Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

TIM NEWARK

MAFIA NA WOJNIE

WSPÓŁPRACA WIELKICH GANGSTERÓW Z ALIANTAMI

2008 

 

(...)

 

Śmierć "Normandie"

9 lutego 1942 r. o godzinie 14.30 na "Normandie", zacumowanym przy Pirsie 88 w porcie nowojorskim wybuchł pożar. Na nabrzeże, położone na końcu 88 Zachodniej Ulicy, pospieszyły wozy strażackie. Zbierało się ich coraz więcej, by pomóc w gaszeniu pożaru i wkrótce akcja zmieniła się w największe zgromadzenie służb ratunkowych na ziemi amerykańskiej od czasu rozpoczęcia wojny. Stawka była wysoka.

"Normandie" został dopiero co przebudowany na transportowiec dla wojska i mógł zabierać przez Atlantyk za jednym razem 10 000 amerykańskich żołnierzy do prowadzącej wojnę Wielkiej Brytanii. Dlatego szczególnie naziści pragnęli zniszczenia tego statku.

"Normandie" został zwodowany dziesięć lat wcześniej w St. Nazaire we Francji jako luksusowy liniowiec oceaniczny. Był pierwszym wielkim liniowcem, którego długość przekroczyła 300 metrów i Pirs 88 zostało zbudowane specjalnie dla niego. Gabarytom dorównywała elegancja i luksus wnętrz w stylu art deco. Podróżowali nim bogaci i sławni, w tym gwiazdy filmowe Mary Pickford i Bob Hope.

Był nie tylko piękny, ale także szybki. "Normandie" zdobył Błękitną Wstęgę za pokonanie Atlantyku w ciągu zaledwie czterech dni i trzech godzin. Jego prędkość i liczba zabieranych pasażerów czyniła go bardzo użytecznym, a gdy wybuchła wojna, luksusowe rejsy zostały przerwane. Francuscy właściciele pragnęli zabezpieczyć go przed grasującymi na Atlantyku U-Bootami i został zakonserwowany w Nowym Jorku przy Pirs 88. Przez ponad rok właściciele utrzymywali załogę szkieletową, by dbała o statek. Jednakże po upadku Francji w czerwcu 1940 r., gdy nowy rząd w Vichy kolaborował z Niemcami, prezydent Roosevelt zadziałał zdecydowanie. "Normandie" był kluczowym francuskim atutem, który znajdował się w jego zasięgu. W maju 1941 r. rozkazał amerykańskiej Straży Przybrzeżnej wkroczyć na statek i go zabezpieczyć.

Siedem miesięcy później Japonia zaatakowała bez wypowiedzenia wojny Pearl Harbor. Cztery dni potem Hitler, a potem włoski dyktator Benito Mussolini wypowiedzieli wojnę Stanom Zjednoczonym. Stojąc na posiedzeniu Reichstagu, Hitler krzyczał: "Uderzymy pierwsi! Pierwsi zadamy cios!". Hitler natychmiast zaczął wybierać potencjalne cele ataku na Wschodnim Wybrzeżu. "Normandie" znajdował się na samej górze listy. Skoro Japończycy mogli uderzyć na Pearl Harbor, nazistowskie Niemcy potrafią uderzyć na Nowy Jork.

Po wybuchu wojny "Normandie" przejęła amerykańska marynarka i nadała mu nazwę "Lafayette", na cześć francuskiego bohatera, który wspierał Amerykanów podczas wojny o niepodległość. Statek został przemalowany na szary kolor, a niewielka armia stoczniowców zajęła się przebudowywaniem go na transportowiec dla wojska. Datę zakończenia prac wyznaczono na 28 lutego 1942 r., kiedy to miał wypłynąć do Bostonu, skąd miał przewieźć do Wielkiej Brytanii pierwszą grupę żołnierzy.

Był to termin trudny do dotrzymania, toteż stoczniowcy pracowali przez całą dobę, by wykonać zadanie - aż do wybuchu pożaru na statku 9 lutego. W momencie wybuchu ognia na pokładzie znajdowało się 1500 marynarzy i robotników, większość jednak szybko ewakuowano. Ucierpiało przynajmniej 128 osób, większość z powodu zatrucia dymem, jeden człowiek zaś zmarł - 38-letni Frank Trentacosta z Brooklynu. Wielu zdołało uciec dzięki chybotliwej, wysuwanej, 25-metrowej drabinie strażackiej, przyciągniętej z drogi szybkiego ruchu West Side Express do dziobu liniowca.

Tysiące nowojorczyków przybyło do portu, by przyglądać się rozwojowi wydarzeń. Nad Manhattanem wznosił się gigantyczny obłok dymu, który przesłaniał słońce aż na Times Square. Był także burmistrz La Guardia, który wszedł na plątaninę węży strażackich i powiedział: "strażacy ugasili pożar i teraz statkiem zajmie się marynarka. Sytuacja jest niebezpieczna - patrzcie, jakiego dostał przechyłu. Teraz trzeba wypompować wodę - i to właśnie robimy".

Do 20.00 tego wieczoru uważano, że służby ratunkowe kontrolują pożar. Został on ograniczony do trzech górnych pokładów i spowodował tylko niewielkie szkody w konstrukcji statku. Jednak walka z płomieniami wymagała udziału statków gaśniczych, które z działek wodnych zalewały "Normandie" strumieniami wody; woda ta spowodowała przechył na burtę. Początkowo nie uważano tego za problem, jednak o północy kontradmirał Adolphus R. Andrews rozkazał ewakuowanie z pokładu wszystkich ludzi.

"Admirał Andrews rozkazał wszystkim opuszczać pokład", głosiły megafony na Pirs 88. Admirał następnie wydał oświadczenie, zmniejszając dramatyczną wymowę tego rozkazu. "Admirał nakazał wszystkim ewakuację z powodów bezpieczeństwa", napisał w nim. "Nie oznacza to, że statek został opuszczony ani że straciliśmy nadzieję, jednak nikt nie może być pewien, jak zareaguje ta jednostka na nadejście przypływu".

Dwa małe trapy wpadły do wody, gdy kadłub liniowca z wolna przechylał się dalej. Marynarze stali w pogotowiu z linami, w gotowości do ratowania tych, którzy wpadli do wody. Świadkowie słyszeli, jak we wnętrzu kadłuba przesuwają się przedmioty, grzechocząc po pokładach w kierunku burt.

"Obraz ten przypominał katastrofę wojenną [pisał "New York Herald Tribune"]. Amerykańska Ochotnicza Służba Kobiet oraz Czerwony Krzyż sprowadziły po dużej kuchni polowej, by serwować gorącą kawę uratowanym i ratownikom, z których wielu było przemarzniętych do kości i przemoczonych wodą z węży gaśniczych".

Potem, o 2.35, w świetle reflektorów, ogromny kadłub "Normandie" z zadziwiająco małym hałasem przewrócił się na burtę, na muliste dno na głębokość 15 metrów. Wielkie kominy statku zatrzymały się zaledwie 3 stopy nad powierzchnią wody. O 3.00 dostrzeżono kolejny pożar za tylnym kominem. Na miejsce pospieszył ponownie statek gaśniczy, by zalać go wodą - ugasił go w ciągu godziny.

Gdy wstało słońce, szary kadłub przedstawiał smutny widok. Znajdujący się na miejscu reporter "New York Timesa" odnotował, że w miejscach, w których odpadła szara, wojenna farba, widać było czerń i czerwień przedwojennego "Normandie" - jedyny ślad niegdyś wspaniałego okrętu". W mniej niż dwa miesiące po tym, gdy Hitler ogłosił, że uderzy w Amerykę, jeden z największych alianckich transportowców wojska zamienił się we wrak. Zdawało się, że naziści odnieśli wielkie zwycięstwo - jednak wszelkie spekulacje na temat sabotażu zostały natychmiast przecięte.

Następnego dnia marynarka wojenna zdawała się być całkiem pewna przyczyn katastrofalnego pożaru. Edward J. Sullivan z Greenwich Village był na pokładzie, gdyż jego przyjaciel, producent wykładzin, został podwykonawcą w przebudowie. Widział on początek pożaru:

"Wybuchł on w wielkim salonie na pokładzie spacerowym. Jeden z robotników miał palnik acetylenowy. Odcinał różne stalowe elementy ozdobne. Inny trzymał tarczę osłaniającą przed iskrami - miała ona wymiary około 2 na 3 stopy. Za nimi stały bale tego, co wyglądało na excelsior [wełna drzewna używana do pakowania]. Iskry latały wokół, jednak trafiały w tarczę i odskakiwały".

Robotnik wyłączył palnik, jednak ostatnie iskry minęły tarczę. Ktoś wrzasnął "pożar!", gdy zapłonęły wióry. Ogień błyskawicznie je objął, sięgając sufitu.

Porucznik marynarki Henry Wood przejął kierownictwo nad akcją gaśniczą, nie miał jednak do dyspozycji ani jednego węża z wodą. Minęło całych jedenaście minut, zanim wezwano służby ratownicze. Do tego czasu nikt z członków załogi ani robotników nie był w stanie nic zrobić, by ugasić pożar. Wraz ze strażą pożarną i policją przybyli agenci FBI i zespół do spraw sabotażu. Kontradmirał Andrews poparł zdanie Sullivana odnośnie do przyczyny pożaru:

"Pożar wywołały iskry palnika w wielkim salonie. Iskry zapaliły opakowanie kamizelki ratunkowej. Rozwinięto węże, jednak ogień rozprzestrzeniał się szybko i w ciągu kilku minut ilość dymu stała się tak wielka, że ludzie musieli opuścić pomieszczenia.

Z powodu przechyłu jednostki początkowo uznano, że najlepiej byłoby ją zatopić, czyli otworzyć zawory denne i wpuścić wodę morską. Nie było tam zbyt głęboko i uważano, że można osadzić statek na dnie. Później zdecydowano, zgodnie z radą ekspertów, by nie zatapiać jednostki. Zamiast tego polewano wodą prawą burtę na śródokręciu".

Choć wyglądało na to, że marynarka panowała nad sytuacją, największy amerykański transportowiec wojska został wyłączony z działań - i nie naprawiono go do końca wojny. Został sprzedany na złom w roku 1946. Straty marynarki oceniono na 56 milionów dolarów.

Dziennikarze pytali Andrewsa, czy pożar był wynikiem sabotażu. "Mogę jedynie powtórzyć" - odpowiedział - "że, o ile jest mi wiadomo, pożar rozpoczął się w wielkim salonie i nic nie wiem o tym, jakoby wybuchł w trzech lub czterech miejscach jednocześnie, jak to donosiły gazety".

Śledztwo federalne, jakie potem przeprowadzono, poparło oficjalne stanowisko marynarki co do przebiegu wydarzeń. FBI i prokurator okręgowy Nowego Jorku Frank S. Hogan pracowali w dwudziestoosobowym zespole, by przesłuchać ponad siedemdziesięciu świadków. Zwołano komisję śledczą marynarki pod przewodnictwem kontradmirała Lamara R. Leahy'ego. W ostatecznym raporcie stwierdzono, że pożar na "Normandie" wywołany został w wyniku niekompetencji cywilnego pracownika. Za przyczynę uznano iskrę z acetylenowego palnika, który podpalił leżącą w pobliżu stertę kamizelek ratunkowych. Kluczowym błędem było jednak zastosowanie statków gaśniczych. Na górne pokłady wylano tyle wody, że środek ciężkości okrętu niebezpiecznie się podniósł. Pompy nie mogły nadążyć z usuwaniem wody i statek przewrócił się na lewą burtę. Frank Hogan trafnie podsumował tę sprawę: "beztroska okazała się bardzo korzystna dla nieprzyjaciela".

To był oficjalny rządowy raport, jednak wielu ludzi nie chciało w niego uwierzyć. Pożar był zbyt gwałtowny, by mógł być przypadkowy. "Normandie" był doskonałym celem dla nieprzyjaciela. Wielu podejrzewało, że była to robota nazistowskich sabotażystów. Jak jednak udało im się zadać taki cios Stanom Zjednoczonym?

* * *

Działalność niemieckich szpiegów w nowojorskim porcie sięgała I wojny światowej i serii ataków zorganizowanych przez Franza von Rintelena. Schwytanie przez FBI siatki szpiegowskiej Duquesne'a dowiodło, że niemieccy sabotażyści byli na miejscu zaledwie na kilka miesięcy przed spaleniem się "Normandie". Było możliwe, że któryś ze szpiegów mógł uniknąć aresztowania i podpalić transportowiec wojska, wykonując mimo wszystko swoje zadanie. Możliwe także, że w Nowym Jorku działały inne, niewykryte siatki szpiegowskie. Być może działania FBI nie były tak doskonałe, jak je przedstawiano, i nie udało się schwytać kilku kluczowych agentów. Z pewnością likwidacja siatki szpiegowskiej Duquesne'a nie oznaczała końca działalności niemieckich szpiegów w Ameryce.

W maju 1942 r., niecałe cztery miesiące po pożarze "Normandie", dwa niemieckie U-Booty wyszły w morze z portów francuskich w kierunku Ameryki. Na pokładach znajdowały się dwie grupy wysoce wyszkolonych sabotażystów - Niemców, którzy przed wojną mieszkali w Ameryce. Ich zadaniem było zaatakowanie kluczowej niemieckiej infrastruktury przemysłowej. Była to operacja "Pastorius", nazwana imieniem Franza Daniela Pastoriusa, siedemnastowiecznego przywódcy pierwszych niemieckich kolonistów w Ameryce *[W oryginale mowa o szesnastowiecznym przywódcy pierwszych niemieckich imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Pastorius założył kolonię Germantown w Pensylwanii w 1683 r., Stany Zjednoczone zaś powstały wiek później.].

Głównym inspiratorem tej operacji był sam Adolf Hitler. Wściekał się z powodu aresztowania siatki Duquesne'a, a jego gniew wzrósł jeszcze bardziej, gdy admirał Wilhelm Canaris, szef Abwehry, poinformował go, że w Stanach Zjednoczonych nie ma żadnych innych agentów nazistowskich tajnych służb. Hitler w odpowiedzi rozkazał przeprowadzenie natychmiast kolejnej misji sabotażystów w USA. Canaris osobiście nie był za taką operacją, wolał, by jego agenci zajmowali się szpiegowaniem, jednak Hitler nalegał na sabotaż.

Operację nadzorował pułkownik Erwin von Lahousen. "Sztab niemieckiej Admiralicji - pisał Lahousen w swoim pamiętniku w połowie kwietnia 1942 r. - dowodził, że jest gotów wysadzić naszych agentów z pomocą U-Bootów na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Celem operacji jest uderzenie w jeden z najczulszych punktów amerykańskiej gospodarki wojennej, dokonanie sabotażu amerykańskiej produkcji aluminium".

Później listę celów poszerzono. Objęła ona fabryki, linie kolejowe oraz most Hell's Gate nad nowojorskim portem. Do zadania wyznaczono ośmiu agentów. Jedną grupą czterech sabotażystów dowodził Georg Dasch, amerykański Niemiec, który przez krótki czas służył w armii amerykańskiej, drugą zaś kierował Eduard Kerling, niegdyś gorliwy członek Bundu.

Jako pierwszy 13 czerwca do wybrzeży amerykańskich dotarł "U-202". Wysadzona grupa sabotażystów dotarła na brzeg trzy mile od celu - plaży na Long Island koło Amagansett. Podczas gdy trzech ludzi zajęło się zakopywaniem skrzyń z materiałami wybuchowymi, ich dowódca, Dasch, wpadł na obserwatora Straży Przybrzeżnej. Zachował jednak zimną krew i strażnik uznał, że natknął się na tajną operację amerykańską. Dasch wręczył mu 100-dolarowy banknot. Strażnik wziął pieniądze, zasalutował i zniknął we mgle.

Drugi niemiecki okręt podwodny, "U-584", wysadził kolejnych czterech sabotażystów 17 czerwca w pobliżu Jacksonville na Florydzie. Dasch chciał spotkać się z ich przywódcą Kerlingiem w Cincinnati na początku lipca i rozpocząć działania. Mieli wysadzać w powietrze fabryki, linie kolejowe i mosty od Wschodniego Wybrzeża po Środkowy Zachód.

Sabotażyści zdołali uniknąć wykrycia i przybyli do Nowego Jorku. Gdy jednak Dasch przyjechał do miasta, zmienił zdanie i postanowił zdradzić swoich kolegów. Być może planował to od samego początku misji. Miał kontakty z lewicowymi grupami w Niemczech, które ucierpiały z rąk gestapo. 18 czerwca 1942 r. Dasch przyznał się do wszystkiego FBI. Biuro już zostało poinformowane przez zaskoczonego strażnika i szybko aresztowało pozostałych sabotażystów.

Był to kolejny sukces FBI - jednak pokazywał wyraźnie, że Wschodnie Wybrzeże nadal narażone było na działania nieprzyjaciela. Ponieważ wszystko wydarzyło się tak szybko po schwytaniu siatki Duquesne'a i pożarze "Normandie", opinia publiczna połączyła fakt zatonięcia liniowca z niemieckim sabotażem. Było to na rękę FBI - przypominało Amerykanom o ciągłym zagrożeniu, jakie stanowili szpiedzy w kraju. Hoover dokładnie to powiedział w swoim oświadczeniu. "Inni sabotażyści mogą próbować dotrzeć do naszych brzegów" - powiedział. "Muszą zostać powstrzymani. Prosimy każdego obywatela, by natychmiast przekazywał Federalnemu Biuru Śledczemu wszelkie informacje dotyczące szpiegostwa, sabotażu lub działań niegodnych Amerykanina".

Wieść o niepowodzeniu operacji "Pastorius" jeszcze bardziej rozgniewała Hitlera. 30 czerwca 1942 r. wezwał Canarisa i Lahousena do swojej kwatery głównej na froncie wschodnim. "Chcę wiedzieć - powiedział Hitler - jak to możliwe, że wydarzyła się tak straszna katastrofa. Rok temu doszło do takiego samego skandalu, gdy zdrada doprowadziła do aresztowania trzydziestu waszych agentów w Ameryce. Doszło do tego ponownie. Domagam się wyjaśnień". Początkowo Canaris nie odpowiedział na tyradę Hitlera, potem jednak winą obarczył uczestniczących w misji członków partii nazistowskiej.

Hitler na moment zaniemówił. "Dobrze, jeśli tak jest, to tym gorzej - grzmiał. - Nie może pan wysyłać jeszcze raz w taką misję ludzi lojalnych. Następnym razem niech pan śle Żydów i przestępców".

Nie doszło jednak do kolejnych niemieckich prób sabotażu w Stanach Zjednoczonych. Słowa Hitlera, że obie misje zostały przerwane przez FBI oznaczają, że "Normandie" nie mogli zaatakować niemieccy sabotażyści.

Oczywiście w Stanach Zjednoczonych o tym nie wiedziano i wątpliwości, czy "Normandie" został zniszczony w wyniku wypadku, czy też w wyniku sabotażu, pozostały na kolejnych trzydzieści lat. Jednak co ciekawe, po spaleniu liniowca nie doszło już do większych pożarów w nowojorskim porcie. W ciągu kolejnych trzech lat setki alianckich statków bezpiecznie wychodziły w morze z Nowego Jorku. Czy FBI odniosła całkowity sukces, czy też wpływał na to inny czynnik?

* * *

W roku 1975 opublikowana została kontrowersyjna książka - The Last Testament of Lucky Luciano (Ostatnie świadectwo Lucky'ego Luciano) - napisana przez Martina Goscha i Richarda Hammera. Autorzy twierdzili, że oparta była na bezpośredniej relacji wielkiego gangstera. W książce tej Lucky Luciano przedstawiał wiele sensacji:

"Ten wielki francuski luksusowy statek, «Normandie», stał przy nabrzeżu na West Side na Manhattanie i jak powiedziano Tony'emu [Anastasio] i Albertowi [Anastasia], rząd dogadywał się z tym de Gaulle'em, by go przejąć i zmienić w transportowiec. Albert mówi, że jeśli coś mogłoby się stać «Normandie», to wszyscy zaczęliby fajdać w portki.

To był świetny pomysł i nie myślałem, że naprawdę zaszkodzi to wysiłkowi wojennemu, bo statek nie był wcale gotowy, a poza tym żaden amerykański żołnierz ani marynarz nie byłby na nim, bo jeszcze go nigdzie nie słali. Posłałem więc Albertowi słowo, żeby się tym zajął.

Kilka dni później usłyszałem w radiu, że «Normandie» się pali i nie wygląda na to, że zdołają go uratować. Ten cholerny Anastasia - zrobił swoje. Później Albert powiedział mi, żebym nie martwił się tym, co stało się ze statkiem. Powiedział, że jako sierżant armii i tak nienawidził pierdolonej marynarki".

Luciano mylił się, że nie będzie to miało większego wpływu na wysiłek wojenny - miał jednak słuszność, twierdząc, że przestraszy to rząd i skłoni go do zawarcia układu z Luciano i mafiosami, którzy kontrolowali nowojorski port. Zanosiło się na taki układ już od 7 grudnia 1941 r. albo, jak ujął to Luciano, "gdy Japonce zbombardowali Pearl Harbor, a Roosevelt wypowiedział wojnę, dostałem drugą szansę...".

Luciano polecił, by jego adwokat, Moses Polakoff, załatwił spotkanie z Meyerem Lanskym i Frankiem Costello w jego więzieniu w Dannemora w grudniu 1941 r. Luciano opisał im swój plan. Skupiał się on na tym, by jego nemezis, Thomas Dewey, został gubernatorem stanu Nowy Jork. Wtedy skłoni go by pomógł mu wyjść z więzienia. Jak? Zamierzał wyświadczyć władzom wielką przysługę. Czytał w gazetach, że Departament Marynarki obawiał się sabotażu na Wschodnim Wybrzeżu. Powiązania Luciano wśród robotników pozwoliłyby mu złożyć obietnicę uchronienia portu przed jakimkolwiek sabotażem. "Widziałem, że Lansky zaczął się uśmiechać, gdy wykładałem sprawę - wspominał Luciano - ponieważ to on pierwszy zobaczył, do czego zmierzam. Powiedział: Charlie, łapię, łapię. To świetne. Jak Dewey mógłby odrzucić propozycję patrioty?".

Frank Costello powiedział, że ma kontakty w placówce Wywiadu Marynarki przy Church Street i może uzgodnić całą sprawę. Luciano wiedział jednak, że jakieś wydarzenie na pierwszą stronę gazet, które uwidoczniłoby, jak ważna jest rola portu, konieczne było, by skłonić rząd do zwrócenia się do niego o pomoc.

Przez miesiąc zastanawiał się nad tym, co by to mogło być. Wreszcie przyszło mu do głowy wykorzystanie jednego z jego czołowych morderców. Albert Anastasia należał do najlepszych zabójców mafii. Wcześniej pracował w dokach w Brooklynie i stał się kluczową postacią w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Dokerów - związku zawodowym dokerów Wschodniego Wybrzeża - które to stanowisko przejął potem jego brat Tony.

Anastasia lubił zabijanie i gdy zanosiło się na to, że mógłby zostać postawiony przed sądem za morderstwo, zabezpieczał się, usuwając świadków i ich rodziny. Kiedy Luciano chciał zabić swoich rywali w wojnie z castellammareńczykami, to Anastasia zgłosił się do zabicia Bossa Joe - był jednym z czwórki zabójców. Później, w roku 1942, Anastasia został powołany do wojska i służył jako sierżant, szkoląc żołnierzy w obozie w Pensylwanii jak być dokerem. Został odznaczony, a w końcu służby w 1944 r. otrzymał nawet amerykańskie obywatelstwo. Przed tym wszystkim jednak, w styczniu 1942 r., to Anastasia znalazł rozwiązanie problemów Luciano.

Albert i jego brat Tony wiedzieli, że agenci Wywiadu Marynarki sprawdzali doki i rozmawiali ze wszystkimi na temat zwiększenia bezpieczeństwa. Tak więc, rozumował Anastasia, może dać im jakiś prawdziwy powód do zmartwień, podpalając "Normandie"? Luciano stwierdził, że to znakomity pomysł i dał swoją zgodę.

Meyer Lansky w wydanych w roku 1979 przez Dennisa Eisenberga, Uri Dana i Eli Landau wspomnieniach Meyer Lansky: Mogul of the Mob potwierdził wersję Luciano, że to Anastasia dokonał sabotażu na "Normandie":

"Powiedziałem mu w oczy, że nie może palić więcej statków. Było mu przykro - nie dlatego że kazał spalić «Normandie», ale że nie może więcej przyłożyć marynarce. Najwyraźniej nauczył się w armii nienawidzić ludzi marynarki, "nadętych gnojków", jak ich nazywał".

Spalenie "Normandie" sprawiło, że na korytarzach Waszyngtonu powiało chłodem. Nowojorski port obsługiwał niemal połowę amerykańskiego handlu zagranicznego. Dwieście basenów handlowych, magazynów i pirsów na Manhattanie, w Queens, New Jersey i Brooklynie stanowiło niemal osiemdziesiąt mil nabrzeży. Musiały być chronione - za każdą cenę.

* * *

Historia tego, jak rząd USA zawarł układ z Luckym Luciano i jego wspólnikami, by bronić Wschodniego Wybrzeża USA przed sabotażem, zapisana jest w Raporcie Herlandsa z 1954 r. Było to śledztwo przeprowadzone pod kierunkiem Thomasa E. Deweya i miało ustalić szczegóły kontaktów między Wywiadem Marynarki USA i nowojorskimi mafiosami. Marynarka USA nie była zadowolona z ustaleń śledztwa i raport pozostawał tajny przez wiele dziesięcioleci. Nadal nie został opublikowany.

Zaledwie dwanaście lat przed tymi wydarzeniami, William B. Herlands, kierujący dochodzeniem, poparł możliwość porozumienia między rządem USA a wielkimi kryminalistami:

"Władze wywiadu bardzo się obawiały sabotażu i szpiegostwa. Było pełno podejrzeń co do przekazywania informacji o ruchach konwojów. «Normandie», który był przebudowywany na transportowiec wojskowy jako okręt pomocniczy marynarki «Lafayette» spłonął przy pirsie na North River w Nowym Jorku. Podejrzewano sabotaż".

Spalenie "Normandie" wspomniane jest jeszcze kilkakrotnie w Raporcie Herlandsa jako punkt zwrotny w strategii obrony kraju przez marynarkę, jednak jedynie w kontekście sabotażu zagranicznego. Nie ma żadnej sugestii, że to mafia spaliła statek, by doprowadzić do negocjacji. Herlands mówił też:

"Podejrzewano jednostki rybackie o dostarczanie paliwa i zaopatrzenia nieprzyjacielskim okrętom podwodnym. Podczas gdy władze naszego wywiadu kazały śledzić wszystkich podejrzanych o sprzyjanie nazistom, nie były tak dobrze przygotowane do radzenia sobie z różnymi elementami - sympatykami Mussoliniego i faszystów".

Później w raporcie Herlands wspomniał o Operacji "Pastorius":

"Obawy te nasiliły się, gdy w czerwcu tego roku w Amagansett na Long Island wysadzono niemieckich agentów wyszkolonych w technikach sabotażu. Mieli ze sobą znaczną ilość materiałów wybuchowych wystarczającą do zniszczenia obiektów o znaczeniu strategicznym".

Komandor Roscoe C. MacFall był szefem wywiadu Trzeciego Okręgu Marynarki, który obejmował Nowy Jork i New Jersey. To on wpadł na pomysł, by agenci Wywiadu Marynarki rozmawiali z ludźmi-kontaktami z półświatka, dzięki czemu mogliby zabezpieczyć port. MacFall miał poparcie kontradmirała Carla F. Espe, szefa Wywiadu Marynarki.

"Wynik wojny zdawał się wysoce wątpliwy [mówił Espe]. Dodatkowo istniały poważne obawy co do sabotażu w portach. Konieczne było użycie wszelkich możliwych środków, by przewidzieć akty sabotażu i zapobiec im, a także odciąć możliwości dostarczania zaopatrzenia i informacji okrętom podwodnym".

Jednak czy Wywiad Marynarki nie miał żadnych wątpliwości natury moralnej, chodziło przecież o paktowanie ze znanymi kryminalistami? Porucznik Anthony J. Marsloe, który był przydzielony do biura wywiadu Trzeciego Okręgu Marynarki, stawiał sprawę jasno:

"Wykorzystanie informatorów, niezależnie od ich pochodzenia, jest nie tylko pożądliwe *[sic] [W oryginale "desirious". Powinno być "desired", pożądane], ale także konieczne, gdy kraj walczy o przetrwanie.

Wywiad jako taki nie jest formacją policyjną. Jego zadaniem jest zapobiegać. Aby zapobiegać, trzeba stworzyć system. System ten, w całej swojej rozciągłości musi zawierać wszelkie środki, które uniemożliwią nieprzyjacielowi uzyskanie pomocy i wsparcia od innych...

Do wszelkich środków zaliczam tak zwany półświatek".

Marsloe twierdził, że proces ten rozpoczął się już w grudniu 1941 r. - przed spaleniem "Normandie":

"Trwały rozmowy. Rozpoczęły się w grudniu i trwały przez cały pierwszy kwartał 1942 r., a prowadziły je osoby z tak zwanego półświatka oraz personel wywiadu okręgowego, wyznaczony przez kapitana Haffendena do wykonania tego zadania".

Komandor porucznik Charles R. Haffenden był przełożonym Marsloe'a i miał być w tej sprawie głównym przedstawicielem biura wywiadu Trzeciego Okręgu Marynarki. Zanim został powołany do służby, Marsloe pracował w biurze prokuratora okręgowego hrabstwa Nowy Jork, podlegającego gubernatorowi Deweyowi. Podczas rozmów od grudnia 1941 r. Marlsoe powiedział:

"Kapitan Haffenden w ogólnych słowach nakreślił mi plan działania, którego wprowadzenie w życie wówczas rozważał, by użyć tak zwanego półświatka do pozyskiwania informacji w sensie kontrwywiadowczym oraz by zapobiec szpiegostwu i sabotażowi w rejonie podlegającym Trzeciemu Okręgowi Marynarki...".

Początkowo Marsloe nie był pewien, czy był to dobry pomysł. "Czułem pewną dozę sceptycyzmu - wspominał - ponieważ czułem, że skoro nie byli dobrymi obywatelami, nie będą stanowić konstruktywnego wsparcia dla naszego wysiłku wojennego". Następnie omówił plan ze starszym kolegą, który pracował wcześniej w FBI, ten zaś przekonał Marsloe'a, że wszelkie środki dostępne dla sił zbrojnych i dla rządu powinny zostać użyte do zabezpieczenia amerykańskich obiektów. Tymczasem przełożeni Haffendena już posuwali sprawy dalej.

7 marca 1942 r., zaledwie w miesiąc po pożarze na "Normandie", komandor MacFall z Wywiadu Marynarki spotkał się z Frankiem Hoganem, prokuratorem okręgowym, w jego biurze. Hogan aktualnie zajmował się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości w porcie i przedstawił MacFallowi Murraya Gurfeina, który zajmował się sprawami wymuszeń w biurze prokuratora. Gurfein był jednym z najzdolniejszych śledczych Thomasa Deweya i wchodził w skład zespołu, który wsadził Luciano za kratki. Podczas wojny prowadził podwójne życie. Poza cywilną pracą dla prokuratora okręgowego był także podpułkownikiem w armii, a później w Normandii w 1944 r. szefem Wydziału Wojny Psychologicznej w Naczelnym Dowództwie Alianckich Sił Ekspedycyjnych (SHAEF).

W biurze prokuratora MacFall nakreślił problemy, z jakimi mierzył się Wywiad Marynarki. Obawiał się, że nieprzyjacielskie okręty podwodne mogą otrzymywać paliwo od kutrów rybackich lub byłych statków do przemytu rumu, należących do byłych przemytników, których lojalność łatwo dawało się kupić. Hogan odpowiedział, że to prawda, że półświatek wcześnie zdobywał informacje o wielu nielegalnych działaniach - i uważał, iż można to było wykorzystać.

"Czy jednak tym ludziom można ufać?" - zastanawiał się MacFall.

"Wielu z tych bandytów jest lojalnych wobec Ameryki - powiedział Hogan - i nie popierają Mussoliniego".

Spotkanie zakończyło się tym, że Hogan i Gurfein zobowiązali się zrobić wszystko, co w ich mocy, by pomóc MacFallowi i Wywiadowi Marynarki. Uzgodniono także, że Gurfein będzie działał jako przedstawiciel biura prokuratora okręgowego, a kapitan Haffenden, który nie był obecny na pierwszym spotkaniu, zostanie przedstawicielem MacFalla i Wywiadu Marynarki.

25 marca na drugim spotkaniu zebrali się Haffenden, Hogan i Gurfein. Haffenden w czasie I wojny światowej służył w marynarce. Właśnie skończył pięćdziesiątkę, był twardy i nieustraszony, a perspektywa kontaktów z postaciami z półświatka podobała mu się. Miał później udowodnić swoją odwagę, na ochotnika zgłaszając się na dowódcę plaży w czasie inwazji na Iwo Jimę, gdzie został ranny na skutek ostrzału nieprzyjacielskiej artylerii. W roku 1942 był szefem B-3 - sekcji dochodzeniowej Okręgowego Biura Wywiadu.

Haffenden zasugerował, że przywódcy półświatka mogliby być skłonni do współdziałania w wysiłku wojennym, pomagając w zbieraniu informacji użytecznych dla Wywiadu Marynarki. Hogan zgodził się, że pomysł ten warto rozważyć, a Gurfein zalecił, by wprowadzili go w życie, kontaktując się z Josephem "Socks" Lanzą.

Odpowiadało to poglądowi Marsloe'a, który Haffenden rozważał od początku roku. Wkrótce Marsloe poszedł do biura Hogana, gdzie:

"...w ogólnych zarysach nakreślono plan; jeśli dobrze pamiętam, Mr Hogan stwierdził, że da do dyspozycji marynarki urządzenia swojego biura, aby zyskiwać możliwie najwięcej informacji, które osobnicy ci mogą posiadać, lub mają środki, by je zdobyć".

Na szczycie ich listy użytecznych "osobników" znajdował się "Socks" Lanza. Był on mafiosem, który rządził na targu rybnym Fulton. Żaden kuter rybacki nie wpłynął do Nowego Jorku, zanim nie zapłacił mu 10 dolarów haraczu, żadna ciężarówka nie wyjechała z niego, nie oddawszy mu 50 dolarów. Był silnym i brutalnym gangsterem i nawet twardzi przywódcy związkowi zastanawiali się dwa razy, zanim weszli mu w drogę. Był także bliskim sojusznikiem Luciano.

Murray Gurfein zaproponował kontakt z Lanzą poprzez jego adwokata Josepha K. Guerina. Spotkali się następnego dnia w biurze Guerina na Wall Street. Aktualnie reprezentował on Lanzę, oskarżonego o spisek w celu wymuszenia, w której to sprawie oskarżycielem był prokurator okręgowy. Guerin zaproponował, że spotka się z Lanzą tego samego dnia. O 23.30 Gurfein podjechał po Guerina i Lanzę na róg 103 Ulicy i Broadwayu. Taksówka pojechała do Parku Riverside, gdzie Gurfein rozmawiał z Guerinem i Lanzą na ławce w parku. Utajnienie spotkania było pomysłem Lanzy. Nie chciał, by widziano go, jak rozmawia z kimś z biura prokuratora okręgowego, gdyż pomyślano by sobie, że zmienił się w informatora.

Gurfein powiedział Lanzy to, co wcześniej oznajmił jego adwokatowi:

"Sprawa ta jest bardzo pilna. Wiele naszych statków jest zatapianych wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Podejrzewamy, że niemieckie U-Booty uzupełniają paliwo i otrzymują zaopatrzenie z naszego wybrzeża. Sądzimy, że źródłem tego zaopatrzenia są kutry rybackie. Zna pan ludzi zajmujących się zawodowo połowami. Może pan dowiedzieć się, jak i gdzie okręty podwodne otrzymują paliwo".

Lanza kiwnął głową i powiedział, że spróbuje uzyskać pożądaną informację. Gurfein zapytał go, czy pomoże Wywiadowi Marynarki. "Jasne - powiedział - pomogę w wojnie. Mam kontakty na targu rybnym i wśród kapitanów kutrów, barek oraz żeglarzy na całym wybrzeżu Atlantyku".

Tydzień później Lanza i Gurfein odbyli kolejne tajne spotkanie, tym razem jednak w bardziej luksusowym otoczeniu w Hotelu Astor. Ich kontakt nosił mundur marynarki - był to kapitan Haffenden. Jego biuro to trzy pokoje hotelowe. Zanim spotkanie się rozpoczęło, Gurfein stwierdził jasno, że Lanza udziela pomocy marynarce na ochotnika, a biuro prokuratora okręgowego nie obiecało niczego w zamian za jego współpracę. Wszyscy się zgodzili. Następnie przeszli do sedna.

"Słyszałem, że zgadza się pan nam pomóc", powiedział Haffenden. Następnie wyjawił swoje obawy na temat nieprzyjacielskich okrętów podwodnych i podejrzanych działań w porcie. Lanza powiedział, że nie ma problemów z pomaganiem rządowi i "z radością wydobędzie informacje o rzekomym uzupełnianiu paliwa oraz zaopatrywaniu okrętów podwodnych, sprawdzi też, czy brały w tym udział kutry rybackie".

"Proszę dać mi znać, w jaki sposób mam się kontaktować - powiedział Lanza - i czego pan jeszcze potrzebuje, a ja będę działał".

Spotkanie trwało jedynie trzydzieści pięć minut i Lanza dał Haffendenowi listę numerów telefonów, pod którymi można było go zastać. Kilka dni później Lanza otrzymał telefon, by spotkał się z Haffendenem w jego biurze przy Church Street. Udał się tam sam, bez adwokata. Wpisał się do księgi gości, a nawet otrzymał plakietkę gościa, pozwalającą mu wejść do biura Haffendena. "Chciałbym wprowadzić paru naszych ludzi na kilka kutrów rybackich" - powiedział Haffenden. Oznaczało to zdobycie dla agentów Wywiadu Marynarki legitymacji związku zawodowego rybaków. Lanza powiedział, że może to załatwić. Od tego czasu Haffenden i Lanza spotykali się regularnie co tydzień.

Komandor MacFall, szef Wywiadu Marynarki w tym regionie, później mówił o tym projekcie:

"Niektóre z większych flot rybackich miały własne środki łączności pomiędzy jednostkami oraz między nimi a brzegiem, w tym kody używane do naprowadzania statków własnej floty w miejsca, gdzie połowy były najlepsze. Wykorzystując te statki i ich sprzęt oraz instalując podobny sprzęt łącznościowy na statkach, które nie miały własnego, Wywiad Marynarki doprowadził do poufnej współpracy oraz wypracował odpowiednie kody, włączając kutry w skład systemu wykrywania okrętów podwodnych.

Ponieważ w takich flotach rybackich oraz na targach rybnych w pobliżu portu pracowało wielu Włochów, ich współpraca z Wywiadem Marynarki uważana była za korzystną. Haffenden powiedział mi, że aktywnie działał w tej fazie naszej pracy i kontakty w półświatku, jakie sobie wypracował, okazały się bardzo pomocne".

Operacja trwała nadal. Lanza porozmawiał z Hiramem Swezeyem - niewidomym od siódmego roku życia - który kierował flotą ciężarówek, przewożących ryby z Long Island na targ rybny Fulton. Haffenden chciał umieścić wśród załóg tych ciężarówek agentów pozyskujących informacje. Lanza załatwił legitymacje związkowe tym agentom i zatrudnili się oni u Swezeya. Swezey przedstawił także agentów wywiadu grupom rybaków i poprosił ich, by donosili o wszelkich niezwykłych spostrzeżeniach. Niekiedy te kutry rybackie podejmowały z wody szczątki statków lub samolotów - a nawet ciała ludzi. Wszystko to zgłaszano Wywiadowi Marynarki. Lanza umieścił także agentów w cywilu jako obserwatorów na kutrach rybackich z Long Island, New Jersey, Karoliny Północnej, Wirginii i Maine.

Do pomocy w kontaktach z marynarką Lanza pozyskał znajomego gangstera Bena Espy'ego. Razem wybrali się w lecie 1942 r. "na ryby", od Maine do Karoliny Północnej. Zatrzymali się w Bostonie, New Bedford, Nantucket, Block Island i Virginia Beach, tworząc listę nazwisk i adresów ludzi, którzy mogli się okazać pomocni dla Haffendena i jego agentów. Lanza dobrze się bawił. Tajna misja pozwalała mu zapomnieć o wiszących nad nim zarzutach.

Lanza rozmawiał nie tylko z Wywiadem Marynarki. Był dostatecznie sprytny, by rozumieć, że musiał także informować swoich zwierzchników z mafii, jak wspominał Meyer Lansky:

"Joe Socks dobrze zrobił, przychodząc do mnie. Wiedział, że poradzę mu, jak działać. Udaliśmy się razem do Franka Costello, który był drużbą na weselu Joe... Ruch Gurfeina był sprytniejszy, niż mu się wydawało, ponieważ wraz z Luckym byliśmy blisko z Lanzą. Wydobyliśmy go z wielkich kłopotów, gdy był młody, i nigdy nie zapomniał naszej pomocy".

Lanza dochodził do tego samego wniosku. Jeśli Wywiad Marynarki chciał odnieść prawdziwe zwycięstwo na Wschodnim Wybrzeżu, wiadomości nie mógł dostarczać król targu rybnego. 16 kwietnia 1942 r. Lanza poszedł do swojego adwokata i powiedział mu, że ma kłopoty z pozyskiwaniem informacji od pewnych urodzonych we Włoszech osób z nowojorskiego półświatka. Podejrzewał, że nie współpracują z nim zbyt chętnie, ponieważ wiedzą, że ciążą na nim zarzuty. Ponieważ zadawał wiele pytań, uważali, że może działa on jako informator dla prokuratora okręgowego. Wtedy to Lanza zdradził swój wielki plan:

"Luciano mógłby bardzo pomóc. Gdyby włączył się w to, współpracowaliby ze mną różni ludzie w Nowym Jorku. Posłałby słówko Joe Adonisowi albo Frankowi [Costello]. Słowo Charlie [Luciano] otwarłoby mi wszystkie drzwi".

Wiadomość była jasna. Pozyskać Luciano, a całe Wschodnie Wybrzeże byłoby zabezpieczone na stałe. Była to prosta transakcja.

Luciano był wrogiem publicznym nr 1 w Nowym Jorku, a jego wyrok 30-50 lat więzienia był największym sukcesem Thomasa Deweya. Czy rząd USA naprawdę mógł przymknąć na to oczy i zawrzeć sojusz z szefem amerykańskiej mafii?

 

Umowa z Luciano

Na początku 1942 r. wojna na Atlantyku nie układała się po myśli aliantów. W ciągu dziesięciu miesięcy od stycznia do października alianci utracili w wyniku działań nieprzyjaciela 521 statków. Stada okrętów podwodnych Osi działały bez przeszkód na północno-zachodnim Atlantyku, polując na swoje ofiary tuż koło Wschodniego Wybrzeża USA.

W styczniu 1942 r. norweski tankowiec został storpedowany w odległości zaledwie sześćdziesięciu mil od Montauk Point w stanie Nowy Jork. W tym samym miesiącu U-Boot zatopił amerykański parowiec, łotewski frachtowiec i amerykański tankowiec koło wybrzeży Karoliny Północnej. W lutym koło przylądka May w stanie New Jersey patrolujący amerykański niszczyciel został storpedowany i zatopiony - razem z dwudziestoma sześcioma innymi statkami. 23 lutego 1942 r. prezydent Roosevelt musiał się przyznać w radiu, że sytuacja nie wyglądała dobrze. "Z pewnością ponieśliśmy poważne straty - powiedział - z rąk U-Bootów Hitlera na Atlantyku oraz z rąk Japończyków na Pacyfiku - i poniesiemy jeszcze większe straty, zanim sytuacja się odwróci". Lista strat miała rosnąć najszybciej w maju, kiedy to utracono 102 statki, oraz w czerwcu, gdy zatopiono 111 jednostek. W kwietniu 1942 r. wszystkie latarnie widoczne z morza na wybrzeżu Brooklynu, Queens i Richmond w Nowym Jorku zostały wygaszone na czas trwania wojny.

Był to czas na zdecydowane działania i na Wywiad Marynarki wywierano nacisk, by uzyskiwał dalsze rezultaty w kampanii zabezpieczania Wschodniego Wybrzeża. Jednakże gdy agenci wywiadu prowadzili swoje poszukiwania na całym wybrzeżu, zrozumieli, że Joseph Lanza ma ograniczone wpływy. Potrzebny był im ktoś z większym autorytetem w półświatku - a taką osobą był bez wątpienia Lucky Luciano.

"Lanza był niezwykle cenny - nawiązywał kontakty w różnych częściach portu [mówił kapitan Maurice Kelly]. Jednak odpowiedzialni byliśmy za cały port i znaleźliśmy miejsca, w których Socks Lanza nie miał żadnych osobistych kontaktów...

Musieliśmy szukać współpracy z kimś, kto miał kontrolę w całym porcie lub wszędzie prowadził interesy. Wcześnie odkryliśmy, że funkcjonariusze związkowi i ludzie prowadzący nielegalne interesy w porcie mają takie same wpływy na warunki panujące w porcie, co jego władze".

Inspektor policji Howard Nugent jadł lunch z kapitanem Haffendenem. Oficer marynarki powiedział, że Lanza dostarcza mu dobrych informacji na temat działań flot rybackich, jednakże muszą uzyskać zgodę Charliego Lucky'ego, by Lanza mógł zrobić coś więcej. Nugent powiedział Haffendenowi, by porozmawiał z szefem więziennictwa stanu Nowy Jork.

Bezpośrednie działania mające na celu pozyskanie Luciano powierzono Murrayowi Gurfeinowi. W kwietniu 1942 r. Gurfein skontaktował się z Mosesem Polakoffem, adwokatem, który bronił Luciano przeciwko Thomasowi Deweyowi w 1936 r. Polakoff służył w czasie I wojny światowej w marynarce i sympatyzował z nią, jednak w pierwszej chwili odpowiedział, że już nie interesuje go sprawa Luciano. Nie chciał rozmawiać więcej o gangsterze. Gurfein musiał się więc trochę napracować. "To jest raczej ważne i chciałbym, by pan się ze mną spotkał" - powiedział. "Skoro tak pan twierdzi - powiedział Polakoff - zjawię się u pana".

W biurze prokuratora okręgowego Gurfein powiedział Polakoffowi, że Lanza pracuje już dla Wywiadu Marynarki USA i jeśli można by włączyć w to Luciano, to operacje dałoby się rozszerzyć. "Chcemy stworzyć sieć informatorów wśród elementu włoskiego, by wiedzieć o wszystkich próbach sabotażu" - wyjaśnił Gurfein. "Chcemy uzyskać pomoc włoskich rybaków, którzy posiadają floty kutrów, by informowali w razie pojawienia się okrętów podwodnych u naszych brzegów".

"W takiej sprawie - powiedział Polakoff - jeśli mogę w jakiś sposób pomóc panu albo marynarce, uczynię to z radością. Nie znam jednak dość dobrze Luciano, by poruszyć ten temat. Znam jednak kogoś, do kogo mam zaufanie, i którego patriotyzm albo uczucia dla naszego kraju, niezależnie od jego reputacji, są najwyższej próby". Osobą tą był Meyer Lansky.

Tego popołudnia Polakoff zadzwonił do Lansky'ego, a następnie do Gurfeina. "Pan Lansky, który zna Luciano lepiej niż ja, deklaruje, że zrobi wszystko, by osiągnąć pożądany rezultat". Lansky z zadowoleniem przyjął telefon. Według niego i Luciano cała sprawa aż do tego momentu była manewrami zmierzającymi do nawiązania rozmów między stronami. Wreszcie miało do nich dojść, jak to później opisał:

"Pan Polakoff zadzwonił do mnie i powiedział, że Wywiad Marynarki był bardzo zainteresowany pozyskaniem Włochów, którzy mogliby wspomóc wysiłek wojenny. Spotkał się z nim prokurator okręgowy i odbył konferencję z panem Gurfeinem. Powiedział mi, że weźmie na siebie odpowiedzialność, jeśli się włączę i udam się do Charliego "Lucky" i poproszę o jego pomoc w zachęcaniu Włochów z różnych części miasta, którzy mogliby pomóc, uważając na próby sabotażu lub na wszystko inne, i że byłaby to służba dla naszego kraju".

Gurfein, Polakoff i Lansky spotkali się na śniadaniu w restauracji Longchamps na 57 Ulicy, między Piątą a Szóstą Aleją. "Powiedziałem Gurfeinowi, że nienawidzę Adolfa Hitlera - wspominał Lansky - i że jestem patriotą. Byłem wdzięczny, że Ameryka dała mi dom i że Ameryka była dla mnie dobra przez te wszystkie lata". Potem jednak ostrzegł Gurfeina. "Musimy być wyjątkowo ostrożni w działaniach, ponieważ Mussolini jest bardzo popularny wśród niektórych Włochów w Nowym Jorku".

"Rząd obawia się sabotażu" - odparł Gurfein. "Chcemy skłonić niektórych wpływowych Włochów, by włączyli się w ruch przeciwko sabotażowi. To służba dla naszego kraju". Lansky zgodził się. Wtedy padło nazwisko Charliego Luciano.

"Czy możemy mu ufać?" - spytał Gurfein.

"Pewnie - powiedział Lansky, a następnie dodał, w sposób typowy dla mafii - jest tu cała jego rodzina - matka, ojciec oraz dwóch braci i siostra z dziećmi".

Lansky zaproponował, że odwiedzi razem z Polakoffem Luciano w więzieniu, by omówić tę sprawę. Na to Polakoff wzdrygnął się.

"Tam wciąż leży śnieg - powiedział - i jazda jest zbyt ciężka". Następnie omówili przeniesienie Luciano z Dannemora w miejsce, gdzie łatwiej byłoby się z nim spotkać.

Lansky pamiętał, że na koniec spotkania Gurfein jasno oznajmił, że Luciano nie zostanie zaproponowane nic w zamian, że będzie to wyłącznie służba dla kraju. Następnie udali się do hotelu Astor, gdzie Lansky'ego i Polakoffa przedstawiono kapitanowi Haffendenowi w jego biurze. Na biurku znajdowało się dossier, zawierające wszelkie informacje o przeszłości kryminalnej Lansky'ego. Haffenden wiedział, że to ważna postać w mafii, jednak potrzebował jego pomocy:

"Chciałbym prosić, by zachował pan to, co powiem, w absolutnej tajemnicy. Wspominając o tym, ryzykuję życie wielu ludzi. Konwój z bardzo dużą grupą amerykańskich żołnierzy niedługo stąd wypływa. Chcę zagwarantować mu absolutne bezpieczeństwo. Musimy się upewnić, że żadna informacja na temat konwoju nie wycieknie od ludzi, którzy pracują w porcie".

Haffenden przyznał, że wciąż martwi ich pożar na "Normandie". Wiedział, że mafia kontroluje doki i chciał jej pomocy. Wiedział także, że Lansky aktywnie uczestniczył w zwalczaniu nazistów na ulicach Manhattanu. Powiedział mu, by pomyślał o Żydach prześladowanych przez Hitlera w Niemczech. Lansky'emu nie trzeba było o tym przypominać - i obiecał swoją pomoc:

"Pan Haffenden powiedział nam, w czym byliśmy słabi. Gdzie czuł, że rząd potrzebuje wiele wsparcia, na przykład w porcie, przy ładowaniu statków, wśród pracowników doków, otrzymywaniu informacji o kutrach rybackich i o tym, gdzie pływają po wyjściu z portu, chciał także ludzi, którzy mogliby pomóc, dbając o to, by nic nie dostarczano okrętom podwodnym. Obawiał się, że dostają one paliwo, i mogą także otrzymywać wiadomości o ładowaniu ważnych towarów - na przykład gdzie rzeczy te były ładowane. Następnie przeszedł do innych form pomocy, jakich mógł potrzebować, na przykład w hotelach. Mówił, że podejrzewali różnych Niemców czy Włochów i chciał otrzymać pomoc od pracowników hoteli, by donosili o tych sprawach".

Lansky chętnie się zgodził i użył swoich koneksji w związkach zawodowych, by pomóc obserwować hotele. Powiedział Frankowi Costello, a także Anastasii, by współpracowali. Lanzie, by proponował marynarce jedynie drobną pomoc w porcie - oni zaś zajmą się całą resztą. Według wspomnień Lansky'ego, Lanza następnie zapytał go, jakiej sumy powinien zażądać od marynarki za swoje usługi. "Zostaniesz patriotą" - powiedział Lansky. - "Będziesz robił to za friko. Nawet twoje wydatki pokryjesz z własnej kieszeni". Lanza zgodził się z tą sytuacją. Dwaj bracia, Dominick i Felix Saco, zostali przez kapitana Haffendena wynajęci, by działać jako łącznicy z Lanzą.

Lanza wspomniał potem o problemie, jaki napotkał w dokach. Już objaśnił go swojemu adwokatowi, teraz jednak powiedział Lansky'emu:

"Lanza powiedział mi, że tamtejsi Włosi sądzili, że działał dla własnej korzyści [był oskarżony o przestępstwo]. Nie wierzyli mu, że jego działania leżą w interesie Włochów. Poprosił mnie, by zabrać go do Charliego Luciano, a jeśli Charlie Luciano pośle tym ludziom wiadomość, sądził, że opór ustanie".

Tymczasem rozpoczęła się oficjalna procedura przeniesienia Luciano z więzienia Clinton w Dannemora do więzienia Great Meadow w Comstock. Było ono znacznie bliżej położone i wygodniejsze, władze jednak zrobiły wszystko, by dać do zrozumienia, że Great Meadow było placówką o zaostrzonym rygorze. "Słowo meadow w nazwie Great Meadow nie odnosi się do cech tego miejsca", pisano w Raporcie Herlandsa *["Meadow" znaczy "łąka". Great Meadow to "wielka łąka".].

John A. Lyons był komisarzem do spraw więziennictwa stanu Nowy Jork, i to od niego zależało zatwierdzenie przeniesienia więźnia. Kapitan Haffenden rozkazał jednemu ze swoich agentów, by przekazał Lyonsowi pisemną prośbę, a gdy ten ją przeczyta, ma zniszczyć dokument. Kilku świadków zeznało później, że w liście napisano, iż przeniesienie Luciano leżało w interesie Stanów Zjednoczonych - ułatwiając gangsterowi dostarczanie Wywiadowi Marynarki informacji pomagających w prowadzeniu wojny. Lyons nie miał nic przeciwko proponowanemu przeniesieniu. Zrobiłby to, jeśli powstrzymałoby to zatapianie alianckich statków i uratowało życie "chociaż jednego Amerykanina". Posunął się jeszcze dalej. Polecił naczelnikowi Great Meadow, Vernonowi Morhousowi, by zrezygnował ze zwykłego wymogu pozyskiwania odcisków palców od odwiedzających Luciano, i że należy im pozwolić rozmawiać z nim na osobności.

Aby uniknąć zwracania uwagi, Luciano został przeniesiony razem z kilkoma innymi skazanymi z Dannemora do Great Meadow 12 maja 1942 r. Nadszedł czas zawarcia układu bezpośrednio z Luciano.

* * *

Któregoś dnia między 15 maja a 4 czerwca 1942 r. Lansky i Polakoff złożyli pierwszą wizytę Luciano, by omówić umowę z Wywiadem Marynarki. Jako że wszystkie kolejne spotkania zostały pieczołowicie odnotowane, dziwi fakt, że nie zapisano daty tego pierwszego spotkania. Udali się pociągiem do Albany, a następnie pojechali samochodem do więzienia Great Meadow. Według Polakoffa i Lansky'ego, Luciano wyciągnął ku nim ramiona i krzyknął: "Co do diabła tu robicie chłopaki? Nie spodziewałem się was tu zobaczyć". Najwyraźniej nie miał pojęcia, dlaczego został przeniesiony. Goście wyjaśnili mu, że marynarka potrzebuje jego pomocy.

Luciano zapamiętał to pierwsze spotkanie nieco inaczej. Stwierdził, że Haffenden, a zapewne i Gurfein - "człowiek Deweya" - byli na spotkaniu i rozmawiał z nimi bezpośrednio. Lansky mówił, że Luciano dogadał się ze swoimi kolegami gangsterami, a Lansky przekazywał informacje stronie rządowej. Obydwie wersje zgadzają się co do tego, że Lansky przyniósł na spotkanie kosz jedzenia. Jak wspominał Luciano:

"Zanim jeszcze zdążyłem przywitać się z kimkolwiek, zobaczyłem na środku pokoju stół pełen wszelkiego rodzaju zimnych dań - taki sam, jaki mieliśmy zwykle w pokoju na zapleczu w Delikatesach Dave'a Millera. Powiedziałem: Chłopaki, zanim będziemy gadać, wybaczcie na chwilę, i zająłem się tym, co było na stole. To był pomysł Lansky'ego, by wyładować go wszystkim, co lubiłem; miał tam nawet koszerne ogórki konserwowe i tonik selerowy dr. Browna, który uwielbiałem... Smak tych ogórków był niemal tak dobry jak smak wolności".

Lansky wyjaśnił, że dzięki współpracy z Wywiadem Marynarki Luciano mógłby uzyskać nawet zmniejszenie wyroku. W przeciwnym wypadku na pierwszą szansę na zwolnienie warunkowe musiałby czekać do roku 1956. Luciano powiedział, że chętnie pomoże rządowi. Znał ważnych ludzi w porcie i gdyby poprosił ich, by zainteresowali się przyczynieniem się do wysiłku wojennego, zrobiliby to. Miał jednak poważne zastrzeżenie. Nie był obywatelem Stanów Zjednoczonych i wiedział, że przeciwko niemu wszczęto postępowanie deportacyjne. "Gdy wyjdę - nikt nie wie, jak się skończy ta wojna - niezależnie od tego, co zrobię, chcę, by odbyło się to po cichu, poufnie, tak że gdy wrócę do Włoch, nie będę naznaczony" - mówił.

Lansky potwierdził jego wersję. "Przekonaliśmy Charliego, że udzielenie pomocy było naszym obowiązkiem" - wspominał. "Charlie zgodził się z jednym wyjątkiem: by utrzymywać to w tajemnicy, gdyż do jego dokumentów dołączono nakaz deportacji, i że jeśli zostanie deportowany, może zostać tam [we Włoszech] zlinczowany". Obawiał się kary za złamanie omerty.

Haffenden później zapewnił Lansky'ego, że ma opracowany kod. Kontakty oznaczone były numerami i żadne nazwiska nie zostaną ujawnione. Po uzgodnieniu tej sprawy Luciano dał Lansky'emu upoważnienie do rozmów ze wszystkimi gangsterami Nowego Jorku. Miał przekazać wiadomość, że Luciano zgodził się na plan pomocy Wywiadowi Marynarki w zabezpieczeniu doków.

Raport Herlandsa odnotował, że funkcją Lansky'ego było odgrywanie roli łącznika między Luciano a innymi mafiosami. Lansky powiedział przedstawicielom Wywiadu Marynarki:

"W porcie nowojorskim nie będzie niemieckich okrętów podwodnych. Każdy człowiek, który pracuje w porcie - wszyscy marynarze, wszyscy rybacy, wszyscy dokerzy, każdy, kto ma cokolwiek wspólnego z wejściami i wyjściami statków w Stanach Zjednoczonych - obecnie pomaga w wojnie przeciwko nazistom".

Była to gwarancja poparta autorytetem Lucky'ego Luciano.

Raport Herlandsa odnotowuje przynajmniej dwadzieścia spotkań między Luciano, Polakoffem i Lanskym od 15 maja 1942 r. do 21 sierpnia 1945 r. Napisano w nim jednak także, że nie odnotowano wielu spotkań z innymi wspólnikami Luciano. Wśród gangsterów odwiedzających Luciano byli Lanza, Frank Costello, Mike Lascari, Mike Mirandi i Willie Moretti (człowiek, który powitał Josepha Bonanno w Ameryce).

Dla Polakoffa te liczne podróże do i z Great Meadow były męczące. "Spaliśmy w Albany albo w Glens Falls - mówił - i przyjeżdżaliśmy do więzienia wczesnym rankiem. Wizyty zwykle kończyły się o pierwszej, dzięki czemu mogliśmy wrócić do Albany i zdążyć na pociąg do Nowego Jorku, gdzie docieraliśmy około ósmej". Spotkania rozpoczynały się o 9.30 lub 10.00, a Polakoff był wyłączany z szeptanych rozmów i siadywał przy stoliku po drugiej stronie sali; zwykle czytał gazetę. Jest prawdopodobne, że Luciano omawiał więcej niż tylko sposoby na wygranie wojny - ale administrował swoim kryminalnym imperium. Nie dziwi zatem, że Polakoff pytał, czy goście nie mogą odwiedzać Luciano bez niego. Odpowiedzią było zdecydowane "nie" - musiał tam być, by zapewnić, że regulamin więzienny nie zostanie złamany. To był wkład Polakoffa w wysiłek wojenny.

Luciano stwierdził, że w tych działaniach miał bardziej bezpośredni udział. Gdy później, w 1959 r., rozmawiał z przebranym agentem FBI Salem Vizzini, nie wspomniał w ogóle o Lanskym:

"Pewnego dnia naczelnik wzywa mnie do gabinetu, a tam jest komandor marynarki. Chcą wiedzieć, czy skłonię chłopaków do spotkania i stworzę jakąś organizację, która będzie uważać na wszelkie przewałki w okolicach doków. Zwołałem spotkanie chłopaków z portu do gabinetu naczelnika i zrobiliśmy dokładnie to, czego chcieli".

Jednak według Raportu Herlandsa to Lansky działał jako łącznik z Luciano w tej operacji. Lansky regularnie spotykał się w Nowym Jorku z Haffendenem i szczegółowo rozmawiali o tym, jak mafia może pomóc w prowadzeniu wojny. Wspólnie omawiali sposoby usprawnienia załadunku i wyładunku statków; jak zapobiegać strajkom; jak utrzymywać poruszenia wojsk w tajemnicy i jak zabezpieczyć obszar przed sabotażem. Pewnego razu Haffenden podejrzewał, że w niektórych hotelach zatrzymali się niemieccy i włoscy agenci:

"Chciał dostać godnych zaufania kelnerów [wspominał Lansky], by wmieszali się w członków związku i słuchali, czy inni kelnerzy rozmawiają o miejscach pobytu marynarzy lub wojskowych. Sądził także, że być może będziemy musieli wprowadzić swoich kelnerów i umieścić ich w niektórych restauracjach i hotelach. Jednym z miejsc, o których wspomniał, był hotel Pierre. Powiedział mi także o pewnym miejscu w Brooklynie - jakimś klubie ludzi morza - jednak nie mieliśmy okazji wykonać zadania, gdyż sprawa pojawiła się w gazetach".

Lansky wydobył Johnny'ego "Cockeye" Dunna z więzienia, by działał jako jego człowiek na nabrzeżach. Dunna wszyscy się bali. Gdy wchodził do portowych barów, milkły wszelkie rozmowy. Udawał się tam, by zadbać o to, aby nikt nie paplał o poruszeniach wojsk ani nie zdradzał szczegółów tajnych operacji. Miał mocne powiązania ze związkiem sztauerów w porcie.

Pewnego razu Haffenden otrzymał informację, że w hotelu w pobliżu portu być może zatrzymali się niemieccy agenci. Dunn udał się na rozpoznanie i dwóch ludzi zniknęło. "Nie będą nam już przeszkadzać" - powiedział Dunn. Wywiad Marynarki powiedział mu, by zawsze uzgadniał wcześniej jakiekolwiek dalsze akcje kończące nieprzyjacielską działalność. Mimo to, według Lansky'ego, Dunn wkrótce pracował bezpośrednio dla Haffendena:

"Dunn miał odgrywać rolę stróża na nabrzeżach, miał mieć zaufanych ludzi wśród dokerów... zyskiwać przyjaciół wśród członków załóg i je utrzymywać w celu uzyskiwania informacji, gdyby wśród nich znalazł się jakiś wróg. Ktoś, kto mógłby za pieniądze dokonać sabotażu lub przekazywać informacje. Miał także przyjaciół we wszystkich portowych barach. Gdyby ktokolwiek z członków załóg upił się i mówił o czymś, co wyglądałoby na wrogą propagandę, mieli donosić o tym jemu lub temu, którego wyznaczył sobie do pomocy".

Dunna martwił sposób, w jaki statki były ładowane w dokach. Uważał, że możliwe było umieszczenie na ich pokładach bomb - i przekazał to Haffendenowi.

Innym gorliwym pomocnikiem był John McCue, zwolniony z Sing Sing po odsiedzeniu dziesięciu lat za morderstwo. Był prawą ręką Josepha Ryana, prezesa Międzynarodowego Stowarzyszenia Dokerów. Gdy agenci marynarki zgłosili problemy z pewnymi robotnikami portowymi, McCue łamał im ręce lub nogi, by zapewnić ich pomoc w przyszłości.

Sieć przedstawicieli i informatorów mafii była tak skuteczna, że Meyer Lansky twierdził, iż to on pierwszy zdobył informacje na temat operacji "Pastorius" - wysadzenia niemieckich agentów na Long Island przez okręty podwodne. Powiedział, że zwrócił się do niego brat włoskiego rybaka, który widział, jak czterech agentów wysiada z U-Boota i wiosłuje do brzegu. Lansky powiedział o tym Haffendenowi, który przekazał informacje FBI.

By szpiegować sympatyków nazistów w Nowym Jorku, Lansky przekonał znajomych właścicieli restauracji w Yorkville, by zatrudniali znających niemiecki kelnerów i podsłuchiwali rozmowy. Stosunki między Haffendenem a Lanskym stały się tak zażyłe, że agenci marynarki wkrótce zajmowali się obsługą automatów należących do mafii w klubach. "Ludzie marynarki zajmowali się zbieraniem pieniędzy dla mafii" - mówił Lansky. "Przekazywali zebrane pieniądze i zawsze zachowywali się uczciwie. Zapewne był to jedyny przypadek, w którym Marynarka USA kiedykolwiek bezpośrednio pomagała mafii".

* * *

Po nawiązaniu kontaktów z Luciano, Socks Lanza nadal pomagał Wywiadowi Marynarki. Odwiedzał go kilkakrotnie w więzieniu i zyskał jego zgodę. "Joe, rób swoje - powiedział Luciano - poślę słówko i wszystko pójdzie gładko". Lanza zauważył natychmiast różnicę: "Costello pomógł mi, pozwalając mi zobaczyć się z ludźmi, do których drogę przetarł mi Charlie". Gdy Lanza zwrócił się do Costello z planem dla Wywiadu Marynarki, mafioso zastanawiał się nad nim, a potem mówił: "To dobra rzecz; i zrób to".

Lanza często przedstawiał agentów Wywiadu Marynarki swoim ludziom w porcie, mówiąc, że są to "porządni goście". Oznaczało to, że mogli robić swoje i nikt nie zadawał im niewygodnych pytań. Dotyczyło to także śledzenia i podsłuchiwania podejrzanych osób na nabrzeżach lub na statkach. Kapitan Maurice Kelly, w cywilu policjant, był jednym z tych agentów i zauważył wyraźną zamianę postawy w porcie po tym, jak marynarka skontaktowała się z Luciano:

"Od tego czasu wszyscy ci ludzie zdecydowanie i całkowicie współpracowali. Nie było żadnych utrudnień. Spotykaliśmy się z osobą, z którą mieliśmy się spotkać na wyznaczonym pirsie - ponieważ kapitan Haffenden układał dla nas plany. Rozmawiali od razu. Pomagali w uzyskiwaniu informacji, które chciało się uzyskać. Wskazywali ludzi. Mówili o pewnych ładunkach - niezależnie od problemów - była to pełna i owocna współpraca".

Przed włączeniem się w sprawę Luciano, jak wspominał Kelly:

"Natykaliśmy się na wielkie kłopoty z pozyskiwaniem wiarygodnych informacji w porcie... Z powodu swego pochodzenia - ludzie, którzy tam pracowali, byli podejrzliwi wobec wszelkich śledczych i częścią ich jestestwa było to, że po prostu nie chcieli rozmawiać z kimkolwiek, nawet gdy chodziło o pomoc w wysiłku wojennym".

Aby zapewnić bezproblemową współpracę między rządem USA a półświatkiem, zezwolono na założenie podsłuchów telefonicznych w siedzibie Lanzy w hotelu Meyer's, w samym sercu targu rybnego Fulton przy 117 Ulicy Południowej na Manhattanie. Podsłuchy potwierdziły liczne zadania, wykonywane przez Lanzę dla Haffendena. Niekiedy podsłuchiwane rozmowy brzmiały nieco komicznie. Drukarnia w Harlemie drukowała i rozpowszechniała wywrotowe materiały, toteż Haffenden poprosił Lanzę o pomoc w umieszczeniu w odpowiednich miejscach agentów. Wiązało się to z załatwieniem legitymacji związkowych dla agentek pracujących jako szatniarki w klubie kabaretowym w Harlemie.

Te bliskie stosunki służyły mafii bardzo dobrze, utwierdzając jednocześnie jej kontrolę nad wieloma interesami. Skonsolidowały także ich dominację nad związkiem zawodowym dokerów Wschodniego Wybrzeża. Przez pewien czas Harry Bridges, twardy przywódca związkowy, który kierował związkiem zawodowym dokerów Zachodniego Wybrzeża, był dla nich zagrożeniem. Próbował oczyścić działalność wschodniego związku i zaczął działać w porcie w Brooklynie. Krążyły plotki, że organizował tam strajk. Haffenden zadzwonił do Lanzy.

"Co ze sprawą Mostu Brooklyńskiego?" - zapytał, mówiąc o Harrym Bridgesie *[Aluzja do nazwiska Bridgesa; "bridge" po angielsku znaczy "most".]. "Nie chcę żadnych kłopotów w porcie w ważnym czasie".

"Nie będzie ich pan miał" - zapewnił go Lanza. "Zajmę się tym. Zadzwonię. Spotkamy się".

Bridges próbował zorganizować spotkanie związkowe w Webster Hall - jednak Lanza dotarł wcześniej do niego. Pobił go. Bridges nie próbował więcej przyjeżdżać na wschód. Gdy Haffenden zadzwonił do Lanzy w tej sprawie, nie pytał o szczegóły, jak potwierdzają zapisy z podsłuchu telefonicznego.

"Jaka jest sytuacja w porcie brooklyńskim?"

"Ludzie Bridgesa zostali powstrzymani" - powiedział Lanza. "Zadbaliśmy o to. Wszystko jest pod kontrolą".

"Świetnie" - powiedział Haffenden.

"W porcie panował spokój" - wspominał Lansky. "Utrzymywano go ostrymi metodami. O to jednak prosiła nas marynarka; i to właśnie marynarka dostała".

Komandor MacFall, szef Wywiadu Marynarki w Nowym Jorku i wzdłuż Wschodniego Wybrzeża, wiedział, że ryzykuje, używając gangsterów, jednak uważał to za korzystne. Zatrzymał także wszystko dla siebie i dla swojego departamentu, jak powiedział podczas dochodzenia Herlandsa:

"Wykorzystanie informatorów i osób z półświatka, podobnie jak użycie innych najbardziej poufnych procedur śledczych, nie zostało wprost zakomunikowane komendantowi ani innym przełożonym, jako że te działania były skalkulowanym ryzykiem, które wziąłem na siebie jako okręgowy szef wywiadu. Moim zadaniem było kierowanie się własnym osądem co do metod i środków pozyskiwania informacji, którymi zainteresowany był Wywiad Marynarki...

Od czasu do czasu kapitan Haffenden (który podlegał mi bezpośrednio) dawał mi ważne informacje o wydarzeniach w porcie, które otrzymywał dzięki osobom z półświatka. Okazało się, że niektórzy z tych informatorów wcześniej byli członkami gangu kierowanego przez niejakiego Charliego Lucky'ego Luciano, słynnego gangstera z półświatka, który siedział w więzieniu z długim wyrokiem. Kapitan Haffenden poinformował mnie także, że Luciano nadal ma wpływy w swojej podziemnej organizacji i wydał rozkaz swoim kompanom, by wspierali Okręgowe Biuro Wywiadu...

Gdy używano źródeł z półświatka lub informatorów przekazanych nam przez osoby z półświatka, ich nazwisk nie notowano i nie sporządzano żadnych dokumentów związanych z przekazywaną przez nich informacją, jako że ich działania i tożsamość były uważane za wysoce poufne".

Według Raportu Herlandsa i wielu przytoczonych w nim wypowiedzi oficerów Wywiadu Marynarki nie ma wątpliwości, że Luciano, Lansky, Lanza i ich wspólnicy z gangu pomogli im. Zapewnili pomoc i informacje, dzięki którym porty Wschodniego Wybrzeża pracowały wydajnie. Stanowili pierwszą linię wywiadu przeciwko jakimkolwiek agentom wysłanym przez Hitlera czy Mussoliniego do sabotowania alianckiej żeglugi. W rezultacie alianckie konwoje mogły wykonywać kluczowe dla prowadzenia wojny zadanie przewożenia żołnierzy i zaopatrzenia do Europy. Prawdą jest, że osiągnięto to dzięki gangsterom, którzy stosowali przemoc i nielegalne metody, jednakże tego aspektu operacji nie ujęto w amerykańskim raporcie rządowym. Informacja ta pochodzi ze wspomnień uczestniczących w tych wydarzeniach gangsterów - Lucky'ego Luciano i Meyera Lansky'ego. Dziś może się to wydawać wątpliwe z moralnego punktu widzenia, jednak w tym czasie, w 1942 r., miało to sens, jak napisano we wnioskach z Raportu Herlandsa:

"Debatując nad aspektem technicznym wkładu Luciano w wysiłek wojenny, nie osiągnie się żadnej korzyści. Poza dokładną oceną jego udziału, jasne jest jak słońce, że Luciano i jego wspólnicy oraz "kontakty" w czasie, gdy wynik wojny zdawał się niezwykle wątpliwy, wykonali bardzo wiele usług, które uważano za korzystne dla marynarki".

Meyer Lansky miał własne zdanie na tę sprawę. "Gdyby tego chciała - wspominał - mafia mogła sparaliżować cały port". Zapytał Haffendena, co by się stało, gdyby zamknięto port. "Bez dostaw wysyłanych do Rosji i Wielkiej Brytanii - powiedział oficer marynarki - wojna trwałaby znacznie dłużej. Mogłoby to nawet zmienić przebieg wojny".

"Tak więc - pisał Lansky w swoich wspomnieniach - ostatecznie mafia pomogła ocalić życie Amerykanów i ludzi w Europie".

Zapytany otwarcie przez śledczych Herlandsa, co dobrego udało się osiągnąć dzięki "projektowi Luciano", zawahał się przez chwilę. "Nie mogę dać wam żadnych dokładnych rezultatów - powiedział - jednak nie wiem, jak wielu spraw nie udałoby się uniknąć, gdyby do tego nie doszło. Nie wiem, do ilu aktów sabotażu nie doszło, a sądzę, że zapobiegło to wielu. Sądzę, że był to wielki środek ostrożności".

W lutym 1943 r. Lucky Luciano miał nadzieję, że skorzysta ze swojego wkładu w wysiłek wojenny. Do Sądu Najwyższego hrabstwa Nowy Jork wystosowano wniosek o zmianę wyroku wydanego na Luciano. Złożono go u sędziego Philipa J. McCooka, tego samego, który skazał Luciano w roku 1936. Sędzia odrzucił wniosek, jednak w uzasadnieniu pozostawił Luciano pewną nadzieję:

"Wreszcie dochodzimy do argumentu, że oskarżony pomógł rządowi w prowadzeniu wojny. Zgodnie z precedensem w sprawie metropolitarnej, władze zostały w interesie publicznym przesłuchane za zamkniętymi drzwiami. W wyniku tego sąd jest w stanie stwierdzić, że oskarżony zapewne próbował im pomóc, i zapewne z pewnym powodzeniem... Jeśli oskarżony pomaga władzom i będzie czynił to nadal oraz pozostanie wzorowym więźniem, w przyszłości akt łaski może znaleźć uzasadnienie".

"Charakter pomocy Lucanii [sic] w wojnie pozostaje tajemnicą", pisano w "New York Timesie", komentując wniosek z lutego:

"Pan Wolf [adwokat Luciano] nie mógł zdradzić tego, co określił jako tajemnicę wojskową, jednak sędziemu McCookowi powiedział, że władze wojskowe szukały pomocy u jego klienta, i że dostały ją bez żadnego zamiaru uzyskania zmiany wyroku ani też nadziei na zmianę wyroku.

Powiedział, ze wezwie dwóch oficerów wysokiej rangi na prywatną rozmowę z sądem i później stwierdził, że rozmawiali oni z sędzią McCookiem, ale że ich zeznania nie mogą zostać ujawnione".

Rząd USA chciał, by Luciano pozostawał w więzieniu. Zakończenie wojny wymagało jeszcze długich walk. Poza tym, gdyby Luciano zwolniono, zostałby natychmiast deportowany do Włoch, co nie przysłużyłoby mu się zbyt dobrze.

Czy jednak Luciano i mafia mogli jeszcze w czymś pomóc? Czy mogli odegrać w walkach bardziej bezpośrednią rolę? Gdy alianckie wojska odnosiły zwycięstwa w Afryce Północnej, znajdowały się coraz bliżej ojczyzny mafii - Sycylii.

 

Rekrutacja mafii

Decyzję o przeprowadzeniu inwazji na Sycylię podjęto w Casablance w Maroku w styczniu 1943 r. Decyzję tę podjęli Winston Churchill, premier Wielkiej Brytanii, oraz Franklin D. Roosevelt, prezydent Stanów Zjednoczonych. Roosevelt chciał, by w konferencji wziął udział radziecki przywódca Józef Stalin, jednak był on zajęty kierowaniem armią rosyjską, gromiącą Niemców pod Stalingradem. Był to punkt zwrotny II wojny światowej. Churchill odniósł własne zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami w Afryce Północnej dwa miesiące wcześniej, gdy Afrika Korps Rommla został pokonany pod El Alamein. "Przed Alamein nie odnieśliśmy ani jednego zwycięstwa" - napisał później Churchill. - "Po Alamein nie ponieśliśmy ani jednej porażki".

Ponieważ sukcesy odnoszono także na Pacyfiku, amerykańskie Kolegium Szefów Sztabów chciało iść za ciosem i przeprowadzić długo oczekiwaną inwazję na Francję przez kanał La Manche. Wszystko było gotowe rok wcześniej, Churchill jednak stał się ostrożny i argumentował, że lepiej wysadzić desant w Afryce Północnej. Roosevelt się zgodził. W Casablance amerykańscy szefowie sztabów podnieśli tę kwestię jeszcze raz, pragnąc doprowadzić do zwycięstwa w Europie poprzez bezpośredni atak na nazistowskie Niemcy. Roosevelt wiedział, że Stalin pragnął otwarcia drugiego frontu w Europie, by odciążyć nieco jego siły, jednak ponownie stanął po stronie Churchilla i brytyjskich szefów sztabów, którzy nalegali na uzyskanie czasu na rozbudowę sił alianckich. Woleli uderzyć w miękkie podbrzusze opanowanej przez Oś Europy i zaatakować Włochy Mussoliniego.

Spór trwał przez dziesięć dni konferencji. Dowódca amerykańskiej marynarki admirał Ernest King powiedział, że jeśli nie dojdzie do inwazji na Francję, wszystkie siły amerykańskie powinny zostać wysłane na Pacyfik. Wreszcie, po naleganiach generała George'a Marshalla uzgodniono, że należy utworzyć sztab, którego zadaniem będzie planowanie inwazji na Francję, jednak sama operacja odbędzie się dopiero w roku 1944. Churchill, Roosevelt i brytyjscy szefowie sztabu zwyciężyli w tej debacie.

Po raz ostatni osobisty wpływ Churchilla na Roosevelta miał zdecydować o alianckiej strategii wojennej. Jak podsumował to generał Albert Wedemeyer, szef planistów amerykańskich Połączonych Szefów Sztabów: "Można powiedzieć, że przybyliśmy, posłuchaliśmy i zostaliśmy zwyciężeni".

Tymczasem, gdy siły alianckie zdobyły Tunis i zwyciężyły w Afryce Północnej, miało dojść do natychmiastowej inwazji na terytoria Osi w basenie Morza Śródziemnego. W które miejsce jednak miano uderzyć? Churchill zapisał swoje przemyślenia w historii wojny:

"Sam byłem pewien, że następnym celem powinna być Sycylia, a Połączeni Szefowie Sztabów byli tego samego zdania. Połączeni Planiści z drugiej strony razem z lordem Mountbattenem uważali, że powinniśmy zaatakować Sardynię, a nie Sycylię, ponieważ ich zdaniem można by tego dokonać trzy miesiące wcześniej.

Nie dałem się jednak przekonać; i mając za sobą wszystkich Połączonych Szefów Sztabów, nalegałem na Sycylię. Wspólni Planiści, z szacunkiem, lecz nieustępliwie, powiedzieli, że nie można tego dokonać przed 30 sierpnia. Wówczas osobiście przejrzałem wraz z nimi wszystkie dane i wraz z prezydentem wydaliśmy rozkaz, że Dzień D ma mieć miejsce podczas sprzyjającej fazy księżyca w lipcu albo, jeśli to możliwe, podczas sprzyjającej fazy księżyca w czerwcu".

24 stycznia, pod koniec konferencji w Casablance, prezydent Roosevelt zwrócił się do prasy i powiedział: "Pokój może nadejść jedynie poprzez całkowite zniszczenie potęgi militarnej Niemiec i Japonii...". Oznaczało to, że mocarstwa alianckie miały przystać wyłącznie na bezwarunkową kapitulację Niemiec, Włoch i Japonii.

Churchill poparł to oświadczenie, jednak było ono później krytykowane, gdyż miało przedłużyć walki w końcu wojny. W wyniku tego, jak argumentowano, armia niemiecka uważała, że nie ma nic do stracenia, kontynuując walkę. Oznaczało to, że siły alianckie mogły napotkać zdecydowany opór sił niemieckich podczas każdej inwazji w Europie - w tym na Sycylii. Dlatego bardzo dobrze widziana byłaby każda pozamilitarna pomoc, dzięki której siłę tego oporu można byłoby zmniejszyć.

* * *

Amerykańska marynarka zawsze uważała, że najważniejszymi zmaganiami podczas wojny były walki na Pacyfiku, a jej dowódców irytowało to, co działo się w Europie. Brak zainteresowania europejskim teatrem działań potęgował brak informacji o regionie śródziemnomorskim. Kontradmirał W.S. Pye stwierdził to jasno podczas przemówienia do absolwentów Szkoły Morskiej w Nowym Jorku 16 marca 1944 r.:

"W obecnej wojnie sytuacja wywiadowcza różni się znacznie od poprzedniej wojny, szczególnie na Pacyfiku. Także na Atlantyku, a zwłaszcza w Afryce Północnej i we Włoszech odkryliśmy, że nie mamy wielu informacji, niezbędnych do efektywnego planowania.

Nie powinniśmy zbyt mocno krytykować braku takich informacji, gdyż jeszcze trzy lata temu nikt nie mógł przewidzieć, że będą nam potrzebne informacje o wybrzeżach Afryki Północnej i Włoch".

Marynarka po prostu nie oczekiwała walk na Morzu Śródziemnym. Tradycyjnie obszar ten stanowił strefę wpływów Wielkiej Brytanii i Royal Navy. W wyniku decyzji podjętej na konferencji w Casablance Wywiad Marynarki USA musiał pracować intensywnie i szybko nad zebraniem informacji niezbędnych dla przeprowadzenia udanego desantu. Co ciekawe, Pye wymienił jeszcze jedną wymówkę dla braku przygotowania wywiadowczego - snobizm:

"Było to połączenie niedoboru oficerów, koszt licznej organizacji wywiadowczej i poczucie wielu Amerykanów, że działania wywiadowcze są w pewnej mierze podobne do szpiegostwa, i co za tym idzie, w czasach pokoju są zajęciem niegodnym i niewłaściwym".

Pomimo tych wymówek, Wywiad Marynarki USA zajął się zadaniem przygotowania inwazji na Sycylię - Operacją "Husky" - szybko i umiejętnie. Oficerowie wybrani do tego zadania pochodzili z Trzeciego Okręgu Marynarki - byli to ci sami ludzie, którzy pomagali Haffendenowi i MacFallowi zabezpieczyć nowojorskie doki. Fakt, że obydwie operacje wiązały się z kontaktowaniem się z mówiącymi po włosku członkami organizacji przestępczych, nie był wcale przypadkowy.

Porucznik Anthony J. Marsloe został mianowany starszym oficerem grupy czterech oficerów Wywiadu Marynarki, wysłanych w maju 1943 r. do Afryki Północnej, by wziąć udział w Operacji "Husky". Marsloe, absolwent prawa Uniwersytetu St. John's, służył pod MacFallem w okręgowym biurze wywiadu od lutego 1942 r. i wiedział wszystko o kontaktach z Lanzą i Luciano. Był jednym z najbardziej gorliwych zwolenników prowadzenia rozmów z mafią, jak powiedział w czasie dochodzenia Herlandsa:

"Teoria kapitana Haffendena była słuszna. Tak, była ona słuszna, ponieważ likwidowała możliwość wykorzystania półświatka przez nieprzyjaciela; półświatek został zaś wykorzystany jako źródło informacji, które mogłyby wesprzeć nasz wysiłek wojenny.

Niezwykłe okoliczności podczas szczególnej sytuacji lub po wybuchu działań wojennych uzasadniają wykorzystanie każdego dostępnego źródła informacji, którego można by użyć do powstrzymania oraz schwytania ludzi będących potencjalnym bądź rzeczywistym zagrożeniem".

Pozostałymi członkami drużyny Marsloe'a byli trzej inni oficerowie z biura wywiadu Trzeciego Okręgu Marynarki: porucznik Joachim Titolo, porucznik Paul A. Alfieri oraz chorąży James F. Murray. Titolo był praktykującym adwokatem, który służył także jako zastępca dyrektora okręgowego przedstawicielstwa OPA w jego walce przeciwko gangsterom handlującym na czarnym rynku kartek. Otrzymał także list pochwalny za swoją rolę w schwytaniu niemieckich sabotażystów, którzy wylądowali w Amagansett na Long Island. Alfieri miał być głównym śledczym Komisji Portowej w Nowym Jorku. Wszyscy oni dobrze znali sposób działania nowojorskiego półświatka.

24 maja 1943 r. kapitan Haffenden bezpośrednio zaangażował się w planowanie inwazji, gdy został mianowany szefem Sekcji "F" w biurze wywiadu Trzeciego Okręgu. Nazywana była ona także "sekcją celów", gdyż zajmowała się zbieraniem informacji strategicznych o Sycylii i Włoszech.

Proces ten rozpoczął się nieformalnie w drugiej połowie 1942 r., gdy Haffenden dostrzegł wartość zbierania informacji od mówiących po włosku nowojorczyków, skoro siły amerykańskie miały bezpośrednio zaangażować się w walki w basenie Morza Śródziemnego. W listopadzie 1942 r. w ramach Operacji "Torch" w Afryce Północnej wysadzono ponad 50 000 amerykańskich żołnierzy.

"Liczni Włosi urodzeni lub pochodzący z Sycylii oraz ich krewni [pisano w Raporcie Herlandsa] zostali wykorzystani, by dostarczyć kapitanowi Haffendenowi i jego współpracownikom informacji na temat terenu, portów itp. na Sycylii, ponieważ spodziewano się alianckiej inwazji na tę wyspę. Poprzez te kontakty i informatorów uzyskano nazwiska przyjaźnie nastawionych mieszkańców Sycylii, a nawet członków sycylijskiego półświatka i członków mafii; wiadomości te zostały użyte w czasie kampanii sycylijskiej".

Kapitan Haffenden powiedział później senackiej komisji Kefauvera, badającej zorganizowaną przestępczość, że była to znaczna operacja, w której wzięło udział 146 śledczych, zbierających informacje z tysięcy źródeł.

Marsloe opisał swój własny udział w tej akcji:

"Pamiętam, że Sekcja B-7, czyli sekcja kontrwywiadu, oraz sekcja dochodzeniowa były zaangażowane w ciągłe poszukiwanie informacji logistycznych dotyczących nieprzyjaciela; z powodu mojej osobistej znajomości Sycylii i sycylijskich dialektów, od czasu do czasu kapitan Haffenden przesyłał do mnie różne osoby, bliżej nieznane. Ludzie ci byli przesłuchiwani, oddawali też fotografie, dokumenty i inne interesujące przedmioty, które następnie przekazywano kapitanowi Haffendenowi...

Po rozmowach z kapitanem Haffendenem doszedłem do wniosku, że była to część stworzonego przez niego planu, a ludzie ci byli wysyłani przez jego kontakty z półświatka".

W proces ten zaangażował się Meyer Lansky, zabierając licznych Włochów do biur w Astorze oraz przy Church Street na spotkania z Haffendenem. "Przed naszym atakiem na Sycylię - wspominał - rozmowy dotyczyły ich znajomości wybrzeża oraz ukształtowania terenu za plażami".

Haffenden chciał wiedzieć wszystko o akwenach wokół wyspy i wyciągał wielką mapę, by sprowadzeni przez Lansky'ego Włosi mogli się nimi posiłkować - pokazując swoje wioski i opisując ich okolice. Jak wspominał Lansky:

"Marynarka chciała uzyskać od Włochów fotografie wszystkich sycylijskich portów, wszystkich kanałów, a także mieć kontakt ze wszystkimi, którzy byli ostatnio we Włoszech i znali wody i wybrzeża. Miano ich sprowadzić, by marynarka mogła z nimi rozmawiać".

Lansky sprowadził znanych uchodźców z wyspy, w tym byłego burmistrza sycylijskiego miasteczka. "Został sprowadzony przez mężczyzn, którzy odwiedzali Charliego Luciano" - mówił Lanksy. "Polecili jego pomoc - i chciał on jej udzielić, miał także przyprowadzić innych. Zaprowadziłem go do biura wywiadu przy Church Street 90".

Socks Lanza także został wezwany do pomocy. Sprowadzał amerykańskich Włochów, którzy mieli użyteczne informacje na temat Sycylii. Jednym z tych ludzi-kontaktów był Vincent Mangano, który prowadził firmę eksportowo-importową między Sycylią a USA. Joe Adonis - jeden z czterech zabójców Bossa Joe - został poproszony, by towarzyszył Mangano do biura Haffendena, co sugeruje, że mogło tu dojść do pewnego przymusu. Lansky pisze o tym jaśniej w swoich wspomnieniach:

"Czasami niektórzy z tych Sycylijczyków byli bardzo nerwowi. Joe [Adonis] tylko wspominał nazwisko Lucky'ego Luciano i powiedział, że rozkazuje im mówić. Jeśli Sycylijczycy nadal się wzdragali, Joe przestawał się uśmiechać i mówił: «Lucky nie będzie zadowolony, słysząc, że nie byliście pomocni»".

Adonis zadbał, by wiele osób udzieliło użytecznych informacji na temat Sycylii. Pewnego razu "niemal porwał" człowieka, który był wójtem wioski sycylijskiej. Zdaniem Lansky'ego, Mangano miał być głównym łącznikiem mafii w Stanach Zjednoczonych z jej macierzystą organizacją na Sycylii. "Joe [Adonis] pracował naprawdę bardzo ciężko - mówił Lansky - by pokazać, że może być amerykańskim patriotą. Odnalazł paru Włochów, o których w ogóle nie wiedzieliśmy".

Moses Polakoff także został wciągnięty do pomocy i sprowadził własnych znajomych Włochów. Ci, którzy mówili tylko po włosku, zostali przekazani tłumaczom Haffendena. Porucznik Marsloe zarządzał sekcją lingwistyczną. Mówił po włosku, francusku i hiszpańsku, i rozumiał wiele sycylijskich dialektów, które były używane podczas przesłuchań.

Podczas tych działań, w styczniu 1943 r., Socks Lanza wypadł z drużyny. Został aresztowany i skazany na wyrok od 7,5 do 15 lat więzienia za wymuszenia i działalność w zorganizowanej grupie przestępczej. Główne oskarżenie mówiło o tym, że Lanza był "carem wymuszeń", który opracował plan nacisku, mający na celu przejęcie kontroli nad funduszami związków zawodowych. Było to szokiem dla innych gangsterów, którzy myśleli, że ich entuzjastyczna pomoc dla wysiłku wojennego uchroni ich przed wymiarem sprawiedliwości.

* * *

Gdy Socks Lanza stanął przed sędzią Jamesem Garrettem Wallacem, nie wspomniano o jego współpracy wojennej ani nawet jej nie sugerowano. Jego adwokat prosił o łagodny wymiar kary, gdyż klient był pożyteczny dla społeczeństwa, jednak gdy zaczął się rozwodzić na ten temat, wspominając o jego ciężkiej pracy na rzecz związku zawodowego - tego samego, który pragnął okraść - sędzia Wallace przerwał mu i powiedział: "Był on zdecydowanie ciężarem dla społeczeństwa".

Od początku było jasne, że za pomoc Lanzy nie uda się kupić łagodnej kary, jednak pozostawiło niemiłe wrażenie wśród wielu przyjaciół Lanzy. Do tego czasu Wywiad Marynarki uznał, że już zapewne uzyskał dzięki Lanzie, co się dało. Lansky był przekonany, że była to robota Thomasa Deweya - został on właśnie gubernatorem Nowego Jorku i pragnął zademonstrować swoje antymafijne przekonania, wysyłając do więzienia jedną z jej czołowych postaci.

Mimo usunięcia Lanzy, działania marynarki trwały. Większość gangsterów nie miała większego wyboru i nadal udzielała swojej pomocy, szczególnie jeśli byli powiązani z Luciano, gdyż wciąż była to jego jedyna szansa na uzyskanie jakiegokolwiek złagodzenia wyroku.

Komandor Roscoe MacFall, szef biura wywiadu Trzeciego Okręgu, był cały czas informowany o całej procedurze pozyskiwania informacji i chwalił Haffendena za jego działania na tym polu:

"Przed lądowaniem sił amerykańskich w Afryce Północnej, a także i potem, Okręgowe Biuro Wywiadu skierowało znaczną część swoich sił do zbierania informacji strategicznych o północno-afrykańskim teatrze działań oraz o basenie Morza Śródziemnego... Uważano, że skoro Mussolini był odpowiedzialny za wygnanie wielu Sycylijczyków, osoby pochodzenia sycylijskiego będą skłonne pomóc Wywiadowi Marynarki".

Bezpośrednio odniósł się w ten sposób do kampanii Cesare Moriego przeciwko sycylijskiej mafii w latach dwudziestych, na skutek której wielu Sycylijczyków znalazło się w Stanach Zjednoczonych. To właśnie z tymi ludźmi chciał rozmawiać Wywiad Marynarki USA, jak mówił MacFall:

"Haffenden dosyć często meldował mi, że jego podwładni przesłuchiwali znaczną liczbę osób urodzonych we Włoszech, i że wielu tych informatorów trafiło do Wywiadu Marynarki dzięki zachętom Luciano".

Wszystkie te informacje odnotowywano na wielkiej ściennej mapie, którą Lansky widział w biurze Haffendena. George Tarbox był cywilnym artystą odpowiedzialnym za nanoszenie informacji. Wykreślił wielką mapę Włoch i Sycylii, z półprzezroczystymi rysunkami pokazującymi informacje z różnych źródeł, opatrzonymi numerami referencyjnymi. Gdy ją ukończył, miała ona szerokość 3 stóp, długość 4 stóp i była rozpięta na drewnianej ramie. Te i inne mapy zostały po inwazji zniszczone.

"Znaczna ilość podobnych danych [konkludował MacFall] została wysłana do dowództwa Wywiadu Marynarki w Waszyngtonie. Nazwiska niektórych kategorii informatorów zostały zachowane, takich jak personelu domów bankowych, biznesmenów etc, nie uznano za konieczne ani za pożądane, by archiwizować nazwiska informatorów z półświatka ani też osób stamtąd przysłanych".

Komandor Wallace S. Wharton odbierał te wszystkie informacje w Waszyngtonie. Był szefem Sekcji Kontrwywiadu Biura Wywiadu Marynarki i szczególnie interesował się możliwą działalnością sabotażową i szpiegowską we Włoszech. Jak wspominał, Haffenden przynajmniej raz w miesiącu odwiedzał go osobiście:

"Gdy kapitan Haffenden podawał mi nazwiska, mówił, że otrzymał je od swoich kontaktów w półświatku. Nazwiska godnych zaufania osób z Sycylii okazały się trafne w 40%, po ich sprawdzeniu i po współpracy z nimi".

Wśród innych ważnych informacji przekazanych przez Haffendena Whartonowi w Waszyngtonie były nazwiska Sycylijczyków, którzy mogli okazać się przyjaźni wobec sił zbrojnych USA w przypadku inwazji. W ciągu całych tych działań rozpoznawczych oficerowie Wywiadu Marynarki regularnie wymieniali Luciano jako osobę pomocną, gwarantującą swobodny przepływ informacji od Amerykanów włoskiego pochodzenia. Sam Luciano jednakże zaprzeczył jakoby w tej materii miał współpracować z rządem USA:

"Jeśli chodziło o moją pomoc dla rządu, to wówczas, a nawet w następnym roku, gdy mówili, że pomogłem im otworzyć Sycylię na inwazję, załatwiając współpracę chłopaków z mafii, by pomagali amerykańskim żołnierzom, to wszystko pieprzenie w bambus.

Łatwo byłoby mi mówić, że coś w tym wszystkim było, tak jak ludzie mówili od lat, i jak dawałem im mówić, jednak nic w tym nie było. Jeśli chodzi o moją pomoc dla armii w lądowaniu na Sycylii, to trzeba pamiętać, że wyjechałem stamtąd, jak miałem ile - dziewięć lat? Jedynym gościem, jakiego tam naprawdę dobrze znałem, a nie był to nawet Sycylijczyk, był ten mały fiut Vito Genovese. A w tym czasie ten mały gnojek żył sobie jak król w Rzymie, całując Mussoliniego w dupę".

Przeczy to wcześniejszemu stwierdzeniu, w którym Luciano wspominał o listach Vito Genovesa, mówiąc: "najważniejsze, co napisał, to to, że na Sycylii moje nazwisko było królem... na Sycylii uważali mnie za prawdziwy numer jeden. I pomyślałem sobie, jak mógłbym dać Deweyowi dobrą wymówkę, której potrzebował, by mnie wypuścić". Z pewnością uważał swoją reputację na Sycylii za środek perswazji wobec rządu USA.

Meyer Lansky miał jeszcze inny pogląd na udział Luciano:

"Lucky opracował plan, który uznałem za dość karkołomny, jednak przekazałem go Haffendenowi... Chciał zaciągnąć się do armii inwazyjnej. Uważał, że może zostać zwykłym żołnierzem i służyć jako łącznik lub zwiadowca. Powiedział, że był gotowy pójść z pierwszą falą.

Sądził, że jego obecność zagwarantuje współpracę Sycylijczyków. Nie chciał, by ktokolwiek uważał, że chce po prostu wydostać się z więzienia; był gotów ryzykować własną skórą, by to udowodnić. Powiedział, że jest gotów dać się zrzucić na wyspę na spadochronie...".

Lansky śmiał się z tego - miał wizję, jak Luciano ląduje na wieży kościelnej. Stonował nieco propozycję Luciano, ale przekazał ją Haffendenowi, mówiąc, że być może mogliby wysadzić Luciano z okrętu podwodnego. Haffenden zawiózł pomysł do Waszyngtonu, powiedział jednak, że jego przełożeni go odrzucili. Komandor Wharton zeznał potem, że taka propozycja została złożona:

"Haffenden powiedział mi, że Luciano był skłonny udać się na Sycylię i skontaktować się z jej mieszkańcami, na wypadek inwazji naszych sił zbrojnych, i skłonić tych mieszkańców do pomocy siłom zbrojnym Stanów Zjednoczonych, szczególnie podczas operacji amfibijnych".

Wharton powiedział, że Haffenden mocno popierał pomysł, by Luciano udał się na Sycylię, mówiąc, że może pójść do gubernatora Deweya i przekonać go, by dał Luciano zwolnienie warunkowe, pozwalając mu udać się na Sycylię przez kraj neutralny, taki jak Portugalia. Twierdził także, że Luciano zaproponował najlepsze miejsce do wysadzenia desantu na Sycylię - Golfo di Castellammare, koło Palermo, miejsce, z którego pochodziło wielu czołowych mafiosów.

Komandor Wharton rozważał ten pomysł, jednak później go odrzucił. Pochwalił entuzjazm Haffendena oraz jego wyobraźnię, jednak czasami uważał, że jego pomysły nie zawsze były dokładnie przemyślane. Wywiad Marynarki był zadowolony z informacji, jakie pozyskiwał od Luciano i nie chciał ściągać na siebie uwagi uwolnieniem wroga publicznego nr 1 z więzienia, by wysyłać go na tajną misję. Tak przynajmniej powody odrzucenia pomysłu takiej misji rozumiał Lansky.

W świetle tej dziwacznej propozycji dlaczego Luciano zaprzeczył, by miał jakikolwiek udział w planowanej inwazji na Sycylię? Może to wynikać z jego rozumowania, że gdy zostanie zwolniony z więzienia, zostanie deportowany do Włoch, i nie chciał, by ktokolwiek tam uważał go za kolaboranta z obcym najeźdźcą - niezależnie od tego, jak przyjazny byłby to kraj.

To, że Frank Costello mógł próbować wydostać Luciano z więzienia inną drogą, ujawnił agent federalnej agencji antynarkotykowej George White. W roku 1950 zeznał senackiej komisji Kefauvera, badającej przestępczość zorganizowaną, że skontaktował się z nim przemytnik narkotyków August Del Grazio. Twierdził, że działał w imieniu dwóch adwokatów i Franka Costello. Del Grazio powiedział White'owi, że Luciano był jednym z szefów mafii i miał wiele użytecznych koneksji we włoskim półświatku. "Proponowana umowa - wspominał senator Kefauver, cytując zeznanie White'a - zakładała, że Luciano użyje swojej pozycji w mafii do zapewnienia kontaktów amerykańskim agentom wywiadu, dzięki czemu Sycylia stanie się znacznie łatwiejszym celem militarnym". Ceną, jakiej żądał Luciano, było zwolnienie warunkowe oraz to, że to on uda się na Sycylię, by wszystko przygotować.

Lansky zaprzeczył udziałowi któregokolwiek z tych dwóch dżentelmenów w "projekcie Luciano". "Nigdy nie słyszałem o George'u White - powiedział - i nadal nie znam Augusta Del Grazio".

* * *

W maju 1943 r., po miesiącach przygotowań do inwazji na Sycylię, nadszedł czas, by grupa Haffendena zostawiła biurka w Nowym Jorku i dołączyła do żołnierzy w Afryce Północnej. Marsloe wspominał:

"Komandor porucznik R. Thayer przybył do Nowego Jorku i odbył ze mną rozmowę dotyczącą misji złożonej z wybranych oficerów, mających znaczne doświadczenie w wymiarze sprawiedliwości, szczególnie zaś w sprawach włoskich - chodziło o kwalifikacje językowe - by wylądowali wraz z oddziałami bojowymi i pełnili pewne istotne funkcje".

Mając zaledwie dwie godziny na spakowanie się, wyjechał do Waszyngtonu po dalsze rozkazy. Do Marlsoe'a dołączyli Titolo, Alfieri i Murray - młodzi oficerowie marynarki, chętni do zamiany ulic Manhattanu na jakieś prawdziwe działania za granicą. Wraz z nimi podróżowało dwóch innych oficerów lingwistów. Spędzili dwa dni w Waszyngtonie na studiowaniu raportów i 15 maja polecieli przez Nową Fundlandię i Islandię do Szkocji, a stamtąd nad Morze Śródziemne. W Afryce Północnej w Mers-el-Kebir poddani zostali intensywnemu szkoleniu na komandosów w placówce Korpusu Kontrwywiadu Armii USA. Otrzymali także najnowsze informacje na temat Sycylii. "W Afryce Północnej zostaliśmy obiektami intensywnej indoktrynacji informacjami pochodzącymi z takich źródeł, jak amerykańskie i brytyjskie monografie tego regionu" - wspominał Marsloe.

Jak dotychczas opowieść ta skupiała się na amerykańskiej stronie kontaktów między mafią a wywiadem alianckim - tak zwaną umową między Luciano a marynarką USA, zawiązaną w celu wsparcia wysiłku wojennego. Trzeba jednak podkreślić, że Amerykanie nie byli jedynymi, którzy chcieli zawrzeć pakt z diabłem, by wygrać wojnę. Do tego samego gotowi byli Brytyjczycy.

Jednym z brytyjskich raportów, które czytali Marsloe i jego grupa, był wydany w 1943 r. "Handbook on Politics and Intelligence Services" dotyczący Sycylii. Został on przygotowany przez północno-afrykański wydział brytyjskiej Secret Intelligence Service (SIS, znanej także jako MI6). Oparty był na różnorodnych źródłach informacji, w tym informacjach z przesłuchań jeńców wojennych Osi. Na liście wymienionych w raporcie kluczowych Sycylijczyków, którzy potencjalnie mogli być pomocni aliantom, znajdował się Vito La Mantia.

Raport brytyjskiego wywiadu opisał go jako "szefa grupy mafijnej, który uniknął aresztowania podczas kampanii Moriego dzięki milczeniu jego zwolenników". Raport opisywał La Mantię jako "zdecydowanego antyfaszystę, i jeśli jeszcze żyje, może dostarczyć cennych informacji; niewykształcony, ale wpływowy; ostatnio znany jako zarządca majątku należącego do mafii przy Via Notabartolo w Palermo". Innym wspomnianym wpływowym Sycylijczykiem był człowiek o nazwisku Le Pape. Miał on być "znanym prawnikiem o niezależnych poglądach; kiedyś bronił mafii; mieszka w Palermo". Z tego zdaje się wynikać, że Brytyjczycy nie mieli problemu z nawiązywaniem kontaktów z czołowymi mafiosami Sycylii, by uzyskać pomoc w inwazji. Nie był to jedynie amerykański pomysł.

Ogólnie biorąc, raport ten sceptycznie traktował sukces Moriego w latach dwudziestych. "Jeśli chodzi o mafię - konkludował raport - są pewne oznaki, że nie została ona całkowicie zniszczona podczas dzikiej czystki Moriego...".

Stanowisko to poparte było raportem z 9 kwietnia 1943 r., przygotowanym przez Połączonych Planistów Sztabowych dla amerykańskich Połączonych Szefów Sztabu. Zatytułowany był "Specjalny Plan Wojny Psychologicznej na Sycylii". Wspólny Sztab Planistów (JSP, nazywany także Połączonym Sztabem Planowania) był nową organizacją doradczą, łączącą oficerów armii, marynarki i lotnictwa. Sporządzili oni plan podminowania pozycji Osi na Sycylii.

Analiza JSP oparta była w znacznej mierze na związkach społeczeństw Ameryki i Sycylii - chodziło o amerykańskich Włochów, weteranów I wojny światowej mieszkających na Sycylii. "Związki między Sycylijczykami w Ameryce i ich krewnymi na Sycylii były utrzymywane poprzez organizacje pomocy wzajemnej, które zwykle noszą nazwę sycylijskiego miasteczka, z którego emigrowali ich założyciele" - pisano w raporcie. "Były także doniesienia o odrodzeniu się mafii" - twierdził JSP, nazywając ją "tajną organizacją szukającą zemsty". W następnym zdaniu raport JSP wspominał o doniesieniach, iż całe sycylijskie miasteczko zbuntowało się przeciwko faszystom. W rozruchach brało udział tak wiele osób, że faszyści nie mogli wszystkich aresztować. We wnioskach w raporcie JSP napisano, że "Sycylijczycy są chwilowo podatni na nasze agencje wojny psychologicznej; są zmęczeni wojną, istnieje także możliwość nakłonienia ich do powstania".

Sugerowane działania obejmowały zorganizowanie włączenia dysydentów do aktywnego oporu. Sposobem osiągnięcia tego miało być wprowadzenie Amerykanów sycylijskiego pochodzenia na wyspę, by zbierali informacje o sytuacji wśród ludności cywilnej i wśród oddziałów wojskowych na wyspie oraz nawiązanie łączności między Sycylią a ich kwaterą główną w Afryce Północnej.

Wśród personelu marynarki, potrzebnego do wykonania tego zadania, znajdował się Marsloe i jego zespół oficerów Wywiadu Marynarki, oraz inni, którzy przeszli selekcję i szkolenie w Stanach Zjednoczonych i Afryce Północnej i dysponowali "odpowiednimi kwalifikacjami językowymi, by na Sycylii organizować, szkolić i stanowić ośrodek operacyjny podczas prowadzenia działań partyzanckich". "Specjalny Plan Wojny Psychologicznej na Sycylii" podawał kolejne szczegóły na temat przygotowania elementów dysydenckich Sycylii do aktywnego oporu. Mówił o "nawiązaniu kontaktu i łączności z przywódcami ośrodków separatystycznych, z niezadowolonymi robotnikami oraz podziemnymi organizacjami radykalnymi, np. mafią, i udzielaniu im wszelkiej możliwej pomocy". Do tej pomocy zaliczał się "przemyt broni i sprzętu dla tych elementów", "organizacja i zaopatrywanie grup partyzanckich" oraz "dostarczanie żywności czynnym członkom takich grup i ich rodzinom".

Jak się wydaje, JSP mocno zalecał uzbrojenie sycylijskich mafiosów i chciał ich zachęcać do przeprowadzania aktów sabotażu na mostach, liniach kolejowych, drogach oraz obiektach wojskowych. Patrząc z perspektywy, jest to sensacyjna informacja, jednak w tym czasie mafia była uznawana tylko za jeden z wielu elementów dysydenckich.

Plan JSP wysłano do zatwierdzenia Połączonym Szefom Sztabu w Waszyngtonie. Generał George Marshall, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabu, znajdował się na szczycie listy osób, które otrzymały kopię raportu.

W świetle rewelacji zawartych w tym tajnym planie nie można obecnie twierdzić, że nikt z najwyższego szczebla nie wiedział o propozycjach amerykańskiego rządu dotyczących współpracy z mafią. Nie był to tylko projekt Wywiadu Marynarki, stworzony i prowadzony na dosyć niskim szczeblu dowodzenia. Był on znany i zalecany na najwyższym szczeblu - na Kolegium Połączonych Szefów Sztabów.

"Specjalny Plan Wojny Psychologicznej na Sycylii" został zatwierdzony przez Kolegium Połączonych Szefów Sztabów w Waszyngtonie 15 kwietnia 1943 r. Został następnie przekazany naczelnemu dowódcy na Północno-afrykańskim Teatrze Działań Wojennych - rezydującemu w Algierze generałowi Dwightowi D. Eisenhowerowi.

Przekaz był jasny. Mafia miała uczestniczyć w podboju Sycylii.

 

Koniec mitu

Czy alianci zawarli umowę z mafią, by wygrać w wojnie na Sycylii? Ten kuszący pomysł odpowiada wielu zwolennikom spiskowej teorii dziejów - szczególnie tym, którzy od dawna sprzeciwiają się amerykańskiej polityce zagranicznej. Jest to dla nich po prostu jeszcze jeden dowód na przewrotność Stanów Zjednoczonych. Jednakże po bliższym zbadaniu zarzut ten okazuje się nieprawdziwy, a nawet daleki od prawdy.

Amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie wojska zwyciężyły w walce o Sycylię dzięki znakomitej organizacji logistycznej i zwykłym ciężkim walkom. Świadczą o tym tysiące zabitych i rannych, jakie utraciły oddziały alianckie. Charakter kampanii sycylijskiej, z dość łatwym opanowaniem zachodniej części wyspy i serią ciężkich walk o wschodnią jej część, nie wynikał z jakiejś interwencji mafii po stronie aliantów, ale był to skutek decyzji sił Osi. Włosi nie chcieli walczyć, a Niemcy postanowili ewakuować możliwie wielu żołnierzy i dużą liczbę pojazdów przez morze do Włoch kontynentalnych, prowadząc walki odwrotowe wzdłuż wschodniego wybrzeża Sycylii.

To prawda, że jedna część amerykańskich agencji kontrwywiadowczych - Wywiad Marynarki USA - zawarł sojusz z Luckym Luciano i jego mafijnymi kompanami. Głównym celem było zapewnienie bezpieczeństwa amerykańskiego Wschodniego Wybrzeża przed aktami sabotażu. W tym czasie aliancka żegluga ponosiła ciężkie straty od torped niemieckich okrętów podwodnych i doszło do przypadków pojawienia się na amerykańskim terytorium nazistowskich sabotażystów. Wśród społeczności imigranckich w Nowym Jorku istniało także spore poparcie dla faszyzmu i nazizmu. Wszystko to jest dowiedzione i tłumaczy obawy amerykańskiej marynarki.

Ta współpraca między amerykańskim rządem a półświatkiem została następnie rozszerzona na przygotowania do inwazji na Sycylię, a gangsterzy udzielali wszelkich posiadanych informacji, które mogły się okazać przydatne. Gdy jednak doszło do walk na plażach w pierwszych dniach desantu znalazło się tylko czterech agentów Wywiadu Marynarki - tylko czterech. Choć okazali się pomocni, ich wkład w walki był minimalny i nie można stwierdzić, by wywarł większy skutek na dalszy przebieg kampanii.

Setki stron późniejszych relacji świadków, spisanych podczas dochodzenia Herlandsa, rozdęły ten wkład poza wszelkie proporcje wobec pozostałych działań wywiadu podczas kampanii. W rzeczywistości jednak zdecydowanie największy wkład wywiadowczy w przebieg kampanii miał Korpus Kontrwywiadu amerykańskiej armii, który przez cały czas w rejonie walk korzystał z usług 80 agentów. Nie ma żadnego dowodu na to, by wchodzili oni w jakikolwiek sojusz z sycylijską mafią - ani przed, ani w trakcie kampanii. Podobnie OSS zrobiło co mogło, by nie korzystać z kontaktów w mafii ani przed, ani w trakcie kampanii. To, że agenci OSS w Palermo po kampanii nawiązali stosunki z mafiosami, jest inną sprawą, choć mającą kluczowe znaczenie dla późniejszych interpretacji amerykańskich stosunków z mafią. To samo dotyczy Brytyjczyków. Nie zdobyli żadnej znaczącej przewagi podczas walk dzięki kontaktom z miejscowymi mafiosami.

Najsłynniejsze opisywane spotkanie żołnierzach alianckich z mafią - czyli tak zwane załatwione przez mafię zwycięstwo pod Cammarata/Villalba - jest w znacznej mierze wymysłem autora, Michele Pantaleone. Chociaż był on nieulękłym wrogiem mafii, jego spojrzenie na wydarzenia jest zniekształcone i nie popierają go dokumenty sporządzone przez oddziały podczas walk. W czasie rzekomej interwencji Don Calogero Vizziniego, amerykańskie oddziały znajdowały się już o wiele mil za Villalbą i Cammaratą, w drodze do Palermo.

Istnieją przynajmniej dwa dokumenty, zgodnie z którymi Brytyjczycy i Amerykanie zalecali nawiązanie kontaktów z sycylijską mafią, by ułatwić planowaną inwazję na wyspę, zaś amerykańska sugestia uzbrajania mafii do działań partyzanckich została zaakceptowana na bardzo wysokim szczeblu - jednak w żadnym wypadku nie ma dowodów, by podjęto zalecane działania. Nie było potrzeby. Wydarzenia toczyły się znacznie szybciej i rozwijały się inaczej, niż można to było przewidzieć w jakimkolwiek raporcie wywiadu.

* * *

A co z drugim zarzutem? Czy dzięki aliantom mafia wróciła do władzy na Sycylii? Jest to znacznie bardziej skomplikowane. Pojawia się problem, z jakim mierzy się każde wojsko okupujące inny kraj. Ten sam dylemat był ostatnio wyzwaniem dla sił koalicji na Bliskim Wschodzie -jak rozmontować skorumpowany reżim, jednocześnie wprowadzając prawo i porządek.

Bardzo trudno ocenić sukces kampanii Mussoliniego i Moriego przeciwko mafii na Sycylii w latach dwudziestych. Z jednej strony wielu mafiosów zostało aresztowanych i uwięzionych lub uciekło za granicę. Z drugiej strony, wyżsi członkowie mafii uniknęli aresztowania i nadal działali w "podziemiu" lub szukali ugody z faszystowskimi władzami. To, że słowo "mafia" rzadko pojawiało się w sycylijskich doniesieniach prasowych na temat przestępczości w latach trzydziestych, nie oznacza prawdziwego tryumfu faszystów, ale tylko uwypukla iluzoryczną naturę tego, co zapewne od początku było pomyślane jako jedynie propagandowe zwycięstwo. W rzeczywistości wydaje się, że mafia przetrwała czystki, a faszyści ukryli jej odrodzenie się, po prostu unikając wspominania o niej.

Gdy alianci przybyli na Sycylię w roku 1943, na całej wyspie istniała z pewnością mafijna siatka. Rozmontowując panowanie faszystów we władzach lokalnych, alianci stworzyli próżnię władzy, którą z łatwością wypełnili miejscowi mafiosi. Nie była to ani wina, ani też zamiar aliantów. Z pewnością nie było to zaplanowane wcześniej posunięcie Amerykanów i Brytyjczyków, spiskujących na rzecz odtworzenia mafii. Nie potrzebowała ona takiej pomocy z zewnątrz. W rzeczywistości z licznych raportów pisanych przez urzędników, począwszy od lorda Rennella, wynika, że zdaniem alianckich sił okupacyjnych mafia stanowiła kryminalny problem - lord Rennell nazwał ją wirusem - który należy zlikwidować. Alianci byli świadomi roli odgrywanej przez mafię w lokalnej przestępczości i bardzo ciężko pracowali na rzecz likwidacji niedoborów żywności i czarnorynkowego wyzysku, który uczynił mafiosów bogatymi zaraz po zakończeniu walk.

W wielu aspektach lord Rennell odniósł sporo sukcesów, kierując aliancką administracją Sycylii. Przyjął twarde stanowisko w kwestii prawa i porządku. Szybko uświadomił sobie problemy, z którymi się mierzył, i usiłował wzmocnić swoją administrację poprzez maksymalne wykorzystanie miejscowych sił policyjnych. Włożył wiele wysiłku w odbudowę pewności siebie karabinierów i w przywracanie ich autorytetu na wyspie. Było to rozsądne posunięcie.

Chociaż lord Rennell i jego urzędnicy robili, co mogli, by powstrzymać pospolitą przestępczość i złamać czarny rynek - aresztując przy tym wielu drobnych mafiosów - wydaje się, że nie wszyscy alianccy oficerowie do spraw cywilnych byli po tej samej stronie. Niektórzy wykorzystywali sytuację, by samemu zarobić pieniądze. Mafiosi współdziałali z takimi oficerami przy kierowaniu znacznych ilości alianckiego zaopatrzenia na czarny rynek. Najbardziej niesławnym z tych czarnorynkowych handlarzy był Vito Genovese i wydaje się, że cieszył się on poparciem licznych amerykańskich oficerów wysokiego szczebla - w tym pułkownika Polettiego. Poletti był wielokrotnie krytykowany przez innych alianckich oficerów - w tym głównie przez lorda Rennella - za jego mierne administrowanie Palermo i bliskość z miejscowymi mafiosami. Jednak najbardziej obciążającym dowodem przeciwko niemu jest jego dziwaczny brak zainteresowania udzieleniem pomocy bohaterskiemu Orange C. Dickeyowi w działaniach przeciwko Vito Genovese.

Początkowy sukces administracji lorda Rennella w zaprowadzaniu prawa i porządku zachęcił czołowych mafiosów do próby zdobycia władzy środkami politycznymi. Najpierw poparli ruch separatystyczny jako że obiecywał im niepodległe państwo, oddzielone od interwencji rządu Włoch kontynentalnych. Mafia i separatyści opierali się w znacznej mierze na rzekomym poparciu aliantów, jednak było to oszustwo, wielokrotnie dementowane przez władze alianckie. Brytyjczycy czy Amerykanie nigdy na serio nie prowadzili polityki zachęcania do utworzenia niepodległej Sycylii, co miało być elementem strategii utworzenia alianckiej bazy wojskowej w basenie Morza Śródziemnego. Jedynie OSS wydaje się być zdecydowanie przekonane o istnieniu takiego spisku, odzwierciedla to jednak tylko uprzedzenia wobec Brytyjczyków, które dominowały na Sycylii przez całą II wojnę światową. Co ciekawe, w okresie tym OSS bardziej obawiało się Imperium Brytyjskiego niż Związku Sowieckiego.

Gdy wdzięczność Sycylijczyków wobec aliantów za wyzwolenie szybko minęła, na wyspie zapanowała tradycyjna choroba, sprzyjająca mafii i separatystom. Powszechnie uważano, że choć za faszystów żyło się nie najlepiej, przynajmniej panował porządek. Gdy alianckie wojska przeszły do innych rejonów walk w początku 1944 r., utrzymanie porządku na wyspie pozostawiono Włochom, którzy mieli za mało i za słabo uzbrojonych sił. Wyspę opanowały przestępcze gangi, uzbrojone w broń aliancką. Pozostali alianccy urzędnicy mogli jedynie stać z boku i przyglądać się upadkowi bezpieczeństwa. Z pewnością do tego nie zachęcali.

Na tym etapie, w latach 1944-1947, alianci pragnęli zobaczyć koniec wywołanego przez mafię chaosu i przywrócić silne państwo włoskie. Popierany przez mafię separatyzm po prostu osłabiał władzę centralną, toteż alianci opowiadali się przeciwko niemu. Działania EVIS i innych bandytów napawały ich niepokojem.

Sukces lewicy w wyborach lokalnych w roku 1947 doprowadził do znaczącej zmiany w postawie aliantów wobec mafii - a raczej, co bardziej prawdziwe, w postawie Amerykanów. Rok wcześniej separatyści byli wielkimi przegranymi w wyborach i przestali stanowić liczącą się siłę na wyspie. W wyniku tego mafia wyrzekła się swoich powiązań z nimi i związała się z jedyną pozostałą konserwatywną siłą na wyspie - chrześcijańskimi demokratami. Ta zamiana poparcia politycznego zmieniła postawę aliantów. Do tego momentu sycylijska mafia była kryminalnym problemem. Potem stała się integralną częścią alianckiej strategii walki z komunizmem. Jest całkiem możliwe, że bliskie stosunki, nawiązane między grupką agentów OSS w Palermo a miejscowymi mafiosami, pomogły w tym procesie.

W 1947 r. OSS przerodziło się w CIA i stało się głównym ciałem interpretującym zagrożenia zimnowojenne dla rządu USA. CIA przedstawiała obecnie mafię jako skuteczne narzędzie chrześcijańskich demokratów, którzy byli faworyzowaną konserwatywną alternatywą dla przedstawicieli lewicy we włoskim rządzie. Giuseppe Alessi, jeden z założycieli Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej na Sycylii, cytował kolegę, mówiącego o potrzebie posiadania zbrojnego wsparcia. Powiedział on - "Komunizm używa przeciwko nam podobnej przemocy, uniemożliwiając nam przeprowadzanie wieców. Potrzebujemy silnej ochrony, by powstrzymać przemoc komunistów". Alessiemu się to nie podobało, ale nie widział żadnej alternatywy. Ponieważ Stalin finansował partię komunistyczną w powojennych Włoszech, chrześcijańscy demokraci musieli zwyciężyć w walce z komunistami, a mieli najpotężniejszych protektorów na świecie - zimnowojenną Amerykę. "Byłem w mniejszości - wspominał Alessi - zaś grupa [mafia] włączyła się en masse i przejęła partię".

USA wspierały chrześcijańskich demokratów pieniędzmi i wpływami, a mafii pozwolono pomóc w uzyskaniu wyborczego zwycięstwa na Sycylii w roku 1948. Utworzony został trwający niemal pięćdziesiąt lat sojusz między mafią a chrześcijańskimi demokratami, który w pełni odpowiadał amerykańskim antykomunistom. To właśnie z tego faktu w głównej mierze wywodzi się mit, że Ameryka doprowadziła do odrodzenia się mafii w trakcie II wojny światowej. Nie jest to prawda, jednakże rezultaty były jednoznaczne.

* * *

Aby spojrzeć na wydarzenia z włoskiego punktu widzenia, warto zwrócić się do dwóch czołowych historyków mafii: Salvatore Lupo z Uniwersytetu Catania i profesora Francesco Renda. Obydwaj są sceptycznie nastawieni do hipotezy istnienia w czasie wojny alianckiego planu, mającego na celu oddanie władzy mafii.

"Często się przyjmuje [mówi Lupo], że mafia zawdzięcza swoje odrodzenie i późniejszy sukces ugodzie zawartej z aliantami, gdy zeszli oni na ląd na Sycylii w roku 1943. Dostępne źródła nie potwierdzają tego poglądu, natomiast wskazują, że stosunki, jakie rozwinęły się między aliancką administracją, mafią, miejscowymi czołowymi biznesmenami, kościołem i klasą polityczną, były cały czas płynne".

Jak tłumaczy Lupo, mit ten trudno jest obalić, częściowo dlatego że:

"...najbardziej istotnym powodem długiego przetrwania mitu o amerykańskim spisku jest dla Włochów to, że teoria obcego spisku elegancko znosi ich własną odpowiedzialność za to, do czego doszło na Sycylii w wyniku głosowania przez nich przez pięćdziesiąt lat na partię, taką jak chrześcijańscy demokraci albo popierania partii opozycyjnych, które okazały się zupełnie niezdolne do obalenia panującego systemu władzy".

Prawdą jest, że odnowione po wojnie stosunki między amerykańskimi i sycylijskimi mafiosami, dzięki takim gangsterom, jak Lucky Luciano, Vito Genovese i Joseph Bonanno, przyczyniły się do zmiany mafii w nową formę międzynarodowej organizacji przestępczej.

"Amerykanie, którzy przywykli myśleć o mafii jak o czymś, co zostało importowane z Sycylii [mówi Lupo], mogą być zszokowani odkryciem, że w czasie po drugiej wojnie światowej wielu Włochów uważało mafię za zjawisko importowane ze Stanów Zjednoczonych. Tu uzyskała ona atrybuty gangsterskie, które uczyniły ją inną i bardziej niebezpieczną od starej, rodzimej mafii".

W swojej wyczerpującej Stona delia Sicilia profesor Renda także zaprzecza istnieniu jakiegokolwiek spisku po stronie aliantów:

"Sposób, w jaki mafia i alianckie siły zbrojne infiltrowały administrację Sycylii, jest szczególnie znaczący, gdyż wygląda na całkowicie spontaniczny... Nie ma dowodów ani poszlak popierających istnienie jakiegokolwiek wcześniejszego czy też doraźnego spisku, mimo faktu, że siły okupacyjne, od samej góry po sam dół, w praktyce przekazały władzę na Sycylii w ręce mafii".

Stało się tak, ponieważ alianci nie mieli zamiaru pozostawać na wyspie dłużej niż kilka miesięcy. Nie chcieli rządzić ani chwili dłużej, niż potrzebowali do osiągnięcia swoich celów wojennych. Mafia przejęła władzę, ponieważ umiała zdominować administrację lokalną skuteczniej niż jakakolwiek partia polityczna, szczególnie komuniści. Stosując przemoc - często korzystając z usług bandyty Salvatore Giuliano - w kluczowych okresach wyborczych zwyciężyła w kampanii strachu ruch komunistyczny, który w tym czasie zinfiltrował wiele innych krajów europejskich. Czy na dłuższą metę okazało się to dobre, czy złe dla mieszkańców Sycylii pozostaje kwestią dyskusyjną.

Czy z moralnego punktu widzenia słuszne było, że jeden wydział amerykańskiej agencji wywiadowczej zawarł umowę z kryminalistą takim jak Lucky Luciano? Jest to postrzeganie wojny z punktu widzenia XXI wieku. Ówcześni agenci Wywiadu Marynarki USA nie mieli problemów z usprawiedliwianiem swoich działań - trzeba było zrobić wszystko, żeby wygrać.

Z filozoficznego punktu widzenia z pewnością rząd jest moralnie zobowiązany do prowadzenia wojny w sposób możliwie skutecznie chroniący swoich obywateli. To podstawowe zobowiązanie etyczne powinno przeważyć nad wszelkimi innymi zastrzeżeniami w stosunku do metod użytych do osiągnięcia tego celu. Brytyjczycy i Amerykanie zawiązywali sojusze z różnorakimi osobnikami wątpliwej moralności, by zwyciężyć w wojnach na całym świecie przez ostatnich sześćdziesiąt lat. Przymierze Zachodu z Józefem Stalinem w czasie II wojny światowej jest po prostu najbardziej znanym przejawem tej praktyki - w najnowszej historii nie sposób jest znaleźć bardziej zbrodniczego gangstera. Ogólnie biorąc, z moralnego punktu widzenia gorszym rezultatem jest przegrana.

Ostatecznie więc tak zwany pakt z diabłem, czyli z Luciano, jest jedynie drobnym przypisem do historii II wojny światowej - nie zaś wielkim skandalem. Alianci nie uzyskali i nie potrzebowali pomocy mafii, by zwyciężyć w kampanii na Sycylii. Znacznie potężniejszy przemysł, większe kompetencje ekonomiczne i zdolności militarne doprowadziły do ostatecznego pokonania sił Osi w Europie - a mafia nie odegrała w tym żadnej roli.

Jak zawsze, alianci wygrali wojnę dzięki poświęceniu uczciwych żołnierzy.






O mafii polskiej