Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!


Justyna Chmielewska

Święta krew, święty czas, święci ludzie. Historia i mitologia Ewangelicznych Chrześcijan Świętych Syjonistów (Muraszkowców)

2009
 

(...)

 

Olga Kirylczuk-Korniejczuk

Urodziła się w 1885 r. we wsi Omelana na terenach dzisiejszej północno-zachodniej Ukrainy (obwód rówieński), w rodzinie prawosławnej. Od dzieciństwa miała odznaczać się niezwykłym przywiązaniem do religii - już jako mała dziewczynka chodziła podobno piechotą do Ławry Poczajowskiej, by pościć i oddawać się modlitwie. Wyszła za prawosławnego Michaiła Kirylczuka, z którym osiadła na chutorze Zareczyca, nieopodal wołyńskiej Bereżnicy. Mieli sześcioro dzieci, z których w naszej historii znaczenie mieć będą pierworodny syn Miszka i najmłodszy Ananij. Mąż Olgi lokowany jest silnie w kontekście mirskim - alkoholik, brutalnie traktujący żonę, podporządkowany batiuszkom, ślepo zapatrzony w cerkiewne przykazania, jest charakteryzowany jako postać negatywna historii. Życie rodzinne Olgi, poprzedzające prorocze powołanie, to jakby prefiguracja późniejszej ofiary i cierpienia: bita przez męża, dobra i troskliwa matka, wymykała się na całe dnie, zjawiając się jedynie pod nieobecność małżonka, by zająć się dziećmi, kuchnią i praniem. Żeby zdobyć pieniądze, miała pracować u Żydów - sprzątając, bieląc domy i pomagając w gospodarstwie.

Religijne poszukiwania zawiodły Olgę najpierw w szeregi baptystów, potem zaś do wspólnoty zielonoświątkowej, w której niebawem osiągnęła znaczącą pozycję. Długotrwałe posty i asceza miały stanowić przygotowanie do spotkania z sacrum, które nastąpiło w 1931 r. Jedna z syjonistek opowiadała: "a oto jak powstał Syjon: widzisz, Mama Syjonu, ona była jak święta, dużo pościła - i siedmiodniowe, i czterdziestodniowe, różne posty robiła. A jej przecież było ciężko, mąż ją bił... I Mama zaczęła się modlić: «Panie, nie wytrzymam już dłużej! Nie mam siły!». I słyszy Głos: «Ja ci ześlę pomoc»" (p. Nadia, 14.09.2006). Pomoc nadeszła w paradoksalnej postaci: pewnego dnia, gdy Olga krzątała się po domu ze swą pomocnicą, Praskowią, chata nagle zaczęta płonąć. Pan Siergiej opowiadał: "kiedy Bóg zaczął jej już objawiać tę nową misję, swoją nową naukę, do niej wtedy przychodziła jedna taka stara panna, Praskowia. Pewnego dnia byli u niej w domu, u tej Olgi Kirylczuk-Korniejczuk, a mąż był pijany, leżał w drugim pokoju... I oni zaczęli się modlić, i Bóg powiedział: «niebawem zabiorę was do nieba». Jak stali, tak padli na kolana i zaczęli się modlić, i nagle Boskim zrządzeniem zapalił się ten dom, w którym się modlili. Płonie dom, a oni stoją - sześcioro dzieci, Olga i ta Praskowia - w osiem dusz stoją, modlą się. To ona do tej Praskowii tak: «trzeba męża obudzić, żeby się pokajał, żeby się ratował z płomieni, trzeba biec, pali się!». I obudziły męża, i jak mąż zobaczył, że cały dom się pali, to od razu chciał najmłodszego syna wziąć na ręce, ale coś tam się nie udało, więc sam się opatulił w koc i wyskoczył przez płonące okno. A ludzie okrążyli dom i: «Michaił! Dom się pali! Ratuj bydło!». A on mówi: «Co mi po bydle? Tam w domu żona i dzieci, w domu są, w domu!». I ludzie jak stali, chcieli czerpać wodę - tam żuraw był taki - i wiadro się oberwało, nie mogli. A potem Bóg zwrócił się ku pogrążonym w modlitwie - a dużo ludzi się zebrało wokół chaty, wszyscy biegają w panice. Dach się spalił, okno, drzwi spłonęły... I zwrócił się Bóg do pogrążonych w modlitwie i mówi: «A teraz wstańcie». Bo ten pożar sam zgasł, od razu, bez pomocy ludzi, bez nikogo. (...) Tak Bóg dał. I Bóg mówi do modlących się: «A teraz wyjdźcie do ludzi». A wszyscy, którzy stali wokół chaty, myśleli, że oni już spłonęli żywcem, bo tam wszystko się zaczęło walić - nawet w dwóch pokojach belki spalone pospadały. Ale tam, gdzie oni się modlili, w przedniej izbie, tam nic się nie stało. «A teraz wyjdźcie do ludu i dajcie się objąć - niech zobaczą, czy czuć was dymem». Kot się spalił, sito wisiało - też spłonęło. A kiedy oni wyszli do ludzi, to ludzie wszyscy aż westchnęli - że oni wyszli żywi, nietknięci. I nikt nie poczuł od nich zapachu dymu" (p. Siergiej, 10.11.2003).

Historia pożaru chaty - przekazywana w różnych wersjach, posiadających jednak wspólny trzon - nosi wszelkie znamiona opowieści hagiograficznej, zmitologizowanej. Jest tu moment mirakularny - zaskakującego samozapalenia i cudownego ugaszenia pożaru; ludzie, którzy rzucili się na pomoc uwięzionej rodzinie Olgi, byli wobec płomieni bezsilni. Pozaludzki charakter zdarzenia ujawnia też chętnie powtarzany szczegół: stojący obok żuraw, którym starano się ciągnąć wodę ze studni, oberwał się nagle, uniemożliwiając akcję ratunkową. Nie obyło się bez ofiar: dom spłonął doszczętnie, a w nim ulubiony kot prorokini, maszyna do szycia i sito. Napięcie fabuły jest budowane stopniowo: śpiącemu / pijanemu mężowi udaje się uciec, wewnątrz pozostają jednak Olga, dzieci i pomocnica Praskowia. Zamiast uciekać padają na kolana i modlą się, nie zważając na śmiertelne zagrożenie. Po cudownym ugaszeniu pożaru wychodzą nietknięci.

Owe "siedem dusz stojących w ogniu", jak będą określani w narracjach, da początek Rodowi Ofiary - świętej linii, w obrębie której przekazywane jest przywództwo (ósma uratowana z pożaru, Praskowia, zostaje na tym etapie wykluczona z grupy jako niepołączona więzami krwi z prorokinią i dziećmi). Wnuczka Olgi, pani Marusia, ujmuje to tak: "Członkowie Ofiary - tak nazywali te dzieci. A potem z tych dzieci przeszło na nas, my jesteśmy z tej samej linii. Krew tych, którzy stali w ogniu, płynie i w naszych żyłach... Przecież oni byli gotowi na śmierć!" (p. Marusia, 31.08.2004).

W tej kluczowej, zawiązującej narrację o Nowym Syjonie opowieści, po raz pierwszy wyraziście ujawnia się motyw ofiary Olgi, która odtąd nosi imię Żertwy Chrystowoj (Ofiary Chrystusowej). Gotowość do poświęcenia życia swojego i dzieci, gotowość do pełnego oddania się Bogu to punkt graniczny, pierwsza i najcięższa z prób, jakie przeszła Olga-prorokini. W płonącym domu nastąpiło uświęcenie krwi, odtąd cenionej równie wysoko jak krew Odkupiciela. Tu też rozpoczyna się mitologia paruzji, powtórnego przyjścia Chrystusa - wcielonego w Olgę, by dokończyć dzieło zbawienia. Pan Siergiej opowiadał: "w Oldze przebywał Jezus Chrystus. [...] On przyszedł raz jeszcze, tym razem jako prorok. Nie jako on sam, ale pod postacią proroka, żeby dalej cierpieć. [...] I zdarzały się takie przypadki, bywało że Bóg ją jakby umartwiał [łożył w Duchie], i przez jej usta przychodziły objawienia. [...] Tak właśnie Bóg umartwiał jej ciało. [To mogło być] w każdym miejscu, gdziekolwiek - czasem na nabożeństwie, czy gdzieś w lesie, czy w polu, na drodze... I po pewnym czasie, przez martwe, przez umartwione ciało, przychodziły objawienia. I było powiedziane: «zapisać je dla wszystkich». I ludzie pisali to, co ona mówiła. Przychodzi objawienie, i ludzie piszą, i piszą, i piszą, kto umiał. A potem ona wstaje - i idą dalej. Ot, tak to było" (p. Siergiej. 25.04.2004).

 

 

Epizod z pożarem chaty stanowił symboliczną inicjację prorokini, powołanie do proroctwa: ogień zapłonął w domu zwykłej wiernej, z płomieni zaś wyszła święta, Nowy Chrystus, Ofiara. Zaczęła odtąd otrzymywać objawienia - według relacji wiernych wpadała wówczas w rodzaj transu, głosząc zmienionym głosem słowa płynące wprost od Ducha. Jej ciało wydawało się martwe, nie reagowała na bodźce: "kiedy mówiła, kiedy przez nią przemawiał Głos - to jej ciało było jakby martwe. A potem nawet profesorowie ją badali, i prostym ludziom było powiedziane, że to znaczy, że to Duch sprawił... Tam nie było widać, co się dzieje, a Mama mówi: «to podnieście mnie!» - a to była taka malutka kobiecina, chudziutka, stareńka. - «No. podnieście!». Nie potrafię powiedzieć ile wtedy miała lat, 70 może... W każdym razie nie mogli jej podnieść. No i wstyd był, że ten człowiek nie może udźwignąć - a on jej nie dowierzał. To siłą spróbował, szarpnął - i umarł" (p. Marusia, 25.08.2005). Historie o karze boskiej za zakłócanie działań proroków - zarówno Olgi, jak i Iwana - powtarzają się w różnych wersjach i wpisują w szeroki kontekst podobnych opowieści lokalnych. Co jednak w naszej historii istotniejsze: Olga, od dnia pożaru wezwana do proroctwa i obdarzona charyzmą, zaczęła głosić nowe Słowo Boże. plan zbawienia i budowy Królestwa Bożego na ziemiach przedwojennych Kresów.

Wszystkie niemal narracje o objawieniach i "otrzymywaniu Głosu" akcentują bierność prorokini - wydaje się narzędziem, przez które "jest mówione", za pośrednictwem którego następują epifanie świętości. Podczas rozmów stany profetyczne były zwykle określane przez sformułowania: "przez Mamę poszedł Głos", "przez Mamę było powiedziane", "ustami Olgi mówiło się". Prorokini pełniła rolę medium, za którego pośrednictwem w codzienność wkraczała transcendencja.

Objawienia obejmowały potępienie postaw współczesnych i zawierały nowy kodeks, podstawy nowej wiary. Syjońskie przykazania piętnowały podnoszenie głosu na bliźniego, zakazywały chodzić zasianymi polami i współżyć z małżonkiem w dzień święty. Zabronione zostało jedzenie wieprzowiny, listę zwierząt czystych ustalono według wskazań Księgi Kapłańskiej - obejmowała drób i parzystokopytne przeżuwacze. Mężczyźni mieli nosić brody, kobiety - fartuchy i chustki na znak pokory, ale i po to, by były zachowane zewnętrzne wyróżniki stroju męskiego i damskiego. Jako dzień święty została wskazana sobota. Świętowanie miało rozpoczynać się o zachodzie słońca w piątek, do sobotniego wieczora wstrzymywano się od jakichkolwiek prac. Mniejszymi nieco rygorami było obwarowane celebrowanie niedzieli, upamiętniającej śmierć Syna na krzyżu.

Samotna Olga - wówczas aktywna działaczka ruchu zielonoświątkowego - nie znajdowała jednak chętnych do realizacji głoszonego planu. Została wypchnięta na margines czy wręcz odrzucona przez wspólnotę protestantów jako heretyczka i buntowniczka. Potrzebowała wsparcia, partnera, egzekutora projektu. Przytłoczona ciężarem nowej misji modliła się o pomoc. Bóg zaś odpowiedział: "pocierpisz jeszcze 12 dni, a potem Ja ci ześlę drugiego męża, męża od serca" (p. Siergiej. 10.11.2003). Pora więc wprowadzić na scenę drugiego z głównych bohaterów.

Iwan Muraszko

Rodowód drugiego z proroków jest analogiczny do historii Olgi, choć zdecydowanie bardziej urozmaicony. Urodzony w 1891 r. wśród prawosławnych, na białoruskiej Kosowszczyźnie, przez pierwsze lata edukacji przygotowywał się do zawodu nauczyciela, planował również życie mnisze. Jak opowiadał pan Siergiej: "on się urodził we wsi Razmierki. Tu, u nas, niedaleko. To był wnuk prawosławnego duchownego. W dzieciństwie dziadek zabierał go do cerkwi, i on modlił się do Boga, stawiał świeczki. Kiedy podrósł, skończył szkołę i otrzymał wykształcenie nauczyciela języka rosyjskiego - ale nie został nauczycielem. Ciągnęły go podróże, więc pojechał na Syberię, bo wiedział, że tam zsyłali uczonych. A potem wyjechał do Ameryki, bo słyszał, że tam się ludziom dobrze żyje. A wszystko to, co opowiadam, to było jeszcze przed rewolucją, przed 17 rokiem. Pojechał do Ameryki, i tam w Ameryce spotkał zielonoświątkowców" (p. Siergiej. 10.11.2003) *[W 1913 Muraszko wyemigrował do Ameryki - najpierw do Kanady, a dwa lata później do Stanów Zjednoczonych, gdzie pozostał do 1925 r. W Nowym Jorku przystąpił do ruchu baptystycznego. z którego niebawem odszedł, by dołączyć do zielonoświątkowców. Na emigracji miał wydać dwie broszury: Czego zabrania i co nakazuje Słowo Boże (1922) oraz Bóg kocha was - czy kochacie wy jego (1923); redagował też podobno i własnym sumptem drukował pismo "Swiet błagodati" na łamach którego rozwijał swe religijne interpretacje.].

Według większości moich rozmówców Iwan na początku lat 30. XX w. był już wśród zielonoświątkowców znaczącą postacią. Prowadził nabożeństwa, jeździł po okolicy, zakładając kolejne wspólnoty wiernych i domy modlitwy, cieszył się estymą i autorytetem. Miały mu w tym pomagać wrodzone zdolności przywódcze, srogość i wewnętrzna siła wyczuwana przez tych, którzy się z nim zetknęli. Długie, czarne włosy i ciemne, magnetyczne oczy nadawały mu wygląd posępny, nieco straszny; wielu wspomina, że wierni bali się gniewu Iwana. Inni twierdzą, że posługiwał się hipnozą, by przekonać słuchaczy. Rygory nakładane na otoczenie odbiły się także w ścieżce, jaką Muraszko wyznaczył dla siebie - w młodości miał złożyć śluby bezżeństwa i czystości, wybierając quasi-mniszy żywot wśród ludzi, życie wędrownego kaznodziei.

Do kanonicznej wersji historii początków Syjonu należy wątek niemoty Iwana: przez pięć lat i osiem miesięcy poprzedzających spotkanie z Olgą miał milczeć, używając głosu jedynie podczas nabożeństw i kazań, komunikując się z otoczeniem poprzez zdania zapisywane na noszonej na piersi tabliczce. Pan Siergiej ujął to następująco: "on był niemy, nie rozmawiał z ludźmi. Gdy ktoś go o coś pytał, zapisywał odpowiedź na takiej deseczce. Za to kiedy przychodził na nabożeństwo, kiedy ludzie zbierali się, by pomodlić się do Boga, wtedy Bóg otwiera! mu usta, wtedy mógł mówić i wygłaszać kazania. I polskie władze to zauważyły, oni myśleli, że to wariat jakiś, no - udaje, czy co? - to mówi, to nie mówi... Więc zabrali go do Warszawy i posadzili w szpitalu psychiatrycznym" (p. Siergiej, 10.11.2003)*[Muraszko w 1934 r. przez trzy miesiące leczył się u szpitalu psychiatrycznym w Tworkach - lekarze mieli zdiagnozować u niego "paranoję [...] o wyraźnie egotycznym, afektywnym zabarwieniu. Jest wyraźnie wygórowane poczucie swej wartości i mądrości indywidualnych, głęboka wiara w siebie - ale i obok tego jakaś niepewność, jakby podświadome poczucie braku czegoś... Stopniowy, powolny rozwój, rozbudowa systematu, który obecnie ma wszelkie cechy urojeń wielkościowych".]. Opowieść ta zwraca uwagę na jeszcze jeden istotny poziom odniesienia mogący otworzyć ścieżkę interpretacji dziejów proroków Syjonu: rezygnacja z języka, z ludzkiej mowy na rzecz milczenia, interpretowana przez władze jako objaw szaleństwa, zbliża Iwana do postaci ruskich jurodiwych, opisywanych przez Cezarego Wodzińskiego. Kanon jurodskich hagiografii obejmował wątki świadomego porzucenia języka ludzi na rzecz boskiego-szalonego milczenia, podważającego sens ludzkiej gadaniny i będącego ekspresją obcości i braku zakorzenienia w świecie, mirie. Podobne intuicje zdradzał pan Siergiej: "w Biblii jest taki prorok... No, który tam niemy chodził? A na przykład Izajasz chodził trzy lata całkiem nagi - goły chodził. Bo prorocy Boży wypełniają wolę, to, co Bóg im każe - oni nie słuchają się ludzi. Więc ludzie zwykle śmiali się z Bożych proroków. No a teraz jak jest? Gdyby teraz ktoś poszedł goły spacerować po mieście? Powiedzieliby: «nienormalny człowiek!». A taki Jeremiasz - on pięć lat nosił na szyi jarzmo, chomąto - założył chomąto i wszędzie z tym chomątem chodził. Z niego też się śmiali. No i tak samo Muraszce Bóg powiedział, że ma tak robić - i on robił. To są wszystko Boży posłannicy, słudzy Boży" (p. Siergiej, 10.11.2003).

 

 

Iwan, odrzucający spokojne, chłopskie życie w rodzinnych Razmierkach, rezygnujący z pracy gospodarza i wybierający tułaczkę, przychodzący znikąd, nigdzie niezakorzeniony i milczący, wpasowuje się w model zarysowany przez Wodzińskiego - przynajmniej jako postać dewianta, odstępcy w imię Boże. Do wątku jurodiwych przyjdzie tu jeszcze powrócić, przyjrzyjmy się tymczasem dalszym losom dziwnego Iwana.

Spotkanie

Olga uzyskała już zatem wezwanie do proroctwa, przeszła próbę ognia, stając się Ofiarą Chrystusową, w objawieniach otrzymała nowe przykazania i regulacje dotyczące codziennego życia wiernych. Bóg obiecał jej ponadto, iż niebawem los się odmieni, że dane jej będzie porzucić życie u boku męża-pijaka i rozpocząć nowe, w świętości. Iwan nadal jest niemym przywódcą protestanckim, nieświadomym jeszcze swego powołania w Bożym planie.

Do spotkania doszło około 1932 r. we wsi Olszany, na wołyńskim zjeździe zielonoświątkowców. Pomocnikowi Iwana, Jakubowi Lemiezie, doniesiono, że wśród zgromadzonych wiernych znajduje się heretyczka łamiąca zasady wiary i nawołująca innych do naśladownictwa. Zaniepokojony Lemieza miał się zwrócić o radę do Muraszki. Ten kazał wezwać do siebie buntowniczkę, by wysłuchać jej racji. Jedna z kominternowskich syjonistek opowiadała: "w tym czasie, gdy Mama pościła - to wtedy Ojciec juz pięć lat i osiem miesięcy chodził niemy. I było to nabożeństwo zielonoświątkowców - tam były uroczystości, śpiewy, tańce... To wszystko jest dozwolone u zielonoświątkowców. I kiedy skończyło się nabożeństwo - Ojciec wtedy zwykle wygłaszał kazania, a Mama siedziała na ławeczce przy wyjściu. No i tam zaczęli się żalić, że jest wśród nich taka jedna kobieta... Bo wtedy Mama już chodziła i opowiadała o Syjonie, o nowych przykazaniach - że sobota, że słonina, że brody... Ona wtedy już wiedziała o tych nowych rzeczach i przeciwstawiała się ich [zielonoświątkowców] prawom. No i im się te nowości nie podobały, nie odpowiadało im to. I poskarżyli się Ojcu: «u nas |jest taka kobieta, psuje nam nabożeństwa! Jakieś nowe prawa chce wprowadzać!». - «A co to za kobieta?» - zapisuje na tabliczce, albo może mógł mówić wtedy. Pokazali mu ją, zawołali bliżej, wszystko objaśnili. Więc Ojciec ją pyta jak to się wszystko zaczęło. I ona mu opowiedziała jak przeszli przez ogień. A on na to: «nic nie mam przeciwko tej kobiecie! Jeśli jej ogień nie wziął - to ja nie mogę nic [złego] o niej powiedzieć». Ona mu opowiedziała całą swoją historię - i on wtedy zrozumiał" (p. Nadia, 14.09.2006). Wobec wstępnej aprobaty Iwana Olga miała mu oznajmić, że zostanie jej mężem i towarzyszem, porzuci zielonoświątkową wspólnotę, że razem pójdą nową drogą. Jak można się domyślać, tak śmiałe postawienie sprawy musiało spotkać się z żywym sprzeciwem Muraszki - zwłaszcza że złożył śluby czystości i bezżeństwa, Olga zaś była juz zamężna i wychowywała sześcioro dzieci.

Tu w przestrzeń narracji ponownie wkracza faktor nadprzyrodzony: "Mama mówi: «jeśli nie posłuchasz - znaczy: wszystkie twoje wysiłki na nic! Poniesiesz jeszcze karę nawet, jeśli nie posłuchasz!» Iwan się wystraszył i poszli razem do Lemiezy, czy do kogoś tam, poszli zobaczyć, co powie. A Prawitiel nie daje zgody na ślub, skoro Mama jest zamężna. Wyobraź sobie - męża miała! To przecież cudzołóstwo! A tu ślub! I nie zgadza się Prawitiel, nie zgadza się Ojciec - i na trzy dni zrobili się ślepi i niemi. Ślepi leżeli. J. Ch.: To Mama Syjonu to sprawiła? p. Nadia: To Głos Boży przez usta Mamy to sprawił. I zamknęły się ich usta, skołowaciał język - i przez te trzy dni zobaczyli, że w tym jest siła. I po tym się zgodzili. Prawitiel dał im ślub - i poszli rozgłaszać nowe syjońskie przykazania. Od tej pory Ojciec znów zaczął mówić, usta mu się otworzyły. Bo do tej pory był niemy. J. Ch.: I on poszedł z Mamą? p. Nadia: Tak" (p. Nadia, 14.09.2006). Trzy dni spędzili Iwan Muraszko i Jakub Lemieza w letargu - pozbawieni zmysłów, bezwładni. Po przejściu tej próby obydwaj mieli ulec przemianie: Iwan przebudził się jako prorok, Ojciec Syjonu, nowy Ilja mający przygotować ścieżkę Mesjaszowi. Lemieza natomiast otrzymał zaszczytne miano nowego Jana Chrzciciela, towarzysząc odtąd prorokom jako pierwszy pomocnik - Prawitiel.

Powtórzony zostaje motyw inicjacji do proroctwa - przemiana Olgi miała miejsce podczas pożaru domu, będącego próbą ognia, Muraszko natomiast symbolicznie umarł ciałem, by duchem odrodzić się w nowej roli. Czas trwania metamorfozy można interpretować w luźnym odniesieniu do Triduum Paschalnego - choć w tym duecie to Olga symbolizuje Chrystusa w paruzji Nowi prorocy ruszyli więc razem już budować nową rzeczywistość, opuszczając zgromadzenie zielonoświątkowe wraz z garstką pierwszych entuzjastycznych wyznawców. Ona - mistyczka otrzymująca w transie objawienia, gotowa oddać krew dla odkupienia grzechów; on - srogi przywódca, sprawny organizator i egzekutor Bożej woli. Prorocza para według narracji moich rozmówców dopełniała się znakomicie: on - srogi Ojciec, przywódca zdolny nawet do werbalnej i fizycznej przemocy; ona - ciepła, łagodna i opiekuńcza Mama, pokornie przyjmująca i wprowadzająca w życie boskie zalecenia. Pani Marusia. wnuczka prorokini, tak przedstawiała relacje między przywódcami: "J. Ch.: Między Muraszką i Olgą były jakieś różnice w wyznaniu wiary? p. Marusia: Nie, nie było. Ojciec zawsze podporządkowywał się Oldze. Co ona powie - on zawsze robił, słuchał się jej. J. Ch.: Więc Olga była ważniejsza? p. Marusia: Oczywiście! Toż to ona wszystko mówiła, a Ojciec wypełniał to, co ona mu poleciła. On się jej słuchał, podporządkowywał się. No - tyle że Ojciec był srogi. Jeśli ktoś tam zgrzeszył - to on karał za to. [...] Mówią, że Mama była bardzo łagodna, dobra - wszystkim współczuła, na nikogo nie krzyczała. Za to Ojciec, jak ktoś zgrzeszył, czy kiedy dzieci były niegrzeczne - to karał. A jak? - Rózgi były. To była kara dla dzieci za nieposłuszeństwo. I Ojciec tak: «tobie się należy trzy albo pięć rózg». I ktoś tam ich bił tymi rózgami... No - oczywiście, jeśli wspólnota taka duża, to porządek, dyscyplina musi być. Bo jak dyscypliny nie będzie, to będzie co kto chce" (p. Marusia. 30.08.2004).

Stanowili paradoksalną parę: Olga porzuciła dzieci i męża, by żyć ("jak brat z siostrą", nie omieszkają dodać wierni) z młodszym mężczyzną, który wiele lat wcześniej złożył przed Bogiem zobowiązanie bezżeństwa. Przełamywali stereotypy relacji między płciami, swoim postępowaniem negowali model życia rodzinnego, wzorce czuwającej nad domowym ogniskiem matki i troszczącego się o gospodarstwo ojca - po to, by być Ojcem i Mamą Syjonu w nowym, boskim porządku. W muraszkowskiej narracji te sprzeczności zostają przezwyciężone: "oboje byli ważni. A co? Co znaczy: kto ważniejszy? Mama cierpiała kiedy były cięte rany, i Ojciec też cierpiał - Syjon dźwigał na własnych barkach, jak trzeba było iść przeciw ludowi, kiedy trzeba było z domu odejść. [...] Oni stworzyli tę naszą wspólnotę razem, we dwoje. J. Ch.: A na przykład nabożeństwa kto prowadził? p. Sinaja: Różnie. Bywało, że Mama martwiała [liegała Duchom], a Ojciec zapisywał. On umiał pisać. Skończył 10 klas i uczył się na duchownego - tak mi opowiadał dziadek, że się kształcił na duchownego. Oni we dwoje czekali aż przyjdzie Chrystus. On mówił: «kiedy Chrystus przyjdzie, to do mnie pierwszego». On taki był blisko Boga, służył Bogu. I pisać umiał... I widzisz, jak się potem porobiło: Mama była Chrystusem, i do niego przyszła. Widzisz, jak się porobiło'" (p. Sinaja, 6.11.2005).

Muraszko był według syjońskiej wykładni prorokiem Ilją, mającym poprzedzić nadejście Mesjasza w paruzji i przygotować wiernych na Jego przyjęcie. Swym "zniknięciem" w historii biblijnej, gdy na ognistym rydwanie udaje się wprost przed oblicze Ojca, Eliasz prefiguruje mające nastąpić zmartwychwstanie i wniebowstąpienie Chrystusa. Martin Bocian dodaje, że to jedna z najpopularniejszych postaci folkloru żydowskiego - jako nauczyciel i prekursor Mesjasza miał pomagać biednym i potrzebującym, udzielając duchowego wsparcia. By oddać głos wiernej: "u Malachiasza jest napisane, że Eliasz przyjdzie najpierw pogodzić ludzi... J. Ch.: ...i przygotować drogę na przyjście Chrystusa. p. Sinaja: O to, to. Więc on przyszedł jako Eliasz, a Mama przyszła jako Chrystus - żeby ludzi pogodzić, żeby ród ludzki nie upadł. No a Eliasz co? - Jak Chrystus miał przyjść, to Mu powiedzieli, że najpierw, przed nim, powinien przyjść Eliasz. I teraz było tak samo, ta sama historia - Przyjście... To wszystko trzeba w ten sposób odczytywać, wtedy będzie jasne" (p. Sinaja. 6.11.2005).

Innym, otwierającym szerokie pole interpretacji odniesieniem są żywoty ruskich jurodiwych. Świętych szaleńców łączy z naszymi prorokami szereg analogii. Na wstępie muszę jednak zaznaczyć pośrednie jedynie, nieproste związki łączące założycieli Syjonu z postaciami opisywanymi przez C. Wodzińskiego. Podczas gdy "oryginalni" jurodiwi realizowali model ucieczki od świata i pełnej paradoksów walki z zastaną rzeczywistością, Iwan i Olga większość swych wysiłków poświęcili budowie nowego, pozytywnego i świętego świata dla swych wiernych. Gdy szaleńcy Chrystusowi borykali się z miejskimi Babilonami Moskwy czy Kijowa, nasi prorocy wędrowali od wsi do wsi, przemierzając pola i lasy Polesia.

Rezygnacja Muraszki z "normalnego" życia na łonie rodziny, jego śluby bezżeństwa i ponad pięcioletnie milczenie mogłyby uczynić z niego jurodiwego. Podobnie realizowane przez lata stranstwo, tułaczka kaznodziei negującego zastane wzorce i potępiającego postawy ludzi, z którymi się stykał. Za Wodzińskim: nasz prorok nie "był", a "bywał" - obcy dla wszystkich, protestujący samotnik, dobrowolnie wybierający ascezę. Niemota, "idealny język jurodiwego", podobnie jak praktyki glosolaliczne, zbliżają go do wzorca szaleńca w Chrystusie, pozwalając zrozumieć związki muraszkowskiej wiary z tradycjami folkloru ruskiego.

Ten interpretacyjny klucz otwiera jednak znacznie więcej drzwi w przypadku Olgi, która w swym niejednoznacznym mistycyzmie zbliża się do jurodiwych jeszcze bardziej. Jej cudowne "przebudzenie do proroctwa" podczas pożaru chaty, utrwalone na fotograficznych kliszach obnażenie podczas obrzędów zdjęcia pieczęci, porzucenie męża i dzieci, wreszcie ostateczne samopoświęcenie podczas krwawych ofiar - wszystko to składa się na wzorzec typowej dla jurodiwego śmierci dla świata. Wiele może wyjaśnić zastosowanie teorii Wodzińskiego do tajemniczego obrzędu skowanija drakona, o którym będzie tu jeszcze mowa - gdy Iwan i Olga własnymi rękami postanowili zakuć w łańcuchy biesa wodzącego wiernych na pokuszenie. Prorokini udaje uległość - pritworiajetsia, jak stwierdza Wodziński - i zwycięża Lucyfera sprytem, nie siłą; własną krwią zapieczętowuje jego grób, by uniemożliwić dalszą działalność. Wreszcie następuje tajemnicze zniknięcie" proroków ze sceny naszego przedstawienia - nagłe i niespodziewane, jak na jurodiwych przystało.

Wiele z poczynań proroków budziło i do dziś budzi zdziwienie, niekiedy wręcz oburzenie. Są paradoksalne, niezrozumiale, czytelne jedynie dla tych, którzy uwierzą. Jak ruscy szaleńcy, Iwan i Olga urągali światu, wystawili go na próbę, by móc stworzyć nową rzeczywistość: zapowiadany w objawieniach Nowy Syjon.

Nowy Syjon

Formowanie hierarchii

Grupa heretyków zaczęła niebawem krzepnąć w rodzaj struktury - dość płynnej i silnie symbolicznej, nawiązującej do organizacji pierwszych gmin chrześcijańskich. Na czele stanęli Święci Rodzice - Olga jako Mama Syjonu, Ofiara Chrystusowa i Zbawiciel w paruzji, Iwan zaś jako Ojciec Syjonu i prorok Ilja, torujący drogę Mesjaszowi. Jak zobaczymy, lista przydomków zostanie poszerzona o określenie Anioł Przymierza - Muraszko występował bowiem w roli anioła pomagającego zawrzeć ponowne porozumienie między Stwórcą i wiernymi. Jakub Lemieza otrzymał miano Jana Chrzciciela oraz funkcję Prawitiela - zarządcy wspólnoty, będącego prawą ręką proroków.

Spośród wiernych zostało niebawem wyłonionych 12 apostołów wyższego rzędu i kolejnych parunastu uczniów. Apostołowie otrzymali imiona nowotestamentowe, każdemu powierzono zwierzchność nad lokalną wspólnotą syjonistów. Wierni wspominają, że ich funkcje zostały uświęcone przez akt ofiarny Olgi - wybrańców obmyto krwią prorokini, zbieraną podczas obrzędów zdjęcia pieczęci, o których szerzej mowa będzie nieco później. W narracji pani Nadii: "zaczęła się tworzyć duchowa władza. Po tym, jak oni się zeszli, niebawem wybrali 12 apostołów. To przez Mamę, przez Głos poszło - naznaczali ich. I chodzili rozpowszechniać [Syjon]. J. Ch.: Przez Mamę było powiedziane kto będzie apostołem? p. Nadia: No - oni razem. I wtedy zaczęło się też cięcie ran. A każda rana miała swoje znaczenie. J. Ch.: Jakie na przykład? p. Nadia: (zniża głos) No na przykład tu była rana, na kobiecych narządach rodnych - to za grzech Adamowy. Ja przy tym nie byłam, nie mogę... No i za każdego apostoła też była wyrzezana rana. Każda rana miała znaczenie! Bo ci ludzie - oni przecież przyszli z mira! Oni się w ten sposób oczyszczali. [...] I na ciele, na tym tutaj [wskazuje łono] było za grzech Adamowy - żeby już się nie powtórzył. I wtedy władze wybrali: 12 apostołów i 12 kobiet" (p. Nadia, 14.09.2006). Szczególnie istotny wydaje się w tym fragmencie wątek oczyszczenia apostołów przed objęciem funkcji duchowej - obmycie krwią prorokini zmywało wszelkie grzechy przyniesione z mira, stanowiąc inicjację do nowej, świętej wspólnoty.

Do zadań apostolskich należało prowadzenie nabożeństw, udzielanie ślubów i celebracja muraszkowskich pogrzebów. Funkcje sakralne przydzielono również kobietom - kilkanaście spośród wiernych otrzymało rangę diakonic, będącą analogiem męskiego apostolstwa. Zostali wybrani również rzeźnicy odpowiedzialni za zgodny z rytuałem ubój, obejmujący modlitwę nad duszą zwierzęcia i oczyszczenie mięsa z krwi.

Prozelityzm

Budowa Nowego Syjonu wymagała zgromadzenia ludzi, szerzenia nowych idei wśród maluczkich. Jak podkreślają syjoniści, prorocy apelowali przede wszystkim do najbiedniejszych, do Poleszuków - ci bowiem mieli relatywnie najmniej do stracenia. Do głoszenia słów kolejnych objawień wśród ludu zaangażowani zostali apostołowie - chodzili od wsi do wsi, organizując nabożeństwa i nakłaniając do przystąpienia do formującej się, z każdym dniem większej wspólnoty. Córka jednego z uczniów duchowych, Stefana Stasiewicza, wspominała: "jak mój tata i mama posłuchali tych proroków - to poszło wezwanie, że trzeba iść rozgłaszać dziesięć przykazań, bo będzie nieszczęście, ludzie zginą. Oni w to uwierzyli - i chodzili. A jak pójdą, to chodzili i dwa miesiące, i trzy miesiące - wędrowali po Polsce. Nawet do więzienia ich tam sadzali... A rodzina? No - żona, moja mama sama [została], a taty i miesiąc nie ma w domu, a trzeba dziećmi się opiekować, ziemię uprawiać... Tata przyszedł - brudny! Boże, jaki brudny. I jak tylko się umył - z powrotem w drogę - «Przyjmijcie! Obwieszczajcie!» - żeby lud przyjął przykazania" (p. Nadia, 30.08.2004).

Prozelitów przyjmowano różnie - w białoruskiej miejscowości Motol proroków posłuchała niemal cała wieś, ukształtowało się tam silne centrum syjońskie prowadzone przez apostoła Jana, działał dom modlitwy. Bywało jednak i tak, że Muraszkę i jego popleczników odbierano mniej entuzjastycznie. Do kanonu opowieści o prorokach należy historia "bitwy" we wsi Woskodawy, gdzie podczas obrzędu zdjęcia pieczęci prawosławni mieli napaść na pogrążonych w modlitwie syjonistów. W psałterzu znajduje się hagiograficzna relacja z tych zdarzeń. Sprawa jest dość ciekawa: psalm 135 powstał w języku polskim, używanym często przez Muraszkę do kontaktów oficjalnych, formalnych. Zanotowano go natomiast w cyrylicy, w zapisie fonetycznym. Paradoksalnie byłam pierwszą od wielu lat osobą, która mogła pomóc pododeskim syjonistom przełożyć tekst modlitwy, którą odmawiają podczas nabożeństw. Tekst przytaczam w grafii polskiej:

 

"Dzień czwarty, piąty, szósty maja jest wielkim świętem na cześć świętej krwi,

Którą Syn Boży wylał na krzyżu, która dosięgła do naszych dni.

Krew święta płynie przez wiele wieków, bo ją wylała za świętych wróg

Święci zaś idą w ślad za Jezusem, aby zwyciężyć niebiesnych dróg.

Krew przenajświętsza z góry Golgoty do góry Syjon płynie bez zmian,

By ostatecznie zwyciężyć wroga płynie z Ofiary, z najświętszych ran.

Ofiara święta jest ta niewiasta, na którą położył Bóg dzieło swe

Posłuszna Bogu jest aż do śmierci, czego Bóg żądał nie zrzekła się.

Zażądał Pan Bóg, aby z jej ciała przez cięte rany płynęła krew,

Cięte rękami męża świętego, który usłyszał też Boży zew.

Pan Bóg jej mówi, by na jej ciele brzytwą wyżynał rany jej mąż,

By zgładzić grzech, który w rozkoszy Ewa zrobiła, gdy skusił wąż.

Najpierw z siedmiu ran krew najświętsza przeobficie trzykroć szła zeń,

Potem z trzynastu czwartego maja, płynie od rana przez cały dzień.

A szatan, widząc swej władzy koniec, bo zguba jego w najświętszej krwi

Zebrał swe sługi z całej gromady, by dzieło zniszczyć, w czym miłość tkwi!

Wieś prawosławna z namowy księdza dom okrążyła, by świętych bić,

Drzwi wyłamali, okna wybili, do świętych nie mogli dostąpić.

Pan Bóg dał swoją czapkę niewidkę na głowy świętych proroków swych,

A pod tę czapkę też się schronili ci, co stawali w obronie ich.

Wróg nie dał rady, bo Anioł Boży przyszedł go związać na 1000 lat, Aby nie zwodził więcej narodów i grzechu z ziemi zaginął ślad!".

 

(psalm 135 zapisany w syjońskim psałterzu *[Psałterz, używany podczas syjońskich nabożeństw, zawiera teksty nawiązujące do historii proroków oraz pieśni zaczerpnięte z Biblii i wydawnictw protestanckich (głównie zielonoswiątkowych)])

 

Tekst w skompaktowanej formie przekazuje narrację o wydarzeniu będącym w muraszkowskiej historii jednym z punktów "zagęszczenia sakralności" - obrzęd zdjęcia pieczęci w Woskodawach, przeprowadzony w 1933 r.. był jednym z największych; rany miały pozostać otwarte przez trzy dni, wtedy też został odkupiony grzech Adamowy - Muraszko miał ciąć brzytwą rany na łonie prorokini, by anulować kusicielski i grzeszny aspekt kobiecości. Psalm zawiera kluczowe metafory: proroków jako świętych mężów, pozostających pod bezpośrednią opieką Boga (motyw czapki niewidki jest zresztą jednym z ulubionych, często przytaczanych przez rozmówców); szatana wcielającego się w prawosławnych-mirskich, by zniszczyć dzieło odkupienia grzechów; wreszcie wątek świętej krwi i ofiary Olgi. będącej Chrystusem w paruzji.

Narracja ta zachowała się również w przekazie bezpośrednim. Pani Nadia opowiadała o roli swego ojca, Stefana Stasiewicza, w woskodawskiej zawierusze: "kiedy było zdjęcie pieczęci - to prawosławni napadli na ten dom, w którym to się odbywało. Mój tata tam był, i wielu innych. I oni na nich napadli, żeby ich zniszczyć. Oj, jak napadli! To ci z cerkwi, prawosławni tak źle byli nastawieni. Z widłami, kto z czym mógł przychodził. J. Ch.: To było w Nowej Jerozolimie? p. Nadia: Nie, w Woskodawach. To była prawdziwa bitwa. I mój tata... oni go wyciągnęli z chaty za nogi na ulicę, on stracił przytomność. A potem zdał sobie sprawę, że musi Anioła Przymierza chronić jak źrenicę własnego oka. I wróciła mu pamięć, a on był przecież nieprzytomny. I rzucił się do tego domu, i własną piersią zasłaniał, żeby oni tam Iwana nie... A Mama Syjonu na piecu się schowała" (p. Nadia, 14.09.2006). Historia ta naświetla poziom napięcia, które - w niektórych przynajmniej przypadkach - utrzymywało się w relacjach syjonistów z otoczeniem. Moi mirscy rozmówcy białoruscy wspominali, jak w ramach dziecinnych zabaw chodzili podglądać muraszkowskie modlitwy i rzucali w okna domów kamienie. Słyszałam również o praktyce łapania wracających ze szkoły do domu syjońskich dzieci i smarowaniu ich twarzy zakazaną wiernym słoniną.

Pierwsze miesiące po spotkaniu proroków wypełniały więc akcje misyjne, wyprawy apostołów Nowego Syjonu w poszukiwaniu wiernych. Kształtowały się lokalne wspólnoty skupione wokół przywódców-pomazańców. Iwan i Olga również żyli w drodze, przygotowując nowy naród wybrany do zasiedlenia wołyńskiej ziemi obiecanej.

Budowanie świętej wspólnoty

W miarę krzepnięcia pierwszej grupki heretyków w zorganizowaną i zhierarchizowaną wspólnotę rozbudowie ulegała muraszkowska metaforyka. Wierni tworzyli symboliczną rodzinę, na której czele stali Ojciec i Mama Syjonu, zaś szeregowi syjoniści zwracali się do siebie per brat / siostra. Równolegle z nomenklaturą rodzinną funkcjonowała metafora nowego narodu wybranego - potomków Dawida, Nowego Jeruzalem skupionego wokół Syjonu, szczytu świętości uosobionego przez proroków i potomków Olgi.

Krew

Punkt centralny symbolicznego uniwersum muraszkowców stanowiła święta krew - krew Olgi, zsakralizowana poprzez próbę ognia podczas pożaru chaty, gdy prorokini został objawiony Boży plan. Szczególną pozycję wśród wiernych mieli członkowie Rodu Ofiary, w których żyłach również płynęła uświęcona krew. Symbolika ta ma dla syjonistów kluczowe znaczenie: ogniskuje wierzenia dotyczące duszy, organizuje życie kultowe, była też źródłem najbardziej chyba fascynujących spośród muraszkowskich obrzędów, polegających na krwawej ofierze. Służy uzasadnieniu mitologii nowego narodu wybranego, z którym utożsamiają się wierni. Praktyki związane z krwią mają paradoksalny odcień: przelana inaczej niż podczas rytu ofiarnego jest silnie nieczysta, ofiarowana Bogu staje się substancją najświętszą.

1. Kult i życie codzienne. Krew jest w życiu codziennym syjonistów obwarowana szeregiem zakazów, wynikających z wiary w obecność w niej duszy. Metody uboju są ściśle określone, stanowią zresztą dokładny analog zasad dotyczących koszerowania mięsa u Żydów. Zabijane zwierzę musi być czyste - według klasyfikacji zawartych w Księdze Kapłańskiej, musi być też zdrowe i dorodne. Prawo uboju mają jedynie wyłonieni spośród wiernych rzeźnicy, znający odpowiednie modlitwy. Powinni zabijać tak, by zwierzę jak najmniej cierpiało, następnie zaś mają obowiązek starannie oczyścić mięso z krwi i zakopać ją w ustronnym miejscu. Pani Katia, krewna jednego z kominternowskich rzeźników, opowiadała: "przynoszą zwierzę, dorodne powinno być. Związują mu nóżki i przychodzi ten człowiek, który zna modlitwy - toż za każdą kosteczkę trzeba się modlić! I ten rzeźnik modli się za każdą kosteczkę. Ja wiem, bo mojej synowej brat jest rzeźnikiem. Odmawia się modlitwę specjalną, i wtedy on podrzyna [gardło], i krew ścieka, i tę krew zakopują od razu, bo krwi nie wolno nigdzie wylewać. Jest miska taka i ta krew tam cieknie, cała ścieka do miski. I potem namaczają to mięso przez co najmniej trzy-cztery godziny. Mięso powinno się wymoczyć - krew powinna z niego wyjść. Bo krew to życie. Krew musi wyjść" (p. Katia, 13.09.2006). Gospodynie, przygotowując potrawy mięsne, nacierają mięso solą i moczą w wodzie, by pozbyć się pozostałości zakazanej substancji.

Menstruacja i połóg, związane z nieczystą krwią kobiecą, to okresy czasowego odsunięcia od życia sakralnego; obowiązuje wówczas również zakaz współżycia seksualnego. Krew, w którejkolwiek z wymienionych postaci, jest przez muraszkowców tabuizowana jako kalająca. Jak zobaczymy nieco dalej, paradoksalnie staje się substancją świętą, posiadającą moc oczyszczającą, jeśli tylko należy do któregoś z członków Rodu Ofiary. Żadne z wyżej opisanych wierzeń i ograniczeń nie odnosi się więc do krwi prorokini Olgi, krwi Ofiary Chrystusowej, będącej w innym - sakralnym - porządku.

 

 

2. Dusza. Syjoniści wierzą, że we krwi ma swe siedlisko dusza. Czerpią z Księgi Kapłańskiej: "Bo życie ciała jest we krwi, a Ja dopuściłem ją dla was [tylko] na ołtarzu, aby dokonywała przebłagania za wasze życie, ponieważ krew jest przebłaganiem za życie. Dlatego dałem nakaz Izraelitom: Nikt z was nie będzie spożywał krwi. Także i przybysz, który się osiedlił wśród was, nie będzie spożywał krwi. Jeżeli kto z Izraelitów albo z przybyszów, którzy się osiedlili między wami, upoluje zwierzynę jadalną, zwierzę lub ptaka, wypuści jego krew i przykryje ją ziemią. Bo życie wszelkiego ciała jest we krwi jego - dlatego dałem nakaz synom Izraela: nie będziecie spożywać krwi żadnego ciała, bo życie wszelkiego ciała jest w jego krwi. Ktokolwiek by ją spożywał, zostanie wyłączony" (Kpł 17, 10-14). Wiara w obecność duszy we krwi ma przełożenie na praktykę życiową: na płaszczyźnie codziennych przykazań religijnych zaowocowała wykształceniem funkcji rzeźnika, odpowiadającego za rytualny ubój - z modlitwą mającą oswobodzić duszę zabijanego zwierzęcia.

Ta wzmianka odsyła nas do kolejnego poziomu: duszę postrzegają muraszkowcy jako wieczną, wędrującą między kolejnymi wcieleniami. Dusza grzesznika w ramach kary odrodzi się w zwierzęciu i tam będzie pokutować do momentu wyzwolenia. Człowiek prawy może wierzyć, że jego dusza po śmierci przejdzie w ciało osoby dobrej i posłusznej przykazaniom, stopniowo ewoluując ku świętości. Syjonistka z wołyńskiego Sielca tłumaczyła mi: "dusza może wejść w dowolne ciało. Może w ptaka, w rybę... Jeśli sobie zasłużysz, to i w ciało psa pójdziesz, i tam będziesz. «Bo Ja cię posłałem do Gehenny» - mówi Bóg. (...) Jeśli zarżnąłeś zwierzę - to i ciebie zarżną, ciebie będą jeść. Bo Bóg dokąd zechce, tam i pośle. Jak cię pośle w zwierzę - będą cię jeść. Ja tak nie chcę... J. Ch.: A jeśli duszę grzesznika Bóg ześle na przykład w psa, albo w ciało jakiegoś innego zwierzęcia - to jak taka dusza może się uwolnić? Jak dalej ma iść? p. Katia: No - jeśli trafi na siedem lat w ciało psa za jakieś przestępstwo, to po siedmiu latach ona wraca w ciało człowieka. Ot - jeśli nagrzeszysz, to przez siedem lat będziesz psem" (p. Katia, 10.11.2005).

Takie postrzeganie losów duszy - która może trafić również do ciała zwierzęcia - wpływa na stosunek muraszkowców do wszelkich stworzeń: trzymane w gospodarstwie zwierzęta są zadbane i dobrze karmione, wierni potępiają brutalny stosunek mirskich do hodowanego bydła. Funkcjonują też opowieści o odczytywaniu przez prorokinię Olgę losów duszy spotkanego przygodnie zwierzęcia: "i szedł koń, jechał w stronę Mamy. A Mama mówi: czemu biłeś matkę [dosł. na szczo ty mamy ruku perebił]? Widzisz - Mamie było objawione, że dusza tego konia, to była dusza takiego człowieka, który własną matkę znieważył, pobił. I on za to przepadł w ciało konia" (p. Marusia, 25.08.2005).

Co ciekawe, wierzenia dotyczące transmigracji duszy (w idiomie syjonistów, pierewopłoszczenija) Magdalena Zowczak opisuje jako typowe dla folkloru żydowskiego i judaizmu ludowego. W światopoglądzie muraszkowskim wierzenie to wydaje się pełnić funkcję czynnika dyscyplinującego: świadomość duchowej ciągłości pomiędzy kolejnymi wcieleniami buduje postawę odpowiedzialności za własne czyny, rozumianej w szerokim, wiecznym niemal planie. Pani Marusia wyjaśniała "dusza jest wieczna. I jeśli ona zasłuży - to idzie w człowieka. Jak człowiek się rodzi, to ona znów żyje, rozwija się. Oczywiście dusza powinna się w ludzkim ciele doskonalić; powinna tak jak z klasy do klasy przechodzić. Ot - jeśli ja w tym wcieleniu w jakiś sposób zgrzeszę - w kolejnym wcieleniu będę się starała tego grzechu już nie powtórzyć. W ten sposób dusza osiąga pełnię. Zmierza ku świętości" (p. Marusia. 30.08.2004).

Przekonanie to pomaga zrozumieć także eschatologię syjonistów nieuznających istnienia piekła i raju inaczej niż tylko metaforycznie, jako figury życia człowieka na ziemi. Raj zbliża się w tym ujęciu do idei Królestwa Bożego, które prorocy planowali zbudować na chutorze Zareczyca - idei nowej, oczyszczonej rzeczywistości, nasyconej pierwiastkiem sakralnym, gdzie wierni, żyjąc we wspólnocie, pomagają sobie wzajemnie osiągnąć świętość. Piekło natomiast zostaje tu utożsamione z życiem grzesznika, mirskiego, mieszkańca współczesnego Babilonu. Kara za grzechy spotyka człowieka tu, na ziemi, w kolejnym wcieleniu. Tak opisywał to pan Siergiej: "takiego piekła, jak ludzie sobie wyobrażają, nie ma. W tym piekle ile ty się tam w tej smole posmażysz? Tam nie ma żadnej smoły - bo ile człowiek może się w smole gotować, no ile? No, jeśli dopuśćmy roztopić kocioł smoły i wsadzić tam człowieka - ile on tam się pogotuje. ile się pomęczy? Minutę, może kilka - i już, on umiera. A martwy człowiek żadnego piekła nie czuje. On już umarł, skończone. On już nic nie czuje, nie choruje, nie cierpi. A tak, Bóg posyła człowieka za karę w zwierzę. A dusza wszystko czuje, ona wszystko rozumie. Ot, mam byczka - on wszystko wie, on wie nawet kiedy ja do niego mówię. No i proszę - nawet wśród zwierząt nie ma równości: jeśli jest u dobrego człowieka, to będzie nakarmione i nikt mu nie zrobi krzywdy. Ja mam konia i nigdy go nie oddam w cudze ręce. Ja go oszczędzam, nigdy go nie skrzywdziłem. A u kogo innego bydło będzie stało, a gospodarz pijany leży, i nawet nie napoi, nie nakarmi... Tak też się zdarza. I tak właśnie dusza pokutuje. Pokutuje ileś tam... No - tyle, ile musi. Przeznaczenie to skomplikowany temat" (p. Siergiej. 10.11.2003).

Los duszy w kolejnych wcieleniach jest więc określany postępkami w żywotach poprzednich. Sytuacja nie jest jednak beznadziejna, a determinizm zostaje osłabiony przez ścisłe podporządkowanie życia codziennego rygorom o charakterze religijnym. Zakon, wyznaczający granice zachowań i postaw miłych Bogu, staje się metodą samodoskonalenia wiernych. Słowami moich rozmówców: "Bóg daje człowiekowi możliwość poprawy - On mu daje prawo [zakon]. On mu daje przykazania. Nawet jeśli On go znienawidził... Los losem, a prawo - to szansa, żeby się poprawić. Znaczy że można się poprawić, da się. Prawo jest po to, by człowiek stawał się lepszy, oczyścił się, pracował nad sobą" (p. Nadia, 16.09.2006).

3. Ofiara. Zgodnie z muraszkowską mitologią w Oldze objawił się Chrystus, nastąpiła paruzja. Zbawiciel działał tym razem w ciele kobiety, otwierając nowy okres w dziejach - epokę Ducha, czas odkupienia grzechu pierworodnego, będącego dziełem kobiety: "gdzie się Chrystus urodził? W jasłach, u biednych pastuchów. Tak i teraz - gdzie się zaczęło? Na Białorusi, na zachodniej Ukrainie - toż to sama biedota, Polesie! I wśród tej biedoty ponownie pojawił się Chrystus. On nie przyszedł objawić się bogatym, w pięknych domach - On objawił się biedakom. J. Ch.: A Olga sama mówiła o sobie, że jest drugim Chrystusem? p. Siergiej: Nie, nie. Ona o sobie mówiła: ja nie Bóg i nie Chrystus! Jestem takim samym człowiekiem jak wy. J. Ch.: A wy wierzycie, że w niej przyszedł Chrystus...? p. Siergiej: My sądzimy, że w niej objawił się Chrystus. Nie mówimy, że ona była Chrystusem, ale Chrystus - ten, który cierpiał na Golgocie - On przyszedł ponownie duchem! I On przybrał to ciało - nie męskie, a kobiece. A dlaczego kobiece? [...] Bo Adam i Ewa zgrzeszyli - i trzeba było ten ich grzech, trzeba było żeby to się skończyło, zamknęło się na kobiecie. I właśnie dzięki Mamie Syjonu grzech Adamowy i grzech Ewy zostały odkupione" (p. Siergiej, 10.11.2004). I podobnie jak Syn Boży na krzyżu, tak i Olga Kirylczuk-Korniejczuk miała przelać własną krew, by zbawić ludzkość.

Boską sankcję krew prorokini zyskała podczas inicjalnego pożaru chaty, będącego pierwszą ofiarą - kobieta gotowa była bowiem poświęcić życie swoje i dzieci. Wiara w świętość jej krwi znalazła jednak podczas następnych kilku lat dość dramatyczne, z pewnością zaś dosłowne rozwinięcie. Pani Sinaja ujęła rzecz lapidarnie: "tu, na Syjonie, to nic nie może się obyć bez krwi! Nie da się tak! Chrystus przelał krew - i Mama przelała krew! To wszystko na krwi jest oparte!" (p. Sinaja, 6.11.2004). Konieczność przelania odkupicielskiej krwi była podkreślana również przez wnuczkę Olgi, należącą do Rodu Ofiary panią Marusię - jako konsekwencja wiary w obecność w osobie Olgi duszy Chrystusa: "widzisz, kochana... Drugie nadejście Chrystusa... My wiemy, że ono już nastąpiło. On objawił się w tej kobiecie. J. Ch.: W Oldze? p. Marusia: Tak, w Oldze. Dlatego że na jej ciele rany były cięte, tak samo jak na ciele Chrystusa - rany. cierpienie... Krew była potrzebna nawet! Bo ludzie grzeszą" (p. Marusia. 30.08.2004).

Zdjęcie pieczęci

Realizacją wierzenia w odkupicielską moc krwi Olgi był szereg wspominanych już obrzędów zdjęcia pieczęci: czas i miejsce określano w objawieniach, do uczestnictwa zapraszano prawosławnych batiuszków i katolickich księży, wynajmowano fotografa mającego dokumentować wydarzenie. W starannie zaaranżowanej przestrzeni (kozetka, w tle widoczne butelki napełnione ciemnym płynem) Olga zjawiała się półnaga, wypowiadając słowa modlitwy. Iwan-Ilja przystępował do pogrążonej w religijnej ekstazie prorokini z brzytwą. Obcęgami naciągał skórę na piersiach, plecach, głowie i łonie prorokini, robiąc następnie głębokie nacięcia. Skupieni pomocnicy - Jakub Lemieza, Kostia Szupienik czy Michaił Dikon - w napięciu zbierali płynącą z ran krew do przygotowanych wcześniej talerzy, potem zaś przelewali do butelek (prawdopodobnie mieszając ją z czerwonym winem, zgodnie z symboliką Eucharystii). A wszystko to na oczach świata, przed gronem wiernych i zaproszonych gości.

 

 

 

 

Funkcjonuje wiele wersji opowieści o krwawych obrzędach, na pierwszy plan wysuwa się zwykle wspominany już epizod w Woskodawach: "wtedy właśnie przez usta Mamy zostało powiedziane, że trzeba będzie zdjąć pieczęcie. Ale jak to zrobić? - Bali się. Jak można tak pociąć człowieka? - On się przestraszył. A Mama na to: «tak trzeba!». Tam, u proroków, jest napisane, że to jest kamień naznaczony i że z tego miejsca trzeba zdjąć [pieczęci]. I Ojciec mówił, że to było tak: kiedy w niedzielę ludzie zebrali się na nabożeństwo, Ojciec stanął za stołem, przeczytał to proroctwo, opowiedział, wszystko ludziom wyjaśnił nawet pieśni o tym są. I on przystąpił do dzieła. Znaczy: Mama położyła się na łóżku, rozebrała się, i on brzytwą, obcęgami [skórę] odciągał i ciął. A tę krew zbierali w butelki, na płótno zbierali. Tym płótnem wycierali tę krew, żeby się zachowała. J. Ch.: Do czego im była ta krew? p. Marusia: No - potem tą krwią ludzi obryzgiwali, i wodę święcili, wylewali... Tam jest taka rzeczka, Goryń - to w Goryń wylewali. Dlatego, że przez usta Mamy było powiedziane, że krew Chrystusa i krew Mamy - to w istocie jedno. Więc ona była wylana do rzek, i wszędzie - żeby [wodą] z tych rzek lud był poświęcony. Żeby ludzie nie poginęli. I ta krew szła w wodę - do studni ją wylewali, do strumieni - żeby cały lud został poświęcony" (p. Marusia, 30.08.2004).

 

 

Zasygnalizowano tu już zastosowanie świętej krwi. Jako "sacrum stężone" była wylewana do wody - do rzek, jezior i studni - by w ten sposób rozprzestrzenić Bożą moc wśród niewiernych. Dodawano ją do wina i podawano syjonistom w komunii. Namaczano w niej kawałki płótna, które - jako relikwia - były przechowywane przez apostołów i zachowały się do dziś. Co ciekawe, taki właśnie sposób przechowywania krwi ofiarnej notowano również w narracjach dotyczących folkloru żydowskiego - krew chrześcijańska, "kradziona" rzekomo przez Żydów przed świętem Pesach, miała być zbierana na kawałki tkaniny. Alan Unterman wspomina także zakrwawiony ręcznik (mohela), wieszany na drzwiach synagogi, mający chronić niemowlę podczas obrzezania.

Sama nazwa obrzędu - zdjęcie pieczęci (sniatije pieczati) - pochodzi od symbolu zapieczętowanej przez Boga księgi, której nikt poza powołanymi nie jest w stanie przeczytać: "każde objawienie jest dla was jakby słowami zapieczętowanej księgi. Daje się ją temu, który umie czytać, mówiąc: «Czytaj ją, prosimy». On zaś odpowiada: «Nie mogę, bo ona jest zapieczętowana». Albo dają księgę takiemu, który nie umie czytać, mówiąc: «Czytajże to», a on odpowiada: «Nie umiem czytać»" (Iz 29, 10-11). Zagadka znajduje epilog w Apokalipsie św. Jana: "I ujrzałem na prawej ręce Zasiadającego na tronie księgę zapisaną wewnątrz i na odwrocie zapieczętowaną na siedem pieczęci. I ujrzałem potężnego anioła, obwieszczającego głosem donośnym: «Kto godzien jest otworzyć księgę i złamać jej pieczęcie?». A nie mógł nikt - na niebie ani na ziemi, ani pod ziemią - otworzyć księgi ani na nią patrzeć. A ja bardzo płakałem, że nikt nie znalazł się godzien, by księgę otworzyć ani na nią patrzeć. I mówi do mnie jeden ze Starców: «Przestań płakać. Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy. Odrośl Dawida, tak że otworzy księgę i siedem jej pieczęci.»" (Ap 5, 1-5).

Do zdjęcia owych pieczęci został przeznaczony według objawień Iwan-llja. Miał pośredniczyć w odsłonięciu przed ludźmi przekazu płynącego od Boga, współuczestniczył w dziele odkupienia, jako jedyny uzyskał dostęp do świętych treści. Muraszkowcy odnoszą passus z Apokalipsy św. Jana bezpośrednio do Olgi: "jest takie objawienie o Mamie Syjonu, że ona jest zapieczętowaną księgą, i nikt nie mógł otworzyć tej księgi i przeczytać, żaden człowiek na ziemi. I znalazł się tylko jeden taki człowiek - to był Ojciec Syjonu. Księga - to kobieta. I on [tę księgę] otworzył. To przecież w niej wszystko się zapisywało, wszystkie objawienia" (p. Katia. 13.09.2006). Skoro więc księga została otwarta i odczytana, mogły być realizowane dalsze punkty objawionego przez usta prorokini projektu.

Budowanie wspólnoty wiernych zakładało zerwanie z życiem mirskich - silnie rozwinięta przez proroków kategoria nieczystości obejmowała dietę, postępowanie i wiarę ludzi spoza Syjonu. Najsilniej kalający charakter miało jedzenie wieprzowiny. Muraszkowcy wołają: "kto je świńskie mięso - tego dusza zginie!" (p. Siergiej, 10.11 2003). Odejście od religii i spory wśród mirskich budziły niesmak i prowokowały potępienie ze strony proroków. Również ich zafałszowany obraz Boga, zapośredniczony przez rzekomo kłamliwych batiuszków i księży oraz złudna ikonolatria sprawiały, że konieczne było wyraźne odcięcie się od życia prowadzonego dawniej. Taką funkcję spełnił - podobny do opisanego parę stron wcześniej, lecz tym razem powszechny, rozciągnięty na wszystkich wiernych - obrzęd rytualnego oczyszczenia z grzechów miru.

Rzecz działa się w rozsianych po Polesiu i Wołyniu syjońskich domach modlitwy, około 1935 r. Prorocy jeździli podobno od jednego skupiska wiernych do drugiego, każdorazowo podobnie aranżując przestrzeń obrzędu. W domu. w którym miały być dokonane ablucje, wieszano zasłony, dzieląc pomieszczenia na damskie i męskie. Następnie wierni wchodzili kolejno, zupełnie nadzy, by pozwolić apostołom obmyć ich ciała wodą zmieszaną ze świętą krwią, zebraną z ran Olgi. Uczestniczka tych wydarzeń opowiadała: "nas obmywali krwią, jeszcze przed Jerozolimą. Pamiętam, że to było w 35 albo 36 roku... My przyszliśmy z mira przecież! Nieczyści! Tam wcześniej i słonina była, i inne rzeczy - my z mira byliśmy! Nie pamiętam dobrze, ale chyba wszyscy schodzili się do domu apostoła w Motolu - i tam wisiała taka zasłona, tam gdzie się rozbierali. Miałam wtedy pięć lat, może sześć. Nie wiem, czy to Święty Ojciec czy apostoł... Mama mi mówiła, że tam na takim talerzyku mieli wodę - i [wierni do nich] podchodzili tak jak ich mama urodziła. Oddzielnie bracia, oddzielnie siostrzyczki - i wszyscy jak ich Pan Bóg stworzył, bez ubrań. J. Ch.: Kto ich tam obmywał? p. Nadia: No - albo apostoł, albo Ojciec... Chyba Ojciec. Mama mi mówiła, pamiętam, że wychodzili zza tej zasłony całkiem rozebrani, bez niczego, żadnej odzieży... I Ojciec Święty cię tam... Nie mogę powiedzieć, żeby w tym było coś złego... I tak całe ciało... J. Ch.: Panią też tak obmywali? p. Nadia: Tak, dzieci też obmywali. Wszystkich. Wszystkich tych pierwszych wiernych - tam po cerkwiach lokalnych było to obmycie - żeby już od pierwszych kroków oni byli obmyci krwią Najświętszej Ofiary" (p. Nadia, 14.09.2006). Był to pierwszy z etapów oczyszczenia i inicjacji tych, którzy mieli niebawem budować święte miasto Nowe Jeruzalem.

Czas próby

Muraszkowcy chętnie czerpią z biblijnych historii, by znaleźć sakralne analogi własnych doświadczeń. W hagiograficznej narracji Olga staje się Chrystusem, Iwan wielkim i strasznym prorokiem Ilją, wnuczki założycielki Mojżeszami w spódnicach, a grupa tułających się wiernych Arką na wzburzonych wodach potopu. Innym często pojawiającym się odniesieniem jest starotestamentowa opowieść o cierpieniach Hioba, którego Bóg poddawał kolejnym próbom, by sprawdzić jego wiarę. Przez pryzmat tej historii interpretują muraszkowcy epidemię korosty *["Chodzi o  chorobę skóry powodującą powstawanie swędzących wyprysków, prawdopodobnie świerzb (ros. czesotkę. w terminologii ludowej zwany również korostą, a przez syjonistów - siedminą).] która szerzyła się w syjońskich wspólnotach w połowie lat 30. XX w. Przypadłość nie była groźna, powodowała jednak mocny dyskomfort i miała widoczne dla wszystkich mirskich symptomy - była więc rodzajem piętna, naznaczenia. Pani Nadia, która jako dziecko przeszła korostę, wspominała: "wszyscy syjoniści, ilu nas tam było, przechodziliśmy siedminę. A co to takiego siedmina? Prości ludzie to nazywali korosta. Bóg nam powiedział, że musimy przez to przejść... To jak cierpienie Hioba. I kto był syjonistą - chorował. A jeśli u kogoś tej siedminy nie było - znaczy: oni zaczynali pościć i brali się tak z tymi chorymi [pokazuje jak zdrowi tulili się do chorych, by złapać korostę], żeby i na nich przeszła - i nie przechodziła... Oni pościli, modlili się. Był jeden brat w Motolu, był bardzo nieszczęśliwy - bo jeśli nie ma znamion, to znaczy: nie jest członkiem Syjonu! I któregoś dnia przyśnił mu się sen, że otworzył Biblię, przewraca kartki - a tam nie litery, a strupy... Rozumiesz? W Biblii strupy! I on o razu zachorował na tę siedminę. I przyjął to z wielką radością - on wreszcie czuł, że jest prawdziwym członkiem Syjonu" (p. Nadia, 31.08.2004). Widać tu wyraźnie motyw paradoksalnie pozytywnej stygmatyzacji: jedynie posiadanie na ciele bolesnych znaków, będących objawem korosty, stanowiło o pełnej przynależności do wspólnoty. By być prawdziwym syjonistą, trzeba było cierpieć - także cieleśnie. Choroba, przed którą zwykli ludzie bronili się jak tylko mogli, dla muraszkowców stała się symbolem wyróżnienia i oczyszczenia.

Narracja zaczyna ciążyć ku kluczowemu punktowi - momentowi ustanowienia świętej wspólnoty i budowy świętego miasta; wierni są juz niemal gotowi, prorokom pozostaje jeszcze tylko rozprawić się z panoszącym się dookoła złem.

Skucie smoka (Skowanije drakona)

Większość z dotychczas wspominanych muraszkowskich obrzędów i wydarzeń symbolicznych miała charakter jeśli nie w pełni publiczny, to przynajmniej nie-tajny. Pora teraz uporać się z opisem epizodu o tyle kłopotliwego, że znanego wiernym jedynie z enigmatycznych, pobieżnych przekazów - dnia skowania drakona.

Podczas wyjazdu badawczego na Białoruś wiosną 2004 r. dotarłam do córki kobiety, z którą ostatnie lata życia spędził jeden z pomocników Iwana Muraszki, Michaił Dikon. Pani Aniuta po długich namowach zdradziła mi, jak wyważyć skobel drzwi rozsypującej się chałupy, w której zmarł syjoński Archanioł Michał. Potykając się o meble w tonących w mroku wnętrzach, oświetlając sobie drogę jedynie lampą błyskową aparatu, dopuściłam się najbardziej chyba etycznie podejrzanej interwencji w świat moich rozmówców. Grzebiąc w papierach pozostawionych po śmierci Dikona w starej próchniejącej skrzyni, znalazłam owinięte w nocną koszulę tekturowe pudełko pełne zapisków, listów i zdjęć. Po pobieżnym przejrzeniu zawiozłam je parę dni później pani Aniucie, zatrzymując jedynie wymięty, stary szkolny zeszyt.

Zawierał on spisaną niepewną, drżącą ręką, chwilami niemal nieczytelną relację z dokonanego przez Olgę, Iwana i Dikona obrzędu pojmania i skucia diabła, hulającego po świecie Lucyfera - misterium niezbędnego w narracjach syjonistów dla ocalenia ludzkości. Weszłam po kryjomu w posiadanie dokumentu, który dla wiernych był dotąd nieznany - przekazałam im znalezisko dopiero po zakończeniu badań, nie rezygnując jednak z dalszego drążenia tematu podczas kolejnych rozmów. Żaden ze spotkanych w terenie muraszkowców nie podał choćby jednego szczegółu opisanego w tekście Dikona; wydaje się, że wspomnienia z misterium pomocnik proroków spisał (zakładając oczywiście, że autorem tekstu jest faktycznie Dikon, a wszystko na to wskazuje), będąc już w podeszłym wieku - wówczas, gdy odszedł od zasad wytyczonych przez Świętych Rodziców, skazując się samemu na marginalizację we wspólnocie. Decyzja o utajeniu faktu posiadania dokumentu była świadoma: sądzę, że gdybym podczas badań pokazała zapis wnuczkom prorokini, Lubie i Marusi, wywołałby burzę dyskusji nad jego prawomocnością i wiarygodnością.

Wiedza samych wiernych zdaje się znikoma - albo nie zostałam dopuszczona do tego poziomu wtajemniczenia, albo zwyczajnie zabrakło w historii Syjonu osoby mogącej przekazać informacje o dawnych wydarzeniach współczesnym. Pani Marusia, przywódczyni odłamu kominternowskiego, tak opisywała misterium: "widzisz - to było tajne. To tajemnica, tam nie wszystko jest jasne. Ale wiemy przynajmniej tyle, że aż się trzęsła cała stodoła, tam gdzie to się działo. Tam chyba Kostia przy tym był... J. Ch.: Kostia? Słyszałam, że Dikon. p. Marusia: Dikon? Nie wiem. J. Ch.: Więc to się nie działo tak publicznie jak zdjęcie pieczęci? p. Marusia: Nie, nie. To było w sekrecie, to było w takiej tajemnicy, że nie wiem. I mówią, że Kostia... A może i Dikon? Nie wiem, przecież my to wszystko z przekazów znamy... Nie ma żadnego zapisu, dokumentu o tym. No ale mówili, że to było tak, że Mama zaszła do stodoły, tam gdzie siano leżało, a ten Kostia czy kto to tam był miał wyjść do Mamy. I podobno on wyszedł, a Mama powiedziała: «załóż kobiece ubranie». I w tym momencie wyszedł Ojciec i złapał tego... To wszystko taka tajemnica, że nie potrafię nawet opowiedzieć, co się tam działo. Ale mówią, że aż cala stodoła się od tego trzęsła" (p. Marusia, 30.08.2004)

Stosunkowo więcej był mi w stanie opowiedzieć pan Siergiej; inna rzecz, że Dikon żył jedynie kilka kilometrów od miejsca zamieszkania mojego rozmówcy i był jednym z jego duchowych nauczycieli - zakładam więc, że obszerność relacji jest tu owocem etnograficznego i teologicznego zacięcia pana Siergieja, szukającego na własną rękę wiedzy o Syjonie. Opowiadał: "im tam było powiedziane tak: stańcie tutaj i tam... i w ten sposób go zakujesz... J. Ch.: Ale kto to był? Co to był za człowiek, w którego wszedł Lucyfer? p. Siergiej: Toż to nie człowiek! To diabeł był! To był sam Lucyfer, sam szatan przyszedł. J. Ch.: Jak to wyglądało? p. Siergiej: Mówią, że kiedy on wszedł, cała stodoła zadrżała. On przyszedł taki dziwny [nieponiatnyj]... Ni to człowiek, ni to zwierzę, ni to bestia... To było coś dziwnego. No i oni go skuli. Ojciec z Dikonem wybiegli - oni byli schowani w sianie - on chciał uciekać, a oni go skuli. I tyle. I on już jest teraz skuty. Już nie kąsa. J. Ch.: A co z nim potem zrobili? p. Siergiej: Jakieś misterium zrobili. To sekret - nikt nic o tym nie wie. To tajemnica. [...] Oni po prostu robili to, co powiedziała Olga. A przez usta Olgi Bóg. Oni to zrobili, i właśnie tak skuli smoka [drakona]. I nikt o tym nie wie - tylko członkowie naszej cerkwi wiedzą, co się stało" (p. Siergiej, 8.07.2004). Mamy więc aktorów: Olgę, która z objawienia zna scenariusz obrzędu, Iwana - posłusznego prorokini oraz jedynego świadka, Michaiła Dikona. Cała rzecz miała się rozegrać na nieistniejącym już dziś chutorze wsi Łazowce, oddalonej o kilkanaście kilometrów od Kosowa Poleskiego, około 1937 r. Oddaję głos Archaniołowi Michałowi - Dikonowi

 

"!Słowo o skuciu Smoka!

I ujrzałem Anioła, zstępującego z Nieba; on miał klucz od czeluści; i wielki łańcuch w ręce. I wziął smoka, węża starodawnego; którym jest diabeł i szatan; i wtrącił go do czeluści; i zamknął go; i pieczęć nad nim położył; by już nie zwodził narodów, aż tysiąc lat się dopełni, (wzięte z obj. Jana rozdz. 20 w. 1, 2, 3)

Któż on ten diabeł; i jak mu na imię? [Na] imię mu (Lucyfer) to wąż bardzo starodawny; i chcę ludzie odkryć przed wami wielką tajemnicę; on żył jeszcze przed Adamem 25 tysięcy lat; a od Adama do narodzin Chrystusa minęło 5 tysięcy lat; a od narodzin Chrystusa do naszych dni już prawie 2 tysiące lat; to policzcie sobie ile on ma lat! A gdybyście wiedzieli kim on był; On został stworzony przez Boga najwyższego; chodził wśród ognistych kamieni; był na szczycie góry Bożej; ale wywyższył się przed Bogiem i Bóg strącił go z góry Bożej i odtąd on stał się przeciwnikiem Boga; ale Bóg; posłał Swojego anioła; w postaci Ojca naszego proroka Ilii i on skuł go na tysiąc lat: czego ja byłem świadkiem: bo pomagałem mu w skuwaniu smoka: i nie myślcie ludzie; że to wszystko wydarzyło się gdzieś daleko; to się stało na moim dawnym chutorze we wsi Łazowce; z tej przyczyny; dlatego że i Adam z Ewą byli na tym samym chutorze - on ich tutaj oszukał; tutaj my; Ojciec nasz i Mama Ofiara Chrystusowa i ja dawny pomocnik wszystkich dzieł Ojca skuliśmy go; i pogrzebaliśmy i położyliśmy na nim pieczęć żeby nie zwodził już ludzi [przez] tysiąc lat i po to została zdjęta pieczęć na Ofierze - Chrystusowej u dołu u Matki [.] I tą oto krwią z tej pieczęci zapieczętowana została jego mogiła; pośrodku mojego dawnego chutoru. I z tej przyczyny i została zdjęta pieczęć na matce u Mamy; dlatego że Ewa zgrzeszyła nie jabłkiem tym które rośnie na jabłoni; ona zgrzeszyła swoim ciałem; tą częścią swojego ciała, która rodzi dzieci; a także i Adam zgrzeszył nie jabłkiem; a swoim dzieciorodnym członkiem; i z tej samej przyczyny także Abrahamowi Bóg nakazał dokonać obrzezania; choć on miał już wówczas 100; lat: i nie tylko Abrahamowi, ale i całej męskiej płci ósmego dnia po narodzeniu; i obrzezanie ciągnęło się do narodzenia Chrystusa; i sam Chrystus też został obrzezany ósmego dnia po narodzeniu swoim; ale kiedy krew Chrystusa została przelana na krzyżu dla odkupienia grzechu adamowego; wtedy skończyło się obrzezanie; ale to nie znaczy, że można popełniać grzech adamowy: to co on zrobił z Ewą kiedy mieli stosunek płciowy w świętą Sobotę, i za ten ciężki i śmiertelny grzech przed Bogiem: stracili swoją ludzką postać i po śmierci otrzymali postać zwierzęcą; a to słowo Najwyższego i nikt z żywych niech tego nie podważa".

[Ostatnie zdanie napisane bardzo rozwlekłym pismem; starałam się zachować interpunkcję zastosowaną przez autora. W tym miejscu zmiana koloru tuszu - wnioskuję, ze tekst ten został napisany później. Pismo nieco wyraźniejsze].

"Kto ma uszy niechaj słucha.

A teraz chcę wam ludzie objaśnić w szczegółach jak wyglądało skucie smoka; to było tak: Nam; Ojcu i Mamie; zostało powiedziane, że mamy przygotować się do skucia smoka; złapać go i skuć; a jeśli nie złapiecie go; to zaprawdę on was powiedzie na krzyż i tych słów się przestraszyłem; i przyszła mi do głowy myśl żeby zrezygnować z tego strasznego przedsięwzięcia; dziękuję Bogu że pojawiła się druga, dobra myśl; że Chrystus nie przestraszył się i poszedł na krzyż - żeby wypełnić wolę Bożą; i uzbroiwszy się w tę dobrą myśl poszedłem wypełnić dzieło Boże; bo to było dzieło Boże: a miejsce pojedynku ze smokiem zostało nam wskazane; moje dawne gospodarstwo albo stodoła; i Ojciec spytał mnie; czy mam jakiś łańcuch; i powiedziałem że mam; miałem dobry mocny łańcuch długi na półtora metra; był przyczepiony z przodu przy moim wozie żeby wiązać nim snopy albo siano; wtedy Ojciec kazał mi odczepić ten łańcuch i wziąć go w ręce; i usiąść z lewej strony toka [?]; a Ojciec z Mamą usiedli z prawe| strony toka; i w takim położeniu posiedzieliśmy jakiś czas; około godziny; i nagle mama krzyknęła do ojca; - łap go to on; i Ojciec podbiegł i chwycił gołą ręką jakieś obrzydlistwo przypominające wielką ropuchę; ona wypełzła spod wrót; i Ojciec poprosił mnie o łopatę; i pobiegłem i przyniosłem mu łopatę; i Ojciec z mamą poszli i pośrodku mojego dawnego chutoru wykopali dołek; i zakopali tę ohydę żywcem w tym dołku: i pokropili dołek krwią zdjętą u mamy [z] pieczęci na jej ciele u dołu na matce; a to z tej przyczyny, że Ewa zgrzeszyła tą właśnie częścią swojego ciała; a nie jabłkiem jak dotąd myśleli ludzie; i nieśli do popa jabłka i gruszki, by je poświęcić; i różne zioła; to wszystko było popowskie oszustwo! Diabeł za pośrednictwem popów zamroczył głowy ludzi; Żeby ludzie szukali grzechu nie w Bożych przykazaniach; ale w jabłku; nie powinniście ludzie święcić jabłek u popów; nie ma w nich nic grzesznego; musicie za to ludzie chronić świętą sobotę Bożą od skalania, a wtedy Bóg oszczędzi wam wszelkich nieszczęść [.] A teraz chcę wam ludzie objaśnić również to; dlaczego diabeł ukazał się nam w postaci żaby? Dlatego że on chciał nas oszukać; i gdyby Ojciec nie uwierzył słowom Mamy; i [nie] złapał go; i nie zakopał go; i nie zapieczętował jego mogiły; krwią Ofiary-Chrystusowej; nas także powiódłby on na krzyż; tak jak Chrystusa powiódł na krzyż Piłat; bo w Piłacie w tym czasie przebywał ten sam diabeł; a tam w dodatku byli jeszcze poza Piłatem Judasz-Iskariota i kapłani izraelscy - anna[sz] i Kajfa[sz]; a w naszych czasach był Piłsudski zarządca dawnej polski; który skazał Ojca na wygnanie z terenów swojego państwa - polski; ale Najwyższy - Bóg rok po odjeździe ojca z polski do Argentyny; przegonił ich wszystkich sprzed Swojego oblicza; bo o nich było powiedziane ustami Mamy; jeśli nie przyjmiecie posłanego przeze Mnie proroka mojego Ilii; i przegnacie go; tak i was Ja wygnam: jestem świadkiem wszystkich tych słów, bo własnoręcznie oddawałem na pocztę list polecony do piłsudsk"

[Tekst urywa się w tym miejscu. Pisane wyraźnie niepewną ręką. Interpunkcja jak w oryginale].

 

Relacja Dikona intryguje. Dramatyczna, pełna napięcia, wręcz przeładowana muraszkowską symboliką i metaforyką, jest jednym z najciekawszych syjońskich tekstów, do jakich miałam dostęp. Ma dla mnie wagę o tyle większą, że Dikon od czasów wyjścia z więzienia w latach 50. XX w. odstał od wspólnoty, łamiąc kolejne przykazania proroków i budząc zgorszenie wśród wiernych skupionych wokół wnuczek prorokini w Kominternowie. Mam wrażenie, że w znalezionym opisie zachował się dyskurs wiary w takim kształcie, jaki mógł mieć za czasów obecności Iwana i Olgi; narracje współczesnych wiernych są zdecydowanie mniej żywiołowe, nie tak "krwiste", natomiast silnie apologetyczne.

Symbolicznie Lucyfer został więc spętany i wtrącony do otchłani, by przez następne tysiąc lat nie niepokoił już wiernych. Pozwolę sobie przytoczyć w całości passus z Objawienia Św. Jana, wspomniany w tekście Dikona: "Potem ujrzałem anioła, zstępującego z nieba, który miał klucz od Czeluści i wielki łańcuch w ręce. I pochwycił Smoka, Węża starodawnego, którym jest diabeł i szatan, i związał go na tysiąc lat. I wtrącił go do Czeluści, i zamknął, i pieczęć nad nim położył, by już nie zwodził narodów, aż tysiąc lat się dopełni. A potem ma być na krótki czas uwolniony" (Ap 20, 1-3). Jamę, w której miało zostać pogrzebane zło, zapieczętowano anulującą piekielne moce krwią prorokini, co miało zapewnie skuteczność obrzędu.

Motyw skucia szatana obecny jest również w żywotach ruskich jurodiwych. Wodziński opisuje biesa jurodiwych, wcielającego się w najrozmaitsze postaci, niezawodnie jednak demaskowanego przez paradoksalnego świętego. Zadaniem szaleńców Chrystusowych było złapanie złego w pułapkę, przechytrzenie podstępnego demona, walka z ciemnymi mocami. Jurodiwy w walce z biesem uciekał się do sztuczek, udawał, podszywał się pod kogoś, kim nie był - jak Olga w stodole Dikona. Święty zwyciężał diabła podstępem - udając uległość mamił go, by potem pokonać. Scenariusz wydaje się znajomy. Obecność wątków skucia diabła w religijności ludowej notuje również M. Zowczak: miał dokonać tego Chrystus podczas zstąpienia do piekieł, zakuwając Lucyfera w łańcuchy na tysiąc lat.

Pole zostało więc oczyszczone: wierni, obmyci krwią prorokini, pozbyli się nieczystości miru. Rozprzestrzenianie się zła i grzechu w świecie zostało powstrzymane, a wszystko dzięki mocy świętej ofiary. Czas przenieść akcję opowieści na wołyński chutor Zareczyca, gdzie powstanie Królestwo Boże na Ziemi.

Nowa Jerozolima

Stworzenie świętego miasta, syjońskiej wyspy wśród mętnych wód Babilonu mirskich, było największym i najodważniejszym chyba posunięciem proroków. W 1936 r. zaczęli zwoływać wiernych zgromadzonych we wspólnotach lokalnych na chutor Zareczyca - w miejsce, gdzie parę lat wcześniej płonęła chata, gdzie Olga uzyskała charyzmat proroczy: "było tam takie obwieszczenie, że wszyscy się już oczyścili, wszyscy są już czyści, i potem idzie takie ogłoszenie: «sprzedawajcie gospodarstwa, sprzedawajcie kto co ma i przyjeżdżajcie do Zareczycy budować miasto Nowa Jerozolima!»" (p. Nadia, 31.08.2004). Decydujący się na opuszczenie domu (a często również porzucenie rodziny, jeśli małżonek nie przyjął nowej wiary) muraszkowcy mieli być przez Iwana nakłaniani do sprzedawania gospodarstw i dobytku. Pieniądze były deponowane we wspólnej kasie, kupiono za nie następnie parę hektarów ziemi w nieodległej wsi Kidry. Z narracji pana Siergieja: "wszyscy przyjechali z rodzinami. Wszystko posprzedawali, kiedy Muraszko Iwan i Kirylczuk-Korniejczuk Olga ogłosili, że Bóg buduje Nową Jerozolimę. To się nazywało Nowa Jerozolima, Królestwo Boże na ziemi - znaczy że ludzie, którzy uwierzyli, sprzedali swoje własne ziemie i domy, i zaczęli składać pieniądze w jedno miejsce, do jednej kasy, i zjeżdżać się tam. Przyjeżdżali z końmi - koni i krów nie sprzedawali, bo krowy były potrzebne na mleko, a konie żeby ziemię uprawiać. No i wszyscy się tam zjechali. Ponad 700 osób było" (p. Siergiej, 10.11.2003).

Decyzja o przystąpieniu do świętej wspólnoty miała więc charakter ostateczny: kilka lat później okazało się, że wielu nie miało do czego wracać. Nie uprzedzajmy jednak zdarzeń. Tłumy wiernych ciągnęły w stronę świętego chutoru, zabierając z domów jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, konie i krowy - te bowiem mogły się przydać we wspólnocie. Syjoniści przemierzali dziesiątki kilometrów, by na miejscu znaleźć jedynie skromną chatę Kirylczuków i wielką stajnię, w której niebawem dane im było zamieszkać.

Konstytuowanie wspólnoty

Tak rozpoczęła się realizacja planu budowy Królestwa Bożego na ziemi, świętego miasta Nowe Jeruzalem. Warunki były ciężkie, nie o luksus tu jednak szło: "oni wszyscy byli bardzo ubodzy, biedota. Kupili bardzo tanią ziemię i te stajnie, i tam to wszystko organizowali. Na nic więcej ich nie było stać. Ani pieniędzy nie mieli, ani niczego. A tak - tak się złożyło, że w tych stajniach mieli zapoczątkować Królestwo Boże. A potem to Królestwo Boże będzie na całej ziemi. Ale zaczęło się wszystko w stajniach, narodziny Królestwa - lata 30. XX stulecia. Jezus Chrystus powiedział, że Królestwo Boże przypomina ziarno gorczycy: z początku jest bardzo gorzkie, ale gdy się już rozwinie i rozrośnie, to i ptaki niebieskie mogą fruwać w jego kwiatach. Ono pewnego dnia będzie wielkie i silne. A z początku takie ot było - malutkie, biedniutkie. śmieszne" (p. Siergiej, 10.11.2003). Królestwo Boże miało się narodzić potajemnie, w biedzie, jak niemal dwa tysiące lat wcześniej Zbawiciel w stajence. Wierni budują zresztą cały szereg analogii powstania świętego miasta z losami Jezusa. Ubogie początki, odrzucenie przez otoczenie :izolacja mimo wagi głoszonych prawd - wszystkie te czynniki mają zbliżać nowy naród wybrany do losów Nazaretańczyka. Pani Sinaja opowiadała mi: "kiedy przyszedł Chrystus - nie przyjęli Go, myśleli że to będzie jakiś bohater wielki. Żydzi Go nie przyjęli, rozpięli [na krzyżu]. A teraz Chrystus przyszedł pod postacią Olgi, w Oldze Korniejczuk. Ojciec - on był jakby Ojciec Sławy, a Mama rany znosiła. Ona cierpiała cięcie tych ran, za wszystkie narody cierpiała. Ona wiedziała... No i oni zrobili taki przełom. Do tego czasu nikt nie świętował dwóch dni. A oni tak: dwa dni święta, nie jeść świńskiego mięsa - no, i miłować się nawzajem. Zostało zapisane, że takie jest prawo Syjonu. I że tak trzeba robić" (p. Sinaja, 6 11.2005).

Zalecenia nowej wiary miały znaleźć swoje urzeczywistnienie na zareczyckim chutorze. Prorocy, gdy wjeżdżali po raz pierwszy na teren świętego miasta, byli witani przez wiernych tak, jak Chrystus przybywający na oślicy do starego Jeruzalem: setki syjonistów, na kolanach, krzyczały podobno w uniesieniu "Hosanna! Hosanna!". "Pamiętam, że kiedy ta Święta Mama przyjeżdżała, to ją witali wiankami, z żyta robili wianki takie. I kiedy ona jechała, to oni padali na kolana, witali ją. Wychodzili jej naprzeciw" - wspominała jedna z mirskich, zza płotu obserwująca te wydarzenia (p. Irina, mirska, 9.11.2005). Jak wynika z opowieści syjonistów, doświadczana za czasów proroków rzeczywistość miała wymiar przede wszystkim sakralny. Każde niemal zdarzenie zyskiwało odniesienie do świata biblijnego, a codzienność - rangę metafory. Muraszkowcy przez dwa kolejne lata stworzyli zamkniętą, niemal samowystarczalną wspólnotę, izolowaną od wpływów zewnętrznych, oddając się życiu religijnemu i budowie nowej, lepszej rzeczywistości. Nowe Jeruzalem powstawało w trudzie i znoju. W świętym mieście wszyscy mieli być równi: jedli, spali, pracowali i modlili się razem, wypełniając wolę Ducha przekazywaną Oldze podczas objawień. Jak opowiadał pan Siergiej: "oni zebrali wszystkich ludzi w jedną rodzinę. [...] Ludzie posprzedawali swoje ziemie, wtedy u nas prywatna własność była - ziemia własna, domy własne. I złożyli pieniądze w tej komunie i razem żyli w takim jednym kołchozie - no, jak jedna rodzina. Tylko wewnątrz małżeństw była własność zachowana - no, dzieci, żony... A poza tym wszystko było wspólne. Wspólny stół, chleby piekli. Kto mógł, wszyscy pracowali razem. Wspólne nabożeństwa były, chodzili się modlić - wszystko było wspólne" (p. Siergiej, 10.11.2003). W stajni wiernych umieszczono na trzech poziomach, płócienne zasłony oddzielały przestrzeń oddaną poszczególnym rodzinom, u powały podwieszono kołyski dla najmłodszych dzieci: "w tych stajniach były zrobione takie trzy półki jakby, w trzech rzędach. I ludzie się tam jak w mrowisku cisnęli, w tych stajniach. Tam było tak ciasno, że rodzina od rodziny tylko taką zasłonką była oddzielona" (p. Siergiej, 10.11.2003). Co ciekawe, opisywana przez syjonistów wewnętrzna organizacja baraku - na pierwszy rzut oka dziwaczna - odpowiada strukturze Arki Noego, przedstawionej w Księdze Rodzaju.

Prorocy wraz z rodziną Prawitiela Lemiezy zamieszkali w dawnym domu Olgi, którego drzwi pilnował pies Sułtan. Kilka rodzin z małymi dziećmi umieszczono we wspólnych domach w odległej o kilkanaście kilometrów wsi Kidry. W Zareczycy zorganizowano kuchnię polową, w której dyżury pełniły kolejno syjonistki. Do posiłków służyły podłużne doły, w których siadali wierni, jedzenie kładąc wprost na ziemi. Zdolni do pracy wyjeżdżali na położoną parę kilometrów dalej działkę, którą w pocie czoła karczowali tak długo, aż można było zasiać zboże i kukurydzę.

W narracjach o prozie życia w Nowej Jerozolimie dominują wątki egalitaryzmu i wspólnotowości: spośród braci i sióstr wyróżnieni byli jedynie apostołowie i diakonice, nieco później wyznaczono tez rzeźników - choć wyodrębnienie to miało charakter jedynie funkcjonalny, nie przekładając się na odmienną kondycję w ramach grupy. Silnie podkreślana jest równość stołu - przywódcy jedli tak samo ubogo, jak prości wierni. Wszystko wspólne, wszyscy równi: model wprowadzony przez proroków na świętym chutorze można wiązać z koncepcją communitas Victora Turnera. Jeśli okres funkcjonowania Nowej Jerozolimy potraktować jako formę doświadczenia liminalnego, będącego konsekwencją wyjścia wiernych z ram dawniej prowadzonego życia, możemy dostrzec w teorii Turnera klucz do interpretacji zareczyckiej wspólnoty. Sam autor podaje gotową ścieżkę, opisując ruchy millenarystyczne - a do takich można zaliczyć muraszkowców - jako działające w stanie permanentnej liminalności, na społecznym marginesie. Ich członków mają cechować homogeniczność, równość, anonimowość, brak własności, pokora i zatarcie różnic, pozbawienie atrybutów statusu - wszystkie te elementy można dostrzec w narracjach o Nowym Syjonie. Na poziomie życia religijnego obowiązuje tu pełne posłuszeństwo wobec proroka, następuje maksymalizacja i intensyfikacja doświadczenia sacrum - temu miało bowiem służyć wspólne zamieszkiwanie w Zareczycy. W owej communitas, świętej wspólnocie, wszyscy stają się braćmi i siostrami podległymi Najświętszym Rodzicom Iwanowi i Oldze.

Turner stawia tezę, że ruchy millenarystyczne, bazujące na intensywnym wyczekiwaniu nadejścia rzeczywistości sakralnej jakościowo odmiennej od tej przeżywanej na co dzień, pojawiają się w okresach historycznej liminalności - w momentach przejścia, zmiany społecznej i kulturowej. Ten trop zbliża nas z kolei szerokim łukiem do twierdzeń W. Pawluczuka, który genezy ruchów heretyckich i sekt dopatrywał się w takich właśnie okresach pęknięcia i załamania dawnego porządku, jak czas międzywojnia na dawnych Kresach Wschodnich. Wróćmy jednak do Nowej Jerozolimy.

Niwelacji różnic między wiernymi służyły rygorystyczne zalecenia dotyczące stroju i wyglądu: kobiety miały nosić długie spódnice, fartuchy i chustki: "takie jest prawo u nas - że kobieta powinna w fartuszku. To było po to, że kiedy gdzieś szedłeś, to żeby wszyscy wiedzieli, żeś wierzący. A ciężko z tym jest. To jest znak, znamię: fartuszek dla kobiety, a dla brata broda. Żeby pokazać, żeś ty chrześcijanin... A jeszcze chce o fartuchu powiedzieć: kiedy Ewa była w rajskim ogrodzie z Adamem, ona zgrzeszyła, i Bóg się o tym dowiedział. Wtedy ona wzięła i się zakryła. I dlatego my też tak powinnyśmy, my też musimy tak robić. Ona przykryła swoją nagość. Ot, i właśnie dlatego zostało powiedziane, że kobieta ma nosić fartuch. Takie prawo" (p. Luba, 31.08.2004). Mężczyźni natomiast mieli ubierać się skromnie, dostojnie i nosić brody "jak Chrystus! Chrystus tak nosił, żeby być na podobieństwo Boga... Na podobieństwo Boga to znaczy: mężczyzna powinien być z brodą! A chustka - to znaczy, że kobieta przyjmuje znamię nierządnicy. [...] To znaczy, że jesteś pokorną kobietą, jesteś posłuszna mężowi, jeśli masz tak zakrytą głowę" (p. Marusia, 13.09.2006). Surowo zakazane były jakiekolwiek ozdoby. Jedna z wiernych opowiadała, że będąc dziewczyną chowała przed Muraszką pierścionek, gdy bowiem zauważył, że nosi biżuterię, zrobił jej straszną awanturę. Pokora i skromność miały służyć rozwinięciu empatii, otwarciu na bliźnich, porzuceniu egoizmu: "...oj! Za czasów Mamy to było srogo! W lusterko nawet nie było wolno spojrzeć! Bo - mówiła - powinniście jeden na drugiego patrzeć, powiedzieć: «tu jesteś brudny», czy jakoś tak. Żeby człowiek sam się sobą nie zachwycał" (p. Marusia, 31.08.2004).

Na nowy status w nowej rzeczywistości communitas mogą wskazywać również syjońskie imiona - niezrozumiałe dla mirskich, swoiste, dyktowane Oldze przez Ducha w objawieniach. Świadkowie wspominają, że powstał rodzaj muraszkowskiego kalendarza - kolejnym datom zostały przypisane nowe imiona, zgodnie z zaleceniami prorokini. Trudno mi ocenić, ile tych onomastycznych neologizmów utworzono, w rozmowach udało mi się wyłowić tylko kilkanaście z nich. Jedyną osobą do dziś używającą świętego imienia jest pani Sinaja, moja wołyńska gospodyni. Imię, stanowiące odwołanie do góry Synaj, otrzymała bezpośrednio od Olgi. Pani Marusia miała się nazywać Rozdzielionka, jednak jej rodzice zaprotestowali przeciw nowemu imieniu, przeczuwając, że oznacza ono złą przyszłość: "mnie na przykład takie imię przypadło - Rozdzieliena. A mój tata powiedział: «ja takiego imienia nie chcę». Bo Rozdzielionka - to oznacza rozdzielenie. I on mówił: «ja nie chcę być rozdzielony z żoną i dziećmi»" (p Marusia, 30.08.2004). Wśród innych imion moi rozmówcy zapamiętali następujące: Proizwodia, w rozwinięciu Proizwodiaszczyj Nad Ziemliu; Zaszczita; Charitia; Lasonia. Aniksa; Sławitka - od Sławy Swiatych; Żełanka; Wstrieczik - oznaczające Wstrieczia Swiatych Na Ziemlie; Ziemliegonitiel - wskazujące na mającą nastąpić nagonkę na syjonistów; Łaskatielnyj, w skrócie: Łaskawczyk, mające upamiętniać słowa Olgi: "łaskajties'! utiszajties'!". Poza imionami świętymi i oryginalnie muraszkowskimi używano imion starotestamentowych - w historii Syjonu można napotkać m.in. Samuela, Rachelę i Sarę. Pozostałe imiona miały być nadawane zgodnie z prawosławnym kalendarzem świętych patronów.

Modlitwa

Przykazania uległy ostatecznej krystalizacji - ukształtował się model życia wiernego, nad którego przestrzeganiem czuwali prorocy, apostołowie i diakonice. Codziennie odbywały się nabożeństwa, te najbardziej uroczyste przypadały na sobotę. Do Zareczycy przybiegały mirskie dzieci, by przyglądać się owym muraszkowskim modlitwom. Pani Irina, mirska, która w dzieciństwie mieszkała niedaleko chutoru, wspominała: "kiedy przychodziła sobota, to jak wychodziliśmy na dwór to słyszeliśmy, że oni śpiewają - echo takie idzie. Kiedy to słyszeliśmy, biegliśmy tam. Oni w sobotę stawiali takie wielkie kotły - a oni nie jedli ani słoniny, ani mięsa - grzyby jedli, olej. I kotły takie były. Ich tam dużo było - i dzieci, i starcy. I te kotły były, i oni w nich gotowali. Myśmy chodzili popatrzeć. A oni biegają, tańczą, modlą się - no, pięknie było! A ten Muraszko - to był taki wysoki chłop, jak mnich!" (p. Irina, mirska, 9.11.2005). Modlitwy często przebiegały w Duchie - dopuszczone były praktyki glosolaliczne, momentom szczególnej religijnej ekscytacji towarzyszyły nieraz tańce - być może słychać tu echa zielonoświątkowej przeszłości proroków i części wiernych. Pani Irina opowiadała dalej: "oj! Jak oni się modlili! Tam można było robić co kto chciał! Kiedy się modlili, to Bóg jeden wie, co wyczyniali - machali rękami, głowami... Mąż p. Inny: Trzęśli się tak... p. Irina: Jeden tak się modli, drugi siak - i z tego wychodziło takie «hu-ha». Szum taki wychodził, a im się zdawało, że Duch Święty przez nich przemawia. Mąż: Mówili, że to Duch Święty mówił... I że kto silniej wierzył, ten mocniej wchodził w trans" (p. Irina z mężem, mirscy, 9.11.2005).

Nabożeństwa prowadzili zazwyczaj prorocy lub - pod ich nieobecność - apostołowie albo Prawitiel. Iwan i Olga bowiem także już po ustanowieniu Nowej Jerozolimy wciąż krążyli po okolicy, zbierając kolejnych wiernych. Nie bez znaczenia były też chyba polityczne ambicje Rodziców: do władz lokalnych i Warszawy słano podobno dziesiątki listów. Chodziło o dowiedzenie rządzącym, że jedynie przyjęcie Syjonu jako religii państwowej może zapewnić zbawienie i ocalić pokój. Olga przewidywała już bowiem rychłe nadejście krasnogo drakona w postaci władzy sowieckiej.

Spotkania obejmowały kazania przywódców, często związane z nowymi objawieniami Mamy Syjonu, następnie wspólne modlitwy i śpiewy. Wśród modlitw o ustalonym tekście najważniejszą jest Nowe Ojcze nasz, autorstwa proroków. Do dziś syjoniści rozpoczynają nią nabożeństwa, świadkowie zaś wspominają, że była odmawiana również w Nowej Jerozolimie. Oto wersja podana mi przez kominternowskich wiernych:

 

"Ojcze Nieba i Ziemi. Tyś jest Ojcem całego świata

Twoja modlitwa się dopełniła [priszła do konca].

Kieruj nasze serca.

Daj nam, Ojcze, wszystkie dobrodziejstwa Swoje na ziemi.

Zjednocz, Ojcze, wszystkie narody, które tego pragną.

I daj władzę nad wszystkimi narodami słudze Swojemu.

I usuń cale zło z oblicza ziemi.

I ustanów Królestwo Swoje - tak na Niebie, jak i na Ziemi.

I żeby wróg juz nigdy więcej nie świętował,

I żebyśmy znieśli wszelkie trudy, tak jak Chrystus cierpiał na Krzyżu.

I żeby Krew Ofiarna była równie cenna jak na Krzyżu

Niech będzie wola Twoja i siła, i sława i chwała na wieki. Amen".

 

Silniej związany z syjońskim wyznaniem i praktyką wydaje się być tekst modlitwy zapamiętanej z czasów życia na chutorze przez panią Teklę z Dubrowicy: "Ojcze Niebieski, zmiłuj się! Ześlij ochronę! Broń przed wszelkim złem, przed napadającymi [na nas] wrogami. Poślij ochronę, ześlij ochronę! Żeby Bóg nas chronił! Panie! Poślij, Panie... I zaprawdę powiadam, że wszystko będzie, wszystko będzie, wszystko będzie! Władająca Krew Ofiarna i Anioł Przymierza, i Krew Przymierza! Za cierpienie, za mękę! Tyś cierpiał na Krzyżu, i tak samo w Ofierze Swojej, w ranach. Za Ofiarę Świętą chwała, za rany, za pieczęci, za Ducha Świętego! I zostaw tę krew dla potomności, chroń krew ofiarną za morzami poprzez nasze usta! A Tobie chwała i sława, Tyś dostojny, Panie zmiłuj się, chroń nas. Broń nas przed smokiem napadającym, ześlij ochronę. Sława Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Alleluja. Amen" (p. Tekla, 8.11.2005).

Obecność Iwana i Olgi, nowych Eliasza i Chrystusa w paruzji, miała zapowiadać nadejście epoki Ducha - dopełnienie dziejów i Boskiego planu. Za wskazaniami starotestamentowymi Ojcu została poświęcona sobota, czczona według wzorca żydowskiego. Synowi, który objawił się ponownie pod postacią Olgi, poświęcono niedzielę, upamiętniającą Zmartwychwstanie. Przejście do epoki Ducha w jej ostatecznym kształcie ma w przyszłości oznaczać wyznaczenie trzeciego dnia świętego, o którym muraszkowcy mówią jednak niechętnie, powołując się na tajność Bożych wyroków. W syjońskiej wykładni dziejów świętości jedynie ci, którzy posłuchali głosu kresowych proroków, mogą zrozumieć potrzebę dopełnienia i tak już synkretycznego modelu świętowania o dzień trzeci. Jak tłumaczyły mi syjonistki: "p. Nadia: Zaczęła się działalność Ducha Świętego - to było wtedy, gdy przyszedł Ojciec nasz Najświętszy... Najpierw to się wypełniało jeszcze przed Chrystusem, potem już w imię Syna. I wtedy zgładzili wszystkich świętych, i Chrystusa ukrzyżowali... p. Nastia: I wszystko się zamknęło, skończyło, w imię Ducha. Wszyscy się żegnają - i prawosławni, i katolicy - wszyscy żegnają się «w imię Ojca, Ducha i Syna. Amen». p. Nadia, I wszyscy wierzą w Chrystusa, dziś cały świat uznaje Chrystusa. A teraz przyszła pora na Ducha Świętego - tylko tego nikt nie wie. Ludzie wiedzą, że «amen» - skończone, koniec, p. Nastia: A jeszcze będzie trzeci dzień święty... To będzie gdy historia się wypełni Ale przecież ludzie się modlą: «w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen». I koniec. A teraz właśnie przyszły czasy Ducha Świętego na ziemi... p. Luba: Ja bym jeszcze chciała dodać, że najpierw był czas [działalności] Ojca, a potem Syna. A teraz jest czas Ducha Świętego, jego robota. p. Nastia: Tak. To jest trzecie oblicze boskości. I myśmy w to uwierzyli, tak jak nasi rodzice w Jerozolimie" (p. Luba, p. Nadia, p. Nastia, 31.08.2004). Nie wyznaczono jeszcze trzeciego dnia święta w tygodniu - tymczasem Duchowi Świętemu szczególną cześć oddają syjoniści podczas święta Trojcy. Wtedy też starają się co roku odwiedzić chutor, na którym historia ma się dopełnić.

Pierwsza ofiara

W początkowym okresie działania Nowej Jerozolimy syjoniści jedli jedynie potrawy jarskie. Dopiero po pewnym czasie przeprowadzono obrzędowy ubój pierwszych czystych zwierząt, których mięso podano wiernym. W tym celu na nieodległej od chaty Olgi górce, zwanej Żertwiennikiem, rozpalono ogień. Rzeźnicy po zmówieniu modlitwy za dusze zarżnęli po kolei po jednym zwierzęciu z każdego z dostępnych gatunków czystych. Następnie - jak podczas starotestamentowej ofiary - wnętrzności wrzucono do ognia, wierni zaś zasiedli do pierwszego mięsnego posiłku. "Kiedy pierwszy raz pozwolono nam jeść mięso - opowiadała pani Maria - to [...] zarzynali zwierzęta i brali wnętrzności tych zwierząt, i palili je na tym Żertwienniku, na tej górce. J. Ch.: Dlaczego? p. Marusia: No - tak było też w Izraelu, że kapłani, żeby przygotować mięso do zjedzenia, palili wnętrzności w ofierze. Tak jak w Starym, a nie w Nowym Testamencie. To po to, żeby mogli pierwszy raz zjeść mięso. Tam była i kurka, i gąska, i cielak - wszystkie czyste zwierzęta zarzynali po jednym" (p. Marusia, 30.08.2004). Syjoniści paradoksalnie połączyli model ofiary starotestamentowej - z zabijanych rytualnie zwierząt, których podroby były palone przez kapłanów - z nowotestamentowym wzorcem osobistego poświęcenia i samoofiarowania Mesjasza, zrealizowanym przez Olgę w obrzędach zdjęcia pieczęci, podczas których oddawała własną krew dla zbawienia wiernych.

Ofiarowano zwierzęta - jednak i wierni musieli oddać Bogu coś od siebie: w ogniu spłonęły głównie części garderoby. Syjoniści nie posiadali wiele, każdy dawał więc to, co mógł. Jak opowiadały mi syjonistki: "p. Luba: ...przynosili ofiary. No, odzież na przykład... p. Nastia: Każdy przynosił co miał. J. Ch.: Jak te ofiary wyglądały? p. Nadia: Palili je w ofierze. p. Nastia: Ale to rzadko bywało. To się zaczęło od tej historii kiedy palili, kiedy pierwszy raz jedli mięso i palili te wszystkie wnętrzności. Spalili to, a potem Michaił [Kirylczuk] oddal swoje ubranie, i inni podobnie. Każdy członek rodziny dawał co mógł. Pamiętam nawet, że ja dałam chusteczkę białą. J. Ch.: Po co? p. Nastia: Tak zostało objawione Mamie Syjonu. Że każdy powinien coś dać... p. Luba: No - pieniędzy to tam nikt nie miał żeby oddawać. Jeśli ktoś miał ubranie - to palili ubranie. p. Nastia: I potem przez usta Mamy było powiedziane: «ofiara została przyjęta». I potem znów przyszły objawienia, i modlili się za co kto chciał" (p. Luba, p. Nadia, p. Nastia. 31.08.2004). Z wywiadów wynika, ze tak rozbudowana ceremonia ofiarna miała miejsce tylko raz.

Święta woda

Dostrzec mogliśmy już sakralizującą rolę ognia - w płomieniach Olga stała się prorokinią i Mamą Syjonu, część mięsa zwierząt ofiarnych spłonęła. Mitologia świętej wody natomiast łączy się ściśle z faktem przelania odkupicielskiej krwi, która była wylewana do rzek, jezior i studni, by w ten sposób rozprzestrzenić się na jak największym obszarze. Praktyka ta znalazła odzwierciedlenie w topografii Nowej Jerozolimy. Kilkaset metrów od miejsca, w którym stała chata proroków w dolince zaczęło bić święte źródełko: "o kryniczce też było objawione przez Głos. Naszej babci [Oldze] zostało powiedziane: «idź, tam wybije źródełko, będziesz się w nim obmywać, to cię wzmocni». A ona przecież siedem razy po siedem dni pościła! Takie posty odbywała! I zaczęła prosić Boga: «Panie, pomóż mi, nie mam już siły». I Bóg dał tę kryniczkę. Ona poszła nad rzeczkę - ale tam nie było żadnego źródełka. A potem dzięki modlitwom czy jakoś tak to źródełko się pojawiło" (p. Luba, 31.08.2004).

W miejscu, z którego wypływała woda, postawiono niebawem kapliczkę, przy której odbywały się nabożeństwa i obrzędy zdjęcia pieczęci - krew ciekła wtedy bezpośrednio w żywą wodę, łącząc się symbolicznie z krwią Zbawiciela przelaną na krzyżu: "była ta kryniczka, i kiedy Mama chodziła tam modlić się do Boga, to zostało jej objawione: «to jest ta krynica i ta krew, która z [ran] Chrystusa weszła w ziemię i wróciła aż tutaj»! Toż to jedno - Chrystus i Mama" (p. Sinaja, 9.11.2005). Dzieje Męki po dwóch tysiącach lat znalazły według syjonistów swe dopełnienie. Jedna z mirskich, z zewnątrz podglądająca w dzieciństwie muraszkowskie celebry, opowiadała: "tam, gdzie jest staw, był kanał - i zrobili nad tym kanałem kapliczkę. [...] I on [Muraszko] wziął tę kobietę - a ona miała dwóch synów - i żył z nią. To jak to zorganizowali? - Ona się nazywała Święta Mama. On był Ojciec, a ona Mama Święta. I zrobili kanałek, zrobili kapliczkę - duża, ładna ta kapliczka była. Pamiętam jak we śnie, cała blachą białą pokryta była ta kapliczka, a u tej Mamy on wyciął krzyż na plecach - i [krew] spuszczali do tej kryniczki, do wody... Bo to była święta woda... Mąż p. Iriny: Ale co, krew spuszczali? p. Irina: No - krew jak ją cięli tam. Krzyż na plecach jej wycięli, [...] ten Muraszko to robił. Ona cierpiała, on ją ciął. i tę krew spuszczali do tego źródełka" (p. Irina z mężem, mirscy. 9.11.2005).

Kilkanaście lat później, po upadku świętego miasta, gdy do "kryniczki" zaczęli przychodzić także mirscy, źródełko wyschło. Syjoniści tłumaczą, że nastąpiło to wskutek nieprawidłowego, bezbożnego wykorzystania wody, która została uświęcona przez ofiarę krwi: "potem zaczęli ją używać, zaczęli brać tę wodę. żeby nią leczyć. Tak mi opowiadali. I kiedy zaczęli ludzi leczyć tą wodą - wtedy źródełko wyschło. J. Ch.: Dlaczego? p. Sasza: No, zaczęli tę wodę sprzedawać za pieniądze - a to święta woda była!" (p. Sasza, 9.11.2005). Z opowieści mirskich wynika, że jeszcze przez jakiś czas po upadku Nowej Jerozolimy święte źródło było wykorzystywane również przez prawosławnych, którzy podzielali widać wiarę syjonistów w uzdrowicielską moc wody.

Projekt Świętego Miasta

Domek Kirylczuków, wykopane w ziemi doły służące za stołówkę i pękająca w szwach stajnia nie wyczerpywały planów proroków dotyczących budowy świętego miasta. Jak wspominał pan Siergiej, Królestwo Boże na ziemi miało być podobne do ziarnka gorczycy - małe i gorzkie, rozwinie się później w piękny, okazały kwiat. Podobnie wołyńska Nowa Jerozolima miała rozkwitnąć w duchowe i polityczne centrum świata, świętą metropolię: "było powiedziane, że tu będzie zbudowane wielkie miasto, do samego Berestia będzie sięgało. Tutaj będzie centrum, i tam aż do Berestia będzie miasto Jeruzalem, i wszyscy tu będą żyć. Będą autobusy, wszystko będzie... J. Ch.: A było powiedziane, że kościół będzie, świątynia jakaś? p. Sinaja: No - świątynia... przecież w każdym człowieku, wewnątrz jest świątynia! Wszyscy będą się modlić, a w sobotę będą przychodzić Bogu się pokłonić" (p. Sinaja, 9.11.2005). Inna rozmówczyni, podobnie jak pani Sinaja pamiętająca czasy wołyńskiej Nowej Jerozolimy, wspomina, że pośrodku miasta miała stanąć wielka świątynia Opatrzności. Syjoniści do dziś posługują się tym terminem, deklarując niepewność co do jego znaczenia - być może prorocy zaczerpnęli go z języka religijnego obecnych w okolicach Zareczycy katolików. Od świątyni promieniście miały się rozchodzić szerokie ulice pełne autobusów i tramwajów - tak, by nikt z wiernych nie musiał się już męczyć chodzeniem pieszo.

Taka koncepcja świętej metropolii - miasta o powierzchni 100 km2 - rozwiązywała problem sakralizacji miejsca urodzin Olgi, odległej o kilkadziesiąt kilometrów wsi Omelana. która również w proroczym planie miała się znaleźć w obrębie ziemskiej Nowej Jerozolimy. Innym silnie akcentowanym wątkiem jest polityczne znaczenie miasta, które skłonna byłabym wiązać z obecną w prawosławiu tradycją legalizacji władzy świeckiej przez autorytety religijne. Zareczyca miała się stać siedzibą panujących - listy zawierające propozycje takiego uprawomocnienia rządów ponoć otrzymał m.in. Józef Piłsudski.

Uprzedzając nieco rozwój historii, dodam tu jedynie, że dziś syjoniści żyjący w pododeskim Kominternowie starają się o prawo kupna ziem otaczających Zareczycę, należących obecnie do sielsowietu Bereżnicy. Oficjalnie chcą stać się właścicielami świętej dla nich ziemi, by móc swobodnie prowadzić na niej działalność religijną; po cichu zaś dodają, że czas na odbudowę świętego miasta jeszcze nie nadszedł, ale należy czynić przygotowania.

 

 

Nowojerozolimski synkretyzm

Typ organizacji wspólnoty, model przywództwa i religijności, a także podstawy wiary muraszkowskiej uległy na chutorze ostatecznej krystalizacji. Później wprowadzane lub doświadczane zmiany są dziś przez syjonistów interpretowane jako konieczne odstępstwo od pożądanego kształtu: Nowa Jerozolima oznaczała bowiem pełnię.

Warto przyjrzeć się rzeczom z zewnątrz, pod kątem potencjalnych wpływów otaczającej Zareczycę rzeczywistości społecznej, religijnej i kulturowej na świętą wyspę. W sąsiadującej z chutorem Bereżnicy znajdowały się w latach 30. XX w. trzy synagogi i kościół. Katolicy, polska rodzina Szumskich, byli najbliższymi sąsiadami muraszkowców. Iwan, Olga i niektórzy z pierwszych wiernych, jak już wspominałam, przeszli w swym życiu "przygodę" zielonoświątkową. Podejrzewam, że wszyscy pochodzili z rodzin o korzeniach prawosławnych. Wszyscy również swą religijną drogę zakończyli we wspólnocie niezwykłej, swoistej, cechującej się niebywałym wręcz synkretyzmem.

W Nowej Jerozolimie paradoksalnemu połączeniu uległy wątki starotestamentowe (często stanowiące dokładny analog praktyk ludowego judaizmu z chrześcijańskimi, naznaczonymi piętnem żywego doświadczenia sacrum, typowego dla zielonoświątkowców. Jeśli poszukać głębiej, w postaciach proroków można znaleźć podobieństwa do modelu staroruskich jurodiwych, szaleńców Chrystusowych. Mesjanizm zrealizowany przez Olgę należy łączyć zarówno z wzorcem żydowskim, jak i millenarystycznym, który Muraszko mógł poznać podczas swych podróży do Ameryki.

Niektóre elementy muraszkowcy sami umieszczają w kontekstach zewnętrznych - tak rzecz się ma ze świętowaniem soboty, które zostało zaczerpnięte ze Starego Testamentu; w narracjach mirskich pojawiają się jednak również skojarzenia z folklorem żydowskim. Praktyki glosolaliczne moi rozmówcy wiązali z kształtem nabożeństwa zielonoświątkowego. Istnieje jednak rozległe pole rozwiązań i wierzeń, które sami muraszkowcy traktują jako absolutnie swoiste, będące konsekwencją podporządkowania wyznania i kultu objawieniom doznawanym przez Olgę. Sądzę, że niektóre z tych interpretowanych wyłącznie wewnątrzgrupowo wątków można powiązać z praktykami i przekonaniami obecnymi w mirze, wśród niewiernych. Powróćmy jednak na chutor, na którym sprawy zaczynają mieć się coraz gorzej.

Hiobowych prób ciąg dalszy: klęska Nowej Jerozolimy

Warunki sanitarne w Nowej Jerozolimie pozostawiały zdaje się wiele do życzenia: kilkaset osób stłoczonych w zaadaptowanej na sypialnię stajni, wspólne kuchnie i ciężka praca przy słabym wyżywieniu doprowadziły po jakimś czasie do epidemii tyfusu czy innej choroby zakaźnej, określanej przez moich rozmówców jako tif. Umierać miały głównie dzieci i osoby najsłabsze. Pan Siergiej opowiadał: "w tych stajniach tak strasznie śmierdziało, że kiedy przyszła polska policja, to mówili: «Co to takiego, panie Eliaszu?». A on na to, że to jest Królestwo Boże. A oni zatykali nosy i uciekali. Wołali: «A niech go z takim królestwem!»" (p. Siergiej, 10.11.2003). W związku z obawami przed rozprzestrzenieniem się choroby władze lokalne zabroniły grzebania ciał syjonistów na cmentarzu w Bereżnicy; początkowo zmarłych chowano obok płotu cmentarnego, wraz z nieochrzczonymi dziećmi i samobójcami, potem zaczęto podobno aranżować pogrzeby pod lasem, na samym chutorze.

I tę chorobę - podobnie jak korostę kilka lat wcześniej - muraszkowcy interpretowali jako znak od Boga, kolejną próbę i kolejny etap oczyszczenia. Olga miała chodzić wśród opłakujących zmarłe dzieci matek, pocieszając je i tłumacząc, że taki rozwój wydarzeń jest częścią planu, kolejnym krokiem w urzeczywistnieniu Królestwa Bożego. Innego zdania były jednak polskie władze, które w związku z epidemią zaczęły baczniej przyglądać się chutorowi. Kolejne inspekcje i dawniejsze oskarżenia pod adresem Iwana o znęcanie się nad Olgą (chodzi o obrzędy zdjęcia pieczęci, spośród których kilka zakończyło się aresztowaniem proroka) nie służyły budowaniu pozytywnych relacji z wójtem.

Ostateczny argument przemawiający za zlikwidowaniem wspólnoty miał jednak charakter polityczny: muraszkowców oskarżono o próbę zaszczepienia komunizmu na polskich ziemiach i działalność wrogą Warszawie. Prorokom dano podobno 24 godziny na opuszczenie granic państwa, w przeciwnym razie miało im grozić wieloletnie więzienie. Nowa Jerozolima upadła nagle i niespodziewanie. Według niektórych był to rok 1938, inni twierdzą, że 1939 *[Z badan archiwalnych R. Skakuna wynika, że wyjazd proroków nastąpił w marcu 1938 r.]. Pewne jest, że przed nadejściem wojny obydwoje prorocy opuścili wiernych, w pośpiechu i w napięciu. Pierwsza miała wyjechać Olga, parę dni później Iwan. Naprędce spakowali najpotrzebniejsze rzeczy (wśród których znalazła się skrzynia pełna zapisanych przez apostołów objawień) i pożegnawszy przerażonych wiernych wyruszyli w kierunku Równego. Złośliwcy dodają, że nie omieszkali wywieźć wszystkich zgromadzonych od wiernych pieniędzy. Pani Sinaja wspominała słowa, które Iwan skierował do syjonistów w dniu wyjazdu: "Do widzenia, moi rodacy! Zostańcie z Bogiem, przyjaciele. Wybacz domu ojcowski, dziś wyjeżdżam do obcego kraju i tam będę odtąd żyć. Oj, nie chcę was opuszczać! Chciałbym żyć tu z wami, ale Jezus posyła mnie na obczyznę, by tam przebrzmiały trąby" (p. Sinaja, 9 11.2005).

"Zniknięcie" proroków i dalsze losy osamotnionych wiernych

Dokąd pojechali? Dlaczego tak daleko? Czemu tak nagle? Moi rozmówcy przedstawiają moment "zniknięcia" proroków jako niczym niezapowiedziany i błyskawiczny: pewnego dnia mieli po prostu spakować rzeczy i wyjechać, pospiesznie i pod presją. W tym punkcie historii prorocy tracą jakąkolwiek moc sprawczą, usuwają się ze sceny, nawet w kulisach nie dają znaku życia. Stąd określenie "zniknięcie" z przestrzeni naszej opowieści - było ono bowiem nagłe i ostateczne, jak zniknięcie jurodiwego - nie wiadomo jak i gdzie. Celem podróży okazała się Argentyna - w Buenos Aires osiadł kilka lat wcześniej znajomy Iwana z czasów zielonoświątkowych, Wasyl Tierebiej, ostatni apostoł Syjonu i jedyny świadek dalszych poczynań proroków. Pomagał Oldze w pierwszych dniach wygnania, był przy niej również potem, gdy Muraszko popadł w szaleństwo: "Wasyl był Białorusinem, znał się z Ojcem z Białorusi, a wyjechał osiem lat przed Mamą. Gdy wyjeżdżał nie był syjonistą. A na emigracji spotkał się z Olgą, i pomógł jej postawić dom, bo był szefem brygady cieśli, domy budował. I w ciągu dwóch tygodni postawili dom dla proroków, oni tam mieszkali odtąd. Z pieniędzmi też im pomógł - pisał, że dał im 100 pesos. Był z nimi aż do czasu, gdy Ojciec zachorował. A gdy zachorował, to on pisał, że to gwóźdź, który się obruszył. To z Biblii. Więc ten gwóźdź się obruszył, i wtedy Mama powiedziała: «trzeba mi kogoś innego! Skoro Iwan zachorował, nie może już wypełniać swych powinności». I powiedziała to Wasylowi, i on znów w 55 roku na ciele Mamy ciął rany, znów się zaczęło - a to wszystko po to, by Wasyl miał prawo być przy Mamie, pomagać, pisać jej co trzeba. I on pisał, że Mama o nim powiedziała tak: «ty jesteś ten Szymon, który pomógł donieść krzyż na Golgotę». To znaczy: Mamie było ciężko i on pomagał jej nieść krzyż" (p. Marusia, 30.08.2004). Syjoniści twierdzą jednak, że od momentu wyjazdu charyzmat proroków przygasł, skończyły się objawienia, w Argentynie zaś żyli samotnie i w nędzy. Iwan zmarł podobno w 1958 r., Olga parę miesięcy później. W ostatnich latach Ojciec Syjonu miał oszaleć - stracił kontakt z otoczeniem, zamykając się we własnym świecie. Wierni wspominają, że prorocy planowali przenieść, przeszczepić Nową Jerozolimę na grunt argentyński, dlatego wywieźli ze sobą pieniądze zebrane od członków wspólnoty, pozostawiając ich bez grosza Podobno tuż po wyjeździe Rodziców muraszkowcy starali się o paszporty, jednak szerząca się wśród wiernych choroba oczu utrudniała zdobycie niezbędnych dokumentów, dalsze zaś zabiegi przerwało nadejście wojny. Wskazuje to na elastyczność pojęcia świętego miasta, pokazuje jak były rozłożone akcenty: sacrum skupione było wokół postaci proroków, nie zaś "przyszpilone" do określonego miejsca na mapie. Nowa Jerozolima jako realizacja idei Królestwa Bożego na ziemi mogła i miała zaistnieć ponownie tam, gdzie znajdował się Syjon, a więc wspólnota - choćby i w Argentynie. Wydarzenia historyczne przeszkodziły jednak takiemu rozwojowi naszej opowieści.

Po wojnie zostało wymienionych jedynie parę listów, głównie między wnuczkami Olgi a Wasylem Tierebiejem. Wraz z Mamą Syjonu wyjechały również jej dzieci - na Wołyniu pozostali pierworodny Michaił oraz Ananij, najmłodszy z synów, który miał według objawień odegrać w muraszkowskiej historii rolę istotniejszą niż Iwan. Chłopczyk zaginął jednak podczas wojennej zawieruchy; syjoniści szukają go do dziś, łącząc nadzieje z popularnym programem telewizyjnym Żdi mienia. Liczą, że odnaleziony Anańko będzie kontynuować dzieło rozpoczęte przez proroków, jako najbliżej z nimi spokrewniony i powołany do rzeczy wielkich.

 

 

Opuszczeni przez przywódców wierni zaczęli rozjeżdżać się w rodzinne strony. Wielu nie miało dokąd wracać - przed przybyciem do Zareczycy sprzedali bowiem gospodarstwa, wiążąc swój dalszy los z Nową Jerozolimą. Ci pozostali na chutorze, przez kilka następnych lat cisnąc się w domu Olgi i chacie w Kidrach. Został Lemieza, który przejął przywództwo nad wspólnotą, został również Miszka, pierworodny syn Olgi. Sytuacja dwuwładzy doprowadziła niebawem do konfliktów. Lemieza - Prawitiel Syjonu, główny zarządca i pierwszy z wiernych, który wraz z Iwanem przeżył inicjację na zjeździe zielonoświątkowców, cieszył się szacunkiem syjonistów. Posłusznie wypełniali jego polecenia, został bowiem wybrany przez proroków i namaszczony jako jeden z pierwszych. Charyzmat otrzymał niejako "z urzędu", będąc powołanym do roli kierownika wspólnoty. Po drugiej stronie był jednak Miszka: niepozorny, cichy i zamknięty w sobie, lecz jednak dziedzic świętej krwi, członek Rodu Ofiary, który w dzieciństwie przeżył sakralizujący pożar zareczyckiej chaty. Nikt nie traktował go dotąd poważnie - ot, Miszka.

Gdy jednak Lemieza zaczął nadużywać swej władzy - która była przecież władzą z ludzkiego, a nie boskiego nadania - wierni stanęli przed wyborem: tradycja czy krew? Urząd czy immanentne sacrum? Napięcie to znalazło wyraz w historii pierwszego konfliktu, zwanego w świętej muraszkowskiej historii Rozdzieleniem.

Rozdzielenie

Spór dotyczył podobno krowy przeznaczonej na ofiarę, którą Jakub Lemieza postanowił zarżnąć, by nakarmić wiernych. Od wyjazdu proroków syjoniści żyli jeszcze biedniej, mięso stanowiło luksus. Niektórzy twierdzą, że ubój ma tak silne znaczenie religijne - jako moment oswobodzenia duszy pokutującej w ciele zwierzęcia - że Lemieza nie miał wręcz prawa brać się za tak poważne sprawy. Otóż pewnego dnia, około 1940 r., gdy na chutorze została jedynie garstka wiernych, Prawitiel ogłosił, ze krowa zostanie zarżnięta, że będzie uczta. Miszka sprzeciwił mu się ostro - ten cichy Miszka, na którego nikt dotąd nie zwracał uwagi. Pani Nadia opowiadała: "nikt nie nazywał go Michaiłem, on tam nie miał żadnej rangi. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest członkiem [Rodu] Ofiary - on sobie żył spokojnie na chutorze. A kiedy poszła sprawa z tą krową, wszyscy zaczęli się rozjeżdżać... No - chcieli zarżnąć tę krowę, a to była krowa ofiarna. [...] Prawitiela spytali - w końcu to on wszystkim tym zarządzał - i on zawołał rzeźnika, żeby zarżnąć tę krowę. A Michaił mówi: «nie żałuję wam tego mięsa, ale jeśli je zjecie - umrzecie!». J. Ch.: Skąd Misza to wiedział? p. Nadia: No, on pewnie wiedział, że ta krowa była przeznaczona na ofiarę. Ale w te słowa Michaiła - ja w to mocno wierzę: «jeśli to zjecie - umrzecie». A Prawitiel nie posłuchał i zarżnął. To była dorodna krowa, i oni ją zarżnęli. Mój tato usłyszał i woła: «Prawitiel!». A Miszka - toż on nie miał żadnej władzy... J. Ch.: Ale był członkiem Rodu Ofiary... p. Nadia: Ale żadnej pozycji nie miał. A Prawitiel - jego ochrzcili imieniem Jan. Toż to wielki człowiek, Jan Chrzciciel. Na nim spoczywała olbrzymia odpowiedzialność, zwierzchnictwo nad tyloma ludźmi. Przecież to ogromny ciężar! A tu proszę - Miszka przychodzi! A on [Lemieza] nie wziął pod uwagę, że Miszka jest członkiem [Rodu] Ofiary, że stał w ogniu... J. Ch.: To znaczy, że Miszka miał rację? p. Nadia: Tak. Trzeba było uwierzyć, że on należy do [Rodu] Ofiary! A Prawitiel - jego po prostu wybrali, on nie stał w ogniu! Nie był członkiem [Rodu] Ofiary! I od razu zawiązał się konflikt - jedni po stronie Prawitiela, drudzy po stronie Miszki" (p. Nadia, 14.09.2006).

Wskazań Miszki posłuchało jedynie kilka rodzin - jego najwierniejszym poplecznikiem był zaś ojciec pani Nadii. Reszta dała się skusić, poszła na mięsną ucztę, odrzucając argumenty potomka prorokini. W radykalnych wersjach narracji o Rozdzieleniu ci, którzy jedli mięso krowy ofiarnej, zmarli przed upływem roku. Pani Nadia koryguje, że Miszka miał na myśli jedynie śmierć duchową, będącą konsekwencją złamania tabu ofiary. Nawet jej matka początkowo nie posłuchała zakazu Miszki: "tata przychodzi do matki i mówi: «zarżną krowę, ale ty tej krowy jeść nie będziesz - ni ja, ni dzieci nasze!». Mama się zasmuciła. Dzieci chodziły, płakały - niedostatek tam panował - i tak bardzo chciały mięsa trochę zjeść! A mama moja pomyślała, rozważyła to sobie, i nocą śni się jej sen: przygotowują się do komunii. Lud się zbiera na placu, tam koło Tieklowki [wieś nieopodal chutoru Zareczyca], wszyscy się szykują... A Ojciec Syjonu stał na wzniesieniu, przygotowywał się do nabożeństwa, i tak powiedział: «wszyscy ci, którzy nie zjedzą tego mięsa, przystąpią do komunii!». I mama od razu pojęła, zgodziła się z tatą. A potem stanęła przed barakiem i mówi: «siostry, siostry, nie jedzcie tego mięsa!»" (p. Nadia, 14.09.2006).

Historia Rozdzielenia to pierwszy z przykładów rywalizacji o władzę we wspólnocie. We wszystkich przypadkach, o których wiem, konflikt dotyczył wyboru między władzą krwi i władzą wynikającą z osobistej charyzmy konkurenta, jego autorytetu. Członkowie Rodu Ofiary napotykali naprzeciw siebie silnych, często od lat kierujących wspólnotą, doświadczonych przeciwników. Ostatecznie wybór należał do wiernych - większość wybierała "błędnie", ściągając na siebie pokutę i zapominając o roli Olgi-Ofiary Chrystusowej, która oddała własną krew, uświęcając równocześnie linię potomków. W przypadku historii krowy ofiarnej, jak zobaczymy, rzecz znajdzie swój epilog parę lat później.

W mojej opowieści o Syjonie - takiej, jaką tu przytaczam i konstruuję - będę śledzić główną linię przywódców, ów mainstream wyznaczony przez świętą krew. Zależy mi na odtworzeniu "kanonicznej" wersji narracji, która doprowadzi nas aż do wnuczek Olgi, stojących dziś na czele wspólnoty w Kominternowie. Po drodze wyłoniło się kilka grup heretyckich czy sekt wtórnych - pierwszą z nich była wspólnota, która zdecydowała się posłuchać Lemiezy.

W wyniku sporu o krowę pierworodny Olgi zmienił rangę, uzyskał nowy status, przeszedł rodzaj inicjacji do przywództwa. Jak wspominała pani Nadia: "nikt nawet nie kojarzył, że on się nazywa Michaił - on był po prostu Miszka. A kiedy była ta historia z krową, to od tej pory on zaczął wypełniać swoją misję. No, tam może z pięć takich rodzin było, tych co nie zjedli, inni nie posłuchali. I z tego poszło Rozdzielenie. Odtąd on już nie był Miszka - a Michaił. Został Michaiłem" (p. Nadia, 14.09.2006). Od tej pory wziął na siebie odpowiedzialność za małą z początku grupę wiernych, zaczął prowadzić nabożeństwa i wprowadzać radykalne postulaty. Niebawem, gdy chutor znalazł się pod władzą sowiecką i życie religijne było ograniczane w ramach akcji ateizacji, Michaił zabronił wiernym ukrywania przynależności do nowego narodu wybranego. Mieli modlić się przy otwartych drzwiach, demonstrując odwagę i oddanie sprawie Syjonu. "Ludzie Lemiezy" wybrali natomiast opcję utajenia praktyk religijnych, deklarując się jako niewierzący i sprzyjając władzy radzieckiej.

Lata wojenne to moment rozproszenia wiernych - częściowo odtworzone zostały dawne, lokalne centra, m.in. cerkiew we wsi Motol. Spora część wiernych wyjechała jednak w rodzinne strony. Niektórzy przystąpili do partyzantki, łamiąc zakaz używania broni. Syjon podupadł, Rozdzielenie osłabiło więzi wspólnotowe i naruszyło autorytet przywódców, wielu dryfowało w stronę miru, nie znajdując oparcia w grupie. Anańko, najmłodszy syn Olgi, zaginął. Michaił po paru latach zdecydował się na wyjazd do Argentyny. Wierni zostali sami.

 

 

Wtoroj Zow

Zapowiedzi

Jeszcze za czasów nowojerozolimskich, przed upadkiem świętego miasta, Iwan miał wypowiedzieć tajemnicze zdanie: "jeszcze będziecie szczęśliwi, gdy w trzecim pokoleniu Bóg objawi swój Głos" (p. Pawło, 14.09.2006). Z początku niezrozumiałe, z czasem skierowało oczekujących nowego przywódcy wiernych w stronę interpretacji głoszącej, że trzecie pokolenie oznacza wnuków Olgi. Na ziemiach ukraińskich pozostały jednak tylko dwie małe dziewczynki, Lubow i Marusia, córki Michaiła. Ojciec przed wyjazdem do Argentyny nie widział nawet młodszej, Luby. Ich matka zmarła natomiast tuż po urodzeniu ostatniej córki. Sieroty były przekazywane z rąk do rąk, z domu do domu. Początkowo mieszkały na chutorze, razem z wujem, Babakiem.

Po paru latach trafiły pod opiekę Marii Uszenko - z pochodzenia Czeszki, bogatej bezdzietnej krawcowej, mieszkającej we wsi Nowokrajew. Do historii Syjonu weszła jako Mama Sławy - ta, która potrafiła docenić i ocalić świętą krew. Gdy przyjmowała dziewczynki pod swój dach, była "świeżą" syjonistką - jako jedyna mogła im jednak zapewnić bezpieczne i w miarę dostatnie życie. "Uszenczycha na początku była zupełnie mirska. Był taki jeden brat, zaczął ją przekonywać - i została syjonistką. On jej poradził: «sama żyjesz, dzieci nie masz - weź te dziewczynki, zostaną z tobą», i tak ona je przygarnęła. Potem przyjechał ten Kostia [Szupienik] i mówi: «opiekuj się dobrze dziećmi, jeszcze Głos będzie przez nie przemawiał». J. Ch.: Kostia to wiedział? p. Pawło: No - Kostia wiedział, to raz, a dwa, że Ojciec Najświętszy mówił kiedyś na nabożeństwie dziecinnym, że «będziecie szczęśliwi, kiedy w trzecim pokoleniu Bóg objawi swój Głos». Więc oni czekali, aż w trzecim pokoleniu się objawi. Trzecie pokolenie - to dzieci. Bo Mama - pierwsze, Michaił - drugie, a dzieci Michaiła - trzecie. No i w końcu ten Głos się odezwał. Marusia miała dziewięć lat czy osiem, a Lubow była jeszcze młodsza. I przyszedł Głos. I myśmy tak mocno w ten Głos wierzyli, że niczego nie żałowałem, wszystko bym oddał dla nich!" (p. Pawło, 14.09.2006).

 

 

Głos, raz jeszcze

W 1948 r. miała miejsce kolejna z syjońskich epifanii: przez usta dwóch małych dziewczynek ponownie odezwał się Głos, wzywając wiernych. "I oto przyszedł dzień, kiedy przez usta Marusi i Luby objawił się Głos... To było w Krajewie, i wszystkim członkom [wspólnoty] zostało powiedziane, żeby przyjeżdżali po odpuszczenie grzechów. I wszyscy ruszyli do Krajewa. To było Drugie Wezwanie [Wtoroj Zow] - to znaczy, że Bóg raz jeszcze wzywał lud, było powiedziane «kajacie się i przyjeżdżajcie!». Dużo ludzi wtedy przyjechało... Tam była wywieszka taka: «tu jest świątynia Pańska» i one [Luba i Marusia] tam siedziały razem z Mamą Sławy, a my przychodziliśmy po rozgrzeszenie. A co, myślisz, że one znały tych, którzy przyjeżdżali? Skąd mogły znać? «Temu odpuszczone, temu nie odpuszczone, ten ma się poprawić...» - przez ich usta Duch przemawiał. Ot, tak. A myśmy płakali, łzy kapały" (p. Nastia, 31.08.2004). Znów tłumy zaczęły ciągnąć w miejsce, w którym ujawniło się muraszkowskie sacrum. Przed domem Uszenkowej, na ławeczce, ośmioletnia Marusia i siedmioletnia wówczas Luba, nad wiek poważne, odpuszczały przez kolejne miesiące grzechy posłusznym, dawały zaś pokutę i odsyłały grzeszników do domów.

Wezwani zostali syjońscy apostołowie, którzy mieli przyprowadzić wiernych z cerkwi lokalnych: "myśmy byli ze wspólnoty w Motolu, od apostoła Jana. On był wtedy w Nowokrajewie, gdy u dziewcząt objawił się Głos. I mówił, ze wszystkim starym apostołom zostało powiedziane: «apostołowie, zbierajcie swoje owieczki na odpuszczenie [grzechów]!». No a jak w to uwierzyć? On mówił, że Marusia siedzi i paluszkiem kiwa: «pasterze sami siebie pasą, a owieczki się porozbiegały! Pasterze przestali się opiekować swoimi owieczkami!»" (p. Nadia, 14 09.2006). Syjoniści mieli znów się zgromadzić, znów stanąć przed obliczem Boga przemawiającego przez usta wnuczek. Wojenna zawierucha sprawiła bowiem, że wielu muraszkowców odeszło od zaleceń proroków, porzuciło zwyczaj świętowania soboty, miało w rękach broń... By Syjon mógł przetrwać, potrzebne było duchowe oparcie, ponowna konsolidacja wspólnoty. Pani Marusia tłumaczyła: "ludzie wtedy znów stanęli na nogi po tym, jak Mama i Ojciec wyjechali. Przecież tam wszystko poupadało, rozsypało się! A potem, kiedy zaczęli przyjeżdżać do Krajewa, po odpuszczenie [grzechów] przychodzili, kajali się, spowiadali się, płakali - wtedy znów wszystko się ułożyło, było znów tak, jak powinno" (p. Marusia, 30.08.2004).

Wydarzenie funkcjonuje w muraszkowskich narracjach jako Wtoroj Zow i jest kolejnym punktem "zagęszczenia sacrum" w opowieści. Rzecz trwała kilka miesięcy, może kilkanaście. Ci, którym nie odpuszczono grzechów za pierwszych razem, wracali do domów, by odpokutować. Pani Nadia, która od razu otrzymała rozgrzeszenie z rąk wnuczek, wspominała: "myśmy przyszli po przebaczenie, przyjechaliśmy aż z Białorusi, motolski apostoł nas przyprowadził. A tam siedzą wnuczki. Mama Sławy i apostoł Pietro. Przychodzimy - i od razu na kolana. Przecież to świątynia Pańska! Na kolanach trzeba! A te dzieci - one w mig wiedziały, kto jest członkiem [Syjonu): kto to, skąd przybył. I my na kolana, prosimy o przebaczenie. A one tak: «odpuszczono, odpuszczono, wstawajcie, odpuszczono!». Na drugi dzień przyjeżdża prawitielowa [żona Lemiezy]. Przecież one ich nie znały nawet! I ona padła na kolana, płacze, płacze. A one: «siostro, wstawaj! Wstawaj, bo będzie jeszcze gorzej!». Ona wstała, pokutę dostała, miała się poprawić. Z wieloma tak było. I nasi ludzie spostrzegli, że to nie dzieci! Przez nie przemówił Głos proroctwa - prosto z ich ust Głos Ducha płynął. I wszyscy uwierzyli w ten Głos. J. Ch.: One też miały taką moc jak Mama Syjonu? p. Nadia: No - u nich to inaczej wyglądało, kiedy przez nie przemówił Głos, były jeszcze dziećmi. Mama Syjonu miała inne zadanie, ona miała zapoczątkować czas Ducha Świętego. A jeśli o nie [wnuczki] chodzi, to wierzymy, że: «jeśliby Bóg nie zostawił Ostatka nie ostałoby się!». One zostały, a wszyscy inni wyjechali - i Rodzice, i ich ojciec... Zostały te dwie maleńkie kropelki krwi Ofiary. To jest potomstwo tej krwi" (p. Nadia, 14.09.2006). Ponownie dała więc znać o sobie święta krew, legalizując kolejne pokolenie przywódców. Objawienia znów mają charakter paradoksalny, ponadludzki - wnuczki, które nigdy nie widziały żony Prawitiela, nie odpuszczają jej grzechów. Historia mająca swe źródło w dniu Rozdzielenia, konfliktu Miszki z Lemiezą. znajduje swój epilog i zakończenie. Błędy przeszłości nie zostają zapomniane - ci, którzy odstąpili, muszą się ukorzyć.

Metamorfozie ulega charakter religijnego przywództwa. Podczas gdy Iwan i Olga z namysłem, w kolejnych etapach realizowali Boży plan, wnuczki od pierwszej epifanii Głosu pełnią rolę nie w pełni świadomych mediów. Do dziś na pytanie, w jaki sposób kierują wspólnotą, odpowiadają: "nam po prostu na myśl przychodzi: tak i tak trzeba zrobić, tak i tak postąpić. No, bywa że pomagamy rozwiązać nawet takie małe, rodzinne problemy - wtedy coś nam podpowiada, jakieś takie sumienie. Może to serce? Może dusza? Przecież u nas nie ma tak, żeby ciało było martwe, nic podobnego - nie można powiedzieć, żebyśmy były jak prorocy... Nam się takie cuda nie zdarzają, nie. Ot. tak" (p. Marusia, 31.08.2004). Pani Luba, młodsza z wnuczek, tak wspomina dzień, w którym przez jej usta przemówił do muraszkowców Bóg: "widzisz - przez usta Marusi przemówił Głos. Powiem ci, że ja niewiele pamiętam, ale ludzie nam opowiadali, że byłyśmy takie... że z naszych ust wychodziły takie Boże, święte słowa... Że byłyśmy nadzieją dla ludzi - bo było takie objawienie od Boga, że wznowi Swoją robotę w trzecim pokoleniu Rodu Ofiary... J. Ch.: To wy? p. Luba: No - na to wygląda. Pierwsze pokolenie to Mama, drugie to jej dzieci, a trzecie - to my. I było wielkie poruszenie, ludzie uwierzyli, przychodzili po przebaczenie... Nasza chata w Nowokrajewie stała na takiej górce - to ludzie pod tę górkę na kolanach szli! Prosili Boga o odpuszczenie grzechów. I niektórym Bóg przebaczał, innym nie. J. Ch.: I to przez wasze usta szło, tak? p. Luba: Przez nas, tak. Niektórym była dana pokuta, inni od razu dostali odpuszczenie grzechów, jeszcze innym było powiedziane: «odejdźcie, dla was drzwi są zamknięte». Ale jak to było...? Ja wtedy w pierwszej klasie byłam, mało pamiętam. Marusia to wszystko prowadziła" (p. Luba, 15.09.2006). Kondycja wnuczek była zasadniczo odmienna od proroków: później nie otrzymywały już objawień, ujawnienie się Głosu miało charakter jednorazowy i służyło zgromadzeniu rozproszonych syjonistów, skonsolidowaniu wspólnoty. Dawni apostołowie mieli przyprowadzić wiernych, kończąc tym samym swoją misję. Wnuczki wybrały nowych, którzy przejęliby opiekę nad lokalnymi wspólnotami w trudnych czasach, które miały niebawem nadejść. Żona jednego z nowo wybranych przywódców wspominała: "wtedy starzy apostołowie odeszli, poszli w odstawkę - a przyszli nowi. I Nowe Wezwanie było ogłoszone, mój mąż został nowym apostołem Pawłem. A Wasiliuk [zwany też Mirolietem Tajnaranem, postać powróci jeszcze w naszej opowieści] to był nowy apostoł Mateusz. Na nich dwóch cały Nowy Syjon się opierał. [...] A starzy apostołowie stali na progu i płakali, bo zobaczyli, że rzeczywiście przez te malutkie, że przez te dzieci naprawdę przemawiał Bóg!" (p. Nadia, 14.09.2006).

 

 

Aresztowania, czyli raz jeszcze jak Hiob

Nowe zgromadzenie miało charakter tymczasowy - wierni przychodzili z daleka; ci, którzy od razu otrzymali rozgrzeszenie, wracali do domów. Rzecz według moich rozmówców trwała od 1948 do 1950 r., wtedy bowiem zaczęły się aresztowania "za wiarę". Do więzień z kilkunastoletnimi wyrokami trafiła większość wiernych, syjoniści raz jeszcze mieli zostać poddani Hiobowej próbie. Moi rozmówcy wspominali, że po pokrzepiającym i dającym nadzieję na kontynuację planów Olgi i Iwana Wtorom Zowie, gdy po latach milczenia przemówił ponownie Głos, nikt nie myślał nawet o wyparciu się wiary podczas policyjnych przesłuchań. Co więcej, tak jak wcześniej w przypadku epidemii korosty, tak i teraz odsiadka stanowiła paradoksalny stygmat przynależności do wspólnoty, "gdzieś w 50 roku zaczęli zabierać. Zabrali wszystkich, co do jednego. A jeden młody, którego nie wzięli [...] - bo oni nie chcieli młodych aresztować - prosił, żeby i jego wzięli. Błagał: «mogę siedzieć pod więzieniem, pod KGB, tylko mnie zabierzcie! Co wy, wszystkich zabraliście, a ja sam zostanę?». Aresztowali wszystkich... Wielu, wielu syjonistów zabrali" (p. Marusia, 30.08.2004). Wierni raz jeszcze zostali poddani przez Boga próbie, zresztą spora część przeszła ją podobno pomyślnie: pobyt w więzieniu miał umocnić syjonistów w przekonaniu, że cierpienie uszlachetnia, zbliża do sacrum i jest niezbędne do przyszłego zbawienia.

 

 

Wnuczki tymczasem po fali aresztowań zostały odesłane do domu dziecka w miasteczku Dubno (za kraty trafiła również opiekująca się dziewczynkami Mama Sławy, Maria Uszenko). Wśród mirskich sierot wytrzymały tylko kilka tygodni. Opowiadają, że zmuszano je do jedzenia wieprzowiny, nie pozwalano się modlić. Szalę przeważył zaś dzień, w którym jedno z dzieci ukradło im paczkę cukierków otrzymanych od wiernych jeszcze przed wyjazdem z Nowokrajewa. Pod pretekstem konieczności wysłania listu do krewnych udało im się wyjść z zakładu, zamiast na pocztę skierowały się jednak prosto na dworzec. Pociągiem dziesięcioletnia wówczas Marusia i dziewięcioletnia Luba zamierzały dotrzeć do Zareczycy; gdy jednak na miejscu nie zastały nikogo, kto gotów byłby je przyjąć, powędrowały do Saren, gdzie mieszkał jeden z wujów. Przez kolejne pięć czy sześć lat mieszkały w domu Nazara, krewnego Olgi; rozpoczęły naukę w szkole. Czasy były jednak ciężkie, a wuj biedny. Marusia nie skończyła nawet szkoły podstawowej.

Mimo kilkunastoletnich wyroków większość muraszkowców opuściła cele w 1955 i 1956 r., podczas amnestii po śmierci Stalina. Wróciła i Uszenkowa - odmieniona po odsiadce, sceptyczna wobec przejęcia przez nastoletnie wnuczki religijnego przywództwa. Niebawem zaczęła nalegać, by Marusia wyszła za mąż, usamodzielniła się, założyła własny dom. W wieku 16 lat dziewczyna poślubiła więc za namową Uszenczychy starszego od siebie o kilka lat Saszę, z którym niebawem wyjechała do Rostowa. Luba jeszcze przez rok czy dwa kontynuowała naukę w szkole technicznej.

Syjoniści wracali do domów - tylko na chwilę jednak, władza bowiem nie zamierzała przymykać oka na ostentacyjne praktyki religijne. Brak silnego przywództwa, lęk przed ponownym aresztowaniem, prześladowania za odmowę pracy w sobotę - sytuacja nie była łatwa. Tymczasem ci, którzy zostali zesłani na wschód, pisali, że tam represje są słabsze, że można pogodzić pracę zarobkową z obowiązkami religijnymi.

Tułaczka, wspólnota w diasporze

Nie potrafię odtworzyć ściśle przyczyn i dróg, które doprowadziły syjonistów z północno-zachodniej Ukrainy na rubieże Azji Centralnej i na Kaukaz. Każda indywidualna historia jest inna, nie działa w tym wypadku mechanizm ujednolicania, hagiografizowania zdarzeń. Mogę jedynie w przybliżeniu określić, że od połowy lat 50. wielu wiernych zaczęło wyjeżdżać do Kazachstanu, Uzbekistanu, Gruzji i zauralskiej Rosji. Silne skupiska ukształtowały się w kazaskich Kustanaju, Kieniesie i Dżambule. Wielu wiernych przeszło również etap czasowego pobytu w Mołdawii, zwłaszcza w miastach Bendery i Bielce oraz miejscowości Anneny.

Rozpoczął się okres wieloletniego muraszkowskiego "koczownictwa" - w poszukiwaniu pracy wierni wędrowali z miasta do miasta; w niektórych zostawali parę miesięcy, z innych przepędzano ich od razu. Mniej więcej w tym okresie musiał się ukształtować dominujący do dziś model życia: syjoniści, na wzór świętego Józefa, zaczęli zajmować się ciesielstwem, w rodzinnych brygadach stawiając przestronne i wygodne domy. Ten rodzaj pracy miał sprzyjać umacnianiu więzi między członkami ekipy, umożliwiał też wzajemną kontrolę i wdrażanie do zawodu pod okiem starszych. Specjalizacja ta pozwalała na podejmowanie pracy dorywczo, na zasadzie zlecenia, dając rodzaj niezależności w obwarowanej szeregiem rygorów rzeczywistości sowieckiej. Pan Siergiej tak relacjonował okres wędrówek: "oni potem zaczęli żyć w komunach, ale mniejszych - po 50, po 100 osób. I zaczęli jeździć - to tu, to tam popracują... Dawniej władza komunistyczna była bardzo silna. Więc przyjeżdżają na przykład do kołchozu, 150 osób przyjeżdża. Wołają naczelnika: «dawaj, my ci zbudujemy co tylko potrzebujesz. Szkołę, klub, czego ci trzeba? Obory? - Wszystko możemy zbudować». Mieli wszystkich specjalistów, od fundamentów po klucz. Wszystko umieli zrobić - i stolarkę, i ściany, wszystko absolutnie. I dobrze, uczciwie pracują, rozumiesz - nie piją, tylko harują. No, tyle że dwa dni świętują, w sobotę i niedzielę nie robią. To co? Ot, w jednym kołchozie siedzą powiedzmy pół roku, rok - jak gdzie wyjdzie. A potem dowiaduje się rajkom partii: «co to za ludzie się u ciebie pojawili? W sobotę i niedzielę nie pracują...?» - pyta partyjny naczelnika. «No to koniec, odpraw ich». Ludzie, którzy byli w tych wspólnotach, mówili, że potem było tak: naczelnik dzwoni dalej, do następnego: «przyślę ci ludzi, przyjmij ich, będą u ciebie pracować, zbudują ci pięknie wszystko, co potrzeba. Niech trochę u ciebie zostaną». No i tak koczowali - to w Mołdawii, to na Ukrainie, to Kazachstan, to Kirgizja - i zewsząd ich przeganiali. [...] W Kazachstanie jest miasto Kustanaj - tam się osiedliło wielu naszych ludzi. I jeszcze w dżambulskim obwodzie jest cała wioska, kołchoz cały, Kienies się nazywa" (p. Siergiej, 10.11.2003).

 

 

Nowy model życia

Okres wędrówek i relatywnego braku stabilności umocnił imperatyw wzajemnej pomocy, podtrzymywania w sytuacjach kryzysu. Centralnoazjatycki mir był jeszcze bardziej obcy niż ten wołyński - odmienność religijna i językowa zamykała muraszkowców w silnie zintegrowanych wewnętrznie grupach. Paradoksalnie decyzja wyjazdu tysiące kilometrów poza miejsce, w którym działała Nowa Jerozolima, miała pozytywne konsekwencje dla życia religijnego: ci, którzy zostali na Ukrainie, wspominają silne represje za świętowanie soboty. Ci natomiast z wiernych, którzy osiedli na stepach, mieli względną swobodę realizowania zaleceń dotyczących kultu - o ile tylko udało im się znaleźć gotowego przymknąć na nie oko naczelnika kołchozu. W muraszkowskich narracjach Azja Centralna jawi się jako miejsce tak odległe od centrum, że niemal poza władzą i realnym oddziaływaniem Moskwy. Również obserwowana z dystansu religijność muzułmańska pozostawiała mniejszy niesmak niż "zepsucie" prawosławnych; żyli wśród ludzi, którzy podobnie jak oni sami uważali wieprzowinę za nieczystą.

Mając w pamięci wzorzec nowojerozolimski, przede wszystkim zaś borykając się z niełatwymi warunkami życia na miejscu, kilka z muraszkowskich grup zdecydowało się na wprowadzenie modelu życia w komunie, we wspólnocie majątkowej. Rozwiązanie to zrealizowano w Benderach (Mołdawia) oraz w Cziganaku i Semipałatyńsku (Kazachstan), a być może również w innych miejscach, w które trafili syjoniści. Wszyscy wierni składali wówczas zarobione na budowie pieniądze do wspólnej kasy, z której były potem równo rozdzielane pomiędzy członków grupy - w zależności od wieku i potrzeb. Prowadzono również wspólną kuchnię, w której dyżury pełniły kolejno syjonistki, opiekując się równocześnie dziećmi. Nad sprawiedliwym podziałem dóbr i zaopatrzeniem czuwał kasjer, wyznaczony grupową decyzją. Jak wspomina pan llja, który do dziś zajmuje się finansami w Kominternowie, życie w komunie dawało finansową stabilność i oparcie, wymagało jednak ścisłej kontroli i wzajemnego zaufania - stąd tez możliwe było jedynie wówczas, gdy skupiska syjonistów były niewielkie.

Podczas azjatyckiej tułaczki muraszkowcy co sobotę zbierali się na wspólną modlitwę, starali się ściśle przestrzegać zakazów i nakazów proroków. W rezultacie zrezygnowali zupełnie z jedzenia mięsa, nie było bowiem rzeźników mogących uwolnić duszę z ciała zarzynanego zwierzęcia. Kontakt pomiędzy grupami był utrudniony, relacje z władzą napięte, pojawiły się również pierwsze rozbieżności pomiędzy liderami.

Krystalizacja linii ortodoksyjnej i wojny na górze

Pretensje do władzy zaczęło zgłaszać dwoje dawnych przywódców - autorytetów z czasów, gdy Luba i Marusia były jeszcze dziećmi: Maria Uszenko i Andriej Wasiliuk. Mama Sławy, która opiekowała się wnuczkami podczas Wtorogo Zowu, zaczęła protestować przeciw modelowi życia rodzinnego, promowanemu przez potomkinie prorokini. Z czasem w kazaskim Kieniesie stworzyła wspólnotę quasi-mniszą, negując zalecenie "idźcie i rozmnażajcie się", tak chętnie powtarzane dziś przez wiernych z Kominternowa. Pani Marusia, zapytana o różnice między zaleceniami Uszenkowej i jej własną wiarą, wspominała: "wiesz, oni zaczęli [się zachowywać] jak starcy... Myśmy byli młodzi przecież, mieliśmy rodziny, dzieci. A wśród nich prawie same wdowy i wdowcy... No, jak ci to wytłumaczyć, żebyś zrozumiała? My byliśmy młodzi, mieliśmy dzieci, lubiliśmy się pośmiać... A oni byli starzy, tylko by siedzieli i czytali. I zaczęli się wtrącać do naszego życia... Ta Mama Sławy - mówi się, że ona całą tę sławę przeniosła na siebie, wszystkie zasługi. Zaczęła nam zabraniać żyć z naszymi mężami, kazała nam mieszkać osobno... J. Ch.: Siergiej mi opowiadał, że oni tam zaczęli żyć jak mnisi. I że to występek przeciw Bogu, że nie należało tak. p. Marusia: Ot, ot. Ona zaczęła mówić: «Czemu żyjecie z mężami, i żonami? Nie wolno cieleśnie... to grzech!». Ot - takie było nieporozumienie między nami. Tam niby wszystko tak samo jak u nas, przestrzegają tych samych praw, wszystko tak samo. Tylko że poszło o to, że my byliśmy młodzi, a oni starzy. Im się zaczęło wydawać, że wszystko, co z płcią związane, to zło. Żeby z mężem stosunku nie mieć... No i tak tam żyją. [...] A kiedy Mama Sławy, kiedy Uszenkowa zmarła, to zaczęli żyć swobodniej, pożenili się z Kazachami. A ci starsi, którzy zostali, nadal się tego trzymają" (p. Marusia, 30.08.2004). Pierwsza linia podziału dotyczyła więc życia rodzinnego, w opozycji do którego Uszenkowa stawiała celibat. W kolejnych latach Mama Sławy zaczęła podobno coraz silniej podkreślać własną rolę w świętej historii, niemal zrównując się z prorokami. Paru syjonistów wspomniało, że na jej grobie do dziś widnieje napis "tu spoczywa Bóg żywy".

W mojej opowieści staram się śledzić główną linię przywódców, choć można byłoby w paru punktach - na przykład w związku z konfliktem z Uszenkową - poprowadzić linie boczne, gałęzie od syjońskiego pnia. Ci z wiernych, z którymi miałam kontakt, negują słuszność postulatów Mamy Sławy i potępiają jej próby wywyższenia własnej osoby. Pycha, w którą popadła podobno pod koniec życia, miała zawieść ją i tych. którzy jej posłuchali, na manowce. Jak tłumaczyła mi pani Nadia: "ona dla nich [wnuczek] była Mama, dla wszystkich zresztą była jak matka, wszyscy ją szanowali. Ale potem, z biegiem lat, ta Mama tę sławę nie im, a sobie zaczęła przypisywać... J. Ch.: Kiedy to było? p. Nadia: Kiedy wyjechaliśmy do Kazachstanu. Oni razem, w jednej grupie jeździli po Kazachstanie, Gruzji, i zewsząd ich przeganiali. Nielekko było tak jeździć - a to wszystko przez sobotę. I tam miało miejsce to rozdzielenie - one [wnuczki] zobaczyły, że ona wszystko sama sobie przypisuje. l nawet niektórzy syjoniści zaczęli oddawać cześć Mamie Sławy... Przez to nastąpiło rozdzielenie. J.Ch.: A Mama Sławy tez miała objawienia? Bywało, żeby Głos mówił przez jej usta? p. Nadia: Mama Sławy? No - jak to ująć? Ona miała silną pozycje, była ważna kiedy wszyscy żyli we wspólnocie. A kiedy zaczęła tak sama dla siebie, kiedy zaczęła sobie to wszystko przypisywać - zaczęły się dziać niedobre rzeczy, złe postępki. Wszyscy to zauważyli. Dopóki wnuczki nie stały się samodzielne, dopóty ona była ważna" (p. Nadia, 14.09.2006). Przywództwo Uszenkowej zostało usankcjonowane przez świętą krew wnuczek i ważne było dopóty, dopóki same dziewczynki nie przejęły władzy w swoje ręce. Jakiekolwiek próby odwrócenia tego procesu są dziś przez wiernych ostro krytykowane.

Podobnie rzecz się miała z Andriejem Wasiliukiem, który znany jest również pod pseudonimem Miroliet Tajnaran. Dawniej apostoł Wtorogo Zowu, z czasem coraz więcej zasług zaczął przypisywać samemu sobie, powołując się na własną religioznawczą erudycję i historyczny autorytet. Ten domorosły teolog, żyjący do dziś z grupą wiernych w kazaskim Kustanaju, po wyjściu z więzienia zaczął spisywać swe tezy i przemyślenia, przygotowując opus magnum. Do mojego ostatniego spotkania z panem Siergiejem, który należy do odłamu bliskiego Tajnaranowi, Wasiliukowi własnym sumptem udało się wydać dziewięć opasłych tomów Kursu bibliejskogo prawowierija, w którym wykłada swe poglądy na religię, politykę i współczesność. W skomplikowanych figurach rozwija objawienia Olgi, uzupełniając je własnym komentarzem. Prowadzi zaciętą krucjatę przeciw Watykanowi i patriarsze moskiewskiemu. Do innowacyjnych można zaliczyć jego tezy o trójcach: Chrystus-Kościuszko-Lenin oraz Ewa-Maria-Olga, w których to postaciach miał być obecny Duch Święty. Rozwija też niejasny dla mnie wątek Szałady jako kolejnej emanacji sacrum w świecie współczesnym. Szałada miałby być dopełnieniem figury Boga, hermafrodytycznym bytem łączącym przeciwieństwa i odpowiedzialnym za dokonanie się czasu. Enigmatyczne wskazówki pana Siergieja nie pomogły mi w rozwiązaniu zagadki i zrozumieniu problemu. Kominternowscy syjoniści twierdzili natomiast, że Wasiliuk sam siebie ogłosił jakiś czas temu Szaładą, przypisując sobie ponadludzką moc i wszechwiedzę. Tu również - jak w przypadku Uszenkowej - reakcją "ortodoksyjnych" syjonistów było oburzenie i krytyka pychy samozwańczego przywódcy.

Prawdziwa, święta linia religijnych przywódców ma być bowiem wyznaczana przez Krew, przez przynależność do świętego Rodu Ofiary. Największa nawet osobista charyzma i erudycja przegrywają w tym ujęciu z wrodzonym pierwiastkiem sakralnym, dziedziczonym przez potomków Olgi Kirylczuk-Korniejczuk. Pójdźmy więc i my tą ścieżką, na marginesie pozostawiając odstępców: naśladowców Marii Uszenko i Mirolieta Tajnarana. Luba i Marusia, których przywódcze predyspozycje ujawniły się po raz pierwszy w latach Wtorogo Zowu, podczas tułaczki po Azji Centralnej skupiły wokół siebie grupę wiernych, którzy towarzyszą im do dziś.

Wnuczki

Powielony został znajomy z czasów Iwana i Olgi model przywódczej pary, siostry mają bowiem skrajnie różne, dopełniające się wzajemnie charaktery. Marusia jest ciepła, łagodna, troskliwa i opiekuńcza. Twierdzi, że znajduje spełnienie w życiu rodzinnym, doglądając 43 wnuków. Sama tak charakteryzuje różnice: "wiesz - ja mam bardzo słaby charakter. Nad każdym się ulituję, każdego mi żal. Nigdy na nikogo nie nakrzyczałam, choćby i ktoś zrobił coś złego, zawsze wybaczam. A Luba - ona ma srogi charakter. Bywa, że powie coś nieprzyjemnego, nawet obrazić potrafi. No więc mnie jakby mniej się ludzie boją. Kiedy coś się dzieje - wszyscy do mnie przychodzą i proszą. Opowiedzą, spytają: «co robić?». I wtedy idę do Luby. Widzisz, ja ją tak jakby zmiękczam. A bywa że i sama dostanę!" - śmiała się pani Marusia (25.08.2005). Luba natomiast, oschła i radykalna w osądach, zawsze lepiej czuła się w rolach identyfikowanych jako męskie. Dziś, odkąd po śmierci męża mieszka sama w wielkim pustym domu, w wolnych chwilach zajmuje się odlewaniem betonowych słupków, wykorzystywanych potem przez jej synów do wykańczania balustrad i elewacji. Nie gotuje, goszcząc na posiłkach u Marusi. Od kiedy się poznałyśmy, większą część czasu spędzała na budowie domu modlitwy, nadzorując prace. Na mównicy czuje się niepewnie, mówi szybko i niedbale, wiecznie w biegu. Sobotnie nabożeństwa rozpoczyna i kończy więc Marusia. Spośród sióstr Marusia odpowiada w pewnych sensie Oldze, Luba zaś stanowi analog Iwana, groźnego i karzącego. Pani Nadia tłumaczyła mi: "wierzymy, że tak samo było z Rodzicami... Że w Ojcu był taki ogień, on był jak Anioł z mieczem, ochraniający Miłość. Anioł z mieczem - to Ojciec Syjonu. A Mama - to Miłość. I teraz jest podobnie: Luba jest taka... ona ma taki dar, a Marusia z kolei ma zupełnie inny charakter. One są nierozłączne. Nierozdzielne. I my wiemy, że to idzie [w prostej linii] od Ofiary, tylko od Ofiary. Wcześniej były dwie postaci - Mama i Ojciec, a teraz ich następczynie, ta krew płynie w żyłach potomków. To wszystko są zasługi naszej Najświętszej Matki Ofiary. Gdyby nie one [wnuczki] - zostalibyśmy sami, gdyby one nas ponownie nie zjednoczyły. To jest moc tej krwi" (p. Nadia, 14.09.2006).

Rewidujący muraszkowskie domy agenci KGB rzucili kiedyś żartem, że wnuczki tułają się ze swymi ludźmi po azjatyckiej pustyni jak Mojżesze w spódnicach; dziś wierni chętnie powtarzają tę metaforę, wpisując ją w wewnątrzgrupowy dyskurs przynależności do nowego narodu wybranego. Lubią też opisywać lata destabilizacji i wędrówki w nawiązaniu do figury Arki pośród wzburzonych wód potopu. Obraz ten znajduje oparcie również w symbolicznej topografii muraszkowskiej ziemi obiecanej - teren, na którym wierni zbudowali swe domy po latach nieustannej ucieczki, znajduje się bowiem na lekkim wzniesieniu, czyniąc z pododeskiego Kominternowa podnóże świętej góry Ararat. Oddajmy głos syjonistce, wyjaśni to lepiej: "Marusia i Luba - one były jak Arka... Wiesz, co to Arka? Ta, którą Noe budował przez 120 lat, jak jest napisane. Oni bardzo długo budowali tę Arkę, ona potem kolebała się po wodach - i on brał [z każdego gatunku] męską płeć, i taką, i taką. Pomyślmy w normalnych, ludzkich kategoriach - jak on zrobił tę Arkę? Tam przecież trzeba było bydło zabrać, i ptaki, konie, krowy - wszystkie [gatunki] trzeba było zebrać. Ja myślę, że to była taka przenośnia, przypowieść. A jeśli chodzi o Syjon - sądzę, że ta Arka to był właśnie Syjon. Luba mi opowiadała, kiedy byłam u nich, że siedem razy ich przenosili z miejsca na miejsce. To w Dżambule, to tam, to siam. Zatrudniają ich gdzieś, a potem nadchodzi sobota - i oni świętują. To przychodzą: "Wyjeżdżajcie! Nie potrzeba nam tu takich, co w sobotę nie pracują!». Opowiadali, że nawet kontenerów nie zdążyli rozpakować, a już muszą wyjeżdżać. I tak żyli dopóki Breżniew czy któryś tam nie ustanowił soboty [dniem wolnym od pracy]. Wtedy wreszcie mogli się osiedlić. Kiedy tam do nich pojechałam [do Kominternowa], to mówię, że to góra Ararat - bo oni tam mieszkają na takiej górce [faktycznie, muraszkowska enklawa mieści się w wyżej położonej części Kominternowa]. Pojechałam, zobaczyłam - i taka byłam szczęśliwa, że to widziałam, tę górę!" (p. Sinaja, 6.11.2005).

Kominternowo, czyli happy end

W 1972 r. skupionym wokół Luby i Marusi wiernym udało się wreszcie znaleźć miejsce, w którym pozwolono im osiedlić się na stałe, zbudować domy i podjąć legalną pracę. Schronieniem i ostatecznym celem wędrówki było oddalone o około 40 km od Odessy Kominternowo, posiołok gorodskogo tipa, liczący dziś 6,5 tysiąca mieszkańców (z czego ponad 400 to syjoniści). Skołatana Arka osiadła na żyznym, przyjaznym gruncie. Wierni otrzymali od miejscowej rady skromne działki ziemi i zatrudnienie przy budowie lokali użyteczności publicznej. Pierwsza grupa muraszkowców przyjechała jesienią 1972 r., zimę spędzili w skleconych naprędce chatkach. Mieli wreszcie, po latach tułaczki, szanse na życie spokojne, stabilne i przewidywalne.

 

 

Organizacja wspólnoty - na nowo

Stopniowo do Kominternowa przybywały kolejne rodziny, dołączając do ośmiu rodów założycielskich i kupując (zajmując?) ziemie sąsiadujące z już istniejącymi posesjami. Muraszkowska kolonia rozrastała się, ogarniając z czasem całe wzgórze. Względna pewność przyszłości pozwalała myśleć o powiększaniu gromadki dzieci. Dziś większość małżeństw ma po 10-12 potomków, wszelkie poza naturalnymi metody kontroli urodzeń są surowo zakazane. W rozmowach co chwilę echem pobrzmiewa zalecenie "idźcie i rozmnażajcie się", by Syjon mógł rosnąć w siłę.

W początkowym okresie syjoniści wrócili do modelu wspólnoty majątkowej, pracując w jednej, dużej brygadzie. Ci, którym udało się wyjść na prostą, wspomagali finansowo tych, którzy potrzebowali wsparcia na starcie. Pan IIja wrócił na stanowisko kasjera, zarządzając wspólnotowymi funduszami i rozdzielając je według potrzeb. Wybrano rzeźników - z początku jednego, z miarę zaś rozrastania się grupy liczba wzrosła do trzech. Są oni rekrutowani spośród ludzi silnej wiary, pełniąc rodzaj misji społecznej i religijnej - za swe usługi nie pobierają bowiem opłaty. Darzy się ich za to powszechnym szacunkiem, zajmują uprzywilejowane miejsce podczas zgromadzeń.

Nabożeństwa aż do 2005 r. odbywały się w domach, w grupach rodzinnych. Ukształtowało się sześć wspólnot modlitewnych - pod przewodnictwem starszeństwa pierwszych rodów osiadłych w kominternowskiej Ziemi Obiecanej. Co tydzień w innym domu, dawały okazję do spotkań i umacniały więzi między najbliżej spokrewnionymi wiernymi, wprowadzając jednak wyraźne podziały i zamykając życie kultowe w szeregu odrębnych grup. Co sobotę zaś wszyscy syjoniści spotykali się popołudniami podczas spacerów po ulicy biegnącej przez środek kolonii. Do dziś weekendowe popołudnia to czas przechadzek i spokojnych rozmów na stojących wzdłuż płotów ławeczkach. Respektowany przez większość syjonistów surowy zakaz pracy i podejmowania jakiegokolwiek wysiłku w dzień świąteczny sprzyja prowadzeniu życia towarzyskiego. Po osiedleniu w Kominternowie dzieci mogły wreszcie pójść do szkoły - ucząc się wraz z mirskimi, choć delikatnie zniechęcane do zabaw z kolegami innej wiary. Miejscowi przyjęli podobno muraszkowców dość dobrze, obyło się bez większych tarć i konfliktów. W porównaniu z prześladowaniami ze strony prawosławnych, pamiętanymi sprzed wojny przez starszych syjonistów, początkowe problemy w nowym otoczeniu wydają się błahe. Pani Marusia opowiadała mi o stopniowym budowaniu relacji z niewiernymi: "z początku, gdy przyjechaliśmy, to w kółko to samo: «oj, ten twój fartuch jak jęzor ci się telepie!». A i mężczyźni młodzi, brodaci - to za brody ich łapali... No, różnie bywało, różne nieprzyjemności się zdarzały. J. Ch.: Teraz też? p. Marusia: Teraz już do nas przywykli, już nie. J. Ch.: A jak ludzie was przyjęli kiedy przyjechaliście? p. Marusia: Do roboty nas przyjęli... J. Ch.: A tutejsi? p. Marusia: Dobrze. Z początku przychodzili do nas, rzeczy swoje oddawali - myśmy przecież z dziećmi przyjechali. Więc przynosili rzeczy. A potem zobaczyli, że jesteśmy pracowici - myśmy najpierw te domki pobudowali, jak ta kuchnia [większość pierwszych syjonistów najpierw postawiła małe domki, które dziś służą za letnie kuchnie i altany]. Takie małe chatki postawiliśmy, żeby mieć dach nad głową. A kiedy położyliśmy fundamenty pod te normalne domy, to oni: «uch! Więc to była tylko kuchnia? A dom jaki wielki!» [śmiech] - i zaczęli zazdrościć... Widzisz - na przykład z moim sąsiadem my dobrze żyjemy, nie wchodzimy sobie w drogę, czasem wstąpimy do siebie, «dzień dobry» powiemy, przez płot porozmawiamy... Ale żebyśmy się przyjaźnili, w gości do siebie chodzili - to nie" (p. Marusia, 31.08.2004). Syjońska osada leży na górce odciętej od reszty miejscowości doliną rzeczki, daleko od bezpośrednich i przypadkowych ingerencji rzeczywistości mirskiej. Do dziś nowo powstające gospodarstwa lokowane są w sąsiedztwie innych muraszkowskich domów.

Moje próby rozmów z mirskimi na temat kominternowskich syjonistów można uznać za nieudane. Poza zdawkowymi komunikatami, ograniczającymi się do stwierdzeń typu "nie interesuje nas to, oni żyją swoim życiem" czy "to dobrzy ludzie, pracowici i niepijący, nie wchodzimy sobie w drogę", nie udało mi się znaleźć wśród niewiernych nikogo, kto na naświetliłby wzajemne relacje w sposób głębszy, dający podstawę do dalszych interpretacji. Muszę tu zaznaczyć, że dotarcie do mirskich w Kominternowie stanowiło dla mnie nie lada problem: "terenowa niewola" jak nazwałam własną kondycję w domu pani Marusi, ograniczała swobodę ruchu do minimum; byłam poniekąd skazana na rozmowy wewnątrz wspólnoty wiernych. Ci z mirskich, do których udało mi się dotrzeć, mówili niechętnie i dawali pobieżne jedynie, "poprawne" wyjaśnienia. Stąd też, być może, moje wrażenie izolacji muraszkowców i w tę stronę idące interpretacje kominternowskiego współżycia. Inny istotny czynnik, który skutecznie odwodził mnie od szukania kontaktów z ludźmi spoza wspólnoty, łączył się z ich statusem "nieczystych", grzesznych i niewiernych. Moje zainteresowanie ich sądami oznaczało rodzaj zdrady wobec muraszkowców i było interpretowane jako dowód braku zaufania wobec historii, które mi opowiadali.

Po osiedleniu w Kominternowie syjoniści podtrzymali wzorzec wiernego-cieśli, specjalizując się w budowie i renowacji domów. Pracują, wykonując zlecenia, parę lat temu remontowali nawet gmach opery odeskiej. Sądząc po standardzie życia, muszą nie najgorzej zarabiać. Muraszkowskie domy wyróżniają się zresztą spośród domów mirskich, porozrzucanych wśród gospodarstw wiernych - rozłożyste i przestronne, często piętrowe, z podobnie zdobionymi słupkami balustrady. Sami mówią, ze ciężką pracą zdobyli renomę szybkich, sprawnych, fachowych budowlańców. Odmowę pracy w soboty i niedziele rekompensowały abstynencja robotników i ich wszechstronność, każdy bowiem w brygadzie ma swoją specjalizację - "od fundamentów po klucz", jak określił to pan Siergiej. Panie Luba i Marusia dorzucają, że robota w małych grupach krewniaczych sprzyja utrzymaniu kontroli nad młodymi i przyszkoleniu do zawodu. Mężczyźni bowiem często wyjeżdżają do pracy kilkadziesiąt kilometrów od domu, co uniemożliwia powroty na noc. W takich wypadkach nocują w zaaranżowanych na tę okoliczność vanach, wracając dopiero w piątkowe popołudnie i kontynuując budowę od poniedziałku.

Kobiety zostają zwykle w domach z najmłodszymi dziećmi, zajmując się gospodarstwem. Opierając się na kilkutygodniowych obserwacjach, mogę zaryzykować stwierdzenie, że sprzątanie domu i przygotowywanie posiłków dla kilkunastu osób wypełnia czas gospodyń od świtu do wieczora. Muraszkowcy często bowiem mieszkają po dwie-trzy rodziny w jednym wielkim domu, dzieląc między siebie codzienne obowiązki. W rodzinie pani Marusi, u której mieszkałam, młode matki zmieniają się dyżurując przy sześciorgu maluchach, co pozwala jednej z nich pracować na pół etatu. Często również żony pomagają mężom na budowach, przygotowując beton i zajmując się pracami wykończeniowymi. Syjoniści rzadko kiedy decydują się na pracę mirską - słyszałam o jednej wiernej pracującej jako buchalterka i jednej prowadzącej kawiarnię dworcową.

Śluby zawierane są niemal wyłącznie wewnątrz grupy - warunkiem jest pokrewieństwo nie bliższe niż trzeciego stopnia. W praktyce wybór kandydatów jest tak niewielki, że całkiem sporo jest ślubów krewnych. Dziewczyny wychodzą za mąż młodo, w wieku 17-18 lat, niemal natychmiast potem zaczynają rodzić, przygotowane do roli gospodyni i matki we własnym domu. (Np.: będąca moją rówieśnicą Irina, synowa pani Marusi, wieku 24 lat miała już czwórkę dzieci). Wnuczki deklarują, że w okresie narzeczeństwa młodym nie wolno zbliżać się do siebie na odległość mniejszą niż dwa metry, w terenie miałam jednak wrażenie, że to zalecenie nie jest przestrzegane. W wyborze małżonka istotną rolę zdaje się odgrywać status i wzajemne relacje rodów, z których pochodzą młodzi. (Przykładem może tu być silny, przypieczętowany kilkoma małżeństwami związek dzieci Luby i Marusi z potomkami pani Nastii). Muraszkowskie śluby religijne zawierane są podczas sobotniego nabożeństwa - dawniej z rąk wnuczek, dziś częściej celebrę odprawiają ich synowie. W niedzielę młoda para udaje się do zaksu, gdzie małżeństwo zyskuje moc prawną. Śluby religijne z założenia powinny być skromne, współcześnie jednak muraszkowskie wesela, obliczone na 100-150 osób, przepychem przewyższają przyjęcia mirskich, strój zaś i estetyka całej ceremonii nie odbiegają od lokalnej normy. Dwie prawosławne kobiety mieszkające na ulicy sąsiadującej z muraszkowską kolonią stwierdziły, że dziś zaproszenie na syjońską uroczystość oznacza nobilitację. Równocześnie dodały, że dla gości spoza wspólnoty aranżowane są osobne stoły - tak by ludzie skalani jedzeniem wieprzowego mięsa i życiem w mirze mieli minimalny kontakt z członkami grupy. Praktyka ta może pomóc w wyznaczeniu granicy oddzielającej światy wiernych i mirskch.

 

 

Kwestia małżeństw naświetla kolejny ciekawy niuans funkcjonowania syjońskiej communitas - z założenia demokratycznej i egalitarnej. Jedna z syjonistek, pani Katia, żaliła mi się, że ani Luba, ani Marusia nie chciały wydać swych córek za jej syna. Ona sama tłumaczyła to słabym położeniem materialnym własnej rodziny i pazernością wnuczek. Te zaś odpierały atak, powołując się na heretyckie praktyki niedoszłej świekry, jej zamiłowanie do wróżb i horoskopów. Inna rzecz, że w doborze małżeńskim wydaje się być wyróżnione osiem rodów założycielskich - potomkowie pierwszych kominternowskich osadników.

Najsilniejsze więzi łączą rodziny wnuczek z potomkami obszernie tu cytowanej pani Nastii, jednej z najstarszych wiernych, córki syjońskiego apostoła. Mam świadomość, że moje wrażenie spójności, egalitaryzmu i homogeniczności grupy to owoc "wygładzających" rzeczywistość relacji wiernych, starających się zapewne tuszować wewnętrzne tarcia, których ja sama nie potrafiłam często wychwycić. Kolejny problem stanowi rozróżnienie warstwy deklaracji od codziennej praktyki - etnograficzny chleb powszedni. Spośród moich kominternowskich rozmówców jedynie pani Marusia gotowa była otwarcie opowiadać o uchybieniach wiernych i punktach, w których syjoński kodeks bywa naruszany. W związku z ograniczeniami mojego funkcjonowania w terenie byłam więc zdana głównie na jej relacje, potencjalne problemy nękające wspólnotę starając się wyczytać pomiędzy wersami wywiadów.

Zmarłych grzebią syjoniści na lokalnym cmentarzu, nie przywiązują zresztą specjalnej wagi do regularnego odwiedzania grobów bliskich. Tłumaczą, że spoczywa tam tylko proch, dusza zaś od dawna już żyje w nowym ciele. Pogrzeb jest prosty i krótki - nad grobem czytane jest Pismo i śpiewane pieśni. Na krótkim filmie z jednego z pochówków, który pokazał mi pan Witia, idąca za trumną wdowa płacze rozdzierająco i głośno lamentuje - domyślam się więc, że tego rodzaju formy ekspresji są dopuszczone. Muraszkowcy wierzą w nieczystość ciała nieboszczyka: "o śmierci jest napisane, żeby nie dotykać zwłok, bo są nieczyste. Więc nie całujemy zmarłych" - opowiadała mi pani Marusia (31.08.2004)..

Zmiany i ich konsekwencje

Dryfowanie w stronę miru

Osiedlenie w Kominternowie stworzyło zupełnie nowe warunki, nieznane syjonistom od czasów wojny. Wierni znów spokojnie mogli żyć blisko siebie, w zamian za sumienną pracę sowiecka władza zdawała się przymykać oko na rozbudowane życie religijne. Wspólnota zaczęła się rozrastać w błyskawicznym tempie, by w ciągu 30 lat powiększyć się niemal pięciokrotnie. Rozwijanie się silnych, zielonych pędów z maleńkiego, niepozornego ziarna gorczycy, zgodnie z muraszkowską metaforą, jest powodem do dumy. Rodzi jednak równolegle szereg problemów, których Luba i Marusia nie kryją.

Większa wspólnota oznacza osłabienie kontroli. W Nowej Jerozolimie wszyscy żyli razem, w jednej stajni, w "izbach" oddzielonych od siebie jedynie płócienną zasłoną. Dziś każdy ma własny dom, wiedzieć co dokładnie dzieje się w poszczególnych rodzinach niepodobna. Zwłaszcza młodych ciągnie do miasta, do klubu, na piwo. Wnuczki dawno już zrezygnowały z prób bezpośredniego oddziaływania na młodzież, widząc ich bezskuteczność i pozostawiając odpowiedzialność za wychowanie rodzicom. Nie ma już groźnego proroka Iwana, sprawdzającego, czy aby dziewczyny nie chowają gdzieś błyskotek. Z mojej rozmowy z panią Marusią: "J. Ch.: Jak pani sądzi, jak syjońska młodzież wyobraża sobie lata Nowej Jerozolimy, czasy proroków? p. Marusia: Oni wszyscy mocno w to wierzą. Wierzą, że to dzieło Ducha Świętego, że to jest trzecie oblicze boskości, wszystko to wiedzą i uznają. Ale żeby byli przekonani, że prawa [zakona] trzeba przestrzegać, to nie. Sama nie wiem... A to bródkę przystrzyże, żeby ładniej wyglądała... Inni z kolei takie czuby noszą, włosy tak sobie stawiają - a tak też nie wolno u nas. No, takie mamy prawo, że mężczyźni powinni nosić brody, a kobiety chustki. A bywa, że niektórym nawet fartuch gdzieś się zawieruszy... I chustkę zdejmą - no, gorąco w robocie... Fartuch przeszkadza - to zdejmą i w kąt rzucą. No i to według naszych zasad jest już naruszenie prawa. Poza tym jeszcze w piątek [wieczorem], a zwłaszcza w sobotę nie wolno nic robić, żadnej pracy wykonywać. Do zachodu słońca nie wolno nam jeździć samochodem, ani nawet autobusem - niczym. A bywa, że robota się przeciągnie... Zdarzało się, że gdy noc ich zastała gdzieś w polu, to tam nocowali - bo po zachodzie słońca samochód stoi, trzeba czekać, aż sobota się skończy. A tak - wszystko, co ludzkie, i naszym się przydarza. Na przykład jest takie prawo, że dziewczyna z chłopakiem nie mają prawa zbliżać się do siebie na mniej niż dwa metry... Nie można się przytulać ani całować - no, w ogóle nie powinni podchodzić do siebie bliżej niż dwa metry. J Ch.: Przestrzegają? p. Marusia: Praktycznie nie. Kiedyś owszem, przestrzegali. A teraz... Jest napisane: «spojrzeć na kobietę z pożądaniem - to już cudzołóstwo». To grzech. A teraz obyczaje takie bardziej swobodne się zrobiły... Ot, i do baru pójdą, i zdarza się, że na tańce jakieś pójdą" (p. Marusia, 24.08.2005). Rolę wychowawczą pełnią więc praca w brygadach dla chłopaków i spełnianie obowiązków domowych dla dziewczyn. Pani Marusia nie kryje, że jest paru syjonistów, którzy nadużywają alkoholu, kilku pali surowo zakazane papierosy. Środkiem nacisku i oddziaływania na naruszających zakon są upomnienia i przestrogi wnuczek. Obie jednak przyznają, że bywają one nieskuteczne.

W skrajnych przypadkach Luba i Marusia uciekają się do sankcji ostatecznej: usunięcia ze wspólnoty wiernych. Z moich rozmów wynika, że do dziś zdarzyły się dwa przypadki okresowego wykluczenia z grupy. Oba dotyczyły kłótni podczas pracy na budowie, sporów o pieniądze i prób oszukania współpracowników. Mimo upomnień ze strony wnuczek niesforni wierni nie pogodzili się z adwersarzami, skutkiem czego zostali na rok odsunięci od udziału w nabożeństwach. Po roku mieli oficjalnie, na oczach wszystkich, wyznać swoje błędy i poprosić o ponowne przyjęcie w szeregi syjonistów. Ekskluzja ma charakter symboliczny - grzesznik traci prawo do uczestniczenia we wspólnej modlitwie i życiu religijnym, w praktyce zostają odsunięci również jego najbliżsi. Ma jednak również przełożenie na praktykę społeczną i sytuację ekonomiczną. Wierni mówią, że w okresie marginalizacji ukarany wierny postrzegany jest jako mirski, następuje rozluźnienie lub zerwanie kontaktów towarzyskich, spotkanego na ulicy syjoniści nie pozdrawiają zwyczajowym Sława Isusu. Co zaś się z tym wiąże, wyrzutek traci dostęp do ofert pracy, "wypadając" niejako z obiegu brygadowego. Jak opowiadali mi syjoniści, obaj ukarani wierni wrócili po roku do wspólnoty, uznając swój błąd i deklarując skruchę.

Kolejnym problemem, z jakim borykają się dziś próbujące utrzymać spoistość grupy wnuczki, jest silne otwarcie na świat zewnętrzny i uczestnictwo wiernych w życiu mirskim. Choć w teorii telewizja, Internet i babilońskie rozrywki są wiernym wzbronione jako odciągające myśli od Boga, w praktyce stają się źródłami wiedzy o światopoglądowych alternatywach, które mogą zachwiać muraszkowską identyfikacją. Same Luba i Marusia deklarują, że oglądają wyłącznie wiadomości i popularny program Żdi mienia, za pomocą którego mają nadzieję odnaleźć zaginionego syna Olgi, Anańka. Dane mi się było jednak przekonać, ze telewizor często pozostaje włączony do późnego wieczora, gdy ukraińska telewizja emituje często krwawe i brutalne produkcje rosyjskie. Wątpię, by młodzi postępowali inaczej.

Te i podobne problemy wiązane są przez wnuczki bezpośrednio z faktem rozrostu wspólnoty, który zaowocował stopniowym oddalaniem się od uświęconego w czasach nowojerozolimskich wzorca. Utrzymaniu młodych "przy Syjonie" służą rozbudowane strategie wzmacniania identyfikacji z grupą, o których piszę nieco dalej Jak mogłam obserwować, na sobotnich i niedzielnych nabożeństwach balkon, na którym przygotowano miejsca dla młodzieży, jest pełen.

Słabnący autorytet świętego rodu

Inną - pojawiającą się jedynie na marginesach rozmów - kwestią jest stopniowe "słabnięcie ducha", by ująć rzecz skrótowo. Hagiograficzna historia proroków nie zna odcieni szarości: rzeczy i zdarzenia są dobre albo złe, słuszne albo grzeszne, święte albo profaniczne. Współczesność zaś cechuje w relacjach syjonistów rozmycie, relatywizacja percypowanych zdarzeń. Ciężko o jednoznaczną ocenę, w narracjach można wyczuć tęsknotę za kategoryzmem postulatów i radykalizmem postaw wymaganych przez proroków. Charyzmę z czasów Iwana i Olgi zastąpiły wyrozumiałość i bliskość codziennego życia, kierujące decyzjami wnuczek. Ich przywództwo legitymizowane jest nadal faktem przynależności do Rodu Ofiary, pozostawia jednak wiernym spory margines wolnego wyboru.

Sądzę, że nie bez znaczenia były również konflikty dotyczące autorytetu poszczególnych liderów - zwłaszcza wspomniane spory z Marią Uszenko i Andriejem Wasiliukiem. Obydwoje starali się podważyć słuszność decyzji Marusi i Luby. Mama Sławy zarzucała im w pewnym sensie rozwiązłość, negując życie rodzinne i forsując celibat. Miroliet Tajnaran natomiast powoływał się na brak edukacji i niemożność zrozumienia przez wnuczki teologicznych zawiłości. Daleka jestem od twierdzenia, że żyjący dziś w Kominternowie syjoniści nie są posłuszni decyzjom wnuczek. Wręcz przeciwnie, w większości zdają się przyjmować je bez wahania, wierząc w palec Boży kierujący ich poczynaniami. Jednak same Luba i Maria usuwają się z piedestału, pełniąc raczej rolę doradców w ciężkich sytuacjach niż autorytatywnych liderów. Mądrość Krwi zastąpiła współcześnie ekstatyczną charyzmę pierwszych proroków. By podeprzeć się raz jeszcze tezami Pawluczuka: podczas gdy Iwan i Olga realizowali wzorzec szalonego, na przekór światu głoszącego nowe prawdy proroka, Luba i Marusia bliższe są wzorca świętych, pokornie i cierpliwie wskazujących własnym postępowaniem drogę wiernym.

Dziś muraszkowska wspólnota bliska jest sposobowi funkcjonowania grup zielonoświątkowych - nacisk kładzie się na indywidualne doświadczenie sacrum, w którego osiągnięciu ma pomagać posłuszność słowom lidera. Wnuczki intuicyjnie szukają równowagi między religijną ekstazą a porządkiem grupowym, przykładem własnego postępowania wskazując rozwiązania uważane za miłe Bogu. By ująć rzecz słowami Siemieniewskiego: "lider ma prowadzić wspólnotę ku celom wyznaczonym przez Boga, ma stwierdzić w którym kierunku należy zmierzać - tak, by żyć w zgodzie z wolą Bożą". Taką rolę zdają się dziś odgrywać Luba i Marusia - potomkinie Rodu Ofiary, dalekie jednak od modelu przywództwa wprowadzonego przez proroków.

Odniesienie do sposobu sprawowania przywództwa wśród zielonoświątkowców nie wyczerpuje tematu, pomijając kwestię kluczową: świętą krew uprawomocniającą decyzje wnuczek, a w przyszłości zapewne również ich dzieci i wnuków. Sama pani Marusia opisuje swą kondycję tymi słowy: "Mama i jej dzieci - to Ofiara. A nas nazywają Ostatek, znaczy to, co zostało z tej Ofiary. J. Ch.: A jeśli dziś mówimy «Syjon» - to wy, tak? p. Marusia. Można tak powiedzieć. A Jeruzalem to lud, który nas otacza" (p. Marusia, 13.09.2006). Pani Nadia krótko, lecz znacząco dodaje: "my wierzymy, że one pochodzą od tej krwi! [Luba i Marusia śmieją się]. Więc staramy się je naśladować" (p. Nastia, 31.08.2004). Skromność i niechęć do apologizowania własnej osoby, właściwe wnuczkom, wskazują na ich status jako primae inter pares. Przyjmując jednak taką konfigurację, nie należy zapominać o jakościowej różnicy, która oddziela "zwykłych" wiernych od członków Rodu Ofiary. Tylko z niego bowiem, jak się wydaje, mogą być wyłonieni przywódcy.

Porównując modus kierowania wspólnotą przez wnuczki z dawną mocną osobistą charyzmą Iwana i Olgi, można odwołać się do klasycznej teorii rutynizacji charyzmatycznego przywództwa. Typ szalonego, radykalnego w głoszonych tezach proroka krzepł latami w formę bardziej zinstytucjonalizowaną, sankcjonowaną przynależnością do linii świętej krwi, mniej ekstatyczną. Nie należy jednak zapominać, że i wnuczki przeszły - słabszy nieco niż ich babcia - etap profetyczny, zapoczątkowany w latach Wtorogo Zowu. Dziś wierni często odnoszą się do tych zdarzeń, przywołując ponadludzkie czynniki warunkujące decyzje Luby i Marusi. Ta ostatnia, choć niechętnie mówi o własnym posłannictwie, diagnozuje u siebie specyficzny stan towarzyszący momentom "sakralnie mocnym": "J. Ch.: Jak to było kiedy otrzymywałyście objawienia? p. Marusia: No jak ci to wyjaśnić...? J. Ch.: Na przykład co panie czułyście? p. Marusia: Można powiedzieć, że taką jakby obecność Ducha. J. Ch.: Byłyście przytomne wtedy? p. Marusia: Oczywiście, kochanieńka. To nie było tak, jak z Mamą, nie. Po prostu Bóg nam tak... Coś ci powiem: ja wierzę, że to, jak ty postępujesz, co teraz robisz - cały czas Bóg tobą kieruje! Tak i z nami było - kiedy dawałyśmy odpuszczenie grzechów, kiedy ludzie schodzili się do Nowokrajewa, to w duchu wiedziałyśmy, jakąś taką świadomość miałyśmy: ten a ten człowiek zgrzeszył. I wszystko się zgadzało. Nie mogę powiedzieć, żebym tam jakieś głosy słyszała, żeby w uszach coś dzwoniło. Tak nie powiem, bo to nieprawda. Po prostu serce tak się radowało, słowa same przychodziły. Mogę ci tylko o sobie powiedzieć, jak to ze mną było. Pamiętam, że w Nowokrajewie, kiedy coś się miało zdarzyć ważnego, od razu zaczynałam chorować. Natychmiast źle się czułam - głowa bolała, cała byłam chora! A potem, gdy choroba przechodziła, wtedy to się działo... To było tak, że sama nie wiedziałam, co mówię, to się tak jakby samo mówiło, no, jak to opisać... to niby ja mówiłam, ale to przychodziło samo, te słowa, które wypowiadałam. Ale żeby Głos jakiś...? Nie... Można powiedzieć, że w normalnym stanie byłam. J. Ch.: A jakie to były choroby, te, które pani przechodziła? p. Marusia: Mnie się zdaje, że to chodzi o to, że człowiek musi cierpieć. Więc jeśli coś się ma wydarzyć, spełnić - trzeba cierpieć. Nawet kiedy jechaliśmy ten krzyż postawić [chodzi o opisywaną dalej wizytę syjonistów w Zareczycy w 2001 r.] - tuż przed wyjazdem temperatura mi skoczyła do 40 stopni. Lekarze przyszli - i nic - ani zapalenie płuc, ani nic, po prostu gorączka i tyle. No i pojechałam z tą gorączką 700 kilometrów. A tam trzeba było ten krzyż postawić, zorganizować wszystko, decydować. Mnie się zdaje, że jeśli człowieka łapie choroba, to po to, żeby cierpiał. Człowiek musi się chwilę pomęczyć - i potem coś się wydarzy, spełni... J. Ch.: A jak te pani choroby wyglądały? Co to było? p. Marusia: Pamiętam, babcia opowiadała, że kiedy byłam jeszcze mała, tak mocno zaczęła mnie boleć głowa, że po prostu na ziemię padałam... Padałam i wiłam się po podłodze, tak mi ta głowa pękała. A kiedy to przeszło - to znów normalnie, spokój. I jak tylko przejdzie, to coś się musiało wydarzyć - odpuszczenie grzechów czy coś podobnego. Opowiem ci coś. Kiedy pierwszy raz było odpuszczenie grzechów, w Krajewie, ludzie zaczęli do nas przychodzić. Po tym, jak Mama wyjechała, wszystko się posypało, ludzie się rozproszyli. A myśmy mieszkały u Uszenkowej. Pamiętam, że był raz wieczór, tuż przed sobotą, i myśmy padły na kolana modlić się z Mamą Sławy - i Luba, ona mała była wtedy, zaczyna biegać na kolanach i mówi: «utopię się!». Tam stały takie cebry drewniane, i ona na kolanach leci do tego cebra: «utopię się!». Ta Uszenkowa idzie za nią na kolanach, łapie ją i trzyma, żeby tego nie robiła. I tak ją trzymała dopóki się nie uspokoiła, potem się pomodliłyśmy, wstałyśmy - i zaraz po tym Luba zachorowała na ciężkie zapalenie płuc. To było tuż po wojnie, ani lekarstw, ani lekarzy nie było... I Mama Sławy wezwała miejscową lekarkę, znachorkę taką, co po domach leczyła, i ta ją kurowała chłodnymi kompresami. [...] A zaraz po Lubie ja choruję - serce mi stanęło. [...] I kiedy wyzdrowiałyśmy z tych chorób, sąsiedzi zaczęli przychodzić po odpuszczenie grzechów. Pamiętam, że przyszli po przebaczenie, pszenicę przynieśli. Bo według słów Mamy mieli składać ofiary. I tak się zaczęło odpuszczenie grzechów. Więc ludzi skrzyknęli, wszyscy zaczęli się schodzić. Mnie się zdaje, że myśmy [przed tym] musiały odchorować" (p. Marusia, 31.08.2004). Narracja ta dobrze pokazuje psychosomatyczne objawy towarzyszące stanom proroczym, w przypadku Olgi nazywane śmiercią za życia czy transem. Cytowany fragment to jeden z niewielu przypadków, gdy pani Marusia zdecydowała się otwarcie mówić o własnej misji i własnej niezwykłości, tak wyraźnie dostrzeganej przez wiernych. Zakładam, że z czasem również życiorysy wnuczek ulegną hagiografizacji, owemu mitologicznemu ujednoznacznieniu; proces ten doprowadził juz zresztą do "oszlifowania" narracji z lat Wtorogo Zowu. Działania zyskują walor znaków, rzeczywistość otrzymuje wymiar symboliczny i sakralny. "Codzienność" współczesnej historii stoi w wyraźnej opozycji wobec apologetycznych opowieści o pierwszych latach Syjonu. Sądzę, ze z czasem granica, w której historia "ludzka" ulega zmianie w "świętą", będzie się przesuwać stopniowo ku współczesności.

Na przekonanie wiernych o szczególnej mocy Luby i Marusi może wskazywać - poza werbalizowanymi deklaracjami - epizod, którego świadkiem byłam jesienią 2006 r. Jeden z wiernych spadł podczas pracy z rusztowania, doznając głębokiego urazu czaszki. Nieprzytomnego mężczyznę odwieziono do szpitala, młoda żona zaś przybiegła czym prędzej do domu Marusi, prosząc o modlitwę za zdrowie męża. Maria błyskawicznie posłała dzieci po Lube, pocieszając tymczasem i czule obejmując roztrzęsioną dziewczynę. Gdy tylko siostra zjawiła się w domu, trzy kobiety, trzymając się za ręce, rozpoczęły żarliwą, glosolaliczną modlitwę. Cała rzecz trwała około 10 minut; powaga sytuacji sprawiła, ze usunęłam się do korytarza, nie chcąc przeszkadzać i słuchając jedynie niewyraźnych słów wykrzykiwanych przez panie. Gdy potem prosiłam wiernych o komentarz, odpowiadali, że słowa kierowane do Boga przez wnuczki mają nieporównanie większą siłę niż prośby "szeregowego" syjonisty; że w momentach kryzysu Luba i Marusia są jedynymi, które mogą naprawdę pomóc.

W zrozumieniu sakralnego statusu wnuczek może pomóc również symbolika snu, który opowiedziała mi jedna z wiernych. Przywódczynie występują w nim jako orędowniczki prawdziwej, najdoskonalszej z wiar. Jak wspominała pani Katia: "raz, kiedy pościłam, miałam takie widzenie: siedzę przy stole, a na tym stole stoi szklanka z mlekiem. A ja siedzę i piję to mleko. I nagle widzę przed sobą taki obrazek: stołówka, taka, jak w tej fabryce, w której pracowałam. Więc jest stołówka, i okienko takie, z którego się odbiera jedzenie, za talony je wydają. I koło tego okienka chodzą dwie kobiety w białych kitlach. Jedna nich podchodzi do okienka i spogląda na mnie - palcem mi grozi, sroga taka. A ja jej odpowiadam w myśli: «dlaczego nie wolno pić mleka?» - od razu pojęłam, że ona mi zabrania pić to mleko. A czemu nie wolno? Mówię: «przecież mam własną krowę!». A ona znów na mnie tym palcem... Nie wiem nawet czy to była Marusia czy Luba - nawet ich wtedy nie znałam. J. Ch.: Jest pani pewna, że to były one? p. Katia: Tak. Mój mąż już wtedy do nich jeździł, znał je - a ja nie znałam. Więc ona znów mi tym palcem grozi, a ja mówię: «przecież mam własną krowę, czemu nie wolno mi pić?». A ona się wtedy obraca do kobiety w okienku: «daj jej nasze wino!», i od razu wokół mnie pojawiły się szklanki z winem. Mleko i wino - przecież to metafora! Później dopiero zrozumiałam. J. Ch.: Co to znaczyło? p. Katia: To znaczyło, że chodziłam do subbotników, adwentystów, mołokanów - no, w skrócie: chodziłam do różnych zgromadzeń, wszystkich ich znałam, stamtąd się wywodziłam. I to znaczy że jest zakaz, że więcej mam już do nich nie chodzić. To znaczy, że miałam zacząć pić nowe wino. J. Ch.: Mleko oznaczało inne wyznania, a wino - Syjon, tak? p. Katia: Tak. To tato metafora. Wino - to znaczy, że Bóg mi daje coś nowego. I pojawiły się wokół mnie te szklanki w winem, stoję i trzymam to wino. Potem dopiero zrozumiałam, że to były Luba i Marusia, że one mi oferował nową wiarę. Bo mleko - to taka metafora - oznaczało pierwsze, dziecinne mleko, matczyną pierś. Dla młodych, niedojrzałych" (p. Katia, 13.09.2006). Raz jeszcze powraca motyw wiary pełnej, choć dostępnej jedynie wtajemniczonym. Czerwone wino - łączone symbolicznie z krwią prorokini - oznacza tu Syjon, wspólnotę tych, którzy posłuchali głosu Ofiary. Tymi zaś, które umożliwiają dostęp do tajemnic nowego wyznania, są dziś właśnie Luba i Marusia.

Kwestia sukcesji po wnuczkach to temat delikatny, ciężko bowiem spytać "co będzie, gdy umrą?". Dziś w prowadzeniu nabożeństw pomagają im synowie i jeden z zięciów, pan Witia - grupowy informatyk, dokumentalista i redaktor muraszkowskich wydawnictw, strażnik opasłego archiwum. Udzielają oni ślubów, intonują w soboty i niedziele Nowe Ojcze nasz, prowadzą pogrzeby. Wnuczki, taki wybór uzasadniają indywidualnymi predyspozycjami pomocników, którzy czują się pewnie, przemawiając przed 400-osobowym zgromadzeniem.

Budowanie nowej syjońskiej tożsamości

Rozmycie i "rozgęszczenie" sakralności, doświadczane współcześnie przez wiernych z Kominternowa, doprowadziło - być może intuicyjnie - do opracowania szeregu narzędzi tworzenia identyfikacji grupowej oraz metod utwierdzania i wzmacniania syjońskiej tożsamości. Rozrastanie się wspólnoty sprawia, że ścisłe zakreślenie jej granic stwarza problemy, bowiem na marginesach życie wiernych zbliża się do modelu codzienności mirskich. Pewna część dzieci pierwszych osadników powychodziła za nie-syjonistów, jak mawiają muraszkowcy: poszli w mir. Trwa walka o utrzymanie w ramach grupy młodzieży i tych, których ciągnie na zewnątrz. Przyjrzyjmy się kilku z owych strategii budowania poczucia przynależności do Syjonu.

Opozycja Syjon-Babilon

Ograniczanie przestrzeni społecznej, na której toczy się "właściwe" życie syjonistów, jest jedną z podstawowych metod budowania tożsamości grupowej. Syjon od Babilonu odgradzał od pierwszych lat wysoki mur przypominający symboliczną granicę między światem Żydów i gojów. Mir przedstawiany jest zwykle jako grzeszny i upadły - a rzeczywistość życia niewiernych oceniana jako jakościowo gorsza niż ta wewnątrz wspólnoty. Pani Marusia opowiadała mi. "przyjaźń z mirem oznacza konflikt z Bogiem. Z nimi trzeba w miarę dobrze żyć, ale żeby do stołu razem [siadać], to nie... J. Ch.: O nie-syjonistach mówicie mirskije ludzie. Skąd taka nazwa? p. Marusia. Jest takie słowo: «mir». Ono ma dwa znaczenia - dobry mir [pokój], i mir rozpustny, bezbożny mir. No, jak to inaczej powiedzieć? «Świat» [swiet] - to nie pasuje. Ot, "bezbożny mir»" (p. Marusia, 31.08.2004).

Kategoria miru jest pojemna: obejmuje wszystkie postawy, rozwiązania światopoglądowe i praktyki odbiegające od modelu muraszkowskiego. Mirskimi są więc ateiści, prawosławni, według części wiernych również - choć w mniejszym stopniu - zielonoświątkowcy i członkowie innych obecnych w okolicy ruchów protestanckich. Wszyscy, którzy nie przyjęli prawdziwej wiary. Kontakt z nimi postrzegany jest jako potencjalnie niebezpieczny i kalający. Muraszkowcy argumentują, że mirscy żyją w nieczystości, jedząc wieprzowinę i łamiąc podstawowe biblijne zasady. Podczas wesel sadzani są przy osobnym stole.

Wspominałam już o kłopotach z moją własną obecnością w "sakralnie sterylnym" świecie syjonistów kominternowskich - jako mirska zostałam mimo wszystko wpuszczona do środka, zaproszona do stołu i domu. Kategoria mojej nieczystości została jakby zawieszona, z pewnością zaś przemilczana. Wiem skądinąd, że zazwyczaj niewierni nie są dopuszczani do muraszkowskich posiłków. Ja sama nie zostałam nigdy poczęstowana uświęconym przez rytualny ubój mięsem - być może syjoniści w ten sposób, jako jedyny w tym układzie możliwy, chronili własną czystość. Owo względnie bezproblemowe funkcjonowanie wewnątrz syjońskiej rzeczywistości podyktowane było, jak sądzę, recepcją mojej osoby jako "wtajemniczonej" - znającej świętą historię i podstawowe symbole i metafory budujące dyskurs muraszkowskiego sacrum. Parę razy podczas rozmów padło pytanie, czy gotowa byłabym uwierzyć w Syjon, dołączyć do muraszkowców. Moje zakorzenienie w obcej, warszawskiej rzeczywistości sprawiało jednak, że propozycje takie były sporadyczne.

Muraszkowcy nie szukają dziś bowiem nowych wiernych, nie starają się zaprosić nikogo spośród mirskich do uczestnictwa we wspólnocie. Nie prowadzą jakiejkolwiek działalności "propagandowej" - tak typowej dla grup zielonoświątkowych, adwentystów czy świadków Jehowy. Argumentują, że Syjonu nie można "nauczyć się", nie będąc w nim wychowanym. Nad pozornie silne zaangażowanie świeżych konwertytów przedkładają powolną, trwającą od dzieciństwa enkulturację i "naturalne" przyswajanie preferowanego modelu życia i zasad wiary. Na etapie kominternowskim w muraszkowskie szeregi wstąpił tylko jeden mirski - sierota, człowiek odrzucony przez otoczenie, który poprzez małżeństwo z syjonistką został włączony do grupy. Uczestniczy dziś w nabożeństwach i pracuje w jednej z muraszkowskich brygad, akceptując przykazania i ograniczenia wynikające z przyjęcia nowej wiaty. Silny prozelityzm i otwarcie pierwszych lat Syjonu, gdy prorocy i apostołowie wędrowali po wsiach, nakłaniając ludzi do porzucenia dawnego życia i przystąpienia do nowego narodu wybranego, został zastąpiony spokojnym budowaniem więzi wewnątrz wspólnoty, bez poszukiwania kandydatów spoza grupy.

Granica oddzielająca świat syjonistów od życia zewnętrznego może przywołać na myśl obraz wyspy, izolowanej świętej przestrzeni na oceanie Babilonu. Rzeczywistość zewnętrzna wartościowana jest negatywnie - jako bezbożna i grzeszna, silnie przeciwstawiona Syjonowi. Taki model ukształtował się juz w pierwszych latach, za czasów proroków: zareczycki chutor, oddalony od osad Ukraińców; Żydów i Polaków, rządził się własnymi prawami, odmiennymi od tych ogólnie przyjętych. Podobnie działały muraszkowskie wspólnoty w latach powojennych - silnie wewnętrznie zintegrowane grupy, stanowiące oparcie ekonomiczne i moralne, stanowiły odwrócenie schematu przymusowej pracy w kołchozach i atrofii więzi w rzeczywistości sowieckiej.

Dziś syjoniści trzymają się razem, rzadko kiedy, jak obserwowałam, zapuszczają się poza obręb własnej enklawy. Na miejscu są sklepy większe zakupy załatwia się w niedzielę na słynnym odeskim bazarze siedmoj kilometr. Potencjalne zagrożenie skalaniem związane z pracą dla mirskich równoważy praktyka budowy w syjońskich ekipach. Jedynie dzieci i młodzież są permanentnie wystawione na kontakt z niewiernymi w szkole. Zobaczymy za chwilę, jak muraszkowcy radzą sobie z tym niebezpieczeństwem.

 

 

Dom modlitwy jako centrum

Jesienią 2005 r., po dwóch latach przygotowań i budowy, został ukończony muraszkowski dom modlitwy - skromna, lecz solidna hala, zdolna pomieścić kilkuset wiernych podczas nabożeństwa. Budynek postawiono za składkowe pieniądze, na zasadzie pracy dobrowolnej. Konstrukcję nadzorowała pani Luba, czuwając nad przebiegiem robót i zaganiając zmęczonych po zwykłej pracy zarobkowej syjonistów do betoniarek i kielni.

 

 

 

Wewnątrz surowy, mieści około 400 krzeseł, pulpit, z którego czytane jest Pismo i stół, za którym siedzą podczas nabożeństw najważniejsi członkowie Rodu Ofiary. Status wiernych określa rozmieszczenie wewnątrz świątyni: "szeregowi" syjoniści siedzą w rzędach, zwróceni ku południowemu wschodowi. Na tylnej ścianie, na balkonie, ma swe miejsce młodzież. Twarzą do nich, naprzeciw, zostały umieszczone ławy dla starszyzny pierwszych ośmiu rodów założycielskich. Kazalnica stoi pośrodku południowo-wschodniej ściany; na prawo od niej ustawiono stół, za którym zasiadają Luba, Marusia, ich synowie i pan Witia - "komputerowiec".

 

 

Nabożeństwa (sobranija) odbywają się w soboty i niedziele, między godzinami 9 i 13. Uczestniczyłam jedynie w dwóch - sala była niemal pełna. Rozpoczyna je psalm o Syjonie, następnie odmawiana jest modlitwa Nowe Ojcze nasz. Potem pan Witia odczytuje statut, przypominając główne zasady wiary i przykazania. Po kolejnym psalmie następuje seria czytań - z Pisma Świętego, objawień, lecz także z gazet, książek i broszur. Źródło jest dowolne - w ten sposób każdy z wiernych ma szansę podzielić się swymi problemami, pytaniami, wątpliwościami i odkryciami z resztą wspólnoty, często dodając własny komentarz. Kolejne czytania kończą się dedykowanymi przez wiernych pieśniami, co daje syjonistom możliwość współprowadzenia sobranija. Na zakończenie spotkań przekazywane są ogłoszenia, informacje o planowanych ślubach i pogrzebach, narodzinach nowych syjonistów i wydatkach ze wspólnotowych pieniędzy. Sobotnie nabożeństwo ma poważniejszy ton, niedzielne zaś ma charakter dość luźny, w ostatniej części zamienia się w rodzaj szkolnej akademii - muraszkowskie dzieciaki deklamują wierszyki i śpiewają piosenki, ćwicząc się w publicznych występach.

Z punktu widzenia naszej historii szczególne znaczenie ma dzień zakładania fundamentów pod świątynię. Po wylaniu betonowej ramy Luba, Marusia i najstarsi z wiernych, pamiętający czasy nowojerozolimskie, trzy razy, zgodnie z ruchem słońca, okrążyli w modlitwie plac budowy. Każdy z czterech rogów przyszłego domu modlitwy został poświęcony krwią prorokini, starannie przechowywaną przez Lube. Pisałam już nieco o praktyce namaczania we krwi zebranej podczas obrzędów zdjęcia pieczęci kawałków płótna - jeden z nich przetrwał do dziś i ma rangę najwyższej relikwii. Wnuczki posługują się nim z namysłem i trwogą przed zbezczeszczeniem świętości - uznały jednak, że budowa domu modlitwy to godny powód, by uruchomić sakralny depozyt. Koniuszek płótna namoczony został w omodlonej wcześniej wodzie - krew uświęciła ją raz jeszcze, jak za czasów Olgi. Następnie, podczas modlitwy nad fundamentami, pokropiono każdy z rogów świątyni. Muraszkowcy wspominają to wydarzenie jako podniosłe, niezwykłe i ważne, traktując odtąd przybytek jako święty.

Z perspektywy budowania syjońskiej tożsamości i wzmacniania identyfikacji interesujący jest sposób zagospodarowania przedsionka domu modlitwy. Każdy wchodzący do głównej sali przechodzi przez pomieszczenie stanowiące dobry przykład kreowania więzi wewnątrz grupy.

Wypełniają je tablice ze starannie podpisanymi zdjęciami, dokumentujące przeszłość i teraźniejszość muraszkowskiego świata. Gdy przyjrzymy się im baczniej, dostrzeżemy wyjątkowy socjotechniczny kunszt liderów.

Pierwsze tablice, na które natykamy się wchodząc do domu modlitwy, przedstawiają początkowe lata działania wspólnoty, jeszcze pod wodzą proroków. Portrety Iwana i Olgi, zdjęcia grupowe syjonistów, widoki Nowej Jerozolimy i dokumentacja obrzędów zdjęcia pieczęci - wszystkie te kluczowe dla muraszkowców obrazy otwierają wizualną prezentację. Szczegółowe podpisy pozwalają młodzieży zidentyfikować na fotografiach swych dziadków i rodziców, dając poczucie przynależności do głównego pnia ruchu, zakorzenienia w historii grupy.

 

 

Przechodząc dalej zobaczymy portrety członków ośmiu rodów założycielskich - pierwszych osadników w Komintemowie, przybyłych wraz z wnuczkami w 1972 r. Prezentacja ta obejmuje również syjonistów należących do początkowych sześciu grup modlitewnych, funkcjonujących do dnia otwarcia domu modlitwy. Kolejny stand przedstawia wiernych pochodzących ze wspólnot mołdawskich w Bielcach, Benderach i Annenach, którzy przybyli do Kominternowa w kilku falach, zwłaszcza po wojnie domowej. Umieszczono tam również portrety wszystkich, którzy zmarli w Mołdawii oraz, osobno, ludzi pochowanych na cmentarzu lokalnym. Następnie możemy poznać muraszkowską martyrologię, oglądając dokumentację aresztowań i wyroków zasądzonych muraszkowcom w latach 50. XX w. - tablica zawiera około 50 zdjęć. Kolejna poświęcona jest tym, którzy uczestniczyli w budowaniu Nowej Jerozolimy. Inne archiwalne fotografie przedstawiają rodzinę Olgi, apostołów Pierwogo i Wtorogo Zowu, wspólnotę nowokrajewską pod wodzą Marii Uszenko oraz losy Marusi i Luby. Oddzielną planszę zadedykowano grupom ukształtowanym w latach tułaczki - osobno pokazani są członkowie Syjonów w Gruzji (Zugdidi), Kazachstanie (Kustanaj, Dżambuł), Mołdawii (Bielce, Bendery, Anneny) i USA, gdzie mieszka jedna muraszkowska rodzina powojennych emigrantów.

Kolejne tablice dokumentują podstawy wiary, przypominają tekst wygłoszony przez wnuczki podczas otwarcia domu modlitwy, podpisany potem przez 268 wiernych, syjoński statut i przykazania - te zawarte w dekalogu i te dodane przez Olgę. W eksponowanym miejscu umieszczono również fotoreportaż z wizyty muraszkowców na chutorze Zareczyca w 2001 r., w 70. rocznicę pożaru chaty (o tym zdarzeniu piszę obszerniej nieco dalej).

Osobna sekcja pokazuje muraszkowską współczesność: jedna z tablic zawiera zdjęcia ślubne wszystkich par, które zawarły małżeństwo w Syjonie, inna przypomina dni urodzin wiernych, pogrupowane według miesięcy. Co niedzielę śpiewane jest zresztą, pod koniec nabożeństwa, zbiorowe Żełajem sczastja dedykowane wszystkim tym, którzy w minionych dniach obchodzili swoje święto.

 

 

Ostatnia już tablica, domena kasjera, pana Ilji, przedstawia listę darczyńców, którzy pomogli w budowie domu modlitwy wraz z wyszczególnieniem ofiarowanych kwot. Gdy odwiedziłam Kominternowo po raz pierwszy, jesienią 2004 r., Luba i Marusia wydelegowały w dniu mojego wyjazdu pana Ilję, by przekazał mi część syjońskich funduszy na dalszą bezpieczną podróż. Odmówiłam przyjęcia pieniędzy, wywołując niemal awanturę. Ostatecznie, po długich sporach, wzięłam wciśnięte mi siłą 100 hrywien; już w Odessie udało mi się jednak przekazać podwożącemu mnie do miasta synowi pani Marusi 30 dolarów, będące mniej więcej ekwiwalentem podarowanych mi pieniędzy, z prośbą o oddanie ich panu Ilji na budowę świątyni. Mój datek uwzględniony jest skrupulatnie w spisie ofiarodawców; sądzę, że dobrze ilustruje to przejrzystość, z jaką pan Ilja prowadzi muraszkowskie finanse.

Tak dokładny i przeładowany szczegółem opis kilku tablic stojących w przedsionku domu modlitwy zmęczył być może Czytelnika. Wydaje mi się jednak istotny do zrozumienia tego, co nazywam na własne potrzeby syjońską strategią budowania identyfikacji z grupą. Każdy z wiernych znajdzie na planszach siebie lub kogoś z najbliższych, zobaczy swoje imię i nazwisko: poczuje się członkiem wspólnoty. W diagnozowanej przez wnuczki sytuacji współczesnego rozmycia punktów zaczepienia w kreowaniu jednostkowej tożsamości, ten prosty zabieg pozwala przechodzącym co tydzień przez hol domu modlitwy syjonistom uświadomić sobie własne korzenie, historyczną ciągłość między czasami proroków i dniem dzisiejszym.

Z domem modlitwy wiązane są dalsze plany: jesienią 2006 r. jednemu z wiernych udało się kupić za bezcen stare przyrządy z likwidowanego przyszkolnego placu zabaw. Muraszkowcy w ciągu kilku dni zreperowali i odmalowali drabinki, huśtawki i zjeżdżalnię i umieścili je tuż przy tylnej ścianie świątyni. Dzieci spędzają tam całe dnie po powrocie ze szkoły, wyrabiając w sobie nawyk przebywania w pobliżu najbardziej sakralnego punktu na muraszkowskiej mapie Kominternowa, oswajając przestrzeń i ucząc się waloryzować ją pozytywnie. Wnuczki planują również zaaranżować w piwnicy gmachu przedszkole, w którym - jak za czasów życia w komunach - wierne kolejno opiekowałyby się dziećmi, odciążając zapracowanych rodziców.

Wszystkie te - subtelne dość - zabiegi utrwalają status domu modlitwy jako nowego centrum, punktu zbornego i przestrzeni religijnego przeżycia. Miejsca, w którym dwa razy w tygodniu spotykają się wszyscy syjoniści. Dobrze byłoby, gdyby świątynia stała się magnesem niwelującym ciążenie niektórych wiernych na zewnątrz wspólnoty, w stronę miru - tłumaczą wnuczki.

Pamięć o korzeniach: Zareczyca 2001

Niejako na marginesie naszej historii lokuje się wyjazd kominternowskich syjonistów na chutor Zareczyca w czerwcu 2001 r. Kilkadziesiąt (sto kilkadziesiąt?) osób załadowało vany i ruszyło na odległy o kilkaset kilometrów Wołyń, by upamiętnić miejsce, w którym wszystko się zaczęło; w którym 70 lat wcześniej płonęła chata. Miejsce, w którym w Oldze obudził się prorok.

Wcześniej, za pośrednictwem lokalnych władz Bereżnicy, wystosowali zaproszenie na wspólną modlitwę i posiłek dla wszystkich, którzy pamiętają Nową Jerozolimę lub chcieliby poznać jej dzieje. Z Kominternowa przywieźli namioty, jedzenie, chleb, wino oraz lastrykowy krzyż z wyrytym prostym hasłem "to miejsce jest święte" oraz latami: 1931-2001. Na dawnym chutorze dała o sobie znać zawodność pamięci: wierni, nie mogąc zidentyfikować na gołym polu punktu, w którym kiedyś stał święty dom, o pomoc poprosili przechodzącego skrajem lasu grzybiarza. Staruszek po krótkim namyśle nie dość, że wskazał właściwą lokalizację, to jeszcze pomógł wyjąć z ziemi resztki fundamentów chaty prorokini. Syjoniści naprędce zbudowali proste ławy, na których podczas wielogodzinnej celebry mieli siedzieć najstarsi. Przygotowali też dół, w który pośród modlitw wkopany został krzyż. Inna ekipa zajęła się rozstawieniem standów, o których mowa była przed chwilą - tablic zawierających krótką, lecz bogatą autoprezentację grupy przygotowanych specjalnie na te okazję przez pana Witię.

Właściwe nabożeństwo miało miejsce w sobotę i zgromadziło około 200 osób - syjonistów z Kominternowa i okolicznych miejscowości: Bereżnicy, Zareczycy i Sielca oraz tamtejszych mirskich, z których wielu ze wzruszeniem wspominało podobno sąsiedztwo Nowej Jerozolimy. Całość została zarejestrowana na wideo, z którego pan Witia zmontował później ponad trzygodzinny film. Luba i Marusia poprowadziły długie nabożeństwo, łącząc sprawnie atmosferę religijnej powagi chwili z koniecznością prezentacji grupy przed gronem "niewtajemniczonych" mirskich. Krzyż został poświęcony, historia Syjonu opowiedziana raz jeszcze, w wersji kanonicznej. Ci z gości, którzy mieli w głowie obraz muraszkowców jako wampirycznych sadystów, mogli przekonać się o błędności obiegowych sądów.

Szczytowym momentem nabożeństwa było niepraktykowane od czasów proroków priczastije, muraszkowska komunia. Chleb i wino otrzymali ci, którzy czuli się wystarczająco godni, by zbliżyć się tak mocno do sacrum - spośród lokalnych, wołyńskich syjonistów priczastije przyjęły jedynie trzy najstarsze wierne: pani Sinaja z Berestia, Katia z Sielca i Mania z Bereżnicy. Młodsi - jak pan Sasza, który oprowadzał mnie po świętym polu - nie czuli się przygotowani i nie przystąpili do komunii. Niektórzy twierdzą, że - jak za dawnych czasów - do wina dodano nieco przechowywanej na płótnie krwi prorokini. Chleb był zwykły, "sklepowy", przygotowywane bowiem jeszcze w Kominternowie pieczywo bez zakwasu nie udało się. Wnuczki wspominają mimochodem, że obszernie tu cytowana pani Nadia musiała zaniedbać obowiązek modlitwy, skoro wyszedł zakalec.

Proza życia nie zdołała jednak osłabić powagi chwili na filmie można obserwować jak przyjmujący komunię syjoniści, podchodząc do prowizorycznego ołtarza, wybuchają ekstatycznym płaczem, niektórzy zaczynają klaskać, inni jakby tańczyć - tak bowiem wygląda muraszkowska modlitwa w Duchu. Chleb i wino podawane były wiernym przez synów Luby i Marusi - przed przyjęciem symbolicznego Ciała każdy musiał odpowiedzieć na pytanie: Wierujesz w Isusa Christa? Jako ostatnie do komunii przystąpiły same wnuczki, by następnie udzielić jej swym synom. W tym symbolicznym geście można czytać, jak sądzę, zapowiedź sukcesji.

Do nowej historii Syjonu wizyta w Zareczycy i postawienie symbolicznego krzyża, upamiętniającego przeszłość grupy i znaczącego miejsce święte, przeszły jako wielkie, podniosłe wydarzenia. Była to pierwsza od czasów rozproszenia okazja do spotkania z tymi, którzy pozostali w rodzinnych stronach, na Zapadnoj [Ukrainie], jak mawiają syjoniści. Ci młodsi, którzy nie mogą pamiętać czasów przedwojennych, na własne oczy mogli zobaczyć puste już dziś otoczenie, w którym rozegrały się najważniejsze wydarzenia świętej historii. Miejsce, w którym historia ta ma mieć swój epilog w przyszłości, gdy syjoniści postanowią dokończyć budowę wielkiego miasta Nowe Jeruzalem.








Adam Węgłowski - Prorok z brzytwą