Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Dziennik - 30-03-2007

 

Maciej Damięcki przez 16 lat był agentem SB

 

 

Tomasz Butkiewicz

Podwójne życie Macieja Damięckiego

 

Maciej Damięcki, znany ostatnio z seriali "Plebania" i "M jak Miłość", latami donosił na kolegów z kina i teatru. Teczka, która zachowała się w IPN, jest jednym z najbardziej kompletnych materiałów dokumentujących pracę agenta, jakie udało się odnaleźć historykom - pisze Tomasz Butkiewicz w Dzienniku.

 

Maciej Damięcki do końca zaprzeczał swoim kontaktom z SB. Dopiero gdy zobaczył podpisane przez siebie zobowiązanie do współpracy z bezpieką, zmienił zdanie. "Przypominam sobie. Głupio mi było się do tego przyznać" - mówi DZIENNIKOWI aktor.

W latach 70. Maciej Damięcki był już znanym aktorem. Zagrał m.in. w bijącym rekordy popularności serialu "Stawka większa niż życie". Wcielił się wtedy w rolę dwóch bliźniaków Wacka i Eryka Słowikowskich.

Wacek to dobry Polak i patriota. Za to Eryk - który posługuje się nazwiskiem Getting - został wychowany w Niemczech i jest nazistowskim janczarem. Szef niemieckiego centrum dywersyjnego pułkownik Kraft wpada na szatański pomysł. Trzeba podmienić bliźniaków. Wtedy szpieg Eryk będzie mógł wkręcić się w środowisko polskiego ruchu oporu. Wszystko by się udało, gdyby nie Hans Kloss.

Tamten odcinek do dziś popularnego serialu nosił nazwę "Genialny plan pułkownika Krafta". Damięcki nie spodziewał się wówczas, że niedługo później jego życie stanie się podobne do roli, jaką zagrał w "Stawce większej niż życie".

Genialny plan podporucznika Filipowskiego

Noc z 30 na 31 marca 1973 roku była dla Macieja Damięckiego feralna. Artysta do późna bawił się wtedy w eleganckiej restauracji Budapeszt w centrum stolicy. Tam poznał nowych znajomych. Zabawa była tak szampańska, że postanowił odwieźć towarzystwo do domu. Patrol milicji zatrzymał jego trabanta na rogu ulic Chłodnej i Elektortalnej w Warszawie dokładnie o 1.40.

"Podczas kontroli stwierdziłem, że kierowca znajduje się w stanie wskazującym na spożycie alkoholu" - napisał w notatce ze zdarzenia plutonowy Andrzej Winnicki.

Opis tego nieprzyjemnego incydentu niedługo potem trafił na biurka oficerów Służby Bezpieczeństwa. Dla bezpieki była to gratka. Znaleźli haka na wziętego artystę, pochodzącego ze znanej aktorskiej rodziny. Spotkali się z nim już 6 kwietnia. "Daliśmy mu do zrozumienia, że oczekujemy od niego pomocy w formie udzielania przez niego informacji ze środowiska aktorskiego" - napisał ppor. Jerzy Filipowski, późniejszy oficer prowadzący Macieja Damięckiego.

Pierwsza próba nie była w pełni udana. Aktor się zdenerwował, jednak nie powiedział "nie". Damięcki stwierdził, że "nie może tak od razu zdecydować". Dlaczego? Tłumaczył, że w latach 40. UB prześladował jego ojca. Damięcki nie blefował. Sprawę prześladowań aktora Dobiesława Damięckiego opisała w swoich pamiętnikach jego żona i matka Macieja Irena Górska.

"UB wywierało presję, aby zadeklarował współpracę, żeby sypał kolegów. Obiecywano mu, że otrzyma dyrekcję każdego teatru w Polsce, który sobie wybierze. Był też bity" - wspominała Górska w książce "Wygrałam Życie".

Maciej Damięcki, mimo oporów, zdecydował się jednak na rozmowy z SB. Kolejne spotkanie wyznaczono mu na 17 kwietnia 1973 roku. Wtedy to aktor podpisał zobowiązanie do współpracy i przyjął pseudonim Bliźniak. Przyznał się do tego dopiero wtedy, gdy pokazaliśmy mu ksero tego dokumentu.

"Nie wiem, dlaczego "Bliźniak", to chyba oni taki pseudonim nadali" - mówi Maciej Damięcki. Na dobry początek wieloletniej współpracy SB zwróciła aktorowi zarekwirowane prawo jazdy. Był cennym nabytkiem, pracował bowiem w Teatrze Dramatycznym w latach 70. i na początku 80. była to jedna z najbardziej prestiżowych scen w Polsce.

"To było ważne miejsce dla komunistycznych władz. SB chciała kontrolować tam sytuację, być świadoma tego, co się tam dzieje" - ocenia dr Daniel Przastek, historyk i autor książki "Środowisko teatru w okresie stanu wojennego".

Źródło bez zahamowań

Esbecy triumfowali. Raportowali, że nowy agent jest inteligentny, ma dużą wiedzę o środowisku aktorskim oraz ma możliwości wejścia w interesujące ich grupy nieformalne. Uważali też, że Damięcki "nie posiada zahamowań psychicznych w udzielaniu wyczerpujących informacji".

Pierwszy donos Damięcki napisał na aktora Andrzeja Seweryna, którego SB podejrzewała o działalność opozycyjną. W tym przypadku "Bliźniak" nie był zbyt dobrym źródłem informacji: "Nigdyśmy się ze sobą nie kolegowali. W czasie pamiętnych wypadków marcowych [1968 r.] Andrzej bardzo manifestował swoje stanowisko. Obecnie jakby przycichł" - przekazał lakonicznie.

Po raz kolejny z SB Damięcki spotkał się w październiku 1973 roku. Informował, że w Teatrze Dramatycznym odbywają sie próby dramatu Jerzego Zawieyskiego "Bartleby". Zawieyski był dramaturgiem, działaczem politycznym z Klubu Inteligencji Katolickiej. Zasiadał w Radzie Państwa, ale po wydarzeniach marcowych w 1968 roku zrzekł się tej funkcji. Rok później w tajemniczych okolicznościach wypadł z okna szpitala w Warszawie. "Inspiratorem wystawienia sztuki Zawieyskiego w 1973 roku był reżyser Kazimierz Dejmek (...). Treść sztuki zawiera wiele podtekstów politycznych i sami aktorzy uważają, że niepotrzebnie się ją przygotowuje, bo może być szybko zdjęta" - informował "Bliźniak".

Potem Damięcki opowiadał SB już o samej premierze sztuki. W raporcie napisanym przez oficera SB po rozmowie z agentem, można przeczytać, że przed spektaklem dyrektor Dramatycznego Gustaw Holoubek zebrał cały zespół i przypomniał, że w 1968 r. władze nie zezwoliły na wystawienie "Bartleby" w Ateneum.

Po premierze w kuluarach teatru pojawił się Stanisław Trębaczkiewicz i zaprosił zespół na przyjęcie do siebie do domu. "Poszło tam około 20 osób. W trakcie przyjęcia obsługiwało dwóch młodych chłopców (homoseksualistów). Podczas spotkania odczytano pamiętnik Zawieyskiego, który pisał o próbie wystawienie tego przedstawienia w 1968 roku. Zawieyski w pamiętniku chwalił Dejmka i Holoubka. Podczas spotkania wznoszono toasty" - relacjonował informacje od "Bliźniaka" porucznik Filipowski.

SB podaje rękę

Bezpieka w kwestionariuszu tajnego współpracownika "Bliźniak" opisała m.in. jego zainteresowania osobiste. Wśród nich, obok tenisa i literatury pięknej, znalazło się zamiłowanie do sportu automobilowego. Właśnie to ostatnie hobby było dla aktora źródłem ciągłych kłopotów. W styczniu 1974 roku Maciej Damięcki znów wsiadł do swojego feralnego trabanta i znów nie był trzeźwy.

Na warszawskim placu Konstytucji artysta zderzył się z tramwajem. Okazało się, że ma 2,56 promila alkoholu we krwi. Nie poniósł jednak żadnych konsekwencji. Już 15 lutego 1974 roku aktor otrzymał prawo jazdy od oficerów SB. Osobiście pokwitował odbiór dokumentu - pokwitowanie znajduje się w teczce IPN.

W 1975 roku Teatr Dramatyczny wyjechał na tournée do USA. Relację z tego wyjazdu agent "Bliźniak" sporządził własnoręcznie. Poinformował, że w "New Yorku, kiedy publiczność wchodziła na salę, zjawił się jakiś młody człowiek i zaczął rozdawać egzemplarze gazetki "Wolna Polska". 3 listopada 1975 roku porucznik Jerzy Filipowski meldował, że aktor dostarczył mu owe broszurki z USA.

Sam Damięcki zaklina się dziś, że nic takiego nie miało miejsca. "Pamiętam, że próbowałem przewieźć wówczas "Playboya", ale na Okęciu zostałem przeszukany i mi go zarekwirowano" - zaklina się.

W trakcie pobicia przez milicję robotników w Radomiu i Ursusie w 1976 roku i po nim agent miał wybadać nastroje osób, które w 1968 roku podpisały protest przeciwko zdjęciu "Dziadów". Jednak Damięcki informacji nie dostarcza. Dopiero we wrześniu 1976 roku podzielił się informacjami, które zainteresowały bezpiekę. Chodziło o aktora Macieja Rayzachera, który zaangażował się wtedy w działalność opozycyjną: "Mogę powiedzieć tyle, że jest to bardzo obrotny człowiek. Bardzo często czyta w Polskim Radio książki, za każdy odcinek otrzymuje 500 zł, a ponieważ odcinków jest 40, a więc 20 tys. czystego dochodu" - taka informacja znalazła się w notatce porucznika Filipowskiego po spotkaniu z TW "Bliźniakiem".

Agent w SPATiF-ie

W notatkach z drugiej połowy lat 70., których źródłem miał być TW "Bliźniak", znajdują się informacje na temat znanych polskich aktorów. "Uważam, że Alina Janowska bardzo leci na pieniądze, a przy tym jest bardzo ostrożna, gdyby ktoś jej zaproponował, że przyjęcie roli mogłoby się wiązać z kłopotami i na przyszłość na pewno zrezygnowałaby z niej" - to treść notatki z 20 grudnia 1976 roku.

Także tam znajduje się donos, że reżyser Jerzy Markuszewski oraz aktorka Halina Mikołajska zaangażowali się w działalność KOR. Esbecy postanowili wykorzystać te informacje i dać do zrozumienia Alinie Janowskiej, "że wiązanie się z Markuszewskim to sprawa kłopotliwa". Jerzy Markuszewski, który przez swoją działalność miał problemy ze znalezieniem pracy, nie chce rozmawiać o donosach na swój temat.

"Wiem, czym się zajmowałem i nie mam ochoty do tego wracać" - powiedział DZIENNIKOWI. Podobnie zachowała się Alina Janowska: "Co mnie to obchodzi?"

W teczce TW "Bliźniaka" są też informacje dotyczące grających w Teatrze Dramatycznym aktorów: Marka Kondrata oraz Piotra Fronczewskiego. "Kondrat poinformował mnie, że podpisał "List do sejmu PRL" wyrażający sprzeciw wobec działań MO w Ursusie i Radomiu. Taki list podpisał również Fronczewski" - takie słowa "Bliźniaka" przytacza w swojej notatce oficer SB.

Po tej informacji bezpieka zaplanowała przeprowadzenie rozmowy operacyjnej z Kondratem. "Ten list był gestem solidarności z bitymi robotnikami. Potem chyba rzeczywiście przyszedł do mnie do domu jakiś esbek" - wspomina Marek Kondrat. Nie chce jednak dowiedzieć się, kto kryje się za pseudonimem Bliźniak.

W kolejnych donosach można przeczytać, że aktor Teatru Rozmaitości Marek Lewandowski "ma niestały charakter i często wpada w depresje". Damięcki, kiedy zapytaliśmy go o te rozmowy z SB, twierdził, że ich nigdy nie było.

Wyciszenie po stanie wojennym

W 1980 r. na ekrany wszedł właśnie animowany serial "Tajemnica szyfru marabuta", w którym Damięcki użyczył głosu Wróblowi Puciatemu.

Na ulicach trwał karnawał "Solidarności". Jednak agent "Bliźniak" nie był specjalnie aktywny. SB próbuje się dowiedzieć od niego, jakie ma poglądy pracownik Teatru Dramatycznego Marek Chimiak. "Nie wypowiada się na tematy polityczne" - relacjonuje "Bliźniak". Informuje również o tym, że szefem "Solidarności" w teatrze został Zbigniew Zapasiewicz, jednak było to wówczas powszechnie znane.

Raporty sporządzone na podstawie rozmów z Damięckim nie miały wówczas wielkiej wagi i często zawierały powszechnie znane informacje. W marcu 1983 roku na spektakl "Pieszo" do teatru Dramatycznego wybiera się Lech Wałęsa. Jego przybycie staje się manifestacją polityczną. Widownia odśpiewuje na cześć Wałęsy "Sto lat". Jednak w teczce pracy TW "Bliźniaka" nie zachowała się ani jedna wzmianka na ten temat. O liderze opozycji wzmianka pojawia się dopiero w raportach z sierpnia 1983 roku, kiedy SB starała się wysondować nastroje w teatrze przed zbliżającą się rocznicą porozumień sierpniowych.

"Krytycznie zarzuca mu się [Wałęsie] brak doświadczenia politycznego oraz zbytnią fanfaronadę" - czytamy w relacji "Bliźniaka".

Rozmowy kontrolowane

By zachęcić "Bliźniaka" do lepszej współpracy, SB wręcza mu upominki: aktor dostał dwa koniaki, kwiaty oraz torbę reporterską.

Esbecy skrupulatnie oceniali również wartość agenta: podczas tych spotkań przekazał 70 informacji o charakterze operacyjnym. Co kilka lat sporządzali charakterystyki przydatności swojego agenta. W 1975 i 1978 roku, a więc lata po pozyskaniu Damięckiego do współpracy, SB twierdziła, że "przekazał kilka ciekawych informacji dotyczących osób i zjawisk z terenu Teatru Dramatycznego, w którym na stałe pracuje" i oceniali go jako wiarygodne źródło. Z biegiem lat ocena była gorsza.

W 1984 roku napisali, że nie mogą liczyć, że "Bliźniak" będzie realizował "zadania ofensywne wymagające inicjatywy i dużego zaangażowania". W 1986 roku stwierdzili, że TW "nie ma dotarcia do interesujących nas osób", jednak nie zdecydowali się zerwać współpracy. Damięcki, kiedy pokazaliśmy mu zawartość teczki, zdecydowanie wyparł się kontaktów z SB w drugiej połowie lat 70. i w latach 80.

"To nieprawda. Nie wiem, jak pana przekonać, ale tak było" - mówi. Archiwa bezpieki są jednoznaczne - Damięcki spotykał się z esbekami w warszawskich kawiarniach 76 razy, informacje przekazywał również telefonicznie. Oficer prowadzący Damięckiego był kontrolowany przez innych esbeków i nie wykryli żadnych fałszerstw.

Spotkania Damięckiego z SB trwały aż do 25 września 1989 roku. Niedługo potem aktor zaczął zdjęcia do filmu "Rozmowy kontrolowane". Grał tam działacza "Solidarności" ukrywającego Ryszarda Ochódzkiego. Film wszedł na ekrany 13 grudnia 1991 r., w dziesiątą rocznicę stanu wojennego.

 

* * *

 

Kondrat, Holoubek, Zapasiewicz, Olbrychski, Fronczewski, Markuszewski - to ludzie teatru i filmu, o których opowiadał SB agent "Bliźniak". Pod pseudonimem kryje się aktor Maciej Damięcki. Z dokumentów IPN wynika, że artysta współpracował z bezpieką 16 lat - ujawnia DZIENNIK.

Maciej Damięcki, znany ostatnio z seriali "Plebania" i "M jak Miłość", latami donosił na kolegów z kina i teatru. Teczka, która zachowała się w IPN, jest jednym z najbardziej kompletnych materiałów dokumentujących pracę agenta, jakie udało się odnaleźć historykom.

Podpisał zobowiązanie, przyjął pseudonim

Podwójne życie Damięckiego zaczęło się dokładnie 34 lata temu. Wzięty aktor Teatru Dramatycznego jechał nocą przez centrum Warszawy. Prowadził swego trabanta, mimo że właśnie wyszedł z zakrapianej kolacji. Miał pecha - milicjant, który go zatrzymał, wyczuł alkohol. Potem sprawy w swoje ręce wzięła SB.

Damięcki początkowo się wahał - jego ojciec był torturowany przez UB w latach 40. Jednak podpisał zobowiązanie i przyjął pseudonim Bliźniak. Kontakty z SB zerwał dopiero w 1989 r. W tym czasie spotkał się aż 76 razy z bezpieką, przekazał 70 informacji mających wartość operacyjną.

"Usłyszałem od Marka Kondrata w SPATiF-ie jako ciekawostkę, że Daniel Olbrychski w ostatnim czasie zajęty był bardzo córką Andrzeja Łapickiego (Zuzanną, późniejszą żoną Olbrychskiego - przyp. red.)" - to meldunek z lipca 1977 r.

W innych donosach można przeczytać, że aktor Teatru Rozmaitości Marek Lewandowski ma niestały charakter i często wpada w depresje. Damięcki pod koniec lat 70. podsłuchał rozmowę Holoubka ze związanym z opozycją reżyserem Jerzym Markuszewskim. Jej streszczenie dzięki "Bliźniakowi" dotarło do SB.

SB oddała mu prawo jazdy

Damięcki nie brał pieniędzy. Esbecy wręczyli mu za to kilka upominków: koniak Napoleon, kwiaty i torbę reporterską. Aktor nie odrzucał też pomocnej dłoni SB. Było tak w styczniu 1974 r., kiedy zderzył się swoim trabantem z tramwajem na placu Konstytucji w Warszawie. Mimo że miał 2,56 promila alkoholu we krwi, już miesiąc później SB oddała mu prawo jazdy do rąk własnych.

Wraz z upływem czasu bezpieka była coraz mniej zadowolona z pracy Damięckiego. W latach 80. oceniono, że nie ma on możliwości dotarcia do interesujących SB osób. Jerzy Markuszewski nie chciał rozmawiać o agentach, którzy na niego donosili.

"Nie interesuje mnie to" - stwierdził Marek Kondrat. "Damięcki był tajnym współpracownikiem? To bardzo przykre" - tak zareagował aktor Maciej Rayzacher.

Sam Damięcki długo umawiał się na spotkanie. Ma napięty kalendarz, bo gra w serialu "Plebania". Gdy zaprzeczył, że miał kontakty z SB, pokazaliśmy mu dokumenty.

Podpisał pan zobowiązanie do zachowania tego spotkania w tajemnicy. Pańskie?

Maciej Damięcki: Ja pierniczę. Moje.

A zobowiązanie do współpracy z 17 kwietnia 1973 r.?

- No dobra. Przypominam sobie. Głupio mi było się do tego przyznać.

Dokumenty mówią, że współpracował pan do 1989 r.

- To na pewno jakaś nieprawda.

 

* * *

 

Rayzacher: Damięcki konfidentem? To bardzo przykre

 

Tomasz Butkiewicz: W latach 70-tych był Pan w opozycji. Czuł Pan, że interesuje się Panem SB?

Maciej Rayzacher: Wiedziałem, na co się decyduję i na to, że będę miał "przyjemności" z tego powodu. Było tak, że w pewnym momencie zabroniono mi wykonywania zawodu.

Kiedy?

- Pod koniec lat 70-tych. Zdejmowano mnie planu filmowego. W rozmowach z dyrektorem Hubnerem (Zygmunt, dyrektor Teatru Powszechnego w tamtych czasach) zakazano mu obsadzania mnie w rolach większych niż halabardnika.

A w radiu i telewizji mógł pan wtedy występować?

- Z telewizji i filmu właściwie zostałem "wyślizgany". Ostatnią filmową była rola w "Człowieku z żelaza" Wajdy, ale to było w czasie karnawału "Solidarności". Po stanie wojennym nie miałem pracy.

Znalazłem taką charakterystykę z 1976 roku: "Maciej Rayzacher, bardzo obrotny człowiek, wszędzie potrafi sobie załatwić źródło dochodów. Za przeczytanie książki w radiu otrzymuje 20 tys. złotych".

- Te stawki to jakieś kompletna bzdury. To jakiś donosiciel napisał?

Tę informację przekazał esbekom Maciej Damięcki.

- Maciek Damięcki? On się u nich zatrudnił?

Był współpracownikiem SB, pod pseudonimem Bliźniak.

- Zaskoczył mnie Pan. To bardzo przykre.

Esbecy chcieli, aby Damięcki się z Panem zaprzyjaźnił. Czy tak się stało?

- Nigdy się nie zaprzyjaźniliśmy. Nie traktowałem go poważnie.

 

* * *

 

To mówił o kolegach Maciej Damięcki

 

O Andrzeju Sewerynie, aktorze

Z Andrzejem Sewerynem znamy się jeszcze ze Szkoły Teatralnej, choć nigdyśmy się ze sobą nie kolegowali. W czasie pamiętnych wypadków marcowych w naszym kraju Andrzej bardzo manifestował swoje stanowisko. Obecnie jakby trochę przycichł.

O Marku Kondracie, aktorze

W klubie SPATiF-u spotkałem Marka Kondrata. W trakcie rozmowy Kondrat poinformował mnie, że podpisał "List do Sejmu PRL", wyrażający sprzeciw wobec działań organów MO podczas wydarzeń w Radomiu i Ursusie.

O Piotrze Fronczewskim, aktorze

Wśród swoich kolegów uważany jest za jednego z najlepszych aktorów "Teatru Dramatycznego", obsadzany jest w niemal wszystkich sztukach. W teatrze posiada opinię człowieka skrytego w sobie i stroniącego od ludzi.

O Macieju Rayzacherze, aktorze

Jest to bardzo obrotny człowiek, który wszędzie, gdzie tylko może, załatwia sobie źródło dochodów. Bardzo często czyta książki w Polskim Radiu, za każdy odcinek dostaje 500 zł, a ponieważ jedna książka to około 40 odcinków, a więc 20 tys. zł czystego dochodu.

O Alinie Janowskiej, aktorce

Uważam, że Alina Janowska bardzo leci na pieniądze, a przy tym jest bardzo ostrożna, gdyby ktoś jej zaproponował, że przyjęcie roli mogłoby się wiązać z kłopotami na przyszłość - na pewno zrezygnowałaby z niej.

 

* * *

 

Maciej Damięcki: Głupio mi się przyznać

 

Tomasz Butkiewicz: Czy miał pan kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa?

Maciej Damięcki: Nie wiem, o jaką sprawę panu chodzi. Miałem kiedyś taką przykrą historię...

Zapytam wprost: współpracował pan z SB?

- Miałem taką sytuację: poszliśmy z kolegami do knajpy po przedstawieniu. Wywołał nas jakiś pan. Machnął mi przed oczami odznaką na sznurku, ja ją urwałem, zabrałem i poszedłem się bawić. Było śmiesznie, że miałem coś takiego. Na drugi dzień zadzwonił do mnie jakiś milicjant i kazał się stawić u nich, bo mam coś, co należy do ich byłego pracownika. Oddałem ją.

Który to był rok?

- Nie pamiętam. Później przychodził taki pan - ja w tamtym czasie robiłem poranki telewizyjne "Pora na Telesfora" - i pytał mnie, czy bym dla dzieci w szkołach nie wystąpił. I występowałem. Nawet chciał zapłacić, ale za występy dla dzieci nie brałem pieniędzy.

Pokażę panu coś. 6 kwietnia 1973 roku spotkał się pan z SB, zaraz po tym, jak milicja zabrała panu prawo jazdy za jazdę po alkoholu - podpisał pan nawet zobowiązanie do zachowania tego spotkania w tajemnicy. Oto dokumenty. Pańskie podpisy?

- Ja pierniczę. Moje.

A zobowiązanie do współpracy z 17 kwietnia 1973 roku?

- No dobra. Przypominam sobie. Głupio mi było się do tego przyznać.

Dokumenty mówią że współpracował pan do 1989 roku.

- To jakaś nieprawda.

Tak wynika z notatek, które sporządził Zbigniew Grabowski, pański oficer prowadzący.

- Na pewno tak nie było! To jakieś przekłamanie. Wtedy w 1973 mnie złapali i powiedzieli, że jak będę współpracował, to oddadzą mi prawo jazdy. I oddali.

Potem miał pan jeszcze wypadek.

- Potem?

W styczniu 1974 roku. Na placu Konstytucji.

- Możliwe, że miałem. To też pilotowali? Miałem jakiś wypadek, władowałem się w tramwaj. Ale nie pamiętam kontaktów z SB. Może chodzi o tego faceta, który mnie prosił, żebym występował w szkołach...

Esbecy napisali, że pan spotkał się z nimi 76 razy, a także przekazywał informacje telefonicznie. Co pan na to?

- Słowo honoru, tak nie było. Pamiętam, że oni mnie bezpośrednio po sprawie z prawem jazdy poprosili, abym napisał coś na temat atmosfery w teatrze. To jedyne, co napisałem. Chcieli mi nawet zapłacić, ale odmówiłem.

W IPN znajduje się się meldunek od pana o tym, że w Teatrze Dramatycznym trwają próby spektaklu "Bartleby", a po premierze odbyło się przyjęcie. Opisał je pan esbekom. Pamięta pan?

- To również jest informacja od pana. Może to było wtedy, gdy ten esbek mnie prosił, żebym wziął udział w spotkaniach z dziećmi. Może on mnie pytał o te sprawy.

W jakiej to było szkole?

- Nie pamiętam.

Nawet po tournee w USA nic pan nie przekazywał, ulotek, które pan otrzymał od Polonii w USA? To pański charakter pisma?

- To moje pismo. Ale nie pamiętam, żebym to przekazywał. Jak wracaliśmy ze Stanów, to na Okęciu mnie zatrzymali, zrewidowali i zabrali mi "Playboya".

Czy później się pan spotykał? Z dokumentów wynika, że pańskie kontakty z SB skończyły się dopiero w 1989 roku.

- Jak Boga kocham, nie wiem, jak pana przekonać, ale naprawdę te opisy spotkań to jakieś bzdury. Jedyne, co mam sobie do zarzucenia, to te kontakty z lat 70. Potem się urwały i byłem z tego powodu szczęśliwy.

 

 

 

 

Trybuna - 20-04-2007

 

IPN mnie zlinczował

Krzysztof Lubczyński
 

- Zastanawiałem się, dlaczego gazeta "Dziennik" wyciągnęła akurat mnie jak przysłowiowego "diabełka z pudełka". Podejrzewam, że zrobiono to dlatego, że niedawno był emitowany w telewizji program z cyklu "Sekrety rodzinne" o mojej rodzinie, wspaniałej, zasłużonej dla kultury i Polski. Ta nagonka na mnie zupełnie nie była adekwatna do winy, jaką popełniłem. - mówi aktor Maciej Damięcki w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim z Trybuny.

 

Krzysztof Lubczyński: Pan i Pana starszy brat Damian Damięcki jesteście znakomitymi i popularnymi aktorami. Aktorską parą i to bardzo renomowaną byli Panów rodzice, Dobiesław Damięcki i Irena z domu Górska. Aktorem jest Pana syn Mateusz, córka Matylda studiuje w Akademii Teatralnej. Aktorem jest też Pana bratanek Grzegorz, syn Damiana Damięckiego i Barbary Borys-Damięckiej. Nie było i nie ma chyba w Polsce porównywalnego rodu aktorskiego...

Maciej Damięcki: Nie ma. Był kiedyś ród aktorski, trzypokoleniowy, Trapszowie, ale my jesteśmy aktorami już w czwartym pokoleniu. Aktorką, choć amatorką była bowiem także moja babcia Alina Górska z Oszmiany na Wileńszczyźnie, żona Alberta, nauczyciela z Wilna, byłego seminarzysty, który uciekł z seminarium i zasmakował świeckiego życia. Nie tylko grała, ale także reżyserowała. Ich córka, właśnie moja mama Irena Górska uciekła z domu, żeby zostać aktorką, bo jej ojciec się na to nie godził. Bycie aktorem nie było wtedy powodem do chwały, bo zawód ten otaczała aura dwuznaczności.

Pana żona Joanna też jest aktorką?

- Nie, ona jedna jest normalna w rodzinie. Choć zagrała razem ze mną niedawno w epizodzie w filmie Ksawerego Żuławskiego "Chaos", a także w serialu "Dom".

W takiej rodzinie musiał Pan nasiąknąć atmosferą teatru...

- Oczywiście, właściwie wychowałem się w teatrach, bo rodzice nas zabierali ze sobą, gdy jeździli z przedstawieniami po Polsce. Czym skorupka za młodu nasiąknie... Tak więc gdy pojawił się moment wyboru zawodu, nie miałem żadnych wątpliwości.

Zanim jednak wstąpił Pan do szkoły teatralnej i został aktorem, zagrał Pan jako 10-latek razem ze swoim starszym bratem Damianem w filmie Wadima Berestowskiego "Tajemnica dzikiego szybu" według "Księgi urwisów" Edmunda Niziurskiego...

- Kręcono ten film jakieś 2 lata, czyli długo, jak to wtedy na ogół bywało. To teraz kręci się filmy w pośpiechu, w kilka tygodni. Niektórzy trochę kręcili nosem, że pewnie zaangażowano nas, dzieci, do tego filmu z racji nazwiska, choć po prostu wygraliśmy zdjęcia próbne. Ja w czołówce filmu wystąpiłem pod nazwiskiem panieńskim mojej matki jako Mateusz Górski, żeby nie doszukiwano się w nas braterskiego podobieństwa, jako że w filmie nie graliśmy braci. To była wspaniała przygoda. Zdjęcia kręcono w miejscowości Miedzianka w Górach Świętokrzyskich, w starej kopalni. Sceny w podziemiach kopalni kręcono jednak w atelier we Wrocławiu. I tam zachowaliśmy się jak dzieci, bo podjadaliśmy dekoracje, czyli stalaktyty zrobione z cukru. 30 lat później przeczytałem w gazecie, że w kinie Kadr grają ową "Tajemnicę dzikiego szybu". Wziąłem żonę, dzieciaki i zabrałem ich na ten seans, na którym miałem wielką uciechę oglądając ich zabawne reakcje na to, że ten chłopczyk na ekranie to ich tatuś. Grałem zresztą jeszcze w kilku filmach dla dzieci, m.in. w "Szatanie z 7 klasy".

Zagrał Pan ogromnie wiele ról filmowych, więc czy w związku z tym w mniejszym stopniu czuje się Pan aktorem teatralnym?

- Czuję się przede wszystkim aktorem, również filmowym i estradowym. Sztuka estradowa jest czymś nad wyraz poważnym i trudnym, jest dobrym testem aktorskich umiejętności, zwłaszcza że nie zawsze publiczność jest przychylna, a na estradzie, jak nigdzie indziej, trzeba się podobać.

W szkole udzielał się Pan aktorsko jako recytator?

- A jakże! Nauczyłem się na pamięć "Elegii na śmierć Ludwika Waryńskiego" i recytacją tego wiersza jechałem przez całą szkołę średnią obsługując akademie szkolne przy okazji ważnych rocznic. Kiedy za którymś kolejnym razem na pytanie nauczycielki, co przygotuję na akademię, odpowiedziałem, że "Elegię...", ona mi powiedziała: "A może byś przygotował coś nowego?".

A ja na to: "A co, nie podoba się pani Elegia na śmierć Ludwika Waryńskiego"? (śmiech). Na tej "Elegii..." wjechałem też do szkoły teatralnej, tak że byłem niezłym cwaniaczkiem. Na egzaminie mój profesor Jan Świderski dał mi takie zadanie aktorskie, żeby wyrecytować "Elegię..." tak, jakbym miał na ramieniu kota, który po mnie łazi, drapie mnie, przeszkadza. Dużo więc było w moim życiu tej "Elegii...".

Powspominajmy o Pana doświadczeniach zawodowych. Na ile ważne są dla Pana prace w filmie?

- Ważne. Ról filmowych zagrałem bardzo wiele. Szczególnie wryły mi się w pamięć wspomnienia z realizacji dwóch filmów: "Boksera" Juliana Dziedziny i "Bandy" Zbigniewa Kuźmińskiego. W "Bokserze" w 1966 r. przypadło mi w udziale zagranie pięściarza, choć w życiu ze mnie bokser nigdy nie byłby dobry, bo ja zamykam oczy, a jest podstawową bokserską zasadą, że z otwartymi oczami przyjmuje się nawet ciosy, żeby nie zostać zaskoczonym drugim, kolejnym, szybko następującym ciosem. Padł więc na mnie blady strach, gdy przypadło mi w udziale boksować się z prawdziwym wicemistrzem Polski juniorów. Ledwo udało mi się odwieść go od myśli, że mnie po prostu na ringu zabije. Za to Daniel Olbrychski, który jest człowiekiem bardzo ambitnym, nauczył się boksu i jego finałowa walka w filmie była już zupełnie na serio. "Banda" to był film o młodym człowieku, który uważał, że jest już dorosły i może decydować o sobie. Ojciec był w więzieniu, matka kogoś miała. Chłopak pobił się z ojczymem i trafił do poprawczaka. To film o dojrzewaniu w trudnych warunkach. Była tam też m.in. scena bójki na molo w Sopocie. Kiedyś idę z kolegami po Warszawie, a tu podchodzi do mnie "bamber" i pyta, czy w tej "Bandzie" to ja występowałem. "Ja" - mówię. "Pierniczysz" - on na to. "Nie pierniczę" - mówię. Nie wierzył i nawet chciał się ze mną bić, żeby sprawdzić, ale poprzestał na sprawdzeniu, czy pamiętam, jak byłem w filmie ubrany. Sprawdził i uwierzył.

Dawnym młodym widzom, w tym mnie, dziś ludziom mocno dojrzałym wrył się Pan w pamięć jako partner zabawnego smoka Telesfora w telewizyjnym programie dla dzieci "Pora na Telesfora" w latach 70...

- To akurat pamiętam dość dobrze, bo mi ta praca zajmowała sporo czasu, tym bardziej że to szło na żywo. Twórcą scenariusza była pani Wanda Szerewicz. Pracowaliśmy z, niestety, nieżyjącym już Hubertem Antoszewskim, który animował lalkę Telesfora. Robił mi on różne psikusy, np. zawiązywał mi sznurowadła w czasie, gdy przed kamerą rozmawiałem z Telesforem, co sprawiło, że wywinąłem kiedyś orła na oczach młodych widzów. Hubert, który był głosem Telesfora, był trochę taki jak jego smok, dociekliwy, przemądrzalski i skłonny jak dziecko do psikusów. No i bardzo sympatyczny. Pamiętam, że z tym występowaniem na żywo bywały mrożące krew w żyłach sytuacje. Kiedyś, tuż przed przed 1 maja, Telesfor przynosił mi w pysku listy od dzieci, które ja mu odczytywałem. I nagle Telesfor pada mordą na stolik i mówi: "Zmęczyłem się tymi obchodami". A ja na to: "Nie bój się, nie ty pierwszy, nie ty ostatni". I zaczęliśmy brnąć w ten niebezpieczny temat, za kamerą zapanowała groza, ale na szczęście ktoś przed kamerą położył planszę z napisem "Przepraszamy za usterki". Jednak autorzy programu trafili na dywanik do prezesa Macieja Szczepańskiego. W telewizji występowałem też na żywo w programie "Szklana niedziela" z Andrzejem Szczepkowskim, co też było dobrą szkoła zawodu. Minusem udziału w tych realizacjach dla dzieci było trochę zaszufladkowanie mnie w tego typu rolach. Mam z tym rodzajem działalności różne zabawne wspomnienia, czasem i śmieszne, i straszne. W okresie "późnego Gierka", na centralnej imprezie z okazji Dnia Dziecka w Sali Kongresowej jakiś chłopczyk poproszony o wyrecytowanie ulubionego wierszyka powiedział na całe gardło ku ogólnej uciesze: "Mikser, mikser, salaterka, nie lubimy wujka Gierka, jak zabierze nam kotlecik, podpalimy komitecik". Panowie z ochrony już prawie wyskakiwali zza kulis na scenę, a ja żeby ratować sytuację poprosiłem szybko kolejnego dzieciaka o jakąś inną wyliczankę. Jakiś chłopczyk powiedział, że zna niemiecki paciorek. W myślach przebiegłem błyskawicznie te wierszyki i wyszło mi, że to będzie "ene due like fake". A on wyrecytował: "Siedzi Niemiec na łóżeczku. Mówi pacierz po niemiecku. Ajn, cwaj, draj, wyp...".

A teatr?

- Całe teatralne życie spędziłem w jednym teatrze, Dramatycznym. Za wielkich ról w teatrze nie grałem, ale cenię sobie pamięć np. roli Mołczalina w "Mądremu biada" Gribojedowa, Księdza w "Combray" wg Prousta, Infanta w "Św. Joannie" Shawa, Skoczka w "Mięsopuście" Rymkiewicza, czy mój debiut, trudną i ciekawą rolę w sztuce Jose Triano "Wieczór zbrodni". Ale bardzo wielu ról w ogóle nie pamiętam. Pamiętam też cenzuralne perypetie z niedoszłą inscenizacją wg "Róży" Żeromskiego w latach 80., kiedy cenzor chciał usunięcia wątków rosyjskich. Nie usunięto i do premiery nie doszło.

Jest Pan dumny ze swoich dzieci, że idą w ślady rodzinne? Był Pan dumny z syna Mateusza, że zagrał główną rolę w "Przedwiośniu"?

- Bardzo.

Udzielał mu Pan ojcowskich rad jako doświadczony aktor?

- Ani trochę. Uważałem, że sam powinien dochodzić do aktorskiej samowiedzy. Niedawno wrócił z USA, gdzie trochę w siebie zawodowo inwestował i może tam jeszcze zechce wrócić. On jest bardzo poukładany, rozsądny, trzeźwo myślący.

A tymczasem Pan, o ile wiem, od kilku lat nie jest na etacie w żadnym teatrze...

- Od wielu lat. Nastawiłem się na pracę w telewizji, w serialu i na estradzie.

Ma Pan nadal radość z grania?

- Oczywiście, ale jestem też zamiłowanym majsterkowiczem i wykwalifikowanym budowlańcem. W latach 80., gdy było mało możliwości zarobkowania w moim zawodzie aktorskim, pojechałem do USA i budowałem domy w Chicago. Wszystko potrafię zrobić, jestem "złotą rączką". Kiedyś, w okresie stanu wojennego, robiłem nawet elementy do kostki rubika. Synowi własnoręcznie zbudowałem w mieszkaniu antresolę.

Czy wobec takich talentów nie wolałby Pan być rzemieślnikiem, jako że zawód aktorski jest bardzo kruchy?

- To prawda, jest kruchy. Ale nie, nie chciałbym uprawiać zawodowo robót rzemieślniczych. Wolę swój zawód. Poza tym żona twierdzi, że nie zarobiłbym na życie jako fachowiec, bo jestem za solidny i za perfekcyjny. Niech to więc pozostanie moim hobby.

Miałem taki "patent" na rozmowę z Panem, żeby wznieść się ponad tę nagonkę lustracyjną bez możliwości obrony przed nią, jaką przeciw Panu rozpętano. Zmieniłem jednak zdanie i chciałbym zapytać, jak Pan na to patrzy z perspektywy kilku tygodni?

- Zastanawiałem się, dlaczego gazeta "Dziennik" wyciągnęła akurat mnie jak przysłowiowego "diabełka z pudełka". Podejrzewam, że zrobiono to dlatego, że niedawno był emitowany w telewizji program z cyklu "Sekrety rodzinne" o mojej rodzinie, wspaniałej, zasłużonej dla kultury i Polski. Ta nagonka na mnie zupełnie nie była adekwatna do winy, jaką popełniłem. Faktem jest, że w 1973 r. zostałem dwukrotnie zatrzymany, gdy prowadziłem wóz po alkoholu. To był czas, kiedy dużo piłem i panowie z SB to wykorzystali. Zagrozili, że albo pozbawią mnie pracy w telewizji (prowadziłem program "Pora na Telesfora"), wytoczą proces, albo podpiszę deklarację współpracy. Dwa razy napisałem na temat Teatru Dramatycznego, w którym pracowałem, bardzo pozytywne rzeczy o dyrektorze Holoubku i kolegach, o których kazano mi napisać. Panowie byli bardzo zdziwieni, bo spodziewali się czegoś zupełnie innego. Potem sprawa ucichła na długo, więc nie wiem, skąd tyle informacji dotyczących tego okresu. Poza tym ja byłem daleki od spraw środowiskowych i politycznych, miałem małą wiedzę o plotkach. Nie interesowało mnie to. Tak było i tak mnie zresztą w teatrze postrzegano. W 1975 r. wyjechałem z teatrem do USA ze sztuką "Zemsta". Po przyjeździe kazano mi coś napisać o pobycie w USA, ale to też było dla panów z SB chyba mało interesujące, bo więcej już się ze mną nie kontaktowali. Myślałem, że to koniec, że dali mi spokój.

Zarzuca mi się, że 16 lat współpracowałem z SB, a przecież nie ma ani jednego mojego podpisu poza wstępną deklaracją. O tym, jak te zarzuty są absurdalne, świadczy fakt, że rzekomo pisałem o nastrojach w środowisku, w ZASP, o reakcjach kolegów na jakieś oświadczenia radzieckiego generała Ustinowa. Tymczasem ja tego nie mogłem napisać, bo nie miałem o tym zielonego pojęcia. W życiu nie byłem na żadnym zjeździe ZASP, nie interesowałem się zjazdami PZPR - na które się ponoć powoływałem w swoich meldunkach - przecież w tej mojej teczce nie ma, poza tymi kilkoma początkowymi, innych notatek pisanych przeze mnie własnoręcznie.

Oni napisali, że ja mam "wstręt do pisania" i że oni będą ode mnie odbierali informacje telefonicznie. I z tym jest związana bardzo znamienna sprawa. Przez pół roku leżałem po wypadku samochodowym w gipsie po pachy w mieszkaniu mojej matki na Żoliborzu. Otóż tym kontaktem telefonicznym miał być numer telefonu właśnie mojej matki zaczynający się cyframi 33. Potem uruchomiono nową centralę telefoniczną i nowe numery żoliborskie zaczynały się na 32, ale u nas zostało 33. Jednak panowie z SB niezmiennie podawali numer zaczynający się na 32, pod którym rzekomo się ze mną kontaktowali. Czy to nie pokazuje, że zmyślali?

Mieli natomiast bardzo dokładne informacje, co ja robię, gdzie przebywam itd. Podejrzewam, że musieli mieć inne źródło informacji, które im o tym donosiło. Jestem przekonany, że byłem wygodny do tego - zwłaszcza że nie chciałem za te informacje, które początkowo przekazałem, przyjąć żadnego wynagrodzenia - aby włożyć w moje usta wszystko, czego się gdzie indziej dowiedzieli. Napisali w pewnym momencie, że dla - cytuję - "zmobilizowania mnie do współpracy (...) wręczyli mi kwiaty i dwie butelki koniaku", a ja w życiu nie dostałem od nich żadnego upominku. Pod tą informacją napisane było, że wzięli z kasy pieniądze na ten cel i wręczono mi ten koniak bez pokwitowania dla dobra sprawy. Szczegółów podważających rzetelność ich relacji jest bardzo wiele i one mogłyby być dowodami na moją korzyść, ale ja nie mam żadnych realnych możliwości obrony, ponieważ - według pracowników IPN - wszystko, co pisali oficerowie SB, jest absolutnie wiarygodne. Nie ma też co liczyć na to, że pracownicy SB przyznają się do fabrykowania raportów (dla zapewnienia sobie wtedy premii i uznania przełożonych), bo w myśl nowej ustawy będą obecnie pociągnięci do odpowiedzialności. Jestem więc kompletnie bezbronny.

Podam panu jeszcze parę szczegółów świadczących o fabrykowaniu raportów. Napisali, że otrzymałem zadanie, aby rozpracować m.in. wybitną aktorkę panią Halinę Mikołajską. Otóż do pani Mikołajskiej nie miałem żadnego dostępu i każdy z kolegów może to potwierdzić. Napisali też, że moje trzy pasje to sport automobilowy (jeździłem trabantem), tenis (nigdy rakiety w ręku nie trzymałem) i literatura piękna (jeżeli już, to kryminały i science fiction). Napisali również, że byłem zatrudniony w teatrach Rozmaitości i Polskim, ja natomiast przez prawie 30 lat byłem w zespole jednego tylko teatru, Dramatycznego. Przypisano mi też rozmaite szczegółowe informacje o sprawach branżowych, organizacyjnych, o których nie miałem zielonego pojęcia, bo byłem od tych spraw daleko. No i jaką wartość mają te papiery? Skoro mogli pisać takie bzdury, to mogli też pisać dziesiątki innych. Bo byłem wygodny i tani (nie podpisywałem - wstręt do pisania, nie musieli mi płacić).

Poza tym tego, co ja im niby relacjonowałem, można było się dowiedzieć po godzinie pobytu w restauracji SPATiF z głośnych rozmów bywalców. Najgorsze to było to spotkanie z młodym chyba dziennikarzem z "Dziennika", który mi się przedstawił jako historyk z IPN i zaczął mnie zarzucać informacjami, do których z braku dostępu do dokumentów nie byłem w stanie się odnieść. To było gorsze niż te spotkania z panami z SB. Pamiętam jego ironiczne i pełne złej satysfakcji zachowanie, gdy odczytywał mi różne fragmenty z tych kwitów. Jednym słowem dokonano na mnie publicznego linczu. A co ja takiego napisałem? Czy to, że pan Gustaw Holoubek był świetnym dyrektorem teatru i wspaniałym aktorem, to był donos?

Aha, jeszcze jedno. Na drugi dzień po ukazaniu się tego artykułu w "Dzienniku" poszedłem do IPN, żeby zapoznać się z treścią mojej teczki. Dowiedziałem się, że mnie nie przysługuje takie prawo. Że owszem, pokażą mi po jakimś czasie, około dwóch miesięcy, te papiery, ale i tak tylko te, które będą uważali za stosowne. Swoją teczkę dostałem od panów redaktorów prowadzących program "Teraz my" na wizji.

Chciało się Panu śmiać, gdy serwisy telewizyjne po tekście w "Dzienniku" "ilustrowano" fragmentami odcinka "Stawki większej niż życie", w którym grał Pan Słowikowskiego-Erika Gettinga?

- Nie było mi do śmiechu. Nawet tego nie oglądałem. Nie mogłem słuchać tej nagonki.

Jak zareagowało Pana środowisko aktorskie?

- Bardzo życzliwie. Daniel Olbrychski osobiście mnie wsparł. Do Gustawa Holoubka sam zadzwoniłem i wiem, że nie ma do mnie żadnych pretensji. Jestem ujęty postawą kolegów. Nie spodziewałem się aż tylu telefonów, esemesów i maili. Spotykam się również z wielką serdecznością obcych ludzi na ulicy, w różnym wieku, którzy solidaryzują się ze mną i podtrzymują na duchu.





Lustracja i materiały archiwalne