Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

"Rzeczpospolita" - 2001.01.04

 

 

Andrzej Żbikowski

Nie było rozkazu

 

 

JEDWABNE

Wiadomości o kolaboracji Żydów z Sowietami stały się pretekstem do bezkarnych zbrodni

 

 

Jan T. Gross w książce "Sąsiedzi" opisał szczegółowo przebieg masowego mordu popełnionego przez Polaków na Żydach w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku. Wiemy już więc, co się wtedy wydarzyło. Nie wiemy wciąż natomiast, dlaczego "zwyczajni" ludzie w bestialski sposób mordowali i palili żywcem swoich sąsiadów.

 

W przeciwieństwie do kilku krytycznych recenzentów książki Grossa uważam, że pod względem warsztatowym "Sąsiedzi" są pracą wzorcową. Gross przeprowadził bardzo staranną analizę dostępnych przekazów źródłowych, prześledził dynamikę wydarzeń, odtworzył najbardziej dramatyczne momenty, ustalił sprawców mordu. Dopóki nie zostaną znalezione nowe źródła historyczne, dopóty niewiele będziemy mogli dodać do jego ustaleń. Kilka relacji spisanych w jidysz, zdeponowanych w Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, których autor "Sąsiadów" nie zacytował, niewiele wnosi w tej materii nowego.

O przyczynach pogromu Gross wypowiada się ostrożnie, radzi baczniej się przyjrzeć zarówno przedwojennemu antysemityzmowi, jak i polsko-żydowskim stosunkom pod okupacją sowiecką.

Relacje żydowskich "bieżeńców"

Cóż takiego wydarzyło się między Żydami a innymi narodowościami podczas prawie dwuletniej okupacji sowieckiej, co wyjaśniałoby pogromy, masowe mordy, akceptację niemieckiej polityki eksterminacyjnej? Dla wszystkich uratowanych Żydów, wspominających bezpośrednio po wyzwoleniu falę pogromów z pierwszych miesięcy po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, wrogość sąsiadów była zaskakująca i niezrozumiała. Żadna z ofiar nie czuła się winna czegokolwiek, co usprawiedliwiałoby zemstę. Nie znaczy to, że jeszcze w czasie okupacji sowieckiej Żydzi nie zastanawiali się, dlaczego nasilają się antagonizmy narodowościowe.

W zdeponowanych w Konspiracyjnym Archiwum Getta Warszawskiego (Archiwum Emanuela Ringelbluma) wywiadach z powracającymi do Warszawy na przełomie lat 1941 i 1942 osobami, które na jesieni 1939 roku uciekły pod okupację sowiecką, jest wiele zapisów świadczących o próbach zrozumienia przyczyn tego stanu. Nieznany z nazwiska pan K. (nr 483) napisał: "Ludność polska ustosunkowała się do Żydów po wkroczeniu bolszewików na ogół nieprzychylnie, głównie z tego względu, że Żydzi w dużej części pozajmowali te stanowiska, jakie przedtem piastowali Polacy. We wszystkich urzędach było wielu pracowników Żydów: składy, magazyny i przedsiębiorstwa były również zarządzane przez Żydów". Inna osoba sugerowała (nr 499): "Stosunek innych narodowości do Żydów był zawsze do pewnego stopnia naprężony, co było powodowane wyłącznie pchaniem się Żydów na kierownicze stanowiska". W zasadzie wszystkie relacje są utrzymane w tym duchu, choć wspominano też bramy triumfalne i radosne powitania oddziałów sowieckich oraz żydowskich komunistów, którzy (nr 932) "igrali z uczuciami patriotycznymi Polaków, denuncjowali ich nielegalne rozmowy, wskazywali polskich oficerów oraz byłych wyższych urzędników, z własnej woli pracowali w NKWD i brali udział przy aresztowaniach".

Nie było ich chyba wielu, Żydzi en masse, co najwyżej "przy każdej okazji śmiali się z Polaków, wykrzykiwali już nie wasza Polska, minęły te czasy". We wszystkich wywiadach powtarza się ten sam motyw: Żydom wiodło się za Sowietów nieco lepiej niż innym, gdyż potrafili się do nowego ustroju dopasować, choć ich także dotknęły wywłaszczenia, aresztowania i deportacje. Czy to był jednak wystarczający powód, by ich później mordować?

Przyczyny pogromów

Myślę, że nie to było głównym powodem pogromów. Miały one miejsce na całych polskich Kresach, a także na Litwie kowieńskiej, zaraz po tym, jak przetoczyły się przez te terytoria armie niemieckie. Jedynie na podstawie dokumentacji zgromadzonej w Archiwum ŻIH doliczyłem się ponad pięćdziesięciu "lokalnych" pogromów w kresowych miastach; dziesiątki mordów popełniono na Żydach mieszkających na wsi. Szczególnie częste były we wschodniej Małopolsce, a ich sprawcami była raczej ludność ukraińska, poruszona odkrytymi prawie we wszystkich sowieckich więzieniach setkami zamordowanych przez NKWD więźniów. Lektura wspomnień uratowanych Żydów spisanych w jidysz przekonała mnie jednak, że Białostocczyzna niewiele pod tym względem odbiegała od Galicji i Litwy. Wszyscy mordercy popularną opinię o żydowskiej kolaboracji z Sowietami traktowali jedynie jako pretekst do bezkarnych rabunków i mordów.

Przede wszystkim jednak rabowano, powszechnie i masowo, później, gdy okazało się, że można też bezkarnie mordować, zabijano, by nikt się o zrabowane dobra nie mógł upomnieć. By nie być gołosłownym, przytoczę kilka cytatów z przygotowanego w 1946 roku przez doktora Szymona Datnera opracowania poświęconego "pamięci 200 tysięcy Żydów województwa białostockiego, zamordowanych przez Niemców" - zbierał relacje od uratowanych Żydów dla Żydowskiej Komisji Historycznej (Archiwum ŻIH, nr 1992 - 2001). Uzupełniają je relacje Menachema Turka dotycząca Tykocina (nr 1971) oraz Awigdora Nieławickiego-Wizny (nr 384, wszystkie w jidysz).

W położonych najbliżej okupacyjnej granicy niemiecko-sowieckiej Zarębach Kościelnych "zaraz w pierwszych dniach niemieccy żołnierze wraz z miejscową polską ludnością zaczęli niemiłosiernie bić Żydów, rabować ich mienie i nie pozwalali im zaopatrzyć się w żywność". Pod koniec sierpnia "polscy mieszkańcy, chcąc otrzymać w spadku żydowskie mienie, wysyłali prośby do Łomży do władz niemieckich, aby także wysiedlono z miasteczka Żydów. Prośby podpisały prominentne osoby z miasteczka". Żydzi zostali zamordowani przez Niemców 2 września, niemieckim żandarmom mieli asystować polscy policjanci.

W Stawiskach i okolicy od razu po wkroczeniu Niemców 27 czerwca "zaczęła się seria strasznych mordów, wykonanych bez przeszkód w biały dzień przez polskie bandy, kierowane często przez inteligentnych ludzi. Większość z nich niedawno wypuszczona z sowieckich więzień, pijana, z dzikimi okrzykami, rzuca się chuliganeria na żydowskie domy, wyciągają z mieszkań mężczyzn i kobiety, bezlitośnie ich katują i mordują".

W Wąsoczu "niemieccy ludożercy wraz z polskimi chuliganami byli częstymi odwiedzającymi w żydowskich domach. Niemcy terroryzowali, a chuligani bili i rabowali", właściwy pogrom wybuchł 5 lipca, "polska policja, razem z miejscowymi chuliganami puścili się do żydowskich domów w miasteczku i dokonali tam "świętą pracę".

W Wiźnie "okoliczni Polacy starali się wygnać Żydów z powrotem do miasteczka i przekazać ich Niemcom, gdyż niemiecka władza z trudnością mogła ich we wsi odszukać. Jednocześnie wszystkich obrabowali".

Do Kolna "po kilku godzinach od wkroczenia Niemców do miasteczka przybyła banda chłopów ze wsi Czerwona i Zabiele, którzy tylko co wyszli z więzień sowieckich. Zorganizowali straszną rzeź pośród Żydów [...] Miejscowi chuligani poczuli, że nadeszła ich godzina, i nie pozostali w tyle za chłopami z Zabieli i Czerwonej, rabując otwarcie i bezkarnie żydowskie mienie".

W Tykocinie po wkroczeniu Niemców "reakcyjne elementy od razu wyczuły obecność duchowego patrona i od razu zabrano się do roboty. Ich pierwszym czynem był zorganizowany napad rabunkowy na żydowskie domy [...] masa polskiej ludności pod kierownictwem narodowców, doświadczonych jeszcze przed wojną w akcji bojkotu żydowskich sklepów, rzuciła się na żydowskie domy, całkowicie je opróżniając [...] masa pijana rabunkiem wyciągała z żydowskich domów wszystko, co wpadło w jej ręce. Z okolicznych wsi przybyli chłopi z furmankami, zabierali także meble. Ten napad trwał dwa dni i został przerwany dopiero wtedy, kiedy domy żydowskie zostały dosłownie puste".

Identyczny schemat

Zagładę Żydów w Jedwabnem poprzedził o trzy dni równie krwawy mord w położonym niedaleko Radziłowie. O ile jednak wydarzenia w Jedwabnem mają bogatą dokumentację procesową, o tyle o Radziłowie wspomina jedynie kilkoro uratowanych Żydów, w tym troje jego mieszkańców - Chalmida Michałko i Chana Finkielsztejn (nr 1284) oraz Menachem Finkielsztejn, który w tej sprawie zeznawał kilka razy (9 lutego, 19 marca i 27 września 1945, nr 78 i 974 oraz 1846 i 4163). Opierając się na zeznaniach Finkelsztejna, Szymon Datner, który przetłumaczył z jidysz i spisał drugą i trzecią relację, uporządkował i znacznie rozszerzył opis zajść w Radziłowie w sporządzonym 28 listopada 1946 roku opracowaniu (nr 1994).

Z opracowania Datnera wyłania się przejrzysty schemat samonapędzającego się pogromu, zakończonego masowym mordem. Schemat niemal identyczny z tym, według którego potoczyły się wydarzenia w Jedwabnem. Etap pierwszy to nieudane próby ucieczki do większych miast. Do Radziłowa dotarli Żydzi ze Szczuczyna z wieściami, że "dzieje się tam źle". "Wielu Żydów postanowiło uciec do Białegostoku, ale okazało się to całkiem niemożliwe. Drogi były już obsadzone przez silne grupy miejscowych polskich faszystów [...] nie tylko bili i rabowali uciekających Żydów, ale także napadali na cofające się mniejsze ugrupowania sowieckiej armii"; postawiono też łuk tryumfalny z napisem "Niech żyje niemiecka armia, która nas uwolniła od przeklętej żydokomuny". Polscy ochotnicy wyłapywali czerwonoarmistów i pomagali w zdobyciu Osowca, za co posypały się nagrody, niektórzy dostali też broń od Niemców.

Od tej pory "Polacy coraz częściej mówili Żydom ÇTeraz będzie żydowska rzeźČ". Padają pierwsze pojedyncze ofiary; "zaczęły się napady na żydowskie domy. Niemcy zabrali Żydom wszystkie krowy i przekazali je Polakom". Dalsze kroki to: zakaz sprzedaży Żydom żywności, odcięcie dróg ucieczki oraz upokarzający rytuał zbezczeszczenia zwojów Tory wyciągniętych z synagogi i ich spalenia; towarzyszy temu "zabawa" z zaprzęganiem Żydów do wozów i wpędzaniem do bagna. "Tłum pragnie krwi" - jak zanotował Datner.

Zniszczyć pomnik Lenina

Pogrom zawsze poprzedzał spektakl mający ofiary upokorzyć, ośmieszyć, zniechęcić do jakiejkolwiek obrony, a jednocześnie wzmóc motywację sprawców. Palono więc zwoje Tory albo niszczono sowieckie pomniki. Żydzi musieli zniszczyć pomniki Lenina w Brańsku, Kolnie, Stalina w Zarębach Kościelnych; kazano im przy tym ubierać się w tałesy i śpiewać hymn syjonistów "Ha-Tikwę". W Stawiskach do płonącej synagogi wrzucono miejscowego rabina trzymającego zwoje Tory.

W Radziłowie do przekształcenia się szykan w regularny pogrom nie dopuszczają tego dnia Niemcy, uproszeni podobno przez właścicielkę domu, w którym kwateruje ich sztab. Niemcy jednak wyjeżdżają i napady zaczynają się powtarzać.

Co robią Żydzi? Najpierw proszą o opiekę miejscowe autorytety. Ksiądz odmawia, twierdząc, że "wszyscy Żydzi od dorosłego do małego są komunistami, więc w ogóle nie jest zainteresowany, by ich bronić". Grupa polskich aktywistów "podrażniona mirażem żydowskiego bogactwa i skarbów" zaczyna agitację - "przypomina się wszystkie grzechy żydowskie, rozdmuchuje nienawiść, rzuca hasła rozliczenia się z tymi, którzy ukrzyżowali Jezusa Chrystusa", przypomina "kłamstwo o mordzie rytualnym" oraz "że są winni za wysyłkę przez Sowietów na Syberię rodzin oficerów i policjantów". "Nad tym dominujący motyw: żydowskie mienie". Potem kolejny rytuał: topienie świętych ksiąg w rzece. 6 lipca do Radziłowa przybywa grupa Polaków z Wąsocza po zakończonym właśnie pogromie. Żydzi chwytają się ostatniej deski ratunku - przekupstwa. "Do mieszkania Wolfa Szlapaka [Szlepena?] gorączkowo przynosi się biżuterię i wartościowe rzeczy. Przekazuje je najbardziej krwiożerczym zwierzętom. Złoto zaćmi ich oczy". Sąsiadów z Wąsocza zmusza się do wyjazdu.

Tłum się bawi

7 lipca ze Stawisk nadjeżdżają cztery samochody z Niemcami. Mieszane polsko-niemieckie ekipy spędzają wszystkich Żydów na rynek - "teraz zaczęło się bicie". Tłum dobrze się bawi, szczególnie gdy "każą śpiewać pieśń o Moskwie". "Kiedy gestapowcy zmęczyli się biciem i całym tym spektaklem, wsiedli do samochodów, pozostawiając osobnika w polskim mundurze, dodatkowo rozdzielili broń radziłowskim sympatykom i oświadczyli przed wyjazdem: dajemy wam trzy dni na załatwienie Żydów. Formuje się kolumna [...] Żydzi gnani są przez miasteczko i wtłoczeni do stodoły Mietkowskiego [Sitkowskiego?] stojącej na skraju miasteczka [...] Wrota stodoły zostają zabite gwoździami, stodoła zostaje oblana benzyną i podpalona [...] Krzyki nieszczęsnych jeszcze nie zamilkły, a ludzkie zwierzę nie nasyciło się jeszcze krwią. Puszczają się do miasteczka bandy młodych wyrzutków, aby odnaleźć w domach i okolicy tych, którzy się ukryli. Znajdują ich i prowadzą do płonącej stodoły. Dostawiono drabinę, bagnetami zmusza się nieszczęśników, aby weszli na dach i skoczyli w ogień [...]".

Później, przez dwa podarowane przez Niemców dni, szuka się już tylko tych, którzy zdołali się gdzieś ukryć, "przetrząsa kości spalonych Żydów, znajduje się złote zęby, wybija się je, zabici pozwalają się bogacić". Przeżyło osiemnastu Żydów, w 1942 roku trafili podobnie jak inni żydowscy mieszkańcy Białostocczyzny do Treblinki. Wyzwolenia doczekała jedynie rodzina Finkielsztejnów, Mosze Dorogoja i jego syna zabili polscy chłopi w styczniu 1945 roku.

Trudne pytania

Prawie wszyscy krytycy książki Grossa podnosili nie do końca wyjaśnioną kwestię udziału wojska i policji niemieckiej w masowych mordach ludności żydowskiej na Białostocczyźnie. Posługując się argumentami per analogiam - spalenie kilkuset Żydów w synagodze w Białymstoku - sugerowali, że to Niemcy odpowiadają za "całopalenie" w Jedwabnem i Radziłowie, a grupki zdemoralizowanych Polaków jedynie im w tym pomagały. Choć może wydali jakiś rozkaz, któremu poddali się miejscowi aktywiści. Nie dowierzając żydowskim wspomnieniom, odsyłali do niemieckich archiwów, do być może nie odkrytych dzienników batalionów policji stacjonujących na tych terenach.

Cały ten zabieg to zwykłe chowanie głowy w piasek, cóż bowiem w ocenie postępowania miejscowej ludności by zmieniło, gdyby się okazało, że dwadzieścia, trzydzieści kilometrów od Jedwabnego i Radziłowa stacjonował jakiś pluton żandarmów i także mordował Żydów. Że na Białostocczyźnie Żydów mordowali głównie Niemcy - to fakt powszechnie znany, potwierdzony przez wszystkie cudem uratowane osoby. Gdy paliły się obie stodoły, w tych miasteczkach było ich bardzo niewielu - zostali zresztą po wojnie przesłuchani i przez niemiecką prokuraturę uwolnieni od odpowiedzialności - i choćby nie wiem jak bardzo chcieli, nie byli w stanie miejscowych do mordu zmusić.

Jedyne, co zrobili, to pozwolili mordować, jak to zapamiętali ci, którzy przeżyli - "dali Polakom wolną rękę", i to dokładnie określając czas, w którym mogą sobie "pohulać". Wydanie takiego przyzwolenia - powtórzę przyzwolenia, a nie rozkazu, za którego niewykonanie mogła grozić jakaś kara - miało oczywiście znaczenie.

Wcześniej - kiedy istniało polskie państwo - Żydów przecież także nie lubiano i im zazdroszczono, jednak ich nie mordowano. W czasie prawie dwuletniej okupacji sowieckiej polskie Kresy i Litwa straciły w deportacjach i masowych aresztowaniach znaczną część warstwy przywódczej oraz cały aparat państwowy, wcześniej czuwające nad przestrzeganiem elementarnych norm społecznych. W krótkim okresie "bezkrólewia", gdy przetoczyła się dalej na wschód główna masa wojsk niemieckich i podążające za Wehrmachtem specjalne oddziały SS (tzw. Einsatzgruppen), w atmosferze bezkarności kontrolę nad miejscowymi społecznościami przejęły męty, chuligani, bandyci, ludzie za nic mający przykazania dekalogu, po prostu nie ludzie, lecz - jak nazywają ich świadkowie - "ludzkie bestie". To, co dla polskiej dumy narodowej najbardziej bolesne, to fakt, że było ich bardzo wielu. 

 

Autor jest doktorem historii, pracuje w Żydowskim Instytucie Historycznym i Biurze Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej.

 

 









ŻYDZI A SPRAWA POLSKA