Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Andrzej Wróblewski

Kawior

 

 

Różne pretensje mogą mieć Rosjanie do Napoleona Bonapartego, ale jedno muszą mu przyznać - to właśnie dzięki jego krwawej kampanii moskiewskiej kawior pojawił się na europejskich stołach. Można się bowiem domyślać, że wypytywani po powrocie o wojenne wrażenia francuscy generałowie, jak wszyscy Francuzi po długiej podróży, koncentrowali się w swych salonowych opowieściach na częstotliwości i jakości posiłków, które przyszło im w Rosji spożywać. Gdyby wojnę wygrali, ich opowieści niewątpliwie byłyby pełne wyższości i lekceważenia. Jednakże w sytuacji, gdy jakiekolwiek wzmianki o własnych talentach taktyczno-wojskowych musiały zabrzmieć groteskowo, tym bardziej i w dwójnasób skupiać się musieli na sprawach gastronomicznych.

Kawior, na który natknęli się w Rosji, został więc wyniesiony pod niebiosa tak gorliwie i tak przekonywająco, że po pewnym czasie mogło się wydawać, iż moskiewska wyprawa, choć nie przyniosła zdobyczy terytorialnych, to na pewno dokonała epokowego odkrycia, jeśli idzie o wrażenia smakowe. Niedowiarkom opowiadano prawdopodobnie o samym Napoleonie, który podczas kolacji po jakiejś tam bitwie skosztował kawior osobiście i na oczach wszystkich poprosił najpierw o repetę, a potem o kilka porcji na wynos. Musiało to wszystko brzmieć wiarygodnie, bo wychwalanie kawioru stało się wkrótce dla Francuzów niemal patriotycznym obowiązkiem. Krążyły plotki, anegdoty i różne niestworzone historie. W kwiecistych oracjach posuwano się nawet do przyrównywania kawioru do eliksiru młodości i cudownego lekarstwa na wszystko. Przekazywane z salonu do salonu coraz to bardziej upiększane wieści przerodziły się niepostrzeżenie w falę rusofilstwa, która, emanując z Paryża, ogarniała kolejne europejskie dwory, pozostając w nich na wiele lat, a w niektórych nawet do dzisiaj.

Sprawy zaszły tak daleko, że nawet znacznie później każdego, kto próbował twierdzić, że równie dobry jest kawior z innych, nierosyjskich ryb, uznawano za wroga Francji i Francuzów. Takie twierdzenie zawsze bowiem będzie równoznaczne z podaniem w wątpliwość nie tylko sensu napoleońskiej wyprawy, ale przede wszystkim niezbywalnego prawa Francuzów do rozstrzygania, co jest, a co nie jest godne podniebienia białego człowieka. Tak więc, w imię zachowania przyjaznych stosunków z Francją, przyjęto definitywnie i raz na zawsze, że najlepszy jest kawior rosyjski.

Wypada zaznaczyć, że od samego początku całe to uwielbienie dla kawioru podszyte było, jak to u Francuzów, odrobiną hipokryzji. Na publiczne jego zachwalanie można było sobie pozwolić tylko dlatego, że w żaden sposób nie zagrażał on głębokiemu przeświadczeniu o absolutnej najlepszości francuskiej kuchni.

Cóż to bowiem jest kawior? Jest to, jakkolwiek patrzeć, zwykła, surowa ikra i fakt, że pochodzi od dziwnej i rzadkiej ryby zwanej bieługą, niczego tu nie zmienia. Można go podać co najwyżej jako przystawkę, przekąskę, hors d'oeuvre, ale w żadnym wypadku nie jest to danie, nie mówiąc już o potrawie. Nie ma w kawiorze żadnej głębokiej myśli kulinarnej, nie widać w nim ani cywilizacji, ani wielowiekowej tradycji kucharskich mistrzów. Nieprzypadkowo mówiło się o kawiorze i tylko o kawiorze, ale nigdy nie wspominało się w związku z nim o rosyjskiej kuchni. Nazywano go smakołykiem, rarytasem czy wniebowziętą pysznością, ale na pewno nie arcydziełem sztuki kucharskiej. I im bardziej zdawano sobie sprawę, że jest i pozostanie najznakomitszym, ale tylko dodatkiem, tym namiętniej go adorowano. Spełniał zresztą wszystkie wymogi idealnego obiektu pożądania - było go mało, był bardzo drogi i pochodził z kraju, którego się wszyscy bali. I, prawdę mówiąc, nic się w tej materii przez dwa stulecia nie zmieniło.

Nie ma dzisiaj takiej możliwości, żeby jakikolwiek obcokrajowiec, nawet najbardziej nieobyty kulinarnie, przyjeżdżając do Rosji, nie dowiedział się o istnieniu kawioru. Nawet jeśli nie zamieszka w hotelu, nie pójdzie ani razu do restauracji, nie wejdzie do żadnego sklepu spożywczego i w ogóle do nikogo się nie odezwie, bo przyjechał tylko popatrzeć, to i tak o kawiorze w końcu się dowie. Jadąc bowiem z powrotem, zostanie wypytany na granicy o cztery sprawy: broń, narkotyki, złoto i kawior. Przypuszczalnie zacznie się w tym momencie zastanawiać, jakaż to cecha wspólna łączy te przedmioty, ale widząc stalowy wzrok celnika, zrozumie, że na pewno za wszystkie grozi taka sama kara. I właśnie takie skojarzenie okaże się najbardziej trwałym.

Od tej pory, gdziekolwiek zostanie poczęstowany choćby szczyptą kawioru - na bankiecie czy na imieninach u teściowej - będzie miał wrażenie, że zjada coś bardzo ważnego. I niejako automatycznie przyrówna w myślach teściową do przemytnika narkotyków, handlarza bronią albo podejrzanego jubilera. A jeśli nawet te porównania nie wypadną zbyt przekonywająco, to przynajmniej pomyśli, że albo utrzymuje ona intymne kontakty z rosyjskimi władzami, albo po prostu przechytrzyła celników, co w jej przypadku będzie akurat najbardziej prawdopodobne.

O wyjątkowym znaczeniu kawioru dowie się też, chcąc nie chcąc, każdy, kto interesuje się sytuacją geopolityczną Rosji. Wystarczy, że włączy telewizor i trafi, o co nietrudno, na relację z jakiejś wojny, którą prowadzi aktualnie Rosja na swoich południowych granicach. Z całą pewnością usłyszy, że przeróżni rebelianci i bandyci, wykorzystując zamieszanie, przemycają nie tylko paliwo, karabiny i rakiety samosterujące, co zresztą zrozumiałe, ale również i kawior. Zwykły telewidz zareaguje na wiadomość o kawiorze jedynie wzruszeniem ramion, bo czegóż to się dzisiaj nie przemyca. Natomiast telewidz wnikliwy zada sobie natychmiast pytanie fundamentalne: a skąd go biorą, skoro go nigdzie nie ma?

W czasach, gdy jako organizator jeździłem z polskimi artystami do Związku Radzieckiego, często zwracano się do mnie z prośbą o załatwienie choćby kilku niewielkich puszek kawioru. Prosili o to przeważnie artyści już dojrzali, którzy wiedzieli, co dobre, bo raczej nie zespoły młodzieżowe, które aluzyjnie kontestowały wszystko, na czym świat stoi, więc również i kawior.

Ponieważ w sklepach taki produkt w ogóle nie występował, a w hotelowych restauracjach nie sprzedawano go na wynos i głupio było zgarniać go z półmisków do torebek, ostatnią nadzieję pokładali artyści w drodze służbowej. Komsomolscy współorganizatorzy, którym te prośby przekazywałem, twierdzili jednak, że nic się nie da załatwić, gdyż szefostwo restauracji zajmuje w tej sprawie pryncypialne, zgodne z przepisami stanowisko. Informowani o tym artyści nie od razu ustępowali. Niektórzy, świadomi swej rangi artystycznej, sugerowali, żeby zwrócić się do wyższych instancji, powołując się przy tym na fakt, że są pokazywani w radzieckiej telewizji. Jednakże i taka argumentacja niewiele pomagała. Komsomolcy odpowiadali na drugi dzień, że jeśli ktoś tak bardzo pragnie zabrać kawior ze sobą, to winien w tej sprawie złożyć podanie. W przypadku pozytywnej odpowiedzi otrzyma stosowne zaświadczenie, zezwalające na wywóz za granicę. Niektórzy byli nawet skłonni tak uczynić, ale gdy dowiadywali się, że cała procedura potrwa kilka tygodni, a cena eksportowa będzie sto razy wyższa od restauracyjnej, a do tego płatna w dewizach, w końcu rezygnowali.

Nie znaczy to wcale, że nigdy kawioru nie wywozili. Owszem, co bardziej zaradni artyści załatwiali go sobie jakoś w bufecie, a artystki, jak zawsze kokieteryjne, dostawały go w prezencie od wysokich rangą wielbicieli. Z przewiezieniem zaś kawioru przez granicę kłopotów żadnych nie mieli, bo w owym czasie pociągi z artystami to były pociągi pod specjalnym, dobrotliwym nadzorem.

Najwięcej kawioru przewozili jednak w tamtych czasach sportowcy, którzy równie masowo odwiedzali Związek Radziecki. Nie musieli oni, jak artyści, uciekać się do salonowych podstępów, w których zresztą nigdy artystom by nie dorównali. Mogli natomiast zupełnie otwarcie dać do zrozumienia swoim radzieckim partnerom, że niedostarczenie im odpowiedniej ilości kawioru będzie równoznaczne z ciężkim naruszeniem zasad szlachetnego współzawodnictwa.

Kawior bowiem, oprócz tego, że jest niezwykle pożądanym salonowym ozdobnikiem, jest również najczystszą, najbardziej naturalną i skondensowaną postacią protein. Uważano zresztą wtedy, że sukcesy radzieckich sportowców wynikają głównie z faktu, że kawior jest stałym dodatkiem do ich posiłków, a byli i tacy, którzy twierdzili, że codziennym daniem głównym. Musiało być w tym sporo prawdy, bo nawet chorobliwie ambitne, a zaprzyjaźnione Niemcy Wschodnie nie mogły liczyć na żadne stałe jego dostawy i zmuszone były aplikować swym sportowcom jakieś cudowne preparaty farmakologiczne, które przemieniały kobiety w monstra.

Co innego jednak stałe dostawy, a co innego kilka puszek wręczonych w czasie jakichś zawodów. Na to Rosjanie chętnie się godzili, bo takie prezenty od razu poprawiały atmosferę wśród bratnich sportowców, a i tak rzadko który obdarowany przeznaczał kawior do konsumpcji własnej. Większość wybierała wariant dalszej odsprzedaży z bardzo godziwym zyskiem. Zresztą, nawet sportowcy czuli, że kawioru nie powinno się tak po prostu zjadać. Kawior można skosztować, należy się nim delektować, ale raczej nie wypada smarować nim chleba jak marmoladą i wchłaniać samotnie na śniadanie. Kawior zjedzony w pojedynkę to kawior stracony - mawiają salonowi bywalcy.

Na początku lat dziewięćdziesiątych, a więc w latach przełomu, już jako indywidualny osobnik często przemieszkiwałem w moskiewskim hotelu Rasija - największym w mieście i centralnie położonym. Traf chciał, że kwaterowali w nim również deputowani ludowi, którzy przyjeżdżali na obrady rosyjskiego parlamentu. Ponad dwa tysiące ludzi ze wszystkich zakątków Rosji, którzy, zajmując kilka pięter, tworzyli tymczasowe, dobrze zaopatrzone miasteczko. Podziemne hotelowe magazyny wypełniały się na czas ich pobytu odpowiednią ilością paczkowanych i butelkowanych artykułów spożywczych najwyższej jakości, które mogli oni wykupywać po znacznie obniżonych cenach albo, jako deputaty, odbierać za darmo.

Taka, a nie inna ilość dóbr przypadająca na głowę deputowanego była ulubionym tematem komentarzy hotelowej obsługi. Recepcjoniści mówili, że zależy ona bezpośrednio od liczby dni przewidywanych na każdą sesję. Pokojówki skłonne były twierdzić, że zależy bardziej od ilości, a bufetowe, że od ważności ustaw, które są akurat do uchwalenia. Natomiast kelnerzy niezmiennie powtarzali, że ilość darmowych dóbr zależy od popularności imienin, jakie w tym czasie wypadają.

Tak czy owak, cała hotelowa obsługa, niczym wielka rodzina, z nadziejami wyczekiwała końca każdej sesji. Nie dlatego jednak, że miała w tym okresie nadmiar roboty, ale dlatego, że w magazynach zawsze coś po deputowanych pozostawało. Im bliższe miał ktoś związki pracownicze z magazynami, tym większe żywił nadzieje. A nie były to, jak mogłoby się wydawać, jakieś mizerne resztki po tych, którzy nie przyjechali, czy też nie zdążyli swych przydziałów odebrać. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Bardzo wielu deputowanych, zwłaszcza tych z dalekich stron, w ogóle swoich deputatów nie odbierało, bo uważali, że to nie wypada, że jakoś głupio objadać się darmowym kawiorem, jeśli jest się wybranym przez lud, który klepie biedę.

Oczywiście po wyjeździe deputowanych nie było żadnego dzikiego rozkradania magazynów; jakieś rozliczenia z pewnością prowadzono, choć wiadomo, że w takiej sytuacji tylko święty nie uszczknąłby czegoś dla siebie. Ilość przejętych dóbr najlepiej można było ocenić po łatwości nawiązania rozmowy w sprawie okazyjnego kupna kilku puszek kawioru. A jeśli żniwa były rzeczywiście obfite, to samemu było się w tej sprawie zagadywanym.

Celowały w tym zwłaszcza panie etażowe - kobiety zawsze otyłe i zawsze po czterdziestce, które na wszystkich piętrach w strategicznych punktach widokowych miały swoje pulpity, skąd obserwowały, kto, gdzie, z kim i o której wraca albo wychodzi z pokoju. Doświadczeni goście traktowali te punkty obserwacyjne jako półtajne półbarki, w których o każdej porze można załatwić jakąś wypitkę i drobną zakąskę.

Gdy nastał czas przełomu i etażowe postanowiły przeskoczyć na drugą stronę barykady, starały się stworzyć wrażenie, że zawsze zajmowały się tylko i wyłącznie sprawami gastronomii. Ta zmiana wizerunku była im niezwykle potrzebna, gdyż za wszelką cenę chciały się znaleźć w awangardzie powszechnej prywatyzacji. W ich przypadku miała ona polegać na przekształceniu półbarków w barki stuprocentowe. I trzeba przyznać, że dopięły swego.

Tymczasem jednak nie przestawały lustrować korytarzy, choć czyniły to już, rzec można, na pół gwizdka. Część swych spostrzeżeń przekazywały pewnie przełożonym, ale te najważniejsze zaczęły wykorzystywać do własnych celów marketingowych. W sprawie kawioru mogły się zwracać do takiego człowieka jak ja, gdyż z pobieżnych nawet obserwacji wynikało, że nie jestem członkiem żadnej oficjalnej delegacji i nie kręcą się wokół mnie przedstawiciele Komsomołu czy czegoś podobnego, którzy mogliby myśleć po staremu i zaszkodzić ich tajnym przygotowaniom prywatyzacyjnym.

A ja, cóż? Kupując od nich od czasu do czasu trochę kawioru, utwierdzałem je w przekonaniu o opłacalności ich przemiany duchowej.

Jeśli wiozłem ze sobą do Polski dwie półkilogramowe puszki i rosyjscy celnicy mi je zarekwirowali, to mówiłem sobie: trudno, jakoś przeboleję. Gdy jednak zdarzyło się, że zabrali mi dziesięć takich puszek, a przy tym dość obcesowo mnie potraktowali, to z czystej chęci odwetu postanowiłem następnym razem przewieźć piętnaście. Udało mi się to raz i drugi, i już prawie moja żądza zemsty została zaspokojona, gdy za trzecim razem znowu zabrali mi wszystkie. Nie mogłem tego puścić płazem i w kolejną podróż wziąłem ze sobą dwadzieścia puszek. I znowu, raz mi się udało, a raz sprytniejsi okazali się celnicy.

Po jakimś czasie zauważyłem, że niezależnie od stanu rywalizacji z celnikami, ilość puszek w mojej lodówce wyraźnie przekroczyła moje możliwości bankietowe. Niejako więc z konieczności musiałem pomyśleć o ich korzystnej sprzedaży.

Najlepszą cenę spośród wszystkich znajomych zaproponowała mi Gerda, która prowadziła bufet w Deutsche Opera w zachodniej części Berlina. Serwowała w nim kanapki kawiorowe o wymiarach centymetr na centymetr i ciągle narzekała na brak surowca, przy czym nie chodziło jej o pieczywo. Nie tylko więc wyraziła chęć wykupienia wszystkich moich zapasów, ale też domagała się stałości i wierności w przyszłych dostawach. Z obliczeń wynikało, że jeśli nawet trzy razy celnicy wszystko mi zabiorą, ale uda się za czwartym, to całe przedsięwzięcie i tak będzie wysoce opłacalne. I nie byłbym chyba normalnym facetem, gdybym nie zadał sobie w tym momencie pytania dodatkowego: a co będzie, jeśli uda mi się za każdym razem?

Ponieważ Gerda była dziewczyną niezwykle miłą i sympatyczną, uznałem za swój obowiązek dostarczać jej choćby po kilka puszek, ilekroć udawałem się do Berlina. Przypuszczam, że miała jeszcze kilku podróżujących do Rosji znajomych o równym mojemu poczuciu obowiązku, gdyż po dwóch sezonach operowych pochwaliła się, że właśnie kupiła sobie połowę niewielkiej wyspy na Karaibach. I nie byłaby normalną kobietą, gdyby się przy tym nie rozmarzyła, jaki to świat byłby piękny, gdyby tak mogła pojechać do Rosji i wykupić cały tamtejszy kawior.

No właśnie - pomyślałem sobie wtedy na stronie - a ile tak właściwie mogłoby tego być?

Tak mnie to pytanie nurtowało, że będąc w Moskwie, zaszedłem do biblioteki miejskiej z zamiarem przewertowania rocznika statystycznego. Okazało się, że nie jest to wydawnictwo ogólnie dostępne, i odesłano mnie do bibliotek uczelnianych. Tam z kolei poproszono mnie najpierw o legitymację studencką, a po chwili, gdy już przyjrzano mi się dokładniej, zapytano o stopień naukowy i temat przygotowywanej pracy, po czym, rzecz jasna, odprawiono mnie z kwitkiem. Dopiero w urzędzie statystycznym natrafiłem na sprzątaczkę, która widząc moją zafrasowaną minę, zlitowała się i poszła do najbliższego pokoju, skąd przyniosła mi rocznik sprzed trzech lat, ale zawsze.

Trud, który sobie zadałem, okazał się jednak daremny. Nie znalazłem ani słowa o kawiorze, nie było też nic o połowach ani bieługi, ani siewrugi, z których kawior jest ponoć najlepszy. Mogłem z tego wszystkiego wysnuć tylko dwa wnioski: albo kawior ma dla rosyjskiej gospodarki tak małe znaczenie, że nie warto o nim pisać, albo jego znaczenie jest tak duże, że nie należy o nim pisać.

Będąc jakiś czas później na kolacji u wszechstronnie oczytanych znajomych, zobaczyłem na półce encyklopedię i od razu coś mnie tknęło. Pod hasłem "kawior" znalazłem co prawda tylko definicję, pod hasłem "bieługa" informacje ściśle ichtiologiczne, ale przy słowie "siewruga" podawano, że roczny jej połów wynosi jeden milion ton.

Przy skromnym założeniu, że jedna tona to dziesięć ryb, a każda z nich w szczytowym okresie nosi w sobie dziesięć kilogramów ikry, wychodziło sto milionów kilogramów kawioru. No, powiedzmy, dziewięćdziesiąt. Takiej ilości na pewno nie byliby w stanie zjeść wszyscy deputowani, sportowcy i goście hotelowi razem wzięci, nawet gdyby żywili się wyłącznie kawiorem. A przecież pozostawała jeszcze bieługa i zwykłe jesiotry. Pomyślałem oczywiście i o eksporcie, ale gdy szybko zsumowałem w pamięci wszystkie ilości kawioru, które widywałem na stołach, jeżdżąc po świecie, ciągle było mało. Coś w tym wszystkim się nie zgadzało. Gdzieś ten kawior musiał znikać.

Któregoś niedzielnego poranka do mojego świeżo wynajętego moskiewskiego mieszkania zadzwonił znajomy pianista Fiodor i zaprosił mnie na niezwykle ciekawą, jego zdaniem, imprezę. Mając w perspektywie wolny wieczór, wyraziłem zgodę, ale Fiodor zaraz mi wyjaśnił, że mam przyjechać natychmiast, bo impreza już się rozpoczęła. Goląc się, z uznaniem myślałem o Fiodorze, który mimo lekceważącego stosunku swego środowiska do wszelkiego rodzaju chałtur, nie wahał się grywać na festynach dla dzieci. No bo cóż innego mogłoby to być w niedzielny poranek?

Pod wskazanym adresem nie było jednak żadnego parku, ale stał solidny gmach związków zawodowych. Gdy przy wejściu powołałem się na Fiodora, skierowano mnie do sali konferencyjnej. Już z daleka usłyszałem szum i gwar, a gdy wszedłem do środka, zobaczyłem tłum może dwustu, może trzystu starszych i bardzo starych panów, których zachowanie wskazywało, że odbywa się tu regularny piknik, tyle że pod dachem. Jedzono, pito i krążono po sali, a wszystkiemu towarzyszył nieopisany harmider i jeszcze głośniejsza muzyka. Co bardziej podchmieleni staruszkowie tańczyli solo na parkiecie, a ich występy wzbudzały salwy śmiechu i oklasków. Z różnych stron słychać było gromkie toasty i równie gromkie złorzeczenia. Gdy dotarłem w końcu do podestu dla muzyków, Fiodor, nie przerywając grania, zdołał mi tylko krzyknąć, że to święto armii i kombatanci ucztują.

Po półgodzinie konferansjer zarządził antrakt, ponieważ kelnerki zaczęły właśnie roznosić w wiadrach gorące kotlety. Fiodor, który poczuł się moim przewodnikiem, od razu zaznaczył, że nie są to zwyczajne wiadra, ale wiadra specjalne. Usiedliśmy przy jakimś wolnym stoliku, ale o wyjaśnianiu dalszych niuansów nie mogło być mowy, gdyż mimo gorącego posiłku, trwało nieustanne krążenie i zagadywanie. Podchodzono do nas z butelkami, napełniano nam kieliszki i ostrzegano, jako młodych ludzi, przed różnymi wrogami Rosji, którzy na razie tylko udają, że są przyjaciółmi. Siwiuteńki staruszek odradzał nam ze swej strony kontakty z tymi, którzy siedzą pod oknem, bo w czterdziestym trzecim byli oni żandarmami i za byle co pakowali swoich własnych kolegów do tiurmy. Inny krewki kombatant próbował nam wytłumaczyć w kilku słowach, na czym polega potęga rosyjskiej armii, ale jakoś nie bardzo mógł się wysłowić, więc w końcu zakrzyknął tylko: hurrraaa!

Rozglądając się w wolnej chwili po sali, spostrzegłem, że niemal na każdym stoliku, wśród butelek i jadła, leżą nienaruszone, dobrze mi znane puszki kawioru. Zdziwiony moim zdziwieniem Fiodor wyjaśnił, że nie ma w tym nic dziwnego, bo tak było zawsze. We wszystkie święta państwowe kombatanci udają się do specjalnych magazynów, w których mogą wykupić po normalnej cenie półkilogramową puszkę kawioru. Narzekają zresztą teraz na podłe czasy, bo jeszcze kilka lat temu mogli kupić puszkę kilogramową.

Uzmysłowiłem sobie w tym momencie, że tak naprawdę to nie mam pojęcia, co to znaczy normalna cena kawioru, bo też nigdy jeszcze normalnie go nie kupiłem. Sięgnąłem po najbliższą puszkę i zobaczyłem wytłoczony na wieczku napis: cena pięć rubli. Równało się to wtedy paczce dobrych papierosów. Zagadnięty w tej sprawie staruszek odrzekł, że nie ma tu żadnej pomyłki, i wyraził zachwyt, że w Rosji taki rarytas tak mało kosztuje, bo pewnie gdzie indziej musiałby zapłacić jakieś krocie. Potwierdziłem to przypuszczenie i powiedziałem staruszkowi, że chciałbym mieć pamiątkę z tego spotkania, więc proponuję mu za tę puszkę sto rubli. Dodałem też, że wytłoczona na niej cena posłuży mi jako dowód wobec tych wszystkich cudzoziemców, którzy nie dowierzają, że w Rosji jest tak tanio. Staruszek zgodził się bez wahania.

Wracając do domu, mogłem zrobić podsumowanie. Kombatantów jest w Rosji może pięć, może dziesięć milionów i liczba ta powinna być stała, bo jedni umierają ze starości, ale coraz to nowi wracają z wojen. Oprócz święta armii jest jeszcze dzień zwycięstwa i rocznica rewolucji. Jakkolwiek liczyć, wychodzi kilkadziesiąt milionów kilogramów kawioru rocznie. Brakujące ogniwo zostało tym samym odnalezione, a wnioski teoretyczne nasuwały się same.

Po pierwsze, kawior dla jednych jest taki drogi, bo dla drugich jest taki tani. Po drugie, kawioru byłoby więcej, gdyby Rosja w końcu przestała prowadzić wojny. I po trzecie, kawioru byłoby jeszcze więcej, gdyby zniesiono w Rosji święta państwowe.

Uznałem, że nie wolno tego dorobku teoretycznego zaprzepaścić i warto go choćby w niewielkim stopniu wykorzystać w praktyce. Kawioru jest bowiem mnóstwo, trzeba tylko znaleźć się w tej grupie, dla której jest on tani. Ponieważ nie miałem szans zostać kombatantem, więc postanowiłem napisać list handlowy do największej fabryki kawioru, o której wiedziałem tylko tyle, że znajduje się w Astrachaniu, nad Morzem Kaspijskim. Wolnorynkowe reformy gospodarcze szły już w Rosji pełną parą, więc wydawało mi się, że taki list będzie rzeczą zupełnie naturalną.

Ustalenie pełnej nazwy fabryki i jej dokładnego adresu, mimo kilkudniowych starań, okazało się niemożliwe. Dzwoniłem do różnych kompetentnych urzędów i ministerstw, ale wszędzie zasłaniano się niewiedzą, żądano pisemnego uzasadnienia albo oznajmiano po prostu, że to tajemnica służbowa.

Sąsiad, któremu zwierzyłem się ze swego problemu, poradził mi, żebym zrobił tak, jak czynią to wszyscy, gdy mają jakąś sprawę do ważnej instytucji. Piszą wtedy krótko: Rada Ministrów, Moskwa. Albo: Mer Petersburga, Petersburg. Napisałem więc na kopercie: Fabryka Kawioru, Astrachań.

Przedstawiłem się w liście jako importer zainteresowany nawiązaniem długofalowej, wszechstronnej i wzajemnie korzystnej współpracy. Podkreśliłem swą płynność finansową i zaproponowałem wyjątkowo dogodne warunki płatności. Zaznaczyłem też, że w celu omówienia wszelkich szczegółów ilościowych i jakościowych jestem gotów przyjechać w każdej chwili. Na koniec, jak to zwykle w tego typu listach, poprosiłem o przysłanie mi oferty handlowej, uwzględniającej możliwe upusty, rabaty i zniżki.

Odpowiedź otrzymałem nadzwyczaj szybko, bo już po trzech tygodniach. Informowano mnie w niej, że jednorazowo mogę zamówić dwie kilogramowe puszki. Cena wynosi dwieście dolarów amerykańskich za kilogram i żadne zniżki nie są możliwe. Czas realizacji zamówienia wynosi trzy miesiące od momentu zapłaty, a zapłacić należy całą sumę z góry, podając równocześnie adres, na który zostaną przesłane dokumenty uprawniające do wywozu towaru za granicę. Podpisano: komórka do spraw handlowych.

Jako cenną pamiątkę, schowałem list do szuflady zamykanej na klucz. I pewnie szybko bym o nim zapomniał, gdyby nie fakt, że dwa tygodnie później, po przyjeździe do Warszawy, żona wysłała mnie do sklepu po kartofle i krewetki. Żeby załatwić wszystko za jednym zamachem, poszedłem na pobliski bazar przy ulicy Polnej, najbardziej elegancki bazar w Warszawie. Kręcąc się między stoiskami i podziwiając bogactwo asortymentu, zauważyłem, bo chyba już byłem uczulony, znajomą niebieską puszkę kawioru. Z wystawionej ceny wynikało, że kilogram kosztuje sto dolarów, a więc o połowę taniej niż w odległej o trzy tysiące kilometrów fabryce. Zapytałem sprzedawcę, ile takich puszek mógłbym u niego kupić, a on, mierząc mnie krytycznym spojrzeniem, odrzekł, że na pewno więcej, niż zdołałbym udźwignąć.

Po powrocie do domu od razu napisałem list do Astrachania. Na wstępie poinformowałem, że w związku z nowymi okolicznościami mój pierwszy list się nie liczy i należy go uznać za niebyły. Następnie zaoferowałem sprzedaż kawioru po sto pięćdziesiąt dolarów za kilogram, ale zaraz dodałem, że jeśli fabryka okaże się stałym i solidnym odbiorcą, to możliwe będą różne zniżki. Zaznaczyłem też, że jednorazowo można u mnie zamówić dziesięć puszek, ale w wyjątkowych wypadkach dużo więcej. Czas realizacji określiłem jako natychmiastowy, a sposób zapłaty pozostawiłem do oddzielnych negocjacji. Na zakończenie radziłem pośpiech, bo jest dużo chętnych.

Odpowiedź, która przyszła tym razem po miesiącu, była raczej lakoniczna: fabryka nie skorzysta z mojej oferty, gdyż zajmuje się produkcją, a nie handlem. Podpisano: komórka do spraw handlowych.

Znając już trochę faktów związanych z cyrkulacją kawioru po świecie, miałem niejakie wątpliwości, czy napisano mi całą prawdę. Utwierdziłem się w tych wątpliwościach, gdy pewnego dnia, będąc w Moskwie, przeczytałem na pierwszej stronie jakiejś gazety o gospodyni domowej, która poszła na milicję z otwartą puszką szprotek. W środku, zamiast deklarowanych na etykiecie rybek, znalazła, jak ocenili eksperci, najwyższej jakości czarny kawior. Oczywiście pierwszym skutkiem tej informacji było to, że już wczesnym przedpołudniem nie można było kupić w Moskwie żadnej konserwy rybnej. Ponieważ w następnych dniach nikt nie zgłosił na milicji podobnego przypadku, część gazet próbowała całą sprawę zbagatelizować. Prasa kulturalna twierdziła jednakże z uporem, że brak nowych zgłoszeń świadczy wyłącznie o upadku moralności i cnót obywatelskich. Dziennikarze ekonomiczni z kolei dawali do zrozumienia, że za całą sprawą kryje się lobby rybne, które podstawiło tę kobietę, żeby zwiększyć popyt na swoje konserwy.

Przeważał jednak wątek kryminalny. Domagano się skrupulatnej kontroli we wszystkich fabrykach kawiorowych i szybkiego wykrycia przypuszczalnie międzynarodowej grupy przestępczej, która się w nich zagnieździła. Oskarżenia formułowano w takim tonie, jakby chodziło o kradzież narodowej relikwii albo wręcz samej rosyjskiej duszy. Przypominano podobne afery z przeszłości i wyolbrzymiano szkody, jakich doznał kraj i podobno każda rodzina.

Po raz kolejny stawało się więc jasne, że każdy, kto ma jakikolwiek handlowy związek z kawiorem, jest w zasadzie osobnikiem podejrzanym. Nigdy zresztą, nawet dosłownie, nie należało się w Rosji obnosić z kawiorem. Jedną puszkę, owszem, można było nieść w ręku tak, żeby wszyscy widzieli. Ale już dziesięć puszek lepiej było schować głęboko do torby.

Mieszkając w hotelach, które były centrami wymiany myśli kawiorowej, widziałem, jak po każdej takiej aferze zmniejszała się podaż i niedługo potem wzrastały ceny. Drobni sprzedawcy, którzy zwykle proponowali po kilka puszek, usuwali się na jakiś czas w cień. Ci zaś, którzy normalnie oferowali co najmniej kilkadziesiąt, schodzili do dwudziestu i przesuwali terminy realizacji. Tłumaczyli to ostrożnością hurtowników, u których się ponoć zaopatrywali, a którzy - jak się domyślano - wykonywali polecenia prawdziwych potentatów. O prawdziwych potentatach sądzono natomiast, że plan zmniejszenia dostaw wprowadzili w porozumieniu z fabrykami kawioru. Ponieważ jednak fabryki są państwowe - twierdzili niezależni obserwatorzy - to za wszystkim stoi rząd i to on właśnie, chcąc podwyższać ceny, od czasu do czasu wysyła na milicję gospodynię domową z otwartą puszką szprotek.

Atmosfera powszechnej podejrzliwości powodowała, że w ogóle unikano słowa "kawior". Wszystkie związane z nim rozmowy, i te drobne, pięciopuszkowe, i te poważniejsze, wieloskrzyniowe, zawsze miały klauzulę sekretności i tajności. Mówiono szeptem, nachylano się do ucha i rozglądano dookoła. Oczywiście atmosferę konspiracji z całym wyrachowaniem potęgowali, jak tylko mogli, sami sprzedawcy, zwłaszcza ci drobni. Sprzedając obcokrajowcom kilka puszek, sami co prawda dokładnie oglądali pod światło każdy banknot, ale wręczając towar, zaraz przypominali o ogólnym zagrożeniu i natychmiast się ulatniali.

Wracali później cudzoziemcy do swych krajów i urządzając przyjęcia, mogli się chwalić, jaką to skomplikowaną i pełną niebezpieczeństw drogą udało im się zdobyć te kilka puszek. A kiedy wreszcie następowało ich uroczyste otwarcie, okazywało się, że w środku, zamiast kawioru, jest albo błoto, albo piasek. Albo i jedno, i drugie.

Wbrew odruchowym wyobrażeniom, żeby podmienić zawartość oryginalnej puszki, nie trzeba wcale dysponować skomplikowaną linią technologiczną ani też wchodzić w zmowę z fabryką. Od niepamiętnych bowiem czasów puszki, w które pakuje się kawior, nie są zwykłymi puszkami, które raz otwarte, nie dają się już zamknąć. To raczej blaszane okrągłe pudełka nakrywane głębokim wieczkiem i przepasane bardzo obcisłą gumą, która zapewnia hermetyczność. Taki, zdawałoby się, prymitywny sposób pakowania ma jednak swoje ważkie zalety. Przede wszystkim służy restauratorom, którzy serwują kawior raczej na gramy niż na kilogramy, więc po wydzieleniu odpowiedniej porcji mogą resztę hermetycznie zamknąć i tym samym przedłużyć jego świeżość. Z drugiej strony, gumowa opaska na puszce jest tak obcisła, że jeśli ktoś bardzo często ją zdejmuje i nakłada, to może się łatwo skaleczyć.

Siadając zatem do negocjacji handlowych, i kupujący, i sprzedający patrzą sobie najpierw na ręce. Jeśli pokaleczone palce ma sprzedawca, to znaczy, że zdarza mu się podmieniać zawartość puszek, a jeśli nabywca, to znaczy, że nie jest taki naiwny, na jakiego wygląda, i raczej sprawdza, co kupuje. Fakt, że obaj mają palce całe i zdrowe, może zaś jedynie dowodzić tego, że zaopatrzyli się w specjalne urządzenie do szybkiego otwierania i zamykania.

Urządzenie to przypomina kształtem zwykły powiększalnik fotograficzny i trudno je zaliczyć do skomplikowanych. Zamocowuje się puszkę na blacie i opuszcza umieszczone na statywie kleszcze, które zaciskają się na wieczku i unoszą je wraz z gumową opaską. Jeśli okazuje się, że w środku jest kawior, to można go przy okazji skosztować, żeby się upewnić, czy nie zawiera przypadkiem domieszki mułu rzecznego. Potem, tą samą drogą, wieczko się opuszcza, dociska i wszystko pasuje jak ulał. Bezpiecznie, bez wysiłku i dużo szybciej.

Niestety, znam to urządzenie tylko z widzenia, bo mimo wielu starań, nie udało mi się go zdobyć. Wypytywani w tej kwestii znajomi sprzedawcy potwierdzali jego istnienie, ale oni sami oczywiście nigdy nie mieli z nim do czynienia, bo niby do czego byłoby im ono potrzebne. Inni radzili mi zwrócić się do fabryki kawioru, ale od razu uprzedzali, że jest to urządzenie ściśle tajne i bez rekomendacji właściwych władz spotkam się z kategoryczną odmową.

Rozmawiałem również w tej sprawie z warszawskimi ślusarzami, którzy po zastanowieniu odpowiadali, że do rozpoczęcia prac projektowo-badawczych potrzebne jest choćby czarno-białe zdjęcie. Nie mogłem, rzecz jasna, spełnić tego warunku, bo gdybym na jakiekolwiek spotkanie kawiorowe przyszedł z aparatem fotograficznym, to jeśli nie zostałbym od razu powieszony, to w najlepszym wypadku zostałbym skazany na dożywotnie wygnanie z branży.

Mogłoby się wydawać, że wsypywanie piasku czy błota do puszek kawiorowych to zwyczaj wyłącznie drobnych krętaczy, którzy polują na łatwowiernych turystów zagranicznych.

Gdyby tak było, to moje usilne poszukiwania specjalnego urządzenia do szybkiej kontroli jakości można by uznać za dziwaczną ekstrawagancję. Tak jednak nie było. Potrzebowałem go, ponieważ dość szybko się przekonałem, że podobne zwyczaje panują również wśród poważnych i, zdawałoby się, sprawdzonych dostawców. Różnica polegała tylko na tym, że drobni krętacze czynili to wyłącznie z chęci szybkiego i łatwego zysku, a poważni handlowcy również z pewnej specyficznej potrzeby duchowej.

Któregoś dnia do mojego moskiewskiego mieszkania zadzwonił dostawca Konstanty; znałem go już kilka dobrych miesięcy i mogę powiedzieć, że dotychczasowa współpraca układała się całkiem poprawnie. Powiedział, że ma do sprzedania sto pięćdziesiąt półkilogramowych puszek, ale sprawa jest pilna, bo on za kilka godzin wyjeżdża do rodziny. Ponieważ nie miałem przy sobie odpowiedniej gotówki, zgodził się, że zapłacę od ręki pięćdziesiąt procent, a resztę po jego powrocie. Na umówione spotkanie pojechałem z Ludmiłą, kobietą rozlicznych interesów, która akurat wpadła do mnie na plotki.

Konstanty rzeczywiście bardzo się spieszył. Nie zaprosił nas nawet na herbatę, tylko szybko załadował puszki do naszego samochodu, a otrzymanej gotówki nawet nie przeliczył. - Mamusia czeka - usprawiedliwił się na pożegnanie. Gdy zaparkowaliśmy pod moim domem i otworzyliśmy bagażnik, zauważyliśmy, że jedna z puszek jest nieco wybrzuszona. Po dokładnych oględzinach w mieszkaniu okazało się, że jest takich puszek jeszcze kilka. Zadzwoniłem do Konstantego, ale, jak można było się słusznie spodziewać, właśnie wyjechał. Nalałem więc po kieliszku i rzuciłem w przestrzeń sakramentalne pytanie: co robić?

Ręczne otwieranie i sprawdzanie zawartości stu pięćdziesięciu puszek wydawało się upiorną perspektywą. Zresztą, cóż by to dało? Mogliśmy się natknąć na różne stopnie zepsucia, na puszki całkiem sfermentowane i częściowo sfermentowane. Te bardziej sfermentowane nie dałyby się już zamknąć i trzeba by je powyrzucać, z czego powstałby wielki smród i bałagan. Może lepiej poczekać na Konstantego? Nie wiadomo jednak, kiedy wróci i czy uzna reklamację, bo skąd będzie wiadomo, które puszki są czyje?

Dywagacje te przerwał nam huk wystrzału, który rozległ się w drugim pokoju. W jednej z puszek wystrzeliło wieczko i po całym mieszkaniu rozniósł się nieprzyjemny fetor. Ludmiła, która była kobietą czynu, chwyciła za słuchawkę i zadzwoniła do jakichś swoich znajomych, każąc im natychmiast przyjechać. Wyjaśniła mi po chwili, że terenem działania owych znajomych jest Turcja, a według jej, Ludmiły, rozeznania Turcy kupią wszystko.

Dziewczyna i chłopak, którzy się niebawem zjawili, wydawali się ten pogląd podzielać, bo bez specjalnego narzekania zabrali wszystkie puszki. Obiecali wrócić po dziesięciu dniach.

Wrócili po dwóch tygodniach. Swoje spóźnienie tłumaczyli dwukrotnym aresztowaniem w Bułgarii pod zarzutem przewożenia materiałów wybuchowych. Dwa razy się bowiem zdarzyło, że umieszczone w bagażniku puszki strzelały seriami akurat wówczas, gdy obok przechodził milicjant. W Turcji natomiast mieli kłopoty ze sprzedażą gotówkową, więc po długich negocjacjach zgodzili się na wymianę barterową, towar za towar. Wyrzucili puszki wyraźnie już wybrzuszone i za resztę dostali pięćdziesiąt kilogramów kurtek skórzanych. Gdy pokazali kilka dla przykładu, Ludmiła stwierdziła, że są bardzo ładne, ale, niestety, skóropodobne.

Konstanty zadzwonił po miesiącu i jak gdyby nigdy nic zapytał, co słychać. Gdy nazwałem go bezczelnym drobnym oszustem, kategorycznie tym oskarżeniom zaprzeczył. Uważał, że sam fakt, iż do mnie dzwoni, dowodzi jego uczciwości. Uznając to za jeszcze większą bezczelność, zagroziłem, że jeszcze się policzymy, i rzuciłem słuchawkę.

Po dwóch godzinach Konstanty zjawił się osobiście i już od progu nie ukrywał, że ma przy sobie dużą butelkę wódki. Musiał się zatem poczuwać do winy, bo w innym wypadku przyniósłby małą. Zaczął mnie z troską wypytywać o losy swoich puszek, potem wylewnie przepraszać, a w połowie butelki rozdzierał szaty nad nieuczciwością i bandytyzmem pośredników, u których się zaopatruje. Później na przemian przysięgał, że już nigdy więcej nie zaznam od niego przykrości, i zapewniał, że nic nie wiedział o zaawansowanej fermentacji. To znaczy mógł przypuszczać, ale nie był pewien. Właściwie to wiedział, ale nie wiedział. A tak w ogóle to różne niespodzianki można w życiu spotkać. I przykre, i wesołe. I nie muszę mu dopłacać tych brakujących pięćdziesięciu procent, a następnym razem wszystko będzie w najlepszym porządeczku.

Tracenie, a następnie odzyskiwanie zaufania jest w Rosji najbardziej chyba popularnym hobby wśród ludzi interesu. Można to nazwać również namiętnością, hazardem, sportem czy duchową koniecznością, ale spotykałem się z tym wszędzie, jak Rosja długa i szeroka, niezależnie od tego, czy ktoś chodził do szkół, czy też nie chodził, czy obracał milionami, czy tylko tysiącami.

Nie jest to, trzeba zaznaczyć, jednorazowy rytuał lub coś w rodzaju próby, która pomyślnie zakończona, miałaby stworzyć braterskie poczucie wzajemnego zaufania na wieki wieków. Nic podobnego. Traci się i odzyskuje zaufanie u tej samej osoby wielokrotnie i z uporem. Im większego dokona się oszustwa, tym gorliwiej prosi się o wybaczenie i obiecuje poprawę. Za dobrego handlowca uchodzi nie ten, kto potrafi sprzedać każdy towar, ale ten, kto po zawaleniu terminów i dostarczeniu towaru podłej jakości potrafi wmówić kontrahentowi, że należy z nim handlować dalej.

Większość rosyjskich handlowców zdaje się po prostu mniemać, że życie bez niedoróbek byłoby śmiertelnie nudne. Czas między jedną a drugą transakcją trzeba przecież jakoś wypełnić i wypełnia się go wyjaśnianiem nieporozumień, które wyłącznie w tym celu są prowokowane. Zresztą, o sumiennym i punktualnym biznesmenie można powiedzieć jedynie, że jest jakiś taki nijaki. Nikt go przy wódeczce nie wspomni i w zasadzie będzie traktowany jak powietrze. A na takie lekceważenie prawdziwy człowiek interesu w żadnym wypadku pozwolić sobie nie może.

Tak więc powiedzieć w Rosji, że ma się do kogoś zaufanie w interesach, to powiedzieć tyle tylko, że trzeba uważać, bo lada chwila ten ktoś może je zawieść. Gdybym po każdym nadużyciu zaufania przez swoich kontrahentów, obojętnie zresztą, z jakiej branży, zachowywał się pryncypialnie i zrywał wszelkie z nimi stosunki, to w krótkim czasie straciłbym wszystkich. Nowych też bym łatwo nie znalazł, bo szybko rozeszłaby się wiadomość, że jestem człowiekiem nie do życia i nie ma sensu wchodzić ze mną w żadne interesy.

Problem nie polegał więc na tym, żeby eliminować nierzetelnych dostawców, ale na tym, żeby nie zawiedli wszyscy naraz. Najlepsi byli zatem tacy, którzy nadużywali zaufania regularnie, na przykład raz na cztery transakcje. Wtedy można było cokolwiek planować. Równocześnie cały czas musiałem myśleć o uzupełnianiu grona dostawców, ponieważ, jak to w życiu, jedni zmieniali branżę, a inni po prostu znikali, nie zostawiając mi nowego adresu.

Któregoś dnia, gdy wracałem wieczorem do domu, portier, bo był to porządny dom z portierem na dole, powiedział mi, że od dwóch godzin czeka na mnie jakiś człowiek. Wyszedłem na zewnątrz, ale nikogo nie było. Dopiero po chwili spostrzegłem, że ktoś daje mi znaki z pobliskich krzaków.

Był to chudy, może czterdziestoletni osobnik z wąsikiem, w garniturze, pod krawatem i z teczką w ręku. Można powiedzieć - typowy urzędnik. Przedstawił się jako Leonid i zagadnął, że podobno kupuję kawior od Józefa i Władimira. Nie miałem powodu, żeby kłamać, więc potwierdziłem, że owszem, czasami. Na te słowa Leonid otworzył teczkę, wyjął dwie puszki i powiedział, że jego kawior jest równie dobry, ale o dziesięć dolarów tańszy. Wziąłem jedną puszkę i zacząłem otwierać, a on w tym czasie wyjął z kieszeni marynarki piersiówkę i nalał po kieliszeczku. Wypiliśmy i zakąsiliśmy szczyptą kawioru. Rzeczywiście był znakomity. Wychodząc z krzaków, umówiliśmy się na próbną dostawę dwudziestu pięciu puszek. Było mi to bardzo na rękę, gdyż Józef i Władimir od pewnego czasu przestali się odzywać.

Współpraca z Leonidem rozwijała się dość wolno, ale systematycznie. Sprzedawał mi od czasu do czasu kilkadziesiąt puszek, a gdy zabierałem się do wybiórczego sprawdzania ich zawartości, czynnie mi w tym pomagał. Był punktualny, a czas i miejsce dostawy nie sprawiały mu specjalnej różnicy. Zdarzyło się nawet, że dałem mu pieniądze a konto przyszłej dostawy, a on nie uległ pokusie i przywiózł to, co trzeba. Jego poprawność niekiedy mnie zastanawiała, ale przecież nie mogłem mu z tego powodu czynić wyrzutów. Po pewnym czasie nasze spotkania nabrały charakteru jak najbardziej rutynowego i już nawet nie chciało mi się sprawdzać za każdym razem, czy dostarczany przez niego kawior jest odpowiedniej jakości.

Leonid nie był jednak człowiekiem doskonale nijakim. Zauważyłem bowiem, że niemal na każde spotkanie przychodzi w innym garniturze. Początkowo myślałem, że ma ich po prostu kilka i lubi je zmieniać. Jednakże po bliższych oględzinach okazało się, że zawsze jest to nowiutki, elegancki garnitur z metką jakiegoś znanego europejskiego domu mody. Jedno takie cacko musiało kosztować nie mniej niż tysiąc dolarów, a może znacznie więcej. Miało się wrażenie, że Leonid wydaje na te garnitury wszystkie zarobione pieniądze. Gdy zobaczyłem go kiedyś przypadkowo w restauracji, wahałem się nawet przez chwilę, czy do niego podejść, bo wyglądałem przy nim jak dziecko stróża.

W tym samym czasie zaczęły dochodzić mnie wieści, a i osobiście mogłem się o tym przekonać, że w wysyłanych przeze mnie partiach towaru trafiają się pojedyncze puszki z błotem. Było to dziwne zjawisko, gdyż dotychczas, jeśli ktoś chciał mnie oszukać, to od razu czynił to z rozmachem. Przeprowadzenie dochodzenia było praktycznie niemożliwe, bo niemożliwe było ręczne otwieranie setek puszek, które przechodziły przez moje ręce. Miałem z tego powodu sporo kłopotów, bo jeśli jakiś odbiorca znajdował pojedynczą puszkę z błotem, to od razu kwestionował całą dostawę. Wyglądało na to, że ktoś próbuje tą niecną metodą nadszarpnąć moją reputację.

Tymczasem, po dłuższej nieobecności, odwiedzili mnie któregoś dnia Józef z Władimirem. Przeprosili, że kilka miesięcy wcześniej zniknęli bez uprzedzenia, ale mieli okazję pojechać do Szwajcarii. Nie przypadł im jednak ten kraj do gustu, bo gdzie się ruszyli, to trafiali na jakieś złe towarzystwo. Postanowili więc wrócić do swych dawnych, spokojnych interesów kawiorowych. Gdy wspomniałem im o Leonidzie, który się na nich powoływał, najpierw się zdziwili, a potem sklęli go siarczyście za to, że ośmielił się bez ich zgody nie tylko handlować, ale w ogóle skontaktować się ze mną. Zapowiedzieli twardo, że od tej pory wszystko wróci na swoje właściwe miejsce.

Po kilku tygodniach, gdy spotkałem ich ponownie, byli już w znacznie lepszych humorach. Leonid - powiedzieli - poniósł zasłużoną karę. Polegała ona na tym, że zamówili u niego dwieście puszek, Leonid je przywiózł, a oni je wzięli, po czym, bez zapłaty, kazali mu się wynosić. Na moją uwagę o nadmiernej surowości tylko się żachnęli, bo ich zdaniem kara była i tak łagodna. Po spotkaniu ze mną dowiedzieli się bowiem, że Leonid, powołując się na nich, zaczął handlować również z innym ich dawnym klientem. I żeby jeszcze handlował uczciwie, ale on, jak to niezbicie stwierdzili, podrzucał mu co i raz pojedyncze puszki z błotem.

- Zszargał nam opinię, więc poniósł sprawiedliwą karę - podsumował Józef.

- A wszystko przez te jego garnitury - dorzucił Władimir. - Jak tylko gdzieś zobaczył nowy fason, to nie mógł się powstrzymać, żeby go nie kupić. A że był sknera, to zaraz potem żałował wydanych pieniędzy i małymi kroczkami próbował to sobie jakoś odbić.

Gdy jakiś czas później spotkałem Leonida na ulicy, ubrany był w ten sam garnitur, w którym poznałem go w krzakach pod moim domem. A Józef i Władimir stali się znowu moimi regularnymi dostawcami i, tak jak kiedyś, od czasu do czasu oszukiwali mnie na jakości kawioru.

Przesadziłbym pewnie, gdybym powiedział, że dostawców zmieniałem jak rękawiczki. Ruch kadrowy był jednak spory i siłą rzeczy coraz więcej ludzi wiedziało, że zajmuję się kawiorem. Wiedział też o tym urzędujący na dole mojego bloku portier, więc musieli wiedzieć wszyscy mieszkańcy. Wiedzieli moi bliscy i dalecy znajomi, a nawet ci, którzy odwiedzili mnie choćby jeden raz, bo zawsze pytali, do czego są mi potrzebne trzy potężne lodówki.

Zapukał kiedyś do mnie człowiek, którego wcześniej widziałem raz czy dwa razy u boku jakiejś znajomej. Utkwił mi w pamięci, bo było to wysokie, barczyste chłopisko, dawny bokser albo zapaśnik. Wchodząc do pokoju, przypomniał, że ma na imię Siergiej, postawił na stole pół litra i powiedział, że jego wizyta ma w zasadzie charakter towarzyski. Potraktowałem te słowa jako wyraz nieśmiałości, więc sięgnąłem natychmiast po dwa kieliszki. Przy trzeciej chyba kolejce Siergiej rozejrzał się po mieszkaniu i stwierdził, że skoro prowadzę tak rozliczne interesy, to pewnie potrzebna mi jest jakaś ochrona. Nieco zaskoczony odparłem, że skądże znowu, że prowadzę normalną, zarejestrowaną firmę, że mam papiery na każdy towar i że w ogóle nie ma o czym mówić. Siergiej pokręcił z powątpiewaniem głową, a dalsza rozmowa już się jakoś nie kleiła, więc poszedł sobie, nie kończąc nawet butelki. Wrócił po tygodniu, a że akurat miałem gości, więc usiadł sobie z boczku i jako niby mój znajomy wtrącał się od czasu do czasu do rozmowy. Gdy znajomi wyszli, Siergiej nalał sobie pół szklanki, wypił jednym haustem i zapytał, czy zastanowiłem się nad jego sugestiami. Trochę mnie tą obcesowością zdenerwował, więc mu ostro odpowiedziałem, że chyba nie uważa mnie za naiwnego i że ochronę to ja mam od dawna, więc nie potrzebuję żadnej nowej. Była to oczywiście nieprawda i nie wiem, czy ten łobuz to wyczuł, ale odparł, że jeszcze się o tym przekonamy.

- A po co mamy to robić - dodał, dając mi do zrozumienia, że nie działa w pojedynkę. - Lepiej będzie, jak się nad sprawą rzeczywiście zastanowisz.

- Nie ma nad czym - rzuciłem krótko na pożegnanie.

Wychodząc, minął się w drzwiach z Iriną, moją sympatyczną sąsiadką, która była tancerką w teatrze Balszoj. Ponieważ łączyły mnie z nią bardzo koleżeńskie więzy, opowiedziałem jej, kto zacz ten Siergiej i co tu przed chwilą zaszło. Irina, ku mojemu zdumieniu, oświadczyła, że dobrze wie, jak się takie rzeczy załatwia. Z racji swej pracy bywała na przeróżnych bankietach i znała mnóstwo oficjeli, a przy okazji, ciągle się przy nich kręcących, półoficjeli, dla których taka sprawa będzie wypoczynkiem po służbie. Nie znając jednakże ani adresu, ani nazwiska Siergieja, ustaliliśmy, że jeśli pojawi się następnym razem, to natychmiast ją zawiadomię, a ona już spowoduje, że podjadą jacyś panowie i się nim zajmą. Obiecałem, że jeśli tylko zdążę, to na pewno to uczynię.

Irina musiała pomyśleć, zresztą nie bez racji, że potraktowałem jej opowieści niezbyt poważnie, bo przez następny tydzień sama codziennie do mnie dzwoniła, pytając, czy wszystko w porządku. A ja, prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałem, jak w razie czego postąpić.

Siergiej, jakby dając mi czas do namysłu, zjawił się po dziesięciu chyba dniach. Wpuściłem go tylko do przedpokoju i ubierając się, oświadczyłem, że właśnie wychodzę i nie mam czasu na żadne z nim rozmowy. Idąc do windy, zapowiedziałem, że jeśli jeszcze raz do mnie przyjdzie, to zostanie odpowiednio potraktowany. Mówiąc to, sam nie bardzo wiedziałem, co mam na myśli. Siergiej odparował, że postępuję bardzo nierozsądnie i będę tego żałował.

Wsiedliśmy do windy i ruszyliśmy w dół, ale po kilku sekundach winda się zatrzymała, bo ktoś się dosiadał na dziewiątym piętrze. Był to Misza.

Misza mieszkał dokładnie pode mną i dwa dni wcześniej naprawiał w mojej łazience jakieś rury, kurki i krany po tym, jak kolejny raz zalałem mu mieszkanie. Nie był wcale z tego powodu na mnie obrażony, gdyż za każdym razem za wspólne usuwanie skutków zalania płaciłem mu pięćdziesiąt dolarów. Misza pracował jako kierowca na Kremlu, a w wolnych chwilach rzeźbił w drewnie różne rodzaje liści. Był to dusza-człowiek i miał to do siebie, że liczył ponad dwa metry wzrostu, a w barach przypominał szafę trzydrzwiową. Ubrany teraz w garnitur, wydawał się jeszcze większy. Siergiej, choć nie ułomek, zmalał przy nim w oczach.

Misza zlustrował wprawnym okiem zawartość windy, po czym przywitał się ze mną i mając na myśli ostatnią awarię kranów, zapytał, czy wszystko działa, jak należy. Gdy przytaknąłem, przypomniał, że gdyby coś było nie w porządku, to, tak jak zwykle, mam go natychmiast zawiadomić.

Przed domem, oparty o wypucowaną czarną "czajkę", czekał kolega Miszy; obaj zawsze jeździli razem do pracy. Był to osobnik o równie potwornych rozmiarach, a do tego w ciemnych okularach. Uścisnęliśmy sobie ręce i pojechali.

Siergiej chwilę pomilczał, po czym bąknął niewyraźnie, że trzeba było od razu tak mówić. I nigdy więcej już go nie zobaczyłem.

Nieraz myślałem o uproszczeniu działania swojej jednoosobowej firmy. Zbyt dużo bowiem ludzi wokół niej się kręciło i zbyt wiele powodowało to komplikacji. Najlepsza - myślałem - byłaby współpraca z jakimś prawdziwym potentatem. Uniknąłbym wtedy nie tylko cenowych narzutów kolejnych pośredników, ale również mógłbym prowadzić bardziej uregulowany tryb życia. Przejrzałem nawet pod tym kątem jakąś gazetę, ale, niestety, żaden prawdziwy potentat nie zamieszczał w niej swego anonsu. Z półsłówek i półrozmów z moimi dostawcami wynikało, że najlepiej jest mieć w rodzinie ustosunkowanych Tatarów albo przynajmniej wujka Rosjanina, który dowodzi krążownikiem na Morzu Kaspijskim. Gdy jednak ogarnąłem pamięcią wszystkie swoje koligacje rodzinne, okazało się, że żaden z tych wariantów nie wchodzi w rachubę. Jedynym znanym mi potentatem była sama fabryka kawioru. Postanowiłem więc, że mimo niezbyt udanej wcześniejszej korespondencji, pojadę i porozmawiam z nią osobiście.

Lecąc do Astrachania, nie mogłem oprzeć się wyobrażeniu, że jest to podróż do Chicago lat trzydziestych, w którym rządzą gangi, trup ściele się gęsto, a w każdej knajpie siedzi mafioso. Leciałem przecież do centrum kawiorowego, co dla wielu ludzi brzmiało dokładnie tak samo jak centrum narkotykowe.

Pierwsze wrażenie było raczej uspokajające. Jadąc z lotniska do śródmieścia, a było to kilka dobrych kilometrów, zauważyłem tylko dwie restauracje, co znaczyło, że mafiosów nie mogło być zbyt wielu. Czar prysł ostatecznie, gdy dwie godziny później znalazłem się na terenie Rybno-Kawiorowego Zamkniętego Zakładu Przetwórstwa Spożywczego. Co prawda przy bramie skontrolowali mnie uzbrojeni strażnicy, ale zaraz po jej przekroczeniu poczułem się nader swojsko. Pierwsze, co zobaczyłem, to zmurszały już nieco pomnik Lenina i walające się wszędzie rybie odpadki. Ośmiopiętrowy chyba biurowiec przytłaczał swą wielkością fabryczne hangary, a na całym terenie, mimo styczniowego mrozu, panował ożywiony ruch. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, więc zanim udałem się do dyrekcji, zagadnąłem pierwszego z brzegu osobnika w waciaku, że potrzebuję trochę kawioru.

- Pół litra za puszkę - odparł Wania bez namysłu. Było to chyba pięćdziesiąt razy taniej niż u pośredników w Moskwie.

- Drogo - odrzekłem i zaproponowałem pół litra, ale za dwie puszki. Wania się skrzywił, więc stanęło w końcu na tym, że za litra dostanę trzy puszki. Gdy wspomniałem o strażnikach przy bramie, Wania zapewnił mnie, że z wyniesieniem puszek nie będzie żadnego problemu, i jako nowicjusza, oprowadził mnie po terenie. Fabryka graniczyła z niewielką, skutą teraz lodem, rzeczką. Nie było od tej strony żadnego ogrodzenia i według zapewnień Wani, nikogo by nie zdziwiło, gdybym podjechał pod samą halę choćby i wozem pancernym.

Wizyta w biurowcu zajęła mi niecałe dziesięć minut i nie przyniosła zbyt wielu owoców. Dyrektor handlowy, do którego wdarłem się mimo usilnych sprzeciwów sekretarki, potraktował mnie jak car poddanego, i to raczej poddanego najniższego stanu. Bez żadnego przywitania oznajmił szorstko, że panuje tu zwyczaj zapisywania się na wizyty, i rozkazującym gestem wskazał mi pokój sekretarki, co miało oznaczać, żebym sobie paszoł won.

Cóż było robić? Zwyczaj to zwyczaj i trzeba go uszanować. Sekretarka, pomna mej niesubordynacji, niechętnie wertowała swój zeszyt, ale w końcu wyznaczyła mi audiencję: za cztery miesiące, we wtorek, o wpół do dziesiątej.

Znacznie lepiej zostałem potraktowany, gdy wieczorem zaszedłem do hotelowej restauracji. Zanim zdążyłem przestudiować menu, przysiadł się do mnie jakiś gość i zaproponował sprzedaż kawioru po fantastycznie niskiej cenie. Zapytany o szczegóły, przedstawił się jako pracownik zakładu pogrzebowego, który dysponuje przydziałem przeznaczonym na stypy. Wywiązała się dyskusja o ceremoniach chowania zmarłych u ludów południowych, a ponieważ w lokalu panowała domowa atmosfera, do dyskusji włączali się coraz to nowi goście, jak również obsługa. Dość szybko zorientowałem się, że ta wymiana poglądów służy jedynie wybadaniu, ile puszek kawioru jestem w stanie kupić i kogo sobie wybiorę na sprzedawcę. Było to o tyle interesujące, że przechadzając się wcześniej po mieście, nigdzie nie natknąłem się na najmniejszy choćby ślad kawioru. Nie było go w sklepach, nie było na bazarze ani w jadłospisie żadnej restauracji. Całkowita posucha. Zacząłem już nawet podejrzewać, że cała ta fabryka kawioru to jedna wielka atrapa.

Kiedy wyjawiłem w końcu swym rozmówcom, że nie jestem zwykłym turystą, za jakiego mnie biorą, lecz interesują mnie co najmniej dwie małe ciężarówki kawioru miesięcznie, zapanowało kłopotliwe milczenie. Rozstaliśmy się jednak w przyjaznej atmosferze, czego dowodem były prośby, abym następnym razem powiadomił ich o swoim przyjeździe odpowiednio wcześniej, a wtedy wszystko da się zorganizować.

Rano, mając kilka godzin do odlotu, postanowiłem choć trochę zatrzeć nie najlepsze wrażenie, jakie niechybnie zostawiłem po sobie w zakładzie kawiorowym. Pojechałem tam zaopatrzony w perfumy marki Chanel, które kupiłem za kilka dolarów na pobliskim targu, a sprzedawca dawał głowę, że są autentyczne. Sekretarka, widząc powabny flakonik, wyraźnie się rozchmurzyła i w sympatycznej już pogawędce poradziła mi, żebym przyjeżdżając za cztery miesiące, wziął sobie na wszelki wypadek dwutygodniowy urlop. Fakt, że jestem zapisany, nie oznacza bowiem wcale, że zostanę przyjęty tak od razu.

Kilka godzin później, siedząc już w samolocie i popijając francuski koniak, za którego autentyczność sprzedawca dawał głowę, miałem nieodparte wrażenie, że moja wyprawa do centrum kawiorowego była jak najbardziej udana. Chociażby dlatego, że obyło się bez strzelaniny.

Chyba po tygodniu zadzwonił do mnie jakiś człowiek i powołując się na hotelową biesiadę w Astrachaniu, poprosił mnie o spotkanie. Był to trzydziestokilkuletni przedstawiciel ciemnej, południowej nacji, który w dyskusji o ceremoniach pogrzebowych nie uczestniczył, ale pamiętałem, że siedział w kącie i bacznie się jej przysłuchiwał. Przedstawił się jako Borys, pochodził z Dagestanu, a mieszkał, jak to określił, to tu, to tam.

Zaproponował mi sprzedaż czterdziestu puszek na próbę. Zdziwiło mnie to trochę, gdyż o próbnych partiach mówili zawsze kupujący, a nie sprzedający. Nie chciałem wypaść z roli dyktującego warunki, więc odparłem, że chętnie kupię jego kawior, ale wolę zacząć od dwudziestu sztuk. Taka odpowiedź wyraźnie go zadowoliła, co też było dosyć dziwne.

Po uzgodnieniu ceny z własnej, nieprzymuszonej woli wypisał mi rachunek, przystawił pieczątki i własnoręcznie otwierał wskazane przeze mnie puszki. Jakość kawioru nie budziła żadnych wątpliwości.

Kilka następnych naszych transakcji miało podobną wartość i podobny przebieg. Gdy zdarzyło się, że akurat zabrakło mi gotówki, Borys stwierdził, że nie ma problemu, bo mogę uregulować dług przy okazji. W przeciwieństwie do rosyjskich dostawców zachowywał się nadzwyczaj spokojnie; nie przejawiał żadnej nerwowości ani też podejrzliwości.

Po raz pierwszy pomyślałem zresztą wtedy, że handel kawiorem może być tym samym, co handel płatkami kukurydzianymi. Czuło się, że lada moment zakończymy okres próbny i przejdziemy do jakichś poważniejszych transakcji. Nie występowałem jednak z tą propozycją, żeby nie osłabić swej pozycji przetargowej. Borys z kolei sprawiał wrażenie, jakby ciągle na coś czekał.

Spałem już, gdy zadzwonił któregoś dnia i przepraszając za późną porę, poprosił mnie o drobną przysługę. Chodziło o jego ojca: przyjeżdża rankiem do Moskwy samochodem, ale nie zna miasta, więc zatrzyma się na dalekich rogatkach i trzeba go stamtąd odebrać.

Pojechałem pierwszą ranną elektriczką i po godzinie byłem na miejscu. Gdy wyszedłem przed stację, zobaczyłem coś, co było idealnym obiektem pożądania całej moskiewskiej milicji: wypełniona po brzegi walizami, z tobołami na dachu, zdezelowana terenowa niva, a przy niej człowiek czystej południowej maści, czyli podejrzany z definicji. Przemknęło mi przez myśl, że Borys zaaranżował tę sytuację tylko po to, żeby wystawić mnie na jakąś, sobie tylko zrozumiałą, próbę. Na dalsze domysły nie było już jednak czasu, bo ojciec Borysa, domyślając się, kim jestem, dał znak, żebym się do niego zbliżył. Uzgodniliśmy, że on zasiądzie za kierownicą, a ja będę jego pilotem.

Zupełnie nie znałem tych okolic, a moje nadzieje na drogowskazy okazały się oczywiście płonne. Jechaliśmy więc jakimiś bocznymi ni to drogami, ni to uliczkami, przejeżdżaliśmy przez jakieś ni to osiedla, ni to miasteczka i czułem, że coraz bardziej się pocę. Wypatrywanie właściwej drogi i zaczajonej za każdym drzewem milicji pochłaniało mnie niemal całkowicie. Ojciec Borysa natomiast zdawał się najzupełniej spokojny. Zdziwił się tylko, że palę papierosy, a po dłuższym namyśle zapytał, czy mam żonę. Potem zamilkł na godzinę, a gdy nagle ocknął się z zadumy, zaciekawiło go, czy żyją moi dziadkowie.

Jechaliśmy chyba trzy godziny i faktu, że ani razu nie zostaliśmy zatrzymani i zaaresztowani, nie można nazwać inaczej jak cudem w biały dzień. Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce, wręczyłem ojcu Borysa pięćdziesiąt dolarów, mówiąc, że należą mu się one jak każdemu pomocnikowi. A tak właściwie była to moja prywatna nagroda dla jego anioła stróża, którą ufundowałem milcząco na samym początku tej przejażdżki.

Dwa dni później zadzwonił Borys i zaprosił mnie na wódkę, co w naszych stosunkach było nowością. Zanim przystąpiliśmy do konsumpcji, uroczyście oświadczył, że od tej pory wszystko się zmieni, ponieważ tata uznał, że można ze mną robić interesy. Aby podkreślić wagę tego oświadczenia, wyjawił mi również swoje prawdziwe imię, które składało się z trzech trudnych do zapamiętania wyrazów. Unosząc pierwszy kieliszek, przyznał, że wiara przodków zabrania mu picia alkoholu, ale interesy to co innego.

Na następne spotkanie, na które umówieni byliśmy w samym centrum miasta, Borys zajechał białym, długim jak gąsienica, lśniącym lincolnem. Zaparkował tam, gdzie nie wolno, wystawił na ulicę skrzynki kawioru i jak gdyby nigdy nic, wdał się ze mną w rozmowę. Poczułem się w tym momencie trochę nieswojo, bo nie raz i nie dwa przekonałem się przecież, że rosyjska zasada "tisze jediesz, dalsze budiesz", chociaż brzmi trochę niewolniczo, to na pewno jest wysoce praktyczna.

Gdy powiedziałem później Borysowi, że taka ostentacja zupełnie mi się nie podoba, niemalże się obraził. Dla niego nie była to żadna ostentacja, ale rodzaj zemsty i odwetu. Mścił się w ten sposób na Rosjanach za to, że z pogardą traktują "czarnych", i brał odwet na milicjantach za to, że polują na nich jak na dziką zwierzynę. Z tryumfem obserwował zazdrosne spojrzenia przechodniów i śmiał się w duchu z milicjantów, którzy bali się nawet podejść, bo tak bezczelny i bogaty gość musi mieć wielkich protektorów.

- Głupcy - cieszył się Borys - ze strachu nie przychodzi im nawet do głowy, że lincoln może być z wypożyczalni.

Cóż mogłem na to odpowiedzieć? Poprosiłem jedynie, żeby jego prywatna wojna była rzeczywiście prywatną.

Niedługo potem Borys zadzwonił do mnie i poprosił o pomoc przy wyładunku dwóch ton kawioru, który miał przyjechać z Astrachania. Zaznaczył od razu, że jest to normalny, legalny transport ze wszystkimi papierami. Pomocy nie odmówił także Zbyszek, kolega z Polski, który akurat przebywał u mnie w gościnie.

Borys przyjechał po nas wehikułem, który był skrzyżowaniem starego autobusu z jeszcze starszą ciężarówką. Towarzyszyła mu łada, w której siedziało czterech zdrowych byczków. Gdy ruszyliśmy, okazało się, że jedziemy czterdzieści kilometrów za Moskwę, gdyż niezależnie od wszystkiego, wyładunek zawsze winien się odbywać w ciszy i spokoju.

Na miejsce dotarliśmy około jedenastej wieczorem. Była to jakaś mała stacja rozrządowa, a właściwie plątanina torów przed stacją. Pociąg miał przyjechać za pół godziny, więc Borys nakazał wszystkim przycupnąć w krzakach i obserwować tory. Minęła jednak godzina i nic się nie wydarzyło. Minęła następna i ciągle nic. Po trzech godzinach byliśmy ze Zbyszkiem sztywni z zimna, bo nie wiedząc, co nas czeka, nie wzięliśmy ciepłych ubrań. Przytupywaliśmy więc i biegaliśmy pod płotem, a ja przeklinałem w duchu dzień, w którym tatuś Borysa uznał, że można ze mną robić interesy.

Pociąg pojawił się o piątej nad ranem i zatrzymał się, jakżeby inaczej, na najbardziej oddalonym od nas, chyba dwudziestym pierwszym torze. Jeśli zważyć, że rosyjskie tory są szersze od normalnych, to dzieliło nas od niego, myślę, ze sto metrów. Z wypatrzeniem właściwego wagonu nie mieliśmy kłopotu, ponieważ był to pociąg osobowy z doczepionym na końcu pojedynczym wagonem towarowym.

Borys dał znak i siedmiu chłopa, ustawionych w tyralierę, ruszyło sprintem przez torowisko. Gdy dobiegliśmy, drzwi wagonu otworzyły się od wewnątrz i jakiś człowiek, nie wydając z siebie ani słowa, zaczął nam podsuwać skrzynki z kawiorem. Bieganie po kanciastych kamieniach z czterdziestoma kilogramami w rękach nie było łatwe. Jaki taki porządek i rytmiczność utrzymały się do trzeciego okrążenia. Przy czwartym i piątym wyglądało to już na bezładną bieganinę pijanych tragarzy. Przy siódmym i ósmym przypominało ciężkie roboty w obozie karnym.

Kiedy załadowawszy już wszystko, skrajnie wyczerpani i spoceni usiedliśmy w lodowatym wehikule, Borys zapytał, czy w moim domu działają obydwie windy. Doszedł bowiem do wniosku, że skoro cały ten kawior i tak przeznacza dla mnie, to wygodniej będzie zawieźć go do mnie od razu, a rozliczać mieliśmy się potem sukcesywnie. Nieco mnie to zaskoczyło, ale myśl była racjonalna.

Tak więc o siódmej rano, gdy mieszkańcy mojego bloku wychodzili do pracy albo po mleko, siedmiu brudnych, zarośniętych facetów wnosiło skrzynki z kawiorem i przez pół godziny blokowało windy. Gdy skończyliśmy, Zbyszek padł bez życia na łóżko, co, jak się później okazało, było krokiem nieroztropnym, bo obudził się po południu z wysoką gorączką. Ja natomiast wypiłem najpierw setkę wódki i zjadłem pół kilograma kawioru. Wieczorem czułem się jak młody bóg.

Mieszkańcy mojego bloku byli w większości ludźmi zacnymi i kulturalnymi. I nie zmieniłem tego zdania, gdy następnego dnia odwiedził mnie delegat urzędu finansowego. Zobaczywszy zgromadzony w moim mieszkaniu kawior, aż gwizdnął z wrażenia, ale któż by na jego miejscu tego nie zrobił. Przeglądał moje papiery przez godzinę i nie znalazł najmniejszego nawet uchybienia. Miałem wszystko, łącznie z certyfikatem fabrycznego weterynarza, że bieługi, z których ten kawior pochodził, były zdrowe jak ryby. Nie pozostawało więc nic innego, jak wyrazić mi swój podziw i uznanie. Wypiliśmy po kieliszeczku, a ponieważ skromny ten urzędnik znudzony już był kawiorem, bo za często go nim częstowano, zakąsiliśmy ogórkiem kwaszonym.

Bezwzględnie najtrudniejszym jednak etapem podróży kawioru po Rosji, przy którym nawet graniczne utarczki z celnikami wydawały się dziecinną igraszką, był załadunek do pociągu na Dworcu Białoruskim w Moskwie. Oczywiście do pociągu pasażerskiego, bo wysłanie kawioru pociągiem towarowym byłoby równoznaczne z wrzuceniem go do studni. Ten krótki odcinek, od samochodu na peron, wymagał solidnego przygotowania taktycznego.

Pierwszą przeszkodą była milicja drogowa, dla której okolice dworców stanowiły najwyżej cenione tereny łowieckie. Spotykało się tam głównie kapitanów i majorów. Służba pod dworcem była dla nich ostatnią szansą dorobienia się przed emeryturą albo przed awansem, po którym definitywnie przechodzi się do jałowych prac biurowo-organizacyjnych. Przydział takiego rewiru kosztował, w zależności od dworca, od dziesięciu do dwudziestu tysięcy dolarów. Cena ta może się wydać wygórowana, ale też służba w takim rewirze to były nieustające żniwa. Znaki zakazu wjazdu, ruchu, postoju i zatrzymywania się ustawiano w taki sposób, żeby popełnienie wykroczenia było absolutnie nieuchronne.

Kiedyś, gdy podjeżdżałem pod dworzec sporadycznie i milicjant udawał, że wyciąga bloczek mandatowy, a ja naprawdę wręczałem mu dwa albo trzy dolary, incydent kończył się w sympatycznej nawet atmosferze. Później jednak, gdy zacząłem bywać na dworcu dużo częściej, uciążliwość tych spotkań znacznie wzrosła. Zwłaszcza że milicyjne wyobrażenia o dobrym zarobku stały się najbardziej namacalnym wskaźnikiem ogólnego postępu. Można wręcz powiedzieć, że oficerowie z drogówki czuli się odpowiedzialni za propagowanie nastroju prosperity. Gdyby bowiem ich żądania ustatkowały się na niskim poziomie, ktoś mógłby odnieść wrażenie, że w Rosji zapanowała stagnacja.

Gdy spróbowałem kiedyś zakwestionować żądaną kwotę, opasły major zapytał najpierw niewinnie, o której mam pociąg, po czym wypisywał normalny mandat tak długo, żebym na pewno się na niego spóźnił. Jakikolwiek sprzeciw, awantura czy głośny protest spowodowałyby jedynie, że dostałbym się w ręce milicji właściwej, czyli tej, która dbała o ład i porządek. A wtedy straty finansowe byłyby bez porównania wyższe.

Strzeżenie ładu i porządku na dworcach i w ich okolicach polegało głównie na wyszukiwaniu osobników, którzy wyglądali na to, że mają przy sobie pieniądze. Na Dworcu Białoruskim, skąd odchodzą pociągi do Polski i dalej na Zachód, musieli je mieć, rzecz jasna, wszyscy. Pozostawało tylko pytanie, kto ma ich dużo i kto podzieli się nimi bez większego oporu. Na pierwszy ogień szli więc obładowani bagażami "czarni", bo spełniali wszystkie wymogi naraz. Potem obcokrajowcy, ale tacy, którzy nie wyglądali na ambasadorów albo konsulów generalnych. Następnie prowincjusze i ludzie młodzi. Na koniec, zgodnie z zasadami humanitaryzmu, kobiety, starcy i dzieci. Czasami zaś padało na tego, kto się milicjantom po prostu nie spodobał.

Gościłem kiedyś kolegę z Polski, Marka, który był grafikiem i przyjechał do Moskwy na swą wystawę. Ponieważ mieliśmy wracać tym samym pociągiem, a Marek był człowiekiem postawnym i odważnym, zabrałem ze sobą nie dwie, ale cztery walizki kawioru. Do wagonu dostaliśmy się tym razem bez przeszkód, więc humory nam dopisywały, a na dodatek w sąsiednim przedziale spotkałem dwie dziewczyny, z którymi łączyły mnie miłe wspomnienia. Mając jeszcze kwadrans do odjazdu, zostawiłem pod opieką dziewczyn moje walizy i poszedłem z Markiem do hali dworcowej, gdzie poprzedniego dnia zostawiłem w schowku kilka luźnych puszek kawioru. Mogły się teraz przydać, gdyż podróż zapowiadała się całkiem przyjemnie.

Zanim zdążyłem zamknąć drzwiczki od schowka, stanął przy nas milicjant i zapytał Marka tonem raczej bezpośrednim:

- Co masz w tej torbie plastikowej?

Marek, myśląc, że to żart, odparował natychmiast:

- Pół tony kawioru.

- Pół tony? - powtórzył milicjant. - Skoro pół tony, to będzie cię to kosztowało sto dolarów.

- Chętnie zapłacilibyśmy pięćset, ale przed chwilą wydaliśmy wszystko na panienki - odrzekł Marek, rozkładając ręce.

- Nic nie macie? - zdziwił się milicjant zjadliwie. - To pożyczcie od znajomych Polaków - postanowił tonem rozkazującym.

Wyglądało na to, że szedł za nami od samego peronu, a może i wcześniej. Marek, zniecierpliwiony już trochę tą pogawędką, odpowiedział, że inni Polacy zrobili to samo, bo Rosjankom trudno się oprzeć. I ruszył z miejsca, dając tym samym do zrozumienia, że komedia skończona. W tym momencie milicjant podskoczył do niego i złapał go za rękę i za torbę. Marek, nie nawykły do takiego traktowania, szarpnął się energicznie, ale tak nieszczęśliwie, że milicjant się poślizgnął i przewrócił. Leżąc jeszcze, wyciągnął z kieszeni gwizdek i zaczął przeraźliwie gwizdać. W ciągu kilku sekund otoczyło nas pięciu czy sześciu milicjantów. Zrobiło się zaraz zbiegowisko, więc najstarszy stopniem, chyba kapitan, rzucił komendę: na komisariat!

Pod silną eskortą poprowadzono nas do sąsiadującego z dworcem kilkupiętrowego budynku. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, dostaliśmy po kilka profilaktycznych uderzeń pałami przez plecy. Ja, znając obyczaje rosyjskiej milicji, zachowałem spokój, ale Marek klął i bronił się. Wepchnięto go więc do jakiegoś bocznego pomieszczenia i tam dopiero się przekonał, co to znaczy prawdziwe pałowanie.

Przeglądający moje papiery oficer znał już dokładnie przebieg zdarzenia: zaatakowaliśmy milicjanta od tyłu, a naszym celem było prawdopodobnie zdobycie broni.

- Znamy takich ptaszków - podkreślił, patrząc mi prosto w oczy i sugerując tym spojrzeniem, że czekają nas co najmniej dwa lata ciężkich robót.

Odparłem, że wobec powagi zarzutów żądam powiadomienia polskiego konsula, i na dowód, że nie żartuję, wyrecytowałem numer telefonu do konsulatu, który mi się akurat, o dziwo, przypomniał.

- Dobrze się zastanówcie, co mówicie - poradził mi oficer i chcąc zapewnić mi potrzebny do rozmyślań spokój, nakazał odprowadzić mnie do celi.

Siedziałem w niej równo cztery godziny. Za współlokatora miałem przedstawiciela ciemnej nacji, ale nie dowiedziałem się nawet, jakiej konkretnie, gdyż w ogóle nie udzielał się on towarzysko. Przez cały ten czas tkwił na klęczkach i mamrotał jakieś litanie. Już po godzinie myślałem, że jak nie przestanie, to oszaleję.

Przypuszczam, że decyzję o zwolnieniu nas podjęto zaraz po tym, gdy ktoś wpadł na pomysł, żeby sprawdzić, czy podany przeze mnie numer jest prawdziwy. A skoro znałem go na pamięć, to znaczyło, że utrzymuję z konsulatem zażyłe stosunki i mogę być kimś ważniejszym, niż to się na pozór wydawało. Przetrzymano nas jednak na wszelki wypadek te cztery godziny - do czasu, aż zmieni się załoga komisariatu - bo sądzono pewnie, że ukoi to nasze nerwy i zniechęci do podjęcia jakiejś oficjalnej procedury wyjaśniającej. Ci, którzy nas zwalniali, byli już bowiem uprzejmi, nie bardzo wiedzieli, o co tak naprawdę poszło, a Marka przekonywali, że nawet jeśli jakieś pałowanie miało miejsce, to z pewnością chodziło o masaż leczniczy. Ich kalkulacja okazała się słuszna - machnęliśmy na wszystko ręką.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dziewczyny, pod których opieką zostawiłem w przedziale cztery swoje walizy, nie mając pojęcia, co jest w środku, dowiozły je bez problemów do Warszawy. Opowiadały potem, że w ogóle ich nie skontrolowano, ponieważ w sąsiednim przedziale wybuchła awantura, która całkowicie pochłonęła celników: jakiś człowiek przewoził pięć puszek kawioru, a celnicy twierdzili, że można tylko dwie.

Różnych szukałem sposobów na zmniejszenie bezpośrednich i pośrednich strat, które wynikały ze spotkań z milicją dworcową. Raz uratowała mnie wizytówka znajomego Rosjanina, którego, po piętnastu latach niewidzenia, spotkałem przypadkowo na ulicy. Milicjanci, którym nie chciałem zapłacić pięćdziesięciu dolarów w trybie natychmiastowym, znaleźli ją w moim paszporcie. A kolega, jak się okazało, był jakimś dyrektorem w ministerstwie spraw zagranicznych. Nie tylko zwrócono mi wtedy paszport, ale i życzono szczęśliwej podróży.

Pomyślałem wówczas, że zrobię sobie wizytówki znanych rosyjskich polityków, a najlepiej prezydenta, i będę je nosił w każdej kieszeni po jednej. Gdy podzieliłem się tym pomysłem ze znajomymi Rosjanami, stanowczo odradzali mi jego realizację. Jeśli bowiem cała ta mistyfikacja się wyda, to zostanę oskarżony o fałszerstwo dokumentów. A ile za to grozi, to lepiej nie mówić.

Później wpadłem na pomysł, żeby jeździć samochodem do Wiaźmy. Była to pierwsza stacja, kilkadziesiąt kilometrów od Moskwy, na której zatrzymywał się pociąg jadący do Polski. Kilka razy rzeczywiście udało mi się tam załadować kawior do wagonu bez żadnych problemów. Zacząłem się nawet w związku z tym uważać za człowieka przebiegłego. Nie trwało to jednak długo. Równie pomysłowi okazali się handlowcy z innych branż i w ciągu kilku miesięcy spokojny i senny dworzec w Wiaźmie przekształcił się w ruchliwy ośrodek podróżniczo-załadowczy. Nie mogło to ujść uwadze kierowniczych gremiów milicji, które na co dzień analizowały dochodowość poszczególnych rewirów. Skoro zaś spadła ona na Dworcu Białoruskim, to znaczy, że musiała wzrosnąć gdzieś indziej. Do Wiaźmy rzucono więc takie siły i środki, że wycieczki towarowo-załadowcze na tamtejszy dworzec straciły wszelki sens.

Powstało pytanie: jeździć samochodem dalej, do następnej stacji, czy pozostać w Moskwie? Jechać dalej oznaczało nieznaną, ale na pewno dużą liczbę utarczek z milicją drogową. Znaków drogowych, jak to na szosie, nie było co prawda zbyt wiele, ale były za to wykorzystywane w sposób, można powiedzieć, twórczy.

Jechałem kiedyś z dozwoloną nawet szybkością i mimo to zostałem zatrzymany. Plutonowy, bo tylko na odludziu spotykało się takie niskie rangi, zapytał uprzejmie:

- Widzieliście znak "uwaga, śliska nawierzchnia"?

- Widziałem.

- To dlaczego nie uważaliście?

- Jak to nie uważałem? Uważałem.

- Dobrze widziałem, że nie uważaliście. Będzie mandat.

Mógł też przy okazji zażyczyć sobie otwarcia bagażnika, a wtedy, zobaczywszy kawior, jego wymagania gotówkowe z pewnością znacznie by wzrosły. Jeśli przyjąć ostrożnie, że takich kontroli można było mieć i kilkanaście, a u celu mogła już czekać milicja dworcowa, wybór stał się prosty. Należało wracać do Moskwy i ułożyć się z milicją na Dworcu Białoruskim.

Problem polegał na tym, że zawarcie znajomości z jednym czy drugim zwykłym funkcjonariuszem niewiele dawało. Na dworce posyłano bowiem coraz to nowe oddziały specjalne, które miały zapobiegać nieustannie grożącym zamachom terrorystycznym. Jeśli zdarzało się, że takiego zagrożenia akurat nie było, to w zastępstwie ogłaszano niepokojący wzrost przestępczości kryminalnej, którą też należało zwalczać nadzwyczajnymi sposobami. Tak czy owak, dowództwo oddziałów specjalnych nie mogło patrzeć spokojnie na bogacenie się zwykłych dworcowych milicjantów i też chciało dać zarobić swoim ludziom.

Podjechałem kiedyś z Griszą w umówione miejsce pod dworcem. Czekał tam już na nas znajomy milicjant w randze kapitana, który zainkasował sto dolarów i, jak zwykle, miał nas ochraniać przed swoimi kolegami w drodze na peron. Ponieważ mieliśmy ze sobą chyba trzysta puszek kawioru, pomagał nam nawet ładować skrzynki na wózki bagażowe. Kończyliśmy już robotę, gdy nagle otoczyło nas trzech ubranych na czarno i uzbrojonych w broń automatyczną milicjantów z brygad specjalnych. Zza ich pleców wyłonili się po chwili dwaj oficerowie, pułkownik z majorem, i zarządzili kontrolę.

- Nu, ładna - westchnął pułkownik, widząc, że w skrzynkach jest kawior. - Drogo was to będzie kosztowało.

Nie wiedziałem, czy chodzi mu o pieniądze, czy o lata więzienia, więc żeby nie zamykać drogi do kompromisu, odrzekłem, że w razie czego mogę okazać wszystkie papiery handlowe.

- Znamy takie papiery - odparł pułkownik, dając tym samym do zrozumienia, że zwykły człowiek w żadnym wypadku nie może posiadać tyle kawioru legalnie.

Był to mój stały problem. Większość milicjantów nie chciała pogodzić się z faktem, że ścigany przez lata kawior stał się nagle wolnym ptaszkiem. Przyjęcie tego do wiadomości byłoby przecież dla nich równoznaczne z zawstydzającym umniejszeniem swej władzy i znaczenia. Jeśli więc ktoś, tak jak dawniej, krył się z posiadaniem kawioru i udawał przed nimi przestępcę, to znaczy, że ich szanował. A jeśli ich szanował, to tym samym mógł liczyć na pobłażliwość, czyli na opłatę, która wszystkim wydawała się akuratna. Jeśli zaś ktoś posiadał kawior ostentacyjnie, to zasługiwał na nauczkę podwójną.

Skorumpowany przeze mnie kapitan, który miał nas bronić przed bezprawiem przedstawicieli prawa, zachował się lojalnie. Próbował tłumaczyć, że nas zna, że nie pierwszy raz tu jesteśmy i rzeczywiście nasze papiery handlowe są w porządku. Szybko jednak został uciszony, bo brygada specjalna nie mogła sobie pozwolić na to, żeby jakiś prosty dworcowy kapitan sprzątnął jej zwierzynę sprzed nosa. Po krótkiej wymianie kąśliwych uwag major oznajmił, że zostajemy zatrzymani do wyjaśnienia.

Ledwo ruszyliśmy w stronę komisariatu, pułkownik, sądząc pewnie, że jesteśmy już wystarczająco przestraszeni, podszedł do mnie i nieco ściszonym głosem powiedział, że pięćset dolarów załatwi całą sprawę. Mimo groźnie wyglądającej obstawy odpowiedziałem, że nie zamierzam zapłacić ani centa.

Od tego momentu rozpoczęła się klasyczna wojna nerwów. Do komisariatu mieliśmy jakieś dwieście metrów i w tym czasie musiało się rozstrzygnąć, kto kogo przetrzyma. Ja ryzykowałem to, że jeśli nic nie zapłacę, to z czystej chęci zemsty milicjanci stwierdzą, że jakaś pieczątka w moich papierach jest niewyraźna, i zarekwirują mi kawior na dzień, na dwa, a może na tydzień albo miesiąc. Straty byłyby wtedy trudne nawet do oszacowania. Pułkownik z kolei ryzykował spisywanie protokołów, nadawanie biegu sprawie i być może tłumaczenie się przed przełożonymi, jeśli moje dokumenty okażą się autentyczne. Straciłby wiele czasu, który z powodzeniem mógł wykorzystać na bardziej intratne zatrzymania.

W połowie drogi do komisariatu opłata zmalała do czterystu dolarów, ale ja twardo podtrzymałem wersję o niepłaceniu ani centa. Gdy byliśmy już całkiem blisko, pułkownik zwolnił kroku, jakby chciał mi dać jeszcze trochę czasu do namysłu.

- Trzysta dolarów i do widzenia - powiedział tonem, który miał wskazywać, że stać go na łaskawość.

Pewnie ktoś uznałby to za przesadną brawurę, ale ja ponownie odrzekłem, że o pieniądzach nie może być mowy. Gdy doszliśmy do budynku komisariatu, pułkownik, dosłownie już w drzwiach, zaproponował krótko i ostatecznie:

- Dwieście.

No i cóż mogłem w takiej sytuacji uczynić? Zapłaciłem.

Odprowadzając nas, wedle umowy, do wagonu, dworcowy kapitan kilkakrotnie powtarzał, że na własne oczy przekonaliśmy się, jak bardzo niebezpiecznym miejscem jest Dworzec Białoruski. Miało to oznaczać, że sto dolarów, które mu płaciłem, to w zasadzie jakiś psi grosz. Podwyższenia stawki jednak nie zażądał, co Grisza zaliczył mu na duży plus, bo prawdą jest, że nieźle się przecież chłop napocił.

Opóźniłem kiedyś ekspedycję kawioru, żeby poczekać do wypadającego akurat za dwa dni święta milicji. Liczyłem, że w tak uroczystym dniu wszelkie domniemane winy zostaną mi odpuszczone, a ewentualne kary darowane. Podjeżdżając wolno pod dworzec, nie zauważyliśmy żadnego munduru ani też żadnego osobnika, który wyglądałby na takiego, co to trzyma mundur w szafie.

- Wszyscy na akademiach i wszyscy wrócą z orderami za wzorową postawę - skomentował Grisza, zatrzymując samochód od strony dworcowego zaplecza. Nie zdążył jeszcze wyłączyć silnika, gdy ktoś klepnął z tyłu w szybę. Odwróciliśmy się jak na komendę i zobaczyliśmy pięciu czy sześciu potężnych łobuzów, którzy w jednej sekundzie obsiedli cały samochód. Jeden z nich otworzył drzwiczki od mojej strony i zapytał jowialnie:

- No, cóż tam dzisiaj przywozimy, riebiata?

Wiedziałem, że jeśli skłamię, a prawda wyjdzie na jaw, stawka zostanie co najmniej podwojona. Wysiadłem więc spokojnie z samochodu, rozejrzałem się przeciągle i odparłem:

- Kawior, druzja. Dużo kawioru.

Taka odpowiedź wzbudziła w nich chyba sympatię, bo nawet się uśmiechnęli i aprobująco pokiwali głowami. Dokładnie w tym momencie nadjechała ciężarówka z pralni i jej kierowca zatrąbił, gdyż blokowaliśmy mu wjazd na zaplecze dworca. Grisza wrzucił wsteczny bieg, a gdy bandyci rozstąpili się o krok, dodał gwałtownie gazu i zaczął uciekać tyłem. Wszyscy, w pierwszym odruchu, rzucili się za nim w pościg, ale Grisza pięknie lawirował między zaparkowanymi samochodami i widziałem, jak z piskiem opon wyskakuje na ulicę. Bandyci odwrócili się w moją stronę, ale ja też nie marnowałem czasu i byłem już daleko.

Gdy godzinę później spotkaliśmy się w moim mieszkaniu, Grisza, popijając wódeczkę, klął na milicję za to, że zamiast pracować, świętuje sobie w najlepsze. Narzekał też na ogólny bałagan i anarchię. W porządnym państwie - przekonywał - powinno się z góry wiedzieć, komu, ile i za co się płaci.

Nie dość więc, że straciłem dwa dni, czekając na święto milicji, to teraz, według oceny Griszy, należało odczekać przynajmniej tydzień.

Nikogo chyba nie zdziwi, jeśli powiem, że coraz częściej zdarzało mi się myśleć o zbliżającym się terminie audiencji u dyrektora fabryki kawioru w Astrachaniu. Choć pierwsza wizyta nie dawała podstaw do nadziei, to jednak człowiek nie może oprzeć się marzeniom. A może te marzenia to po prostu dowód na to, że zacząłem się starzeć? W każdym razie myślałem już nie tylko o tym, żeby dzięki kontraktowi z fabryką pozbyć się podbijających ciągle cenę, dziwacznych pośredników, ale nawet wyobrażałem sobie, że fabryka weźmie na siebie ciężar przewożenia kawioru przez Rosję. A ja, leżąc na wygodnej kanapie w swoim warszawskim mieszkaniu, od czasu do czasu będę kwitował odbiór. Obraz tej sielanki był tak sugestywny, że gdy nadszedł w końcu ustalony z sekretarką termin, bez specjalnych ceregieli przyznałem sam sobie dwutygodniowy urlop. A skoro urlop, to należało całą tę wyprawę potraktować również w kategoriach krajoznawczych. Postanowiłem więc pojechać samochodem, gdyż przecieranie nowych szlaków od dzieciństwa było moim hobby.

Jechałem trzy dni i trzy noce, a rytm podróży wyznaczały mi polowania na paliwo. Nie mogłem być zanadto wybredny, więc wlewałem do baku różne proponowane mi płyny, co powodowało, że samochód często się krztusił, a czasami odmawiał posłuszeństwa. Przez milicję zostałem zatrzymany dwadzieścia siedem razy, co nie jest liczbą zbyt wielką, jeśli się zważy, że miałem do pokonania prawie dwa tysiące kilometrów, a przed i za każdym mijanym miastem i miasteczkiem ustawione były posterunki.

Straty finansowe zanotowałem niewielkie, gdyż prowincjonalna milicja nie była tak zmanierowana jak moskiewska. Zatrzymywano mnie głównie dlatego, że zainteresowanie wzbudzał mój stary, rozłożysty citroen, podobny do tego, którym jeździł kiedyś Fantomas. Nawet gdy dla eksperymentu nie zatrzymałem się na dawany znak i milicjanci gonili mnie ładą przez dwadzieścia kilometrów, aż w końcu zwolniłem i poczekałem na nich, nie byli szczególnie rozsierdzeni. Podyskutowaliśmy o starych samochodach, a dziesięć dolarów dałem im właściwie sam z siebie.

Do Astrachania wjechałem w słoneczne popołudnie, ale nawet przy tak pięknej pogodzie trudno byłoby nazwać to miasto perłą Południa. Wieczorem wstąpiłem do hotelowej restauracji, doznając już na progu uczucia deja vu: przy centralnym stoliku siedział jakiś cudzoziemiec, a reszta gości przekonywała go do kupna kawioru po fantastycznie niskiej cenie. Ku mojemu zdziwieniu zostałem rozpoznany i zaproszony do biesiady. Pierwszy wieczór upłynął mi zatem w upojnej atmosferze.

Na drugi dzień rano, zjadłszy śniadanie i wypiwszy dla kurażu jedno piwo, pojechałem do fabryki.

Po nadzwyczaj miłym przywitaniu sekretarka dyrektora handlowego poinformowała mnie ze smutkiem w oczach, że na liście audiencji zaszły duże przetasowania, a ja, nie kontrolując na bieżąco sytuacji w czołówce, znowu spadłem na odległą pozycję. Pamięć o perfumach marki Chanel, które jej kiedyś podarowałem, okazała się jednak równie trwała jak ich zapach. Po chwili namysłu, upewniwszy się, że wziąłem dłuższy urlop, sekretarka zaproponowała, żebym przychodził codziennie i czekał, a ona postara się skojarzyć mnie z dyrektorem, jak tylko akurat wróci albo akurat będzie miał wolną chwilę. Plan ten natychmiast wprowadziliśmy w życie - wyszedłem na korytarz i usiadłem na krześle. Pierwszego dnia czekałem cztery godziny. Bez rezultatu.

W następnych dniach było podobnie. Oczywiście nie siedziałem cały czas na krześle pod gabinetem. Sekretarka informowała mnie rano o przewidywanych zajęciach dyrektora, w związku z czym miałem dużo wolnego czasu. W biurowcu trwał właśnie remont i z jakiegoś pokoju wyniesiono na korytarz mnóstwo książek. Zacząłem je z nudów wertować, a wyglądający na kierownika osobnik powiedział, że jeśli mnie one interesują, to mogę sobie kilka zabrać, bo i tak cała biblioteka nie zmieści się w nowym pomieszczeniu. Wybrałem cztery dziewiętnastowieczne tomy traktujące o metodach pozyskiwania kawioru i sposobach podawania go do stołu. Studiowałem je potem zawsze, ilekroć pragnąłem spojrzeć na kawior świeżym okiem.

Przechadzając się któregoś przedpołudnia po terenie fabryki, zauważyłem dziwne podniecenie. Szybciej niż zwykle spacerowano i częściej rozmawiano. W pierwszej chwili pomyślałem, że szykuje się jakaś uroczystość albo strajk. Zapytany o przyczynę tego zamieszania, Wania rzucił tylko jedno zdanie:

- Blachę przywieźli.

Każda jej dostawa była doniosłym wydarzeniem z tego prostego względu, że fabryka nie rozliczała się z moskiewską centralą z pozyskanego kawioru, ale właśnie z blachy. Wykrajano z niej na miejscu puszki, wypełniano kawiorem i odsyłano z powrotem. Naczelny dyrektor fabryki był kimś w rodzaju namiestnika, którego jedynym właściwie zadaniem było baczenie, czy całkowita powierzchnia wysyłanych puszek zgadza się mniej więcej z powierzchnią przysyłanej blachy. Reszta - to już była wewnętrzna sprawa Tatarów. Na temat ilości kawioru, który pozostawał do ich dyspozycji, mówiono różne rzeczy, a niektórzy twierdzili nawet, że reszta to jest to, co wysyła się do metropolii.

W rosyjskich kręgach kawiorowych często zadawano sobie pytanie, skąd się bierze taka, a nie inna liczba obowiązkowych puszek. Ci, którzy mieli zacięcie ogólnointelektualne, odpowiadali, że w ilości wysyłanej do Astrachania blachy przejawia się rosyjska polityka narodowościowa. Łagodna, jeśli posyła się jej mniej, i twarda, jeśli więcej. Złośliwi z kolei uważali, że jeśli blachy posyła się mniej, to dlatego, że są kłopoty w przemyśle metalurgicznym, a jeśli więcej, to też są kłopoty, bo można by jeszcze więcej. Większość twierdziła jednak, że tak jak za wszystkim, tak i za liczbą obowiązkowych puszek kryją się jakieś układy. A układać mogli się właściwie wszyscy ze wszystkimi. Mówiono o najwyższych władzach, o potężnych tatarskich rodzinach, o Żydach, o Amerykanach, o armii, o mafiach, o służbach specjalnych i nadzwyczajnych, przy czym wszyscy bez wyjątku nie tylko wchodzili ze sobą w układy, ale też wzajemnie się przekupywali i oszukiwali, a większość kradła.

Zwykli pracownicy fabryki nie wnikali może tak głęboko w zawiłości poprzedzające kolejny transport blachy, ale wiedzieli jedno: jeśli będzie jej mniej niż zwykle, to kierownictwo fabryki na pewno będzie bardziej zadowolone. A z tego zadowolenia mogą wyniknąć rozmaite wymierne skutki. Mogą być na przykład przyznane premie albo nagrody okolicznościowe, niektórzy pewnie dostaną podwyżki, a ktoś, kto liczył na awans, będzie mógł się go spodziewać właśnie teraz. Będzie można również z grubsza zaplanować, o ile więcej da się wynieść puszek kawioru, bo skoro zapanuje ogólne zadowolenie, to zwiększy się też ogólna tolerancja i skłonność do przymykania oka.

Zbyt ważne działy się więc w fabryce rzeczy, aby dyrektor handlowy znalazł dla mnie choćby pięć minut. W piątkowe przedpołudnie sekretarka przekazała mi poufną wiadomość, że rozpoczął on już intensywne konsultacje, które zajmą mu co najmniej cały weekend, w związku z czym mam wolne i mogę sobie odpocząć.

Wybrałem się samochodem zobaczyć, jak Wołga, nad którą leży Astrachań, wpada do Morza Kaspijskiego. Pamiętałem ze szkoły, że jest to morze wyjątkowo kontrowersyjne, gdyż tak naprawdę nie wiadomo, czy jest morzem, czy jeziorem. Nauczycielka geografii twierdziła, że skoro jest tak wielkie, to mimo tego, że zewsząd otacza je ląd, musi być morzem. Zapytana jednakże, czy jest ono słodkie, czy słone, wyraźnie, pamiętam, zaczerwieniła się i ze skruchą przyznała, że nigdy nie próbowała.

Mnie też nie udało się raz na zawsze tego rozstrzygnąć, gdyż Wołga tylko na szkolnej mapie rozdziela się na trzy kanały i regularnie wpada do wielkiej wody. W rzeczywistości jest to dzika i rozległa jak pół Belgii kraina, poprzecinana mnóstwem małych jak Wisła rzeczek i nie wiem ilu potężnych rzek, których drugiego brzegu nie widać, toteż nie sposób dociec, gdzie zaczyna się hipotetyczne morze. Granicę tę rozpoznają jednak bieługi, które od niepamiętnych czasów składają ikrę właśnie w delcie Wołgi.

Określenie "od niepamiętnych czasów" jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ uważa się, że dziwne te ryby są rówieśnicami dinozaurów. Jak więc na koleżanki prehistorycznych gadów przystało, mierzą one siedem albo i dziesięć metrów, ważą tonę albo i więcej, a żyją sto lat, jeśli nie dłużej. To, że jako gatunek przetrwały do naszych czasów, przypisuje się zbawiennym wpływom wielkiej ilości ropy pod dnem Morza Kaspijskiego. Do tego trzeba oczywiście dodać specyficzny klimat i głęboką wiarę tych, którzy tak twierdzą.

Za cara i za Związku Radzieckiego poławiano bieługę w równym stopniu dla kawioru, co i dla pysznego rzeczywiście mięsa. Fabryka w Astrachaniu ma nawet w nazwie określenie "rybno-kawiorowa" - oznacza to, że produkcja konserw rybnych jest równie ważna, a w sensie ilościowym ważniejsza, co zresztą wynika z anatomii ryby. Zakładając, że z jednej bieługi otrzymuje się sto kilogramów kawioru i pięćset kilogramów mięsa, można powiedzieć, że każda sztuka to pływający majątek. Nie ma drugiej takiej ryby, której złowienie zapewnia jednemu człowiekowi, przynajmniej teoretycznie, zakąskę na cały rok i nowy samochód. Tylko złota rybka mogłaby z nią ewentualnie konkurować.

Zasadą jednakże było, że odławiano bieługi tylko w momencie, gdy wchodziły na tarło do północnych rzek, zwłaszcza do Wołgi. Najwięcej mają wtedy ikry, jej ziarna są najbardziej dojrzałe, a więc najsmaczniejsze. Nawet Iran, który z Morzem Kaspijskim graniczy, niestety, od południa, zrezygnował z połowów w nieodpowiednim momencie, a należną mu część kawioru otrzymywał z fabryki w Astrachaniu. Zważywszy, że oba te państwa charakteryzował podobny typ reakcji na wszelką niesubordynację, bieługi, oprócz krótkich okresów tarła, mogły sobie pływać spokojnie.

Potem i z nowej Rosji, i z nowo powstałych nadbrzeżnych państw ruszyła w morze piracka, rzekłbym, armada.

Nie doszło do tego, rzecz jasna, z dnia na dzień, bo o tym, że nastała demokracja i wszystko już wolno, wiedzieli tylko dobrze poinformowani, a krążące wśród ludności plotki na ten temat wydawały się zrazu mało prawdopodobne. Sporo czasu wymagało zresztą zorganizowanie odpowiedniego sprzętu pływającego. Nie chodziło przy tym o pełnomorskie trawlery - przetwórnie, ale o byle co: łajby, krypy, stare kutry i kajaki - wszystko, do czego można przymocować silnik, a mimo to nadal to coś będzie się unosiło na powierzchni i nie zostanie wywrócone przez pierwszą lepszą falę.

Rachunek ekonomiczny nakazywał, aby natychmiast po wodowaniu, niezależnie od pory roku i jakichś okresów ochronnych, z wielkim trudem zdobyty sprzęt od razu zaczął na siebie pracować. Fakt, że capnięte przez takich rybaków bieługi nie mieściły się nawet na pokładzie, nie miał wielkiego znaczenia. Wypełnioną sieć holowano bowiem do brzegu i dopiero tam, w spokojnych zatoczkach, zabierano się do obróbki. Polegała ona na rozpruwaniu rybom brzucha, wybieraniu ikry i szybkim oddaleniu się z miejsca zdarzenia. Całą resztę zostawiano, bo takiej góry mięsa nie było nawet jak przetransportować, a zresztą dokąd i po co. Porzucone na brzegach rzek bieługi wyglądały z daleka jak padłe od zarazy krowy i nie był to, zapewniam, widok aromatyczny.

Rybacy zatrudnieni w państwowej flotylli, zorientowawszy się, co czynią ich pobratymcy, popadli najpierw w zazdrość, a następnie w zachłanność. Skutkiem tych zmian w nastawieniu do świata było to, że co piątą, a może co drugą bieługę patroszyli oni natychmiast po złowieniu, a następnie z powrotem wrzucali do wody. Z przerzuceniem tak zdobytego kawioru na ląd nie było większego problemu, gdyż służby kontrolne to w końcu zwykli ludzie, którzy też cierpią na chroniczny brak gotówki.

Myli się więc każdy salonowy smakosz, jeśli sądzi, że na początku jest ryba, a potem od razu hermetyczna puszka. Niepoliczalne ilości kawioru pojawiają się również w torebkach plastikowych, słoikach, garnkach, wiadrach, baliach, kadziach i przeróżnych innych naczyniach. Leżakuje on w nich krócej lub dłużej, w cieple albo w zimnie, obsiadły muchami albo przykryty gazą - do czasu, aż zjawią się ci, którzy potrafią go ładnie zapakować i wysłać w świat.

Wszystko to wymagało sprawnej organizacji i odważnych ludzi, bo na każdym kroku deptała im po piętach milicja, choć bynajmniej nie po to, żeby ich surowo za ten proceder ukarać, ale po to, żeby uczestniczyć w zyskach. I tylko starzy ludzie, patrząc na te nowe obyczaje i pomieszanie ról, kiwali posępnie głowami i z nostalgią wspominali czasy moralnego ładu i porządku, czyli Związek Radziecki.

Mogłoby się wydawać, że pirackie połowy, które w sposób znaczny zwiększyły ilość kawioru w sprzedaży, spowodują tym samym obniżkę jego ceny. Tymczasem po raz kolejny, tradycyjnie już, okazało się, że wysokość cen kawioru nie ma żadnego związku z prawami ekonomii, lecz jest wynikiem spekulacji wyłącznie w sferze idei. Tym razem ceny poszły w górę na mocy jednego i powtarzanego przez wszystkich sprzedawców argumentu: kawior zdrożał, bo kłusownicy wybili wszystkie ryby. Towarzyszyła temu niezachwiana pewność, że w następnym roku będzie jeszcze droższy, bo te łotry znowu zrobią to samo. Bez zmrużenia oka powoływali się na ten argument również przedstawiciele samych kłusowniczych kooperatyw. Z tym tylko, że mieli wtedy na myśli kłusowników albo większych od siebie, albo innej narodowości.

Podobnie zaczął rozmowę dyrektor handlowy zakładu kawiorowego w Astrachaniu, kiedy znalazł w końcu dla mnie trochę czasu. W kilku zdaniach przedstawił fatalną sytuację w zaopatrzeniu i opisał kłopoty z siedzącymi mu na karku stałymi odbiorcami, z których każdy jest największy i najpotężniejszy. Tym krótkim wstępem dał mi więc do zrozumienia, żebym od razu porzucił wszelką nadzieję. I gdy już jasne się stało, że w zasadzie nie mamy o czym mówić, zaprosił mnie do stołu i tonem nieco mniej oficjalnym powiedział, że możemy porozmawiać.

Dyrektor nie ukrywał, że po relacji sekretarki bardzo był ciekawy, jak wygląda człowiek, który tak po prostu, jak gdyby nigdy nic przychodzi i chce kupić kawior.

- Pierwszy raz widzę takiego dziwoląga - uśmiechnął się z pewną dozą sympatii.

Rozmowa potoczyła się jednakże po torach jak najbardziej profesjonalnych. Unikałem jedynie jakichkolwiek liczb, bo nie wiedziałem, czy na przykład jedna ciężarówka kawioru miesięcznie to będzie dla niego śmiesznie mało, czy podejrzanie dużo. Dyrektor wysłuchał mnie uważnie, zadał kilka dociekliwych pytań i ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że współpraca jest możliwa. Gdy jednak po chwili zastanowienia dodał, że w przyszłym roku powinniśmy się spotkać celem omówienia szczegółów, to nie bardzo wiedziałem, czy to krótki okres i wszystko jest na dobrej drodze, czy też o roku wspomina on wtedy, gdy chce się kogoś pozbyć raz na zawsze.

Mimo że wyjazd do Astrachania od początku traktowałem jako rodzaj urlopu, to jednak głupio było wracać z pustym bagażnikiem. Zagadnięty w tej sprawie, znany mi z hotelu, przedsiębiorca pogrzebowy westchnął tylko z ulgą: - Nareszcie...

Jeszcze tego samego dnia, mając w bagażniku czterdzieści półkilogramowych oryginalnych, fabrycznych puszek, ruszyłem w drogę powrotną. Na tylnym siedzeniu pluskała w dwóch kanistrach benzyna, którą równie błyskawicznie załatwił mi znajomy kelnera z hotelowej restauracji.

Nie zdążyłem się jeszcze dobrze usadowić i zebrać myśli, gdy na rogatkach miasta zatrzymała mnie milicja, zachowując się przy tym w taki sposób, jakby tylko na mnie czekała. Tym razem funkcjonariuszy nie zainteresował mój stary citroen, nie wspomnieli nawet o jakimkolwiek wykroczeniu drogowym ani nie zwrócili uwagi na niebezpieczny ładunek na tylnym siedzeniu. Padło tylko jedno pytanie:

- Ile macie kawioru?

Ich pewność siebie przywiodła mi od razu na myśl mojego hotelowego grabarza, ale dowodów żadnych nie miałem. Równie dobrze mogło być tak, że zatrzymywany jest każdy wyjeżdżający z Astrachania samochód na obcej rejestracji, bo po prostu musi być w nim kawior. Pytanie tylko: ile?

Otworzyłem bagażnik i zaczęło się to, co wielu ludzi z pewnością nazwałoby męczarnią czy nawet gehenną, a co ja, dla spokoju ducha, wolałem nazywać pogawędką. Zażądano ode mnie kwitów fabrycznych, a gdy odpowiedziałem, że kupiłem ten kawior na targowisku, zapytano, na którym i u kogo. Odrzekłem, że nie legitymowałem sprzedawcy, na co odpowiedziano, że zostanę tam zawieziony i muszę go rozpoznać, bo inaczej będzie ze mną krucho. Odmówiłem, więc kazano mi jechać na komisariat.

Posadzono mnie tam na krześle i kazano czekać. Mijała godzina za godziną i nikt nie chciał mi powiedzieć, na co właściwie mam czekać. Przez cały ten czas bzyczały mi nad głową tłuste muchy, a mój kawior grzał się na niemiłosiernym w tym dniu słońcu. Byłem zmęczony, zniechęcony i cały lepki od potu, gdy przyszedł wreszcie jakiś oficer i w krótkich żołnierskich słowach spowodował, że zostaliśmy w pomieszczeniu sami. Przyjrzał mi się dokładnie i stwierdził, że sto dolarów wystarczy. Po krótkich targach dałem mu sześćdziesiąt i pojechałem dalej.

Gdy dotarłem do Moskwy, na krótką chwilę ogarnął mnie pesymistyczny nastrój. Nic właściwie w Astrachaniu nie załatwiłem, a te głupie czterdzieści puszek, które przywiozłem, trzeba było teraz ręcznie otwierać jedną po drugiej i sprawdzać, czy się w tym południowym słońcu nie zepsuły. Żmudne to, mozolne i okropne zajęcie. Żeby się jeszcze bardziej pognębić, spojrzałem wstecz na całą tę swoją kawiorową działalność i jak to bywa w takich nastrojach, przypomniały mi się tylko najgorsze momenty. Wahałem się nawet przez chwilę, czy nie rzucić tego wszystkiego w diabły i nie wyjechać z Rosji na zawsze.

Kilka dni później, dzwoniąc do jednego ze swoich dostawców, niechcący włączyłem się w jego rozmowę z kimś innym, co zresztą zdarzało się w Moskwie dosyć często. Będzie mi chyba wybaczone, że nie odłożyłem od razu słuchawki: zorientowałem się natychmiast, że rozmowa dotyczy mojej osoby, i ciekawość zwyciężyła.

Znajomy dostawca przygotowywał swego rozmówcę do ewentualnego spotkania ze mną. Ostrzegał go, że jakiekolwiek szwindle nie wchodzą w rachubę, bo na kawiorze znam się, jak mało kto. Wszystkie papiery muszą być w porządku, bo w innym wypadku w ogóle nie będę chciał rozmawiać. Dodał też, że nie ma sensu proponować mi jakichś kilkudziesięciu puszek, bo dla człowieka, który ma świetne kontakty z fabryką w Astrachaniu, taka ilość będzie po prostu śmieszna.

No cóż? Wynikało z tego niedwuznacznie, że zostałem prawdziwym potentatem. Jeśli więc nawet z Rosji wyjadę - pomyślałem - to na pewno dobrze będę ją wspominał.

 

 

 

Andrzej Wróblewski "Przejażdżka po Rosji", 1998






ROSJA