Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Jonathan Littell

Łaskawe

2008

 

Einsatzgruppen na Ukrainie - rok 1941

(...)

Przez granicę przerzucono pontonowy most. Przy nim, skąpane w szarych wodach Bugu, wynurzały się powykręcane przęsła stalowego mostu, który Sowieci wysadzili w powietrze. Nasi saperzy zbudowali nowy w ciągu jednej nocy, tak mówiono, a niewzruszeni żandarmi polowi, których półkoliste ryngrafy błyszczały w promieniach słońca, kierowali teraz ruchem tak pewnie, jak gdyby ciągle jeszcze byli u siebie. Wehrmacht miał pierwszeństwo, nam kazali poczekać. Patrzyłem na wielką leniwą rzekę, spokojne zagajniki na jej drugim brzegu, tłum na moście. Potem przyszła nasza kolej, a zaraz po drugiej stronie zaczynała się parada wraków radzieckich maszyn: ciężarówki, spalone i pozgniatane, czołgi wypatroszone niczym konserwy, wagony artyleryjskie zwinięte jak płody, poprzewracane, porozrywane, stopione w jeden, nieskończenie długi i zwęglony pas nieregularnych stosów wzdłuż poboczy. W oddali, we wspaniałym letnim słońcu, migotały lasy. Ziemna droga była wyczyszczona, ale pozostały na niej ślady po wybuchach, wielkie plamy oleju, rozrzucone odłamki. A potem wyrosły pierwsze zabudowania Sokala. W centrum miasta, w kilku punktach, spokojnie dogorywał ogień; zwęglone ciała, większość w cywilnych ubraniach, tarasowały część drogi, wplątane w ruiny i gruz. Naprzeciw, w parku, w cieniu drzew stały w równych rzędach białe krzyże z osobliwymi daszkami. Dwóch niemieckich żołnierzy malowało na nich nazwiska. Tu się zatrzymaliśmy, a Blobel razem ze Strehlkem, naszym intendentem, poszli do kwatery głównej. Słodkawy zapach, trochę mdły, mieszał się z gryzącym dymem. Blobel wrócił dość szybko: "W porządku. Strehlke przygotowuje kwatery. Za mną".

AOK umieściła nas w jakiejś szkole. "Przykro mi - tłumaczył się niski intendent w pogniecionym feldgrau. Ciągle jeszcze wszystko tu organizujemy. Ale przyślemy wam racje żywnościowe". Nasz drugi dowódca, von Radetzki, elegancki Bałt, machnął dłonią w rękawiczce i uśmiechnął się: "Nic nie szkodzi. I tak tu nie zostaniemy". Nie było łóżek, ale przynieśliśmy ze sobą koce, żołnierze przycupnęli na małych uczniowskich krzesełkach. Było nas pewnie około siedemdziesięciu. Wieczorem rzeczywiście przynieśli nam zupę z kapusty i kartofli, całkiem wystygłą, a do tego surową cebulę i bloki czarnego, lepkiego chleba, który sechł natychmiast po ukrojeniu. Byłem głodny, jadłem go, maczając w zupie, i zagryzałem cebulą. Von Radetzki zorganizował wartę. Noc minęła spokojnie.

Rano Standartenführer Blobel, nasz dowódca, zwołał Leiterów, żeby pójść z nimi do kwatery głównej. Leiter III, mój bezpośredni przełożony, chciał zostać i napisać raport, więc na swoje miejsce wysłał mnie. Sztab Generalny 6. Armii, AOK 6, któremu podlegaliśmy, zajmował przestronny austro-węgierski gmach o fasadzie pomalowanej na wesoły pomarańcz, osadzony na kolumnach, ozdobiony stiukami, cały w drobnych odpryskach. Przywitał nas jakiś Oberst, najwyraźniej znajomy Blobela: "Generalfeldmarschall pracuje na zewnątrz. Proszę za mną". Prowadził nas w stronę dużego parku, który ciągnął się od budynku aż po zakole Bugu poniżej. Pod samotnym drzewem maszerował wielkimi krokami mężczyzna w stroju kąpielowym, otoczony brzęczącą zgrają oficerów w poplamionych potem mundurach. Odwrócił się w naszą stronę. "A, Blobel! Dzień dobry, meine Herren!" Zasalutowaliśmy: był to Generalfeldmarschall von Reichenau, naczelny dowódca armii. Jego wypięty i owłosiony tors emanował wprost wigorem; słynny monokl - wciśnięty w tłuszcz, który, kontrastując z umięśnioną sylwetką, zalewał delikatne, pruskie rysy jego twarzy - błyszczał w słońcu, niedorzeczny, niemal śmieszny. Wydając precyzyjne, wręcz drobiazgowe instrukcje, kontynuował swój rwany marsz w tę i z powrotem. Musieliśmy za nim chodzić, było to dość zniechęcające; zderzyłem się z jakimś majorem i nie zrozumiałem zbyt wiele z wywodów dowódcy. W końcu stanął, żeby nas odprawić. "Ach! Jeszcze jedno. Pięć karabinów na Żyda to za dużo. Nie macie tylu ludzi. Dwa karabiny na jednego skazańca wystarczą. Co do bolszewików, jeszcze się zobaczy. Jeżeli to kobiety, to możecie użyć całego plutonu egzekucyjnego". Blobel zasalutował. "Zu Befehl, Herr Generalfeldmarschall". Von Reichenau stuknął gołymi piętami i wyciągnął ramię: Heil Hitler!". - "Heil Hitler!", odpowiedzieliśmy chórem i zrobiliśmy w tył zwrot.

Sturmbannführer dr Kehrig, mój przełożony, wysłuchał raportu z kwaśną miną. "Tylko tyle?" - "Nie dosłyszałem wszystkiego, Herr Sturmbannführer". Naburmuszył się, cały czas przekładając bezmyślnie papiery na biurku. "Nie rozumiem. To w końcu kto nam wydaje rozkazy? Reichenau czy Jeckeln? A Brigadeführer Rasch, gdzie on jest?" - "Nie wiem, Herr Sturmbannführer". - "Niezbyt dużo pan wie, Obersturmführer. Odmaszerować".

Na drugi dzień Blobel wezwał wszystkich swoich oficerów. Wcześnie rano dwudziestu żołnierzy wyjechało z Callsenem. "Wysłałem ich do Łucka, razem z Vorkommando. Reszta Kommando podąży za nimi za dzień albo dwa. Chwilowo tam właśnie założymy kwaterę główną. AOK też zostanie przeniesiona do Łucka. Nasze dywizje szybko posuwają się naprzód. Trzeba się wziąć do pracy. Czekamy na Obergruppenführera Jeckelna, który ma nas poinstruować". Jeckeln, weteran Partii, czterdziestosześciolatek, pełnił funkcję Höhere SS und Polizeiführer na południową Rosję, a więc wszystkie formacje SS w strefie, w tym także nasza, były mu podległe w ten czy inny sposób. Jednak kwestia łańcucha dowódców nie dawała Kehrigowi spokoju: "To znaczy, że jesteśmy pod kontrolą Obergruppenführera?". - "Z administracyjnego punktu widzenia podlegamy 6. Armii. Ale z punktu widzenia taktyki rozkazy wydaje nam RS HA, za pośrednictwem Gruppenstab, oraz HSSPF. Czy to jasne?" Kehrig pokręcił głową i westchnął: "Nie do końca, ale przypuszczam, że te szczegóły staną się z czasem bardziej zrozumiałe". Blobel poczerwieniał: "Ale przecież wszystko zostało panu wyjaśnione w Pretzsch, do diabła!". Kehrig pozostał niewzruszony. "W Pretzsch, Herr Standartenführer, nie wyjaśniono nam absolutnie niczego. Częstowano nas przemówieniami i kazano nam ćwiczyć. To wszystko. Przypomnę panu, że na spotkanie z Gruppenführerem Heydrichem, w zeszłym tygodniu, przedstawiciele SD nie zostali zaproszeni. Jestem pewien, że były ku temu ważne powody, ale prawda jest taka, że zupełnie nie wiem, co, oprócz pisania raportów o morale i postawie ludzi z Wehrmachtu, powinienem tu robić". Odwrócił się do Vogta, Leitera IV: "Pan był na tym spotkaniu. Jeżeli więc ktoś objaśni nam nasze obowiązki, to będziemy je wykonywać". Vogt pukał w stół wiecznym piórem, wyraźnie zażenowany. Blobel przygryzał wewnętrzną stronę policzków i wbijał czarne oczy w jakiś punkt na ścianie. "Dobrze, warknął w końcu. Obergruppenführer będzie tu dziś wieczorem. Jutro wszystko się wyjaśni".

To niewiele wnoszące spotkanie odbyło się prawdopodobnie 27 czerwca, bo nazajutrz zwołano nas na wystąpienie Obergruppenführera Jeckelna, a według książek, którymi dysponuję, przemówienie to faktycznie miało miejsce dwudziestego ósmego. Jeckeln i Blobel doszli prawdopodobnie do wniosku, że ludzie z Sonderkommando potrzebują ukierunkowania i motywacji; późnym rankiem całe Kommando zebrało się na szkolnym podwórku, żeby wysłuchać HSSPF-a. Jeckeln mówił krótko i treściwie. Nasz obowiązek, jak tłumaczył, polega na zidentyfikowaniu i eliminacji za naszymi liniami wszelkiego elementu zagrażającego bezpieczeństwu oddziałów. Każdy bolszewik, każdy komisarz ludowy, każdy Żyd i każdy Cygan może w każdej chwili podłożyć dynamit w naszych kwaterach, zacząć mordować naszych ludzi, sprawić, że nasze pociągi będą się wykolejać, albo przekazać wrogowi ważne informacje. Nie powinniśmy czekać, aż zaczną działać, i dopiero wtedy ich karać, musimy uniemożliwić im działania, i to jest nasze zadanie. Nie ma także mowy, ze względu na tempo, z jakim postępuje naprzód nasza armia, o budowie obozów i zwózce; każdy podejrzany ma być zabity. Znajdującym się pośród nas pracownikom przypomniał, że ZSRR odmówił podpisania konwencji w Hadze i że, w związku z tym, prawo międzynarodowe regulujące nasze działania na Zachodzie nie ma tu zastosowania. Prawdopodobnie nie obejdzie się bez pomyłek, bez niewinnych ofiar, ale niestety, taka jest wojna: gdy na miasto spadają bomby, giną również cywile. A że będzie to przy okazji przykre, że nasza wrodzona niemiecka wrażliwość i delikatność niejednokrotnie ucierpi, cóż. Wie o tym, będziemy musieli przezwyciężać sami siebie, on może nam tylko powtórzyć słowa Führera, które usłyszał od niego osobiście: Dowódcy są Niemcom winni poświęcenie własnego zwątpienia. Dzięki i Heil Hitler!. To chociaż było szczere. W Pretzsch w przemówieniach Müllera czy Streckenbacha padały w kółko piękne słowa o potrzebie bycia bezwzględnym i bezlitosnym, ale poza potwierdzeniem, że owszem, udajemy się do Rosji, słyszeliśmy same ogólniki. Heydrich, w Düben, podczas pożegnalnej parady, byłby może nieco bardziej precyzyjny, ale ledwo zaczął mówić, z nieba spadł rzęsisty deszcz. Zrezygnował z wystąpienia i pojechał do Berlina. Nasza niepewność nie była więc niczym dziwnym, tym bardziej że niewielu z nas miało jakiekolwiek doświadczenie operacyjne; ja sam, od czasu wstąpienia do SD, zajmowałem się praktycznie tylko kompilowaniem akt prawnych i nie byłem w tym odosobniony. Kehrig był od kwestii konstytucyjnych, nawet Vogt, Leiter IV, przyszedł z kartoteki. Samego Standartenführera Blobela wyłuskano ze Staatspolizei w Düsseldorfie, pewnie nigdy nie robił nic poza aresztowaniem wyrzutków społeczeństwa, homoseksualistów i może jeszcze jakiegoś komunisty od czasu do czasu. W Pretzsch mówiono, że jest architektem - widocznie nie zrobił kariery. Nie należał do ludzi, których określa się mianem "miły". Wobec kolegów był agresywny, niemal brutalny. Jego okrągła twarz o krótkim podbródku i odstających uszach wyglądała, jakby zawieszono ją tuż nad kołnierzem munduru, przypominała głowę sępa, a haczykowaty nos tylko pogłębiał to wrażenie. Zawsze gdy przechodziłem obok niego, czułem alkohol, Häfner twierdził, że próbuje leczyć dyzenterię. Byłem szczęśliwy, że nie muszę mieć z nim do czynienia osobiście, a dr Kehrig, który miał taki obowiązek, wydawał się cierpieć z tego powodu. Sam zresztą też wyglądał, jakby nie był na swoim miejscu. Thomas, jeszcze w Pretzsch, wyjaśnił mi, że większość oficerów rekrutowano w biurach, w których nie byli niezbędni. Przydzielono im z urzędu stopnie SS (w ten sposób ja zostałem SS-Obersturmführerem, odpowiednikiem waszego porucznika), Kehrig, przed miesiącem Oberregierungsrat, czyli doradca w rządzie, wymienił swą wysoką urzędniczą rangę na stopień Sturmbannführera; najwyraźniej trudno mu było przyzwyczaić się do nowych epoletów i do nowych funkcji. Podoficerowie i szeregowcy wywodzili się zazwyczaj z niższej klasy średniej, spośród sklepikarzy, buchalterów, handlarzy, takich, co to wstępowali w szeregi SA podczas kryzysu, z nadzieją na pracę, i nigdy już z nich nie wystąpili. Było wśród nich kilku folksdojczów z krajów bałtyckich i z Rusi, ponurych, bezbarwnych, nieobytych z mundurem, których jedyną zaletę stanowiła znajomość rosyjskiego; niektórzy nie umieli sklecić zdania po niemiecku. Von Radetzki, to fakt, wyróżniał się z tej masy: mógł się poszczycić równie dobrą znajomością żargonu burdeli moskiewskich (w Moskwie się urodził), jak i berlińskich, i zawsze sprawiał wrażenie człowieka, który wie, co robi, nawet gdy akurat nie robił nic. Mówił też trochę po ukraińsku, podobno pracował w branży eksport-import; tak jak ja przyszedł tu z Sicherheitsdienst, służb bezpieczeństwa SS. Przydział do sektora Południe przyprawił go o rozpacz, marzył o Środku, o zwycięskim marszu na Moskwę, o wycieraniu butów w kobierce Kremla. Vogt pocieszał go i mówił, że w Kijowie też będzie zabawnie, ale von Radetzki tylko się krzywił: "Ławra jest rzeczywiście wspaniała. Ale poza tym Kijów to zwykła dziura". Tego samego wieczoru,. kiedy Jeckeln wygłosił mowę, otrzymaliśmy rozkaz zebrania rzeczy i przygotowania się do porannego wymarszu. Callsen był gotów nas przyjąć.

Łuck jeszcze płonął, gdy do niego wkraczaliśmy. Wyjechał nam na powitanie łącznik Wehrmachtu i poprowadził nas do kwater; musieliśmy obejść stare miasto i fort, droga była trudna. Kuno Callsen zarekwirował Akademię Muzyczną, przy wielkim placu, u stóp zamku - piękny siedemnastowieczny gmach, skromny, dawny klasztor, sto lat temu służący za więzienie. Callsen czekał na nas na dziedzińcu w towarzystwie kilku żołnierzy. "To bardzo praktyczna placówka, wyjaśniał mi w czasie rozładunku maszyn i rzeczy. W lochach zachowały się cele, wystarczy dorobić zamki, już się tym zająłem". Jeśli o mnie chodzi, to od więzienia wolałem bibliotekę. Niestety, zbiory składały się wyłącznie z książek rosyjskich i ukraińskich. Von Radetzki też przechadzał się po budynku, wtykał tu i ówdzie swój bulwiasty nos, strzelał mętnymi oczyma, z wielkim zainteresowaniem oglądał ozdobne gzymsy; gdy stanął blisko mnie, zwróciłem jego uwagę na fakt, że nie ma tu żadnej polskiej książki. "To dziwne, Herr Sturmbannführer. Nie tak dawno była tu jeszcze Polska". Von Radetzki wzruszył ramionami: "Chyba się pan domyśla, że stalinowcy wyczyścili wszystko". - "W ciągu dwóch lat?" - "Dwa lata to wystarczająco dużo czasu. Zwłaszcza w przypadku Akademii Muzycznej".

Vorkommando było wypchane po brzegi. Wehrmacht zdążył już zatrzymać setki Żydów i przestępców, i teraz my mieliśmy się nimi zająć. Ogień nadal płonął i wydawało się, że sabotażyści go podsycają. No i mieliśmy kłopot ze starym fortem. Dr Kehrig, porządkując papiery, znalazł swojego bedekera, podał mi go ponad rozbebeszonymi skrzyniami i wskazał notatkę: "Zamek Lubart. Widzi pan, zbudował go litewski książę". Słyszeliśmy, że jego wewnętrzny podwórzec pęka w szwach od zwłok więźniów, NKWD-ziści rozstrzelali wszystkich, zanim się wycofali. Kehrig kazał mi pójść i to obejrzeć. Ogromne mury z czerwonej cegły, wzniesione na umocnionych wałach ziemi i trzy baszty. Wartownicy Wehrmachtu trzymali straż przed bramą, wszedłem dopiero po interwencji oficera Abwehry. "Proszę wybaczyć. Generalfeldmarschall kazał zabezpieczyć miejsce". - "Oczywiście, rozumiem". Ohydny fetor wdarł mi się w nozdrza, gdy tylko minąłem bramę. Nie miałem chusteczki, przycisnąłem więc do twarzy rękawiczkę i próbowałem tak oddychać. "Niech pan weźmie to, zaproponował Hauptmann Abwehry, podając kawałek mokrej szmatki. Trochę pomaga". Rzeczywiście, trochę pomogło, ale nie wystarczyło, chociaż starałem się oddychać ustami, smród i tak wypełniał mój nos, był słodkawy, ciężki, mdły. Przełykałem konwulsyjnie ślinę, żeby nie zwymiotować. "Pierwszy raz?", spytał spokojnie Hauptmann. Pokiwałem głową. "Przyzwyczai się pan, powiedział. Chociaż może nigdy nie do końca". Sam był blady, ale nie zakrywał ust. Przeszliśmy długim, sklepionym korytarzem, a potem przez małe podwórko. "Tędy".

Trupy kłębiły się na dużym wybrukowanym dziedzińcu, w nieuporządkowanych stosach, rozrzuconych to tu, to tam. W powietrzu unosiło się głośne, niepokojące brzęczenie; tysiące ciężkich niebieskich much roiły się nad ciałami, strugami krwi, bryłami odchodów. Moje oficerki kleiły się do bruku. Zwłoki zaczęły już puchnąć, patrzyłem na zielonkawą i żółtą skórę, twarze zniekształcone jak u pobitych ludzi. Smród był nie do zniesienia; i ten smród, wiedziałem to, był początkiem i końcem wszystkiego, sam w sobie esencją naszej egzystencji. Ta myśl mnie głęboko poruszyła. Żołnierze Wehrmachtu w maskach gazowych, skupieni w niewielkie grupy, próbowali rozsupłać kłębowiska i układać ciała w rzędach; jeden z nich pociągnął zwłoki za ramię, oderwało się i zostało mu w rękach; odrzucił je obojętnym gestem na inny stos. "Jest ich ponad tysiąc, mruknął oficer Abwehry. Wszyscy to Ukraińcy i Polacy, których trzymali w więzieniu od inwazji. Znaleźliśmy kobiety, zdarzają się też dzieci". Chciałem zamknąć oczy albo zakryć je dłonią, a jednocześnie pragnąłem patrzeć, napatrzeć się do syta i spróbować objąć spojrzeniem tę niepojętą rzecz, tutaj, u moich stóp, to wszystko, dla czego nie ma miejsca w ludzkim umyśle. Poruszony widokiem zwróciłem się do oficera Abwehry: "Czytał pan Platona?". Popatrzył na mnie zakłopotany: "Co?". - "Nie, nic takiego". Odwróciłem się na pięcie i opuściłem plac. W głębi pierwszego podwórka, po lewej, były drzwi, pchnąłem je, zobaczyłem schody. Błądziłem po piętrach, pustych korytarzach, aż dotarłem do krętych schodów, prowadzących na szczyt jednej z wież. Na górze wszedłem na drewnianą kładkę przytwierdzoną do muru. Docierał tu zapach spalonego miasta - było to lepsze niż trupy, więc odetchnąłem głęboko, po czym wyjąłem z etui papierosa, zapaliłem. Zdawało mi się, że smród gnijących ciał osiadł mi we wnętrzu nosa, próbowałem pozbyć się go, wypuszczając dym przez nozdrza, ale przyprawiło mnie to tylko o konwulsyjny kaszel. Podziwiałem widoki. W głębi fortu były ogrody, małe warzywniki i kilka drzew owocowych, za murem ciągnęło się miasto i pętla Styru; tutaj nie było dymu, nad polami świeciło słońce. Wypaliłem w spokoju. Potem zszedłem i wróciłem na główny dziedziniec. Oficer Abwehry nadal tam był. Wbił we mnie zaciekawione spojrzenie bez cienia ironii: "Już lepiej?". - "Tak, dziękuję". Siliłem się na oficjalny ton: "Nie ma pan precyzyjnych danych liczbowych? Są mi potrzebne do raportu". - "Jeszcze nie. Jutro, jak sądzę". - "A narodowości?" - "Mówiłem już: prawdopodobnie Ukraińcy i Polacy. Trudno powiedzieć, większość nie miała przy sobie papierów. To były grupowe egzekucje, widać, że wykonywano je w pośpiechu". - "Są wśród nich Żydzi?" Spojrzał na mnie zdziwiony: "Oczywiście, że nie. Przecież to zrobili Żydzi". Skrzywiłem się: "No tak, oczywiście". Odwrócił się twarzą do trupów i przez chwilę stał, milcząc. "Jedno wielkie gówno", mruknął w końcu. Zasalutowałem na pożegnanie. Na zewnątrz stała grupka dzieci. Jedno z nich zapytało mnie o coś, ale ja nie rozumiałem jego języka, przeszedłem obok bez słowa i wróciłem do gmachu Akademii Muzycznej, żeby zdać raport Kehrigowi.

Nazajutrz Sonderkommando zabrało się poważnie do roboty. Pluton egzekucyjny pod dowództwem Callsena i Kurta Hansa stracił w ogrodach zamkowych trzystu Żydów i dwudziestu przestępców. Towarzyszyłem dr. Kehrigowi i Sturmbannführerowi Vogtowi, i dzień minął mi na zebraniach przygotowawczych z pełnomocnikiem wywiadu wojskowego 6. Armii, Ic/AO Niemeyerem, oraz kilku jego kolegami, w tym także z Hauptmannem Luleyem, którego spotkałem dzień wcześniej w zamku (zajmował się kontrwywiadem). Blobel twierdził, że brakuje ludzi, i chciał, żeby Wehrmacht przekazał nam część swoich, ale Niemeyer był kategoryczny: decyzje w tej kwestii podejmował Generalfeldmarschall wraz z dowódcą sztabu generalnego, Oberstem Heimem. Podczas zebrania, po południu, Luley oświadczył nam głosem pełnym napięcia, że pośród ciał na zamku znaleziono zwłoki dziesięciu niemieckich żołnierzy, okaleczone ze szczególnym okrucieństwem. "Byli związani, mieli obcięte nosy, uszy, języki i genitalia". Vogt poszedł z nim do zamku i wrócił z dziwnym wyrazem twarzy: "Tak, to prawda, to obrzydliwe, to prawdziwe potwory". Ta wiadomość wywołała wielkie poruszenie, Blobel zaczął się ciskać na korytarzu, a potem poszedł do Heima. Wieczorem oświadczył nam: "Generalfeldmarschall chce przeprowadzić akcję karną. Jedno mocne uderzenie powinno zniechęcić tych gnoi". Callsen zdał raport z wykonanych w tym dniu egzekucji. Wszystko odbyło się bez przeszkód, ale metoda narzucona przez von Reichenaua, czyli tylko dwa karabiny na skazańca, miała swoje wady: jeżeli człowiek chciał być pewien celności swojego strzału, musiał trafić raczej w głowę niż w pierś, co nie było zbyt czyste, żołnierzom pryskała na twarze krew i kawałki mózgu, skarżyli się. To wywołało żywą dyskusję. Häfner rzucił: "Zobaczycie, że wszystko skończy się Genickschuss, strzałem w kark, tak jak u bolszewików". Blobel poczerwieniał i mocno walnął pięścią w stół: "Meine Herren! Mówienie o tym w ten sposób jest niedopuszczalne! Nie jesteśmy bolszewikami! Jesteśmy niemieckimi żołnierzami. W służbie Volk i Führerowi! Kurwa!". Odwrócił się do Callsena: "Jeżeli pańscy ludzie są zbyt wrażliwi, niech sobie walną po sznapsie". A potem do Häfnera: "Tak czy inaczej nie ma mowy o strzelaniu w kark. Nie chcę, żeby żołnierze czuli się osobiście odpowiedzialni. Egzekucje będą odbywać się według metody wojskowej, koniec kropka".

Następny ranek spędziłem w AOK: po zajęciu miasta zarekwirowaliśmy skrzynie pełne dokumentów, musiałem przejrzeć je razem z tłumaczem, zwłaszcza papiery dotyczące NKWD, i wybrać te, które należało wysłać Sonderkommando do pilnej analizy. Szukaliśmy przede wszystkim list członków partii komunistycznej, NKWD lub innych organów: wielu, wmieszanych w ludność cywilną, zostało zapewne w mieście i prowadziło działalność szpiegowską albo dywersyjną, należało zidentyfikować ich w trybie natychmiastowym. Około południa wróciłem do Akademii, by skonsultować się z dr. Kehrigiem. Na parterze panowało pewne poruszenie: grupki ludzi dreptały po kątach, wymieniając pełne oburzenia szepty. Chwyciłem jakiegoś Scharführera za rękaw: "Co się dzieje?". - "Nie wiem, Herr Obersturmführer. Chyba jest jakiś problem ze Standartenführerem". - "Gdzie oficerowie?" Wskazał na schody wiodące do naszych kwater. Na piętrze minąłem Kehriga, schodził, mrucząc pod nosem: "Fochy, fochy i tyle". - "Co się dzieje?", spytałem go. Rzucił mi ponure spojrzenie, krzyknął: "No, jak my mamy pracować w takich warunkach?!". I ruszył dalej. Wszedłem kilka stopni wyżej i usłyszałem strzał, brzęk tłuczonego szkła, krzyki. Na piętrze, przed otwartymi drzwiami pokoju Blobela, sterczeli dwaj oficerowie Wehrmachtu w towarzystwie Kurta Hansa. "Co się dzieje?", spytałem Hansa. Ruchem brody pokazał mi pokój, ręce miał skrzyżowane za plecami. Wszedłem. Blobel siedział na łóżku, w butach, bez bluzy od munduru, i bawił się pistoletem, Callsen stał nad nim, próbując chwycić go za ramię i wycelować pistolet w ścianę; szyba w oknie była rozbita, na podłodze zauważyłem butelkę sznapsa. Blobel był siny, krzyczał coś nieskładnie i pryskał śliną. Häfner wszedł za mną. "Co się tutaj dzieje?" - "Nie wiem, wygląda na to, że Standartenführer ma jakiś atak". - "Tak. Nie wytrzymał". Callsen odwrócił się: "A, Obersturmführer. Niech pan przeprosi tych z Wehrmachtu i każe im przyjść później, dobrze?". Cofnąłem się i wpadłem na Hansa, który wreszcie postanowił wejść. "August, idź po lekarza", powiedział Callsen do Häfnera. Blobel nie przestawał bełkotać: "To niemożliwe, to niemożliwe, oni są chorzy, zabiję ich". Dwaj oficerowie Wehrmachtu stali z boku, sztywni i bladzi. "Meine Herren...", zacząłem. Häfner odepchnął mnie i zbiegł po schodach. Hauptmann zajęczał: "Wasz komendant oszalał! Chciał do nas strzelać!". Nie wiedziałem, co powiedzieć. Hans wyszedł i stanął za mną: "Meine Herren, proszę nam wybaczyć. Standartenführer ma atak i posłaliśmy po lekarza. Jesteśmy zmuszeni przełożyć dalszą rozmowę na później". Z pokoju dobiegał przeraźliwy krzyk Blobela: "Zabiję tych łajdaków, puśćcie mnie!". Hauptmann wzruszył ramionami: "Jeżeli tak wygląda kadra oficerska SS... Obejdziemy się bez waszej współpracy". Odwrócił się do swojego kolegi i rozłożył ramiona: "To nie do pomyślenia. Rekrutowali ich chyba w domach wariatów". Kurt Hans zbladł: "Meine Herren! Honor SS...". Teraz i on się jąkał. Odważyłem się mu przerwać: "Proszę posłuchać, nie wiem jeszcze, co się dzieje, ale prawdopodobnie mamy do czynienia z problemem natury zdrowotnej. Hans, niepotrzebnie się unosisz. Meine Herren, tak jak powiedział mój kolega, lepiej będzie, jak w tej chwili zostawicie nas samych". Hauptmann zmierzył mnie wzrokiem: "Pan to doktor Aue, nieprawdaż? Dobrze, chodźmy", rzucił do drugiego. Na schodach minęli Speratha, lekarza Sonderkommando, którego prowadził Häfner: "To pan jest lekarzem?". - "Tak". - "Niech pan uważa. Do pana pewnie też zechce strzelać". Odsunąłem się, żeby przepuścić Speratha i Häfnera, po czym wszedłem za nimi do pokoju. Blobel odłożył pistolet na stolik nocny i ochryple przemawiał do Callsena: "Ale chyba sam pan rozumie, że niemożliwy jest odstrzał tylu Żydów! Pługa tu potrzeba, pługa, musimy ich worać w ziemię!". Callsen odwrócił się do nas. "August, zajmij się Standartenführerem przez chwilę, dobrze?" Wziął Speratha pod ramię, pociągnął na stronę i szeptał coś do niego w ożywieniu. "O, kurwa!", zawołał Häfner. Odwróciłem się, mocował się z Blobelem, usiłując chwycić pistolet. "Herr Standartenführer, Herr Standartenführer, niech się pan uspokoi, bardzo pana proszę!", wykrzyknąłem. Callsen znów przy nim stanął i mówił coś spokojnie. Podszedł Sperath, zmierzył mu puls. Blobel chciał sięgnąć po pistolet, ale Callsen temu zapobiegł. Tym razem odezwał się Sperath: "Proszę posłuchać, Paul, jest pan przemęczony. Będę musiał zrobić panu zastrzyk". - "Nie! Żadnych zastrzyków!" Ręka Blobela, wyrzucona w powietrze, plasnęła o twarz Callsena. Häfner podniósł butelkę i pokazał mi ją, wzruszywszy ramionami: była prawie pusta. Kurt Hans stał przy drzwiach w milczeniu. Blobel wydawał z siebie zupełnie nieskładne okrzyki: "To tych łajdaków z Wehrmachtu trzeba wystrzelać! Co do jednego!", a potem znów zapadał w letarg. "August, Obersturmführer, proszę mi pomóc", rozkazał Callsen. Chwyciliśmy Blobela we trzech za stopy i pod pachami i położyliśmy go na łóżku. Nie bronił się. Callsen zwinął jego bluzę od munduru i wsunął mu pod głowę, Sperath podciągnął mu rękaw i zrobił zastrzyk. Blobel chyba się już trochę uspokoił. Wbijał w sufit wybałuszone oczy, w kącikach ust pieniło mu się nieco śliny, mruczał pod nosem: "Zaorać, zaorać Żydów". Dyskretnie wsunąłem pistolet do szuflady, wcześniej nikt o tym nie pomyślał. Blobel chyba zasnął. Callsen stanął przy łóżku: "Zawieziemy go do Lublina". - "Jak to, do Lublina?" - "Tam jest szpital dla takich pacjentów", wyjaśnił Sperath. - "No, dom wariatów", walnął z grubej rury Häfner. - "Zamknij się, August", warknął na niego Callsen. W progu stanął von Radetzki: "Co to za burdel?". Kurt Hans postanowił wyjaśnić: "Generalfeldmarschall wydał rozkaz, a Standartenführer zachorował, nie zniósł tego. Chciał strzelać do oficerów Wehrmachtu". - "Już rano miał gorączkę", dodał Callsen. W kilku słowach opisał von Radetzkiemu całą sytuację, powiedział też o propozycji Speratha. "Dobrze, uciął von Radetzki, zrobimy tak, jak mówi doktor. Odwiozę go osobiście". Wydawał się bledszy niż zwykle. "Co do rozkazu Generalfeldmarschalla, zaczęliście się już organizować?" - "Nie, nie zrobiliśmy w tej sprawie niczego", odrzekł Kurt Hans. - "Rozumiem. Callsen, niech się pan zajmie przygotowaniami. Häfner, pojedzie pan ze mną". - "Dlaczego ja?", obruszył się Häfner. - "Bo tak, rzucił zirytowany von Radetzki. I niech pan idzie przygotować opla Standartenführera. Niech pan weźmie kanistry z benzyną na wszelki wypadek". Häfner nie dawał za wygraną: "A Janssen nie może pojechać?". - "Nie, Janssen pomoże Callsenowi i Hansowi. Hauptsturmführer, zwrócił się do Callsena, zgadza się pan?" Callsen pokiwał głową w zamyśleniu: "A może lepiej byłoby, gdyby pan został, a ja bym pojechał, Herr Sturmbannführer. Ma pan teraz dowództwo". Von Radetzki zaprzeczył ruchem głowy: "No właśnie, dlatego myślę, że to ja powinienem z nim jechać". Callsen nie wyglądał na przekonanego: "Jest pan pewien, że tak będzie lepiej?". - "Tak, tak. Zresztą, niech się pan nie martwi: Obergruppenführer Jeckeln przyjedzie tu jeszcze dziś ze swoim sztabem generalnym. Większość jego ludzi już tu jest, wracam od nich. On weźmie sprawy w swoje ręce". - "Dobrze. Bo jeśli o mnie chodzi, to wie pan, Aktion o takim zasięgu...". Von Radetzki wykrzywił wargi w lekkim uśmiechu: "Niech się pan uspokoi. Niech pan idzie do Obergruppenführera i weźmie się za przygotowania: wszystko będzie dobrze, zapewniam pana".

Godzinę później oficerowie zgromadzili się w wielkiej sali. Von Radetzki i Häfner pojechali już z Blobelem; rzucał się, gdy wsadzali go do opla, Sperath musiał zrobić mu jeszcze jeden zastrzyk, a Häfner w tym czasie trzymał go w mocnym uścisku. Callsen zabrał głos: "Cóż, myślę, że wszyscy wiecie coś niecoś o zaistniałej sytuacji". Vogt przerwał mu: "A może jednak przypomnimy?". - "Jeżeli pan sobie życzy. Dziś rano Generalfeldmarschall wydał rozkaz pomszczenia dziesięciu żołnierzy niemieckich, których okaleczone zwłoki znaleziono w fortecy. Rozkazał stracić jednego Żyda w zamian za jedną osobę zamordowaną przez bolszewików, co daje razem ponad tysiąc Żydów. Rozkaz dotarł do Standartenführera i to chyba przyspieszyło atak choroby..." - "Część winy za to ponosi także armia, wszedł mu w słowo Kurt Hans. Mogli mu przysłać kogoś bardziej taktownego od tamtego Hauptmanna. Zresztą, przekazywanie rozkazu tej wagi przez jakiegoś Hauptmanna to niemal obelga". - "Trzeba przyznać, że ta historia kładzie się plamą na honorze SS", skomentował Vogt. - "Proszę posłuchać, odparł surowym tonem Sperath, zupełnie nie w tym rzecz. Mogę wam zagwarantować, że Standartenführer był chory dziś rano, miał wysoką gorączkę. Myślę, że to początek duru brzusznego. Zapewne to choroba przyspieszyła atak". - "Tak, ale on dużo pił", zauważył Kehrig. - "To prawda, ośmieliłem się wtrącić, w jego pokoju znaleźliśmy pustą butelkę". - "Miał problemy z jelitami, odparł Sperath. Myślał, że to mu pomoże". "Cokolwiek to było, podsumował Vogt, nie mamy pierwszego dowódcy. Drugiego zresztą też nie. Tak nie może być. Proponuję, by do czasu powrotu Sturmbannführera von Radetzkiego, Hauptsturmführer Callsen przejął dowodzenie Sonderkommando". - "Ale to nie ja jestem tu najwyższy stopniem, zaprotestował Callsen. To przecież pan albo Sturmbannführer Kehrig". - "Tak, ale my nie jesteśmy oficerami operacyjnymi. Ma pan najdłuższy staż spośród wszystkich szefów Teilkommando". - "Zgadzam się", powiedział Kehrig. Callsen, z napięciem malującym się na twarzy, przenosił wzrok z jednego oficera na drugiego, a potem spojrzał na Janssena, który odwrócił się i pokręcił głową. "Ja też się zgadzam, dorzucił Kurt Hans. Hauptsturmführer, dowodzenie należy do pana". Callsen nie odpowiedział, wzruszył ramionami. "No dobrze. Jak chcecie". - "Mam pytanie", odezwał się spokojnie Strehlke, nasz Leiter II. Zwrócił się do Speratha: "Doktorze, według pana, w jakim stanie jest Standartenführer? Możemy liczyć na jego szybki powrót czy raczej nie?". Sperath wydął wargi. "Nie wiem. Trudno powiedzieć. Jego problem ma zapewne po części podłoże nerwowe, ale muszą również istnieć przyczyny organiczne. Trzeba będzie zobaczyć, jak się poczuje, gdy spadnie gorączka". - "Jeżeli dobrze zrozumiałem, chrząknął Vogt, nie wróci od razu". - "Mało prawdopodobne. Na pewno nie w ciągu najbliższych dni". - "A może nie wróci już wcale", wyrwało się Kehrigowi. Na sali zapanowało milczenie. Najwyraźniej łączyła nas wspólna myśl, chociaż nikt nie odważył się wypowiedzieć jej głośno: nie byłoby najgorzej, gdyby Blobel nie wrócił. Żaden z nas nie znał go jeszcze miesiąc temu, a pod jego dowództwem byliśmy niecały tydzień, zdążyliśmy jednak zrozumieć, że praca z nim może okazać się trudna, a nawet przykra. Callsen przerwał milczenie: "Słuchajcie, wszystko ładnie, pięknie, ale musimy wziąć się za planowanie akcji". - "No tak, właśnie, podjął gwałtownie Kehrig, to jakaś groteska, cała ta historia, nie ma sensu". - "Co jest groteską?", spytał Vogt. - "Te wasze represje! Co to, wojna trzydziestoletnia? A, przede wszystkim, jak chcecie zidentyfikować tysiąc Żydów? W jedną noc?" Postukał się po nosie. "Na oko? Będziecie oglądać im nosy? Mierzyć ich?" - "Rzeczywiście, przyznał Janssen, który dotąd nie odezwał się słowem. To nie będzie łatwe". - "Häfner ma pewien pomysł", rzucił krótko Kurt Hans. "Po prostu każemy im zsuwać spodnie". Kehrigowi puściły hamulce: "No przecież to jest po prostu śmieszne! Postradaliście zmysły czy co? Callsen, niech im pan coś powie". Callsen był ponury, ale niewzruszony: "Herr Sturmbannführer. Niechże się pan uspokoi. Musi być jakieś rozwiązanie, porozmawiam o tym jeszcze dziś z Obergruppenführerem. Co do samej zasady, to wcale nie podoba mi się ona bardziej niż panu. Ale takie są rozkazy". Kehrig patrzył na niego, przygryzając wargę; widać było, że próbuje się powstrzymać. "A Brigadeführer Rasch, wybuchnął wreszcie, co on mówi na ten temat? W końcu to nasz bezpośredni przełożony". - "Właśnie, z nim też jest kłopot. Próbowałem nawiązać z nim kontakt, ale Gruppenstab jest jeszcze w drodze, na to przynajmniej wygląda. Chcę wysłać do Lemberga oficera, który zda mu raport i poprosi o wskazówki". - "Kogo chciałby pan wysłać?" - "Myślałem o Obersturmführerze Aue. Da pan sobie bez niego radę przez dzień lub dwa?" Kehrig odwrócił się do mnie: "Jak tam pańskie teczki, Obersturmführer?". - "Przejrzałem już większą część. Potrzeba mi jeszcze kilku godzin, jak sądzę". Callsen spojrzał na zegarek: "Tak czy inaczej dziś już za późno. Nie dotarłby pan przed nocą". - "Cóż, powziął decyzję Kehrig. W takim razie niech pan skończy wszystko dzisiaj, a jutro o świcie w drogę". - "Świetnie... Herr Hauptsturmführer, zwróciłem się do Callsena, jakie jest moje zadanie?" - "Proszę zdać Brigadeführerowi relację z zaistniałej sytuacji i problemów komendanta. Niech mu pan przekaże nasze decyzje i poprosi o dalsze wskazówki". - "A przy okazji, dorzucił Kehrig, proszę się zorientować w lokalnej sytuacji. Podobno jest tam spore zamieszanie, chciałbym wiedzieć, co się dzieje". - Zu Befehl".

Potrzebowałem aż czterech żołnierzy, żeby wnieść wyselekcjonowane archiwa do biur SD. Tego wieczoru Kehrig był w okropnym nastroju. "A cóż to, Obersturmführer?!, krzyknął na widok skrzyń. Zdaje się, że miał pan to posegregować!" - "Musiałby pan zobaczyć, co zostawiłem na dole, Herr Sturmbannführer". - "No, może. Będziemy musieli zatrudnić dodatkowych tłumaczy. Dobrze. Pański samochód jest gotowy do drogi, spyta pan o Höflera. Wyjedźcie wcześnie. A teraz niech pan idzie do Callsena". Na korytarzu minąłem Untersturmführera Zorna, podoficera podlegającego Häfnerowi. "A, doktor Aue. Szczęściarz z pana". - "Dlaczego?" - "Bo pan wyjeżdża. Nas czeka brudna robota". Pokiwałem głową: "Bez wątpienia. A więc wszystko gotowe?". - "Nie wiem. Ja mam się zająć tylko kordonem". Dołączył do nas Janssen i zaczął zrzędzić: "Zorn znowu narzeka". - "Rozwiązaliście problem?", spytałem. - "Który?" - "Problem z Żydami. Z dotarciem do nich". Zaśmiał się sucho: "Ach, to! Okazało się banalnie proste. AOK wydrukuje plakaty: wszyscy Żydzi mają się zebrać jutro rano na głównym placu, w sprawie obowiązkowych robót. Weźmiemy tych, którzy przyjdą". - "I myśli pan, że będzie ich wystarczająco dużo?" - "Obergruppenführer mówi, że to zawsze działa. A jak nie, to aresztujemy żydowskich przywódców i zagrozimy rozstrzelaniem, jeżeli nie zbiorą wystarczającej liczby". - "Rozumiem". - "Och, to jest czyste draństwo, jęczał Zorn. Na szczęście ja mam się zająć tylko kordonem". - "Ale pan chociaż tu jest, warknął Janssen. Nie jak ta świnia Häfner". - "To nie jego wina, zaprotestowałem. Chciał zostać. Sturmbannführer uparł się, żeby mu towarzyszył". - "No właśnie. A jego czemu tu nie ma?" Popatrzył na mnie złowrogo. "Ja też bym się chętnie przejechał do Lublina albo do Lemberga". Wzruszyłem ramionami i poszedłem poszukać Callsena. Siedział pochylony nad planem miasta, a z nim Vogt i Kurt Hans. "Słucham, Obersturmführer?" - "Pan chciał mnie widzieć". Callsen doszedł już chyba do siebie, był niemal odprężony. "Powie pan Brigadeführerowi doktorowi Raschowi, że Obergruppenführer Jeckeln przyjął rozkazy armii i przejmuje osobistą kontrolę nad przebiegiem Aktion". Popatrzył na mnie ze spokojem, widać było, że decyzja Jeckelna zdjęła mu z barków spory ciężar. "Potwierdza on także objęcie przeze mnie stanowiska tymczasowego dowódcy, do chwili powrotu Sturmbannführera von Radetzkiego. Chyba że Brigadeführer będzie wolał kogoś innego. Wreszcie, na potrzeby Aktion przekazuje nam ukraińskie oddziały pomocnicze i jedną kompanię 9. batalionu rezerwy policji. To wszystko". Zasalutowałem i wyszedłem bez słowa. W nocy długo nie mogłem zasnąć: myślałem o Żydach, którzy przyjdą jutro. Uważałem tę metodę za bardzo niesprawiedliwą; zostaną ukarani Żydzi pełni dobrej woli i ufności w słowo dane przez Rzeszę, a cała reszta, tchórze, zdrajcy, bolszewicy, zaszyją się w kryjówkach i nikt ich nie znajdzie. Dobrze mówił Zorn, to jest czyste draństwo. Cieszyłem się, że wyjeżdżam do Lemberga (zwanego przez Polaków Lwowem, a przez Ukraińców Lwiwem), podróż zapowiadała się interesująco, ale nie byłem zadowolony, że ominie mnie akcja; uważałem, że to poważny problem, ale że trzeba stawić mu czoło i rozwiązać, choćby we własnym interesie, nie zaś uciekać. Inni, tacy jak Callsen, jak Zorn, chcieli się jakoś wykręcić, zrzucić z siebie odpowiedzialność; wydawało mi się to nieuczciwe. Jeżeli dopuścilibyśmy się niesprawiedliwości, to musielibyśmy zastanowić się nad nią i zdecydować, czy rzeczywiście była niezbędna i nieunikniona, czy też wynikała wyłącznie z chęci ułatwienia sobie życia, z lenistwa, bezmyślności. To była kwestia dyscypliny. Wiedziałem, że decyzje zostały podjęte na dużo wyższym szczeblu, ale przecież my nie byliśmy automatami, tu nie chodziło tylko o posłuszeństwo rozkazom, lecz o zaangażowanie w ich wypełnienie, a ja byłem wstrząśnięty, pełen wątpliwości. Poczytałem trochę, spałem kilka godzin.

O czwartej rano ubrałem się. Höfler, mój szofer, czekał na mnie w mesie z paskudną kawą. "Mam też chleb i ser, Herr Obersturmführer, gdyby miał pan ochotę". - "Nie, dziękuję, nie jestem głodny". Piłem kawę w milczeniu. Höfler przysypiał. Z podwórza nie dochodził żaden odgłos. Przyszedł Popp, żołnierz, który miał mnie eskortować, i zaczął głośno jeść. Wyszedłem na podwórze zapalić papierosa. Niebo było czyste, nad wysoką fasadą dawnego klasztoru błyszczały gwiazdy, odległe i obojętne w łagodnym białym blasku. Księżyca jakoś nie mogłem dojrzeć. Höfler także wyszedł i zasalutował: "Wszystko gotowe, Herr Obersturmführer". - "Wziąłeś kanistry z benzyną?" - "Tak, trzy". Popp stał przy przednich drzwiczkach samochodu, niezgrabny i zadowolony z tego, że ma karabin. Dałem mu znak, żeby usiadł z tyłu. "Zazwyczaj, Herr Obersturmführer, eskorta siada z przodu". - "Tak, ale ja wolę, żebyś usiadł z tyłu".

Przejechawszy Styr, Höfler skręcił na południe. Droga była oznakowana tablicami; z mapy wynikało, że mamy przed sobą kilka godzin jazdy. Był piękny poniedziałkowy świt, spokojny, leniwy. Uśpione wioski wydawały się nietknięte przez wojnę, wartownicy na stanowiskach kontrolnych nie robili żadnych trudności. Niebo po lewej zaczynało jaśnieć. Niedługo potem zza drzew wyszło czerwonawe słońce. Cienkie pasma mgły słały się nisko nad ziemią. Od wsi do wsi ciągnęły się po horyzont wielkie płaskie pola, pocięte kępami zarośli i masywnymi, zadrzewionymi pagórkami. Niebo błękitniało powoli. "Tu musi być dobra gleba", odezwał się Popp. Nie odpowiedziałem, więc zamilkł. W Radziechowie zrobiliśmy postój na posiłek. Tu już wypalone skorupy pojazdów opancerzonych zalegały na poboczach i w rowach, spopielone chaty odbierały urodę wioskom. Ruch na drodze robił się coraz większy, mijaliśmy długie kolumny ciężarówek, wyładowanych żołnierzami i prowiantem. Niedaleko Lemberga musieliśmy się zatrzymać na rogatkach i przepuścić kolumnę czołgów. Ziemia drżała, kurz unosił się wielkimi kłębami, brudził szyby, wciskał się we wszystkie szpary. Höfler poczęstował mnie papierosem. Poppa też. Zapalił i skrzywił się: "Te sportnixe'y są do dupy". - "Nie są najgorsze, odpowiedziałem. Nie ma co wybrzydzać". Gdy przejechały wszystkie czołgi, podszedł żandarm polowy i pokazał nam na migi, że mamy czekać: "Zaraz będzie następna kolumna", krzyknął. Wypaliłem i wyrzuciłem niedopałek przez okno. "Popp ma rację, odezwał się nagle Höfler. To piękny kraj. Można by zamieszkać tutaj po wojnie". - "Przeprowadzisz się tutaj?", spytałem z uśmiechem. Wzruszył ramionami: "To zależy". - "Od czego?" - "Od biurokratów. Jeżeli będzie tak jak u nas, to szkoda zachodu". - "A czym byś się zajmował?" - "Gdybym mógł, Obersturmführer? Otworzyłbym sklepik, jak u siebie. Dobre wyroby tytoniowe, mały bar, a do tego jeszcze warzywa i owoce, zobaczyłbym". - "I wolałbyś prowadzić to tutaj niż u siebie?" Uderzył mocno w kierownicę: "U siebie musiałem zamknąć interes. Jeszcze w trzydziestym ósmym". - "Dlaczego?" - "Cóż, sprawka tych drani z konsorcjum, tej Reemtsmy. Wymyślili, że będą zaopatrywać tylko te sklepy, których minimalny roczny dochód wynosi pięć tysięcy marek. W mojej miejscowości mieszka jakieś sześćdziesiąt rodzin, to jak ja mam sprzedać papierosów za pięć tysięcy marek... Co mogłem zrobić, nie ma innego dostawcy. Prowadziłem jedyny sklep tytoniowy w wiosce, wstawiał się za mną nasz Parteiführer, pisał listy do Gauleitera, robiliśmy wszystko co w naszej mocy, i nic. Sprawa trafiła do sądu gospodarczego, przegrałem i musiałem zamknąć sklep. Z samych warzyw trudno było wyżyć. A potem mnie powołali". - "Więc nie ma już sklepu tytoniowego w twojej wiosce?", zapytał Popp głucho. - "No, nie, jak widzisz". - "U nas nigdy takiego nie mieliśmy". Druga kolumna czołgów była coraz bliżej i ziemia znów mocno zadrżała. Jedna z szyb samochodu, widocznie źle zamocowana, zaczęła szaleńczo dzwonić o ramę. Pokazałem to Höflerowi, a on pokiwał głową. Kolumna była nieskończenie długa: wyglądało na to, że front nadal posuwa się pełną parą naprzód. I wreszcie żandarm polowy dał nam znak, że droga wolna.

W Lembergu panował chaos. Żaden z żołnierzy na stanowiskach kontrolnych nie potrafił wskazać nam drogi do stanowiska dowodzenia Sicherheitspolizei i SD; miasto zostało zajęte dwa dni wcześniej, ale do tej pory nikt chyba nie zadał sobie trudu ustawienia oznaczeń taktycznych. Jechaliśmy jakąś szeroką ulicą, bez konkretnego celu; wychodziła na długi bulwar, przedzielony parkiem i obramowany pastelowymi fasadami, kokieteryjnie ozdobionymi przez białe gzymsy. Ulicami przelewały się tłumy. Między niemieckimi pojazdami wojskowymi jeździły odkryte ciężarówki, na których powiewały niebiesko-żółte proporce i flagi. Wiozły masy ludzi w cywilu albo w niepełnym umundurowaniu, uzbrojonych w karabiny i pistolety; ludzie krzyczeli, śpiewali, strzelali w powietrze. Na chodnikach i w parku inni ludzie, z bronią albo bez, wiwatowali na ich widok, a niemieccy żołnierze patrzyli na to obojętnym wzrokiem. Wreszcie jakiś Leutnant Luftwaffe wskazał mi stanowisko dowodzenia dywizji, stamtąd wysłano nas do AOK 17. Oficerowie biegali po schodach, wychodzili z gabinetów, trzaskając drzwiami, porozrzucane i podeptane sowieckie dokumenty walały się na korytarzach. W holu stała grupa mężczyzn z niebiesko-żółtymi opaskami na rękawach cywilnych ubrań, mieli strzelby; prowadzili zażartą dyskusję po ukraińsku albo po polsku, nie wiem, z niemieckimi żołnierzami, którzy nosili plakietki z wizerunkiem słowika. Dopadłem młodego majora Abwehry: "Einsatzgruppe B? Przyjechali wczoraj. Zajęli biura NKWD". - "Które gdzie się znajdują?" Podniósł na mnie zmęczone oczy. "Nie mam bladego pojęcia". W końcu znalazł jakiegoś podoficera i oddał go do mojej dyspozycji.

Samochody na bulwarze jechały bardzo wolno, aż w pewnym momencie tłum całkowicie zablokował ruch. Wysiadłem z opla sprawdzić, co się dzieje. Ludzie wydzierali się jak szaleni, klaskali; jedni wynosili krzesła z kawiarni albo ustawiali skrzynki i wchodzili na nie, żeby lepiej widzieć; inni sadzali na ramionach dzieci. Z trudem torowałem sobie przejście. Pośród tłumu, wewnątrz wielkiego, pustego kręgu, paradowali mężczyźni przebrani w kostiumy ukradzione z teatru albo muzeum, mieli ekstrawaganckie ubiory, peruki z czasów regencji i kurtę huzara z 1812 roku, togę magistratu z gronostajem, mongolskie zbroje i szkockie tartany, na wpół rzymski, na wpół renesansowy operetkowy strój z krezą; jeden z mężczyzn ubrał się w mundur czerwonej armii konnej Budionnego, a do tego założył cylinder i futrzany kołnierz, wymachiwał długim pistoletem Mausera; wszyscy mieli pałki albo strzelby. U ich stóp klęczeli jacyś mężczyźni i lizali bruk. Od czasu do czasu któryś z przebranych facetów częstował ich kopniakiem albo ciosem kolby. Prawie wszyscy klęczący obficie krwawili. Tłum wokół wył jak opętany. Za mną ktoś zagrał chwytliwą melodię na akordeonie. I natychmiast zabrzmiały słowa, śpiewane przez dziesiątki głosów, mężczyzna w kilcie wyjął skądś skrzypce, a ponieważ nie miał smyczka, szarpał struny, jakby to była gitara. Jeden z gapiów pociągnął mnie za rękaw i wrzasnął zapamiętale: "Żyd, Żyd, kaputt!". To akurat zdążyłem już zrozumieć. Uwolniłem się stanowczo z jego uścisku i przedarłem z powrotem przez tłum. W tym czasie Höfler zdążył zawrócić. "Myślę, że można przejechać tędy", powiedział żołnierz Abwehry, wskazując przecznicę. Szybko pobłądziliśmy. Wreszcie Höfler wpadł na pomysł, żeby zaczepić jakiegoś przechodnia: "NKWD? NKWD?". - "NKWD kaputt!", radośnie wrzasnął facet. Pokazał nam drogę na migi: okazało się, że kwaterę od AOK dzieliło tylko dwieście metrów, pojechaliśmy w złym kierunku. Odesłałem naszego przewodnika i poszedłem się przedstawić. Jak mnie poinformowano, Rasch był akurat na zebraniu z Leiterami i oficerami armii. Nikt nie wiedział, kiedy będzie mógł mnie przyjąć. Z pomocą przyszedł mi Hauptsturmführer: "Przyjechał pan z Łucka? Wiemy o wszystkim, Brigadeführer rozmawiał przez telefon z Obergruppenführerem Jeckelnem. Ale jestem pewien, że pański raport go zainteresuje". - "Dobrze. W takim razie zaczekam". - "Och, nie warto, to potrwa jeszcze co najmniej dwie godziny. Niech pan idzie pospacerować. Polecam zwłaszcza stare miasto". - "Wśród mieszkańców panuje wielkie poruszenie", zauważyłem. - "Tak, to prawda. NKWD zamordowało w więzieniach trzy tysiące ludzi, a potem zwiało. Poza tym wszyscy galicyjscy i ukraińscy nacjonaliści powychodzili z lasów czy też Bóg wie z jakich innych kryjówek i robią zamieszanie. Nadchodzą ciężkie czasy dla Żydów". - "A co na to Wehrmacht?" Mrugnął do mnie: "Rozkazy z góry, Obersturmführer. Ludność oczyszcza miasto ze zdrajców i kolaborantów, to nie nasza sprawa. To konflikt wewnętrzny. No, to do zobaczenia". Zniknął w gabinecie, a ja wyszedłem. Odgłos wystrzałów dochodzący z centrum przypomniał mi petardy puszczane podczas kiermaszu. Zostawiłem Höflera i Poppa w samochodzie i ruszyłem pieszo w stronę głównego bulwaru. Pod kolumnadą panowało radosne ożywienie; otwarto na oścież drzwi i okna kawiarni, ludzie pili, krzyczeli, przypadkowi przechodnie ściskali mi dłoń; roześmiany mężczyzna podał kieliszek szampana, który wypiłem do dna, i zanim zdążyłem mu go oddać, zniknął. Wmieszani w tłum, jak w karnawale, paradowali mężczyźni wystrojeni w sceniczne kostiumy, niektórzy mieli nawet maski, zabawne, szkaradne, groteskowe. Przeszedłem przez park. Za nim zaczynało się stare miasto, zupełnie różne od austro-węgierskiego bulwaru: stały tu wąskie, późnorenesansowe kamienice, zwieńczone spadzistymi dachami, o kolorowych, lecz wyblakłych fasadach, ozdobionych barokowymi ornamentami z kamienia. Uliczkami chodziło znacznie mniej ludzi. Wystawa jednego z zamkniętych sklepów zaklejona była makabrycznym plakatem: powiększona fotografia zwłok i podpis cyrylicą; umiałem z tego rozszyfrować jedynie słowa "Ukraina" i "Żydy". Minąłem piękny i wielki kościół, najprawdopodobniej rzymskokatolicki; był zamknięty i nikt nie otworzył, gdy zapukałem. Z otwartych drzwi któregoś z domów w głębi ulicy dochodził dźwięk tłuczonego szkła, uderzenia, krzyki; dalej leżał martwy Żyd z nosem w rynsztoku. Uzbrojeni mężczyźni z niebiesko-żółtymi opaskami na rękawach stali w niewielkich grupach i rozmawiali z cywilami, od czasu do czasu wchodzili do któregoś domu, a wtedy harmider wewnątrz narastał, czasem nawet słychać było wystrzały. Zobaczyłem, jak jakiś człowiek przelatuje przez szybę zamkniętego okna na piętrze - spadł prawie u mych stóp, w deszczu szklanych okruchów, musiałem odskoczyć w tył, żeby i mnie nie dosięgły; usłyszałem wyraźnie suchy trzask jego karku, gdy uderzył o bruk. Mężczyzna w koszuli z podwiniętymi rękawami i w kaszkiecie wychylił się przez rozbite okno. Na mój widok krzyknął wesoło w niezdarnej niemczyźnie: "Proszę wybaczyć, Herr deutschen Offizier! Nie widziałem pana". Zaczął narastać we mnie lęk, ominąłem zwłoki i poszedłem dalej bez słowa. Nagle z bramy wysokiej starej dzwonnicy wyskoczył jakiś zarośnięty mężczyzna w habicie; dostrzegł mnie i natychmiast ruszył w moją stronę: "Herr Offizier! Herr Offizier! Niech pan tu podejdzie, bardzo proszę!". Mówił po niemiecku lepiej niż tamten defenestrator, ale miał dziwny akcent. Niemal siłą wciągnął mnie do środka. Usłyszałem krzyki, dzikie wycie; na dziedzińcu kościoła kilku mężczyzn brutalnie biło leżących na ziemi Żydów, mieli kije i metalowe pręty. Niektóre ciała nie reagowały już na ciosy, inne drżały jeszcze. "Herr Offizier!, krzyczał ksiądz, niech pan coś zrobi, proszę! To jest kościół!" Stałem przy wejściu, nie wiedziałem, co począć; ksiądz usiłował pociągnąć mnie za ramię. Nie wiem, o czym wtedy myślałem. Jeden z Ukraińców zauważył mnie i powiedział coś do swoich towarzyszy, wskazując na mnie ruchem głowy; zawahali się, przestali bić. Ksiądz wyrzucił z siebie potok niezrozumiałych słów, po czym odwrócił się do mnie: "Powiedziałem, że rozkazał im pan przestać. Powiedziałem im, że kościoły to miejsca święte i że są świniami, powiedziałem, że kościoły są pod ochroną Wehrmachtu i że jeśli nie przestaną, będą aresztowani". "Jestem sam", odparłem. - "To nie ma znaczenia", odrzekł ksiądz. Wykrzyczał jeszcze kilka zdań po ukraińsku. Mężczyźni powoli opuścili uniesione pręty. Jeden z nich uraczył mnie wściekłą tyradą. Zrozumiałem z niej trzy słowa: "Stalin", "Galicja" i "Żydzi". Inny splunął na zwłoki. Zapadło milczenie, pełne napięcia i niepewności. Ksiądz znów coś wrzasnął; mężczyźni zostawili Żydów, wyszli bez słowa, jeden za drugim, i znikli w głębi ulicy. "Dziękuję, powtarzał ksiądz, dziękuję". Pobiegł obejrzeć Żydów. Dziedziniec był lekko pochyły, po jego drugiej stronie, pod dachem pokrytym miedzią, tuż przy kościele, znajdowały się przepiękne krużganki. "Proszę mi pomóc, powiedział ksiądz. Ten człowiek jeszcze żyje". Chwycił go pod pachami i uniósł, ja złapałem go za stopy. Był to młody mężczyzna, prawie bez zarostu. Głowa opadła mu w tył, strużka krwi płynęła po pejsach i znaczyła posadzkę dziedzińca dużymi lśniącymi kroplami. Serce biło mi jak oszalałe: jeszcze nigdy nie niosłem w ten sposób umierającego człowieka. Musieliśmy obejść kościół, ksiądz szedł tyłem i zrzędził po niemiecku: "Najpierw byli bolszewicy, a teraz szaleni Ukraińcy. Czemu wasze wojsko się za to nie weźmie?". Wielki ostrołuk w głębi otwierał się na dziedziniec i wreszcie drzwi do kościoła. Pomogłem przenieść Żyda przez przedsionek i położyć go na ławce. Ksiądz kogoś zawołał; dwaj mężczyźni, poważni i brodaci jak on, z tym że w garniturach, pojawili się nagle w nawie. Powiedział coś do nich w dziwnym języku, niepodobnym ani do ukraińskiego, ani do rosyjskiego, do polskiego także nie. Wszyscy trzej wyszli razem na dziedziniec. Jeden oddalił się alejką na tyły kościoła, a dwóch od razu poszło do Żydów. "Wysłałem go po lekarza", wyjaśnił ksiądz. - "Gdzie my w ogóle jesteśmy?", spytałem. Stanął i spojrzał na mnie: "To jest ormiańska katedra". - "A więc w Lembergu są także Ormianie?", zdziwiłem się. Wzruszył ramionami: "O wiele dłużej niż Niemcy i Austriacy". Z pomocą przyjaciela podniósł jeszcze jednego Żyda, który cicho jęczał. Krew Żydów spływała wolno po płytach pochyłego dziedzińca, aż do krużganków. Dostrzegłem tam wmurowane w ścianę i w posadzkę kamienie nagrobne, pokryte tajemniczymi hieroglifami; było to zapewne pismo ormiańskie. Podszedłem bliżej. Krew wypełniała wklęsłości liter, wyrżniętych w ułożonych płasko nagrobkach. Odwróciłem się gwałtownie. Poczułem się przygnębiony i wstrząśnięty; zapaliłem papierosa. Pod arkadami było dużo chłodniej. Słońce odbijało się w kałużach świeżej krwi i w wapiennych płytach dziedzińca, opromieniało ciężkie ciała Żydów, ich zgrzebne garnitury, czarne albo brązowe, nasiąkłe krwią. Muchy roiły się nad ich głowami i siadały na ranach. Wrócił ksiądz i przystanął nad nimi. "A zmarli? - rzucił. - Nie możemy tak ich zostawić". Ale ja nie miałem zamiaru mu pomagać; myśl o dotykaniu ostygłych ciał napawała mnie wstrętem. Zwróciłem się ku bramie, ominąłem zwłoki i wyszedłem na ulicę. Była pusta, bez zastanowienia skręciłem w lewo. Znalazłem się w ślepej uliczce; po jej prawej stronie rozciągał się plac z imponującym barokowym kościołem o rokokowych ornamentach i wysokim kolumnowym portalu; budowlę wieńczyła miedziana kopuła. Wszedłem po schodach do środka. Szerokie sklepienie nawy spoczywało lekko na cienkich i krętych kolumnach, światło dnia wpadało obficie przez witraże i kładło się na złoconych drewnianych rzeźbach; przez cały kościół ciągnęły się rzędy ciemnych, wypolerowanych ław, całkiem pustych. W ścianie niewielkiego bielonego korytarzyka zauważyłem niskie drzwi ze starego drewna o metalowych okuciach: pchnąłem je, kilka kamiennych schodków prowadziło do szerokiego, niskiego westybulu - światło wpadało tu przez małe okienka. Przeciwległa ściana zastawiona była oszklonymi półkami, pełnymi przedmiotów kultu; niektóre wydały mi się bardzo stare, cudownie wykonane. Ku memu wielkiemu zaskoczeniu w jednej z gablot dostrzegłem przedmioty żydowskie: zwoje zapisane po hebrajsku, szale modlitewne, stare ryciny przedstawiające Żydów w synagodze. Na hebrajskich księgach widniały niemieckie adresy drukarni: Lwów, 1884; Lublin, 1853, bei Schmuel Berenstein. Usłyszałem kroki i podniosłem głowę: szedł ku mnie mnich z tonsurą. Miał na sobie biały habit dominikanów. Zatrzymał się tuż przy mnie: "Dzień dobry, odezwał się po niemiecku. W czym mogę panu pomóc?". - "Cóż to takiego?" - "Jest pan w klasztorze". Wskazałem na gabloty: "Nie, mam na myśli to wszystko". - "To? To nasze muzeum religii. Wszystkie eksponaty pochodzą z regionu. Może pan obejrzeć, jeśli ma pan ochotę. Zazwyczaj prosimy o niewielki datek, ale dziś wstęp jest za darmo". Odszedł i zniknął bezszelestnie za żelaznymi drzwiami. Nieco dalej, tam, gdzie ujrzałem mnicha, korytarz skręcał pod kątem prostym; znalazłem się w wirydarzu, otoczonym niewielkim murkiem i zamkniętymi oknami, wciśniętymi pomiędzy kolumny. Moją uwagę przykuła długa i niska skrzynka ze szkła. Niewielka, przyczepiona do ściany lampka oświetlała jej wnętrze. Pochyliłem się: spoczywały w niej dwa splecione szkielety, na wpół przysypane warstwą suchej ziemi. Większy, zapewne mężczyzny, pomimo mylących dużych miedzianych kolczyków ułożonych na czaszce, leżał na plecach; mniejszy, najwyraźniej kobiety, kulił się u jego boku, wtulony w jego ramiona, obie nogi ułożywszy na jego nodze. To było wspaniałe, nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Na próżno próbowałem rozszyfrować opis. Od ilu wieków spoczywali tu oboje, spleceni w uścisku? To musiały być bardzo stare szkielety, leżały tu zapewne od najdawniejszych czasów; prawdopodobnie kobieta została złożona w ofierze i spoczęła w grobie u boku zmarłego mężczyzny; wiedziałem, że ten rodzaj ofiary istniał w pierwotnych epokach. Ale takie myślenie nie zdało się tu na nic: pomimo wszystko była to przecież pozycja odpoczynku po akcie miłosnym, pełna wstrząsającej czułości. Pomyślałem o siostrze i poczułem, jak coś łapie mnie za gardło: ona, widząc to, na pewno by płakała. Wyszedłem z klasztoru, nie spotkałem nikogo. Ruszyłem na drugi koniec placu. Za nim otwierał się następny plac, rozległy, a pośrodku wznosiła się spora budowla z przyklejoną wieżą i kilkoma drzewami dookoła. Wokół placu cisnęły się wąskie domy, bajkowo zdobione, każdy w innym stylu. Za centralnym budynkiem zbierał się tłum ożywionych ludzi. Ominąłem ich i skręciłem w lewo, obszedłem dużą katedrę z kamiennym krzyżem, który trzymał w miłosnym uścisku jakiś anioł, z omdlewającym Mojżeszem z tablicami i zamyślonym świętym w łachmanach po bokach; była tam też czaszka i dwa skrzyżowane piszczele, łudząco podobne do emblematu na mojej furażerce. Na tyłach katedry, w małej uliczce, wystawiono kilka krzeseł i stołów. Było gorąco, ogarnęło mnie zmęczenie, kawiarenka sprawiała wrażenie opustoszałej, usiadłem. Wyszła dziewczyna i odezwała się do mnie po ukraińsku. "Macie piwo? Piwo?", spytałem po niemiecku. Pokręciła głową: "Piwa niet". To akurat rozumiałem. "A kawa? Kawa?" - "Da". - "Woda?" - "Da". Weszła do kawiarni i wróciła, niosąc szklankę wody, którą wychyliłem duszkiem. Zaraz też dostałem kawę. Była już posłodzona, więc jej nie wypiłem. Zapaliłem papierosa. Przyszła dziewczyna, a na widok pełnej filiżanki odezwała się w kiepskiej niemczyźnie: "Kawa? Niedobra?". - "Cukier. Niet". - "Ach". Uśmiechnęła się, zabrała kawę i przyniosła drugą. Ta była mocna, gorzka, wypiłem ją, paląc. Po prawej, u stóp katedry, stała kaplica cała w płaskorzeźbach, tworzących ciemne pasy, i zasłaniała mi widok na plac. Akurat mijał ją mężczyzna w niemieckim mundurze i przyglądał się uważnie plątaninie rzeźb. Zauważył mnie, skierował się w moją stronę; spojrzałem na jego dystynkcje, wstałem szybko i zasalutowałem. Zasalutował również: "Dzień dobry! A więc jest pan Niemcem?". - "Tak jest, Herr Hauptmann". Wyjął chustkę i przetarł czoło. "Ach, świetnie. Pozwoli pan, że usiądę?" - "Oczywiście, Herr Hauptmann". Dziewczyna zjawiła się natychmiast. "Woli pan kawę z cukrem czy bez? Niczego innego nie mają". - "Z cukrem poproszę". Pokazałem dziewczynie, że ma przynieść jeszcze dwie kawy, z cukrem na spodkach. Usiadłem obok Hauptmanna. Wyciągnął dłoń: "Hans Koch. Jestem z Abwehrą". Też się przedstawiłem. "Ach, pan z SD? Rzeczywiście, nie zauważyłem plakietki. Świetnie, świetnie..." Ten Hauptmann był nawet całkiem sympatyczny: pewnie przekroczył nieco pięćdziesiątkę, miał okrągłe okulary i lekko wystający brzuch. Mówił z południowym akcentem, ale nie był to akcent wiedeński. "Jest pan Austriakiem, prawda, Herr Hauptmann?" - "Tak. Ze Styrii. A pan?" - "Mój ojciec pochodzi z Pomorza. Ale ja urodziłem się w Alzacji. A potem mieszkaliśmy to tu, to tam". - "No tak, no tak. Spaceruje pan?" - "W pewnym sensie". Pokiwał głową: "Ja przyjechałem tu na spotkanie. Tu, zaraz obok, niedługo". - "Spotkanie, Herr Hauptmann?" - "Widzi pan, gdy nas zapraszali, powiedzieli, że to spotkanie kulturalne, ale myślę, że będzie ono raczej polityczne". Pochylił się ku mnie, jak gdyby chciał mi wyjawić jakiś sekret: "Wyznaczono mnie, bo mam podobno być ekspertem od narodowych kwestii ukraińskich". - "A jest pan nim?" Odchylił się do tyłu. - "Wcale a wcale! Jestem profesorem teologii. Znam nieco kwestię unicką, to wszystko. Pewnie trafiło na mnie, bo służyłem w armii cesarskiej, byłem Leutnantem podczas Wielkiej Wojny, rozumie pan, i wymyślili, że znam się na problemach ukraińskich; ale ja siedziałem na froncie włoskim, a w dodatku zajmowałem się zaopatrzeniem. Faktem jest, miałem kilku kolegów Chorwatów..." - "Mówi pan po ukraińsku?" - "Ani słowa. Ale mam tłumacza. Pije teraz z facetami z OUN, tam, na placu". - "OUN?" - "Tak. Wie pan, że rano przejęli władzę? To znaczy, zajęli radio. I proklamowali odrodzenie państwa ukraińskiego, o ile dobrze zrozumiałem. I dlatego właśnie muszę iść na to spotkanie. Słyszałem, że metropolita pobłogosławił nowe państwo. Podobno go o to poprosiliśmy, ale nie jestem za bardzo w temacie". - "Który metropolita?" - "Unicki, oczywiście. Prawosławni nas nienawidzą. Nienawidzą także Stalina, ale nas nienawidzą bardziej". Chciałem jeszcze o coś zapytać, ale brutalnie mi przerwano: jakaś kobieta, tłustawa, prawie naga, w podartych pończochach, wybiegła nagle zza katedry, głośno zawodząc. Wpadła między stoliki, zatoczyła się, przewróciła jeden i łkając, runęła u naszych stóp. Jej biała skóra poznaczona była plamami sińców, ale nie krwawiła zbyt mocno. Za nią, nie spiesząc się, szło dwóch rosłych osiłków z opaskami. Jeden z nich odezwał się do nas złą niemczyzną: "Wybaczcie, Offizieren. Kein Problem". Drugi złapał kobietę za włosy, podniósł i uderzył pięścią w brzuch. Czknęła i zamilkła, z pianą na ustach. Pierwszy dał jej kopniaka w tyłek, pobiegła dalej. Potruchtali za nią ze śmiechem i znikli za kaplicą. Koch zdjął furażerkę i znowu otarł czoło, a ja podniosłem przewrócony stolik. "Prawdziwe dzikusy", zauważyłem. - "O tak, zgadzam się z panem. Chociaż wy ich chyba popieracie?" - "Nie wydaje mi się, Herr Hauptmann. Ale ja dopiero przyjechałem, nie jestem na bieżąco". Koch mówił dalej: "W AOK słyszałem, że Sicherheitsdienst kazał drukować plakaty i podżegał tych ludzi. Aktion Petlura, tak to nazwali. Wie pan, ten ukraiński przywódca. Zamordował go chyba jakiś Żyd. W dwudziestym szóstym albo dwudziestym siódmym". - "A widzi pan, jednak jest pan specjalistą". - "Och, przeczytałem tylko kilka raportów". Dziewczyna znów wyszła z kawiarenki. Uśmiechnęła się i dała do zrozumienia, że nie muszę płacić za kawę. I tak zresztą nie miałem miejscowych pieniędzy. Spojrzałem na zegarek: "Proszę mi wybaczyć, Herr Hauptmann. Muszę już iść". - "Och, bardzo proszę". Uścisnął mi dłoń: "Powodzenia".

Wracałem ze starego miasta najkrótszą drogą, z trudem torowałem sobie przejście pośród gęstego tłumu. W Gruppenstab panowało spore ożywienie. Przywitał mnie ten sam oficer: "Ach, to znowu pan". Wreszcie przyjął mnie Brigadeführer dr Rasch. Uścisnął mi serdecznie dłoń, ale jego masywna twarz pozostała surowa. "Proszę usiąść. Co się przytrafiło Standartenführerowi Blobelowi?" Nie miał czapki, w wypukłym czole odbijało się światło żarówki. Opowiedziałem pokrótce o załamaniu Blobela: "Lekarz twierdzi, że to z powodu gorączki i wyczerpania". Rasch wydął grube wargi. Pogrzebał w papierach na biurku i wyciągnął jakąś kartkę. "Ic z AOK 6 napisał do mnie skargę w związku z tym zajściem. Podobno Blobel groził oficerom Wehrmachtu". - "Przesada, Herr Brigadeführer. Rzeczywiście trochę majaczył, mówił coś bez ładu i składu. Ale nie miał nikogo konkretnego na myśli, to z powodu choroby". - "Dobrze". Wypytał mnie o kilka innych kwestii, po czym dał znak, że spotkanie zakończone. "Sturmbannführer von Radetzki wrócił już do Łucka, zastąpi Standartenführera do czasu jego powrotu do zdrowia. Przygotujemy rozkazy i inne dokumenty. W sprawie noclegu niech się pan skontaktuje z Hartlem z administracji, spróbuje pana gdzieś umieścić". Wyszedłem i zacząłem szukać biura Leitera I; jeden z jego adiutantów dał mi bony. Potem zszedłem na dół, poszukać Höflera i Poppa. W holu natknąłem się na Thomasa. "Max!" Klepnął mnie po ramieniu i poczułem, jak ogarnia mnie radość. "Cieszę się, że cię widzę. Co tutaj robisz?" Wyjaśniłem mu. "I zostajesz do jutra? To wspaniale. Idę na kolację z ludźmi z Abwehry, do małej restauracji, podobno świetnej. Pójdziesz z nami. Znaleźli ci nocleg? Żaden luksus, ale przynajmniej dostaniesz czystą pościel. Masz szczęście, że nie było cię tu wczoraj: burdel jakich mało. Czerwoni roznieśli wszystko, zanim zwiali, a Ukraińcy wkroczyli przed nami. Wzięliśmy Żydów do sprzątania, ale trwało to całą wieczność, położyliśmy się dopiero nad ranem". Umówiłem się z nim w ogrodzie za budynkiem i poszedłem w swoją stronę. Popp chrapał w samochodzie, Höfler grał w karty z policjantami; powiedziałem im, jak się sprawy mają, a potem poszedłem do ogrodu zapalić i poczekać na Thomasa.

Thomas był moim dobrym kolegą, naprawdę cieszyłem się z tego spotkania. Nasza przyjaźń zaczęła się wiele lat wcześniej. W Berlinie często jadaliśmy razem kolacje, czasem zabierał mnie ze sobą do różnych lokali albo do słynnych kabaretów. Był bon vivantem i umiał sobie radzić w życiu. Zresztą w dużej mierze to właśnie dzięki niemu znalazłem się w Rosji, w każdym razie sugestia wyszła od niego. Wiosną 1939 roku - byłem wtedy świeżo po obronie doktoratu z prawa i właśnie wstąpiłem do SD - dużo rozmawialiśmy o wojnie. Po zajęciu Czech i Moraw Führer skierował wzrok na Danzig; cała trudność polegała na przewidzeniu reakcji Francji i Wielkiej Brytanii. Większość twierdziła, że nie będą ryzykować dla Danzig bardziej niż dla Pragi, ale kraje te były gwarantem zachodniej granicy Polski i zbroiły się najszybciej, jak mogły. Długo rozmawiałem na ten temat z dr. Bestem, moim przełożonym, a także, w pewnym sensie, moim mentorem w SD. Twierdził, że teoretycznie nie musimy bać się wojny, wojna była logicznym wynikiem Weltanschauung. Cytując Hegla i Jüngera, argumentował, że Państwo może osiągnąć punkt idealnej jedności tylko w wojnie i dzięki niej: Jeżeli jednostka jest negacją Państwa, to wojna staje się negacją tejże negacji. Wojna jest momentem absolutnej socjalizacji wspólnotowej egzystencji Narodu. Ale "góra" miała dużo bardziej prozaiczne zmartwienia. W ministerstwie Ribbentropa, w Abwehrze, w naszym departamencie spraw zagranicznych, każdy oceniał sytuację na swój sposób. Pewnego dnia wezwał mnie der Chef, Reinhard Heydrich. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy i podniecenie mieszało się z lękiem, gdy przekraczałem próg jego biura. Skupiony i surowy pochylał się nad stosem raportów, a ja przez kilka minut stałem na baczność, zanim dał mi znak, żebym usiadł. Wreszcie mogłem przyjrzeć mu się z bliska. Oczywiście widywałem go już wcześniej, podczas konferencji oficerów, na korytarzach Prinz-Albrecht-Palais; oglądany z pewnej odległości był ucieleśnieniem wizji nordyckiego Übermenscha, natomiast z bliska sprawiał dziwne wrażenie, był trochę bez wyrazu. Doszedłem do wniosku, że to kwestia proporcji: miał nadzwyczaj wysokie i wypukłe czoło, zbyt szerokie usta i za grube wargi w stosunku do wąskiej twarzy; jego ręce wydawały się zbyt długie, były jak uczepione ramion wiotkie wodorosty. Kiedy podniósł na mnie swoje małe, zbyt blisko osadzone oczy, nie mógł skupić ich na jednym punkcie; gdy się wreszcie odezwał, jego głos okazał się zbyt cienki jak na mężczyznę tej postury. Był zaskakująco kobiecy, co budziło we mnie jeszcze większy lęk. Wyrzucał z siebie szybko krótkie, pełne napięcia zdania, prawie nigdy ich nie kończąc. Ale ich sens był zawsze jasny i zrozumiały. "Mam misję dla pana, doktorze Aue". Reichsführer nie był usatysfakcjonowany docierającymi do niego raportami na temat zamiarów zachodnich mocarstw. Zażyczył sobie innej oceny, niezależnej od tej, którą prezentowało ministerstwo spraw zagranicznych. Wszyscy wiedzieli, że w krajach tych istnieje silny nurt pacyfistyczny, zwłaszcza w środowiskach nacjonalistycznych i faszyzujących, jednak największą trudność sprawiało określenie ich wpływu na posunięcia rządu. "Zdaje się, że zna pan dobrze Paryż. W pańskich dokumentach jest informacja, że był pan związany ze środowiskami skupionymi wokół Action Française. Od tamtego czasu ludzie ci zyskali na znaczeniu". Próbowałem coś powiedzieć, ale Heydrich nie dał mi dojść do słowa: "To nieważne". Chciał, żebym pojechał do Paryża i odświeżył dawne znajomości w celu zbadania realnego znaczenia politycznego kręgów pacyfistycznych. Miałem jechać pod pretekstem odpoczynku po skończonych studiach. Naturalnie, miałem też powtarzać wszystkim, którzy chcieli mnie słuchać, że narodowosocjalistyczne Niemcy mają pokojowe intencje wobec Francji. "Pojedzie z panem doktor Hauser. Ale każdy z was będzie składał osobne raporty. Standartenführer Taubert przekaże wam pieniądze i niezbędne dokumenty. Wszystko jasne?" Tak naprawdę czułem się kompletnie zagubiony, ale nie mogłem tego pokazać. "Zu Befehl, Herr Gruppenführer", cóż innego mogłem odpowiedzieć? - "Dobrze. Czekam na pana pod koniec lipca. Odmaszerować".

Poszedłem spotkać się z Thomasem. Cieszyłem się, że ze mną jedzie. Jako student spędził kilka łatwe Francji, mówił doskonale po francusku. "Co jest? Ale masz minę, rzucił mi na powitanie. Powinieneś być szczęśliwy. Misja, powierzono ci misję, to nie byle co". Nagle dotarło do mnie, że rzeczywiście jest to nie lada szansa. "Zobaczysz. Jeśli się wywiążemy, wiele drzwi stanie przed nami otworem. Wkrótce wszystko ruszy do przodu i zrobi się miejsce dla ludzi, którzy umieją wykorzystać dobry moment". Poszedł do Schellenberga, który miał opinię głównego doradcy Heydricha w kwestii polityki zagranicznej. Schellenberg szczegółowo opisał mu, czego od nas oczekiwano. "Wystarczy czytać gazety, żeby dowiedzieć się, kto chce wojny, a kto jej nie chce. Dużo trudniejsze jest określenie realnego wpływu jednych i drugich. Zwłaszcza realnego wpływu Żydów. Podobno Führer jest przekonany, że chcą wciągnąć Niemcy w jeszcze jedną wojnę; ale czy Francuzi to wytrzymają? Oto jest pytanie". Roześmiał się szczerze: "Poza tym w Paryżu można świetnie zjeść! I są tam piękne dziewczyny!". Misja przebiegła bez przeszkód. Odnalazłem przyjaciół, Roberta Brasillacha, który razem z siostrą Suzanne i szwagrem Bardeche'em przygotowywał się do objechania z przyczepą całej Hiszpanii, dotarłem do Blonda, Rebateta i innych, mniej znanych, wszystkich moich dawnych kolegów z czasów, gdy robiłem classes preparatoires i uczyłem się w Ecole libre des sciences politiques. Nocami podchmielony Rebatet prowadzał mnie po Dzielnicy Łacińskiej i uczenie objaśniał świeże napisy MANE, TEKEL, FARES na murach Sorbony. Za dnia zabierał mnie czasem do Celine'a, który był już wtedy nadzwyczajnie sławny i opublikował właśnie swój drugi pamflet, zjadliwy i ostry. W korytarzach metra Poulain, przyjaciel Brasillacha, deklamował mi całe fragmenty z dzieł Celine'a: Nie istnieje cos takiego jak fundamentalna, nieuleczalna nienawiść między Francuzami i Niemcami. Istnieją za to permanentne, zawzięte, żydowsko-brytyjskie machinacje, które z całych sil przeszkadzają Europie w zjednoczeniu, w utworzeniu jednego, wspólnego franko-niemieckiego obszaru, takiego, jak przed rokiem 843. Cały geniusz Judeo-Brytanii polega na umiejętnym prowadzeniu nas od konfliktu do konfliktu, od rzezi do rzezi; z masakr tych wychodzimy regularnie, zawsze, w opłakanym stanie, zarówno Francuzi, jak i Niemcy, wykrwawieni, zdani całkowicie na łaskę Żydów z The City. Gaxotte i sam Robert, o których "l'Humanite" donosiła, że siedzą w więzieniu, niestrudzenie tłumaczyli wszystkim naokoło, że cała aktualna polityka francuska opiera się na przepowiedniach z książek astrologicznych Trarieux d'Egmonta, któremu udało się przewidzieć dokładną datę podpisana układu monachijskiego. Rząd francuski właśnie oddalił Abetza i innych niemieckich wysłanników; zły znak. Moja opinia interesowała wszystkich: "Od momentu, w którym traktat wersalski trafił do śmietnika Historii, kwestia francuska dla nas nie istnieje. Nikt w Niemczech nie rości pretensji do Alzacji i Lotaryngii. Ale z Polską nie uregulowaliśmy jeszcze wszystkich spraw. Nie rozumiemy, co skłania Francję, żeby się w to mieszać". Taka była prawda, rząd francuski chciał się w to wmieszać. Ci, którzy nie wierzyli w hipotezę żydowską, potępiali Anglię: "Chcą chronić swoje Imperium. Ta sama polityka od czasów Napoleona: brak jednego kontynentalnego mocarstwa". Inni byli zdania, że przeciwnie, Anglia przejawia raczej niechęć do interwencji zbrojnej, natomiast francuski sztab generalny, marząc o związkach z Rosją, chce obalić Niemcy, nim będzie za późno. Pomimo entuzjastycznego nastawienia moi przyjaciele byli raczej pesymistami: "Francuska prawica płynie z nurtem, powiedział mi Rebatet którejś nocy. To kwestia honoru". Wyglądało na to, że wszyscy z pewną rezygnacją przyjmują do wiadomości myśl o mającej nadejść, prędzej czy później, wojnie. Prawica wieszała psy na lewicy i Żydach; lewica i Żydzi, rzecz jasna, wieszali psy na Niemcach. Thomasa widywałem rzadko. Kiedyś zabrałem go ze sobą do bistro, w którym spotykałem się z ekipą z pisma "Je suis partout", i przedstawiłem go jako kolegę ze studiów. "To twój Pilades?" - spytał mnie cierpko Brasillach po grecku. "Właśnie tak, odrzekł Thomas w tym samym języku, z melodyjnym wiedeńskim akcentem. A on jest moim Orestesem. Strzeż się potęgi zbrojnej przyjaźni!" Sam nawiązywał kontakty raczej z ludźmi biznesu; podczas gdy ja musiałem zadowalać się winem i makaronem, jedzonym na poddaszach w towarzystwie młodych zapaleńców, on delektował się foie gras w najlepszych knajpkach w mieście. "Taubert zapłaci rachunki, śmiał się. Dlaczego miałbym sobie odmawiać?"

Po powrocie do Berlina napisałem raport. Moja ocena sytuacji była pesymistyczna, lecz trzeźwa: francuska prawica jest w większości przeciwna wojnie, ale ma bardzo niewielkie znaczenie polityczne. Rząd, pozostający pod wpływem Żydów i brytyjskiej plutokracji, twierdzi, iż niemiecka ekspansja, nawet ta przeprowadzona w granicach naturalnego Grossraum, stanowi zagrożenie dla żywotnych interesów Francji; pójdzie na wojnę nie w imię Polski jako takiej, ale w imię gwarancji, jakie dał Polsce. Przekazałem raport Heydrichowi, na jego prośbę kopię otrzymał ode mnie Werner Best. "Ma pan zapewne rację, tak myślę, powiedział Best. Ale oni chcieliby usłyszeć coś innego". Wcześniej nie rozmawiałem o moim raporcie z Thomasem; kiedy przedstawiłem mu jego treść, zrobił zdegustowaną minę. "Ty naprawdę nic a nic z tego nie rozumiesz. Można by pomyśleć, że przybywasz z głębokiej Frankonii". Sam napisał coś dokładnie odwrotnego: że francuscy przemysłowcy sprzeciwiają się wojnie z obawy o eksport, a w związku z tym sprzeciwia się jej także francuska armia, zresztą nie po raz pierwszy; rząd francuski zmięknie, postawiony przed faktem dokonanym. "Ale przecież wiesz dobrze, że wcale tak nie będzie", zaprotestowałem. - "A co nas obchodzi, jak będzie? W jaki sposób może to nas dotyczyć, ciebie i mnie? Reichsführer chce jednej rzeczy: dać Führerowi pewność, że będzie mógł zająć się Polską tak, jak to zaplanował. Tym, co stanie się potem, będziemy się martwić potem". Pokręcił głową: "Reichsführer nawet nie zobaczy twojego raportu".

Oczywiście miał rację. Heydrich nigdy nie odpowiedział na to, co mu wysłałem. Gdy miesiąc później Wehrmacht najechał na Polskę, a Francja i Wielka Brytania wypowiedziały nam wojnę, Thomasa przydzielono do jednej z nowych elitarnych Einsatzgruppen Heydricha, tymczasem ja zostałem w Berlinie, skazany na wegetację. Wkrótce zrozumiałem, że w niekończących się narodowosocjalistycznych gierkach poważnie zbłądziłem, źle zinterpretowałem niejednoznaczne sygnały z góry, nie potrafiłem przewidzieć woli Führera. Moje analizy były trafne, a Thomasa - błędne; on został nagrodzony pozazdroszczenia godną pracą z możliwością szybkiego awansu, mnie odsunięto od wszystkiego: warto było się nad tym zastanowić. W ciągu następnych miesięcy stopniowo odkrywałem, że w RSHA, utworzonym w wyniku nieoficjalnej fuzji SP i SD, Best zaczyna tracić na znaczeniu, pomimo że stanął na czele jego dwóch departamentów; natomiast gwiazda Schellenberga z dnia na dzień wschodzi coraz wyżej. Dziwnym zbiegiem okoliczności mniej więcej na początku roku Thomas zaczął częściej spotykać się z Schellenbergiem. Mój przyjaciel miał zadziwiający i nieomylny talent do znajdowania się we właściwym miejscu, ale nie we właściwym czasie, tylko na chwilę przed. W związku z tym sprawiał wrażenie, że jest tu od zawsze i że zmiany w biurokratycznej hierarchii właśnie go dosięgły. Mógłbym dostrzec to wcześniej, gdybym tylko był bardziej uważny. Teraz, jak podejrzewałem, moje nazwisko już na zawsze będzie wiązane z osobą Besta, a więc i z takimi określeniami, jak biurokrata, ograniczony prawnik, nie dość aktywny, niewystarczająco twardy. Będę mógł w dalszym ciągu wydawać opinie prawne, do tego też potrzeba ludzi, ale nic poza tym. Rzeczywiście, w czerwcu następnego roku Werner Best odszedł z RSHA, choć przecież przysłużył się do jego powstania bardziej niż ktokolwiek inny. W tamtym czasie starałem się o służbę we Francji; odpowiedziano mi, że bardziej się przydam na miejscu, pracując dla wydziału prawnego. Best był sprytny, miał przyjaciół i protektorów gdzie indziej; już od kilku lat jego publikacje ewoluowały od prawa karnego i konstytucyjnego w stronę prawa międzynarodowego i teorii Grossraum, Wielkiej Przestrzeni, którą rozwijał w opozycji do Carla Schmitta, wspólnie z moim dawnym wykładowcą Reinhardem Höhnem i paroma innymi intelektualistami. Zręcznie wykorzystując te atuty, uzyskał wysokie stanowisko w administracji wojskowej we Francji. Ja nie mogłem nawet publikować.

Któregoś dnia, na przepustce, Thomas potwierdził moje domysły: "Mówiłem ci, że zrobiłeś głupstwo. Wszyscy, którzy naprawdę się liczą, są teraz w Polsce". Dodał, że na razie nie może wiele dla mnie zrobić. Największą gwiazdą był Schellenberg, protegowany Heydricha, a Schellenberg mnie nie lubił, uważał za sztywniaka. Ohlendorf, mój drugi poplecznik, miał tyle kłopotów z utrzymaniem własnej pozycji, że nie mógł się zajmować jeszcze mną. Być może powinienem był szukać pomocy u byłych dyrektorów mojego ojca. Ale w tamtym czasie wszyscy byli dość zajęci.

W końcu, dzięki Thomasowi, coś się jednak ruszyło. Po powrocie z Polski został wysłany do Jugosławii i Grecji, skąd wrócił w randze Hauptsturmführera. Dostał kilka odznaczeń. Teraz nosił już tylko mundur, tak samo świetnie skrojony jak przedtem garnitury. W maju 1941 roku zaprosił mnie na kolację do Horchera, słynnej restauracji przy Lutherstrasse. "Ja stawiam", oświadczył z szerokim uśmiechem. Zamówił szampana i wypiliśmy za zwycięstwo: "Sieg Heil!". Za zwycięstwa dokonane i te, które nadejdą, dorzucił Thomas i spytał, czy słyszałem o Rosji. "Dotarły do mnie jakieś plotki, przyznałem, ale nic poza tym". Uśmiechnął się: "Atakujemy. W przyszłym miesiącu". Urwał, żeby wzmocnić efekt tej wiadomości. "Mój Boże", wyrwało mi się. "Nie ma Boga. Jest tylko Adolf Hitler, nasz Führer, i niezwyciężona potęga niemieckiej Rzeszy. Zbieramy w tej chwili najliczniejszą armię w historii ludzkości. Zmiażdżymy ich w przeciągu kilku tygodni". Wypiliśmy. "Posłuchaj, powiedział w końcu. Der Chef formuje właśnie kilka Einsatzgruppen, które będą towarzyszyć kompaniom szturmowym Wehrmachtu. Oddziały specjalne, takie jak w Polsce. Mam podstawy sądzić, że z radością powita wszystkich młodych i zdolnych oficerów SS, którzy będą się starać o służbę w jednej z tych Einsatz". - "Już się kiedyś starałem. O Francję. Odmówiono mi". - "Tym razem nikt ci nie odmówi". - "A ty też tam pojedziesz?" Poruszył lekko szampanem w swoim kieliszku. "Oczywiście. Zostałem przydzielony do jednego z Gruppenstäbe. Każda grupa będzie kierować kilkoma Kommando. Jestem pewien, że będzie cię można wcisnąć do któregoś z tych Kommandostäbe". - "A do czego właściwie będą służyć te grupy?" Uśmiechnął się: "Mówiłem ci już, do zadań specjalnych. Praca SP i SD, zabezpieczanie oddziałów na tyłach linii, wywiad i te sprawy. No i będą miały oko na żołnierzy. W Polsce bywali dość trudni, myśleli trochę staroświecko, nie chcielibyśmy, żeby się to powtórzyło. Więc jak? Zastanowisz się?". Chyba was nie dziwi, że nie wahałem się ani chwili? Propozycja Thomasa wydała mi się rozsądna, a nawet ekscytująca. Postawcie się na moim miejscu. Kto przy zdrowych zmysłach mógł sobie wtedy wyobrażać, że wysyła się tam prawników po to, żeby bez procesu mordowali ludzi? Moje poglądy były jasne i szczere; odpowiedziałem, nie namyślając się długo: "Umieram z nudów w Berlinie. Jeżeli pomożesz mi wstąpić, pojadę". Thomas znowu się uśmiechnął: "Zawsze wiedziałem, że jesteś w porządku, że można na ciebie liczyć. Zobaczysz, będzie wesoło". Roześmiałem się radośnie i znów napiliśmy się szampana. W ten właśnie sposób Diabeł powiększa swoje królestwo, nie inaczej.

Ale tego w Lembergu nie mogłem jeszcze wiedzieć. Zapadał zmierzch, kiedy przyszedł Thomas i wyrwał mnie z zamyślenia. Słyszeliśmy pojedyncze wystrzały od strony bulwaru, lecz było już dużo spokojniej. "Idziemy? Czy wolisz tu zostać i gapić się bez sensu?" - "Co to jest Aktion Petlura?", spytałem go. - "To, co widziałeś na ulicach. Kto ci o tym mówił?" Zignorowałem jego pytanie: "To naprawdę wy rozpoczęliście ten pogrom?". - "Powiedzmy, że nie staraliśmy się ich powstrzymywać. Przymknęliśmy kilka osób. Ale nie wydaje mi się, żeby Ukraińcy tak bardzo nas potrzebowali. Nie widziałeś plakatów OUN? Witaliście Stalina kwiatami, my witamy Hitlera waszymi ściętymi głowami. Sami na to wpadli". - "Rozumiem. Idziemy pieszo?" - "To niedaleko". Restauracja znajdowała się przy jednej z uliczek na tyłach bulwaru. Drzwi były zamknięte; kiedy Thomas zapukał, uchyliły się, a potem otworzyły na oścież, ukazując ciemne wnętrze, oświetlone płomieniem świecy. "Tylko dla Niemców", uśmiechnął się Thomas. "A, profesor, dobry wieczór". Oficerowie Abwehry już tam siedzieli, poza nimi nie było nikogo. Natychmiast rozpoznałem najpotężniejszego, tego, którego pozdrowił Thomas, dystyngowanego, całkiem jeszcze młodego mężczyznę, o ciemnych oczach, błyszczących w owalnej, wygolonej, księżycowej twarzy. Jego jasne włosy były nieco zbyt długie, uniesione po bokach tworzyły napuszony czubek, zupełnie nieżołnierski. Także uścisnąłem mu dłoń: "Profesorze Oberländer, miło pana znów widzieć". Spojrzał na mnie uważnie: "My się znamy?". - "Zostaliśmy sobie przedstawieni kilka lat temu, po jednym z pańskich wykładów na Uniwersytecie Berlińskim. Przez doktora Reinharda Höhna, mojego nauczyciela". - "Ach! Był pan studentem Höhna! Wspaniale". - "Mój przyjaciel, doktor Aue, jest wschodzącą gwiazdą SD", wtrącił sprytnie Thomas. - "Wcale mnie to nie dziwi, w końcu wyszedł spod skrzydeł Höhna. Czasem mam wrażenie, że całe SD przeszło przez jego ręce". Odwrócił się do swojego towarzysza: "Ale, ale, przecież ja wam jeszcze nie przedstawiłem Hauptmanna Webera, mojego adiutanta". Zauważyłem, że obaj mieli plakietki ze słowikiem, takim, jakiego widziałem po południu na ramionach niektórych żołnierzy. "Proszę wybaczyć moją niewiedzę, ośmieliłem się spytać, gdy usiedliśmy, ale co to za oznaka?" - "To emblemat «Nachtigall», odpowiedział Weber, specjalnego batalionu Abwehry, złożonego z ukraińskich nacjonalistów z Zachodniej Galicji". - "Profesor Oberländer dowodzi batalionem « Nachtigall». Jesteśmy konkurentami", wtrącił Thomas. - "Przesadza pan, Hauptsturmführer". - "Nie tak bardzo. Wy przywieźliście w walizce Banderę, my Melnyka i komitet berliński". Dyskusja natychmiast się ożywiła. Przyniesiono nam wino. "Bandera może się przydać", stwierdził Oberländer. - "Do czego?, zapytał natychmiast Thomas. Ci faceci są chorzy, rzucają proklamacjami na prawo i lewo, z nikim się nie konsultują". Podniósł ramię: "Niepodległość! Brzmi nieźle". - "Myśli pan, że Melnyk zrobiłby to lepiej?" - "Melnyk to rozsądny człowiek. Szuka w Europie pomocy, a nie terroru. To polityk, jest gotów na długoterminową współpracę z nami, to daje nam większy wybór". - "Być może, ale ulica go nie słucha". - "To narwańcy! Jak się nie uspokoją, weźmiemy ich na muszkę". Napiliśmy się. Wino było dobre, nieco cierpkie, ale mocne. "Skąd pochodzi?", zapytał Weber, stukając paznokciem o szklankę. "To? Chyba z Zakarpacia", powiedział Thomas. "Wie pan, nie odpuszczał Oberländer, OUN stawia opór Sowietom od dziesięciu lat, i to z powodzeniem. Nie byłoby wcale łatwo ich wyeliminować. Lepiej spróbować ich przekonać i skanalizować tę ich energię. A Bandery chociaż posłuchają. Widział się dziś ze Stećką i spotkanie przebiegło pomyślnie". - "Kto to jest Stećko?", spytałem. Thomas odpowiedział z ironią: "Jarosław Stećko jest nowym premierem rzekomej niepodległej Ukrainy, której nie uznaliśmy". - "Jeżeli dobrze to rozegramy, mówił dalej Oberländer, szybko odstąpią od pretensji". Thomas zareagował dość ostro: "Kto? Bandera? Jest terrorystą i terrorystą zostanie. Ma duszę terrorysty. Zresztą dlatego właśnie ci narwańcy tak go uwielbiają". Zwrócił się do mnie: "Wiesz, skąd Abwehra wyciągnęła tego Banderę? Z więzienia!". - "Z Warszawy, uściślił z uśmiechem Oberländer. Rzeczywiście, odbywał karę za zabicie polskiego ministra w trzydziestym czwartym. Ale ja nie widzę w tym nic złego". Thomas zwrócił się do niego: "Chcę tylko powiedzieć, że jest nieobliczalny. Zobaczy pan. To fanatyk, marzy o Wielkiej Ukrainie od Karpat po Don. Twierdzi, że jest kolejnym wcieleniem kniazia Dymitra Dońskiego. Melnyk jest przynajmniej realistą. I także ma duże poparcie. Wszyscy zasłużeni bojownicy domagają się go". - "Tak, właśnie, ale nie młodzi. Poza tym sam pan przyzna, że nie jest zbytnio zdeterminowany, jeśli chodzi o kwestię żydowską". Thomas wzruszył ramionami: "Tym się możemy zająć bez niego. Tak czy inaczej, historycznie rzecz biorąc, OUN nigdy nie była antysemicka. Jeżeli nawet trochę ewoluowali w tym kierunku, to tylko dzięki Stalinowi". - "To być może prawda, przyznał cicho Weber. Ale istnieje mimo wszystko coś, jakiś intymny związek pomiędzy Żydami a polskimi właścicielami ziemskimi". Przyniesiono jedzenie: pieczoną kaczkę nadziewaną jabłkami, puree i duszone buraczki. Thomas nałożył nam na talerze. "To jest wyśmienite", ocenił Weber. - "Tak, świetne", zgodził się Oberländer. "To regionalna specjalność?" - "Tak, objaśnił Thomas pomiędzy jednym kęsem a drugim. Kaczkę nacierają majerankiem i czosnkiem. Zwykle podają to razem z zupą z kaczej krwi, ale dziś nie mogli". - "Przepraszam, wtrąciłem się. Wasz « Nachtigall» jaką przyjął w tym wszystkim pozycję?" Oberländer skończył przeżuwać i wytarł usta, po czym odpowiedział: "Oni to jeszcze co innego. Ruski duch, można powiedzieć. Ideologicznie - a nawet osobiście w przypadku najstarszych - wywodzą się z narodowej formacji wojskowej w starej cesarskiej armii, która nosiła nazwę «Ukrajinśki Siczowi Strilci». Ukraińscy Strzelcy Siczowi, pojęcie kozackie. Po wojnie zostali tutaj i wielu z nich walczyło pod dowództwem Petlury z czerwonymi, i z nami też trochę, w tysiąc dziewięćset osiemnastym. Ci z OUN niezbyt ich lubili. To są, w pewnym sensie, raczej zwolennicy autonomii aniżeli niepodległościowcy". - "Tak samo, zresztą, jak bulbowcy", dorzucił Weber. Spojrzał na mnie: "W Łucku jeszcze się nie pokazali?". - "Z tego, co wiem, nie. Czy to też są Ukraińcy?" - "Mieszkańcy Wołynia", uściślił Oberländer. Grupa samoobrony, która stanęła do walki przeciwko Polakom. Od trzydziestego dziewiątego biją się z Sowietami i nasze porozumienie z nimi mogłoby być interesujące. Ale myślę, że działają raczej w okolicach Równego i trochę wyżej, na bagnach Prypeci". Wróciliśmy do jedzenia. "Jednego nie rozumiem, odezwał się po chwili Oberländer, celując w nas widelcem. Dlaczego bolszewicy zgnębili Polaków, ale Żydów zostawili w spokoju. Przecież, jak twierdzi Weber, zawsze istniały między nimi związki". - "Myślę, że odpowiedź jest oczywista, powiedział Thomas. W końcu stalinowski aparat władzy jest zdominowany przez Żydów. Gdy bolszewicy wkroczyli do regionu, zajęli miejsce polskich «panów», ale zachowali przy tym taki sam układ sił, co oznacza, że przy wsparciu Żydów eksploatowali ukraińskie chłopstwo. Stąd sprawiedliwy gniew ludu, który dane jest nam dziś oglądać". Weber prychnął do wnętrza szklanki, Oberländer zachichotał sucho. "Sprawiedliwy gniew ludu. Ależ pan ma sformułowania, Hauptsturmführer". Rozsiadł się pewniej na krześle i uderzał nożem w krawędź stołu. "Takie rzeczy może pan mówić obserwatorom. Naszym sojusznikom, może nawet Amerykanom. Ale wie pan równie dobrze jak ja, w jaki sposób organizuje się taki gniew". Thomas uśmiechnął się uprzejmie. "Ale przynajmniej, profesorze, oddaje nam to przysługę, jeśli chodzi o psychologiczne zaangażowanie ludności. Potem będą mogli już tylko przyklaskiwać naszym działaniom". - "Rzeczywiście, to trzeba przyznać". Kelnerka sprzątnęła ze stołu. "Kawy?", spytał Thomas. - "Chętnie. Ale szybko, wieczorem mamy jeszcze sporo do zrobienia". Thomas poczęstował wszystkich papierosami, przyniesiono kawę. "Cokolwiek się zdarzy, powiedział Oberländer, pochylając się nad zapalniczką w wyciągniętej dłoni Thomasa, byłbym bardzo zainteresowany przekroczeniem Zbrucza". - "A to dlaczego?", spytał Thomas, podsuwając ogień Weberowi. - "Czytał pan moją książkę? Tę o przeludnieniu terenów wiejskich w Polsce?" - "Niestety nie, przykro mi". Oberländer zwrócił się do mnie: "Ale pan, jako student Höhna, musiał ją chyba przeczytać?". - "Oczywiście". - "To dobrze. Więc jeżeli moje teorie są słuszne, to myślę, że kiedy już dotrzemy do rzeczywistej Ukrainy, znajdziemy tam bogate chłopstwo". - "Jak to?", zdziwił się Thomas. - "Dzięki polityce Stalina. W ciągu dwunastu lat dwadzieścia pięć milionów rodzinnych gospodarstw przekształciło się w dwieście pięćdziesiąt tysięcy kombinatów rolnych na wielką skalę. Uważam, że rozkułaczenie oraz, przede wszystkim, wielki zaplanowany głód w 1932 roku świadczyły o tym, że starano się znaleźć równowagę pomiędzy dostępną przestrzenią, z której uzyskuje się dobra jadalne, a konsumującą je populacją. Mam powody, by sądzić, że im się udało". - "A jeżeli ponieśli porażkę?" - "To my odniesiemy sukces". Weber dał mu znak, a on dokończył kawę. "Meine Herren, mówił, podnosząc się z miejsca i stukając obcasami, dziękuję za wspólny wieczór. Ile jesteśmy winni?" - "Nic, powiedział Thomas, również wstając, to dla mnie przyjemność". - "W takim razie należy się rewanż". - "Bardzo chętnie. W Kijowie czy w Moskwie?" Wszyscy się roześmieli i uścisnęli sobie dłonie. "Pozdrowienia dla doktora Rascha, rzucił mi Oberländer. Widywaliśmy się często w Königsbergu. Mam nadzieję, że będzie miał czas, żeby dołączyć do nas któregoś wieczoru". Mężczyźni wyszli, a Thomas usiadł z powrotem: "Napijesz się koniaku? Na koszt Grupy". - "Chętnie". Thomas zamówił. "Świetnie mówisz po ukraińsku", zauważyłem. "Och, w Polsce nauczyłem się trochę po polsku, to prawie to samo". Przyniesiono koniaki, stuknęliśmy się kieliszkami. "Cóż to za insynuacje na temat pogromu?" Thomas nie odpowiedział od razu. Wreszcie się przełamał: "Tylko, zastrzegł, zachowaj to dla siebie. Wiesz, że w Polsce mieliśmy z żołnierzami niemało problemów. Zwłaszcza w kwestii naszych metod specjalnych. Szanowni panowie mieli wątpliwości natury moralnej. Myśleli, że można zjeść ciastko i mieć ciastko. Tym razem powzięliśmy działania prewencyjne, mające zapobiec nieporozumieniom: der Chefi Schellenberg wynegocjowali dokładne umowy z Wehrmachtem, informowano was o tym w Pretzsch". Kiwnąłem głową, a on mówił dalej: "Jednak pomimo wszystko chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której zmieniliby zdanie. W takich wypadkach pogromy maj ą jedną ważną zaletę: pokazują Wehrmachtowi, że w momencie, gdy SS i Sicherheitspolizei mają związane ręce, to na tyłach rodzi się chaos. Istnieje coś, czym żołnierze brzydzą się bardziej nawet niż dyshonorem, jak sami to nazywają, a tym czymś jest bałagan. Jeszcze trzy dni takie jak dziś, a sami przyjdą nas błagać, żebyśmy wykonali naszą robotę: czysto, dyskretnie, skutecznie, bez kłopotów". - "A Oberländer domyśla się tego wszystkiego?" - "Och, wcale mu to nie przeszkadza. Po prostu chce mieć pewność, że będzie mógł spokojnie knuć swoje małe polityczne intrygi. Chociaż, dorzucił z uśmiechem, jego też będziemy mogli kontrolować, kiedy tylko zechcemy".

To jednak dziwny chłopak, myślałem, szykując się do snu. Jego cynizm gorszył mnie czasem, choć w gruncie rzeczy uważałem, że jest bardzo ożywczy; jednocześnie wiedziałem, że nie mogę oceniać go po tym, co mówi. Ufałem mu bezgranicznie: w SD był wobec mnie zawsze lojalny, pomagał mi, choć nie prosiłem go o to, i to nawet wtedy, gdy wiedział, że nie mogę się w żaden sposób odwdzięczyć. Kiedyś otwarcie spytałem, dlaczego, a on wybuchnął śmiechem: "Cóż ci mogę odpowiedzieć? Że cię trzymam w rezerwie, bo mam wobec ciebie długoterminowe plany? Lubię cię, to wszystko". Te słowa poruszyły mnie do głębi, a on pospiesznie dorzucił: "Poza tym mam pewność, że taka niezdara jak ty nigdy mi nie zagrozi. Dobre i to". 

(...)

Nazajutrz po kolacji z Oberländerem, zaraz po przebudzeniu, udałem się do Hennickego, dowódcy sztabu generalnego Grupy. "Ach, Obersturmführer Aue. Depesze dla Łucka są prawie gotowe. Niech pan idzie do Brigadeführera. Jest w więzieniu o nazwie Brygidki. Untersturmführer Beck pana zawiezie". Ten Beck był jeszcze bardzo młody; wyglądał świetnie, lecz sprawiał wrażenie nachmurzonego, jak gdyby tłumił ukryty gniew. Zasalutował mi, ale potem ledwo się odzywał. Ludzie na ulicach byli jeszcze bardziej wzburzeni niż poprzedniego dnia, chodziły patrole uzbrojonych nacjonalistów, trudno się było poruszać po mieście. Widać było także dużo więcej niemieckich żołnierzy. "Muszę podjechać na dworzec i odebrać przesyłkę, powiedział Beck. Nie będzie miał pan nic przeciwko?" Jego szofer zdążył już dobrze poznać drogę; żeby uniknąć tłumów, wjechał w jedną z przecznic, dalej droga przechodziła w serpentynę na zboczu niewielkiego wzgórza, a wzdłuż niej stały mieszczańskie kamieniczki, nieduże, lecz zamożne. "Piękne miasto", zauważyłem. - "Nic dziwnego. To przecież w gruncie rzeczy miasto niemieckie", odrzekł na to Beck. Nie odezwałem się więcej. Pod dworcem zostawił mnie w samochodzie i wmieszał się w tłum. Tramwaje wypuszczały pasażerów, wpuszczały nowych, odjeżdżały. W małym parku po lewej, obojętne na ciżbę wokół, porozkładały się nieliczne rodziny Cyganów, brudnych, śniadych, poubieranych w pstrokate łachmany. Cyganie kręcili się też koło dworca, ale nie żebrali, nawet dzieci się nie bawiły. Beck wrócił, niosąc małą paczkę. Podążył wzrokiem za moim spojrzeniem i zauważył Cyganów. "Zamiast tracić czas na Żydów, lepiej byśmy się zajęli tymi tu, rzucił z wściekłością. Oni są dużo bardziej niebezpieczni. Pracują dla czerwonych, nie wie pan? Ale z nimi też się policzymy". Gdy odjeżdżaliśmy z dworca długą ulicą, odezwał się znowu: "Tu obok jest synagoga. Chciałbym ją zobaczyć. Potem pojedziemy do więzienia". Synagoga kryła się w jednej z bocznych uliczek, po lewej od alei wiodącej do centrum. Dwóch niemieckich żołnierzy trzymało straż przed wejściem. Stara fasada nie wyglądała szczególnie, jedynie gwiazda Dawida na frontonie pozwalała domyślać się charakteru tego miejsca. Nie było ani jednego Żyda. Wszedłem za Beckiem przez małe drzwi. Wielka, wysoka na dwa piętra sala otoczona była u góry galerią, zapewne dla kobiet. Ściany zdobiły piękne obrazy o żywych kolorach, przedstawiające w naiwnym, lecz wyrazistym stylu, wielkiego Lwa Judy pośród żydowskich gwiazd, papug i jaskółek - wszystko gdzieniegdzie podziurawione kulami. Nie było tu ławek, tylko zamocowane na stałe niewielkie krzesła i szkolne stoliki. Beck długo oglądał obrazy, a potem wyszedł. Na ulicy przed więzieniem roiło się od ludzi, tłumy były potworne. Mężczyźni wrzeszczeli, rozhisteryzowane kobiety darły ubrania i rzucały się na ziemię, klęczący Żydzi, pilnowani przez żandarmów polowych, czyścili chodnik; od czasu do czasu jakiś przechodzień częstował ich kopniakiem, poczerwieniały Feldwebel darł się: "Juden Kaputt", a wpatrzeni w niego Ukraińcy klaskali z zachwytem. W bramie więzienia musiałem ustąpić miejsca kolumnie Żydów, którzy w koszulach lub z nagimi torsami, w większości zakrwawieni, pod czujnym okiem niemieckich żołnierzy przenosili nadpsute zwłoki i kładli je na wozy. Stare kobiety w czerni doskakiwały natychmiast do ciał, zawodząc, a potem rzucały się na Żydów i szarpały ich, dopóki jakiś niemiecki żołnierz ich nie odciągnął. Straciłem Becka z oczu, wszedłem na dziedziniec więzienia, a tam - ten sam spektakl. Przerażeni Żydzi ciągnęli trupy albo czyścili bruk przy akompaniamencie wrzasków żołnierzy; niektórzy z nich często wychodzili przed szereg, bili Żydów gołymi dłońmi albo kolbami pistoletów, a tamci krzyczeli, przewracali się, usiłowali wstać, by znów wziąć się do pracy. Inni żołnierze fotografowali zajście, a jeszcze inni, rozbawieni, wykrzykiwali wyzwiska albo słowa zachęty, czasem ten czy ów Żyd tracił siły i więcej nie wstawał - wtedy kilku mężczyzn podbiegało i dobijało go kopniakami, następnie jeden lub dwóch Żydów chwytało zwłoki za stopy i odciągało na bok, a reszta myła po nich bruk. Znalazłem wreszcie jakiegoś esesmana: "Wie pan może, gdzie jest Brigadeführer Rasch?". - "Powinien być w pomieszczeniach administracyjnych więzienia, tam, widziałem, jak szedł na górę". Długim korytarzem chodzili w tę i z powrotem żołnierze; panował spokój, ale zielone ściany, zatłuszczone i brudne, były obryzgane krwią, zakrzepłą lub całkiem jeszcze świeżą, w której tkwiły przyklejone kawałki mózgów wymieszane z włosami i fragmentami kości. Na podłodze, tam, gdzie ciągnięto zwłoki, widniały szerokie i gęste smugi, musiałem po nich chodzić. W głębi zobaczyłem Rascha, schodził po schodach w towarzystwie wysokiego Oberführera o pyzatej twarzy i jeszcze kilku oficerów Grupy. Zasalutowałem. "Ach, to pan. Świetnie. Otrzymałem raport von Radetzkiego. Niech pan go poprosi o przybycie tutaj, przy najbliższej okazji. I proszę osobiście zdać Obergruppenführerowi Jeckelnowi relację z przeprowadzonej tutaj Aktion. Niech pan szczególnie podkreśli fakt, że inicjatywa wyszła od nacjonalistów i ludności. NKWD i Żydzi zamordowali w Lembergu trzy tysiące osób, więc ludzie się mszczą, normalna sprawa. Kazaliśmy AOK nie ruszać ich przez kilka dni". - "Zu Befehl, Herr Brigadeführer". Wyszedłem za nimi. Rasch i Oberführer prowadzili ożywioną dyskusję. Od smrodu gnijących ciał na dziedzińcu wyraźnie odcinał się ciężki i dławiący zapach świeżej krwi. Wychodząc, minąłem Żydów, którzy wracali z ulicy pod eskortą; jeden z nich, bardzo młody mężczyzna, łkał gwałtownie, lecz bezgłośnie. Odnalazłem Becka przy samochodzie i wróciliśmy do Gruppenstab. Rozkazałem Höflerowi, żeby przygotował opla i odnalazł Poppa, potem wstąpiłem do Leitera III po depesze i przesyłki. Spytałem też, gdzie jest Thomas, chciałem się z nim pożegnać przed wyjazdem. "Znajdzie go pan w okolicach bulwaru, poinformował mnie ktoś. Niech pan idzie do kawiarni Metropol, przy Sykstuskiej". Höfler i Popp czekali gotowi na dole. "Jedziemy, Herr Obersturmführer?"- "Tak, ale zatrzymamy się po drodze. Jedź bulwarem". Z łatwością znalazłem Metropol. Wewnątrz ludzie zbici w grupki prowadzili hałaśliwe rozmowy, niektórzy, pijani, bełkotali, tuż przy barze oficerowie Rollbahn, "konwoju zaopatrzeniowego", pili piwo i komentowali wydarzenia. Znalazłem Thomasa w głębi, siedział z jakimś cywilem, młodym blondynem o pyzatej, niemiłej twarzy. Pili kawę. "Max, cześć! Poznaj, oto Oleg. Człowiek wykształcony i inteligentny". Oleg wstał i mocno uścisnął mi dłoń; wyglądał na kompletnego idiotę. "Posłuchaj, wyjeżdżam". Thomas odpowiedział mi po francusku: "To bardzo dobrze. Zresztą niedługo znów się spotkamy. Według planu twój Kommandostab będzie stacjonował w Żytomierzu, razem z nami". - "Świetnie". Przeszedł na niemiecki: "Powodzenia! Nie trać ducha!". Pozdrowiłem Olega i wyszedłem. Nasze oddziały znajdowały się jeszcze daleko od Żytomierza, ale Thomas mówił to z przekonaniem, musiał być dobrze poinformowany. W drodze powrotnej delektowałem się spokojem galicyjskich wsi. Jechaliśmy powoli, w kurzu kolumn ciężarówek i pojazdów pancernych podążających na front; słońce prześwietlało długie szeregi białych chmur, defilujących po niebie - rozległym cienistym pułapie, wesołym i spokojnym.

 

Dotarłem do Łucka po południu. Blobel, zdaniem Radetzkiego, miał nie wrócić zbyt szybko, Häfner powiedział nam w tajemnicy, że zostawili go w końcu w zakładzie dla umysłowo chorych z Wehrmachtu. Akcja odwetowa trwała w najlepsze, ale nikt nie miał wielkiej ochoty o niej rozmawiać: "Może pan się uważać za szczęśliwca, że nie musiał pan tutaj być", szepnął mi Zora. 6 lipca Sonderkommando, nadal na przodach 6. Armii, przeniosło się do Równego, a potem szybko do Zwiahela czy też Swajgiela, miasta, które Sowieci nazywają Nowogrodem Wołyńskim. Na każdym etapie wyodrębniano Teilkommanda, które miały zidentyfikować i aresztować potencjalnych przeciwników i wykonać na nich egzekucje. W większości, trzeba przyznać, byli to Żydzi. Ale strzelaliśmy także do komisarzy i funkcjonariuszy bolszewickiej partii, jak tylko udało nam się na nich trafić, do złodziei, rozbójników, chłopów, którzy ukrywali zbiory, do Cyganów też. Beck byłby zadowolony. Von Radetzki wyjaśnił nam, że powinniśmy myśleć zgodnie z zasadą obiektywnego zagrożenia: ponieważ zdemaskowanie każdego winnego z osobna jest fizyczną niemożliwością, należy wyszczególnić społeczno-polityczne kategorie, stanowiące dla nas największe niebezpieczeństwo, i odpowiednio zareagować. W Lembergu nowy Ortskommandant, generał Rentz, powoli, ale skutecznie, zaprowadził porządek i wyciszył zamieszki; pomimo to Einsatzkommando 6, a potem 5, które je zastąpiło, nadal przeprowadzało za miastem egzekucje na setkach ludzi. Zaczęły się też kłopoty z Ukraińcami. 9 lipca krótkie doświadczenie Ukrainy z wolnością brutalnie się zakończyło. SP zatrzymało Banderę i Stećkę i wysłało ich pod eskortą do Krakowa, a ich ludzi rozbrojono. Inni bojownicy OUN-B wszczęli rewoltę, w Drohobyczu otworzyli ogień do naszych oddziałów, zginęło kilku Niemców. Od tej chwili partyzantów Bandery także rozpatrywaliśmy w kategoriach obiektywnego zagrożenia; melnykowcy ochoczo pomagali nam do nich docierać i przejmowali administrację lokalną. 11 lipca Gruppenstab, któremu podlegaliśmy, wymienił oznaczenia z innym, związanym z Grupą Armii Środek; od tej pory nasza Einsatzgruppe była oznaczona literą "C". Tego samego dnia nasze trzy ople admirał wjechały do Żytomierza na czele kolumny czołgów 6. Armii. Kilka dni później wyznaczono mnie do wzmocnienia tego Vorkommando, w oczekiwaniu na większość ludzi z Naczelnego Dowództwa.

 

W Zwiahelu krajobraz zmienił się diametralnie. Był tu prawdziwy ukraiński step, po horyzont, pagórkowate, intensywnie uprawiane pole. W łanach pszenicy więdły maki, dojrzewające żyto i jęczmień ciągnęły się kilometrami, w nieskończoność, słoneczniki wyciągały się ku niebu, a ich złociste kwiaty wiernie podążały za słońcem. Tę oszałamiającą perspektywę łamały rzucone gdzieniegdzie, jakby przypadkiem, rzędy chat stojących pośród akacji lub w niewielkich zagajnikach pełnych dębów, klonów i jesionów. Wiejskie drogi obsadzone były lipami, nad rzekami pochylały się osiki i wierzby, w miastach, wzdłuż bulwarów, rosły kasztanowce. Nasze mapy były zupełnie do niczego: wyrysowane na nich drogi nie istniały albo okazały się niemal całkiem zatarte; tam, gdzie mapa pokazywała tylko pusty step, nasze patrole odkrywały kołchozy i rozległe pola bawełny, melonów, buraków, zaś mikroskopijne miasteczka zmieniły się w rozwinięte centra przemysłowe. I chociaż Galicja przeszła w nasze ręce niemal nietknięta, wycofująca się Armia Czerwona stosowała tutaj politykę systematycznej destrukcji. Płonęły całe miasteczka i pola, natknęliśmy się na zasypane studnie pełne dynamitu, zaminowane drogi i budynki, w kołchozach zostały drób, bydło i kobiety, mężczyźni odeszli i zabrali konie. W Żytomierzu Rosjanie spalili wszystko, co stanęło im na drodze; na szczęście, pośród dymiących ruin stały jeszcze ocalałe budynki. Miasto było nadal pod kontrolą Węgrów i Callsen nie posiadał się z gniewu: "Ich oficerowie odnoszą się przyjaźnie do Żydów, jedzą u Żydów kolacje!". Bohr, także oficer, dolewał oliwy do ognia: "Podobno niektórzy oficerowie sami są Żydami. Wyobrażacie sobie? Sojusznicy Rzeszy! Jak ja im teraz podam rękę!". Mieszkańcy przyjęli nas dobrze, ale skarżyli się na poczynania Honvedu na terytorium ukraińskim: "Niemcy to nasi historyczni przyjaciele, mówili. A Madziarzy chcą sobie nas przywłaszczyć". Rosnące napięcie przejawiało się w małych, lecz codziennych incydentach. Kompania pionierów zabiła dwóch Węgrów; jeden z naszych generałów musiał publicznie przepraszać. Ze swojej strony Honved utrudniał pracę naszym lokalnym policjantom i Vorkommando musiało, za pośrednictwem Gruppenstab, złożyć skargę w Naczelnym Dowództwie Grupy Armii, OKHG Południe. Wreszcie 15 lipca Węgrów wydalono i AOK 6 weszło do Żytomierza, a za nim nasze Kommando i Gruppenstab C. Wcześniej wysłano mnie jeszcze do Zwiahela jako łącznika. Teilkommandos pod dowództwem Callsena, Hansa i Janssena objęły sektory, które ciągnęły się aż po linię frontu, zablokowaną pod Kijowem. Na południu nasza strefa łączyła się ze strefą Ek 5, trzeba było koordynować operacje, ponieważ każde Teilkommando działało niezależnie. Ja trafiłem do Janssena, w region pomiędzy Zwiahelem i Równem, na granicy z Galicją. Krótkie letnie burze coraz częściej przechodziły w ulewy, zamieniały lessowy kurz, miałki jak mąka, w lepkie błoto, gęste i czarne, które żołnierze nazywali buna. Tworzyły się ogromne bagienne rozlewiska, w których powoli rozkładały się ciała koni i żołnierzy poległych w walkach. Ludzie zapadali na uporczywe biegunki, pojawiły się wszy; samochody grzęzły w błocie i przemieszczały się z trudem. Jako pomoc dla Kommando werbowano licznych ukraińskich asystentów, których żołnierze przysłani z Afryki nazwali askarysami. Płaciliśmy im pieniędzmi z kas miejskich i z funduszy uzyskanych po skonfiskowaniu majątków żydowskich. W większości byli to bulbowcy, ci wołyńscy ekstremiści, o których opowiadał Oberländer (wywodzili swoją nazwę od nazwiska Tarasa Bulby). Po likwidacji OUN-B dano im wybór między niemieckim mundurem i obozem; wielu z nich ukryło się pośród mieszkańców, ale część zaciągnęła się do nas. Bardziej na północ, między Pińskiem, Mozyrem i Olewskiem, Wehrmacht zezwolił na utworzenie "Ukraińskiej Republiki Olewskiej", kierowanej przez niejakiego Tarasa Borowca, dawniej właściciela kamieniołomów w Kostopolu, upaństwowionych przez bolszewików. Polował on na samotne jednostki Armii Czerwonej i polskich partyzantów, odciążał nasze oddziały, a w zamian za to my tolerowaliśmy jego, ale w Einsatzgruppe podejrzewano, że chroni niebezpieczne elementy OUN-B, tych, których żartobliwie nazywaliśmy "OUN (bolszewicy)", w przeciwieństwie do "mienszewików" Melnyka. Werbowaliśmy także folksdojczy, których spotykaliśmy w wioskach, i robiliśmy z nich burmistrzów i policjantów. Żydzi właściwie wszędzie skazani byli na roboty przymusowe i zaczynaliśmy systematyczny odstrzał tych, którzy nie pracowali. Ale na ukraińskim brzegu Zbrucza nasze akcje nie przynosiły oczekiwanych rezultatów z winy lokalnej ludności, która nie donosiła nam o migracjach Żydów; a oni korzystali z tego i przemieszczali się bez zezwolenia, kryjąc się po lasach na północy. W związku z tym Brigadeführer Rasch wydał rozkaz zorganizowania publicznego przemarszu Żydów na egzekucję; na oczach ukraińskich wieśniaków miał paść mit o żydowskiej władzy politycznej. Ale nawet takie działania nie dały chyba pożądanych rezultatów.

Któregoś dnia rano Janssen zaproponował mi, żebym pojechał na akcję. Wiedziałem, to się musiało stać, prędzej czy później, i często o tym myślałem. Mogę szczerze powiedzieć, że stosowane przez nas metody budziły moje wątpliwości, z trudem chwytałem ich logikę. Rozmawiałem kiedyś z żydowskimi więźniami, przyznali, że dla nich od zawsze to, co złe, przychodziło ze wschodu, a to, co dobre, z zachodu; w 1918 roku witali nasze oddziały niczym wyzwolicieli, wybawców, nasi żołnierze zachowali się jak ludzie; po ich odejściu przyszli Ukraińcy Petlury i urządzili im masakrę. Władza bolszewicka głodziła swój lud. A teraz my ich zabijamy. Zabijamy wielu ludzi. Wydawało mi się to wielkim nieszczęściem, choć wiedziałem, że jest nieuniknione i konieczne. Ale nieszczęściu należy stawić czoło, trzeba być gotowym, by temu, co nieuniknione i konieczne, spojrzeć w twarz i przyjąć do wiadomości wynikające z tego konsekwencje - odwracanie wzroku nie jest żadną odpowiedzią. Przyjąłem propozycję Janssena. Akcją dowodził Untersturmführer Nagel, jego adiutant. Wyjechałem ze Zwiahela razem z nim. Poprzedniego dnia padało, ale droga była czysta, jechaliśmy powoli pośród wysokich, zalanych słońcem ścian zieleni, które odgradzały nas od pól. Wioska, nie pamiętam jej nazwy, rozciągała się na brzegu szerokiej rzeki, kilka kilometrów od dawnej sowieckiej granicy. Tutejsza ludność była mieszana, galicyjscy chłopi mieszkali po jednej stronie, Żydzi po drugiej. Gdy przyjechaliśmy, kordony już stały. Nagel pokazał mi las za wsią: "Tam się to odbywa". Był zdenerwowany, niepewny, on też prawdopodobnie nikogo jeszcze nie zabił. Na centralnym placu nasi askarysi zbierali już Żydów, dojrzałych mężczyzn i młodzieńców; prowadzili ich w małych grupkach z żydowskich uliczek, czasem bili, zmuszali, żeby uklękli, zostawiali pod okiem Orpo. Było też z nimi kilku Niemców, jeden z nich, Gnauk, bił Żydów batem, żeby szybciej szli. Ale, pominąwszy krzyki, wszystko wokół emanowało spokojem. Nie było gapiów; od czasu do czasu w rogu placu pojawiało się jakieś dziecko, spoglądało na klęczących Żydów i uciekało. "To potrwa jeszcze jakieś pół godziny, tak myślę", powiedział Nagel. - "Mogę się przejść?", spytałem. - "Tak, oczywiście. Ale niech pan weźmie ze sobą ordynansa". Tak nazywał Poppa, który od wyjazdu do Lemberga nie odstępował mnie na krok, przygotowywał mi kwatery i kawę, pastował buty, zanosił do prania mundury, chociaż ja o nic go nie prosiłem. Udałem się w stronę małych galicyjskich gospodarstw, ku rzece, Popp deptał mi po piętach z karabinem na ramieniu. Domy były tu długie i niskie, drzwi zamknięte na cztery spusty, nie spotkałem po drodze nikogo. U drewnianych wrót, umazanych pospolitą błękitną farbą, tłoczyły się gęsi, około trzydziestu, i gęgały hałaśliwie, czekając, by ktoś je wpuścił. Zostawiłem w tyle ostatnie domy i zszedłem nad rzekę, ale jej brzegi były bagienne, musiałem iść nieco wyżej. Dalej był las. Powietrze drżało od rozdzierającego, obsesyjnego rechotu żab. Trwała pora godowa. Wyżej, na podmokłych polach, pośród kałuż, w których odbijały się promienie słońca, szedł tuzin białych gęsi, tłustych i dumnych, a za nimi wystraszony cielak. Miałem już okazję zwiedzić kilka ukraińskich wiosek: zapamiętałem je jako dużo biedniejsze i bardziej wynędzniałe niż ta, zdążyłem się nawet przestraszyć, że Oberländer będzie musiał patrzeć, jak jego teorie obracają się w proch. Postanowiłem wracać. Przed niebieskimi wrotami nadal tłoczyły się gęsi, dreptały wokół krowy o załzawionych oczach, w których roiły się pozlepiane ropą muchy. Askarysi na placu upychali Żydów w ciężarówkach, pośród krzyków i razów, ale Żydzi nie stawiali oporu. Dwaj Ukraińcy, tuż przede mną, ciągnęli starucha z drewnianą nogą, proteza odpadła, a jego wrzucili bez ładu i składu do ciężarówki. Nagel gdzieś się zapodział. Złapałem jednego z askarysów i pokazałem mu drewnianą nogę: "Włóż to do ciężarówki razem z nim". Ukrainiec wzruszył ramionami, chwycił nogę i rzucił za starym. W każdej ciężarówce mieściło się około trzydziestu Żydów; w sumie było ich ze stu pięćdziesięciu, ale mieliśmy tylko trzy ciężarówki, trzeba było jechać na dwie tury. Gdy skończono załadunek, Nagel skinął na mnie, żebym wsiadał do opla - wjechaliśmy w leśną drogę, a ciężarówki za nami. Na skraju lasu stał gotowy kordon. Kazaliśmy rozładować ciężarówki, a potem Nagel rozkazał wybrać Żydów zdolnych do kopania; reszta miała czekać. Hauptscharführer dokonał selekcji, rozdaliśmy łopaty, Nagel uformował eskortę i grupa weszła do lasu. Ciężarówki odjechały. Patrzyłem na Żydów: ci najbliżej mnie byli bladzi, ale spokojni. Nagel podszedł do mnie i powiedział rozdrażniony, wskazując na Żydów: "To konieczność, rozumie pan? W tej sytuacji cierpienie ludzkie nie powinno mieć żadnej wartości". - "Tak, ale przecież ma jakąś wartość". Właśnie tego nie potrafiłem zrozumieć: tej przepaści, absolutnej różnicy pomiędzy łatwością, z jaką można zabijać, a wielkim trudem, z jakim się idzie na śmierć. Dla nas był to kolejny nieprzyjemny dzień pracy, dla nich koniec wszystkiego.

Z lasu dochodziły krzyki. "Co się dzieje?", spytał Nagel. - "Nie wiem, Herr Untersturmführer, powiedział jeden z podoficerów. Pójdę zobaczyć". Teraz on znikł w lesie. Niektórzy Żydzi zaczęli chodzić w tę i z powrotem, powłócząc nogami, wbijając oczy w ziemię, w ponurym i tępym milczeniu ludzi czekających na śmierć. Jakiś chłopak, przysiadłszy na piętach, nucił piosenkę i patrzył na mnie zaciekawiony; przysunął dwa palce do ust; podałem mu papierosa i zapałki, podziękował z uśmiechem. Na skraju lasu pojawił się podoficer i zawołał: "Znaleźli zbiorową mogiłę, Herr Untersturmführer". - "Jak to, zbiorową mogiłę?" Nagel poszedł do lasu, ja z nim. Pod drzewami Hauptscharführer bił po twarzy jednego z Żydów i krzyczał: "Wiedziałeś, co? Skurwielu. Czemu nam nie powiedziałeś?". - "Co tu się dzieje?", spytał Nagel. Hauptscharführer przestał bić Żyda i odpowiedział: "Niech pan popatrzy, Herr Untersturmführer. Znaleźliśmy zbiorowy grób bolszewików". Podszedłem do odkopanego przez Żydów dołu: na dnie słały się zapleśniałe, skurczone trupy, wyglądały niemal jak mumie. "Musieli zostać zabici tej zimy, powiedziałem. Dlatego ciała się nie rozłożyły". Jeden z żołnierzy stojących na dnie dołu podniósł głowę. "Wygląda na to, że każdy dostał kulę w kark, Herr Untersturmführer. To pewnie sprawka NKWD". Nagel zawołał tłumacza: "Spytaj go, co się tu działo". Ukrainiec przetłumaczył pytanie i Żyd mu odpowiedział. "Mówi, że bolszewicy aresztowali wielu mężczyzn z tej wioski. Ale oni podobno nie wiedzieli, że zakopano ich tutaj". - "Nie wiedzieli, gnoje!, wybuchł Hauptscharführer. Sami ich zabili, może nie?!" - "Hauptscharführer, niech się pan uspokoi. Niech pan im każe to zasypać i idźcie kopać gdzie indziej. Tylko zaznaczcie miejsce, na wypadek, gdyby trzeba było przeprowadzić dochodzenie". Wróciliśmy do kordonu; zjeżdżały się ciężarówki z resztą Żydów. Dwadzieścia minut później przyszedł do nas Hauptscharführer, był cały czerwony. "Znowu trafiliśmy na ciała, Herr Untersturmführer. To niemożliwe, one są chyba w całym lesie". Nagel zarządził krótką naradę. "W lesie nie ma zbyt wielu prześwitów, zasugerował jakiś podoficer. Dlatego kopiemy w tych samych miejscach co oni". Gdy tak dyskutowali, ja zacząłem przyglądać się swoim palcom, odkrywając stopniowo, że pod paznokciami utkwiły długie i bardzo cienkie drzazgi; obmacałem je, były tuż pod skórą, sięgały drugiego knykcia. Dziwna sprawa. Jak się tam dostały? Przecież nic nie czułem. Zacząłem je delikatnie wyciągać, uważając, żeby nie poleciała krew. Na szczęście wychodziły dość łatwo. Nagel chyba podjął jakąś decyzję: "Dalej też jest las, trochę niższy. Spróbujemy tam". - "Poczekam na was tutaj", powiedziałem. - "Świetnie, Herr Obersturmführer. Przyślę kogoś po pana". Bardzo uważnie obejrzałem palce. Kilka razy. Wszystko było chyba w porządku. Zostawiłem na chwilę kordon, zszedłem po łagodnym stoku, całym w ziołach i już niemal całkiem wyschniętych kwiatach. Niżej ciągnęły się pola pszenicy, przed złymi urokami chronił je zabity kruk, który nogi i skrzydła miał rozłożone jak na krzyżu. Położyłem się w trawie i spojrzałem w niebo. Zamknąłem oczy.

Przyszedł po mnie Popp. "Są już prawie gotowi, Herr Obersturmführer". Kordon z Żydami przemieścił się w głąb lasu. Skazańcy czekali pod drzewami, w małych grupkach, niektórzy opierali się o drzewa. Dalej, w lesie, czekał Nagel i jego Ukraińcy. Żydzi, którzy pracowali na dnie długiego na kilka metrów rowu, wyrzucali na nasyp ostatnie łopaty błota. Pochyliłem się: woda wypełniała dół, Żydzi kopali, stojąc po kolana w szlamie. "To nie dół, to pływalnia", powiedziałem sucho do Nagela. Nie podobała mu się chyba ta uwaga: "A co mamy zrobić, Herr Obersturmführer? Trafiliśmy na wody gruntowe. Im głębiej kopią, tym więcej wody. Jesteśmy za blisko rzeki. No, ale przecież nie będę cały dzień kopał dołów w tym lesie". Odwrócił się do Hauptscharfuhrera: "Dobrze, wystarczy. Niech wyjdą". Był blady jak trup. "Pańscy strzelcy są gotowi?", spytał. Zrozumiałem, że strzelać będą Ukraińcy. "Tak, Herr Untersturmführer", odpowiedział tamten. Odwrócił się do Dolmetschera i wyjaśnił mu procedurę. Ten przetłumaczył Ukraińcom. Dwudziestu z nich ustawiło się w szeregu nad rowem, pięciu innych chwyciło tych Żydów, którzy wcześniej kopali, całych ubłoconych; kazali im uklęknąć wzdłuż wykopu, ryłem do plutonu. Na rozkaz Hauptscharführera askarysi zdjęli z ramion karabiny i wycelowali lufy w żydowskie karki. Ktoś jednak źle obliczył, powinno być dwóch strzelców na Żyda, a kopało ich piętnastu. Hauptscharführer policzył od nowa, po czym rozkazał Ukraińcom opuścić broń i odstawił pięciu Żydów na bok, do reszty. Kilku z nich recytowało coś szeptem, pewnie modlitwy, ale poza tym nic nie mówili. "Lepiej dołączyć askarysów, zasugerował któryś podoficer. Byłoby szybciej". Rozgorzała krótka dyskusja. Ukraińców było w sumie tylko dwudziestu pięciu, podoficer zaproponował, żeby dostawić pięciu ludzi Orpo. Hauptscharführer upierał się, że nie należy przerzedzać kordonu. Rozgniewany Nagel uciął krótko: "Zostawcie tak, jak było". Hauptscharführer wyszczekał rozkaz i askarysi podnieśli karabiny. Nagel zrobił krok do przodu. "Na moją komendę..." Głos miał zduszony, z trudem trzymał nerwy na wodzy. "Ognia!" Poszła pierwsza seria, ujrzałem czerwone bryzgi, owiane dymem z luf. Prawie wszyscy zabici polecieli do przodu i upadli nosami w wodę; dwóch pozostało skulonych na brzegu dołu. "Posprzątajcie mi to zaraz i przyprowadźcie następnych", rozkazał Nagel. Kilku Ukraińców chwyciło martwych Żydów za ramiona i nogi i wrzuciło ich do dołu; wpadli do wody z wielkim pluskiem, krew popłynęła strumieniami z ich roztrzaskanych głów, opryskała buty i zielone mundury Ukraińców. Podeszli dwaj mężczyźni z łopatami i wzięli się do oczyszczania brzegu mogiły, wrzucając grudy zakrwawionej ziemi i białawe kawałki mózgowia tam, gdzie leżeli zabici. Poszedłem popatrzeć: trupy pływały w zmieszanej z błotem wodzie, jedne na brzuchach, inne na plecach, ich brody i nosy wystawały ponad taflę, krew wypływała z ich głów i rozlewała się po powierzchni wody jak cienka warstwa oleju, tyle tylko, że czerwonego, ich białe koszule też już były czerwone, a czerwone cienkie strużki płynęły im po twarzach i wślizgiwały się w zarost. Przyprowadzono drugą grupę, pięciu, którzy kopali, i pięciu innych, ze skraju lasu, i kazano uklęknąć im twarzą do dołu, przy pływających ciałach ich sąsiadów. Jeden z nich odwrócił się twarzą do strzelców, z podniesioną głową, i patrzył na nich w milczeniu. Pomyślałem o tych Ukraińcach. Co skłoniło ich, by tu być? Większość biła się z Polakami, a potem z Sowietami, pewnie marzyli o lepszej przyszłości dla siebie i swoich dzieci, a teraz stoją w lesie, w obcych mundurach i zabijają ludzi, którzy niczego im nie zrobili, bez żadnej zrozumiałej dla nich przyczyny. Co oni mogą o tym myśleć? A przecież, kiedy wydano rozkaz, strzelali, spychali ciała do dołu i przyprowadzali następnych, nie protestowali. Co będą o tym myśleć potem? Na razie strzelali znowu. Słychać było jęki dochodzące z wnętrza grobu. "Cholera, niektórzy jeszcze żyją", narzekał Hauptscharführer. - "No to ich dobijcie!", wydarł się Nagel. Na rozkaz Hauptscharführera dwaj askarysi podeszli bliżej i strzelili do środka. Krzyki nie ustały. Po raz trzeci zaczęli strzelać. Obok nich pozostali Żydzi czyścili brzeg dołu. I znów, z oddali, prowadzono następnych dziesięciu. Dostrzegłem Poppa; wziął całą garść ziemi z wielkiego usypu tuż przy grobie i przyglądał się jej, rozcierał w palcach, włożył nawet odrobinę do ust. "Co jest, Popp?" Podszedł do mnie. "Niech pan popatrzy na tę ziemię, Herr Obersturmführer. To świetna ziemia. Człowiek mógłby się tu nieźle urządzić". Żydzi właśnie klękali. "Wyrzuć to, Popp", powiedziałem. - "Mówili nam, że kiedyś będziemy mogli tu przyjechać. Założyć gospodarstwa. To jest dobry region, to wszystko, co chcę powiedzieć". - "Zamknij się, Popp". Askarysi wypuścili kolejną serię. I znów rozdzierające krzyki dobiegały z głębi dołu, i jeszcze jęki. "Błagamy was, panowie Niemcy! Błagamy!" Hauptscharführer kazał ich dobić, ale krzyki nie ustawały, słychać było, jak ludzie miotają się w wodzie. Nagel krzyczał: "Ci wasi ludzie strzelają jak ciule! Niech zejdą na dół, do dziury". - "Ale, Herr Untersturmfuhrer..." - "Każcie im zejść!" Hauptscharfüher polecił przetłumaczyć rozkaz. Ukraińcy zaczęli nerwowo gestykulować. "Co oni mówią?", spytał Nagel. - "Nie chcą zejść, Herr Untersturmführer, wyjaśnił tłumacz. Mówią, że nie ma potrzeby, że mogą strzelać z brzegu". Nagel był cały czerwony. "Niech zejdą!" Hauptscharführer złapał jednego za ramię i pociągnął w stronę wykopu; Ukrainiec stawiał opór. Teraz krzyczeli już wszyscy, po ukraińsku i po niemiecku. Nieopodal czekała następna grupa. W końcu wściekły askarys rzucił broń na ziemię i wskoczył do dołu, poślizgnął się, wpadł między zwłoki i umierających. Jego towarzysz zszedł za nim, podpierając się o ziemię, i pomógł mu wstać. Ukrainiec klął, pluł, cały był w błocie i we krwi. Hauptscharführer podał mu karabin. Po lewej słychać było wystrzały, krzyki, żołnierze z kordonu strzelali w las: jeden z Żydów wykorzystał zamieszanie i zbiegł. "Dostał?", zawołał Nagel. - "Nie wiem, Herr Untersturmführer!", odkrzyknął z daleka któryś z policjantów. "No to idźcie sprawdzić!" Dwaj Żydzi wybiegli niespodziewanie z drugiej strony i Orpo znów zaczęli strzelać. Jeden upadł natychmiast, drugi zniknął w lesie. Nagel wyjął pistolet i machał nim we wszystkie strony, wykrzykując jakieś niezborne rozkazy. Askarys w rowie usiłował przycisnąć lufę swojego karabinu do czoła jednego z rannych Żydów, ale ten pogrążył się w wodzie, jego głowa znikła pod powierzchnią. Ukrainiec strzelił w końcu do skazańca, kula rozerwała szczękę Żyda, ale go nie dobiła, walczył jeszcze, łapał Ukraińca za nogi. "Nagel", powiedziałem. - "Co?" Miał zaciętą twarz, pistolet wisiał mu bezwładnie w palcach opuszczonej dłoni. - "Pójdę poczekać przy samochodzie". Z głębi lasu dobiegał odgłos wystrzałów, Orpo szukali zbiegów; rzuciłem przelotnie okiem na palce, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście wyciągnąłem wszystkie drzazgi. Jeden z Żydów stojących nad grobem zapłakał.

 

Już wkrótce taka amatorszczyzna zdarzała się sporadycznie. Z tygodnia na tydzień oficerowie nabierali doświadczenia, żołnierze przyswajali procedury; jednocześnie widać było, że wszyscy próbują znaleźć dla siebie miejsce w tej historii, rozmyślają o tym, co się dzieje, każdy podchodzi do tego na swój własny sposób. Przy stole, wieczorami, ludzie rozmawiali o akcjach, opowiadali sobie anegdoty, porównywali doświadczenia, niektórzy ze smutkiem, inni z rozbawieniem. Byli też tacy, którzy milczeli, i tych należało szczególnie pilnować. Mieliśmy już dwa samobójstwa, a którejś nocy jeden żołnierz obudził się i opróżnił magazynek karabinu, celując w sufit - trzeba było go siłą przypiąć do łóżka, omal nie zginął jeden podoficer. Niektórzy zachowywali się brutalnie, niemal sadystycznie, bili skazańców, dręczyli ich przed zabiciem, oficerowie usiłowali kontrolować te nadużycia, ale nie było to łatwe, zdarzały się wyskoki. Nasi ludzie bardzo często fotografowali egzekucje, a potem, w kwaterach, wymieniali zdjęcia na tytoń albo wieszali je na ścianach i każdy, kto chciał, mógł zamówić u nich odbitki. Od tych z wojskowej cenzury wiedzieliśmy, że wielu wysyłało zdjęcia rodzinom w Niemczech, niektórzy robili nawet małe albumy z opisami; zjawisko to niepokoiło zwierzchnictwo, ale wydawało się niemożliwe do opanowania. Sami oficerowie tak robili. Raz, kiedy Żydzi właśnie kopali rów, usłyszałem, jak Bohr nuci pod nosem: "Ziemia jest zimna, ziemia jest słodka, kop w niej dół, Zydku, kop". Tłumacz przekładał, zszokowało mnie to. Znałem Bohra od pewnego czasu, był normalnym facetem, nie przejawiał jakiejś szczególnej niechęci wobec Żydów, wykonywał swoją pracę jak należy, ale najwyraźniej nie dawało mu to spokoju i wywoływało nieodpowiednie reakcje. Oczywiście prawdziwych antysemitów nie brakowało u nas w Kommando. Taki na przykład Lubbe, także Untersturmführer, przy każdej możliwej okazji złorzeczył Izraelowi tak zajadle, jak gdyby cały światowy judaizm był spiskiem na szeroką skalę, skierowanym przeciw niemu, Lübbemu. Zamęczał tym wszystkich. Ale jego zachowanie na akcjach było dziwne: czasem był brutalny, a czasem, rano, dostawał strasznej biegunki, oświadczał, że jest chory i wysyłał zastępstwo. "Boże, jak ja nienawidzę tej zarazy, mówił, patrząc, jak umierają. Co za obrzydliwa robota". A gdy spytałem, czy jego przekonania nie pomagają mu lepiej tego znosić, odparł: "Wie pan, to, że jem mięso, nie oznacza, że chciałbym pracować w rzeźni". Oddalono go zresztą kilka miesięcy później, kiedy dr Thomas, następca Brigadeführera Rascha, przeprowadził czystki w Kommandos. Rosła liczba oficerów, którzy tak jak szeregowcy stawali się trudni do opanowania, wyobrażali sobie, że wolno im teraz robić rzeczy, których robić nie powinni, rzeczy niesłychane, i to była prawdopodobnie normalna reakcja - w pracy takiej jak ta granice zacierają się, rozmywają. Byli też tacy, którzy okradali Żydów, zatrzymywali ich złote zegarki, pierścionki, pieniądze, chociaż wszystko powinno być złożone w Kommandostab, i wysłane do Niemiec. Podczas akcji oficerowie byli zmuszeni patrzeć na ręce Orpo, Waffen-SS, askarysom, sprawdzać, czy niczego nie podbierają. Ale oficerowie też zatrzymywali różne rzeczy. Poza tym pili, poczucie dyscypliny słabło. Któregoś wieczoru - stacjonowaliśmy właśnie w jakiejś wiosce - Bohr przyprowadził dwie dziewczyny, ukraińskie chłopki, i przyniósł wódkę. On, Zorn i Müller usiedli i pili z dziewczynami, obmacywali je, wkładali im ręce pod spódnice. Ja leżałem w łóżku, próbowałem czytać. Bohr mnie zawołał: "Niech pan tu do nas przyjdzie i też skorzysta!". - "Nie, dziękuję". Jedna dziewczyna była rozchełstana, półnaga, jej galaretowate piersi lekko zwisały. To nieświeże pożądanie, tłuste ciała, wzbudzały we mnie wstręt, ale nie miałem gdzie się podziać. "Nie umie się pan bawić, doktorze", rzucił Bohr. Patrzyłem na nich, jakbym miał w oczach rentgena: pod warstwą ciała widziałem szkielety; kiedy Zorn obejmował dziewczynę, było to tak, jak gdyby ich kości, oddzielone zaledwie cienką gazą, uderzały o siebie, a gdy się śmiali, twardy zgrzyt wydobywał się z wnętrza ich szczęk i czaszek; jutro będą starzy, dziewczyny obrosną tłuszczem lub, przeciwnie, ich pomarszczona skóra zacznie zwisać z kości, suche i puste piersi opadną jak małe, opróżnione bukłaki, a potem Bohr i Zorn, i te dziewczyny umrą i spoczną w zimnej ziemi, słodkiej ziemi, jak ci skoszeni w kwiecie wieku Żydzi, ich usta wypełni glina i już się nie będą śmiać, więc po cóż ta cała przygnębiająca rozwiązłość? Gdybym zadał to pytanie Zornowi, odpowiedziałby mi zapewne: "Właśnie, trzeba korzystać, zanim zdechniemy, trzeba sobie trochę uprzyjemnić życie". A ja przecież nie miałem im za złe tej przyjemności, sam też umiałem umilić sobie życie, jeśli tylko przyszła mi na to ochota; mierził mnie chyba ten ich przeraźliwy brak samoświadomości, to, że w zadziwiający sposób potrafili nie myśleć o niczym, o rzeczach dobrych ani złych, a tylko szli z prądem, zabijali, nie rozumiejąc, dlaczego to robią, i wcale się tym nie martwiąc, obmacywali kobiety, bo były chętne, pili, nie próbując nawet uwolnić się od potrzeb własnych ciał. Oto, czego nie rozumiałem, ale nikt nie wymagał ode mnie zrozumienia.

 

Na początku sierpnia Sonderkommando przystąpiło do pierwszej czystki w Żytomierzu. Według naszych statystyk przed wojną mieszkało tu trzydzieści tysięcy Żydów, ale większość uciekła z Armią Czerwoną - zostało ich już tylko pięć tysięcy, dziewięć procent całej populacji. Rasch stwierdził, że to i tak za dużo. Generał Reinhardt, który dowodził 99. dywizją, użyczył nam żołnierzy na Durchkämmung, piękne niemieckie określenie, którego nie potrafię przetłumaczyć, a które oznacza przeczesywanie terenu. Wszyscy byli nieco nerwowi: l sierpnia Galicja została przyłączona do Generalnego Gubernatorstwa i bataliony "Nachtigall" podniosły bunt, aż po Winnicę i Tyraspol. Trzeba było zidentyfikować oficerów i podoficerów OUN-B we wszystkich naszych grupach posiłkowych, aresztować ich i wysłać razem z oficerami "Nachtigall" do Bandery, do Sachsenhausen. Od tej pory mieliśmy oko na pozostałych, nie wszyscy wyglądali na godnych zaufania. W samym Żytomierzu banderowcy zamordowali dwóch obsadzonych przez nas melnykistowskich funkcjonariuszy. Najpierw podejrzenie padło na komunistów, potem rozstrzelaliśmy wszystkich partyzantów OUN-B, których udało nam się znaleźć. Na szczęście nasze relacje z Wehrmachtem układały się doskonale. Weterani z Polski byli zaskoczeni; w najlepszym wypadku spodziewali się pełnego niechęci porozumienia, a my utrzymywaliśmy ze sztabami generalnymi naprawdę szczere, serdeczne stosunki. Bardzo często to armia inicjowała akcje, zwracała się do nas z prośbą o likwidację Żydów w wioskach, gdzie dochodziło do działań sabotażowych, w ramach trzebienia partyzantów albo z tytułu represji; sami przyprowadzali nam Żydów i Cyganów na egzekucje. Von Roques, dowódca tylnej strefy Grupy Armii Południe, w przypadkach, gdy identyfikacja sabotażystów nie była możliwa, rozkazywał represjonowanie Żydów i Rosjan, ponieważ nie należało arbitralnie potępiać Ukraińców: Musimy budzić w nich przekonanie, że jesteśmy sprawiedliwi. Oczywiście nie wszyscy ludzie z Wehrmachtu akceptowali te zasady, zwłaszcza oficerom w starszym wieku brakowało, jak to określał Rasch, zrozumienia. Grupa miała także problemy z pewnymi dowódcami Dulagu, którzy odmawiali dostarczania nam komisarzy i żydowskich więźniów wojennych. Ale von Reichenau, wszyscy to wiedzieli, bronił SP bardzo zaciekle. Czasem jednak zdarzało się, że Wehrmacht uprzedzał nasze działania. Stanowisko dowodzenia jednej z dywizji chciało zatrzymać się w pewnej wiosce, ale brakowało miejsca: "Zostali jeszcze Żydzi", zasugerował dowódca sztabu generalnego; AOK poparła jego wniosek, musieliśmy rozstrzelać wszystkich Żydów płci męskiej, a kobiety i dzieci zebrać razem w kilku domach, i w ten sposób zwolnić kwatery dla oficerów. W raporcie opisano to jako akcję represyjną. Z kolei inna dywizja posunęła się nawet do tego, że poprosiła nas o zlikwidowanie pacjentów szpitala psychiatrycznego, który chciała zająć. Gruppenstab odpowiedział oburzony, że ludzie ze Staatspolizei nie są katami na usługach Wehrmachtu. "Taka akcja nie jest konieczna, nie leży w ogóle w interesie SP. Sami to zróbcie". (Choć innym razem Rasch kazał rozstrzelać wariatów, bo z placówki odeszły wszystkie salowe i pielęgniarki, i stwierdził, że jeśli chorzy skorzystają z ich nieobecności i pouciekają, to zaczną zagrażać naszemu bezpieczeństwu). Poza tym wszystko wskazywało na to, że takie sytuacje będą coraz częstsze. Z Galicji docierały do nas plotki o nowych metodach; podobno Jeckeln otrzymał znaczące posiłki i zaczął odsiew na dużo większą skalę niż do tej pory. Callsen, po powrocie z misji w Tarnopolu, mówił coś niewyraźnie o jakimś nowym Ölsardinenmanier, sposobie "na sardynkę", ale nie chciał niczego uściślać i nie za bardzo wiedzieliśmy, o co mu chodzi. A później wrócił Blobel. Wyzdrowiał i chyba mniej pił, ale pozostał nieprzyjemny. Większość czasu spędzałem teraz w Żytomierzu. Thomas też tu był i widywałem go niemal codziennie. Było bardzo ciepło. W sadach drzewa uginały się pod ciężarem śliwek węgierek i moreli, na poletkach na obrzeżach miasta widać było ciężkie owoce dyni, rzadkie strąki suchej kukurydzy, pojedyncze rzędy słoneczników kwiatami zwisającymi ku ziemi. W wolnym czasie wyjeżdżaliśmy z Thomasem za miasto, pływaliśmy barką po rzece Teterew, kąpaliśmy się. Potem, leżąc pod jabłoniami, piliśmy niedobre białe wino z Besarabii, jedząc dojrzałe owoce, które mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Wtedy nie było jeszcze partyzantów w regionie, panował spokój. Czasem czytaliśmy na głos ciekawe albo zabawne fragmenty z książek, jak studenci. Thomas wygrzebał skądś broszurę Instytutu Badań Kwestii Żydowskich. "Posłuchaj tej zadziwiającej prozy. Artykuł Biologia i kolaboracja niejakiego Charlesa Laville'a. Słuchaj. Polityka: biologiczna czy nie? No słuchaj, słuchaj: Czy chcemy pozostać pospolitą kolonią polipów? Czy też, przeciwnie, chcemy ewoluować w kierunku wyższego stadium organizacji?" Czytał po francusku ze śpiewnym akcentem. "Odpowiedź: Związki komórkowe elementów ze skłonnością do uzupełniania się to te, dzięki którym powstawały zwierzęta znajdujące się na wyższych szczeblach ewolucji, i - jako najwyższe stadium - człowiek. Odrzucanie tego, co samo się nam oddaje, byłoby, w pewnym sensie, zbrodnią przeciwko ludzkości, a tym samym - przeciwko biologii". Ja czytałem korespondencję Stendhala. Któregoś dnia saperzy zaprosili nas do motorówki. Thomas, już lekko wstawiony, ustawił sobie między kolanami skrzynkę granatów i, ułożywszy się wygodnie na dziobie, wyciągał je, jeden po drugim, odbezpieczał, i leniwie rzucał ponad głową; rozbryzgi wody, które tworzyły się przy każdym podwodnym wybuchu, ochlapywały nas, saperzy zarzucali sieci i łapali dziesiątki martwych ryb, które wypływały na powierzchnię tuż za motorówką, śmiali się, a ja podziwiałem ich opalone ciała i beztroską młodość. Wieczorem Thomas przychodził czasem do naszej kwatery, żeby posłuchać muzyki. Bohr znalazł gdzieś małego Żyda, sierotę i przygarnął go w charakterze maskotki; chłopak mył samochody, pastował buty i czyścił broń oficerom, ale przede wszystkim grał na fortepianie niczym młody bóg, lekko, zwinnie, żwawo. "Za taką rękę można wybaczyć mu wszystko, nawet żydostwo", mawiał Bohr. Kazał mu grać Beethovena i Haydna, ale chłopak, na imię miał Jakow, najbardziej lubił Bacha. Znał chyba wszystkie suity na pamięć, był cudowny. Nawet Blobel go tolerował. Gdy Jakow nie grał, zabawiałem się czasem, kpiąc sobie łagodnie z kolegów, i czytałem im ze Stendhala urywki o klęsce w Rosji. Niektórzy się obruszali: "Tak, Francuzi, być może, to słaby naród. My, Niemcy, to co innego". - "Oczywiście. Z tym że Rosjanie pozostali Rosjanami". - "Właśnie, że nie!, pieklił się Blobel. Siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt procent narodów ZSRR jest pochodzenia mongolskiego. To zostało udowodnione. A bolszewicy prowadzili rozmyślną politykę opartą na przemieszaniu rasowym. Podczas Wielkiej Wojny, zgoda, biliśmy się przeciw autentycznym rosyjskim chłopom, i rzeczywiście byli, skubańcy, silni, ale bolszewicy ich zgładzili! Niewielu zostało prawdziwych Rosjan, prawdziwych Słowian. Zresztą, ciągnął dalej bez żadnej logiki, Słowianie są z definicji rasą mieszańców, niewolników. Kundli. Żaden z ich książąt nie był prawdziwym Rosjaninem, zawsze płynęła w nich krew normandzka, mongolska, a potem niemiecka. Nawet ich narodowy wieszcz to czarny Mischling i oni to tolerują, to chyba wystarczający dowód..." - "Tak czy inaczej, dorzucał sentencjonalnie Vogt, Bóg jest z Narodem i Ojczyzną Niemiecką. Nie możemy przegrać tej wojny". - "Bóg?, zaperzał się Blobel, Bóg jest komunistą. Niech no mi tylko stanie na drodze, skończy jak ci jego komisarze".

Nie, nie bredził. W Czernihowie SP aresztowała przewodniczącego regionalnej "trojki" NKWD i jednego z jego towarzyszy, po czym wysłała ich do Żytomierza. Przesłuchiwany przez Vogta i pomocników, ów sędzia, Wolf Kieper, przyznał się do stracenia ponad tysiąca trzystu pięćdziesięciu osób. Był to Żyd około sześćdziesiątki, komunista od 1905 roku i sędzia ludowy od 1918; drugi, młodszy, Mosze Kogan, też był czekistą i Żydem. Blobel omówił ich przypadek z Raschem i Oberstem Heimem i porozumiał się z nimi w sprawie egzekucji publicznej. Kieper i Kogan stanęli przed sądem wojskowym - zostali skazani na śmierć. Siódmego sierpnia, wcześnie rano, oficerowie Sonderkommando, wspomagani przez Orpo i askarysów, przeprowadzili aresztowania Żydów i zebrali ich na rynku. 6. Armia oddała im do dyspozycji samochód kompanii propagandowej, który jeździł ulicami miasta, ogłaszając przez megafony informację o egzekucji, po niemiecku i po ukraińsku. Dotarłem na plac późnym rankiem, w towarzystwie Thomasa. Zebrano tu ponad czterystu Żydów i zmuszono ich, by usiedli, z rękoma na karku, wokół wysokiej szubienicy, ustawionej dzień wcześniej przez szoferów Sonderkommando. Oprócz kordonu Waffen-SS były setki gapiów, głównie wojskowych, ale także ludzi z Organisation Todt i NSKK, oraz liczni ukraińscy cywile. Ta widownia wypełniała plac ze wszystkich stron, trudno było utorować sobie wśród niej drogę, jakichś trzydziestu żołnierzy wdrapało się nawet na blaszany dach jednego z pobliskich budynków. Ludzie śmiali się, dowcipkowali, wielu robiło zdjęcia. Blobel stał u stóp szubienicy, razem z Häfnerem, który przyjechał z Białej Cerkwi. Przy żydowskich szeregach stał von Radetzki i judził tłum po ukraińsku: "Może ktoś ma porachunki z tymi Żydami?", pytał. Jakiś mężczyzna wyszedł z tłumu i kopnął jednego z siedzących, po czym wrócił na miejsce; niektórzy rzucali owoce i zgniłe pomidory. Popatrzyłem na Żydów: mieli poszarzałe twarze, wytrzeszczali przerażone oczy, zastanawiali się, co ich czeka. Było pomiędzy nimi wielu starców, o białych, gęstych brodach, ubranych w brudne kaftany, ale byli też całkiem jeszcze młodzi mężczyźni. Zauważyłem w kordonie kilku Landserów z Wehrmachtu. "Co oni tu robią?", spytałem Häfnera. - "To ochotnicy. Chcieli pomóc". Skrzywiłem się. Było też wielu oficerów, ale nie rozpoznałem żadnego z AOK. Podszedłem bliżej kordonu i spytałem jednego z żołnierzy: "Skąd się tu wziąłeś? Kto ci kazał robić za obstawę?". Był trochę zbity z tropu. "Gdzie twój zwierzchnik?" - "Nie wiem, Herr Offizier", odpowiedział, drapiąc się po czole pod czapką. - "Skąd się tu wziąłeś?", powtórzyłem. - "Poszedłem rano do getta, ja i kilku innych, Herr Offizier. No i tyle, zaproponowaliśmy pomoc, a pańscy koledzy się zgodzili. Zamówiłem parę skórzanych butów u jednego Żyda i chciałem go znaleźć, zanim... zanim..." To słowo nie mogło przejść mu przez gardło. "Zanim go rozstrzelają, tak?", rzuciłem gorzko. - "Tak, Herr Offizier". - "I znalazłeś?" - "Jest tam. Ale nie mogłem z nim porozmawiać". Wróciłem do Blobela. "Herr Standartenführer, trzeba odesłać żołnierzy z Wehrmachtu. Nie powinni uczestniczyć w Aktion bez rozkazu". - "Niech pan da spokój, Obersturmführer. Dobrze, że są tacy entuzjastyczni. To prawdziwi narodowi socjaliści, też chcą coś z siebie dać". Wzruszyłem ramionami i wróciłem do Thomasa. Wskazał ruchem brody na tłum: "Powinniśmy sprzedawać bilety, bylibyśmy bogaci". Zachichotał. "W AOK nazywają to Exekution-Tourismus"'. Podjechała ciężarówka, już ustawiała się pod szubienicą. Dwaj żołnierze z Waffen-SS wyprowadzili Kiepera i Kogana. Byli w chłopskich koszulach, ręce mieli związane za plecami. Od dnia aresztowania broda Kiepera zupełnie posiwiała. Szoferzy ułożyli deskę w poprzek skrzyni samochodu, wdrapali się na nią i zaczęli wiązać stryczki. Zauważyłem, że Höfler trzymał się na uboczu, palił, widocznie przygnębiony. Bauer, osobisty szofer Blobela, sprawdzał pętle. Potem na górę wszedł Zorn, a ludzie z Waffen-SS podnieśli obu skazańców. Postawiono ich pod szubienicą i Zorn rozpoczął przemowę. Mówił po ukraińsku, chyba uzasadniał wyrok. Gapie złorzeczyli, gwizdali, Zorn miał trudności z przyciągnięciem uwagi tłumu, parę razy zrobił gest, żeby ich uciszyć, ale nikt na niego nie patrzył. Żołnierze robili zdjęcia, ze śmiechem pokazywali sobie skazańców. Zorn i jeden z Waffen-SS założyli pętle na szyje Żydów. Obaj stali w milczeniu, skupieni. Zorn i reszta zeszli z deski i Bauer włączył silnik. "Wolniej, wolniej!", krzyczeli Landserzy, fotografując. Ciężarówka pojechała do przodu, mężczyźni usiłowali utrzymać równowagę, zachybotali, najpierw jeden, potem drugi i zawiśli, huśtając się w przód i w tył. Kieperowi spodnie opadły do kostek, został w samej koszuli, na dole był nagi, z obrzydzeniem patrzyłem na jego nabrzmiały członek; ejakulował. "Nix Kultura", wybełkotał jeden Landser, reszta podniosła krzyk. Na słupach szubienicy Zorn przybijał tablice z wyrokiem; można się było z nich dowiedzieć, że tysiąc trzysta pięćdziesiąt ofiar Kiepera to byli folksdojcze i Ukraińcy.

Potem żołnierze z kordonu rozkazali Żydom wstać i iść. Blobel wsiadł do swojego samochodu razem z Häfnerem i Zornem, von Radetzki zaproponował, że mnie podwiezie, zabrał też Thomasa. Tłum podążał za Żydami, zgiełk panował potworny. Wszyscy szli za miasto, w stronę miejsca nazywanego Pferdefriedhof, końskim cmentarzem. Był tam już wcześniej wykopany rów, z palisadą z belek na chybione kule. Obersturmführer Grafhorst, który dowodził naszą kompanią Waffen-SS, oczekiwał w towarzystwie dwudziestu żołnierzy. Blobel i Häfner zrobili inspekcję rowu, a my czekaliśmy. Miałem chwilę czasu na myślenie. Zastanawiałem się nad sobą, nad związkiem, jaki mógł istnieć pomiędzy moim wcześniejszym życiem - zupełnie zwyczajnym, życiem przeciętnym, ale też, pod pewnymi względami, życiem niezwykłym i niecodziennym, choć ta niecodzienność też bywała czymś zwyczajnym - a tym, co działo się tutaj. Bo musiał przecież istnieć jakiś związek. I tak właśnie było, istniał. Zgoda, nie uczestniczyłem w egzekucjach, nie dowodziłem plutonami, ale to niewiele zmieniało, bo obserwowałem je regularnie, pomagałem w przygotowaniach, a potem pisałem raporty. Z drugiej strony sprawił to właściwie przypadek, że przydzielono mi Stab, a nie Teilkommando. A gdyby przydzielono mi Teilkommando, to czy mógłbym, ja także, jak Nagel lub Häfner, organizować łapanki, kopanie dołów, ustawiać skazańców, krzyczeć: "Ognia!"? Zapewne tak. Od dzieciństwa ogarnięty byłem pasją poszukiwania absolutu, przekraczania granic - i ta pasja przywiodła mnie nad zbiorowe mogiły na Ukrainie. Zawsze uważałem swoje poglądy za radykalne, a skoro Państwo i Naród poszły drogą radykalizmu i Absolutu, jak mógłbym, właśnie w tym momencie, odwrócić się plecami, powiedzieć "nie" i wybrać ostatecznie komfort burżujskich praw, przeciętne bezpieczeństwo umowy społecznej? To, oczywiście, było niemożliwe. Nawet jeśli radykalizm jest radykalizmem piekielnym, nawet jeśli absolut okazał się złym absolutem, to i tak powinienem - akurat o tym jestem święcie przekonany - pozostać im wierny do samego końca, nie przymykając oczu na nic. Tłum gęstniał i wypełniał cmentarz; zauważyłem nawet żołnierzy w kąpielówkach, było też sporo kobiet i dzieci. Ludzie pili piwo i częstowali się papierosami. Przyglądałem się grupie oficerów ze sztabu głównego: był tam Oberst von Schuler, był IIa i kilku innych. Grafhorst, Kompanieführer, ustawiał swoich ludzi. Teraz strzelano w stosunku jeden do jednego, jeden karabin na jednego Żyda, strzał w pierś na wysokości serca. To często nie wystarczało, żeby zabić, wtedy jeden żołnierz schodził do rowu i dobijał rannych; krzyki wdzierały się w szmer rozmów i gwar tłumu. Häfner, który mniej lub bardziej oficjalnie kierował całą akcją, wrzeszczał. Pomiędzy salwami z tłumu gapiów wychodzili żołnierze i pytali tych z Waffen-SS, czy mogą zająć ich miejsce. Grafhorst nie miał nic przeciwko i jego ludzie oddawali karabiny Landserom, którzy strzelali sobie raz czy dwa, po czym wracali do kolegów. Wszyscy Waffen-SS Grafhorsta byli dość młodzi i od początku egzekucji wykazywali pewien niepokój. Häfner wstał i nawrzeszczał na jednego z nich, bo ten przy każdej serii oddawał karabin ochotnikowi, a sam stawał z boku, biały jak ściana. W dodatku wiele strzałów było chybionych i to rzeczywiście stanowiło problem. Häfner kazał przerwać egzekucję i zaczął po cichu naradzać się z Blobelem oraz dwoma oficerami Wehrmachtu. Nie znałem ich, ale po kolorze naszywek domyśliłem się, że jeden z nich jest sędzią wojskowym, a drugi lekarzem. Potem Häfner poszedł porozmawiać z Grafhorstem. Widziałem, że Grafhorst nie zgadza się z tym, co mówi Häfner, ale nie słyszałem ich słów. Wreszcie Grafhorst przyprowadził nową partię Żydów. Ustawiono ich twarzą do rowu, ale strzelcy Waffen-SS celowali teraz raczej w głowę niż w serce. Rezultat był straszliwy: kawałki czaszek fruwały w powietrzu, strzelcom na twarzach rozpryskiwały się mózgi. Jeden z wolontariuszy Wehrmachtu wymiotował, a towarzysze naigrawali się z niego. Grafhorst poczerwieniał, obrzucił wyzwiskami Häfnera, po czym odwrócił się do Blobela i znów zaczęli się naradzać. Po raz kolejny zmieniono metodę: Blobel kazał dostawić strzelców, którzy tym razem mieli celować w kark, jak wtedy, w lipcu. Häfner osobiście schodził i dobijał, jeżeli zaszła taka potrzeba.

Wieczorem, po egzekucji, poszedłem z Thomasem do kasyna. Oficerowie z AOK przeżywali wydarzenia całego dnia; zasalutowali nam kurtuazyjnie, ale czułem, że są zażenowani, spięci z powodu naszej obecności. Thomas włączył się do rozmowy. Usiadłem w loży, żeby w samotności wypalić papierosa. Po posiłku znów rozgorzały dyskusje. Zauważyłem sędziego wojskowego, tego, który rozmawiał z Blobelem; wyglądał na mocno zdenerwowanego. Podszedłem i przyłączyłem się do grupy. Oficerowie, z tego, co zrozumiałem, nie mieli obiekcji co do samej akcji, lecz co do obecności licznych żołnierzy Wehrmachtu i ich czynnego udziału w egzekucjach. "Co innego, gdyby dostali rozkaz, podkreślał sędzia, ale ten sposób działania jest nie do przyjęcia. To jest hańba dla Wehrmachtu". - "Co, zaperzył się Thomas, SS może strzelać, a Wehrmacht nie może nawet na to patrzeć?" - "Nie o to chodzi, wcale nie o to chodzi. To kwestia porządku. Tego typu zadania są nieprzyjemne dla wszystkich. Ale tylko ci, którzy otrzymali rozkaz, powinni w nich uczestniczyć. W przeciwnym razie cała wojskowa dyscyplina bierze w łeb". - "Zgadzam się z doktorem Neumannem, wtrącił się Niemeyer, Abwehroffizier. To nie są zawody sportowe. Żołnierze zachowywali się, jakby przyszli na wyścigi". - "Ale przecież, Herr Oberstleutnant, przypomniałem mu, AOK zgodziła się, żebyśmy przekazali to do wiadomości ogółu. Sami pożyczyliście nam samochód". - "Nie krytykuję w żadnym wypadku SS, które wykonuje bardzo trudną pracę, odpowiedział Niemeyer nieco obronnym tonem. Rozmawialiśmy o tym przed akcją i doszliśmy do wniosku, że to dobry przykład dla ludności cywilnej, że dobrze będzie, jeżeli ludzie ujrzą na własne oczy, jak rozbijamy władzę Żydów i bolszewików. Ale sprawy poszły nieco za daleko. Wasi żołnierze nie powinni przekazywać broni naszym". - "A wasi żołnierze, odparł cierpko Thomas, nie powinni ich do tego namawiać". - "Tak czy inaczej, warknął Neumann, trzeba będzie omówić tę kwestię z Generalfeldmarschallem".

 

Wyniknął z tego wszystkiego rozkaz typowy dla von Reichenaua: odnosząc się do naszych niezbędnych egzekucji wykonywanych na kryminalistach, bolszewikach i elementach zasadniczo żydowskich, zabraniał żołnierzom 6. Armii obserwacji, fotografowania i uczestniczenia w akcjach bez rozkazu dowodzącego oficera. W gruncie rzeczy niewiele to zmieniło, ale Rasch rozkazał nam przenieść akcje poza teren miast i ustawiać wokół kordony, broniące gapiom dostępu. Dyskrecja stała się obowiązkiem. Lecz cóż, pragnienie, by "zobaczyć", jest czymś bardzo ludzkim. Kartkując swój tom Platona, odnalazłem fragment z Państwa, który przypomniał mi się wtedy, na widok trupów w twierdzy w Łucku: Leontios, syn Aglajona, szedł raz z Pireusu na górę pod zewnętrzną stroną muru północnego i zobaczył trupy leżące koło domu kata. Więc równocześnie i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak długo walczył ze sobą i zasłaniał się, aż jego żądza przemogła i wytrzeszczywszy oczy, przybiegł do tych trupów i powiada: "No, macie teraz, wy moje oczy przeklęte, napaście się tym pięknym widokiem". Prawdę mówiąc, żołnierze rzadko czuli obrzydzenie Leontiosa, a raczej tylko podobną żądzę, i chyba to właśnie przeszkadzało dowództwu - myśl, że żołnierze mogą czerpać przyjemność z akcji. Bo że wszyscy, którzy w nich uczestniczyli, taką przyjemność czerpali, wydawało mi się oczywiste. Niektórzy całkiem jawnie rozkoszowali się samym aktem, ale tych można było uznać za chorych, powierzyć im inne zadania, a nawet ukarać, gdy już przekraczali wszelkie granice. Inni natomiast, niezależnie od tego, czy uważali pracę za odrażającą, czy też zachowywali obojętność, wykonywali ją z poczucia przymusu i obowiązku, a tym samym cieszyli się na samą myśl, że się poświęcają, że potrafią wywiązać się, pomimo wstrętu i obawy, z tak trudnego zadania: "Ależ zabijanie nie sprawia mi żadnej przyjemności", mawiali często, czerpiąc jednocześnie przyjemność z własnego posłuszeństwa i odwagi. Naturalnie dowództwo rozpatrywało te kwestie całościowo, a jego reakcje, siłą rzeczy, mogły być tylko bardzo ogólne. Oczywiście Einzelaktionen, czyli akcje indywidualne, były słusznie traktowane jak morderstwa i karane. Berück von Roques ogłosił interpretację rozkazu OKW o dyscyplinie, grożąc karą sześćdziesięciu dni aresztu za niesubordynację każdemu żołnierzowi, który strzeli do Żyda z własnej inicjatywy; opowiadano, że w Lembergu jakiś podoficer został skazany na pół roku więzienia za zabójstwo starej Żydówki. Ale im większą skalę przybierały akcje, tym trudniej było wychwycić wszystkie nadużycia. Jedenastego i dwunastego sierpnia Brigadeführer Rasch zebrał w Żytomierzu wszystkich swoich dowódców Sonderkommando i Einsatzkommando: oprócz Blobela, Hermana z 4b, Shulza z 5. i Kroegera z 6., był tam także Jeckeln. Trzynastego przypadały urodziny Blobela i oficerowie postanowili przygotować dla niego przyjęcie. Przez cały dzień był w jeszcze gorszym nastroju niż zwykle, spędzał długie godziny w samotności, zamknięty w gabinecie. Ja sam byłem dość zajęty, bo właśnie otrzymaliśmy rozkaz od Gruppenführera Müllera, dowódcy Geheime Staatspolizei: mieliśmy gromadzić materiały wizualne dotyczące naszej działalności (fotografie, filmy, afisze, plakaty) w celu późniejszego przekazania ich Führerowi. Poszedłem wynegocjować niewielką sumę u Hartla, administratora Gruppenstab, żeby odkupić od żołnierzy odbitki. Zrazu odmówił, przytaczając zarządzenie Reichsführera, na mocy którego zabraniano członkom Einsatzgruppen odnoszenia jakichkolwiek korzyści z egzekucji; twierdził, że sprzedaż fotografii jest odnoszeniem korzyści. W końcu udało mi się go przekonać, że nie możemy wymagać od ludzi, by z własnej kieszeni opłacali pracę Grupy, i że należy wyłożyć fundusze na wywołanie zdjęć, które chcemy zarchiwizować. Zgodził się, ale pod warunkiem, że będziemy płacić za zdjęcia tylko podoficerom i szeregowcom; oficerowie mieli wywoływać fotografie na własny koszt, jeżeli je robili. Uzyskawszy tę zgodę, spędziłem resztę dnia w barakach na oglądaniu kolekcji żołnierzy i zamawianiu odbitek. Niektórzy byli naprawdę dobrymi fotografami, ale ich prace wywoływały we mnie nieprzyjemne wspomnienia, a jednocześnie nie mogłem od nich oderwać oczu, patrzyłem jak zaklęty. Wieczorem oficerowie zebrali się w mesie, udekorowanej przez Strehlkego i jego adiutantów. Blobel, gdy do nas doszedł, był już wstawiony, miał przekrwione oczy, ale panował nad sobą i rzadko się odzywał. Vogt, jako najstarszy wiekiem oficer, złożył mu życzenia i wzniósł toast za jego zdrowie, potem poprosił o przemowę. Blobel zawahał się, ale odstawił kieliszek i zwrócił się do nas, splótłszy ręce za plecami: "Meine Herren! Dziękuję za życzenia. Wiedzcie, że wasze zaufanie jest mi bardzo drogie. Mam do zakomunikowania przykrą wiadomość. Wczoraj HSSPF Russland Süd, Obergruppenführer Jeckeln przekazał nam nowy rozkaz. Ten rozkaz wyszedł bezpośrednio od Reichsführera-SS i jest wyrazem - zwracam waszą uwagę, tak jak on zwrócił moją - osobistej woli Führera". Mówiąc to, drżał, pomiędzy jednym a drugim zdaniem zagryzał wewnętrzną stronę policzków. "Nasze akcje skierowane przeciwko Żydom będą od tej pory obejmować całą ludność. Bez wyjątków". Wśród zgromadzonych oficerów zapanowała konsternacja; zaczęli mówić wszyscy jednocześnie. Ponad szmer wyniósł się pełen niedowierzania głos Callsena: "Wszystkich?". - "Wszystkich", potwierdził Blobel. "Ale przecież to niemożliwe", powiedział Callsen. Właściwie nie mówił, tylko jęczał błagalnie. Ja się nie odzywałem, poczułem, jak od wewnątrz zalewa mnie wielki chłód, o, Boże, myślałem, więc teraz trzeba będzie to robić, słowo się rzekło, trzeba będzie przejść także i przez to. Czułem, jak ogarnia mnie bezgraniczne przerażenie, ale na zewnątrz pozostałem niewzruszony, nikt niczego nie zauważył, mój oddech był równy i spokojny. Callsen nie przestawał protestować: "Ale, Herr Standartenführer, większość z nas ma żony, dzieci. Nie można tego od nas wymagać". - "Meine Herren, przerwał Blobel ostrym i zarazem zduszonym głosem, chodzi o bezpośredni rozkaz od naszego Führera, Adolfa Hitlera. Jesteśmy narodowymi socjalistami, członkami SS i będziemy mu posłuszni. Proszę zrozumieć: w Niemczech kwestia żydowska mogła zostać rozwiązana całościowo, bez nadużyć i w sposób odpowiadający wymogom humanitaryzmu. Ale podbiwszy Polskę, przejęliśmy trzy miliony dodatkowych Żydów. Nikt nie wie, co z nimi zrobić, gdzie ich umieścić. Tu, w tym ogromnym kraju, gdzie prowadzimy bezlitosną i wyniszczającą wojnę przeciwko stalinowskim hordom, musieliśmy od samego początku podjąć radykalne działania, żeby zapewnić bezpieczeństwo naszym tyłom. Myślę, że każdy z was rozumie konieczność i skuteczność owych działań. Nie mamy wystarczających sił, by przeszukiwać każdą najmniejszą wioskę i jednocześnie prowadzić walkę, i nie możemy pozwolić sobie na pozostawienie przy życiu potencjalnych wrogów, tak podstępnych, tak podłych. W Reichssicherheitshauptamt omawiamy możliwość zebrania, po wygranej wojnie, wszystkich Żydów w jednym dużym rezerwacie na Syberii lub na Północy. Tam mieliby spokój, a i my także. Ale najpierw trzeba wygrać wojnę. Zlikwidowaliśmy już tysiące Żydów, lecz zostały ich jeszcze dziesiątki tysięcy; im dalej posuną się nasze wojska, tym będzie ich więcej. Jeżeli zlikwidujemy mężczyzn, to nikt nie wyżywi ich kobiet i dzieci. Wehrmacht nie ma środków na utrzymanie dziesiątków tysięcy żydowskich samic i ich młodych. Jednocześnie nie możemy pozwolić im umrzeć z głodu; to bolszewickie metody. Objęcie ich naszą akcją, tak jak ich mężów i synów, jest w tych okolicznościach rozwiązaniem najbardziej humanitarnym. Poza tym doświadczenie nauczyło nas, że Żydzi ze Wschodu, bardziej płodni, stanowią źródło ciągłej odnowy sił judeo-bolszewickich, podobnie jak kapitalistyczni plutokraci. Jeżeli pozostawimy przy życiu choćby kilku z nich, owe produkty naturalnej selekcji dadzą początek nowemu szczepowi, jeszcze bardziej niebezpiecznemu niż aktualne zagrożenie. Z dzisiejszych dzieci żydowskich jutro wyrosną sabotażyści, partyzanci i terroryści". Oficerowie milczeli przygnębieni; Kehrig, widziałem to, pił kieliszek za kieliszkiem. Nabiegłe krwią oczy Blobela błyszczały zza alkoholowej mgły. "Wszyscy jesteśmy narodowymi socjalistami, ciągnął, esesmanami w służbie naszej Ojczyzny i naszego Führera. Przypominam panom, że Führerworte haben Gesetzeskraft, słowo Führera jest prawem. Musicie się oprzeć pokusie humanitaryzmu". Blobel był mężczyzną niezbyt inteligentnym, zapewne nie on wymyślił te dosadne sformułowania. Ale przecież wierzył w nie i, co ważne, chciał w nie wierzyć, a teraz karmił nimi wszystkich tych, którzy tego potrzebowali, wszystkich, którym mogły do czegoś posłużyć. Dla mnie nie miały one większego znaczenia, wiedziałem, że muszę wypracować własny pogląd. Ale myślałem z trudem, szumiało mi w głowie, ciśnienie nie do zniesienia, chciałem iść spać. Callsen bawił się obrączką, byłem pewien, że bezwiednie; chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. "Schweinerei, jedno wielkie świństwo", mamrotał Häfner i nikt nie zaprzeczał. Blobel wyglądał na wyczerpanego, jak gdyby skończyły mu się wszelkie pomysły, ale wszyscy czuliśmy, że siłą woli trzyma nas w szachu i nie odpuści - siła woli innych ludzi trzymała w szachu jego. W Państwie takim jak nasze wszystkim rozdano role: ty - ofiara, a ty - kat, i nikt nie miał wyboru, nikogo nie pytano o zgodę, bo wszyscy są wymienialni, ofiary i kaci. Wczoraj zabijaliśmy żydowskich mężczyzn, jutro będą to kobiety i dzieci, a pojutrze jeszcze ktoś inny; a i nas, gdy odegramy swoje role, też się wymieni. Niemcy przynajmniej nie likwidują swych katów, przeciwnie, dbają o nich, nie zabijają jak Stalin ze swoją manią czystek; ale to także jest częścią większego planu. Dla Rosjan, podobnie jak dla nas, człowiek sam w sobie jest niczym, Naród, Państwo są wszystkim, i w tym sensie jesteśmy do siebie podobni. Żydzi też mają to silne poczucie wspólnoty, Volku: opłakują zmarłych, grzebią ich, jeśli mogą, i odmawiają kadysz, i jak długo zostanie przy życiu choćby jeden z nich, tak długo żyć będzie Izrael. Zapewne dlatego zostali naszymi wrogami numer jeden, są zbyt do nas podobni.

Nie chodziło tutaj o humanitaryzm. Ludzie, rzecz jasna, mogli krytykować nasze akcje, powołując się na wartości religijne, ale ja do takich nie należałem, i w ogóle w SS nie było ich chyba wielu. Mogli też powoływać się na wartości demokratyczne, ale Niemcy już od jakiegoś czasu były dużo dalej niż to, co przywykło się nazywać demokracją. Rozumowanie Blobela nie było takie całkiem niedorzeczne: jeżeli wartością nadrzędną jest Volk, naród, którego jesteśmy częścią, i jeżeli ucieleśnieniem woli Volku jest wódz, to rzeczywiście Führerworte haben Gesetzeskraft. Lecz dla nas niezbędne było wewnętrzne uporanie się z przyjęciem rozkazów Führera jako niepodważalnej konieczności: ten, kto ugina się pod nimi, bo ma w sobie to pruskie posłuszeństwo, tkwi w nim ów Knecht, ów parobek, a nie rozumie ich i nie akceptuje, a więc nie poddaje się im, jest zwykłym cielęciem, niewolnikiem, a nie człowiekiem. Żyd, który działał zgodnie z Prawem, czuł, że to Prawo żyje w nim, a im bardziej było ono straszne, twarde, wymagające, tym mocniej je wielbił. Narodowy socjalizm powinien być tym właśnie: żywym Prawem. Zabijanie przerażało nas, reakcje oficerów były na to wystarczającym dowodem, choć nie wszyscy wyciągali wnioski ze swojego zachowania; a ten, kogo zabijanie nie przerażało, zabijanie mężczyzn tak uzbrojonych, jak i bezbronnych, zabijanie tak mężczyzn, jak i kobiet i ich dzieci - ten był tylko zwierzęciem, niegodnym przynależeć do ludzkiej wspólnoty. Jednak całkiem możliwe, że to przerażające działanie było konieczne; w takim wypadku należało postępować w zgodzie z ową koniecznością. Nasza propaganda powtarzała nam, że Rosjanie to Untermenschen, podludzie, ale ja nie chciałem w to wierzyć. Rozmawiałem z aresztowanymi oficerami, komisarzami i dobrze widziałem, że są ludźmi takimi jak my, ludźmi, którzy chcą dobrze, kochają swoje rodziny i ojczyznę. A mimo to, ci oficerowie, ci komisarze, uśmiercili miliony swoich współobywateli, deportowali kułaków, zagłodzili ukraińskie chłopstwo, represjonowali burżujów oraz politycznych dewiantów i strzelali do nich. Wśród nich byli sadyści i zwyrodnialcy, oczywiście, ale byli też ludzie dobrzy, uczciwi i nieskazitelni, którzy szczerze pragnęli dobra swoich rodaków i całej klasy robotniczej; a jeśli nawet schodzili na złą drogę, to robili to w dobrej wierze. Oni także, w większości, byli przekonani, że to, co robią, jest konieczne, to nie byli szaleńcy, oportuniści i zbrodniarze jak ten Kieper. Także po stronie naszych wrogów człowiek dobry i uczciwy mógł się dopuścić przerażających czynów. Rozkaz, jaki otrzymaliśmy, stawiał nas w obliczu podobnego problemu.

 

Rano obudziłem się rozbity, z mózgiem oblepionym smutną nienawiścią. Poszedłem do Kehriga i zamknąłem za sobą drzwi do jego gabinetu: "Chciałbym z panem porozmawiać, Herr Sturmbannführer". - "O czym, Herr Obersturmführer?" - "O Vernichtungsbefehl". Uniósł ptasią głowę i popatrzył na mnie zza szkieł w cienkich oprawkach: "Nie ma o czym dyskutować, Herr Obersturmführer. Zresztą, ja i tak wyjeżdżam". Skinął, usiadłem. "Wyjeżdża pan? Jak to?" - "Załatwiłem wszystko z Brigadeführerem Streckenbachem, za pośrednictwem jednego z przyjaciół. Wracam do Berlina". - "Kiedy?" - "Wkrótce, za kilka dni". - "A pański następca?" Wzruszył ramionami. "Przyjedzie, kiedy przyjedzie. Chwilowo pan przejmie pałeczkę". Znów wbił we mnie wzrok. "Gdyby pan także chciał stąd wyjechać, to, wie pan, da się załatwić. W Berlinie mogę porozmawiać o panu ze Streckenbachem, jeżeli pan sobie tego życzy". - "Dziękuję, Herr Sturmbannführer, ale zostanę". - "Po co?, spytał gwałtownie. Żeby skończyć jak Häfner albo Hans? Żeby się taplać w tym bagnie?" - "Pan jakoś dotąd wytrzymywał", powiedziałem cicho. Kehrig zaśmiał się sucho: "Poprosiłem o przeniesienie na początku lipca. Jeszcze w Łucku. Ale wie pan, jak to jest, potrzeba czasu". - "Będzie mi przykro, gdy pan odjedzie, Herr Sturmbannführer". - "Mnie nie. To, co chcą tu zrobić, jest pozbawione sensu. I nie ja jeden tak myślę. Schulz z Kommando 5 załamał się, gdy usłyszał Führerbefehl. Poprosił o natychmiastowe przeniesienie i Obergruppenführer wyraził zgodę". - "Być może ma pan rację. Ale jeśli pan wyjedzie, jeśli wyjedzie Oberführer Schulz, jeżeli wyjadą wszyscy przyzwoici oficerowie, to zostaną tu sami rzeźnicy, same męty. Na to nie można się zgodzić". Skrzywił się, zdegustowany. "A pan myśli, że zostając tutaj, będzie pan mógł coś zmienić? Akurat pan?" Potrząsnął głową. "Nie, doktorze, niech pan posłucha mej rady i wyjedzie stąd. Rzeźnię niech pan zostawi rzeźnikom". - "Dziękuję, Herr Sturmbannführer". Uścisnąłem mu dłoń i wyszedłem. Udałem się do Gruppenstab i odszukałem Thomasa. "Kehrig to baba, stwierdził kategorycznie, gdy powtórzyłem mu rozmowę. Schulz zresztą też. Schulza mam na oku od jakiegoś czasu. W Lembergu wypuszczał skazańców, bez zezwolenia. Nawet lepiej, że jedzie, nie potrzebujemy tutaj takich jak on". Spojrzał na mnie w zamyśleniu: "Oczywiście, straszne jest to, czego od nas wymagają. Ale zobaczysz, damy sobie radę". Całkowicie spoważniał. "Ja też nie uważam, że to jest dobre rozwiązanie. To raczej reakcja w trybie nagłym, z powodu wojny. Musimy ją wygrać, i to szybko, potem będziemy mogli dyskutować w spokoju i podejmować przemyślane decyzje. Będziemy mieli czas na wysłuchanie najbardziej skrajnych opinii. Ale podczas wojny to niemożliwe". - "Myślisz, że to jeszcze długo potrwa? Mieliśmy być w Moskwie w ciągu pięciu tygodni. Minęły dwa miesiące, a my nie zdobyliśmy jeszcze ani Kijowa, ani Leningradu". - "Trudno powiedzieć. Nie ulega wątpliwości, że nie doceniliśmy ich potęgi militarnej. Zawsze, gdy myślimy, że ich rezerwy są na wyczerpaniu, rzucają nam świeże dywizje. Ale teraz już chyba naprawdę się kończą. Poza tym decyzja Führera o przysłaniu nam tutaj Guderiana szybko odblokuje nasz front. Armia Środek od początku miesiąca wzięła do niewoli czterysta tysięcy jeńców. A w Humaniu jeszcze ciągle otaczamy dwie armie".

Wróciłem do Kommando. W mesie Jakow, Żydek Bohra, całkiem sam, grał na fortepianie. Usiadłem na ławce, żeby posłuchać. Grał Mozarta, andante jednej z sonat, a jego gra chwytała mnie za serce, pogłębiała mój smutek. Gdy skończył, spytałem go: "Jakow, znasz Rameau? Couperina?". - "Nie, Herr Offizier. Co to jest?" - "To jest muzyka francuska. Powinieneś się jej nauczyć. Spróbuję znaleźć dla ciebie partytury". - "Czy to piękne?" - "To chyba piękniejsze od wszystkiego". - "Nawet od Bacha?" - Zastanowiłem się: "Niemal tak piękne jak Bach", przyznałem. Ten Jakow miał dwanaście lat. Mógłby grać, co tylko dusza zapragnie, we wszystkich salach koncertowych Europy. Pochodził z okolic Czerniowiec, dorastał w rodzinie niemieckojęzycznej. Podczas okupacji Bukowiny, w 1940 roku, on i jego rodzina znaleźli się w ZSRR; ojca deportowali Sowieci, matka zginęła w jednym z naszych bombardowań. To był naprawdę piękny chłopiec: pociągła twarz, pełne wargi, czarne włosy w dzikim nieładzie, długie palce pokryte siatką niebieskawych żyłek. Lubili go wszyscy, nawet Lübbe nie traktował go źle. "Herr Offizier?", zagaił Jaków. Wzrok wbijał w pianino. "Mogę pana o coś zapytać?" - "Oczywiście". - "To prawda, że zabijecie wszystkich Żydów?" Zamarłem. "Kto ci to powiedział?" - "Wczoraj wieczorem słyszałem, jak Herr Bohr rozmawiał z innymi oficerami. Mówili bardzo głośno". - "Byli pijani. Nie powinieneś był tego słuchać". Nie dawał za wygraną, choć oczy miał ciągle spuszczone: "Więc mnie też zabijecie?". - "Ależ skąd". Tarłem dłonią o dłoń, starałem się zachować zwykły ton, sprawiać wrażenie rozbawionego. "Czemu niby mielibyśmy cię zabić?" - "Ja też jestem Żydem". - "Nie szkodzi, ty dla nas pracujesz. Teraz jesteś Hiwi". Zaczął delikatnie wciskać jeden klawisz, wysoką nutę: "Rosjanie mówili ciągle, że Niemcy są źli. Ale ja tak nie myślę. Ja was lubię". Nie odezwałem się. "Chce pan, żebym zagrał?" - "Graj". - "Co mam zagrać?" - "Graj, co chcesz".

Atmosfera w Kommando stawała się nie do zniesienia; oficerowie byli nerwowi, na wszystko reagowali krzykiem. Callsen i inni rozjechali się do własnych Teilkommandos. Każdy zachowywał swoje opinie dla siebie, ale dobrze widziałem, że nowe zadania ciążyły ludziom. Kehrig wyjechał pospiesznie, niemal bez pożegnania. Lübbe często chorował. Teilkommandoführerzy wysyłali z terenu alarmujące raporty o morale swoich oddziałów: zdarzały się depresje, żołnierze płakali, Sperath twierdził, że wielu cierpi na impotencję seksualną. Były problemy z Wehrmachtem: w okolicach Korostenia jeden Hauptscharführer zmusił żydowskie kobiety, żeby się rozebrały, i kazał im biegać nago pod ostrzałem z karabinu maszynowego; sfotografował to, a jego zdjęcia zostały przechwycone przez AOK. W Białej Cerkwi Häfner starł się z oficerem ze sztabu generalnego jednej z dywizji, który zainterweniował, aby powstrzymać egzekucję żydowskich sierot; pojechał tam Blobel i afera dotarła aż do von Reichenaua, który zatwierdził egzekucję i upomniał oficera. Ale zajście wywołało niemałe oburzenie i Häfner nie chciał zlecać tej roboty swoim ludziom, posłużył się askarysami. Inni oficerowie postępowali podobnie. Nadal mieliśmy problemy z OUN-B, a te praktyki pociągały za sobą kolejne problemy, Ukraińcy zaczynali mieć dość, uciekali, a nawet posuwali się do zdrady. Byli tacy, którzy, wręcz przeciwnie, bez szemrania wykonywali egzekucje, ale okradali Żydów bez skrupułów, kobiety gwałcili, a dopiero potem zabijali; czasem musieliśmy strzelać do własnych żołnierzy. Następca Kehriga nie przyjeżdżał i miałem pełne ręce roboty. Pod koniec miesiąca Blobel wysłał mnie do Korostenia. Od "Republiki Olewskiej" na północnym wschodzie trzymaliśmy się z daleka, zgodnie z rozkazem Wehrmachtu, ale i tak mieliśmy dużo pracy w regionie. Za wszystko odpowiedzialny był Kurt Hans. Niezbyt lubiłem Hansa, był niemiły, nieprzewidywalny, on też mnie nie lubił. Ale musieliśmy pracować razem. Metody uległy zmianie, zostały zracjonalizowane, usystematyzowane zgodnie z nowymi wymaganiami. To jednak nie zawsze ułatwiało ludziom robotę. Teraz skazańcy przed egzekucją musieli się rozbierać, ponieważ ich ubrania gromadziliśmy w ramach akcji Pomoc Zimowa i dla repatriantów. W Żytomierzu Blobel zaprezentował nam nową, opracowaną przez Jeckelna metodę zwaną Sardinenpackung, "puszki sardynek", którą Callsen poznał już wcześniej. W związku ze znaczącym wzrostem liczby skazanych w Galicji, począwszy od lipca, Jeckeln doszedł do wniosku, że rowy zapełniają się zbyt szybko; ciała wpadały byle jak, kłębiły się, traciliśmy przez to sporo miejsca w rowach i czasu na kopanie. Teraz skazani rozbierali się i kładli na brzuchu na dnie dołu, a kilku żołnierzy wymierzało im strzał w tył głowy, z bliska. "Zawsze byłem przeciwny Genickschuss, przypomniał nam Blobel, ale teraz nie mamy wyboru". Po załatwieniu każdej warstwy, jeden oficer sprawdzał, czy wszyscy nie żyją, następnie przysypywano ciała niewielką ilością ziemi i kolejna grupa kładła się na nich, "na waleta". Po ułożeniu w ten sposób pięciu lub sześciu warstw, rów zakopywano. Teilkommandoführerzy twierdzili, że żołnierze nie dadzą sobie rady, ale Blobel nie chciał słuchać żadnych obiekcji: "W moim Kommando postępujemy tak, jak każe Obergruppenführer". Akurat Kurtowi Hansowi zbytnio to nie przeszkadzało, jemu chyba wszystko było obojętne. Byłem świadkiem kilku egzekucji. Nauczyłem się rozróżniać trzy typy temperamentów moich kolegów. Przede wszystkim byli tacy, którzy, nawet jeśli starali się to ukryć, zabijali z rozkoszą; opowiadałem już o nich, to kryminaliści, którzy odnaleźli swą prawdziwą naturę dzięki wojnie. Następnie byli tacy, którzy czuli wstręt, ale zabijali z poczucia obowiązku, starali się pokonać własną odrazę, z miłości do rozkazu. Wreszcie i tacy, którzy traktowali Żydów jak zwierzęta i zabijali ich tak, jak rzeźnicy zabijają krowy, z przyjemnością albo przykrością, zależnie od humoru czy samopoczucia. Kurt Hans wyraźnie należał do tej ostatniej kategorii; dla niego liczyła się precyzja, skuteczność, wydajność. Co wieczór starannie aktualizował swoje statystyki. A ja? Ja nie identyfikowałem się z żadnym z trzech typów, ale tak naprawdę trudno mi było cokolwiek stwierdzić. Gdyby ktoś mnie przycisnął, nie potrafiłbym udzielić mu przekonującej odpowiedzi. Sam ciągle jeszcze jej szukałem. Moje pragnienie absolutu musiało odgrywać tu jakąś rolę, ale pewnego dnia uświadomiłem sobie z przerażeniem, że również po prostu ciekawość; jak w wielu innych sytuacjach w życiu odczuwałem zaciekawienie, chciałem zobaczyć, jaki to wszystko ma wpływ na mnie samego. Obserwowałem siebie stale: czułem, że mam nad sobą kamerę i że jednocześnie jestem właśnie tą kamerą, człowiekiem, którego filmuje, i tym, który następnie uważnie ogląda nagrany film. Czasem mieszało mi się w głowie i często nocą nie mogłem spać, gapiłem się w sufit, a oko kamery nie dawało mi spokoju. Jednak odpowiedź na pytanie nadal mi umykała.

Praca z kobietami, a już szczególnie z dziećmi, nastręczała nam czasem wiele trudności, wykonywaliśmy ją ze ściśniętym sercem. Żołnierze narzekali bez przerwy, zwłaszcza ci starsi, którzy mieli własne rodziny. W obliczu bezbronnych ludzi - matek, które musiały patrzeć bezradnie na śmierć własnych dzieci i nie mogły ich chronić, które musiały umierać razem z nimi - naszych żołnierzy ogarniała skrajna niemoc, sami stawali się bezbronni. "Chciałbym po prostu pozostać sobą", wyznał mi pewnego dnia młody Sturmmann z Waffen-SS, i to pragnienie było mi bliskie i zrozumiałe, ale nie mogłem mu pomóc. Zachowanie Żydów nie ułatwiało sprawy. Blobel musiał odesłać do Niemiec trzydziestoletniego Rottenführera, który rozmawiał ze skazańcem; Żyd, z wyglądu rówieśnik Rottenführera, trzymał w ramionach mniej więcej dwuipółletnie dziecko, a kobieta u jego boku tuliła niebieskookiego noworodka; mężczyzna popatrzył Rottenführerowi prosto w oczy i spokojnie, czystą niemczyzną, powiedział: "Bardzo proszę, Mein Herr, niech pan porządnie zastrzeli dzieci". - "Pochodził z Hamburga, wyjaśniał później Rottenführer Sperathowi, który z kolei opowiedział to nam, byliśmy prawie sąsiadami, jego dzieci były w wieku moich". Ja sam traciłem grunt pod nogami. Podczas jednej z egzekucji obserwowałem śmierć małego chłopca w rowie: strzelcowi musiała zadrżeć ręka, kula wbiła się niżej, w plecy. Chłopak konwulsyjnie oddychał, oczy miał otwarte, szkliste, i ten okropny widok nałożył mi się na wspomnienie z dzieciństwa: bawiłem się z przyjacielem w kowbojów i Indian, mieliśmy cynowe pistolety. To było niedługo po Wielkiej Wojnie, ojciec był już w domu, miałem jakieś pięć, sześć lat, tak jak chłopiec w rowie. Schowałem się za drzewem, a gdy podszedł kolega, wyskoczyłem i opróżniłem magazynek, celując mu w brzuch i krzycząc: "pam, pam, pam!". Wypuścił z dłoni broń, złapał się obiema rękami za żołądek i upadł, wijąc się z bólu. Podniosłem jego pistolet i chciałem mu podać: "Dobra, chodź. Bawimy się dalej". - "Nie mogę. Jestem trupem". Zamknąłem oczy. Dziecko u moich stóp nadal z trudem łykało powietrze. Po akcji zwiedziłem sztetł, opustoszały, cichy, wchodziłem do chat, niskich i nędznych, z sowieckimi kalendarzami i obrazkami wyciętymi z tygodników na ścianach, pełnych dewocjonaliów i ordynarnych mebli. Chyba niewiele to miało wspólnego z internationales Finanzjudentum. W jednym z domów znalazłem na piecu wielkie wiadro wody, ciągle jeszcze wrzała; na ziemi stały dzbany zimnej wody i balia. Zamknąłem drzwi, rozebrałem się i umyłem kawałkiem znalezionego mydła. Trochę tylko schłodziłem gorącą wodę: parzyło, skóra robiła się szkarłatna. Potem ubrałem się i wyszedłem. Przy wjeździe do wioski domy już płonęły. Moje wątpliwości nie dawały mi spokoju. Wracałem ciągle na nowo i za którymś razem, tuż nad zbiorową mogiłą, dziewczynka, najwyżej czteroletnia, złapała mnie delikatnie za rękę. Chciałem ją wyrwać, wówczas chwyciła mocniej. Obok nas rozstrzeliwano Żydów. "De mama?", spytałem po ukraińsku. Pokazała palcem rów. Pogłaskałem ją po włosach. Staliśmy tak kilka minut. Miałem zawroty głowy, chciało mi się płakać. "Chodź ze mną, powiedziałem po niemiecku, nie bój się, chodź". Ruszyłem w stronę wykopu; stała jak wmurowana, chwyciła mnie mocniej za rękę i ruszyła ze mną. Podniosłem ją i podałem jednemu z Waffen-SS; "Bądź dla niej dobry", poprosiłem, zupełnie bez sensu. Poczułem, jak ogarnia mnie szalona wściekłość, ale nie chciałem już zajmować się ani małą, ani żołnierzem. Zszedł na dno rowu z dziewczynką na rękach, a ja odwróciłem się szybko i wbiegłem do lasu. Był to rozległy i jasny las sosnowy, rzadki, skąpany w delikatnym świetle. Za mną trzaskały kolejne salwy. Gdy byłem mały, często bawiłem się w takich lasach, w okolicach Kilonii, gdzie zamieszkałem po wojnie; prawdę mówiąc, dziwaczne to były zabawy. Na urodziny ojciec dał mi komplet tomów Tarzana amerykańskiego pisarza E.R. Burroughsa, czytałem je wszystkie z pasją po kilka razy, przy stole, w toalecie, nocą przy latarce, a w lesie, tak jak bohater, rozbierałem się do naga i biegałem między drzewami, pośród wielkich paproci, kładłem się na ściółce z suchych igieł sosnowych, z rozkoszą poddając się delikatnym ukłuciom, kucałem za jakimś krzakiem albo zwalonym pniem, gdzieś przy drodze, i szpiegowałem tych, którzy spacerowali, innych, ludzkie istoty. Nie były to zabawy jawnie erotyczne, byłem na to zbyt młody, prawdopodobnie nawet mi jeszcze nie stawał, lecz dla mnie cały ten las stanowił jedną wielką strefę erogenną, wielką skórę, równie wrażliwą jak moja naga dziecięca skóra, smagana chłodem. Później, muszę dodać, owe zabawy nabrały jeszcze dziwniejszego charakteru, to także się działo w Kilonii, ale prawdopodobnie po odejściu ojca, miałem wtedy dziewięć, dziesięć, albo nawet więcej lat. Nagi, wieszałem pasek na gałęzi, zakładałem na szyję, i napierałem na dół całym ciężarem, krew w panicznym pędzie napływała mi do twarzy, skronie pulsowały rozdzierająco, oddech stawał się świszczący, aż wreszcie wstawałem, łapałem powietrze i zaczynałem od początku. Takie zabawy, rozkosz, wolność bez granic, tak, tym właśnie były dla mnie kiedyś lasy; teraz się ich bałem.

Wróciłem do Żytomierza. W Kommandostab panowało wielkie poruszenie: Bohr był w areszcie, a Lübbe w szpitalu. Bohr zaatakował go w mesie, w obecności oficerów, najpierw bił go krzesłem, a później wyjął nóż. Musiało zebrać się sześciu mężczyzn, żeby go obezwładnić, Strehlke, nasz Verwaltungsführer, miał zadraśniętą dłoń, niezbyt głęboko, ale boleśnie. "Zwariował", opowiadał, pokazując mi szwy. - "Ale co się właściwie stało?" - "To przez tego Żydka. Tego, co grał na fortepianie". Jakow miał wypadek, gdy naprawiał samochód z Bauerem; źle ustawiony lewarek puścił i zmiażdżył mu rękę. Sperath zbadał go i orzekł, że konieczna jest amputacja. "Teraz już się do niczego nie przyda", zadecydował Blobel i nakazał go zlikwidować. "Zajął się tym Vogt, opowiadał Strehlke. Bohr nie odezwał się słowem. Ale na kolacji Lübbe zaczął go prowokować. Wie pan, jaki on jest. «Koniec z fortepianem», drwił głośno. I wtedy Bohr rzucił się na niego. Jeżeli chce pan znać moje zdanie, Lübbemu się należało. Ale Bohra szkoda: dobry oficer, a zrujnował karierę przez jakiegoś Żydka. Jakby ich tutaj było mało". - "Co się stanie z Bohrem?" - "To będzie zależeć od raportu Standartenführera. W najgorszym razie skończy w więzieniu. A jak nie, to zostanie zdegradowany i wysłany do Waffen-SS na odkupienie grzechów". Zostawiłem go i poszedłem zamknąć się w swoim pokoju, byłem zdegustowany. Rozumiałem Bohra, zrobił źle, to prawda, ale go rozumiałem. Lübbe nie powinien był z niego kpić, to nie przystoi oficerowi. Ja też się trochę przywiązałem do małego Jakowa; w tajemnicy napisałem list do przyjaciela w Berlinie, z prośbą o przysłanie partytur Rameau i Couperina, chciałem, żeby Jakow nauczył się ich, żeby odkrył Le Rappel des oiseaux, Les Trois Mains, Les Barricades mysterieuses i wszystkie inne cuda. Teraz te partytury nie przydadzą się nikomu; ja nie gram na fortepianie. Tamtej nocy miałem dziwny sen. Wstałem i szedłem w kierunku drzwi, ale jakaś kobieta zagrodziła mi drogę. Miała siwe włosy i okulary: "Nie, powiedziała do mnie, nie możesz wyjść. Usiądź i pisz". Chciałem usiąść przy biurku: jakiś mężczyzna zajmował moje krzesło i uderzał w klawisze mojej maszyny. "Przepraszam", zdobyłem się na odwagę. Klawisze wydawały ogłuszający stukot, nie usłyszał mnie. Nieśmiało poklepałem go po ramieniu. Odwrócił się i pokręcił głową: "Nie", powiedział, pokazując drzwi. Podszedłem do biblioteki, ale tam także stał jakiś człowiek i ze spokojem wyrywał kartki z moich książek, a puste okładki odrzucał w kąt. Cóż, pomyślałem, w takim razie idę spać. Ale w łóżku leżała młoda kobieta, była naga, przykryta prześcieradłem. Kiedy mnie zobaczyła, przyciągnęła do siebie i obsypała mi twarz pocałunkami, objęła moje nogi swoimi i próbowała rozpiąć mi pasek. Zdołałem ją odepchnąć, ale z wielkim trudem. Wysiłek mnie ogłuszył. Chciałem wyskoczyć przez okno; nie dało się otworzyć, farba na ramie przyschła do ściany. Toaleta, na szczęście, była pusta, czym prędzej się w niej zamknąłem.

 

Wehrmacht nareszcie ruszył do przodu i przygotowywał nam nowe zadania. Guderian już prawie całkiem przerwał rosyjską linię obrony, zachodząc w Kijowie od tyłu sowieckie armie, które były jak sparaliżowane, zupełnie nie reagowały. 6. Armia wzięła się do roboty, Dniepr został przekroczony; bardziej na południe 17. Armia też przekraczała Dniepr. Było gorąco i sucho, przemieszczające się oddziały wzniecały tumany kurzu, wysokie jak domy; kiedy zaczynało padać, żołnierze cieszyli się, a potem przeklinali grzęzawiska. Nie było czasu na mycie, ludzie byli szarzy od kurzu i błota. Pułki parły do przodu jak małe, samotne statki na oceanach kukurydzy i dojrzałej pszenicy; nie spotykały nikogo przez długie dni, jedyne wieści docierały do nich dzięki szoferom konwoju Rollbahn, którzy jeździli wzdłuż linii frontu; wokół nich rozciągała się rozległa równina, płaska i pusta: Czy nikt nie mieszka na tej równinie?, pytał śmiałek z rosyjskiej piosenki. Mijaliśmy czasem którąś z tych jednostek, jadąc na misję, oficerowie zapraszali nas na posiłek, cieszyli się ze spotkania. 16 września Guderian przeprowadził połączenie z Grupami Pancernymi von Kleista w Łochwicy, sto pięćdziesiąt kilometrów za Kijowem, otaczając, jak twierdziła Abwehra, cztery radzieckie armie; na północy i na południu lotnictwo i piechota zaczęły je miażdżyć. Kijów stał przed nami otworem. W Żytomierzu, pod koniec sierpnia, zaprzestaliśmy egzekucji Żydów, a tych, co przeżyli, zebraliśmy w getcie. 17 września Blobel opuścił miasto, a wraz z nim oficerowie, dwie jednostki policji i askarysi; zostawił wyłącznie ordynansów, kuchnię i narzędzia do naprawy pojazdów. Kommandostab miał jak najszybciej zainstalować się w Kijowie. Ale dzień później Blobel zmienił zdanie albo też otrzymał inny rozkaz: wrócił do Żytomierza likwidować getto. "Ich bezczelne zachowanie nie zmieniło się, pomimo wszystkich ostrzeżeń i podjętych przez nas specjalnych kroków. Nie możemy pozostawić ich przy życiu". Utworzył Vorkommando pod dowództwem Häfnera i Janssena, które miało wejść do Kijowa razem z 6. Armią. Zgłosiłem się na ochotnika i Blobel mnie przyjął.

Tamtej nocy Vorkommando zatrzymało się w małej, opustoszałej wiosce tuż pod miastem. Uporczywe krakanie wron na zewnątrz przywodziło na myśl płacz niemowląt. Właśnie kładłem się na sienniku w izbie, którą dzieliłem z innymi oficerami, kiedy do środka wleciał mały ptak, prawdopodobnie wróbel, i zaczął obijać się o ściany i zamknięte okna. Na wpół ogłuszony leżał przez kilka sekund bez tchu, z rozrzuconymi skrzydłami, po czym wzlatywał znów, w krótkich i jałowych zrywach. Chyba umierał. Tamci spali albo nie zwracali na niego uwagi. W końcu udało mi się nakryć go hełmem i wypuścić na podwórze: wystrzelił w ciemność jak przebudzony z koszmarnego snu. Świt zastał nas w drodze. Teraz wojna rozgrywała się tuż przed nami, posuwaliśmy się naprzód bardzo powoli. Na poboczach leżały rozrzucone bezsenne trupy, o oczach otwartych i pustych. Obrączka na palcu niemieckiego żołnierza błyszczała w porannym słońcu; jego twarz była czerwona, nabrzmiała, a usta i oczy pełne much. Martwe konie leżały wśród ludzi, niektóre, ranne od kuli czy odłamka, zdychały powoli, rżały, rzucały się, tarzały się wściekle po truchłach innych koni albo ciałach jeźdźców: Przy polowym moście, dokładnie przed nami, nurt porwał trzech martwych żołnierzy i z brzegu przez długi czas widać było mokre mundury oraz blade twarze topielców, niknące powoli w oddali. W pustych, pozostawionych przez mieszkańców wioskach krowy o przepełnionych wymionach ryczały z bólu, oszalałe gęsi gęgały w małych ogródkach, skacząc pośród królików, kurczaków i psów na łańcuchach, skazanych na śmierć głodową; drzwi domów były otwarte na oścież, ogarnięci paniką ludzie zostawili książki, reprodukcje, radia, pierzyny. I wreszcie przedmieścia Kijowa, zniszczone i spustoszone, a zaraz za nimi centrum, niemal nienaruszone. Wzdłuż bulwaru Szewczenki, oświetlonego pięknym jesiennym słońcem, rosły żółknące już bujne lipy i kasztanowce; na Chreszczatyku, szerokiej głównej ulicy, musieliśmy omijać barykady i zasieki przeciwczołgowe, które wyczerpani niemieccy żołnierze usuwali z dużym wysiłkiem. Häfner przyłączył się do kwatery głównej XXIX Korpusu Armii, skąd skierowano nas do lokali po NKWD, na wzgórze ponad ulicą Chreszczatyk, dominujące nad miastem. Był to naprawdę piękny pałac z początku XIX wieku - z długą żółtą fasadą, zdobną w gzymsy i wysokie białe kolumny, okalające główne wejście pod trójkątnym frontonem - ale spuszczono na niego bombę, a następnie, jakby tego było mało, podpaliło go NKWD. Nasi informatorzy twierdzili, że dawniej służył za pensję dla ubogich panien. W 1918 roku wprowadziły się tutaj sowieckie instytucje, od tego czasu zdążył wyrobić sobie złą reputację, w ogrodzie rozstrzeliwano ludzi, tuż za drugim skrzydłem. Häfner szybko posłał jedną z sekcji do zgarniania Żydów. Ktoś musiał posprzątać i naprawić to, co nadawało się do naprawienia. Tworzyliśmy gabinety i rozstawialiśmy sprzęt, gdzie się dało, niektórzy od razu zabierali się do pracy. Zszedłem do kwatery głównej i poprosiłem o saperów; należało przeszukać budynek, sprawdzić, czy nie jest zaminowany, obiecali, że zrobią to nazajutrz. Do naszego "pałacu dziewic" nadchodzili pod eskortą pierwsi Żydzi i brali się do sprzątania. Häfner kazał skonfiskować materace i pierzyny, żebyśmy nie musieli spać na twardej ziemi. W sobotni poranek nie zdążyłem nawet pójść i zapytać o saperów, gdy znienacka uderzyła w nasz budynek potężna fala eksplozji prosto z centrum, wybijając ostatnie szyby, które nam zostały. Szybko dotarła do nas wiadomość, że wysadzono cytadelę i że zginęli, między innymi, komendant dywizji artylerii oraz dowódca sztabu generalnego. Wszyscy mówili o sabotażu, o ładunkach wybuchowych z opóźnionym zapłonem; Wehrmacht nie chciał wysuwać zbyt pochopnych wniosków, nie wykluczał wypadku, spowodowanego złym przechowywaniem amunicji. Häfner i Janssen zaczęli zatrzymywać Żydów, a ja próbowałem rekrutować ukraińskich informatorów. Było to trudne, niczego o nich nie wiedzieliśmy; ludzie, którzy się do nas zgłaszali, równie dobrze mogli być agentami Rosjan. Zatrzymanych Żydów zamknęliśmy w kinie na Chreszczatyku; pospiesznie zbierałem informacje, napływały z każdej strony. Wszystko wskazywało na to, że Rosjanie starannie zaminowali miasto, tymczasem ciągle jeszcze nie było naszych saperów. Wreszcie, w odpowiedzi na nasze intensywne protesty, przysłano nam trzech facetów z inżynierii lądowej; odjechali po dwóch godzinach, nie znaleźli niczego. Nocą niepokój nie dawał mi spać, zatruwał sny: złapała mnie nagła potrzeba wypróżnienia i pobiegłem do toalety, gówno tryskało ze mnie, płynne i gęste, nieprzerwanym strumieniem, zapełniało szybko miskę klozetową, jego poziom podnosił się, a ja srałem dalej, gówno dotykało już moich ud, zalewało pośladki i jądra, a odbyt nadal, bez przerwy je z siebie wypluwał; ciągle zastanawiałem się, jak sprzątnąć stąd całe to gówno, ale jednocześnie nie mogłem przestać, jego cierpki smak, podły, mdlący wypełniał teraz moje usta, wykrzywiał je. Obudził mnie własny szloch, usta miałem spieczone, lepkie, wypełnione goryczą. Świtało, poszedłem na wysoki brzeg popatrzeć, jak słońce wstaje nad rzeką, zrujnowanymi mostami, miastem i równiną wokół. Dniepr płynął u mych stóp, szeroki, powolny, pełen wirów zielonej piany; pośrodku, pod wysadzonym mostem kolejowym, rosły trzciny i nenufary, tworząc rzadkie wysepki, a u brzegów stały opuszczone łodzie rybackie. Środkiem rzeki sunęła barka Wehrmachtu, wyżej, po drugiej stronie, przy plaży, tkwił statek niemal doszczętnie zżarty przez rdzę, do połowy zanurzony w wodzie przy brzegu, przekrzywiony na bok. Drzewa zasłaniały ławrę i widziałem tylko złoconą kopułę dzwonnicy odbijającą tępo miedziane światło wschodzącego słońca. Wróciłem do pałacu: niedziela, nie niedziela, pracy mieliśmy aż nadto, w dodatku miało przyjechać Vorkommando Gruppenstab. Stawili się późnym rankiem, dowodzeni przez Obersturmführera dr. Kriegera, który był Leiterem V Przyjechali z nim Obersturmführer Breun, jakiś Braun i Hauptmann Schutzpolizei Krumme, który dowodził naszymi Orpo. Thomas został w Żytomierzu, miał przyjechać kilka dni później, razem z dr. Raschem. Krieger i jego towarzysze zajęli inne skrzydło pałacu, w którym zaprowadziliśmy już nieco porządku. Nasi Żydzi pracowali bez wytchnienia, nocami trzymaliśmy ich w lochu, w pobliżu dawnych cel więziennych NKWD. Blobel złożył nam wizytę po obiedzie i pogratulował postępów, i zaraz wyjechał do Żytomierza. Nie miał zamiaru tam zostawać, bo miasto było judenrein, Kommando opróżniło getto w dniu, kiedy wkroczyliśmy do Kijowa. Zlikwidowali trzy tysiące stu czterdziestu pięciu pozostałych Żydów. Kolejna liczba do naszego raportu, a będzie ich dużo więcej. Kto, zastanawiałem się, kto będzie opłakiwał tych wszystkich zabitych Żydów, wszystkie żydowskie dzieci, pochowane z otwartymi oczyma w płodnej i czarnej ziemi Ukrainy, skoro zabijamy także ich siostry i matki? Zabijamy wszystkich, więc nie zostanie nikt, kto będzie ich opłakiwać, może zresztą o to w tym również chodziło. Moja praca posuwała się naprzód: przysłano mi zaufanych melnykowców; zrobili przesiew wśród informatorów i nawet udało im się zidentyfikować trzech bolszewików, w tym jedną kobietę - rozstrzelaliśmy ich natychmiast. Dzięki tej pomocy przyjąłem dworników, słynnych radzieckich dozorców, którzy wcześniej byli informatorami NKWD, ale nie wahali się, w zamian za drobne przywileje lub pieniądze, służyć także i nam. Wkrótce zaczęli donosić o oficerach Armii Czerwonej w cywilnych przebraniach, o komisarzach, banderowcach, żydowskich inteligentach - wszystkich przekazywałem Häfnerowi i Janssenowi, po pospiesznym przesłuchaniu. Oni, ze swej strony, nie ustawali w sprowadzaniu zatrzymanych Żydów do sali Goskino 5. Od czasu wysadzenia cytadeli miasto było spokojne, Wehrmacht zwierał szeregi, polepszyło się zaopatrzenie. Ale represje przygotowano naprędce. W środę rano, dwudziestego czwartego, kolejny wybuch rozpruł wnętrze hotelu Continental, gdzie znajdowała się Feldkommandantur, u zbiegu ulic Chreszczatyk i Proreznaja. Zszedłem zobaczyć. Na ulicy roiło się od gapiów i bezczynnych żołnierzy, którzy patrzyli, jak płonie budynek. Żandarmi polowi zaczęli gromadzić cywilów do usuwania gruzów; oficerowie ewakuowali się z nietkniętego skrzydła hotelu, wynosząc walizy, kołdry, gramofony. Szkło chrzęściło pod stopami: fala uderzenia wybiła szyby we wszystkich budynkach na pobliskich ulicach. Musiało zginąć wielu oficerów, nikt nie wiedział dokładnie ilu. Nagle rozległa się kolejna detonacja, niżej, w okolicach placu Tołstoja, i jeszcze jedna spora bomba wybuchła w budynku naprzeciw hotelu, obsypując nas gruzem i spowijając tumanami kurzu. Ludzie, ogarnięci paniką, biegali we wszystkie strony, matki nawoływały dzieci, niemieccy motocykliści jechali w górę Chreszczatyku, prześlizgiwali się między barykadami, strzelali na oślep z karabinów maszynowych. Czarny dym rozprzestrzeniał się szybko po całej ulicy, wszędzie wybuchały pożary, dusiłem się. Oficerowie Wehrmachtu wywrzaskiwali niezborne rozkazy, nikt nie dowodził całością. Chreszczatyk był zawalony gruzem i poprzewracanymi pojazdami, porwane przewody trolejbusów zwisały nad jezdniami; dwa metry ode mnie wybuchł bak jakiegoś opla, samochód stanął w ogniu. Wróciłem do pałacu; z góry cała ulica wyglądała, jakby płonęła, nadal słychać było eksplozje. Blobel dopiero przyjechał i pokrótce opisałem mu sytuację. Przyszedł też Häfner i poinformował nas, że większość Żydów przetrzymywanych w kinie, tuż obok hotelu Continental, uciekła, korzystając z zamieszania. Blobel rozkazał ich odszukać, zasugerowałem, że przeczesanie naszych kwater wydaje się sprawą pilniejszą. Janssen podzielił Orpo i Waffen-SS na trzyosobowe grupki i rozkazał sprawdzić wszystkie wejścia. Mieli wyważać każde drzwi zamknięte na klucz i, przede wszystkim, przeszukać piwnice oraz strychy. Po niecałej godzinie jeden z żołnierzy odkrył ładunek wybuchowy w podziemiach. Scharführer z Waffen-SS, który służył w inżynierii wojskowej, poszedł sprawdzić: sześćdziesiąt butelek wypełnionych substancją, którą Finowie, od czasów wojny z Rosją, nazywali "koktajlem Mołotowa" - prawdopodobnie był to tylko magazyn, ale to mógł orzec wyłącznie specjalista. Wybuchła panika. Janssen krzyczał i ciął batem naszych Arbeitsjuden, Häfner, nadal udając, że panuje nad sytuacją, rzucał nieistotne rozkazy, dodawał sobie w ten sposób znaczenia. Blobel naradził się pospiesznie z dr. Kriegerem i zarządził ewakuację budynku. Nie przygotowano żadnego miejsca awaryjnego i nie mieliśmy gdzie się podziać. Podczas gdy ludzie pospiesznie załadowywali samochody, ja skontaktowałem się szybko z kwaterą główną korpusu armii; oficerowie mieli zbyt dużo pracy i musiałem sam sobie radzić. Wracałem do pałacu wśród płomieni i zamieszania. Saperzy Wehrmachtu próbowali zdusić ogień, ale on rozprzestrzeniał się coraz dalej. Przyszedł mi wtedy na myśl stadion Dynamo. Był położony z dala od płonących ulic, niedaleko Ławry Peczerskiej na wzgórzach, i istniało małe prawdopodobieństwo, że Armia Czerwona zadała sobie trud zaminowania go. Blobel zaakceptował mój pomysł, skierował tam załadowane samochody i ciężarówki. Oficerowie wprowadzili się do opuszczonych biur oraz szatni, które śmierdziały jeszcze potem i dezynfekcją, żołnierze zajęli trybuny, a Żydów, przywiezionych tu pod eskortą, usadziliśmy na płycie stadionu. Wzięliśmy się do rozładunku i układania dokumentów, kufrów i maszyn do pisania, a specjaliści przeglądali urządzenia komunikacyjne. W tym czasie Blobel udał się do korpusu armii; wróciwszy, rozkazał wszystko zdemontować i załadować z powrotem: Wehrmacht przydzielił nam kwatery w dawnej rezydencji cara, nieco niżej. Trzeba było wszystko pakować raz jeszcze, cały dzień straciliśmy na przeprowadzki. Tylko von Radetzki sprawiał wrażenie ucieszonego tym zamieszaniem: Krieg ist Krieg und Schnaps ist Schnaps, rzucał z wyższością tym, którzy narzekali. Wieczorem mogłem nareszcie pójść na zwiady z moimi melnykistowskimi współpracownikami: chciałem się dowiedzieć jak najwięcej o planach czerwonych; prawdopodobnie eksplozje były zaplanowane, należało zatrzymać sabotażystów i zidentyfikować ich "Rostopczyna". Abwehra miała informacje o niejakim Friedmannie, agencie NKWD, dowódcy siatki szpiegów i sabotażystów, stworzonej przed wycofaniem się Armii Czerwonej. Saperzy utrzymywali, że chodzi po prostu o miny podłożone dużo wcześniej, z opóźnionym zapłonem. Centrum miasta zamieniło się w piekło. Nadal wybuchały bomby, pożary trawiły teraz cały Chreszczatyk, plac Dumy i plac Tołstoja; koktajle Mołotowa, przechowywane na strychach, pękały pod wpływem gorąca, gęsta benzyna płynęła po schodach budynków i podsycała ogień, który rozprzestrzeniał się stopniowo na równoległe ulice, na Puszkina a potem na Meringa, Karola Marksa, Engelsa, aż do Rewolucji Październikowej, u stóp naszego pałacu. Oszalała ludność wzięła szturmem dwa duże sklepy. Żandarmeria polowa zatrzymywała złodziei i chciała ich nam przekazać, wielu ginęło w płomieniach. Wszyscy mieszkańcy centrum uciekali, uginając się pod ciężarem tobołów, pchali wózki dziecięce, wyładowane odbiornikami radiowymi, dywanami i domowym sprzętem, niemowlęta darły się wniebogłosy w ramionach matek. Wielu niemieckich żołnierzy wmieszało się w ten tłum, też uciekali, ignorując rozkazy. Od czasu do czasu płonący dach jakiegoś budynku zapadał się do środka przy akompaniamencie straszliwego trzasku łamanych belek. Były takie miejsca, w których mogłem oddychać jedynie z mokrą chusteczką przy ustach, kaszlałem konwulsyjnie i plułem gęstą flegmą.

Następnego dnia rano dotarł Gruppenstab, z większością naszego Kommando, dowodzonego przez Kuno Callsena. Saperzy nareszcie przeczesali nasz pałac, wynosząc całe skrzynki koktajli Mołotowa, a my mogliśmy wrócić do naszych kwater i ich przywitać. Vorkommando HSSPF-a przyjechało razem z nimi i zajęło rezydencję cara, którą opuściliśmy, przywieźli także dwa bataliony Orpo, stanowiące znaczne posiłki. Wehrmacht wysadzał budynki w centrum miasta, żeby opanować rozprzestrzeniający się ogień. Znaleziono cztery tony materiałów wybuchowych w muzeum Lenina; detonacja mogła nastąpić w każdej chwili, ale saperom udało sieje rozbroić i ułożyć przed wejściem. Nowy komendant miasta, Generalmajor Kurt Eberhard, zwoływał niekończące się narady, w których musieli uczestniczyć przedstawiciele Grupy i Kommando. Ponieważ następca Kehriga ciągle jeszcze nie dojechał, zostałem tymczasowym Leiterem III Kommando i Blobel często zabierał mnie na te spotkania albo wysyłał w zastępstwie, gdy sam był zbyt zajęty. Gruppenstab konferował całymi godzinami z ludźmi HSSPF-a, oczekiwano przybycia Jeckelna, miał się zjawić tego samego wieczoru lub nazajutrz. Wehrmacht pamiętał o cywilnych sabotażystach - rano poprosił nas o pomoc w znalezieniu ich i zatrzymaniu. W ciągu dnia Abwehra odkryła sporządzony przez Armię Czerwoną plan, obejmujący prawie sześćdziesiąt obiektów przeznaczonych do zburzenia przed opuszczeniem przez nią miasta. Wysłano inżynierów na inspekcję i wyglądało na to, że wiadomość jest prawdziwa. Ponad czterdzieści obiektów czekało na wysadzenie, w wielu podłożono zdalnie sterowane ładunki wybuchowe; saperzy rozminowywali je z wielkim poświęceniem, najszybciej, jak potrafili. Wehrmacht chciał podjąć radykalne kroki, w Grupie także o tym rozmawiano.

W piątek Sicherheitspolizei rozpoczęła swoje działania. Dzięki zebranym przeze mnie informacjom w ciągu jednego dnia zatrzymano tysiąc sześciuset Żydów i komunistów. W Dulagu, w cywilnym obozie dla Żydów, w środku miasta, Vogt utworzył siedem komand, w których miały odbywać się przesłuchania; trzeba było przefiltrować zastępy więźniów i wyłuskać spośród nich najbardziej niebezpieczne elementy. Zdałem z tego raport podczas jednego z zebrań z Eberhardem; pokiwał głową, ale armia chciała jeszcze więcej. Akcje sabotażowe nie ustawały: młody Żyd próbował przeciąć jedną z rur zasilających hydranty, zainstalowaną w Dnieprze przez naszych saperów. Sonderkommando rozstrzelało go, razem z grupą Cyganów, przyłapanych na plądrowaniu peryferyjnej dzielnicy, niedaleko cerkwi. Na rozkaz Blobela jedna z naszych sekcji zlikwidowała chorych psychicznie ze szpitala Pawłowa, obawiając się, że pouciekają i zwiększą i tak już duży chaos. Przyjechał Jeckeln; po południu przewodził wielkiemu zebraniu w Ortskommandantur, w którym brał udział generał Eberhard oraz oficerowie ze sztabu generalnego 6. Armii, oficerowie Grupy, w tym dr Rasch, a także oficerowie Sonderkommando. Rasch był nie w sosie, milczał, stukał piórem w stół, nieuważnie błądził pustym wzrokiem po otaczających go twarzach. Natomiast Jeckeln tryskał energią. Wygłosił krótkie przemówienie o sabotażach, o zagrożeniu, jakie stanowią masy Żydów w mieście, o konieczności podjęcia kroków represyjnych, ale także prewencyjnych, i to możliwie jak najbardziej energicznych. Sturmbannführer Hennicke, Leiter III Einsatzgruppe, przedstawił statystyki: według danych, którymi dysponował, w Kijowie miało wówczas przebywać około pięciuset tysięcy Żydów, stałych rezydentów lub uciekinierów z zachodniej Ukrainy. Jeckeln zaproponował, żeby na początek zlikwidować pięćdziesiąt tysięcy, Eberhard gorąco poparł tę inicjatywę i obiecał wsparcie logistyczne ze strony 6. Armii. Jeckeln zwrócił się do nas: "Meine Herren, daję wam dwadzieścia cztery godziny na opracowanie planu". Blobel zerwał się z miejsca: "Herr Obergruppenführer, zrobi się!". Po raz pierwszy odezwał się Rasch: "Na Standartenführera Blobela może pan zawsze liczyć". W jego głosie wyczuwało się wyraźną ironię, ale Blobel uznał to za komplement: "Absolutnie, absolutnie". - "Musimy uderzyć z wielką siłą", podsumował Eberhard, kończąc zebranie.

Pracowałem dniami i nocami, spałem po dwie godziny, kiedy tylko mogłem. Ale mówiąc szczerze, tak naprawdę nie uczestniczyłem w planowaniu; oficerowie Teilkommandos, którzy nie byli zawaleni pracą (likwidowali politruków, zdemaskowanych podczas przesłuchiwań przez Vogta, i jakichś podejrzanych, schwytanych właściwie przez przypadek, ale nic poza tym), wzięli to na siebie. Zebrania z 6. Armią i HSSPF-em kontynuowano na drugi dzień. Sonderkommando wystąpiło z propozycją lokalizacji: w zachodniej części miasta, w dzielnicy Syriec niedaleko żydowskiego cmentarza, ale już poza strefami zamieszkanymi, znajdowało się kilka wielkich wąwozów, które bardzo się nadawały. "Jest też dworzec towarowy, dodał Blobel. Moglibyśmy wmówić Żydom, że przewozimy ich w inne miejsce". Wehrmacht wysłał geometrów, żeby przeprowadzili pomiary; opierając się na ich raporcie, Jeckeln i Blobel skupili się na wąwozie nazywanym Babim Jarem lub Jarem Staruchy, z niewielkim strumykiem na dnie. Blobel zwołał swoich oficerów. "Żydzi, których stracimy, to elementy aspołeczne, bezwartościowe, których Niemcy nie mogą tolerować. Dołączymy do nich także pacjentów szpitali psychiatrycznych, Cyganów i resztę darmozjadów. Ale zaczniemy od Żydów". Zaczęło się uważne studiowanie map, musieliśmy rozstawić kordony, przewidzieć kierunek ruchu, zaplanować transporty. Dzięki redukcji liczby ciężarówek i zmniejszeniu odległości oszczędzaliśmy benzynę. Należało także pomyśleć o amunicji i zaopatrzeniu w żywność; wszystko musiało być wyliczone. W związku z tym trzeba było także ustalić metodę wykonywania egzekucji: Blobel w końcu zdecydował się na wariant Sardinenpackung. Jeckeln upierał się, aby jako strzelców i eskortę grup skazańców użyć jego dwóch batalionów Orpo, a to widocznie denerwowało Blobela. Byli także żołnierze z Waffen-SS Grafhorsta i Orpo Hauptmanna Krummego. Jeśli chodzi o kordony, to 6. Armia oddała nam do dyspozycji kilka kompanii, dostarczyła także ciężarówki. Häfner stworzył sortownię przedmiotów wartościowych, pomiędzy Cmentarzem Łukianowskim i kirkutem, sto pięćdziesiąt metrów od wąwozu: Eberhardowi zależało na przejęciu kluczy do mieszkań, opatrzonych adresami, ponieważ na skutek wojennej zawieruchy dwadzieścia pięć tysięcy cywilów znalazło się na ulicy i Wehrmacht chciał ich zakwaterować możliwie najszybciej. 6. Armia dostarczyła nam sto tysięcy nabojów i wydrukowała plakaty po niemiecku, rosyjsku i ukraińsku, na kiepskim, szarym papierze pakowym. Blobel, jeśli tylko nie siedział pogrążony w mapach, pracował jak szalony i znajdował jeszcze czas na inne zajęcia; po południu, przy pomocy saperów, wysadził w powietrze Sobór Zaśnięcia Bogurodzicy, cudowną małą cerkiew, usytuowaną pośrodku ławry. "Ukraińcy też mają za swoje", powiedział nam potem z wielką satysfakcją. Rozmawiałem o tym przez chwilę z Vogtem, bo zupełnie nie widziałem sensu tej akcji; twierdził, że inicjatywa nie wyszła zapewne od Blobela, ale nie miał pojęcia, kto mógł się na to zgodzić lub wydać taki rozkaz. "Prawdopodobnie Obergruppenführer, to w jego stylu". Tak czy inaczej nie był to dr Rasch, który niemal zupełnie znikł nam z pola widzenia. Spotkawszy Thomasa na korytarzu, spytałem dyskretnie: "Co się dzieje z Brigadeführerem? Chyba niewesoło u niego, co?". - "Pokłócił się z Jeckelnem. I z Kochem też". Hans Koch, Gauleiter Prus Wschodnich, został miesiąc wcześniej mianowany Reichskommissarem Ukrainy. "O co się pokłócił?", spytałem. - "Kiedyś ci opowiem. Tak czy inaczej długo tu już nie pobędzie. Ach, przy okazji, mam pytanie: Żydzi w Dnieprze, to wasza sprawka?" Poprzedniego wieczoru zginęli wszyscy Żydzi, którzy udali się do synagogi na szabas, rano znaleziono ich ciała w rzece. "Były skargi ze strony armii, mówił dalej Thomas. Twierdzą, że tego typu akcje niepokoją ludność cywilną. To nie jest gemütlich". - "A to, co przygotowujemy teraz, jest gemütlich? Myślę, że ludność będzie miała niedługo dużo większe powody do niepokoju". - "To nie to samo. Przeciwnie, będą zachwyceni, że udało im się pozbyć Żydów". Wzruszyłem ramionami: "Nie, to nie nasza sprawka. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Jesteśmy teraz zajęci, mamy co innego do roboty. Poza tym, raczej nie stosujemy takich metod".

W niedzielę w całym mieście rozlepiono plakaty. Żydzi zostali poproszeni o zgromadzenie się nazajutrz rano przed cmentarzem na ulicy Mielnikowa, każdy z pięćdziesięcioma kilogramami bagażu, w związku z przenosinami w inne regiony Ukrainy. Wątpiłem w powodzenie tego manewru: Łuck był daleko za nami, a plotki o losie Żydów niechybnie przedostały się przez linie frontu; im dalej na Wschód się posuwaliśmy, tym mniej znajdowaliśmy Żydów, uciekali przed nami razem z Armią Czerwoną, już nie czekali na nas pełni ufności, jak na początku. Z drugiej strony, na co zwrócił moją uwagę Hennicke, bolszewicy zachowywali zdumiewające milczenie na temat naszych egzekucji; w swoich audycjach radiowych oskarżali nas w sposób przesadzony o najgorsze potworności, ale nigdy nie wspominali o Żydach. Być może, jak twierdzili nasi eksperci, obawiali się naruszenia świętej jedności narodu radzieckiego. Wiedzieliśmy od naszych informatorów, że wielu Żydów zostało wyznaczonych do ewakuacji na tyły, ale selekcjonowano ich prawdopodobnie według tych samych kryteriów co Ukraińców i Rosjan: wybierano inżynierów, lekarzy, członków partii, wykwalifikowanych robotników; większość Żydów organizowała ucieczki we własnym zakresie. "Trudno to zrozumieć, dodał Hennicke. Jeżeli to rzeczywiście Żydzi dominują w partii komunistycznej, to powinni dokładać większych starań, żeby ratować swoich współwyznawców". - "Oni są sprytni, zasugerował doktor von Scheven, oficer z Grupy. Nie chcą się narażać naszej propagandzie, zbytnio faworyzując swoich ludzi. Stalin musi się także liczyć z radzieckim nacjonalizmem. Żeby utrzymać władzę, poświęcają swoich biednych kuzynów". - "Pewnie ma pan rację", zgodził się Hennicke. Uśmiechnąłem się w duchu z goryczą: jak w średniowieczu rozumujemy za pomocą sylogizmów, które wzajemnie się potwierdzają. A tym samym brniemy w ślepą uliczkę i nie mamy możliwości powrotu.

Grosse Aktion rozpoczęła się w poniedziałek, 29 września rano, w święto Jom Kippur, żydowski Sądny Dzień. Blobel poinformował nas o tym dzień wcześniej. "Oj, będzie on sądny, będzie". Ja zostałem w gabinecie, w pałacu, pisałem raport. Callsen stanął na chwilę w drzwiach: "Nie idzie pan? Wie pan chyba, że Brigadeführer rozkazał, aby wszyscy oficerowie byli obecni". - "Wiem. Skończę to i idę". - "Jak pan uważa". Zniknął, a ja pracowałem dalej. Po godzinie wstałem, wziąłem furażerkę, rękawiczki i poszedłem poszukać szofera. Na zewnątrz panował chłód, chciałem wrócić po pulower, ale zrezygnowałem. Niebo zasnuły chmury, trwała jesień, coraz bliżej już było do zimy. Przedarliśmy się przez dymiące gruzy Chreszczatyka, dalej jechaliśmy bulwarem Szewczenki. Żydzi szli na zachód w długich kolumnach, całymi rodzinami, ze spokojem nieśli tobołki albo plecaki. Większość wyglądała bardzo biednie, byli to prawdopodobnie uciekinierzy: mężczyźni i chłopcy nosili czapki radzieckich proletariuszy, ale tu i ówdzie dało się dojrzeć miękki kapelusz. Jechały też wozy ciągnięte przez wychudzone konie, a na nich starcy i walizy. Kazałem szoferowi zboczyć z drogi, chciałem zobaczyć więcej; skręcił w lewo i zjechał w stronę uniwersytetu, a potem dalej do dworca, w kierunku Saksahańskiego. Żydzi wychodzili obładowani ze wszystkich domów i mieszali się z tłumem, który płynął z jednostajnym szmerem. Prawie nie było widać niemieckich żołnierzy. Na rogach ulic strumienie ludzi łączyły się, wzbierały i płynęły dalej, nie wyczuwało się podniecenia. Wjechałem na wzgórze na tyłach dworca i dotarłem z powrotem do bulwaru, za rogiem wielkiego ogrodu botanicznego. Stała tam grupa żołnierzy i kilku ukraińskich pomocników, piekli całego prosiaka na ogromnym ruszcie. Pachniało smakowicie, przechodzący Żydzi wpatrywali się zazdrośnie w prosiaka, a żołnierze się śmiali, kpili sobie z nich. Zatrzymaliśmy się i wysiadłem z samochodu. Ludzie napływali ze wszystkich przecznic i zlewali się z głównym nurtem jak odnogi wpadające do rzeki. Czasem ta niekończąca się kolumna zatrzymywała się nagle, po czym ruszała dalej, z gwałtownym szarpnięciem. Przede mną przesuwały się stare kobiety z wieńcami cebuli na szyjach, trzymające za ręce zasmarkane dzieci, zauważyłem dziewczynkę stojącą na wozie między słojami przetworów, wyższymi od niej samej. Zdawało mi się, że widzę w tym tłumie jedynie starych ludzi i dzieci, ale trudno mi było ocenić: sprawni mężczyźni przyłączyli się pewnie do Armii Czerwonej albo pouciekali. Po prawej stronie, przed ogrodem botanicznym, leżał trup w rynsztoku, z twarzą zasłoniętą ramieniem; ludzie przechodzili obok, nie patrząc. Podszedłem do żołnierzy skupionych wokół prosiaka: "Co się stało?". Jakiś Feldwebel zasalutował i odpowiedział: "Prowokator, Herr Obersturmführer. Krzyczał, podżegał tłum, opowiadał kalumnie o Wehrmachcie. Kazaliśmy mu się zamknąć, ale nie przestał". Znów popatrzyłem na tłum: ludzie sprawiali wrażenie spokojnych, może tylko lekko przestraszonych, lecz biernych. Za pośrednictwem swoich informatorów uczestniczyłem w rozsiewaniu plotek: Żydzi jadą do Palestyny, jadą do getta, do Niemiec, pracować. Lokalne władze powołane przez Wehrmacht robiły ze swojej strony wszystko, by nie siać paniki. Wiedziałem, że chodziły słuchy o masakrze, ale jedna plotka zaprzeczała drugiej, ludziom raczej coś się wydawało, niż wiedzieli to naprawdę, i zawsze mogliśmy liczyć na ich pamięć o niemieckiej okupacji z 1918 roku, na ich zaufanie do Niemiec i na nadzieję także, na nikczemną nadzieję.

Pojechałem dalej. Nie mówiłem nic szoferowi, ale i tak sunął wzdłuż strumienia Żydów, w stronę Mielnikowej. Nadal prawie nie było widać niemieckich żołnierzy; tylko nieliczne punkty kontrolne na skrzyżowaniach, jak ten na rogu ogrodu botanicznego albo inny, w miejscu, gdzie Artioma krzyżuje się z Mielnikową. Tutaj byłem świadkiem pierwszego incydentu: żandarmi polowi bili kilku brodatych Żydów o długich poskręcanych pejsach, być może rabinów, ubranych w same koszule. Żydzi spływali krwią, ich koszule były mokre od tej krwi, kobiety krzyczały, tłum gwałtownie falował. Wreszcie żandarmi przestali i wzięli rabinów ze sobą. Obserwowałem ludzi: wiedzieli, że ci mężczyźni zginą, widziałem to w ich wylęknionych oczach, ale mieli jeszcze nadzieję, że tak kończą tylko rabini, pobożni.

Koniec Mielnikowej, tuż przed żydowskim cmentarzem, najeżony był zasiekami i drutem kolczastym, pilnowali tego żołnierze Wehrmachtu i ukraińscy Polizei. Tu zaczynał się kordon; po przejściu przez ten przesmyk Żydzi nie mieli już możliwości powrotu. Strefa sortowni znajdowała się nieco dalej, na lewo, na nieużytkach przed ogromnym chrześcijańskim Cmentarzem Łukianowskim. Długi mur z czerwonej cegły, dość niski, otaczał nekropolię, za nim stały wysokie drzewa, ich korony odcinały się mocno od błękitu nieba, jedne w połowie ogołocone z liści, inne nadal jeszcze żółte i czerwone. Po drugiej stronie ulicy Degtiarowskiej ustawiono w rzędzie stoły i Żydzi mieli przechodzić przed nimi. Spotkałem kilku naszych oficerów: "Zaczęło się?". Häfner ruchem głowy wskazał na północ: "Tak, trwa od kilku godzin. Gdzie się pan podziewał? Standartenführer się wścieka". Za każdym ze stołów siedział jeden podoficer z Kommando, a u jego boku tłumacz i kilku żołnierzy. Na pierwszym stole Żydzi musieli zostawić dokumenty, na drugim pieniądze, kosztowności i biżuterię, dalej klucze do mieszkań, czytelnie podpisane, i wreszcie ubrania i buty. Musieli coś podejrzewać, ale milczeli; tak czy inaczej strefa była zamknięta kordonem. Niektórzy Żydzi próbowali dyskutować z Polizei, ale Ukraińcy krzyczeli, bili ich, odsyłali do kolejki. Wiał przenikliwy wiatr, było mi zimno, żałowałem, że nie wziąłem tego puloweru; czasem, gdy wiatr się wzmagał, docierało tu słabe echo wystrzałów, ale większość Żydów jakby go nie słyszała. Tuż za rzędem stołów nasi askarysi pakowali do ciężarówek toboły pełne skonfiskowanych ubrań, samochody odjeżdżały do miasta, gdzie już działała rozdzielnia. Poszedłem przejrzeć stos papierów, porzuconych na środku nieużytku; były przeznaczone do spalenia. Leżały tam podarte paszporty, książeczki pracownicze, legitymacje związkowe, kartki żywnościowe, rodzinne fotografie; wiatr roznosił lżejsze arkusze, cały plac był nimi pokryty. Obejrzałem kilka fotografii. Negatywy, studyjne portrety, kobiety i dzieci, dziadkowie i pyzate niemowlęta, zdarzały się widoki z wakacji, zapis szczęścia i zwyczajnego życia sprzed tego wszystkiego. Przypomniała mi się fotografia, którą trzymałem w szufladzie, obok łóżka, w gimnazjum. Był to portret pruskiej rodziny sprzed Wielkiej Wojny, trzech młodych junkrów w mundurach kadetów i dziewczyna, prawdopodobnie ich siostra. Nie pamiętam już, gdzie go znalazłem, może podczas jednego z naszych rzadkich spacerów, u jakiegoś handlarza starzyzną lub sprzedawcy pocztówek. W tamtym czasie byłem bardzo nieszczęśliwy, siłą umieszczono mnie w tym okropnym internacie, karząc za wielkie wykroczenie (działo się to we Francji, dokąd wyjechaliśmy, gdy odszedł od nas ojciec). Nocą godzinami rozbierałem to zdjęcie na czynniki pierwsze, w świetle księżyca, albo pod kołdrą, przy małej latarce. Dlaczego, pytałem sam siebie, dlaczego nie mogę dorastać w idealnej rodzinie, takiej jak ta, dlaczego muszę żyć w tym zdemoralizowanym piekle? Żydowskie rodziny z rozrzuconych zdjęć też wydawały mi się szczęśliwe; ich piekło było tutaj, teraz, i mogły już tylko żałować straconej przeszłości. Przeszedłszy przed stołami, Żydzi w samej bieliźnie dygotali z zimna; ukraińscy policjanci oddzielali mężczyzn i chłopców od kobiet i małych dzieci; kobiety, dzieci i starców ładowano na ciężarówki Wehrmachtu, żeby przetransportować ich do wąwozu. Reszta musiała dotrzeć tam pieszo. Podszedł do mnie Häfner: "Standartenführer pana szuka. Niech pan uważa. Jest naprawdę w strasznym humorze". - "Dlaczego?" - "Ma za złe Obergruppenführerowi, że siłą wcisnął mu swoje dwa bataliony policji. Twierdzi, że Obergruppenführer chce sobie przywłaszczyć całą chwałę za Aktion". - "To niedorzeczne". Zjawił się Blobel, był już wstawiony i jego twarz błyszczała od potu. Na mój widok wydarł się ordynarnie: "Co pan robi, do cholery? Od kilku godzin czekamy na pana". Zasalutowałem. "Herr Standartenführer! SD ma swoje własne zadania. Sprawdzałem założenia projektu, żeby zapobiec wszelkim możliwym incydentom". Trochę się uspokoił: "I co?", warknął. "Wszystko wydaje się w porządku, Herr Standartenführer". - "Dobra. Niech pan tam jedzie. Brigadeführer chce widzieć wszystkich oficerów".

Wsiadłem do samochodu i pojechałem za ciężarówkami; na miejscu policjanci rozładowywali kobiety i dzieci, które dołączały do idących mężczyzn. Wielu Żydów śpiewało religijne pieśni. Byli tacy, którzy próbowali zbiec, ale ludzie z kordonu szybko zawracali ich lub zabijali. Z wierzchołka dobiegał wyraźny odgłos karabinowych serii i kobiety zaczynały panikować. Ale to niczego nie zmieniało. Dzielono ludzi na małe grupy i podoficer siedzący za stołem przeliczał je, następnie nasi askarysi zabierali ich i prowadzili grzbietem wąwozu. Po serii wystrzałów szła następna grupa, wszystko odbywało się bardzo szybko. Obszedłem wąwóz od zachodu, żeby się dostać do innych oficerów, którzy ustawili się na północnym zboczu. Stąd rozciągał się przede mną widok na cały jar: miał jakieś pięćdziesiąt metrów szerokości, trzydzieści głębokości, ciągnął się na długość wielu kilometrów, niewielki strumień, płynący po jego dnie, wpadał do rzeki Syriec, od której wzięła nazwę dzielnica. Nad strumieniem przerzucono deski, tak by Żydzi i strzelcy mogli łatwo przejść na drugą stronę. W oddali, rozrzucone na nagich stokach wąwozu, mnożyły się białe skupiska trupów. Ukraińscy "pakowacze" doprowadzali do tych stosów kolejne grupy i zmuszali ludzi, by kładli się na nich, albo tuż obok; żołnierze z plutonu egzekucyjnego szli wzdłuż szpaleru leżących, półnagich Żydów i unicestwiali każdego strzałem z karabinu maszynowego w potylicę; w sumie były trzy plutony. Pomiędzy egzekucjami kilku oficerów dokonywało inspekcji ciał; dobijali z pistoletów tych, którzy jeszcze żyli. Na wzniesieniu, dominującym nad całą sceną, stały grupki oficerów Wehrmachtu i SS. Był Jeckeln ze swoją świtą, a z nim dr Rasch, rozpoznałem także kilku wysokich rangą z 6. Armii. Zobaczyłem Thomasa i on mnie zobaczył, ale mi nie odsalutował. Żydzi szli zboczem naprzeciw i dołączali do puchnących skupisk. Zimno stało się kąsające, podawaliśmy sobie butelkę rumu, wypiłem łyk. Blobel wtargnął ostro wprost na nasz brzeg wąwozu, chyba objechał go dookoła. Pił z małej piersiówki i sarkał, krzyczał, że wszystko odbywa się zbyt wolno. A przecież obrano maksymalne tempo. Żołnierze zmieniali się co godzinę, a ci, którzy nie strzelali, przynosili rum i dbali o amunicję. Oficerowie mówili niewiele, niektórzy próbowali ukryć przerażenie. Ortskommandantur sprowadziła kuchnię polową i wojskowy pastor parzył herbatę na rozgrzewkę, dla Orpo i członków Sonderkommando. W porze obiadowej wyżsi rangą oficerowie wrócili do miasta, a niżsi mieli zjeść z żołnierzami. Ponieważ egzekucje odbywały się bez przerwy, kantynę rozstawiono w dole, w miejscu, z którego nie było widać wąwozu. Jedna z grup odpowiadała za zaopatrzenie. Kiedy otwarto konserwy, żołnierze, na widok racji czarnej kaszanki, zaczęli się burzyć i głośno krzyczeć. Häfner, który właśnie spędził godzinę na dobijaniu skazańców, wydzierał się, rzucając na ziemię otwarte puszki: "Co to jest, do cholery?". Za mną jakiś chłopak z Waffen-SS głośno wymiotował. Sam też byłem blady, na widok kaszanki zakotłowało mi się w żołądku. Odwróciłem się do Hartla, Verwaltuhgsführera Grupy, i zapytałem, jak mógł coś takiego zrobić. Ale Hartl stał niewzruszony, wbity w te swoje śmiesznie szerokie bryczesy. Wykrzyczałem mu, że powinien się wstydzić: "W tej sytuacji możemy się obejść bez jedzenia!". Hartl odwrócił się ode mnie i odszedł; Häfner wyrzucał konserwy do kartonu, a inny oficer, młody Nagel, próbował mnie uspokoić: "To nic takiego, Herr Obersturmführer...". - "Nie, to nie jest normalne, powinniśmy mieć na uwadze takie kwestie. Na tym polega odpowiedzialność". - "Absolutnie, skrzywił się Häfner. Jadę po coś innego". Ktoś nalał mi kubek rumu, wypiłem jednym haustem; palił w przełyku, dobrze mi zrobił. Wrócił Hartl, wytykając mnie grubym paluchem: "Obersturmführer, nie ma pan prawa odzywać się do mnie w ten sposób!". - "A pan nie ma prawa do... do... do..." Jąkałem się, pokazując poprzewracane skrzynie. - "Meine Herren!, szczeknął Voigt. Żadnych skandali, proszę". Wszyscy mieliśmy nerwy napięte jak postronki. Oddaliłem się, zjadłem trochę chleba i surową cebulę; stojący za mną oficerowie dyskutowali z ożywieniem. Wróciła wyższa kadra i Hartl chyba złożył raport o zajściu, bo przyszedł Blobel i udzielił mi reprymendy w imieniu dr. Rascha: "W takich okolicznościach należy zachowywać się, jak przystało na oficera". Rozkazał mi zmienić Janssena w wąwozie, gdy skończy się jego kolej. "Ma pan broń? Tak? Żadnych mięczaków w moim Kommando, zrozumiano?" Pryskał śliną, był kompletnie pijany i ledwo się kontrolował. Niedługo potem zobaczyłem, że Janssen wraca. Spojrzał na mnie ponuro: "Pana kolej". Stok wąwozu, tam, gdzie stałem, był zbyt stromy, żeby dojść - musiałem okrążyć jar i wejść od dołu. W piaszczystą glebę pomiędzy ciałami - wsiąkała czarna krew, strumień także pociemniał od krwi. Obrzydliwy smród ekskrementów był silniejszy od zapachu krwi, wielu ludzi wypróżniało się w chwili śmierci; na szczęście wiał silny wiatr i przeganiał trochę te wyziewy. Z bliska wszystko wyglądało dużo mniej spokojnie: Żydzi, którzy napływali do wąwozu, poganiani przez askarysów i Orpo, wrzeszczeli z przerażenia na widok rozgrywających się tu scen, wyrywali się, "pakowacze" bili ich kijami albo metalowymi prętami, zmuszali, żeby zeszli na dno i się położyli, a oni nawet na ziemi krzyczeli jeszcze i próbowali wstawać, dzieci ostatkiem sił czepiały się życia, dorośli też, co chwilę ktoś jednym susem stawał na nogi i biegł do chwili, aż dopadł go i ogłuszył któryś z "pakowaczy", strzały często były chybione, tylko raniły ludzi, ale strzelcy nie zwracali na to uwagi, przechodzili do następnej ofiary, ranni tarzali się, zwijali, jęczeli z bólu albo, przeciwnie, pod wpływem szoku, milczeli, zastygali sparaliżowani, z szeroko otwartymi oczyma. Żołnierze chodzili w tę i z powrotem, oddawali strzał za strzałem, niemal bez przerwy. Stałem jak skamieniały, nie wiedziałem, co mam robić. Podbiegł Grafhorst i potrząsnął mnie za ramię: "Obersturmführer!". Wskazał pistoletem na ciała. "Niech pan próbuje dobijać rannych". Wyjąłem broń i podszedłem do jednego ze stosów: młody mężczyzna rzęził z bólu, wycelowałem w jego głowę i nacisnąłem spust, ale nie padł żaden strzał. Zapomniałem odbezpieczyć pistolet, zrobiłem to i strzeliłem chłopakowi w środek czoła - wyprężył się i natychmiast zamilkł. Żeby dotrzeć do niektórych rannych, trzeba było chodzić po zwłokach, były ohydnie śliskie; białe i miękkie ciała usuwały mi się spod butów, kości łamały się zdradliwie, traciłem równowagę, grzęzłem po kostki we krwi i błocie. To było straszne i czułem takie samo piekące obrzydzenie jak kiedyś w Hiszpanii, w latrynie pełnej karaluchów. Byłem wtedy bardzo młody, ojczym zafundował nam wczasy w Katalonii, spaliśmy w jakiejś wiosce i nocą złapała mnie kolka, więc pobiegłem do latryny w ogrodzie, poświeciłem sobie kieszonkową latarką, a w otworze, czystym za dnia, roiło się od ogromnych ciemnych karaluchów, to mnie przeraziło, chciałem położyć się z powrotem, ale skurcze były zbyt mocne, w pokoju nie było nocnika, założyłem wysokie kalosze i wróciłem do latryny, z myślą, że przepłoszę karaluchy tupaniem i szybko się załatwię. Zajrzałem do środka przez uchylone drzwi i poświeciłem na podłogę, zauważyłem cień na ścianie, skierowałem latarkę w tamtą stronę, na ścianie też roiło się od karaluchów, były na wszystkich ścianach, i na suficie, i na desce nad drzwiami; wolno odwróciłem głowę i spojrzałem na drzwi - też tam były, czarna, ruchliwa masa, więc cofnąłem powoli głowę, bardzo powoli, wróciłem do pokoju i wytrzymałem do rana. Chodzenie po ciałach Żydów napełniało mnie takim samym uczuciem, strzelałem na chybił trafił, do wszystkiego, co zdawało się jeszcze ruszać, a potem wziąłem się w garść i postanowiłem bardziej zwracać uwagę, chodziło przecież o to, żeby ludzie cierpieli jak najmniej, ale tak czy inaczej mogłem dobijać tylko tych na wierzchu, pod spodem też byli ranni, którzy jeszcze nie umarli, ale ich czas był bliski. Nie ja jeden traciłem rezon, niektórzy strzelcy też drżeli i pili między seriami. Zauważyłem młodego mężczyznę z Waffen-SS, nie wiedziałem, jak się nazywa: zaczął strzelać bez ładu i składu, trzymając karabin na biodrze, śmiał się obleśnie i opróżniał magazynek na oślep, raz na lewo, raz na prawo, potem dwa razy, potem trzy, jak dziecko idące po liniach wyznaczonych przez płyty chodnika, kierujące się tajemniczą wewnętrzną topografią. Podszedłem i potrząsnąłem nim, ale dalej się śmiał i strzelał, stał tuż przede mną, wyrwałem mu karabin i wymierzyłem policzek, odesłałem do żołnierzy ładujących magazynki. Gramorst przysłał mi na jego miejsce innego żołnierza, rzuciłem mu karabin i krzyknąłem: "Tylko rób to porządnie, zrozumiano?!". Tuż obok prowadzono następną grupę; napotkałem wzrok pięknej, młodej dziewczyny, prawie nagiej, lecz nadal pełnej elegancji, spokojnej, jej oczy wypełniał bezbrzeżny smutek. Odszedłem na bok. Gdy wróciłem, jeszcze żyła, leżała na boku, kula przeszyła ją na wylot i wyszła pod piersią. Dziewczyna rzęziła, zastygła w bezruchu, jej ładne usta drżały, jak gdyby chciała coś powiedzieć, nie odrywała ode mnie wielkich, zdziwionych oczu, pełnych niedowierzania, oczu zranionego ptaka, i to spojrzenie wbiło się we mnie, rozpruło mi brzuch, wysypała się ze mnie strużka trocin, stałem się zwyczajną kukłą i nie czułem nic, a jednocześnie pragnąłem z całego serca pochylić się i zetrzeć ziemię i pot z jej czoła, pogładzić ją po policzku, powiedzieć, że już dobrze, że teraz będzie lepiej, a zamiast tego konwulsyjnie strzeliłem jej prosto w głowę, w sumie na jedno wyszło, w każdym razie dla niej na pewno, bo mnie, na myśl o tym bezsensownym ludzkim marnotrawstwie, ogarnęła wielka, przesadna wściekłość; strzelałem nieprzerwanie, aż jej głowa pękła jak owoc, a wtedy moje ramię wyrwało się z ciała i rzuciło na oślep przez wąwóz, strzelając na wszystkie strony; pobiegłem za nim, machając drugim ramieniem, krzyczałem, żeby zaczekało, ale nic z tego, ono robiło mi na złość, samo dobijało rannych, beze mnie, wreszcie zabrakło mi tchu, stanąłem i się rozpłakałem. Teraz, myślałem, teraz to już koniec, ramię nigdy do mnie nie wróci, lecz, ku mojemu zaskoczeniu, ono znów było częścią mego ciała, było na miejscu, solidnie przytwierdzone do obojczyka, a Häfner podszedł do mnie i powiedział: "W porządku, Obersturmführer. Zmieniam pana".

Wróciłem na górę, dali mi herbaty; ciepły napój postawił mnie nieco na nogi. Księżyc w trzeciej kwadrze wisiał na szarym niebie, blady, ledwo widoczny. Mieliśmy do dyspozycji niewielki barak. Wszedłem do środka i usiadłem na ławce, żeby zapalić i dopić herbatę. Siedziało tam już trzech mężczyzn, ale nikt się nie odzywał. W dole bez przerwy terkotały serie: niezmordowanie, metodycznie, ów gigantyczny mechanizm, który sami stworzyliśmy, nie przestawał unicestwiać ludzi. Miałem wrażenie, że to się nie skończy już nigdy. Od zarania dziejów wojna uważana była za największe zło. A my wynaleźliśmy coś, przy czym wojna wydawała się zjawiskiem czystym i niewinnym, coś, przed czym wielu próbowało uciec, chroniąc się w elementarnej pewności, jaką daje walka na froncie. Nawet wyniszczające jatki Wielkiej Wojny, z których ocaleli nasi ojcowie i niektórzy z naszych starszych wiekiem oficerów, wydawały się czyste i sprawiedliwe w porównaniu z tym, co my daliśmy światu. Uważałem, że to niezwykłe. Zdawało mi się, że tkwi w tym jakaś podstawowa prawda i że jeżeli ją zrozumiem, to zrozumiem wszystko i nareszcie będę mógł odpocząć. Ale nie mogłem myśleć, moje myśli roztrzaskiwały się jedna o drugą, obijały się o siebie z hukiem jak wagony metra, pędzące od stacji do stacji, we wszystkich kierunkach, na wszystkich poziomach. Zresztą i tak nikt nie dbał o to, co tam sobie myślałem. Nasz system, nasze państwo miało głęboko gdzieś myśli swoich poddanych. Było mu obojętne, czy zabijamy Żydów, bo ich nienawidzimy, czy też dlatego, że chcemy piąć się po szczeblach kariery albo że, do pewnego stopnia, sprawia nam to przyjemność. Tak samo jak było mu obojętne to, że możemy nie czuć wcale nienawiści do Żydów, Cyganów i Rosjan, których zabijamy, że ich likwidacja może nie sprawić nam absolutnie żadnej, ale to żadnej przyjemności. A nawet, koniec końców, było mu zupełnie obojętne to, że ktoś może odmówić zabijania - nie stosowało się żadnych sankcji, bo zapasy chętnych zabójców były niewyczerpane, państwo mogło czerpać z nich każdą liczbę ludzi, i w związku z tym można też było zostać przypisanym do innych zadań, lepiej odpowiadających posiadanym talentom. Schulz, na przykład, komendant Ek 5, który poprosił o zmiennika zaraz po otrzymaniu Führerbefehl, został nareszcie zwolniony i opowiadano, że ma dobrą posadę w Berlinie, w Staatspolizei. Ja też mogłem poprosić o przeniesienie, dostałbym pewnie pozytywną rekomendację od Blobela albo dr. Rascha. Więc czemu tego nie zrobiłem? Prawdopodobnie nie zrozumiałem jeszcze tego, co chciałem zrozumieć. A czy kiedykolwiek zrozumiem? Nic mniej pewnego. Przez głowę przebiegła mi myśl Chestertona: Nigdy nie powiedziałem, że źle jest wkraczać do świata czarów. Mówiłem tylko, że to zawsze jest niebezpieczne. A więc tym właśnie jest wojna, krainą zdemoralizowanych wróżek, miejscem zabawy zepsutego dziecka, które niszczy zabawki, wrzeszcząc z radości, dziecka, które niefrasobliwie wyrzuca naczynia przez okno?

Przed szóstą zaszło słońce i Blobel rozkazał przerwać akcję na noc; tak czy inaczej nic już nie było widać. Zwołał oficerów na krótką naradę tuż przy wąwozie, żeby omówić problemy. Tysiące Żydów oczekiwały jeszcze na placu i na Mielnikowej, a według obliczeń zlikwidowaliśmy ich już prawie dwadzieścia tysięcy. Kilku oficerów krytykowało pomysł prowadzenia skazańców brzegiem wąwozu: na widok scen, rozgrywających się u ich stóp, ludzie wpadali w panikę i trudno ich było utrzymać w ryzach. Zakończywszy dyskusję, Blobel postanowił, że każe saperom z Ortskommandantur przekopać przejścia z kolein wiodących do głównego wąwozu i nimi prowadzić Żydów, dzięki temu zobaczą ciała dopiero w ostatniej chwili. Rozkazał też przysypać zwłoki wapnem. Rozeszliśmy się do kwater. Na placu przed Cmentarzem Łukianowskim oczekiwały setki rodzin, ludzie siedzieli na walizkach albo na ziemi. Niektórzy palili ogniska i gotowali strawę. Na ulicy podobnie: kolejka ciągnęła się aż do miasta, pilnował jej cienki kordon. O świcie wszystko ruszyło od nowa. Ale myślę, że nie potrzeba opisywać tego dalej.

Pierwszego października robota była skończona. Blobel kazał wysadzić w powietrze zbocza wąwozu, żeby przysypać ciała; oczekiwaliśmy wizyty Reichsführera, wszystko musiało być w najlepszym porządku. Jednocześnie egzekucje trwały nadal: ciągle jeszcze Żydzi, ale też komuniści, oficerowie Armii Czerwonej, marynarze floty rzecznej na Dnieprze, złodzieje, dywersanci, urzędnicy, banderowcy, Cyganie, Tatarzy. Einsatzkommando 5, dowodzone teraz, w zastępstwie za Schulza, przez Sturmbannführera Meiera, przybyło do Kijowa, aby przejąć egzekucje i prace administracyjne; nasze Sonderkommando posuwało się naprzód śladem 6. Armii, w stronę Połtawy i Charkowa. W dniach, które nastąpiły po Wielkiej Akcji, byłem bardzo zajęty, ponieważ musiałem przekazać moją siatkę informatorów i wszystkie kontakty następcy, Leiterowi III z Ek 5. Trzeba było też zająć się pozostałościami po akcji: zebraliśmy trzydzieści siedem ciężarówek ubrań, przeznaczyliśmy je dla ukraińskich folksdojczy w potrzebie. Kołdry poszły do Waffen-SS, do szpitala polowego. No i należało sporządzić raporty, Blobel przypomniał mi rozkaz Müllera i zobowiązał do przygotowania wizualnej prezentacji przebiegu akcji. Wreszcie przybył Himmler, w towarzystwie Jeckelna, i od razu uraczył nas przemową. Najpierw wyjaśnił, że wyplenienie ludności żydowskiej jest konieczne, ponieważ stanowi sposób na wyrwanie bolszewizmu z korzeniami, następnie zaznaczył z pełną powagą, iż jest świadomy trudności tego zadania, a potem, natychmiast, wyłożył nam koncepcję przyszłości niemieckiego Wschodu. Rosjanie, po zakończeniu wojny, zostaną przerzuceni za Ural i utworzą marginalny Slavland; oczywiście będą podejmować regularne próby powrotu na dawne ziemie, więc żeby temu zapobiec, Niemcy zbudują w górach linię miast-garnizonów i fortów, które powierzy się Waffen-SS. Wszyscy młodzi Niemcy, odbywający obowiązkową dwuletnią służbę w szeregach SS, będą tam wysyłani; straty będą nieuniknione, lecz właśnie dzięki tym nieznacznym konfliktom o niskiej intensywności naród niemiecki nie pogrąży się w gnuśności, która grozi zwycięzcom, i zachowa wojowniczy wigor oraz czujność i siłę. Chronione tą linią dawne ziemie rosyjskie i ukraińskie staną się otwarte na niemiecką kolonizację, którą rozwiną tu nasi weterani Wojenni; każdy żołnierz-rolnik, a potem jego synowie, będzie zarządzał dużą i bogatą posiadłością; prace w polu wykonywać będą słowiańscy pariasi, a Niemcy zajmą się administracją. Te gospodarstwa zostaną usytuowane wokół małych miast garnizonowych i handlowych; co do okropnych radzieckich miast przemysłowych, to zrówna się je z ziemią; Kijów, prastare niemieckie miasto, zwane w dawnych czasach Kiroffo, zostanie jednakże oszczędzony. Wszystkie miasta połączy z Rzeszą sieć autostrad i system dwupiętrowych pociągów ekspresowych z indywidualnymi przedziałami sypialnymi, dla których wybuduje się specjalne tory, szerokie na kilka metrów; te zakrojone na szeroką skalę prace będą wykonywane przez pozostałych przy życiu Żydów i jeńców wojennych. Wreszcie Krym, pradawny obszar gocki, jak również niemieckie rejony Wołgi i centrum naftowe w Baku, staną się częścią Rzeszy - będą miejscem rozrywki i wypoczynku, z bezpośrednim, ekspresowym połączeniem kolejowym z Niemcami, via Brześć Litewski; Führer, doprowadziwszy do końca swoje wielkie dzieło, przeniesie się tu na emeryturę. Przemówienie trafiło do ludzi, przedstawiało jasny plan, końcowy cel, powstały w wyrafinowanych umysłach, sięgających dużo dalej niż nasze własne, choć mnie osobiście roztoczona przed nami wizja przypominała fantastyczne utopie Juliusza Verne'a albo Edgara Rice'a Burroughsa.

Reichsführer skorzystał z nadarzającej się okazji i przedstawił nam SS-Brigadeführera i Generalmajora Polizei, dr. Thomasa, który przybył, żeby zastąpić dr. Rascha na czele Einsatzgruppe. Rasch, w rzeczy samej, opuścił Kijów bez pożegnania, w drugim dniu akcji: mój przyjaciel Thomas jak zwykle dokładnie przewidział zdarzenia. Wokół huczało od plotek, spekulowano na temat konfliktu Rascha z Kochem, opowiadano, że załamał się podczas akcji. Dr Thomas, Kawaler Krzyża Żelaznego, znał francuski, angielski, grekę i łacinę, był człowiekiem zupełnie innego pokroju; lekarz, specjalista psychiatra, porzucił praktykę na rzecz SD w 1934, kierując się idealizmem i narodowosocjalistycznymi przekonaniami. Szybko miałem okazję lepiej go poznać, bo zaraz po przyjeździe zaczął odwiedzać wszystkie biura Grupy oraz Kommandos, prowadząc indywidualne rozmowy z oficerami. Szczególnie interesowała go kwestia zaburzeń psychologicznych u żołnierzy i oficerów: jak nam wyjaśnił, w obecności Leitera Ek 5, który przejął wszystkie moje dossier oraz sprawy prowadzone przez kilku innych oficerów SD, niemożliwością było, by zdrowy umysłowo mężczyzna, narażany miesiącami na takie sytuacje, nie ucierpiał, czasem nawet bardzo poważnie. Na Łotwie, w Einsatzgruppe A, jeden Untersturmführer oszalał i zabił kilku oficerów, zanim ktoś wreszcie zastrzelił jego; ten przypadek głęboko zmartwił Himmlera, więc dowództwo oraz Reichsführer kazali dr. Thomasowi - z racji dawnego zawodu szczególnie uwrażliwionemu na problem - zaproponować środki zaradcze. Brigadeführer wydał całkiem nowy rozkaz: każdy, kto nie potrafi zmusić się do dalszego zabijania Żydów, czy to z powodu wyrzutów sumienia, czy też w wyniku ogarniającej go słabości, powinien stawić się w Gruppenstab, skąd zostanie wyznaczony do innych zadań, albo nawet odesłany do Niemiec. Rozkaz ten wywołał ożywione dyskusje między oficerami; jedni uważali, że oficjalne przyznanie się do własnej niemocy zostawi w papierach każdego zainteresowanego trwały, szkodliwy ślad i przekreśli szansę na jakikolwiek awans; inni, przeciwnie, zapowiadali, że potraktują poważnie słowa dr. Thomasa i zażądają powrotu. Byli też tacy, którzy, jak Lübbe, zostali przeniesieni, choć wcale się o to nie starali, na wniosek lekarzy Kommandos. Zapanował względny spokój. Postanowiłem, że do raportu, zamiast luźnego pliku zdjęć, dołączę specjalnie przygotowany album. Okazało się to żmudną pracą. Jeden z naszych Orpo, fotograf amator, udokumentował egzekucje na kilku kolorowych kliszach, miał też odpowiednie chemikalia do ich wywołania; zarekwirowałem sprzęt z jakiegoś zakładu fotograficznego i kazałem mu wywołać najlepsze ujęcia. Zebrałem także zdjęcia czarno-białe, wszystkie raporty dotyczące akcji skopiowałem na pięknym papierze, dostarczonym przez zaopatrzeniowców z XXIX korpusu. Jeden z komisarzy sztabu pięknym, kancelaryjnym pismem wykaligrafował opisy zdjęć i stronę tytułową dużymi literami: Wielka Akcja w Kijowie, a mniejszymi: Raporty i dokumenty, oraz daty. Pośród Arbeitsjuden przetrzymywanych w nowym obozie w dzielnicy Syriec, znalazłem starego szewca, który oprawiał książki dla komitetów partii, a nawet przygotowywał albumy na jakiś kongres. Von Radomski, komendant obozu, wypożyczył mi go na kilka dni, a on oprawił raporty i plansze z fotografiami w czarną skórę pozyskaną ze skonfiskowanych dóbr i wycisnął na okładce insygnia Sk 4a. Zaprezentowałem księgę Blobelowi. Był oczarowany. Kartkował ją, zachwycał się oprawą i kaligrafią: "Ach, jakże chciałbym mieć podobną pamiątkę". Pogratulował mi i zapewnił, że prezent trafi w ręce Reichsführera, a może, kto wie, samego Führera; całe Kommando mogło być z tego dumne. Nie sądzę, by postrzegał ten album tak samo jak ja: dla niego było to trofeum, dla mnie - raczej gorzkie memento, uroczyste przypomnienie...

 

Przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon








Słowniczek wybranych nazw i pojęć (Jonathan Littell - Łaskawe)