Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Władysław Pobóg Malinowski 

Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945

tom 3, Londyn 1959-1960

 

Powstanie Warszawskie - cz. 2

 

 

Problem pierwszy - to los Warszawy. Nie ma żadnej wątpliwości, że Warszawa była dla Hitlera miastem najbardziej znienawidzonym, niejednokrotnie też zapowiadał jej zburzenie *[(183) Zob. "Dziennik Hansa Franka", str. 137, 229, 411, 512. Frank 12. VII. 1940: "Führer postanowił, że odbudowanie Warszawy, jako stolicy polskiej, żadną miarą nie wchodzi w rachubę". 6 lutego 1944: "Führer następnie zapytał o Warszawę i zrobił uwagę, że Warszawa przyczynia mi zapewne najwięcej trosk w Gubernii Generalnej. Mogłem mu tylko powiedzieć, że Warszawa oznacza najczarniejszy punkt w Gen. Gub. Führer stwierdził, że wybór Krakowa na stolicę był absolutnie słuszny, Warszawa musi być zburzona, gdy tylko nadarzy się ku temu sposobność" ...]. Wykonać jednak tej groźby, w warunkach wojny zwłaszcza w okresie, gdy spadały coraz dotkliwsze ciosy w Afryce, we Włoszech, w Rosji nie mógł: trzeba się było liczyć z sytuacją, nie wywoływać w niej komplikacji, nie wydatkować energii, sił i środków, tak coraz, bardziej potrzebnych gdzie indziej *[(184) Już w styczniu 1943 stwierdzano, iż "bardzo silne zaniepokojenie wywołały przesiedlenia na Zamojszczyźnie"; narzucało się pytanie, czy "odroczenie" sprawy wysiedleń nie byłoby "bardziej celowe"? 3 lutego 1943 "sekretarz stanu Krüger" przyzna, że "wobec zajść w powiecie zamojskim podjęcie dalszych przesiedleń jest prawie niemożliwe" i postawi wniosek, by "na razie zaniechać" tej akcji. 12 stycznia 1944 Frank stwierdzi: "Gdy się bezmyślnie i przemocą wypędza setki i tysiące chłopów polskich z ich domostw, nie należy się dziwić, że idą do lasu jako rozbójnicy" ... "można było (w zarządzaniu obszarem Polski) kierować się albo szaleństwem, albo zdrowym rozsądkiem", a ten "mówi, że teraz tylko to ma znaczenie, co służy sprawie zwycięstwa" (Zob. "Dziennik Hansa Franka" - str. 441, 481, 483, 497, 498, 509).]. Mianowany przez Hitlera w ostatnich dniach lipca dowódcą załogi w Warszawie gen. Stahel otrzymał uprawnienia bardzo szerokie, w dyspozycjach tych wszakże nie było ani cienia wzmianki o niszczeniu Warszawy; przeciwnie - upoważniano go i nawet polecano mu wyzyskać wszelkie środki dla "utrzymania spokoju publicznego, bezpieczeństwa i porządku" w Warszawie. Zwrot w takim stanowisku Niemców wywoła dopiero wybuch powstania. Przebywający w swej Kwaterze Głównej na Mazurach Hitler odpowie na wiadomość o wybuchu furią wściekłości; zrazu zarządzi wycofanie z Warszawy wszystkich sił niemieckich, aby następnie przez masowe użycie lotnictwa "zrównać Warszawę z ziemią" i "stworzyć straszliwy przykład dla Europy"; ponieważ jednak siły niemieckie pozostały wewnątrz Warszawy, osaczone przez powstańców, Hitler i Himmler wydadzą rozkazy zorganizowania odsieczy i stłumienia powstania za wszelką cenę, drakońskimi, bezwzględnymi metodami: "Nie wolno brać jeńców", "należy każdego mieszkańca Warszawy zabić", kobiet i dzieci nie wyłączając. Zadanie to powierzono sprowadzonej pośpiesznie z Margrabowej brygadzie Dirlewangera oraz wybranym częściom przebywającej czasowo na Śląsku brygady Kamińskiego *[(188) Dirlewanger Oskar, weterynarz z zawodu, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii; "brygada" jego, rzucona na powstańczą Warszawę, składała się wg Bacha z "kryminalistów", "zawodowych przestępców", "morderców", werbowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych ("rehabilitacja" przez udział w wojnie). Dirlewanger, wg Bacha, "osobiście nieustraszony i dzielny ... nałogowy pijak i łgarz ... cieszył się nieograniczonymi względami u Hitlera i Himmlera". Mieczysław Kamiński, syn Polaka i Niemki, urodzony w Poznaniu w 1896, po pierwszej wojnie światowej "zawędrował do Leningradu", w r. 1941 był sowieckim kapitanem rezerwy; wg jednych świadectw - w trakcie walk w rejonie Orła dostał się do niewoli niemieckiej, wg innych - w rejonie Briańska, bezpośrednio po wkroczeniu Niemców, za cichą ich zgodą, stworzył lokalne "państewko" z własnym "zarządem" i własną "armią". Gdy pod naciskiem ofensywy sowieckiej Niemcy zaczęli się cofać - Kamiński przeszedł do rejonu Lepią, walczył tam z partyzantami. Na wiosnę miał odejść na Węgry, został jednak zatrzymany na Śląsku. W tłumieniu powstania warszawskiego "brygada" jego w okrucieństwach, rabunkach, gwałtach prześcignęła nawet bandytów Dirlewangera - zob. "Zburzenie Warszawy", zeznania v. dem Bacha i E. Rode, zob. też relację v. dem Bacha z r. 1947 w organie "Instytutu Pamięci Narodowej": "Dzieje Najnowsze", tom pierwszy, zeszyt 2-gi z r. 1947. Trzecim nieludzkim zbrodniarzem był Heinz Reinefahrt, adwokat z zawodu, przybyły do Warszawy na czele oddziałów policji z Poznania; dowodził "grupą" na Woli, Starym Mieście i Powiślu, popełniając takie zbrodnie, jak mordowanie i palenie żywcem rannych i chorych w szpitalach powstańczych.].

Nie ma więc żadnej wątpliwości, że nierozumna i fatalna decyzja powstańcza rozpętała furię niemiecką i na pastwę jej oddała Warszawę. Za porwanie się do walki, która w warunkach chwili była bezsensem politycznym, a militarnie - szaleństwem wręcz zbrodniczym, płacono nie tylko zagładą wielkiego miasta z bezcennymi w nim skarbami dorobku pokoleń *[(189) Jakżeż tragicznie brzmi meldunek T. Wardejn-Zagórskiego z 16. VIII.: "Zawodowi wojskowi doprowadzili nas do kompromitacji i klęski, bardziej dotkliwej w skutkach, niż rok 1939, bo ... bezcenne skarby kultury przepadają bezpowrotnie. Stare Miasto jest tak zbębnione artyl(erią) i minami, że z archit(ektury) jego pozostaną gruzy" ... "gdy o tym mówiłem dowódcy - śmiał się, że są sprawy ważniejsze" ...] - płacono nie tylko wspaniałą krwią młodzieży, rzucanej z gołymi rękami na ziejące ogniem bunkry i czołgi, milionową ludność miasta skazywano nie tylko na bezmierne i bezprzykładne cierpienia, na mękę pod bombami lotniczymi i wyjącymi minami, w ogniu i dymie pożarów, w głodzie i chłodzie w piwnicach pod stosami gruzów; ludność w dzielnicach, pozostających w ręku Niemców, skazywano na ich bestialskie okrucieństwo *[(190) Ludność ginęła nie tylko wskutek bombardowań (znany pisarz J. Kaden-Bandrowski, działacze polityczni J. Piasecki, Z. Hempel). Piechota niemiecka w natarciach tworzyła dla siebie osłonę z ludzi, przywiązanych do drabin i tak gnanych na barykady powstańcze. Jako osłony takiej używano nawet kobiet i dzieci. Pod taką samą "osłoną" posuwały się czołgi. Podpalano szpitale, mordowano chorych, rannych, lekarzy i sanitariuszki. W wielu wypadkach nie pozwalano mieszkańcom opuszczać płonących domów, w innych - spędzano do piwnic i mordowano przez rzucanie z ulicy przez okienka granatów ręcznych. Liczne były wypadki gwałcenia kobiet, mordowania dziewcząt po gwałcie. Grabieże, plądrowania mieszkań połączone były z mordowaniem właścicieli (np. znany aktor M. Maszyński bestialsko zamordowany wraz u żoną i siostrami). W wielu wypadkach wywlekano ludzi z mieszkań i rozstrzeliwano na podwórzach czy na ulicy (na N. Zjeździe np. z domu profesorów - 16 mężczyzn, m. in. J. Raf acz, A. Tretiak). Bór-Komorowski pisze: "Dowódcy lokalni, raportując o tych okropnościach, prosili o wolną rękę w stosowaniu represji.. Nie zgodziłem się . . . chciałem, by Niemcy wiedzieli, że mają do czynienia z regularnym wojskiem ... żądając praw kombatantów, uważałem, że muszę przestrzegać tych samych praw w stosunku do nieprzyjaciela, nawet kiedy on tego nie czyni" ... T. Wardejn-Zagórski jednak w meldunku v 4. VIII. stwierdzał, że na wniosek Rzepeckiego, by w reakcji na okrucieństwa niemieckie dowódca Warszawy miał "wolną rękę" i by "uregulował to wedle swego punktu widzenia" - Bór-Komorowski odparł: "Niechaj robią to samo". Na uwagę, że powstańcy nie mają w ręku cywilnych Niemców, "a z jeńcami wojennymi nie wolno nam tego robić" - Bór-Komorowski odrzekł, że "możemy to robić" z Volksdeutschami i Reichsdeutschami. Represji jednak nie zastosowano; samosądy zdarzały się rzadko. Schwytanych zbrodniarzy niemieckich skazywały polskie sądy wojenne.] - nie było sił i środków na interwencję i osłonę tej ludności przed rozpasaniem żołdactwa, a nie zabraknie w dziejach powstania i takiej czarnej karty, jak pozostawianie ofiarnie współdziałającej w walce, znękanej i zrozpaczonej ludności na pastwę Niemców w dzielnicach, opuszczanych po krótszej czy dłuższej obronie *[(191) Na Woli np. w piątym dniu powstania Niemcy na opanowanym obszarze, wzniecając pożary, dokonają potwornej rzezi ludności - Borkiewicz, może nieco przesadnie, ustala ilość tych ofiar tu na 38,000. O Starym Mieście zob. niżej.]. Nie wystarczy tu stwierdzenie, że dowództwo powstańcze w wytworzonej sytuacji bojowej było wobec gwałtów i zbrodni niemieckich bezradne i bezsilne; siły niemieckie, mimo strat w walce, wzrastały stale *[(192) Zob. wyżej, przypis 162. Stan sił niemieckich był różny w poszczególnych fazach powstania. Ściśle ustalić to trudno. Wg "O. de B." korpusu von dem Bacha siły jego 20. VIII. - 21,282 ludzi; wg wyciągów z "O. de B." 9-ej armii siły, walczące z powstaniem, w dniu 1. X. - 15,749. Siły von dem Bacha największe ok. 20. VIII. - 329 oficerów i 23,974 szeregowych. Von Vormann w raporcie z 18. IX. "siłę bojową" oddziałów niemieckich w Warszawie oceniał na 25,000 ludzi. Cyfrę tę, może z niewielką poprawką in minus, przyjąć chyba można za przeciętną w stanie ilościowym. Po wliczeniu strat przypuszczać można, iż przez szeregi niemieckie w Warszawie przeszło ok. 45,000 ludzi. Straty niemieckie, wg relacji von dem Bacha (pisanej po wojnie, w więzieniu, ze zrozumiałą tendencją do przemilczeń wzgl. przejaskrawień): 26,000 ludzi, w tym 9,000 poległych, 7,000 zaginionych, 10,000 rannych, ale raport von Vormanna mówi, że w czasie od 1. VIII. do 16. IX. Niemcy mieli w Warszawie "9,000 zabitych i rannych"; wg meldunków von dem Bacha i von Vormanna straty w okresie od 1. do 28. VIII. - 3, 861 (w tym poległych oficerów 28, szeregowych 629) - w okresie od 29. VIII. do 16. IX. - 5091. Wykazu strat za 2 ostatnie tygodnie powstania nie ma.] - już w ciągu pierwszych dni powstania ściągnięto "brygadę (batalion piechoty i 5 szwadronów) kozaków" *[(193) "O. de B." v. dem Bacha z 20. VIII. wymienia pułki i bataliony "azerbejdżańskie", "wschodnio-muzułmańskie", "kozackie", "rosyjskie". Formacje te były fragmentem pędu, jaki w miarę wkraczania Niemców w głąb Rosji ogarniał ujarzmione przez nią ludy. Masy kozackie, w dobie odwrotu Niemców, spłyną na ziemie polskie; jedna z dywizji kozackich formowała się w Mławie, inne w rejonie Baranowicz i Nowogródka; część z nich przesunięto pod Zduńską Wolę, inne - wcześniej - do Jugosławii. Część oddziałów kozackich skierują Niemcy przeciw powstaniu warszawskiemu. Gen. Koestring w rozkazie z 20. X. 1944 da wyraz uznaniu dla "wzorowego męstwa" i bojowych wartości kozaków w ich walce z powstaniem. Udział Ukraińców w tłumieniu powstania i w bestialstwach wobec ludności wymaga jeszcze badań. Ukraińcy (Ortynskij i Lewickij w paryskiej "Kulturze" nr. 56 i 61/1952) dowodzą, że ani "ukraińska dywizja", ani "legion ukraiński" nie brały udziału w tych zbrodniach, że ludność Warszawy niesłusznie uważała za Ukraińców nawet bandytów Kamińskiego. Być może. Ale: w składzie sił niemieckich, w "Sicherheitspolizei" mjr. Hahna, w al. Róż i al. Szucha, np. była "kompania Ukraińców" w sile ok. 150 ludzi.], pociąg pancerny, dwubaonowy pułk grenadierów (przewieziony samochodami z Zegrza na Pragę), trzybatalionowy poznański pułk ochronny, 16 kompanii policji z Poznania oraz kombinowany batalion z Wehrmachtu i SS. Trudno orzec, w jakim stopniu pozawarszawskie siły AK mogły napływ tych odsieczowych posiłków zatrzymać, czy bodaj utrudnić im dojazd do Warszawy; faktem jednak bezspornym jest, że zespoły odsieczowe, od 400 do 2.000 ludzi, napływały przez tereny okręgów AK i przez rejony podwarszawskie bez żadnych przeszkód ze strony polskiej, choć rozkazy wydane nie pozostawiały - zdaje się - miejsca na wątpliwość, kto, gdzie i co ma robić *[(194) Gen. Chruściel w broszurze swej (str. 619): "Dla zachodniej części powiatu warszawskiego rozkaz mój nakazywał opuszczenie przez oddziały miejscowości i działania zaczepne na słabsze oddziały i komunikacyjne połączenia Niemców"... W liście do mnie z 12. XII. 1958 pisał: "Okręg warszawski był otoczony przez podokręgi, które miały pomagać, a nie pomogły" ... W liście z 26. XII. 1958: "Na podokręg północny nie liczyłem nigdy ... jego dowódca nie miał energii i nie zorganizował sobie podokręgu na tyle, by był w stanie pomagać ... przez jego teren przejechała z Suwałk brygada Dirlewangera w dn. 2-4 sierpnia (Ciechanów-Wyszogród) bez przeszkód" ...], nie brakuje wszakże stwierdzeń i dowodów, że np. najbliższe Warszawy zgrupowania leśne miały możność skutecznego działania na główne szlaki komunikacyjne, ale "nie otrzymały żadnych rozkazów", dowodzący zaś podokręgiem skierniewickim ppłk. Jachieć ("Roman") miał otrzymać polecenie: wzmóc akcję partyzancką na liniach dobiegowych i starać się doprowadzić do Stolicy żywność i broń, ale uznał, że nie ma warunków na wykonanie tego zadania *[(195) Zob. u Borkiewicza ("Powstanie warszawskie", str. 139), "Polskie Siły Zbrojne, t. 3-ci, AK", str. 631-632. Gen. Chruściel w liście do mnie z 26. XII. 1958: "Skierniewice były dla Warszawy o znaczeniu podstawowym. Mogły udaremnić transporty drogowe i kolejowe, np. z Poznania i Śląska 2-4 sierpnia; te dni były dla Warszawy najważniejsze" . . . "Później, i to przez cały okres walk, podokręg (skierniewicki) mógł w działaniach partyzanckich uderzać na niemieckie połączenia z Warszawą wzdłuż arterii wyprowadzających na Wolę, Ochotę i Mokotów. Ppłk Jachieć był niechętny walce w Warszawie. Nie potrafię określić granicy między niechęcią a faktem braku przygotowań" . . . "Łaszcz (gen. A. Skroczyński, komendant obszaru warszawskiego) siedział w Warszawie i mimo ponagleń ze strony płk. "Filipa" (Szostaka) nie ruszył palcem! Robiło to na mnie przykre wrażenie, wreszcie przestałem na nich liczyć. Teraz zaś, gdy się ich (podokręgi) pozostawia w zupełnym spokoju, a nas bezlitośnie krytykuje, odczuwam to jako wielką niesprawiedliwość"...].

Stwierdzenia nie mniej ważkie wyrastają w wyniku badania spraw, które w ramach problemu powstania można by nazwać "zagadnieniem Rosji". Przede wszystkim: jak wyglądała sytuacja na froncie niemiecko-sowieckim, gdy zapadała decyzja powstańcza? Cały wschodni brzeg Wisły, od ujścia Sanu do Otwocka pod Warszawą był obsadzony już przez Rosjan - siły sowieckie sforsowały tu Wisłę i stworzyły na jej zachodnim brzegu dwa przedmościa: jedno pod Magnuszewem (kierunek na Garwolin-Warkę) i drugie na południe od Puław, pod Janowcem (kierunek na Radom). Odcinek od Dęblina do Puław obsadziły formacje Berlinga (trzy dywizje z silną artylerią) z zadaniem nie tylko "umacniania się" na prawym brzegu Wisły, ale też sforsowania jej i uchwycenia dodatkowych przyczółków na lewym jej brzegu. Równocześnie inne silne kolumny rosyjskie wdarły się na przedmoście warszawskie Niemców, zadały poważne straty 73-ej dywizji, odrzucając część jej w rejonie Jeziorny-Józefowa na lewy brzeg Wisły, i zajmowały Otwock, Okuniew, Wołomin, podchodziły pod Radzymin; siły Zacharowa z 2-go frontu białoruskiego posuwały się wolniej, zdobyły już jednak Białystok i zbliżały się do Ostrołęki. Sytuacja Niemców nad środkową Wisłą była istotnie bardzo ciężka *[(197) Zob. w tym rozdziale przypisy: 81 i 122.] - rozkaz Hitlera jednak wymagał od nich obrony i utrzymania tej linii za wszelką cenę; toteż w ostatnim tygodniu lipca zdobyli się na poważny wysiłek organizacyjny, ściągnęli pośpiesznie pomoc skąd się tylko dało, tak, że na przełomie lipca i sierpnia mogli przeciwstawić oddziałom rosyjskim siły dwóch armii - 9-ej von Vormanna i 2-ej, skupionej nad dolnym Bugiem, w poprzednich walkach nadszarpniętej, ale zachowującej zdolność bojową; zdołali też Niemcy skupić tu aż 5 dywizji pancernych ("Herman Goering", 4-tą i 19-tą oraz tworzące "IV korpus pancerny" dywizje "Wiking" i "Totenkopf") i - wyzyskując lukę między czołowymi oddziałami sił Rokossowskiego a spóźnionymi w posuwaniu się siłami Zacharowa - podjęli operację zaczepną w rejonie Wyszków-Radzymin-Wołomin; wysunięte ku Warszawie kolumny rosyjskie, jakkolwiek poważne (3-ci korpus pancerny z częścią korpusu kawalerii gwardii) były tylko strażą przednią sił głównych Rokossowskiego, toteż nie wytrzymały uderzenia niemieckiego i musiały - po stratach - cofnąć się spod Warszawy, nieznacznie zresztą. Wynik tej pancernej bitwy już w trzecim jej dniu przechylił się wyraźnie na stronę Niemców, tak, że już 4 sierpnia Niemcy mogli przerzucić stąd, poprzez powstańczą Warszawę i Grójec, pod Warkę dywizję "Herman Goering" i 19-tą pancerną, wzmocnić nimi działającą tu 17-tą oraz świeżo tu skierowaną 45-tą dywizję grenadierów, i tą droga, opanować sytuację w rejonie Magnuszewa.

Analizując tę sytuację, można stwierdzić, iż nie brakowało w niej podstaw niemal dla pewności, że zdobycie Warszawy było jednym z głównych celów lipcowej ofensywy rosyjskiej. Przemawiało za tym nie tylko wdarcie się sił pancernych Rokossowskiego na północno-wschodnie przedpole Warszawy, ale i opanowanie przez nie przyczółka pod Magnuszewem z zapowiadającym się stąd ruchem oskrzydlającym od południowego wschodu; zdobycie Warszawy, jako węzła komunikacyjnego (trzy linie kolejowe i trzy wielkie drogi kołowe) dawałoby armii rosyjskiej bardzo dogodną podstawę wyjściową dla następnej ofensywy w kierunku Rzeszy; zdobycie Warszawy, jako stolicy Polski, mieć mogłoby dla Moskwy również niemałe znaczenie polityczne; nagłe pojawienie się formacji Berlinga w pierwszej linii frontu, na odcinku między Dęblinem a Puławami, było wraz z radiowymi apelami - jakby zapowiedzią "tryumfalnego" ich wkroczenia do Stolicy; w ślad za nimi przybył by oczywiście i chełmsko-lubelski "Komitet Wyzwolenia" *[(198) Stalin w rozmowie z Mikołajczykiem 9. VIII. stwierdzi, iż "liczył się pierwotnie z wkroczeniem wojsk sowieckich do Warszawy 6 sierpnia" ale "przeszkodził temu kontratak niemiecki" w rejonie Wyszków-Radzymin, zaś "oskrzydlający manewr poprzez Wisłę w rejonie Pilicy, początkowo zapowiadający się bardzo dobrze, został również opóźniony przez dwie czołgowe dywizje niemieckie" ... Zob. przypis 147 oraz niżej przypis 233.]. Supozycje takie i dziś także uznać trzeba za całkowicie trafne; obok nich wszakże wyrasta ciężki błąd, popełniony przez Podziemie w ocenie sił i możliwości stron walczących - przeceniano rosyjskie, niedoceniano niemieckich. W Komendzie Głównej AK górowały decydująco już poprzednio przez Bora wyrażane nadzieje, że Niemcy nie są już w stanie "przeciwstawić się skutecznie" naporowi rosyjskiemu; "zachowaną zdolność bojową" widziano tylko u skupionej nad dolnym Bugiem 2-ej armii, lekceważono ostrzeżenia przed możliwościami świeżych dywizji ściąganych i koncentrowanych w okolicy Warszawy, a te właśnie posiłki, nie zaś armia 2-ga odegrają główną rolę w odepchnięciu spod Warszawy wysuniętych ku niej kolumn Rokossowskiego. Wśród mglistych i niepewnych wiadomości o sytuacji na froncie w rejonie Warki oczekiwano wprawdzie rosyjskiego "ruchu oskrzydlającego" ku Warszawie od południowego wschodu, na lewym brzegu Wisły, ale widocznie nie zdawano sobie sprawy, że Rokossowskij kieruje główny swój wysiłek raczej na Pilicę, niż na Pragę i - zapewne przez reminiscencje historyczne - spodziewano się, iż Rokossowskij powtarza manewr raczej Tuhaczewskiego z r. 1920, niż Paskiewicza z r. 1831; nie rozeznano też charakteru bitwy pancernej w rej. Wyszków-Radzymin-Wołomin; nie byłoby omyłki w supozycji, że Niemcy rzucili do tej bitwy maximum zebranych i rozporządzalnych na tym froncie sił, błąd popełniony jednak tkwił w przesadnej ocenie sił i możliwości rosyjskich na przedpolu Warszawy w tych dniach. Tak czy inaczej - trzy stwierdzenia narzucają się tu nieodparcie; przede wszystkim - decyzja walki w Warszawie o Warszawę, powzięta we mgle sytuacyjnej, nie miała tych podstaw, jakie dla niej, w tej mgle i w atmosferze podniecenia, widziano; przy tym decyzja zapadła nagle, na skutek alarmistycznego, a niezgodnego z rzeczywistością meldunku Chruściela o pojawieniu się czołgów rosyjskich na Pradze *[(199) Zob. przypisy: 85b, 119-123, 127, 132. Zob. przebieg odpraw w Komendzie Głównej 26-31 lipca, oraz przypisy: 148 i 150.] - nie była wiec wynikiem spokojnej, rzeczowej kalkulacji, ale tylko nieprzemyślanym odruchem, wyrazem rozgorączkowanej i nerwowej atmosfery w sztabie; uderza w ogóle brak w sztabie postaci, która swoją zdecydowaną wolą mogłaby zapanować nad chaosem sprzecznych zdań i dążeń; ujarzmić tę sprzeczność, narzucić jej i utrzymać swoją decyzję, przeciwstawić się stanowczo alarmistycznym meldunkom, a nie poddawać się im i nie przyjmować ich za podstawę dla fatalnej decyzji, bez zbadania i oceny ich ścisłości. Wreszcie - jeśli zamierzano zdobyć Warszawę tuż przed wkroczeniem Rosjan, a wobec wkraczających wystąpić "w roli gospodarza", choćby z częściowym tylko, wstępnym, rozwinięciem sieci polskiej administracji państwowej, to osiągnąć to można byłoby tylko przez nieomylny wybór najwłaściwszego momentu dla porwania się do walki. W ówczesnych warunkach, przy ograniczonych możliwościach własnego wywiadu oraz przy braku kontaktu, a więc i możności porozumienia się z dowództwem rosyjskim, dokonanie nieomylnego wyboru było niezmiernie trudne. Zasadniczo jednak - cele, jakie sobie postawiono, można byłoby osiągnąć przez wystąpienie: albo w warunkach niewątpliwego i nieodwołalnego już odwrotu Niemców z nad linii Wisły, albo w takiej fazie bitwy, rozwijającej się na przedpolu, kiedy opór niemiecki łamałby się pod naciskiem przewagi rosyjskiej, ta zaś związana walką nie zdołałaby się oderwać od spychanych sił niemieckich i na ich karku, w niemożliwym lub bardzo trudnym do powstrzymania rozpędzie, wtoczyłaby się na Pragę i do Warszawy. Wiemy, że w Komendzie Głównej wahano się długo, decyzję przesuwano z dnia na dzień, odwoływano zarządzoną i dokonaną koncentrację, obliczano czas potrzebny na "przyjęcie ugrupowania wyjściowego do uderzenia" oraz niezbędną ilość godzin "między opanowaniem miasta a wkroczeniem Rosjan", - zdawano sobie sprawę ze "straszliwego niebezpieczeństwa" akcji wszczętej przedwcześnie, obawiano się jednak, by nie wystąpić "za późno" *[(200) Zob. przypisy: 128, 132-137, 139, 148, 151a oraz tekst główny.] - i ostatecznie porwano się do walki w momencie wybranym najfatalniej: Niemcy nie zamierzali opuszczać linii Wisły, lecz przeciwnie ściągali tu świeże dywizje; dowództwo AK, wbrew wszystkim swoim dotychczasowym planom "Burzy" i powstania, porywało się do walki z przeciwnikiem nie słabym i nie uchodzącym, lecz wzmocnionym i zdecydowanym na zawziętą obronę, co więcej - porywano się do walki w punkcie, który był dla Niemców bardzo ważnym węzłem komunikacyjnym i bazą zaopatrzenia, i jeśli nie w centrum, to w każdym razie na obszarze skupienia niemieckich sił, słabych w stosunku do nadciągających Rosjan, ale wobec oddziałów AK wyglądających na potęgę z miażdżącą przewagą środków i z możliwością szybkiego ściągnięcia dodatkowych posiłków. Wreszcie - bitwa pancerna w rejonie Radzymina-Wołomina dała lokalny sukces Niemcom; to nie oni musieli w jej wyniku uchodzić na lewy brzeg Wisły, lecz przeciwnie - Rosjanie zostali zepchnięci z przedpola i odrzuceni spod Warszawy. Powstanie, rozpoczynane w takich warunkach, stawało się równoznaczne ze skazywaniem się na klęskę, z wyrokiem zagłady na miasto. Co prawda, Warszawa powstańcza mogła, jak to zresztą potwierdzi późniejszy bieg zdarzeń, przeczekać w walce skutki lokalnego niepowodzenia Rosjan, wytrwać tydzień czy dwa nie tylko bez pomocy z zewnątrz, ale i bez poważniejszych ofiar, strat i zniszczeń; z chwilą jednak wybuchu powstania wchodził decydująco w grę czynnik polityczny - Rosjanie bowiem, na wieść o insurekcyjnym zrywie, zmienią swoje plany, wyrzekną się zamiaru zajęcia Warszawy w pierwszych dniach sierpnia, zahamują i zatrzymają swe działania nad Wisłą, by przez wyczekującą bezczynność skazać powstanie na nierówną walkę i nieuniknioną klęskę *[(201) Publicystyka i pseudohistoria - krajowo-komunistyczna wyolbrzymia znaczenie lokalnego niepowodzenia na przedpolu Warszawy, wyjaskrawia "trudności" w działaniach w rejonie Magnuszewa, wbrew oświadczeniu Stalina (zob. przypis 198) "zapewnia", iż zdobycie Warszawy ani "nie byłe celem lipcowej ofensywy radzieckiej", ani "potrzebne dowództwu radzieckiemu do podjęcia skutecznej ofensywy z linii Wisły w kierunku Odry". Nie brakuje też obszernych dowodzeń, że tyły Rokossowskiego były "zdezorganizowane" wskutek zniszczeń, dokonanych przez Niemców w odwrocie, i że "położenie armii radzieckiej" było "niekorzystne", bo Rokossowskij wdarł się "klinem na zachód", gdy "skrzydła" były w rejonie Pskowa na północy, a nad granicą rumuńską na południu, i że wobec tego posuwanie się "w głąb środkowej Polski" było "niebezpieczne". Z dowodzeń tych wynikać ma, że armia rosyjska w ciągu sierpnia "nie mogła okazać pomocy powstaniu" - zob. "analizę położenia operacyjnego" u St. Okęckiego w tomie pierwszym "Studiów i materiałów do historii sztuki wojennej", u Z. Welfelda w "Wojsk. Przeglądzie Historycznym" nr. 1/6/1958, u J. Rzepeckiego w "Wojsk. Prz. Hist." nr. 7-9/1958, u J. Kirchmayera: "Uwagi i polemiki" oraz w jego "Odpowiedzi Pobóg-Malinowskiemu" w "Nowej Kulturze" nr. 49/1958.],

Komendę Główną jednak obciążają nie tylko błędy, popełnione w ocenie sytuacji i w związanych z nią rachubach; walka powstańcza w Warszawie o Warszawę została zaimprowizowana w ostatniej chwili, decyzję zaś wszczęcia walki powzięto wbrew wszystkim dotychczasowym nie tylko planom, ale i przygotowaniom. Nagła ta zmiana jest niewątpliwie grzechem ciężkim, źródłem niemal głównym największego w dziejach Polski nieszczęścia. Cóż tedy było grzechu tego powodem?

Do prawdy o nim torują drogę wstępną fakty bezsporne. Przede wszystkim: sztab AK, za czasów Grota-Roweckiego, i potem, już z Borem-Komorowskim na czele, włożył wiele żmudnego wysiłku w opracowywanie planów walki z Niemcami; w wyniku długotrwałych studiów i przemyśleń, przy wymianie opinii i wniosków między Komendą Główną w kraju, a Naczelnym Wodzem, jego sztabem i rządem, wyłoniły się kategorycznie obowiązujące zasady zrywu powstańczego, z podstawowym w nich warunkiem "łącznego" pojawienia się i coraz jaskrawszego narastania oznak niechybnej i bliskiej katastrofy niemieckiej, oraz takiego stanu, przede wszystkim własnych, sił i środków, by powstanie "nie mogło się nie udać". A jednak w ciągu ostatniej dekady lipca zasady, wypracowywane w ciągu kilku lat, zostaną nagle odrzucone, decyzja powstańcza zaś zostanie powzięta wbrew tym zasadom *[(203) Bór-Komorowski, po nadmiernym optymizmie w ocenie sytuacji na froncie nie mógł nie dostrzegać zwrotu w zachowaniu się Niemców po 26 lipca - zob. rozdziale tekst i przypisy 119-122a.]. Dlaczego?

W planach "Burzy" nie przewidywano walki w miastach większych; "Burzę" wykonywano - bez zmian w jej założeniach, w miarę cofania się Niemców aż nad Wisłę. Jeszcze 22 lipca Bór-Komorowski na zwołanej odprawie wydał gen. Skroczyńskiemu, komendantowi obszaru warszawskiego, i płk. Chruścielowi, komendantowi okręgu, rozkaz wykonawczy do "Burzy" z jednoczesnym zarządzeniem stanu czujności, a więc i gotowości do powstania, zgodnie z poprzednimi planami i instrukcjami; z kolei wymienieni komendanci na zwołanych odprawach wydali rozkaz wykonawczy do "Burzy" swoim podwładnym; Bór-Komorowski jeszcze 24 lipca nie chciał przyjąć wniosku o zarządzenie "stanu pogotowia" i "przygotowań do walki w Stolicy", nazajutrz zaś - 25 lipca - meldował o gotowości podjęcia walki o Warszawę "w każdej chwili". W momencie więc, gdy w warszawskim obszarze i okręgu wykonywano "Burzę" wedle dawniej ustalonych zasad, w stosunku do Warszawy wprowadzono zasadniczą zmianę *[(205) "Burza" nie przewidywała ani walki w miastach, ani działań na większą skalę; zalecała walkę ze strażami tylnymi cofających się Niemców; sił niemieckich w Stolicy i na jej przedpolu nie można uważać za "straż tylną", należało też spodziewać się, że siły te, w razie uderzenia na nie, zareagują zgoła inaczej, niż straż tylna w odwrocie na ziemiach wschodnich; przykład Wilna i Lublina powinien był być też ostrzeżeniem. Rozmiary walki, wszczętej w Warszawie, siły do tej walki rzucone, przerastały wielokrotnie wszystko, co się zmieścić mogło w ramach pojęcia "Burzy". Powstanie w Warszawie było więc sprzeczne z założeniami "Burzy", nawet - jaskrawym ich zaprzeczeniem. Twierdzenie Bora-Komorowskiego, iż w Warszawie prowadzono "bój w ramach Burzy" (zob. przypis 151a) jest wypaczaniem rzeczywistości. Gen. T. Pełczyński ("Geneza i przebieg Burzy" w lond. "Bellonie" nr. 3/1949) raczej przeczy sam sobie, pisząc raz (na str. 39), że "powstanie warszawskie jest aktem bojowym na tak wielką miarę, że stanowi pozycję samo w sobie; trudno uważać je za fragment Burzy, jakkolwiek w jej ramach się odbyło i z całością tego działania organicznie jest związane", na str. 49 zaś twierdząc, że "punktem centralnym" w fazie "czwartej" Burzy była "walka w Warszawie"... W trakcie zbierania relacji spotykałem się m. in. z powracającym twierdzeniem, że "zagadnienie instrukcji" gen. Sosnkowskiego jest "bardzo skomplikowane" - "Wypowiadał się ciągle przeciw powstaniu powszechnemu, chociaż w okresie maj-lipiec nikt w kraju o takim powstaniu nie myślał" ... Autorzy "Polskich Sił Zbrojnych, t. 3-ci, AK" (str. 666) twierdzą też, iż "gdy w Warszawie punkt ciężkości spoczywał już tylko na zagadnieniu podjęcia walki o Warszawę, Nacz. Wódz wciąż jeszcze określał swój stosunek do powstania powszechnego": w związku z tym zob. przypis 70. Przytoczonego wyżej "stwierdzenia" autorów "Polskich Sił Zbrojnych" nie można uznać za słuszne i z tego jeszcze względu, że przecież i w Warszawie samej przed 21 lipca o walce w Stolicy nikt konkretnie nie mówił i nie myślał, a pierwsze depesze z wiadomością o tej szaleńczej decyzji Wódz Naczelny otrzymał tuż przed wybuchem (zob. przypisy 98-110).]. Dlaczego?

Decyzja powstańcza, w treści swej i zwłaszcza w skutkach, wykraczała daleko poza ramy, ustalone w obowiązujących instrukcjach dla powstania powszechnego i dla "Burzy", a nie liczyła się zupełnie z tym stanem rzeczy, jaki wynikał z dotychczasowych przewidywań i zarządzeń w zakresie organizacji i zaopatrzenia materiałowego oddziałów AK w Stolicy; przecież niezbyt obfite zrzuty broni z Zachodu były w ciągu ostatniego roku przed powstaniem kierowane, zgodnie z planami Komendy Głównej, na inne okręgi, jeśli nie z całkowitym pominięciem, to z wybitnym upośledzeniem okręgu stołecznego; było to konsekwencją postanowionego wyłączenia z planów "Burzy" miast większych; w zgodzie z tym pozostawało też dokonywane jeszcze w lipcu uszczuplanie posiadanych przez Warszawę zasobów broni na rzecz okręgów wschodnich; w rezultacie: w momencie zapadania fatalnej decyzji Warszawa miała powstańczej, a więc technicznie niemal prymitywnej broni tylko na 4-5 tysięcy ludzi z zapasem amunicji na parę dni walki; z mizerii tej zdawano sobie sprawę w pełni; wiedziano, iż na pomoc z zachodu, w formie wsparcia lotniczego, liczyć nie można i że problem pomocy w zrzutach broni wygląda co najmniej niepewnie; na przełomie maja i czerwca odpowiadano na pytanie polskiego Londynu zgodą na oddanie brygady spadochronowej do dyspozycji aliantów, ale w ostatniej dekadzie lipca liczono na "masowe zrzuty" i oczekiwano pomocniczych nalotów bombowych oraz desantu polskiej brygady spadochronowej. Dlaczego?

Zadania i cele pierwszego szturmu powstańczego kłóciły się najjaskrawiej z wynikami dotychczasowych doświadczeń; przez kilka lat obserwowano i badano zmieniające się siły i możliwości okupanta, analizowano jego zarządzenia i przygotowania na wypadek spodziewanych wystąpień AK; wyciągane stąd wnioski sprawdzano przez nieustanne ćwiczenia na wszystkich szczeblach organizacji i poprzez walkę, w formie działań sabotażowych i dywersyjnych; miało to dać żołnierzowi Podziemia niezbędne mu doświadczenie, dowództwu zaś podstawę dla oceny możliwości AK; tą drogą wypracowywano stopniowo i ze żmudną skrupulatnością zasady walki powstańczej i instrukcje wykonawcze, wypracowane zaś wtłaczano w głowy przyszłych wykonawców, jako nakazy trwałe, niezmienne i nieodwołalne. Niemal wszystko to przekreślono i odrzucono nagle w ostatniej dekadzie lipca. Dlaczego?

Już na cztery lata przed powstaniem - w planach z r. 1940 - mówiono o istnieniu w Warszawie szeregu "kompleksów gmachów", "silnie obsadzonych i umocnionych", które zaatakować i zdobyć można tylko "przy pomocy bombardowań z powietrza"; Bór-Komorowski jeszcze w połowie lipca myślał tak samo i w meldunku do Wodza Naczelnego dawał wyraz przekonaniu, że przy istniejącym stosunku sił niemieckich w Polsce i przy ich przygotowaniach przeciwpowstańczych - powstanie, nawet w wypadku zasilenia w broń oraz współdziałania lotnictwa i wojsk spadochronowych - nie miałoby "widoków powodzenia" i okupione zostałoby "dużymi stratami". Powzięta o tydzień później, w ostatniej dekadzie lipca, decyzja podjęcia walki była zaprzeczeniem tej oceny i skazywała oddziały AK właśnie na "duże straty", na walkę z przeciwnikiem uzbrojonym po zęby, oraz na zdobywanie gołymi niemal rękoma koszar i gmachów, przekształconych w "obronne fortece z bunkrami i drutami kolczastymi" ... Dlaczego ?

Zadania i cele pierwszego szturmu powstańczego były o wiele trudniejsze od przewidywanych dotąd, wymagały też nie tylko przygotowawczego skupienia możliwego miximum sił i środków, ale też zawczasu, spokojnie i najgłębiej przemyślanego planu operacyjnego. Sił i środków nie gromadzono, przeciwnie - posiadane uszczuplano, bo przed 21 lipca nie zamierzano walczyć o Warszawę; z tychże powodów nie opracowano żadnego planu, nie robiono żadnych przygotowań do walki w mieście o miasto, a po powziętej nagle decyzji nie było już na to czasu; a gdyby plan taki, choćby pośpiesznie, został opracowany, to unaoczniłby niechybnie - przy jaskrawej dysproporcji sił i środków - całe szaleństwo powziętej decyzji. Plan zastąpiła improwizacja, z nieuniknionym zamętem i chaosem. W improwizacji tej liczono, iż powstanie trwać będzie trzy, lub co najwyżej kilka dni. Dlaczego?

Pełnej odpowiedzi na siedem tych pytań nie daje ani popełniony błąd w ocenie sytuacji na froncie niemiecko-rosyjskim, ani wyrosły przeważnie w uzasadnieniach ex post łańcuch motywów "ideowych", "politycznych", "wojskowych". Gdzież tedy tkwią najistotniejsze przyczyny tej tak zasadniczej zmiany w stanowisku, jaka dokonała się niemal nagle, bo w ciągu dekady, poprzedzającej fatalny wybuch ?

Wyłania się tu przede wszystkim moment niemałej wagi: ustosunkowania się decydującej większości sztabu AK do osoby Naczelnego Wodza, gen. Sosnkowskiego. W stosunku tym było może mniej niechęci o charakterze osobistym, więcej zastrzeżeń dla postawy politycznej Naczelnego Wodza *[(209) Stosunek czołowych sztabowców A. K do Nacz. Wodza nacechowany był co najmniej dużą rezerwą; instrukcje jego przyjmowano krytycznie, nawet bardzo krytycznie: w sprawach, gdy ujawniała się sprzeczność lub rozbieżność stanowisk, z ust sztabowców krajowych, zwłaszcza gen. Pełczyńskiego, padały "stwierdzenia", że gen. Sosnkowski "nie orientuje się w sytuacji krajowej", że "nadsyła instrukcje rozwlekłe i nierealne", że "szkoda czasu na ich czytanie", bo "mamy tu pełne ręce roboty". Wiem o obszernym i szeroko umotywowanym raporcie pisemnym, jaki w sprawie stosunku sztabowców AK do Nacz. Wodza złożył na przełomie 1943/1944 gen. K. Sawicki, wykazując, jak niekorzystne wrażenie i jakie cierpkie komentarze wywołuje ta postawa sztabowców wśród żołnierzy Podziemia, gdzie gen. Sosnkowski cieszył się olbrzymim autorytetem. Potwierdza to treść i ton prasy podziemnej AK - wzmianki o Nacz. Wodzu pojawiały się rzadko i były bardzo powściągliwe. Nie ogłaszano np. w tej prasie pięknego rozkazu gen. Sosnkowskiego z gorącymi słowami dla żołnierzy Podziemia, a na pytanie zdziwionych oficerów odpowiadano, iż rozkaz nie został ogłoszony "zapewne wskutek przeoczenia przez szefa Biura Informacji i Propagandy"; płk Rzepecki istotnie nie mógł długo "przeboleć" decyzji Roweckiego w sprawie artykułu ku czci Marszałka Piłsudskiego. Niechęć Pełczyńskiego do gen. Sosnkowskiego przejawiała się jeszcze mocniej. Bór-Komorowski, pochodzący z armii austriackiej i nie mający powiązań ideowych z obozem niepodległościowym Piłsudskiego z okresu 1914-1918, w przekonaniach, w mentalności "endek" (prawica narodowa) był tym powolniejszym narzędziem w ręku swego szefa sztabu, Pełczyńskiego, ten zaś, "piłsudczyk", jeśli chodzi o przeszłość wojskową, miał jakieś, chyba po klęsce r. 1939 wyrosłe "pretensje" i "urazy", wyrażające się w krytycznym stosunku do rzeczywistości przedwrześniowej i jej czołowych postaci.]. Tak jednak czy inaczej - zaważyło to na decyzji podjęcia walki w Warszawie o Warszawę. Trzeba sprawę tę postawić wyraźnie i kategorycznie: odzwierciadleniem stanowiska Naczelnego Wodza były jego instrukcje; nikt absolutnie nie mógł mieć wątpliwości, że Wódz Naczelny był jak najbardziej stanowczym przeciwnikiem powstania. Mikołajczyk i jego rząd mieli koncepcję inną - chcieli powstania i świadomie w tym kierunku parli. Wobec tych dwóch przeciwstawnych koncepcji, czynnikiem rozstrzygającym mógł być tylko dowódca AK i jego sztab. Na to jednak, by odegrać rolę takiego czynnika, trzeba było mieć własną koncepcję lub przynajmniej możność trzeźwej oceny rzeczywistości nie tylko wojskowej, lecz przede wszystkim politycznej, oraz zdolność do pobierania decyzji samodzielnej. Tego ani Bór-Komorowski, ani jego sztabowcy nie mieli. Toteż poszli po linii silniejszego nacisku z Londynu. Nie ma podstaw dla zarzutu, iż działali w tajnym porozumieniu z Mikołajczykiem; faktem wszakże jest, iż Mikołajczyk miał szerokie, niemal nieograniczone i ułatwiane przez Anglików możliwości techniczne w porozumiewaniu się z Podziemiem krajowym, politycznym i wojskowym, miał przy sobie gen. Tatara, ten zaś doskonale się orientował w stosunkach personalnych sztabu AK, w istniejących tam prądach, w charakterze ludzi, mógł więc podsuwać Mikołajczykowi i sugestie trafne, i rady niezawodne. Faktem równie bezspornym i mającym tu także swoją niemałą wagę były nie tylko zachowane przez Tatara jego powiązania z "zespołem jego ludzi" w sztabie AK - niejeden ze sztabowców i spoza tego "zespołu" widział w Mikołajczyku "największą siłę polityczną" w danej chwili, i "siłę potencjalną na najbliższą przyszłość *[(213) Mam tu na myśli przede wszystkim gen. Pełczyńskiego, który acz z przekonań w tym okresie bliższy raczej socjalistom, widział "konieczność pójścia po linii Mikołajczyka" i w tym sensie wywierał wpływ na podatnego Bora-Komorowskiego.].

Tak więc sztabowcy AK, mając przed sobą dwie drogi, wybrali tę, na którą pchał ich Mikołajczyk; fakt ten - bezsporny - upoważnia do stwierdzenia, że przez taki wybór zespalali się z Mikołajczykiem i stawali się po prostu narzędziem w jego ręku *[(214) Sztabowcy AK po klęsce powstania i po kilkumiesięcznej niewoli w Niemczech znalazłszy się w Londynie, zaczęli odżegnywać się od Mikołajczyka; nie zasłoni to jednak prawdy - zob. przypis 86b, 91-93 i 127. Zob. też przypisy: 116-118b.]. Co prawda, poza niechęcią sztabowców do Wodza Naczelnego i krytycznego ich stosunku do jego instrukcji działały tu także momenty inne - tendencje do "podpierania" Mikołajczyka, jako "jedynej siły politycznej" łączyły się ze ślepym pędem do walki jednych i buntem, nie tylko wewnętrznym, drugich przeciwko "bezczynności w tak przełomowej chwili" *[(215) Wpływowym wyrazicielem buntu przeciw "bezczynności", a więc i pędu do walki był gen. Pełczyński. Płk "Monter"-Chruściel - to typ żołnierza, który decyzję raz powziętą stara się realizować lepiej czy gorzej, tak, jak jego uzdolnienia czy okoliczności pozwalają; szkolił żołnierzy Podziemia, przygotowywał ich i zaprawiał do walki, toteż kiedy przyszła chwila "odpowiednia" - chciał się bić; ten żołnierski jego pęd był głównym motorem jego postępowania, tak przed wybuchem, jak i w trakcie powstania; w kalkulacje "wyższego rzędu" nie wdawał się, był zwolennikiem walki, a więc i powstania, z myślą o tej walce zżył się, ona w nim dominowała; i kiedy w trakcie powstania przyjdą chwile ciężkie - Chruściel z całą zaciętością, kategorycznie, nieustępliwie, konsekwentnie będzie się przeciwstawiał myśli o przedwczesnej kapitulacji, będzie głosił konieczność "wytrwania w walce aż do końca".]. Po "linii rozumowania" Mikołajczyka jednak szły też i kombinacje polityczne sztabowców: powstanie w sensie militarnym miało być walką, skierowaną przeciwko Niemcom; jest to faktem tak oczywistym, że wszelkie tłumaczenie jest zbyteczne; w sensie politycznym jednak powstanie miało być, według sztabowców, "manifestacją przeciw Rosji" - zamierzano przecież zdobyć miasto "własnym wysiłkiem" i przed wkroczeniem Rosjan, wobec wkraczających zaś wystąpić w "roli gospodarza" i przez to zmusić Rosję albo do uznania tej roli, a więc i zasady niepodległości politycznej Polski, albo do pogwałcenia "praw gospodarza"; oba te wypadki szły przeciwko planom i zamiarom Rosji, politycznie więc powstanie miało być "zrywem antyrosyjskim". Ale czy było? Niewątpliwie - i taką koncepcję dostrzec można w ramach rozważań sztabowców krajowych. Wydaje się jednak, iż koncepcja ta w dniach kształtowania się i zapadania decyzji powstańczej jeśli się odzywała, to gdzieś na dalszych marginesach, nie posiadała wagi większej, bo przecież Mikołajczyk szukał "porozumienia" z Rosją, w powstaniu zaś widział pomocniczy dla siebie atut, toteż i sztabowcy "podtrzymujący" Mikołajczyka i "niecierpliwie" wyczekujący wyniku rozmów jego w Moskwie, nie mogli myśleć o "politycznej manifestacji" przeciw Rosji; wydaje się też, iż "politycznie antyrosyjski" aspekt powstania ukształtuje się post factum, bądź w polskich poklęskowych próbach odżegnania się od .Mikołajczyka i "odgrodzenia się" od jego polityki, bądź też pod wpływem także późniejszych moskiewskich wrzasków i oskarżeń. Wydaje się zresztą, że i te oskarżenia Moskwy, i późniejsze polskie uzasadnienia kroczą drogą uproszczeń. Bo przecież główne intencje powstania, tak samo, jak i poprzedzającej je "Burzy", równoznaczne były z dążeniem do powrotu na własnej polskiej ziemi do własnych polskich form państwowości. Dążenia te, jak najbardziej naturalne i bezspornie słuszne, tylko w oczach Moskwy i w oczach jej agentury chełmsko-lubelskiej uchodzić mogły za "postawę antyrosyjską". Nie można ani Polaków w ogóle, ani sztabowców AK uważać za wrogów Rosji dlatego, że chcieli własnej polskiej państwowości i własnych, a nie narzucanych z zewnątrz form ustrojowych. Natomiast Rosja była i jest wrogiem Polski, bo od wieków była i jest państwem zaborców, grabieżców i zbrodniarzy i od dawna nie uznawała i nie uznaje prawa Polski do życia wolnego. Postawa szeregów AK, jak i postawa całego społeczeństwa była nie tylko antyniemiecka, ale także - antyrosyjska, ale dlatego, że Rosja w r. 1944 nie ukrywała nawet swego wrogiego i agresywnego stosunku do Polski *[(219) Już w drugim tomie tej "Najnowszej Historii" na str. 46 pisałem, że Piłsudski np. nie był "wrogiem Rosji", nie "nienawidził" jej, tylko był politycznym jej przeciwnikiem o tyle, o ile chciała panować nad Polską i o ile była w tym sensie niebezpieczeństwem dla Polski.].

Ale obok problemu intencji powstania istnieje niemniej ważkie zagadnienie - potrzeby powstania i celowości jego w ówczesnych warunkach. Powstanie zbrojne w Warszawie potrzebne było Mikołajczykowi, bo - w jego przekonaniu - miało wzmocnić go w rozmowach ze Stalinem; u sztabowców krajowych działał jeszcze, niechybnie też przez Mikołajczyka podsycany, "argument", że skoro Moskwa tak hałaśliwie oskarża krajowe i londyńskie władze polskie, skoro pomawia je, iż pozbawione są w kraju "sił", "wpływów" i "znaczenia", skoro zarzuca im "działanie dwulicowe" - w stosunku do Niemców "ciche sprzyjanie", "bezczynność", w najlepszym razie "powściągliwość", w stosunku do Rosji zaś - nie tylko "nastawienie", ale i "akcje wrogie", to powstanie zbrojne w Warszawie, w stolicy kraju, i w skali tak wielkiej, ma "wytrącić" z rąk Moskwy jej oszczercze "argumenty". O ile o tej rzekomej "konieczności" przeciwstawienia wrogiej propagandzie "czynu w wielkiej skali" nie myślano, a w każdym razie nie mówiono głośniej w związku i w ramach "Burzy" dotychczasowej, to teraz "konieczność" ta była najpoważniej brana w rachubę i zaciążyła, w pewnym sensie nawet przeważyła szalę w sprawie zmiany "Burzy" w okręgu warszawskim na powstanie zbrojne w Stolicy. Wszystko, co jest w człowieku rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności podnosić się musi gniewnie przeciwko temu absurdalnemu szaleństwu sztabowców, odpowiadających na słowną propagandę wroga czynem, który już w zarodku swoim grozić musiał nieobliczalną katastrofą narodową, a w skutkach stał się koszmarną hekatombą niepoliczonych ofiar we krwi, mogiłach, gruzach, zgliszczach! ...

Zastrzeżenia nie mniej kategoryczne wywołać musi pomysł poparcia przez powstanie polityki Mikołajczyka - przy ówczesnym stanie sprawy polskiej w ramach polityczno-wojennej sytuacji międzynarodowej "polityka" Mikołajczyka była tylko pogonią za złudzeniami. Popierać złudzenia czynem, wymagającym tak wielkich ofiar?!? Nie ma tu dla sztabowców "okoliczności łagodzących" - sytuacja była najzupełniej wyraźna, a mimo to poszli za Mikołajczykiem! *[(221) Zob. przypisy: 87 i 143. O zamiarach Rosji mówił aż nadto wyraźnie przebieg "Burzy". Kto tkwił wśród tych wydarzeń - nie może narzekać na brak elementów do oceny sytuacji, a jeśli narzeka - to albo ucieka małodusznie przed odpowiedzialnością, albo przyznaje, iż był dzieckiem, które trzeba prowadzić za rękę, albo że działał, jak ślepiec wśród kolorów, miejsce zaś dzieci i ślepców nie tam, gdzie się ważą losy narodu! ...] Wbrew też wszelkim, zresztą już po klęsce stworzonym, pozorom - w całkowitej zgodzie z ówczesnymi potrzebami Mikołajczyka pozostaje także koncepcja "zdobycia Stolicy własnym wysiłkiem" przed wkroczeniem Rosjan i wystąpienia wobec wkraczających w "roli gospodarza". To także było potrzebne Mikołajczykowi w rozmowach moskiewskich, jako przejaw jego "siły" i "możliwości". W pełnej też zgodzie z "polityką" Mikołajczyka - nie oczekiwano i nie chciano "pomocy rosyjskiej", przeciwnie - chciano Rosjan "wyprzedzić", "wyzwolić się samodzielnie" i jakby powiedzieć im: "Jesteśmy wolni, bo jesteśmy dość silni!"... W czasie, gdy kształtowała się i zapadała decyzja powstańcza, gdy liczono, że powstanie potrwa bardzo krótko *[(222) Zob. przypisy 150, 151 i 151a. Zasadniczo - w sztabie obliczano, iż powstanie potrwa "dwa-trzy dni". O pięciu, siedmiu, dziesięciu dniach mówią poklęskowe uzasadnienia.] - nikt ze sztabowców nie myślał o zwracaniu się o pomoc do Rosjan. Dopiero pod wrażeniem wyników pierwszego nieudanego szturmu oraz w obliczu ogromnych trudności, jakie w złamaniu oporu Niemców ujrzano po rozpętaniu walki, zaczęto zrazu nieśmiało, później coraz głośniej i coraz częściej widzieć w rosyjskiej pomocy z zewnątrz nie tylko niezbędną odsiecz, ale i ostatnią deskę ratunku. To, co miało być wobec Moskwy "przejawem siły", stawało się dowodem tragicznej niemocy i w skutkach przekształcało się w bezradne i coraz bardziej poniżające skomlenie o moskiewską pomoc *[(223) Bór-Komorowski, z nadzieją na rychłe wkroczenie Rosjan, 3. VIII. ustalał zasady ujawniania się: w pierwszym "rzucie" Chruściel wraz z okręgowym delegatem rządu, w drugim - Bór-Komorowski z Jankowskim (meldunek Wardejn-Zagórskiego z 3. VIII.). Wydany rozkaz oszczędzania amunicji i ograniczenia się w działaniach do obrony (przypis 180) wiązał się u Bora-Komorowskiego, i zwłaszcza u Chruściela, z nadzieją na wytrwanie do chwili wkroczenia Rosjan.]. W matni, stworzonej przez własną nierozwagę, chwytano się każdej drogi dla nawiązania kontaktu z dowództwem rosyjskim. Nie odrzucano więc usług, jakie zaproponować miał kapitan rosyjski Kaługin, zatrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach 3 sierpnia w Śródmieściu *[(224) Sztabowcy AK, niezbyt zgodni w szczegółach, najwyraźniej nie chcą ujawnić przykrej dla nich prawdy; wyolbrzymiają natomiast ten epizod, jako dowód dobrej ich woli w bezskutecznych próbach nawiązania łączności z dowództwem rosyjskim: zob. u Bora-Komorowskiego "Armia Podziemna", str. 259-262, w "Polskich Siłach Zbrojnych, tom 3-ci, AK", str. 831, u Chruściela "Powstanie warszawskie", str. 12, u Pełczyńskiego w lond. "Bellonie", zeszyt 3/1955, str: 13-14. Drobną część prawdy ujawnił dopiero w r. 1959 (w lond. "Orle Białym", nr. 8/869) płk. Iranek-Osmecki - w art. "Rola Kaługina w Warszawie". Z. Zaremba ("Wojna i konspiracja", str. 248-249) ogranicza się do krótkiego stwierdzenia, iż uważał Kaługina za "sowieckiego wywiadowcę" i że dlatego uchylał się od kontaktów z nim. Publicystyka krajowo-komunistyczna (A. Przygoński w komentarzach do cytowanych tu "Meldunków BIP", "Wig" w warsz. tygodniku "Świat", nr. 49/1958) przedstawia Kaługina jako dezertera (przejście do szeregów Własowa) i twierdzi, iż został przez władze sowieckie rozstrzelany we wrześniu 1944, jako "winny dezercji i szpiegostwa na rzecz Niemiec".], - doprowadzony do sztabu Chruściela i powierzchownie tam zbadany (miał legitymację, ale nie miał "pełnomocnictw") - tak zręcznie pokierował rozmową, iż zgodzono się skwapliwie na jego "przyjazne pośrednictwo". Chruściel nalegał, by Kaługin bezzwłocznie skontaktował się z Rokossowskim, prosił o przekazanie Rokossowskiemu "serdecznych pozdrowień od walczącej Warszawy" oraz apelu o pomoc (broń, amunicja, wsparcie lotnicze i artyleryjskie). Kaługin był raczej odporny na naciski, próbował - nawet natarczywie - inspirować wysłanie depeszy, w której wszystkie polskie "stronnictwa demokratyczne" prosić by miały Stalina o "pomoc i opiekę" *[(225) Kaługin już w tym momencie musiał mieć ściślejsze kontakty z komunistami w Warszawie, bo i oni wystąpili jednocześnie z żądaniem wysłania takiej samej depeszy.]. Odpowiedziano mu odmową i stwierdzeniem, że Mikołajczyk w Moskwie w rozmowach ze Stalinem przedstawi mu na pewno i sytuację w Warszawie, i jej potrzeby, sprawą zaś najpilniejszą jest uzyskanie pomocy od wojsk rosyjskich, stojących tuż, u bram Warszawy. Kaługin wszakże zasłaniał się utratą kontaktu z własną radiostacją i ostatecznie zaproponował, iż zadepeszuje do Moskwy sam. Zgodzono się na to. Depeszę, datowaną 5 sierpnia, adresowaną wprost do "marszałka towarzysza Stalina", mówiącą z uznaniem o "bohaterskiej" postawie żołnierzy AK i całej ludności Warszawy, domagającą się pomocy w zrzutach, podającą rejony dla tych zrzutów i stwierdzającą, iż Warszawa "wierzy, że w najbliższych godzinach" okazana będzie "jak najwydatniejsza pomoc", - wysłano do Londynu 7 sierpnia z prośbą o "transmitowanie do Moskwy" *[(226) Kaługin, choć przedstawił się, jako "oficer łącznikowy sztabu marsz. Rokossowskiego", w depeszy tej prosił Moskwę czy Stalina: "Ułatwijcie mi połączenie z marsz. Rokossowskim". Pełny tekst depeszy u Bora-Komorowskiego w "Armii Podziemnej" str. 260, w "Polskich Siłach Zbrojnych" str. 831.]. Równocześnie płk. Chruściel przez łączniczkę, przerzuconą na prawy brzeg Wisły, zwracał się do najbliższego dowódcy rosyjskiego o przekazanie kopii depeszy Kaługina Rokossowskiemu *[(227) Kaługin był inteligentnym i doświadczonym agentem wywiadu sowieckiego. Zrzucony na spadochronie w czerwcu 1944 w Lubelszczyźnie, w rejonie działania sowieckiej grupy partyzanckiej "Czornego" (płk. Iwan Banow - zob. o nim w "Dzienniku bojowym dowództwa 2-go obwodu A.L." w warsz. kwartalniku "Z pola walki", nr. 1/5/1959, str. 167 i 172) - przybył do Warszawy ze ściśle określonym zadaniem i dla ułatwienia sobie tego zadania udawał gorąco przyjazny stosunek do powstania, aby tą drogą, w polskim ośrodku kierowniczym, zdobywać informacje dla sztabu moskiewskiego. Sztabowcy AK w swej literaturze mówią o swoim pełnym zaufaniu do tego szpiega, o żadnych podejrzeniach, jakie budzić musiał i budził, nie wspominają ani słowem. Wardejn-Zagórski w meldunku z 23. VIII. stwierdza, iż "czuwano" nad nim, "bo spryciarz, i to niebezpieczny". Chruściel już 17. VIII. w piśmie do Kaługina ograniczał "swobodę (jego) poruszania się i działania na terenie walki" (obowiązek stałego przebywania w sztabie Chruściela, wyjście poza sztab tylko za zgodą Chruściela) - bo upłynęło 10 dni, a oddźwięku na depeszę nie było ani z Moskwy, ani ze strony Rokossowskiego. Dokument ten został ogłoszony (fotokopia) w warsz. tyg. "Świat" nr. 49/1958. Gen. Chruściel, do którego się w tej sprawie zwróciłem, w listach do mnie z 18 i 26. XII. 1958 potwierdził autentyczność dokumentu i w związku z tym pisał do mnie, że Kaługin "pozostawienie go w powietrzu po apelu do Stalina odczuł bardzo boleśnie; gdy widziałem jego moralne cierpienia, złagodziłem do pewnego stopnia ograniczenie swobody, dając mu zaufanego podchorążego, który nie odstępował go ani na krok" ... Płk. E. "Radwan"-Pfeiffer w liście do mnie z 5. I. 1959: "Byłem specjalnie zaproszony przez "Montera" do udziału w rozmowie z Kaługinem" ... Chruściel "koniecznie chciał, by jeden z naszych oficerów" był obecny przy próbie skontaktowania się z Rokossowskim, ale "Kaługin nie chciał na to się zgodzić" ... "być może, iż m.in. już to mogło wzbudzić nieufność w Monterze" ...]. Nazajutrz, 8 sierpnia, w depeszy, wysłanej drogą radiową przez Londyn i Moskwę, apelował do Rokossowskiego; stwierdzając, że już od 1 sierpnia "przy pomocy całej ludności" Warszawy prowadzi "ciężki bój" z Niemcami, wiążąc "poważne siły" niemieckie, komunikował: "Odczuwamy już brak amunicji i broni ciężkiej", toteż "szybka pomoc wojsk pana marszałka jest dla nas koniecznością". Na depesze te nie było odpowiedzi ani od Stalina, ani od Rokossowskiego, nie brakowało jednak aż nadto wymownych przejawów stanowiska Moskwy. Stalin kwestionował i lekceważył wszystko, co Mikołajczyk w pierwszej rozmowie na Kremlu 3 sierpnia wieczorem uważać chciał za dowód swojej siły, za "mocne podstawy" swej pozycji; wytknął więc przede wszystkim, że Mikołajczyk błędnie ocenia sytuację i układ stosunków w Polsce: "Polacy są dzisiaj inni, niż byli, gdy opuszczał pan kraj w r. 1939 - wyrosły tam nowe siły, pojawiły się w ostatnich pięciu latach nowe autorytety; zmieniło się wszystko!" *[(228) Zob. u St. Mikołajczyka: "The Pattern of Soviet Domination", na str. 81. Stalinowi w tej rozmowie bardzo by się przydać mogła depesza, której wysłania domagał się Kaługin.]. Postawił też szereg "zarzutów", mających świadczyć nie tylko o braku w Polsce "dobrej woli dla współpracy", ale o wręcz wrogim stosunku do Rosji: "zestawia się Stalina z Hitlerem", Rosjan nazywa się "nowymi okupantami", twierdzi się, że Rosja jest "wrogiem nr. 1" i że "ponieważ Niemcy tak czy inaczej będą pobite" - "należy oszczędzać siły na późniejszą walkę" z Rosją; AK "inwigiluje" komunistów, "morduje" ich - brak jakiegokolwiek potępienia tych mordów, "dokonywanych" także na "ludowcach i socjalistach"; oddziały AK mobilizowane i organizowane są na "tyłach wojsk sowieckich" - ukrywa się tam broń, oddziały wysyła się do lasów, organizuje się akcje przeciw armii sowieckiej. Tak stosując niejednokrotnie już wypróbowaną metodę "zaskoczenia przez zarzuty" - osłabienia pozycji partnera przez zmuszanie go do tłumaczenia się, usprawiedliwiania, obrony, Stalin na prośbę Mikołajczyka o pomoc dla walczącej od trzech dni Warszawy odpowiadał tylko lekceważeniem i pogardą: "Cóż to jest ta wasza Armia Krajowa? Co to za armia bez artylerii, bez czołgów, bez lotnictwa? Nawet broni ręcznej nie ma dosyć!... W świetle (chyba raczej: w warunkach?) nowoczesnej wojny to jest nic! To są drobne oddziałki partyzanckie, a nie regularna siła zbrojna! Słyszę, że rząd polski polecił tym oddziałom wypędzić Niemców z Warszawy. Nie rozumiem, jak to zrobią, bo przecież nie mają na to siły. Ludzie ci zresztą przeważnie nie walczą z Niemcami, tylko kryją się po lasach - nie są oni w stanie robić nic innego!" *[(230) Wg "Protokółu rozmowy Stalin-Mikołajczyk-Romer" z 3. VIII. 1944. Gdy Churchill w depeszy do Stalina 4. VIII. zapowie angielskie zrzuty broni i amunicji dla Warszawy - Stalin odpowie mu 5. VIII. wyrazami lekceważenia dla "informacji, pochodzących od Polaków", pogardliwie oceni siły i możliwości Armii Krajowej, która wg niego składać się ma "z kilku oddziałów" ("iż nteskolko otriadow") - "niesłusznie nazywanych dywizjami" - "nie mają ani artylerii, ani lotnictwa, ani czołgów" ... - zob. "Pieriepiska", tom pierwszy, str. 251-253.] ... Nie było w tym ani cienia zapowiedzi pomocy dla walczących. Jeszcze wyraźniej brzmiały momenty inne: w spotkaniu z przedstawicielami agentury moskiewskiej 6 sierpnia Mikołajczyk na swój apel o wspólne zabiegi o wyjednanie pomocy dla walczącej Warszawy usłyszał od Wandy Wasilewskiej: "Zachodzi tu jakieś nieporozumienie! Panowie są źle poinformowani o sytuacji w kraju... Ludzie, którzy wyszli z miasta (Warszawy) 4 sierpnia, a na terenie Lublina znaleźli się wczoraj stwierdzają, że poza zamachem na samochód na rogu Koszykowej w Warszawie od czterech miesięcy był spokój. Również w sowieckim Wydziale wywiadowczym stwierdzono, że do tego dnia walk w Warszawie nie było!" *[(231) Mikołajczyk o spotkaniu swym z W. Wasilewską, Osóbką-Morawskim, Żymierskim i A. Witosem depeszował do Londynu 6/7 sierpnia. W "The Pattern of Soviet Domination" na str. 84 stwierdza, iż Osóbka-Morawski zapewniał, że Bolesław Bierut "aż do 4 sierpnia przebywał w Warszawie i doniósł, że nie było tam żadnych walk". Mikołajczyk od siebie: "Bieruta w tym czasie w Warszawie nie było, ale dla tych ludzi fakty nie miały znaczenia" ...] ... Kłamstwa te jednak okazały się wnet nonsensem zbyt jaskrawym i nawet szkodliwym dla Kremla - o wybuchu powstania mówili Niemcy w swych komunikatach, radiostacje całego świata, z jedynym wyjątkiem Moskwy, rozbrzmiewały wiadomościami o przebiegu zaciętej walki; faktu tak bezspornego nie można było traktować jako "wytworu wyobraźni emigrantów polskich", uznano więc konieczność poniechania negacji, z zachowaniem jednak, a nawet wzmocnieniem napastliwego tonu w stosunku do władz polskich w Londynie i w Podziemiu krajowym, z wyjaskrawieniem lekceważenia dla sił i możliwości AK i - w konsekwencji - z nową odmianą w kłamstwie, sformułowanym bezczelnie, a wykrętnie; podjęto przy tym próbę nawrotu do lipcowych apelów radiowych przez ponawianą zapowiedź bliskiego "wyzwolenia" *[(232) Już 6. VIII. ogłoszono w Moskwie ("Krasnaja Zwiezda") artykuł pt. "Czarna sotnia gen. Sosnkowskiego", ciskający obelgami i oskarżający AK, mimo toczącej się w Warszawie walki, o "współdziałanie z Niemcami". 8. VIII. radiostacja moskiewska dowodziła, że "prowokatorski Świt" "twierdzi, iż AK zerwała się do czynu, że AK walczy o wolność dla Stolicy Polski" ... "Gen. Sosnkowski i gen. Bór, prowokatorzy... reklamują się, budząc śmiech i pogardę", bo w Warszawie nie AK, lecz tylko "Armia Ludowa zaofiarowała swoje młode życie, swoje dusze i serca, by pokazać światu, że stać ją zawsze na czyn bohaterski" ... Moskwa wzywała tu, by nikt nie wierzył "Świtowi", który kłamie, iż "ustały pod Warszawą wszelkie działania armii czerwonej": "Nie wierzcie temu, warszawiacy, nie wierzcie, bohaterowie", bo "setki tysięcy" żołnierzy "sprzymierzonej armii czerwonej, a z nią 120-tysięczna armia gen. Berlinga walczy u wrót Warszawy" i "kwestią dni jest wyzwolenie wasze" ...]. Brzmiało to jak zachęta do wytrwania w walce; Stalin też, nazajutrz, 9 sierpnia, w ciągu "godzinnej rozmowy pożegnalnej" z Mikołajczykiem, postarał się o wytworzenie "bardzo przyjaznego nastroju" i w sprawie toczącej się w Warszawie walki okazywał "dużo większe zrozumienie"; przyznawał, iż "liczył się pierwotnie z wkroczeniem wojsk sowieckich do Warszawy" już 6 sierpnia; wyolbrzymiając znaczenie lokalnych niepowodzeń, podkreślał, iż "stwarza to konieczność przegrupowania (sił) i podciągnięcia artylerii"; nie miał wątpliwości "co do ostatecznego wyniku", mówił jednak o "ciężkich konsekwencjach", jakie z sytuacji na froncie wyniknąć muszą dla walki powstańczej w Warszawie, widział wiele trudności w udzieleniu pomocy, nie odmawiał jej przecież, przyobiecał "szybką" w zrzutach broni i "poparcie ze strony lotnictwa" w "pełnych granicach jego możliwości", zapowiedział też, iż "dla kontaktu z dowódcą garnizonu warszawskiego będzie zrzucony sowiecki oficer łącznikowy z szyframi". W trzy dni po tak "przyjaznym" z obietnicami pożegnaniu Mikołajczyka, Kreml, 13 sierpnia, przez swoją agencję oficjalną "Tass" rzucił w świat "komunikat", w którym "doniesienia, pochodzące z polskiego radia i prasy polskiej", a głoszące, że "dowództwo to nie nadsyła powstańcom żadnej pomocy", oceniała jako "wynik nieporozumienia", albo też "oszczerstwo pod adresem naczelnego dowództwa sowieckiego"; powstanie w Warszawie - zarzucała Moskwa - wszczęte zostało "na rozkaz emigrantów polskich w Londynie", bez próby "skoordynowania akcji z dowództwem sowieckim"; toteż "całkowita odpowiedzialność za wyniki wydarzeń" spada na polskie "koła emigracyjne w Londynie" *[(234) Pełny tekst tego komunikatu u Bora-Komorowskiego w "Armii Podziemnej" str. 287, w "Polskich Siłach Zbrojnych, tom 3-ci, AK" str. 833, u J. Zycha "Rosja wobec powstania warszawskiego" str. 38. Literatura krajowo-komunistyczna albo pomija go milczeniem (nie wspomina o nim i Wł. Bartoszewski: "Sierpień i wrzesień Warszawy" w krak. "Tygodniku Powszechnym" nr. 30/1957, choć przytacza apele radiowe Moskwy z ostatnich dni lipca) - albo streszcza go niedokładnie (np. A. Przygoński w "Gazecie Krakowskiej" nr. 187/2858/1957).].

Wyjaskrawione przez Stalina w rozmowie z Mikołajczykiem znaczenie lokalnego sukcesu Niemców pod Wołominem-Radzyminem stanie się dla propagandy moskiewskiej i komunistyczno-polskiej nie tylko na okres powstania, ale i na lata późniejsze punktem wyjściowym i tezą podstawową w napaściach na wojskowe i polityczne kierownictwo polskie za "zbrodniczą decyzję", za powzięcie jej bez uprzedniego "porozumienia się" i za wszczęcie walki w warunkach i w chwili, kiedy armia rosyjska "nie mogła" udzielić pomocy powstańcom. Jeśliby się przyjęło nawet, że w dowodzeniach tych tkwią jakieś źdźbła prawdy, to przecież i tak rozdymane i wyolbrzymiane nie zagłuszą wymowy faktów, z których wyziera prawdziwe oblicze Rosji w jej stosunku do powstania, oblicze potwora i zbója, dla którego nie istnieją żadne hamulce moralne, żadne nakazy etyczne *[(235) Zob. przypis 201. Kirchmayer w "Kilku zagadnieniach", chcąc wytłumaczyć, dlaczego powstanie trwać mogło aż 63 dni, przytacza raporty tajne v. Vormanna z 17. i 18. IX. 1944, które mówią, że znikome siły 9-ej armii niemieckiej miały na odcinku ok. 180 kim, przeciwko sobie olbrzymią przewagę rosyjską - siedmiokrotną w piechocie, czterokrotną w artylerii, siedmiokrotną w broni pancernej; w lotnictwie, wg tegoż raportu: "w obszarze przyfrontowym przed 9-tą armią znajduje się 60 lotnisk nieprzyjacielskich w stanie gotowym do użytku z 2.400 samolotów" ... Kirchmayer z tych ogłaszanych przez siebie dokumentów niemieckich wyciąga wniosek: "Słabe siły" i "daleko idące związanie tych sił" przez Rosjan "nie pozwoliły Wehrmachtowi ani w sierpniu, ani we wrześniu na rozstrzygające wkroczenie do walki z powstaniem". Kirchmayer nie wyciąga jednak innego, słuszniejszego, wniosku: jeśli Niemcy byli aż tak słabi, to linia ich frontu, wobec przewagi rosyjskiej, była cieniutką pajęczyną, której przerwanie nie wymagało ani nadzwyczajnego "przegrupowywania sił", ani "podciągania" jeszcze większej ilości armat.].

O obliczu tym mówią wyniki polskich w Londynie i angielskich w Moskwie zabiegów o pomoc dla walczącej Warszawy. Bo skoro tylko nadeszła pierwsza wiadomość o wybuchu powstania - Prezydent Raczkiewicz, rząd i przede wszystkim sztab nieobecnego jeszcze w Londynie Naczelnego Wodza rozpoczęli, każdy w zakresie swoich możliwości, zabiegi o pomoc: amb. Raczyński 2 sierpnia udał się do Foreign Office i w rozmowie z Cadogamem prosił o "natychmiastowe powiadomienie premiera Churchilla" o rozpoczętej w Warszawie walce oraz o wydanie zarządzeń, aby "niezbędna pomoc w broni i amunicji była natychmiast skierowana do Warszawy". Nazajutrz, 3 sierpnia, sztab Naczelnego Wodza interweniował u wojskowych władz brytyjskich, przedstawiając pilną konieczność zrzutów broni i amunicji, Prezydent Raczkiewicz zaś zwrócił się do Churchilla listownie, apelując do jego "przyjaźni dla Polski" i jego zrozumienia dla żołnierskiej solidarności. Churchill miał być głęboko poruszony i szczerze przejęty, w niechybnym też poczuciu odpowiedzialności za wszystko, co doradzał Mikołajczykowi, udzielenie pomocy walczącej Warszawie uznawać miał nie tylko za sojuszniczy, ale i moralny obowiązek Anglii, toteż już 3 sierpnia wydał stanowczo brzmiące polecenie "akcji zrzutowej" dla Warszawy, z zastrzeżeniem jednak: "w warunkach wykonalności". Ale i ta instrukcja nie dawała oczekiwanego skutku *[(236) Marszałek lotnictwa Sir John Slessor w książce swej "The Central Bleu, Recollections and Reflections", omawiając (na str. 611-619) sprawy, związane z powstaniem warszawskim, stwierdza, że już 3. VIII. otrzymał od szefów sztabów "doniesienie", że "Polacy zwrócili się do premiera o zrzucenie tej nocy zaopatrzenia Warszawie" oraz że "rząd JKMości przywiązuje duże znaczenie do spełnienia tego życzenia", o ile jest "wykonalne". Nie zdołałem wyjaśnić, kiedy i w jakich okolicznościach doszło do pierwszego zrzutu; wg Bora-Komorowskiego ("Armia Podziemna", str. 278) "w nocy na 4-go" samoloty "przeleciały nad Warszawą"; Wardejn-Zagórski w meldunku z 5. VIII.: "W nocy (a więc z 4-go na 5-ty) przy pięknej pogodzie były trzy zrzuty"; autorzy "Polskich Sil Zbrojnych, tom 3-ci, AK" na str. 798 i 843 twierdzą, że w pierwszej wyprawie z 3-go na 4-ty sierpnia 14 samolotów dokonało trzech zrzutów. Dokumenty archiwalne jednak mówią, iż "operacji z 3 na 4. VIII. nie podjęto" wobec "złych warunków atmosferycznych". Wg marsz. Slessora pierwszy lot nad Warszawę odbył się w nocy z 8 na 9 sierpnia.]. Pobudziło to władze polskie do nowych interwencji. 5 sierpnia, gdy Anglicy stwierdzą, że zarządzono "operację zrzutu" nie dla Warszawy, tylko "da innych punktów w Polsce" ("zrzuty w Warszawie" uznano za akcję "zbyt ryzykowną") - Prezydent Raczkiewicz w drugim z kolei liście zaapelował do Churchilla o odpowiedni nacisk na brytyjskie czynniki wojskowe, gen. Kopański i Kukiel "wystosowali pisma" do gen. Ismay, ten zaś w rozmowie z Raczyńskim stwierdzał, że na wykonanie stanowczo brzmiącej instrukcji Churchilla nie pozwalają "względy techniczne" i wobec tego operacja zrzutowa "musi być całkowicie poniechana". Dojść miało przy tym do "ostrej polemiki", zakończonej zapowiedzią, iż Foreign Office w najbliższym czas; e określi "stanowisko władz brytyjskich" i "uzasadni odmowę" w sprawie zrzutów dla Warszawy. Istotnie, już 7 sierpnia zgłosił się do Prezydenta Raczkiewicza amb. O'Malley, nie po to jednak, by "uzasadniać odmowę", lecz by "z naciskiem podkreślić", że powodem są tylko "względy techniczne": "Instrukcje premiera" były "zupełnie kategoryczne", ale we Włoszech, skąd podejmować miano operacje zrzutowe, gen. Wilson i marsz. Slessor w poczuciu odpowiedzialności za "stronę wykonawczą" wystąpili z "ostrym sprzeciwem" *[(237) Amb. Ciechanowski z polecenia Prez. Raczkiewicza 6. VIII. przedstawił sprawę miarodajnym czynnikom w Waszyngtonie; Stettinius niespokojnie wypytywał, czy oddziały AK nie wystąpiły "za wcześnie", zapewniał, iż "chciałby uczynić wszystko, co tylko jest możliwe", zastrzegał się jednak, że Polska jest "w sojuszu z Anglią", toteż Stany Zjednoczone "bez porozumienia z Rosją i W. Brytanią" i "bez uzgodnienia akcji" uczynić dla Warszawy "mogą niewiele". Zastępca szefa sztabu gen. J. McNarney również "chciałby jak najbardziej szybko i wydatnie pomóc", widział jednak trudności nie tylko "techniczne", gdyż sprawa wymaga "pełnego uzgodnienia ze sztabem brytyjskim i sowieckim", chciał też wiedzieć, czy AK rozpoczęła walkę "w porozumieniu lub z polecenia" dowództwa sowieckiego.].

Takiego rezultatu wstępnych zabiegów nie można uznać nawet za mizerny, bo praktycznie nie dały nic. W zabiegach tych kierowano się uczuciem, działano pod presją toczącej się w Warszawie walki i depesz, brzmiących tragicznie, domagających się pomocy z rosnącą natarczywością, odzywać się musiało palące poczucie odpowiedzialności i niechybnie obawa przed oburzeniem kraju i społeczności polskiej w Anglii *[(238) Zob. w tym rozdziale przypisy 79, 156, 171 i 172. Jankowski i Pużak w depeszy z 6. VIII.: "Prowadzimy tę walkę bez artylerii, bez lotnictwa, bez czołgów" ... "Wróg bombarduje miasto i miotaczami ognia podpala całe dzielnice" ... "Naród, krwawiący pięć lat, ma prawo moralne i formalne żądać natychmiastowej pomocy!" ... W depeszy z 6. VIII. Jankowski, Pużak, Bór-Komorowski stwierdzali: "Przeciw rządowi powstają coraz częściej zarzuty, że nie potrafi od aliantów niczego uzyskać", zarzuty "uprawiania krętactwa lub wprost zdrady Polski przez Anglię" ... "Bilans dotychczasowego przymierza naszego z W. Brytanią dał jedynie jej naszą pomoc" ... "Żądamy, byście w sposób wyraźny stwierdzili ten fakt wobec Brytyjczyków w oficjalnym wystąpieniu i pozostawili, jako dokument"... Kraj nie ustawał w naciskach; po depeszy Stronnictwa Pracy do Popielą (zob. w przypisie 107) ministrowie krajowi Pajdak i Jasiukowicz w depeszy do Mikołajczyka z 18. VIII. (L. dz. K.4672): "Dysproporcja między daleko idącymi zapewnieniami Londynu o pomocy, a nikłymi faktycznymi zrzutami, i w szczególności przerwy w zrzutach wywołują wśród ludności krytyczne komentarze, nastroje wrogie pod adresem aliantów i rządu"...] - stąd, w tym wstępnym okresie, nie tyle może natarczywość, ile tylko umiarkowana w swej treści częstotliwość wystąpień interwencyjnych *[(239) Raczyński, jak zawsze, był zbyt układnym; wszechmocny Tatar nie chciał "zaszkodzić" Mikołajczykowi w jego rozmowach w Moskwie; bezradny Kukiel oglądał się na Tatara; Kwapiński się żalił, iż zamierzał "przemówić do walczącej Warszawy" bezzwłocznie po wybuchu powstania, ale "w ciągu prawie 5 dni" nie mógł "uporać się z cenzurą" angielską (wicepremier!) - "przemówienie" swe, zlepek frazesów, wypranych z wszelkiej treści, wygłosił dopiero 8 sierpnia.]. Anglicy - owszem, manifestowali swoją dobrą, nawet "najlepszą" wolę, w gruncie rzeczy jednak trzymając "życzliwość" swoją na uwięzi "zimnego rozsądku" i popełniając grzech wobec najwierniejszego sojusznika, dbali raczej o zachowanie pozorów "dobrego obyczaju", a nawet cnoty. Z przedstawionych im przed wybuchem powstania postulatów Bora-Komorowskiego trzy ocenili jako "niewykonalne" *[(240) Zob. przypis 94. Marsz. Slessor w sprawie bombardowania z powietrza wskazywanych przez Bora-Komorowskiego celów: "To mogło być łatwo wykonane przez Rosjan", ale startujące z Anglii bombowce dalekiego zasięgu nie mogły brać udziału w bitwie, toczącej się w Polsce, tym bardziej, że Rosjanie odmawiali Anglikom stale "informacji o swoich pozycjach i ruchach"; pomysł lądowania eskadr myśliwskich na obszarze Warszawy ocenia Slessor jako "czystą fantazję", przerzut polskiej brygady spadochronowej jako "praktycznie niewykonalny". Gen. L. Rayski, "senior officer" polskiego lotnictwa we Włoszech, oceny Slessora uważa za "słuszne" - przedstawia ("Dziennik Polski", nr. 186/1956) trudne warunki, w jakich odbywać się musiały loty do Polski; stwierdza, że dla przerzutu żołnierzy używano "Dakot", nieuzbrojonych, nieopancerzonych, mogących zabrać po 10-15 żołnierzy; jakich ilości "Dakot" wymagałby przerzut brygady? - trzeba było by też dać im poważną osłonę myśliwców, jeśli w ogóle mieć miały jakąś szansę dotarcia do Polski (odległość ok. 800 mil, przelot nad obszarami bronionymi przez Niemców z lądu i z powietrza). Od siebie dodam, że lądowanie brygady byłoby możliwe chyba tylko w Puszczy Kampinoskiej; mogłaby tu podporządkować sobie oddziały puszczańskie, zagrozić niemieckim szlakom komunikacyjnym; gdyby z Puszczy przedarła się do Warszawy - mogłaby może o tydzień przedłużyć walkę. Co byłoby z uzupełnianiem jej bojowego zaopatrzenia? Wysłanie jej byłoby bezsensownym skazywaniem jej na zagładę.], jedynie zrzuty broni, amunicji, lekarstw uznali za możliwe do wykonania, z zastrzeżeniem, iż nie mogą być dokonywane kosztem strat w sprzęcie i ofiar w załogach, niewspółmiernych z rezultatami. Głównym wyrazicielem tego stanowiska miał być marszałek lotnictwa Sir John Slessor; sam on wprawdzie stwierdzi z czasem, iż okres powstania warszawskiego to "najcięższe tygodnie" w jego życiu, poczuwał się bowiem do "szczególnego obowiązku wobec Polaków", ale nie był skłonny poświęcać cennych załóg i marnować sprzętu dla akcji, skazanej na niepowodzenie *[(241) Już 4. VIII. doszedł "z niechęcią" do wniosku, że zrzuty dla Warszawy nie są możliwe "nawet przy sprzyjającej pogodzie": "praktycznie nie osiągniemy niczego, stracimy zaś znaczny odsetek ciężkich samolotów do specjalnych zadań" (niebezpieczeństwo przelotu z baz do celu, dokonywanie zrzutów z niewielkiej wysokości i przy zmniejszonej szybkości, przy silnym ogniu niemieckiej obrony przeciwlotniczej i przy podziale Warszawy na części, opanowane przez powstańców i zajęte przez Niemców, a więc z nieuniknionymi wypadkami spadania zrzutów w ręce niemieckie).], środki swe zresztą, w zakresie pomocy dla Warszawy, uważał za "bardzo mizerne" *[(242) O stosunku Anglosasów do sprawy zaopatrzenia AK - zob. przypis 94. Sztab polski długo i bezskutecznie zabiegał o stworzenie większej jednostki lotniczej dla "zadań specjalnych"; eskadrze polskiej ("1586 SD Flight") Anglicy zamiast 18 przyznanych dostarczyli tylko 12 maszyn, strat mimo nalegań polskich nie uzupełniali, choć w związku ze zwrotem w stanowisku wobec Jugosławii, utworzyli w tym czasie "Bałkańską Flotę Powietrzną" dla obfitszego zaopatrywania "partyzantów" Tity. W chwili wybuchu powstania w Warszawie eskadra polska, wskutek niewyrównywanych strat, miała zaledwie 6 maszyn. Przydzielą Anglicy do tych działań (pomoc dla Warszawy) dywizjon R.A.F. nr. 178 i południowo-afrykański, liczące razem ok. 20 maszyn; straty w lotach nad Warszawę będą w pewnym odsetku następstwem pośpiesznej improwizacji (wysyłanie nad Warszawę załóg niedoświadczonych, nieznających ani warunków na trasie, ani Warszawy).].

Zwrot w tym niemal beznadziejnym stanie rzeczy wywoła Wódz Naczelny przez swój powrót z Włoch - choć był on tak stanowczym przeciwnikiem powstania, teraz - skoro już wybuchło - widział dla siebie jedną tylko drogę: wyzyskania swych powiązań i możliwości dla nacisków o pomoc jak najszybszą i najwydatniejszą. Bezzwłocznie po przyjeździe do Londynu, bo już 7 sierpnia, był u gen. Ismay z żądaniem, by wyprawy zrzutowe prowadzone były przez lotnictwo polskie; od tej chwili - bezustannie, kategorycznie, nieustępliwie, nieraz w słowach twardych, bez obawy przed możliwymi konfliktami, domagał się pomocy od wszystkich wyższych dowódców brytyjskich, przede wszystkim od szefa sztabu imperialnego marsz. Alan Brooke'a i ministra lotnictwa Sinclaira *[(243) Gen. Wilson, który tak niedawno mówił o możliwości przerzucenia drogą powietrzną całego korpusu na depeszę gen. Sosnkowskiego, żądającą pomocy dla Warszawy, nie odpowiedział. Gen. Anders, na rozkaz gen. Sosnkowskiego, zwracał się poprzez gen. Leese do Wilsona i Slessora 11 i 13. VIII., złożył też, 13. VIII. "memorandum" gen. Deversowi (Amerykanin) - bez skutku.]. Nie cofał się przed próbą poruszenia angielskiej opinii publicznej; w wywiadzie dla "Daily Telegraph" rzucał pytanie, czy Anglicy zdają sobie sprawę, iż w wypadku, "gdyby Niemcy zdobyli Warszawę po raz drugi" - "wszyscy Polacy, nawet kobiety i dzieci, którzy walczyli przeciw ciemiężycielom", padliby "ofiarą rzezi", dokonanej "z zimną krwią" *[(244) Tekst polski wywiadu w "Dzienniku Polskim", nr. 189 z 11. VIII. 1944. Zbiegało się to w czasie z nowymi alarmami z kraju. Pużak w depeszy do Kwapińskiego stwierdzał "całkowitą izolację" powstania i "brak choćby jednego oficjalnego słowa". Nadeszła też, podpisana przez Z. Zarembę, depesza PPS do wicepremiera Attlee: "Oczekujemy od sojuszników broni i amunicji ... prosimy o przyśpieszenie decyzji i spotęgowanie zakresu tej pomocy". Pobudziło to i Kwapińskiego do odważniejszego kroku: zwrócił się do Attlee'go "jako socjalista do socjalisty" z prośbą o interwencję u Churchilla i z apelem o "natychmiastowy ratunek" - ostrzegał, że Niemcy, po złamaniu oporu powstańców, ludność wymordują, miasto spalą; prosił "zważyć, jak to będzie wyglądać w obliczu historii, bo przecież wszyscy wiedzą, iż rząd JKMości dysponuje ogromnymi środkami".]; jednocześnie polecał Związkowi Ziem Wschodnich, organizacji najbardziej w tych dniach aktywnej, by wezwała Polaków londyńskich na wiec demonstracyjny z głównym hasłem "pomocy dla bohatersko walczącej Warszawy". Wiec ten, bardzo tłumny, odbył się w sobotę 12 sierpnia w sali Westminsterskiej katedry katolickiej; w rezolucji, po kilku krótkich przemówieniach "przyjętej jednogłośnie", złożono "hołd żołnierzowi Armii Podziemnej oraz bohaterskiej ludności Warszawy", "z poczuciem najwyższej grozy" stwierdzano, że "dotychczas jest to walka samotna", bo Warszawa nie otrzymuje "tej pomocy, jakiej miała prawo oczekiwać"; przypominano rządowi o "ciążącej na nim odpowiedzialności historycznej", wzywano go, "by nie zaniedbał niczego dla zapewnienia natychmiastowej pomocy wojskowej i moralnej"; upominano się o "prawa kombatanckie" dla powstańców, wreszcie odwoływano się do "poczucia honoru kierowników rządów sprzymierzonych" oraz do "opinii całego świata", by "nie pozwolili na zagładę Warszawy i jej przeszło milionowej ludności" *[(245) "Dziennik Polski" nr. 189-191 z 11-14. VIII. 1944. Redaktor Szerer odmówił opublikowania odezwy, Kwapiński, jako wicepremier, nie chciał dopuścić do zwołania wiecu; organizatorom, gdy przybyli do niego, oświadczył, że odezwa może utrudnić Mikołajczykowi rozmowy w Moskwie; odpowiedziano mu kategorycznie, że wiec - mimo przeszkód - odbędzie się, a zebrani na nim "powieszą kukłę" Kwapińskiego. To poskutkowało; "Dziennik Polski" na zlecenie wicepremiera odezwę opublikował 12. VIII. na kilka godzin przed terminem wiecu; "złagodzono" określenie celów wiecu przez samowolną zmianę wyrazów: "o pomoc dla walczącej Warszawy" na "wyrażenie solidarności z bohatersko walczącą Warszawą". Na wiecu do zgromadzonych przemawiali: Wł. Wielhorski, Ign. Baliński, Helena Sikorska; J. Godlewski, organizator wiecu, zgłosił uchwalone przez zebranych rezolucje. Przemawiający A. Pomian stwierdzał, że wypowiedziane przez Kwapińskiego "nadzieje nie "ziściły się" - "Warszawa walczy nadal samotnie" - "nie wolno twierdzić, że Warszawa otrzymała pomoc". Było to odpowiedzią Kwapińskiemu, który po wizycie z Raczyńskim u Edena 8. VIII. oświadczył publicznie: "Mam podstawy do twierdzenia, że pomoc dla walczących w Warszawie już się rozpoczęła, i mam dane, że zostanie udzielona w dostatecznych rozmiarach" ...] ...

Musiało to, rzecz jasna, wywierać swój wpływ. Marszałek Slessor zresztą już 7 sierpnia "bardzo niechętnie", ale przecież zgodził się na "niewielką operację" *[(246) Slessor stwierdzi, iż decyzja ta raczej "zaciążyła" mu "na sumieniu", ale uważał ją za "nieuniknioną": "polityczny nacisk Polaków stawał się coraz gwałtowniejszy". Eden 8. VIII. w rozmowie z Kwapińskim i Raczyńskim odczytał fragment depeszy Slessora: "Operację zrzutów nad Warszawą uważam za tak niebezpieczną i nie rokującą powodzenia, że odmówiłem zgody na podjęcie jej przez podległe mi siły lotnicze. Zdania swego nie zmieniam, wobec jednak zgłoszonej ze strony dywizjonów polskich woli podjęcia się tej ryzykownej operacji, nie widzę możności odmówienia podległemu mi dzielnemu dowódcy polskiemu mego zezwolenia" ...]. W ciągu dwóch nocy - 8 i 9 sierpnia - wyruszyło razem siedem polskich maszyn; zrzutów dokonano szczęśliwie - 3 w obrębie Warszawy, 4 w lasach podwarszawskich. Pomyślny wynik dwóch tych wypraw marsz. Slessor, w bardzo osobliwym poczuciu "szczególnego obowiązku wobec Polaków", uznał za "prawdziwe nieszczęście", nacisk polski bowiem wzmógł się *[(247) Amb. O'Malley 11. VIII. powiadomił Raczyńskiego, że brytyjscy szefowie sztabów w instrukcji dla Slessora zalecili mu "podjęcie tegoż wieczoru operacji zrzutowej" przy użyciu "nie tylko polskiego, lecz także brytyjskiego dywizjonu"; wg depeszy gen. Sosnkowskiego do gen. Andersa brytyjscy szefowie sztabów 12. VIII. w depeszach do Wilsona i Slessora mieli podkreślić "znaczenie pomocy dla Warszawy" i powiadomić ich, że "polski Nacz. Wódz życzy sobie, by lotnicy polscy dokonywali lotów nad Warszawę bez względu na ryzyko"; brytyjskie ministerstwo lotnictwa miało "zwiększyć załogi polskie i brytyjskie we Włoszech". Strona polska w tych dniach podkreślała, że Warszawa "uniknąć może klęski" tylko w wypadku, jeśli poza wyprawami z baz włoskich podjęta zostanie "operacja masowa" 200-300 Liberatorów z wysp brytyjskich. Zredagowaną w tym sensie depeszę do Churchilla Kwapiński i Raczyński wręczyli Attlee'mu z ostrzeżeniem, że w przekonaniu "odpowiedzialnych polskich generałów" - "armia polska, walcząca od lat przy boku armii brytyjskiej, i lotnictwo polskie straci podnietę do ponoszenia dalszych ofiar", jeśli Warszawa upadnie wskutek braku pomocy.] tak dalece, iż Slessor stanął wobec konieczności działania "wbrew swoim własnym poglądom", wycofał "za zgodą gen. Wilsona" dwie ciężkie eskadry z przygotowanych działań inwazyjnych w południowej Francji, przeznaczył je, wraz ze "skrzydłem" polskim, do lotów nad Warszawę; w sześciu wyprawach nocnych, od 12 do 17 sierpnia, wzięło udział 98 maszyn; dokonały one 42 zrzutów, z których tylko 35 trafiło do rąk powstańców; zginęło w tych wyprawach 17 maszyn z załogami, trzy inne samoloty wskutek okaleczenia rozbiły się przy lądowaniu na bazie włoskiej. Slessor uznał taki wynik za zbyt kosztowny i nieopłacalny i zarządził "wstrzymanie lotów do Warszawy" *[(248) Gen. L. Rayski ("Dziennik Polski", nr. 186/1956) oblicza, że "cena jednego udanego zrzutu wynosiła plus minus jeden samolot". W rzeczywistości - w ciągu dwóch miesięcy: zrzutów udanych 58 przy stracie 33 maszyn. Rayski pisze: "Marsz. Slessor wezwał mnie do swej kwatery w Casercie i zapytał, czy znam liczbę strat i ilość udanych zrzutów? Stwierdził, że w tych warunkach nie może prowadzić takiej operacji, i kazał mi polecieć do Londynu, żeby zameldować to gen. Sosnkowskiemu".]. Gen. Sosnkowski, według słów Slessora, "natychmiast powrócił do ataku", domagając się, by polskie "skrzydło" dokonywało w dalszym ciągu wypraw z pomocą, zażądał też przeniesienia załóg z polskiej eskadry bombowców "na uzupełnienie strat". Przybyły w tym czasie do Włoch szef brytyjskiego sztabu lotnictwa przywiózł opinię min. Sinclaira, że nie należy odmawiać wypraw do Warszawy i że jeśli Slessor trwać zamierza w swoim sprzeciwie, to sprawę należy przekazać przebywającemu we Włoszech Churchillowi dla rozstrzygnięcia. Slessor przedstawił sprawę premierowi w tym sensie, że jeśli wyprawy zrzutowe nie mogą być podejmowane z wysp brytyjskich, to trzeba uznać, iż "armia gen. Bora pozostaje poza zasięgiem" możliwości brytyjskich. Churchill był najwidoczniej innego zdania, gdyż Slessor, po naradach z Portalem, "bardzo niechętnie" zgodził się na to, by "zgłaszające się ochotniczo" załogi polskie niosły w dalszym ciągu pomoc Warszawie. W ciągu pięciu nocy - od 21 do 25 sierpnia - w wyprawach wzięło udział 21 maszyn i dokonało - wprawdzie bez strat - tylko 16 zrzutów, z których powstańcy odebrali zaledwie cztery. W dwóch następnych wyprawach, przy udziale 12 maszyn, z czterech dokonanych zrzutów jeden tylko był udany, zginęły przy tym 4 maszyny z załogami, piąta - okaleczona przez Niemców - rozbiła się przy lądowaniu. Marsz. Slessor ponownie więc zarządził wstrzymanie wypraw, Portal jednak, powołując się na "decyzje czynników politycznych" *[(249) W wyniku "wielkiej konferencji": Eden, Sinclair, O'Malley, Mikołajczyk, Raczyński, Kopański, Tatar, Iżycki, z udziałem doradców technicznych - wysłano 23. VIII. "notatkę" dla Slessora z "postulatami": "pełnego użycia polskich załóg wyłącznie do operacji nad Polską", "zapewnienia polskiemu skrzydłu dostatecznej ilości samolotów" (14 lotów co noc), "współdziałania załóg brytyjskich" (operacje nad południową Polskę).], uważał, iż należy "pozwolić ochotnikom polskim na dalsze loty", sugerował też użycie ciężkich maszyn, mogących dokonywać zrzutów z wysokości poza zasięgiem lekkiej broni przeciwlotniczej. Slessor "uległ" raz jeszcze, w nocy 1 września wysyłając 7 maszyn i od wyników tej wyprawy uzależniając dalsze swe decyzje; w wyprawie tej zginęły 4 maszyny z załogami, z dokonanych dwóch zrzutów powstańcy odebrali jeden tylko. Slessor wobec tego ponowił swój zakaz.

Tak tedy, w ciągu miesiąca, wysłano z pomocą dla powstania - nad Warszawę i nad lasy w jej rejonie - 159 samolotów, które przy stracie 27 maszyn z załogami dokonały 77 zrzutów, z czego tylko 46 udanych. Wynik ten, wydarty Slessorowi w drodze bezustannych zabiegów, nacisków, nawet gróźb *[(250) Zob. przypisy 243-247. Mikołajczyk od chwili powrotu z Moskwy (13. VIII.) zabiegał o pomoc intensywnie: depeszował do Stalina, Churchilla i Roosevelta, interweniował u Edena, domagał się pomocy na konferencjach w Foreign Office (Sir Orme Sargent, O'Malley, Sir Arch. Sinclair, marsz, lotnictwa N. Bottomley oraz Raczyński, Romer, Kopański, Tatar, Iżycki), niejednokrotnie posuwał się do ostrzeżeń i gróźb; np. 21. VIII. mówił, że wobec braku dostatecznej pomocy rząd polski staje przed koniecznością "ustąpienia" na znak protestu; 29. VIII. groził, iż będzie musiał, pod presją kraju, "wyjaśnić publicznie" sprawę pomocy dla Warszawy; 31. VIII. na konferencji prasowej mówił, iż powstańcy walczą "w uczuciu najwyższego żalu i osamotnienia", że w czasie, gdy lotnictwo anglosaskie niosło pomoc Bukaresztowi, bombardowało Królewiec i rafinerię nafty w Czechowicach w Polsce, w czasie, gdy samoloty amerykańskie po zbombardowaniu Gdyni lądowały na lotniskach w Rosji - do nich, powstańców, "pomoc albo docierała bardzo niewystarczająca, albo w ogóle nie docierała" ...] w niewielkiej tylko części pokrywał potrzeby walczących, wywołał też, w dniu 1 września, w piątą rocznicę wybuchu wojny, trzy wystąpienia polskie o mocniejszych akcentach. Prezydent Raczkiewicz w przemówieniu radiowym stwierdzał z nieukrywaną goryczą: "Na progu szóstego roku wojny powtórzyła się tragiczna sytuacja Polski w jej walce o wolność. Warszawa walczy sama" ... "Wytężamy wszystkie siły, aby pokonać napotykane trudności"; składając hołd "stolicy dumnej i niezłomnej", Prezydent dawał wyraz nadziei, że bezprzykładnie ofiarna walka "nie może pójść na marne, jeśli na marne nie mają pójść głoszone przez narody zjednoczone hasła i cele tej wojny" ... Mikołajczyk tegoż dnia, także w radiowym przemówieniu do kraju, wołał patetycznie, zachęcając do wytrwania: "Walka trwa! Walczycie - i wiem, że walczyć będziecie! Nie macie innej drogi i każde zwątpienie czy załamanie, to nie zwycięstwo, lecz tylko śmierć. A chcecie i macie prawo przetrwać! Zwyciężyć i żyć! ... Macie prawo do pomocy ... Nie dostaliście takiej pomocy, jaka wam się należała, mimo poświęcenia lotników brytyjskich, południowo-afrykańskich i polskich, którzy ostatnio samotnie nieśli wam pomoc ... My wszyscy poświęcamy wszystkie wysiłki, by pomoc dla Warszawy nadeszła w wystarczającej ilości i na czas. Nie straciłem nadziei, że to się stanie. Uprzedzę was, jeśliby ta pomoc nie miała się zrealizować ... W tym momencie, korzystając z okazji, zwracam się publicznie raz jeszcze do marsz.. Stalina, prezydenta Roosevelta i premiera Churchilla: Przywódcy wielkich mocarstw! Wodzowie potężnych i zwycięskich armii lądowych i powietrznych! ... Warszawa czeka. Czeka cały naród polski. Czeka opinia publiczna świata!" ... O wiele dobitniej przemówił Wódz Naczelny, gen. Sosnkowski, w "rozkazie nr. 19" do żołnierzy Armii Krajowej: "Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska, wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką" ... "Kampania wrześniowa dała Sprzymierzonym osiem miesięcy bezcennego czasu, a W. Brytanii pozwoliła wyrównać braki przygotowań do wojny w stopniu takim, że bitwa powietrzna o Londyn i wyspy brytyjskie, stanowiąca punkt zwrotny dziejów, mogła być wygrana"... "Od miesiąca bojownicy Armii Krajowej pospołu z ludem Warszawy krwawią się samotnie"... "Lud Warszawy ... opuszczony na froncie wspólnego boju z Niemcami" - oto "tragiczna i potworna zagadka", "na tle technicznej potęgi Sprzymierzonych", zagadka, której my, Polacy, "nie umiemy odcyfrować", bo "nie straciliśmy jeszcze wiary, że światem rządzą prawa moralne", bo "uwierzyć nie jesteśmy w stanie, że oportunizm ludzki w obliczu siły fizycznej mógłby posunąć się tak daleko, aby patrzeć obojętnie na agonię stolicy tego kraju, którego żołnierze tyle innych stolic własną piersią osłonili" ... "Brak pomocy dla Warszawy tłumaczyć nam pragną rzeczoznawcy racjami natury technicznej. Wysuwane są argumenty strat i zysków. Strata 27 maszyn nad Warszawą, poniesiona w ciągu miesiąca, jest niczym dla lotnictwa Sprzymierzonych, które posiada obecnie kilkadziesiąt tysięcy samolotów wszelkiego rodzaju i typu", a "skoro obliczać trzeba", to "przypomnieć musimy, że lotnicy polscy w bitwie powietrznej o Londyn" w r. 1940 ponieśli straty w wysokości 40% swego stanu, gdy w akcji pomocy dla Warszawy zginęło tylko 15% załóg *[(251) Strata 27 maszyn w ciągu sierpnia - to ok. 17% wysłanych nad Warszawę; do końca września ilość maszyn wysłanych z pomocą wzrośnie (o 137) do 296, straty podniosą się z 27 na 34 maszyny, co w ogólnym rachunku daje niecałe 12%.], "Od lat pięciu Armia Krajowa walczy przeciw Niemcom, bez przerwy, w straszliwych warunkach, o których świat Zachodu pojęcia mieć nie może" *[(252) W końcowej części rozkazu pisał Naczelny Wódz: "Zarzuca się Polakom brak koordynacji ich zrywu z całokształtem planów operacyjnych na wschodzie Europy ... Od lat pięciu zarzuca się systematycznie Armii Krajowej bierność i pozorowanie walki z Niemcami. Dzisiaj oskarża się ją o to, że bije się za wiele i za dobrze. Każdy żołnierz polski powtarzać musi sobie w duchu słowa Wyspiańskiego: "Podłość, kłam, - znam, zanadto dobrze znam!" ..] ... "Armia Krajowa jest w Polsce jedyną siłą wojskową, która w rachubę wchodzić może. Bilans jej walk, osiągnięć i zwycięstw ma przejrzystość kryształu. Oto jest prawda, tak długo zacierana, aby gdzieś ktoś możny i silny brwi gniewnych nie zmarszczył" ... "Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, nie na wyrazy uznania, nie na zapewnienia litości i współczucia. Czeka na broń i amunicję" ... "My tutaj czynimy dalsze wysiłki, aby uruchomić pomoc dla was. Otrzymujemy wciąż jeszcze obietnice i przyrzeczenia. Wierzymy w nie i ufamy, że wiara ta nie będzie odebrana Polskim Siłom Zbrojnym, i to właśnie w przededniu zwycięstwa i tryumfu wspólnej sprawy Sprzymierzonych" ...

Dobitne te stwierdzenia niebawem wyzyskane zostaną w walce z polskim Naczelnym Wodzem przez jego polskich i angielskich przeciwników; nie mogły jednak przebrzmieć bez echa i bez wpływu na stanowisko Anglików wobec walczącej Warszawy *[(253) Kilka faktów i dat: Prez. Raczkiewicz 12. VIII. zwrócił się do Papieża o "ujęcie się o los ludności Warszawy" (okrucieństwa niemieckie). Papież, w odpowiedzi, nadsyłając błogosławieństwo dla narodu polskiego: "Niejednokrotnie zanosiliśmy modły o bliskie zmartwychwstanie" Polski ... "całym sercem przyjęliśmy apel, pragnąc nie zaniedbać niczego, co jest w naszej mocy, by uratować tyle istnień ludzkich". Papież upoważniał Prezydenta do opublikowania tej odpowiedzi; po paru dniach watykański Sekretariat Stanu powiadomił amb. Papeego o przesłaniu rządom W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych skierowanego do Papieża apelu kobiet z Warszawy (w apelu tym Polki dały wstrząsający obraz walki wśród okrucieństw niemieckich, wołały: "Ojcze Święty, nikt nam nie pomaga!... jeśli usłyszysz, udziel błogosławieństwa Bożego kobietom polskim, walczącym o Kościół i wolność"). 15. VIII. Kamil Huysmans, w imieniu Drugiej Międzynarodówki Socjalistycznej, w przemówieniu radiowym: "Ludu Polski! Nie możesz być i nie będziesz opuszczony. Żadnemu piłatowi nie będzie wolno umyć rąk! Wiemy, że pragniecie pomocy, uczynimy wszystko, co w naszych siłach, byście ją otrzymali" ... W tydzień potem Ph. Murray (amerykańska Centrala Związków Zawodowych) i R. Watt (American Federation of Labour) "składali hołd bohaterstwu" Warszawy: "Choć nie jesteśmy razem z wami, możecie być pewni, że ruch robotniczy w Stanach Zjednoczonych łączy się duchem z wami" ... W tymże czasie kongres Związków Zawodowych brytyjskiej Partii Pracy w rezolucji swej - "pozdrawiając dzielnych obrońców Warszawy" - "wyrażał życzenie, by wszelka możliwa pomoc została przez rządy alianckie udzielona" ... Reakcja społeczeństwa brytyjskiego, zwłaszcza na prowincji, wchodziła w fazę oburzenia; do Edena napływały depesze z pytaniami: "Czemu przypisać zwłokę w udzieleniu pomocy?"... "mamy szczególny dług honorowy wobec naszego pierwszego sojusznika" ... Wzburzenie opinii wzrośnie po ujawnieniu stanowiska Moskwy - zob. niżej, przypis 255. Nieco później, 10. IX., nadejdzie depesza prezydenta powstańczej Warszawy do Lorda Majora Londynu i prezydenta Nowego Jorku z apelem do "sumienia cywilizowanych narodów" o niezwłoczną pomoc - prezydent La Guardia przemówienie radiowe zakończy odwołaniem się do "rzetelności" i "świętego obowiązku" Ameryki; Lord Major Londynu odpowie nieco później zapewnieniem, iż "robione są wszelkie możliwe wysiłki", by udzielić pomocy Warszawie.]. Wprawdzie marsz. Slessor trwać będzie nadal w swoim "szczególnym poczuciu obowiązku", nadal szermować będzie "argumentem" o stratach i "nadmiernych" i "nieopłacalnych" i zrobi wszystko, co tylko będzie mógł, by bezpośredni udział Anglików w pomocy dla Warszawy ograniczyć do minimum *[(254) Marsz. Slessor twierdzi, iż po 1 września wyruszyła jeszcze tylko jedna wyprawa: "w nocy 20 września z 20 samolotów 5 nie wróciło"... "potem - na szczęście! - przyszła zła pogoda, która wzmocniła mnie w moich sprzeciwach". Nie jest to ścisłe, bo w wyprawie 9/10. IX. wzięło udział 20 samolotów, 12/13. IX. - 2 samoloty, 20/21. IX. - 5 samolotów; w wyprawach tych dokonano 13 zrzutów, z których 7 tylko trafiło do rąk powstańców.]. To jednak Anglicy ujrzą nieuniknioną już potrzebę energiczniejszego, niż dotąd, działania na innej drodze.

Nie może być chyba najmniejszej wątpliwości, że - jak gen. Wilson w rozmowie z gen. Sosnkowskim w Casercie, w sprawie przerzutu 2-go Korpusu do Polski, tak teraz marsz. Slessor w sprawie powstania był tylko narzędziem w ręku rządu brytyjskiego, odgrywając wyznaczoną mu poufnie rolę "rozsądnego hamulca" na przejawy "gorącej życzliwości" i "najlepszej woli" premiera, Foreign Office i sztabu - tarczy, osłaniającej przed oburzeniem Polaków *[(255) Bo i jakżeż wytłumaczyć inaczej ten zdumiewający fakt, że Churchill, Eden, Sinclair, marsz. Bottomley, Evill, Williams, szefowie sztabów - wszyscy "głęboko poruszeni", "serdecznie przejęci", "zatroskani", pełni "najlepszej woli" i "ubolewania" - okazywali całkowitą bezsilność i bezradność wobec "sprzeciwów" i "oporów" jednego tylko Slessora! ... Churchill w rozmowie z gen. Andersena, wzruszony tak, że "stanęły mu łzy w oczach", zapewniał: "Głęboko wam współczuję", "ufajcie, my was nie opuścimy", ale dodawał zaraz: "Nie byliśmy przygotowani do akcji nad Warszawę". Po powrocie z Włoch stwierdzi przed Mikołajczykiem 3. IX., iż planowaną przed dwoma dniami "wielką lotniczą operację brytyjską" uznać trzeba za "niewykonalną", a to wobec "przekonywujących negatywnych konkluzji raportu technicznego władz lotniczych" ... Eden 17. VIII. ubolewał, że formacje lotnicze "nadające się do użycia w takich operacjach, są nieliczne", zrzuty na Warszawę oceniał jako akcję "szczególnie ryzykowną", 21. VIII. powie Mikołajczykowi, że "Operacje nad Warszawę zostały zahamowane ze względu na zbyt wielki odsetek strat". 28. VIII. żądanie "masowej operacji" uzna "z ubolewaniem" za "niemożliwe". 7. IX. stwierdzi, iż gabinet brytyjski "nie znalazł, w świetle otrzymanych negatywnych opinii rzeczoznawców lotniczych, podstaw do rewizji stanowiska" w sprawie "niemożliwej do podjęcia" operacji "masowej"; Eden dodawał, że na skutek ostatnio wydanych rozkazów zgromadzono w bazie włoskiej "bez mała 50 samolotów", "nowa faza księżyca" umożliwia podjęcie "próby lotów na większą skalę", ale "oczywiście, w zależności od stanu pogody"; wg Edena: w instrukcjach, wysłanych do Włoch, podkreślono, że sytuacja Warszawy "wymaga najśpieszniejszej pomocy", ale: "pozostawiono marsz. Slessorowi wolną rękę" ... (wg "Sprawozdania min. T. Romera o akcji dyplomatycznej" w sprawie pomocy dla Warszawy z 6. X. 1944). Bardzo wymownym fragmentem jest reakcja Edena na niedyskrecje prasowe: 29. VIII. Vernon Bartlett ogłosił w "New Chronicie", iż Moskwa odmówiła zgody na lądowanie samolotów amerykańskich. Eden w rozmowie z Mikołajczykiem "pojawienie się tej wiadomości ocenił krytycznie, jako grożące dalszym zadrażnieniem stosunków polsko-sowieckich"; zwierzał się, iż "próbował wpłynąć na V. Bertletta, aby go skłonić do wycofania tej rewelacji, jednak bezskutecznie" ...]. Powtarzany za Slessorem przez wszystkich "argument" o "niewykonalności" polskich żądań i "nieopłacalności" strat przykrywał inne, istotniejsze, motywy - ponad wszystkim bowiem górowała troska, by nie narazić się Stalinowi.

Churchill już 4 sierpnia w depeszy do Stalina zapowiedział, iż lotnictwo brytyjskie pośpieszy z pomocą walczącej Warszawie i zrzuci "około 60 ton zaopatrzenia bojowego"; powstańcy w "zaciętej walce z Niemcami" proszą o pomoc rosyjską i spodziewają się jej w najbliższym czasie; powstanie wiąże "półtorej dywizji" Niemców, przez co ułatwić może operacje armii rosyjskich. Stalin odpowiedział Churchillowi bez zwłoki, bo już 5 sierpnia: pochodzące od Polaków wiadomości o wybuchu powstania uważał za "mocno przesadzone"; Armia Krajowa składa się z nielicznych oddziałów, które - nie mają "ani artylerii, ani lotnictwa, ani czołgów", toteż trudno "wyobrazić sobie", jak takie oddziałki mogłyby zdobyć Warszawę, której bronią cztery pancerne dywizje niemieckie *[(256) Zob. przypis 230.]. Churchill najwidoczniej nie bardzo wiedział, co ma na to odpowiedzieć; przeczekał kilka dni i dopiero po nadejściu wiadomości o pożegnalnej, prowadzonej w "przyjaznym tonie", rozmowie Stalina z Mikołajczykiem - zawiadamiał satrapę, w depeszy z 10 sierpnia, iż "wczoraj wieczorem lotnicy polscy dotarli pomyślnie nad Warszawę i dokonali zrzutów broni i amunicji"; nadeszłą do Londynu wiadomość, iż Stalin "sam wysyła broń" walczącym powstańcom witał Churchill "z radością", podkreślając: "Wszystko, co uzna pan za możliwe do wykonania, zostanie przyjęte z gorącym uznaniem" ("goriaczo ocenieno") "przez przyjaciół brytyjskich i aliantów". Po dwóch dniach, 12 sierpnia, Churchill w kolejnej depeszy do Stalina donosił o sytuacji w Warszawie: Polacy od dziesięciu dni walczą z poważnymi siłami niemieckimi w mieście, "rozciętym na trzy części"; "błagają o broń maszynową i zaopatrzenie bojowe". "Czy pan - zapytywał Stalina - nie mógłby okazać im pewnej pomocy, ponieważ odległość z Włoch jest bardzo wielka?" *[(257) Marsz. Slessor stwierdza: "Natychmiast po wybuchu powstania" zwrócono się do Moskwy o pomoc; "oświadczyliśmy Rosjanom, że nie jesteśmy w stanie zaopatrywać gen. Bora z odległych baz"; stwierdza, iż 15. VIII. w rozmowie z Portalem dawał wyraz przekonaniu, iż Rosjanie rozmyślnie nie udzielają pomocy Warszawie, choć otrzymują od Anglików znaczne poparcie w "politycznych operacjach" w Jugosławii.]

Stalin nie widział potrzeby pośpiechu z odpowiedzią, rad byłby jak najdłużej przeciągać sprawę bez rozstrzygnięcia, ale po kilku już dniach musiał odsłonić swe stanowisko całkowicie. Amerykanie bowiem, pod naciskiem polskim i brytyjskim niezbyt chętnie, ale wkraczali przecież w sprawę pomocy dla Warszawy. Zabiegał o to amb. Ciechanowski *[(258) Zob. przypis 237. W Waszyngtonie interweniowali attache wojskowy płk. Mitkiewicz i amb. Ciechanowski. W depeszy do Prez. Raczkiewicza 18. VIII. Ciechanowski raportował, że początkowo Departament Stanu i sztaby "skłaniały się do przyjęcia wersji sowieckiej o nieuzgodnieniu rozkazu powstania z Rosją, a nawet z W. Brytanią i do uważania tego kroku z naszej strony jako niewłaściwego posunięcia o charakterze politycznym"; ostatecznie uznano, że akcja AK była "konieczna i właściwa" i że to Moskwa usiłowała nadać wydarzeniom "niewłaściwą interpretację"; wg depeszy Ciechanowskiego: z polecenia Roosevelta odbywają się narady sztabowców, "zasada pomocy została przychylnie postawiona", "dyskusje toczą się raczej nad techniką przeprowadzenia tej pomocy". Zob. jednak w korespondencji Roosevelt-Stalin: "Pieriepiska", tom 2-gi, str. 152-154 - Roosevelt przez 3 pierwsze tygodnie sierpnia sprawy powstania nie porusza wcale, omawiając jedynie wyniki wizyty Mikołajczyka w Moskwie oraz sprawę wyjazdu Langego do Polski.], brytyjski zaś "komitet szefów sztabów" pod naciskiem gen. Sosnkowskiego, już 12 sierpnia zwracał się do swego amerykańskiego odpowiednika o "współdziałanie z baz włoskich, bądź też z baz brytyjskich". W wyniku tych zabiegów amerykańska 8-ma armia lotnicza przygotowywała wyprawę kilkudziesięciu "Liberatorów", z tym, że miałyby po dokonaniu zrzutów nad Warszawą lądować na lotniskach sowieckich. 17 sierpnia odeszła z Waszyngtonu zaaprobowana przez Roosevelta depesza, polecająca amb. Harrimanowi w Moskwie zażądać jej zgody na lądowanie. Harriman jednak już w nocy z 16 na 17 sierpnia wezwany został na Kreml, gdzie Mołotow, wyprzedzając interwencję stwierdzał - dla "uniknięcia możliwych nieporozumień" - iż rząd sowiecki nie może się sprzeciwiać zrzucaniu broni w rejonie Warszawy przez lotnictwo amerykańskie czy brytyjskie, natomiast stanowczo się nie zgadza, by lądowały gdziekolwiek na terytorium sowieckim, powstanie w Warszawie bowiem zostało zainspirowane przez "wrogów Związku Sowieckiego" i dlatego rząd sowiecki nie chce wiązać się z "awanturą w Warszawie" ani bezpośrednio, ani pośrednio *[(259) Marsz. Slessor podaje, że także wysłał "długi meldunek do bryt. ambasadora w Moskwie" z prośbą o powiadomienie Rosjan o stratach, poniesionych przez lotnictwo bryt. w akcji pomocy dla Warszawy: "Udzielamy pomocy lotnikom rosyjskim w Bari" i "czuję się uprawniony do żądania, by lotnictwo rosyjskie wyręczyło nas w Polsce". O odpowiedzi Mołotowa Slessor pisze, iż oznaczała, że nie tylko samoloty amerykańskie "nie będą mogły dokonywać lotów wahadłowych", ale także "samoloty startujące z Włoch nie będą mogły lądować w Rosji, nawet jeśli zostaną uszkodzone i jeśli będą miały rannych na pokładzie" ...]. Jednocześnie z takim "oświadczeniem" Mołotowa - .Stalin tegoż 16 sierpnia odpowiedział Churchillowi na jego depeszę z 12. VIII.: "Po rozmowie z p. Mikołajczykiem wydałem zarządzenie, by dowództwo armii czerwonej dokonywało intensywnie zrzutów broni w rejonie Warszawy. Zrzucony został również oficer łącznikowy, ale według meldunku dowództwa nie osiągnął celu, gdyż zabity został przez Niemców". Kłamstwa te łączył Stalin z gniewnym wybuchem, pisząc dalej, że "po dokładniejszym zbadaniu" sprawy przyszedł do przekonania, iż powstanie w Warszawie jest "bezsensowną, przerażającą" ("biezrazsudnaja, użasnaja") "awanturą", narażającą "ludność na wielkie ofiary". "Nie doszłoby do tego", gdyby Polacy pozostawali w kontakcie z dowództwem sowieckim i gdyby dowództwo to zostało zawczasu powiadomione o zamiarach. "W sytuacji, jaka się wytworzyła", wyłania się jeden tylko wniosek: dowództwo sowieckie musi "odgrodzić się" ("dołżno otmieżewatsia") od "awantury warszawskiej", albowiem nie może brać na siebie za nią "ani bezpośredniej, ani pośredniej odpowiedzialności".

Stalin tak brutalną szczerością swej odpowiedzi próbował zapewne sprawę przeciąć i zamknąć, Churchill wszakże nie mógł, ani nie chciał dopuścić do takiego zbrodniczego "załatwienia" i - nie ufając już możliwościom własnym - postanowił wciągnąć milczącego dotąd Roosevelta do wspólnej, stanowczej interwencji. Roosevelt uległ temu naciskowi - i 20 sierpnia odeszła wspólna, podpisana przez Roosevelta i Churchilla depesza do Stalina: "Myślimy o tym, jak zareaguje opinia publiczna świata ... Sądzimy, że powinniśmy - wszyscy trzej - zrobić wszystko, co leży w naszej mocy, by uratować jak najwięcej patriotów (warszawskich). Mamy nadzieję, że zrzuci pan Polakom, patriotom w Warszawie, najniezbędniejsze zaopatrzenie i broń, a może zgodzi się pan okazać pomoc naszym samolotom, by mogły uczynić to jak najszybciej. Spodziewamy się zgody pana na to. Czynnik czasu ma tu niezmierną wagę". Stalin odpowiedział 22 sierpnia w formie jak najbardziej brutalnej: "Wcześniej czy później wszystkim znaną stanie się prawda o grupce ("kuczka") zbrodniarzy, którzy dla pochwycenia władzy wszczęli awanturę warszawską. Ludzie ci wyzyskali zaufanie mieszkańców Warszawy, rzucając wielu prawie nieuzbrojonych przeciwko niemieckim armatom, czołgom i samolotom. Wytworzyła się sytuacja, w której każdy dzień wyzyskiwany jest nie przez Polaków dla wyzwolenia Warszawy, lecz przez hitlerowców dla nieludzkiego wytępienia mieszkańców Warszawy" ... "Wytworzoną sytuację" oceniał tu Stalin jako "nad wyraz niekorzystną" dla armii sowieckiej; wyolbrzymiając i tutaj wysiłki zaczepne Niemców, kłamał, iż wojsko sowieckie robi wszystko, co tylko może, by złamać te niemieckie próby i "podjąć nową ofensywę na szeroką skalę w rejonie Warszawy" i "uwolnić Warszawę dla Polaków" ... Churchill, oburzony nie tylko brutalną treścią tej depeszy, ale i wymownym brakiem odpowiedzi w palącej sprawie zrzutów, ponownie zwrócił się do Roosevelta, tym razem z propozycją wysłania do Stalina wspólnej depeszy z zapowiedzią, że lotnictwo anglosaskie będzie niosło pomoc walczącym w Warszawie i że po dokonanych zrzutach lądować będzie ma lotniskach sowieckich, o ile Stalin "nie zakaże tego wręcz". Churchill proponował zarazem Rooseveltowi, by w razie braku odpowiedzi Stalina "wysłać samoloty i zobaczyć, co się stanie"; nie sądził, by Rosjanie odważyli się zastosować swoje zbójeckie metody wobec lotników alianckich, lądujących na obszarze Rosji. Roosevelt wszakże nie był skłonny do takiego "ryzyka"; nie powstrzymywał Churchilla przed wysłaniem takiej do Stalina depeszy, sam jednak "przyłączyć się" nie chciał, w obawie, by nie okazało się to krokiem szkodliwym dla "ogólnych" celów wojny. Churchill nie tracił nadziei, iż zdoła przekonać Roosevelta i uzyskać jego poparcie dla "akcji drastycznej" wobec Moskwy. Szczytowy moment w tych próbach przypada na poniedziałek 4 września, kiedy to gabinet brytyjski zebrał się dla powzięcia decyzji w sprawie Warszawy. "Nie przypominam sobie - pisał później Churchill - wypadku, w którym wszyscy członkowie gabinetu - konserwatyści, labourzyści, liberałowie - dawaliby wyraz tak głębokiemu oburzeniu. Pragnąłem powiedzieć (Moskwie): wysyłamy nasze samoloty z tym, by po dostarczeniu pomocy Warszawie lądowały na waszym terytorium; jeśli nie będziecie traktować ich w sposób właściwy - wszystkie konwoje (z materiałem wojennym dla Rosji) zostaną w tejże chwili wstrzymane" ... Churchill wszakże nie zaproponował zrobienia tak "drastycznego kroku", uznał bowiem, że trzeba "pamiętać o losach milionów ludzi, walczących na wszystkich frontach świata" i że "cel główny wymaga czasem nawet poniżającej uległości" *[(262) W opisie tego posiedzenia gabinetu (tom szósty, str. 124-125) Churchill dodaje, że ten "drastyczny" krok "mógł się okazać skuteczny", gdyż "ludzie z Kremla kierują się nie uczuciem, lecz wyrachowaniem" ... "wstrzymanie konwojów w krytycznym momencie ich wielkiej ofensywy zaważyłoby może w ich umysłach w takiej samej mierze, w jakiej u zwykłych ludzi działają względy honoru, ludzkości i zwyczajnej przyzwoitości" ...]... Toteż w wyniku tej narady gabinetu odeszły dwie depesze; wysłana do Roosevelta apelowała, by zechciał, wobec wagi sprawy, przemyśleć ją ponownie; apel ten zamykano supozycją, że przy pomyślnej dla mocarstw sytuacji wojennej, wobec sukcesów ich na zachodzie Europy, "drastyczny" krok - lądowanie w Rosji bez uprzedniej zgody Moskwy - nie pociągnie za sobą konsekwencji, których można byłoby się obawiać; rząd brytyjski podzielałby w pełni odpowiedzialność za taką decyzję, zresztą - trudno wyobrazić sobie, by Rosjanie wystąpili przeciw "faktowi dokonanemu". Jednocześnie w depeszy do Stalina Churchill stwierdzał, że gabinet brytyjski "pragnie, by rząd sowiecki wiedział", iż "opinia publiczna" w W. Brytanii jest "głęboko przejęta wydarzeniami w Warszawie"; naród brytyjski "nie może zrozumieć", dlaczego walczący nie otrzymują pomocy z zewnątrz; społeczeństwo brytyjskie już się dowiaduje, że "pomoc nie mogła być wysłana" z tego powodu, iż rząd sowiecki odmówił zgody na lądowanie; jeśli powstańcy w Warszawie zostaną w ciągu najbliższych dni "rozgromieni przez Niemców" ostatecznie, to wywołałoby to w opinii publicznej "wstrząs nieobliczalny"; gabinet brytyjski - stwierdzał Churchill - "nie może zrozumieć powodów", dla których rząd sowiecki nie chce "wziąć pod uwagę", iż rządy W. Brytanii i Ameryki "zobowiązały się udzielić pomocy Warszawie" ... Roosevelt na skierowaną do niego depeszę odpowiedział nazajutrz odmową, pod pretekstem, jakoby powstanie w Warszawie zostało już zduszone przez Niemców *[(264) Trudno wyobrazić sobie, by Roosevelt w tym wypadku kłamał świadomie; to raczej wywiad amerykański działał z inspiracji Moskwy.]. Stalin z odpowiedzią zwlekał; dopiero 10 września nadejdzie z Moskwy wiadomość, iż rząd sowiecki "zasadniczo" zgadza, się na lądowanie; Rosjanie i w tym wypadku uciekali się do kłamstwa, twierdząc, iż sami "próbowali dostarczyć broni powstańcom w Warszawie przez zrzuty z powietrza", że jednak "broń ta prawie w całości dostała się w ręce niemieckie"; Moskwa "komunikowała", że "jeśli rządy brytyjski i amerykański są przekonane o skuteczności" pomocy w tej formie, to rząd sowiecki "zasadniczo nie ma nic przeciwko temu", ale "z zastrzeżeniem", że alianci przedstawią mu i uzgodnią z nim "plan operacji".

Cóż spowodowało taką zmianę w stanowisku Moskwy? Odpowiedź na to pytanie kryje się w sytuacji, jaka w tym właśnie czasie wytworzyła się w walczącej Warszawie.

Bór-Komorowski - jak to stwierdziliśmy już - w czwartym dniu powstania zrezygnował z działań zaczepnych na większą skalę, i uznał konieczność przejścia do obrony zdobytego stanu posiadania. W tym samym czasie Niemcy, ściągnąwszy już posiłki i wprowadzając do akcji broń pancerną i lotnictwo, rozpoczynali natarcie, którego celem miało być rozbicie przeszkód na szlakach przelotowych przez miasto i opanowanie tych szlaków dla zapewnienia komunikacji z Pragą przez mosty na Wiśle. Po tygodniu walk opanują 12 sierpnia Ochotę, celu głównego wszakże tu nie osiągną, ani teraz, ani później, powstańcy bowiem utrzymają się na swoich stanowiskach w rejonie Żelaznej oraz na odcinku między Marszałkowską i Nowym Światem, przecinając i zamykając arterię z Grójeckiej przez Jerozolimskie ku mostowi Poniatowskiego. W natarciu jednak z Woli w kierunku na most Kierbedzia zdołają Niemcy, dzięki przewadze sił i środków, stopniowo złamać linie obrony polskiej, spychać je lub zmuszać skrwawione i wyczerpane do wycofywania się do Śródmieścia i na Stare Miasto. W wyniku tych zaciętych walk Niemcy opanują całą Wolę, wyrąbią sobie drogę do oddziałów, otoczonych w rejonie ogrodu Saskiego i placu Marszałka Piłsudskiego, i - odzyskując połączenie z Pragą przez most Kierbedzia, odetną 6 sierpnia Stare Miasto od Śródmieścia. Po tym pierwszym poważnym sukcesie główny wysiłek Niemców skierowany zostanie na Stare Miasto. Choć żołnierz powstańczy w walce dotychczasowej - nie tylko na Woli czy w rejonie cmentarzy, ale we wszystkich dzielnicach, w całej Warszawie, w każdym natarciu i w każdej obronie - składał niezliczone dowody swoich wspaniałych wartości wewnętrznych, tu jednak, na Starym Mieście, wejść mu wypadło na szczyty dzielności, brawury i męstwa, wytrwałości i zaciętości, bohaterstwa i poświęcenia w poczuciu obowiązku. Ubogo uzbrojony, zmuszony do oszczędzania amunicji, źle i coraz gorzej odżywiany i coraz częściej głodny, luzowany rzadko, częściej trwający w pierwszej linii przez szereg dni i nocy bez wytchnienia, przeżywał wraz z ludnością tej dzielnicy trzy tygodnie straszliwego piekła: "stukasy" bombardujące, artyleria, salwowe miotacze min *[(267) Niemcy używali ponadto "goliatów" - czołgów z materiałem wybuchowym, bez obsługi, kierowanych przy pomocy prądu elektrycznego.] burzyły mury, wzniecały pożary; na barykadach, wewnątrz gmachów, w gruzach, ruinach, w dymie i ogniu odpierano natarcia, dokonywano wypadów, odzyskiwano utracone stanowiska, wyrzucano przeciwnika z jego gniazd oporu, zdobywano broń, amunicję, żywność, brano jeńców. Ale przewaga niemiecka, dwukrotna w sile żywej, wręcz miażdżąca w środkach technicznych, robiła swoje *[(268) Na Stare Miasto rzucili Niemcy 11 batalionów piechoty, 3 bataliony policji i żandarmów, 2 bat. saperów, dywizjon kozaków, ponadto pociąg pancerny, kanonierkę na Wiśle, czołgi, działa szturmowe, moździerze, lotnictwo bombowe i nurkujące; artyleria 9-ej armii wspierała działania niemieckie z rejonu Cytadeli, Burakowa i Pragi. Załoga polska oceniana jest różnie: wg Borkiewicza 6. VIII. - 7.200 ludzi "w stanie bojowym", wg F. Majorkiewicza ("Decydujące dni walki na 8'tarówce" w warsz. "Wojsk. Przeglądzie Historycznym", nr. 3/1957) 19. VIII. "stan uzbrojonych w km, kb, pm - 1.357, stan nieuzbrojonych w oddziałach 4.953".]. Niemcy z wielkim trudem, stopniowo, krok po kroku, posuwali się naprzód; stan posiadania powstańców kurczył się powoli, ale ciągle, i już w trzecim tygodniu walki obejmował przestrzeń zaledwie jednego kilometra kw.; poniesione do dnia 20 sierpnia straty w szeregach, znużonych i wyczerpanych, obliczano na 2 tysiące poległych i rannych; amunicję i granaty zużyto prawie w całości, brakowało benzyny do butelek zapalających. Czy inne dzielnice nie mogły pośpieszyć z pomocą wydatną i skuteczną? - przecież Niemcy poza wysiłkiem, skierowanym na Stare Miasto, nigdzie nie okazywali poważniejszej inicjatywy zaczepnej. Płk. "Monter"-Chruściel nakazał oddziałom ze śródmieścia wywalczyć połączenie ze Starym Miastem przez uderzenie w okolicy Hal Mirowskich; w natarciu tym 13 sierpnia nie zdołano przedrzeć się przez silną zaporę ogniową, zresztą było ono nie wysiłkiem na rzecz St. Miasta, tylko fragmentem szerszego planu Chruściela. Dwukrotnie podejmowana była próba sforsowania silnie umocnionego przez Niemców pasa między St. Miastem a Żoliborzem dla połączenia dwóch tych dzielnic - z czasem, gdy sytuacja na St. Mieście kształtować się będzie coraz bardziej tragicznie, myśl o połączeniu dzielnic wiązać się będzie z zaostrzającym się poczuciem konieczności zdobycia szerszej przestrzeni dla zrzutów lotniczych oraz uzyskania możliwości ewakuacji ludności staromiejskiej, rannych, chorych, nawet nadmiaru nieuzbrojonych, początkowo jednak chodziło o użycie w walce o Stolicę sił, skupionych w Puszczy Kampinoskiej *[(269) Już w końcu lipca dotarł do Puszczy oddział por. "Doliny" - A. Pilcha z partyzantki w Nowogródzkim (839 ludzi, 617 koni). Do Puszczy odszedł, po ciężkich stratach w natarciu na Bielany, kpt. "Szymon"-Krzyczkowski; tu również znalazły się niewielkie oddziałki (kpt. "Serba" z Żoliborza, por. "Marysia" z Woli). 8. VIII. przybyło 110 ludzi z ppłk. "Wiktorem"-Konarskim z podokręgu "Hajduki". Krzyczkowski próbował zorganizować tu pułk "Palmiry-Młociny" (46 oficerów, ponad 1.300 szeregowych). Oddziały w Puszczy, doskonale uzbrojone, zwłaszcza po odebraniu zrzutów, ograniczały się do wypadów i akcji partyzanckiej bez znaczenia dla walki w Stolicy. W Komendzie Głównej sądzono, iż Krzyczkowski, ciężko ranny, nie jest w stanie dowodzić należycie, por. "Dolinę" traktowano nieufnie (uchodząc z Nowogródzkiego i nawet po przybyciu do Dziekanowa nad Wisłą, ułatwiał sobie sytuację przez udawanie wobec Niemców, iż bił się i zamierza nadał bić się z Rosjanami, wskutek czego Niemcy tolerowali go, a nawet udzielali mu pomocy w żywności, furażu, amunicji).]. Dowódcy powstańczy - Bór-Komorowskli, Pełczyński, Chruściel, Wachnowski - wiedzieli o tej sile, niedokładnie jednak orientowali się w jej możliwościach, ani w panujących w Puszczy stosunkach. Płk. "Radosław"-Mazurkiewicz, po ciężkich walkach i stratach na Woli, bez entuzjazmu przyjmował rozkaz przejścia na Stare Miasto; uważał, że zgrupowanie jego, złożone w dużej części z podchorążych z wielkim doświadczeniem bojowym, powinno zamiast się wykruszać w walce o Stare Miasto, przejść do Puszczy Kampinoskiej, wchłonąć skupione w niej siły, zorganizować wielką jednostkę, uderzyć z boku i z tyłu na szturmujących St. Miasto Niemców. Bór-Komorowski wszakże nie zgodził się na to; obawiał się, że odejście zgrupowania "Radosława" osłabi obronę, postanowił jednak, na wniosek "Radosława", skierować do Puszczy dotychczasowego dowódcę "Pięści" mjr. "Okonia"-Kotowskiego, z zadaniem objęcia dowództwa nad całością sił w Puszczy, szybkiego ich zreorganizowania i uderzenia na Niemców w tym rejonie, gdzie broniła St. Miasta grupa "Radosława". Mjr. "Okoń" wyruszył ze St. Miasta 9 sierpnia, ale do Puszczy zdołał dotrzeć dopiero 16 sierpnia. Na tydzień przed jego tu przybyciem - 8 sierpnia - kpt. "Szymon"-Krzyczkowski otrzymał już rozkaz Komendy Głównej, wymagający działań zaczepnych w kierunku Powązek aż do połączenia się ze zgrupowaniem "Radosława". Krzyczkowski wszakże, różnymi względami powodowany - nakazanego działania zaczepnego nie podjął. 14 sierpnia, po otrzymaniu nowego rozkazu płk. "Wachnowskiego", który określając zadanie: uderzyć z lasów przez Parysów lub Koło na cmentarze powązkowskie - wymagał natychmiastowego przesunięcia "na podstawy wyjściowe" wszystkich "zdolnych do walki oddziałów", - Krzyczkowski przystąpił bezzwłocznie do przygotowań, zagrały teraz jednak rywalizujące tu już i dawniej ambicje dowódców; po burzliwych targach (kto komu ma podlegać) dowództwo nad wyprawą objął najstarszy stopniem, ale nieudolny ppłk. "Wiktor"-Konarski. Zebrano do wymarszu 3 oddziały, liczące razem 720 żołnierzy. W marszu nocnym oddział mjr. "Serba" odłączył się samowolnie i pierwszy dotarł na Żoliborz; w oddziałach innych panował zamęt - część zawróciła do Puszczy, część pogubiła się w ciemności; na Żoliborz - poza oddziałem "Serba" - dotrze tylko 202 ludzi. Pozostały w Puszczy mjr. "Okoń" zorganizował pośpiesznie drugą grupę (około 450 ludzi) i 19 sierpnia o zmierzchu wyruszył także na Żoliborz. Dołączy tu do niego część wcześniej przybyłych z Puszczy. Mając 750 ludzi, świetnie uzbrojonych, w większości doświadczonych w walce partyzanckiej, ale niepewnie się czujących w mieście, nieznanym w dodatku, w nocy z 20 na 21 sierpnia podjął "Okoń" nakazane natarcie na dworzec gdański. Natarcie to, mimo przewagi na tym odcinku, skończyło się porażką, ze znaczną stratą (ok. stu) w poległych i rannych. Mimo to płk. Wachnowski postanowił powtórzyć natarcie w formie jednoczesnego uderzenia z Żoliborza i St. Miasta. Komenda Główna wyraziła na to zgodę, w związku z tym szef sztabu gen. Pełczyński z dwoma oficerami wyruszył kanałami na Żoliborz, by stamtąd osobiście pokierować uderzeniem; w ślad za nim poszła kanałami ze St. Miasta grupa kpt. "Trzaski"-Konopackiego; złożona z wypróbowanych i dzielnych oficerów i żołnierzy (ok. 150-ciu) miała wpłynąć na postawę bojową ludzi z partyzantki, a po walce wrócić na St. Miasto z możliwie największą ilością broni i amunicji. Po przybyciu Pełczyńskiego na Żoliborz zamierzano zrazu wyznaczyć do natarcia oddziały żoliborskie, ostatecznie jednak wysiłek główny - w nocy z 21 na 22 sierpnia - wykonać miało, mimo doznanego już niepowodzenia, zgrupowanie mjr. "Okonia", z pomocniczym tylko, osłonowym współudziałem oddziałów żoliborskich i bez użycia w natarciu oddziału kpt. "Trzaski". Równocześnie - oddziały ze St. Miasta (z baonów "Zośka", "Czata" i "czwartaków" z "Armii Ludowej") - razem ok. 350 ludzi - uderzyły w kierunku dworca gdańskiego, ale pod silnym ogniem niemieckim utknęły, ponosząc ciężkie straty. Oddziały, nacierające równocześnie z Żoliborza, straciły 292 w poległych i rannych; niedobitki, zniechęcone, przygnębione, spłynęły w głąb Żoliborza. Tak tedy próby połączenia St. Miasta z Żoliborzem nie dały nic, prócz straty prawie 500 żołnierzy z szeregów powstańczych. Tymczasem, na Starym Mieście, po trzech tygodniach walki, w ręku obrońców pozostawał już tylko niewielki rejon ulicy Długiej; powstańców ciężko rannych było tu ponad 2.500, lżej ranni przeważnie nie opuszczali szeregów, a nawet stanowisk bojowych; szpitale piwniczne, przepełnione, w potwornych warunkach higieny, pozbawione najniezbędniejszych środków, pracowały z największym poświeceniem; ludność, stłoczona w piwnicach, pod zwałami ruin, bez wody, bez żywności, bez lekarstw cierpiała niewymownie *[(270) Gen. v. Vormann w raporcie z 21. VIII., oceniając sytuację, pisał o "stale wzrastającym oporze" powstańców; uważał, iż "pobić" ich można tylko "kosztem wielkich strat" i "przy zastosowaniu specjalnych środków".]. W Komendzie Głównej, przebywającej w gmachu na rogu Długiej i Kilińskiego, zaczynały już; górować wyraźnie nastroje przygnębienia, beznadziei, defetyzmu. Zakończona klęską próba uzyskania połączenia z Żoliborzem i Puszczą Kampinoską wywołała przypływ głębszego jeszcze pesymizmu. W tej atmosferze i pod wrażeniem wieści o grożącym ze strony ludowców "zamachu stanu" *[(271) K. Bagiński i A. Bień próbowali porozumieć się z komunistami a przez nich z chełmskim "Komitetem Wyzwolenia". Wardejn-Zagórski pisał o tym w meldunkach z 23 i 25. VIII.: Jankowskiego niepokoiła zwłoka z przejściem do Śródmieścia; dawał wyraz obawom, że Bagiński "żegluje zbyt szybko na lewo"; socjaliści "nie solidaryzują się z tym żeglowaniem", wobec Komitetu chełmskiego "trwają w postawie krytycznej"; Jankowski zapowiadał, że "łeb temu ukręci, gdyby chciano rozszerzyć zamach w Stronnictwie Ludowym na zamach w Delegaturze". Do płk. Rzepeckiego, tkwiącego przy płk. Chruścielu, pisał Wardejn-Zagórski: "Odniosłem wrażenie z twojej korespondencji, że poczynania Bronowskiego i Dąbrowskiego (Bienia i Bagińskiego) uważasz za pomyślne dla sprawy polskiej, jako wyjście z impasu. Być może, że tak jest, ale przezorność i pozycja twoja raczej wskazywałaby na konieczność znacznej rezerwy wobec takich radykalnych posunięć" ...], zapadła decyzja wycofania się Komendy Głównej ze St. Miasta. Jedyną na to drogą były już tylko kanały, wiodące do śródmieścia; decyzja zapadła bezpośrednio po powrocie Pełczyńskiego z Żoliborza *[(272) Bór-Komorowski już 21. VIII. powziął decyzję przesunięcia Komendy Głównej w ogóle poza Warszawę; możliwości w tym kierunku wybadać miał na Żoliborzu gen. Pełczyński.], trudności techniczne jednak, zwłaszcza zbyt wysoki poziom wody w kanałach, spowodowały parudniową zwłokę; ostatecznie dopiero w nocy z 25 na 26 sierpnia Bór-Komorowski i jego sztab przeszli z placu Krasińskich kanałami pod ulicą Miodową i Krakowskim Przedmieściem. Sztabowi w potwornej tej wędrówce towarzyszyli Jankowski i Pużak. Na St. Mieście pozostawał płk. "Wachnowski" z zadaniem "obrony do ostatka". Exodus ten próbowano zachować w tajemnicy; ludność St. Miasta jednak dowiedziała się o nim - dotychczasowe, w niejednym wypadku bardzo ostre, nastroje desperacji i defetyzmu przeradzały się w oburzenie, pomstowanie, panikę. Nastroje te zaczęły też ogarniać niejeden z oddziałów załogi przemęczonej ponad wszelką miarę, wyczerpanej fizycznie i nerwowo; pojawiały się wypadki dezercji i wymykania się kanałami do Śródmieścia czy na Żoliborz. Jaskrawym wypadkiem załamania się moralnego było opuszczenie 26 sierpnia pozycji w gmachu Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych, przez mjr. "Pełkę"-Chyżyńskiego i jego oddział *[(273) Mjr. "Pełka" uznał beznadziejność dalszej obrony i próbował, wraz z oddziałem własnym i plutonem por. "Osy" wymknąć się kanałami na Żoliborz; zatrzymany przez żandarmerię, oddany pod sąd, skazany na śmierć; płk. "Wachnowski" uznał wyrok za wydany zbyt pochopnie i wstrzymał jego wykonanie.]. Wypadek ten poruszył głęboko całą dzielnicę; znękana ludność przesadę w ocenie wypadku ("skoro oficerowie uciekają") łączyła z burzliwym żądaniem "wyprowadzenia (jej) z pola walki" i uchronienia "przed wyrżnięciem" przez Niemców. Do płk. "Wachnowskiego" zgłaszały się delegacje ludności z żądaniem zaprzestania walki; doszło do paru udaremnionych przez powstańców prób masowego przejścia do Niemców z białymi płachtami. W nocy z 26 na 27 sierpnia uszła na Żoliborz drobna część oddziału komunistów z "Armii Ludowej", nazajutrz wymknęła się prawie cała ich reszta *[(274) Prawie cały sztab "Armii Ludowej" zginął 26. VIII. pod uderzeniem bomby lotniczej; pozostali przy życiu dowódcy AL postanowili przerzucić swe siły kanałami na Żoliborz; na St. Mieście pozostała niewielka garstka (zob. E. Rozłubirskiego: "Ludzie z innego świata", Warszawa, 1958, na str. 25-33). Wardejn-Zagórski w meldunkach swych stwierdzał, że komuniści już i poprzednio próbowali "wycofać się z walki i uciekać pod pozorem, że Niemcy AK uznają za kombatantów", komunistów zaś "rozstrzeliwać będą bez miłosierdzia"; teraz, 26. VIII., "zażądali wyjścia na Żoliborz po broń i amunicję, której zapasy tamże rzekomo posiadają".]. Pęd do ucieczki wystąpił z groźną siłą zwłaszcza wśród lekko rannych żołnierzy. "Wachnowski" próbował zahamować ten pęd przez wystawienie silnych posterunków przy włazach do kanałów i przez wydanie rozkazu, kwalifikującego samowolne opuszczenie St. Miasta jako dezercję; napór jednak był tak silny, iż trzeba było wydawać wiele przepustek *[(275) Literatura pamiętnikarska daje wstrząsające opisy tego, co się działo na St. Mieście w ostatnich dniach jego obrony. Wardejn-Zagórski 26. VIII.: "Jest wielu alarmistów i amatorów przebijania się kanałami na Żoliborz - cały dzień odbywa się wędrówka w poszukiwaniu protekcji lub funkcji służbowych dla przedostania się na tamtą stronę" ... "Nawet naszych żołnierzy ogarnęła częściowo panika"; grupa ich "zdezerterowała na Żoliborz". Zdarzały się wypadki fałszowania przepustek, próby przekupienia żandarmów, nawet użycia broni dla utorowania drogi do kanałów.]. W nocy z 27 na 28 sierpnia odeszła kanałami na Żoliborz kolumna paruset rannych powstańców, równocześnie - część administracji cywilnej i działaczy politycznych (komisaryczny prezydent Warszawy J. Kulski, E. Kipa i in.). Wobec takich - licznych - przejawów znękania i upadku ducha, tym większy podziw i tym głębszy szacunek budzić musi hart, męstwo i poświęcenie tych, którzy pod coraz silniejszym naciskiem Niemców, pod straszliwą nawałą ich ognia, trwali niezłomnie w obronie dzielnicy. Były to jednak już ostatnie godziny. Utrata - po zaciekłej walce - potężnych ośrodków oporu: katedry św. Jana i gmachu Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych - dała Niemcom możność nieco łatwiejszego przenikania w głąb ruin; ilość obrońców zdolnych jeszcze do walki spadła do dwóch tysięcy; wyczerpani straszliwie, zasypiali na posterunkach; zużywano oszczędnie ostatnie resztki amunicji, ilość chorych i rannych w szpitalach obliczano na siedem tysięcy, i to bez konających i cierpiących w piwnicach bez opieki lekarskiej. W tych warunkach płk. "Wachnowski" uznał, że się doszło w obronie do ostatecznego kresu; 28 sierpnia wysłał do płk. "Montera" opracowany przez siebie plan przebicia się do śródmieścia przez uderzenie z rejonu Bielańskiej ku Halom Mirowskim; sądził, że przy użyciu najlepszych oddziałów uda się stworzyć i przez jakiś czas utrzymać dość szeroki korytarz dla wyprowadzenia rannych i ludności cywilnej. "Monter" bardzo niechętnie plan ten zatwierdził, z tym, że ułatwić to przebicie się miały pomocnicze, odciążające i zsynchronizowane, działania grup uderzeniowych i osłonowych ze śródmieścia. Próba ta, kosztowna we krwi, nie powiodła się - do śródmieścia zdoła przedrzeć się tylko niewielki oddział (59 ludzi) z bohaterskiego baonu "Zośka" *[(276) W literaturze powtarza się zarzut, iż plan, precyzyjnie opracowany, wypaczony został przez wykonawców. Gen. Chruściel w broszurze swej (str. 11) mówi, że - w akcji, pomyślanej, jako "dwustronne uderzenie", doszło tylko do "jednostronnego natarcia" oddziałów ze Śródmieścia, gdyż załoga St. Miasta "nie potrafiła przełamać oporu niemieckiego i wyjść naprzeciw oddziałów, nacierających ze Śródmieścia". Borkiewicz (str. 285-286) stwierdza, iż mjr. "Sosna"-Billewicz zwlekał 2 godziny z rozpoczęciem natarcia; powodem zwłoki - panika wśród ludności, która dowiedziawszy się o wycofywaniu załogi, zatarasowała nieliczne a wąskie szlaki poprzez ruiny ku podstawom wyjściowym. Gen. Chruściel (w broszurze, str. 15) zgodę na przerzut do Śródmieścia uważa za swój błąd: "Należało utrzymać pierwotny zamiar skierowania tych sił lub ich części na Żoliborz. W Śródmieściu niewiele pomogli, a wnieśli dużo zamieszania i pogorszyli sytuację żywnościową". Poległych i rannych w tej nieudanej próbie było ponad 300. Chruściel "brak współdziałania" i "duże straty" ocenia jako "jedną z czarnych kart powstania"; w liście do mnie z 26. XII. 1958: "Ja nie pchałem swoich żołnierzy w ogień wbrew ich woli; może jeden raz byłem więcej twardy, niż zwykle - była to akcja wspólna Śródmieścia z oddziałami St. Miasta". Radwan-Pfeiffer w liście do mnie 5. I. 1959 uważa, że nie tyle "czarną kartą", co "jednym z najcięższych przeżyć" było opuszczenie St. Miasta: "Nie mogliśmy uratować całej pozostałej na Starówce ludności, trzeba było zostawić ją na pastwę Niemców", mimo "tak ofiarnego współdziałania jej" z załogą ...]. Po tej nieudanej próbie postanowiono wycofać załogę St. Miasta kanałami; pozostawione na stanowiskach bojowych i dość obficie wyposażone w resztki amunicji i granatów oddziały "straży tylnej" osłaniały ewakuację; ostatnie patrole opuściły Stare Miasto w południe 2 września. Niemcy, wkroczywszy na opuszczone ruiny, wymordowali (wielu paląc żywcem) większość rannych w szpitalach piwnicznych; ok. 35 tysięcy ludności po dokonanych gwałtach i mordach wyprowadzili pod eskortą z ruin. W walkach w obronie St. Miasta poległo ok. 5.000 (wraz z wymordowanymi przez Niemców). Zginęła co najmniej połowa ludności cywilnej (w sierpniu 1944 obliczano ją na 75.000). Do Śródmieścia przeszła grupa lekkorannych i żołnierzy z oddziałów gospodarczych, razem ok. 3 tysięcy, oraz "grupa bojowa", złożona z ok. 1.500 powstańców. Około 800 powstańców, częściowo za zgodą "Wachnowskiego", w większości samowolnie, przeszło kanałami na Żoliborz.

W ciągu dwudziestu sześciu dni tego staromiejskiego bohaterstwa, męczeństwa, konania - w dzielnicach innych walki o natężeniu nierównym i - porównawczo - niewielkim nie dały poważniejszych zmian w sytuacji. Postawę Żoliborza - w okresie walk na St. Mieście - określić można jako bierną, bo nawet w natarciach na dworzec gdański odgrywał rolę pomocniczą i niewielką. W ostatnich dniach sierpnia, gdy załoga Żoliborza wzrosła znacznie (część rozbitych oddziałów mjr. "Okonia" i przybyli ze St. Miasta) - ppłk. "Żywiciel"-Niedzielski zamierzał wysłać do St. Miasta oddział ochotniczy, zanim go jednak sformowano, Niemcy zamknęli drogę przez kanały (podniesienie poziomu wody przez wybudowaną zaporę). Przeszkodę tę zniszczą powstańcy w nocy z 30 na 31 sierpnia, ale wobec sytuacji na St. Mieście wysłanie pomocy było już bezcelowe *[(276a) Wg "meldunków sytuacyjnych" Chruściela Żoliborz w okresie. do 21. VIII. stoczył "trzy bitwy - 1, 3 i 4" sierpnia oraz "odparł 10 natarć"; straty w tym okresie: 50 poległych i 180 rannych.].

W Śródmieściu - w okresie walki o Stare Miasto - Niemcy nie przejawiali poważniejszej inicjatywy zaczepnej; podejmowali wprawdzie natarcia na północnym i zachodnim froncie polskiej obrony oraz wewnątrz śródmieścia, walki w wielu wypadkach były ciężkie i zacięte, obrona polska jednak wszędzie prawie utrzymała się na swoich stanowiskach *[(277) Dowodzący siłami śródmieścia płk. "Radwan"-Pfeiffer stworzył uzależnione od siebie, ale odrębne dowództwo dla odciętego al. Jerozolimskimi "Śródmieścia-Południe", wyznaczając na dowódcę, z poręki Chruściela, mjr. "Mechanika"-Łętowskiego; wybór nie był trafny. "Radwan"-Pfeiffer został ciężko ranny w 3-im dniu powstania. Autorzy "Polskich Sił Zbrojnych", str. 761, twierdzą, iż ranny nie mógł opuszczać swego schronu i "doglądać bezpośrednio" działań oddziałów, ale - jak piszą - "nie odbiło się to ujemnie na całości obrony", Chruściel bowiem "czuwał osobiście" i "często inspekcjonował" odcinki. Chruściel istotnie był w ciągłym ruchu, zjawiał się wszędzie - na Krochmalnej, Królewskiej, Żelaznej, w rejonach Chmielnej, Towarowej, Lwowskiej, Pfeiffer wszakże pozostawał w stałym kontakcie z dowódcami rejonów i odcinków. W liście do mnie z 5. I. 1959: "Gdy 5. VIII. przybyli do mnie dowódcy odcinków i, klęcząc wokół noszy, na których leżałem, meldowali, że obawiają się, iż nie będą mogli wytrzymać natarć niemieckich i jakby oczekiwali zaprzestania walki, zebrałem siły i wytłumaczyłem im, że walka zaczęta nie może być przerwana bez utraty honoru i oddania na pastwę nieprzyjaciela ludności, która nam zaufała . . . Ok. 15. VIII., gdy zacząłem wychodzić, na rogu Królewskiej i Marszałkowskiej zobaczyłem cmentarzysko rozwalonych czołgów i wozów pancernych". To był - na jednym odcinku - jeden z fragmentów wydanego twardo i równie twardo wykonanego rozkazu. O Radwanie-Pfeifferze zob. relację por. "Lewara" - R. Kwiatkowskiego: "Z Południa na Północ Warszawy" w "Polsce Walczącej", nr. 42/1945, przedruk w "Drogach Cichociemnych", str. 274-281; oraz u W. Zagórskiego "Wicher Wolności", str. 226.], to zaś, co utraciła, poza jedynym może wydartym 19. VIII. przez Niemców bastionem Politechniki nie mogło mieć zasadniczego znaczenia w sytuacji polepszonej i wzmocnionej poważnie przez opanowanie wielu silnych i dokuczliwych gniazd oporu niemieckiego. Sukcesy te były odbiciem zamierzeń płk. "Montera", który stwierdziwszy, iż Niemcy w stosunku do Śródmieścia "nie przejawiają inicjatywy", że budują w wielu punktach umocnienia, a więc myślą raczej o obronie, niż o natarciu, uznał (8 sierpnia) potrzebę i możliwość "wywalczenia szerokich korytarzy" przez odcinki i rejony, zajęte przez Niemców, a to dla połączenia Śródmieścia północnego z południowym i ze Starym Miastem, w fazie następnej zaś - przy uzyskanej już łączności między poszczególnymi dzielnicami - przystąpić do "oczyszczenia całości Stolicy". Po nieudanym wszakże natarciu na Hale Mirowskie (13/14. VIII.) i w przekonaniu, że St. Miasto wytrwa w obronie o własnych siłach - przystąpił do realizacji innej swojej koncepcji, wyrosłej z przeświadczenia o zwiększonej - po odebranych zrzutach - sile i zdolności bojowej oddziałów Śródmieścia, ukształtowanej zaś pod wpływem projektów i rozkazów Komendy Głównej co do uderzenia z Puszczy Kampinoskiej na Powązki i wezwania odsieczy z głębi kraju. Koncepcja ta szła w kierunku połączenia załogi Śródmieścia z siłami na Mokotowie oraz w lasach kabackim i chojnowskim, i użycia tych połączonych sił dla rozstrzygającego działania zaczepnego w celu wyrzucenia Niemców, jeśli nie z całej Stolicy, to przynajmniej ze Śródmieścia i Mokotowa. Realizacja tych zamiarów wymagała czasu, toteż płk. ."Monter" polecił płk. Pfeifferowi wyzyskać zwłokę na likwidację najsilniejszych gniazd oporu niemieckiego w obrębie Śródmieścia *[(278) Rozkaz Komendy okręgu warszawskiego z 18. VIII. mówił, że pozostawanie w postawie biernej "sprowadzi nas do roli obrońców, podczas gdy my walczymy o zdobycie Warszawy"... Polecał: "wszędzie przyjmować postawę zaczepną".]. W wykonaniu tego rozkazu zdobyto 20 sierpnia - po dwóch dniach walki - gmach centrali telefonów przy Zielnej, mocno ufortyfikowany i zawzięcie broniony przez załogę; wzięto tu 115 jeńców, zdobyto sporo broni i amunicji. Tegoż dnia utracono Politechnikę i nie zdołano jej odbić, ale 23. VIII. po kilku uderzeniach opanowano centralę telefoniczną przy ul. Piusa, tegoż dnia - po ciężkiej walce - zdobyto gmach Komendy Policji i kościół św. Krzyża. Nie powiodło się natomiast uderzenie na silną załogę w gmachu Uniwersytetu; 25. VIII. opanowano gmach "Cafe Clubu" przy Nowym Świecie; strona al. Jerozolimskich o parzystej numeracji domów na odcinku między Marszałkowską a Nowym Światem była już w ręku powstańców, co ułatwiło i usprawniło łączność z dzielnicą południową. Sukcesy te - jakkolwiek dały w swym skutku znaczną poprawę położenia w Śródmieściu - nie mogły mieć znaczenia zasadniczego w ogólnych ramach toczącej się walki. Koncepcja "Montera" załamywała się w zderzeniu z twardą rzeczywistością - przebywający w lasach chojnowskich ppłk. "Grzymała" po otrzymaniu od "Montera" rozkazu natarcia na Mokotów dolny ze skupionych w lesie 1.600 ludzi, przeważnie nieuzbrojonych, utworzyć zdołał dwa baony w sile ok. 700 ludzi; w nocy z 16 na 17. VIII. przeszedł przez Chylice do lasu kabackiego, odebrał tu zapowiedziane zrzuty broni, i w nocy 18/19. VIII. uderzył na załogę niemiecką w Wilanowie i Wolicy; mimo uzgodnionego współdziałania ze strony Mokotowa część oddziałów ppłk. "Grzymały" (poległ) została przez Niemców odrzucona, większa - w kilku grupach, razem ok. 370 ludzi, przedarła się do fortu Dąbrowskiego na Sadybie; była to jednak siła zbyt nikła w stosunku do zamierzeń "Montera", zresztą i Niemcy, zaalarmowani przez polską inicjatywę w tym rejonie, wzmocnili szybko swe oddziały na odcinku Wilanów-Wolica-Służew i związali na dolnym Mokotowie prawie całość polskich tam sił. Przekreślało to koncepcję "Montera" - wywarło też nań wpływ deprymujący, zahamowało rozpęd działań wewnątrz Śródmieścia *[(279) Do lasów chojnowskich, na rozkaz gen. Skroczyńskiego i w związku z rozkazem Bora-Komorowskiego z 14. VIII., przeniknąć miały poważniejsze siły (ok. 6 tys. ludzi) z podokręgu skierniewickiego, ale nie nadeszły, choć ppłk. Jachieć miał zarządzić mobilizację wszystkich posiadających broń w podokręgu - zob. przypis 195. Płk. Chruściel liczył również na pomoc ze strony okręgu radomskiego; jeszcze 23. VIII. wzywał siły tego okręgu do uderzenia "na Ochotę z rejonu Nadarzyna" - zob. niżej, przypis 286. Tuż przed 20. VIII. Chruściel sądził, iż St. Miastu wystarczy pomoc z Żoliborza i Kampinosu; po nieudanych natarciach na dworzec gdański widział konieczność zorganizowania szybkiej pomocy, myślał o uderzeniu przez Ogród Saski ku Długiej, ale pochłonięty swoją koncepcją, wahał się, zwlekał, czekał. Postawę Chruściela w pewnej mierze tłumaczy jego uparta wiara w rychłe nadejścia Rosjan; zapewne sądził, iż St. Miasto wytrzyma, a on zdąży "oczyścić" bodaj Śródmieście. Płk. "Radwan"-Pfeiffer w liście do mnie: "Objektywnie biorąc - siły Śródmieścia i grupy Północ były absolutnie za słabe, aby dokonać połączenia górą" ...]. Dotychczasowe straty tutaj nie były wielkie - w walkach w okresie od 5 do 31 sierpnia poległo ok. 200 żołnierzy, rannych było ok. 750, w tym duży odsetek bohaterskich i pełnych poświęcenia sanitariuszek i łączniczek. Nękał i Śródmieście także ogień niemieckich dział i moździerzy, lotnictwo zrzucało bomby zapalające i kruszące, wywołując pożary i siejąc zniszczenie, przybywających jednak kanałami ze staromiejskiego cmentarzyska zdumiewał niemal normalny widok ulic i placów, obraz prawie nietkniętej przez burzę oazy, z domami bez uszkodzeń, z szybami w oknach, ze światłem elektrycznym, z panującym ładem i porządkiem, z żywym ruchem, bez przemykania się chyłkiem, z uderzającą czystością przechodniów, strojnością kobiet, spokojem, nawet optymizmem w nastrojach ...

Jakkolwiekby się oceniało zamierzenia i wysiłki płk. "Montera" - zawsze wypadnie stwierdzić, iż działał samodzielnie i zwłaszcza w ciągu trzech tygodni, od 5 do 26. VIII., bez ściślejszego kontaktu z Komendą Główną i niemal bez jej wpływu na pobierane decyzje. Wynikało to nie tylko z ustalonego podziału ról i obowiązków *[(280) Gen. Chruściel w broszurze swej (str. 11): "Na terenie Warszawy dowodziłem bezpośrednio ja" ... gen. Bór "dowodził na swoim szczeblu, nie wkraczając w moje kompetencje". Chruściel był bardzo wrażliwy na tym punkcie; w okresie niewoli w Niemczech miał żal do Bora-Komorowskiego i Pełczyńskiego o to, iż całą "legendę walki" wiążą z sobą, a jego, właściwego dowódcę powstania, spychają w cień. Chruściel, żołnierz odważny i zawsze owiany najlepszą wolą (zob. przypis 215) miał, zwłaszcza w początkowej fazie powstania, swój specjalny system pracy - nie ufał ani swemu sztabowi, ani podlegającym mu dowódcom; otoczył się gronem przez siebie dobranych oficerów, często ludzi z wręcz nieprawdziwego zdarzenia, wysyłał ich na różne odcinki, i na podstawie ich mylnych wrażeń czy błędnych wniosków (niekompetencja lub nawet złośliwa tendencja) pobierał ponad głowami odpowiedzialnych dowódców decyzje i wydawał rozkazy; po szeregu ostrych starć na tym tle poniechał swoich praktyk.]. Błąd - rzecz jasna - nie największy, ale wcale nie mały popełniła Komenda Główna przez to, iż pozostała w obrębie walczącej Warszawy. Konsekwencje tego błędu wystąpią ostro z chwilą znalezienia się Komendy w dzielnicy odciętej, osaczonej i gwałtownie atakowanej; uwagę i myśli przykuwało siłą rzeczy to, co się działo w najbliższym otoczeniu, a to w połączeniu z mizernymi i zawodzącymi lub powolnymi w działaniu środkami łączności utrudniało ogarnięcie całości położenia, uniemożliwiało trafną jego ocenę. Słowem - Komenda Główna, tkwiąc w ośrodku zmagań najcięższych, nie mogła spełniać swej właściwej roli wobec Chruściela, ani w stosunku do znacznie większej, poza warszawskiej części sił AK, bo walka toczyła się przecież nie tylko w Stolicy, lecz także w ramach "Burzy" na wielkich przestrzeniach kraju *[(281) W końcu lipca i w ciągu sierpnia wysiłki główne w promieniu Warszawy: walka o Siedlce i Węgrów, w rejonie Białej Podlaskiej, Sokołowa, Ostrowi Mazowieckiej, Ostrołęki, Wyszkowa, Tłuszcza, Wołomina, Otwocka, Garwolina. W Radomskim - działania w rejonie Sandomierza i Staszowa; w Krakowskim - w rej. Przemyśla, Jarosławia, Rzeszowa, Jasła, Dębicy.]. Wreszcie - ograniczona aktywność Komendy Głównej była odbiciem stanu psychicznego - w sztabie bowiem w miarę przeciągania się walki przybierały na sile nastroje przygnębienia, beznadziei, defetyzmu, co było zrozumiałym, bo naturalnym owocem potrójnego poczucia - winy i odpowiedzialności za wybuch powstania, bezskuteczności apelów o wydatniejszą pomoc zzewnątrz i bezsilności własnej wobec wypadków. Bór-Komorowski był chory *[(282) Wskutek wybuchu "goliata" 13. VIII. w pobliżu siedziby Komendy Głównej Bór - poza kontuzją - chorował na zapalenie komory Hyghmore'a. F. Majorkiewicz pod datą 19. VIII.: "Bór chory i przebywa w zaciemnionym pokoju". Wardejn-Zagórski 20. VIII.: "Komendant jest chory - tajemnica! ... prawie cały dzień śpi"; w meldunku z 23. VIII.: "jest chory, zmaltretowany i - zdaje się - nic go nie obchodzi" ...], z całego zaś jego sztabu - w trzecim tygodniu walki "stanowisko nieugiętej twardości wobec wszelkich defetyzmów", "postawę żołnierskiego trwania do końca" ("iść twardo na przebój") zachowywali już tylko Pełczyński i Szostak *[(283) Mówi o tym Wardejn-Zagórski w meldunku z 23. VIII. Wcześniej - 13. VIII. - donosił: "U nas ... nastroje dość ponure, jak u wszystkich, którzy nie mają bezpośredniego udziału w akcji" ... Bór i jego sztab "niczym nie dowodzą, a w wysiłkach zdobycia pomocy z Londynu czy od Sowietów nie uzyskali nic konkretnego ... stąd katzenjammer" ... 14. VIII.: "ogień miotaczy min i granatów powoduje coraz większe straty i ... coraz słabsze nastroje"... 16. VIII.: "Mam ci zakomunikować o nastrojach tutejszych z polecenia Grzegorza: trwamy na stanowiskach" i - cytuje słowa Pełczyńskiego: "jak pancernik na pełnym morzu w walce, zdani tylko na siebie, rozegramy bitwę do końca" ... Ale tuż obok dodawał, że Bór i Pełczyński są "coraz bardziej zdenerwowani, tak, że jakąś rozsądną decyzję trudno jest uzyskać" ...]. W tej atmosferze i w tych warunkach Bór-Komorowski 14 sierpnia, nie tyle z inicjatywy własnej, ile raczej pod naciskiem Jankowskiego i Pużaka, rozesłał przez radio rozkaz, w którym stwierdzając, że przeciągająca się w Warszawie walka "wymaga natychmiastowej odsieczy" - wzywał "wszystkie dobrze uzbrojone oddziały" AK do natychmiastowego "pośpiesznego marszu" na Warszawę, zaatakowania "wojsk niemieckich dokoła Stolicy", "przerwania się przez nie i wzięcia udziału w walkach wewnątrz miasta"; zwłaszcza oddziały, przebywające w pobliżu Warszawy, mają wysłać jak najprędzej wszystkie "rozporządzalne, dobrze uzbrojone jednostki" *[(284) Bór-Komorowski w radiodepeszy 14. VIII.: "Walka o Warszawę, mimo wielkich strat w ludziach i materiale, daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo, by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie w okręgu Muzeum" - tzn. Krakowa ... Jak gdyby mało było już ruin Stolicy i ponurych doświadczeń w "Burzy"! ... Wraz z aprobatą decyzji Zientarskiego 27. VIII. Bór nakaże wykonać akcję "w większym stylu" (Radom, Kielce) lub na "'jakiś ważny węzeł kolejowy w oparciu o lasy, np. Skarżysko". Do wykonania tej akcji także nie dojdzie]. Wezwanie to przebrzmiało w sensie praktycznym bez echa - zgrupowania najbliższe Warszawy nie dały jej nic *[(285) Ppłk. Jachieć miał zarządzić mobilizację alarmową w obwodach Sochaczew i Błonie, skierował drobne grupki do Kampinosu, do lasów chojnowskich nie przysłał nic - zob. przypis 279.]. Poważniejszą próbę pośpieszenia z pomocą podjął komendant okręgu radomskiego płk. "Mieczysław"-Zientarski, zarządzając koncentrację swoich oddziałów w rejonie Końskich i Opoczna (ok. 5 tys. ludzi) - ale i on "szansę dotarcia do Warszawy" oceniał jako "słabe", ze względu na nasycenie tego przyfrontowego terenu siłami niemieckimi, i ostatecznie 25. VIII. w wyniku narady z podległymi dowódcami "koncentrację do marszu na Warszawę" rozwiązał *[(286) Postępowanie Zientarskiego ściąga na głowę jego różne zarzuty: pluton harcerzy spod Katowic zdołał przedrzeć się aż pod Raszyn (ale został przez Niemców rozbity - z 95 ocalało tylko 17) lub że gen. v. Vormann w raporcie z 21. VIII. stwierdzał, że "nie ma sił do zwalczenia" - "silnej grupy z obszaru Kielc", która - "podzielona na kilka kolumn" - "podąża do Warszawy marszami nocnymi".]. Zapewne - w żądaniu odsieczy Komenda Główna nie doceniała trudności okręgów (brak broni, przeszkody w terenie przyfrontowym - zagęszczenie i zwiększona czujność sił niemieckich) - faktem jest jednak także, iż dowódcom, którzy mieli rozkaz o odsieczy wykonać, brakowało odpowiednich do zadania zasobów energii, stąd też postawić trzeba Komendzie Głównej i ten jeszcze zarzut, że nie wyzyskała dla zorganizowania odsieczy i pokierowania nią (czy bodaj działaniami na tyłach Niemców) "rezerwy" oficerów sztabowych, pozostawionych w Warszawie w nadmiarze i bez przydziałów *[(287) Zob. przypis 140.].

W związku z tym rozkazem o odsieczy ujawnił się - i na tym odcinku - stosunek Moskwy do powstania. Już na przełomie lipca i sierpnia - w pierwszych dniach powstania - napływały do Komendy Głównej meldunki radiowe dowódców o rozbrajaniu ich oddziałów przez Rosjan. Teraz - po rozkazie Bora-Komorowskiego - i w odpowiedzi na ten rozkaz NKWD zarządziło zatrzymywanie oddziałów AK śpieszących z pomocą dla Warszawy, ściganie ich, osaczanie, rozbrajanie *[(288) W Tłuszczu i Wołominie w pierwszych dniach sierpnia ujawniających się oficerów aresztowano, żołnierzy rozbrojono i deportowano; okręg radomski 10. VIII. meldował, że Rosjanie oświadczyli lokalnemu dowódcy AK, że "legalną władzą" w Polsce jest tylko chełmski "Komitet Wyzwolenia"; rozbrojony oddział AK wcielono do formacji Berlinga. Rzeszów 24. VIII. meldował, że Moskale "każdą ujawnioną przynależność do AK" traktują jako "działalność na rzecz Niemców"; z Rzeszowskiego meldowano o rozkazie, wydanym przez dowódcę 16-go granicznego pułku NKWD, który - by nie dopuścić do przenikania do Warszawy oddziałów odsieczowych AK - zarządził "kontrolę dróg i wozów, konfiskatę broni, aresztowanie furmanów", nadto nakazywał "ustalić", gdzie są składy broni AK oraz gdzie i jak są rozmieszczone "oddziały istniejące nielegalnie": te ostatnie - "rozbrajać i kierować do wojskowych (sowieckich) punktów przesyłkowych".]. Przymusowe w tej sprawie milczenie ułatwiało akcję propagandową komunistów, którzy w oparciu o argumenty Moskwy, oskarżali kierownictwo Powstania o działanie bez "porozumienia" z dowództwem rosyjskim - a więc: "tylko względy operacyjne" nie pozwalają armii rosyjskiej okazać pomocy powstaniu. W nastrojach ogółu - w dzielnicach, przeżywających ciężkie chwile, zwłaszcza na Starym Mieście, "nieśmiały" zrazu "defetyzm" łączył się z przejawami "elementów rozumowania" w ocenie nie tylko "sytuacji", ale przede wszystkim "podstaw i przyczyn wybuchu". Zaniepokojona i nawet przestraszona tą podnoszącą się falą Komenda Główna próbowała osłabić ją przez "kontrpropagandę optymizmu", próbowano też odgrodzić szeregi powstańców od "szkodliwych wpływów starszego pokolenia" i "przypominano" młodzieży powstańczej, że dawniej sama "wyrywała się do walki i nie chciała zrozumieć, że to nie będzie zadanie łatwe", toteż "dziś musi przetrwać i nie poddawać się nastrojom starszych" *[(289) Prasa powstańcza otrzymała instrukcję: każdy "zaczepny czy odporny wyczyn" przedstawiać jako "wyraz i dowód siły", zapowiadać, że ta "siła", zostanie "użyta w całym zakresie dopiero w chwili stosownej", - wyjaśniać, że "gdyby nie było powstania" - "Niemcy wywieźliby większość mężczyzn na roboty, a miasto spaliliby i wysadzili w powierzę, jak Lublin (?) i "Kowel" (?).]. Taka "kontrpropaganda optymizmu", w warunkach staromiejskiego koszmaru, okazywała się jednak bezsilną i bezskuteczną *[(290) Wardejn-Zagórski 17. VIII. dawał taką "syntezę nastrojów": "Powstanie utknęło w impasie. AK nie jest w stanie zwyciężyć sama, ani nie może zapewnić sobie pomocy z zewnątrz w takiej mierze, aby walki zbliżyły się ku zakończeniu ... jedyne wyjście to pomoc bolszewicka", której "oczekuje się powszechnie z utęsknieniem"; inteligencja poglądów takich nie ujawnia ("panuje strach" przed NKWD), ale "wśród mieszczaństwa, drobnych rzemieślników, robotników, straganiarzy mówi się już otwarcie, że bolszewik przyjdzie z wojskiem prawdziwym, wtedy da łupnia Niemcom i wyzwoli nas" ... W meldunku z 22. VIII.: nastroje na Starym Mieście "uległy ostatnio pogorszeniu" - "wpływa na to przedłużenie się akcji, wyczerpanie żywności, duża ilość spalonych domów i wędrówki pogorzelców" ... Rzepecki w odpowiedzi sądził, że poza St. Miastem z jego nastrojami - "defetystycznymi i desperackimi" - są w Warszawie "całe połacie", "jest cały kraj", myślący inaczej; o Śródmieściu pisał: "Wcale nie czujemy się tu, jak samotny pancernik. Rozgrywamy bitwę do końca, mając poczucie, że wybuch powstania zahamował marsz rosyjski" (Rzepecki nazywał to nawet "perfidią rosyjską") - "skrócił ludności czas pobytu pod toporem Gestapo", "przeszkodził" Niemcom w "zamierzonej ewakuacji Warszawy", "pozwolił nam wydobyć spod ziemi życie państwowe i publiczne Polski i wzmocnić je, zanim zetrze się z zaborcami rosyjskimi" ... Ogłoszone w pismach krajowych ("Polityka", nr. 42/1958) meldunki kontrwywiadu AK mówią jednak, że wiadomości radiowe z 22. VIII. o przygotowywanej przez Moskwę pomocy "przyjmowane są z niedowierzaniem", lecz "dominuje przekonanie", że "jedyna realna pomoc" nadejść może tylko "ze strony Moskwy" ... "zarówno zwolennicy współpracy z ZSRR, jak i przeciwnicy Sowietów, oczekują wkroczenia armii czerwonej do Warszawy z niecierpliwością, jako kresu panowania Niemców w Stolicy" ... "Ludność cywilna pozostaje pod wpływem propagandy komunistycznej, odnosi się nieżyczliwie do AK, wygrażając się, że sprawców powstania należy powiesić", - "spoza AK potworzyć komitety", które by "wezwały na pomoc wojska sowieckie wbrew postawie AK" ...]. W dzielnicach innych, przeżywających sierpień w walce o znacznie łagodniejszym czy pomyślniejszym przebiegu, nie było jeszcze głębszych rysów w stanie psychiki, - należało jednak spodziewać się, że i tutaj odporność wewnętrzna pęknie i skruszy się pod skutkami gwałtowniejszych uderzeń niemieckich, notowano zresztą i tu coraz częściej wypadki nie tylko burzliwych oskarżeń kierownictwa o wybuch "niepotrzebny" i "nieprzygotowany", - pomstowań za brak broni i amunicji, za "szaleństwo" pozbawione widoków powodzenia i bez zapewnionej pomocy z zewnątrz, - z wnioskiem: "powiesić sprawców!"... Coraz częściej też pomstowano i na żołnierzy powstańczych: ci, co stracili najbliższych, ci, co nie mieli chleba i mleka dla niemowląt, ci, co w gruzach, piwnicach, pod bombami wpadali w krańcową rozpacz - wygrażali pięściami, przeklinali: "Zbrodniarze!"... "To przez was!"... "To wy chcecie naszej męki i śmierci"! ... "Dość tego samobójstwa!" ... Gorycz, oburzenie, złorzeczenia wywoływały dość liczne wypadki niewłaściwego lub nawet wręcz karygodnego zachowania się powstańców wobec ludności; do gwałtownych starć dochodziło przy studniach, kuchniach publicznych i wojskowych, w szpitalach *[(291) Ludność Stolicy w solidarności swej, poświęceniu, bohaterskim harcie przekraczała nawet ziemską miarę, nie mogła jednak być bryłą jednolitą - ludzie są tylko ludźmi i rzeczywistość była zbyt potworna! Zdarzały się wypadki rzucania się na powstańców z pięściami; w jednym z piwnicznych schronów omal nie zlinczowano rannych. Pełno takich przykładów w literaturze pamiętnikarskiej (np. Br. Trońskiego "Tędy przeszła śmierć", Warszawa, 1957; J. Żwirskiej "Ogień i druty", Warszawa, 1958; W. Zagórskiego "Wicher wolności", Londyn, 1957). Gen. Chruściel w broszurze swej potępia ostro mjr. "Mechanika"-Łętowskiego, który "maltretował ludność cywilną" przy rozdziale wody i żywności; plutony żandarmerii dopuszczały się czynów wręcz haniebnych: "w sposobie zachowania się i traktowania ludności naśladowali żandarmerię niemiecką, siali dokoła zgorszenie, dokonywali kradzieży"... W swoich "meldunkach sytuacyjnych" Chruściel notował - 7. VIII.: "Zaczynają się miejscami szerzyć paniczne nastroje ... Zdzieranie odezw z murów w obawie represji niemieckich" ... 6. IX.: "Wśród ludności cywilnej wrogi nastrój do AK; na placu Kazimierza zgrupowała się ludność z białymi płachtami ... Na Powiślu po wycofaniu się naszych oddziałów ludność zaczęła natychmiast rozbierać barykady ...].

Po upadku Starego Miasta płk. "Monter" zamierzał jeszcze opanować "odosobnione nieprzyjacielskie punkty oporu", rozszerzyć "własny stan posiadania" w Śródmieściu i na Mokotowie, zespolić części tych obwodów, tak, by miały "łączność taktyczną i swobodę komunikacyjną". Inaczej oceniał sytuację i możliwości Bór-Komorowski; w meldunku z 2. IX. pisał, że utrata Starego Miasta, to "poważny wyłom" w powstańczym "systemie obronnym"; przewidywał "zwiększony nacisk" Niemców "na pozostałe dzielnice" w celu "likwidacji" powstania: "Zdecydowałem obronę Warszawy do granic możliwości; posiadamy żywności do 7 września, chleba do 5 września, amunicja na wyczerpaniu - wystarczalność jej zależna od nasilenia walki". Nazajutrz, 3 września, niechybnie pod wpływem wzmagających się od 1 września bombardowań i nalotów na Śródmieście, dawał wyraz obawom, że "jest to pierwsza faza" działań niemieckich, "zmierzająca do całkowitego zniszczenia Śródmieścia, podobnie, jak niegdyś ghetta, a ostatnio Starego Miasta". Były to przewidywania niezupełnie trafne - Niemcy nie osłabiając nacisku na Śródmieście i wzniecając przez ogień artylerii i bombardowania lotnicze pożary, burząc kompleksy gmachów i powodując niezliczone ofiary w ludziach, - główny wysiłek swój w pierwszym tygodniu września kierowali na Powiśle północne, i po kilku dniach walki, 6 września, opanowali je, zepchnąwszy obrońców poza linię Nowego Świata. Nie tyle utrata Powiśla, ile straszliwe zniszczenie części Śródmieścia spowodowało kryzys moralny na wszystkich szczeblach *[(292) Ucierpiały najbardziej okolice placów Napoleona i Dąbrowskiego, Nowy Świat, ul. Zgoda i Świętorzyska; utrata Powiśla ze zniszczoną przez Niemców elektrownią pozbawiła miasto światła; zburzony został hotel "Victoria" (sztab "Montera"). Siedzibę Komendy Głównej (róg Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej) oraz wiele gmachów w pobliżu zbombardowali Niemcy 4. IX.; w sztabie zginęło ponad 30 osób; ranni - Pełczyński i Pluta-Czachowski; szefostwo sztabu po Pełczyńskim objął zrazu płk. Szostak. po nim - gen. Okulicki.] - ludność ze zburzonych rejonów, głodna, wycieńczona, znękana, przerażona, przechodząc do "bezpieczniejszych" części miasta, na południe od al. Jerozolimskich, zwiększając tam zagęszczenie, komplikując ciężki już i bez niej problem żywności i wody, przyczyniała się do pogłębienia i zaostrzenia nastrojów rozpaczy, beznadziei, defetyzmu; podchwytywano każdą pogłoskę - o "śmierci Montera", - o "ucieczce Bora", przekonywano się nawzajem, że skoro nie ma nadziei na zwycięstwo, ani na "wybawienie" przez Rosjan, to trzeba złożyć broń i kapitulować przed Niemcami. Udzielało się to i żołnierzom, głodnym, przemęczonym, ubogo uzbrojonym, osłabionym przez stratę najdzielniejszych, poległych w dotychczasowej walce *[(293) Bór-Komorowski w meldunkach z 6. IX.: "Ludność cywilna przeżywa kryzys, który może mieć zasadniczy wpływ na oddziały walczące"; przyczyny: "coraz silniejsze i zupełnie bezkarne ostrzeliwanie i bombardowanie miasta" przez Niemców, "świadomość, że nieprzyjaciel dąży do zniszczenia całego obszaru na wzór Starówki", "bezterminowe przedłużanie się walki", "coraz mniejsze porcje głodowe", "szybkie wyczerpywanie się żywności", "wielka śmiertelność wśród niemowląt", "brak wody i elektryczności" ... "Trudno przewidzieć, do czego może doprowadzić masowe uchodźstwo ludności z dzielnic, objętych terrorem ogniowym, i zagęszczenie jej w dzielnicach, z których już nie ma wyjścia na zewnątrz" ... Stan psychiczny szeregów oceniał Bór, jako "dobry". Ale płk. "Monter" w rozkazie z 7. IX. apelował do żołnierzy, by nie ulegali "fałszywym pogłoskom", by zachowali "spokój i wewnętrzną karność"; zapewniał: "Wierzcie głęboko, że dowództwo nie zawiedzie, że myśli o wszystkim"; zapowiadał, że "do nadejścia z zewnątrz pomocy upłynie jeszcze najwyżej 4-5 dni" ... O postawie "Montera" zob. przypis 298. Bór-Komorowski w meldunku z 2. IX.: "Możliwość wytrwania nie zależy wyłącznie od naszej wytrzymałości, lecz i od pomocy od was lub od szybkości powodzenia w działaniu sowieckim na naszym odcinku".]. W tych warunkach nie tylko ludność cywilna, ale i kierownictwo powstania oczekiwało ratunku ze strony Rosjan. Delegat rządu Jankowski w ciągu pierwszego tygodnia września ani słuchać nie chciał o kapitulacji, stanowczo uchylając wszelkie próby nacisków w tym kierunku. Bór-Komorowski wahał się, bo zwolennikami dalszej walki byli Pełczyński, Szostak, Chruściel, toteż wysyłał meldunki do Londynu i stamtąd oczekiwał decyzji. 6 września w depeszy do premiera i Nacz. Wodza, podpisanej także przez Jankowskiego, przedstawiając "położenie" przewidywał, iż w razie upadku Śródmieścia północnego obrona południowego - skoro Niemcy zwrócą się przeciw niemu "całością sił" - byłaby "już tylko kwestią godzin"; uważał, iż "dla tak krótkiego zysku na czasie nie można poświęcać losu olbrzymiej ilości mieszkańców", szukających tutaj schronienia; widział przed sobą dwie "ewentualności": usunąć, w drodze porozumienia z Niemcami, ludność cywilną i "walczyć do ostatka", albo kapitulować "całkowicie" lub też "kapitulować poszczególnymi dzielnicami" - "w kolejności zależnie od tego, przeciw której z nich zwróci się ostrze niemieckiego uderzenia". Wybór jednej z tych "ewentualności" zależeć będzie od "odporności i zachowania się wojska i ludności" oraz od "stanu amunicji i żywności"; natychmiastowa pomoc z zewnątrz, w formie bombardowań i zrzutów, mogłaby "podnieść nastroje i odwlec nieco kryzys". W depeszy drugiej Bór-Komorowski, powołując się na "zapowiedź premiera" *[(294) Mikołajczyk w depeszy 5. IX.: "Jak wiecie, wysiłki nasze w kierunku uzyskania pomocy nie ustają i rządy anglosaskie nie odbierają nadziei na jej udzielenie. Możliwe, że większa operacja nastąpi po przejściu okresu księżycowego, zatem po 9 września, choć nie wykluczona wcześniejsza dzienna lub nocna. W tej sprawie wojenny gabinet brytyjski zwrócił się raz jeszcze w formie bardzo stanowczej do Moskwy o prawo lądowania. Rząd polski i brytyjski wystąpił ponownie do Roosevelta o decyzję co do przelotu, bez oglądania się na zgodę sowiecką".], prosił o "konkretne podanie terminu otrzymania obiecywanej pomocy, względnie o powiadomienie", że tej pomocy Warszawa nie otrzyma: "będzie to najbardziej decydującym czynnikiem w naszych zbliżających się decyzjach"; stwierdzając dalej, że "na szybkie opanowanie (Stolicy) przez Sowiety nie liczymy", zapytywał: "Czy oceniacie, że działania na Zachodzie mogą w najbliższych dniach przynieść zakończenie wojny?" Na pytanie takie odpowiedzi trafnej czy ściślejszej nikt dać nie mógł, zanim jednak nadeszła, w warunkową formę ujęta *[(295) Mikołajczyk w depeszy z 8. IX. odpowiadał horrendalną polszczyzną: "Sprawa kapitulacji Niemiec możliwa, lecz na pewno nie na dniach" ... Gen. Sosnkowski w depeszy do Bora 8. IX.: "Wedle oceny sytuacji od strony czysto wojskowej, działania na Zachodzie nie mogą w najbliższych dniach przynieść zakończenia wojny" ... "Ocena ta nie uwzględnia możliwych niespodzianek (wypadki polityczne, gra imponderabiliów wewnątrz Rzeszy i wśród jej sił zbrojnych)" ... "Rozmowa, prowadzona na moje zlecenie przez Kopańskiego i Turskiego (Tatara) z premierem, stwierdziła, iż premier nie posiada żadnych wiadomości politycznych, upoważniających go do mniemania, iż w najbliższych dniach może nadejść koniec wojny" ... W depeszy z 9. IX. pisał gen. Sosnkowski, że wg "opinii sztabu imperialnego": "znajdujemy się na Zachodzie w trzeciej fazie operacji, która ma doprowadzić Sprzymierzonych do forsowania linii Siegfrieda. Dotychczasowe sukcesy militarne Sojuszników są tak szybkie, że możnaby się liczyć z zakończeniem za kilka tygodni wojskowo zorganizowanego oporu niemieckiego na tej linii" ... Ale: "Atak na linię Siegfrieda ulegnie pewnemu opóźnieniu" ... "Sztab Imperialny w przeciwieństwie do amerykańskiego liczy się jednak z tym, że ... walka będzie prowadzoną wewnątrz Rzeszy do ostateczności" ... "Brytyjskie MSZ również oblicza, że operacje wojskowe przeciw Niemcom przeciągną się co najmniej przez miesiąc"... ], - krajowa Rada Ministrów 7 września zawiadomiła Mikołajczyka: "Katastrofalne uszczuplenie się stanu naszego terenowego posiadania, brak żywności, wody i światła oraz krańcowe wyczerpanie ludności przy braku natychmiastowej skutecznej pomocy stawia na porządku dziennym sprawę rezygnacji z dalszej walki w Warszawie. Oczekujemy odwrotnej odpowiedzi".

W tym właśnie czasie - 5 września - Niemcy zwrócili się z propozycją omówienia z przedstawicielami polskiego Czerwonego Krzyża sprawy ewakuacji ludności cywilnej. Bór-Komorowski, po naradzie z Jankowskim, odpowiedział zgodą; wydelegowani - Maria Tarnowska i St. Wachowiak - w wyniku rokowań w siedzibie dowództwa niemieckiego ustalili warunki, miejsce i czas przerwania ognia; Bór-Komorowski i Jankowski ogłosili w prasie powstańczej, że ta część ludności, która chce, może opuścić Warszawę bez przeszkód ze strony powstańców, ale na własną odpowiedzialność. Zgłosiło się do wyjścia niewielu, gdyż nieufność do Niemców i obawa przed, tym, co uczynić mogą, silniejszą była od męki trwania wśród gruzów w głodzie i pod straszliwym ogniem niemieckim; działała też, mimo zapewnień Bora, presja moralna ze strony żołnierzy powstańczych. W trakcie tego niewielkiego exodusu Niemcy ze sztabu von dem Bacha zwrócili się za pośrednictwem delegatów polskiego Czerwonego Krzyża do Komendy Głównej AK z prośbą, by przedstawiciele jej przybyli do sztabu niemieckiego dla wysłuchania propozycji w sprawie zawieszenia broni. Padało to na grunt psychicznie dojrzały całkowicie. Sytuacja bojowa - po utracie Powiśla - rysowała się najtragiczniej; dalekie od siebie i odcięte od sił głównych w centrum Żoliborz i Mokotów trwały w walce "na własną rękę", śródmieście żyło wśród nieustannych bombardowań, pod wzmagającym się naciskiem Niemców i pod groźbą odcięcia części północnej od południowej. Nastroje wśród ludności, cierpiącej ponad wszelką miarę, u jednych spadły do stanu rezygnacyjnej apatii, u innych wybuchały rozpaczliwym buntem. Depesze z Londynu, jeśli nie odbierały nadziei na pomoc z zewnątrz, to przecież nie obiecywały natychmiastowej i skutecznej na tyle, by wyprowadzić mogła z kręgu koszmarnej rzeczywistości. W Komendzie Głównej AK mniejszość z gen. Pełczyńskim wypowiadała się za odrzuceniem propozycji niemieckich, uważając, że na kapitulację jest jeszcze "o minutę za wcześnie". Rada Jedności Narodowej 8 września rozważała sprawę w atmosferze przygnębienia - większość domagała się podjęcia rokowań kapitulacyjnych; konieczność tę widział już także i Jankowski; poparty przez niego Bór-Komorowski zdecydował się na odrzucenie sprzeciwów Pełczyńskiego i Szostaka, i postanowił kapitulować *[(297) Jest to także jeden ze "wstydliwych zakątków" historii powstania. Autorzy "Polskich Sił Zbrojnych" (str. 865-867) stosują metodę niedomówień, spowijając w mgłę istotę rzeczy; Bór-Komorowski ("Armia Podziemna", str. 350-352) daje obraz w szczegółach nieco bogatszy, powściągliwy jednak w przedstawieniu momentów głównych - miał być rzekomo "przeciwnikiem kapitulacji" i chciał jakoby jedynie "wybadać zamiary Niemców". Ale płk. Szostak w piśmie do gen. Pełczyńskiego z 9. IX.: "Nie możemy czekać na wystrzelenie ostatniego ładunku. Znicz (Bór-Komorowski) zdecydował kapitulację. Dziś możemy się jeszcze targować. Jutro może być już za późno"... W piśmie z 10. IX.: "Z całej duszy nie chcemy kapitulować. Wojsko też nie chce, nie wierzy Niemcom. Krajowa Rada Ministrów chce" (zob. u A. Borkiewicza: "Powstanie warszawskie", str. 507). Pużak i Zaremba w depeszy do Kwapińskiego i Ciołkosza 9. IX.: "Warszawa pada osamotniona po bez mała sześciu tygodniach walki... Nie mając żadnych perspektyw skutecznej pomocy, musimy się poddać". Bór-Komorowski w depeszy do Nacz. Wodza 9. IX.: "Sytuacja w śródmieściu ulega pogorszeniu. Wytrzymałość żołnierzy u kresu ludzkich możliwości. Beznadziejne położenie ... Otrzymanie wybitnej i natychmiastowej pomocy w bombardowaniu i zrzutach w ciągu nocy na 10. IX. lub w dn. 10. IX. przedłuży naszą obronę o parę dni. Bez niej musimy kapitulować" ... Mikołajczyk w depeszy do Jankowskiego i Bora 8. IX. wyjaśniał, że w użytym przezeń w poprzedniej depeszy zdaniu: "Znamy wasze położenie, każdą decyzję, którą podejmiecie, w ocenie waszej sytuacji, obronimy przed światem" - "mieści się pełnomocnictwo dla waszych decyzji, które wy tylko na podstawie stanu faktycznego możecie podjąć".] : polecił opracować pismo, w którym zawiadomić miał gen. Rohra, iż gotów jest rozpocząć rokowania, miał też prosić go o określenie miejsca i czasu oraz wyznaczył swoich przedstawicieli - ppłk. "Bogusławskiego" - Fr. Hermana i por. "Sasa" - A. Korczyńskiego, jako prawnika i tłumacza; ustalili oni, za pośrednictwem polskiego Czerwonego Krzyża, iż rozmowy o kapitulację zaczną się 10 września w godzinach rannych; zanim jednak nadszedł ustalony termin - płk. "Monter" wystąpił z gorącym apelem o "wytrwanie": "Kapitulacja jest ostatecznością, której chcemy uniknąć. Nikt nie wierzy Niemcom. Ludzie chcą ginąć z bronią w ręku, a nie rozbrojeni"; prosił Bora o zwłokę: "jeszcze dwie doby", "niedobrze by było pośpieszyć się o 5 minut" ... bo "może w Niemczech rozegrają się spodziewane wypadki, może wkroczą wreszcie Sowiety" ... "Kapitulacja jest najgorszą formą zakończenia powstania" ... Chruściel posuwał się tu aż do propozycji, by "wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę" - tak, jak gdyby Żymierski mógł zrobić cokolwiek wbrew Moskwie, i tak, jak gdyby postawa Moskwy nie była aż nadto jasna! ... "Zmieniają się warunki naszej walki" - uzasadniał Chruściel swój wniosek - "bądźmy więcej elastyczni... więcej nam odpowiada współpraca z żymierskim, niż kapitulacja" *[(298) O postawie "Montera" - zob. przypis 215. W liście do mnie z 26. XII. 1958 gen. Chruściel pisał: "Moje stanowisko w liście do Bora było wyrazem nastrojów w oddziałach" ... "Politycy z Rady Jedności ile oceniali położenie. Nie dziwię się, mimo, iż przy każdej sposobności stawałem przed Radą i orientowałem jej członków, tak, jak i Radę Ministrów (trzech) zanim Bór przybył do Śródmieścia ... Dużo mnie to trudu wówczas kosztowało, by nie skapitulować przedwcześnie ... Nie mieliśmy gwarancji rządu niemieckiego. To byłaby tragedia do samego dna!". W "meldunkach sytuacyjnych" 6. IX.: "Zamierzam trwać niezachwianie na stanowiskach i tą wolą wytrwania staram się uodpornić dowódców wszystkich szczebli w czasie inspekcji poszczególnych odcinków".] ... Prawie jednocześnie z tym apelem Chruściela otrzymał Bór-Komorowski depeszę Mikołajczyka z zapowiedzią, że "ostateczna decyzja wielkiej wyprawy" ma zapaść "dziś wieczorem lub jutro do południa" *[(299) Depesza, podpisana pseudonimem "Stem", z 9. IX., L.dz. 8112/tj.; poprzedniego dnia - 8. IX. - Mikołajczyk depeszował do kraju, że Rosjanie "spodziewają się być w Warszawie", zastrzegał się jednak, iż nie ma "żadnej możliwości" zbadania "prawdziwości" tych "twierdzeń" ... W dalszym ciągu depeszy: "Dzienna duża ekspedycja amerykańska wobec sprzeciwu Sowietów i braku decyzji Roosevelta dokonania jej wbrew zgodzie Sowietów nie dojdzie do skutku" ... "Eden przyrzekł wczoraj, iż dziś w nocy, tj. z piątku na sobotę, ruszy 30 do 48 samolotów z Włoch. Dziś wiadomość, że liczbę samolotów zredukowano do 18. W ostatniej chwili wiadomość od Anglików, że ze względów atmosferycznych dziś ekspedycja nie ruszy" ...]. Nazajutrz, 10 września, o godz. 13-ej Mikołajczyk depeszował z Londynu, że "dowództwo lotnictwa angielskiego" uważa, iż "wielka operacja" z wysp brytyjskich nie byłaby "korzystną" i że podjęłoby ją "tylko na wyraźne polecenie wojennego gabinetu brytyjskiego"; "w każdym razie" zaś lot nie mógłby się odbyć "wcześniej, aniżeli w nocy z 12 na 13 września": "Mimo, iż podaliście datę z 10 na 11 (września) jako ostateczną, bez względu na to, co postanowicie, nalegał będę tak na dokonanie samej operacji, jak i przyśpieszenie daty do czasu, aż nie otrzymam wiadomości o upadku powstania"; w następnej depeszy z tegoż 10 września, godz. 19, komunikował: "Dzisiaj nadeszła zgoda Rosji na kolaborację w sprawie niesienia pomocy Warszawie" - podjęta ma być "wielka dzienna ekspedycja amerykańska"; przygotowania w toku; "Eisenhower został powiadomiony, by wydał natychmiast polecenie"; Anglicy "dziś w nocy" przedstawić mają ten "plan" w Moskwie - "jeżeli Moskale nie zgłoszą sprzeciwu - wyprawa ruszy", o ile "znowu warunki atmosferyczne nie przeszkodzą" ... "Zwracam się po raz trzeci do Roosevelta, by nie czekając na nowe możliwe zastrzeżenia Moskwy... kazał lecieć" ... "jutro rano" powinna być "odpowiedź Anglika z Moskwy", "gdyby była negatywna - gabinet angielski ostatecznie rozpatrzy kwestię nocnego lotu Anglików".

Depesze te nadeszły do Bora niemal równocześnie z odgłosami walki na nieruchomym dotąd froncie niemiecko-sowieckim; na przedpolu Pragi odezwały się milczące tam dotąd armaty, myśliwce sowieckie pojawiły się nad Warszawą po długiej nieobecności. Napór przeciwników kapitulacji - z Pełczyńskim i Chruścielem na czele - wzmógł się, przytłumił opory krajowej Rady Ministrów. Bór-Komorowski, jak zawsze chwiejny, nieumiejący wytrwać w powziętym postanowieniu, uległ naciskowi tych, którzy chcieli - wśród złudzeń - walczyć dalej; zmienił więc decyzję i teraz dopiero zaczął - istotnie - "grać na zwłokę"; zawiadamiając o tym Londyn *[(301) W depeszy stwierdzał, że Niemcy "wywierają nacisk" o najszybszą odpowiedź: "Zwlekamy"... "jeśli otrzymamy dziś zrzuty, będziemy dążyć do przedłużenia walki" ...] - domagał się od gen. Rohra "pisemnego sprecyzowania szczegółów ewentualnej kapitulacji", potem żądał potwierdzenia warunków Rohra przez dowódcę frontu gen. Reinhardta. Rohr, ponoć dotknięty, oświadczyć miał wysłannikom Bora, że słowo jego - generała - "powinno wystarczyć", uznał jednak potrzebę porozumienia się z Reinhardtem, po czym stwierdził, iż dowódca frontu aprobuje jego warunki i nic do dodania nie ma *[(302) Gen. Rohr próbował przekonywać o bezcelowości dalszej walki, mówił o niebezpieczeństwie ze strony Rosji dla Polski i Europy, żądając wszczęcia rokowań - oświadczył, że dowództwo niemieckie skłonne jest zagwarantować walczącym prawa kombatanckie; domagał się odpowiedzi do godz. 18-ej ... O zabiegach polskich w sprawie praw kombatanckich dla żołnierzy AK - zob. przypis 94. Anglosasi próbowali nakłonić Moskwę do ogłoszenia deklaracji wspólnej; sprawa ciągnęła się beznadziejnie przez cały sierpień, gdyż Moskwa odmawiała swej zgody. Dopiero 30. VIII. 1944 rządy brytyjski i amerykański ogłosiły, że AK jest "siłą kombatancką" i "częścią integralną Polskich Sił Zbrojnych"; żołnierze AK walczą "pod odpowiedzialnym dowództwem" i "zgodnie z zasadami wojny"; "represje" wobec żołnierzy AK byłyby "pogwałceniem przepisów wojennych"; winni "gwałtów" i "zbrodni" Niemcy zostaną "pociągnięci do odpowiedzialności".]. Rohr to "ostatnie swoje słowo" łączył z żądaniem zgłoszenia decyzji kapitulacyjnej do godz. 1-ej w nocy, z tym, by powstańcy od godz. 6-ej rano zaczęli przechodzić - bez broni - na linię stanowisk niemieckich; ostrzegał, że w przeciwnym razie walka z powstaniem prowadzona będzie z większą niż dotąd stanowczością. Bór w południe 11 września, a więc po wyznaczonym terminie, w liście do Rohra stwierdzał, że nie udzielono mu żądanych gwarancji i że rozmowy, podjęte z inicjatywy Rohra, zostały zerwane przez Rohra, podany bowiem termin, zbyt krótki, połączony został z groźbą gwałtowniejszej niż dotąd walki z powstaniem. Bór prosił jeszcze o rozważenie sprawy gwarancji, Rohr jednak żadnej odpowiedzi na to już nie nadesłał.

Zresztą - odgłosy walki na przedpolu Pragi zdawały się świadczyć o zasadniczej zmianie w sytuacji. Siły sowieckie - wraz z przesuniętą tu spod Warki jedną dywizją z armii Berlinga, 10 września rozpoczęły ostre natarcie - łamiąc opór obrony niemieckiej, zmuszając pobitą do cofania się, podeszły pod Anin, zajęły Wawer, nazajutrz - 11 września - wdarły się na krańce Grochowa, zagarnęły Kawęczyn, zdobyły Rembertów. 12 września, wspierane przez lotnictwo, podeszły od południowego wschodu do skrajów Pragi; po ciężkiej walce 13 września opanowały dworce kolejowe, 13/14. IX. wdarły się na Saską Kępę i obsadziły brzeg Wisły wzdłuż wału Miedzeszyńskiego, 14. IX. opanowały rejon ogrodu Zoologicznego i Pelcowizny. Tegoż, dnia weszły tu do akcji dwie inne ściągnięte spod Warki dywizje z. armii Berlinga - zluzują Rosjan i wycofaną do odwodu dywizję pierwszą, obsadzą prawy brzeg Wisły na całym "odcinku Pragi" - od Pelcowizny (vis-a-vis Marymontu i Bielan) do wsi Zbytki (za Saską Kępą, vis-a-vis Sielc i Wilanowa). Walkom tym - od nocy 2 13 na 14. IX. towarzyszyły rosyjskie zrzuty konserw, broni i amunicji dla powstańców. Wszystko to utwierdzać mogło w przekonaniu, że Rosjanie nareszcie naprawdę idą z pomocą *[(303) Bór-Komorowski w depeszy z 12. IX.: "Natarcie sowieckie w dużej skali na Pragę. Wydaje się, że ma powodzenie. Lotnictwo sowieckie ma przewagę. Nawet nikłe zrzuty i walki powietrzne sowiecko-niemieckie poprawiły bardzo nastroje wśród żołnierzy i społeczeństwa cywilnego. Wola walki i optymistyczna psychoza zbiorowa. Nacisk niemiecki na nas duży... Amunicji brak, zachodzi obawa, że możemy tuż przed metą nie wytrzymać" ...].

Moskiewska ta pomoc wszakże przybierała kształty niezwykłe - Praga została opanowana, prawy brzeg Wisły obsadzony, Niemcy już 12. IX. zniszczyli mosty kolejowy, Kierbedzia, Poniatowskiego, ale przecież główny wysiłek rosyjski szedł wyraźnie nie na Warszawę, lecz wzdłuż Wisły, prawym jej brzegiem, ku Modlinowi i Zegrzu, tam też, a nie na brzeg lewy, wycofywały się oddziały niemieckie z przedpola warszawskiego i z Pragi. Walcząca Stolica pozostawała więc wyraźnie poza właściwym kierunkiem natarcia *[(304) Rzeszowski podokręg AK meldował, iż Niemcy w ulotkach podają że wzięty do niewoli 16. VIII. "kapitan sowiecki Surkow, ze sztabu 47-ej armii" zeznał: "Gdy doszła do nas wiadomość o powstaniu w Warszawie, nasz plan operacyjny zdobycia Warszawy zmienił się nagle i oddziały musiały dokonać ostrego zwrotu w kierunku północnym, aby ominąć Warszawę. Warszawa została skreślona z planu ze specjalnych względów o charakterze politycznym" (w Archiwum Kanc. Cyw. Prezydenta, teczka: "Kraj, depesze cywilna i wojskowe, I-a"). Wspomniana tu 47-ma armia miała w swoim składzie dywizje Berlinga.]. Podjęcie tego wysiłku, przy wyrażonej wobec Anglosasów zgodzie na "kolaborację" w zakresie pomocy dla powstańców, świadczyć by mogło, iż Stalin, wbrew swoim oświadczeniom postanowił już nie "odgradzać się" przez bezczynność od "awantury warszawskiej", lecz wesprzeć ją także przez zrzuty żywności, broni, amunicji - co prawda, skąpe, w wielu wypadkach z zawartością uszkodzoną, a nawet zupełnie bezużyteczną *[(305) Rosjanie dokonywali zrzutów przeważnie w workach, bez spadochronów; znaczna część ulegała zniszczeniu; zamiast potrzebnej amunicji niemieckiej zrzucali rosyjską, w większości bezużyteczną. Wg "Polskich Sił Zbrojnych" (str. 799-800), w ciągu 12 nocy, od 13/14 do 28/29. IX, z przerwą 18-20. IX, Rosjanie zrzucili 5 ckm, 700 pm, 143 kb ppanc, 48 granatników, 160 kb, 86 tys. amunicji i 4 tys. granatów, "ogółem 50-55 ton" (w tym 15 ton żywności). Wg Borkiewicza (str. 704): 1.361 "pepesz", ok. 200 rusznic ppanc, 68 granatników, 160 kb automatycznych, ok. 15 tys granatów i "wiele amunicji", w sumie: "około 150 ton".]. Takim "przejawom zwrotu" w postawie Moskwy wobec powstania towarzyszyły fakty inne: Bór-Komorowski, 11 września zwrócił się do Rokossowskiego drogą radiową z prośbą o "uzgodnienie wysiłków" i o "pomoc" *[(306) Przedstawiając sytuację bojową, prosił o pomoc w zrzutach oraz o "zwalczanie" niemieckiej artylerii i nurkowców; oceniając skromnie własne możliwości, nie obiecywał "wydatnego współdziałania", ale - pisał: "po wskazaniu nam, na którym kierunku panu marszałkowi zależy, i po zasileniu nas bronią ciężką, w decydującym uderzeniu armii sowieckiej na Warszawę możemy skupić tam cały nasz wysiłek"; w punkcie drugim Bór pisał: "Proszę pana marszałka o powitanie w imieniu moim i żołnierzy AK zbliżającej się do wrót Warszawy armii sowieckiej i znajdujących się w jej składzie oddziałów polskich" (depesza ta miała być przekazana dowództwu rosyjskiemu via polski Londyn). Gen. Sosnkowski w depeszy, L.dz. 2828/tj. z 12. IX. do Bora-Komorowskiego: "Depeszę waszą do Rokossowskiego skierowałem do premiera (Mikołajczyka) ze swoją uwagą, że ustęp drugi wydaje mi się zbędny. Premier opinii mojej nie podzielił i przekazał tekst całkowity waszej depeszy do Rokossowskiego. Obawiam się, że ustęp ten, niekonieczny z punktu widzenia sytuacji wojskowej, mógłby być zrozumiany, jako wyrażenie potencjalnej zgody- na lansowane tutaj od dawna rozwiązanie polsko-rosyjskie: gabinet wojenny, szef sztabu jako doradca techniczny, plus komitet dowódców odcinkowych ze wschodu i zachodu". Mikołajczyk, dowiedziawszy się "poufnie" o tej depeszy gen. Sosnkowskiego, 13. IX. depeszował do Bora, zapewniając go, iż treść jego depeszy do Rokossowskiego otrzymał od gen. Tatara "z zaznaczeniem, że gen. Sosnkowski ją zna" i "nie dokonał w niej żadnych zmian": "tak przekazałem depeszę, jak mi doręczono". Eden w rozmowie z Mikołajczyktem 13. IX. "godził się w zupełności" z oceną Mikołajczyka, że "telegram gen. Bora do marsz. Rokossowskiego był doskonałym gestem politycznym".], na depeszę tę jednak żadnej odpowiedzi nie otrzymał, z równie głuchym milczeniem spotykano się w innych próbach nawiązania kontaktu czy to przez kable telefoniczne, przechodzące dnem Wisły na Saską Kępę, czy też przez specjalne ekipy, które przeprawiając się przez rzekę na jej lewy brzeg, zabierały ze sobą aparaty radiowe, szyfry i elementy dla nawiązania łączności *[(307) Z trzech wysłanych (między 15 a 19. IX.) ekip, przeprawiły się na drugą stronę rzeki dwie; w skład jednej (por. "Mak" z AK i oficer z AL) wchodził kpt. Kaługin. Ekipa ta odezwie się po kilku dniach, od 24. IX. nadając depesze, podpisywane przeważnie przez Berlinga, ale ograniczające się do szczegółów technicznych w sprawie zrzutów i ognia artyleryjskiego. Zrzucony na ul. Wilczą 21/22. IX. kpt. Rożałowskij oświadczył, iż ma zadanie jednostronnego informowania sztabu Rokossowskiego; wykaz potrzeb, wraz z propozycją uderzenia z obszaru Jabłonny, Palenicy, Otwocka z współudziałem sił powstańczych z Kampinosu, Żoliborza, Śródmieścia i Mokotowa, przesłano do sztabu Rokossowskiego, ale żadnej odpowiedzi na to nie było.]. Nie było też pośpiechu w Moskwie w sprawie pomocy amerykańskiej. Mikołajczyk w depeszy z 13. IX. zawiadamiał Bora, że "w dniu wczorajszym jeszcze nie było zgody Sowietów na wjazd Amerykanów do Rosji i to opóźniło o jeden dzień operację; dziś rano zgoda nadeszła". Po tej zgodzie jednak przyszły "niepomyślne warunki atmosferyczne" - "mgła na lotniskach angielskich uniemożliwiła start". Ostatecznie - wyprawa w składzie 110 samolotów wyruszyła 18 września. Ukazanie się jej nad Warszawą, w godzinach południowych, w pełnym świetle dnia, na znacznej wysokości, w majestatycznym szyku bojowym, z setką zrzucanych różnokolorowych spadochronów z zasobnikami, wywołała "nieopisaną radość" ludności, ale też i huraganowy ogień niemieckiej artylerii. Dokonano - przy stracie jednego bombowca i dwóch myśliwców - 107 zrzutów, z których jednak odebrano 15 tylko. Wobec takich wyników Amerykanie ocenią swoją wyprawę jako "bardzo mało skuteczną", oświadczą, że powtórzenie jej "jest niemożliwe", odmowę zaś uzasadnią dodatkowym stwierdzeniem, że "dni są coraz krótsze" i że w związku z tym i bazy lotnicze w Rosji są już "w trakcie likwidacji" *[(308) Min. Eden 19. IX. "przyrzekał" zabiegać u Amerykanów o "dalsze operacje lotnicze", obiecał też "dopilnować dalszego stałego podejmowania lotów nocnych brytyjskich z Bari", popierał Mikołajczyka w jego interwencji u amb. Winanta. Churchill 29. IX. na prośbę Mikołajczyka o dalszą pomoc, odpowie, że w Quebec, w wyniku rozmów z Rooseveltem, zapadła decyzja: "zrobić wszystko, co tylko będzie wykonalne"; pocieszał, że mimo trudności (likwidacja baz w Rosji) "zapadła decyzja ponowienia lotu amerykańskiego w najbliższych dniach"; obiecał lot ten przyśpieszyć; tegoż dnia powiadomił Mikołajczyka, że "ekspedycja amerykańska gotowa jest do odlotu... poczynając od 1 października"; "warunki atmosferyczne" jednak uniemożliwią start w dn. 1 i 2 października.].

Przypływ nadziei, przez tę wyprawę wywołany u znękanej ludności i u trzymających się ostatnimi resztkami sił żołnierzy powstańczych, zasilały moskiewskie pozory forsowania Wisły "z chęcią niesienia szybkiej pomocy" walczącym. W nocy z 14 na 15 września patrol zwiadowczy z dywizji Berlinga przeprawił się z Saskiej Kępy na Czerniaków, porozumiał się tu z powstańcami i, wracając, zabrał ze sobą pierwszą ekipę z oficerem łącznikowym z ugrupowania płk. "Radosława". Tegoż dnia - 15 września - o godz. 18-ej Berling wydać miał "rozkaz do sforsowania Wisły", "w rejonie Saskiej Kępy", w nocy z 15 na 16 września, z zadaniem połączenia się "z oddziałami AK i AL", ubezpieczenia "przyczółków" i "opanowania Warszawy" *[(309) Berling uważać miał, iż "obecność ośrodków powstańczych" na Żoliborzu, w Śródmieściu i na Mokotowie "ułatwia forsowanie Wisły".]. Operację rozpocząć miały oddziały 3-ej dywizji "pod kierunkiem gen. bryg. Galickiego"; "celem zamaskowania" tego głównego "wysiłku" dywizja 2-ga rozpocząć miała przeprawę "demonstracyjną" w rejonie Pelcowizny, 1-sza zaś "forsować Wisłę w kierunku na Siekierki" *[(310) Igor Błagowieszczański w warsz. "Wojsk. Przeglądzie Historycznym", nr. 1/10/1959, na str. 44-45, podając obsadę personalną oddziałów, wymienia: "dowódca 3 D.P. - gen. br. A. Galicki". Wg innych źródeł miał to być Kuźma Galickij, jak wielu innych przydzielony do formacji Berlinga jako rzekomy "Polak ze Związku Radzieckiego". Uważniejsza lektura prac krajowo-komunistycznych da wymowne stwierdzenie: dowódcy przerzucanych na lewy brzeg oddziałów mieli przeważnie nazwiska jak najrdzenniej rosyjskie: mjr. Łatyszonek, por. Kuźniczenko, mjr. Szatiło, ppor. Trofimow, ppor. Lewin, por. Kononkow. Dowódca 9-go p.p. mjr. Mierzwiński - może posądzany o to, że w swym polskim poczuciu obowiązku posunie się za daleko, "został ranny"; zastąpił go Łatyszonek.]. Rozkazu tak brzmiącego w skali wyznaczonej nie wykonano z powodu "braku dostatecznej ilości" pontonów i łódek: oddziałek ok. 20 żołnierzy z brygady kawalerii przeprawił się w nocy z 15 na 16. IX. po wystających z wody szczątkach mostu Kierbedzia i w natarciu ku pl. Zamkowemu zdobył niemiecki bunkier. O dobę później - pułk 6-ty z 2-ej dywizji gen. Siwickiego - z powodu "braku pontonów" - przerzucił przez Wisłę, na brzeg marymoncki, jedną tylko kompanię por. Kuźniczenki, z bronią przeciwpancerną i środkami łączności; pontony "brakujące" nadeszły dopiero 18 września w południe, i dopiero teraz przerzucono ok. 400 żołnierzy, później dosłano jeszcze 116. Zadanie główne - sforsowanie Wisły, "zdobycie przyczółka" i utrzymanie go aż do chwili, gdy będą mogły być podjęte "działania, zmierzające do opanowania Warszawy", powierzono 9-mu p.p. mjra Fr. Mierzwińskiego; w nocy z 15 na 16. IX. dwa plutony, razem ok. 80 ludzi, przeprawiły się na łodziach bez strat, niepostrzeżone przez Niemców; nad ranem, gdy "nadeszły pontony", przeprawił się na utrzymywany przez powstańców Solec batalion por. Kononkowa, z bronią maszynową i przeciwpancerną, prawie bez strat. Wysłanie dalszych posiłków z Saskiej Kępy "udaremnili Niemcy" przez "skuteczną zaporę ogniową". Dopiero w nocy z 16 na 17 września - "pod huraganowym ogniem" niemieckim - usiłowano przerzucić bataliony 2-gi i 3-ci oraz resztki 1-go. Przeprawa trwała - z przerwami i ze stratami - do świtu. W nocy z 17 na 18. IX. przerzucono jakieś "pozostałości" 9-go p.p. wraz z jego sztabem oraz nikły ułamek 7-go p.p. Wreszcie - 19 września w godzinach popołudniowych, pod zasłoną dymną, przerzucono na Wybrzeże Kościuszkowskie dwa bataliony 8-go p.p. "Desanty" te skazano na stracenie - garstka z brygady kawalerii przy moście Kierbedzia ściągnęła na siebie potężny niemiecki ogień i czołgi, straciła 14 poległych, na brzeg praski wycofa się stąd tylko 7, w tym 6 rannych. Oddziały 6-go p.p., przerzucone na brzeg marymoncki, nie zdołają zdobyć obsadzonego przez Niemców wału wiślanego, ani rozszerzyć "płytkiego przyczółka"; ppłk. "Żywiciel"-Niedzielski na Żoliborzu oczekiwał zapowiedzianego forsowania Wisły, w związku z tym skupił poważniejszą grupę, która przez uderzenie (dworzec gdański - Stawki) na St. Miasto ułatwić miała oddziałom Berlinga dalszą przeprawę; na próżno jednak - w pogotowiu - oczekiwano na ogień artylerii z Pragi; o świcie więc grupa uderzeniowa wróciła na swe dawne odcinki - nie wiedziano na Żoliborzu, że w tak bliskiej odległości walczą oddziały 6-go pułku; sądzono, iż jest to tylko akcja rozpoznawcza; dopiero o świcie 20. IX. od przybyłych "łączników" dowiedział się "Żywiciel", że chodzi o poważniejszy desant i o przebicie się jego przez wał przeciwpowodziowy; by ułatwić to zadanie oddziałom 6-go p.p. "Żywiciel" zarządził natarcie - opanowano Żoliborz dolny, obsadzono ulicę Promyka, ale gdy ogień niemiecki wzmógł się, a baon 6-go pułku i teraz nie zdołał przebić się przez wał - wycofano się na ul. Gdańską i Drohicką; nazajutrz kontruderzenie niemieckich sił pancernych zepchnęło niedobitków z 6-go p.p. nad sam brzeg Wisły; w nocy z 21 na 22. IX. ocalałe resztki przedostaną się na Pragę wpław przez rzekę. Na Czerniakowie oddziały "desantowe", pod dowództwem majora sowieckiego Łatyszonka, ale w zespole AK walczyły na wyznaczonych im odcinkach, w rejonie Wilanowskiej i Zagórnej, na Solcu, na Wybrzeżu Kościuszkowskim, aż do 23 września. Tu, w bezpośrednim zetknięciu się, stwierdzić było można, iż żołnierze z tych oddziałów, na ogół nieźle wyposażeni, byli przeważnie rekrutami z przymusowej mobilizacji na terenach "wyzwolonych"; niewyszkoleni, a rzuceni do walki, wymagającej doświadczenia i niemałego hartu, załamywali się łatwo, wpadali w bezradne przerażenie, ulegali panice, uciekali, rzucając broń i amunicję, podchwytywaną przez powstańców. I z tego najpoważniejszego "desantu" nie ocaleje prawie nic, a pojawienie się tu jego i współdziałanie z oddziałami powstańczymi niewielki miało wpływ na przebieg i wynik walki o tę dzielnicę *[(311) Nie łatwo ustalić rozmiary tych "desantowych" pozorów. Bór-Komorowski ("Armia Podziemna", str. 358) mówi o jednym tylko batalionie ("razem ok. 500 ludzi"), który "w nocy z 14 na 15. IX. wylądował na Czerniakowie"; "Polskie Siły Zbrojne" (str. 718, 778-780 i 787) mówią też tylko o batalionie ("razem ok. 500 ludzi") i wspominają, że w rejonie na północ od Żoliborza "przeprawił się na zachodni brzeg Wisły oddział wojsk sowieckich", który "pod naciskiem niemieckim musiał wycofać się z dużymi stratami". Literatura krajowo-komunistyczna albo unika precyzji, albo podaje cyfry rozmaite (St. Podlewski w "Rapsodii żoliborskiej", str. 235-236; K. Kaczmarek w tyg. "Świat, nr. 37/1958; J. Kirchmayer w pośmiertnie wydanym "Powstaniu warszawskim", str. 391-396). Najrzetelniejszy Borkiewicz (str. 535-544 i 579-592) podaje: do 17. IX. z 9-go p.p. przeprawiono 1.254 ludzi, 17-18. IX. - 13 strzelców, 53 ludzi, sztab pułku, z 8-go p.p. - 873 ludzi, z brygady kawalerii - ok. 20 ludzi. Poniesione straty też oceniane są różnie. Wg K. Kaczmarka 3-cia dywizja w walce o "lewobrzeżne przyczółki" straciła 1.621 ludzi, na prawy brzeg wyewakuowano 325 zdrowych i 132 rannych; wg Borkiewicza: z 6-go p.p. przy likwidacji "przyczółka" ok. stu - "przeważnie rannych" - przepłynęło przez Wisłę; trochę przewieziono, "ogółem wyewakuowano" 13 zdrowych, 137 rannych; w poległych stracił pułk 248; z 8-go p.p. wycofano na prawy brzeg 84 zdrowych i 80 rannych; Borkiewicz i Kirchmayer mówią o stratach w trakcie przeprawy (utonęło z 9-go p.p. - 153, z 8-go p.p. - ok. 300).]. Trwało to zresztą krótko - "dowództwo armii" Berlinga już 20 września "przyszło do przekonania", że "kierownictwo powstania" - "nie zamierza współdziałać" z nim, ani nie chce okazać "jakiejkolwiek efektywnej pomocy", toteż zapadła decyzja: poniechać dalszych "desantów", oddziały z zachodniego brzegu wycofać, "utrzymać tylko przyczółek czerniakowski", choć były rzekomo już tylko "nikłe możliwości zasilenia" jego "załogi". Wszystko to jest zbyt przejrzyste i zbyt wymowne, toteż nie ma wątpliwości, jakie cele przyświecały tutaj Moskwie - Stalin, przez swych agentów, dowiedziawszy się o wszczętych i prowadzonych rokowaniach o wcześniejszą kapitulację, postanowił po prostu zapobiec jej przez wywołanie w Warszawie różnych złudzeń, nadziei, oczekiwań, które powstrzymałyby ją przed złożeniem broni. Udanym zwrotem w stanowisku podtrzymywał i podsycał to beznadziejne borykanie się z Niemcami. Niech walka trwa jak najdłużej ... Niech zniszczenie miasta i ofiary w ludziach będą jak największe, Warszawa - to przecież potężne na całą Polskę ognisko wartości i sił moralnych... Toteż im większy upust krwi, im większe cmentarzysko gruzów - tym łatwiejsze opanowanie Polski i ujarzmienie narodu! *[(312) Powstańcza radiostacja w Warszawie 24 sierpnia, po wyrażeniu wdzięczności lotnikom polskim i brytyjskim, zapytywała: "Dlaczego nie mamy pomocy ze strony, która mogłaby ją nam dać z łatwością w dostatecznych ilościach? Dlaczego nie otrzymaliśmy pomocy od armii sowieckiej, znajdującej się nie dalej, jak o 20 kim? Dlaczego ani jeden myśliwiec nie wyleciał z pobliskich sowieckich lotnisk, aby nas bronić przed gradem bomb, rzucanych na nas przez Luftwaffe?" ... Prawie jednocześnie, bo 3. IX. 1944 "Orzeł Biały (nr. 28/118) pisał: "Nie wątpimy o uczuciach, które ożywiają Polaków, wtłoczonych na niższych stopniach w szeregi" dywizji Berlinga, ale "oblicze dowództw owych dywizji uległo ostatecznemu zdemaskowaniu z chwilą, gdy ani jedna z nich nie zdobyła się na zerwanie pęt sowieckich, by podążyć na pomoc Warszawie, by choćby gestem rozpaczy zamanifestować swą solidarność z walczącą Stolicą. Oddział naprawdę polski ... nie patrzyłby bezczynnie na bój nierówny, który wstrząsnął do głębi sercami polskimi" ... W odpowiedzi na te polskie pytania-stwierdzenia komuniści, w swoistej próbie usprawiedliwienia się przed społeczeństwem polskim, usiłowali lansować pogłoski, jakoby przeprawy podjęte zostały z Saskiej Kępy wbrew dowództwu sowieckiemu. Nawet w kilkanaście lat później echa tych pogłosek spotkać można w literaturze krajowo-komunistycznej. Kirchmayer np. w swej "Odpowiedzi Pobóg-Malinowskiemu" ("Nowa Kultura", nr. 49/1958) dowodził, iż "próba przyjścia z pomocą powstańcom" nie była "działaniem organizowanym przez dowództwo frontu" Rokossowskiego, lecz została "zaimprowizowana przez dowódcę 1-ej armii" Berlinga. "Nie trzeba ułatwiać sobie analizy - dowodził Kirchmayer - przenosząc na obce wojska właściwą nam (Polakom) lekkomyślność w organizowaniu takich wysiłków", jak zdobycie Warszawy, "To, że lubujemy się w improwizacjach, że na taką improwizację w Warszawie poszedł prawowity Polak" - Berling, nie znaczy, że "inni muszą mieć takie same zamiłowania i że pod tym kątem mamy oceniać ich działanie" ... Gdzie indziej - w pośmiertnie już wydanym "Powstaniu warszawskim" - Kirchmayer, gorliwie wysługujący się moskiewskiej tezie, próbuje wytłumaczyć i usprawiedliwić bezskuteczność prób desantowych "silną obroną nieprzyjaciela", "gęstą i czujną zaporą ogniową", koniecznością "starannego przygotowania", potrzebą "potężnego ognia artylerii na cały zachodni brzeg" warszawski Wisły (by "zdławić" niemieckie ośrodki ogniowe i zniszczyć niemiecki "system obserwacji") - przyznaje, że działania "improwizowane" musiały się załamać, natarcie "wielkie", "zorganizowane" wychodziło poza "kompetencje" Berlinga, nawet Rokossowskiego, "leżało w kompetencji radzieckiego nacz. dowództwa", które w tym czasie było "zajęte wielkimi operacjami na skrzydłach". Nie zawahał się Kirchmayer ubolewać, iż "współdziałanie" z powstańcami nawiązano w "bardzo ograniczonych rozmiarach" ... Potężna armia Rokossowskiego, uzależniająca wynik od pomocy powstańców, wyczerpanych do ostateczności! ...]...

Bór-Komorowski - jak wszyscy - ulegał złudzeniom i wbrew wymowie faktów oczekiwał rychłego wkroczenia Rosjan; w związku z tym 19-20. IX. nakazał "przeorganizowanie oddziałów powstańczych" w "regularne oddziały wojska polskiego" *[(313) W swej "Armii Podziemnej" (str. 361-363) pisze: "Licząc się z możliwością wkroczenia armii czerwonej ... nakazałem przeorganizowanie oddziałów powstańczych"; postanowił ujawnić nazwiska, by "zaznaczyć, że występujemy otwarcie jako dowódcy oddziałów, będących częścią sił zbrojnych Narodów Sprzymierzonych". Całość sił AK w Warszawie i w Kampinosie - jako "korpus warszawski" - z gen. A. Chruścielem na czele (zastępca "Wachnowski"-Ziemski) w składzie trzech dywizji: 8-ej im. R. Traugutta na Żoliborzu z ppłk. "Źywicielem"-Niedzielskim, 10-ej im. M. Rataja na Mokotowie z ppłk. "Karolem"-Rokickim, i 28-ej im. St. Okrzei w Śródmieściu z płk. E. "Radwanem"-Pfeifferem. W depeszy do Nacz. Wodza nr. 741/XXX/555 z 1. IX. Bór-Komorowski meldował: "Moje kierownictwo po zajęciu Warszawy przez sowtetów możliwe jest tylko oficjalne. Obecnie jestem zupełnie zdekonspirowany ... Aresztowanie mnie ukrywającego się byłoby tylko kompromitacją dla AK i dowodem oficjalnym dla Sowietów, że weszliśmy ponownie w konspirację, co pociągnęłoby masowe aresztowania" ... "Zdaję sobie sprawę, co mnie czeka z rąk Sowietów, ale dla dobra sprawy myślę, że lepiej będzie i tę ostatnią kartę rozegrać. Gdy giną tysiące - życie jednostki nie gra roli. To samo dotyczy mego zastępcy i szefa sztabu Grzegorza i kierowników główniejszych działów K.G. Dalsze kierownictwo powierzyłem memu drugiemu zastępcy, który od dłuższego czasu wszedł w podziemia z niewielką wybraną ekipą; ci są dobrze zakonspirowani i mają możność dalszej pracy konspiracyjnej. By się ustrzec przed aresztowaniem oficerów, zamierzam zgrupować oddziały w kompleksie koszar. Dowódcy otrzymali rozkaz przebywać wewnątrz swych oddziałów" ... w tych warunkach "aresztowania mogłyby być przeprowadzone tylko siłą przy zdecydowanej reakcji z naszej strony" ... ]. Wierząc w rychłe wkroczenie Rosjan - oczekiwał, wbrew wymowie faktów, tego, co się spełnić nie mogło; w depeszy do Naczelnego Wodza z 17 września meldował: "Postępowanie bolszewików na terenach Polski, zajętych przez nich na zachód od linii Curzona, udowadnia, że nie mają oni zamiaru uznawać lub tolerować na tych ziemiach czynnika państwa polskiego, podległego rządowi polskiemu; stosunek do AK jest wszędzie negatywny i wszędzie ją likwidują"; spostrzeżenia te łączył z przypuszczeniami, iż "rząd sowiecki nie decyduje się jednak dotąd na ogłoszenie oddania władzy w Polsce" rządowi "przez siebie powołanemu" - używa dotychczas "instytucji zastępczych pod nazwą komitetów", "wydaje się", iż "zostawia sobie jeszcze czas przed ostateczną decyzją do wymuszenia kompromisowego stanowiska ze strony władz emigracyjnych, po uzyskaniu czego będzie mógł zwiększyć autorytet" dla "przesunięcia punktu ciężkości legalności państwowości polskiej z zagranicy do kraju", "w sferę swych wpływów" ... "Wydaje się" - sądził Bór-Komorowski - że "ostatnią fazę tego procesu bolszewicy będą chcieli rozegrać w Warszawie, po jej opanowaniu"; "tutaj zarysuje się już ostatecznie, czy w nadchodzącym układzie rzeczy będzie miejsce dla Armii Krajowej i jej podległości naczelnym władzom państwowym w Londynie" ... "Na wypadek, gdyby warunki tak się złożyły, że miejsca dla istnienia Armii Krajowej już by nie było, widzę potrzebę we właściwej chwili wydania rozkazu demobilizacyjnego, rozwiązującego Armię Krajową na terenach, zajętych przez wojska sowieckie"; "w ten sposób - historyczny okres trwania Armii Krajowej zakończyłby się walką otwartą z uchodzącymi z ziem polskich Niemcami"; "rozkaz ten musiałby przewidywać wytyczne postępowania" dla żołnierzy - odwołanie się do "patriotyzmu" i "instynktu narodowego", tkwiącego w każdym Polaku, oraz wskazanie "konieczności posłuchu wobec nakazów rządu niepodległego na emigracji". W depeszy drugiej, wysłanej tegoż dnia, Bór-Komorowski skarżył się, iż "długotrwałe i wycieńczające walki w Warszawie, polityczne rozgrywki na arenie międzynarodowej, jak też odgłosy wewnętrznych rozgrywek na emigracji, wywierają duży wpływ i przez cały czas kształtują nastroje i poglądy polityczne wśród wojska i społeczeństwa" ... "Nasza walka - pisał - prowadzona w najcięższych warunkach, i zerwanie przez nas wstępnych rokowań kapitulacyjnych z Niemcami, wytworzyły determinację wytrwania u wszystkich"; to jednak i społeczeństwo, i żołnierze "oczekują konkretnej decyzji" już nie w sprawie "pomocy dla Warszawy", ale "żądają wskazania dróg, prowadzących do odzyskania niepodległego bytu" - "na tle agresywnego stosunku Rosji do Polski" ... "Skąpe informowanie" kraju o "naszej sytuacji międzynarodowej w obliczu wkraczających Sowietów do Warszawy", "brak widoczny pomocy i opieki ze strony naszych zachodnich aliantów, przy jednoczesnej, coraz bardziej popularnej propagandzie sowieckiej, powoduje, że coraz częstsze są oskarżenia o nieudolność i bezczynność tutejszych czynników politycznych i wojskowych, jak też i naczelnych władz polskich w Londynie" ... Brak "wystarczającej" pomocy z zachodu i "liczne zawody i rozczarowania" wywołują w społeczeństwie i u "części dowódców" pęd do "szukania ratunku na wschodzie". Nawet nieliczne zrzuty sowieckie oraz działania sowieckiego lotnictwa i artylerii "jeszcze bardziej potęgują dążności do porozumienia się" z lubelskim Komitetem. "Dalsze pogłębianie się tych nastrojów" może "wepchnąć nas w orbitę wpływów sowieckich", a w konsekwencji zupełnie oddalić "Polskę od Anglosasów". Większość dowódców "na wyższych i średnich szczeblach zdaje sobie dobrze sprawę z tego niebezpieczeństwa", lecz ich wpływ na żołnierzy jest "stosunkowo mały", oddziały walczące bowiem wobec swego "charakteru rewolucyjnego i specyficznej dyscypliny" mają "swe indywidualne poglądy" i "są wrażliwe na chwyty propagandowe obce, oparte na faktach". Trzeba się liczyć, iż rozkazy w sprawach zasadniczych - "gdy nie znajdą oddźwięku w szeregach - nie będą respektowane"; i społeczeństwo, i żołnierze "przestali już wierzyć" w nadejście pomocy z zachodu - "powstał u nich żal i nieufność do naszych władz emigracyjnych"; "można przewidywać", że z chwilą wkroczenia Rosjan do Warszawy opinia publiczna "zwróci się przeciw naszym zwierzchnim władzom w Londynie i zachodnim aliantom". I tę depeszę swoją zamykał Bór-Komorowski prośbą o "wzięcie pod uwagę" tego meldunku o "nastrojach" przy pobieraniu decyzji i ustalaniu "wytycznych" w związku z "oczekiwanym wkroczeniem Sowietów do Warszawy".

Obie te depesze Bora-Komorowskiego Wódz Naczelny przekazał "za pośrednictwem Pana Prezydenta" rządowi, ten zaś 22 września powziął uchwałę, która mówiła, że "w razie zajęcia Warszawy przez wojska sowieckie w najbliższych dniach" i "nie osiągnięcia do tego czasu porozumienia politycznego" z Moskwą - "władze rządowe i AK w Warszawie mogą znaleźć się wobec Sowietów niechronione przez układy polsko-sowieckie", ale "pozycja ich moralno-polityczna w świecie i u Sprzymierzonych jest niezwykle silna", co może stanowić "do pewnego stopnia" - "ochronę przed likwidacją", może również "postawić je w sytuacji kontrahenta, z którym Sowiety zmuszone będą się liczyć" ... "Możności zejścia pod ziemię, ani wycofania się - nie ma". "Mogą to uczynić tylko pojedynczy ludzie". "Pozostanie" więc "tylko jawne wystąpienie w roli gospodarzy", w oparciu o zdobytą "przez tyle poświęceń i ofiar" pozycję "moralno-polityczna". Rząd przewidywał tedy: "ujawnienie się i wystąpienie oficjalne ekspozytury rządu z wicepremierem, prezesem Rady Jedności Narodowej i dowódcy AK", "podjęcie rozmów" w sprawie "przywrócenia" na obszarach zajętych przez Rosjan "legalnej władzy rządu R.P. w duchu memorandum, zakomunikowanego Sowietom" oraz "zwolnienia wszystkich aresztowanych przedstawicieli administracji" i "obywateli uwięzionych za przekonania polityczne"; w sprawie Armii Krajowej żądać "jej uznania za współwalczącą, samodzielną armię Rzplitej" i "połączenia" pod dowództwem Bora-Komorowskiego "wszystkich jej części już ujawnionych i mających się ujawnić" ("oczywiście - łączy się z tym oddanie jej wszystkich aresztowanych"). "Atutem" ma być "propozycja dalszego współdziałania na tyłach wroga" niemieckiego; sprawę "stosunku do armii Żymierskiego" - "odroczyć", "zgodnie z memorandum, do załatwienia przez rząd polski". Gdyby "rozmowy na takich podstawach" nie dały wyniku - "należy stwierdzić, że wobec braku porozumienia politycznego sprawy te zostawia się do dalszego załatwienia" pomiędzy rządem polskim i sowieckim, ale w sprawie AK "w każdym razie" należy dążyć do "modus vivendi na warunkach w swoim czasie postawionych przez Sowiety na Wołyniu". W razie, gdyby do porozumienia nie doszło: "zarządzić zgodnie z propozycją dowódcy AK demobilizację ujawnionych sił AK, dziękując żołnierzom za ich bezprzykładną wytrwałość i ofiarność", "z wezwaniem, by pamiętali zawsze, że są i pozostaną bojownikami niepodległej i suwerennej Rzplitej". Uchwałę tę zamykało zapewnienie, że "równolegle z ewentualnymi rozmowami (z Rosjanami) w Warszawie iść będzie nacisk W. Brytanii i Ameryki na Sowiety". Wódz Naczelny, gen. Sosnkowski, depeszą-szyfrem z 23 września uchwałę Rady Ministrów przekazał Borowi-Komorowskiemu wraz ze swymi uwagami: "Moim zdaniem - zawarte w niej wskazówki są teoretyczne i nie biorą pod uwagę tego, co was czeka po zajęciu Warszawy przez Sowiety. Liczcie się z tym, że po ujawnieniu się nie będziecie mieli możności bezpośredniego układania się z władzami politycznymi i dowództwem sowieckim, które was skierują do KWN" *[(318) Chełmsko-lubelskiego "Komitetu Wyzwolenia Narodowego".]... "Uchwała rządu nie przewiduje tego najbardziej prawdopodobnego wypadku". W "uwagach" o "poszczególnych punktach" uchwały pisał Wódz Naczelny: "Dalsze ujawnianie się na terenach na zachód od Warszawy" jest "bezcelowe"; "memorandum", na które powołuje się uchwała, nie da "żadnych podstaw do rokowań w sprawie administracji", gdyż "uzależnia załatwienie wszystkich spraw" od uprzedniego utworzenia "nowego rządu pod okupacją sowiecką w Warszawie". Do zwłoki z określeniem "stosunku do armii żymierskiego Sowiety nie dopuszczą", "trudno" zaś "liczyć," na "ułatwienie w drodze uprzednich rokowań rządowych", gdyż "zgodnie z memorandum" rokowania te mogą być prowadzone "dopiero po rekonstrukcji rządu w Warszawie" i po "uznaniu go przez Moskwę" ... Wobec braku porozumienia "Sowiety nie zostawią miejsca na egzystencję AK", trzeba więc przygotować "demobilizację" AK - "oczywiście" z pozostawieniem "sieci łączności i komórek organizacyjnych, chociażby dla informowania o tym, co się dziać będzie pod okupacją sowiecką". Naczelny Wódz ostrzegał: zapowiadane przez uchwałę rządu "naciski anglo-amerykańskie" wyrażą się "prawdopodobnie" - "i to pod warunkiem ostatecznego przyjęcia przez nas linii Curzona" - w żądaniu, by Stalin "umożliwił wykonanie planu, zawartego w memorandum, którego wartość została oceniona" przez Podziemie krajowe "dostatecznie dosadnie". "Za groźne ryzyko dla walki o odzyskanie niepodległości" uważał Wódz Naczelny "ewentualny wyjazd premiera do Warszawy celem tworzenia rządu w warunkach okupacji sowieckiej", bez uprzedniego zawarcia "umowy politycznej polsko-rosyjskiej, zagwarantowanej" przez Anglosasów. "Wyjazd ten jest, niestety, bardzo prawdopodobny, ponieważ dogadza rządom anglosaskim" ... "W oczekiwaniu na możliwą zmianę konjunktury światowej powinniśmy wystrzegać się: a) by nie wpaść w pułapkę polityki sowieckiej, dążącej do zerwania prawnej ciągłości państwa polskiego, b) aby przez zalegalizowane wejście do tej pułapki nie zwolnić własnoręcznie rządów anglosaskich z ich moralnych i politycznych zobowiązań wobec nas". Depeszę swą zamykał Wódz Naczelny ostrzeżeniem: "To, co się obecnie z naszymi sprawami dzieje, jest konsekwentnym wykonywaniem planu", zawartego w lutowym projekcie depeszy Churchilla do Stalina.

W chwili, gdy depesza ta, z zawartą w niej uchwałą Rady Ministrów, odchodziła z Londynu - w Warszawie Czerniaków, odcięty od Śródmieścia, dogorywał bohatersko wśród gruzów, w głodzie, wyczerpaniu, męce, wśród jęków, łez, przekleństw, odruchów rozpaczy, zapamiętałej zaciętości, wspaniałego męstwa. Dowodzący tu płk. "Radosław"-Mazurkiewicz, ciężko ranny, po bezskutecznych apelach o sowiecką odsiecz i pomoc, po niedotrzymywanych przez sowiecką stronę obietnicach, w nocy z 19 na 20. IX., gdy powstańcy z nikłymi resztkami amunicji bronili się na skrawku wybrzeża przy Zagórnej i w kilku domach przy Wilanowskiej, uznał, że zapowiadana pomoc tylko w formie wsparcia artyleryjskiego nie może być wystarczająca, i postanowił wycofać się z rannymi, niezdolnymi do walki i nieposiadającymi broni, kanałami na Mokotów; przeniknie tam ok. 200 powstańców; na Czerniakowie pozostanie ok. 160 pod dowództwem kpt. "Jerzego" - R. Białousa; garstka ta, wraz z resztkami oddziałów mjr. Łatyszonka, -wytrwa tu w najcięższych warunkach, do 23 września. Brzeg praski na kierowane doń apele o pomoc - w posiłkach, w broni, amunicji, żywności, jeśli odpowiadał, to zmienianymi zapowiedziami, obietnicami przeważnie niedotrzymywanymi. Gdy dowódca tej garstki mężnych postanowił ocalić ją przez ewakuację na prawy brzeg Wisły - Rosjanie na apel jego odpowiedzieli obietnicą przysłania stu pontonów, nadesłali jednak, z opóźnieniem, tylko dwie łodzie saperskie. Część powstańców próbowała dostać się na prawy brzeg wpław lub na skleconych z desek "tratwach", inni szukali ratunku przez czołganie się do na wpół zatopionego w Wiśle statku "Bajka", paru przepełzło po szczątkach mostu Poniatowskiego. Większość - ok. 60-ciu - próbowała pod dowództwem kpt. "Jerzego" przebić się do Śródmieścia południowego; zdoła dotrzeć tu tylko czterech z kpt. "Jerzym". W godzinach rannych 24. IX. Czerniaków padł. Do niewoli wzięli Niemcy 57 powstańców i 82 żołnierzy z oddziałów Łatyszonka.

Nazajutrz po opanowaniu Czerniakowa Niemcy rozpoczęli gwałtowne natarcie na Mokotów. Dowodzący tu ppłk. "Karol"-Rokicki, nie otrzymując - mimo apelów - żadnej pomocy ze strony Rosjan, wobec osaczenia na uszczuplonym terenie, wobec poważnych strat, wyczerpywania się resztek amunicji i braku żywności, uznał dalszą obronę za beznadziejną i w nocy z 25 na 26 września zdecydował się na ewakuację kanałami do Śródmieścia. Wiadomość o wycofywaniu się dowódcy wpłynęła deprymująco i na ludność cywilną, i na oddziały, pozostające jeszcze na stanowiskach bojowych; zresztą i bez tego doszłoby do prób wymykania się na własną rękę, w istniejących bowiem warunkach, pod ciężarem przeżyć i w atmosferze tonącego okrętu - pękały wiązadła dyscypliny; zamęt ewakuacyjny powiększali Niemcy przez bombardowanie artyleryjskie i lotnicze, wykryli też ewakuację, rzucali do kanałów granaty gazowe. Pod ziemią rozgrywały się dantejskie sceny; gdy przerażone tłumy uchodzących z Mokotowa pchały się do kanałów, ci, co już tam byli, po stwierdzeniu, że droga jest zamknięta, - próbowali zawrócić i wydostać się spod ziemi; wielu potratowano, wielu innych - straciwszy siły - utonęło, wielu zabłądziło w ciemnych cuchnących labiryntach. Do Śródmieścia dotarło ok. 600 ludzi. Spotkało się to z ostrym sprzeciwem płk. Chruściela, który decyzję Rokickiego uznał za samowolę i wydał mu kategoryczny rozkaz powrotu. Na Mokotowie, mjr. "Zryw"-Szternal z resztą oddziałów (zgrupowanie "Baszty") po próbach oporu uznał, że nie ma już żadnych możliwości dalszego trwania i 27 września wysłał do Niemców swoich parlamentariuszy. Niemcy odpowiedzieli zrazu ostrym natarciem, uszczuplając jeszcze bardziej obszar obrony powstańczej. W sytuacji już zupełnie beznadziejnej i grożącej całkowitą zagładą ludności i resztek wojska - "Zryw" wysłał parlamentariuszy wprost do gen. Rohra, ten zaś zgodził się na przerwanie walki, dał zapewnienie, że żołnierze powstańczy w niewoli korzystać będą z praw kombatanckich, zażądał jednak decyzji kapitulacyjnej w ciągu 15 minut. Mjr. "Zryw" przyjął te warunki. Walkę przerwano, powstańcy złożyli broń ok. godz. 11-ej 27 września. Do niewoli odeszło stąd ok. tysiąca powstańców *[(322) Borkiewicz na str. 636 cytuje opis próby powrotu oddziału na Mokotów: "Na drugim kilometrze burzowca ... wyłoniły się w kanale widma ludzi w najrozmaitszych pozycjach - i stojących, i klęczących, siedzących, półleżących i pełzających w błocie kanałowym. Pewien procent ich już nie żył, w innych kołatał się duch ludzki, ale całość sprawiała niesamowite wrażenie, przypominając szpital obłąkanych". Rokickiego oddano pod sąd, żołnierzy przybyłych kanałami z Mokotowa do Śródmieścia izolowano, w obawie przed ich "demoralizującymi" wpływami na załogę Śródmieścia. Na Mokotowie poza "Basztą" pozostało sporo tych, którzy nie zdołali wtłoczyć się do kanałów; ściągani przez "Zrywa" (ppłk. "Daniel" był ranny) na odcinki bojowe - w niejednym wypadku odmawiali posłuszeństwa. Gen. Chruściel w broszurze swej o powstaniu (str. 12 i 15): "Mokotów sprawia niespodziankę, podejmując samodzielnie decyzję kapitulacyjną" . . . "Złożenie broni przez Mokotów sprawiło dowództwu korpusu warszawskiego AK wiele kłopotu" ... "Piękna karta żołnierza walczącej Warszawy została zeszpecona jedynie przez oddziały Mokotowa, również i gehenna w czasie przejść kanałami ... obciąża czynniki kierownicze tej dzielnicy, a głównie ppłk. "Karola" ... Czy te surowe sądy są słuszne całkowicie - wobec warunków, jakie istniały na Mokotowie?].

Po Mokotowie przyszła tragiczna kolej na Żoliborz. Natarcie rozstrzygające Niemców, z użyciem dywizji pancernej, lotnictwa i moździerzy, rozpoczęło się 28 września. W ciągu następnego dnia - załoga Żoliborza wobec druzgocącej przewagi nieprzyjaciela utraciła południową część swego stanu posiadania; nazajutrz, 30 września, Niemcy uderzeniem z zachodu zepchnęli powstańców, mimo fantastycznej zaciętości ich w obronie, z ul. Marymonckiej ku stojącej w ogniu Mickiewicza. W sytuacji beznadziejnej już ppłk. "Żywiciel" - nie chcąc kapitulować - postanowił trwać w obronie do zmroku, poczem pod osłoną nocy przebić się ku Wiśle i przeprawić się na brzeg praski. Powiadomione o tym przez radio dowództwo rosyjskie przyobiecało osłonę dymną i ogniową na godz. 7-mą wieczór. Do wykonania tego planu nie doszło. Bór-Komorowski uznał, że dalsza obrona Żoliborza nie ma sensu, polecił też płk. "Wachnowskiemu" udać się - poprzez linię bojową - do Niemców i omówić z nimi warunki lokalnej kapitulacji. W wyniku rozmów zrazu z v. dem Bachem, później z gen. Kallnerem, dowódcą nacierającej dywizji pancernej, ustalono warunki. Wprawdzie "Żywiciel", zapytany przez "Wachnowskiego", oświadczył, iż zamierza "walczyć do ostatka", to jednak uległ perswazjom, zresztą i rozkaz Bora brzmiał wyraźnie. 30 września więc, po godz. 6-ej wieczorem, walka na Żoliborzu ustała. Do niewoli poszło stąd - według źródeł niemieckich - 60 oficerów, 1300 powstańców, 130 kobiet oraz 400 rannych. W ciągu tychże kilku dni zamknęły się również powstańcze dzieje Kampinosu. Niemcy już 22 września podjęli wzmagającą się z dnia na dzień akcję osaczenia i likwidacji tej powstańczej wyspy (grupa operacyjna "Sternschuppe" z baonami dywizji pancernych i z lotnictwem). Siły powstańcze w Puszczy obliczano w tym czasie na prawie 2500 ludzi. Krzyżowały się tu dwa zamiary - jedni wypowiadali się za rozpuszczeniem oddziałów, po uprzednim zakopaniu broni, inni domagali się wycofania się z Puszczy do Gór Świętokrzyskich. Dowodzący tu mjr. "Okoń" zdecydował wyrwać się z osaczenia i maszerować na Kielecczyznę. Część oddziałów, głównie z batalionu mjr. "Korwina"-Piotrowskiego, pozostała w Puszczy. W nocy z 27 na 28. IX. wyruszyła więc grupa, licząca ok. 1800 ludzi, z 200 wozami w taborze, ku południowo-zachodnim krańcom Puszczy. W kilkakrotnych starciach z Niemcami - odrzucono ich, ale wskutek poniesionych strat w poległych, rannych i zbiegłych grupa zmalała do 1200 ludzi. W walce, jaka się wywiązała 29. IX. w pobliżu toru kolejowego między Żyrardowem a Jaktorowem straciła ok. 150 w zabitych, tyluż w rannych; do niewoli wpadło nie mniej, poległ tu mjr. "Okoń". Część zdoła się wymknąć stąd, część inna z dywizjonem ułanów por. "Doliny" przebije się przez łańcuch niemiecki i dotrze nad Pilicę, gdzie w rejonie Nowego Miasta dołączy do oddziałów 7-ej dywizji AK.

Równocześnie z tymi odgłosami śmierci z Żoliborza i Kampinosu przeżywało i Śródmieście ostatnie dni beznadziejnej walki. Po upadku Mokotowa - 28 września - v. dem Bach zwrócił się do Bora z propozycją ponownego wszczęcia rozmów kapitulacyjnych. Bór zwołał na naradę Pełczyńskiego, Okulickiego, Chruściela, Szostaka, Rzepeckiego, Iranka-Osmeckiego i delegata Jankowskiego. Po dokonanej ocenie położenia wszyscy uznali zgodnie dalszą walkę za bezcelową. Postanowiono ograniczyć się na razie do rozmów w sprawie ewakuacji ludności cywilnej, w wysłanej bowiem jednocześnie depeszy do Rokossowskiego zawiadamiano go o sytuacji i uprzedzano, iż załoga Śródmieścia wytrwać może w walce już tylko trzy doby; jeśli do dnia 1 października nie będzie skutecznej interwencji i pomocy rosyjskiej - Śródmieście, główny trzon i ostatni bastion powstania, będzie musiało złożyć broń. Radiostacja rosyjska potwierdziła odbiór tej depeszy, Rokossowskij wszakże żadnej odpowiedzi nie nadesłał *[(323) Bór-Komorowski 29. IX. w depeszach do Londynu meldował, iż "głodowe racje żywnościowe starczą tylko na trzy dni"; nie widział "szans, by w tym terminie armia czerwona mogła zająć Warszawę" lub udzielić jej wsparcia takiego, by "można było przetrwać" do czasu wkroczenia Rosjan do miasta; ale - dodawał: "W razie natarcia" rosyjskiego "w najbliższych dniach" ewakuację ludności "przerwie się i wówczas walkę jeszcze podejmę". Już 29. IX. z polecenia Bora udali się do dowództwa niemieckiego ppłk. Z. Dobrowolski i por. A. Korczyński; v. dem Bach termin ważności dla propozycji zaprzestania walki ustalił na 2 października, z tym, że Bór do 30. IX. ma dać zasadniczą odpowiedź, czy podtrzymuje decyzję prowadzenia rokowań.]. Wobec tego upoważnieni przez Bora-Komorowskiego płk. Iranek-Osmecki i ppłk. Ż. Dobrowolski oraz ppłk. Fr. Herman i por. Korczyński udali się 2 października rano do kwatery v. dem Bacha w Ożarowie i tam, tegoż dnia, wieczorem, po pertraktacjach, z pewnymi zatargami i walką o postulaty, podpisali "umowę kapitulacyjną" - walka ustać miała o godz. 9-ej wieczorem 2 października; powstańcy z chwilą złożenia broni korzystać będą "z wszystkich praw konwencji genewskiej" co do traktowania jeńców wojennych; uznane zostaną posiadane stopnie wojskowe; prawa te przyznane zostaną również "osobom niewalczącym", ale "towarzyszącym AK" - "bez różnicy płci" (pracowniczki sztabów i łączności, zaopatrzenia, służby informacyjno-prasowej); jeńcy nie będą ścigani "za swą działalność wojenną ani polityczną, tak w czasie walk w Warszawie, jak i w okresie poprzednim"; wobec ludności cywilnej nie będzie stosowana zasada "odpowiedzialności zbiorowej" - nikt "nie będzie ścigany" za swą polityczną, administracyjną i społeczną działalność w czasie walki powstańczej; ewakuacja ludności cywilnej zostanie przeprowadzona "w sposób oszczędzający zbędnych cierpień"; władze niemieckie umożliwią "ewakuację przedmiotów posiadających wartość artystyczną, kulturalną i kościelną", dołożą też "starań, by zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne" *[(325) Umowa ustalała szczegóły co do wydania jeńców niemieckich, usuwania barykad, składania broni, wyjścia z miasta, ewakuacji chorych i rannych itd. Kobiety, uznane za żołnierzy AK i jeńców wojennych, mogły "na własne życzenie być traktowane jak pozostała ludność Warszawy"; odchodzące do niewoli miały być umieszczone w obozach jenieckich, odpowiednio do posiadanego stopnia.].

Zgodnie z tą umową 2 października wieczorem - w 63-im dniu walki - padły ostatnie strzały. Nazajutrz - 3 października - Bór-Komorowski w rozkazie do żołnierzy, dziękował im za "znakomitą, najcięższym warunkom nie ulegającą postawę bojową", poległym oddawał "hołd należny ich męce i ofierze", ludności składał wyrazy "podziwu i wdzięczności"... "Dwumiesięczna walka nasza w Warszawie" - pisał - jest "pełnym grozy", ale "głębokim dowodem ponad wszystko mocniejszego dążenia naszego do wolności"... "Waleczność Warszawy jest podziwiana przez świat cały"... "I jakkolwiek nie udało się nam uzyskać militarnego nad wrogiem zwycięstwa, bo ogólny rozwój wypadków wojennych na naszych ziemiach nie układał się w ciągu tych dwóch miesięcy dla naszej walki pomyślnie, to jednak te dwa miesiące boju o każdą piędź ulicy i muru Warszawy dokonały swego zadania politycznego i ideowego. Walka nasza zaważy na losach naszego narodu, bo jest bezprzykładnie ofiarnym wkładem żołnierskiego męstwa i poświęcenia w obronie naszej niepodległości" *[(326) Nazajutrz, 4. X., w depeszy "ostatniej z wolnej stopy" dawał wyraz swej "najgłębszej czci" dla Prezydenta Raczkiewicza i składał mu, jako "sternikowi Rzplitej" życzenia "osiągnięcia dla Ojczyzny wolności, wielkości i szczęścia". Prez. Raczkiewicz w przemówieniu radiowym 3. X. stwierdzał, że "bohaterska Warszawa" padła po "straszliwej, nierównej walce" w chwili, gdy sytuacja na "wszystkich polach bitewnych Europy zwiastuje niedaleką "już klęskę Niemiec" ... "Tragizmu tego faktu nic już nie zdoła złagodzić"; ale "w obliczu tego nieszczęścia" podkreślał: "W blasku zgliszcz heroicznego miasta każdy, kto chce patrzeć, dojrzeć musi tę wielką prawdę: nie ma ceny, której nie bylibyśmy gotowi zapłacić za wolność i niepodległość" ... Mikołajczyk w Radzie Narodowej 6. X. mówił, że powstanie mimo klęski jest "zwycięstwem słuszności naszych praw i tej jednej naczelnej prawdy, że nie ma ceny, której by Polacy nie zapłacili za wolność i niepodległość" ... "Padła Stolica, lecz nie ustała walka" ... "padła jedna z fortec, lecz zostały inne" ... "Istnieje nadal podziemna Polska ... kierująca pragnieniami i dążeniami narodu" ... walka z Niemcami istnieć będzie "dopóki Polska w całej okazałości otoczona aureolą bohaterstwa, cierpień i poświęcenia Warszawy nie powstanie prawdziwie suwerenna, wolna i niepodległa" ...] ...

Pierwszy oddział - 375 oficerów, 1227 szeregowych i 221 kobiet - po złożeniu broni opuścił ruiny Stolicy 4 października, odchodząc pod eskortą niemiecką do Ożarowa. Bór-Komorowski w nocy pożegnał się z Jankowskim i Pużakiem, nazajutrz - 4 października - ze swoim oddziałem osłonowym, i udał się na ul. Śniadeckich, gdzie zgodnie z umową kapitulacyjną, ustawiły się w kolumnie oddziały ze Śródmieścia południowego. Było tu wiele ludności cywilnej. Po drugiej stronie czekali Niemcy. Bór - po pożegnaniu się z "Monterem" i oficerami - zaintonował: "Jeszcze Polska!" Melodię i słowa podchwyciły oddziały i tłum ludności... Stojący obok barykady kapelan błogosławił odchodzących Przenajświętszym Sakramentem. Po odejściu Bora - "Monter" odebrał defiladę. Tegoż dnia - przed południem - główna kolumna, uformowana wśród gruzów w rejonie pl. Napoleona, odchodziła Złotą, Żelazną i Wolską na Odolany... Z grupą tą szli generałowie Pełczyński, Skroczyński, Chruściel, Sawicki. Odeszły też do niewoli sztaby warszawskiego obszaru i okręgu, sztab Mokotowa, sztab dywizji płk. Radwana-Pfeiffera ...

Bilans powstania? Nie obliczono dotąd i nigdy zapewne nie da się ustalić ilości ofiar, żołnierzy powstańczych poległo i zaginęło ok. 18 tysięcy. W szpitalach rannych było ok. 5 tys. Do niewoli odeszło ok. 16 tys., w tym 922 oficerów i ok. 2 tys. kobiet z mjr. Wandą Gertz na czele. Ok. 3,5 tys. powstańców wymknęło się wraz z ludnością cywilną. Wymowa ilości poległych wzrośnie, gdy zdamy sobie sprawę, iż zginęła w walce przeważnie młodzież o wartościach nieporównalnych, w tak bujnym bogactwie nieznanych w pokoleniach poprzednich. Ilość ofiar spoza wojska: zapewne nie mniej, niż 200 tysięcy rozstrzelanych, pomordowanych, zabitych przez ogień artylerii i bomby lotnicze, zasypanych i zmiażdżonych przez stosy gruzów, zmarłych z ran, wycieńczenia i chorób *[(327) Powtarzam za rzetelnym Borkiewiczem; wg "Polskich Sil Zbrojnych", str. 819-820 straty w poległych, zaginionych i ciężko rannych: ok.. 22.200; do niewoli - ok. 20 tys., "wyszło z miasta z ludnością" - ok. 5 tys.; wg Borkiewicza (str. 30): "niepełna lista strat krwawych" i odchodzących, do niewoli: 16.604 plus 21.400, razem 38.000. Ilości ofiar z pośród ludności autorzy "Polskich Sił Zbrojnych" nie podają (wobec braku ściślejszych danych). Bór-Komorowski ocenia straty "z grubsza" na ok. 22 tys. zabitych, zaginionych i ciężko rannych"; "niemieckie" i "sowieckie oceny": 200-250 tys. ofiar z pośród ludności cywilnej uważa za bezpodstawne i sądzi, że "łączna liczba ofiar nie powinna przekraczać kilkudziesięciu tysięcy". Borkiewicz (str.700) twierdzi, że 50 tys. to tylko "rozstrzelani przez Niemców" i za "najbliższe rzeczywistości" uważa 150 tys. ofiar z. pośród cywilnych mieszkańców Stolicy. "Ewakuowana" ludność cywilna traktowana była przez Niemców brutalnie i wręcz nieludzko; przeszła dodatkową gehennę - chorych, starców, kobiety z dziećmi wywożono w okolice Radomia, Częstochowy, Krakowa i troską o ich byt obarczano społeczeństwo polskie. Przez obóz w warsztatach kolejowych w Pruszkowie przeszło ogółem ok. 500 tys. mieszkańców Warszawy i ok. 100 tys. z miejscowości podstołecznych; 165 tys. zdrowszych i zdolnych do pracy wywieziono na roboty w głąb Rzeszy, ok. 60 tys. wysłano do obozów koncentracyjnych.]. Do ofiar w życiu ludzkim dodać trzeba straty materialne - zniszczenie miasta z jego gmachami, zabytkami, pomnikami, muzeami, księgozbiorami, archiwami *[(328) "Polskie Siły Zbrojne", str. 821-822 podają, iż Warszawa, okaleczona już we wrześniu 1939 i w 1943 (zburzenie ghetta) straciła przez powstanie: 6.152 budynki (przy zachowanych, wzgl. częściowo uszkodzonych 5.973), Niemcy po powstaniu zniszczą 1.417; gmachy zabytkowe i świątynie: całkowicie zniszczonych 803, uszkodzonych 170. Wg Borkiewicza (str. 699): "Z 24.724 budynków, jakie posiadała Warszawa przed powstaniem, zburzonych zostało zupełnie 10.455; z 987 gmachów zabytkowych ocalało zaledwie 64, zburzono 25 świątyń, spalona została Politechnika oraz większość budynków Uniwersytetu wraz z zakładami naukowymi", "zniszczono gmachy 64 szkół średnich, 81 szkół powszechnych", spłonęło 14 bibliotek, w tym Biblioteka Narodowa, "przepadły archiwa i wielka ilość dzieł sztuki". Z pomników ocalały tylko: Sobieskiego, Sapera, Syreny, Dowborczyków, gen. Sowińskiego. Pastwą pożaru padł, uległ zniszczeniu lub został rozgrabiony wielowiekowy dorobek pokoleń! ...] ...

 






Władysław Pobóg Malinowski - Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945 - Powstanie Warszawskie - cz. 1