Rzeczpospolita - 29.04.2006

 

JERZY MORAWSKI

Towarzysze z "Żelaza"

 

 

W maju 1971 roku Kazimierz Janosz przyjechał z RFN do Polski dużym mercedesem wyładowanym sztabkami złota, pierścionkami i złotymi zegarkami. Bezpieka wschodnioniemiecka uprzedzona przez peerelowski wywiad o transporcie nie kontrolowała Janosza na granicy. Na przejściu w Słubicach czekał na transport złota major Marek Strzemień z Departamentu I (wywiadu) MSW.

W garażu WOP Strzemień rozkręcił samochód, ze schowków i skrytek wygarnął sztabki złota, pierścionki, łańcuszki, zegarki i kolie wysadzane szlachetnymi kamieniami. Janosz dostarczył ponad 200 kg wyrobów jubilerskich. Mjr Strzemień załadował złoto do dwóch walizek. Zadzwonił z granicy do centrali, że złoty łup jest już w kraju, że przywiezie wszystko do gmachu MSW na Rakowieckiej.

Ówczesny bezpośredni szef Strzemienia, pułkownik Mieczysław Szwarc, który w swoim sejfie w gabinecie na Rakowieckiej przetrzymywał skarb Janoszów, nie kryje dziś dumy z tamtego dokonania peerelowskiego wywiadu: - Złote precjoza dostarczyliśmy do skarbu państwa. W porównaniu do dzisiejszych afer, to był pikuś, a nie żadna "afera Żelazo". Państwo zyskało.

Królowie bezpieki

Wysocy oficerowie peerelowskiego wywiadu mieli poczucie, że rozmontowywali imperializm. Czuli się saperami, a bardziej zwiadowcami walczącymi przed linią frontu. Rezydenci stolic świata, wypełniający szpiegowskie misje w roli dyplomatów, wybrańcy PRL, wywyższeni, z dostępem do obcych walut, rozkoszy i dobrodziejstw zachodniego świata, gdy kraj pogrążał się w dusznej beznadziei. W połowie 1989 roku przystawiono im do uszu dzwonki alarmowe, ale ich nie słyszeli omamieni pewnością siebie i przekonani, że wywiad, któremu służyli, przetrwa każde trzęsienie ziemi. Co dziś powiedzą o "Żelazie", jednej z wielu operacji, którą prowadzili na zachodzie Europy?

Ponad 80-letni płk Szwarc zażywa spokojnej emerytury w domku stojącym w zaciszu leśnym pod Tarczynem. Brama, za nią ujadający pies. Mieczysław Szwarc kontaktował się z kim trzeba i twierdzi, że sprawa jest dalej utajniona. Przekonuję, iż w IPN udostępniono mi wiele materiałów na temat akcji "Żelazo". Zdjęto z nich klauzulę tajności.

- IPN nie ma właściwych dokumentów o "Żelazie" - twierdzi płk Szwarc. - Dostałem dyspozycje, aby w tej sprawie się nie wypowiadać.

Płk Tadeusz Wzgal mieszka na nowej Saskiej Kępie, oddzielonej od starej Trasą Łazienkowską, na osiedlu szeregowców przy Wale Miedzeszyńskim. Płk Wzgal otwiera drzwi: wysoki, siwe włosy zaczesane do góry, twarz pewna siebie. Nie kryje oburzenia, że ktoś zakłóca mu spokój. Po usłyszeniu, że chodzi o aferę "Żelazo", mówi, iż nie ma nic do powiedzenia. Przed zniknięciem za drzwiami dodaje:

- Wyjechałem wtedy na placówkę. Znam sprawę z opowiadań, ale nic nie powiem.

Milczenie miasta

W Bielsku-Białej, gdzie na początku lat siedemdziesiątych zamieszkali bracia Janoszowie, wykonawcy akcji "Żelazo", ludzie milczą. Historycy z miejskiego muzeum i lokalni dziennikarze - przekonują, że nic nie wiedzą o sławnej familii powiązanej z komunistyczną bezpieką. Jeden z prezydentów miasta opowiada, że Kazimierz Janosz, mający dom w peryferyjnej dzielnicy miasta, dwa lata temu pogonił pistoletem sąsiadów, gdy usiłowali go przekonać do dobrodziejstwa kanalizacji. Milknie nagle. Wczoraj spotkał Mieczysława Janosza, prowadzącego w budynku obok ratusza Stowarzyszenie Ofiar Wojny i biuro sprzedaży nieruchomości. Janosz zapraszał go na kawę. Czy nie ma to związku z pana pobytem? - zastanawia się.

Emerytowany oficer milicji z Bielska w rozmowie telefonicznej odmawia spotkania. Temat braci Janoszów mu "nie leży". Po namowach i gwarancjach, że nikt się nie dowie o naszej rozmowie, umawia się w kawiarni przy Rynku. W lokalu siada tyłem do wejścia przy stoliku ukrytym prawie na zapleczu. Rozgląda się podejrzliwie.

- Niech pan się nie obrazi - mówi. - W sprawie Janoszów rok temu rozmawiał ze mną oficer z CBŚ. Przyjechał do Bielska. Siedzieliśmy przy tym stoliku. Było gorąco. Miał na sobie marynarkę, wiercił się. Powiedziałem, chłopie zdejmij marynarkę. Bo z rozmowy nici. Niechętnie ją ściągnął. Miał ukryty magnetofon.

Kapitan MO patrzy na mnie wymownie. Ściągam kurtkę, odwracam się plecami.

- Jest pan czysty - mówi kapitan.

Zabrania robienia notatek. Pilnuje, bym nie zanotował nawet jego nazwiska.

- Panie kapitanie, zapiszę coś na własny użytek.

Kapitan podnosi się z miejsca. - Już odkładam zeszyt - mówię.

Kapitan do kelnerki. - Zosiu, daj dwie wódki. Siada. Wyjaśnia, że na stare lata nie chce mieć kłopotów z Janoszami. Oni - przekonuje - nikomu nie darują.

Czerwony Kapturek

Dlaczego obawa przed rodziną Janoszów przez tyle lat paraliżuje mieszkańców Bielska, w jaki sposób ta familia zawładnęła wyobraźnią ludzi?

Rodzina Janoszów wywodzi się z Siennej koło Żywca. Sześciu braci i jedna siostra. Przenieśli się do Bielska. Na początku lat siedemdziesiątych w Wiedniu jednego z braci Janoszów wyrzucono zastrzelonego z samochodu. Następny z braci zginął w Bielsku w zderzeniu samochodów - jak mówią - w niewyjaśnionych okolicznościach.

Kazimierz Janosz po powrocie z "żelazem" z Hamburga tu otworzył restaurację Czerwony Kapturek. Cieszyła się złą sławą. Dziś niektórzy goście z nieukrywanym strachem wspominają swoje przygody w Kapturku. Zostali pobici przez personel, ukradziono im pieniądze i dokumenty. Wyrzucono ich z lokalu wprost do lasu. Kelnerkę z restauracji Janoszów znaleziono nieżywą w basenie. Śledztwo milicyjne ustaliło, że pozbawiono ją życia w miejscu pracy.

Janoszowie uchodzili za nietykalnych. Sami podtrzymywali pogłoski o swych "chodach" w Warszawie, o powiązaniach z MSW i ludźmi z Rakowieckiej. Zapowiadali publicznie, że kto im będzie szkodził, "zdejmą mu głowę". Kazimierz usiłował część "zdobycznego" złota sprzedawać na czarnym rynku. Na ślad jego poczynań wpadała lokalna milicja, usiłowała mu się dobrać do skóry. Z tarapatów wyciągały go telefony z Warszawy i wizyty specjalnych wysłanników ze stolicy w bielskiej komendzie.

Bielscy milicjanci straszeni przez Janoszów ważnymi nazwiskami z Rakowieckiej zawzięli się na rodzinę. Kazimierz prowadził rozległe interesy, często przekraczał granice prawa. Tropili go funkcjonariusze z Wydziału ds. Przestępstw Gospodarczych.

Rewizja u Janoszów

Emerytowany oficer MO z Bielska-Białej starł się z nimi kilka razy. Przed laty Janoszowie, jak mówi, to była najmocniejsza rodzina w Bielsku-Białej. W 1981 roku pojechali na rewizję w pięciu funkcjonariuszy z kałasznikowami. Otrzymali sygnał, że w restauracji Kazika są jakieś przekręty z wódką. Kazik, gdy zobaczył milicjantów, zaproponował kielicha. Naczelnik Wydziału ds. Przestępstw Gospodarczych Romanowski odmówił. Janosz zapytał, co się napiją? Herbaty. Kelnerka przyniosła czajnik z herbatą. Naczelnik jej zapłacił. Zobaczył to Kazik. Podszedł do kelnerki i uderzył ja ręką w twarz. Kelnerka zalała się krwią.

- Chcieliśmy się na niego rzucić. Naczelnik nas powstrzymał. Zaczęliśmy rewizję - wspomina oficer.

W pokoju znaleźli kufer. Zamknięty na kłódkę. Naczelnik poprosił Janosza o klucz. Ten odmówił. Weź brachą, rozkazał funkcjonariuszowi naczelnik. Podważyli zawiasy kufra i podnieśli pokrywę. Zobaczyli złote sztaby, złote łańcuchy, pierścionki i sygnety.

- Nogi się pod nami ugięły, bo czegoś takiego nie widzieliśmy wcześniej. Złote monety były poupychane w butach, w tapczanie leżały sterty złotówek z dolarami. Mówiło się później na komendzie w Bielsku, że za bogactwo Janoszów można kupić całą ulicę Dzierżyńskiego z kamienicami - opowiada funkcjonariusz.

Gdy zabierali złoto, Kazimierz Janosz rzucał się i klął. Każda kosztowność została spisana. Nikt nie chciał tego wyceniać. W komendzie miasta nie było na to pieniędzy. Po pewnym czasie w komendzie pojawili się panowie z centrali wywiadu w Warszawie.

- Po ich interwencji musieliśmy wszystkie precjoza oddać Kazikowi. Janosz sprawdzał ze spisem i odbierał wszystko po kolei. Naczelnik ze złością powiedział: "Teraz, panie Janosz, to bogactwo jest na pana głowie, nie naszej" - relacjonuje oficer.

W Wydziale ds. Przestępstw Gospodarczych w komendzie w Bielsku-Białej zorganizowano zebranie. Naczelnik z komendantem wyjaśniali, dlaczego oddano złoto Janoszom.

- Mówili, że to wywiad, że sprawy nad naszymi głowami. A wydział liczył 40 funkcjonariuszy i wszyscy trzęśli się z oburzenia, że przestępcy są nietykalni - wspomina funkcjonariusz.

Hamburski wspólnik bezpieki

Ślad przestępczej działalności Janoszów wiedzie do Hamburga. W dzielnicy uciech Sankt Pauli na jednej z uliczek w małym mieszkanku mieszka 61-letni Jens Keilholz. Przez wiele lat pracował jako kelner w okolicznych barach i restauracjach. Pytam o poznanych tu Polai nazwisko - Kazimierz Janosz.

- Janosz to moje przegrane życie. Kazimierz Janosz okradł mnie na 2,8 mln marek - dodaje. - Przez niego nie mogłem podjąć legalnej pracy przez 30 lat. Wszystkie dochody ściągano ze mnie, gdyż Janosz uciekł z towarem jubilerskim, za który nie zapłacił. A ja, jego wspólnik w interesach, zostałem aresztowany w 1971 roku. Sądzono mnie, obarczono długami, które zaciągnął i nie spłacił Janosz.

Jens Keilholz nie podejrzewa do dziś, że padł wtedy ofiarą zaplanowanej przez wywiad PRL akcji pod kryptonimem "Żelazo" albo gry operacyjnej, jak to nazywają elegancko emerytowani pracownicy wywiadu. Keilholz pod koniec lat sześćdziesiątych pracował jako kelner w restauracji Orkan przy Hans Alberts Paltz 3 w Hamburgu. Właścicielem lokalu był Kazimierz Janosz. Szef był zadowolony z Jensa, który uchodził za solidnego kelnera. Któregoś dnia Janosz powiedział do Jensa:

- Potrzebuję twojego nazwiska do biżuterii, do hurtowni, którą otwieram. Będziemy wspólnikami.

Tak powstała firma Jens Keilholz und company, Import, Export, Biżuteria. Keilholz wystąpił do władz o koncesję i ją otrzymał. Nie miał doświadczenia handlowego. Wynajęli lokal na biuro w najbardziej reprezentacyjnym wówczas w Hamburgu miejscu - naprzeciw głównego dworca kolejowego, w biurowcu Klockmann Haus. Zatrudnili sekretarkę.

- Zamawialiśmy złotą biżuterię, a mieliśmy płacić za nią po 90 dniach po otrzymaniu towaru. Płaciliśmy niekiedy gotówką za towar, 20, 30 tys. marek. W banku Gemeinwirtschaft Hamburg w dzielnicy Harburg na koncie zdeponowany mieliśmy kredyt wynoszący 600 tys. marek. To pozwalało firmie uchodzić za wiarygodną. Ja miałem tylko upoważnienie do odbioru towaru - opowiada Jens Keilholz.

Mieczysław rozmawia

74-letni Mieczysław Janosz nie lubi dziennikarzy. Rok temu pobił fotoreportera, który chciał mu zrobić zdjęcie. Wcześniej w swym biurze obok ratusza w Bielsku-Białej zrzucił ze schodów warszawskiego reportera. Rozmowa z nim nie jest łatwa. Nie odpowiada wprost na pytania, porusza wiele wątków i zapala się, gdy wymienia rzekome żydowskie nazwiska wielu polityków, nawet nie oszczędza papieża. Dowody wprost zoologicznego antysemityzmu dawał niejednokrotnie. Trzeba to w jego wypowiedziach puszczać mimo uszu i starać się coś wyłowić istotnego. Mieczysław Janosz kończył w połowie lat pięćdziesiątych prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jako jedyny z całego rodzeństwa zdobył dyplom wyższej uczelni. Po studiach został prokuratorem w Jeleniej Górze. Tam za nim przyjechali dwaj bracia - Kazimierz i Jan.

Po kilkakrotnych namowach i spotkaniach, wahający się Mieczysław Janosz zgadza się na rozmowę. Wyznacza miejsce spotkania - ośrodek wypoczynkowy MSW Magnus w Bystrej pod Bielskiem-Białą. Stawia jeden warunek - nie będzie żadnych pytań. Przygotuje się i przedstawi, jak mówi, wszystko jak naprawdę było z nim i jego braćmi, czym była akcja "Żelazo".

Ośrodek MSW w Bystrej po sezonie jest pusty. Głuchy i ponury, ani jednego gościa. Architektura z lat siedemdziesiątych, jakieś drewniane dachy zlane z betonową konstrukcją, góralska stylizacja. Tandetny luksus PRL, skansen tamtych czasów. Mieczysław Janosz w czarnym garniturze, białej koszuli z krawatem siada w małej salce bankietowej. Czuje się jak u siebie. Wyciąga z teczki dokumenty. Wygłasza monolog przeplatany cytatami z oświadczeń dla prokuratury. Opowiada własną wersję afery "Żelazo".

Człowiek resortu

W 1960 roku mieszkał w Jeleniej Górze i był prokuratorem wojewódzkim we Wrocławiu. Brat Jan miał duży zakład hydrauliczny w Jeleniej Górze, a Kazimierz hutę szkła. Bracia wyjechali samochodem do Paryża na wycieczkę zorganizowaną przez PZM.

- Kiedy wracaliśmy do Polski, zatrzymaliśmy się w Norymberdze w hotelu Drei Linden. Na skutek ciężkiej choroby Kazimierza i Jana postanowiłem zostać z nimi w Niemczech, aby ich wyleczyć. Z hotelu zostaliśmy przewiezieni przez policję do tzw. obozu przejściowego w Zindorfie. Był to sławny obóz dla uchodźców. Tam zainteresowały się nami wszystkie wywiady - ciągnie swoją opowieść Mieczysław Janosz.

Z nielicznych zachowanych dokumentów, a odnalezionych w IPN, wynika, że powód wyjazdu braci Janoszów był inny. Zostali wysłani jako agenci peerelowskiej bezpieki na Zachód. Tam po osiedleniu się mieli wykonywać zadania zaplanowane w MSW na Rakowieckiej. Oto cytat z oświadczenia Kazimierza Janosza złożonego gen. Władysławowi Pożodze w 1984 roku: "Od wiosny 1960 roku zostałem przeszkolony na wyjazd do krajów kapitalistycznych. Tuż przed wyjazdem przeszedłem powtórne przeszkolenie w Warszawie. Na wyjazd zostałem przygotowany do Francji, a później wyjechałem do RFN. W czasie przebywania za granicą miałem współpracę z pracownikami MSW za pomocą kurierów oraz korespondencji szyfrowej. Wszystkie prace wykonywałem na polecenie Centrali".

Kazimierz Janosz był człowiekiem resortu. W archiwalnych aktach osobowych Departamentu Kadr byłego stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego odnaleziono notatkę dotyczącą jego osoby. W 1952 roku Kazimierz złożył podanie o przyjęcie do szkoły oficerskiej MBP w Legionowie. Prośbę swą motywował pobudkami ideologicznymi i aktywną działalnością w ORMO. W trakcie pobytu w Legionowie ustalono, że Kazimierz Janosz zataił niewygodne dane biograficzne, np. posiadanie przez ojca sklepu przed 1939 rokiem i niewłaściwą działalność w ZMP. Wydalono go z resortu. Wówczas Janosz usiłował popełnić samobójstwo, zadając sobie cios scyzorykiem w okolicę serca. Odratowano go i skierowano do Krakowa, gdzie z pomocą wojewódzkiego UBP otrzymał pracę.

W 1984 roku, gdy gen. Czesław Kiszczak powołał tajną komisję do wyjaśnienia akcji "Żelazo", sięgnięto do zmikrofilmowanych akt Kazimierza, Mieczysława i Jana Janoszów. Poddano je analizie. Zachowały się raporty Kazimierza (kryp. agenturalny "Kamieja") z początku lat sześćdziesiątych oraz z późniejszego okresu trzech braci. "Janoszowie wskazali kilkadziesiąt osób zamieszkałych w Hamburgu będących pracownikami zachodnioniemieckich i amerykańskich służb specjalnych" - zanotowano. Mówiąc prostym językiem, ustalili, kto w ich środowisku jest agentem obcego wywiadu. Centrala uznała działalność Janoszów za owocną. Dokonujący przeglądu akt napisał jednak, że w 1967 roku "zatarła się przejrzysta dotychczas koncepcja wykorzystania operacyjnego braci".

Resort obiecał, ale nie wsparł pieniędzmi

Mieczysław Janosz utrzymuje, że w tym czasie jego bracia Jan i Kazimierz prowadzili najgłośniejsze restauracje i hotele w Hamburgu. Najbardziej znana restauracja nazywała się bar Orkan. Tam spotykała się Polonia, marynarze. Załatwiano różne interesy.

Jens Keilholz pracował jako kelner. Wspomina: - Do Orkanu wszedł kiedyś pewien Polak. W rękach trzymał torbę pełną złotych monet. Oni ukradli mu torbę - wspomina Jens Keilholz.

Polacy, którzy pracowali w Orkanie o imionach Edi, Jurek, Adam, powiedzieli Keilholzowi, że Kazimierz Janosz był w Polsce oficerem policji. Kilka razy widział u niego pistolet. Uważał, że lepiej nie wtykać nosa w nie swoje sprawy.

- Chociaż później zauważyłem, że coś tam bardzo śmierdzi - wspomina.

Keilholz od pracujących w Orkanie Polaków dowiedział się też, że Janoszowie napadali na banki.

- W trakcie napadu na bank jeden z Janoszów zastrzelił policjanta. Słyszałem, że uciekł do Brazylii - opowiada Keilholz.

W 1968 roku, jak oświadczył gen. Władysławowi Pożodze (w 1984 roku) Kazimierz Janosz, wyłonił się temat "Żelazo". Płk Chodkiewicz z centrali - według słów Janosza - motywował akcję tym, że "mamy okazję się zrewanżować, bo tylu nas wymordowano". Pracownicy centrali obawiali się, iż Janosz nie wykona akcji "Żelazo". Na co on odparł: "Ja wam Adenauera zabiję i w skrzynce przywiozę do kraju. Zadanie wykonam w 100 procentach".

Płk Mieczysław Szwarc jako zastępca tzw. wydziału niemieckiego Departamentu I nadzorował przedsięwzięcie. W raporcie z 1984 roku napisał: "Plan sprawy "Żelazo" polegał na tym, że bracia Janoszowie otworzyli fikcyjny sklep jubilerski w Hamburgu, ściągali wyroby ze złota z różnych hurtowni, nie płacąc za nie lub płacąc symboliczne zaliczki. Po zgromadzeniu odpowiedniej ilości towaru mieli go przewieźć do Polski i tu zgodnie z podpisaną umową połowę złota mieli przekazać skarbowi państwa".

Mieczysław Janosz w jubilerski interes włożył swoje oszczędności. Zaciągnął kredyty. Liczył, że centrala, co obiecała, przekaże na wspólną akcję pieniądze. Wysłannicy z MSW zapewniali, że wkrótce pojawią się ministerialne fundusze na akcję "Żelazo". Ale ostatecznie kasa resortu nie wsparła Janoszów.

Improwizowane włamania

W relacji złożonej w 1984 roku gen. Władysławowi Pożodze Mieczysław Janosz mówił o "improwizowanych włamaniach" do sklepów jubilerskich na terenie RFN. "Takie improwizowane włamania - to się rozbijało szyby, porywało towar, który był przygotowany, potem połowę oddawało się właścicielowi, a połowa zostawała". Umówieni jubilerzy otrzymywali odszkodowania od firm ubezpieczeniowych za utracony wskutek włamania towar.

Marian Orzechowski, sekretarz i członek Biura Politycznego KC PZPR, uczestniczył w 1984 roku w tajnej komisji partyjnej do wyjaśnienia akcji "Żelazo". W willi MSW w Magdalence przeglądał przez dwa dni dokumenty bezpieki:

- W miarę czytania dokumentów włosy mi na głowie stawały. Była to historia o tym, jak kierownictwo MSW z pomocą grupy ewidentnych przestępców, kryminalistów zorganizowało akcję zdobywania środków na akcje specjalne MSW poza granicami naszego kraju. Było to działanie zbrodnicze, ponieważ polegało m.in. na tym, że grupa kryminalistów, którzy znaleźli się na terenie RFN, w Hamburgu, dokonywała napadów na jubilerów, zakłady jubilerskie, grabiła drogocenne rzeczy i następnie z pomocą również naszych służb specjalnych transportowała je na teren Rzeczypospolitej. Od granicy, od granicy między Polską a NRD, tych ludzi, którzy przywozili te drogocenne zrabowane rzeczy, eskortowali specjalni oficerowie MSW. W czasie tych akcji zdobywania środków padła jedna ofiara śmiertelna, został zabity jeden chyba z jubilerów. To nie tylko było bezprawie, ale narażało nasze interesy międzynarodowe. Proszę sobie wyobrazić, że gdyby służby kryminalne RFN złapały któregoś z uczestników tych działań, zdemaskowały go, odkryły jego powiązania z MSW. Byłby skandal międzynarodowy.

Oszukany oszust

Kazimierz Janosz tak wspomina moment wyjazdu z Hamburga: "Nadałem depeszę do centrali, że pali mi się grunt pod nogami. Podałem, aby w maju 1971 roku przez 2 dni oczekiwali mnie na granicy. Nocami i dniami przez tydzień ładowałem, co się dało do wagonów, przekupiłem celników. Były to 2 lub 3 wagony i dodatkowo pojemniki kolejowe (kontenery). Przerabiałem samochód Mercedes 200, całe siedzenie, bagażnik, nie mogłem tego pomieścić. Pod ciężarem złota samochód usiadł".

Janosz wysłał wspólnika z hurtowni jubilerskiej Jensa Keilholza do Frankfurtu. Miał przywieźć drogocenne kamienie, szmaragdy. Keilholz pojechał tam. Pod wskazanym przez Janosza adresem nie znajdowała się hurtownia szmaragdów. Pomyślał, coś tu śmierdzi. Wraca do Hamburga, to było w maju 1971 roku. Otwiera biuro. Nic nie ma! Wystawa, witryna są puste. Otworzył sejf, klucz tkwił w zamku: pusto. W Altonie (dzielnica Hamburga), w piwnicy pod Karstadtem, leżały ciuchy za 380 tysięcy marek. Pognał tam, miał złe przeczucie. Czy są tam jeszcze ciuchy? Tylko wieszaki!

- Janosz zniknął z towarem. A wszystko było na moje nazwisko. Za 2,8 miliona marek. Wtedy poczułem, że wdepnąłem w gówno. Policja, wydział przestępstw kryminalnych, zamknęła mnie w areszcie. Przyszedł do mnie adwokat Max Goldberg. Mówię do niego: "Ja nie mogę pana opłacić". "Proszę sobie nie robić kłopotu, opłata już wniesiona".

- Najprawdopodobniej opłacił go Janosz, dla mnie. Bo któż by inny? Tylko że ja bym wolał, żeby on zostawił 100 tysięcy i powiedział: znikam. Dla mnie osobiście byłoby lepiej, ale on tego nie zrobił - żali się Keilholz.

Keilholz miał rozprawę sądową i sędzia potraktował go trochę lżej: oszukany oszust.

- Sprawa została odłożona do akt i tym samym załatwiona. Bo oni wiedzieli, że nie mogą mnie ukarać. Inaczej by było, gdyby oni mogli mnie pociągnąć do odpowiedzialności prawnej, to bym dopiero cienko prządł. Ale oni tego nie mogli, bo to nie ja byłem winny. Ja byłem oszukanym oszustem.

Resort bierze wszystko

Nim Kazimierz Janosz wrócił samochodem pełnym złota do Polski, zawiadomił MSW, że część "żelaza" pojedzie koleją. Wysłał je do Bytomia na adres siostry. Wagony stały na bocznicy w Bytomiu dwa tygodnie. MSW wiedziało o wagonach z "żelazem", ale nie znało miejsca ich postoju. Brat Kazimierza, Mieczysław ożywia się:

- W MSW wpadli we wściekłość, że towar jest w kraju, ale nie pod ich kontrolą. Wrócił Kazimierz, pojechaliśmy razem do Bytomia. Oficerowie z MSW, Strzemień, Drzewiecki i Nikiel wsiedli razem z nami do lokomotywy. Wagony przetoczono do Zebrzydowic. Tam je otworzono. Podjechała ciężarówka MSW z Katowic i zabrała bogactwo prosto z wagonów do magazynu resortu. Tam miały być wyliczone ilości, co jest przywiezione i ile. Umówili się, że to zrobią w następnych dniach. Kazimierz na coś takiego się zgodził.

Wezwano wkrótce Kazimierza Janosza na Rakowiecką. Tam nastąpił podział. - Do domu Kazik przywiózł garść tego, co zdobył w Hamburgu. Nie przypuszczał, że go tak wykolegują panowie z MSW i z KC - mówi Mieczysław Janosz.









Rzeczpospolita - 20.05.2006

 

JERZY MORAWSKI

Skarb braci Janoszów

 

 

W maju 1971 roku na granicy samochód pełen zrabowanego w RFN złota przejęli od Kazimierza Janosza ludzie z bezpieki i przewieźli do magazynów MSW na Czerniakowie. A potem skarb się rozpłynął. Co o losach złota Janoszów powiedzą dziś szefowie ówczesnego MSW i kierownicy wywiadu PRL, którzy nadzorowali operację "Żelazo"?

 

Kazimierz Janosz mieszka w odległej od centrum Bielska-Białej dzielnicy Cygański Las. Przy lekko wznoszącej się ślepej uliczce stoi jego dom. Otoczony wysokim murowanym ogrodzeniem, z blaszaną bramą i furtką. Kazimierz wybudował się tu po ucieczce z Hamburga. Po krótkiej rozmowie przez domofon otwiera bramę. Ma na sobie biały restauracyjny kitel, pamiętający zapewne hamburskie czasy. Na głowę wcisnął jasny kapelusz. Nie wygląda najlepiej: chudy, wyniszczony, ledwo trzyma się na nogach. Na pytanie o aferę "Żelazo" reaguje rzuceniem kapelusza o ziemię. Po czym wolno osuwa się na otwartą bramę. Siada i, często przeklinając, wypowiada słowa, które tkwią w nim od 30 lat jak zadra:

- Przywiozłem 236 kilo złota, brylantów, pieniędzy i te kurwy ograbili mnie, cały majątek, kurwa, zdefraudowali. Weź pan pięć walizek pierścionków, sześć walizek, no weź pan, kurwa, pięć milionów dolarów, żyje pan? Oni mi to odebrali. Sobie myślę, kurwa, sztucer kupię, wypierdolę paru, a co mi? Co mnie na życiu zależy? To był Strzemień, Drzewiecki, Szwarc i inni z MSW. Mam wszystkich w pamięci, tych, co byli przy złocie - kończy Kazimierz Janosz.

Nie jest w stanie mówić o czymś innym, tylko o tamtym złocie. Sprawia wrażenie osoby dożywającej ostatnich chwil z jedną myślą: musi się porachować z pracownikami wywiadu, bo - jak twierdzi - ograbili go doszczętnie. Połyka pastylki nitrogliceryny i słonecznie dni spędza na foteliku w ogrodzie. Nie można go podejrzewać o wyrzuty sumienia. Poczucie krzywdy, jego krzywdy, jest jak krwawiąca rana, z każdym dniem bardziej bolesne.

Skarby jadą na Rakowiecką

Co stało się ze skarbem Janoszów? W maju 1971 roku na granicy samochód pełen złota przejął od Kazimierza Janosza mjr Marek Strzemień z Departamentu I (wywiad) MSW. Nalał drinka Janoszowi i wysłał go spać. Zaparkował mercedesa w garażu WOP i przystąpił do rozkręcania samochodu. Ze skrytek, spod tapicerki wygarniał złote pierścionki, kolie wysadzane kamieniami, złote zegarki i sztabki złota. "Wysypywałem te wyroby jubilerskie jak kartofle" - zeznawał po latach Strzemień. Uzbierał tych "kartofli" dwie walizki. Przewiązał je skórzanymi pasami wojskowymi.

Obudzony następnego dnia rano Janosz na zamkach walizek zaklejonych plasteliną odcisnął kluczyk od swego mercedesa. Podpisał dokument, że wysłannikowi MSW, mjr. Strzemieniowi, przekazuje wyroby jubilerskie do podziału, który nastąpi za kilka dni w gmachu MSW przy Rakowieckiej. Po przewiezieniu do MSW walizki miały pozostać zamknięte. Zerwanie plomb i otwarcie miało nastąpić w obecności Kazimierza i Mieczysława Janoszów.

Kazimierz odjechał pustym mercedesem do Bielska-Białej. Mjr Strzemień zatelefonował do MSW, do swego szefa, płk. Mieczysława Szwarca, że "ma kupę szmalu". Zachęcony informacją podwładnego płk Szwarc w kilka godzin służbowym mercedesem dotarł do Słubic. Skarb Janoszów ruszył do Warszawy. Na Rakowieckiej mjr Strzemień osobiście wtaszczył walizki ze złotem do gabinetu szefa. Płk Szwarc przyjął złoty transport odpodwładnego i ukrył we własnym sejfie.

Przez złoto wyleciał z resortu

Cztery lata później mjr. Strzemienia wylano z resortu. "Urobiono mi opinię milionera, który wzbogacił się w związku z dostępem do złota" - zeznał w 1984 roku. Odchodząc z Rakowieckiej, otrzymał samochodowe radio i awans na podpułkownika. Tak podziękowano mu za wierną służbę w bezpiece przez 20 lat z nawiązką. On uznał swoje wydalenie z resortu za próbę zatarcia śladów po operacji "Żelazo". Wylądował na stanowisku szefa działu zagranicznego PAP, gdzie wytrwał do 1989 roku.

Z relacji ówczesnych kolegów dziennikarzy wynika, że Strzemień organizował życie towarzyskie w PAP. W swoim gabinecie urządzał bibki. Niektórych kolegów osobiście konwojował, gdy jak skazańcy udawali się na placówki na krańcach świata, bez względu na to, czy to było Hanoi, czy inne zadupie. Z wypraw przywoził trunki kupowane w strefach wolnocłowych i poił kolegów dziennikarzy. Nigdy nie pisnął słowa o swym udziale w operacji "Żelazo".

Ppłk Strzemień po wypełnieniu misji w PAP, gdy fala historii wypłukała z zawodu takich dziennikarzy jak on, założył biuro tłumaczeń. Zatrudniał tam swych podopiecznych z PAP. W 1990 roku aresztowano go wraz z gen. Mirosławem Milewskim, braćmi Janoszami i innymi pułkownikami z resortu. Prokuratura warszawska wszczęła śledztwo w sprawie afery "Żelazo". Strzemień złożył najobszerniejsze, kilkudniowe zeznania, wyjawił wiele interesujących szczegółów. Natomiast Mieczysław Janosz w śledztwie milczał jak grób, odmówił zeznań. Wkrótce wszystkich zwolniono z aresztu. Dawni koledzy z resortu mieli do Strzemienia pretensje za gadulstwo w śledztwie.

Blokowisko w podwarszawskim Ursusie. W najwyższym budynku mieszka Strzemień. Na ostatnim piętrze metalowa krata broni dostępu do mieszkania oficera wywiadu PRL. Po dzwonku zza uchylonych drzwi wygląda kobieta o długich włosach. Mąż od roku nie żyje.

Leśny pułkownik

Drugi oficer odbierający złoty łup i konwojujący transport do stolicy - to płk Mieczysław Szwarc, naczelnik Wydziału III Departamentu I MSW. Dziś przekroczył 80 lat. Mieszka w kilkurodzinnej willi na warszawskim Mokotowie. Powyżej znajduje się rezydencja ambasadora USA. Domofony przy bramie ogrodzenia są nieczynne. Wchodząca do budynku sąsiadka Szwarca mówi, że pułkownik co jakiś czas wpada tu po pocztę. Ma dom pod Tarczynem.

Jeśli Szwarc coś wybudował, to zapewne na terenach, które swoim zasłużonym pracownikom sprezentował resort. Pod Tarczynem jedną z enklaw leśnych przejęło peerelowskie MSW. Tam najwierniejsi z wiernych, zaszyci w głuszy leśnej, z daleka od intruzów, po latach niebezpiecznych operacji mieli znaleźć ukojenie. Jak ich odnaleźć?

Sołtys wsi potwierdza, że wśród leśnych - jak nazywają tu osoby z bezpieki - jest ktoś o nazwisku Szwarc. Daleko za wsią, na trzecim rozwidleniu dróg trzeba skręcić w leśną drogę. Podjechać jeszcze trochę i skręcić w prawo przy transformatorze - tłumaczy. W marszrucie sołtysa nic się nie zgadza. Nawet transformator nie stoi tam, gdzie powinien. Na hasło "leśni" reaguje mężczyzna z kolczykiem w uchu, spacerujący z wilczurem. Tam, wskazuje drogę w oddali. Na osadę "leśnych" składa się około trzydziestu domków, niektóre nawet okazałe. Jeden z nich należy do płk. Szwarca.

Drewniany domek ukryty w chojakach, z komina unosi się dym. Od strony bramy widać wejście i jedno okno. Za ogrodzeniem ujadający pies. Z domu wychyla się starsza pani. Mąż pojechał do Warszawy, nie wiadomo, kiedy będzie. Pojechał albo i nie. Ważne, że tu mieszka. Po kilku nieudanych próbach skontaktowania się, płk Szwarc wychodzi z domu. Wraz z żoną podchodzą do ogrodzenia. Żona odwodzi go od pomysłu rozmawiania z dziennikarzem. "Leśny" lekceważy ostrzeżenie.

- Złota Janoszowie przywieźli 130 kg. Połowa miała niechodliwą w Polsce próbę 330 - bagatelizuje skarb płk Szwarc.

Skąd różnica w rachunkach? Kazimierz Janosz utrzymuje, że przywiózł 236 kg złota, diamentów i innych wyrobów jubilerskich. Sekretarz i członek Biura Politycznego KC PZPR Marian Orzechowski, członek tajnej komisji Biura Politycznego, która w 1984 roku badała operację "Żelazo", twierdzi wręcz:

- Z ogromnej ilości "złotych walorów", jak to się ładnie w języku urzędowym nazywa, znaczna część zginęła. Różnego rodzaju futra, ubrania, ale także zegarki i złoto wyparowały. Dokumenty "Żelaza", które miałem w ręku, nic nie wyjaśniały. Były to oświadczenia dyrektorów i inspektorów MSW. Nie znalazłem tam odpowiedzi na pytanie, co się stało z dobrami zdobytymi na Zachodzie. Skarb się rozpłynął.

Gdzie wyciekł skarb Janoszów?

Postarajmy się odtworzyć losy tych bogactw w kraju. Na granicy przywiezione przez Kazimierza Janosza kosztowności zapakowano do dwóch walizek. Mjr Strzemień przetransportował je do MSW. Płk Mieczysław Szwarc, wówczas zastępca naczelnika Wydziału III Departamentu I, zamknął walizki w swoim sejfie. Jeden klucz miał on sam, a drugi - dyrektor Departamentu I. Zgodnie z ustaleniami walizki miały zostać otwarte w obecności Janoszów. Tak się jednak nie stało.

Po kilku dniach Kazimierza Janosza wezwano na Rakowiecką i zaprowadzono do pokoju, gdzie miał nastąpić podział. Janosz zobaczył, że wbrew umowie biżuterię wypakowano z walizek bez jego udziału i leżała na stołach ustawionych w kształcie litery L. "Stan ilości towaru, jaki przywiozłem, nie zgadzał się z tym, jaki widziałem na stołach" - zeznał Janosz w 1984 roku. Czy złoty łup wyciekł z sejfu Szwarca, czy może zaczął wyciekać już wcześniej, w drodze z granicy do MSW?

Mieczysław Janosz towarzyszył bratu. W pokoju ze złotem było trzech oficerów, m.in. Strzemień. Ktoś powiedział: - Dzielimy to na dwie kupki.

Wtedy Mieczysław Janosz upomniał się o swoją część. Powiedziano mu, że jest przy podziale niepotrzebny i wyprowadzono z gmachu. Kazimierzowi Janoszowi, gdy brata już nie było w pokoju, zapowiedziano, że zamiast połowy "walorów", jak wcześniej ustalono, otrzyma jedną trzecią. Kierownictwo Departamentu I motywowało znacznie korzystniejsze dla resortu proporcje podziału "większym wysiłkiem operacyjnym pracowników MSW wniesionym w operację >>Żelazo<< ". Dostał wtedy zamiast połowy łupu zaledwie ok. 30 kg. Załadował to do teczki. "Gdy upomniałem się o dalszy podział towaru, dostałem odpowiedź, że to nastąpi" - mówił Kazimierz Janosz w 1984 roku. Ale nigdy o tym już nie wspominano.

"Żelazo" na bocznicy

Kazimierz Janosz jeszcze przed ucieczką z Hamburga wysłał do Polski dwa wagony załadowane kosztownościami i luksusowymi towarami. Znajdowały się tam skórzane płaszcze, bele materiałów, rękawiczki, wyroby ze srebra, np. sztućce, tace itd., oraz wyroby ze złota.

- Ten towar dotarł koleją do Bytomia - wspomina Mieczysław Janosz. - Wagony stały na dworcu przez dwa tygodnie. Oczywiście Kazimierz zadzwonił z Hamburga, że wszystko wysłał do siostry, nie podając adresu. Panowie z MSW nie wiedzieli, do której siostry, jakiej siostry. Wpadli więc we wściekłość, że towar był już Polsce, a oni nic nie wiedzieli. Istniało ryzyko, że złoto z wagonów wykradną kolejarze.

Funkcjonariusze z MSW czuli, że część "żelaza" wymyka się im z rąk. W końcu naciskani i straszeni Janoszowie wskazali, że wagony stoją na bocznicy kolejowej w Bytomiu.

- Ci panowie z MSW, Strzemień, Drzewiecki i Nikiel, przyjechali do Bytomia. Siedli na lokomotywę i pojechaliśmy z tymi wagonami do Zebrzydowic. Tam je otworzyli - relacjonuje Mieczysław Janosz.

Mjr Strzemień znalazł w wagonie pod belami wykładzin podłogowych i firanek drewnianą skrzynkę. "Spoczywała w niej walizka z wyrobami złotymi" - zeznał w 1984 roku. Płk Zygmunt Nikiel, pracownik Departamentu I w Katowicach, na polecenie Strzemienia wydobył drugą walizkę z biżuterią. "Wywołało to niezadowolenie Kazimierza Janosza" - zeznał Nikiel.

- Podjechała ciężarówka MSW z Katowic i zabrała towar z wagonów do magazynu, gdzie miał być spisany protokół, wyliczone ilości tego, co jest przywiezione. Umówili się, że to zrobią w następnych dniach - mówi Mieczysław Janosz. - Nikt nie robił spisu. Kazimierz nie przypuszczał, że go potem wykolegują panowie z MSW i z KC.

Strzemień zabrał do służbowego peugeota kolejne walizki ze złotą biżuterią. A ciężarówka przewiozła cały skarb Janoszów prosto do stolicy. Umieszczono go w magazynach MSW na Czerniakowie. Mimo gruntownych poszukiwań, w 1984 roku nie udało się ustalić, gdzie przepadła część łupu składająca się z artykułów luksusowych, m.in. skórzanych kurtek, bel materiałów i wyrobów ze srebra, zmagazynowana na Czerniakowie i pilnowana przez żołnierzy z jednostek nadwiślańskich.

Milczę, dlatego żyję

Co o losach złota Janoszów powiedzą dziś szefowie ówczesnego MSW i kierownicy wywiadu PRL, którzy nadzorowali operację "Żelazo"?

Serce stolicy, ulica Wilcza. Odrestaurowana kamienica. Na liście lokatorów niewiele nazwisk. Większość mieszkańców uciekła w anonimowość. Wśród nielicznych figuruje Józef Osek, generał wywiadu, dyrektor Departamentu I, w latach przed przełomem szef Głównego Urzędu Ceł. Dzwonek przy drzwiach, nikt nie otwiera, nie słychać szmerów. Zostawiam karteczkę z informacją, że proszę o kontakt. Po kilku dniach generał Osek odzywa się w telefonie. Grzecznie dziękuje za propozycję rozmowy o operacji "Żelazo".

W bloku plombie przy ul. Narbutta, kilkaset metrów od resortu, mieszka gen. Mirosław Milewski. Kilkakrotnie rozmawiam z tajemniczym generałem przez telefon. Po długich namowach godzi się na rozmowę. Gdy chcę potwierdzić termin ustalonego wcześniej spotkania, telefon odbiera jego córka. Ojciec źle się czuje - przekonuje. Po kilku dniach dzwonię do mieszkania generała. Drzwi uchyla młoda dziewczyna. O rozmowie z generałem może zdecydować tylko jego córka - mówi. Porozmawia z nią. Zamyka drzwi. Po kilku minutach na klatce schodowej pojawia się córka generała. W ostrych słowach potępia próbę skontaktowania się z ojcem bez jej pośrednictwa. - Proszę ojca zostawić w spokoju - mówi.

Bliźniak, gdzie przed laty mieszkał Franciszek Szlachcic, szef MSW i pretendent do najwyższych stanowisk w PRL, dziś jest w nie najlepszym stanie. Generał zmarł w 1990 roku, po przesłuchaniu w sprawie operacji "Żelazo". - Zaczął mówić, co wie, to nie żyje - spekuluje Mieczysław Janosz. Dom Szlachcica wynajmuje personel ambasady Ghany. Syn ministra MSW, mimo kilkakrotnych telefonicznych prób kontaktu, nie odzywa się. Żona generała - jak twierdzi jeden z sąsiadów - przebywa w domu opieki.

Tuż przy placu Krasińskich, naprzeciw gmachu Sądu Najwyższego, mieszka gen. Jan Słowikowski, szef wywiadu PRL. Pod jego mieszkaniem mieści się redakcja "Palestry", organu adwokatów. Sąsiadami generała przez ścianę są ministrowie PRL z różnych resortów. Generał jest w dobrej formie, sympatyczny, otwarty. Nic jednak nie powie. Przekonuje, że po opuszczeniu resortu wyrzucił z pamięci wszystko o "Żelazie" i innych tajnych operacjach. - Zamknąłem biurko na klucz - ilustruje swój stosunek do przeszłości. Po namyśle żartując, mówi: - Milczę, może dlatego żyję.

Minister zabiera walizki ze złotem

Dwie walizki ze złotem zabrane z wagonów kolejowych w Zebrzydowicach mjr Strzemień służbowym samochodem dowiózł do Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach. Następnego dnia dostarczył "żelazo" na Rakowiecką. Strzemień w zeznaniach wspomina, że gdy z Tadeuszem Drzewieckim sortował skarb Janoszów, pokój odwiedzili Mirosław Milewski i Jan Słowikowski. Oglądali "łupy wojenne", jak się któryś wyraził. Strzemień poczuł satysfakcję, że "ranga tego, co robi, jest tak wysoka, że aż pofatygował się sam wiceminister Milewski obejrzeć nasz urobek". Dopiero po pewnym czasie zrozumiał, że wiceminister odwiedził ich nie dla nich samych, ale "dla tego złota".

Strzemień na złocie, jak zeznał, nie znał się: "Kolor złota czy kamienia ani wtedy, ani dziś nic mi nie mówi". Podział zawartości walizek odbywał się na Rakowieckiej i dokonywano go "na oko". "Były dwa podobne pierścionki, jeden dla Janoszów, jeden dla nas". Żadnego protokołu nie spisano. "Nasza dola została zapakowana i dostarczona do Wydziału Ogólnego Departamentu I" - zeznał w 1984 roku.

Ówczesny minister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic złożył niespodziewaną wizytę w Departamencie I. Zapoznał się z zawartością dwóch walizek z transportu Janoszów. "Minister Szlachcic polecił przekazać upoważnionemu przez siebie pracownikowi te walizki z zawartością" - zeznał płk Waldemar Wawrzyniak w 1984 roku. Przy okazji gen. Szlachcic ofiarował, jako premię, po złotym zegarku Wawrzyniakowi, Strzemieniowi i Szwarcowi, za poświęcenie przy realizowaniu operacji "Żelazo". Strzemieniowi nie bardzo podobał się zegarek, który mu wręczono. Poprosił o wymianę na inny. Wybrał swoją ulubioną markę Tissot. Przy okazji dostał złoty zegarek z bransoletką dla żony.

- Dobytek z wagonów odjechał do MSW. Po pewnym czasie wezwali Kazimierza na Rakowiecką i tam nastąpił... podział? Jaki podział? Wymusili na nim podzielenie się majątkiem, nie dając żadnych dokumentów z odprawy celnej - relacjonuje Mieczysław Janosz.

Pieczęć reżimu

Trudno odnaleźć szeregowych pracowników Departamentu I MSW. Wolą być w cieniu: szpiegowali na rzecz ludowej ojczyzny, a przy okazji wplątali się w złoty interes. Ludzie wywiadu PRL rozpłynęli się w lasach Mazowsza. Wprawdzie posiadają mieszkania w Warszawie, bo dawni rezydenci wywiadu (za operację "Żelazo" nagrodzono ich wysyłką na zagraniczne placówki szpiegowskie) w zachodnich stolicach mieli pieniądze i wystarczające możliwości, by załatwić sobie lokale w dobrych dzielnicach miasta, ale te kilkupokojowe mieszkania stoją przez większą część roku puste lub zamieszkują je krewni. Oni wracają na czas zimy. Spędzają czas głównie w domach za miastem, zazwyczaj drewnianych stylowych chatach, wtopionych w zieleń wybujałych iglaków. W latach siedemdziesiątych, gdy je wznosili jako repliki architektury zachodniej, którą poznali przy okazji wypełniania szpiegowskiej misji, były nieosiągalnymi domami marzeń dla szaraków zgrzebnej rzeczywistości. Spadziste dachy, drewniane konstrukcje i tym podobne cuda nie mieściły się w schematach typowych projektów w kształcie pudełka zapałek. Oni stawiali, co chcieli, dostawali budulec z pominięciem przydziałów i kolejek - blachę na dach czy dźwigary. Nikt nie zabiegał o pozwolenia na budowę, projekty zatwierdzano im od ręki.

Goście z bezpieki, wyróżniani i wywyższani, uchodzili za niebezpiecznych i tajemniczych, bo z resortu strachu - mogli wszystko. Dziś ukrywają się w swoich domkach, które w porównaniu ze współczesnymi rezydencjami przypominają kurne chaty. Mają poczucie bezpieczeństwa, nikt im nie zakłóca spokoju. Prawidłowość jest taka: im niższy szarżą oficer wywiadu PRL, tym mniejszą wykazuje ochotę na rozmowę.

Płk dr Wiesław Wawrzyniak, naczelnik Wydziału III Departamentu I, obdarowany za wkład w "Żelazo" złotym zegarkiem z kolekcji Janoszów, był rezydentem wywiadu w Wiedniu, a później w Sztokholmie. Rezydent Wawrzyniak przez domofon odpowiada, że choruje. Daje nadzieję, że za tydzień, dwa wyzdrowieje i będzie skłonny do rozmowy. Dojścia do jego mieszkania na ul. Litewskiej, obok Teatru Syrena (w pobliżu MSZ), bronią dwa domofony i zmowa sąsiadów. Lokatorzy nie wpuszczą na klatkę obcego, oferują, że sami skontaktują się z Wawrzyniakiem i spytają, czy życzy sobie wizyty. Odpowiedź do przewidzenia.

Po miesiącu od ostatniego podejścia udaje się dotrzeć do drzwi mieszkania Wawrzyniaka. Na sygnał dzwonka pułkownik reaguje natychmiast, jakby czekał w przedpokoju: - Proszę odejść, dać mi spokój, jestem chory.

Po odmownym komunikacie zapada głucha cisza. Po kilku minutach w oknach balkonowych na drugim piętrze zza poruszających się firanek wygląda ukradkiem starszy mężczyzna w okularach. Ukrywający się funkcjonariusz wywiadu PRL, kiedyś król życia. Nie tak miało być. Ledwo znosi, że ktoś, a właściwie nikt, dzwoni do drzwi i domaga się wyjaśnień. Nie ma chyba poczucia, że poświęcał się dla ojczyzny, dokonywał rzeczy niebywałych w imię socjalizmu itd. On i jego koledzy nie wierzyli w dogmaty ideologii. Nieliczni, gdy dadzą się wciągnąć w rozmowę, przekonują jednak, że wszystko robili z myślą o kraju, że niegodziwości popełniali w imię racji stanu, bo trwała zimna wojna, a Ameryka i Zachód szykowały się do ataku. Dodają jeszcze: sam pan widzi, co teraz się dzieje - co ma potwierdzać ich racje.

Rozmawiałem z wieloma osobami z tamtej strony - nikt z nich nie uderzył się w pierś, że robił coś niestosownego, że działał w niesłusznej sprawie. Żadnej refleksji. Może nie wolno wymagać od nich, by oceniali swoje postępowanie, bo jako funkcjonariusze reżimu opieczętowani zostali na zawsze. Uwolnić się mentalnie od takiej pieczęci nie jest łatwo.

Piękne były czasy

W MSW zorganizowano wystawę "żelaza" przywiezionego przez Janoszów. Płk Zygmunt Nikiel, śląski przedstawiciel wywiadu, nadzorujący braci, dowiedział się o tym od szefa wojewódzkiego MO w Katowicach. Szefowi wystawę zrelacjonował Zdzisław Grudzień, I sekretarz KW PZPR w Katowicach. Grudzień był na prezentacji z innymi "towarzyszami z kierownictwa" i "wyraził się o wartościowym dorobku wywiadu". Było mu miło, że katowicka bezpieka też się do tego przyczyniła.

W 1984 roku na temat wystawy zeznawał Mieczysław Janosz. Według niego prezentację zrabowanego na Zachodzie złota zaszczycili m.in.: Edward Gierek, Franciszek Szlachcic i premier Piotr Jaroszewicz. "Była to wielka sensacja. Oni sobie przypinali złote kolie, chodzili po sali i śmiali się". Janosz powoływał się na relacje Nikla, Strzemienia i Drzewieckiego, znajomych oficerów wywiadu. Płk Wiesław Wawrzyniak, który dziś unika kontaktów, potwierdził też przed komisją resortową w 1984 roku, że w MSW zorganizowano wystawę "walorów" przywiezionych przez Janoszów "jako rezultat działań służby wywiadowczej PRL".

Najcenniejsze egzemplarze kolekcji Janoszów - co ustaliła komisja MSW w 1984 roku - miał w swojej dyspozycji gen. Mirosław Milewski. Pytany wtedy o to, Milewski odpowiedział:

- Te egzemplarze w teczce przynosiłem do gmachu KC i prezentowałem tow. Stanisławowi Kani. Z tego co pamiętam, Stanisław Kowalczyk pokazywał je także ówczesnemu I sekretarzowi KC Edwardowi Gierkowi.

Na ślad złotych wyrobów zaniesionych przez gen. Milewskiego do KC nie trafiono. W 1990 roku przeprowadzono rewizję w mieszkaniu generała. Znaleziono ponad 50 kolii, łańcuszków, pierścionków, takich, jakie przywieźli do kraju Janoszowie.

Pytany o to płk Marian Szwarc, odpowiada ze swadą:

- Operacja "Żelazo" zakończyła się pełnym sukcesem. "Walory" przekazaliśmy do skarbu państwa. Czego pan chce? Nie wykluczam, że jakieś zegarki i zapalniczki przekazywano osobom spoza resortu, ale nie agentom. Raczej robiono towarzyskie podarki.

Emerytowany rezydent mówi nieprawdę. Komisja resortowa w 1984 roku ustaliła, że zginęło, według najniższych szacunków, "75 kg złota, kamieni szlachetnych o ogromnej wartości, duże ilości wyrobów ze srebra oraz znaczne ilości luksusowych towarów". Nie istniała żadna dokumentacja tego, co zgromadzono w magazynach MSW na Czerniakowie. Te rzeczy kompletnie wyparowały. Poza tym Janoszowie przywieźli dużo więcej kosztowności - tak naprawdę nikt nie wie, jaki rzeczywiście był "urobek wywiadu". Faktycznie "rozpłynęło się" znacznie więcej złota, niż oszacowała komisja.

Przebywający w leśnej głuszy płk Mieczysław Szwarc ma poczucie bezpieczeństwa, rozmawiając z intruzem przez płot. Obok niego kręci się dziwny, rosły pies. Wygląda groźnie. Żona pułkownika przestawia zwierzę: - Rasa japońska.

To potomek psów, które Szwarc przywiózł z Dalekiego Wschodu, gdzie przebywał jako rezydent wywiadu. Piękne były czasy.









Rzeczpospolita - 17.06.2006

 

JERZY MORAWSKI

Zlecenie na "Trutnia"

 

 

W 1977 roku panował w Polsce klimat rozprawy z opozycją. Ruch protestu po wydarzeniach w Radomiu stawał się coraz silniejszy. Toteż resort nie przebierał w środkach. W Krakowie zabito Stanisława Pyjasa, szykowano następne zamachy. Dziś funkcjonariusze MSW zaprzeczają, że istniały plany zamordowania Adama Michnika, ale dokumenty i zeznania mówią co innego

 

Wysoki, murowany płot otaczający rozległy teren ambasady rosyjskiej w Warszawie. Do podwyższonego siatką parkanu, chroniącego dostęp do placówki - przyciśnięta kilkupiętrowa kamienica. W przeszłości mieszkańcami takich kamienic, a zarazem sąsiadami ambasady radzieckiej zostawały osoby wybrane, a raczej przebrane - najwierniejsi z wiernych, sprawdzeni na wylot, godni przebywania w pobliżu dyplomatów Wielkiego Brata. Czujni strażnicy na wypadek, gdy coś niepokojącego zdarzy się w otoczeniu. Tu od dawnych lat mieszka wysoki oficer wywiadu PRL.

Drzwi mieszkania na drugim piętrze otwiera emerytowany pułkownik wywiadu Jan Rodak. Zaprasza do środka, częstuje kawą. Opanowany, kulturalny. Sprawia wrażenie, jakby nie był zaskoczony niespodziewana wizytą i tematem rozmowy.

- Nikt nie rozkazał mi zabić Adama Michnika - mówi na wstępie.

W 1984 roku gen. Czesław Kiszczak powołał tajną komisję w MSW do wyjaśnienia operacji "Żelazo". Komisja wezwała Rodaka.

- Powiedziałem, co miałem do powiedzenia. Wtedy tak mimochodem ktoś z komisji powiedział: - A wy żeście chcieli zabić Michnika. No, nie wytrzymałem. Jaka tu jest logika, powiedziałem. Złoto, Michnik i co dalej? - relacjonuje Jan Rodak.

Pułkownik wciśnięty w fotel, dobiera słowa i nie wykazuje cienia zdenerwowania. Tylko źrenice za szkłami okularów emerytowanego oficera wykonują dziwne ruchy, jakby chciały opuścić niewygodne miejsce.

Jan Rodak zgadza się na rozmowę o sprawie "Trutnia" (taki kryptonim SB nadała Adamowi Michnikowi). Jego koledzy z czasów pracy w resorcie ryglują drzwi, zasłaniają się tajemnicą służbową, niepamięcią lub chorobą. Robią wszystko, by tylko pozbyć się natręta - pytającego, jak było. Pułkownik przeciwnie - ma potrzebę mówienia, a raczej konieczność wylania czegoś z siebie, co przez lata uwierało. A może postanowił wykorzystać okazję, by przedstawić swoją wersję wypadków? Może zwietrzył możliwość zmanipulowania słuchacza, który się nawinął. U tak doświadczonego szpiega to czynność wręcz naturalna. W każdym razie pracownik wywiadu PRL zdaje sobie sprawę, że jego wypowiedź nabierze publicznego rozgłosu. Dlatego rozmawia i odpowiada na pytania.

Zwinąć "Trutnia"

Na początku kwietnia 1977 roku Jan Rodak, wówczas zastępca naczelnika Wydziału III Departamentu I MSW, wyleciał porannym samolotem z Warszawy do Berlina Wschodniego. Po starcie wyjął kopertę z instrukcjami od przełożonego.

- Otwieram kopertę, jest Adam Michnik. Na kartce zapisano jego paryski adres. Znalazłem też jedno zdjęcie Michnika z jakiejś konferencji prasowej. Drugie zdjęcie było bardzo niewyraźne. Chodziło o to, aby facet mający wykonać zadanie rozpoznał Michnika - relacjonuje Rodak.

Na mikrofilmach w archiwach IPN zachował się plan rozmowy z agentem w Berlinie Wschodnim (z 4 kwietnia 1977 roku), przygotowany przez ppłk. Jana Rodaka i zatwierdzony przez jego zwierzchnika płk. Wiesława Młynarskiego, wicedyrektora Departamentu I MSW. Rodak napisał, co poruszy na spotkaniu z "Kamieją", czyli Janem Janoszem: "Przedstawię mu propozycję wykonywania zadań polegających na docieraniu do interesujących nas osób i podejmowania przeciwko nim określonych przedsięwzięć. Wyjaśnię, że może nawet interesować nas problem zdjęcia odpowiedniej osoby i tajnego przerzucenia jej przez granicę. Poprzez pojęcie granica rozumiemy dostarczenie go (czyli porwanego - J. M.) np. z RFN do NRD w drodze do Berlina Zachodniego bądź innego kraju. Rzecz prosta, że wariant NRD jest dla nas optymalny". W dalszej części notatek Rodak planował przedstawić Janoszowi do wykonania zadanie specjalne.

W Berlinie Wschodnim usiadł w kawiarni Corso, w pobliżu hotelu Unter Den Linden. Tutaj miał czekać na agenta.

- Janosz wyszedł z metra o dwóch kulach, ludzie mu pomagali. Początkowo myślałem, że to nie on. O tym, że ma nogę w gipsie od łydki do kolana nikt mi nie mówił. Miałem chyba jego zdjęcie. Zaczął się rozglądać. Czy pan, no tak, jak się cieszę. Przekazałem mu sprawę pana Michnika. Powiedziałem, pokazując zdjęcie: tu jest taki człowiek, który dobrze, żeby się w Polsce nie pojawił. Trzeba mu wyrwać torebkę, w której ma paszport. Później paszport dostarczyć do naszej Misji Wojskowej w Berlinie Zachodnim - przedstawia swoją wersję Rodak.

Jednak w notatce sprzed 30 lat ze spotkania z Janoszem, którą odnaleziono w archiwach IPN, Rodak napisał co innego: "Przedstawiłem mu sytuację, w której należałoby zwinąć i przerzucić przez granicę np. do NRD interesującego nas osobnika. "Kamieja" (pseudonim agenturalny Jana Janosza - J. M.) natychmiast zadał pytanie, wykazując znajomość rzeczy - "czy za jego zgodą, czy bez". Wyjaśniłem, co rozumiem pod pojęciem "zwinąć". Natychmiast replikuje, "żywy czy martwy". Wyjaśniłem, że zawsze lepiej żywy, bo nie cuchnie. Jeśli zacznie cuchnąć, to już szkoda ryzyka w przewożeniu przez granicę. (...) Zaczął nalegać, bym mu wyjaśnił, kogo ma "załatwić". Po uzyskaniu dodatkowych wyjaśnień dałem mu zadanie na "Trutnia" ".

Wersja mówiona, wersja pisana

Emerytowany oficer wywiadu zapewne nie podejrzewa, że zachował się raport jego autorstwa, mówiący o prawdziwych powodach wyjazdu do Berlina Wschodniego w kwietniu 1977 roku. Przedstawia więc wydarzenia tak, aby dobrze wypaść:

- Janosz powiedział mi wtedy, że "Trutniowi" może dać nawet w zęby, że mu wylecą. Odpowiedziałem: panie, w tej sytuacji jeszcze tego by nam brakowało, żeby człowieka takiego jak Michnik ktoś uderzył. Żadnych tego typu akcji. Wyrwać torebkę z dokumentami. To wszystko. Dostanie pan za to pieniądze, zwrot kosztów. Chodziło bodajże o 2,5 tys. marek.

Odmienny przebieg rozmowy przedstawił Rodak w raporcie napisanym bezpośrednio po spotkaniu: "Zapytany (Jan Janosz - J. M.), ile chce za realizację sprawy "Truteń", zaczął się zastanawiać. Zapytał, ile dam (miałem do dyspozycji do 20 tys. DM). Podałem 10 tys. DM, uważając tę sumę przy tego typu sprawie za wystarczającą. "Kamieja" powiedział, że do tej sprawy powrócimy, jak uda się pozytywnie załatwić "Trutnia"".

W końcowym fragmencie notatki znalazła się uwaga pułkownika na temat Jana Janosza: "Odnoszę wrażenie, że "Kamieja" należy do ludzi bez skrupułów i za określone korzyści materialne wykona każde zadanie". Ta opinia była jak gwarancja, że zlecenie z MSW na Michnika trafiło we właściwe ręce.

Rodak po spotkaniu z Janoszem wrócił z Berlina Wschodniego do kraju.

- Po jakimś czasie mój szef, Wiesław Młynarski, wicedyrektor Departamentu I MSW poinformował mnie, że Jan Janosz nic nie załatwił w sprawie Michnika - mówi Rodak.

W połowie czerwca 1977 roku Jan Janosz przyjechał z Niemiec Zachodnich do Warszawy. Spotkał się kilka razy z płk. Rodakiem w kawiarni hotelu Grand i w Adrii. Zdał relację ze swoich działań.

- Janosz powiedział, że namierzył Michnika w Paryżu. Ale "Truteń" chodził zawsze w towarzystwie kolegów. Narzekał, że on i jego ludzie bardzo się namęczyli, ale nigdy na Michnika samego nie natrafili. Dałem Janoszowi wtedy jakieś pieniądze za ten niby wyjazd do Paryża - relacjonuje Rodak.

Sympatyk KOR wyrwany z życia

Rodak w raporcie z 16 czerwca 1977 roku wymienił podobne przyczyny niewykonania zadania wobec "Trutnia", jakie przytacza dziś. Dodał, że Janosz ma pretensje do wywiadu, gdyż przekazano mu złe adresy pobytu Michnika w Niemczech Zachodnich. "Poszukiwał go intensywnie, ale nie znalazł".

- Po incydencie z przekazaniem Janoszowi sprawy Michnika nie miałem już z nią więcej do czynienia. W grudniu 1977 roku zawieźli mnie na sygnale do szpitala. Jak wróciłem po chorobie, w MSW skierowano mnie do innych zadań - mówi Jan Rodak.

Ale raport pułkownika miał ciąg dalszy. Rodak nie pamięta dziś, że w raporcie z 16 czerwca 1977 roku zanotował, że Janosz w poszukiwaniu Adama Michnika dotarł w Hamburgu do Stefana Pempera. Pemper urodził się w Polsce i po przejściach wojennych, m.in. pobycie w getcie krakowskim, wyemigrował do Niemiec. Był kupcem, handlował dywanami. Pemper poinformował Janosza, że Michnik po powrocie do kraju trafił do aresztu. "Pemper oświadczył Janoszowi, że będą walczyć w obronie KOR-owców i pomagać w ich słusznej sprawie. Dodał, że "Trutnia" zna dobrze i że to człowiek szlachetny, walczący o szczytne ideały, że w jego obronie i KOR-u porwą opinię publiczną na Zachodzie. Pemper dał do zrozumienia, że pozostaje w kontakcie z KOR-owcami w Polsce, że będzie im pomagał".

Jan Janosz przekazał Rodakowi informację, że Pemper odwiedza jachtem Polskę i przewozi dla KOR-owców pieniądze i materiały. W Hamburgu mieszka żona Stefana Pempera. Guta Pemper potwierdziła, że w latach siedemdziesiątych popłynęli jachtem wraz z mężem i dziećmi z Hamburga do Gdańska. Odwiedzili Kraków, rodzinne miasto męża. Guta wraz z dziećmi wróciła do Niemiec koleją, gdyż jacht uległ awarii. Jej mąż został wtedy na dłużej w Polsce. Nie informował jej, że pomagał opozycji demokratycznej.

- Te rzeczy były takie niebezpieczne - mówi Guta Pemper.

Płk Rodak w cytowanym już raporcie ze spotkania z Janem Janoszem z czerwca 1977 roku na końcu zanotował w punkcie "Zadania do realizacji": "Bliższe, ale dyskretne zainteresowanie się osobą Pempera".

- Mój mąż został wyrwany z życia w 1977 roku. Pojechał na jacht i więcej nie wrócił. Zmarł na atak serca - mówi Guta Pemper.

Zadanie likwidacyjne

Jan Rodak bagatelizuje tzw. sprawę Michnika: zamierzano tylko ukraść mu paszport, aby uniemożliwić powrót do kraju. Przeczą temu odnalezione w archiwach IPN raporty samego Rodaka. Mówi się tam o "zdjęciu osoby", "zwinięciu i przerzuceniu przez granicę osobnika", "pozytywnym załatwieniu "Trutnia"", albo wprost "kogo załatwić". Wywiad PRL nie wysłał wysokiego oficera do Berlina z 20 tysiącami marek w kieszeni (w tamtych czasach była to fortuna), aby opłacił kradzież paszportu opozycjoniście. Bezpieka mogła, kogo tylko chciała, aresztować po przylocie na Okęcie. Przetrzymać pod byle pozorem długo, by nie uczestniczył we wrogiej demonstracji. Zresztą podawany przez Rodaka powód kradzieży paszportu Adamowi Michnikowi, aby nie wziął udziału w akcji opozycji w kraju - jest absurdalny. To wykręt, by zamazać prawdziwy cel działań, wymierzonych w opozycjonistę.

Zresztą w raportach Rodaka, a także w innych dokumentach bezpieki, nie ma słowa, aby kogoś funkcjonariusze zamierzali pozbawić życia. Takich informacji nie zamieszczało się w dokumentach, ale takie operacje przeprowadzano.

W 1977 roku, gdy podejmowano akcję wobec Adama Michnika, panował klimat rozprawy z opozycją. Ruch protestu powstały po wydarzeniach w Radomiu stawał się coraz silniejszy. Władze postanowiły go rozbić. SB otrzymała nowe etaty, pieniądze i zielone światło do rozprawy z protestującymi przeciwko dziejącemu się bezprawiu wobec radomskich robotników. Na przykład SB w Krakowie wyposażono w pierwszy komputer, na którym funkcjonariusz zapisał kryptonim "Niepokorni". Tak nazwał grupę studentów, m.in. Bronisława Wildsteina i Stanisława Pyjasa. Postanowiono ją śledzić i rozbić.

Inwigilowano studentów, otaczano siecią agentów i urządzano prowokacje. Rozpuszczano plotki, że najbardziej aktywni studenci to konfidenci, fabrykowano anonimy szkalujące Pyjasa. Gdy student wystąpił oficjalnie do prokuratury o ściganie autorów anonimów, to zginął. Ujawnienie funkcjonariuszy SB jako faktycznych autorów anonimów groziło kompromitacją bezpieki. Resort nie przebierał w środkach.

O prawdziwych zamiarach MSW wobec Adama Michnika mówił przed komisją resortu w 1984 roku płk Tadeusz Galiński, z Wydziału V Departamentu II. W 1977 roku pracował jako II sekretarz w polskiej ambasadzie w Kolonii, a praktycznie zajmował się jako funkcjonariusz MSW bezpieczeństwem placówki dyplomatycznej. Otrzymał polecenie wyjazdu do Hamburga od rezydenta wywiadu PRL przy ambasadzie i ustalenia, dlaczego Jan Janosz nie wykonał zadania wobec Michnika. "Było to polecenie centrali przesłane pocztą dyplomatyczną lub drogą szyfrową". Galiński spotkał się z Janem Janoszem na terenie Hamburga, co opisał w raporcie. Przed komisją złożył oświadczenie: "Jan Janosz poinformował mnie, że otrzymał zadanie, dotyczące likwidacji Michnika, który w tym czasie przebywał w RFN i w Paryżu. Zadanie miało być wykonane w Paryżu lub w innym dogodnym miejscu. Według słów agenta zadanie można było wykonać mimo poważnych trudności. Jednakże wynagrodzenie proponowane przez nas nie równoważyło ryzyka. Chodziło tu o 25 tys. dolarów USA, której to sumy nasza strona nie była w stanie wyasygnować".

Wyroki śmierci za pieniądze

Emerytowany pracownik Departamentu I MSW płk Tadeusz Fiećko przekonuje, że bracia Janoszowie nie mieli nic wspólnego z akcją wymierzoną w Adama Michnika.

- Widziałem się z Janoszami na terenie Berlina, ale jako osoba towarzysząca. Wyglądało to tak, że czytałem gazetę, a rozmowa odbywała się poza mną - pomniejsza swoją rolę płk Fiećko.

W oświadczeniu złożonym w 1984 roku przed komisją MSW Fiećko jednak napisał: "Uczestniczyłem w spotkaniach w Berlinie z Janem Janoszem z Hamburga. Rozmówca zaproponował usługi w stworzeniu w Europie grupy ludzi do wykonywania za pieniądze wyroków śmierci". Emerytowany pułkownik wiedział więc, jakich zadań podejmowali się Janoszowie.

Były minister MSW, gen. Mirosław Milewski, przed tajną komisją resortową w 1984 roku powiedział, że "w Departamencie Wywiadu obowiązywało przekonanie, że zasady moralne postrzegane w kraju nie obowiązują za granicą, łącznie z likwidowaniem fizycznym ludzi". Milewski utrzymywał, że był temu przeciwny. "Wyraziłem to w odniesieniu do sprawy "Truteń"". Czyli wiceminister spraw wewnętrznych w 1977 roku potwierdził, że wśród szefów resortu były podzielone głosy, co do rozprawy z Michnikiem. To, że takie rozwiązanie dyskutowano, to sprawa oczywista. Rozkaz likwidacyjny jednak wydano, płk Rodak wyleciał do Berlina Wschodniego, by zorganizować zamach.

W rozmowie telefonicznej w marcu tego roku gen. Milewski powiedział, że ma czyste sumienie.

- Nikt nie znajdzie mego nazwiska jako tego, kto kazał kogoś zabić - zapewnił gen. Milewski.

Gen. Władysław Pożoga z ramienia komisji resortowej w 1984 roku rozmawiał z Franciszkiem Szlachcicem, byłym szefem MSW. "Szlachcic nadzorujący Departament Wywiadu nic nie wiedział na temat "mokrej roboty", jaka była zlecana do wykonania naszej agenturze przebywającej za granicą" - napisał w notatce gen. Pożoga. Podobnie powiedział Pożodze kolejny minister MSW Stanisław Kowalczyk: "Nigdy nie zetknąłem się z żadnymi materiałami, świadczącymi o prowadzeniu przez Departament I działań likwidacyjnych". To oczywiście wykręty. Samo mówienie o likwidowaniu ludzi nie wzięło się z powietrza.

Poszukiwani autorzy rozkazu

W 1991 roku w polskim Konsulacie Generalnym w Hamburgu przesłuchano na polecenie prokuratury warszawskiej Jana Janosza. Janosz przyznał, że 5 kwietnia 1977 roku spotkał się w Berlinie Wschodnim z przedstawicielem MSW. Nazwiska jego nie znał. "Przedstawiciel ministra prosił mnie, abym zabrał wszystkie dokumenty Adamowi Michnikowi, przede wszystkim chodziło tu o paszport, a następnie unieszkodliwić osobnika, aby wyzionął ducha, czyli go zabić. Dokumenty miałem przesłać wysłannikowi. Wysłannik machał przede mną banknotami tysięcznymi, obiecując mi zapłatę, przy czym zaliczka miała wynosić 25000 marek zachodnioniemieckich za wykonanie zadania" - czytamy w protokole przesłuchania. Urzędnicy konsulatu uczestniczący w przesłuchaniu dziś nie potrafią sobie przypomnieć (albo nie chcą), że coś takiego miało miejsce. Ich podpisy znajdują się pod protokołem z przesłuchania Janosza. Jedna z tych osób nadal pracuje w MSZ.

Jan Janosz przyznał w trakcie rozmowy w konsulacie, że w 1977 roku spotkali się z nim jeszcze inni przedstawiciele ministra MSW. Chcieli wiedzieć, dlaczego nie wykonał zadania wobec Adama Michnika. Jako powód niewywiązania się ze zlecenia Janosz w 1991 roku podał swoje przekonania polityczne, zbieżne - jak twierdził - z poglądami osoby, którą mu kazano zlikwidować. Agent peerelowskiej bezpieki wyczuł, że po zmianach politycznych w kraju lepiej udawać kogo innego i oświadczył nawet: "Bez przesady mogę stwierdzić, że dzięki mojej postawie wtedy, Adam Michnik pozostał przy życiu".

Kto wydał rozkaz zamachu na Adama Michnika? Płk Jan Rodak wskazuje, że polecenie otrzymał od swego zwierzchnika płk. Wiesława Młynarskiego, wicedyrektora Departamentu I MSW. Młynarski nie żyje. Dyrektorem Departamentu Wywiadu był wówczas gen. Jan Słowikowski. Przed komisją resortową w 1984 roku powiedział, że otrzymał ustne polecenie od wiceministra Milewskiego, by uniemożliwić powrót do kraju Adamowi Michnikowi, który wyjechał do Paryża na stypendium. Słowikowski przyznał wtedy, że nie widział możliwości zablokowania przyjazdu polskiego obywatela nawet w wyniku utraty przez niego dokumentów. Swe obiekcje zgłosił Milewskiemu. Wówczas wiceminister MSW Milewski powiedział, że jest to decyzja ministra Stanisława Kowalczyka i należy ją realizować. Dzisiaj Słowikowski nie chce wracać do tamtych spraw.

- Skończyłem pracę w MSW i zamknąłem biurko na klucz - mówi emerytowany generał.

Płk Jan Rodak twierdzi, że Departament I, czyli wywiad nigdy "nie interesował się Adamem Michnikiem". Wyjątkiem była misja, z którą wyjechał Rodak do Berlina Wschodniego na spotkanie z Janoszem.

- Sprawa pana Michnika, to było jednorazowe zlecenie Departamentu III dla Departamentu Wywiadu. Nie wiem, skąd Departament III otrzymał takie zadanie. O takich rzeczach u nas decydowały władze polityczne, a konkretnie Komitet Centralny PZPR - przekonuje Jan Rodak.

Pułkownik nie ukrywa swoich wątpliwości, co do prawdziwych intencji misji, jaką wykonał na polecenie szefów MSW. Twierdzi, że już w 1977 roku oceniał bardzo krytycznie rozkaz w sprawie Michnika. Nie jest pewny do dziś, o co tak naprawdę chodziło.

- Nie mam nic do ukrycia. Może w tej sprawie było drugie dno - zastanawia się Rodak.

Agent obrotowy

Kim był Jan Janosz? W IPN zachowały się dokumenty, które rzucają na to pewne światło. W marcu 1973 roku do Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach wpłynęło pismo od generała porucznika Pietrowa z wojskowego kontrwywiadu radzieckiego. (Dlaczego radziecki generał zgłosił się do komendy wojewódzkiej MO, a nie do centrali wywiadu? Czy "radzieccy" polską bezpiekę uważali za swoją do tego stopnia, że zwyczajowo w kontaktach pomijali krajowych szefów bezpieki?) Gen. Pietrow poinformował, że w zainteresowaniu radzieckiego kontrwywiadu jest Jan Janosz, mieszkający w Hamburgu, który ma w Polsce dwóch braci. Poprosił o informacje o posiadanych przez KW MO w Katowicach materiałach, dotyczących braci Janoszów.

MO w Katowicach powiadomiła centralę wywiadu o zainteresowaniach gen. Pietrowa. Ówczesny szef wywiadu, płk J. Osek, poprosił KWMO w Katowicach o skierowanie do gen. Pietrowa pisma o dość dziwnej treści: "W Katowicach nie ma informacji na temat Jana Janosza. Wiadomo tylko, że na terenie Hamburga ma kontakty z elementem kryminalnym i przemytniczym. W tym środowisku obracali się jego dwaj bracia, którzy w 1971 roku za zgodą władz powrócili na stałe do kraju". Ani słowa o operacji "Żelazo". Czyżby przed Wielkim Bratem starano się ukryć "złotą żyłę"?

Warto przytoczyć oryginalny fragment zaproponowanej przez płk. Oseka (późniejszego generała wywiadu) odpowiedzi dla gen. Pietrowa: "Z uwagi na fakt, że wszyscy Janoszowie znajdują się pod naszą operacyjną kontrolą, proszę o poinformowanie nas o powodach interesowania się wyżej wymienionymi. W przypadku konieczności istnieje możliwość podjęcia w tej sprawie wspólnych przedsięwzięć operacyjnych".

Na tym korespondencja urywa się. Nie wiadomo, czy doszło do współpracy peerelowskiego wywiadu z radzieckim kontrwywiadem wojskowym. Współpraca w innych "tematach" była przecież bardzo ścisła.

W grudniu 1973 roku oficerowie peerelowskiego wywiadu spotkali się w hotelu Polonia w Warszawie z Janem Janoszem. W raporcie operacyjnym, który napisali po rozmowie, znalazło się zdanie: "Z wypowiedzi Jana Janosza wynikało jednoznacznie, iż pozostaje w kontakcie z wywiadem radzieckim, wykonuje dla nich zlecone zadania na terenie Hamburga". Na marginesie raportu znajduje się odręczny dopisek, czy Janosz nie mógłby sprecyzować, na czym polega jego kontakt z wywiadem radzieckim. Czy w tym wypadku miała miejsce rywalizacja o cennego agenta? Wątpliwe. Chodziło raczej o nadzór nad gangsterem, który w tym czasie realizował operację "Żelazo 2". Miał wraz z braćmi wzbogacić kasę resortu o zrabowane sztabki złota, szwedzkie srebra itd. Wiedziano już nie tylko w MSW, że przy takiej operacji wszyscy się obłowią.

W kolejnym dokumencie - raporcie ze spotkania funkcjonariuszy MSW z Janem Janoszem - znajduje się informacja, że w czasie pobytu na targach w Zagrzebiu do współpracy namawiali go pracownicy wywiadu jugosłowiańskiego. Agent zapewnił oficerów, że jugosłowiańskiej propozycji nie przyjął. Ale najmłodszy z braci Janoszów nie przegapiał okazji, by na kontaktach z wywiadami zarobić. Lojalnością zapewne nie grzeszył wobec żadnego z wywiadów. Czy więc powiadomił "radzieckich", że otrzymał od peerelowskiego wywiadu zlecenie na Adama Michnika?

Nie znam Janoszów

W 1990 roku prokuratura warszawska podjęła dochodzenie w sprawie działań wywiadu wymierzonych w Adama Michnika. Prokuratura zwróciła się do niemieckiego Urzędu Kryminalnego o informacje o Janie Janoszu. Otrzymała skąpe wiadomości. Janosz został skazany w czerwcu 1981 roku w Szwecji na 6 lat więzienia za przemycenie 4 kg amfetaminy. W styczniu 1985 roku aresztowano Janosza w Lubece za obracanie środkami odurzającymi. Prokuratura warszawska umorzyła dochodzenie, niczego nie wyjaśniła. Nie starała się nawet ustalić, kim był Jan Janosz.

Nie ulega wątpliwości, że strona niemiecka niechętnie udzieliła i tak szczątkowych informacji o Janie Janoszu. Czy dlatego nabrała wody w usta, że chroniła interes własnego wywiadu i jego agenta?

Jan Janosz zmarł trzy lata temu w Hamburgu. Na pogrzeb z Bielska-Białej nie przybyli bracia - Kazimierz i Mieczysław. Obawiali się dawnych spraw, które za nimi się ciągnęły. Przez lata ścigała ich niemiecka policja i prokuratura. Na cmentarzu w pożegnalnej uroczystości Jana Janosza uczestniczyły trzy osoby. Jego żona Katarzyna mieszka wraz z dwójką dzieci w niewielkim domku w peryferyjnej dzielnicy Hamburga. Jest zdumiona i oburzona, że ktoś z Polski wpadł na jej ślad. Początkowo udaje, że nie ma nic wspólnego z rodziną Janoszów. Twierdzi, że jest Niemką, a jej mąż ma na imię Hans. Dopiero po kolejnych odwiedzinach zaczyna mówić po polsku. Prosi, aby dać jej spokój. Brak jej już sił, by zmagać się z przeszłością, która stale ją dopada. - Mam kłopoty, bo kogoś znałam kiedyś przez przypadek. Proszę o niemieszanie mnie w sprawy rodziny Janoszów. Swoje wycierpiałam - mówi Katarzyna Janosz.









Rzeczpospolita - 15.07.2006

 

 

JERZY MORAWSKI

Pecunia non olet

 

 

Walizki złota i wagony z drogocenną biżuterią, którą zrabowali i dostarczyli do MSW bracia Janoszowie, poruszyły nie tylko tęgie głowy na Rakowieckiej. Pobudziły wyobraźnię najwyższych czynników w państwie, gdy się okazało, że po złoto świata można sięgać jak po swoje. Zrodził się pomysł następnej zbójeckiej wyprawy

 

Raport w sprawie nowej akcji skierował do sekretarza KC PZPR Stanisława Kani ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych Mirosław Milewski. Kania aprobował propozycje przedstawione w raporcie. Premier Piotr Jaroszewicz postawił swoją parafkę na dokumencie, co oznaczało zgodę na "Żelazo II". Po powrocie z pierwszej wyprawy w maju 1971 roku Kazimierz Janosz odpoczywał w Bielsku-Białej zaledwie kilka miesięcy. W styczniu 1972 roku rozmawiali z nim dwaj pułkownicy z tzw. Wydziału Niemieckiego Departamentu I MSW, Mieczysław Szwarz i Tadeusz Drzewiecki. Interesowały ich szczególne "tematy": przywóz kradzionych w Niemczech Zachodnich samochodów osobowych, przerzut do Polski ciężarówek załadowanych amerykańskimi maszynami matematycznymi i przywóz samochodów na potrzeby wojska lub milicji. To wszystko miało być sprowadzone nie przez centralę handlu zagranicznego, lecz przez braci Janoszów - po zdobyciu ich w wiadomy im sposób przy wsparciu MSW.

Na początek samochody

Kazimierz Janosz ruszył do Berlina Wschodniego wybadać, jakie są możliwości realizacji "Żelaza II". Widział się z bratem Janem, nadal mieszkającym w Hamburgu. Centrala czekała niecierpliwie. Kazimierz wrócił z Berlina prosto do Warszawy, zdał relację funkcjonariuszom. W notatce służbowej po spotkaniu Szwarz i Drzewiecki napisali, że "Maj" (pseudonim agenturalny Janosza) poinformował, iż "sprawa "Żelaza" na terenie Hamburga już zupełnie ucichła". Z notatki wynika, jak pułkownicy dociskali agenta, aby sfinalizował razem z bratem w Niemczech przerzut samochodów osobowych do kraju oraz doprowadził do "przejęcia samochodów ciężarowych z cennym ładunkiem".

"Odnośnie dostawy samochodów osobowych dla naszej Służby" okazało się, że będą to kradzione w Niemczech Zachodnich Mercedesy 220 D - poinformowali zwierzchników w notatce służbowej funkcjonariusze wywiadu. Ustalono, że samochody przejadą swobodnie przez przejście graniczne w Świecku, bez odnotowania w dokumentach, że mercedesy wjechały do Polski. Zachowała się notatka ppłk Zofii Niedziałek z 1984 roku, w której pisze, że na stanie departamentu I w 1973 roku były cztery samochody (w tym dwa Mercedesy - 230 i 220 D) bez odpowiedniej dokumentacji, co oznacza, że pochodziły z przemytu. To wyraźny ślad, że dygnitarze MSW przesiedli się do aut kradzionych na Zachodzie.

W charakterze elementu kryminalnego

W lipcu 1972 roku Kazimierz Janosz powiadomił resort, że w Szwecji jest "do wzięcia" 50 kg złota w bryłach, 30 kg złota w formie bransolet i 3 kg szlifowanych kamieni szlachetnych. Wywiad wiedział, co robić. J. Osek, dyrektor Departamentu I, "podrasował" informację Janosza w notatce służbowej: możemy zdobyć 80 kg złota w sztabach i 3 kg diamentów. Oferuje to "grupa osób zaangażowanych w krajach zachodnich w działalność kryminalną. Od tej grupy Departament I MSW uzyskał określone wartości dewizowe wartości około 20 mln zł, przekazując je na rzecz Skarbu Państwa". Notatka Oseka zawędrowała na biurko ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza. Musiała wywrzeć wrażenie, bo premier złożył na niej swój podpis. Operacja "Żelazo II" została namaszczona przez najważniejsze osobistości w socjalistycznym państwie.

Nikomu nie przeszkadzało - czego Janoszowie nie ukrywali - że szwedzki łup pochodzi z napadu na bank. Zabito wtedy dyrektora banku.

Funkcjonariusze wywiadu ułożyli precyzyjne plany przerzutu "żelaza". Złoto miał Jan Janosz dostarczyć do polskiej ambasady w Sztokholmie "na ręce tow. Stefana Serbina, pracownika dyplomatycznego". Serbin złoty bagaż opieczętuje i zaadresuje na nazwisko Marian Solik (operacyjne nazwisko mjr. Marka Strzemienia, inspektora w Departamencie I MSW). Przesyłkę wyśle pocztą dyplomatyczną do MSZ w Warszawie.

Major Strzemień nie miał złudzeń. Domyślał się, że złoto pochodzi z napadu dokonanego przez Janoszów, a nie jest - jak oni twierdzili - własnością anonimowego gangu w Szwecji. Ustalił kanałami wywiadowczymi, że wcześniej Janoszowie przekazali niewielką partię złota w sztabach Janowi Zumbachowi, mieszkającemu w Paryżu byłemu oficerowi RAF, handlarzowi bronią. Zumbach zorientował się, że złoto Janoszów pochodzi z napadu na bank w Belgii. Wcześniej bank nabył kruszec od ZSRR. Na Zachodzie złota z niewiadomego źródła nikt by nie kupił. Major Strzemień wiedział, że Janoszowie mogą sprzedać łup tylko w Polsce. Złoto więc dostarczą do MSW za część faktycznej wartości - przekonywał szefów. Wywiad PRL, a także premier Jaroszewicz nie zmarnowali takiej okazji.

Pułkownik Tadeusz Kwiatkowski, członek komisji resortowej z 1984 roku badającej akcję "Żelazo", uznał "za szczyt nieodpowiedzialności włączanie do tej operacji placówek dyplomatycznych i służb krajów zaprzyjaźnionych do otwarcia granicy po napadzie bandyckim". Oburzył się jednak, gdy trzeba było odsunąć od władzy Mirosława Milewskiego. A już wcześniej wiedział nie tylko on, że bezpieka działa "ponad granicami", a dyplomacja PRL funkcjonuje pod jej dyktando.

We wrześniu 1972 roku opracowano nowy plan przerzutu szwedzkiego złota, niczym scenariusz sensacyjnego filmu. Przetransportowane ono zostanie promem. Wiozącego złoto Jana Janosza "zabezpieczą płynący na promie funkcjonariusze MSW". "Służba nasza wystąpi pod "obcą flagą" w charakterze elementu kryminalnego (np. organizacja przemytnicza). Funkcjonariusze występować będą jako obywatele innego (nie polskiego) państwa, dysponując odpowiednimi paszportami i samochodami (dwa) z zagraniczną rejestracją, np. włoską lub arabską" - napisał swoim szefom mjr Strzemień. Ustalono, że służby celne dokonają pobieżnej kontroli bagażu Janosza. A w willi w pobliżu Szczecina ekspert oceni złoto.

Kantorek na Rakowieckiej

Rozległy, wieloczłonowy gmach MSW na Rakowieckiej krył w sobie wiele tajemnic. Za PRL siedziba ministerstwa strachu wywoływała lawinę plotek i domysłów. Według pogłosek budynek resortu połączono podziemnym tunelem z więzieniem na Rakowieckiej, by funkcjonariusze bezpieki mieli nieograniczony dostęp do aresztowanych. Co to oznaczało? - wszyscy wiedzieli. Mieszkańcy stolicy opowiadali sobie o ponurym gmaszysku niestworzone rzeczy, ale nikt nie podejrzewał, że istniał tam sklepik ze złotem. Taki kantorek. Można tam było wybrać sobie złoty zegarek Omega lub innej renomowanej marki albo dobrać złoty pierścionek dla żony lub kochanki. Oczywiście z dobrodziejstw kantoru w gmachu MSW mogli korzystać wybrani - szefowie resortu, dyrektorzy departamentów i upoważnieni przez naczalstwo funkcjonariusze wywiadu. Kadra kierownicza Departamentu I otrzymywała dolarowy dodatek do pensji, na przykład wicedyrektor dostawał 75 dolarów miesięcznie.

Marian Orzechowski, dygnitarz PRL, członek tajnej komisji Biura Politycznego badającej sprawę "Żelaza" w 1984 roku, znał dobrze system przywilejów dla ludzi władzy w "realsocjalizmie". Sklepik z łupami ze zbójeckich wypraw na Rakowieckiej to było jednak coś wyjątkowego:

- Skarbiec zgromadzony w wyniku rabunku był także podręcznym magazynem, z którego brano nagrody dla wyróżniających się pracowników MSW. W dokumentach, które przeglądałem, były notatki, że oficerowie szczególnie zasłużeni otrzymywali np. zegarki, a także jakieś inne walory zdobyte w Hamburgu czy w innych miejscowościach Niemiec Zachodnich i przetransportowane do Polski.

W archiwach IPN zachowały się fragmenty listy nagrodzonych złotymi zegarkami. Są na niej same nazwiska, bez imion. Oto niektóre nazwiska osób obdarowanych zegarkami zdobytymi przez Janoszów: Kłosiewicz, Pietrzak, wiceminister Słabczyk, Chomętowski, Pożoga, Ociepka, minister Piętek, Stachura, Słowikowski, Zaczkowski, Sarewicz, Ćwiek, Moczar (żona Mieczysława Moczara).

Istnienie sklepiku w Departamencie I (wywiadu) oficjalnie potwierdziła dopiero w 1984 roku tajna komisja resortowa, powołana do zbadania operacji "Żelazo". Wieść o budce ze złotym dobrem w gmachu MSW na początku lat siedemdziesiątych już wtedy, mimo klauzuli utajnienia, przeniknęła do innych departamentów bezpieki i wzbudziła niekłamany podziw ("ci z wywiadu to potrafią się urządzić"). Wywołała też zawiść - nie dość, że szpiedzy obijają się po całym świecie i korzystają z uroków Zachodu, to jeszcze na dodatek kapie im złoty deszcz z tajnego sklepiku. Komisja ustaliła, że część towarów, na przykład zegarki, zapalniczki, napoje alkoholowe i papierosy, kupowano za granicą, a część została zdobyta przez MSW w "statutowych akcjach". A w ramach tego statutu - jak stwierdził zeznający przed komisją gen. Mirosław Milewski - mieściły się takie akcje jak "Żelazo".

Kierowniczej kadrze bezpieki niektóre towary odstępowano po cenach zakupu, a inne rozdawano, np. zegarki jako podarki jubileuszowe. Pod koniec roku dokonywano rozliczeń towarów, a dokumentację niszczono. "Praktycznie działalność sklepiku nie była objęta żadną dokumentacją, nie wydawano rozkazów personalnych i nie pobierano pokwitowań" - odnotowała komisja.

Bezpieka na procencie

Nie ma dokumentów mówiących, czy doszło faktycznie do przerzutu szwedzkiego złota do kraju. Major Strzemień zmarł przed laty. W raporcie operacyjnym z listopada 1973 roku, sporządzonym przez niego po spotkaniu z Janoszami i złożeniu przez nich kolejnych ofert MSW, znajduje się ciekawy fragment: "Przy rozliczeniu stosowano by zasady już praktykowane w I i II etapie zrealizowanych już akcji w ramach sprawy krypt. Żelazo".

Może więc przerzutu złota dokonano, a ślady zatarto. Przemawia za tym rozmach następnych przedsięwzięć Janoszów, co oficer wywiadu opisał na kilku stronach maszynopisu. Bracia dalej traktowani są przez MSW - co wynika z raportu - jako wiarygodni agenci, których przestępcza działalność poważnie wzbogaca kasę resortu. Na kolejne spotkanie w Berlinie z Janem Janoszem przyjechali specjalnie płk Tadeusz Fiećko, zastępca naczelnika Wydziału III w Departamencie I, i mjr Strzemień. Przybył też z kraju Mieczysław Janosz.

Jan Janosz zaproponował MSW bajeczne interesy, co autor raportu Strzemień przełożył w ezopowym języku resortu na "akcje mające na celu uzyskanie dodatkowych walorów materialnych dla naszej Służby". Chodziło o dostarczenie na Rakowiecką kradzionych na Zachodzie samochodów różnych marek za jedną trzecią ceny. Zapowiedział też, że wkrótce będzie posiadał kwotę 15 milionów zachodnioniemieckich marek (zapewne z napadu na bank) i pragnie przekazać ją MSW. Resort ustami swoich wysłanników zainteresował się tą ostatnią ofertą, tym bardziej że banknoty miały nie być oznaczone kolejną numeracją. Ustalono, że Janosz odwiedzi Wiedeń i przekaże 15 milionów marek rezydentowi wywiadu w tamtejszej Ambasadzie PRL.

Swoją ofertę Jan Janosz wzbogacił o kolejne kilkadziesiąt kilogramów "żelaza". Fiećko i Strzemień zamówili "towar", ale za jedną czwartą wartości rynkowej. Janosz dorzucił jeszcze partię kilkuset tysięcy żyletek i kilka tysięcy tak poszukiwanych w kraju tranzystorowych aparatów radiowych. "Służba nasza rezygnuje z przejęcia takowych towarów" - ucięli przedstawiciele wywiadu.

Jan Janosz oświadczył pułkownikom bezpieki, że jest przedstawicielem firmy Afro-Conti Enterprises z Nigerii, zamierzającej kupić w Polsce cement, barki rzeczne, gwoździe i lodówki. Poprosił o "delikatne wsparcie" wywiadu w centralach handlu zagranicznego, za co "nasza Służba będzie miała stały kilkunastoprocentowy udział z transakcji". "Nie ma przeszkód, by rozwijał oficjalne stosunki handlowe" - odpowiedzieli ludzie z resortu. Wskazali Mitręgę, pracownika Biura Radcy Handlowego w Kolonii, który ułatwi kontakty.

W Warszawie Mieczysław Janosz spotkał się z Janem Słowikowskim, dyrektorem Departamentu I. Zaproponował, że wyjedzie do krajów arabskich (Liban, Egipt) i nawiąże kontakty z osobami zajmującymi się dostawami broni do państw arabskich i afrykańskich. Polecono mu, aby przedstawił dokładny projekt przedsięwzięć na Czarnym Lądzie. Z Janoszem kontakty utrzymywał płk Jan Rodak, późniejszy m.in. rezydent na Kubie, dzisiaj emerytowany pracownik wywiadu. Tak je wspomina:

- Mieczysław Janosz robił pozytywne wrażenie. Oczytany, elokwentny. Miał niesamowite pomysły. Prosił nas o paszport, na przykład do Indii, Birmy. Chciał nawiązać kontakty handlowe i otwierać przedsiębiorstwa. Spotykałem się z nim w Świteziance. Mieczysław mi mówił, że Jan ma do nas żal, że nie robimy z nim interesów. A on ma jakieś zamrożone pieniądze, duże pieniądze w złocie, w precjozach. Włosy na głowie mi się zjeżyły, bo to były sumy niewyobrażalne. Dzisiaj to Janoszowie by robili biznes, ale wtedy mieli ograniczenia, bo urząd skarbowy ich trzymał za pyski. Zwrócili się do departamentu, żeby w jakiś sposób wyprał te środki. Ale departament odmówił. Mieczysław jeszcze do mnie dzwonił. Musiałem zrelacjonować problem kierownictwu. Kierownictwo kazało mi trzymać język za zębami i zwodzić go.

Rezydenci kręcili interesy

Pułkownik Tadeusz Fiećko, emerytowany pracownik wywiadu, do dziś uważa sklepik w gmachu MSW za rzecz normalną.

- Sklepik zawsze istniał - mówi pułkownik. - Jeśli chciałem, powiedzmy, urządzić jakieś przyjęcie, czy to, czy tamto, to udawałem się i kupowałem, za marki oczywiście, za waluty obce. Najdogodniejsze okazywały się marki, bo w takiej walucie robiono zakupy do sklepiku, więc łatwo było się rozliczyć w markach.

Sklepik ze złotem w MSW wpisywał się w system peerelowskich sklepów "za żółtymi firankami", gdzie aparat partyjny, sekretarze i wszyscy inni uprzywilejowani otrzymywali bez kłopotów towary, o których przeciętni obywatele nawet nie marzyli. Magazynek wyrobów jubilerskich bezpieki oferował jednak kosztowności zrabowane i wykradzione, czyli w kategoriach prawnych spełniał rolę pasera.

Kierownictwo MSW jednak nieprzypadkowo godziło się na sklepik z podejrzaną biżuterią. W ustaleniach komisji z 1984 roku znalazł się fragment odnoszący się do funkcjonowania sklepiku w Departamencie Wywiadu: "System był działaniem celowym. Od początku operacji "Żelazo" robiono wszystko, aby określoną ilość złota i innych kosztowności ukryć poza jakąkolwiek ewidencją. M. Milewski był w tym czasie dyrektorem Departamentu I, a następnie nadzorującym ten departament wiceministrem. I jeśli sam tej praktyki nie wprowadził, to ją kontynuował i sankcjonował". Sklepik stanowił rodzaj parawanu, który przykrywał machinacje ze złotem - delikatnie mówiąc.

Emerytowany pułkownik wywiadu, rezydent w wielu stolicach, Mieczysław Szwarz utrzymuje, że operacja "Żelazo", którą nadzorował jako zastępca naczelnika Wydziału III, tzw. Niemieckiego, w Departamencie I MSW, dostarczyła walory do Skarbu Państwa. Mówi tak, aby "zaciemnić" nie tylko przestępczy charakter całej operacji, ale także jej właściwy cel. A ten był prozaiczny - grabić zrabowane. Wywiad PRL został przez jego szefów wykorzystany przy okazji "Żelaza" do wzbogacenia się. Z kilku dokumentów, które zachowały się w archiwach, chyba przez niedowład machiny biurokratycznej MSW, wynika, że proceder ten kwitł. Na przykład po kosztowne biurko zakupione okazyjnie przez rezydenta wywiadu w jednym z państw azjatyckich wysłano z kraju samolot.

Właściwie pracownicy ówczesnego wywiadu rozsiani na placówkach dyplomatycznych zajmowali się zdobywaniem dóbr i przerzucaniem ich pocztą kurierską, czyli drogą dyplomatyczną do kraju. Może to dobrze w ogólnym rozrachunku: komunistyczni szpiedzy, kręcąc lewe interesy, nie mieli głowy do wykradania tajemnic wolnego świata. Jak większość funkcjonariuszy realnego socjalizmu - pozorowali działalność.

Kto zagarnął skarb?

Departament Wywiadu w ramach operacji "Żelazo II" podjął nowatorskie w tamtym czasie działania na polu biznesowo-paserskim. Jan Janosz dostarczył do MSW 319 zegarków różnych firm zachodnich "z niewiadomego źródła", jak napisali funkcjonariusze w jednej z notatek służbowych. "Niewiadome źródło" oznaczało, że zegarki zostały zrabowane na Zachodzie i będzie można je nabyć tanio. Pułkownicy zatrudnili eksperta, aby ocenił towar. Zrobili kalkulacje. "Uzyskamy na cele operacyjne naszego Departamentu kwotę około 150 tys. zł" - napisali w notatce.

W połowie 1973 roku MSW wypłaciło Mieczysławowi Janoszowi 300 tys. zł jako wynagrodzenie za "realizację drugiego etapu sprawy "Żelazo"". Kilka miesięcy później resort dorzucił 15 tys. zł jako ostateczne rozliczenie za operację. Czy inne pomysły Janoszów doczekały się realizacji, jakie dostarczyli łupy MSW - nie wiadomo.

W styczniu 1975 roku szef Departamentu I, płk Jan Słowikowski, złożył raport ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, Stanisławowi Kowalczykowi. Na "Żelazie" wywiad zarobił 704 tys. zł, a na innej, tajemniczej sprawie, o kryptonimie Pasz - 250 tys. marek zachodnioniemieckich - poinformował płk Słowikowski. Dziwne. Wywiad PRL nie za bardzo się wzbogacił na "Żelazie" - wynika z raportu. Biorąc pod uwagę ryzyko i koszty operacji (na przykład zagraniczne wyjazdy oficerów na spotkania z Janoszami), gra nie była warta świeczki. Racjonalnej miary jednak do wyczynów bezpieki przykładać nie można.

Marian Orzechowski, sekretarz KC i członek Biura Politycznego PZPR, członek tajnej komisji BP badającej operację "Żelazo", w 1984 roku szukał w dokumentach wywiadu odpowiedzi na pytanie, co stało się ze złotem przywiezionym do MSW przez Janoszów.

- Okazało się, że z tej ogromnej ilości walorów, jak to się ładnie w języku urzędowym nazywa, znaczna część zginęła. Różnego rodzaju futra, ubrania, zegarki, a także złoto - wyparowały. Ta sprawa w dokumentach, które miałem w rękach, nie znalazła wyjaśnienia. Były oczywiście różne oświadczenia dyrektorów, inspektorów, ale nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, co się stało z dobrami.

W sprawozdaniu komisji resortowej do zbadania akcji "Żelazo" z 1984 roku znajdują się dosyć dziwne ustalenia co do ilości tego, co wyparowało ze skarbu Janoszów: "Zginęło minimum 65 - 75 kg złota w sztabach, złotych monet i wyrobów ze złota, w tym z dużą ilością atrakcyjnych wyrobów sztuki jubilerskiej, jak kolie, broszki i bransolety. Zginęły tysiące kamieni szlachetnych".

"Zginęło minimum" - to sformułowanie dowodzi, że komisja nie dogrzebała się do niczego konkretnego. Sami Janoszowie twierdzą, że przekazali MSW same złote precjoza wartości kilku milionów marek zachodnioniemieckich. "Zdobyczy" z innych zbójeckich operacji, na przykład "Żelaza II", nie podliczali. Pułkownik J. Osek w notatce do premiera Jaroszewicza pisał o 20 mln zł, które Janoszowie przywieźli do resortu. Dlaczego więc tak niewielkie sumy trafiły do kasy wywiadu? Kto dokonał skoku na skarb Janoszów, gdy leżał w sejfach MSW?

Biżuteria w gmachu KC

Skarb Janoszów rozpłynął się. Zauroczonych złotem oficerów wywiadu ktoś jednak wykiwał. Pytani o to byli funkcjonariusze wskazują na ówczesnych szefów resortu - oni wiedzą, co stało się ze złotem. Dawni ministrowie milczą. W 1991 roku podczas rewizji w mieszkaniu gen. Mirosława Milewskiego znaleziono ponad 50 złotych pierścionków, zegarków i naszyjników podobnych do przywiezionych z Hamburga do MSW przez Kazimierza Janosza, wykonującego operację "Żelazo". Zaledwie garść złotego łupu. Gdzie znikła lwia część?

Mieczysław Janosz w 1984 roku złożył oświadczenie. Mówił m.in. o wystawie łupów z akcji "Żelazo".

- Dostarczony przez nas "towar" oglądali Gierek, Grudzień i Szlachcic. Była tych osób cała grupa. Przymierzali sobie biżuterię i przypinali - powiedział.

Złoty ślad wymyka się więc z Rakowieckiej. Generał Milewski przed komisją resortową w 1984 roku zeznał, że "towarzysze z KC PZPR, będąc za granicą, pobierali dość duże sumy dolarów z dyspozycyjnych funduszy MSW. Jan Szydlak, Zdzisław Grudzień i Stanisława Gierek, żona Edwarda Gierka. Były to kwoty wynoszące ponad 1 tys. dolarów". Fundusz dyspozycyjny powstawał z zagranicznych "kombinacji operacyjnych" wywiadu, czyli z akcji "Żelazo". Mówiąc dosadnie: wybrańcy ludu - jak ironicznie nazywano rządzących w ludowym państwie - wojażowali za granicą za zrabowane na Zachodzie skarby Janoszów i za pieniądze pochodzące z innych kryminalnych przedsięwzięć wywiadu PRL.

Komisja natrafiła na sprawę tzw. egzemplarzy okazowych, wyrobów jubilerskich z kolekcji przywiezionej przez Janoszów. Były to najcenniejsze precjoza, które gen. Mirosław Milewski miał w swojej wyłącznej dyspozycji. "Egzemplarze okazowe ze złota w teczce nosiłem do gmachu KC i prezentowałem tow. Stanisławowi Kani. Z tego, co pamiętam, tow. Wiesław Ociepka lub Stanisław Kowalczyk pokazywał je ówczesnemu I sekretarzowi KC PZPR Edwardowi Gierkowi" - zeznał Milewski. Nie potrafił wyjaśnić, jaki los spotkał najcenniejszą biżuterię. Można się tylko domyślać, że ludzie ze szczytu władzy sięgali po nią garściami. Nikomu nie przeszkadzało, że była kradziona.









Rzeczpospolita - 19.08.2006

 

JERZY MORAWSKI

Mokra robota

 

 

Nie ma dokumentów o rozkazach likwidacyjnych wydawanych na Rakowieckiej, które bracia Janoszowie wykonywali w zachodniej Europie. Wiadomo jednak, że do roli killerów przygotowywano ich od dawna

 

Z samego serca St Pauli, znanej dzielnicy uciech w Hamburgu, odchodzi od centralnej Reeperbahn krótka uliczka Hamburger Berg. Kilkupiętrowe kamienice zajęte przez kasyna gry, domy publiczne, nocne bary, erotyczne kluby i lokale typu sexs-show. Dochodzi południe. Pustawa uliczka pogrążona jest jeszcze w sennej atmosferze po burzliwej nocy. Tylko z baru w narożnej kamienicy dobiegają przytłumione wrzaski. Do mrocznego pomieszczenia schodzi się po schodach, jak do piwnicy. Kilkunastu brodatych i długowłosych typków kiwa się nad kuflami piwa. Jeden śpi na stole. Wszyscy jakoś dziwnie pokręceni, wychudli; porykują, by za chwilę rzucić się do gardeł. Wycofanie się ze spelunki to powrót do normalnego świata.

Poszukiwana przeze mnie kamienica jest tuż obok. Wygląda na opuszczoną. Okna zaciemnione albo zaklejone gazetami. Na parapetach dwóch okien na drugim piętrze stoją kwiaty. Ktoś tu jednak mieszka. Kto? Turecki krawiec z zakładu znajdującego się obok wejścia, który widzi każdego wchodzącego i wychodzącego, zapytany, rozkłada ręce. W St Pauli, dzielnicy podejrzanych interesów, nie zdobędzie się informacji. Tu lepiej nic nie widzieć i nikogo nie znać. Na domofonie zaledwie trzy nazwiska. Przy pozostałych przyciskach puste miejsca. Kamienica jest już prawie wymarła, czeka na rozbiórkę. Ludzie wynieśli się do lepszych dzielnic.

Domofony są martwe. Naciskane po kolei nie wywołują reakcji. Ten przy nazwisku Keilholz jednak działa. Po chwili słyszę dzwonek zwrotny i drzwi kamienicy nie stawiają oporu.

Ciemne, wąskie i strome schody. W półmroku widać, jak z drugiego piętra wychyla się nad barierką postać mężczyzny. Pyta z góry: - Coś za jeden?

Sześćdziesięcioletni krępy mężczyzna w podkoszulku - wytatuowane ramiona, łysina, wąsy - spogląda podejrzliwie. Dzielnica nie dla frajerów. Czego od niego chcę? Skąd znam jego nazwisko?

Czy znał Polaków, którzy przed laty kręcili się na St Pauli? - pytam.

Keilholz, jakby od dawna czekał na to pytanie, odpowiada bez namysłu:

- Poznałem takiego Polaka, Kazimierza Janosza... przestępcę... on zostawił mnie z 2,8 milionami długu... Ścigano go sądownie. Jeden z jego braci zastrzelił policjanta przy napadzie na bank... Drugi brat, Jan, miał tu, na St Pauli, dwie knajpy. Pracowałem w lokalu Kazimierza, miałem smoking. Później Kazimierz został w Hamburgu handlowcem. Zdobyłem dla niego koncesję na handel... A on mnie do więzienia wsadził.

Świadek przestępstw z Hamburger Berg

Jens Keilholz pracował jako kelner w restauracji Kazimierza Janosza. Pokaże mi, gdzie to było. Wychodzimy na ulicę Hamburger Berg. Keilholz mówi, że dziś St Pauli jest jak wymarłe. Na uliczce Hamburger Berg, z alternatywnymi lokalami dla młodych ludzi, coś się dzieje tylko w weekendy. W sobotę i niedzielę te miejsca są pełne, ale w inne dni tygodnia, jak dziś - puste. Kiedyś, jak ktoś chciał tutaj wystawić na rogu prostytutkę, musiał zapytać właściciela burdelu, czy mu wolno. Dziś dziewczyny stoją gdzie popadnie, na przykład po drugiej stronie Reeperbahnu, obok komisariatu policji. Nikomu nie chce się pilnować swego terenu.

Jens wskazuje na kasyno z białymi witrynami w kamienicy narożnej przy Reeperbahnie i Hamburger Berg. - Te lokale należały kiedyś do Janosza - mówi. - Dwie Węgierki, Ilonka i Era, pracowały tu jako kelnerki. Na górze była restauracja Trojka.

Keilholz przechodzi na drugą stronę ulicy Reeperbahn. Dociera do pobliskiego Hans-Albertz-Platz i zatrzymuje się przed czteropiętrową kamienicą pod numerem trzecim.

- Na parterze Janoszowie mieli bar Orkan, a mieszkali na trzecim piętrze, nad lokalem.

Po Orkanie nie ma śladu. W przewodnikach po Hamburgu zaznaczono w tym miejscu kultowy i modny bar Mary Lou's. Spuszczone na okna rolety, bar nieczynny.

W 1968 roku Jens zszedł ze statku, na którym pływał jako marynarz i wylądował na St Pauli. Poznał tutejsze dziewczyny, u jednej zamieszkał. Jak inni marynarze odwiedzał bar Orkan.

- Pewnego dnia zapytał mnie Janosz: "Nie miałbyś ochoty pracować tu jako kelner?". Odpowiedziałem: "Jasne, czemu nie. Nigdy wcześniej tego nie robiłem". Od razu dostałem rachunek. Na początku ukradli mi skrzynkę piwa... to kosztowało mnie 44 marki. Stałem za barem z dwoma dziewczynami. Oni wiedzieli, że ja tu nowy i się nie znam. I tak mnie urządzili. Ale szybko to przejrzałem. I wtedy już wszystko szło bardzo dobrze. Tam pracowałem i mieszkałem. Miałem swój pokój - wspomina.

Pewnego razu Jens zobaczył, jak Kazimierz Janosz zdenerwował się na klienta w Orkanie i wyciągnął pistolet: "Dorwę cię i rozwalę", groził. Pracujący w lokalu Polacy, Edi i Adam, powiedzieli mu, że Janosz dawniej był policjantem. Niebezpieczny człowiek, pomyślał. Wolał nic nie widzieć.

Ofiara wpada do morza

W 1984 roku Kazimierz Janosz przesłuchiwany przez gen. Władysława Pożogę wyjawił, że w 1967 lub 1968 roku na Hans-Albertz-Platz 3 w Hamburgu, tam, gdzie mieścił się bar Orkan, pojawił się wysłannik MSW z Warszawy.

- Podał hasło, po wzajemnej identyfikacji upewniłem się, że jest to wysłannik centrali - relacjonował Janosz. - Powiedział mi, że natychmiast trzeba wykonać mokrą robotę. Sięgnąłem po pistolet schowany w kloszu lampy wiszącej w holu. Wsiedliśmy do mercedesa 220 SE. Nie wiedziałem, gdzie jechać. Człowiek z centrali mnie poprowadził. Jechaliśmy na Landungsbrucke, przez Fischmarkt do góry. Później na Elbchausse.

Dotarli w pobliże portu. Wysłannik orientował się w terenie. Oglądał się jednak nerwowo, jakby się czegoś obawiał. Janosz go uspokoił. Powiedział, że kontroluje w tylnym lusterku, co się dzieje. Zaparkowali nad samym morzem, samochód ukryli za żywopłotem.

- Miałem obserwować i ubezpieczać tył. Pracownik wyznaczył tu komuś spotkanie - opowiadał Janosz.

Spenetrował teren, do morza było z 50 metrów. Zapadał zmierzch. Do pracownika centrali spacerującego po nadbrzeżu podszedł mężczyzna. Nie przywitali się. Janosz chyłkiem przebiegł zalesiony teren i wyprzedził idących. Ukrył się w rododendronach. Gdy podeszli blisko, wyszedł.

- Mężczyźnie strzeliłem z lewej strony w głowę. Przewrócił się i wpadł prosto do morza. Wyrzuciłem za nim do wody pistolet - mówił Janosz.

Dwaj mężczyźni wsiedli do samochodu, ale wysłannik z centrali na Ubersse kazał zatrzymać auto.

- Obserwowałem, dokąd się udaje. Wskoczył na motorówkę i pojechał do portu. Sprawdziłem, że w porcie stał polski statek "Chochlik". Stąd wiedziałem, że wszystko się zgadza, bo na kapitana "Chochlika" miałem kontakt z centrali - powiedział Janosz.

Relacja Janosza wydaje się wiarygodna, gdy 40 lat po wydarzeniach jadę tymi samymi ulicami Hamburga - Landungsbrucke, Fischmarkt - docieram na Elbchausse. Tuż obok miejsca, gdzie Janosz zaczaił się na ofiarę w rododendronach, jest mała zatoczka z barką przerobioną na bar. Wzdłuż brzegu, gdzie zabójca musiał biec po skarpie, wiedzie asfaltowa alejka. Wystarczy krok w bok, by spaść do wody. Tu padł strzał, a po głośnym plusku wpadającego do morza ciała, drugie, lekkie pluśnięcie wywołał pistolet wyrzucony przez Janosza.

Kim był mężczyzna zlikwidowany w Hamburgu na polecenie centrali w Warszawie? Zdrajcą, uciekinierem czy "biznesmenem", który nie podzielił się łupem z kim należy? Janosz tego nie wie do dziś. Nie rozpoznał też pracownika centrali, który "wystawił" ofiarę. W 1984 roku żalił się tylko, że za mokrą robotę w Hamburgu nie otrzymał obiecanej gratyfikacji od MSW.

Napad na bank w Reinbek

Jens Keilholz wiedział, że w barze Orkan dzieją się różne dziwne rzeczy, a lokal jest przykrywką dla nielegalnych interesów. - Janoszowie napadali na banki, Mieczysław zastrzelił policjanta. Udało mu się zbiec - mówi.

W bibliotece uniwersyteckiej w Hamburgu zszywki gazet z lat 60. są zrolowane na kliszach fotograficznych. Kilka dni przeglądania archiwów i odnajduję właściwe numery ze stycznia 1965 roku. Nagłówki przynoszą dramatyczne informacje: "Napad na bank w Reinbek", obok - zdjęcia zamordowanego w trakcie napadu kasjera. Oto treść jednego z artykułów zatytułowanego "Plan napadu na bank powstał w barze na St Pauli", z podtytułem "Po brutalnym napadzie w Reinbek: Przypuszcza się, że szef bandy Janosz ukrywa się we Francji": "Napad na bank narodowy w Reinbek, dokonany 30 grudnia 1964 roku, zaplanowano do ostatniego szczegółu w barze na St Pauli. Wykazało to śledztwo, prowadzone przez policję kryminalną. Jako szefa tej pięcioosobowej bandy, która dokonała wspomnianego napadu, poszukuje się 34-letniego Polaka Mieczysława Janosza. Podczas napadu zastrzelono kasjera banku Wernera Heicka (lat 59). Janosz, który ostatnio mieszkał u swego brata w barze przy placu Hansa Albersa, uciekł. Ściga go także Interpol. Kiedy w drobnych szczegółach opracowano plan napadu na bank w Reibek, Janosz kazał przyjechać czterem gangsterom z Monachium. Byli to Jugosłowianie. 29 grudnia odszukali Janosza i przenocowali u niego. Janosz, którego nazywano "Sławek", zawiózł tych ludzi samochodem do Reinbek, gdzie dokonano morderstwa. Wszyscy Jugosłowianie, poza jednym, który zginął podczas ucieczki bezpośrednio po dokonaniu napadu, znajdują się w więzieniu. Sąd w Schwarzenbeck wydał nakaz aresztowania Janosza. Policja przypuszcza, że Polak schronił się we Francji.

Janosz przybył do Republiki Federalnej cztery lata temu. Podaje się za prawnika i twierdzi, jakoby był w Polsce prokuratorem. Ma 1,75 m wzrostu, jasnoblond włosy i prawe szklane oko".

Kradziony zegar dla towarzyszy

Z innych artykułów z tamtego czasu wynika, że policja odnalazła w samochodzie Janosza pistolet Radom-Vis. Jeden z dziennikarzy sugeruje, że bandyta zastrzelił swego rannego kompana Jugosłowianina, bo utrudniał mu w ucieczkę. W każdym razie mimo pościgu Mieczysława Janosza nie odnaleziono ani w Niemczech Zachodnich, ani we Francji. Jens Keilholz przypomina sobie, jak pracownicy baru Orkan plotkowali, że uciekł do Brazylii. Z dokumentów znajdujących w archiwach IPN wynika, że azyl Janosz znalazł w Polsce.

Płk Stanisław Grudziński, starszy inspektor z Departamentu I MSW, zeznał przed komisją resortową w 1984 roku, że w 1965 roku "Mieczysław Janosz widział gdzieś w sklepie w Hamburgu zegar z żółtego metalu. Sądził, że to złoto. Ukradł ten zegar, zgłosił się na polski statek, wymusił na kapitanie, ażeby go przewiózł do kraju. Ucieczka ta nie była uzgadniana ze Służbą Bezpieczeństwa". Ukradł ten zegar po nieudanym napadzie na bank. Sądził, że jest ze złota, a nie chciał wracać do kraju z pustymi rękami. Przyjechali wtedy po Janosza do Szczecina oficerowie wywiadu ze stolicy. Przewieźli go do centrali na Rakowieckiej i przez kilka tygodni zbieg z Niemiec przebywał w Warszawie.

Sam Janosz opowiada dość mętnie i enigmatycznie o okolicznościach nagłego powrotu do kraju.

- Zostałem uprowadzony z Niemiec Zachodnich przez MSW za odmowę współpracy, a ponadto oskarżony o współpracę z wywiadem zachodnioniemieckim. Posłużono się listem, rzekomo od mojego brata Józefa, że chce się ze mną spotkać w bardzo ważnej sprawie. Wsadzili mnie do worka. Świadomość odzyskałem w porcie - mówi Mieczysław Janosz. - Wtedy zaprowadzono mnie do samochodu i przewieziono do Warszawy. Akta w tej sprawie znajdują się w II oddziale wywiadu wojskowego, prowadzonego w tym czasie przez generała Jedynaka. W 1965 roku byłem przesłuchiwany przez wiele tygodni w nieznanym mi lokalu w Warszawie, obok ronda Waszyngtona, pod zarzutem szpiegostwa na rzecz wywiadu niemieckiego. Jak mnie wypuszczali, dostałem dowód osobisty. Później poddano mnie starannej inwigilacji.

Mieczysław Janosz przedstawia się dzisiaj jako ofiara bezpieki i - jak to się mówi w żargonie służb - "tworzy sobie legendę". Dokumenty mówią co innego. Zachował się raport z 1962 roku, sporządzony dla płk. dyrektora Departamentu II MSW, przez oficera prowadzącego agenta "Maja", Mieczysława Janosza. Sam Janosz przebywał wówczas w Szwajcarii, a do swojej żony Danuty w Polsce wysłał zaproszenie od mieszkającego w Genewie kolegi Pawła Dębowskiego. Prosił MSW o wydanie zezwolenia na przyjazd żony. W tym czasie Mieczysław na polecenie Rakowieckiej miał doprowadzić do zatrudnienia swego brata Kazimierza w Kompaniach Wartowniczych w Niemczech, co miało pomóc rozpracować tamto środowisko.

W oświadczeniu z 1984 roku złożonym gen. Władysławowi Pożodze Kazimierz Janosz powiedział: - Orientowałem się, że inne mokre roboty wykonać miał Jan i Mieczysław, moi bracia, ale na te tematy z nimi nie rozmawiałem.

Kogo centrala rozkazała im zlikwidować - nie wiadomo. Kazimierz przyznał gen. Pożodze, że wysłannicy z Rakowieckiej kilkakrotnie polecali mu "być w gotowości". Kiedyś pojechał do Göteborga w Szwecji i czekał przez tydzień na pracownika centrali, który miał mu wskazać człowieka "do odstrzału". Ale wysłannik się nie pojawił. Janosz przypominał sobie, że niedoszła ofiara nosiła polskie nazwisko zaczynające się na "S" i kończące na "-ski". "S" - według jego relacji - handlował z polskimi marynarzami ze statków wpływających do szwedzkich portów. Przy okazji miał ich wciągać do współpracy z obcym wywiadem.

Innym razem pojawił się w Hamburgu wysłannik centrali o imieniu Stefan ("młody, około 25 - 27 lat, o kręconych włosach"). Zapowiadał, że w ciągu trzech dni Kazimierz będzie musiał wykonać mokrą robotę. Ale - jak twierdził Janosz - sprawa nie wypaliła.

Killerów trzech

Do roli - używając dzisiejszego języka - killerów przygotowywano trzech braci Janoszów jeszcze przed wyjazdem z kraju w 1960 roku. Kazimierz Janosz opowiadał o tym gen. Pożodze: - Od wiosny 1960 roku zostałem przeszkolony na wyjazd do krajów kapitalistycznych. Tuż przed wyjazdem przeszedłem powtórne przeszkolenie w Warszawie w mieszkaniu prywatnym. (...) Mówiono, że niekiedy trzeba będzie kogoś zlikwidować. Mogą być takie wypadki wynikające z zagrożeń. Odpowiedziałem, że oczywiście dam sobie radę. Jeżeli będę miał rozkaz i pewność, co do takiej sprawy, to ją wykonam.

Kazimierz Janosz, co wynika z jego akt personalnych, w pierwszej połowie lat 50. uczył się fachu bezpieczniaka w szkole MBP (Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) w Legionowie. Z uczelni resortowej został wyrzucony, gdy bezpieka wykryła, że jego ojciec miał przed wojną sklep, co syn zataił. Na brak proletariackiego pochodzenia nałożyła się skłonność do mocnych trunków i awantury w szeregach ZMP. Na wieść, że za te przewiny został usunięty ze szkoły, Kazik pchnął się scyzorykiem w okolice serca. Odratowano go i zatrudniono gdzieś za pośrednictwem krakowskiego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Później trafił do jednostki KBW w Rembertowie, gdzie wykonywał zadania wywiadowcze (udział w prowokacji wymierzonej w Ambasadę USA w Warszawie). Pełnił służbę przy uranie w Kowarach (więźniowie wydobywali tam rudę, w całości transportowaną do ZSRR).

- W międzyczasie brałem udział w różnych operacjach, np. jak była "rozróba" w Nowej Hucie, potem na Wybrzeżu. Musiałem się przyjąć za ślusarza, a robić coś innego. To mi dało podstawowy hart ducha - wyznał gen. Pożodze.

"Hart ducha" Kazimierza, Mieczysława i Jana Janoszów postanowiono wykorzystać w MSW w 1960 roku, wysyłając braci na Zachód z bezpieczniacką misją. Mieli się tam osiedlić, by po aklimatyzacji wykonywać rozkazy z Rakowieckiej. Mieczysław Janosz do chwili wyjazdu był prokuratorem w Prokuraturze Wojewódzkiej we Wrocławiu. Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim i czynny prokurator przerzucony do krajów kapitalistycznych jako agent - to rokowało, że wraz z braćmi spełni nadzieje resortu i wykona każde zadanie.

Oficjalnie Janoszowie wyjechali z wycieczką PZMot do Paryża. W drodze powrotnej do kraju, w Norymberdze, bracia opuścili wycieczkę i zgłosili się do władz zachodnioniemieckich z prośbą o azyl. Osiedlili się w Hamburgu. Z tego okresu zachowały się nieliczne raporty w archiwach IPN. Bracia "rozpracowywali" Hamburg, kompletowali dossier osób mogących być agentami wrogich wywiadów, donosili, że polskie statki płynące stąd do Ameryki Południowej i z powrotem przemycają narkotyki, ustalali, kogo da się zwerbować itd. Oczywiście, nie ma dokumentów (bo takie nie powstawały) o rozkazach likwidacyjnych wydawanych na Rakowieckiej, które Janoszowie wykonywali w Europie Zachodniej.

Figurant ląduje w areszcie

W swoim małym, dwupokojowym mieszkanku przy ul. Hamburger Berg Jens Keilholz opowiada historię Janoszów tak, jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Nie pomija drobnych szczegółów, pokazuje zdjęcia. Spotkanie z braćmi rozłożyło na łopatki jego życie. Nie spodziewał się katastrofy, gdy zgodził się jako figurant firmować przedsiębiorstwo handlu biżuterią. To pozwoliło Kazimierzowi Janoszowi zgromadzić olbrzymią ilość drogocennych wyrobów jubilerskich. Pochodziły one z napadów rabunkowych, oszustw, zakupów na weksle bez pokrycia i z innych kombinacji.

Keilholzowi dźwięczą jeszcze w uszach ostatnie słowa Kazimierza: "Masz ochotę pojechać do Frankfurtu?". "Jasne, czemu nie". "Możesz się tam spokojnie zatrzymać na kilka dni". Dostał 5000 marek. Miał pojechać do pewnej firmy we Frankfurcie i odebrać szmaragdy. Z transakcji zostałoby 2000 marek i tę resztę miał zachować dla siebie.

- Przyjeżdżam i mówię: "Przychodzę z firmy Jens Keilholz i spółka, i dla mojego wspólnika Kazimierza Janosza mam odebrać 305-karatowe szmaragdy. One już zostały częściowo opłacone, jest jeszcze jakaś część. Chciałbym pokryć tę resztę". Patrzą na mnie zdziwieni i mówią: "Tu nikt nie zamawiał szmaragdów, a firmy Jens Keilholz i spółka nie znamy" - relacjonuje Keilholz. Pożegnał się, zdziwiony, pokręcił trochę po Frankfurcie i wrócił do domu.

- Przychodzę do naszego biura w Klockmanhaus, otwieram drzwi i widzę: pusto. Kur... Nic nie ma! Wystawa, witryna - puste. Klucz do sejfu tkwi w zamku, otwieram: pusto. W Altonie, takiej piwnicy pod Karstadtem, leżały ciuchy za 380 tysięcy marek. Pognałem tam. Tylko wieszaki! A on zniknął. I wszystko na moje nazwisko. 2,8 miliona marek. Wszystkie akty, mam je jeszcze. Wtedy już wiedziałem, że wdepnąłem w gówno.

Dostał pismo z Wydziału Przestępstw Gospodarczych policji w Berliner Tor, że ma przyjechać na przesłuchania w sprawie spółki Jens Keilholz i Co. Nie pojechał. Policja złapała go i aresztowała.

- "Znasz Kazimierza Janosza?". "Jasne, to mój wspólnik". "A jak to z wami było?". To im wytłumaczyłem - opowiada. - A policja mi mówi: "Przeszukaliśmy już wszystkie pomieszczenia, nie ma tam nawet okruszka złota". Ja na to: "On to wszystko zabrał. I trzy samochody też. I kupę ciuchów skórzanych. Było tego na całą ciężarówkę". Przy tak dużej sumie, na jaką Janosz dokonał przestępstwa, mój współudział nie mógł być wykluczony. Zamknięto mnie w areszcie śledczym. Tydzień później przychodzą i mówią: "Keilholz, odwiedziny. Adwokat Max Goldberg jest tutaj". Adwokat przyszedł, a ja mówię do niego: "Ja nie mogę pana opłacić". "Nie, nie, proszę się nie przejmować, to wszystko jest już opłacone. Za trzy tygodnie będzie pan wolny". I rzeczywiście, wypuścili mnie. Goldberg to wszystko załatwił.

Odbyła się rozprawa sądowa przeciwko Keilholzowi, podczas której mecenas Goldberg wyjaśnił, jak się sprawy miały.

- Powiedział sądowi, że ja w tym wszystkim byłem przysłowiowym głupkiem i on mi teraz pomaga przez to przejść. Sędzia oczywiście pytał, dlaczego nie troszczyłem się o interesy firmy, o podatki i tym podobne. Ja na to, że na tym samym piętrze mieliśmy biuro doradcy podatkowego, który wszystko to dla nas robił. Sędzia przyjął to do wiadomości, ale powiedział, że nie uda mi się ujść przed karą 200 marek. Spojrzałem na adwokata, ten skinął głową, a wtedy powiedziałem: "Wszystko jasne. Jak muszę, to muszę". I postępowanie karne było dla mnie zakończone.

Oszukany oszust

Trochę później Keilholz otrzymał wezwanie z urzędu podatkowego: 98 tys. marek do zapłaty. - Powiedziałem w urzędzie, żeby sobie złapali Kazimierza Janosza, który rzeczywiście nie płacił podatków za firmę. Ja - mówię, i tu zacytowałem sędziego - jestem oszukanym oszustem.

Podjął pracę. Po czterech tygodniach go wyrzucono ("Tego nie lubimy. Zajmowania pensji na spłatę długów" - usłyszał). Przez ponad 25 lat urząd podatkowy nie chciał zostawić Keilholza w spokoju. Dopiero w 1997 roku dostał pismo, że sprawę odłożono do akt.

- Zacząłem normalnie żyć. Przez tamte lata pracowałem na czarno, w porcie hamburskim jako tragarz. "Dorobiłem się" złego zdrowia. W 1993 roku, po wielu operacjach na kości, kolana i łokcie, firma ubezpieczeniowa powiedziała mi, że muszę przestać tam pracować. Leczę się.

Po ucieczce Janosza z Hamburga Keilholz dostał wezwania do sądu od wielu firm jubilerskich z południowych Niemiec. Były to przedsiębiorstwa, w których Kazimierz Janosz kupił wyroby jubilerskie z opóźnionym terminem płatności. Ze złotym towarem uciekł do Polski. Suma wszystkich roszczeń przekroczyła 2,8 miliona marek. Oszukane firmy otrzymały z sądu postanowienie o zajęciu pensji Keilholza. On pracował na czarno, więc nie ściągnięto nic.

- Tytuł dłużnika przedawnił się dla mnie po 30 latach. Firmy mogą mnie na nowo zaskarżyć w ciągu następnych 30 lat. Ale nie dostałem zawiadomienia. Sprawa chyba wygasła.

Keilholz żyje w biedzie. Jako 60-latek nie może już znaleźć pracy.- Wszystko to zawdzięczam Kazimierzowi Janoszowi, który mnie tak mizernie urządził. Jedyne, o co zadbał, to opłacił mojego adwokata. To musiał być on. Ale nie zostawił mi żadnej wiadomości ani nie powiedział: "Przykro mi, że tak cię urządziłem".

Parasol nad braćmi

W 1991 roku do władz niemieckich zwróciła się prokuratura warszawska z prośbą o informacje o przestępstwach dokonanych przez braci Janoszów na terenie Niemiec. Ministerstwo Sprawiedliwości Landu Szlezwik-Holsztyn odpowiedziało: "Przeciwko Mieczysławowi Janoszowi istnieje uzasadnione podejrzenie o uczestnictwo w ciężkim rabunku banku. Nakaz aresztowania wydany został 16 lutego 1965 roku. Po 20 latach przestępstwo się przedawniło".

Federalny Urząd Kryminalny wyliczył przestępstwa dokonane przez Jana Janosza: w 1977 roku - kradzież w Hamburgu, w 1981 roku skazany na 6 lat za próbę wwozu 4 kg amfetaminy, w 1985 roku zatrzymany w Lubece-Travemünde za ukrywanie przywozu środków odurzających.

Warszawska prokuratura po skąpych informacjach z Niemiec umorzyła śledztwo wobec aresztowanych uczestników afery "Żelazo", m.in. kilkunastu oficerów wywiadu PRL na czele z gen. Mirosławem Milewskim. Na wolność wyszli także bracia Janoszowie, Kazimierz i Mieczysław.

- Nie było żadnych dowodów, żadnych dokumentów. Nie było ani trupów, ani poszkodowanych. Niemcy nie potwierdzili niczego - mówi dziś Mieczysław Janosz.

Enigmatyczne reakcje strony niemieckiej są zastanawiające. Jeśli Janoszowie wykonywali w półświatku hamburskim jakieś usługi dla wywiadu niemieckiego, to są pod ochroną - twierdzi osoba mieszkająca od lat w Hamburgu i znająca tutejsze stosunki. Ktoś trzyma dalej parasol ochronny.









Rzeczpospolita - 30.09.2006

 

JERZY MORAWSKI

Wywiad przekrętów

 

 

Bracia Janoszowie, działający na zachodzie Europy jako agenci peerelowskiego wywiadu, byli dla oficerów MSW prawdziwymi dojnymi krowami

 

Pracownicy wywiadu PRL, nadzorujący operację "Żelazo", w raportach nie pozostawiali wątpliwości, z kim się zadają dla dobra służby. Określali braci Janoszów jako "bandycką rodzinę". Nie szczędzili epitetów: "kryminaliści" i "gangsterzy". Mimo dystansowania się od podejrzanych agentów, ochoczo się jednak z nimi kontaktowali, prowadząc lewe interesy. Janoszowie z kolei, licząc na wsparcie resortu, opłacali się jego przedstawicielom i szefom bezpieki. Ta symbioza funkcjonariuszy wywiadu i przestępców stała się siłą napędową kolejnych operacji, na przykład "Żelaza 2". Nie chodziło o to, by zwalczyć imperialistycznego wroga, ale o to, by - przy okazji realizacji statutowych zadań MSW - wzbogacić się. Wydaje się, że do tego funkcjonariusze resortu bardzo się przyzwyczaili.

Dochodowy agent

W 1984 r. Kazimierz Janosz zeznał gen. Władysławowi Pożodze, co mówili mu oficerowie MSW w latach 60. i 70. Zapewniali, że po powrocie z misji otrzyma miesięczną pensję pracownika wywiadu gromadzoną na jego koncie w kraju. Tam też miały trafiać wynagrodzenia za wykonanie zadań, na przykład mokrej roboty. Gdy jednak Janosz wrócił, okazało się, że konto nie istnieje.

- Za 11 lat pracy za granicą otrzymałem 500 dolarów - zeznał agent. Jego rozgoryczenie było tym większe, że zlecane zadania finansował z własnych funduszy. Na operację "Żelazo" centrala miała wyłożyć 100 tys. dolarów, tyle samo co Janosz. Agent nabywał kosztowności, zamawiał złote wyroby z opóźnionymi terminami płatności. Gdy zabrakło mu gotówki, wysłał meldunek do MSW, upominając się o obiecane 100 tysięcy. Dostał wiadomość od Tadeusza Drzewieckiego (z Departamentu I), że otrzyma forsę, ale nigdy do niego nie dotarła. Kazimierz Janosz mówił też gen. Pożodze o tym, że pracownicy centrali zaciągali u niego prywatne pożyczki. W Sofii jednemu z oficerów pożyczył 10 tys. dolarów, drugiemu - 5 tysięcy. Świadkiem był brat Janosza Józef, któremu funkcjonariusze MSW mieli pieniądze zwrócić. W 1970 r. Józef zginął w wypadku samochodowym w Bielsku-Białej, w dość niejasnych okolicznościach. Kazimierz nie wiedział, czy oddano mu pieniądze. W rozmowie z gen. Pożogą sugerował, że tajemnicza śmierć brata związana jest z niezwróconymi pożyczkami.

W celu zakonspirowania jego współpracy z polską bezpieką na terenie Niemiec Zachodnich Janosz w latach 60. często spotykał się z oficerami wywiadu w różnych miastach Europy. Wyjeżdżał m.in. do Belgradu, Sofii, Monte Carlo, Monako, Genewy, Lucerny, Amsterdamu. Pracownicy centrali podczas tych spotkań wymagali, aby podpisywał pokwitowania odbioru dewiz jako nagród i zaliczek na wydatki związane z operacjami wywiadu.- Wystawiłem pokwitowania na 50 tys. dolarów. Pieniędzy nigdy nie otrzymałem - zeznał Janosz. - Na przykład na stacji kolejowej w Innsbrucku, gdzie czekał na mnie wysłannik centrali, pokwitowałem odbiór 11 tys. dolarów, których nie dostałem.

Kazimierz Janosz, na co zwrócił uwagę jego brat Mieczysław, naiwnie wierzył w obietnice i zapewnienia funkcjonariuszy MSW. Udzielał pożyczek, fundował prezenty, wchodził w interesy, które miały mu w przyszłości przynieść profity. W 1984 roku powiedział gen. Pożodze: - Wszyscy pracownicy centrali, którzy ze mną współpracowali, swe obowiązki traktowali na pół służbowo, na pół prywatnie.

Mentalność ludzi wywiadu PRL oddaje wypowiedź Mieczysława: - Zawsze mnie prosili o jedno: "Panie, jak najwięcej wyjazdów, jak najwięcej rozmów, bo ja mam z tego pieniądze".

Pod Czerwonym Kapturkiem

Źródło prawdziwych apanaży w komunistycznym państwie dla jego funkcjonariuszy biło ze słowa możliwości. Goła pensja i możliwości - to faktyczne uposażenie klasy władzy. A chodziło o talony, asygnaty, przydziały na mieszkania, samochody i luksusowe wczasy za granicą. Na liście figurowało też wynikające z kontaktów załatwianie (bez dodatkowych opłat, tylko z tytułu "należy mi się na tym stanowisku") materiałów budowlanych, lodówek, telewizorów, a nawet garniturów i butów z wzorcowni rządowej (gdzie zgromadzono gipsowe odciski stóp prominentów i członków ich rodzin, aby nie zawracać im głowy pytaniami o rozmiar). Praca w wywiadzie miała nad tymi "możliwościami" dodatkową przewagę: dawała wręcz geometryczne ciągi kombinacji, szanse brania pełnymi garściami z kasy resortu i łupania agentów w imię wyższych celów.

Kazimierz Janosz po powrocie do kraju otworzył w Bielsku-Białej restaurację Czerwony Kapturek. W 1973 r. przed Czerwonym Kapturkiem zatrzymały się dwa zagraniczne auta koloru wiśniowego, ale z krajową rejestracją. Przyjechało nimi pięciu oficerów MSW. Jeden z nich, pięćdziesięciolatek, wzrostu ok. 180 cm, o okrągłej twarzy i czarnych włosach, podsunął Janoszowi do podpisania kwit, że ten pobrał z kasy resortu 5 tys. dolarów. Właściciel lokalu podpisał. Forsy jednak nie zobaczył.

Innym razem dwóch pracowników centrali (jeden o imieniu Tadeusz) odnalazło go, gdy polował u brata, leśniczego w Toszku. Obydwaj blondyni, ubrani w prochowce, w wieku ok. 40 lat. Janosz ich nie znał. Pokazali legitymacje MSW. Oświadczyli, że centrala do rozliczenia z nim potrzebuje pokwitowania na sumę ponad 700 tys. zł na jednym kwicie, a na dewizy, w sumie ponad 3000 dolarów USA, na trzech kwitach. - Pokwitowania podpisałem własnoręcznie, ale pieniędzy nie otrzymałem - zeznał Janosz.

Emerytowany pułkownik wywiadu Jan Rodak w 1977 r. w Berlinie spotkał się z Janem Janoszem. "Zamawiał" u niego porwanie Adama Michnika (w rzeczywistości namawiał do likwidacji opozycjonisty). Tak mówi dziś o stronie finansowej operacji "Truteń":- Dałem Janoszowi, tu mogę się pomylić, tysiąc lub tysiąc pięćset marek. To wszystko musi być w buchalterii wywiadu, bo to, wie pan, były rozliczenia bardzo skrupulatne. Janosz to kwitował, podpisywał jako "Kamieja" (pseudonim agenturalny). Wtedy dawałem pieniądze i jeszcze raz je otrzymał, gdy przyjechał do Warszawy.

Z raportu Rodaka z 1977 roku, jaki odnalazł się w archiwach IPN, wynika, że oficer ma, powiedzmy, kłopoty z pamięcią. Dysponował na spotkaniu kwotą 20 tys. marek i oferował Janoszowi 10 tysięcy za porwanie Michnika. Agent pieniędzy nie przyjął, gdyż uważał, że kwota jest za mała, nie równoważy ryzyka. Rodak, co wynika z jego raportów, nie wręczył Janoszowi ani marki.

Kanty ku chwale ojczyzny

W 1984 roku zamierzano usunąć gen. Mirosława Milewskiego z Biura Politycznego PZPR. Ludzie gen. Czesława Kiszczaka, wtedy szefa MSW, przetrząsnęli finansowe dokumenty wywiadu, aby znaleźć kompromitujące materiały dotyczące członka najwyższych władz. Przedstawili Kazimierzowi Janoszowi papiery z jego podpisami. Oto fragmenty stenogramu:

"Oficer pytający: - Jest tu pokwitowanie na odbiór pieniędzy podpisane w Warszawie w grudniu 1972 roku.

Kazimierz Janosz: - Rozpoznaję. Dostałem, nie jak tu napisano 2 mln 620 zł, tylko 2 mln 100 zł.

Oficer: - Jest tu następne pokwitowanie na 1 mln 183 tys. zł z sierpnia 1972 roku.

Janosz: - Mój podpis, moje pismo, ale nie dostałem ani grosza z tych pieniędzy. To miały być jakieś koszta.

Oficer: - Kto panu tak kazał robić?

Janosz: - Strzemień i Drzewiecki [pułkownicy z MSW - J.M.].

Oficer: - Czy kwitował pan 4 tys. 650 zł w lipcu 1973 roku?

Janosz: - Tak, kwitowałem, ale nie odbierałem tych pieniędzy.

Oficer: - Czy kwitował pan odbiór dewiz?

Janosz: - Tak, ale nigdy ich nie otrzymałem. Były to różne kwoty od 1 tys. dolarów. Jedno pokwitowanie na ponad 5 tys. dolarów i na ponad 10 tys. dolarów.

Oficer: - Gdzie to było?

Janosz: - Zaczęło się to od Innsbrucka, Monte Carlo, Hamburg.

Oficer: - Komu pan kwitował?

Janosz: - Różnym pracownikom centrali.

Oficer: - Gdzie kwitował pan największą sumę?

Janosz: - W Monako. Wysokiemu, mocno zbudowanemu mężczyźnie. Towarzyszyło mu dwóch innych mężczyzn.

Oficer: - Gdybyśmy pokazali panu zdjęcie tego mężczyzny, rozpoznałby pan?

Janosz: - Może bym rozpoznał. Kiedyś Drzewiecki przyjechał do Berlina Zachodniego i mi wręczył 100 dolarów bez pokwitowania. Nie chciałem tego przyjąć. Pytałem, na co mi te 100 dolarów?".

W 1984 roku ppłk Cezary Ciećwierski z MSW przejrzał nieliczne, jakie się ostały, mikrofilmy z dokumentami dotyczącymi współpracy Kazimierza Janosza z "naszą służbą". Nie znaleziono wykazu wynagrodzeń, brakowało pokwitowań. Kolejność poszczególnych kart była kilkakrotnie przerabiana. Natrafiono jedynie na notatkę z lutego 1963 roku z informacją, że Janoszowi wypłacono 300 dolarów jako zwrot kosztów podróży, zakwaterowania i wyżywienia.

Ktoś musiał bardzo zadbać, aby wyczyścić kartotekę Janosza z wszelkich śladów finansowych operacji. Oczywiście, zrobił to po to, by nikt nie wpadł na trop pieniędzy, jakie wypompowano z resortu na hasło: "agenci Janoszowie". Oficerom MSW - podsuwającym im kwity odbioru pieniędzy, których agenci nigdy nie oglądali - przesadnie nie zależało na stanie kasy resortu. Przeciwnie, uszczuplali ją na wiele sposobów. Dziwne (a może nie ma w tym nic dziwnego), że nie czynili tego sporadycznie, ale raczej systemowo. Raz wymuszali na Janoszach idące w tysiące dolarów bezzwrotne pożyczki, za chwilę podsuwali im do podpisu kwity na potężne sumy w ramach rozliczenia. Z relacji braci wynika, że każdy oficer wywiadu PRL, z którym współdziałali, "robił boki". Funkcjonariusze uganiali się za świeżym groszem, a działalność statutową MSW spychali na boczny tor. Ku chwale ludowej ojczyzny.

Komis na Rakowieckiej

Braci Janoszów, gdy w maju 1971 roku przywieźli złoty łup do kraju, funkcjonariusze MSW potraktowali, delikatnie mówiąc, bezceremonialnie. Mjr Marek Strzemień w Słubicach odebrał dwie walizki ze złotem Kazimierzowi Janoszowi, który przejechał przez - otwarte na polecenie wywiadu - granice NRD i Polski. Gdy Janosz początkowo odmawiał przekazania złota, Strzemień na skrawku papieru wypisał pokwitowanie. Uspokoił agenta, pozwalając mu zamki walizek zalać lakiem. Janosz odcisnął na nim jako pieczęć kluczyk mercedesa, którym przyjechał. Funkcjonariusz zapewnił, że za kilka dni w MSW na Rakowieckiej w jego obecności plomby zostaną zerwane, a walizki otwarte.

Po dwóch tygodniach wezwano Janoszów na Rakowiecką. Najpierw dwie godziny trzymano ich w poczekalni ministerstwa. Później zaprowadzono do pokoju centrali wywiadu. Agenci ze zdziwieniem zobaczyli stojące po ścianą walizki - otwarte i puste. Złote wyroby leżały posortowane na stołach ustawionych w kształcie litery L. Oddzielnie pierścionki, kolie, broszki i zegarki.

W pokoju było pięciu oficerów, trzech - Strzemienia, Drzewieckiego i Konarskiego - Janosz znał z wcześniejszych kontaktów. "Żelazo" ważono za pomocą półkilogramowych odważników. Na stos leciały kolie z brylantami, rubinami i szmaragdami warte nawet po 50 tys. marek zachodnioniemieckich. Janosz dostał kilka kolii, chociaż przywiózł ich 200.

Przy podziale pominięto Mieczysława. - Pokłóciliśmy się. Nie odzywaliśmy się do siebie - wspominał Kazimierz. Mieczysław w relacji z 1984 roku przekonywał, że zgodnie z wcześniejszą umową towar miał być podzielony na trzy części: jedną trzecią bierze MSW, po jednej trzeciej - obaj bracia. Tak ustalił w rozmowie z gen. Milewskim na spotkaniu w prywatnym mieszkaniu przy ul. Partyzantów 8 w Warszawie w maju 1971 roku.

- Brat dogadał się z ministerstwem i zostałem wyeliminowany z gry - mówił Mieczysław Janosz w 1984 roku. - W pokoju, gdzie leżało złoto, doszło do spięcia. Panowie z MSW zaproponowali podział po połowie, mnie pomijając. Konarski powiedział do mnie: "Pan tu nie jest potrzebny, pan nawet nam tu przeszkadza". Otworzyłem drzwi na korytarz i powiedziałem: "Drzewiecki, wyprowadzaj mnie pan stąd". Na tym moja rola się skończyła.

Po pozbyciu się jednego z braci funkcjonariusze powiedzieli Kazimierzowi, że są nowe ustalenia ministerstwa co do podziału łupu: on dostaje jedną trzecią, resztę bierze resort. Nowe zasady uwzględniły większy wysiłek operacyjny funkcjonariuszy w akcji "Żelazo" - tłumaczyli pułkownicy. - Z każdej kupki mi coś dali. Zmieściłem swoją część w teczce - wspominał Kazimierz Janosz w 1984 roku. - Gdy upomniałem się o 60 tys. dolarów, jakie centrala mi była winna za operacje i lata pracy, powiedzieli, że jeszcze decyzja w tej sprawie nie zapadła. Ale powiadomią. Dodali, abym się nie martwił, bo mam z czego żyć. Pożyczyli zdrowia. "Jedźcie do sanatorium" - usłyszałem.

W następnym transporcie, wagonowym, który z Hamburga dotarł do Zebrzydowic Śląskich, pośród mebli, żyletek, skórzanych kurtek, platerów, ukryte zostały przez Kazimierza Janosza dwie walizki ze złotymi pierścionkami. - Były to pierścionki 18-karatowe z przepięknymi kamieniami szlachetnymi - wspominał Janosz. Wszystko przepakowano do samochodu MSW i przewieziono do Warszawy. Po miesiącu do Kazimierza dotarły ze stolicy żyletki techniczne i część mebli. Nie wrócił ani jeden pierścionek. - Centrala transport kolejowy zatrzymała w całości - opowiadał Janosz gen. Pożodze.

Przyjechał też do kraju towar wysłany przez niego w siedmiu kontenerach. Jeden rozładowano w boksie garażu KW MO w Katowicach. Kpt. Strzemień w obecności Janosza wybrał biżuterię i złote zegarki, zawiózł do centrali. "Kazimierz Janosz pretensji nie zgłaszał" - napisał w 1984 roku obecny przy przeładunku płk Zygmunt Nikiel.

Centrala poleciła Niklowi, pracownikowi wywiadu przy KW MO w Katowicach, obserwowanie poczynań braci i spotykanie się z nimi. Utyskiwali, że centrala zabrała im więcej, niż było uzgodnione. Nikiel oświadczył, że jeśli mają pretensje, niech napiszą skargę do ministra Milewskiego, a on ją przekaże. Ale na wiadomość, że o wszystkim dowie się groźny generał, bracia "zaniechali utyskiwań".

Kazimierz Janosz zadowolił się tym, co wyniósł w teczce z Rakowieckiej i co przywieziono mu z transportów przebranych w MSW. Komisja, wyjaśniająca w 1984 r., co stało się ze skarbem Janoszów, nie wpadła na ślad części dóbr zdeponowanych w magazynach Nadwiślańskiej Jednostki MSW na Czerniakowie. Nie odnaleziono dokumentów, a magazyny ktoś doszczętnie opróżnił z łupów Janoszów.

Oni sami mieli w 1971 r. kłopoty ze sprzedaniem wyrobów, które imsię ostały. W Bielsku-Białej, gdzie mieszkali, deptał im po piętach Urząd Skarbowy i Wydział Przestępstw Gospodarczych milicji. Po latach stwierdzili, że lokalne kłopoty "organizowała" im centrala, przewidując reakcje. - Zwróciłem się do płk. Drzewieckiego, czy mógłbym legalnie sprzedać część towaru, aby nikt mnie się nie czepiał - mówił Kazimierz w 1984 roku.

Janoszowie z własnej woli poprosili funkcjonariuszy MSW, by pomogli im upłynnić złoto. Przywieźli na Rakowiecką część łupu: rubiny i szmaragdy najlepszego gatunku, sztabki złota, złote zegarki z bransoletami lokacyjnymi (Massive Gold), łańcuszki, broszki. Skarb odebrali Strzemień i Drzewiecki. Zapewniali Kazimierza Janosza, że dostanie skrupulatny spis biżuterii przekazanej w komis resortowi. Nic takiego jednak nie powstało.

Człowiek ze złotym pistoletem

Po pewnym czasie Janosz otrzymał 2 mln 100 tys. zł jako zapłatę za biżuterię, którą dał w komis MSW. Płk Nikiel, świadek przekazywania pieniędzy, widział kalkulację. Wynikało z niej, że Janoszowi należą się 3mln zł, ale resort potrącił koszt wyceny biżuterii, napraw i marżę za pośrednictwo w sprzedaży. Jak w komisie. Janosz to zaakceptował, ale dodał: "Zawsze umiecie wyjść na swoje".

W 1984 r. płk T. Kwiatkowski przeprowadzał analizę zachowanych dokumentów sprawy "Żelazo". Z raportu przygotowanego przez E. Pękałę dla Mirosława Milewskiego (z marca 1972 r.) wynikało, że Janosz dostarczył w komis do MSW zaledwie 5 kg złota. Raport był zafałszowany, gdyż chodziło o 19 kg. Wyceniono je na prawie 5 mln zł. Potrącono marżę (20 proc.), doliczono koszt naprawy biżuterii. Z badań płk. Kwiatkowskiego wyłania się suma blisko 4 mln zł rzekomo wypłacona figurantowi. Janosz dostał o połowę mniej. Kto złupił agenta?

Centrala wywiadu nie traktowała braci jako nadzwyczajnych agentów, nie liczyła, że wykradną dla wywiadu PRL tajemnice Zachodu. Podchodziła do nich bardziej praktycznie, jak do dostarczycieli dóbr wszelakich. Z centrali sypały się zamówienia. - W 1967 r. na polecenie MSW zakupiłem w Hamburgu pistolet colt ze złotą rękojeścią o grubości 3 milimetrów, z grawerką, oraz dwa tłumiki i amunicję. Również na sygnał z centrali nabyłem dwa pistolety produkcji belgijskiej, grawerowane specjalnie na zamówienie, oraz jeden sztucer, jeden dryling i pistolet piętnastostrzałowy, podobny do KBKS - relacjonował Kazimierz Janosz w 1984 r.

Broń przywiózł do kraju i przekazał do centrali. Nikt mu nie zwrócił grosza za te podarki.

Na początku lat 70. Departament Techniki MSW podrobił 200 tys. dolarów. Jak stwierdził w oświadczeniu z 1984 roku płk Tadeusz Wójcik z Departamentu I banknoty nie zostały wykonane najlepiej. Przez rezydenta wywiadu PRL w Kalkucie Zdzisława Tomczaka planowano podsunąć je do zamiany bankowcowi hinduskiemu. Zrezygnowano jednak. Podrobione pieniądze Wójcik przekazał wicedyrektorowi Departamentu I J. Oskowi. Zamierzano je sprzedać za połowę wartości, a fundusze przeznaczyć na cele wywiadu. W 1984 roku Mieczysław Janosz w rozmowie z gen. Pożogą przyznał, że wezwano go kiedyś na Rakowiecką. W pokoju na stole leżały fałszywe banknoty. Janosz zauważył, że mają wady. - Pracownik centrali postawił mi taki warunek: "Najpierw przywieziesz dobre dolary, a dopiero wydamy ci złe". Nonsens absolutny. Ten pracownik wyjechał później na placówkę do Ameryki Południowej - wspominał Mieczysław Janosz.

Dyplomacja haków

Powołana w 1984 r. przez gen. Czesława Kiszczaka tajna komisja MSW w sprawie wyjaśnienia akcji "Żelazo" miała zebrać dowody przeciwko gen. Mirosławowi Milewskiemu, wówczas członkowi Biura Politycznego PZPR. Mówiąc dosadnie, szukano haka na konkurenta do władzy, chcąc się go pozbyć. Komisja prowadziła dość rozległe śledztwo, dotknięto finansowych przekrętów, jakich dopuszczali się rezydenci wywiadu PRL. Odsłonięto zaledwie wierzchołek góry lodowej. Niektóre relacje znalazły się w archiwach IPN, dołączone do akt "Żelaza".

Płk Konrad Toruń przedstawił komisji notatkę o płk. Marku Czurleju, rezydencie wywiadu w wielu stolicach. Toruń zapewnił, że Czurlej często chełpił się koneksjami z ministrem Milewskim, twierdząc, że generał "zapewnia mu karierę zawodową". Miał on doprowadzić do mianowania Czurleja na stanowisko dyrektora departamentu w MSZ mimo negatywnej oceny jego pracy w Brukseli. Tymczasem zdaniem płk. Torunia na Czurleju ciążył zarzut przewożenia dużej ilości złota i kosztowności z Bejrutu. W New Delhi nabył wartościową rzeźbioną sekreterę, którą przetransportował do kraju na pokładzie specjalnego samolotu MSW. W Singapurze zaś kupił złotą bransoletę przeznaczoną - o czym poinformował Torunia - dla Milewskiego w ramach umiejętnego odwzajemniania się za roztoczoną opiekę.

Naganna działalność Czurleja miała oczywiście uderzyć w Milewskiego. Toruń wymienił przykłady zachłanności protegowanego generała: zaciągał pożyczki rublowe u podległych sobie pracowników z sugestią załatwienia awansu. Za wyłudzone ruble kupował komplety kul bilardowych z kości słoniowej. Zdziwionemu Toruniowi wyjaśniał, że to najkorzystniejszy sposób nabywania materiału do rzeźbionych miniatur, których sprzedaż daje ogromne zyski. Toruń był wstrząśnięty faktem posługiwania się przez pułkownika wywiadu Czurleja jubilerską lupką, której używał, oglądając biżuterię. Jak twierdził, identyczne lupki znajdował podczas rewizji u osób aresztowanych pod zarzutem handlu złotem.

Prowadzone powszechnie lewe interesy funkcjonariuszy wywiadu PRL osłaniała kasa pancerna w warszawskiej centrali. Ustawiono ją tam w 1968 r. W pomieszczeniu Departamentu I gromadzono własny fundusz w kruszcach wymienialnych.

W 1969 r. kierownik punktu operacyjnego wywiadu w Bejrucie, płk Bogdan Lisowski, kupił 20 kilogramów złota próby 998 w kilogramowych sztabach. Oddelegowany z centrali Czesław Kowalczyk przywiózł je z Libanu i zdeponował w kasie na Rakowieckiej. W 1971 r. złożono w niej większą partię wyrobów ze złota (zegarków, bransoletek i pierścionków) uzyskanych z "rozpracowania" przemytu z Austrii (notatka Czesława Kowalczyka). Kasa dawała alibi. Nie wiadomo było, czy "kręcący lody" rezydent w Kalkucie wzbogaca się, czy wykonuje polecenie centrali. Pracownicy ambasad PRL, którzy uznawali, że działanie w dyplomacji polega na pisaniu donosów na współprzebywających na zagranicznej placówce, nie mieli pewności, czy donosik o podejrzanych machinacjach rezydenta nie obróci się rykoszetem przeciwko nim. Woleli więc milczeć, a wywiad używał.

Skala intryg, lewych interesów i walki ze swoimi w ramach wywiadu była tak duża, że działalność statutowa resortu schodziła na dalszy plan albo w ogóle znikała. Przykład braci Janoszów wzmacnia tylko wrażenie, że rezydenci wywiadu PRL w stolicach świata nie mieli głowy, by rozpracowywać powierzone sobie sprawy. Co w sumie na dobre wyszło.





Większa dawka top secret