Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Massimo Introvigne

SATANIZM - historia, mity

 

(...)

 

 

Pierwszy prawdziwy proces satanistów:

PRZYPADEK La VOISIN

 

Przypadek La Voisin jest pierwszym przypadkiem satanizmu we współczesnym tego słowa znaczeniu, mimo że nie pojawiły się w nim jeszcze aspekty organizacyjne ani ideologiczne, które rozpowszechniły się w satanizmie w XIX wieku. Był to jednak epizod, który wyłamał się z prymitywnego, ludowego schematu sabatów i czarownictwa: rzecz działa się na dworze Ludwika XIV (1638-1715). Nie mamy tu również do czynienia ze zwykłym opętaniem (czy też mieszanką opętania z czarownictwem, jak miało to miejsce w Aix i Louviers), celem bractwa satanistów nie było bowiem wydanie w ręce demona jednej czy kilku ofiar: chodziło raczej o regularne odprawianie satanistycznej liturgii, mającej przynieść uczestnikom wymierne korzyści materialne.

Przypadkowi La Voisin zawdzięczamy termin "czarna msza", a pomysł, żeby katolicką mszę odprawiać "na opak" i tym sposobem przekształcić ją w nabożeństwo diabelskie, został tu zrealizowany z wprawą, której nie doszukamy się w żadnym z wcześniejszych przypadków. Nie oznacza to oczywiście, że satanistycznych parodii katolickiej liturgii nie tworzono już przedtem - od pierwszych lat XVII wieku (a może nawet jeszcze dawniej); towarzyszyły one zarówno przypadkom opętań w miastach, jak i - znacznie później (zapewne pod wpływem środowisk mieszczańskich) - ostatnim sabatom.

Pewną osobliwością, jeśli chodzi o przypadek La Voisin, były wysoce niereligijne okoliczności towarzyszące jego represji. To nie władze kościelne, ale świecka policja, dowodzona przez groźnego prefekta Gabriela Nicolasa de la Reynie (1625-1709), powołała w marcu 1679 roku na dworze Ludwika XIV komisję śledczą, złożoną w części z sędziów, a w części z przedstawicieli policji, i posiadającą zapewne nadzwyczajne uprawnienia. Commission de l'Arsenal określano potocznie jako "dom pogrzebowy", ponieważ jej członkowie zbierali się w mrocznym, czarnym pomieszczeniu, oświetlanym jedynie światłem świec.

W tym miejscu wypada przypomnieć, że dwór Ludwika XIV był nazywany "arszenikowym dworem" - przypadki otrucia były tu na porządku dziennym. Nikt - ani król, ani całe zastępy jego kochanek i faworyt, ani żaden z dworzan - nie starał się chociażby maskować moralnego upadku (mimo że Ludwik XIV miewał mistyczne zapędy i okresowe przypływy religijności), a ezoteryka i nauki tajemne, przeżywające rozkwit w Paryżu XVI stulecia, przez siedemnastowieczne damy i dworzan zostały zredukowane do roli ponurych zabobonów W takich okolicznościach łatwo zrozumieć sławę, jaką wśród arystokratek z najbliższego otoczenia króla zdobyła kupczyni pokroju Catherine Deshayes (1640-1680).

Po zamążpójściu Deshayes stała się panią Montvoisin, ale - chcąc dodać sobie fałszywego arystokratycznego poloru - kazała zwracać się do siebie nazwiskiem La Voisin. Oficjalnie Catherine La Voisin oferowała damom dworu oraz ich przyjaciołom produkty kosmetyczne i medykamenty o mniej lub bardziej podejrzanych właściwościach; prawda była jednak taka, że trudniła się sprzedażą trucizn, przeprowadzała aborcje (często "niezbędne", jeśli wziąć pod uwagę atmosferę panującą na dworze) i praktykowała astrologię.

Na przełomie lat 1672-1673 jej działalność zaczęła budzić podejrzenia. Protokoły z procesów w sprawie opętań dowiodły, jak haniebny użytek czyniono za podszeptem diabła między innymi z konsekrowanych hostii. Barokowy teatr Loudun i Louviers wprawił w trwogę bogobojne dusze i jakby na przekór środowiskom protestanckim upowszechnił kult Eucharystii. Byli jednak i tacy, którzy ze wzmiankowanych wyżej protokołów czerpali nauki bardziej praktyczne: takie na przykład, że - jak zarzekał się demon - konsekrowane hostie są źródłem nadzwyczajnych mocy. Mając to na względzie, kupczyni La Voisin (dotąd handlująca tanimi bibelotami o rzekomych właściwościach magicznych) zaczęła je sprzedawać za horrendalne sumy. Jak wykazało późniejsze dochodzenie Gabriela de la Reynie i jego ludzi, handel hostiami zapewniał jej wysokie dochody (chociaż została aresztowana, zanim zdołała zgromadzić sto tysięcy skudów, z którymi zamyślała przenieść się do Włoch) i skłonił do utworzenia prężnie działającej korporacji, kierowanej przez kobiety (mieszczanki cieszące się nieograniczonym zaufaniem swych arystokratycznych klientek) i mogącej liczyć na pomoc przynajmniej pięćdziesięciu przekupionych księży. W latach 1673-1680 wielu sprzedajnych kapłanów trafiło do więzienia za sprawą rzutkiego szefa policji, który zaczynał już nabierać podejrzeń co do tego, czym tak naprawdę trudniła się La Voisin.

Tym razem nie musimy zdawać się na fantazyjne opowieści świątobliwych sióstr czy zbyt żarliwych spowiedników: przypadek La Voisin "opiera się na solidnych fundamentach historycznych", a dokumenty przechowywane w Bibliotece Narodowej i innych paryskich bibliotekach jednoznacznie dowodzą profesjonalizmu policjantów. W sukurs przychodzi też epoka: o ile datowanie podręczników zwanych grymuarami nastręcza historykom magii nie lada trudności, o tyle wydaje się pewne, że grymuary zawierające opisy mniej lub bardziej wyszukanych paktów z diabłem, a także formułki służące wywoływaniu demona, powstały u schyłku XVI wieku i w wieku XVII.

Jako że prosty handel proszkami, maściami i miksturami z kawałkami konsekrowanych Hostii okazał się nie dość lukratywny, La Voisin i jej główni wspólnicy - prawdopodobnie i tym razem czerpiąc inspirację z literatury dotyczącej procesów o czary i w sprawie opętań - zorganizowali pierwszy cykl nowożytnych czarnych mszy. Wszystko wskazuje na to, że rozpoczął się on w roku 1666 (niewykluczone, że ta data - zawierająca 666, czyli liczbę Bestii z Apokalipsy - jest przypadkowa), kiedy to La Voisin (korzystająca również z innych budynków) nabyła dom przy rue Beauregard, w podparyskim Villeneuve. W przydomowym ogrodzie kazała postawić pawilon, w którego wnętrzu mieściła się satanistyczna kaplica z prawdziwego zdarzenia. Ściany były czarne, za ołtarzem wisiała czarna stora z białym krzyżem. Czarne były również draperie przy ołtarzu i świece - odlane z ludzkiego tłuszczu, którego dostarczał jeden z królewskich katów, Martin Levasseur (?-1694). Pod czarnymi draperiami ołtarza policjanci dowodzeni przez de la Reynie znaleźli później materac. Jego przeznaczenie stało się jasne dzięki zeznaniom przesłuchiwanych: opowiedzieli oni, że czarne msze odprawiane były na ołtarzu w postaci ciała nagiej kobiety. Kapłan całował jej intymne miejsca, wkładał do nich hostię, a potem łączył się z kobietą w cielesnym akcie.

Ceremonie organizowane przez La Voisin nie tylko wypaczały schemat mszy katolickiej, ale też charakteryzowały się składaniem szczególnie krwawych ofiar. Kiedy La Voisin została pojmana, Marguerite (1658-1728), jej córka, opisała złożenie w ofierze Szatanowi najpierw gołębicy (niewykluczone, że była to bluźniercza aluzja do Ducha Świętego), potem płodów wyrwanych z ciał matek w sklepie La Voisin, a w końcu - chłopskich synów, zwabionych przez wspólników oskarżonej. Wydaje się, że pomysłodawcą tej innowacji był katolicki ksiądz - będący z Kościołem na wojennej stopie, ale (prawdopodobnie) niezawieszony w kapłańskich czynnościach - Etienne Guibourg (1603-1683).

Przy rue Beauregard znaleziono również piec krematoryjny ze szczątkami spalonych ciał. Catherine La Voisin wyznała później policjantom, że w latach 1666-1679 spaliła dwa tysiące "dzieci". W większości chodziło o płody - zawiadywana przez La Voisin organizacja praktykowała aborcję na wielką skalę. Zdarzało się jednak - jak poświadczyli wiarygodni przesłuchiwani - że mordowano i składano w ofierze uprowadzonych z ulicy chłopców. Sam przebieg rytuału (który zdawał się nie wzbudzać w funkcjonariuszach policji szczególnego zainteresowania) został w dokumentacji potraktowany nad wyraz pobieżnie. Można z niej jednak wyłowić kilka szczegółów. I tak wszystko wskazuje na to, że składając dzieci (lub częściej - abortowane płody) w ofierze, Guibourg wypowiadał formułę: " Astarocie, Asmodeuszu, książęta przyjaźni, zaklinam was, przyjmijcie to dziecko, które składam wam w ofierze, i wysłuchajcie moich próśb..." Czasem powyższą formułę wypowiadał nie kapłan, lecz klient (lub częściej - klientka), który czarną mszę zamówił.

Jedną z najwierniejszych klientek La Voisin była Francoise Athenais de Montespan (1641-1707). Piękna markiza, która ostatecznie dopełniła żywota w klasztorze (pokutując za liczne grzechy), bała się wypaść z łask króla. Policjanci dowodzeni przez prefekta de la Reynie wysłuchali opisów wielu mszy, podczas których de Montespan pełniła rolę ołtarza. Jednak lista księżnych, hrabin i markiz, które regularnie uczestniczyły w organizowanych przez La Voisin i Guibourga (przy współudziale innych kapłanów) obrzędach, jest doprawdy szokująca.

Niektórym klientkom podawano podczas mszy do wypicia kielich zawierający "spermę obu płci" (czyli męską spermę i intymne wydzieliny kobiece); czasem taki "eliksir" był doprawiany menstruacyjną krwią pijących. Zdarzało się też, że do napoju dodawano "sproszkowaną krew nietoperza".

Zwyczaj posilania się "eliksirem" sporządzonym z intymnych wydzielin i krwi menstruacyjnej ma w magii (nie tylko w satanizmie) długą tradycję. Na Zachód dotarł z Indii i Chin, gdzie tego rodzaju praktyki rozpowszechniły się już kilkadziesiąt lat przed 1000 rokiem n.e. Użycie "eliksiru" jest stałym elementem nowożytnych czarnych mszy, podobnie jak wsuwanie - podczas ceremonii lub przed jej rozpoczęciem - konsekrowanej hostii w intymne części ciała kobiety służącej jako ołtarz. Kapłani z otoczenia La Voisin, którym udało się umknąć wymiarowi sprawiedliwości, oddawali się tym niecnym praktykom nieomal do końca stulecia (ich działalność wyszła na jaw dopiero w roku 1695).

La Voisin i Guibourga pogrążyły rozmiary organizacji, którą stworzyli, a której działalności nie dało się utrzymać w tajemnicy - zwłaszcza w czasach, gdy policji nie krępowały przesadne skrupuły. Chambre Ardente powstała za przyzwoleniem króla, który obawiał się, że umrze otruty przez jedną z porzuconych kochanek. Działała zaledwie półtora roku, od marca 1679 do sierpnia 1680, kiedy to Ludwik XIV - bojąc się, że wybuch skandalu mógłby zaszkodzić bliskiej mu de Montespan - zarządził jej rozwiązanie. W roku 1709 król nakazał spalić zgromadzoną przez Chambre Ardente dokumentację; część akt przetrwała dzięki Gabrielowi de la Reynie (jego zaangażowanie w sprawę wydaje się mieć charakter bardziej zawodowy niż polityczny), który zadbał wcześniej o sporządzenie licznych kopii.

W ciągu dwóch lat komisarz Ludwika XIV aresztował 319 osób, jednakże arystokraci odzyskali wolność niemal natychmiast, a i damy dworu cieszyły się względnym spokojem. Trzydzieści sześć osób zostało straconych (między innymi Catherine La Voisin, w roku 1680), trzydzieści cztery osoby skazano na wygnanie, a cztery - na dożywotnie więzienie. Spory wokół losów Guibourga (byli tacy, którzy domagali się jego stracenia) przerwał sam zainteresowany: w 1683 roku największy sprzymierzeniec La Voisin zmarł w więzieniu.

Pomimo odkrycia z roku 1695, o którym mieliśmy już okazję wspomnieć (kiedy to grupka ocalałych kapłanów usiłowała utrzymać przy życiu intratny interes), należy powiedzieć, że interwencja prefekta de la Reynie skutecznie rozbiła środowisko satanistów paryskich. Ich działalność nie zostawiła po sobie widocznych śladów.

W 1745 roku we Francji spłonął na stosie ksiądz Louis Debarez (1695-1745), oskarżany o to, że odprawiał czarne msze, aby odnaleźć ukryty skarb - była to praktyka rozpowszechniona wśród magów z XVIII i początków XIX wieku. Wszystko wskazuje jednak na to, że Debarez po prostu zaczytywał się w sprawozdaniach z działalności Chambre Ardente. Jakkolwiek legendy żyją długo, wydaje się nie ulegać wątpliwości, że po organizacji La Voisin i Guibourga nie zostało ani śladu.

Czy byli to sataniści? Odpowiedź musi być twierdząca: mamy tu przecież do czynienia z regularnie odprawianymi liturgiami, określoną strukturą, a także rytuałem, który z czarownictwa i poświęconej opętaniom literatury przejął szereg elementów, połączył je w organiczną całość i zostawił w spadku późniejszemu satanizmowi.

Zaplecze ideologiczne pozostaje jednak dosyć skąpe - dokumentacja dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że paryskim satanistom przyświecały wyłącznie praktyczne cele. Moce, których uzyskanie było ich ambicją, nie miały nic wspólnego ani z przemianą duchową, ani z samorealizacją. Guibourg i La Voisin - jak sami przyznali - chcieli po prostu zbić fortunę. Z kolei ich zamożne klientki pragnęły wkraść się w łaski króla (a często i do jego serca, bo Ludwik XIV zwykł obdarzać względami kilka faworyt jednocześnie) bądź w łaski jakiegoś nadwornego dygnitarza. Z tego punktu widzenia sprawę La Voisin można uznać za krok wstecz nawet w stosunku do praktyk dawniejszych satanistów - czy to prawdziwych, czy mniemanych - którzy do opętania ofiar doprowadzali za pomocą magii. W ich przypadku motorem działania - tak przynajmniej można sądzić na podstawie akt z procesów - był satanizm sam w sobie, fascynacja diabłem.

Pomimo ogromu popełnionych przestępstw - w których realność nie ma powodów wątpić - La Voisin, Guibourg oraz ich arystokratyczne klientki wpisują się w schemat świadczonych za opłatą drobnych usług magicznych. Żaden z bohaterów głośnego paryskiego skandalu nie toczył wojny z chrześcijaństwem, ani nie działał ku chwale Szatana. Pobudki były bardziej przyziemne: pokonanie z pomocą demona młodszej rywalki o względy mężczyzny (de Montespan) czy też odłożenie takiej sumy, która umożliwiłaby przeprowadzkę do Italii (La Voisin). Mając na uwadze każdy z tych odstręczających aspektów, nie możemy tu jeszcze mówić o satanizmie rozumianym jako kult demona - aby było to możliwe, przynajmniej część osób zaangażowanych w proceder musiałoby działać bezinteresownie.





Rossell Hope Robbins - Encyklopedia czarów i demonologii (1)







Aleksandra Porada - Biały proszek, czarne msze