Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Ryszard Świętek

 

Lodowa ściana

Sekrety polityki Józefa Piłsudskiego 1904-1918

 

Kraków

1998

 

 

Spis treści

 

Wprowadzenie

Problematyka badawcza

Rola agentury wpływu w działaniach służb specjalnych

Sprawy japońskie w źródłach i literaturze naukowej

Dokumentacja współpracy z wywiadem austriackim i jej odbicie w historiografii

Problem kontaktów wywiadowczych polsko-niemieckich w badaniach naukowych

 

Rozdział I

Organizacja "Wieczoru"

Z genezy myśli politycznej PPS

Długi cień konfliktu japońsko-rosyjskiego na Dalekim Wschodzie

Szukanie możliwości kontaktów

Nowe plany i dalekie podróże

Tokijskie rozmowy

 

Rozdział II

W ogniu zbrojnej rewolucji 1905 roku

O pieniądze i broń dla PPS

Sprawy polskie w działaniach wywiadu Japońskiego w okresie rewolucji w Rosji w 1905

Koniec wojny i zamknięcie współpracy

 

Rozdział III

Operacja "Konfident

Rewolucyjne rozczarowania

Wywiad wojskowy Austro-Węgier

Pierwsze kontakty w Przemyślu

Ochrona wywiadowcza interesów Rosji

Przygotowania wojenne w Sztabie Generalnym w Wiedniu

Lwowski ślad

Wielka gra Maximiliana Ronge

 

Rozdział IV

Konspiracja w konspiracji

Tworzenie podstaw nowoczesnego wywiadu Austro-Węgier przeciwko Rosji

O formułę niepodległości dla ruchu polskiego

Włączenie organizacji "Konfident 'R' " do systemu operacyjnego Biura Ewidencyjnego w Wiedniu

Agentura "Wolfa" rosyjskiej Partii Socjalistów-Rewolucjonistów .. 537

Zadania wydzielonych agentur w ramach wojennej koncentracji wywiadu Austro-Węgier przeciwko Rosji

Niemieckie plany zrewolucjonizowania Rosji

 

Rozdział V

Na krakowskim szlaku

Plany powstańcze w Królestwie Polskim

Puste rubryki sprawozdań - kłopoty z ewidencją "Konfidenta 'R' "

W tajnej służbie Głównego Ośrodka Wywiadowczego w Krakowie

Umowy wywiadowcze w przededniu wojny

 

Rozdział VI

Wojna

Kampania strzelecka

Nieudana próba nawiązania bezpośredniego kontaktu z wywiadem niemieckim za parawanem Polskiej Organizacji Narodowej

Ostatni akord - Oddział Wywiadowczy I Brygady Legionów Polskich

Dylematy rzeczywistości okupacyjnej

 

Zamknięcie

Próba bilansu

Gra toczy się dalej

 

 

Wprowadzenie

 

...Historia bez źródeł dla niej, sumiennie i krytycznie zbadanych i z innymi źródłami zestawionych, jest po prostu bajką.

Józef Piłsudski

 

Problematyka badawcza

Józef Piłsudski, w okresie walki o niepodległość, współpracował z wywiadem japońskim, austriackim i niemieckim. Został wpisany w scenariusz jednego z ogniw różnych sieci wywiadowczych. Zagadnienie to jest niezwykle trudne do opisania i zdefiniowania. Kwestii powiązań wywiadowczych Piłsudskiego rozstrzygnąć jednoznacznie się nie da, prawda jest złożona. Jednostronne oceny, formowane w zależności od punktu widzenia - interesów obcych służb wywiadu albo ruchu polskiego, nie oddają istoty problemu. Piłsudski działał na styku dwóch rzeczywistości, politycznej i wywiadowczej, gdzie niełatwo jest uchwycić właściwy obraz przeszłości. Zawsze w takich wypadkach są tajemnice, o których nie dowiemy się nigdy. Współpraca wywiadowcza Piłsudskiego miała swoje obiektywne uwarunkowania. To, że wiązał się z wywiadami obcych państw, wynikało z konieczności politycznych, w jakich się znalazł. Cele nadrzędne tych kontaktów określały mu zewnętrzne zależności rozwoju ruchu niepodległościowego i granice niezbędnego kompromisu dla praktycznej realizacji zadań politycznych. Inaczej widzieli tę sprawę przedstawiciele służb specjalnych. Wchodzili z nim w układy dla osiągnięcia własnych korzyści, będąc w zgodzie z wszelkimi kanonami służby wywiadu.

Historycy stawali bezradni wobec tego zagadnienia. "Sprawa kontaktów Komendanta i Z[wiązku] W[alki] C[zynnej] z austriackim wywiadem K[undschafts-]Stelle - pisał o swoich rozterkach Władysław Pobóg-Malinowski w liście z 18-20 XII 1961 r. do Kazimierza Sosnkowskiego. - Z tym mam istną rozpacz! ... Ci, co w swoim czasie mogliby to wyjaśnić, utrwalić, przekazać potomności, uważali to za największą tajemnicę i nie zostawili nic! ... Komendant tu i tam wspomina o tym, ale jak najbardziej mimochodem, jak najbardziej ogólnikowo. Uważano to - skoro Komendant nie mówi - za tabu, za jakiś 'wstydliwy zakątek'. Ale jakiż tu 'wstyd'? Przecież jasną było rzeczą, że Austriacy nie mogli tolerować ZWC i Zw[iązkul Strzeleckiego] tylko dla 'pięknych oczu'; przecież jasną było rzeczą, że wiążą z tym jakieś swoje rachuby-nadzieje, że chcą to po swojemu, dla siebie wyzyskać. Gdzież tu i jaki powód do 'wstydu'? Miałem w swoim czasie i mam dotąd mnóstwo zmartwień z podróżą tokijską Komendanta w 1904 r. O sprawie tej, współpracy z wywiadem japońskim, wiedzieli [bliżej - R. Ś.] tylko Komendant, St[anisław[ Wojciechowski i [Witold] Jodko[-Narkiewicz]. Umarli - nie powiedziawszy nic. [...] Dziś - skutek jaki? Komuniści w Polsce, w swej pseudohistorii, mogą najbezkarniej wypisywać i wypisują nieprawdopodobne brednie, robią z Komendanta zwykłego szpiega, 'płatnego agenta' wywiadu japońskiego". Do tego w środowiskach emigracyjnych krążą na ten temat fałszywe sądy, głoszone przez Adama Pragiera i Tytusa Filipowicza. "Co ja -  jako biograf i jako historyk - mam [robić], co mogę przeciwstawić tym Pragierowo-Tytusowym majaczeniom i tym perfidnym komentarzom pseudo-historii komunistycznej w kraju? [...] To samo, a raczej - gorzej jeszcze z kontaktami ZWC i Zw[iązku] Strzeleckiego] z K[undschafts-]Stelle. Komuniści szaleją. [...] Co ja mam robić? - pytał na koniec. - Panie Generale, tu nie chodzi o to, bym miał odpowiadać na kierowane przez historyków do mnie zarzuty, że 'wstydliwie' milczę. Tu chodzi o coś stokroć większego: o to, czy do potomności przejść ma tylko to, co za Filipowiczem przekaże tej potomności Pragier, i tylko to, co nakłamią komuniści? Czy też, z myślą o tej potomności, podjąć należy wysiłek przekazania jej, jeśli już nie całej, to możliwie najpełniejszej prawdy z datami, nazwiskami, szczegółami".

Problem ten przez wiele lat nurtował autora Najnowszej historii politycznej Polski, gdyż stanowił kluczowe zagadnienie polityki niepodległościowej Piłsudskiego, umożliwiające właściwe zrozumienie wielu decydujących momentów i rozstrzygnięć w rozwoju polskiej irredenty. Pobóg-Malinowski nie miał jednak wglądu do zachowanej dokumentacji archiwalnej. Zbiory Instytutów Józefa Piłsudskiego w Londynie i Nowym Jorku pozostawały dla niego niedostępne, nie mówiąc o źródłach krajowych. Budził wiele kontrowersji swoim pisarstwem historycznym. Nie chciał pełnić roli wyrobnika przywódczych kół emigracyjnych. Odmawiali mu racji zwłaszcza przedstawiciele obozu piłsudczyków. "Dla mnie - wyrzucał swoim adwersarzom - Józef Piłsudski nie jest zimnym posągiem z brązu. Jest  W i e l k i m  C z ł o w i e k i e m  -  Ż y w y m  W i e c z n i e... [podkreśl. w oryginale - R. Ś.]". Nie zdążył już zrealizować swoich planów. Samotną batalię przerwała przedwczesna śmierć pisarza. Władysław Pobóg-Malinowski zmarł w wielkiej biedzie 21 listopada 1962 r. w Genewie. "Instytut Jednego Człowieka zamknął swoje podwoje" - napisał we wspomnieniu pośmiertnym Aleksander Kawałkowski.

Niniejsze opracowanie ma na celu wypełnienie tej luki w historiografii, podejmując dawne zamysły Poboga-Malinowskiego i chyląc czoła przed dorobkiem naukowym tego najwybitniejszego biografa Piłsudskiego i historyka dziejów najnowszych Polski.

Pobóg-Malinowski życie naukowe poświęcił dochodzeniu prawdy. Nie uznawał kompromisów na tym polu, zwłaszcza, że bardzo krytycznie oceniał ogólną kondycję polskiej historiografii. "Niech sobie inni - bardziej ode mnie kompetentni - piszą artykuły i rozprawy o 'wyższych' względach narodowych, o kultywowaniu fałszu, o potrzebie 'krzepienia serc', o naszym narodowym zakłamaniu, o braku u nas ludzi bez kompromisu, czy wreszcie o braku odwagi nie tyle może na spojrzenie prawdzie w oczy, co na ponoszenie konsekwencji takiego spojrzenia - pisał 9 VI 1934 r. w głośnym artykule W walce o prawdę. - Ja stwierdzam tu tylko fakt - historiografia polska nie stoi, niestety, na wysokości swych zadań. A skoro dzisiaj jest aż tak źle, to dlaczego, na jakiej podstawie wierzyć muszę, że kiedyś, w przyszłości będzie lepiej? Zakłamanie jest w Polsce - na całej chyba przestrzeni jej dziejów - zjawiskiem trwałym i jaskrawym; nic też nie przemawia za tym, że sprawy, które będą przedmiotem późniejszych badań, nie będą zawierały sprzeczności i niejasności. Z tym większą więc słusznością przypuszczać mogę, że i w przyszłości z historiografią polską będzie [tak] źle, jak źle jest dzisiaj, że być może nawet gorzej...". Jeżeli historiografia II Rzeczypospolitej otrzymała taką cenzurkę, to jak można podsumować dorobek następnej epoki?

Słowa Poboga-Malinowskiego okazały się prorocze. Długo nie traciły na swej aktualności, nabierając nowych treści w czasach tzw. demokracji ludowej i realnego socjalizmu. Nawet w najczarniejszych wizjach autor Najnowszej historii politycznej Polski nie mógł chyba dopuszczać myśli o totalnej indoktrynacji, jakiej poddano historiografię polską w ostatnich pięćdziesięciu latach. Dotyczyło to przede wszystkim jej komunistycznych przedstawicieli, ale również wielu historyków, którzy znaleźli się na emigracji i musieli pisać właśnie "ku pokrzepieniu serc", a nie mieli dostępu do źródeł archiwalnych w kraju. Historiografia okresu Polski Ludowej dokonała ogromnych spustoszeń w świadomości historycznej Polaków. Nie weryfikowano merytorycznie stanu wiedzy historycznej. Nazbyt często podejmowano badania w odpowiedzi na zapotrzebowanie ideologiczne aparatu propagandy władzy komunistycznej. Nie liczono się z faktami, traktując źródła historyczne w całkowicie dowolny sposób i instrumentalnie. Do dyskusji o przeszłości włączano elementy wyznawanego systemu wartości, aż postawy wyrosłe na gruncie afirmacji komunizmu przybrały kształt kryterium metodologicznego, wartościującego przedmiot dociekań naukowych pod kątem zgodności z doktryną tzw. materializmu historycznego. W poszukiwaniu inspiracji naukowych nadworni historycy PRL utrzymywali bliskie kontakty z kierownictwem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz aparatu bezpieczeństwa państwa. Powstawały prace, które fałszowały rzeczywistość historyczną i nie znalazły one dość mocnego odporu w szerszej dyskusji. W wielu miejscach prowadziło to do zupełnego wypaczenia obrazu przeszłości, co w efekcie implikowało szersze zjawiska społeczne - brak szacunku do własnych dziejów i tożsamości historycznej - tak charakterystyczne szczególnie wśród zwolenników ideologii lewicy, zwłaszcza w jej komunistycznym kształcie. Pojawiają się nowe opracowania skażone tym błędem genezy i dawnych postaw koniunkturalnych ich autorów, których stare przyzwyczajenia trwają często w stanie utajonym i ograniczają w dalszym ciągu horyzont podejmowanych badań naukowych.

Postać Piłsudskiego należała do tych nielicznych wyjątków, które nie dawały się wpisać w schematy komunistycznej propagandy. Na tyle jednak zafałszowano obraz jego dokonań, opisywanych na tle różnych doświadczeń Polski Niepodległej, że w efekcie wiedza społeczna o nim funkcjonuje w zasadzie pod postacią "białej" albo "czarnej" legendy, Komendanta i Pierwszego Marszałka Polski, w oderwaniu od faktów oraz racjonalnych podstaw, wynikających z oglądu źródeł historycznych. Zrodziło to relatywizm ocen, wyrażanych tak w stosunku do Piłsudskiego, jak i w ogóle o II Rzeczypospolitej. Kierunek podejmowanych badań wynikał z odgórnie przyjętych założeń i tez ideologicznych, deprecjonujących dorobek polityczny ruchu niepodległościowego i jego przywódcy *[Ideologiczną krytykę "piłsudczykowskiej koncepcji walki o niepodległość" za "kompromisy z ugrupowaniami burżuazyjnymi" i "z celami wojennymi dwóch państw zaborczych" oraz nieuwzględnianie "możliwości sojuszu z głównym wrogiem caratu - rewolucyjnym ruchem rosyjskim" zainicjował w historiografii PRL lat pięćdziesiątych Henryk Jabłoński. Henryk Jabłoński, Polityka Polskiej Partii Socjalistycznej w czasie wojny 1914-1918 r., Warszawa 1958, passim; cyt. s. 92. Jego poglądy na wiele lat wyznaczały kierunek "dociekań" naukowych nad genezą II Rzeczypospolitej. Warto dla przykładu zacytować jeden z późniejszych poglądów w sprawie "klasowej" genezy grupy zwolenników Józefa Piłsudskiego: "W przekonaniu większości członków kształtował się więc ten obóz polityczny niejako w oderwaniu od struktury klasowej społeczeństwa, od nabrzmiałych i wymagających rozwiązania kwestii społecznych i gospodarczych. W rzeczywistości oznaczało to aprobatę przywilejów klasowych i rezygnację z przeobrażeń społecznych". Andrzej Garlicki, Piłsudczycy - sanacja, "Nowe Drogi", IX 1978, nr 9, s. 72. Niektórzy badacze formułowali w tym duchu własne "założenia metodologiczne" dziejów politycznych II Rzeczypospolitej. "Piszę z pozycji historyka zaangażowanego w życie Polski Ludowej - notował Andrzej Ajnenkiel we wstępie do jednej ze swoich książek. - Nie widzę potrzeby bezustannego przypominania prawd oczywistych - czym różni się i na czym polega wyższość socjalizmu nad minioną formacją kapitalistyczną". Andrzej Ajnenkiel, Polska po przewrocie majowym. Zarys dziejów politycznych Polski 1926-1939, Warszawa 1980, s. 6.]. Z drugiej strony, historiografia emigracyjna lansowała idealistyczny obraz czynów Piłsudskiego, bez zwracania uwagi na konsekwencje popełnianych przez niego błędów oraz zewnętrzne uwarunkowania polskiej irredenty.

O ile trzeba en bloc odciąć się od doświadczeń okresu komunistycznej historiografii i jej wciąż jeszcze licznych propagatorów oraz kontynuatorów, o tyle należy pamiętać też, że w tamtym czasie przeprowadzono wiele wartościowych badań źródłowych, o znaczeniu ogólnym oraz regionalnym, które stanowią ważny dorobek polskiej nauki historycznej, często niezależnie nawet od ich warstwy interpretacyjnej *[Z zagadnieniem tym dość ściśle łączy się sprawa rozliczeń historycznych z okresem PRL, które jednak wymagają pewnego dystansu czasowego. Lecz pewne ogólne założenia można już postawić. Zagadnienie dekomunizacji środowisk historycznych w Polsce jest bardzo szerokie i złożone. W wielu kwestiach merytorycznych dotyka ono z gruntu fałszywych założeń ideologicznych reprezentowanej przez te środowiska formacji władzy, niweczących rezultaty podjętych współcześnie badań, które opierały się na tych błędnych przesłankach. Nie ma przede wszystkim podstawowej definicji dekomunizacji i kryteriów oceny dawnych postaw. Problem współodpowiedzialności historyków za wprowadzanie "socjalistycznych przemian" w Polsce wymaga dopiero zgłębienia i oceny. Można w tym miejscu tylko stwierdzić, że brak własnych rozliczeń wśród historyków z okresu PRL po przemianach 1989 r. sugeruje, że prezentowane przez nich w przeszłości poglądy nie były koniunkturalne, a wynikały z rzeczywistych przekonań, którym cały czas pozostawali wierni.]. Wszystkie przytoczone wyżej oceny mają charakter uwagi metodologicznej, eliminującej konieczność sygnalizowania w pracy większości, moim zdaniem, nieprawdziwych opinii zawartych w historiografii peerelowskiej, które łączą się z opisywaną problematyką. Opinie te wypływały ze względów pozamerytorycznych, z nastawienia ideologicznego albo braków warsztatowych, więc szczegółowe odnoszenie się do fragmentów takich dzieł niepotrzebnie obciążałoby aparat naukowy pracy.

Tradycja narodowa nie pozwala odnieść do Komendanta określeń "agent" czy "konfident", chociaż z punktu widzenia mocodawców jego niektórych poczynań działalność ta okresowo nosiła cechy agenturalności i współpracy na rzecz obcych. Pojęcia "wywiad", "służba wywiadowcza", "dwójka", "agent" itd. rodzą bowiem negatywne skojarzenia, mają również w polskiej tradycji ujemną rangę moralną. W zasadzie nie rozróżnia się pozytywnego charakteru powiązań specjalnych od działań negatywnych wywiadu. Współpraca wywiadowcza sama w sobie była zawsze wstydliwa i oceniana przez ogół negatywnie. Przy Piłsudskim na pierwszy plan wydobywa się motywy, jakimi się kierował, kiedy podejmował współpracę z obcymi wywiadami, rozgrzeszając go w podtekście za ten krok i ukrywając istotę zagadnienia. Nie jest wszakże ważne, w jakim celu podejmuje się współpracę. Wszelkie tłumaczenia i usprawiedliwienia mają zawsze przysłonić właściwy obraz. Dla tajnych służb liczą się praktyczne rezultaty akcji wywiadowczych. Agentem albo się jest, albo nie. To banalne stwierdzenie najlepiej oddaje istotę zagadnienia. Jakie inne określenie można zastosować, gdy ktoś świadomie, na podstawie umowy wykonuje zadania specjalne na rzecz wywiadu?

Takie są pierwsze skojarzenia, które nasuwają się przy rozpatrywaniu każdego faktu podejmowania współpracy wywiadowczej. Zagadnienie to należy zawsze oceniać chłodno i beznamiętnie. Jednakże nawet wówczas oceny te nie oddają istoty podjętego w pracy problemu. Ogólnie rzecz biorąc, Piłsudski z wytrwałością i mistrzostwem wykorzystywał te możliwości, którymi aktualnie dysponował. Liczył się cel nadrzędny.

Obecnie, rozpatrując rzecz od strony służb wywiadu Japonii, Austro-Węgier i Niemiec, zaangażowanych we współpracę z Piłsudskim, najlepiej pasowałoby do niego określenie agenta wpływu politycznego, który działał po zbieżnej linii interesu polskiego oraz zewnętrznego, wykonując zadania specjalne przy pomocy tworzonych przez siebie organizacji wywiadowczych. Dla szczególnie cennych współpracowników wywiadu, ze względu na naturę ich stosunków ze służbami specjalnymi i wysoką pozycję społeczną albo polityczną, współcześnie lub później, klasyczne określenie "agent" czy "konfident" nie miało i nie ma zastosowania. W wypadku Piłsudskiego byłaby to owa "służba panów" dla wywiadu. Jak mawiali dawniej Niemcy: "Nachrichtendienst ist des Herrendienst. Anglicy powiedzieliby natomiast: "Honourable correspondent. Terminologia ta na początku XX wieku stawała się już nieprecyzyjna. Wywiad austriacki wprowadził do kanonów sztuki własną formułę, przyjętą na określenie specjalnych kontaktów dla tej kategorii tajnych współpracowników, których nie obejmowała podstawowa ewidencja sieci konfidencjonalnej - "zaufanych ludzi" ("Gewährsmänner"). Do tej właśnie kategorii osób współpracujących ze służbami wywiadu Japonii, Austro-Węgier i Niemiec zaliczał się Piłsudski.

Dla oficerów wywiadu może tylko wyglądem, zachowaniem, usposobieniem i pozycją społeczną nie przypominał "pana". Na codzień nie był mężczyzną eleganckim, wykwintnie ubranym. Nie przywiązywał zresztą do tego specjalnej wagi, ubierając się stosownie do sytuacji. Odbiegał od stereotypu dżentelmena, wymuskanego, z chusteczką w mankiecie. Umiał wszakże zadbać o swój zewnętrzny wizerunek. Wtapiał się naturalnie w środowiska, w których się obracał. W razie potrzeby umiał być niezwykle chłodny w obejściu, wyglądać wytwornie i szykownie, ukazując swoje drugie oblicze, całkowicie odmienne od utrwalanego w legendzie konspiracyjnej. Charakteryzował go, typowy dla socjalisty, ogólny nieład i brak stabilizacji życiowej, czym przypominał awanturnika życiowego, o powiązaniach z "półświatkiem". Miał silny, zdecydowany charakter, o skłonnościach do megalomanii. Typ przywódcy owianego legendą konspiracyjną. Uczciwy. Bez wyższego wykształcenia i zawodu. Nie miał stałych źródeł dochodu. Utrzymywał się z pieniędzy niewiadomego pochodzenia. Żonę traktował jako "towarzyszkę" i opiekunkę, a nie jak kobietę, z którą utrzymywał normalny związek małżeński. Zdradzał ją. Kierował organizacją rewolucyjną, zajmował się przemytem broni i druków socjalistycznych, przekraczał nielegalnie granice państw, organizował i brał osobiście udział w napadach z bronią w ręku. W "pracy konspiracyjnej i organizacyjnej okazał się mistrzem" - pisano współcześnie w raporcie Oddziału Informacyjnego Wojskowego Generał-Gubernatorstwa w Lublinie. Zyskiwał przy bliższym poznaniu. Przedostatni szef wywiadu Austro-Węgier, gen. Oskar Hranilovic von Czvetassin pozostawił w swoich papierach krótką charakterystykę Piłsudskiego: "Urodził się Litwinem, jest fanatycznym polskim patriotą, nie jest organizatorem, zawadiaka, konspirator, czyste ręce". Jednym słowem, wymarzony dla służb specjalnych kandydat na agenta politycznego.

Piłsudski postępował tak, jak większość przywódców - rewolucjonistów rosyjskich, na czele z Władimirem Iljiczem Leninem (Uljanowem), Karolem Radkiem-Sobelsohnem, Jakubem Haneckim-Fürstenbergiem oraz Wiktorem Michajłowiczem Czernowem, Władimirem Lwowiczem Burcewem czy Aleksandrem Siefeldem. Słabość polskiej irredenty, niezdolność do samodzielnego, efektywnego działania ruchu niepodległościowego wiodła do kompromisów z tymi siłami, które dla własnych interesów mogły wspomóc akcję polską. Nośnikiem tych kompromisów były służby specjalne państw zaangażowanych w stosunki z Polakami. Za pośrednictwem wywiadu Austro-Węgier i Niemiec Piłsudski chciał prowadzić grę polityczną dla rozwinięcia irredenty polskiej. Wielką zasługą Piłsudskiego było włączenie do bieżącej polityki tych państw sprawy polskiej, właśnie przez wykorzystanie wypracowywanych powiązań wywiadowczych, jako głównego zagadnienia w stosunkach z Rosją i czynnika rozstrzygającego pozytywnie kwestię przyszłości Królestwa Polskiego, niezależnie od rzeczywistych intencji wojskowych kontrahentów austriackich i niemieckich oraz obiektywnych procesów historycznych i konieczności dziejowych.

O zawieranych umowach wywiadowczych decydował Piłsudski i brał za nie osobiście odpowiedzialność, ograniczając krąg swoich współpracowników zorientowanych w istocie tych układów do grona kilku osób, które rozwijały potem te kontakty, na podstawie ogólnych wskazań i ustaleń oraz bieżących instrukcji Komendanta. Współpracę wywiadowczą prowadzono zawsze w ścisłej konspiracji. Piłsudski ręczył słowem honoru tajemnicę kontaktów wywiadowczych. "Piłsudski - pisał Ignacy Daszyński w Pamiętnikach - wszedł w owym czasie w styczność ze Sztabem Generalnym Austro-Węgier i miewał konferencje z wojskowymi austriackimi we Lwowie i w Przemyślu. Uznał za potrzebne wtajemniczać mnie stale w treść tych rozmów. Stosunek jego do sztabowców nie miał w sobie żadnej cechy zależności od armii austriackiej. Było w tym raczej wiele pouczających wykładów o stosunkach w Rosji, co dla ogromnej większości wojskowych austriackich stanowiło przedmiot sensacyjnych odkryć...". Piłsudski odpowiedział Daszyńskiemu w Poprawkach historycznych. "O ile pierwsza część jest prawdą -  pisał - chociaż nieścisłą [spotkania odbywały się głównie w Krakowie i w Wiedniu - R. Ś.], o tyle ostatni frazes jest zupełnie fałszywy, gdyż ani razu z p[anemj Daszyńskim w tej kwestii nie rozmawiałem, nie uważając dla siebie za możliwe wtajemniczać jego w te sprawy. Przede wszystkim  z w i ą z a n y  b y ł e m  o b u s t r o n n ą  w y m i a n ą  s ł o w a  h o n o r u, ż e  s i ę  n a  z e w n ą t r z  n i k o m u  o  t y c h  r o z m o w a c h  n i e  m ó w i  [podkreśl. moje - R. Ś.], a nie zwykłem łamać kiedykolwiek słowa honoru". Tajemnicę utrzymywano także przed zwykłymi członkami organizacji. Ujawnienie prawdy groziło kompromitacją o łatwych do przewidzenia skutkach. Dla szerokich rzesz uczestników ruchu rewolucyjnego i niepodległościowego obowiązywał wzorzec rewolucjonisty, który w dużym stopniu wypełniała legenda Piłsudskiego. Środowiska socjalistyczne były specjalnie wyczulone na punkcie kontaktów policyjnych. Sprzeniewierzenie się etosowi rewolucjonisty przez współpracę z policją, żandarmerią albo wywiadem wojskowym prowadziło w najlepszym wypadku do śmierci politycznej i zepchnięcia na margines życia. Relacja Daszyńskiego najlepiej oddaje potoczny i naiwny sposób rozumienia tych kwestii przez bliskie Piłsudskiemu kręgi polityczne.

Jednakże w innym miejscu Piłsudski mijał się całkowicie z prawdą, przedstawiając genezę swych kontaktów ze sztabem austriackim i ich uwarunkowania. "W oczekiwaniu wojny, zastanawiając się nad położeniem Polski, która stać się miała teatrem wojny i której synowie stanąć by musieli z bronią w ręku do bratobójczej walki, przyszedłem do przekonania - stwierdzał 25 VII 1918 w załączniku do listu do księcia Zdzisława Lubomirskiego (list datowany z Magdeburga 22 VII 1918) - że interesy mojej ojczyzny wymagają czynnego wystąpienia po stronie mocarstw centralnych w ich wojnie z Rosją. Wobec tego, gdy mi zaproponowano, wszedłem w stosunki ze sztabem cesarskiej i królewskiej armii austro-węgierskiej. W stosunkach tych trzymałem się następujących wytycznych, którym do końca pozostałem wierny. Po pierwsze - żadnej pieniężnej zależności, po drugie - żadnych umów politycznych. Pierwsze jest zupełnie zrozumiałym. Drugie wynikało z podstawowych zasad ruchu strzeleckiego, który unikał brania na siebie i swoją odpowiedzialność spraw politycznych, pozostawiając to rządowi swej ojczyzny, umowom tego z innymi rządami i wreszcie nakazom w stosunku do wojska, które z góry zupełnie tym nakazom posłuszeństwo ślubowało".

Otóż: 1.) za owym "sztabem" austriackim stały agendy wywiadu Sztabu Generalnego - Biuro Ewidencyjne w Wiedniu i jego oddziały służb terenowych przy dowództwach korpusów w Przemyślu, Krakowie i Lwowie (Główne Ośrodki Wywiadowcze), a utrzymywane kontakty z oficerami Sztabu Generalnego miały o tyle charakter sztabowy, że dotyczyły współpracy wywiadowczej; 2.) inicjatywa nawiązania kontaktów wywiadowczych z przedstawicielami Biura Ewidencyjnego wyszła od Piłsudskiego; 3.) istniała zależność finansowa zbrojnego ruchu Piłsudskiego od sztabu austriackiego - ruch ten otrzymywał pieniądze z dotacji Biura Ewidencyjnego w Wiedniu, pomijając olbrzymie subsydia Ministerstwa Wojny i Sztabu Generalnego, a później Naczelnej Komendy Armii, na wyposażenie oddziałów strzeleckich i legionowych w broń, amunicję, umundurowanie, żołd itd. (Legiony Polskie podlegały szefowi wywiadu Naczelnej Komendy Armii); 4.) to właśnie Piłsudski zabiegał o układy polityczne przy swoich rozmowach sztabowych, a Austriacy konsekwentnie odmawiali włączania tych kwestii do zawieranych umów wywiadowczych.

Wypowiedź Piłsudskiego miała charakter polityczny. Stanowiła element gry Piłsudskiego w czynionych wówczas zabiegach o jego uwolnienie z Magdeburga i włączenie do życia politycznego Królestwa Polskiego. Zawierała elementy argumentacji politycznej, jaką kierował się Piłsudski przy podejmowaniu współpracy wywiadowczej, wskazując możliwą płaszczyznę porozumienia z władzami okupacyjnymi. Nie miała jednak nic wspólnego z oceną merytoryczną niedawnej przeszłości.

Przede wszystkim został ustalony przez autora zaszyfrowany kryptonim operacji wywiadowczej - "Konfident 'R' " (w skrócie: "R"), podjętej przez Biuro Ewidencyjne Sztabu Generalnego w Wiedniu dla oznaczenia specjalnych kontaktów z przedstawicielami polskiego ruchu rewolucyjno-niepodległościowego. Za kryptonimem "Konfident 'R' " kryje się agentura zbiorowa, której trzon stanowił Piłsudski oraz kilka osób z jego najbliższego sztabu. Tożsamość Piłsudskiego, występującego pod tym kryptonimem jako osoby kierowniczej organizacji "R", nie ulega wątpliwości, o czym szczegółowo traktuje rozprawa.

Celem opracowania jest ukazanie ram, w których dochodziło do kontaktu i współpracy operacyjnej z wywiadami Japonii, Austro-Węgier i częściowo Niemiec, jako, z jednej strony, elementu techniki działań politycznych Piłsudskiego, a z drugiej, przejawów dążeń tych państw do zdobycia za jego pośrednictwem możliwości oddziaływania na polski ruch niepodległościowy. Podejmowane zabiegi wywiadowcze doprowadziły w efekcie do wytworzenia specjalnej agentury politycznej, którą obecnie określamy mianem agentury wpływu. Jest to w pewnym sensie sytuacja modelowa dla danych warunków zbieżności różnych interesów i wykorzystania ich dla własnych celów przez wspieranie polityki działaniami wywiadu.

Przedstawienie całości problematyki jest niemożliwe, ze względu na ogromne braki źródłowe. Analiza dostępnego materiału dokumentacyjnego pozwala wszakże na opisanie wzajemnych stosunków i powiązań oraz efektów współpracy Piłsudskiego z wywiadami Japonii, Austro-Węgier i Niemiec w zakresie wystarczającym dla konstrukcji rozwiązania modelowego agentury wpływu w ówczesnych polskich realiach - braku własnego państwa i zależności akcji niepodległościowej od obcych mocarstw, podobnie jak wszystkich innych ruchów wolnościowych narodów środkowo-wschodniej i południowej Europy, które znalazły się w granicach Rosji, Austro-Węgier i Niemiec. Praca ma charakter teoretyczno-poglądowy. Przywołana baza źródłowa stanowi materiał analityczny dla opisania mechanizmu tworzenia się agentury wpływu Japonii, Austro-Węgier i Niemiec w polskim ruchu niepodległościowym.

Zakres chronologiczny i rzeczowy pracy wyznacza okres uaktywnienia i koncentracji czynnej służby wywiadowczej tych państw w kreowaniu, przez działania specjalne, określonej rzeczywistości politycznej na gruncie polskim, jako przedpola do zmian politycznych zewnętrznej zależności Królestwa Polskiego. Bezpośrednie zaangażowanie wywiadu Japonii w sprawy polskie, w kontekście współpracy z PPS i Piłsudskim, przypada na okres wojny z Rosją od lutego 1904 do sierpnia 1905 r. Wywiad austriacki aktywnie wspomagał działania Piłsudskiego od końca 1908 r. Po wkroczeniu wojsk Niemiec i Austro-Węgier do Królestwa Polskiego w sierpniu 1914 r. służby wywiadu tych państw stopniowo przechodziły na pozycje biernej obserwacji rzeczywistości, wchodząc w zakres zadań kontrwywiadowczych - zabezpieczenia zaplecza frontu i podstaw władzy okupacyjnej. Stąd podjęte przez Piłsudskiego na jesieni 1914 r. starania o zbliżenie z Niemcami na dotychczasowych zasadach współpracy wywiadowczej z Austro-Węgrami nie odniosły skutku. Program zrewolucjonizowania ziem polskich w Rosji po wybuchu wojny został porzucony. Spadek po tych planach, w postaci Legionów Polskich, odziedziczyły Austro-Węgry. Formalnie i faktycznie operacyjna współpraca wywiadowcza Piłsudskiego ze sztabem austriackim kończyła się wraz z zarządzeniem Naczelnej Komendy Armii z 25 marca 1915 r., o likwidacji Oddziału Wywiadowczego I Brygady. Analiza materiału źródłowego doprowadzona jest wszakże do listopada 1918 r., gdyż wydarzenia następujące od wiosny 1915 r. miały bezpośredni związek z całym wcześniejszym okresem współpracy wywiadowczej Piłsudskiego z Austro-Węgrami i Niemcami, w swoich konsekwencjach negatywnych i pozytywnych.

Najwięcej problemów przy opracowaniu tematu nastręczało udokumentowanie i opisanie wszystkich kontaktów wywiadowczych związanych z osobą Piłsudskiego. Rzadko kiedy można było posiłkować się wynikami innych badań. W okresie międzywojennym był to temat "tabu" *[Ograniczenia te dotyczyły przede wszystkim problematyki austriackiej. Marian Romeyko wspominał: "Po przewrocie majowym 1926 r. wszelkiego rodzaju 'rewelacje' z lat 1910-1914, nawet gdyby je istotnie ujawniono (zwłaszcza jeśli chodzi o współpracę z wywiadem austriackim), zostałyby uznane w wojsku za nieprawdziwe, sfabrykowane i godzące w autorytet najwyższych czynników w państwie, a ponadto zrodzone w umysłach wariatów lub ludzi będących na obcym żołdzie. W owym czasie jedynie przebąkiwano coś niecoś o [Józefie] Rybaku, który, mimo że był oficerem wywiadu austriackiego w Krakowie, jako Polak okazywał bardzo dużo życzliwości i pomocy Strzelcowi. Ale tylko tyle". Marian Romeyko, Przed i po maju. Warszawa 1983, s. 295.]. Na podejmowanych później poszukiwaniach naukowych w dużym stopniu ważyły względy ideologiczne. Jednak główny problem stanowiła baza źródłowa.

Dokumentację wywiadowczą przeważnie niszczono. Jednym z najważniejszych zadań kierowniczego aparatu wywiadu było zawsze zapewnienie bezpieczeństwa tajnym współpracownikom i ochrona przed możliwością ujawnienia agentury z poziomu centrali. Sprawa ta należy do kwestii podstawowych funkcjonowania służb specjalnych i nieodłącznie wiąże się z problemem bezpieczeństwa państwa. Zdekonspirowanie pojedynczego agenta lub jego "siatki" nie stanowi istotnego zagrożenia dla całości działań wywiadu, ale ujawnienie podstaw agentury nie tylko ją unieszkodliwia, lecz przede wszystkim umożliwia przeciwnikowi wniknięcie w zakres i charakter zadań, zasięg zainteresowań i wpływów oraz metody prowadzonej penetracji. Daje wreszcie sumaryczny obraz działalności operacyjnej wywiadu, którego nowe wcielenie nie będzie wiele odbiegać od starego. Wszelka dokumentacja wojskowa nieprzyjaciela, a w szczególności jego archiwa wywiadowcze stanowią zawsze niezwykle cenny łup wojenny. Dlatego akta agenturalne są specjalnie chronione, a gdy dochodzi do przewrotu politycznego, wojny, albo upadku państwa, niszczone w pierwszej kolejności, a te, które ocalały, nawet sprzed wielu dziesięcioleci, nie udostępnia się badaczom. Ogranicza to znacznie historykom możliwość dotarcia do prawdy.

Wszystkie te ograniczenia źródłowe występują w przypadku dokumentacji opisywanych kontaktów wywiadowczych. Dodatkowe trudności wiążą się z charakterem działalności politycznej Piłsudskiego, prowadzonej w warunkach konspiracji, niemal przez cały okres 25 lat, kiedy przewodził Polskiej Partii Socjalistycznej i ruchowi strzelecko-niepodległościowemu, a później służył w Legionach Polskich i rozwijał Polską Organizację Wojskową. W walce podziemnej nie myślano o prowadzeniu zwykłej kancelarii i archiwum. Dokumentację gromadzono w stopniu niezbędnym dla normalnego funkcjonowania organizacji, ale zapewniając zakonspirowanie rozwijanych działań. Wiele dokumentów, w obawie przed rewizją czy kompromitacją, niszczono. Wiele informacji w ogóle nie utrwalano na papierze. "A wszystko przecie w owe czasy - notował Piłsudski w 1929 r. we Wspomnieniu o Grzybowie - odbywało się tak konspiracyjnie, bez żadnych listów, bez żadnych depesz, telefonów, że teraźniejsi ludzie wyobrażenia nawet nie mają [...]".

O wiele gorzej przedstawiała się kwestia odtworzenia bezpośredniej działalności obozu narodowo-demokratycznego, gdy łączyła się ona z opisywaną w książce tematyką. Bez większych przeszkód można odnieść się do myśli politycznej i głównych motywów programowych Narodowej Demokracji. Nie ma natomiast porównywalnych źródeł dla omówienia tego typu zamierzeń Romana Dmowskiego i jego najbliższych współpracowników, które oddawałyby ich bieżące, praktyczne posunięcia, tak, jak przy Piłsudskim i jego ruchu. Piłsudski miał zawsze do dyspozycji swego rodzaju biuro, z którego, pomimo warunków konspiracyjnych, niemal każdego dnia wychodziły jakieś dokumenty. Dzięki temu w ogóle możliwy jest tutaj historyczny opis. Lecz gdy historyk staje bezradny wobec braku źródeł, wtedy posiłkuje się ogólnymi albo wtórnymi przekazami dokumentacyjnymi. Taka sytuacja zaistniała przy podjętych próbach przedstawienia działań politycznych grupy Dmowskiego. Pośrednie przesłanki dyktowały sądy krytycznego, negatywnego traktowania dokonań tego kręgu w kontekście podjętej problematyki. Być może rzeczywistość wyglądała inaczej, ale źródła milczą na ten temat.

W zakresie głównego wątku rozważań, opracowanie niniejsze ukazuje zaledwie wierzchołek "góry lodowej", ale też oddaje istotę i skalę problemu. Nieliczne zachowane dokumenty pozwalają tylko w skromnym zakresie na weryfikację zawartych w nich danych. W zasadzie prezentuję tu jedynie informacje potwierdzone w różnych źródłach. O wielu sprawach nie dowiemy się jednak nigdy. Taka jest natura funkcjonowania służb specjalnych, pomijając fakt niszczenia jej dokumentacji w przeszłości, celowych przemilczeń i deformacji późniejszych opisów, przede wszystkim polskich oraz austriackich, a także kompletnego milczenia źródeł niemieckich. Wiele dokumentów Oddziału II Sztabu Generalnego w Tokio (Kempeitai) i Biura Ewidencyjnego Sztabu Generalnego w Wiedniu zostało zniszczonych.

Przyjęte w niniejszej pracy ustalenia opierają się na szerokiej kwerendzie archiwalnej i bibliotecznej, a selekcję zbieranego materiału określała granica styku rzeczywistości politycznej, w jakiej się obracał Piłsudski, i działań obcych służb wywiadowczych wokół niego. Wyniki tych poszukiwań sumują wiedzę o samym Piłsudskim oraz powiązanych z nim operacjach wywiadowczych Japonii, Austro-Węgier i Niemiec. Najważniejsze dokumenty zostały odnalezione. Szczegółowo omawiam źródła, które bezpośrednio odnoszą się do tematu pracy. Pełny wykaz wykorzystanych archiwaliów i literatury zamieszczono w bibliografii na końcu książki.

Temat kontaktów wywiadowczych Piłsudskiego ze sztabami wojskowymi Japonii, Austro-Węgier i Niemiec nie doczekał się odrębnej monografii. Problem ten wzmiankowano tylko w wybranych zbiorach dokumentów albo poruszano incydentalnie, na marginesie głównego przedmiotu rozważań.

Rola agentury wpływu w działaniach służb specjalnych

Od najstarszych czasów starano się podstępem i inteligencją wydobyć od wroga jego tajemnice. Przemianom w sztuce wojennej towarzyszyły stopniowe zmiany w organizacji wywiadu. Funkcje informacyjne wywiadu mieszały się często z zadaniami dezinformacyjnymi i inspiracyjnymi, podejmowanymi dla osiągnięcia celów politycznych. W procesie tym tak zmieniały się metody penetracji wywiadowczej i kontroli informacyjnej przeciwnika, aż wyodrębnił się specjalny aparat zadaniowy tajnych służb w urzędach nadzorujących politykę wewnętrzną i zagraniczną państwa, który mógł praktycznie i nieoficjalnie realizować zamierzenia i cele polityczne władzy, ważne z punktu widzenia jego racji stanu.

W Europie do końca XVIII wieku ukształtował się system biur wywiadowczych, powoływanych na czas wojny, jako samodzielnych jednostek, które wyodrębniano z ogólnej organizacji armii w korpus oficerów wywiadu przy sztabie naczelnego wodza. Aparat kierowniczy służby wywiadowczej rozbudowywano w polu. Taka organizacja wywiadu wynikała ze zwyczaju nierozdzielania głównych sił, a także z długiego okresu osiągania stanu gotowości wojennej oraz koncentracji, opóźnianej uciążliwymi marszami pieszymi wojska. Rezultaty działalności wywiadu opracowywano w zależności od potrzeb i zestawiano w jedną całość w postaci periodycznych raportów, które stawały się podstawą decyzji głównego dowództwa. Przełom w sztuce wojennej za czasów rewolucji francuskiej, porzucenie starej taktyki linearnej i dzielenie wielotysięcznych armii na korpusy, które mogły działać samodzielnie, w dogodnym momencie, zmieniając powolny pochód masy żołnierzy w gotową do boju jednostkę taktyczną, albo łączyć się dopiero na polu bitwy z innymi korpusami, stawiał nowe wymagania także aparatowi wywiadowczemu. Skrócenie okresu przygotowań do wojny, różne i rozległe rejony koncentracji oraz operacji wojskowych, rozbudowa fortyfikacji i umocnień ziemnych wymuszały prowadzenie wywiadu wojskowego także podczas pokoju, głównie przez pozyskanych do współpracy zaufanych ludzi w tych miejscach, które nadawały się do obserwacji przygotowań i przebiegu działań wojennych.

Kolejny przełom w dziedzinie wojskowości i wywiadu dokonał się w drugiej połowie XIX wieku. Prawie we wszystkich krajach europejskich wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej, co wynikało z konieczności wykorzystywania możliwie całego potencjału obronnego narodów w razie wojny. Niezwykle ważnym czynnikiem militarnym stawała się też kolej. Od drożności sieci kolejowej zależała sprawność mobilizacji. Czas niezbędny do przejścia od okresu pokoju do stanu wojny maksymalnie skracano, nawet do kilku dni, aby jak najwcześniej rozpocząć koncentrację na zagrożonej granicy. Zmuszało to do prowadzenia nieprzerwanej działalności wywiadowczej w okresie lal pokoju, co pozwalało ustalić stopień przygotowań obcej armii. Przy tak krótkim czasie osiągania stanu gotowości wojennej niemożliwe już było po wypowiedzeniu wojny rozciągnięcie w nieprzyjacielskim kraju koniecznej sieci agenturalnej dla niezbędnej kontroli informacyjnej na froncie.

Wraz z rozwojem szpiegowskiego rzemiosła zmieniały się o nim wyobrażenia, wytwarzając mylne stereotypy na temat pracy wywiadu. Szpiegostwo jeszcze w końcu XIX wieku było dla szerokich mas czymś na pograniczu legendy i fantazji. Pracę wywiadu poznawano zazwyczaj z najgorszej strony. Szpiegostwo oznaczało sprawy "podejrzane" i "brudne". Odrzucano bez wyjątku cele, środki oraz osoby zajmujące się tego rodzaju działalnością. Wokół wywiadu narastały mity złej legendy i chorobliwej fantazji. Zainteresowanie szpiegostwem wzmogło się zwłaszcza po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Zapotrzebowanie na wiadomości i sensacje z tej dziedziny wypełniały fantastyczne opowiadania i awanturnicze powieści oraz filmy szpiegowskie, utrwalające nieprawdziwy obraz rzeczywistości pracy wywiadu. Pojawiły się masowo utwory osób rzekomo służących w wywiadzie, albo byłych oficerów i agentów. Pod pozorem prawdziwych przeżyć i udziału we wszystkich ważnych wydarzeniach przedstawiano afery, które niewiele miały wspólnego ze szpiegostwem. Zniekształcano fakty, ubarwiano teksty zmyślonymi historiami, zupełnie nieprawdopodobnymi z punktu widzenia sztuki wywiadu. Niektórzy autorzy, rzeczywiście pracujący kiedyś w wywiadzie, z różnych powodów przedstawiali w swoich pamiętnikach tylko część prawdy, wiele faktów i zdarzeń przemilczali. Doprowadziło to w sumie do powstania całkowicie fałszywego obrazu służby wywiadowczej w świadomości społecznej. Wykreowano prosty wizerunek szpiega - superagenta, obdarzonego szczególnymi przymiotami fizycznymi i umysłowymi, prowadzącego samodzielnie wielkie operacje wywiadowcze. Tymczasem rzeczywistość była bardziej złożona.

Na przełomie XIX i XX wieku zmienił się zakres działań wywiadowczych, ukształtował się nowoczesny wywiad. Rozpoznanie sięgało głęboko w sferę militarną, polityczną i gospodarczą przeciwnika. Głównym zadaniem wojskowych służb specjalnych było możliwie dokładne poznanie wszystkich czynników, które miały wpływ na siły zbrojne krajów będących potencjalnymi albo faktycznymi wrogami, jako podstawy do podejmowania własnych decyzji sztabowych w ewentualnym konflikcie. Za pośrednictwem tajnych służb starano się utrudnić i zdezorganizować mobilizację przeciwnika. Przygotowywano na dużą skalę dywersję i sabotaż. Działania tajnych służb wojskowych wspomagał wywiad polityczny. Carska Ochrana upowszechniła system prowokacji politycznej, opierający się na własnej agenturze i olbrzymich subwencjach finansowych. Od czasów rewolucji 1905 roku w Rosji wprowadzano w coraz większym zakresie do operacji wywiadowczych motyw dywersji politycznej o cechach agentury wpływu, jako własny czynnik destrukcji na wrogim terenie.

Ostatecznym celem każdego wywiadu stała się dokładna znajomość sytuacji panującej u przeciwnika, aby poznać wszelkie dyspozycje przed wykonaniem operacji. Zamierzeń tych nie mógł wykonać nawet najlepszy agent. Tego rodzaju zadaniom można było sprostać tylko dzięki wieloletniej pracy. Potrzebne dane mógł zebrać i opracować wyłącznie cały, rozbudowany aparat wywiadu, nawet jeśli wykorzystywał informacje udzielane przez osoby należące do najwyższego dowództwa, bowiem one również znały tylko wycinki rzeczywistości. Nie mógł dostarczyć ich agent działający w pojedynkę. Różni awanturnicy, podróżnicy, gwiazdy filmowe, piękne kobiety i wspaniali mężczyźni istnieli tylko w wyobraźni pisarzy, dziennikarzy i reżyserów. Dla wyższego dowództwa ich informacje bywały zwykle bezwartościowe. Opinia społeczna nie zdawała sobie sprawy z charakteru i potrzeb służby oraz wynagrodzenia współpracowników wywiadu. Znane są konkretne kwoty, które wypłacano pracownikom wywiadu i różnym agentom. Nie mają one nic wspólnego z bajecznymi gażami oficerów wywiadu i szpiegów z powieści sensacyjnych. Rozbudzono przez to wiarę w magiczną moc służb wywiadu i ich możliwości finansowe. Z tego też powodu wiele osób decydowało się na współpracę wywiadowczą, łudząc się wizją łatwego życia, albo spełnienia określonych celów osobistych, przede wszystkim ekonomicznych lub politycznych. Nie brano pod uwagę okoliczności, że wywiad realizuje wyłącznie własne zadania, a interesy jego pomocników nie mogą być celem działania, pozostają zawsze na dalszym planie. "Ile wydało się pieniędzy na takich ludzi - wspominał ppłk Clemens von Walzel, w latach 1904-1914 szef sekcji angielskiej w Biurze Ewidencyjnym Sztabu Generalnego w Wiedniu - którzy zawsze obiecywali, że przyniosą absolutnie pewne informacje! Byli to nie tylko szarzy, przeciętni obywatele, lecz także osoby wysoko postawione, posłowie i delegaci 'nie zbawionych' narodów, wreszcie różne, żądne przygody i silnych wrażeń kobiety, widzące się w roli głównego szpiega. Wszyscy ci ludzie nie zdawali sobie zupełnie sprawy z oczekujących ich zadań, żądali pieniędzy i w najlepszym wypadku znikali raz na zawsze, niekiedy okazywali się na domiar złego podwójnymi agentami".

W rzeczywistości wszystko wyglądało bardziej przyziemnie. Praca wywiadu polegała na żmudnym i drobiazgowym gromadzeniu wyrywkowych informacji, które dopiero po pewnym czasie układały się w logiczną całość. Ośrodek dyspozycji operacyjnej dla całej machiny wywiadu znajdował się zawsze w jego centrali, realizującej zadania wywiadowcze w odpowiedzi na zlecenia najwyższych ośrodków decyzyjnych w państwie i w armii. Na sukces wywiadowczy nakładały się działania wszystkich ogniw zdobywania, ewidencji i analizy danych. Agentura dostarczała tylko informacji podstawowych. Tysiące takich informacji docierało do central wywiadu, gdzie je następnie systematyzowano i opracowywano. Jeżeli wciąż brakowało jakiegoś fragmentu układanki, zlecano właściwej filii wywiadu zdobycie uzupełniających danych. Wszystkie informacje uznawano za wiarygodne tylko wówczas, gdy znajdowały potwierdzenie w niezależnych źródłach. W ten sposób, krok po kroku, budowano obraz przyszłych działań wojennych.

Nowoczesne wywiady mają szeroko rozbudowane specjalne kontakty, które nie mieszczą się w kanonie zwykłych agentur. Są to kontakty wyższego rzędu, szczególnego znaczenia i pod specjalnym nadzorem. Należą do sfery rzeczywistości trudno uchwytnej dla postronnego obserwatora, gdzie decyzje, przyporządkowane instytucjonalnie różnym ciałom i organizacjom poza wywiadem, udaje się dostrzec dopiero w fazie wykonania. Oficer wywiadu, prowadzący operacyjnie kontakt specjalny, działa według słownych instrukcji i na podstawie bezpośrednich uzgodnień z agentem, przeważnie bez śladu dokumentacyjnego. Ta kategoria tajnych współpracowników nie ma ścisłego określenia. Oddanie łącznej charakterystyki grupowej tej struktury utrudnia duże zróżnicowanie i zindywidualizowanie operacji wywiadowczych, odmienność lokalnych warunków działania oraz różnorodność motywów podejmowanej współpracy. W tamtych czasach, jak się wydaje, najliczniejszą grupę stanowili agenci działający z pobudek ideowych, ale korzystający z materialnego wsparcia tajnych służb, głównie dla utrzymania organizacyjnych form reprezentowanego ruchu i jego propagandy. Później zastąpili ich płatni agenci. Z takich właśnie związków rozwinął się w XX w. wywiad polityczny. Agentury wpływu stały się elementem wspomagającym operacje wywiadu strategicznego, który w sposób planowy i zorganizowany tworzył z nich odrębny system dezinformacyjno-inspiracyjny przeciwnika *[Nie ma w oficjalnym obiegu prac naukowych poświęconych ściśle zagadnieniu kształtowania się agentury wpływu. W dostępnej powszechnie literaturze problematyka ta jest rozpatrywana w szerszym kontekście podejmowanych współcześnie działań dezinformujących i propagandowych różnych służb wywiadu, a także w nawiązaniu do opisywanych konkretnych operacji wywiadowczych, które zawierały w sobie elementy zadań specjalnych wywierania wpływu. Zob. La désinformation arme de guerre. Textes de base présentés par Vladimir Volkoff, Paris 1986; tamże podstawowa bibliografia, s. 279-280; tłumaczenie polskie: Dezinformacja oręż wojny. Opracował Vladimir Volkoff. Przełożył Anatol Arciuch, Warszawa 1991. Zob. też: Ladislav Bittman, The Deception Game. Czechoslovak Intelligence in Soviet Political Warfare, Syracuse 1972; idem. The KGB and Soviet Disinformation. An Insider's View. Foreword by Roy Godson, Washington 1985; Władysław Michniewicz, Wielki bluff sowiecki, Chicago 1991. Ostatnio także: Peter Schweizer, Victory czyli zwycięstwo. Tłumaczenie Igor Apiński, Warszawa 1994. Zagadnienia socjologiczne z dziedziny psychologii społecznej omówione zostało w pracy: Robert Cialdini, Wywieranie wpływu na ludzi Teoria i praktyka Przekład Bogdan Wojciszke, Gdańsk 1996.].

Agenci wpływu (agents d'influence, agents of influence) przez inicjowane operacje propagandowe i dezinformacyjne starają się wpływać na życie publiczne i polityczne swojego otoczenia w kierunku pożądanym dla kierownictwa tajnych służb, z którymi podejmowali współpracę wywiadowczą. Dezinformacja za pośrednictwem agentury wpływu stała się głównie domeną działania sowieckich służb specjalnych. Organa bezpieczeństwa i wywiadu Związku Radzieckiego tworzyły w tym zakresie całe struktury operacyjne, które były powiązane z aparatem władzy Kremla. Agentury komunistyczne instalowano w krajach, gdzie ZSRR chciał mieć swoje wpływy i możliwość destrukcji politycznej. Od czasów zimnej wojny agentury wpływu stanowią najbardziej niebezpieczną broń wywiadów mocarstw. Sięgają najgłębiej ukrytych tajemnic. Dotykają prawdziwych motywacji zachowań jednostek i zbiorowości społecznych, wśród których podejmuje się ważne decyzje państwowe i polityczne. Ukryte struktury obcych wywiadów stanowią potencjalnie najgroźniejszą formę kontroli wywiadowczej dla mniejszych krajów (jak Polska), których organizmy państwowe nie są wystarczająco silne i odporne na zewnętrzną penetrację wielkich sąsiadów albo bloków mocarstw, kształtujących wygodny dla siebie układ sił w poszczególnych rejonach świata. Od wielu lat Zarząd Operacyjny Centralnej Agencji Wywiadowczej - jak zauważył Ronald Kessler, jeden z wybitniejszych znawców zagadnienia - "prowadzi tajne akcje, zmierzające do wywierania wpływu na obce rządy i przywódców innych krajów lub do ich obalenia za pomocą tajnego finansowania opozycji, szkolenia 'partyzantów', operacji paramilitarnych i propagandy" *[Ronald Kessler, CIA od środka. Przekład Zbigniew Zemler, Warszawa 1994, s. 31. Zob. też: Bob Woodward, Veil - Tajne wojny CIA. Przełożyła Dagmara Jakubowska, Kraków 1997, passim; Christopher Andrew, Oleg Gordijewski, KGB. Przełożył Rafał Brzeski, Warszawa 1997, passim.].

Agent wpływu politycznego działa w interesie własnym, osobistym lub grupowym, oraz w interesie służb specjalnych, z którymi jest powiązany. Wykonuje zadania specjalne przy pomocy organizacji, które funkcjonują poza wywiadem. W razie konieczności otrzymuje wspomaganie aparatu klasycznego wywiadu. Jest to agent wpływu wyższego rzędu, podejmujący osobiście decyzje z wysokiego poziomu władzy w strukturach państwa lub wpływowej organizacji, albo działający bezpośrednio przy osobie lub kierowniczej grupie osób, na które skoncentrowane są wysiłki tajnych służb, dla zdominowania i przejęcia kontroli nad reprezentowaną formacją lub układem politycznym. Podstawą działalności wywiadu jest agentura. Stanowi ona o sile i skuteczności działań specjalnych.

Tajnych współpracowników klasycznego wywiadu agenturalnego uwidaczniano w wewnętrznej ewidencji konfidentów. Natomiast współpracownicy agentur wpływów byli wprowadzani do sieci konfidencjonalnej pod postacią agentury zbiorowej, przez jej trzon albo kontakt operacyjny, na hasło lub kryptonim. W aktach operacyjnych odnotowywano sam kontakt, a współpracownicy ci pozostawali niewidoczni dla zwykłej ewidencji, tożsamość ich skrywano na zasadach podwójnego rejestru konfidentów. Za jedną lub kilkoma osobami wprowadzonymi w bezpośredni kontakt wywiadowczy stał cały zastęp świadomych lub nieświadomych współpracowników, tworzących anonimową dla ewidencji agenturę wpływu. Zwykle tylko przywódcy organizacji, która korzystała z zewnętrznego wsparcia obcego wywiadu, orientowali się w charakterze tych związków, działając w imię wspólnych interesów politycznych.

Nie ma jednego wzorca agentury wpływu politycznego. Można mówić jedynie o założeniach ogólnych i właściwościach rozwijanej sieci wywiadowczej, która w zderzeniu z rzeczywistością przybiera określony kształt, właściwy dla indywidualnych cech i uwarunkowań politycznych. Agentura wpływu jest strukturą ściśle powiązaną z polityką państwa lub państw, kontrolujących ją za pośrednictwem aparatu klasycznego wywiadu. Przy budowie agentury wybiera się na początku ugrupowanie reprezentujące określoną opcję polityczną, które może być nośnikiem wspólnego programu, a w dłuższej perspektywie zabezpieczać własne interesy polityczne. Przez polityczne i materialne wsparcie doprowadza się następnie do rozbudowy obserwowanego ugrupowania i jego bazy, osłabiając jednocześnie konkurencyjne grupy polityczne, i wprowadza się "swoich" ludzi w elity rządzące. Pierwsze kontakty inicjowały związki o charakterze czysto wywiadowczym przedstawicieli ruchu, przez których prowadzono potem operacyjnie agenturę.

Po wyodrębnieniu działań specjalnych ze struktur operacyjnych wywiadu oraz włączeniu czynnika ideologicznego do zagadnień wywiadowczych w okresie zimnej wojny, system agentur wpływu uformował się w oddzielną grupę zadaniową tajnych służb. Agentura wpływu, jako wyodrębniona kategoria operacyjna wywiadowczych struktur dezinformacji i inspiracji, działa systemowo i stanowi element gry wywiadowczej w walce o wpływy polityczne, łącząc w sobie elementy pracy klasycznego wywiadu i kontrwywiadu. Wywiad za pośrednictwem agentury wpływu tworzy przedpole do zmian politycznych, przeprowadzanych w interesie jej zewnętrznych lub wewnętrznych mocodawców z ośrodków dyspozycji władzy.

Mechanizm ten rozwinął się ostatecznie w tym kierunku, że operacyjne kontakty wywiadowcze utrzymywane są zwykle poza podstawową strukturą danego ugrupowania, którego kierownictwo może nawet nie zdawać sobie sprawy z "prowadzenia" go z zewnątrz przez obcy wywiad albo organa bezpieczeństwa własnego państwa i faktycznego źródła pochodzenia środków materialnych, otrzymywanych na bieżącą działalność. Tajne służby mogą w ten sposób wpływać od wewnątrz na działalność określonej organizacji lub ruchu politycznego, mając na celu wszczepienie temu ruchowi obcych poglądów lub koncepcji ideologicznych. Agentury wpływu instaluje się również dla samej kontroli poczynań organizacji, bez modyfikacji jej działań od zewnątrz. Współpracowników wywiadu o skrywanej tożsamości zastąpili agenci o podwójnej tożsamości. System agentur wpływu został znacznie rozbudowany i stanowi dominujący przedmiot działań wywiadów mocarstw, przede wszystkim w okresach przesileń politycznych. Na operacje specjalne nakłada się wiele agentur obejmujących różne środowiska polityczne i opiniotwórcze. Stają się one nieświadomym przekaźnikiem informacji, gdy chodzi o zakamuflowanie rzeczywistości lub pogłębienie albo odwrócenie istniejących tendencji politycznych. Z ośrodków głównej dyspozycji wywiadu wychodzą akcje tworzenia faktów politycznych, korzystnych z punktu widzenia własnych interesów.

Wszystko to sprawia, że agenci wpływu należą do osób o najściślej strzeżonej tożsamości w ewidencji wywiadu. Działają w określonym systemie powiązań, często o charakterze publicznym. Wobec tych osób nie ma zastosowania określenie superagenta, profesjonalisty pracującego w samotności, jak to może mieć miejsce w wypadku klasycznego wywiadu. Agent wpływu politycznego nigdy nie działa w pojedynkę, funkcjonuje z racji oficjalnie pełnionych obowiązków w określonym systemie zależności i powiązań wywiadowczych i służbowych oraz prywatnych koneksji i znajomości. W takiej grupie musi być przynajmniej jedna osoba, która spełnia funkcje kontrolno-informacyjne agentury. W tym sensie agentura wpływu jest pojęciem umownym, oznaczającym bardziej system politycznej kontroli informacyjnej, niż konkretną osobę lub krąg osób pozostających ze sobą w nieformalnym układzie i powiązaniach wywiadowczych. Nie można przy tym mówić o dążeniu do absolutnej kontroli informacyjnej (wyłączając z tego jedynie późniejsze systemy totalitarne). Z reguły chodziło zawsze o działania stymulujące wydarzenia o szerszym zakresie albo sprzyjanie lub wspomaganie naturalnych politycznych tendencji rozwojowych w miejscach zainteresowań tajnych służb.

Agentury wywiadowcze działają stale, ale wyłonione z nich agentury wpływu mogą być uaktywniane czasowo, w okresach ważnych rozstrzygnięć politycznych, w formie jednorazowych akcji specjalnych, które zostają wyodrębnione z innych operacji prowadzonych w dłuższej perspektywie czasowej. Zdarza się, że centrale wywiadowcze prowadzą "podwójną" i nieszczerą grę wobec podległych agentur, które wbrew własnym intencjom i dążeniom stają się narzędziem destrukcji politycznej na terenie swojego działania. W klasycznych już i dominujących obecnie rozwiązaniach, głównie dla uwiarygodnienia stworzonej legendy, pozostawia się prowadzonemu agentowi duży margines własnej swobody i inicjatywy w zakresie kompetencji merytorycznych wykonywanych funkcji służbowych lub politycznych. W zasadzie tylko ogólny kierunek jego działań zostaje podporządkowany dyrektywom operacyjnym wywiadu. Wtedy służby specjalne włączają się do rozwiązań praktycznych powstałych kwestii politycznych. Agent wpływu staje się nośnikiem albo adresatem przekazu inspirująco-dezinformacyjnego dla całego układu władzy, podporządkowanej grupy politycznej albo jednostki urzędowej spełniającej funkcje publiczne.

Przejawy działania agentury wpływu stają się widoczne w dłuższej perspektywie czasowej, przede wszystkim w tych newralgicznych miejscach struktur władzy, gdzie uwidoczniona zostaje nieskuteczność jej aparatu przy wypełnianiu szerszych funkcji publicznych wobec wyraźnej promocji własnego interesu grupowego, a także związany z tym brak rezultatów podejmowanych oficjalnie zadań i pozorne zaangażowanie w ich rozwiązywanie, bez realnych i praktycznych odniesień do rzeczywistości. Agentura wpływu zawiera w sobie drzemiącą siłę, która w ogóle może się nie ujawnić, kiedy nie zaistnieją odpowiednie warunki albo potrzeby, dla których została stworzona, ale zwykle jest jak bomba z opóźnionym zapłonem, eksplodująca we "właściwym" czasie, niosąc w perspektywie zniszczenia w ogromnych obszarach aktywności politycznej, wojskowej albo gospodarczej przeciwnika.

Korzenie systemu wywiadowczej i politycznej kontroli informacyjnej przeciwnika sięgają pierwszych lat XX wieku. Sumaryczny obraz działalności operacyjnej, wniknięcie w zakres i charakter zadań, zasięg zainteresowań i wpływów oraz metody prowadzonej penetracji przez agenturę wpływu, którą chce się zidentyfikować daje dopiero ujawnienie jej podstaw, najlepiej z poziomu centrali, gdzie możliwy jest wgląd w jej dokumentację aktową. Początek procesu tworzenia się agentur wpływu można zaobserwować na przykładzie powiązań wywiadowczych Józefa Piłsudskiego, który stał się centralnym punktem odniesienia dla podejmowanych ówcześnie działań uaktywnionych struktur kontrolnych i inspiracyjnych tajnych służb Japonii, Austro-Węgier i Niemiec, wspierających dla własnych celów wywiadowczych i dywersyjnych oraz destrukcji politycznej skierowany przeciwko Rosji polski ruch rewolucyjno-niepodległościowy.

Sprawy japońskie w źródłach i literaturze naukowej

Pomimo dużych zniszczeń w dokumentacji działań Kempeitai w Europie w okresie wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905 r. zagadnienie powiązań wywiadu japońskiego z ruchami rewolucyjnymi i wolnościowymi w Rosji, w tym z Polską Partią Socjalistyczną, jest opisane stosunkowo najobszerniej. Wszystkie zachowane dokumenty japońskie zostały już w zasadzie rozpoznane i opisane. Toteż, dla potrzeb niniejszego opracowania, przyjąłem aktualne ustalenia historiografii o zaangażowaniu Kempeitai w sprawy europejskie w obrębie podjętej tu tematyki, posiłkując się publikacjami źródłowymi z zachowanej dokumentacji japońskiej. Niewielkie zaplecze źródłowe tego tematu powoduje, że wszyscy autorzy zajmujący się nim poruszają się w obrębie tych samych ustaleń faktograficznych. Wydaje się, że tylko analiza materiałów polskich może jeszcze wzbogacić dotychczasową wiedzę ogólną.

Należy przy tym zauważyć, że cechą charakterystyczną wszystkich opisów, a zwłaszcza w historiografii zachodniej, jest pomniejszanie wagi zagadnienia polskiego, gdy dla działań wywiadu japońskiego w Europie znaczenie tych spraw było ogromne, o czym najlepiej świadczą wyniki podejmowanych zamierzeń, w porównaniu do podobnych przedsięwzięć względem innych grup politycznych walczących przeciwko caratowi i Rosji, które współpracowały ze służbami Oddziału II Sztabu Generalnego w Tokio.

Siady działań Kempeitai można przede wszystkim odnaleźć w archiwum MSZ w Tokio. Przechowały się tam akta z okresu wojny japońsko-rosyjskiej 1904-1905 r., a wiele dokumentów już opublikowano. Tajne materiały japońskiego Sztabu Generalnego spalono pod koniec II wojny światowej. Przepadły wówczas najcenniejsze akta, w tym raporty oraz sprawozdania finansowe płk. Motojiro Akashi, japońskiego attache wojskowego w Petersburgu, Paryżu, Bemie i Sztokholmie, kierownika całej operacji z ramienia Sztabu Generalnego na terenie Europy, a także podstawowa dokumentacja dotycząca spraw polskich, kontaktów z PPS, wizyty Piłsudskiego w Tokio w 1904 r., pomocy w dostarczeniu broni i materiałów wybuchowych dla rewolucjonistów polskich.

Spalono również oryginał zbiorczego raportu płk. Akashi z działalności w Europie Rakka ryusui. Na szczęście niektóre papiery płk. Akashi ocalały i trafiły później do zbiorów Biblioteki Kongresu (Kokkai toshokan) i Biblioteki Narodowego Instytutu do Spraw Obrony (Boeikenkyujo toshokan) w Tokio. Dochowały się tam dwa odpisy Rakka ryusui. Przechowała się także kopia raportu, którą wnuk płk. Akashi, Motoaki Akashi przekazał w 1985 r. do Biblioteki Kongresu w Tokio. Inny egzemplarz tej wersji raportu trafił także do zbiorów bibliotecznych jednego z fakultetów (Kyoyogakubu) Uniwersytetu Tokio. Rakka ryusui stanowi podstawowy dokument, umożliwiający określenie roli wywiadu japońskiego w wydarzeniach rewolucyjnych 1904-1905 r. w Rosji.

W Bibliotece Kongresu w Tokio znajdują się również papiery ambasadora Japonii w Austro-Węgrzech, Nobuaki Makino, który utrzymywał kontakt z przedstawicielami PPS w Wiedniu. Pamiętniki Makino, pozwalają określić horyzont polityki Japońskiej w Europie. Granice wspierania ruchów wyzwoleńczych w Rosji wyznaczały bowiem interesy Niemiec i Austro-Węgier, z czym rząd tokijski generalnie musiał się liczyć.

Wiele szczegółów z życia Akashi przynosi jego biografia pióra Tokuji Komori. Dokumenty japońskie szeroko wykorzystał w swoich badaniach John Albert White, który opisując działania dyplomatyczne rządu tokijskiego, podkreślił dużą efektywność oraz szeroki zasięg wpływów wywiadu japońskiego w Europie, jako jednego z głównych czynników, który przesądził o zwycięstwie w wojnie z Rosją. Naświetlił przy tym związki Kempeitai z polskim ruchem rewolucyjnym i narodowym. Oddzielne studium o tajnej historii wojny rosyjsko-japońskiej poświęcił Hisao Tani. Historyk japoński, Chiharu Inaba zajął się szczegółowo działaniami Japonii przeciw Rosji w Europie, planem powstania w Petersburgu w 1905 roku, powiązaniami wywiadu japońskiego z grupami opozycji antyrosyjskiej i współpracą wojskową polsko-Japońską.

Zachowała się natomiast spora część materiałów niektórych organizacji i osób związanych porozumieniem z akcją Kempeitai w Europie, w tym korespondencja, którą kierowali Japończycy do swych tajnych współpracowników ze środowisk emigracji rosyjskiej oraz ruchów rewolucyjnych i wolnościowych w Rosji. Chodzi przede wszystkim o przechowywane w Archiwum Narodowym w Helsinkach (Valtionarkisto) i w Abo Akademis Bibliotek w Turku/Abo papiery Konni Zilliacusa, działacza Fińskiej Partii Aktywistów, Jonasa Castrena, przywódcy Fińskiej Partii Konstytucyjnej, Julio Reutera, profesora Uniwersytetu w Helsingforsie, i Carla Gustava von Mannerheima, potomka arystokratycznej rodziny fińskiej pochodzenia szwedzkiego, zawodowego oficera armii rosyjskiej, później regenta i prezydenta Finlandii, którzy utrzymywali bliski kontakt z płk. Akashi. Archiwalia te zostały gruntownie spenetrowane przez historyków, a wyniki badań ogłoszono drukiem. Na czoło wysuwają się tutaj opracowania Michaela Futrella, Williama R. Copelanda, Olavi K. Falta i Antti Kujala. Publikacje te uzupełniają wcześniejsze prace Zilliacusa oraz biografia Zilliacusa pióra innego fińskiego "aktywisty", Hermana Gummerusa.

Odrębną grupę materiałów stanowią akta Polskiej Partii Socjalistycznej, dokumentujące kontakty kierownictwa partii z przedstawicielami japońskiego Sztabu Generalnego i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Dokumenty polskie najpełniej obrazują technikę kontaktu oraz działania wywiadu japońskiego, angażującego jednostkową organizację rewolucyjną w walkę przeciwko Rosji, w ramach ogólnej koncepcji podminowania dywersją polityczną europejskiego zaplecza wojny na Dalekim Wschodzie. Stosunki te otoczone były największą tajemnicą. Wiedziało o nich tylko kilka osób. Materiały gromadzono w jednym miejscu, poza głównym ciągiem dokumentacji. Zebrano je w oddzielną paczkę i składowano w oddziale londyńskim archiwum PPS, którym przejściowo zajmował się Tytus Filipowicz, jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego. Po ostatecznej likwidacji placówki partyjnej w Londynie w latach 1905-1907 dawnym archiwum londyńskim PPS opiekował się Michał Wilfred Woynicz, znany bibliofil i antykwariusz, posiadający rozległe stosunki w wyższych sferach w Anglii, w Europie i w Stanach Zjednoczonych, w przeszłości związany z "Proletariatem", skazany na zesłanie w Syberii Wschodniej, gdzie podczas pobytu w Tunce poznał się i zaprzyjaźnił z Piłsudskim. Ustalono, że Woynicz odda archiwum, jeżeli otrzyma upoważnienie dwóch spomiędzy trzech osób: Witolda Jodki-Narkiewicza, Stanisława Wojciechowskiego i Piłsudskiego. Akta utworzonego w 1903 r. tzw. wiedeńskiego oddziału archiwum PPS trzymał, jako depozyt, Leon Wasilewski, najpierw w Krakowie, potem, w czasie I wojny światowej, w Wiedniu, a następnie w Warszawie.

Starania o sprowadzenie do kraju archiwum londyńskiego podjął prezydent Wojciechowski. Archiwum przewieziono do Warszawy w 1924 r. Złożono je w Belwederze, wówczas siedzibie prezydenta Wojciechowskiego. W Londynie została tylko część poufnej korespondencji Piłsudskiego oraz niektóre kopiały korespondencyjne PPS. Wojciechowski "zastrzegł sobie -  notował ówczesny prezes Instytutu Badań Najnowszej Historii Polski - aby mu oddać paczkę z archiwum PPS, zawierającą korespondencję i papiery, dotyczące stosunków z Japończykami w 1904 r.". Innego zdania był Piłsudski, który wydał dyspozycję przejrzenia archiwum i usunięcia z niego niektórych dokumentów. Zadanie to powierzył Wasilewskiemu, którego wezwał na rozmowę 4 października 1924 r. do mieszkania Kazimierza Świtalskiego w Warszawie, gdzie zwykle zatrzymywał się przyjeżdżając z Sulejówka. W trakcie rozmowy Piłsudski wręczył Wasilewskiemu swoje upoważnienie: "Upoważniam p. Leona Wasilewskiego do przeglądnięcia archiwum londyńskiego i do podjęcia stamtąd w moim imieniu rzeczy ze mną związanych". Chodziło zwłaszcza o dokumenty sprawy stosunków z Japończykami w latach 1904-1905, której wówczas nadano w PPS kryptonim "Wieczór". Przy okazji Piłsudski zrelacjonował Wasilewskiemu swoje rozmowy w Tokio, nawiązując do polecenia Wojciechowskiego. "Może oni [t.j. Stanisław Wojciechowski. Witold Jodko-Narkiewicz i Aleksander Malinowski - R. Ś.] coś tam robili - zbył ogólnikiem Wasilewskiego - dlatego Wojciechowski chce wycofać te papiery". Wojciechowski należał do ścisłego grona pięciu osób wprowadzonych w bezpośredni kontakt z Japończykami (oprócz niego byli Piłsudski. Jodko-Narkiewicz, Malinowski i Filipowicz). Odpowiadał za sprawy finansowe. Od przedstawicieli Kempeitai otrzymywał osobiście pieniądze, za które organizował zakup broni i materiałów wybuchowych. Uznał widocznie, że akta londyńskie są dla niego kompromitujące. Nie mogły przecież przedostać się do opinii publicznej informacje o tym, że głowa państwa otrzymywała w przeszłości pieniądze od obcego wywiadu.

Wasilewski, wykonując dyspozycje Piłsudskiego, wyłączył z archiwum PPS część dokumentacji "Wieczoru". Wykonał odpisy z ważniejszych papierów, niektóre później opublikował. Dokumenty włożył do zalakowanej koperty i objął je klauzulą zakazu udostępniania do badań naukowych, jako akta specjalnego znaczenia. "Z Archiwum PPS - głosił odręczny napis na kopercie - Sprawa 'Wieczoru' (nie do użytku historycznego). L. Wasilewski".

Paczkę tych materiałów miał później w ręku biograf Piłsudskiego, Władysław Pobóg Malinowski, ale nie mógł ich wykorzystać. "W archiwum PPS - pisał - niejednokrotnie miałem w ręku zalakowaną i opieczętowaną kopertę, zawierającą najpoufniejsze listy i dokumenty w tej sprawie". Wasilewski udostępnił mu tylko swoje odpisy. Właściwe archiwum Polskiej Partii Socjalistycznej złożył pod opiekę Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS.

Nic sposób już dzisiaj ustalić, jakie dokumenty miał faktycznie w ręku Wasilewski i czy wszystkie umieścił w owej kopercie. Być może niektóre przekazał Piłsudskiemu i Wojciechowskiemu. Nie wiadomo czy Piłsudski i Wojciechowski usunęli jakieś dokumenty. Można tylko przypuszczać, że zniszczono zobowiązania o charakterze osobistym Piłsudskiego, Jodki-Narkiewicza lub Wojciechowskiego. W zachowanych dokumentach nie ma tekstu zasadniczej, wyjściowej umowy, precyzującej zasady współpracy wywiadowczej między Kempeitai a PPS. Wszak porozumienie nie mogło polegać na ustnych uzgodnieniach w Sztabie Generalnym podczas wizyty Piłsudskiego w Tokio, a zobowiązania finansowe Japończyków musiały opierać się na jakiejś formalnej podstawie. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby Japończycy wypłacali pieniądze na akcję PPS bez formalnych ustaleń.

W 1930 r. połączone części archiwum londyńskiego i wiedeńskiego PPS przekazano do Instytutu Badań Najnowszej Historii Polski w Warszawie. Koperta Wasilewskiego pozostała w Belwederze. Resztę papierów londyńskich PPS sprowadził do kraju w 1932 r. Filipowicz. We wrześniu 1939 r. archiwum belwederskie ewakuowano do Rumunii. Dnia 17 października 1939 r. w Baile Herculane mjr Bolesław Waligóra z Centralnego Archiwum Wojskowego otworzył kopertę Wasilewskiego, aby sprawdzić jej zawartość. Później koperta trafiła wraz z innymi archiwaliami do Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, gdzie znajduje się do chwili obecnej.

Wacław Jędrzejewicz, jeden z założycieli Instytutu nowojorskiego i kronikarz Piłsudskiego, opublikował w 1974 r. wybrane dokumenty z tego zespołu. Niestety, praca nie ma charakteru naukowego. Część dokumentów została ocenzurowana, a wydawca nie zaznaczył skrótów *[Wacław Jędrzejewicz, Sprawa "Wieczoru". Józef Piłsudski a wojna japońsko- rosyjska 1904-1905, "Zeszyty Historyczne", Paryż 1974, z. 27, s. 3-103. Jaskrawym przykładem stosowanych przez wydawcę skrótów jest publikacja planu organizacji sieci wywiadowczej w Rosji, bez załączonego na końcu projektu zbiorczego raportu wywiadowczego Józefa Piłsudskiego z terenów Syberii.]. Lecz największym mankamentem publikacji jest pominięcie przez autora całych partii dostępnej dokumentacji, która wprost mówiła o współpracy wywiadowczej i wymianie informacji między Polakami a Japończykami. Dodatkowo fakt ten nie został wzmiankowany w uwagach edytorskich, dając błędny obraz faktycznego stanu zachowania źródeł do Sprawy "Wieczoru".

Pełne odczytanie i zrozumienie treści akt zdeponowanych w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku umożliwia dopiero połączenie ich z dokumentami z głównego archiwum PPS. Podstawowy zrąb akt PPS znalazł się ostatecznie w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Zbiór Wasilewskiego stanowi uzupełnienie przechowywanej tam dokumentacji, złożonej przede wszystkim z różnych pism zachowanych w kopiałach Komitetu Zagranicznego PPS w Londynie, a także korespondencji partyjnej Witolda Jodki-Narkiewicza, Aleksandra Malinowskiego, Michała Kacpra Turskiego, Bolesława Antoniego Jędrzejowskiego, Leona Wasilewskiego, Stanisława Wojciechowskiego, Tytusa Filipowicza, Jamesa Douglasa, Aleksandra Sulkiewicza i Aleksandra Dębskiego. Dopełnieniem tych zbiorów jest opublikowana ostatnio korespondencja polityczna Piłsudskiego z okresu PPS (do 1914 r.).

Pamiętać wszakże trzeba, że nie wszystkie materiały zachowały się, o czym częściowo już wspomniałem. Świadomie niszczono w tamtych czasach niektóre partie dokumentów, Jak na to wskazują dopiski w listach Jodki-Narkiewicza. Można tu przytoczyć ogólne uwagi Poboga-Malinowskiego, piszącego o tych brakach w dokumentacji, które w istotny sposób ograniczały jego badania. "Znacznej części listów, źródła w tym wypadku jedynego i niezastąpionego - pisał Pobóg-Malinowski w 1935 r. - brak, [Witold] Jodko-[Narkiewicz] bowiem kilkakrotnie i kategorycznie żądał ich zniszczenia; w ocalałych i zachowanych ostrożność posunięta jest tak daleko, że sens poszczególnych zdań gubi się i tonie w wielkiej tajemnicy; Jodko[-Narkiewicz] np., sam niezwykle ostrożny, irytuje się parokrotnie na Malinowskiego za zbyt konspiracyjny i tajemniczy sposób przelewania myśli na papier - i dla niego niejeden szczegół był orzechem nie do zgryzienia. Sytuacja badacza (...) trudna jest tym bardziej, że cała sprawa musiała być bardzo szczegółowo omawiana w Londynie, późniejszą więc korespondencję zamykano w granicach ostrożnych napomknień, niewyraźnych przypomnień, tajemniczych powoływań się na to lub owo".

Z zagadnieniem tym wiązał się ściśle problem rozszyfrowania części korespondencji. Wiele informacji zapisywano bowiem szyframi cyfrowymi, które uniemożliwiały odczytywanie ukrytych tekstów, jeśli nie były w tamtym okresie deszyfrowane. "Z rozpaczliwymi nieraz wysiłkami - ubolewał dalej Pobóg-Malinowski - połączone były próby odczytania ustępów, zaszyfrowanych według kilku nie używanych dotąd, a różnych systemów". Zmagał się z tym również Jędrzejewicz, ale także bez rezultatów. Dopiero odkrycie właściwych kluczy kodowych i dopasowanie ich do tekstów pozwoliło mi złamać dawne szyfry PPS i odczytać w pełnym zakresie zachowaną korespondencję partyjną. Klucze te podaję w dalszej części pracy.

Zbiory archiwalne PPS uzupełniają nieliczne publikacje i drobne wzmianki o charakterze wspomnieniowym uczestników wyprawy tokijskiej: Piłsudskiego, Filipowicza, Jamesa Douglasa i Romana Dmowskiego oraz innych osób wprowadzonych w kontakt z Japończykami, w tym Wojciechowskiego, Wasilewskiego i Mieczysława Dąbkowskiego, a także Michała Sokolnickiego i Stanisława Grabskiego. Z literatury pamiętnikarskiej warto jeszcze odnotować krótkie zapiski we wspomnieniach Ignacego Mościckiego i Walerego Sławka.

Historiografia i publicystyka polska omawiane zagadnienie przedstawiała w zwykły dla siebie sposób, w oderwaniu od zewnętrznych uwarunkowań, w zgodzie z "białą" albo "czarną" legendą Piłsudskiego, niemal wyłącznie w kategoriach stosunków politycznych i nieoficjalnych kontaktów dyplomatycznych polsko-japońskich. Pierwsze informacje w literaturze historycznej o kontaktach Piłsudskiego z przedstawicielami władz Japonii w 1904 r. pojawiły się nazajutrz po odzyskaniu niepodległości, w pracach znanych publicystów, Józefa Dąbrowskiego i Wilhelma Feldmana. Najobszerniej wizytę Piłsudskiego w Tokio i stosunki z Japończykami opisał Władysław Pobóg-Malinowski, prezentując w zasadzie stanowisko zwolenników koncepcji późniejszego Komendanta. Z odmiennych pozycji kontakty polsko-japońskie ocenili Zygmunt Wasilewski, Tadeusz Bielecki i Jędrzej Giertych, którzy ukazali motywacje przeciwnego Piłsudskiemu obozu Narodowej Demokracji, koncentrując się na zapatrywaniach i działaniach samego Dmowskiego. Pewne znaczenie porównawcze mają artykuły Adama Pragiera i Jana Frylinga. Wszystkie prace traktują problem powierzchownie. Pominięto w nich wiele wątków, jak np. udział Turskiego w kontaktach z Akashim.

Po drugiej wojnie światowej ukazało się wiele opracowań przekrojowych poświęconych dziejom najnowszym Polski, powstało dość dużo wycinkowych monografii i szkiców z dziejów PPS i rewolucji 1905 r.. Pojawiły się biografie naukowe Piłsudskiego i Dmowskiego. Autorem najważniejszej pracy o Piłsudskim w całym okresie PRL jest Andrzej Garlicki *[Andrzej Garlicki, Józef Piłsudski 1867-1935, Warszawa 1988, s. 83-88 (dalej cyt. to wyd.). Zob. też idem, U źródeł obozu belwederskiego, Warszawa 1979, s. 124-131.]. Jego biografia stanowiła pewien przełom dla historiografii krajowej, chociaż łączyła się z głównym nurtem propagandy Polski Ludowej, a autor nie wyszedł poza ogólnie znane fakty życiorysowe Piłsudskiego, ujęte w formule dyskredytacji jego dokonań, nie wnosząc ostatecznie nowych elementów wiedzy na temat działalności swego bohatera. Szkoda, że autor nie podjął głębszych badań źródłowych, które weryfikowałyby wyniki jego dotychczasowych dociekań, przynajmniej w zakresie problematyki omawianej w niniejszej pracy. Siłą rzeczy pozostaje niesławny wizerunek propagandowy Piłsudskiego, jako wyraz dążeń historiografii PRL.

We wszystkich prowadzonych dotychczas badaniach problem kontaktów Piłsudskiego z wywiadem Japonii ukazywano w kontekście szerszych zjawisk politycznych. W zasadzie publikacje te nie wnoszą nic nowego do tematu, powtarzając wcześniejsze ustalenia Poboga-Malinowskiego, Lerskiego i Jędrzejewicza. Odrębną pozycję stanowią napisane przez Stanisława Lewickiego w ujęciu popularnym szkice z dziejów wywiadu japońskiego w latach 1890-1945, gdzie autor poświęcił płk. Akashi kilka stronic, ale bez uwzględnienia polskiego aspektu działań Kempeitai.

Historiografia okresu Polski Ludowej ugruntowała błędny pogląd o fiasku misji Piłsudskiego do Tokio. W najbardziej typowy sposób ujął to Jerzy Holzer. "W lipcu 1904 r. - pisał w Szkicu dziejów PPS - Piłsudski podczas swego pobytu w Japonii przeprowadził rozmowy z politykami i wojskowymi, ale propozycji pomocy dla polskiego ruchu powstańczego nie potraktowali oni poważnie". Najdalej w swych uproszczeniach poszli Aleksandra i Andrzej Garliccy. Obowiązujące poglądy w tym zakresie podsumowali następująco: "W czerwcu [1904] Piłsudski pojechał do Tokio, by przekonać Japończyków do idei poparcia antyrosyjskiego powstania w zaborze rosyjskim i tworzenia legionu polskiego z jeńców-Polaków. Koncepcje te zostały przez Japończyków odrzucone" *[Aleksandra i Andrzej Garliccy, Józef Piłsudski. Życie i legenda Warszawa 1993, s. (41).]. Każdy cytowany wyżej wywód jest nieprawdziwy. Na razie można tylko stwierdzić, że Piłsudskiemu we wszystkich kontaktach PPS z Japończykami chodziło głównie o wsparcie materialne i uzyskał je. Sprawa legionów stanowiła tylko jeden z argumentów przetargowych, i nic więcej, w zasadniczej dyskusji na temat pomocy japońskiej dla PPS. Piłsudski wcale też nie myślał wówczas o powstaniu. Na odwrót! To właśnie przedstawiciele Japonii zamierzali doprowadzić do powstania zbrojnego na terenie całej Rosji, gdzie ruch polski miał wypełnić własne zadania.

Ostatnią grupę omawianych w tym miejscu źródeł stanowią akta Ochrany. Stosunkowo późno, bo dopiero w listopadzie 1904 r., zarządzono w Oddziale Zagranicznym Ochrany w Paryżu bezpośrednią obserwację płk. Akashi, aby dociec jego związków z ruchem rewolucyjnym w Rosji. Zaważył przypadek. W październiku 1904 r. specjalny agent Ochrany w Paryżu, Iwan Fiodorowicz Manasiewicz-Manujłow otrzymał z Departamentu Policji w Petersburgu polecenie obserwacji działacza gruzińskiego, Gieorgija Diekanozi. Manasewicz-Manujłow, zwrócił uwagę na bliskie stosunki Diekanozi z płk. Akashi w Sztokholmie. Dość szybko zorientowano się, że odkryto główny trop konspiracji Kempeitai przeciw Rosji w Europie.

Wyniki inwigilacji japońskiego attache wojskowego okazały się rewelacyjne. Raporty z Paryża przyjmowano w Petersburgu z niedowierzaniem. Część informacji była nieprawdziwa, ale i tak obraz kontaktów płk. Akashi budził poważne zaniepokojenie Piotra Iwanowicza Raczkowskiego, jednego z najzręczniejszych agentów wywiadu rosyjskiego, wówczas wicedyrektora Departamentu Policji i szefa jego oddziału politycznego, a w przeszłości wieloletniego kierownika agentury paryskiej Ochrany. Już po zakończeniu wojny Raczkowski zdecydował się na skompromitowanie płk. Akashi przez ujawnienie jego kontaktów rosyjskich. W czerwcu 1906 r. w Petersburgu ukazała się broszura Iznanka riewolucyi. Wydawca Aleksiej Siergiejewicz Suworin zaopatrzył tekst w fotokopie korespondencji płk. Akashi z Diekanozowem i Zilliacusem. Opublikowane dokumenty pochodziły z raportów Manasiewicza-Manujłowa dla Raczkowskiego. Podobny charakter miało wydawnictwo Pawła Pawłowicza Rumiancewa Finlandija woorużajetsa.

Ogłoszone dokumenty spotkały się u współczesnych z niedowierzaniem. "Kiedy mówiliśmy - pisał w pamiętnikach Suworin - że pieniądze dla rewolucji rosyjskiej przyszły zza granicy, [wszyscy] śmiali się z tego". Kwestionowano wiarygodność dokumentów. W odpowiedzi na ukazanie się Iznanka riewolucyi znany publicysta Wasilij Wodowozow przyznał na łamach pisma "Nasza Żyzń", że opublikowana korespondencja nie zostawiałaby najmniejszych złudzeń, gdyby ustalono jej prawdziwość. "Oszczerstwo!" - wołał. Wspomaganie i kierowanie z zewnątrz masowymi ruchami społecznymi wykraczało daleko poza przyjęte reguły uprawiania polityki, wydawało się wręcz niewiarygodne i nie mieściło się w wyobraźni współczesnych. Nawet Władysław Studnicki, znany publicysta i polityk, orientujący się dosyć dobrze w zakamarkach polityki polskiej i w działaniach japońskich w Europie, odnosił się z rezerwą do rewelacji Suworina i Rumiancewa. W końcu Suworin zaproponował autorom opublikowanej korespondencji wypowiedzenie się na temat jej wiarygodności. "Wszyscy oni są żywi - pisano w notce redakcyjnej 'Nowoje Wriemia' z 9 VII 1906 r. - i niech spróbują dowieść, że wydrukowane facsimile, to nie ich listy!". Nikt jednak na to wezwanie nie zareagował. Najbardziej Iznanka riewolucyi zaszkodziła płk. Akashi. Kompromitowały go nie tyle powiązania z rosyjskimi rewolucjonistami, co głębokość przeniknięcia agentów Ochrany do tworzonej konspiracji. Wkrótce został odwołany do kraju (opuścił Europę 18 XI, do Tokio przybył 28 XII 1906 r.).

Przez długi czas kwestia autentyczności drukowanych przez Suworina listów pozostawała nierozstrzygnięta, gdyż najważniejszych akt Ochrany nie udostępniano badaczom. Toteż historiografia rosyjska i sowiecka podchodziła bardzo ostrożnie do zagadnienia związków Japończyków z ruchem rewolucyjnym w Rosji w latach 1904-1905, albo w ogóle je pomijała, nie mając potwierdzenia tych faktów w źródłach. Tylko Aleksandr Lwowicz Galperin napomknął ogólnikowo o japońskich oficerach, kupujących broń w różnych zakładach w Niemczech, Szwecji i Wielkiej Brytanii, oraz "jakiś tajnych machinacjach" japońskich attaches wojskowych w Niemczech i Danii, a A. Wotinow wspomniał jedynie o działalności "szpiegowsko-wywiadowczej" Japończyków przeciwko Rosji w latach wojny 1904-1905 z terytorium Niemiec, Szwecji i innych krajów europejskich. Sporadycznie posiłkowano się wynikami badań innych historyków. Dopiero otwarcie archiwów moskiewskich na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych umożliwiło bliższe wejrzenie w stosunki Japończyków z przedstawicielami ruchu narodowego i rewolucyjnego w Rosji w okresie wojny 1904-1905 r. Wyniki tych poszukiwań przedstawia opublikowana w 1993 r. zbiorowa praca rosyjskich historyków Dmitrija Borisowicza Pawłowa, S. A. Pietrowa i I. W. Dieriewianko Tajny russko-japonskoj wojny. W załączeniu do pierwszej części książki Pawłow i Pietrow opublikowali facsimile raportu Manasiewicza-Manujłowa do Raczkowskiego o wynikach obserwacji płk. Akashi od 16 XI 1904 do 29 VI 1905 r.. Zebrane przez Dieriewianko dokumenty w drugiej części pracy odsłaniają działania tajnych służb Rosji na Dalekim Wschodzie pod czas wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905 r..

Cały dorobek historiografii w zakresie spraw polskich próbował ostatnio podsumować Hiroshi Bando. Jego opracowanie Polacy wobec wojny japońsko-rosyjskiej nawiązuje wyraźnie do ustaleń polskiej historiografii komunistycznej, traktującej każdy przedmiot badań naukowych w kategoriach ideologicznych. Przede wszystkim jednak praca jest powierzchowna i poświęcona głównie analizie polskiej myśli socjalistycznej. Pomimo dostępu do archiwaliów PPS, które są przechowywane w Archiwum Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku oraz Archiwum Akt Nowych w Warszawie, historyk japoński nie wyszedł poza powszechnie znane fakty, chociaż możliwości pozwalały na głębszą analizę problemu i wyznaczenie nowych standardów wiedzy.

Warto również odnotować artykuł Franka W. Thackeray'a, który stanowi przykład całkowitego niezrozumienia spraw polskich, tak charakterystyczny dla części historiografii zachodniej *[Frank W. Thackeray, Piłsudski, Dmowski and the Russo-Japanese War: An Episode in the Diplomacy of a Stateless People, [w: ] Eastern Europe and the West. Selected Papers from the Fourth World Congress for Soviet and East European Studies, Harrogate. 1990. Edited by John Morison, London 1992, s. 52-67. Wystarczy odnotować pogląd autora, który uważał, że za kontakty wywiadowcze polsko-japońskie był odpowiedzialny Witold Jodko-Narkiewicz, gdyż znał się na sprawach międzynarodowych, władał obcymi językami, a Józef Piłsudski "mało interesował się takimi kwestiami". Ibidem, s. 55.].

Dokumentacja współpracy z wywiadem austriackim i jej odbicie w historiografii

Bardziej niż skromny jest dorobek historiografii w zakresie powiązali służb wywiadu Austro-Węgier i Niemiec z akcją niepodległościową Piłsudskiego. Ma to bezpośredni związek ze stanem badań nad historią Kundschafts stelle Biura Ewidencyjnego w Wiedniu i Nachrichtendienst Oddziału III B w Berlinie oraz olbrzymimi brakami w bazie źródłowej.

Największych spustoszeń w archiwach wywiadu Austro-Węgier i Niemiec dokonano pod koniec I wojny światowej. Kiedy w październiku 1918 r. waliły się mury monarchii Habsburgów, gen. Maximilian Ronge, szef Biura Ewidencyjnego Sztabu Generalnego w Wiedniu (Evidenzbureau des k.u.k. Generalstabes) i Oddziału Informacyjnego Naczelnej Komendy Armii w Baden (Nachrichtenabteilung des k.u.k. Armeeoberkommandos - NA AOK), wydał dyspozycje zniszczenia archiwów wszystkich central, w tym szczególnie ewidencji agentów. Z polecenia gen. Rongego zniszczono w Wiedniu i w Baden listy i kartoteki konfidentów, pokwitowania pieniężne i wykazy kasowe, powycinano wszystkie nazwiska konfidentów z dziennika podawczego Biura Ewidencyjnego, tak, aby uniemożliwić ewentualne odtworzenie agentury wywiadu Austro-Węgier. Szef Evidenzbureau i Nachrichtenabteilung AOK kierował się względami lojalności wobec swoich współpracowników. "Gdy podpisanie zawieszenia broni z Włochami [3 XI 1918 r. - R. Ś.] otworzyło możliwość przesunięcia włoskich placówek [wywiadowczych] -  wspominał później Ronge - powstała pilna potrzeba uchronienia wielu dokumentów przed dostaniem się w ręce wroga. Skromne siły nie wystarczały do przejrzenia obejmującego około 300 000 pozycji rejestru Oddziału Informacyjnego. Skrzynia za skrzynią wędrowały więc do wielkiego łaziennego pieca w hotelu Herzogshof [w Baden]".

Gdy 12 listopada 1918 r. proklamowano w Wiedniu Niemiecko-Austriacką Republikę dokumentacja Biura Ewidencyjnego była w trakcie niszczenia. Monarchia Habsburgów przestała istnieć, ale jej urzędnicy po kryjomu dalej niszczyli dokumentację największych tajemnic Austro-Węgier. Spalono rejestry wszystkich agentów Evidenzbureau, pracujących dla wiedeńskiej centrali oraz oddziałów terenowych, w tym około 2 000 kart ewidencyjnych (pod koniec wojny na służbie znajdowało się tylko około 600 agentów). "Biuro [Ewidencyjne w gmachu Ministerstwa Wojny przy Stubenring - R. Ś.] - pisał dalej Ronge - tworzyło zamkniętą całość z wyjściem oficjalnym i tajnym. Gdy po przewrocie nowa władza chciała przeszkodzić w wywiezieniu lub spaleniu 'ważnych dokumentów', przed żelaznymi drzwiami postawiono podwójny posterunek milicji. Każdy opuszczający Biuro był dokładnie przeszukiwany. Tymczasem przy drugim, [tajnym] wyjściu, skrzynia za skrzynią, pełnych akt, mogących skompromitować naszych pomocników, żyjących teraz w nowych państwach, wędrowały do krematoryjnego pieca" [w sąsiednim budynku]. "Po zawaleniu się imperium - dodawał w innym miejscu - wszystkie w zasadzie dokumenty zostały spalone i 'najpiękniejsze sprawy' obróciły się w popiół i poszły z dymem". Spalono wówczas niemal wszystkie materiały dokumentujące powiązania Piłsudskiego z Biurem Ewidencyjnym.

Część dokumentacji Biura Ewidencyjnego trafiła do osobistego archiwum Rongego, w tym przede wszystkim jego współczesne notatki. Całość tego prywatnego zbioru przejął w 1938 r. Walter Schellenberg, jako szef SD, czyli wywiadu SS (Sicherheitsdienst der SS). Spuścizna Rongego znalazła się ostatecznie w dyspozycji jego wnuka, historyka Gerharda Jagschitza i jest obecnie przechowywana w wiedeńskim Archiwum Wojny. Przez wiele lat zbiór ten był utajniony i nie udostępniany do badań naukowych. Jedyną osobą, która może rozporządzać dokumentacją Rongego jest ciągle Jagschitz, który pierwszy raz wyraził zgodę na korzystanie z notatek swojego dziadka Georgowi Markusowi, austriackiemu biografowi Alfreda Redla.

Dla wywiadu Austro-Węgier pracowało wiele osób, które po wojnie zajęły wysokie stanowiska wojskowe i polityczne w krajach sukcesyjnych byłej monarchii Habsburgów - w Polsce, Czechosłowacji, Jugosławii i we Włoszech. Ronge mógł uchronić te osoby od kompromitacji. Dodatkowo, możliwość ujawnienia pozostawionych sieci agenturalnych, także w Rumunii i w Rosji, zagrażała bezpieczeństwu osobistemu oficerów wywiadu i agentów. Obawy Rongego o los swoich współpracowników były w pełni uzasadnione. "Niestety - pisał w pamiętnikach - tym dzielnym ludziom, którzy nie czynili nic innego, jak tylko spełniali swój obowiązek, po przewrotach w państwach sukcesyjnych niejednokrotnie wyrządzano krzywdę. Byli prześladowani, pozbawiani wolności osobistej lub zmuszani do śpiesznej ucieczki i skazywani na długie, ciężkie wygnanie". Przy tym "kierownicy większych placówek usiłowali oczywiście wstępować do likwidowanego Wydziału Informacyjnego Naczelnej Komendy Armii. Nie wszystkim to się udało, a w większości przyniosło tylko prześladowania i zagrożenia życia ze strony nowych władców dopiero co powstałych tworów państwowych. [...] Najgorzej wiodło się naszym oficerom wywiadu w nowej Polsce. Jedynie najszybsza ucieczka chroniła przed gwałtowną śmiercią lub okrutnymi katuszami. Ciężki był los kierownika placówki w Piotrkowie, ppłk. [Friedricha] Lofflera. Major [Ludwik] Morawski, Polak, został w Krakowie potraktowany wręcz haniebnie. Przez długi czas wszystkie próby dowiedzenia się czegoś o jego losie pozostawały daremne". Tajne archiwa kryły w sobie zbyt wiele tajemnic z niedawnej przeszłości i dokumentów kompromitujących osoby zaangażowane w tworzenie nowej rzeczywistości politycznej w tych państwach.

Główne dyrektywy wykonawcze w sprawie Piłsudskiego wychodziły z Biura Ewidencyjnego. Jednakże akta operacyjne centrali wiedeńskiej zostały tak zdekompletowane, że w oparciu o ocalałe archiwalia nie można było nic bliżej powiedzieć na ten temat. W dokumentacji Evidenzbureau pozostawiono jedynie materiały drugorzędne. Właściwe akta zniknęły. Dokumenty prowadzonej z Piłsudskim operacji wywiadowczej i wszystkie inne materiały operacyjne Biura Ewidencyjnego dotyczące jego osoby najprawdopodobniej zniszczono. Przepadły również zestawienia i raporty kasowe Biura Ewidencyjnego i ośrodków wywiadu we Lwowie i w Krakowie oraz pokwitowania na wypłacane pieniądze na cele ruchu Piłsudskiego.

Historycy penetrujący Archiwum Wojny w Wiedniu odkryli drobne ślady związków Piłsudskiego z wywiadem austriackim. Dochowały się tylko zdawkowe wpisy w dzienniku podawczym Biura Ewidencyjnego. Plonem tych poszukiwań był przygotowany przez Stefana Arskiego i Józefa Chudka zbiór dokumentów Galicyjska działalność wojskowa Piłsudskiego 1906-1914. Publikacja zbiegła się w czasie z setną rocznicą urodzin Piłsudskiego i została przyjęta przez część społeczeństwa, przyzwyczajonego do mitu Komendanta, nieufnie, jako dzieło propagandy komunistycznej, zwłaszcza że jej autorzy należeli do czołowych badaczy, usłużnych wobec systemu indoktrynacji PRL. Pojedyncze dokumenty zachowały się w odpisach, które trafiły do innych zespołów w wyniku urzędowego obiegu korespondencji, albo zawieruszyły się w niewłaściwych teczkach. Tak było w wypadku dokumentu otwierającego zbiór, mianowicie raportu szefa sztabu X korpusu w Przemyślu, płk. Franza Kanika dla szefa Sztabu Generalnego w Wiedniu, gen. Friedricha von Becka o odbytej 29 września 1906 r. konferencji z Piłsudskim i Jodko-Narkiewiczem, podczas której rozmówcy polscy przedstawili w imieniu PPS ofertę współpracy wywiadowczej przeciwko Rosji. Propozycja ta zapoczątkowała późniejsze kontakty wywiadowcze Piłsudskiego ze sztabem austriackim. Rozmowy płk. Kanika z Piłsudskim i Jodko-Narkiewiczem protokołował kpt. Walerian Wasylkowicz-Witwicki, zastępca kierownika HK-Stelle w Przemyślu. Protokół zaginął, ale Witwicki złożył w 1919 r. relację ze spotkania.

Nasuwała się więc konieczność rozszerzenia kwerendy na archiwa terenowych oddziałów Biura Ewidencyjnego w Galicji, gdzie utrzymywano z Piłsudskim bezpośredni kontakt operacyjny. Trop ten okazał się właściwy, chociaż i tutaj zachowały się tylko szczątki archiwów.

Podstawową ekspozyturą wywiadu Austro-Węgier na Królestwo Polskie i Rosję były od 1908 r. Główne Ośrodki Wywiadowcze (Hauptkundschafts-stelle - w skrócie: HK-Stelle; popularnie "kasztelania") we Lwowie, Krakowie i Przemyślu. Od 1913 r. oddziały wywiadu we Lwowie i w Przemyślu prowadziły działalność o charakterze pomocniczym w stosunku do placówki krakowskiej. Pierwsze próby nawiązania łączności z wywiadem austriackim Piłsudski podjął w październiku 1906 r. w Przemyślu, za pośrednictwem tamtejszego biura HK-Stelle. Oficerem prowadzącym Piłsudskiego od jesieni 1908 r. był kpt. Gustaw Iszkowski, oficer Sztabu Generalnego, szef HK-Stelle we Lwowie (1908-1912), później organizator wywiadu na terenach okupowanych w Królestwie Polskim, jako kierownik placówki wywiadu w Jędrzejowie, a następnie w Olkuszu (1915), potem oddziału wywiadowczego (Nachrichtenabteilung) Wojskowego Generał-Gubernatorstwa w Kielcach (1915) i w Lublinie (1915-1916), oraz attache wojskowy w Hadze (1916-1918). Od wiosny 1909 r. kontakt operacyjny z Piłsudskim przejął także kpt. Sztabu Generalnego Józef Rybak, jako kierownik HK-Stelle w Krakowie (do 6 VIII 1914 r.). Po wybuchu wojny w sierpniu 1914 r. Rybak sprawował dalej nadzór nad działaniami Piłsudskiego, jako delegowany oficer Sztabu Generalnego i Naczelnej Komendy Armii dla zachowania łączności z Piłsudskim i oddziałami strzeleckimi w polu. Jednocześnie Piłsudski utrzymywał kontakt wywiadowczy z ppłk. Janem (Johannem) Nowakiem (Novakiem), szefem oddziału wywiadowczego Grupy Operacyjnej Kummera, której podlegały oddziały strzeleckie.

Nowak był oficerem Sztabu Generalnego przydzielonym do Evidenzbureau. W latach 1911-1913 sprawował funkcję zastępcy kierownika Biura, wcześniej służył we Lwowie, jako zastępca szefa sztabu XI korpusu, w listopadzie 1914 r. przeszedł do Sztabu Generalnego, od 1915 do 1916 r. kierował referatem rosyjskim w Biurze Ewidencyjnym, dowodził 31 pułkiem piechoty (1916), wreszcie został attache wojskowym w Sofii (1916-1917). Piłsudski porozumiewał się też z placówką HK-Stelle w Krakowie, którą po Rybaku przejął na dwa miesiące kpt. Bayer, oficer Sztabu Generalnego, a po nim, w końcu października 1914 r., kpt. Ludwig Vinzenz Morawski, oficer Sztabu Generalnego, dotychczasowy zastępca szefa ośrodka krakowskiego (1911-1914). Pośredniczył w tych kontaktach Walery Sławek. Legiony Polskie podporządkowano nowej centrali wywiadu w polu - Nachrichtenabteilung AOK. Zwierzchnikiem nowej formacji był szef Biura Ewidencyjnego Sztabu Generalnego i Oddziału Informacyjnego Naczelnej Komendy Armii gen. Hranilovic von Czvetassin (1914-1917), z którym Piłsudski wszedł w bezpośredni kontakt.

Pod koniec października 1918 r. służba wywiadowcza Austro-Węgier została rozwiązana lub uległa samolikwidacji. Część urzędów i biur została w Austrii, a to, co pozostało po oddziałach wywiadowczych na innych terenach (biura, akta itp.), przejęły wojskowe władze państw sukcesyjnych. Archiwa Głównych Ośrodków Wywiadowczych w Krakowie, Lwowie i w Przemyślu (1908-1918) oraz lubelski Oddział Informacyjny Wojskowego Generał-Gubernatorstwa w Polsce, a także jego ekspozytury w Piotrkowie i Kielcach, które ukierunkowane były niemal wyłącznie na zbieranie informacji politycznych z Królestwa Polskiego, uległy w zasadzie zdekompletowaniu, albo całkowitemu zniszczeniu, jak większość dokumentacji innych placówek terenowych oraz central wywiadowczych w Wiedniu i w Baden.

W Galicji i w Królestwie Polskim nie zdążono już wykonać rozkazu gen. Rongego o likwidacji archiwów wywiadowczych. W Krakowie, Przemyślu, Lublinie, Kielcach, Piotrkowie i ostatecznie we Lwowie władzę przejęli Polacy. W dniach przewrotu stosowano instrukcje na wypadek niebezpieczeństwa. Część akt zniszczono lub wywieziono do Wiednia, gdzie razem z dokumentacją Biura Ewidencyjnego spalono je później w tajemnicy. Ale większość akt pozostawiono na miejscu. Jedynie mjr Sztabu Generalnego Vinzenz Haużvić, szef Oddziału Informacyjnego przy wojskowym generał-gubernatorze Polski w Lublinie (1916-1918), zniszczył najważniejszą dokumentację i przez Niemcy wyjechał do Czechosłowacji, by tam organizować wywiad. Na marginesie nasuwa się pytanie, jakie tajemnice zabrał ze sobą i przekazał je południowym sąsiadom? W Pradze objął kierownictwo resortu wywiadu, po kilku latach otrzymał szlify generalskie i przejął dowództwo 5 dywizji piechoty w Budweis. Pozostała część archiwów polskich placówek wywiadu Austro-Węgier została rozproszona, albo przepadła potem przy zabezpieczaniu ich przez Wojsko Polskie i w zawieruchach wojennych.

Oddziałem HK-Stelle w Krakowie niemal przez cały okres wojny 1914-1918 r. kierował ppłk Morawski, który odziedziczył wszystkie tajemnice wywiadowcze sprzed wojny. Wiedział o współpracy Piłsudskiego i jego grupy z kpt. Rybakiem. Był wprowadzony w kontakt z Piłsudskim, prowadził m.in. sprawy organizacji strzeleckich. "Ten wiedział i to bardzo dużo - wspominał później Rybak - Mogę stwierdzić, że wiedział niewiele mniej ode mnie, tym bardziej, że gdy odszedłem [z kierownictwa Głównego Ośrodka Wywiadowczego w Krakowie - R. Ś.] miał do swojej dyspozycji archiwum, gdzie leżały akta Piłsudskiego, Sławka i Prystora".

W czasie pertraktacji dowódcy austriackiego w Krakowie, gen. Siegmunda Benigni z Polską Komisją Likwidacyjną 31 października 1918 r. Morawski sprzeciwiał się oddaniu Komendy Wojskowej miasta władzom polskim. Nie obyło się bez momentów dramatycznych. W pewnej chwili Morawski "wyciągnął rewolwer i oświadczył - relacjonował hr. Zygmunt Lasocki, szef administracji cywilnej w Krakowie - że jest Polakiem, jednak jako oficer, nie zwolniony od przysięgi, broni składać nie może, a gdyby kto chciał ją przemocą odbierać, położy go trupem, a następnie siebie zastrzeli". Opór wynikał stąd, że nie chciał, aby archiwum HK-Stelle dostało się w niepowołane ręce. Ostatecznie gen. Benigni zrzekł się władzy wojskowej w Krakowie na rzecz PKL. Morawski nie miał wyjścia, został zmuszony do przekazania urzędu i biur nowym władzom. Jeszcze tego samego dnia archiwum HK-Stelle przejął dowódca twierdzy Kraków z ramienia Polskiej Komisji Likwidacyjnej, gen. Bolesław Roja, który miał w tym interes osobisty. Jak utrzymuje Ronge, przed wojną Roja był agentem Ochrany warszawskiej, później pisał raporty dla Głównego Ośrodka Wywiadowczego w Krakowie. Roja przejrzał zaraz archiwum i usunął swoje raporty *[Antoni Stawarz, Gdy Kraków kruszył pęta. Kartki z pamiętnika oswobodzenia Krakowa w 1918 r. Wstępem i objaśnieniami zaopatrzył dr Jan Czapliński, Kraków 1939, s. 13. Józef Rybak relacjonował opowiadanie naocznego świadka tych wydarzeń, Józefa Poznańskiego, swego byłego współpracownika, a później zastępcy kierownika Głównego Ośrodka Wywiadowczego w Krakowie: "Którejś nocy wezwał (Bolesław] Roja [Ludwika] Morawskiego do HK-Stelle i zażądał wydania teczki ze swoimi aktami. Morawski odmówił [...] i wyciągnął przeciwko Roji rewolwer. Oczywiście rozbrojono go i aresztowano. Roja odnalazł swoje papiery i zniszczył je z dużą satysfakcją. Grzebiąc w aktach odnalazł i papiery [Józefa] Piłsudskiego". Pamiętniki generała Rybaka s. 153.]. Archiwum przeglądał również Mieczysław Ścieżyński, który na polecenie Piłsudskiego miał je zabezpieczyć przed zniszczeniem. "Zaraz po objęciu władzy w Krakowie przez Polską Komisję Likwidacyjną - pisał hr. Lasocki - polecono opieczętować archiwum krakowskiego oddziału K[undschafts-]Stelle i oddano je pod nadzór wojskowości. [...] Gdy chciano przystąpić do zbadania aktów K[undschafts]-Stelle i wydelegowano w tym celu komisję, okazało się, że pieczęcie były pozrywane i widocznie wiele aktów zaginęło".

Roja przede wszystkim przejął ok. 250 teczek ewidencyjnych konfidentów, pracujących dla HK-Stelle w Krakowie, które Morawski trzymał w szafie pancernej w swoim biurze. Były to prawdopodobnie jedyne teczki ewidencyjne współpracowników wywiadu Austro-Węgier, jakie w ogóle ocalały z wojny. Zastanawia niefrasobliwość szefa krakowskiej ekspozytury wywiadu. Akta ewidencyjne są zawsze najpilniej strzeżone i w razie zagrożenia ujawnienia podlegają zniszczeniu w pierwszej kolejności, tak, jak to zrobiono w centralach w Wiedniu i Baden oraz terenowych placówkach wywiadu rozpadającej się monarchii Habsburgów. Być może była to cena wolności, jeśli nie wręcz życia. "Mimo gwałtowań ulicy - pisał potem Roja - i szantaży sztabowych przystawek o doraźny wymiar 'sprawiedliwości' na poszczególnych dostojnikach polskich starego reżimu - domagano się 'doraźnego wymiaru sprawiedliwości' na dyrektorze c.k. policji [Rudolfie] Krupińskim i ppłk. wywiadu austr[iackiego] [Ludwiku] Morawskim - nikomu włos z głowy nie spadł. [...] Nie uważałem za wskazane, w tych pierwszych dniach niepodległości Polski zaczynać sprawowania władzy od wymierzania 'sprawiedliwości doraźnej'. Należało to nieco na później odłożyć i nie na własną rękę uskutecznić". Polacy przejęli władzę w Krakowie dzień wcześniej i wizyta gen. Roji nie mogła zaskakiwać, a niewiele też potrzeba czasu na zniszczenie 250 papierowych arkuszy wraz z dokumentacją. Dzięki temu jednak akta te dochowały się do naszych czasów. Po 1918 r. teczek ewidencyjnych nie wyjawiono szerszej publiczności. Można przypuszczać, że były badane w Oddziale II Sztabu Generalnego WP.

W powojennej rzeczywistości Morawski stawał się człowiekiem bardzo niebezpiecznym. Znał osobiście wszystkich współpracowników wywiadu austriackiego, wciągniętych do ewidencji ośrodka krakowskiego. W czasie wojny sprawował faktyczną władzę w mieście, był jednym z najlepszych oficerów wywiadu Austro-Węgier. Mieszkał cały czas w Krakowie (ul. Szlak nr 5, od 1919 r. Plac na Groblach nr 19). Chciał wstąpić do Wojska Polskiego. W Dowództwie Okręgu Generalnego w Krakowie nie chciano go nawet zarejestrować. Wniósł też 9 stycznia 1919 r. podanie do Ministerstwa Spraw Wojskowych w Warszawie. Wszystkie prośby pozostawały bez odpowiedzi.

Wobec tego zwrócił się 8 marca do DOG w Krakowie i 9 kwietnia 1919 r. do likwidującego się Ministerstwa Wojny w Wiedniu o przeniesienie w stan spoczynku. Przez wiele miesięcy nie wypłacano mu należnych poborów. Znalazł się w trudnej sytuacji materialnej. Interweniował w Emerytalnej Komisji Likwidacyjnej przy Ministerstwie Spraw Wojskowych, otrzymał zaliczkowo część pieniędzy. Ministerstwo Wojny w Wiedniu pismem z 21 października 1919 r. zawiadomiło Morawskiego o przeniesieniu w stały stan spoczynku z dniem 1 grudnia 1918 r. i określiło wymiar rocznej emerytury. Morawski automatycznie przeszedł w stan spoczynku w Wojsku Polskim. Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło decyzję o wyrównaniu wszystkich należności (20 XI 1919). Gdzieś jednak ta decyzja utknęła. "Bezpowodowe wstrzymanie przez dwa miesiące wypłaty prawnie mi należących i tak już marnych poborów - pisał Morawski 8 stycznia 1920 r. w kolejnym zażaleniu do Ministerstwa Spraw Wojskowych w Warszawie - jest, uwzględniając obecne stosunki drożyźniane, czynem co najmniej nieludzkim. Sądzę, że zażalenie moje osiągnie należyty skutek, powodując natychmiastowe wypłacenie moich należności, i przeciąganie dalsze sprawy nie zmusi mnie do szukania innej, do celu prowadzącej drogi". Dla ludzi obeznanych z przeszłością Morawskiego aluzja była aż nadto czytelna. Pismo wpłynęło formalnie do Sekcji Wojenno-Likwidacyjnej Ministerstwa Spraw Wojskowych dnia 26 stycznia. Dwa dni później wydano polecenie uregulowania zaległości.

Tymczasem, 19 stycznia 1920 r. Morawski został nagle wezwany telegraficznie do Dowództwa Okręgu Etapów Lwów (formalnie podlegał pod DOG Kraków) i otrzymał przydział do dowództwa 6 armii gen. Wacława Iwaszkiewicza. Sposób powołania do wojska był ewidentnie nienaturalny. Podjął służbę w Oddziale II armii Iwaszkiewicza. Szybko zdobył uznanie przełożonych. "Podpułkownik Ludwik Morawski - pisał we Lwowie 16 lutego 1920 r. gen. Juliusz Albinowski - przedsięwziął od wstąpienia do Wojska Polskiego szereg czynności przeglądowych we wschodnich powiatach Małopolski, z wielką gorliwością i znajomością służby, jest to siła niezwykła i zasługująca na szczególne uwzględnienie". Od 12 marca 1920 r. przeszedł pod komendę kpt. Walerego Sławka, najbardziej zaufanego człowieka Piłsudskiego. Sławek objął stanowisko szefa Oddziału II dowództwa Frontu Południowego przy dowództwie 6 armii we Lwowie, a 25 maja 1920 r. został szefem sztabu dowództwa Okręgu Etapów na Ukrainie (22 IV 1920 r. mianowany majorem).

Nie wiadomo czy spotkanie Morawskiego i Sławka w Oddziale II było przypadkowe, ale fakt ten jest znamienny i daje dużo do myślenia. Zwłaszcza że w tym samym czasie w sztabie 6 armii przebywał inny wysoki oficer Biura Ewidencyjnego, płk Henryk Karol Zemanek, w czasie wojny kierownik Grupy Rosyjskiej Nachrichtenabteilung AOK, który był zorientowany we wszystkich operacjach wywiadowczych przeciwko Rosji i znał kulisy współpracy Piłsudskiego ze Sztabem Generalnym i Naczelną Komendą Armii. Zemanek 7 marca 1920 r. objął kwatermistrzostwo 6 armii.

Morawski zginął w niewyjaśnionych okolicznościach kilka miesięcy później, 6 lipca 1920 r. w Czarnym Ostrowie, postrzelony na podwórzu kwatery dowództwa. Można jeszcze dodać, że we wrześniu 1920 r. szefem sztabu 6 armii został na krótko płk Jan Marian Hempel, w przeszłości następca Iszkowskiego na stanowisku kierownika HK-Stelle we Lwowie.

Prawdopodobnie całą zachowaną dokumentację ośrodków wywiadowczych w Krakowie, Przemyślu, Lwowie i Lublinie przejęły w grudniu 1918 r. Zarządy Archiwalne przy terytorialnych dowództwach Wojska Polskiego (Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich na Galicję Wschodnią, następnie Dowództwa Okręgów Generalnych, potem Dowództwa Okręgów Korpusów), razem z innymi aktami wojskowymi i administracyjnymi austriackich urzędów, dowództw i jednostek wojskowych stacjonujących do 1918 r. na obszarze Galicji i Królestwa Polskiego. Nie jest wykluczone, że archiwa placówek wywiadowczych zostały wyodrębnione w Zarządach Archiwalnych, lub też wcześniej - zanim tam trafiły, po przejęciu przez polską administrację wojskową, a następnie przekazane do Ministerstwa Spraw Wojskowych w Warszawie, a potem do Oddziału II Sztabu Generalnego, gdzie uległy rozproszeniu, a po 1939 r. zaginęły. Niestety, nie ma na ten temat bliższych informacji. Nie wiadomo też nic o losach archiwów ośrodków wywiadowczych w Galicji i Królestwie Polskim po 1918 r.

Należy dodać, że Zarządy Archiwalne zostały podporządkowane nowoutworzonemu Centralnemu Archiwum Wojskowemu w Warszawie. Przed 1924 r., kiedy to zakończono likwidację Zarządów Archiwalnych Okręgów Korpusów, wszystkie akta wojskowe austriackie odesłano do CAW w Warszawie. Do wybuchu wojny w 1939 r. akta te umieszczone były w Forcie Legionów na Żoliborzu w Warszawie. Na jesieni 1939 r. Niemcy wywieźli je do Wiednia, a stamtąd zimą 1944/1945 r. do Znojna. Do Warszawy wróciły wraz z innymi aktami austriackimi, w stanie bardzo przetrzebionym, na przełomie lat 1949/1950 i zostały złożone w magazynach Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie (AGAD). Nie ma żadnych śladów, że przed 1939 r. w aktach tych znajdowały się wyodrębnione archiwa ośrodków wywiadu Austro-Węgier w Polsce, i nie ma tych archiwaliów w obecnym wielkim zbiorze austriackich i niemieckich akt wojskowych w AGAD, obejmującym nieuporządkowane i nieopracowane zespoły: Wojskowe Generalne Gubernatorstwo w Lublinie, Komenda 1 korpusu w Krakowie, Komenda 11 korpusu we Lwowie, Komenda Miasta Lwowa, Komenda Wojskowa w Krakowie, Dowództwo Twierdzy Kraków, Dowództwo Operacyjne 2 armii austriackiej, Oddziały Kwatermistrzowskie armii austriackiej, Wywiad 3 i 7 armii austriackiej, 9 armia niemiecka, Wywiad Cesarsko-Niemieckiej Armii Południowej, a także Komendy Stacji Etapowych austriackich. Archiwalia te dopełniają szczątki niemieckich akt intendentury VI korpusu we Wrocławiu (Intendentura Korpusu VI Armii we Wrocławiu.

Omawianego zbioru z wydzielonych zespołów wywiadu Austro-Węgier nie ma również w wykazie akt władz austriackich, przekazanych do Polski w latach 1933-1938, na podstawie układu archiwalnego polsko-austriackiego z 26 października 1932 r..

Akta wytworzone w kancelariach ośrodków wywiadowczych w Galicji i w Królestwie Polskim występują w zbiorach AGAD tylko sporadycznie, w ramach większych zespołów, w stanie szczątkowym albo jako wynik obiegu akt urzędowych w innych jednostkach organizacyjnych. Są to w zasadzie akta drugorzędne. Archiwa placówek wywiadowczych w Przemyślu, Piotrkowie i w Kielcach zaginęły niemal całkowicie. Stosunkowo najwięcej dokumentów pierwszej kategorii z archiwów lwowskiego i krakowskiego zachowało się w zbiorach poza Archiwum Głównym Akt Dawnych. Fragment akt ośrodka wywiadowczego we Lwowie z lat 1915-1918 znajduje się w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, ale archiwalia te wykraczają poza zakres tematyczny niniejszego opracowania. Najważniejsza wydaje się kolekcja dokumentów z materiałów Kazimierza Świtalskiego, znajdujących się w zbiorach prywatnych i w Archiwum Akt Nowych w Warszawie.

Archiwum służb wywiadu Austro-Węgier w Polsce z papierów Świtalskiego obejmuje zbiór akt terenowych central wywiadowczych w Krakowie, Lwowie, Przemyślu i Lublinie z lat 1908-1918 (pojedyncze dokumenty dotyczą okresu wcześniejszego). Akta stanowią fragment pierwotnych archiwów, które uległy zdekompletowaniu lub zniszczeniu albo znajdują się w szczątkach w AGAD. Ocalały zbiór ma charakter wyjątkowy. Procent zachowania akt trudny jest dzisiaj do ustalenia, przypuszczalnie jest on bardzo nikły. Prawdopodobnie jednak zachowały się dokumenty najcenniejsze, w tym duża część ewidencji agentów. Materiał aktowy stanowi odbicie podstawowych funkcji i prac służb wywiadu Austro-Węgier. Ocalał podstawowy zrąb akt, umożliwiający odtworzenie sieci agenturalnej, organizacji i obsady personalnej ośrodków wywiadowczych w Krakowie i we Lwowie. Zachowały się liczne opracowania polityczne dotyczące sytuacji na ziemiach polskich.

Nie da się już ustalić czy omawiany zbiór archiwaliów Świtalskiego został wyodrębniony z pozostałości aktowej urzędów austriackich, przejętej przez władze polskie w 1918 r., czy też stanowił bliżej nieznaną kolekcję, która przed 1939 r. trafiła w jego ręce, zapewne w związku z pracami historycznymi w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Najbardziej prawdopodobna wydaje się ta ostatnia wersja.

Po wybuchu wojny we wrześniu 1939 r. Świtalski ukrył część swojego wielkiego archiwum z okresu współpracy z Piłsudskim, w tym zbiór akt wywiadu austriackiego. Wojna i późniejsze wydarzenia przetrzebiły archiwum. Nie jest wykluczone, że zaginęła też część akt wywiadowczych. Po wojnie Świtalski przystąpił do porządkowania swoich papierów, powrócił do prac historycznych nad spuścizną Piłsudskiego. Archiwum wywiadu pozostawił w ukryciu, wyłączył z niego tylko kilkadziesiąt dokumentów historii Legionów Polskich i sprawy polskiej w okresie I wojny światowej. Dokumenty te, wraz z całym domowym archiwum, wpadły w ręce Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, przy aresztowaniu Świtalskiego w listopadzie 1948 r., w jego mieszkaniu w Zalesiu Dolnym koło Warszawy, gdzie mieszkał od 1945 r. Dokumenty wywiadu austriackiego wyłączono z akt śledztwa MBP i przekazano później, razem z innymi materiałami Świtalskiego, do Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a następnie do Centralnego Archiwum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Warszawie - obecnie Oddział VI Archiwum Akt Nowych. Cały ten zbiór akt Świtalskiego nie był nigdy udostępniany, nie wpisano go do ksiąg inwentarzowych CA KC PZPR, przechowywany był w specjalnej szafie pancernej (razem z archiwum Bolesława Bieruta).

Reszta pierwotnego zbioru dokumentów wywiadu Austro-Węgier znalazła się w rękach Świtalskiego, po jego wyjściu z więzienia w 1955 r. Po śmierci Świtalskiego w 1962 r. papiery te przechowała wdowa po nim, Janina Świtalska. Zbiór ten zawiera najważniejsze ocalałe materiały z lat 1910-1912, dotyczące pierwotnych kontaktów Piłsudskiego z oddziałem HK-Stelle we Lwowie. Dokumenty te określały zasady współpracy organizacji Piłsudskiego z Biurem Ewidencyjnym, które wypracował Iszkowski.

Omówioną wyżej kolekcję akt dopełnia zebrana przez Świtalskiego korespondencja polityczna Piłsudskiego z lat 1908-1914. Znajdują się w niej m.in. listy do Walerego Sławka w sprawach kontaktów z kpt. Rybakiem. Zachował się również tekst memoriału Piłsudskiego z 1912 r. dla Rybaka z planem organizacji powstania w Królestwie Polskim. Podobny memoriał skierował Piłsudski do Rybaka w połowie 1913 r. Memoriał ten przechowywany jest w innym zespole, w dokumentach Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. Materiały te ukazują ścisłą zależność możliwości realizacji zamierzeń politycznych Piłsudskiego od austriackich władz wojskowych.

Najcenniejsze dokumenty o związkach Piłsudskiego z wywiadem austriackim od 1912 r. przechowały się w Archiwum Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, w zbiorze austriackich akt wojskowych dotyczących ruchu strzeleckiego i Legionów Polskich. Podstawą tego zbioru jest owa słynna teczka "Geheim" kpt. Rybaka, zawierająca najważniejsze materiały dokumentujące współpracę Piłsudskiego z wywiadem austriackim od grudnia 1912 do sierpnia 1914 r. Autentyczność dokumentów nie budzi żadnych zastrzeżeń. Wszystkie mają odpowiednie oznaczenia kancelaryjne i nie mogły być wytworzone poza właściwym urzędem. Teczka ma jeszcze oryginalne, grube okładki, oklejone zielonym płótnem. Znajdują się w niej m.in. teksty dwóch umów wywiadowczych, jakie Piłsudski zawarł z kpt. Rybakiem w połowie grudnia 1912 i pod koniec lipca 1914 r. Umowy te nie były do tej pory znane bliżej historykom, poza ogólnikową relacją samego Piłsudskiego. "Istotnie rzecz się miała - pisał w Poprawkach historycznych, odpowiadając Daszyńskiemu na opisaną przez niego w Pamiętnikach działalność Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych - jak następuje: w drugiej połowie 1912 r. Austria, widząc nadzwyczaj usilne przygotowania do wojny, czynione przez Rosję, zdecydowała przerwać te przygotowania za pomocą odpowiedniego, prawie wojennego nacisku na Rosję. Tak przynajmniej twierdzili mi panowie z Generalnego Sztabu, z którymi miałem kontakt, a którzy, uprzedzając wypadki, zaczęli omawiać ze mną zupełnie już praktycznie sprawę mego wystąpienia wspólnie z armią austriacką. Dodam od razu, że warunki, do których w owe czasy się dogadałem, były co najmniej dziesięć razy lepsze, niż te, z którymi miałem do czynienia w lipcu 1914 r.".

"Teczka Rybaka" znajdowała się pierwotnie wśród archiwaliów belwederskich. które wywieziono z Warszawy we wrześniu 1939 r. do Rumunii, a później znalazły się, wraz z innymi zespołami, w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Nie wiadomo, w jaki sposób materiały te trafiły do archiwum Belwederu przed 1939 r. Nie ma na ten temat żadnych informacji. Możliwe wydają się przynajmniej trzy wersje.

1.) "Teczka" przez cały okres wojny 1914-1918 r. pozostawała w archiwum ośrodka wywiadowczego w Krakowie i na przełomie października i listopada 1918 r. przejął ją gen. Roja od ppłk. Morawskiego, razem z innymi tajnymi aktami.

2.) "Teczka" stanowiła część opisanej wyżej kolekcji Świtalskiego.

3.) "Teczkę" przekazał w sierpniu 1914 r. mjr Morawski albo mjr Rybak kapitanowi Włodzimierzowi Zagórskiemu, oficerowi Sztabu Generalnego, który z ramienia szefa Oddziału Informacyjnego AOK, płk. Hranilovica von Czvetassin, objął w Komendzie Legionów Polskich funkcję szefa sztabu. Dla nikogo nie było tajemnicą, że kpt. Zagórski reprezentował służby wywiadu Austro-Węgier i sprawował bezpośredni nadzór nad Legionami Polskimi. Do wybuchu wojny służył w sekcji rosyjskiej Biura Ewidencyjnego w Wiedniu, gdzie zapewne zetknął się ze sprawą współpracy Piłsudskiego i jego grupy z wywiadem austriackim. Jeśli rzeczywiście odziedziczył "teczkę Rybaka", fakt, że znalazła się potem w archiwum belwederskim, może zawierać w sobie sekret tragicznych losów późniejszego generała Wojska Polskiego. Przeciw tej wersji mogą przemawiać wszakże nie ujawnione nigdy losy pokwitowań, wystawionych przez Piłsudskiego i jego współpracowników na wypłacane im pieniądze z kasy Biura Ewidencyjnego. Pokwitowania miał przechowywać u siebie po wojnie Zagórski *[Zachowała się na ten temat następująca relacja: "W pierwszej połowie 1924 r. - wspominał mjr Marceli Kycia, adiutant gen. Tadeusza Rozwadowskiego - polecił mi gen. Rozwadowski zgłosić się do gen. Włodzimierza Zagórskiego i przechować jego dokumenty w zalakowanej, grubej kopercie. Z końcem tego roku gen. Zagórski, odbierając ode mnie ten pakiet, oświadczył mi, że są to dowody pobierania pieniędzy przed pierwszą wojną światową przez [Witolda] Jodkę-Narkiewicza, [Walerego] Sławka i [Józefa] Piłsudskiego z różnych źródeł austriackich". Marceli Kycia, Notatki z pamiętnika: O bitwie warszawskiej, "Komunikaty Towarzystwa im. Romana Dmowskiego", Londyn 1971, z. 1, s. 422. "Od ś.p. generała [Włodzimierza] Zagórskiego - pisano w ulotce endeckiej Prawda o gen. Zagórskim z września 1927 r. - domagano się wydania lub wskazania miejsca przechowywania kwitów na ogółem 2 000 koron, w których Józef Piłsudski kwitował odbiór tej sumy od osławionej austriackiej K[undschafts]-Stelle [...]. Kwity te zabrał generał Zagórski dla siebie na wszelki wypadek, jako oficer austriackiego Sztabu Generalnego, przydzielony do K-Stelle. Owe 2 000 koron otrzymał Józef Piłsudski za współpracę z 'obcymi agenturami' na ziemiach polskich w czasie wielkiej wojny. Generał Zagórski odmówił wydania tych kwitów [...]". Cyt. za Zbigniew Cieślikowski, Tajemnice śledztwa KO-1042/27. Sprawa generała Zagórskiego, Warszawa 1983, s. 336. Zob. też Jerzy Rawicz, Generał Zagórski zaginął. Z tajemnic lat międzywojennych, Warszawa 1963. Według innej relacji, jedno z pokwitowań Józefa Piłsudskiego przechowywał u siebie Wincenty Witos, który miał zbierać różne dokumenty kompromitujące współczesnych mu polityków. "Perłą tego zbioru - twierdził Stanisław Linowski w listopadzie 1965 r. - był kwit na 20 000 marek, otrzymanych od wywiadu niemieckiego, podpisany przez Józefa Piłsudskiego w 1913 r. Trudno dziś zbadać, jaką drogą po upadku mocarstw centralnych ten kwit z archiwum wywiadu niemieckiego przeszedł w ręce [Wincentego] Witosa i ciężko zaważył na jego losie. Ludzie marszałka [Józefa Piłsudskiego] proponowali wykupienie tego kwitu; podobno był nawet napad na Witosa w Wierzchosławicach". Biblioteka Jagiellońska (dalej cyt. BJ), rkps przyb. 130/67: Stanisław Linowski, Kulisy dziejów, t. 2, s. 33. Jednakże rozpoznane do tej pory źródła milczą na temat bezpośrednich kontaktów Piłsudskiego z wywiadem niemieckim przed 1914 r. Nie ma żadnych danych, które potwierdzałyby relację Linowskiego, co podważa jej wiarygodność, zwłaszcza że autor nie podaje źródła swoich informacji. Nie wspomina o tym również biografia przywódcy chłopskiego: Andrzej Zakrzewski, Wincenty Witos. Chłopski polityk i mąż stanu. Warszawa 1978.] i stanowiłyby w tym wypadku integralną część zestawu dokumentów Rybaka albo raczej innego, właściwego zbioru akt mjr. Ronge. Podstawowe dokumenty dotyczące Piłsudskiego znajdowały się bowiem w rękach szefa Biura Ewidencyjnego, który osobiście koordynował całą akcję i był adresatem wszelkiej korespondencji z tym związanej. Być może sejf Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku kryje w sobie tajemnicę tych pokwitowań, ale autor nie był w stanie tego stwierdzić.

Wobec tego najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja pierwsza. Przemawiają za nią stosowane wówczas zasady praktyki archiwalnej, blokujące wypływ oryginalnych akt z kancelarii, w której gromadzono dokumenty prowadzonej sprawy.

Wobec tak dużych braków źródeł aktowych, szczególnego znaczenia nabiera literatura wspomnieniowa. Na czoło wysuwają się prace ostatnich kierowników Biura Ewidencyjnego Sztabu Generalnego i Oddziału Informacyjnego Naczelnej Komendy Armii. O swojej służbie w wywiadzie pisali: gen. August Urbański von Ostrymiecz, szef Biura Ewidencyjnego w latach 1909-1914, oraz gen. Oscar Hranilovic von Czvetassin, szef Biura Ewidencyjnego oraz Oddziału Informacyjnego AOK od 1914 do 1917 r.. Na specjalne podkreślenie zasługują prace gen. Maximiliana Ronge, kierownika sekcji wywiadu w Biurze Ewidencyjnym (1907-1917), ostatniego szefa tego Biura i jednocześnie Oddziału Informacyjnego Naczelnej Komendy Armii w latach 1917-1918, które należą do światowej klasyki fachowej literatury o wywiadzie. Duże znaczenie mają również wspomnienia gen. Józefa Rybaka, kierownika HK-Stelle w Krakowie (1909-1914), po wybuchu wojny delegowanego z ramienia Oddziału Informacyjnego AOK do utrzymania łączności z oddziałami strzeleckimi Piłsudskiego w polu, formalnie szefa Oddziału Informacyjnego sztabu 1 armii austriackiej. Niezwykle cenne, chociaż powierzchowne, są także wspomnienia płk. Waltera Nicolai, twórcy nowoczesnego wywiadu niemieckiego i jego szefa w latach 1912-1918. Autor pominął wszakże wątek kontaktów polskich z wywiadem austriackim i niemieckim.

Warto jeszcze odnotować prace innych osób, związanych z wywiadem Austro-Węgier i Niemiec z tego okresu, pomieszczone w wydawnictwach Kämpfer an vergessenen Fronten i Die Weltkriegsspionage oraz wspomnienia Maxa Wilda, Heinricha Benedikta i urywki pamiętników Ericha Rodlera, ogłoszone przez Petera Broucka. Niezastąpionym źródłem wiedzy o armii austro-węgierskiej są pamiętniki Franza Conrada von Hötzendorfa, Carla Bardolffa i Edmunda Gleise von Horstenau.

Szkoda, że ppłk Gustaw Iszkowski, główny wykonawca zamierzeń Rongego w pierwszym okresie współpracy z Piłsudskim, nie zostawił po sobie żadnych zapisek na ten temat. Koniec wojny zastał go na placówce attache wojskowego w Hadze. W Holandii założył rodzinę. Żona wniosła duży majątek do małżeństwa i nie musiał martwić się o przyszłość. Na wiosnę 1919 r. przyjechał do Polski, zapewne aby zlikwidować swoje dawne sprawy. Piłsudski zaprosił go zaraz do Warszawy, usiłując nakłonić do wstąpienia do Wojska Polskiego. Iszkowski miał odmówić. Wyjechał do Francji, osiadł w Antibes koło Cannes. W 1919 r. jego nazwisko znalazło się na tajnej, "czarnej liście" Ministerstwa Spraw Wojskowych, obejmującej oficerów, którym odmawiano przyjęcia do Wojska Polskiego. "Ostatecznie pułkownik Iszkowski wolał nie powrócić do kraju; nie miał widocznie czystego sumienia w odniesieniu do legionowych początków" - zauważył złośliwie Aleksander Pragłowski. Dawny szef lwowskiej HK-Stelle pozostał we Francji (zm. w 1952 r.).

Żadnych pamiętnikarskich notatek nie pozostawił również płk Julian Piotr Dzikowski, oficer Biura Ewidencyjnego o najdłuższym stażu pracy w wywiadzie Austro-Węgier (1892-1913, 1914-1916), długoletni szef kancelarii kierownika Grupy Wywiadu Evidenzbureau i zastępca mjr. Alfreda Redla oraz mjr. Maximiliana Ronge. Dzikowski był głównym pomocnikiem i właściwym architektem planów Rongego prowadzenia akcji wywiadowczych w Rosji.

Po wojnie został przyjęty do Wojska Polskiego, na podstawie dekretu Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego. Od razu znalazł się na "bocznym" torze służby wojskowej. Początkowo dowodził Stacją Zborną Oficerów oraz Rezerwą Oficerów i Urzędników przy Dowództwie Okręgu Generalnego w Krakowie (1918-1919), a później obozem internowanych w Dąbiu (1919-1920). Wszystkie pełnione funkcje nie odpowiadały przygotowaniu fachowemu Dzikowskiego i dalekie były od jego możliwości. Po przeniesieniu w stan spoczynku w 1921 r. zamieszkał na stałe w Bydgoszczy (zm. w 1929 r.).

Najbardziej wartościowa jest książka Rongego Zwolf Jahre Kundschaftsdienst. Ronge przez wiele lat przygotowywał się do spisania wspomnień, opierając się o własne, współczesne notatki oraz nieliczne przechowane dokumenty, a także materiały z rozmów z dawnymi współpracownikami. Na marginesie wielkich problemów politycznych i militarnych południa Europy, które stanowią zasadniczy temat pamiętników, Ronge pisze również o sprawach polskich. Ostatni szef służb specjalnych Austro-Węgier ujawnił, jako pierwszy, kontakty z wywiadem austriackim przed 1914 r. przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej i polskiego ruchu niepodległościowego -  Józefa Piłsudskiego i jego najbliższych współpracowników. Jak już wspomniano, tajemnicę tych kontaktów wiązała wymiana słowa honoru z Piłsudskim. Tym zapewne należy tłumaczyć ogólnikowość informacji Rongego na temat kontaktów z Komendantem. "Ze względu na możliwość narażenia na kłopoty osób jeszcze żyjących - podkreślał - o szpiegostwie piszę z dużą powściągliwością. Musiałem poprzestawać na tych przypadkach, gdzie wyrok i śmierć pozwalają już odkryć karty. Mam świadomość, że wiele pikanterii i uroku przepada bezpowrotnie, gdy z konieczności zadowalam się stwierdzeniem, iż moje informacje pochodzą z 'poufnego' źródła lub po prostu od konfidentów. Nawet tak delikatne napomknienia mogą dać fachowcom wystarczająco wiele punktów zaczepienia, by jeszcze dziś móc oskarżyć lub skompromitować krewnego jakiejś wysoko postawionej osobistości, która zupełnie nieświadomie oddała nam nieocenione usługi, gdyż pozwoliła sobie na gadatliwość w rozmowie z kimś na pozór godnym absolutnego zaufania. (...) Wywiad wymaga oczywiście jak najściślejszego zachowania tajemnicy. Kupczenie sekretami i żądza plotek są od tego nader odległe. Dokument, raport, potem pieniądze, potem następne zlecenie - to była cała praca podczas spotkań z moimi najlepszymi agentami. Niestety, konieczna dyskrecja sprawia, że nie wolno mi napisać czegoś więcej o miejscach i bliższych okolicznościach tych spotkań. Zrozumiałe, że musiały one odbywać się niepostrzeżenie".

Nawet przy takich ograniczeniach treści książka miała utrudniony obieg w Polsce przed 1939 r. Chodziło o owe "punkty zaczepienia" w sprawie Piłsudskiego. Dzieło Rongego znalazło się na nieoficjalnym "indeksie ksiąg zakazanych". Książkę przemilczano "w Polsce tak dalece - skarżył się później Władysław Pobóg-Malinowski - iż gdy - zdaje się w 1931 r. - chciałem napisać recenzję - perswadowano mi, bym tego poniechał". Książka była długo niedostępna w zbiorach polskich. Nie było szans na jej wydanie w Polsce. Po kraju krążyły nieliczne egzemplarze książki, albo odpisy tłumaczeń niektórych jej fragmentów, przyprawiając o rumieńce twarze czytelników, przywykłych do "mitu" Pierwszego Marszałka Polski, bojownika bez skazy, walczącego o niepodległość z wszystkimi zaborcami. Także w Polsce Ludowej książka Rongego była niedostępna. Nawet tak wytrawny historyk i wpływowy polityk komunistyczny, jak Henryk Jabłoński, nie miał jej w ręku, korzystał tylko z wyciągów i kopii fotograficznych fragmentów. Stefan Arski, publicysta, jeden z twórców komunistycznej "czarnej legendy" Piłsudskiego, posługiwał się egzemplarzem bibliotecznym Archiwum Wojny w Wiedniu. Obecnie w Centralnej Bibliotece Wojskowej w Warszawie przechowywany jest unikatowy egzemplarz pierwszego wydania książki Rongego Kriegs- und Industrie- Spionage z biblioteki Piłsudskiego (sygn. 92 440; na okładce wklejony Exlibris Józefa Piłsudskiego biblioteki belwederskiej). Egzemplarz drugiego wydania - Zwölf Jahre Kundschafisdienst znajduje się również w zbiorach CBW i dostępny jest także w Bibliotece Uniwersyteckiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Dopiero niedawno ukazała się polska edycja pamiętników Rongego.

Bliżej o współpracy Piłsudskiego z wywiadem austriackim mówił tylko Rybak, który mógł merytorycznie odnieść się do zagadnienia, ze znajomością faktów oraz kanonów służby. Przełożeni wypowiadali się o nim zawsze z wielkim uznaniem. Wzorowemu wypełnianiu obowiązków zawdzięczał kolejne awanse. Po wybuchu wojny, 6 sierpnia 1914 r. objął na kilka tygodni znaczące stanowisko szefa Oddziału Informacyjnego Naczelnej Komendy Armii przy dowództwie l armii, jednej z sześciu armii Austro-Węgier na froncie. To wyróżnienie zawdzięczał Rongemu. który bardzo pozytywnie oceniał jego pracę w wywiadzie krakowskim. Ronge jeszcze po wielu latach wymieniał jego nazwisko pośród kilku najlepszych oficerów wywiadu Austro-Węgier. "Rybak, oficer wywiadu I-go korpusu w Krakowie - pisał w 1935 r. ostatni szef Biura Ewidencyjnego Sztabu Generalnego i Oddziału Informacyjnego Naczelnej Komendy Armii - pozostawał jeszcze podczas pokoju w nieoficjalnym kontakcie z emigrantami rosyjskimi, wśród których znajdował się Piłsudski; po wojnie światowej podjął służbę w Wojsku Polskim, stał się współpracownikiem Marszałka i został mianowany generałem armii [sic!]. Bardzo ceniony za swoją pracę, opuścił nas w październiku 1914 roku. Żałowaliśmy wielce jego odejścia". Pochwał nie szczędził także Piłsudski. "Silny charakter i wola, ambitny, opanowany i skryty - pisał w opinii o Rybaku w grudniu 1922 r. - Zna stosunki wojskowe i personalne, jak rzadko kto w wojsku. Pamięć wyśmienita. Człowiek o niespożytej pracy i umiejący zmusić innych do wielkich wysiłków. Charakter stworzony do dowodzenia, zepsuty przez długie użycie go w biurach, gdzie z powodu nieodpowiedniości jego charakteru do zajęcia nabył dużo cech nieprzyjemnych i dla dowódców, i dla podwładnych. Często się boję, że z tego powodu już przy dowodzeniu zawodzić zacznie. Już się zanadto przyzwyczaił do dowodzenia pośredniego, bez widzenia żołnierza, oficera i materiału wojennego. Z tego też powodu może być w operacjach nieśmiały i zanadto papierowy. Szkoda tego charakteru, być może, na zawsze zepsutego przez sztabową robotę. [...] Zwykle dość nie lubiany przez podwładnych. Jest to jeden z wybitniejszych oficerów, których otrzymaliśmy w dziedzictwie po armiach zaborczych". Ile w tej ocenie było wspomnień przeszłości, nie sposób określić. Na pewno Piłsudski miał dla Rybaka wiele szacunku i sympatii.

Pamiętniki generała Rybaka to publikacja szczególna. Należy do największych fałszerstw historycznych PRL. Sprawa ta jest złożona i niejednoznaczna. Głównymi fałszerzami pozostawali animatorzy całego przedsięwzięcia z kręgów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i PZPR. Było to wszakże oszustwo szczególnego rodzaju, bardzo charakterystyczne dla stylu uprawiania historii w minionym okresie.

Wspomnienia Rybaka były spisywane w Krakowie, najprawdopodobniej od końca 1949 oraz w 1950 r. Obszerne fragmenty Pamiętników ukazały się w 1951 r. w tygodniku "Świat" w Warszawie. Wydanie książkowe zostało przygotowane do druku w 1952 r. w Spółdzielni Wydawniczo-Oświatowej "Czytelnik". Z nieznanych bliżej powodów wstrzymano jednak druk książki. Nie można oprzeć się wrażeniu, że wydawcy czekali z publikacją Pamiętników do śmierci ich bohatera (Józef Rybak zmarł w Krakowie 8 maja 1953 r.). Jeszcze w 1952 r. zmieniono skład drukarski tekstu, redukując materiał ilustracyjny książki. Ostatecznie Pamiętniki generała Rybaka ukazały się w lutym 1954 r..

Przez wiele lat książka uchodziła za dzieło propagandy PRL. Historycy niechętnie powoływali się na nią, nie mogąc zweryfikować zawartych w niej treści. Stawiane na wyrost opinie o "niezwykłej bałamutności" Pamiętników, jako źródła historycznego, brały się z nieznajomości faktów oraz zachowanych dokumentów. Raził język Pamiętników, nieodpowiedni dla oficera armii austro-węgierskiej i generała Wojska Polskiego, oraz styl, pamfletu politycznego, jakim posługiwał się autor posłowia, Jan Kancewicz, tak charakterystyczny dla wczesnej epoki realnego socjalizmu. Obecnie, z perspektywy aktualnych ustaleń, należy w wielu miejscach oddać sprawiedliwość zarówno Rybakowi, jak i Kancewiczowi, który wziął odpowiedzialność, jako historyk, za prawdziwość publikowanego tekstu. W zakresie podjętego tematu Rybak dotknął zaledwie istoty problemu, mówiąc o związkach Piłsudskiego z oddziałem Sztabu Generalnego w Krakowie.

W warstwie informacyjnej Pamiętniki są w zasadzie prawdziwe, pomimo wielu przeinaczeń i potknięć merytorycznych. Z całą pewnością należy przypisać Rybakowi autorstwo większości przywołanych w tekście faktów, gdyż nikt inny ich nie znał, a komuniści nie dysponowali taką wiedzą historyczną, która pozwoliłaby im na podanie wielu szczegółowych informacji, które znalazły się w publikacji. Jednakże Pamiętniki spisywała osoba trzecia, która nadała tekstowi specyficzny charakter, fałszując tekst w warstwie stylistycznej.

Zastrzeżenia budzi również sam tytuł publikacji, podpowiadający autorstwo Rybaka. Od strony formalnej wszystko byłoby w porządku, gdyby tytuł uzupełniono o notę edytorską, z podaniem informacji o okolicznościach powstania Pamiętników i osobie lub osobach, które je opracowały. Brak tej adnotacji podważa dodatkowo wiarygodność tekstu, jako przygotowanego samodzielnie przez Rybaka.

Generalnie więc publikacja została sfałszowana, ale jej autorzy posługiwali się autentycznymi wypowiedziami Rybaka, które obudowali własnym komentarzem, odpowiadając na zapotrzebowanie propagandy komunistycznej. To jednak nie koniec. Najciekawszy wydaje się udział samego Rybaka w owym fałszerstwie.

Rybak wypowiadał się zapewne pod przymusem i presją psychiczną. Znalazł się w bardzo trudnej sytuacji osobistej, indagowany przez funkcjonariuszy MBP i PZPR, najpierw w więzieniu w Warszawie, a następnie, po wyjściu na wolność, poddany ścisłej inwigilacji w Krakowie. Nie był do końca szczery w swoich wypowiedziach, na co wskazują liczne niedopowiedzenia, wikłanie wątków, skrywanie wielu istotnych faktów z przeszłości. Wystarczy powiedzieć, że ukrył informacje o innej wydzielonej agenturze, obejmującej Partię Socjalistów-Rewolucjonistów. Nie trzeba dodawać, jaką burzę propagandową mogliby wywołać komunistyczni ideologowie Kremla, budujący mit dokonań bolszewickiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji, gdyby informacje te dostały się do ich wiadomości.

Niewątpliwie Rybak doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Był oficerem wywiadu o wybitnej inteligencji i niezwykle precyzyjnym umyśle. Specjalizował się w sprawach rosyjskich i polskich. Znał wagę faktów w walce politycznej. Wiedział, że prawda o powiązaniach Piłsudskiego z wywiadem Austro-Węgier wcześniej czy później wyjdzie na jaw. Można sądzić, że nie oceniał negatywnie dawnych kontaktów z Piłsudskim, gdyż faktycznie w niczym mu one nie ujmowały.

Ostatecznie Rybak wyszedł z tego pojedynku zwycięsko, wyprowadził w błąd swoich komunistycznych prześladowców, a nawet zakpił sobie z nich, podając np. fałszywy kryptonim kontaktu z Piłsudskim ("Konfident 'S' "). Z jednej strony musiał operować faktami, dając pozory dobrej woli i pełnej otwartości. Mówił o wielu nieznanych dotąd szczegółach współpracy z Piłsudskim, ale w taki sposób, że faktycznie zaciemniał obraz tych kontaktów. Z drugiej strony mógł dać świadectwo prawdzie, lecz tylko w zakamuflowanej formie. W rezultacie zdołał przemycić wiele wskazówek, które obecnie, po lekturze innych źródeł oraz odrzuceniu wszystkich przeinaczeń dokonanych przez osoby rejestrujące jego wypowiedzi, pozwalają dotrzeć do prawdy.

Na podstawie treści kierowanych do niego pytań przy spisywaniu wspomnień mógł łatwo określić stan wiedzy swoich interlokutorów o kontaktach wywiadowczych Piłsudskiego. Historycy, a właściwie propagandziści komunistyczni, nie znali podstawowych faktów, operowali ogólnikami. To mogło wówczas wystarczać, gdyż w zasadzie aparat propagandy PRL specjalizował się wyłącznie w zewnętrznych opisach zjawisk historycznych, bez wnikania w ich wewnętrzne przyczyny oraz istotne uwarunkowania. Przez to historiografia komunistyczna funkcjonowała w najbardziej karykaturalnej, wręcz tandetnej i odpustowej formie. Pamiętniki generała Rybaka wpisywały się w tę konwencję uprawiania historii. Z reguły wystarczała bowiem ogólna wymowa ideologiczna przypadkowo dobranych faktów i zdarzeń. Tak też rysował się obraz Piłsudskiego, jako agenta na usługach obcego wywiadu - wizerunek budowany według klasycznych wzorów propagandy komunistycznej, kwiecisty w formie, zwłaszcza językowej, ale pusty w treści. Zresztą Rybak wszystko zagmatwał do tego stopnia, że praktycznie bez dodatkowej dokumentacji nie było szans na rozhermetyzowanie jego przekazów informacyjnych. I oto chyba Rybakowi chodziło.

W ten sposób Rybak sam stawał się autorem największych deformacji tekstu Pamiętników. Na tyle utrudnił prawidłowe odczytanie i zrozumienie swoich wypowiedzi, że przez ponad czterdzieści lat Pamiętniki nie były wykorzystywane do badań naukowych, gdyż wydawały się niewiarygodne nawet dla badaczy komunistycznych wywodzących się z kręgów autorów fałszerstwa.

Jakkolwiek należy także pamiętać, że Rybak opowiadał o swojej służbie w armii austro-węgierskiej pod koniec życia, kiedy pamięć nie była już tak żywa, a ciężka choroba przykuwała do łóżka. Reszty dopełniały stylistyczne przeinaczenia redaktora "Gazety Krakowskiej" PZPR, Arnolda Mostowicza, który na polecenie Jakuba Bermana spisywał w Krakowie dyktowane przez Rybaka wspomnienia, wprowadzając wiele zwrotów właściwych ówczesnemu, partyjnemu stylowi *[Relacja Jana Kancewicza z 15 VI 1993 r. w posiadaniu autora. Warto przy tej okazji zauważyć, że Jakub Berman uchodził współcześnie za znawcę dziejów ruchu niepodległościowego. "Podsuwał" swoje "uwagi" Andrzejowi Garlickiemu - jak on sam odnotował -  przy pisaniu pracy o genezie Legionów Polskich. Andrzej Garlicki, Geneza legionów. Zarys dziejów Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, Warszawa 1964. s. 10, 276. Autor monografii KTSSN nie odwoływał się w swoich badaniach do Pamiętników generała Rybaka.]. Cenzura zaostrzyła też zapewne niektóre sformułowania. Rybak mylił się w wielu szczegółach, jednak podstawowe treści w zakresie podjętego tematu odpowiadają prawdzie. W świetle dostępnych źródeł wydają się może mało konkretne. Rzeczywisty obraz jest znacznie głębszy i szerszy.

Nie ma żadnych dowodów na to, że Rybak przechowywał u siebie po 1918 r. dokumenty urzędowe z czasów służby w HK-Stelle w Krakowie. W Pamiętnikach mówił jedynie o materiałach prywatnych, które później zniszczył. "Pod koniec 1929 roku - wspominał - postanowiłem nareszcie uregulować swoje stosunki z Piłsudskim i Sławkiem. Ze Sławkiem porozumiewałem się po raz drugi. Piszę 'po raz drugi', bowiem w styczniu 1919 roku zaproponowałem Sławkowi likwidację wszystkich łączących nas spraw z okresu krakowskiego. (...) Chodziło przede wszystkim o to, żeby ustalić, co i jak mówić o niektórych wydarzeniach, o których przecież ludzie na ogół wiedzieli, aby nie było rozbieżności między oświetleniem sprawy przeze mnie, przez Sławka czy przez innych. Wreszcie miałem także niektóre listy Sławka i Piłsudskiego, które nie były najlepszym dla nich świadectwem, jeśli nie kompromitacją. Wówczas w 1919 roku nie otrzymałem odpowiedzi na swoją propozycję. Nie ponawiałem jej przez 10 lat, uważając, że zrobiłem to, co do mnie należy. W 1929 roku zmieniłem jednak zdanie i napisałem list do Sławka [...], prosząc go, aby pofatygował się któregoś dnia o oznaczonej godzinie do mego mieszkania przy Alei Róż [w Warszawie - R. Ś.]". Wreszcie "zjawił się u mnie Sławek, jak zwykle ugrzeczniony i uniżony. W czasie rozmowy mówiłem mu o konieczności ustalenia niektórych spraw, co - mimo specjalnego nacisku, jaki położyłem na to zagadnienie - Sławek zbył dyplomatycznym milczeniem. Listy jego i Piłsudskiego zostały przez nas spalone i to właściwie był jedyny konkretny rezultat tej wizyty". Nie ma powodów, aby i tutaj nie wierzyć Rybakowi. Faktem jest, że materiały, o których wspominał, nigdzie nie były wzmiankowane, ale z góry można założyć, że takie w ogóle istniały.

Na jesieni 1949 r. Rybak był więziony przez władze bezpieczeństwa w Warszawie, został uwolniony po złożeniu zeznań o swojej współpracy z Piłsudskim. W Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie zachowały się kopie większości protokołów tych przesłuchań Rybaka. Wydał je w 1992 r. Piotr Stawecki, który zaprzeczył przyjętemu autorstwu Pamiętników generała Rybaka, porównując ich treść z tekstem Protokołów przesłuchań świadka. Faktycznie zaś zakwestionował w ogóle prawdziwość informacji zawartych w obu przekazach Rybaka. Wbrew zapowiedzi poddania rzetelnej ocenie wiarygodności Pamiętników na podstawie protokołów, autor nie przeprowadził rzeczowej krytyki wydawnictwa. Oparł się jedynie na własnym przeświadczeniu, że Rybak nie byłby w stanie napisać takiego "paszkwilu" na Piłsudskiego, z którym łączyły go więzy przyjaźni. Poza tym Pamiętniki ukazały się rok po śmierci Rybaka. Stawecki nie dopuszczał myśli, aby kontakty Piłsudskiego z Rybakiem miały specjalny charakter i obciążały Pierwszego Marszałka Polski współpracą wywiadowczą z jednym z zaborców. Rozstrzygając ten problem tłumaczył go sobie w kategoriach moralnych. Otóż - pisał, odpowiadając na pytanie "na czym polegała sensacyjność Pamiętników generała Rybaka? - Piłsudski "spotykał się i rozmawiał kilkakrotnie w latach 1912-1914 z Józefem Rybakiem w jego krakowskim mieszkaniu. Z jednej strony Piłsudski określany jako konfident o kryptonimie 'Stefan nr 2', z drugiej zaś Rybak - szef oddziału wywiadowczego austriackiej Komendy I Korpusu w Krakowie". "Ta część Pamiętnika generała Rybaka, przedstawiająca współpracę między nimi, jest najbardziej rozbudowana i stanowi paszkwil na Józefa Piłsudskiego i jego zwolenników. Na czym ten paszkwil polega? - pytał wcześniej - Najbardziej ogólnie rzecz traktując, Pamiętniki przedstawiają Józefa Piłsudskiego jako konfidenta armii zaborczej i sprawcę wielu nieszczęść Polski". "Dlaczego - pytał w końcu - Pamiętniki zostały opublikowane w czasie, gdy gen. Rybak nie żył? Odpowiedź może być tylko jedna. Wydawcy chodziło o to, aby ustami rzekomego autora udowodnić 'Pierwszemu Marszałkowi Polski - jak pisze Jan Kancewicz w posłowiu - zdradę i zaprzaństwo narodowe, poniżenie i upodlenie wobec panów' ". Stwierdzenia Staweckiego są gołosłowne. Autor nie korzystał z innych źródeł i nie ustosunkował się merytorycznie do głównych treści Pamiętników i Protokołów przesłuchań świadka. Podstawowe fakty obu tekstów zgadzają się ze sobą, o czym szczegółowo jest mowa w dalszej części pracy. Zasygnalizować można tutaj tylko najważniejszy.

Rybak ujawnił, że współpraca z Piłsudskim prowadzona była na zasadzie planowej operacji wywiadowczej, w ramach podstawowych struktur Biura Ewidencyjnego. Wystarczyło teraz znać kryptonim tej operacji i odnaleźć właściwe archiwum, aby odkryć całą tajemnicę. Właściwy kryptonim stanowił bowiem niezbędny klucz do poszukiwań śladów archiwalnych współpracy Piłsudskiego z wywiadem Austro-Węgier. Były szef HK-Stelle w Krakowie podawał błędnie kryptonim operacji - "Konfident 'S' ", albo "Akcja 'S' ", jako możliwy skrót od określenia "socjalista" lub używanego zamiast tego określenia pseudonimu, czy przezwiska konspiracyjnego, przypisanego pierwotnie Piłsudskiemu - "Stefan". W rzeczywistości, jak już wspomniałem, został przyjęty kryptonim "Konfident 'R' ", w skrócie "R", od określenia "Revolutionär" (rewolucjonista) lub "revolutionär" (rewolucyjny), albo "Revolution" (rewolucja). Kryptonim operacji "Konfident 'R' " był jednocześnie oznaczeniem zbiorowej agentury Piłsudskiego w ramach struktur wywiadowczych Biura Ewidencyjnego. Dla bezpośredniego kontaktu operacyjnego między Rybakiem a Piłsudskim i jego współpracownikami przyjęto hasło-pseudonim "Stefan". Nasuwa się pytanie o powody, dla których Rybak zataił właściwe brzmienie kryptonimu jednej z najważniejszych operacji wywiadowczych służb specjalnych Austro-Węgier na ziemiach polskich, którą osobiście prowadził z ramienia Rongego. Należy wątpić, że nie pamiętał tak ważnego szczegółu ze swego życia. Doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji wyjawienia prawdziwego kryptonimu operacji. Chodziło zapewne o utrudnienie Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego ewentualnych poszukiwań archiwalnych. Bez właściwych dokumentów problem kontaktów Piłsudskiego z wywiadem Austro-Węgier pozostawał wciąż w sferze domysłów i hipotez, które wspierały jedynie późniejsze, subiektywne relacje uczestników tamtych wydarzeń.

Pamiętniki generała Rybaka wywołały zasadniczo krytyczną reakcję ze strony emigracji polskiej, która także nie zdobyła się na merytoryczny osąd zawartych w nich treści. "Publikacja - pisał Michał Sokolnicki, oddając stanowisko kół dawnych współpracowników Piłsudskiego - należy do kategorii prac najemnych". Jej celem "jest najwidoczniej zohydzić niedawną niepodległą przeszłość polską, zapewne, aby późniejszą niewolę w jarzmie bolszewickim wytłumaczyć i uczynić strawną. Pamiętniki Rybaka wymierzone są specjalnie przeciw Piłsudskiemu, usiłując go poniżyć i spotwarzyć. (...) Zarówno sam tak oczywiście ujawniony cel tej książki, jak jej forma i styl, utrudniają poważne jej traktowanie, a pomieszanie dat, nieścisłość w szczegółach, czynią ją niegodną zaufania". Pamiętniki "składają się w znacznej mierze z przeinaczeń, zmyśleń i insynuacji, zwróconych przeciw Piłsudskiemu i przeciw Polsce. Na każdej prawie stronie czuć ciężką rękę i pilną kontrolę rozkazodawców". Poglądy te najlepiej oddają sposób uprawiania historii przez osoby związane z "białą legendą" Piłsudskiego, przyznające sobie monopol głoszenia "prawdy" o Piłsudskim. O wiele spokojniej Pamiętniki zostały przyjęte przez środowisko na ogół obiektywnych "Wiadomości" londyńskich. "W związku z tajemniczą śmiercią gen. Włodzimierza Zagórskiego - pisał Tadeusz Machalski - krążyły w otoczeniu gen. Józefa Rybaka (...) pogłoski, że chcąc uniknąć podobnego losu, złożył swoje rzekomo kompromitujące Piłsudskiego pamiętniki w jednym z banków w Szwajcarii, z tym, iż w razie jego śmierci miały być natychmiast ogłoszone, i że tym sprytnym pociągnięciem osiągnął to, że ci, co czyhali na jego życie, w obawie kompromitacji byli teraz sami najbardziej zainteresowani, by mu się nic złego nie stało. Pamiętniki te wydano po wojnie i, jak się okazuje, nie zawierają one niczego, co by mogło przynieść Piłsudskiemu ujmę. (...) Pamiętniki Rybaka ukazują osobistą bezinteresowność i stanowczość Piłsudskiego, z jaką, wpatrzony w wizję przyszłej Polski, bronił swoich postulatów (...)".

Rybak powołuje się w wielu miejscach na Sławka, jako swego głównego, obok Piłsudskiego, rozmówcę ze strony PPS i ruchu niepodległościowego w Galicji. Sławek również pisał otwarcie o tych kontaktach, jednakże bez szczegółów. Podobnie wypowiadał się sam Piłsudski. Poza Poprawkami historycznymi temat zbywał w kilku zaledwie zdaniach. Tadeusz Pelczarski opublikował list Piłsudskiego z 22 VIII 1914 r. do ppłk. Jana Nowaka, delegowanego oficera Biura Ewidencyjnego do spraw oddziałów polskich, w którym Komendant wypowiedział zawarte wcześniej umowy wywiadowcze.

Należy zaznaczyć, co częściowo było już sygnalizowane, że w pracy przywołano tylko te przekazy z materiałów wspomnieniowych Rybaka, Sławka i Piłsudskiego, które mieściły się w ogólnym toku wywodów i znajdowały przynajmniej zdawkowe potwierdzenie w innych źródłach. Wiele wątków pominięto, gdyż autor nie był w stanie ich zweryfikować. Zresztą pierwszorzędne znaczenie miały zwykle dokumenty z "teczki Rybaka", a cytowane wypowiedzi, przede wszystkim Rybaka i Sławka, zostały wprowadzone do tekstu na zasadzie plastycznej ilustracji zasadniczych wątków narracyjnych książki.

Dla porządku warto również odnotować broszurę polityczną Ryzykanci Edwarda Ligockiego, pisarza i działacza politycznego prawicy, związanego z wywiadem austriackim, niemieckim i francuskim w okresie I wojny światowej, zaś w ostatnich latach Drugiej Rzeczypospolitej współpracownika na terenie francuskim polskiego Oddziału II Sztabu Głównego. "Twórcy 'Strzelca' (Józef Piłsudski i Walery Sławek - R. Ś.] - pisał - obiecywali daleko idącą lojalność w stosunku do Austrii i wstępowali w bezpośrednią zależność od tzw. K[undschafts]-Stelle (wydziału wywiadowczego)". Sławek "imieniem PPS i Piłsudskiego zaproponował Austrii usługi wywiadowcze na terenach cesarstwa rosyjskiego. Sławek I Mlmiflwkl Hyli szefami wywiadu, a szefem szefów był kapitan Szt|alm| (lrn|rnilncgo| austriackiego przy komendzie Korpusu w Krakowie Rybak [...]. Nie dziwi wiedza Ligockiego, która wykraczała poza zakres dostępnych współcześnie informacji, jeśli weźmie się pod uwagę jego współpracę z krakowską ekspozyturą Biura Ewidencyjnego i bezpośredni kontakt z jej kierownikiem, majorem Morawskim, co skrzętnie ukrywał przez całe życie.

Badania nad powiązaniami Piłsudskiego z wywiadem austriackim określał nie tylko stan zachowania dokumentacji centrali i placówek terenowych Biura Ewidencyjnego oraz ograniczenia w dostępie do istniejącej bazy źródłowej, ale również podejście do całego zagadnienia, przeszkadzające w ujęciu problemu historycznie, bez emocji i podtekstu ideologicznego. Temat ten przed wojną celowo przemilczano, albo skrywano za zasłoną współpracy wojskowej Piłsudskiego z Austro-Węgrami. Kult i oddanie dla Piłsudskiego były wszak nieodłącznymi składnikami ideologii państwowej, przyjmującej "białą legendę" Pierwszego Marszałka Polski za obowiązującą wykładnię genezy niepodległości. Późniejsza literatura na wychodźstwie budowała mit Komendanta jako "rycerza bez skazy" i jeśli już pisano o tych drażliwych kwestiach, to w takim ujęciu, jak gdyby wywiad austriacki zabiegał o układy z Piłsudskim, a nie odwrotnie. Działacze emigracji, wywodzący się z obozu narodowego, posiłkowali się "czarną legendą" Piłsudskiego, obciążając go współpracą z wywiadami Austro-Węgier i Niemiec. Propaganda komunistyczna chciała natomiast zdyskredytować działalność niepodległościową Piłsudskiego i jednostronne ukazanie wątku współpracy wywiadowczej z Austro-Węgrami wydawało się nadawać do tego znakomicie. Historiografia komunistyczna spełniała bowiem, jak już wspomniałem, ważne funkcje ideologiczne w budowaniu wizerunku PRL, jako państwa tzw. sprawiedliwości społecznej i bez obciążeń klasowych. Miała wykreować obraz przeszłości, który pasowałby do założeń programowych i podstaw "ludowej" władzy reżimu.

W tym błędnym kole historycy, którzy dotykali prawdy, uchodzili za piszących na rzecz propagandy PRL, bo ich prace miały uzasadniać pseudo-doktryny frazeologii marksistowsko-leninowskiej; służyły gloryfikacji "dokonań" lewicy społecznej, której Piłsudski tylko "przeszkadzał" w urzeczywistnianiu ideałów socjalistycznych albo komunistycznych (jedynie "słusznych" i "prawdziwych") oraz osiągnięciu "wolności" klasowej niższych grup społeczeństwa, a później, w II Rzeczypospolitej, w procesie tzw. demokratyzacji polskiego życia politycznego i ustroju państwa. Inna sprawa, że publikacje te nie wnoszą nowych treści w obrębie tematu, prezentują wyniki badań z lat sześćdziesiątych i powtarzają ustalenia źródłowe Arskiego i Chudka.

Własny punkt widzenia i aktualny stan wiedzy w zakresie poruszanej problematyki wzmiankują publikowane przeze mnie wcześniej szkice. Warte odnotowania są tutaj również prace Włodzimierza Suleji, odcinającego się wyraźnie od tradycji historiografii komunistycznej, chociaż sam autor nie wychodzi poza szeroko znane fakty i ogólnikowe stwierdzenia *[Włodzimierz Suleja, Józef Piłsudski Wrocław 1995; idem. Austriacki "agent" [w:] Zbigniew Fras, Włodzimierz Suleja, Poczet agentów polskich, Wrocław 1995, s. 101-110.]. Podobny charakter poznawczy mają ostatnie, bardzo przy tym powierzchowne i pozbawione walorów naukowych, publicystyczne wypowiedzi Mieczysława Pruszyńskiego *[Mieczysław Pruszyński, Tajemnica Piłsudskiego, Warszawa 1996.] i Bohdana Urbankowskiego *[Bohdan Urbankowski, Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg, t. I-II, Warszawa 1997.], zawierające apologię Piłsudskiego.

Rosyjskie poglądy na sprawy polskie, w kontekście działań na tajnym froncie austriackim i niemieckim, oddają wspomnienia ppłk. Pawła Pawłowicza Zawarzina, szefa Ochrany warszawskiej w latach 1906-1910, oraz raporty płk. Konstantina Głobaczewa, kierownika oddziału warszawskiego Ochrany od 1910 do 1912 r., i ppłk. Piotra Samochwałowa, zastępcy szefa Ochrany warszawskiej w latach 1907-1908, a następnie kierownika oddziału kijowskiego Ochrany.

Historiografia obca nie wniosła istotnych treści do tematu kontaktów Piłsudskiego z wywiadem austriackim i niemieckim. Pewne znaczenie mają prace ogólne z historii służb specjalnych Austro-Węgier i Niemiec.

Problem kontaktów wywiadowczych polsko-niemieckich w badaniach naukowych

Centralną placówką wywiadowczą niemieckiego Abteilung III B Naczelnego Dowództwa (Oberste Heeresleitung - OHL) na okupowanych ziemiach polskich był oddział Tajnej Policji Polowej (Geheime Fledpolizei) przy Generał-Gubernatorstwie w Warszawie - Zentralpolizeistelle Warschau (1915-1918). Wcześniej sprawami polskimi z ramienia Sektion III B Sztabu Generalnego zajmował się oficer sztabowy, wyszkolony w procedurach wywiadu (Nachrichtenoffzier), delegowany do dowództwa VI korpusu (1910-1914), a następnie 9 armii niemieckiej we Wrocławiu (1914-1915), jako oficer Abteilung III B OHL. Wrocławska ekspozytura Nachrichtendienstu prowadziła w zasadzie tzw. wywiad płytki w przygranicznym pasie Królestwa Polskiego. W okresie poprzedzającym wybuch wojny służby wywiadu wrocławskiego korpusu, którymi kierował od 1912 r. kpt. Gudowius, a następnie kpt. Lüders, przystąpiły do intensywnego rozpoznania całego Królestwa Polskiego. Placówka działała w bezpośredniej łączności z HK-Stelle w Krakowie (pod kryptonimem "Julia"), ale nie miała takich kompetencji i prerogatyw, jak jednostka austriacka. W kwestiach wyższej wagi, o strategicznym charakterze, albo w zakresie zagadnień politycznych prowadzonych operacji specjalnych decydował osobiście szef Sektion III B, a następnie Abteilung III B, płk Walter Nicolai (1913-1918). Urząd Centralny Policji w Warszawie przejął zakres prac kpt. Lüdersa. Najważniejsze materiały wywiadu niemieckiego z Królestwa Polskiego - akta defensywy szpiegowskiej wywieziono do Niemiec - już po przewrocie w Berlinie i kapitulacji na froncie, gdy władzę w Warszawie objął Piłsudski, w ramach spełnienia umów z niemiecką Radą Żołnierską i posłem Harrym Kesslerem o ewakuacji niemieckich władz okupacyjnych. Akta te przepadły bez wieści, nigdy nie zostały ujawnione działania wywiadu i agentury niemieckiej w Polsce w okresie przed 1918 r.

Na jesieni 1914 r. Piłsudski podjął próbę nawiązania kontaktów wywiadowczych z Abteilung III B, dążąc do odrzucenia kurateli politycznej Austro-Węgier i oparcia swoich zamierzeń bezpośrednio o Niemcy. Pomostem do nawiązania ściślejszych kontaktów politycznych miała być i w tym wypadku współpraca wywiadowcza i wojskowa, prowadzona za fasadą Polskiej Organizacji Narodowej. Wobec braku zainteresowania Niemiec w rozwijaniu stosunków politycznych z polskim ruchem niepodległościowym, próba ta zakończyła się niepowodzeniem.

Do tej części pracy dysponujemy niemal wyłącznie dokumentami PON, zebranymi przez Michała Sokolnickiego, głównego, obok Jodki-Narkiewicza, negocjatora porozumień i uczestnika rozmów z Niemcami z ramienia Piłsudskiego. W zbiorach Archiwum Akt Nowych w Warszawie oraz Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku zachowała się w odpisach podstawowa korespondencja, a także materiały z konferencji Piłsudskiego, Jodki-Narkiewicza i Sokolnickiego z dowództwem 9 Armii i szefem wywiadu niemieckiego na Królestwo Polskie w tym czasie, kpt. Lüdersem. Dokumentacja ta została zawarta w raporcie zbiorczym Sokolnickiego o kontaktach Piłsudskiego i PON z komendą 9 Armii niemieckiej w okresie 27 IX - 3X1 1914 r. Sprawozdanie Stosunki z wojskiem niemieckim napisał w czterech jednobrzmiących egzemplarzach, trzech numerowanych i jednym nienumerowanym, który, wraz z egzemplarzem nr 2, pozostawił w swoich zbiorach. Egzemplarz nr 3 trafił do archiwum PON. Nieznane są losy egzemplarza nr 1, który w załączeniu zawierał w większości oryginały dokumentów. Fragment korespondencji Piłsudskiego do Lüdersa znalazł się w aktach Świtalskiego w Archiwum Akt Nowych. Inne dokumenty Polskiej Organizacji Narodowej przechowywane są także w AAN, w tym tzw. Dziennik PON, zawierający zapiski Jodki-Narkiewicza z okresu od 7 VIII do 30 X 1914 r..

Dokumentację PON uzupełniają materiały dotyczące Oddziału Wywiadowczego I Brygady Legionów Polskich (VIII 1914 - V 1915), współpracującego z placówkami HK-Stelle armii austro-węgierskiej. Bardzo skąpe informacje źródłowe nie pozwalają na pełne przedstawienie dziejów biura wywiadowczego Piłsudskiego, za jakie uchodził Oddział Wywiadowczy I Brygady. "Oddział nasz - pisał Roman Starzyński kilka miesięcy po likwidacji Oddziału Wywiadowczego I Brygady - należy do kategorii tych działów służby, o których można by napisać całe księgi, ale o których dziś najlepiej nie mówić wcale. Może kiedyś znajdzie się historyk, który oceni cały nakład poświęcenia, odwagi, zaparcia się siebie, jaki my włożyliśmy w służbę sprawy ojczystej; najpewniej jednak nie znajdziemy go wcale, bo losy nasze cechują bezimienność i brak ujawnienia, choć często stanowiły one nerw całych działań". Podstawowy zbiór dokumentów Oddziału Wywiadowczego I Brygady zaginął. Dochowały się jedynie pozostałości pierwotnego archiwum w zbiorze akt Naczelnego Komitetu Narodowego w Krakowie, przy dokumentacji Oddziału Wywiadowczego Departamentu Wojskowego NKN.

Materiały te dopełniają nieliczne wspomnienia członków Oddziału Wywiadowczego: Romana Starzyńskiego i Aleksandry Piłsudskiej, Zofii Zawiszanki oraz Janiny Benedek, Wandy Piekarskiej, Marii Rychter, Wandy Filipkowskiej, Hanny Rzepeckiej i Dionizy Lipińskiej w zbiorze wspomnień Wierna służba, a także działaczek sekcji wywiadowczej POW: Marii Kwiatkowskiej, Jadwigi Barthel de Weydenthal, Wacławy Borkowskiej, Zofii Budzińskiej i Janiny Szymańskiej w tym samym zbiorze.

Bardzo przydatne dla ukazania zewnętrznych uwarunkowań akcji Piłsudskiego są publikowane dokumenty Urzędu Spraw Zagranicznych Rzeszy oraz pamiętniki osób, które stanowiły w tym czasie o polityce i planach wojennych Niemiec i Austro-Węgier, przede wszystkim kanclerza Theobalda von Bethmann Hollwega, marszałka Paula von Hindenburga und Beneekendorffa, gen. Ericha von Ludendorffa i gen. Ericha von Falkenhayna.

Problem współpracy Piłsudskiego z wywiadem niemieckim w ogóle nie został zauważony przez historyków. Szeroko opisywano tylko działania polityczne i wojskowe Piłsudskiego, walki Strzelców i Legionów Polskich w pierwszych miesiącach wojny. Irena Pannenkowa ogłosiła niektóre dokumenty ze zbioru Sokolnickiego Stosunki z wojskiem niemieckim. Najwięcej miejsca sprawom PON poświęcili w swoich pracach Stefan Migdał i Felicja Figowa. Do historii legionowej służby wywiadowczej nawiązują sondażowe przyczynki Jerzego Gaula, rozpoznające powierzchownie i wycinkowo źródła historyczne oraz poruszaną problematykę.

Kwestie polityki Niemiec w okresie I wojny światowej, z dokładnym naświetleniem genezy programu wojennego, w nawiązaniu do spraw polskich, oddają prace Wernera Conze, Fritza Fischera i Heinza Lemke.

* * *

Książka stanowi publikację rozprawy doktorskiej Józefa Piłsudskiego współpraca z wywiadem Japonii, Austro-Węgier i Niemiec. Studium kształtowania się agentury wpływu mocarstw w polskim ruchu wolnościowym (1904-1915) [Joseph Piłsudski s cooperation with the Japanese, Austro-Hungarian and German intelligence services. A study on the development of agencies of influence of foreign powers within the Polish freedom movement during 1904-1915), przyjętej w czerwcu 1997 r. na Wydziale Filologiczno-Historycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Zawiera wyniki badań prowadzonych przeze mnie od 1987 r., kiedy to podczas kwerendy archiwalnej w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku przypadkiem natrafiłem na ową "teczkę Rybaka". Początkowo nie byłem w stanie prawidłowo rozczytać zawartej w zbiorze dokumentacji. Podobnie rzecz się miała z papierami "Sprawy 'Wieczoru' ". Dopiero szeroki ogląd materiałów zgromadzonych w archiwach krajowych oraz uzupełniające poszukiwania źródłowe w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku w 1990 r. dały podstawy do postawienia problemu badawczego.

Wstępna analiza zachowanych materiałów źródłowych sugerowała radykalne przewartościowania przynajmniej niektórych ustaleń, obowiązujących od wielu lat w biografistyce Piłsudskiego. Fragmentaryczna dokumentacja długo nie pozwalała wszakże na weryfikację zawartych w niej informacji. Z tym większą ostrożnością należało formułować ostateczne stwierdzenia i ogólne konkluzje. Przy rozpatrywaniu podobnych zagadnień prawie nigdy nie ma bowiem wystarczających danych wywiadowczych na poparcie definitywnych ocen. Ta myśl ciążyła na pierwszych próbach ustalenia faktów, lecz także wskazywała kierunki dalszych tropów. Zrozumiałe, że podjęcie tajnych akcji politycznych z udziałem Piłsudskiego nie mogło nastąpić bez wyraźnych rozkazów oraz uprzedniej zgody najwyższych czynników władzy w państwach budujących poufne związki z Polakami, co wymagało koordynacji działań różnych agend rządowych, a udział tajnych służb w realizacji tych porozumień mógł być możliwy wyłącznie na podstawie specjalnych dyrektyw wywiadowczych. Ponieważ działania wywiadu uzupełniają zwykle prowadzoną równolegle politykę, należało określić jej zamierzenia i horyzonty tam, gdzie łączyły się z osobą Piłsudskiego i reprezentowanym przez niego ruchem wolnościowym. Wnikliwe rozpatrzenie nasuwających się zależności pozwalało uchwycić momenty decydujące w całym zagadnieniu, a następnie ich naukowe opracowanie.

Przy pisaniu pracy zamierzałem odejść od tradycji schematów opracowań naukowych, trudnych w lekturze poza wąskim gronem specjalistów, chcąc uczynić tekst bardziej przystępnym dla możliwie najszerszego kręgu Czytelników. Starałem się ukazać określone uwarunkowania oraz dalekie implikacje przywołanych faktów przez ich możliwie najszerszą charakterystykę i personalizację, czego konsekwencją było rozbudowanie części dokumentacyjnej w przypisach, jak również włączenie bliższych opisów niektórych miejsc i sytuacji, a także podanie informacji biograficznych wybranych postaci, co często łączyło się z podejmowaniem odrębnych badań.

Zewnętrzną oprawę dla całego opisu stanowi tytuł książki. Lodową ścianą chciałem przybliżyć te zasadnicze myśli, które przy powstawaniu pracy wiązały całą problematykę, mogąc w ten sposób wydobyć, jak sądzę, jeden z ważniejszych wątków, odnoszący się w ogólności do przedstawionego ogromu przeszkód, obojętności i barier w realizacji założonych różnych celów, często przeciwnych, oraz realnych możliwości ich przezwyciężenia, jak również skłonić do chłodnej i beznamiętnej analizy zawartej w książce treści, tak jak Piłsudski i wchodzący z nim w układy przedstawiciele obcych wywiadów traktowali wszelkie zjawiska polityczne, o które wspólnie się ocierali. Wyjaśnienie głównego przesłania książki pozostawiam wszakże Czytelnikowi.

Swoje racje przedstawiam na płaszczyźnie merytorycznej podjętego problemu badawczego. Moim zamiarem była prezentacja własnej wizji historiografii dotyczącej nie tylko Piłsudskiego, przeciwnej standardom wyrosłym w PRL, ale także przedstawienie specyfiki problematyki wywiadowczej, która w przeszłości wiązała sprawy polskie. Mam nadzieję, że Czytelnik sam będzie mógł rozstrzygnąć główne kontrowersje historyczne, które łączą się z opisywaną problematyką, i oceni, na ile książka stanowi alternatywę wobec wciąż jeszcze żywych tradycji powierzchownego i instrumentalnego podchodzenia do przedmiotu historii, skłaniając w ogóle do refleksji nad kondycją historiografii dziejów najnowszych Polski.

Słowa podziękowania należą się wielu osobom, które istotnie przyczyniły się do powstania książki, okazując pomoc merytoryczną i praktyczną oraz wsparcie duchowe, niezbędne w każdym procesie tworzenia.

Szczególne wyrazy wdzięczności winien jestem nieżyjącym już Wacławowi Jędrzejewiczowi, Janinie Świtalskiej i Wandzie Broniewskiej, rozmowy z którymi dawały mi niepowtarzalną okazję uchwycenia atmosfery życia, pracy i służby oraz klimatu politycznego w najbliższym otoczeniu Piłsudskiego, tak w bieżącej działalności publicznej, jak i w codzienności prywatnej. Impuls do głębszych poszukiwań źródłowych stanowiły zwłaszcza rozmowy z Wacławem Jędrzejewiczem, który często podkreślał w nich, że "Piłsudski nigdy nie bał się prawdy".

Odrębne miejsce w tych podziękowaniach przysługuje Pawłowi Piotrowi Wieczorkiewiczowi, który bardzo aktywnie wspierał moje wysiłki naukowe i udzielał poparcia na terenie Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, mając zawsze odwagę głosić swoje poglądy.

We wdzięcznej pamięci pozostaną również Czesław Karkowski i Jerzy Prus, dawni dyrektorzy Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku oraz jego wieloletni prezes, nieżyjący już, Stanisław Jordanowski, a także były sekretarz, Wojciech Budzyński, i obecny dyrektor, Janusz Cisek, jak również Maryla Janiak z Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, którzy pomagali mi praktycznie przy prowadzeniu badań i w poszukiwaniach archiwalnych za Oceanem. Podobną rolę odegrał w kraju Tadeusz Krawczak, za co jestem równie zobowiązany.

Wiele przemyśleń nad problemem obiektywności i wartości badań naukowych dotyczących spraw Polski dały mi rozmowy w grupie młodych zachodnich historyków: Laury Crago, Mieczysława Rozbickiego, Laurence Weinbauma i Michihiro Yasui.

W ostatnim okresie pisania książki dużą rolę w formułowaniu myśli odegrał Konstanty Miodowicz, po rozmowach z którym mogłem znacznie wyostrzyć swoje poglądy, co znalazło swój wyraz w wielu ważnych miejscach tekstu. Dziękuję za pomoc.

Słowa uznania i podziękowania przekazuję także Tadeuszowi Stegnerowi i Romanowi Wapińskiemu, dzięki którym stało się możliwe przeprowadzenie mojego przewodu doktorskiego w Uniwersytecie Gdańskim, bo nie miałem okazji do przedstawienia swoich racji naukowych w Instytucie Historycznym UW, w którym praca powstała.

Wreszcie, jestem bardzo zobowiązany mojej najbliższej rodzinie za oddanie, wyrozumiałość i dzielenie ze mną wszystkich trosk.

Warszawa, w lipcu 1997 r.

 

 

 

 

Rozdział I

 

Organizacja "Wieczoru"

 

Długoletnia niewola zostawiła po sobie rozległe bagna i trzęsawiska.

Józef Piłsudski

 

Z genezy myśli politycznej PPS

U progu XX wieku dla większości społeczeństwa polskiego zamysły niepodległościowe zamarły w barwnej lecz tragicznej legendzie walk wyzwoleńczych mijającego stulecia. Przez wiele dziesięcioleci interesy polskiej społeczności były podporządkowane racji stanu zaborców, wytwarzając niemal powszechnie nastroje "trójlojalizmu", a w najlepszym wypadku dążności do wzmocnienia sił narodowych przez "pracę organiczną". W każdym z trzech zaborów ugrupowania polityczne Polaków przystosowywały swoją taktykę do wprowadzanego systemu władzy. Zanikająca świadomość ucisku politycznego prowadziła w konsekwencji do stopniowego zanikania świadomości własnych dążeń narodowych i odrębności politycznej.

Z tymi nastrojami przygnębienia i apatii próbowały walczyć niewielkie zastępy uczestników tajnych sprzysiężeń oraz organizacji rewolucyjnych, podburzając do rewolty przeciwko panującemu porządkowi społecznemu i politycznemu. Grupy te skupiały w swoich szeregach zaledwie kilka tysięcy osób i nie były w stanie szerzej oddziaływać na nastroje społeczeństwa. Toteż niektóre organizacje rezygnowały z programu stricte niepodległościowego.

Narodowa Demokracja porzuciła hasła powstańcze, zamierzając realizować program wyzwolenia narodowego, na razie w ramach państwowości rosyjskiej. Zdobycie pełnej suwerenności politycznej odkładano na dalszy okres. "W dzisiejszym położeniu - pisał Roman Dmowski w maju 1902 r. -  polityka narodowa musi, o ile to jest możliwe, zostawiać sobie wszystkie drogi otwartymi, wobec tego, że żadna nie jest pewną; musi być możliwie wolną od wszelkich złudzeń i upokorzeń, ażeby umiała każdą sprzyjającą okoliczność na korzyść sprawy narodowej wyzyskać. Nie może ona pchać narodu całą siłą na jedną drogę, gdy to jest połączone z zamknięciem mu dróg innych; nie może stawiać na kartę mniejszej lub większej ilości dobra narodowego dla jakiejś powziętej z góry myśli. Słowem, musi ona więcej, niż kiedykolwiek, być realną polityką interesu narodowego, nie zaś polityką oderwanych kombinacji, musi być działaniem dla ojczyzny, nie dla doktryny". Przywódca obozu narodowego zwracał się frontem przeciwko Niemcom. Nie rezygnował przy tym z walki z Rosją, ale tylko wewnątrz systemu władzy caratu. Był zdeklarowanym przeciwnikiem ruchów rewolucyjnych, dając niewielkie szanse powodzenia rewolucji rosyjskiej.

Dla kierownictwa Ligi Narodowej podjęcie walki zbrojnej wydawało się niemożliwe do zrealizowania w bliższej perspektywie. Zastąpiono ją dążeniem do zdobycia możliwie największej samodzielności narodowej w ramach istniejących struktur państwowych. Koncepcja ta zakładała wyodrębnienie, tak w sferze świadomościowej ogółu społeczeństwa, jak i w jego działalności praktycznej, polskich interesów politycznych, gospodarczych i kulturalnych, przede wszystkim w zaborze pruskim i rosyjskim. Ziemie polskie pod panowaniem Rosji uważano za najważniejszy teren dla polityki narodowej, umożliwiający w ogóle prowadzenie takiej akcji. Obóz narodowy chciał się uważać w społeczeństwie polskim za spadkobiercę idei oporu. Wszelkie wypowiedzi sugerujące przeciwstawienie się zaborcy własnym orężem były jednak mistyfikacją, obliczoną na zdobycie nowych rzesz zwolenników. Skonkretyzowany programowy postulat walki o zjednoczenie i niepodległość ziem polskich został wytyczony dopiero kilkanaście lat później. Kierownictwo obozu narodowego sprzeciwiało się konsekwentnie idei powstania zbrojnego. "Gdybyśmy istotnie nie dorośli do prowadzenia systematycznej, obliczonej na długie lata walki z rządem - przekonywał Dmowski na łamach 'Przeglądu Wszechpolskiego' w kwietniu 1904 r. - gdyby wszelka organizacja działalności nielegalnej miała doprowadzić fatalistycznie do wybuchu powstania, to zaiste lepiej by było starać się pozostać w granicach możliwie legalnych, powstrzymać się od wszelkiej szerszej pracy zorganizowanej na drodze tajnej. [...] Dziś powstanie w stylu [18]63 r. jest absolutną niemożliwością, za to możliwą i konieczną jest stała walka ze szkodliwymi dla narodu prawami, a właściwie z bezprawiem rządu. Wprawdzie po Londynach i Paryżach fabrykuje się bardzo szczegółowe, aż do drobiazgów wykończone programy powstańcze, ale to robią socjaliści, którzy zagranicą, jak Polska wygląda, robią to na użytek czwartoklasistów, którym potrzeba 'dalej idących' zamiarów".

Niepodległość stawała się celem odległym, osiągalnym jedynie w sferze ideału. "Dzisiejszy stan i położenie naszego narodu - głosił Program Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego w zaborze rosyjskim ogłoszony w 'Przeglądzie Wszechpolskim' w październiku 1903 r. - nie przedstawia warunków zbrojnej lub dyplomatycznej akcji na rzecz niepodległości ani nawet bezpośredniego takiej akcji przygotowania. Wobec tego Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe bierze za punkt wyjścia swej działalności istniejące stosunki i układ prawno-państwowy i stawia sobie za cel zdobycie w każdym z trzech zaborów stanowiska zapewniającego żywiołowi polskiemu możliwie największą samodzielność narodową, odpowiadającą jego przyrodzonej i historycznej odrębności, jak najszerszy rozwój sił narodowych i wszechstronny postęp ekonomiczny, cywilizacyjny i polityczny - a tym samym zbliżającego go do osiągnięcia w przyszłości niepodległego bytu". Podobne postulaty zaczęli również głosić liberałowie, aż w końcu wystąpili z własnym programem autonomii dla Królestwa Polskiego (II-IV 1904), szukając wszakże wsparcia dla swoich dążeń w Polskiej Partii Socjalistycznej.

Pełnym głosem dążenia wolnościowe manifestował tylko nielegalny ruch socjalistyczny w Królestwie Polskim, grupujący działaczy z Polskiej Partii Socjalistycznej. Początkowo postulat niepodległości oznaczał jedynie formułę działania praktycznego w warunkach konspiracji rewolucyjnej, wyrażającą nieprzejednanie wrogi stosunek do caratu, ale bez jej konkretyzacji w formie aktualnego celu politycznego. PPS - jak to określał później Leon Wasilewski - przechodziła ewolucję "od teoretycznego niepodległościowego wyznania wiary do praktycznego organizowania walki zbrojnej z caratem", spychając na dalszy plan elementy przemian społecznych, wskazane w programie partii.

Piłsudski dość szybko wyrósł na przywódcę i głównego rzecznika programu niepodległościowego PPS. Założonych celów programowych partii nie traktował w kategoriach doktrynalnych, co ułatwiało mu dopasowywanie działań do zmieniającej się sytuacji politycznej, w tym aktualnego położenia kwestii polskiej. Przez wiele lat zasiadał w Centralnym Komitecie Robotniczym, kolegialnym organie władzy PPS. którego decyzje podporządkował sobie niemal od początku. Zdobył silną pozycję w stosunkach z Centralizacją Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich w Londynie, faktycznego kierownictwa organizacyjnego PPS zaboru rosyjskiego oraz oficjalnego reprezentanta interesów partii na emigracji. Pozycja ta uległa wzmocnieniu po przyłączeniu się ZZSP do ogólnej organizacji PPS pod koniec 1899 r., kiedy Centralizację ZZSP zastąpił Komitet Zagraniczny PPS. Dominujące stanowisko Piłsudskiego w PPS nie zależało od pełnionych przez niego funkcji, a wynikało raczej z osobistych stosunków i przyjaźni w gronie kilku najstarszych działaczy partyjnych w kraju i na emigracji, do których zaliczali się: Witold Jodko-Narkiewicz *[Witold Jodko-Narkiewicz (1864-1924) - jeden z najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego, członek I i II Proletariatu. 1886 studia w Wurzburgu i 1887-1889 w Paryżu, doktor praw, 1892 jeden z głównych organizatorów i sekretarz zjazdu paryskiego socjalistów polskich, współzałożyciel Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich w Londynie, 1895-1897 członek Centralizacji ZZSP, uczestnik I (1894), II (1895), III (1896), IV (1897) i VI (1899) Zjazdu ZZSP (przewodniczył obradom ostatniego zjazdu w 1899 w Zurychu, na którym uchwalono likwidację związku), w 1898 osiadł we Lwowie, od 1900 w Oddziale Zagranicznym PPS, członek Komitetu Zagranicznego mianowanego przez Centralny Komitet Robotniczy PPS, 1902 wybrany członkiem CKR PPS, długoletni redaktor "Przedświtu", od 1906 w PPS Frakcji Rewolucyjnej (do 1918), kierowniczy działacz i czołowy teoretyk partii, 1906-1907 i 1909-1914 członek CKR PPS Frakcji Rewolucyjnej, 1905-1906 i od 1907 zamieszkał w Krakowie, 1912-1914 członek Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, 1914 w Polskiej Organizacji Narodowej, 1915-1917 działacz Centralnego Komitetu Narodowego w Warszawie, w niepodległej Polsce dyrektor Departamentu Politycznego MSZ, 1918-1919 wiceminister spraw zagranicznych, 1919-1921 delegat rządu w Konstantynopolu i 1921-1923 poseł w Rydze.], Bolesław Antoni Jędrzejowski *[Bolesław Antoni Jędrzejowski (1867-1914) - członek I i II Proletariatu, 1892 uczestnik zjazdu paryskiego socjalistów polskich, współorganizator Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich, 1892-1897 członek Centralizacji ZZSP i 1899 jego Komisji Rewizyjnej, uczestnik I (1894), III (1896), IV (1897) i VI (1899) Zjazdu ZZSP, od 1900 w Oddziale Zagranicznym Polskiej Partii Socjalistycznej, sekretarz Komitetu Zagranicznego PPS w Londynie: delegat ZZSP, a następnie PPS na kongresach II Międzynarodówki (do 1904), w latach 1901-1904 przedstawiciel PPS w Międzynarodowym Biurze Socjalistycznym (faktycznie 1901-1902), od 1903 członek KZ PPS w Krakowie, od 1906 jeden z czołowych działaczy PPS Frakcji Rewolucyjnej.], Stanisław Wojciechowski *[Stanisław Wojciechowski (1869-1953) - polityk, działacz spółdzielczości, 1890-1892 w Związku Młodzieży Polskiej "Zet" 1892 współzałożyciel Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich, 1892-1895 członek sekcji ZZSP w Londynie, 1892-1894 członek Centralizacji ZZSP, 1893 jeden z założycieli PPS, 1893-1902 członek Centralnego Komitetu Robotniczego PPS, 1895-1900 redaktor "Robotnika", 1905 wystąpił z PPS, później jeden z pionierów spółdzielczości w Królestwie Polskim. 1911-1915 członek Zarządu Warszawskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych, 1915-1918 przebywał w Rosji, 1917-1918 prezes Rady Polskiej Zjednoczenia Międzypartyjnego w Moskwie, 1919-1920 minister spraw wewnętrznych, 1922-1926 prezydent Polski. 1926-1939 profesor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. 1927-1939 dyrektor Spółdzielczego Instytutu Naukowego, po wybuchu wojny 1939 na emigracji, zmarł w kraju.], Ignacy Mościcki *[Ignacy Mościcki (1867-1946) - chemik, socjalista, polityk, bliski współpracownik i przyjaciel Józefa Piłsudskiego, od 1893 członek Sekcji Londyńskiej Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich, w 1897 osiadł we Fryburgu, od 1900 członek Oddziału Zagranicznego Polskiej Partii Socjalistycznej we Fryburgu, od 1912 profesor Politechniki Lwowskiej, w II Rzeczypospolitej organizator polskiego przemysłu chemicznego, 1926-1939 prezydent Polski, po wybuchu wojny 1939 internowany w Rumunii, potem na emigracji w Szwajcarii.], Aleksander Malinowski *[Aleksander Malinowski (1869-1922) - inżynier technolog, jeden z czołowych działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej, kierownik organizacji PPS w Charkowie, od 1895 w kierownictwie warszawskiej organizacji PPS. 1897 wybrany do Centralnego Komitetu Robotniczego PPS, aresztowany w 1900 w Łodzi, w 1902 skazany na zesłanie do Syberii Wschodniej, po ucieczce z transportu przedostał się do Galicji. 1903 wybrany sekretarzem Komitetu Zagranicznego PPS w Londynie, uczestnik rewolucji 1905 w Królestwie Polskim, od 1906 w PPS Frakcji Rewolucyjnej.] i Leon Wasilewski *[Leon Wasilewski (1870-1936) - polityk i historyk blisko związany z Józefem Piłsudskim, 1896-1897 w sekcji Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich w Zurychu, od 1897 członek Centralizacji ZZSP w Londynie. 1897-1903 redaktor "Przedświtu", od 1900 w Oddziale Zagranicznym Polskiej Partii Socjalistycznej, członek Komisji Zagranicznej PPS w Londynie, od 1903 w Krakowie, zwolennik Józefa Piłsudskiego, od 1906 czołowy działacz PPS Frakcji Rewolucyjnej, redaktor "Robotnika". 1907-1914 członek jej Centralnego Komitetu Robotniczego PPS Frakcji Rewolucyjnej, od 1913 ponownie redaktor "Przedświtu", 1912-1914 członek Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, 1914 członek władz Polskiej Organizacji Narodowej, a następnie Naczelnego Komitetu Narodowego w Krakowie, redaktor organu propagandowego NKN "Polen" w Wiedniu, 1915-1917 sekretarz biura Prezydium NKN. 1917 członek Centralnego Komitetu Narodowego w Warszawie, 1917-1918 redaktor "Kultury Polski" w Krakowie, członek Polskiej Organizacji Wojskowej i Konwentu Organizacji A. w niepodległej Polsce 1918-1919 minister spraw zagranicznych. 1919 członek Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, 1919-1920 pełnomocnik MSZ w Wilnie do spraw północno-wschodnich. 1920-1921 poseł w Estonii, zastępca przewodniczącego delegacji polskiej do rokowań pokojowych z Rosją Sowiecką w Rydze, 1921-1924 przewodniczący polsko-sowieckiej komisji granicznej i 1924-1925 komisji polsko-rumuńskiej. 1924 organizator i wieloletni prezes Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski (później Instytut Józefa Piłsudskiego), po przewrocie majowym 1926 członek specjalnej komisji rządowej do spraw mniejszości narodowych w województwach wschodnich, od 1928 członek Rady Naczelnej PPS i od 1931 jej wiceprzewodniczący, 1929 założyciel i redaktor czasopisma "Niepodległość", od 1931 prezes Instytutu Badania Spraw Narodowościwych w Warszawie.], a także Feliks Perl, Aleksander Sulkiewicz, Edward Abramowski, Jan Stroźecki i Aleksander Dębski. Dla młodszej generacji członków PPS Piłsudski stawał się już wtedy legendą. .'Wiktor' był dla nas młodych jakąś tajemniczą siłą - wspominał Tadeusz Bobrowski spotkanie z Piłsudskim w Londynie w 1898 r. - o której mówiło się zawsze szeptem i z dużym szacunkiem, i od którego decyzji zawsze dużo decyzji zależało".

Przez dwadzieścia lat, niemal od początku istnienia PPS do zamknięcia spraw PON na jesieni 1914 r., najbliższym przyjacielem, współpracownikiem i powiernikiem Piłsudskiego był Jodko-Narkiewicz. W edukacji politycznej "Ziuka" odegrał bardzo ważną rolę. Nie miał cech przywódczych, jak Piłsudski, ale cieszył się powszechnie szacunkiem towarzyszy partyjnych, widzących w nim najwyższy autorytet i największego orędownika programu PPS. Wspierał Piłsudskiego intelektualnie. Przy udziale "Jowisza" Piłsudski podejmował główne dla ruchu rewolucyjno-niepodległościowego, który reprezentował, taktyczne i strategiczne decyzje. "Jodko[-Narkiewiczj - wspominał Leon Wasilewski - przebywał w Szwajcarii, we Francji i w Londynie, biorąc czynny udział we wszystkich robotach emigracyjnych. Bardzo wykształcony i wyrobiony politycznie, posiadający dużą wiedzę historyczną i znajomość głównych języków europejskich, znający osobiście wszystkich koryfeuszów ówczesnych ruchu socjalistycznego [...], był przez długie lata jedną z najcharakterystyczniejszych postaci polskiego ruchu socjalistycznego. Łączył on w sobie w dziwny sposób cechy radykalnego działacza z właściwościami rozhukanego bursza dorpackiego i pewnymi przejawami 'szerokiej natury' (...)". Po rodzicach "rozporządzał dość znacznymi zasobami materialnymi, których zresztą nie cenił i które trwonił dość lekkomyślnie. Zewnętrzną, elegancką postawą rażąco odbijał od swego radykalnego otoczenia i w ogóle sprawiał wrażenie człowieka, przypadkowo zabłąkanego do tej sfery. Jako dobry organizator i wybitny publicysta, poza tym człowiek rzutki, przedsiębiorczy i ruchliwy, oddawał ruchowi nieocenione usługi".

Przyszły Komendant sprowadzał postulaty programowe PPS na grunt rzeczywistości politycznej i realnych możliwości działania partii. Sprzeciwiał się rozwojowi polskiego ruchu robotniczego w kierunku rewolucji proletariackiej. Zagadnienie rewolucji przesuwał z płaszczyzny klasowej na narodową. Za podstawowy cel wszystkich działań Polskiej Partii Socjalistycznej uznawał odbudowę niepodległego państwa polskiego. Jego "patriotyzm rewolucyjny - jak podkreślał w artykule Jak stałem się socjalistą - nie miał określonego kierunku społecznego". Myśl polityczną w ideologii socjalistycznej łączył z ogólnym postępem dziejowym. Występował przeciwko identyfikowaniu walki o niepodległość z dążeniem do zdobycia władzy przez PPS "Chciałbym tylko - pisał do Stanisława Wojciechowskiego 9 października 1899 r., zabierając głos w dyskusji nad dziedzictwem dokonań partii w pierwszych latach jej istnienia - zwrócić twoją uwagę w sprawie 'Polski socjalistycznej', że ja zgodzić się na nią mogę tylko jako na wynik ogólnosocjalistycznego dążenia do wzięcia władzy w swoje ręce; wszelkie zaś twierdzenie że Polska niepodległa będzie po zwycięstwie w naszym ręku, a więc socjalistyczną, uważam za co najmniej ryzykowne, a w każdym razie rozstrzyganie takiej kwestii uważam za przedwczesne i niepotrzebne. T[o] j[est], mogę powiedzieć, że dążę do Polski socjalistycznej, gdyż na to jestem socjalistą, lecz nie mogę twierdzić i wprowadzić do programu punktu, głoszącego, że bez Polski burżuazyjnej się obejdziemy, ominiemy ją. Takie twierdzenie uważam za pisanie za wczasu historii przyszłej rewolucji w chwili, gdy ta rewolucja jest jeszcze dosyć oddaloną". Nie wierzył w Polskę socjalistyczną. Chciał walczyć o niepodległość nawet wówczas, gdyby przyszła Polska nie realizowała ideałów państwa socjalistycznego. Dopuszczał myśl kompromisu z innymi grupami politycznymi. "Przy walce o niepodległość - rozwijał swoją myśl w kolejnym liście do Stanisława Wojciechowskiego z 6 grudnia 1899 r. - nie możemy liczyć na własne jedynie siły i zatem nie powinniśmy identyfikować momentów zdobycia niepodległości z momentem zdobycia przez nas władzy, że walczyć o niepodległość pomimo to musimy, bo stanowi ona dla ludu roboczego rozwiązanie mu rąk w walce z kapitalizmem, i usuwa najpoważniejsze przeszkody dotychczasowe - absolutyzm i niewolę narodową. [...] Samodzielność polityki socjalistycznej wypływa z zasad socjalizmu, wyodrębniającego partię i ruch socjalistyczny] z ruchów i partii burżuazyjnych, lecz wcale nie z poglądu na układ w tym lub innym kraju. Samodzielność może być zachowaną nawet przy wspólnej z jakąkolwiek partią burżuazyjną walce (...). Przewidywał na koniec, że niepodległa Polska będzie miała ustrój republiki, a ruch rewolucyjny doprowadzi do stworzenia rządu ogólnonarodowego.

Piłsudski nienawidził Rosji jako głównego wroga Polaków oraz ostoję wstecznictwa. W jego ujęciu polski ruch socjalistyczny stanowił odłam międzynarodowego ruchu robotniczego Europy Zachodniej. "Rolą historyczną socjalizmu w Polsce - stwierdzał - jest rola obrońcy Zachodu od zaborczego i reakcyjnego caratu". Panujący tam system represji uznawał za największe zagrożenie dla wszelkich wewnętrznych dążeń wolnościowych. Za główną siłę. która mogłaby zniszczyć carat uważał wyzwoleńczy ruch narodów ujarzmionych przez Rosję. Proletariat polski miał stanowić główną siłę przygotowywanego i kierowanego przez PPS ludowego, antyrosyjskiego powstania na ziemiach kiedyś zabranych Polsce. Na razie nie było warunków do przeprowadzenia powstania. "Stale się unikało detalizowania przebiegu walki - pisał w cytowanym liście do Stanisława Wojciechowskiego z 6 grudnia 1899 r. - nie tylko ostatecznej, lecz nawet i [w] najbliższej przyszłości. Co do mnie, wiem dobrze, że i w jednym i w drugim wypadku robiłem to świadomie, wstrzymując się od wyrażania moich osobistych poglądów na sprawy, dopóki nie jestem pewien, że są one poglądami większości, poglądami ustalonymi wśród menerów [tj. przywódców - R. Ś.] przynajmniej partii. Zarazem świadczyć to musi i o tym, że w dotychczasowym stanie nie mamy możności ściśle określać ani sposobów naszej walki, ani brać na siebie roli świadomego i posiadającego plan kierownika wypadków, gdyż, jak wiesz dobrze, mogła nad nami panować 'bibuła', a zawsze dotychczas wlekliśmy się w ogonie wypadków i w ogóle życia, które nas prześcigało stale, tak, żeśmy stale do nich musieli się dopasowywać". Piłsudski był przy tym przeciwny współpracy z rewolucjonistami rosyjskimi, którzy dla irredenty polskiej mogli odgrywać jedynie rolę pomocniczą.

Polemika Piłsudskiego z Wojciechowskim zapoczątkowała ewolucję w taktyce partii w kierunku podjęcia bezpośredniej walki przeciwko caratowi, najlepiej podczas wojny Rosji z Austro-Węgrami lub Niemcami. Piłsudski nie wybiegał wtedy jeszcze tak daleko z myślami. Cechował go zawsze duży pragmatyzm działania. Taktykę dostosowywał do aktualnych możliwości. "Sądzę - pisał 7 lutego 1900 r. w liście do towarzyszy w Londynie - że pomiędzy mną a 'Edmundem' [tj. Stanisławem Wojciechowskim - R. Ś.] istnieją rzeczywiście bardzo poważne różnice w poglądach na przyszłość ruchu naszego, różnice wypływające, jak mi się zdaje, z różnicy też poglądów na czasy obecne". Realizował koncepcje, które wyrastały z potrzeby chwili, ale zawierały się w ogólnych dążeniach programowych. Rzeczywistość polityczną ogarniał niezwykle chłodnym i przenikliwym spojrzeniem. Daleki był jednak od doktrynerstwa i trzymania się sztywnych zasad programowych, gdy te mogły przeszkadzać w realizacji celów podstawowych.

W pierwszych latach istnienia PPS zajmowały go zagadnienia bardziej szczegółowe, odnoszące się do taktyki partii w najbliższej przyszłości. Przede wszystkim chodziło mu o "rozwój manifestacji" oraz rozstrzygnięcie kwestii reakcji "wobec poważniejszych gwałtów rządowych, które coraz bardziej nakładają na nas obowiązek odpowiedzi". Jednocześnie pojawiły się głosy o konieczności przygotowania się partii do walki zbrojnej z Rosją. Jako pierwszy wypowiedział się Jodko-Narkiewicz, główny w tym czasie twórca myśli politycznej PPS. W styczniu 1900 r. przywołał na łamach "Przedświtu" stare zamysły organizowania zbrojnego powstania, jednak bez konkretyzowania form walki. Najdalej posunął się Stanisław Grabski, dawny działacz socjalistyczny, który ewoluował w kierunku Ligi Narodowej. Propagowanemu wtedy przez Ludwika Kulczyckiego, twórcę secesyjnej PPS Proletariat, "programowi wielkiej akcji terrorystycznej" przeciwstawił własną ideę narodowej rewolucji zbrojnej, opartej na szerokich masach ludowych, robotników i chłopów, którą miała poprzedzić "silna socjalistyczna agitacja rewolucyjna" i sformowanie kadr przyszłej "armii ludowej". Dyskusja ta nie miała praktycznego znaczenia, jednakże wyznaczała szerszy horyzont myśli o organizacji zbrojnego oporu przeciwko caratowi.

Kierownictwo PPS nie było wówczas w stanie ogarnąć takich planów, nie mówiąc o ich skutecznej realizacji. Partia przedstawiała sobą niewielką siłę polityczną, którą reprezentowała konspiracyjna grupka działaczy socjalistycznych, skupionych wokół własnych spraw. Czołówkę partyjną tworzyło kilkudziesięciu funkcyjnych działaczy, w tym kilkuosobowe kierownictwo centralnych i terenowych oddziałów partii, tzw. funkcjonariuszy partii. Zaplecze PPS stanowiło kilka tysięcy zorganizowanych członków.

Stały brak pieniędzy w kasie uniemożliwiał normalne funkcjonowanie partii. Kondycja finansów PPS była zwykle bardzo zła, jeśli nie wręcz tragiczna. Rozwój konspiracyjnej machiny organizacyjnej nie nadążał za potrzebami. Brak kontroli nad umasowieniem ruchu groził jego rozhermetyzowaniem i rozkonspirowaniem. "U robociarzy entuzjazm okrutny - donosił Piłsudski w liście z 13 maja 1899 r. do Jędrzejowskiego w Londynie - gorętsi twierdzą, że pora już na barykady, tak, że niektórych, więcej umiarkowanych naszych facetów, to nawet trochę straszy". Dwa miesiące później uzupełniał: "Warszawa okrutnie zwiększa swoje wymagania - donosił Jędrzejowskiemu w Londynie w liście z 25 lipca 1899 r. - tak, że nie możemy jej nastarczyć wszelkiej bibuły. Pchamy, pchamy i wciąż brak, ciągle się uskarżają na to, że im nie wystarcza, co dajemy. Teraz bowiem mamy ogromne ożywienie ruchu, jak to możesz sądzić z wielkiej liczby strajków. Ludziska się rozawanturowali, urządzają masę ogromnych majówek i zebrań, co, naturalnie, podnieca facetów; boję się, że to może źle się zakończyć, bo chyba nareszcie policja i fijoły [tj. żandarmi, noszący fiołkowe wypustki na mundurach - R. Ś.] pokażą swe pazury. [...] Z monetą u nas jest obecnie bardzo krucho zaczynamy pożyczać, bo dochodów jak nie ma, tak nie ma", więc "czy będziesz miał gdzie jaki tani kredyt na czas pewien, żeby przeciągnąć te najgorsze czasy?" Dlatego "wszystkim petentom o zapomogi i monetę - otkaz [odmowa], nie mamy obecnie pieniędzy na własne potrzeby, więc nie może być mowy o sypaniu floty Rusinom, Łotyszom itd.". Pod tym względem niewiele się zmieniło aż do początku 1904 r. Opisana sytuacja obrazuje ogólniejsze zjawisko braku środków materialnych na rozwinięcie szerszej działalności konspiracyjnej i politycznej.

Nie ma ogólnych zestawień bilansowych kasy ZZSP i PPS. Zachowały się tylko niektóre sprawozdania finansowe. Wyobrażenie o skali dochodów i wydatkach PPS przed rewolucją 1904-1905 r. daje dokumentacja rozrachunkowa za 1902 r. Całkowity dochód Centralnego Komitetu Robotniczego i Komitetu Zagranicznego PPS za ten rok wynosił 24 961 rubli 55 kopiejek. Miesięczne przychody, które musiały wystarczyć na utrzymanie całej organizacji partyjnej w tym czasie nie przekraczały więc kwoty 2 080 rubli 13 kopiejek. Najważniejszą pozycję bilansu stanowiły "wydatki krajowe", czyli kwoty wydatkowane na potrzeby organizacji w zaborze rosyjskim, w tym przede wszystkim na utrzymanie "nielegalnych". Ta właśnie pozycja obejmowała wszystkie pensje wyższych funkcjonariuszy partyjnych, których wówczas było przynajmniej sześciu. Z całą pewnością wśród tych osób był Piłsudski, Jodko-Narkiewicz i Jędrzejowski, jak również zapewne Malinowski lub Wasilewski, a także Franciszek Ksawery Prauss i Tytus Filipowicz.

Piłsudski, który odpowiadał wtedy za gospodarkę finansową PPS, z grubsza dzielił rozchody na cztery części: 1/5 wydatków szła na "utrzymanie nielegalnych", 1/5 sum budżetowych pochłaniały podróże i bilety kolejowe, 1/5 zebranych kwot odprowadzano na dofinansowanie wydawnictw i utrzymanie drukarni partyjnej, pozostałe 2/5 pieniędzy dzielono "pomiędzy wypadkowe rozchody i zwroty długów". Wydatki na pensje według bilansu za 1902 r. wynosiłyby więc 4 992 ruble 31 kopiejek, co miesięcznie dawałoby nie więcej niż 416 rubli i 3 kopiejki. Przeciętne uposażenie dla jednej osoby stanowiłoby więc kwotę 69 rubli i 33 kopiejki, czyli 7 funtów szterlingów 6 szylingów 16 pensów, albo 176 koron 80 halerzy. Widać, że pensję musiała dostawać przynajmniej jeszcze jedna osoba, gdyż nawet Piłsudski nie otrzymywał nawet później więcej niż 50 rubli (5 funtów szterlingów 6 szylingów 3 pensy, albo 127 koron 50 halerzy). Rocznie dawałoby to płacę 600 rubli, czyli 63 funty szterlingi 15 szylingów lub 1 530 koron. Wydaje się jednak, że podana kwota 50 rubli na miesięczne uposażenie funkcjonariusza partii jest znacznie zawyżona, gdyż według wyliczenia Piłsudskiego na podstawie rachunków za pierwsze sześć miesięcy 1902 r. na płace w tym okresie przeznaczono kwotę około 1 011 rubli, to znaczy 168 rubli 50 kopiejek miesięcznie, czyli po 28 rubli na osobę, gdyby przyjąć wariant sześciu osób opłacanych z kasy partii.

Z dużym prawdopodobieństwem można więc przyjąć, że pobory miesięczne osoby kierowniczej w PPS mieściły się wówczas w grupie zarobków robotniczych, w kwocie od 30 do 50 rubli, zawierając się między dochodami czeladnika murarskiego a wynagrodzeniem majstra murarskiego.

Najbardziej eksponowane miejsce w grupie polskich rewolucjonistów zajmował ośrodek londyński, kierownicze centrum emigracji socjalistycznej z zaboru rosyjskiego na przełomie wieków. Przez Londyn przewinęła się cała czołówka partyjna PPS. W Londynie mieściły się drukarnia i redakcja "Przedświtu" oraz siedziba kierowniczej Centralizacji emigracyjnego Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich (w latach 1893-1899 pod adresem: Beaumont Square 7, Mile End Road, London East), a następnie Komitetu Zagranicznego PPS, który stał na czele Oddziału Zagranicznego PPS, utworzonej, w miejsce ZZSP. "Osobistych stosunków prawie z nikim spoza własnej kolonii nie utrzymywano - pisał później Wasilewski. - Życiem miejscowym interesowano się słabo, gdyż cała uwaga emigracji londyńskiej była skupiona dookoła postępów, powodzeń i klęsk ruchu socjalistycznego w kraju". Ośrodek londyński odgrywał rolę centrum konspiracji ZZSP i PPS. Toteż jego członkowie pędzili życie "bardzo zamknięte, licząc się z obserwacją, jaką roztaczało nad nią szpiegostwo rosyjskie". Dopiero w ostatnim okresie pobytu w Londynie "poczęto zrywać ze ścisłą konspiracją".

Ze środków partyjnych opłacano jedynie sekretarza Centralizacji ZZSP, który był zarazem administratorem jej wydawnictw i drukarni. Redaktora "Przedświtu" oraz zecerów drukarni opłacano ze środków wypracowanych przez wydawnictwo. Inne osoby związane z kierownictwem ZZSP utrzymywały się z własnej pracy. Wśród wszystkich emigrantów "panowała nieprawdopodobna nędza - wspominał Wasilewski - zmuszająca ich do obywania się w najlepszym razie kilkunastu szylingami na tydzień". Całą działalność londyńskiej grupy emigracyjnej utrzymywano z wpływów, które pochodziły z rozpowszechniania wydawnictw oraz składek kilkudziesięciu członków ZZSP, rozsypanych po sekcjach w całej Europie Zachodniej. Sekretarz Centralizacji ZZSP otrzymywał 4 funty na miesiąc, co odpowiadało wówczas około 37 rublom i 53 kopiejkom, albo 96 koronom i 24 halerzom. Niekiedy Piłsudski wysyłał do Jędrzejowskiego 50 rubli. "Było to minimum - pisał dalej Wasilewski - mniejsze od zarobków najniżej opłacanego niewykwalifikowanego robotnika londyńskiego". Stąd "nędza wśród członków Centralizacji i w ogóle emigrantów była zjawiskiem stałym, gdyż nie mogli oni liczyć na żadne zarobki, jako wykolejeni i niedoszli lekarze, przyrodnicy, technicy itd. Zresztą na przeszkodzie stała tu i nieznajomość języka angielskiego".

Polacy należeli do tej grupy emigrantów, którzy wypierali z fabryk i warsztatów robotników angielskich, gdyż zadowalali się o wiele niższymi zarobkami, mając bez porównania skromniejsze potrzeby. Najwięcej Polaków pracowało w fabrykach wyrobów bambusowych, gdzie panował największy wyzysk w Londynie. "Z zarobionych 6 szylingów tygodniowo [2 funty szterlingi na miesiąc - R. Ś.] - wspominał Wojciechowski - potrafili odkładać 3, żywiąc się tylko chlebem, śledziem i owocami". Dla przyszłego prezydenta były to również ciężkie czasy. Kiedy uczył się zecerki w drukami "Przedświtu" przy Beaumont Square w Londynie, często, z braku pieniędzy, żywił się tylko chlebem i cebulą, jak reszta domowników. Nędza materialna zmusiła go do podjęcia pracy w drukarni Władimira Czertkowa, wydającego zakazane w Rosji dzieła Lwa Tołstoja. Osiedlił się najpierw we wsi Purleigh (styczeń 1900 r.), "odległej od Londynu 3 godziny jazdy koleją", kilka kilometrów od miasteczka Maldon. Mieszkał w małej dwuizbowej chatce z niewielkim ogródkiem, w polu, na skraju wsi (płacił komorne 3 szylingi tygodniowo). Po roku przeniósł się do Tuckton blisko Christchurch, na południowym wybrzeżu Anglii. W podobnych warunkach ubóstwa żyli inni emigranci kolonii inteligenckiej *[Chyba najlepiej powodziło się wtedy Ignacemu Mościckiemu, który nie mogąc podjąć pracy w przemyśle chemicznym, uczył się rzeźbiarstwa, potem był fryzjerem i stolarzem. Zajmował się również fabrykacją i sprzedażą kefiru. Kupił nawet konia i lekki wózek dwukołowy, którym dowoził kefir odbiorcom, głównie Żydom, zamieszkującym dzielnice wschodniej części miasta. Obcy fachowcy mieli utrudniony dostęp do lepiej płatnych zawodów, nawet jeśli znali język angielski. Anglicy nie ufali cudzoziemcom. "Wzbudzali podejrzenie -  pisał Mościcki - że opuścili kraj własny z powodu grożącej im kary za jakieś przestępstwa kryminalne. Ten brak zaufania był zupełnie uzasadniony, bo rzeczywiście wiele przeróżnych postaci kryminalnych do Londynu wówczas napływało".].

Do grupy tej zaliczał się również Piłsudski, który często zaglądał wówczas do Londynu. Nie ukończył studiów, nie miał żadnego zawodu i nie umiał zarabiać pieniędzy *[Józef Wincenty Piłsudski, ojciec Józefa Piłsudskiego próbował raz namówić syna na "zrobienie" interesu przy okazji jego wyjazdów do Londynu. "Postanowił - wspominał Ludwik Krzywicki zamysły gospodarcze Józefa Wincentego Piłsudskiego - założyć sprzedaż wędlin litewskich na razie w Londynie, a, w razie rozwoju, [także] w innych punktach Anglii. Józef [Piłsudski] wyjechał [w 1896? r.) ze skrzynią gotowych wędlin. Ryzydując w redakcji 'Przedświtu', daremnie usiłował nawiązać stosunki handlowe. Wędliny zaczęły się psuć. Postanowiono je spożyć. Osoby grupujące się około redakcji 'Przedświtu', ludzie o nikłym zaopatrzeniu w środki pieniężne, i to jeszcze niepewne, mieli obfitą wyżerkę w ciągu pewnego czasu, a przy nich i goście cudzoziemscy zaglądający do redakcji. Między innymi stary [Wilhelm] Liebknecht spożył ostatni kawałek wędzonej polędwicy i zarazem w ogóle całego zasobu wędlin". Ludwik Krzywicki, Wspomnienia, t. III, Warszawa 1959, s. 264.]. Majątek rodzinny na Litwie był już tylko wspomnieniem. Toteż żył w wielkim niedostatku, utrzymując się niemal wyłącznie z pensji partyjnej *[Nie ma dokładnych wykazów pensji, które pobierali wyżsi funkcjonariusze PPS. Informacje te występują sporadycznie w korespondencji partyjnej. W zestawieniu kasowym za kwiecień 1898 r. Józef Piłsudski odnotował swoją pensję 20 rubli, co stanowiło wówczas około 2 funty szterlingi. Cały budżet CKR PPS w tym miesiącu wynosił 155 rubli 37 kopiejek.]. Pieniądze te pozwalały jakoś przeżyć, nie wystarczały jednak na zaspokojenie wielu potrzeb. Zakup nowego ubrania graniczył z niemożliwością. Długo nie mógł sobie pozwolić na kupno palta zimowego. Zdarzało się, że chodził w pożyczanych rzeczach. Lecz sprawy osobiste spychano zwykle na dalszy plan.

Siedziba Centralizacji ZZSP przy Beaumont Square znajdowała się w biednej, robotniczej dzielnicy żydowskich emigrantów rosyjskich Whitechapel we wschodnim Londynie, niedaleko stacji metra Stepney Green. Mieszkała tam większość londyńskiej emigracji zarobkowej z Polski, Litwy i Ukrainy. Zewsząd zaglądała bieda. Atmosfera wąskich. brudnych uliczek, obskurnych kramów, rozlicznych spelunek i knajp, przepełnionych różnymi rzezimieszkami, tworzyła osobliwą scenerię. W tych właśnie okolicach grasował słynny "Kuba Rozpruwacz", wielokrotny zabójca miejscowych prostytutek. Dom przy Beaumont Square był starą ruderą, która w każdej chwili groziła zawaleniem. Toteż w połowie 1899 r. zapadła decyzja o przeprowadzce.

Na początku 1900 r. wynajęto piętrowy dom z ogródkiem na końcu miasta, blisko lasku Epping Forest, w dzielnicy Leytonstone, zamieszkałej przeważnie przez drobnych urzędników. W domu tym mieścił się zarząd Zagranicznego Oddziału PPS (adres: Lingwood, Colworth Road 67, Leytonstone, London North-East). Wokół "Lingwood" grupowało się całe życie emigracji londyńskiej PPS. W domu mieszkali Jędrzejowski z rodziną, Tadeusz Bobrowski, zecer z Galicji, wraz z drukarnią i składem wydawnictw, oraz Filipowicz. Redakcję "Przedświtu" prowadził Wasilewski, który z żoną Wandą i córką Halszką osiedlił się w pobliskiej dzielnicy Walthamstow. "Odtąd aż do zupełnego zlikwidowania 'Londynu' dom ten, posiadający nazwę 'Lingwood' - pisał Wasilewski - był głównym ośrodkiem partyjnym na emigracji. Stąd Jędrzejowski utrzymywał stosunki z całym Oddziałem Zagranicznym PPS w Europie i Ameryce, tu składano coraz bardziej rosnące liczebnie wydawnictwa PPS, skąd szły one do kraju i do wszystkich organizacji emigracyjnych".

Ważną rolę wśród polskiej emigracji londyńskiej odgrywał Michał Wilfred Woynicz (Wojnicz, Voynich). Należał do niewielu Polaków, którzy żyli na dość wysokiej stopie i cieszyli się szacunkiem Anglików. Prowadził własny antykwariat, a żona zajmowała się pisarstwem *[Michał Wilfred Woynicz (1865-1930) - działacz I Proletariatu, aresztowany w Warszawie w 1867 i w 1885 zesłany na Syberię, skąd w 1890 zbiegł i przez Japonię przedostał się do Wielkiej Brytanii, zamieszkał w Londynie, gdzie początkowo zajmował się pracą literacka, ok. 1894 jeden z założycieli rosyjskiego emigracyjnego wydawnictwa "Free Russia" w Londynie, członek Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich i Polskiej Partii Socjalistycznej, z czasem został znanym antykwariuszem w Londynie i w Nowym Jorku oraz wybitnym znawcą starej książki i bibliografem. Po wybuchu wojny w 1914 wyjechał do Nowego Jorku, gdzie działał w Komitecie Obrony Narodowej: ożeniony był z Ethel Lilian Bull (1864-1960) piszącą pod nazwiskiem Lilly Voynich, powieściopisarką i tłumaczką. Należał do bliskiego kręgu przyjaciół Józefa Piłsudskiego, który poznał go na Syberii w 1890 r.]. Z racji swych międzynarodowych koneksji wielkim poważaniem wśród emigracji polskiej w Londynie cieszył się również Michał Kacper Turski, legenda konspiracji rewolucyjnej minionego okresu. Turski mieszkał na wyspie Jersey, gdzie lubił zapraszać towarzyszy z Londynu na wypoczynek. Na bieżąco orientował się w sprawach partii chociaż nie brał udziału w pracach organizacyjnych. Dopuszczano go do największych tajemnic PPS. "Chciał być nam pomocny, lecz niestety - ubolewał później Wasilewski - nie miał już swego majątku, który prawie w całości wydał na subsydiowanie ruchu rosyjskiego, tak, że pozostało mu tylko tyle, aby żyć dostatnio z rodziną".

Z biegiem czasu Komitet Zagraniczny coraz trudniej zawiadywał sprawami całej PPS. Komunikacja kraju z dalekim Londynem stawała się nazbyt uciążliwa. Organizacja w kraju wymagała częstych i systematycznych kontaktów. Ograniczenie wydatków w Londynie stawało się koniecznością. W pierwszej kolejności stawiano potrzeby organizacji partyjnej w kraju. "Gospodarka finansowa - informował Piłsudski ze smutkiem 13 V 1902 r. towarzyszy w Londynie o stanie kasy krajowej - polega obecnie na tym, że każdy z facetów robi sobie finanse na swoją rękę i każdy tak lub inaczej je używa -  ogólnego zarządu nie ma". Czasami nawet i to nie pomagało. Wtedy stan finansów zmrażał nawet najlepszą inicjatywę. "Te nie pozwalają mi od razu wszystko porządnie postawić i wysunąć facetów na odpowiednie miejsca -  dodawał 30 V 1902 r. w liście do Jędrzejowskiego - dla braku monety i ja i 'Leon' [Bolesław Czarkowski] nieraz siedzimy na miejscu tygodniami, oczekując na jakieś marne 15 rubli. I teraz na przykład mam w kieszeni - nie zgadniesz! - 8 rubli z kopiejkami, to cały mój fundusz. Wydrapałem przez ten czas 400 rubli od różnych facetów z osobistych swoich stosunków, ale to się rozłazi na różne potrzeby, bo z innych źródeł nic prawie nie dochodzi, faceci pod tym względem mało sprytu posiadają. Co dalej będzie, nie wiem doprawdy i niekiedy mnie rozpacz ogarnia".

Nasuwała się potrzeba przeniesienia ośrodka pracy zagranicznej do Galicji. Za tym rozwiązaniem opowiadał się Piłsudski, który od jakiegoś czasu przebywał już w Galicji, pełniąc rolę "głównego kierownika PPS i jej kasjera". Przy nim skupiało się centrum emigracji z zaboru rosyjskiego, chociaż większość czasu poświęcał na wyjazdy za kordon i bezpośrednie kierowanie sprawami krajowymi. Osiadł w końcu w Krakowie. Mieszkanie wynajmowała żona Maria Piłsudska (w latach 1904-1906 przy ulicy Topolowej 24, a następnie 1906-1910 przy tej samej ulicy pod numerem 16, przemianowanym około 1908 r. na 18). We Lwowie przebywał na stale Jodko-Narkiewicz (do 1914 r. mieszkał z przerwami przy ulicy Sykstuskiej 64), wiele czasu spędzając również w Brzuchowicach, gdzie miał swój dom, a także w Krakowie i Zakopanem oraz w Wiedniu.

Pierwsze decyzje podjęli Piłsudski i Jodko-Narkiewicz. "Oto nasz projekt - Piłsudski informował 21 IV 1902 r. Jędrzejowskiego - tak jak teraz go uradziliśmy. Przenosimy tu mnie [tj. kierownictwo działalności krajowej do Krakowa - R. Ś.]. Ciebie i 'Osarza' [Leona Wasilewskiego]. (...) Archiwum, księgarnia, centralizacja dla zagranicy [tj. Komisja Zagraniczna PPS] przechodzi do 'Wojtka' [Stanisława Wojciechowskiego]". Później włączono do rozmów jeszcze Malinowskiego, ze względu na jego nowe zadanie. Piłsudski, Jodko-Narkiewicz i Malinowski uradzili 21 VIII 1902 r. przeniesienie wydawnictw do Galicji. W Londynie zostawało archiwum, "główna buchalteria", czyli finanse partii, a także sekretariat Oddziału Zagranicznego PPS, z tym, że Malinowski - komunikował Piłsudski 22 VIII 1902 r. Jędrzejowskiemu - "jedzie do Londynu, by objąć gospodarkę 'Lingwoodską' - do życzenia jest, by mu pozostał do pomocy 'Karski' [Tytus Filipowicz]". Natomiast na główną oficjalną siedzibę - dodawał - "wybieramy gród Ignacego [Daszyńskiego] (tj. Kraków], dlatego, że przemawiają za tym względy konspiracji. Z grodem 'Jowisza' [Witolda Jodki-Narkiewicza] [tj. z Lwowem] zwiążemy wszelkie sprawy konspiracyjne i nie chcemy na nie ściągać uwagi policji moskiewskiej [tj. Ochrany]".

Niemal z każdym miesiącem baza galicyjska stawała się coraz ważniejszym punktem oparcia dla prac partyjnych w zaborze rosyjskim. Pojawiły się nowe problemy, które pociągały za sobą konieczność ściślejszego nadzoru organizacji PPS, do której przedostawały się destrukcyjne prądy, reprezentowane przez nowych ("młodych") działaczy partii, którym patronowali Feliks Sachs ("Jan") i Adam Buyno ("Jerzy"). " 'Jima' [Feliksa Sachsa] znacie -  charakteryzował Piłsudski nowe postawy w partii w liście do Malinowskiego z 26 VII 1903 r. - umysł i temperament SD-kowy, nadkrytycyzm względem wszystkiego, co swoje, nadzachwyt i nadtolerancja dla wszystkiego, co obce, niewiara w PPS i jej program, natomiast chęć włożenia brzemienia walki z caratem na barki wszystkich innych, korektyzujący i patrzący na wszystko przez okulary etyczno-filozoficzne - oto 'Jan'; drugi - 'Jerzy' [Adam Buyno] - ambitny, w dodatku niepraktyczny projektowiec wierzący w każde swoje słowo jako fakt dokonany i nieufny względem wszystkiego, co robią (czy mówią) inni, nie rozumiejący i nie chcący rozumieć organizacji i jej zasad, jej hierarchii i potrzeb. [...] Oto są ci ludzie, którzy przy obecnym położeniu wysuwają się na czoło roboty i którzy chcą reprezentować w CKR pewien kierunek nowy w PPS. Kierunkiem tym jest stale uprawiana przez nich i wkładana ludziom w głowę krytyka stosunku nas do socjalizmu jakoby zbyt ciasnego i partyjnego kierunku, który nas czyni odosobnionymi w świecie całym, pozwala rozbujać się nacjonalistycznym kawałkom wewnątrz partii, wyradza rządy partii w rządy kliki i głuszy socjalistyczny element w partii". Na razie była to tylko "bezwiedna chęć" zmobilizowania szerszej opinii i "przeciwstawienie tej szerszej opinii dotychczasowym rządom i kierunkowi" PPS.

Wynikała stąd konieczność liczenia się z nowymi tendencjami w partii, albowiem mogły one radykalizować "szersze" nastroje przeciwko praktycznej realizacji celów programowych PPS. "Wierzaj mi, Bolku - zwracał się Piłsudski 14 IX 1903 r. do Jędrzejowskiego - mało sprawa tak mi na sercu zależy, jak nasze sprawy galicejskie. Wyczuwam wprost, że musimy w niej [tj. w Galicji - R. S.] się ugruntować i to możliwie szybko i możliwie dobrze, bo nie tylko zbliżają się czasy..., gdy Galicja nam będzie bardzo potrzebna, co może jest moim osobistym romantycznym przypuszczeniem, lecz i bez tej romantycznej potrzeby musimy stawać się stronnictwem... wszechpolskim, naturalnie socjalistycznym, musimy pod groźbą utraty wpływów i znaczenia, i zejścia do roli rewolucyjnej na gębie, lecz mało wpływowej paczki opozycjonistów". Bowiem "zmieniliśmy się nie my, lecz środowisko nasze i to, co wystarczało dawniej, by panować nad wyobraźnią i uczuciem ludzi, rewolucyjnie usposobionych, to obecnie nie wystarcza. Przypomnijcie sobie dawne czasy". Wtedy "kierunek był - spiskowa grupa rewolucyjna, rzucająca hasła, tajemniczy dobroczyńcy, spadający z nieba, mający wiele rewolucji w gębie, a mało korzeni i związku z realnym życiem i zatem mało rewolucyjni w czynie". Toteż teraz "chcę zrobić nacisk na wzmożenie się życia społecznego i ruchu rewolucyjnego w Polsce oraz na ogromny udział w tym inteligencji". Powinno się przełamać ciążący nad życiem partii stereotyp. "Socjalizm to bóg Janus o dwóch obliczach - gdy jedno grozi wojną, drugie uśmiecha się pokojowo i mówi o pożyciu w pokoju i zgodzie. My, jak zresztą cały socjalizm w Europie, nadużywamy pierwszego oblicza, drugiego nie pokazujemy wcale, albo bardzo mało. I to jest fałsz polityki socjalistycznej, fałsz, robiący z nich rewolucjonistów na gębie, a najdalszych oportunistów w polityce".

Zaczynał się w ten sposób nowy rozdział w historii PPS. Podjęcie decyzji o stopniowym przesuwaniu organizacyjnego centrum życia partii z Londynu do Krakowa i Lwowa stanowiło jeden z momentów przełomowych w polityce Piłsudskiego, zmiany ogólnej koncepcji ruchu, któremu chciał podporządkować własne dążenia. Piłsudski miał wyjątkowy dar przenikliwości w ocenie konsekwencji zachodzących procesów politycznych. Wiele lat później, już w niepodległej Polsce, mówił o tym okresie przemian w PPS, że widział "wiele rzeczy z III piętra, a nie z parteru".

Na razie należało zmienić przyjęty w przeszłości model działania i wyjść z zaścianka ścisłej konspiracji, ograniczającej rozwój PPS. Reorganizację partii i wyznaczenie jej nowych horyzontów politycznych wymuszały głównie przemiany w sytuacji międzynarodowej.

Długi cień konfliktu japońsko-rosyjskiego na Dalekim Wschodzie

Rywalizacja japońsko-rosyjska na Dalekim Wschodzie prowadziła od końca XIX wieku do otwartego kryzysu. Japończycy dążyli do opanowania całego półwyspu Liaotung. Sprzeciwiała się temu Rosja, która uważała Mandżurię i Koreę za strefę swoich wpływów. Kolej transsyberyjska dochodziła powoli do północnych rubieży chińskich. Zamierzano wybudować w Mandżurii odnogę kolei syberyjskiej, która połączyłaby Charbin z główną bazą floty wojennej na Oceanie Spokojnym w Port Artur i stworzyła możliwość dla rosyjskiego kapitału penetracji gospodarczej rynku chińskiego. Rząd japoński sprzeciwiał się wzmocnieniu się wpływów Rosjan w Mandżurii, Korei i Chinach. Celem polityki Japonii stało się wyparcie Rosji z Mandżurii i umocnienie zdobytych pozycji w Korei.

W Tokio oceniano, że rozbudowa rosyjskich linii kolejowych stanowi bezpośrednie zagrożenie dla japońskiej ekspansji. Czas działał na niekorzyść Japonii. Pogarszał się wzajemny stosunek sił. Sądzono, że niebezpieczeństwu rosyjskiemu może zapobiec możliwie szybkie rozstrzygnięcie militarne w Mandżurii. Siły rosyjskie były bowiem rozśrodkowane w wielu garnizonach i rozrzucone na olbrzymich przestrzeniach cesarstwa. Wsparcie w boju oddziałów walczących na Dalekim Wschodzie wymagało długiego okresu przygotowań wojennych. Doprowadzenie odwodów, wysłanie amunicji i zaopatrzenia, a przede wszystkim dowóz na front nowych jednostek z baz oddalonych o tysiące kilometrów, prowadzony jedną nitką kolejową, do tego niezupełnie jeszcze wykończoną, dodatkowo wydłużał ten czas, dając przewagę armii japońskiej na początku możliwego konfliktu.

Japonia miała wielu sprzymierzeńców w swych dążeniach do osłabienia wpływów rosyjskich w Azji Wschodniej. Trzy wielkie mocarstwa: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Niemcy, były zainteresowane w uwikłaniu Rosji w konflikt w Azji, aby ułatwić sobie politykę w innych rejonach. Armię japońską szkolili pruscy instruktorzy, starannie i metodycznie przygotowując ją do działań wojennych na wielką skalę. Dla Niemców wplątanie się caratu w sprawy wschodnie mogło ułatwić ekspansję w Turcji i osłabić sojusz francusko-rosyjski, przez pomniejszenie zainteresowań dla kwestii bezpieczeństwa polityki europejskiej. Dążeniom niemieckim sprzyjały Austro-Węgry.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Tokio starało się pogłębić te przychylne Japonii tendencje w polityce Zachodu. Poseł pełnomocny w Londynie Tadasu Hayashi podjął 16 października 1901 r. rozmowy na temat układu z Wielką Brytanią. Dość szybko wypracował projekt umowy. Podpisany 30 stycznia 1902 r. w Londynie traktat przymierza między Wielką Brytanią a Japonią zapowiadał współdziałanie obu państw na Dalekim Wschodzie. Podkreślał on uznanie dominacji japońskiej w Korei, a w Chinach uprzywilejowaną pozycję interesów brytyjskich.

Jednocześnie między Tokio a Petersburgiem toczyły się jałowe rozmowy na temat porozumienia z Rosją o uznanie wzajemnych interesów na półwyspie Liaotung. Poselstwo w Petersburgu rozpoczęło rozpoznanie militarne armii rosyjskiej. Major Giichi Tanaka, który pracował tam do 1902 r. jako asystent attache wojskowego, po powrocie do Japonii przedstawił w Sztabie Generalnym plan wykorzystania rosyjskich grup rewolucyjnych do buntu przeciwko caratowi. Gotów był nawet odejść ze służby wojskowej, aby poprowadzić w Rosji działalność wywrotową. Z dużą uwagą odnosił się do sytuacji na krańcach cesarstwa rosyjskiego, w Królestwie Polskim, które w szczególny sposób było podminowane ruchem rewolucyjnym i dążeniami wolnościowymi. "Wierzył - jak oceniał japoński historyk - że działalność rewolucjonistów i mniejszości narodowych może wzburzyć fale, które wstrząsną całym caratem". W połowie 1903 r. japoński Sztab Generalny przyjął memorandum, w którym wskazywał na rosyjski ruch socjalistyczny, jako możliwego partnera w polityce przeciwko Rosji. Plany Tanaki trafiły do centrali tajnych służb japońskich, Oddziału II Sztabu Generalnego - Kempeitai, najbardziej elitarnej jednostki sił lądowych. Mundury oficerów wywiadu wyróżniał stylizowany znak złotej chryzantemy - symbol tajnej i jawnej służby Kempeitai.

Życzliwe stanowisko mocarstw wobec planów rządu tokijskiego, a zwłaszcza przymierze z potężną Anglią, podniosło znaczenie Japonii na arenie międzynarodowej. Dyplomacja japońska zaczęła odgrywać rolę samodzielnego czynnika w polityce światowej. Przedstawiciele japońscy mogli z wielką swobodą poruszać się po Europie, mając niemal wszędzie oparcie dla swych działań. Banki zachodnie, głównie w Londynie i w Nowym Jorku, wydatnie wspomagały te działania i wysiłki zbrojeniowe.

Zamysły Tanaki podjął płk Motojiro Akashi, od stycznia 1901 r. attache wojskowy w Paryżu, a następnie od 15 sierpnia 1902 r. attache wojskowy w Petersburgu. Akashi był jednym z najzdolniejszych oficerów japońskiego Sztabu Generalnego, należał do elity wojskowej, szkolono go na eksperta od spraw wywiadu wojskowego *[Motojiro Akashi (1864-1919) - baron, generał, jeden z najlepszych oficerów wywiadu japońskiego okresu Meiji, 1899 absolwent Wyższej Szkoły Wojskowej, przydzielony do Sztabu Generalnego w Tokio, 1894 na studiach językowych w Niemczech, następnie 1894-1895 uczestnik wojny japońsko-chińskiej, członek sztabu dywizji gwardii cesarskiej na Formozie, mającej stłumić ruch opozycyjny przeciwko Japonii, 1896 ponownie przydzielony do korpusu Sztabu Generalnego, wysłany w misji na Formozę i do Indochin Francuskich, a w 1900 do Chin do negocjacji z Rosją w sprawie zakończenia powstania bokserów, I 1901 - VIII 1902 attache wojskowy poselstwa Japonii w Paryżu, potem XI 1902 - II 1904 w Petersburgu, a następnie II - VI 1904 w Sztokholmie i I - VI 1906 w Berlinie, dalej X 1907 - IV 1914 komendant żandarmerii w Korei, 1914 zastępca szefa Sztabu Generalnego w Tokio, 1915-1918 dowódca 6 dywizji w Kumamoto na Kiusiu, 1918-1919 dowódca sił zbrojnych Japonii na Tajwanie i generał-gubernator Formozy.]. Przybył do Petesburga 1 listopada 1902 r. Miał przygotować tajne działania Kempeitai przeciwko Rosji w Europie, to znaczy wywiad, sabotaż kolei transsyberyjskiej i prowokowanie opozycji antyrządowej do rewolty. Przez wiele miesięcy obserwował miejscowe życie polityczne, sporo kłopotów sprawiało mu jednak dotarcie do czołówki rewolucyjnej w Rosji. Jeśli bowiem - pisał w raporcie ze swojej działalności - "zagłębimy się w aktualną sytuację, dojrzymy tylko mglisty brzeg. Wszystkie tak zwane partie opozycyjne to tajne stowarzyszenia, gdzie nikt nie może odróżnić wybitnych dysydentów od tajnych agentów [Ochrany - R. Ś], a nawet poznać nazwisk i adresów przywódców opozycji. Trudno nam zidentyfikować prawdziwych działaczy opozycji, ponieważ posługują się seriami fałszywych nazwisk, które często zmieniają na jeszcze inne. Rosyjscy agenci znali tylko niektórych przywódców i inwigilowali ich; niemożnością było kontynuowanie tego typu działalności w Europie poza Rosją i Niemcami, ponieważ wobec braku restrykcji wymierzonych przeciwko uchodźcom politycznym w Europie, dysydenci mieli wstęp do domów prywatnych osób z towarzystwa, często ciesząc się protekcją uczonych i dżentelmenów". Akashi stracił wiele czasu na zebranie wiarygodnych informacji o partiach opozycyjnych oraz nawiązanie kontaktu z przywódcami grup rewolucyjnych. Wiele z tych kontaktów miało charakter przypadkowy. Docierał do osób, o których sądził, że zajmują kierownicze stanowisko w swych środowiskach, gdy faktycznie nie odgrywały takiej roli.

Powoli następowała koordynacja działań japońskiej służby zagranicznej i wyższego dowództwa. W sierpniu 1903 r., kiedy zostały potwierdzone rosyjskie przygotowania do wojny, Sztab Generalny i Dowództwo Sił Morskich zwróciły się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych z prośbą o zatrudnienie szpiegów w imperium carskim, którzy zbieraliby informacje o siłach rosyjskich. Pierwsze instrukcje w tej sprawie wyszły z MSZ 14 sierpnia i 26 grudnia 1903 r. Pierwszą grupę agentów głębokiego wywiadu w Rosji miał angażować Toshitsune Kawakami, przydzielony do konsulatu we Władywostoku. Wkrótce, 11 i 12 stycznia 1904 r., Kawakami otrzymał ze Sztabu Generalnego w Tokio bezpośrednie polecenie znalezienia dwóch informatorów, jednego dla Lądowych Sił Zbrojnych i jednego dla Morskich Sił Zbrojnych. Dyplomata japoński nie miał jednak doświadczenia w sprawach wojskowych i wywiadowczych. Ostatecznie ta droga werbunku agenturalnego zawiodła.

Wydaje się, że Oddział II Sztabu Generalnego celowo doprowadził do takiej sytuacji, chcąc wykazać nieprzygotowanie personelu dyplomatycznego dla potrzeb Kempeitai, co w konsekwencji prowadziło do usamodzielnienia attaches wojskowych przy wykonywaniu zadań wywiadowczych. Jako pierwszy miał z tego skorzystać Akashi. Na początku 1904 r. znalazł właściwe kontakty z opozycją antyrządową w Rosji, kiedy stosunki między Japonią a Rosją uległy wyraźnemu pogorszeniu. Drogę do rosyjskich i polskich grup rewolucyjnych mieli torować przywódcy opozycji fińskiej.

Służby Kempeitai miały ułatwione zadanie ze względu na zacofanie przeciwnika. Wywiad wojskowy rosyjskiego imperium na Dalekim Wschodzie pierwszych lat XX stulecia nie odpowiadał wymogom czasu. Nie był w ogóle przygotowany do wojny na żadnym froncie, tkwiąc w starych schematach działania, które korzeniami sięgały początków XIX wieku, chociaż reprezentował ogromny potencjał operacyjny. Informacje zbierali attaches wojskowi i dyplomaci. Służba wywiadowcza koncentrowała się w sztabach okręgów wojskowych. Jednakże oddziały wywiadowcze w sztabach okręgów powstawały tylko na czas wojny. Przy tym klasyczny wywiad wojskowy, w odróżnieniu od tajnego, działał bez pomocy agentury, obejmując informacje obserwatorów, wywiad w boju i wywiad powietrzny (balony i aerostaty). Wywiad prowadzono niesystemowo i bez planu ogólnego. Bardzo szczupłe środki finansowe przeznaczano na rozpoznanie Niemiec i Austro-Węgier. W najbardziej opłakanym stanie przedstawiała się organizacja wywiadu przeciwko Japonii, gdzie bezpośrednio przed wybuchem wojny całkowicie brakowało sieci agenturalnej. W okresie pokoju Sztab Generalny w Petersburgu nie wypracował sobie żadnego systemu organizacji tajnej agentury w warunkach dalekowschodniego teatru działań wojennych. W takim samym stanie niedowładu organizacyjnego pozostawał kontrwywiad, który nie był w stanie przeciwstawić się skutecznie wrogiej agenturze.

Podstawowa przyczyna niedomagań tajnych służb wojskowych Rosji tkwiła w samym systemie władzy carskiej, niezależnie od ich relatywnie dużej efektywności penetracji obcych sił, co wynikało z potencjalnych możliwości państwa, ale nie odpowiadało jego potrzebom. Przyjęto prymat wewnętrznej kontroli politycznej nad zadaniami, które obejmowały dziedzinę stosunków zagranicznych. W miarę rozwoju ruchu rewolucyjnego instytucje represji państwa przerzucały się na walkę z radykalną opozycją i tendencjami odśrodkowymi. Coraz mniej uwagi kierowano na działania obcych wywiadów.

Przez to do roli potęgi w państwie urosła tajna policja polityczna - Ochrana, czyli Wydział dla Ochrony Porządku i Bezpieczeństwa Publicznego (Otdielenije po ochronienii poriadka i obszczestwiennoj biezopasnosti), której przede wszystkim powierzono obserwacje zagranicy. Ochrana została powołana w 1881 r. dla likwidacji zagrożeń wewnętrznych, zwalczania ruchów wolnościowych i rewolucyjnych, wrogich organizacji politycznych i społecznych. zwłaszcza tych, które prowadziły walkę zbrojną z caratem. Rozbudowano ogromną sieć wywiadu politycznego w Rosji i w całej Europie. Dobrze zakonspirowana sieć tajnych współpracowników i prowokatorów umożliwiała przeniknięcie w głąb inwigilowanych grup. Ochrana werbowała agentów we wszystkich stolicach europejskich, przekazywała ich następnie attache wojskowym. Centrala Ochrany znajdowała się w Petersburgu. Prace Ochrany nadzorował dyrektor Departamentu Policji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, który podlegał ministrowi spraw wewnętrznych (od 17 IV 1902 do 28 VII 1904 r. Wiaczesław Konstantinowicz Plehwe). W latach 1902-1905 Departamentem Policji kierował Aleksiej Aleksandrowicz Łopuchin.

Organizacja Ochrany, jak na owe czasy, była perfekcyjna, znacznie wyprzedzała służby polityczne innych wywiadów, w tym Austro-Węgier i Niemiec. Oficerowie Ochrany rekrutowali się przeważnie z korpusu Sztabu Generalnego, należeli do najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. W kraju i za granicą dysponowali szeroko rozgałęzioną siecią agenturalną. Posługiwali się licznymi konfidentami prowokatorami, przygotowanymi do wypełniania zadań wojskowych i politycznych. Odpowiednie fundusze zapewniały właściwe funkcjonowanie całej organizacji. Nie cofano się przed stosowaniem przemocy fizycznej wobec przeciwników. Okrucieństwo i bezwzględność stanowiły nieodłączne atrybuty działania aparatu Ochrany. Wewnętrzną dyscyplinę całego aparatu zapewniały brutalne metody wymuszania posłuchu.

Bezpośrednio działaniami Ochrany kierował Wydział Specjalny (Osobyj otdieł) w Departamencie Policji. Podlegały mu placówki terenowe oraz Oddział Zagraniczny w Paryżu (Zagranicznaja agientura), który rozwijał od 1883 r. działalność Ochrany poza Rosją. Centralną rolę pełnił faktycznie oddział petersburski Ochrany.

Niezwykle żywą działalność rozwijały biura Ochrany w Warszawie i Paryżu. Wydział dla Porządku i Bezpieczeństwa Publicznego miasta Warszawy przy Zarządzie Warszawskiego Oberpolicmajstra (Otdielenije pri uprawlenii warszawskogo obierpolicmajstra po ochronienii poriadka i obszczestwiennoj biezopasnosti w gorodzie Warszawie, popularnie Ochrannoje otdielenije w Warszawie) utworzony został w 1900 r. Kancelarie dowództwa Ochrany warszawskiej znajdowały się przy Zarządzie Warszawskiego Oberpolicmajstra przy ulicy Długiej. Stanowisko referenta Ochrany w Warszawie zajmował Michaił Bogdanow-Kaliński (1898-1909). Oddział warszawski żandarmerii i Ochrany miał swoją siedzibę przy dawnej ulicy Wielkiej, w narożnym budynku przy skrzyżowaniu z ulicą Żurawią (obecnie ul. Poznańska 30/34).

Centralny organ rosyjskiej policji politycznej za granicą stanowiła Zagraniczna Agentura Ochrany w Paryżu. Biuro Oddziału Zagranicznego znajdowało się w gmachu ambasady rosyjskiej w Paryżu przy rue de Grenelle 29, które pełniło rolę ośrodka dowodzenia i dyspozycji zagranicznej agentury Ochrany.

Podstawy agentury Ochrany paryskiej stworzył Piotr Iwanowicz Raczkowski, dyrektor Oddziału Zagranicznego w latach 1884-1902. Praca agentury paryskiej opierała się na sieci tajnych współpracowników (prowokatorów), którzy prowadzili zewnętrzną i wewnętrzną obserwację przybywających z Rosji rewolucjonistów *[Przyjmuje się, że 1 tajny współpracownik-prowokator Agentury Zagranicznej przypadał na 40-50 emigrantów politycznych z Rosji. Walerij Konstantinowicz Agafonow obliczył, że w w latach 1905-1917 przez Oddział Zagraniczny Ochrany w Paryżu przeszło około 100 tajnych współpracowników-prowokatorów, a liczba rosyjskich emigrantów politycznych w Europie Zachodniej nie sięgała więcej jak 4 000-5 000 osób. W 1917 r. komisja lustracyjna ustaliła, że przed rozwiązaniem Oddziału Zagranicznego Ochrany służyło w nim 22 agentów.]. "W miarę rozwoju ruchu rewolucyjnego i kolosalnego wzrostu emigracji zagranicznej - pisał później Walerij Konstantinowicz Agafonow - rozwijała się działalność [Piotra Iwanowicza] Raczkowskiego i rosła jego siła: wszystkie rewolucyjne zagraniczne grupy, wszyscy wybitni emigranci [...] byli omotani pajęczyną tak wewnętrznej, jak i zewnętrznej obserwacji". Pod ścisłą obserwacją Agentury Zagranicznej pozostawał m.in. Władimir Lwowicz Burcew. Ochrana dość dobrze orientowała się w jego powiązaniach i działalności. Przekazywano do Departamentu Policji w Petersburgu korekty wydawnictw Burcewa wraz z odpisami jego korespondencji. "W rozpatrywanym okresie (1900-1912) - podkreślał Agafonow - Burcew był w krzyżowym ogniu agentury: z jednej strony [Lew Dmitriewicz] Bejtner, korzystający z jego zaufania, z drugiej - [Piotr Emmanuiłowicz] Pankratiew, dawny znajomy". Toteż "Raczkowski chwalił się, że odnośnie narodowolców w Paryżu i Londynie przyjął on granice 'zabezpieczające przed różnymi niespodziankami', i że działalność narodowolców była dla niego 'zupełnie znana' ". Wiedzę Ochrany na temat emigracji rosyjskiej pogłębił znacznie następca Raczkowskiego.

Od września 1902 r. Agenturą Zagraniczną Ochrany dowodził Leonid Aleksandrowicz Ratajew, naczelnik Wydziału Specjalnego Departamentu Policji. "W dziedzinie tajnych współpracowników - pisał 22 XII 1902 r. w pierwszym raporcie dla Łopuchina - radzę nie trzymać się ściśle ram Londynu, Paryża i Szwajcarii, ale rozszerzyć je. [...] Niezależnie od tego muszę za wszelką cenę zwerbować współpracownika wyłącznie spośród Polaków. W Londynie polska rewolucja jest bardzo silna i poważna, ale świadomość tego, według mnie, jest niedostateczna. Szczegółowy raport z Londynu sporządza się i w celu jego zakończenia muszę jeszcze tam pojechać, co uczynię, po ukończeniu i przedstawieniu pracy o 'Żółtych' [tj. Japończykach]". Raport, o którym wspominał Ratajew, nie jest znany. Sygnalizowanie przez szefa Agentury Zagranicznej roli ruchu polskiego jest znamienne. Z tych powodów Łopuchin, działając na polecenie ministra spraw wewnętrznych, podjął 31 grudnia 1903 r. decyzję o wydzieleniu Agentury w Galicji, jako samodzielnej organizacji.

Najwięcej wysiłku Ratajew włożył w prowadzenie centrali paryskiej oraz rozbudowę agentury szwajcarskiej. Pracowali dla niego najlepsi agenci: Lew Dmitrijew Bejtner (prowokator w grupie narodowolców) oraz Maria Aleksiejewna Zagórska, Jewno Fiszelewicz Azef i Boris Jakowlewicz Batuszanski (prowokatorzy w Partii Socjalistów-Rewolucjonistów).

Systematycznie inspirowano prasę francuską, prowadząc kampanię przeciwko rosyjskim emigrantom. Specjalnie w tym celu w marcu 1903 r. został oddelegowany do Paryża Iwan Fiodorowicz Manasiewicz-Manuiłow, urzędnik do szczególnych poruczeń przy ministrze spraw wewnętrznych *[Iwan Fiodorowicz Manasiewicz-Manuiłow (1868-1918) - radca dworu, dziennikarz, od końca lat osiemdziesiątych współpracownik Ochrany w Petersburgu, 1899-1901 agent Departamentu Spraw Duchowieństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oddelegowany do Rzymu, w 1903 przydzielony do Oddziału Zagranicznego Ochrany w Paryżu, od 1906 w rezerwie.]. "Maska" zajął w Agenturze Zagranicznej pozycję specjalnego agenta Departamentu Policji. Zależał tylko formalnie od Ratajewa, utrzymywał bezpośrednią łączność z samym ministrem spraw zagranicznych, Wiaczesławem Konstantinowiczem Plehwe.

Formalnie Oddziałowi Zagranicznemu Ochrany w Paryżu podlegały wydzielone agentury:

1.) Agentura w Szwajcarii z siedzibą w Genewie, zorganizowana dla obserwacji ośrodków emigracyjnych w Genewie, Bemie, Zurichu i Lozannie. Agenturą szwajcarską kierował Milewski, mając do pomocy Gurina. W 1887 r. podlegało im 8 agentów.

2.) Agentura w Londynie - obejmowała 2 angielskich agentów: Farsa i Torpa, a później także E. Brontmana, Wasilija Grigoriewicza Gudina, Albierta Michajłowicza Orłowa-Zukiermana.

3.) Agentura w Galicji - działała od czerwca 1896 r., ale bez większych efektów, wzbudzając niepokój Łopuchina. Reorganizację Agentury w Galicji przeprowadził Michał Iwanowicz Gurowicz, przyjęty do służby 1 stycznia 1903 r., wcześniej prowokator (1890-1902). Dyrektor Departamentu Policji w piśmie z 1 lutego 1903 r. do ministra spraw wewnętrznych, Plehwego zwracał uwagę na dwa nowe ośrodki, Kraków i Lwów, które stały się "znaczącymi centrami ruchu nacjonalistycznego i socjalistycznego". Gurowicz prowadził obserwację środowisk polskich z Warszawy. Dysponował 20 współpracownikami i agentami.

4.) Agentura Bałkańska, kierowana z Wiednia przez Aleksandra Wajsmana, jako agenta Departamentu Policji w Wiedniu i na Bałkanach. Po zdemaskowaniu roli Wajsmana w styczniu 1904 r. na czele Agentury Bałkańskiej stanął płk żandarmerii Władimir Walerianowicz Trzeciak. Do zarządu jego agentury wchodziły Rumunia (16 agentów), Bułgaria (5 agentów), Serbia (2 agentów) oraz Wiedeń (1 agent - Simon Mojsze Wajsman-Mordkow, brat Aleksandra Wajsmana). Niebawem Agentura Bałkańska została zlikwidowana. Trzeciaka oddelegowano do biura Ochrany w Warszawie. Następnie w lutym 1905 r. został skierowany do pomocy Ratajewowi w obserwacji Rosjan na Półwyspie Bałkańskim.

5.) Agentura Berlińska zorganizowana w końcu grudnia 1900 r., pod kierownictwem Arkadija Michajłowicza Hartinga. Pod tym nazwiskiem Ochrana zamaskowała rewolucjonistę i prowokatora, byłego tajnego współpracownika Raczkowskiego w Paryżu i w Brukseli, Abrahama Aarona Heckelmana-Landezena. Harting formalnie był podporządkowany Ratajewowi, ale w rzeczywistości pełnił swoją funkcję zupełnie samodzielnie, odpowiadając za podległą placówkę przed dyrektorem Departamentu Policji. Agentura Berlińska prowadziła samodzielną obserwację rosyjskich rewolucjonistów mieszkających w Niemczech. Hartingowi podlegało 7 agentów (tajnych współpracowników-prowokatorów), w tym osławiony Lew Dmitriewicz Bejtner, Żytomirski (zwerbowany w 1902 r.) i Zinaida Żuczenko, rozpracowujący środowiska Partii Socjalistów-Rewolucjonistów oraz Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji.

Dnia 1 sierpnia 1905 r. odsunięto Ratajewa od kierowania Agenturą Zagraniczną, a na jego miejsce wyznaczono Hartinga. Agenturę w Berlinie przyporządkowano ostatecznie Oddziałowi Zagranicznemu Ochrany w Paryżu.

Tymczasem w styczniu 1904 r. wojnę między Rosją a Japonią uważano powszechnie za nieuniknioną. Rząd tokijski uznał w końcu, że nadeszła chwila do rozpoczęcia działań wojennych. Flota japońska wyruszyła z baz i skierowała się ku półwyspowi Liaotung. Wojska rosyjskie przeszły 6 lutego granicę na rzece Jalu i wkroczyły do Korei. Japończycy 8 lutego zaatakowali carską flotę na redzie Port Artur. Dwa dni później została ogłoszona wojna z Rosją.

Całe japońskie przedstawicielstwo dyplomatyczne porzuciło Petersburg i przez Berlin skierowało się do Szwecji. Akashi otrzymał stanowisko attache wojskowego w nowo utworzonym poselstwie japońskim w Sztokholmie (10 II 1904). Po drodze zatrzymał się 14 lutego w Berlinie, a do Sztokholmu przybył 22 lutego. Zarówno Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jak i Sztab Generalny w Tokio uznały Sztokholm za najlepszy punkt do zbierania ogólnych informacji na temat Rosji i organizowania siatki wywiadu wojskowego oraz politycznego, na zasadzie udzielenia Akashiemu specjalnych prerogatyw, które uprzywilejowywały jego stanowisko wobec innych placówek Kempeitai w Europie, przy attachatach wojskowych w Paryżu, Londynie, Wiedniu i w Berlinie oraz w Sztokholmie. W czerwcu 1904 r. przydzielono do poselstwa w Szwecji zwykłego attaché wojskowego, ponieważ te oficjalne obowiązki kolidowały z tajną działalnością Akashiego.

Akashi objął rolą organizatora i kierownika akcji dywersyjnej i wywiadowczej przeciwko caratowi, prowadzonej w Europie przy pomocy rosyjskich emigracyjnych organizacji rewolucyjnych i narodowościowych, za pośrednictwem których zamierzał wspierać rozszerzające się ruchy opozycji wewnątrz imperium. Przystąpił do rozszerzenia japońskiej siatki wywiadowczej w Rosji. W Petersburgu zostawił trzech swoich agentów, którzy działali samodzielnie, obserwując sytuację w stolicy, a w szczególności poczynania rządu. Po przyjeździe do Sztokholmu skontaktował się z Jonasem Castrénem oraz Konni Zilliacusem, przywódcami fińskimi *[Motojiro Akashi tak opisywał pierwszy kontakt z przedstawicielami opozycji fińskiej: "Używając posłańca, w dniu przybycia [do Sztokholmu 22 II 1904] wysłałem tajny list do [Jonasa] Castrena, przywódcy Partii Konstytucjonalistów. Już od jakiegoś czasu znałem to nazwisko i poprosiłem o spotkanie. Mój posłaniec wrócił i powiedział: 'Pan Castren powiedział, że nie widzi powodu, dla którego miałby dostawać od pana list i że prawdopodobnie bierze go pan za kogoś innego'. Zwrócił mój list. Byłem głęboko rozczarowany, ale wówczas odwiedził mnie dżentelmen z białą brodą, w jedwabnym kapeluszu i wręczył mi kopertę zawierającą kartę wizytową od człowieka nazwiskiem Konni Zilliacus. Było tam napisane: 'Najlepszy przyjaciel Castrena'. Zilliacus powiedział: 'Zwróciliśmy wcześniej pański list, bo nie było jak ustalić, czy to rzeczywiście pan wysłał posłańca. Błagam o wybaczenie. Obaj z Castrenem głęboko cenimy pańską ofertę rozmowy. Jednak ten hotel [Hotel Rydberg] jest niebezpieczny. Proszę być przed hotelem jutro rano o jedenastej. Będę siedział w powozie, który o tej godzinie przejedzie obok pana. Proszę do niego wsiąść. Jeżeli zaciągnie pan składany dach od śniegu, nikt nie będzie mógł pana zobaczyć. Będzie więc pan mógł w tajemnicy udać się na miejsce spotkania'. Zgodnie z planem spotkałem się z nimi następnego ranka w domu Castrena".]. Na wstępie Zilliacus miał oświadczyć Akashiemu: "Chętnie udzielę panu jak najwięcej informacji na temat spraw politycznych, ale nie mogę wciągnąć naszej partii do pracy agenta japońskiego, ponieważ taka praca rzuciłaby na nią cień". Po przełamaniu pierwszych lodów Akashi rozpoczął poufne rozmowy z fińskimi uchodźcami w Sztokholmie, chcąc wysondować możliwości rozwinięcia współpracy pomiędzy opozycją fińską a władzami japońskimi. Następnie należało pokazać, że cała opozycja antyrządowa jest zdolna do wspólnych, zgodnych działań, zmierzających do obalenia autokracji, przez zachęcenie liberałów do żądania wprowadzenia osobnej dla Finlandii konstytucji, organizowanie demonstracji i zbrojnych zamieszek w różnych częściach imperium. Zilliacus, który był odpowiedzialny za większość elementów tego planu, stał się niebawem głównym pośrednikiem Akashiego w kontaktach z grupami opozycyjnymi i rewolucyjnymi w Rosji *[Konni Viktor Zilliacus (1855-1924) -  fiński działacz robotniczy, polityk, dziennikarz i publicysta, autor wielu prac z historii rosyjskiego ruchu robotniczego oraz najnowszych dziejów Finlandii (1890-1923), od 1889 przebywał w Stanach Zjednoczonych i w Japonii, od 1898 redaktor "Nya pressen" w Helsingforsie, od 1900 redaktor pisma "Fria ord" w Sztokholmie, przemycanego na teren Finlandii, jeden z przywódców ruchu młodofinów na emigracji, 1903 współzałożyciel Fińskiej Partii Czynnego Oporu (Finska aktiva motstandspartiet), od 1 XI 1904 jej przewodniczący, 1904-1905 współpracownik wywiadu japońskiego, jeden z organizatorów przemytu broni do Finlandii i Rosji, główny organizator konferencji stronnictw opozycyjnych i organizacji rewolucyjnych działających w Rosji, zwołanej do Paryża w 1904, kierownik biura porozumiewawczego stronnictw opozycyjnych w państwie rosyjskim.].

Akcję wspierania ruchów odśrodkowych w Rosji, wykorzystania ich do celów wywiadowczych oraz dywersji politycznej Oddział II japońskiego Sztabu Generalnego prowadził w ścisłym porozumieniu z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, za pośrednictwem centrali tokijskiej MSZ, wybranych placówek dyplomatycznych i akredytowanych przy nich attachés wojskowych, będących kadrowymi pracownikami wywiadu, a także rezydentów Kempeitai, którzy kierowali siatkami wywiadowczymi w Europie i w Azji. Oficerowie japońscy przydzieleni do służby dyplomatycznej z dużą swobodą poruszali się po Europie, mając do wypełnienia bardzo szeroki zakres zadań. Zajmowali się zamówieniami i zakupem uzbrojenia w różnych zakładach w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Belgii, Danii i Szwecji. Prowadzili szerokie rozpoznanie wywiadowcze. Opinie o "jakiś tajemniczych machinacjach japońskich attachés wojskowych" stały się dość powszechne.

Wszystkie działania dyplomatyczne i polityczne w Europie z ramienia japońskiego MSZ koordynował Hayashi, mając do pomocy attaché wojskowego w Londynie, mjr. Taro Utsunomiya, któremu asystował delegowany oficer Sztabu Generalnego, mjr Saburó Inagaki. Pozostały personel dyplomatyczny w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych pełnił funkcje pomocnicze albo techniczne w zakresie działań specjalnych podejmowanych przez płk. Akashi i mjr. Utsunomiya przeciwko Rosji. Do tych działań wspierających zostały włączone placówki dyplomatyczne: w Paryżu (Ichiro Motono, poseł, ppłk Hisamatsu, attaché wojskowy, kpt. Takadsuka, pomocnik attaché wojskowego, Shin ichiro Kurino, były poseł w Petersburgu, przydzielony po wybuchu wojny z Rosją do poselstwa paryskiego), Berlinie (Junnosuke Inoue, poseł, Kikutaro Oi, attaché wojskowy), Wiedniu (Nobuaki Makino, poseł, Goro Johoji, attaché wojskowy), Hadze (Nobukata Mihashi, poseł), Sztokholmie (Sachio Akizuki, poseł, mjr Tsunekichi Nagao, od czerwca 1904 attaché wojskowy), Waszyngtonie (mjr Koichiro Tachibana, attaché wojskowy) i Nowym Jorku (Kosai Uchida, konsul generalny).

Działalność Akashiego nie uszła uwadze Ochrany. Ustanowiono ścisły nadzór nad poczynaniami oficera Kempeitai. Kierownictwo operacyjne rozpracowania jego powiązań z opozycją antyrządową przekazano Manasiewiczowi-Manuiłowowi w Paryżu i Hartingowi w Berlinie. "W 1904 r. Hartinga wezwano do Petersburga i dyrektor Departamentu Policji Łopuchin polecił mu - notował Agafonow - zorganizowanie kontrwywiadu do walki z japońskim szpiegostwem, na czele którego stał [Motojiro] Akashi [...]. Zawrzała praca. Do walki z Japończykami Harting wezwał 'starą gwardię' - szpiegów, śledzących wcześniej rosyjskich rewolucjonistów, i 'prowokatorów', sam zaś miotał się po Europie śladami Akashiego i innych prawdziwych i domniemanych japońskich szpiegów: dziś w Petersburgu, jutro w Berlinie, pojutrze w Sztokholmie, w Kopenhadze".

Szukanie możliwości kontaktów

Nie wiadomo, kiedy w kierownictwie PPS, dostrzegającym możliwość wykorzystania dla własnych zamierzeń sprzeczności interesów międzynarodowych na Dalekim Wschodzie, zarysowujących perspektywę otwartego konfliktu między mocarstwami, który mógł zaangażować wewnętrzne siły antycarskie w imperium Mikołaja II, powstała myśl nawiązania kontaktów politycznych z Japonią przeciwko Rosji. Wydaje się, że pierwsze próby zainicjowania rozmów z przedstawicielami dyplomatycznymi rządu w Tokio miały miejsce już w końcu 1899 r., za pośrednictwem konsulatu japońskiego w Londynie. Jednakże, nawet jeśli w ogóle takie rozmowy zostały wtedy podjęte, nie zostawiły praktycznych rezultatów. Nie ma zresztą na ten temat żadnych danych źródłowych.

Natomiast Dmowski poznał się w tym czasie z dyplomatą japońskim, Toshitsune Kawakami. Znajomość ta miała wówczas tylko czysto towarzyski charakter, bez dalszych konsekwencji dla wzajemnych kontaktów politycznych. Najważniejsze okazały się kontakty z opozycją fińską, które zainicjowano jeszcze w styczniu 1903, a potem odnowiono w styczniu 1904 r..

W ścisłym kierownictwie PPS (Piłsudski, Jodko-Narkiewicz, Malinowski, Jędrzejowski) dla oznaczenia sprawy planowanych poufnych kontaktów z przedstawicielami Japonii za pośrednictwem służb wywiadu Kempeitai i podjęcia wspólnych przedsięwzięć przeciwko Rosji na wypadek wojny na Dalekim Wschodzie przyjęto wewnętrzny kryptonim "Wieczór". W ogólnym znaczeniu "Wieczór" określał też Japonię, jako partnera przyszłych porozumień politycznych. Nic nie wiadomo o czasie i okolicznościach powstania kryptonimu. Jego ścisłe znaczenie oddawało zapewne geograficzny kierunek komunikacji z Wielkiej Brytanii do Japonii. Wtedy podróżowało się z Europy Zachodniej na Daleki Wschód kierując się na zachód, najpierw statkiem przez Atlantyk, potem drogą lądową do zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, a następnie znowu drogą wodną przez Pacyfik. Odległy cel wyprawy wskazywało zachodzące słońce, które u schyłku dnia niknęło za horyzontem, wschodząc w tym samym momencie na drugiej półkuli.

Pierwsze datowane zapisy dokumentacyjne kryptonimu "Wieczoru" występują w korespondencji partyjnej zaraz po wybuchu wojny japońsko-rosyjskiej. Użyli ich niezależnie od siebie Malinowski w Londynie 18 lutego ("ambasada wieczorowa", tj. ambasada Japonii w Londynie) i Jodko-Narkiewicz we Lwowie 20 lutego 1904 r. ("list drugi wieczorowy", tj. drugi list Jodki-Narkiewicza do posła Japonii w Wiedniu, hrabiego Nobuaki Makino z 21 II 1904 r.). Oznacza to, że kryptonim "Wieczoru" został ustalony wcześniej na jakiejś wspólnej konferencji albo spotkaniu, zapewne w gronie Piłsudskiego, Jodki-Narkiewicza, Malinowskiego i być może Jędrzejowskiego, najpóźniej w drugiej połowie 1903 r., bo w cytowanych listach posługiwano się nim już w znaczeniu faktu dokonanego.

Wstępne ustalenia w sprawie uaktywnienia działań PPS na wypadek wybuchu wojny na Dalekim Wschodzie zapadły zapewne bezpośrednio przed wyjazdem Piłsudskiego do Królestwa Polskiego (24 I 1904). Podjęte wówczas decyzje dotyczyły prawdopodobnie rozpoznania możliwości rozwoju ruchu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim, przy wykorzystaniu ewentualnego porozumienia i pomocy materialnej ze strony Japonii. "W interesie 'wieczornym' rozgadałem się na fest z dwoma [tzn. z Adamem Buyno i Feliksem Sachsem, jako członkami Centralnego Komitetu Robotniczego PPS - R. Ś.] -  pisał z kraju prawdopodobnie do Jędrzejowskiego pod koniec stycznia lub na początku lutego 1904 r. - jak to było umówione. Naturalnie opposition nie ma, trochę zdziwienia. Natomiast, jak wyczuwam z gawęd z innymi, to najbardziej oporną będzie inteligencja - przesiąknięta pozytywizmem. Jeszcze nie sondowałem tej sprawy w ognisku życia [w Warszawie], ale spodziewam się, że i tam się z tym spotkam. Naturalnie - wbrew twierdzeniu Bolka [Bolesława Antoniego Jędrzejowskiego] - płynę przeciw prądowi i staram się coś niecoś włożyć, ale idzie to opornie, głowy są zahipnotyzowane przez robotę tymczasową, przez interesy chwili obecnej, która naturalnie wydaje się czymś stałym. [...] W wielu miejscach na prowincji pytano naszych ludzi, co i jak w razie wojny".

W pierwszej dekadzie lutego 1904 r. Piłsudski przebywał jeszcze w kraju, pochłonięty sprawami wewnętrznymi partii. Zaalarmowały go ruchy jednostek rosyjskich w kierunku Mandżurii, co zaobserwował podczas pobytu w zaborze rosyjskim w ostatnim tygodniu stycznia. "Te wysyłania wojsk może oznacza - pisał 1 II 1904 r. do Malinowskiego w Londynie - iż wbrew pertraktacjom już wojna na Wschodzie istnieje". Zaraz po wybuchu wojny japońsko-rosyjskiej Piłsudski przesłał do Krakowa instrukcje dla kierownictwa partyjnego w związku ze zmianą sytuacji międzynarodowej. "Nastrój tutaj bardzo poważny - pisał z kraju 10 II 1904 r. - nakładający na nas specjalne obowiązki. Musimy na gwałt mobilizować sztab i podoficerów ruchu. Musimy robić wojowniczą minę, to teraz jedyny sposób wypłynięcia na wierzch przy tym podnieceniu umysłowym z powodu wojny. (...) Urządziłem tu ogromną akcję w celu urobienia opinii o groźnym stanie rzeczy i konieczności ratowania na razie sytuacji przez porządną zmobilizowaną organizację, która weźmie jako tako w łapy podniecone i rozgorączkowane w kierunku otwartej walki umysły.

Polecił przygotować następujące osoby do "mobilizacji": Aleksandra Malinowskiego w Londynie, Mariana Dąbrowskiego w Krakowie oraz Władysława Mazurkiewicza i Konrada Kasperowicza we Fryburgu. "Uważamy ich - zaznaczał - w stanie rozporządzalnym i w każdej chwili wezwać ich możemy. Jak będę [w Krakowie i Lwowie - R. Ś.], a będę wkrótce, bliżej ogadamy interesy".

Sprawę "Wieczoru" zainicjowała w fazie wykonawczej konferencja Piłsudskiego, Jodki-Narkiewicza i Jędrzejowskiego, która odbyła się między 10 a 13 lutego 1904 r. we Lwowie. Zebranie ścisłego kierownictwa PPS Piłsudski zwołał zapewne tuż po swoim powrocie z zaboru rosyjskiego. Najpewniej spotkanie odbyło się 13 lutego, gdyż w tym dniu Jodko-Narkiewicz napisał do Malinowskiego o podjętych we Lwowie decyzjach. Do przesyłki załączył bruliony swego listu do posła Makino. List miał już prawdopodobnie przygotowany od kilku dni (brulion z tekstem w języku polskim datowany jest na 8 II 1904 r.), ale wstrzymywał się z decyzją o wysłaniu go do Wiednia, oczekując powrotu Piłsudskiego, który musiał przynajmniej zaaprobować jego treść, jeśli wręcz nie zakreślił wcześniej głównych tez przedstawionej oferty, prezentując stanowiska partii w podstawowej kwestii współdziałania polsko-japońskiego na wypadek wojny z Rosją, bo sam rozstrzygał wtedy zasadnicze problemy polityki partii. Jodko-Narkiewicz nie wysłał więc listu w dniu 8 lutego, jak się powszechnie przyjmuje, chociaż mógł go opatrzyć taką datą. Niestety, oryginał listu zaginął i nie można ostatecznie zweryfikować kwestii jego datacji.

Piłsudski uznał, że konflikt japońsko-rosyjski na Dalekim Wschodzie można wykorzystać dla spraw polskich, co otwierało nowe możliwości polityczne dla PPS. Sądził, że uda się pozyskać władze Japonii dla celów politycznych partii, przede wszystkim osłabienia Rosji. Japonia mogła poprzeć technicznie i materialnie polskie dążenia irredentystyczne. Wobec groźby wybuchu wojny Piłsudski, Jodko-Narkiewicz i Jędrzejowski postanowili w najbliższej przyszłości zwrócić się otwarcie do poselstwa japońskiego w Wiedniu z ofertą nawiązania kontaktu i współpracy. Podobne starania miały zostać podjęte w Londynie *[Tytus Filipowicz pisał później: "Jak wiadomo, zadaniem, jakie wówczas PPS stawiała przed sobą i przed Polakami, było osiągnięcie niepodległości drogą walki zbrojnej. Partia przeprowadzała odpowiednią propagandę, mającą na celu nie tylko wpojenie w umysły zasady niepodległości, lecz stworzenie nastawienia psychicznego, że walka zbrojna z najeźdźcą - i to walka zwycięska - jest do przeprowadzenia. Kierownicy zdawali sobie dobrze sprawę, że do powodzenia ich planów propaganda nie wystarcza, że potrzebna jest silna organizacja wojskowa, zapasy broni, środki finansowe, że nawet sama zmiana pokojowych nastrojów społeczeństwa na zaczepne nie da się dokonać bez uprzednich czynów natury bojowej, jakie spopularyzowałyby hasło walki i wykazały jej praktyczną możliwość. Nasuwało się także, jako prawda oczywista, iż w Polsce momentem wybuchu winien być czas, gdy Rosja zostanie wciągnięta w wojnę z innym mocarstwem. I oto storpedowanie statków rosyjskich przez kanonierki japońskie otwarło erę wojny, a w Polsce nie ma ani organizacji wojskowej, ani zapasów broni, ani psychiki walki...".]. Do ewentualnych rozmów z Japończykami wyznaczono Jodkę-Narkiewicza, który odpowiadał w partii za stosunki zagraniczne, "a będąc człowiekiem o wielkim rozmachu i szerokich perspektywach - przyznawał jeden z jego późniejszych wrogów - nie wahał się przed krokami śmiałymi".

Jodko-Narkiewicz otrzymał szczegółowe instrukcje w zakresie przed stawienia możliwości i warunków współdziałania PPS. W liście do posła Makino wystąpił otwarcie z propozycją współpracy polsko-japońskiej. "Wojna Japonii z Rosją - pisał - jeżeli nawet obecnie zostanie zażegnana, jest nieunikniona w przyszłości. Rosja jest państwem potężnym, przewrotnym i chytrymi. Nie dosyć jest pokonać, lecz trzeba ją osłabić dla zabezpieczenia się na przyszłość. Dla dopięcia tego podwójnego celu Japonia winna użyć wszelkich środków i wykorzystać nadarzające się okoliczności. Od centrum sił Rosji pole wojny jest daleko odsunięte i połączone niedołężną koleją, wzdłuż której rozsiani są zesłańcy polityczni, zażarci wrogowie Rosji. Wśród nich duża ilość Polaków. Na zachodzie Rosji znajduje się silny podbity naród polski, który kilka razy dzielnie walczył z caratem o wydobycie się z jego niewoli, a pokonany broni nie złożył. W armii rosyjskiej, znajdującej się w Mandżurii, wojsko w dużej części składa się z Polaków. Na kolei, w składach kolejowych etc. pracuje wielu polskich robotników. Polacy są urodzonymi wrogami Rosji; Japonia może spotkać się tylko z ich sympatią, gdyż interesy narodu polskiego na żadnym polu nie krzyżują się z interesami japońskimi. Poza tym wewnątrz i na południu państwa rosyjskiego usilnie pracują liczne grupy rewolucyjne nad zwalczeniem rządu. Z tymi wszystkimi wrogimi Rosji siłami należałoby się dziś Japonii porozumieć i z nich skorzystać". Konspiracja rewolucyjna sięgała głęboko w sferę życia społecznego i politycznego Rosji, co wskazywało na możliwości podminowania od wewnątrz systemu carskiego. Polscy rewolucjoniści pod przewodnictwem PPS mogli odegrać w tym znaczącą rolę wykonawczą, zarówno w zakresie dywersji politycznej, jak i działań sabotażowych. Gotowość do działalności dywersyjno-sabotażowej na bezpośrednich tyłach armii rosyjskiej mogła stanowić wyjściową przesłankę do podjęcia rozmów z przedstawicielami partii. Dla uniknięcia niedomówień co do poufnego charakteru ewentualnej współpracy Jodko-Narkiewicz dodał: "W razie uwzględnienia zamiaru tego listu, raczy Wasza Ekscelencja - zwracał się do Makino w zakończeniu listu - naznaczyć sekretną audiencję, na którą przybędzie jeden z przedstawicieli najsilniejszego stronnictwa, będącego w ścisłych stosunkach z partiami czynu w Polsce, Rosji i na Kaukazie, w celu szczegółowego przedłożenia i omówienia poruszonej powyżej sprawy i ułożenia warunków programu działania. W razie przeciwnym upraszam Waszą Ekscelencję o zwrot tego listu i zachowanie poruszonych w nim kwestii, jak i mojego nazwiska, w absolutnej tajemnicy".

Makino nie miał zamiaru odpowiadać na list Jodki-Narkiewicza. W sprawach polskich reprezentował poglądy konserwatystów krakowskich. Dyplomata japoński przyjaźnił się z Wojciechem Dzieduszyckim *[Wojciech Dzieduszycki (1848-1909) - polityk, konserwatysta, filozof, krytyk literacki i publicysta, powieściopisarz, dramaturg, poeta i tłumacz, od 1876 poseł do Sejmu Krajowego, 1879-1885 i od 1895 członek Rady Państwa w Wiedniu, jeden z przywódców Koła Polskiego, 1904 jego prezes, 1906-1907 minister dla Galicji; członek-korespondent Akademii Umiejętności od 1887, profesor historii filozofii i estetyki Uniwersytetu Lwowskiego od 1896.]. Ugrupowania konserwatywne zdecydowanie odcinały się od "awanturnictwa PPS" - jak zanotował Makino. Konserwatyści tłumaczyli mu, że rząd japoński nie powinien w żadnym razie popierać radykalnych poczynań PPS, ponieważ działalność partii mogłaby doprowadzić do zaostrzenia polityki caratu wobec zaboru rosyjskiego. Najlepiej, gdyby rząd w Tokio w ogóle "nie dotykał" problemu polskiego. Dzieduszycki podkreślał przy tym, że zgadzał się w poglądach z Dmowskim *[Nobuaki Makino przyznał później, że uwierzył w zapewnienia Wojciecha Dzieduszyckiego o zdecydowanym poparciu przez Polaków reprezentowanych przez niego poglądów, przez co PPS nie miała mieć zupełnie oparcia dla swoich zamierzeń wśród szerokich mas społeczeństwa polskiego. Tymczasem zanotował: "PPS zdobywała coraz większe poparcie i coraz większą popularność". Dzieduszycki był tym bardzo zaniepokojony. Prosił o interwencję w Tokio. Prosił, aby Japonia i Anglia nie pomagały PPS. "ponieważ sytuacja Polaków może znacznie pogorszyć się poprzez nierozważne działania PPS"].

Nic więc dziwnego, że Makino traktował działaczy socjalistycznych z dużą dozą nonszalancji. Miał zdecydowanie negatywny stosunek do oferty PPS. "Ponieważ PPS nie była liczącą się wówczas siłą - pisał później we wspomnieniach - nie potraktowałem sprawy poważnie". Uważał, że partia nie reprezentowała większości opinii polskiej.

Niespodziewanie dał o sobie znać Turski, zapowiadając 11 lutego swój przyjazd do Londynu, celem bliższego omówienia swojego ogólnego projektu współdziałania polskiego i rosyjskiego ruchu rewolucyjnego wobec wojny na Dalekim Wschodzie. Jak się później okazało, zamierzał przy tym wejść w poufne stosunki z Japończykami w Paryżu.

Jodko-Narkiewicz 13 lutego wysłał Malinowskiemu bruliony listu do Makino z tekstem polskim i niemieckim, informując wstępnie o podjętych we Lwowie decyzjach. Załączył również list Piłsudskiego z 10 lutego, który polecił spalić (list nie został zniszczony). "Wszystkie listy japońskie [tzn. w sprawach 'wieczorowych' - R. Ś.] - zastrzegał przy tym - trzymaj osobno [tj. poza głównym archiwum PPS w Londynie], a i ten list mój ditto. Jest to rezultat konferencji, którą mieliśmy tu ('Miecz[ysław]' [Józef Piłsudski], Bolek [Bolesław Antoni Jędrzejowski] i ja) i na której postanowiliśmy to zrobić [tj. zwrócić się z listem do posła Nobuaki Makino], gdy tylko wojna wybuchnie. Teraz czekam odpowiedzi. Bolek ma Ci napisać propozycje, co Wy macie wykonać w Londzie [tj. Londynie]. [...] Jeżeli odpowiedź z Wiednia przyjdzie, jadę i stawiam szereg propozycji, żądając w zamian monety (wszystko umówione, co mówić)". Jodko-Narkiewicz dotykał sedna sprawy. Dla realizacji celów politycznych partii niezbędne były pieniądze, które mogli dostarczyć Japończycy.

Kilka dni później Piłsudski uzupełnił swoje instrukcje. Wyjechał do Petersburga i Warszawy, aby zebrać potrzebne fundusze dla dalszej akcji PPS, ale skutek tych starań był niewielki. Około 17 lutego był w Warszawie, skąd przesłał na adres Wasilewskiego nowe wskazówki, w których przede wszystkim zwracał uwagę na kwestie sytuacji finansowej partii. "U bardzo wielu ludzi zjawiło się poczucie wyjątkowości chwili - pisał - wymagającej wyjątkowych z naszej strony środków i akcji". Wobec tego "potrzebną jest koniecznie z naszej strony akcja jakakolwiek - hamulcowa czy podniecająca - ale w każdym razie akcja. Obojętne, bierne stanowisko dla nas jest na nic, bo jeśli nie zaraz, to po pewnym czasie stracimy wpływ i znaczenie w społeczeństwie i masach. Do akcji potrzebna jest przede wszystkim moneta. Z tych sfer, do których kieszeni trafiliśmy dotąd, nie wyciągniemy większej monety, umożliwiającej nam szerszą robotę i organizację, zatem trzeba się udać tam, gdzieśmy dotąd nie sięgali i spróbować zdobyć większą monetę. Odczuwałem, że trzeba przerobić organizację, zmobilizować większe siły organizatorskie i techniczne, a bez monety nic by się zrobić nie dało". Zdawał sobie sprawę z potrzeby chwili. Bez wydatnego zwiększenia funduszy na działalność partyjną groził PPS marazm i zepchnięcie na margines życia politycznego, gdy ruch rewolucyjny mógł niebawem wypłynąć na zmianę ogólnej sytuacji wewnątrz imperium rosyjskiego. Myślał o stworzeniu specjalnej organizacji o charakterze wojskowym, "dającej się użyć do wszystkiego, karnej i dostatecznie sprężystej", aby rozwinąć ruch rewolucyjny. "Plan nasz -  dodawał - zmobilizować sztab, centrum ulokować w Warszawie, tak, by było nasze (kierownictwo) na miejscu; zmobilizować technikę i podoficerów ruchu, wytworzyć z tego organizację karną z raportami, rozkazami dziennymi itd.".

Widać że Piłsudski cały czas odpowiadał za ogólną linię polityczną i strategię działań PPS. Decydował również o ważnych kwestiach taktycznych, jeśli wpływały one istotnie na podstawy ruchu. O swoich zamierzeniach informował najbliższych współpracowników, którzy w zakresie swoich czynności wykonawczych odpowiadali za realizację poleconych im zadań. Wydawało się, że droga do rozwiązania przedstawionych problemów partii wiodła przez nawiązanie kontaktu z wrogami caratu, w tym przede wszystkim z Japończykami, którzy mogli bardzo wydatnie wesprzeć dążenia PPS.

Niezależnie od zabiegów, które Piłsudski i Jodko-Narkiewicz zainicjowali na gruncie wiedeńskim i londyńskim, z własną inicjatywą nawiązania stosunków z Japończykami wystąpił Wacław Studnicki, mieszkający w Paryżu brat Władysława Studnickiego. Wacław Studnicki należał do Sekcji Paryskiej PPS, używał pseudonimu partyjnego "Hanibal" (także "Hannibal"). Już 17 lutego donosił do Londynu, że wszedł w bezpośrednie stosunki z Japończykami. "Towarzysze! - pisał z Paryża. - Spieszę zakomunikować Wam, że udało się mnie znaleźć dostęp do tutejszej ambasady japońskiej. Posyłam Wam rękopis proklamacji, którą za pośrednictwem ambasady japońskiej będzie można rozpowszechnić pośród żołnierzy Polaków na Syberii, w Mandżurii i na Sachalinie". Uważał za potrzebne napisanie takiej proklamacji nawołującej do dezercji Litwinów i Żydów z armii rosyjskiej. "Czy możecie wydrukować w Londynie nie tylko proklamacje polskie, ale i litewskie i żydowskie? - pytał w związku z tym. - Czekam w tej kwestii Waszej odpowiedzi. Bardzo idzie o pośpiech - dodawał. - Sądzę, że zgodzicie się ze mną, że wywołanie dezercji z armii moskiewskiej jest rzeczą w danej chwili bardzo ważną i że z tą sprawą nie można czekać". Chciał osobiście pojechać do Japonii, aby zorganizować na miejscu opiekę nad dezerterami Polakami. Nie miał na ten cel pieniędzy. "Jeżeli dezercja przyjmie większe rozmiary, to spodziewam się - przewidywał - że rząd japoński na swój koszt zgodzi się przyjąć koszta mojej podróży. Ale moja podróż do Japonii to jeszcze nic zdecydowanego". Prosił jednak o spis miejscowości Syberii Wschodniej z wykazem zesłanych tam Polaków i wszystkich innych osób, "na pomoc których można będzie liczyć". Zapowiedział również, że w ciągu kilku dni przeprowadzi odpowiednie rozmowy w kolonii rosyjskiej w Paryżu, zobowiązując się do zakomunikowania zasłyszanych ważnych informacji. Kontakt miał charakter poufny. Wacław Studnicki konspirował go nawet przed towarzyszami z Paryskiej Sekcji PPS. "Prowadzę tę korespondencję z Wami bez pośrednictwa naszej sekcji [PPS], bo jest to robota bardziej konspiracyjna od innych -  zaznaczał na koniec - a sekcja nasza składa się z bardzo różnorodnych jednostek i jest za liczną, aby w niej i przez nią prowadzić tę akcję, co zacząłem. [...] Przyślijcie mi bezpłatnie dla Japończyków moich i mego Finlandczyka wszystko, co jest o ruchu naszym w językach franc[uskim], niem[ieckim] i angielskim]".

Pierwszym pośrednikiem Wacława Studnickiego był ów "Finlandczyk". Prawdopodobnie chodzi o Konni Zilliacusa, który bezpośrednio skontaktował Studnickiego z poselstwem Japonii w Paryżu. "Na własną rękę - opisywał później Malinowskiemu nawiązanie kontaktu z Japończykami - nawet bez zaznaczenia wyraźnego swoich partyjnych przekonań, wszedłem w stosunki z Japonią. Kiedyś przy sposobności opowiem Wam szczegóły. Teraz wystarczy Wam fakt, że miałem ściśle poufną, na cztery oczy, audiencję u tut[ejszego] posła japońskiego [Ichiro Motono], który powiedział mi, że ambasada jest szpiclowana i wysłał [do] mnie mego znajomego młodego Japończyka, 'attache' [wojskowego] przy ambasadzie, jako zaufanego pośrednika, przez kogo będę się porozumiewał". Motono skomunikował Wacława Studnickiego z ppłk. Hisamatsu lub kpt. Takadsuka z paryskiego attachatu wojskowego.

List Wacława Studnickiego był pierwszym znanym sygnałem, jaki dotarł do Londynu w sprawie nawiązania stosunków przez PPS z Japończykami. Studnicki nie należał do kierowniczego aktywu i nie pełnił żadnej funkcji w partii, toteż Malinowski odniósł się sceptycznie do jego informacji, oczekując właściwych instrukcji od Piłsudskiego i Jodki-Narkiewicza. Nie wzbudziły też większego zainteresowania przedstawione propozycje druku odezwy nawołującej do dezercji wśród żołnierzy z armii rosyjskiej. Główny ciężar działań, prowadzonych według planu, przyjętego wcześniej tylko w ogólnych zarysach i zakładającego ewentualne współdziałanie z Japonią, leżał we wspieraniu akcji rewolucyjnej i dywersyjnej w europejskiej części Rosji, głównie w Królestwie Polskim. Nie można było jednak pominąć zupełnie inicjatywy podjętej przez Studnickiego. "Mamy czcionki żydowskie, polskie, rosyjskie i litewskie - odpowiadał Malinowski w liście z 17 II 1904 r. - Trudności więc technicznych [w druku odezwy] nie ma. Literatów żydowskich też posiadamy, skoro wydajemy w żargonie. Zachodzą tu jednak inne trudności. Działać na ślepo nie możemy. Musimy mieć zupełnie dokładne wiadomości, jakie stosunki Wy posiadacie i jaką drogą je zdobyliście. [...] Kto pokrywa koszta druku? Jak to sobie wyobrażacie? A względnie Wasz znajomy [Japończyk, tzn. Hisamatsu lub Takadsuka - R. Ś.]? W jakim charakterze rozmawialiście z nim?". Nie zgadzał się na darmowe przesłanie materiałów partyjnych do dyspozycji rozmówców Studnickiego. "Jeśli Wasz znajomy chce tę rzecz traktować serio - dodawał - to nie pożałuje paru franków, w przeciwnym razie jest to gadanie i nic więcej".

Na drugi dzień Malinowski przekazał sugestie "Hannibala" do Jodki-Narkiewicza. "Wczoraj - notował - nadesłał brat 'Wróbelka' [Władysława Studnickiego - tzn. Wacław Studnicki - R. Ś.] z Par[yża] list, w którym donosi, że znalazł stosunki z amb[asadą] wieczorową, proponuje rozrzucenie za pośrednictwem ich, [tj. Japończyków] odezwy do Polaków, Litwinów i Żydów w wojsku rosyjskim, tak w armii czynnej, jak również stojącej w Syberii".

Minister Makino nie odpowiadał na skierowane do niego pismo. Wobec tego Jodko-Narkiwicz zdecydował o ponowieniu propozycji nawiązania kontaktu. Napisał 20 lutego nowy list, który następnego dnia wysłał do Wiednia. "Ekscelencjo - pisał - Wypadki rozwijają się szybko i osoby, które mnie upoważniły zwrócić się do Pana, donoszą mi, że otrzymują ze wszystkich stron pytania, czy można doradzać dezercję polskich żołnierzy i rezerwistów, że jednak one nie mogą rozstrzygać tej kwestii bez porozumienia się z Panem; donoszą mi też, że inne odnośne plany gotowe są do wykonania. Należałoby żałować, gdyby nic z tych dobrych zamiarów nie wyszło. Dlatego pozwalam sobie zapytać się jeszcze raz, czy Ekscelencja wzięła pod uwagę nasz projekt? Milczenie będziemy uważali za ostateczną odmowę i w takim razie proszę mi listy zwrócić. Przy tym chcę zauważyć, że to bynajmniej nie zmieni wrogiego Rosji charakteru polityki naszej, tylko nie będziemy wtedy mogli wykonać wielu rzeczy, które zamierzamy".

Brulion "drugiego listu wieczorowego" Jodko-Narkiewicz przesłał do wiadomości Malinowskiego przy wymianie bieżącej korespondencji. "Wszystko to oczywiście trzymaj osobno, jak pisałem" - przypominał w liście z 20 II 1904 r. Przy okazji odniósł się do informacji otrzymanych od "przyjaciela Tkaczowa", jak określano w PPS Turskiego. "Zapytaj go zatem - pytał -czego chce? Jeżeli to są tylko projekty wykonania tego, czy owego, to nie ma co o tym gadać; powiesz mu, iż zakomunikujesz je 'Cekaerowskiemu' [tj. Centralnemu Komitetowi Robotniczemu PPS - R. Ś.] i kwita. Jeżeli zaś on chce dać swą pomoc czy to w stosunkach, czy w pieniądzach, to o pierwszym napisz piorunem do nas, drugie weź. Gdyby się okazało, iż on ma stosunki, za pomocą których możnaby porozumieć się z jakim 'mężem stanu', ang[ielskim] albo jap[ońskim], to mu zaproponuj, aby zrobił to, co miał zrobić 'Karski' [Tytus Filipowicz] lub księgarz [tj. Michał Wilfred Woynicz] (...), tj. zapytał się, czy chcą z nami gadać i, w razie zgody, może by przysłał monetę na drogę, a natychmiast jeden z nas by pojechał do Was". Na tym kończyłaby się rola Turskiego, "a potem - dodawał - już byśmy zobaczyli, co można mu powiedzieć".

W tym czasie powstała koncepcja utworzenia przy armii japońskiej legionu polskiego, głównie z jeńców i dezerterów z wojska rosyjskiego. Od razu należy zaznaczyć, że przywódcy PPS traktowali ten problem jako argument polityczny. Legion polski nie był celem samym w sobie, stanowiąc jedynie płaszczyznę do przewidywanych rozmów i porozumień, które mogły mieć znaczenie polityczne dla ruchu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim, przez okazanie pomocy materialnej i technicznej PPS ze strony japońskiej. Przede wszystkim nie było warunków technicznych do utworzenia takiego legionu, trudno było obliczyć dokładniej, ilu w rzeczywistości Polaków walczyło w armii rosyjskiej na terenie Mandżurii (szacunki w tej kwestii różniły się diametralnie), pomijając już zagadnienie woli Japończyków do bezpośredniego wmieszania się w sprawy wewnętrzne i interesy krajów zaborczych. Przede wszystkim były to tylko ogólnikowe plany, dające możliwość zainicjowania właściwego kontaktu z Japończykami.

Dość dobrze ujął to Malinowski, omawiając pisma przesłane do posła Makino. "List drugi 'wieczorowy' - pisał 22 II 1904 r. do Jodki-Narkiewicza - bardziej mi się podoba niż pierwszy, ogólnikowy. Takich listów jednak jak pierwszy, a nawet drugi, mogą oni [tj. Japończycy - R. S.] otrzymywać wiele i wrzucać je do kosza, jako anonimy. Inna rzecz, jeśli oni zwracają się [sami] do nas. Trzeba wyjaśnić sobie, co my im możemy obiecać. Przy teraźniejszym stanie rzeczy należałoby utworzyć legion polski w armii [japońskiej], a gdyby to nie miało żadnych innych następstw, tylko ten skutek, że wzmogła się dezercja lub łatwiejsze przy lada okazji poddawanie się Polaków Japończykom, a więc mniej Polaków zginęłoby za sprawę wrogą, już by był zysk i gra warta świec. Ale to może mieć i ten skutek, że Moskale nie będą wysyłać naszych na plac boju, że nie zrobią ewentualnie mobilizacji w Królestwie, jeśli zaś zrobią, to zatrzymają tych żołnierzy w europejskiej [części] Rosji. Powiedzieć to, moim zdaniem, należy zupełnie otwarcie, a co do reszty, to tylko wskazać na ciągłą naszą robotę; można wypowiedzieć nadzieję, ale określonymi zobowiązaniami się nie wiązać. Możemy zacząć, gdy Moskwa grubo osłabnie, a do tego trzeba czasu. Gdy przyjmiemy zobowiązania, zaczną nas pchać, bo im będzie chodzić o natychmiastowy skutek, a nam o więcej chodzi. Postępowanie w kraju też musi być oględne. Wojowniczą minę możemy robić, ale gdyby Moskwa na serio uwierzyła w możliwość poważnego ruchu u nas, nie wycofa ona wojsk w poważniejszej liczbie [z garnizonów w Królestwie Polskim]. A więc, ogólnie mówiąc, wzmacniać organizację potrzeba na gwałt, ale stanowisko nasze musi pozostać wyczekujące". Generalnie tak określona linia taktyczna PPS obowiązywała przez najbliższe sześć miesięcy, kiedy kierownictwo partii prezentowało swoje możliwości działania, próbując określić podstawy porozumienia z Japonią.

Początkowo przeciwnikiem zakulisowych poczynań kierownictwa partii w dążeniach do nawiązania kontaktu z Japończykami był Wojciechowski, który dowiedział się o wszystkim od Malinowskiego podczas pobytu w Londynie 21 i 22 lutego. "Mówiłem mu o 'wieczorowej' aferze - zapisał potem Malinowski - był bardzo nierad, mówił, że to świństwo, ale że to jest co innego, jeśli list został napisany bez firmy partyjnej". Uwagi te wywołała zapewne lektura listów Jodki-Narkiewicza do Makino, które Wojciechowskiemu pokazał Malinowski. Na odjezdnym Wojciechowski prosił Malinowskiego, aby ten zadepeszował do niego, gdyby Filipowicz otrzymał "odpowiedź czy rekomendacje", wówczas obiecał przyjechać, "aby wspólnie gadać". Wynika z tego, że Filipowicz szukał jakiegoś kontaktu z poselstwem Japonii w Londynie, nie będąc informowany przez Malinowskiego o podjętych już zamierzeniach wobec Japonii.

Malinowski wyraźnie oddzielił tę sprawę od propozycji złożonej Filipowiczowi przez bliżej nieznanego Amerykanina, który zgłosił się do niego za pośrednictwem Wincentego Sikorskiego, występując w imieniu i z ramienia swego przyjaciela, jednego z bardziej wpływowych senatorów amerykańskich, zainteresowanego udzieleniem pomocy finansowej ruchowi rewolucyjnemu na ziemiach polskich. Filipowicz napisał zaraz w tej sprawie do Jodki-Narkiewicza. W każdym razie - jak komentował Malinowski - propozycje, które zrobiono Filipowiczowi "w kwestii być może wieczorowej, być może nie, ale mającej z nią styczność", przemawiały za wtajemniczeniem go w plany szukania poufnych kontaktów z Japończykami. Jodko-Narkiewicz i Jędrzejowski uznali, "że facet jest szpic [tj. szpicel - R. Ś] i to dość miernego gatunku", więc sprawa upadła. "Uważajcie tylko - przestrzegał - czy szpiki jeżdżą za wami, kiedy udajecie się do miasta".

Ze wszystkich prób, podejmowanych wówczas dla nawiązania nieformalnych stosunków z oficjalnymi sferami japońskim, które mogłyby wesprzeć technicznie i materialnie dążenia PPS, najpoważniej przedstawiał się "interes paryski", jak określano inicjatywę Wacława Studnickiego. Jodko-Narkiewicz tracił nadzieję na bezpośredni kontakt z poselstwem Japonii w Wiedniu. Makino nie odpowiadał na przesłane mu listy, okazując brak zainteresowania dla złożonej propozycji współdziałania z polskim ruchem rewolucyjnym. Tylko Studnicki konferował z dyplomatami Japonii, wzbudzając tym niezadowolenie ze strony Malinowskiego i Jodko-Narkiewicza. Dnia 23 lutego spotkał się w Paryżu z tamtejszym attache wojskowym lub jego pomocnikiem. "Przy dzisiejszej rozmowie z moim 'Pośrednikiem' - donosił tego dnia Malinowskiemu - po raz pierwszy powiedziałem, że jestem w stosunku z Londynem i dałem [dawny] adres [drukarni i księgarni PPS]: [Józef] Kaniowski, 67 itd. [Colworth Road, Leytonstone, London, N. E., England]; powiedziałem, że działam na własną rękę, ale że w tym przekonaniu, że PPS nie spuści sposobności w zwalczaniu caratu". Zapewniał, że partia podejmie się wydrukowania odezwy wzywającej do dezercji żołnierzy armii rosyjskiej, o co przedstawiciel japoński mógł się sam zwrócić do Centralnego Komitetu Robotniczego PPS, za pośrednictwem wskazanego adresu londyńskiego. "Japończyk oświadczył - relacjonował dalej Studnicki - że dogodniej będzie porozumiewać się przeze mnie; zapytywał mnie, czy poza PPS, która jeśli nie będzie mogła albo chciała się podpisać [pod odezwą], czy ja będę mógł znaleźć kilku znanych Polaków, co podpiszą - odpowiedziałem, że mogę zaleźć takich". Koszty druku proklamacji w drukarni PPS "Pośrednik" zgodził się pokryć ze środków rządowych japońskich.

Studnicki przypuszczał, że Japończycy mogliby również zająć się jej kolportażem: "Wezwanie do dezercji, zdaniem 'Samego' [tj. Ichiro Motono] należy rozpowszechniać w Polsce, w Rosji, na Syberii etc., ale ja sądzę, że będą mogli Japończycy znaczną ilość wezwań rozrzucić przez swoich szpiegów i agentów w Mandżurii, różnych collis [tzn. kulisów - R. Ś.] itp., [lub] coś w tym rodzaju; że to jest możliwe, zdobyłem w rozmowie z 'Pośrednikiem' ". Z treści relacjonowanej rozmowy wynika jednoznacznie, że przedstawiciela japońskiego attachatu wojskowego w Paryżu absorbowała wyłącznie sprawa proklamacji, nie interesował się bezpośrednim kontaktem z kierownictwem PPS, ograniczając się jedynie do pośrednictwa Studnickiego w zakresie prowadzonych rozmów.

"Hannibal" szedł dalej w swoich planach, dotykając nieopatrznie prawdziwych zamiarów czołówki PPS. Uważał, że Polacy nie powinni biernie czekać aż armia rosyjska zostanie pokonana na froncie, "wychodząc z wyjątkowych warunków", które pozwalały "używać wyjątkowej taktyki". Chciał osobiście udać się do Irkucka i organizować dywersję na tyłach armii rosyjskiej. Swoje zamysły o nowej taktyce partii streszczał następująco: "Teraz, podczas wojny, z części towarzyszy partyjnych i ludzi z odpowiednim temperamentem należy wytworzyć niewielki oddział bojowy, który, nie angażując oficjalnie partii, wypowiedziałby bezpośrednio wojnę rządowi rosyjskiemu: zniszczyć druty telegraficzne, popsuć kolej, zniszczyć kilka mostów na drodze syberyjskiej - to jest przyczynić się w znacznym stopniu do klęski rosyjskiego oręża; ja tej klęski życzę nie platonicznie, ale chcę do tego czynnie się przyczynić". Ważną dziedzinę aktywności bojowej partii, zdaniem Studnickiego, stanowiłoby również zdobywanie informacji o mobilizacji, planach wojennych, rozmieszczeniu i ruchach wojsk w Rosji.

Mówienie Japończykom o tych planach we wstępnej fazie podjętych w Paryżu rozmów Malinowski odbierał jako krok nierozważny. "Nie podoba mi się grubo - pisał 25 II 1904 r. do Jodki-Narkiewicza - że on w ten interes wlazł, ale trudno". Chciał, aby Studnicki zajął na razie postawę wyczekującą. Podjęcie przez PPS postulowanych działań przeciwko Rosji byłoby "rozleglejsze i skuteczniejsze" - informował o odpowiedzi Studnickiemu - gdyby ten "interes" był prowadzony przez "organizację, a nie przez prywatną osobę", aby "otrzymać od 'wieczorowców' daleko większe gwarancje".

Z listem tym Malinowski wysłał jednocześnie otrzymaną do tej pory korespondencję od Wacława Studnickiego, aby Jodko-Narkiewicz mógł sam ocenić całe zagadnienie.

Malinowski postanowił więc przewlekać sprawę "Hannibala", aż nie wyjaśnią się inne próby skomunikowania się z Japończykami - w Paryżu przez Turskiego oraz w Londynie, gdzie pojawiły się nowe nadzieje na nawiązanie stosunków z tamtejszym poselstwem, prawdopodobnie w wyniku starań podjętych na miejscu przez Filipowicza albo za pośrednictwem przebywającego w tym czasie we Lwowie Douglasa, który dysponował pewnymi, bliżej nieokreślonymi, znajomościami z oficjalnych kręgów brytyjskich. "Najbardziej podoba mi się interes tu [tzn. z poselstwem Japonii w Londynie -  R. Ś.] - podsumowywał aktualny stan zabiegów o pozyskanie Japończyków do współpracy z PPS. - Kto to jest [tzn. osoba z korpusu dyplomatycznego, z którą zamierzano się skontaktować], trudno zmiarkować, być może to wysłaniec 'wieczorowy' [tzn. mający bezpośrednią łączność z wywiadem japońskim], a być może i nie. W tym ostatnim wypadku sprawa przedstawia się znacznie lepiej niż w innych punktach. 'Wieczorowcom' ja mniej ufałbym, niż rodakom 'Jana' [tzn. Anglikom; 'Jan' oznaczał Feliksa Sachsa, który swego czasu używał pseudonimu 'Anglik']". Wskazane przez Malinowskiego kontakty angielskie mogły dać wyjaśnienie intencji polityki brytyjskiej wobec Rosji. "Z tego wszystkiego widzę - dodawał na zakończenie - że prawdopodobnie wypadnie Ci zawitać do nas". Jodko-Narkiewicz rozważał już ten projekt, czekając tylko na właściwy sygnał z Londynu.

Tymczasem Jędrzejowski nie napisał zapowiadanego listu do Malinowskiego i nie przekazał instrukcji do Londynu w sprawie stosunków z Japończykami. Zrobił to niebawem Jodko-Narkiewicz. Wobec tego - donosił w liście z 25 II 1904 r. - "powtarzam, co było umówione: żeby 'Karski' [Tytus Filipowicz] przez wszystkie stosunki angielskie, jakie ma, postarał się o skomunikowanie się z jakąś poważniejszą figurą rządową [angielską - R. Ś.], zaś [Michał Wilfred] Wojnicz, ze swej strony, tak samo; gdyby zaś było możebne, to od razu z japońską ambasadą. I jeden i drugi powinien, znalazłszy [kontakt], zapytać się, czy byłoby życzeniem tych panów (Anglików czy Japończyków) wejść w stosunki z nami, jako nieprzejednanymi wrogami Rosji, którzy pragną wyzyskać sytuację dzisiejszą. Jeżeli dostanie się odpowiedź potwierdzającą, to zaraz zawiadomić 'Grzegorza' [tj. autora listu, Witolda Jodkę-Narkiewicza, który ze względów konspiracyjnych pisał w tym miejscu o sobie, jako o trzeciej osobie], a wtedy jeden z nas [tzn. Józef Piłsudski lub Witold Jodko-Narkiewicz albo Bolesław Antoni Jędrzejowski] natychmiast tam przyjedzie i przedstawi konkretny plan".

Plany te dotyczyły na razie: 1.) wydania odezwy do żołnierzy Polaków w armii rosyjskiej - dodawał Jodko-Narkiewicz w kolejnym liście do Malinowskiego - którą by japońscy "sujusznicy" sami około rosyjskich obozów wojskowych rozrzucali, "lecz bez firmy partyjnej", a "w duchu gorąco patriotycznym"; 2.) podjęcia bezpośredniej działalności dywersyjno-sabotażowej, zaczynając od zniszczenia "mostów dwóch" na Syberii; 3.) "żądania monety, jako dla siły wrogiej Rosji". Dopiero "w dalszym planie" byłaby mowa o stworzeniu "legionu polskiego, dla którego posłalibyśmy tłumaczy", ale "na pewnych warunkach", wysuwając argumenty przytoczone przez Malinowskiego w liście z 22 lutego. "Oczywiście - podkreślał - iż nie ma mowy, aby o tym 'Karski' [Tytus Filipowicz] czy 'Vecik' [Wacław Studnicki] mówili, albo wiedzieli, a w ogóle to może być mówione tylko przez któregoś z nas". Jodko-Narkiewicz myślał o sobie i Malinowskim, mając delegację Piłsudskiego do prowadzenia rozmów w imieniu kierownictwa PPS w sprawach porozumienia się z Japończykami. "Tego listu - kończył - już nie potrzebujesz chować, tj. spal [go]". Malinowski jednakże listu nie zniszczył.

Niebawem postanowił udać się do Paryża i Londynu, aby osobiście zorientować się w sytuacji, o co prosił go również Wacław Studnicki. "Stosunki zawiązałem bezpośrednie i osobiste z osobą mającą wielkie znaczenie - podkreślał przy okazji - której każde słowo obowiązuje tę stronę, z którą chcemy się porozumieć; jedynie ze względów ostrożności porozumiewam się nie z 'Samym' [Ichiro Motono], ale z jego 'Pośrednikiem' zaufanym [Hisamatsu lub Takadsuka], który został mi wskazanym przez 'Samego' do porozumiewania się". Studnicki odczuwał pewną rezerwę w traktowaniu jego inicjatywy przez kierownictwo partii, ale miał nadzieję, że spotkanie z Jodko-Narkiewiczem zmieni ten nastrój. Gdyż "inaczej - argumentował - to ja się boję, że nie dojdziemy do żadnego porozumienia się w wielu sprawach pierwszorzędnej wagi". Naciskał na podjęcie szybkich działań, podkreślając swoją determinację i gotowość do poprowadzenia samodzielnych kroków w tym względzie.

W Londynie Jodko-Narkiewicz planował dowiedzieć się, ile wagi przywiązują Anglicy do konsekwencji politycznych, które wynikały dla spraw polskich z wojny japońsko-rosyjskiej. Przede wszystkim jednak zamierzał - komunikował Malinowskiemu w liście z 29 II 1904 r. - "bardzo wyraźnie postawić kwestię 'wieczorowcom' " w sprawie współdziałania z polskim ruchem rewolucyjnym. "Jeżeli 'wieczorowcy' dadzą pieniądze, to i Aleksander [Malinowski] i wszyscy odetchniemy. Jeżeli nie, trzeba czekać na monetę 'Mieczysława' [Józefa Piłsudskiego], którą on święcie obiecuje [z kraju]". Piłsudski od połowy miesiąca przebywał w zaborze rosyjskim, zabiegając o fundusze na działalność PPS (miał wrócić do Krakowa na 19 III 1904 r.). Szybko przekonał się, że nie można liczyć na większy napływ pieniędzy do kasy partyjnej ze źródeł krajowych. Utwierdzało to Jodkę-Narkiewicza w przekonaniu, że tylko stosunki z Japończykami mogły zmienić fatalną sytuację finansową partii, dając ostatecznie "gwarancje monety", w szczególności na gruncie paryskim, gdzie na razie "jedynym pewnym biznesem" zawiadywał Studnicki. W Paryżu chciał się też zobaczyć z Turskim. "Do 'Tkaczewskiego' [tzn. Michała Kacpra Turskiego - R. Ś.] mógłbyś napisać - prosił przed wyjazdem Malinowskiego - że w przyszłym tygodniu będzie facet, z którym on mógłby się rozmówić, albo lepiej, że, jeżeli chce się porozumiewać, to niech się spieszy".

O swoim wyjeździe do Paryża i Londynu zawiadomił Malinowskiego w listach z 2 i 3 marca 1904 r. Na decyzji wyjazdu zaważyło powodzenie misji Douglasa, który prawdopodobnie udał się do konsulatu brytyjskiego w Kijowie z prośbą o wydanie listu polecającego dla Jodki-Narkiewicza. " 'Dżems' [James Douglas] wrócił - donosił Jodko-Narkiewicz w liście z 3 III 1904 r. - przywiózł rekomendację do ambasady angielskiej [tzn. poselstwa Japonii w Londynie - R. Ś.]".

Wiadomości, jakie docierały do Londynu i Lwowa, nie wskazywały bynajmniej, że Japończycy skłonni byli porozumieć się z PPS. W tej sprawie, od samego początku stroną inicjującą byli Polacy, którzy pierwsi wyszli z inicjatywą współdziałania i aktywnie szukali dróg porozumienia się z Japonią. Zamierzenia Kempeitai i wynikające z nich działania oficerów wywiadu, którym przewodził Akashi, były zapóźnione wobec propozycji składanych przez przywódców PPS. Japończykom zależało początkowo na zorganizowaniu się antycarskiej opozycji i współdziałaniu różnych odłamów rewolucyjnych w Rosji. Stąd ich pierwsze polskie kontakty polityczne w tym zakresie miały w zasadzie charakter przypadkowy. Nie znali zupełnie realiów polskich. Nie orientowali się dokładnie w wewnętrznych sprawach rosyjskich, nie znali początkowo wagi i odrębności zagadnienia polskiego. Wskutek czego nie doceniali znaczenia i roli ruchu polskiego.

Wieczorem, 6 marca, Jodko-Narkiewicz wyruszył z Krakowa do Paryża. Podróż miała charakter konspiracyjny. Prawdopodobnie jechał z fałszywym paszportem na nazwisko Stefana Ulricha. Dotarł na miejsce 9 marca, gdzie spotkał się zaraz z "Hannibalem". Jeszcze tego samego dnia Studnicki umówił Jodkę-Narkiewicza na konferencję z przedstawicielem japońskiego poselstwa w Paryżu. Jodko-Narkiewicz nie spodziewał się wiele po tej rozmowie, chociaż zakładał przedstawienie "swoich propozycji". Równocześnie zaplanował, że bezpośrednio po spotkaniu z delegatem japońskim wyjedzie do Londynu. Przedtem rozmawiał z działaczami Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR) i Partii Socjalistów-Rewolucjonistów (eserowcy) na temat taktyki rosyjskiego ruchu rewolucyjnego po wybuchu wojny na Dalekim Wschodzie.

"Oznaczone widzenie" z przedstawicielem japońskim odbyło się 11 marca (o godzinie 3 po południu). Z przebiegu konferencji wynika, że stronę japońską reprezentował Motono, który kierował swojego rozmówcę do innego posła, czego nie mógł zrobić podległy mu attache wojskowy, chyba że otrzymałby takie pełnomocnictwa od swojego bezpośredniego przełożonego. Wizyta miała charakter kurtuazyjny. Jej rezultaty Jodko-Narkiewicz streścił następująco: "Po tygodniu przeziębiania się w zimnych pokojach i przegrzanych wagonach dojechałem do starego grodu - pisał 12 III 1904 r. do Jędrzejowskiego po przyjeździe do Londynu. - Po drodze widziałem się z 'wieczorem', dostałem parę dobrych rad i tyle". Proponowano mu: 1.) zdobyć się na jakieś głośniejsze wystąpienie w kraju; 2.) "zobaczyć się z wicehrabią [Tadasu Hayashi w Londynie]"; względnie 3.) "pojechać do 'Wieczoru' i tam gadać". Z rozmowy z Motono nic konkretnego nie wyszło.

Inna sytuacja panowała w Londynie. Dzięki przeprowadzonym już zabiegom Jodko-Narkiewicz mógł bez większych problemów skontaktować się z posłem Hayashi, ale początkowo nie zdawał sobie sprawy, że dotarł do najwyższego rangą japońskiego dyplomaty w Europie, który kierował ruchem politycznym przeciwko Rosji. Jego wysiłki zbiegły się w czasie ze staraniami Akashiego koordynacji działań japońskich placówek dyplomatycznych w Europie w realizacji planów Kempeitai. "Tak ważne było udzielenie pomocy rosyjskiej opozycji - pisał o tym okresie Akashi w Rakka ryusui - że potrzebowałem najpierw poparcia dla mego planu ze strony ważnej osobistości japońskiej. [...] Pojechałem więc do Niemiec, Austrii, Francji i Anglii, częściowo po to, żeby znaleźć szpiegów, zobaczyć się z Dmowskim, porozmawiać z innymi grupami opozycyjnymi w Paryżu, a przede wszystkim, aby naradzić się z Tadasu Hayashi, ministrem pełnomocnym w Anglii, który zajmował najważniejsze stanowisko w Europie. Spotkałem go w Londynie przez pułkownika [Taro] Utsunomiya i zyskałem aprobatę dla planu w jego większej części". Znajomość Jodki-Narkiewicza z posłem japońskim w Londynie odegrała decydującą rolę we wzajemnych stosunkach, ale dopiero w późniejszym okresie.

Na pierwsze spotkanie z Jodko-Narkiewiczem w dniu 15 marca poseł Hayashi wydelegował swego przedstawiciela. Prawdopodobnie był nim Utsunomiya. Japoński attache wojskowy otrzymał zapewne polecenie sprawdzenia tożsamości i wiarygodności rozmówcy. Jodko-Narkiewicz wręczył ppłk. Utsunomiya list dla wicehrabiego Hayashi z propozycją nawiązania bezpośredniego kontaktu. Jodko-Narkiewicz podpisał list swoim nazwiskiem i podał londyński adres kontaktowy na 67 Colworth Road w Leytonstone do dalszej korespondencji. Do pisma załączył materiały informacyjne o PPS, które dawały ogólne wyobrażenie o organizacji i pracy partii, a także występujących w jej szeregach tendencjach rewolucyjnych. Podobne nastroje istniały również w organizacjach rewolucyjnych Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, Łotyszy, a także wśród narodów Kaukazu, Ormian i Gruzinów. "Przy odrobinie dobrej woli - komunikował w liście - możliwe by było poruszyć ich wszystkich". Bezpośrednie stosunki PPS z tymi grupami rewolucyjnymi umożliwiały wywieranie odpowiedniego wpływu dla rozwinięcia ich działalności. "Mam nadzieję - dodawał - że z naszej rozmowy wyniknie pozytywne porozumienie. Rosja jest potężna i przebiegła i nawet wtedy, kiedy przegra z Japonią, spróbuje w najbliższej przyszłości zrewanżować się; jeśli jednak zostanie zaatakowana z dwóch stron, może być rozbita i to tylko może osłabić ją całkowicie i kompletnie. I to jest w końcu interesem Japonii i Polski". Sądził, że dalsze kontakty wyjaśnią kwestie szczegółowe, które dotyczyłyby praktycznych możliwości współdziałania. "Jeżeli Pan będzie miał później ochotę skontaktować się ze mną - kończył - proszę pisać na podany adres, a wiadomość Pana zostanie przesłana do mnie. Jeśli będę miał coś ciekawego dla Pana, to napiszę bezpośrednio na Pański adres, z tym tylko, że napiszę inne nazwisko na kopercie i podpiszę ten list inicjałami W. J.".

Następnego dnia Jodko-Narkiewicz skierował drugi list do wicehrabiego Hayashi, informując o porozumieniu się różnych organizacji rewolucyjnych na ziemiach polskich. Zawarty układ przewidywał współdziałanie tych grup przeciwko Rosji. "W ten sposób - pisał - ostatnie przeszkody do wspólnej akcji zniknęły i zależy już tylko od nas, od naszych sił i środków, rozpoczęcie akcji rewolucyjnej, która poruszy 30-milionowy naród. (...) Obecnie zależy tylko od Pana, czy ruch, o którym piszę, ma się rozwinąć szybko z siłą i rozmachem, czy też ma zniknąć powoli, walcząc ze wszelkiego rodzaju trudnościami. [...] Miałem zaszczyt rozmawiać [wczoraj] z osobą, którą mi wskazano [zapewne Taro Utsunomiya - R. Ś.]. Uzyskałem jednak tylko odpowiedzi wymijające".

List odniósł ten skutek, że jeszcze tego samego dnia Jodko-Narkiewicz został zaproszony na rozmowę przez posła Hayashi. Występował w charakterze przedstawiciela władz PPS, jako "członek egzekutywy Komitetu socjalistów polskich". Złożył wicehrabiemu Hayashi propozycje w sprawie; 1.) utworzenia legionu polskiego przy armii japońskiej, rekrutującego się z Polaków mieszkających za granicą, a także 2.) możliwości rozpowszechniania ulotnych pism rewolucyjnych wśród Polaków walczących w armii rosyjskiej i 3.) skłaniania ich w ten sposób do dezercji i przechodzenia do armii japońskiej, a wreszcie 4.) podjęcia się niszczenia mostów i linii kolejowych w Rosji Wschodniej i na Syberii. Przy omawianiu ostatniej propozycji Jodko-Narkiewicz przekonywał, że polscy socjaliści są w kontakcie z rewolucjonistami rosyjskimi, "a więc mogą i przystąpią od razu do wykonania tego" - raportował Hayashi 16 III 1904 r. do ministra spraw zagranicznych, Jutaro Komury w Tokio. Wykonanie pozostałych propozycji zależało od współpracy z rządem japońskim, o co szczególnie zabiegał Jodko-Narkiewicz. Hayashi odrzucił od razu pomysł utworzenia legionu polskiego, gdyż nie pozwalały na to przepisy wewnętrzne, które zabraniały przyjmowania cudzoziemców do japońskiej armii polowej. Nie widział natomiast problemu w udzieleniu gwarancji bezpieczeństwa polskim dezerterom. Przy drugiej propozycji prosił o czas na zastanowienie, ale w zasadzie przyjmował ją. "Pozwolę sobie powiedzieć - sugerował Komurze - że rząd nie może w tej sprawie pomóc otwarcie. Jeżeli uda się znaleźć sposób tajny i bezpośredni pomocy odnośnie tej propozycji, to w efekcie stanie się to bardzo kłopotliwe dla wroga. Wymagana odezwa zostanie wydrukowana tutaj [w Londynie] przez tajne wydawnictwo socjalistów i będzie przewieziona do Japonii przez ich agentów". Hayashi prosił Komurę o rozważenie całej złożonej oferty, rekomendując swojego polskiego rozmówcę. "Jestem przeświadczony o wiarygodności tego człowieka i o rzetelności jego propozycji" - zapewniał.

Jodko-Narkiewicz po rozmowie z Hayashim napisał od razu do Lwowa. "Sytuacja jest tego rodzaju - informował Jędrzejowskiego w liście z 16 III 1904 r. - mówiłem z naszym w Paryżu [tj. z posłem Ichiro Motono - R. Ś.]. następnie w Londynie [tj. z posłem Tadasu Hayashi]; oprócz tego mamy propozycje ze strony wyspiarzy [tzn. Anglików]; dotąd nic pozytywnego nie ma, tzn. nie mamy jeszcze monety w kieszeni, ale prawdopodobnie ją dostaniemy, bo w [18]78 r. też przez 6 tygodni był flirt, a potem od razu 400 t[ysięcy] franków oraz zapewnienie na 10 milionów w ciągu 2 tyg[odni]. Pojmujesz zatem, jaka jest powaga sytuacji [...]". W każdymi razie rysowały się nowe perspektywy rozwojowe dla partii, które wymagały od kierownictwa PPS podjęcia niekonwencjonalnych decyzji.

Na czoło wszystkich problemów Japończycy wysuwali kwestię współpracy między różnymi grupami rewolucyjnymi w Rosji, widząc w tym najskuteczniejszy środek walki wewnętrznej z caratem, najlepiej pod przewodnictwem Partii Socjalistów-Rewolucjonistów. Takie dążenia do konsolidacji różnych organizacji socjalistycznych wyrażała odezwa z początku marca 1904 r., podpisana przez Polską Partię Socjalistyczną, Litewską Partię Socjal-Demokratyczną, Białoruską Rewolucyjną Hromadę i Łotewską Demokrację Socjalną. Odezwa wzywała Polaków, Litwinów, Białorusinów i Łotyszy do złączenia się w "jeden obóz nieubłaganej walki z uciskiem" carskim. "Gdybym ją miał w Paryżu - komentował Jodko-Narkiewicz - bardzo możliwe, że moneta już byłaby w kieszeni. Dziś rzeczy tak stoją, że powinienem był tu [w Londynie] koniecznie zostać, bo według wszelkiego prawdopodobieństwa wypadki będą [się] szybko posuwały i w krótkim czasie musimy być powołani do bardzo poważnych rzeczy".

Rysowała się perspektywa wystąpień rewolucyjnych na szerokiej platformie politycznej. Wchodzenie PPS do takiej koalicji wymagało zmiany założeń generalnej linii partii. Plany japońskie mogły kolidować z dążeniami Piłsudskiego do wyodrębnienia działania PPS z ruchu rewolucyjnego rosyjskiego. Decyzji w tym względzie nie mógł podejmować Jodko-Narkiewicz. Liczył, że Piłsudski po powrocie z kraju przyjedzie do Londynu i przejmie główny ciężar rozmów z Japończykami. "Muszę się z nim zobaczyć" - przekonywał Jędrzejowskiego.

Następnego dnia napisał wprost do Piłsudskiego, spodziewając się, że otrzyma on list tuż po przyjeździe z zaboru rosyjskiego. "Ze wszystkiego widać - komunikował - że nadziei tracić jeszcze nie należy, ale że prędko sprawa nie zostanie rozstrzygnięta. Widziałem się z dwoma 'wieczornikami' (tu [tj. z posłem Tadasu Hayashi w Londynie - R. Ś.] i w mieście 'Luśni' [Kazimierza Kelles-Krauza] dawniejszym [tj. z posłem Ichiro Motono w Paryżu]); obydwaj postawili różne 'ale', co do których muszą konferować z innymi ludźmi [tzn. chodziło o porozumienie się i decyzję władz centralnych w Tokio]. Gdy to uczynią, może będą z nami gadali, [a] może nie. Oprócz tego jest jeszcze flirt z pewnym przedstawicielem rodaków 'Jana' [Feliksa Sachsa, czyli Anglików]; z tym mam mieć w sobotę [19 III 1904] interview, ale z góry widzę z listu, że to tylko flirt". Nie wiadomo, kim był ów przedstawiciel sfer angielskich i jakie propozycje złożył Jodce-Narkiewiczowi. Faktem jest, że i to spotkanie nie dało bezpośrednich efektów, a rozmowy, zgodnie z przewidywaniami, nie wyszły poza obręb "flirtu".

Od połowy marca 1904 r. przebywał w Londynie Turski. Jodko-Narkiewicz i Malinowski wprowadzili go w tajniki spraw "wieczorowych", przewidując dla niego przejęcie paryskiego kontaktu Wacława Studnickiego albo nawiązanie nowego, najlepiej w styczności z prowadzoną równolegle tajną współpracą rosyjskich organizacji rewolucyjnych z Japończykami. Studnicki upierał się przy swoich bojowych postanowieniach i naciskał Malinowskiego i Jodkę-Narkiewicza na podjęcie decyzji w tych sprawach. "Jeżeli nie może być uformowany legion polski przy wojsku regularnym jap[ońskim] -uzupełniał dawne projekty - to chyba nie będzie żadnych przeszkód dla uformowania bandy, prowadzącej walkę partyzancką przeciw Moskalom, bandy w rodzaju oddziału Tunguzów)". Oczywiście, nie był informowany o rozmowach prowadzonych na gruncie londyńskim.

W Londynie dochodziły też Jodkę-Narkiewicza jakieś echa kontaktów przedstawicieli enedcji z Japończykami. W związku z tym prosił, aby Piłsudski napisał "do Lwowa, aby tam pilnowali głównych endeków, czy wyjeżdżają gdzieś?". Nie mylił się w swoich przypuszczeniach. "Kiedy [Konni] Zilliacus powrócił do Sztokholmu [w marcu 1904 r. - R. Ś.] - odnotował Akashi w Rakka ryusui - Roman Dmowski, przywódca polskiej partii narodowej [tzn. Ligi Narodowej] zaproponował mi, że polscy żołnierze w Mandżurii mogą poddać się armii japońskiej. Dla przeprowadzenia tego planu Dmowski ostatecznie udał się do Japonii". Jego spotkanie z Akashim miało miejsce w Krakowie, w domu Wincentego Lutosławskiego. Prawdziwym celem podróży Dmowskiego było przeciwdziałanie akcji Piłsudskiego.

Piłsudski wrócił do Krakowa o kilka dni wcześniej, niż to pierwotnie planowano. Szykował się do wyjazdu do Londynu, co widocznie było już wcześniej umówione. "Nie wiem, czy list ten zastanie 'Jowisza' [Witolda Jodkę-Narkiewicza] - informował Malinowskiego 17 III 1904 r. - Dotąd nie pisałem, bo myślałem, że pojadę do Londynu i byłem w oczekiwaniu depeszy, no, a pisać, gdy się ma osobiście rozmówić z ludźmi, to niepotrzebna strata czasu". Nie widział w tym momencie potrzeby bezpośredniego włączania się do prowadzonych przez Jodkę-Narkiewicza spraw "wieczorowych". Odrzucał na razie złożoną przez posła Motono w Paryżu propozycję wyjazdu polskiego delegata do Japonii dla przedstawienia zamierzeń PPS. "Co do dalekich (pod względem geograficznym) planów [tzn. "wieczorowych", czyli wyjazdu do Japonii - R. Ś.] - pisał dalej - to do nich nie przystępowałem, albowiem nie mam monety na wysłanie człowieka nawet dla zbadania sytuacji. Oto wszystko. Gdyby trzeba było, gotów jestem jechać do Landu [tzn. Londynu]". Planował natomiast podróż do Szwajcarii, aby "skomunikować się" z Rosjanami i Bundem, nawet, gdyby "nic z tego nie wyszło". Wątpił bowiem, "by nie zostawiło to śladu na nich i by nie można było wymóc na nich jakiegoś gorętszego słowa". A "na Kaukaz - dodawał - wysłaliśmy delegata dla nawiązania stosunków i zbadania sytuacji". Dalsze działania hamował brak pieniędzy. "Powtarzam - podkreślał - jeśli trzeba, to choć zaraz gotów jestem jechać, chociaż wolałbym nie wydawać niepotrzebnie setkę rubli na tę podróż, jeśli ona nie ma nam przynieść tysięcy".

Rozmowy ciągle jeszcze dotyczyły spraw ogólnych i Jodko-Narkiewicz nie widział potrzeby ściągania Piłsudskiego do Londynu. Opracował nowe propozycje dla władz Japonii, które przedstawił w liście do wicehrabiego Hayashi z 19 marca, załączając memoriał o tworzeniu legionów polskich przy armii japońskiej oraz francuskie tłumaczenie znanej odezwy PPS. socjalistów litewskich, łotewskich i białoruskich.

W przekazanym Memoriale dotyczącym formowania legionów polskich w Japonii odwoływał się do tradycji walk niepodległościowych, których kontynuację mogły stanowić formacje polskie przy armii japońskiej. Stworzenie "legionów polskich - przekonywał - będzie miało wielkie znaczenie dla całego narodu polskiego i wpłynęłoby na wybuch powstania w samej Polsce. Takie powstanie, związane z ruchem rewolucyjnym, który obecnie przygotowuje się w Rosji i na Kaukazie, wpłynie na rozkład państwa rosyjskiego i sprowadzi Rosję do roli drugorzędnego mocarstwa".

Równocześnie Jodko-Narkiewicz poinformował posła japońskiego, że PPS przystąpiła już do szerokich działań przeciwko Rosji, organizując w Warszawie drugą manifestację popierającą Japonię (14 III 1904) i wysadzając w powietrze kaplicę w Wilnie, którą rząd rosyjski wybudował dla uczczenia pamięci zgniecenia polskiego powstania w 1863 r.

Chyba jedynym konkretem stało się załatwienie przez Jodkę-Narkiewicza sprawy wysłania do Japonii emisariusza PPS. Został nim James Douglas, który miał udać się do Tokio w charakterze korespondenta pism polskich. "Jest to poddany angielski, urodzony w Polsce i mówiący po polsku - przekonywał. - Mógłby on doskonale służyć za tłumacza przy Polakach, wziętych do niewoli przez wojska japońskie. Będzie miał polecenie od konsula angielskiego z Kijowa, który go zna osobiście, do władz angielskich; może mógłby on uzyskać polecenie od Ekscelencji do władz japońskich, dla ułatwienia mu dostępu do sfer rządowych i przedstawienia tam osobiście kwestii legionów?". Przy okazji zapowiedział wreszcie swój wyjazd z Londynu. "Interesy nasze - kończył - wymagają mego wyjazdu do Polski na plac boju. Nie tracę nadziei, iż to, co mówiłem Ekscelencji, zostanie kiedyś wykonane, dla większego pożytku dla naszych narodów".

W tym czasie Hayashi znał już odpowiedź Komury na swój raport z 16 marca, która w zasadzie pokrywała się z jego sugestiami. Nie chciał jednak od razu zakomunikować Jodce-Narkiewiczowi stanowiska Tokio, prawdopodobnie zależało mu na dalszych pertraktacjach w sprawie przygotowania zniszczeń linii komunikacyjnych rosyjskich, na co Komura zwrócił szczególną uwagę. "Pragnęlibyśmy - telegrafował do Hayashi - aby Pan jak najmocniej zachęcił [ichj do tego działania". Prosił o dokładne meldowanie przedstawionych szczegółów planu polskich socjalistów organizowania sabotażu kolei na tyłach armii rosyjskiej, "aby doprowadzić go do końca. Wyjazd Jodki-Narkiewicza komplikował nieco dalsze kontakty. Toteż Hayashi postanowił spotkać się z nim ponownie, prawdopodobnie dla ustalenia zasad dalszej łączności. Wieczorem 19 marca wysłał list, w którym zapraszał Jodkę-Narkiewicza do siebie następnego dnia.

Jodko-Narkiewicz nie przesądzał o wynikach przeprowadzonych rozmów w Paryżu i Londynie, ale zdecydował wracać i porozumieć się z Piłsudskim w Krakowie. "Z wszystkich dotychczasowych interesów - pisał 19 III 1904 r. do Jędrzejowskiego - guzik z dziurką. Nie wynika z tego, żeby nie było żadnych widoków na przyszłość, ale w bliskości nie będzie nic na pewno. Gdyby co miało być, to mamy wyrobione drogi i ludzie będą mogli do nas trafić, ale c'est tout. Mimo wszystko rozmowy londyńskie wprowadziły wzajemne stosunki na drogę bardziej praktyczną.

Inaczej dotychczasowe kontakty z przedstawicielami Japonii oceniał Piłsudski, który pracował nad wzmocnieniem i rozbudową organizacji PPS w Królestwie Polskim. "Przede wszystkim jedno - nie irytujcie się" - komentował 19 III 1904 r. otrzymane z Londynu informacje. "Moje stanowisko dotychczasowe jest takie - uzasadniał - główną rzeczą obecnie są nasze sprawy wewnętrzne, na politykę zagraniczną zawsze jest czas i zresztą bez wewnętrznej siły bodaj nie zdobędziemy nic i w zagranicznej. Dlatego też dotąd przede wszystkim zwracałem uwagę na sprawy wewnętrzne, tym bardziej, że o waszych sprawach [tzn. rozmowach w Paryżu i Londynie - R.Ś.] absolutnie ani słowa nie miałem, pomimo, że zaraz na początku umyślnie urządziłem możność otrzymania od was informacji, które mi również tam [tj. podczas pobytu w kraju] były konieczne". Nawiązane kontakty zagraniczne dawały nadzieję na zdobycie większych funduszy na działalność partyjną. "Wspaniale byłoby zyskać tam money - zauważał - ale jeszcze bodaj ważniejszą rzeczą mieć od nich stałe wiadomości i dane o tych rzeczach, o których my znikąd danych mieć nie możemy; pozwoliłoby to nam z większą precyzją działać i wypadki nie zaskoczyłyby nas nigdy". Chodziło o wymianę informacji. Polecał przy tym Jodce-Narkiewiczowi i Malinowskiemu zwrócenie uwagi ich rozmówcom w Londynie na możliwości i szybkość zdobywania wiadomości. "Już tydzień [temu] - pisał dla przykładu - w korespondencji podawaliśmy wiadomości o tym, że 27 brygada artylerii wyruszyła z Wilna do Rygi, a 27 dywizja ma wyjść do Libawy i Rewla, a dopiero wczoraj gazety niemieckie podały tę wiadomość. Przy pewnych staraniach - dodawał - moglibyśmy powiększyć ilość podobnych danych - stosunki odpowiednie są". Ewentualny wyjazd za granicę uzależniał ostatecznie od zdobycia pieniędzy, "bo jeśli mam na drogę, to nie mam na zostawienie money w domu oraz na ubranie - a jestem oberwany i zaszargany, że trudno mi w tym, co mam, jechać po Europie". Stąd "czekam z dnia na dzień i jak tylko otrzymam [monetę], kupuję sobie ubranie i jadę do Londu [tj. Londynu], stamtąd na Szwajcarię [i] do domu [w Krakowie]". Gdy dowiedział się o powrocie Jodki-Narkiewicza, zdecydował o odłożeniu podróży.

Ostatnia rozmowa z posłem Hayashi, którą Jodko-Narkiewicz odbył przed swoim wyjazdem z Londynu, nie mogła już zmienić ogólnej oceny wyników przeprowadzonego rekonesansu w kwestii praktycznych możliwości współdziałania PPS z Japonią. Jodko-Narkiewicz widział się z Hayashi 20 marca. Poinformował go oficjalnie o swoim wyjeździe, "aby być w głównej kwaterze" partyjnej w Galicji - argumentował. O wynikach konferencji Hayashi telegrafował 21 marca do ministra Komury: "Według niego [tj. Witolda Jodki-Narkiewicza - R. Ś.] Polacy razem z [innymi] rewolucjonistami są zdecydowani na zniszczenie mostów dynamitem, tak czy inaczej, z poparciem Japonii lub bez. Jeżeli jednak otrzymają poparcie natury materialnej, to będą w stanie zaangażować więcej osób dla wykonywania tych prac niż, gdyby nie dostali poparcia. Powiedziałem mu, że potrzebne nam będzie przede wszystkim, aby zobaczyć wyniki podjętych prac, a dopiero potem moglibyśmy rozmawiać o kwestii poparcia finansowego".

Łączyła się z tym ściśle sprawa współpracy wywiadowczej, o czym Hayashi nie wspominał w depeszy. Z późniejszej korespondencji wynika, że właśnie podczas rozmowy 20 marca Jodko-Narkiewicz i Hayashi zawarli wstępne porozumienie o współpracy wywiadowczej przeciwko Rosji. Po prostu innej okazji już nie było. Brak zapisu dokumentującego ten fakt w depeszy z 21 marca świadczy o objęciu najwyższym stopniem tajności negocjowanego zakresu pomocy polskiej, oznaczającego zwykle zadania wywiadu. Prowadzenie spraw wywiadowczych (korespondencja, tłumaczenia, zestawienie raportów wywiadowczych, szyfry itd.) oraz funkcje techniczne łączności z poselstwem Japonii w Londynie Jodko-Narkiewicz powierzył Malinowskiemu. Miał mu pomagać Filipowicz.

Jodko-Narkiewicz uzyskał także zgodę na wyjazd Douglasa do Japonii (Hayashi w tej samej depeszy poinformował Tokio, że PPS wyśle swojego emisariusza do Japonii pod płaszczykiem dziennikarza). Omówiono jeszcze problem dalszej korespondencji między Jodko-Narkiewiczem a posłem Hayashi. Ustalono, że od tej pory Hayashi będzie występował pod pseudonimem "Linton". Jodko-Narkiewicz miał się posługiwać pseudonimem "Grzegorz". Wszystkie listy miały być kierowane na wypróbowany już adres londyński i przekazywane dalej za pośrednictwem Malinowskiego. Wydawało się, że na tym etapie rozmów nie uda się nic więcej osiągnąć.

Praktyczny sens dotychczasowych kontaktów sprowadzał się więc do realizacji planów przeprowadzenia przez PPS akcji dywersyjnej i wywiadowczej na głębokim zapleczu działań wojennych, których rozmiary warunkowała pomoc materialna z zewnątrz. Hayashi uzależniał uzyskanie środków finansowych na ten cel od dostarczenia dowodów działalności rewolucyjnej PPS, co jednak nie oznaczało zawieszenia dotychczasowych kontaktów, a wręcz przeciwnie. Zamierzał rozwijać współpracę, ale zarówno on, jak i jego przełożeni w Tokio potrzebowali czasu na wypracowanie odpowiedniego stanowiska w sprawach polskich i przypisania go do ogólnej koncepcji prowadzonych działań specjalnych przeciwko Rosji, podjętych przez dyplomację i wywiad japoński w Europie po wybuchu wojny na Dalekim Wschodzie. Spotkanie 20 marca u wicehrabiego Hayashi stanowiło moment przełomowy dla dalszych kontaktów, zainicjowało praktyczną współpracę, którą później prowadzono za pośrednictwem służb Kempeitai w Europie Zachodniej. Do posła Hayashi należała decyzja polityczna, aprobująca współpracę, jej wykonanie leżało w gestii eksponentów wywiadu przy placówkach dyplomatycznych.

O tym wszystkim nie wiedział wszakże polski rozmówca posła japońskiego w Londynie.

Przed wyjazdem Jodko-Narkiewicz widział się z Woyniczem, który nie znał zapewne szczegółów jego misji londyńskiej. O sprawach tych nie był również informowany Wojciechowski. Malinowski napisał do niego dopiero po wyjeździe Jodki-Narkiewicza.

Jodko-Narkiewicz 21 marca udał się w drogę powrotną do Lwowa, przez Paryż i Kraków. "Przywiezie Ci bardzo dużo i [wiele] ciekawych wiadomości - zapowiadał zaraz Malinowski w liście do Piłsudskiego. - Realności na razie nie ma, ale kwestia stanęła już zupełnie poważnie i jasno; zyskał on [tj. Witold Jodko-Narkiewicz - R. Ś.] duże zaufanie, no i widoki są. Może by i można było wyciągnąć jakie głupstwo, które by jednak było dla nas nie do pogardzenia, ale można by było naleganiem popsuć interes. Jeśli z 'Wieczorem' zdecyduje się kwestia ostatecznie, trafimy za jego pośrednictwem i do rodaków 'Jana' [tj. Feliksa Sachsa, czyli Anglików]". Kontakty z Japończykami i Anglikami traktowano jeszcze niemal równorzędnie, chociaż szanse na porozumienie z ostatnimi były już niewielkie. Brytyjczycy trzymali pewien dystans do wojny japońsko-rosyjskiej i nie chcieli angażować się bezpośrednio w konflikt zbrojny z Rosją. Jakkolwiek paradoksalnie mogło to brzmieć, klęski wojenne Rosji negatywnie oddziaływały na powodzenie polskich starań zbliżenia z Japonią, która nie musiała szukać w takiej sytuacji dodatkowego wsparcia, odciążającego front na Dalekim Wschodzie. "Co do Japończyków - zauważał Malinowski - to sądzę, że nieźle by było, aby zostali oni raz przetrzepani przez Moskali: zanadto zwyciężają".

Po kilku dniach Jodko-Narkiewicz dotarł do Krakowa, gdzie zobaczył się z Piłsudskim. Omawiano rezultaty wyprawy do Paryża i Londynu. Pomimo wszystkich zastrzeżeń misja zakończyła się powodzeniem. Osiągnięto główny cel - nawiązanie poufnego kontaktu z przedstawicielami władz Japonii. W dziedzinie wywiadu oznaczało to zawsze sukces. Reszta wydawała się kwestią czasu. Teraz należało ten kontakt podtrzymać i rozwinąć w takim zakresie, aby osiągnąć zamierzone polityczne cele współpracy, wewnętrzne (rozbudowa organizacji PPS i doprowadzenie do osłabienia władzy caratu przez ruch rewolucyjny w zaborze rosyjskim) i zewnętrzne (wyciągnięcie sprawy polskiej na arenę międzynarodową).

O wynikach rozmowy z Piłsudskim zawiadomił niezwłocznie posła Hayashi. "Widziałem się z przedstawicielem naszego Komitetu Centralnego [właściwie: Centralnego Komitetu Robotniczego - R. Ś.] - informował 'Lintona' w liście przesłanym z Krakowa 26 III 1904 r. - zakomunikowałem mu rezultaty audiencji, której Exc[elencja] raczył mi udzielić i obecnie z wielką niecierpliwością oczekujemy odpowiedzi Waszej Excelencji". Przekonywał o wzroście nastrojów rewolucyjnych na ziemiach polskich i możliwości porozumienia się z Gruzinami na wypadek wspólnego wystąpienia powstańczego przeciwko Rosji. Informacje te stanowiły tylko tło dla innego zagadnienia, które chciał uwypuklić, wskazując główną płaszczyznę dalszych kontaktów. Piłsudski akceptował zawarte uzgodnienia, także w sprawach wywiadowczych. Świadczyły o tym dalsze wywody Jodki-Narkiewicza, który bez takiej decyzji Piłsudskiego nie byłby w stanie przystąpić do wykonania zobowiązań, przyjętych nawet tylko wstępnie. "Zająłem się kwestią zbierania informacji o ruchach wojsk [rosyjskich] - komunikował w cytowanym liście. - Okazało się, że sprawa ta łatwiejsza jest, niż przypuszczałem. Gdy tylko dojdziemy do porozumienia z Waszą Exc[elencją] w kwestii zasadniczej [tzn. pomocy finansowej dla PPS], to natychmiast zajmiemy się postawieniem organizacji, która będzie mogła zanotować każdego żołnierza rosyjskiego, przechodzącego na Sybir, oraz będzie w ogóle zbierała dokładne informacje. Będzie to wymagało wydelegowania pewnej ilości ludzi i urządzenia stałej poczty na wielkiej przestrzeni, dlatego wstrzymujemy się z wykonaniem do chwili, gdy porozumienie między nami a Waszą Exc[elencją] będzie dokonane".

Dla pokazania możliwości informacyjnych organizacji PPS Jodko-Narkiewicz przekazał "parę wiadomości" zebranych "na prędce", które dotyczyły działań mobilizacyjnych w Rosji. Załączył również projekt odezwy przeznaczonej dla żołnierzy Polaków w armii rosyjskiej. "Bracia rodacy! - nawoływano w niej. - Przy każdym spotkaniu z Japończykami, przy każdej sposobności, uciekajcie z wojska i łączcie się z Japończykami. Znajdziecie między Japończykami własnych braci Waszych Polaków, co język polski rozumieją i i serca polskie mają. Są to bracia Wasi, którzy przeszli do Japończyków, żeby przy ich pomocy zwyciężyć potęgę carską. [...] Niech więc ginie Moskwa! Uciekajcie z wojska moskiewskiego! [...] Oto, co Wam radzą Wasi Rodacy!".

Nie wiadomo, kiedy wszystkie te wiadomości dotarły do posła japońskiego w Londynie. Można przypuszczać, że nastąpiło to po 27 marca. Tego dnia Jodko-Narkiewicz wysłał z Krakowa kolejny list, "proponując dowiedzenie się o tym, czy w Turkiestanie mobilizują armię, czy nie?. Do Turkiestanu jechał jeden z działaczy partyjnych i mógł zająć się zebraniem informacji na ten temat. Decyzję miał podjąć Hayashi. Jodko-Narkiewiez z niecierpliwością oczekiwał wiadomości z Londynu. Do tego wciąż nieznane pozostawało oficjalne stanowisko Tokio w kwestii ogólnego współdziałania z PPS. "O wszelkim odezwaniu się 'Lintona' [Tadasu Hayashi] - upraszał Malinowskiego - komunikujcie piorunem, a najlepiej (jeżeli krótkiego coś), albo na adres zwykły".

Dopiero 28 marca Hayashi przesłał do Jodko-Narkiewicza odpowiedź Tokio na zgłoszone przez niego cztery propozycje współpracy. List otrzymał najpierw Malinowski, który 30 marca wysłał go następnie do Jodki-Narkiewicza. "Proszę zakomunikować - zwracał się do Malinowskiego - następujące [informacje] do W[itolda] J[odki-Narkiewicza]: "1. Jest niemożliwe, aby zorganizować legiony obce. 2. Proklamacje powinny być rozdawane z jednej i z drugiej strony [tzn. na Dalekim Wschodzie i w europejskiej części Rosji - R. Ś.]. 3. Dezerterzy nie będą traktowani jako więźniowie, a będą pod specjalną opieką. 4. Postaram się otrzymać subwencję, kiedy demolacje będą widoczne. 'Linton".

Odpowiedź wzbudziła niezadowolenie na "Lingwoodzie", chociaż z rozmów Jodki-Narkiewicza i Hayashi jasno wynikało, że takiej właśnie należało się spodziewać. " 'Druh Tkacz[owa]' [tzn. Michał Kacper Turski - R. Ś.] - komentował Malinowski - widzi w tym rękę rodaków 'Jana' [Feliksa Sachsa, tzn. Anglików]. Sądzi on, że wobec tego nie należy nawet w dalszym ciągu szukać z nimi [tj. Japończykami] stosunków, bo [nic z tego] nie wyjdzie, ponieważ obecnie nie chcą oni z nami mieć nic wspólnego. Należy jego zdaniem czekać na zmianę sytuacji. Gdy takowa nastąpi na niekorzyść 'wieczorowców', ci ostatni lub rodacy 'Jana' sami nas już znajdą". Wobec tego -  dodawał od siebie - "należy się ostrzej postawić, aby zrozumieli, że nasz stosunek może polegać tylko na wzajemności".

Jodko-Narkiewicz zdecydował, że na razie nie odpisze Hayashiemu na list z 28 marca, prowadząc dalej korespondencję jedynie w sprawach wywiadowczych. Oczekiwał odpowiedzi na swoje zapytanie w kwestii zbierania informacji w Turkiestanie. Przypomniał się znowu 31 marca, wysyłając przez Malinowskiego ponaglenie do "Lintona".

Hayashi źle zrozumiał sugestie, które Jodko-Narkiewicz zawarł w listach z 27 i 31 marca. Sądził, że jego słowa o konsekwencjach braku odpowiedzi na zgłoszoną propozycję zbierania informacji w Turkiestanie odnosiły się do kwestii zasadniczych współpracy polsko-japońskiej, a nie do sprawy jednostkowej. Natomiast Jodko-Narkiewicz nie wiedział, że Hayashi wysłał 1 kwietnia odpowiedź, ale jego list zaginął (Jodko-Narkiewicz dostał odpis tego listu od Filipowicza dopiero 15 kwietnia). "List Pański z 27 marca otrzymałem - odpowiadał Hayashi. - Jeśli pewne informacje o I, II i III [tzn. możliwości zainstalowania trzech agentów w punktach obserwacyjnych na kolei syberyjskiej i w Tomsku - R. Ś.] w T[okio] mogą być otrzymane, chcę je mieć. Sumę 100 [Ł] na wydatki podróżne zwrócę. Proszę powiedzieć komu i na jaki adres mam je przesłać. 'L[inton]' ".

Wspominany przez Jodkę-Narkiewicza projekt zbierania informacji o ruchach wojsk rosyjskich przez specjalnie w tym celu powołaną organizację wywiadowczą PPS przygotował Piłsudski. W korespondencji Jodki-Narkiewicza nie ma wzmianki, o tym, aby przesyłał referat Piłsudskiego do Malinowskiego. Najpewniej zrobił to sam Piłsudski w formie instrukcji do rozmów z Japończykami, którą przekazał w liście do Malinowskiego. List ten został zapewne zniszczony (w myśl znanej zasady, którą zawarł Jodko-Narkiewicz w poleceniu do Malinowskiego z 26 II 1904 r. o spaleniu otrzymanego listu). Brulion tego referatu pozostawił w swoich papierach, a później, w końcu kwietnia 1904 r. wysłał go do Londynu. Następnie Filipowicz przetłumaczył tekst referatu na język angielski, zmieniając przy tym treść niektórych jego fragmentów (około 27 IV 1904). Filipowicz dysponował brulionem przy tłumaczeniu i pisaniu końcowej wersji opracowania, o czym świadczą jego odręczne poprawki i wstawki tekstu w rękopisie Piłsudskiego. W ostatecznej wersji memoriału znalazło się kilka nowych elementów, które umieścił w tekście prawdopodobnie dlatego, gdyż operował nimi w kontaktach z Hayashi i Utsunomiya. Piłsudski posługiwał się terminem "departament wojskowy". W nowej wersji pojawiło się inne określenie, którego nie użył w referacie Piłsudski: Departament Wywiadu Wojskowego (Military Intelligence Department). Takie ciało nie istniało w strukturach organizacyjnych PPS. Zostało wymyślone przez Piłsudskiego na potrzeby omawianego opracowania. Poza tym nie była zupełnie praktykowana wskazana w referacie Piłsudskiego i powtórzona potem przez Filipowicza forma kontaktu pisemnego kierownictwa partyjnego, które występowało w imieniu nieistniejącego Departamentu Wywiadu Wojskowego do Centralnego Komitetu Robotniczego, pomijając zupełnie fakt, że CKR nie zajmował się sprawami zbierania informacji wojskowych w zakresie problemu, o jakim mówił referat Piłsudskiego.

Dopiero w takiej postaci Filipowicz udostępnił Japończykom plan Piłsudskiego, który omawiano jako "wewnętrzny" dokument partyjny PPS. Dokument ten został więc w zasadzie "spreparowany" w Londynie. Opierał się na dostarczonej w tym celu instrukcji Piłsudskiego. Była to celowa mistyfikacja, która miała wykazać możność uzyskania szerszego poparcia i wyraźnego zakotwiczenia w kierownictwie PPS planowanej służby wywiadowczej dla Japończyków, traktowanej jako element walki politycznej przeciwko Rosji.

Wszystkie decyzje w tych kwestiach podejmowano w ścisłym gronie trzech osób. Piłsudskiego, Jodko-Narkiewieza oraz Malinowskiego. Wychodzące od nich dyspozycje realizowali Filipowicz i, w ograniczonym zakresie, Turski. Oprócz tego o sprawie "wieczorowej" poinformowani zostali Jędrzejowski i Wojciechowski, a później także Wasilewski. Wszyscy działali w konspiracji. Piłsudski nic potrzebował żadnego kolegialnego ciała, w tym Centralnego Komitetu Robotniczego PPS, do porozumienia się z Japonią, zwłaszcza w fazie rozmów i kontaktów ustalających podstawy ewentualnej współpracy. Poza tym projektowana służba informacyjna mogła funkcjonować w zupełnym oderwaniu od struktury i organizacji partyjnej PPS, obejmując tylko kilka osób bezpośrednio podporządkowanych Piłsudskiemu lub wskazanej przez niego osobie kontaktowej.

Warto zacytować ostateczną wersję referatu, która z pewnością zawiera w sobie podstawowe elementy pierwotnej instrukcji Piłsudskiego do prowadzonych w Londynie rozmów z Japończykami, wraz z jej modyfikacjami Filipowicza. Plan Piłsudskiego stał się przedmiotem dalszych pertraktacji polsko-japońskich. Określał ściśle zamiary kierownictwa PPS budowania praktycznych podstaw wzajemnej współpracy. W innych sprawach (budowa legionów, sabotaż i dywersja na tyłach armii rosyjskiej) takie dokumenty wówczas nie istniały. Rozmowy na temat współpracy wywiadowczej stanowiły dominujący przedmiot współczesnych kontaktów z Japończykami. Piłsudski i Jodko-Narkiewicz mieli nadzieję, że kontakty te obejmą również inne dziedziny, a przede wszystkim przeniosą się na sferę stosunków politycznych.

Opracowany przez Piłsudskiego plan organizacji sieci wywiadowczej przeciwko Rosji, ujęty w końcowej redakcji Filipowicza brzmiał następująco:

"Pewne odpowiedzi udzielone przez D[epartament] W[ywiadu] W[ojskowego] na pytania postawione przez Centralny Komitet [Robotniczy] [Polskiej Partii Socjalistycznej] (28 III 1904).

Proszę odpowiedzieć na pytanie nr 3 jak następuje: a.) że nasz departament w swojej obecnej formie zajmując się sprawami łączącymi się ściśle z terytorium Polski i Litwy bierze pod rozwagę, zgodnie z instrukcją, wszelkie wydarzenia rozgrywające się poza tym terytorium tylko w takim przypadku, kiedy mają związek z liczebną siłą wojska rozlokowanego w wojskowych okręgach Warszawy i Wilna; b.) obecna wojna zaowocowała nieznacznym zmniejszeniem liczby żołnierzy, którego rozmiary nie są jeszcze znane; skutkiem są też dwie inne rzeczy, których nie można przedstawić za pomocą liczb, mianowicie: osłabienie poczucia jedności między żołnierzami i lekki wzrost nastrojów opozycyjnych wśród oficerów; c.) wszystkie nasze informacje nie mają znaczenia dla Japonii - o ile oczywiście Japonia nie interesuje się wydarzeniami w Polsce i na Litwie - i wątpliwe jest, żeby opublikowanie tych danych zaszkodziło Rosji pod względem militarnym; d.) jeśli chodzi o dane mające wartość dla obu stron prowadzących wojnę, mogą trafić w nasze ręce tylko przypadkowo; pod tym względem aktywność Departamentu Wywiadu Wojskowego w jej obecnej formie trudno uważać za systematyczną i skuteczną.

W nawiązaniu do punktu nr 5 chciałbym podać plan i budżet specjalnej agentury obserwującej ruchy armii rosyjskiej poza terytorium Rosji, będącym już pod obserwacją. Muszę tu zwrócić uwagę, że choć D[epartament] W[ywiadu] W[ojskowego] musi oprzeć plan na założeniu, że finansowe środki są nieograniczone, jednak byliśmy zmuszeni do ograniczenia terytorium, które ma pozostać pod obserwacją, do części imperium rosyjskiego sięgającej do jeziora Bajkał; było to konieczne, ponieważ wszystkie dane napływające ze wschodniej Syberii pozwalają przypuszczać, że stała i systematyczna obserwacja nie może być rozszerzona dalej na wschód.

Biorąc pod uwagę znaczenie kolei syberyjskiej dla transportu, musimy przede wszystkim przyjrzeć się przerwaniu linii nad jeziorem Bajkał. Rząd usiłuje obecnie ukończyć linię kolejową i wypełnić lukę. Kiedy zadanie to zostanie zakończone, zmienią się możliwości transportowe kolei i stąd przeciwnik Rosji powinien szczególnie pilnie obserwować lukę niedaleko Bajkału, aby nie przeoczyć tych zmian.

Linia syberyjska budowana była bardzo długo i w różnych okresach, stąd poszczególne odcinki mają różną wydajność. Najsłabsze partie linii bardzo szybko odczują wzmożony ruch i to zmusi rząd do zorganizowania specjalnych składnic kolejowych dla przewożonych ludzi i sprzętu wojskowego. Taka składnica powinna już być zbudowana w Irkucku - gdzie zaczyna się słabszy odcinek linii - i takie wojskowe składy będą zakładane na innych odcinkach, jeżeli wojna potrwa nadal.

Wracając do obserwacji ruchów wojsk przemieszczających się w stronę Mandżurii, koniecznie trzeba nadmienić, że kolej syberyjska stanowi doskonały przedmiot obserwacji. Osoba dokonująca obserwacji, jeżeli inne warunki są zapewnione, nie popełni błędu, gdyż każdy żołnierz przewożony pociągiem bez wątpienia ma zadanie wzmocnić armię w Mandżurii. A ponieważ linia z Tajgi do Irkucka (1502 wiorsty) jest jedyną linią biegnącą w tym kierunku, uważna obserwacja linii wyklucza możliwość, że cokolwiek zmierzającego na wschód umknie uwadze osoby obserwującej. Dla jak najskuteczniejszej kontroli nad linią kolejową trzeba ustalić punkty obserwacyjne w najsłabszych miejscach linii, na przykład tam, gdzie znajdują się składnice wojskowe lub w ich pobliżu.

Przyjąwszy, że tak się stanie, trzeba jeszcze zapewnić sposób kontaktowania się naszych agentów z naszym biurem, zbierającym i opracowującym wszystkie dane. Korzystanie z poczty jest niemożliwe, trzeba będzie mieć dwóch kurierów stale kursujących między Irkuckiem a Warszawą; pożądane by było, gdyby kurierzy ci posiadali pewną wiedzę techniczną na temat kolei, co ułatwi im obserwację ogólnego stanu kolei oraz specjalnych działań podejmowanych przez władze w celu zwiększenia jej wydajności. Do dyspozycji powinien być stale trzeci kurier - do zadań specjalnych i wyjątkowych sytuacji.

Powyższe uwagi stanowią podstawę planu nadzorowania kolei syberyjskiej i ruchów wojsk wzdłuż linii kolejowej. W związku z tym, naszym zdaniem, organizacja obserwująca kolej powinna składać się z:

1.) punktu obserwacyjnego w Irkucku, obsługiwanego przez dwóch ludzi, z których jeden będzie miał techniczną wiedzę na temat kolejnictwa, co pozwoli właściwie ocenić prace wykonywane na odcinku linii wokół jeziora Bajkał;

2.) co najmniej dwa punkty obserwacyjne na linii Tajga - Irkuck w słabszych miejscach linii;

3.) trzech posłańców, z których dwóch powinno znać kolej.

Założywszy, że absolutnie poprawna obserwacja kolei może być niemożliwa ze względu na trudności z wysłaniem agentów do wszystkich miejsc na linii oraz surowy nadzór władz, konieczne dla realizacji powyższego planu nadzoru będzie powiększenie naszej organizacji o dodatkowe agentury w zachodniej części linii, których obserwacje uzupełnią informacje zebrane na wschodzie.

Najważniejsze takie miejsca to Tomsk na linii Tajga - [Niżnyj] Nowgorod. W Tomsku mieszczą się biura i dyrekcja kolei syberyjskiej, gdzie skupiają się wszystkie informacje dotyczące stanu kolei i transportu żołnierzy. Jednocześnie Tomsk jest dużo bliżej Warszawy (1 500 wiorst bliżej niż Irkuck), dzięki czemu wieści będą napływać w krótszym czasie.

Inne punkty na zachodzie to:

1.) Samara usytuowana w bezpośrednim sąsiedztwie wielkiego mostu kolejowego na Wołdze, będącego jedynym połączeniem między kolejami europejskimi i azjatyckimi; są biura linii Syzrań - Czelabińsk (oficjalnie nazywanej linią Samara - Złotoust);

2.) Perm, będący stacją końcową europejskiego szlaku wodnego (Wołga - Kama) i początkiem linii Perm - Jekaterynburg - Czelabińsk, z główną linią syberyjską; tutaj mieszczą się główne biura dwóch linii, które mają pierwszorzędne znaczenie dla transportu na wschód, gdyż są to jedyne dwie linie łączące Rosję europejską i azjatycką; pierwsza z tych linii stanowi nieprzerwaną całość, więc ma większe znaczenie niż druga.

Przechodząc do zorganizowania działalności w samej Europie, warto zaznaczyć, że - jak to już zostało powiedziane - obecna organizacja D[epartamentu] W[ywiadu] W[ojskowego] nie ma na celu zajmowania się informacjami dotyczącymi wschodu ani weryfikowaniem tych, czasem interesujących wiadomości, które dostajemy. Żeby rozszerzyć działalność, uporządkować wszystkie otrzymane informacje i wykorzystać je w celach wymienionych na początku, uważamy za konieczne;

a.) wyznaczyć agenta w St. Petersburgu znającego się na zagadnieniach związanych z flotą i marynarką wojenną, który zbierałby wszelkie informacje dotyczące morskich operacji Rosji;

b.) wyznaczyć takiego agenta w Rydze lub Libawie;

c.) zaangażować dwóch agentów, których funkcja polegałaby na zbieraniu i weryfikacji wiadomości dotyczących ruchów wojsk na wschodzie, które nadchodziłyby od agentów w St. Petersburgu i Rydze (Libawa), jak również ze znanych źródeł na wschodnich terenach Rosji europejskiej;

d.) wyznaczyć kogoś do czytania jak największej liczby rosyjskich prowincjonalnych gazet, w których ciągle pojawiają się informacje dotyczące lokalnie stacjonujących wojsk;

e.) ponieważ napływające informacje będą wymagały krytycznego opracowania i pracy ekspertów, konieczne będzie wyznaczenie jednego pracownika D[epartamentu] W[ywiadu] W[ojskowego] do zajęcia się tą dziedziną.

Rozważywszy wszystkie powyższe fakty i wnioski, przedstawiamy następujący schemat działania, przyjętego dla wyżej wymienionego celu:

Do powyższych bieżących wydatków koniecznie trzeba będzie dodać średnio 2 000 rubli miesięcznie na łapówki, rozrywki, prezenty etc.

Wobec tego na rozpoczęcie powyższej działalności trzeba mieć kwotę 8 000 rubli, a potem miesięczne koszty wyniosą 6 434 ruble.

W nawiązaniu do punktu 6 chciałbym przedstawić plan i budżet specjalnej komórki obserwującej ruchy wojsk rosyjskich poza terytorium znajdującym się pod nadzorem, ale w granicach europejskiej części Rosji. Muszę nadmienić, że podany został podobny plan dotyczący Syberii. Pomijam wyliczanie przyczyn, skłaniających do przyjęcia przez departament takiej linii postępowania. Muszę stwierdzić jednocześnie, że dane dotyczące ruchów wojsk w Europie nie mają wielkiej wartości, jak długo sytuacja transportu linią syberyjską nie jest mniej więcej znana. W związku z powyższym tymczasowe badania nad koleją syberyjską uważane są za jedno z niezbędnych wstępnych zadań.

Po zbadaniu kolei syberyjskiej konieczne będzie ustalenie punktów obserwacji w dwóch miastach - Samarze i Permie; jeśli w tym drugim będą trudności, to należy umieścić agenta w Niżnym Nowgorodzie, gdzie będzie miał pod obserwacją połączenie kolei i szlaku wodnego Wołga - Perm - Tiumeń - Tomsk - Tajga; albo może jeszcze lepiej byłoby umieścić takiego agenta w Kazaniu, gdyż rozsądne wydaje się przypuszczenie, że transporty ludzi i sprzętu z północnych prowincji, które nie muszą przechodzić przez Kazań, zostały już wysłane.

Punkty kontrolne i pomocnicze dla wymienionych wyżej punktów głównych powinny być ustalone w Penzie, pierwszej stacji węzłowej na trasie Syzrań - Wiaźma, oraz w Razajewce na linii Moskwa - Kazań, gdyż Razajewka jest stacją węzłową linii głównej i bocznej linii, prowadzącej z Syzrania nad Wołgą.

Dla zapewnienia komunikacji między tymi czterema punktami i Warszawą wystarczy dwóch kurierów. W tym przypadku nie jest konieczne, aby posiadali wiedzę techniczną, jak kurierzy potrzebni przy linii syberyjskiej.

Punkty 6, 7, 8, 9 i 10 poprzedniego planu powinny być tutaj w pełni wykorzystane.

W świetle tego, co zostało powiedziane, budżet podany w punkcie piątym powinien zostać zmniejszony o pozycje 1, 2, 3. Pozycja 4 powinna być zredukowana o połowę w związku ze zmniejszonymi kosztami podróży i możliwością zaangażowania kurierów bez specjalnej wiedzy technicznej.

Dwa nowe punkty (Penza i Razajewka) będą kosztować 400 rubli miesięcznie, więc oszczędności w porównaniu z poprzednim planem wyniosą 1 542 ruble miesięcznie.

Wobec tego budżet wyniesie:

Badanie kolei syberyjskiej plus koszty działalności - 8 000 rubli. Miesięczne wydatki - 2 892 ruble, co po dodaniu wydatków ekstra, wynoszących 500 rubli miesięcznie, da 4 392 ruble".

Japończykom zależało na współpracy wywiadowczej z Polakami, ale unikali wchodzenia w kwestie współdziałania politycznego, oczekując w tym względzie instrukcji z Tokio. Nowa sieć agenturalna w Rosji mogła oddać niezwykle cenne usługi. Dokładnie nie wiadomo, kiedy Hayashi i Utsunomiya otrzymali przetłumaczony przez Filipowicza elaborat Piłsudskiego. Nastąpiło to w końcu kwietnia lub w pierwszych dniach maja 1904 r. Z jego założeniami zapoznali się najpóźniej podczas pierwszego spotkania Filipowicza z ppłk. Utsunomiya. Hayashi polecił więc swojemu attache wojskowemu nawiązanie bezpośredniego kontaktu z przedstawicielem PPS w Londynie. Skierował 4 kwietnia na wskazany uprzednio przez Jodkę-Narkiewicza adres kontaktowy na 67 Colworth Road następującą prośbę: "Jeżeli nie zrobię Panu kłopotu, poproszę Pana, aby skontaktował się Pan z panem Utsunomiya, pod adresem 33 Duke Street, St. James, między [godziną] 11 a 12, albo 6, albo 7 tego miesiąca". Malinowski wydelegował na spotkanie Filipowicza. Rozmowa odbyła się 6 kwietnia.

Filipowicz zdał Malinowskiemu i Turskiemu szczegółową relację ze spotkania i jeszcze tego samego dnia napisał do Jodki-Narkiewicza. "Widziałem się dzisiaj z przyjacielem 'Wieczora' [tj. Tadasu Hayashi, tzn. z Taro Utsunomiya - R. Ś.]. Rozpoczął sam od tego, że wkrótce gotów będzie okazać wyraźnie swoją łaskawość - nothing very serious, choć to ostatnie również w swoim czasie. To 'nothing very serious' oznaczył na jakie 3-4 tysiące tutejszych [tzn. funtów szterlingów], bez wyraźnego terminu, lecz 'wkrótce'. Kładłem nacisk na pośpiech i podniesienie [wymienionej kwoty] w dwójnasób. 'I shall try to do my best' - brzmiała odpowiedź".

Przedstawiciel japoński był przekonany, że "sprawa zaciągnie się" - jak relacjonował Malinowski - i wzajemne kontakty rozwiną się. Ważnym czynnikiem stawała się tutaj współpraca wywiadowcza. Utsunomiya zaznaczył przy tym, że "interes" ten "jest nowym interesem, który należy traktować osobno. Jeśli tak - dodawał Malinowski od siebie - to bardzo pięknie. Chociaż można tu przypuszczać, że interes, w części zaniechany, został właśnie podjęty dla nowego".

Toteż Filipowicz oceniał, że "interes" nabrał wreszcie "poważnego charakteru". Z jego dalszej relacji jednoznacznie wynika, że Utsunomiya znał treść referatu Piłsudskiego o organizacji sieci wywiadowczej w Rosji. Odnosił się do przedstawionego schematu służby informacyjnej. Proponował ustanowienie w punktach: "I [punkt obserwacyjny w Irkucku], II [dwa punkty obserwacyjne na linii syberyjskiej], III [punkt obserwacyjny w Tomsku] ekspertów, najlepiej IV [poczta], którzy specjalnie stale pisaliby o V [punkty w Samarze i Permie], VI [punkt w Petersburgu]. Każdemu z nich, co miesiąc, [także] VII [punkt w Libawie lub Rydze] - 30 f[untów szterlinów]". Filipowicz obiecał udzielić odpowiedź w ciągu dwóch tygodni. "Odpowiedź na nowe żądania - dodawał od siebie i Malinowskiego - proponujemy taką: Utworzenie całej takiej organizacji wchodzi w nasze plany dla  n a s z e g o  [podkreśl. w oryginale - R. Ś.] użytku. Specjalnie dla nich czegoś podobnego robić nie będziemy. Lecz jeśli dadzą to, co proponują - all right, będziemy pisywać z miejsc żądanych [...], załatwiając wszelkie sprawy odszkodowań itp. na własną rękę". Do służby informacyjnej powinny być również włączone punkty VIII (czytanie gazet) i IX (agenci zbierający informacje z punktów obserwacyjnych) projektowanej organizacji wywiadowczej. Do dalszych kontaktów ustalono pseudonimy. Filipowicz miał występować jako "Karski", a Utsunomiya przyjął pseudonim "Kamegawa".

Malinowski i Turski z zadowoleniem przyjęli rezultaty rozmów Filipowicza. wyczuwając istotny "zwrot w interesach" i przełom we wzajemnych kontaktach. Przypuszczali, że Japończycy rozmawiali w tej sprawie z Anglikami, "a ci utworzyli im na nasz interes kredyt" - notował Malinowski na drugi dzień po spotkaniu. W ogóle cala rozmowa wskazywała na to, "że interes wcale nie należy uważać za zlikwidowany, a przeciwnie".

W tym samym czasie zapadła też decyzja o politycznym zbliżeniu do rosyjskich partii rewolucyjnych, ale na zasadach partnerskich, odrzucając możliwość dominacji obcych grup. "Rosjanom powinniśmy pomagać - podkreślał Malinowski w liście z 7 IV 1904 r. do Bolesława Limanowskiego - ale oni nam również. Przy tym pomoc winna być udzielaną przez partię partii, a nie pojedynczym jednostkom; w ostatnim wypadku jest to osobista usługa, w pierwszym - pociąga za sobą realną korzyść partyjną. Staramy się obecnie zbliżyć z partiami rosyjskimi całkiem realnie, nie możemy więc popierać jednostki, być może przez nich uważane za warcholskie". Wacław Studnicki na polecenie Jodki-Narkiewicza nawiązał w Paryżu łączność z działaczem gruzińskim, Gieorgijem Diekanozim (Diekanoziszwili). Kontakt ten przekazał następnie attache wojskowemu w Paryżu, Hisamatsu, z którym spotykał się od czasu do czasu. Komunikował się również z posłem Motono, aby ze swej strony zorientować go w aktualnej sytuacji Rosji. "Panie Ministrze - pisał 7 IV 1904 r. - Mam zaszczyt przesłać Panu kilka broszur, które podają trochę informacji o ruchu rewolucyjnym w Polsce, która jest w przededniu powstania. Rosja nie jest tak silna, jak się myśli w Europie. Jest wyczerpana okresowymi klęskami głodu i zapewniam Pana, że wojna dla Rosji będzie katastrofą". Studnicki nawiązał również znajomość z Akashi, ale początkowo kontakt ten nie miał poważniejszego charakteru. Akashi zaangażował do tłumaczenia na język francuski wypisów z prasy rosyjskiej weterana powstania polskiego 1863 roku, Teodora Szrettera, który zapewne miał mu ułatwić dostęp do środowisk polskich w Paryżu. Ponieważ Szretter nie znał dobrze języka francuskiego, poprosił o pomoc Studnickiego. Studnicki napisał o tym do Londynu, ale nie zdawał wtedy sobie sprawy z roli, jaką odgrywał Akashi w organizowaniu dywersji rewolucyjnej przeciwko Rosji.

Na razie kontakty przedstawicieli Piłsudskiego z delegatami japońskimi w Londynie ograniczały się do rozmów o podjęciu przez PPS "służby informacyjnej". Jodko-Narkiewicz akceptował taki obrót sprawy, gdyż najważniejszym zagadnieniem pozostawało podtrzymanie łączności z Japończykami, dającej w perspektywie możliwość zdobycia środków finansowych na działalność polityczną PPS.

Kwestia legionów cały czas odgrywała rolę argumentu politycznego i przetargowego w pertraktacjach z Japończykami, który pozwalał zachować twarz w trudnej sytuacji, wymagającej zajęcia jakiegoś stanowiska zgodnego z przekonaniami ideowymi i głoszonymi zasadami. "Pierwsza odmowna odpowiedź W[aszej] Exc[elencji] - pisał w związku z tym Jodko-Narkiewiez 12 IV 1904 r. do Hayashi - bardzo przykre na nas wywarła wrażenie. Obawiamy się, że rząd W[aszej] Exc[elencjil nie docenia korzyści, jakie mogłyby wyniknąć dla niego ze wzmożenia się ruchu rewolucyjnego w Polsce. Tymczasem, gdybyśmy mogli wezwać cały ogół polski do tworzenia legionów, bez obawy późniejszej kompromitacji, która by nastąpiła, gdyby rząd japoński nie dozwolił im wylądować na terenie wojny, to podnieślibyśmy napięcie rewolucyjne w naszym kraju w stopniu niesłychanym. Ten wzgląd, a obok tego realne korzyści, które taki legion przyniósłby na teatrze wojny, oraz wywołana przezeń dezercja, powinny by przemawiać za naszą propozycją. Samo zaś wydanie odezwy do Polaków w armii rosyjskiej, bez legionu polskiego, nie uważamy za celowe. Z drugiego listu dowiaduję się, że sprawy legionów nie należy uważać za odrzuconą ostatecznie. Jeżeli tak jest, w takim razie proszę W[aszą] Exc[elencję] o jak najenergiczniejsze poparcie naszej propozycji i udzielenie nam, przez p[ana] 'K[arskiego]' [Tytusa Filipowicza] odpowiedzi w jak najbliższym czasie. Od rozstrzygnięcia tej sprawy zależy w znacznym stopniu powodzenie wszelkiej akcji, jaką byśmy podjęli na Waszą korzyść". W odpowiedzi dla posła japońskiego Jodko-Narkiewicz traktował legiony jako ważny czynnik rozbudzenia nastrojów rewolucyjnych na ziemiach polskich. Dla osiągnięcia tych zamierzeń Japończycy nie potrzebowali legionów, za którymi szły szersze zobowiązania polityczne. Rozumowanie Jodki-Narkiewicza stanowiło później ważną przesłanką do określenia kierunku i zakresu dalszych uzgodnień. Wskazane cele można było bowiem osiągnąć przez wsparcie od wewnątrz ruchu rewolucyjnego na ziemiach polskich. Charakterystyczne, że w instrukcji dla Malinowskiego, załączonej do odpowiedzi dla posła Hayashi, nic Jodko-Narkiewicz nie wspominał o taktyce rozgrywania sprawy legionów, traktując wyłącznie o kwestiach praktycznych dalszych rozmów.

W liście do Hayashi przekazał jeszcze swoje uwagi na temat współpracy wywiadowczej. "Co do propozycji osadzenia ludzi w pewnych punktach [obserwacyjnych - R. Ś.] - pisał - to w zasadzie nic nie mamy przeciwko temu i możemy wykonać to w każdej chwili, gdyż ludzi chętnych i mających stosunki nam nie brak. Ale 1.) chcielibyśmy, by nasz wzajemny stosunek nie ograniczył się do udzielania W[aszej] Exc[elencji] pewnych wiadomości, ale polegał na porozumieniu i co do innych punktów (współpracy], które, jak nam się zdaje, leżą zarówno w naszym, jak i w Waszym interesie; 2.) sprawa ta musi być omówiona osobiście, gdy zatem W[asza] Exc[elencja] będzie mogła przystąpić do jej praktycznego rozwiązania, proszę o tym zawiadomić p[ana] 'K[arskiego]' [Tytusa Filipowicza], by ktoś z nas tu obecnych mógł natychmiast pojechać dla omówienia szczegółów". Jodko-Narkiewicz chciał w ten sposób zachęcić przedstawiciela japońskiego do większego zbliżenia. Instrukcja dla Malinowskiego wyjaśniała dodatkowo, że chodziłoby o uniknięcie wrażenia jednostronności podejmowanych działań, tylko w zakresie "dostarczania wiadomości". O innych sprawach miał rozmawiać bezpośrednio Filipowicz. "Co do 25 52 93 84 72 92 56 41 56 72 71 [tzn. demolition, czyli demolacji] - podkreślał przy tym Jodko-Narkiewicz - to wobec niechęci wchodzenia w bliskie stosunki, możemy wykonywać tylko na terenie naszej właściwej roboty, tj. w Polsce i na Litwie".

Zastrzeżenia Jodki-Narkiewicza podzielał Filipowicz. "Co do 25 51 94 89 72 92 56 41 56 72 71 [tzn. demolition - R. Ś.] - dodawał Malinowski w liście z 14 IV 1904 r. - to nie możemy, moim zdaniem, przy obecnej fazie [stosunków] określić wymagań, w każdym razie nie na naszym terenie", a "robienie czegoś podobnego już obecnie, przeczy wprost naszym interesom. Było to jasno powiedziane ustnie, on tu przyznał zupełną słuszność i wcale tym się nie zmartwił, bo widocznie nie przywiązuje temu większego znaczenia. Nada temu większe znaczenie, gdy to będzie się odbywało dalej, przynajmniej tak należy wnioskować". Natomiast niezwłocznie należało przystąpić do służby informacyjnej, zaczynając od wskazanych punktów obserwacyjnych, na co Hayashi chciał przeznaczyć pierwsze kwoty, ale w tej sprawie oczekiwał wyraźnego zajęcia stanowiska przez Jodkę-Narkiewicza.

Japończykom chodziło również o nawiązanie przez PPS ściślejszych stosunków z "krajami północnymi", w tym przede wszystkim z Finlandią. Zajmował się tym Jodko-Narkiewicz. "Co do 2 krajów północnych - zapisał w cytowanej wyżej instrukcji dla Malinowskiego - to już zrobiliśmy kroki w tym kierunku, choć dużo nie możemy sobie z tego obiecywać, ale w każdym razie może to, że będziemy wiedzieli, jakie tam istnieją zamiary. Zaś kroki te będą polegały (to nie dla nich [czyli Japończyków - R. Ś.] w staraniu się nawiązania stosunków z 84 53 56 71 92 81 94 25 [tzn. Finland, czyli z Finlandią]. Ale i tu należy rozmówić się dokładnie, o co 'wieczorowi' [tzn. Tadasu Hayashi] idzie, co mogłoby być uskutecznione przy [planowanej] rozmowie 'Ulrycha' [tj. Witolda Jodki-Narkiewicza] o posyłaniu wiadomości".

Jodko-Narkiewicz i Piłsudski dążyli do uzyskania pomocy finansowej od Japonii, najlepiej na warunkach ogólnego porozumienia, które prowadziłoby do sojuszu politycznego z PPS. Dlatego Jodko-Narkiewicz obruszał się na Hayashi, kiedy ten proponował drobne kwoty na konkretne cele. "Dopiero teraz przyjechał facet i oddał mi list 'Lintona' [tj. list Tadasu Hayashi z 1 IV 1904 r. - R. Ś.]" - pisał Jodko-Narkiewicz 15 IV 1904 r. do Malinowskiego. Szkoda tylko - dodawał - "że 'Karski' [Tytus Filipowicz] przy widzeniu [się] nie wytłumaczył, że tu nie może iść o pieniądze", jednak "przy pierwszej sposobności można będzie zakomunikować, że posyłamy drugiego faceta, nie żądając oczywiście żadnej monety". Zresztą- dodawał 17 IV 1904 r. - "możemy zawsze wysłać drugiego faceta, ale przecież, do diabła, nie będziemy płatnymi agentami, narażającymi skórę faceta za 100 Ł. Gdy w ogóle będą przyjacielskie stosunki, to all right, ale i wtedy nie za zapłatę od 'job'u' [tzn. pracy - R. Ś.]". Jodko-Narkiewiczowi zależało teraz na ustaleniu zasad udzielenia pomocy materialnej i technicznej dla PPS. Sprzeciwiał się więc rozliczaniu jednostkowych przedsięwzięć bez podstawowego porozumienia w tym względzie z Japonią. Chodziło o to, aby realizacja uzgodnionych działań wynikała z szerszej umowy, a nie wiązała się tylko z bezpośrednio podejmowanymi akcjami wywiadowczymi, dywersyjnymi czy sabotażowymi. Japończycy mogliby wspomagać PPS, która w drodze rewanżu realizowałaby postawione przez nich zadania. Wszystkie zabiegi prowadziły do osiągnięcia głównego celu, mianowicie uzyskania możliwie największej pomocy japońskiej, która w efekcie umożliwiłaby w praktyce rozwój reprezentowanego przez PPS niepodległościowego ruchu rewolucyjnego. Z drugiej strony kwestia uzyskania pomocy japońskiej ciągle jeszcze pozostawała otwarta, brakowało decyzji rządowych w Tokio.

Wydawało się, że każdy krok w tym kierunku przybliżał akceptujące stanowisko japońskie. Wiele zależało od czytelności wzajemnych intencji i prawidłowego funkcjonowania łączności. "Przede wszystkim musimy zrobić porządek z porozumiewaniem się z 'wieczorem' (tj. Tadasu Hayashi - R. Ś.] - apelował Jodko-Narkiewicz 17 IV 1904 r. do Malinowskiego - inaczej sprawa będzie się diablo przewlekać i ostatecznie może wcale mądrzej nie będzie załatwiona, niż gdyby to się stało od razu. Proszę Was zatem, na przyszłość moje odpowiedzi posyłajcie wprost do 'Lintona' [Tadasu Hayashi], gdy zaś uważacie to za stosowne, dodawajcie Wasz komentarz objaśniający. Tylko w wypadkach rzeczywiście ważnych zmieniajcie tekst. Proszę Was też, wyraźnie zaznaczajcie, że list ten pochodzi z kraju i oddzielajcie Wasz komentarz od mego listu". O wszystkim informowano na bieżąco Piłsudskiego. Ze względów konspiracyjnych kontakt listowny utrzymywano z nim za pośrednictwem Jodki-Narkiewicza.

Niezwykle ważnym zagadnieniem stało się poderwanie organizacji partyjnej do nowych zadań oraz wzmożenie aktywności politycznej szerokich rzesz społeczeństwa w Królestwie Polskim. Stanowisko programowe PPS wobec wojny japońsko-rosyjskiej formułował artykuł Nasza taktyka zamieszczony w "Przedświcie". Stwierdzano w nim: "My własnymi swymi siłami nie możemy obalić systemu, panującego dzisiaj w Rosji. Najpotężniejsze i najlepszym duchem ożywione demonstracje lub nawet bunty w Warszawie, Lodzi i innych miastach, choćby poparte przez sporadyczne wybuchy na wsi, nie zmuszą do ustąpienia rządu despotycznego, nie dadzą Rosji konstytucji". Należałoby liczyć się z tym, że władza w Rosji ulegnie osłabieniu po wojnie. Przy sprzyjających okolicznościach mogłyby wtedy wystąpić w pełnym zakresie polskie dążenia wolnościowe, czyli "powstanie", "mające na celu uzyskanie niepodległości". W każdym razie była to perspektywa odległa. "Powstanie zbrojne w chwili dzisiejszej - stwierdzano - zależy od dwóch okoliczności: od nastroju ludu i od posiadania przezeń środków, którymi walkę zbrojną prowadzić można. Otóż, jeżeli możemy przypuszczać, że pierwszy warunek, dzięki wypadkom i naszej agitacji, w całej pełni się ziści, to co do drugiego, nie jesteśmy w stanie przewidzieć chwili, kiedy będziemy gotowi. Tymczasem nie ulega wątpliwości, że dziś powstać nie można tak, jak w 1863 r., kiedy to, dopiero wyszedłszy w pole, zaczęto się oglądać za bronią". Partia powinna więc skupić się na pracy przygotowawczej. "Przede wszystkim -  zaznaczano dalej - pamiętać powinniśmy, że jeżeli żadne dane nie pozwolą nam dziś [wszystkie podkreśl. w oryginale - R. Ś.] pokusić się o uzyskanie niepodległości i, co za tym idzie, już dziś przygotowywać powstanie, to nie mamy również żadnych powodów [do] twierdzenia, że w nie bardzo dalekiej przyszłości nie będziemy mogli, nie będziemy musieli tego zrobić. Wystrzegajmy się zatem wszelkiego gadania o niemożliwości powstania i zwalczajmy ostro prądy ugodowe, w jakąkolwiek szatę - czy konserwatywną, czy socjalistyczną - one są obleczone. Zarazem przystosowujmy organizację naszą do tych zadań, które kiedyś na nią spaść mogą. Nie zaniedbując jednocześnie naszej dotychczasowej propagandy potrzeby niepodległości, na tym na razie ograniczmy nasz stosunek do kwestii powstania".

Niektórzy przedstawiciele partii liczyli się nawet z możliwością zapobieżenia żywiołowemu ruchowi. Nie podzielał tych poglądów Malinowski, który najlepiej oddawał ówczesny stan nastrojów politycznych w Królestwie Polskim. "Mylicie się moim zdaniem - pisał 18 IV 1904 r. do Kelles-Krauza - sądząc, że w kraju panuje tak silne podniecenie umysłów, że może dojść do  p o w a ż n i e j s z e g o  [podkreśl. w oryginale - R. Ś.] żywiołowego wybuchu. Podniecenie jest, ale nie w tak silnym stopniu. To podniecenie umysłów będzie przechodzić najrozmaitsze koleje: podnosić się, to znów opadać itd. W rezultacie pozostanie mniej więcej powszechne mniemanie, że znowu Rosja nie jest tak potężnym wrogiem, jak to wszyscy (nie wyłączając znacznej części naszych przywódców) sądziło. Naszym więc zadaniem jest przyczynić się do utrwalenia tego poglądu - będzie to zdobyczą bez względu na rezultat wojny". Takie stanowisko odpowiadało w skrócie współczesnemu sposobowi myślenia Piłsudskiego. Przywódca PPS martwił się brakiem odpowiednich ludzi do kierowania ruchem, aby partia w ogóle nadążała za rozwojem wypadków.

Naprzeciw oczekiwaniom japońskim wychodziły starania o nawiązanie porozumienia z Finami. Jodko-Narkiewicz szukał możliwości kontaktu z Zilliacusem. Fin nie tracił czasu. Przyjęte z Akashim założenia planu wzmożenia opozycji antyrządowej w Rosji przedstawił dyplomatom japońskim w Londynie, Hayashiemu i Utsunomiya. Miał w ten sposób wesprzeć zamierzenia Akashiego. Potrzebował pomocy japońskiej do sfinansowania poszczególnych etapów planu i do zakupów potrzebnej do akcji zbrojnych broni dla objętych nim różnych partii opozycyjnych. Fundusze te miały być przysyłane w ratach w miarę postępu realizacji wywrotowych przedsięwzięć. Zakładano przy tym ukrycie przed grupami opozycyjnymi pochodzenia pieniędzy. Wewnętrzne niepokoje i zamieszki przeszkodziłyby Rosji rzucić wszystkie siły militarne przeciwko Japonii. Hayashi i Utsunomiya udzielili pełnego poparcia Zilliacusowi, który postanowił udać się zaraz do Paryża. Wierzył, że uda mu się zwołać konferencję opozycjonistów i rewolucjonistów rosyjskich już w połowie maja. Wkrótce miał się przekonać o niemożności szybkiego przezwyciężenia różnic dzielących poszczególne odłamy opozycji rosyjskiej. Przyjęty w Sztokholmie i Londynie plan przedstawił Diekanoziemu, uzyskując jego pełną aprobatę. Potem pojechał do Genewy i Stuttgartu, zyskując wsparcie eserowców oraz liberałów (Piotr Bierngardowicz Struve). Z powrotem w Sztokholmie był na początku maja 1904 r.

Z Londynu do Paryża wyjechał także Turski. Zamierzał nawiązać łączność z rewolucjonistami rosyjskimi. Udostępniono mu szyfry cyfrowe PPS, ale nie chciał z nich korzystać. W listach stosował szyfry znaczeniowe, co sprawiało wszystkim wiele kłopotów przy ich odczytywaniu. Umówione wcześniej słowa albo całe zdania otrzymały ukrytą treść, inną od ich dosłownego rozumienia. O prawdziwym znaczeniu stosowanych znaków w korespondencji zwykle orientowali się tylko adresat i odbiorca przesyłanej wiadomości. Turski i Malinowski nie umówili się wcześniej co do tych znaków. Rezultat był taki - notował później Malinowski - że było niezwykle "trudno pewnego coś wywnioskować" z nich. Nie znamy pełnego klucza do odczytania listów Turskiego, ale można się domyślać, o co w ogóle w nich chodziło.

"Druh Tkaczowa" otrzymał zadanie uzyskania pożyczki dla PPS ("interes węglany", "pieniężny interes"), korzystając z pomocy rewolucjonistów rosyjskich ("moja siostra"), a także uzyskania za ich pośrednictwem niezależnego od Londynu kontaktu z przedstawicielem japońskim, który pozostawał z nimi w łączności ("artysta Didur", "przyjaciel" owej "siostry", "wydawca") i znał się dobrze z reprezentantem "wydawnictwa" (kryptonim "Wieczoru") w Londynie ("przyjaciel Witolda", "znajomy W.", tj. Witolda Jodki-Narkiewicza). Pod pseudonimem "wydawcy" (w Paryżu) występował z pewnością Akashi, a "przyjacielem" Jodki-Narkiewicza był Hayashi albo Utsunomiya.

Akashi zaproponował Turskiemu spotkanie w Biarritz. Rozmowa odbyła się między 15 a 19 kwietnia 1904 r. Otóż - donosił Turski w liście do Malinowskiego z 19 IV 1904 r. - "poznajomiłem się z nim, przepędziliśmy z nim cały dzień, razem znaleźliśmy wspólnych znajomych [...]. Zna on dobrze przyjaciela [tj. Tadasu Hayashi albo Taro Utsunomiya - R. Ś.] 'Witolda Mussyrskiego' [chodzi o Witolda Jodkę-Narkiewicza], któremu nawet, jak mogłem zrozumieć. [...] w ciężkiej chwili dopomagał". Złożył Turskiemu specjalną ofertę, w której chodziło, jak można przypuszczać, o rozwinięcie przez PPS ruchu strajkowego na ziemiach polskich w Rosji. Właściwą treść oferty Turski kamuflował opisywaniem propozycji podjęcia się przez PPS opracowywania statystyki strajków w Rosji (ze sprawdzeniem, "gdzie odbywają się takowe strajki" i zbadaniem "ich na miejscu"), pod pozorem pisania książki o historii strajków. Wszelkie koszty z tym związane pokrywałby "wydawca", co w perspektywie dawało możliwość uzyskania pomocy finansowej dla PPS. Wobec odmowy udzielenia pożyczki rosyjskiej Turski nalegał, aby skorzystać z okazji i podjąć się zleconego zadania. Zwłaszcza, że "znajomy Witolda" w Londynie mógłby od razu poprowadzić dalej całą sprawę, gdyż mógł dysponować odpowiednimi funduszami na ten cel, które obejmowały zarówno finansowanie akcji zagranicznej, w ośrodkach emigracyjnych, jak i działalność na terenie Rosji, przeznaczając tutaj największe środki (w proporcji 5 do 65). Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć za Turskim, że Akashi dysponował wówczas w Londynie ogólną kwotą na cele ruchu rewolucyjnego w Rosji w wysokości 700 000 funtów szterlingów, z której pierwsza rata w wysokości 50 000 funtów szterlingów mogła zostać natychmiastowo wypłacona. Pozostałą kwotą, 650 000 funtów szterlingów miał na razie dysponować tylko Akashi.

W ten sposób zarysowały się dwie koncepcje wykorzystania przez Japonię polskiego ruchu rewolucyjnego przeciwko Rosji: 1.) prowadzenia wywiadu za pośrednictwem specjalnie do tego celu stworzonej organizacji PPS, co omawiał Utsunomiya w Londynie, oraz 2.) wywołania rebelii rewolucyjnej w zaborze rosyjskim i wtopienia ruchu polskiego w szerszą akcję polityczną opozycji antycarskiej, organizującej masowe strajki i wystąpienia ludności, z elementami walki zbrojnej, za czym optował Akashi. Powoli w tych planach japońskich zaczęła przeważać druga tendencja, ale nie rezygnowano z możliwości wykorzystania Polaków do działań wywiadowczo-dywersyjnych.

Zachowane dokumenty wskazują, że istniała wymiana informacji wywiadowczych między Japończykami a Polakami, o co zabiegał Piłsudski w liście z 19 marca 1904 r. Informacje te przekazywał Utsunomiya, a następnie "Kamegawa" podczas poufnych spotkań z Filipowiczem w Londynie. Dodawali od siebie instrukcje, które zawierały zadania wywiadowcze dla organizacji PPS na terenie Rosji. Informacje i instrukcje otrzymane od oficerów japońskich szyfrował Malinowski albo Filipowicz, a następnie przesyłano je pocztą do Jodki-Narkiewicza.

Zasady współpracy informacyjnej omawiali 22 kwietnia Utsunomiya i Filipowicz. Malinowskiego nie było w tym czasie w Londynie, wyjechał do Tuckton na kilkudniowy odpoczynek u Wojciechowskiego. "Drodzy - pisał zaraz do Jodki-Narkiewicza - wracam z randki, jaką mi wyznaczono [...]. Jak poprzednio, widziałem się z przyjacielem 'wieczora' [tzn. Taro Utsunomiya - R. Ś.], do którego, jak to zaznaczył, przeszła cała sprawa".

Na wstępie rozmowy "Kamegawa" stwierdził, że "cała sprawa" kontaktu z PPS w Londynie przeszła "całkowicie" w jego ręce. Poinformował, że napisał do Tokio o projekcie utworzenia legionów polskich. Spodziewał się odpowiedzi w ciągu miesiąca. "W trakcie tego czasu - relacjonował później Filipowicz rozmowę z japońskim oficerem dla Jodki-Narkiewicza - pojedzie na kontynent i w grodzie 'Luśni' [Kazimierza Kelles-Krauza, tzn. w Wiedniu - R. Ś.], spotkamy się z Wami i jeszcze kimś z naszych, obgadałby sprawę organizacji [projektowanej służby wywiadowczej] oraz wszelkie inne punkty. Jeśli by nie jechał - poprosi Was tutaj. Jednocześnie ze sprawą l[egionów| pisał o upoważnienie do ofiarowania nam 94 72 71 51 44 37 29 10000 [tzn. money, 10 000 funtów szterlingów]" *[W przybliżeniu wymieniona kwota 10 000 funtów szterlingów odpowiadała 100 000 rublom. albo 100 000 jenów. Według ogólnych obliczeń wartości nabywczej jena, suma ta odpowiada obecnie 500 000 000 jenów, albo 3 500 000 dolarów amerykańskich (1988)]. Wrócono potem do omawianej podczas poprzedniego spotkania kwestii rozlokowania miejsc obserwacyjnych dla projektowanej agentury. "Co do obsadzenia punktów - notował dalej Filipowicz wypowiedź Utsunomiya - to b[ardzo] pilnie prosi o wykonanie tego zaraz". Filipowicz postawił warunki: "1.) że to, co da [Taro Utsunomiya] na to, pójdzie do rozporządzenia naszej specjalnej, dla nas w tym samym zakresie poważnej, instytucji (jak pisał szczegółowiej poprzednio 'Władek' [Aleksander Malinowski]; 2.) że w zamian on będzie udzielał takich samych nowin, o ile je skądinąd będzie miał i o ile tyczyć się będą naszego podwórka; 3.) że zgadzając się, rozumiemy, że to jest jeden punkt z całego szeregu innych, które dziś od razu tylko dlatego nie są rozstrzygane, że są daleko, nie wprost odeń zależne, lecz co do których zgoda prędzej czy później nastąpi; 4.) że jeżeli taka zgoda nie nastąpi, możemy w każdej chwili wycofać się z tego interesu". Utsunomiya przyjął te warunki z zastrzeżeniem, że: "jego decyzja może być nie potwierdzona przez rodzinę [tzn. Sztab Generalny w Tokio] - w przyszłości". Jednocześnie wskazał, że w sprawne legionów "możliwe są różne kombinacje", a "przynajmniej uznał za możliwe, to co proponowałem" - dodawał Filipowicz od siebie - czyli tworzenie własnych oddziałów wojskowych, formalnie niezależnie od Japończyków. Przedstawiciel japoński uważał, że w zasadzie nie uda się uzyskać zgody na tworzenie odrębnych polskich formacji legionowych, ale będą patrzeć "przez palce" na "przedsiębiorstwo urządzone na własną rękę i własny koszt, byle ostrożnie". Filipowicz wymógł na Japończyku natychmiastowe wysłanie depeszy do Tokio z zapytaniem: "Czy zgoda co do l[egionów], jeśli nie, to czy zgoda na to samo, lecz na własną rękę?".

Japoński attache wojskowy zapytał jeszcze: "Pan pewnie zna [Romana] Dmowskiego?". Okazuje się - komentował potem Filipowicz - że "n.d. [Narodowa Demokracja] (nie wiem, czy D[mowski], czy kto inny) była u niego o to samo literalnie, co my". Podjęte rozmowy nie dały rezultatu, "więc - jak stwierdził 'Kamegawa' - 'jeden z nich pojechał wprost do T[okio] i będzie tam już koło 25 bm.' ". Stąd Filipowicz wnioskował do Jodki-Narkiewicza o podjęcie natychmiastowych działań. "Wobec tego, że D[mowski] & Co. może jednocześnie prawie dostać analogiczne informacje [od Japończyków], koniecznym jest, w razie pomyślnej odpowiedzi, piorunujący pośpiech" *[Roman Dmowski zamierzał udać się do Japonii, aby przeciwdziałać ewentualnym planom japońskim wzniecenia powstania polskiego. W Sprawozdaniu z działalności Ligi Narodowej za rok organizacyjny 1904/5 czytamy: "Wysłanie przedstawiciela Ligi (Narodowej) do Japonii miało na celu przede wszystkim poinformowanie tamtejszych sfer rządowych o obecnym stanie kwestii polskiej i właściwym położeniu rzeczy w Rosji oraz zabezpieczenie się z tamtej strony od prób wywołania ruchawki na naszym gruncie".].

Umówiono się na kolejne spotkanie 26 kwietnia, aby "ofiarować to, na co James (Douglas) czeka [tzn. pieniądze] - notował Filipowicz - w rozmiarach na trzy punkty". W tym miejscu nawiązano do przewidywanych przez Piłsudskiego miesięcznych kosztów prowadzenia punktów informacyjnych w projektowanej sieci wywiadowczej w Rosji (średni koszt utrzymania trzech punktów obserwacyjnych obliczano na około 1 200 rubli, czyli około 120 funtów szterlingów).

Jednocześnie Utsunomiya "postawił czarno na białym szereg pytań, które w odpowiedniej numeracji 'Władek' (Aleksander Malinowski) Wam wprost wyśle". Przekazał instrukcję zadaniową dla organizacji wywiadowczej PPS (tzw. Military Intelligence Department), co Filipowicz odnotował jak następuje:

"Żądania od naszego 'biura wywiadowczego'.

I. 1.) Charków, 2.) Moskwa, 3.) Syb[eria] (na drodze żel[aznej]) - po jednym specjalnym agencie. Dostarczać wszelkie dane o mobilizacji, ilości wojsk przechodzących [oraz] o czasie ich odjazdu.

3.) [sic!] Syberia. Ile pociągów idzie dziennie na linii syberyjskiej? Ilu ludzi w każdym? Jakie transporty idą amunicji i żywności po tej drodze? Kiedy droga dookoła Bajkału będzie skończona? Gdy będzie - te same pytania odpowiedzieć co do tej linii.

1. ) Char[ków]. Wiadomo, że teraz w Man[dżurii] są: 1, 2, 3 i 4-y korpusy. Wiadomo (poufnie), że 17 korpus będzie wkrótce lub już jest zmobilizowany i ma iść w początkach maja [1904]. Następnie -  podobno - ma iść korpus 10, założony w Kursku (i Charkowie?) w lipcu [1903]. Dowiedzieć się dokładnie o składzie 10 korpusu, sprawdzić, czy ma iść i jeśli tak, kiedy idzie.

[II.] Inne wiad[omości] bardzo potrzebne:

[1.)] Czy Flota Bałtycka pójdzie na Wschód? Jeśli tak: kiedy? Którędy? Dokładny zapis i opis całej siły morskiej na Bałtyku.

[2.)] Ile ludzi i armat poszło do Mandżurii w drugim półroczu 1903 (jeśli można - i w pierwszym) oraz przed wojną w 1904 [roku]".

Umówione spotkanie potwierdził Utsunomiya w dniu 25 kwietnia, zapraszając Filipowicza do swojego mieszkania przy 43 Jermyn Street. "Drogi Panie - pisał. - Przeprowadziłem się tutaj przedwczoraj. W tym samym dniu wysłałem telegram, ale jeszcze nie otrzymałem odpowiedzi. Czekam na Pana jutro [26 IV 1904], między 11 a 12 rano. Twój oddany, "

Jodko-Narkiewicz sądził tymczasem, że sprawa zmierza do jakiegoś rozwiązania. Dzień przed wysłaniem zaszyfrowanego raportu z Londynu upominał Malinowskiego: "Jeżeli tylko 'L[inton]' [Tadasu Hayashi] się odezwie telegrafujcie, a zaraz wyślę 'Ulrycha' [tj. Witolda Jodkę-Narkiewicza, który ze względów konspiracyjnych pisał w ten sposób o sobie - R. Ś.] do Was i biznes zostanie od razu załatwiony". Ciągle jednak miał wątpliwości, czy jego instrukcje były właściwie rozumiane. "Nie wiem, czy daliście komentarz, i jaki, wobec tego, że 'Linton' czekał tylko na moją odpowiedź. Jeżeli bowiem on gotów był dać 94 etc. [tj. 94 72 71 51 44 37 29 - tzn. money] pisał dalej - zaraz po otrzymaniu [mojej] odpowiedzi, to trzeba było dać stosowny komentarz. Ogromnie się boję, że spaskudzicie sprawę przez te namyślanie się i zwlekanie".

Przekazane od Utsunomiya informacje i polecenia Malinowski po powrocie do Londynu zaszyfrował i wysłał 26 kwietnia do "Grzegorza". Odpowiedź dla Utsunomiya przygotował Piłsudski, zajmując się dyslokacją korpusów rosyjskich na Syberii i w Mandżurii; zdezawuował informacje japońskie o rozlokowaniu w Mandżurii I, II, III i IV korpusu armii rosyjskiej i opracował szczegółowe zestawienie dotyczące składu i rozmieszczenia X i XVII korpusu.

W tym samym czasie, kiedy Malinowski szyfrował dla Jodki-Narkiewicza raport ze spotkania 22 kwietnia, Filipowicz rozmawiał z "Kamegawą". Rezultaty rozmowy zawarł w jednym zdaniu: "To, co na dziś zostało obiecane [tzn. 10 000 funtów szterlingów - R. Ś.], zostało spełnione" - pisał wieczorem 26 IV 1904 r., po powrocie ze spotkania z oficerem japońskim. Trudno sobie wyobrazić, aby Utsunomiya wypłacił Filipowiczowi całą kwotę. Chodziło o uruchomienie rachunku kredytowego na taką kwotę, którą mogli dysponować przedstawiciele PPS w comiesięcznych ratach na prace informacyjne. Także Jodko-Narkiewicz nie musiał na razie przyjeżdżać do Londynu. Poza tym Utsunomiya zgodził się na "obsadzenie 3 punktów" obserwacyjnych w Rosji oraz "inne z tym związane z rzeczy" - uzupełniał Malinowski. Oficer japoński "nalegał i to gwałtownie" na podjęcie służby informacyjnej przez PPS, "motywując tym, że obecnie są oni bez żadnych wiadomości w tym zakresie; dawniej mieli [informacje] od rodaków 'Jana' [tj. Anglików], lecz od pewnego czasu odmówili [ich] (ma on z tego źródła tylko mało i tylko 1161 44 43 8141 71 56 51 [tzn. prywatnie], ma także trochę 45 51 81 31 45 41 72 91 81 55 72 92 94 42 02 [tzn. ze Sztokholmu]). Wobec tego usilnie prosił, aby zrobić coś w tym zakresie, zwłaszcza chodzi mu o gród, w którym się kształciłem [tj. w Charkowie] i o 25 45 56 51 31 56 22 41 44 [tzn. dziesiąty, czyli 10 punkt planu organizacji służby wywiadowczej w Rosji o ewidencji zebranych danych] itd.". Suma 10 000 funtów szterlingów była ogromną kwotą, przewyższającą wielokrotnie roczny budżet całej PPS. Jednakże kwota ta nie mogła wystarczyć na rozwinięcie szerokiej działalności rewolucyjnej, w tym także informacyjnej. "Wczoraj powiedział mu 'Kar[ski]' [Tytus Filipowicz] - relacjonował dalej Malinowski rozmowę z Utsunomiya - aby nie spodziewali się wielkich rzeczy, bo to co zaszło z ich strony (25 45 56 51 43 56 52 [24] 25 45 56 51 31 56 22 41 93 75 [tzn. dziewięćdziesiąt Ł - czyli 90 Ł pierwszej raty miesięcznej na obsługę agentury]) wczoraj jest niczym. Tłumaczył się, że tak jest, jak jest, dlatego tylko, że robi to sam na własną rękę, a robi więcej, jak może, jednakże dopytywał się, kiedy on otrzyma [informacje od PPS]".

Jednocześnie Filipowicz odniósł się do otrzymanych od Turskiego wiadomości, których początkowo nie mógł zrozumieć Jodko-Narkiewicz. Wątpliwości wyjaśnił Filipowicz, który pisał: " 'Przyjaciel Tkacz[owa]' [Michał Kacper Turski] donosi, że jego przyjaciel 16 32 12 22 15 75 33 14 21 22 91 [tzn. pułkownik, tj. Motoijró Akashi - R. Ś.] mieszkający w stronach jego żony [tzn. w Paryżu], gotów jest wszystko zrobić co potrzeba, by dać na tę aferę prawie podwójną ilość tego, co ważyła dzisiejsza rozmowa [czyli prawie 20 000 funtów szterlingów)". Wobec postępów rozmów w Londynie przekazał Turskiemu wiadomość, aby podtrzymywał swoją znajomość z Akashi, ale bez dalszych skutków. "Na razie - uzasadniał - korzystać z dobrych chęci obywatela, który chce się zająć zbieraniem danych statystycznych nie możemy".

Nowe plany i dalekie podróże

Wieczorem 26 kwietnia 1904 r. Utsunomiya otrzymał z Tokio depeszę w odpowiedzi na zgłoszone wcześniej propozycje PPS. "Obecnie 'Kars[ki]' [Tytus Filipowicz] - donosił Malinowski 27 kwietnia -jest na randce". Filipowicz szczegółowo przedstawił "Kamegawie" elaborat Piłsudskiego o organizacji wywiadu PPS przeciwko Rosji. Utsunomiya poprosił o dostarczenie mu tłumaczenia referatu, co też niebawem Filipowicz uczynił. Prawdopodobnie podczas spotkania w dniu 27 kwietnia oficer japoński poinformował Filipowicza o zaproszeniu do Tokio przedstawicieli PPS dla przedstawienia stanowiska partii w kwestii współpracy z Japończykami.

Sytuacja uległa całkowitej przemianie. Zabiegi Filipowicza i Malinowskiego w Londynie o doprowadzenie do porozumienia z Hayashi i Utsunomiya straciły przejściowo na znaczeniu, chociaż zapadły już wstępne decyzje o podjęciu współpracy wywiadowczej przeciwko Rosji. Malinowski wysłał zaraz do Piłsudskiego list, informując o zaproszeniu do Tokio i planowanym wcześniejszym spotkaniu w Wiedniu.

Piłsudski otrzymał te wiadomości 7 maja. Postanowił, że pojedzie do Tokio *[O motywach swej decyzji Józef Piłsudski pisał później: "Mogłem był się zgodzić na wyjazd innych osób, lecz zdecydowałem jechać osobiście. Uczyniłem to dlatego, iż nie mogłem nie przypuszczać, że najprawdopodobniejszą treścią tej rozmowy będzie udzielanie informacji o charakterze wojskowym państwu japońskiemu i w tak drastycznej sprawie nie chciałem nikomu dać pełnomocnictwa. [...] Zdecydowałem od razu, że zgodzić się mogę na zorganizowanie pracy informacyjnej tylko w tym wypadku, jeśli Japonia zgodzi się na udzielenie mi pomocy technicznej w broni i nabojach, gdyż nie przypuszczałem, aby wypadek tak wielki, jak wojna, toczona przez Rosję, mógł przejść bez śladu dla państwa rosyjskiego i nie doprowadził nas, Polaków, do sytuacji, gdzie za pomocą siły dałaby się osiągnąć znaczna poprawa w losach Polski". J. Piłsudski, Poprawki historyczne, s. 24-25.]. Sporządził kosztorys wyjazdu dla dwóch osób, przewidując wydatkowanie na ten cel 158 funtów szterlingów. W tym czasie dysponował tylko kwotą 20 Ł (około 200 rubli), które to pieniądze zostały po pierwszej racie japońskiej na prace wywiadowcze PPS w Rosji. Stan kasy partyjnej był opłakany. "Tymczasem tutaj z monetą jest źle - pisał do Londynu 10 V 1904 r. - aż strach. 'Bolek' [Bolesław Antoni Jędrzejowski] miał nieszczęście, że go okradli, buchnęli mu około 100 rs. z kieszeni. Teraz nie wiem już, co robić, oddałem mu na urządzenie się resztę swojej monety - na szczęście przyszły funty od was, jutro je otrzymamy [tzn. część przekazanej przez Taro Utsunomiya pierwszej raty na cele organizacji wywiadowczej - R. Ś.], ale trudno będzie z tego wybrnąć". Kłopoty finansowe miał również Jodko-Narkiewicz, który dopominał się, aby przesłać mu część pieniędzy japońskich. "Oto teraz muszę jechać [do Królestwa Polskiego - R. Ś.] - pisał w liście z 7 V 1904 r. - a nie mam ani grosza i pojadę prawdopodobnie z pieniędzmi do pierwszego miasta wystarczającymi". Wszystko to pokazuje skalę problemów finansowych, z którymi cały czas borykało się kierownictwo partyjne PPS. Bardzo skromna dotacja japońska 90 Ł (około 900 rubli) stanowiła podstawę jego miesięcznego budżetu, który umożliwiał przeżycie tylko kilku funkcjonariuszom partyjnym. Trudno sobie wyobrazić, aby przy takich środkach można było myśleć o szerszej akcji rewolucyjnej, gdy potrzeby obliczano na dziesiątki tysięcy rubli miesięcznie. "Gdybym miał choć parę funtów [szterlingów] od kogokolwiek - martwił się Piłsudski - to bym ułożył teraz parę raportów from our m[ilitary] int[elligence] [department], ale nie mam nic, więc czekam". W tych warunkach nawet planowany wyjazd do Wiednia stawał się problematyczny. "Napiszcie mi 'Karski' [Tytus Filipowicz] - prosił dalej -kiedy musimy jechać i jak umówiliście się z tym diabłem 'wieczomym' [tj. Taro Utsunomiya] o randkę w W[iedniu], czy to przedtem będziecie oczekiwali, że 'Jow[isz]' [Witold Jodko-Narkiewicz] wrócił, czy też, nie czekając na jego przyjazd, czy zawiadomienie, będzie on w W[iedniu], bo w tym drugim wypadku musiałbym z 'Bolkiem' [Bolesław Antoni Jędrzejowski] reprezentować partię".

Tego samego dnia, 10 maja, Utsunomiya wysłał Filipowiczowi zaproszenie na kolejne spotkanie. "Drogi Panie - pisał - Dziękuję bardzo za tłumaczenie [tj. przetłumaczony na język angielski przez Tytusa Filipowicza referat Józefa Piłsudskiego Certain answers given by the M[ilitary] I[ntelligence] D[epartment] to the questions put by the Central Committe (28.3.[19]04) - R. Ś.], o które prosiłem. Chciałbym zobaczyć się z Panem 13-tego o [godzinie] 10.30 rano, jeżeli to jest możliwe dla Pana, aby przyjechać tutaj [tj. na 48 Jermyn Street] i rozmawiać o naszych sprawach". Spotkanie odbyło się jak zaplanowano. "Kamegawa" raz jeszcze podziękował za tłumaczenie projektu organizacji służby wywiadowczej PPS w Rosji. "Pisaninę przyjął - notował po rozmowie Filipowicz - o ile mogłem zorientować się, zaimponowała mu". Utsunomiya zakomunikował jednocześnie, że przedstawiony schemat służby wywiadowczej ("cały interes") uważa "za strasznie kosztowny", czego jednak sam nie mógł rozstrzygać bez porozumienia się ze swoimi władzami w Tokio. "W każdym razie w W[iedniu] będzie tę sprawę omawiać" - dodawał Filipowicz. Japoński attache wyraził przy tym "pragnienie, by tam spotkać się mógł z naczelnikiem d[epartamentu] [tzn. departamentu wywiadu wojskowego]; odparłem, że nie wiem, czy to możliwe, lecz że w każdym razie będą ludzie, z którymi będzie mógł ten plan przedyskutować i rozstrzygnąć stanowczo; to go zadowoliło. W W[iedniu] będzie 21, 22 i 23 bm. specjalnie po to, by się z naszymi widzieć. W wiadomym miejscu trzeba się pytać...". Filipowicz wytarł dalej tekst z danymi osoby, z którą przedstawiciele PPS mieliby się spotkać w Wiedniu. Następnego dnia informację tę podał Malinowski. "Naprzód - pisał w liście do Piłsudskiego - wczorajsze cyfry: 22 61 01 13 81 [41] 44 81 01 33 61 93 [tzn. 'Kamegawa' - czyli Taro Utsunomiya]". Przy okazji radził Piłsudskiemu: "Lepiej, abyś nie występował [podczas rozmów w Wiedniu - R. Ś.] jako naczelnik tego wy[wiadowczego] departamentu, bo możesz się zblamować i to niedobrze da się pogodzić z Twoją jazdą [do Tokio]".

Filipowicz pisał dalej w swym liście z 13 maja: "Weźcie to pod uwagę, że, oprócz innych rzeczy, koniecznym jest obudzenie w facecie jeszcze większego zaufania ku nam, niż to, jakie dotychczas posiada; chodzi mu, czy nie mamy pośród swoich ludzi jakichś ogólnie znanych imion, europejskich powag lub coś w tym rodzaju i gdyby mu można coś w tym [względzie] pokazać, sprawiłoby to b[ardzo] dobry skutek. [...] Facet, jak widać, chodzi po omacku i dla orientowania się w nowych dla niego stosunkach szuka dopiero jakichś ustrojników, znanych mu z dotychczasowej światowej praktyki".

Utsunomiya nawiązał w końcu do podróży przedstawicieli PPS do Wiednia i Tokio. "Sprawę wyjazdu [do Tokio] omawiałem dosyć detalicznie - relacjonował potem Filipowicz. - Ma spotkać tam o stopień wyższy od przyjaciela [tj. ppłk. Taro Utsunomiya, tzn. tutaj w znaczeniu generała]; będą polecenia wszelkiego rodzaju, nie wyłączając osobistych, które zapewnia znośny, cichy i tani pobyt (wobec czego suma wymieniona przez Was jest stanowczo za wysoka o 1 [Ł] [sic!]). Tutaj [tj. w Londynie, przed wyjazdem] prawdopodobnie będziecie się musieli widzieć z przyjacielem [Taro Utsunomiya], co weźcie pod uwagę, jeśli wybierzecie się do W[iednia]. Oczywiście wyjechać [do Tokio] możnaby nie wcześniej, niż otrzymawszy tutaj [tj. w Londynie] co się należy [tzn. 90 funtów szterlingów, jako kolejną miesięczną ratę na prace informacyjne]. Ja tutaj prawdopodobnie z prz[yjacielem] [Taro Utsunomiya] przed jego wyjazdem widzieć się nie będę; jeśliby on w W[iedniu] zaraz nie reagował, zobowiążcie faceta, by załatwił ten interes [tzn. wyjazd do Tokio] natychmiast po powrocie tutaj [tj. do Londynu]".

Jednocześnie Filipowicz zawiadomił Dębskiego o swoim wyjeździe z Piłsudskim do Tokio, prosząc o chwilową pożyczkę brakującej na podróż kwoty, którą spodziewali się oddać w drodze powrotnej. "Ta cała sprawa  w y ł ą c z n i e  [podkreśl. w oryginale - R. Ś.] do Waszej wiadomości. Kon[spiracja] musi być utrzymana najzupełniejsza" - dopisał Malinowski.

Jeszcze 17 maja Filipowicz upominał Jodkę-Narkiewicza: "W W[iedniu] macie być  2 1  [podkreśl. w oryginale - R. Ś.], 22 lub 23 najpóźniej i szukać faceta tak, jak było umówione". Piłsudski zapewniał tymczasem, że nie myśli wcale "w gawędzie z przyjacielem" (Taro Utsunomiya) występować jako szef Military Intelligence Department, tylko jako członek Centralnego Komitetu Robotniczego PPS. O "blamaż zresztą się nie obawiam - przekonywał, Malinowskiego w liście z 18 V 1904 r. - bo otwarcie wyznam, że sądzę, że małpeczka [tj. Taro Utsunomiya] ma mniej informacji ode mnie i że potrafię mu zblamować, gdy mi zabraknie faktycznych danych. Naturalnie, za jego kolegę w rzemiośle [wywiadowczym] uchodzić nie mogę i nie chcę, tu w istocie zblamować się łatwo, nie znając technicznych wyrazów, znanych w fachu powszechnie". Obawiał się jednak, że trudności finansowe uniemożliwią mu podróż nawet do Wiednia. "Obecnie - podkreślał - nie mam zupełnie monety i nie byłbym w stanie - najliteralniej w świecie - wyruszyć stąd gdziekolwiek".

Jodko-Narkiewicz wrócił do Lwowa 19 maja. Niedługo potem udał się do Krakowa, aby naradzić się z Piłsudskim przed dalszą podróżą. Problem finansowy został jakoś rozwiązany i 21 maja obaj wyjechali do Wiednia na spotkanie z Utsunomiya. Na miejscu stanęli zapewne już w nocy. Następnego dnia zobaczyli się z Utsunomiya. Według relacji Piłsudskiego rozmowy ciągnęły się do 23 maja.

Piłsudski przedstawił się ze swojego prawdziwego nazwiska, występując jako członek Centralnego Komitetu Robotniczego PPS, "w którego wydziale jest depart[ament] [tj. Military Intelligence Department - R. Ś.]" - pisał później. Omawiano głównie sprawy możliwości prowadzenia przez PPS rozpoznania wywiadowczego armii rosyjskiej. Przywódca PPS przekazał zebrane wcześniej informacje na ten temat, dodając własny komentarz i wyjaśnienia. Jodko-Narkiewicz uzupełnił wypowiedź Piłsudskiego, udostępniając instrukcję, według której prowadzono rozpoznanie na kolei syberyjskiej. "Umowa stanęła, że przyjaciel [Taro Utsunomiya] w przeciągu jeszcze dwóch miesięcy wypłaci po 90 f[untów szterlingów], my zaś damy mu niejakie dane, o których przy osobistej gawędzie opowiem" - dodawał dalej. Ustalono, że łączność w dalszym ciągu będzie utrzymywana za pośrednictwem Malinowskiego w Londynie. W razie konieczności bezpośrednie spotkanie przedstawicieli kierownictwa partii (Piłsudski albo Jodko-Narkiewicz) z Utsunomiya odbyłoby się znowu w Wiedniu.

Utsunomiya poinformował również, że plany japońskie wykraczają poza PPS, obejmując inne grupy polityczne i narodowościowe opozycji antycarskiej. "Natomiast przykra rzecz, że nie jesteśmy jedni - komentował potem Piłsudski. - Z zupełną pewnością stwierdził facet, że tam są other Poles and Finns i że chodzi o to, by było united forces. Przez to sprawa grubo się komplikuje, bo albo trzeba przed przyjaciółmi się kłócić z other Poles, albo też zawczasu wchodzić w umowę". Może dziwić takie stanowisko Piłsudskiego, ponieważ dysponował wcześniej informacjami, które sugerowały zamiary japońskie stworzenia szerokiego frontu ugrupowań, rozsadzającego od wewnątrz państwo rosyjskie. Naiwnością było wtedy sądzić, że specjalna rola w ruchu antyrosyjskim przypadnie PPS.

Przypuszczalnie Piłsudski i Jodko-Narkiewicz wrócili do Krakowa 24 maja. Stwierdzili zaraz: "Rezultat = 0" - zanotował Wasilewski. Dominował nastrój pesymistyczny. "Od 'Grzeg[orza]' (Witolda Jodki-Narkiewicza] nic nie mogłem się porządnie dowiedzieć - skarżył się dalej Wasilewski bo po powrocie przez cały dzień zamiast projektowanego posiedzenia była pijatyka". Dwa dni później Piłsudski podsumował rekonesans wiedeński: "Wynik rozmów - pisał do Malinowskiego -jest nijaki - żadnej money, na co naturalnie 'Jowisz' [Witold Jodko-Narkiewicz] naiwnie liczył, odesłano nas do centrum [tj. do Tokio - R. Ś.] itd. Wrażenie moje nie osobliwe - zdaje mi się, że nas tam nie nazbyt cenią i nie pokładają zbyt wielkiej nadziei". Jednakże wszystko mogło się zmienić po wizycie w Tokio. "Napiszcie natychmiast -  prosił Malinowskiego - kiedy mam się stawić tam u Was [tj. w Londynie] i wyślijcie mi natychmiast 100 rubli, żebym mógł wyjechać stąd i zostawić kobiecie [tj. żonie Marii Piłsudskiej] 50 rubli na pierwszy miesiąc. Na wszelki wypadek wyślijcie 120 [rubli], może przed wyjazdem sprawię sobie trochę bielizny - bo absolutnie nic nie mam. Obecnie jestem goł kak sokoł". Na wypadek podróży do Japonii ułożył z Jodko-Narkiewiczem specjalny klucz do korespondencji między sobą (oznaczyli go pseudonimem Utsunomiya - "KAMEGAWA").

Piłsudski przypuszczał, że słowa Utsunomiya o "other Poles" odnosiły się do przedstawicieli Narodowej Demokracji, którzy również podjęli kontakt z Japończykami. Po powrocie do Krakowa zapytał o to wprost Balickiego, który "odpowiedział - jak relacjonował Wasilewski - że 'oddają 'Wieczorowi' bezinteresownie drobne usługi', ale o czymś więcej nie myślą". Utsunomiya miał na myśli Dmowskiego, który od 15 maja przebywał już w Tokio, o czym Piłsudski nic wiedział.

Piłsudski i Jodko-Narkiewicz uniknęliby wielu problemów, gdyby zadali sobie trud wnikliwego wczytania się w listy Turskiego. Wszystkie nadzieje wiązano z Londynem, chociaż Turski wskazywał inne rozwiązania i przestrzegał przed zbyt ostrożnym i asekuracyjnym stanowiskiem Hayashi oraz Utsunomiya w rozmowach z PPS. Nikt niestety nie chciał sprawdzić posiadanych przez niego informacji. Przez długi czas podejrzewano, że jego głównym kontaktem był przedstawiciel sfer rządowych brytyjskich, określany w listach (oprócz pseudonimów "wydawca" i "przyjaciel") jako "rodak 'Jana' ", czyli Feliksa Sachsa. W gwarze partyjnej oznaczało to oczywiście Anglików. Lecz Turski pisał o "rodakach 'Jana' " w znaczeniu sojuszników "Jana", tj. Anglików, czyli Japończyków. Nie ujawniał nazwiska swego rozmówcy, gdyż takie miał instrukcje w tym względzie. "Co się tyczy do tego - pisał 5 V 1904 r. do Londynu - abym zakomunikował wam nazwisko tego pana, to już nie mówiąc o tym, że dałem mu słowo zachować w sekrecie widzenie się nasze i o wszystkim, cośmy mówili, ale oprócz tego znajduję zupełnie zbytecznym wymienianie nazwiska jego, ponieważ żadnej korzyści z tego wyniknąć  t e r a z  n i e  m o ż e  [podkreśl. w oryginale - R. Ś.], stanowczo powiedział mi, że są mu zbyteczne nowe znajomości na jakiś czas". W sprawie przystąpienia PPS do organizacji wystąpień rewolucyjnych w Królestwie Polskim ("Historia strajków") Akashi nie chciał mieć na razie innych pośredników, oprócz Turskiego. Z "nikim innym, jak ze mną nie życzy sobie mieć stosunków - zaznaczał Turski. - Czy ten, który zajmie się taką robotą, nazywa się tak, czy inaczej, żadnej różnicy to nie stanowi, bo wszystko, co zostanie wypracowane przez nich, zakomunikuje się wam". Ważne, aby "robota" była "dobrze zrobioną". Kontakty Turskiego z Akashim miały charakter niezobowiązujący. Prawdopodobnie dlatego Akashi nie wciągnął go do swej kartoteki współpracowników.

Akashi orientował się - relacjonował Turski swoją rozmowę z japońskim oficerem na początku maja 1904 r. - że "znajomy W[itolda Jodki-Narkiewicza] [tzn. Tadasu Hayashi albo Taro Utsunomiya - R. Ś.] wszedł już w stosunki z wydawcami socjalistycznych książek [tzn. z organizacją rewolucyjną, tu w znaczeniu PPS], którzy mieszkają w Londynie [chodzi o przedstawicielstwo partii w Londynie] i których już awansuje się na wydawnictwo [tzn. dochodzi do porozumienia z 'Wieczorem']". Zapewniał w pełnej poufności ewentualnej współpracy między nim a PPS. Dlatego - przekonywał - "bądźcie zupełnie spokojni, żaden skandal zajść nie może, pod żadnym względem" i "nie popełni on żadnej niedyskrecji". Akashi potwierdził, że w jego wyłącznej dyspozycji została zdeponowana w Londynie "większa suma" (zapewne z ogólnej kwoty 650 000 funtów szterlingów) z przeznaczeniem "dla całej serii polskich wydawnictw", czyli tych polskich organizacji, które podejmą współpracę w ramach "Wieczoru", ale "w razie, jeżeli takowe będą miały miejsce". Do głównych funduszy nie miał dostępu "znajomy Witolda". W razie potrzeby mógł dysponować takim samymi kwotami, jak Akashi. Odpowiednie sumy zostały również przeznaczone na inne organizacje rewolucyjne. Oficer japoński rozpytywał też Turskiego o przedstawicieli PPS, którzy mieszkali w Londynie. Zrobił przy tym uwagę, że "znajomy Witolda" musiał wątpić w ich "wielkie wpływy", w przeciwnym razie wypłaciłby im oraz ich współpracownikom całą dostępną sumę (50 000 funtów szterlingów), "a mógłby mieć nawet więcej" - dodawał Akashi. A osobiście "nie podzielał takiej ekonomii". Przynajmniej powinna być wcześniej zrobiona odpowiednia "próba" przekazania mniejszych kwot dla partii, tym bardziej, że PPS nie miała konkurencji. Nawiązując do własnych planów, "stanowczo prosił, aby nic nie mówić o 650 funtach [szterlingach] [tzn. 650 000 Ł], które mogą być użyte na przyszłe wydawnictwa polskich książek [czyli polski ruch rewolucyjny]".

Mimo wszystko Turski dziwił się, dlaczego w Londynie nie rozstrzygnięto jeszcze kwestii finansowego wsparcia PPS, krępując tym swoich przyszłych "współpracowników". Upewniał 14 maja Malinowskiego, że Hayashi i Utsunomiya dysponowali odpowiednimi funduszami dla PPS. Odmawianie dotacji nie mogło być tłumaczone brakiem pieniędzy. "Kłamie ta małpa" - pisał  bez ogródek. Według niego kwota 50 000 funtów szterlingów na cele polskiego ruchu rewolucyjnego pozostawała cały czas w dyspozycji Akashiego, ale również ta sama kwota znajdowała się "w rozporządzeniu u niego", czyli u Hayashi albo Utsunomiya. Turski przekonywał, że na te kłopoty z nawiązaniem stosunków finansowych PPS z Japończykami nie miał żadnego wpływu Dmowski, jak podejrzewano w Londynie. Od samego początku Akashi zwracał Turskiemu uwagę na przesadzone opinie na temat roli endecji w ewentualnych planach japońskich pobudzenie Rosji do rewolucji. "Co się tyczy patriotów [tzn. endecji] - mówił - to z tej strony żadnej obawy nie powinno być". Stanowczo powiedział, że "znajomy Witolda [Tadasu Hayashi albo Taro Utsunomiya]" - relacjonował dalej Turski - "ma stosunki z socjalistami zamieszkałymi w Londynie [tzn. z PPS]". Stąd dopuszczanie myśli - konkludował Turski - że endecja jest w stanie "odebrać" dotacje japońskie wyłącznie dla siebie jest "wprost absurdem". Wątpił więc, aby Dmowski "mógł stać na przeszkodzie!". A jeśli nawet miałoby to miejsce - dodał później - nie będzie zbyt trudnym zrobić, aby stosunki takowe tego pana z 'wydawcą' [tzn. z 'Wieczorem', czyli z Motojiró Akashi - R. Ś.] zostały przerwane". Główne niebezpieczeństwo upatrywał w tym, aby za pośrednictwem Dmowskiego, programowo występującego przeciwko PPS, pieniądze na ruch rewolucyjny w Królestwie Polskim nie zostały przejęte przez organizacje rosyjskie, korzystające już z pomocy japońskiej. Na wszelki wypadek poprosił Akashiego, żeby "nie dawał żadnej wiary panu Dmowskiemu i [jego] kompanii, bo weszli oni w stosunki z 'wydawcą' [tzn. 'Wieczorem'], aby mieć większą możliwość [w] przeszkodzeniu [wydania] tak pożytecznych książek [tzn. rozwojowi ruchu rewolucyjnego w Królestwie Polskim]" *[Roman Dmowski wypłynął z Vancouver 2 V 1904 r. Przypłynął do Jokohamy 15 maja. Spędził tam dwa dni, potem pojechał do Tokio.].

Z drugiej strony, kłopoty przy finalizacji porozumienia mogły mieć swoje źródło w słabości PPS i braku efektywnego działania i wyraźnego zainicjowania akcji rewolucyjnej w zaborze rosyjskim, co sugerował w rozmowie Akashi. Właśnie może ta "cisza" - przypuszczał Turski - która w tym względzie panuje zniechęca "wydawcę" w Londynie. "Moja rada - wnioskował 14 V 1904 r. - aby ostatecznie postawić warunki 'wydawcy' [tzn. Tadasu Hayashi albo Taro Utsunomiya - R. Ś.]!". Były attache wojskowy w Petersburgu nie chciał wchodzić w zakres kompetencji Utsunomiya, który dopiero określał warunki swojego porozumienia z przedstawicielami PPS. Stąd "trzeba działać bardzo ostrożnie - dodawał - aby nie wyszła jaka plątanina, aby nie obrazić 'wydawcy' [w Londynie]". Akashi uważał Utsunomiya za trudnego partnera w układach. Turski radził więc, aby nie przywiązywać zbyt wielkiej wagi do stawianych warunków. "Można nie zwracać dużo uwagi - pisał do Malinowskiego - na jego głupie wymagania", które leżą właściwie w gestii "drugiego wydawnictwa" , czyli Akashiego. A "ponieważ interesy 'wydawcy' [tzn. 'Wieczoru'] nie są sprzeczne z interesami współpracowników [chodzi o PPS]", więc ostatecznie powinno dojść do "porozumienia". Przedstawiciel "Wieczoru" w Londynie "nie jest głupi i musi zrozumieć to", ale widocznie na razie jeszcze "nie ufa" PPS. Prywatnie doradzał, aby podjęto decyzję "rozmówienia się" z jego "wydawcą" (Akashim), aby mógł on "jak najprędzej wejść w stosunki ze współpracownikami" z PPS i "przystąpić do wydania tak poważnego dzieła, jak ", czyli podjąć bezpośrednią akcję rewolucyjną w Królestwie Polskim.

W związku z tym zamysł wyjazdu przedstawicieli PPS do Tokio uważał za chybiony, bowiem wszystkie warunki takiego porozumienia można było omówić na miejscu, z Utsunomiya. "Powiedzcie mu - pisał 23 V 1904 r. do Malinowskiego - że 'współpracownicy' [z PPS - R. Ś.] czekać nie mogą, że będzie dużo [czasu] stracone póki odbierze się odpowiedź. Niech wypłaci chociaż 5-tą cześć [tego] [tzn. 10 000 Ł], co przeznaczono na 'wydawnictwo' [tzn. zainicjowanie współpracy z PPS w Londynie], [a] reklama [tzn. działania propagandowo-organizacyjne] będzie zrobiona, bez czego żadne 'wydawnictwo' dziś jest niemożebnym".

Niebawem Akashi zawiadomił Turskiego o wysłaniu do Tokio raportu na temat Dmowskiego, z wnioskiem, aby mu "nie ufać". W rezultacie relacjonował Turski wypowiedź Akashiego w liście z 25 V 1904 r. do Malinowskiego - "stanowczo odmówiono jemu wszelkich stosunków" w Tokio. Sprawę wahania się w nawiązaniu ściślejszego porozumienia z PPS tłumaczył tym, że Utsunomiya nie miał dość zaufania do przyszłych współpracowników, a wahał się dlatego, ponieważ 'Witold' [Witold Jodko-Narkiewicz], kiedy zawierał "znajomość z 'wydawcą' [tzn. z 'wieczorem', tj. z Tadasu Hayashi - R. S.], nie miał żadnej rekomendacji do niego", a "firma, do której należy 'Witold' [tj. PPS] nie pokazała się 'wydawcy' dostatecznie poważnie". Przy tym "nie ma żadnych objawów potrzebowania [sic!] takiej 'Historii strajków' [tzn. PPS nie wyraziła chęci współpracy z 'Wieczorem' przy organizowaniu wystąpień rewolucyjnych w Królestwie Polskim] i dlatego nie decyduje się" chwilowo na bliższą współpracę. Akashi liczył się wprawdzie z podjęciem własnej inicjatywy w tym kierunku, lecz właściwą decyzję odsuwał w czasie. Na zgłoszoną wcześniej propozycję Turskiego spotkania się z którymś z towarzyszy partyjnych i "współpracowników" Utsunomiya, "stanowczo odpowiedział", że "teraz to jest niepotrzebne i że obawia się, aby londyński 'wydawca', który jest bardzo podejrzliwy, nie upatrzył w tym intrygi". Ogólny wniosek, który wypływał z otrzymanych do tej pory wiadomości Turski zawarł w zdaniu, stanowiącym główną wytyczną dla dalszych działań kierownictwa PPS, szukającego dróg nawiązania ściślejszej, nieoficjalnej współpracy z Japonią: "Jak widzicie - zwracał się do towarzyszy - nie nastała chwila do drugiego 'wydawnictwa' [tzn. pod egidą Motojiro Akashi], trzeba wyczekać i starać się, aby zjawiły się objawy potrzeb do 'Historii strajków', per diu [bardzo długą] chociażby zamówili o tym!". Decyzje wszakże zapadły inne. Nie przywiązywano większej wagi do informacji Turskiego, co było dużym błędem.

Utsunomiya po spotkaniu z Piłsudskim i Jodko-Narkiewiczem w Wiedniu wrócił niezwłocznie do Londynu. Widział się 28 maja z Filipowiczem, przekazując mu czerwcową ratę 90 Ł na potrzeby wywiadu PPS. Zaznaczył przy okazji, że podczas spotkania w Wiedniu z Piłsudskim i Jodko-Narkiewiczem "przykro mu było odmówić większych transportów", ale sam nie mógł o tym rozstrzygać, gdyż decyzje w tej sprawie zapadały w Tokio. Prosił o przekazanie Piłsudskiemu wiadomości, "że starzy oczekują przybycia gości w jak najprędszym czasie". Wobec tego - polecał Filipowicz - "telegrafuj do 'Miecz[ysława]' [Józefa Piłsudskiego], gdyż trzeba koniecznie jechać w przyszłą sobotę (4-go [czerwca]), a tu będzie jeszcze cała kupa formalności do załatwienia". W kasie partyjnej w Londynie było teraz 146 Ł. Widocznie wraz z listem wysłano depeszę do Piłsudskiego, gdyż już 30 maja odtelegrafował, że będzie w Londynie 2 czerwca, prosząc o zorganizowanie spotkania z posłem Hayashi przed wyruszeniem w dalszą podróż.

Tegoż 2 czerwca Filipowicz otrzymał od Utsunomiya zaproszenie na spotkanie przed wyjazdem do Tokio. "Z przyjemnością zobaczę się z Panem i z przyjaciółmi Pana jutro rano" - pisał oficer japoński. Dnia 3 czerwca Piłsudski, Filipowicz i Malinowski wybrali się z wizytą do Hayashi i Utsunomiya. Poseł japoński wręczył Piłsudskiemu list polecający do ministra spraw zagranicznych, barona Jutaro Komury, a attache wojskowy przekazał pismo rekomendacyjne do szefa Biura Wojskowego w Sztabie Generalnym w Tokio, gen. Atsushi Muraty. Utsunomiya załączył do listu notatkę z kilkoma adresami i technicznymi wskazówkami, które miały ułatwić podróżnym orientację we władzach w Tokio oraz poruszanie się na miejscu. Wśród osób, które wymienił w notatce, znajdowali się: gen. Yasumasa Fukushima, szef Oddziału II Sztabu Generalnego, marszałek Iwao Oyama, szef Sztabu Generalnego, gen. Gentaro Kodama, zastępca szefa Sztabu Generalnego, odpowiedzialny za decyzje operacyjne.

Rozmowę prowadził Utsunomiya, dużo uwagi poświęcając pracom informacyjnym PPS. "Robili dosyć silny nacisk na tę stronę sprawy - relacjonował Piłsudski - przy czym powiedział ten, który był w Wiedniu [tj. Taro Utsunomiya - R. Ś.], że projekt, który podałem ongi [Certain answers given by the M[ilitary] I[ntelligence] D[epartment] to the questions put by the Central Committe (28.3.[19]04)] bardzo mu się spodobał i że starsi jego stamtąd [tzn. ze Sztabu Generalnego z Tokio] przysłali na to w zasadzie zgodę, że on polecał nas swym przełożonym, jako ludzi mogących dużo zrobić we wszystkich sprawach związanych z tym interesem". Hayashi, jak sam mówił, przyszedł na spotkanie jedynie po to - notował dalej Piłsudski - aby "złożyć życzenia powodzenia, w meritum sprawy wchodzić nie chciał za nic, bo, jak otwarcie powiedział, sprawa już [została] przeniesiona tam [do Tokio] i jego zdanie wpływu nie ma, a raczej będzie zależnym od zdania przełożonych. Więc jeszcze raz [powiedziano] : informations możliwie ścisłe i możliwie dużo z zakresu przez nas samych wyznaczonego w tym czasie, to może mieć rozstrzygające znaczenie". Na koniec poproszono, aby całą sprawę traktować "serio i szczerze". Japończycy konsekwentnie unikali wszelkich rozmów na tematy polityczne. Nie podejmowano do tej pory żadnych przedsięwzięć wspierających polski ruch rewolucyjny, nie mówiąc już o sprawie legionów. Kontakty dotyczyły praktycznie od trzech miesięcy kwestii zbierania przez PPS na potrzeby japońskie informacji wywiadowczych o armii rosyjskiej. Na to szły na razie ich pieniądze. Pomoc finansowa była niewielka. Jednakże bez uzyskanych tą drogą funduszy niemożliwa byłaby podróż przedstawicieli partii do Japonii.

Pomimo to Piłsudski nie chciał przekazać dla Utsunomiya propozycji Jodki-Narkiewicza zdobywania informacji i dokumentów za pieniądze, drogą przekupstwa. "Mnie się zdaje - uzasadniał swoje stanowisko - że uciekać się do tego należy tylko w ostateczności, przynajmniej dopóki nie otrzymacie depeszy z pomyślnym lub niepomyślnym zakończeniem sprawy. Teraz bowiem, gdyśmy już się zaszli tak daleko w interesie, trzeba się starać wywierać pewne wrażenie na ludzi. Co innego, gdybyśmy postanowili wprost urwać coś nie coś. Dlatego też nie powiedziałem nic o tym projekcie i pozostawiłem to na stronie. Gdyby jednak coś podobnego się zdarzyło, to najlepiej będzie zrobić [to], pisząc, czy chcą taki a taki papier, bo moglibyśmy dostać, ale za taką i taką cenę. Przy czym nie ma to się tyczyć tych punktów [obserwacyjnych] i spraw, których [już] podjęliśmy się, tylko poza nimi mogą być używane takie [nowe] kanały. Przy czym w liście bym powiedział, że wypadkowo otrzymaliśmy tę okazję, ale wobec tego, że się nie tyczy naszych bezpośrednich zadań, a umowa stała nie została zawarta, nie chcemy brać na swoją rękę i odpowiedzialność".

Wynika z tego, że zasadnicza umowa wywiadowcza, o jaką zabiegał Piłsudski nie została jeszcze zawarta. Ustalone do tej pory warunki wstępne współdziałania w tym zakresie miały zostać potwierdzone w Tokio stałą umową. Taki był właściwy i praktyczny cel wyjazdu Piłsudskiego i Filipowicza do Japonii, dając możliwość przedstawienia argumentacji politycznej dla poszerzenia zakresu dotychczasowej współpracy. Na taką ewentualność wskazywały rezultaty zabiegów podjętych przez Turskiego.

W związku z tym Piłsudski zamierzał rozszerzyć obowiązującą formułę porozumienia. Opracowano w tym celu założenia do szerszej umowy, jako podstawy dalszych rozmów z przedstawicielami japońskimi w Tokio. Tekst tej prowizorycznej umowy Tytus Filipowicz zapisał w języku angielskim, zostawiając odbitkę czystopisu w oddzielnym kopiale korespondencji konspiracyjnej dla spraw "wieczorowych", przez który przechodziły wszystkie szczególnie poufne pisma, wysyłane albo przekazywane do osób wtajemniczonych w te kwestie, poza głównym obiegiem kancelaryjnym londyńskiej kwatery PPS. Umowę z pewnością opracowali Piłsudski i Malinowski. Oddaje ona plany Piłsudskiego, które zamierzał zrealizować w wyniku rozmów w Tokio. Tłumaczenie polskie tekstu umowy w redakcji Filipowicza brzmi jak następuje:

"Wspólny interes Japonii i Polski polega na osłabieniu Rosji i złamaniu potęgi Rosji. Bez wątpienia widać tu wspólnotę interesów i łatwo po obu stronach znaleźć argumenty przemawiające na jego korzyść.

Ale oprócz tej wspólnoty interesów i jedności celów istnieją różnice w niektórych praktycznych kwestiach politycznych. A.) Japonia ma interes w tym, by Rosja wysłała do Mandżurii jak najmniej żołnierzy, podczas gdy dla Polaków byłoby pożądane, żeby Rosja wysłała jak największą liczbę żołnierzy do Mandżurii i w ten sposób maksymalnie zmniejszyła stan liczebny armii stacjonującej w Polsce lub w pobliżu jej granic. B.) Japonia pragnęłaby jak najszybszego końca wojny, gdyż pozwoli to oszczędzić wydatki na ludzi i sprzęt, podczas gdy my chcielibyśmy, aby wojna rozciągnęła się na lata, co by nam dało więcej szans na zorganizowanie się. C.) Zależność Japonii i Polski Stawarza liczne sytuacje szkodliwe dla naszych, polskich interesów; Japonia, jako dużo silniejsza, byłaby w stanie nakłaniać Polskę do jej własnych spraw, które dając natychmiastowe -  lub trwałe - korzyści dla Japonii, byłyby jednocześnie niepomyślne dla Polski, to znaczy dla perspektyw powodzenia polskiej rewolucji. Dlatego też każda próba zrozumienia i współpracy między rewolucjonistami japońskimi i polskimi musi być kompromisem między tymi sprzecznościami we wspólnym interesie.

Kompromis taki można wypracować praktycznie na następujących zasadach:

Ze strony Japonii:

I. Dotacje pieniężne dla naszej organizacji: 10 000 Ł (1).

II. Bezpośrednie i pośrednie dostawy amunicji i broni (2).

III. Posunięcie naprzód sprawy polskiej. Nie można dokonać tego w obecnych okolicznościach otwarcie, kanałami dyplomatycznymi. Ale można to zrobić pośrednio przez: a.) utworzenie polskich legionów (3): b.) specjalne traktowanie jeńców narodowości polskiej (4); c.) wykorzystanie wpływu na prasę europejską i amerykańską kontrolowaną przez Japonię (5). Gdyby wojna zakończyła się kompletnym wyniszczeniem Rosji albo gdyby w Polsce wybuchła rewolucja - Japonia podejmie kroki w celu zainicjowania dyplomatycznej interwencji na rzecz Polski (6).

IV. Rząd japoński poinformuje nas, kiedy rozwój wydarzeń doprowadzi do bliskiego zawarcia pokoju z Rosją (7).

V. Rząd japoński będzie nas informować, jeżeli takie informacje znajdą się w jego posiadaniu, o wewnątrzpaństwowych i międzynarodowych stosunkach w Europie (8).

VI. Rząd japoński pomoże nam nawiązać kontakt z każdą siłą, stowarzyszeniem czy partią, których działanie skierowane jest przeciwko Rosji (9).

Ze strony naszej organizacji:

I. Dostarczenie oficerów i ludzi, którzy pomogą oficerom japońskim w przesłuchiwaniu jeńców rosyjskich (10).

II. Dostarczenie agentom japońskim odezw drukowanych po polsku, rusińsku, litewsku i hebrajsku wzywających żołnierzy armii rosyjskiej do opuszczenia jej szeregów (11). Odezwy takie będą rozprowadzane przez naszych własnych agentów wśród żołnierzy stacjonujących w Rosji i zdążających do Mandżurii (12).

III. Dostarczenie oficerów i ludzi pomagających organizować polski legion (13).

IV. Utrudnianie ewentualnej mobilizacji w Polsce (14).

V. Organizowanie demolacji (15).

VI. Zorganizowanej duchowej opozycji przeciwko rządowi rosyjskiemu w Polsce i na Litwie (16). Jeżeli nastroje opozycyjne osiągną odpowiedni poziom i sytuacja polityczna będzie sprzyjać - nasza organizacja przygotuje zbrojne powstanie przeciwko Rosji (17).

VII. Organizowanie współpracy między wszystkimi narodami stojącymi w opozycji do Rosji (18).

VIII. Powołanie specjalnej agentury, która będzie dostarczać Japonii informacji dotyczących siły, rozmieszczenia i ruchów armii rosyjskiej (19)".

Po spotkaniu z Japończykami Piłsudski poinformował Jędrzejowskiego, a przez niego Jodkę-Narkiewicza o rezultatach przeprowadzonych rozmów. "Byłem dzisiaj z wizytą u 'wieczorowych' przyjaciół i przyznani się - pisał - że sprawiła ona na mnie najlepsze wrażenie, tak, że mam obecnie mniej strachu, a więcej nadziei, że się nam misja uda. Zachowanie się ich było tego rodzaju i listy rekomendacyjne takiej wartości, że trudno przypuszczać, by tego poważnie traktować nie chcieli. Raz jeszcze odnoszę wrażenie, że bardzo dużo zależy od tego, czy przez czas przyszłego miesiąca, tj. czerwca, zrobimy cokolwiek w ich interesie, osobliwie z tego. do czego zobowiązaliśmy się". Chodziło o dostarczanie do Londynu informacji wywiadowczych z Rosji, czym podkreślano właściwy charakter wzajemnych odniesień. Łączność z Piłsudskim oraz Utsunomiya miała być utrzymywana za pośrednictwem Malinowskiego. "Z 'Wieczorem' komunikacja jak dotąd przez 'Władka' [Aleksandra Malinowskiego] i nadal to samo w razach wyjątkowych, gdy tego oni samo zażądają, randka w Wiedniu. Raz jeszcze proszę - dodawał - nie stawcie mnie w głupie położenie tam nagłym żądaniem w obecnej chwili do ukończenia układów monety, albo niedostarczeniem choć jakich takich porządnych wiadomości". W rozmowie z Malinowskim ustalił też, że Jodko-Narkiewicz będzie odpowiadał za prace wywiadowcze. Swoje raporty i opracowania miał kierować do Krakowa, dla Jędrzejowskiego, który zająłby się ich tłumaczeniem na język angielski, albo wprost do Londynu. Piłsudski chciał również, aby Malinowski spotkał się z Turskim i wyjaśnił stan negocjacji na gruncie paryskim, które mogły stanowić pewną przeciwwagę dla wstępnych porozumień londyńskich.

Podobne odczucia po rozmowie z Piłsudskim i Filipowiczem miał Hayashi, który depeszował później do ministra Komury (9 VI 1904): "W rezultacie nieoficjalnych rozmów między Utsunomiya a przywódcami Polskiej Partii Socjalistycznej, ci ostatni teraz wyślą dwóch przedstawicieli do Tokio Piłsudskiego i 'Karskiego' [Tytusa Filipowicza], którzy przyjadą około 11 lipca. Wymienieni przedstawiciele partii traktują swoją misję z niesłychaną powagą i przywiązują do niej dużą wagę. Mimo że partia prawdopodobnie nie osiągnie wielkiego sukcesu ani nie sparaliżuje władzy Rosji, ale lęk przed jej potęgującą się aktywnością i możliwością powstania w każdej chwili może z pewnością przyciągnąć uwagę Rosji i ograniczyć w pewnym stopniu jej swobodę działania. W związku z tym mam nadzieję, że władze japońskie potraktują tych przedstawicieli [PPS] serio i poważnie przedyskutują z nimi zagadnienie. Szczegółowy raport w tej sprawie wysłał Utsunomiya do Sztabu Generalnego. Proszę więc o porozumienie się z nimi i ułatwienie im pobytu [w Japonii]". Wspomniany raport attache wojskowego w Londynie nie zachował się.

Piłsudski i Filipowicz pojechali 4 czerwca do Liverpoolu. Tam wsiedli na statek RMS Campania, należący do brytyjskiego armatora Cunard Line, największego i najsłynniejszego wówczas towarzystwa żeglugowego. Na pierwszy etap podróży wykupiono bilety w drugiej klasie. Potem przez Pacyfik mieli płynąć w pierwszej klasie. "Zresztą było to konieczne ze względu na pośpiech" - tłumaczył się później Malinowski, bo być może byłoby bardziej wskazane, aby podróżowali w klasie trzeciej. Campania była bardzo luksusowym i szybkim liniowcem, jednym z lepszych na liniach atlantyckich. Nowoczesną sylwetkę nadawały mu dwa maszty i dwa potężne kominy (40 m wysokości), a także długa nadbudowa z podcieniami. Na obu burtach nadbudówki stało po 10 łodzi ratunkowych na żurawiach oraz dużo ogromnych, fajkowatych nawiewników dla wentylacji kotłowni. Pomieszczenia na statku byty przestronne, główna sala z jadalnią wyróżniała się przepychem, urządzona w klasycznym angielskim stylu, do tego jedzenie serwowano dość wykwintne, więc prawie tygodniowy rejs zapowiadał dobry wypoczynek.

Tego samego dnia odpłynęli do Nowego Jorku. "Jedzie w 3 [klasie] cała kupa polskich emigrantów - pisał Filipowicz do Malinowskiego po wypłynięciu w morze - szkoda, żeśmy nie wzięli broszur i adresów. [...] Wyżerka wspaniała - na podwieczorek befsztyk i pieczone śledzie, tea; 'M[ieczysław]' [Józef Plłsudski] twierdzi, że lepiej niż w zakopiańskich pensjonatach. Jutro rano depeszujemy do 'Olka' [Aleksandra Dębskiego], aby nas  n i e  [podkreśl. w oryginale - R. Ś.] spotykał". Prawdziwą zmorą atlantyckich podróży były sztormy oraz góry i pola lodowe wędrujące z północy na południe od 48 równoleżnika, nawet późną wiosną. W drodze złapał Campanię sztorm. Fala była tak wysoka, że większość pasażerów nie opuszczała swych kabin. Tylko nieliczni, wśród nich Piłsudski i Filipowicz, spędzali ten czas w jadalni. Po kilku dniach ocean uspokoił się - pisał 10 VI 1904 r. Filipowicz - "bałwany nie rozbijają się tak bardzo, jak poprzednio". Życie na statku wróciło do normy. "Swoją drogą - dodawał - żywot luksusowy: rozpoczynamy dzień kąpielą i prysznicem, następnie aż do nocy, je się i śpi na przemianę, w chwilach bezsenności - szachy. Co do mnie jednak, mam już zupełnie dosyć tej drogi i z gustem powitałbym jutro Y[okohamę] zamiast New Yorku". Na razie mógł przekazać umówione hasła do dalszej korespondencji, gdyby doszło do rokowań z Japończykami co do poszczególnych "punktów 'umowy' " z PPS. Malinowski znał numerację punktów umowy z cytowanego wyżej tekstu. "Każdy punkt ma odpowiedni numer kolejny" - przypominał. Więc np. zwrot w depeszy: "first agreed" miał oznaczać, że punkt pierwszy umowy "ułożony i zgodzony".

Jednakże kwestia zawarcia porozumienia z Japończykami ciągle jeszcze była odległa. Wszakże podróż do Tokio miała w zasadzie charakter informacyjny. Piłsudskiemu ciągle brakowało wielu informacji, które umożliwiłyby dopracowanie przyjętych rozwiązań. "Pozostaje sprawa Michała [Kacpra Turskiego] - apelował Filipowicz - co do której trzeba, byśmy byli dokładnie poinformowani". Chodziło zwłaszcza o wysokość zasłyszanej przez niego kwoty, przeznaczonej na ruch rewolucyjny przez Japończyków, za pośrednictwem Wielkiej Brytanii. Malinowski miał się upewnić, czy "rzeczywiście" mówiono o kwotach 650 000 Ł i 50 000 Ł, jak domyślano się w Londynie. W rzeczywistości były to kwoty 65 000 Ł i 5 000 Ł. Nawet te sumy przewidywanych wydatków japońskich wskazywały na ogromną wagę, jaką władze w Tokio przywiązywały do uaktywnienia ruchu rewolucyjnego przeciwko Rosji.

Wiadomości o podróży Piłsudskiego i Filipowicza utrzymywano w ścisłej tajemnicy. Dopiero po ich wyjeździe Malinowski powiadomił o tym Wojciechowskiego, który nawet nie orientował się, że Piłsudski w ogóle był w Londynie. Jodko-Narkiewicz jeszcze 11 czerwca nie wiedział, czy "Mieczysław" wyjechał, dopominając się informacji od Malinowskiego. Pod nieobecność Piłsudskiego główny ciężar decyzji w sprawach kontaktów z Japończykami na terenie Europy spoczywał na Jodce-Narkiewiczu. O wszystkim musiał także zostać poinformowany Turski, prowadzący na własną rękę kontakt z Akashim.

Najważniejszą pozostawała sprawa dostarczenia Japończykom wiarygodnych danych wywiadowczych. Tymczasem informacje, jakie początkowo przysyłał Jodko-Narkiewicz nie przedstawiały większej wartości. Usprawiedliwiał go fakt, że właściwie nie dysponował pieniędzmi, które właśnie na ten cel przeznaczyli Japończycy. Miał długi. Ciągły brak pieniędzy odbijał się bezpośrednio na działalności partii. Stan funduszy partyjnych uniemożliwiał praktycznie podjęcie szerszych zabiegów organizacyjnych i agitacyjnych, nie mówiąc o wypełnianiu zadań specjalnych, tworzeniu bojowych grup rewolucyjnych albo własnych struktur wywiadowczych, jak tego chciał Piłsudski. "Położenie jest takie - notował Jodko-Narkiewicz - że po prostu nie rozumiem, jak z niego wybrniemy. Wezmę przykład: od dostarczania informacji, jak powiada 'Miecz[ysław]' (Józef Piłsudski], zależy w poważnym stopniu powodzenie jego misji; tymczasem na zbieranie tych informacji nie zostawiono ani grosza z monety otrzymanej. Wobec tego np. facet, który może dać bardzo cenne, wprost pierwszorzędne wskazówki (o kolei zabajkalskiej) od 2 tygodni nie wyjeżdża, gdyż nie mam 120 rubli na jego drogę. Druga z tego komplikacja, że nie będzie mógł wracać tu i trzeba będzie do niego posłać kogoś po te informacje".

Campania przybiła do Nowego Jorku 11 czerwca. Piłsudski i Filipowicz zatrzymali się w Hotelu Lafayette przy Lafayette Street w rejonie Civic Center na Manhattanie, niedaleko zjazdu z Mostu Brooklyńskiego. Piłsudski zameldował się jako "Mieczysław Mieczysławski", a Filipowicz jako "Stefan Karski". Wynika z tego, że obaj podróżowali za fałszywymi paszportami. Pobyt Piłsudskiego i Filipowicza w Stanach Zjednoczonych był w związku z tym nielegalny.

W Hotelu Lafayette mieszkali prawdopodobnie trzy dni. Stale konferowano z Dębskim, zabiegając o pieniądze na dalszą podróż. Piłsudski wygłosił też odczyt w Związku Socjalistów Polskich Oddział "Potęga" w Nowym Jorku. "Wspaniałe miasto i dziwnie swojskie - dopisał Filipowicz 13 VI 1904 r. do wcześniej zaczętego listu do Malinowskiego - 'Mieczysław' [Józef Piłsudski] pisze Ci wszystko". "Mieczysław" nie był w najlepszym nastroju. Zapewne na odjezdnym do Chicago napisał list do Malinowskiego. "Od dwóch dni jestem w New Yorku - donosił 13 VI 1904 r. - W drodze zaziębiłem się i od kilku dni mam szalony ból głowy i zębów itd. całej połowy głowy. Nic mi się robić nie chce i myśli zebrać okropnie trudno. [...] W ogóle od tej gęby jestem w paskudnym pesymistycznym usposobieniu, które mnie doprowadza do pasji", Do tego nie mógł zdobyć pieniędzy. "Monety tu znaleźliśmy bardzo niedużo i nadzieje na przyszłość nieświetne" - dodawał. Przy okazji polecił Jodce-Narkiewiczowi przesunięcie do końca lipca terminu ewentualnego wyjazdu "facetom, którzy chcą jechać do 'wieczora' " (tutaj w znaczeniu do Japonii - R. Ś.]. do prac agitacyjnych na Dalekim Wschodzie, w tym przede wszystkim wśród jeńców polskich z armii rosyjskiej. Na koniec upominał Malinowskiego: "Pamiętaj przysłać kopie tych relacji, jakie będziesz posyłał do 'wieczora' (tj. Tadasu Hayashi albo Taro Utsunomiya]". Chciał na bieżąco orientować się w ogólnej sytuacji i aktualnym stanie prac informacyjnych w Rosji. Na razie nie miał żadnych wiadomości z kraju i z Londynu. Wszystkie listy, które były do niego adresowane szły do Tokio.

Potem ruszyli w podróż przez kontynent amerykański, starym, malowniczym szlakiem kolejowym prowadzącym na Zachodnie Wybrzeże. Opuścili Nowy Jork 13 lub 14 czerwca. Zwiedzili Wodospad Niagara. Stamtąd udali się do Chicago, gdzie ich przewodnikiem był Stanisław Adamkiewicz, jeden z bardziej wpływowych działaczy polonijnych. Najpewniej wyjechali z Chicago 16 czerwca. Podróż przez kontynent trwała ponad pięć dni.

Po drodze zatrzymali się w Colorado Springs. Z pobliskiego Manitou Springs udali się na krótką wycieczkę kolejową na Pikes Peak, z widokiem na odległe Denver na północy oraz bezkresną prerię na wschodzie, a także okryte śniegiem szczyty centralnego masywu Gór Skalistych w Kolorado na zachodzie. Duże wrażenie na podróżnych zrobiła grupa zwietrzałych skał z czerwonego piaskowca o wdzięcznej nazwie Ogrodu Bogów u stóp Pikes Peak. Potem przejechali przez Góry Skaliste. Przystanęli w Salt Lake City, aby zobaczyć Wielkie Jezioro Słone. Dalsza droga prowadziła przez pustynię Wielkiej Kotliny, ciągnącą się monotonnie przez Nevadę do Kaliforni. Po krótkim postoju w Reno przemierzyli góry Sierra Nevada, udając się do Sacramento.

Do San Francisco dojechali 21 czerwca. "Już się zbliżamy i soli mnie chęć najprędszego powrotu - zapisał Piłsudski po przyjeździe nad Pacyfik - głupia to rzecz być tak daleko i nie wiedzieć nic, co się u was dzieje".

Przed wyjazdem wysłali do gen. Fukushimy depeszę, zapewne zawiadamiając o spodziewanym terminie przybycia do Tokio. Głównym zmartwieniem pozostawał brak funduszy. Świadomość tego faktu oddziaływała deprymująco na podróżnych.

W ogóle sytuacja finansowa partii w związku z podróżą Piłsudskiego i Filipowicza stała się dramatyczna. Bilety na wyjazd kosztowały więcej niż zakładano. "Trzeba było mnóstwo rzeczy załatwić - pisał później Malinowski - oprócz tego latałem wciąż po mieście, starając się pożyczyć pieniędzy, by oni mogli wyjechać", a "przecież wydatki szalone - ich bilety kosztowały 122 funtów. Piłsudski zabrał niemal wszystkie pieniądze z kasy londyńskiej. Część pieniędzy wydał na swoje ubranie, kilkanaście funtów szterlingów zabrał ze sobą. "Toteż nie rozumiem - pisał Jodko-Narkiewicz do Malinowskiego - dlaczego wydaliście na bilety 122 Ł, gdy miały kosztować 88 Ł, Teraz pewno Ty jesteś bez grosza. 'Bolek' [Bolesław Antoni Jędrzejowski] nie ma ani krajcara na życie i wydawanie 'Kurierka', 'Osarz' [Leon Wasilewski] zadłużony po uszy z 'Zorzą' [tj. 'Przedświtem' - R. Ś.], a 'Edward' [Witold Jodko-Narkiewicz] przykuty na miejscu przez brak paruset rubli - oto sytuacja". Kryzys finansowy odczuwali chyba wszyscy. "Mnie zostawili tylko 8 sh." - skarżył się Malinowski. Pożyczył potem 37 Ł 15 sh. Niemal wszystkie pieniądze poszły na spłatę wcześniej zaciągniętych pożyczek. "Nie płacić tych długów nie mogę - tłumaczył niemożność wysłania Jodko-Narkiewiczowi kilku funtów szterlingów - dlatego, że już byliśmy wszędzie zadłużeni i pożyczałem na słowo honoru". Niebawem zastawił jeszcze w lombardzie biżuterię zaprzyjaźnionej osoby pod pożyczkę 4 Ł 10 sh. dla Jędrzejowskiego. Przez dwa tygodnie nie mógł wysłać Marii Piłsudskiej 3 Ł, czego wymagał przed wyjazdem Piłsudski. Niewielka skala tych wszystkich wydatków dobrze oddaje problem potrzeby gruntownej przebudowy sposobów finansowania działań PPS, jeśli partia chciała zaznaczyć swój udział w nadchodzącej burzy rewolucyjnej. W tej sytuacji nie można było praktycznie myśleć o realizacji celów programowych.

Z tych powodów przywódcy PPS zgadzali się na dostarczanie potrzebnych Japończykom informacji o armii rosyjskiej. Na razie wystarczała ogólna wiedza Piłsudskiego na temat sytuacji militarnej w Rosji, korzystano także z różnych prywatnych znajomości wśród członków partii, czytano prasę rosyjską, notowano przypadkowo zasłyszane albo zaobserwowane informacje. Nie działał jednak żaden system zdobywania informacji. Plan Piłsudskiego zorganizowania sieci wywiadowczej w Rosji pozostał na papierze i nigdy nie został zrealizowany. Charakterystyczne, że Utsunomiya godził się wstępnie na tworzenie agentury poza własnym systemem kontroli, co stało w zupełnym przeciwieństwie do przyjętej współcześnie ogólnej praktyki tajnych służb. Piłsudski potrafił wymóc autonomiczny charakter planowanej organizacji wywiadowczej. To pozwalałoby kamuflować jej prowizoryczność i braki profesjonalne.

Dlatego Malinowski obawiał się, że Japończycy w jakimś momencie przestaną wierzyć pozorom i zorientują się w powierzchowności otrzymywanych raportów, a w konsekwencji będą chcieli zerwać współpracę, zanim zostanie osiągnięte szersze porozumienie polityczne. "Czy Ty kpisz, czy co? - rugał 14 VI 1904 r. Jodkę-Narkiewicza. - Piszesz, że kupę masz wiadomości - to nie wiadomości, a korespondencja. Powiedział przecież on (tj. Taro Utsunomiya - R.Ś.] wyraźnie, że o Bałtyku nie potrzebują wiadomości (z tego, co mówił dawniej 'Kars[ki]' [Tytus Filipowicz], że [Taro Utsunomiya] otrzymuje nawet dokumenty ze 31 41 72 [24] 91 55 92 94 42 78 [tzn. Stockholmu] wnosić można, że mają o tym dobre i istotne wiadomości). Ploteczka, jeszcze tak ogólnikowa, może nam zaszkodzić. Inne wiadomości, też to są plotki, a już śmieszne jest 'wysłanie tam lekarzy, którzy mają dezynfekować pola bitwy'. Przede wszystkim, gdzie tam? Do Władywostoku? [...] Mój kochany, nie gniewaj się na mnie za te wymyślania i uwagi, ale rzecz jest zbyt ważną. Wszystko zależy obecnie od tego, że przekonamy ich o naszej sile. Tych zaś ludzi więcej może o tym przekonać kilka ważnych wiadomości, niż co innego. Przecież dotychczas żadnych dowodów, właściwie mówiąc, im nie daliśmy. Obecnie, bodaj, że więcej zależy powodzenie [interesu] od Ciebie, niż od nich (naszych chłopaków [tj. Józefa Piłsudskiego i Tytusa Filipowicza]). Monety też na ten interes nie należy żałować, bierz się w kupę i rób wszystko, co od Ciebie zależy, a nawet więcej".

Malinowskiego utwierdzał w tym przekonaniu list, który otrzymał wieczorem tego samego dnia od Utsunomiya z prośbą o przesłanie go Jodce-Narkiewiczowi. Utsunomiya ("Pomocnik 'samego' [Ichiro Motono]") zwrócił się do "Grzegorza" z "rozmaitymi zapytaniami", co wyraźnie świadczyło o chęci podtrzymywania dotychczasowych kontaktów, niezależnie od tokijskiej misji Piłsudskiego i Filipowicza. Japoński attache wojskowy zadał trzy pytania: "I. Jakie jednostki wojenne poszły dotąd oprócz 2 korp[usów], dywizji rezerwy z Kazania i brygady kawalerii z Kaukazu? II. Czy zgoda, by po upływie terminu jazdy naszych agentów, znowu tam pojechali, na tych samych warunkach? III. Czy chcemy posyłać telegramy ze zwrotem kosztów?". W odpowiedzi Jodko-Narkiewicz pisał 21 czerwca: "I.) Zapytanie przesłaliśmy do M[ilitary] I[ntelligence] D[epartment], odpowiedź spodziewamy się mieć tu za 10 dni. Z milczenia jednak w tej sprawie wnioskujemy, że albo nic poważniejszego nie poszło, albo nie wiedzą o tym. II.) Wiadomości od pierwszego agenta (w T[urkiestanie]) otrzymamy w początku lipca; od drugiego w połowie sierpnia. Jeżeli te wiadomości będą dość wyczerpujące i jeżeli nasi agenci będą wolni, z chęcią ich poślemy na stałe, tj. na kilka miesięcy przynajmniej. III.) Z chęcią będziemy telegrafować o każdej ważniejszej a pewnej wiadomości. Zwrot wydatków zbyteczny. Otrzymaliśmy ostatnio szereg wiadomości, ale noszą charakter tak niepewny, że wolimy ich nie posyłać". Malinowski przesłał odpowiedź do Hayashi 27 czerwca. Jodko-Narkiewicz sugerował, że służba informacyjna PPS na krańcach Rosji obejmowała dwóch regularnych agentów. Określenie było mocno naciągane w stosunku do owych "agentów", którzy w rzeczywistości nie mieli nic wspólnego z klasycznym wywiadem. Ich kontakty i obserwacje liczyły się o tyle, że potrafili w sposób naturalny funkcjonować w swoich środowiskach, by przy okazji dokonywać obserwacji wojskowych. Jeśli nawet zbierali cenne informacje, to zbyt długi okres łączności z ich odbiorcą w dużym stopniu dezaktualizował otrzymane dane. W warunkach wojennych o wiele większe usługi w tym zakresie mogli oddać Chińczycy, pracujący na potrzeby Kempeitai na zapleczu działań wojennych w Mandżurii.

Malinowski chciał też wypełnić polecenie Piłsudskiego skomunikowania się z Turskim i wyjaśnienia jego rzeczywistych japońskich lub angielski koneksji, bo ostatecznie z jego listów nie było wiadomo, kto faktycznie dysponował pieniędzmi na cele rewolucji w Rosji. Poprosił o spotkanie. Musimy Piłsudskiemu ułatwić zadanie - argumentował. "Ułatwienie może polegać na tym, aby on możliwie [najlepiej - R. Ś.] orientował się w sytuacji. Dla wyjaśnienia sytuacji obecnej potrzeba koniecznie naszego osobistego widzenia się". Nalegał, aby rozmowa odbyła się w Londynie. "Nie ma tu nikogo - uzasadniał dalej - komu bym mógł poruczyć otwieranie listów, [a] mogą nadejść bardzo ważne i pilne listy i depesze". Przede wszystkim "listy mogą być dla 'wydawcy' (tj. Tadasu Hayashi lub Taro Utsunomiya] i od 'wydawcy' bo wszystko idzie przez moje ręce. Widzicie więc, jak trudno [jest] mi ruszyć się stąd i zdaje się nawet niemożliwe. [...] Dodam, że wynik naszej rozmowy musiałby być zakomunikowany 'Ziuk[owi]' [Józefowi Piłsudskiemu] w drodze telegraficznej najpóźniej do 2 VII [1904]". Turski nie mógł jednak przyjechać do Londynu, a Malinowski nie był w stanie ruszyć się z miejsca, co w praktyce oznaczało niemożność podjęcia na razie paryskiego kontaktu Turskiego (Akashi).

Dalszą podróż z San Francisco Piłsudski i Filipowicz odbywali na małym i starym statku Coptic, już nie tak wygodnym, jak Campania. Wypłynęli 22 czerwca. Zatrzymali się 28 czerwca w Honolulu na Oahu, jednej z Wysp Hawajskich, aby uzupełnić zapasy żywności i zabrać resztę pasażerów. Filipowicz mógł wysłać list do Londynu, który zaczął pisać poprzedniego dnia. "Jutro w południe przyjeżdżamy do Honolulu - też okolica - donosił Malinowskiemu. - Pogoda dobra, chmurno, więc powątpiewam, czy w ogóle zwrotnikowe upały istnieją. Spanie, wyżerka, szachy i trochę pisaniny - oto główne składniki życia; potem nudy. Z publicznością nie zadajemy się wcale". Statek miał postój w porcie, więc wyszli na ląd. aby zwiedzić Honolulu. "Zupełnie egzotyczny kraj - zapisał potem Filipowicz - banany, daktyle, kokosy, brązowe małpy w europejskich kostiumach etc. W mieście większość Japończyków i Chińczyków". Dłuższy czas spędzili na plaży i odbyli krótką wycieczkę w okolice Honolulu do kraterów wygasłych wulkanów. Zapewne z gazet dowiedzieli się, że gen. Kodama, do którego Piłsudski miał rekomendację, został przeniesiony na stanowisko szefa sztabu armii czynnej w polu u feldmarszałka Oyamy w Mandżurii. "Ostatni etap - dopisał się Piłsudski do listu. - a tu tymczasem dowiedzieliśmy się, że generał, który miał rozstrzygać sprawę, został naznaczony naczelnikiem sztabu armii czynnej. Diabli może nam każą udać się do tej armii czynnej, ładny kwiat!". Następnego dnia wyruszyli w dalszą drogę.

Długotrwały rejs przez Pacyfik pozwalał Piłsudskiemu zastanowić się nad dalszym postępowaniem. Najwięcej czasu zajmowało przygotowanie materiałów do rozmów z Japończykami. Wszystkie dokumenty, jakie miały być wręczone Japończykom, Filipowicz tłumaczył na język angielski.

Opracowano komentarz do trzech pierwszych punktów przewidywanego zasadniczego porozumienia jako Wyjaśnienia tyczące się poszczególnych punktów projektowanej umowy. Przede wszystkim sprecyzowano zasady bezpośredniego finansowania działań partii na rzecz Japonii, głównie w zakresie prowadzenia prac wywiadowczych przeciwko Rosji (uwagi do punktu I): "Na cele naszej organizacji; 1.) 10 000 Ł płatne teraz. 2.) Kwota w tej samej wysokości płatna po Nowym Roku 1905. 3.) Zagwarantowanie prawa do żądania i otrzymania po tej dacie sum znacznie wyższych".

Planowane zwiększenie wydatków wiązało się głównie ze sprawą broni (uwagi do punktu II). "Nie może przewidzieć obecnie dokładnego terminu -  pisano - kiedy będziemy potrzebowali większej ilości uzbrojenia. W każdym razie cała dostarczona broń musi być wwożona do kraju w niewielkich partiach i stąd zbieranie odpowiednich ilości karabinów i tak dalej musi się zacząć dużo wcześniej niż początek wybuchu. Biorąc to pod uwagę, jak również nasze aktualne potrzeby zdobycia broni koniecznej do organizowania manifestacji skutecznie przeciwstawiających się aktom policji - potrzebujemy już teraz 3 000 sztuk karabinów. I zastrzegamy dla siebie na przyszłość prawo do otrzymania 60 000 [sztuk] w niewielkich partiach (1 000-2 000 [sztuk]) oraz odpowiednich ilości amunicji. (Wyjaśnienie: 1 ) dlaczego wolimy nie kupować przez własnych agentów: 2.) gdzie ma to być dostarczane. 3.) wolimy typ rosyjski, jeśli [to] niemożliwe - austriacki)" '.

Najwięcej miejsca poświęcono kwestii utworzenia legionu polskiego przy armii Japońskiej (uwagi do punktu III). Wydaje się, że sprawa ta została wysunięta przez Piłsudskiego, ze względów taktycznych, chociaż zdawał sobie sprawę, że jego propozycja zostanie odrzucona.

Tekst Wyjaśnień zamykało tzw. "Zakończenie", które stanowiło właściwe podsumowanie składanych propozycji i praktyczną wykładnię. Sens składanych propozycji sprowadzał się do następującej alternatywy: "Istnieją dwie formy przyszłych stosunków między japońskim rządem i naszą partią (określone przez poglądy przyjęte przez rz[ąd] j[apoński] oraz jego politykę wobec R[osji]): 1.) Układ zawarty tylko na okres zbiegający się mniej więcej z czasem trwania wojny. 2.) Trwały u[kład] zawarty w celu stałego i trwałego nękania Rosji. Gdzie indziej podajemy powody, dla których druga forma byłaby lepsza z punktu widzenia obu podpisujących układ stron. Interpretacja poszczególnych punktów tego porozumienia będzie się różnić w zależności od postawy, jaką rz[ąd] j[apoński] przyjmie w związku z zasadniczym charakterem porozumienia". Wyraźnie wskazywano na wariant o długotrwałym porozumieniu, bo nie spodziewano się radykalnego wydźwignięcia sprawy polskiej w okresie toczącej się wojny japońsko-rosyjskiej, umożliwiającego spełnienia podstawowych postulatów narodowych i odbudowy niepodległego państwa. Inne myślenie nie miało racjonalnych podstaw. W tym sensie, zarówno w ramach pierwszej, jak i drugiej konkluzji nie było miejsca dla legionów polskich, a ich wyeksponowanie służyło celom taktycznym.

W świetle Wyjaśnień wyraźnie widać, że najważniejsze pozostawały kwestie spodziewanych subwencji finansowych (przede wszystkim na pracę wywiadowcze), jak również możliwości dostarczania broni, a tym samym wspierania ruchu rewolucyjnego na ziemiach polskich. Oddzielnie traktowano sprawy powołania specjalnej agentury PPS, o czym mówił ostatni punkt umowy. Jako materiał pomocniczy do dyskusji z Japończykami na ten temat (jeśli wręcz nie jako dalszy załącznik do tekstu Wyjaśnień) zabrano ze sobą cytowaną wyżej angielską wersję referatu Piłsudskiego o organizacji sieci wywiadowczej w Rosji. Reszta punktów projektowanej umowy stanowiła ogólniki i dekorację dla głównych jej zapisów. Wymieniana kwota 10 000 funtów szterlingów nie była wygórowana. Piłsudski wiedział, że została już przyznana. Chodziło tylko o jej wypłacenie w całości.

Kierunek polityczny dalszej współpracy miało wskazywać memorandum Piłsudskiego o możliwościach wykorzystania tendencji odśrodkowych wśród narodów w Rosji, pod przewodnictwem polskim (Słabe strony Rosji). Piłsudski uważał, że "głównymi czynnikami rozkładowymi" imperium rosyjskiego byli Polacy, Finowie i narody Kaukazu. Ale "jedynie Polacy - przekonywał - potrafią doprowadzić wypadki do otwartej walki i pociągnąć za sobą resztę podbitych przez Rosję narodowości", gdyż ruch rewolucyjny na ziemiach polskich stanowił najlepiej zorganizowaną siłę. "Ta siła Polski i jej znaczenie wśród części składowych państwa rosyjskiego - uzasadniał - daje nam śmiałość stawiania sobie jako celu politycznego -  r o z b i c i e  p a ń s t w a  r o s y j s k i e g o  n a  g ł ó w n e  c z ę ś c i  s k ł a d o w e  i  u s a m o w o l n i e n i e  p r z e m o c ą  w c i e l o n y c h  w  s k ł a d  i m p e r i u m  k r a j ó w  [podkreśl. w oryginale - R. Ś.]. Uważamy to nie tylko jako spełnienie kulturalnych dążeń naszej ojczyzny do samodzielnego bytu, lecz i jako gwarancje tego bytu, gdyż Rosja, pozbawiona swych podbojów, będzie o tyle osłabiona że przestanie być groźnym i niebezpiecznym sąsiadem". Toteż Japonia może znaleźć na ziemiach polskich "wyćwiczonego w walce z Rosją sojusznika" jeśli Polacy otrzymają "oparcie i pomoc" dla przygotowania się do walki i "wzmocnienia szeregów rewolucyjnych".

Opracowane materiały weszły w skład trzyczęściowego memorandum dla władz japońskich w Tokio: część I. Słabe strony Rosji, część II. Projekt umowy, część III. Zakończenie. Memorandum uzupełniały dwa pozostałe dokumenty (zapewne w formie załączników albo materiałów pomocniczych do rozmów z Japończykami): 1.) Certain answers given by the M[ilitary] I[ntelligence] D[epartment] to the questions put by the Central Committe (28.3.[19]04); 2.) Wyjaśnienia tyczące się poszczególnych punktów projektowanej umowy.

W tym samym czasie do Jodki-Narkiewicza odezwał się Zilliacus. Wystąpił on w Londynie z nowym apelem o zorganizowanie wspólnej konferencji różnych ugrupowań opozycyjnych, która miałaby wyrazić zgodę na jednolitą kampanię w zakresie działań antyrządowych i wybrać centralny komitet koordynujący te działania. Późniejszy przywódca Fińskiej Partii Czynnego Oporu realizował plany Akashiego, który przekazał mu zgodę na rozpoczęcie przygotowań do serii gwałtownych wystąpień i demonstracji w Rosji. Zilliacus uważał, że choć totalna rewolucja jest niemożliwa, to wydanie przez opozycję wspólnego manifestu oraz niewielkie zamieszki, zorganizowane przez nieliczne, pięćdziesięcioosobowe uzbrojone grupy, wystarczą do podkopania władzy ministra spraw wewnętrznych, Wiaczesława Konstantinowicza Plehwego, a jego obalenie oznaczałoby krok na drodze do całkowitego obalenia autokracji. Zawierała się w tym ukryta myśl zamachu na ministra Plehwego. Zgodnie z dalszym planem zamieszki miały się zacząć w Rosji centralnej i dopiero potem rozprzestrzenić się na tereny zamieszkane przez obce narody, aby nie dać władzom pretekstu do szerzenia szowinizmu i ksenofobii. Nie liczono się wtedy z rewolucją. Wciąż chodziło o taki ruch, który wiązałby jedynie siły carskie w Europie, aby w ten sposób utrudnić Rosji prowadzenie wojny na Dalekim Wschodzie. Japonia nie chciała posłużyć za narzędzie do naciśnięcia spustu rewolucji w Rosji, której efekty, jak się obawiano, mogły spowodować zwrot w polityce wielu rządów europejskich przeciwko Tokio i pozbawić Rosję stabilnego rządu, który podpisałby traktat pokojowy. Były to tylko teoretyczne spekulacje. Nikt bowiem nie mógł dać gwarancji "planowego" rozwoju podejmowanych działań wywrotowych. Masowe ruchy społeczne i polityczne rządziły się własnymi prawami i łatwo wymykały się spod kontroli. Akashi myślał faktycznie o powstaniu zbrojnym i powszechnej rewolucji w Rosji, ale musiał jeszcze zachowywać pewne pozory dla decyzji Kempeitai i brać pod uwagę względy ostrożnej polityki zagranicznej ministra Komury. Konferencja dawałaby oparcie dla tych planów w obozie antyrządowym i tworzyła zaplecze polityczne ruchu, nawet w ograniczonym zakresie zamieszek wywołanych na niedużą skalę.

W ramach przygotowań do konferencji Zilliacus zaprosił Jodkę-Narkiewicza na spotkanie do Berlina. Rozmowa odbyła się wieczorem 24 czerwca. "Facet wysoki, z wąsami i bez brody", po rosyjsku mówi "dość słabo", "nazywa się 45 56 92 63 56 21 91 32 42 31 84 64" [tzn. Ziliakus, powinno być Zilliacus - R. Ś.] - notował Jodko-Narkiewicz po powrocie do Lwowa. "Odesyta", jak go nazwał, wyraził przekonanie, że wojska gen. Aleksieja Nikołajewieza Kuropatkina zostaną pokonane przez Japończyków, a wtedy socjaliści rosyjscy zechcą niewątpliwie przystąpić do demonstracji zbrojnych.

Zilliacus oświadczył przy tym, że jego organizacja ma dostarczyć Rosjanom broń, ułatwiając zadanie dzięki nawiązanym już stosunkom z Japończykami. Jodko-Narkiewicz skorzystał z okazji i zaproponował, aby "dali to samo" dla PPS. Zilliacus zgodził się na to, "zastrzegając się tylko - zapisał Jodko-Narkiewicz - że musi otrzymać zgodę swoich kolegów", co niewątpliwie oznaczało japońskich protektorów zbrojnego wystąpienia opozycji antycarskiej. Odpowiedź obiecał przekazać Malinowskiemu zaraz po powrocie do Londynu. Jodko-Narkiewicz zapytał, czy z przystąpieniem do demonstracji "należy czekać aż Moskale zaczną", czy też "można i samemu pójść", niezależnie od nich. Wprawdzie "wszelka inicjatywa obca mogłaby zaszkodzić -  usłyszał w odpowiedzi - bo by zbudziła szowinistyczne uczucia u Moskali", ale "nasza próba stanowiłaby danie dobrego przykładu Moskalom". Wiązała się z tym kwestia przerzutu broni na ziemie polskie. Zilliacus mógł przeznaczyć na ten cel transport broni, którym aktualnie dysponował - "1 000 pudów", mając prawdopodobnie na myśli ilość sztuk broni, bo trudno sobie wyobrazić transport broni, który odpowiadał masie 40 000 funtów, czyli 16 380 kg. Sugerował, aby broń przewozić w ukryciu, wśród innych towarów. Jodko-Narkiewicz zdeklarował się do przejęcia tego transportu, który prawdopodobnie nie byłby przeznaczony tylko dla Polaków. Propozycja Zilliacusa była następująca: "Cukierki [tj. broń] - mają być dwóch rodzajów: najprzód 32 61 51 43 72 92 43 51 63 61 44 [tzn. rewolwery], potem 91 32 21 61 81 23 56 71 44 63 [tzn. karabiny], te ostatnie oczywiście tylko na wypadek 11 72 43 31 32 41 21 71 56 54 [tzn. powstanie]". Na to odpowiedział Jodko-Narkiewicz, stawiając "kwestię tak - argumentował - że posiadanie drugiego [tj. karabinów] przyda się w każdym razie, gdyż pozwoli zachowywać się zupełnie inaczej. Co zaś do pierwszego [tj. pistoletów] - dodawał - to ilość potrzebna byłaby 41 61 64 45 44 31 41 21 32 35 [tzn. trzysta], jako minimum; lepiej zaś od razu tyleż plus 200. Co do ilości drugiej rzeczy [tj. karabinów], to oczywiście, że teraz sumy podać nie można, ale - tu zwracał się do Malinowskiego - możesz na ten temat mówić". Zilliacus obiecał przedstawić Japończykom prośbę Jodki-Narkiewicza, co też zrobił po przybyciu do Londynu. Zwlekał jednak z wizytą u Malinowskiego.

W Londynie z niecierpliwością oczekiwano wiadomości od Turskiego. Malinowski ponaglał o szybką odpowiedź na swój list z 21 czerwca. Turski twierdził, że chorował na serce i nie był w stanie od razu odpisać. List z Pau przyszedł w ostatnich dniach czerwca. Turski nie mógł na razie przyjechać do Londynu, więc starał się wyjaśnić wszystko. " 'Młodszy wydawca' [tj. Motojiro Akashi - R. Ś.] - pisał do Malinowskiego - nie podlega żadnej kontroli 'starszego wydawcy' [tj. Tadasu Hayashi albo Taro Utsunomiya] w stosunkach jego do współpracowników [czyli osób i organizacji podejmujących w porozumieniu z nim antycarską lub antyrosyjską działalność]. Funduszami, które mu były dane na polskie, rosyjskie i drugie 'wydawnictwa' [tzn. ruch rewolucyjny], z których już teraz nie dużo się zostało, również ma prawo rozporządzać się 'młodszy wydawca' bez żadnej kontroli, jak mu się podoba. Jeżeli zostają wiadomymi niektóre wydatki, które on robi, to dlatego, że londyński 'wydawca' [Tadasu Hayashi albo Taro Utsunomiya) ma trochę za długi język dla tak poważnego 'wydawcy' [tj. Motojiro Akashi). [...] Wiem tylko, że jeżeli nastąpi drugie 'wydawnictwo' [tzn. nowe porozumienie z PPS w związku z podróżą Józefa Piłsudskiego do Tokio], to rozporządzać się takim 'wydawnictwem' będzie inny, a nie wasz znajomy 'wydawca' londyński. Korespondujemy ze sobą [tj. z Motojiro Akashi]. Zdecydowałem nie wdawać się z nim w drobiazgowe sprawy, nic nie brać u niego [tj. pieniędzy], aż do chwili samego 'wydania' [tzn. porozumienia o warunkach współdziałania polskiego ruchu rewolucyjnego przeciw Rosji], jeżeli takowe nastąpi". Turski zaznaczył przy tym, że w liście z 8 czerwca Akashi zaprosił go do Paryża. Jednak nie miał pieniędzy na podróż, więc odmówił, odpisując, że był "bardzo zajęty", lecz "jeżeli potrzebuje - cytował swoją odpowiedź - widzieć się ze mną w kwestii decydującej 'wydawnictwa', to w takim razie, w tej chwili udam się do niego". Akashi odpisał Turskiemu, że chwila zawarcia takiego porozumienia jeszcze nie przyszła. Japończyk zadał pytanie: " 'na jakiej podstawie polegam' - relacjonował Turski - że 'wydawnictwo' polskich książek może mieć powodzenie wśród demokratów i socjalistów polskich?".

Turski bez większych problemów mógł wykazać możliwości podjęcia przez polski ruch rewolucyjny walki z Rosją. Ale z pytania, które zadał Akashi, wynikało, że nie orientował się on zupełnie w polskich realiach politycznych i nie miał bezpośredniego dostępu do PPS. Błędem ze strony kierownictwa partii był brak decyzji, w wyniku których zostałaby podjęta inicjatywa Turskiego. "Wnioskuję - pisał dalej Turski - że cisza, która panuje w 'polskiej literaturze' [tzn. zupełny brak kontaktów z nim ze strony kierownictwa PPS - R. Ś.] wcale nie jest korzystną dla drugiego 'wydawnictwa' [tzn. podejmowanego na bazie dotychczasowych kontaktów PPS w Londynie]. Z tego wszystkiego, co mi pisze [Motojiro Akashi] - dodawał - wnioskuję także, że drugie 'wydawnictwo' nastąpi tylko w takim razie, jeżeli konkurencja [zapewne rosyjskie służby zagraniczne wywiadu wojskowego lub Ochrany] będzie zagrażać im [tj. działalności Tadasu Hayashi lub Taro Utsunomiya] lub 'młodszemu wydawcy' [Motojiro Akashi]! Chociaż w ostatnim liście mówi, 'że stosunki są takie, że drugie 'wydawnictwo' musi nastąpić' ". Turski sądził, że ostatnia myśl była opinią "wspólników" japońskiego oficera, czyli Oddziału II Sztabu Generalnego w Tokio.

Wszystko na to wskazuje, że zarówno Malinowski, jak również później Jodko-Narkiewicz i tym razem nie zrozumieli Turskiego, bagatelizując przekazane przez niego informacje. Kwestią zasadniczą dla określenia dalszej taktyki było prawidłowe rozpoznanie głównych tendencji w działaniach japońskich władz wojskowych, wyznaczających kierunek współpracy z ruchem polskim. Z listów Turskiego wynikało, że Sztab Generalny w Tokio szukał oparcia dalszych kontaktów z kierownictwem PPS o ośrodek londyński (Utsunomiya), lecz przy współdziałaniu z Akashim, co oznaczało dwutorowość współpracy przeciwko Rosji - wywiad oraz dywersję rewolucyjną. Piłsudski niepotrzebnie więc podjął zabiegi o sformalizowanie wzajemnych stosunków, włączając do tego drażliwe kwestie, które miały wymowę polityczną. Niestety, te wszystkie informacje nie docierały do niego. Malinowski i Jodko-Narkiewicz tracili niepotrzebnie czas na jałowe, listowne dyskusje, zasłaniając się autorytetem Piłsudskiego, jako ostatecznej instancji decyzji kierownictwa partyjnego, zamiast przystąpić do działania. Powoli znikała okazja szybkiego włączenia się w nurt wywrotowych zabiegów japońskich, co inni umieli odpowiednio wykorzystać.

Z japońskich funduszy, przeznaczonych na wspieranie opozycji przeciwko Rosji, czerpały pieniądze różne organizacje, które, tak jak Fińska Partia Konstytucjonalistów, a później Fińska Partia Czynnego Oporu, nie umiały właściwie wykorzystać oferowanej pomocy. Wręcz niepoważnie wyglądały przy tym miesięczne subwencje dla PPS w wysokości 90 funtów szterlingów, gdy inni dysponowali kwotami wielokrotnie wyższymi, nieadekwatnymi do potencjalnych możliwości organizacyjnych reprezentowanych grup politycznych. W dużej części wynikało to z niewiedzy Japończyków, którzy nie orientowali się dokładnie w rzeczywistości politycznej szerokich kręgów opozycji w Rosji. Ulegali pozorom, źle oceniali realne wpływy poszczególnych ugrupowań i możliwości ich wykorzystania do planowanych działań, co prowadziło do wielu nieporozumień. Celował w tym zwłaszcza Akashi. Jego poufne znajomości miały często charakter przypadkowy. "Z powodu tych komplikacji - pisał w Rakka ryusui - bardzo trudno mi było nawiązać i utrzymać bliskie kontakty z przywódcami opozycji".

Najlepszym tego przykładem jest nawiązanie kontaktu z Dmowskim i Ligą Narodową, gdy ruch narodowo-demokratyczny w Królestwie Polskim wyraźnie już unikał podejmowania akcji zadrażniających stosunki rosyjsko-polskie. "Partia ta [tj. Liga Narodowa - R. Ś.] - przyznawał później - jest całkowicie podobna do Fińskiej Partii Konstytucjonalistów w poszanowaniu samej siebie i niechęci do przemocy. Choć partia głosi nienawiść do Rosji, pozostaje bezczynna, obawiając się Rosji i Niemiec: Rosja mogłaby dokonać wielu zniszczeń, gdyby powstanie nie powiodło się, a Niemcy mogłyby zaskoczyć Rosję i zaanektować Polskę. Linia partii jest po prostu nierealna".

Inaczej oceniał Akashi możliwości działania PPS, ale długo nie mógł podjąć bezpośredniego kontaktu z kierownictwem partii. "Jest to jedna z bardziej radykalnych partii opozycyjnych - pisał w Rakka ryusui. - Opiera się głównie na robotnikach. W założeniach programowych na pierwszy plan wysuwa kwestię ustanowienia państwa polskiego, które mogłoby się odłączyć od Rosji przez uzyskanie autonomii. Wpływy tej partii w społeczeństwie są bardzo duże". Radykalizm dążeń polskich ustawiał PPS w tej samej linii co Partię Socjalistów-Rewolucjonistów oraz Gruzińską Partię Socjal-Rewolucjonistów-Federalistów. Wyraźnie jednak faworyzowano eserowców. "Od innych partii socjalistycznych w Europie - podkreślał Akashi - odróżniają stosowanie przemocy - inne ograniczają się do przemówień i demonstracji przeciwko caratowi. Do akcji terrorystycznych partia ta ma komórkę [tj. Organizację Bojową- R. Ś.] składającą się z ludzi gotowych nawet na śmierć [...]. Taktyka partii polega na zastraszaniu rządu poprzez działalność tej organizacji". Bezwzględnie wrogie stanowisko wobec rządu przyjmowali Gruzini. "Gruzja ogólnie jest cywilizacyjnie zapóźniona - notował dalej. - Gruzini są dzicy i odważni. W związku z tym partia ta [Gruzińska Partia Socjal-Rewolucjonistów-Federalistów] nie jest tak umiarkowana jak inne ugrupowania socjalistyczne i często stosuje materiały wybuchowe".

Główne nadzieje na zmianę sytuacji finansowej w PPS cały czas wiązano z podróżą Piłsudskiego do Tokio. W każdym razie - pisał "Grzegorz" do Malinowskiego - "pośpiech jest konieczny. Pamiętaj, że wszystkie nasze sprawy są w zawieszeniu z powodu tego i cała nasza taktyka będzie inna, gdy coś pozytywnego będziemy wiedzieli". Jodko-Narkiewicz chciał dalej rozwijać podjęte prace informacyjne, chociaż pojawiły się inne możliwości działania, które określał wspólny interes różnych grup politycznych, korzystających ze wsparcia Japończyków w organizowaniu ruchu rewolucyjnego na terenie Rosji. Oczekiwał tylko na właściwy sygnał od Piłsudskiego z Tokio. "Zarówno dla porządnego zbierania wiadomości - pisał 30 VI 1904 r. do Malinowskiego -jak dla całej naszej taktyki prawdziwie rewolucyjnej w chwili dzisiejszej trzeba by rozwinąć ogromną energię i całą sprawę prowadzić systematycznie i konsekwentnie, a nie wiedząc, czy na to będą środki, będziemy w najgłupszym położeniu. Już się w ogóle ta tymczasowość fatalnie odbija na naszej robocie", a "moglibyśmy nareszcie zbierać plon 4 miesięcznego podniecania ludzi odezwami. Mam bowiem wrażenie, że w Wa[rszawie] jest sytuacja naprawdę rewolucyjna". Na razie jeszcze organizowanie wywiadu stanowiło o możliwościach realnej pracy partyjnej, bo to przynosiło realny przychód do kasy partyjnej.

Malinowski niepokoił się o wypłatę lipcowej dotacji 90 funtów szterlingów na prace wywiadowcze PPS. "Na dziś 'Lint[on]' [Tadasu Hayashi] nie wezwał, a dziś termin?!" - skarżył się 27 VI 1904 r. Jędrzejowskiemu. Spotkał się 30 czerwca z "przyjacielem - colonelem"". Rozmawiali po rosyjsku, za pośrednictwem tłumacza, który towarzyszył ppłk. Utsunomiya, bo Malinowski słabo znał angielski. "Oczywiście - donosił później Piłsudskiemu i Filipowiczowi - załatwił interes". Malinowski otrzymał 90 Ł. Hayashi poinformował, że Piłsudski i Filipowicz staną w Tokio 11 lipca. "Przy gawędzie powiedział 'wieczór' [Taro Utsunomiya] - relacjonował Malinowski - że sądzi, że wszystko zostanie załatwione w ciągu 3 tygodni".

Niebawem Jodko-Narkiewicz mógł się przekonać o zupełnej przypadkowości japońskich kontaktów. Jeszcze w maju 1904 r. Akashi zwrócił się do Jana Popławskiego i Zygmunta Balickiego z propozycją wysłania kilku osób ze stronnictwa narodowo-demokratycznego na specjalny kurs dywersji i sabotażu do Paryża, nie orientując się zupełnie, że przywódca tego obozu niedługo będzie starał się przekonać władze w Tokio o niemożności i bezskuteczności ewentualnego wystąpienia zbrojnego Polaków. W pierwszym momencie Jodko-Narkiewicz uwierzył, że ma do czynienia z poważną ofertą. "Bardzo ważny i gruby biznes udało mi się tu obrobić i to tak prędko, że nie mogłem do Ciebie pisać - informował Malinowskiego w liście z 2 VII 1904 r. Popławski i Balicki nie mogli znaleźć ochotników w swoim gronie, albo raczej nie chcieli angażować się czynnie przeciwko Rosji, więc przekazali zadanie do niewielkiej lwowskiej grupy rewolucyjnej "Odrodzenie", uznającej zasadę terroru i dążącej do wywołania powstania zbrojnego na ziemiach polskich. Balicki orientował się, że najlepszym adresatem oferty japońskiej była organizacja PPS. Nie sądził chyba, że "Odrodzenie" podzieli się tą informacją z Jodko-Narkiewiczem, rozpowiadając przy okazji o osobach pośredniczących w kontakcie. Jodko-Narkiewicz wziął sprawę w swoje ręce, uzależniając wykonanie prac planowanych ewentualnie przez Japończyków od wyników pertraktacji Piłsudskiego w Tokio. Otrzymał od Stanisława Downarowicza z "Odrodzenia" instrukcję dla uczestników kursu na ich pierwszy kontakt z Akashim w dniach od 6 do 9 lipca w Paryżu, pisaną przez Balickiego.

Do Lwowa cały czas napływały wiadomości z Rosji, które Jodko-Narkiewicz zestawiał w raporty informacyjne dla Japończyków. Raporty posyłał tradycyjnie do Jędrzejowskiego do tłumaczenia. Z Krakowa szły potem do Londynu, gdzie Malinowski przekazywał je dla Utsunomiya. Schemat ten funkcjonował do połowy września 1904 r. Meldunki zawierały jednostkowe dane na temat armii rosyjskiej, a także szersze, zbiorcze opracowania. "Dziś odebrałem i wysłałem - donosił Malinowski w liście do Piłsudskiego i Filipowicza z 4 VII 1904 r. - raport z kolei syberyjskiej na 10 stronach, co zawiera jednak nie wiem, bo dotychczas dostałem tylko tłumaczenie. Zdaje się jednak, że dobry. Pisany z drogi; feler jednak polega na tym, że kończy się na dacie 2 VI [1904], a więc sprzed miesiąca. Zanadto długo jechał do nas". Dysponowano również planami rosyjskiego sztabu generalnego.

Sprawa Turskiego nie dawała spokoju Malinowskiemu. "Do drugiej firmy [tj. do Motojiro Akashi w Paryżu] wcale udawać się obecnie nie myślimy" - pisał do Turskiego 8 VII 1904 r. - "Przecież pierwsza firma (Taro Utsunomiya w Londynie] jest jak tabaka w rogu, co do naszych spraw, dopiero my ją uczymy. Druga zaś w tymi wszystkim łatwiej może się orientować". A "sądzę, że jeśli w końcu zrobimy interes, to rzeczywiście z pierwszą firmą, ale nie z pierwszą, jako parowozem drugiej". Nic dziwnego. że Turski zaniechał potem dalszych kontaktów z japońskim oficerem; wyjechał do Włoch i korespondencja z nim urwała się na kilka miesięcy. Malinowski dość lakonicznie informował Piłsudskiego o swojej korespondencji z Turskim. Może dobrze się stało, że listy, które posyłał do Tokio długo nie dochodziły do adresata. "Przyjechać dotychczas nie chciał - pisał z zupełną beztroską do Piłsudskiego i Filipowicza o swoich arbitralnych decyzjach -ja również nie jeździłem". Często też zmieniał sens przekazywanych Piłsudskiemu informacji, co mogło prowadzić do błędnych decyzji, jak przy sprawie kursu paryskiego.

Na kurs dywersji i sabotażu w Paryżu pojechali Wacław Harasymowicz i Mieczysław Dąbkowski. Na miejscu byli 8 lipca. Rolę tłumacza pełnił Wacław Studnicki. "Zapowiedzianych gości widziałem i ich przyjaciela [Motojiro Akashi] - donosił 9 VII 1904 r. w liście do Jodki-Narkiewicza - od którego wracam". Już "jutro wybieramy się wszyscy czterej na wieś w okolice P[aryża], aby tam swobodnie czas spędzić na gawędce. Przyjaciel [Motojiro Akashi] tych facetów [tj. Mieczysława Dąbkowskiego i Wacława Harasymowicza - R. Ś.] ma trochę znajomych w Pitrze [tj. w Petersburgu], wie coś o 'Jowiszu' [Witoldzie Jodko-Narkiewiczu] i mówił, że gdy 'Jowisz' będzie blisko Marsa, to rad jest tak się urządzić, aby te dwie planety spotkały się. [...] Tego faceta pali to, że nie jest w swoim kraju, więc chce wrogom szkodzić stąd, jak by to czynił tylko w innej formie, w innym miejscu i w innym otoczeniu. Przyjemniej mieć do czynienia z człowiekiem idei i czynu natychmiastowego, niż z dyplomatą na pozór zimnym; ten facet bierze się, zdaje się, w znacznym stopniu do roboty z własnej inicjatywy i na własne ryzyko; ma jednakże pomoc ze strony 'Samego' [Ichiro Motono], ale trzyma to, co chce robić w sekrecie od 'Pośrednika' [Hisamatsu lub Takadsuka]. Nie wiadomo, jakie mu fundusze wyznaczył 'Sam' i dlatego jest niebezpiecznie wiele żądać". Kurs trwał dwa tygodnie. Główne zajęcia prowadził Akashi. Uczył niszczenia urządzeń kolejowych, wykładał topografię kolei syberyjskiej i taktykę przeprowadzania napadów. Mówił - wspominał później Dąbkowski - "jak należy podchodzić do mostów, jak usuwać posterunki ubezpieczające, jak organizować odwrót itd. Były to wykłady o walce o mosty i wycofywaniu się. Poza tym nastrajał nas moralnie. Tłumaczył, że jest to jedyna zemsta nad odwiecznym wrogiem. Mówił też, że usługa dla Japonii jest usługą dla Polski". Wykłady z zakresu techniki minerskiej prowadził inny oficer japoński, bliżej Hirotaro Tanaka, który kierował dostawami broni do Japonii z zakładów zbrojeniowych koncernu Kruppa w Niemczech. Po zakończeniu kursu Harasymowicz i Dąbkowski wrócili do Lwowa, oczekując na wyjazd do Rosji. Ostatecznie do realizacji zakreślonych w Paryżu planów dywersyjnych nie doszło.

Wówczas jeszcze Jodko-Narkiewicz i Malinowski nie wiedzieli, że Studnicki spotkał się w Paryżu z tym samym oficerem japońskim, z którym kontaktował się Turski. Wtedy jeszcze nie orientowali się, że Akashi odgrywał rolę koordynatora działań specjalnych Kempeitai w Europie. Toteż Jodko-Narkiewicz nie zwrócił specjalnej uwagi na zaproszenie Japończyka, które niedługo po rozpoczęciu kursu ponowił za pośrednictwem Studnickiego. "Była już pierwsza lekcja - notował Studnicki - dziś ma być następna i na tym koniec części teoretycznej. [...] Nasz 'Przedsiębiorca' p[an] [Motojiro] A[kashi] chce z Wami się zobaczyć i gotów jest pojechać tam, gdzie Wam będzie dogodniej z nim się spotkać, byle tylko nie w 'Grzegorzyszkach' [tzn. we Lwowie - R. Ś.], może na Węgrzech, czy gdzie chcecie. To jest pilne". Oficer japoński prosił również o "informacje z linii kolejowej Dalekiego Wschodu" o przewozie żołnierzy rosyjskich na front w Mandżurii. Chciał, aby Studnieki zwrócił się do Jodki-Narkiewicza z zapytaniem o możliwości zorganizowania służby wywiadowczej na Syberii. Podkreślał "znaczenie owego terytorium w najbliższym czasie", spodziewając się zapewne nowej ofensywy. "Jest to sprawa bardzo ważna i pilna - podkreślał Studnicki. - Przyjaciel nasz [Motojiro Akashi] pragnie, abym ja pojechał zobaczyć się z Wami albo z kimś innym, znajomymi dobrym p[ana] 'Cekaerowskiego' [tzn. Józefa Piłsudskiego] w celu zorganizowania w 3-ch 4[-ch] punktach odpowiednich placówek informacyjnych o ruchu ekspedycyjnymi naszych konkurentów [tj. Rosjan] wysyłających bydło [tj. żołnierzy na front]".

Akashi chciał tymczasem rozszerzyć formułę prowadzonego w Londynie kontaktu z PPS, co sygnalizował wcześniej za pośrednictwem Turskiego. Malinowski i Jodko-Narkiewicz nie zrozumieli tego, oglądali się wciąż na Piłsudskiego. Nie dość tego. Malinowski 15 lipca dowiedział się w rozmowie z Utsunomiya, że Akashi odgrywa samodzielną rolę w realizowaniu specjalnych zamierzeń przeciwko Rosji. Nie wyciągał jednak z tej informacji żadnych praktycznych wniosków, poza prośbą do Studnickiego o przekazanie płk. Akashi odmowy nawiązania bliższych kontaktów. Wszystkie nadzieje łączył z Londynem i misją Piłsudskiego, odsuwając rozwiązanie wielu problemów na przyszłość.

Jak na ironię, tego samego dnia Malinowski widział się również z Zilliacusem, nie domyślając się nawet, że głównym kontaktem Fina był właśnie Akashi. Wiedział tylko, że Fin jest "od dawna zwąchany z 'wieczorem' [tzn. z Japonią] i on to zwąchał 'niebieskookich' [tzn. endecję] z 'wieczorowcami' ". Wcześniej o sprawach PPS Zilliacus rozmawiał z Utsunomiya, który miał mu polecić spotkanie z Malinowskim, aby ustalić "granice" dalszych konsultacji.

Malinowski przy spotkaniu z Zilliacusem nie podjął tematu zakupu broni dla PPS, chociaż prosił go o to wcześniej Jodko-Narkiewicz, chcąc przyjąć w najbliższym czasie pierwszy transport kilkudziesięciu sztuk pistoletów. "Trzeba by - informował Malinowskiego - na to mieć tylko pieniądze". Wysłuchał tylko, co miał Zilliacus do przekazania, który potwierdził, że "w swym raporcie zażądał" już broni dla PPS, zgodnie z postulatami Jodki-Narkiewicza. Dodał, że za kilka dni pojedzie do Brukseli na konferencję działaczy endecji Akashi wraz z uczestnikami paryskiego kursu dywersji i sabotażu. Zilliacus poinformował również Malinowskiego, że planowany zjazd opozycji rosyjskiej nie dojdzie do skutku, gdyż odmówili w nim udziału rosyjscy socjaldemokraci.

Następnie obaj poszli do Utsunomiya. "Powiedziałem - relacjonował Malinowski - o ogólnej sytuacji, o coraz trudniejszych warunkach, o tym, że chodzi o czas, ale że jednak wobec tego, że istnieje już [inicjatywa] 'Miecz[ysława]' [Józefa Piłsudskiego], trzeba się [z tym] liczyć itd.". Nic oczywiście z tego nie wynikało i żadne decyzje nie zapadły. Zilliacus jechał do Paryża, ażeby porozumieć się z Akashim. Utsunomiya obiecał, że niebawem zajmie stanowisko w zakresie rozgraniczenia wzajemnych kompetencji z Akashim, o czym obiecał poinformować przy najbliższej okazji. Chciał, by Malinowski mógł także udać się do Paryża na spotkanie z Akashim dla dalszych ustaleń. Po spotkaniu skomunikował się z Akashim dla umówienia go z Malinowskim. Oczekiwał rychłej odpowiedzi z Paryża.

Kiedy Jodko-Narkiewicz wyprawiał Harasymowicza i Dąbkowskiego na spotkanie z Akashim w Paryżu, Piłsudski płynął wtedy przez Ocean Spokojny, zajmując się z Filipowiczem przygotowaniem czystopisu memorandum dla Japończyków. Wiadomości od towarzyszy z Europy dotarły do emisariuszy PPS z dużym opóźnieniem.

W nocy z 9 na 10 lipca 1904 r. Coptic przybił do Jokohamy, ale z powodu ulewnego deszczu i szalejącej wichury stanął na redzie portu. W oczekiwaniu na poprawę pogody spędzono na statku cały dzień i następną noc. Rankiem 11 lipca lekarze japońscy mogli wejść na pokład, aby przeprowadzić opóźnioną inspekcję sanitarną. Zwłoka w przybyciu z lądu "lekarzy od kwarantanny" była prawdopodobnie wybiegiem kapitanatu portu, który, zobligowany instrukcjami Sztabu Generalnego w Tokio, oczekiwał przyjazdu przedstawiciela służb Kempeitai, mającego przejąć specjalnych gości rządu japońskiego. Krótko po inspekcji medycznej - odnotował Filipowicz tego dnia w dzienniku - "osobny stateczek przywiózł jakiegoś cywila. Pan ten poszedł do jadących z nami Japończyków, poszeptał z nimi i zaraz potem zaczepił na pokładzie 'Ziuka' [Józefa Piłsudskiego], 'Ziuk' ściągnął go do salonu, oddałem list [polecający dla Józefa Piłsudskiego i Tytusa Filipowicza od Taro Utsunomiya do Yasumasa Fukushimy - R. S.] [...]".

Ów cywil, Saburo Inagaki, przedstawił się jako major Sztabu Generalnego, na krótko przedtem został odwołany z Londynu, gdzie służył jako pomocnik attache wojskowego. Po wymianie grzeczności i komplementów Inagaki zabrał polskich gości na ląd. Udali się na stację, skąd po godzinie odjechali do Tokio. W czasie drogi Inagaki potwierdził informację o wyjeździe na front Fukushimy i Kodamy. Zapewnił wszakże o wyznaczeniu w Sztabie Generalnym pełnomocnika do "układów" z emisariuszami PPS. Chyba nieprzypadkowo pokazał "Japan Times" z wykazem gości Hotelu Metropol. gdzie figurowało nazwisko Dmowskiego. Od 7 czerwca w stolicy Japonii przebywał także Douglas, formalnie jako korespondent lwowskiego "Słowa Polskiego".

W Tokio na gości oczekiwał powóz. Z "wielkim szykiem" - jak to określił Filipowicz - przejechano przez ulice miasta. Zatrzymali się w Seiyoken Hotel w Uyeno Park. "Hotel japoński - opisywał dalej Filipowicz - po europejsku jednak urządzony, z dala od hoteli, uczęszczanych przez Europejczyków. Major Inagaki oświadczył, że może będzie trochę niewygodnie, lecz miał polecenie ulokowania nas po cichu, jakeśmy sami żądali, że zresztą w każdej chwili można zmienić hotel na wygodniejszy itp. Okazało się - dziura znośna, jedzenie możliwe, czysto, a poza tym - śliczne położenie. Dookoła park, z okien widok na ogród i na staw pokryty jakimiś olbrzymimi różowymi kwiatami [lotosu], w parku świątynie, a olbrzymi kamienny Budda udziela opieki samemu hotelowi". Można jeszcze dodać do tego opisu, że Seiyoken Hotel był drewniany. Po śniadaniu Inagaki zostawił podróżnych, zapowiadając swój powrót następnego dnia.

Po południu Piłsudski i Filipowicz wsiedli w riksze i pojechali odwiedzić Dmowskiego. Przypadkowo spotkanie nastąpiło na ulicy, gdy Dmowski spacerował w towarzystwie Douglasa. "Nasi dryndziarze byli trochę rozpędzeni - notował Filipowicz - więc minęliśmy tę parę nim oni nas spostrzegli, nie mogliśmy więc obserwować pierwszego wrażenia na obliczu [Romana] D[mowskiego]; James [Douglas] jednak twierdzi, że na widok 'Ziuka' [Józefa Piłsudskiego] Dmowski na chwilę skamieniał... Przywitanie było jednak bardzo grzeczne, niemal czułe". Piłsudski zaprosił Dmowskiego i Douglasa do swojego hotelu na obiad. Rozmowy ciągnęły się kilka godzin. Przywódca endecji opowiadał, że przekazał Japończykom dwa memoriały o sytuacji politycznej w Rosji i w Królestwie Polskim. W Sztabie Generalnym przyjęli go gen. Fukushima i gen. Kodama. W MSZ w ogóle nie byli zainteresowani jego wizytą. Zauważył jednak, że "stosunek władz japońskich do niego oziębił się od niejakiego czasu", mniej więcej od 12 czerwca. Najprawdopodobniej zaważyły na tym wpływy Turskiego i Akashiego. Dmowskiemu imponowało zaproszenie Piłsudskiego przez Japończyków. "Ogromnie ciekaw, czego zażądają" - z przekąsem zauważył Filipowicz. Później, aż do wyjazdu Dmowskiego, widywano się niemal codziennie, spędzając razem popołudnia, a czasami i wieczory.

Nazajutrz, 12 lipca, zjawił się Inagaki, tym razem już w galowym mundurze, aby zabrać Piłsudskiego i Filipowicza do Sztabu Generalnego. Do pertraktacji z Piłsudskim i Filipowiczem został upoważniony gen. Atsushi Murata - "szpakowaty, lat około 50" - opisywał Filipowicz swego rozmówcę - "sprawia wrażenie zupełnie przyzwoite, w twarzy nie ma tych dzikich błysków, jakie u innych ludzi ciągle się tu spotyka". Przyjęcie gości było "bardzo grzeczne". Murata pytał nawet o "hotelowe wygody". Piłsudski "od razu i silnie podkreślił konieczność jak najszybszego załatwienia wszystkich spraw i rozpoczęła się gawęda o ogólnym położeniu Rosji i Polski". Po tym oświadczeniu przyszedł Kawakami, który przejął od Inagaki rolę oficera łącznikowego dla przedstawicieli PPS. To pierwsze spotkanie było krótkie, miało jedynie na celu wzajemne poznanie się. Kawakami zabrał niebawem polskich gości do restauracji. "Przy śniadaniu 'Ziuk' zaznaczył Mr. [Toshitsune] K[awakamiemu] stosunek nasz do [Romana] D[mowskiego] - relacjonował towarzysz Piłsudskiego - żądając, by oni od siebie absolutnie nic nie mówili o treści i rodzaju układów". Oficer japoński przyjął to ze zrozumieniem, stosując się do ustalonej jeszcze w Londynie zasady konspiracyjnego charakteru wizyty Piłsudskiego w Tokio. Piłsudski wymagał tego również od Douglasa. Rankiem 13 lipca do hotelu w Uyeno Park przybył Kawakami, któremu wręczono opracowane w drodze memorandum, z memoriałem Piłsudskiego o Rosji i projektem umowy (zapewne wraz z "Zakończeniem"). Krótka rozmowa z Kawakami mogła utwierdzić w przekonaniu o powierzchowności sądów japońskich na temat Rosji. "W ogóle wszyscy mają we łby wbite ogólnoeuropejski pogląd na Rosję - zauważał Filipowicz - liczą na rosyjską rewolucję i przeceniają rosyjską opozycję. Jednocześnie chcą być correct, by imponować całemu światu". W południe udali się we trójkę do Ministerstwa Spraw Zagranicznych na spotkanie u Yamazy, ale go nie zastali. W zastępstwie przyjął ich jeden z podrzędnych urzędników, obiecując audiencję u ministra. Zostawili list polecający od Hayashiego. "Gmachy ministerialne mają ładne - odnotował potem w dzienniku Filipowicz - otoczone zielonością, przestronne. Gdyśmy oczekiwali w jakiejś wyzłacanej sali, przyszły mi na mysi piorunujące apostrofy przeciw Kołu Polskiemu [w Wiedniu] za wycieranie ministerialnych przedpokojów... Całe szczęście, że tu Tokio, nie Wiedeń, choć przedpokoje tam pewno nie lepsze". Po powrocie do hotelu Kawakami przysłał wiadomość o wyznaczeniu spotkania u Muraty na 15 lipca.

Cały następny dzień Piłsudski spędził u Dmowskiego. Jak odnotował Filipowicz, udał się do niego, "by mu zapowiedzieć, że o treści rokowań nie powie mu się ani słowa". Natomiast Filipowicz poszedł do Douglasa. "Dali zwierzęta, żywą rybę i kazali jeść - narodowa kultura! - komentował Filipowicz swoją wizytę. Piłsudski wrócił od Dmowskiego późno w nocy, gdyż "ucięli sobie" wielogodzinną "przyjacielską gawędę, przeważnie o krajowych sprawach". Przy tym Dmowski "zobowiązał się do utrzymania w konspiracji naszego tutaj pobytu" - relacjonował Filipowicz.

Nazajutrz, 15 lipca odbyła się trzygodzinna konferencja u Muraty, któremu w charakterze tłumacza pomagał Kawakami. Rozmawiano po rosyjsku. Omawiano szczegółowo, punkt po punkcie, memoriał i projekt umowy. Odnośnie punktu I umowy - Filipowicz zapisał tego dnia w dzienniku - "żądanie 10 000 Ł teraz, drugie tyle po nowym roku i następnie tyle, ile wymagać będzie rozwój wypadków, z zaznaczeniem, że sumy mogą wzróść do 100 000 Ł, przyjęli do wiadomości bez komentarzy". W sprawie dostarczenia broni Murata "wyraził powątpiewanie, czy w ogóle takie rzeczy można sprowadzać", aby tego nic zauważyły władze carskie (punkt II umowy). Potraktował bardzo sceptycznie tę propozycję, ale z powodów technicznych, nie podważając potrzeby przekazania broni na cele rewolucji zbrojnej na ziemiach polskich w Rosji. Wobec tego Piłsudski odwołał się do doświadczeń prac konspiracyjnych organizacji PPS. Zapewniał, że postawione zadanie leży w granicach realnych możliwości partii. Zaproponował nawet, aby Murata sprawdził to osobiście lub wysłał kogoś do Europy, a członkowie organizacji przerzucą go nielegalnie do Rosji i nikt o tym wiedzieć nie będzie. Natomiast stworzenie odpowiednich zapasów broni mieściło się w zakresie niezbędnych prac przygotowawczych do powstania zbrojnego, które zdaniem Piłsudskiego mogło mieć duże znaczenie dla Japonii, uwzględniając konieczność zwłoki wybuchu polskiej rebelii do momentu widocznego i niewątpliwego osłabienia Rosji. "Strasznie długo przykładami trzeba było przekonywać o możliwości i praktyczności żądania - dodawał później w dzienniku Filipowicz - czy uwierzył - licho wie". Przechodząc do omówienia punktu III umowy, Murata odrzucił od razu możliwość utworzenia legionu polskiego, bowiem - jak się wyraził - "konstytucja nie pozwala". Intencje Piłsudskiego Japończycy dobrze rozumieli, traktując sprawę legionów marginalnie, jako element przetargowy, z góry skazany na odmowę.

Natomiast bez przeszkód władze japońskie mogły zapewnić specjalną opiekę polskim jeńcom z armii rosyjskiej. Pozostałe punkty projektowanej umowy w zakresie zobowiązań japońskich miały w zasadzie charakter polityczny i w tym zakresie Murata odesłał swoich rozmówców do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jako jedynego kompetentnego urzędu dla podjęcia sugerowanego przez emisariuszy PPS wstawiennictwa dyplomatycznej w sprawach polskich. "Przypuszczam - komentował potem Filipowicz - że te trudności są specjalnie po to wymyślone, by później mogli robić 'wielkie ustępstwa' ". Murata nie bawił się jednak w dyplomację i podchodził merytorycznie do przedstawionych propozycji.

Murata wyraźnie ożywił się przy omawianiu drugiej części umowy, poświęconej zobowiązaniom ze strony PPS. Japończykom szczególnie podobały się propozycje polskie w zakresie pracy informacyjnej (punkt VIII umowy). Podczas posiedzenia przyniesiono pierwszą depeszę dla Piłsudskiego, jaka przyszła do Tokio za pośrednictwem Utsunomiya w Londynie. Jodko-Narkiewicz informował o złożonej przez Balickiego ofercie udziału dwóch osób z PPS w kursie terrorystycznym organizowanym przez płk. Akashi. "Ogólnie wrażenie z dotychczasowych doświadczeń takie - podsumowywał Filipowicz wyniki spotkania w Sztabie Generalnym - cenią nas bez porównania wyżej niż D[mowskiego] - to nie ulega kwestii; niedowierzają jednak roli, jaką Polska może odegrać w wewnętrznej polityce Rosji i wskutek tego będą się starać zbyć pominięciem politycznych naszych żądań. [...] Wreszcie tej szczerości z ich strony, o jakiej zapewniał w Londynie Utsunomiya - ani śladu, nie mówiąc już o niewypowiadaniu się co do zasadniczych spraw -  kręcą w drobiazgach, nadrabiając komplementami i ciągłym śmiechem - wesoły narodek".

W nocy z 15 na 16 lipca było lekkie trzęsienie ziemi, które obudziło Piłsudskiego i Filipowicza. "Podobno taka przyjemność - zapisał potem w dzienniku Filipowicz - należy tu do tak zwykłych, że nikt nie zwraca na nią uwagi". Cały dzień spędzili na odpoczynku i zwiedzaniu miasta. Podobnie było następnego dnia.

Wieczorem 17 lipca przyniesiono list od Muraty z załączonym odpisem depeszy z Londynu, informującej o propozycji fińskiej dostarczenia broni dla PPS. "Owe 'short and long' - skomentował od razu Filipowicz - dostają oni prawdopodobnie od Jap[ończyków] - skądże by!?". Otrzymywane w Tokio depesze nie miały większego wpływu na treść rozmów z Japończykami, gdyż nie wnosiły nowych, merytorycznych elementów do dyskusji. Tworzyły jednak pewien nastrój, dający emisariuszom poczucie partnerstwa wobec

Japończyków. Codziennie wyglądali listownych wieści od towarzyszy, które umożliwiłyby właściwe zorientowanie się w sytuacji partii.

Tymczasem Jodko-Narkiewicz wyjechał 16 lipca do Królestwa Polskiego, gdzie zajmował się przede wszystkim zbieraniem informacji dla Japończyków, a także organizowaniem ruchu rewolucyjnego. W zaborze rosyjskim dochodziło do wielu strajków i wystąpień robotniczych. "Mnóstwo faktów i dowodów wskazuje - pisał Malinowski do Utsunomiya 16 VII 1904 r. we wnioskach zbiorczego raportu wywiadowczym z Królestwa Polskiego - że rozgorączkowanie w naszym kraju stale rośnie. Nie można bagatelizować tego faktu. Generał-gubernator [warszawski] [Michaił] Czertkow żąda wprowadzenia stanu wojny w całym Królestwie Polskim, nie chcąc w inny sposób zagwarantować, że byłby w stanie zapobiec rewolucji". Jodko-Narkiewicz wrócił do Galicji dopiero po trzech tygodniach. Cały ciężar zawiadywania organizacją zagraniczną PPS spadł na Malinowskiego, co okazało się fatalne w skutkach. Szkoda, że Jodko-Narkiewicz przed wyjazdem do kraju nie włączył Wojciechowskiego do bezpośredniego zarządzania sprawami partii, albo nie określił Malinowskiemu granic samodzielności w podejmowaniu ważnych decyzji partyjnych. Zupełnie pozbawiony kontroli nad swoimi poczynaniami stracił poczucie rzeczywistości. Przez swój lekceważący stosunek do swych japońskich partnerów o mały włos nie zerwał długo zawiązujących się nici porozumienia dla uzyskania pomocy dla PPS. Wyraźnie nie miał ochoty spotkać się z Akashim. "Ten ostatni jest delegatem takiej szopki mniej więcej - pisał 15 VII 1904 r. do Jędrzejowskiego - jak nasi 'niebieskoocy' [tzn. endecja - R. Ś.] i 'Lin[ton]' [Tadasu Hayashi]". Trudno o gorsze świadectwo politycznych zdolności wyczucia chwili.

Piłsudski i Filipowicz pojechali 18 lipca do Jokohamy, aby sprawdzić, czy Empress of Japan, który właśnie przybił do portu, nie przywiózł dla nich przesyłki. Listy wciąż nie nadchodziły. Do tego kończyły się powoli pieniądze. "Mamy wszystkiego około 250 yen (tyleż rubli) - notował Filipowicz - hotel jeszcze nie płacony, drobne płyną, jak woda". Dysponowana kwota 25 funtów szterlingów nie wystarczała nawet na jeden bilet powrotny. Stąd powstał projekt "wędrówki etapami", w razie fiaska układów. "Wyobraź sobie - zwracał się 19 VII 1904 r. do Malinowskiego - nawet żadnych 'rozpaczliwych kroków' w rodzaju wpakowania się do skrzyni i wysłania frachtem uprawiać nie można, gdyż, jakeśmy to sami widzieli, takich przemysłowców bezczelnie wykrywają, odstawiają do portu, z którego się wyprawili i tam pakują do więzienia - w Hongkongu na 6 miesięcy. Tak to nowoczesny kapitalizm zabija wszelkie indywidualne porywy różnych golców". Piłsudski sądził, że rozmowy zakończą się niebawem i najpóźniej 2 sierpnia będą mogli wypłynąć z Yokohamy (odpływała wtedy Mongolia).

Wieczorem 19 lipca przyszła kolejna depesza od Jodki-Narkiewieza (za pośrednictwem Malinowskiego), streszczająca rozmowy z Finami w sprawie dostarczenia dla PPS broni. Jodko-Narkiewicz pisał o tym na prośbę Utsunomiya, który, uznając i podkreślając nadrzędną rolę Piłsudskiego w organizacji, żądał zajęcia przez niego stanowiska. Nie ulegało wątpliwości, że za zgłoszoną ofertą stali Japończycy. "Te Finy - zapisał tego dnia w dzienniku Filipowicz - odgrywają rolę agentów jap[ońskich] na Europę z przyległościami - to jasne". Słusznie zakładano, że depesza miała na celu "inspirowanie" stanowiska polskiego w rokowaniach tokijskich. Filipowicz podejrzewał, że Japończycy chcą się "wykręcić od dostarczania broni - wskazują Finów, jako mogących to zrobić". Nie o to wszakże chodziło. Utsunomiya wskazywał, gdzie nieprzerwanie znajdowała się płaszczyzna wspólnych działań, określając ich praktyczny wyraz w możliwości przekazania broni Polakom. Przyzwolenie Piłsudskiego oznaczało zgodę na warunki porozumienia, które określała strona japońska. Zarówno Utsunomiya jak i Akashi wykonywali ścisłe instrukcje z Tokio i nie mogło być mowy o ich samodzielnej inicjatywie.

Akashi wciąż szukał możliwości bliższego kontaktu z kierownictwem PPS. Koniecznie chciał się widzieć z Malinowskim. Okazję dawało zakończenie pierwszego kursu dla dywersantów i sabotażystów. Palił się do wysłania swoich absolwentów do Rosji. W tym celu 20 lipca wysłał Stadnickiego do Londynu, aby ściągnął Malinowskiego do Paryża. Malinowski poszedł po radę do Utsunomiya, zabierając ze sobą Studnickiego. Utsunomiya przychylił się do wyjazdu Malinowskiego, bo "gawęda z tamtym facetem może być pożyteczną" - uzasadniał. Przy okazji prosił, aby w składanych mu raportach informacyjnych "nazwiska i nazwy polskie pisać wyraźnie". "Odnosi się to do Ciebie" - zwracał uwagę Jędrzejowskiemu w sprawozdaniu z rozmowy z japońskim attache wojskowym.

Na koniec Utsunomiya "powiedział, że 'generalna intendentura' [tzn Sztab Generalny w Tokio - R. Ś.] jest już zdecydowana na zakończenie interesu będącego w Tokio, ale że jednak czyni to zależnym od ogólnego porozumienia się wszystkich ciekawych i nieciekawych narodowości" w Rosji. Malinowski wskazał "na szkodliwość podobnego postępowania pod względem praktycznym i na olbrzymie trudności tego porozumienia". Japończyk odparł, "że wszelkich wysiłków dołoży, aby i bez tego warunku, skoro on się stanie niemożliwym, wszystko doprowadzić do szczęśliwego końca, i sądzi że tak będzie".

Malinowski nie mógł się doczekać na potwierdzenie terminu spotkania z Akashim. Wieczorem 20 lipca zdecydował o wyjeździe razem ze Studnickim. "Jutro z rana jadę do Paryża - pisał do Utsunomiya. - Dotychczas jeszcze depeszy nie miałem". Przybyli na miejsce 21 lipca.

Tymczasem Dmowski uznał za bezcelowy swój dalszy pobyt w Tokio. Od miesiąca żaden znaczący urzędnik nie chciał się z nim spotkać. Konsekwentnie odmawiano posłuchania w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wobec tego 20 lipca skierował do ministra Komury długi memoriał na temat sytuacji politycznej zaboru rosyjskiego. Przyznawał, że "opozycja i środowiska rewolucyjne niezadowolone z obecnych rządów oraz bunty różnych narodów przeciw dominacji rosyjskiej nie mogą być na ostatnim miejscu wśród spraw godnych uwagi dla japońskiego męża stanu. Z tego Polacy dzięki swej liczebności i tradycyjnej nienawiści do dominacji rosyjskiej stanowią najważniejszy czynnik" gotowy "wywołać zamieszki". Ale "takie zamieszki będą bezużyteczne dla Japonii, natomiast byłyby wysoce pożądane przez rząd rosyjski, bowiem "żadne powstanie możliwe w obecnych warunkach nie stanowi dla Rosji większego problemu. Zostanie stłumione bardzo szybko i z tym większym okrucieństwem, że Rosjanie będą chcieli wynagrodzić sobie niepowodzenia na Dalekim Wschodzie". Toteż "każda propaganda na rzecz powstania w Polsce lub akcji rewolucyjnej mogącej się zakończyć powstaniem, dałaby Rosji możliwość zadania ciosu polskiemu ruchowi narodowemu i tylko pomogłaby zaprowadzić pokój i bezpieczeństwo na zachodzie" państwa. "Trudno ocenić szkody wynikające dla Polski z takiej polityki niektórych kręgów rewolucyjnych - zwłaszcza jeżeli otrzymują one zachętę i pomoc z zewnątrz - nie przyjrzawszy się uważniej sytuacji naszego kraju i rozwojowi polskiej myśli politycznej". Obawa przed caratem paraliżowała śmielsze zamiary polskiego przywódcy obozu demokratyczno-narodowego. Trudności w podjęciu przez opozycję w Rosji kroków wrogich państwu działały na korzyść programu Narodowej Demokracji. Wszystkie tezy memoriału pozostawały bez znaczenia dla Japończyków, którzy nie mieli żadnego interesu w powstrzymywaniu akcji polskiej. A już zupełnym nonsensem byłoby wydawanie na to pieniędzy. Memoriał Dmowskiego nie stanowił jakiegokolwiek punktu wyjścia dla polityki japońskiej, która szła dokładnie w przeciwnym kierunku, angażując duże siły w pobudzenie rewolucyjne Rosji, w tym również Królestwa Polskiego.

Toteż Dmowski nie mógł mieć wypływu na decyzje, jakie zapadły w Tokio w sprawie współdziałania Kempeitai z PPS, a dalsze postępowanie Japończyków całkowicie zaprzeczało tezom wysuniętym w memoriale. Przywódca endecji podczas wizyty w Tokio działał właściwie przeciwko wywrotowym zamierzeniom japońskim wobec Rosji. Toteż trudno było oczekiwać, aby jego argumentacja trafiła do przekonania Japończyków. Nie mają żadnego potwierdzenia źródłowego wysuwane później stwierdzenia Dmowskiego, jakoby udało mu się sparaliżować działania Piłsudskiego w Tokio *[Por. A. Garlicki, Relacja Romana Dmowskiego o Lidze Narodowej, s. 434-436. Głoszone przez Romana Dmowskiego poglądy przedostały się do historiografii. Stały się podstawą bezkrytycznych sądów na temat relacji między rezultatami tokijskich zabiegów Dmowskiego oraz Józefa Piłsudskiego. Jedynie Roman Wapiński uznał, że bezpośrednie efekty wizyty Dmowskiego w Japonii były niewielkie, ale jednocześnie odebrał staraniom Piłsudskiego ich właściwy wymiar i swoją rzeczywistą wartość. Por. R. Wapiński, Roman Dmowski. s 139-140]. Było całkowicie odwrotnie, o czym już była mowa, pomijając kwestie merytoryczne podstaw współpracy między PPS a służbami Kempeitai w Europie. "Mam wrażenie - pisał później Filipowicz - że akcja Dmowskiego w Japonii ani nie pomogła, ani nie zaszkodziła rezultatom konkretnym, jakie były i mogły być osiągnięte obiektywnie wobec całokształtu ówczesnych warunków międzynarodowych".

Niebawem nadeszło zaproszenie na kolejną rozmowę do Muraty. Spotkanie odbyło się 21 lipca. Murata odmówił zawarcia specjalnego porozumienia na zasadach projektu umowy przedłożonej przez Piłsudskiego. Ostatnie słowo należało wprawdzie do szefa Sztabu Generalnego, ale można było założyć, że podzieli on pogląd swego zastępcy w Tokio. Na przeszkodzie stały głównie kwestie polityczne. Najlepszą formą wzajemnych stosunków było podtrzymanie i rozwinięcie kontaktów w dotychczasowej formie (w Londynie, za pośrednictwem Utsunomiya, oraz w Paryżu, przez Akashi). Piłsudski akceptował to stanowisko, ostatecznie bowiem osiągnął to, po co faktycznie przyjechał, czyli poparcie materialne i techniczne dla polskiego ruchu rewolucyjnego.

Nie znamy dokładnie przebiegu spotkania. Charakterystyczne jest, że milczą o tym również źródła polskie. Prawdopodobnie wówczas Murata i Piłsudski podjęli wzajemne zobowiązania, które otworzyły późniejszą pomoc dla PPS. Murata orientował się, jakie Piłsudski zajmuje w partii stanowisko; od niego zależały ostateczne decyzje kierownictwa PPS. Wobec tego. w którymś momencie kontaktów musiał jednoznacznie powiedzieć "tak". Innej okazji już prawdopodobnie nie było (nic ma informacji o kolejnym spotkaniu tych osób).

W tym miejscu dochodzimy do kulminacyjnego punktu dotychczasowych rozważań. W historiografii dominuje pogląd, że misja Piłsudskiego do Tokio zakończyła się niepowodzeniem. Do takiej opinii przyczynił się również sam Piłsudski, który później stwierdził, że jego rokowania bezpośrednich rezultatów praktycznych nie dały, jednak swoją wypowiedź odnosił do konkretnej chwili, a nie całego procesu budowania wzajemnych relacji między PPS a Japończykami. Oferta PPS o tajnej współpracy przeciwko Rosji nie została odrzucona. Decyzje wiążące zapadły dużo wcześniej, a ich wyrazem było wiedeńskie spotkanie Piłsudskiego i Jodki-Narkiewicza z Utsunomiya. Gdyby przyjąć literalnie brzmienie treści zachowanych informacji źródłowych o odmowie porozumienia za wyraz rzeczywistych i praktycznych decyzji władz Japonii, to ich logiczną konsekwencją byłoby zaprzestanie dalszych kontaktów na płaszczyźnie wspólnych dążeń do osłabienia Rosji. Tymczasem w Londynie kontakty te nieprzerwanie i systematycznie rozwijały się dalej. W związku z pobytem Piłsudskiego w Tokio podjęto ostateczne decyzje o wspieraniu polskiego ruchu rewolucyjnego reprezentowanego przez PPS, finalizujące wcześniejsze postanowienia. Skrótowo ujmując całe zagadnienie, Piłsudski przyjechał do Tokio w celach informacyjnych, aby rozwiać wszelkie wątpliwości Japończyków, podejmujących praktyczne decyzje o współdziałaniu z Polakami, ale w ramach szerszej koncepcji pobudzenia rewolucjonistów w Rosji; prosił o pieniądze i pomoc techniczną (głównie umożliwienie zakupu broni) i taką pomoc PPS później otrzymała. Inną kwestią jest podjęcie przez Piłsudskiego sondującej próby rozszerzenia dotychczasowej współpracy o elementy polityczne, która miała wykazać rzeczywiste zapatrywania Japonii na sprawę polską. Decyzja władz japońskich dotyczyła tylko tych dalszych odniesień, których celem było wydźwignięcie problematu polskiego na forum międzynarodowe. Nakładała się na to powolność mechanizmu decyzyjnego władz japońskich, podchodzących niezwykle ostrożnie i rozważnie, co charakteryzowało każdą ówczesną administrację państwową. Trzeba też pamiętać o kłopotach komunikacyjnych, które wynikały z odległości, jaka dzieliła centralę tokijską (Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Sztab Generalny) od jej przedstawicielstw w Europie, co siłą rzeczy spowalniało decyzje dotyczące tych odległych rejonów, tym bardziej że priorytetem w stanie konfliktu z Rosją były obszary, gdzie angażował się bezpośredni wysiłek wojenny Japonii. I nic więcej. Decyzje odmowne dowództwa japońskiego w polu nie zmieniały w niczym rozpoczętej przez PPS współpracy z przedstawicielami służb Kempeitai w Europie. Mało tego. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że pewna forma porozumienia w Tokio między przedstawicielem Oddziału II japońskiego Sztabu Generalnego a Piłsudskim jednak miała wówczas miejsce. Prezentowana teza nie ma bezpośredniego odniesienia źródłowego. Należy przypomnieć, że wszystkie dokumenty z całego okresu współpracy japońskiego Sztabu Generalnego z PPS, a w tym dokumentacja pobytu Piłsudskiego w Tokio, zostały zniszczone, co ostatnio raz jeszcze potwierdził jeden z historyków japońskich.

Przy podejmowaniu podobnych spraw żaden współczesny wywiad nie zawierałby specjalnej, pisemnej umowy, w formie kodeksu regulującego wzajemne powinności. Z podmiotowości służb wywiadowczych wynikało pełne podporządkowanie jej zewnętrznych źródeł agenturalnych albo placówek. Pochodną tej zasady była słowna forma porozumienia czy układu, która dopiero potem miała odzwierciedlenie w wewnętrznych zapisach, dokumentujących ten fakt dla celów ewidencji i potrzeb operacyjnych dalszej współpracy. Można sądzić, że depesza o odmowie porozumienia, którą w imieniu Piłsudskiego i Filipowicza wysłał Inagaki do Malinowskiego do Londynu, była mistyfikacją, która miała na celu ukrycie prawdziwych dążeń japońskich i polskich. Telegram szedł otwartą pocztą. Swoją treścią wprowadzał w błąd postronnego czytelnika, także w organizacji PPS. Wnioski z lektury tych telegraficznych wiadomości jednoznacznie wskazywały na niepowodzenie układów. Chyba lepiej nie można było ukryć późniejszej współpracy, która od powrotu Piłsudskiego do kraju nabrała właściwej dynamiki i swoistego kolorytu.

Dodatkową przesłanką, która może przemawiać za przyjęciem wzmiankowanej wyżej tezy, jest niewyjaśniona w grucie rzeczy sprawa owego telegramu, który przyszedł 23 lipca z Mandżurii, i związanej z nim depeszy polskiej do Londynu, gdzie miała swoje źródło cała późniejsza wiedza na temat japońskiej odmowy współdziałania z PPS przeciwko Rosji. Otóż, nie odkryto żadnego oficjalnego dokumentu japońskiego, który prezentowałby takie stanowisko. W papierach "Wieczoru", w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, nie ma telegramu, co wydaje się dziwne, bo wszystkie inne towarzyszące mu materiały przechowały się. "Dostałem załączony telegrami - pisał Kawakami 23 VII 1904 r. do Piłsudskiego - który mam panu przekazać. Sam otrzymałem telegram z zawiadomieniem, że oni nie mogą wejść z Panem w kontakt w obawie, że doprowadzi to do poważnych i skomplikowanych międzynarodowych problemów. Bardzo mi przykro z powodu tej ich decyzji. Ja sam gorąco pragnę pozostać najlepszym przyjacielem was wszystkich".

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że Kawakami sam napisał telegram, który następnie wysłał w imieniu Piłsudskiego i Filipowicza do Londynu. Inny taki wypadek nie zaistniał. Trudno sobie wyobrazić, aby Filipowicz dyktował treść telegramu oficerowi japońskiemu tylko po to, aby ten zostawił napisaną kartkę Polakom. Raczej należy przyjąć, zgodnie z tym, co zostało napisane, że Kawakami przesłał Piłsudskiemu tę kartkę wraz z cytowanym wyżej listem. "Tokio, 23 VII [ 1904] - pisał -Władze tutejsze reprezentujące władzę centralną odmawiają nawiązania z nami jakiegokolwiek kontaktu. Nasze żądania uważane są za wygórowane, jako że pociągają za sobą wiele niewygodnych i delikatnych kwestii. Dlatego też nasza misja tu jest zakończona i odtąd, naszym zdaniem, nie mamy wyłącznych uprawnień. Zaczynamy natychmiast. Przyjeżdżamy do Londynu około 1 września". Innymi słowy, Japończycy sami napisali tekst telegramu, pod którym mieli się podpisać przebywający w Tokio emisariusze PPS. Dokładnie taki sam telegram został wysłany do Malinowskiego. Warto również odnotować, że tego samego dnia, 23 lipca, Murata przesłał Piłsudskiemu telegram od Utsunomiya, co świadczyło o nieprzerywaniu kontaktów.

Odmawianie sobie "wyłącznych uprawnień" oznaczało przekazanie ich w ręce Jodki-Narkiewicza, który pod nieobecność Piłsudskiego ponosił główny ciężar decyzji w sprawach kontaktów z Japończykami na terenie Europy. W sprawach zasadniczych odwoływał się do Piłsudskiego, co w praktyce oznaczało uzależnienie dalszego ich prowadzenia od decyzji Piłsudskiego po jego powrocie z Japonii. Depesza stanowiła właściwy sygnał do podjęcia przez Jodko-Narkiewicza dalszych działań, przede wszystkim w zakresie sygnalizowanych przez niego możliwości zdobycia broni, ale na bazie dotychczasowych kontaktów i ustaleń z Utsunomiya. Potwierdził to jeden z przydzielonych do Piłsudskiego japońskich oficerów, Inagaki lub Kawakami, który na kilka dni przed wyjazdem Piłsudskiego wyraził przekonanie, że wprawdzie rząd nie może angażować się politycznie w sprawę polską, ale Sztab Generalny bardzo chętnie nawiąże ściślejsze stosunki z PPS. Złożona deklaracja nawiązywała do rozwijanych już w Londynie i Paryżu dalszych kontaktów z przedstawicielami partii.

Piłsudski i Filipowicz zdecydowali w końcu, że opuszczą Japonię 30 lipca. Zawiadomili oni o tym Muratę w liście z 23 lipca, do którego załączyli tekst cytowanej wyżej depeszy do Londynu. Dmowski wyjechał już wcześniej, wypływając 22 lipca z Jokohamy do Vanocuveru na statku Emperor oj Japan. Przed wyjazdem Piłsudski otrzymał od Japończyków przynajmniej 200 funtów szterlingów. Mógł kupić za to bilety na powrót i oddać część pieniędzy do kasy partyjnej w Londynie.

W oczekiwaniu na statek Piłsudski i Filipowicz odbyli dwudniową wycieczkę na górę Fudzi (25-26 VII 1904). Po powrocie do Tokio poprosili Douglasa o urządzenie pożegnalnego śniadania dla przydzielonego do niego tłumacza. Koki Hirota, oraz dla Kawakamiego. Piłsudski chciał, aby na przyjęciu podano egzotyczne potrawy japońskie. Później z obrzydzeniem wspominał podane potrawy (podano do zjedzenia żywą rybę). Śniadanie u Douglasa zaszkodziło również Kawakamiemu, który "rozchorował się z przejedzenia", tak że kilka dni nie wychodził z domu.

W odległym Paryżu Malinowski widział się wówczas z Zilliacusem. Fin potwierdził wcześniejsze informacje o kłopotach w zorganizowaniu zjazdu opozycyjnych grup i partii w Rosji. Powiedział - relacjonował Malinowski - "że taki zjazd jest niedogodny, bez udziału Moskali, bo powiedzą, że wszystkie ludy wzięły się za ręce, gdy Rosja w kłopocie, i to obudzi szowinizm rosyjski".

Malinowski spotkał się z Akashim 23 i 24 lipca. Dopiero wówczas spostrzegł się, że "colonel", o którym opowiadał Zilliacus okazał się "nauczycielem" Studnickiego (ciągle jeszcze nie wiedział, że ten sam oficer japoński był również w kontakcie z Turskim). Akashi zażądał, aby Malinowski "dał nakaz przystąpienia do czynu". Brał się "na wszelkie sposoby" - relacjonował Malinowski - pouczał "przez dwa dni", "ale odmówiłem". Oficer japoński odpowiedział: "da raport, że znaleźli się ludzie, ale my interes popsuliśmy". Dawał wyraźnie do zrozumienia, że zawiódł się na dotychczasowej współpracy z endecją, przeciwstawiając te doświadczenia nowym kontaktom z PPS. Poinformował, że już telegrafował do Tokio i "względem tego konkretnego interesu wszystko jest w porządku".

Podczas rozmowy 24 lipca Akashi przekazał Malinowskiemu instrukcję do prowadzenia obserwacji wywiadowczych w Rosji. W tym momencie okazało się, że sprawa wysłania do Rosji pierwszych przeszkolonych dywersantów stanowiła tylko pretekst do spotkania. Akashi postawił za pośrednictwem Malinowskiego kilka zasadniczych kwestii, które wiązały się z przygotowywanym przez niego planem współpracy z PPS. Spodziewał się rychłej odpowiedzi od kierownictwa partii. Oficera Kempeitai interesowały następujące zagadnienia, które budowały schemat operacyjny przewidywanego ruchu zbrojnego PPS:

1. Ilość ludzi, którymi rozporządzała partia z początku.

2. Środki materialne, które są już przygotowane dla sprawy.

3. Sposób sprowadzania broni i uzupełniania amunicji - jaką drogą, jakim sposobem?

4. "Jądro", czyli istota rzeczy i natura rewolty (w innej wersji: "Le noyan, tj. centrum powstania").

5. Studium geograficzne strefy powstania (rewolty).

6. "Rodzaj uzbrojenia, które weźmiemy".

7. Sposób zaopatrzenia.

8. Plan ogólny, jaki jest przyjęty do ataku albo zajęcia ważnych miejsc (miejscowości) wybranych za bazę rebelii (powstania).

9. Organizacja, dyslokacja oddziałów powstańczych, liczba dowódców, oficerowie powstania (rewolty).

Wynikało z tego, że Sztab Generalny w Tokio akceptował decyzje Akashiego wykorzystania kontaktów PPS do celów dywersji, sabotażu i wywiadu przeciwko Rosji w Europie. Dużą wagę przywiązywano do planu zjednoczenia wysiłków rosyjskiego ruchu opozycyjnego w akcji antyrządowej. Wojskowi japońscy chcieli też wspierać te lokalne działania, które miałyby bezpośredni wpływ na rozwój wydarzeń w Mandżurii przez rozprzężenie armii rosyjskiej na Dalekim Wschodzie poprzez zachęcenie Polaków do poddania się oraz sabotowanie kolei transsyberyjskiej. Realizacja zamierzonych projektów demolacyjnych i wywiadowczych stanowiła dla Akashiego właściwy punkt zaczepienia i dobry test wiarygodności planowanego przez niego szerszego kontaktu z PPS, rozwinięcia przez partię ruchu o charakterze zbrojnej rewolucji. W kontekście jasno wyłożonej płaszczyzny dalszej współpracy na bazie koncepcji powstańczej PPS oficjalnie głoszone rezultaty misji Piłsudskiego brzmiały więc nieprawdziwie. Akashi postawił interesujące go zagadnienia niezwykle precyzyjnie, chociaż w PPS nie było żadnego planu zbrojnej rebelii, a o idei powstania rozprawiano do tej pory jedynie w celach agitacyjnych. W działaniach partii przeważała improwizacja, jednakże Akashi o tym nie wiedział.

Dokładnie w tym samym czasie szła do Londynu depesza Piłsudskiego o braku porozumienia z Japończykami. Malinowski otrzymał ją 25 lipca, po powrocie z Paryża. Zareagował histerycznie. "Odebrałem depeszę od naszych podróżnych datowaną 23 VII [1904] - pisał do Aleksandra Dębskiego i Antoniego Zajączkowskiego w Nowym Jorku - że uważają nasze żądania za wygórowane i niedogodne, jako poruszające wiele kwestii drażliwych i delikatnych międzynarodowego charakteru. Wszystko zerwane. Wyjeżdżają niezwłocznie z powrotem". Malinowski jednak nie wszystko uważał za stracone.

Niepowodzenia Zilliacusa stawiały w innym położeniu inicjatywę PPS zorganizowania zjazdu w węższym zakresie, ograniczonym do przedstawicieli organizacji socjalistycznych i rewolucyjnych Finów. Gruzinów, Ormian. Łotyszy, Litwinów, Białorusinów, Żydów i Polaków. "Jeżeli pomimo wszystko z 'wieczorem' [tj. z Japonią - R. Ś.] dojdzie do czegoś - pisał do Jędrzejowskiego - to bardzo ważne jest, aby nasz zjazd doszedł do skutku i przynajmniej pozornie był udanym. Na ostatnim widzeniu się - powtarzał -  jeszcze przed depeszą [z 23 VII 1904 z Tokio], powiedział mi [Taro Utsunomiya], że jest zdecydowany pomóc nam, ale pod warunkiem, aby rozmaite narody porozumiały się między sobą. Zdaje się, [że] tę swoją myśl urzeczywistniali oni przez Finl[andczyków]; teraz, gdy ich zjazd nie doszedł do skutku, nasz jest bardzo ważnym".

Utsunomiya pośredniczył w przekazaniu depeszy Malinowskiemu; znał jej treść. Oczekiwał na nowe instrukcje z Tokio. Po powrocie do Londynu Malinowski zwrócił się z propozycją spotkania, aby złożyć sprawozdanie z rozmów w Paryżu. Japoński attache wojskowy przyjął propozycję, wyznaczając termin wizyty na 31 lipca. "Chciałbym wypłacić Panu comiesięczną kwotę [90 funtów szterlingów]" - pisał przy okazji. W związku z tym Malinowski napisał do Jędrzejowskiego: "Odebrałem dziś [28 VII 1904] list, w którym 'Pani Wieczorkowska' [tzn. Taro Utsunomiya - R. Ś.] zaproponowała, aby w sobotę [30 VII 1904] przyjść, a okaże mi swe względy, jak zwykle [tzn. pod koniec miesiąca wypłaci kolejną ratę na prace informacyjne PPS - 90Ł]. Mam ochotę odmówić. Podług przyjętych zasad należało to nawet bezwarunkowo zrobić, ale kusi mnie. Chodzi mi po głowie myśl, aby zgodzić się i wziąć, ale na dokończenie rozpoczętych już robót [tzn. prowadzenia wywiadu na kolei syberyjskiej]". Nie do niego należały tak ważne decyzje. Zapomniał, że w zakresie kontaktów z Utsunomiya pełnił zaledwie funkcje techniczne łączności z Piłsudskim i Jodko-Narkiewiczem. Oczywiście "zgodził się" na rozmowę z Japończykiem. "Szanowny Panie! - odpowiadał zaraz. - Zgodnie z Jego życzeniem będę u niego we wskazanym czasie". Utsunomiya potwierdził termin spotkania, informując przy okazji o nadejściu nowych instrukcji z Tokio.

Spotkanie 30 lipca u Utsunomiya trwało krótko. Malinowski odebrał 90 funtów szterlingów. Depesza ze Sztabu Generalnego nie zawierała chyba złych wiadomości, w każdym razie Malinowski nie odnotował ich. Na pewno nie przekazano z Tokio instrukcji wstrzymania albo zaprzestania kontaktów z przedstawicielami PPS, bo przeczyło temu dalsze postępowanie zarówno Akashiego, jak i Utsunomiya. Można raczej założyć, że Utsunomiya dysponował informacjami, które potwierdzały dotychczasowy, poufny charakter stosunków z PPS, bez oficjalnego angażowania się władz japońskich w polityczne kwestie, które wiązałyby się z umiędzynarodowieniem sprawy polskiej. Dla attache wojskowego w Londynie nic więc nie zmieniało się. Pewien niepokój wzbudził dopiero polski rozmówca.

Malinowski przekazał zapowiadane sprawozdanie, w którym omówił sprawę paryskiego kursu oraz wyniki rozmów z Akashim, uzasadniając odmowę wysłania pierwszych dywersantów do Rosji. Ci "ludzie - powtarzał - nie będą mogli być angażowani do jakiejkolwiek akcji zanim zgoda nie nastąpi co do porozumienia się [w zakresie] konwencji przez nas proponowanej reprezentantom japońskim". Decydowały względy polityczne współpracy. "Partia - podkreślał dalej - przyjmuje za nie na siebie odpowiedzialność, ale nie może tego uczynić wprzód, zanim część przynajmniej punktów projektowanej umowy nie zostanie przyjęta, inaczej jej rola sprowadzałaby się do roli agentów, a nie przedstawiciela interesów własnego kraju. W każdym razie tę kwestię znajdywałem za niemożliwą do rozstrzygnięcia bez wiedzy i zgody naszych delegatów, upełnomocnionych przez C[entralny] K[omitet] [Robotniczy] naszej partii do pertraktowania z rządem japońskim". W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że Piłsudski i Filipowicz nie mieli żadnej legitymacji PPS do reprezentowania interesów partii w Tokio, co nie miało jednak praktycznego znaczenia.

Nic dziwnego, że Utsunomiya zaniepokoił się. Po lekturze otrzymanego sprawozdania wezwał do siebie Malinowskiego. Kolejne spotkanie przy 48 Jermyn Street, 1 sierpnia trwało kilka godzin. Malinowski wykazał się kompletną indolencją, trzymając się "ustalonych zasad", które sam sobie wyznaczył. Sytuacja bez tego komplikowała się i groziła zapętleniem. Tylko niektóre argumenty wysuwane przez Malinowskiego przemawiały do Utsunomiya. "Wyłuszczyłem mu swoje poglądy na podstawy - relacjonował później Jędrzejowskiemu - na jakich powinno opierać się nasze zbliżenie i dlaczego winno ono nastąpić. Powiedziałem, że mam głębokie przekonanie, że pomimo powodzeń nie dostaną oni nic, jeśli nie będzie poważnego ruchu u nas [tj. wśród Polaków w zaborze rosyjskim - R. S.], a potem u naszych wschodnich sąsiadów [tzn. wśród innych narodowości w Rosji], [wreszcie], że pomoc w okresie przygotowawczym więcej znaczy niż później itd.". Japoński rozmówca zgadzał się w tym punkcie z Malinowskim, podkreślając, "że bardzo wiele wybitnych osób w ich stronnictwie [tzn. w Japonii] podziela mniej więcej takie poglądy". Dla niego było jasne, że w Tokio nie doszło do żadnego zerwania współpracy z PPS. Co najwyżej występowała różnica w ocenie tych samych faktów, spowodowana nieprecyzyjnymi ustaleniami tokijskich rozmów, które pierwotnie mieli prowadzić inni oficerowie, właściwie do tego przygotowani. Działania wojenne w Mandżurii stanowiły wówczas priorytet dla wszystkich służb wojskowych, spychając na plan dalszy odległe zagadnienia europejskie. Zresztą, jak się wydawało, właściwy proces zbliżenia do PPS został już zainicjowany w Londynie. Włączał się do tych kontaktów Akashi, dążąc do pobudzenia i wykorzystania potencjału rewolucyjnego Polaków. Utsunomiya starał się wszystko to uświadomić Malinowskiemu, ten jednak uparcie stał przy swoim stanowisku "wstrzemięźliwości", przynajmniej do czasu powrotu Piłsudskiego. Japończyk tłumaczył, że Piłsudskiego "wezwały" do Tokio "jego bezpośrednie władze" i taki, a nie inny, obrót sprawy wzięły prawdopodobnie dlatego, że nim Piłsudski i Filipowicz dojechali, to Kodama udał się na front w Mandżurii.

Utsunomiya nie widział możliwości porozumienia się z Malinowskim. Toteż nie wdawał się już w dyskusję merytoryczną na temat dalszej współpracy i zażądał możliwie najszybszego spotkania z Jodko-Narkiewiczem, ażeby ustalić wspólną linię postępowania. Uznał w końcu, że rozmowa stała się "bardzo uciążliwa", "że zatem nie może wszystko być omówione dokładnie", gdy "nasze sprawy tu [w Londynie] nie były dotychczas przez tak długi czas należycie pilnowane", wobec czego "jego żądanie jest zrozumiałym i zasługuje na uwzględnienie". Malinowski nic przyjmował wprawdzie tych słów krytyki do siebie, lecz zobowiązał się do ściągnięcia Jodki-Narkiewicza do Londynu. "Moim zdaniem - pisał potem do Jędrzejowskiego - trzeba to zrobić koniecznie, trzeba tę sprawę przecież prowadzić do końca", gdy "raz się ją zaczęło".

Wysunął przy tymi, fałszywy w założeniu, argument o konieczności przeciwstawienia się wpływom Akashiego, "ponieważ - przekonywał - jest on dla nas nieprzychylnie usposobiony". W sposób oczywisty pokazywało to zupełne niezrozumienie przez Malinowskiego intencji japońskiego oficera. Sprawę przyjazdu Jodki-Narkiewicza uważał za pilną, gdyż Akashi - dodawali - miał napisać "raport o stanie narodów' ujarzmionych" przez Rosję. Wobec tego "widzenie się tu jest i z tego względu, aby tutejszy [tj. Taro Utsunomiya - R. Ś.], który jest, jak ze wszystkiego wywnioskowałem, specjalnym naszym przyjacielem, mógł wyrażeniem zdania w sprawozdaniu w odpowiedniej chwili przeciwdziałać tamtemu [tj. Motojiro Akashi]. Tamten protegowaniem 'niebieskookich' [tzn. endecję] skompromitował się, my do tej kompromitacji przyczyniliśmy się, [więc] jest przeto zły".

Charakterystyczne, że Malinowski w swojej relacji dla Jędrzejowskiego pominął zupełnie wątek przekazanej mu w Paryżu przez Akashiego instrukcji wywiadowczej oraz zapytań w sprawie praktycznych planów i przygotowań PPS do podjęcia ruchu zbrojnego w Królestwie Polskim, gdy dla najważniejszego przedstawiciela służb Kempeitai w Europie wyjaśnienie tych zagadnień miało podstawowe znaczenie.

Jedno wszakże zrozumiał, a mianowicie konieczność dalszej współpracy wywiadowczej, gdzie miały swoje źródło wspólne kontakty. Utsunomiya ocenił bowiem bardzo wysoko wspomniany już raport informacyjny z 16 lipca, który otrzymał od Malinowskiego. "Prosił on o więcej - komentował Malinowski - bo w takim razie będzie łatwiej dojść" do porozumienia.

Nawet tutaj Malinowski chciał wtrącić swoje "trzy grosze". "Uważam za rzecz konieczną - pisał 31 VII 1904 r. do Jędrzejowskiego - aby wszelkie materiały do rap[ortów] nadsyłać tu [tj. do Londynu - R. Ś.] niezwłocznie, nie układając ich, przy tym, ma się rozumieć, musisz się w nich rozczytać i ściągnąć, jeśli jest po temu sposobność, ustne uzupełnienia. Jest rzeczą konieczną, aby nie popełniać rażących sprzeczności z poprzednimi [materiałami], aby nie powtarzać rzeczy już raz podanych [...], w porównaniu z poprzednimi 'grzegorzowymi' [tzn. przekazanymi przez Witolda Jodkę-Narkiewicza]. Będę tu układać je odpowiednio, porównywał z dawniejszymi itd. Mam już odpowiednie niezbędne podręczniki i odbieram niektóre gazety. Wszystko będzie następnie przełożone na język grodu 'Hannibala' [tzn. Wacława Studnickiego w Paryżu, czyli na język francuski]. Jest to mniej dogodne dla nich [tj. Japończyków], ale uniknie się kompromitacji z nieświadomości własnych słów. Nie palę się do tego, bo dodaje mi roboty, ale Ty chyba tych błędów nie zdołasz uniknąć".

Kłopoty z koordynacją działań stronnictw opozycyjnych i rewolucyjnych w Rosji nie zniechęcały Akashiego. Poznawał stopniowo uwarunkowania polityczne relacji zachodzących między tymi grupami, co pozwalało optymalizować własne plany i podejmowane decyzje. Sprawy ruchów narodowych, w tym przede wszystkim polskiego, a także gruzińskiego i fińskiego, pełniły funkcje pomocnicze wobec głównego zagadnienia, jakim pozostawała kwestia połączenia wysiłków i ustanowienia jednolitego frontu wszystkich ważniejszych rosyjskich sił opozycyjnych oraz rewolucyjnych. Akashi uznał, że klucz do rozstrzygnięcia różnych kwestii, które dzieliły potencjalnych sojuszników, znajdował się w ręku kierownictwa rosyjskiej emigracji w Szwajcarii. "Pojechałem do Szwajcarii w lipcu [1904] - notował później w Rakka ryusui - niemal w tym samym czasie co [Konni] Zilliacus. (...] Większość domów przywódców opozycji znajdowało się w Chemin de Roseraie, leżącej na uboczu miejscowości niedaleko Genewy, gdzie zajmowali się pracą literacką w scenerii ośnieżonych gór i wielkiego jeziora. Najważniejszą przeszkodą realizacji planu zjednoczenia partii opozycyjnych były tarcia i zazdrości pomiędzy nimi. Nawet mieli ten sam cel stworzenia jednolitego frontu. Nie mogli jednak przestać podejrzewać siebie wzajemnie. Eserowcy [Partia Socjalistów-Rewolucjonistów] konkurowali z partią socjaldemokratyczną [Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza Rosji]; wrogość pomiędzy polskimi narodowcami [Liga Narodowa] i socjalistami [Polska Partia Socjalistyczna] była z zasady nie do uniknięcia; nie można było przezwyciężyć wpływu historii na stosunki między narodami, jak w przypadku Rosjan i Polaków. Mediatorem pomiędzy tymi partiami był Zilliacus". Jednakże skomplikowane kwestie polskie wolał sam załatwiać, łudząc się jeszcze co do postawy Ligi Narodowej. Pod koniec lipca udał się do Rapperswilu, aby porozumieć się z Balickim i poznać jego opinię. "Też wątpię - miał odpowiedzieć Balicki - czy uda się wspólna konferencja, ale postaram się wziąć w niej udział, jeżeli członkowie partii pozwolą".

Dla Piłsudskiego i Filipowicza przyszedł wreszcie dzień odjazdu z Tokio. Kawakami odprowadził polskich gości na dworzec kolejowy. Przy wsiadaniu na statek w Jokohamie towarzyszył im Inagaki. Drogę powrotną przez Pacyfik planowali odbyć na parowcu Athenians, który wypływał 30 lipca z Jokohamy. Odpłynęli do Vancouveru na małym statku handlowym Tartar, który płynął wprost do Kanady, omijając szlak północny przez Honolulu. Statek zabrał tylko około 10 pasażerów. Przybyli do Victorii 13 sierpnia, gdzie statek miał krótki postój. Piłsudski i Filipowicz zeszli na ląd, znużeni monotonią rejsu, aby zwiedzić miasto. Piłsudski chciał zjeść lody, które sprzedawano w aptekach. Wrócili za późno, statek odpłynął bez nich w dalszy rejs. W kabinie zostały wszystkie rzeczy prywatne i pieniądze. Następnego dnia wsiedli na inny statek, którym po kilku godzinach dopłynęli do Vancouveru. Odzyskali wszystkie rzeczy i pieniądze. Z Vancouveru koleją przez całą Kanadę przedostali się do Toronto, a potem do Montrealu, gdzie przesiedli się na pociąg do Nowego Jorku. W powrotnej drodze z Nowego Jorku płynęli prawdopodobnie na Campanii albo na bliźniaczej Lucanii. Statki odbywały rejsy między Nowym Jorkiem a Liverpoolem.

Piłsudski opuszczał Japonię w poczuciu pewnego zawodu politycznego, bo Japończycy nie byli w stanie zrobić nic więcej ponad omawiany do tej pory przez Utsunomiya i Akashiego zakres współpracy z Polakami, ale miał załatwione pieniądze i pomoc techniczną dla akcji PPS na terenie Rosji. "Celem ogólnym rozmów w Tokio - notował później Filipowicz - było zainteresowanie rządu Japonii sprawą dążenia do restytucji państwa polskiego i na tym tle uzyskanie odeń pomocy dla zadań, jakie PPS stawiała sobie na okres bieżący wojny rosyjsko-japońskiej. [...] Następnie, później, wojskowość japońska ułatwiła nabycie i transportowanie broni, jak stała się podstawą uzbrojenia Organizacji Bojowej".

Kasa partii świeciła pustkami. Nie było innych widoków na zmianę tej sytuacji. Przyznane przez Japończyków środki materialne umożliwiały działanie; w dużym stopniu dawały praktyczne możliwości realizacji planów akcji zbrojnej. Taki był rzeczywisty wskaźnik zasadniczych tendencji występujących w polityce japońskiej, które jednak nie mogły się oficjalnie ujawnić. Sprawa Polski leżała daleko poza sferą bezpośredniego zaangażowania polityki Japonii. Otwarte wypowiedzenie się rządu tokijskiego w kwestii polskiej nie niosło by za sobą realnych skutków, nie byłoby nawet możliwe ze względu na bliskie stosunki z Niemcami i dążenie do ściślejszego porozumienia obu państw. Istotny sens ostatecznie podjętej decyzji przez władze w Tokio sprowadzał się do wybrania wariantu wsparcia rewolucyjnej walki wewnątrz Rosji, wypośrodkowującego dążenia japońskie i polskie. Ważnym elementem współpracy polsko-japońskiej miała pozostać służba informacyjna PPS, co zapewniało stałą i bezpośrednią łączność z kierownictwem organizacji, utrzymywaną za pośrednictwem oficerów prowadzących kontakt z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego w Tokio (Utsunomiya i Akashi).

Piłsudski umiejętnie podchodził do tych spraw. Na tyle elastycznie, żeby uwzględniono różne wspomniane cele. Aby w efekcie wykorzystać oferowaną pomoc, która wszak otwierała nowe możliwości działania partii. Jego stosunek do współpracy japońskiej był bardzo pragmatyczny, nastawiony na osiągnięcie tego, co wykonalne, a nie tego, co mieściło się w sferze ideału.





Ryszard Świętek "Lodowa ściana" - część 2