Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Robert Stratton

Hobby doktora Travena

 

 

I

Doktor Harold P. Traven był dentystą. Przez sześć godzin dziennie, od dziewiątej do trzeciej po południu, z wyjątkiem piątków i sobót, leczył, czyścił i wyrywał ludzkie zęby, a czynił to w St. Matthews North Bellevue Clinical Infirmary and Research Hospital. (Amerykańskie szpitale mają niezmiernie długie nazwy i równie długie korytarze; wpływa to doskonale na prestiż przedsiębiorstwa, czyli na ceny usług lekarskich.)

Następnie, od poniedziałku do czwartku włącznie, między godziną piątą a siódmą trzydzieści wieczorem, dr Traven znów leczył, czyścił i wyrywał ludzkie zęby, z tą tylko różnicą, że czynił to w swym prywatnym gabinecie przy 92 Ulicy Zachodniej na Manhattanie.

Ten tryb życia trudno by było określić jako szczególnie urozmaicony. Nic też dziwnego, że Harold Traven żywił obrzydzenie do swego zawodu. Nie znosił sterylnego gabinetu, dyrekcji szpitala, wszystkich swych pacjentów z prywatnymi włącznie, a nawet narzędzi, którymi zresztą posługiwał się z niezwykłą biegłością i precyzją elektronicznego robota. Programowo nie czytywał żadnych fachowych periodyków, w których popisywali się odkryciami za pięć centów świeżo upieczeni doktorkowie, ani opasłych tomów zgłębiających problematykę chirurgii szczękowej. Nie uczestniczył w dorocznych zjazdach Stowarzyszenia Stomatologów. Od lat nie odpowiadał na żadne listy tej organizacji, pełne na przemian pochlebstw i pogróżek. Stowarzyszenie miało swoje powody, aby kokietować Travena mimo jego okropnych manier.

Jakby tego było jeszcze mało, Traven uporczywie odmawiał wypróbowywania nowych, absolutnie cudownych leków przeciw paradentozie lub próchnicy, którymi to lekami w formie próbek zasypywały go co tydzień niezliczone firmy farmaceutyczne. Ze szczególną satysfakcją wrzucał do kosza prospekty koncernu Prittle'a. Podpisywał je niejaki Bili Badavski, o którym Traven miał od dawna wyrobione zdanie. Uważał go mianowicie za hochsztaplera i aferzystę. Wystarczało rzucić okiem na jego kserografowany podpis, aby nie mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Bywało i tak, że po otrzymaniu prospektu Traven tracił humor na cały dzień. Działo się to wówczas, gdy do kolejnego prospektu była dołączona "opinia naukowa" wiceprezesa Stowarzyszenia Stomatologów, doktora Paula Ryana. Ten człowiek wierzył we fluor i w nic poza tym. Gdyby naród amerykański usłuchał rad szanownego wiceprezesa, dawno już wymarłby wskutek masowego zatrucia i defektów genetycznych. Jeżeli tylko nowy specyfik zawierał fluor, Ryan bez namysłu smarował entuzjastyczną opinię, obliczał procent cudownych wyleczeń i pozwalał dołączyć ten bezwstydny chłam do prospektu reklamowego. Och, nie za darmo, oczywiście. Paul Ryan na pewno podpisałby "orzeczenie naukowe", że po nowym specyfiku odrastają usunięte zęby, gdyby temu towarzyszyła odpowiednia zachęta materialna ze strony producenta specyfiku. Ciekawe, swoją drogą, jak też mogły wyglądać zeznania podatkowe doktora Ryana. Ale nawet nie to było najważniejsze. Paul Ryan konkurował z Travenem w pewnej dziedzinie nie mającej nic wspólnego z jamą ustną. Czynił to w sposób nędzny, nielojalny i podstępny. Te cechy osobowości można było zresztą bez trudu wydedukować na podstawie idiotycznych zygzaków w podpisie Ryana. Harold Traven umiał czytać w ludzkich podpisach jak w otwartej księdze.

Pacjenci Travena, zwłaszcza prywatni, byli na ogół ludźmi nie pierwszej młodości. Przepełniała ich zgryźliwość z powodu nie spełnionych nadziei życiowych i ostra niechęć wobec losu, który nie tylko nie przyniósł oczekiwanych triumfów, lecz zsyłał jeszcze ohydny ból górnej trójki, a zaraz potem zapalenie okostnej. Zapewne dlatego Traven nigdy nie uskarżał się na brak pacjentów. Cenili go za małomówność, rzeczową opryskliwość, tak różną od słodkiego ćwierkania innych dentystów, a także za staroświeckie instrumenty lekarskie i manifestacyjną, cyniczną niewiarę w postępy medycyny lub stomatologii. Aby dać wyraz swej pogardzie dla nowinek, Traven ostentacyjnie trzymał na stoliku w poczekalni kompletnie wyszarzały, postrzępiony od czytania numer "National Geographic Magazine" sprzed dwudziestu czterech lat oraz któryś z wczesnych kryminałów Gardnera. Na ścianie widniała reprodukcja "Wioślarzy", całkiem już popielata od ścierania kurzu.

Życie prywatne Harolda Travena również nie należało do szczególnie udanych. Pierwsza żona opuściła go w rok po ślubie, raczej z nudów niż dla jakiejkolwiek innej przyczyny, którą można by było ustalić. Druga żona odeszła po szesnastu latach pożycia nie trudząc się nawet, aby zostawić w sypialni list z wyjaśnieniem motywów swej decyzji. Wiedziała zapewne, że mąż i tak listu nie przeczyta; takie sprawy nie interesowały go już od trzydziestu lat.

Starszy syn, który nigdy za papą nie przepadał, dawno już wyjechał do Arizony, gdzie podobno prowadził warsztat naprawy robotów albo może sam te roboty wytwarzał. Młodszy syn studiował w wojskowej akademii lotniczej i szukał każdego możliwego pretekstu, aby na wakacje nie przyjeżdżać do Nowego Jorku. Zdaje się, że miał zamiar zostać astronautą. Astronautą! Córka... ale Traven nie był właściwie pewien, czy ma córkę. To płaczliwe dziewczę, które przez jakiś czas pętało się po domu, a potem zniknęło na zawsze w nieokreślonej przestrzeni Nowej Anglii, było chyba remanentem z pierwszego małżeństwa drugiej żony. A może na odwrót: z drugiego małżeństwa pierwszej żony. Nie były to kwestie zdolne zaprzątać uwagę dr Travena na okres dłuższy niż pięć do siedmiu minut. Nawet pod groźbą kary nie umiałby sobie przypomnieć okoliczności, które sprawiły, że aż dwukrotnie stał się mężczyzną żonatym. Harold Traven nie zamierzał zmieniać ani swego trybu życia, ani cech usposobienia. Byłby człowiekiem bezgranicznie szczęśliwym, gdyby nie przeklęta praktyka dentystyczna. Musiał ją jednak uprawiać. Przy stosunkowo niewielkim wysiłku dostarczała mu wcale pokaźnych środków finansowych. Dentyści w Stanach Zjednoczonych należą do ścisłej czołówki finansowej zawodu lekarskiego, tuż obok psychoanalityków i specjalistów od chirurgii serca. A potrzeby finansowe miał Traven ogromne, dużo większe niż wielu jego kolegów ciułających na następny dom, urlop na Hawajach i czwarty samochód. Życie Travena było bowiem bez reszty wypełnione czymś, co potocznie określa się jako hobby, choć wielu psychiatrów wolałoby w tym przypadku mówić o monomanii. Doktor Traven zbierał rękopisy.

W bardzo wczesnej młodości, jeszcze podczas nauki w szkole średniej w New Rochelle zafascynował go fakt, że każdy człowiek tworzy właściwie zupełnie nowe, odrębne pismo. Jest to niezbywalna cecha indywidualna, przypisana do człowieka na zawsze, równie niepowtarzalna jak odciski palców. Nie można się nigdy wyzbyć cech własnego pisma - nawet u schizofreników pewne jego cechy pozostają niezmienne - i zarazem niepodobna podrobić dłuższego tekstu, pochodzącego od innej osoby. Pisząc najbanalniejszą notatkę pozostawiamy po sobie nie tylko trwały ślad własnej osobowości, lecz również ślad przemijającej chwili, gdyż nasze pismo zmienia się nieustannie z upływem lat.

Traven z amatorstwa zaczął studiować grafologię, był przez jakiś czas nieoficjalnym ekspertem grafologicznym szeryfa w New Rochelle, potem wpadła mu w rękę historia pism Dalekiego Wschodu - i tak się to wszystko zaczęło. Nie bez znaczenia był fakt, że Traven od dzieciństwa miał wyjątkowe uzdolnienia graficzne. Gdyby nie upór ojca, który życzył sobie dla syna dochodowego i poważnego zawodu, młody Harold na pewno zająłby się grafiką reklamową, może nawet malarstwem. Kilka dowcipnych szyldów autorstwa Travena do dziś zdobi tawerny i zajazdy w okolicach New Rochelle.

Zwrot w jego życiu nastąpił podczas wojny. Spędził ją jako młodszy asystent chirurga szczękowego w szpitalu armijnym, wędrującym z wojskami MacArthura po całej niemal południowo-wschodniej Azji. Pięciokrotnie znalazł się pod japońskimi bombami. Był trzykrotnie kontuzjowany. Dwa razy znalazł się o krok od śmierci wskutek ukąszeń jadowitych pająków. Chorował na malarię, dyzenterię i gorączkę tropikalną. W wielu niebezpiecznych sytuacjach wykazał tyle zimnej krwi i zaradności, że na wniosek komendanta szpitala otrzymał medal Purple Heart, przyznawany w zasadzie tylko za waleczność w obliczu nieprzyjaciela. Traven nie był lubiany przez kolegów, zgodnie jednak uznali oni odznaczenie za uzasadnione. Ostatecznie to on podczas bombardowania rzucił się na pojemnik z plazmą krwi, aby go własnym ciałem osłonić przed odłamkami. Dziesięć galonów tej plazmy uratowało życie setkom rannych żołnierzy piechoty morskiej.

Kiedy w październiku 1945 roku Harold Traven wracał do kraju, aby dokończyć przerwane przez wojnę studia, wiózł ze sobą sześć ogromnych kufrów wypełnionych po brzegi najrozmaitszymi rękopisami. Wiózł je oczywiście na koszt rządu federalnego, ponieważ Kongres uznał, że mienie zdobyczne powracających z frontu GI nie podlega ani kontroli celnej, ani żadnym ograniczeniom co do łącznego ciężaru. Wielu obrotnych ludzi zrobiło niezłe fortunki na wspaniałomyślności Kongresu. Traven znał majora saperów, który w stalowej skrzyni przywiózł około pięciuset szczerozłotych posążków Buddy. Szybko je przetopiono na złom. Znany był też przypadek pewnego podporucznika marynarki, który przywlókł ze sobą przez ocean pełną zastawę porcelanową z pałacu szoguna w Kyoto. Oczywiście fałszywą. A późniejszy senator D., który ograbił całą wyspę Hokkaido z posążków bogini Ise?

Traven wiózł ze sobą tylko manuskrypty. Nie wiedział jeszcze wtedy, jak bardzo zaważą na jego dalszym życiu.

Czegóż tam nie było! Starojawajskie eposy, spisywane tuszem roślinnym na wyschniętych i nawoskowanych liściach palmowych. Pisane srebrnym atramentem, bogate od złoceń egzemplarze Koranu z Malajów i Moluków. Bezcenne zwoje jedwabne z Chin, Japonii i Korei, pokryte milionami przepięknie kaligrafowanych ideogramów. Prywatne listy nieznanych ludzi, pisane w jakichś niepojętych alfabetach, i święte kroniki klasztorów buddyjskich, gdzie skrybom czas płynął powoli, z niewątpliwym pożytkiem dla urody ich pisma. Ceremonialne petycje jakichś dworaków, gdzie proporcje marginesów same przez się były dziełem sztuki, i rękopiśmienne powieści znad Mekongu, Irrawadi i Gangesu.

Zdobycie prawie czterech tysięcy manuskryptów - bo tyle ich liczył pierwszy katalog kolekcji Travena - było wówczas raczej kwestią odpowiedniej pomysłowości niż pieniędzy. W latach wojny mało kto na Dalekim Wschodzie domyślał się, że stare pobazgrane papierzyska, których często używano do pakowania warzyw na bazarach, mogą mieć jakąś realną wartość. Zresztą pod koniec wojny dla oficera zwycięskiej armii stały otworem również wszystkie antykwariaty, których właściciele dobrze znali wartość swych towarów. Na rychły powrót turystów nie można było liczyć, a zwycięzcy dysponowali żywnością, dolarami i nieopisaną ilością użytecznego sprzętu. Traven szybko się w tym zorientował. Faktem jest, że najcenniejszy okaz swej pierwszej kolekcji - kunsztownie kaligrafowany życiorys Konfucjusza - kupił w Manili za karton chesterfieldów. Był z usposobienia kolekcjonerem i jak każdy kolekcjoner sens posiadania zbiorów upatrywał w wiecznym ich porządkowaniu i klasyfikowaniu. Nie interesowała go początkowo materialna wartość manuskryptów. Obok bezcennych zabytków kultury orientalnej umieszczał zupełnie współczesne, niekiedy w ogóle bezwartościowe rękopisy, jeśli odznaczały się pięknym i oryginalnym pismem. Zdumiewała go ciągle jedyność każdego rękopisu z osobna, jego osobliwa niepowtarzalność. Trzymając w dłoni list czy pojedynczą stronicę z jakiejś dawno nie istniejącej księgi rękopiśmiennej stale miał wrażenie, że patrzy w oczy nieznanemu człowiekowi, który ten tekst pisał, inwestując w niego minuty i godziny własnego życia. Taka świadomość może niekiedy działać jak narkotyk.

Porządkowanie pierwszego zbioru i cierpliwy opis wszystkich pozycji zajęły Travenowi prawie cztery lata. Właśnie wtedy cudze zęby i własne życie rodzinne zeszły u niego na daleki plan. Stały się uciążliwą koniecznością, odrywającą Travena od jedynego zajęcia, jakie go naprawdę interesowało. Nigdy nie miał wielu przyjaciół, lecz w tym okresie nawet ci nieliczni, którzy cierpliwie znosili jego mrukliwość i arogancję, ostatecznie zniknęli z horyzontu. Z jednym tylko wyjątkiem niejakiego Marvina Breechera, o którym będzie jeszcze mowa.

Mniej więcej wtedy, gdy Traven skończył porządkowanie swej kolekcji, z Europy zaczęły napływać do Stanów nowe partie manuskryptów, niekiedy bardzo rzadkich. Kupowali je ze grosze żołnierze amerykańscy, głównie w Niemczech i we Włoszech. Były to w Europie lata głodu, chłodu, czarnego rynku, lecz i łatwych fortun, jeśli ktoś miał głowę nie od parady. Na widok pierwszych inkunabułów norymberskich i bolońskich kantyczek z XIV wieku Traven dosłownie stracił głowę. W ciągu jednego dnia zdecydował, że nie będzie się już ograniczał do manuskryptów orientalnych. Uroda littera oxoniensis, cudownej fraktury klasztornej, uncjały karolińskiej, a także bastardy kancelaryjnej, która jakoś wtedy wyjątkowo obrodziła w Nowym Jorku - to wszystko wtrąciło go w namiętność porównywalną z dreszczami hazardzisty.

Wkrótce zaprzyjaźnił się ze wszystkimi poważniejszymi antykwariuszami na Manhattanie i stał się klientem na tyle pożądanym, że zawiadamiano go telefonicznie o każdym kolejnym transporcie z Europy. Nikt nie wie i nie będzie już wiedział, ile bezcennych zabytków kultury europejskiej przepłynęło wtedy do Stanów. Antykwariusze cenili sobie dziwnego klienta. Albo płacił bez wahania gotówką, albo oferował w zamian różne cuda z Dalekiego Wschodu, które najchętniej kupowały na pniu wyspecjalizowane muzea i biblioteki.

Właśnie wtedy - była to chyba wiosna 1948 roku - okazało się, że Traven ma konkurenta. Był to nie znany mu wówczas osobiście doktor Paul Ryan, najsłynniejszy dentysta powiatu Westchester. A czym jest powiat Westchester - wyjaśniać nie trzeba.

Sława doktora Ryana wynikała nie tyle ze szczególnie udanych zabiegów, bo różnie o tym mówiono, co raczej z faktu, że nosił wąsik a la Adolf Menjou, ubierał się wyłącznie w firmie Brooks Brothers, grywał na pianinie Oh, my darling Clementine, no i bardzo pomysłowo wżenił się w rodzinę Whitemore'ów, którzy już wówczas byli właścicielami połowy powiatu Westchester i trzech czwartych powiatu Tarreytown ("och, te ziemie są w posiadaniu naszej rodziny jeszcze od czasów kolonialnych"), nie mówiąc o innych drobnostkach w rodzaju pakietu akcji Standard Oil czy apetycznej porcji udziałów w firmie maklerskiej Brown, Lynch and Merrill.

Ryan właściwie mógłby w ogóle nie pracować. Jednakże szanowna małżonka, która go kupiła niczym rasowego buhaja z rodowodem, uznała, że będzie rzeczą w dobrym guście, jeżeli Paul otworzy prywatną praktykę lekarską. Zaraz po studiach urządzono mu gabinet i sprowadzono pierwszych pacjentów z sąsiedztwa. Były to najczęściej piekielnie bogate, piekielnie głupie i piekielnie rozhisteryzowane baby, które Paul bezceremonialnie usypiał na fotelu jakąś modną wówczas odmianą chloroformu. Za wizytę brał trzy razy więcej niż jego doświadczeni koledzy na Park Avenue. Jest to niezawodny sposób na zrobienie sobie reklamy. Już po roku do Westchester zaczęli zjeżdżać pacjenci z miasta, zwabieni cenami i rozgłosem "tego wspaniałego doktora".

Wtedy małżonka uznała, że na pewnym poziomie socjalnym wypada mieć hobby. Mowa była najpierw o gigantycznym akwarium z najrzadszymi odmianami złotych rybek, potem o astronomii, potem o zbieraniu podstawek do piwa, w końcu stanęło na starych manuskryptach. Przypadkowo zresztą, ponieważ Mrs Ryan zobaczyła któregoś dnia u antykwariusza odręczny list Benjamina Franklina i pomyślała, że rzecz będzie w dobrym stylu. Kiedy autograf oprawiono w ramkę powleczoną osiemnastokaratowym złotem, państwo Ryan zgodnie uznali, że jest to niezły conversation piece, przedmiot nadający się do omawiania w towarzystwie. Od tego czasu w kołach zbliżonych do Westchester Country Club zaczęto mówić, że "ten nasz cudowny Paul" ma naprawdę wspaniałą kolekcję rękopisów.

Ryan był oczywiście zupełnym bęcwałem i żadne stare papiery naprawdę nie interesowały go ani trochę. Nie potrafiłby rozróżnić fraktury gotyckiej od renesansowej neoantykwy. Z powodu swego nieuctwa kupował raz po raz bezwartościowe kopie współczesne, kiedy indziej przegapiał rzadkie i cenne okazy, zwłaszcza gdy były niepozorne i źle wyglądałyby w złoconych ramkach. Kupował jednak wiele i systematycznie podbijał ceny. Miał po prostu bardzo dużo pieniędzy, mnóstwo wolnego czasu i ambitną żonę. No i najlepsze towarzystwo, które co pewien czas urządzało formalne najazdy na pałacyk Whitemore'ów, aby podziwiać nowe nabytki w kolekcji P aula.

W ten sposób na rynku antykwarycznym Nowego Jorku spotkali się aż dwaj dentyści zbierający stare rękopisy. Nowy Jork jest miastem-potworem, w którym co godzina zdarzają się najbardziej nieprawdopodobne rzeczy, ten jednak zbieg okoliczności był statystycznie tak niezwykły, że Traven musiałby znienawidzić swego konfratra i konkurenta, nawet gdyby sam był aniołem.

Traven każdą wolną chwilę poświęcał studiom nad historią pisma, ślęczał w bibliotekach, sprowadzał rzadkie wydawnictwa z zagranicy, szperał, rysował, porównywał. Prowadził też własnoręcznie ilustrowany atlas historii pisma. Jego objętość już po dwóch latach przekroczyła tysiąc kart.

Po trzydziestu latach atlas liczył osiem tysięcy stron. Pismo ludzkie nie miało już dla Travena tajemnic. Nie znał wprawdzie żadnego języka obcego poza niemieckim, którego musiał się pobieżnie nauczyć, gdyż w ojczyźnie druku wydano największą ilość źródeł do dziejów pisma, lecz jego biegłość zaczęła z biegiem czasu zdumiewać zawodowych historyków. Tak czasem bywa ze szczególnie wytrwałymi amatorami, którzy potrafią przez kilka dziesięcioleci skoncentrować się na jednej wybranej dziedzinie i wówczas wiedzą o niej naprawdę więcej niż najbieglejsi specjaliści.

Nie umiejąc ani słowa po arabsku, Traven jednym rzutem oka potrafił odróżnić syryjski styl pisma arabskiego od stylu zwanego mezopotamskim. Nie znając języka hindi, z łatwością wykrywał pomyłki kopisty w ręcznie przepisanym tekście Mahabharaty. Z rozmieszczenia kropek w rękopisie aramejskim wnioskował - zawsze trafnie - o rodzaju trzciny, jakiej używał pisarz, co umożliwiało znacznie dokładniejsze datowanie zabytku. Z pochylenia kresek w napisach attyckich umiał wydedukować, czy dłuto kamieniarza pochodziło z Peloponezu czy z Damaszku. Napisy rzymskie datował na podstawie fotografii z dokładnością do trzydziestu lat. Tajniki kaligrafii chińskiej, tysiąc odmian papieru, wężyki ligatur w starych manuskryptach łacińskich, pokręcone alefy w ornamentalnym piśmie hebrajskim, subtelności uncjały merowińskiej i karolińskiej, toporne krzaczki najstarszej głagolicy, pisma Khmerów i Birmańczyków - w tym wszystkim Harold Traven umiał czytać jak w otwartej księdze, i to tylko na podstawie nadzwyczajnej pamięci wzrokowej oraz solidnych, długotrwałych studiów.

Odkąd Paulowi Ryanowi ktoś powiedział, że stare papiery mogą być niezłą lokatą kapitału, tempo jego zakupów wzrosło, choć jego wiedza o przedmiocie ani na jotę nie wzrastała. Gubił się w stertach papieru i sam już nie wiedział, co posiada. Natomiast Traven stał się z końcem lat pięćdziesiątych uznanym autorytetem w dziedzinie historii pisma - najpierw w Stanach Zjednoczonych, a potem również w Europie. Kiedy w "Paleographic Quarterly Review" ogłosił obszerny, własnoręcznie ilustrowany szkic o historii północnej odmiany pisma devanagari i jej związkach z paleografią sanskrycką - muzea amerykańskie i europejskie zaczęły się do niego zwracać z prośbą o konsultacje.

Ekspertyzy doktora Travena trwały długo, zazwyczaj przez wiele tygodni. Dostarczone teksty lub ich próbki były badane wielokrotnie i bardzo wnikliwie, pod mikroskopem, w specjalnej aparaturze optycznej skonstruowanej według wskazań Travena, często z użyciem różnych odczynników chemicznych, których skład pozostawał tajemnicą eksperta. Opinie Travena miały charakter ostateczny. Nie było wypadku, aby ktokolwiek zechciał je podważyć, zwłaszcza po głośnej sprawie "rękopisu z Bab el-Mandel", którzy przez osiemdziesiąt lat fascynował egiptologów. Traven dowiódł ponad wszelką wątpliwość, że był to wyjątkowo zręczny falsyfikat pochodzący z pierwszego ćwierćwiecza XIX wieku.

Fachowe ekspertyzy Travena miały zawsze tę samą postać. Był to złożony w szesnastkę arkusz ręcznie czerpanego papieru z najlepszej papierni holenderskiej, oprawiony w pąsowy safian i zapisany równym, starannie cieniowanym pismem Travena. Oczywiście żadne idiotyczne wynalazki w rodzaju maszyny do pisania nie wchodziły w rachubę. Wiele muzeów od razu wpisywało ekspertyzy Travena do katalogu cennych rękopisów. Praca rzeczoznawcy była na ogół płatna, lecz nie tak hojnie, żeby Traven mógł sobie pozwolić na porzucenie stomatologii. Zwłaszcza że jego kolekcja pochłaniała coraz więcej pieniędzy, w miarę jak przybywało w niej coraz rzadszych i coraz droższych okazów. Szef londyńskiego antykwariatu Sotheby, któremu Traven pozwolił kiedyś przejrzeć swój katalog, mruknął ironicznie, że za następne dziesięć lat mediewiści z Oksfordu będą się ubiegać o stypendium na studiowanie zbiorów Harolda Travena.

Z początkiem 1979 roku zbiór rękopisów Travena liczył trzydzieści osiem tysięcy czterysta pięćdziesiąt pięć skatalogowanych pozycji oraz około czterech tysięcy dubletów i egzemplarzy przeznaczonych na sprzedaż lub wymianę.

Harold Traven był posiadaczem oryginalnych próbek ponad jedenastu tysięcy pism i alfabetów.

II

W każdy czwartek wieczorem, po zamknięciu gabinetu na 92 Ulicy Zachodniej, Traven doznawał uczucia człowieka, który wyszedł na wolność po długim pobycie w więzieniu. Miał przed sobą pełne trzy dni wolności.

Pogwizdując beztrosko, wsiadał w swój surrealistyczny samochód nieokreślonej marki, który poruszał się wyłącznie wskutek wyjątkowej przychylności losu, gdyż z punktu widzenia praw mechaniki było to niemożliwe już od ćwierćwiecza. Traven nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy kupił tę poczciwą landarę.

Jechał najpierw do niewielkiego sklepiku spożywczego przy Drugiej Alei, z którego właścicielem, niejakim panem Goldbaumem, miał od wielu lat stałą umowę. Chodziło o to, że w ciągu tych trzech wolnych dni Travenowi szkoda było czasu na chodzenie do restauracji czy pichcenie posiłków, a coś jednak jeść musiał. Dlatego pan Goldbaum przygotowywał mu zapas żywności tak przemyślnie zapakowany w torebki i pojemniki, że kolejne posiłki można było przyrządzać bez zbędnej zwłoki. Wystarczało kilka ruchów ręki.

Traven zabierał od Goldbauma czubate torby, których zawartości nigdy nie sprawdzał, ponieważ właściciel sklepu znał jego proste upodobania, potem uruchamiał swój wyrozumiały samochód i jechał do siebie. Oczywiście nie do domu, który uważał za nieprzytulną sypialnię i jak gdyby przedłużenie dwóch znienawidzonych gabinetów dentystycznych, lecz do miejsca, w którym przeżywał najpiękniejsze chwile swego życia.

Miejsce to zostało zlokalizowane na Bleecker Street, w centrum sławnej niegdyś dzielnicy cyganerii artystycznej Greenwich Village. Miało postać dziewięciu obskurnych, ciemnych, cuchnących stęchłym kurzem pokoi. Zajmowały one całe piętro pewnej dziewiętnastowiecznej rudery o nieokreślonej barwie. Traven wynajął to pomieszczenie przed dwudziestu sześciu laty i nie miał najmniejszego zamiaru opuszczać swej nory, dopóki nie przyjadą potężne spychacze, aby zrobić miejsce dla kolejnego wieżowca bankowego ze szkła i stali.

Kurz i stęchlizna nie przeszkadzały Travenowi. Jego zbiory znajdowały się w szczelnych sejfach stalowych, odpornych na ogień i wilgoć. Trzy razy na dobę samoczynnie włączał się sterylizator ultrafiołkowy, bezlitośnie niszczący każdą pojedynczą bakterię i zarodnik grzybni. Elektroniczny klimatyzator czuwał nad odpowiednią wilgotnością i temperaturą powietrza, a filtr elektrostatyczny zbierał kurz dużo skuteczniej, niż mogłaby to uczynić jakakolwiek sprzątaczka. Wyposażenie kosztowało majątek. Aby je skompletować, Traven musiał sprzedać pewien cudownie iluminowany rękopis gazel perskich z XVIII wieku. Ale teraz tego wiecznie czujnego superdozorcy mogłoby mu pozazdrościć każde muzeum. I każda właściwie biblioteka. O sypialni nie ma potrzeby wspominać. Zdobił ją wyleniały tapczan zasłany nie najświeższą pościelą oraz koślawy regał z książkami "do czytania". Dotyczyły historii Sumerów, mitów kreteńskich i teologii Esseńczyków.

W ostatnim, największym pokoju, którego okno wychodziło na plugawe, mroczne, wiecznie zaśmiecone podwórko, Traven urządził swój warsztat pracy. Stały tam trzy biurka o rozmaitych poziomach, ogromna oszklona biblioteka we wczesnym stylu kolonialnym, podręczne sejfy i ze dwadzieścia skomplikowanych aparatów do analizy manuskryptów. Mikroskop, rzutnik, lampa fluorescencyjna, kopiarka z urządzeniem do powiększania obrazu, a także kilka podświetlanych ekranów zaprojektowanych osobiście przez Travena, umożliwiających dostrzeżenie nawet najmniejszego poślizgu trzciny, pióra lub rylca.

Tam - i tylko tam - doktor Harold Traven żył pełnią życia.

W ów pamiętny czwartek, szóstego września 1979 roku, Traven nie mógł się doczekać chwili, kiedy wreszcie zasiądzie przy swoim biurku na Bleecker Street. Zdaje się nawet, że ostatniemu pacjentowi przez roztargnienie źle założył plombę. Czuł się jednak rozgrzeszony. Czekała go przygoda, jakiej chyba nigdy przedtem nie zaznał.

Dwa dni wcześniej, we wtorek, zgłosił się do Szpitala Św. Mateusza młody, dość wymizerowany człowiek, skarżący się na ból górnej czwórki. Nie wyglądał na pacjenta, którego stać na zabieg w tak kosztownym szpitalu. Traven jednak nie zajmował się administracją i nigdy nie zastanawiał się, czy jego szpitalni pacjenci mają wystarczająco zasobne konta. Szybko uśmierzył ból i szykował się do zabiegu słuchając ze znudzeniem gadaniny pacjenta.

Młody człowiek, jak twierdził, był do niedawna marynarzem. Pływał na panamskich drobnicowcach, żeby poznać świat, potem przeniósł się na liberyjskie tankowce, żeby zarobić. Osiem razy opłynął świat dookoła, w końcu, wiosną 1976 roku, spadł z trapu podczas postoju statku w Bangkoku i spędził trzy miesiące w miejscowym szpitalu, lecząc złamaną nogę i dwa żebra. Potem wałęsał się przez rok po Tajlandii, dotarł do Laosu, był w Birmie. Przed trzema miesiącami wrócił do Stanów. Mieszka na razie u siostry - to ona właśnie płaci za leczenie jego zębów - i chce pójść do wieczorowej szkoły dla hydraulików. To fajnie płatny zawód, nie? Ale to, niestety, sporo kosztuje, a on nie ma praktycznie nic. Z trzyletniej włóczęgi przywiózł tylko małą śmieszną małpkę, która zresztą już zdechła, i pęk jakichś starych syjamskich papierzysk. Wyglądają na stare, nawet bardzo stare. Czy pan doktor przypadkiem nie wie, kto mógłby ocenić ich wartość? Może te rupiecie uda się jakoś sprzedać, bo podobno są tacy, którzy to zbierają?

Traven drgnął i zatrzymał w powietrzu rękę ze szczypcami. Przez chwilę podejrzewał, że tego cwaniaczka nasłał na niego Ryan. Młody człowiek nie sprawiał jednak wrażenia, że jego inteligencja wystarcza do odegrania roli tajnego agenta. Dokładając starań, aby zachować całkowicie obojętny wyraz twarzy, Traven polecił pacjentowi, aby przyniósł te papiery nazajutrz. Albo jeszcze lepiej w czwartek. On, Traven, przypadkowo się tym trochę interesuje i może będzie mógł coś pomóc.

W czwartek, punktualnie o dziewiątej rano, były marynarz pojawił się w szpitalu trzymając pod pachą zniszczoną płócienną torbę. Kiedy ją otworzył, Traven stracił dech z wrażenia.

W niedbale zwiniętym rulonie znajdowało się kilkadziesiąt manuskryptów o różnych formatach, gęsto zapisanych tak zwanym pismem świątynnym. Odznaczało się niezwykle rozbudowaną ornamentyką i starannym, niemal malarskim cieniowaniem liter. Nie były aż tak stare - na pierwsze wejrzenie wydawało się, że pochodzą z połowy lub schyłku XVII wieku - lecz wyjątkowa uroda pisma, jakość ryżowego papieru i zupełnie olśniewające zdobienia na bordiurach upewniły Travena, że ma do czynienia z rzadką zdobyczą. Nigdy jeszcze nie widział na własne oczy oryginału tajskiego pisma świątynnego. Znał je tylko z reprodukcji.

Mrużąc oczy i przerzucając od niechcenia zawartość rulonu, Traven powiedział zdenerwowanemu chłopcu, że są to rzeczy niezbyt cenne, bardzo już zniszczone i fatalnie przechowywane, zwłaszcza w ostatnim okresie. Nie są oczywiście zupełnie pozbawione wartości, ale młody człowiek powinien mieć trzeźwy pogląd na sprawę. Biorąc pod uwagę trudną sytuację finansową młodego człowieka, Traven gotów jest nabyć to wszystko za, powiedzmy, tysiąc dolarów. No, tysiąc dwieście, ale to już jest naprawdę ostateczna cena.

W istocie każdy fachowy antykwariusz zapłaciłby za rękopisy co najmniej dwadzieścia tysięcy i na pewno wyszedłby na swoje. Były marynarz nie miał nawet przybliżonego pojęcia o rzeczywistej wartości takich staroci; w jego środowisku stare rzeczy po prostu wyrzucano na śmiecie. Liczył na sto, może dwieście dolarów i to też pod warunkiem, że trafi na frajera. Zresztą miał swoje powody, aby się nie targować. Zażądał tylko wypłaty gotówką, ponieważ słusznie przypuszczał, że żaden bank nie wypłaci mu takiej sumy na podstawie czeku. Nie wyglądał na dżentelmena, któremu płacą czekami.

Na pytanie, skąd pochodzą manuskrypty, marynarz odpowiedział niechętnie, że znalazł je w opuszczonej od dawna pagodzie buddyjskiej we wschodniej Tajlandii, niedaleko granicy laotańskiej. Traven, który pragnął mieć w swym katalogu możliwie najdokładniejszy opis znaleziska, domagał się jednak większej precyzji. Marynarz, wyraźnie już speszony, wyciągnął z kieszeni bluzy zatłuszczony notes, szperał w nim przez chwilę i wybąkał w końcu, że świątynia znajduje się w pobliżu miasteczka Lerng Nokhta, jakieś sto pięćdziesiąt mil na północny wschód od Bangkoku. Przeliterował dokładnie tę dziwaczną nazwę i znikł bez pożegnania, jakby się zapadł pod ziemię.

Traven nabrał pewności, że rękopisy zostały po prostu skradzione. Uznał jednak, że nie czyni mu to żadnej istotnej różnicy. Moralność kolekcjonerów rządzi się trochę odrębnymi prawami. Poza tym marynarz na pewno wyrzuciłby rękopisy na śmietnik, a u Travena zostaną przynajmniej ocalone dla ludzkości.

Dopiero na Bleecker Street, kiedy doktor Harold Traven zasiadł przy biurku i ostrożnie rozpakował zwój, zorientował się, co naprawdę zdobył.

Manuskryptów było łącznie sześćdziesiąt pięć. Najstarszy pochodził zapewne z XIII wieku, sądząc z barwy i faktury papieru, ostatni spisano zapewne pod koniec XVII wieku. Lecz to wszystko należało dopiero ustalić. Całość stanowiła najprawdopodobniej kronikę klasztoru lub świątyni buddyjskiej, spisywaną cierpliwie przez kilkunastu, a może i kilkudziesięciu skrybów w ciągu co najmniej czterystu lat. Wprawne oko Travena odkryło natychmiast powtarzającą się nazwę świątyni, a także dziwne, wężykowate słupki na marginesach, oznaczające zapewne daty zapisów.

Takim rarytasem nie mogło się poszczycić żadne muzeum na świecie. Tyle doktor Traven wiedział już od pierwszej chwili.

Przesiedział nad swą zdobyczą prawie całą noc, otrzepując manuskrypty z pyłu, wywabiając najbardziej widoczne plamy, przekładając arkusze płatkami japońskiej bibuły i rozkoszując się niewysłowionym pięknem pisma nieznanych mnichów. Przypominało delikatny, pulsujący ornament. Długie, zwarte, krzaczaste, a jednak obłe i pozbawione przerw wiersze sprawiały chwilami wrażenie wijących się węży.

W piątek Harold Traven wstał o szóstej rano, przełknął w pośpiechu śniadanie i przystąpił do opisywania manuskryptów. Zatopił się w tej pracy bez reszty. Pod oknem od strony ulicy odbywały się właśnie jakieś śmiertelne zawody gangu motocyklistów; przerywano je dopiero wówczas, gdy jeden z uczestników zabił się lub stracił przytomność po wypadku. Ryk silników napełniał ziemię i niebo, lecz nikt z nielicznych tu mieszkańców nie ośmielił się wezwać policji. Gang nikomu takich donosów nie wybaczał.

Traven słyszał to wszystko jak przez gęstą mgłę. Cudowne manuskrypty napełniły go bezmiarem szczęścia i dreszczem, którego naturę znają tylko wytrawni kolekcjonerzy.

Około godziny jedenastej trzydzieści Traven poczuł nagle, że w powietrzu pojawił się niezwykły, niemożliwy do nazwania zapach, tyleż miły co odstręczający. Przypominał woń rzadkich kwiatów tropikalnych, może ostre sery pleśniowe, może gnijące jesienne liście, a może coś jeszcze innego, czego nie można było nazwać ani porównać do czegokolwiek na świecie.

Traven odruchowo rozejrzał się dookoła, lecz pokój był cichy i pusty, jak zwykle. Nawet motocykliści zamilkli.

Dopiero po dłuższej chwili Traven zorientował się, że ów drażniący i przyciągający zarazem zapach wydobywa się z rękopisu, który właśnie trzyma w ręku.

Był to arkusz opatrzony prowizorycznie numerem 13, nieco większy w formacie, zdobiony szczególnie pięknym ornamentem roślinnym na górnym marginesie, zawierający dwa ozdobne inicjały wymalowane pozłotką z prawdziwego złota i głębokim błękitem roztworu lapis lazuli. Arkusz nr 13 różnił się od wszystkich pozostałych, lecz początkowo Traven nie mógł określić, na czym ta odmienność polegała. W końcu stwierdził, że arkusz nr 13 jest grubszy niż pozostałe. Włókna papieru ryżowego biegły w nim zupełnie inaczej niż w typowych papierach z tej epoki.

Dopiero kiedy Traven włączył reflektor podczerwony i położył arkusz na ekranie rzutnika - wszystko stało się jasne.

Arkusz nr 13 składał się z dwóch starannie sklejonych ze sobą części. Najwidoczniej czterysta lat temu - ten akurat arkusz pochodził z pewnością z połowy XVI wieku - ktoś usiłował w ten sposób ukryć przed oczami niepowołanych jakąś informację. Długotrwała manipulacja pokrętłami i soczewkami pozwoliła wreszcie stwierdzić, że wewnątrz dwóch sklejonych ze sobą arkuszy znajduje się niewielki prostokąt niezwykle cienkiego papieru, na którym widnieją jakieś linie przypominające rysunek budowlany lub szkic topograficzny. Niewyraźne światło lampy podczerwonej nie pozwalało jednak dostrzec nic więcej poza majaczącym, niewyraźnym zarysem.

Resztę piątku i część nocy z piątku na sobotę Traven spędził na bezskutecznych próbach rozdzielenia sklejonych arkuszy. Było to zajęcie prowadzące do frustracji. Nie pomagał ani uniwersalny rozpuszczalnik do wszystkich klejów roślinnych (a jakież inne mogli stosować Tajowie przed czterema wiekami?), ani najcieńsze lancety chirurgiczne, ani moczenie brzegów w roztworze sody kalcynowanej, ani najczystsza benzyna świata, ani nawet mikrotom, którym można było przeciąć włos ludzki na sześć równych części. Papier strzępił się na brzegach, wyginał, puchł, skręcał we wszystkich możliwych płaszczyznach - ale nie ustępował. Koło północy okazało się, że jest nasycony pewnym rodzajem żywicy impregnującej obie sklejone kartki w sposób tak doskonały, że wewnątrz z powodzeniem mogłaby się znajdować wysoka próżnia.

Travena opanowała gorączka. Bezcenny rękopis, stanowiący integralną część kolekcji, przestał go właściwie interesować. Zrozumiał, że nie zazna spokoju, dopóki nie weźmie do ręki tkwiącego między sklejonymi kartkami rysunku.

O czwartej nad ranem skapitulował. Popatrzył po raz ostatni na arkusz nr 13, po czym dwoma szybkimi ruchami lancetu przeciął go po przekątnej.

Pokój natychmiast napełnił się tym samym urzekającym i nieznośnym zapachem, lecz bez porównania bardziej intensywnym. Sprawiało to wrażenie, jak gdyby między szczelnie sklejonymi kartkami rękopisu znajdował się jakiś duch uwięziony przez cztery stulecia i dopiero teraz uwolniony z zamknięcia.

To, co po raz pierwszy od czterystu lat wyjrzało na światło dzienne, wyglądało dość niepozornie. Była to bardzo cienka, niemal przezroczysta kartka z nie znanej Travenowi odmiany chińskiego papieru jedwabnego, o wymiarach sześć na osiem cali. (Ściśle: sześć i jedna czwarta cala na osiem i jedną ósmą cala.)

Miała nieznacznie postrzępione brzegi, ślad zagięcia typu kopertowego i czternaście różnej wielkości plamek, z których wydzielał się najbardziej intensywny zapach. Ktoś nieznany nakreślił na tej kartce delikatnymi, lecz stanowczymi liniami plan sytuacyjny Czegoś.

Traven nie miał żadnych wątpliwości, że jest to plan lub szkic sytuacyjny jakiegoś obiektu budowlanego. Geometryczne zarysy budowli czy schowka przypominały do złudzenia współczesne plany budowlane. Lekko faliste linie wskazywały kierunki i drogi dojścia, grubsze, ozdobne, prowadziły do objaśnień wypisanych na marginesach.

Niestety - wszystkie objaśnienia sporządzone zostały tym samym pismem świątynnym, którym dokonywano zapisów w kronice świątyni. Traven wiedział już dostatecznie wiele o pismach syjamskich, aby zdać sobie sprawę, że odcyfrowanie objaśnień będzie niezmiernie trudne. W przedostatnim numerze "Paleographic Quarterly Review" czytał artykuł jakiegoś Francuza, który przyznawał się do swych niepowodzeń na tym polu. Traven zaczął się zastanawiać, jak dalej postąpić. Wkrótce jednak, zupełnie niepostrzeżenie dla siebie, zapadł w ciężki, głęboki sen. Jego głowa opadła bezwładnie na biurko, dłonie bezwiednie objęły pocięty manuskrypt nr 13.

Dziwny to był sen. Nigdy jeszcze przez całe swe sześćdziesięcioletnie życie Harold Traven nie zaznał aż tylu i aż tak nieopisywalnych snów, w których barwy pachniały, dźwięki były kolorowe, w powietrzu unosiły się roślinozwierzęta, a Traven w nie znanym sobie języku dyskutował z ludźmi, którzy mieli głowy dinozaurów.

Obudził się w zupełnej ciemności, z głową pełną mroku i ciężką jak bryła ołowiu. Dochodziła trzecia. Zegarek wskazywał już niedzielę. Traven z wysiłkiem wstał zza biurka i miał przez chwilę wrażenie, że to wszystko po prostu mu się przyśniło. Ale rozcięty manuskrypt nr 13 leżał tuż przed jego oczami, a na nim - niepojęty rysunek Czegoś, wydzielający z siebie odurzającą, piękno-obrzydliwą woń, znacznie już słabszą, lecz ciągle jeszcze dostatecznie wyraźną.

Traven był w końcu lekarzem i nie mógł mieć wątpliwości, że to właśnie ten niemożliwy do nazwania zapach sprowadził na niego siedem godzin chorobliwego snu graniczącego z halucynacją. Ukryty w rękopisie szkic nasycono zapewne jakimś związkiem aromatycznym o właściwościach halucynogennych. Współczesna chemia zna ponad czterysta takich związków. Rzecz stawała się tym bardziej interesująca: w jaki sposób nieznani mnisi w Tajlandii umieli już czterysta lat temu preparować z ziół - bo z czegóżby innego - tak skomplikowane związki chemiczne? Harold Traven miał już zupełną pewność, że ów cienki skrawek jedwabnego papieru nieodwołalnie rozstrzygnął o dalszym biegu jego życia. Resztę niedzieli Traven spędził na mozolnym kopiowaniu objaśnień, jakie znajdowały się na odnalezionym planie czy szkicu. Nie była to sprawa łatwa, zwłaszcza że raz po raz doznawał zawrotów głowy i zauważył u siebie zaburzenia wzroku.

Współczesne pismo tajskie składa się z siedemdziesięciu czterech znaków, na pierwsze wejrzenie wręcz identycznych w rysunku. Daleko posunięta dowolność w stawianiu akcentów i łączników, a także zakorzeniony u Tajów nawyk nierozdzielania wyrazów w zdaniu utrudniają nawet wytrwałym cudzoziemcom odczytanie choćby szyldów sklepowych czy tabliczek z nazwami ulic. Należy do tego dodać, że słowa w języku tajskim są z reguły bardzo długie, a w samym tylko Bangkoku istnieje co najmniej siedem dialektów. Jeżeli sprawa tak wygląda w drugiej połowie XX wieku, można sobie wyobrazić, jak straszliwie skomplikowane były tak zwane pisma sukhotajskie, którymi posługiwano się kiedyś w normalnej korespondencji. Ale nawet osoby biegle znające to pismo byłyby zapewne bezradne wobec na poły kryptograficznego pisma świątynnego, którego używali wówczas kapłani buddyjscy. Mieli oni powody, aby strzec swych tajemnic i na wszelkie możliwe sposoby utrudnić postronnym odczytanie tekstów nie przeznaczonych dla laików.

W niedzielę późnym wieczorem Traven schował odnaleziony rysunek do wnętrza arkusza nr 13 i zamknął to wszystko w specjalnym sejfie o trzech zamkach szyfrowych i trzech zasuwach zapadkowych. Skopiowane napisy włożył do portfela, między karty kredytowe. Potem je wyjął i schował do zewnętrznej kieszeni spodni. Wreszcie przełożył z powrotem do portfela, choć chodziło przecież tylko o zwykłą kartkę papieru z pięcioma rządkami pogmatwanych znaczków.

III

Poniedziałek zaczął się dla Travena fatalnie. Z samego rana wezwał go dyrektor szpitala i zawiadomił, że jeden z pacjentów Travena doznał po zabiegu groźnej infekcji szczęki. Jego adwokat zaskarżył szpital o milion dolarów odszkodowania z powodu cierpień swego klienta i utraty bajecznie wysokich zarobków. Oczywiście o milionie nie ma mowy, powiedział dyrektor, ale ze sto tysięcy na pewno z nas wydoją. Ubezpieczenie pokrywa tylko połowę. Nie stać nas na takie straty. Szpital musi zarabiać pieniądze. To chyba jasne. To powinno być jasne dla każdego zatrudnionego.

- O czym pan myśli podczas zabiegów, doktorze? - spytał ze złością dyrektor. - Zdaje się, że nie sprawia to na panu wrażenia.

- Myślę o życiu płciowym papużek Myopsitta monachus - odpowiedział Traven. - Jest to nader rzadki w przyrodzie przykład kompletnego promiskuityzmu. Czy pan wie, że kilka par tych papużek buduje sobie jedno wspólne gniazdko i wspólnie wychowuje dzieci?

- Mam dość pańskiego chamstwa! - wybuchnął dyrektor szpitala. - Czy pan się nigdy nie nauczy kulturalnego obejścia? Zatrudniam pana od tylu lat...

- To się skończy szybciej niż pan myśli - odrzekł Traven zamykając za sobą drzwi. Człowiek, który w tej sytuacji zawracał mu głowę jakimiś infekcjami i księgowością, nie zasługiwał na lepsze potraktowanie.

Ledwo Traven wrócił do swego gabinetu, recepcjonistka powiedziała, że telefonuje, ni mniej ni więcej, tylko doktor Paul Ryan.

- Kto taki, Ryan? Kto panią upoważnił, żeby go ze mną łączyć? Proszę powiedzieć, że mnie nie ma.

- Kiedy właśnie już powiedziałam, że pan jest.

Paul Ryan, gwiazdor dentystów Wschodniego Wybrzeża, wybitny kolekcjoner rękopisów, budził w tej chwili raczej politowanie niż wrogość Travena. W jego gęsim móżdżku nie mogło nawet powstać przypuszczenie, jakim skarbem jest tajska kronika świątynna. A już interes, jaki Ryan miał do Travena, mógł przyprawiać tylko o ryk śmiechu. Mianowicie dobra znajoma państwa Ryanów, no, krótko mówiąc, pani Guggenheim, urządza właśnie wystawę starych rękopisów. Czy zatem obaj wybitni kolekcjonerzy nie mogliby połączyć swych wysiłków i wspólnie pokazać publiczności co bardziej interesujących pozycji? Dwaj dentyści... to byłoby wspaniałe! W znakomitym stylu!

- Mam propozycję - powiedział Traven.

- Jaką?

- Żeby pan mnie pocałował w dupę, Ryan, i więcej już nigdy nie zawracał mi głowy idiotycznymi pomysłami. Tę kupę śmieci, którą pan uważa za zabytki, może pan sobie wystawiać w publicznym klozecie na Union Square. A pani Guggenheim może się wypchać. Żegnam pana.

Po czym dr Traven wymył ręce i przystąpił do uzupełniania ubytków w szóstce pewnej młodej i atrakcyjnej panienki.

Jakby tego było jeszcze mało, wśród prywatnych pacjentów Travena znalazł się wieczorem jakiś rześki staruszek, posiadacz jednej jedynej dolnej siódemki, który barwnie opowiadał, jak wspaniałym dentystą jest dr Paul Ryan. Staruszek długo i, jak widać, skutecznie, leczył się u Ryana.

Traven przerwał dłubanie w pustej szczęce pacjenta, wyjął z szafki najostrzejszy lancet, skierował go w stronę rześkiego staruszka i krzyknął:

- No to niech pan leci do tego swojego Ryana. Ale szybko! Już!

Staruszek z miną pełną godności spełznął z fotela i oświadczył, że natychmiast złoży w policji meldunek o zagrożeniu swej osoby.

Rzeczywiście, po dziesięciu minutach pojawiło się w gabinecie Travena dwóch policjantów.

- Słyszymy, że pan napada na pacjentów z nożem w ręku - powiedział rosły ponury policjant.

- Spytajcie tego staruszka, ile ma lat i kiedy po raz ostatni badał zawartość cholesterolu w arteriach - odburknął Traven. - I nie przeszkadzajcie mi, panowie, bo właśnie szykuję się do resekcji.

Ale nawet najgorszy poniedziałek ma to do siebie, że się kiedyś kończy. Potem przyszedł wtorek i Traven mógł już spokojnie myśleć nad rozwiązaniem zagadki tajskiego rękopisu. .

IV

Trzy tygodnie upłynęły Travenowi na próbie znalezienia kogoś, kto mógłby przetłumaczyć objaśnienia do planu. Doktor udał się nawet na weekend do San Francisco, aby zasięgnąć rady u znajomego chińskiego antykwariusza. Ten jednak bezradnie rozłożył ręce i otwarcie powiedział, że nie sądzi, aby ktokolwiek na świecie umiał odczytać to pismo. W tej części Azji było w użyciu ponad siedemdziesiąt alfabetów, z których niemal każdy miał po kilka odmian. O wielu rodzajach pisma nawet miejscowi lingwiści mają ledwo przybliżone pojęcie. A w końcu, powiedział Chińczyk, nie chodzi przecież o kamień z Rosetty ani o pismo Majów? Czy pan nie ma większych zmartwień, doktorze?

Traven wzruszył ramionami i wrócił do Nowego Jorku. Dojrzało w nim bezwzględne postanowienie, że albo tajemnicę planu rozwiąże własnymi siłami, albo nie podzieli się nią z nikim innym. Dlatego porzucił początkowy zamiar, aby fotokopię objaśnień do planu wysłać do Bangkoku, gdzie na pewno znaleźliby się znawcy pisma świątynnego. Zrezygnował też z zamiaru, jaki przez chwilę żywił, aby opublikować kopię objaśnień w którymś z międzynarodowych kwartalników orientalistycznych i zaapelować do uczonych o odcyfrowanie tajemniczego zapisu.

Traven przestał bywać na Bleecker Street. Prześladowała go obawa, że znów zatruje się - tak to nazywał w myśli - owym niepojętym zapachem. Poza tym nie miał tam właściwie nic do roboty. Kolekcja przestała go interesować. Dziwiąc się sam sobie stwierdzał co ranka, że nie spocznie, dopóki nie rozwiąże tajemnicy tych przeklętych węzełków.

Ponieważ dalszy ciąg niezwykłych przygód doktora Harolda Travena przypominał najgorsze rodzaje "przygód z dreszczykiem", nie należy się dziwić, że rozwiązanie nadeszło samo, jak za podszeptem tajemniczych sił.

Pod koniec października przybył do Nowego Jorku na gościnne wykłady profesor filozofii dalekowschodniej uniwersytetu w Bangkoku, pan Thanchhen Khumurumvanit Sukhrumvitcharan. Przez zupełny przypadek zaszedł do znanego antykwariatu na 54 Ulicy Wschodniej, zwabiony wystawionym w witrynie drzeworytem. Właściciel antykwariatu opowiedział mu o pewnym nowojorskim dentyście, który...

Spotkanie obu panów było kwestią jednego telefonu. Traven od wieków nie był w restauracji, lecz zaprosił swego gościa do "Forum Dwunastu Cezarów". Zamówił najdroższą, dwunastoletnią whisky i francuskie wino, które zresztą sam pił po raz pierwszy w życiu. Dopiero po kawie wyciągnął z portfela niewielką kartkę pokrytą pięcioma rzędami krętych znaczków.

Profesor Sukhrumvitcharan obejrzał ją dokładnie i nie ukrywał zaskoczenia. Znał stare pismo świątynne na tyle dobrze, aby odczytać przepisany przez Travena tekst, jednakże zbitka znajdujących się tam słów wydawała mu się zupełnie pozbawiona sensu. Przez jedną krótką chwilę profesor podejrzewał nawet swego nowo poznanego znajomka o mistyfikację. Wystarczyło jednak spojrzeć w twarz Travena, aby w niej dostrzec taki rodzaj napięcia, jakiego nikt symulować nie potrafi. Profesor zamówił jeszcze jedną whisky i zabrał się do tłumaczenia. Nie była to sprawa prosta. Musiał najpierw znaleźć odpowiedniki we współczesnym języku tajskim, a dopiero potem mozolnie szukać mniej więcej zbliżonych pojęć w języku angielskim. Profesor przywoływał z pamięci cały zasób słownikowy swej zupełnie niezłej angielszczyzny, Traven cierpliwie notował kolejne wersje tłumaczenia. Dopiero koło jedenastej wieczorem, kiedy zostali już zupełnie sami w opustoszałej sali restauracyjnej, a kelner dał do zrozumienia, że czcigodni goście mocno się zasiedzieli, Traven zapisał na oddzielnej kartce ostateczną wersję tłumaczenia. Brzmiało ono tak: "DROGA DO GROTY POTĘGI I ŚMIERCI. Jeżeli nie padłeś pod zębami moich strażników, ty, dobro-zły. Osiemset trzynaście kroków od dziedzińca. Zgroza i Zguba. W kierunku wielkiego drzewa. Płaski kamień, głowa węża. Ruszaj, nie ruszaj. Brązowa tarcza. Trzy razy trzeba khamman. Studnia strachu i śmierci. Wielkie Wyjście. Tam Wielki Mocarz, który zabije Świat".

Profesor Sukhrunwitcharan, dobrze podochocony alkoholem, wyjaśniał zawile, że większość słów w tym tekście jest zbyt wieloznaczna, aby można ją było tłumaczyć na angielski. Na przykład słowo "potęga" w pierwszym wierszu może również oznaczać władzę, panowanie lub siłę. "Studnię strachu i śmierci" można również rozumieć jako przepaść niepokoju i rzeczy ostatecznych. Co się zaś tyczy tajemniczego słowa khamman, to profesor nigdy się z nim nie spotkał. A w ogóle to cały ten tekst sprawia wrażenie, jak gdyby był pisany przez szaleńca.

Już po zapłaceniu rachunku profesor poprosił o jeszcze jedną whisky i wyraził życzenie obejrzenia oryginału tego dziwnego zapisu.

Traven oświadczył chłodno, że jest to całkowicie niemożliwe. Wstał, zawiadomił profesora, że w najbliższym czasie zrewanżuje mu się za uczynność, i niemal siłą odprowadził swego gościa do taksówki.

Sukhrunwitcharan wytrzeźwiał nagle, żegnając się z Travenem, i po ostatnim uścisku dłoni powiedział coś zadziwiającego:

- Jeśli ma pan zamiar szukać zakopanych skarbów lub czegoś w tym rodzaju, doktorze, to niech mi wolno będzie przestrzec pana przed tym z całą powagą. Azja, drogi doktorze, do dziś kryje w sobie tajemnice, o których nie śniło się nawet współczesnej nauce. Jestem absolwentem dwóch europejskich uniwersytetów, nie należę do ludzi przesądnych i nie chciałbym, aby uważał mnie pan za wyznawcę czarnej magii lub tym podobnych bzdur. Ale proszę mi wierzyć, że Azja to jest kontynent miliona spętanych diabłów. Zbyt wiele widziałem już trudnych do wytłumaczenia wydarzeń i zbyt często doznawałem lęku przed niebezpieczeństwami, których w żaden sposób nie umiałbym wyjaśnić. Niech pan lepiej zostawi to w spokoju. Niech pan kontynuuje swe badania nad pismem, za co mieszkańcy naszego kontynentu na pewno będą panu wdzięczni. Nie potrafi pan nawet przewidzieć, skąd nagle może sięgnąć po pana czarna ręka naszych azjatyckich diabłów.

V

Traven nie mógł ukryć zniecierpliwienia i szyderczego uśmiechu. Nie wierzył oczywiście w żadne bajdy, legendy i przesądy. Pożegnał profesora i następną taksówką pojechał na Bleecker Street. Teraz miał w ręku klucz do odnalezionego planu.

Otwierając drzwi na pierwszym piętrze potknął się o coś śliskiego. Kiedy zapalił światło w przedpokoju, spostrzegł, że u progu leży martwy, silnie już wzdęty wąż.

Wąż w Nowym Jorku? W jakiż znów sposób na Manhattanie, gdzie od dobrych dwustu lat nie żyły żadne dzikie zwierzęta oprócz szczurów, mógł się pojawić wąż? I dlaczego właściwie ten cholerny, leniwy dozorca tak rzadko zamiata klatkę schodową?

Harold Traven był człowiekiem twardym, pozbawionym lęków i absolutnym, stuprocentowym racjonalistą. Nie mógł jednak uwolnić się od niejasnego poczucia, że w tym mrocznym, milczącym pomieszczeniu zaczęło się dziać coś, czego nie potrafi wyjaśnić sceptyczny, wykształcony przyrodnik, doktor Harold Traven.

Przeszedł przez sześć pokojów, w każdym po kolei zapalając światło.

Drzwi od gabinetu były lekko uchylone, w powietrzu unosił się jeszcze ślad owego niepojętego zapachu, o którym Traven nie potrafiłby w tej chwili powiedzieć, czy jest najpiękniejszym zapachem, jaki kiedykolwiek poczuł w życiu, czy też przypomina woń rozkładającego się trupa.

Traven usiadł przy biurku, wyciągnął kartkę z tłumaczeniem objaśnień, potem sięgnął po pęk kluczyków od sejfu. Lampy nad biurkiem rzucały ostry cień. Traven włożył klucz do pierwszej zapadki i znieruchomiał.

Na uchwycie od górnej szuflady wisiał bezwładnie duży szarozielony wąż.

Był znacznie większy od tego, którego Traven znalazł przy progu drzwi wejściowych. Szpiczasty martwy pysk o zamkniętych powiekach był dosłownie wkręcony w stalową ramkę sejfu. Wąż musiał zdechnąć niedawno. Jego seledynowe podbrzusze połyskiwało jeszcze jak miedziane spatynowane zwierciadełko. W zamarłej paszczy wyraźnie rysowały się zaciśnięte kurczowo szczęki.

Zamiast lęku spłynęła na Travena złość. Nie należał do ludzi poddających się nastrojom i nie miał zamiaru ulegać opętaniu. Dwa zdechłe węże w południowej części Manhattanu były na pewno zjawiskiem niezwykłym, lecz z całą pewnością wytłumaczalnym, jak wszystko, co wydaje się niektórym ludziom tajemnicze i nadprzyrodzone. Traven znalazł jakąś szczotkę, o której istnieniu nie miał pojęcia, uchylił okno i wyrzucił węża na podwórze. Dopiero wtedy spostrzegł, że szyba jest pęknięta; w środku rozchodzących się promieniście pęknięć widniał otwór o średnicy jednego cala, wystarczający w zupełności, aby wąż mógł się tędy prześliznąć. Traven po raz pierwszy pożałował, że na Bleecker Street nie ma radia lub telewizora. Martwa, wroga cisza spowijała wszystkie pokoje.

Otworzył sejf i spomiędzy rozciętego arkusza nr 13 wyciągnął plan. Swym równym, spokojnym pismem wpisał pod każde objaśnienie z osobna tekst tłumaczenia pochodzącego od Sukhrumvitcharana. Wpatrywał się w rysunek z pół godziny.

Nagle doznał poczucia, że widzi tę świątynię, wielkie drzewo, brązową tarczę, rozplenioną dżunglę dokoła. Wciągnął głęboko zapach chińskiego jedwabiu i w ciągu jednej sekundy podjął nieodwołalne postanowienie, że pojedzie do Lerng Nokhta. Bez względu, na koszty i bez względu na wszelkie niebezpieczeństwa. Ostatecznie, jaki właściwie sens ma życie takiego człowieka jak Traven? Ile jeszcze rękopisów można zebrać? Czego jeszcze można się dowiedzieć o dziejach ludzkiego pisma, skoro każdy człowiek z osobna, od dwudziestu czy trzydziestu wieków, w tysiącu alfabetów i stu tysiącach odmian tworzy na nowo historię? Przecież nie można zebrać próbek czterech miliardów rodzajów pisma. Dobrze, odliczmy analfabetów; tak czy inaczej zostanie dwa i pół miliarda. A ci z przeszłości, którzy też przecież pisali? Ilu ich było - miliard, półtora, dwa?

Tak oto w ostatnim dniu października 1979 roku doktor Harold Traven, pięćdziesięciodziewięcioletni dentysta z Nowego Jorku, jeden z międzynarodowych autorytetów w zakresie historii pisma, uznał, że hobby, któremu poświęcił prawie czterdzieści lat swego życia, przestało go interesować.

Nazajutrz poprosił w szpitalu o urlop i oznajmił wszystkim zaprzyjaźnionym antykwariuszom nowojorskim, że przystępuje do sprzedaży swej słynnej kolekcji rękopisów.

Tego samego dnia zarezerwował na początek grudnia miejsce w samolocie do Bangkoku.

Londyński Sotheby dowiedział się jakimś sposobem o sensacji. Wyprzedził uboższych konkurentów i uzyskał prawo zorganizowania pierwszej aukcji. Trwała przez trzy dni i zgromadziła ponad dwa tysiące uczestników - od dyrektorów wielkich muzeów narodowych po największych rekinów rynku antykwarycznego. Ku powszechnemu zaskoczeniu jej wyniki były dość skromne: sprzedano zaledwie piętnaście procent rękopisów na łączną sumę sto pięćdziesiąt sześć tysięcy dwieście trzydzieści dolarów. Doktor Harold Traven przeznaczył na sprzedaż tylko niewielką część swego legendarnego zbioru.

Jednakże dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów - bo tyle zostało Travenowi po zapłaceniu podatków - było sumą wystarczająco wielką, aby podjąć wyprawę do nieznanej świątyni w Tajlandii. Harold Traven przeznaczył na to swój trzymiesięczny urlop, do którego miał prawo jak niewielu ludzi: od dwudziestu sześciu lat nie korzystał z urlopu wypoczynkowego.

W sobotę, ósmego grudnia 1979 roku, Harold Traven zajął miejsce w Boeingu 747 lecącym przez Rzym, Teheran i Kalkutę do Bangkoku i Tokio.

Wkrótce po starcie, po drinku poprzedzającym kolację, Traven przerzucił popołudniowe wydania gazet nowojorskich. Jego wzrok przyciągnęła niewielka notatka dotycząca procesu, jaki władze miejskie wytoczyły właścicielowi niewielkiego sklepu zoologicznego na 9 Ulicy Wschodniej. Został on obwiniony o sprowadzenie niebezpieczeństwa publicznego na skutek tego, że w niedostateczny sposób zabezpieczył klatkę, w której znajdowało się czternaście tropikalnych węży. W nocy wydostały się one z klatki, następnie ze sklepu, i rozpełzły się po okolicznych domach, ulicach i zaułkach. Dwa z nich zaatakowały przechodniów, z których jeden, osiemdziesięcioczteroletni Harry Mitmeister, emerytowany krawiec, zginął na miejscu wskutek ukąszenia.

Właściciel sklepu tłumaczył się, że klatka była zupełnie szczelna i została zbudowana zgodnie z przepisami sanitarnymi. Nie umiał jednak podać żadnego powodu, dla którego węże wydostały się z klatki.

Harold Traven odłożył gazetę, zamówił u stewardessy puszkę piwa imbirowego i dotknął kieszeni, w której znajdowała się fotokopia pewnego planu sprzed czterystu lat.

VI

W ciągu trzech dni po przylocie do Bangkoku Harold Traven uporał się z fizjologicznymi następstwami koszmarnego upału, co innym przybyszom zajmuje zazwyczaj około dwóch tygodni. (Trzeba tu wyjaśnić, że południowa Tajlandia zażywa sławy najgorszego klimatu na kuli ziemskiej, podobno porównywalnego tylko z Gujaną). Traven miał za sobą trzy lata tropikalnej zaprawy podczas wojny na Pacyfiku. Dokładnie wiedział, kiedy należy zażywać bezmyślnej sjesty, a kiedy trzeba się zmusić do ruchu za wszelką cenę.

Czwartego dnia po przylocie Traven rozpoczął przygotowania do wyprawy w okolice Lerng Nokhta, skąd prawdopodobnie pochodził manuskrypt nr 13. Oczywiście marynarz mógł to wszystko zmyślić. Oczywiście rękopis mógł z powodzeniem pochodzić z zupełnie innego rejonu. Ale determinacja Travena była bezgraniczna; był gotów spędzić resztę życia na poszukiwaniu Groty Potęgi i Śmierci.

Pora deszczowa skończyła się przed tygodniem. Powietrze było jeszcze parne, grząskie błoto dymiło i bulgotało przy każdym poruszeniu, lecz słynne syjamskie niebo już rozjaśniło się i bezlitośnie grzało jak piekarski piec. Po Silom Road, po Sukhumvit Road, po Alei Króla Ramy Czwartego pędziły ryczące potoki aut, biegli przekupnie z naręczami placków owsianych i pachnących pierożków, śmigały motorowe ryksze o wzorzystych baldachimach, przechadzały się zwiewne, kruche dziewczyny podobne do motyli.

Wynajęcie łazika z kierowcą było sprawą stosunkowo prostą, choć właściciel przedsiębiorstwa wynajmu zażądał trzykrotnie wyższej stawki, kiedy dowiedział się o celu podróży. Traven musiał zdeponować cztery tysiące dolarów tytułem kosztów wyprawy. Żywił niewielką nadzieję na odzyskanie tej sumy. Dużo trudniej poszło z wynajęciem tłumacza. W odpowiedzi na ogłoszenie, jakie Traven zamieścił w "The Bangkok Post", zgłosiło się do hotelu "Oriental" ze czterdziestu młodych, porządnie ubranych ludzi mówiących niezłą angielszczyzną i sprawiających wrażenie, że są gotowi na wszystko. Traven oferował im pięćset bahtów dziennie, czyli dwadzieścia pięć dolarów amerykańskich. Siedem ósmych mieszkańców Tajlandii nie zarabia takiej sumy w ciągu miesiąca.

Kandydaci na tłumaczy rezygnowali jednak jeden po drugim, kiedy dowiadywali się, że ich przyszły pryncypał nie potrafi określić ani dokładnej trasy, ani czasu trwania wyprawy, ani - co najgorsze - jej rzeczywistego celu. Większość bała się prawdopodobnie dociekliwych pytań policji. Inni zdradzali zabobonny lęk przed dżunglami wschodniej Tajlandii, o których różnie w stolicy mówiono.

Pozostał w końcu jeden kandydat gotowy na wszystko: niski, nerwowy, dwudziestopięcioletni chłopak o tak skomplikowanym imieniu i nazwisku, że został nazwany po prostu Numi. (Nazwiska tajskie składają się co najmniej z osiemdziesięciu liter plus imiona - im dłuższe, tym lepiej). Numi pracował kiedyś w miejscowej filii USIA (Agencja Informacyjna Stanów Zjednoczonych), potem w biurze maklerskim, ale zdaje się, że miał dość burzliwy i niezbyt przejrzysty życiorys. Chwilowo utrzymywał się z nadziei na lepszą przyszłość.

Numi mieszkał po drugiej stronie rzeki Chaophraya, w znośnej dzielnicy Talathplu. Leżała ona w okolicach dworca kolejowego Taratphlu. Nie ma sposobu, aby przystępnie wyjaśnić cudzoziemcowi różnicę w pisowni tych dwóch niemal identycznych nazw. Trzeba je po prostu przyjąć do wiadomości.

Traven, który odwiózł Numiego do domu, aby się zorientować w środowisku, z jakiego pochodził jego nowy towarzysz podróży, zrozumiał, że musi porzucić zamiar choćby najpobieżniejszego zaznajomienia się z językiem Tajów. Uświadomił sobie, że droga z centrum miasta do domu Numiego wiedzie najpierw przez most Phraphuthayotfar, a potem, od pomnika Taksina, przez Intraphitak Road i Pchetchakasem Road aż do skrzyżowania z Charansanitvong Road. Żaden amerykański mózg nie jest w stanie zapamiętać takich nazw.

Piętnastego grudnia 1979 roku, o godzinie czwartej trzydzieści rano dr Harold Traven wraz z Numim i kierowcą, który dla uproszczenia został nazwany Singiem, wyruszył w kierunku Lerng Nokhta.

Łazik został wypakowany po brzegi zapasami żywności oraz środków opatrunkowych i dezynfekcyjnych. Znalazła się nawet moskitiera, z której Traven był szczególnie dumny. Przypomniał sobie lektury wczesnej młodości, awanturnicze opowieści o podróżnikach lub traperach. Starał się wyposażyć swą ekipę według wszelkich starych przepisów. Jak niewiele potrzeba, aby spełniły się marzenia dzieciństwa.

Dopiero jednak po wyjeździe Traven zorientował się, że nie ma ze sobą żadnej broni. Zakupienie pistoletu z amunicją nie byłoby w Bangokoku sprawą łatwą: miejscowe władze wojskowe są zazdrosne nawet o przedpotopowe strzelby. Zresztą Traven nie umiał strzelać. Jednak o jakąś zwykłą szablę, w rodzaju tych, które sprzedaje się na Sunday Market, trzeba się było postarać.

W najbliższym miasteczku Traven zatrzymał łazika i z pomocą Numiego kupił za siedemdziesiąt pięć bahtów potężny, lekko zakrzywiony szablomiecz, używany przez chłopów do wycinania zagajników bambusowych. Nie przypuszczał, że ta toporna broń za kilkanaście godzin uratuje mu życie.

Pierwszą noc spędzili w Nakorn Rajsima, dwieście sześćdziesiąt cztery kilometry od Bangkoku, w zupełnie porządnym zajeździe. Traven zaprosił Numiego i Singa na kolację, do której postawił piwo znakomicie ochłodzone w podróżnej lodówce. Doznawał poczucia, że młodnieje z każdą godziną tej wyprawy. Przez moment ze zdumieniem pytał sam siebie, dlaczego właściwie strawił całe życie na wyrywaniu cudzych zębów i ślęczeniu nad starymi papierami.

Och, dobrze by było zobaczyć tego fircyka, Paula Ryana. Ciekawe, jak długo wytrzymałby w tym przeklętym skwarze - dobę czy dwie?

Następnego dnia zaczęły się pierwsze kłopoty. Na północny wschód od Nakorn Rajsima stan dróg pogorszył się gwałtownie, nawet droga państwowa na Wong Khai była całymi kilometrami prawie nieprzejezdna. Stacji benzynowych spotykali coraz mniej. Sing, który nie mówił ani słowa po angielsku, doradził za pośrednictwem Numiego, aby kupić kanister i wieźć ze sobą zapas paliwa. Udało się to dopiero w Ban Pai. Za mocno pordzewiały, pięciogalonowy kanister z wyraźnymi jeszcze znakami USAF (Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych) Traven zapłacił trzydzieści dolarów.

Znowu mijali pola ryżowe, gaje bambusowe, ludne wsie zamieszkane przez coraz dziwniej odzianych ludzi; góry stawały się coraz bardziej strome, pokryte zbałwanioną runią dżungli; w przydrożnych chaszczach nurkowały, mlaskały i kwiczały trudne do nazwania zwierzęta porośnięte ni to futrem, ni łuską.

Drugą noc spędzili w miasteczku Maha Sarakam nad rzeką Namchi. Nie było tu już żadnego hotelu. Sing spał w łaziku. Numi poprosił o zaliczkę i z bezczelnym uśmieszkiem powiedział, że sam sobie poradzi. Traven skorzystał z pokoju gościnnego na piętrze w miejscowej komendzie garnizonu.

Maha Sarakam było raczej wielką wsią niż małym miastem. Od dżungli porastającej lewy brzeg rzeki zionął duszny zgniły zaduch, niósł się rechot żab drzewnych, wytężone brzęczenie moskitów i wycie jakichś nieznanych zwierząt. Na uliczkach miasteczka, oświetlonych łojowymi kagankami, odbywał się wieczorny targ. Biegały rozbawione dzieci, dzwoniły zapamiętale dzwonki rowerów, półnadzy mężczyźni szli w mroku, niosąc na głowach piramidy towarów.

Traven podkręcił knot lampy naftowej - to śmieszne, ale umiał się obchodzić z tym antycznym sprzętem; pamiętał go jeszcze z domu swego dziadka w Idaho - i nie mógł się powstrzymać, aby przed snem nie obejrzeć swego skarbu. Nosił go w impregnowanym, wodoszczelnym woreczku wszytym w pas okalający plecy i klatkę piersiową.

Ów skrawek jedwabnego papieru, który spowodował już tyle zmian w życiu Travena, wyglądał w mdłym świetle lampy jeszcze niepozorniej. Nadal wydzielał z siebie tamten niewytłumaczalny zapach, znacznie już słabszy, lecz ciągle jeszcze odurzający.

Traven obejrzał jeszcze raz oryginał rysunku, który znał już prawie na pamięć. Potem zaczął go porównywać ze sporządzoną przez siebie kopią. Nagle poczuł na ramieniu chłód, jak gdyby ktoś przytknął mu do szyi bryłę lodu. Spojrzał odruchowo przez ramię i zmartwiał. Po jego lewym ramieniu pełznął bezszelestnie niewielki czerwony wąż. Traven nie potrafił później odtworzyć sobie, jak długo siedział w bezruchu, wstrzymując oddech. Wąż zsunął się wreszcie po brzuchu Travena. Szybkim wyrzutem ciała spadł na oryginał rysunku. Zwinął się w kłębek i pokrył sobą niemal cały rękopis. Dopiero wtedy z jego trójkątnego pyska wystrzelił długi, rozdwojony język.

Wołanie o pomoc nie miało sensu. Traven odczekał jeszcze chwilę i podszedł na palcach do przeciwległego kąta pokoju, gdzie na podręcznej torbie z bielizną leżała zakupiona właśnie szabla. Traven liczył, że uda mu się spędzić węża z manuskryptu i dopiero wtedy rozciąć go na pół. Uderzenie w zwinięty, syczący kłębek oznaczałoby zniszczenie cieniutkiej bibułki z bezcennym szkicem.

Szykując się do zadania ciosu Traven obrzucił wzrokiem pokój. Jeszcze raz zamienił się w słup soli. Po zewnętrznej stronie delikatnej siatki metalowej, wstawionej luzem w ościeżnicę okna dla ochrony przed moskitami, wiło się z dziesięć, może piętnaście węży rozmaitej długości i najróżniejszych kolorów. Siatka chwiała się pod ich naporem i lada chwila mogła spaść do wnętrza pokoju.

Ogarnięty paniką Traven rzucił się do drzwi, ale nie mógł ich otworzyć. Krzyknął, kopnął w drzwi, zaczął się z nimi szamotać. Potem drzwi nagle ustąpiły. U progu leżał ogromny, liczący chyba ze cztery stopy seledynowy wąż o prawie białym podbrzuszu. W chwili kiedy Traven uchylił drzwi, wąż prześliznął się błyskawicznie przez drewniany próg i zaczął sunąć w kierunku manuskryptu.

Traven z szablą w ręku, nie panując nad własnymi ruchami, zbiegł na parter budynku. Młody wartownik zerwał się, chwycił za broń. Nie rozumiał jednak po angielsku. Dopiero po chwili zjawił się rozespany oficer, który przyświecając sobie latarką wszedł na piętro. Zatrzymał się przed progiem. To co zobaczył przez uchylone drzwi, przyprawiło go o przerażenie. Węże kłębiły się, syczały, ich gibkie ciała wyginały się w łuk i spadały z rozmachem.

Oficer zbudził chyba pluton żołnierzy. Uzbrojeni w ostro zakończone kije bambusowe stanęli w drzwiach pokoju Travena i wrzucili do wnętrza wiązkę tlących się ziół o odrażającym zapachu. Węże zaczęły jeden po drugim wypełzać z pokoju. Tuż za progiem żołnierze z niebywałą wprawą zabijali je kijami, celując szpicem w nasadę łba.

W ciągu godziny zabito dwadzieścia cztery węże. Tylko jeden z nich, właśnie ten mały, o rdzawoczerwonej łusce, który pełzł po szyi Travena, był rzeczywiście groźny dla człowieka: jego jad zabijał w ciągu pięciu minut.

Traven do rana już nie zmrużył oka. Zrozumiał wreszcie, że zapach wydzielany przez manuskrypt ściąga węże jak magnes. Jego przyrodnicze wykształcenie nie pozwalało jednak dostrzec żadnego logicznego związku między zapachem starego papieru i epidemią obłędu wśród węży. Rzeczywiście sprawiały wrażenie opętanych lub znarkotyzowanych. Ale przyroda nie toleruje takich dewiacji w królestwie zwierząt. Chorzy po prostu giną, przegrywają walkę o byt. Któż, u diabła, mógł przed czterema wiekami wymyślić środek odurzający węże?

Traven schował rękopis do woreczka, owinął go kilkakrotnie przylepcem i postanowił więcej nie wyjmować go aż do końca podróży. Miał w końcu wierną, a zarazem bezpieczną kopię. Zdecydował też ukryć przed Numim i Singiem swą nocną przygodę. Mogłaby ich odstraszyć. Numi zresztą wrócił rano w złym humorze. Stał się opryskliwy, a nawet pozwalał sobie na zuchwałe żarty pod adresem Travena.

VII

Siedemnastego grudnia pozostał do przebycia najkrótszy, liczący tylko sto dziewięćdziesiąt kilometrów, lecz i najtrudniejszy odcinek drogi. W miejscowości Sela Pcom ostatecznie kończyła się utwardzona droga. Resztę trasy musieli przebyć po zupełnych bezdrożach lub wąskimi spiralnymi ścieżkami wiodącymi przez górską dżunglę. Turyści nie zaglądali nigdy do tych odludnych miejsc, wojna ominęła góry. Z każdą przejechaną milą oddalał się dwudziesty wiek.

Ludzi było tu niewielu. Przemykali się chyłkiem po zboczu i znikali w dżungli jak duchy. Należeli do plemion, o których Traven nigdy nie słyszał. Nosili czarne obcisłe szaty i purpurowe turbany. Spotykało się coraz częściej łuki i dzidy, a także ręcznie wykonane skałkówki na krzemień i podsypkę z prochu. Nieruchomy wilgotny upał wydawał się nie do wytrzymania. Miliony maleńkich muszek wciskały się do ust i nosa, spod kół łazika uciekały wydry i leniwe jaszczurki, w gęstych koronach drzew darły się hałaśliwe ptaki podobne do papug. Traven, ociekając strugami potu i z trudem łapiąc w płuca rozpalone powietrze, rozpuszczał co chwila pastylki dezynfekujące wodę i pił bez opamiętania. Chwilami miał wrażenie, że śni. W żaden sposób nie mógł uwierzyć, że zaledwie dziewięć dni temu zamykał się w swej pracowni na Bleecker Street.

Tuż przed zapadnięciem zmierzchu, znużeni do ostateczności, dotarli wreszcie do miasteczka Lerng Nokhta. Była to osada niemal odcięta od świata, zamieszkana głównie przez jakichś ludzi w kolorowych spódnicach i cytrynowożółtych przepaskach na głowie. Nawet Numi nie umiał się z nimi porozumieć, choć utrzymywał, że zna czternaście głównych dialektów tajskich oraz języki Czamów i Khmerów. Łgał oczywiście. Łgał od pierwszej chwili. Im dalej odjeżdżali od Bangkoku, tym bardziej jego arogancja przybierała na sile.

Traven nie miał już wątpliwości, że Numi pracuje dla policji. Szastający pieniędzmi Amerykanin, wybierający się w dżungle wschodniego pogranicza bez wyraźnie określonego celu, musiał być dla tajlandzkiej policji postacią dość zagadkową. Po prostu wysłali swojego człowieka w trop za podejrzanym przybyszem.

Pierwsza noc w Lerng Nokhta była najgorsza ze wszystkich. Traven spędził ją na ciasnym, dusznym strychu jakiegoś spichlerza, tuż nad zagrodą dla bawołów. Ani na chwilę nie milkł chrobot szczurów i mlaskanie jaszczurek. Bawoły czochrały się o drewniane słupy i miesiły racicami nigdy nie wysychające błoto. Mniej więcej co dziesięć minut Traven zapalał latarkę w przeświadczeniu, że po ścianie strychu pełznie wąż.

Nazajutrz o świcie ekipa Travena rozpoczęła poszukiwania świątyni buddyjskiej. Numi dowiedział się wreszcie, o co chodzi, i nie miał już wątpliwości, z kim ma do czynienia: ten dziwny Amerykanin był po prostu rabusiem antyków. Nie jest to tak znów wielkie przestępstwo według praw tajlandzkich; policja zawsze jest skłonna wysłuchać argumentów wspartych odpowiednio wysoką łapówką. Numi wiedział już, czego się trzymać. Na krótko odzyskał nawet dobry humor.

W Lerng Nokhta znajdowały się trzy pagody buddyjskie. Z pierwszej odprawiono Travena po krótkiej rozmowie. Nie było w niej nic ciekawego do oglądania: skromny banalny ołtarz, kilka parawanów, dwa dzwony - to wszystko. W drugiej pagodzie Traven wdał się w długą i kłamliwą opowieść. Słyszał mianowicie, że albo w samym miasteczku, albo w jego okolicy znajduje się jeden z najpiękniejszych w Azji posągów Buddy. Traven jest historykiem sztuki azjatyckiej i bardzo chciałby ten posąg obejrzeć.

Siwy, krótko ostrzyżony mnich pokręcił przecząco głową. Owszem, są posągi Buddy, ale to rzeczy nowe i mało interesujące. Tamte, rzeczywiście wspaniałe, o których wieści przechodzą z pokolenia na pokolenie, poginęły podczas niezliczonych wojen, jakie tu toczono przez całe wieki. Kiedyś, może trzysta albo pięćset lat temu, cała ta okolica była gęsto zaludniona, wznosiły się bogate miasta i świątynie, w dolinach stały wspaniałe pałace. Ale wojny wszystko zniszczyły. Dżungla pożarła ślady przeszłości, nikt od dawna nie chce się osiedlać w tym odludziu. Czasem tylko można napotkać w dżungli jakieś ruiny lub resztki murów obronnych, o których dzisiaj nikomu już nic nie wiadomo. Tylko im, mnichom, jest obojętne, gdzie oczekują na koniec świata.

Najgorzej powiodło się przybyszom w trzeciej, ostatniej pagodzie, stojącej na skraju miasteczka. Młody, odrażająco brzydki mnich o twarzy szczura nie wpuścił Travena nawet na wewnętrzny dziedziniec. Sprawiał wrażenie, że za chwilę chwyci za kij, aby odpędzić intruzów. Nie, nie ma tu żadnego posągu Buddy. Nie, nikt o takim nie słyszał. Nie, nie wolno wejść na dziedziniec.

Traven uświadomił sobie nagle, że jego wyprawa zaczyna tracić sens. Podniósł głos: ma ze sobą zezwolenie rządu na zwiedzanie wszystkich świątyń w całym kraju, wobec czego domaga się stanowczo, aby go wpuszczono do środka.

Mnich wybuchnął nagle potokiem słów, gestykulował, tupał, zawodził. Numi wysłuchał tego z uwagą i zainteresowaniem. Potem wyjaśnił Travenowi, nie ukrywając cynicznego uśmieszku:

- On mówi, że nigdy więcej nie wpuści żadnych białych do wnętrza. Dwa lata temu był tu jakiś młody Amerykanin. Mnisi przenocowali go i nakarmili, a on włamał się w nocy do schowka i ukradł im jakieś bardzo stare dokumenty.

Traven w jednej chwili podjął decyzję.

- Powiedz mu, Numi, że jeżeli porozmawia ze mną szczerze, pomogę im odzyskać te dokumenty. Domyślam się, gdzie mogą być.

Numi przybrał triumfującą minę - właśnie potwierdzał się jego domysł co do prawdziwego charakteru podróży Travena, którą to przenikliwość policja na pewno doceni - i przełożył mnichowi propozycję Amerykanina, dodając do niej swe własne komentarze.

Szpetny mnich cofnął się w głąb furty i niechętnym gestem wskazał Travenowi drogę przez dziedziniec.

W półmroku świątyni pełgały płomyki lampek oliwnych, snuł się błękitny dym trociczek. Przed drewnianym posągiem Buddy stały miseczki z owocami i ryżem oraz brzydkie, poszczerbione wazony ze świeżymi kwiatami. Spod stropu zwisały długie paski z tekstami modlitw i podziękowań. Było ciemno, bardzo gorąco, zupełnie cicho. Tylko niedostrzegalne dzwonki za ołtarzem napełniały mrok brzęczeniem delikatniejszym niż bzykanie os.

- Czego on chce? - spytał mnich wsuwając dłonie w szerokie rękawy swej pomarańczowej szaty.

Traven przysiadł na kamiennym podeście i wyciągnął portfel. Szperał w nim przez chwilę, w końcu wyjął ćwiartkę bezdrzewnego papieru, na której przed wyjazdem własnoręcznie wypisał słowo wydające mu się kluczem do tajemnicy. Występowało na początku każdej z sześćdziesięciu pięciu kart kroniki świątynnej. Traven uznał, że musi ono oznaczać albo nazwę świątyni, albo miejsce, w którym się ona znajduje. Tylko po ustaleniu tych szczegółów można było kontynuować wyprawę.

Mnich rzucił okiem na podaną mu kartkę i wzruszył ramionami.

- Nie rozumiem - powiedział niechętnie. - O co chodzi temu przybyszowi? Skąd on ma ten zapis?

- Przyjacielu - rzekł z naciskiem Traven. - Postaraj się zrozumieć. Nie odejdę stąd, dopóki mi nie powiesz, co to słowo oznacza i gdzie leży miejsce, o którym tu mowa.

Mnich spojrzał jeszcze raz na Travena jakby badając, czy ma do czynienia z człowiekiem o zdrowych zmysłach.

- Dlaczego - spytał - mam temu człowiekowi zdradzać nasze tajemnice?

- Powiedz mu, Numi, że to leży w ich własnym interesie - wtrącił pospiesznie Traven. - Mogą odzyskać swój skarb.

Mnich pomilczał przez chwilę.

- Słowo napisane na tej kartce - powiedział - czyta się jako Katthanthantcheran Sikrit. To nazwa dawno nie istniejącego miasta, o którym nam tutaj nic nie wiadomo. Miało tysiąc lat.

- Gdzie leżało?

- Niedaleko stąd. Dwie godziny drogi przez dżunglę.

- Jak się tam dostać?

- Tam nie można się dostać. To jest Dolina Węży.

- No to co?

- Przecież mówię wyraźnie, że to jest w Dolinie Węży. Tam nie można dojść ani dojechać. Tam są miliony, dziesiątki milionów jadowitych węży. Na ziemi, na drzewach, w ruinach. Nikt nie może się nawet zbliżyć do tego miejsca.

Traven odetchnął głęboko. Teraz już wiedział, co robić.

- Przyjacielu - powiedział wesoło. - Czy wyrządzisz mi pewną przysługę, jeżeli za miesiąc dostarczę wam skradzione manuskrypty? Przecież wiesz, że to nie ja je stąd zabrałem. Chcę wam pomóc.

Mnich szepnął coś Numiemu, wyprostował się i zaczął mówić dobitnie, jak gdyby recytował modlitwę:

- Te papiery, które nam zrabował zły człowiek, są dla naszej świątyni niezbędne jak słońce, powietrze, woda i ziemia. Nie możemy bez nich odprawiać naszych modlitw. Nie możemy patrzeć w wieczność. Zły człowiek zostanie wkrótce ukarany. Ale ty, przybyszu, jeżeli coś wiesz o naszych skarbach, zwróć je nam natychmiast. My i nasi następcy będziemy zanosić za ciebie modły do końca tysiącleci.

- Dobrze - odpowiedział Traven. - Dostaniecie swój skarb mniej więcej za miesiąc. Ale pod jednym warunkiem: że zaprowadzisz mnie do... jak się to nazywa?... do Katihamhamcheran Sikrit.

Mnich wstrząsnął się z przerażenia.

- Nie wiesz, co mówisz, przybyszu. Tam nikt nie pójdzie. Zginąłbym natychmiast, a mój czas jeszcze nie nadszedł. Ty byś także zginął. Nie znajdziesz nikogo, nikogo na świecie, kto chciałby wejść do Doliny Węży.

Numi uznał za wskazane opatrzyć to wyjaśnienie własnym komentarzem:

- On mówi prawdę, proszę pana. O Dolinie Węży pisano w wielu książkach i czasopismach, sam czytałem. To ponoć fenomen przyrodniczy. Podobno jest to największe skupisko węży na kuli ziemskiej. Naprawdę nie znajdzie pan nikogo, kto by się tam wybrał. Ja w każdym razie nie. A czego pan właściwie chce tam szukać?

Traven zamyślił się.

- Czego szukam, młody człowieku? Powiem ci. Szukam sensu życia. Czasem tak bywa, że dopiero przed sześćdziesiątką człowiek uświadamia sobie, czego daremnie poszukiwał przez całe poprzednie życie.

Dwudziestego szóstego grudnia 1979 roku dr Harold Traven wylądował na lotnisku imienia Johna Kennedy'ego w Nowym Jorku. W jego głowie dojrzał plan następnej wyprawy do Doliny Węży.

VIII

Pierwsze miesiące 1980 roku Harold Traven poświęcił na zajęcia zupełnie niepodobne do wszystkiego, czym się przedtem zajmował przez całe życie. Był zdecydowany uczynić absolutnie wszystko co możliwe, aby dotrzeć do Doliny Węży. A tym razem wyprawa musiała być przemyślana i przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Przede wszystkim zaś musiała się opierać na, jak to mawiają bankierzy, solidnych podstawach finansowych.

Dlatego natychmiast po powrocie z Bangkoku Traven przystąpił do sprzedaży następnej części swej kolekcji rękopisów. Poszedł pod młotek słynny inkunabuł z Getyngi, datowany w roku 1445, pełen zachwycających drzeworytów i map, na które można było patrzeć bez końca. Poufny list Olivera Cromwella, chyba w ogóle nie znany historykom. I list Napoleona Bonaparte do marszałka Neya, zdobiony dość świńskim rysunkiem wykonanym własnoręcznie przez Boga Wojny. I trzy tabliczki tybetańskie, których prawdziwa historia starczyłaby za scenariusz pasjonującego filmu przygodowego. I skrawek pergaminu z własnoręcznym podpisem Galileusza. I nawet ów sławny, opisywany w literaturze orientalistycznej zwój jedwabny z Syczuanu, zawierający między innymi atlas akupunktury oraz wykaz najtajniejszych leków chińskich, sporządzanych z kości jednorożca na wyłączny użytek Syna Niebios i najczcigodniejszych mandarynów.

Kolejne aukcje ciągnęły się po kilka dni. Licytacja była zacięta i hałaśliwa. Rozbiciu słynnej kolekcji Harolda Travena towarzyszył spory rozgłos. Wśród publiczności znaleźli się młodzi reporterzy prasy codziennej, na ogół mało zainteresowani subtelnościami wczesnej szwabachy i estetyką perskich ligatur. Wiedzieli jednak dostatecznie wiele o poruszeniu, jakie wywołały aukcje w środowisku rekinów rynku antykwarycznego. Nazajutrz, w notatkach liczących sto trzydzieści słów, reporterzy wyrazili niesmak i zdumienie, że można było zapłacić trzy tysiące dolarów za dwie pobazgrane kartki zżółkłego papieru.

Byliby zapewne jeszcze bardziej zdumieni, gdyby wiedzieli, na jaki cel przeznaczone są pieniądze uzyskane z licytacji.

Traven spieniężył prawie trzy czwarte swoich zbiorów, pozostawiając sobie tylko kilka najrzadszych cymeliów. I oczywiście ową tajską kronikę świątynną, która miała posłużyć jako karta wstępu do Doliny Węży.

Aukcje przyniosły w sumie sześćset sześćdziesiąt tysięcy dolarów, to znaczy, po zapłaceniu podatku, około czterystu dwudziestu tysięcy. Traven zdecydował się jednak odłożyć spłatę podatku do przyszłej wiosny. Nie potrafił przewidzieć, jak będzie wyglądać jego życie za rok. I nic go to nie obchodziło.

Piętnastego lutego Traven rozesłał drukowane zawiadomienie do wszystkich swych prywatnych pacjentów. Zawiadamiał w nim, że likwiduje praktykę, zamyka gabinet na 92 Ulicy i dziękuje Sz. Pacjentom za długoletnie patronowanie, które, rzecz prosta, zawsze zachowa we wdzięcznej pamięci. Traven był bardzo dumny z tej formuły, ponieważ świadczyła, że zaczyna nabywać nowych umiejętności. Najchętniej napisałby swym pacjentom, że z radością może ich wreszcie posłać do diabła.

Piętnastego kwietnia Traven pismem zawiadomił dyrektora szpitala Bellevue, że z dniem pierwszego maja rezygnuje z dalszej pracy w klinice. Dyrektor wezwał natychmiast Travena i przez chwilę oglądał go dokładnie, jak pomyleńca. Nigdy jeszcze nie zetknął się z wypadkiem, aby ktoś dobrowolnie rezygnował z pracy na rok przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Wyjaśnił pospiesznie, że adwokaci szpitala wygrali tamten proces o odszkodowanie, więc dyrekcja nie żywi już żadnych pretensji do swego cenionego współpracownika. Jednak próba przekonania Travena, aby postępował zgodnie z własnym interesem, nie odniosła skutku. Lekarz powołał się na ważne względy rodzinne i rezygnacji nie wycofał.

Drugiego maja dr Harold Traven zakończył na zawsze karierę stomatologiczną. Polegało to na tym, że spakował starannie wszystkie instrumenty zawodowe i odesłał je do składnicy złomu. Następnie spalił kartotekę pacjentów i oddał swym młodym sąsiadom dość kosztowny fotel dentystyczny, który miał odtąd stanowić nadzwyczajną atrakcję w ich zwariowanym mieszkaniu. Była tam już trumna, kołowrotek, elektryczna pianola i ciężki karabin maszynowy, więc niklowany fotel dentystyczny musiał młodych ludzi szczerze ucieszyć.

Następnie Traven udał się na Trzecią Aleję, do pewnego zaprzyjaźnionego antykwariusza, któremu dwa miesiące przedtem zlecił zebranie, bez względu na koszty, wszelkich istniejących publikacji na temat herpetologii i etiologii. Mimo przyrodniczego wykształcenia Traven nigdy przedtem nie wiedział, że takie - greckie chyba? - nazwy noszą nauki o gadach i wężach. Antykwariusz wywiązał się z powierzonego mu zlecenia. Rachunek wyniósł prawie dwa tysiące dolarów.

Rankiem trzeciego maja Traven zasiadł nad książkami i spędził nad nimi prawie cztery tygodnie, z rzadka tylko wychodząc na krótką przechadzkę po mieście. Miał wreszcie tyle czasu, ile zapragnął. Jego staranne notatki, posegregowane tematycznie i opatrzone wielokolorowymi fiszkami, były sporządzane na specjalnie zamówionych wodoodpornych kartach i pasowały do szczelnego stalowego pudełka. Miały stanowić podstawowe wyposażenie podczas wyprawy do Lerng Nokhta.

Już po kilku dniach Traven zorientował się, że ofiologia jest prawdopodobnie najmniej zbadaną dziedziną zoologii. Nawet fundamentalne, trzytomowe dzieło papieża herpetologów, Charlesa Bogerta, było właściwie spisem zagadek, domysłów i nie wyjaśnionych sprzeczności.

Owe beznogie, pełzające stworzenia z podrzędu Ophidia, żyjące na Ziemi od kilku milionów lat, budzą lęk człowieka od czasów przedhistorycznych. Najgorszą sławą otoczone są żmije z rodziny Viperidae, których gruczoł jadowy jest umieszczony za okiem, w dobrze sklepionej pokrywie kostnej. Jad żmii działa hemolitycznie, to znaczy powoduje rozpad krwinek w osoczu i śmierć ofiary wskutek niedotlenienia. U węży gruczoł jadowy znajduje się pod wargą, w dolnej lub górnej części pyska. Jad węży z rodziny Colubridae działa neurotoksycznie, czyli sprowadza paraliż systemu nerwowego i śmierć przez uduszenie. Wśród około trzech tysięcy gatunków, zamieszkujących glob od rejonów podbiegunowych na północy po zupełnie bezludne, skaliste wysepki południowej Oceanii, zanotowano nie mniej niż sto do stu pięćdziesięciu gatunków, co do których uczeni nie są jednak pewni, czy należy je uznać za żmije, czy za węże.

O jadach węży uczeni wiedzą dziś sporo, ale jeszcze nie wszystko. Archie Carr, jeden z międzynarodowych autorytetów herpetologicznych, wręcz twierdzi, że natura jadów jest nie znana. Ustalono tylko tyle, że w skład jadów oprócz histaminy wchodzą enzymy zwane lipazami, których stężenie jest tak silne, że kilka tysięcy ludzi nie mogłoby wytworzyć w swych trzustkach podobnie żrącej substancji. Lipazy odrywają od lecytyny cząsteczki kwasów tłuszczowych i powodują powstawanie tak zwanych lizoletycyn, o których z pewną przesadą należałoby powiedzieć, że stanowią śmierć w stanie płynnym. W skład jadów wchodzi poza tym kilkadziesiąt innych, bardzo skomplikowanych substancji, mało człowiekowi znanych, gdyż nikomu jeszcze nie powiodło się ich wyizolowanie i synteza. Nie wiadomo nawet, jak to się dzieje, że nawet najstraszliwszy jad przyjęty doustnie nie pociąga za sobą żadnych poważniejszych następstw u dorosłego człowieka.

W przyrodzie nie ma poza botuliną niczego równie zabójczego jak jady węży. Osiemdziesiąt miligramów jadu najpospolitszej żmii Vipera ruselli wystarcza do uśmiercenia człowieka w ciągu pięciu minut. Wąż mokasyn, postrach strefy tropikalnej, potrzebuje do tego już tylko kilkunastu miligramów. Kobrze królewskiej wystarcza kilka miligramów. Podczas znanego eksperymentu Vitremonta jedna kobra uśmierciła w ciągu godziny sześćset pięćdziesiąt szczurów.

W posługiwaniu się trucizną węże wykazują pomysłowość graniczącą z geniuszem. Na przykład ilość wydzielanego jednorazowo jadu jest zawsze wprost proporcjonalna do masy atakowanej ofiary, co wskazywałoby, że wąż dokonuje "w myśli" szybkiego obliczenia, opartego na danych zmysłowych, choć wiadomo, że wzrok ma fatalny. Zarazem zaś "oszczędza" zabójcze składniki jadu. Węże umieją też regulować jego skład chemiczny. W pewnych wypadkach składa się on niemal wyłącznie z substancji zmniejszającej krzepliwość krwi, lecz nietoksycznej. W chwilę potem ten sam jad tego samego węża zawiera niemal wyłącznie mordercze, stężone lipazy.

Najnikczemniejszym ludojadem wśród węży jest kobra - zabija ona co roku w Indiach dziesięć tysięcy ludzi i ponad dwieście tysięcy sztuk zwierząt. Jest jedynym żywym stworzeniem, które - jeśli można to tak nazwać - trawi swą ofiarę, zanim ją jeszcze zabije. Jad kobry jest zmieszany ze śliną i silnym enzymem trawiennym. Jeśli nawet upatrzonej ofierze uda się chwilowo uciec przed zębami kobry, i tak dosięgnie ją strumień śliny wyrzucanej pod ciśnieniem na odległość do dziesięciu stóp. Oślepia ona ofiarę w ciągu kilku minut, a enzymy bardzo szybko przedostają się poprzez nerwy oczne do mózgu.

W rozdziale o jadach Traven ze zdumieniem natknął się na krótką wzmiankę, że nie powiodły się, jak dotychczas, próby syntetycznego uzyskiwania lipaz podobnych w budowie do lipaz w jadzie węża, choć na przykład pankreatynę umiemy wytwarzać od dawna.

Najbardziej zdumiewający wydał się Travenowi fakt, że do dziś dokładnie nie wiadomo, w jaki sposób następuje zapłodnienie u węży i żmij. Większość gatunków nie wykazuje żadnych zewnętrznych cech płciowych, a i budowa anatomiczna nie pozwala stwierdzić z całą pewnością płci węża. Zapewne dlatego przez długi czas podejrzewano węże albo o dzieworództwo, albo o pełne obojnactwo, co w końcu upadło, ale sam Bogert poznaje, że trudno jest dziś dowieść rozdzielnopłciowości węży. Przypuszcza się, że podczas słynnego tańca godowego - jest to podobno jedno z najbardziej przejmujących widowisk w przyrodzie - węże płci męskiej, jeśli rzeczywiście istnieją, przekazują "samicom" poprzez skórę pewne substancje chemiczne, o których nasza wiedza jest znikoma.

Węże są wyposażone w swoisty zmysł chemiczny zbliżony nieco do węchu, lecz działający inaczej i nie występujący w tej formie u żadnego innego zwierzęcia. Zmysł ten jest umieszczony w tak zwanym organie Jacobsona. Są to dwa niewielkie, niezwykle silnie unerwione wgłębienia w tylnej części czerepu, wykrywające nawet zupełnie śladowe stężenia substancji chemicznych - tak niskie, że ich zapach jest w ogóle niewykrywalny dla człowieka i innych zwierząt. Stwierdzono na przykład, że Ancistrodon piscivorus, czyli mokasyn, wyczuwa obecność pojedynczej molekuły acetonu w metrze sześciennym powietrza. Grzechotnik Crotalus horridus potrafi przepełznąć trzy mile w linii prostej, aby dotrzeć do zniesionych właśnie jaj przepiórki.

Uczeni sądzą, że właśnie organ Jacobsona odgrywa decydującą rolę w rozmnażaniu się węży. Wydziela on prawdopodobnie śladowe ilości jakichś substancji chemicznych i sam zarazem działa jak ultraczuły receptor. W literaturze opisano przypadek, kiedy dwa węże zaczęły nagle pełznąć ku sobie nawzajem z odległości czterech mil. Natychmiast po spotkaniu odbyły taniec godowy. A potem, jak w bajce dla panienek, jeden z nich złożył jajka. Ów taniec został sfilmowany i nie ma w nim nic, co nawet doświadczonym przyrodnikom mogłoby się kojarzyć z aktem zapłodnienia.

Traven bardzo długo zastanawiał się nad organem Jacobsona, którego nazwa szczególnie przypadła mu do gustu, gdyż kojarzyła się z nazwiskiem dyrektora szpitala Bellevue, doktora Lothara Jacobsona. Traven miał o nim dużo gorsze zdanie niż o kobrach i grzechotnikach. Jeżeli dokonane przez uczonych obserwacje zmysłu chemicznego węży były trafne, rozwiązywały tym samym zagadkę rękopisu nr 13. Musiał on być zapewne nasycony ową tajemniczą substancją, która powodowała stan podniecenia erotycznego u węży i ściągała je do manuskryptu nawet z najdalszych zakątków. Nie było tylko jasne, dlaczego i człowieka wprawiała w letargiczny halucynacyjny sen, którego Traven sam doświadczył.

Przez moment opanowała Travena niepowstrzymana ochota, aby wyciągnąć z sejfu oryginał rysunku. Powstrzymał się jednak. Uznał, że podczas nadchodzącej wyprawy będzie miał jeszcze dostatecznie wiele do czynienia z wężami.

Studia ofiologiczne Travena miały wyłącznie cel praktyczny. Pragnął dowiedzieć się wszystkiego, co mogło być przydatne podczas wyprawy. Ale nie było to łatwe, im dłużej Traven brnął przez mądre księgi, tym wyraźniej dostrzegał, że znawcy węży wiedzą o nich niewiele. Na przykład jest rzeczą znaną, że w strefie umiarkowanej węże zapadają zimą w tak zwaną hibernację, podczas której ich czynności życiowe zostają sprowadzone niemal do zera. Odpowiednikiem hibernacji w strefie tropikalnej jest estywacja, czyli sen letni, przypadający na okres najdotkliwszych upałów. Kłopot w tym, że nie wszystkie węże przestrzegają tego przepisu przyrodniczego. Mokasyn nie sypia nigdy, gatunek dusicieli sypia właściwie bez przerwy, co się zaś tyczy kobr, które Travena interesowały najbardziej, to na ich temat nie można było znaleźć w literaturze żadnych konkretnych informacji. Relacje uczonych przypominały trochę opowiadania europejskich żeglarzy z XVI wieku o zamorskich potworach: kobra jest podstępnym i okrutnym mordercą, ale to właściwie wszystko, co o niej wiadomo. O straszliwej żmii żararaka, która w samej tylko Brazylii uśmierca tysiąc niemowląt rocznie, Bogert pisał pobłażliwie, Carr - z respektem, a Vaudin - z nienawiścią.

Nawet sprawa tak elementarna jak to, czy wąż atakuje człowieka, nie doczekała się w literaturze etiologicznej jednoznacznego rozstrzygnięcia. Jedni twierdzą z całą stanowczością, że wąż nigdy, ale to nigdy nie zaatakuje człowieka, dopóki nie zostanie bezpośrednio zagrożony. Inni z równą stanowczością dowodzili, że węże wyczuwają w człowieku swego najgroźniejszego przeciwnika i w dogodnych dla siebie warunkach atakują go przy pierwszej okazji. Rosnard de Bruyere zamieścił nawet w swej książce fotografię zwłok zabitego przez kobrę Hindusa, w których dosłownie roiło się od węży. Travenowi utkwił w pamięci pysk niewielkiego węża, wystający z oka martwej ofiary. Prawdopodobnie mózg tego człowieka został spożyty w pierwszej kolejności jako szczególny delikates. Nieszczęśnik miał być dowodem, że kobry, podobnie jak rekiny, atakują człowieka z sobie tylko znanych powodów.

Dziesiątego czerwca Traven uznał, że wie już wszystko, czego mógł się dowiedzieć z książek. Przystąpił więc do drugiej fazy przygotowań: do studiów nad metodą szybkiego, taniego i skutecznego zabijania węży. Nie miał już wątpliwości, że wyprawa do Doliny Węży musi być połączona z masowym morderstwem na tych stworzeniach.

Doradcą naukowym Travena w tej trudnej kwestii został dawny kolega szkolny, dr Marvin T. Breecher. Dziwna to była postać. Breecher miał chyba siedem stóp wzrostu. Na cienkim, chwiejnym tułowiu, który sprawiał wrażenie, że za chwilę zostanie złamany przez najlżejszy przeciąg, kołysała się ogromna zupełnie łysa głowa, która z kolei sprawiała nieodparte wrażenie, że ją nieporządnie przykręcono do zbyt cienkiej szyi. Do głowy w formie balonu zostały równie niedbale przyklejone czerwone wachlarzowate uszy w kształcie trapezu i broda, która od biedy mogłaby służyć za broń sieczną żołdakom króla Jerzego III. Breecher miał tak odstręczający i żałosny wygląd, że w szkole nie nadano mu żadnego przezwiska. Każde, które wymyślono, okazywało się natychmiast zbyt mało szydercze.

Marvin Breecher był chemikiem. Podobno nadzwyczaj utalentowanym, choć trudno to było sprawdzić, gdyż pracował w jakiejś tajemniczej instytucji, o której nigdy nie wspominał. Można się było tylko domyślać, że jego tajemnicza firma pracuje nad zagadkami, o których nawet pułkownicy wywiadu myślą z przerażeniem. Miał zastrzeżony telefon domowy, telefonu służbowego nie podawał nigdy, podczas nieobecności trwającej dłużej niż godzinę musiał się komuś meldować telefonicznie. Był oczywiście nieżonaty, bezdzietny, pozbawiony życia towarzyskiego. Odżywiał się prawdopodobnie algami i stekiem w pastylkach. Kiedy jego dziwaczna postać przeciskała się przez drzwi, w pokoju powstawał mniej więcej taki sam nastrój, jak gdyby pojawił się w nim pogrzebany przed miesiącem nieboszczyk. Zresztą i zapach, jaki Breecher wokół siebie roztaczał, przypominał równie dobrze prosektorium jak i kostnicę.

Breecher wytrwale i zupełnie bezinteresownie pomagał Travenowi w pracy nad manuskryptami. Sporządził mu uniwersalny rozpuszczalnik do klejów roślinnych, a także bezcenny, nie znany na rynku środek do konserwacji starego papieru. Obaj panowie pewno żachnęliby się, gdyby ktoś powiedział, że łączy ich przyjaźń. Nie uznawali obaj takich sentymentalnych określeń. Jeżeli cokolwiek naprawdę ich łączyło, to wieczna gra o to, aby wydrzeć przyrodzie i historii jak najwięcej tajemnic.

Kiedy Marvin Breecher otrzymał od Travena zadanie, aby znaleźć środek, który umożliwi eksterminację ogromnych ilości węży, źle przyśrubowana głowa chemika obróciła się kilkakrotnie z niedowierzaniem. Traven nie tracił jednak czasu na szczegółowe wyjaśnienia. Powiedział po prostu, że znalezienie takiego środka jest konieczne, gdyż trzeba będzie wytępić tysiące, może dziesiątki tysięcy węży. Breecher nie miał zwyczaju kwestionować zleceń, jakie otrzymywał. W ciągu trzydziestu lat pracy w swej tajemniczej firmie nauczył się nie zadawać pytań. Tylko tacy ludzie nadają się to tego, aby ich zatrudniać w laboratoriach specjalnego przeznaczenia.

Breecher myślał nad wyznaczonym mu zadaniem przez tydzień, po czym zgłosił się do Travena z krótkim wykładem na temat toksykologii. Oczywiście, oświadczył, istnieją trucizny, za pomocą których można zabić dowolną ilość dowolnych zwierząt w dowolnie krótkim czasie. Traven po prostu nie wyobraża sobie, jakich szczytów sięgnęła dziś nowoczesna toksykologia. Wytrucie całej Ameryki... no, ale mniejsza z tym. Chodzi o to, że wydajne, niezawodne trucizny to są jednak rzeczy drogie, trudno dostępne i niebezpieczne w transporcie. Dlatego on, Breecher, proponuje pewien środek biochemiczny własnej kompozycji, który ma tę zaletę, że jest względnie tani, dość skuteczny i łatwy w transporcie.

Traven wysłuchał wykładu, po czym wypisał czek i zamówił miejsce w samolocie do Cuernavaki w Meksyku. Faktem jest, że przez chwilę miał ochotę zapytać Breechera, czy istnieje środek pozwalający na bezśladowe, bezbolesne i niezawodne zgładzenie Paula Ryana. Uświadomił sobie jednak, że taki środek na pewno istnieje, że Breecher z chęcią go dostarczy i dopiero wtedy zaczną się kłopoty. Paul Ryan był zbyt małą figurą, aby zaprzątać uwagę Harolda Travena.

Wyprawa do Doliny Węży znów stawała się o krok bardziej realna...

IX

Wyprawa do Cuernavaki miała charakter doświadczalny. Chodziło wyłącznie o wypróbowanie skuteczności aerozolu dostarczonego przez Breechera. Była to zabawka mimo wszystko dość kosztowna i Traven nie zamierzał jej marnotrawić. Dziesięć puszek mieszanki MB-178 (inicjały pochodziły od imienia i nazwiska Breechera, numer odnosił się zapewne do kolejnej kompozycji chemicznej jego autorstwa) kosztowało tysiąc osiemset sześćdziesiąt sześć dolarów. Jeśli jednak Traven miał zabrać tę broń przeciw wężom aż do Tajlandii, musiał mieć pewność, że działa skutecznie i jest wygodna w użyciu.

Sześćdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Cuernavaki, we wsi Ixtumpapalaquan, znajduje się największa na kontynencie amerykańskim ferma hodowlana węży, dostarczająca surowicy wytwórniom szczepionek przeciwjadowych i co ładniejszych okazów ogrodom zoologicznym. To był właśnie cel podróży Travena.

Właściciel fermy, niejaki seńor Jacinto Cuellas Arjentero, wysłuchał propozycji Travena z nieukrywaną ironią. Nie lubił się rozstawać ze swymi gadami. Poza tym przybysz nie wyglądał na milionera. Żądanie, aby sprzedać mu za jednym zamachem dwieście węży różnego rodzaju, wyglądało na kiepski żart.

- Ile? - spytał wreszcie Traven, zirytowany nonszalancją Meksykanina.

- Dwadzieścia tysięcy dolarów, sir - rzucił na odczepnego Arjentero i zaczął się zbierać do odejścia, ponieważ szkoda mu było czasu na głupie rozmowy.

- Płacę dwadzieścia dwa tysiące - powiedział Traven - pod warunkiem, że dostarczy pan węże w miejsce, które wskażę jutro.

Arjentero podrapał się w głowę. Nigdy jeszcze nie trafił mu się taki klient. Węże były warte cztery, najwyżej pięć tysięcy. Nadzwyczajny zysk w wysokości siedemnastu tysięcy nie jest czymś, co można zlekceważyć. Cała ferma przynosiła około czterdzieści tysięcy dochodu w ciągu roku.

- Jak pan płaci? - spytał z niedowierzaniem. - Gotówką? Czekiem? Przelewem bankowym?

- Jak pan sobie życzy?

- A o jakie właściwie węże panu chodzi?

- Nie robi mi to żadnej różnicy. Stawiam tylko warunek, aby przynajmniej połowa z nich była jadowita.

- Skoro tak - mruknął Arjentero - to chyba zgodzę się na pańską propozycję. Ale po co panu aż dwieście węży?

- Moja sprawa. Pan wybaczy, seńor.

Traven wypisał czek na dwadzieścia dwa tysiące plus pięćdziesiąt dolarów na koszty połączenia teleksowego z bankiem nowojorskim, aby Arjentero mógł od razu sprawdzić stan konta i podjąć pieniądze. Nie było czasu do stracenia. A nuż właśnie w tej chwili ktoś inny penetruje Dolinę Węży?

Po południu Traven wynajął samochód i przy pomocy miejscowego przewodnika znalazł w pobliskich górach niewielką polanę, dobrze izolowaną od wiatru, porośniętą samotnymi kępami agawy i opuncjj. Zaznaczył miejsce na mapie i po powrocie do miasta zawiadomił właściciela fermy w Ixtumpapalaquan, gdzie mają być dostarczone węże.

Nazajutrz rano, na godzinę przed umówionym przyjazdem furgonetki z wężami, Traven położył na kamieniu odpieczętowany plan z rękopisu nr 13 i wziął do ręki pojemnik z preparatem Breechera. W ciągu trzech minut z brunatnych skał nadpełzł niewielki, prawie czarny wąż i zwinął się w kłębek na manuskrypcie.

Furgonetka nadjechała punktualnie co do minuty. Traven kazał ustawić skrzynię z wężami nie opodal kamienia, po czym wcisnął kierowcy dwieście peset napiwku i kazał mu co rychlej odjechać. Odchylił wieko skrzyni i odskoczył na bok, trzymając palec na spuście pojemnika.

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Przywiezione węże dosłownie rzuciły się susami w kierunku manuskryptu. Ani jeden nie popełzł w inną stronę. W ciągu kilkudziesięciu sekund wokół kamienia powstał syczący, poruszający się we wszystkie strony kłąb rozwartych pysków, ogonów i lśniących brzuchów pokrytych łuską.

Traven odczekał kilka minut. Potem energicznie podszedł do kłębowiska i nacisnął spust pojemnika z aerozolem. Trysnęła z niego smuga bezbarwnej, bezwonnej, idealnie rozpylonej cieczy.

Węże pozdychały natychmiast. Ich ciała wiotczały w mgnieniu oka, rozdwojone języki zwisały w zaciśniętych szczękach. Mniej więcej po minucie kłębowisko ucichło i rozpadło się na pojedyncze zesztywniałe sztuki. Niemal w tej samej chwili ciała węży zaczęły ciemnieć, jak gdyby je polano sepiową farbą. W upalnym, nieruchomym powietrzu prerii pojawiły się nagle muchy, osy i szerszenie zwabione zapachem padliny. Zataczały krąg nad gnijącym truchłem i spadały martwe jedno po drugim jak rażone piorunem. Tam, gdzie strumień preparatu MB dotknął rdzawej ziemi, widniały brunatne plamy. W końcu na rozpalonym niebie zawirował czarny ogromny sęp. I on nie miał przed sobą długiego życia.

Traven spostrzegł, że jego koszula jest zupełnie mokra od potu. Uświadomił sobie, że preparat Breechera to straszliwa broń nie tylko przeciwko wężem. Przypuszczalnie wystarczyłby najlżejszy powiew wiatru, aby Traven podzielił los węży i owadów.

Przez pół godziny nie miał pomysłu, jak odzyskać manuskrypt. Kłębowisko było na pozór martwe, ale kto mógł zagwarantować, że wśród setek węży nie znalazł się jakiś unikat odporny na działanie trucizny? W końcu Traven przewiązał usta chusteczką do nosa, w bagażniku wypożyczonego samochodu odnalazł łyżkę do opon. Dłonie owinął zdjętą z grzbietu koszulą. Tak uzbrojony podszedł do miejsca mordu. Odgarnął łyżką zdechłe węże i przez podwójnie złożoną tkaninę koszuli zdjął z kamienia swój manuskrypt. Nie miał jednak odwagi, aby go schować do szczelnej, skórzanej torby. Wrzucił koszulę na tylne siedzenie samochodu i ruszył do Cuernavaki. Po dwóch godzinach siedział już w samolocie lecącym do Nowego Jorku. Z satysfakcją pomyślał, że na wysokości dziesięciu tysięcy stóp wąż nie wypełznie z ukrycia, aby się nasycić zapachem manuskryptu.

Eksperyment powiódł się w zupełności. Nic teraz nie stało na przeszkodzie, aby podjąć wyprawę do Doliny Węży.

Nie ulegało już wątpliwości, że plan znaleziony w manuskrypcie nr 13 był przesycony jakąś nieznaną substancją chemiczną zwabiającą węże. Przedstawiał prawdopodobnie schowek lub skarbiec jakiejś dawno zrujnowanej świątyni, w której węże, na skutek tej pomysłowej sztuczki, od trzech stuleci pełniły funkcje strażników - najbardziej nieustraszonych i nieprzekupnych, jakich można sobie wyobrazić. Ale kto i w jaki sposób zdołał wydestylować tę substancję i kto już trzysta lat temu wiedział o istnieniu zmysłu chemicznego u węży?

Nazajutrz Traven rozpoczął ostatnią fazę przygotowań do wyprawy. Zgromadził odpowiednie zapasy żywności, lekarstw, szczepionek i środków opatrunkowych. Kupił pistolet z zapasem amunicji i dokładne mapy wschodniej Tajlandii. Kosztowały po dwadzieścia pięć dolarów za arkusz; rząd Stanów Zjednoczonych kazał sobie słono płacić za pożytki płynące ze stosowania satelitów geodezyjnych. Traven zamówił też u Breechera piętnaście następnych pojemników z preparatem MB-178, tak jednak skonstruowanych, że można je było otwierać z odległości dwustu stóp, z pomocą zmyślnego wyzwalacza. Na koniec zlikwidował mieszkanie. Od tej pory jedynym jego miejscem na ziemi stała się rudera przy Bleecker Street.

W ciągu trzech tygodni poprzedzających wyjazd Travenowi udało się załatwić jeszcze jedną ogromnie ważną sprawę: zdobył tłumacza i towarzysza podróży. Został nim młody Syjamczyk imieniem Czuk (jego prawdziwe imię było oczywiście z piętnaście razy dłuższe), doktorant lingwistyki na Uniwersytecie Columbia. Traven poznał Czuka poprzez zaprzyjaźnionego antykwariusza specjalizującego się w malarstwie Dalekiego Wschodu. Czuk dorabiał u antykwariusza jako konsultant. Rozmowa była krótka i rzeczowa. Traven oferował Czukowi trzydzieści pięć tysięcy dolarów tytułem wynagrodzenia plus bilet powrotny do Stanów, plus zakwaterowanie i wyżywienie podczas wyprawy. Czuk - niewysoki, nerwowy, małomówny - zgodził się bez wahania. Prawdopodobnie trzydzieści pięć tysięcy dolarów wydało mu się sumą dostatecznie wielką, aby zwalniała od zadawania pytań.

Ósmego lipca 1980 roku Traven wysłał frachtem lotniczym do Bangkoku sprzęt i zapasy wyprawy. Preparat MB został określony w liście przewozowym jako środek owadobójczy, co było niewątpliwie prawdą.

Jedenastego lipca 1980 roku dr Haroid Traven wraz z Czukiem opuścili Nowy Jork udając się na Wschód.

Natychmiast po przylocie Travena do Bangkoku zaczęły się mnożyć problemy. Najpierw pojawił się spod ziemi Numi, przewodnik Travena z poprzedniej wyprawy. Nie usiłował nawet udawać, że znalazł się w hotelu "Rajah" przez czysty przypadek. Hałaśliwie wyraził radość z powodu spotkania i pytał gorączkowo, kiedy rusza wyprawa do Lerng Nokhta. Traven z trudem stłumił wściekłość. Nie chciał mieć przy sobie żadnego agenta policji i oświadczył Numiemu kategorycznie, że nie zamierza korzystać z jego usług. Numi jednak nie dawał się zbyć. Kiedy wreszcie musiał odejść, oświadczył bezczelnie, że mogą wyniknąć kłopoty.

I rzeczywiście wynikły. Następnego ranka Czuk został wezwany na policję w celu "złożenia wyjaśnień w sprawie o przemyt", co oznaczało, że policja musi zarobić. Następnie w hotelu "Rajah" pojawił się elegancki i niesłychanie rozmowny komisarz policji. Oświadczył on, że według posiadanych przez policję informacji mr Traven zamierza nielegalnie poszukiwać zabytków kultury tajskiej, co jest karalne. Można oczywiście wnieść podanie do odpowiednich ministerstw o wydanie zezwolenia, jednakże takie sprawy, jak wskazuje doświadczenie, wloką się nieraz miesiącami.

Traven wysłuchał komisarza z kamienną twarzą, po czym spytał, czy czterdzieści tysięcy bahtów rozwiąże sprawę. Powiedzmy pięćdziesiąt tysięcy, czyli dwa tysiące pięćset dolarów. Tak, to rozwiązywało sprawę. Komisarz dodał jednak, że obecność mr Numiego jest w wyprawie niezbędna. To miły i wykształcony chłopiec, który z pewnością będzie służył pomocą szanownemu gościowi. Co się zaś tyczy mr Czuka, to ciążą na nim poważne podejrzenia o przemyt. Sprawa jest bardzo poważna. Został on zatrzymany do wyjaśnienia. To może potrwać.

- Sto tysięcy i starczy tego gadania - powiedział flegmatycznie Traven.

Niezwłocznie wyjaśniło się, że Czuka będzie można zwolnić za godzinę. Komisarz nie mógł jednak odstąpić od żądania, aby Numi wziął udział w wyprawie. Chodziło o zapewnienie bezpieczeństwa wybitnemu uczonemu. Traven pomyślał, że ostatecznie nic się takiego nie stanie.

Oprócz policji jeszcze pięć innych instytucji znalazło nieprzezwyciężalne przeszkody. Znikały jedna po drugiej jak lód w tropikalnym słońcu, kiedy Traven sięgał po książeczkę czekową.

Rankiem trzynastego lipca sprzed hotelu "Rajah" na Soi Nana Tai ruszyła druga wyprawa doktora Harolda Travena. W pierwszym łaziku, prowadzonym przez zaprzyjaźnionego kierowcę Singa, jechał Traven. Na tylnym siedzeniu tkwił Czuk, wetknięty pomiędzy zasobniki z preparatem MB i podstawowe wyposażenie wyprawy. Numi wraz z resztą zapasów jechał w drugim łaziku, prowadzonym przez niejakiego Pyu, który sprawiał na Travenie wrażenie Chińczyka. Na wszelki wypadek Traven starannie oplombował paczki znajdujące się w drugim łaziku.

Kolumna wdarła się jakimś cudem w pasmo gęstego ruchu i skręciła na prawo, w Sukhumvit Road.

O szóstej byli już poza granicami miasta. Kolumna jechała na wschód, ku swym nieznanym przeznaczeniom.

Xl

Piętnastego lipca przed wieczorem wyprawa Harolda Travena dotarła do Lerng Nokhta. Traven miał jeszcze w pamięci tamtą bezsenną noc spędzoną na przeklętym strychu w komendzie garnizonu, wysłał więc Numiego na poszukiwanie porządniejszego noclegu. Numi wrócił już po zapadnięciu zmierzchu, nachmurzony i poirytowany. Oświadczył, że w tej nędznej dziurze nie ma mowy o znalezieniu miejsca na godziwy nocleg. Udało mu się jednak znaleźć obszerną opuszczoną chatę na samym skraju osady. Mogłaby posłużyć jako baza. Właściciel gotów jest ją wynająć na kilka dni za niewielką opłatą.

Łaziki ledwo przebrnęły przez porośnięte zielskiem pagórki i wądoły. Z gęstego, gorącego mroku reflektory wyławiały zarysy jakichś kładek, płotków, szop, tonących w ciemności domów i werand, gdzie migotały słabe płomyki kaganków. Potem była już tylko nieprzenikniona, tropikalna noc. Z latarką w ręku Traven obszedł teren. Chata była rzeczywiście pusta: kilka słupów, na których położono strzechę z liści areku, jakaś ławeczka, wewnątrz dwie izby przepierzone matą i klepiska wyłożone łykiem palmowym.

Przez chwilę ogarnął go strach graniczący z paniką. Dżungla dotykała do samych ścian chaty, liany tworzyły pomost między podporą dachu i ramionami ogromnego banjanu stojącego w mokradle. Przenikliwy krzyk cykad i rechot ropuch drzewnych były chwilami tak ogłuszające, że dłoń sama wędrowała do małżowiny uszu. Z ciemności dobiegały szelesty, mruczenia i piski; raz po raz majaczyły fosforyzujące ślepia jakichś zwierząt.

Było jednak za późno na poszukiwanie innego miejsca. Traven kazał rozładować łaziki. Preparat MB, zapas benzyny i część medykamentów ustawiono na zewnątrz chaty, na niewielkim klepisku. Wewnątrz izby rozłożono trzy śpiwory, bo tyle ich tylko było. Pyu oświadczył, że sam sobie poradzi. Istotnie, z niebywałą wprawą naciął liści i błyskawicznie usypał z nich wygodny kopczyk. Za wezgłowie posłużył mu mięsisty liść łopianu. Pełzały po nim szkarłatne, wijące się robaki, ale na Pyu nie sprawiało to większego wrażenia. Bosą piętą rozdeptał kosmatego, wielkiego jak talerz pająka, ziewnął potężnie i usnął w okamgnieniu.

Przy włączonych światłach jednego z łazików zjedzono w pośpiechu wieczorny posiłek. Ze strzechy raz po raz spadały włochate skolopendry i skaczące pijawki. O ścianę z liści czochrało się jakieś leniwe, zuchwałe zwierzę. Traven zażył proszek nasenny, aby jak najszybciej usnąć. Lękał się, że upał, doprowadzający krew do stanu wrzenia, nie pozwoli mu wypocząć. Obaj Tajlandczycy rozmawiali jeszcze długo ze sobą. Widać było, że się nawzajem nie lubią. Czuk zresztą po raz pierwszy w życiu widział na własne oczy aż tak pierwotną dżunglę.

Krótko po czwartej rano Travena obudziło szarpanie za łokieć. Odruchowo chwycił za woreczek na piersiach, gdzie nosił oryginał manuskryptu nr 13. Człowiekiem, który go obudził, był kierowca Sing. Jego twarz zdradzała przerażenie. Zaczął ciągnąć Travena na zewnątrz chaty, gestykulując nerwowo. Mamrotał coś pod nosem w niezrozumiałym języku.

Traven wyszedł z nim na przyległe do chaty klepisko i na moment zaniemówił z wrażenia. Niewielki placyk o powierzchni najwyżej trzydziestu stóp kwadratowych był dosłownie usłany trupami najróżniejszych zwierząt. Travenowi przede wszystkim rzuciła się w oczy spora rudobrązowa małpa, której wyszczerzone zęby i sztywne jak kij łapy mogły się przyśnić. Wykrzywiony w strasznym grymasie łeb małpy przytykał do przewróconej puszki z preparatem MB. Traven nie mógł z tej odległości dostrzec, czy puszka jest otworzona, lecz rzut oka po klepisku upewnił go, że tak naprawdę było. Grubą na cal warstwą zalegały ziemię ogromne aksamitne ćmy o wymyślnych wzorach, kudłate pająki o splątanych odnóżach, wywrócone na grzbiet jaszczurki i stonogi-pareczniki. Nieco dalej widniały dwa duże jasnozielone węże wyprężone jak struny gitary. Wreszcie Traven rozróżnił brunatne ciało jakiejś monstrualnej wydry, której martwy pysk miał również wyszczerzone zęby. Truchła małpy i wydry zaczynały już zielenieć, ale w powietrzu nie słychać było ani jednej muchy.

Traven wiedział już, co się stało. Prawdopodobnie małpa z ciekawości przewróciła puszkę z preparatem MB, a wydra spróbowała ją napocząć swymi ostrymi siekaczami. Preparat dostarczony przez Breechera był więc zabójczy nie tylko dla węży.

Wtedy stało się coś dziwnego. Sing padł nagle na twarz przed Travenem, zaczął bełkotać i podpełzł na brzuchu do butów Travena, po czym jednym gwałtownym ruchem postawił nogę Travena na swojej głowie. Widocznie w ten sposób oddawał mu boską cześć. W głowie tego prostego chłopca nie mogło się widocznie pomieścić, aby uśmiercenie tylu groźnych stworów mogło się odbyć bez czarnoksięskich sztuczek.

Traven obudził resztę załogi i kazał zwinąć obóz. Tak dyrygował załadunkiem, aby puszki z preparatem MB i kanistry z benzyną nosił do samochodów wyłącznie Sing. Na migi polecił Singowi zachowanie milczenia, co zostało skwitowane trzykrotnym pokornym skłonem głowy. Dwaj przewodnicy mogliby zadawać zbyt wiele pytań lub po prostu uciec na zawsze.

Plan Travena był prosty. Pośrodku osady polecił Numiemu wysiąść i rozejrzeć się za noclegiem. On, Traven, wraz z Czukiem i kierowcami, wpadnie teraz na chwilę do owej świątyni buddyjskiej, aby porozmawiać z mnichem, a potem wróci w to samo miejsce i zabierze Numiego w dalszą drogę. Numi niechętnie usłuchał polecenia. Łaziki ruszyły ostro i zatrzymały się o półtorej mili dalej, przed bramą świątyni.

Czuk zastukał niepewnie. Na dziedzińcu pojawił się ten sam mnich o twarzy szczura. Nie ukrywał zaskoczenia na widok Travena. Musiał go dobrze zapamiętać.

- Powiedz mu - rzekł Traven do Czuka - że spełniam swoją obietnicę. Oto pierwsze sześć kart z kroniki świątynnej, skradzionej kiedyś przez pewnego głupiego młodego człowieka.

Mnich schwycił karty i wpatrywał się w nie tak łapczywie, jak głodne zwierzęta patrzą na jedzenie. Następnie podniósł obie ręce do góry i zaczął coś ni to mówić, ni śpiewać.

- On prosi o łaskę Buddy dla pana - powiedział Czuk niepewnie. - Mówi, że modły mnichów zostały wysłuchane. Mówi, że teraz będzie się panu zawsze dobrze wiodło w życiu. Ale ma jeszcze pytanie...

- Wiem, co to za pytanie - przerwał Traven. - Powiedz mu, że odzyskają wszystkie pozostałe karty swojej kroniki, jeżeli któryś z nich wskaże mi drogę do Doliny Węży. Nie muszą z nami jechać. Wystarczy, jeżeli pokażą kierunek. Ale warunkiem jest pośpiech: to musi nastąpić natychmiast. Jeżeli nie pokażą mi drogi, nigdy nie odzyskają reszty swoich papierów.

- Nie mogą odprawiać swoich modłów - przetłumaczył Czuk - bez kompletu tych... no, tych kartek.

- Tym lepiej. Niech wybierają.

Mnich o twarzy szczura wsunął ręce w rękawy pomarańczowej szaty i przez chwilę coś rozważał.

- Nie wiem - powiedział. - Nie wiem. Musiałbym porozmawiać z braćmi. Nam nie wolno się nawet zbliżać do Doliny Węży.

- Wasza sprawa - odparł ostro Traven. - Ale zdecydujcie to w ciągu najbliższych pięciu minut.

Mnich znikł bezszelestnie za wewnętrznym murem. Traven miał swoje powody, domagając się pośpiechu. Liczył po prostu na to, że uda mu się zostawić Numiego w Lerng Nokhta i dotrzeć do Doliny Węży tylko z Czukiem i obydwoma kierowcami.

Czuk był już wyraźnie zdenerwowany. Warunki umowy przewidywały wprawdzie, że nie będzie zadawał żadnych pytań; trzydzieści pięć tysięcy dolarów też tkwiło w jego głowie jak miraż, ale mimo wszystko nie mógł się uwolnić od dojmującego, niejasnego niepokoju. Ten małomówny, wykształcony i pełen delikatności chłopiec uświadamiał już sobie, że Amerykanin jest człowiekiem co najmniej dziwnym, a jego wyprawa graniczy z szaleństwem.

Mnich o twarzy szczura wrócił po kilku minutach w towarzystwie przygarbionego, ledwo drepczącego starca. Był to człowiek zniszczony, zupełnie bezzębny, odziany w wyszarzałą i poprzecierana szatę.

- Bracia zdecydowali? - rzekł mnich o szczurzej twarzy - że ten człowiek pokaże wam drogę.

Traven spojrzał w wyblakłe, obojętne oczy starca. Kim był właściwie - sługą świątynnym? Niewolnikiem? Nędzarzem na dożywociu?

Czuk chrząknął niepewnie i nachylił się do Travena.

- Widzi pan? - spytał. - On ma na prawym uchu wypalone znamię w formie litery "th". Podobno dawniej piętnowano tak mnichów, którzy sprzeniewierzyli się któremuś z siedmiu ślubów. Słyszałem o tym w dzieciństwie. Ich podobno całymi latami trzymają w ciemności. Nie wiem, czy możemy na nim polegać.

Mnich spojrzał wrogo na Czuka i wypchnął starca przed siebie.

- Spytaj go - powiedział Traven - czy ten starzec na pewno zna drogę. Jeżeli zostanę oszukany, oni nie tylko nie odzyskają swoich papierów, ale ja wrócę tutaj i zrobię coś takiego, że będą na zawsze żałować swego kroku. Ze mną nie ma żartów. Powiedz mu, Czuk, że ich surowo ukarzę za oszustwo.

Na twarzy mnicha pojawił się ohydny uśmiech, który do reszty upodobnił jego szpiczastą głowę do łba gryzonia.

- Nikt w naszym klasztorze - wycedził mnich - nie zna lepiej od niego drogi do Doliny Węży. W młodości wielokrotnie uciekał z kilku klasztorów i za każdym razem znajdowano go w tamtych okolicach. On tam czegoś szukał, ale nie wiemy czego. Wolą braci został ukarany za nieposłuszeństwo. On na pewno nie zawiedzie. Więc kiedy, cudzoziemcze, odzyskamy nasze dokumenty? Wyprawa jest niebezpieczna, ostrzegałem cię. Jeżeli zginiesz, nie będziemy wiedzieli, gdzie szukać naszej własności.

- Nie martw się, przyjacielu - odparł Traven kierując się do samochodu. - Jeżeli nawet zapadnę się pod ziemię, dostaniesz swoje papiery. Jest na to sposób.

Łaziki ominęły środek osady i ostro ruszyły pod górę wąską wyboistą ścieżką. Traven wyobraził sobie nie bez satysfakcji, jak musi się miotać z wściekłości wystrychnięty na dudka Numi. Przyszedł mu też na myśl Paul Ryan.

Starzec nie mówił nic, tylko nieznacznymi ruchami głowy wskazywał kierowcy drogę. Po przejechaniu mniej więcej ośmiu mil ścieżka stała się tak wąska, że zbita, zbałwaniona roślinność dżungli darła brezentowe burty łazika, i tak stroma, że kierowcy musieli włączyć napęd na cztery koła. Jeszcze pół mili, jeszcze trzysta jardów - i dalsza jazda stała się w końcu niemożliwa. Wozy zakleszczyły się w zbitej, nieustępliwej gęstwinie i przywarły do zbocza z maskami zadartymi w górę.

Traven zastanawiał się przez chwilę, jak dalej postąpić. Dochodziła dziesiąta rano, żar ciekł z nieba jak roztopiony metal. Duszący wilgotny opar napełniał okolicę smugami szarozłotej pary. Traven kazał Czukowi zapytać przewodnika, jak daleko jeszcze do Doliny Węży.

Starzec otworzył usta, aby zaczerpnąć powietrza, i wtedy Traven spostrzegł, że ten człowiek miał obcięty język. Jego jama ustna była naprawdę jamą; bezzębne dziąsła i brak języka sprawiały, że przypominał bardziej rybę niż ssaka. Starzec wyciągnął rękę na wschód, potem rozczapierzonymi palcami dłoni wykonał trzykrotny ruch.

Czuk wprawdzie zrozumiał, że chodzi o trzydzieści khthurit - była to dawna, dziś już nie używana jednostka długości - lecz nie umiał już tego przeliczyć na stopy lub jardy.

Traven zdecydował, że pójdą pieszo w kierunku wskazanym przez starca. Część bagażu pozostała w łazikach; w tym miejscu świata raczej nie należało lękać się złodziei. Kierowcy zostali obładowani namiotem, śpiworami i żywnością. Czuk dostał do niesienia kanister z wodą i trzy puszki preparatu MB. Traven zarzucił na plecy następny kanister i osiem puszek preparatu Breechera. Za pas zatknął pistolet. Do ręki wziął szablę zakupioną podczas pierwszej wyprawy.

Ruszyli przed siebie, krok za krokiem. Już po trzech kwadransach musieli odpocząć. Pot ciekł z nich strumieniami, płuca dyszały ciężko, domagając się tlenu. Przed oczami wirowały purpurowe płatki. Nie było jeszcze południa, ale podróżny termometr wskazywał już sto trzy stopnie Fahrenheita. Nawet Pyu, najmłodszy i najsilniejszy wśród nich, leżał w cieniu mangrowca półprzytomny od upału i zmęczenia. Tylko niemy starzec okazał się zupełnie niepodatny na upał. Spoglądał apatycznie w przestrzeń; w jego bezbarwnych oczach nie można było odnaleźć żadnych uczuć i myśli.

Traven pomyślał, że tak pięknych widoków nie widział jeszcze nigdy w swym zmarnowanym życiu, prześlęczonym nie wiadomo po co nad starymi papierzyskami. Raz po raz z głębokiej zieloności dobiegał przeraźliwy krzyk gibbonów, po którym wzbijały się w powietrze chmary ogromnych stukolorowych motyli. Kwiaty o nieopisanych barwach i kształtach napełniały całą ziemię, pełzły po grząskim podglebiu, pięły się po wierzchołkach drzew, tworzyły wzorzyste baldachimy. Za każdym zakrętem ścieżki wybuchały chmury nowych, coraz bardziej niezwykłych zapachów.

Dwanaście razy przerywano marsz pod górę. Roślinność dżungli stała się tak skłębiona, że widoczność nie przekraczała kilkunastu stóp. Kiedy opadali bez tchu na przydrożne kamienie lub wilgotne turkusowe mchy, tracili poczucie rzeczywistości. Wydawało się, że to zielone piekło nie ma początku ani końca, że cały świat składa się wyłącznie z żaru, parnego zaduchu i rozszalałej roślinności.

Na ostatnim postoju niemy starzec ułamał gałązkę tamaryszku i kiwnąwszy na Czuka nakreślił na mokrej, wygładzonej ziemi jakieś znaki.

- On pyta - przetłumaczył Czuk strząsając z szyi strumienie potu - czego pan szuka w Dolinie Węży.

- Powiedz mu, żeby nie zadawał niepotrzebnych pytań - odparł ostro Traven. - Ma pokazać drogę i to wszystko.

Starzec spojrzał pytająco na Czuka i znów zaczął coś kreślić.

- On mówi - czytał Czuk - że żaden biały nie był jeszcze w Dolinie Węży. I że tam czyha śmierć.

- Powiedz mu, że obejdę się bez tych rad.

- Proszę pana - zaczął niepewnie Czuk - ale jeżeli on mówi prawdę, to naprawdę może się stać coś niedobrego. Ja osobiście...

- Nie bój się, Czuk. Ja tam pójdę sam.

Starzec pokręcił głową i pokazał, że chce wiedzieć, co mówi ten dziwny cudzoziemiec. Potem znów chwycił za gałązkę.

- On mówi - czytał dalej Czuk - że nad Doliną Węży ciąży przekleństwo bogów. On jeden wie, jak je odwrócić. Ale musiałby iść z panem. Dlatego chce wiedzieć, czego pan szuka.

- Dosyć tego! - krzyknął Traven. - On zostanie razem z wami i poczeka, aż wrócę. Mnie się na pewno nic nie stanie. Moje czary są lepsze niż jego.

Dwadzieścia po drugiej, kiedy upał stał się już zupełnie niemożliwy do zniesienia, wyprawa stanęła na szczycie góry. Traven pierwszy spojrzał przed siebie, w dół, i przez chwilę nie mógł wydobyć słowa z krtani.

Rozciągała się przed nim bezbrzeżna seledynowa dolina podobna do ogromnej czaszy z zielonego kryształu. W powietrzu żeglowały leniwie ogromne ptaki. Połyskiwały srebrzyste strumienie. Na okalających dolinę stokach pięły się czarno-zielone języki jakichś gajów. Z wysokości obrzeża można było wyraźnie dostrzec zarysy zrujnowanych budowli, zarośnięte szlaki dawnych dróg i jaśniejszy niż tło regularny pięciokąt - na pewno ślad po zapomnianych, stokroć burzonych murach obronnych W geometrycznym środku doliny rosło nieprawdopodobnie wysokie drzewo. Miało z siedemdziesiąt pięter wysokości.

Travenowi zabito serce z emocji. Sprawdzała się w jego oczach pierwsza informacja zawarta w manuskrypcie.

- Czuk! - zawołał nie panując nad wzruszeniem. - Rozbijecie tu obóz i zostaniecie, dopóki nie wrócę. Poszukajcie jakiegoś źródła. Tu są pastylki do dezynfekcji wody. Żywność macie, namiot rozbijcie od razu. Czuk, przyjacielu, cóż to za wspaniały widok!

Traven odpoczywał jeszcze przez dziesięć minut, potem zarzucił sobie na plecy osiem puszek z preparatem MB, do ręki wziął szablę i zaczął powoli schodzić po stoku w głąb doliny.

Niemy starzec zerwał się nagle, zbiegł jak młodzieniec za Travenem i schwycił go za ramię.

- Spokój, przyjacielu - powiedział Traven. - Teraz już wiem, gdzie to jest. To tam, prawda?

I pokazał na ogromne drzewo. Starzec wydał z siebie przeraźliwa nieartykułowany okrzyk. Na jego martwej twarzy pojawiła się nienawiść pomieszana z przerażeniem i podziwem.

- Możesz wrócić do nich - Traven wskazał niemowie rozpięty już namiot. - Nie jesteś mi więcej potrzebny.

Starzec wciągnął głowę w ramiona, pochylił się i zniknął jak widmo. Można było, odnieść wrażenie, że roztopił się w dżungli.

XII

Początkowo Traven schodził w głąb doliny beztrosko jak na spacerze. Dżungla jak gdyby nieco zrzedła, gęsty baldachim lian chronił trochę przed spiekotą, grunt nie był zbyt grząski. Traven połknął pastylkę koncentratu odżywczego zastępującego posiłek, popił odkażoną wodą z manierki i szedł, szedł przed siebie wymachując szablą jak mały chłopiec, który się wyrwał na najcudowniejsze wakacje swego życia. Oto spełniało się jego marzenie. Mniej więcej za godzinę dotrze do tajemniczego miasta Kathanthantcheran Sikrit, o którym nigdy nie słyszeli historycy. Poszuka "Groty Potęgi i Śmierci". Spojrzy w oczy Wielkiemu Mocarzowi.

Miał wrażenie, że będzie się tam poruszał jak w centrum Turtle Bay. Przed opuszczeniem obozu nastawił azymut na swym elektronicznym kompasie, aby nie stracić kierunku, kiedy zniknie mu z oczu Wielkie Drzewo. Potem doda do kursu sto osiemdziesiąt stopni i wróci wprost do obozu. W gruncie rzeczy wszystko to było dziecinnie proste.

Traven nie u miałby wytłumaczyć, czego się spodziewa w Grocie. Chwilami wydawało mu się, że jego życie straci wszelki sens, gdy tajemnica rysunku zostanie rozwiązana. Kiedy indziej napadło go zapierające dech poczucie, że jest tylko o krok od czegoś, co pozwoli mu zacząć życie na nowo. Pomyślał, że ta niepewność doskonale wpływa na wydzielanie adrenaliny i hydrokortyzonu; czuł się lepiej niż kiedykolwiek przedtem przez całe swoje życie.

Mniej więcej po godzinie marszu dżungla znów zgęstniała. Potem przed oczami Travena pojawiła się niewielka polanka. Przez delikatną siatkę zieleni przeświecał niewysoki mur z ciosanego kamienia. Traven postanowił na chwilę zboczyć z kursu. Pod murem, na bezładnej stercie, leżały dwa prastare hełmy czy szyszaki, kilkanaście zakrzywionych, mocno już przerdzewiałych szabel, jakieś nierozpoznawalne naczynia, trochę kości.

To, co się później stało, mogło trwać pięć sekund albo pięć minut; mózg Travena zanotował tę scenę wiernie i precyzyjnie jak kamera filmowa, lecz nie przechował elementu czasu.

W momencie gdy Traven chciał wziąć do ręki jeden z hełmów, z jakiejś szpary w murze strzeliła w jego stronę - tylko tak można to było określić - ogromna kobra królewska. Jej spłaszczony łeb odgiął się w tył, w rozwartym pysku błysnęły straszne bielutkie kły. Traven zupełnie podświadomie zamachnął się z całej siły szablą i jednym ciosem rozciął kobrę na dwa nierówne kawałki. Pysk jeszcze przez chwilę drgał w konwulsjach, ściekała z niego różowa piana. Na gałęzi wrzasnęła mała brązowa małpa, zerwał się jakiś kolorowy ptak.

Traven otarł pot, który zalał mu oczy. W tej samej chwili tuż koło siebie usłyszał syk. Dwie wielkie kobry pełzły powoli w jego stronę. Traven błyskawicznym ruchem ściągnął z pleców pojemnik z mieszanką Breechera. Nie zastanawiał się, dokąd sam ucieknie przed działaniem gazu. Był śmiertelnie zagrożony ze wszystkich stron, nie miał czasu do namysłu.

Właśnie wtedy, zanim jeszcze Traven zdążył nacisnąć spust pojemnika, obie kobry zatrzymały się nagle. Sycząc wściekle wyprostowały się obie i jak na komendę rzuciły się na prawo. W ułamku sekundy Traven dostrzegł, jak ich zęby wpiły się w coś, co było bosymi nogami człowieka.

Tym człowiekiem był niemy starzec. Widocznie zmylił czujność pozostałej załogi i szedł trop w trop, bezszelestnie jak leśne zwierzę. Teraz spotkała go śmierć.

Ale potem nadeszła jeszcze jedna sekunda, podczas której Traven zwątpił o stanie własnych zmysłów. Starzec oderwał obie kobry od własnych nóg i z wysiłkiem cisnął je w zarośla. Potem spojrzał Travenowi prosto w oczy.

Był uodporniony na jad kobry.

Traven doznał po raz pierwszy w życiu ataku histerii. Zaczął tupać nogami, wykrzykiwał najokropniejsze przekleństwa, w końcu rzucił się w kierunku starca z wyciągniętą szablą. Był gotów posiekać go na kawałki, tak samo, jak poprzednio posiekał węża. Ale starzec dosłownie rozpłynął się w dżungli, jak gdyby go nigdy nie było.

Rozdygotany, wyczerpany Traven opadł na jakiś kamień dysząc ciężko i zbierając myśli. Stało się więc najgorsze, co się stać mogło. Ten przeklęty niemowa na pewno wiedział, czego poszukuje Traven. Musiał tu bywać wiele razy. Być może przez całe lata aplikowano mu niewielkie dawki jadu, aby wyrobił w swym organizmie odporność na dalsze ukąszenia. A potem obcięto mu język, aby nikomu obcemu nie zdradził tajemnicy.

Może zresztą cała ta komedia była z góry ukartowana przez mnichów? Zapewne wiedzieli o ukrytym skarbie, jeśli to był naprawdę skarb, ale nie mieli planu. Skąd w końcu mogliby wiedzieć, że plan ukryto pomiędzy dwoma sklejonymi kartami kroniki? Z powodzeniem mogli postanowić, że jedyny wśród nich, któremu nie zagrożą ukąszenia węży, pójdzie śladami Travena, odnajdzie miejsce ukrycia skarbu, a potem po prostu zabije cudzoziemskiego przybłędę. Wystarczy, żeby z ukrycia rzucił w jego stronę jedną rozwścieczoną kobrę.

W Travenie wezbrała zimna, zacięta determinacja. Jeżeli ten obdarty łotr pojawi się w polu widzenia - zostanie bez skrupułów zabity jak w gangsterskim filmie. Żadnych świadków nie będzie. A do groty Traven wejdzie jednak zupełnie sam.

W tej samej chwili Traven uświadomił sobie, że z pośpiechu zostawił w łaziku pistolet z zapasem amunicji. Teraz musiał się liczyć tylko z użyciem szabli, w czym przecież nie był szczególnie biegły, lub z użyciem preparatu MB, który działał zabójczo nie tylko na upatrzone ofiary. Nie była to dobra sytuacja. Zwłaszcza że niemowa umiał się poruszać zupełnie bezszelestnie, jak gdyby pędził życie na gałęzi mangrowca.

O czwartej Traven łyknął następną pastylkę koncentratu, zażył porcję preparatu wzmacniającego i znów popił wody z manierki. Wrócił na ścieżkę i ruszył przed siebie, w kierunku Wielkiego Drzewa, którego niebotyczny wierzchołek był jeszcze widoczny nad koronami miłorzębów.

Uszedł około pół mili, z trudem łapiąc oddech. Zieleń dżungli ściemniała. Wokół niknącej ścieżki pojawiły się jakieś ciernie rozrywające tkaninę spodni i bluzy, a ponadto raniące znienacka skórę dłoni i szyi. Co kilka minut Traven musiał się zatrzymywać i dezynfekować zranione miejsca aerozolem opatrunkowym. Nasłuchiwał, czy nie słyszy za sobą kroków. Ale w dżungli rozlegał się tylko śpiew ptaków, obrzydliwy krzyk małp i buczenie ogromnych szmaragdowych ważek.

O wpół do szóstej Traven przysiadł na chwilę na kamiennym słupku, który był pozostałością po jakiejś dawno zburzonej wieży strażniczej. Pomyślał, że legendy o Dolinie Węży są jednak przesadzone. Widział na razie zaledwie kilka sztuk, a to w końcu mogło się zdarzyć w każdym niemal miejscu świata.

Nagle rozległ się trzask łamanych gałęzi i szelest trawy. Traven chwycił za szablę. Z chaszczy wyskoczył na dróżkę rosły pręgowany tygrys. Zatrzymał się o pięćdziesiąt stóp od Travena i popatrzył na niego ze zdumieniem. Jego puszysty ogon poruszał się miarowo, zmrużone zielone oczy nie wyrażały nic poza ciekawością. Potem tygrys jednym susem pokonał dróżkę i znikł na powrót w dżungli.

Traven umocował przy pasie pojemnik z preparatem MB i ruszył dalej.

Kwadrans po piątej wyszedł na szeroką, nieźle kiedyś brukowaną drogę, porośniętą teraz kępami trawy tygrysiej i karłowatych skrzypów. Po obu stronach biegły ruiny jakichś spalonych czy zburzonych domów, ledwo widoczne w gęstwinie lian, krzewów i kwiatów. Traven zwolnił kroku. Instynkt uprzedzał go, że za każdym załomem muru i pod każdym kamieniem mogą się kryć węże. Ale na razie nie było ich widać. Walały się resztki nieokreślonych przedmiotów, przerdzewiała broń, rozwalona skrzynia ze śladami okuć, potrzaskane fragmenty kamiennych rzeźb. Piękne to musiało być miasto.

O trzysta jardów dalej droga krzyżowała się z węższą, prawie zupełnie zarośniętą alejką. Traven zatrzymał się na chwilę. W niewielkiej odległości od niego ukazało się Drzewo. Było oczywiście niższe, niż wydawało się ze zwieńczenia doliny. Miało nie więcej niż trzydzieści pięter wysokości, lecz mimo to nie mógł oderwać od niego oczu. Po ogromnych konarach uganiały się rozchichotane małpy, skrzeczały śmieszne ptaki podobne do papug, wokół pnia wirowały chmury motyli i maleńkich owadów, które przypominały złoty pył.

Traven rozejrzał się po zalanym słońcem placyku. Nie było na nim nikogo. Odniósł wrażenie, że to wszystko dzieje się na innym świecie. Zapomniał o odbierającym przytomność upale i ruszył w stronę Drzewa.

XIII

Bez trudu odnalazł dziedziniec. Zanim jednak przystąpił do odmierzania ośmiuset trzynastu kroków, powtórzył najpierw operację z Cuernavaki. Na kamiennej płycie pośrodku dziedzińca ustawił dwa pojemniki z mieszanką Breechera, uruchamiane zdalnie na odległość trzydziestu stóp. Potem jednym szybkim ruchem wyciągnął z woreczka na piersiach oryginał planu i delikatnie położył go na tej samej płycie.

W ciągu minuty pojawiły się pierwsze węże. Traven ze zdumieniem patrzył na ich nieprawdopodobne barwy i kształty. Najszybciej dopadały manuskryptu wielkie, spasione kobry syczące wściekle na pobratymców, potem w polu widzenia zjawiły się węże szare, zielone, brązowe, purpurowe. Po dziesięciu minutach było ich koło setki, po kwadransie kamienna płyta zniknęła zupełnie pod skłębioną, śliską masą węży.

Wtedy Traven uruchomił spust jednego z pojemników. Scena z Cuernavaki powtórzyła się jak film oglądany po raz drugi. Węże zdychały błyskawicznie. Żaden nie próbował uciekać.

Traven odczekał jeszcze kilka minut i zamierzał zdjąć z kamienia swój cudowny lep na węże, ponieważ obawiał się, że resztki zapachu z manuskryptu wywietrzeją w rozgrzanym powietrzu. Spostrzegł jednak, że z odległych krańców dziedzińca znów pełzną węże. Cofnął się. Odczekał jeszcze chwilę.

Dopiero teraz mógł się przekonać, że preparat MB działa zabójczo, lecz tylko przy bezpośrednim kontakcie i w sposób bardzo krótkotrwały. Dlatego zapewne Breecher nie uważał go za truciznę, lecz za środek biochemiczny. Węże wpełzły bez przeszkód na zakażony prostokąt i zaczęły się wić na manuskrypcie, strącając zwiotczałe ciała poprzedników.

Po następnych dziesięciu minutach, kiedy węży zebrało się koło setki, Traven nacisnął spust pojemnika i masowy mord powtórzył się na nowo. Legenda o Dolinie Węży nie była więc całkiem bezpodstawna. Lecz Traven nie tracił nadziei, że uda mu się wytępić gady przynajmniej w najbliższym promieniu. Ile w końcu mogło ich tu być?

Kiedy Traven po raz drugi usiłował zdjąć z kamienia swój manuskrypt, rozległ się nagle ogłuszający łoskot, zwielokrotniony przez echo doliny.

W przeciwległym kącie dziedzińca zawalił się tympanon bogato rzeźbionej arkady. W obłoku kurzu Traven dostrzegł wyraźnie zarys ludzkiej postaci. Krzyknął. Jego głos zabrzmiał jak wystrzał z działa. Echo powtórzyło go kilkadziesiąt razy, potem znów zapadła cisza.

To był na pewno niemowa z klasztoru. Teraz miał już pewność, że na perswazje i porozumienie nie ma co liczyć. Pozostawała tylko walka. Starzec widział na pewno węże ginące w mgnieniu oka i musiał zrozumieć, że biały przybłęda nie odejdzie stąd dobrowolnie. Starzec nie odstąpi już Travena, dopóki nie wyśledzi drogi do skarbu, której zapewne poszukiwało kilka pokoleń mnichów. Ale dosięgnięcie niemowy było fizycznie niemożliwe. Zanim jeszcze opadł obłok kurzu - ten człowiek znów rozpłynął się jak widmo.

Dochodziła szósta. Traven pospiesznie schował plan do woreczka na piersiach, zarzucił pojemniki na plecy i poszedł w kierunku Wielkiego Drzewa. Okazało się, że w dawnym pałacu królewskim - te ruiny mogły być tylko wspaniałym, okazałym pałacem - było aż pięć identycznych dziedzińców. Widocznie piątka uchodziła tu kiedyś za liczbę magiczną. Traven długo zastanawiał się, od którego wierzchołka rozpocząć odliczanie kroków. W końcu wpadł na pomysł, że skoro Drzewo rośnie w geometrycznym środku pięciokąta, należy rozpocząć odliczanie od dowolnego wierzchołka, a następnie w odległości ośmiuset trzynastu kroków zatoczyć wokół pnia okrąg. Gdzieś tam powinien znajdować się kamień z głową węża.

Trwało to jeszcze pół godziny. Traven nie zauważył nawet, że słońce raptownie pochyliło się ku zachodowi; zmrok w tropikach zapada gwałtownie. O godzinie szóstej czterdzieści cztery - specjalnie spojrzał na zegarek, aby upamiętnić sobie ten moment - natknął się w gęstej trawie dziedzińca na sporą owalną płytę pokrytą niewyraźnymi śladami płaskorzeźb. Przy pewnej dozie wyobraźni mógł uznać, że zatarty ślad rzeczywiście przypomina pysk węża.

Jeśli to nawet było miejsce opisane w planie, sprawa i tak wyglądała beznadziejnie. Płyta ważyła przypuszczalnie z pięćset funtów. Traven nie miał łomu, aby ją chociaż nieznacznie podważyć. Sprowadzenie pomocników nie wchodziło w rachubę. Zainstalowanie wielokrążka przekraczało ludzkie możliwości.

Ale przecież wyprawa nie mogła się skończyć porażką właśnie teraz, gdy Harold Traven znalazł się o krok od rozwiązania zagadki. Jakieś wyjście musiało się znaleźć.

Traven zaczął bezmyślnie spacerować po płycie. Nagle poczuł, że ziemia usuwa mu się spod nóg. Widocznie płyta była zamocowana w obrotowym łożysku. Ciężar ciała ludzkiego wystarczał, aby ją nieznacznie uchylić. Traven rozejrzał się dookoła i dostrzegł kilka nieforemnych brył kamiennych odłupanych z jakiejś kolumny. Zaczął je znosić w pobliże płyty. Kłopot polegał na tym, że płytę trzeba było podeprzeć akurat z odwrotnej strony niż ta, na której się stało.

Tuż przed siódmą Traven ostatkiem sił zdołał doprowadzić do tego, że szpara miała nieco ponad piętnaście cali wysokości. Teraz można już było wśliznąć się przez nią do studni. Traven sądził, że pod pokrywą istotnie rozciąga się w głąb coś w rodzaju studni. Zaczął się przygotowywać do zejścia, ale nagle uświadomił sobie, że mogą to być ostatnie chwile jego życia. Wystarczy, żeby niemowa, który go na pewno przez cały czas obserwuje, odsunął kamienie zabezpieczające pokrywę. Wtedy Traven już nigdy nie wyjdzie na powierzchnię. A skąd może wiedzieć, co jest naprawdę tam - pod ziemią?

Było już prawie zupełnie ciemno, ale teraz już nic na świecie nie mogło powstrzymać Travena od osiągnięcia celu. Wykorzystując ostatnie blaski dnia przymocował do występu w płycie linkę, która otwierała spust pojemnika z preparatem MB. Jeżeli starzec zbliży się do otworu i zechce choć dotknąć płyty - zginie na miejscu jak węże. Traven położył się na brzuchu i rzucił w głąb studni ostry snop światła z latarki.

To, co zobaczył, nie mieściło się w głowie. Spod płyty wiodły szerokie kamienne schody na głębokość jednego piętra. Najwidoczniej pod dziedzińcem zaczynał się nowy, podziemny pałac. Ale w zasięgu wzroku nie było widać nic - dosłownie nic oprócz tysiącznej masy skłębionych, syczących, przelewających się węży. Pokrywały wibrującym dywanem schody i podłogę podziemnej komnaty, wiły się na ścianach, zwisały z kolumn. Traven wstał i opuścił bezradnie ręce.

Dopiero wtedy zorientował się, jak nierozsądnie postąpił. Było już zupełnie ciemno. O powrocie przez dżunglę nie mógł nawet myśleć. Pozostawało mu tylko spędzić na martwym dziedzińcu całą noc - w trupim pejzażu ruin i szkieletów, z malejącą rezerwą wody, pośród węży pełznących w ciemności, a na domiar z pełną świadomością, że w mroku nocy czai się niemy starzec, który odkrył już sekret podziemnej świątyni i czeka tylko na stosowną chwilę, aby dopaść zuchwałego złodzieja skarbu i zgładzić go na miejscu.

Być może tak zwane pastylki synergetyczne, które Traven zażywał przez cały dzień, odebrały mu nawet najprostsze poczucie rozwagi i instynktowny lęk.. Ale teraz było już za późno na rozważania.

XIV

Słońce wzeszło nad Doliną Węży o trzeciej trzydzieści rano. Jego ostre promienie oświetliły najpierw koronę Drzewa, potem wydobyły z mroku majaczące w zieleni resztki murów, w końcu padły na samotną skuloną postać siedzącą pośrodku dziedzińca.

Harold Traven nie był już tym samym człowiekiem, co przed ośmioma godzinami. Jego głowa prawie całkowicie posiwiała; na znużonej, nie ogolonej twarzy widniał czytelny ślad udręki. Nie zmrużył oka nawet na sekundę. Przez całą noc zaciskał palce na rękojeści szabli, w lewej dłoni trzymał kurczowo linkę spustową od pojemnika z mieszanką Breechera. Noc była bezksiężycowa, bardzo gorąca i tak strasznie długa, jak gdyby nigdy nie miała się skończyć. Tuż nad głową Travena latały ogromne zielonookie nietoperze. Za jego plecami rozlegało się bez chwili przerwy mlaskanie i człapanie jakichś nocnych drapieżców. Kilka razy był zupełnie pewien, że z ciemności skrada się w jego stronę niemowa, trzymający w dłoni oślizłą syczącą kobrę.

Sto razy w ciągu tej nocy Traven rezygnował z zamiaru kontynuowania wyprawy. Przysięgał sobie, że z pierwszym brzaskiem porzucić na zawszę tę morderczą dolinę, Tajlandię, Azję, wszystko w ogóle, co nie było Nowym Jorkiem. Ale kiedy tylko wzeszło słońce, podniósł się ociężale, wypił ostatnie krople wody z manierki i stanął nad szczeliną. TO było silniejsze niż on sam.

Najpierw wtrysnął do wnętrza dwa kolejne pojemniki aerozolu. Odczekał kilka minut i zaświecił latarkę. Gaz zabił przynajmniej kilkaset węży na schodach, ale reszta pełzała nadal po ścianach i kolumnach. Dopiero największy, uruchamiany na odległość pojemnik dał im radę. W podziemnej komnacie nie dostrzegał już żadnego ruchu.

Traven nie był człowiekiem wysportowanym, lecz wysokim i dobrze zbudowanym. Z największym trudem przepchnął mały pojemnik i szablę, potem wcisnął się przez szczelinę i niepewnie stanął na stopniu schodów. Ciała zdechłych węży były tak śliskie, że musiał trzymać się ścian. Czyni mogły się żywić w podziemiach te tysiące gadów? Najwidoczniej z komnaty musiało istnieć jakieś podziemne wyjście na zewnątrz.

Kiedy rozgarnął nogą zdechłe węże i wyprostował się po raz pierwszy, poczuł w powietrzu ten sam drażniący i zachwycający .zapach, który wydzielał się z manuskryptu nr 13. Nie miał już wątpliwości, że jego wcześniejsza hipoteza jest prawdziwa. Tylko cóż to był za skarb, którego broniono w tak niezwykły sposób? I kto potrafił przed stuleciami wydestylować ten eliksir miłości?

Spojrzał w górę. Od tamtego, prawdziwego świata dzieliła go tylko wąska szczelina światła. Kamienna płyta była podparta czterema niewielkimi kamieniami i zabezpieczona samowyzwalającym się pojemnikiem z preparatem MB. Gdyby w tej szparze ukazała się teraz twarz niemowy, życie ich obu trwałoby już niedługo.

Traven poświecił latarką po ścianach i rozejrzał się po komnacie. Zdechłe węże zalegały całe schody. Odgarniał je ostrożnie nogami, szukając śladów życia. Ale komnatę zalegała totalna, bezwzględna cisza. Był to prawdziwy podziemny pałac, zbudowany przez nieznanych mistrzów z różowego marmuru i bladego jaspisu. Nieco dalej wyłonił się z ciemności szeroki rzeźbiony portal zdobiony figurami bogów i słoni. Za nim ciągnęła się następna tonąca w ciemności komnata. Ku zdumieniu Travena nie było w niej ani jednego węża, jak gdyby wszystkie strzegły tylko głównego wejścia z dziedzińca. Kroki Travena rezonowały, jak gdyby stąpał po ogromnym bębnie. Sprawiało to wrażenie, że pod spodem znajdują się kolejne, jeszcze głębsze lochy.

Latarka mignęła nagle, zgasła i znów się zapaliła. Traven poczuł przyspieszone bicie serca. Bez światła nie miał tu czego szukać. Nie potrafiłby nawet odnaleźć drogi powrotnej. Ale widocznie było to tylko przyjacielskie ostrzeżenie.

Przy wyjściu z drugiej komnaty rozpoczynał się dość wąski i chyba bardzo długi korytarz. Bogato zdobione kapitele kolumn ginęły w mroku. Traven musiał trzymać się ścian. Były zimne i oślizłe od śluzu węży, które widocznie pełzały tu jeszcze niedawno. Prawdopodobnie blask światła po uchyleniu płyty wejściowej zwabił je wszystkie do pierwszej komnaty. Wiedziały, że muszą zniszczyć intruza, który wdarł się do ich podziemnego królestwa.

Nagle Traven zatrzymał rękę. Jego oczom ukazał się widok tak straszny, że wszystko, co go dotąd spotkało w tej wyprawie, wydało się bez znaczenia.

W ścianie korytarza znajdowały się potężne metalowe drzwi bez klamek, zdobione gęsto płaskorzeźbami. To była na pewno ta brązowa płyta, o której wspominała instrukcja do planu. Ale przed nią leżał teraz skurczony, wykrzywiony w potwornym grymasie trup człowieka pokryty zielonkawymi plamami.

To był niemy starzec z klasztoru w Lerng Nokhta.

Na jego piersiach leżał wąż, jakiego nie widział jeszcze żaden badacz przyrody. Był zupełnie biały, właściwie przezroczysty, ponieważ w bladym świetle widniały miarowo pulsujące żebra, lecz jego ogromny, nieprawdopodobny łeb miał barwę purpury. Para nieruchomych oczu świeciła jak potężne reflektory. Ogromne cielsko miało co najmniej piętnaście stóp długości. Rozdwojony ogon bił miarowo o zwłoki starca. Obły łeb o barwie ludzkiej krwi i rozmiarach potwornego arbuza drżał w ostrej smudze światła latarki.

Wąż leniwie uniósł pysk w stronę Travena. Wyprostował górną część ciała. Rozległ się wysoki, przenikliwy świst, od którego Traven omal nie ogłuchł. W ciągu ułamka sekundy skierował na węża strumień aerozolu. Gad wyprężył się jak szarpnięta struna i plunął w stronę Travena cienkim, ostrym strumieniem śliny. Traven zdążył uskoczyć w bok, ale pośliznął się i odruchowo oparł się ręką o drzwi. Wąż zwinął się jeszcze raz w kłębek, zacisnął sploty na szyi trupa i nagle zwiotczał jak balon, z którego wypuszczono powietrze.

XV

Traven odpoczywał przez chwilę, z trudem odzyskując panowanie nad sobą. Było oczywiste, że starzec, jak tylko dowiedział się, gdzie trzeba szukać skarbu, znalazł jakąś inną drogę do podziemi. Nie mógł jednak przewidzieć, że u wejścia do skarbca spotka węża, na którego jad nie było w świecie ratunku. Zresztą, czy ten potwór był naprawdę wężem, czy dowodem, że legendy o smokach są jednak prawdziwe?

Należało się spieszyć. Bateria w latarce nie była niewyczerpana. Instrukcja kazała teraz trzy razy khamman. Ale co to mogło znaczyć? Nacisnąć? Uderzyć? Znaleźć tajny klucz lub występ w murze? Traven spróbował wszystkiego po kolei, ale bez skutku. Był już tak zmęczony i wyczerpany nerwowo, że nic innego nie przychodziło mu do głowy. Zgasił latarkę. Milczał przez długą chwilę w ciemności. Właśnie teraz, kiedy doszedł już prawie do celu, stawał wobec przeszkody, której już żadne sztuczki nie pokonają. Kto, do wszystkich diabłów, może wyjaśnić, co znaczy to przeklęte słowo?

O pięć stóp od Travena leżał cuchnący trup człowieka i biały wąż-potwór, nie znany żadnemu przyrodnikowi świata; wokół ciągnęły się lochy bez końca; być może w ciemności sunęły już nowe odwody strażników Groty. Ale to wszystko nie obchodziło Travena. Zaprzątała go jedna, tylko jedna myśl: co to znaczy khamman?

Z rozpaczy kilkakrotnie wyszeptał to słowo.

I to był właśnie ten cud. Korytarz zbudowano na zasadzie rezonatora akustycznego. Głośne dźwięki odbijały się od ścian i ulegały natychmiastowemu wytłumieniu; szept zostawał wzmocniony do odpowiedniej amplitudy i najpewniej poprzez jakąś membranę uruchamiał zapadkę w drzwiach. Wtedy brązowa sprężyna wypychała wrota na kilka cali z ościeżnicy.

Traven otworzył drzwi i zaświecił latarką. Znów był jakiś korytarz, pusty i pełen stęchlizny, a potem zaczynała się przepaść. Tak to przynajmniej wyglądało w pierwszej chwili. Traven patrzył przez chwilę w czarną czeluść i doszedł do wniosku, że jest to po prostu zejście na jeszcze niższą kondygnację podziemi. Jak głęboko w ziemię może w końcu sięgać ten labirynt? Wyglądało to jednak dziwnie. Dopiero po dłuższej chwili Traven zorientował się, że nie jest to przepaść, lecz normalne kręcone schody z kamiennych bloków, zasypane nieprzeliczoną ilością ludzkich czaszek i kości. Pomiędzy nimi przemykały wielkie, zupełnie białe szczury o płaskich czerwonych ogonach, spłoszone światłem, którego zapewne od pokoleń nie znały.

Travenowi było już wszystko jedno. Zaczął schodzić po stopniach, roztrącając piszczele i czaszki, które spadały z łoskotem i płoszyły coraz to nowe szczury. Między łapami szczurów raz po raz przemykały odrażające ślepe stworzenia trochę podobne do jaszczurek. Sprawiały wrażenie bezgłowego węża z czterema, a może ośmioma łapami. Traven nigdy nie widział stworzenia składającego się z samego tułowia i pozbawionego głowy. Nawet aksolotl był pełen wdzięku i urody w porównaniu z tymi ohydnymi półprzeźroczystymi tworami.

Kiedy przy kolejnym zakręcie schodów smuga światła latarki padła na strop, Traven znieruchomiał ze strachu. Całymi setkami wisiały tam ogromne, długie na trzy stopy nietoperze. Ich błyszczące pazury u zakończenia błoniastych łap przypominały ostrze brzytwy. Spiczaste ryjki wibrowały nerwowo, niewidoczne ślepia spoglądały na intruza, który ośmielił się naruszyć odwieczną ciszę i ciemność. Traven spostrzegł, że nietoperze są zupełnie czarne. A mogło to znaczyć tylko jedno: że z dolnego piętra podziemi jest wyjście na świat zewnętrzny. Tłuste maszkary musiały się czymś żywić, zapewne spędzały w podziemiach tylko dzień, a nocą wyruszały na łowy. To proste odkrycie przyniosło Travenowi ulgę. Jeden z czarnych worków oderwał się nagle od stropu i załopotał potężnymi błoniastymi skrzydłami, które oczywiście nie mają nic wspólnego ze skrzydłami ptaków. Traven uświadomił sobie, że nietoperze latają bezszelestnie. Dlaczego ten akurat rozgarniał powietrze jak ptak? Traven spojrzał na wirującego niemrawo nietoperza i omal nie krzyknął z przerażenia. Łeb łudząco przypominał ludzką twarz - był prawie różowy, dostrzegało się brwi, usta i puste, pozbawione gałek oczodoły. Ruchliwy ryjek znajdował się w tym miejscu, gdzie w twarzy człowieka znajduje się nos. Kontrast między czarnym tułowiem, połyskliwie sepiową błoną ramion i twarzą w kolorze ludzkiej skóry był tak straszny, że Traven zaczął doznawać wewnętrznego dygotu.

Przemógł się jednak i znów zaczął schodzić w głąb czeluści. Schody wydawały się nie mieć końca. Ilu ludzi, jak długo, musiało kiedyś ryć te podziemne pałace? Czy to byli ci, których spleśniałe czaszki i piszczele poniewierały się teraz setkami czy tysiącami w lochu?

W końcu Traven stanął na dnie studni. Rozejrzał się i dostrzegł uchylone drzwi z bogato zdobionej kraty. Szczury, oszalałe z niepokoju, zaczęły biegać tuż koło jego nóg. Z sufitu spadły ciężko jakieś długie, fosforyzujące, wijące się robaki.

Traven nic czuł już lęku ani obrzydzenia. Czuł, że dotarł do kresu swej wyprawy. Wcisnął się przez uchylone drzwi do niskiej niewielkiej komnaty. Nie było z niej żadnego innego wyjścia. Latarka znów zamigotała. Pod ścianą leżały nierozpoznawalne szczątki jakichś przedmiotów. Na kamiennej półce stało sześć sporych naczyń hermetycznie zamkniętych, o kształtach przypominających ogromne ampułki. A więc to była Grota Potęgi i Śmierci.

Pośrodku komnaty na marmurowym katafalku leżało coś, co na pierwszy rzut oka trudno było określić. Wyglądało to na zmumifikowane zwłoki mniej więcej pięcioletniego dziecka, ale przeczyła temu ogromna, większa niż u dorosłego głowa zupełnie pozbawiona owłosienia. Krótkie chude nóżki, bardzo długie ręce i lekko wyszczerzone siekacze dopełniały niesamowitości tego widoku. Truchło było odziane w szatę ze złotogłowiu, który połyskiwał nawet w słabym światłe latarki. Dopiero po chwili Traven spostrzegł, że w czaszce dziwnego stworu zamiast oczu tkwiły dwa wielkie starannie oszlifowane kamienie podobne do szafirów. To one sprawiały, że mumia patrzyła na intruza przenikliwym, bezlitosnym, wszystko rozumiejącym wzrokiem.

Jak dawno leżało na katafalku to stare dziecko? Kim było za życia? Kto je tak troskliwie balsamował, że przez cienką pomarszczoną skórę dotąd prześwitywały błękitne żyłki? Co się naprawdę działo w tych poplątanych lochach?

Traven poczuł, że cała energia, jaka się w nim nagromadziła przez tę godzinę - minęło właśnie sześćdziesiąt minut, odkąd wśliznął się do podziemi - zaczyna z niego upływać jak krew z broczącej rany. Oparł się o ścianę, ale natychmiast cofnął dłoń. Ściana była gorąca, jak gdyby za nią buzował ogień piekła. Rozejrzał się za czymś, na czym mógłby usiąść. Ściany komnaty były jednak gładkie, a wewnątrz nie dostrzegł żadnego sprzętu. Traven odczuł nagle dojmujące zmęczenie całych swoich sześćdziesięciu lat, zrozumiał, że musi się o coś oprzeć, bo za chwilę zemdleje i upadnie. Odruchowo oparł obie ręce o marmurowy blat katafalku.

Zapamiętał jak przez mgłę, co się potem stało. Truchło dziecka rozdziawiło usta w koszmarnym śmiechu. Porażający hałas, zwiększony rezonującym efektem wnętrza komnaty, świdrował uszy do bólu. Chudziutkie rączki wykonały ruch obejmujący kogoś za szyję. Pokrywa katafalku rozsunęła się powoli. Traven zdołał dojrzeć w ostatnim błysku światła splątaną konstrukcję z drutów i dźwigni, która uruchamiała szczękę mumii i spowodowała rozsunięcie się płyty. Chyba ten sam mechanizm, połączony z jakimś miechem lub dyszą, stanowił przyczynę upiornego śmiechu.

Potem koścista zimna ręka wyrwała Travenowi latarkę i musnęła go po policzku. Mumia zaczęła znikać we wnętrzu katafalku. W smudze światła, którą zabierała ze sobą na zawsze, Traven zobaczył niekończącą się, bezdenną przepaść. Wypełniały ją syczące, wijące się białe węże o szkarłatnych łbach i rozdwojonych ogonach. Potem płyta katafalku złożyła się bezszelestnie. Truchło w złotogłowiu zniknęło.

Traven zemdlał i przewrócił się.

XVI

Nie miał pojęcia, jak długo leżał bez przytomności. Zegarek stłukł się podczas upadku, całkowita cisza i doskonała, bezwzględna ciemność nie dopuszczały żadnych bodźców. Tak właściwie mogła wyglądać śmierć. Lub buddyjska nirwana.

Harolda Travena opanowała niepowstrzymana, biologiczna potrzeba życia. Podniósł się po omacku. Niewiele brakowało, żeby na powrót zemdlał. Uświadomił sobie, że czeka go droga powrotna - wśród białych szczurów, bezgłowych jaszczurek i milczących nietoperzy, które mogły go rozdrapać na drobne strzępki swymi pazurami jak brzytwy. Droga po omacku, bez światła, z ostatnim już nietkniętym pojemnikiem preparatu Brcechera. Traven był bliski szlochu. Musiał, musiał wydostać się z tej przeklętej matni, uciec od węży i wszystkich azjatyckich tajemnic.

Przypomniał sobie nagle, że w kieszeni spodni powinien mieć pudełko zapałek. Tak. Było! Niepełne i trochę pogniecione, ale było. Jakże błogosławił swą przezorność! Drżącymi palcami zaczął pocierać zapałki o draskę.

Pierwsza zapałka złamała się w palcach.

Druga zapłonęła na ułamek sekundy i zgasła.

Trzecia znów się złamała.

Traven zorientował się, że jego obfity pot zmoczył draskę. Stał przez chwilę w ciemności zastanawiając się, ile jeszcze zapałek zostało w pudełku. Ale nie miało to przecież żadnego sensu. Musiał stąd wyjść za wszelką cenę.

Po kilku minutach zdecydował się spróbować jeszcze raz. Zapałka zapłonęła jasnym płomieniem. Kilka sekund wystarczyło, aby Traven dostrzegł, że kute brązowe drzwi z kraty zatrzasnęły się, zapewne podczas znikania mumii. Nie miały klamek ani zawiasów. Był teraz szczurem w pułapce.

Traven rzucił na kamienną podłogę dopalającą się zapałkę i zaczął bić pięściami w kratę. Krzyknął i zwinął się w kłębek z bólu. Rezonujące ściany komnaty wzmocniły jego krzyk do rozmiarów huraganu.

Dwie następne zapałki znów nie przyniosły płomienia. W pudełku pozostały już tylko trzy.

Koniec życia doktora Harolda Travena zbliżał się nieuchronnie. Król Groty Potęgi i Śmierci dobrze strzegł swojego skarbu. Ale co to właściwie był za skarb? Czyżby te metalowe ampułki?

Traven zdecydował się na ostatnia próbę. Tym razem zapałka zapłonęła od razu. W jej świetle Traven dostrzegł sześć stojących na półce amfor, o których zapomniał. Już w ciemności podszedł do półki, jak gdyby spodziewał się od niej wybawienia.

I wybawienie nadeszło. Półka pochyliła się nieznacznie. Przez szparę wpadł oślepiający, cienki jak wstążka promień słońca. Gorący jak ogień wielkiego pieca. Wnętrze komnaty stało się duszne, koszula Travena błyskawicznie zmieniła się w mokrą szmatę. Ale to już nie miało znaczenia, skoro za kamiennym murem była już wolność, powietrze, ptaki i rośliny.

Traven po ciemku zdjął z półki pierwszą amforę i ustawił ją na podłodze. Potem zdjął drugą. Kiedy ponownie nacisnął półkę, cztery pozostałe amfory z hałasem stoczyły się na podłogę. Przez dwukrotnie większą szparę wpadł znowu oślepiający strumień słonecznego światła. Trafił na prawe ramię Travena. Tkanina koszuli zadymiła i napełniła komnatę swądem palonej bawełny i przysmażonej skóry. Ramię Travena zwisło bezwładnie. Ból był nie do wytrzymania.

Nie ma takiego miejsca na kuli ziemskiej, gdzie słońce wypalałoby rany w ludzkim ciele. Tłumiąc łzy i jęk bólu Traven zrozumiał, że promień zza ściany nie jest światłem słonecznym. Więc czym był w takim razie - ogniem piekła?

Siedział bezwolnie pod ścianą. Zwilżył resztkami śliny oparzone miejsce na ramieniu. Teraz nie mógł już nawet zapalić zapałki. Zaczęło go dręczyć pragnienie.

Koniec życia doktora Harolda Travena przybliżył się jeszcze bardziej.

Nagle olśniła go myśl, że trzeba się odwołać do praw fizyki. Ależ tak, to było słońce, tyle że jego promienie wzmacniała stukrotnie jakaś soczewka lub ogromne zwierciadło. Dlatego jedna ze ścian tak parzyła. Był więc nie tylko szczurem w klatce. Był szczurem, który wkrótce zostanie usmażony żywcem. Słońce przecież niedawno wzeszło. W miarę jak kąt padania jego promieni zacznie się zwiększać, temperatura wewnątrz komnaty będzie rosnąć. Około południa jego skóra pokryje się bąblami, zabraknie powietrza do oddychania. Wtedy może katafalk otworzy się znowu, a chuda, koścista ręka wciągnie go w czarną wieczystą przepaść, na miękki dywan z białych węży.

Chwilkę. Jeżeli to jest soczewka lub zwierciadło skupiające, to może uda się je uszkodzić?

Traven wstał z wysiłkiem. Potykając się o amfory, lewą ręką odszukał na podłodze odłupany kamień. Ustawił się koło półki tak, aby wpadający promień nie dotknął jego ciała. Dysząc ciężko, nacisnął półkę. W momencie kiedy szpara stała się dość szeroka, z wysiłkiem cisnął przed siebie kamień. Znów zaskowytał z bólu. Promień poparzył mu trzy palce lewej ręki. W komnacie na powrót zapadła ciemność.

Ale na zewnątrz zaczęło się dziać coś dziwnego. Rozległ się przeciągły niewyraźny grzechot, potem nad sufitem komnaty przetoczył się głuchy łoskot. Sprawiał wrażenie, jak gdyby zwaliła się ogromna góra. A potem komnatę wypełniło cichutkie, delikatne ćwierkanie. Travenowi wydawało się, że jest to ćwierkanie ptaków lub świerszczy. Był jednak w błędzie. Przez niedostrzegalne szczeliny w murze zaczęła się sączyć woda. Przeciskając się przez pory między kamieniami, tłoczona potężnym ciśnieniem z zewnątrz, wydawała dziwny melodyjny dźwięk.

Koniec życia doktora Harolda Travena był już teraz kwestią kilkunastu minut.

Woda sączyła się ze wszystkich stron, kapała z sufitu, wydobywała się spod podłogi. Co prawda odpływała przez kratę drzwi, ale przedsionek komnaty, dzielący ją od schodów, miał co najmniej sześć stóp wysokości. Tyle co komnata. Wystarczy, żeby woda zalała po sufit komnatę i przedsionek.

Traven był teraz szczurem w klatce, który własnoręcznie zamienił sobie wyrok śmierci z usmażenia na utopienie.

Woda sięgała mu już do kostek. Pomyślał, że jest to ostatnia chwila, żeby sięgnąć po pojemnik z płynem MB, ustawić dyszę w kierunku otwartych ust i nacisnąć spust. Wizja szybkiej i bezbolesnej śmierci wydała mu się czymś niezmiernie pociągającym. Dziwił się nawet sam sobie, że jeszcze przed chwilą tak bardzo chciał żyć. Po co właściwie? Czym jest to głupie życie?

Z wysiłkiem zaczął macać po podłodze. Znalazł nagle swoją szablę, o której zupełnie zapomniał. Odtoczył jedną z amfor - była wykonana z lekkiego metalu, który przy zetknięciu z kamieniem wydawał srebrzysty, wysoki dźwięk. Wewnątrz amfory chlupotała jakaś ciecz.

Namacał w końcu pojemnik. Zmęczyło go to jednak tak bardzo, że usiadł w wodzie i oparł się plecami o ścianę.

Poczuł wtedy, że ściana drży, pulsuje, jak gdyby wewnątrz muru toczyła się zażarta bezgłośna walka.

Woda sięgała mu już do bioder. Znów chciał sięgnąć po pojemnik, ale jego dłoń uderzyła w coś miękkiego i nieskończenie obrzydliwego. Trwało dobrą chwilę, zanim się zorientował, że po powierzchni wzbierającej wody płyną gęsto zbite szczury. Nie wydawały żadnego dźwięku. Traven siedział odrętwiały w wodzie, otoczony ze wszystkich stron szczurami. Zrozumiał, że jeśli nie sięgnie po pojemnik natychmiast, szczury za kilka minut zepchną go pod wodę.

Jęknął nagle, choć wzmocniony przez rezonans odgłos przysparzał dodatkowego bólu. Szczur wspiął się po jego uniesionej ręce i ugryzł go w oparzony palec. Widocznie biali strażnicy podziemi zjedzą go, zanim utonie.

W tym momencie ściana, o którą opierał się Traven, runęła z łoskotem. Strumień wody z komnaty wyrzucił Travena na niewielką ocienioną polanę porośniętą chorobliwie wielkimi kwiatami o barwie szafranu. W zetknięciu z wodą kwiaty wydawały bolesny syk i zwijały się w ostre, szpiczaste włócznie. Spod liści wystrzeliwały długie fioletowe kolce. Instynkt podpowiadał, że kolce zawierają truciznę.

Traven zatrzymał się na jakimś niewielkim występie skalnym. U jego stóp leżały dwie połyskujące srebrzyście amfory, również wyniesione przez wodę z komnaty.

Polanę otaczały ze wszystkich stron pionowe skały. Po lewej stronie zobaczył ogromne wklęsłe zwierciadło z polerowanego brązu przekrzywione na bok. Przed nim, w niewielkiej odległości, stało kilkanaście dziwnych przedmiotów wykonanych z materiału przypominającego szkło. Prawdopodobnie soczewki skupiające. Jedna z nich była stłuczona.

XVII

Słońce zbliżało się już do zenitu, kiedy Traven ocknął się z półsennych majaków. Dręczył go rozdzierający głód i pragnienie tak straszne, jak gdyby wnętrzności wypełniał mu roztopiony ołów. Nachylił się bezwiednie i zaczerpnął w dłonie chłodnej, kryształowo przejrzystej wody. Pił bez opamiętania. Dziesięć, pięćdziesiąt, sto razy czerpał życiodajny płyn nie troszcząc się, czy w tym przeklętym miejscu woda nadaje się do picia.

Przemył piekące rany na ramieniu i dłoni, oblał spoconą, rozgorączkowaną twarz. Kiedy rozejrzał się wokół siebie, zrozumiał, że jest nadal szczurem w pułapce, ciągle jeszcze skazanym na śmierć.

Polanę otaczały z czterech stron gładkie ściany skalne, wysokie na pięć lub sześć pięter. Prawdopodobnie nastąpiło tu przed wiekami trzęsienie ziemi, po którym została ta osobliwa rozpadlina. Tylko na najniższym poziomie, właśnie tam, gdzie siedział, skała była nierówna, pełna wybrzuszeń, półek i załomów. Poczynając od wysokości wyprostowanego człowieka skały stawały się lite, równe i wypolerowane do połysku. Nie istniała żadna możliwość, aby się po nich wspiąć bez alpinistycznego sprzętu.

Ale nawet nie to było najgroźniejsze. Z czarnej czeluści, w której Traven przed godziną czekał na ostatnią chwilę swego życia, nadal sączyła się woda. Raz po raz podziemia pałacu wypluwały nową grupę oszalałych z przerażenia białych szczurów. Poziom wody w rozpadlinie podnosił się powoli, lecz dostrzegalnie. Ci, którzy zaprojektowali kiedyś tę przeklętą twierdzę, postanowili zamienić rozpadlinę w jezioro, gdyby zawiodły wszystkie inne środki zabezpieczające Grotę przed intruzami. Powierzchnia polany wynosiła około półtora akra. Traven obliczył, że minie jeszcze dziesięć do piętnastu godzin, zanim woda dosięgnie jego szyi. Na razie jej lustro znajdowało się o pół jarda poniżej występu skalnego, na którym siedział. Później... tak, później będzie mógł pływać po powierzchni jak mucha w zamkniętej butelce. Gdyby potrafił pływać przez jakieś trzy dni i trzy noce bez przerwy, poziom wody wzrósłby zapewne tak wysoko, że mógłby się wydostać z rozpadliny. Nie ma jednak ludzi, którzy potrafią pływać przez trzy dni bez odpoczynku. Zwłaszcza gdy ich prawe ramię jest prawie bezwładne, gdy głód skręca im wnętrzności, a szansę na ratunek są zerowe.

Przyczyny tego potopu były stosunkowo proste. Grota Potęgi i Śmierci znajdowała się pod dnem jakiegoś strumienia lub jeziora odgrodzonego grubym murem od podziemnego pałacu. Bloki skalne i obciosane prostopadłościany z marmuru zostały tak dopasowane, aby się wzajemnie ryglować. Naruszenie równowagi w jednym punkcie podparcia powodowało zawalenie się muru oporowego i wtargnięcie wody do najniższego poziomu podziemi. Miała je wypełnić szczelnie, aby ktoś, kto ośmielił się spojrzeć w szafirowe oczy starego dziecka, utopił się razem ze szczurami.

Kamień, którym Traven cisnął na oślep przed siebie, był niewielki i zapewne nie spowodowałby takiego kataklizmu wówczas, gdy budowano pałac. Minęły jednak wieki od tego czasu. Spoiny zmurszały, ściana komnaty, poddana strasznemu ciśnieniu wody z jeziora lub strumienia, sparciała jak stary łachman. Niewielkie uderzenie w skomplikowaną konstrukcję soczewek podziałało jak runięcie kamyka wyzwalającego ruch lawiny. To, co Traven nazwał soczewkami - obłe półprzeźroczyste elipsoidy połączone misterną plątaniną brązowych dźwigni - było przemyślnie sprzężone z tarczą zwierciadła, a ta z kolei z niewidocznymi stąd zasuwami lub przekładniami zwalniającymi napór wody na mur. A może na odwrót? Może cała ta konstrukcja przypominała pułapkę na myszy, w której nieznaczne drgnięcie przynęty uruchamia potężną sprężynę? Trudno to było ocenić z miejsca, w którym siedział Traven. Jedna ze ścian rozpadliny - najbliższa Grocie - miała pionowy załom, jakby wydłutowany na całą wysokość. Tkwił w nim mechanizm, który przed stuleciami nieznani geniusze obmyślili, wykonali i sprzęgli z jeszcze bardziej tajemniczymi urządzeniami.

Spoza załomu wystawał tylko rąbek wypolerowanej tarczy zwierciadła i pięć - nie, sześć - elipsoidalnych soczewek przypominających martwe oko olbrzyma. Traven doszedł do wniosku, że skupienie promieni słonecznych musiało podnosić temperaturę w ogniskowej do około tysiąca stopni Fahrenheita. Może zresztą więcej. Wystarczy, aby zmiękczyć nawet stal. Ale którędy docierały do zwierciadła promienie słoneczne, skoro rozpadlinę zalegał półmrok? Być może niewidoczny załom nie stanowił naturalnej granicy rozpadliny. Czyżby wychodził na otwartą przestrzeń? W takim jednak wypadku wzbierająca woda musiałaby znaleźć ujście. Tymczasem przybywało jej z minuty na minutę.

Traven postanowił sprawdzić, jak wygląda załom. Podniósł się i oparł o skałę. Wahał się jednak, czy zejść z półki. Szafranowe kwiaty były już pokryte wodą, ich jadowite kolce chwiały się złowieszczo nad powierzchnią. Niepojęte - przecież na całym globie nie ma takich kwiatów, przypominających agresywne zwierzę. Miały dwie stopy średnicy, ich oślepiająco żółte mięsiste płatki zwijały się przy zetknięciu z wodą wydając donośny syk wściekłości. Fioletowe kolce wyrastały znienacka jak żądło wycelowane w napastnika. Lepiej nie ryzykować skaleczenia.

Nagle spoza załomu skalnego wysunął się ciemny, trudny do określenia kształt. Traven z napięciem wpatrywał się w intruza, jego serce zaczęło bić w zdwojonym tempie.

To był pająk. Ale takiego pająka nie znał żaden podręcznik zoologii. Potwór miał co najmniej pięć stóp długości. Jego kosmate łapy o grubości męskiego przedramienia były zakończone potężnymi jak u leoparda pazurami. Pokryty czarnym futrem kadłub chybotał się miarowo. Ogromne nieruchome oczy na wysuniętych czułkach lustrowały rozpadlinę jak anteny radaru. Na włochatym grzbiecie siedziały trzy lub cztery małe pająki, tak samo kudłate i tak samo łapczywie szukające pożywienia lub nieprzyjaciół.

Pająk obszedł niespiesznie dwie ściany i zaczął się zbliżać do Travena.

Widok kudłatego potwora powodował histeryczny strach, nienawiść i obrzydzenie. Traven krzyknął nie panując nad sobą. Krzyk zadudnił wśród ścian, odbił się stukrotnym echem. Pająk zatrzymał się przez chwilę, potem nagle skoczył, jak jastrząb, na powierzchnię wody. Jego pazury wbiły się w płynącego szczura. Młode pająki, jakby pchnięte niewidoczną sprężyną, zeskoczyły z odwłoku matki na płynące tuż obok szczury. Woda zabarwiła się na czerwono. Przedśmiertny, urwany pisk zadzwonił w rozpadlinie jak cmentarna sygnaturka.

Pająki odpłynęły w kierunku załomu, unosząc w purpurowych gardzielach białe zwłoki szczurów i rozgarniając wodę kosmatymi łapami. Dla nich woda nie była wrogiem.

Zaraz potem w rozpadlinie pojawiły się dwie monstrualnie wielkie ważki. Ich skrzydła, wielkie jak u kondora, były utkane z oślepiająco złotej siatki. Płaskie turkusowe łby i długie na półtorej stopy żmijowate odwłoki unosiły się w półmroku rozpadliny jak przywidzenia na obrazach Boscha. Potem spod wody, która zbliżała się już do stóp Travena, wysunął się słabo widoczny oślizły łeb jakiegoś podziemnego stworzenia, które nie miało ochoty przejść na podwodny tryb życia. Łeb przypominał trochę paszczę drapieżnej ryby, trochę - gigantyczną dżdżownicę, lecz najbardziej - robakowate łby przedpotopowych dinozaurów. Stworzenie parsknęło wzniecając fontannę wody, potem poczłapało w kierunku załomu.

A potem na ścianie skalnej pojawił się następny, jeszcze większy i jeszcze bardziej włochaty pająk. W jego rozdziawionej gardzieli o barwie szkarłatu można było dostrzec coś na kształt kłów czy zębów. Przez jamę w murze Groty chlusnęła znów struga wody, wynosząc kolejną grupę szczurów i kłąb owych bezgłowych przezroczystych tworów, które tonęły natychmiast, pozostawiając po sobie łańcuszki srebrzystych bąbelków. Z wierzchołka rozpadliny spadł z łoskotem wyschnięty kokos. Po kilku minutach wyłoniło się, tym razem bardzo blisko Travena, następne z owych zwierząt podobnych do dinozaura. Miało wysokość dużego psa i długość krowy; na cienkiej wygiętej szyi tkwił niewielki kulisty łeb z maleńkimi oczkami. Spomiędzy wąskich zaciśniętych warg pokrytych łuską wysuwał się długi na stopę jaskrawoczerwony język. Tułów zwierzęcia był bezwłosy, lśniący od śluzu. Ogromne łapy z żółtymi ścięgnami przebierały niezdarnie po wodzie.

Traven doszedł do wniosku, że trafił na miejsce, w którym ewolucja świata zwierzęcego poszła odmiennymi drogami niż w reszcie globu. W dzieciństwie czytał kiedyś powieść o tajemniczej wyspie - chyba Verne'a czy może Conan Doyle'a. Teraz oglądał taką samą scenerię na własne oczy. Rozpadlina skalna powstała prawdopodobnie dopiero kilkaset lat temu. Odcięte od zewnętrznego świata gatunki musiały się przystosować do nowych warunków. Te, które tego nie potrafiły - po prostu wyginęły.

Czym jednak żywiły się te wszystkie niewyobrażalne stworzenia? Kogo pożerały kosmate pająki, jeśli nie było w pobliżu ślepych białych szczurów? Z czego czerpały białko żyjące w ziemi niby-dinozaury? Wszystko wskazywało, że z rozpadliny musi być jakieś wyjście - do słońca, które użyczało swych śmiercionośnych promieni zwierciadłu-mordercy, do dżungli, która dostarczała masy roślinnej, owadów, owoców.

Tak - a jeśli było akurat na odwrót? Przecież to truchło odziane w złotogłów zapadło się w bezdenną czeluść. Kto wie, czy tam, pod spodem, na kolejnych piętrach podziemi, nie rozpościera się zupełnie inny świat? Jeśli prawa ewolucji uległy w rozpadlinie częściowej deformacji, to w podziemnym królestwie mogły z równym powodzeniem ulec zawieszeniu. Bezgłowe jaszczurki, pozbawione wzroku szczury i zwłaszcza ten biały wąż-olbrzym świadczyły, że nie jest to nieprawdopodobne.

Ludzie, którzy wznieśli w tym miejscu pałac, musieli nie tylko doskonale znać prawa fizyki, skoro potrafili obliczyć ogniskową, odlać soczewki i nadać brązowej tarczy zwierciadła kształt idealnej paraboli. Musieli znać się na chemii, skoro potrafili zaprząc niezliczone pokolenia węży do strzeżenia podziemi. Znali się na pewno na geologii, skoro wznieśli pałac akurat na zboczu rozpadliny i wykorzystali naturalny zbiornik wodny jako zaporę przeciw intruzom. Byli mistrzami sztuki budowlanej, ponieważ umieli drążyć skałę na wiele pięter w głąb, zabezpieczać stropy i sztolnie schodowe, ryglować mur oporowy ciężarem własnym kamienia. Mieli niepospolitą wiedzę o maszynach prostych - dźwignia, sprężyna, klin, pewno i wielokrążek nie miały dla nich tajemnic. Mumia świadczyła, że nieźle znali się na anatomii, a umiejscowienie zwierciadła kazało podejrzewać, że i astronomia nią była im obca. Czyżby należało przyjąć, że odkryli również, na setki lat przed Darwinem, prawidła ewolucji? Czyżby zdawali sobie sprawę, że w odciętej od świata rozpadlinie wytworzą się z biegiem czasu spotworniałe odmiany żywych stworzeń - tak straszne, że śmiałek, który sforsował żywą zaporę węży u wejścia, przeszedł bezpiecznie wśród szczurów i nietoperzy, ocalał z ognia i umknął przed śmiercią w Grocie, musi stracić wszelką nadzieję na widok tych niepojętych zwierząt? I czy to naprawdę byli ludzie, o których nie przechował się w historii żaden ślad - czy może legendarni przybysze z Kosmosu, spełnienie bajań Danikena?

Mimo półmroku powietrze rozpadliny rozgrzało się, parna wilgoć napełniała kamienną studnię. Traven znów zaczerpnął wody. Dostrzegł, że już obmywa mu stopy. Słabł z głodu i zmęczenia z minuty na minutę. Teraz nie miałby nawet siły, aby przejść przez wodę dwieście jardów, jakie dzieliły, go od załomu. Nawet gdyby na dnie nie rosły obłąkańcze kwiaty o fioletowych kolcach.

Patrzył bezmyślnie we wzbierającą wodę. Na jej powierzchni kołysały się srebrzyste amfory wyrzucone przez strumień z komnaty. Traven pomyślał, że może zawartość amfory przyniesie ratunek. Przyciągnął ją bliżej. Ale i to wydawało się nieziszczalne. Pojemnik był wykonany z lekkiego, lecz bardzo twardego metalu. Nie nosił żadnych śladów lutowania, nie miał żadnych uchwytów, nacięć ani złączy. Cokolwiek chlupotało wewnątrz amfory, nie mogło w niczym pomóc Travenowi.

W mętnym, rozpalonym niebie rozległo się monotonne brzęczenie. Traven zadarł głowę i wpatrując się w przestwór aż do łez dostrzegł maleńką plamkę przelatującego samolotu. Leciał pewno z Bangkoku do Delhi lub Pekinu; pasażerowie czytali gazety, stewardessy roznosiły posiłek. Żaden przyrząd w kabinie pilotów nie wskazywał umierającego dentysty z Nowego Jorku, uwięzionego w przedpotopowym świecie bez wyjścia.

Traven zwiesił głowę i poczuł, że za kęs chleba z mięsem oddałby resztę życia. Nie miał już przy sobie ani jednej pastylki odżywczej. Nie miał zapałek. Nie miał pojemnika z preparatem Breechera ani żadnej broni. Nie miał żadnych dokumentów, pieniędzy, lekarstw. Oprócz postrzępionej, przepalonej koszuli, popękanych spodni i przemoczonych trzewików miał tylko dwa przedmioty: zawieszony w nieprzemakalnym woreczku na piersiach oryginał planu świątyni z manuskryptu nr 13 oraz elektroniczny kompas na prawym przegubie.

Przyjrzał się kompasowi. Jego cyfry zmieniały się po kilka razy na sekundę, jak gdyby Traven kręcił się w kółko. Wskazywałoby to, że czarne skały wokół rozpadliny wytwarzają silne pole magnetyczne. Nie jest to zjawisko niespotykane. Nawet niewielkie skupiska tak zwanych buł żelaznych, a także rudy darniowe o nieco wyższej zawartości żelaza wychylają igły kompasów. To czułe i dokładne urządzenie, które miał na ręku, nie mogło reagować inaczej. Ale potem Travenowi przyszło na myśl, że przyczyna szaleństw kompasu może być zupełnie inna. Czytał gdzieś, że trzęsienie ziemi zawsze poprzedzone jest silnymi zmianami pola magnetycznego. Skąd wiadomo, czy wyzwolony przez Travena ruch skał dobiegł już końca? Może projektanci pałacu postanowili zmusić jeszcze i wnętrze ziemi, aby pogrzebało zuchwałego intruza, gdyby wszystkie inne środki zawiodły?

Travenowi zdawało się nawet, że słyszy we wnętrzu skały niewyraźny dygot, podobny do tego, który poprzedził pęknięcie ściany w komnacie. Nie miał już jednak siły, aby nasłuchiwać. Jego głowa opadła na piersi, oparzone ramię zwisło bezwładnie. Harold Traven usnął.

Nie widział, jak nad rozpadliną zaczął krążyć łysy, ohydny sęp o zakrzywionym dziobie.

Nie widział, jak spoza załomu wybiegły dwa czarne pająki, które zbliżyły się do niego na odległość wyciągniętej ręki, obwąchały ranę na ramieniu i z pluskiem skoczyły do wody, chwytając w szpony po jednym piszczącym szczurze.

Nie widział, jak chlustająca z komnaty woda wyniosła nieprawdopodobne zwierzę przypominające psa o sześciu krótkich nogach, ogonie jaszczurki i ryju mrówkojada.

Nie widział, jak po przeciwległej ścianie zaczął pełznąć w jego stronę ogromny półprzeźroczysty wąż o purpurowym łbie.

Wąż nie utrzymał się na gładkiej ścianie. Spadł z hałasem do wody i utonął. Przy zetknięciu z fioletowymi kolcami zalanych już wodą kwiatów ciało węża rozrywało się na niewielkie krwawe strzępy.

XVIII

Obudził się po południu, kiedy woda sięgała mu już do bioder. Przypomniał sobie, że nadal czeka na własną śmierć. Głód znów targnął jego wnętrznościami. Oparzone ramię spuchło i pulsowało. W kamiennej studni nadal nie było żadnej nadziei na ratunek.

Harold Traven uznał, że ma przed sobą najwyżej sześć, może siedem godzin życia. I to pod warunkiem, że potrafi stać, dopóki woda nie sięgnie do jego ust.

Wstał, wyprostował się i potoczył wzrokiem po swej pułapce. Ze zdumieniem stwierdził, że z pola widzenia zniknęły soczewki i część konstrukcji podpierającej zwierciadło. Zamiast nich piętrzyły się bezładnie popielate bryły kamieni, ostro kontrastujące z wypolerowaną czernią ścian rozpadliny.

Nie ulegało już wątpliwości, że we wnętrzu skały coś się działo. Nawet bez przykładania ucha słyszał trzaski, odgłosy tarcia, dźwięki przywodzące na myśl stękanie mocujących się ze sobą Cyklopów. Kompas nadal wariował, wskazywał wszystkie możliwe kierunki geograficzne. Wibracja występu, na którym siedział Traven, była już dokładnie wyczuwalna.

Mogło to oznaczać tylko jedno: kolejny kataklizm geologiczny, zapadnięcie się rozpadliny czy trzęsienie ziemi, był kwestią najbliższych minut.

Traven spostrzegł, że po powierzchni wody przebiegają regularne drobne zmarszczki jak od podmuchu wiatru. W kilku miejscach pływały zwiędłe, napęczniałe kwiaty o barwie szafranu. Widocznie podziemne drgania oderwały je od podłoża. Szczury, których było już kilkaset, zbiły się w jedną białą plamę na przeciwległym brzegu, rozpaczliwie przebierając łapami. Raz po raz któreś ze zwierząt traciło siły i znikało pod wodą. Koło szczurów kłębiły się bardzo cienkie, niezmiernie długie pasma ni to wodorostów, ni monstrualnych tasiemców w kolorze ciemnej zieleni.

Nagle Traven spostrzegł coś, co sprawiło, że po plecach przebiegł mu mocny dreszcz jak od prądu elektrycznego. W przeciwległej ścianie rozpadliny widniała długa pionowa szczelina, której przedtem nie było. Miała co najmniej półtora jarda szerokości, biegła od szczytu aż po lustro wody. Oznaczało to dwie nowe sytuacje równocześnie. Po pierwsze, woda będzie teraz odpływać w głąb szczeliny; jeśli pęknięcie jest dostatecznie głębokie, wyrok śmierci może ulec bezterminowemu odroczeniu. A po drugie... brzegi szczeliny były nieregularne, ostre, poszarpane. Czyli że można się po nich wspiąć. Ale jak dojść do przeciwległego brzegu?

Rozległ się głośny, krótki grzmot. Z lewej ściany posypały się odłamki skał, żwir, kurz. Po chwili o pięćdziesiąt stóp od Travena wpadł do wody podłużny ciężki kształt. To była palma! A więc góra zaczynała pękać od wierzchołka. Młoda palma była pierwszym dowodem, że świat, który Traven nazywał w myśli prawdziwym, istnieje naprawdę. Tyle tylko, że o kilka pięter wyżej. Pozostawało teraz czekać - czy kataklizm razem z Travenem pochłonie na zawsze ruiny pałacu, Wielkie Drzewo i tę cudowną dolinę, czy też tylko nad nim, który poważył się naruszyć spokój władcy Groty, zawrze się kamienny grób, ku przestrodze i nauce mnichów z Lerng Nokhta. A wtedy Traven na pewno spotka się w najniższym kręgu podziemi ze śmiejącą się mumią starego dziecka.

Następne tąpnięcie przebiegło pod dnem jeziora. Woda wzburzyła się wściekle, zawyła i zaczęła gwałtownie wsiąkać w nowy podziemny lej. W kilkunastu miejscach zabarwiła się krwią. Wkrótce ukazały się dwie wyspy, wyniesione przez górotwór z dna jeziora. Ruch fal odrzucił obydwie amfory tuż pod stopy Travena. Między nimi kręciło się bezradnie pudełko po zapałkach.

A potem rozległ się łoskot tak straszliwy, jak gdyby zwiastował koniec świata. Z wierzchołka spadały całe kępy bambusów i lian, staczały się potężne głazy. Kurz i mgła wypełniły rozpadlinę bez reszty. Traven nie miał już wątpliwości, że są to ostatnie sekundy jego życia. Kiedy ostry odłamek skalny uderzył go w potylicę, ujrzał na przyspieszonym filmie swą niewesołą młodość w New Rochelle, jakieś sceny z życia rodzinnego, o których dawno już zapomniał, nagą kobietę, która była chyba jego żoną, gabinet w szpitalu, a wreszcie wszystkie swoje rękopisy jednocześnie.

Potem zapadła ciemność.

Kiedy ocknął się z omdlenia, w rozpadlinie panowała już cisza, jakby to wszystko było przywidzeniem. U jego stóp leżał kłąb zielonych, splątanych lian. Dno rozpadliny przypominało serce lawiny. Woda zniknęła. Za plecami Travena rozwierała się szeroka szczelina o dobrze widocznych załomach, półkach i występach. U jej szczytu widniało rozsłonecznione, przyjazne niebo.

XIX

Jeszcze wiele tygodni później Harold Traven w żaden sposób nie potrafił odtworzyć w pamięci szczegółów swej drogi powrotnej. Nie wiedział, jak długo trwała. Z fotograficzną dokładnością pamiętał tylko moment, w którym pojął, że wydobycie się z rozpadliny zależy wyłącznie od niego. Widział się, jak zaciskając zęby z bólu i zmęczenia wiąże z lian coś w rodzaju plecaka, w którym umieszcza obydwa srebrzyste pojemniki pochodzące z Groty. Pamiętał też, jak uginając się z osłabienia i strachu zaczął się wspinać, krok po kroku, po rozdartym wnętrzu skały.

Ale co było potem? Jakim sposobem wspiął się o pięćset, może sześćset stóp, nie mając żadnej asekuracji oprócz własnych pokrwawionych dłoni? Co robił na dziedzińcu, pod Wielkim Drzewem? Gdzie spędził noc, bo noc na pewno zastała go jeszcze w dolinie? Jak to się stało, że nie napadło na niego żadne zwierzę, skoro był bezbronny, głodny i wyczerpany do ostateczności? Jakim cudem, bo trzeba to nazwać cudem, potrafił po wydobyciu się na powierzchnię nastawić na kompasie poprzedni kurs i dodać do niego sto osiemdziesiąt stopni?

I najważniejsze: kiedy i gdzie zgubił swój najcenniejszy skarb, plan znaleziony niegdyś w manuskrypcie nr 13 i schowany w wodoszczelnym woreczku zawieszonym na piersiach?

Prawdopodobnie majaczył - z bólu oparzonej ręki, ze zmęczenia i głodu, z pragnienia, a najbardziej chyba z powodu tego, co widział na własne oczy, a co wydawało się wtedy już tylko gorączkowym snem. Kiedy ostatkiem sił rozgarnął splątane gałązki bambusa i dostrzegł swą załogę, miał ciągle jeszcze wrażenie, że majaczy.

Czuk krzyknął, zerwał się i podtrzymał Travena padającego na ziemię. Słońce dopiero wzeszło Załoga wyprawy Travena uznała przed wieczorem, że Amerykanin zginął, przygotowywała się właśnie do odjazdu. Gdyby Traven pojawił się dwadzieścia minut później, musiałby niechybnie umrzeć. Czterdzieści mil przez dżunglę nie przejdzie pieszo żaden człowiek, nawet najzdrowszy.

Czuk, Pyu i Sing do południa cucili, karmili i poili Amerykanina. Opatrzyli jego oparzone ramię i dłoń. Z pobliskiego źródła cierpliwie przynosili na zmianę kanistry chłodnej czystej wody, którą Traven pił bez opamiętania i kazał wychlapywać sobie na twarz. Ugotowali trochę ryżu do którego dodali delikatne mięso upolowanych ptaków przypominających przepiórki. Wszyscy trzej nie ukrywali radości, że ta przeklęta wyprawa dobiegła wreszcie końca. Przeżyli dwie straszne noce w dżungli, dygotali ze strachu podczas trzęsienia ziemi, patrzyli z przerażeniem, jak chwiało się Wielkie Drzewo. Nie było już na świecie sumy, która mogłaby ich skłonić do ponownego "podglądania bogów", jak to nazwali między sobą.

Ponieważ mimo wszystko Traven nie mógł stać o własnych siłach, Czuk i Pyu upletli z lian wygodny hamak-krzesełko. Traven usiadł między nimi, obejmując obu za szyje. Zanim odeszli, odzyskał na chwilę całkowitą przytomność. Chciał sprawdzić, czy zabierają ze sobą obydwa pojemniki. I chciał też po raz ostatni spojrzeć na Khanthanthancheran Sikrit.

W dolinie ciągle jeszcze unosił się złoty kurz. Przysłaniał resztki ruin. Zalegał jednak na tyle nisko, aby mogli spostrzec, że Wielkiego Drzewa już nie ma. Zniknęło, jak gdyby i ono było przywidzeniem.

Traven raz jeszcze odzyskał przytomność podczas drogi powrotnej - kiedy łaziki wjechały w opłotki Lerng Nokhta. Kazał kierowcy podjechać pod pagodę. Potem lewą ręką otworzył brezentową walizę i wyciągnął z niej starannie opakowany zwój dokumentów. Spod ziemi niemal wyrósł przed wierzeją mnich o twarzy szczura. Traven wstrząsnął się z odrazy, ale przemógł się. Bez słowa skinął na mnicha, aby wziął sobie z łazika rulon.

Mnich rzucił się na zwój łapczywie, rozszarpał opakowanie, pozrywał taśmę klejącą. Potem upadł na kolana i zaczął zawodzić, łkać, śpiewać, mamrotać.

- On mówi - przetłumaczył Czuk - że modlitwy mnichów zostały wysłuchane. On mówi, że spotka pana teraz wiele dobrego. I że niebezpieczeństwa będą oddalone.

- Powiedz mu - szepnął z wysiłkiem Traven - żeby przestał bredzić. Ja się już żadnych niebezpieczeństw nie boję. I na nic dobrego nie czekam.

- Życie człowieka jest krótkie i niezrozumiałe - odparł mnich o twarzy szczura, podnosząc się z kolan. - Nigdy nie wiadomo, co nas czeka za godzinę.

- Nic mnie to nie obchodzi - syknął Traven. - I jedźmy już stąd.

Mnich wsunął dłonie w rękaw szaty, popatrzył uważnie na obandażowane ramię Travena.

- Niech ten cudzoziemiec jeszcze chwilę poczeka - powiedział do Czuka.

Wrócił po chwili z niewielkim porcelanowym słoiczkiem w dłoni.

- Ten balsam - powiedział - leczy wszystkie oparzenia.

- Skąd on wie, że jestem oparzony? - spytał przez zaciśnięte zęby Traven.

- Kto patrzy w oczy bogom podziemnego królestwa - odparł mnich - ten musi zaznać ukąszenia ognia. Gdyby nie nasze modły, spłonąłbyś jak suchy krzak, cudzoziemcze. A teraz odwińcie mu tę szmatę.

Mnich zanurzył palec w słoiku, potem dotknął nim swego czoła. Delikatnym, prawie niewyczuwalnym ruchem przejechał kilka razy palcem po spuchniętej, rozognionej oparzeliznie. Traven nie czuł bólu. Po chwili zaczęła go ogarniać słodka ulga i ogromny spokój. Rana jak gdyby zaczęła natychmiast tęchnąć.

- Odwróciłem od ciebie śmierć, cudzoziemcze - powiedział mnich zaciskając wieczko słoika. - W twojej ranie zaczaiły się już zalążki zagłady. Teraz będziesz zdrów. To nasza zapłata za to, że dotrzymałeś słowa. Ale przed czymś muszę cię jeszcze ostrzec. Nie zabieraj ze sobą tych srebrnych naczyń. One mogą przynieść największe nieszczęście ludziom.

- Skąd on wie, co zawierają te pojemniki? Skąd oni to wszystko wiedzą?

Mnich wyciągnął z fałdów szaty niewielki złoty stożek zawieszony na konopnej nitce. Stanął nad kępką rosnących w rowie kwiatów, trzymając pion w dwóch palcach prawej ręki.

Po chwili pion zaczął się rytmicznie obracać.

- Kwiaty są dobre - orzekł mnich. - Złote serce obraca się zgodnie z ruchem słońca. A teraz zobacz.

Poszedł do łazika i poprosił Singa, aby rzucił na ziemię paczkę papierosów. Pion drgał przez chwilę, potem zaczął się obracać w lewo.

- To ziele szkodzi, cudzoziemcze. Złote serce mówi prawdę. Więc popatrz, co ze sobą wieziesz.

Zbliżył się do jednego z pojemników pochodzących z Groty. Pion wychylił się gwałtownie, potem zaczął wirować tak szybko, że widać było tylko jedną złocistą smugę w powietrzu. Koło, które zataczał, liczyło z półtorej stopy średnicy.

Traven patrzył na tę scenę mrużąc oczy.

- Dość tych guseł - powiedział. - Chcę się wreszcie wyspać. Spytaj go, Czuk, czy on wie coś więcej o tym mieście?

Mnich pokręcił głową.

- Wiemy wszystko i nie wiemy nic. Umiemy czytać myśli na odległość, znamy przeszłość i przyszłość. Ale królestwo jest ciemne, nasze myśli go nie przenikną. Nie wiemy, kto je stworzył. Nie wiemy, dlaczego zginęło.

- Wasze kroniki nic o tym nie mówią?

- Cudzoziemcze, są tajemnice, których nie pojmiesz.

- Nie pytasz, co się stało z niemową?

- Opowiedział nam o wszystkim.

- Jak to? Przecież nie żyje!

- My umiemy rozmawiać również po doczesnej śmierci.

- I cóż wam opowiedział, skoro nie umie mówić?

- Nam język nie jest potrzebny. Cudzoziemcze, przestrzegam cię jeszcze raz: nie zabieraj ze sobą tych naczyń.

- Co w nich tak chlupocze?

- Potęga i śmierć.

- Nie mam siły na rozwiązywanie waszych zagadek. Co to jest - trucizna? Eliksir nieśmiertelności? Niebo w płynie? Kto i kiedy wykonał te naczynia? Mają setki lat, jak twierdzisz, ale w jaki sposób wykonano je bez szwu i złączy?

- Pochodzą z gwiazd.

Traven opadł na fotel łazika. Miał dość wszystkich azjatyckich tajemnic, upału, bólu, dżungli. Skinął na Singa. Ruszyli. Mnich patrzył za nimi, dopóki łaziki nie znikły za zakrętem.

Kiedy mijali ostatni mur zewnętrzny pagody, rozległ się przejmujący szyderczy śmiech, od którego dreszcz przebiegł po plecach.

Na występie muru siedziała potworna czarna małpa. Jej niemal ludzką twarz rozdziawiał pogardliwy, nienawistny grymas.

Podróż powrotna do Bangkoku trwała pełne trzy doby. Traven na przemian mdlał i odzyskiwał świadomość, drzemał i majaczył. Chwilami sprawiał wrażenie człowieka słabego, lecz zupełnie zdrowego; po kwadransie popadał w stan przypominający letarg.

Kiedy dotarli do hotelu "Oriental", Traven musiał najpierw stoczyć walkę z recepcjonistą, który nie chciał przyjąć obdartego, zarośniętego i wyraźnie półprzytomnego włóczęgi. Dopiero dwa tysiące bahtów przekonały go, że ma do czynienia z Amerykaninem.

Traven zmusił się do ostatniego wysiłku. Dopilnował, aby przetransportowano pojemniki do wynajętego sejfu bankowego. Wypłacił umówiona należność Czukowi i hojne napiwki obu kierowcom. Wręczył też pięćset dolarów Numiemu, który własnym przemysłem wrócił z Lerng Nokhta i miał, zdaje się, poważne kłopoty z przełożonymi w policji. Traven złożył w konsulacie amerykańskim zapieczętowane oświadczenie w formie czterech kaset magnetofonowych, wymienił paszport i kazał się zawieźć do szpitala "White Elephant". Dopiero kiedy go ułożono w wygodnym łóżku, w dobrze klimatyzowanej separatce, Traven stracił przytomność na dobre.

W szpitalu "White Elephant" pozostawał przez pięć tygodni. Kiedy go opuszczał, był człowiekiem zupełnie zdrowym pod względem fizycznym, lecz do głębi odmienionym psychicznie. Rana po oparzeniu zagoiła się niemal bez śladu.

XX

Trzeciego września po południu dr Harold Traven wylądował na lotnisku Idlewild w Nowym Jorku. Od ćwierćwiecza nosiło ono imię prezydenta Johna Kennedy'ego, wobec którego Traven nie żywił żadnych zastrzeżeń; był jednak przywiązany do tradycyjnych nazw i uporczywie nazywał to gigantyczne lądowisko po staremu.

Czuł się na tyle dobrze - ba, wręcz znakomicie! - że zjadł ze smakiem wczesną kolację w jakiejś świetnej włoskiej restauracji przy Drugiej Alei, pozwalając sobie nawet na małe szaleństwo w postaci cocktailu Manhattan i karafki chianti. Alkohol odblokował w nim wewnętrzne hamulce, które, jak sądził, zacięły się w nim na zawsze, wówczas gdy nadludzkim wysiłkiem wspinał się po pionowej ścianie rozpadliny. Zobaczył znów zbite w gromadkę ślepe szczury, kosmate łapy pająków, stosy czaszek i piszczeli. Nie dopuszczał do siebie wspomnienia o mumii. Z jednej strony widział z przerażającą wyrazistością zapadający się katafalk i chudą zimną rękę trupa, która wyrwała mu latarkę; z drugiej - wmawiał sobie z uporem, że było to coś w rodzaju snu, obłąkańczego majaku, który nie miał nic wspólnego z rzeczywistością.

Powiódł wzrokiem po zatłoczonej sali restauracyjnej. Ludzie jedli, pili, śmieli się. Nie wiedzieli, że wśród nich znajduje się przybysz z innego świata. Ciekawe: gdyby opowiedział zebranym gościom choć część swych niesamowitych przygód - czy znalazłby się bodaj jeden człowiek, który by go nie uznał za pomyleńca? Chyba tylko wyznawcy pozaziemskich cywilizacji byliby skłonni wysłuchać go jako koronnego świadka. A gdyby tak rozpełzły się po tej sali białe węże o purpurowych łbach?

Zapłacił rachunek, podjechał taksówką do Wschodniego Dworca Lotniczego przy Pierwszej Alei, osobiście wrzucił do bagażnika taksówki oba pojemniki i kazał się wieźć na Bleecker Street.

Rozejrzał się z zaciekawieniem po wnętrzu, które jeszcze niedawno było jego schronieniem, portem i miejscem jedynej radości życia. Sejfy stały w milczeniu na swoich miejscach, czyste i lśniące jak zawsze. Przykryte pokrowcami przybory czekały spokojnie na chwilę, kiedy znów zostaną użyte.

Harold Traven stwierdził, że wszelkie manuskrypty przestały go interesować raz na zawsze. Właściwie przestał go interesować również dalszy ciąg życia. Co jeszcze mógł przeżyć człowiek, który dotarł do Groty Potęgi i Śmierci?

Traven przerzucił od niechcenia stertę listów, które wysypały się z przepełnionej skrzynki pocztowej w drzwiach. Nie miał nawet ochoty, aby je otwierać. Na którejś z kopert zauważył jednak nazwisko i adres Paula Ryana.

Nieszczęsny bałwan donosił, że wskutek sprzedaży słynnej kolekcji rękopisów Szanownego Kolegi wszedł był w posiadanie kilkuset - tak pisał: kilkuset! - rzadkich manuskryptów. On, Paul Ryan, nie rozumie się zbyt dobrze na starych bazgraninach i dlatego ma przyjacielską, a nawet serdeczną propozycję: czy Szanowny Kolega nie zechciałby służyć fachową radą i pomocą przy porządkowaniu nowych nabytków? Oczywiście, gdyby wiązały się z tym jakieś koszty, on, Paul Ryan, z największa chęcią je pokryje.

Traven zmiął list, rzucił go na podłogę i stwierdził nagie, że ma już cel w życiu. Paul Ryan dopuścił się zniewagi tak niewybaczalnej, że powinien za nią drogo, bardzo drogo zapłacić.

Traven podtoczył nogą jeden ze srebrzystych pojemników przywiezionych z Tajlandii. Przyglądał się długo wrzecionowatej połyskliwej skorupie. Była jedynym namacalnym dowodem, że wyprawa do Khanthanthancheran Sikrit nie zrodziła się w gorączkowym śnie. Przy każdym obrocie słyszał wyraźnie przelewanie się gęstej cieczy. Na powierzchni pojemnika nie zdołał jednak dostrzec nawet najbardziej mikroskopijnego śladu łączenia, żadnej nierówności czy śladu obróbki.

Traven sięgnął po słuchawkę telefonu. Dzwonił do Marvina Breechera.

XXI

Spotkali się następnego wieczora w pracowni na Bleecker Street. Traven zbył milczeniem uwagę dotyczącą swej nagłej siwizny, podziękował za sporządzenie dość skutecznego, jak to nazwał, preparatu do zwalczania węży, a następnie pokazał Breecherowi pojemnik.

- Nie wiem, co się tam znajduje - powiedział niedbale - ale myślę, że to może być interesujące.

Marvin Breecher zastrzygł swymi słoniowatymi uszami i po kilku nieudanych próbach wykrztusił pytanie, jak się to dziwne naczynie otwiera i czego mianowicie trzeba się spodziewać wewnątrz.

- Tego też nie wiem - odparł Traven. - Mam nadzieję, że sobie z tym jakoś poradzisz. Nie sądzę, żeby to mogło wybuchnąć. Promieniowania też chyba nie wydziela. Może to po prostu jest woda?

Wezwał taksówkę i pomógł Breecherowi znieść pojemnik. Poczuł na dłoni niemiły, drażniący chłód, zupełnie odmienny niż uczucie powstające przy zetknięciu się skóry z metalem.

Breecher pojawił się dopiero po trzech dniach. Bardzo długo chrząkał, próbując dopasować do kręgosłupa swą fatalnie przykręconą głowę. Po czym zażądał, aby Traven raz na zawsze zachował dla siebie to, co tu zostanie powiedziane. Gdyby nie dawna znajomość, Breecher nigdy by nie ujawnił tych dość przykrych szczegółów.

Otóż przy otwieraniu pojemnika zdarzył się w laboratorium śmiertelny wypadek. Młody praktykant otrzymał polecenie, aby w metalowej powłoce wywiercić ostrożnie dwa niewielkie otwory. Już przy wierceniu pierwszego nie zastosował należytych środków ostrożności i pozwolił, aby kropla cieczy spadła mu na dłoń. Zmarł w ciągu minuty, zanim ktokolwiek zdążył pospieszyć z pomocą. W innym laboratorium oznaczałoby to zapewne przykrą sprawę sądową, jednakże pracownia Breechera ma charakter specjalny; każdy, kto w niej pracuje, podpisuje odpowiednie oświadczenie... no, mniejsza z tym. Krótko mówiąc, pobrano próbkę cieczy z zachowaniem środków najwyższej ostrożności, a w tym pracownicy Breechera mają, no, sporo wprawy.

Marvin Breecher długo chrząkał i mruczał, zanim w końcu wyjaśnił, co było przyczyną niespodziewanej śmierci laboranta.

Okazało się, że ciecz zawarta w pojemniku stanowi mieszaninę różnych stężonych związków hemolitycznych i neurotoksycznych, mniej więcej takich, jakie najczęściej występują w jadach węży. Jest to jednak stężenie po prostu niewyobrażalne. Breecher wysilił się na osobliwe porównanie: gdyby sześcian z żelaza o boku jednego cala ważył pięć ton, wówczas stopień zgęszczenia molekuł byłby porównywalny ze stężeniem trucizny zawartej w pojemniku.

Ale to jeszcze nic. W cieczy wykryto znaczną ilość pewnej substancji... Breecher nie jest pewien, czy ma prawo to mówić, ale trudno, powie. Traven powinien o tym wiedzieć. Substancja ta nosi nazwę trójanicytolininy i nie figuruje w żadnym jawnym katalogu związków chemicznych. Przynajmniej na razie. Jest to substancja stukrotnie przewyższająca toksycznością botulinę, która uchodzi dotychczas za najsilniejszą truciznę znaną w przyrodzie. Kilkanaście mikrogramów wystarcza do zabicia człowieka, przy czym nie pozostawia ona w organizmie żadnego, ale to żadnego wykrywalnego śladu. Można by powiedzieć, że jest to najdoskonalsza trucizna wszystkich czasów. Pół galona płynu, który dostarczył Traven, wystarcza, by uśmiercić około stu osiemdziesięciu tysięcy ludzi, gdyby brać pod uwagę same tylko stężone jady. Ponieważ jednak w cieczy występuje również tak znaczne stężenie trójanicytolininy, można przyjąć, że te pół galona starcza na zabicie od sześciu do ośmiu milionów ludzi.

Traven upewnił się, czy mowa o milionach.

Tak, była mowa o milionach.

Co najciekawsze, Breecher ma podstawy, aby sądzić, że ilość istniejącej na świecie trójanicytolininy nie przekracza na razie dwudziestu, maksymalnie trzydziestu mikrogramów, ponieważ syntetyczne uzyskiwanie tego związku jest czynnością żmudną, piekielnie niebezpieczną i niewyobrażalnie kosztowną. Szczerze mówiąc, nad jego uzyskaniem dla różnych, no, różnych celów, pracują tylko dwa laboratoria na świecie. Tymczasem w dostarczonym przez Travena pojemniku znajduje się nie mniej niż dwanaście do piętnastu gramów tego związku. Czyli kilkaset tysięcy razy więcej niż wynoszą światowe zasoby!

Breecher przypuszcza, że związek powstał w pojemniku samoczynnie, w drodze jakiegoś synergicznego działania stężonych jadów, które to przypuszczenie trzeba będzie starannie sprawdzić, ponieważ zapotrzebowanie na trójanicytolininę jest ogromne. Nie, Breecher nie może powiedzieć, dlaczego jest ogromne. Gdyby udało się znaleźć jakiś tani i szybki sposób wytwarzania tej bezbarwnej i bezwonnej cieczy... tu Breecher rozmarzył się, a jego nos, podobny do rusznicy przeciwpancernej, sczerwieniał z emocji. Trucizny były, zdaje się, jedyną podnietą dla jego wyobraźni. Im silniejsze, tym lepiej.

I to jeszcze nie był koniec sensacji Marvina Breechera. W odróżnieniu od wielu innych silnych trucizn, trójanicytolinina doskonale rozpuszcza się w wodzie, można ją dowolnie rozcieńczać, a podczas analizy chemicznej zatruta nią woda nie zdradza obecności obcego składnika. Ma to bezpośrednie następstwa o znaczeniu militarnym. Można przecież rozpylić z samolotu kilka tysięcy galonów wody nad nieprzyjacielskim miastem, można cudownie łatwo zatruć u źródła nieprzyjacielską rzekę, a przy pewnym wysiłku można by zapewne - tu Breecher zaskrzypiał, co miało oznaczać śmiech - spowodować śmiercionośny deszcz. Jak można się bronić przed deszczem?

Wszystkie te pomysły nie są nowe; w istocie Breecher wysunął je wobec stosownych osób dość dawno temu, kiedy tylko udało się zidentyfikować trójanicytolininę. Niestety, na przeszkodzie stanęły trudności w uzyskiwaniu związku. Obliczono, że koszt zlikwidowania objawów życia na powierzchni jednej mili kwadratowej przy użyciu tej supertrucizny byłby prawie trzydzieści razy wyższy niż przy użyciu broni jądrowej, chodzi zaś o to, aby oczyszczanie terenu z ludzi, zwierząt i roślin było możliwie najtańsze. Rewelacyjna ilość trójanicytolininy przywieziona przez Travena stawia całą sprawę w zupełnie nowym świetle. W pewnym sensie można by powiedzieć, że Traven dostarczył krajowi nową bombę atomową. Nie jest to już więcej sprawa między Travenem i Breecherem. Nie udało się ukryć afery z pojemnikiem wśród pracowników laboratorium. Co prawda nie należą oni do osób gadatliwych, ale w tej sytuacji Breecher nie miał innego wyjścia i musiał poinformować swoich przełożonych. Dlatego Traven musi się liczyć z koniecznością złożenia pewnych wyjaśnień.

- Jakich wyjaśnień? - przerwał Traven.

- No... na przykład skąd pochodzi ten pojemnik. I w ogóle...

- Czy zbadaliście, z czego jest wykonany pojemnik?

- Och, tak. To następna zagadkowa sprawa. Zebraliśmy trochę wiórków, które odłupały się podczas wiercenia otworu. Jest to stop dwóch bardzo rzadkich metali: rodu i itru. Ani jeden z moich chemików nigdy nie miał do czynienia z itrem. W literaturze odnaleźliśmy wzmiankę, że czysty itr udało się uzyskać w ilości kilku gramów dopiero w 1930 roku. Rod jest trochę częstszy, ale rzadko występuje w tak idealnie czystej postaci. Więc i sam pojemnik ma ogromną wartość...

- Czy oba te pierwiastki mogły powstać z innych pierwiastków w rezultacie jakichś manipulacji atomowych?

- Och, tak. To prawdopodobne. Przemiana pierwiastków...

- Czy promieniowanie kosmiczne mogło mieć na to wpływ?

- Być może. Za mało o tym wiem. Ale nie rozumiem...

- Dobrze. Czy przyniosłeś mi trochę tego płynu?

Marvin Breecher uległ całkowitemu rezregulowaniu jak popsuta zabawka. Jego głowa wykonała obrót o sto pięćdziesiąt stopni, łokcie napięły się i oklapły.

- To znaczy... Oczywiście... Ale nie mamy prawa...

- Daj mi to.

Breecher zacisnął pięść, otworzył ją bezradnie i wyjąkał:

- Na szczury... To znaczy... Mam szczury w piwnicy...

- Daj mi to! - przeciął Traven.

Breecher sięgnął swymi szponiastymi palcami do kieszeni kamizelki i wydobył miniaturową probówkę ze starannie zalakowanym korkiem.

- Ile kropli wystarcza dla... no, dla zlikwidowania człowieka? - spytał Traven.

- Kropli? Nie ma tak małych kropli. Jedna załatwi kilkaset osób. To znaczy...

- I mówisz, że jest to całkowicie niewykrywalne?

- Jak może być wykrywalny związek, który nikomu oprócz nas dwóch nie jest znany?

- Kto jest tym drugim?

- Och... Nie mam prawa... To znaczy...

- Nie interesuje mnie to. Kto może żądać ode mnie wyjaśnień?

- Och, pewne służby... To jest sprawa najwyższej wagi państwowej... Ale powiedz, skąd ty właściwie zdobyłeś...

- Nie ma o czym mówić, Marvin.

- To znaczy... Nie wiem, czy znasz odpowiednie przepisy. Zostaniesz objęty... no, bardzo ścisłą ochroną. Nadzorem. Może zostaniesz wezwany do złożenia zeznań pod przysięgą. To są... jak by to nazwać... no, nadzwyczaj silne środki...

- Kto i kiedy odkrył tę trójanicytolininę?

- Och, nie mam prawa o tym mówić. To jest związane z tajnymi badaniami kosmicznymi.

- Kosmicznymi? A co wspólnego może mieć kosmos z truciznami?

- To jest, hm, skomplikowana sprawa... Pewien stopień uporządkowania molekuł można osiągnąć tylko w warunkach braku siły ciążenia... No i w bardzo niskich temperaturach. I w ultraniskich ciśnieniach, przy prawie idealnej próżni. Prowadzono takie badania... One są na pograniczu naszej wiedzy fizykochemicznej. Więc dlatego... rozumiesz, jest ważne, skąd to zdobyłeś...

- Jeśli ci powiem, że sam tego nie wiem, to nie uwierzysz.

- Och, rzeczywiście... nie uwierzę. Wiesz, pierwszy mikrogram trójanicytolininy kosztował prawie czterdzieści milionów dolarów, jeżeli doliczyć koszty kosmiczne. Miligram kosztowałby czterdzieści miliardów... A ty przywozisz piętnaście gramów. Ja sam, oczywiście, jestem bardzo zainteresowany...

- Marvin, dajmy temu spokój.

- Och, tak... Ale zupełnie między nami... czy nie mógłbyś tego powiedzieć? Włożyłem siedem lat swego życia w przekonywanie różnych... no, różnych wpływowych osób, że tylko w przestrzeni kosmicznej uda się dokonać syntezy tak złożonego związku. Ja go właściwie wymyśliłem, jak Mendelejew. Wiedziałem, że coś takiego powinno istnieć. A ty... przywozisz cały baniak. To jest cios, Harold. To jest klęska. Moja. Klęska. To znaczy, że nie miałem racji. To znaczy, że trójanicytolininę można uzyskać również na Ziemi. Bo chyba... chyba nie byłeś w Kosmosie?

- Prywatnie ci powiem, że nie byłem. Ale myślę, że te pojemniki...

- Jak to, Harold? Więc masz więcej niż jeden pojemnik?

- Nie, tak mi się po prostu powiedziało.

- Och, nic nie pojmuję. Jeżeli cię rozumiem, dostałeś tę ciecz od kogoś z kosmosu? Sam przecież jej nie wytworzyłeś?

- Marvin, to jest zbyt skomplikowane, żebym ci to opowiadał. Na pewno byś w to nie uwierzył.

- Och, wiesz, ja mam do czynienia z takimi sprawami... muszę wierzyć w różne rzeczy...

- Znalazłem te pojemniki w pewnym odludnym miejscu Azji. Ale im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że wszystko to razem nie mogło być dziełem ludzi.

- Więc czyim?

- Tego nie wiem. I nie myślę, żebym to kiedykolwiek ustalił.

- A co powiesz... panom ze służb specjalnych?

- To samo, co powiedziałem tobie.

Traven wstał i zaczął się rozglądać po swym skromnym gospodarstwie za jakimś mocnym napojem. Znalazł w lodówce stężały, niemal skawalony likier kawowy. Napełnił nim filiżankę (tylko jedna znalazła się koło zlewu) i jakiś tajemniczy wazonik.

- Wypijmy, Marvin - powiedział. - Czuję się, jak gdybym wrócił z tamtego świata.

Breecher wyssał zawartość filiżanki jak wampir. Natychmiast poweselał, jego gigantyczne uszy zbielały, nos przybrał barwę zgniłych śliwek.

- Och, szepnął - my dwaj moglibyśmy teraz rządzić światem. Traven popatrzył na puste ściany pokoju, przeciągnął się, wstał i wycedził:

- No to zacznijmy.

XXI

Doktor Paul Ryan nie potrafił ukryć radości, zaskoczenia i triumfu. Oto w jego wspaniałym pałacu - zakładając, że stanowił on rzeczywiście jego własność, bo surowa małżonka co wieczór przed zaśnięciem uczyła go starannie, że nie ma żadnych praw i żadnego tytułu do rodowych włości Whitemore'ów - pojawił się we własnej osobie słynny Harold Traven. Już nie jako konkurent, lecz jako doradca, ekspert, najemny współpracownik. Okoliczność ta wystarczała, aby dr Ryan wydobył z piwnicznego schowka najwspanialszą baryłkę osiemdziesięcioletniej whisky. (Po piętnastu najwyżej latach whisky kwaśnieje i cuchnie, o czym wszyscy wiedzą, należy jednak do dobrego tonu epatowanie gości sędziwym wiekiem trunku). Ryan napełnił szklanki i wyszedł, aby przynieść ze spiżarni importowaną wodę sodową Perrier, o której powiedział, że jest jedyną pijalną wodą na kuli ziemskiej. Trwało to około półtorej minuty, więc wystarczająco długo, aby Traven mógł spokojnie odkręcić szlifowany korek niewielkiej fiolki, którą trzymał w kieszeni kamizelki, a następnie wlać z niej dwie krople bezbarwnego płynu do szklanki, którą przygotował dla siebie Ryan.

Śmierć Paula Ryana nastąpiła błyskawicznie i bezboleśnie. Po pierwszym łyku spadł z fotela i to było wszystko.

Dr Harold Traven złożył stosowne zeznania detektywom oraz wyrazy współczucia szanownej wdowie, która zresztą nie kryła pewnej ulgi z powodu nieoczekiwanego biegu wydarzeń.

Ponieważ koroner w żaden sposób nie mógł ustalić przyczyny nagłego zgonu, dr Traven zaproponował mu współpracę. Podsunął myśl, że być może w osiemdziesięcioletniej whisky powstały jakieś zabójcze produkty samodestylacji. On, Traven, nie zdążył nawet umoczyć ust w napoju i może temu zawdzięcza życie.

Istotnie, podczas analizy chemicznej stwierdzono w whisky liczne sole szczawiowe, a także zawartość fenolu. Koroner i Traven doskonale wiedzieli, że stężenie tych związków mogłoby ewentualnie zabić niewielką myszkę; że jednak nieustalenie przyczyny zgonu spowodowałoby kontynuację śledztwa i podważyło reputację zawodową koronera, obaj lekarze zgodnie uznali, że Paul Ryan zmarł wskutek zatrucia sfermentowaną whisky. Koroner opisał później ten rzadki wypadek w "Journal of Forensic Mudicine".

XXII

Nazajutrz po wizycie Marvina Breechera do drzwi mieszkania Harolda Travena na Bleecker Street zapukali dwaj młodzi, rośli dżentelmeni, pod których marynarkami widniały dobrze widoczne wybrzuszenia w okolicy lewego biodra. Miarowo żuli gumę trzymając prawe ręce w kieszeniach. Sprawiali wrażenie chłopców małomównych i szybkich w robocie, a już w każdym razie nieskłonnych do gadulstwa, jeśli chodzi o firmę, dla której pracowali.

Ponieważ po kwadransie nikt nie odpowiadał na pukanie, jeden z przybyszów zszedł na parter, aby zasięgnąć języka. Dozorca, stary Murzyn, drapiąc się w siwą głowę wyjaśnił, że pan doktor Traven wyprowadził się dziś w nocy. Ściągnął pogotowie przeprowadzkowe; ci ludzie hałasowali prawie do piątej nad ranem. Nie, pan Traven nie zostawił adresu. Ale zostawił klucz.

Przybysze wymienili między sobą kilka liczb; nie był to jednak szyfr, lecz numery poszczególnych artykułów kodeksu karnego i orzeczeń Sądu Najwyższego stanu Nowy Jork. Z tej lakonicznej dyskusji wynikł wniosek, że mogą wkroczyć do opuszczonego mieszkania bez nakazu rewizji.

Obejrzeli ze znudzeniem pootwierane sejfy, wybebeszone szafy i nie pozmywane naczynia w kuchni. Tym wszystkim zajmą się policjanci. Ptaszek, który ich interesował, odfrunął w siną dal - i to było w tej chwili najważniejsze.

Na kulawym stoliku stała ledwo napoczęta butelka whisky. Jeden z przybyszów rozejrzał się za szklanką. Stała na parapecie.

- Zostaw to, Jack - powiedział drugi z przybyszów. - Ten facet ma do czynienia z jakąś trucizną. Cholera go wie, może coś tam wsypał.

- A, tam - wtrącił się dozorca towarzyszący przybyszom w lustracji mieszkania Travena. - To był porządny człowiek. Ja to bym się napił.

Wlał sobie pół szklanki whisky i wychylił ją jednym haustem. Potem przewrócił się i umarł.

Dwie godziny później wydano list gończy policji nowojorskiej za niebezpiecznym przestępcą, Haroldem Travenem.

Był o tyle spóźniony, że Harold Traven znajdował się właśnie w samolocie lecącym z Nowego Jorku do Waszyngtonu. W luku bagażowym, oprócz walizki z rzeczami osobistymi i kufra z najcenniejszymi manuskryptami z kolekcji, znajdował się srebrzysty pojemnik. W jego rodowo-itrowym wnętrzu chlupotało pół galona bezbarwnego płynu.

XXIII

Siedemnastego września prasa amerykańska omal nie udławiła się sensacją. Nagłówki w prasie porannej miały po cztery wiersze, w popołudniowej - po sześć, i to największym możliwym krojem pisma. Ostatecznie niezbyt często zdarza się, żeby w jednej dzielnicy miasta zmarło w ciągu kilku godzin trzysta siedemnaście osób bez żadnej wyraźnej przyczyny.

Waszyngtońską dzielnicę Twining, położoną na lewym brzegu rzeki Anacostia, odgrodzono szczelnie od reszty miasta. Granica tajemniczych zgonów biegła dokładnie wzdłuż Massachusetts Avenue na północy, Alabama Avenue na wschodzie i Pennsylvania Avenue ha południu. Zachodnią granicę strefy wyznaczała Minnesota Avenue, a więc nie brzeg rzeki ani leżący nad rzeką park Anacostia. W sąsiednich dzielnicach Randle Highlands i Good Hope nie zanotowano ani jednego zgonu. W trójkącie odciętym przez Branch Avenue ilość zgonów była najwyższa.

W ciągu popołudnia udało się bez trudu ustalić, że cała dzielnica Twining, zamieszkana głównie przez czarnych obywateli Dystryktu Federalnego, zaopatrywana była w wodę pitną z jednej stacji filtrów, położonej u zbiegu Ulicy P i Ulicy Dwudziestej Dziewiątej. Połączenie wodociągowe z resztą miasta oczywiście istniało, jednakże dzielnica Twining znajdowała się o kilkanaście stóp poniżej poziomu sąsiednich dzielnic, co wykluczało odpływ wody z sieci. Możliwy był tylko inercyjny lub wymuszony dopływ. Kilka osób równocześnie zdało sobie z tego sprawę. Uznano zgodnie, że węzeł filtracyjny przy Ulicy P stał się terenem zbrodniczego zatrucia.

Istotnie. Ustalono z łatwością, że około godziny pierwszej trzydzieści czasu miejscowego na terenie węzła zaobserwowano wysokiego mężczyznę lat około sześćdziesięciu, który bez zezwolenia recepcjonisty chodził w pobliżu przepompowni. Komputer policyjny natychmiast stwierdził, że przybliżony rysopis tego mężczyzny pokrywa się całkowicie z rysopisem poszukiwanego przez policję nowojorską przestępcy nazwiskiem Harold Traven.

O godzinie siedemnastej trzydzieści Federalne Biuro Śledcze rozesłało po kraju list gończy za niebezpiecznym masowym mordercą nazwiskiem Harold Traven.

Był to list o tyle spóźniony, że Traven siedział właśnie w samolocie lecącym z Waszyngtonu do Frankfurtu nad Menem. W luku bagażowym znajdowała się już tylko jedna walizka. Między ubraniami, w opakowaniu z waty i gąbki, znajdowały się cztery dobrze zalakowane słoiki.

XXIV

Kiedy wywieziono z frankfurckiego hotelu "Taunus" zwłoki ostatniej, sto piętnastej ofiary tajemniczej epidemii - bo tak początkowo prasa zachodnioniemiecka określiła zdumiewający wypadek w hotelu, zakończony zgonem wszystkich gości i całego personelu - do redakcji "Frankfurter Morgenzeitung" nadeszła depesza w języku angielskim, wysłana, jak później stwierdzono, z lotniska międzynarodowego w Frankfurcie o godzinie dwudziestej trzydzieści czasu miejscowego.

Tekst depeszy brzmiał następująco: "NAZYWAM  SIE  HAROLD  TRAVEN  STOP  JA  ODPOWIADAM  ZA  WYTRUCIE  LUDZI  W  WASZYNGTONIE  I  W  FRANKFURCIE  STOP  JESTEM  PANEM  POTEGI  I  SMIERCI  STOP  OSTRZEGAM  ZE  ZABIJE  JESZCZE  KILKANASCIE  MILIONOW  STOP  TAKA  JEST  WOLA  MOICH  BOGOW  STOP  NASTEPNYM  ETAPEM  JEST  BOMBAJ  STOP  NAWET  NIE  PROBUJCIE  SIE  BRONIC  STOP  SWIAT  MUSI  SIE  ODRODZIC  I  NABRAC  POKORY  STOP  ZA  LATWO  SIE  LUDZIOM  ZYJE  ZA  DUZO  ZADAJA  SA  ZBYT  PEWNI  SIEBIE  STOP  BEDE  UDERZAL  WE  WSZYSTKIE  KRAJE  I  ROZNE  MIASTA  STOP  NIGDY  MNIE  NIE  SCHWYTACIE  STOP  DR  HAROLD  TRAVEN".

Zebrana naprędce komisja lekarska nie miała trudności z ustaleniem diagnozy. Był to klasyczny przypadek paranoi, zapewne związanej z psychozą maniakalno-depresyjną. Tym groźniej wyglądała cała sprawa.

XXV

Osiemnastego i dziewiętnastego września w Bombaju nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Wśród sześciuset pięćdziesięciu pięciu osób, które zmarły w tym mieście, czterysta pięć zmarło z głodu i wycieńczenia, czyli w granicach dziennej normy, pozostałe rozstały się z padołem łez z przyczyn naturalnych, to znaczy ze starości lub udokumentowanych chorób.

Jednakże dwudziestego września w Manili, na pograniczu obszaru metropolitalnego w rejonie ulicy Panaderos i podmiejskiego osiedla Mandaluyong Rizal, zdarzyło się coś nieprawdopodobnego: sześćset sześćdziesiąt siedem osób rozstało się z życiem po zaczerpnięciu wody z trzech miejscowych studni niezbyt odległych od rzeki Pasig.

Dwudziestego drugiego września zmarło w Singapurze piętnaście osób, które wypiły lemoniadę kokosową u chińskiego przekupnia na rogu High Street i Bridge Road. Zrozpaczony sprzedawca, zatrzymany przez policję, wychylił czarkę napoju kokosowego własnej produkcji, aby dowieść swej niewinności, po czym upadł na chodnik i więcej się już nie podniósł. Nie zdążył nawet zeznać, że krótko przedtem pewien długonosy klient kazał mu odchylić wieczko słoika z lemoniadą i długo się przyglądał mętnemu płynowi.

Dwudziestego czwartego września w tokijskiej dzielnicy Ginza nastąpił kolejny dramat. Dwustu czternastu gości hotelu "Ginza Nikko", siedemnaście osób personelu, przypadkowy policjant i szesnastu klientów miejscowego baru zmarło w ciągu półtorej godziny. Stwierdzono, że wszyscy pili w różnej postaci wodę z hotelowej sieci wodociągowej.

Służby specjalne całego świata, Interpol, policje kryminalne i zwykli amatorzy-detektywi, znęceni wysoką nagrodą, zaciągnęli gęstą sieć, w którą superzbrodniarz Harold Traven musiał wpaść prędzej czy później.

XXVI

We wtorek, dwudziestego ósmego września, dr Harold Traven leżał w klimatyzowanym pokoju hotelu "Sandżar" w pobliżu Connaught Circle w Delhi. Czuł się zmęczony. Następnego dnia miał zamiar udać się w pobliże pewnego mętnego strumienia na przedmieściu koło Czerwonego Fortu, gdzie kłótliwe tłuste kobiety co rano prały męskie szaty dhoti i swoje zwiewne sari. Oceniał, że leniwy prąd strumienia rozniesie truciznę na kilka mil w dół.

Do drzwi rozległo się pukanie.

- Kto tam? - spytał Traven.

- Twoje przeznaczenie - rozległ się głos zza drzwi.

To był mnich o twarzy szczura z pagody w Lerng Nokhta. W tej samej pomarańczowej szacie, z tym samym szyderczym uśmieszkiem na twarzy.

- Skąd wiedziałeś, że tu jestem? - spytał Traven wskazując mnichowi fotel.

- My wszystko wiemy.

- Brednia! Współpracujecie z policją. To wasza cała tajemnica.

- Cudzoziemcze, nie pomnażaj swoich grzechów w ostatniej godzinie.

- Co takiego? W ostatniej godzinie?! Mylisz się, szczurku. Będę żył dwieście lat. Będę panował nad światem. To raczej ty za chwilę sczeźniesz jak robak.

- Będziesz żył jeszcze trzy minuty.

Traven zerwał się z fotela i ruszył w stronę wbudowanej w ścianę szały, w której znajdowało się pięć hermetycznych flakonów z płynem odsączonym z pojemnika.

- Nie trudź się - powiedział ospale mnich. - Za chwilę będzie po wszystkim. Bracia zawiedli się na tobie. Wyrządziłeś zbyt wiele zła. Nie usłuchałeś mnie. Rozpiera cię pycha i chęć czynienia zła. Na to nie wolno nam się godzić. Teraz usiądź. Czy rozumiesz, że jedyne, co usprawiedliwia nasz krótki pobyt w tym świecie, to czynienie dobra?

Traven opadł na tapczan, wsparł się łokciami o ścianę i poczuł, że nie chce ani chwili dłużej pozostawać tu, w tym złym i głupim świecie.

- Zabiłeś ponad tysiąc osób. Musimy odprawiać o sto lakhów więcej modlitw - mówił monotonnie mnich. - Oddalasz moment zbawienia świata.

- Chcę odkupić swój uczynek - szepnął Traven.

- Więc powtarzaj za mną - ciągnął mnich - om mani padme hum...

- Om mani padme hum - szepnął Traven.

- A teraz ułóż się wygodnie, żeby umrzeć.

Traven posłusznie wyciągnął się na hotelowym tapczanie, rozluźnił krawat, zdjął buty i rozpiął guziki kołnierzyka.

- Jestem gotów, bracie - powiedział z ulgą.

- Więc żegnam cię na razie. Zobaczymy się tam, na dole.

Harold Traven poczuł, jak na jego szyi zaciska się chłodna cienka ręka - ta sama, która wtedy, w Grocie, wyrwała mu z ręki latarkę. Potem zobaczył twarz starego dziecka i czarną bezdenną czeluść, w której kłębiły się tysiącami białe węże o purpurowych łbach.

 

 

 

 

Robert F. Stratton (pseudonim Wiesława Górnickiego) jest pisarzem dość tajemniczym. Na podstawie wywiadu, którego udzielił w 1980 roku tygodnikowi "Przekrój", można się dowiedzieć, że studiował medycynę, lotnictwo i chemię. Nie pracował jednak nigdy zawodowo w żadnej z tych dziedzin. Zawodowo zajmował się polityką, nie chce jednak wracać do tych wspomnień. Ma w dorobku ponad trzydzieści powieści i nowel, które tłumaczono na trzydzieści cztery języki. Urodził się w piątek, i właśnie tego dnia rozpoczyna się akcja wszystkich jego utworów, których pisanie również rozpoczyna w piątek. Zna dziewięć języków, w tym, jak można przypuszczać, polski, i to w sposób doskonały - jego utwory wydane w Polsce nie są opatrzone nazwiskiem tłumacza. Opowiadania Roberta F. Strattona publikował tygodnik "Przekrój", m.in. w 1980 ukazała się tam nowela "Tajemniczy pan Xyros". W 1981 "Czytelnik" wydał powieść "Czas nietoperza", należącą do nurtu tzw. fikcji politycznych. Fakt pisania w języku polskim upoważnia nas do zaprezentowania jego dorobku w naszej antologii.

Opowiadanie "Hobby doktora Travena" po raz pierwszy opublikował "Przekrój" na przełomie 1979 i 1980 roku (numery 1811 - 1818).


* "Polska nowela fantastyczna. Tom szósty. Przepowiednia", 1985 r.








Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór