Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Jack London

Dwa tysiące "mocnych"

 

 

 

"Mocny" to tramp. W swoim czasie miałem szczęście podróżować przez kilka tygodni z hordą, która liczyła dwa tysiące głów i znana była pod nazwą "armia Kelly’ego". W drodze z Kalifornii przez Dziki Zachód generał Kelly i jego bohaterowie szturmem brali pociągi, co się na nic nie zdało, bo po przekroczeniu Missouri napotkali zniewieściały Wschód. Wschód nie miał najmniejszej ochoty na bezpłatny transport dwu tysięcy łazików. Przez pewien czas armia Kelly’ego czekała bezradnie w Council Bluffs, by, przywiedziona zwłoką do rozpaczy, ruszyć na zdobycie pociągu akurat w dniu, kiedy do niej przystałem.

Widok był imponujący. Generał Kelly dosiadł wspaniałego karego rumaka i przyjmował defiladę - swoich dwu tysięcy "mocnych", którzy pod rozwiniętymi chorągwiami, w takt bojowych tonów kapeli doboszów i trębaczy, kompania po kompanii maszerowali dwiema dywizjami w stronę torów kolejowych opodal maleńkiej mieściny Weston, odległej o siedem mil. Jako najświeższy rekrut, znajdowałem się w ostatniej kompanii ostatniego pułku drugiej dywizji - i to w ostatniej czwórce straży tylnej. Armia legła biwakiem obok linii kolejowej lub raczej linii kolejowych, gdyż było ich dwie - do Chicago, Milwaukee i Saint Paul oraz do Rock Island.

Zamierzaliśmy opanować pierwszy pociąg, lecz władze kolejowe pokrzyżowały nasze plany i zdecydowanie wygrały. Pierwszego pociągu nie było. Dwa towarzystwa kolejowe doszły do porozumienia i ruch zawiesiły. Obozowaliśmy więc przy zamarłych torach, a tymczasem dobrzy ludzie z Omaha i Council Bluffs zaczynali działać. Trwały przygotowania, aby utworzyć bandę, zawładnąć pociągiem w Council Bluffs i złożyć go nam w darze przyprowadziwszy szczęśliwie do Weston. Ale i tę grę zwietrzyły władze kolejowe. Nie czekały na organizujące się bandy. Wczesnym rankiem drugiego dnia lokomotywa z jednym wagonem osobowym podjechała do stacji i stanęła na bocznicy. Był to znak, że powraca zamarłe życie, więc cała armia rozmieściła się wzdłuż torów.

Nigdy jednak życie nie wracało na opustoszałe szyny w sposób równie przewrotny jak tamtym razem. Od zachodu przeszył powietrze gwizd parowozu. Zbliżał się, zmierzał ku wschodowi. My też zmierzaliśmy ku wschodowi. Poruszenie przebiegło długie szeregi. Gwizd rozbrzmiewał raz po raz, gwałtownie, zawzięcie; rozwijając maksymalną szybkość pociąg przemknął z łoskotem. Nie ma na świecie trampa, który potrafiłby złapać taki pociąg. Zagwizdała następna lokomotywa i drugi pociąg przeleciał rozwijając maksymalną szybkość - po drugim, trzeci, czwarty i tak pociąg po pociągu do ostatniego, którego skład stanowiły wagony osobowe, kryte i otwarte towarowe, nieczynne lokomotywy, wagony brekowe, ambulansy pocztowe, platformy remontowe, cały wybrakowany park gromadzony zazwyczaj na wielkich stacjach kolejowych. Wreszcie bocznice Council Bluffs zostały kompletnie oczyszczone, lokomotywa z jednym wagonem osobowym ruszyła ku wschodowi, tory zamarły powtórnie i na dobre.

Upłynął dzień jeden i drugi. Nic się nie działo. Wzdłuż torów biwakowały dwa tysiące trampów nękanych deszczem ze śniegiem, mżawką, gradem. Jednakże nocą dobrzy ludzie z Council Bluffs zyskali jeden punkt przewagi nad władzami kolejowymi. Uformowana tam banda przeprawiła się za rzekę do Omaha i połączywszy się z drugą bandą zrobiła wypad na stację towarzystwa kolejowego Union Pacific. Wspólnymi siłami zacni ludzie najprzód zdobyli parowóz, później zestawili jakoś pociąg, zatłoczyli go niemiłosiernie i przyjechali do nas linią z Rock Island. Władze kolejowe starały się udaremnić również tę akcję, lecz poniosły klęskę ku śmiertelnej trwodze zawiadowcy odcinka drogowego i jakiegoś funkcjonariusza stacyjnego z Weston. Ci dwaj posłuszni sekretnemu rozkazowi nadesłanemu telegraficznie, próbowali rozkręcić szyny i wykoleić tłum naszych sympatyków. Przyłapani na gorącym uczynku, otoczeni przez dwa tysiące rozjuszonych trampów, zawiadowca odcinka drogowego oraz jego zausznik gotowali się na śmierć. Nie przypominam sobie, co ich ocaliło - zapewne nadejście pociągu.

Obecnie przyszła kolej na naszą porażkę i rzeczywiście tak się stało. Połączone bandy z Council Bluffs i Omaha przeholowały w pośpiechu i zapomniały, że pociąg musi być wystarczająco długi. Nie było w nim miejsca dla dwu tysięcy łazików. Wobec tego połączone bandy i nasza armia wznosiły entuzjastyczne okrzyki, bratały się i przed rozstaniem śpiewały pieśni. Bandy odjechały do Omaha zdobytym pociągiem, my rozpoczęliśmy następnego rana stuczterdziestomilowy marsz do Des Moines. Po przekroczeniu Missouri

Kelly’ego została spieszona i od tej pory nigdy nie wznowiła podróży koleją. Zabieg ten kosztował moc pieniędzy władze kolejowe, które jednak wychodziły z założeń zasadniczych i postawiły na swoim.

Underwood, Leola, Menden, Avoca, Walnut, Marno, Atlantic, Wyoto, Anita, Adair, Adam, Casey, Stuart, Dexter, Carlham, De Soto, Van Meter, Booneville, Commerce, Valley Junction - jak odradzają się w pamięci nazwy miejscowości, kiedy śledzę na mapie szlak naszej wędrówki przez żyzne ziemie Iowy! A ten gościnny lud farmerów! Wyciągali wozy, aby podwozić nam bagaż. Przy drogach podejmowali nas gorącymi obiadami. Burmistrze małych, zasobnych miasteczek wygłaszali mowy powitalne i co tchu wyprawiali kolumnę w dalszą drogę. Na spotkanie wychodziły nam delegacje małych dziewczynek i panien, a dobrzy obywatele setkami wylęgali z domów, aby ująwszy się za ręce tworzyć kordon i przeprowadzać nas główną ulicą swojego miasta. Nasza wizyta sprawiała takie wrażenie, jak przyjazd cyrku, a zdarzało się to co dzień, gdyż po drodze napotykaliśmy wiele miasteczek.

Wieczorami ludność zalewała biwaki. Każda kompania miała własne ognisko i przy każdym ognisku coś się działo. Kucharze z mojej kompanii - kompanii "L" - byli mistrzami śpiewu i tańca, więc stanowili gwóźdź programu. W innej części obozowiska popisywał się chór, a jednym z jego solistów był wypożyczany z naszej kompanii "Dentysta", co napawało nas nie lada dumą. Wyrywał on zęby całej armii, a że zabiegi odbywały się przeważnie w czasie posiłków, znaczna rozmaitość wydarzeń wpływała zbawiennie na nasze trawienie. Dentysta nie dysponował środkami znieczulającymi, łatwo jednak znajdował dwu lub trzech ochotników, którzy z prawdziwą przyjemnością trzymali pacjenta. Niezależnie od imprez organizowanych przez poszczególne kompanie, często odprawiano modły pod kierunkiem miejscowych kaznodziejów, nigdy zaś nie brakowało chętnych do wygłaszania przemówień politycznych. Wszystko to działo się naraz, niby w dobrze zorganizowanym wesołym miasteczku podczas wielkiego jarmarku. Pośród dwu tysięcy trampów znajdzie się wiele talentów. Przypominam sobie, że mieliśmy wyborową dziewiątkę baseballa, która każdej niedzieli - niekiedy nawet dwa razy - organizowała spotkania z lokalnymi drużynami.

W ubiegłym roku, kiedy podróżując z odczytami wjeżdżałem do Des Moines pulmanem - naturalnie prawdziwym, nie "pulmanem z bocznymi drzwiami" - na krańcach miasta zobaczyłem stare cieplarnie i serce zabiło mi żywiej. Tutaj, w tych cieplarniach, przed dwunastoma laty, armia stanęła obozem i przysięgła uroczyście, że ma zbolałe nogi i dalej nie zrobi kroku. Opanowaliśmy cieplarnie i oznajmili mieszkańcom Des Moines, że zamierzamy zostać - przyszliśmy, ale za nic nie odejdziemy. Des Moines to miasteczko gościnne, niezdolne jednak wytrzymać zbyt dużo. Zechciej, miły czytelniku, zrobić prosty rachunek arytmetyczny. Dwu tysiącom trampów potrzeba trzech posiłków dziennie, co czyni sześć tysięcy posiłków na dzień, czterdzieści dwa tysiące na tydzień lub sto sześćdziesiąt osiem tysięcy podczas miesiąca najkrótszego w kalendarzu. To kosztuje, a że nie mieliśmy pieniędzy, kłopot spadał na Des Moines.

Ludność miasta była w rozpaczy. Tkwiliśmy na biwaku, wygłaszali przemówienia polityczne, organizowali koncerty religijne, grali w baseballa lub krykieta i każdego dnia zjadali sześć tysięcy posiłków, a Des Moines płaciło. Obywatele pertraktowali z towarzystwami kolejowymi, lecz te były uparte. Orzekły, że nie pojedziemy, i sprawa załatwiona. Pozwolenie nam na jazdę stworzyłoby precedens, a o takim precedensie towarzystwa kolejowe nie chciały słyszeć. Więc jedliśmy nadal i to było najtragiczniejsze w tej całej sytuacji. Wybieraliśmy się do Waszyngtonu, więc Des Moines musiałoby rozpisać pożyczkę municypalną, by pokryć koszt naszego przejazdu nawet po taryfie ulgowej. Z drugiej strony musiałoby rozpisać pożyczkę municypalną celem zaprowiantowania dwutysięcznej armii.

Nagle jakiś miejscowy geniusz rozwikłał problem. Nie chcemy maszerować - zgoda! Wobec tego pojedziemy. Od Des Moines do Keokuk nad Missisipi płynie rzeka Des Moines, której wspomniany odcinek mierzy z grubsza trzysta mil. Miejscowy geniusz osądził, iż możemy odbyć podróż drogą wodną, jak zostaniemy zaopatrzeni w stosowną flotyllę. Udamy się z biegiem Missisipi do Ohio, następnie zaś pod prąd Ohio i ostatecznie do Waszyngtonu odbędziemy niedługi spacer przez góry.

Des Moines ogłosiło subskrypcję i społecznie usposobieni obywatele zaofiarowali kilkanaście tysięcy dolarów. Sprowadzono pokaźne ilości drewna, lin, gwoździ, bawełny do kalfatażu i na brzegach rzeki Des Moines rozkwitła wielka era szkutnictwa. Niestety, Des Moines to nędzna struga, niesłusznie zaszczycana mianem rzeki. Na rozległych obszarach naszego Zachodu zasłużyłaby najwyżej na nazwę strugi. Najstarsi mieszkańcy miasteczka kiwali głowami, mówiąc, że nie uda się przedsięwzięcie. W rzece nie starczy wody, by nas spławić. Miasto nie dbało o to. Zależało mu jedynie, aby nas wyprawić w drogę, a my, doskonale odżywieni optymiści, nie przejmowaliśmy się również.

W środę, dziewiątego maja 1894 roku, wyruszyliśmy w drogę rozpoczynając gigantyczny piknik. Des Moines wykręciło się stosunkowo łatwo i niewątpliwie winne jest spiżowy pomnik lokalnemu geniuszowi, który uwolnił je od plagi. Oczywiście miasto musiało zapłacić za łodzie; ponadto zjedliśmy sześćdziesiąt sześć tysięcy posiłków i dodatkowe dwanaście tysięcy zabraliśmy jako prowiant na przypadek głodu wśród dzikich bezdroży. Któż jednak wyobrazi sobie przebieg wydarzeń, gdybyśmy w Des Moines spędzili jedenaście miesięcy, nie jedenaście dni? Na pożegnanie zapowiedzieliśmy ludności miasta, że wrócimy, jeżeli rzeka nas zawiedzie.

Dobrze było mieć w magazynie dwanaście tysięcy posiłków, a bez wątpienia najlepiej dla opiekunów tego magazynu, który zawieruszył się niebawem i przynajmniej moja krypa nie oglądała go ani razu. Podczas wędrówki rzecznej system podziału na kompanie uległ beznadziejnemu poplątaniu. W każdym zgromadzeniu ludzkim, w każdym obozie muszą znaleźć się w pewnych proporcjach dekownicy, niedojdy, przeciętniacy, spryciarze. W mojej łodzi znalazła się śmietanka kompanii "L" - dziesięciu chłopców spryciarz w spryciarza. Trafiłem do nich z dwu racji. Przede wszystkim byłem spryciarzem nie gorszym niż inni. Po drugie, mój przydomek brzmiał "Jack-żeglarz", musiałem zatem znać się na łodziach i podróżowaniu drogą wodną. Nasza dziesiątka zapomniała rychło o pozostałych czterdziestu z kompanii "L", a gdy minął ją jeden posiłek, zapomniała też o magazynie prowiantowym oraz intendentach. Zyskaliśmy niezależność. Na własną rękę płynęliśmy z biegiem rzeki, wyprzedzali inne łodzie, organizowali żarcie i, przyznaję ze wstydem, nieraz zagarnialiśmy żywność, którą farmerzy przygotowali dla całej armii. Na znacznej części trzystumilowego odcinka byliśmy zwykle o pół dnia lub nawet dzień drogi przed siłami głównymi. Udało nam się zdobyć kilka amerykańskich flag, kiedy więc dostrzegaliśmy jakąś miejscowość albo zgromadzoną nad brzegiem grupę farmerów, rozwijaliśmy owe flagi i tytułując się strażą przednią żądaliśmy wyjaśnień na temat prowiantu przysposobionego dla armii. Naturalnie reprezentowaliśmy tę armię i nam przekazywano zapasy żywności. Ale nie było w nas małostkowej chciwości. Nigdy nie zabieraliśmy więcej, niż dało się unieść, unosząc oczywiście to, co najlepsze. Nie odrzuciliśmy na przykład tytoniu wartości kilku dolarów, ofiarowanego przez jakiegoś wspaniałomyślnego farmera. Nie odrzucaliśmy masła i cukru, kawy i puszek z konserwami. Ale tam, gdzie zapasy składały się z worków grochu i mąki lub dwu czy trzech świeżo zarżniętych wołów, rezygnowaliśmy z nich bez wahania rzucając rozkaz, by prowiant wydać intendentom, których łódź podąża naszym śladem.

Do licha! Zaradna dziesiątka zbierała śmietankę z nadrzecznych okolic! Przez długi czas generał Kelly daremnie usiłował nas poskromić. W lekkim, krągłodennym czółnie wyprawiał dwu wioślarzy, którzy mieli doścignąć nas i położyć kres pirackim praktykom. Pościg udał się - rzecz zrozumiała - ale ich było dwu, nas dziesięciu. Oznajmili, że są upoważnieni przez samego generała, by nas aresztować, kiedy zaś daliśmy wyraz swemu niezadowoleniu, pośpieszyli do najbliższej mieściny i zażądali pomocy od czynników oficjalnych. Wobec tego natychmiast wysiedliśmy na brzeg, przyrządzili wczesną kolację i pod osłoną nocy minęli najbliższą mieścinę wraz z jej czynnikami oficjalnymi.

Część tej podróży uwieczniłem w dzienniku. Odczytuję go teraz i wciąż napotykam zwrot powtarzający się uparcie: "Jedzenie dobre". Jedliśmy dobrze - to prawda. Gardziliśmy nawet kawą na wodzie. Naszą kawę przyrządzaliśmy na mleku nazywając ten boski napój - o ile sobie przypominam - "jasna wiedeńska".

Zaradna dziesiątka znajdowała się na czele i zbierała śmietankę, intendenci pozostawali daleko w tyle, a zagubione pośrodku siły główne przymierały głodem. Postępowaliśmy niesumiennie wobec armii - przyznaję - lecz naszą grupę tworzyło dziesięciu indywidualistów. Nie brakowało nam inicjatywy, przedsiębiorczości oraz głębokiej wiary, że prowiant winien przypadać temu, kto pierwszy przybędzie; "jasna wiedeńska" słusznie należy się silnym. Lecz armia musiała się obejść bez żarcia przez czterdzieści osiem godzin. Wreszcie zrobiła postój w maleńkim miasteczku o mniej więcej trzystu mieszkańcach. Nazwy tego miasteczka nie pamiętam, lecz zdaje mi się, że brzmiała Red Rock. Podobnie jak we wszystkich miejscowościach na drodze armii ludność Red Rock utworzyła komitet bezpieczeństwa. Licząc po pięć osób na rodzinę było tam około sześćdziesięciu rodzin. Cóż dziwnego, że komitet bezpieczeństwa zdrętwiał ze strachu, gdy miasto nawiedziły dwa tysiące zgłodniałych trampów, a łodzie ich stanęły u brzegu rzeki w dwu albo trzech szeregach. Generał Kelly był uczciwy i prawy. Nie zamierzał dręczyć nieszczęsnej mieściny. Rozumiał, że sześćdziesiąt rodzin nie może dostarczyć darmo dwu tysięcy posiłków. Zresztą armia miała swój skarbiec.

Ale komitet bezpieczeństwa zupełnie stracił głowę. "Nie współdziałać z najeźdźcą" - to była ich dewiza, kiedy więc generał Kelly chciał kupić żywność, komitet odmówił z miejsca. Nie było nic na sprzedaż. Pieniądze generała Kelly były nieważne w tamtym mieście. Wówczas generał Kelly zaczął działać. Zabrzmiały surmy. Armia opuściła łodzie i wzdłuż wybrzeża rzeczki uformowała szyk bojowy. Generał Kelly nie szafował słowami.

- Chłopcy! - rozpoczął - kiedy jedliście ostatni raz?

- Przedwczoraj - odkrzyknęli chłopcy.

- Głodni jesteście?

Powietrze zadrżało od potężnego "tak"! z dwu tysięcy gardzieli. Wtedy generał Kelly zwrócił się do komitetu bezpieczeństwa:

- Zechcą panowie ocenić sytuację. Moi ludzie nie jedli od czterdziestu ośmiu godzin. Jeżeli wypuszczę ich na miasto, nie odpowiadam za rozwój wydarzeń. Są gotowi na wszystko. Chciałem zakupić dla nich prowiant, panowie odmówili sprzedaży. Teraz cofam ofertę. Nie proszę już. Wymagam. Na decyzję zostawiam pięć minut. Albo zarżną panowie sześć wołów i wydadzą cztery tysiące posiłków, albo wypuszczę swoich ludzi. Pięć minut, proszę panów.

Przerażony komitet bezpieczeństwa spojrzał na dwa tysiące zgłodniałych łazików i skapitulował. Nie czekał pięciu minut. Uznał, że nie ma wyboru. Rzeź wołów i rekwizycja żywności rozpoczęły się niezwłocznie. Armia zjadła suty obiad.

Tymczasem dziesiątka bezlitosnych indywidualistów sunęła przodem i wybierała wszystko, co w ręce wpadło. Ale generał Kelly poradził sobie nawet z nami. Obydwoma brzegami rzeki wyprawił jeźdźców, którzy ostrzegali farmerów oraz ludność miejską. Zadanie to spełnili bez zarzutu. Gościnni uprzednio farmerzy gotowali nam lodowate przyjęcie albo gdy próbowaliśmy lądować, wzywali policjantów i spuszczali psy. Wiem o tym z osobistego doświadczenia. Dwa psy opadły mnie w miejscu odgrodzonym od rzeki płotem z drutu kolczastego. Dźwigałem dwa wiadra mleka na "jasną wiedeńską". Nie uszkodziłem płotu, ale piliśmy tamtego dnia ordynarną kawę gotowaną na zwyczajnej wodzie, no i musiałem "wpaść" do pewnej miejscowości w poszukiwaniu pary znośnych spodni. Ciekaw - jestem, łaskawy czytelniku, czy próbowałeś kiedy przesadzić szybko płot z drutu kolczastego mając w prawej i lewej ręce po wiadrze mleka? Od tamtej pory żywię szczególne uprzedzenie wobec drutu kolczastego i zbieram dane statystyczne w tej materii.

Póki wyprzedzali nas dwaj jeźdźcy generała Kelly’ego, nie było mowy o dostatnim wyżywieniu, wobec czego powróciliśmy do armii, aby wszcząć rewolucję. Była to afera nieznacznej miary, rozbiła jednak kompanią "L" drugiej dywizji. Kapitan tej kompanii nie chciał przyjąć - jak się wyraził - dezerterów, zdrajców, maruderów i gdy pobierał z intendentury prowiant dla podkomendnych, nam nic nie dawał. Nie docenił nas - w przeciwnym razie nie skąpiłby żarcia takiej dziesiątce. Rychło poczęliśmy spiskować z porucznikiem, który przystał do nas wraz z załogą swojej łodzi, za co został obwołany kapitanem nowej kompanii "M". Dowódca kompanii "L" podniósł raban. Wzięli się do nas generał Kelly, pułkownik Speed, pułkownik Baker. Ale nasza dziesiątka trzymała się mocno i rewolucję zalegalizowano.

Nadal nie zawracaliśmy sobie głowy intendenturą. Nasi spryciarze wyciskali z farmerów lepszy prowiant. Ale świeżo kreowany kapitan żywił pewne podejrzenia wobec doborowej dziesiątki. Nie wiedział, kiedy zobaczy nas znowu, jeżeli z rana wysuniemy się na czoło, postanowił więc ugruntować swoją władzę i w tym celu wezwał kowala. Rufa naszej łodzi została opatrzona dwoma mocnymi kółkami z żelaza. Odpowiednio dopasowane potężne haki znalazły się na dziobie drugiej łodzi. Krypy ustawiono jedna za drugą, haki trafiły w kółka i to definitywnie załatwiło sprawę. Temu kapitanowi nie mogliśmy się zgubić. Ale byliśmy niepokonani. Nawet z kajdanów potrafiliśmy ukuć cudowne urządzenie, które pozwoliło nam wysforować się przed siły główne.

Jak wszystkie wielkie wynalazki, ten również powstał przypadkowo. Odkrycie nastąpiło, gdy pierwszy raz nadzialiśmy się na karpę w wartkim nurcie. Czołowa łódź utknęła, druga szarpana prądem obracała ją na przeszkodzie. Daremnie usiłowaliśmy się jakoś wyzwolić. Wtedy zakomenderowałem, aby załoga czołowej łodzi przeszła do drugiej. W mgnieniu oka czołowa łódź spłynęła gładko i ludzie powrócili na swoje miejsca. Od tej pory przestały nas trwożyć karpy, głazy, mielizny i inne zatory na rzece. W momencie kiedy łódź czołowa grzęzła, załoga jej przeskakiwała do drugiej. Oczywiście czołowa zyskiwała swobodę ruchów, osiadała natomiast druga. Wówczas dziesiątka zuchów przenosiła się automatycznie z drugiej łodzi do czołowej i druga łódź nabierała sprawności.

Krypy używane przez armię nie różniły się między sobą. Wszystkie były szerokie i krótkie, miały płaskie dno i zarys czworokątny. Ich szerokość wynosiła sześć stóp, długość dziesięć, głębokość półtorej stopy. Kiedy zatem siedziałem u steru drugiej z połączonych hakami łodzi, miałem przed sobą statek dwadzieścia stóp długi, wypełniony dwudziestką tęgich trampów, którzy zmieniali się przy wiosłach i żerdkach pychowych, a ponadto zawierający koce, sprzęt kuchenny, nasze prywatne zapasy żywności.

Generał Kelly nadal miał z nami kłopoty. Odwołał swoich jeźdźców, by zastąpić ich trzema łodziami policyjnymi, które tworzyły straż przednią i nie pozwalały wyprzedzać się komukolwiek. Statek transportujący kompanię "M" miał na pieńku z tymi łodziami. Naturalnie łatwo mogliśmy wysforować się do przodu, lecz nie chcieliśmy naruszać dyscypliny. Wobec tego zachowywaliśmy przyzwoitą odległość od ruf łodzi policyjnych i oczekiwali sposobności. Oczekiwaliśmy cierpliwie, chociaż wiedzieliśmy, że przed nami leży dziewicza kraina farmerów - nie obżebrana, więc hojna. Trzeba nam było tylko białej wody, kiedy zatem minęliśmy kolano rzeczki i zobaczyli odcinek o wartkim prądzie, zdaliśmy sobie sprawę, co nastąpić musi. Bęc! Pierwsza łódź policyjna trafia na kamień. Buch! Coś całkiem podobnego przytrafia się drugiej. Łup! Trzecia dzieli los poprzedniczek. Oczywiście i nas spotkało to samo, ale... raz, dwa! Załoga czołowej łodzi znajduje się w drugiej. Raz, dwa! Wszyscy są już w czołowej łodzi, druga się opróżnia. Raz, dwa! Obie załogi powracają na dawne miejsca i całość sunie z nurtem.

- Stać! Stać, łobuzy! - wrzeszczą tamci z policyjnych łodzi.

- Nie da rady! Niestety ta cholerna woda! - biadamy mknąc wartkim prądem ku gościnnej krainie farmerów, aby śmietanką jej bogactw uzupełniać prywatne zapasy żywności.

Znowu pijemy "jasną wiedeńską" i wierzymy głęboko, że prowiant słusznie należy się temu, kto pierwszy przybędzie.

Biedny generał Kelly! Musiał wykombinować inny sposób. Cała flotylla wystartowała przed nami. Kompania "M" drugiej dywizji zajęła w szyku miejsce właściwe, czyli ostatnie. Ale skuteczna rada na ten nowy sposób kosztowała ledwie jeden dzień. Przed sobą mieliśmy dwadzieścia pięć mil trudnej wody - same głazy, wiry, mielizny, karpy. Właśnie na myśl o tym odcinku najstarsi mieszkańcy Des Moines z powątpiewaniem kiwali głowami. Blisko dwieście łodzi rozpoczęło żeglugę przez trudną wodę i niebawem szyk poplątał się zadziwiająco. Tylko my sunęliśmy niby po maśle między uwięzionymi krypami. Jedynie drogą lądową można było ominąć głazy, płycizny, karpy. My jednak nie potrzebowaliśmy omijać niczego. Szliśmy prosto na przeszkody. Raz, dwa! Raz, dwa! Załoga czołowej łodzi do drugiej, później odwrotnie i znów na dawne miejsca. Wieczorem rozbiliśmy obóz i leniuchowali przez cały dzień następny czekając, aby armia połatała uszkodzone łodzie i zrównała się z nami.

Nasza złośliwość nie znała granic. Postawiliśmy maszt, podnieśli żagle-koce i odbywali podróż w skróconym czasie, gdy wszyscy inni mozolili się w godzinach nadliczbowych, aby nie stracić nas z oczu.

Generał Kelly odwołał się do dyplomacji. Na zwykłą modłę nie zdołałaby nas doścignąć żadna jednostka pływająca. Nie ulegało wątpliwości, że stanowimy szajkę najtęższych zuchów na wodach Des Moines. Zlikwidowano łodzie policyjne, nasz pokład zaszczycił swoją obecnością pułkownik Speed i w asyście tego wybitnego oficera pierwsi osiągnęliśmy Keokuk nad Missisipi. Obecnie chciałbym powiedzieć generałowi Kelly’emu oraz pułkownikowi Speedowi: oto moja prawica! Obydwaj byliście bohaterami, godnymi miana prawdziwego mężczyzny. Gorzko żałuję co najmniej dziesięciu procent przykrości, jakie sprawiła wam czołowa łódź kompanii "M".

W Keokuk z całej flotylli związano jedną kolosalną tratwę i po dniu żeglugi z wiatrem wziął nas na hol parowiec płynący z biegiem Missisipi do Quincy w stanie Illinois. Tam stanęliśmy obozem na Gęsiej Wyspie, położonej opodal przeciwległego brzegu rzeki. Zaniechano metody jednej tratwy. Łodzie łączone w grupy po cztery nakrywano spiesznie pokładami. Ktoś powiedział mi, że Quincy to miasto najbogatsze wśród miast swojej miary, jak Stany Zjednoczone długie i szerokie. Skoro to usłyszałem, odczułem nieposkromioną pokusę, by "tam wdepnąć". Rzecz zrozumiała. Nikt z odrobiną oleju w głowie nie mógł pominąć równie obiecującej miejscowości. Przeprawiłem się przez rzekę małym czółnem, wróciłem zaś w okazałej barce, załadowanej po burtę rezultatami "wdepnięcia". Oczywiście zatrzymałem na własne potrzeby całą zebraną gotówkę - sporą mimo uregulowania należności za wynajem barki. Pamiętałem też o dolnej bieliźnie, skarpetkach, wierzchniej garderobie, koszulach, obuwiu, nakryciu głowy. Później kompania "M" wzięła, co jej było trzeba, i stos godny jeszcze uwagi oddaliśmy kompanii "L". Niestety, w owe dni byłem młody i rozrzutny. Poczciwym ludziom z Quincy opowiedziałem tysiąc historyjek, z których każda była dobra. Później, kiedy zabrałem się do pisania dla rozmaitych magazynów, nieraz biadałem nad obfitością treści i skarbami wyobraźni, którymi obdarzyłem wtedy szczodrze Quincy w stanie Illinois.

Niepokonana dziesiątka rozpadła się w mieście Hannibal w stanie Missouri - rozpadła się bez planu, całkiem spontanicznie. "Kotlarz" i ja zdezerterowaliśmy ukradkiem. Tego samego dnia Scotty i Davy odbyli spieszną przeprawę na brzeg rzeki po stronie stanu Illinois. Ulotnili się także McAvoy i "Ryba". Z dziesiątki ubyło sześciu, a co stało się z pozostałymi czterema, nie mam pojęcia. Jako próbkę życia "na szlaku" przytoczę kilka fragmentów mojego dziennika, pochodzących z okresu bezpośrednio po dezercji.

"Sobota. 26 maja. O godzinie 2.11 w nocy złapaliśmy pośpieszny, który zwolnił na rozjeździe. Scotty i Davy zostali zdjęci zaraz. Nas czterech zdjęto o czterdzieści mil dalej, na stacji Bluffs. Po południu «Ryba» i McAvoy złapali towarowy, kiedy «Kotlarz» i ja poszliśmy skombinować coś na ząb".

"Niedziela. 27 maja. O godz. 3.21 w nocy złapaliśmy pośpieszny. Na ślepej platformie bagażowego byli Scotty i Davy. Wszyscy zostaliśmy zdjęci w Jacksonville, już za dnia. Przebiega tędy linia C. i A. , chyba więc przesiądziemy się na nią. «Kotlarz» poszedł dokądś i nie wrócił. Pewno złapał towarowy."

"Poniedziałek. 28 maja. «Kotlarza» nie ma. Scotty i Davy znaleźli gdzieś nocleg i nie przyszli w porę, by złapać osobowy K.C. o 3.30. Ja złapałem go i po wschodzie słońca wylądowałem w Masson City, mieście o dwudziestu pięciu tysiącach mieszkańców. Tam złapałem pociąg bydlęcy i jechałem przez cała noc."

"Wtorek. 29 maja. O 7 rano przybyłem do Chicago..."

Po wielu latach, będąc w Chinach, dowiedziałem się z niemałą przykrością, że metoda żeglugi zastosowana na trudnych wodach Des Moines (Raz, dwa! Raz, dwa! Czołowa łódź, druga. Druga, czołowa.) nie była oryginalnym wynalazkiem. Identyczny system stosują od tysięcy lat chińscy przewoźnicy rzeczni. Ale pomysł jest sprytny - sprytny, jeżeli nawet nie nasz własny. Odpowiada testowi prawdy doktora Jordana: "Czy to spełni zadanie? Czy powierzyłbyś temu własne życie?"

 

 

Przełożył Tadeusz Jan Dehnel







Nowele i opowiadania - subiektywny wybór