Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

FANTASTYKA - nr 6, 1988 r.

 

 

Plantator wydm

Maciej Gałaszek

 

 

 

Prolog

Onahill położone jest w północnych rejonach Drugiego Kontynentu na płaskim, skalistym wzgórzu, wyrosłym z nieckowatej pustyni zwanej Allone. Jak okiem sięgnąć, widać tu jedynie pomarszczoną powierzchnię jałowego żwiropiasku i nieliczne, suche badyle Anubissu. Od zachodniej strony wzgórza dostrzegalne są mizerne resztki szlaku, wiodącego do dawnej osady Oneman, niegdyś zamieszkiwanej przez piaskarzy. Szlak pochodził z okresu gdy Onahill było małą oazą. Dzisiaj Oneman nazywa się Eghman i znajduje się 60 kilometrów dalej na zachód od pierwotnego miejsca. Piaskarzy zastąpili strażnicy rezerwatu. Onahill jako oaza umarło śmiercią naturalną dawno temu, lecz znów stało się celem pielgrzymek. Funkcjonuje obecnie jako atrakcja turystyczna i naukowa, która poruszyła światem.

Raz na trzy dni z Eghman przylatuje helikopter zaopatrując Onahill w świeże pieczywo i prasę. Raz na tydzień z Edgate, bazy położonej na krawędzi pustyni, przybywa awionetka, pokonując 400 kilometrów dla piętnastu bogatych turystów. Co dwa tygodnie z tejże bazy leci do Onahill niewielki, ale pakowny samolot transportowy spółki Thohar Co. Raz na dwadzieścia lat pada deszcz. Anubiss kwitnie co dwadzieścia trzy lata. Wreszcie raz na półtora wieku nad Allone niebo przeszywa kometa Suwaków. To jeszcze nie wszystko, co dzieje się godnego uwagi w tym wyszukanym zakątku świata. Od czasu do czasu, nieregularnie do Onahill docierają tak zwani ginesmani. Piechotą, psim zaprzęgiem, importowanym wielbłądem, dżipem, przerobionym śniegołazem, koniem z hodowli Onecossac, buldożerem, balonem. Zdarzają się spadochroniarze. Pozostaje jeszcze wspomnieć o firmach hitaskich nagminnie urządzających na pustyni poligon doświadczalny dla swych robotów.

Ginesmani, których eskapady często kończą się śmiertelnie, ścigani są przez strażników rezerwatu, na którego teren muszą wejść, chcąc czy nie, lub którego granice muszą przynajmniej naruszyć, gdy korzystają z drogi powietrznej. Za podobne wykroczenia tropią ich żandarmi piątego korpusu sił bezpieczeństwa stacjonującego w Edgate. To jednak ginesmanów nie odstrasza. Złapani, tłumaczą się chęcią udzielenia pomocy pewnemu facetowi z Onahill. Oczywiście nikt nie podnosi ręki na tę dorabianą ideologię. Tym bardziej że pseudozbawicieli częściowo osłania ustawa o Prawach Sekt z 58 roku. Płacą więc tylko symboliczną sumę na ochronę Anubissu oraz na leczenie ofiar zatrucia detoxem. Odstawieni do domu szukają o sobie wzmianki w gazetach. l nie znajdują. Cała uwaga zwrócona jest bowiem na miejscowe kuriozum, dzięki któremu Onahill stało się sławne.

 

Ianus Richard Roe

Niechronologicznie

wybrane

sceny z retrospekcji

 

Scena l

Po pięciu minutach czekania na jakikolwiek gest ze strony Abby'ego, którego przyszedłem odwiedzić w skwarne południe, usłyszałem przytłumione mruknięcie. Abby Onesty nie wypuszczając z ręki nieodłącznej lornetki odwrócił się.

- Roe, ty zdaje się jesteś dziennikarzem?

- Dziesięć lat temu mógłbyś tak o mnie powiedzieć. Od tego czasu zarabiam jako królik doświadczalny i z dziennikarstwem niewiele mam wspólnego. Czemu pytasz?

- Dysponuję dobrym materiałem. W doświadczonych rękach stałby się, przypuszczam, coś wart. Mnie niestety brakuje zdolności i cierpliwości. Szkoda, że ty zerwałeś... może zainteresowałbyś się jednak?

- Cóż to jest? - zapytałem przez grzeczność.

- Nazwałbym to "Historią Onahillskiego Guida"...

- Mówisz o Phianie Melbrewn? Tym niefortunnym przewodniku?

- Tak. Zupełnie przypadkowo wszedłem w posiadanie jego pierwszego monologu dla turystów. I potem - następnych. Wiesz... ja od paru lat kolekcjonuję różne odmiany gwaru. Wszędzie wożę z sobą magnetofon. I jeśli jest odpowiednia liczba osób, podłączam mikrofon i nagrywam. Nie masz pojęcia jakie to zabawne. Jeśli będziesz chciał, puszczę ci kasetę z nagraniem gwaru w sali restauracyjnej statku "Isidorian" - przed, podczas i po godzinnym strajku kelnerów. To moja ulubiona kaseta. No, ale odbiegam od tematu. Tamtego dnia, grupka turystów stała nie opodal mojego okna i zaczął wytwarzać się całkiem interesujący szmer. Postawiłem więc mikrofon na parapecie i włączyłem magnetofon. Ale po chwili przyszedł Melbrewn, zaczął mówić, a ja zapomniałem wyłączyć nagrywanie. Później, dla zabicia nudy, postanowiłem nagrywać jego kolejne mowy, żeby sprawdzić jak dalece będą się różniły. Miałem nosa. Na tych dwóch kasetach znajduje się cała ewolucja psychiczna nieszczęśnika. Może chociaż posłuchasz? - zerknął na mnie z nadzieją.

- A mam inne wyjście? - rozłożyłem ręce z rezygnacją. Onesty uśmiechnął się i wcisnął klawisz.

- To jego pierwszy monolog - zdążył dodać nim rozległ się głos Melbrewna:

No i proszę państwa, jesteśmy w Onahill. Tylko szesnaście metrów dzieli nas od osławionego drolla. Każdy chciałby doń podejść, dotknąć, powiedzieć hallo. Ale niestety, ten zdawałoby się krótki dystans, wprost pestka dla przeciętnego trójskoczka jest dla nas nie do pokonania. A to z powodu dwóch nieznanych do tej pory czynników. Pierwszy to tak zwana strefa zaburzeń psychomotorycznych. Rozciąga się ona od tej barierki, którą dotykam ręką do niezauważalnego punktu odległego o jedenaście metrów. Człowiek kontrolujący częściowo swoje odruchy i panujący nad ciałem w koniecznym stopniu do stawiania kroków, odejdzie od tej barierki na co najwyżej siedem metrów. Jest to jak na razie granica ludzkich możliwości. Ustanowił ją pewien medytator z Sian Pho. Musieli go jednakże ściągać stamtąd liną asekuracyjną. Osoba zahipnotyzowana przejdzie, średnio, pięć kroków. Nafaszerowana psychotropami i innymi doświadczalnymi wręcz substancjami, cztery kroki. Chroniona puszką Faradaya, trzy kroki. Reszta po dwóch krokach zawraca w popłochu. Co prawda znalazł się ginesman, który rozpędziwszy się uprzednio, wpadł biegiem w strefę, runął w okolicach dziewiątego metra. Przypadek ten zakończył się jednak śmiercią. Nad strefą pracuje cały sztab specjalistów wielu dziedzin nauki od ponad pół roku, a przybywa im tylko pacjentów. Bowiem każdy mózg, nie osłonięty lekami, bądź wyszukanymi sposobami medycyny fizykalnej, po trzech krokach wymaga paromiesięcznej rehabilitacji. Istota zjawiska nie jest nawet hipotetyczna. To, co dzieje się w głowie po jednym kroczku jest tragedią, od której uginają się nogi. Po dwóch kroczkach jest to koszmar mogący w ciągu paru sekund pchnąć do samookaleczenia. Zwierzęta reagują podobnie. Znany jest przypadek, kiedy pchnięto na odległość pięciu metrów klatką ze szczurem. Po trzech sekundach ściągnięto ją z powrotem. Szczur był skrajnie podniecony, a nazajutrz znaleziono go bez przednich łap. Sam je sobie odgryzł.

Drugim czynnikiem, który chroni drolla jest tak zwane jonowymienialne - w tym momencie Melbrewn zrobił teatralny gest rękami - wtrącił Onesty - jonowymienialne pole prewencyjne. Jest to coś na wzór książkowego lub filmowego pola siłowego. Ale tej nazwy każdy boi się używać, bo podobno budzi przerażenie. Jeśli nawet rzucony kamień nie dozna wstrząsu emocjonalnego, który zawróciłby go ze strefy, to na pięć metrów od drolla bezgłośnie odbija się od przeźroczystej zapory i spada na piach. Próbowano różnych sposobów pokonania czaszy pola prewencyjnego rozwieszonego nad drollem. Począwszy od prymitywnych, typu rozpędzony buldożer, granat ręczny rzucony ręką psychopatycznego ginesmana, czy wieloczynnościowe manipulatory firm hitaskich, skończywszy na nieco ambitniejszych, jak kontrapole elektromagnetyczne, gravidiany, lasery, siatka mikrowybuchów nuklearnych Rotweila, crystalotony, multiimplozytory płaszczyznowe itd., itd. Och, nie jestem w stanie zliczyć tego wszystkiego, co proponują najświatlejsze mózgi naszych czasów. Oczywiście nie powinienem tego dodawać, logicznej hipotezy nie sformułowano.

Wreszcie, pośrodku zaklętego bastionu znajduje się droll. Znaczy się, Człowiek i Drzewo. Androdendron. Homo sapiens et Pinus banksiana. Nie są piękni, ale trwają. Współistnieją na zasadzie swoistej symbiozy, być może mutualistycznej. Niewykluczony jest komensalizm, a nawet pasożytnictwo. Tego nie wiemy. Dwa skrajnie różne organizmy mieszają swe płyny ustrojowe za pomocą systemu naczyń połączonych, różnicy ciśnień. I Bóg wie czego. Oczywiście nie mieszają się dosłownie, tylko wybiórczo. Oddzielone są skomplikowanym układem filtracyjnym. Układ ten przypuszczalnie znajduje się w pojemniku między człowiekiem a drzewem. Widzicie państwo? Tam skąd wychodzą i wchodzą cewniki. Biegną one, jak zaobserwowano za pomocą lornetki, z naczyń żylnych, ze zgłębnika donosowego i pęcherza moczowego oraz z systemu cewek drewna i komórek miękiszowych łyka. Tego ostatniego rzecz jasna nie dostrzeżono, są to jedynie domysły. Filtrator można by porównać ze sztuczną nerką. Lecz jest to porównanie raczej niefortunne, niedobre, wręcz złe. A to ze względu na wielofunkcyjność, niewyobrażalny stopień skomplikowania tego nieziemskiego cudeńka. Oni żyją, proszę państwa. Od ponad siedmiu miesięcy. Szczyt kazuistyki. Droll nie pobiera pokarmu z zewnątrz. Żyje z fotosyntezy i innych procesów chemicznych oraz z tego co korzenie sosny wydobędą z kamienistego podłoża. Człowiek odgrywa w tym związku bardziej nieokreśloną rolę. Do wegetacji konieczna mu jest woda, sole mineralne, cukry, białko i wiele różnorodnych związków organicznych i nieorganicznych. Drzewo nieomal daje mu to. Ale czy samo zapewnia pełne zapotrzebowanie? Nie wiadomo. Najpewniej nie jest to układ tak hermetycznie zamknięty. Chociaż... na ten temat możemy jedynie spekulować. Jeśli chodzi o drugi kierunek spływu płynów ustrojowych, no cóż, człowiek nie dostarcza chyba pokarmu, a jednak z tego co widać, drzewo żyje, nie zwiędło, wypuszcza młode pędy i wygląda na to, że ma się lepiej niż wtedy, kiedy musiało radzić sobie solo. Wiąże się to także z parawanem pola prewencyjnego osłaniającego ich od wiatru. Tak. Filtrator jest gigantyczną zagadką, ale nie jedyną. Załóżmy, że jest on idealny i nie dochodzi do patologicznych zmian w płynach ustrojowych, to następne pytanie, które ciśnie się na usta dotyczy braku zakażeń, odleżyn, zakrzepów itd., itd. To wszystko zadziwia. Zostawię już te naukowe dywagacje. Wywód trochę może przydługi i nudny, ale konieczny. Tak więc drzewo sobie rośnie, a człowiek siedzi, patrzy, nie wiadomo co myśli. Kontakt z nim jest na razie nieosiągalny. To, co powiedziałem o drollu jest tylko niewielką częścią tego, co można byłoby powiedzieć. Lecz to zostawmy na wieczorne godziny, kiedy weźmiemy do ręki naukowe publikacje. Pozostaje jeszcze pytanie, kto to zrobił. Kim jest ten homo faber. Czy stoimy przed nim? Czy może nie ujawnia się i czeka na coś. Za co skazał rozumną część drolla na wystawienie publiczne i jednoczesną separację, zostawiając mu za jedynego towarzysza sosnę? Nikt nie wyraził przypuszczenia, że człowiek ożeniony z drzewem jest szczęśliwy. Wszyscy raczej skłaniają się do współczucia i chęci udzielenia mu pierwszej pomocy. To tyle na temat drolla. l prawie wszystko o Onahill. W tym parterowym pawilonie ze szkła i stali mieści się placówka doświadczalna. Tam mieszkają i pracują naukowcy wielu dziedzin. Laboratoria, dziesięć łóżek kliniki psychiatrii, zaplecza. Jeszcze tylko ten wóz wagantów jakiegoś ginesmana. Zaadaptował go na mieszkanie po uzyskaniu specjalnej koncesji pan Andree Fabri i jego zabawny pies Furiat. Pan Andree prowadzi tu coś w rodzaju baru i właśnie zaprasza nas na piwo i parówki z wrażonem.

- Melbrewn dużo mówił tego dnia - zauważył Onesty wyłączając kasetę. - Teraz trochę przewinę i zatrzymamy się na jego czwartej wycieczce. Usłyszysz przepowiednię skandalu. Powiem ci jeszcze, że w grupie zwiedzających było paru milionerów, senator Wildner z żoną i minister skarbu Sunlandii wraz z osobami towarzyszącymi. Zaczął w te słowa. - Onesty uśmiechnął się - Uważaj...

Witajcie szacowni... szacowne puszczyki... - Ha, ha, Roe! Oni rzeczywiście tak wyglądali! Otyli, nastroszeni, usta ściągnięte, zasępiony wzrok. Nigdy nie byłem świadkiem takiej konsternacji. Ale wiesz co się stało? Zanim ktokolwiek zdążył zareagować stosownie do swego społecznego cenzusu, żona Wildnera uśmiechnęła się najpierw nieco z przymusem, a później śmiała się naturalnie, lecz bardzo elegancko, uważając na makijaż. Wiedziała jak zdobywać wyborców dla męża. Rozładowała atmosferę, której nie mógł już popsuć pan minister dopytujący się zaczerwienionego tłumacza o co właściwie chodzi. Sądzę, że uratowała Melbrewnowi życie. Miał szczęście, że uszło mu to płazem. On jednak brnął w to dalej. Posłuchaj...

Witajcie zatem na pokładzie wielkiego gumowego balonu, targanego niewiedzą i rozterką. Nikt nam w nawigacji nie pomoże. Ja również nie jestem w stanie powiedzieć coś sensownego ponad to co napisano w tygodniku "Researching". Przyniosłem właśnie szesnaście egzemplarzy... dla wszystkich starczy. Proszę więc wziąć sobie i zapraszam do Andree na lampkę wina Bisqoiee, najodpowiedniejszego o tej porze...

- Myśleliśmy, że znajdzie się na bruku z przetrąconym kręgosłupem. Ale nie, poprowadził jeszcze dwie wycieczki:

Najpierw chciałbym opowiedzieć państwu pewną bajkę, a dopiero później powiem do widzenia.

Kiedyś, dawno, dawno temu żył sobie nie istniejący oficjalnie król imieniem Rood. W tamtych czasach żyło na świecie dwunastu królów. Ale wszyscy oni byli władcami nieprawdziwymi i fałszywymi. Zaś Rood był tym jedynym i prawdziwym. Lecz nie miał on swego ludu i nikt w dwunastu królestwach nie wiedział o istnieniu Rooda. Bardzo nad tym ubolewał, więc pewnego dnia zawołał Myddoga, sługę swego. W tych czasach żyło wiele sług i jeszcze raz tyle, nikt ich zresztą nie liczył, ale podobnie jak władcy byli oni sługami fałszywymi. Jedynie Myddog byt prawdziwie oddany i wierny swemu panu, tak jak to słudze przystoi. Skoro tylko stanął przed obliczem Rooda i skłonił mu się z szacunkiem, król rzekł: "Myddog, przyjacielu, czuję w niemłodych już kościach, że królowanie nad tobą jeno i sobą do jakiej choroby mnie doprowadzi. Spraw bym miał swój lud choćby na czas lotu polatuchy. Pokochałbym go wtenczas i służył mu wiernie, jeśliby nawet przyszłość moich rządów skwierczącym ogarkiem okazać się miała".

Myddog pierwsze co zrobił, to udał się do miejscowego maga i za dwie sztuki złota mgła we łbie rozrzedziła mu się nieco. Nazajutrz, skoro świt, wiemy sługa siadł na wilgotnej z nocy kępie trawy, na skraju boru, tuż przy rzece Rwądze. Nie bacząc na ślągwę siedział tak przez dwanaście dni i nocy nie pijąc, nie jedząc. Patrzył w nurt i medytował. Kiedy trzynastego dnia czerwony rąbek słońca ukazał się na horyzoncie, Myddog wstał i niebawem upolował pasącego się u wodopoju kozła dragijskiego z dwunastoma rudymi pręgami na grzbiecie. Przez następnych dwanaście dni, poćwiartowanym kozłem posilał się skrupulatnie od chrap poczynając. Na koniec wsadził za pazuchę dwanaście oskrobanych z resztek mięsa żeber, które oderwał od szkieletu do cna obgryzionego. Miały go chronić od miecza i złego uroku. Gdy odmówił pacierz, tak jak przewidywał, na niebie ukazały się ciemne, gęste chmury rzucające na ziemię cień i strach. Po trzech obrotach klepsydry, choć był dzień, zrobiło się ciemno, a budzące grozę niebo, poprzetykane błyskawicami, zamieniło się w wypełniony wodą durszlak. Trwało tak przez dwanaście dni. Czasu tego Myddog nie zmarnował. Kiedy wszystkie żywe i umarłe stworzenia pochowały się w swych norach, on pracował jak nawiedzony świętym Rodrykiem. W skale sterczącej z niewielkiego obszaru ziemi niczyjej, przez który szedł szlak handlowy łączący dwanaście królestw chciał wyrzeźbić dwanaście podobizn twarzy królów zwróconych w dwanaście kierunków świata. I nim pierwszy kur zapiał trzynastego dnia jasnego i pachnącego, odłożył stępione do cna dłuta, rzucił na ziemię młotek ze złamanym trzonkiem i obejrzał swoje dzieło. l wtedy zmartwiał z przerażenia. Pracując w ciemnościach, z oczami zalanymi wodą i potem stworzył karykatury. Wizerunki były podobne, ale ich kaprawe oczy, krzywe nosy, wydęte w dziwacznych grymasach usta zniweczyły przebiegły plan Myddoga. A chytry zamyśl miał się następująco: Wiadomość o cudzie z szybkością rozpędzonego wozu sprzedawcy solonych ryb rozchodzi się, by w końcu dotrzeć na dwory władców. Przez dwanaście dni trwa wielkie poruszenie. Jedni królowie abdykują, drudzy sposobią się do wojny, jeszcze inni zamykają się w kaplicach, ale większość myśli o postawieniu bożego daru na zamkowym dziedzińcu po uprzednim odłupaniu jedenastu wizerunków swoich wrogów. Koniec końców dwanaście wrogich watah zbiera się wokół rzeźby i walczy do upadłego o podobiznę swego władcy, niszcząc co się da z portretów królów sąsiednich. Tak też by się stało, bo władcy byli pyszni i głupi - i później lud rozeźlony bezsensowną walką, opłakujący trupy mężów, braci i synów odwróciłby się zadkiem na swych panów. A on, Myddog, ukoiłby ich serca opowieścią o dobrym i mądrym królu, który na nich czeka.

Przeklinając cisnął o ziemię żebrami kozła mającymi chronić go od złego uroku i jął przedzierać się przez tłum rozbawionych gapiów, przybieżających tu co sił w nogach z okolicznych wiosek. Zgnębiony, skierował swoje kroki do Rooda. Nie zauważył, że od ciżby odrywają się pojedyncze postacie i podążają za nim. U króla był jeszcze tego dnia. "Panie mój" - wyszeptał błagalnie klęknąwszy uprzednio. "Przebacz mi. Lot polatuchy jastrzębiem się skończył".

Król chciał coś odrzec, ale wnet nadstawił ucha. "Co to?" - zapytał podchodząc do okna. Gdy je otworzył do komnaty wdarł się gwar wielotysięcznego tłumu, pokazującego sobie palcem jego sylwetkę. "Twój jastrząb miał bielmo na oczach i chybił" - zdążył powiedzieć i pozdrowił zgromadzonych ludzi uniesioną ręką. Koniec.

Jeśli będziecie szukać sensu w tym co usłyszeliście, przylatując do Onahill i stojąc kilkanaście metrów od drolla, zrobicie błąd. Jeśli nie będziecie szukać, też zrobicie błąd. Najlepiej jak każdy z was wymyśli sobie swoją bajkę. Być może jest to klucz do zrozumienia sensu istnienia Tego Człowieka. Radziłem to naukowcom. Lecz oni wolą inne metody rozszyfrowania zagadki. Efekty tych metod nazywają hipotezami. Ja nazwałbym je również bajkami. Oba ich rodzaje nie przynoszą rozwiązania, ale czy muszą? Osobiście wolę swoje bajki. Do widzenia.

- No i ostatni jego występ. Dramatyczny. Właściwie nie muszę puszczać kasety. Opowiem ci. - Onesty odłożył magnetofon na bok. - Wycieczka czekała dziesięć minut, gdy zjawił się spóźniony niosąc coś pod pachą. Były to dwa obrazy. Postawił je tak żeby wszyscy widzieli i... wskazał je palcem. Powiedział: "Ten albo ten. Albo gówno". I popełnił samobójstwo. Wszedł w strefę. Dotarł dalej niż ten medytator. Determinacja rodzi cuda. Stanął przed drollem, podarł jakiś papier, do tej pory nie wiadomo jaki i upadł.

- Co to były za obrazy? -zapytałem.

- Reprodukcje, Salvador Dali, zdaje się. Tytuł zapisałem sobie gdzieś. Zaraz... "Geopolityczne dziecko obserwujące narodziny nowego człowieka". Druga reprodukcja, tym razem Jean Miro "Lot ptaków wokół kobiety w księżycowej poświacie". Zabawne, co?

Scena II

W jego twarz można wpatrywać się bez końca. Bynajmniej nie z racji interesującej fizjonomii. Nie była z tych, co przyciągają zaniepokojone spojrzenia, przemykające po skręconej sierści na głowie, skośnych oczach, rzymskim nosie i habsburskiej żuchwie. Brak było oznak uwstecznienia czy genialności. Nic z tych rzeczy. Była to maska. Najzupełniej przeciętna. Ktoś, kto ją skonstruował wydrwił poczucie humoru i w pocie czoła, precyzyjnie stworzył Ją, by wreszcie mruknąć: "Oto człowiek". To coś przyciągającego uwagę zwykle kryje się w oczach. W tym przypadku, rozlało się na całą twarz nie omijając szarych, pusto-zwykłych oczu. Przychodziło to i znikało w ułamku sekundy bez najmniejszego drgnienia mimiki. Ale zauważalne było jak rozwrzeszczana kura, pakująca się z trzepotem piór pod maskę rozpędzonego samochodu. Trudno to nazwać czy sformułować, tak jak trudno jest pensjonariuszowi zakładu dla umysłowo chorych nazwać nieokreślony omam, wyświetlający się w chorym umyśle.

Jako pierwszy zauważył to Onesty. Byłoby przesadą, stwierdzenie, że się przeraził. Mimo to spostrzeżenie tego czegoś kazało mu podać lornetkę najbliżej stojącemu i powiedzieć, że poczuł się nieswojo. Onesty był z wykształcenia geodetą, lecz od dłuższego czasu nie mógł znaleźć pracy. Więc przyleciał do Onahill trochę z ciekawości, trochę w poszukiwaniu płatnego zajęcia. Znalazł je. Jego praca miała polegać na stałym obserwowaniu drolla przez lornetkę. Na zmianę z Conettą. Nie było to pozbawione sensu. Tym bardziej że ktoś z DOPLAN-u (Doświadczalna Placówka Akademii Nauk) wpadł na pomysł porozumiewania się z... obiektem doświadczeń. Czyli z Tym Człowiekiem! Później zmieniono nazwę na Tego Roślina, a jeszcze później na Dendrologa. W końcu prof. Freder Abhelius, konsultant z Uniwersytetu w Cronsee, wymyślił neologizm dla niespotykanej do tej pory formy biologicznego współżycia. Wyciął środek z dendrologa, dodał literkę "l" i powstał droll. Abhelius nic nie robił sobie ze słów znanego satyryka Melsa naśmiewającego się z ludów Kontynentu Północno-Wschodniego: "Zweite el w każdym domu. Z zweite el rozmawia się lekko, łatwo i przyjemnie. Dodaj el do el i w gębie mieli i żujj, spróbujj! To twoja szansa na długowiecznośćććć..." Pamflet dotyczył szczególnie Dominium Nadmorskiego, w którym do języka wprowadzono zweite el podczas 10 etapu Rekonstrukcji. Zabawność zjawiska dostrzegli wszyscy, prócz Abheliusa. Nazwa droll przyjęła się jednak, chociaż zdarzają się złośliwcy nazywający Tego Człowieka morświnem.

Metoda porozumiewania się z drollem była bardzo prosta, przy założeniu, że on widzi, umie czytać i wykonywać proste polecenia. Droll jak zwykle siedział nieruchomo ze wzrokiem wbitym przed siebie. W odległości szesnastu metrów od niego, a więc na granicy strefy zaburzeń psychomotorycznych, ustawiono wielką planszę, na której ktoś dużymi literami napisał: JEŚLI POTRAFISZ CZYTAĆ, MRUGNIJ TRZY RAZY POD RZĄD LUB DAJ JAKIKOLWIEK INNY ZNAK. Droll mrugnął trzy razy. Widział to Onesty. Salwy radości z nawiązania kontaktu zostały zakłócone przez Abby'ego. Wtedy to właśnie poczuł się nieswojo. Przeżyte doznanie obrazowo porównał do wiru powietrznego, który by go omiótł swoją krawędzią.

Przed oczy drolla powędrowała następnie tablica ze swoistym alfabetem. A - jedno mrugnięcie, przerwa. B - dwa mrugnięcia, przerwa. I tak dalej. Roślin pojął to w mig. Oto co powiedział: "Moja mnogość rozpojedynczona umrze. Rozpojedynczony z mnogości umrę. Wie to mój geniusz, lecz wy nie wiecie. Spłacicie go, żeby wiedzieć. Nadejdzie odpowiedni czas, on zrobi to".

Tak brzmiał pierwszy i ostatni tekst przekazany przez drolla. Nigdy więcej nie nawiązano z nim kontaktu.

Nazajutrz wszystkie gazety na pierwszych stronach podały ultimatum od pewnego gentlemana nazywającego się Benedykt Tanheuezer. Dziesięć milionów penarów za tajemnicę drolla i za to co przede wszystkim interesowało potentatów militarnych, tajemnicę strefy i pola prewencyjnego. Jeśli nie wpłyną pieniądze w ciągu najbliższych pięciu miesięcy do Alcomp Bank na zastrzeżone konto, dojdzie do niemiłych incydentów. Jak na przykład pojawienie się strefy zaburzeń psychomotorycznych w węzłach komunikacji miejskiej, na lotniskach itp. Co mogło to oznaczać każdy zdawał sobie sprawę. Od tego dnia policja całego świata tajna, jawna i dwupłciowa uganiała się za Benedyktem Tanheuezerem. Spekulacje na temat wyglądu geniusza mnożyły się jak króliki. Areszty wypełniły się setkami podejrzanych. Z reguły był to kwiat inteligencji. Wynalazcy, wykładowcy, artyści, studenci i inni. W końcu przyszło komuś na myśl, że domniemany geniusz to może być Ten Człowiek. Ale jego nie było łatwo zamknąć w więzieniu i przesłuchać.

Scena III

Na widok samolotu, mającego zabrać mnie do Onahill, zdumiałem się. Była to stara, pękata maszyna rolnicza typu "Bigoodworm", w sam raz do wyrzucania z odwłoka środków ochrony roślin. Ale czy dobra do zaopatrywania w precyzyjny i często drogocenny sprzęt odległą o czterysta kilometrów placówkę? No i do przewożenia od czasu do czasu przygodnego pasażera? Wcale nie miałem ochoty zaorać w piach. Czułem się wyśmienicie i miałem nadzieję czuć się tak przez następne kilkadziesiąt lat. Tym bardziej że byłem świadkiem nadchodzącego zjawiska w postaci hostesy, stewardesy i przewodniczki. Wszystkie trzy w jednej osobie podeszły do mnie lekkim krokiem i rozrzucając długie kasztanowe włosy zapytały jednym głosem.

- Pan Ianus Richard Roe? Nazywam się Jane Bishin. Mam zapewnić panu bezpieczny i wygodny lot.

Z trudem tylko powstrzymałem się od taksowania jej nęcących wdzięków kobiet Drugiego Kontynentu. Patrzyłem więc w rozchylone, uśmiechnięte usta zapominając o tym hałaśliwym pudle zbliżającym się do pasa startowego. Trwało tak dobrą chwilę. Lecz w końcu otrząsnąłem się i nie wierząc w cuda podniosłem torbę z rozgrzanego asfaltu i sięgnąłem do kieszeni.

- Nie chce pani obejrzeć dokumentów?

- Nie trzeba. Mamy niezawodne i nie narzucające się urządzenia identyfikacyjne. Pochodzą one z czasów gdy z Edgate do Onahill latały same znakomitości. Pomóc panu? - wyciągnęła smukłą, opaloną dłoń w stronę mojej niewielkiej torby.

- Dziękuję, poradzę sobie. Myśli pani, że tym - wskazałem na samolot - dolecimy wygodnie i bezpiecznie? Szkoda byłoby gdyby moja podróż tuż przed osiągnięciem celu skończyła się... hm... upadkiem. A pani? Nieodżałowana strata. - Uśmiechnąłem się.

- Jest pan pierwszą osobą z Kraju na Mierzei - zaczęła przekrzywiając kokieteryjnie głowę, a może mi się to tylko wydawało - którego udało mi się spotkać. Proszę wybaczyć, jest to dla mnie nieco egzotyczne. A wracając do pana pytania. Tak. Ten samolot jest zupełnie niezły. Nigdy nie było z nim kłopotów. W przeciwieństwie do nowszych maszyn. Jeśli nie zależy panu na czasie, za trzy dni do Onahill poleci awionetka z turystami. Proszę mi coś opowiedzieć o pańskim kraju. Czy jest tam bardzo zimno? Czy rzeczywiście ziemia, to znaczy Wielka Wydma, usłana jest guanem, a mówić trzeba głośno, bo słowa zagłusza ryk morza? Czy...

- Ma pani baśniowe wyobrażenie o Kraju na Mierzei! -musiałem teraz przekrzykiwać hałas silnika. Wystartowaliśmy już i podejrzewałem, że nadszedł kres mile zapowiadającej się konwersacji.

- Jakie? - zrobiła grymas, jakby nie dosłyszała. Zbliżyłem się do jej skroni. Musnęły mnie puszyste i pachnące włosy.

- Baśniowe - powtórzyłem miękkim głosem.

- Uwielbiam baśnie - wyczytałem z kształtnych ust - dlatego wybiorę się kiedyś w tamte strony... A pan? Po co przemierzył pół świata?

- Moja głowa! - postukałem się w czoło.

- Uderzył się pan? - dotknęła palcem miejsca, w które stukałem palcem.

- Nie, nie... - pokręciłem głową. Nie dało się jednak rozmawiać. Postanowiłem więc odłożyć wszelkie wyjaśnienia na oczekiwany moment, kiedy zaproszę ją na obiad.

Rzeczywiście leciałem do Onahill głównie z powodu mojej głowy. Nie dlatego, że czaszka kryje pod sobą genialną tkankę zdolną rozszyfrować wszystkie zagadki świata. Powód był zgoła inny.

Moje EEG miało kształt linii izoelektrycznej. Wynikało z tego, że winienem być nieboszczykiem, ale przecież nie jestem. Tym nieco wstrząsającym zjawiskiem od czasu ukończenia studiów dziennikarskich zarabiam na całkiem dostatnie życie. Jestem stałym i cennym królikiem doświadczalnym kilku sławniejszych laboratoriów neurologicznych. Naukowcy nie mogą dopuścić do siebie myśli o braku pobudzeń w korze mózgowej u żywego i sprawnego umysłowo człowieka. Wobec czego podejrzewają istnienie hipotetycznej blokady. W przerwie między kolejnymi badaniami wysłali mnie do Onahill z nadzieją, że dziwna właściwość mojej głowy pozwoli mi przejść strefę bez szwanku.

- Co się pan tak zadumał? - poczułem dotknięcie w ramię. - Dolatujemy już.

Scena IV

Jak zwykle po południu wpadłem do Onesty'ego. Upływał miesiąc odkąd stałem się Onahillczykiem. I między innymi z tej okazji miałem przy sobie butelkę wina od Andreego. Gdy wszedłem, Onesty nie oderwał oczu od lornetki, tylko wskazał mi palcem miejsce przy oknie.

- Spójrz na tego psa - powiedział gdy stanąłem obok niego.

- Droll ci się znudził Abby, że obserwujesz psa? - A kobiety? - Powiedz mi coś o nich. Pomiń Froosy. No, opowiadaj. Jaką noszą bieliznę? Hę? - usiłowałem zażartować.

- Spójrz Panus, spójrz. - W ogóle nie zwrócił uwagi co do niego mówiłem. - Na pewno się nie mylę.

No więc spojrzałem na psa. Był to Furiat. Półkrwi blackster.

Uganiał się za jakimś kijem, trochę za własnym ogonem.

- Bawi się - Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem do kieszeni po korkociąg.

- Właśnie, bawi się. I to jak, ledwie dyszy, a robi parometrowe susy. - Uniósł się. - Słyszysz te piski?

Gdy wkręcałem korkociąg rozległ się przejmujący skowyt i zaraz potem nawoływanie Fabriego, który wypadł z wozu widząc, że dzieje się coś niedobrego.

- Bydlę - Onesty mruknął zawzięcie. Tym razem zdziwiłem się.

- O kim mówisz do cholery!

- O drollu.

- A co ten biedak ma do tego? - powiedziałem na bezdechu, usiłując wyciągnąć korek.

- Dał mu wreszcie spokój - Abby szepnął do siebie i odwrócił się od okna. - Ma i to wiele. Nie pierwszy raz to zaobserwowałem. - Sięgnął po kieliszek. - Mm, niezłe. Z jednej strony trochę mi go żal, a z drugiej, chętnie dałbym mu w gębę.

- Trochę za ciepłe - zadecydowałem. - Hm, może najpierw wyjaśnisz mi zachowanie się psa. Lubię wiedzieć za co daje się w gębę.

- Obserwuję drolla od trzech miesięcy. Dzień w dzień. Noc, na podczerwień. I co jakiś czas utwierdzam się w przekonaniu, że ta świnia - od śmierci Melbrewna często mówił w ten sposób o drollu - dysponuje pewną hm... telesiłą. Mimo że jest, wydawałoby się, idealnie odizolowany od świata, zdarza się, stwierdzam ponad wszelką wątpliwość, że z niektórymi osobami, a dzisiaj na przykład z psem, dzieją się rzeczy nienaturalne, wręcz narzucone. W tych momentach z twarzy drolla wykluwa się kostucha. Zauważalne jest nagłe zesztywnienie i spięcie jak drapieżnika do skoku. Może ci się to wydawać śmieszne, ale do diaska nie wmówiłem sobie tego. Jednak muszę przyznać, że szybko się opanowuje. Czasem ta niezwykła moc wymyka mu się spod kontroli i zdarza się, że przeholuje. Ale w zasadzie nie robi nikomu krzywdy. Potrafię kląć pod jego adresem, a jednocześnie go podziwiać. Wielu mając podobne możliwości i na dodatek siedząc w jego skórze urządziłoby tu prawdziwą jatkę. Ona chyba bardzo cierpi... hm... z tym psem, no cóż... zabawa. Furiat sam zaczął skakać z kawałkiem szmaty. Dostrzegł to Roślin. Patrzyłem mu wtedy prosto w twarz. Urzekła go dynamika psa. I nagle czujesz, że twój organiczny barometr rozbrykał się. Prawdopodobnie droll zapragnął ruchu, pędu powietrza, uczucia pracujących mięśni. Wpełzł w zwierzę i spróbował poszaleć. Nie wiem czy mnie rozumiesz. Albo Jane Bishin. Pamiętam jak o niej z rozrzewnieniem mówiłeś. Ten Człowiek również ją zauważył. I może to zabrzmi groteskowo, ale sądzę, że się w niej zakochał. Już parę razy Jane zagapiła się w drolla do tego stopnia, że pilot musiał po nią przychodzić. Tłumaczyła to roztargnieniem. Kiedyś skłoniłem ją, by mi o tym opowiedziała. I nie myliłem się. Mówiła, że to uczucie bardzo przyjemne i jeśli jest w pobliżu, nie może się oprzeć, żeby nie podejść do barierki. Lecz w końcu ogarnął ją strach, i trzyma się od drolla z daleka. To jeszcze nie koniec. Kiedyś jak zwykle byłem z nim w kontakcie wzrokowym i nagle w jego twarzy coś mnie tknęło. Skierowałem lornetkę na pustynię i po dłuższej chwili zauważyłem małą, szarą plamkę stopniowo powiększającą się w okularze. Zaalarmowałem strażnika, bo przyszło mi na myśl, że to ginesman. A z nimi zawsze są kłopoty. Miałem rację. Był to ginesman prowadzący za uzdę osła. Do grzbietu zwierzęcia przytroczony był futerał z kontrabasu. Tyle, że strażnik znalazł w nim bazookę. Albo znasz tego faceta... Nie słuchasz mnie Roe?

"Jane Bishin, jestem o ciebie irracjonalnie zazdrosny" - pomyślałem podnosząc ostatni kieliszek do ust.

Scena V

Powoli zapadał zmierzch. Słychać było przytłumione głosy oddalających się ludzi. Półgłosem opowiadali sobie dykteryjki zakończone niemrawym śmiechem. Każdy z nich ściskał po pachą materac lub karimat. Onahill stopniowo pustoszało. Gasły światła i zapalano latarki przydatne do wyściełania sobie legowiska pośród suchych łodyg Anubissu. Odkąd strefa zaburzeń psychomotorycznych zaczęła pulsować, wykazując rytmikę dobową, spać trzeba było sto, może sto pięćdziesiąt metrów od drolla. Rano wszystko wracało do normy, strefa kurczyła się do pozycji wyjściowej, żeby wieczorem rozszerzyć się odpychając ludzi dalej i dalej na pustynię. Pulsacja strefy uczyniła życie w Onahill nieznośnym. Gdyby oczy całego świata nie były zwrócone na to miejsce, każdy miałby ochotę zostawić drolla samemu sobie.

Zgasiłem radio i zamykając drzwi za sobą, pstryknąłem światło. Narastający dyskomfort psychiczny kazał mi pospieszyć się na nasz codzienny, miejscowy exodus upływający w familijnej atmosferze. Przechodząc koło otwartego okna jednego z pomieszczeń, usłyszałem głosy. Zatrzymałem się.

- Tak. Wybieramy dzisiaj inny wariant - dobiegł mnie głos doktora Calmura. - Dawki jak zwykle, tylko w umówionej kombinacji. Froosy - dwie czerwone i żółta. Johnat - czerwona i biała. Zaraz, zaraz, gdzie podziały się tabletki Miguela? Są, dobrze. Dwukolorowa pod język. Spark tej nocy odpoczywa. Chiya - akupresura. Miss Poak, białą depot. Frank wziewne. Henrys - pół zielonej. Aha, rozdasz ludziom dyktafony. Pamiętać, żeby wszystkie objawy znalazły się na taśmie. EEG, jak zawsze. Teraz stanowiska. Moelby, jak się czujesz? Ty się zawsze dobrze czujesz. Będziesz najbliżej drolla. Z kapsułką zonoxyny i antyfalami powinieneś wytrzymać. Jeśli nie, cofniesz się. Reszta w kolejności umówionej. Moelby'ego zastąpi na pięćdziesiątym metrze Henrys. Po dzisiejszych testach zostanie nam jeszcze jedna ewentualność, i jeżeli ona nie chwyci możemy jechać do domu, a leki wyrzucić. No cóż, bezradność matką wynalazków. Trzeba będzie zacząć od nowa z gruntownie zmienionymi założeniami. No dobra. Powodzenia.

Przytrzymałem wysuwający się spod pachy pled i ruszyłem w stronę małych błyskających światełek na pustyni. Byłem wdzięczny losowi, że nie muszę wypróbować na sobie coraz to nowszych leków antystrefowych.

"Dobrej nocy" - pomyślałem i ziewnąłem szeroko.

Scena VI

Zaczęło się i skończyło w podobnym stylu. Ten nieoczekiwany moment z czeluści rodem, podbiegł szybko i bezszelestnie, nad ranem. Nie obudził nas nawet, tylko wyrżnął w pień aniołki głaszczące nasze uśpione oblicza i umknął w przeszłość. Zostawiając za sobą przerażenie, bezsilność, osłupienie. I przeświadczenie, że wielu rzeczy na tym świecie nie zdołamy zrozumieć. Z ołtarza zniknął Ten Człowiek porzucając prezentującą się teraz nader licho połowicę. Wokół karłowatego, powyginanego od wiatru drzewa panował tylko bałagan. Tam gdzie jeszcze wczoraj królował droll były jedynie śmiecie rozrzucone w nieładzie. Śmiecie, ponieważ przyrządy, dzięki którym był niedostępny i nieodgadniony, zaprogramowane zostały na samozniszczenie. Znaleziono go po kilku godzinach w głębi pustyni. Przytroczony był do konia, jednego z dwóch, należących do Andreego. Siedział na siodle, zwieszając się nieco, z nogami związanymi pod brzuchem wałacha. Na piersi miał przypiętą kartkę z napisem "koniokrad". Nie żył już. Znalazł go pilot helikoptera. Zidentyfikował również wóz Fabriego podążający za martwym jeźdźcem w niewielkiej odległości. Podejrzenie zbrodniczego czynu padło na niego. Ale to nie zrobił on. Andree smagający batem osamotnionego konia, pogwizdujący na psa nie był mordercą. On spieszył za chlebem wraz ze swym barem na kółkach. Wydedukował poprawnie, że tam gdzie droll, choćby nieżywy, tam zawsze ktoś będzie chciał napić się piwa lub zjeść flaki. Zrobił to Onesty. Wiem to na pewno. Wisi na pasku w swoim pokoju, a pod obrzękniętymi stopami, na podłodze spoczywa aparat mający w sobie stygmat drolla. Nie wiedziałem co to jest. Na razie nie zaprzątałem sobie tym głowy. Gdy spojrzałem na plamy opadowe, które zdążyły pojawić się tuż nad skarpetkami i na twarz wykrzywioną upiornym grymasem, pomyślałem, że to nie Melbrewn zasługuje na biograficzne opowiadanie tylko on - Onesty.

Scena VII

Wysłannik z tygodnika "Researching" zaproponował mi napisanie wstępnego artykułu o zajściach w Onahill. Zdziwiłem się. Nie występowałem tu w roli dziennikarza, poza tym byłem obcy. Spośród wielu dziennikarzy wybrano mnie motywując wybór tym, że jako jedyny przebywałem tu tak długo i jednocześnie byłem świadkiem końcowego dramatu. Ja przypuszczałem, że chodziło im o większą poczytność artykułu napisanego przez egzotycznego przybysza z dalekiego kraju. Zgodziłem się więc, chociaż od dłuższego czasu nie uprawiałem swego zawodu. Po zebraniu dokumentacji raz jeszcze przemyślałem sobie wszystko i zacząłem pisać:

Kim lub czym był droll nikomu nie trzeba przypominać. Pojawił się znikąd i tylko przypadek sprawił, że trafił na niego przygodny botanik pan Alger Onet. W ciągu paru tygodni zmontowano kilkudziesięcioosobową grupę naukowców i ludzi różnych profesji. Związali się oni z Onahill na wiele długich miesięcy. Pochłonięci byli jednym problemem, przysparzającym wszelkich odmian frustracji. Zanotowano wśród nich próby samobójstwa. Ale tylko Phial Melbrewn zakończył próbę pełnym sukcesem. Był typem poszukiwacza-amatora. Bo nie profesjonalista, lecz amator ucieka w niebyt po wielu chybionych dociekaniach i niezadowalających próbach wytłumaczenia sobie trawiącego umysł problemu. Szukał, nie znalazł, a że mizernej był kondycji wszedł w strefę, z której wyciągnięto go za nogi. Szukali inni, lecz droll nie pozwolił uchylić rąbka tajemnicy. Tymczasem rąbek sam się uchylił przez pewne biuro usługowe zajmujące się wszystkim. Między innymi odległoterminowym doręczaniem przesyłek. Nie wiedzieli o tym, że list, który wedle zamówienia zanieśli do redakcji gazety "Continent", pochodzi od domniemanego genialnego superszantażysty lub jak kto woli, superchytrego geniusza. Ultimatum jak pamiętamy wstrząsnęło całym światem. Na trzy godziny przed upływem ostatecznego terminu wpłacenia żądanej sumy pieniędzy, rządy państw i władze organizacji międzynarodowych przyciśnięte do muru przez pomrukujące tłumy, podjęły decyzję. Płacą. Dziesięć milionów penarów zgubiło się w w pełni skomputeryzowanym, przepastnym Alcomp Bank. Ta machina przyjmująca i wydająca pieniądze zapewnia stuprocentową dyskrecję. Numer sejfu z dorobkiem superszantażysty bank poda po zidentyfikowaniu określonego dźwięku. Tak zażyczył sobie klient. W najbliższej okolicy banku kręcą się setki superagentów wysłanych z zadaniem ujęcia przestępcy, najlepiej dzierżącego pod pachą dokumentację swych genialnych wynalazków. Tymczasem jest on jeszcze nieuchwytny, a droll już jest nieuchwytny. Nie wiadomo w jaki sposób wyłączyła się aparatura izolująca go od otoczenia. Być może wiązać to należy z facetem z zielonym goździkiem wpiętym w klapę różowej marynarki? Być może był to pozorowany włóczęga z nadajnikiem w kieszeni przetłuszczonego prochowca? Albo zwykły, nie rzucający się w oczy turysta w Onahill przyciskający palcem klawisz kolejnego rewelacyjnego wynalazku? A może komputer bankowy zadzwonił do pola prewencyjnego ze słowami: "O'key, forsa jest, drolla można puścić, pozdrów strefę.". Nie, nie, to wszystko bzdury. Najprawdopodobniej robimy błąd szukając geniusza, podczas gdy wykonano na nim wyrok śmierci. Niegdyś tak karano na tych terenach koniokradów.

Z jedynego bełkotliwego kontaktu z drollem dowiedzieliśmy się o możliwości śmierci Tego Człowieka po zerwaniu więzi biologicznej z drzewem. Nie wiemy dlaczego miałoby się tak stać. A przepowiednia dokonała się. Trochę wszakże inaczej aniżeli można było się spodziewać. Umarł, a raczej został zgładzony. Czy tak ma wyglądać śmierć osieroconego symbionta lub komensala, który wplątał się w enigmatyczne uzależnienie? Czy to rodzaj ananke?

Jesteśmy przyzwyczajeni do niesamowitości, dlatego mord na Tym Człowieku wykonany przez Onesty'ego, pracownika DOPLAN-u przyjęty został ze wzruszeniem ramion znamionującym pełne zrozumienie. Czy Onesty złapał złodzieja na gorącym uczynku? Czy raczej inne pobudki kierowały nieskazitelnym dotąd Onahillczykiem? Pytania, pytania... Nie kończące się pytania. Naukowcy bezradnie patrzą na bogu ducha winne drzewo, gmerają patykami w piasku. Nie wiedzą co z sobą zrobić. Od samego początku nie wiedzieli co z sobą zrobić. Lecz teraz przechodzą samych siebie. Droll przestał istnieć. Po domniemanym geniuszu ani śladu. Onesty i Melbrewn, dość kontrowersyjne postacie, wyeliminowane z gry. Ginesmani chwilowo syci rekordów. Turyści wracają do zwiedzania starożytnych makiet. Badacze do swych przerwanych prac bardziej klarownych i jakże naukowych. Onahill opustoszało jak knajpa, z której nad ranem wychodzą po całonocnym balu goście, nie pijani już i jeszcze nie skacowani, za to spragnieni łóżka, mleka i świeżego powietrza. Oni nie zapomną zażyć tabletki od bólu głowy. My też nie zapomnijmy. Tak na wszelki wypadek.

*

Artykułu nie przyjęto. Za dużo żółci, a zbyt mało obiektywnej prawdy. W pełni popieram tę decyzję. Tak naprawdę było trochę inaczej. Ale tylko trochę.

Scena VIII

Usunąłem aparat spod nóg wisielca i położyłem go na stole. Próbując nie patrzeć w martwą twarz przyjaciela, stanąłem na krześle i przeciąłem nożem pasek, na którym wisiał. Nie zdążyłem go przytrzymać i rozległ się głuchy łomot padającego ciała na podłogę. Ułożyłem je w miarę naturalnie i przykryłem kocem. Po wykonaniu tej przykrej czynności odetchnąłem. Ale czas naglił, więc nie poświęciłem tej czynności zbyt wiele drogich sekund. Podszedłem do drzwi, przekręciłem klucz w zamku. Chciałem spokojnie, bez przeszkód dociec przyczyny samobójstwa Onesty'ego. Wziąłem do ręki aparat. Nie rozmyślając nad tym co to jest, po co, jak działa i dlaczego, wcisnąłem jeden jedyny klawisz. Po chwili ciszy i bezruchu przyszło mi na myśl, że aparat nieco podobny do odtwarzacza albo na coś jeszcze czeka, albo szuka dla mnie pozdrowień z zaświatów od swego konstruktora. Nie trzeba było być bardzo bystrym, by dojść do wniosku, że to produkt drollotwórcy. Z założonymi rękami czekałem na rozwój wydarzeń, aż moje rosnące obawy zostały rozwiane przez głos nieznanego mi brzmienia. Towarzyszyły mu nieznaczne zakłócenia, dlatego odruchowo wyciągnąłem dłoń chcąc go wyregulować. Umknęły mi przez to uwadze pierwsze słowa, następnych . słuchałem już z rosnącym zaintrygowaniem:

 

...eny z retrospekcji

Scena l

Po pięciu minutach czekania na jakikolwiek gest ze strony Abby'ego, którego przyszedłem odwiedzić w skwarne południe, usłyszałem przytłumione mruknięcie. Abby Onesty nie wypuszczając z ręki nieodłącznej lornetki odwrócił się..

- Roe, ty zdaje się jesteś dziennikarzem?

- Dziesięć lat temu...

Zaraz, zaraz, zaraz -... Włosy zjeżyły mi się na głowie. Miałem wrażenie "deja vu" lub "deja entendu". Ale przecież nie mam ani padaczki ani paramnezji. Co u licha.

...Nazwałbym to "Historią Onahillskiego Guida"...

Teraz dopiero mogłem umieścić te fragmenty w swojej przeszłości. Podszedłem do okna. Przytknąłem czoło do szyby. To o mnie - pomyślałem. - Nie, to raczej ja sam snuję wspomnienia. Podrapałem się boleśnie po policzku. Nic z tego nie rozumiałem. Gdy byłem zdolny skoncentrować się na skrzeczącym głosie dobiegającym z magnetofonu czy innego czorta, wątek już mi umknął.

... Na widok samolotu, mającego zabrać mnie do Onahill, zdumiałem się. Była to stara, pękata maszyna rolnicza typu "Bigoodworm"...

Powoli, niezmiernie powoli nabierałem pewności, że to moje, dubbingowane wspomnienia. Jakim cudem wypływają one z głośnika tego aparatu, nie wiedziałem. Nie chciałem wiedzieć, a raczej nie chciałem zwariować. Tknięty gwałtowną myślą zerwałem się z krzesła, dopadłem Onesty'ego, odrzuciłem koc na bok i jego sztywniejącym palcem dotknąłem klawisza. Nastąpiła cisza wypełniona bezładnymi, koszmarnymi konkluzjami. Pełny napięcia antrakt nie trwał długo. Z przerażeniem słuchałem beznamiętnego głosu, który nie należał do Abby'ego, tego byłem jeszcze pewien. Natomiast nie pojmowałem jednoznacznego podobieństwa, wręcz identyfikowania się z nim. Wyglądało to tak, jakby bardzo osobiste wspomnienia wzięte z pamiętnika Onesty'ego, czytane były przez jego sekretarza. To niesamowite. Tym bardziej że przeszłość coraz bardziej zbliżała się do teraźniejszości...:

... nie potrafię wyjaśnić co mną powodowało. Czułem, że muszę to zrobić. Działałem jak automat. Obudziłem się w nocy z gotowym planem usunięcia Tego Człowieka spośród żywych. Plan zapięty był na ostatni guzik. I rzeczywiście, pierwsze co zobaczyłem po przebudzeniu się to połówka drolla uciekająca na kradzionym koniu. Pognałem za nim wiedząc, że go ukarzę. Stało się tak jak się miało stać. Cieszę się tylko, że mogłem dokonać wyboru... miałbym się z pyszna gdybym był zmuszony zarąbać go siekierą. Po wykonaniu wewnętrznego przymusu jak w nakazie posthipnotycznym miałem poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Czułem się wyśmienicie. I wcale nie martwiła mnie perspektywa wieszania się. Tak trzeba było zrobić, bo wymagały tego okoliczności. Niczego nie żałuję, wręcz przeciwnie. Po pracowitym, udanym dniu nastaje pełen satysfakcji odpoczynek. Tobie też tego życzę, Roe, czeka cię dużo pracy.

Właściwie powinienem w tej przepojonej grozą sytuacji wyskoczyć przez zamknięte okno. Lecz nie zrobiłem nawet kroku. Za to uśmiechnąłem się. Szeroko i radośnie. Bardzo mnie to wszystko rozśmieszyło. Być może strach manifestował się rozbawieniem? Nie, raczej nie. Byłem święcie przekonany, że Onesty nie ułożyłby takiej wzniosłej spowiedzi. Przypominało mi to Okres Terroru Pomigracyjnego kiedy mówiło się tylko to, co było napisane na przydziałowej kartce. Na przykład "Jest mi dobrze, kocham swe lewe płuco gwarantujące mi wymianę gazową. Mam również nogi niosące mnie co rześki ranek do wspaniałego klozetu, gdzie oddaję porcję wonnego moczu. To wszystko zawdzięczam Biuru Migracyjnemu nr 154. Każdemu polecam usługi tegoż wielce humanitarnego Biura".

Starannie przykryłem na powrót ciało kocem. Zapragnąłem poznać moje następne wspomnienia. Wcisnąłem klawisz.

Pół godziny przed odlotem z Onahill wyszedłem z pokoju kostnicy i postanowiłem ostatni raz spojrzeć na sosnę. A właściwie na szyszkę. Jedną, jedyną jaką urodziło drzewo zajęte żywieniem Roślina. Wyciągnąłem dłoń, by ją dotknąć i wtedy pomyślałem, że przecież mógłbym ją wziąć na pamiątką lub nawet spróbować zasadzić nasiona. Tak... byłaby to w pewnym sensie osobliwość. Zerwałem szyszkę i spojrzałem na zegarek, niewiele czasu pozostało do odlotu awionetki, a chciałem się jeszcze zorientować, czy znajdę takie połączenie samolotowe, by zdążyć przed zamknięciem Alcomp Bank. Miałem wszak nagrany głos drolla. Nie zaszkodzi spróbować. Byłbym zabezpieczony do końca życia. Ewentualne dzieci również.

- Ha! - wykrzyknąłem. - No to ci pokażę gdzie ja mam twoją pieprzoną szyszkę! - Wypadłem z pokoju nie wyłączając lepkiego głosika snującego się ze zwodniczego urządzenia, podbiegłem do drzewa. Najpewniej jakieś świństwo wykluło mi się się w głowie po ośmiu miesiącach przebywania w tym niezdrowym miejscu. Ale mimo to nie dam sobą manipulować.

- Chodź no tu, maleńka. - Zerknąłem na szyszkę. - Bełtaczu nieczysty, pozwól na chwilkę do wujka. Pokażę ci jak drollojad konsumuje szatańskie nasienie. - Zerwałem ją, wyłuskałem nasiona i napchałem sobie nimi usta. Część pogryzłem, a część połknąłem kalecząc gardło. Popiłem piwem. Nie mogłem utrzymać butelki w rozdygotanych rękach. Działałem jak w stanie maniakalnym. Po godzinie nudności, zwymiotowałem i skrupulatnie powybierałem z wymiocin zachowane w całości nasiona.

Epilog

Takiej burzy dawno u nas nie było. Wietrzna, deszczowa noc zachęciła mnie do rozpalenia w kominku. Usiadłem wygodnie w fotelu wyciągając nogi w kierunku płonących polan. Lewą dłoń rozgrzewała mi filiżanka z justyńskiej porcelany, w której parował mój ulubiony wywar z liści dawnej odmiany herbaty z Oranu. Prawą - ciepły cybuch tlącej się fajki, nabitej grubo ciętym tytoniem "Najznakomitszym", zaprawionym szczyptą wonności i kapką Cognacu. Osiągnąłem komfort psychofizyczny. Gdy na dworze szaleje zawierucha z głośnymi grzmotami i zacinającym deszczem, bębniącym o szybę, ja zapadałem w błogą drzemkę. Spałem już prawie kiedy rozległo się natarczywe stukanie w drzwi.

- Panie Roe! Niech pan otworzy! Słyszy mnie pan! Panie Roe, to ja, Kertycz!

Odstawiłem wystygły napój i ociężale podniosłem się z fotela. Domyślałem się z jaką nowiną przyszedł mój sąsiad. Otworzyłem drzwi. Stał za progiem, ubrany w ociekający wodą płaszcz przeciwdeszczowy. Kaptur opadał mu na oczy. Był podekscytowany.

- Co się stało? - zapytałem wpuszczając go do środka, mimowolnie spoglądając na zabłocone gumowce upstrzone rozdeptanym guanem.

- Słyszałem... płacz. Dochodził z pańskiej plantacji. - Zajrzał mi prosto w oczy. Na rzęsach osiadły mu kropelki wody. - To był płacz dziecka. Dziwny jakiś.

Pokiwałem głową.

- To tylko wiatr zawodzi panie Kertycz. Rozhuśtane gałęzie skrzypią. Być może z gniazda pisklę wypadło.

- Ale słyszałem to nie po raz pierwszy. Poza tym płacz i kwilenie dochodzą z różnych miejsc.

- Na mojej, jak pan to szumnie nazwał plantacji, nie rośnie tylko jedno drzewo, panie Kertycz. Stąd dźwięki dochodzą z różnych stron. Pańska wyobraź...

- Na Boga, ja wyraźnie słyszałem płacz.

- Dziwi się pan? Aura nie sprzyja weseleniu się.

- Pan kpi ze mnie, a ja chciałem...

- Wiem co pan chciał. - Rozmowa już mnie znużyła. - Dziękuję, że się pan pofatygował. Nie trzeba było. Żadne zbłąkane dziecię nie znalazło się na mojej, hm, plantacji. Zapewniam pana. - Odprowadziłem go do drzwi. - Wszystko w najlepszym porządku - uprzedziłem jego pytanie, kiedy niezdecydowanie schodził z werandy i odwrócił się na moment.

Zamknąłem drzwi. Nie przekonałem go, to pewne. Będzie teraz węszył. Co zrobić, żeby te mechate szczenięta, niewiele mające w sobie z dzidziusiów, tak się nie darły? Wrzask był niewątpliwie ludzki. Bastard. W które miejsce dać klapsa? Jak je przytulić? Bałem się widoku wyłupiastych oczu, pełnych najzwyklejszych w świecie łez. Co za koszmarny melanż. Chyba jednak muszę wyjść, bo ten płacz sprowadzi niedługo jakąś surową damę z opieki społecznej. Cholera! Stać mnie w końcu na zatrudnienie najdroższej niańki i na kupno największych donic, które wstawiłbym pod zadaszenie. Jane Bishin - zaświtało mi w głowie. Gdy rozstawaliśmy się pięć lat temu na lotnisku, powtórzyła setny raz, że marzy o zwiedzeniu Mierzei. Zdecydowałem, że napiszę do niej i zrobiło mi się nieco raźniej. Włożyłem pelerynę i na wszelkie wypadek wsunąłem do kieszeni grzechotkę.

 

 

 

 

Maciej GAŁASZEK - urodził się w Bielsku Białej w roku 1963. Student Śląskiej Akademii Medycznej. Jeden z laureatów l Konkursu "Fantastyki", jego wyróżnione opowiadanie "Manuał skazanego" znalazło się w tomie "Trzecia brama" (Wydawnictwo Literackie, 1987). Inne, "Nosiciele", publikowane poza konkursem ("Fantastyka" nr 3/85) przedrukowano w zeszycie "Bliskie spotkanie 2" (Iskry, 1987).

Prezentowane obecnie najnowsze opowiadanie Gałaszka "Plantator wydm" stanowi brawurowe obronę tezy, że laureaci naszego pierwszego konkursu nie powiedzieli w science fiction ostatniego słowa. Podobny wniosek można było wyciągnąć po lekturze tekstu innego z laureatów, Grzegorza Stefańskiego, "Spleen nad miastem" ("Fantastyka nr 6/87). (mp)

 

 

 





Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór