Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Władysław Pobóg Malinowski 

Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945

tom 3, Londyn 1959-1960

 

Powstanie Warszawskie - cz. 1

 

 

...W początkowych planach "Burzy" nie przewidywano żadnej akcji bojowej w miastach większych *[(68a) Gen. Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie", w lond. "Polsce Walczącej", nr 46 z 24. XI. 1945): "W lutym 1944 zadanie dla okręgu (warszawskiego) przewidywało jedynie ochronę ludności cywilnej w wypadku zarządzenia (przez Niemców) ewakuacji, gdyby front wschodni się cofał; przy czym część sił, dobrze uzbrojona, razem ok. 4000 ludzi, miała odejść do dyspozycji dowódcy podokręgu Skierniewice" ... ] - kierowano się troską, by nie narażać ludności na skutki walki, obawiano się odwetu Niemców, który siłą rzeczy w miastach większych byłby znacznie gwałtowniejszy, niż na prowincji - dbano też o to, by nie powodować szkód w gmachach, zabytkach, zbiorach. Z chwilą zbliżenia się linii frontu niemiecko-sowieckiego - oddziały AK, przebywające w miastach, miały opuszczać je, "wychodzić w teren", zasadniczo na zachód, tam, a nie w mieście, wykonywać zadania, przewidziane dla nich w "Burzy"; w miastach pozostać miały jedynie oddziały samoobrony - miały one opanować miasto dopiero po odejściu Niemców, wystąpić zaś wcześniej, podjąć walkę w obrębie miasta tylko w ostateczności, tylko w obronie ludności, w wypadku gwałtów niemieckich, tak, by "nie dopuścić do zniszczenia ludności bez walki" *[(68b) Żołnierzom AK, zaprzysiężonym, ale nie posiadającym broni, zamierzano pozwolić na wybór: albo tkwić wśród ludności, albo opuścić Warszawę i dołączyć do oddziałów AK na prowincji. Istniał też i był rozważany wręcz fantastyczny pomysł, by dobrze uzbrojone oddziały ochrony, w razie przymusowej ewakuacji Warszawy, towarzyszyły tłumom ludności, by "czuwały" i by w wypadkach gwałtu niemieckiego dokonywały nagłych napadów odwetowych. Pomysł taki, w razie realizacji, spowodowałby niechybnie przekształcenie się jednostkowych przejawów brutalności czy gwałtu w masową rzeź.]. Zgodnie z takimi założeniami i oddziały AK, skupione w Warszawie, a dostatecznie uzbrojone, miały z chwilą zbliżenia się frontu odejść do rejonu Skierniewic i tam wziąć czynny udział w ramach "Burzy"; w Stolicy pozostać miały jedynie oddziały wydzielone dla ochrony ludności przed możliwymi gwałtami niemieckimi oraz dla opanowania tych części miasta, w których nie było arterii komunikacyjnych o większym znaczeniu dla Niemców; arterii głównych opanowywać nie zamierzano, a to dlatego, by nie hamować odpływu sił niemieckich i nie wywoływać ich gwałtownej reakcji, nieuniknionej w wypadku stłoczenia się ich i zamknięcia im drogi. Najjaskrawszym wyrazem tego nastawienia - niepodejmowania walki o Warszawę i w Warszawie, rezygnacji z planowanych zrazu działań o charakterze zaczepnym i ograniczenia się do obrony, a nawet do ochrony tylko, była decyzja uszczuplenia posiadanych przez Warszawę zasobów broni i środków walki - od marca 1944 wysyłano tę broń do okręgów wschodnich, głównie do Białostockiego; jeszcze 7 lipca na rozkaz Bora-Komorowskiego szef uzbrojenia AK płk. "Leśnik"-Szypowski wysłał na wschód 900 "błyskawic" wraz z amunicją, mimo, że w ostatnim czasie Niemcy wykryli tajne składy AK w Warszawie i w okręgu, zagarniając wiele granatów ręcznych i niemało miotaczy płomieni *[(69) Płk. A. Borkiewicz ("Powstanie warszawskie", na str. 20 i 34), oceniając te straty na 78,000 granatów i ok. 170 miotaczy płomieni, powołuje się na relację płka. Rzepeckiego, który podaje: 28,000 granatów straconych, oraz na źródła niemieckie, wg których Niemcy w czasie od lutego do maja 1944 wykryli w Warszawie 60 tys. granatów ręcznych, 600 miotaczy płomieni i znaczne ilości materiałów wybuchowych. Zob. w tym rozdziale niżej przypis 128.].

Kiedy i jak doszło do tak tragicznego w skutkach zwrotu w tej sprawie: przejścia do decyzji wykonania "Burzy" w Stolicy, w skali zwielokrotnionej, w formie aktu nie tylko zbrojnego, ale i politycznego, równoznacznego z powstaniem powszechnym *[(70) Gen. Sosnkowski (w przedmowie do książki gen. Sosabowskiego "Najkrótszą drogą", na str. 14-15): "Powstanie w stolicy państwa i w siedzibie władz centralnych, zarówno politycznych, jak i wojskowych, jest niczym innym, jak powstaniem powszechnym w całym tego słowa znaczeniu"... Gdy w trakcie walk powstańczych w stolicy gen. Bór-Komorowski wyda rozkaz, by okręgi AK szły "wszystkimi posiadanymi siłami na pomoc Warszawie" - powstanie zostanie upowszechnione także w sensie taktycznym, bo w polityczno-wojskowym było powszechnym od samego początku. Bór-Komorowski ("Motywy decyzji", w lond. "Dzienniku Polskim" nr 181 z 31. VII. 1954) powie sam: "Walka o Warszawę, ochrzczona mianem powstania warszawskiego, była wystąpieniem zbrojnym o charakterze politycznym i niepodległościowym. Była to wielka insurekcja narodowa" ... Gen. L. Okulicki w późniejszym (z 9. XII. 1944) liście do Prezydenta Raczkiewicza (zob. niżej przypis 76), uważał, iż porwanie się Warszawy do walki "niesłusznie określa się mianem powstania; nazywamy je bitwą warszawską dla podkreślenia, że było ono fragmentem tylko walki z Niemcami, którą prowadzimy bez przerwy od l września 1939 i prowadzić będziemy nadal po klęsce poniesionej w Warszawie" ... Zob. też relacje "Montera"-Chruściela - niżej w przypisie 78a, także depesze Jankowskiego, Pużaka i Bora-Komorowskiego do Prezydenta z 4. VIII. 1944 - w tym rozdziale niżej.]. Nie sposób ustalić tego ściśle. Pierwszym jaskrawszym wychyleniem się poza pierwotne planowanie "Burzy" była decyzja w sprawie Wilna - uderzono tam na Niemców, nie czekając, aż miasto opuszczą; powtórzono to, przed Warszawą, w Lublinie i we Lwowie *[(71) Gen. T. Pełczyński ("Geneza i przebieg Burzy" w lond. "Bellonie", nr. 3/1949, na str. 37-38): "Początkowe wytyczne dowództwa AK zabraniały prowadzenia walki w miastach, a szczególnie w miastach dużych". Zakaz ten "nie utrzymał się jednak", bo "występować w roli gospodarza" wobec Rosjan "trzeba było w miastach, jako centrach życia kraju"...]. Bez obawy pomyłki chyba stwierdzić też można, iż zwrot tragiczny w sprawie Warszawy był w niemałej mierze skutkiem tajnej depeszy Mikołajczyka z 4 lipca, równoznacznej z udzieleniem pełnomocnictwa do powzięcia decyzji co do walki w ogóle i powstania także *[(71a) Niemałą rolę odegrał tu płk. Leopold Okulicki. Aresztowany przez Rosjan we Lwowie, gdzie w r. 1940 kierował organizacją podziemną pod okupacją sowiecką; w r. 1941 w tworzącej się w Rosji armii Andersa był szefem sztabu; od wiosny 1942 w Persji i na Bl. Wschodzie; w r. 1943 zgłosił się na wyjazd do kraju; po kilkumiesięcznym pobycie w Londynie i we Włoszech - zrzucony w Polsce na spadochronie w nocy z 21 na 22. V. 1944. W sztabie AK został szefem Operacji (po płk. Bokszczaninie, który kierował tym działem po odlocie gen. Tatara do Londynu). Naczelny Wódz w depeszy L. dz. 3689 z 9. V. 1944 pisał do Okulickiego że "pierwszym zastępcą" Bora-Komorowskiego jest szef sztabu AK: "z tego względu zwrot w liście odręcznym, który panu dałem i w którym jest mowa o wyznaczeniu pana na jednego z zastępców z zakresem czynności wedle uznania dowódcy AK, może być wykonany... tylko w ten sposób, że będzie pan jednym z zastępców szefa sztabu, albo też otrzyma pan dowództwo terenowe" ... "nie mogę i nie chcę zmieniać ustalonej na terenie kraju organizacji, przeto uprzedzam pana o tym w przypuszczeniu, że nie wpłynie to na zmianę pańskiej gotowości" ... "W meldunku pańskim z dn. 23. IV. 1944 użył pan zwrotu: "bez poczty moje stanowisko będzie trudne" - proszę wyjaśnić, co miał pan na myśli" ... "Poczta i pakiet pana płk. są już pokwitowane przez placówkę odbiorczą w kraju" ... Okulicki odpowiedział na to meldunkiem z 16. V. 1944: "Jestem gotów do odlotu do pracy, jaką w kraju ustali dla mnie dowódca Armii Krajowej. Mogę zapewnić Pana Generała, że żadnych trudności swą osobą nie sprawię. "Bez poczty moje stanowisko będzie trudne": miałem na myśli trudności wiernego i dokładnego powtórzenia poglądu Pana Generała na całość zagadnień, które mam zreferować dowódcy AK Z chwilą, gdy wiem, że poczta jest na terenie kraju i przy tym referacie mogę z niej korzystać - trudności te znikają"... Depesza-szyfr gen. Sosnkowskiego do Bora-Komorowskiego z 24. V. 1944 zapowiada przybycie Okulickiego do kraju: "Wymienionego oddaję do Waszej dyspozycji do użycia według Waszego uznania w sztabie lub terenie. W tym sensie po wyjaśnieniu Turskiego (Tatara) zmieniłem treść mego listu, wiezionego przez niego, o czym powiadomiłem zainteresowanego" ... Wszystkie te dokumenty w zbiorach Studium Polski Podziemnej w Londynie. Zob. w tym rozdziale przypisy: 75 i 76 i 139.]; datowana 12 lipca odpowiedź Jankowskiego na tę depeszę zawiera już pierwsze jakby przebłyski tego szaleństwa - mogłoby to być dowodem, iż Podziemie polityczne wyprzedzało tu Komendę Główną AK*[(73) Nie ulega wątpliwości, że Mikołajczyk oprócz tajnej depeszy do Jankowskiego z 4 lipca wysyłać musiał w tymże czasie do "swoich ludzi" w kraju depesze z wyraźniejszymi sugestiami czy zaleceniami. Gruntowniejszego zbadania wymaga rola St. Korbońskiego, jako kierownika łączności radiowej z rządem, dotąd spowijana w sztuczną mgłę; jako ludowiec był on w Podziemiu zawsze jednym z jaskrawszych przykładów zachłannego partyjnictwa, posłusznym wykonawcą wszystkich poleceń Mikołajczyka, Banaczyka i Kota. Ludowcy w Podziemiu są w tych tygodniach lipca najbardziej gorliwymi, wręcz zażartymi propagatorami "współdziałania bojowego" z moskiewskim najazdem, chcą walki i powstania, nie ukrywają nawet, że chodzi o "wzmocnienie" tą drogą "pozycji politycznej szefa rządu", a ich prezesa. Tu i tam, w Radomskim np., w Częstochowskim, "Bataliony Chłopskie" po wiosennej "współpracy" z komunistycznymi oddziałkami "gwardii ludowej" przechodziły do ich szeregów ("batalion Bema", "3-cia brygada armii ludowej"). Stypułkowski z "obozu narodowego" pęd do walki nazywa "pasją patriotyczną" i pisze: "Bez wahania powiem, iż pasji tej trzeba było dać ujście, jak konieczne jest znalezienie ujścia dla pary, której ciśnienie grozi wybuchem kotła"... ("W zawierusze dziejowej", na str. 214). Socjalista Z. Zaremba ("Wojna i konspiracja", str. 238): "Byłem rzecznikiem zniecierpliwienia, panującego w szeregach warszawskiej organizacji PPS ... wystąpiłem przeciw zwlekaniu z rozpoczęciem akcji" ... "uspokoił się", gdy go zapewniono, że nikt - "ani Jankowski, ani Bór nie ma tendencji unikania walki" ... St. Korboński ("W imieniu Rzplitej", str. 342): "Czuliśmy, że zbliża się moment decydujący ... Dotychczas nie wymyślono nic takiego, co mogłoby zapobiec wybuchowi wulkanu"...], choć w otoczeniu Bora-Komorowskiego, w tym okresie jeszcze bardziej chwiejnego, w szarpiącej go rozterce niezdolnego do decyzji, i ulegającego zmiennym naciskom sztabu *[(73a) Gruntowniejszego zbadania wymaga rola płk. L. Okulickiego; z pochodzenia góral z Nowotarskiego; w latach pierwszej wojny żołnierz Józefa Piłsudskiego. Nie znalazłszy w archiwach pełniejszego odbicia jego roli, próbowałem wyjaśnić ją drogą zebrania relacji. Gen. K. Sawicki w liście do mnie z 27 stycznia 1959 stwierdza, że Okulicki, bezpośrednio po skoku, zwierzał mu się poufnie, iż przybył do kraju z "formalnym mandatem Wodza Naczelnego" i z możliwością utrzymywania z nim "ścisłej i bezpośredniej łączności" ("ponad głowami władz w Warszawie" - "specjalnym kodem"), ale "przyciskany o sprecyzowanie" dawał odpowiedzi "niejasne" i "nieprzekonywujące"; nie ukrywał swego ostro krytycznego stosunku do władz Podziemia wojskowego, kwestionował "osobiste kwalifikacje" sztabowców krajowych, zapowiadał, iż przybył do kraju, by "ten stan rzeczy zmienić, a pracę AK skierować na inne tory". "Zwierzenia" te świadczyłyby, iż Okulicki przybył z powziętą a ukrywaną decyzją odegrania wybitniejszej roli w kierunku sprzecznym ze stanowiskiem Wodza Nacz., i wbrew treści dokumentów, związanych z jego odlotem z Włoch - zob. przypis 71. W rozmowie z Sawickim ujawniał zresztą swe "pomysły polityczne", jeśli nie całkowicie zgodne, to bardzo bliskie "linii Mikołajczyka": powoływał się na swe góralsko-chłopskie pochodzenie, sądził, iż ma sytuację "łatwiejszą", niż inni sztabowcy, bądź to "utytułowani", jak hrabia Komorowski, bądź też, jak Pełczyński, "zbyt mocno związani z obozem rządzącym przed wojną". W innym liście, z 12 lutego 1959, gen. Sawicki na moje pytanie odpowiadał, że Okulicki "był gorącym zwolennikiem powstania w Warszawie". Płk. E. "Radwan"-Pfeiffer w liście do mnie z 5 stycznia 1959, stwierdza, że Okulicki "niepotrzebnie zaplątał się w politykę Mikołajczyka". Gen. A. Chruściel w liście do mnie z 12. XII. 1958: "Okulicki chciał walki, bo była postanowiona przez rząd w Londynie i przez Jankowskiego" w kraju; na pytanie Chruściela: "Czy Londyn da nam pomoc w sprzęcie i wstępnym bombardowaniu?" odpowiadał: "Czy myślisz, że mogłoby być inaczej?" - zob. przypisy: 71, 76 i 139.], nie brakowało ani ludzi w typie Rzepeckiego i Kirchmayera, ani gorących głów z niecierpliwym pędem do walki czy z obawami przed "bezczynnością" po pięciu latach przygotowywania się do wystąpienia *[(74) Obok ludzi w krótkowidztwie swym działających z tą odmianą dobrej woli, która stawała się wodą na młyn wrogów Polski i sprowadzić miała nieszczęście na kraj, nie tylko w "dołach" AK, ale i w Komendzie Głównej tkwić musieli zakamuflowani agenci Moskwy. Jeśli Niemcy znaleźli grupkę renegatów, którzy ułatwili schwytanie Grota-Roweckiego, to tym łatwiej i tym więcej znaleźć ich mogła Moskwa dla siebie. Posądzano o to zwłaszcza kierowane przez Rzepeckiego Biuro Informacji i Propagandy - choć sam Rzepecki, w tej fazie swej oportunistycznej ewolucji, wiązał się jeszcze coraz ściślej, poprzez "przyjaźń" z Korbońskim, tylko z ludowcami i ich zabiegami o poparcie i wzmocnienie Mikołajczyka w jego rachubach i dążeniach. Bór-Komorowski, któremu zwracano uwagę na "niebezpieczeństwo tego stanu rzeczy", nie widział powodów do niepokoju. Przedstawicielom N. S. Z. w okresie scalania tłumaczył, iż jest "pewien lojalności" także i tych oficerów, którzy "skłaniają się ku komunizmowi" - mają oni przez swoją obecność w szeregach A. K. przyciągać do ogólnonarodowego wysiłku te "elementy", które choć społecznie są "skrajnie radykalne", nie są jednak "w zasięgu dyspozycji sowieckiej" i "nie zatraciły jeszcze instynktów narodowych". Sam Bór-Komorowski potwierdza to treścią swej depeszy do Nacz. Wodza z 14 lipca.]. Bór-Komorowski wahał się długo - w meldunku do Wodza Naczelnego z 14 lipca, oceniając skromnie możliwości AK, stwierdzał jeszcze, iż "przy obecnym stanie sił niemieckich w Polsce i ich przygotowaniach przeciwpowstańczych" powstanie "nie ma widoków powodzenia", nawet w wypadku "wybitnego zasilenia w broń" i "współdziałania lotnictwa i wojsk spadochronowych". Otoczenie jednak nie ustawało w przeciwstawianiu mu swoich racji, wzmagało swe naciski, ostatecznie też uzyskało jego zgodę *[(76) Płk. A. Borkiewicz w swym rzetelnym studium ("Powstanie warszawskie", na str. 21) stwierdza, wyzyskując niechybnie wcześniej uzyskaną relację gen. Okulickiego (zob. w "Przedmowie", na str. 7), że "w drugiej połowie lipca odbyło się w alei Niepodległości spotkanie" "Grzegorza" (Pełczyński), "Kobry" (Okulicki) i "Filipa" (Szostak). W spotkaniu tym Pełczyński omówił "sprawę konieczności przeprowadzenia "Burzy" również w Warszawie", podkreślając, że "postara się przekonać Bora i Jankowskiego o konieczności walki" ... Bór-Komorowski (w "Armii Podziemnej", str. 219) stwierdzi, że "w drugiej połowie lipca na wniosek szefa operacji "Niedźwiadka" (Okulickiego) dowództwo AK zmieniło ten (pierwotny) plan ("Burzy") i nakazało komendantowi okręgu Warszawa-Miasto opanowanie Stolicy w ramach akcji Burzy"... Płk. Iranek-Osmecki (w lond. "Orle Białym" nr 10/766/1957): "Koncepcja podjęcia walki o Warszawę, w formie, jaką przyjęto w sierpniu, zjawiła się w połowie lipca", "ostateczna decyzja zapadła na konferencji" trzech: Bora-Komorowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego - 21 lipca. Bór-Komorowski w wywiadzie radiowym 15. IX. 1957 stwierdzał: "Dnia 21 lipca odbyłem naradę z szefem sztabu gen. Pełczyńskim, i szefem operacji gen. Okulickim. Rozpatrywaliśmy razem wysunięty przez gen. Okulickiego projekt, dotyczący zmiany zadania ... Gen. Okulicki stał na stanowisku, że oddziały miejskie winny podjąć walkę wewnątrz miasta celem opanowania Warszawy. Po szczegółowym przedyskutowaniu powyższego projektu doszliśmy do zgodnego wniosku, że walkę o opanowanie Stolicy należy podjąć"... Jankowski 14. XI. 1944, w depeszy swej, charakteryzując nastroje popowstańcze i rywalizacyjne zabiegi ambitniejszych jednostek, napisze: "Zrobiono z Niedźwiadka (Okulickiego) sprawcę powstania i wszczęto przeciw niemu akcję" ... Jednakże w Archiwum Kanc. Cyw. Prezydenta znalazłem kopię listu "Niedźwiadka"-Okulickiego do Prezydenta Raczkiewicza z 9. XII. 1944 (w dwa miesiące po kapitulacji Warszawy). Okulicki, w liście tym, pisząc o poprzedzającej powstanie propagandzie moskiewskiej, oskarżającej AK o "bierność, sabotowanie walki (z Niemcami) lub wprost otwartą współpracę" z nimi, oraz o postawie Moskwy wobec powstania, dawał wyraz przeświadczeniu, iż "zajęcie biernego stanowiska było niemożliwością ... Potrzebny był czyn, który by wstrząsnął sumieniem świata, zaprzeczył sam przez się fałszywym oskarżeniom, czyn, który w stosunku do Rosji byłby aktem najdalej posuniętej dobrej woli, tym silniej uwypuklając jej postępowanie w stosunku do nas" ... "Zadania tego nie mogły spełnić walki, toczone przez nasze oddziały na tyłach cofających się wojsk niemieckich na Wołyniu, na Wileńszczyźnie, we Lwowie, gdyż pomimo wielkich ofiar z naszej strony były to tylko walki o charakterze lokalnym, nie mogły zatem wywołać w świecie nawet takiego echa, jakie odpowiadało ich znaczeniu wojskowemu. Zadanie to spełniła dopiero bitwa warszawska (powstanie). Jestem przekonany, że Warszawa spełniła je dobrze. Jeśli nie wszystkie jej (bitwy warszawskiej) skutki mogły wystąpić już dzisiaj - wystąpią one z całą pewnością w przyszłości i opłacą poniesione ofiary. Im mniejsze jest bowiem zrozumienie, jakie stanowisko nasze znajduje dziś w oczach mocarstw zachodnich, tym wyżej zostanie ono ocenione w przyszłości, w momencie, gdy mocarstwa te powrócą znów do obrony prawa przed gwałtem i gdy bezprawie (moskiewskie) zagrozi ich własnym interesom" ... Zob. przypis 139.]. Kiedy to się stało? Bór-Komorowski i Pełczyński wymieniają dzień 21 lipca, jako datę decyzji, powziętej po ich naradzie z Okulickim - zgodzono się tu, iż Warszawa winna być uwolniona z jarzma niemieckiego wysiłkiem własnego, polskiego żołnierza, zaś oddziały rosyjskie, wkraczające do Stolicy, powinny zastać w niej polskie władze państwowe, cywilne i wojskowe, jako "prawych gospodarzy". W meldunku jednak do Wodza Naczelnego z tegoż dnia Bór-Komorowski, oceniając sytuację na froncie wschodnim i wewnątrz Rzeszy niemieckiej, oraz przewidując możliwość "załamania się" Niemców "w każdej chwili", widział jeszcze tylko konieczność przejścia w stan "stałej i pełnej gotowości do powstania": "Z tego względu - meldował - wydałem rozkaz stanu czujności do powstania z dniem 25. VII., godzina 001, nie wstrzymując przez to wykonywania Burzy" *[(77) Bór-Komorowski (w "Armii Podziemnej", na str. 222), komentując ten swój meldunek, pisze: "zarządzenie stanu czujności" wydane zostało "na wypadek, gdyby się Niemcy raptownie załamały... nie chcieliśmy z braku przewidywania z naszej strony pozostawiać naszych władz naczelnych w niemożności uruchomienia na czas powstania powszechnego w wypadku, gdyby sytuacja polityczna tego się domagała... sami jednak nie byliśmy za powstaniem powszechnym, robiliśmy jednak przygotowania do kontynuowania Burzy". Użyte tu przez Bora-Komorowskiego (również przez Pełczyńskiego w przypisie poprzednim) określenie "Burza" jest w stosunku do Warszawy co najmniej niewłaściwe. Zob. przypisy 70 i 78a. Szerzej omawiam tę sprawę w przypisie 205.]. Przedstawiony 24 lipca przez majora St. Webera wniosek sztabu okręgu warszawskiego AK o zarządzenie "stanu pogotowia" i "przygotowań da walki w Stolicy" nie został przez Bora-Komorowskiego przyjęty *[(78) Zob. u płk. Borkiewicza (na str. 22), który twierdzi, iż stało się to na "odprawie Komendy Głównej" w lokalu przy ul. Focha 8. Iranek-Osmecki ("Orzeł Biały", Nr 10/766/1957) przypuszcza, że była to tylko - "wewnętrzna odprawa okręgu, a nie Komendy Głównej" i że "nie mogły na niej zapaść żadne zasadnicze decyzje". Zob. też relację płk. "Montera"-Chruściela w przypisie następnym 78a. Ciężar odpowiedzialności za szaleńczą decyzję podjęcia walki jest tak straszliwie wielki, iż wywołuje nie tylko małoduszne próby ucieczki przed odpowiedzialnością i przerzucenia "winy" bądź to na Wodza Naczelnego, bądź też na społeczeństwo ("spontaniczny wybuch" - zob. w przypisie 83a) - nie tylko budowane już po klęsce uzasadnienia ex post - kruche i chwiejne, jak domki z kart - ale też próby odżegnania się od jakiegokolwiek związku z tą decyzją. Polityczne - nie wojskowe - kierownictwo Podziemia próbowało i próbuje dotąd dowodzić, iż decyzję podjęły same tylko "czynniki wojskowe" i że Podziemie polityczne postawione zostało jakby przed faktem dokonanym i nieodwołalnym. Zob. jednak przypisy 73a i 107. Cóż poza tym mówią fakty, dokumenty i relacje inne? "Zgodna decyzja" Bora-Komorowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego przedstawiona została delegatowi rządu Jankowskiemu 22 lipca (depesza Bora-Komorowskiego do Wodza Nacz. z 22 lipca nr. 1420). Płk. "Monter"-Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie" w lond. "Polsce Walczącej" nr. 46 z 24. XI. 1945): "W ciągu pięciu ostatnich dni lipca Bór z wicepremierem (Jankowskim) pracował bez przerwy, odprawy były dwa razy dziennie". "Polskie Siły Zbrojne, tom 3-ci, AK" (na str. 662) ograniczają się do stwierdzenia, iż "w dn. 22 do 24 lipca odbyły się w dowództwie AK wewnętrzne narady nad decyzją, w czasie których nastąpiło uzgodnienie stanowiska z delegatem rządu na kraj oraz z Komisją Główną Rady Jedności Narodowej"; we wcześniejszym jednak fragmencie (na str. 659) celowo raczej zaciemniają tę sprawę, gdyż nie podając ani dat ścisłych, ani nazwisk uczestników, twierdzą, iż Bór-Komorowski, po przedyskutowaniu "zgodnej decyzji" (jego, Pełczyńskiego i Okulickiego) "w szerszym gronie szefów oddziałów sztabu", przedstawił "swój i swego sztabu punkt widzenia delegatowi rządu i uzyskał nań jego zgodę" ... "Zwrócił się też zaraz do delegata rządu z propozycją zwołania Komisji Głównej R. J. N. dla tej sprawy". Bór-Komorowski (w "Armii Podziemnej", str. 224) - też nie podając dat - pisze: "Pozostawałem w tym czasie w stałej styczności z delegatem rządu, którego najdokładniej o wszystkim informowałem" ... "Na zebraniu Komisji Głównej R. J. N. w obecności delegata rządu i przewodniczącego Rady zapytałem zebranych, czy uważają, że wkroczenie wojsk sowieckich do Warszawy winno być poprzedzone opanowaniem Stolicy przez Armię Krajową? Odpowiedziano mi jednogłośnie: tak". Na drugie pytanie: "ile czasu powinno upłynąć pomiędzy opanowaniem miasta a wkroczeniem armii czerwonej?" - po dyskusji ustalono: "przynajmniej 12 godzin". To stanowisko R. J. N. było dla Bora-Komorowskiego "rozstrzygające". Prawdopodobnie narada ta, z przedstawicielami władz cywilnych Podziemia, odbyła się 24 lipca, bo - pomimo decyzji, zapadłej 21 lipca, Bór-Komorowski dopiero 25 lipca zamelduje Wodzowi Nacz. o gotowości podjęcia walki o Warszawę.],

Za moment decyzji ostatecznej uznać trzeba odprawę w Komendzie Głównej w lokalu przy ulicy Tamka 13, w godzinach przedpołudniowych 25 lipca, z udziałem szefów wszystkich oddziałów sztabu AK, dowódcy okręgu warszawskiego płk. Chruściela ("Monter", "Nurt") oraz zaproszonego wicepremiera krajowego Jankowskiego *[(78a) Płk. "Monter-Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie" w lond. "Polsce Walczącej" nr. 46/1945): "W dn. 25. VII. 1944 dowiedziałem się na odprawie, że Nacz. Wódz(?) zarządza dla okręgu warszawskiego powstanie - czas wybuchu określi dowództwo AK Wszystkie okręgi wykonują plan "'Burzy", natomiast okręg stołeczny jest jedyny, który wykona największy wysiłek, t. j. walkę o charakterze ogólnego zrywu. Braki w uzbrojeniu będą pokryte masowymi zrzutami" ... Wszystko w tej relacji Chruściela, pisanej w rok po wydarzeniach, a więc jeszcze za "świeżej pamięci", brzmi nieprawdopodobnie i wręcz fantastycznie: albo już po roku pomieszał Chruściel Wodza Naczelnego z Mikołajczykiem, albo na odprawie tej został wprowadzony w błąd przez prącą do walki część sztabu AK z gen. Pełczyńskim na czele. Potwierdzałoby to zresztą, że do Podziemia musiały nadchodzić jakieś tajne depesze-instrukcje Mikołajczyka czy Banaczyka, gdyż uchwała rządu z 25 lipca nie zdążyła jeszcze dotrzeć do Warszawy i brzmiała inaczej - zob. przypis 91. W wydanej później broszurze: "Powstanie warszawskie" (Londyn, 1948), będącej przedrukiem artykułów z "Polski Walczącej", z dodatkiem uzupełnienia "Po dwóch latach", gen. Chruściel wprowadził poprawkę, podając, że powstanie zarządza "Londyn" (nie Naczelny Wódz).]. Płk. Rzepecki wystąpił tu z wnioskiem o wyznaczenie terminu uderzenia, Bór-Komorowski wszakże wniosek ten odrzucił, ale w wyniku odprawy i za zgodą Jankowskiego, tegoż jeszcze dnia, 25 lipca, meldował drogą radiową Naczelnemu Wodzowi: "Jesteśmy gotowi w każdej chwili do walki o Warszawę. Przybycie do tej walki brygady spadochronowej będzie miało olbrzymie znaczenie polityczne i taktyczne. Przygotujcie możliwość bombardowania na nasze żądanie lotnisk pod Warszawą. Moment rozpoczęcia walki zamelduję" *[(79) Instrukcja z 27. X. 1943 mówiła wyraźnie, że "ocena możliwości" w sprawie powstania "należy do kraju", "decyzja ostateczna i wybór momentu do rządu". Sam Bór-Komorowski w rozkazie do AK z 12 stycznia 1944 mówił: walkę armii rosyjskiej z Niemcami na ziemiach polskich "wesprzemy ... w miarę naszych sił i interesów państwowych, w granicach decyzji rządu Rzplitej i rozkazów Nacz. Wodza". Meldunek radiowy z 25 lipca, donoszący o powziętej decyzji walki, a więc wyprzedzający uchwałę rządu z 25 lipca - zob. niżej, jest potwierdzeniem, iż depeszę Mikołajczyka z 4 lipca zrozumiano jako udzielenie krajowi pełnomocnictwa w tym zakresie. Być może - miał tu niejaki wpływ, wskutek odpowiedniej interpretacji w Komendzie Głównej, fragment instrukcji Nacz. Wodza z 7 lipca, mówiący, że "jeśli przez szczęśliwy zbieg okoliczności", "w ostatnich chwilach odwrotu niemieckiego", a przed wkroczeniem Rosjan, "powstaną szanse choćby przejściowego" opanowania Lwowa, Wilna lub "innego większego centrum" - to "należy to uczynić". W meldunku Bora-Komorowskiego z 25 lipca uderza upominanie się o pomoc lotniczą i spadochronową. Instrukcje, nadsyłane do kraju przez Nacz. Wodza, brzmiały wyraźnie, iż na pomoc taką liczyć nie można. W depeszy do dowódcy AK z 20 października 1943 Wódz Naczelny uprzedzał, iż lotnictwo polskie mogłoby samodzielnie wesprzeć powstanie w kraju "najwcześniej w początku r. 1945" - "wcześniejsze samodzielne użycie lotnictwa polskiego, które na resztkach paliwa może dolecieć do rejonu walk w Polsce, mogłoby mieć miejsce jedynie jako akt rozpaczy". Na oddanie brygady spadochronowej do dyspozycji Anglików Bór-Komorowski godził się sam parę tygodni wcześniej. Zresztą, ten meldunek Bora-Komorowskiego o "gotowości" podjęcia walki o Warszawę "w każdej chwili" uważać trzeba w najlepszym razie za odbicie stanu psychiki jego własnej i sztabu, Warszawa bowiem - jak to wykażą wypadki - nie była przygotowana do walki ani w sensie organizacyjnym, ani pod względem uzbrojenia.].

Decyzja ta, w późniejszym zwłaszcza uzasadnieniu, opleciona zostanie gęsto motywami natury wojskowej, politycznej i ideowej. W sytuacji wojennej widziano zbliżającą się nieuchronnie i szybko katastrofę Niemiec. Przemawiać za tym mogły wypadki na Zachodzie - lądowanie Sprzymierzonych we francuskiej Normandii i sukcesy ich we Włoszech, Monte Cassino, Rzym, Ancona. Wzrok i myśli wszakże przykuwała przede wszystkim druzgocąca klęska Niemców na froncie wschodnim. Istotnie - pod uderzeniami ofensywy sowieckiej, która w końcu czerwca ruszyła z rejonu Orsza-Mohylów-Żłobin *[(80) Rosjanie dzielili siły swoje, idące na Polskę, na cztery "fronty": "pierwszy bałtycki" pod gen. Bagramianem ruszył w kierunku na Litwę (Witebsk-Połock-Dynaburg-Szawle), "drugi" i "trzeci" białoruski pod Zacharowem i Czernihowskim - kierunek działań: Borysów-Bobrujsk- Mińsk - Wilno - Olita - Lida - Grodno - Słonim - Wołkowysk - Ossowiec - Białystok; "pierwszy białoruski" pod gen. Rokossowskim, kierunek działań: z rejonu Rohaczew - Żłobin - Mozyrz na Pińsk - Brześć n/Bugiem, oraz "pierwszy" ukraiński pod marsz. Koniewem, od Kowla do Kołomyi z kierunkiem działań na Lwów - Stanisławów - Przemyśl - Jarosław - Rzeszów - Sandomierz.], z czterech armii niemieckich dwie - 4-ta i 9-ta - przestały w ogóle istnieć, 3-cia pancerna, po ciężkich stratach, wymknęła się wzdłuż Dźwiny ku Rydze, jedynie 2-ga na Polesiu uniknęła rozbicia, wycofując się szybko do rejonu Brześcia nad Bugiem. Rosjanie w ciągu 3 tygodni posunęli się tu naprzód o 400 km., do linii środkowego Niemna. Niebawem - w połowie lipca - ruszyły do natarcia armie Rokossowskiego i Koniewa. Bór-Komorowski w meldunku do Naczelnego Wodza z 21 lipca, a więc w tydzień po depeszy z oceną sytuacji, jako klęskowej dla Niemców *[(81) Gen. Heinz Guderian, 21 lipca 1944 powołany na stanowisko szefa sztabu sił niemieckich na froncie wschodnim, zeznawał, już po wojnie: "Po mojej nominacji cały front - jeśli można to nazwać frontem - był zaledwie zlepkiem oddzielnych resztek armii, które cofały się na linię Wisły. 25 dywizji zostało całkowicie zniszczonych" (zob. "Zburzenie Warszawy, zeznania generałów niemieckich przed polskim prokuratorem, członkiem polskiej delegacji przy Międzynarodowym Trybunale Wojennym w Norymberdze", Warszawa-Katowice, 1946, na str. 116) W pamiętniku swoim ("Erinnerungen eines Soldaten", Heidelberg, 1951) Guderian powtórzy: "Przejąłem od mego poprzednika nie tylko zdezorganizowany sztab, ale i front w stanie całkowitego rozkładu" - odwody nie istniały; posiłki ściągnąć można było tylko z Rumunii, ale wymagało to czasu; to, co się dało "wycisnąć" z formacji uzupełniających, trzeba było kierować na odcinek najdotkliwiej rozbitej grupy "Mitte".], zaobserwowane "zwolnienie tempa posuwania się" Rosjan na środkowym odcinku tłumaczył "nie wzmożoną siłą obronną Niemców", lecz "chwilowym zmęczeniem" Rosjan, i "przewidywał", że "gdy tylko zmęczenie to zostanie pokonane - ruch sowiecki na tym kierunku stanie się szybszy"; nowe uderzenie Rokossowskiego oceniał jako wybicie "szerokich wrót do dalszego ruchu naprzód". Ocenę tę, raczej optymistyczną, łączył Bór-Komorowski z logicznym wnioskiem, że jeśli Rosjanie w każdej z poprzednich swych ofensyw posuwali się od 300 do 400 km. naprzód, to i teraz, w uderzeniu, jakie ruszyło w połowie lipca z nad Bugu, a więc w odległości 200 km. od linii środkowej Wisły, zdołają dotrzeć bez zatrzymywania się do Wisły, przekroczyć ją, uchwycić jej zachodni brzeg, na odcinku od Sandomierza do Warszawy, i stworzyć sobie podstawę do następnego uderzenia w kierunku na Śląsk, Berlin i Pomorze. Późniejszy nieco bieg zdarzeń, a zresztą i szybkie tempo przetaczania się tej ofensywy przez Lubelszczyznę, potwierdzi trafność tych przewidywań, słabą wszakże stroną tego rozumowania było operowanie wrażeniami i domysłami, w całkowitej nieświadomości zamierzeń i celów operacyjnych Rosjan; a przy tym jakby nie dostrzegano losu 27-ej dywizji AK na Wołyniu - i choć w samej Komendzie Głównej AK nie brakowało głosów ostrzegawczych, nie myślano o tym, że Rosjanie mogą w pewnym momencie podporządkować względy strategiczne i operacyjne celom politycznym, czyli - rozmyślnie zahamować swoją ofensywę, a nawet całkowicie ją zatrzymać.

Błędy znacznie głębsze popełniono w ocenie sił i możliwości niemieckich. Bór-Komorowski w meldunku z 21 lipca wyrażał pogląd ("wydaje się pewne"), że Niemcy na froncie wschodnim "nie są w stanie odebrać inicjatywy z rąk sowieckich, ani też przeciwstawić się im skutecznie"; "w ostatnim czasie coraz częściej widzimy objawy wewnętrznego rozkładania się armii niemieckiej, która jest bardzo zmęczona i bez chęci do walki"... ,"ostatni fakt zamachu na Hitlera, łącznie z położeniem wojennym Niemiec, doprowadzić może do ich załamania się w każdej chwili" *[(83) Bór-Komorowski (w "Armii Podziemnej", na str. 225): "Wiadomość o zamachu na Hitlera zbiegła się z wieścią o nowych powodzeniach wojsk sowieckich". Zamachu na Hitlera dokonał płk. Claus Schenk von Stauffenberg 20 lipca w Kwaterze Głównej, "Wolfsschanze", w Kętrzynie (bomba zegarowa w teczce, pozostawionej przy stole konferencyjnym). Wskutek wybuchu zginął jeden, z 5 rannych zmarło trzech. Hitler, dzięki przypadkowi, ocalał, został tylko kontuzjowany i poparzony. Konspiracja niemiecka przeciwko Hitlerowi zawiązała się już na kilka lat przed wojną; uzasadniano ją troską o kraj (ratować Rzeszę przez usunięcie Hitlera), w gruncie rzeczy jednak wyrastała przede wszystkim na tle podrażnionych ambicji, nastrojów niezadowolenia i rozgoryczenia jednostek spośród polityków i wyższych wojskowych. Ze spiskiem związani byli ściślej lub luźniej Goerdeler, nadburmistrz Lipska, Schacht, minister gospodarki, szef sztabu gen. Beck, marsz. Witzleben, gen. von Tresckow, gen. Fromm, adm. Canaris, jego zastępca, gen. H. Oster, poza tym: gen. F. Halder, E. von Weizsaecker, E. Kordt, P. O. Schmidt. Po nieudanym wybuchu w Kętrzynie spisek został zlikwidowany szybko i bezlitośnie: schwytanych - rozstrzelano (wśród nich Stauffenberga), Beckowi pozwolono popełnić samobójstwo, innych - Witzlebena, Canarisa, Ostera, Fromma stracono nieco później. Gestapo dokonała licznych aresztowań; ilość ofiar obliczano na 4920. Olbrzymią większość stanowili nie członkowie spisku, lecz w ogóle posądzeni o jakieś związki z nimi (pokrewieństwo) lub o postawę opozycyjną wobec Hitlera. Była to nieudana "rewolucja pałacowa" bez oparcia i bez oddźwięku w społeczeństwie.]. Przesadę w tej ocenie usprawiedliwić mogą w dużym stopniu nie tylko ograniczone możliwości wywiadu AK w głębi Rzeszy, zwłaszcza w jej centrum kierowniczym. Zachowanie się Niemców w Warszawie było momentem jeszcze bardziej podniecającym - przez mosty na Wiśle i główne arterie Warszawy przepływały, często w bezładnej masie, w mizernym stanie, oddziały Niemców - fale żołnierzy, idących pieszo, sunących na rowerach, samochody i czołgi, działa i jaszcze, oblepione rannymi czy znużonymi, wozy konne, tabory, zagrabione po drodze bydło ... Odwrotowi tych rozbitków, przemieszanych z tłumami uchodzących ze wschodu "volksdeutschów" i Niemców cywilnych, z dobytkiem na samochodach, wozach chłopskich, platformach konnych, rowerach, nawet na wózkach ręcznych - towarzyszyły objawy paniki ewakuacyjnej wśród władz; rozpoczęte już dawniej i prowadzone dyskretnie demontowanie fabryk i zakładów, wywożenie maszyn, narzędzi, surowców i zawartości magazynów - teraz odbywało się już jawnie, w nieukrywanym pośpiechu i popłochu. Urzędy przerwały pracę - palono akta, na oczach przechodniów ładowano wozy, na dworcach kolejowych niespokojne tłumy, pociągi ewakuacyjne przepełniona, wszystkie drogi, zwłaszcza w kierunku na Sochaczew i Łódź, zatłoczone; w mieście gorączkowe miotanie się Niemców i volksdeutschów, skazanych na własną zaradność, w poszukiwaniu jakichkolwiek środków lokomocji: za konie i wozy byle jakie płacono każdą cenę. Przestała ukazywać się prasa gadzinowa, poznikały też władze wyższe - uciekł gubernator Fischer, Leist - starosta grodzki - przekazał swe funkcje burmistrzowi J. Kulskiemu. Panika ta, z momentem szczytowym w sobotę 22 lipca, trwać będzie przez kilka dni, do 25 lipca. W tych warunkach wydawać się mogło, że Niemcy Warszawę opuszczają i że nie wrócą już do niej. Obok tych momentów, podniecających i pobudzających do podjęcia walki, działać miały motywy inne. Te wszakże nie wytrzymują już krytyki - jeden przeczy drugiemu, a wszystkie razem tworzą gmatwaninę pojęć krótkowzrocznych i płytkich. Pierwszy z tych motywów wyraża się w twierdzeniu, że nagromadzona w ciągu pięciu lat okupacyjnego terroru nienawiść do Niemców szukała ujścia i groziła "spontanicznym wybuchem", odwetem .samorzutnym, niemożliwym do opanowania i pokierowania *[(83a) Motyw ten powtarza się we wszystkich niemal relacjach ogłoszonych po powstaniu. Zob.  przypis 73. Ponadto u Bora-Komorowskiego ("Armia Podziemna", str. 266) i w "Motywach decyzji" ("Dziennik Polski" nr. 181/1954): "Wola walki i psychika odwetu na Niemcach szczególnie silnie przejawiały się w Stolicy; w chwili gdy koniec niewoli wydawał się być już bliski, żądza odwetu groziła spontanicznym wybuchem". Gen. T. Pełczyński ("O decyzji warszawskiej" w "Dzienniku Polskim" nr. 180 z 1. VIII. 1945): "Położenie wewnętrzne w Warszawie w okresie pobierania decyzji przechodziło w stan czujności przed burzą. Cała ludność w wielkim napięciu i zdecydowaniu oczekiwała na wielkie wypadki. Podniecenie wzmagały nawoływania sowieckiej propagandy do natychmiastowego wystąpienia" ... W innej relacji ("Powstanie warszawskie" w lond. "Polsce Walczącej" nr. 31 z 3. VIII. 1946) gen. Pełczyński twierdzi: "Gdy front bojowy docierał do Warszawy - przejście z postawy czynnej do bierności było nie do pomyślenia. Brak rozkazu do walki uznany byłby za zdradę sprawy. Walka wybuchłaby spontanicznie i wciągnęłaby wszystkie żywe siły w sposób bezładny i bezplanowy". Gen. "Monter"-Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie" w "Polsce Walczącej" nr. 46/1945) pisze o "40 tysiącach" żołnierzy AK "pragnących wziąć odwet za wszystkie bestialstwa wroga"; wydany przez siebie 27 lipca rozkaz "ostrego pogotowia" (o czym niżej - zob. przypis 133). "Monter"-Chruściel uzasadniał też potrzebą "uspokojenia umysłów" i "przeciwdziałania samodzielnym wystąpieniom, które mogły spowodować przedwczesny wybuch". Relacje te, acz zgodne, może nawet zbyt zgodne w swej treści, są albo uzasadnieniem ex post - poklęskową próbą wytłumaczenia i usprawiedliwienia fatalnej decyzji, albo - u Pełczyńskiego i Chruściela zwłaszcza - przykładem dostrzegania w postawie społeczeństwa tego, co było przede wszystkim ich własnym, ślepym pędem do walki. Relacje powyższe odmawiają społeczeństwu zdrowego rozsądku - było ono wszak i mądrzejsze, i przezorniejsze, i ostrożniejsze od swego podziemnego kierownictwa. Społeczeństwo zresztą, w przytłaczającej swej większości, nawet w odłamach najbardziej gorącej młodzieży - przez pięć lat okupacji nie wyłamywało się z ram dyscypliny narodowo-społecznej, dostosowywało się do poleceń czy wskazań Podziemia. Skądżeż więc ta nagła obawa przed "spontanicznym wybuchem"? Skąd ten nagły lęk, że społeczeństwo teraz kierownictwa nie usłucha i rzuci się na Niemców dosłownie z gołymi rękoma, bo przecież broni nie było nawet dla żołnierzy A K. Zresztą do "wybuchu spontanicznego" nie doszło nawet w dniach największej paniki wśród Niemców. Gen. Chruściel (w broszurze "Powstanie warszawskie", na str. 6) zapewnia, iż ogół Warszawy, słysząc "huk dział w najbliższej okolicy" - "obawiał się, że wróg ujdzie bezkarnie" ... Szły pomruki coraz głośniejsze o kunktatorstwie dowództwa", odzywały się "uzasadnione obawy, że setki naszych młodszych dowódców przejdą pod rozkazy ludzi obcych, niewiadome skąd przybyłych". Ale na tejże stronie Chruściel stwierdza: "Dowódcy wszystkich szczebli byli wartościowymi ludźmi"; w okresie okupacji zdobyli "nowe wysokie wyrobienie społeczne" ... Zob. też przypis 84.]. Motyw to, czy argument równoznaczny z kompromitującym przyznaniem się do bezradności - kierownictwo nie dorasta do swoich zadań i obowiązków, nie spełnia swej roli, jeśli ulega nastrojowi mas, jeśli nie prowadzi ich, a idzie w tyle za nimi! ... Było zresztą dość czasu, nie brakowało też środków - aparatury Biura Informacyjnego i tak licznej prasy podziemnej - by nastroje mas ująć w karby dyscypliny społeczno-narodowej; nie robiono tego, przeciwnie - nie tylko w ciągu lat okupacji, ale i w ostatnich dniach przed wybuchem, zrobiono wiele, by temperaturę nastrojów podnieść, a pęd do odwetu wprowadzić w fazę gorączkowego podniecenia i zniecierpliwienia! ... Zresztą argument ten o groźbie "spontanicznego wybuchu" nie odpowiada wcale obrazowi rzeczywistości; ludowcy wprawdzie parli do wybuchu, by poprzeć "politykę" Mikołajczyka, w kołach socjalistycznych istotnie nie brakowało głów gorących, uważających, że najpierw trzeba bić Niemców, a potem dopiero myśleć; nie brakowało jednak bardzo mocnych głosów rozwagi i ostrzeżeń; piłsudczycy zwłaszcza przemawiali bardzo dobitnie, dowodząc, że w chwili, gdy zmora niemiecka znika, a niemniej straszliwa nadciąga ze wschodu, wszelka akcja powstańcza być może tylko szaleństwem, tylko obłąkańczym kręceniem tym mocniejszego czerwonego powrozu na polską szyję! ... Nie brakowało, jak to wnet zobaczymy - głosów ostrzegawczych w Komisji Głównej Rady Jedności, a nawet i w samej Komendzie Głównej AK... Zlekceważono te apele, nie chciano ich słuchać! ... Wreszcie - ten nieszczęsny "motyw-argument" - nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości - dzieje ostatnich dni i chwil przed powstaniem nie znają ani jednego wypadku wyłamania się oddziałów AK z ram dyscypliny, ani jednego wypadku samowolnego porwania się do przedwczesnej walki; nie było tego nawet w momentach napiętego oczekiwania i największego podniecenia! ... A ludność cywilna Stolicy? Owszem, z nieukrywaną satysfakcją patrzyła na barbarzyńców, uchodzących w bezładnej masie i w popłochu, w rozmowach nie ukrywała swej nienawiści do nich, ani pragnienia odwetu. Ale czy bezbronna rzuciła się gdziekolwiek na uchodzących? Nawet, gdy padły pierwsze strzały powstańcze, 1 sierpnia, ludność cywilna, według licznych zgodnych relacji, i nawet według świadectwa samego Bora-Komorowskiego "w mgnieniu oka znikła z ulic", chowając się w mieszkaniach, czy w najbliższych bramach i klatkach schodowych *[(84) Także i autorzy "Polskich Sił Zbrojnych, tom 3-ci, AK" na str. 719 stwierdzają, że na odgłos pierwszych strzałów powstańczych "ludność pośpieszyła natychmiast do domów" ... Zob. przypis poprzedni 83a. W dniach popłochu ewakuacyjnego wśród Niemców zdarzyło się kilka wypadków rzucania się tłumu na opuszczone magazyny, sklepy, mieszkania; były to jednak próby pospolitego rabunku, stłumione bez trudu przez policję; zanotowano też wypadki rozbrajania Niemców - nie były liczne; tą drogą zdobywano także broń w okresie poprzednim.]. Równie kruchy był drugi "motyw-argument" - lęku, by komuniści nie sprowokowali walki - ale siły komunistyczne w milionowej Warszawie były znikomo nikłe, ogół społeczeństwa zaś całkowicie uodporniony na taką próbę prowokacji; bez oddźwięków z jego strony (przebrzmi przecież rozlepiony na murach 29 lipca. apel płk. Skokowskiego z "Polskiej Armii Ludowej", kłamliwie podający, że Bór-Komorowski ze sztabem uciekł z Warszawy i że on, Skokowski, obejmując dowództwo nad całym Podziemiem, zarządza mobilizację i gotowość wszczęcia walki *[(84a) Ogłoszone to zostało w piśmie P. A L. "Kurier" z 29. VII. 1944: "Z przykrością podaję wam, żołnierze, do wiadomości, że naczelne dowództwa Armii Krajowej i Nar. Sił Zbrojnych poszły w ślady swoich poprzedników z r. 1939 i opuściły nas w krytycznym momencie przełomu".] ... Tak samo - bez echa - przebrzmi wydana przez komunistów 30 lipca odezwa: "Polacy! Do broni!" ... "Bijcie Niemców wszędzie, gdzie ich napotkacie! ... Każda kula posłana Niemcowi zbliża radosną godzinę wyzwolenia *[(85) Społeczeństwo zbyt dobrze wiedziało, co mu grozi ze strony Moskali; nie miało też złudzeń co do roli komunistów jako narzędzia w ręku Moskwy - zob. przypis 133 i 153.]... Trzeci "motyw-argument"- o "obowiązku walki" z Niemcami aż do końca i dla nabycia "prawa moralnego do korzystania z. owoców zwycięstwa" oraz złożenia dowodu, iż "Polska zachowała do końca czynną postawę w walce z Niemcami" *[(85a) Bór-Komorowski ("Kraj a Rosja Sowiecka" w lond. tyg. "Życie" nr. 40/380 z 3. X. 1954): "Zapadła zgodna decyzja władz wojskowych i politycznych na terenie Stolicy, że Warszawa winna być wyzwolona czynem własnego żołnierza, by zadokumentować w ten sposób prawa narodu do wolnego i niepodległego bytu"... Cóż to za frazes!...] - upaść musi pod stwierdzeniem, że Polska prawo takie zdobyła i dowody takie złożyła już przez samotną walkę we wrześniu 1939 r., przez czynną obecność w Narwiku, we Francji, w Tobruku, w Monte Cassino i w Anconie, przez działania sabotażowo-dywersyjne w kraju przed powstaniem warszawskim; Polska w walce z Niemcami i w kleszczach terroru okupacyjnego swój obowiązek spełniła rzetelniej, niż jakikolwiek inny naród w Europie, przelała krwi i ofiar złożyła dużo ponad miarę, by teraz stwarzać miała jakieś dodatkowe, a zbyteczne "dowody" i "tytuły moralne"! Motywem-argumentem jeszcze jednym miała być obawa, że Niemcy będą bronili linii Wisły i że w obronie tej wyzyskają Warszawę, co równoznaczne będzie ze zniszczeniem jej w wyniku zażartej w jej murach walki niemiecko-sowieckiej; uderzenie powstańcze miałoby skrócić te zmagania i zaoszczędzić Stolicy losu Stalingradu lub późniejszego losu Gdańska, Poznania, Grudziądza *[(85b) Tak ujmuje tę sprawę Bór-Komorowski - zob. jego "Motywy decyzji": "Z obserwacji walk na froncie wschodnim wynikało, że Niemcy bronili zaciekle węzłów komunikacyjnych, a więc miast, przede wszystkim takich, które położone były nad większymi rzekami ... Należało sądzić, że bój, podjęty wewnątrz miasta, w momencie, gdy Rosjanie uderzą z zewnątrz, skróci czas walki i zaoszczędzi Stolicy losu, który spotkał Stalingrad" ... Prawie jednocześnie, w innym artykule ("Kraj a Rosja Sowiecka") Bór-Komorowski pisał: "Zdziesiątkowane siły niemieckie, nie będąc w stanie powstrzymać pochodu armii czerwonej, przygotowywały się do obrony Warszawy, by w ten sposób opóźnić marsz sowiecki w głąb Rzeszy. Nie ulegało wątpliwości, że stolica Polski stanie się terenem walk". T. Pełczyński ("O decyzji warszawskiej"): "Przebieg walk w warunkach wojny ruchowej wskazywał, że miasta, będące węzłami komunikacyjnymi, stawały się ogniskami walki i podlegały zniszczeniu w stopniu, zależnym od swego położenia, od swego znaczenia operacyjnego, a w kor sekwencji - od długotrwałości i zaciętości walki w ich rejonie. Warszawa z tego punktu widzenia wydawała się bardzo zagrożona. Frontowe operacje sowieckie na rejon Warszawy przy decyzji niemieckiej bronienia go, mogły doprowadzić do ciężkiej walki o to miasto, ze względu na jego położenie nad potężną przeszkodą, jaką stanowiła Wisła, oraz ze względu na znaczenie Warszawy, jako skrzydłowego, południowego bastionu w niemieckim systemie obrony Prus Wsch. i dolnej Wisły". Autorzy "Polskich Sił Zbrojnych, tom 3-ci, AK" na str. 661 piszą, że wobec groźby przeciągania się walki niemiecko-rosyjskiej o Warszawę "powstawała konieczność skrócenia tej walki przez uderzenie polskie i wyrzucenie Niemców poza obręb miasta" ... Rozumowanie to - w zasadzie słuszne - wygląda jednak także na uzasadnienie ex post. Bo przecież Bór-Komorowski w meldunku do Wodza Nacz. z 14 lipca przewidywał, że Niemcy po klęskach, jakie na nich spadły na froncie wschodnim, "dla opanowania sytuacji zmuszeni będą do dokonania dużego odskoku w tył"; przewidywał próby powstrzymania naporu rosyjskiego gdzieś w rejonie Grodna, Białegostoku, Puszczy Białowieskiej, na Lubelszczyźnie, "liczył się" nie tylko z "szybkim cofaniem się Niemców na linię Wisły i Sanu", ale i z "załamaniem się kompletnym sił niemieckich i bezładną ich ucieczką". W tydzień po tym meldunku, w depeszy Nr. 1406 z 21 lipca, donosił Nacz. Wodzowi, że "trzy armie frontu środkowego zostały rozbite, a na ich miejsce O. K. W. (Oberkommando der Wehrmacht) nie wprowadziło świeżych sił w ilości wystarczającej dla zatrzymania armii sowieckiej"; "zwolnione tempo" posuwania się Rosjan tłumaczył "nie wzmożoną siłą obronną Niemców", lecz "chwilowym zmęczeniem sił sowieckich" (zob. w tym rozdz. przypis 81) i przewidywał, że "ruch sowiecki na zachód będzie szybki i dojdzie bez większych skutecznych przeciwdziałań niemieckich do Wisły i przejdzie Wisłę w dalszym ruchu na zachód" ... A więc jeszcze 21 lipca nie przewidywał Bór-Komorowski "zaciętej walki" niemiecko-rosyjskiej nad Wisłą i w Warszawie. Zob. też przypis 83. O wydanym przez Hitlera 21-22 lipca rozkazie obrony linii Wisły (zob. przypis 122) sztab AK nie wiedział jeszcze nic; pierwsze w tym sensie wnioski wyciągnąć mógł z zachowania się Niemców w Warszawie (zob. przypisy 121-122) dopiero 26-27 lipca, a więc już po powzięciu decyzji powstańczej.]. Ale - odwrót Niemców i ofensywa Rosjan przez Kraków np. przetoczą się bez żadnych szkód dla niego; dlaczego przyjmowano niemal za pewnik, że Warszawa stanie się terenem walk? kto mógł przewidzieć rozmiary zniszczeń? - uderzenie powstańcze od wewnątrz, słabe w porównaniu z ogromem sił niemieckich i sowieckich, czy i o ile skrócić mogłoby okres zmagań? - zniszczenie zaś miasta mogło tylko zwiększyć, w żadnym razie - nie zmniejszyć. Zresztą - jeśli liczono się z możliwością zaciętego oporu Niemców w Warszawie, to dlaczego twierdzono w tymże czasie, że armia niemiecka jest już "bez chęci do walki", dlaczego równocześnie przewidywano, że Niemcy "nie są już zdolni przeciwstawić się Rosji skutecznie"? Kolejny motyw-argument - to rola przewodnia Warszawy w życiu kraju: Stolica, pełna bohaterskich tradycji, dumna ze swej obrony wrześniowej w r. 1939, nie mogła i nie chciała być "przedmiotem", przechodzącym z rąk niemieckich w sowieckie. Stolica, siedziba władz podziemnych, kierujących oporem społeczeństwa, nie mogła pozostać bierna w obliczu niemieckiej klęski *[(85c) Nie ulega wątpliwości, że obrona Warszawy w r. 1939, urojone poczucie "hańby" po wrześniowej klęsce i wyrastające stąd dążenie do "rehabilitacji" i odwetu wywierały swój wpływ zarówno na postawę społeczeństwa, jak i - w stopniu na pewno większym - na stanowisko sztabowców AK - zob. o tym niżej, w końcowej części tego rozdziału. Tu ograniczę się do powtórzenia, iż kierownictwo przewodzi masom, a nie ulega ich nastrojom.], zwłaszcza po wykonanych już czy wykonywanych na jej rozkaz "burzach" wileńskiej, lubelskiej, lwowskiej, musiała sama też zdobyć się na wielki czyn, przez czyn ten złożyć dowód, iż naród nie jest pogrążony w bierności i apatii, że nie czeka wyzwolenia tylko z zewnątrz; liczono, że jeśli walka o Wilno czy Lwów nie wywołała głębszego oddźwięku w świecie, to wystąpienie zbrojne Warszawy, stolicy kraju, musi echami swymi sięgnąć wszędzie, poruszyć wszystkich i wszystko *[(85d) Zob. u Bora-Komorowskiego w jego "Motywach decyzji". Pełczyński ("O decyzji warszawskiej"): "Warszawa była najmocniejszym organizacyjnym rejonem. Jedynie Warszawa mogła uchodzącym z ziem polskich Niemcom zadać cios mocny, cios, którego kronika wojenna nie mogłaby pominąć" ... Jeśliby tak być miało, to dlaczego wysyłano jeszcze w lipcu broń z Warszawy do Białostockiego i dlaczego jeszcze w połowie lipca wyłączano Warszawę z planu "Burzy"? - zob. 68a i 71a. Warszawa w oczach sztabu AK uchodziła słusznie - i to od zarania konspiracji za niezawodne ognisko sił moralnych. Można było mieć wątpliwości co do determinacji Krakowa np. (ale nie Lwowa, "zawsze wiernego"!), Warszawa jednak przez bohatersko-nieugiętą postawę swoją w okresie okupacji dawała całkowitą pewność, że na apel odpowie niezawodnie. Przekonanie to mogło zaważyć w momencie decyzji, ale nie może to być uważane jako argument za koniecznością podjęcia walki. Postawa Warszawy zresztą była niezmienna, dlaczego więc w marcu wyłączano ją z "Burzy" mimo jej siły moralnej, a dlaczego w lipcu uznawano, gdy nie można nie liczyć się z nastrojami ludności? Kirchmayer, poruszając tę kwestię ("Uwagi i polemiki", Warszawa, 1958, na str. 84) ma rację, że twierdzi, że podstawę dla decyzji mogły dać tylko momenty takie, jak sytuacja na froncie niemiecko-rosyjskim, możliwości własne, stan uzbrojenia, a w żadnym wypadku nastrój ludności.]. Liczono, że Warszawa to nie Wilno i nie Lublin, że Moskale nie odważą się uczynić w Warszawie tego, co uczynili w Wilnie, że cofną się przed gwałtem wobec krajowej delegatury, jako części rządu, wobec Rady Jedności Narodowej, wobec dowództwa AK, wobec przywódców politycznych, rzekomo "znanych nie tylko w Polsce"; łudzono się, że w Warszawie Moskale musieliby rozbrajać znacznie więcej tysięcy żołnierzy AK, niż w Wilnie czy we Lwowie, że "nie odważą się" na to! ... A jeśli się odważą, to "cały świat odpowie krzykiem oburzenia" na nich. Tkwił w tym błąd potrójny: powtarzano nonsens, popełniony już kilkakrotnie w "Burzy" na ziemiach wschodnich, niedoceniano możliwości moskiewskich w perfidii, cynizmie, łajdactwie i w lekceważeniu świata, przeceniano natomiast życzliwość świata dla Polski i jego moralną uczciwość *[(85e) Rachuby na uczuciowy czy szlachetny oddźwięk świata są i tu przykładem polskiego prymitywu w myśleniu politycznym. Jakżeż potraktował świat bohaterstwo Michajłowicza? - oraz co powie Churchill o Polsce i o Polakach, gdy - w r. 1945, po wojnie - już nie będą mu potrzebni? Wobec olbrzymiego już wkładu Polski do wojny i do walki z Niemcami dodatkowe "rzucanie na stos" Stolicy kraju było zgoła zbyteczne, a już zupełnie bezcelowe tam, gdzie - w świecie obcym - nie było dobrej woli, a tylko uleganie wrzaskom Moskwy. Surowego osądu wymaga wykazywany tu przez sztabowców brak umiaru. I w ogóle - czymżeż był ten szaleńczy gest? Porywać się do walki i narazić wielkie miasto z milionem ludności i bezcennym dorobkiem kulturalnym pokoleń na niewymierne cierpienia i bezprzykładne zniszczenie dlatego, by się przeciwstawić wrogiej propagandzie?... To stokroć gorsze od przysłowiowego strzelania z armaty już nie do wróbla, ale do muchy ...]. Wreszcie - motyw-argument ostatni: Warszawa "musiała się wyzwolić wysiłkiem własnym"!... Jest to niestety, frazes pięknie brzmiący, szumny i - pusty! Mówić o "wyzwoleniu własnym wysiłkiem" można byłoby wtedy tylko, gdyby porwano się do walki w czasie, gdy Niemcy byli głęboko w Rosji, pod Stalingradem i na Kaukazie. Ale w chwili, gdy armia moskiewska zbliżała się do Wisły? w warunkach, gdy zakładano, że walka powstańcza ma tylko nieznacznie wyprzedzić wkroczenie Rosjan?

Wraz z tym pytaniem wkraczamy w krąg największego nonsensu w powstańczych założeniach-dążeniach. Powstanie w militarnym sensie miało być walką, skierowaną przeciwko Niemcom; to zrozumiałe jest i jasne, choć pęd ten uznać trzeba jeśli nie za zbyteczny, to co najmniej za nadmierny. Podziemie polityczne i wojskowe nie chciało i nie mogło kapitulować przed Rosją, nie mogło też witać wkraczających mongołów strzałami - to również jasne jest, zrozumiałe, słuszne. Ale powstanie - antyniemieckie militarnie - miało być w politycznym sensie manifestacją przeciw Rosji *[(85f) Bór-Komorowski ("Kraj a Rosja Sowiecka", w lond. tyg. "Życie" nr. 40/380 z 3. X. 1954): "Rosja wkraczała na ziemie polskie ze swym własnym rozwiązaniem sprawy polskiej, godzącym w suwerenność i niepodległość państwa. Był to ostatni moment przeciwstawienia się Sowietom i, chociaż walka o oswobodzenie Stolicy skierowana była przeciw Niemcom, zmuszała ona równocześnie Rosję do ujawnienia wobec świata istotnych względem Polski zamiarów". Świat, już po Teheranie, bardzo dobrze wiedział, ku czemu Moskwa zmierza.]; w Warszawie, opanowanej przed wkroczeniem Rosjan, wystąpić miano w "roli gospodarza", a więc zmusić Rosję albo do uznania tej roli, i w konsekwencji uznania zasady niepodległości Polski, albo do gwałtu takiego samego, jak w Wilnie, Lublinie i Lwowie. Nie było jednak decyzji: co robić, jeśli Rosja nie cofnie się przed gwałtem w takiej czy innej formie? Ulec, a więc skapitulować, czy bronić się, a więc porwać się do walki z Rosją także? Bór-Komorowski w meldunku do Wodza Naczelnego 14 lipca, nie myśląc jeszcze o Warszawie, pisał, że "ujawnienie się nasze może grozić wyniszczeniem najbardziej ideowego elementu w Polsce", ale "niszczenia tego nie będą mogły Sowiety przeprowadzić skrycie, a będzie musiał nastąpić jawny gwałt, co może wywołać protest przyjaznych nam Sojuszników". Niewątpliwie - te błędne rachuby na "życzliwy oddźwięk świata" odegrać musiały tu swoją rolę; i ten ofiarny, rozpaczliwie całopalny poryw, mimo zastrzeżeń, jakie budzić musi, zasługiwałby na szacunek najgłębszy. Byłoby i to jeszcze zrozumiałe i jasne. Ale jeśli powstanie miało być manifestacją polityczną wobec Rosji, to dlaczego nie myślano lub nie liczono się poważniej z tą konsekwencją, że i Rosja zrozumie na pewno ten skierowany przeciwko niej sens polityczny, a więc nie zechce popierać tego, co jest zwrócone przeciwko niej ? Dlaczego liczono na szybkie wkroczenie Rosjan do walczącej Warszawy? Dlaczego sądzono, że Rosja kierować się będzie względami operacyjnymi, a nie politycznymi? *[(86) Gdyby powstanie po pierwszym szturmie czy nawet po paru dniach walki opanowało Stolicę całkowicie, to czy w takim wypadku Niemcy po ściągnięciu posiłków nie próbowaliby odzyskać Warszawy z jej liniami komunikacyjnymi? Wypadałoby Warszawy zdobytej bronić. Skąd siły na to?]. Dlaczego - po wybuchu walki - oczekiwano pomocy rosyjskiej, dlaczego o pomoc tę się zwracano? Istnieje nie tylko wzajemna zależność, ale i pewna analogia między decyzją powstańczą Podziemia, a podróżą Mikołajczyka do Moskwy: Mikołajczyk był przekonany, iż powstanie wzmocni jego pozycję w rozmowie ze Stalinem; znalazłszy się na Kremlu, nie będzie mógł argumentem powstania popierać swoich postulatów, przeciwnie - będzie musiał błagać Stalina o pomoc. Podobnie - Podziemie: myślało o manifestacji przeciw Rosji, a będzie czekało pomocy od niej i ratunku! *[(86a) Zob. niżej przypis 214-219.]... Wnikliwsza analiza prowadzi do innych jeszcze stwierdzeń: nie może bowiem ulegać najmniejszej wątpliwości, że tragicznie błędna decyzja powstańcza wyrosła nie tylko z przedstawionych wyżej ocen sytuacji oraz z motywów politycznych, wojskowych i ideowych; była ta decyzja nie tylko owocem ślepego pędu do walki, nie tylko formą "podtrzymania" Mikołajczyka w jego podróży do Moskwy *[(86b) Podziemie wojskowe, po klęsce powstania, odżegnywuje się od Mikołajczyka, nie przyznaje się do tej zależności od jego polityki. Zob. przypisy 91-93 oraz końcową cz. przyp. 127, przyp. 174. Bór-Komorowski w "Armii Podziemnej" na str. 254: "Z niecierpliwością oczekiwaliśmy wyniku rozmów premiera Mikołajczyka w Moskwie ... Wiedzieliśmy również, że 31 lipca ... miał pierwszą rozmowę z Mołotowem ... Nie wątpiliśmy, że sprawa uzgodnienia działań między dowództwem sowieckim a stroną polską oraz problem pomocy dla Warszawy musiały być poruszane" ... O parę lat wcześniej ("The Unconquerables" w "The Readers's Digest") Bór-Komorowski, wymieniając dzień 31 lipca, pisał: "Premier ustali niewątpliwie w Moskwie współdziałanie armii czerwonej z Armią Krajową, a nasze równoczesne działanie zbrojne w Warszawie pomoże (mu) w ponownym nawiązaniu stosunków między naszymi rządami". Zob. przypisy: 95, 147 i niżej przypis 213.]. Była - niestety! - przykładem działania w dobrej wierze, ale mimo woli czy nieświadomie na korzyść Rosji, ku szkodzie Polski. Ileż to momentów przemawia za tym, że i decyzja powzięta, i motywy jej były przystosowywaniem się do prowokacji moskiewskiej! ... Trzeba uderzyć na odchodzących Niemców, bo propaganda moskiewska oskarża Polskę i Armię Krajową o "bezczynność" i "ciche sprzyjanie Niemcom"! ... "Warszawa nie może pozostać bierna", bo propaganda moskiewska usiłuje wytworzyć fałszywy obraz kraju, pogrążonego w bierności i apatii i wyzwalanego wyłącznie przez armie sowiecką! ... Warszawa musi porwać za broń, bo "Sowiety dążą do wywołania powstania w Polsce przy pomocy PPR", "planują wyposażenie ludności w broń przy pomocy zrzutów lotniczych", by "wykazać wobec świata, że legalny rząd polski pozbawiony jest wpływów w kraju i nie panuje nad sytuacją" *[(86c) Bór-Komorowski ("Motywy decyzji"), pisząc o dążeniu Moskwy do "sprowokowania" wybuchu powstańczego w Warszawie, uważa, iż dałoby to Moskwie możność wykazania "wobec świata, że legalny rząd polski pozbawiony jest wpływów w kraju i nie panuje nad sytuacją" ... Argumentacja gen. Pełczyńskiego.]... Nie wyczuwano w Podziemiu w pełni niebezpieczeństwa tej prowokacji, tak, jak nie umiano czy nie chciano ocenić trafnie wymowy takich faktów, jak przebieg i wynik "Burzy" wileńskiej i lubelskiej, jak przekształcenie moskiewskiego "Związku Patriotów" w chełmski "Komitet Wyzwolenia", jak "umowa" administracyjna "moskiewsko-chełmska", jak zapowiedź rozbudowy armii Berlinga!... Jak można było nie dostrzec wyzierających stąd celów Moskwy, przypuszczać, że Moskale po wkroczeniu do Warszawy, po zdobyciu jej szybszym dzięki polskiej pomocy, zachowają się inaczej, niż w Wilnie czy Lublinie? Nic nie obali prawdy, że powstanie w Warszawie - jako forma "współdziałania" z armią moskiewską w walce z Niemcami - mogło być tylko kolaboracją z nowym najazdem i torowaniem mu drogi do jego celów! ... "Współdziałanie" to skończyć się mogło albo gwałtem moskiewskim, albo kapitulacją polską przed tym gwałtem, nigdy zaś - zgodą Rosji na uznanie praw Polski do państwowej niezależności!... Zdumiewać musi płytkość ocen - Bór-Komorowski spodziewa się, w razie gwałtu Moskwy, "protestu przyjaznych sojuszników", delegat rządu zaś, Jankowski, już w trakcie powstania, wyrazi opinię, że "szala polityczna przechyla się wyraźnie na stronę aliantów, na niekorzyść Sowietów"! *[(87) Jankowski przeczył tu sam sobie. Podziemie zasłania się przed swoją częścią odpowiedzialności twierdzeniem, iż kraj był "stale niedostatecznie informowany" przez rząd w Londynie. To nieprawda. Instrukcje i dyrektywy Nacz. Wodza brzmiały aż nadto wyraźnie (por. przypis 104 i 108a). Wysyłani do kraju emisariusze byli dobrze zorientowani w sytuacji; przed wyruszeniem do kraju mieli rozmowy informacyjne z rządem, Nacz. Wodzem, przedstawicielami stronnictw, przeglądali najbardziej tajne raporty w aktach M. S. Zagr. i Prezydium Rady Ministrów - por. dla przykładu relacja J. Nowaka "Operacja Whitehorn" w "Kulturze", nr. 21-22/1949, zwłaszcza str. 210-211.] ... Dawano wyraz takim nadziejom, wypowiadano takie poglądy w rok prawie po decyzjach, zapadłych w Teheranie! Trudno się dziwić, że wywołuje to, nawet gwałtowne, oskarżenia i potępienie Podziemia *[(88) Po powstaniu i po wojnie, nie w kraju, pod rządami komunistów, lecz na emigracji, padną pod adresem kierownictwa Podziemia słowa twarde a słuszne: ludzie, którzy w krótkowidztwie swym i w płytkim myśleniu, nie byli w stanie rozeznać ani sytuacji, ani sensu nadchodzących wypadków, a mimo to mieli zarozumiałą ambicję stać przy sterze spraw i brać na swe barki ciężar decyzji i odpowiedzialności, zasłużyli na karę śmierci, co najmniej przez rozstrzelanie. Zob. w tym rozdz. przypis 221.]. Historia wszakże nie feruje wyroków. Historia bada tylko fakty i konsekwencje faktów. Co najwyżej też stwierdzić może, iż wbrew zakorzenionym wywodom i tezom Darwina i Marxa o istocie życia społeczno-politycznego - o kierunku jego celów i dążeń oraz o wyniku tych dążeń - decydują nie masy społeczne, tylko jednostki, stojące na czele mas. Rok 1920 skończyłby się dla Polski zgoła inaczej, gdyby Naczelnym Wodzem był Dowbór-Muśnicki czy Józef Haller, a nie Piłsudski. Opór Anglii w r. 1940 miałby inny wyraz, inne skutki, gdyby kierował nim Chamberlain, a nie Churchill. Prawdą jest, że najczęściej społeczeństwa mają takich przywódców, jakich chcą mieć; prawda ta wszakże nie ma dla siebie podstaw w warunkach polskiej rzeczywistości wojenno-okupacyjnej. Ludzi przy sterze spraw, zarówno rządowym w Londynie, jak i podziemnym w Kraju, postawił taki czy inny przypadek, a bynajmniej nie wola społeczeństwa. Powstanie w Warszawie wybuchło, bo decydowali o tym Mikołajczyk, Kwapiński, Bór-Komorowski, Pełczyński, Jankowski. Do powstania nie doszłoby na pewno, gdyby decyzje powziąć i wydać mogli Rowecki i SosnkowskL Rowecki wszakże był w obozie niemieckim, Sosnkowski zaś, najwyraźniej i najkategoryczniej przeciwny wybuchowi, w istniejących warunkach nie mógł zakazywać tego, co nakazywał i czego domagał się od Podziemia rząd.

Odpowiedzialność za samobójczą decyzję powstańczą spada w nierównej mierze - w mniejszej raczej na kierownictwo Podziemia, w większej na rząd i ludzi, związanych z nim w tym jego krótkowzrocznym szaleństwie, w tym poświęceniu z lekkim sercem największych wartości narodowych z bezpodstawną rachubą na chimeryczny zysk, w przekroczeniu tej granicy, poza którą błąd staje się zbrodnią. Rząd bowiem i ludzie z nimi związani nie ustawali w zabiegach, by stłumić i zdusić wszystko, co mogło powstrzymać kraj przed wybuchem, podsuwać zaś mu wszystko, co mogło pchnąć go do zrywu, w skutkach stokroć straszliwszego od ciosów, jakie kiedykolwiek z czyichkolwiek rąk spadły na naród polski. Odpowiedzialność za to spada - poza Mikołajczykiem - na całą Radę Ministrów z Kwapińskim na czele *[(88a) Zob. przypis 91. W sprawie równoznacznej z ogromem odpowiedzialności i z tego powodu celowo zagmatwanej i osłanianej sztucznymi mgłami, dziś jeszcze bardzo trudno wyciągać wnioski czy wydawać sądy kategoryczne. Wydaje się jednak nie ulegać wątpliwości, że ludzie w kraju tacy, jak gen. Tatar czy płk. Kirchmayer, a Banaczyk, Stańczyk, Popiel, Grosfeld z rządu w Londynie, którzy w r. 1945 udadzą się do kraju dla "współpracy" pod komendą agentów Moskwy, kierowali się, w skrytości ducha, rachubami, by przez swój pozytywny stosunek do sprawy "współdziałania bojowego" z armią najeźdźcy moskiewskiego, także przez powstanie w Warszawie, zaskarbić sobie zawczasu łaskawe względy Kremla i utorować sobie drogę do dygnitarskich stanowisk w "czerwono-komunistycznej" Polsce. Na pewno myślał tak Stańczyk; nawet jego towarzysz partyjny Z. Zaremba ("Wojna i konspiracja", str. 326)) nazywa go "człowiekiem małym nie tylko wzrostem" i "nigdy nie grzeszącym twardością przekonań". St. Korboński ("W imieniu Rzplitej", str. 450) stwierdza, że w czerwcu 1945, w okresie "rokowań" w Moskwie" wśród komunistycznych dyplomatów w Warszawie panowała "ogólna wesołość", z Moskwy bowiem przyszła "depesza, że lubelscy delegaci przyrzekli Stańczykowi tekę w przyszłym rządzie" i że Stańczyk wobec tego "zgodził się popierać bez zastrzeżeń stanowisko komunistów" ... Z grona londyńskich członków rządu, którzy w r. 1945 udadzą się do kraju na "współpracę" z komunistami, supozycją tą nie obejmuję prof. St. Kota - był zbyt inteligentny i, idąc pod komendę agentów Moskwy, kierował się swoimi względami, oraz ks. Kaczyńskiego, uczciwego w intencjach, ale bardzo płytkiego w myśleniu politycznym. Zob. przypis 107.], poza rządem zaś na szefa sztabu gen. Kopańskiego i gen. Tatara, częściowo zaś - niestety! - także na Prezydenta Raczkiewicza. W tej sprawie - ludzi i odpowiedzialności - nie ma miejsca na żadną wątpliwość, zbyt wymowne bowiem są fakty, zwłaszcza ukrywane dotąd, omijane milczeniem lub przedstawiane w ułamkowych fragmentach z tendencją do wypaczenia istotnego ich sensu.

Cóż mówią fakty?

Meldunek Bora-Komorowskiego o aresztowaniu przez Moskali sztabów wileńskiego i nowogródzkiego okręgu AK nadszedł do Londynu 21 lipca; w związku z tym Kukiel, jako minister obrony narodowej, wystąpił z wnioskiem o interwencję rządu w kierunku uzyskania deklaracji aliantów, która zapewniłaby żołnierzom AK prawa kombatanckie; połączone to było z próbą "wznowienia sprawy misji czy oficerów łącznikowych". Podjęte interwencje u Anglików były, oczywiście, rzucaniem grochu na ścianę; sami interwenienci, jeśli się nawet spodziewali jakiegoś skutku, to na pewno nie szybkiego. Mimo to jednak Mikołajczyk 25 lipca, o godz. 11-ej zwołał Radę Ministrów, której "podał do wiadomości" odpowiedź Jankowskiego na depeszę z 4 lipca oraz depeszę Bora-Komorowskiego "w sprawie właściwości chwili do powstania powszechnego", z uwagą, że "delegat rządu uważa powstanie jeszcze za przedwczesne, natomiast komendant (AK) gotów jest do natychmiastowego wydania rozkazu". Po takim oświadczeniu Mikołajczyk postawił wniosek o "upoważnienie do ogłoszenia powstania". Rada Ministrów, po krótkiej "dyskusji", uchwaliła: "upełnomocnić delegata rządu do powzięcia wszystkich decyzji, wymaganych tempem ofensywy sowieckiej, w razie konieczności bez uprzedniego porozumienia się z rządem". Nazajutrz, na kolejnym posiedzeniu Rady Ministrów, 26 lipca, tuż przed odlotem do Moskwy, Mikołajczyk - "referując ostatnie wiadomości" - wskazuje na "krytyczną sytuację Niemców w Polsce" i oświadcza, iż "pogotowie do działań powstańczych na większą skalę jest zarządzone", a "rozkaz uderzenia może zapaść każdej chwili" *[(92) Protokół z posiedzenia Rady Min. 26 lipca - w Archiwum Kanc. Cyw. Prezydenta. Mikołajczyk w wywiadzie dla prasy angielskiej, 31. VIII. stwierdzi, iż przed odlotem do Moskwy mówił Churchillowi, że "Warszawa gotowa jest zrobić to, co zrobili Polacy na innych terenach na wschód od Warszawy" (Wilno, Lubelszczyzna).]. Zwykła logika kazałaby się spodziewać, że jeśli już dojść musiało do fatalnej wyprawy do Moskwy, to należało wybuch powstania uzależnić od wyniku rozmów na Kremlu; Mikołajczyk jednak trwał w swym błędnym przeświadczeniu, że powstanie będzie dowodem jego siły i że ułatwi mu targi ze Stalinem. Toteż zwłoki nie chciał - obawiał się nawet, by kraj nie cofnął się w ostatniej chwili przed samobójczym skokiem w przepaść, toteż tuż przed odlotem polecił min. Banaczykowi wysłać depeszę do delegata rządu w kraju; Banaczyk polecenie wykonał; depesza "z odpisem przez wojsko dla komendanta AK", podpisana pseudonimem Mikołajczyka, używanym stale w korespondencji z krajem, odeszła 26 lipca w brzmieniu: "Na posiedzeniu rządu R.P. zgodnie zapadła uchwała, upoważniająca was do ogłoszenia powstania w momencie przez was wybranym. Jeżeli możliwe - uwiadomcie nas przedtem" *[(93) Protokół z posiedzenia Rady Min. 28 lipca mówi: "Minister Obrony Narodowej (Kukiel) i szef sztabu N. W. (Kopański) referują sytuację wojskową w kraju, podkreślając konieczność natychmiastowego powzięcia ostatecznych decyzji, dotyczących powstania, wobec grożącej ewent. utraty łączności radiowej i naczelnymi władzami krajowymi. Zastępca Prezesa Rady Min. (Kwapiński) stwierdza, że sprawa ta została już przesądzona uchwałą Rady Min. z dnia 25 bm.... Na tej podstawie Prezes Rady Min. wydał zarządzenie iskrowe delegatowi rządu, którego treść odczytuje minister spraw wewnętrznych (Banaczyk). Wobec stwierdzenia przez Ministra Obr. Nar., że naczelne władze wojskowe nie zostały powiadomione o wydaniu tego zarządzenia, zastępca Prezesa Rady Min. wyraża ubolewanie i prosi min. spraw wewnętrznych o niezwłoczne przekazanie treści zarządzenia ministrowi obrony nar. i szefowi sztabu N. W. Min. Stańczyk prosi o zaprotokołowanie, że uważa za konieczne przestrzec kraj przed jakimikolwiek odruchami rozpaczy, skierowanymi przeciwko wojskom sowieckim" ...]. Jeśli uchwała rządu z 25 lipca oceniana być mogła jako przerzucenie prawa decyzji na kraj, to zatwierdzona przez rząd depesza Banaczyka-Mikołajczyka musiała być zrozumiana w kraju nie tylko jako udzielenie prawa do decyzji, ale też jako uznanie wybuchu za potrzebę polityczną, a więc i za zachętę do niego. W tym stanie rzeczy nadeszły do Londynu dwie depesze z kraju: w jednej Bór-Komorowski donosił, iż gotów jest "w każdej chwili do walki o Warszawę" i domagał się przysłania brygady spadochronowej oraz bombardowania lotnisk w rejonie Stolicy, druga przynosiła wiadomość o rozbrajaniu przez Rosjan oddziałów AK na Lubelszczyźnie. Wywołało to ponowną próbę interwencji u Anglików - Kukiel obie depesze, w przekładzie na angielski, przekazał gen. Ismay'owi (oficerowi z brytyjskiego sztabu w gabinecie wojskowym Churchilla), amb. Raczyński zaś udał się do Edena, by "poruszyć sprawę rozbrajania" oddziałów AK na Lubelszczyźnie, powiadomić o decyzji Bora-Komorowskiego i przedstawić jego postulaty *[(94) Raczyński mówił Edenowi o wysłaniu do Polski - w razie powstania - polskiej brygady spadochronowej, bombardowaniu lotnisk pod Warszawą i skierowaniu do Polski czterech polskich dywizjonów lotniczych, pod osłoną myśliwców, zaraz po zdobyciu dla nich lotnisk przez Armię Krajową. Przedstawił też depeszę Bora-Komorowskiego z 24. VII., żądającą ogłoszenia przez radio, po polsku i po niemiecku, komunikatu w sprawie praw kombatanckich dla żołnierzy AK wraz z ostrzeżeniem, iż w razie powtórzenia się wypadków rozstrzeliwania przez Niemców wziętych do niewoli żołnierzy AK zastosowany zostanie odwet w formie rozstrzeliwania wziętych do niewoli żołnierzy niemieckich. Bór-Komorowski i Jankowski 30 lipca we wspólnej depeszy domagać się będą jeszcze praw kombatanckich, jako ochrony przed Rosją. Sprawę tę omawiam niżej - zob. w końcowej części tego rozdziału.]. Eden w sprawie wydarzeń na Lubelszczyźnie przyrzekł "podjąć" ją w rozmowie z amb. Gusiewem, zapowiedział, iż "pilnie rozpatrzy" postulaty Bora-Komorowskiego, ale już w tej pierwszej reakcji "wyraził sceptycyzm, czy ze względów technicznych będą mogły być spełnione". Nazajutrz - O. S. Sargent z Foreign Office nadesłał odpowiedź odmowną: przerzucenie brygady spadochronowej byłoby niemożliwe "bez zaryzykowania nadmiernych strat", wysłanie dywizjonów lotniczych - to "proces skomplikowany", wymagający czasu i uprzedniego "uzgodnienia z rządem sowieckim"; wreszcie - lotniska podwarszawskie, jakie miałaby się bombardować, leżą "poza normalnym zasięgiem operacyjnym" lotnictwa brytyjskiego ... "Obawiam się - pisał Sargent - iż rząd JKMości nie jest w stanie nic zrobić w tej sprawie". Mimo tak szybko udzielonej i tak wyraźnie brzmiącej odpowiedzi odmownej - ani wicepremier Kwapiński, ani min. Kukiel, ani szef sztabu Kopański nie przekazali jej do kraju, choć mogła być dla Bora-Komorowskiego i Jankowskiego niespóźnionym jeszcze ostrzeżeniem i hamulcem *[(95) A. Pomian-Dowmuntt w broszurze swej "Powstanie warszawskie 1944" (Londyn, 1946) na str. 40 twierdzi, iż przebywający w Ameryce Jan Drohojowski (związany z Mikołajczykiem i Kotem, niewątpliwy już wtedy, choć zamaskowany, agent Moskwy) depeszować miał do Londynu, iż uważa za konieczne ogłoszenie "o wybuchu powstania w Polsce", a to "ze względu na nastroje w Ameryce". Wg autora broszury "Mikołajczyk i Kot depeszę tę zakwalifikowali do przekazania do kraju". Poszukiwania moje w archiwach polskich w Londynie nie dały rezultatu - nie znalazłem ani takiej depeszy Drohojowskiego, ani śladów przekazania jej do kraju. Kpt. W. Babiński jednak, w lond. "Wiadomościach" w art. "Powstanie warszawskie - rząd i wódz" nr. 290/1951 wspomina o "tajemniczej depeszy z Ameryki, którą w lipcu 1944 usiłował podrzucić ministrowi obrony narodowej p. Banaczyk; w depeszy była mowa o tym, że opinia Ameryki zarzuca naszemu rządowi współpracę z Niemcami, ponieważ nie ogłasza powstania".]. Kukiel 29 lipca, a więc nazajutrz po tej odmowie, wystąpił "na życzenie" Kopańskiego i Tatara z wnioskiem o "interwencję" w sprawie "pomocy dla AK na wypadek powstania", a to w formie bombardowania lotnisk, przerzutu dywizjonu myśliwców i części brygady spadochronowej oraz w sprawie praw kombatanckich dla żołnierzy AK, wysłania oficerów łącznikowych i protestu z racji rozbrajania oddziałów AK przez Rosjan. Czym się kierować mogli autorzy tej "zapiski", składając ją nazajutrz, po niewątpliwie znanej im odpowiedzi odmownej Edena i Sargenta, i najniewątpliwiej wiedząc o powodach niepowodzeń we wszystkich dotychczasowych zabiegach u Anglików o broń i sprzęt dla AK oraz o wyniku targów z Anglikami o brygadę spadochronową? Czy poważna redukcja postulatów dawała podstawę dla nadziei na jakiś pomyślniejszy skutek, czy raczej było to wyrazem poczucia "spełnionego obowiązku", no bo przecież gen. Ismay "zapiskę" otrzymał i "nadał sprawie dalszy bieg" ...

Nie uzyskano ani zapewnienia, ani bodaj obietnicy pomocy dla tych, którzy mieli walczyć w Warszawie, nie wyjednano bodaj przyznania im praw kombatanckich *[(95a) Zob. wyżej przypis 94. Protokół z posiedzenia Rady Min. z dnia 28 lipca mówi o "zasadniczej zgodzie" Anglików na uznanie żołnierzy AK "jako pełnoprawnych kombatantów", ale "pod warunkiem opublikowania tego uznania w imieniu rządu polskiego". Adiutant przyboczny Prezydenta notował pod datą 29 lipca: "Rząd brytyjski odmówił uznania AK za kombatantów. Wolno to ogłosić tylko w imieniu rządu polskiego" ...], a jednak zachęcano i popychano ich do samobójczego skoku! Ponurą wymowę tej straszliwej prawdy pogłębia jeszcze - późniejsza nieco - tchórzliwa ucieczka sprawców nieszczęścia przed odpowiedzialnością za nie - ucieczka z próbą przerzucenia winy i odpowiedzialności na jedynego człowieka, który od samego początku aż do ostatniej chwili był przeciwnikiem powstania i sprzeciw swój motywował zawsze jasno i mądrze. Dziś - już w perspektywie czasu - stwierdzić można nieomylnie, iż wybuch powstania wcale nie był koniecznością nieuchronną; trudno też wyobrazić sobie, by chwiejny Bór-Komorowski, mimo swojej uległości na wpływy i naciski otoczenia i mimo paru swoich wcześniejszych poczynań samodzielnych, odważył się na swój szaleńczy krok, gdyby rząd wysłał depeszę, wyraźnie i stanowczo zabraniającą walki w Warszawie o Warszawę, z ostrzeżeniem, iż pomocy z zewnątrz nie będzie *[(95b) Zob. niżej tekst po przypisie 210.]. Skłonić czy raczej zmusić rząd do wysłania takiej depeszy mógłby tylko Prezydent Raczkiewicz, albo przez zdecydowane i mocne podtrzymywanie sprzeciwów Wodza Naczelnego, albo przez oparcie się o stanowisko Wodza Naczelnego i jednolitą przy nim postawę wojska. Prezydentowi wszakże, choć całkowicie podzielał zdanie Wodza Naczelnego, zabrakło odwagi na ostry konflikt z Mikołajczykiem, a zwłaszcza z jego zapleczem w postaci Churchilla *[(96) Do charakterystyki postaci dodać trzeba, że Prezydent Raczkiewicz w stosunkach osobistych był przemiłym człowiekiem, bardzo przestrzegał tajemnicy służbowej i nigdy nikomu się nie zwierzał z trudności i przykrości w swej sytuacji, nieraz bardzo wielkich. Różni działacze polityczni wyzyskiwali to jego wysokie poczucie godności i dyskrecji; słabą jego stroną był, także wyzyskiwany, brak umiejętności narzucania swej woli. Do otoczenia najbliższego mówił nieraz: "Moim powołaniem jest szukać kompromisu i łagodzić zadrażnienia". Łączyło się to - w dziedzinie spraw państwowych i politycznych - z grzechem śmiertelnym - z pragnieniem, by podobać się wszystkim, nikomu się nie narazić; silniejszego starcia z kimkolwiek unikał, każdego ataku na siebie bał się, jak ognia, z tych też powodów zamiast iść z gen. Sosnkowskim zwracał się przeciwko niemu przez kapitulację przed Mikołajczykiem, rządem i Churchillem.]; co więcej - Prezydent pozwoli się wciągnąć do niecnej gry rządu przeciwko Wodzowi Naczelnemu, prowadzonej nie tylko w tych dniach, gdy ważyły się losy Warszawy, lecz i później, gdy powstanie warszawskie zamiast dać zysk polityczny stanie się straszliwym nieszczęściem, a sprawcy jego, z cynizmem rzadko spotykanym, zaczną przerzucać winę na Wodza Naczelnego pod pretekstem, iż nie wydał Borowi-Komorowskiemu formalnego zakazu - że nie zapobiegł wybuchowi - że "uciekł" z Londynu do Włoch, że "mimo przynagleń nie wrócił w porę" i że przez swoją nieobecność czy to uchylał się od udziału w decyzji, czy też przyczynił się do tragicznego wyniku. Zapominano jednak, że sytuacja była inna, niż przed wojną, kiedy Naczelny Wódz był niezależny od rządu; teraz, w Londynie, gdy obowiązywał nieszczęsny dekret z 27 maja 1942, było inaczej - Naczelny Wódz, jeśli się nawet przyjmie, iż nie podlegał rządowi, nie mógł zakazywać tego, co nakazywał rząd, nie mógł przekreślać tego, co rząd postanowił, nie mógł działać wbrew rządowi. Przynaglano go do powrotu w lęku przed jego wpływem na wojsko i w obawie o reakcję wojska na podróż Mikołajczyka i jej wynik. Obecność Wodza Naczelnego w Londynie nie była potrzebna, bo stanowisko jego, stałe i niezmienne, wyrażane ponownie w depeszach z Włoch, znane było dobrze Prezydentowi, członkom rządu i szefowi sztabu; zmiany stanowiska nikt oczekiwać nie mógł, to zaś, co było treścią tego stanowiska, rząd przekreślał i odrzucał, jako sprzeczne z jego dążeniami i uchwałą z 25 lipca.

Oddajmy jednak głos dokumentom i w tej sprawie. Otrzymaną 21 lipca depeszę Bora-Komorowskiego z 19 lipca o tragicznym wyniku "Burzy" na Wileńszczyźnie - gen. Kapański przesłał Naczelnemu Wodzowi 23 lipca, z dwudniowym opóźnieniem. Gen. Sosnkowski odpowiedział na to depeszą do Bora-Komorowskiego 25 lipca. "Jestem głęboko wstrząśnięty waszym meldunkiem, choć rozwój zdarzeń odpowiada moim przewidywaniom. Wraz z oddziałami, walczącymi zwycięsko na froncie włoskim, jestem sercem i myślą z wami. Decyzje wasze budzą szacunek. Odpowiadają one zasadom żołnierskiego i narodowego honoru. Ich skutki polityczne są w ręku Boga. Według możliwości, raczej wycofujcie oddziały na zachód w skupieniu lub rozproszeniu, zależnie od warunków. Zestawienie wypadków na Wileńszczyźnie z ogłoszonym manifestem tzw. Komitetu Wyzwolenia Narodowego, ustanowionego przez Sowiety dla objęcia władzy w Polsce, dowodzi, iż Moskwa obrała drogę gwałtów, represji i faktów dokonanych. Wobec powyższego swoje poprzednie dyrektywy uzupełniam, jak następuje: a) szybki i możliwie szeroki rozwój sił zbrojnych na obczyźnie uważam za szczególną konieczność chwili, gdyż polityka faktów dokonanych może doprowadzić do pogłębienia różnic między Moskwą a przyjaciółmi.*(To znaczy: Anglosasami.) Trzeba być przygotowanym do zmiany sytuacji politycznej wbrew woli przyjaciół, na skutek złej woli Sowietów; b) W obliczu szybkich postępów okupacji sowieckiej na terytorium kraju trzeba dążyć do zaoszczędzenia substancji biologicznej narodu w obliczu podwójnej eksterminacji. Zasada samoobrony pozostaje w pełnej mocy; c) Upoważniam was w razie koniecznej potrzeby do wycofywania w rozmiarach przez was określonych najbardziej zagrożonych elementów Armii Krajowej, a przede wszystkim młodzieży, na zachód i ku granicy słowacko-węgierskiej. In extremis zezwalam na wycofanie tych elementów poza granicę kraju, z rozkazem przedostania się do sił naszych na obczyźnie. Zależnie od waszego uznania upoważniać ludzi do szukania dróg via organizacja Todta i roboty rolne w Niemczech z obowiązkiem najrychlejszej ucieczki do wojsk polskich; d) Nadaję wam prawo upoważniania odpowiednio dobranych jednostek i grup, ogarniętych lub pozostawionych w terenie, by dołączały do formacji Berlinga. Opracujcie dla nich dobrze zważone dyrektywy, dotyczące ich roli i łączności z nami. Dyrektywy ustalić w sposób życiowy, nie stawiając zadań zbyt trudnych lub niewykonalnych; e) Aczkolwiek to być może ponad siły i wytrzymałość ludzką, dochodzę do twardego wniosku o potrzebie pozostawienia pod okupacją sowiecką nowej konspiracji, nielicznej i starannie dobranej, o zadaniach realnie odmierzonych i na razie bardzo skromnych. 3) Apelowałem stąd do rządu, by wymógł u przyjaciół wysłanie do was misji łącznikowo-obserwacyjnej lub choćby tylko oficerów łącznikowych, wobec pewności, iż Sowiety przedstawiać będą fakty w sposób prowokacyjny i fałszywy, wytwarzając pozory dla swej polityki eksterminacyjnej, gatunkując ludzi według swego widzimisię na "zdrajców" z 1939 roku, "faszystów" czy też "kolaboracjonistów"; 4) Dyrektywy powyższe wysłałem z frontu włoskiego bez omówienia ich z rządem; 5) Zapowiedzianej depeszy waszej próbnej 1280 dotychczas nie otrzymałem. Wyrazy braterskiej miłości ode mnie i wszystkich żołnierzy, walczących na obczyźnie" *[(99) Depesza ta - L. dz. 6030/OS/tj. w Archiwum Kanc. Cyw. Prezydenta w t. zw. "zestawie dokumentacji do Dziennika Prezydenta". W punkcie 3-cim tej depeszy gen. Sosnkowski ma na myśli swój list do Prezydenta, datowany "Bernardino, 25 lipca" i zawierający niemal równobrzmiące uzasadnienie potrzeby interwencji u Anglosasów w sprawie misji i oficerów łącznikowych. "Polskie Siły Zbrojne, tom 3-ci, Armia Krajowa" ani nie cytują tej depeszy, ani w ogóle nie wspominają o niej. Obszerniejsze wyjątki ogłosił gen. Kopański w "Orle Białym" nr. 461/1951, opuszczając punkty "d" i "e" oraz pkt. 5. Porównanie tekstów prowadzi do stwierdzenia drobnych zmian stylistycznych oraz paru dodatków gen. Kopańskiego, mianowicie: w zdaniu "według możliwości raczej wycofujcie" gen. Kopański dodał: "Unikać jednak walki z Sowietami"; w punkcie o Komitecie Wyzwolenia w tekście gen. Sosnkowskiego: "dowodzi, iż Moskwa", u gen. Kopańskiego: "widzę, iż Moskwa"; w punkcie "b" u gen. Sosnkowskiego: "W obliczu szybkich postępów"; u gen. Kopańskiego: "Na wypadek szybkich postępów" z dodaniem "rozszerzenia się takowej". W związku i tą depeszą i następnymi, z tegoż 25-go i z 29 lipca gen. Sosnkowski po powrocie do Londynu w liście do Prezydenta (L. dz. 770/GNW/tj/1944 z 8. VIII. 1944 w Archiwum Kanc. Cyw. Prezydenta, teczka C "Naczelny Wódz - M. S. Wojsk - M. O. N.") pisał: "W czasie mego pobytu na froncie włoskim doszły mnie pierwsze wiadomości o projektach wywołania powstania w kraju, jednocześnie zaś napływać zaczęły meldunki o postępowaniu władz sowieckich wobec oddziałów AK Uważając za swój elementarny obowiązek moralny ostrzeżenie Armii Krajowej przed niebezpieczeństwem, wynikającym z wejścia przez Sowiety na drogę faktów dokonanych, dałem szereg dyrektyw i poleciłem szefowi sztabu, aby dyrektywy te zostały przekazane Lawinie" - Borowi-Komorowskiemu.] ... Tegoż dnia, 25 lipca, gen. Sosnkowski w innej depeszy do gen. Kopańskiego nakazywał mu: "Wobec zbliżania się wojsk sowieckich do Warszawy należy spiesznie wysłać dyrektywy osobiste dla Lawiny i. jego sztabu. Dyrektywy te widzę następująco: "W chwili, gdy grozić będzie bezpośrednie okupowanie Warszawy przez Sowiety, dowództwo i sztab podzielić na dwa rzuty. Jeden z nich pozostaje w Warszawie, gdzie - nie ujawniając się - wspólnie z rzutem politycznym, pozostawionym ewentualnie przez Delegata rządu, kieruje oporem przeciwko sowieckiej polityce faktów dokonanych. Ujawnienie się nie ma sensu wobec utworzenia tzw. Komitetu Wyzwolenia Narodowego i perspektywy aresztowania ujawnionych władz przez Sowiety. Drugi rzut dowodzenia AK wycofuje się w ogólnym kierunku południowo-zachodnim do kolejnych punktów, umożliwiających nadal kierowanie walką całości. Ten sposób postępowania obowiązuje również w wypadku, gdyby udało się opanować Warszawę przed wkroczeniem wojsk sowieckich" *[(100) To znaczy: w krótkim okresie między wyjściem Niemców a wkroczeniem Rosjan.]. Depeszę tę zamykał Wódz Naczelny poleceniem, by gen. Kopański "jak najszybciej omówił tę sprawę z rządem" i "przekazał powyższe dyrektywy La winie".

Gen. Kopański pierwszą z tych depesz samowolnie okroił i zmienił w punktach o bardzo istotnym znaczeniu i tak okaleczoną do Warszawy wysłał *[(102) Fragmenty, usunięte przez gen. Kopańskiego z depeszy z 25 lipca, podałem tłustym drukiem. Gen. Sosnkowski w liście do Prezydenta (L. dz. 770/GNW/44/tj) z 8. VIII. 1944: "Pan Prezydent, gdy szef sztabu Nacz. Wodza okazał Panu tekst depeszy, oświadczył, że nie widzi możności poczynienia zmian w depeszy mojej z dn. 25 lipca, L. dz. 6030, i że raczej wolałby wstrzymać wysłanie tej depeszy do mego powrotu, którego z dnia na dzień spodziewano się. Wówczas szef sztabu zameldował Panu Prezydentowi, że bierze na swoją odpowiedzialność wysłanie natychmiastowe depeszy ze znanymi skreśleniami" ... Kpt. W. Babiński (w "Wiadomościach" nr. 290/1951) stwierdza, że jedna z jego depesz do Nacz. Wodza z tego czasu "została wstrzymana przez szefa sztabu, na wniosek gen. Tabora, ponieważ dawała opinię niezgodną z opiniami członków ówczesnego rządu" ...]. Okoliczności jeszcze bardziej zdumiewające oplatają sprawę drugiej depeszy, którą Kopański miał jak najszybciej z rządem omówić i wysłać do kraju. Z początku jest gra na zwłokę: 27 lipca w polskich kołach rządowych krążyć zaczyna niewiadome przez kogo lansowana pogłoska, iż Wódz Naczelny spotkał się gdzieś w Afryce z lecącym do Moskwy Mikołajczykiem i że w związku z tym spotkaniem czy w wyniku jego przybyć ma do Londynu już nazajutrz; wystarcza to Kwapińskiemu, zastępującemu Mikołajczyka, za powód do zwrócenia się do Prezydenta z argumentem, że Wódz Naczelny depeszę swoją redagował bez znajomości ostatnich decyzji Bora-Komorowskiego, z tego więc powodu, "a także ze względu na zapowiedziany przyjazd" Naczelnego Wodza "w dniu jutrzejszymi", należy wysłanie jego depeszy do Bora-Komorowskiego odłożyć do chwili, aż Wódz Naczelny po przybyciu do Londynu zapozna się "z późniejszymi decyzjami krajowymi" i omówi tę sprawę z nim, Kwapińskim, jako wicepremierem. Nazajutrz jednak, 28 lipca, na posiedzeniu Rady Ministrów, kiedy zatwierdzona zostanie wysłana do kraju depesza Mikołajczyka-Banaczyka, Kwapiński uzna, że "telegram Naczelnego Wodza jest w obecnej chwili spóźniony, gdyż naczelne władze krajowe powzięły już decyzję w tej sprawie" i decyzji tej "rząd nie mógłby obecnie zmienić"; ponieważ - mówił dalej Kwapiński - Wódz Naczelny "nie może powrócić z Włoch przed 1 sierpnia", on - Kwapiński - jako "zastępca prezesa Rady Ministrów zwróci się do Prezydenta Rzplitej o niezwłoczne powiadomienie Naczelnego Wodza, by żadnych zarządzeń, dotyczących kraju, obecnie nie wydawał" *[(104) Protokół z posiedzenia Rady Min. 28 lipca. W posiedzeniu tym obok gen. Kopańskiego wziął udział "niezastąpiony" gen. Tatar. Nazajutrz jeszcze, 29 lipca, Kwapiński wyśle do Teheranu, do Mikołajczyka, depeszę: "Nacz. Wódz nadesłał szefowi sztabu instrukcję o zmianie ujawniania się Armii Krajowej. Rada Ministrów poleciła gen. Kopańskiemu zatelegrafować, że rząd nie zgadza się z propozycjami Nacz. Wodza i stoi na stanowisku, zajętym przez Radę Jedności Narodowej, delegata rządu i komendanta Armii Krajowej, oraz nie uważa za możliwe zmienianie danego upoważnienia czynnikom krajowym w zakresie prowadzenia akcji zbrojnej i politycznej. Tekst depeszy do Nacz. Wodza Rada Ministrów uchwaliła i poleciła gen. Kopańskiemu przekazanie go Nacz. Wodzowi".]. Tak tedy dyrektyw Wodza Naczelnego do dowódcy AK nie wysłano. Taki sam los spotka następną depeszę Wodza Naczelnego z 28 lipca, w której, w odpowiedzi na meldunek Bora-Komorowskiego z 21 lipca o zarządzeniu "stanu czujności do powstania", ostrzegał: "W obliczu sowieckiej polityki gwałtów i faktów dokonanych, powstanie zbrojne byłoby aktem, pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągnąć niepotrzebne ofiary. Jeśli celem powstania miałoby być opanowanie części terytorium Rzplitej, to należy zdawać sobie sprawę, że w tym wypadku zajdzie konieczność obrony suwerenności Polski na opanowanych obszarach w stosunku do każdego, kto suwerenność tę gwałcić będzie. Rozumiecie, co oznaczałoby to w perspektywie, skoro eksperyment ujawniania się i współpracy spełzł na niczym wobec złej woli Sowietów" *[(105) Tegoż dnia, 28 lipca, Wódz Nacz. depeszował do Prezydenta: "Co do kraju, to w sytuacji, tworzonej przez rozwój zdarzeń, przez sowieckie gwałty i fakty dokonane, wszelka myśl o powstaniu zbrojnym jest nieuzasadnionym odruchem, pozbawionym sensu politycznego, mogącym spowodować tragiczne, niepotrzebne ofiary... W tym duchu depeszuję da dowódcy Armii Krajowej. Wedle mego zdania władze naczelne Rzplitej z biegu wypadków winny wysnuć nieodparty wniosek, że eksperyment ujawniania się i współpracy z armią czerwoną nie udał się, oraz wyciągnąć stąd konsekwencje w formie nawrotu do zasad instrukcji z dn. 2.7 października 43 r., w jej pierwotnej postaci".]. Tak tedy po zatrzymaniu i niedopuszczeniu do kraju tych dwóch depesz Wodza Naczelnego *[(106) Gen. Sosnkowski po powrocie z Włoch, w cyt. już wyżej liście do Prezydenta z 8. VIII. 1944: "Szef sztabu zameldował mi, że Pan Prezydent nakazał mu depeszy nie wysyłać wobec uchwały rządu z dn. 28 lipca br.". Zob. w tym rozdz. przypis 70 i niżej przypis 205.] - cóż stało się z kolejną, z 29 lipca, mówiącą, że "walka z Niemcami musi być kontynuowana w formie Burzy", ale ostrzegająca: "Natomiast w obecnych warunkach jestem bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu, którego sens historyczny musiałby z konieczności wyrazić się w zamianie jednej okupacji na drugą. Wasza ocena sytuacji niemieckiej musi być bardzo trzeźwa i realna, omyłka pod tym względem kosztowałaby bardzo wiele. Trzeba jednocześnie skupiać wszystkie siły polityczne, moralne i fizyczne, dla obrony przeciwko aneksyjnym planom Moskwy. Wiadomość o podróży moskiewskiej (Mikołajczyka) w sytuacji, wytworzonej przez sowieckie fakty dokonane, boleśnie wstrząsnęła duszą żołnierzy 2-go Korpusu. Ja planu i celu tej podróży nie znam i nie rozumiem. Bez znajomości jej wyników nie widzę dla nikogo możliwości nawet rozważania sprawy powstania". Tę, tak w swej treści istotną depeszę Wodza Naczelnego wysłano do kraju z celową tygodniową zwłoką, dopiero 6 sierpnia, a więc niemal w tydzień po dokonanym już w Warszawie szaleństwie *[(107) Gen. Kopański w "Orle Białym" nr. 17/460/1951: "Depesza ta, mimo moich przynagleń, odeszła do kraju dopiero w dn. 6. VIII. wobec bardzo znacznej ilości depesz, związanych już z walką bieżącą". Ale w wypadku depeszy Kwapińskiego z 2 sierpnia przeszkód takich nie było - wysłana przez gen. Kukiela, tegoż dnia była już w Warszawie. Sieć łączności z krajem mogła być istotnie przeciążona. Istnieją poważne nie tyle poszlaki, co dowody pośrednie, że depesze w sprawie powstania wymieniali między sobą w tym czasie nie tylko ludowcy londyńscy i krajowi. Dowodem, takim jest depesza krajowa Str. Pracy do Popiela, mówiąca: "Wpływaliście na przyśpieszenie powstania ... Sądziliśmy, że jest równoznaczne z zapewnieniem dostarczenia pomocy w broni, fachowcach, w potrzebnym momencie". Podobnym dowodem depesza Jankowskiego do Mikołajczyka i Banaczyka z 19 sierpnia, w odpowiedzi na nowy projekt powstania polskiego w obozach w Niemczech (omawiam to niżej).]. Zamknięciem tej karty - jednej z najbardziej w tym okresie ponurych i haniebnych - była depesza wicepremiera Kwapińskiego, wysłana do Bora-Komorowskiego 2 sierpnia, jeszcze przed nadejściem do Londynu wiadomości o wybuchu w Warszawie: "W związku z sugestią Naczelnego Wodza, by zaniechać ujawniania się oraz akcji czynnej, ustalonej przez was, rząd R.P. nie uważa za możliwe zmieniać swej dotychczasowej instrukcji i waszej decyzji. Sprawy akcji czynnej i ujawnień są w waszej tylko kompetencji. Obejmuje to i sprawę powstania" *[(108) Oryginał na blankiecie Prezesa Rady Ministrów. L. dz. 2157/tj/44, zaadresowany: "Pan gen. Marian Kukiel, minister Obrony Narodowej, w miejscu", z wstępem: "Proszę o spowodowanie przekazania niniejszego tekstu depeszy do Komendanta Głównego AK", z podpisem: "Prezes Rady Ministrów w/z Jan Kwapiński", z uwagą na dole arkusza: "Odpis do Nacz. Wodza. Jednobrzmiący tekst do Delegata rządu" - w archiwum Kanc. Cyw. Prezydenta, teczka C "Naczelny Wódz - M. S. Wojsk. - M. O. N.". Gen. Sosnkowski w liście do Prezydenta z 8. VIII. stwierdzał, iż depesza Kwapińskiego "niestety, ocenzurowana nie została", "najniepotrzebniej stawia sprawę w płaszczyźnie rozbieżności między rządem a Nacz. Wodzem, nadto zaś zawiera niedopuszczalną i nieprawdziwą insynuację, jakobym proponował zaniechanie nie tylko dalszego ujawniania się, lecz także akcji czynnej. Jest to najzupełniej niezgodne z faktycznym stanem rzeczy ... Nakazałem dalszą walkę w formie Burzy ... Przeciwny natomiast byłem i jestem w obecnych okolicznościach i w istniejących warunkach politycznych: a) generalnemu powstaniu oraz związanym z tym nieusprawiedliwionym ofiarom, b) dalszemu ujawnianiu się po doświadczeniach dotychczasowych, zwłaszcza w Wilnie i we Lwowie" ...].

W świetle tych faktów - zastosowania cenzury wobec Naczelnego Wodza - okrojenia jednej z jego depesz, zatrzymania i niedopuszczenia do kraju dwóch innych oraz spóźnionego o tydzień wysłania czwartej - gen. Sosnkowski, jak sam to stwierdził, pozbawiony został "możności zwrócenia dowódcy AK w sposób dobitny uwagi na niebezpieczeństwo, związane ze szlachetnym, lecz niedostatecznie umotywowanym zrywem powstańczym" *[(109) Wg cytowanego tu już listu gen. Sosnkowskiego do Prezydenta z 8. VIII. 1944. W późniejszej próbie odwrócenia problemu odpowiedzialności wytoczony zostanie "zarzut", iż Nacz. Wódz wysyłał "dyrektywy, pełne trafnych przewidywań", ale "bez stanowczego rozkazu". Ale jeśli rząd nie dopuszczał do kraju jego dyrektyw, to tym bardziej nie pozwoliłby na wysłanie "wyraźnego rozkazu". Zresztą w instrukcjach swoich Wódz Nacz. posuwał się aż za daleko!... Armia Krajowa nie była ani kompanią, ani plutonem, a Bór-Komorowski ani podporucznikiem, ani sierżantem. Gdy Wódz Nacz. daje analizę sytuacji i podstawowe wskazania wyższemu dowódcy na samodzielnym froncie i w tak niezwykłej konfiguracji - robi najwięcej z tego, co zrobić może. Zresztą Wódz Nacz. już w instrukcji swej z 2 marca 1944 uprzedzał: "Używam świadomie terminologii warunkowej, nie zaś trybu rozkazodawstwa wojskowego, gdyż zdaję sobie sprawę, że w obecnych zawiłych warunkach politycznych dyrektywy dla kraju, formułowane tutaj (w Londynie), mogą znacznie odbiegać od warunków rzeczywistości i wykonalności".]. W świetle zaś uchwal rządu i depesz Kwapińskiego do Mikołajczyka i do Bora-Komorowskiego cóż oznaczać mogło wzywanie Wodza Naczelnego do powrotu z Włoch? Prezydent Raczkiewicz stawał się tu, niestety! - aż nazbyt powolnym narzędziem w ręku ludzi, pchających kraj na drogę straszliwej katastrofy *[(110) Prezydent nie był informowany ani na czas, ani rzetelnie. Protokoły z posiedzeń Rady Min. przedkładano mu z kilkudniową zwłoką. Po odmownej odpowiedzi Edena i Sargenta (zob. wyżej przypisy 94 i 95a) amb. Raczyński, meldując o wyniku, mówił, iż "uzyskał zgodę na uznanie (A. K.) za armię kombatancką" (wg notatki adiutanta przybocznego pod datą 28 lipca). Depeszę Bora-Komorowskiego z 21 lipca (zob. wyżej przypis 77) gen. Tatar "przedstawia" Prezydentowi dopiero 24 lipca, i to w brzmieniu niezupełnym, obcina w niej bowiem ustęp końcowy, mówiący o wydanym przez Bora rozkazie "stanu czujności", tak, iż Prezydent widzi w depeszy tylko ocenę "katastrofalnej" sytuacji Niemców. Miało to na celu wprowadzenie Prezydenta w błąd, tuż przed uchwałą rządu, upoważniającą kraj do "powzięcia wszystkich decyzji". 25 lipca Tatar "alarmuje zrazu Kopańskiego i Kukiela, a potem już razem z nimi Prezydenta, iż wobec katastrofy niemieckiej i grożącego ruchu wojsk sowieckich znad Pilicy ku Warszawie Armia Krajowa może być nagle pozbawiona możliwości korzystania z "jej głównych radiostacji poza Warszawą", co "utrudni łączność z władzami w Londynie". Tak "zaalarmowany" Prezydent wyciąga wniosek, że trzeba "na ten wypadek" wysłać do kraju "określone wytyczne i pełnomocnictwa" (wg książki służbowej adiutanta przybocznego z zapiskami z dn. 24, 25 i 28 lipca) - zob. wyżej przypis 93.]. Z inicjatywą ściągnięcia Wodza Naczelnego z Włoch wystąpił najwcześniej, bo już 24 lipca gen. Kopański, ale i Prezydent tegoż dnia polecił wysłać depeszę z prośbą o "niezwłoczny powrót", a to "ze względu na sytuację". Gen. Sosnkowski w odpowiedzi stwierdzi, że "wezwanie" otrzymał 26 lipca, że nie sposób jednak odwołać wyznaczonych już audiencji i wizyt - u papieża i gen. Clarka, że wobec apelu Prezydenta był gotów "odlecieć" z Włoch do Londynu "najwcześniej 1 sierpnia", skreślając wszystkie inne przewidziane spotkania, rozmowy i inspekcje. Prosił też o telegraficzną odpowiedź, "czy kontynuowanie programu do dnia 5 sierpnia włącznie bezwzględnie jest niemożliwe" *[(111) Depesza ta (nr. 96 - w Archiwum Kanc. Cyw. Prezydenta, teczka C "Naczelny Wódz - M. S. Wojsk. - M. O. N.". Nie ma daty wysłania; musiała odejść 27 lipca, gdyż mówi o mającej się odbyć audiencji u papieża (28 lipca rano). Gen. Kopański w "Orle Białym" nr. 459/1951 mówi, że depesza nadeszła do niego 27 lipca; wg książki służbowej adiutanta przybocznego pod datą 28 lipca: "Wieczorem (godz. 20,50-22,50) Pan Prezydent przyjął gen. Kopańskiego, który przybył z depeszą Nacz. Wodza o umówionych przez niego spotkaniach".]. Prezydent odpowiedział na to 29 lipca depeszą: "Sytuacja polityczna przy braku możliwości szybkiego bezpośredniego porozumienia się z Panem Generałem spowodowała powzięcie bez udziału Pana doniosłych uchwał, dotyczących kraju. Szybko postępujące wypadki mogą w każdej chwili wywołać konieczność nowych decyzji, przy powzięciu których uważam za potrzebną obecność Pana Generała, proszę więc o możliwe skrócenie programu w celu przyśpieszenia powrotu" *[(112)Depesza Prezydenta w Archiwom Kanc. Cyw., teczka C: "Naczelny Wódz - M. S. Wojsk. - M. O. N.". Gen. Sosnkowski odpowiedział depeszą nr. 6153/6872: "W dniu l sierpnia rozpoczynam podróż powrotną, skreślając resztę programu". Konieczność przygotowania samolotu do dalekiej drogi przez Tunis i Gibraltar oraz formalności, związane z uzyskaniem t. zw. "briefingu", a także wizyta u gen. Wilsona opóźniły odlot o parę dni. Do Londynu przybył Wódz Nacz. 6 sierpnia o godz. 7.30. Gen. Kopański w "Orle Białym" nr. 461 z 5. V. 1951 pisze, iż kpt. Babiński "zaufany adiutant" Nacz. Wodza "zdania o potrzebie natychmiastowego powrotu do Londynu Nacz. Wodza nie podzielał". Depesza kpt. Babińskiego brzmiała: "Meldowałem się dziś u Pana Prezydenta, prosząc, aby nie wzywał Pana Generała obecnie do Londynu. Motywowałem, jak następuje: 1) Wszystkie decyzje Co do kraju bądź już zapadły, bądź będą powzięte na miejscu, zaś łączność z krajem może być wkrótce przerwana; 2) Interwencje u gospodarzy (Anglików), których domaga się kraj w sprawie Armii Krajowej, nie dadzą zapewne w dzisiejszych warunkach rezultatu; 3) Lepiej, aby Pan Generał odczekał wyniku podróży premiera wśród wojska, niż w Londynie". W lond. "Wiadomościach" nr. 290/1951 pisał kpt. Babiński: "Gdy byłem 29 lipca 1944 przyjęty przez Prezydenta, wyraziłem opinię, że wielomiesięczne wysiłki gen. Sosnkowskiego, aby nie ujawniać Armii Krajowej i aby powstrzymać wybuch powstania w warunkach, jakie się wytworzyły, nie mogą dać rezultatu, gdyż rząd powziął już decyzje zasadnicze, a kraj w danym wypadku pójdzie po myśli tych decyzji" ...]. Cóż to znaczyć mogło wobec uchwał, powziętych już przez rząd i wobec wysyłanej jednocześnie przez Kwapińskiego depeszy do Mikołajczyka? Czy stanowisko Wodza Naczelnego, wyrażone w jego depeszach, nie było dostatecznie jasne? Czy w razie powrotu jego do Londynu rząd zmieniłby powzięte już swoje decyzje? Przecież równocześnie z depeszą Prezydenta do gen. Sosnkowskiego odchodził telegram Kwapińskiego do Mikołajczyka, stwierdzający, iż "rząd nie zgadza się z propozycjami Naczelnego Wodza" i równocześnie tenże Kwapiński domagał się od Prezydenta "niezwłocznego powiadomienia Naczelnego Wodza, by żadnych zarządzeń, dotyczących kraju, nie wydawał" ... Nie ma najmniejszej wątpliwości, a raczej wszystko przemawia za tym, że cała ta sprawa wzywania Naczelnego Wodza do powrotu była tylko odblaskiem podstępnej gry, prowadzonej nawet w ukryciu przed Prezydentem, ale z użyciem go jako narzędzia: bano się osobistego wpływu Naczelnego Wodza na szeregi żołnierskie we Włoszech, bano się reakcji wojska na przebieg i wynik podróży Mikołajczyka, próbowano więc tą drogą wojsko wpływu tego pozbawić. Wydaje się też, iż ta podstępna gra prowadzona była przez rząd samodzielnie, bez kierownictwa angielskiego, a nawet w kierunku sprzecznym, Anglicy bowiem, czy to nie doceniając atmosfery psychicznej w szeregach wojska polskiego we Włoszech, czy też nie oczekując szybkiego wybuchu oburzenia - robili ze swej strony wszystko, by pobyt Wodza Naczelnego we Włoszech przedłużyć. Cel był jasny - chodziło o wysondowanie, czy uda się "ugłaskać" go i pozyskać dla rozwiązań w duchu dążeń Churchilla? Po wielu objawach wyjątkowej, wręcz niezwykłej kurtuazji - 2 sierpnia, gdy samolot dla Wodza Naczelnego stał już na lotnisku w Rzymie, gotowy do drogi powrotnej do Londynu, przybył nagle specjalny wysłannik gen. Wilsona z zaproszeniem do Kwatery Głównej Frontu Śródziemnomorskiego w Casercie. Na próżno gen. Sosnkowski uchylał się od zaproszenia, tłumacząc wysłannikowi, że wybuchło powstanie w Warszawie i że musi niezwłocznie wracać do Londynu; wysłannik wszakże nalegał, a w końcu oświadczył, iż gen. Wilson pragnie omówić sprawy "niezmiernie doniosłe, związane z sytuacją w Polsce". Wobec takiego oświadczenia, nalegań wysłannika, a przy tym i zwłoki z przygotowaniem samolotu, gen. Sosnkowski 3 sierpnia rano udał się do Caserty; tam, w pałacyku Burbonów, w obecności brygadiera Beaumont-Nesbitta *[(113) Był on szefem oficerów łącznikowych przy dowództwie wojsk sprzymierzonych. Z Rzymu do Caserty przyleciał z gen. Sosnkowskim.] gen. Wilson oświadczył najniespodziewaniej: "Położenie na naszym froncie jest do tego stopnia pomyślne, iż powiedzieć można, Niemcy są już pobici, ostateczna ich klęska jest kwestią niedługiego stosunkowo czasu. Mogę się już obejść bez waszego 2-go Korpusu. Jednocześnie nasza sytuacja materiałowa jest tak dobra, że jestem w stanie zaproponować panu przerzucenie 2-go Korpusu do Polski drogą powietrzną. Proszę o zdanie pańskie w tej sprawie" ... Gen. Sosnkowski odrzekł na to, że propozycja ze względu na jej charakter par excellence polityczny "powinna być skierowana przez rząd JKMości do rządu polskiego w Londynie"; skoro jednak zapytywany jest o opinię, to wyrazić może tylko swój "pogląd osobisty", przed wypowiedzeniem go wszakże poprosił Wilsona o odpowiedź na dwa pytania: "Gdzie mają lądować w Polsce samoloty", przewożące oddziały 2-go Korpusu? oraz czy gen. Wilson przewiduje "przerzucenie drogą powietrzną razem z wojskiem ciężkiego uzbrojenia, ciężkiego sprzętu wojennego i odpowiednich zapasów amunicji"? Wilson oświadczył na to: "Oczywiście, ciężkie uzbrojenie i sprzęt musiałyby być przewiezione później drogą morską; co do miejsca lądowania wojska - powinno ono być wybrane w porozumieniu z Rosją na terenach przez nią już uwolnionych" ... Po takich odpowiedziach Wilsona gen. Sosnkowski stwierdził: "O ile rozumiem - negocjacje prowadziłby rząd brytyjski, wobec odmowy Moskwy nawiązania stosunków dyplomatycznych z rządem polskim; być może, iż Rosja podobnej zgody udzieliłaby, ale po to jedynie, aby lądujące oddziały rozbroić z lekkiej broni, zesłać do obozów koncentracyjnych na Syberię lub zgotować im los gorszy jeszcze" ... znany musi być Wilsonowi "los dywizji Armii Krajowej, które ujawniły się i usiłowały nawiązać współpracę bojową z armią czerwoną" ... "Treść meldunków dowódcy Armii Krajowej o tych zdarzeniach przekazana była do sztabu" Wilsona. "Zamiarem i celem władz sowieckich jest, jak sądzić można, zniszczenie Armii Krajowej. Podobny los spotkałby niewątpliwie żołnierzy 2-go Korpusu, którzy w tej chwili walczą na froncie" pod dowództwem Wilsona właśnie i "umierają za wspólną sprawę" *[(114) Wg uzupełniającej relacji kpt. Babińskiego (lond. "Dziennik Polski", nr. 241 z 9. X. 1957) gen. Wilson po odpowiedzi gen. Sosnkowskiego "zaczął się wycofywać, mówiąc, że rozważał tylko pewne teoretyczne alternatywy". Oczywiście, wystąpienie Wilsona było jedynie próbą sondażu, związaną z ówczesnymi tendencjami Churchilla i z podróżą Mikołajczyka do Moskwy.]. Wystąpienie gen. Wilsona z taką nieoczekiwaną propozycją mogło wywołać zdumienie chyba tylko szczegółami propozycji - wyrażoną gotowością i stwierdzoną możliwością przerzutu drogą powietrzną co najmniej 70 tysięcy ludzi, i to nie w związku z powstaniem w Warszawie, ale w ogóle, - w treści najistotniejszej zaś wystąpienie jego było w pełnej zgodzie z linią ogólną polityki brytyjskiej. Gen. Wilson, dowódca z tak wysokiego szczebla, nie mógł wysuwać takiej "propozycji" inaczej, jak tylko za wiedzą, a raczej na polecenie swego rządu; były zresztą te propozycje zbyt wyraźnym echem tego, co Churchill poufnie pisał Stalinowi, a poprzedniego dnia - 2 sierpnia - wypowiedział jawnie w Izbie Gmin *[(115) Przedmowa gen. Sosnkowskiego do książki gen. Sosabowskiego, a zwłaszcza ujawnione w niej szczegóły o rozmowie w Casercie, wywołały długotrwałą dyskusję w prasie polskiej w Londynie; ci, którzy próbowali - wbrew prawdzie historycznej - przerzucić na barki Wodza Naczelnego odpowiedzialność za skutki szaleństwa powstańczego w Warszawie (zob. w tym rozdziale wyżej przed przypisem 96) oraz ci, którzy w pewnych sprawach polskich lekceważą źródła polskie, większą wagę przywiązując do "źródeł" obcych - ci także, którzy często dają wiarę nie świadectwu polskiemu, lecz wykrętom i wypieraniom się ze strony obcych - wystąpili z próbą "podważenia" świadectwa polskiego Wodza Naczelnego, zwracając się po "świadectwa" przeciw niemu do obcych; wciągnięty jednak do tej polskiej "dyskusji" publicznej marsz. Wilson, acz niechętnie i powściągliwie, potwierdził treść tej rozmowy z gen. Sosnkowskim: "Przesunięcie Korpusu polskiego do północnej Europy było - sądzę - poruszone" (list jego w "Dzienniku Polskim", nr. 205 z 28. VIII. 1957). Wówczas w polskiej "dyskusji" wytoczono "argument" w formie pytania: dlaczego - jeśli była taka rozmowa w Casercie - polski Wódz Naczelny nie powiadomił o niej ani Prez. Raczkiewicza, ani rządu, ani gen. Andersa? Sięgnąłem i ja do "żywego źródła historycznego", zwracając się (wspólnie z B. Miedzińskim) do gen. Sosnkowskiego z prośbą o pewne wyjaśnienia, zresztą nie tylko w tej kwestii; odpowiedź, jaką otrzymaliśmy, mówiła m. in., że gen. Sosnkowski, po przylocie do Londynu 6 sierpnia, powtórzył Prez. Raczkiewiczowi rozmowę z Wilsonem, natomiast w rozmowach z rządem nie potrzebował o niej wspominać, wobec przemówienia Churchilla z 2 sierpnia, które zawierało analogiczną w gruncie rzeczy propozycję pod adresem rządu polskiego i rząd ten powinien był, bez dodatkowych informacji ze strony Wodza Naczelnego, obradować nad sugestią Churchilla. Po rozmowie z Wilsonem w Casercie Wódz Naczelny odleciał do Londynu, gen. Andersa po tej rozmowie z Wilsonem nie widział, a przekazywać wiadomości o rozmowie w Casercie drogą pośrednią Andersowi nie chciał, uważając, że wieść ta, jeśliby się rozeszła szerzej, mogłaby wywołać niepożądane nastroje wśród oddziałów wojska, stojącego w ogniu walki na froncie; tę część odpowiedzi gen. Sosnkowskiego opublikował B. Miedziński ("Gen. Sosnkowski zawiadomił Prezydenta - nie zawiadomił wojska", w "Dzienniku Polskim", nr. 222 z 17. IX. 1957). Zob. też relację W. Babińskiego ("Dziennik Polski" nr. 241 z 9. X. 1957): "6 sierpnia 1944 spotkałem Nacz. Wodza na lotnisku w Londynie. Po przybyciu do domu usłyszałem z ust gen. Sosnkowskiego przebieg jego ostatniej rozmowy z marszałkiem (wówczas generałem) Wilsonem ... Wiem, że wiadomość ta nie była komunikowana otoczeniu wojskowemu Nacz. Wodza w słusznej intencji nie podważania "morale" wojsk, będących w walce, co mogłoby nastąpić, gdyby wiadomość się rozeszła. Wiem natomiast ponad wszelką wątpliwość, że gen. Sosnkowski podał tegoż dnia przebieg rozmowy w Casercie Prezydentowi Raczkiewiczowi" ...]. Pozostawało to też w całkowitej harmonii ze stosunkiem gen. Wilsona do leżącej w rejonach jego dowodzenia sprawy jugosłowiańskiej i przymusowego "zjednoczenia" żołnierzy króla Jugosławii z partyzantami Broza-Tito *[(116) Anglicy zawsze, wszędzie, wszyscy są jednacy. James F. Byrnes (w książce "Speaking Francly", Londyn, 1947) pisząc o Poczdamie (lipiec 1945), gdy po wyborach w Anglii doszli do władzy, a więc i weszli w skład delegacji brytyjskiej nowi ludzie, stwierdza, że Attlee i Bevin, jako indywidualności, "różnili się od Churchilla i Edena" pod wieloma względami, ale "stanowisko brytyjskie w sprawach pod obradami nie zmieniło się w najmniejszym stopniu".].

W historii nie ma trybów warunkowych. Historia liczy, mierzy i waży fakty dokonane. To jednak, wracając myślą do kraju, staniemy przed pytaniem, domagającym się bodaj hipotetycznej odpowiedzi: czy decyzje Podziemia poszłyby drogą inną, gdyby rząd nie zatrzymywał włoskich dyrektyw Naczelnego Wodza? Nic z tego, co wiemy, nie daje podstaw do wniosków potwierdzających. Podziemie znało zbyt dobrze stanowisko Wodza Naczelnego z jego poprzednio nadesłanych instrukcji - brak nowych mógł być co najwyżej dowodem, iż zmian żadnych nie ma. Podziemie nie mogło mieć i nie miało wątpliwości, iż Wódz Naczelny jest przeciwny powstaniu; widziało jasno różnice w stanowiskach Wodza Naczelnego i Mikołaj-czyka; mogło nie wiedzieć jeszcze wszystkiego, co kryło się w podróży Mikołajczyka, w pełni jednak zdawało sobie sprawę z tego, czym w swej istocie i w celach jest polityka Mikołajczyka, a wielu oceniać ją miało nawet jako "błędną" *[(118) Przedstawiciele dowództwa AK z gen. Pełczyńskim stwierdzali to bez zastrzeżeń i kategorycznie w dyskusji nad tą sprawą w Instytucie J. Piłsudskiego w Londynie; wspomina o tym B. Miedziński w swym art. "Naczelny Wódz a powstanie warszawskie" w lond. "Dzienniku Polskim" nr. 251 z 21. X. 1957. Zob. przypis 86b.]. Dlaczegoż tedy w decyzjach swych poszło za Mikołajczykiem, a przeciw Wodzowi Naczelnemu? Wyjaśnić to mogą, jeśli nie w pełni, to w dużej mierze, wypadki samowoli Bora-Komorowskiego wobec Naczelnego Wodza, czego przykładem tak jaskrawym i tak tragicznym była zmiana instrukcji z 27 października 1943 na rozkaz o "Burzy", oraz wypadki samowoli podwładnych Bora-Komorowskiego wobec niego, wypadki działania ich w tych przełomowych dniach na własną rejkę, z lekceważeniem Bora-Komorowskiego, bez liczenia się z tym, jak on to przyjmie i czy się zgodzi na to *[(118a) Zob. przypisy: 133 i 173.]. Bór nie kierował swoim sztabem, przeciwnie - prąca do walki część sztabu z Pełczyńskim, Okulickim, Chruścielem ciągnęła Bora za sobą. Obok tego dostrzec można aż nadto wyraźne powody inne: Podziemiu wśród jego sprzecznych z wymową rzeczywistości oczekiwań i złudzeń rachuby rządu, tak samo błędne, pozbawione realnych podstaw, odpowiadały bardziej, niż trafne przewidywania i przezorne ostrzeżenia Wodza Naczelnego; przy oślepłym pędzie do walki podszepty i zachęty rządu trafiały do przekonania głębiej, niż odwoływanie się Wodza Naczelnego do rozsądku i poczucia odpowiedzialności *[(118b) O niechęci sztabowców AK do osoby i postawy politycznej Wodza Nacz. oraz o panujących w sztabie AK tendencjach do "podpierania" polityki Mikołajczyka - zob. przypisy 209 i 213.]. Z tego też powodu i w sferze zjawisk najbliższych dostrzegano, wyłapywano, rozdmuchiwano te, które mogły pęd do walki zasilić, uzasadnić, usprawiedliwić, te zaś, które mogły być przestrogą, hamulcem, zimną wodą na gorące głowy - pomniejszano, lekceważono, nie wnikano w nie, odpychano od siebie. Oddajmy jednak i tu głos faktom i dokumentom.

Objawy paniki ewakuacyjnej Niemcy w Warszawie opanowali w ciągu kilku dni *[(119) Następca Kutschery płk. Paul Otto Geibel w relacji swej, pisanej w r. 1948, w więzieniu, w oczekiwaniu na rozprawę sądową, a więc z niewątpliwą tendencją, by nie powiedzieć za wiele: "W nocy z 22 na 23. VII. 1944 zastępca urlopowanego dowódcy wojskowego w Warszawie zdecydował: się wobec coraz bardziej zbliżającego się frontu odesłać do Rzeszy w dn. 23. VII. specjalnymi pociągami całą kobiecą część służby garnizonu wojskowego... Odjazd kobiet, stłoczonych w dwóch pociągach, wydawał się urzędom w Warszawie sygnałem grożącego bezpośrednio niebezpieczeństwa. Wszystko, co nie było ściśle zorganizowane w oddziały wojskowe i nie miało nad sobą silnej władzy dowództwa, pakowało się, załadowywało i odjeżdżało w kierunku na zachód" ... "nie mogło ... tolerować tego dowództwo wojskowe i musiało tego zakazać"... (St. Płoskiego: "Niemieckie materiały do historii powstania warszawskiego", w tomie pierwszym "materiałów i studiów" p. t. "Najnowsze dzieje Polski", Warszawa, 1957, na str. 200-207).]. Już 26 lipca wrócił gubernator Fischer; wróciła i wznowiła urzędowanie administracja niemiecka, zaczęła znowu działać policja i SS, wzmożone służbę bezpieczeństwa, zwiększono ilość patroli, krążących po mieście z bronią gotową do strzału; pokazywały się często wozy pancerne policji, zaostrzono kontrolę ruchu ulicznego i podmiejskiego, przy rogatkach, na szosach, dworcach i w pociągach podmiejskich; koszar, gmachów urzędowych, magazynów ze wzmocnioną załogą pilnowały pod osłoną bunkrów betonowych ze strzelnicami i zasiekami z drutu kolczastego liczne posterunki nie tylko z bronią maszynową, ale i z granatami ręcznymi. W wielu punktach miasta warowały, karabiny maszynowe, na skrzyżowaniach głównych arterii ustawiono czołgi; mosty kolejowy, Kierbedzia i Poniatowskiego podminowano, przyczółki mostowe obsadzono silnymi załogami z bronią maszynową i działami przeciwlotniczymi *[(120) Już 26 lipca pojawiły się afisze, grożące represjami za rozpowszechnianie "nieprawdziwych" wiadomości; tegoż dnia Niemcy dokonują w ruinach ghetta egzekucji więźniów politycznych z Pawiaka - resztę więźniów (ok. 2,5 tysiąca, w tym ok. 400 kobiet) wyewakuują 30 lipca.]. Jednocześnie ustał całkowicie przepływ oddziałów i rozbitków z frontu, natomiast nie można było nie dostrzec ani skupienia artylerii na lewym brzegu Wisły, ani przerzutu sił na jej brzeg prawy. Ściągana pośpiesznie z frontu włoskiego do rejonu Pruszkowa dywizja spadochronowo-pancerna "SS Herman Goering" przechodziła grupami przez Warszawę, w rejonie Żyrardowa i Skierniewic wyładowywała się inna dywizja pancerna "Wiking", w lesie Kabackim, w rejonie Wilanowa i Piaseczna oraz wokół Grodziska pojawiły się oddziały węgierskiej piechoty i kawalerii, w rejonie Modlina - oddziały zmotoryzowany *[(121) W przełomowym okresie, w lecie 1944, przebywał w pobliżu Warszawy 2-gi korpus węgierski (sztab w Grodzisku, gen. Vattay, po nim - od końca sierpnia 1944 - gen. Bela Lengyel, przedwojenny węgierski attache wojskowy w Warszawie) - złożony z trzech dywizji, oraz nie należąca do tego korpusu dywizja huzarów gen. Ibranyi. Oddziały te w połowie września ściągnięto na Węgry, z wyjątkiem dyw. 5-ej, która pozostawała w rejonie Warszawy do października. O życzliwym stosunku Węgrów do AK i powstania (w puszczy Kampinoskiej) - zob. krótkie wzmianki u Borkiewicza w "Powstaniu warszawskim", na str. 107, 117, 243, u St. Podlewskiego w "Rapsodii Źoliborskiej", str. 26 i 118, w "Pamiętnikach żołnierzy baonu Zośka" na str. 213-214, u Al. Kamińskiego "Zośka i Parasol" na str. 332-333, w "Drogach Cichociemnych" na str. 389. Wg St. A. Sochackiego ("Węgrzy a powstanie warszawskie" i "Polacy i Węgrzy w czasie okupacji" w warsz. tyg. "Stolica" nr. 8 i 32/1958) Węgrzy mieli zawiadomić Niemców, że nie wezmą udziału w akcji przeciw powstańcom, toczyć się też miały tajne rozmowy między wysłannikami Bora-Komorowskiego a dowódcą korpusu węgierskiego w sprawie pomocy; Niemcy próbowali użyć Węgrów dla wywarcia wpływu na Bora-Komorowskiego w kierunku kapitulacji. Treści tych artykułów Sochackiego - "aspiranta Węgierskiej Akademii Nauk" - nie sprawdzałem, gdyż otrzymałem je już w trakcie druku tego rozdziału. Borkiewicz w "Powstaniu warszawskim" potwierdza to częściowo, pisząc na str. 233, 388 i 666 o rozmowach prowadzonych z Węgrami w okolicy Słomczyna przez mjr. Żabę i ppłk. "Szymona", oraz przez kpt. Krzyczkowskiego w Puszczy Kampinoskiej; przytacza także raport gen. von Vormanna z 21. VIII. 1944, stwierdzający, że przeznaczone do "oddzielenia" obszaru Puszczy Kampinoskiej "jednostki węgierskie musiano wycofać, gdyż istniała duża obawa zbratania się ich z Polakami".]. Nie mniejszą wymowę miały wznowione prace fortyfikacyjne, zarówno na przedmościu warszawskim, jak i nad Wisłą. 27 lipca zresztą Niemcy, zapowiadając obronę miasta, wezwali ludność do "współudziału w przygotowaniach do obrony" i zażądali zgłoszenia się, co najmniej na okres 10 dni, stu tysięcy mężczyzn i kobiet, w wieku od 17 do 65 lat, dla pracy przy kopaniu rowów strzeleckich nad Wisłą *[(122) Zarządzenie to, ogłoszone zrazu przez megafony, nazajutrz rozplakatowano na murach i opublikowano w gadzinowym "N. Kurierze Warszawskim". Gen. Fischer w odezwie z 26. VII. dawał wyraz nadziei, że "jak w r. 1920, tak i teraz dokona się cud nad Wisłą"... Mimo wszystko jednak trudno było Niemcom stworzyć skuteczną zaporę dla nadciągającej olbrzymiej przewagi rosyjskiej. Obronę odcinka Wisły od Jabłonny do Puław (ok. 200 km.) powierzono odtwarzanej pośpiesznie 9-ej armii gen. von Vormanna (dwie zużyte dywizje 17-ta i 73-cia, dwie brygady "Volkssturmu", luźne bataliony, oddziały broni pancernej, artylerii, naziemnej obsługi lotniczej, służby wartowniczej, policji). Odwodów nie było zupełnie, a i sił posiadanych nie starczało na obsadę powierzonego pasa obrony - niemałe odcinki Wisły były albo w ogóle nie obsadzone, albo miały być bronione jedynie przez artylerię; nadciągająca przez Radom 45-ta dyw. grenadierów rzucona zostanie nagle na rosyjski przyczółek w rejonie Magnuszewa-Warki (zob. w opartej na niemieckich dokumentach pracy J. Kirchmayera: "1939-1945 - Kilka zagadnień polskich", Warszawa, 1957, rozdział p. t. "Powstanie warszawskie od strony niemieckiej", na str. 123-126).]. Ten tak wyraźny zwrot w zachowaniu się Niemców nie ostudził pędu do walki *[(122a) W Komendzie Głównej AK zdawano sobie sprawę z tego zwrotu. Tylko autorzy "Polskich Sił Zbrojnych, tom 3-ci, AK" interpretują to po swojemu; piszą na str. 698, iż wobec zwrotu w zachowaniu się Niemców przed Warszawą wyrosła "perspektywa, iż stanie się ona widownią ciężkiej bitwy"; na str. 699 dodają, że dowództwo AK "obserwując przyrost niemieckich sił bojowych, znajdowało potwierdzenie zapowiedzi niemieckiej, że Warszawa będzie broniona". Niżej przypis 124.], przeciwnie - wzmocnił go; nie wierzono w skuteczność oporu niemieckiego na froncie pod Warszawą *[(123) Bór-Komorowski (w "Armii Podziemnej", str. 232), pisząc o przybyłej dywizji "Hermann Goering": "Wobec zupełnego rozbicia frontu niemieckiego i przygniatającej przewagi Moskali, wprowadzenie jej do walki nie mogło zasadniczo wpłynąć na zmianę sytuacji".], nie brakowało też lekceważenia dla sił niemieckich wewnątrz Stolicy; uważano, iż złożone z Wehrmachtu, policji i oddziałów pomocniczych - "własowskich", "ukraińskich", "turkiestańskich" - są zlepkiem wcale niegroźnym, tym więcej, że rozsypanym grupkami w różnych dzielnicach wielkiego miasta. Zachęcało to do zrywu - nie brakowało wahań, parokrotnie odsuwano moment wystąpienia, uważano je wszakże za konieczne, liczono raczej na pełny sukces przez zaskakujący impet uderzenia, a jeśli obawiano się, to nie klęski możliwej, nie przedłużenia się walki ponad miarę środków i sił, lecz wystąpienia spóźnionego w stosunku do biegu wydarzeń. W sprzeczności jednak z lekceważącym stosunkiem do sił niemieckich na froncie pod Warszawą i w obrębie Stolicy pozostawał odzywający się i tu 'na domysłach tylko oparty moment lęku, iż Niemcy zamierzają wyzyskać Warszawę w zaciętej obronie przed naporem sowieckim i że dlatego tym bardziej należy "ratować" Stolicę przed zniszczeniem, ludność zaś przed wysiedleniem i utratą dobytku *[(124) Zob. wyżej, przypis 85b, oraz niżej przypisy 183-184. Zarządzenie Fischera, powołujące ludność do pracy przy okopach, zrozumiano w Komendzie Głównej AK mylnie. Gen. Pełczyński ("O decyzji warszawskiej" w lond. "Dzienniku Polskim" nr. 180 z 1. VIII. 1945): "Zarządzenia niemieckie zmierzały w szybkim tempie do sparaliżowania swobodnego ruchu w mieście i zapowiadały możliwość szybkiego ł gwałtownego usunięcia z miasta dużej ilości ludności męskiej, przede wszystkim w sile wieku. Że to nastąpi w najbliższym czasie - nie można było wątpić, wiedząc, jak Niemcy doceniali niebezpieczeństwo, zagrażające im z tej beczki dynamitu, jaką była Warszawa" ... Gen. "Monter"-Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie" w lond. "Polsce Walczącej" nr. 46/1945): "W razie zabrania młodych ludzi nie mogłoby być wykonane nawet to najłatwiejsze zadanie okręgu, t. zn. ochrona ludności przed agresją wycofującego się prusactwa" .. . Argumentacja ta - Pełczyńskiego i Chruściela - wygląda na uzasadnienie ex post lub też na branie własnych domysłów za "rzeczywistą groźbę". Wprawdzie na Lubelszczyźnie Niemcy próbowali "oczyścić" strefę przyfrontową, ale było to w czerwcu i w warunkach zgoła innych; przykładem wymowniejszym - Kraków, gdzie Niemcy mieszkańców, zmuszonych do robót fortyfikacyjnych, codziennie wieczorem przywozili na noc do miasta. Z drugiej strony - jeśli dowództwo AK siły Niemców nad Wisłą i w obrębie Warszawy uważało za słabe, to dlaczego spodziewało się zaciętego i długiego ich oporu w murach miasta? Niemcy, pochłonięci przez sytuację na froncie, czyżby chcieli komplikować ją sobie przez wyzywająco drakońskie wystąpienie przeciw ludności Stolicy? Obawy o to oparte były tylko na zawodnym domyśle, natomiast nie ulega wątpliwości, że przez wszczęcie walki sprowokowano Niemców do okrutnego odwetu - zob. niżej, przypisy 185 i 186. Niedawny los ghetta powinien był być ostrzeżeniem. "Polskie Siły Zbrojne, tom 3-ci, Armia Krajowa", na str. 698, podają, iż w dowództwie AK spodziewano się, że Niemcy zarządzą ewakuację Warszawy "w ostatniej chwili" i "pod ogniem bomb i pocisków" - "sterroryzowana ludność zmuszona będzie do pozostawienia dobytku" na łup... Cóż to za nonsens! ... Jak można wyewakuować milionowe miasto "w ostatniej chwili"? Jakich sił i środków musieliby Niemcy użyć, by wygnać milion ludzi w warunkach, gdy sił brakowało dla zatrzymania naporu rosyjskiego? Milionem ludzi zatłoczyć drogi dojazdowe do linii frontu w krytycznym momencie zmagań?... Zob. niżej, przypisy 186 i 187.]. Z podobną aberacją patrzono na zbliżających się Rosjan - jakby nie chciano dostrzec czy myśleć o tym, co przyniosą ze sobą *[(125) Depesze o tragicznym przebiegu i wyniku "Burzy" w Wilnie, Lwowie i na Lubelszczyźnie napływały do Komendy Głównej AK od 17-18 od 30-31 lipca. O utworzeniu chełmskiego "Komitetu Wyzwolenia" dowiedziano się 23 lipca. Bór-Komorowski przyznaje sam, że zrozumiał to jako zapowiedź "utworzenia rządu całkowicie uzależnionego" od Moskwy ("Armia Podziemna", str. 229). Nie mam w swoich zbiorach kompletu "Biuletynu Informacyjnego" (organa prasowego Komendy Głównej AK), toteż mogę tylko z powołaniem się na Kirchmayera ("Uwagi i polemiki", Warszawa, 1958, na str. 96-97) powtórzyć, iż w numerze z 27 lipca ogłoszono odezwę do społeczeństwa o podporządkowanie się "zarządzeniom i rozkazom wyłącznie legalnych władz polskich", ocenę chełmskiego "Komitetu Wyzwolenia", jako "szantażu, mającego wymusić na rządzie polskim w Londynie uległość i możliwie największe względem Sowietów ustępstwa", ostrzeżenie, iż "obywatelom polskim nie wolno przyjmować żadnych mandatów i funkcji od tych samozwańczych władz"; oddziały Berlinga oceniano tu jako "wojsko zaciężne, zorganizowane przez zdrajców spośród ludzi, chwyconych w sidła", "wojsko, pozbawione oparcia o własny rząd", "związane przysięgą i oparciem o rząd obcy"; powtarzano wreszcie za Londynem, iż "Komitet Wyzwolenia" jest próbą "narzucenia przez garstkę uzurpatorów narodowi polskiemu ustroju, który jest sprzeczny z poglądami jego przytłaczającej większości" ...] i za jedną z głównych podstaw dla decyzji przyjmowano tylko zbliżający się huk rosyjskich armat, wybuchy rosyjskich bomb na Pradze czy Okęciu, warkot rosyjskich myśliwców nad Warszawą.

Decyzje ostateczne zapadły między 26 a 31 lipca. Na odprawie Komendy Głównej AK, z udziałem delegata rządu Jankowskiego, zwołanej do lokalu przy ulicy Chłodnej 4, w godzinach przedpołudniowych 26 lipca, przestudiowano gruntownie sytuację poprzez kolejne przedstawienie poglądów i oceny położenia *[(126) O pełnym składzie Komendy Głównej na tej odprawie mówi płk. Borkiewicz ("Powstanie warszawskie", str. 23), wymieniając Bora-Komorowskiego, Pełczyńskiego, Okulickiego, Rzepeckiego, Szostaka, Sanojcę, Chruściela, Skroczyńskiego, Bokszczanina, Plutę-Czachowskiego, Muzyczkę, Iranka-Osmeckiego. Rzepecki ("W sprawie decyzji podjęcia walki w Warszawie" w "Wojsk. Przeglądzie Historycznym", nr. 2/7/1958, str. 319 i 322) mówi o "odprawie z udziałem wszystkich szefów oddziałów sztabu i dowódcy okręgu Warszawa" i o "odprawie w szerszym gronie". Iranek-Osmecki (w "Orle Białym" nr. 10/766/1957) stwierdza, że "odprawa zaczęła się w składzie": Bór-Komorowski, Pełczyński, Okulicki, Rzepecki, Karasiówna. O obecności delegata rządu Jankowskiego mówią Borkiewicz (str. 24) i Rzepecki (str. 322). Borkiewicz mylnie podaje 27 lipca, jako datę tej odprawy, Rzepecki (na str. 293 i 322) wyjaśnia i prostuje tę omyłkę Borkiewicza. Iranek-Osmecki podaje datę 26 lipca. W sprawie daty tej "wielkiej odprawy" - 27 czy 26 lipca - długie wywody, w formie nieporadnego a upartego błąkania się po omacku w ciemnym labiryncie, poświęcił J. Kirchmayer w "Wojsk. Przeglądzie Hist." nr. 3/8/1958 na str. 373-378 ("Na marginesie artykułu płk. J. Rzepeckiego"). Borkiewicz twierdzi, iż płk. Bokszczanin nie brał już udziału w nast. zebraniach - "powstanie zaskoczyło go w Bernerowie". Ja wszakże - w swoich poszukiwaniach - trafiłem na ślady obecności płk. Bokszczanina na tym jeszcze zebraniu Komendy Gł., kiedy przybyły z Londynu emisariusz Nowak-Jeziorański przedstawiał tam stan sprawy polskiej w ramach sytuacji międzynarodowej.]. Pełczyński uznawać miał konieczność trwania w "pogotowiu", z uwagą, że "jeszcze nie ma danych do podjęcia walki"; za podjęciem jej - i to już w dniu 28 lub 29 lipca - wypowiedzieć się mieli Okulicki, Rzepecki, Szostak, Sanojca i Chruściel; stanowisko "krytyczne": Skroczyński, Bokszczanin, Pluta-Czachowski, Muzyczka oraz Iranek-Osmecki *[(127) Wg Borkiewicza ("Powstanie warszawskie", str. 23). Bór-Komorowski w cyt. wywiadzie radiowym twierdził, iż Okulicki i Rzepecki już 25 lipca "wysunęli projekt podjęcia walki o Warszawę w dn. 28, wzgl. 29 lipca". Iranek-Osmecki (w "Orle Białym") mówi, iż Okulicki i Rzepecki na odprawie 26. VII. podnieśli "sprawę zdecydowania terminu uderzenia" (28 lub 29. VII.). Rzepecki (w "Wojsk. Prz. Hist.", str. 320) uważa to za "nieporozumienie": "Każdy z nas referował sytuację z punktu widzenia swojego zakresu działania", "obowiązkiem" Rzepeckiego było "ocenić znane (mu) fakty polityczne" i "przewidywać następstwa zbyt wczesnego... lub zbyt późnego podjęcia walki", "termin 28 lipca padł jako najwcześniejsza możliwość techniczna"... Wg Borkiewicza Iranek "zalecał ostrożność" ze względu na "zasilenie frontu niemieckiego" trzema dywizjami panc., koncentrowanymi właśnie w najbliższej okolicy Warszawy. Iranek (w "Orle Białym") twierdzi, iż miał być przeciwny "wyznaczeniu sztywnego terminu": "sytuacja może ulec nagłej zmianie", i "gdyby trzeba było wystąpić wcześniej - raz wydane rozkazy nie dadzą się zmienić" ... Mówić miał, iż wobec nadejścia "świeżych dywizji" niemieckich na południe od Warszawy, "nie jest wyłączone" zaczepne wystąpienie Niemców na froncie; nie przewidywał, by "zwrot taki zatrzymał na czas dłuższy pochód armii czerwonej, mającej zdecydowaną przewagę", ale "w każdym razie sytuacja operacyjna nie uzasadnia wyznaczenia już dzisiaj sztywnego terminu" ... "trzeba znaleźć system, który umożliwi podjęcie w stosownym czasie decyzji, odpowiadającej sytuacji bojowej na froncie". Wg Borkiewicza płk. Pluta-Czachowski "podniósł brak współdziałania operacyjnego z armią czerwoną" i wypowiedział się za terminem podjęcia walki w momencie "forsowania mostów" przez Rosjan. Rzepecki (w "Wojsk. Prz. Hist.", str. 322) twierdzi, iż w sprawie "porozumienia z armią radziecką" mówić miał, iż "są podstawy, by sądzić, że rząd tego chce i do tego zmierza", że "kraj i tak nie ma możności porozumienia się bezpośredniego, porozumienie między rządami może zapaść każdej chwili, na dzień przed czy dzień po rozpoczęciu walki" ... "Biuletyn Informacyjny" w nr. z 27. VII. (zob. wyżej, przypis 125) ogłaszał wiadomość o podróży Mikołajczyka do Moskwy; celem jej: "przeprowadzenie szczerych, bezpośrednich rozmów", w dążeniu do "załatwienia spraw polsko-rosyjskich w związku z ostatnimi postępami wojsk sowieckich na terenach polskich" ... Zob. też przypis 86b i 174.].

Po tych "wypowiedziach" płk. Chruściel, który jako dowódca okręgu stołecznego miał kierować walką o opanowanie i utrzymanie Stolicy, przedstawił stan bojowy okręgu; nie ukrywał mizernego wyposażenia swoich oddziałów, sądził wszakże, iż wobec "miernej" wartości sił niemieckich w Warszawie i przy działaniu z "furią odwetu", zdoła przy posiadanych środkach prowadzić akcję zaczepną w ciągu 2-3 dni, liczył też na zdobycz w walce i na zrzuty powietrzne z Anglii, względnie na "rozwikłanie sytuacji przez wkroczenie armii czerwonej"; uważał, iż będzie mógł wytrwać w obronie w najgorszym razie dwa tygodnie *[(128) Zob. u Borkiewicza ("Powstanie warszawskie", str. 23-24), który streszcza relację Rzepeckiego - pełny tekst tej relacji u J. Kirchmayera ("Kilka zagadnień"... str. 110). Wg tej relacji Chruściel "skarżył się, że niedawna wsypa magazynu na ul. Opoczyńskiej pozbawiła go 28,000 granatów ręcznych, a niespodziewane przesunięcia w ugrupowaniu Niemców pozbawiły go dostępu do niektórych poważnych magazynów broni, jak np. w ogrodach Ulricha na Woli, gdzie ostatnio zakwaterowała się na magazynie kompania wojska niemieckiego". Zob. niżej, przypisy 160-161.]. W dalszym toku odprawy Chruściel stwierdził, że na pełną mobilizację okręgu i "przyjęcie ugrupowania wyjściowego" potrzeba mu dwunastu godzin "z wyłączeniem godzin nocnych, kiedy zakaz ruchu ulicznego nie pozwala przekazywać rozkazów i dokonywać przesunięć"; w praktyce znaczyło to, że od chwili wydania rozkazu do momentu wystąpienia czynnego potrzeba całej doby. Chruściel zaproponował dla rozpoczęcia walki godzinę 5 popołudniu i uzyskał zgodę na to Bora-Komorowskiego. Było to zasadniczą zmianą w planie uderzenia, dotąd bowiem przewidywano rozpoczęcie walki albo z nastaniem nocy, albo na krótko przed świtem; za wprowadzeniem tej zmiany przemawiać miały różne racje *[(130) Gen. "Monter"-Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie" w "Polsce Walczącej" nr. 46/1945) stwierdzał, iż Bór-Komorowski zgodził się na jego "wniosek rozpoczęcia działań za dnia": "Uzasadniałem to względną łatwością zaskoczenia wartowników niemieckich w godzinach największego ruchu ludności w mieście" ... "Instrukcje, jakie z Komendy Głównej AK wyszły w latach 1942/43 ustalały definitywnie, że wystąpienie do walki w każdym wypadku nastąpi w nocy, przed lub po północy, nigdy zaś w dzień. Pozostawało to m. in. w związku z domarszami oddziałów do rejonów wyjściowych i podstaw do natarcia ... Dotyczyło to głównie prowincji, niemniej jednak wszystkie ćwiczenia brały ten czas za podstawę. Niejedna instrukcja wpadła w ręce Niemców, ale Komenda Główna nie wydała rozkazu, zmieniającego tę porę wystąpienia do walki. Skoro przygotowań nie można było ukryć, i wobec stałego ostrego pogotowia, w jakim trwały oddziały, zaskoczenie nocne było nie do pomyślenia. Dowódca AK zgodził się"... Bór-Komorowski ("Armia Podziemna", str. 234)': "O piątej ruch uliczny był największy, gdyż ludzie wracali o tej godzinie z pracy do domu"; uznał, że o tej porze "najłatwiej będzie zharmonizować ruch tylu tysięcy żołnierzy, śpieszących na miejsce zbiórki, z falą powracającego z biur i warsztatów pracy tłumu" ... Iranek-Osmecki ("Orzeł Biały", nr. 10/766/1957) uważa, iż trzymanie się pierwotnego planu byłoby słuszne pod warunkiem, że "godzina policyjna obowiązywać będzie normalnie od g. 23-ej", Niemcy wszakże przesunęli zakaz poruszania się z 23-ej na 20-tą, wskutek czego "zajęcie stanowiska o zmroku okazywało się niemożliwe". Zob. także relację Rzepeckiego (u Kirchmayera, str. 114- 115): "wystąpienie do walki o świcie trzeba odrzucić, bo wymagałoby to przetrzymywania przez całą noc kilkudziesięciu tysięcy ludzi w ugrupowania wyjściowym, zmasowanych w obcych sobie lokalach, co przy częstych kontrolach, wkraczaniu policji do mieszkań, musi doprowadzić do odkrycia przygotowań" ...], gruntowniejsze jednak przemyślenie tych racji każe ocenić je jako błędne, nielogiczne i sztuczne, w konsekwencjach zaś kosztowne i tragiczne *[(131) Pierwotny plan uderzenia w nocy wyrastał m. in. z troski, by nie narażać ludności cywilnej na skutki wstępnej fazy walki. Dlaczegóż jednak wybierano na moment uderzenia godzinę największego ruchu ulicznego? Dlaczego mówi się o wzmożonym ruchu ulicznym jako osłonie dla koncentracji, jeśli koncentracja odbywać się będzie w ciągu paru godzin przed godziną 17-tą? Bór-Komorowski ("Armia Podziemna", str. 234), przecząc sam sobie, stwierdza, że gdy w dniu nakazanego wybuchu szedł przez miasto "wcześnie rano", uderzał go "widok młodych mężczyzn i kobiet, śpieszących na wyznaczone stanowiska". Gen. Chruściel w broszurze swej ("Powstanie warszawskie", na str. 7) pisze, że o godz. 17-ej "przez ulice przelewały się olbrzymie tłumy, tramwaje były dosłownie oblepione ludźmi" ... "Patrole uliczne nie były w stanie przeprowadzić kontroli", wartownicy byli przyzwyczajeni do "tego nasilenia ruchu", "wmieszani w takie tłumy żołnierze" z "grup czołowych", które miały "uderzyć na wartowników i opanować bunkry przy wejściu do bloków" mieli "widoki powodzenia"; łatwiej też było o tej porze "przesuwać i gromadzić" oddziały. W tejże broszurze, na str. 8: "między godz. 15-tą a 17-tą miały się odbyć w oddziałach zbiórki, wydawanie broni", "domarsz ubezpieczony do podstaw wyjściowych" ...]. W dodatku - wprowadzając taką zmianę w planie uderzenia, nie pomyślano o tym, by zmienić cele i zadania pierwszego powstańczego natarcia - to, co można było jeszcze wykonać jakoś pod osłoną ciemności, stawało się zupełnie niewykonalne w świetle dnia; z błędu tego i z przeoczenia wyrośnie potworna, przerażająca prawda o rzuceniu prawie bezbronnej młodzieży i dzieci w świetle dnia na najeżone karabinami maszynowymi niemieckie bunkry betonowe i zwoje drutu kolczastego *[(131a) Kierownictwo Podziemia wciągnie w wir swego szaleństwa i skaże na mękę i śmierć nawet małych harcerzy i dziewczęta od 14 lat!... Używać się ich będzie w powstaniu głównie jako gońców, łączniczki, sanitariuszki. Dzieci te wynosić będą rannych z pola obstrzału, przedzierać się z meldunkami i rozkazami nie tylko pod ogniem nieprzyjaciela, ale także przez linie walki, do oddziałów odciętych lub otoczonych, często przez potworne kanały podziemne. Nie będzie dla tych dzieci ani żądań niewykonalnych, ani granic w odwadze, bohaterstwie, poczuciu obowiązku! Bezprzykładne wartości moralne tej dziatwy nie usprawiedliwiają kierownictwa, nie rehabilitują go, przeciwnie - wyzyskiwanie tych wartości dziatwy powiększa ogrom odpowiedzialności! ... O dzieciach i dziewczętach w powstaniu mówi dużo literatura: Borkiewicz, Bór-Komorowsiki, W. Zagórski, Podlewski, "Pamiętniki żołnierzy baonu Zośka". Stwierdzają to też Niemcy; zob. np. zeznania E. von dem Bacha: "Zburzenie Warszawy", str. 68-69. Zob. też Joanny Żwirskiej "Ogień i druty" (Warszawa, 1958) oraz Kazimierza Mirskiego-Malinowskiego "Łączniczki" w krak. "Tygodniku Powszechnym" nr. 31/497/1958 i Gabrieli Mystek "Pamiętnik sanitariuszki Elżbiety" w warsz. "Przeglądzie Kulturalnym" nr. 33-34 (311- 312) z 14-21. VIII. 1958. W pierwszym dniu powstania polegnie Krystyna Krahelska ("Danuta") - autorka popularnej piosenki: "Hej, chłopcy, bagnet na broń!"; rysy jej utrwalone w rzeźbie "Syreny" (wykonany przez L. Nitschową, wzniesiony przed wojną na Powiślu pomnik). W czwartym dniu powstania polegnie w 23-im roku życia poeta Krzysztof Kamil Baczyński.].

Odprawę tę, 26 lipca, Bór-Komorowski, po naradzie z Jankowskim, zamykał decyzją: "na razie" nie ma jeszcze "podstaw do wystąpienia zbrojnego", zapowiadał jednak, że walka w Warszawie zostanie podjęta "w najbliższych dniach", zależnie od sytuacji na zbliżającym się froncie niemiecko-sowieckim, a także od "zachowania się Niemców" w Warszawie. W wyniku ostatecznym odprawy ustalono, że "uderzenie rozpocznie się na specjalny rozkaz dowódcy AK" i nie wcześniej, jak "w chwili, gdy wojska sowieckie zdezorganizują obronę niemiecką na przyczółku" warszawskim i "gdy zarysuje się sowiecki ruch oskrzydlający Warszawę od południa" *[(132) Zob. w "Polskich Siłach Zbrojnych, t. 3-ci, AK", str. 707, które i w tym wypadku nie podają daty, w komentarzu jednak wyjaśniają, że w dowództwie AK spodziewano się ruchu rosyjskiego "z przyczółka pod Magnuszewem przy ujściu Pilicy"; przypuszczano, że "Rosjanom łatwiej będzie zająć Warszawę atakiem oskrzydlającym, niż uderzeniem frontowym, które musiałoby przekraczać Wisłę w walce" ...]. Mimo, iż decyzja była jasna, nawet bez oznak zwykłej u Bora niepewności i chwiejności, płk. Chruściel, nazajutrz, 27 lipca, o godzinie 7-ej wieczorem, pod wpływam wiadomości o wezwaniu ludności do pracy przy rowach strzeleckich wyda rozkaz "alarmowy", nakazując siłom okręgu "zgrupować się na stanowiskach wyczekiwania i czekać na ogłoszenie godziny "W" (czyli terminu wystąpienia zbrojnego), z zastrzeżeniem, że "wkroczyć czynnie przed zarządzeniem godziny "W" można "tylko w wypadkach szczególnie usprawiedliwionych", "głównie w rejonie zbiórek" *[(133) Rozkaz Chruściela określany jest niemal wszędzie jako "działanie na własną rękę", nawet jako "zuchwała samowola". Bór-Komorowski sprawę tę, mimo fatalnych jej skutków, pomija w swej "Armii Podziemnej" zupełnym milczeniem. Chruściel w liście do płk. Rzepeckiego z 29. IX. 1957 (zob. w "Wojsk. Przegl. Hist." nr. 2/7/1958, str. 324) twierdzi, iż pogotowie 27 lipca zarządził "w porozumieniu z gen. Borem". Przemawia za tym brak jakichkolwiek śladów reakcji Bora na tę samowolę. Z drugiej strony wszakże - Bór-Komorowski, w wielu sytuacjach zagubiony i bezradny, puszczał płazem niejedną samowolę podwładnych, Chruściel zaś w kilku innych wypadkach najwyraźniej lekceważył Bora-Komorowskiego, a nawet i rozkazów jego "nie przyjmował do wiadomości" - zob. dla przykładu niżej, przypis 173. Chruściel w swej próbie uzasadnienia celowości zarządzenia powie, iż powoływanie przez Niemców ludności do prac przy fortyfikacjach groziło "rozbiciem oddziałów A. K." Ponadto powie, iż chodziło mu o "uspokojenie umysłów", o "przeciwdziałanie samodzielnym wystąpieniom" (zob. wyżej przypis 124.) Kirchmayer (w "Wojsk. Przeglądzie Hist.", nr. 3/8/1958, na str. 376) inicjatywę postawienia okręgu warszawskiego w stan pogotowia już 27. VII. przypisuje Chruścielowi, dodając, że nie było "ani możliwe, ani prawdopodobne, żeby płk. Chruściel odważył się na powzięcie takiej decyzji, gdyby nie wiedział uprzednio i nie wiedział z pewnością, że postanowienia "Burzy", dotyczące Warszawy, zostały przekreślone, i że zapadła owa zasadnicza decyzja wywołania powstania, chociaż jeszcze bez szczegółowego określenia daty wybuchu". "Monter"-Chruściel sam stwierdzał, a w ślad za nim Borkiewicz notował, iż "ostatnią odprawę" z oficerami swego sztabu i dowódcami Śródmieścia, Żoliborza, Woli, Ochoty, Mokotowa, Pragi, Okęcia miał "Monter"-Chruściel przy ul. Raszyńskiej 27 lipca w godzinach popołudniowych, zapowiedział, że "w każdej chwili należy spodziewać się rozkazu wystąpienia", zarządził też "stałe urzędowanie sztabu". Odprawa ta o kilka godzin wyprzedzała zarządzenia niemieckie o powołaniu ludności do pracy przy fortyfikacjach. Wynikałoby z tego, iż zarządzenie Niemców było dla Chruściela tylko impulsem do uzewnętrznienia niecierpliwego pędu do szaleńczego zrywu. Rzepecki ("Wojsk. Przegl. Hist." str. 323): "Pamiętam, że nazajutrz po odprawie płk. Monter uzasadniał swój krok m. in. otrzymaną wiadomością, że ostre pogotowie zarządziła komenda A(rmii L(udowej)". O obawach przed A.L . pisze, w oparciu o list Iranka-Osmeckiego, Borkiewicz na str. 25. Zob. też niżej przypis 153. Gen. Chruściel w liście do mnie z 12. XII. 1958 o zarządzeniu pogotowia w dn. 27 lipca pisał: "Bór wiedział i nie było u nas obu najmniejszego wahania, że należy to zrobić. Nie ma na to świadka, gdyż Bór był sam i ja byłem sam ... Na to alarmowe spotkanie wykorzystaliśmy lokal "Benedykta" (Muzyczki) - ul. Żelazna l, parter. Bór zgodził się bez zastrzeżeń ... i zaraz zaczął mi się zwierzać, że poprzedniego dnia wytrzymał skutecznie duży napór ze strony członków swego sztabu, by zaczynać walkę bez zwłoki. Nie pytałem się, kto z jego sztabu był najbardziej niecierpliwym. Nie miało dla mnie znaczenia, kto chce rozpoczynać już, a kto czekać, bo i tak ja miałem głos zasadniczy"...]. Rozkaz ten, równoznaczny z mobilizacją i wprowadzeniem stanu pogotowia przedpowstańczego, został wykonany nazajutrz, 28 lipca; oddziały zebrały się sprawnie w wyznaczonych punktach i lokalach konspiracyjnych w około 80% stanów ewidencyjnych, zajęły stanowiska wyjściowe i całą noc z 28 na 29 lipca spędziły w oczekiwaniu na rozkaz natarcia o świcie, przez cały bowiem czteroletni okres konspiracji obowiązywała wpajana we wszystkich zasada, że rozkaz takiego pogotowia równoznaczny jest z decyzją rozpoczęcia walki i że raz wydany - już w żadnym wypadku nie może być odwołany. Mimo to nazajutrz Bór-Komorowski polecił Chruścielowi "rozładować ostre pogotowie", co w rozkazie odwoławczym ujęte zostało w tryb warunkowy: "Jeżeli Niemcy nie zastosują represji za niezgłoszenie się ludności do robót, to należy złagodzić stopień pogotowia do rozmiarów początkowych", tzn. "trwania w pogotowiu, ale nie przerywania swych zajęć, nie przebywania w zespołach zwartych, a bazowania wszystkiego na doskonałej łączności wewnętrznej" *[(134) Zob. u Borkiewicza ("Powstanie warsz.") str. 25, u Kirchmayera ("Kilka zagadnień"), str. 116-117, u Rzepeckiego ("Wojsk. Prz. Hist.") str. 324-326, w "Polskich Siłach Zbr., t. 3-ci, AK", str. 710, u Wł. Bartoszewskiego "Sierpień i wrzesień Warszawy" w krak. "Tygodniku Powszechnym" nr. 30/445/1957. Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie"): "Pogotowie zostało po 24 godzinach odwołane, skoro się okazało, że administracja niemiecka nie odważyła się pójść na drogę represji za zlekceważenie zarządzeń". Gen. Chruściel w liście do mnie z 12. XII. 1958: "Odwołanie pogotowia: monografiści się mylą, pisząc, że Bór kazał je rozładować. To było już uzgodnione tego samego dnia na lokalu Muzyczki"; w takich sytuacjach "spotkania są trudne, pisma mogą nie być doręczone", więc z góry omówiono wszystko.]. Niezdecydowane brzmienie rozkazu, uzależnienie wykonania go od zachowania się Niemców *[(135) Rozkaz ten mówił: "Jutrzejszy dzień powinien dać wyjaśnienie położenia i postawy okupantów wobec sabotażu zarządzenia"; podkreślał jednocześnie: "trzymanie oddziałów zwartych w pogotowiu może osłabić i zniechęcić żołnierzy". W punkcie 2-im rozkaz mówił, że jeśli zostanie wyznaczona godzina wystąpienia, to "wiadomość tę podać w dół, do szczebla dowódców plutonów", "szeregowi mają wiedzieć, że idą na jedną ze zbiórek"... Ludność Warszawy zlekceważyła i zbojkotowała wezwanie niemieckie do pracy przy fortyfikacjach. Na wyznaczone punkty zbiórki zgłosiło się zamiast 100 tysięcy tylko ok. 100 osób. Przysłane po tych "ochotników" niemieckie samochody ciężarowe odjechały puste. Brak jakiejkolwiek na to reakcji ze strony Niemców jedni tłumaczyli sobie jako "dowód słabości", drudzy widzieli w tym "taktykę czasowego niedrażnienia" Warszawy, inni wreszcie, a wśród nich Bór-Komorowski, oczekiwali drapieżnych "kroków prewencyjnych".], wywołać musiało zamęt i chaos - szkodliwy, a w warunkach chwili bardzo niebezpieczny: gdy bowiem żołnierze AK, wskutek pierwszego rozkazu Chruściela z 27 lipca, pieszo, tramwajami, dorożkami, rikszami, zdążali ku lokalom alarmowym lub już skupiali się w nich, łącznicy rozbiegali się z nowym rozkazem odwoławczym; nie zdążył on dostrzec wszędzie przed godziną policyjną, prawie wszystkie oddziały spędziły więc noc w punktach zbiórki, w setkach mieszkań i lokalów (sklepy, biura, składy) w nastroju napiętego oczekiwania; "rozładowywanie" koncentracji odbywało się od rana 29 lipca - na szczęście .bez poważniejszych incydentów *[(136) Obala to "argument" obaw przed "spontanicznym" wybuchem. Oddziały nie rzucały się na Niemców, jedynie ujawniony na zbiórkach brak broni wywoływał próby zdobycia jej na Niemcach; tu i tam wybuchała strzelanina; do krótkiej walki doszło w paru wypadkach, i tylko tam, gdzie Niemcy wykryli zbiórkę oddziałów. Jeszcze w rok po powstaniu Chruściel (w "Polsce Walczącej" nr. 46/1945) pisał: "Zarządziłem na dzień 28. VII. 1944 ostre pogotowie oddziałów. Z tego rozkazu wynikało trzymanie zespołów w lokalach konspiracyjnych w celu uspokojenia umysłów, przeciwdziałania samodzielnym wystąpieniom, które mogły spowodować przedwczesny wybuch". Płk. E. Radwan-Pfeiffer w liście do mnie z 5 stycznia 1959: "Zarządzenie z 27 lipca miało absolutnie ujemne skutki. Niemcy zostali zaalarmowani" ... w kilku wypadkach "nie dało się już wycofać żołnierzy AK z zajętych kwater wyczekiwania. Broń wydobytą z ukrycia i rozdaną trudno było ściągnąć"; po otrzymaniu rozkazu odwoławczego "rozładowywanie" odbywało się "w biały dzień", "wśród licznych przechodniów", "w tym oczywiście i Niemców" . . "Na pl. Dąbrowskiego nawaliło mi auto ciężarowe, naładowane bronią i amunicją. Tylko dzięki szczęściu udało się je wyprowadzić" .. .], ale wśród zdumienia, niepewności, wahań, z wielkim uszczerbkiem dla powagi dowództwa AK i zaufania do niego, z nieuniknionym ujawnieniem wielu zakonspirowanych dotąd lokalów alarmowych i miejsc zbiórek, z zaostrzeniem czujności Niemców, z przekreśleniem czynnika zaskoczenia, z pogłębieniem wśród ludności niespokojnego podniecenia, z poderwaniem w szeregach nastroju, z wywołaniem nie tyle poczucia zawodu, ile rozgoryczenia, zniechęcenia, dosadnego złorzeczenia *[(137) Zamęt wytworzył się tym większy, iż wskutek pogmatwanego brzmienia rozkazu odwoławczego (zob. przypis 135) niektóre oddziały pozostały w punktach zbiórki; kolejny rozkaz Chruściela z 29. VII. mówił: "Dochodzą do mnie wieści, na razie z rejonu XXI, że grupy zwarte, w oczekiwaniu na dalsze rozkazy, ujawniły się, zamykając bloki domów, legitymując wchodzących, zamykając ludność w blokach itp. Te środki ostrożności są konieczne, ale nie przed godziną "W", bo grożą całkowitą dekonspiracją lokali i zespołów" ... W jakimś związku ze stwierdzonym tu przez Chruściela stanem rzeczy pozostają słowa Bora-Komorowskiego, który w wywiadzie dla prasy (lond. "Dziennik Polski" nr. 112 z 14. V. 1945) bezpośrednio po przybyciu do Londynu z niewoli niemieckiej mówił: "Ponieważ Niemcy wyznaczyli godzinę policyjną od 8-ej wieczór do 5-ej rano - nasze oddziały były zmobilizowane na kilka dni przed wybuchem powstania i oczekiwały na swoich posterunkach na rozkaz walki". Na pytanie moje, czy po odwołaniu pogotowia część oddziałów - i jaka - pozostawała w punktach zbiórki? - otrzymałem od gen. Chruściela odpowiedź niejasną: "To, co mówi Bór o zmobilizowaniu oddziałów na kilka dni przed walką, oznacza, że druga mobilizacja powinna była iść gładko, bo przecież poprzedziła ją próba pierwsza, istotna. Pierwsza mobilizacja i doświadczenia z niej płynące, pozwalały liczyć na bardzo sprawną już następną koncentrację".].

To zarządzenie koncentracji i odwołanie jej w trakcie wykonywania jest dostatecznie wymownym wyrazem panującej w Komendzie Głównej AK atmosfery nerwowego podniecenia, niepewności, wahań i działania bez głębszego wnikania w możliwe, a nawet nieuniknione skutki *[(138) Inne powzięte w tymże czasie decyzje zaważą ciężko na przebiegu walki powstańczej: 28 lub 29 lipca postanowiono, że Komenda Główna zmieni przewidziane dla niej "miejsce pobytu" w lokalu przy ul. Chylickiej (Mokotów) na fabrykę mebli Kamlera na Woli; wydzielone kwatermistrzostwo lokowano w gmachu sądów na Lesznie. Pociągało to za sobą konieczność reorganizacji łączności w ostatniej chwili, gdy gorączkowy zamęt i bez tego już był wielki; komplikacje dodatkowe wyrastały ze zmiany decyzji co do "Baszty" i "Kedywu" - liczyły one razem ok. 4,500 wyborowego i najlepiej uzbrojonego żołnierza, miały osłaniać Komendę Gł. i były dla niej odwodem, który w razie potrzeby można by rzucić na jakiś odcinek w krytycznej chwili walki. Na żądanie Chruściela "Baszta" pozostawała na Mokotowie, "Kedyw" (ok. 2,300 ludzi) odchodził na Wolę; zabraknie mu czasu na przemyślenie nowych zadań; odwód zaś Komendy Gł. zostanie zredukowany do połowy. Iranek-Osmecki ("Orzeł Biały") w polemice z Borkiewiczem dowodzi, iż kwatera Komendy Gł. miała być na Mokotowie w wypadku powstania powszechnego; w powstaniu warszawskim chciano być "w samym mieście, a nie na peryferiach". Takie czy inne uzasadnienie zmiany nie przekreśli faktu, iż wprowadzona w ostatniej chwili przed wybuchem zwiększyła zamęt i dać musiała ujemne skutki. Zob. niżej, przypis 140. J. Rzepecki ("Na marginesie powstańczych dokumentów BIP" w warsz. "Kwartalniku Historycznym", rocznik XLIV, nr. 6/1957, na str. 93): "Pierwsze wskazówki co do zorganizowania BIP na okres walki otrzymałem 9 grudnia 1943 r. Wynikało z nich, że Komenda Główna AK miała w przeddzień podjęcia walki usadowić się na Mokotowie, na terenie, który miał być opanowany i utrzymany przez podległy jej bezpośrednio pułk Baszta. Na Mokotowie miałem przygotować uruchomienie tych wszystkich organów BIP, które miały podjąć pracę zaraz po wybuchu walki" ... "Dopiero 25 lipca dowiedziałem się niespodziewanie, że na wypadek podjęcia walki Komenda Główna ma przygotowane pomieszczenie na Woli... Moja natarczywa propozycja powrotu do poprzedniej koncepcji spowodowała tylko odłożenie tej decyzji o dobę... Usłyszawszy nazajutrz, że decyzja usadowienia się na Woli pozostaje w mocy, oświadczyłem, że ja i mój personel nie mamy co tam robić, gdyż nie ma (tam) ani jednej drukarni, i zaproponowałem, że przydzielę do Komendy Głównej oficera łącznikowego o najwyższych kwalifikacjach w osobie Zagórskiego, a sam umieszczę się przy kierującym walką "Monterze"-Chruścielu. Pisał też o tym, powołując się na artykuły Rzepeckiego, Wł. Bartoszewski w krak. "Tygodniku Powszechnym" m 32/498 z 10. VIII. 1958 ("Anna w służbie powstania"), dodając od siebie (w pełnym brzmieniu) rozkaz Bora-Komorowskiego z 6. X. 1943 o "Organizacji kierownictwa informacji i propagandy wojskowej w okresie powstania".]. Odbywające się codziennie odprawy poświęcone były głównie próbom oceny sytuacji na froncie niemiecko-rosyjskim i atmosfery wewnątrz Warszawy i w kraju. 28 i 29 lipca odprawy zamykano stwierdzeniem, iż sytuacja nie dojrzała jeszcze do wszczęcia walki *[(139) W swoich poszukiwaniach i badaniach trafiłem na ślad jakiegoś,, ponoć bardzo energicznego, wystąpienia Okulickiego, który w trakcie odprawy 29 lipca próbował przeciąć wahania Bora, przypominając mu rok 1830, powstańczy zapał młodzieży i kunktatorstwo góry wojskowej. Bór słuchać miał tego w milczeniu, z twarzą, ukrytą w dłoniach. Nie mogę uważać tego za fakt bezsporny, gdyż nie znalazłem dostatecznie mocnego potwierdzenia dla tej relacji. Z podobnymi zastrzeżeniami traktować muszę tę część tejże relacji, która mówi, iż 29. VII. Bór omawiał ze swymi sztabowcami "wniosek" Okulickiego, by "osaczyć" Warszawę, zamknąć skupionych w niej Niemców, jak w "kotle", i zmusić ich do kapitulacji po walce, raczej krótkiej. Za pewne potwierdzenie, iż istniał i taki pomysł, uznaćby można słowa samego Bora-Komorowskiego, który w wywiadzie prasowym (lond. "Dziennik Polski" nr. 112/1945) mówił: "Celem naszym było otoczenie i zdobycie całego miasta" ...], omawiano też sprawy, związane z przyszłą walką - dowodzić miał płk. Chruściel, jako komendant okręgu warszawskiego, Bór-Komorowski ze swym sztabem decydować miał o sprawach zasadniczych, takich, jak rozpoczęcie walki, regulowanie jej nasilenia, przerwanie jej, wprowadzenie do współdziałania bojowego innych okręgów AK; zrezygnowano w tej fazie narad z przewidywanego poprzednio rozbicia dowództwa AK na dwa "rzuty" *[(140) Pozostający w Warszawie sztab Komendy Gł. podzielono na trzy grupy: pierwsza z Borem-Komorowskim i Pełczyńskim (razem ok. 20 osób, wśród nich delegat rządu i prezes R. J. N. Pużak) miała być głównym ośrodkiem kierowniczym; zespół drugi, umieszczony w znacznej odległości od pierwszego, miał za zadanie uruchomić służby pomocnicze; trzeci stanowił "rezerwę oficerów sztabowych" dla prac i zadań, które wyłonić się miały w trakcie walki - zob. u Bora-Komorowskiego w "Armii Podziemnej", str. 264. Zob. też wyżej, przypis 138. Do sprawy tej wracam w końcowej części rozdziału (rozkaz Bora z 14. VIII. 1944).] - uznano, iż sieć łączności radiowej z okręgami rozbudowana jest w takiej mierze, iż zespół Komendy Głównej zdoła, zostawszy w walczącej Warszawie, dowodzić całością sił AK w kraju *[(141) Zob. wyżej, przypis 138. "Polskie Siły Zbrojne, t. 3-ci, AK", str. 707-708 stwierdzają, iż za cel wystąpienia zbrojnego przyjęto "pełne opanowanie" Warszawy i utrzymanie jej w rękach polskich "do chwili wkroczenia wojsk sowieckich", samą zaś akcję postanowiono wykonać "zasadniczo w sposób ustalony w planach powstania powszechnego" ... Gen. Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie") - opisując odprawę w Komendzie Głównej z 25 lipca (zob. wyżej przypis 78a) tak określa: "zadanie - opanować miasto, lotniska Okęcie i Bielany oraz radiostację Raszyn, unieruchomić warszawski węzeł kolejowy" ... "Do wykonania takiego zadania oddziały okręgu były przygotowywane od r. 1941. Położenie jednak pod koniec lipca 1944 było różne od tego, w jakim walka powstańcza w całym kraju, a więc i w okręgu stołecznym, była planowana. Przeciwnik był silniejszy, niż kiedykolwiek, nie było objawów dezorganizacji ani w wojsku, ani w administracji niemieckiej, ale za to zbliżał się potężny zalew frontu rosyjskiego, którego pierwsze fale uderzyły o południowo-wschodnią część okręgu, t. j. Otwock i Miłosne, a od południa o Warkę" ... "Plan własny polegał na równoczesnym uderzeniu na wszystkie przedmioty natarć z zaskoczeniem przeciwnika. Wysiłek główny w środkowej części Stolicy, obejmujący wszystkie mosty na Wiśle, i centralnej na Pradze, z dworcami wschodnim, wileńskim i praskim" ...]. Tegoż dnia, w wyniku poufnej narady w szczupłym gronie trzech (Bór-Komorowski, Pełczyński i Okulicki) postanowiono, że w razie, gdyby Komenda Główna AK z "jakichkolwiek względów" nie mogła pełnić swoich funkcji, dowództwo nad AK obejmie Okulickli, z tym, że na razie, a jeszcze przed wybuchem w Warszawie, wyodrębni się z nielicznym zespołem pomocników z Komendy Głównej, "zakonspiruje się" w Stolicy i będzie się starał utrzymywać "w sposób jak najbardziej ukryty", łączność z gen. Pełczyńskim i płk. Chruścielem. Pozostawało to niewątpliwie w ścisłym związku z decyzją ujawnienia się Bora-Komorowskego wobec Rosjan po ich wkroczeniu do Warszawy, było też zgodne z decyzjami, powziętymi w tej sprawie dawniej *[(142)  Bór-Komorowski w "Armii Podziemnej", str. 343, mówiąc o "celowym wyłączeniu" Okulickiego na okres walk w Warszawie "z prac w ścisłym sztabie", stwierdza: "Przewidywałem użycie go nadal w konspiracji, w razie, gdyby warunki zmusiły mnie i "Grzegorza" (Pełczyńskiego) do ujawnienia się" ... Okulicki, przebywający w kraju dopiero od paru miesięcy, "nie był jeszcze zdekonspirowany i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wywiad nieprzyjacielski nie miał o nim jeszcze żadnych danych"... Rzepecki ("Wojsk. Prz. Hist.", str. 326) popełnia błąd, wiążąc tę sprawę z postacią płk. "Nila"-Fieldorfa i z organizacją "Nie". "Polskie Siły Zbrojne, t. 3-ci AK", str. 708 stwierdzają, że po decyzji z 29 lipca Okulicki "nie brał już udziału w pracach dowództwa AK aż do połowy września 1944". Borkiewicz jednak i Rzepecki wymieniają Okulickiego wśród obecnych na odprawie w dniu 31 lipca, kiedy to zapadnie ostateczna decyzja rozpoczęcia walki. W pierwszej połowie września, gdy Pełczyński 4. IX. zostanie ciężko ranny, Okulicki obejmie po nim szefostwo sztabu AK.].

Dwa inne momenty z tej fazy narad - wśród niepewności i wahań - miały znaczenie głębsze: 28 lipca nadeszła z Londynu depesza Mikołajczyka-Banaczyka, upoważniająca kraj do ogłoszenia powstania w momencie przezeń wybranym; jeśli ta "autorytatywna" zachęta do powstańczego skoku w przepaść mogła tylko dolać oliwy do ognia, to strumieniem zimnej wody na podniecone umysły powinna była być, a nie stała się, relacja emisariusza Nowaka-Jeziorańskiego, który już 29 lipca był w Warszawie i szczegółowo poinformował Bora-Komorowskiego i jego sztab o stanie sprawy polskiej w ramach ogólnej sytuacji wojenno-politycznej, przedstawił stanowisko Naczelnego Wodza, rachuby Mikołajczyka i nawet przebieg tajnych w Londynie rozmów z Lebiediewem *[(143) Zob. wyżej, przypis 87, także u Bora-Komorowskiego w "Armii Podziemnej", str. 229- 230, u J. Nowaka-Jeziorańskiego "Operacja Whitehorn" w "Kulturze" nr. 21/1949. Nowak w swej relacji stwierdza, że przed odlotem z Londynu do kraju przeglądał gruntownie udostępnione mu dossiers polskiego M. S. Zagr.; lektura "czyniła wstrząsające wrażenie"; teherańskie decyzje oddawały "całą Polskę bez zastrzeżeń, bez reszty, bez względu na dalszy bieg wypadków pod niepodzielną okupację czerwonej armii"... "rząd polski w Londynie i społeczeństwo w kraju, walcząc o niepodległość, walczyły o straconą już pozycję". Musiał jednak Nowak przedstawić w Komendzie Gł. także "racje" Mikołajczyka, wg którego: "jedynym atutem, jakim rozporządzamy, jest poparcie społeczeństwa" ... "musimy użyć tego poparcia dla wykazania, że jesteśmy gotowi do współpracy z Rosją" ... "Armia Krajowa musi walczyć z Niemcami do końca i wspierać postępy armii czerwonej" ... "nie możemy pozwolić sobie na to, abyśmy w tym krytycznym momencie zostali wyłączeni z rodziny narodów sprzymierzonych".]. Hamującego wpływu to nie wywarło, stokroć dobitniej bowiem przemawiał do umysłów zbliżający się huk rosyjskich armat spoza Wisły - w ostatnich dniach lipca, w oparciu p wiadomości niezbyt pewne i trudne do sprawdzenia *[(143a) Zob. niżej, przypis 150.] sądzono, że oddziały rosyjskie, po przekroczeniu środkowej Wisły i zorganizowaniu przedmościa pod Magnuszewem i drugiego pod Janowcem, posuwać się będą szybko na tyłach niemieckich na Radom i na Mszczonów, - że na przedmościu warszawskim wkraczają do Radzymina, i, przełamując umocnienia niemieckie, do Otwocka, Świdra, Miłosnej, Wołomina, - że rosyjskie patrole pancerne wdzierają się już do Targówka, a więc na krańce Pragi; stwierdzano, że dowódca 73-ej dywizji niemieckiej, broniącej przedmieścia, gen. Franek, wraz ze sztabem, dostał się do niewoli rosyjskiej, że z Legionowa Niemcy uciekali w panice, że lotnictwo rosyjskie, dysponujące sześcioma zdobytymi lotniskami w pobliżu Warszawy, za dnia i w nocy krąży nad miastem, atakując obiekty niemieckie i szlaki komunikacyjne. Ale nie tylko sytuacja na froncie, choć płynna, zmienna i niejasna, w zasadniczym zarysie jednak mówiąca o przewadze rosyjskiej, kazała się spodziewać dalszych szybkich postępów rosyjskich. Radiostacja moskiewska podsycała bezustannie atmosferę napiętego wyczekiwania *[(144) Już 15 lipca Moskwa nadawała przez radio po polsku: "Z chwilą rozpoczęcia inwazji wola walki wzrosła w szeregach armii podziemnej; ogólnie sądzi się, że nadszedł czas do działania; rozkazy Sosnkowskiego i Bora wywołują wielkie niezadowolenie" ...]. Wprawdzie apel radiowy Moskwy z soboty 29 lipca mógł być 'też strumieniem zimnej wody, odsłaniał bowiem w pełni cele Kremla: "Warszawa bez wątpienia słyszy już huk armat w bitwie, która wkrótce przyniesie jej wyzwolenie. Ci, którzy nigdy nie ugięli się przed przemocą Hitlera, przyłączą się znowu, tak, jak w roku 1939, do walki przeciw Niemcom, tym razem do działania decydującego. Wyszkolona w ZSRR armia polska, wkraczająca teraz na ziemie polskie, łączy się z armią ludową, aby stworzyć korpus wojsk polskich - zbrojne ramię narodu naszego w jego walce o niepodległość. W szeregach jej znajdą się jutro również synowie Warszawy. Wraz z armią sprzymierzoną będą oni ścigać wroga na zachód oczyszczą ziemię polską z zarazy hitlerowskiej i zadadzą cios śmiertelny bestii imperializmu pruski ego" *[(145) Fragment tego apelu, złożony tu tłustym drukiem, zapowiadał tak wyraźnie powtórzenie w Warszawie gwałtu, dokonywanego w tym czasie w Lublinie! ...] ... W dalszym jednak ciągu apel dostosowany był do nastrojów, panujących w Stolicy: "Dla Warszawy, która nigdy się nie poddała i nigdy nie ustała w walce, godzina czynu wybiła!"... Zapowiadając dalej, iż "Niemcy zechcą na pewno bronić się w Warszawie" i przysporzą przez to "nowych zniszczeń" i nowych "tysięcy ofiar", że "miasto obrócą w ruiny, ludność wystawią na zagładę", - że "przepadnie wszystko, co nie będzie ocalone czynem", - Moskwa w konkluzji podkreślała, że "bezpośrednią, czynną walką na ulicach Warszawy, po domach, fabrykach, magazynach", nie tylko się przyśpieszy "chwilę ostatecznego wyzwolenia", lecz się ocali również "majątek narodowy" i "życie braci"... Nazajutrz, 30 lipca, popołudniu i wieczorem, radiostacja sowiecka "imienia Tadeusza Kościuszki" powtórzyła kilkakrotnie apel swój w zbliżonym brzmieniu: "Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się już do Pragi. Nadchodzą, aby przynieść wam wolność. Niemcy, wyparci z Pragi, będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie... Ludu Warszawy!... Do broni!... Niech ludność cała stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej (komunistycznej), wokół warszawskiej armii podziemnej!... Uderzcie na Niemców!... Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych!... Pomóżcie czerwonej armii w przeprawie przez Wisłę!... Milion ludności Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność!"... Równocześnie z krążących nad miastem samolotów sowieckich sypały się ulotki, w słowach tak samo gorących zachęcające do chwycenia za broń. W tym samym czasie nadeszła wiadomość, że Mikołajczyk jest już w drodze do Moskwy. Toteż Bór-Komorowski z apelów radiowych Moskwy odnosił "wrażenie, że Rosjanie uważali chwilę za dojrzałą" do rozpoczęcia walki w Warszawie *[(146) Zob. w jego "Armii Podziemnej", str. 231, gdzie stwierdza też: "W każdym razie było to pośrednim potwierdzeniem przez Moskwę, że uznaje sytuację Niemców za krytyczną"... "Polskie Siły Zbrojne, t. 3-ci, AK", str. 702: "Pomimo braku zaufania do etyki sowieckiego kierownictwa wojennego dowództwo AK przywiązywało do wezwań radia sowieckiego pewną wagę, wiązały się one bowiem z rozwojem sytuacji i - wydawało się - zapowiadały nadchodzące uderzenie sowieckie na Warszawę".].

Odprawa w Komendzie Głównej AK w godzinach rannych 31 lipca, zamknięta - jak i poprzednie - w ramach wymiany poglądów i ocen sytuacji, z wnioskiem głównym, że sytuacja nie dojrzała jeszcze do wystąpienia *[(147) A. Pomian-Dowmuntt w broszurze swej "Powstanie warszawskie 1944" (Londyn, 1946, str. 41) pisze, iż w "Komendzie Gł. nie brakowało głosów, że z chwilą wybuchu walk w Warszawie armia czerwona rozmyślnie wstrzyma swe działania i pozwoli Niemcom utopić miasto we krwi". Autor nie podaje ani daty, ani nazwisk. Nie zdołałem ustalić, kto i kiedy rzucał w Komendzie Gł. takie ostrzeżenia. Iranek-Osmecki ("Orzeł Biały", nr. 35-36/1956) w niefortunnej polemice z Borkiewiczem twierdzi ogólnikowo, też nie podając dat, ani nazwisk, że uczestnicy odpraw w Komendzie Gł. mówili "bardzo wiele o możliwym zachowaniu się armii czerwonej" ... "w wyniku dojścia nad Wisłę armii czerwonej powzięto decyzję walki o Warszawę", toteż "czynnik" ten - "podstawowy" - był "studiowany i rozważany równie gruntownie ... na każdej odprawie Komendy Gł." ... "To było jedno z kluczowych zagadnień" ... Istotnie, niesposób wyobrazić sobie, by o Rosji nie mówiono, zdaje się jednak, iż widziano ten problem w tragicznie zawikłanym kole bez wyjścia. Typowym przykładem byłby tu Z. Zaremba ("Wojna i konspiracja", str. 285-236), który, opisując nocną rozmowę swoją z Okulickim i Rzepeckim, na krótko przed wybuchem: "Długo... przeżuwaliśmy te ciężkie tematy... możliwości nawiązania współpracy, choćby tylko wojskowej, z Sowietami, nie było żadnych. Bez tego zaś bezsensem stawało się nie tylko ogólne powstanie przeciwko Niemcom, ale nawet dalszy udział w walce. Trudno mi przypomnieć, czy ktoś z nas postawił tak wyraźnie sprawę, ale piekielna wątpliwość musiała drążyć nasze umysły". Gen. T. Pełczyński w art. "Zagadnienie sowieckie w Polsce", w lond. "Bellonie" nr. 2/1957, mówi raczej o okresie dowództwa gen. Roweckiego i "Burzy" na ziemiach wschodnich; w art. "O powstaniu warszawskim", w "Bellonie" nr. 3/1955, pisze, iż można było łatwo sobie "wyobrazić, że zaraz po opanowaniu Warszawy przez wojska sowieckie wkroczyłyby do Stolicy formacje Berlinga, aby odbyć zwycięską defiladę "wyzwolenia"... defiladę tę "odbierałby marsz. Rokossowskij" i "Komitet lubelski"... Gen. Chruściel w broszurze swej (na str. 7): "Uzgodnione z aliantami obowiązkowi (?) współdziałanie z armią czerwoną wskazywało na konieczność wystąpienia do walki nawet przy świadomości, że nacierająca do tej pory z rozmachem armia czerwona zatrzyma się i będzie się przyglądać walce, prowadzonej przez AK... Liczyliśmy, że armii czerwonej opłaci się zająć bez żadnego własnego wysiłku uwolnioną Warszawę i miasta podstołeczne. Na Warszawę szła przecież armia Berlinga. Wkroczenie jej do Stolicy z orkiestrami było od kilkunastu dni zapowiadane przez radio" ...], - trwała krótko i zakończyła się stwierdzeniem, że "walka nie zostanie podjęta l sierpnia i mało jest prawdopodobne podjecie jej 2 sierpnia" *[(148) Gen. Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie"): "W tym dniu (t. j. 31 lipca) o godz. 9-ej (Chłodna 4, m. 12) zameldowałem dowódcy AK o położeniu i wydanych rozkazach. Dowódca AK był w towarzystwie wicepremiera na kraj, szefa sztabu, szefów oddziałów III i VI sztabu oraz pani H. K. (Karasiówna). Płk. Rzepecki w "Wojskowym Przeglądzie Historycznym" nr. 2/7/1958 na str. 330: "Referat szefa oddziału II (wywiad, płk. Iranek-Osmecki) był główną podstawą decyzji, że walka nie zostanie podjęta 1. VIII." ... Gen. J. Kirchmayer ("Uwagi i polemiki", Warszawa, 1958, na str. 85/86 oraz we wcześniejszym szkicu "Na marginesach Polskich Sił Zbrojnych" na str. 309) zarzuca autorom "Polskich Sił Zbrojnych", że "unikali" podania "dokładnego przebiegu decydujących narad" i że "tajemnicą okryli" moment decyzji co do tego, by "nie wywoływać powstania" ani 1. VIII., ani 2 sierpnia. Rzepecki (w "Wojsk. Przeglądzie Hist." nr. 2/7/1958 na str. 330) odpowiada na to stwierdzeniem, iż na odprawie tej "nie zaszło nic szczególnego - najlepszy dowód, że trwała krótko" ... J. Kirchmayer w odpowiedzi Rzepeckiemu ("Wojsk. Przegląd Hist.", nr. 3/8/1958 na str. 379) twierdzi, że na odprawie tej "większość obecnych" po "przeanalizowanri położenia operacyjnego", nie widziała jeszcze "uzasadnienia do wywołania powstania"; głównym powodem miała tu być "niejasna sytuacja" armii rosyjskiej w rejonie Warki i nie było pewności, czy Rosjanie posuwają się "z tego rejonu na tyły Warszawy". Kirchmayer w "Uwagach i polemikach" na str. 112-113 dodaje, że hamujący wpływ wywierały także "trwające nadal przygotowania niemieckie do obrony Warszawy". Wg Kirchmayera - płk. Iranek-Osmecki (szef wywiadu) "radził czekać na wyjaśnienie położenia".]. Wobec tego odprawa popołudniowa odbyła się w uszczuplonym składzie *[(149) Wg Borkiewicza ("Powstanie warsz.", str. 27) "nie przybyli szefowie IV i VI oddziału (sztabu), spóźnili się szefowie oddziałów II, III i V" ... wzięli w niej udział generałowie Bór-Komorowski, Pełczyński i Okulicki oraz, jak zwykle, "major H. K." (Karasiówna)"... "w trakcie" odprawy przybył "Monter"-Chruściel. Wg Iranka-Osmeckiego ("Orzeł Biały", nr. 10/766/1957) na odprawie tej byli obecni: Bór-Komorowski, Pełczyński, Okulicki, Chruściel, Karasiówna ... "podczas odprawy przyszedł delegat rządu" Jankowski.. . "nie da się ustalić, czy w odprawie tej brali udział płk. Rzepecki i płk. A. Sanojca" ... "natomiast nie brali w niej *udziału płk. Iranek-Osmecki i Pluta-Czachowski"; ci dwaj "nadeszli opóźnieni z powodu trudności komunikacyjnych, gdy inni uczestnicy odprawy już się rozeszli"... Wg Borkiewicza: gdy przybyły z opóźnieniem płk. J. Szostak zapytał Bora-Komorowskiego: "Czy do decyzji pan generał nie potrzebował ani Hellera (Iranek-Osmecki, szef wywiadu), ani mnie" (szef operacji) - Bór-Komorowski "odrzekł, że boi się, czy zdążymy rozpocząć walkę przed wejściem wojsk radzieckich". J. Kirchmayer ("Wojsk. Przegląd Hist.", nr. 3/8/1958, na str. 379) pisze, w formie zarzutu, iż decyzję powstańczą powzięto "na podstawie błędnej wiadomości", (zob. przypis następny), "w szczupłym gronie", bez wysłuchania opinii szefów oddziałów wywiadowczego i operacyjnego, "pod nieobecność większości oficerów, którzy brali udział w porannej odprawie i którzy mieli w tej sprawie wiele do powiedzenia" ..]. Przybyły w trakcie jej płk. "Monter"-Chruściel zaalarmował gen. Bora "pewną wiadomością" o "wkroczeniu czołgów" rosyjskich na Pragę, i domagał się wystąpienia "natychmiastowego", bo "będzie za późno" *[(150) Zob. u Borkiewicza ("Powstanie warsz.", str. 27). Bór-Komorowski w swej "Armii Podziemnej", str. 233, stwierdza, że oczekiwany na godz. 18-tą Chruściel "zjawił się niespodziewanie o piątej z wiadomością, że sowieckie oddziały pancerne wdarły się na przyczółek niemiecki, zdezorganizowały jego obronę i że Radość, Miłosna, Okuniew, Wołomin i Radzymin są już w rękach rosyjskich". Wg Chruściela ("Zeszłoroczne powstanie"): "29 lipca rosyjskie szpice pancerne dotarły do Pragi (Targówka), wrębując się bez trudu w głąb ugrupowania niemieckiego" ... "Rosjanie, nadchodząc z Radzymina, weszli w lukę" ... W tejże relacji pisał Chruściel: "Komendant AK gen. Bór powziął w dn. 31. VII. decyzję rozpoczęcia działań ... Za podstawę był brany m. in. mój meldunek o położeniu bojowym na terenie okręgu" ... Meldunek Chruściela nie odpowiadał rzeczywistości (zob. przypisy 197-199). Co prawda, Chruściel w tejże relacji zapewnia: "Dziesiątki moich oficerów wywiadowczych pracowało codziennie wewnątrz ugrupowania nieprzyjaciela, dając najświeższe wiadomości" ... W liście do mnie z 12. XII. 1958 gen. Chruściel pisał: "Oficerowie wywiadu zostali wyciśnięci z terenu przedmościa warszawskiego, które miało duże nieobsadzone przerwy. Do Warszawy nie wrócili jeszcze ci, którzy byli na kierunku południowym. 31 lipca byłem na wschodnim wylocie Grochowa i w podobnym punkcie na Radzymińskiej. Widziałem na własne oczy, że Niemcy ostatnie rezerwy pchali naprzód, zrywali mechanicznie tory kolejowe i - co ważniejsze - ścięli drzewa przy tych dwu arteriach komunikacyjnych, co miało na celu zagrodzenie drogi pojazdom mechanicznym przeciwnika"... W tymże liście: "Chodziło o to, by się nie pośpieszyć i nie spóźnić. Bór, z którym byłem zawsze w stosunkach przyjacielskich i który w ciągu ostatniej dekady lipca dwa razy się wyraził, że więcej ufa mnie, niż sobie, nie grał wobec mnie roli przełożonego" ...]. Bór-Komorowski - po krótkiej naradzie" - i wbrew decyzji, powziętej w wyniku odprawy porannej, uznał, iż "nadszedł właściwy moment do rozpoczęcia walki o Warszawę"; sądził, iż rosyjskiego ataku na miasto można było oczekiwać z godziny na godzinę" *[(151) Bór-Komorowski w wywiadzie dla prasy w dniu przybycia swego z niewoli 14. V. 1945: "Wyznaczyłem datę wybuchu powstania na godz. 5-tą popołudniu dn. 1 sierpnia... ponieważ Rosjanie zbliżali się coraz bardziej, a Niemcy przygotowywali (?) ewakuację ludności ze stolicy Polski" ... "Spodziewałem się, że Rosjanie wkroczą do Warszawy w ciągu 5 lub 7 dni"... Gen. Pełczyński ("O decyzji warszawskiej" w "Dzienniku Polskim" nr. 180 z 1. VIII. 1945): "Gdy na przedpolu Warszawy styczność bojowa niemiecko-sowiecka została stwierdzona w rejonie Wawra, Miłosnej, Okuniewa i Radzymina, dowódca AK wydał 31 lipca o godz. 18-ej rozkaz, nakazujący rozpoczęcie walki nazajutrz"... Prawie dosłownie powtórzy to gen. Pełczyński w relacji innej ("Powstanie warszawskie" w "Polsce Walczącej" nr. 31 z 3. VIII. 19.46), dodając tylko, że Bór-Komorowski rozkaz swój wydał "w porozumieniu z delegatem rządu" ... Gen. L. Okulicki w późniejszym liście do Prez. Raczkiewicza (zob. przypis 76): "Rozkaz wystąpienia do boju o wolność Stolicy wydał gen. Bór w momencie, gdy wojska niemieckie przeżywały niezwykle ciężki kryzys ... Mieliśmy wszelkie obiektywne dane dla przyjęcia założenia, że Warszawa zajęta zostanie w ciągu kilku dni, jeśli nie godzin" ...]; i choć wszystkie decyzje w sprawie "Burzy" należały do niego, w tej "wyjątkowej chwili, kiedy miał się rozstrzygnąć los Stolicy" uzależnił swoje definitywne stanowisko od "zgody delegata rządu", Jankowskiego *[(151a) Zob. wyżej, przypis 77. Bór-Komorowski w swej "Armii Podziemnej" str. 224: "Postanawiając przeprowadzić bój o Warszawę w ramach akcji "Burza", rozumieliśmy dobrze, że walka w mieście nie może być rozpoczęta za późno, kiedy los Stolicy miałby już tylko zależeć od rozwoju zewnętrznych działań wojennych. Powinna ona być podjęta w takim czasie, by w naszych rękach pozostawić wpływ na wypadki. Z drugiej strony byliśmy świadomi strasznego niebezpieczeństwa, jakie by sprowadzić musiała akcja przedwczesna. Nasze zapasy amunicji i żywności starczyć mogły zaledwie na 7 do 10 dni walki" ... We wcześniejszej relacji ("The Unconquerables" w "The Reader's Digest") mówił Bór-Komorowski, że powstańcze wystąpienie AK w Warszawie "mogło zmienić niemiecką porażkę w całkowitą klęskę"; przy założeniu, że "pierwsze uderzenie" AK "wydrze Niemcom kontrolę nad miastem" - "posiadaliśmy broni i żywności na 4-5 dni, w ostateczności na 7 dni" ... Oczekiwano, że "sprzymierzeńcy nadeślą zaopatrzenie drogą powietrzną" ...]; wezwanemu ("stawił się w pół godziny") przedstawił "krótko położenie na froncie niemiecko-sowieckim", podkreślił, że walka, wszczęta w tej chwili, "uniemożliwi Niemcom wprowadzenie ewentualnych dalszych posiłków na bezpośrednie przedpole Warszawy i odetnie drogi zaopatrzenia ich wojsk", przewidywał też, iż jeśli Niemcy pod naporem Rosjan cofną się "na linię Wisły, czego każdej chwili można było oczekiwać", to "zagęszczenie ich sił w samym mieście uniemożliwi jakąkolwiek akcję" - "sama Stolica stanie się polem bitwy miedzy Niemcami a Moskalami, która miasto obróci w gruzy"; zwrócił też Bór uwagę na "niebezpieczeństwo" ze strony komunistów, którzy "wyzyskując stan ogólnego napięcia", będą mogli "łatwo wprowadzić w błąd"' oddziały AK przez "sprowokowanie wybuchu", a to pozbawić może dowództwo AK "wszelkich korzyści planowanej i zorganizowanej operacji wojenne j" *[(153) Zob. przypisy 85 i 133. Obawy przed prowokacją komunistyczną odzywały się stale i przeradzały niemal w pewność, że komuniści tą drogą zmierzają do pochwycenia władzy w Polsce - zob. wyżej przyp. 85, oraz przypis 133. Poza wystąpieniem płk. Skokowskiego. Rzepecki ("Wojsk. Prz. Hist.", str. 327) przytacza wymowny szczegół: 30 lipca spotkał się z "gen. Skałą" (mjr. Pieńkoś) z PAL, który wystąpił z propozycją "uzgodnienia współdziałania w zbliżającej się nieuchronnie walce w Warszawie"; Rzepecki bezzwłocznie przedstawić miał tę "propozycję" Borowi i w odpowiedzi otrzymał "formalny zakaz ponownego skontaktowania się" z Pieńkosiem; Rzepecki dodaje od siebie: "Po wczorajszej odezwie Skokowskiego podejrzewano możliwość wszelkich podstępów".]. Jankowski, po wysłuchaniu Bora-Komorowskiego i po otrzymaniu od oficerów sztabu odpowiedzi na kilka postawionych pytań - zawyrokował: "Bardzo dobrze, w takim razie zaczynajcie!"... Z kolei Bór-Komorowski zwrócił się do Chruściela: ."Jutro o piątej popołudniu rozpocznie pan działania". Chruściel udał się bezzwłocznie do lokalu swego sztabu i stamtąd rozesłał rozkaz: "Alarm! Do rąk własnych komendantom obwodów. Dnia 31. VII. godzina 19. Nakazuję "W" dnia 1. VIII. godzina 17... Otrzymanie rozkazu natychmiast kwitować" *[(154) Bór-Komorowski w rozkazie, datowanym 1-go, ale ogłoszonym 2-go sierpnia ("Biuletyn Informacyjny", nr. 35/242): "Żołnierze Stolicy! Wydałem dziś upragniony przez was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim. Po pięciu blisko latach nieprzerwanej i twardej walki, prowadzonej w podziemiach konspiracji, stajecie dziś otwarcie z bronią w ręku, by Ojczyźnie przywrócić wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie, dokonane na ziemiach Polski" ...]...

Rozkaz ten, ze względu na zapadającą już godzinę policyjną, zaczął docierać do adresatów dopiero w godzinach rannych 1 sierpnia, a ponieważ - rozsyłany przez łączniczki i gońców - szedł szczeblami z góry w dół, więc najniższe i najdalsze, na peryferiach miejskich, otrzymywały go dopiero popołudniu *[(155) Zob. u Borkiewicza ("Powstanie warsz.", str. 45-46). "Polskie Siły Zbrojne, tom 3-ci, AK", str. 710, twierdzą, iż rozkaz "tegoż dnia", 31 lipca, "dotarł do wszystkich komendantów okręgów, a nazajutrz przed g. 10-tą rano otrzymały go już wszystkie oddziały w mieście". Twierdzenie to błędne, bo 31. VII. godzina policyjna zapadała już o ósmej i rozesłanie rozkazu można było zacząć dopiero od godz. 7-ej rano l sierpnia. Tę samą tendencję do ukrycia skutków zbyt późnego rozesłania rozkazu spotykamy w wywiadzie Bora-Komorowskiego ("Dziennik Polski", nr. 112, z 14. V. 1945): "31 lipca o g. 6-ej po południu rozkazy, oznaczające godzinę wybuchu powstania, zostały rozesłane do oddziałów. Dostarczenie rozkazów do wszystkich stanowisk... zajęło 12 godzin"... Gen. "Monter"-Chruściel ("Zeszłoroczne powstanie"): "Rozkaz rozpoczęcia działania" rozwiozły "łączniczki okręgu do obwodów, stamtąd do rejonów, z rejonów do dowódców zgrupowania plutonów, dalej do platonów, drużyn, sekcji i pojedynczych żołnierzy, mężczyzn i kobiet, oddziałów bojowych i służb... Niektórzy dowódcy niżsi otrzymali go dopiero 1. VIII. między godz. 8-mą a 10-tą rano" ...]. Dla wielu wykonawców był on - wobec odwołania koncentracji 29 lipca - niespodzianką i zaskoczeniem, wszystkich innych stawiał przed koniecznością działania w gorączkowym pośpiechu *[(156) Cywilne władze podziemne tak samo działać musiały w pośpiechu - Jankowski powiadomił krajową Radę Ministrów o zapadłej decyzji dopiero 1 sierpnia o godzinie 13-ej; wywołało to gorączkowe miotanie się wszystkich na wszystkie strony - zupełnie zresztą zrozumiałe. Borkiewicz ("Powstanie warsz.", str. 56) - omawiając skutki skrócenia okresu pogotowia, stwierdza, że "czas, przewidziany dla zgrupowań batalionowych na 12 godzin skurczył się średnio do 5 godzin"; to "obcięcie czasu" o 60% "zmniejszyło siły powstańcze w takim samym stosunku" .. Płk. E. Radwan-Pfeiffer w liście do mnie z 5. 1. 1959: "Rozkaz był spóźniony... dowódcy zgrupowań otrzymali go o godz. 8, m. 30 - 9-ej, kiedy większość ludzi już powychodziła z domów do pracy ... Spowodowało to opóźnienia w stawiennictwie i dalsze następstwa" ... Iranek-Osmecki (w lond. "Bellonie" nr. 3-4/1957 art. "Znaczenie powstania warszawskiego") dowodzi iż w planach powstania powszechnego przewidywano wydanie rozkazu rozpoczęcia działań "na 48 godzin przed terminem wybuchu", ale że w wypadku Warszawy nie było to konieczne.] - w wielu wypadkach nie wystarczyło czasu na zawiadomienie wszystkich zaprzysiężonych, niemały odsetek zaskoczonych zgłosi się nie do własnych, lecz do najbliższych oddziałów, co zwiększało zamęt i chaos. Nie było mowy o spokojnej koncentracji i zajęciu stanowisk wyjściowych, odprawy bojowe dowódców odbywały się przeważnie w ostatniej chwili. W wyniku rozkazu alarmowego zdążyło na miejsce zbiórek przed godziną 17-tą zaledwie około 20,000 ludzi, co stanowiło nie więcej, jak 40% sił okręgu *[(157) Stan sił okręgu warszawskiego w przede dniu wybuchu wg Borkiewicza (str. 30): "nie mniej niż 50,670 żołnierzy". Wg O. de B. z 29 lutego 1944 (w "Polskich Siłach Zbrojnych, t. 3-ci, AK", str. 676): w 647 plutonach pełnych i 153 szkieletowych - 49,160 ludzi. W literaturze rozpiętość podawanych cyfr jest znaczna; autorzy "Polskich Sił Zbrojnych" posuwają się stanowczo za daleko, na str. 719 twierdząc gołosłownie, iż 1. VIII. o g. 17-ej "stawiennictwo dało przeciętnie 85% stanów", na str. zaś 809-810 podając, że 1. VIII. zmobilizowano do walki 32,500 ludzi, w obwodzie podmiejskim - 4,000, razem 36,500 (byłoby i to jednak mniej, niż owe 85%). Wg tychże aktorów - w kilka dni po wybuchu, gdy oddziały na Pradze zaprzestaną walki, a część oddziałów z Woli, Ochoty, Mokotowa - rozbita przez Niemców - wycofa się "poza miasto", pozostanie "ok. 29 tys. walczących". Wg Wł. Bartoszewskiego (w krak. "Tygodniku Powszechnym", nr. 30/445/1957) z 40-45 tyś. "do akcji powstańczej wystąpiło w pierwszych godzinach walki nie więcej jak 2/3 tej ilości". Wg tegoż Bartoszewskiego (dane ze sztabu korpusu warszawskiego) w dn. 24. IX. 1944 "stan oddziałów liniowych AK" w Stolicy wynosił 18,000 żołnierzy, łącznie z Wojsk. Służbą Kobiet, stan wyżywienia - 32,000. Wg Borkiewicza (str. 56-57) w wyniku mobilizacji 1. VIII. o g. 17-ej "stanęło ok. 20,000 powstańców, w wieku przeważnie poniżej 20 lat, w 75% nieuzbrojonych". Borkiewicz zupełnie mylnie interpretuje Bora-Komorowskiego, ten bowiem w cyt. przez Borkiewicza wywiadzie dla prasy ("Dziennik Polski" nr. 112/1945) wcale nie mówił, jakoby "na 50,000 powstańców do walki przystąpiło 20,000", lecz powiedział: "Dostarczenie rozkazów do wszystkich stanowisk armii, liczącej 50 tyś. żołnierzy, z tego 20 tys. uzbrojonych, a 30 tys. oczekujących na broń, która miała być zdobyta, zajęło 12 godzin" ... Gen. "Monter"-Chruściel podał zrazu ogólnikowo ("Konspiracja i powstanie"): "liczebność oddziałów walczących" - 40 tysięcy, w kilka zaś tygodni później ("Zeszłoroczne powstanie") twierdził, iż na 38 tys. siłę niemiecką w okręgu warszawskim "miało się rzucić 40 tys. żołnierzy polskich". Wg autorów "Polskich Sił Zbrojnych" (str. 810) stan ogólny oddziałów AK walczących w powstaniu (napływ ochotników) - ok. 46,000, z oddziałami zaś NSZ, AL, PAL - ok. 48,000. Wg. Borkiewicza (str. 700) "przez korpus warszawski przesunęło się ok. 50,000 powstańców", nie licząc tych, którzy nie wzięli udziału w walce; z tej liczby odpadło w pierwszych dniach powstania ok. 10,000 (Mokotów, Praga, Ochota, powiat), spoza okręgu warszawskiego przybyło 1300. Do powstania przyłączyły się i wzięły udział w walce formacje nie należące do AK. Były to siły nikłe. Borkiewicz (str. 31) oblicza je na "niespełna 2,000 ludzi" (ok. 800 w komunistycznej Armii Ludowej, ok. 700 w Korpusie Bezpieczeństwa, ok. 500 w PAL). "Polskie Siły Zbrojne" (str. 810) siły AL i PAL oceniają na 600 ludzi, Wł. Bartoszewski podaje - bez dat - "stan wyżywienia" oddziałów AL na 660, PAL na 490, Korpusu Bezp. na 772. Narodowe Siły Zbrojne - ok. 800 ludzi, zaczęły udział swój w powstaniu od ograbienia magazynu broni AK (zamordowano pilnującą i broniącą składu Halinę Zawadzką). Część ich pod "Młotem"-Kołodziejskim zgłosi się do walki na Starym Mieście, część większa (płk. "Topór"-Koiszewski) podporządkuje się Chruścielowi i walczyć będzie w rejonie Twardej i Żelaznej. W dziejach powstania - w Śródmieściu i na Starym Mieście - zapiszą się chlubnie, w zasadzie do służby porządkowej przeznaczone, plutony milicji PPS.]. Działanie w pośpiechu, w ostatniej chwili odbiło się też fatalnie na wyposażeniu oddziałów w broń - zapasy jej, uszczuplone wskutek wykrycia tajnych składów przez Niemców i wysyłania jej do okręgów wschodnich jeszcze w lipcu, zmniejszyły się jeszcze bardziej wskutek niespodziewanego zakwaterowania oddziałów niemieckich w pobliżu lub nawet w obrębie tajnych składów, co zamykało do nich dostęp *[(158) Zob. w tym rozdziale przypis 128. Oddziały niemieckie usadowiły się na tajnych składach także gdzie indziej, np. na Woli.]; o paru składach w pośpiechu zapomniano *[(159) Nie wykorzystano np. magazynu na Lesznie (678 pistoletów maszynowych i 60 tys. amunicji do nich).]; w kilku wypadkach transporty broni, wysyłane w ostatniej chwili (np. z Żoliborza na Bielany) wpadły w ręce Niemców *[(160) Na Żoliborzu Niemcy zagarną po walce nie tylko transport, kierowany na Bielany, lecz także broń, wywożoną dla plutonu osłonowego Bora-Komorowskiego. Podobne straty na Poznańskiej i Chłodnej. W niejednym wypadku, na Żoliborzu i na Woli, nie zdołano wydobyć broni z tajnych magazynów.]; w rezultacie oddziały powstańcze otrzymywały broń zbyt późno, tuż przed zajęciem stanowisk wyjściowych, albo miały ją w ilościach bardzo szczupłych, w sumie nie więcej, jak 1,000 karabinów zwykłych, 7 maszynowych ciężkich, 60 ręcznych, około 20 przeciwpancernych, 500 pistoletów maszynowych i około 2.000 zwykłych, 15 "piatów" angielskich i około 25.000 granatów *[(161) Wyposażenie okręgu wg stanu z 29 lutego 1944 podają "Polskie Siły Zbrojne, tom 3-ci, AK", na str. 680. Borkiewicz (na str. 35) wylicza zbliżone ilości z dn. 1. VIII., zaznaczając, iż wyzyskano je zaledwie w 40%. Kirchmayer ("Kilka zagadnień", str. 119) w oparciu o "zestawienie" sztabu okręgu warszawskiego podaje ilości nieco mniejsze, Wł. Bartoszewski (w krak. "Tygodniku Powszechnym" nr. 30/1957) trochę większe. Dowodzący w Śródmieściu płk. E. "Radwan"-Pfeiffer w liście do mnie z 5. I. 1959 podaje, iż miał w przededniu wybuchu 4 ciężkie i 12 lekkich karabinów maszynowych, 50 pistoletów maszynowych, 6 Stockesów, 400 pistoletów różnych, 100 karabinów ręcznych, 12 piatów, 16 miotaczy płomieni, 400 granatów, ok. 10,000 amunicji, ponadto tylko ok. 400 butelek zapalających na każdy rejon. Z tych nikłych ilości w powstaniu użyto zaledwie 70%, gdyż "reszta została w rejonach, trzymanych przez Niemców". Na Woli u mjr. "Waligóry" (J. Tarnowski) oficerowie wobec nikłej ilości broni nie widzieli możliwości wykonania zadań i nawet kierowali do dowódcy obwodu zarzut zaniedbania sprawy uzbrojenia.]. W obliczu tych cyfr za zbyt tendencyjne uznać trzeba spotykane często twierdzenie, iż na stu powstańców, idących do pierwszego szturmu, zaledwie czterech miało broń palną; trudno też uznać za "uzbrojonych" tę olbrzymią większość, która miała w ręku siekiery, kilofy, łomy żelazne, parę granatów lub butelek zapalających; przyjąć więc można, iż w pierwszym szturmie "uzbrojonych" naprawdę było nie więcej, jak 8-10%, odsetek ten zresztą w jednych oddziałach był znacznie większy, w innych o wiele mniejszy. Amunicji w chwili pierwszego szturmu posiadano zaledwie na 2-3 dni walki.

W przedpowstańczym planowaniu za warunek powodzenia wstępnego szturmu uważano połączenie momentu zaskoczenia z impetem uderzenia. Niemców zaskoczyć się nie dało *[(162) Wg gen. Chruściela ("Polska Walcząca", nr. 46 z 24. XI. 1945): "Siły niemieckie w okręgu warszawskim, wynoszące łącznie 38,000, wliczając w to policję, SS, SA, żandarmerię oraz oddziały ukraińskie i turkiestańskie" zostały w ciągu ostatnich tygodni lipca "wzmocnione trzema dywizjami, z których dwie były pancerne". Wg Borkiewicza w dn. 1. VIII. siły niemieckie w Warszawie w oddziałach Wehrmachtu, Luftwaffe z obsługą naziemną i przeciwlotniczą, w policji i SS oraz w innych, razem ok. 20,000 dobrze uzbrojonych. Siłę tę zwiększały przechodzące przez Warszawę na front części dywizji panc. "Herman Goering", "Wiking" i "Totenkopf".]: wzmożony ruch na ulicach z przewagą młodych ludzi o swoistym wyglądzie, pojedynczo i w grupkach gromadzących się na rogach ulic i w bramach, musiał rzucać się w oczy i budzić niespokojne podejrzenia *[(163) Gen. Stahel w swej relacji (zob. u St. Płoskiego: "Niemieckie materiały do historii powstania warszawskiego" w zeszycie 1-ym wydawnictwa "Najnowsze Dzieje Polski - materiały i studia z okresu drugiej wojny światowej", Warszawa, 1957, na str. 180-188): "Dla osoby, nie wiedzącej o niczym, wygląd ulicy nie odbiegał od normalnego", ale "bystremu obserwatorowi mógł się rzucić w oczy przed południem zwiększony ruch" .... Stahel zarządził alarm tuż po godzinie 16-ej, nakazując wzmocnienie ochrony centrali i stacji telefonicznych.], napływały też meldunki konfidentów, telefonował jakiś niemiecki lotnik, uprzedzony o godzinie wybuchu przez zakochaną w nim i zatrwożoną o niego Polkę; w kilku punktach miasta - na Żoliborzu, w Śródmieściu na pl. Napoleona i pl. Dąbrowskiego, na kolonii Staszica, na Woli w fabryce Kamlera - walka rozpoczęła się przedwcześnie dzięki przypadkowi czy wskutek zaczepnej postawy niemieckich patroli *[(164) Na Żoliborzu: tuż przed godz. 14-tą starcie z patrolem niemieckim na ulicy Słowackiego wywołało nie tylko najazd zaalarmowanej policji z czołgami, ale i "działania prewencyjne'" wojska niemieckiego z czołgami z Bielan. O godz. 15-ej min. 30 na ul. Suzina doszło do walki między policją i oddziałem powstańczym w trakcie jego zbiórki i pobierania broni. Około godz. 14-tej przypadkowa walka na ul. Mireckiego na Woli ściągnęła również oddziały policji. Zaalarmowane zostały załogi Cytadeli i lotniska na Bielanach. Wszystkie główne ulice na Żoliborzu oraz wiadukt kolejowy zostały obsadzone przez Niemców już przed powstańczą godziną "W". W Śródmieściu ok. godz. 16-ej doszło do starcia na ul. Traugutta; w pobliżu, na pl. Napoleona i na Mazowieckiej, wybuchła strzelanina; na Jasnej pojawił się czołg i samochód pancerny - zaatakowano je "filipinkami". Zaraz po godz. 16-ej doszło do przypadkowego starcia z Niemcami w fabryce Kamlera, co pociągnęło za sobą obleganie fabryki przez sąsiadujące z nią oddziały niemieckie.]; zbierające się oddziały zmuszone zostały do doraźnej obrony. Toteż świeżo mianowany dowódca niemieckiej załogi Warszawy gen. Stahel zarządził alarm już około godziny czwartej, a więc na parę kwadransów przed powstańczą "W" - załoga niemiecka, choć rozsypana po całym mieście, zdążyła zająć stanowiska bojowe i przygotować się do odparcia szturmu powstańców. Powstańcy ruszyli do natarcia w pełnym świetle dnia, co w połączeniu z ubóstwem w uzbrojeniu lub nawet zupełnym jego brakiem, przy straszliwej sile niemieckiego ognia spoza betonowej czy pancernej zasłony, stwarzało sytuację, w której cele, wyznaczone do zdobycia, stawały się nieosiągalne nawet za cenę wielkich ofiar. Dowództwo, wydające rozkaz natarcia w takich warunkach, składało tylko dowód brawurowej beztroski w szafowaniu młodą, bohaterską, wspaniałą krwią, wykazywało i tu zdumiewający zanik poczucia odpowiedzialności i przenosiło na karty narodowej historii nie tylko swój tragiczny w skutkach błąd w kalkulacji, ale i ten jeszcze swój niewybaczalny grzech wobec młodego pokolenia i całego narodu.

Przebieg wstępnego natarcia to wstrząsający obraz bohaterstwa niezwykłej miary i tragizmu w niezwykłym zamęcie. Powstańcy o godzinie piątej zaatakowali Niemców od razu na całej przestrzeni miasta, mimo, iż "większość oddziałów, wskutek braku czasu, nie zdążyła jeszcze osiągnąć pełnej gotowości bojowej; rzuciły się też do walki lufo zostały do niej zmuszone oddziałki i grupki, które z niezawinionym opóźnieniem zdążały na wyznaczone dla nich punkty zbiórki; inne - wykryte i zaatakowane przez Niemców - broniły się w zamkniętym odrębie zbiórki; nieprzewidywane ogniska walki wytworzyły się tym liczniej, że i Niemcy, zaskoczeni przez atak na ulicy czy w ruchu, starali się łączyć w grupy większe, okupując najbliższe bramy i domy *[(165) Gen. Stahel w raporcie z 23. VIII. (zob. u St. Płoskiego, jak w przypisie 163 na str. 667) stwierdzał: "W dzielnicach silnie obsadzonych policją i wojskiem przeciwnatarcia przy wsparciu czołgów lub bez nich doprowadziły szybko do uspokojenia większych przedmieść" ... Narzekał jednak: "Niemiecka załoga okazała się niedoświadczona i bezradna w walkach ulicznych ... słabsze posterunki musiały być ściągnięte, silniejszym punktom oporu brakło inicjatywy" ... Wiele "punktów oporu zostało otoczonych ... nie było łączności pomiędzy nimi" ...]. Każdy oddział bił się na własną rękę, o kierownictwie z góry, o koordynacji wysiłków nie było mowy - mściła się tu zaniedbana sprawa łączności: aparatów radiowych o krótkim zasięgu nie sprowadzono na czas z Siedlec, użycia telefonów nie przewidywano z obawy przed podsłuchem, łączniczki zaś i gońcy, mimo lekceważenia niebezpieczeństwa w bohaterskim poczuciu obowiązku, w wielu wypadkach nie mogli przedostać się nawet z jednej ulicy na drugą *[(166) Gen. A. Chruściel w broszurze swej ("Powstanie warszawskie" na str. 9): "Telefoniczna łączność między wytypowanymi abonentami miała działać w 4-6 godzin po zdobyciu gmachu centrali telefonicznej, t. zw. PAST-y. Zastępcze połączenia telefoniczne były przygotowane na kablu sieci tramwajów i straży ogniowej" .... "Łączność w czasie walki była jednak nastawiona w 70% na środki żywe" ... "Odległe obwody miały łączność radiową". "BIP" - Biuro Informacji i Propagandy w sztabie AK - zorganizował tuż przed wybuchem powstania sieć własnej wewnętrznej łączności radiowej (zasięg aparatów do 10 km.). Zespoły, skierowane na Żoliborz i na Pragę w ostatniej chwili, nie zdołały tam dotrzeć; w Śródmieściu zainstalowano trzy; przewidziany dla nich zakres prac (utrzymanie łączności wewnątrz BIP) rozszerzono przez dostosowanie się do potrzeb chwili; wiele meldunków i pism operacyjnych rozsyłano przez te placówki BIP-u; zob. u Borkiewicza na str. 47 oraz u Wł. Bartoszewskie-go "Anna w służbie powstania" w krak. "Tygodniku Powszechnym" nr. 32/498 z 10. VIII. 1958.]. Płk. "Monter"-Chruściel z siedziby swej przy ul. Jasnej miał kontakt tylko z najbliższą okolicą, Bór-Komorowski, oblężony przez Niemców w fabryce Kamlera, został zupełnie odcięty; wypadało wychodzić na dachy domów, by z tej wysokości, z odgłosów walki i z dymu pożarów, zorientować się przynajmniej w tym, które dzielnice walczą *[(167) A. Borkiewicz "Powstanie warszawskie", str. 88, 125, 129. Płk. Chruściel "by zorientować się w sytuacji, która dzielnica walczy, rozkazał wywiesić flagi narodowe", co - w skutkach - ułatwiło orientację lotnictwu niemieckiemu. Bór-Komorowski ("Armia Podziemna", str. 237 i 239) pisze, iż gen. Pełczyński (szef sztabu) dla zorientowania się w położeniu wychodził "na drugie piętro, skąd miał dobre pole widzenia".]. Mimo to w walce bez kierownictwa ogólnego, powstańcy stoczyli wiele zwycięskich potyczek, zatrzymali, zdobyli lub zniszczyli sporo pojazdów mechanicznych różnego typu (auta osobowe i ciężarowe, wozy pancerne, czołgi), zdusili większość słabszych gniazd oporu, opanowali paręnaście obiektów o poważniejszym znaczeniu (magazyny na Stawkach, szkołę św. Kingi na Woli, Wojskowy Instytut Geograficzny w al. Jerozolimskich, gmach Miejskich Zakładów Komunikacyjnych przy Świętokrzyskiej, "drapacz chmur" na pl. Napoleona, dyrekcję kolejową na Pradze). Nie zdołano natomiast zdobyć silniej obsadzonych punktów i rejonów - centrali telefonicznej przy ul. Zielnej, dworca głównego przy al. Jerozolimskich, Komendy policji na Krakowskim Przedmieściu, przyczółka mostu Poniatowskiego, na Żoliborzu: cytadeli, fortów, dworca gdańskiego, lotniska na Bielanach. W trakcie tych ataków zużywano w niejednym wypadku cały posiadany zapas amunicji i granatów. O niepowodzeniu decydowała straszliwa dysproporcja środków - powstańcy w ataku na centralę telefoniczną z silną i dobrze uzbrojoną załogą niemiecką mieli zaledwie kilka pistoletów zwykłych, jeden maszynowy, trochę granatów, nieco więcej butelek zapalających; w natarciu na lotnisko bielańskie - tylko jeden ciężki karabin maszynowy przeciwko licznym i silnie obsadzonym bunkrom betonowym. Oddziały lepiej uzbrojone - jak "Baszta" i "Kedyw" - należały do wyjątków; prawie wszędzie było jak na Zielnej czy na Bielanach: oddziałki z nieuzbrojoną większością w swoich szeregach ruszały do natarcia z nadzieją zdobycia broni; działo się to w pełnym świetle dnia, często na otwartej przestrzeni, toteż morderczy ogień niemiecki kosił tych bohaterskich szaleńców, rozpraszał lub przykuwał tak, że nie mogli ani rzucić się naprzód, ani się wycofać *[(168) W szturmie na niemieckie baterie przeciwlotnicze na Żoliborzu oddziały powstańcze zostały zdziesiątkowane przez "straszliwą ulewę" ognia z broni maszynowej i armat z odległości 150-200 metrów. Ponawiane parokrotnie próby natarcia na Cytadelę załamywały się pod "rzęsistym ogniem broni maszynowej". Po pierwszym nieudanym szturmie na koszary policji w Domu Akademickim dowódca rejonu uzna, że powtórzenie natarcia byłoby "szaleństwem": zniszczono jeden bunkier, zlikwidowano 2 patrole niemieckie, ale za to cały plac "pokryty był trupami polskimi". Na Okęciu w nieudanym natarciu na lotnisko poległo ponad 120 powstańców i niemal wszyscy dowódcy. W ataku na koszary lotników ze 120 powstańców ocalało zaledwie kilkunastu.].

Wyniki pierwszego szturmu mieć mogły tylko pozory sukcesu; w rzeczywistości równoznaczne były z bardzo poważnym, by nie powiedzieć, że wręcz klęskowym niepowodzeniem - opanowano wprawdzie dużo więcej, niż połowę miasta (w Śródmieściu, na Starym Mieście, na Powiślu i Mokotowie), przecięto lub zagrożono obstrzałem najważniejsze dla Niemców arterie komunikacyjne przez Stolicę na Pragę *[(169) W szturmie na pl. Zamkowy i most Kierbedzia powstańcy zostali zdziesiątkowani (40 poległych). Natarcie na ten most od strony Pragi załamało się w rejonie kościoła św. Floriana. Wobec silnego ognia niemieckiego nie zdołano też opanować al. 3 Maja i rozwinąć się do natarcia na most Poniatowskiego; garstkę powstańców, próbujących nacierać od strony parku Skaryszewskiego, Niemcy zmietli swoim ogniem. Parę budynków na Nowym Zjeździe oraz ruiny Zamku królewskiego opanowali powstańcy pierwszego dnia walki; niemiecką obsadę Zamku zepchnięto do koszar przybocznego oddziału Prezydenta. 2 sierpnia, pod naciskiem Niemców z rejonu Uniwersytetu, powstańcy wycofają się z Nowego Zjazdu; most Kierbedzia pozostawał pod obstrzałem z Zamku. Na Pradze oddziały powstańcze opanowały gmach dyrekcji kolejowej oraz dworce kolejowe; natarcie na koszary 36 p. p. załamało się pod ogniem niemieckiej broni pancernej. Siły powstańcze były tu nikłe; powstanie wygaśnie po paru dniach. Gen. Chruściel w broszurze swej na str. 11: "Dzielnica praska po kilkudniowej walce przerzuciła najlepsze plutony na lewy brzeg Wisły, w rejonie Siekierek, częściowo na Żoliborz, resztę żołnierzy dowódca Pragi (ppłk. Bober) zdemobilizował na własną rękę" ...] - w ręku Niemców jednak pozostały wszystkie mosty, cytadela, dworce kolejowe główny i gdański, centrala telefonów, Muzeum Narodowe, Bank Gospodarstwa Krajowego i "Polonia" przy al. Jerozolimskich; zdobyty kosztem wielkich ofiar jeden z gmachów Gen. Inspektoratu Sił Zbrojnych po kilku godzinach oddano Niemcom pod ich wzmożonym naciskiem; pozostały ponadto bardzo silne wyspy niemieckie - mniejsza, obejmująca Ogród Saski, plac Marsz. Piłsudskiego, Uniwersytet i Komendę Główną Policji przy Krakowskim Przedmieściu, druga - znacznie większa, w rejonie Łazienek, placu Unii Lubelskiej i ul. Rakowieckiej z silnymi załogami w gimnazjum królowej Jadwigi, w gmachu Sejmu, w szpitalu Ujazdowskim, w koszarach szwoleżerów i artylerii konnej, w siedzibie Gestapo przy al. Szucha, w szpitalu Pilsudskiego, w Wyższej Szkole Wojennej, na stacji filtrów i na pl. Narutowicza. Na peryferiach obszaru powstańczego - na Bielanach, Żoliborzu, częściowo na Woli, Okęciu, Ochocie, Mokotowie - oddziały odparte i rozbite przez Niemców, nadmiernie skrwawione, w poczuciu bezskuteczności wysiłków, pod wpływem znacznych strat, braku broni, wyczerpania się amunicji, wreszcie wskutek braku łączności z dowództwem wyższym - przygnębione, rozgoryczone, złorzeczące - wycofały się z walki, częściowo rozpraszając się wśród ludności cywilnej, w większości uchodząc do lasów podwarszawskich - chojnowskiego lub kabackiego - i do puszczy Kampinoskiej *[(170) Na Żoliborzu po tragicznym niepowodzeniu w szturmach na Cytadelę, fort Bema, Szkołę Gazową i Centr. Instytut Wychowania Fizycznego, i wobec nastrojów w oddziałach, dowodzący tu ppłk. Niedzielski ("Żywiciel") uzna je za niezdolne do dalszej walki i wyprowadzi je (ok. 450 uzbrojonych), pod osłoną nocy i ulewnego deszczu, do Puszczy Kampinoskiej (zob. niżej, przypis 177). Na Ochocte po nieudanych, krwawo opłaconych szturmach na koszary policji w Domu Akademickim, na gmach Monopolu Tytoniowego, na koszary SS w Szkole Nauk Politycznych, po całkowitym niemal zużyciu amunicji i przy braku łączności z dowództwem okręgu, dowodzący tu ppłk. M. Sokołowski ("Grzymała"), ulegając perswazjom i namowom swoich oficerów, postanowił wycofać się do lasów sękocińskich; niezawiadomione o tym oddziały pozostaną na Ochocie, wycofująca się większość (ok. 600 ludzi) stoczy rozpaczliwą walkę pod Pęcicami (kilkudziesięciu poległych, 60 schwytanych Niemcy rozstrzelają). Do lasów dojdzie ok. 300 ludzi. Ściągać tu będą także rozbitki z Okęcia i Mokotowa oraz - później - z Ochoty. Ten pęd do lasów przejawiał się i później także: ppłk. "Paweł"-Rataj, dowódca jedynego odwodu, który wkroczyć miał do walki "na styku Śródmieścia i Żoliborza", zamierzał wycofać się z miasta, po otrzymaniu rozkazów przeszedł na Wolę, obsadził tam cmentarz ewangelicki, ale o świcie 3. VIII. opuścił samowolnie stanowisko z myślą przejścia do Kampinosu; spotkawszy się z oporem Niemców - po stratach - wrócił na opuszczony cmentarz. O zamierzeniach płk. "Radosława"-Mazurkiewicza zob. w końcowej części rozdziału.].

Płk. "Monter"-Chruściel, stwierdziwszy, że silniejsze punkty oporu nie zostały zdobyte "wstępnym bojem", wydał w godzinach rannych 2 sierpnia rozkaz "nieponawiania natarć na al. Szucha, Sejm, koszary przy Rakowieckiej, C.I.W.F. i Dom Akademicki przy pl. Narutowicza" z tym, że "wszystkie inne punkty oporu" miały być "likwidowane według ustalonej kolejności" *[(171) Gen. A. Chruściel w broszurze swej "Powstanie warszawskie" na str. 9. W liście do mnie, z 12. XII. 1958, lekceważąco traktując zarzuty, w literaturze o powstaniu kierowane przeciw niemu z racji jego zarządzeń w zakresie koncentracji do walki i szturmu na niemieckie punkty oporu, pisze: "Koncentracja do walki w mieście wygląda inaczej, niż np. w rejonie jakiegoś Kraśnika. Wojsko nie może być sztywne; jeżeli jest dobrze wyszkolone, musi wykonać ostatni rozkaz. A ostatni rozkaz kładł nacisk na. walkę na ulicach, gdyż na zdobycie domów (koszar) umocnionych byliśmy za słabi" ... W wydanej jednak o 10 lat wcześniej broszurze o powstaniu, na str. 7, stwierdzał, iż Dom Akademicki na pl. Narutowicza, obsadzony przez 1200 ludzi z niemieckiej policji polowej, był "jedną z twierdz niemieckich Warszawy, przystosowaną do obrony, odrutowaną, ze strzelnicami w zamurowanych otworach okiennych ... z bunkrami obsadzonymi przez całą dobę" i że "podobny wygląd miały wszystkie bloki domów, zajmowane przez Niemców" ... "gdyby z jakiegokolwiek powodu zabrakło wówczas mnie z mym otoczeniem - byłoby to uniemożliwiło rozpoczęcie i kierowanie walką" ... Na str. 9 broszury, pisząc o wydanym 2. VIII. rozkazie "nieponawiania natarć" tylko na pewne obiekty: "W takich walkach, po pierwszych sukcesach, ważniejszą jest rzeczą usadowienie się na kluczowych skrzyżowaniach ulic ... niż zdobycie takiego czy innego, dalszego z kolei, obiektu. Rozkazy moje w drugi/; i trzecim dniu powstania o tym nie mówiły, a i podkomendni dowódcy zapatrzeni byli tylko w budynki, zajęte jeszcze przez Niemców. Zlekceważyliśmy wszyscy ważność usadowienia się na skrzyżowaniach głównych arterii komunikacyjnych" ...]; w meldunku zaś do Bora-Komorowskiego, oceniając położenie, liczył się "z zorganizowaną akcją Niemców dla wyrąbania połączeń na Pragę". Bór-Komorowski - osaczony przez Niemców w fabryce Kamlera - dopiero miedzy godziną 7-mą a 8-mą rano, w oparciu o nadeszłe ułamkowe, meldunki oraz własne obserwacje, wrażenia i domysły, stworzyć mógł sobie obraz sytuacji nie pełny jeszcze, ale już zbliżony do rzeczywistości. Dyspozycje, wydane o godz. 8-ej rano, po naradzie Bora-Komorowskiego z Pełczyńskim i Szostakiem, równoznaczne były z ujemną oceną wyników pierwszego szturmu; wobec odczutych skutków straszliwej dysproporcji sił i środków i wyczerpywania się skromnych zasobów amunicji wyrastała alternatywa: albo poniechać dalszej walki, albo prowadzić ją w najtrudniejszych warunkach, już w formie zaciętej obrony do ostateczności, bez nadziei na zwycięstwo, z jedyną rachubą na cudowną pomoc i odsiecz z zewnątrz. Niełatwo byłoby się zdobyć na decyzję kapitulacji po wstępnym niepowodzeniu. Bór-Komorowski postanowił prowadzić walkę dalej, ale - w spóźnionym poczuciu odpowiedzialności za skazywaną na rzeź młodzież - nakazywał zwolnić z szeregów ludzi nieposiadających broni *[(173) Tekę korespondencji mjr. T. Wardejn-Zagórskiego z płk. Rzepeckim (zob: przypis 138), obejmującą okres od 2-go do 28. VIII., ogłosił A. Przygoński pt. "Powstanie warszawskie w świetle meldunków BIP" w "Gazecie Krakowskiej" nr. 187/2858 i nr. 190/2861 z 7 i 10-11. VIII. 1957. W meldunku z 2 sierpnia Wardejn-Zagórski, donosząc o wyniku narady Bora-Komorowskiego z Pełczyńskim i Szostakiem ("sytuację bojową" powstańców uznano za "paskudną") - podawał z polecenia Pełczyńskiego: "W tych warunkach komendant (Bór-Komorowski) podjął decyzję walki u boku oddziałów pow(stańczych) aż do rozstrzygnięcia i przy zachowaniu tylko ludzi z bronią"; "wobec tego wszyscy nie biorący udziału w walce mają się rozproszyć i przedostać do swych baz" ... "Ściśle poufne" - dodawał Wardejn-Zagórski: "mam wrażenie, że między Grz(egorzem-Pełczyńskim) i Borem jest duży rozdźwięk i decyzja Bora, dość defetystyczna, została powzięta wbrew opinii Grz(egorza). Główna depresja: zupełnie zawiodło radio!"... Rzepecki zrozumiał to opacznie i odpowiadał Wardejn-Zagórskiemu tegoż dnia o godz. 13-ej, m. 45: "Nadesłane mi poufne wiadomości przekazałem Nurtowi (Chruścielowi). Udaj się z powrotem do Grzegorza i zamelduj, że Nurt nie przyjął do wiadomości decyzji. Walczymy dalej" ... Na to Wardejn-Zagórski odpisywał Rzepeckiemu bezzwłocznie, 2 sierpnia, o godz. 16-ej m. 50: "Wielkie nieporozumienie! Nie powiedziałem w meldunku, że nie walczymy. Walczymy nadal, ale Komendant (Bór-Komorowski) chce mieć wolną rękę w walce,. bez balastu ludzi nieuzbrojonych" ... Publicystyka krajowo-komunistyczna, w walce z prawdą o powstaniu i jego kierownictwie, usiłuje wyzyskać te dokumenty wbrew ich treści. J. Kirchmayer wypacza ich sens i fałszywie je interpretuje - zob. "Kilka zagadnień"; str. 107-109. J. Rzepecki, w swoich "komentarzach" (w warsz. "Kwartalniku Historycznym", nr. 6/1957, str. 89-101) pomija milczeniem kategoryczne sprostowanie Wardejn-Zagórskiego; twierdzi natomiast, iż wraz z Chruścielem otrzymany meldunek oceniał jako wyraz "załamania się psychicznego dowódcy AK", a narządzenia jego jako "absurdalne" i "niewykonalne", "decyzję" zaś "osobistej walki u boku oddziałów" jako "rozpaczliwy gest teatralny" ... "Aprobowane przez Chruściela moje pismo (do Wardejn-Zagórskiego) - pisze Rzepecki - miało charakter prowokacji, mającej przyczynić się do odzyskania równowagi"... Te "badawcze" metody Kirchmayera i Rzepeckiego omówiłem szerzej w szkicu, ogłoszonym w lond. "Dzienniku Polskim" nr. 22 z 26. I. 1959. Gen. Chruściel, w odpowiedzi na moje w tej sprawie pytanie, w liście do mnie z 12. XII. 1958: "Gdy Bór mówił o zaufaniu do mnie (zob. wyżej przypis 150) wyraziłem prośbę, by zaręczył mi, że ambitni ludzie z jego sztabu nie będą się mieszali do rozkazodawstwa w czasie walki; dał mi taką gwarancję. Nie brałem więc pod uwagę, że tam kogoś kazał zwolnić z szeregów, bo bez broni. Przyjąłem to za lokalne zarządzenie" ...]. Płk. "Monter"-Chruściel, pod wpływem płk. Rzepeckiego, otrzymany rozkaz zwolnienia nieuzbrojonych zrozumiał jako zapowiedź poniechania walki i w odpowiedzi zameldował, że takiego rozkazu dowódcy AK "nie przyjmuje do wiadomości" i że "będzie walczył dalej"; jednocześnie wszakże taki przejaw samowoli łączył z zupełną dezorientacją polityczną, prosił bowiem Komendę Główną AK o "przyśpieszenie wkroczenia armii czerwonej" do Warszawy. Pozostawało to zresztą w pełnej zgodzie z postawą Bora-Komorowskiego, który dopiero 2 sierpnia, około godz. 9-ej rano, doczekawszy się nareszcie uruchomienia jedynej posiadanej radiostacji, wysłał do Londynu pierwsze meldunki o wybuchu powstania, apelując o pomoc nie tylko w zrzutach, ale i przez "natychmiastowe" sowieckie "uderzenie z zewnątrz" *[(174) Bór-Komorowski w depeszy do premiera i Nacz. Wodza, podpisanej także przez Jankowskiego: "Wobec rozpoczęcia walki o opanowanie Warszawy prosimy o spowodowanie pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz".]. Na te decyzje chwiejnego w bezradności Bora wpłynęła niewątpliwie atmosfera miasta - ludność cywilna na odzyskanych skrawkach własnej, polskiej państwowości, wśród powiewających sztandarów narodowych, upajała się wolnością, kipiała entuzjazmem, żyła wspólnym tryumfem pierwszego i wiarą w bliskie zwycięstwo ostateczne, z, zapałem udzielała powstańcom wszelkiej pomocy, nie tylko w żywności i opiece nad rannymi - znosiła wiadomości o nieprzyjacielu, służyła radą, prowadziła przez, znane sobie podwórza, piwnice, strychy, wykonywała wszelkie polecenia, walczyła z pożarami, współdziałała ochoczo w budowie barykad, w przebijaniu wyłomów w murach, a nawet nieraz i w ataku na niemieckie gniazda oporu. Stany w oddziałach, mimo strat, rosły, nie tylko wskutek licznego napływu ochotników, zgłaszali się bowiem do szeregów spóźnieni, dołączali odcięci od oddziałów własnych. O świcie 2 sierpnia powstańcy na wszystkich odcinkach zrywali się do ponownego natarcia. Nie udał się powtórzony szturm na centralę telefonów przy Zielnej, silny ogień obrony niemieckiej kazał zrezygnować z próby zdobycia dworca głównego, gdzie indziej wszakże odniesiono szereg lokalnych sukcesów: zdobyto gmach Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych na Starym Mieście, pocztę główną na pl. Napoleona, centralę telefoniczną na Tłomackiem, opanowano całkowicie elektrownię na Powiślu, rozbrojono straż więzienną na Daniłłowiczowskiej, rozbito na Marszałkowskiej oddział policji na samochodach pod osłoną czołgów, na Powązkowskiej, Okopowej, Wolskiej, Spokojnej, gdzie zdobyto szkołę, odpierano silne natarcia czołgów i samochodów pancernych *[(175) W walkach na Woli, jak i w późniejszych fazach powstania, na Starym Mieście i na Czerniakowie, wyróżni się "zgrupowanie Radosława" (ppłk. Jan Mazurkiewicz): "Broda" ("brygada dywersyjna") ppłk. "Jana" - J. K. Andrzejewskiego - w składzie batalionu "Zośka", kilku grup specjalnych (zaopatrzenie, uzbrojenie, sanitariat) oraz oddziału kobiecego "Dysk" mjr. "Leny" - Wandy Gertz; "Parasola" kpt. "Pługa" - A. Borysa, "Miotły" (w konspiracji mającej za zadanie likwidację zdrajców) kpt. "Niebory" (Wł. Mazurkiewicza).]. W walkach tych wzięto do niewoli paruset jeńców, zdobyto sporo broni ręcznej i maszynowej, samochód pancerny, nawet dwa czołgi. Działania o podobnym charakterze w ramach początkowego zrywu i impetu, trwały przez cały dzień następny *[(176) Zdobyto dworzec pocztowy przy wylocie ul. Żelaznej na Al. Jerozolimskie oraz pałac Blanka przy Ratuszu, opanowanym już w pierwszym dniu powstania; obsadzono Arsenał i pałac Mostowskich oraz gmach Banku Polskiego (po uprzednich nieudanych natarciach i po wycofaniu się z niego silnej załogi niemieckiej w nocy z 3 na 4 sierpnia).], - siła ich jednak słabła i wygasła w większości oddziałów już 3 sierpnia, w niektórych 4 sierpnia. W wyniku tych działań terenowy stan posiadania powstańczego poszerzono nieznacznie *[(177) Wycofane do Kampinosu oddziały żoliborskie otrzymany rozkaz powrotu wykonały, uzbrojoną częścią swoich sił, w nocy z 3. na 4. VIII., w drodze ciężkiej walki z Niemcami i za cenę poważnych strat w poległych i rannych. Rozkaz Chruściela mówił o "rozmieszczeniu się obronnym" w prostokącie: dworzec gdański, wybrzeże, ul. Potocka i al. Wojska Polskiego - "bez obowiązku atakowania Niemców", którzy utrzymali się tu w rejonie dworca, przy wiadukcie kolejowym, w Szkole Gazowej, w Instytucie Chemicznym.], w sytuacji zmian na lepszą nie uzyskano; to, co najdotkliwiej może odczuwano w Śródmieściu, powiedzieć można o całym obrębie walczącej Stolicy: niezdobyte przez powstańców silniejsze ośrodki oporu Niemców i pozostające w ich rękach nawet większe rejony parcelowały całość sił powstańczych, a nawet i siły obwodów na izolowane odłamy, utrudniały łączność i koordynację działań, jednocześnie zaś stawały się dla Niemców podstawą, która ułatwić im miała akcję w kierunku połączenia ich własnych wysp i odciętych punktów w obszar większy i zwartszy z pogłębieniem podziału sił polskich na izolowane części. Zarysowały się też wyraźnie kierunki głównych niemieckich zamierzeń - "wyrąbania połączeń na Pragę", otwarcia "dróg przelotowych" przez pełne opanowanie arterii: z Woli ku mostowi Kierbedzia, z Grójeckiej przez al. Jerozolimskie ku mostowi Poniatowskiego. W tej sytuacji i w obliczu wyczerpywania się amunicji płk. "Monter"-Chruściel zwrócił się do Bora-Komorowskiego o "generalne dyrektywy", sam zamierzał "zaniechać realizacji działań pierwotnych, a główny wysiłek skierować na działania istotne dla całości boju", - dla "usprawnienia dowodzenia" przejść na "organizację trzech ośrodków: Śródmieście, Warszawa-Północ i Warszawa-Południe" i zastosować zasadę "bloków obronnych" w Śródmieściu, na Mokotowie i Żoliborzu. Bór-Komorowski, w poczuciu niepewności, we mgle domysłów co do sytuacji ogólnej, bez jasnego sądu co do możliwości własnych, przedstawiony przez Chruściela "plan działań" zatwierdził *[(179) Od 6. VIII. trzy "ośrodki dowodzenia": "Śródmieście" pod ppłk. E. "Radwanem"-Pfeifferem, na obszarze między Uniwersytetem, placem Marsz. Piłsudskiego, Ogrodem Saskim, Wolą, Ochotą, Łazienkami, Sejmem, Wisłą; "Północ" pod ppłk. "Wachnowskim"-Ziemskim: Stare Miasto, Żoliborz, Marymont, Puszcza Kampinoska, i "Południe", zrazu pod ppłk. "Danielem"-Kamińskim, później - od 18. VIII. - ppłk. "Karolem"-Rokickim: Mokotów, Powiśle, lasy chojnowski i kabacki.] - uznając również konieczność przejścia do obrony zdobytego stanu posiadania i ograniczenia akcji zaczepnej tylko do ważniejszych wypadków musu "taktycznego" *[(180) Gen. Pełczyński, wg meldunku Wardejn-Zagórskiego z 3. VIII. tak określał najbliższe zadania: "Walczyć o utrzymanie stanu posiadania, rozszerzać ten stan w miarę potrzeb, ale wyłącznie taktycznych, opanować miasto przed zajęciem go przez bolszewików". Bór-Komorowski (w "Armii Podziemnej" str. 254-255): "Zapanowało ogólne poczucie niepewności co do czasu przeciągania się walki" ... "Zawziętość walki i zapał żołnierzy nie osłabły, ale zużycie amunicji było duże i nie równoważyły go zdobycze na Niemcach. Meldowano mi, że jeżeli bitwa potrwa w dotychczasowym nasileniu, starczy nam amunicji na 4 do 5 dni" ... Bór-Komorowski obawiał się, że rozkaz, ograniczający zużycie amunicji (z przejściem "z rozpędu" do "postawy biernej" w obronie) może odbić się niekorzystnie na stanie psychicznym żołnierza: "Czy zapał nie ustąpi zniechęceniu?" Ostatecznie "z ciężkim sercem" rozkaz taki wydał. Pełczyński, wg meldunku Wardejn-Zagórskiego, na odprawie 3. VIII. za "złą stronę" uważał "brak amunicji"... "moglibyśmy wykonać natarcie", ale "nie robimy tego" - "póki nie nadszedł zapas" amunicji (zrzuty). Zalecał: "Nie dopuścić do żadnych dyskusji na temat braku amunicji czy broni. Obalać mniemanie o brakach, tłumacząc je spojrzeniem informatorów z ciasnego odcinka. Żadnych krytyk, żadnego osłabiania ducha żołnierza" ...]; równocześnie zaś w depeszy wysłanej do Londynu ponaglająco apelował o "zaopatrzenie w amunicję i broń przeciwpancerną": "Postawiliśmy wszystko na jedną kartę, by utrzymać Stolicę, - zdobądźcie się i wy (w Londynie) na wysiłek w pomocy szybkiej i skutecznej". Tegoż dnia, 4 sierpnia, część sztabu, poparta przez Pużaka, jako prezesa Rady Jedności Narodowej, wystąpiła wobec Bora z wnioskiem, by Komenda Główna AK opuściła Warszawę, by spoza miasta, w dogodniejszych warunkach, kierować całością walki i by organizować pomoc dla Stolicy. Bór-Komorowski wyraził zgodę; rozpoczęto już przygotowania, pod wieczór wszakże Bór decyzję swoją odwołał, ulegając perswazjom Pełczyńskiego, który obawiał się, iż odejście sztabu z walczącego miasta zostałoby zrozumiane, odczute i potraktowane jako ucieczka, co w konsekwencji poderwać by mogło moralną postawę żołnierzy i ludności. Odwołanie tej decyzji było powtórzeniem, pogłębieniem i utrwaleniem błędu, popełnionego w tej sprawie tuż przed wybuchem powstania *[(181) Skoro kierownictwo działaniami bojowymi w obrębie Warszawy należało do Chruściela - obecność Komendy Gł. była zbyteczna. Inicjatywa sztabowców i poparcie Pużaka były słuszne i rozsądne. Zupełnie niepotrzebnie staje w obronie Pużaka K. Iranek-Osmecki ("Orzeł Biały", nr. 10/766/1957), w polemice z Borkiewiczem pisząc: "Pużak nie przejawiał nigdy myśli, by ktokolwiek związany z walką w Warszawie, miał ją opuszczać, a tym bardziej Komenda Główna". . Zob. w tym rozdziale niżej.].

Cztery pierwsze dni sierpnia, na równi z momentami, w których - w ciągu lipca - kształtowała się i zapadała decyzja podjęcia walki, mają w dziejach powstania wagę największą. Wymagały też tym dociekliwszego spojrzenia w głąb. Dalsze etapy walki są dla badacza labiryntem łatwiejszym, przynajmniej o tyle, że główne problemy nie giną nieuchwytnie w gąszczu krzyżujących się "świateł", lecz wyodrębniają się i rysują wyraźnie poprzez związane z nimi fakty, przeważnie bezsporne, lub przez wymowę dokumentów o sile rozstrzygającej i odrzucającej wszelkie próby ukrycia, wypaczenia czy zaciemnienia prawdy *[(182) Zebrane przeze mnie relacje o nastrojach, panujących po klęsce powstania w obozie jenieckim, mówią zgodnie, iż dowódcy AK byli w stanie kompletnego załamania się pod ciężarem poczucia odpowiedzialności i świadomości popełnionych błędów. Po wyjściu z niewoli otrząśnięto się z tego, zaczęto tworzyć i stopniowo rozbudowywać różne legendy. Można przez porównanie kolejnych oświadczeń stwierdzić, jak tu pewne tezy z drobnego początkowo ziarnka wyrastały w duży i gęsty krzak.].






Władysław Pobóg Malinowski - Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945 - Powstanie Warszawskie - cz. 2