Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Rzeczpospolita - 1998.03.14

 

 

Inne oblicze głasnosti i pierestrojki

 

 

WłADIMIR BUKOWSKI

Przenicowanie

 

 

Sprawa wywołała w swoim czasie wiele hałasu, nie tylko dlatego, że Kuzniecow był znanym pisarzem, lecz głównie z tego powodu, że się przyznał do współpracy z KGB. Powiedział o tym od razu, przy pierwszej okazji, i sam zażądał, by prasa angielska opublikowała jego szczegółowe wyznanie, pragnął bowiem w taki sposób zmazać swoją winę. Jest to niesamowita historia: według jego słów, "prowadził grę z KGB" od ponad roku, pisał nawet wymyślone, absurdalne w treści donosy na swoich przyjaciół i kolegów, znanych pisarzy i artystów, którzy rzekomo uczestniczyli w spisku przeciwko władzy sowieckiej - a robił to wszystko po to, by wyjechać za granicę i tam zostać. Nie mógł bowiem, proszę państwa, dłużej żyć w ZSRR, jego talent marniał z braku swobody twórczej. Nie jest to przykład najgorszy. Kuzniecow przynajmniej nie domagał się laurów bohatera i całkiem uczciwie sam się do wszystkiego przyznał. Czuł, że postąpił paskudnie. Większość jednak nie poczuwała się do tego. Na przykład, ludzie kultury, którym dawano pozwolenia na wyjazdy za granicę, musieli później pisać sprawozdania o tym, co widzieli i słyszeli, a niekiedy "wykonywać określone polecenia KGB". Uważano to za coś całkiem "normalnego", podobnie jak donosy na cudzoziemców, przyjeżdżających do ZSRR.

Nie chodzi o sam kontakt z KGB, który zawsze traktowałem obojętnie, podobnie jak zwykłych kapusiów. Jednego z nich, człowieka, który ćwierć wieku temu nagadał na mnie w KGB tak niestworzonych rzeczy, że mógłbym to przypłacić życiem, spotkałem niedawno na ulicy i nie czułem nic, prócz odrobiny litości. Chodzi o całkiem coś innego. Ci, których mam na myśli, nie budzą litości i nigdy nie czują się winni. Przeciwnie, są sobą zachwyceni! Być może, traktuję to zbyt subiektywnie, ale ludzie ci budzą we mnie wręcz fizyczny wstręt, jaki czujemy na widok stonogi.

Wybacz mi, proszę, kraju mój, Żem taki obrzydliwy gnój! - pisał niegdyś pewien petersburski poeta w napadzie szczerości. Przynajmniej miał tyle sumienia, by sobie uświadomić tę smutną prawdę, a wszak większości jego kolegów nie stać nawet na to. (...)

* * *

Mój Boże, przecież oni wszyscy cierpieli, walczyli, byli prześladowani - taki już był ten reżim sowiecki, którego istota nie zmieniła się od czasów Stalina. Nawet owi uczeni, którzy roztrącając łokciami kolegów, pchali się, aby złożyć swój podpis przeciwko Sacharowowi. Jakże by inaczej? Pokrzywdzeni byli ci, którym nie udało się podpisać, nie weszli do grona "wybitnych sowieckich uczonych". I mój przypadkowy rozmówca, którego "zesłano" za nieprawomyślność na ambasadora do nieciekawego zachodniego kraju. Nawet Andropow - ileż się biedaczek nacierpiał przez "ideologów" z politbiura! Wszyscy walczyli i cierpieli. Dawali w kość jednym i obrywali od innych, byli katami i ofiarami jednocześnie. Dzisiaj każdy pamięta, że był ofiarą, a że był katem - o tym zapomniał.

A już najbardziej cierpiała inteligencja twórcza, która codziennie "ponosiła ofiary", by ratować swój talent, swoją naukę, sztukę, literaturę... W naszych czasach pisarz po prostu musiał doświadczyć odrobinę cierpienia, by jego talent zwrócił na siebie uwagę, rozkwitł i zajaśniał pełnią blasku. Chodzi, rzecz jasna, o cierpienia niezbyt dotkliwe, jak to napisał Wysocki: "w wieku lat trzydziestu trzech ukrzyżować leciuteńko". Cóż to za pisarz, którego nikt nigdy nie prześladował? Czy ktokolwiek by wiedział, zwłaszcza na Zachodzie, że istnieje taki na przykład "poeta", jak członek KC WŁKSM (Wsiesojuznyj Leninskij Kommunisticzeskij Sojuz Mołodioży - Wszechzwiązkowy Leninowski Komunistyczny Związek Młodzieży) Jewgienij Jewtuszenko, gdyby nie jego "autorytet" prześladowanego "młodego gniewnego"? (...)

Tak ze sobą walczyli - jeden przeciw drugiemu, i obrywali także jeden od drugiego, w nie kończącej się rywalizacji o miejsce przy partyjnym żłobie. Pytam: czym się między sobą różnią? Dlaczego mamy odróżniać "prawicowych" od "lewicowych", "postępowych" od "reakcyjnych" (a teraz także "demokratów" od "patriotów", którzy się obecnie ukształtowali), skoro różnili się między sobą mniej więcej tak, jak salut od fajerwerku? Oni sami rozumieli to doskonale i we własnym gronie tego nie ukrywali. Nie przypadkiem cytowano w Moskwie fraszkę, rzekomo dedykowaną Jewtuszence przez Dołmatowskiego:

Ty Eugeniusz, ja Eugeniusz; Tyś nie geniusz, jam nie geniusz; Tyś jest gówno i ja gówno, Podzielimy się po równo.

(przeł. Ewa Rojewska-Olejarczuk)

To nie była żadna walka. Opluwali się wzajemnie, to ulubione zajęcie sowieckiej inteligencji. Ten, który wyprzedził innych, który zdążył opluć wszystkich, był zwycięzcą. W ich przekonaniu na tym polegało samodoskonalenie. W rzeczywistości i jedni, i drudzy stanowili części tego samego mechanizmu: jedna pracowała "na eksport", druga na potrzeby wewnętrzne. Oto polecenie KC (Uchwała Sekretariatu KC St-246/ 49 gs z 16 stycznia 1981 r. , notatka Wydziału Międzynarodowego KC nr 18-S-93 z 15 stycznia 1981 r. i załącznik 1 "W sprawie wiecu francuskiej inteligencji demokratycznej", 2 strony.):

Kierownictwo Komunistycznej Partii Francji zwróciło się z prośbą, by niektórzy znani we Francji przedstawiciele sowieckiej inteligencji nadesłali wyrazy solidarności i sympatii dla francuskich komunistów. Okazją do tej akcji jest wiec demokratycznej inteligencji francuskiej, który odbędzie się w Paryżu 30 stycznia 1981 roku i będzie manifestacją poparcia dla Sekretarza Generalnego KPF G. Marchais...

I najbardziej postępowi liberalni intelektualiści walą jak w dym, żeby złożyć autograf pod listem, napisanym przez aparatczyka-półanalfabetę. Są wśród nich i Trifonow, i Katajew, i Jutkiewicz, i nawet Tarkowski. A jak? Trzeba spłacać dług, trzeba płacić za przywilej bycia "eksportowym".

"Wyrażamy głęboką solidarność z waszą walką o rozkwit kultury narodowej, o rozwój internacjonalistycznych kontaktów twórczych między ludźmi kultury wszystkich krajów, o pokój, demokrację i socjalizm. W naszych czasach idee wolności, równości i braterstwa są nierozerwalnie związane z ideami socjalizmu, który otwiera ludziom pracy dostęp do wszystkich dziedzin kultury i wszystkich osiągnięć ludzkiego geniuszu."

Podpisują i nawet się nie skrzywią, że język drętwy, że "my - pisarze" napisalibyśmy lepiej. Wiedzą, że za to odpuszczone zostaną niektóre stylistyczne dowolności w ich własnych utworach. Cenzura puści jakieś niedomówienie lub aluzyjkę. Sowiecka "sztuka", sowiecka "literatura", przez nich przecież stworzone, nadal utrzymują się na poziomie zabawy z cenzurą, na poziomie półaluzji, zrozumiałych jedynie dla wtajemniczonych, którzy powinni z bijącym sercem zachwycać się odwagą autorów. Są to rozdęte "autorytety", ich utwory nie przeżyły, po prostu nie mogły przeżyć reżimu. A tym, którzy go bez wątpienia przeżyli, nigdy nawet na myśl nie przyszło, by poświęcić sumienie dla "ratowania talentu". Nie mogli o czymś takim myśleć Bułhakow i Płatonow, Achmatowa i Mandelsztam, Sołżenicyn i Brodski.

Byli wygnańcami, autsajderami i żaden z nich - z wyjątkiem dwóch ostatnich - nie ujrzał za życia swoich głównych dzieł wydanych w ojczyźnie. Ale też nie siedzieli w prezydiach, nie ratowali ludzkości od wojny, nie śpiewali chórem. Pamiętam, jak ojciec zabierał mnie do umierającego Płatonowa (poznali się na froncie), do jego stróżówki.

- Co robisz? - gniewała się matka. - Ciągasz dziecko do człowieka z otwartą gruźlicą. - Nie szkodzi - ucinał ostro ojciec. - Będzie z tego dumny, jak dorośnie.

Rzeczywiście jestem dumny. Widziałem człowieka, który wolał być stróżem w Instytucie Literackim, ale nie kłamał nawet w najgorszych stalinowskich czasach. Później przeczytałem jego książki, wszystkie, jakie udało mi się zdobyć. A tego, co pisali ludzie, dla których zamiatał ścieżki, nie jestem wcale ciekaw. Zdumiewające: niczego ich nie nauczył widok Płatonowa z miotłą i łopatą, chociaż niewątpliwie był najważniejszą poglądową pomocą naukową w całym ich programie nauczania.

Kiedy słyszę jęki inteligencji o męczarniach, jakie przeżywała, zmuszona do kłamania, nie mogę się nadziwić: czy trzeba było za wszelką cenę zostać pisarzem, profesorem, akademikiem? Talent, jak widzimy, nie ma nic do rzeczy, można - mając talent - być stróżem. Taką alternatywę miał każdy. Ale nikt nie chciał iść do stróżówki, wolał cierpieć w komforcie. Każdy szukał szlachetnego usprawiedliwienia dla swego konformizmu.

* * *

Pamiętam, jak po wyjściu z wariatkowa w 1965 roku nagle zauważyłem, że zniknęli gdzieś wszyscy moi "odwilżowi" przyjaciele, po prostu wyparowali. A ci, których przypadkiem spotykałem na ulicy, zawsze mieli jakieś pilne sprawy i pędzili dokądś z teczuszkami i aktówkami, albo z dziecinnym wózeczkiem. "Wybacz, stary - bełkotali spuszczając wzrok - muszę najpierw zrobić dyplom, obronić pracę." Albo: "Muszę najpierw dzieci odchować." I biegli dalej, nie rozglądając się na boki. Wyglądało na to, że całe pokolenie moich rówieśników odgrodziło się od życia teczuszkami, wózeczkami dziecinnymi, stopniami naukowymi, książkami. Kogo chcieli oszukać? Czyż w naszych czasach, w odróżnieniu od lat dwudziestych i trzydziestych, ktokolwiek nie rozumiał, że każdy talent i każde osiągnięcie reżim wykorzysta na szkodę ludzi? Czyż nie było jasne, że nie rozwiązać tych problemów i obarczyć nimi własne dzieci to zbrodnia? One także - podobnie jak ich rodzice - zostaną z czasem oprawcami lub ofiarami, bo ten potworny taśmociąg nic innego produkować nie potrafił.

Tak też się stało. Mniej więcej dwadzieścia lat później dzieci, poczęte dla usprawiedliwienia haniebnej bierności rodziców, popędzono do Afganistanu, by zadawały śmierć i same ginęły. Otępiały kraj milczał, ludzie jak zwykle spieszyli się do biur, do swoich książek i prac naukowych, nawet tak wielka ofiara nie mogła zburzyć powszedniego świata, powszednich cierpień i autorytetów tatuśków i mamuś owych "afgańczyków". Jakie są skutki samouwielbienia - każdy widzi: jest od groma i książek, i prac habilitacyjnych, tych wszystkich wytworów inteligenckiej samorealizacji, którymi usprawiedliwiano własną bierność, a kraj ginie. A oni nie okazują najmniejszej skruchy. Gdzie tam! Winni są wszyscy poza nimi.

Przyznam się, że nie żywię współczucia dla tych ludzi. Przeciwnie, kiedy teraz słyszę ich biadolenie, ich nieustanne skargi na uciążliwości postkomunistycznego życia, budzi się we mnie coś na kształt złośliwej satysfakcji: "Dobrze wam tak - myślę. - Cóż to, nie ma co do garnka włożyć? Proszę bardzo, oto wasz dyplom oprawny w skórę, oto gruba praca habilitacyjna - jedzcie. Od czterech miesięcy nie wypłacają poborów? A co robiliście przez całe życie? Pisaliście książki? Sprzedawajcie je na ulicy przechodniom. Podle się wam żyje? Ale dawniej było dobrze? Więc wszystko gra, wreszcie zwyciężyła sprawiedliwość."

Nie mogę się pozbyć myśli, że inteligencja zasłużyła sobie na dzisiejszą nędzną sytuację. Nie garstka komunistów-fanatyków, nawet nie KGB, ani nie kapusie, których w naszych czasach można było ignorować, lecz właśnie inteligencja stanowiła podporę reżimu, dzięki niej przetrwał trzydzieści lat dłużej. Jej rozkochany w sobie konformizm, jej pobłażliwość dla samej siebie, jej uległość. Można jeszcze zrozumieć pokolenie naszych rodziców, które przeżyło stalinowskie średniowiecze, kiedy na usprawiedliwienie powtarza swoją "triadę": "nie wiedzieli - wierzyli - bali się".

Ale dzisiaj takie usprawiedliwienie budzi tylko ironię: Wierzyliście? W co? Czy w to, że reżim jest niezachwiany, że przetrwa do końca waszego życia? Baliście się? Czego? Utraty swych przywilejów, swego dobrobytu? Nie wiedzieliście? Czego? Czy tego, że nie da się uniknąć płacenia długów?

* * *

Nie sposób opisać, w jaki entuzjazm wpadła inteligencja, kiedy pojawił się Gorbaczow ze swoją głasnostią. I cóż w tym dziwnego? Przecież to dla nich została wymyślona i do nich adresowana. A także do ich odpowiedników na Zachodzie, do wszystkich tych, których rozgrzeszała z grzechu kolaboracji. "No i proszę! - triumfowali ci pierwsi. - Nam - pisarzom cały ten hałas, te 'ruchy' nie były wcale potrzebne!" "No i proszę - wtórowali drudzy - potrzebna była współpraca, a nie żadna konfrontacja."

Chyba nie ma w historii ludzkości drugiego okresu, w którym by kolaboranci i konformiści chodzili w takiej glorii bohaterstwa. Kraj był cały w skowronkach z zachwytu dla własnej odwagi. Gazety, od dziesiątków lat drukujące same kłamstwa i z tego powodu rozpowszechniane niemal pod przymusem, teraz rozchodziły się błyskawicznie z samego rana. Podobnie telewizja, której programów nikt nie oglądał z wyjątkiem meczów hokeja i piłki nożnej, teraz codziennie ściągała ogromną widownię aż do późnych godzin nocnych, a rano ludzie biegli do pracy z czerwonymi oczami. Czyż na tych stronicach, na tym ekranie było coś, o czym nie wiedziano wcześniej, od czasów Chruszczowa, z zachodnich audycji lub z samizdatu? Wreszcie z opowiadań własnych rodziców, przyjaciół, sąsiadów, babć i dziadków? Oczywiście, wiedziano. Ale - co za odwaga! Jakie to ciekawe!

Cóż to były za dziwne czasy - czasy kłamstwa do trzeciej potęgi, kłamstwa tak dalece zwyrodniałego, że najświętsza prawda stawała się oszustwem. Ici, którzy pisali lub pokazywali to wszystko, także kłamali, udając odważnych odkrywców, kłamali czytelnicy i widzowie, udając, że dopiero teraz się o wszystkim dowiedzieli. Fascynowała ich nie nowość informacji, lecz świadomość, iż teraz już wolno. Bez krzty ironii, w atmosferze ogólnego zachwytu, zaczęto nagle mówić o "białych plamach w historii", o minionych zbrodniach reżymu. Czyż ktoś naprawdę jeszcze nie wiedział o represjach, o eksterminacji chłopów podczas kolektywizacji i o Wielkim Terrorze lat trzydziestych, o pakcie Stalina z Hitlerem przed wojną lub o wysiedlaniu całych narodów po wojnie? Nie było przecież rodziny, w której by ktoś nie ucierpiał lub przynajmniej nie uczestniczył w tych wydarzeniach. Ale wtedy to było niedozwolone, a teraz dozwolone. I jeden z drugim wpatrywali się w ekran z wypiekami na twarzy - co będzie dozwolone jutro?

Tymczasem ich własne życie, dziesięciolecia rozdzielające Chruszczowa i Gorbaczowa, nadal stanowiło jedną wielką "białą plamę", a ta dziewicza biel nikogo specjalnie nie niepokoiła. Oczywiście pisano o niej i mówiono nawet zbyt wiele: i o "stagnacji" gospodarczej, i o katastrofie ekologicznej, nawet o Węgrzech i Czechosłowacji, a z czasem także o Afganistanie. Ale wyglądało to tak, jakby chodziło o Marsjan. Oni sami jak gdyby nie mieli nic wspólnego z tym, co się działo. Oni cierpieli - jak Pozner, byli ofiarami - jak Jewtuszenko, walczyli - jak Andropow. Oni "nie wiedzieli - bali się - wierzyli".

* * *

Ciekawe, że posługując się naszą terminologią, naszymi określeniami, takimi jak "stagnacja" i "państwo prawa", a niekiedy nawet cytując całe fragmenty z prac zamieszczonych w samizdacie, nikt z nich nawet się nie zająknął na temat źródła tych terminów, nie wspomniał o tym, gdzie po raz pierwszy pojawiło się to dziwne słowo - głasnost. Jakby nigdy nie było naszych procesów, naszych książek, jakby nigdy nas nie wymieniano i nie wydalano za granicę. Wymazano zżycia kraju dwa dziesięciolecia i życie zaczęło się od nowa, od punktu zerowego. Nie dlatego, że to ciągle jeszcze było niedozwolone, lecz dlatego, że nikt nie chciał o tym mówić, spodziewając się pytania: "A co pan wówczas robił? "

Co więcej, świadomie czy nieświadomie, całe to pieriestrojkowe towarzystwo szczerze nas nienawidziło, podobnie zresztą jak wywodzący się z niego dzisiejsi "demokraci". Nie mogą nam darować, że pozostaliśmy "czyści", nie tuczyliśmy się razem z nimi przy partyjnym żłobie, nie szliśmy na kompromisy z sumieniem, co było treścią ich życia. Samo nasze istnienie przekreśla ich legendę: jesteśmy - a więc był wybór, można było żyć inaczej.

Oto zabawny epizod: wiosną 1987 roku, w szczytowym momencie gorbaczowowskiej "głasnosti", my - dziesięciu zamieszkałych na Zachodzie pisarzy, artystów, dysydentów - rozwścieczeni całym tym piramidalnym kłamstwem, a szczególnie euforią Zachodu, napisaliśmy wspólny list do prasy, żeby jakoś otrzeźwić opinię publiczną. List ten, znany później jako "list dziesięciu", ukazał się w gazetach większości krajów zachodnich (...) oraz, całkiem dla nas nieoczekiwanie, w "Moskowskich Nowostiach", najbardziej "postępowej" sowieckiej gazecie czasu pierestrojki. Napisaliśmy, zresztą w bardzo spokojnym tonie, że za wcześnie jeszcze zachwycać się "reformami" Gorbaczowa, że na razie to tylko obietnice, w dodatku mgliste. Zwłaszcza że, jak dotąd, nadal panuje w kraju ludożercza ideologia marksizmu-leninizmu. List był adresowany do Zachodu, a nie do nich, ale jakże nam naubliżali ci "liberałowie"! Nawet "Prawda" w dawnych czasach nie zamieszczała tylu epitetów: i "zdrajcy", i skrajni nacjonaliści, i, rzecz jasna, agenci CIA. Sami przedrukowali list, żeby udowodnić, iż głasnost jest faktem, i... wystraszyli się, i z tego strachu zaczęli nam złorzeczyć, sięgnęli nawet bez żenady po dawne kagiebowskie słownictwo. (...)

Im więcej jednak pomstowali - a merytorycznie nie mieli nic do powiedzenia - tym dalej po kraju rozchodził się nasz list, przepisywany tysiącami rąk, przefotografowany z gabloty "Moskowskich Nowosti" przy budynku redakcji. Był to pewnie pierwszy przypadek, kiedy materiał z oficjalnej publikacji trafił do samizdatu. (...) Awantura ciągnęła się całymi miesiącami, ale im bardziej podskakiwali, w tym gorsze popadali tarapaty, niczym muchy na lepie. Czy nie była to zapowiedź kłopotów, do których mogła doprowadzić zabawa w głasnost?

Dokładnie w tym czasie, kiedy pierestojkowicze piętnowali nas na łamach swojej "liberalnej" prasy, całkiem prywatnie, przez wspólnych znajomych, przekazywano nam całkiem inne wyrzuty: - Wpuściliście nas w maliny, chłopaki, podsunęliście swój list, a my za jego wydrukowanie dostaliśmy po łbie. Podobno chcą zlikwidować "Moskowskije Nowosti". Cośmy wam złego zrobili? Nikomu nie szkodzimy, a oszukujemy tylko Zachód. Podobnie jak wy, doskonale rozumiemy, co się dzieje. No i co można powiedzieć ludziom, którzy "oszukiwanie Zachodu", podobnie jak donosy na cudzoziemców, uważają za rzecz normalną? A winą obarczają nas: "wpuścili w maliny", "podsunęli". Coś podobnego powiedziała mi przed laty moja koleżanka szkolna: - Nie zdajesz sobie sprawy, jaki brzydki kawał nam zrobiłeś! - Co mianowicie? - Nie domyślasz się? Przez ciebie zaczęliśmy się interesować samizdatem, niektórzy wpadli, ledwo udało im się studia skończyć, obronić dyplom... - Wybacz... - powiedziałem tylko. Co mogłem dodać? Co prawda, to prawda, gdyby nie mój przykład, ich życie byłoby szczęśliwsze.

Jak więc widać, Gorbaczow i Jakowlew, zaczynając swoją sprytną zabawę w głasnost, wiedzieli doskonale, że mogą liczyć na ojczystą sowiecką inteligencję. Powodem do niepokoju mogły być jedynie nasze wpływy, dlatego tak się starali nas odizolować, odciąć. Jak wynika z dokumentów, zaczęli oto zabiegać na długo przed "listem dziesięciu" i w ogóle przed głasnostią. (...)

* * *

Niewątpliwie był to szatański pomysł, ta cała głasnost i pieriestrojka: nie tylko inteligencja sowiecka, zawsze skora do usług, dała się na to nabrać, lecz także cały świat. Jakże mogło być inaczej, kiedy po ponurych kremlowskich starcach, po ciągłych konduktach pogrzebowych, a przede wszystkim po nawrocie na początku lat osiemdziesiątych zimnej wojny z wyścigiem zbrojeń, "ruchami pokojowymi" i kryzysami nastał "młody i energiczny" gensek i zapowiedział reformy. Któż by nie chciał uwierzyć, że najgorsze przeminęło? Można było bez końca tłumaczyć ludziom, że władza sowiecka nie jest monarchią, a gensek nie jest carem; nie było w owych czasach nikogo, kto nie życzyłby sukcesu nowemu carowi-reformatorowi. Wśród setek tysięcy polityków, dziennikarzy, uczonych zaledwie niewielka garstka zachowała dość zdrowego rozsądku, by nie ulec euforii, a jeszcze mniejsza garsteczka odważyła się głośno formułować swoje wątpliwości.

Ale czy ktoś chciał ich słuchać?

A przecież wystarczyło przyjrzeć się Gorbaczowowi, usłyszeć w oryginale jego bezsensowne przemówienia, chropawe, niegramatyczne komunały partyjnego urzędniczyny - przekład wychodził im na dobre - żeby się wyzbyć wszelkich złudzeń. Wystarczyła nawet pobieżna znajomość systemu sowieckiego, żeby ich nie mieć od samego początku: liberał-reformator nie mógł się przecież wspiąć na najwyższy szczebel w partyjnej hierarchii. Cudów nie ma.

Ale wszyscy tak marzyli o cudzie! Sceptyka traktowano jak wroga, mordercę przyszłej ludzkości. - Milcz! Nie zapeszaj... Zda się, nagle wszyscy zostali uczestnikami wielkiego, światowego spisku i muszą zachować ciszę, bo głośniejsze słowo może ich zdradzić, zbudzić drzemiącego wroga. - Tss... Ciszej. Niech śpi...

Dokładnie tak oceniła sowiecka prasa, a wraz z nią także sowiecka inteligencja, nasz "list dziesięciu": to był według "Prawdy" (...) "donos na własny naród", a "Moskowskije Nowosti" pisały o "próbie zamachu na pierestrojkę". I człowiek, chcąc nie chcąc, zaczynał myśleć: czymże jest wobec tego pierestrojka, skoro jedno nieopatrzne słowo może ją zabić? Zlitujcie się, donos - na kogo? Gdzie się zaczaił ten niewidzialny wróg? Na Zachodzie? Na Wschodzie? Kogo powinniśmy oszukiwać w imię miłości ojczyzny? Chyba nie politbiuro, które tę politykę wymyśliło.

Na tym jednak polegała genialna właściwość tego wynalazku, że ludzie nie reagowali na logiczne argumenty. Była to jakaś masowa psychoza, podobna do histerii ruchu w obronie pokoju z początku lat osiemdziesiątych, w dodatku sterowana przez tych samych kremlowskich manipulatorów. Oczywiście, nie przez samego Gorbaczowa - aparatczyka z prowincji, który mógł się zdobyć najwyżej na drobne oszustwo. Znakomity reżyser teatralny, Jurij Lubimow, fachowym okiem dostrzegł zdumiewające podobieństwo nowego genseka do klasycznego typu drobnego rosyjskiego aferzysty:

- Przecież to wypisz, wymaluj Cziczikow - bardzo miły człowiek! I rzeczywiście, przeczytajcie dla rozrywki Gogolowski opis jego nieśmiertelnego bohatera: "W bryczce siedział pan niezbyt przystojny, ale i niebrzydki, ani nazbyt tłusty, ani nazbyt chudy; nie można powiedzieć, żeby stary, jednak niezbyt młody..." Czyż to nie Gorbaczow? Brakuje tylko plamy na czole.

Za ten sympatyczny wygląd zrobiono go gensekiem - był to doskonały wykonawca wielkiego "operacyjno-czekistowskiego posunięcia", wymyślonego jeszcze w czasach Breżniewa i opracowanego przez Andropowa, świetnego specjalistę w tej dziedzinie. Nie przypadkiem w tamtych czasach czekiści radzili niektórym, szczególnie zaufanym działaczom ze środowiska "liberalnej" inteligencji:

- Poczekajcie, nie spieszcie się. Skończymy z dysydentami, umrze Breżniew i nadejdą duże zmiany...

Zresztą mówił o tym pod koniec sam Gorbaczow, kiedy stracił panowanie nad sytuacją i zaczęto mu wypominać nieprzemyślane reformy. Co znaczy nieprzemyślane? - oburzał się. - Jak najbardziej przemyślane, w dodatku jeszcze przed rokiem 1985 - zgłoszono w tej sprawie do KC sto dziesięć opracowań iprojektów, przygotowanych przez różne trusty mózgów. (...)

* * *

Rzeczywiście, czyż sekretarz zapyziałego Komitetu Krajowego KPZR, który dopiero w 1978 roku dostał się do KC, w dodatku jako opiekun rolnictwa, mógł wymyślić szatański plan, znakomicie dostosowany do psychologii zachodniego establishmentu? Przecież do roku 1984, czyli do czasu, kiedy zaczęto go szykować na genseka, nigdy nawet nie był na Zachodzie. W tym wszystkim widać było wyraźnie lwi pazur mistrza dezinformacji z piętnastoletnim doświadczeniem pracy w KGB i wiarą w spiskową teorię dziejów. Któż inny mógł wpaść na pomysł zainscenizowania w Moskwie krzyżówki "praskiej wiosny" z leninowskim nepem? Któż by potrafił wykombinować stworzenie pozorów pluralizmu politycznego metodami KGB?

Zresztą już sam termin - pierestrojka - to także arcydzieło propagandy. No proszę, zgadnijcie, co to jest! Na Zachodzie powstały na ten temat wielkie księgozbiory, a cały świat, jak papuga, sylabizował trudne rosyjskie słówko per-re-stroi-ka!






ROSJA