Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 07/04/1995

 

 

Katarzyna KĘSICKA i Jerzy JACHOWICZ

SZPIEG NA SZPIEGU

 

 

 

Zmieniliśmy tylko imiona, nazwiska i niektóre szczegóły ułatwiające identyfikację. Cała reszta to wierna relacja z tego, co wyczytaliśmy w dokumentach znalezionych przez nas w piwnicy jednego z warszawskich bloków mieszkalnych.

W upalny lipcowy wieczór 1979 r. tajny współpracownik SB o pseudonimie "Stanisław", marynarz na polskim statku handlowym "Paprotka", który przycumował w Bremie, wszedł do jednego z miejscowych tanich burdeli. Przejrzał album ze zdjęciami i zaordynował młodziutką Azjatkę.

Szefowa poprosiła, aby chwilę poczekał, bo dziewczyna jest pod prysznicem. Podniosła słuchawkę telefonu. Po kilku minutach skinęła ręką, że wybranka czeka. Polak wspiął się na górę po wąskich schodach i wszedł do pokoju. Zamiast dziewczyny w fotelu siedział mężczyzna. Na stoliku stały dwie szklanki, lód i butelka whisky. Elegancko ubrany mężczyzna był etatowym oficerem niemieckiego wywiadu. Przeprosił za niespodziankę, przedstawił się jako "Hans" i trącił się z Polakiem szklanką. - Mam bardzo interesującą propozycję za dobre pieniądze - powiedział.

"Stanisław" po powrocie do kraju natychmiast opowiedział o bremeńskiej przygodzie swojemu opiekunowi z SB. Przed następnym rejsem dostał polecenie, by z udawanymi oporami dał się wciągnąć do współpracy z niemieckim wywiadem.

Tak zaczęła się jedna ze szpiegowskich historii, którą odkryły przed nami tajne dokumenty wyniesione przez jakiegoś esbeka z wydziału kontrwywiadu MSW, z nieznanych powodów porzucone później w piwnicy wielkiego bloku w Warszawie.

Ściśle tajne

Wiele znalezionych przez nas raportów, notatek i druków miało klauzulę "tajne - specjalnego znaczenia". Sporządziło je i wypełniło własnoręcznie kilkudziesięciu oficerów SB z kontrwywiadu.

Ale na ile te "operacyjnie rozpracowane" przez SB dziesiątki spraw o szpiegostwo są wiarygodne - nie wiemy. Które z nich podniesiono do rangi szpiegostwa na fali podsycanej przez samą SB psychozy szpiegomanii? Czy "wzrastające wciąż, a zagrażające naszym osiągnięciom szpiegostwo" nie miało być tylko pretekstem do wyciskania od państwa dodatkowych pieniędzy na fundusz operacyjny, na premie i nagrody dla funkcjonariuszy SB?

Pamiętając o tych wątpliwościach, zanurzyliśmy się w studiowanie materiałów, by dotknąć skrytego przed przeciętnymi śmiertelnikami fragmentu świata zmagań tajnych służb.

Przyrost bazy

Jeśli wierzyć tym materiałom, duży werbunek Polaków przez BND (niemiecką Federalną Służbę Wywiadowczą) zaczął się dopiero po 1956 r., gdy PRL zaczęła częściej zezwalać na wyjazdy do Niemiec. Paszporty dostawali głównie Polacy mający najbliższych krewnych w NRF, często urodzeni na ziemiach należących przed wojną do Niemiec.

"Kryterium werbunku w tych czasach było przede wszystkim miejsce zamieszkania: większość agentów pochodziła z dużych miast, z centrami administracyjnymi, partyjnymi i przemysłowymi" - pisał esbek. Wyjątkami od reguły byli mieszkańcy małych miejscowości w okolicach obiektów wojskowych lub węzłów komunikacji kolejowej.

BND częściej wybierała mężczyzn niż kobiety, wolała ludzi z solidną posadą od niebieskich ptaków. Nie trzeba było też mieć żadnych specjalnych predyspozycji ani dostępu do ściśle tajnych wiadomości: według materiałów, w których posiadanie weszliśmy, werbowano każdego, kto zgodził się informować Niemców choćby o nastrojach w Polsce.

Większość agentów to byli ludzie przypadkowi, z wykształceniem podstawowym lub zawodowym: ślusarz, fryzjer, kolejarz, taksówkarz, rzeźnik, a nawet gospodyni domowa. Do wyjątków należeli nauczyciel, ekonomista, urzędnik z centrali handlu zagranicznego, absolwent prawa.

Według zapisków esbeka w latach 1956-1969 BND zwerbowała do współpracy 41 osób. W tym samym czasie SB ujawniła 34 agentów wywiadu niemieckiego. Kaptując przede wszystkim Polaków odwiedzających rodziny w Niemczech BND sprawiła, że były to lata największych sukcesów SB, bo polski kontrwywiad z reguły inwigilował osoby powracające z NRF. Tak wpadł np. Alfred Listek, który dał się zwerbować BND podczas wizyty w Niemczech u brata w 1958 r. SB obserwując go po powrocie do Polski, zauważyła zmianę trybu życia: zaczął jeździć po kraju, zawsze w okolice lotnisk i koszar wojskowych. "Zarządzono kontrolę korespondencji i przejęto list rzekomo od brata, w którym brat posił Alfreda, »by wyraźniej pisał, bo nie mogą odczytać jego listów«, oraz robił wymówki, że »jest leniem i za swoją niewdzięczność nie zasługuje na żaden prezent«".

SB uznała list za połajankę od niemieckiego wywiadu, wzmogła inwigilację i przechwyciła jeden z listów wysyłanych przez Alfreda do Niemiec. W laboratorium odkryto, że w liście jest tajnopis napisany ręką Alfreda. W grudniu 1959 r. Alfred wpadł w zasadzkę: SB złapała go w chwili, gdy wrzucał kolejny list z meldunkiem do skrzynki.

Po otwarciu się Polski na Zachód po 1970 r. wzrosła liczba ludzi wyjeżdżających do NRF turystycznie, służbowo i w celach naukowych, a wraz z nią potencjalna baza werbunkowa. Esbekom coraz trudniej było z tej masy turystów wyłuskać prawdziwego szpiega - nie można było inwigilować wszystkich. Według materiałów z piwnicy od 1969 do 1982 r. SB wykryła tylko 25 agentów BND. Od lat 70. Niemcy podobno zrezygnowali z werbowania każdego, kto tylko chciał z nimi współpracować. "Zamiast prostych obserwatorów ruchów wojsk poszukiwali ludzi z dostępem do źródłowych informacji z konkretnych, strategicznych dziedzin" - pisał esbek. Ponad połowa pozyskanych w tym czasie agentów miała już wyższe wykształcenie. Najliczniejszą grupę stanowili ludzie morza: marynarze, kapitanowie statków.

"Paprotka" pełna szpiegów

Z dokumentów znalezionych w piwnicy wynikało, że szczególne szczęście do szpiegów miał statek "Paprotka". Oprócz "Stanisława" pływało na nim jeszcze czterech agentów BND: "Jan", "Ziutek", "Zygmunt" i "Teodor". I, tak samo jak "Stanisław", byli oni jednocześnie tajnymi współpracownikami SB. Piątka agentów inwigilowała się nawzajem i donosiła na siebie do SB. Po roku od chwili, gdy "Stanisław" dał się zwerbować Niemcom w bremeńskim burdelu, SB stwierdziła u niego "brak predyspozycji do tak trudnego działania, nadmierną pobudliwość i stany lękowe". Zaczęto szukać kogoś, kto za niego będzie udawał współpracę z BND. Wtedy wytypowano "Jana" - kucharza z "Paprotki". Jak wyczytaliśmy w jego ankiecie personalnej w rubryce "Ujemne cechy, skłonności, przyzwyczajenia i nałogi agenta", SB skaptowała "Jana" wykorzystując jego "słabą strukturę psychiczną": leczył się u psychiatry.

Wkradanie się w łaski "Hansa" "Jan" zaczął od wizyt w bremeńskiej restauracji, gdzie Niemiec bywał częstym gościem. Oswajanie trwało długo: "Hans" obserwował "Jana" nie podchodząc do jego stolika i dopiero po kilku miesiącach zdecydował się na werbunek. W ciągu pierwszego półrocza współpracy "Hans" i "Jan" spotkali się siedem razy przy okazji cumowania "Paprotki" w różnych zachodnich portach. Początkowo "Jan" miał tylko informować Niemców o zmianach załogi na "Paprotce", charakteryzować pasażerów, meldować o zaopatrzeniu polskich sklepów w mięso i nastrojach mieszkańców Wybrzeża. Po roku wzrosły wymagania BND. Podczas postoju "Paprotki" w Bordeaux "Jan" przeszedł specjalistyczne przeszkolenie w technice wywiadowczej i dostał aparat fotograficzny. "Hans" żądał zdjęć polskich i radzieckich okrętów wojennych oraz ich numerów taktycznych. Po czterech latach oszukiwania niemieckiego wywiadu SB nie chciała dłużej narażać swojego tajnego współpracownika i przeniosła "Jana" na rejsy dalekowschodnie, urywając jego kontakty z BND. Wywiad niemiecki - podkreśla esbek - do końca nie przejrzał podwójnej gry "Jana".

Grunt to rodzinka

Byliśmy ciekawi, jak dochodziło do werbunku i dlaczego Polacy zgadzali się na współpracę z niemieckim wywiadem. Częściową odpowiedź dał maszynopis "Charakterystyka agentury BND w latach 1956-1982" oraz ręczne notatki pt. "Działalność agenturalna BND przeciwko Polsce w latach 1957-1979". Były one prawdopodobnie fragmentami pracy naukowej jakiegoś esbeka.

Według tych materiałów najczęstszym powodem zgody na współpracę z BND była do połowy lat 60. niechęć do ustroju narzuconego Polsce przez ZSRR oraz poczucie etnicznej przynależności do Niemiec. Pobudki materialne stały na drugim planie, ale im bliżej czasów współczesnych, tym stawały się ważniejsze i częstsze.

Do lat 70. BND szukała kandydatów do werbunku analizując dokumenty i ankiety wypełniane przez ludzi pochodzenia polskiego mieszkających w NRF podczas procedury osiedleniowej. Wyłuskiwano imigrantów mających bliską rodzinę w PRL.

Czasem na szczegółowe rozpracowanie wybranego Polaka wysyłano agenta BND do PRL. Tak właśnie Niemiec udający w Polsce w latach 50. handlowca wytypował Klaudię Świencką z Legnicy, ustalając, że kandydatka "drwi z osiągnięć socjalizmu". Najważniejsze było jednak, że mieszkała w pobliżu lotniska wojskowego i na zamówienie władz lotniska robiła dla wojska swetry. Niemiec uznał, że Świencka świetnie nadaje się do zbierania informacji "drogą kapturową", tj. wyciągając z pracowników lotniska informacje w rozmowach towarzyskich.

BND zastawiła na Świencką sieci w najczęściej stosowany w tamtym okresie sposób: osaczając zamieszkałą w NRF rodzinę kandydata. U imigrantów pojawiał się naganiacz wywiadu niemieckiego, podający się na ogół za pracownika instytucji charytatywnej. Pomagając w zdobyciu lepszej pracy, załatwianiu formalności, pożyczając pieniądze naganiacz sprawiał, że emigrant miał wobec niego dług wdzięczności. "Pożyczał" też pieniądze na podróż krewniaka z Polski do Niemiec.

Wywiadowca, który pojawił się u matki Świenckiej, udawał kupca-domokrążcę. Wdzięczność i sympatię matki zdobył sprzedając jej po zaniżonych cenach sprzęty domowe.

Agent zaprzyjaźniał się z kolei z odwiedzającym niemiecką rodzinę Polakiem. "Komiwojażer" pożyczał Świenckiej drobne sumy, zapraszał do kawiarni, na dancing, na wycieczki za miasto. W czasie jednego ze spotkań poprosił o wysłanie pod podanym adresem mało ważnego listu, napisanego przez specjalną kalkę. W czasie drugiego pobytu w Niemczech zafundował jej dziesięciodniową wycieczkę do miejscowości wczasowej. Tam zaproponował współpracę z wywiadem niemieckim.

"Ostatnie wątpliwości często rozwiewała niemiecka rodzina, uzależniona od pracownika BND więzami wdzięczności, długów finansowych i strachu" - pisze esbek. Alfreda Listka do przyjęcia oferty nakłaniał brat, tłumacząc mu, że zarobi pieniądze bez żadnego ryzyka i ostrzegając, że w razie odmowy całą rodzinę spotkają przykre konsekwencje. Rozmowa werbunkowa najczęściej odbywała się w hotelu. Ustalano sposób wynagrodzenia i charakter informacji, jakie szpieg miał zbierać w Polsce. Potem, znów w hotelu, przechodził kilkudniowe podstawowe szkolenie. Uczył się rozpoznawania jednostek, uzbrojenia i typów samolotów wojsk polskich i radzieckich, cech sprzętu wojskowego, lotnisk, koszar i poligonów, systemów obrony, urządzeń radarowych, zasad konspiracji, sporządzania i szyfrowania meldunków.

Szmugiel

Instrukcje szpiegowskie, tabele z szyframi i kalki sympatyczne agenci sami szmuglowali do Polski.

Dzisiejszym przemytnikom trudno byłoby wynaleźć skrytkę, której nie wymyśliła wcześniej BND. Agent "Świeca" przewoził wyposażenie ukryte w krawacie, "Violetta" - w pasku od spódnicy, ktoś inny - pod podszewką w butach. Taksówkarzowi z Poznania, który przejeżdżał przez granicę własnym autem, BND wydrążyła schowki w śrubach wrzuconych pomiędzy zapasowe części do samochodu. Instrukcja jakiegoś agenta ukryta była w mydle toaletowym, innemu BND zrobiła skrytkę w neseserze z przyborami do golenia. Adresów skrzynek kontaktowych i haseł do alarmowania centrali na wypadek niebezpieczeństwa należało nauczyć się na pamięć.

- W szpiegostwie najbardziej ryzykowna jest łączność. Również dla kontrwywiadu najważniejsze jest poznanie metod łączności agenta z centralą obcego wywiadu. Dzięki temu wpada większość szpiegów - zdradził nam kiedyś pewien oficer kontrwywiadu. Znalezione w piwnicy dokumenty w pełni potwierdziły tę opinię.

W przechwyconych przez SB instrukcjach szpiegowskich, raportach o ujęciu agentów wywiadu niemieckiego i analizach najwięcej miejsca zajmowały sposoby szyfrowania i przesyłania meldunków.

Na najprostszą metodę naprowadziła nas fotokopia listu, umieszczona w raporcie "Informacja dotycząca aresztowanego agenta wywiadu NRF Alfreda Listka".

"Mój kochany bracie. Dziękuję za przysłaną herbatę, ale z nią nie ma u nas kłopotów, wolałbym kawę. U mnie wszystko dobrze, nawet zegarmistrz naprawił wreszcie pamiątkowy zegarek po ojcu. Przygotowuję się do remontu mieszkania, kupiłem już farbę i wapno, ale brakuje mi jeszcze dwóch innych materiałów, więc chyba rozpocznę remont dopiero w przyszłym miesiącu. Nie wiem tylko, czy uda mi się wziąć urlop czy też będę musiał robić w domu po godzinach pracy" - przeczytaliśmy zdumieni, że komuś przyszło do głowy informować obcy wywiad o takich zwykłych sprawach.

Naszą uwagę zwrócił dopiero "słowniczek" na fotokopii instrukcji szpiegowskiej, jaką agent przemycił z Niemiec. "Herbata" oznaczała, że w przyszłym tygodniu należy spodziewać się wiadomości od wywiadu. "Kawa" - taką wiadomość za miesiąc. "Zegarek" - kolejowy transport wojskowy na Zachód. "Ojciec" - wojska radzieckie. "Farba" - wyposażenie wojskowe, "wapno" - działa. Cyfra określała liczby transportów, przyszły miesiąc oznaczał zeszły miesiąc.

Z tym słowniczkiem odczytaliśmy list jeszcze raz. Wyszło nam, że agent chce, by wywiad skontaktował się z nim dopiero za miesiąc. A w ubiegłym miesiącu widział dwa pociągi wiozące radziecki sprzęt wojskowy, m.in. działa, na Zachód.

Metodę szyfrowania meldunków za pomocą słów-haseł raport nazywał "krótkoznakami". Miała ona też wersję bardziej skomplikowaną, trudniejszą do wykrycia przez kontrwywiad: zamiast utykać hasła w całym liście, należało je umieszczać wyłącznie w umówionych jego miejscach.

"Słowa umowne mogą być umieszczone w następujących czterech miejscach listu: piątym wierszu od dołu i ostatnim wierszu na pierwszej stronie oraz w trzecim i szóstym wierszu od góry na drugiej stronie" - uczono agenta w instrukcji z 1960 r.

Ukryte litery

SB aresztowała Alfreda Listka w 1959 r. Wraz z nim w ręce SB wpadł klucz do szyfrowania "krótkoznakami". Metoda ta była już więc spalona i dla następnych swoich agentów BND musiała opracować nowe sposoby komunikacji.

Tłumaczona z niemieckiego "Instrukcja szpiegowska Brunhildy Kontakt" świadczy, że najpóźniej w 1962 r. BND wprowadziła "ukryte litery". Miały one być wplecione w treść zwykłego listu agentki do krewnych w Niemczech. Dostępną dla każdego czytelnika treść listu instrukcja nazywała "tekstem otwartym" lub "oficjalnym": "Proszę napisać zwykły, prywatny list do rodziny. Treść listu musi być zgodna z faktycznymi wydarzeniami z pani życia. Proszę jak najwięcej i najbardziej otwarcie pisać o dziejach pani i bliskich, o waszych troskach, przeżyciach, pracy i zdrowiu. Tekst musi brzmieć płynnie i naturalnie. Proszę stosować możliwie krótkie zdania, które muszą być bardzo wyraźnie od siebie oddzielone: widoczne wielkie litery na początku i wyraźne kropki na końcu" - taki wygląd "tekstu otwartego" zalecano w instrukcji.

W ustalonych wcześniej miejscach listu instrukcja nakazywała agentce umieścić odpowiednie litery: np. na początku drugiego wyrazu w każdym zdaniu. Każda z liter miała swoje ukryte znaczenie. Jeżeli więc drugi wyraz pierwszego zdania zaczynał się np. od litery "p", oznaczało to, że agentka zauważyła zwiększoną liczbę radzieckich transportów wojskowych jadących ze Wschodu na Zachód. Literka "c" w drugim wyrazie następnego zdania oznaczała, że w ubiegłym tygodniu przejechały cztery takie transporty. Odpowiednie litery agentka miała wybierać z dołączonych do instrukcji tabel-słowników.

Pranie w atramencie

Od samego początku na usługach wywiadu była chemia. Światło na jeden z jej wynalazków rzuciło kilka kartek maszynopisu, zawierającego część wyjaśnień, które w 1964 r. składała w śledztwie złapana przez SB Brunhilda Kontakt.

"Dostałam list zapowiadający paczkę od brata z Niemiec. W liście był spis zawartości paczki i hasło »Erholung«, które oznaczało, że w paczce będzie tajna wiadomość. Rzecz, na której trzeba było szukać informacji, była na trzecim miejscu w spisie. Były to tekstylia, co oznaczało, że rzecz trzeba wywołać. Za miesiąc przyszła paczka, a z tekstyliów była tam koszula nocna, różowa, w ciemniejsze różowe kropki. Odprułam falbanę i połowę zanurzyłam w atramencie wymieszanym pół na pół z wodą. Atrament był zwyczajny, kupiony w kiosku. Po zanurzeniu i spłukaniu zimną wodą na materiale ukazało się pismo" - mówiła Kontakt podczas przesłuchania.

Brunhilda wpadła przez kobiecą próżność. Koszula była tak ładna, że zaplamiła atramentem tylko pół falbany. Resztą poszerzyła rękawy w koszuli, bo chciała ją nosić. Między innymi te resztki falbany stały się dla SB dowodem szpiegostwa Brunhildy Kontakt.

Opakowanie do wywołania

Od lepiej wykształconych agentów BND mogła wymagać szyfrowania meldunków za pomocą kodów liczbowych. Informacje kodowane były w postaci kolumn cyfr, których kombinacje mogły zawierać ogromną liczbę umownych znaczeń. Ale agent nie mógł przecież wysłać listu wypełnionego cyframi. Jak więc je ukryć?

Na trop rozwiązania naprowadził nas zagadkowy fragment jednej z instrukcji szpiegowskich: "Listy, które dostajemy od ciebie, są nieczytelne. Być może zepsuł się papier. Dostaniesz paczkę od matki z Niemiec, opakowaną w dwie warstwy brunatnego papieru pakowego. Drugą warstwę potnij na arkusze i używaj. Pilnuj, by nie zamókł. Jeśli zwilgotnieje, nie susz przy piecu. Niech schnie powoli w normalnej temperaturze".

Sprawę wyjaśniła "Notatka ujmująca formy i metody stosowane przez placówkę BND z agentem". Opisując wyposażenie wykrytego szpiega, autor wymienia "kalkę sympatyczną do sporządzania tajnopisów w postaci papieru do pakowania".

Sposób posługiwania się kalką poznaliśmy z tej samej notatki. "Na pierwszej stronie normalnej, białej kartki agent miał napisać zwykły list. Do drugiej, nie zapisanej strony listu, przyłożyć arkusz kalki, a na to kolejną kartkę białego, nie zapisanego papieru. Na tej trzeciej kartce należało ołówkiem lub na maszynie, drukowanymi literami, w poprzek oficjalnego tekstu, pisać tajną wiadomość".

Tak przekalkowany na list meldunek był niewidoczny gołym okiem. Kolumny cyfr ukrywające zaszyfrowane wiadomości ujawniały się dopiero po wywołaniu listu w specjalnych odczynnikach chemicznych. Na jednym ze znalezionych w piwnicy zdjęć odczynnik wyglądał jak czarne, podobne do węgla lekarskiego pastylki opakowane w folię. Inny agent, cierpiący na astmę, dostał proszek do wywoływania w opakowaniu od zagranicznego lekarstwa na tę chorobę.

Kalki sympatyczne zyskiwały swoje właściwości dzięki nasączeniu papieru specjalnymi substancjami, np. cynkiem i borem. Problemem było dostarczenie kalki agentowi do Polski w sposób nie wzbudzający podejrzeń. BND wymyślała różne kamuflaże: kalką okazywały się np. odpowiednio spreparowane arkusze papeterii, książek, notatników lub kalendarzy.

W ostateczności kalkę sympatyczną można było wyprodukować samemu. Jedna z instrukcji daje agentowi prosty, domowy przepis: "Proszę wyciąć z arkusza szorstkiego papieru pasek i pocierać go przez pięć minut srebrnym przedmiotem. Papier powinien równomiernie zabarwić się na szary kolor. Należy lekko zetrzeć pasek czystą watą, zniszczyć watę i umyć ręce. Spreparowaną kalkę położyć na gotowym, zwykłym liście do rodziny i przez czysty arkusz papieru nanieść meldunek".

Radiogramy

Najmniej z instrukcji i raportów dowiedzieliśmy się o łączności radiowej. Z pewnością była ona często stosowana, gdyż w materiałach pokazujących wyposażenie wykrytych agentów BND co chwila znajdowaliśmy fotografie radioodbiorników z poszerzonym zakresem częstotliwości.

O radiogramach wspominano też w instrukcji dla agentki "Janiny". "Audycje dla ciebie nadajemy dwa razy w miesiącu w ustalonych dniach i godzinach. Np. w pierwszy wtorek miesiąca i powtarzamy w niedzielę. Nasze radio będzie lepiej odbierać, jeśli założysz antenę pokojową: pięć metrów cienkiego, nie izolowanego drutu rozwieś w pokoju, koniec z wtyczką wsadź do gniazdka oznaczonego literą Y z tyłu radia" - pouczano agentkę.

Z innego raportu dowiedzieliśmy się, że na audycje składały się cyfry odczytywane przez spikerkę z Niemiec. Zapisane liczby agent musiał odszyfrować ze specjalną tabelą w ręku. "Jeżeli w czasie nadawania depeszy spikerka powie słowo »zebra«, to należy natychmiast przesłać meldunek o sytuacji w kraju" - przeczytaliśmy w raporcie.

Znojna praca szpiega

Im dłużej czytaliśmy instrukcje szpiegowskie i raporty, tym lepiej pojmowaliśmy, jak trudna i wyczerpująca była działalność agenta BND. Pełno w nich było zasad, nakazów, poleceń i kombinacji, jakie agent powinien zawsze pamiętać i stosować, żeby nie wpaść w ręce SB. W listach do prawdziwych krewnych w Niemczech wszystko miało ukryte znaczenie. Np. nagłówki sygnalizowały, czy korespondencja zawiera meldunek czy nie. Jeśli list zaczynał się np. od słów "Kochana siostro i wy wszyscy" oznaczało to, że należy szukać w nim ukrytych liter. Inny nagłówek świadczył, że list jest czysty. Sygnałem mógł być też sposób napisania daty w liście: czy miesiąc oznaczono słownie - np. kwiecień; czy cyfrą - 04.

Według innej instrukcji czarno-biała pocztówka nakazywała przerwać działalność szpiegowską do czasu otrzymania widokówki kolorowej. Listy i pocztówki z szyfrem napisanym przez kalkę sympatyczną można było wysyłać tylko pod adresem skrzynek kontaktowych w Niemczech. Ich oficjalna treść musiała być tak skonstruowana, jakby nadawca pisał do krewnych. Ponieważ jednak krewni byli fałszywi, agent musiał zacierać ślady: w otwartym tekście nie wolno mu było opisywać wydarzeń ze swojego prawdziwego życia ani rzeczywistych stosunków rodzinnych.

Na listach wysyłanych do skrzynek kontaktowych agent nigdy nie mógł figurować jako nadawca. Fałszywego nadawcę musiał odpowiednio sfabrykować: znaleźć dom zamieszkany przez setki ludzi i stojący przy ulicy pełnej takich wielkich domów. Z listy lokatorów wybrać polskie nazwisko. Nazwisko takie musiało być później na kopercie zmienione: np. zamiast Kowalski, należało napisać Kowalewski. Kombinacja taka miała w razie wpadki uniemożliwić SB dotarcie nawet do fałszywego nadawcy. Często jako nadawców podawano nazwiska i adresy z ogłoszeń prasowych.

Listy należało wrzucać do skrzynek pocztowych umieszczonych niedaleko miejsca zamieszkania fałszywego nadawcy. Dobre były też skrzynki na dworcach kolejowych i Poczcie Głównej. Szpieg musiał stracić dużo czasu na wyszukiwanie coraz to nowych skrzynek pocztowych, bo instrukcja polecała mu wysyłać meldunki co trzy tygodnie, a jednocześnie zakazywała używania tej samej skrzynki dwa razy z rzędu.

Korespondencja nie mogła wzbudzać żadnych podejrzeń. "Używaj zwykłego, normalnego papieru i atramentu. Nie smaruj koperty klejem przy zamykaniu. Jeśli koperta nie chce się zakleić, wyrzuć i użyj innej" - polecała jedna z instrukcji. Wywiad zabezpieczał się też przed zapalonymi filatelistami: "Unikaj znaczków okolicznościowych, stosuj zwykłe, seryjne, powszechnie dostępne. Naklejaj w normalny, powszechnie przyjęty sposób" - radzono w instrukcji.

Współpracujący z BND Polak, który przebywał kilka lat na zachodniej placówce, nie mógł przejść obojętnie nawet koło znaczka pocztowego: musiał policzyć w nim ząbki. Brak któregoś oznaczał, że znaczek został nalepiony na list przez prowadzącego go oficera BND. Brak np. trzeciego ząbka na lewym boku znaczka sygnalizował, że Niemiec wyznacza agentowi spotkanie o godzinie trzeciej.

Odwrócony pionek

Jedynym ratunkiem dla agenta BND przyłapanego przez polski kontrwywiad była zgoda na potajemną współpracę z polskimi służbami. Wyciągnięte z worka raporty SB dotyczące wykrytych szpiegów zawsze kończyły się propozycją współpracy. Jeśli agent dawał się "odwrócić", stawał się sterowanym przez SB pionkiem w grze kontrwywiadowczej z BND. Dezinformował Niemców przekazując im wiadomości celowo podsuwane przez SB, a zarazem zdradzał esbekom wymyślane przez BND nowe techniki łączności. Jeśli nie chciał zostać tajnym współpracownikiem - czekało go aresztowanie i proces.

Takim właśnie szantażem zaczęła się gra pod kryptonimem "Orzechowski", opisana przez pułkownika kontrwywiadu SB w raporcie dla dyrektora departamentu II MSW. Jego kariera Jamesa Bonda zaczęła się niewinnie: wyjechał odwiedzić rodzinę w RFN. Tam jednak wpadł prosto na pracownika wywiadu niemieckiego, który od dawna typował "Orzechowskiego" do zwerbowania.

Natychmiast po powrocie do Polski "Orzechowski" zorientował się, że jest obserwowany przez SB. Uprzedzając rewizję i oskarżenie o szpiegostwo sam zgłosił się do milicji, przyznał się do werbunku i oddał przemycone wyposażenie: kalkę sympatyczną i adresy skrzynek kontaktowych w Niemczech.

Od tej pory "Orzechowski" przez 15 lat zwodzi wywiad niemiecki, przekazując mu wyłącznie informacje zatwierdzone przez kierownictwo II departamentu MSW. Na długie miesiące wyjeżdża na placówki zagraniczne, by stworzyć prowadzącym go oficerom BND okazję do osobistych spotkań. Otrzymując od nich zadanie znalezienia innych kandydatów do werbunku, na polecenie SB podsuwa Niemcom kolejną wtyczkę - tajnego współpracownika KGB w Polsce o pseudonimie "Górny". A jednocześnie dekonspiruje przed SB wszystkich kontaktujących się z nim wywiadowców niemieckich i ich polskich tajnych agentów.

"Podczas gry operacyjnej rozpoznano sześciu pracowników BND, ujawniono dwóch tajnych współpracowników BND w Niemczech oraz sześć osób w Polsce, które były skrzynkami kontaktowymi BND. Skrzynki te zostały zabezpieczone przez nas w Biurze W" - tak autor raportu opisuje korzyści, jakich "Orzechowski" przysporzył SB.

Szpieg z żelazkiem

"Orzechowski" stał się prawdziwym skarbem dla SB, gdy okazało się, że wywiad niemiecki poleca mu sporządzać tajne meldunki technikami, o których nasz kontrwywiad wcześniej nawet nie słyszał. Tak zaczął się wyścig, w którym BND, nieświadoma przewerbowania agenta, była z góry przegrana. Jej eksperci, fizycy i chemicy, wymyślali coraz to bardziej wyrafinowane techniki utajniania pisma, żeby polski kontrwywiad nie mógł wykryć meldunków, które agenci BND wysyłali do Niemiec. Ich praca szła na marne z chwilą zapoznania "Orzechowskiego" z kolejnymi wynalazkami: agent natychmiast donosił o nowych technikach SB. Najpierw "Orzechowski" "spalił" Niemcom technikę pisania meldunków miedzią: opiłowanym drutem miedzianym należało pisać na odwrotnej stronie listu. Litery pozostawały niewidoczne i nie wiadomo, czy SB sama odkryłaby, że wywołuje się je chemicznie, gdyby nie naprowadził jej na trop oficer BND prowadzący "Orzechowskiego". Instruując go o używaniu nowej techniki Niemiec podkreślił, by pisał miedzią na "bezdrzewnych gatunkach papieru, bo gorsze rozpuszczają się w kwasach do wywoływania".

Na przełomie lat 60. i 70. BND zastąpiła miedź złotem, przekazując "Orzechowskiemu" specjalny ołówek do pisania meldunków. Ołówek wyglądał jak zwykły, automatyczny, tyle że prócz normalnych grafitów miał ukryty wkład z 14-karatowego złota. Tym wkładem należało pisać niewidoczne litery w poprzek kartki, a następnie łatwo rozpuszczalnym atramentem napisać na niej zwykły list. Technika ta wydawała się bardzo bezpieczna, więc BND zastosowała ją również w swoich listach do "Orzechowskiego" i poinstruowała go, jak ma wywoływać ukrytą treść. Ten zaś natychmiast przekazał cały instruktaż SB: "Tajna treść miała się znajdować na odwrotnej stronie listów od krewnych z Niemiec, w lewym dolnym rogu. Jeden z przywiezionych chemikaliów »Orzechowski« miał rozpuścić w 25 centymetrach sześc. wody i dolewać kwas amoniakalny, aż płyn stanie się przezroczysty. Płynem nasączyć watę i pocierać nią umówione miejsce w liście. Po ukazaniu się pisma namoczyć list przez pięć minut w zwykłej wodzie, wyjąć i przez lupę odczytać wiadomość" - czytamy w raporcie.

Dzięki innemu podwójnemu agentowi, ukrytemu pod pseudonimem TW [tajny współpracownik - red.] "Wacek", SB dowiedziała się w 1974 r., że do standardowego wyposażenia szpiegowskiego doszło zwykłe domowe żelazko. "Wacek" spotkał się z oficerem BND podczas służbowego wyjazdu do Niemiec, gdzie miał negocjować kontrakt handlowy. Dwaj oficerowie SB, spisujący w Warszawie jego relację z tego spotkania, byli zdumieni opowieścią "Wacka": "P. dał mi ołówek potrzebny do nowej metody korespondencji. Arkusz gładkiego papieru należało złożyć na pół i na wewnętrznej stronie składki napisać tym ołówkiem meldunek. Złożoną kartkę wsadzić w drugą, podobnie złożoną i obie jeszcze w trzecią. Tak złożone arkusze prasować żelazkiem nastawionym na »nylon« przez 20 sekund. Następnie wyciągnąć środkowy, nie zapisany arkusz, na który podczas prasowania w niewidoczny sposób miały przejść litery. Na jego odwrotnej stronie napisać długopisem obojętny list i wysłać pod wskazanym adresem" - czytamy w doniesieniu.

"P. mówił, że jest to sposób prymitywny, ale pewny, bo działanie ołówka jest na zasadzie radioaktywności i nie może być ujawnione chemicznie, tylko w ekstra wyposażonym laboratorium" - tłumaczył "Wacek" esbekom.

Mimo wprowadzania do szpiegostwa coraz to nowych wynalazków BND nie rezygnowała ze starych, dobrych kalek sympatycznych. Ale tu też wprowadzano nowinki techniczne. Esbecy myśleli, że ich agentka "Katarzyna" zdradziła, gdy przekazała im nowe wyposażenie otrzymane z BND. TW "Katarzyna", która na polecenie SB dała się zwerbować Niemcom, przysięgała, że przekazana papeteria jest w rzeczywistości kalką sympatyczną, ale SB nijak nie chciała jej uwierzyć. Papier nie był bowiem nasycony cynkiem i barem, jak w znanych dotychczas kalkach. Dopiero po badaniach laboratoryjnych odkryto, że BND zastosowała nową metodę: nasączanie kalki palladem.

"Kalki sympatyczne z palladem są lepsze od starych. Według naszych ustaleń tajnopis sporządzony za ich pomocą jest niemożliwy do ustalenia za pomocą badań fizycznych. Można go ujawnić metodą przetłoku lub na oryginale" - zanotował esbek opisujący to odkrycie.

Żyła złota

Jak się dowiedzieliśmy z raportu o "Kłonicy", podwójni szpiedzy musieli oddawać swoim opiekunom esbekom wszystkie pieniądze, jakie dostali od obcego wywiadu za współpracę. Esbecy z kolei powinni byli wpłacać tę gotówkę na specjalne konto II departamentu MSW, czyli kontrwywiadu.

"W ciągu 9 lat współpracy za 45 wysłanych meldunków i ustnie przekazane informacje za granicą TW pokwitował odbiór od BND 8,5 tys. marek zachodnich i 435 funtów brytyjskich. Ponadto na każdym spotkaniu z agentem BND dostawał od 25 do 70 funtów. Na konto jego rodziny w Niemczech BND wpłacała co miesiąc 50 marek" - tak w 1971 r. podsumował "Kłonicę" prowadzący go pułkownik SB.

Lepsze pojęcie o sprawach finansowych szpiegów dało nam kilkanaście luźnych kartek rękopisu "Działalność agenturalna BND przeciwko Polsce w latach 1957-1979". Autor, prawdopodobnie wykładowca Akademii Spraw Wewnętrznych im. Feliksa Dzierżyńskiego, traktował ten rękopis jako szkic większej pracy naukowej. Wynikało z niej, że rozliczenia gotówkowe z agentami w Polsce BND zaczęła stosować dopiero w 1961 r. Wcześniej wynagrodzeniami były paczki wysyłane do Polski rzekomo przez rodziny agentów. "Ustalono, że za współpracę z BND Herald Mamoń co miesiąc dostawał paczki o wartości 100 DM" - pisał esbek o jednym z wykrytych agentów. Alfred Listek w jednej z paczek znalazł zegarek. Świencka za swą pracę dostała maszynę dziewiarską.

Dodatkową formą wynagrodzenia była obietnica pomocy w urządzeniu się na stałe w Niemczech. Według rękopisu wyjazd do Niemiec przedstawiono jako gwarancję bezpieczeństwa np. małżeństwu Konickich, którzy mieli szpiegować tylko przez dwa lata, po czym w 1961 r. wyjechać i odmówić powrotu do Polski. Pracownik BND obiecywał im dobrze płatną pracę w niemieckim ministerstwie. W połowie lat 60. propozycja pomocy w osiedleniu się w Niemczech podziałała zarówno na fryzjera z Malborka, jak i na matematyka z prowincjonalnego liceum. W 1974 r. inżynier z Gdańska nie chciał już na stałe opuszczać Polski, wymagał tylko załatwienia czasowej pracy w Niemczech.

O gotówce rękopis wspomina po raz pierwszy przy okazji woźnego szkolnego, zwerbowanego w 1961 r. Sam woźny za współpracę z BND dostawał paczki, ale znajomemu, którego próbował wciągnąć do szpiegowania, oferował 10 tys. zł miesięcznie.

Słodka mamona

Pieniądze były jedynym motywem zgody na współpracę z wywiadem niemieckim adwokata Tembrzyckiego. Zwerbowano go w czasie, gdy występował jako obrońca w procesie innego szpiega BND - Egona Poznańskiego. Zwerbował go oficer BND zatrudniony w ambasadzie NRF w Polsce pod przykrywką dyplomaty. "Z profesjonalną perfekcyjnością potrafił wykorzystać chciwość, życiowe cwaniactwo i brak etyczno-moralnych skrupułów Tembrzyckiego" - pisał w marcu 1977 r. jakiś esbek w raporcie po zatrzymaniu adwokata. Na ślad Tembrzyckiego SB wpadła dopiero po pięciu latach od zwerbowania.

Za pierwsze 700 marek Tembrzycki wyniósł z więzienia gryps Poznańskiego. Gryps alarmował o szybkie opróżnienie skrytek w mieszkaniu ciotki, gdzie Poznański przechowywał część szpiegowskich materiałów. Ostrzegał też przed przyjazdem do Polski ludzi związanych ze szpiegowską działalnością Poznańskiego, o których wiedziała SB.

Znaleziony w piwnicy raport polskiego kontrwywiadowcy wyjaśniał, w jaki sposób Tembrzycki wpadł. W ambasadzie NRF SB miała tajnego współpracownika, który doniósł, że w czasie spotkań adwokata z jednym z niemieckich dyplomatów "coraz częściej występują elementy agenturalne, odbywają się w tajemnicy przed innymi pracownikami placówki, zawierają środki kamuflażu - rozmowy prowadzone są na wolnej przestrzeni, a jeśli w pomieszczeniach, to wyłącznie przy głośnej muzyce".

Kiedy SB przechwyciła wystąpienie bońskiego MSZ o przelanie 5 tys. marek na konto w Berlinie Zachodnim "dla zaufanego adwokata za świadczone usługi, wykraczające poza normalne funkcje adwokackie", powiązała obie wiadomości i schwytała Tembrzyckiego.

Pieniądze nie były jedyną formą wynagrodzenia adwokata. W 1974 r. ambasada NRF pokryła w całości, włącznie z przelotami, jego pobyt na mistrzostwach świata w Monachium i Frankfurcie, gdzie mieszkał w luksusowych apartamentach Hiltona.

Wywiad wypłacał pieniądze na dwa sposoby: na konto bankowe w Niemczech oraz bezpośrednio do rąk agenta podczas spotkań za granicą. Regułą było też wypłacanie zaliczki w momencie wyrażenia zgody na współpracę. Artur Stawiarski, młody absolwent prawa zwerbowany w 1961 r., na zachętę dostał 2 tys. marek. Dodatkowo za każdy meldunek miał dostawać 200 marek, a podczas wizyt w Niemczech na jego konto codziennie wpływało 30 marek.

W zapłacie BND była solidna. "Po pięciu latach działalności Andrzej Koszyk z Turowa ps. »Łyżwiarz« dostał radiogram o zakończeniu współpracy. Później, za pośrednictwem rodziny, jako wyrównanie dostał od wywiadu fiata 125" - przeczytaliśmy w rękopisie.

Stawka rosła wraz z ważnością informacji. W połowie lat 70. oprócz normalnej "pensji" TW "Stodoła" za każdą informację o budowie polskiej cukrowni w Afryce miał dostawać po 500 DM. Pięć lat wcześniej, gdy BND udało się przewerbować na swoją stronę tajnego współpracownika polskich służb, zaoferowała mu aż 10 tys. marek za rozpracowanie i przekazanie struktury SB.

Najnowsze, wygrzebane przez nas w piwnicy informacje o finansach szpiegów pochodzą z 1987 r. i dotyczą wynagrodzenia Mariana Walickiego, prywatnego taksówkarza z Trójmiasta. W ciągu dwóch lat działalności, identyfikując w trakcie jazdy po mieście pojazdy wojskowe, opisując okręty wojenne w portach i wysyłając 10 meldunków, taksówkarz zarobił 7,5 tys. marek. Pieniądze dostawał do ręki, partiami, podczas wizyt w Niemczech. Dodatkową gratyfikacją był kapitalny remont wysłużonego mercedesa 240 D - oczywiście na koszt wywiadu niemieckiego.

Nic dziwnego, że szpiedzy niechętnie oddawali esbekom swoje ciężko zapracowane pieniądze. "Z uzyskanych od BND sum »Kłonica« wpłacił do kasy II departamentu MSW zaledwie 50 marek. A przecież jako podwójnemu agentowi SB zapłaciła mu z funduszu operacyjnego jeszcze 70 tys. zł" - żali się w raporcie z 1971 r. pułkownik prowadzący agenta. Żeby wykręcić się od oddania pieniędzy, szpieg musiał wymyślić przekonujący pretekst. "Kłonica" tłumaczył się koniecznością konspiracji: towarzysząca mu za granicą żona widziała, że mąż ma dużo gotówki w portfelu, więc nie mógł jej odmawiać pieniędzy na prezenty dla dzieci i rodziny.

Gra na dwa fronty mogła być dla sprytnego szpiega bardzo opłacalna, ale wiązała się też z ogromnym ryzykiem. Dopóki agent pracował tylko dla obcego wywiadu, czyhało nań jedno niebezpieczeństwo: wykrycie przez kontrwywiad SB. Z chwilą podjęcia podwójnej współpracy zdobywał drugiego wroga: zarówno SB, jak i BND nieustannie sprawdza- ły, której stronie gry agent kłamie.

Pojęcie o labiryncie pułapek zastawianych przez pracodawców na podwójnego szpiega dało nam kilka kartek rękopisu "Sposoby kontroli agentury przez BND". Rękopis - prawdopodobnie szkic wykładu dla przyszłych asów wywiadu - opisywał, jak BND sprawdza, czy zwerbowany przez nią agent jest wiarygodny i czy nie jest wtyczką kontrolowaną przez SB. W tym celu BND montowała wiele prowokacji, głównie podczas bezpośrednich spotkań agenta z prowadzącym go oficerem niemieckim. Dochodziło do nich za granicą, nie rzadziej niż co rok - zależnie od możliwości wyjazdu agenta z Polski. Od wyjazdu z Polski śledzono go sprawdzając, czy stosuje się do zasad konspiracji i czy nie jest obserwowany przez szpiegów jakiegoś obcego wywiadu. Pracownicy BND wykorzystywali każdą okazję do potajemnego zrewidowania rzeczy osobistych agenta - walizki, samochodu, pokoju w hotelu - w poszukiwaniu śladów ewentualnych powiązań z SB.

Najtrudniejszym egzaminem była rozmowa z oficerem wywiadu niemieckiego. Agent musiał wielokrotnie i szczegółowo opowiadać, jak przewiózł wyposażenie szpiegowskie do kraju, jak ukrył, jak otwierał skrytki, jaka była ich zawartość. Dokładnie relacjonował oddawanie paszportu w polskim urzędzie, cytował pytania urzędnika i swoje odpowiedzi. Do znudzenia powtarzał, jak szyfrował meldunki wysłane z Polski do Niemiec, podawał cechy charakterystyczne tajnej korespondencji, np. wygląd pocztówek i nazwiska fikcyjnych nadawców, a dla rozwiania wątpliwości sporządzał w obecności oficera próbny szyfr.

Wszystko po to, żeby przekonać BND, iż sam, osobiście, bez niczyjej pomocy wykonał polecenia wywiadu. Każda luka lub nieścisłość w opowieści agenta była dla oficera BND sygnałem alarmowym, że agent może kłamać i potajemnie współpracować z SB. Rozmowę z agentem oficer niemiecki nagrywał na magnetofon. Taśma była potem drobiazgowo analizowana w centrali wywiadu, by wyłapać ewentualne sprzeczności między kolejnymi wersjami odpowiedzi na pytania.

To dlatego "Świeca" przemycał w krawacie wyposażenie otrzymane od BND. Nie potrzebował obawiać się czekającej nań z otwartymi ramionami SB. Musiał jednak zaaranżować przemyt, by o jego szczegółach wiarygodnie opowiedzieć niemieckiemu wywiadowi.

Według rękopisu prawdziwe schody zaczynały się podczas kontroli informacji dostarczonych przez szpiega. Podwójni agenci przekazywali BND tylko informacje spreparowane przez polski kontrwywiad. Tymczasem na spotkaniu z prowadzącym go oficerem niemieckim agent musiał udowodnić, że dane te zebrał sam, a opisany w meldunku obiekt widział na własne oczy: rysował plany, mapki i schematy, zaznaczał miejsca, z których obserwował obiekt.

Tu czekała nań najgroźniejsza pułapka: BND często polecała agentowi, by zbadał dlań obiekt, który wywiad niemiecki miał już dokładnie rozpoznany. Wystarczyła więc jedna zła odpowiedź na podchwytliwe pytanie Niemca, by oszustwo agenta wyszło na jaw. Dlatego przynajmniej część informacji podsuwanych szpiegowi przez SB musiała być prawdziwa.

Do częstych prowokacji kontrolnych BND należało też namawianie agenta, by w siatkę szpiegowską wciągnął własną rodzinę i znajomych. "Zbytnie zainteresowanie agenta tą propozycją lub zbytnia pewność siebie jest uważana za znak, że agent jest kierowany przez SB" - pisze autor rękopisu. Testem były też zmiany oficerów prowadzących, np. pod pretekstem specjalistycznego szkolenia. Jeśli agent zaczynał zbierać informacje o swoim nowym kontakcie, budził podejrzenia.

Szpieg musiał uważać nie tylko na to co, ale i jak mówi. Na podstawie nagrań rozmów BND analizowała zmiany barwy głosu agenta, żeby rozszyfrować jego stany emocjonalne. Nawet wydawanie ciężko zarobionych za szpiegostwo pieniędzy było dla podwójnego agenta problemem: nie mógł ich wydać kiedy i na co chciał. Niemcy żądali szczegółowych rozliczeń, żeby upewnić się, czy wydając duże sumy agent nie zwrócił na siebie uwagi polskich służb specjalnych.

Donos na donosiciela

W przypadku agenta o pseudonimie "Barańczak" ta wielostronna kontrola przyniosła efekty dopiero po 12 latach. "BND podejrzewała, że agent prowadzi podwójną grę i po upewnieniu się zakończyła z nim współpracę" - głosi raport.

Szukając przyczyn wpadki autor raportu wylicza błędy SB. Pracownicy strategicznych przedsiębiorstw, w dodatku mający rodzinę w Niemczech, rzadko dostawali zgodę na wyjazd za granicę. A "Barańczak" wyjechał aż osiem razy. SB potknęła się ułatwiając mu te wyjazdy: kilkakroć interweniowała u kierownictwa przedsiębiorstwa, w którym pracował "Barańczak", by wysłało go pod jakimś pretekstem na Zachód. Przedsiębiorstwo huczało potem od plotek, że "Barańczak" jest tajniakiem. Pracownicy gubili się w domysłach, a jakaś zawistna urzędniczka napisała nawet na "Barańczaka" donos do SB: że skoro tak często wyjeżdża za granicę, to pewnie jest amerykańskim szpiegiem. Nie reagując na ten donos SB postąpiła niezgodnie ze swoimi zwyczajami i popełniła kolejny błąd.

Kroplą, która przelała czarę, było spotkanie "Barańczaka" z oficerami wywiadu SB w ambasadzie polskiej w jednym z miast na Zachodzie. BND nie wiedziała, o czym jej agent mówił z esbekami - spotkanie odbyło się w dźwiękochłonnym pomie-szczeniu, oczyszczonym ze wszystkich podsłuchów. Ale śledziła "Barańczaka" i zorientowała się, że potajemnie spotkał się ze znanymi jej oficerami SB.

Krótko po spotkaniu w "cichym pokoju" niemiecki oficer prowadzący "Barańczaka" oświadczył mu, że "jego szefowie nie widzą sensu kontynuowania współpracy, bo »Barańczak« nic nowego do niej nie wnosi i im się to już nie opłaca. Tłumaczył, że w BND praktykuje się utrzymywanie takich kontaktów przez pięć-sześć lat, a kontakt z »Barańczakiem« trwa już 12 lat. To zbyt niebezpieczne".

Obietnice, że BND zorganizuje "Barańczakowi" stały pobyt i pracę w Niemczech, spełzły na niczym. "Oficer BND stanowczo odmawiał, by »Barańczak« pozostał za granicą. Wykazywał, że ma perspektywy tylko w Polsce, a na Zachodzie byłby rozpracowany".

"Barańczak" wrócił więc do kraju. Przestał być użyteczny jako podwójny agent, ale nie uwolnił się od SB, która już miała na niego haka. Zachowała go jako tajnego współpracownika.

Wyrok

Z notatek esbeka wynika, że szpiegom udawało się bezkarnie działać przeciętnie przez pięć lat. Tylko niektórzy, najczęściej cudzoziemcy, mieli szczęście szpiegować dłużej. Helena Ulska, Niemka, z zawodu księgowa, która blisko 40 razy była w Polsce, działała przez dziewięć lat. Agenci złapani w Polsce najczęściej stawali przed sądami wojskowymi. Najkrótszy wyrok, o jakim wspominają znalezione dokumenty, to siedem lat odsiadki: tyle dostała Klaudia Świencka za trzyletnią współpracę z BND. Helena Ulska dostała dziesięć lat. Po roku odsiadki w drodze łaski wydalono ją z Polski. Rekordzistką była Dorota F. skazana aż na 14 lat więzienia. Działała tylko od 1971 do 1975 r.

Militaria

Wszystkie instrukcje dla szpiegów BND zaczynała od szczegółowego spisu, "o jakie informacje prosimy". Do 1969 r. Niemców interesowały prawie wyłącznie sprawy wojskowe: zadania dotyczące rozpoznania militarnego Wojska Polskiego i stacjonującej w PRL Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej dostawało 80 proc. agentów BND w Polsce. Zdaniem esbeków znaczenie dla BND miał każdy drobiazg, który laikowi mógł wydać się błahy. Niektórzy agenci nie musieli nawet poszukiwać specjalnych informacji, wystarczyło, żeby opisali to, co można zaobserwować na ulicy. Np. "umacnianie posterunków przy koszarach, magazynach i ważnych obiektach, powoływanie rezerwistów, zatrzymanie w jednostkach żołnierzy, którzy powinni odejść do cywila, ograniczenia przepustek i urlopów, zakaz wchodzenia cywilów na obiekty wojskowe, ograniczenia w cywilnym ruchu i transporcie kolejowym, utrzymywanie zwiększonych obsad lekarzy i pielęgniarek na dyżurach w szpitalach, wzmożone zaopatrzenie wojska w paliwo, racjonowanie zakupów żywności i paliw dla cywilów" mogły - według BND - świadczyć o zaostrzeniu się stosunków Wschód - Zachód i o przygotowaniach do stanu podwyższonej gotowości bojowej.

"Interesuje nas stałe czuwanie nad ruchem kolejowym, regularne obserwowanie wojskowych transportów sowietów przez Kostrzyń do NRD" - polecano pewnemu małżeństwu, które miało meldować o każdym zauważonym pociągu wojskowym. Podobne zadania miała Brunhilda Kontakt, która czyniła obserwacje wprost ze swojego mieszkania, położonego o 200 m od ważnej kolejowej linii strategicznej. Takie cząstkowe informacje od różnych agentów, zestawione w centrali BND, pozwalały Niemcom poznać możliwości przemieszczania się wojsk Układu Warszawskiego oraz rozpoznać, czy i jak zostały wzmocnione jednostki radzieckie w NRD.

Antoni Grzybowski, fryzjer z Malborka, najpierw dokładnie opisał budynki, strukturę, liczebność i uzbrojenie pobliskiej jednostki wojskowej. Później jego zadaniem było donoszenie Niemcom o każdej, najdrobniejszej nawet zmianie.

"Czy możesz podać, od kiedy, licząc od lata 1961 r., garnizony radzieckie w Polsce zostały w sposób widoczny wzmocnione liczebnie? Czy w Polsce są niedostępne dla polskiej ludności jednostki armii sowieckiej? Jakiej broni brakuje dotkliwie w polskim wojsku? Czy odczuwa się tam brak kadry oficerskiej, podoficerskiej?" - pytał wywiad innego agenta. "Meldując o uzbrojeniu miej na uwadze, że interesuje nas przede wszystkim broń ciężka i artyleria" - dodawał.

Ważne były też spisy oficerów jednostek wojskowych, zajmowane przez nich stanowiska, a przede wszystkim tajne numery poczty polowej i tabele sygnałowe obrony przeciwlotniczej.

Ze szczególnym uporem Niemcy szukali w PRL wyrzutni rakietowych. Na wypadek, gdyby agenci nie wiedzieli, jak je znaleźć, w instrukcjach przesyłano im ściągawki, po czym poznać, że budowana jest baza rakietowa. Wskazówkami miały być np. "prace budowlane w gęstych lasach w pobliżu rzek i jezior, prace wiertnicze, karczowanie lasów, zwożenie wielkiej ilości materiałów budowlanych, montowanie magistrali wysokiego napięcia oraz stacji transformatorów, rozszerzenie zasięgu terytorialnego jakiejś miejscowości lub istniejącego już obiektu, np. lotniska, w celu zamaskowania faktu, że budowana jest nowa baza".

"Od 1967 r. z powodu recesji i spadku tempa wzrostu gospodarczego RFN Niemcy stopniowo otwierały się gospodarczo na Europę Wschodnią. W efekcie od 1971 r. RFN stała się najważniejszym partnerem w handlu Polski z Zachodem. Spowodowało to zmianę profilu zadań zlecanych agenturze BND. Rozpoznanie militarne zeszło na drugi plan. W latach 1970-1982 aż dwie trzecie agentury miało za zadanie penetrację naszej gospodarki" - czytamy w maszynopisie pt. "Zadania wywiadowcze zlecane agenturze".

I tak małżeństwo B. z Katowic przez blisko pięć lat obfotografowywało dla BND obiekty przemysłowe na Śląsku. Helena Ulska wykradała plany wydobywania ropy naftowej z szelfu Morza Bałtyckiego i Morza Barentsa. Zwerbowany w 1974 r. Jakub Wolf dostał polecenie, by zaprzyjaźniać się ze specjalistami pracującymi w stoczniach i fabrykach w Łabędach, Zamechu, Stalowej Woli i Kętach. BND zależało bowiem na skaptowaniu wykształconych ludzi, którzy mieli bezpośredni dostęp do źródłowych informacji w wybranych dziedzinach i zakładach przemysłowych. Badano też plany importu zboża i ropy naftowej. Małżeństwo Sz. z Bytomia potajemnie nagrywało rozmowy ze swoimi znajomymi ekspertami od ekonomii PRL, wypytując np., czy Polska preferuje jako partnera gospodarczego RFN czy USA, jaki wpływ na kształtowanie cen rynkowych w Polsce ma handel z ZSRR, jak układają się ceny w handlu między krajami RWPG. Kiedy ok. 1977 r. w PRL stawał się widoczny kryzys gospodarczy, BND polecała agentom, by wszelkimi dostępnymi sposobami dowiadywali się, co rząd PRL chce zrobić w celu zwiększenia produkcji, czy przedsiębiorstwa mogą brać kredyty na inwestycje, czy fabryki mają trudności w wywiązywaniu się z umów eksportowych.

Szpiegostwo ekonomiczne nasilało się, gdy rządy PRL i RFN planowały podpisanie jakiejś umowy gospodarczej. Esbek opisuje zdziwienie polskiego kontrwywiadu na wieść, że w maju 1975 r. BND kazała swoim agentom zbierać informacje o przebudowie i planach rozwoju huty miedzi w Głogowie oraz stanu polskiego przemysłu przeróbki metali nieżelaznych. Sytuacja wyjaśniła się w październiku 1975 r., kiedy rządy PRL i RFN uzgodniły wieloletni program współpracy gospodarczej. Według niego preferowaną gałęzią miał być przemysł metali nieżelaznych. Informacje od szpiegów pomogły Niemcom w korzystnym dla nich sformułowaniu tej umowy - twierdzą esbecy.

Na trop najczarniejszych oszustw i matactw finansowych PRL naprowadziła nas informacja z maszynopisu, że po 1977 r. agenci mieli ustalić dla BND, "czy włączenie się państwa w czarny rynek dewizowy dało już jakieś konkretne efekty".

Znalezione materiały ani jednym słowem nie wspominały, jak państwo polskie uczestniczyło w nielegalnym handlu walutą i ile na tym zarobiło. Zagadkę wyjaśniły nam rozmowy z byłymi esbekami.

Doskonałe fałszywki

Kiedy w połowie lat 70. okazało się, że nie ma czym spłacać polskiego długu w bankach zachodnich, MSW postanowiło przyjść państwu na ratunek. Najpierw zasugerowało władzom, by dały ciche przyzwolenie na rozkwit czarnego rynku walutowego.

Zaowocowało to nagłym nielegalnym przypływem dewiz z Zachodu do Polski. Ponadto w największych miastach kraju, przez sieć swoich agentów, MSW puściło na czarny rynek kilkaset tysięcy fałszywych dolarów.

Agenci SB, udający tzw. cinkciarzy (najczęściej byli to zwerbowani autentyczni handlarze dewizami, rozstawieni pod "Pewexami"), dostali zadanie zidentyfikowania rekinów nielegalnego rynku walutowego, obracających olbrzymimi pieniędzmi. Dostarczone agentom przez SB fałszywki, zgodnie z poleceniem, miały wśród prawdziwych banknotów dotrzeć do rąk rekinów. Wszystko po to, by organa ścigania mogły zrobić naloty na podziemnych milionerów, zarekwirować ich dewizy i zasilić nimi kasę państwową. Pierwsze lata operacji nie przyniosły spodziewanych wpływów. Rozpracowano wprawdzie całe środowisko, ustalono nazwiska bossów, ale w czasie rewizji esbecy znajdowali najczęściej tylko mizerne szczątki ich zasobów. Wtedy Komenda Główna MO zaangażowała specjalistów i zaczęła produkcję doskonale podrobionych fałszywek, z wtopionym mikroelementem promieniotwórczym. Dzięki temu rewizje nie były już robione na ślepo. Ekipy SB wkraczały z przyrządem do poszukiwania śladów promieniowania jądrowego, który bez pudła doprowadzał ich do schowków z dewizami.

Nasi rozmówcy nie potrafili powiedzieć dokładnie, jakie sumy wydrenowano w ten sposób z czarnego rynku dewizowego. Odręczne kalkulacje robione wówczas w specjalnej komórce Komendy Głównej mówiły o kilku milionach dolarów zysku. Nikt jednak nawet szacunkowo nie wie, ile z tego MSW przekazało do kasy państwa, a ile zostawiło sobie.

Żarłoczny niemiecki wywiad

W każdym czasie w cenie były informacje społeczno-polityczne. Po powstaniu "Solidarności", agentom polecano (1981 r.) wywiedzieć się, jakie wpływy ma "S" w wojsku i ile jednostek wojskowych mogłoby odmówić wykonania rozkazu interwencji przeciw "S".

BND również bardzo interesowała się konkretnymi, pewnymi wiadomościami o planowanych zmianach w kierownictwie partyjnym i rządzie, jak i raportami o nastrojach społecznych. W odpowiedzi na pytanie, jak Polacy oceniają różne posunięcia rządu, szpieg mógł wysyłać nawet plotki z magla!

Na zakończenie

Tyle powiedziały nam dokumenty wyniesione nielegalnie przez jakiegoś esbeka. Skąd wzięły się w piwnicy, nie wiemy. Wiadomo jednak, że od jesieni 1989 r., gdy było już przesądzone, że blisko 25 tys. SB pójdzie w rozsypkę, rozpoczęto masowe palenie i niszczenie archiwaliów SB. Całkowicie przetrzebiono dokumenty departamentu IV, specjalizującego się w walce z Kościołem katolickim. W dużym stopniu nadszarpnięto archiwa departamentu III, zwalczającego podziemie polityczne w środowisku tzw. inteligencji twórczej. Jesienią 1992 r. "Gazeta" wpadła na trop niszczenia dokumentów stołecznej SB.

Co bardziej zaradni funkcjonariusze na przełomie lat 1989-90 zaczęli wynosić i chować do prywatnego użytku materiały ze swoich szaf pancernych. Nasiliło się to szczególnie wiosną 1990 r., po ogłoszeniu, że wszystkich esbeków czeka weryfikacja. Kilka tysięcy z nich zrezygnowało ze stawania przed komisją weryfikacyjną. Niektórzy opuszczali MSW z kilogramami dokumentów.

Dziś te liczące prawdopodobnie setki tysięcy akt archiwa leżą ukryte w schowkach, ogródkach i piwniczkach byłych esbeków. Albo, drwiąc ze swej ważności i tajności, walają się wśród śmieci i czekają na przypadkowego odkrywcę. Tak jak materiały, które tu opisaliśmy.




- Z rękopisu esbeka: "Kryteria doboru kandydatów do werbunku: ciekawy dla wywiadu rejon zamieszkania, dostęp do ważnych informacji lub dokumentów w pracy, spostrzegawczość, umiejętność zapamiętywania zdarzeń i faktów, zawód wymagający dużej mobilności".

- Przykłady rubryk z teczki agenta SB: - zainteresowania (w tym materialne) - nie zaspokojone ambicje zawodowe i osobiste - ujemne cechy, skłonności, przyzwyczajenia, nałogi - postawa ideowo-polityczna - stosunek do ustroju socjalistycznego - źródła i wielkość dochodów.

- Z rękopisu esbeka: "Osoby podatne na werbunek: zachłanne na pieniądze, o zaniżonym poczuciu własnej wartości, te, które doznały życiowych niepowodzeń".

- Meldunek agenta SB o polskich emigrantach w Niemczech: "Restauracja Baude Kneipe w Berlinie. Właścicielem jest M. Wystrój - emblematy NSZZ »Solidarność«, portrety L. Wałęsy. Sam właściciel nosi charakterystyczne wąsy. Goście - przeważnie Polacy. Dotarcie - przez kontakt operacyjny Barbarę T."




JĘZYK SZPIEGOWSKI

W pytaniach do agenta:

Prosimy o informacje - wieczór (Abend)

Gdzie znajduje się wojsko? - proszę (bitte)

nowe koszary - początek (Beginn)

Czy są oddziały rosyjskie? - prawie (beinahe)

Jaką mają broń, pojazdy i czołgi? - odpowiedź (Antwort)

samoloty transportowe - porządek (Ordnung)

magazyn amunicji na płd.wsch. - ziemia (Erde), podłoga (Fussboden), strych (Dachboden)

Gdzie jest poligon? - koc, sufit (Decke)

strona wschodnia - znajomy (Bekannter)

samochody pancerne - wyższe piętro (Obergeschoss)

ciężkie działo przeciwlotnicze - nowiny (Neuigkeit)

teren zajęty przez wojsko - mężczyzna, człowiek, mąż (Mann)

zamknięty teren wojskowy - środa (Mittwoch)

okopy - trud, starania (Muehe)

większe prace budowlane - miesiąc (Monat)

nowa budowa - poniedziałek (Montag)

Czy daje się odczuć napięcie polityczne? - wycieczka (Ausflug)

Jaka sytuacja, jaki stan? - pobyt (Aufenthalt)

Czy mnie zrozumiałeś? - kupno, zakup (Anschaffung)






JĘZYK SZPIEGOWSKI

W odpowiedziach agenta

magazyn amunicji - odwiedziny (Besuch)

magazyn materiałów pędnych - brat (Bruder)

szpital wojskowy - wyraźnie (deutlich)

poligon dla czołgów i samochodów - błoto (Dreck)

jednostka całkowicie obsadzona - dzieci (Kinder)

obsadzona w ponad 50 proc. - kłopot (Kummer) obsadzone mniej niż 50 proc. - kuchnia (Kueche)

teren pusty, ale strzeżony - małe (klein)

oddziały na poligonie letnim - kościół (Kirche)

oddziały na manewrach - kupić (kaufen)

oddziały powróciły - zimno, chłód (Kaelte)

nie ma obserwacji lotniczej - płaszcz, jesionka (Mantel)

rozbudowa, przebudowa - jutro (morgen)

powiększenie terenu - mleczarnia (Molkerei)

kwatery - przeważnie (meist)

pas startowy - matka (Mutter)

uzbrojenie - sąsiad (Nachbar)

czołgi T 34 - nazwiska (Namen)

czołg - wiadomość, informacja (Nachricht)

czołg ciężki - noc (Nacht)

działa przeciwpancerne - nic (nichts)

działa artyleryjskie - nerwowość (Nervositaet)

wyrzutnie rakietowe - korzyści (Nutzen)

działa szturmowe - normalnie (normal)

ciągniki - piec (Ofen)

inne pojazdy gąsienicowe - wschodni wiatr (Ostwind)

ciężki sprzęt do budowy mostów - wujek (Onkel)

helikoptery - ucho (Ohr)

samoloty śmigłowe (lekkie) - miejscowość, miejsce (Ort)

myśliwce Mig 15-19 - przerwa (Pause)

typy samolotów nie znane - paczka (Paket)





Większa dawka top secret