Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 1999.12.06

 

Anna Marszałek

Trzy wywiady o działaniach UOP

 

 

Politycy ugrupowań prawicowych uważają, że Urząd Ochrony Państwa z wykorzystaniem agentury politycznej i dziennikarskiej dążył do dezintegracji ich partii. Zbigniew Siemiątkowski (SLD), który jako koordynator służb specjalnych ujawnił sprawę w 1997 r., uznał, że należy skierować do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie. Według Janusza Pałubickiego (AWS), obecnego ministra koordynatora, UOP działał legalnie. Pałubicki jest przeciwny publikacji białej księgi tej sprawy, ponieważ uważa, że przez ujawnienie i nagłośnienie czegoś, co było marginesem działania służb, zostanie spaczony ich odbiór jako całości. Andrzej Milczanowski, b. szef MSW, i Konstanty Miodowicz, b. szef kontrwywiadu UOP, uważają, że "żadnej inwigilacji prawicy nie było".

Przy tak podzielonych zdaniach zdecydowaliśmy się na publikację rozmów z Antonim Macierewiczem, którym jako liderem Ruchu Chrześcijańsko-Narodowego UOP się zajmował, Andrzejem Milczanowskim, b. szefem UOP i MSW, za którego czasów UOP podejmował kwestionowane obecnie działania, oraz, po raz pierwszy w mediach, pułkownikiem Janem Lesiakiem, szefem Zespołu Inspekcyjno-Operacyjnego w gabinecie szefa UOP, który zajmował się "sprawami politycznymi". A.M.

 

 

 

Antoni Macierewicz, były minister spraw wewnętrznych

 

W MSW i UOP zapadły decyzje o zniszczeniu prawicy niepodległościowej

 

 

Przeczytał Pan już wszystkie akta śledztwa w sprawie inwigilacji prawicy?

ANTONI MACIEREWICZ: Jeszcze ich nie skończyłem, ale wyrobiłem już sobie ogólny pogląd na tę sprawę. Przede wszystkim w błąd wprowadza nazwa tego śledztwa - "w sprawie inwigilacji prawicy". Nie chodziło wcale o inwigilację prawicy, lecz o jej dezintegrację i zniszczenie jako istotnego czynnika na polskiej scenie politycznej.

Czy w aktach są na to dowody?

Śledztwo pokazuje jak w latach 1991 - 1997 kontynuowano wysiłki SB PRL mające na celu uniemożliwienie odbudowania niepodległego państwa polskiego, a promowano formację agenturalno-lewicową. Zresztą sama historia prób zatuszowania tego śledztwa, włącznie ze skandalicznym "umorzeniem" i utrudnieniem odwołania się od tej decyzji, pokazuje, że wysiłki te wciąż są podejmowane. W dokumentacji zawartej w aktach kluczową rolę odgrywa instrukcja z lutego 1993 r., charakteryzująca opozycję prawicową i mówiąca, jak należy ją zwalczać i dezintegrować. Trzeba jednak podkreślić, że te działania były tylko konsekwencją pewnej linii politycznej oraz okoliczności i trybu powołania tzw. zespołu inspekcyjno-operacyjnego w gabinecie szefa UOP jeszcze w 1990 r. Okazuje się, że była to grupa byłych pracowników Służby Bezpieczeństwa dobranych przez szefa UOP Andrzeja Milczanowskiego za zgodą ówczesnego ministra spraw wewnętrznych. Wszyscy byli początkowo negatywnie zweryfikowani. Czyli na podstawie ich przeszłości, akt personalnych i oceny działań przez nich podejmowanych komisja kwalifikacyjna orzekła, że nie wolno im pracować w organach zajmujących się bezpieczeństwem państwa. Ta decyzja została jednak zmieniona na żądanie jednego z głównych polityków lewicowych, a następnie zespołowi powierzono kluczową rolę w organizowaniu UOP. To oni byli najbliższymi ludźmi szefa Milczanowskiego, przejmowali akta SB, a następnie otrzymali m.in. zadanie i uprawnienia kontrolowania poszczególnych komórek UOP.

Zespół otrzymał te uprawnienia na piśmie?

Tak. Zespół nie tylko mógł koordynować działania wszystkich innych agend UOP, ale i sam miał bardzo szerokie kompetencje operacyjne, w tym pozyskiwania i prowadzenia agentury. W rzeczywistości pełnił funkcję zwierzchnią wobec reszty. Moim zdaniem nie było żadnego uzasadnienia istnienia tego zespołu, nie mówiąc już o jego składzie personalnym.

Przecież istniał także za czasów, kiedy pan był szefem MSW.

Po objęciu kierownictwa MSW, gdy zorientowaliśmy się w charakterze pracy zespołu pana L., została podjęta decyzja o jego rozwiązaniu. Wartościowi pracownicy mieli przejść do kontrwywiadu, a do funkcji zabezpieczenia wewnętrznego UOP przygotowywano nową grupę pod kierownictwem człowieka nie związanego z SB. Niestety, natychmiast po czerwcowym przewrocie w 1992 r. panowie Milczanowski i Konieczny przerwali te prace i wzmocnili zespół pana L.

Ile osób pracowało w zespole w latach 1991 - 1997?

Nie chcę podawać liczb. Był liczny. W miarę potrzeby oddelegowywano do niego pracowników i agentów z innych jednostek. Do działań przeciwko prawicy używano np. także pracowników wywiadu UOP oraz wojskowych służb specjalnych. Łącznie przez zespół przewinęło się co najmniej kilkudziesięciu agentów. Tylu przynajmniej odnotowuje spis zawartości szafy L.

Kompetencje zespołu L. były dużo szersze, niż się sądzi, a także konsekwencje tego niepomiernie poważniejsze - UOP został ukształtowany jako struktura, w skład której weszli przede wszystkim dawni pracownicy SB. To oni decydowali o strukturze, metodach i kierunkach pracy. To przesądziło o patologiach UOP i jego słabości. Fakt, iż zespół L. był współzałożycielem i przez lata jednym z istotnych centrów dyspozycyjno-kontrolnych UOP, przyczynił się do tego, że w Polsce także po 1989 r. pozwolono na nie kontrolowany rozwój mafii esbeckiej i komunistycznej, a skupiono się na dążeniu do zniszczenia prawicy niepodległościowej.

Czy według Pana rzeczywiście aktywnością służb można tłumaczyć skłócenie liderów prawicy i postępującą marginalizację niektórych ugrupowań?

W aktach, jak już wspomniałem, jest trzystronicowa instrukcja z lutego 1993 r. Zawiera ona charakterystykę ugrupowań prawicowych PC, RdR, RTR, Ruchu Chrześcijańsko-Narodowego oraz ich liderów. Przede wszystkim Jana Olszewskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Romualda Szeremietiewa, Jana Parysa, a także mnie. Instrukcja stwierdza, że trzeba zdezintegrować wymienione środowiska i partie prawicowe, bo zmierzając do dekomunizacji i lustracji godzą w porządek prawny i konstytucyjny Rzeczpospolitej Polskiej. Zwracam uwagę na datę. Jest rok 1993, nie 1963, 1973 czy 1983! Innym powodem działań przeciwko partiom prawicowym i ich liderom miało być to, że oskarżają oni niektórych działaczy - tu wymieniono nazwiska Jacka Kuronia i Adama Michnika - o przychylność wobec nurtów postkomunistycznych. Na takiej podstawie wysunięto zarzuty, że działania prawicy są zagrożeniem bezpieczeństwa państwa, a lustracja i dekomunizacja ma doprowadzić do narzucenia przez prawicę dyktatury. Taka analiza stała się podstawą decyzji zaaprobowanej przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i szefa UOP o zniszczeniu w Polsce partii prawicowych. Dokument stawia konkretne zadania, których realizacją miał się zająć zespół L.

Jakie to były zadania?

Po pierwsze, miał zdobyć współpracowników wśród dawnych pracowników i agentów SB i uplasować ich w partiach prawicowych. Po drugie, miał wykorzystywać posiadane informacje do kampanii w mediach. Po trzecie, chodziło o dezintegrację tych partii i wreszcie o kamuflowanie posiadanej agentury. L. był ostrożny, podkreślał, że "działania w początkowej fazie nie mogą być zbyt agresywne ze względu na duże zagrożenie dekonspiracją".

Czy ten dokument jest przez kogoś podpisany?

Jego autorem jest L. i sam się do tego przyznaje, a widnieją na nim także podpisy m.in. ministrów Milczanowskiego i Koniecznego, czyli formalnych zwierzchników pana L.

Jest jakiś dowód na wykonanie tych planów?

Dokument z lutego, o którym mówiłem, zakreślał kierunki działania zespołu L. Natomiast istnieje późniejsza notatka, chyba z sierpnia 1993 r., relacjonująca, jakie działania podjęto. Jej tytuł mówi sam za siebie: "Informacja o działaniach operacyjnych podjętych wobec radykalnych ugrupowań prawicowych". Stwierdza się tam, że utworzono strukturę agenturalną w tych partiach i wykorzystuje się ją zarówno dla uzyskiwania wiadomości, jak i przekazywania dezinformacji oraz prowadzenia działań dezintegracyjnych. Dążono do skłócenia poszczególnych działaczy przez rozpowszechnianie fałszywych informacji na temat liderów tych partii. Chodzi przede wszystkim o Kaczyńskiego, Olszewskiego, Szeremietiewa i mnie. Każdy ma tam wytworzoną operacyjnie w celach dezinformacyjnych fałszywą charakterystykę. Dla mnie szczególnie ciekawy i charakterystyczny jest sposób zwalczania Ruchu, którym kierowałem. Twierdzi się mianowicie, że konflikt nurtu katolicko-niepodległościowego w Komitecie Obrony Robotników w latach 70. z Jackiem Kuroniem osłabiał opozycję i świadczył, że Macierewicz działał na szkodę opozycji. Tak więc dawna esbecja osądza przeszłość i stara się kształtować polityczną przyszłość wspierając lewicę przeciw formacji chrześcijańskiej i niepodległościowej. Wobec każdego z przywódców ówczesnej prawicy tworzona jest przez zespół L. warstwa podejrzeń i wątpliwości.

Mają one także charakter obyczajowy?

Nie, tylko polityczny. Notatka ta charakteryzuje także działania poszczególnych ugrupowań i sytuację polityczną przed wyborami 1993 r. Wśród sukcesów agentury L. i zadań postawionych przed jego zespołem wymienia się także zakłócenie zjazdu, na którym zostało zawarte porozumienie wyborcze między RdR, czyli ugrupowaniem Olszewskiego, a Ruchem Chrześcijańsko-Narodowym, którym ja kierowałem. Odwołuje się ona do doniesień agentury uplasowanej w jednej z tych partii, w tym agenta o pseudonimie Maks. Charakteryzuje stosunek poszczególnych polityków powstającej koalicji do siebie i szanse powołania wielkiego wyborczego bloku prawicowego. Z dumą stwierdza, że uda się rozbić ten blok. Że do środowiska Szeremietiewa wprowadzono agenta ("Maksa"), który ma za zadanie skłócić go z Kaczyńskim, podrzucając sfałszowane informacje na tematy aferowe. Chodziło o doprowadzenie do tego, by Szeremietiew przeciwstawiał się sojuszowi z PC. Sukces był podwójny, bowiem równocześnie wśród kierownictwa PC rozpowszechniano przekonanie, że to Macierewicz nie chce dopuścić do wspólnego bloku wyborczego. Raport donosi, że na skutek działań operacyjno-dezintegracyjnych zespołu L. doprowadzono do zawieszenia trzech okręgów RdR, bowiem na tyle skłócono tam ludzi, że kierownictwo tej partii musiało wprowadzić zarząd komisaryczny. Tworzono też konflikty między tzw. "młodymi" działaczami RdR a ludźmi ruchu chrześcijańsko-narodowego.

Ale chyba najciekawsza jest informacja, że osiągnięciem zespołu L. jest ówczesne doniesienie prasowe, iż Jan Olszewski potajemnie spotkał się z Lechem Wałęsą. Autor raportu obiecuje, że informacja ta zostanie pogłębiona i upowszechniona, tak by wzmocnić tendencje rozłamowe w powstającej koalicji.

Czy tę notatkę także podpisali szefowie UOP i MSW?

Nie. Notatka jest podpisana jako wytworzona w zespole L., ale nikt osobiście jej nie sygnował.

A inne dokumenty?

Ze spisu wynika, że w szafie L. było co najmniej 107 plików dokumentów (teczek), co znaczy, że samych dokumentów było ponad tysiąc. Do prokuratury przekazano tylko 19 z nich.

Istnieje np. notatka zawierająca 21-punktowy plan działania. Wszyscy wypierają się jej autorstwa. Sam L. twierdzi, że on jej nie pisał i nie wie, skąd się wzięła. Kpi sobie twierdząc, że ktoś ją podrzucił, że może jakiś dziennikarz zostawił. A to jest ewidentnie plan rozpracowania głównie Jarosława Kaczyńskiego, jego otoczenia i Porozumienia Centrum. Jest to lista nawet nie pytań, ale stwierdzeń, poleceń i zadań; np. należy sprawdzić, czy pan Kaczyński był taki i taki, robił to i to. Ten plan zawiera elementy obyczajowe i polityczne. Te informacje zbierano po to, by rzucić cień na Kaczyńskiego i PC, osaczyć ich i zniszczyć.

Zespół Lesiaka zajmował się także lewicą.

To prawda. Zespół ten zajmował się także partiami i organizacjami lewicowymi lub takimi, które wprawdzie odwoływały się do haseł prawicowych, ale inspirowane były przez ludzi b. PZPR ("Samoobrona", Wspólnota Narodowa). Różnica polega na tym, że o ile wobec środowiska prawicowego postawiono z góry tezę, że zagraża ono porządkowi konstytucyjnemu RP i trzeba je zniszczyć, to działania przeciwko działaczom lewicowym związane są wyłącznie z poszczególnymi osobami i nie dotyczą całych partii politycznych. Działania te mają jako podstawę finansowanie PZPR i SLD przez Moskwę - tzw. sprawę moskiewskich pieniędzy. Fakty tu nie budzą wątpliwości, podobnie jak agenturalne związki z obcym mocarstwem. Zresztą działaniom L. w tej sprawie towarzyszy kuriozalna notatka, dobrze charakteryzująca stosunek tych funkcjonariuszy do swych dawnych zwierzchników z PZPR - stwierdza się, że rozpracowanie prowadzone jest za zgodą kierownictwa SLD.

Pan jako szef MSW także nie przerwał działań operacyjnych, w tym stosowania podsłuchów wobec polityków lewicy?

Nie.

Ale sprawa Ikonowicza i PPS nie ma związku z "moskiewskimi pieniędzmi".

W aktach są doniesienia agentów (m.in. o pseudonimie Maks) na temat "pierścienia presji", które inne grupy w PPS - moim zdaniem agenturalne - realizowały wobec Jana Józefa Lipskiego. Jest takie przekonanie, że "Artur" działał na prawicy, a "Maks" na lewicy. Tak nie było. "Maks" działał i na prawicy, i na lewicy. "Artur" z kolei był aktywny przy sprawie Anastazji P.

Czy Pan wie, kim są działający wśród polityków agenci o pseudonimach Artur, Maks, Diana, W-1, El?

Mam swoje przypuszczenia. Ponieważ to są domysły i hipotezy, zostawmy je.

Czy na którejkolwiek notatce jest adnotacja, że została z nią zapoznana premier Hanna Suchocka?

Ja takiej nie czytałem. Jest natomiast relacja z posiedzenia Rady Ministrów z sierpnia 1993 r., podczas której p. Milczanowski postawił tezę o zagrożeniu bezpieczeństwa państwa przez prawicę - jak ją nazywa - dekomunizacyjno-lustracyjną. Tę tezę przeciwstawia dość łagodnej ocenie działań "Samoobrony" - m.in. blokowania dróg, wywożenia urzędników na taczkach - co traktuje jako przejaw pewnego niegroźnego dla państwa pobudzenia nastrojów. Ostro musi z nim polemizować w tej sprawie Suchocka, na co on zresztą bardzo brutalnie odpowiada. Jak wynika z innych dokumentów, to sprawozdanie nie jest pełne i prokuraturze przekazano dokument ocenzurowany. Ale szczegółów nie znam.

Czy w aktach są przykłady tekstów dziennikarskich, które miałyby powstać na zamówienie UOP i zespołu Lesiaka?

Tak. Choćby informacje o artykułach o spotkaniach Olszewskiego z Wałęsą. Scenariusz działań był dość prosty: wprowadza się agenturę jednocześnie do prasy i do partii. Agentura w mediach tworzy tzw. fakt prasowy, który następnie agentura w partii ma wykorzystać do rozłamu politycznego. Jest też matryca prasowych ataków na PC. Dokument ten nosi tytuł "Jest afera Telegrafu, dlaczego nie ma afery Fundacji Prasowej?". Ale najbardziej moim zdaniem kompromitująca jest zsynchronizowana i totalna akcja medialna atakująca lustrację i dekomunizację. Jej głównym wykonawcą jest zespół, którego szefem jest pracownik z grupy L., działający na tzw. etacie niejawnym. Początkowo zatrudniony był w firmie Telegraf, potem będąc równocześnie pracownikiem zespołu L. i dziennikarzem "Kuriera Polskiego", opisał tzw. aferę Telegrafu. Przez jakiś czas pracował oficjalnie w UOP, potem niby z niego odszedł i zaczął pracować w "Życiu Warszawy", "Super Expressie" i tygodnikach "Cash" i "Fakty". Tak naprawdę cały czas był pracownikiem zespołu L.

Sam się do tego przyznaje?

Tak. Twierdzi, że nie narzucał redakcjom materiałów, lecz każdą ważniejszą informację uzyskaną w redakcji przekazywał do L. Tam ją konsultował i dalej działał zgodnie z ustaleniami. Jest on także współautorem książki "Agenci, czyli widma bezpieki. Czarny scenariusz czerwcowego przewrotu". Książka ta stała się matrycą tekstów na temat wydarzeń 4 czerwca 1992 r. dla całej prasy lewicowo-liberalnej, a także materiałów telewizyjnych i radiowych. Wszędzie powtarzano tezy tam wypracowane i nie sięgano do żadnej z innych książek (choćby "Lewy Czerwcowy"). Podobno ten dziennikarz obecnie pracuje w "Wiadomościach" TVP.

Cały czas jest mowa o jednym dziennikarzu, który przeszedł przez kilka redakcji. Na jakiej podstawie w takim razie Pan i Jarosław Kaczyński mówicie o totalnej agenturze w mediach, wymieniając wszystkie tytuły poza "Gazetą Wyborczą"?

Zespól L. miał do swojej dyspozycji kilkunastu dziennikarzy. Ja poznałem pięć nazwisk, mężczyzn i kobiet.

Z jakich redakcji?

Poza już wymienionymi, jest jeszcze z "Wprost" i oczywiście z "Nie". Współpraca L. z Jerzym Urbanem, zwłaszcza przy sprawie Anastazji P. to szczególnie obrzydliwa i skandaliczna sprawa. Nie natrafiłem natomiast na "Rzeczpospolitą". Zresztą w aktach jest wiele wycinków prasowych, ale byłoby bzdurne mówienie, że wszystkie te teksty były pisane na zlecenie służb specjalnych. Natomiast nie ulega wątpliwości, że używano tutaj mediów jako narzędzia w celu likwidacji niepodległościowego antykomunistycznego nurtu politycznego.

Uważa Pan, że służby były tak skuteczne, że zmusiły do określonego myślenia całe redakcje? Czy przypadkiem liderzy prawicy nie chcą niepowodzeń swoich i swoich partii przypisać jednemu zdemonizowanemu wrogowi?

Jeśli chodzi o stosunek do lustracji, to nie ma wątpliwości, że został on wymyślony i jest realizowany według instrukcji b. SB, mającej ochronić agenturę. Stąd teza, że lustracja to zamach na państwo. A ta teza była i jest powtarzana przez lewicowo-liberalne media.

Przecież nie tylko media, ale i większość polityków w Polsce ma swój określony stosunek do dekomunizacji i lustracji. Uważa Pan, że został im narzucony przez UOP?

Nie przez UOP, ale przez ludzi SB wciąż tkwiących w UOP, wśród polityków wywodzących się z PZPR, a także w mediach. Inspiracja polega na wytworzeniu stereotypów, niekoniecznie na przekonaniu wszystkich przez jeden ośrodek. Jeśli największe medium, jakim jest telewizja, np. pod dyktando agenta z SB będzie pewien stereotyp na temat lustracji i dekomunizacji przez miesiąc powtarzać, a dołączy do tego jeszcze największa gazeta, to on się utrwali. Jest na to dobry przykład z Anastazją Potocką.

Poznał ją Pan osobiście?

Nie, czego nie żałuję. W gorącym okresie politycznym w 1992 r. polskiej opinii publicznej narzucono temat, którym media żyły przez co najmniej pół roku. Próbowano koncentrować uwagę nie wokół poważnych kwestii politycznych czy gospodarczych, ale wokół przygód miłosnych pani Anastazji, sugerując, że Sejm i politycy to grono zdemoralizowanych mężczyzn. Na podstawie akt można powiedzieć, że od początku do końca była to operacja pana L., prowadzona, jak już mówiłem, wspólnie z "Nie".

Są na to dowody?

Tak. Jeden z pracowników dawnej SB, a potem zespołu L. opowiada, jak był przygotowywany przez długi czas do prowadzenia Anastazji P., a potem zajmował się nią. Zostało utworzone specjalne fikcyjne wydawnictwo, które wydało jej książkę. Dochody miały stanowić wynagrodzenie dla pani Anastazji P. Wynajmowano jej mieszkanie, a potem zespół L. w tym mieszkaniu ją znalazł. Czysta prowokacja polityczna.

Waldemar F., który miał zajmować się Anastazją P. był chyba pracownikiem kontrwywiadu?

Tego nie wiem. Ale prawdziwym skandalem jest użycie kontrwywiadu w trakcie kampanii wyborczej do zrywania plakatów, które uznano za zagrożenie bezpieczeństwa państwa. Ta sprawa zresztą była omawiana na posiedzeniu Rady Ministrów i oczywiście pani premier świetnie wszystko wiedziała. Funkcjonariusze wyposażeni w fałszywe dowody osobiste i legitymacje zrywali plakaty i zatrzymywali studentów je rozlepiających, a wszystko to we współpracy z policją i na polecenie szefa MSW, wydane w obecności szefa UOP i jego zastępcy oraz szefa kontrwywiadu.

Kto był na tych plakatach?

Lech Wałęsa, Mieczysław Wachowski i Krzysztof Skubiszewski. Jednym z istotnych wątków, o których dotychczas nie mówiono, jest sprawa pana Wachowskiego. Okazuje się, że minister Milczanowski odmówił prokuraturze odpowiedzi na pytanie, jakie są wyniki sprawdzenia akt paszportowych Wachowskiego z 1988 roku. To może zresztą tłumaczyć, dlaczego ta sprawa nie została wyjaśniona, chociaż Wachowski uważał się za pomówionego przez Kaczyńskiego informacjami o przeszłości agenturalnej.

Czy w aktach są dowody, że to UOP sfałszował lojalkę Kaczyńskiego?

Tak, mówi się o kserokopiach różnych materiałów mogących służyć do fałszerstw.

Jak tłumaczą się ze swoich działań Lesiak i jego ludzie?

Ich linia obrony to przede wszystkim milczenie - nie słyszeliśmy, nie wiedzieliśmy, nie robiliśmy. Ich zeznania nie przekraczają zwykle pół strony. To niezła linia obrony - przekazać minimum informacji. Na szczęście w tym wypadku nieskuteczna.

Rozmawiała Anna Marszałek

 

 

 

 

Andrzej Milczanowski, były szef UOP, były minister spraw wewnętrznych

 

Polityczna heca z sensacyjnym sosem

 

 

Czy w 1993 roku działalność Porozumienia Centrum, Ruchu dla Rzeczypospolitej i Ruchu Trzeciej Rzeczypospolitej zagrażała bezpieczeństwu państwa? Co uzasadniało szczególne zainteresowanie Urzędu Ochrony Państwa politykami z tych ugrupowań?

ANDRZEJ MILCZANOWSKI: Trzeba by się cofnąć do roku 1992, do upadku rządu Jana Olszewskiego. Przypomnieć, że Antoni Macierewicz i inni demonstrowali postawę nieprzychylną czy nawet wrogą - moim zdaniem z naruszeniem prawa - niektórym organom państwowym.

Co szczególnie nie podobało się prezydentowi...

Nie o to chodzi. Prezydent Lech Wałęsa ani też inni politycy nie inspirowali na przykład zrywania plakatów, które ich zniesławiały. (W pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego na ulicach pojawiły się plakaty ze zdjęciami polityków z informacjami o ich agenturalności. Na zdjęciach byli Lech Wałęsa, Mieczysław Wachowski i Krzysztof Skubiszewski - przyp. A.M.). Mnie pani premier Hanna Suchocka nie przekonywała do uruchomienia działań i zrywania tych plakatów...

I do tej pory uważa Pan, że to UOP powinien się tym zajmować, a nie jakieś służby porządkowe?

Zaraz, zaraz. Przecież sprawa miała charakter politycznej rozróby. Pojawiły się plakaty dyskredytujące osoby sprawujące najwyższe urzędy w państwie. Chodziło zresztą nie tylko o ściągnięcie plakatów, ale także o dojście do sprawców.

No właśnie. UOP chciał od prokuratury nakazów przeszukań, m.in. u Piotra Woyciechowskiego i Tomasza Tywonka, a także w "Gazecie Polskiej" i biurach liderów ugrupowań prawicowych. Czy to było uzasadnione. Ostatecznie jest wolność słowa.

Chwileczkę! Wolność słowa powinna mieścić się w granicach przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Jeśli powiemy, że na każdego można rzucać kalumnie, to ja dziękuję za taką wolność słowa.

Jeżeli ktoś kogoś nazwie agentem, to obrażony może dochodzić swoich praw cywilnie.

Istnieją przepisy karne, które kwalifikują tego typu działania jako przestępstwo. Przed wojną też prowadzono konkretne postępowania za naruszenie czci marszałka Józefa Piłsudskiego. Nie jest tak, że każdy może powiedzieć najgorsze rzeczy na drugiego, w tym oczernić najwyższe władze...

Czy zagrożony był porządek konstytucyjny, co uzasadniałoby wkroczenie UOP?

To, czy UOP wkracza, zależy od charakteru sprawy. Proszę sformułować jakikolwiek zarzut przeciwko mnie, bo to ja zdecydowałem o zrywaniu plakatów.

Nieproporcjonalność użytych środków - w postaci UOP - do sprawy.

Takie rozumowanie przypomina mi per analogiam sytuację, w której ktoś potrzebuje pomocy, a my się spieramy o to, kto powinien jej udzielić. Stawiam pytanie inaczej - czy należało usunąć te plakaty, czy miały wisieć w centralnych miejscach Warszawy? Jeśli dojdziemy do wniosku, że tak, to problem, kto to zrobił, nie ma znaczenia.

Jeśli powieszono je nielegalnie, powinny się tym zająć służby porządkowe. Użycie UOP, który nie tylko je zrywał, ale prowadził też rozpracowanie operacyjne w celu ustalenia, kto je wiesza, kto drukuje, kto kolportuje i miał zamiar dokonywać przeszukań w domach prywatnych i siedzibach partii, nadaje sprawie rangę polityczną.

Jeżeli popełniono przestępstwo, to dlaczego czyni się zarzut, że UOP temu przeciwdziałał?

Bo chyba nie służy do zrywania plakatów.

To samo może powiedzieć policja i każda inna służba. Zresztą kiedy nad przejściem podziemnym koło Uniwersytetu Warszawskiego, na Nowym Świecie i nie tylko tam, wisiały plakaty z moją podobizną i podpisem "Milczanowski ochrania morderców", nie poleciłem ich zrywać. Ale żadne służby porządkowe też nie zareagowały. Nikt palcem nie kiwnął. Te plakaty wisiały tam ponad rok, aż zniszczył je czas i warunki atmosferyczne.

Wróćmy do pierwszego pytania, czy te ugrupowania zagrażały porządkowi prawnemu państwa?

W rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego zorganizowano manifestację naruszającą porządek publiczny. W 1992 lub 1993 roku na łamach "Tygodnika Solidarność" ukazał się ściśle tajny raport o bezpieczeństwie państwa przeznaczony pierwotnie dla kilku osób w kraju. Lista Macierewicza została wydrukowana w całości w "Gazecie Polskiej". Są to przykłady na naruszenie w poważnym zakresie tajemnicy państwowej. Czy UOP miał się temu biernie przyglądać?

W tym samym czasie w amerykańskiej prasie polonijnej drukowane były kserokopie tajnych dokumentów z teczki "Bolka".

Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi

Uważa Pan, że publikacje inspirowali liderzy prawicy?

Nie złapałem nikogo za rękę, ale myślę, że można to zasadnie podejrzewać. Zwłaszcza że 5 czerwca 1992 roku, następnego dnia po upadku rządu Olszewskiego, kiedy wszedłem do MSW na Rakowieckiej, zastałem w jednym z pomieszczeń na trzecim piętrze stosy świeżych kserokopii tajnych dokumentów. Czy w tej sytuacji nie należało przyglądać się posunięciom liderów?

Jaką rolę w gabinecie szefa UOP odgrywał pułkownik Jan Lesiak i jego zespół inspekcyjno-operacyjny?

Sprzeciwiam się identyfikowaniu tego zespołu ze sprawami inwigilacyjnymi, politycznej natury. Kiedy byłem szefem UOP, ten zespół wykonywał pewne czynności ustaleniowe, również w poważnych śledztwach - Art "B" i Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ). Ponadto uzupełniał bądź rozszerzał niektóre informacje przedstawiane przez Biuro Analiz i Informacji (biały wywiad).

Dlaczego sprawami aferowymi zajmował się zespół, a nie właściwe zarządy UOP?

Właściwe jednostki też się zajmowały. Jednak wtedy nie było jeszcze Zarządu II a (ds. ochrony ekonomicznych interesów państwa - przyp. A.M.). Zarządy jeszcze nie miały ostatecznie ukształtowanego zakresu swoich działań. Poza tym nie było zgodności, czy UOP powinien zajmować się sprawami gospodarczymi, nawet największego kalibru. A trzeba było zająć się tym, co przynosiło życie.

Czy Lesiak przeszedłby pozytywnie weryfikację, gdyby nie interwencja Jacka Kuronia?

Bez przesady. Z tego, co pamiętam, pułkownik L. rzeczywiście został mi rekomendowany przez Jacka Kuronia jako człowiek zachowujący się przyzwoicie przez wiele lat, kiedy się nim zajmował. Rozmawiałem z pułkownikiem L. i nabrałem przekonania co do jego kompetencji.

Dostarczania plotek politycznych i obyczajowych?

Jeżeli sięgnie pani do książki Nigela Westa o MI-5 i spojrzy na stronę, na której jest pewien schemat organizacyjny, to co pani widzi?

Wydział o nazwie "Plotki"

Właśnie. Były takie sytuacje, że zachodziła potrzeba weryfikacji pewnych informacji czy plotek. Niekiedy dawałem to tej komórce i w niektórych sprawach nieźle sobie radziła. A propos plotek. "Z miasta" dociera na przykład informacja, że wśród polityków w Sejmie - i to niezależnie od ich barwy - pojawiła się pani Marzena D. przedstawiająca się jako Anastazja Potocka i utrzymuje z wieloma bliższe kontakty intymne. Czy służba powinna się tym zainteresować? A jeśli tak, to jak ma zweryfikować te informacje? Zapytać panów posłów: "Jesteśmy z UOP, czy to prawda, że...?". Problem jest poważniejszy niż rzekoma inwigilacja prawicy. Jeśli pojawia się na przykład informacja, że polityk bierze łapówki, czy stwarza innego rodzaju zagrożenie interesów państwa, to moim zdaniem obowiązkiem Urzędu jest to sprawdzić. Tymczasem próbuje się służby obezwładnić.

Kto obezwładnia służby?

Niektórzy politycy, ale również niektórzy dziennikarze dopatrujący się w działaniach UOP głównie politycznych podtekstów czy nawet wyraźnych motywów. Przy czym widać tu jakby pewną schizofrenię. Bo z jednej strony pretensje: "co... wy nie wiecie? To co wy robicie?". Z drugiej zaś - kiedy Urząd zaczyna się przyglądać z określonego powodu danemu politykowi, zaraz podnosi się krzyk: "inwigilujecie polityków z przyczyn politycznych". Jeżeli jeszcze niektórzy dziennikarze i politycy podleją swój protest sosem taniej sensacji, to "produkt" dobrze się sprzedaje zarówno w grach politycznych, jak i w mediach.

Czy zespół Lesiaka badał operacyjnie podejrzenia o branie łapówek przez polityków prawicy?

Jak pamiętam, zajmowały się tym inne jednostki UOP. Nie można przeceniać roli tego zespołu; kadrowo był skromny, nieliczny. Ważniejsza jest kwestia, czy służbom wolno za pomocą środków, którymi dysponują, przyjrzeć się politykom w związku z podejrzeniem o ujawnianie przez nich tajemnic, o działanie zniesławiające organy państwowe czy o przyjmowanie korzyści majątkowych. W naszym kraju wielu politycznych manipulatorów próbuje uniemożliwić wszelkie działania służb wobec polityków, niezależnie od powodów, dla których służby powinny się nimi zająć.

Czy wobec polityków prawicy były stosowane i nadużywane środki techniki operacyjnej - obserwacja, podsłuch?

Z mojej wiedzy wynika, że nie były nadużywane.

A był podsłuch na przykład u Adama Glapińskiego?

Nie pamiętam. Ale jeżeli były stosowane jakieś środki, to nie mogło to mieć związku z polityczną barwą pana Glapińskiego.

Jaki był cel umiejscowienia agentury w partiach politycznych?

Nie sądzę, by ktoś taką agenturę umiejscawiał dla rozpracowania danej partii. Jeśli już, to wobec konkretnych osób, z konkretnego powodu, opartego na faktycznych i prawnych podstawach.

Czy agenci "Artur", "Maks", "Diana" zostali zarejestrowani w ogólnej ewidencji, czy też byli prowadzeni przez zespół Lesiaka poza nią?

Nie wiem, czy byli to agenci, nie wiem, czy byli rejestrowani. Mogły być na przykład utrzymywane kontakty na płaszczyźnie towarzyskiej.

Czy jest możliwe, że pod bokiem Pana i kolejnych szefów UOP ktoś utrzymuje kontakty z politykami i dziennikarzami, pisze z tego notatki, rozlicza rachunki, nadaje pseudonimy, ale dokumentacja z tego leży latami w jakiejś szafie, a agentura działa poza ewidencją? Czy nie regulują tego wewnętrzne instrukcje, do których się nie stosowano?

Jeżeli funkcjonariusz spotka się z dziennikarzem i w rozmowie sondażowej zapyta go o jakiś fakt czy opinię o czymś, dziennikarz wypowie się, a oficer napisze notatkę, to nie kwalifikuje przecież swojego rozmówcy jako sformalizowanego źródła.

A nadaje takiemu rozmówcy pseudonim?

Nie powinien, choć nie da się wykluczyć, że z jakichś względów, chcąc zachować anonimowość swojego rozmówcy, użyje pseudonimu.

W tym wypadku były pseudonimy, a "Maks" miał działać nawet do 1997 roku. Jaki był cel działania agentury wśród polityków i dziennikarzy?

Tak bym tego nie ujmował. Musiałbym zobaczyć kompletną dokumentację, wtedy mógłbym coś powiedzieć. Nie wiem, czy to była agentura.

Ale przecież na podstawie informacji od agentów zespół Lesiaka przygotował notatki o sytuacji w partiach.

Gdyby pani przeczytała gazety z tamtego okresu, to okazałoby się, że niektóre teksty były bardziej pogłębioną analizą niż te notatki. W każdym razie te, na których jest mój podpis.

A na jakich notatkach złożył Pan podpisy?

W tych, na których jest moje signum, nie ma niczego, co pozwalałoby postawić mi jakiekolwiek zarzuty.

Najbardziej bulwersujące są te dokumenty, które zakładają działania dezintegracyjne wobec PC, RdR i RTR oraz dwudziestojednopunktowy plan, polegający m.in. na sprawdzaniu plotek z życia prywatnego Kaczyńskiego i nagłaśnianiu tego przez media.

Nie mogę ujawnić treści tych notatek, bo podpisałem w prokuraturze zobowiązanie do zachowania tajemnicy. Ale powtarzam, że w notatkach, na których jest mój podpis, nie ma niczego, co dawałoby podstawę do stawiania mi zarzutów. Na żadnej nie ma też słowa "akceptuję". Na dokumentach, które dostawałem, pisałem zwyczajowo: "Przeczytałem, dziękuję".

Według Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza teksty nieprzychylne PC pisali dziennikarze będący agentami UOP. O inspiracji mediów jest też mowa w notatkach UOP.

Niczego takiego sobie nie przypominam.

Czy za Pana czasów UOP inspirował media do publikacji na tematy związane z PC?

Nic mi o tym nie wiadomo.

Jarosław Kaczyński wymienia przykład dziennikarza będącego na niejawnym etacie w UOP, który w "Kurierze Polskim" miał pisać o sprawie "Telegrafu". Czasowo pracował oficjalnie w UOP, a potem znowu w mediach - przeszedł przez "Cash", "SuperExpress", "Życie Warszawy" i "Fakty", a teraz jest w "Wiadomościach". Wie Pan o kogo chodzi?

Nie kojarzę.

W kontekście tej sprawy Kaczyński wymienia jako agenturalne praktycznie wszystkie tytuły prasowe, w tym "Rzeczpospolitą", pomijając tylko "Gazetę Wyborczą".

Gruba, gruba przesada. A co do dziennikarzy. Podręczniki kryminalistyki mówiące m.in. o osobowych źródłach informacji wymieniają pewne środowiska zawodowe jako szczególnie przydatne do spełniania funkcji źródeł - m.in. taksówkarzy, kelnerów, recepcjonistów i... dziennikarzy. Dlaczego dziennikarze? Bo sami szukają informacji i mają je z racji wykonywanego zawodu. Pytam: "Jeżeli z innych grup zawodowych mogą być pozyskiwane źródła, to dlaczego spośród dziennikarzy nie?" Chcę natomiast zaprzeczyć, jakoby Urząd miał inspirować opinie czy oceny dziennikarskie i wpływać na media w pożądanym dla siebie kierunku.

Co Pan wie o sfałszowaniu tzw. lojalki Kaczyńskiego?

Nic mi o tym nie wiadomo, oprócz doniesień prasowych. Natomiast w aktach sprawy sądowej jest pismo z MSW, że pan Kaczyński nie podpisał żadnej lojalki.

Zespół Lesiaka, broniąc się, twierdzi, że nie sfałszował tej lojalki, jedynie badał, skąd się wzięła w "NIE". Tak tłumaczy obecność dokumentacji do tej sprawy w szafie Lesiaka. Kaczyński nie ma natomiast wątpliwości, że sfałszował ją UOP.

Z tego, co mi wiadomo z doniesień prasowych, postępowanie w tej sprawie prowadziła prokuratura i zostało ono umorzone.

Zespół Lesiaka zajmował się także działaniami dotyczącymi Pana i grupy oficerów UOP od tzw. sprawy Oleksego. Sprawdzał bowiem źródło przecieku do "Wprost" materiału o pieniądzach PZPR (opartego m.in. na notatce UOP z charakterystycznym błędem w nazwisku) oraz zawierającego pseudonimy Minim i Kat - kolejnych liderów lewicy o rzekomych powiązaniach agenturalnych z KGB. Ustalono wówczas m.in., że doszło do spotkania jednego z generałów z tej grupy z przedstawicielami tygodnika w hotelu Victoria w Warszawie i wysłania faksu z Hotelu Europejskiego.

Nic nie wiem o jakichś spotkaniach w hotelu Victoria. Chciałbym jednak usłyszeć, co ma do powiedzenia pan Zbigniew Siemiątkowski jako koordynator dwóch służb - cywilnej i wojskowej - na pytanie: Czy w stosunku do mnie i oficerów po zwolnieniu ich ze służby w związku z tzw. sprawą Oleksego były prowadzony działania z użyciem techniki operacyjnej? Nie czynię zresztą z tego kamienia obrazy i w gruncie rzeczy jest mi to obojętne. W pewnym stopniu zastanawia mnie swego rodzaju zgodność zachowań niektórych panów z lewicy i prawicy, choć różne są motywy ich postępowania w sprawie tzw. inwigilacji. Myślę, że ta sprawa jest manipulowana, dęta i podgrzewana przez niektórych polityków. Jarosław Kaczyński mówi na przykład głównie o latach 1992 - 1993, a przecież z tego, co pisze prasa, wynika, że inwigilacja faktyczna czy rzekoma miała trwać do 1997 roku. Przypominam, że odszedłem z MSW w grudniu 1995 roku. Moim zdaniem jest to próba zaistnienia w mediach w głośnej sprawie służb specjalnych niektórych polityków, którzy już nie istnieliby na innej płaszczyźnie. Z kolei niektórzy politycy lewej strony sceny politycznej posługują się tzw. sprawą inwigilacji prawicy do osiągnięcia zupełnie innego celu. Ta gra jest dla mnie czytelna. Jedni i drudzy robią to, manipulując faktami i stosując przekłamania.

Zarzuca im Pan kłamstwo?

Przekłamania. Dowolne interpretacje. Zasadnicze nieścisłości. Jeżeli, zamiast wnieść zażalenie na umorzenie śledztwa, domagają się komisji śledczej, to - moim zdaniem - chodzi im o rozpętanie politycznej hecy.

Dlaczego jest Pan przeciwko białej księdze w tej sprawie?

Nie tylko ja. Nawet odsunięci od śledztwa prokuratorzy są przeciwni. Dobiegły mnie jednak słuchy, że w trakcie tego śledztwa miały miejsce nieformalne kontakty pana Kaczyńskiego z tymi prokuratorami. Byłoby dobrze, gdyby panowie prokuratorzy oficjalnie się na ten temat wypowiedzieli.

Rozmawiała Anna Marszałek

 

***

 

Prokuratorzy Jacek Gutkowski i Jarosław Baniuk w rozmowie z "Rz" zaprzeczyli, jakoby kiedykolwiek podczas śledztwa nieformalnie spotykali się z Jarosławem Kaczyńskim. Przypomnieli, że w jednym wypadku Kaczyński zwrócił się do nich o takie spotkanie, ale do niego nie doszło, ponieważ nie uzyskali na nie zgody od ówczesnego szefa Prokuratury Okręgowej w Warszawie Stefana Szustakiewicza.

 

 

 

 

 

Pułkownik Jan Lesiak, były szef Zespołu Inspekcyjno-Operacyjnego w gabinecie szefa UOP

 

O politycznych plotkach z tajemniczej szafy

 

 

Pan i inni pracownicy zespołu, którym Pan kierował w Urzędzie Ochrony Państwa, zostaliście negatywnie zweryfikowani. Jak z taką przeszłością w Służbie Bezpieczeństwa udało się Panu zostać tak szybko zaufanym człowiekiem Andrzeja Milczanowskiego?

JAN LESIAK: Rzeczywiście, niektórzy z nas mieli negatywne weryfikacje. Większość z nas odwołała się od tych decyzji, m.in. z uwagi na niektóre bulwersujące nas sformułowania w uzasadnieniu.

Czym się Pan zajmował przed 1990 rokiem?

Pracowałem w służbach specjalnych PRL.

Departament?

III.

Czyli opozycja?

Tak. Zajmowałem się - jak to się wtedy nazywało - zwalczaniem opozycji antysocjalistycznej. Praca polegała głównie na analizowaniu przeróżnych dokumentów, które do nas spływały.

Zajmował się Pan szczególnie Jackiem Kuroniem?

Był czas, że tak. Później kierowałem niedużym zespołem, który zajmował się całym Komitetem Obrony Robotników.

Zakładaliście im podsłuchy, prowadziliście obserwację?

To nie jest tak, że technikę zakładają oficerowie operacyjni.

Ale zlecenia szły od Was?

Przy - jak to się wtedy mówiło - tego rodzaju przeciwnikach decyzja nie należała do starszego inspektora czy zastępcy naczelnika wydziału.

Ale do Was spływały informacje o KOR, w tym z podsłuchów i od agentury?

Tak. Mieliśmy komplet informacji i zupełnie dobrze - w sensie historycznym - ułożonych. Była to niezła dokumentacja życia tych ludzi.

Czy Pan lub inni członkowie Pana zespołu wykorzystywaliście później uzyskane wtedy informacje do jakichś celów, na przykład załatwienia sobie pozytywnej weryfikacji?

Nie, ale były tego typu podejrzenia. Przewidywaliśmy zresztą, że koledzy czy znajomi mogą nas o to posądzać, dlatego na wstępną rozmowę do ówczesnego szefa UOP pana Andrzeja Milczanowskiego poszliśmy we dwóch.

Z kim?

Nie chciałbym mówić.

Z Witoldem H.?

Tak. Jeśli było nas trzech, to nie mogło być tajemnic. Nie sprzedawaliśmy niczego. Zresztą pan Milczanowski nigdy nie był ciekawy, kto był lub jest naszym informatorem.

Czy został Pan w UOP dzięki poparciu Jacka Kuronia?

Byłem tak samo potraktowany jak inni. Kiedyś przy okazji Jacek Kuroń powiedział, że zachowywałem się przyzwoicie.

I nie dostarczył Pan "na wejście" nowemu szefowi UOP żadnych atrakcyjnych materiałów, na przykład na temat opozycyjnych współpracowników SB.

Nigdy nie byłem o to rozpytywany. Uważałem zresztą, że nie powinno się publikować, kto był, a kto nie był współpracownikiem, ale tych ludzi odsunąć. Bazuję na doświadczeniach, które nabyłem, zajmując się KOR. Tam nawet jeżeli ktoś był pomawiany o współpracę z SB, to i tak decydował element jego przydatności w KOR. Jeśli był przydatny, to niechby współpracował z samym diabłem.

Od kiedy był Pan szefem zespołu?

Dokładnie nie pamiętam. Chyba od 1991 roku. Początkowo byliśmy w wydziale ogólnym. Mieliśmy się zajmować logistyką w gabinecie szefa. Zresztą dziwne, że pan Jarosław Kaczyński nie pamięta, iż zespół zajmował się także załatwianiem pozwoleń na broń dla jego kierowców, gdy był ministrem w Kancelarii Prezydenta. W wolnych chwilach zaczęliśmy prowadzić czynności operacyjne.

Jak to w wolnych chwilach? Mieliście pisemne upoważnienie do takich działań?

Wtedy prawie niczego nie było na piśmie. To były inne czasy. Instytucja powstawała. W pierwszych miesiącach nie było instrukcji. Nie było zarządzeń. W pewnym momencie natknęliśmy się na jedną z poważniejszych spraw.

To znaczy?

Art "B". Przez jakiś czas robiliśmy i jedno, i drugie. To znaczy zajmowaliśmy się kserokopiarkami, samochodami, kierowcami, sekretarkami itp. I jednocześnie sprawą Art "B". Ponieważ nie udawało się jednocześnie wykonywać czynności logistycznych i prowadzić tak dużej sprawy, powstał Zespół Inspekcyjno-Operacyjny z normalnymi uprawnieniami do działalności operacyjnej, z funduszem operacyjnym, z kilkoma etatami, który prowadził w dalszym ciągu tę samą sprawę. Później doszedł Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego i jakieś drobne sprawy, których nie pamiętam.

Jak zaczęliście się zajmować politykami?

Duże afery ocierały się o ludzi z polityki.

Czy przy okazji tych afer lokowaliście agenturę w pobliżu osób związanych z nimi, w tym polityków?

Nie.

A mieliście ją tam wcześniej?

Praktycznie nie.

Były w tych sprawach zakładane podsłuchy także politykom?

Nie przypominam też sobie, żebyśmy występowali z wnioskiem o założenie podsłuchu jakiemukolwiek politykowi. Zresztą naprawdę nie rozumiem awantur związanych z techniką: "olaboga, bo służby specjalne założyły komuś podsłuch". Jeżeli ktoś jest uczciwy i tak samo zachowuje się przed kamerą i w domu, to w zasadzie techniki nie powinien się obawiać.

Nie zawsze chodzi o sprawy zawodowe. Chyba normalne, że nie chce się, by ktoś słyszał i roztrząsał nasze prywatne rozmowy. Nie widzi Pan w tym problemu?

Bardzo ważne jest wykorzystywanie takich informacji. Są one specjalnie chronione, żeby ktoś nieodpowiedzialny nie wykorzystał ich do innych celów niż założony we wniosku.

Cel mógł być właściwy, sprawdzano na przykład, czy podejrzenie o łapówki jest słuszne. A teraz, po kilku latach, w aktach śledztwa wywołanego znaleziskiem w Pana szafie są na przykład informacje, że polityk X miał kochankę Y. Obie osoby są znane publicznie...

Nie pamiętam, żebym miał w szafie tego typu notatkę. Nie wiem też, o jakiego polityka może chodzić. Może to była zwykła plotka, która została zapisana, ale nigdy nie była sprawdzana i leżała w śmieciach.

W Pana szafie były notatki, które dotyczą spraw wyglądających na czysto polityczne: sytuacji w różnych partiach, charakterystyk prawicowych polityków - Jarosława Kaczyńskiego, Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza. W jakim celu powstawały tego typu informacje?

To nie były charakterystyki. Jeżeli na ściśle tajnej notatce są podstawowe dane osobowe i krótki zarys, co, gdzie, jak, to jest to po prostu pomocny materiał informacyjny o osobach publicznych.

Dlaczego dotyczyły akurat tych ludzi?

Może te się akurat zachowały. To nie były materiały wydzielone, posegregowane. Mówienie o tym, że mamy do czynienia z rozpracowywaniem partii prawicowych, jest nadużyciem.

I w latach 1992 - 1993 nie interesowaliście się szczególnie partiami prawicowymi?

Nie. Nawet w wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego jest stwierdzenie, iż zespół zajmował się sprawami związanymi z lewicą - i te były zarejestrowane - natomiast nie było zarejestrowane, że zajmował się partiami prawicowymi. I to jest wyjaśnienie - "sprawa prawicy" nie była zarejestrowana, bo po prostu jej nie było. Były tylko pojedyncze informacje, które do nas wchodziły. Jest to zupełnie coś innego niż rozpracowywanie.

Czy miał Pan także kontakty w świecie przestępczym?

Nie miałem bezpośrednio kontaktów, ale miałem zaczepki operacyjne na poważne grupy przestępcze.

Czyli także informatorów w tych środowiskach?

Mówienie, że miałem tam informatorów, to przesada, ale informacje od czasu do czasu wpływały. Moim zadaniem było przyjmowanie informacji. Służby specjalne są od tego, żeby wiedzieć. Za to mi płacono.

Czy agenci wśród polityków działali od czasów SB, czy wprowadziliście ich później?

Nie było informatorów wśród polityków.

A w ich otoczeniu?

Nie mogę mówić o źródłach, bo są one szczególnie chronione. To wielkie nieszczęście, że ich pseudonimy wydrukowała prasa. Kto po czymś takim będzie chciał współpracować ze służbami?

Czy te partie stanowiły jakieś zagrożenie bezpieczeństwa państwa? Po co były tam te źródła?

Nikt nie formułował takich zarzutów i nie było tego typu zadań. A źródła po prostu tam były. Rozpatrujemy przecież lata 1992 - 1993, kiedy miały miejsce "wojna na teczki" i "wojna na górze".

I wzięliście udział w tych wojnach?

Nie. Mieliśmy chronić służby specjalne przed wypływem z nich informacji zarówno do gazet, jak i do polityków. I to był nasz cel.

Kiedy "Artur", "Maks" i inni zaczęli działać w tych środowiskach?

Dotyczy to osobowych źródeł informacji i na ten temat nie będę rozmawiał. Już wystarczająco dużo złego powiedziano o tych ludziach.

Przecież to byli zwykli kapusie. Nie zawiadamiali o przestępstwach, ale donosili na kolegów i o nich plotkowali.

Chciałbym sprostować. Oni współdziałali z legalną instytucją III Rzeczypospolitej. I nie wolno o nich tak mówić.

Czy do ich zadań należała też aktywność w partiach, dezintegracja, puszczanie plotek?

Wydaje mi się, że nie musieliśmy się tym zajmować i skłócać polityków, bo oni sami to robili. Przypominam, że był to czas "wojny na górze" i "wojny o teczki". W polityce już to funkcjonowało. Gazety też się prześcigały. Oczywiście, teraz można przypisywać wszystko nam.

W Pana notatkach wspomina się o planach inspirowania gazet.

Nie. Na jakiej podstawie tak się mówi?

Między innymi na podstawie związku zespołu z dziennikarzem i jednocześnie pracownikiem UOP, którego Jarosław Kaczyński nazwał w wywiadzie X.

Z tego, co wiem, X przyszedł do nas już po artykułach o Telegrafie, a nie przed.

Kaczyński i Macierewicz mówią, że był na niejawnym etacie.

To oni mówią.

W notatce z sierpnia jest relacja z wykonanych zadań dezintegracyjnych na prawicy.

Notatka nie jest zarejestrowana, nie jest podpisana. Została sporządzona w określonym celu, który osiągnęła, i przestała być dokumentem. Nie ma na niej żadnych podpisów Andrzeja Milczanowskiego i Jerzego Koniecznego.

A na dwudziestojednopunktowym planie działania?

Jest uważany za koronny dowód na naszą działalność w odniesieniu do partii politycznych. Tymczasem jest to dokument, i widać to "na oko", pisany inną czcionką. Nie został sporządzony w zespole czy w UOP. Uzyskaliśmy go.

Od kogo?

Ze środowisk dziennikarskich.

Jakiś dziennikarz to napisał?

Z tego, co wiem, był to jego plan zbierania informacji.

Z jakiego powodu dziennikarz konsultował z Wami plan zbierania informacji?

Nie konsultował. Uzyskaliśmy go i nie mogę powiedzieć, jakimi sposobami.

Politycy, którzy czytali akta, mówią nawet o kilkunastu dziennikarzach, z którymi Pana zespół utrzymywał kontakty?

Nie mogę mówić o osobowych źródłach informacji. Ile, kto, gdzie - jest tajemnicą.

Do czego byli Wam potrzebni dziennikarze?

Jeżeli byli, to żeby się dowiedzieć, od kogo z UOP trafiają materiały do redakcji?

A od Was nie trafiały? Nie inspirowaliście fałszywych publikacji w "NIE", podrzucając na przykład fałszywą lojalkę Jarosława Kaczyńskiego?

Nie.

Sfałszowaliście tę lojalkę?

Nie.

To co w Pana szafie robiły jej kserokopie i próbki pisma funkcjonariusza SB?

Nie wiem nic o tym, że u mnie były próbki pisma. Nie było dokumentów świadczących o tym, że fałszowaliśmy lojalkę.

Wymyśliliście operację z Anastazją Potocką?

Nie. W operację z Anastazją włączyliśmy się już po publikacji pamiętników.

Ona sama w pamiętnikach pisze o przekazywaniu informacji o politykach do UOP.

Z Anastazją spotkałem się dwa razy na jej wyraźną prośbę i nikt inny z zespołu z nią się nie kontaktował.

A ktoś inny z UOP?

Nie wiem.

Pomogliście jej w wydaniu pamiętników, kontaktując z BGW i zakładając fikcyjne wydawnictwo?

Nie.

Mieszkała w mieszkaniach UOP?

Nie.

A w mieszkaniu kolegi byłego funkcjonariusza UOP Waldemara F., byłego członka Pana zespołu?

Waldemar F. nie był funkcjonariuszem z naszego zespołu.

Jaki był cel zainteresowania się Piotrem Ikonowiczem i PPS?

Nie było żadnego celu. To były sporadyczne informacje.

Proponował Pan w 1997 roku szefowi UOP Andrzejowi Kapkowskiemu działania dezintegracyjne wobec AWS na wzór działań w 1993 roku przeciwko prawicy.

Do 25 lipca 1997 roku z Kapkowskim rozmawiałem sam na sam tylko raz, kiedy koniecznie chciał poznać nazwisko jednego z informatorów. Rozmowa trwała minutę i w tym czasie na pewno nie mogłem proponować działań operacyjnych. Nie było działań dezintegracyjnych wobec prawicy.

Ale w Pana notatkach użyte jest słowo "dezintegracja".

Jest napisane, że "ewentualnie można by było dezintegrować".

Po co Pan stawiał takie założenie?

Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż by się wydawało. W pierwszych latach u nas było troszkę starej szkoły. Dopiero potem zaczęliśmy to zmieniać. W rzeczywistości byliśmy zajęci poważnymi sprawami, a obok wychodziły sprawy "plotkarsko-polityczne". Uważałem, że kierownictwo powinno być zorientowane, co jest przedmiotem tych plotek. I od czasu do czasu, kiedy miałem wolną chwilę, opisywałem je. Zwykle na dziesięć epizodów operacyjnych jeden okazywał się ważny.

Co Pan teraz robi?

Tajemnica.

Wiadomo, że pracuje Pan w firmie ochroniarskiej.

Wolałbym, żeby jej nazwa nie była znana.

Rozmawiała Anna Marszałek






CO ROBIŁ ZESPÓŁ LESIAKA

Zespół istniejący w gabinecie szefa UOP niekiedy prowadził działania operacyjne równolegle z kontrwywiadem i wywiadem. O niektórych ich działaniach "Rz" pisała w lipcu ub.r. Oficerowie ci od 1991 do 1997 r. zajmowali się m.in. takimi sprawami, jak:

- sprawdzanie, czy osoby zajmujące wysokie stanowiska w państwie były współpracownikami SB (chodziło m.in. o dotarcie do b. funkcjonariuszy SB w sprawach, w których brakowało materiałów archiwalnych);

- badanie przeszłości Mieczysława Wachowskiego;

Jan Lesiak na początku lat 90. sprawdzał, czy Wachowski współpracował z SB. Materiały te miały być m.in. dla Jarosława Kaczyńskiego, wówczas pracującego w kancelarii Wałęsy. Przy tej okazji wypytywano o Wachowskiego m.in. w Bydgoszczy oraz gdańskich taksówkarzy i prostytutki.

- Poprosiłem Milczanowskiego o sprawdzenie Wachowskiego w związku z podejrzeniami, które wobec niego były - powiedział "Rz" Jarosław Kaczyński. - Po pięciu dniach Wachowski zaczepił mnie, kiedy wychodziłem od Wałęsy i powiedział "Daj sobie spokój z tymi zespołami, które mają mnie sprawdzać". To znaczy, że już wiedział;

- sprawdzanie rzekomego przyjęcia przez Wachowskiego dwóch tysięcy dolarów od krewnego Danuty Wałęsowej za załatwienie jakiejś sprawy;

- sprawdzanie informacji z anonimów, donosów oraz skarg funkcjonariuszy negatywnie zweryfikowanych;

- niektóre wątki FOZZ - zajmował się tym Jerzy W. Sprawdzano m.in. informację o zażądaniu od Centrali Handlu Zagranicznego Impexmetal przez jednego z przedstawicieli PC pięciu miliardów starych złotych;

- niektóre wątki Art B (zajmowali się tą sprawą m.in. Witold H. i Czesław K.). H. jeździł nawet do Izraela z prokuratorami. Zespół wskazywał m.in. na legalność oscylatora i jednocześnie zagrożenie płynące z planowanego wprowadzenia do polskiego systemu bankowego kolejnych pieniędzy z kredytu, co pozwoliłoby wyprowadzić znacznie więcej niż 4 bln starych złotych. Jednym z wątków była sprawa spółki Telegraf. W sprawie Art B prowadzono sprawdzające działania operacyjne dotyczące różnych polityków, m.in. Jerzego Dziewulskiego, Marka Siwca, Macieja Zalewskiego, Stefana Kawalca, Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego. Część spraw badała później procesowo prokuratura;

- moskiewskie pieniądze (pod kryptonimem "Bony").

W sprawie tej prokuratura prowadziła śledztwo, które objęło m.in. Mieczysława Rakowskiego i Leszka Millera. Śledztwo zostało umorzone;

- pieniądze PZPR.

W obu tych sprawach UOP podejmował działania inwigilacyjne, stosowano podsłuchy i obserwację wobec polityków lewicy.

Zbigniew Siemiątkowski zapytany, dlaczego w takim razie nie skierował wniosku do prokuratury także w tym zakresie powiedział:

- Wszystkie działania były podejmowane zgodnie z prawem. Podejrzewano defraudację i szukano pieniędzy. Na działania operacyjne była zgoda prokuratury;

- poszukiwanie Moniki Kern, córki ówczesnego wicemarszałka Sejmu (zakładano podsłuchy, jednak na zlecenie łódzkiej prokuratury. Działania koordynował Jan Lesiak; ostatecznie córkę wicemarszałka Sejmu znaleziono);

- ustalanie źródła przecieku instrukcji 0015/92, którą rozpowszechnił Jarosław Kaczyński. Sprawą wewnątrz UOP zajmował się zespół II w gabinecie szefa (ds. wewnętrznych). O przeciek podejrzewano m.in. jednego z "młodych" w służbie - Andrzeja P. Według b. pracowników zespołu ostatecznie wykluczono P. i ustalono, kto dokonał przecieku. Według Jarosława Kaczyńskiego wszystkie ich wskazania były jednak chybione;

- badanie tzw. afer paliwowych i podejrzeń o łapówki;

- poszukiwanie pociągu ze złotem, który rzekomo w czasach wojny został przez Niemców ukryty i zasypany w sztolni w Sudetach. Pociągu ze złotem NSDAP nie znaleziono do dzisiaj;

- sprawa Anastazji Potockiej, autorki skandalizujących "Erotycznych immunitetów". Ze znalezionych w szafie materiałów wynikało, że UOP spotykał się z nią, a ona przekazywała informacje na temat polityków. W szafie Lesiaka znaleziono m.in. jej zdjęcia z różnymi politykami.

Jarosław Kaczyński powiedział "Gazecie Wyborczej", że operacja od początku do końca została przeprowadzona przez UOP. "Jak zeznał szef wydawnictwa BGW, które było zakamuflowanym wydawcą książki Potockiej, zanim maszynopis trafił do drukarni, był cenzurowany przez UOP. Współpracę Domaros potwierdzają oficerowie. Sama Domaros przyznaje się zresztą, że podpisała zobowiązanie, iż będzie się meldowała i przekazywała różne informacje. Słowem, była agentką UOP, a facet, który przychodził mnie szantażować - ten podwójnie pokryty - był jej prowadzącym i jednocześnie kochankiem. Domaros mieszkała w lokalach załatwianych przez UOP i przez cały czas była prowadzona przez funkcjonariuszy Urzędu".

Z informacji "Rz" wynika, że Anastazja mieszkała w mieszkaniu kolegi Waldemara F., funkcjonariusza Zarządu Kontrwywiadu, oficjalnie zwolnionego z UOP za pijaństwo;

- kontakty z mediami według Lesiaka miały służyć ustalaniu źródeł przecieków w UOP. Według zeznań jednego z oficerów UOP zespół miał kontakt z kilkunastoma dziennikarzami. Politycy prawicy twierdzą natomiast, że kontakty miały na celu inspirację nieprzychylnych materiałów dotyczących ich i ich partii;

- inwigilacja "Nie" (szukano źródeł przecieków do tego tygodnika - większość ustaleń pozostała na poziomie operacyjnym - wiadomo było kto, ale nie zdobyto dowodów. Według części naszych rozmówców m.in. podejmowano próby puszczania do tego tygodnika fałszywych informacji);

- sprawa opublikowanej później w "Nie" fałszywej lojalki Kaczyńskiego.

W kwietniu br. Sąd Rejonowy w Warszawie skazał na 10 tys. zł grzywny Marka Barańskiego z tygodnika "Nie" za opublikowanie tam w 1993 r. rzekomej "lojalki" Kaczyńskiego. Sąd uznał, że kilkuletni proces wykazał, iż b. lider PC nie podpisywał żadnej lojalki.

Byli funkcjonariusze zespołu zaprzeczają, jakoby to oni sfałszowali i sprzedali dokument do "Nie". Twierdzą, że mieli informację, iż lojalka była do kupienia "na mieście" za 20 tys. dolarów, a od "Nie" już po publikacji próbowali się dowiedzieć, od kogo tygodnik ją dostał. Dokumenty znalezione w szafie Lesiaka były - ich zdaniem - kserokopiami lojalki i znalazły się tam później. W szafie znaleziono jednak próbki pisma Jarosława Kaczyńskiego i funkcjonariusza SB z Pałacu Mostowskich, którymi próbowano uprawdopodobnić dokument. Wygłąda to jak próba podrabiania charakterów pisma. Są też kserokopie i odmowy zachowania w tajemnicy spotkania z SB w stanie wojennym i fałszywej zgody na to, czyli tzw. lojalki.

Jarosław Kaczyński w lipcu ub.r. powiedział "Rz", że podpisał wyłącznie odmowę. - Przed publikacją fałszywej lojalki w "Nie" zgłosił się do mnie człowiek w wieku ok. 40 lat, który się przedstawił jako b. funkcjonariusz UOP, zwolniony za rzekome pijaństwo. Powiedział m.in. o planowanych w "Nie" artykułach dotyczących PC i mnie - mówi Kaczyński. - Pierwszy miał być w święta wielkanocne. Później kolejne - o przedsięwzięciach gospodarczych PC. A uwieńczeniem miała być właśnie lojalka. Wszystkie te zapowiedzi się sprawdziły. W sprawie sfałszowania dokumentu prowadziła śledztwo prokuratura na Mokotowie, jednak je umorzyła. Nie wiadomo, dlaczego nie podjęła go na nowo po odnalezieniu materiałów w szafie Lesiaka;

- szukanie sprawców przecieku do "Wprost".

To materiały wytworzone w zespole o pieniądzach PZPR - z błędem literowym w nazwisku - zostały wykorzystane w słynnej publikacji tego tygodnika, wymieniającej kolejnych po "Olinie" domniemanych agentów KGB - "Minima" i "Kata". Zespół badał źródła przecieku na polecenie Gromosława Czempińskiego, ówczesnego szefa UOP, ale nie znalazł dowodów, a jedynie przekazał obiegowe opinie - m.in. o spotkaniach redaktorów "Wprost" z gen. Marianem Zacharskim w Victorii, przesłaniu faksu z Europejskiego itp. Ponadto wyszło na jaw, że UOP ulokował w redakcji "Wprost" w Poznaniu agenta;

- dostarczanie politycznych informacji i analiz o działalności Porozumienia Centrum, Ruchu dla Rzeczpospolitej, Ruchu Trzeciej Rzeczpospolitej, Ruchu Odbudowy Polski, Ruchu Chrześcijańsko-Narodowego, a także PPS oraz AWS i ich liderów, m.in. na podstawie informacji od agentów.

***

Do akt śledztwa w sprawie działań UOP dołączono fragmenty akt kilkudziesięciu innych śledztw prowadzonych w prokuraturach w latach 90. Są to - poza już wymienionymi wyżej - m.in. śledztwa dotyczące

- włamań do lokali partii politycznych i biur ich liderów;

- innych kryminalnych zachowań wobec nich, w tym głośnego przebicia opon w samochodzie Kaczyńskiego czy psucia hamulców;

- "lżenie najwyższych organów władzy", czyli tzw. afera plakatowa;

- Mieczysława Wachowskiego, któremu Kaczyński zarzucił agenturalność, a na zdjęciu z kursu SB w Legionowie rozpoznał się Arnold Superczyński;

- ujawniania tajemnicy państwowej, m.in. przez publikacje w "Gazecie Polskiej";

- afer paliwowych. W tym sprawa Wojciecha D., szefa Klubu Parlamentarnego PC, podejrzanego o płatną protekcję;

- Telegrafu;

- Fundacji Prasowej "Solidarności".

Większość tych śledztw została umorzona.






ZESPÓŁ DO SPRAW SPECJALNYCH

W latach 1991 - 1997 w gabinecie szefa UOP pracowało kilkunastu (17 - 19) oficerów do specjalnych poruczeń. Grupa przyjęła nazwę Zespół Inspekcyjno-Operacyjny. Formalnie jego celem była m.in. tzw. zewnętrzna osłona Urzędu. Przy poważnych sprawach jego pracownicy dostawali do pomocy funkcjonariuszy z zarządów Kontrwywiadu, Wywiadu i Śledczego.

Szefem zespołu był Jan Lesiak, b. funkcjonariusz SB. Przez 13 lat, czyli od drugiej połowy lat 70., pracował w Departamencie III MSW (zajmującym się działalnością opozycji), rozpracowując KOR. Doszedł do stanowiska zastępcy naczelnika wydziału. Do jego zadań należała między innymi inwigilacja Jacka Kuronia. Podpułkownik Jan Lesiak "opiekował się" Kuroniem do 1989 r., m.in. zatrzymał go w stanie wojennym w jednym z hoteli w Gdańsku. Pod koniec lat 80. był szefem zespołu ds. całego KOR. W 1990 r. został negatywnie zweryfikowany, jednak m.in. dzięki poparciu Jacka Kuronia, uwzględniono jego odwołanie i zmieniono decyzję. Wkrótce stał się zaufanym człowiekiem Andrzeja Milczanowskiego. Pracując w UOP otrzymał stopień pułkownika.

W różnych latach w gabinecie szefa UOP pracowali poza Janem Lesiakiem m.in.: Witold H. (z dawnej SB, b. oficer Departamentu III MSW, który zajmował się inwigilacją opozycyjnej inteligencji, m.in. KPN, dziś pracuje w firmie handlowej), Jerzy W., Andrzej G., Jerzy P. (III Departament - opozycja), Czesław K. (V Departament - gospodarka), Mirosław R., Jan S. oraz z nowego solidarnościowego naboru Andrzej D. i Krzysztof U. Zostali tam skierowani z BAI w 1992 r., kiedy UOP kierował Piotr Naimski. Była to próba likwidacji zespołu Lesiaka i zastąpienia go "młodymi" - bez przeszłości w SB.






KALENDARIUM

- 25 lipca 1997 r. - komisyjnie otworzono szafę pułkownika Jana Lesiaka, kierującego zespołem działającym w gabinecie szefa UOP od 1991 r. Znaleziono dokumenty, które ówczesny szef UOP Andrzej Kapkowski i minister koordynator służb specjalnych Zbigniew Siemiątkowski uznali za dowód przestępczej działalności UOP przeciwko partiom politycznym.

- 17 września 1997 r. - szef UOP Andrzej Kapkowski składa zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez UOP - tzw. inwigilacji prawicy w latach 1992 - 1993.

- Październik 1997 r. - Prokuratura Wojewódzka w Warszawie wszczyna śledztwo w sprawie "przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa i niedopełnienia obowiązków przez kierownictwo UOP i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych".

- Styczeń 1998 r. - nowy szef UOP, ppłk Zbigniew Nowek, przesyła do prokuratury dokumenty dotyczące podejrzenia nielegalnych działań UOP także przeciwko lewicy i to za czasów, kiedy kierował nim gen. Kapkowski.

- Kwiecień 1999 r. - Stefan Szustakiewicz, szef Prokuratury Okręgowej w Warszawie, odsuwa od śledztwa prowadzących je od półtora roku prokuratorów Jarosława Baniuka i Jacka Gutkowskiego. Śledztwo powierza pani prokurator, która prosi o polecenie na piśmie. Szustakiewicz zapowiada, że sam umorzy postępowanie, później jednak przekazuje je prokuratorowi Tadeuszowi M?llerowi.

- Czerwiec 1999 r. - Szustakiewicz zostaje odwołany ze stanowiska prokuratora okręgowego. W wywiadzie dla "Przeglądu Tygodniowego" ujawnia, że Włodzimierz Wolny, zastępca prokuratora generalnego, w imieniu minister Hanny Suchockiej wywierał na niego naciski w sprawie umorzenia śledztwa.

- 20 sierpnia 1999 r. - umorzenie śledztwa. Prokuratura uznaje, że nie popełniono przestępstwa, a za uchybienia służbowe, które stwierdzono, funkcjonariusze mogą być ukarani jedynie dyscyplinarnie. Za pokrzywdzonych prokuratura uznaje polityków prawicowych: Jana Olszewskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza, Jana Parysa, Romualda Szeremietiewa, Adama Glapińskiego, a także Piotra Ikonowicza z PPS.

- Listopad 1999 r. - prokuratura ogłasza, że umorzenie stało się prawomocne w związku niezłożeniem przez pokrzywdzonych zażaleń w terminie.

- Listopad 1999 r. - liderzy prawicy składają wniosek o powołanie w Sejmie komisji śledczej do wyjaśnienia sprawy działań UOP i okoliczności umorzenia postępowania. Jednocześnie zawiadamiają prokuraturę o przestępstwie utrudniania śledztwa w związku z naciskami na prokuratorów w celu umorzenia postępowania. Sprawę otrzymuje do prowadzenia prokuratura we Włocławku. Zarzut "niezachowania terminu" na zażalenie uznają za złamanie "dżentelmeńskiej umowy" z nowym szefem stołecznej prokuratury - Lucjanem Nowakowskim.

- Listopad 1999 r. - Hanna Suchocka, minister sprawiedliwości i prokurator generalny, zapowiada odtajnienie akt śledztwa i przekazanie ich do marszałka Sejmu.

- Listopad 1999 r. - Komisja ds. Służb Specjalnych uznaje się za niewłaściwą do zajmowania się tą sprawą.

- Grudzień 1999 r. - prokuratura "przywraca termin", czyli prawo do złożenia zażalenia na umorzenie śledztwa. Zażalenie rozpatrzy Prokuratura Apelacyjna. Sejm na najbliższym posiedzeniu ma głosować nad wnioskiem o powołanie komisji śledczej.





Większa dawka top secret