłbyś posiadać kobiety o wszystkich odcieniach skóry - od czerni hebanu do bieli śniegu. Mógłbyś posiadać kobiety twardsze od krzemieni i kobiety miększe od obłoków zachodu.

- Naucz mnie słowa.

Guru skrzywił wargi w złym uśmiechu. A potem nauczył mnie słowa.

Nie wiem, czy wypowiem to słowo, ostatnie słowo, którego nauczył mnie Guru. Może wypowiem je dziś, może jutro, a może dopiero za rok.

To jest słowo, które rozsadzi tę planetę - tak, jak laska dynamitu rozsadza przegniłe jabłko.

 

Przełożył Andrzej Sapkowskl

 

 

 

 

 

Cyril M. KORNBLUTH - urodził się w 1923 roku w Nowym Jorku. Od najmłodszych lat związany był z amerykańskim fandomem SF. Jako autor krótkich opowiadań zadebiutował już w wieku 15 lat. Swoją obecność na rynku wkrótce ugruntował licznymi tekstami publikowanymi przez większość liczących się magazynów. Swoje opowiadania podpisywał wówczas pseudonimami S. D. Gotiesman i Cecil Corwin.
Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Stanowym w Chicago wstąpił do wojska. Brał udział w kampanii europejskiej. Po powrocie do USA pracował jako dziennikarz w Trans-Radio-Press w Chicago. Od 1951 roku zajął się profesjonalnie pisarstwem. Zmarł w wieku 35 lat w 1958 roku. W literackim dorobku Kornblutha najwyżej cenione są opowieści napisane wspólnie z Frederickiem Pohlem: "The Space Merchants" (1953), "Wolfbane" (1959), "Search the Sky" (1954) oraz z Judith Merril: "Outpost Mars" (1952) i "Gunner Cade" (1952)

 

 

 

 





Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór